Od reportażu do czynu – odezwa Marka Millera

Zawsze, odkąd pamiętam, na swoich zajęciach z reportażu powtarzałem, że dziennikarstwo jest ze swej natury i istoty intencjonalne. To znaczy zmusza do czynu, do próby rozwiązania problemu. Mickiewicz uważał że najważniejsza na świecie jest poezja, ale że jeszcze ważniejszy jest czyn. Dlatego rzucił wiersze i pojechał do Konstantynopola tworzyć polską armię. Idziemy w tę samą stronę. Po bez mała 10 latach pracy nad projektem „Co dzień świeży pieniądz, czyli Dzieje Bazaru Różyckiego” i wydaniu książki, czas na CZYN. Tym czynem jest sprawienie, żeby na bazar wróciło życie – twórcza wizja jego rewitalizacji.

 

Scenariusz tej wizji znajduje się w zakładce „Akcje Specjalne” na stronie bazar-rozyckiego.pl i należy się z nim zapoznać i do niego przekonać.

 

Żeby nasz projekt rewitalizacji bazaru zaistniał w społecznej świadomości, potrzebna jest jego filmowa prezentacja. Żeby zdobyć środki na ten film (animowany) złożyliśmy projekt do Budżetu Obywatelskiego Miasta Stołecznego Warszawy pod nazwą „Wizualizacja powrotu do życia Bazaru Różyckiego, z położeniem nacisku na tradycje, edukację, rozrywkę i handel”. Projekt został oceniony pozytywnie, a o jego sukcesie bądź porażce zadecyduje internetowe głosowanie. Więc DO BRONI!

 

Proszę wszystkich naszych przyjaciół (zwłaszcza dziennikarzy) i znajomych o pomoc i wsparcie. Jeżeli uznacie nasz projekt rewitalizacji za oryginalny, istotny i wartościowy zagłosujcie na niego. Przekonajcie swoje rodziny, przyjaciół i znajomych do tego samego.

 

Głosowanie będzie trwało od 15 do 30 czerwca br. Głosować można przez Internet na stronie www.bo.um.warszawa.pl. Chcemy za pomocą filmu doprowadzić do POWSTANIA Społecznego Komitetu Rewitalizacji Bazaru Różyckiego – to nasz CZYN.

 

I dopisuje własną ręką jedno zdanie:

 

Wszyscy których kochałem, nie zostawiajcie mnie teraz samego.

 

Marek Miller

Apel o pomoc dla dziennikarza Gerarda Sawickiego

Gerard Sawicki, dziennikarz, przyrodnik,  badacz pradziejów i popularyzator wiedzy o przyrodzie, autor programów dziecięcych i poradnikowo-dydaktycznych. („Domowe Przedszkole”, ”Eko-lego”, „Spacery z dziadkiem”, „Domisie”, „Kudłate i łaciate”), walczy z chorobą i potrzebuje pomocy. Szczegóły TUTAJ.

 

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Panie Rafale Brzozowski!

Był Pan elegancki, świetny wokalnie, dykcyjnie i „ruchowo”. Wypadł Pan w Eurowizji godnie, ku uciesze wielu. Zablokowano Pana, bo wyróżniał się Pan na tle szmiry i tandety. Można się rozebrać do pasa, można szarpać i wyginać, przypiąć sobie skrzydła i powiesić złote łańcuchy. Można. Tylko po co. To rzekomo ma być konkurs piosenki. Tak było. Ale już nie jest. W pogoni za „uatrakcyjnieniem” robi się mega widowiska. Udziwnienia dotyczą także oprawy – prowadzących, stymulowania wrzasków tworzących nie tyle atmosferę co zgiełk.

 

U Pana wszystko było spójne, dopracowane i do zapamiętania. Dobrze, że Pan reprezentował Polskę. Należą się Panu oklaski i podziękowania. Ten konkurs to chyba apogeum poszukiwania nie wiadomo czego przez nie wiadomo kogo. Glajchszajtuje się to wszystko i przybiera w końcu bardzo podobne formy zgiełku i gonienia w piętkę. Może ktoś puknie się w łeb i odsunie od decydowania pseudo awangardowych „artystów” i poszukiwania dziwolągów. Może następna Eurowizja będzie konkursem piosenek i piosenkarzy. Są jednak takowe i takowi na świecie. Holandia to kraj depresyjny. W Rotterdamie osiągnięto dno. Naprawdę wygrali to dziwacznym werdyktem ci, których niesprawiedliwie odsunięto.

 

 

Stefan Truszczyński

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Też Bond, ale stąd

Umarł Bronisław Cieślak. Znałem, bo robiłem z Nim  programy telewizyjne. Wkurzał aktorów, bo był od wielu lepszym, choć tylko dziennikarzem. Zazdrościli mu też koledzy, bo był popularny. Popierany przez władzę, bo dostrzeżono talent i zapal do pracy. Nie walczył z „komuną”, ale pilnował by nie kadzić jej. Był lubiany u nas i w wielu krajach, gdzie emitowano „07  zgłoś się”. Słyszę teraz, że został pośmiertnie odznaczony, a serial ma być powtarzany w TVP. Bardzo dobrze. Bronek zawsze miał fanklub. Myślę, że się jego grono powiększy. Ludzie, telewidzowie wybierają sprawiedliwie. Decydenci – zawsze zresztą chwilowi – różnie.

 

Co jakiś czas rozmawialiśmy. Do czasu, gdy on zaufał jednym pajacom, a ja drugim. Było, minęło. Jak jest każdy widzi i wybiera.

 

Dziennikarz powinien za wszelką cenę być niezależnym. To trudne. „Sławek” – bo tak się do niego też mówiło – w dużej mierze takim był.  Wspominajmy go dobrze.

