O idealnych niewolnikach pisze WALTER ALTERMANN: Ważne drobiazgi mózgowe i polityczne

Powiadają, że życie składa się z drobiazgów. Ale większość z nas na drobiazgi uwagi nie zwraca, czekając na Wielkie Sprawy, jak na główną wygraną w Eurojackpocie. Może dlatego większości z nas czas ucieka, jak piasek między palcami na plaży.

Nie widzimy ważnych drobiazgów, na których trzeba się skupić, a wielkie wygrane padają najczęściej w Danii, Finlandii i Niemczech.

Znerwicowana nerwica

Doszedłem do wniosku, że we współczesnym świecie wszyscy są znerwicowani, na nic nie mają czasu i na niczym nie potrafią się skupić. Weźmy politykę.

Publiczność polityczna, którą obsługują nasi wybrańcy do Sejmu i Senatu, ma cechy, pozwalające na gigantyczne manipulacje. Przede wszystkim elektorat jest niecierpliwy, łatwo się nudzi i codziennie żąda nowych sensacji.

Politycy doskonale wiedzą, że elektorat ma mentalność 5-letniego dziecka, którego nowa zabawka zajmuje co najwyżej trzy dni. Dlatego tzw. sensacje mają być „sprzedawane” w atmosferze „tylko u nas, z ostatniej chwili, to niemożliwe, skandal, afera”. Dodatkowo wszystkie portale wprowadziły informacje, że dany artykuł zajmie nam w czytaniu 2, 5 lub 7 minut. Informacji o materiałach na 10 minutowe czytanie nie zauważyłem, czyli wydawca zakłada, że nikt nie jest w stanie skupić się dłużej niż 9 minut.

Gdzie te czasy, kiedy przeciętny polski inteligent czytał sążniste artykuły albo kilkusetstronicowe powieści bez obrazków? Co się z nami stało? Co stało się z naszymi dziennikarzami, że materiał powyżej 10.000 znaków uważają za cegłę jak „Sagę rodu Forsyte’ów”? Dla spokoju sumienia wyjaśniam, że powieść Johna Galsworthy’ego nie jest najdłuższą ze znanych mi powieści. Bo są jeszcze „Buddenbrokowie” Tomasza Manna, czy nasze „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej.

Ludzie uparli się i mówią, że w dzisiejszych czasach nie mają czasu na czytanie. Można by przyjąć takie wytłumaczenie, gdyby nie oczywiste pytanie: a co Państwo robią w wolnym czasie, bo jakiś wolny czas jednak Państwo mają?

Czas wolny

Otóż większość z nas, po powrocie do domu, siada przed telewizorem w fotelu. Z którego wstajemy z powodów jedynie fizjologicznych. I żeby jeszcze był to fotel pilota F 35… To jest tylko fotel lenia, który całe życie oszukuje się, że to co właśnie puszczają mu w okienku jest szalenie ważne, że gdyby tego nie zobaczył, umarłby… Albo cały świat zginąłby.

Czy ludzie pracują nad sobą? Nad swoją wiedzą, swymi relacjami z innymi nieczytającymi, z dziećmi, z żoną, teściami, braćmi i siostrami? Nie pracują, bo muszą oglądać seriale, przeglądać Facebooka czy innego Twittera.

Przerażeniem przejmuje mnie widok maleństwa w wózku, któremu matka daje do rąk komórkę. A sama w tym czasie rozmawia o monstrualnych głupotach z jakąś podobną jej matką. W tramwajach i autobusach taki widok to dzisiaj norma obyczajowa. Matka, która unika kontaktu, nie ma czasu, nie potrafi zająć się własnym dzieckiem nadaje się właściwie do pozbawienia praw rodzicielskich.

A te tłumy młodych ludzi ze słuchawkami w uszach? Idą przez miasto i rozmawiają, nie zwracając na nic uwagi, nie widząc innych ludzi, nie postrzegając nieba, drzew, krzewów i budynków. Czasem nawet nie zauważają samochodów, z czego są zabici i ranni. A o czym ci idący słuchawkowicze tak gadają? O niczym. Tak sobie paplą dla zabicia czasu. Gadają bez przerwy, bo boją się chwili, w której mogliby o czymś pomyśleć, w której coś mogłoby im przyjść do głowy… Może i mają rację, bo każda myśl jest niebezpieczna, może wywrócić indywidualne ludzkie życie a nawet mapę świata. Były już takie przypadki.

To ustawiczne gadanie, przeglądanie Internetu i gapienie się w telewizor są właściwie wyrazem panicznego lęku przed niezależnym myśleniem. Bo myślenie może też przynieść życiowe klęski. Więc lepiej nie zastanawiać się nad niczym. I tylko tak sobie, luźno żyć.

Teoretyczna równość

Demokracja spowodowała, że teoretycznie ludzie są równi. To piękna, wielce humanistyczna idea, którą poparłbym całym sercem, gdyby nie fakt, że ludzi jednak równi nie są. Widzę przecież, rudych, łysych, blondynki, farbowane i naturalne. Widzę też grubych i chudych, ładnych i takich sobie, sprawnych i fajtłapy. Ale wygląd nie jest najważniejszy.

Ludzie nie są równi również pod względem charakterów, wykształcenia i inteligencji. I nie mówmy tylko, że o wszystkim decydują geny, środowisko rodzinne, wzorce środowiskowe. Świat zna ludzi z nizin, wręcz z rynsztoka, którzy wydźwignęli się na wyżyny intelektu, artyzmu, nauki i techniki. Jedno łączyło tych wszystkich wielkich, z pozoru skazanych na klęskę – oni bardzo chcieli wybić się, mieli ambicję i byli pracowici.

A jak jest dzisiaj? Marnie jest. Ludność planety Ziemia, w tym i my, zrobiliśmy się okropnie leniwi. I większość z nas uważa, że wszystkiemu winni są politycy, sitwy i znajomości. Jeżeli sami się nie kształcimy, to uważamy, że wykształceni są kanaliami. Jeżeli jesteśmy już budowlańcami, to nie staramy się lepiej montować instalacje elektryczne, wodociągowe, klimatyzację. A nauczyciele? Przejmują się swoimi uczniami tak na 100 procent? A dziennikarze? Rzeczywiście dążą do oddania prawdy o świecie? Większość z nich chciałaby pisać komentarze. O czym? A to nieważne. Brakuje w Polsce nie tylko lekarzy. Nie mamy już właściwie rzemieślników, którzy naprawiliby dobrze buty, uszyliby dobry garnitur, czy naprawili dobrze samochód.

Dzisiejszemu światu na imię obojętność. Obojętność wobec samego siebie i innych. Zanurzyliśmy się w nieprawdziwym świecie mediów. I tak, dla świętego spokoju, z lenistwa taplamy się w tym bajorku.

Anarchia matką porządku

Świat zrobił się mały, skurczył się, bo w ciągu kilkunastu godzin można przemieścić się do Australii, a jeszcze 80 lat temu taka podróż trwałaby tygodnie. Telewizja i Internet dają nam pozory, że aktywnie uczestniczymy wżyciu tej „globalnej wioski”. Ale „telewizja kłamie”, bo jesteśmy jedynie biernymi obserwatorami, tego co dzieje się naprawdę. Nadto, media nie pokazują nam prawdy o świecie, żeby nas nie denerwować i nie wpędzać w depresję. Jeżeli głód jest jednym z trzech najważniejszych problemów planety, to w mediach gości na miejscu pomiędzy 70. a 80.

Wiem, że moje widzenie świata jest trochę anarchistyczne. Ale bez odrobiny anarchii byłoby jeszcze gorzej.

My, idealni niewolnicy

Przeczytałem, to co opisałem i doszedłem do wniosku, że to świat idealnych niewolników. Takich jak my dzisiaj, takich, co chcą być niewolnikami. Z jednym zastrzeżeniem, żeby trochę więcej nam płacili a rachunki nad morzem nie były tak wysokie. I żeby nie było wojny, bo trudno o cukier.

Trochę mnie już znudziło pisanie o wielkich tego świata, tym bardziej, że ich jest jakieś 3 procent na planecie, a nas idealnych niewolników jest znacznie więcej, bo 97 procent. I w dużej mierze sami sobie zgotowaliśmy nasz los.

„Niedobory” analizuje WALETR ALTERMANN: Kto nam wyżera cukier?

Lata temu Kazimierz Grześkowiak w proroczej piosence Odmieniec śpiewał:

                                               Bo nie ważne czyje co je,

                                               ważne to je, co je moje

 

Ten świetny bard jest teraz zapomniany, bo nie śpiewał przeciw władzy. On stawiał diagnozy nam wszystkim. Jak mało kto znał nas i drażnił, dopiekał, zwracał uwagę na nasze paranoje. Niech więc Grześkowiak patronuje temu co poniżej.

Jak to z prądem bywało

Dobrze pamiętam, że w latach pięćdziesiątych i do połowy sześćdziesiątych, w Łodzi nader często wyłączano światło. Instalacje w budynkach były marne, a dużą elektrownię dopiero budowano. Dlatego w każdym domu, czyli w każdym mieszkaniu, była przynajmniej jedna lampa naftowa. Naftę kupowało się w pobliskiej drogerii, z beczki, która miała pompkę. W każdym mieszkaniu był też spory zapas świec, które zresztą były tanie. Wyłączenia prądu – bez jakiegokolwiek ostrzeżenia – występowały najczęściej przed świętami – Wielkanocnymi i Bożym Narodzeniem. Ludzie wtedy prali, prasowali obrusy i w ogóle używali prądu dłużej niż zwykle.

Ale, o dziwo, nikt się nie awanturował. Może dlatego, że pamiętano jeszcze okupację? Może ludzie cenili to co mieli?

Cukier, kasze i mąka

Pamiętam też, że co jakiś czas ludność rzucała się do sklepów z wielkimi pustymi torbami, skąd wynoszono je pełne już kasz, cukru i mąki. Taki masowy ruch ludności występował w dwóch przypadkach. Po pierwsze, kiedy miało się – według ludności – na wojnę. Po drugie, kiedy miało się na podwyżki. Wierzono, że lepiej mieć w domu zapasy, w przypadku działań wojennych. Nie wierzono natomiast, że zapasy nie pomogą w przypadku wojny atomowej.

Kryzys berliński, kryzys kubański miały swe odbicie w pustoszeniu półek. Także w tych przypadkach bardziej wierzono Wolnej Europie i BBC, niż rządowym gazetom.

Pogłoski, niekiedy prawdziwe, o podwyżkach, powodowały masowe zakupy. W tych przypadkach bardziej chodziło jednak o zysk, czyli zarobek niż przetrwanie. Kalkulacja była prosta – na 20 kg cukru można zarobić 30 zł, gdyby podwyżki nastąpiły.

Podwyżki cen wódek

W przypadku podwyżek najbardziej można było zarobić na wódce, bo tu ceny mogły skoczyć nawet o 20 procent. Miałem kolegę na podwórku, którego stryj prowadził restaurację, jak najbardziej państwową. Odwiedzam, jak prawie codziennie, tego kolegę, ale nie mogę prawie wejść do ich mieszkania. Na podłodze, w szafach, na szafach piętrzą się stek półlitrowych butelek. To sprytny stryj wycofał gastronomiczną wódkę, jak najbardziej ostemplowaną i przechował u rodziny. Potem partiami wstawiał tę wódkę z powrotem do swojej restauracji, ale już po nowych cenach. Na takiej operacji mógł zarobić z dziesięć średnich pensji, albo i lepiej.

Spekulacja, bardziej lub mniej jawna, towarzyszyła rynkowi socjalistycznemu już od 1945 roku. Po cichu, na bazarach można było kupić cukier, mąkę i kaszę, którą kilka dni wcześniej wykupiono ze sklepów. Ale też władza goniła spekulantów. Nie było wtedy ochrony danych osobowych, więc prasa podawała z imienia i nazwiska przyłapanych na spekulacji. Podawano również ich adresy zamieszkania.

Dzisiaj lud znowu wykupuje cukier ze sklepów, ale sytuacja jest cokolwiek inna…

Czy cukier znowu będzie na kartki?

Co się stało, że społeczeństwo nasze, nagle rzuciło się na cukier? Jest to poważne pytanie społeczne i polityczne. Idźmy tropem lat dawnych.

Przyglądając się faktom, trudno zauważyć by zagrożenie wojną na terenie Polski zwiększyło się w ostatnich dwóch miesiącach. Zatem, czy wojna jest przyczyną, że niektórzy z nas, nagle, zaczęli gromadzić słodki towar? Może to chęć zaoszczędzenia paru złotych na cukrze? Też wątpliwe. Jeżeli nawet cukier podrożałby o 2 zł na kilogramie, to przy zgromadzeniu 100 kg można by zyskać jakieś 200 zł. A byłaby to równowartość około 12 paczek papierosów.

Musimy być najlepsi

Co zatem powoduje, że całkiem spora grupa Polaków, nagle, bez ekonomicznego powodu wykupuje cukier? Bo Polak chce być lepszy niż jest. Jako naród chce być lepszy od innych narodów. Jako sąsiad chce być lepszy od sąsiada. Prawdopodobnie wynika to z naszego głębokiego niedowartościowania oraz z niecierpliwości. Drobny polski biznesmen, który z prowadzonego interesu mógłby dobrze żyć, cierpi, że potomkowie Kulczyka mają więcej.

Pisał dawno temu Wańkowicz: W Polsce szewc zazdrości kanonikowi, że został prałatem. I miał Wańkowicz rację, bo ogromna część Polaków ma w genach zawiść, zazdrość i cierpienie, z powodu sukcesów innych.

Sporą winę ponoszą też partie wszystkich maści. To one wmawiają nam, że jesteśmy wspaniali, bohaterscy i niezłomni. A szczególnie ci z Polaków, którzy na daną partię głosują. Słuchający tych pochwał obywatel RP myśli wtedy tak: skoro jestem tak wspaniały, to jednak mam za mało. I popada w jeszcze większą frustrację, Z czego zakłada buty i pędzi po cukier, żeby choć trochę cieszyć się z tego, że ubiegł kolegę z pracy i szwagra. Wtedy siada w fotelu przed telewizorem i uśmiecha się ironicznie, gdy słyszy, że cukru brak. Uśmiecha się, bo on przecież ma!

Słodka polityka

Władze nie wzywają do opamiętania, że cukier będzie a tylko chwilowo go nie ma, bo ludzie niepotrzebnie robią zapasy; szukają winnych poza Polską i wcale nie dyskretnie sugerują, że większość cukrowni jest w obcych rękach. Z czego ma wynikać, że ci okropni Niemcy wyżerają nam cukier. Co prawda nie padło jeszcze oficjalnie, że Tusk wyżera cukier, ale niebawem…

Opozycja powinna również wzywać naród do opamiętania, ale nie robi tego, i sugeruje, że winą za braki w zaopatrzeniu ponosi władza. Opozycja do głodu, chłody i ciemności, jakie nas czekają od jesieni – według opozycji – dodaje niesłodzoną herbatę i gorzkie ciasta.

Czyli – obie zwalczające się strony, nie chcą powiedzieć narodowi gorzkiej prawdy – że jesteśmy okropni!

Żadna z partii nie powie tego, bo każda chce mieć dobry wynik w wyborach. Skutkiem czego naród wykupuje cukier. A z cukrem jest tak jak z bankami – nie ma żadnego banku, który wytrzymałby tydzień, gdyby wszyscy klienci wycofali swoje aktywa. I nie ma kraju, w którym cukier stałby na półkach, gdyby ludzie kupowali go po 50 kg na głowę. Byłem tego świadkiem.

W Internecie pojawiają się już anonse o sprzedaży cukru, przez zupełnie prywatnych obywateli. Czyli komuna wróciła. A gdyby tak władza karała spekulantów sporymi grzywnami, choćby za uprawianie handlu bez zezwoleń? I gdyby tak jeszcze podawano do publicznej wiadomości kto spekuluje i gdzie mieszka? Może to powstrzymałoby cwaniaków?

Interes społeczny czy wyborczy?

Piszę tak, ale zupełnie nie wierzę, że władza – przy wsparciu opozycji – podejmie próby siłowego opamiętania obywateli, doprowadzenia sporej części narodu do rozumu i porządku. Bo żadna z politycznych partii nie ma w tym interesu.

