Arogancja władzy – STEFAN TRUSZCZYŃSKI w obronie Teresy Kaczorowskiej

 

Z dnia na dzień, bez podania poważnych zarzutów,  zwolniono wieloletnią dyrektorkę Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki im. Marii Konopnickiej w Ciechanowie doktor Teresę Kaczorowską.

 

Walec wojny zgniótł miasteczko. Dziś, choć już nie wojewódzkie błyszczy i cieszy. Wart jest odwiedzin wspaniały mazowiecki zamek, rosną wokół Ciechanowa zakłady rolno-spożywcze i mechaniczne, dobre są drogi dojazdowe ze wszystkich kierunków, a przy nich widać domy nowe i stare odświeżone, pomniki, strzeliste kościoły.

 

Wybitni artyści chętnie tu przyjeżdżają. Ciechanów to kulturalna, regionalna stolica. Ale czy będzie tak dalej?

 

Oto zgrzyt żelaza po szkle. W Ciechanowie niespodziewana afera. I to właśnie w kulturze. Z dnia na dzień, bez podania poważnych zarzutów nowa władza, PSL-owska w sojuszu z Ciechanowskim Bezpartyjnym Blokiem Wyborczym zademonstrowała arogancję i brutalność. Panowie – Kęsik (członek) i Liszewski (sympatyk), którzy reprezentują nową polityczną siłę za aprobatą pani Potockiej-Rak (PSL) postanowili zwolnić z pracy wieloletnią dyrektorkę miejscowego Centrum Kultury i Sztuki doktor Teresę Kaczorowską. W pięcioosobowym Zarządzie Starostwa Pan Stanisław Kęsik jest wicestarostą, Pan Andrzej Liszewski był kierownikiem kina „Łydynia”, a Pani Joanna Potocka-Rak starostą powiatu.

 

„Na władzę nie poradzę” – pada z ekranu w filmie Vabank. Wybierając władzę zawsze mamy nadzieję, że będzie mądra i troszcząca się o tych, którzy ją wybrali. Ale po wyborach oblicze władzy szybko się zmienia. Rządzący nie chcą już najlepszych, chcą mieć swoich.

 

Wchodzę do gabinetu starościny powiatu. Widzę sympatyczną, uśmiechniętą twarz wysokiej eleganckiej kobiety o kruczych włosach. Mówię, że przyszedłem w sprawie zwolnienia dyrektor Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki. Czar pryska. Stoję już teraz przed zupełnie inną osobą. Słyszę, że nic w tej sprawie nie usłyszę, bo wszystko jest w protokole doraźnej kontroli.

 

– Czy długoletnia praca się nie liczy? – próbuję pytać.

 

– Długość pracy nie ma nic wspólnego z wynikami pracy.

 

Rozmowa skończona.

 

Protokół dwutygodniowej, doraźnej, przeprowadzonej w okresie urlopowym kontroli (15-31 lipca br.) dotyczy dwóch ostatnich lat. Trzy panie – kierowniczka wydziału organizacyjnego i dwie tytułowane jako główne specjalistki ze starostwa otrzymały zadanie zbadania  organizacji i funkcjonowania Centrum. Warto zauważyć, że w czasie dwóch lat dwudziestu jeden pracowników przeprowadziło kilkaset imprez. Kuriozalne są zarzuty nadpłacenia  kilku osobom w ramach dodatków za wieloletnią pracę: 4 gorsze, 50 groszy, 6 groszy, 2 grosze i 18 groszy oraz 4 grosze niedopłacenia pracownikowi. Kontrolowani funkcyjni wymienieni są z nazwiska, sprzątaczki i pracownik gospodarczy występują anonimowo. Czytam też: „zespołowi kontrolującemu nie przedłożono dokumentów związanych z prowadzeniem spraw pracowniczych w zakresie urlopów wypoczynkowych pracowników. Kierownik Działu Administracji i Obsługi PCKiSz oświadczył ustnie zespołowi kontrolującemu, iż nie ma możliwości dostępu do dokumentacji z uwagi na przebywającego na urlopie wypoczynkowym pracownika, który odpowiada za prowadzenie tych spraw w Centrum”.

 

Oczywiście obywatel urlopowicz wrócił i mógł wyjaśnić, ale wtedy było już po sprawie. Władza działała błyskawicznie. Zadecydowano: dyrektor doktor Teresa Kaczorowska będzie zwolniona. Bez możliwości wyjaśnienia czegokolwiek, w tym również zarzutów, dlaczego średnio miesięcznie rozliczała sto osiemdziesiąt cztery złote za delegacje służbowe prywatnym samochodem.

 

Trzeba wyjątkowo złej woli, by zapomnieć, że w 2011 roku, gdy 5 października doktor Kaczorowska została powołana na stanowisko dyrektora, Centrum miało ponad 100 tysięcy długów, oraz 50 tysięcy kredytu. Obecnie nie ma żadnych długów ani kredytów, za to 100 tysięcy na koncie.

 

Ale dajmy spokój buchalterii. Z Warszawy do Ciechanowa jest niewiele ponad 100 kilometrów. Może ktoś uczciwy, kompetentny i decydujący o Mazowszu ruszy się ze stolicy i sprawdzi wszystkie rachunki. Dobrze byłoby porównać prawdziwą kontrolę z amatorskim protokołem. To było ważnie brzmiąco zadanie: skontrolować organizację i funkcjonowanie Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki imienia Marii Konopnickiej w Ciechanowie. Konopnickiej – ukochanej poetki pani Kaczorowskiej – która szkołę jej imienia kończyła w Suwałkach, a potem wielką i niezwykle twórczą miłością obdarzyła ziemie augustowskie i ciechanowskie. Kontrola nie była żadną kontrolą – to lipa, hucpa i wstyd dla władzy!