 

    Stefan Truszczyński

 

9 maja 2021 r.

MACIEJ MACIEJOWSKI: W ogniu wojny informacyjnej

W systemie bezpieczeństwa informacyjnego naszego państwa istnieje niebezpieczna luka, a nawet czarna dziura.

 

Pierwszą ofiarą wojny jest prawda.

Hiram Johnson, 1918

 

W ostatnich dniach obserwujemy prawdziwy wysyp informacji, dotyczących zaostrzenia konfliktu pomiędzy Rosją a Ukrainą. Jak zwykle najpierw pojawiły się wpisy w mediach społecznościowych, zawierające zdjęcia wojskowych konwojów. Oczywiście zweryfikowanie kiedy i gdzie zostały one wykonane, jest niemożliwe. Bardzo szybko pojawiły się liczne doniesienia medialne, najczęściej oparte właśnie na informacjach z social media. Ośrodki i analityczne i będące na wyginięciu poważne redakcje potrzebowały więcej czasu na weryfikację i interpretację tych informacji.

 

Sociale żyły także aferą z rzekomo niepodłączonym telefonem Prezydenta Andrzeja Dudy. Liczni pracownicy medialni ochoczo przyłączyli się do „kręcenia beki” z nielubianego przez siebie prezydenta. Od razu nasunęło mi się skojarzenie z nagonką na śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zapytany po meczu, który piłkarz podobał mu się na murawie najbardziej, zachrypnięty prezydent odparł „Boruc, bardzo”. Pracownik medialny, który był świadkiem tej rozmowy rozkręcił kilkudniową karuzelę śmiechu z „Borubara”. Działania takie celnie nazwano „przemysłem pogardy”. Nie należy jednak zapominać, że niszczenie wizerunku głowy państwa jest atakiem informacyjnym wymierzonym w samo państwo.

 

Podobnie wygląda sytuacja z masą fałszywych informacji dotyczących pandemii, rzekomej nieudolności podejmowanych przez państwo działań zaradczych, szkodliwości szczepień, bagatelizowaniem COViD-19 oraz demonizowaniem lockdownu.

 

W czasach zimnej wojny Związek Sowiecki z jednej strony szkolił, finansował i zbroił organizacje terrorystyczne, z drugiej ruch pacyfistyczny. Rosjanie do perfekcji doprowadzili znaną  przynajmniej od czasów Sun Tzi strategię osłabiania morale przeciwnika. Nie należy mieć złudzeń, że Rosja Władimira Władimirowicza stosuje podobną strategię wspierania niepokojów społecznych, skłócania poszczególnych grup społeczeństwa oraz podkopywania zaufania do władz w państwach, które uznaje za wrogie. W epoce cyfrowej zyskała potężne i tanie w użyciu narzędzie wpływu na szerokie masy: media społecznościowe.

 

Tymczasem w systemie bezpieczeństwa informacyjnego naszego państwa istnieje niebezpieczna luka, a nawet czarna dziura. Posiadamy co prawda umocowany konstytucyjnie regulator rynku radiowo-telewizyjnego, który prowadzi działania także w zakresie przeciwdziałania tzw. „fake newsom” w stosunku do nadawców. W ostatnich latach stworzono także zręby systemu bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni, co stanowi zasługę przede wszystkim byłego wiceministra obrony Tomasza Zdzikota. Jednak ten obszar działania państwa jest obszarem informatycznym, a nie informacyjnym.  Od 2015 roku nie udało się zbudować osławionej „MaBeNy” prof. Andrzeja Zybertowicza. Istnieją co prawda NGO’s, czy nawet komórka PAP, wyspecjalizowane w tzw. „fact checkingu”, ale działają one ex defintio tylko reaktywnie i w ograniczonym zakresie.

 

Wielu wojskowych i analityków mówi otwarcie, że znajdujemy się u progu kolejnej wojny. Jej zarzewiem może być właśnie tlący się od lat konflikt na sąsiedniej Ukrainie. Ostatni dzwonek na podjęcie odpowiednich działań już przebrzmiał, teraz możemy tylko gasić pożar. Potrzeba pilnego stworzenia mechanizmu, identyfikującego rozpowszechniane przez potencjalnego przeciwnika narracje i ich elementy składowe. Następnie powinny zostać uruchomione narzędzia, umożliwiające wskazanie źródła i kanałów dystrybucji wrogich przekazów oraz ich zablokowanie. Musimy przyjąć, że prawda sama się nie obroni i rozpocząć także rozpowszechnianie w wielowymiarowy sposób własnych komunikatów. Wybaczcie Państwo nawiązanie do tweeta dziennikarza portalu Onet.pl, ale moim studentom pokazywałem na zajęciach dwa filmy: rosyjski Olimpus Inferno i amerykański 5 days of war. W dzisiejszych czasach sfera rozrywki jest także obszarem wojny informacyjnej.

 

Zdaję sobie sprawę, że moje stanowisko może spotkać się z gwałtowną krytyką, ale znając funkcjonowanie polskiej administracji publicznej jestem przekonany, że opisane powyżej mechanizmu powinny zostać zinstytucjonalizowane w oparciu o służby specjalne. Odpowiedzialna za tego typu działania instytucja powinna współpracować z ekspertami ze świata nauki, kultury i mediów.

 

Maciej Maciejowski

Dr Teresa Kaczorowska wygrała proces

Wojewoda mazowiecki, Wojewódzki Sąd Administracyjny i Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie uznali, że odwołanie Teresy Kaczorowskiej ze stanowiska dyrektora Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki im. M. Konopnickiej w Ciechanowie było nieuzasadnione i bezprawne. Potwierdził to również Sąd Pracy w Ciechanowie, który przyznał jej odszkodowanie i zwrot kosztów sądowych.