W takim małym kryzysie cukrowym ujawniły się najokropniejsze z naszych cech: sobiepaństwo, egoizm, brak społecznej odpowiedzialności i staropolska anarchia, o której tak mądrze pisał Paweł Jasienica

Nie jesteśmy społeczeństwem idealnym. Jak wszystkie inne zresztą. To co nas różni od Zachodu to brak odpowiedzialności za innych. Kiedy w Wielkiej Brytanii władze proszą o niepodlewanie ogrodów i trawników, to ludność stosuje się do tych próśb. U nas? Podlewają! Jedni przeciw opozycji, drudzy przeciw rządowi.

Na kogo zagłosuję?

Na tę partię, która powie społeczeństwu, że ma ono także cechy okropne. Teraz wszystkie partie, na wyprzódki, zalecają się od tzw. elektoratu. Pora tym schlebiankom, cacankom, temu mizdrzeniu i łaszeniu się do wyborcy położyć kres! Czas na powiedzenie prawdy – przy okazji cukru. Bo gdy nadejdzie czas prawdziwej próby naszej odpowiedzialności, może być za późno.

Ideały Solidarności są podwalinami obecnego systemu społecznego w Polsce. Ale tylko od święta. Na co dzień panuje bezhołowie i pogarda dla współplemieńca. Bo ja mam cukier a tamtego z piętra wyżej niech szlag trafi.

Oczywiście pójdę na wybory i poprę tych, którzy w tym szaleństwie zachowają najwięcej rozsądku. Mój prywatny konkurs o mój jeden głos wyborczy trwa. Miejcie na uwadze politycy, że bacznie Was obserwuję.

 

O polszczyźnie, wzdychając ciężko, pisze WALTER ALTERMAN: Języku nasz, dręczony tupetem i niewiedzą

Przeczytałem ostatnio hymn pochwalny na część wykonawców tunelu drogowego TS-26 (Sady Górne – Nowe Bogaczowice). Autor rozpływa się nad cudami techniki, choć z tekstu wynika, że wydrążenie tunelu pod górą nie było ani nowatorskie, ani niezwykłe.

Nie w tym rzecz. Zaniepokoił mnie tytuł mikro-reportażu. Brzmi on tak: Tunel na S3. Rozkopali poniemiecką górę. Znaleźli więcej niż oczekiwali.

Niemiecka góra

Przeczytałem tekst trzy razy i jedyne ślady niemieckości góry autor opisał następująco: Drążenie TS-26 wiązało się też z kilkoma niespodziankami. Jedną z nich było odkrycie – nie ujętej na żadnych mapach – poniemieckiej sztolni. Wyrobisko pochodzące najprawdopodobniej z końca XIX wieku przebiegało przez obie nawy – prostopadle do tunelu. (…) Nie jest to jednak pozostałość po hitlerowskiej armii, lecz dawnych mieszkańcach. Jedna z miejscowych legend głosi, że dwóch mieszkańców Nowych Bogaczowic wydrążyło ją w poszukiwaniu węgla. Do dziś miejsce to nazywane jest bowiem „węglową górką”.

Owszem, górka, pod którą przebiega tunel położona jest na naszych Ziemiach Odzyskanych i z pewnością jest na tych ziemiach wiele śladów wielowiekowej niemieckości, bo przez wieki żyli tam Niemcy. Żeby jednak jakąś górę nazywać niemiecką trzeba nie mieć najmniejszego pojęcia o kulturze. Bo w kulturze przyjęte jest, że Wisła, Odra, Bug są rzekami. Tatry i Góry Świętokrzyskie też są przedwieczne i nie podlegają żadnej nacjonalizacji. Owszem, leżą na terenie Polski, ale nie można mówić, że są polskie. Czasami poeci, w uniesieniu piszą o polskiej Wiśle, polskim Bałtyku czy polskiej Puszczy Jodłowej. Czasem mówimy też o polskich Tatrach, ale mając na uwadze, że część Tatr leży po stronie Słowacji. Poetom wolno, ale dziennikarz powinien być mniej egzaltowany i powinien mniej pisać sercem, a więcej rozumem.

Na początku myślałem, że autor artykułu o tunelu, reprezentuje „ukrytą opcją niemiecką”, ale odrzuciłem tę supozycję. On po prostu niewiele wie, a jeszcze mniej rozumie.

Publika

Nagminnie dziennikarze sportowi określają widzów zawodów sportowych mianem: publika. To przykre. Określenie publiczność jest oczywiste i dobre, choć wolałbym: widownia, widzowie. Publika natomiast jest określeniem pogardliwym, deminutywnym. Publice bliżej do motłochu i gawiedzi niż do prawdziwej widowni.

Lopez

Lopez, który akurat wracał się do tyłu – powiedział sprawozdawca meczu piłki nożnej. I proszę, jedno krótkie zdanie a dwa duże problemy. Pierwszy z nich to fakt, że mamy w tym zdaniu rusycyzm. W języku rosyjskim jest taka forma, że mówi się: on wiernułsja. Po polsku jednak trzeba powiedzieć tylko, że wrócił. Bo już wiadomo, że on sam wrócił. To po co jeszcze się wrócił? Gdyby jeszcze ten Lopez skopał się sam po kostkach, to tak, to owo się byłoby wtedy usprawiedliwione. Drugi problem – wracamy zawsze do tyłu, czyli tam skąd przyszliśmy. To powszechny błąd w ludowej polszczyźnie.

Na szybko

Gwarowe, ludowe zwroty robią karierę. Ano, to żeby lud wszedł do śródmieścia było marzeniem stalinowskich komunistów, czemu dawali wyraz na piśmie, czyli w literaturze. Jednak ówcześni bojowcy nie przewidzieli, że lud wejdzie do śródmieścia wraz ze swoim językiem. A ten jest okropny. Na szybko to państwu przedstawię – tak rozpoczyna jakiś temat młoda dziennikarka. Nie wie, że można coś przedstawić szybko? Bez tego na? Niestety, ostatnimi laty język gwar miejskich i wiejskich opanował nasze media. Zachwaściły go gwary, odebrały piękno fraz języka literackiego i kunszt budowania zdań. Ot, tak sobie gadamy, bo tacy fajni jesteśmy, prości i swojscy…

Boli mnie to, bo sam nie pochodząc z elit, uwierzyłem, że chcąc zostać inteligentem trzeba nauczyć się dobrze myśleć, poprawnie mówić i pisać. Żeby awansować społecznie, i żeby mieć tytuł do bycia świadomym obywatelem, który bierze współodpowiedzialność za sprawy społeczne. Taka była norma kulturalna za moich młodych latach. I podobała mi się, ta norma. Ale co się z nią teraz stało? Może zastąpiono ją jakąś nową normą, nieznaną, tajemną?

A o ludzie w śródmieściu pisał Adam Ważyk, w latach pięćdziesiątych piewca rewolucji, a późniejszy jej niezłomny pogromca. Cytat jest taki:

Adam Ważyk,

Lud wejdzie do Śródmieścia

 

…Z staromiejskiej gardzieli

wolna przestrzeń wystrzeli

i rozstąpią się przejścia

z peryferyj do placów,

od fabryk do pałaców,

lud wejdzie do śródmieścia

i ustali wzdłuż Trasy,

wzdłuż Nowej Marszałkowskiej

jedność piękna i pracy, planowania i troski.

Patrz, jak stoi uparta

na rusztowaniach partia,

rozpala się klasowa

bitwa – nasza budowa.

 

Atomówki nie budowałem

W filmie dokumentalnym lektor czyta, że …zbudowano broń atomową, najstraszniejszą ze znanych. Po czym następuje przypomnienie historii tego faktu. Zwróćmy uwagę, że z tekstu lektora nie wynika kto pierwszy zbudował atomówkę. Tekst głosi, że ją zbudowano.

Ta bezosobowość faktu niebezpiecznie zmienia postać rzeczy. Wychodzi bowiem na to, że broń atomową zbudowała ludzkość, tak ogólnie. Owszem amerykańscy naukowcy byli częścią ludzkości, ale przecież niecała ludzkość odpowiada za działania rządu USA. Na przykład mój ojciec nie przykładał do tego dzieła ręki. A używanie magicznego zwrotu zbudowano, obciąża nas wszystkich, po równo. Prosiłbym serdecznie dziennikarzy, żeby pisali, mówili konkretnie, kto zamordował, kto ukradł, kto zdefraudował. Bo zamordowano, ukradziono, zdefraudowano rozkłada odpowiedzialność prawie na wszystkich. A ja wolałbym wiedzieć, czy przypadkiem nie byłem zamieszany w defraudację. Bo obciążenie już jest, a gotówki nie widać.

Autobus, który napatoczył się rakiecie

Są sprawy, o których należy mówić poważnie i dobrym, precyzyjnym językiem. Jedną z nich jest wojna na Ukrainie, a już szczególnie rosyjskie bestialstwo wobec cywilów. Lecz oto w jednej ze stacji telewizyjnych widzimy film, ukazujący zniszczony przez rosyjską rakietę przystanek autobusowy. Potem jest ujęcie na dziennikarkę, która pokazywana jest na tle tego zdruzgotanego przystanku. Dziennikarka mówi: Ten przystanek autobusowy znalazł się w miejscu, w które ta rakieta uderzyła.

Obraz i sens są straszne, ale tekst dziennikarki, mimowolnie śmieszny. Wyszło bowiem na to, że przystanek przemieszczał się, i to tak nieszczęśliwie, że znalazł się na kursie rakiety. Tymczasem przystanek stał sobie spokojnie, w swoim miejscu, a rakietą go odnalazła. Przystanek nie był mobilny, ale rakieta tak. Przykre, że dziennikarka nie powiedziała tego normalnie, po ludzku. Dlaczego szukała jakichś wymyślnych form dla prostego opisu sytuacji?

Zawezwanie

Relacja z miejsca wypadku. Dziennikarka jest na miejscu zdarzenia i opisuje wypadek, w którym samochód osobowy potracił młodego rowerzystę. Niby nic trudnego, a jednak… W pewnym momencie dziennikarka mówi: Wtedy rodzina zawezwała policję o pomoc.

Poprawnie ten dziwoląg powinien być zbudowany tak: Wtedy rodzina wezwała na pomoc policję. Skąd się borą takie karkołomne i złe zdania? Dziennikarka popełnia w tym komunikacie dwa błędy. Pierwszy dotyczy tego, że można wzywać policję na pomoc, o pomoc można prosić, o pomoc można się zwracać, ale nie wzywać. Drugi kłopot mamy z nieszczęsnym zawezwała.

Dlaczego dziennikarka nie mówi, że rodzina wezwała, lecz zawezwała? Bo tak brzmi lepiej. Nic innego nie znaczy, ale brzmi dobrze. W ogóle mamy problem z tym przedrostkiem „za”. Rozpanoszył się i wciska wszędzie, a to dlatego, że wzmacnia siłę przekazu. Zwróćmy uwagę, że „za” dodane jako przedrostek bardzo często „kończy sprawę” i ma charakter działań definitywnych, ostatecznych. Można coś kupić, ale silniejsze jest zakupić. Można kogoś okuć w kajdany, ale silniejsze będzie zakuć. Można wreszcie kogoś bić, ale zabić jest ostateczne.

Poza tym – są teraz, oczywiście, sprawy ważniejsze niż poprawność języka. Niemniej, największy kłopot, lęk i obawy trzeba artykułować poprawnie. Może dlatego, że język jest naszą ostoją.

 

O teatrze lat 60. i 70. XX w. pisze WALTER ALTERMANN: Jerzy Trela 14.03. 1942 r.  – 15.05. 2022 r.

 

Tego samego dnia, 15 maja 2022 roku, odeszło dwóch wybitnych polskich aktorów – Ignacy Gogolewski i Jerzy Trela. W chwili śmierci Ignacy Gogolewski miał 90 lat, Jerzy Trela 80.

Obu tych wielkich aktorów dzieliło ledwie dziesięć lat, ale w sztuce teatralnej dzieliło ich wiele. W poprzednim artykule przypomniałem wspaniały dorobek Gogolewskiego, który był wybitnym aktorem swoich czasów, był tych czasów najdoskonalszym aktorem. Z kolei Trela żył i grał w innym już czasie, i był w „swoim teatrze” równie znaczącą postacią. Niby dzieliło ich jedynie 10 lat życia, ale naprawdę tworzyli w dwóch, jakże różnych epokach.

Pozwalam sobie tutaj opowiedzieć o tych różnych stylach i kształtach teatru. Trela, podobnie jak Gogolewski w swoich czasach, miał szczęście do pedagogów. Gogolewski w warszawskiej, a Trela w krakowskiej PWST. Potem jednak zaczynają się istotne różnice.

Teatr STU

Teatr STU został założony w 1966 roku, inspiratorem i szefem Krzysztof Jasińskiego. Była to inicjatywa grupy krakowskich studentów PWST, którzy zdecydowali się wyjść poza mury uczelni.

Jerzy Trela, jeszcze w czasie studiów, został jednym z założycieli i aktorem tego teatru, który był właściwie przedsięwzięciem właściwie prywatnym. Z czasem teatr zyskał instytucjonalnych opiekunów, ale początki, były takie, że STU został założony przez grupę młodych aktorów: studentów i absolwentów krakowskiej PWST. Ten teatr zakładali i grali w nim, poza Krzysztofem Jasińskim, Olgierd Łukaszewicz, Wojciech Pszoniak, Jerzy Stuhr, Jerzy Trela. Prawda, że nie byli to ludzie przypadkowi?

Bardzo istotną rolę odegrało też dwóch ludzi, którzy z PWST nie mieli nic wspólnego, ale w teatrze widzieli możliwość tworzenia. Pierwszy z nich to Edward Chudziński, drugim był Krzysztof Miklaszewski.

Edward Chudziński, naukowiec, związany był ze STU od jego powstania. W latach 1970–1993 był niezwykle ważną dla zespołu osobą – był kierownikiem literackim. Był też jako współautor (scenarzysta, dramatopisarz) wielu przedstawień, m.in. Spadania, Sennika polskiego, Donkichoterii, Tajnej misji, Na bosaka, Bram raju oraz widowisk plenerowych, m.in. Pieśni Wawelu. Jest także redaktor i współautorem publikacji książkowych o tym teatrze

Krzysztof Miklaszewski, to człowiek o niespożytej żywotności i pracowitości, aktywny w rozmaitych dziedzinach kultury. Erudyta, w mistrzowski sposób posługujący się zarówno słowem pisanym, jak i mówionym. W STU był współautorem – współdramaturgiem z Chudzińskim – najważniejszych spektakli. Miklaszewski w latach 1967–1971był również kierownikiem literackim STU. Miklaszewski uprawia krytykę teatralną, filmową i literacką. Jest dziennikarzem, pisarzem, autor adaptacji scenicznych, scenarzystą, reżyserem filmów oświatowych i dokumentalnych. Był współpracownikiem Tadeusza Kantora jako aktor występował w jego Teatrze Cricot 2.

Rewolucja kontrkultury

Dlaczego i kiedy młodzi artyści powołują do życia swoje sceny? Wtedy, gdy zastana klasyczna rzeczywistość im nie wystarcza. Gdy są przekonani, że tego co mają do powiedzenia, nie będą mogli dobrze wypowiedzieć w klasycznym, państwowym i instytucjonalnym teatrze. Krakowscy młodzi założyciele STU byli buntownikami, tak co do społecznej misji i powołania teatru, jak również co do formy,

W latach 70. XX w. Teatr STU zaznaczył swą obecność w światowym ruchu kontrkultury i sprzeciwu. Takie spektakle jak: Spadanie, Sennik polskiExodus, były prezentowane na międzynarodowych i krajowych festiwalach teatralnych. Teatr STU w Polsce „zaliczony został” do ruchu teatrów studenckich. Co prawda był to teatr zawodowców, i choć budziło to sprzeciw niektórych amatorów z tego ruchu, to inne, nowatorskie myślenie o teatrze, zupełnie inny, niż klasyczny sposób konstruowania spektakli sowicie wynagradzały widzom te nierówności. Faktem też jest, że Teatr STU mógł działać jedynie jako element ówczesnych teatrów studenckich.

Błogosławiona bieda

Jaki był ówczesny teatr studencki, lub alternatywny – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli? Przede wszystkim był szalenie agresywny, niemal plakatowy w swych społecznych wypowiedziach.

Teatry studenckie – w tym także STU – nie budowały drogich dekoracji. Nie szyto też dla aktorów drogich kostiumów. Światło teatralne również było skromne. Dlaczego? Bo żadnego z ówczesnych teatrów studenckich nie było na takie wymysły stać, bo te teatry były biedne Ale, o dziwo, była to błogosławiona bieda. Zamiast bowiem taplać się w sztukaterii teatralnej, oni zmierzali od razu do celu.