 

Długo by wymieniać ogromny dorobek twórczy i popularyzatorski Pani Teresy – doktora nauk humanistycznych, badacza dziedzictwa narodowego, popularnej dziennikarki, prezesa Klubu Publicystyki Kulturalnej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Ludzie czytający znają to nazwisko. Autorka pisze prozą i wierszem. Jest animatorką kultury, prezesem Związku Literatów na Mazowszu. Od trzech dziesięcioleci wydaje 300 stronicowe Ciechanowskie Zeszyty Literackie – w 2019 dwudziesty pierwszy tom. Jest autorką kilkunastu książek oraz kilku tysięcy artykułów prasowych i naukowych – książki o zbrodni katyńskiej i o drugiej zbrodni porównywalnej ze smoleńską – o zbrodni augustowskiej, lipcowej z 1945 roku. Zatrzymano wówczas i uwięziono ponad 7 tysięcy ludzi, zamordowano około 2 tysięcy. Czytelnicy znają i przychodzą na spotkania autorskie Teresy Kaczorowskiej – w Polsce i na świecie. Pani doktor dużo jeździ, bo jej książki są tłumaczone na wiele języków. To bestsellery o naszej historii, o męczeństwie Polaków. Pani doktor jest kobietą o niespożytej energii, odważną i silną. Komandor motocyklowego Rajdu Katyńskiego – Wiktor Węgrzyn – zaprosił ją w 2016 roku na trasę z Warszawy do Tobolska. I przejechała całą – 12 tysięcy kilometrów. To ona uczyniła Ciechanowski Ośrodek Kultury i sztuki tym czym jest.

 

Warto żyć pracowicie i godnie. Długa jest lista ludzi protestujących przeciwko bezrozumnej i podłej decyzji, której dopuściła się ciechanowska władza.

 

16 października 2019 roku miejscowa gazeta „Czas Ciechanowa” opublikowała mądre słowa zatroskanych ludzi, wybitnych, pochodzących z tego środowiska:

„Powiatowe Centrum Kultury i Sztuki pod dyrekcją pani Teresy Kaczorowskiej stało się znakomicie funkcjonującą od lat placówką kulturalną, co było odczuwane przez społeczność Ciechanowa i powiatu oraz regionu, placówką znaną również daleko poza Mazowszem.

Nagłe odwołanie dyrektor dr Teresy Kaczorowskiej ze stanowiska będzie ogromną, niepowetowaną stratą dla Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki. Dotychczas nie było na tym stanowisku osoby tak pracowitej, zaangażowanej, oddanej sprawie krzewienia kultury. Zaistniała sytuacja doprowadzi niewątpliwie do obniżenia poziomu działalności placówki oraz zniweczenia niezwykle bogatej oferty kulturalnej świadczonej przez nią dla społeczeństwa.”

 

Pod tym apelem – na razie nieskutecznym – podpisali się:

 

Robert Kołakowski – poseł na Sejm RP

Maciej Wąsik – podsekretarz stanu

Prof. Bibiana Mossakowska – honorowa obywatelka miasta Ciechanowa

Hanna Długoszewska-Nadratowska – dyrektor  Muzeum Szlachty Mazowieckiej

Krzysztof Gadomski – wicedyrektor MDK w Przasnyszu

Jacek Gałężewski – artysta plastyk (Nasielsk)

Wojciech Gęsicki – muzyk, poeta

Wiktor Golubski – poeta

Arkadiusz Gołębiewski – reżyser filmowy, dyrektor festiwalu NNW, dziennikarz, honorowy obywatel miasta Ciechanowa

Krzysztof Skowroński – prezes SDP

Paweł Nowacki – producent filmowy i telewizyjny (Warto rozmawiać, Sądy przesady)

Artur Wiśniewski – prezes stowarzyszenia Tak dla Rodziny

Piotr Jędrzejczak – reżyser teatralny (Łódź)

Piotr Kaszubowski – historyk, prezes Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Przasnyskiej

Jolanta Hajdasz – wiceprezes SDP

Michał Kaszubowski – muzyk, pedagog (Przasnysz)

Tomasz Kaszubowski – muzyk, pedagog (Przasnysz)

Zdzisław Kruszyński – artysta malarz (Mława)

Ewa Krysiewicz – pedagog

Artur Lis – dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Łochowie

Krzysztof Martwicki – sekretarz Zarządu Związku Literatów na Mazowszu

Jan Ruman – redaktor naczelny biuletynu IPN

Wanda Mierzejewska – poligraf

Tadeusz Myśliński – artysta fotografik (Przasnysz)

Andrzej Pawłowski – były wicestarosta ciechanowski

Marcin Wikło – dziennikarz

Marek Piotrowski – muzealnik, poeta

Maria Pszczółkowska – katolickie stowarzyszenia Civitas Christiana

Joanna Rawik – aktorka, piosenkarka, dziennikarka

Krzysztof Sowiński – artysta plastyk, prezes Stowarzyszenia Pracy Twórczej

Jacek Stachiewicz – prezes Związku Piłsudczyków w Ciechnowie

Jacek Sumeradzki – artysta malarz, rzeźbiarz (Mława)

Bożena Śliwczak-Galanciak – była dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury w Ciechanowie

Barbara Tokarska – dziennikarka

Krzysztof Turowiecki – poeta (Przasnysz)

Andrzej Walasek – artysta malarz (Działdowo)

Ryszard Wesołowski – prezes Akcji Katolickiej w Ciechanowie (Kościół Farny)

Dariusz Węcławski – wiceprezes Zarządu Związku Literatów na Mazowszu

Tadeusz Woicki – dziennikarz

Alina Zielińska – pedagog

 

Sezonowa władzo – czy zamierzasz tych wszystkich praworządnych obywateli, artystów i przedstawicieli związków twórczych zlekceważyć?

 

Stefan Truszczyński

 

Duch Jaruzelskiego – felieton TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

13 grudnia 1981 r. junta Jaruzelskiego zaczęła znów – bolszewickimi metodami – mordować Polaków. Na ulice Warszawy wyjechały czołgi. Wrócili komunistyczni patroni. A duch towarzysza generała wciąż spowija stołeczną „Łączkę”.

 

13 grudnia 1981 r. z ogarniętej wojną Warszawą solidaryzowała się okupowana Polska. 13 grudnia 2018 r. górnicy upomnieli się o ulicę Bohaterów z Kopalni Wujek, gdzie w wyniku strzałów plutonu specjalnego ZOMO zginęło 9 górników. „Jeżeli oni są Bohaterami, to kim są przywróceni przez Pana patroni ulic, przedstawiciele komunistycznego reżimu? Również są bohaterami, godnymi tego, by patronować ulicom Warszawy? (…) Przez Pańską decyzję żyjemy w schizofrenii historycznej” – media cytowały tekst opozycjonistów w PRL Krzysztofa Pluszczyka i Stanisława
Płatk
a do współczesnego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego.