 

Przypomnijmy: 23 września 2019 r. dr Teresa Kaczorowska została nagle, po 8 latach pracy, odwołana przez zarząd powiatu ciechanowskiego ze stanowiska dyrektora Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki im. M. Konopnickiej w Ciechanowie (dwa lata przed zakończeniem jej powołania). W odwołaniu zarząd powiatu nie podał przyczyn, za to starosta Joanna Potocka-Rak zarzuciła jej publicznie tydzień później na sesji powiatu „liczne nieprawidłowości”, strasząc prokuraturą, kodeksem karnym, itp. Nie pomogły pozytywne opinie wszystkich organizacji pozarządowych z PCKiSz, dobra kondycja tej instytucji, ani społeczne protesty.

 

Teresa Kaczorowska odwołała się od decyzji zarządu ciechanowskiego powiatu do Wojewody Mazowieckiego, który już ponad rok temu, 8 stycznia 2020 r., unieważnił jej odwołanie. Starostwo zaskarżyło jednak decyzję wojewody do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który 24 czerwca ub.r. skargę oddalił. WSA podał w uzasadnieniu, że 23 września ub.r. odwołano Kaczorowską z istotnym naruszeniem prawa, a tym samym uchwała o jej odwołaniu przez zarząd powiatu jest nieważna. Starostowo w Ciechanowie odwołało się jednak od wyroku WSA jeszcze do najwyższej instancji – do Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie. I niedawno, bo 26 marca 2021 r. – też przegrało. Wyrok jest prawomocny.

 

Powiat przegrał też sprawę z T. Kaczorowską w Sądzie Pracy w Ciechanowie, który po trwającym półtora roku procesie, zasądził  3 marca 2021 r. dla niej odszkodowanie oraz zwrot kosztów sądowych.

 

Teresa Kaczorowska – dziennikarka i pisarka, członkini Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, która od 2012 r. przewodniczy Klubowi Publicystyki Kulturalnej SDP – ma zawarty ze Starostwem w Ciechanowie powołanie-kontrakt na kierowanie PCKiSz do 31 sierpnia 2021 r.

 

JAN PRASZCZAŁEK: Wspomnienie o red. Danucie Brylskiej

27 marca br. po ciężkiej walce z koronawirusem odeszła od nas Danuta Brylska, (ur. 11.03.1941) członkini SDP, doświadczona redaktorka, nieodżałowana Koleżanka, dobra, ciepła Osoba.

 

Była absolwentką Wydziału Filologii Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Po studiach podjęła pracę w „Miesięczniku Literackim”, gdzie odpowiadała między innymi za sprawne funkcjonowanie sekretariatu redakcji. Szybko stała się prawą ręką (zaufaną asystentką) redaktora naczelnego tego pisma, wybitnego literaturoznawcy, krytyka literackiego i tłumacza – wówczas jeszcze docenta, a potem profesora  – Andrzeja Lama, z którym do końca życia utrzymywała przyjacielskie kontakty. Nic w tym dziwnego, ponieważ Danusia (mam prawo tak o Niej mówić, gdyż przyjaźniliśmy się przez ponad ćwierć wieku) z natury była Osobą przyjaźnie  do ludzi nastawioną. Miałem niejednokrotnie okazję przekonać się o tym, kiedy po zlikwidowaniu „Miesięcznika Literackiego” pracowała w pismach wydawanych przez Zarząd Główny  PCK, najpierw w miesięczniku „Zygzak”,  a potem w „Jestem”, gdzie pełniła funkcję zastępcy redaktora naczelnego.  W starej kamienicy przy Mokotowskiej 14 (to tam na IV piętrze mieściła się redakcja „Jestem”) miałem przyjemność dzielić z Nią pokój. Siedzieliśmy naprzeciw siebie przy zestawionych biurkach, twarzą w twarz, czasem  po kilkanaście godzin dziennie. Danusia była Osobą pogodną, skoncentrowaną na pracy i bezkonfliktową. Do dziś nie wiem, jak udawało Jej się zachowywać spokój i nie ulegać atmosferze nerwowości w chwilach najgorętszych, gdy lada moment należało odesłać kolejny numer pisma do drukarni, a wiele rzeczy trzeba było jeszcze poprawić…

 

Mimo różnicy poglądów na różne tematy nigdy nie doszło między nami do jakichś poważnych spięć czy awantur. Jako Osoba  z natury dobra, posiadała bowiem śp. Danuta dar łagodzenia konfliktów. Zaś Jej dobroci miałem szczęście zaznać w kilka lat później, kiedy – skutkiem wielu zawirowań na rynku prasy – „Jestem” przestało istnieć. Mając na utrzymaniu rodzinę, pracowałem wtedy za jakieś nędzne grosze na połówce etatu w jednym z wydawnictw, z trudem wiążąc koniec z końcem. To właśnie Danusia wyciągnęła wówczas do mnie pomocną dłoń. Będąc sekretarzem redakcji miesięcznika „Medycyna dla Ciebie” przekonała szefową pisma do powierzenia mi stałej rubryki, a więc systematycznie wypłacanych wierszówek, co pozwoliło mi przetrwać najtrudniejszy okres w życiu. I za to, podobnie jak za całą naszą wieloletnią przyjaźń, będę jej dozgonnie wdzięczny.

 

Jan Praszczałek, członek SDP, b. wieloletni sekretarz redakcji „Jestem”

 

PS
Wspólne pożegnanie śp. Danuty Brylskiej oraz Jej zmarłego kilka dni wcześniej męża Red. Stanisława Szperlinga  odbędzie się we wtorek 30. 03. 2021. Msza św. zostanie odprawiona o godz. 11:00 w kościele pw. Św. Teresy w Otwocku-Świdrze przy ul. Kołłątaja 80/82, po czym nastąpi wyprowadzenie na cmentarz w Otwocku.