Repertuar tamtych czasów, w tamtych teatrach był wyrazem niezgody na nijakość życia społecznego, na życie wojenną przeszłością – mowa o II wojnie światowej. A jest przecież faktem, że elity krajów Wschodu i Zachodu zachowywały się identycznie. Dla nich prawem do sprawowania władzy były zasługi czasów wojny i okupacji. Przy czym te zasługi nie były – na szczęście dla jednostek – weryfikowane. W USA teatry kontrkultury wyrażały jawny i ostry sprzeciw przeciw wojnie z Wietnamem, młodzi ludzie nie widzieli bowiem żadnego sensu w umieraniu na drugim końcu świata, a tłumaczenia władzy o walce w imię zasad demokracji działały słabo.

Doszedł do tego jeszcze jeden czynnik – następstwo pokoleń. W roku 1970, ci którzy mieli po dwadzieścia kilka lat i kończyli edukację, dostrzegali, że wszystkie miejsca w dorosłym świecie są już zajęte przez kombatantów, którzy dobiegali sześćdziesiątki.

W Polsce teatry studenckie tamtego pokolenia – a przede wszystkim Teatr STU – nieodmiennie wyrażały sprzeciw wobec gnuśności i stagnacji. Szczególnie ulubionym celem ataków był język gazet, radia i telewizji. Cytowano ten język, obśmiewano i używano jako dowodu na bezmyślność władzy. Bo wszystkie media – poza dosłownie kilkoma gazetami – były państwowe, czyli rządowe.

W Polsce po roku 1968 nasilił się w teatrach studenckich sprzeciw wobec władzy. Dziś marzec 1968 roku kojarzony jest jedynie ze sprawą antysemickich wystąpień Gomułki, ale w dwa-trzy lata po 1968 młodzi ludzie pamiętali głównie o brutalnej pacyfikacji studenckich demonstracji.

Zapyta ktoś: a urząd cenzury? Nie obejmował zakresem swej działalności teatrów amatorskich, w tym studenckich. Oczywiście władza miała inne sposoby, żeby ingerować w treści płynące ze sceny. Były przecież wydziały kultury w gminach i miastach, ale większych ingerencji nie było z dwóch powodów. Po pierwsze władza traktowała artystyczny ruch studencki jak swoiste wentyl i amatorom pozwalała na o wiele więcej niż zawodowcom. Po drugie zakładano, że „treści wrogie lub nieprzychylne” docierają poprzez teatry do bardzo wąskiego grona osób. I tu się oczywiście myliła, bo tylko dwa spektakle Spadania w czasie Łódzkich Spotkań Teatralnych obejrzało niemal tysiąc osób. A potem te osoby szeroko opowiadały co widziały. A był to teatr zaskakujący formalnie i myślowo. Takie było społeczne tło teatru alternatywnego lat 60. i 70.

Jak grali

Aktorzy w tamtych offowych teatrach nie walczyli o piękno słowa. Ale też nie były to spektakle, w których bohater miał czas coś przemyśleć, zastanowić się, a potem klasycznie „wyartykułować”. Bo były to spektakle grane jakby w gorączce, w ogromnym napięciu, w niesamowitych nerwach – jakby za chwilę świat miał się zawalić i trzeba było jeszcze zdążyć wykrzyczeć swój ból, swoją sprawę do świata.

Ówczesnych widzów fascynowało niesamowicie szybkie tempo rozgrywania scen i ogromna zmienność sytuacji. A przy tym był to teatr „czysty”. Przez czystość rozumiem tu granie bez ozdobników, bez zalecania się i uwodzenia publiczności. Czystość oznaczała też jasne deklaracje co do tematów scen i całych spektakli. Teatr STU i cały teatr studencki, każdy teatr offowy dążył do jasnego wykładu swoich społecznych racji. Nie pamiętam żadnego ze spektakli offowych, który naśladowałby teatr zawodowy, w którym czas płynął wolniej, dostojniej.

Aktorzy doskonale rozumieli po co wychodzą na scenę, tworzyli jakby jedno ciało, naprawdę byli zespołem, dobrze dostrojonym, słuchającym siebie wzajemnie. Dla teatromanów tamtych lat Teatr STU i jemu podobni, byli objawieniem innych możliwości sztuki teatru.

Być może dlatego na różnych festiwalach teatrów studenckich pojawiali zawodowi, doskonali już reżyserzy. Niektórzy nawet zasiadali w jury, jak Jerzy Jarocki czy Józef Szajna.

W takim teatrze wychował się, taki teatr współkształtował Jerzy Trela, który jeszcze w czasie studiów zagrał w Teatrze STU rolę samozwańczego radcy Popryszczyna w Pamiętniku wariata według Mikołaja Gogola. Przedstawienie to zdobyło pierwszą nagrodę na międzynarodowym festiwalu teatralnym w Erlangen w RFN w 1966 roku.

Jerzy Trela przechodzi na zawodowstwo

Po studiach, w 1969 roku, zaangażował się do Teatru Rozmaitości (dzisiejszej Bagateli) w Krakowie, gdzie zagrał m.in. Płatona Kowalewa w adaptacji opowiadania Mikołaja Gogola Nos (1969, reż. Jan Łukowski) i Gołubkowa w Ucieczce Michaiła Bułhakowa (1969, reż. Halina Gryglaszewska.

Od 1970 roku do stycznia 2014 związał się ze Starym Teatrem w Krakowie. Tu, dzięki współpracy z twórcami prezentującymi różne estetyki, talent Jerzego Treli rozwijał się i dojrzewał. W przedstawieniach Jerzego Jarockiego, Konrada Swinarskiego, Andrzeja Wajdy i Kazimierza Kutza zagrał role różnorodne: od epizodów po bohaterów pierwszego planu, role, które należą do największych osiągnięć polskiego aktorstwa.

Najpierw Jerzy Jarocki zobaczył w nim aktora charakterystycznego, o zdolnościach do deformacji. Zagrał więc Czeladnika w Szewcach (1971) i przewrotnego Agenta Murdel-Bęskiego w Matce (1972) – słynnych inscenizacjach sztuk Witkacego.

Potem grał już wielkie role w przedstawieniach Konrada Swinarskiego. W Dziadach (1973) i Wyzwoleniu (1974), które zasługują niewątpliwie na miano wybitnych kreacji. Osobowość Jerzego Treli idealnie pasowała do reżyserskiej interpretacji Dziadów jako dramatu uniwersalnego, wyrażającego bunt przeciwko niewoli w każdej postaci.

Konrad Jerzego Treli zdaje się mówić: buntuję się, więc jestem. To nie jest bunt historyczny w tym znaczeniu, jaki temu pojęciu nadawali egzystencjaliści, bunt o odzyskanie wolności w społeczeństwie, ale raczej bunt metafizyczny. Wyzwanie skierowane przeciwko Bogu, który dopuścił w świecie zło, skazał człowieka na cierpienie i śmierć” pisał Bronisław Mamoń, Dziady, Tygodnik Powszechny, 4 marca 1973, nr 9.

Sam aktor mówił: „Ta rola była potężnym wyzwaniem, bo wiedziałem, że nie jestem w stanie zrobić tego, co Gustaw Holoubek u Kazimierza Dejmka w pamiętnych Dziadach z 1968 roku. Ale Swinarski chciał innego bohatera. Człowieka zwykłego. Jego Konrad zszedł z piedestału, wszedł na scenę z ulicy. To nie miała być tylko walka z zewnętrznym zniewoleniem, ale też z tym wewnętrznym, z samym sobą”. Artystą zostaje się później, wywiad Beaty Matkowskiej-Święs, „Gazeta Wyborcza” 9 lutego 2001, nr 34.

Kolejna wielka rola Treli u Swinarskiego to Konrad w Wyzwoleniu Wyspiańskiego. Znowu fascynował i skupiał uwagę widza na sobie.

„Rola Jerzego Treli jest namiętnym zaprzeczeniem teatru jako zwierciadła literatury. Jej myślowy i fizyczny wysiłek, zmaganie się aktora z materialnym oporem myśli i słów dramatu… Jak by trzeba żyć na co dzień, w jakiej temperaturze, aby to wszystko udźwignąć? Elżbieta Morawiec, „Konrad i Muza”, Teatr, 16-30 września 1974, nr 18.

Te dwa ostatnie spektaklu ugruntowały pozycję Treli. Zwróćmy uwagę, że we wszystkich recenzjach Jego ról pojawia się nieodmiennie, że Trela na scenie zmaga się, walczy.

Powiedzieć, że wyniósł to z teatru STU, byłoby nieprawdą. Myślę, że było odwrotnie. To on obdarował ten teatr swą pasją, żarem i tragicznym rozumieniem świata. Nie był aktorem letnim, grał całym sobą. Był jak kulisty piorun, który wpadał na scenę…

Jasiek w Weselu

Pamiętam doskonałe przedstawienie Wesela Wyspiańskiego, w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego, w Teatrze Starym w Krakowie. Jerzy Trela grał Jaśka. Byłem 12 czerwca 1977 roku na premierze, i sam to co poniżej widziałem. A było tak, że Grzegorzewski zamierzył swoje Wesele jako zimną, okrutną wiwisekcję polskiej duszy, polskich złudzeń i naszych odwiecznych zaniechań. Przez scenę, jak w upiornym tańcu, przewijały się kolejne postacie i osoby dramatu. Na scenie dominował wybebeszony fortepian. I taki też miał być ten spektakl. Przyznam się, że spektakl nie porywał. Ale jak miał porywać, gdy reżyser chciał zimnej wiwisekcji? Zrobiło się trochę nudno, choć nadal było kulturalnie. Finał poprzedziło otwarcie okien widowni na Plac Szczepański. I tak szłoby pewnie dalej, gdyby nie Jerzy Trela, jako Jasiek. W finale, gdy wszyscy są już zaczarowani i tańczą, Trela wpadał na scenę.

JASIEK

jakby tknięty, przytomniejąc

Jezu! Jezu! zapioł kur!

Hej, hej, bracia, chyćcie koni!

chyćcie broni, chyćcie broni!!

Czeka was WAWELSKI DWÓR!!!!!

CHOCHOŁ

w takt się chyla a przygrywa

Ostał ci sie ino sznur.

Miałeś, chamie, złoty róg.

JASIEK

aże ochrypły od krzyku

Chyćcie broni, chyćcie koni!!!!

A za dziwnym dźwiękiem weselnej muzyki wodzą się liczne, przeliczne pary, w tan powolny, poważny, spokojny, pogodny, półcichy — że ledwo szumią spódnice sztywno krochmalne, szeleszczą długie wstęgi i stroiki ze świecidełek podzwaniają — głucho tupocą buty ciężkie — taniec ich tłumny, że zwartym kołem stół okrążają, ocierając o się w ścisku, natłoczeni.

JASIEK

Nic nie słysom, nic nie słysom,

ino granie, ino granie,

jakieś ich chyciło spanie…?!

Dech mu zapiera Rozpacz, a przestrach i groza obejmują go martwotą; słania się, chylą ku ziemi, potrącany przez zbity krąg taneczników, który daremno chciał rozerwać; — a za głuchym dźwiękiem wodzą się sztywno pary taneczne we wieniec uroczysty, powolny, pogodny — zwartym kołem, weselnym —

Kogut pieje.

JASIEK

nieprzytomny

Pieje kur; ha, pieje kur…

CHOCHOŁ

nieustawną muzyką przemożny

Miałeś, chamie, złoty róg….

 

I wtedy połowa widowni głośno, połowa cichu – wszyscy zapłakali. Tyle było rozpaczy w Jego graniu, że nie sposób był pozostać bez współczucia. I nagle to zimne Wesele Grzegorzewskiego, w jednej, w ostatniej sekundzie zmieniło swój wymiar. Znowu stało się arcydramatem o nas, Polakach, uwikłanych w nasze niemożności. O nas nierozsądnych, ale przecież o nas. Nie wiem czy Jerzy Grzegorzewski był zadowolony, czy tak zamierzył, żeby na koniec zmusić nas widzów do wzruszeń? A może to sam Trela tak postanowił? W sumie było genialnie.

 

Nie piszę tu o całym bogatym życiu Jerzego Treli. Takie informacje można znaleźć na wielu internetowych stronach. Napisałem o Jerzym Treli jako naoczny świadek wielkich zmian w teatrze Polskim w latach 60. i 70. I jako człowiek zafascynowany jego aktorstwem.

Walter Altermann

O artyście starej szkoły aktorskiej pisze WALTER ALTERMANN: Ignacy Gogolewski 17.06.1931 r. – 15.05.2022 r.

Tego samego dnia, 15 maja 2022 roku, odeszło dwóch wybitnych polskich aktorów – Ignacy Gogolewski i Jerzy Trela. W chwili śmierci Ignacy Gogolewski miał 90 lat, Jerzy Trela 80. Obu tych wielkich aktorów dzieliło ledwie dziesięć lat, ale w sztuce teatralnej dzieliło ich wiele. W tym i następnym felietonie przypomnę dokonania i wspaniały dorobek obu artystów. Gogolewski był wybitnym aktorem swoich czasów, był tych czasów najdoskonalszym aktorem. Z kolei Trela żył i grał w innym już czasie, i był w „swoim teatrze” równie znaczącą postacią. Niby dzieliło ich jedynie 10 lat życia, ale naprawdę tworzyli w dwóch, jakże różnych epokach. Opowiem o tych dwóch różnych stylach i kształtach teatru.

Ignacy Gogolewski był wybitnym aktorem teatralnym i filmowym. Był także reżyserem, scenarzystą oraz wieloletnim dyrektorem kilku teatrów. W 1953 ukończył wydział aktorski warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Był jednym z ostatnich mistrzów starej szkoły aktorskiej.

Najważniejsze są początki

Dla studenta szkoły teatralnej jest szczęściem, gdy jego nauczycielami zawodu są wybitni aktorzy. Sztuka aktorska jest przecież również rzemiosłem, a praktykować trzeba u najlepszych majstrów. Wykładowcami Gogolewskiego byli: Jan Kreczmar, Maria Dulęba, Zofia Małynicz, Jan Świderski, Marian Wyrzykowski i Janina Romanówna. Od nich uczył się dbałości o czystość słowa, umiejętności operowania głosem, szacunku do rytmu prozy i wiersza.

Oglądanie Gogolewskiego na scenie było nie tylko przyjemnością, bo było także zadziwieniem. Potrafił, jak mało kto, wydobyć z postaci myśli i tony zaskakujące. I zawsze znajdował w swych postaciach cechy subtelne i delikatne. Jego bohaterowie byli – tak jak on – postaciami głęboko uduchowionymi, poruszającymi się w sferach uczuć i relacji między ludźmi na wysokim poziomie wrażliwości. Tak grał również w komediach.

Ignacy Gogolewski – był obdarzony bardzo dobrymi warunkami, był mężczyzną przystojnym, głos miał jasny, czysty i mocny. Miał zatem wszystkie predyspozycje, by grać w wielkim repertuarze klasycznym. Pracując nad sobą i rozwijając się, został jednym z ostatnich wielkich kontynuatorów starej szkoły aktorskiej.

Gustaw – pasowanie na artystę

Debiutował rolą Sekretarza w Lalce Bolesława Prusa, w reż. Bronisława Dąbrowskiego, w Teatrze Polskim w Warszawie, 1 stycznia 1954.

Prawdziwe uznanie krytyki i środowiska teatralnego przyniosła Gogolewskiemu rola Gustawa w Dziadach Mickiewicza w reżyserii Aleksandra Bardiniego w roku 1955. Było to pierwsze po wojnie wystawienie tego dramatu. Krytycy pisali, że „błysnął wybitnym talentem i opanowaniem warsztatu”, „oczarował publiczność swoją osobowością i pięknie podanym wierszem”. Młodego aktora uznano za kontynuatora tradycji teatru romantycznego.

Dziady Adama Mickiewicza uważane są za największy polski dramat, obok Wesela Wyspiańskiego. Uważa się też, że w rolach Gustawa i Konrada – choć niekiedy te role są łączone, i grane przez tego samego aktora – obsadza się aktorów młodych, ale rokujących największe nadzieje. Jeżeli aktor sprosta tej arcytrudnej roli, zdobywa niepisany tytuł szlachecki w polskim teatrze. Niektórzy z Gustawów – Konradów, zostają książętami teatru. Tak też stało się Gogolewskim.

Sam Gogolewski o początkach swojej kariery mówił: …zaangażowany po studiach do Teatru Polskiego zetknąłem się z całą plejadą ludzi wybitnych i takich, których nazwiska może niczego by dziś nie mówiły. Wszyscy oni razem stanowili akademię umiejętności zawodowych praw i reguł najczęściej niepisanych, lecz bez tych reguł dzisiejszy teatr nie ruszyłby z miejsca… („Teatr” 5/1974).