Edukacja kolejnych pokoleń

 

Bo w miejsce zamordowanych przez sowiecką PZPR bohaterskich robotników z kopalni „Wujek”, na ulice Warszawy wrócił Wincenty Pstrowski, komunistyczny przodownik pracy, górnik,
rębacz dołowy, członek sowieckiej PPR.

Stanisław Płatek, który był ranny na „Wujku” stwierdził, że władzy Warszawy „należałoby tak długo klaskać, jak za czasów Gierka. Bo to, co zrobili, to wielkie draństwo”.

W obronie polskich bohaterów – przeciw ich komunistycznym podróbkom – wystąpiło też poprzednie pokolenie walczących o wolność. „W naszej wolnej ojczyźnie każda próba przywrócenia symboli komunistycznych przekreśla testament żołnierzy niepodległościowych, którzy tak, jak i my pragnęli nazywać rzeczy po imieniu – oddzielać dobro od zła, prawdę od fałszu
a patriotyzm od zdrady”
– podkreślił sędzia Bogusław Nizieński, żołnierz Armii Krajowej i jej największego kontynuatora w czasie okupacji sowieckiej po 1945 r. – Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. W imieniu weteranów zwrócił uwagę, że patroni polscy patroni – w przeciwieństwie do ich komunistycznych podróbek – mają przede wszystkim charakter edukacyjny dla młodych pokoleń.

PZPR jak NSDAP

 

Przeciwko hańbiącej decyzji władz Warszawy o przywróceniu komunistycznych patronów ulic stolicy zaprotestowało Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych:

„Uważamy, że komunizm w Polsce w latach 1939-1989 był systemem zbrodniczym i dalsze honorowanie również w przestrzeni publicznej zbrodniarzy, funkcjonariuszy i działaczy tego okresu
nie ma jakiegokolwiek usprawiedliwienia i jest z gruntu szkodliwe dla społeczeństwa naszego kraju. Przypominamy, że propagowanie symboli i idei komunistycznych tak jak niemiecko-nazistowskich jest w Polsce zabronione i karane. Zakaz ten dotyczy również gloryfikacji osób będących funkcjonariuszami tych systemów. Podobnie jak nie wyobrażamy sobie nazywania ulic nazwiskami żołnierzy SS czy  funkcjonariuszy NSDAP, tak też nie godzimy się na nazywanie ich mianem sowieckich aparatczyków”.

 

Potomkowie walczących o wolność przypomnieli, że „nie zastosowanie się do Ustawy z dnia 1 kwietnia 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez
nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli,
obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki przez władze Warszawy
dowodzi daleko posuniętej anarchii”.

 

Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych domagało się, by obecni patroni – wśród nich Żołnierze Wyklęci i działacze opozycji antykomunistycznej pozostali nadal patronami
stołecznych ulic. Niestety, polscy bohaterowie nie powrócili. Duch Jaruzelskiego – przywódcy junty wojskowej, która wprowadziła w Polsce stan wojenny – zwyciężył. Zachować się jak trzeba
Wcześniej z apelem do władz Warszawy o zatrzymanie rekomunizacji zwrócił się Instytut Pamięci Narodowej, bo „nazwy te były wyrazem hołdu dla ludzi i organizacji, które działały na rzecz
zniewolenia Polski. (…) Ich przywrócenie będzie działaniem nieprzystającym do
szacunku dla ojczystej historii – szczególnie bolesnym w roku obchodów stulecia
odrodzenia Państwa Polskiego”.

 

Zarząd Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność” zwrócił się do władz Warszawy o „nieprzywracanie nazw ulic i obiektów, które upamiętniają osoby, organizacje, miejsca i wydarzenia propagujące zbrodniczy system, jakim był komunizm”:Panie Prezydencie, Pani Przewodnicząca, Panie i Panowie Radni m.st. Warszawy – zachowajcie się jak trzeba”.

 

Z tego też nic nie wyszło. Współcześni włodarze stolicy nie potrafili zachować się jak trzeba. Duch
Jaruzelskiego – przywódcy związku przestępczego o charakterze zbrojnym, autora nie osądzonej zbrodni 13 grudnia 1981 r. – wciąż jest obecny w Warszawie i całej Polsce.

Nie osądzony także za „Łączkę”

 

W stanie wojennym czerwony dyktator postanowił jeszcze jedno: rozkopać doły śmierci na „Łączce”. Jednak myli się ten, kto pomyślał, że Jaruzelski zrobił to dlatego, aby pochować bohaterów. Nie, nie – sumienie „generała” nie ruszyło. Przywódca wojskowej junty postanowił zrobić ostateczny porządek z niezłomnymi antykomunistami – zniszczyć ich szczątki. W tym celu wysłał na „Łączkę” ciężki sprzęt, koparki. Obok zmasakrowanych ludzkich kości ekipa Instytutu Pamięci Narodowej znalazła ślady gąsienic. Ziemia z częścią kości została następnie wywieziona w nieznanym kierunku. Dziś wiemy, że połamane, wymieszane szczątki zrzucono do jednego dołu obok, na głębokości około trzech metrów. Tylko, czy to jedyny taki dół? Niewykluczone, że ziemię wywożono również dalej, poza teren Powązek. Jeden z tropów prowadzi ok. sto –sto pięćdziesiąt metrów dalej, a konkretnie poniżej dzisiejszego cmentarza. Ale tamtędy przebiega teraz trasa szybkiego ruchu. Ktoś zapamiętał, że przy budowie drogi odnajdywano ludzkie kości.

Pamiętając o stanie wojennym, szczególnie jego ofiarach, nie możemy zapomnieć o tym, co wówczas na „Łączce” zrobił Wojciech Jaruzelski. A towarzysz dokończył zbrodnie swoich czerwonych kolegów z lat 40. i 50. Gdyby żył, powinien być sądzony również za to.

 

Tadeusz Płużański

Łosie popierają referendum

Stało się! Z terenu Kampinoskiego Parku Narodowego poprzez okoliczne miejscowości masowo zaczęły migrować łosie i stada dzików. Jesienne przemarsze w poszukiwaniu pożywienia zbiegły się z protestami mieszkańców gminy Izabelin spowodowanymi planami budowy śmietniska w Truskawiu [ zwanego lakonicznie Punktem Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych] za – bagatela – 8 000 000 zł (osiem milionów zł), na działce z trzech stron otoczonej terenem parku narodowego.