JAN PRASZCZAŁEK: Wspomnienie o red. Stanisławie Szperlingu

23 marca br. zmarł w Warszawie Stanisław Szperling, były wieloletni Redaktor Naczelny miesięcznika „Jestem”– autor największego sukcesu wydawniczego w dziejach polskiej prasy młodzieżowej.

 

Urodzony 10 maja 1931 r. w Będzinie przyszły Dyrektor Wydawnictw PCK, zanim został dziennikarzem, studiował polonistykę, a następnie przez pewien czas pracował przy tworzeniu  Słownika języka  polskiego pod red. prof. Witolda Doroszewskiego, co w przyszłości zaowocowało Jego szczególnym wyczuleniem na problemy poprawności językowej publikowanych na łamach „Jestem” tekstów;  był także nauczycielem propedeutyki filozofii oraz literatury w Liceum  św. Augustyna w Warszawie, a następnie redaktorem książek w Wydawnictwie PAX.  To właśnie Jemu, szczególnie rozmiłowanemu w literaturze francuskiej,  polski czytelnik zawdzięcza między innymi wprowadzenie na nasz rynek wydawniczy dzieł Juliena Greena.

 

W 1967 roku Stanisław Szperling rozpoczął  pracę w wydawanym przez Zarząd Główny  Polskiego Czerwonego Krzyża miesięczniku dla nastolatków „Jestem gotów do pomocy”  (którego tytuł zmieniono potem na „Jestem”), a w dwa lata później został redaktorem naczelnym tego pisma  i głównym autorem dokonywanych w nim zmian. Dzięki ogromnej  pracowitości, kreatywności
oraz niezwykłym zdolnościom organizacyjnym z niewielkiego „branżowego” pisemka o nakładzie niespełna 20 tys. egzemplarzy (z czego ponad połowę stanowiły zwroty),  udało mu się z czasem stworzyć młodzieżowy, adresowany do szerokiego kręgu odbiorców, nowoczesny popularny magazyn o tematyce zdrowotnej, ukazujący się w nakładzie przekraczającym w okresie największego rozwoju milion egzemplarzy, który rozchodził się niemal w całości (zwroty na poziomie kilkuset egzemplarzy stanowiły zaledwie niewielki ułamek procenta i wynikały głównie z wadliwej dystrybucji pisma w poszczególnych oddziałach Ruchu). Dzięki atrakcyjnej dla młodych odbiorców tematyce (obejmującej takie zagadnienia, jak problemy okresu dojrzewania,  kultura współżycia społecznego, kształtowanie postawy humanitarnej oraz odpowiedzialnych zachowań w zakresie profilaktyki zdrowotnej, współżycia seksualnego itp.) oraz wysokiemu poziomowi merytorycznemu, przy jednoczesnym utrzymywaniu  przystępnej formy publikowanych materiałów,  „Jestem” szybko stało się rozchwytywanym przez młodzież kultowym pismem. Cieszyło się także ogromnym zaufaniem, choćby dlatego, że redakcja zawsze traktowała czytelników poważnie i odpisywała na każdy nadesłany przez nich list. W sondażu przeprowadzonym swego czasu przez tygodnik „Polityka” „Jestem” zostało uznane za jedno z najbardziej wiarygodnych polskich czasopism, zajmując pod tym względem drugie miejsca tuż za…  „Tygodnikiem Powszechnym” (!). Rangę pisma podnosiły także nazwiska publikujących w nim autorów, takich jak Irena Gumowska, Krystyna Nepomucka, Jan Parandowski, Melchior Wańkowicz, Wojciech Żukrowski, dr Michalina Wisłocka, profesorowie Andrzej Jaczewski  i Zbigniew Lew Starowicz i in. Dostarczające rzetelnej, sprawdzonej wiedzy i wyciągające do czytelnika przyjazną dłoń „Jestem” pomagało trzem pokoleniom młodych Polaków wkraczać  w dorosłość i odnajdywać się w zmieniającej się rzeczywistości. Kierujący tym pismem od prawie trzydziestu lat Redaktor u schyłku swojej kariery zawodowej (zakończonej w 1998 r.) zdążył jeszcze doprowadzić do powstania Wydawnictw Polskiego Czerwonego Krzyża, które jako dyrektor prowadził przez kilka kolejnych lat, stojąc jednocześnie na czele wchodzących w ich skład zespołów redakcyjnych miesięczników: „Jestem”, „Zdrowie” i  „Zygzak” oraz redakcji wydawnictw książkowych.

 

Stanisław Szperling jest jednym z trzech nie żyjących już polskich dziennikarzy (obok Jerzego GiedroyciaJerzego Turowicza) pełniących najdłużej funkcję redaktora naczelnego. Jego profesjonalizm, nieprzeciętna osobowość oraz styl bycia i niezwykła kultura osobista, rodem z dwudziestolecia międzywojennego, sprawiały, że w bezpośrednich kontaktach budził podziw, respekt i szacunek.  I takim Go zapamiętamy.

 

Jan Praszczałek, członek SDP, b. wieloletni sekretarz redakcji „Jestem”

 

PS
Pogrzeb ŚP Red. Szperlinga  odbędzie się we wtorek 30. 03. 2021. Msza św. zostanie odprawiona o godz.  11:00 w kościele pw. Św. Teresy w Otwocku-Świdrze przy ul. Kołłątaja 80/82, po czym nastąpi wyprowadzenie na cmentarz w Otwocku.