 

Teatr klasyczny

 

Jaki był polski teatr lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych? Przede wszystkim był w trudnej sytuacji, bo do roku 1955 panującą doktryną był socrealizm – tak w treści sztuk, jak i w zasadach ich realizacji na scenie.

Niemniej były sposoby, na obejście tego nieszczęścia. Głównym chwytem na doktrynerów była klasyka. Przekonano władze, że bez klasycznego repertuaru nie ma co grać. Tym bardziej, że „nowych sztuk” było mało, a publiczność nie chciała ich oglądać. To, dlatego grano Fredrę, Słowackiego, w końcu Mickiewicza. Grano też klasykę francuska i rosyjską.

Tu trzeba powiedzieć jeszcze i to, że teatr polski zawsze był teatrem tekstu, literatury. W Europie, od połowy XIX wieku teatr zaczął się zmieniać. Pojawiły się widowiska iluzjonistyczne, pojawiły się wielkie inscenizacje. Stało się tak za sprawą pojawienia się w teatrach światła elektrycznego, bo dawało ono możliwości budowania przestrzeni w głąb sceny – patrząc od widza.

W Polsce natomiast, pozostającej pod zaborami, nie było takich możliwości – poza Lwowem i Krakowem. Tak naprawdę trzy polskie rozbiorowe dzielnice były biedne a zaborcy niechętnie patrzyli na polskie inicjatywy budowania teatrów, a nawet na polską kulturę. Przed I wojna światową jedynym polskim artystą teatru, który podjął się reformowania teatru był Wyspiański. Ale, były to próby nie do końca akceptowane przez aktorów oraz widzów. Tym samym więc na polskich scenach królował repertuar, którego główną siłą i atrakcją był dialog. Próby realizacji w Polsce współczesnego teatru, rozumianego jako „czysta forma”, miały miejsce po 1918 roku, a ich prekursorem był Stanisław Ignacy Witkiewicz.

Prawdziwa jednak reforma teatru jako sztuki miła dopiero miejsce w latach sześćdziesiątych XX wieku. Ale o tym napiszę w następnym felietonie, poświęconym Jerzemu Treli

Polacy od pokoleń, przyzwyczaili się do teatru dialogu. Lub jak chcą nowatorzy – „gadanego”. Ten klasyczny teatr miał swoich wielkich aktorów i reżyserów. Nie miejsce tu ich wymieniać, ale należy powiedzieć, że w ramach przyjętych założeń ten teatr bywał doskonały. A jednym z najwybitniejszych przedstawicieli „klasyczności” był właśnie Ignacy Gogolewski.

Następne znaczące role Gogolewskiego

Kolejne role Gogolewskiego ugruntowały zasłużenie jego pozycję „gwiazdy”. Maurycy w Lecie w Nohant Jarosława Iwaszkiewicza (1956), Achilles w sztuce Artura Marii Swinarskiego Achilles i Panny (1956), Rizzio w Marii Stuart Juliusza Słowackiego (1958), tytułowa rola w Mazepie Juliusza Słowackiego (1959). W Teatrze Dramatycznym grał m.in. Pastora Hale w sztuce Arthura Millera Proces w Salem (1959) i Jęzorego w sztuce W małym dworku Witkacego (1959).

 

Gogolewski miał szczęście, że obsadzano go w rolach dających mu szansę na nieustanny rozwój.

Grał Nerona w Brytaniku Jeana Racine’a (1963), Gustawa w Ślubach panieńskich Fredry

Jego wielkim osiągnięciem była rola Zygmunta Augusta w Kronikach królewskich Wyspiańskiego, (1968), w reżyserii Ludwika René w Teatrze Dramatycznym.

 

Udział w tym przedstawieniu pozwolił Gogolewskiemu na coś więcej niż samą demonstrację dojrzałości swej sztuki, (…) pokazał swojego Zygmunta Augusta w pełnym wymiarze narastających uczuć, konsekwentnego w grze miłosnej i w grze o władzę, pełnego żaru w scenach wyznań i scenach żałobnych lamentacji. (Witold Filler, „Ignacy Gogolewski”, WAiF Warszawa 1979).

 

Role telewizyjne i filmowe

 

W rolach telewizyjnych Ignacego Gogolewskiego, są niezwykle różnorodne. Są tam romantyczne kreacje obok postaci realistycznych. Zagrał Rodriga w Cydzie Pierre’a Corneille’a (1969), tytułowego Mazepę w dramacie Juliusza Słowackiego (1969), Zenona Ziembiewicza w Granicy Zofii Nałkowskiej (1970), Jego w Drugim pokoju Zbigniewa Herberta (1970), Tadeusza w Śniadaniu u Desdemony Janusza Krasińskiego (1975).

Gogolewski występował w filmach najwybitniejszych polskich reżyserów: w Trudnej miłości (1953) i Samotności we dwoje (1968) Stanisława Różewicza, Wystrzale (1965) i Hrabinie Cosel (1968) Jerzego Antczaka.

 

Najbardziej znaną jednak rolę, czyli Antka Borynę, zagrał w serialu Chłopi Jana Rybkowskiego, scenariusz na podstawie powieści Władysława Reymonta (1972). W tej roli Gogolewski zaskakiwał i przykuwał uwagę widza dwiema, zdawałoby się skrajnymi postawami; prostotą oraz niebywałą witalnością, żądzą miłosnego zaczadzenia.

 

Antek Boryna – czerpie swą siłę z nieprzemijającej wiary w ziemię. (…) To wieśniak posiadający jakby prostotę majestatu, wrodzoną godność osobistą, obie te cechy zrodziły się z nieustannego obcowania z ziemią – żywicielką i władczynią jednocześnie… (Lidia Klimczak, „Aktor znaczy indywidualność”, „Panorama Polska” nr 5/1984).

 

I jeszcze jeden cytat z opinii o aktorze: W dorobku artystycznym Gogolewski najbardziej cenić trzeba obecność wewnętrznej dialektyki. Tworzenie czegoś, a następnie wyzwolenie się z tego, co zostało stworzone. (…) Gogolewski, pierwszy po wojnie Gustaw-Konrad, wypracował styl romantyczny. Cechą charakterystyczną tego stylu jest nierozłączne splecenie walorów lirycznych i dramatycznych. Lecz Gogolewski stworzywszy pewien styl w aktorstwie, zadbał, aby się zeń wyzwolić. Dlatego Gogolewski grywa w Witkacym… (Krzysztof Głogowski, „Słowo Powszechne” nr 14/1976).

Kłopoty, ale poza sceną

 

W stanie wojennym Ignacy Gogolewski, wówczas dyrektor teatru w Lublinie, zdecydował się złamać bojkot środowiska i podjął współpracę z telewizją, przenosząc do Teatru Telewizji lubelskie przedstawienia, m.in. wyreżyserowany przez siebie Pierwszy dzień wolności Leona Kruczkowskiego (1982). Później wielokrotnie bronił swej decyzji, uzasadniając ją wykorzystaniem szansy, jaka pojawiła się przed prowincjonalnym teatrem.

 

W latach 2005-2006 Ignacy Gogolewski był prezesem Związku Artystów Scen Polskich. Objął tę funkcję przy sprzeciwie części środowiska, które pamiętało zachowanie aktora w latach 80., kiedy Gogolewski poparł wówczas stan wojenny.

 

Aktor był przewodniczącym Kapituły Członków Zasłużonych ZASP.

 

I na koniec moje prywatne przeżycie. Ciągle mam przed oczami scenę z Chłopów, w której Antek wraca wiosną do domu z aresztu. Widzimy człowieka, który jakby wita się ze swoją okolicą, ziemią, całą przestrzenią, w której żyje. Widzimy, jak cieszy go i zachwycają go drzewa, pola… I niemal odczuwamy wraz Antkiem siłę, która spływa nań z łąk, lasów i pól, i z bezchmurnego nieba… Scena jest bez jednego słowa, ale Rybkowski z Gogolewskim najdoskonalej, jak tylko można, w tej jednej scenie oddali całą filozofię Reymonta, która legła u początków jego noblowskiego dzieła.

Ignacy Gogolewski był mistrzem.

O niektórych artystach i ich krytykach pisze WALTER ALTERMAN: Anonimowi tropiciele z Wikipedii

Z roku na rok, ba, teraz już nawet z miesiąca na miesiąc rosną w Polsce zwarte szeregi nieomylnych. To skutek, a zarazem przyczyna zaciekłej walki politycznej. Każda z pięciu dużych partii parlamentarnych chce mieć patent na nieomylność. Jedni drugim, czwarci trzecim wyciągają dawne deklaracje, diagnozy i hasła polityczne.

Właściwie nie ma obecnie w naszym kraju debaty politycznej, opartej na głębszych analizach programów, sytuacji obecnej i projektowanej. Obserwuję bacznie co dzieje się w tej mierze w różnych stacjach telewizyjnych, portalach i mediach społecznych. I widzę, że wszystkie one unikają jak ognia poważnego podejścia do tematów gospodarki, edukacji, służby zdrowia, poziomu zarobków, emerytur czy wolności obywatelskich.

Przepis na oglądalność

We wszystkich „środka masowego rażenia” panuje wspólne przekonanie co do jednego – nasz słuchacz, widz, czytelnik nie ma zdrowia do śledzenia i wyciągania samemu wniosków w sprawach trudnych. Chcąc go jednak zatrzymać przy ekranie komputera, czy telewizorze – bo to przekłada się na oglądalność, a ona na reklamy, a reklamy na żywą gotówkę – musimy działać hasłowo, ogólnie, a najlepiej personalnie. Bierzemy zatem do tzw. debaty dwóch polityków, z dwóch przeciwnych sobie obozów i niech sobie ubliżają, niech się obrażają, niech jeden drugiemu zarzuca głupotę, zdradę narodowych interesów, obcą agenturę… Ludzie takie naparzanki lubią!

Moim zdaniem przyczyną nie są nadchodzące powoli, ale nieuchronnie, wybory. Myślę, że my Polacy, po prostu, lubimy wojny. Póki co walczymy w specyficznej wojnie domowej. Jeżeli tak mają się objawiać resztki waleczności naszych przodków, to ja dziękuję, nie biorę w tej wojnie udziału.

Artystów grzechy intymne

Jest jeszcze gorzej, bo obsesje maniakalnych śledztw dotyczących zaprzeszłych grzechów, pomyłek i inności przeszły na teren sztuki, a właściwie na artystów. Ostatnimi miesiącami pojawiło się w internecie kilka publikacji dotyczących dwóch wielkich polskich artystów – Chopina i Słowackiego. Co spowodowało tak nagłe i niespodziewane zainteresowanie postaciami największego polskiego kompozytora i największego polskiego poety?

Tu robię marginalną uwagę, że dla wielu największym poetą jest Mickiewicz. Mogę się zatem zgodzić, że Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki są najwięksi, obok siebie i po równo.

Wracając do pytania, co się stało, że nagle wzrosło zainteresowanie autorem „Kordiana” oraz kompozytorem licznych polonezów? Czyżby odkryto jakieś nieznane ich utwory? Nie, autorzy publikacji dotyczących życia mistrza słowa i mistrza fortepianu niczego nie odkryli. Zainteresował ich natomiast domniemany homoseksualizm obu znamienitych rodaków.

Jest faktem, że życie intymne obu mistrzów o dawna budziło takie podejrzenia, lub lepiej powiedzieć – konstatacje. Ale nikt, z poważnych badaczy ich życia i twórczości, nie zajmował się tym aspektem ich charakterów. Starzy panowie badacze zachowywali się z klasą. Bo też orientacje seksualne Chopina i Słowackiego niczego w ich twórczości nie determinowały.

Natomiast teraz – w dobie nieszczęsnej wolności słowa – znaleźli się jacyś ludzie, którzy czynią ze swych „odkryć” sensacje. Napisałem zdanie wyżej o „nieszczęsnej wolności słowa”, bo żeby z tej wolności korzystać trzeba mieć klasę, maniery i gust. A tu, niestety, prostactwo dostało tubę i biega z nią po ulicach, wykrzykując co tam komu ślina na język przyniesie. Nie jestem oczywiście za jakąkolwiek cenzurą, ale „trochę samokontroli, autocenzury mieć trzeba. Tak co do myśli, języka i uczynków. Albowiem piszący grzeszą myślą, mową i uczynkiem – jak poucza nas Kościół. Niestety bezkarność Internetu jest wielka, a obrzydliwość jeszcze większa.

Podać faję staruszkowi

Powyższy śródtytuł pochodzi z tekstu Sławomira Mrożka, z opowiadania „Ucieczka na południe’. W tym arcyzabawnym opowiadaniu dwóch urwisów poznaje Małpiszona, który mówi jak człowiek, choć jest małpą, a dodatkowo obdarzoną ogromną siłą. Dwóch chłopaków, chcąc zarobić pieniądze na ucieczkę, wystawia małpiszona do turnieju bokserskiego. Małpiszon nokautuje z rzędu kilkunastu przeciwników. Wtedy pojawia się Trener, który radzi całej trójce jak trzeba robić karierę, czyli pieniądze. Otóż, według Trenera, trzeba jakiemuś staruszkowi podać faję, czyli pobić go. Wtedy wszystkie gazety potępią Małpiszona, ale reklamę i pieniądze będzie miał, a wyrok w zawieszeniu.

Coś mi się zdaje, że bardzo wielu osobników publikujących w mediach elektronicznych swe „przemyślenia” zna ten sposób. I dlatego stara się skopać jakiegoś Wielkiego Polaka, czyli podać takiemu – najlepiej już nieżyjącemu – mrożkowską faję. Pomysł to ohydny, ale skuteczny.

Mrożek – wielki skopany

Wyciąganie grzechów młodości lub nawet młodzieńcze opowiedzenie się po złej stronie politycznej jest ulubionym zajęciem ogromnego zastępu tropicieli prawdy jedynej. Taki los spotyka wielu znanych artystów w Wikipedii. Nie znajdziemy tam w życiorysie Sławomira Mrożka ani słowa o jego kunszcie artystycznym, o tym jak jego twórczość oddziaływała na miliony Polaków – tak w sensie czysto artystycznym, jak moralnym. Tropicieli interesują „grzechy i grzeszki” wybitnych pisarzy.

Zacznijmy od tego, co Wikipedia ma do powiedzenia o wybitnym noweliście i dramaturgu.

„Sławomir Mrożek (ur. 1930 – zm. 2013) – polski pisarz oraz rysownik. Autor satyrycznych opowiadań i utworów dramatycznych o tematyce filozoficznej, politycznej, obyczajowej i psychologicznej. Jako dramaturg zaliczany do nurtu teatru absurdu. Zadebiutował w 1950 jako rysownik, od 1953 publikował cykle rysunków w Przekroju. Wydane w tym samym roku zbiory opowiadań: Opowiadania z Trzmielowej Góry oraz Półpancerze praktyczne stanowiły jego literacki debiut. W 1953 podpisał tzw. Apel Krakowski, wyrażający poparcie dla stalinowskich władz PRL po aresztowaniu pod sfabrykowanymi zarzutami duchownych katolickich, skazanych w sfingowanym procesie księży kurii krakowskiej i skazaniu na karę śmierci Edwarda Chachlicę, Michała Kowalika i księdza Józefa Lelitę…”

Pomijam, że zaklasyfikowanie twórczości teatralnej Mrożka do gatunku teatru absurdu jest bez sensu, bo „Tango” i „Emigranci” nie mają nic wspólnego z absurdem. Absurdem natomiast jest nazywanie Mrożka rysownikiem, bo wykonał w życiu kilkadziesiąt satyrycznych rysunków. Poziom wiedzy autora strony w Wikipedii o literaturze jest przykry. I nie sięga nawet poziomu przeciętnego maturzysty. A przecież autor pisze o literacie!

Muszę jednak serio, bez żartów, potraktować umieszczenie w życiorysie pisarza informacji o podpisaniu przez niego tzw. Apelu Krakowskiego, popierającego ówczesnego władze w procesie księży kurii krakowskiej. Jest to o tyle zdumiewające – ze strony Anonima z Wikipedii – że później ani słowem nie zająknął się o dalszym życiu Mrożka, łącznie z emigracją i powrotem do Polski.

Sprawa procesu księży kurii krakowskiej jest straszna. To jedna z wielu podobnych prób marginalizowania roli kościoła w powojennej Polsce. To zbrodnia. Takie są fakty. Ale muszę zauważyć, że Sławomir Mrożek miał wówczas 23 lata, a całą swą twórczością zasłużył chyba na rozgrzeszenie*. Ale autorowi wpisu w Wikipedii chodziło – co widać wyraźnie w identycznej prawie notce choćby o Wisławie Szymborskiej – o „dowalenie, skopanie Wielkiego”.