 

Zwierzyna solidaryzuje się z akcją mieszkańców rozpoczętą w jej obronie. Wyobraźmy sobie bowiem wzmożony ruch wielkich śmieciarek na jedynej drodze dojazdowej do Truskawia, wiodącej poprzez Mościska, Laski (tak: TE LASKI!), Hornówek i Izabelin do planowanego w „Mokrych Łąkach” PSZOK. Wiedzą łosie, dziki, lisy, rysie, że jeszcze mogą dość bezpiecznie poruszać się na skroś tej trasy, najwyżej powodując pisk opon wyczulonych kierowców, i wędrują co sił, jakby z odsieczą, zanim śmieciarki wraz z zawartością zagrożą im i całemu ekosystemowi KPN.

 

Oby wkrótce zwierzęta nie zablokowały trasy w „chodzonym proteście” po rondach i skrzyżowaniach, jak przed laty zdesperowani sąsiedzi „Kompostowni Radiowo”, domagając się zamknięcia cuchnącej dziesiątkami lat góry śmieciowej. A może zrobią to w ich imieniu zdeterminowani lokalni ekolodzy…

 

To tylko domysły, a tymczasem o izabelińskim PSZOK coraz głośniej w mediach. Mieszkańcy z kilku miejscowości pokazali siłę i solidarność 15 listopada, stając murem obok planowanej inwestycji z bannerami o treści „Nie – dla PSZOK w Mokrych Łąkach! Nie – dla transportu śmieci przez całą gminę Izabelin”  i odważnie protestując przeciw rozpoczętym już pracom budowlanym. Pikietę pokazano w  telewizyjnym Kurierze Mazowsza. W TVP3 wystąpiły wszystkie strony sporu: pani wójt gminy Izabelin, mieszkańcy oraz wicedyrektor Kampinoskiego Parku Narodowego, która jednoznacznie wskazała zagrożenia dla Obszaru Natura 2000 z powodu planowanej lokalizacji wysypiska. Reportaż  kończył się uspokajającą informacją o planowanym powołaniu przez panią wójt rady konsultacyjnej w tej sprawie…

 

Tymczasem od czasu emisji Kuriera w TVP3 wymyślone przez panią wójt ciało doradcze, o bliżej niesprecyzowanych kompetencjach, do tej pory nie powstało. Czy więc demokracja w gminie Izabelin ma się słabo? Wydaje się, że wręcz odwrotnie – rada w proponowanej formule została skutecznie oprotestowana przez przedstawicieli kilku sołectw tworzących gminę. Nikt nie dał wiary, że rada miała pełnić inną niż listek figowy rolę. Izabelińczycy tym samym odrzucili metodę faktów dokonanych stosowaną przez władze gminy. Dali temu wyraz w kolejnych listach do pani wójt i podczas gminnych posiedzeń.

 

Co ciekawe – w miejsce rady, tak niezbędnej zdaniem pani wójt, mieszkańcy zaproponowali zwołanie referendum i skutecznie nadali formalny bieg procedurze referendalnej. Potrzeba teraz  tysiąca zdeterminowanych obrońców Kampinosu, by wygrać batalię.

 

Celem  nadrzędnym inicjatorów referendum jest ratunek dla czystego powietrza, zachowanie nieskażonej gleby i wód podziemnych oraz oszczędność 8 000 000 zł w budżecie gminy, gdyż wiary w „otrzymanie” (prawda, że ładny eufemizm!) tej kwoty na PSZOK „z funduszy z zewnątrz”, szczególnie przy tylu zastrzeżeniach odnośnie do lokalizacji, nie daje nikt. Równie ważne jest ocalenie dla dzieci z Zakładu Ociemniałych w Laskach bezpiecznej trasy wytyczonej na naukę pierwszych samodzielnych spacerów pod okiem instruktora do najbliższego przystanku autobusowego. I co niemniej istotne dla warszawiaków – zachowanie zielonych płuc stolicy i  spokojnej, niecuchnącej trasy rowerowych wycieczek.

 

Dziwne, że tak podstawowe i nastawione na dobro wspólne cele trzeba wywalczać poprzez referendum, podczas gdy wystarczy odrobina zdrowego rozsądku. Z tym jednak chyba nie jest najlepiej, skoro władze gminy zaplanowały na 7 grudnia  „Wyjazd studyjny do dwóch PSZOK w Koronowie”  na północ od Bydgoszczy (sic!) i proponują zwiedzanie „z udziałem przewodnika – eksperta w zakresie gospodarki odpadami”. To nie ponury surrealistyczny żart rodem z prozy Kafki czy Mrożka! Chętnych do udziału w całodziennej darmowej wycieczce na supernowoczesne śmietnisko – zaprasza Urząd Gminy Izabelin:

https://www.facebook.com/events/1505145819623891/

 

Skoro artykuł „PSZOK czy szok” rozrósł się do małego cyklu raportów z frontu walki o Puszczę Kampinoską i o krztynę logiki w samorządowym działaniu, zapowiedzieć należy kolejny, zapewne  „referendalny” odcinek. Wszak  korzystanie z tej najwyższej formy wyrażenia opinii przez świadomych swojej roli i odpowiedzialności obywateli pięknie wpisuje się w najlepsze tradycje budowania swoich lokalnych ojczyzn.

 

 

Hanna Dobrowolska

PSZOK czy SZOK, czyli izabelińska lekcja samorządności

Mała gmina podwarszawska ulokowana w otulinie Kampinosu, do niedawna ospała i cicha, dziś huczy od społecznych protestów i przyciąga uwagę instytucji państwowych.

 

Gmina Izabelin szczyci się od lat aromatycznym powietrzem bezkresnego lasu sosnowego, ciszą, przerywaną jedynie niekiedy odgłosami migrującego ptactwa,  i tym, że to właśnie tu  kończy się jedyna droga wiodąca do i z Warszawy. Dalej na chętnych czekają piesze i rowerowe szlaki turystyczne, gdzie często można spotkać łosie rodziny albo podpatrzeć rzadkie odmiany ptaków. Wygodne parkingi na obrzeżach Kampinosu oblegane są w soboty i niedziele przez spragnionych ciszy i kontaktu z dziewiczą naturą warszawiaków. Szeregi rowerzystów coraz liczniej mkną do tej oazy ciszy i zieleni.