 

 

 

BEATA ADAMCZYK: Wolność słowa a etyka dziennikarska

Dziennikarze poprzez przekazywanie informacji o ważnych wydarzeniach społecznych pobudzają ludzi do wychwytywania wspólnych, ważnych spraw i do realizacji razem określonych zamierzeń. Cechami ich informowania była wiarygodność i umiejętność przekazania jej w sposób, który przekona odbiorców, że przesłanki zawarte w tekstach są istotne i przekazane czytelnikom bez zuchwałości, ale i bez lęku (łac. nec temere, nec timide). Spełnić ten ostatni warunek może osoba, która ma znaczącą wiedzę o tym, o czym wypowiada się w formie pisemnej, tak by mogli zapoznać się i odnieść do prezentowanych informacji inni eksperci i zainteresowani.

 

Teraz trwają dyskusje, czy dziennikarze mogą być uznani za „osoby zaufania publicznego”, co zwłaszcza prawnicy chętnie opiniują. Czyżby była to forma mimowolnego rewanżu za to, co dziennikarze wyciągnęli na światło dzienne o środowisku jurystów…? Ale mniejsza z tym. Dziennikarze powinni dociekać prawdy –  i to jest istotą ich pracy w każdej redakcji, w której reporter czy publicysta pisze zgodnie z ich sumieniem i etyką dziennikarską.

 

Nie tak dawno, nieco ponad sto lat wcześniej warszawski kronikarz Bolesław Prus nakreślił osobę dziennikarza, obecnego przy otwarciu sklepu Wokulskiego jako niezależnego augura, którego wypowiedzi  były znaczące dla dobrego handlu, czyli uczciwych kupców, oferujących towar zgodnie z potrzebami czy upodobaniami klienta i możliwościami ich kieszeni. Z pewnością ówczesny redaktor zdawał sobie sprawę, że przekazanie jego informacji jest obopólnie ważne: i dla polskiego biznesu, i dla dobrego imienia redakcji czasopisma, którą reprezentował. Chapeau bas!  A jeśli już cofnęłam się do czasów zaborów – kiedy walka o  utrzymanie polskiej kultury i naszego języka była codziennym obowiązkiem wszystkich Polaków – warto pochylić się nad wnikliwym i stanowczym protestem patriotycznym chociażby „Gazety Warszawskiej”, założonej w 1793 r., paradoksalnie przez targowiczanina Tadeusza Włodka i wznowionej przez Anotniego Lesznowskiego (ojca), który zapewniał o celach, jakie mu przyświecały: „Szczęśliwa jest redakcja, że pisać ją będzie w czasach powstającej Ojczyzny, w czasie, w którym wolno jej jest uderzać śmiałym czołem na bałwan przesądów i kreślić prawdziwe patriotyzmu wzory lub dzieła rycerskie wybijających się Polaków z haniebnego jarzma, obcej przemocy”. Tym samym walka o informację była ważna dla patriotów, chcących utrzymać pojęcia ważne dla kultury polskiej. Wojnę informacyjną pomiędzy gazetami na europejskim forum wydawnicznym i ówcześnie stosowanymi formami przekazu infomacyjnego jak spotkania salonowe, wydawca i redaktor naczelny „Gazety Warszawskiej” Antoni Lesznowski (syn) przypłacił swoim zdrowiem, a długotrwały stres doprowadził do tego, że zmarł na zawał serca (1859). Dla polskiego środowiska dziennikarskiego wprowadził znaczące zmiany, zapewniające im stałe dochody poprzez umowy, w których były podane honoraria współpracowników. Wojna polskiej redakcji zaczęła się od wskazania przez dziennikarzy faktu pomijania, a tym samym zamierzonego lekceważenia przez niektóre media, ważnych wydarzeń kulturalnych, co oznaczało wybiórczość w informowaniu. „Wojna żydowska” została bezpośrednio wywołana ostrą wypowiedzią Józefa Keniga w sprawie dotyczącej koncertu dwóch skrzypaczek z Moraw – Marii i Wilhelminy Neruda, wydrukowanej w „Gazecie Warszawskiej” w nrze 4. z 1859: „Panna Neruda, jak widać, nie posiada łask w pewnej licznej koterii uchodzącej i uchodzić pragnącej za muzykalną. Brak jej orlego nosa, cery śniadej, czarnych włosów (…) nazwisko jej nie kończy się na –berg, -blat, -kranc, -stern lub podobnie, brak jej więc tytułów do poparcia ze strony tego tajemniczego związku, który nasiadł całą Europę, a zwłaszcza nas, i trzymając się ściśle, popycha każdego ze swoich, czy to on bankierem, czy tenorem, czy spekulantem, czy skrzypkiem. A związek ten popychać umie wszystkim, reklamą, oklaskiem, wrzaskiem, pieniędzmi nawet. Tej to potęgi – w naszym mieście potęga to prawdziwa – nie umiała sobie zjednać panna Neruda…”. Lesznowski miał zamiar poprzeć opinie zawarte w recenzji Keniga, jednak postanowienia cenzorów spowodowały, że redakcja nie mogła skomentować zaistniałej sytuacji. Wspomniany list ten został rozprowadzony po warszawskich salonach. Władze carskie postanowiły zaognić ten konflikt publikując artykuł o prześladowaniu Żydów w brukselskim „Observateur Belge”, które było wspieranym finansowo przez cara. Lesznowski odczuł skutki działań ówczesnych lobbystów, których działania zwięźle przedstawiła w odpowiedzi na jego list redakcja krakowskiego  „Czasu” i wyczerpująco uzasadniła, dlaczego nie może opowiedzieć się oficjalnie po stronie redaktorów gazety broniącej polskich wartości, czyli uczciwości dla drugiej strony, jasnej i nieokrojonej informacji, honoru i prawdy: „Wyzwalibyśmy do walki całe dziennikarstwo niemieckie, szczególnie wiedeńskie, będące wyłącznie w rękach Żydów. Bo jeśli Żydzi są tak silni w Warszawie, iż swym wpływem na cenzurę wzbronili wam odezwać się, to daleko większą przewagę mają w Wiedniu” (K. Bartoszewski, Wojna żydowska w roku 1959. (Początki asymilacji i antysemityzmu). Warszawa-Kraków 1913). Lesznowski wniósł tę sprawę na wokandę sądową, ponieważ poczuł się w tej sytuacji nie tylko znieważony, ale i bezradny i w związku z nasilającymi się pogróżkami zwrócił się do policji o wsparcie w zapewnieniu osobistego bezpieczeństwa. 28 kwietnia 1859 r. sąd skazał Lesznowskiego za obrazę, zwrot kosztów procesu i 3 miesiące domu poprawczego. Jednak gdy cenzura nie pozwoliła na ogłoszenie tego wyroku, Lesznowski wystąpił, podobnie jak oskarżeni Żydzi, z apelacją. Ponowne rozpatrywanie sprawy nie odbyło się, gdyż Lesznowski 13 października 1859 r. zmarł na atak serca, a za ostateczne zaś zakończenie tej wojny można uznać broszurę Joachima Lelewela pt. Sprawa żydowska w r. 1859 w liście do Ludwika Merzbacha rozważana. Szkic historyczny daje wyraźnie odczuć, jak ważnym instrumentem ówczesnych monarchów i polityków była prasa do prowadzenia ich działań politycznych oraz oddziaływania na poddanych i opinię publiczną w innych krajach europejskich.