Dla mnie i mojego starego już pokolenia Mrożek był i pozostanie nauczycielem logiki i moralności. I nic tu żaden turkuć podjadek, tropiciel i odkrywca z Wikipedii nie zdziała. Mrożek był i pozostanie wielki, a autor – zresztą anonimowy – pozostanie anonimowym nikim.

 

*Wszystkim trzem oskarżonym w procesie Kurii Krakowskiej zmieniono karę śmierci na dożywocie, a po 1956 roku uniewinniono ich i wyszli na wolność.

 

WALTER ALTERMAN: Przykre słabości UE, czyli ciężka choroba unijna

Moskwa obnażyła słabości UE i NATO próbując skompromitować obie te organizacje. Owe słabości mogą jednak stać się ich siłą. Pod warunkiem, że wszystkie kraje członkowskie razem i każde z państw osobno uświadomią sobie w pełni sytuację i postanowią ją diametralnie zmienić.

Inwazja Rosji na Ukrainę była dla wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej i NATO ogromnym zaskoczeniem. Od upadku ZSRR, czyli przez prawie 30 lat Europa i cały wolny świat żyły w błogim przekonaniu, że nastąpiła wreszcie paruzja, czyli biblijny Dzień Pański – drugie przyjście Chrystusa. Według Nowego Testamentu oznacza to powrót Zbawiciela w chwale pod koniec dziejów. Wtedy to nastąpić ma zwycięstwo nad złem, wskrzeszenie umarłych, a przede wszystkim Sąd Ostateczny.

Lechu szedł po drugiego Nobla

Głosicielem tej ewangelicznej tezy był, między innymi, Lech Wałęsa, który wielokrotnie zapewniał, że żadnej wojny już nie będzie, bo wszystkie państwa są ze sobą tak mocno powiązane interesami, że nikomu nie będzie się opłacało walczyć. Na potwierdzenie tych słów Wałęsa przed kamerami mocno splatał palce dwóch dłoni. I uśmiechał się błogo, co miało znaczyć, że on sam to załatwił, bo samodzielnie obalił przecież komunę. Zdaje mi się, że Wałęsa marzył wtedy o drugim Noblu. Z ekonomii.

Samozadowolenie Zachodu

 

Prawdę mówiąc, Zachód był niezmiernie przez te ostatnie 30 lat zadowolony z siebie, bo upadek komuny stworzył dlań nowe rynki zbytu. Na terenach byłego imperium sowieckiego oraz byłych państw bloku Zachód uzyskał też względnie tanią siłę roboczą oraz dostęp do niedrogiej energii. Jeżeli dodać do tego, że handel z Chinami był dla Europy nader intratny, wziąwszy pod uwagę tanie produkty oferowane przez Państwo Środka oraz chłonność największego azjatyckiego rynku na produkty europejskie.

Dlaczego Zachód uważał, że tak będzie zawsze? Że gaz będzie zawsze tani a Chińczycy zawsze będą pracować za miskę ryżu? Dlaczego w Berlinie, Paryżu i Rzymie lekceważono, potencjalne zagrożenia, dlaczego dano się złapać w pułapkę nastawioną przez Rosję i Chiny? Czy nie było żadnych politologów, filozofów, którzy byliby w stanie artykułować mądre prognozy? Byli, ale nikt ich nie słuchał.

W demokracjach europejskich chodzi bowiem tylko o jedno – zdobyć władzę w kolejnych wyborach. I żadna partia nie myśli dalej niż od 5 do 6 lat do przodu. U nas także. Uważam zresztą, że nie jesteśmy jeszcze wystarczająco silnym państwem, abyśmy mogli podawać ton całej Unii.

Bezmyślność biurokracji

Ogromny, jeśli nie główny, udział w tej bezmyślności ma też biurokracja Unii Europejskiej. Ta organizacja powstała jako narzędzie wzajemnego handlu między państwami założycielami Wspólnoty Węgla i Stali. Po 1945 roku narody Zachodu uświadomiły sobie, że obie wojny światowe miały swe źródło w bezkompromisowej konkurencji gospodarczej i próbach dominacji. I tak 18 kwietnia 1951 r. na mocy traktatu paryskiego podpisanego przez Belgię, Francję, Holandię Luksemburg, RFN oraz Włochy powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Traktat wszedł w życie 23 lipca 1952 r., a czas jego ważności określono w umowie na 50 lat.

Niestety były to miłe złego początki, bo z każdym rokiem administracja Wspólnoty, potem Unii Europejskiej usamodzielniały się, przejmowały coraz więcej kompetencji i decyzji. W końcu doszło do sytuacji, jaką mamy teraz. UE stała się bytem samodzielnym, niezależnym od państw i rządów państw, które ją powołały do życia.

Kto właściwie rządzi?

Dzisiaj ogromnym terytorium Europy nie kierują już narodowi politycy. Staliśmy się wszyscy niewolnikami urzędników. Wystarczy popatrzeć na cynizm i butę bijące z oblicz komisarzy, europarlamentarzystów, zastępców komisarzy, przewodniczących i współprzewodniczących, a nawet doradców… Krótko mówiąc, państwa członkowskie zrzekły się swej władzy i oddały ją w ręce abstrakcji. Czy abstrakcja może mieć ręce? W przypadku UE ma i to bardzo długie.

Urzędnicy UE zajęli się tym, co najłatwiejsze. I zamiast pilnować równowagi gospodarczej, owocnej współpracy w sferze przemysłu i handlu, skupili się na tzw. wartościach wyższych. Nie mówię, że zakres ich zainteresowań jest nieważny, ale przecież nie tylko.

Tolerancja, wolność dla transseksualistów, wolność słowa, klimat, czyste rzeki i jeziora, czyste powietrze, zwalczanie węgla i gazu ziemnego, ostre napiętnowanie elektrowni atomowych, samochody elektryczne zamiast benzynowych… to są główne pola walki urzędasów UE.

Wartości

Peter Handke, znakomity pisarz, laureat Nagrody Nobla, napisał ostatnio: Czułe, głębokie wartości ludzkości są wszędzie. Wartości są w formach wielkich dzieł. Wartości są w szlochu dziecka. Albo w dziecięcym podskoku. Wartości europejskie? Dupki. Kto chce, niech używa ich do zaprzeczania swojemu życiu, niech się nimi bawi, niech o nich śpiewa, niech je maluje, ale niech przestanie zamieniać wartości europejskie w topór przeciwko innym. Ludzie, którzy tak mówią, to nowy motłoch”.

Co jest grane?

A co w tym czasie robią rządy państw członkowskich? Odnoszę wrażenie, że nic lub niewiele. Cała Unia Europejska jest sama sobą znudzona. Wszystko było ładnie poukładane, był rozwój, eleganckie przyjęcia, grały orkiestry, były wystawne kolacje i obiady… Przyjeżdżali Chińczycy i Rosjanie, zapewniali o serdecznej przyjaźni, w duchu „braterskiej współpracy”. Żyć nie umierać.

Muszę tu dodać, że cały aparat UE, łącznie z europarlamentarzystami ma godziwe zarobki, przychylne dla zdrowia warunki pracy w nowych budynkach i perspektywy na bardzo wysokie emerytury. Robota nie jest nerwowa i nikt sobie rąk do kości nie zedrze. Europa wyhodowała agresywną ekipę darmozjadów, którzy zamiast z wdzięczności całować po rękach rządy państw członkowskich, stawiają się ponad nie.

Coś tu nie gra. A właściwie nic nie gra.

Co robić?

Nie piszę tego, chcąc opowiedzieć się przeciw unijnym działaniom w sprawie naszych sądów, węgla brunatnego czy ochrony lasów i naszego leśnego zwierza. Nie. To są tylko przykłady. Jak to mówił pewien lokalny działacz partyjny w czasach komuny „poszedłem po całości”. Bo tak zorganizowana Unia Europejska jest skandalem. I to skandalem bardzo wysoko opłacanym.

Kapitalizm uwolnił się od kontroli państw w latach 60. XX wieku. I teraz, ku zadowoleniu rządów i kapitalistów, panujący nam system ekonomiczny jest bez żadnej kontroli. I nie ma też żadnych społecznych obowiązków. Kiedyś taki Izaak Poznański, łódzki baron bawełny, budował, pod przymusem władz, szkoły, mieszkania i szpitale, a dzisiaj?

A teraz uwalniają się właśnie unijni urzędnicy. Uwalniają się od nadzoru i kierowania przez państwa. Zatem właściwe dwa pytania brzmią: 1. Po jaką cholerę państwa utrzymują rządy? 2. Czy rzeczywiście urzędnicy unijni dążą do stworzenia jednego ponadnarodowego państwa?

Teoretycznie nie byłoby w takim wielkim państwie nic złego, gdyby nie mały szczegół. Otóż, jeżeli już w tej chwili urzędnicy UE narzucają lub próbują narzucać, swą wolę państwom słabym, małym, to co będzie w przypadku tego „mega, giga” państwa?

Nie jestem za naszym wyjściem z UE, nie jestem też za samolikwidacją Unii. Uważam natomiast, że ten służebny twór nadto się rozrósł, zhardział i w sumie oszalał. Skutkiem czego jest szkodliwy. Pora więc wrócić do źródeł. Pora też sprawić, żeby rządy narodowe wzięły się do ciężkiej pracy. Darmo przecież nie pracują, choć wszystkie i od zawsze sprawiają wrażenie, że bardzo się dla zwykłego obywatela poświęcają.

 

O polityce w nowych dekoracjach pisze WALTER ALTERMAN: Słoń a sprawa polska*

*Tytuł pochodzi z felietonu Karola Irzykowskiego. Ten poeta, powieściopisarz, krytyk literacki  i jeden z pierwszych naszych krytyków filmowych zauważył, że Polacy żyją w, zamkniętym na sprawy innych narodów, wyłącznym świecie polskości.

Po tylu latach od chwili, gdy Irzykowski napisał to mądre zdanie, trzeba stwierdzić, że nasz polonocentryzm umacnia się. Mimo tego, że mamy już paszporty na cały świat, a po Unii Europejskiej podróżujemy bez paszportów. Czy czegoś w szerokim świecie uczymy się, poza kuchniami inny nacji? „Przypuszczam, że wątpię” – jak mawiał pan Piecyk, bohater felietonów Wiecha. A co najbardziej rozczarowuje w Polsce i Polakach? Nie interesuje nas światowa polityka. I jak za czasów Irzykowskiego, uważamy, że Polska jest centrum świata, dlatego jesteśmy tak ważni dla planety, dlatego inni muszą się z nami liczyć i szanować. Jeżeli już czymkolwiek światowym interesujemy się, to tylko z naszego, polskiego punktu widzenia.

Gazety i portale piszą czasami o odległych krajach Ameryki Południowej, Azji i Afryki, ale tylko po to, żeby opisać, jak żyje się tamtejszej Polonii. I jakie sukcesy ewentualnie osiąga. Z takich artykułów nie dowiemy się niczego o „tubylczej” ludności, gospodarce kraju, strukturach partyjnych, relacjach z sąsiadami, trendach rozwojowych. Metoda pisania takich artykułów jest taka, że piszący zakłada rezolutnie, iż kraj jest wszystkim bardzo znany, zatem skupia się na Polonii. Zresztą, od kiedy pamiętam, agencje, gazety, portale bardzo skąpią nam informacji o świecie.

                                                            Lapid a sprawa Polska

Ostatnim przykładem niedoinformowania Polaków jest zmiana premiera w Izraelu. Nikt nie pisze dlaczego pan Jair Lapid został premierem. Skąd taka zmiana, skoro Izraelczycy mieli już stałego premiera, którym wielokrotnie bywał Benjamin Netanjahu? Owszem pojawiają się komentarze, z których wynika, że Lapid jest Polakom nieprzychylny i roszczeniowy wobec Polski. Z czego wynika, że większość parlamentarna w Knesecie jest taka jak ten Lapid. Irzykowski w niebie śmieje się zapewne, bo Lapid występuje teraz jako ten słoń.

Serio zaś mówiąc, nie można nigdzie znaleźć informacji, dlaczego pan Lapid uzyskał większość głosów. Na co liczą partie, których parlamentarzyści na niego głosowali? Tu i ówdzie pojawiają się drobne wzmianki, że Lapid jest politycznym awanturnikiem, nie miał nawet licencjatu, gdy zaczął pisać doktorat; że kłamał i kłamie co do losów swych przodków. Wszystkie takie ciekawostki są na poziomie portalu Pudelek z Pomponikiem. Nigdzie nie ma natomiast rzetelnej analizy, poważnego obrazu współczesnej sceny politycznej małego, ale znaczącego państwa Izrael. Dlaczego? Bo czytelnika to nie interesuje i coraz mniej jest dziennikarzy znających światowe tematy.

Czy jesteśmy zatem w stanie prowadzić politykę międzynarodową, skoro nasze społeczeństwo nie ma bladego pojęcia co się na tym świecie dzieje? A może jednak mamy wąską, ale za to sprawną grupę polityków będących mistrzami polityki międzynarodowej z rozmysłem nie mówią „co tam panie w polityce”, żeby nas nie denerwować?

Oczywiście czepiam się Polaków, bom tu urodzony i wiem, że na całym świecie elity polityczne akceptują stan ciemnej masy wyborczej. Bo tak jest łatwiej jest rządzić. W dzisiejszym świecie polityka ogranicza się do haseł. Takie hasła wyborca ma zaakceptować lub odrzucić, bez zadawania męczących pytań.

                                                      Ukraina to nie tylko wojna

Wyjątkiem spraw słoniowatej polityki zagranicznej w Polsce jest dzisiaj wojna na Ukrainie, bo to rzeczywiście jest sprawa ważna dla Polaków. I dzieli nas jedynie granica. Ale też nie można się dowiedzieć z czego Ukraina żyła przed wojną, jaki jest tam przemysł, jakie surowce, jaka technika. Wszyscy dziennikarze skupiają się na wojnie i batalistyce. Owszem jest to istotna sprawa, ale przecież warto by wiedzieć w jakim kraju sprawy się toczą.

Dlaczego geografia polityczna, gospodarka są bardzo ważne? Bo żeby działać trzeba rozumieć. Żeby w rozumieć, trzeba wiedzieć. A w polskich relacjach dziarskie i solidarnościowe okrzyki zagłuszają społeczną prawdę.

                                                         Spisek, zdrada, agentura

Polskie media są głęboko zaskoczone i przykro zdziwione, że nie wszyscy na świecie popierają Ukrainę i NATO. Oto Rosja znalazła popleczników w wielu państwa Azji, Ameryki Południowej i Afryce. Dla wielu naszych dziennikarzy był to szok. Bo jakże to tak można? A kto to widział? I tak nasze media trwają w osłupieniu. Gdzieniegdzie można przeczytać, że to skutek sprytnej polityki międzynarodowej Putina. I spisek.

Spisek jest ulubionym słowem-wytrychem, które w polskich mediach zastępuje przemyślenie sprawy, zastanowienie i wyciągnięcie wniosków. A byłoby nad czym myśleć. Poza spiskiem mamy też takie proste pojęcia jak: zdrada i agentura. Nie sądzę jednak, żeby trzy proste słówka – poza emocjami – mogły wnieść cokolwiek do naszej wiedzy o świecie.

Kłopot z naszym polonocentryzmem jest też i taki, że geografia polityczna w umysłach nawet licencjatów i magistrów właściwie nie istnieje. I teraz wszyscy są zdziwieni, że niektóre z tych dalekich państw nie popierają NATO. Jest też spora grupa i takich państw, które popierają Rosję.

Pomijam tutaj obecną politykę Węgier – koniec końców członka NATO i UE – bo jest ona oparta na resentymentach i marzeniach o wielkim państwie, a zrozumienie takich ciągot przekracza granice rozumu skromnego felietonisty. Właściwie jedynym wyjaśnieniem postawy rządu Orbana jest przyjęcie założenia, że działa on „na rynek wewnętrzny”. Węgrzy, jak wiele innych narodów, kochają swój kraj i odbierają swego premiera jako osobę również kochającą, tyle że mocniej, bo ma sporą władzę.