 

Tu znajduje się słynny Zakład Ociemniałych w Laskach, tu mieszkają w rozsianych malowniczo domach znani aktorzy, reżyserzy i politycy. Tu także ma swoją siedzibę Dyrekcja Kampinoskiego Parku Narodowego, która sprawuje baczenie nad bezcennym ekosystemem należącym do Natury 2000.

 

Nad tym sielankowym obrazem zaczęły się jednak ostatnio gromadzić gradowe chmury…

 

Zaczęło się niewinnie. Po wyborach samorządowych 2018r. władze w gminie objęła energiczna młoda wójt, zastępując poprzednika, który przez 20 lat z okładem rządził na tym terenie. Nowe postaci zapowiadały nowoczesność, ekologię, racjonalną gospodarkę odpadami i natychmiast przystąpiły do energicznego wdrażania proekologicznych pomysłów, z rozmachem szkoląc mieszkańców np. w zakresie kompostowania.

 

Po tym ekologicznym preludium przystąpiono do właściwego działania, w ramach wieloletniego programu gminy. Jednym z kluczowych celów stał się PSZOK i system selektywnej zbiórki dla gminy Izabelin. Dla niewtajemniczonych informacja:  PSZOK to Punkt Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych, którego organizacja  rządzi się osobnymi restrykcyjnymi przepisami prawa.

 

Pod pozorem przeniesienia dotychczasowego PSZOK z Mościsk, z terenu przemysłowego, sąsiadującego np. ze zbiornikami ORLEN-u i inną infrastrukturą gospodarczą,  do Truskawia, czyli w głąb otuliny Kampinoskiego Parku Narodowego, zaplanowano gigantyczną  inwestycję.

 

Wart 10-krotnie więcej niż typowy PSZOK, ów PSZOK-SZOK, ma zostać wzniesiony na specjalnie dotychczas pozostawionym zielonym obszarze, stanowiącym pas ochronny wokół  oczyszczalni „Mokre Łąki” w Truskawiu.

 

W proteście mieszkańców, czytamy:

„Zarówno wielkość planowanej inwestycji, jak i jej koszt ( 8. 250. 000 zł) są za wysokie i wielokrotnie przewyższają koszt podobnych inwestycji w gminach ościennych ( np. Babice wydały na PSZOK 780.000 zł), co nasuwa uzasadnione przypuszczenie, iż planowana inwestycja przekracza ramy budowy tradycyjnego PSZOK i docelowo ma się stać wielkim składowiskiem odpadów”. „Żądamy niepodejmowania  przez Panią Wójt gminy Izabelin  niezgodnych z prawem i szkodliwych dla mieszkańców i przyrody działań,  mających na celu budowę w Truskawiu na terenach bezpośrednio graniczących z  Kampinoskim Parkiem Narodowym  inwestycji pod nazwą : „Budowa PSZOK i systemu selektywnej zbiórki dla gminy Izabelin””

 

Mieszkańcy kilku sołectw tworzących gminę Izabelin: m.in. Truskawia, Izabelina C i B, Hornówka, zwracają uwagę, iż  inwestycja  może mieć bardzo negatywne konsekwencje i wymieniają wśród nich

  • szkodliwy wpływ na ekosystem Puszczy Kampinoskiej będącej Obszarem Natura 2000 kod PLC140001,
  • zanieczyszczenie wód gruntowych, Zbiornika Mokre Łąki i poprzez kanał Zaborowski dalszych terenów Puszczy Kampinoskiej,
  • zanieczyszczenie powietrza – dokuczliwy smród i odór z kompostowni,
  • zatrucie gleby substancjami niebezpiecznymi,

 

Lokalizacja PSZOK- giganta w Truskawiu, do którego można się dostać z obszaru gminy jedyną drogą [dalej już tylko Puszcza Kampinoska i łosie] to gwałtowne wzmożenie ruchu samochodów ciężarowych na wąskiej, kończącej się ślepo ulicy 3 Maja, korki, hałas, spaliny,  niebezpieczeństwo dla  ruchu  przechodniów, zagrożenie dla dzieci ze szkół i przedszkoli – ulokowanych wzdłuż tej ulicy – i skuteczne zniechęcenie setek rowerzystów do podmiejskich wycieczek w tym popularnym kierunku. Kto zechce pedałować za wielkimi śmieciarkami, które – jak przewidują mieszkańcy – pomkną w głąb lasu?

 

„Żądamy racjonalnego gospodarowania naszymi pieniędzmi i zorganizowania zgodnie z prawem i wolą mieszkańców gminy małego,  proporcjonalnego do potrzeb mieszkańców punktu selektywnej zbiorki odpadów komunalnych, nieuciążliwego dla mieszkańców, ulokowanego  na terenach przemysłowych  w granicach gminy lub poza jej granicami” – piszą mieszkańcy w swoim apelu i zbierają podpisy pod listami do władz.

 

Wobec planowanej z takim rozmachem inwestycji już we wrześniu zabrały głos władze Kampinoskiego Parku Narodowego. Dyrekcja KPN podkreśliła możliwość wystąpienia zagrożeń dla ekosystemu Kampinosu, ze wskazaniem na ptactwo, i uwypuklając fakt, iż ciek wodny, który przepływa w pobliżu planowanej inwestycji, płynie następnie przez całą Puszczę Kampinoską, by połączyć się z Bzurą. Również Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie w swoim piśmie wykazało, iż taka inwestycja może znacząco zagrozić środowisku.

 

Mieszkańcy gromadzą się licznie na kolejnych zebraniach w gminie, szkole, sołectwach. Wszyscy wskazują na realne zagrożenia, ale i na arogancję nowej wójt. Ta za pomocą tricków, jak ogłoszenie listu do mieszkańców, w którym informuje się o planowanym – do 12 listopada – powołaniu rady według już zasugerowanych parytetów [gwarantujących sukces w głosowaniach], manipuluje opinią publiczną w celu pozyskania życzliwego nastawienia do nader gorliwie forsowanych rozwiązań.