 

Można uznać, że obecne reguły dziennikarskie są prostsze, czyli zawsze przedstawiona informacja powinna być obiektywnym stanem rzeczy, dopiero po tym możemy zamieścić swoją opinię w formie publicystycznej czy komenatrza. Rozterki pojawiają się, gdy zacznamy zastanawiać się, gdzie kończy się informowanie, a zaczyna przedstawienie swojej opinii. Od tego momentu rozpoczynają się naukowe rozważania redaktorów, czy i do jakiego stopnia informacja chroniona przez prawo do tajemnicy dziennikarskiej, może być zastosowana do celów pijarowskich czy wręcz propagandowych. Cóż, duo cum faciunt idem, nono est idem lub jak ujął to poetycko Cyprian K. Norwid: „Różnić się pięknie i mocno”. Każdy ma prawo do wolności słowa oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji, co przekłada się na dotarcie do źródeł i badanie prawdy. W czasie lektury pozostaje nam ocenić, czy autor pisząc artykuł opierał się na autocenzurze czy na sumieniu. Trudno utemperować emocje, gdy piszemy o sprawach, na których najlepiej się znamy, a więc często dotykających nas bezpośrednio. Publicyści starają się przekonująco uzasadniać swoje stanowiska, by oddziaływać skutecznie na odbiorcę, tak jak ich wcześniejsi protoplaści m.in.: Jan Ostroróg, Stanisław Orzechowski, Andrzej Frycz Modrzewski w traktatach politycznych, ks. Piotr Skarga w „Kazaniach sejmowych” i później w warunkach kształtującego się rynku prasowego np. bp. Ignacy Krasicki, współpracujący z „Monitorem” (1765 – 1785) oraz Adam Naruszewicz w „Zabawach Przyjemnych i Pożytecznych” (1770-1777).

 

Dzisiejsi publicyści także posługują się argumentacją, by jak najbardziej skutecznie przekonać do ich racji, zaś czytelnicy mogą dobrać gazety i periodyki stosowne do ich poglądów. Odbiorców mogą zastanawiać cele i jakość informowania oraz kryteria etyki dzienniarskiej stosowanej wówczas i obecnie w mediach: czy mówimy o publicystyce czy już o medialnym lobbowaniu polityki, jaką popierają wydawcy czy ich współpracownicy i chcą jej wprowadzenia w dziedzinie gospodarczej? Mój komentarz kończący te krótkie rozważania – biorąc pod uwagę istotę tematu – sprowadza się do tego, że w sprawach mających przełożenie na dobro codzienne dla nas i naszych bliskich wolimy wybierać multum, non multa, czyli najlepszej jakości, choć w skromnej ilości, aniżeli być mamionymi obietnicami lub zwodzonymi przez informacje w sposób błędny sformułowane lub niewłaściwy realizowane.

 

MIKOŁAJ JULIUSZ WACHOWICZ: Eskapizm w przeszłość

We wrześniu zapowiadałem podjęcie problemu eskapizmu w przeszłość, a rozmaite wydarzenia i komentarze utwierdziły mnie w słuszności tego postanowienia.

 

Adam Szustak, którego cenię za dowcip, bezpośredniość i syntetyczne Wstawaki, nader często (np. w odcinku 648 z 28 października 2020) przestrzega przed życiem tym, co się dawno skończyło. Oczywiście nie neguje on doświadczeń i widzę wyraźnie, że chodzi mu głównie o to, aby iść naprzód bez obciążeń. Czy jednak aby na pewno ma rację? Czy zawsze i w każdej sytuacji jest to właściwe? Przecież istnieją również konstruktywne formy życia przeszłością, np. kiedy odtwarzamy dzieje rodzin i ich genealogię, czyniąc z tego zarazem pasję, a nawet zawód.