                                                          Nieuregulowane długi

Najsilniejsze militarnie państwa NATO nie wszędzie spotykają się z wyrazami miłości. Gdybyśmy choć trochę chcieli wykorzystać znajomość historii ostatnich dwustu lat, to okazałoby się, że wiele państw Azji, Ameryki Południowej i Afryki nie ma najmniejszych powodów, żeby darzyć Wielką Brytanię, Francję, Holandię, Portugalię, Holandię i USA jakąkolwiek sympatią. Bo mamy tu do czynienia z koloniami i kolonizatorami.

Gdy po II wojnie światowej – pod naciskiem USA – nastąpiła dekolonizacja Afryki i Azji, wiele europejskich krajów uznało, że sprawa jest ślicznie zakończona. W tym i my, bo u nas w latach 60-tych tę wielką zmianę przedstawiano jako ogromny sukces państw bloku komunistycznego. Jednak historia nie jest prosta i jednowymiarowa. Na miejsce dawnych właścicieli kolonii wkroczyły Stany Zjednoczone, oczywiście nie mając zamiaru wprowadzać do dawnych afrykańskich kolonii swych wojsk. USA przejęły nad nimi kontrolę ekonomiczną, co dało większe zyski niż Brytyjczykom, Francuzom i wszystkim innym kolonizatorom. I to bez konieczności utrzymywania armii na tych terytoriach.

Wszystkie kolonie były bezlitośnie wykorzystywane ekonomicznie, degradowane politycznie i moralnie. Jeżeli do tego dodamy panowanie nad Chinami, które przez ponad sto lat płaciły ogromny trybuty Rosji, USA, Austrii, Niemcom, Francuzom i oczywiście Brytyjczykom, to obraz świata nie będzie jasny i wesoły. Jeżeli ktokolwiek myślał, że podbijane państwa zapomniały, to jest w błędzie. Skoro Polacy pamiętają o bitwie pod Cedynią, pamiętają też Grunwald, Kircholm, Wiedeń i wszystkie powstania, to dlaczego sądzimy, że Chińczycy, Wietnamczycy, Koreańczycy i wiele innych narodów Afryki mają nie pamiętać?

Osobnym kłopotem jest Ameryka Środkowa i część Ameryki Południowej. Przecież nad tymi krajami USA, przez ponad 150 lat, dzierżyły niepodzielną kontrolę. To one obsadzały i utrzymywały w tych krajach rządzących na miarę Batisty z Kuby czy Duvaliera z Haiti. Kolonializm pod sprytną postacią kwitł tam na potęgę. A w razie buntów USA wysyłały osławione kanonierki. I wszystko to w imię rozkwitu amerykańskich koncernów, które stały się właścicielami tych małych państw. Gabriel Garcia Marquez napisał, że USA nie pozwoliły Ameryce Południowej na przeżycie rewolucji kapitalistycznej i utrzymują tam feudalizm.

Do dzisiaj w brytyjskich konserwatywnych szkołach naucza się, że Wielka Brytania uczyła podbite ludy cywilizacji, co niosło dla podbitych pewne przykrości, ale przecież w sumie powinni być wdzięczni. Zatem nie dziwmy się tym, którzy nie kochają NATO. Zrozummy ich. I zdajmy sobie wreszcie sprawę, że polityka klasy „nasza chata z kraja” jest dla Polski groźna.

Mam nadzieję, że nikt nie pomyśli, że skoro mam takie poglądy, to jestem zwolennikiem Putina. Będąc przeciwnikiem jakiejkolwiek formy kolonializmu, jestem też przeciw Putinowi jako „syn podbitego narodu” – jak pisał Mickiewicz.

 

 

 

 

 

Prostym czynnościom przypatruje się WALTER ALTERMANN: Praca nasza powszednia

 Nie wiem dlaczego nie potrafię być szczęśliwy w pracy – mówi bohater filmu „Życie biurowe”, scenariusz i reżyseria Mike Judge. Ten film z 1999 roku podejmuje ważny temat i jest bardzo mądry. Temat jest spychany na margines naszych zainteresowań a o tym co jest zapisane na marginesach przecież nie mówi. Jest to historia pracowników, którzy stracili wiarę w sens swojej roboty. Ich biuro jawi się jako rzeczywistość niemal abstrakcyjna.

Nie wiadomo co ci ludzi właściwie robią. Biuro istnieje właściwie tylko dla biura. Mają szefa, który jest tyranem, bo też nie wierzy w sens swojej pracy. W końcu wybucha bunt, czyli mała rewolucja. Nie będę streszczał filmu, ale warto go zobaczyć.

Biblijne przekleństwo

Już Księdze Rodzaju, w rozdziale trzecim, znajdujemy słowa o pracy. To ważne, że właśnie już na początku Starego Testamentu mowa o losie człowieka pracującego. Znamy, ale na wszelki wypadek przeczytajmy raz jeszcze.

„Do niewiasty powiedział: „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą”. Do mężczyzny zaś [Bóg] rzekł: „Ponieważ posłuchałeś swej żony i zjadłeś z drzewa, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Nie będziesz z niego jeść – przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz! (…) Pan Bóg sporządził dla mężczyzny i dla jego żony odzienie ze skór i przyodział ich. Po czym Pan Bóg rzekł: „Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki”. Dlatego Pan Bóg wydalił go z ogrodu Eden, aby uprawiał tę ziemię, z której został wzięty. Wygnawszy zaś człowieka, Bóg postawił przed ogrodem Eden cherubów i połyskujące ostrze miecza, aby strzec drogi do drzewa życia”.

Dla wierzących zatem sprawa jest jasna. Człowiek został skazany na pracę za grzech pierworodny. Tymczasem w dziejach ludzkości wylano hektolitry atramentu, żeby udowodnić istotę wielkości pracy dla człowieka i społeczeństw. Oto niektóre zaklęcia: praca uszlachetnia, praca wyzwala, sprawdzamy się w pracy, praca buduje więzi społeczne, bez pracy nie ma kołaczy, praca dowodem ludzkiej wielkości…

Praca jako radość tworzenia

Zacząłem od filmu, ale sprawa nie jest z gruntu sztuki, jest rzeczywista. U nas temat pracy został doszczętnie skompromitowany za socjalizmu. Powieści, sztuki teatralne, filmy, które z nakazu władzy podejmowały ten temat, były z założenia nieprawdziwe. Robotnicy byli w nich uśmiechnięci, radośni, bo szczęśliwi. Praca paliła się im w rękach a każdy kolejny nowy wał Kardana, odkuty i dotoczony w fabryce powodował euforię i entuzjazm. Można to jeszcze zobaczyć w polskich filmach z lat 1946-1956.

Owszem, bywały też ukazywane kłopoty w zakładach pracy. W „dziełach” z tamtych lat występowały tzw. czarne charaktery. Ich katalog wyglądał, mniej więcej tak: bumelant, pijak, zły majster i sabotażysta. Ten ostatni okazywał się najczęściej byłym, przedwojennym majstrem na usługach podłego byłego właściciela fabryki.

W dzisiejszym kinie praca jako temat główny nie występuje. Bo kto zechce oglądać tokarza, frezera, tkacza, czy nawet laboranta, którzy cały czas wykonują te same standardowe czynności, te same ruchy? Również praca intelektualna jest nie do ukazania w literaturze, teatrze i filmie. Bo jak mają – kamera czy narrator – wejść w mózgi „umysłowych”?

A temat jest ważny, bo większość ludzi jednak pracuje. Praca jest nie tylko źródłem utrzymania. Jest także ich – żeby jakoś modnie to nazwać – naturalnym środowiskiem przez prawie pół doby – licząc z dojazdem i powrotem z pracy.

Praca nielubiana

Takie zajęcie może stać się nieopisana udręką, cierpieniem i karą. Dzisiaj ogromna większość depresji – a jest to choroba powszechna – związana jest z pracą, nie z domem i rodziną.

Istotnym problemem jest praca poniżej wykształcenia i umiejętności, lub powyżej kwalifikacji i zdolności. Postawieni na stanowiskach pracy, które ich przerastają lub też deprecjonują ich wykształcenie – odbierają to „karę za grzechy”. Takie sytuacje powodują nieustający stres i w konsekwencji choroby.

Tu trzeba zaznaczyć, że ludzie, których stanowiska przerosły lepiej sobie radzą niż ci, którzy wykonują pracę poniżej kwalifikacji. Ci, których stanowiska przerosły są najczęściej nominatami partyjnymi – zarówno w administracji samorządowej, jak w państwowej, w różnych spółkach, agencjach, agendach i temu podobnych tworach. Jest to zjawisko w Polsce stałe, niejako zwyczajowe, a nawet obyczajowe. Ci nominaci pojawili się w Polsce wraz z odzyskaniem niepodległości w 1918 roku, byli w PRL i są teraz. Wszystkie konkursy na takie stanowiska, to przecież fikcja.

Za socjalizmu było takie partyjne powiedzenie, że ludzie rosną wraz z coraz wyższymi stanowiskami. Naród odbierał to jako dobry, choć niezamierzony dowcip.

Z moich obserwacji wynika, że ci nominaci radzą sobie psychicznie w ten sposób, że z tytułów robią sobie tarcze. Są bardzo poważni, ogromnie skupieni na sobie i swej randze. Są nadęci stanowiskiem jak chińscy cesarze. I ta powaga, poczucie misji, jaką mają do spełnienia, jakoś ich ratuje przed szaleństwem. Poza tym mają zastępców, którzy są fachowcami.

Odwrócona piramida zawodów

W każdym dobrze rządzonym państwie istnieje klasyczna piramida stanowisk. Jej potężną podstawę muszą stanowić pracownicy wykonujący prace proste, ale niezbędne. Są nimi wszelkiego rodzaju technicy – tak z wykształceniem podstawowym, zawodowym, jak średnim. Bez nich podstawowa machina cywilizacji – budownictwo, drogi, szlaki pociągów, transport lotniczy i kołowy, energetyka, komunikacja elektroniczna, wodociągi, kanalizacje, gospodarka odpadami – to wszystko i jeszcze trochę, ległoby w gruzach.

Niestety w Polsce dzisiejszej brakuje najbardziej właśnie pracowników technicznych. Stało się tak na skutek zindoktrynowanych do szpiku kości rządów neoliberałów. Najpierw chcieli wprowadzić obowiązek nauki jedynie do piątej klasy szkoły podstawowej. Gdy to nie przeszło, zaczęli likwidować szkolnictwo zawodowe. Idea była taka, że każdy robi maturę, a zainteresowani techniką w ciągu dwóch lat skończą techniczne szkoły pomaturalne. Jedno co się neoliberałom udało, to rozwalić dobrze funkcjonującą strukturę nauczania. Skąd mieli takie pomysły? Zakładali doktrynalnie, że wolny człowiek musi radzić sobie sam, dostanie talon szkolny i cześć.

Dzisiaj próbuje się restytuować szkolnictwo zawodowe, ale idzie to ciężko, tym bardziej, że dorosło już pokolenie ludzi bez zawodu. Teraz są już rodzicami i nie bardzo wiedzą, jak pokierować swymi dziećmi.

Podstawowym problem polskiej piramidy jest to, że stoi na czubku. Najwięcej mamy specjalistów od zarządzania, marketingu, reklamy, politologii, znawców mediów i kulturoznawców. A szewców, ślusarzy, hydraulików ani widu, ani słychu.

Migranci i emigranci

Ważnym problemem polskiej pracy jest emigracja Polaków, w poszukiwaniu lepszych zarobków, lepszego materialnie życia. Wszystkie rządy ostatnich 20 lat obiecywały, że emigranci wrócą – dzięki ich rządom właśnie. Żeby jednak taki cud nastąpił, to bardzo wiele w sferze materialnej powinno się w Polsce zmienić na lepsze, powinna przynajmniej przypominać bogate kraje Zachodu, tak w płacach, jak i emeryturach. Być może to nastąpi – czego bym sobie i Państwu życzył, ale nie szybciej niż za 30 – 40 lat. A i to pod warunkiem, że jakieś kolejne rządy niczego nie… zepsują.

Nadzieja na naszym rynku pracy zaświtała wraz z napływem migrantów ekonomicznych z Ukrainy. Z wybuchem wojny większość z ukraińskich mężczyzn dostała powołanie do wojska, by bronić ojczyzny. I natychmiast odczuło to polskie budownictwo, obsługa transportu i sam transport. Być może Ukraińcy przyjadą, choć może nie do Polski, bo Niemcy kuszą ich zarobkami w granicach 18 euro za godzinę.

Pańska choroba Polaków

Jedną z przyczyn awersji Polaków do zajęć fizycznych jest fakt, że lud od zawsze uważał panów za nierobów, żyjących ich kosztem, stąd wzięło się ludowe powiedzenie, że ktoś cierpi na „Pańską chorobę”.  Jej objawy są takie: „Jadłbym, piłbym, nic nie robił”.

Panowie z kolei uważali podległy im lud za leni i obiboków. Przykładem jest przecież jeden z najstarszych polskich tekstów, czyli „Krótka rozprawa między trzema osobami, Panem, Wójtem a Plebanem, którzy i swe i innych ludzi przygody wyczytają, a takież i zbytki i pożytki dzisiejszego świata”. Ten dialog napisany przez Mikołaja Reja, został wydany w Krakowie w roku 1543 pod pseudonimem Ambroży Korczbok Rożek. Tamże możemy przeczytać:

Wójt:

Ksiądz pana wini, pan księdza,

A nam prostym zewsząd nędza…

 

Kłopot w tym, że nie lubiąc panów, lud chce żyć jak oni. Siedzieć w biurach, przekładać papiery, coś ostemplować, gdzieś zadzwonić, w komputer popatrzeć. Panowie przecież byli wzorem lepszego życia, a głównie lżejszej pracy. Dlatego ciężka, ale dobrze płatna praca fizyczna nie jest u nas w poważaniu.

Praca twórcza

Dobra praca musi angażować nie tylko ręce i nogi, ale także mózg pracownika. O dziwo kłopoty w wykonywaniu pracy są głęboko twórcze i odstresowujące. Ale ile dzisiaj jest takich twórczych stanowisk pracy? Świat zmierza do pełnej automatyzacji produkcji i usług. Następuje więc dynamiczne uprzedmiotowienie pracownika, staje się on jedynie częścią automatu, czyli automatonem.

W klasycznym filmie Chaplina „Dzisiejsze czasy”, z roku 1936, widzimy człowieka opanowanego przez taśmę produkcyjną. Jeśli za taśmą nie nadąża, to ona go fizycznie niszczy. Taśmę produkcyjną wymyślił Henry Ford dla swojej fabryki Ford Motor Company, producenta samochodów osobowych, sportowych, dostawczych i ciężarowych. Za Fordem poszli inni, zwiększając produkcję i zyski. Taśma stała się ideałem organizacji produkcji. I nikt nie zwracał uwagi, że taśma degraduje człowieka.

Dopiero jakieś 30 lat temu szwedzkie Volvo zrezygnowało z taśmowej produkcji swoich aut. Taśmę zastąpiono produkcją gniazdową. W tej nowej organizacji pracy kilku robotników składało od początku do końca każdy samochód. O dziwo produkcja nie spadła, jakość wzrosła, a monterzy czuli się twórcami samochodu, bo bardzo wiele od nich zależało. Ta nowa praca wymagała od nich nie tylko fizycznej sprawności, ale także wysiłku umysłowego. I najważniejsze – ci ludzie przestali się czuć trybikami w machinie, stali się twórcami – w najmądrzejszym znaczeniu tego pojęcia.

Czego Państwu i sobie życzę, bo źle zorganizowana praca dziennikarza może również stać się produkcją taśmową, a przez to męczącą i powodować wiele chorób.

 

 

Nad znęcającymi się nad językiem znęca się WALTER ALTERMANN: Drobiazgi językowo-mózgowe

Życie składa się głównie z wielkich, przykrych spraw. Przy czym wielkich jest mało. Większość – niestety – to sprawy drobne, małe, ale właśnie one składają się w sumie na wielkie przykre sprawy epickie w rozmiarze giga-mega-hiper. Z tymi epickimi też powstał problem. Więc wyjaśnijmy.

HBO reklamuje swój nowy serial takim oto zawołaniem: „Oglądanie tego serialu stało się epickie”. Od razu zauważę, że epickie pojawiło się jako novum, bo wszystkie giga, mega zostały już użyte, zużyte i wyplute przez speców od marketingu. Inaczej – spowszedniały i nie robią wrażenia. A bez wrażenia nie ma kasy.

 Czytajcie!