 

O tej strategii działania świadczy list upubliczniony 30 października na stronie gminy, a podpisany przez wójt:

https://www.gmina.izabelin.pl/250,aktualnosci-2019?tresc=4463

 

Demonstracyjne opuszczenie przez wójt zebrania sołeckiego najbardziej zainteresowanych mieszkańców Truskawia – bez wysłuchania ich opinii – przelało czarę goryczy i rozwiało złudzenia, co do prawdziwych intencji „społecznych konsultacji”, które ma ucieleśniać powołanie wyżej wzmiankowanej rady w tak nagłym trybie.

 

Mieszkańcy wzięli sprawy w swoje ręce. Gra toczy się o najwyższą stawkę! „Składowisko odpadów w Kampinosie – po naszym trupie” , „drugiej Czajki tu nie zrobicie”-  mówią i alarmują najwyższe urzędy, w tym Generalną i Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska, Główny Inspektorat Ochrony Środowiska oraz zainteresowane organizacje, jak Greenpeace.

 

Sójki w Kampinosie szczebioczą o dziwnej determinacji władz gminy do realizacji tego przedsięwzięcia: czyżby tajemnica kryła się w nadmiarze śmieci w sąsiedniej Warszawie, które warto by gdzieś ulokować? A może produkcja „elektronicznych altan śmietnikowych” i
„kart chipowych do zakodowania z oprogramowaniem software” – przynależnych do planowanego PSZOK wg opublikowanego studium budowy, bardzo kogoś interesuje? Co uzasadnia taki rozmach inwestycji w małej podwarszawskiej gminie? Tego mieszkańcy tylko mogą się domyślać…

Na internetowej stronie Gminy Izabelin czytamy: „Co to znaczy być sąsiadem Puszczy? Mieszkanie w sąsiedztwie Kampinoskiego Parku Narodowego to wiele korzyści. To także odpowiedzialność, bo nasze działania mają wpływ na wrażliwe ekosystemy Parku”.

 

Na to retoryczne pytanie jasno odpowiadają mieszkańcy w społecznie rozwożonych własnym sumptem ulotkach: „Nie bądź bierny, powiadom swojego sąsiada, żądaj od władz gminy  respektowania woli mieszkańców i przestrzegania prawa. Protestujmy przeciw marnotrawieniu naszych pieniędzy i zatruwaniu środowiska!”

 

Chciałoby się dopowiedzieć: „Zapraszamy władze gminy  na szkolenie z samorządności i ekologii. Szkolenia prowadzimy społecznie – mieszkańcy”.

 

Hanna Dobrowolska

 

Z NOTESEM REPORTERSKIM PO KRAJU. Nieprawość  – felieton Stefana Truszczyńskiego

Dziennikarz powinien czytać, słuchać i oglądać. Ale nie tylko z pozycji warszawskiej, ale jeździć po kraju. Więc jeżdżę na wezwania pokrzywdzonych. Chciałbym pomóc tym, którzy ludzi bronią i ujawniać szkodzących.

 

Krzywdy jest dużo. I ciągnie się ona przez dziesiątki lat. Są na szczęście obrońcy – adwokaci i pomagający, nagłaśniający sprawy dziennikarze. Niestety często są to spóźnione interwencje. Ludzie więzieni, bici nie doczekali się sprawiedliwości. Ludzie byli niszczeni, skazani na życie w nędzy, a ich  najbliżsi latami bezskutecznie walczą o zadośćuczynienie krzywd. Właściwie nie wiadomo z kim walczą. Bo państwo ustami swych najwyższych przedstawicieli wyraża się z troską, obiecuje. Jednak jego czynownicy mają te słowa za nic.

 

Siedzę na Sali sądowej w Katowicach. Przedmiotem sprawy jest los człowieka, Pana Adama Jastrzębowskiego, który był dzielny i nie bał się w obliczu najpierw brunatnej, a potem czerwonej zarazy stanąć do walki z nadzieją i bronią w ręku. Gdy nadeszło ze wschodu wyzwolenie od hitlerowców, został zniszczony rodzimymi rękami. Bez uwzględnienia tego, że walczył jako żołnierz podziemia. A wraz z nim walczyła, tak(!) walczyła o życie i przetrwanie jego rodzina.

 

Siedzę na sali, słucham. Potem wertuję materiały przygotowane przez gliwicką kancelarię mecenasa Andrzeja Wołoszyna. Otrzymuję wyroki kolejnych instancji. Dokumenty odwołań. Obrońców, prokuratury. I to z najważniejszego szczebla. Ciągle z nadzieją czekają rodziny. I ja czekam. Ale i informuję. Ktoś powie – to tylko drobne przykłady działania bezwładnej machiny sprawiedliwości. Ten walec może i drgnął, ale niestety nadal miażdży ludzi skrzywdzonych, oszczędzając srebrniki należne za krew, ból i lata pogardy.

 

Pan Adam Jastrzębowski to „żołnierz wyklęty”.

 

W dramatycznym liście do dzisiejszej władzy wdowa, 90-letnia Pani Irena Jastrzębowska pisze o dramacie męża. O tragicznym losie rodziny. Żołnierz, z tych którzy rzeczywiście byli przez zbrodniarzy wyklętymi, Adam Jastrzębowski, doznał ze strony aparatu nacisku wieloletniego więzienia, strasznych tortur z zagrożeniem utraty życia. Cierpień, szykan, prześladowań, utraty zdrowia doznała cała wielodzietna rodzina państwa Jastrzębowskich.

 

Dwa lata temu Prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie umorzył śledztwo przeciwko oprawcom z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego z Mławy. W Postanowieniu z dnia 30 maja 2016 o umorzeniu śledztwa czytam wprawdzie: „nie budzi wątpliwości fakt popełnienia przez funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Mławie zbrodni komunistycznej na szkodę Adama Jastrzębowskiego”. Napisano również: „… umieścili go w piwnicy, bili, przypalali paznokcie cygarem, wlewali wodę do nosa, unieruchamiając uprzednio pokrzywdzonego na ławie, układając go na plecach i przytrzymując za włosy…”.

 

To wszystko działo się w 1949.

 

Za co tak torturowano człowieka?