 

Wydaje się, że niemal wszyscy ludzie zbytnio koncentrują się na teraźniejszości i stąd mają problemy. Owszem, zapewne wielu chciałoby o przeszłości zapomnieć. Jedni, bo stanowi to dla nich destrukcyjny balast. Drudzy, ponieważ pochodzenie i curriculum vitae nie są mile widziane w środowiskach, w które chcieliby wkroczyć. Jeszcze innych uwiera przeszłość nie tyle osobista czy rodzinna, ile historyczna. Znam i takich, którym ongiś nieźle się wiodło, lecz dziś są nieszczęśliwi i nie tylko nie potrafią siebie z tego stanu wydobyć, ale nawet nie umieją podbudować się wspomnieniem. Gdyby zaś filozoficznie podchodzili do zagadnienia, skonstatowaliby, że po prostu spotkała ich równowaga. Szczęście i powodzenie na ziemi trwać wiecznie nie mogą. Księga Koheleta i opowieść o Pierścieniu Polikratesa mówią o tym najwymowniej. O równowadze życiowej jednak będzie kiedy indziej.

 

Od zawsze uciekałem w przeszłość: historyczną, rodzinną i swoją własną. Nigdy nie byłem zachwycony epoką, w której przyszło mi żyć, a teraz – kiedy cywilizowany świat przechodzi w fazę degeneracji – tym bardziej nie jestem nią zachwycony. Pewnie tak mają wszyscy świadomi faktu, że ich przodkom wiodło się znacznie lepiej. Ludzie bez przeszłości, z awansu – siłą rzeczy myślą odwrotnie i nie należy ich za to potępiać. My – z fortunniejszymi przodkami i barwnymi życiorysami – patrzymy inaczej i staramy się dobrze to wykorzystać. W ponurych latach 80-tych, kiedy nie mogłem jeszcze do końca decydować o sobie, uciekałem do barwnych wspomnień z kolorowszych i stabilniejszych lat 70-tych, w opowieści rodzinne i w dzieje odległe, przede wszystkim w Cesarstwo Rzymskie. Słuchałem dawnej muzyki, która mnie hipnotyzowała i działała na wyobraźnię. Mieszkając na ponurym, warszawskim osiedlu, z rzadka kontaktując się z prawdziwą przyrodą czy autentycznymi zabytkami, odpływałem w czasy, gdy miasta nie były jeszcze tak potwornie rozbudowane, a ludność tak okropnie stłoczona. Marzyłem o zamieszkaniu w XIX-wiecznej kamienicy, w małym, historycznym miasteczku (zatem w takiej przeszłości w teraźniejszości), którego opuszczenie zajmuje nie więcej niż 10 minut jazdy rowerem albo 20 minut szybkiego marszu, choćby nawet w Kępnie Wielkopolskim, gdzie żyli moi lwowscy dziadkowie. A najlepiej na wsi. I z rozkoszą wspominałem przeszłość, kiedy podróżowałem więcej niż 4 tygodnie rocznie. Te klimaty, takie postrzeganie rzeczywistości, uciekanie w marzenia, w przeszłość i w głąb siebie świetnie opisał zresztą mój przyjaciel Andrzej Pilipiuk w początkowych rozdziałach „Raportu z północy”, albowiem jego doświadczenia są podobne. Nie wątpię, że owa autoterapia uchroniła  mnie przed stoczeniem się w używki i nałogi, przed popadnięciem w depresję. Ilu jednak nie uchroniła, skoro nie znali tej prostej, dostępnej każdemu metody?

 

Gdy jednak w roku 1987 zaczęło się wreszcie coś zmieniać na lepsze – trochę w kraju, a więcej w mym życiu – jąłem znów żyć teraźniejszością, a ciekawsze sprawy zapisywać w Dzienniku, gromadząc kapitał, który – stawszy się przeszłością – zacznie procentować. I tak już zostało: notatki prowadzę dotąd nieprzerwanie. Mój gigantyczny projekt życiopisania trwa 34-ty rok! – podsumowałem 20 kwietnia br.  Dla historyka życia codziennego materiał to bezcenny. Ale i dla mnie, gdyż wyciągi z Dzienników pomagają mi często stworzyć dobry artykuł, na przykład wspomnieniowy, jak chociażby o ks. Janie Twardowskim na 100-lecie Jego urodzin. Albo skompilować kronikę podróży. W mojej książce o Jarosławie Zielińskim i pokoleniu 1971, wydanej 3 lata temu, wykorzystałem fragmenty Dzienników z lat 1989 – 90 i 1992. Co więcej, ponieważ Zieliński też w tym czasie prowadził tego typu zapiski (zwał je Notesem), nadarzyła się okazja porównania tego samego okresu z różnych punktów widzenia, stylów, a nawet tych samych wydarzeń, w których braliśmy udział. Tak więc być może teraz przygotowuję materiał do kilku książek – również fabularnych, bo kto wie, czy nie przerobię kiedyś tego na beletrystykę? Żyłem dotąd niebanalnie i ciekawych ludzi spotkałem, dziwnych spraw i wielu niebezpieczeństw doświadczyłem, więc jest z czego wybierać. Przyszłość zaś w obecnej sytuacji pandemicznej to jedna wielka niewiadoma. Dlatego należy się śpieszyć i nie odkładać tego, co zaniedbywaliśmy przez wiele, wiele lat.

 

Fragmenty krążą też w obiegu prywatnym, gdyż wielu bohaterom przypominam, co ongiś robiliśmy. „Ale fajne wspomnienia!” – zawołała artystka-malarka, koleżanka z licealnej klasy, gdy przysłałem jej miesiąc temu opis wycieczki w Pieniny z maja 1987.