Pojęcie eposu pojawiło się w starożytnej Grecji. Tradycyjne eposy to dłuższe poematy narracyjne. Ich zadaniem była afirmacja etosu społeczności, w której zostały napisane. Postaci są idealizowane, wynoszone na piedestał jako „ojcowie założyciele” danego państwa-miasta. Autorzy eposów sięgali najczęściej po zdarzenia mityczne bądź legendarne, odnoszące się do „czasu ojców”, którzy prawie zawsze byli potomkami bogów i ziemianek, niekiedy bogiń i ziemian. Stąd każda społeczność antyczna miała boskie pochodzenie. Klasycznymi przykładami eposu, epiki są „Iliada”, „Odyseja” i nasz „Pan Tadeusz”.

W Polsce eposy pisze się trzynastozgłoskowcem, rymowanym parzyście. W ten sposób pisał między innymi Wacław Potocki swą „Wojnę chocimską”. Trzynastozgłoskowcem tłumaczono także starożytny heksametr. Dzisiaj epika oznacza każdą powieść, nowelę, opowiadanie. W odróżnieniu od liryki i dramatu. Tyle – w dużym skrócie – na temat epiki, epickości.

Co by nie mówić i jakby nie rozumieć pojęcia epiki, epickości, to zawsze dotyczy ono dzieła, które ktoś napisał. Natomiast reklama HBO mówi nam, że bierne oglądanie cudzego utworu – choćby w formie filmowej – jest epickie. Logicznie, mózgowo biorąc jest to bujda na resorach, która kłamie i oszukuje wmawiając oglądaczowi, że jest twórcą. Aby wyciągnąć od niego kasę. Dla mnie ta forma reklamy niczym nie różni się od reklam Amber Gold.

Pierwsza sprawa z UE – schabowy z retorty

Organizacje spod znaku New Age żądają – żeby to jeszcze grzecznie postulowały – natychmiastowej likwidacji produkcji mięsa, sposobem naturalnym. Mięso ma być produkowane laboratoryjnie, bez niszczących planetę gazów, wydalanych przez bydło, a to na skutek „trawienia trawy”. Są też żądania w sprawie chowu nierogacizny, która zatruwa ziemię odchodami, tak stałymi, jak płynnymi.

Wszystko to prawda i masowa produkcja mięsa stwarza problemy dla środowiska. Szczególnie groźne są wielkie farmy świń, od których polskie prawo nie żąda utylizacji odchodów. W momencie wpuszczania do polski amerykańskich farm, nikt w Polsce nie zdawał sobie sprawy z zagrożeń. Bo zagrożeniem nie były wcześniejsze, małe polskie tuczarnie, z których odchody wykorzystywano do nawożenia i użyźniania pól. Natomiast właściciele amerykańskich farm w Polsce, hodujący powyżej kilkunastu tysięcy sztuk świń, ani myślą robić cokolwiek użytecznego z odchodami, a to dlatego, że transport na wynajęte pola kosztowałby sporo. Poza tym, nie ma zapotrzebowania na ich nawóz, bo małe polskie hodowle wystarczą. Więc gigantyczne farmy gromadzą je w ogromnych lagunach, z których przeciekają do gleby, zatruwając wody podskórne. I jest to problem, ale do rozwiązania przy dobrej woli ustawodawcy.

Natomiast pomysły New Age na produkcję mięsa w retortach jest, idiotyczny. Tym bardziej, że pomysłodawcy nie zadali sobie trudu z policzeniem kosztów produkcji, ergo ceny takiego mięsa w sklepie.

Jest faktem, że przybywa nas w ogromnym tempie. Jeszcze w 1960 roku było nas 2 miliardy, dziś jest nas 7 miliardów. I każdy chce jeść. A jednocześnie na świecie marnuje się około 30 procent żywności. Naprawdę są możliwości wykarmienia nas wszystkich, ale nie zawierzałbym liberalnym doktrynom i ich przekonaniu o cudownej mocy wolnego rynku. W tej sprawie powinny działać światowe organizacje. Z wyłączeniem oczywiście New Age.

Bo w sumie pomysły New Age są totalitarne. Czytając liczne deklaracje zbawicieli świata ciągle odnoszę wrażenie, że oni nie lubią ludzi. I trochę racji w tym jest. Człowiek ma okropną postawę roszczeniową – chce jeść, oczekuje mieszkania i pracy.

Druga sprawa z UE – pestycydy

Ostatnio Frans Timmermans, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej odpowiedzialny za Europejski Zielony Ład przeforsował swój pomysł na drastyczne ograniczenie używania pestycydów w rolnictwie. Do 2050 roku używanie pestycydów w krajach UE ma być zredukowane o 50 procent.

To kuriozum, że Holender nawet nie skonsultował tej idei z Januszem Wojciechowskim, unijnym Komisarzem ds. Rolnictwa. Oczywiście pestycydy są groźne, szczególnie dla owadów zapylających. I dlatego ich używanie powinno być sukcesywnie ograniczane. Ale Timmermans się śpieszy i chce mieć natychmiastowy sukces, tym bardziej, że w innych sprawach szło mu kiepsko.

Czy da się zastąpić pestycydy innymi, mniej trującymi środkami? Oczywiście, ale to kosztowałoby dużo. I stać na to tylko bogate kraje.

Obawiam się, że w sprawach pestycydów, jak i sztucznej produkcji mięsa, zdrowy rozsądek jest na przegranej pozycji. Sęk w tym, że bogate kraje UE mają inne problemy niż Polska, Bułgaria, Słowacja czy Rumunia. Źródłem tych różnic programowych są różnice między majętnościami dawnych demoludów a zachodem Europy. Bogatych  po prostu stać na nowoczesność, od razu. Biedny Wschód ma inne priorytety. Tymczasem bez przerwy bogaci żądają od biednych współpracy na tych samych zasadach, spełniania oczekiwań ekstremalnie myślących obrońców Ziemi.

Zresztą oni jakoś tak dziwnie kochają Ziemię, bo z każdym rokiem mają coraz więcej pretensji do człowieka. Podejrzewam, że ich ideałem jest czysta i piękna Ziemia bez ludzi.

Broń przeciw powietrzna

Znany polityk mówi w TV: „Teraz mamy broń przeciw powietrzną”. To bardzo ciekawa obserwacja. Wiemy przecież, że w średniowieczu wierzono, iż złe powietrze przynosi zarazę. I dlatego jeszcze – choć to już wiek XIX – Cześnik w „Zemście” zwraca uwagę:

Od powietrza, ognia, wojny,
                        I do tego od człowieka,
                        Co się wszystkim nisko kłania,
                        Niech nas zawsze Bóg obrania.

 

Morowe powietrze zawsze budziło grozę, bo nagle, bez uprzedzenia unicestwiało ogromne rzesze. W wielu miejscach Polski znajdziemy jeszcze trzy krzyże, ustawiane po to, żeby odpędzały zarazę. Najbardziej znane znajdują się w Kazimierzu na Wisłą. Może zatem polityk miał na myśli takie krzyże? Nie wiem. Prawdopodobnie w ogniu dyskusji militarnej uprościł sobie pojęcie. Zapewne chodziło mu o broń przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Ale sobie uprościł, aż do zupełnej śmieszności.

No, powie ktoś – teraz wszyscy skracają, upraszczają, a pan się czepia… Szczerze mówiąc wolałbym w fotelach rządowych ludzi, którzy nie będą upraszczali, bo zbyt wiele w moim życiu zależy od ich skrótów myślowych, parafraz i kontaminacji. Niech mówią prosto, skoro myślą w sposób bardzo skomplikowany.

Miejscówka

Dziennikarz TV mówi o kimś, kto wyprowadził się z Warszawy do Konstancina: „Teraz ma fajną miejscówkę”. Ja wiem, że „miejscówka” wzięła się nie z PKP, ale ze slangu młodzieży. Miejscówkami są teraz lokale, sale zabaw, kluby fitness, a nawet mieszkania.

W slangu młodzieżowym to jeszcze uchodzi, bywa nawet dowcipne. Ale obawiam się, że niebawem dowiemy się, że Prezydent RP ma dobrą miejscówkę. Albo prymas. Papież też ma fajną miejscówkę w Rzymie.

Na pusto

W telewizji, relacjonującej pracę Inspekcji Transportu Drogowego wesoła dziennikarka mówi: „Ten samochód nie miał prawa przewozić koparki, bo była za ciężka i niewłaściwie zabezpieczona. Inspekcja kazał zdjąć koparkę z samochodu, który dalej pojechał na pusto”.

Gdyby ów samochód pojechał pusty, bez ładunku, tylko z kierowcą – byłoby dobrze powiedziane. Natomiast „na pusto” jest wzięte z okropnej gwary miejskiej. Nic nie znaczy, a brzmi makabrycznie. Od języka dziennikarzy oczekuję nie tylko informacji, ale też elegancji w ich podawaniu.

Co to jest elegancja? No, na przykład… nie zakładamy zimowych skórzanych rękawiczek do sukni ślubnej, nie plujemy na ziemię, a starszych ludzi nie klepiemy po ramieniu, mówiąc im: „Cześć stary”.

Powtarzanie

Dziennikarz w TV: „Pan kolejny raz powtarza o tym”. No i znowu mamy mielony zamiast schabowego. Zgodnie z normą języka polskiego dziennikarz powinien powiedzieć: „Pan kolejny raz to powtarza.” Żeby to wszystko jakoś ładnie ująć: „Furda nam normy / Gdy hufiec nasz zbrojny”. To o poczuciu siły i bezkarności sporej części dziennikarzy.

Blisko, coraz bliżej

Dziennikarka TV: „Te dzieci były bardzo blisko do tego zdarzenia.” Błąd, szanowna pani. Dzieci mogły być jedynie blisko tego zdarzenia. Rzecz jest w nieznajomości składni. A składni można się jedynie nauczyć czytając klasyków polski z XIX wieku. Klasykami są: Sienkiewicz, Prus, Reymont, Żeromski. Polecam.

Co uczcić?

„Trzeba uczcić pamięć o św. Janie” – mówi dziennikarz. I mamy kolejny przypadek z nielogicznym podmiotem. Logicznie powinno być: „Trzeba czcić, upamiętnić postać św. Jana”. A tak wyszło, że musimy czcić, że pamiętamy. Bo kogo czcimy? Jana czy pamięć o nim? Niby proste, a jednak pojawiają się kłopoty. Bo wyszło na to, że św. Jana mamy za nic, natomiast szanujemy naszą pamięć. Paranoja? Owszem.

Czasami zastanawiam się, czy dziennikarze TV piszą sobie teksty, które potem wypowiedzą? Zdaje mi się, że jednak stawiają na wdzięk i urodę. Zawodni to sojusznicy pracy dziennikarza. Radziłbym pisać i czytać, poprawiać, zanim coś powie się do kamery. W natchnieniu nie bierzmy tekstu z niczego, czyli z głowy – jak mawiał pewien aktor o mówieniu od siebie, bez tekstu autora.

 

Jeszcze raz o serialach pisze WALTER ALTERMANN: Suplement do rozpaczy

Jeżeli poruszam jeszcze raz sprawę naszych seriali, to dlatego że przerzucając kanały ciągle natrafiam na któryś z nich. I często się gubię, myśląc, że przecież już ten odcinek widziałem. Niestety mylę się.

Nowe seriale są podobne do starych, aktorzy grają prawie to samo – to znaczy, grają jakieś nierzeczywiste, nieistniejące postacie. I dodam do tego, że scenariusze są podobne do siebie, jak w dawnych czasach pisania na maszynie, strona pierwsza i odbitki.

Maszyna do pisania

Tu muszę wyjaśnić młodzieży, że od początku, aż do końca wieku XX ludzkość pisała ręcznie, lub  na maszynie. Chcąc uzyskać więcej niż jeden egzemplarz tekstu maszynowego, trzeba było pod pierwszą stronę włożyć kalkę, potem tzw. przebitkę, czyli cieńszą kartkę, i znowu kalkę, a pod nią drugą przebitkę. Jednakże uzyskanie więcej niż czterech dobrych przebitek było niemożliwe, bo tekst był nieczytelny. Dodam jeszcze, że w PRL-u zdobycie maszyny było niezmiernie trudne, a i tak każda z nich była odnotowana w przepastnych archiwach Służby Bezpieczeństwa. Tajna policja „zdejmowała” z maszyny cechy charakterystyczne jej czcionek, zupełnie tak samo, jak odciski palców. Na wypadek, gdyby ktoś pisał na maszynie ulotki. Wtedy – ale to mocno teoretycznie – tajniacy mogli dojść prawdy, na jakiej maszynie powstał tekst zagrażający ustrojowi. I dojść od maszyny do kłębka, czyli do wichrzyciela.

Pisanie na maszynie było trudne, bo człowiek jest omylny, a usunięcie „maszynowych błędów” przy pomocy białego korektora nie było łatwe. Poza tym tekst z plamkami białej farby wyglądał okropnie. Dzisiaj, przy pisaniu komputerowym, pomyłki i skład tekstu, poprawia się błyskawicznie. No i każda kopia jest równa technicznie oryginałowi.

Co mają wspólnego tytułowe seriale z maszyną do pisania? Dużo, bo wszystkie – poza nielicznymi wyjątkami jak „Ranczo” czy „Ucho prezesa” są jakby z maszynowej przebitki, są kopiami amerykańskich wzorców, tyle że bardzo niewyraźnymi artystycznie, jak to u przebitek bywa.

To jest Ameryka…

Prawie przez półtora wieku dwa kraje były dla Polaków rajem, ziemią obiecaną i eldorado w jednym. To Ameryka i Kanada.

Teraz to ja mam Kanadę – mawiał ktoś, kto miał w Polsce pracę lekką i ciężko płatną. Wyjazd do USA lub Kanady po dobre życie już od połowy XIX wieku był marzeniem wielu. Nie znam żadnej piosenki o Kanadzie, ale ta o Ameryce od lat mnie wzrusza… Wzruszcie się i Państwo.

To jest Ameryka, to słynne USA,
To jest kochany kraj, na ziemi raj.
To jest Ameryka, to słynne USA,
To jest kochany kraj, na ziemi raj.

Ach, byczy ten kraj,
Siuksowie bye, bye.
Dolary, ajaj, o money, ajaj,
Daj, Boże mi, daj, daj, daj, daj.

Co prawda wielki amerykański przemysł filmowy nie bardzo jest otwarty na przybyszów z Polski, choć kilkunastu Polakom się udało. Za to amerykańska produkcja filmowa jest wzorem i wzorcem dla wielu. Także dla właścicieli stacji telewizyjnych.

Niestety, dla nas oglądaczy z Polski, stacje telewizyjne kupują coraz więcej amerykańskich seriali, w dwóch kategoriach. Pierwsza – to seriale nakręcone w USA. Druga – to gotowe amerykańskie scenariusze, które są „naturalizowane”. To znaczy – daje się scenariusz Polakowi, żeby przerobił.  Umożliwiając mu także zobaczenie jak wygląda film, który już nakręcono.

Scenarzysta zmienia imiona, nazwiska, Nowy Jork na Warszawę, samochody na europejskie… pozostaje jednak inna mentalność obywateli USA i nasza. A są one bardzo różne. Począwszy od tego, że oni mówią sobie na „you”, są bardzie bezpośredni i otwarci. I te niemożliwości pełnego spolszczenia widać i słychać.

Najlepszym, czyli najgorszym przykładem są „Miodowe lata”. W sumie dobrze grane i reżyserowane, ale na odległość 8850 km – bo tyle dzieli Nowy Jork i Warszawę – widać, że to jest lipa. Póki akcja rozgrywa się w mieszkaniu motorniczego Krawczyka, jest jako tako, ale ile można siedzieć w jednym pokoju? I scenarzyści wyprowadzają bohaterów na zewnątrz, na przykład do zajezdni Krawczyka. Pojawia się kierownik, koledzy i wszyscy oni bawią się na jakichś korporacyjno-stowarzyszeniowych spotkaniach. I wychodzi szydło z worka, czyli nic nie wychodzi. Bo takich relacji między pracownikami i szefami w Polsce nie było i nie ma.

A przecież w Polsce mamy wybitnych scenarzystów, dlaczego nie powierza się im tworzenia oryginalnych dzieł? Tylko dla oszczędności kasy producenta? Polscy literaci do piór, studenci do nauki – może Gomułka miał rację? Tym bardziej, że poziom studiów jest marny, podobnie jak scenariuszy filmowych.

Historia – nasza niezbyt udana specjalność

Mamy jeszcze telewizyjne filmy i seriale dotyczące historii najnowszej. I niestety są one artystycznie słabe. Być może dlatego, że nie da się napisać dobrej powieści, zrobić dobrego filmu pod założoną tezę. Choć takie produkcje powstają. Przy czym – wszystkie one są bardzo tendencyjne. Ale stacje i twórcy nawet nie silą się na obiektywizm. I mimo że kręcone w kolorze, te filmy i seriale są czarno-białe. Każda produkcja – powiedzmy telewizji A – ma dowieść wyższości cukinii nad ogórkiem, a cała działalność telewizji B ma pognębić cukinię, kosztem ogórka.