 

Za to, że – cytując dalej Postanowienie prokuratora z 2016 roku: „w rodzimej wsi Jastrząbki powiat Mława w okresie letnim 1941 r. wstąpił do miejscowej organizacji Narodowe Siły Zbrojne. W latach 1943 – 44 zdobywał dokumenty dla ukrywających się członków organizacji (…) Przez cały okres okupacji był członkiem ruchu oporu, początkowo NSZ, a następnie AK. W maju 1945 roku po wyzwoleniu terenów Mazowsza został aresztowany przez funkcjonariuszy z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Mławie (…) osadzono go wówczas w piwnicy siedziby Komendy Milicji w Mławie. Przesłuchiwali go nieznani mu funkcjonariusze UB. Zapamiętał jedynie nazwisko „Złotowski”, który był starszym oficerem i prawdopodobnie kierownikiem grupy śledczej”. To było rzeczywiście przed laty. Adam Jastrzębowski więziony był przez lat pięć. Zbrodniarze dawno już nie żyją. Żyje rodzina, której ta sama władza zgotowała koszmar egzystencji – lata chorób i cierpienia psychicznego.

 

Dziś po latach zabiegów o odszkodowanie prokurator z Katowic w apelacji uzasadniającej z dn. 2 października 2019 roku żonie i córkom ofiarom stalinowskich zbrodni dokonywanych polskimi rękami redukuje zasądzone przez Sąd Okręgowy odszkodowanie, wysokość zadośćuczynienia – czterokrotnie. Cytuję: „Zarzucam rażącą niewspółmierność zasądzonego na rzecz wnioskodawczyń wygórowanego zadośćuczynienia w kwocie po 470 000 zł nieadekwatnego do rozmiaru krzywd moralnych i fizycznych jakich doznał Adam Jastrzębowski co skutkowało ich bezpodstawnym wzbogaceniem (…) wnoszę o zmianę zaskarżonego orzeczenia przez rozstrzygnięcie o zasądzeniu na rzecz wnioskodawczyń w kwocie po 117 500 zł oraz wskazanie, iż na działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego (Dz. U. z dnia 23 kwietnia 1991 r.), było co do zasady słuszne”.

 

Krzywda i zadośćuczynienie. Zbrodnia i nieprawość.

 

Cytując dalej z pisma Katowickiej Prokuratury Okręgowej do Sądu Apelacyjnego w tymże mieście, bezczelnie nazywanego w czasie wrednego okresu – Stalinogrodem: „wysokość zadośćuczynienia za doznaną krzywdę wynikła z pozbawienia wolności należy więc do sfery swobodnego uznania sędziowskiego, co implikuje stwierdzenie, że zarzut wadliwego określenia wysokości zadośćuczynienia może być uwzględniony jedynie w sytuacjach, w których przyznane zadośćuczynienie w sposób oczywisty i rażący nie odpowiada relewantnym okolicznościom, występującym w danej sprawie, jest niewspółmierne do stopnia i długotrwałości cierpień doznanych przez wnioskującego o zadośćuczynienie”.

 

Trudno spokojnie czytać treść apelacji prokuratora. I jeszcze ten język.

 

Jakaż przepaska oślepia i jakaż waga mierzy ból w złotówkach. To są pytania również do Prokuratury Krajowej reprezentowanej przez Departament Postępowania Sądowego, która w piśmie do Pani Ireny Jastrzębowskiej i jej córki Ewy Domańskiej (4 X 2019), informuje o zwrocie akt sprawy do Sądu Okręgowego w Katowicach, a także (w sprawie cofnięcia apelacji) do Prokuratury Rejonowej w Katowicach.

 

Wiekowa wdowa czeka. W liście do Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro pyta: „Czy Pan autentycznie przeciwny jest stanowisku Prokuratury Okręgowej w Katowicach? Z wielką ufnością oczekuję jednoznacznej i rzetelnej odpowiedzi (…).”

 

***

 

Z notesu reportera: po wyjściu z sądu w Katowicach poszedłem z Adamem Słomką pod mury sąsiadującego z sądem więzienia. Zamykano go tam wiele razy. Omawiamy kolejną sprawę. Będzie ona miała miejsce w Bielsku Białej.

 

Stefan Truszczyński

Dobrostan plus – felieton JERZEGO TERPIŁOWSKIEGO

Czy planowany w programie PiS samorząd dziennikarski będzie zajmował się określaniem tego, co dla władzy jest słuszne i przydatne, a co szkodliwe?

 

Nareszcie! Kiedy nadejdzie pora, będę mógł spokojnie zamknąć oczy, nie martwiąc się o los moich i Waszych dziatek. Wysiłek wszystkich dramatycznie przeżytych lat zostanie ukoronowany w kształcie Polski, będącej jednym pasmem szczęśliwości społecznej, narodowej i religijnej. Zapowiada to program wyborczy Prawa i Sprawiedliwości. W oczekiwaniu na jego realizację będę mógł spokojnie zająć się hodowlą róż, beztroskimi wakacjami za trzynastą wypłatę emeryta, którego średnie świadczenia miesięczne wystarczają na życie, lekarstwa, opiekę zdrowotną wedle tzw. szybkiej ścieżki, bez kolejek, niepotrzebnego bólu i poniżenia. Przydała się na coś moja walka z okupacją, kiedy to jako pięcioletni szczeniak skopałem hitlerowskiego żandarma (a raczej cholewy jego buta – patrz: powieść „Ujrzanów”), plucie krwią z dziewięcioletniego gruźliczego płuca z okien sanatorium na stalinowskich ubeków, w czasach „kiedy to przez pewien czas po wojnie próbowano prowadzić niezależną działalność polityczną i wydawniczą, a kultowi jednostki można było przeciwstawić już tylko honor, następnie piętnowanie nadużyć peerlowskiej władzy oraz osobista sekretna wojna o wolną Polskę w latach 1976-1989, wreszcie ośmieszanie tumiwisizmu liberalnych rządów PO i ich premiera w prasie, a także opłatkowe spotkania w gronie przyjaciół, tak jak ja oczekujących na szansę dla Polski, którą miał być PiS.