 

Okres pandemii ograniczył moją (i nie tylko moją) normalną aktywność. Przebywając w górskim refugium, postanowiłem przepisać wybrane tomy wspomnień. Natomiast notatki bieżące wysłałem na konkurs „Dziennik Pandemiczny” Instytutu Literatury w Krakowie. Powrót do dawnych wydarzeń pozwolił doświadczyć czegoś niezwykłego:

 

18 kwietnia sobota – 20 DZIEŃ

 

(…) ZACZYNAM PRZEPISYWAĆ rok 2001. Myślałem, że się zdołuję. Owszem, codzienność urzędnika ministerialnego była wredna, lecz opisy wyjazdów – pełne czystości, wrażliwości, piękna przyrody. NIE MOGĄC TERAZ WYJŚĆ NA SZLAKI, POWRÓCIŁEM NA NIE WYRAZIŚCIE DZIĘKI OBRAZOM Z III 2001. Nagle zacząłem postrzegać ten czas (19 lat) jako WYJĄTKOWO ODLEGŁY. Dotychczas bowiem całą ZAPRZESZŁOŚĆ ustawiałem przed r. 2000. I tak doszedłem aż do 17 III 2001 – przełom stron 8 i 9. NIEWIELE, ALE KONKRETNIE. (…)

 

24 maja niedziela – 56 DZIEŃ – zatem jestem tu już 8 tygodni.

(…)

Do 19.54 przepisałem ok. 10 stron Dziennika 2002. Aż do 2-go dnia pielgrzymki kanonizacyjnej Escrivy (5 X). W REZULTACIE – PRZEŻYŁEM TO RAZ JESZCZE. CZY CI, KTÓRZY NIE PISZĄ DZIENNIKÓW, BĄDŹ W INNY SPOSÓB NIE REJESTRUJĄ DOKŁADNIEJ ZDARZEŃ – SĄ POZBAWIENI NA ZAWSZE MOŻLIWOŚCI DOZNANIA TEGO STANU? PRZEPISYWANIE i PRZEŻYWANIE POWTÓRNE to RODZAJ AUTOTERAPII: POWODUJE ZUPEŁNE NIEMAL WYŁĄCZENIE się z RZECZYWISTOŚCI i PRZENIESIENIE w INNY CZAS.

 

Skoro ten felieton nabiera struktury szkatułkowej, zajrzyjmy do owej soboty 5 października 2002:

 

Granicę unijną (gdzie wybudowali w „pasie niczyim” różne „rozrywki” typu zgon samolotu, zielona hala podświetlona, smok) przejeżdżamy jeszcze szybciej. NIGDZIE NIE DOSTALIŚMY STEMPLI, więc NIE UDOWODNILIŚMY ISTNIENIA TEJ PODRÓŻY! Ok. 2.00 lub później wreszcie drzemię z h czy 1,5.

 

Budzę się gdzieś w Tyrolu pośród ściany lasu i mam wrażenie, iż to jakaś opadająca dolina. Potem zaczynają się tunele i mgła. Postój jeszcze przed Klagenfurtem. Znów drzemię i oto wyłaniają się BLADYM ŚWITEM BAJKOWE MASYWY ALPEJSKIE. (Od wielu dni nastawiałem się na ten widok! Dlatego też szkoda mi było pieniędzy na samolot – dodaję w przypisie). Ostre lub poszarpane, przyprószone śniegiem, przymglone. Koło Villach rozpoznaję dolinę, w której obudziliśmy się 7 LAT TEMU – trakcja kolejowa biegnie równolegle. Wtedy urwiska wydawały się wyższe. Dziś realnie oceniam je na 1.000 m wysokości względnej. To jedziemy doliną, to kolejne przecinamy. Mnóstwo tuneli. Towarzyszy nam znowu kamieniste, szerokie koryto wyschniętej (lub osuszonej) rzeki. W pewnej chwili na lewo liściaste, brązowo-złote zbocze, a na prawo mleczno-szare, nagie skały posępne. Ok. 8.00 wjeżdżamy na równinę.

 

Jak często, gdy nie ma czasu notować na bieżąco, relacja urywa się nagle, a dalej brakuje również dni 3 i 4. Póki nie sięgnę do zdjęć i innych materiałów, których aktualnie nie mam przy sobie, muszę zadowolić się takim zakończeniem, odtworzonym z pamięci:

 

[Robert też stopniowo się budzi i o różnych rzeczach rozmawiamy. Także przeszedł grypę żołądkową – źródło zakażenia pewnie więc było wspólne (czyli na zebraniu przedpielgrzymkowym – trzeba dodać w przypisie). Ale jako wyższy o 10 cm i masywniejszy – znacznie łagodniej. Wyłączyło go tylko na cały dzień. Pił wódkę z colą i to mu pomogło. Z lekarzem się nie konsultował. Gadamy też o filmach naszego dzieciństwa, w tym  o „Stawce większej niż życie”. O zaroście – latem R. zapuścił go na 2 tygodnie i okazało się, że połowę włosów ma już siwych. A przecież dopiero skończył 35 lat! Z pewnością śpiewamy Godzinki i inne modlitwy. W końcu informują, że czeka nas rejs po Wenecji.]

 

Badania podobno wykazały (czytałem to w jakimś w artykule naukowym, którego teraz nie potrafię wskazać, toteż zacytuję uogólnienie, zawarte w tekście A. Gajowiak „Rola pamięci autobiograficznej” na portalu Party), że dawniejsze wspomnienia magazynowane są w postaci schematycznej, natomiast te, które nie sięgają w przeszłość dalej niż 2 lata charakteryzują się dużą obrazowością (dominują w nich dane abstrakcyjne). Moje doświadczenie temu przeczy. A może i nie tylko moje… Jeżeli więc ktoś – dziś zdołowany Pandemią Koronawirusa – przeżył ongiś coś pomyślnego albo nawet serię pomyślnych wydarzeń, niechaj – zachowując równowagę między wspomnieniami a bieżącym staraniem i rozsądnym planowaniem przyszłości – tak jak ja poeksperymentuje.