Jest to nawet śmieszne i zabawne, póki nie dotyczy sztuki. Prawdziwa sztuka nie uniesie, bo nie może, treści dydaktycznych. Sztuka to bunt i poszukiwanie nowych światów, nowych wartości.

Żyją jeszcze wśród nas artyści, którzy pamiętają okres socrealizmu w sztuce i mogą poświadczyć, że za Stalina dzielono spektakle teatralne i filmy – telewizji jeszcze nie było – na słuszne i niesłuszne. W tamtych latach władza wyznaczała bohaterów, o których trzeba było pisać, władza organizowała nawet wycieczki literatów na wieś, żeby artyści na miejscu mogli poznać i zrozumieć wieś, bo to było słuszne. Ale literatom pokazywano dwie wsie – starą kułacką i nową socjalistyczną, czyli spółdzielczą, lub pegeerowską. Stare należało potępić, nowemu dodać skrzydeł.

Takie „zadaniowe” traktowanie sztuki przez władze zawsze kończy się źle. I osiąga przeciwne do oczekiwanych skutki. Bo żaden aktor na świecie nie zagra „bohatera”. Może zagrać człowieka zdeterminowanego, odważnego, bez wyjścia, w trudnym położeniu, osamotnionego…, ale nikt nie jest w stanie zagrać bohatera. A u nas, niestety, próby nad graniem bohaterów są w pełnym toku.

W efekcie powstają coraz to nowe filmy hagiograficzne, o świeckich świętych politycznych. Ci co zamawiają takie dzieła nie wiedzą, że bohater bez skazy jest w sumie nudny. Tym samym wszelkie dzieła artystyczne o bohaterach naznaczone są skazą nudnego dydaktyzmu.

Szuka z drążka

Są oczywiście seriale „pogłębione”, w których bohaterowie coś dramatycznego przeżywają. Niestety jest to konfekcja psychologiczna, z drążka. Przed wojną o garniturze marnej jakości mówiono, że to „garnitur z drążka”. Znaczyło to, że garnitur jest kupiony w sklepie, nie jest szyty na miarę, ergo marny.

Przyszło mi to porównanie na myśl, ponieważ pojawiają się też seriale psychologicznie ambitne. Niestety dramat jest najtrudniejszym gatunkiem i trzeba na jego powstanie talentu na miarę Szekspira. Bo powtarzanie w kółko, że są w kraju biedni i bogaci, że rodziny coraz bardziej się rozpadają, że ofiarami rozwodów są dzieci, że niegdysiejsi ideowcy okazują się niekiedy karierowiczami… Takie i podobne „refleksje” leżą u podstaw wielu naszych filmów i seriali. Ale są to niestety tezy gazetowe, publicystyczne. Nie da się z nich nakręcić poruszającego dzieła o samotności, o nienawiści, szaleństwach, inności i nieprzystosowaniu. Owszem Ingmar Bergman nakręcił „Milczenie”, ale z pewnością nie inspirował się odkryciami prasowymi.

I jeszcze jedno – talent. Jedno co o nim wiadomo, że niekiedy występuje, ale już dlaczego i kogo dotyka jest Wielką Tajemnicą. Zawsze gorzko bawiło mnie wspomnienie Boya-Żeleńskiego, gdy pisał o pewnym krakowskim artyście, który w upojeniu alkoholowym, leżąc pod fortepianem powtarzał w kółko: „Boże dałeś mi talent, ale dlaczego tak mały?!”

Jedno co wiemy o talencie, że występuje wtedy, gdy jego nosiciel sprawdza się w sztuce. Talent nie poparty pozytywnymi efektami talentem nie jest. Talent nie jest czymś, co jest ukryte. Mówimy o nim dopiero wtedy, gdy zaistniej na scenie, w książce, na ekranie. Być może każdego z nas stać jest na napisanie jednego wiersza, nawet jednego tomiku, ale przy drugim i trzecim najczęściej okazuje się, że talent bez wsparcia techniki twórczej, znajomości kanonów danej gałęzi sztuki jest niczym. Z drugiej strony producenci filmów i seriali powinni szukać ludzi utalentowanych. Bo bez talentu – tej boskiej iskry geniuszu – na nic są umiejętności, warsztat i znajomość kanonów. Tak to wygląda. Nie najlepiej – jak mawiała moja licealna pani profesor stawiając mi tróje na szynach.

WALTER ALERMANN: Walka z językiem polskim, czyli zwycięstwo Marksa

Walka z językiem narasta w miarę rozwoju mediów –  tak właśnie pozwolę sobie strawestować słynną tezę Stalina, że walka z socjalizmem narasta w miarę kolejnych sukcesów socjalizmu.

Jest jednak faktem nieżartobliwym, że póki w Polsce działała jedna państwowa telewizja, jedno państwowe Polskie Radio oraz jeden państwowy koncern RSW Prasa, Książka, Ruch, z językiem nie było tak źle jak teraz. Oczywiście język socjalistycznych mediów był śmiertelnie nudny, ale jednak poprawny.

Nie tęsknię za tamtymi laty i nie namawiam do powrotu do owych czasów, ale jest faktem, że mnogość mediów spowodowała dopuszczenie do klawiatur, mikrofonów, kamer i Facebooków osobników, którzy nie radzą sobie z poprawnym wysławianiem się. I tu mamy starą tezę Marksa – trzymając się już powrotu do lat minionych – że ilość niekoniecznie przechodzi w jakość, a nawet gorzej, że ilość wymusza obniżenie jakości. Ale przejdźmy już do kolejnych „świeżynek”.

W co gra Iga

Słyszę od sprawozdawców sportowych w telewizji: „Iga gra kapitalny tenis”.  Coś nie bardzo jest to poprawne. Iga Świątek gra w tenisa – to jest dla polskiej normy językowej oczywiste. I tak musi być. Nie wiem dokładnie jak tam jest u Anglików i w USA, ale u nas gra się w piłkę, w tenisa, w siatkówkę, w szachy a nawet w klipę.

Dlaczego sprawozdawcy snobują się na „nowoczesnych”? Nie wiem, ale być może znają trochę angielski. Na tyle, żeby bezmyślnie kopiować obce wzorce. W poprawionym zadaniu „Iga gra kapitalnie w tenisa”, też miałbym wątpliwości co do tego „kapitalnie”. Kapitułowo, kapitałowo, kapitulikowo – jeszcze bym z czymś to w języku polskim kojarzył, ale „kapitalnie”? Dlaczego to Iga nie może grać cudownie, doskonale, wspaniale, porywająco?

Co zrobił teatr

Na wielkim płocie, ogradzającym duży teren budowy w centrum Łodzi, jakiś magistracki urzędnik, odpowiedzialny za autoreklamę miasta, kazał wymalować jakieś obrazki przedstawiające aktorów w akcji, które podpisano: „Teatr odegrał spektakl”.

Zmartwiłem się, bo lubię teatr, ale też lubię język polski. Zatem. Może być, że teatr coś zagrał, że odbyło się przedstawienie, spektakl. Skąd ten urzędnik wziął „odegrał”? Owszem, w języku gwarowym występował, przed kilkudziesięcioma laty, taki zwrot, ale na wsiach, którym daleko do miasta. Zdarzało się też, że jeszcze w dziewiętnastym wieku wędrowne trupy teatralne „coś odgrywały” na prowincji. Ale żeby dzisiaj, w trzecim co do wielkości mieście Polski, dochodziło do „odgrywania”?

Odgrywać się to można w karty. Przy czym nie jest to postawa racjonalna, bo na kilometr pachnie hazardem, czyli stratą. Odgrywać się można na kimś, za jakąś podłość nam uczynioną. I pamiętajmy za co Cygan bił syna: „Cygan bił syna nie za to, że przegrał, ale że się odgrywał”.

Jeszcze co do napisów na łódzkich płotach. Pamiętam, że przed kilkunastoma laty na płocie ogradzającym Plac Dąbrowskiego, przed Teatrem Wielkim, zawisły banery głoszące: „Łodzianie, robimy to dla Was”. Czyli, że władze miejskie wysupłały z własnych kieszeni pieniądze, za które budowniczowie mieli wybudować nową nawierzchnię placu, którego centralnym punktem okazała się być gigantyczna – i wątpliwej urody – fontanna. I jeszcze jedno – ponieważ zbliżała się kampania wyborcza, to te banery były podpisane dwoma nazwiskami: ówczesnego prezydenta miasta i jego zastępcy, bo obaj gdzieś kandydowali. Łaskawcy i dobrodzieje.

Czym zarządza piłkarz na boisku

Istnym kuriozum jest kwestia jednego ze sprawozdawców piłki nożnej w telewizji, który  stwierdził: „Ten piłkarz doskonale zarządza swoimi emocjami  na boisku”. O co temu sprawozdawcy mogło chodzić? Może o to, że będąc faulowany nie pobił faulującego? A może o to, że nie skopał sędziego, który niesłusznie odgwizdał spalonego? Skupiłem się na nudnym meczu, żeby odkryć tę tajemnicę. Po godzinie oglądania odkryłem, że sprawozdawcy chodziło o to, że piłkarz przez większą część meczu zachowywał się spokojnie, wolniutko, statecznie dreptał po boisku, ale w kilku sytuacjach nagle przyspieszał, a nawet zdobył – z tego przyspieszania, czyli z  dobrego zarządzania emocjami – bramkę.

Ten tenże

Jest też nowe modne słówko w obiegu – „tenże”. Coraz więcej dziennikarzy telewizyjnych zamiast mówić „ten”, mówi „tenże”. Oczywiście jest taki zaimek, urobiony z – ten oraz partykuły – że. Tyle tylko, że jest to straszny archaizm. Funkcjonuje jeszcze w kościele i w starych tekstach świeckich. „Tenże” ma charakter podniosły, uroczyste i nobliwy. Ale dlaczego współczesny dziennikarz przy okazji banalnej i codziennej mówi „tenże” zamiast „ten”? Nie rozwikłam tego, a jedyne co mi przychodzi na myśl, to podejrzenie, że dziennikarze mówiący „tenże”, chcą być poważniejsi. Ale jak można być traktowanym poważnie, gdy mówi się językiem przedrozbiorowej Polski?

Momentum

Kolejnym mało zrozumiałym słowem, z wielką, ale miejmy nadzieję chwilową karierą jest „momentum”. Zacząłem obserwować w jakich sytuacjach dziennikarze telewizyjni mówią „momentum”. Otóż w różnych. Przede wszystkim momentum zastępują „tę chwilę, ten moment”.

Słownik internetowy poucza nas, że momentum jest pojęciem z fizyki i oznacza rozpęd, impet. W języku potocznym może też oznaczać tempo, rozmach działań. Przy czym – język potoczny zapożyczył termin z fizyki, nie do końca sensownie.

Stary Doroszewski nie notuje „momentum” w ogóle, bo nie zajmowały go języki techniczne, żargony specjalistyczne. U Doroszewskiego mamy jedynie: „Wpaść gdzieś na moment. Przełomowy moment w czyimś życiu.” I tak być powinno. Dbajmy o prawidłowe używanie „momentu” a „momentum” zostawmy technice i nauce. Bo inaczej wszystkich nas – niedługo – z tego horrendum trafi apopleksium.

Kto kogo dominuje

Mówi dziennikarz sportowy: „Kowalski dominował swego przeciwnika”. Mój Boże, co to ludziom przychodzi do głowy, albo bez pośrednictwa głowy, prosto na język.

Można dominować nad kimś, nad czymś. Dominować pochodzi przecież od dominus czyli pan. Zatem można panować, dominować, czyli przeważać. Da się dominować na boisku lub zdominować dyskusję. Ale nie można dominować kogoś. Panowie i Panie! Poza słowami, mamy jeszcze składnię tych słów!

Obcowanie

Dotychczas zdawało mi się, że „obcowanie” należy do sfery intymnej. I znowu myliłem się. Bo oto dziennikarz twierdzi: „Ten piłkarz doskonale obcuje z piłką”. Tak napisano na portalu „WP Sportowe Fakty”. Chodziło o to, że piłkarz ma doskonałą technikę – w odbiorze piłki, w prowadzeniu i podaniu. Skąd redaktorom wzięło się „obcowanie”? Nie wiem, ale jest śmiesznie. Na dowód zamieszczam znany wiersz Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Mądrym ku przypomnieniu, idiotom ku nauce – jak pisano przed wiekami.

Tadeusz Boy Żeleński – Pieśń o mowie naszej

Rzecz aż nazbyt oczywista,

Że jest piękną polska mowa:

Jędrna, pachnąca, soczysta,

Melodyjna, kolorowa,

Bohaterska, gromowładna,
Czysta niby błękit nieba,
Mądra, zacna, miła, ładna –
Ale czasem przyznać trzeba,

Że ten język, najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki,
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki;

Że w podniebnej wysokości
Nazbyt górnie toczy skrzydła,
A nas, ludzi z krwi i kości,
Poniewiera – gorzej bydła.

To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to – nie ma wyrażenia,
O tym – w Polsce się nie mówi!

Pytam tu obecne panie
(By od grubszych zacząć braków);
Jak mam nazwać… „obcowanie”
Dwojga różnych płci Polaków?

Czy „dusz bratnich pokrewieństwem”?
Czy „tarzaniem się w rozpuście”?
„Serc komunią” – czy też „świństwem,
Lub czym innym w takim guście?

Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina Xiędza Wujka!

Dowody najoczywistsze
Znajdziesz choćby w takim głupstwie,
Że polskiego słowa mistrze
Śnią o – „rui i porubstwie”!

W archaicznym tym zamęcie
Jak ma kwitnąć szczęścia era?
Gdzie zatraca się pojęcie,
Tam i sama rzecz umiera!

Ludziom trzeba tak niewiele,
By na ziemi niebo stworzyć –
Lecz wykrztusić jak: „Aniele,
Ja chcę z tobą… »cudzołożyć«!”

Jak wyszeptać do dziewczęcia:
„Chcę… pozbawić cię dziewictwa…
Nie obawiaj się »poczęcia«,
Kpij sobie z »ja-wno-grze-szni-ctwa«!”

Jak kusić głosem zdradzieckim,
Wabić słodkich zaklęć gamą?
Każdy wyraz pachnie dzieckiem,
Każde słowo drze się „mamo!”

Nazbyt trudno w tym dialekcie
Romansowe snuć intrygi;
Polak cnotę ma w respekcie,
Lub „tentuje” ją – na migi!

Stąd, gdy w Polsce do kolacji
„Płcie odmienne” siądą społem,
Główna cząstka konwersacji
Zwykła toczyć się pod stołem…

Niech upadnie ci serweta –
Człowiek oczom swym nie wierzy:
Gdzie mężczyzna? Gdzie kobieta?
Która noga gdzie należy?

Pantofelków, butów gęstwa
Fantastycznie poplątana,
Stacza walki pełne męstwa:
Istny Grunwald Mistrza Jana!

Tak pod stołem wieczór cały
Gimnastyczne trwa ćwiczenie,
A przy stole – komunały
O Żeromskim lub Ibsenie…

Lecz najcięższą budzi troskę,
Że marnieje lud nasz chwacki,
Że już cichą, polską wioskę
Skaził żargon literacki.

Na wieś gdy się człek dobędzie,
Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,
Słyszy: „Kaśka, jagze bendzie
Wzglendem tego co i owszem…”

* * * * * * * * * * * * * * * * * *
Widzę tu zebraną tłumnie
Kapłanów sztuki elitę,
Co swe kudły wnoszą dumnie
Ponad rzesze pospolite.

Wy! „świetlanych duchów związek”,
Wy! „idei stróże czystej”,
Wasz to jest psi obowiązek
Kształcić język ten ojczysty!

Skończcie wasze komedyje,
Schowajcie pawie ogony,
Żyjcie – czym każdy z nas żyje,
Idźcie – – kochać… za miliony!

Dość „nastrojów” waszych, dranie!
Uczcie mówić waszych braci:
To jest wasze powołanie!
Od tego was naród płaci!

Język nasz jest skarbem świętym,
Nie igraszką obojętną;
Nie krwią, ale atramentem
Bije dzisiaj ludów tętno;

Musi naprzód iść z żywemi.
A nie tępić życia zaród,
Soków pełnię czerpać z ziemi:
Jaki język – taki naród!!!