 

Taka było moje pierwsze wrażenie po pobieżnym zapoznaniu się z aktualnym  programem wyborczym tego ugrupowania. A już naprawdę słodkie ssanie emocji  w tzw. podołku, poczułem po lekturze passusu dotyczącego dziennikarzy. Czytam bowiem: „Rząd Prawa i Sprawiedliwości […]  zwiększył zakres wolności dziennikarskiej! […] Niekorzystnych wywiadów nie można już blokować lub zmieniać w taki sposób, aby wypaczać ich sens. Dziennikarz nie jest już ścigany za opublikowanie wywiadu bez zgody rozmówcy, jeżeli publikacja odzwierciedla rzeczywistą rozmowę. […] Zlikwidowaliśmy przepis pozwalający zwolnić dziennikarza z pracy za pisanie prawdy […], należałoby również stworzyć zupełnie odrębną ustawę regulującą status zawodu […]. Wprowadzałaby ona rozwiązania podobne do tych, jakie mają inne zawody zaufania publicznego, np. prawnicy lub lekarze. Głównym celem zmiany powinno być utworzenie samorządu. Możliwe byłoby wtedy zlikwidowanie art. 212 KK, bo powstałaby gwarancja nienadużywania mechanizmów medialnych w sposób nieetyczny”.

 

Pisiory moje najdroższe i ich Szara Eminencjo! Tak, po trzykroć tak!  Wobec tego nareszcie sobie na Was poużywam. Jako na władzy, którą przecież po tych wyborach ciągle będziecie, bo któż inny potrafiłby stworzyć podobny dokument, wprowadzając mnie i moich fejsbukowych i twitterowych przyjaciół w stan tak znacznej emocji oraz podziwu. Przecież dziennikarstwo – nikt inny, tak bardzo, jak my – istnieje po to, aby informować o wydarzeniach, z którymi na co dzień, teraz, tu i gdzieś tam, spotykają się nasi bliźni lub tych bliźnich zagraniczni bliźni i prostować wiadomości nieprawdziwe, a także – jeżeli nie przede wszystkim – patrzeć na ręce wszelakiej władzy. Nie opozycji, ale właśnie władzy, która zawsze z paskudnej albo tylko zmiennej i nieobliczalnej natury człowieka – najbardziej narażona jest na pokusy wynikające z faktu posiadania należnych jej przywilejów. A więc nie „jadowym zębem” wprawdzie (jak pisał Jan Nowak Jeziorański, przykładając niektórym publicystom „Gazety Wyborczej”), ale w szczerej, braterskiej czy ojcowskiej trosce o to, aby się do cna nie wypaczyła, pójdziemy teraz na całego w TVP, PR i innych Narodowych Mediach. Pomożecie? Pomożemy! Bo nikt nas już nie wyrzuci za nasze zdanie, za ujawnienie faktu kompromitującego rządowego dygnitarza, za krytykę. A w razie gdyby się ten stawiał, uruchamiając podległe sobie służby, to weźmie nas w obronę rada samorządu dziennikarskiego ustawowo powołana dla podtrzymywania wysokiego statusu zawodu.

 

Bo przecież: „Prawo i Sprawiedliwość zdecydowanie opowiada się za wolnością w sferze praw jednostki i dąży do zabezpieczenia wolności w życiu społecznym. W tym celu będziemy konsekwentnie kontynuowali reformę instytucji państwowych, społecznych i gospodarczych w kierunku ich wolnościowego funkcjonowania”.

 

Zaraz, zaraz, moi Drodzy. Czy to lapsus linguae, czy celowe wypunktowanie, o co tak naprawdę chodzi? Przecież jak dotąd reformowaliście wszystkie te instytucje (ku naszemu zadowoleniu lub protestom) głównie po to, aby umocnić władzę (potrzebną oczywiście, aby zagwarantować zapowiadany obecnie dobrostan). Usunęliście kierownictwa stadnin koni czystej krwi oraz wbrew zaleceniom UE postawiliście higieniczny kordon wysokokwalifikowanym uchodźcom z kulturalnej, wielowyznaniowej, arabskiej jednak Syrii, przyjmując w ich miejsce po cichu dziesiątki tysięcy  niewyględnych Azjatów z Indii i może Bangladeszu. Nadkruszyliście fundament trzeciej władzy, czyli sądownictwo. Trzyma się jeszcze Zwierz Alpuhary (utwór Słowackiego w uczniowskiej interpretacji), ale w Grenadzie (sądownictwo) zaraza trolli pod nazwą „Emilia i jej towarzysze”. Wyrzucaliście na lewo i prawo także moich przyjaciół, którzy z serca przyłożyli się do Waszego sukcesu, bo chcieliście  zrobić miejsce dla karuzeli stanowisk potrzebnych do przekupywania władzą i zarobkami. Komuż zatem będzie przysługiwało owo wolnościowe funkcjonowanie? Podmiotom działania tych instytucji czy im samym?

 

A jeśli tak, to czy wzorem powołanych narodowych centrów kultury, nauki i tak dalej, które obsadziliście swoimi ludźmi, i które tak sterują lub próbują sterować przydziałem środków i grantów, żeby otrzymali je ludzie Wam ulegli, nie przejmiecie również władzy nad kierownictwem dziennikarskiego samorządu, który od tej pory  „dbając o standardy etyczne i zawodowe, dokonując samoregulacji oraz odpowiadając za proces kształtowania adeptów dziennikarstwa”, będzie zajmował się określaniem tego, co dla władzy jest słuszne i przydatne, a co szkodliwe?

 

Zwłaszcza że w ogóle za dużo w Waszym programie jest określania, jakoby głównym beneficjentem wszystkich działań społecznych miało być państwo. „Państwo obejmuje swoim oddziaływaniem wszystkie inne organizacje”.  „Rozwój gospodarczy oprócz kapitału potrzebuje także dobrze wykształconych ludzi, którzy mogą pracować na rzecz państwa”. Nie narodu albo społeczeństwa albo po prostu ludzi, tylko właśnie państwa. Oczywiście państwa PIS-owskiego, bo bez rządu państwo nie istnieje, choć ja osobiście wolałbym, aby nim administrowano, a nie rządzono.

 

Co prawda „szkoła, zwłaszcza szkoła średnia, wyposaży młodego człowieka w wiedzę i umiejętności pozwalające poznać i zrozumieć uregulowania prawne, jak i realne mechanizmy demokratyczne oraz pozwoli mu odróżnić manipulację od rzeczywistości”, ale dotychczasowe Wasze poczynania w obszarze edukacji są – powiedzmy szczerze – dość żałosne, a jeżeli mieliby się nimi zajmować w przyszłości ludzie, których jedyną zaletą jest służebność wobec swej partii, to wątpię, czy efekty owych szczytnych założeń przysporzą pożytku czemukolwiek więcej niż krótkowzrocznemu celowi  politycznemu.

 

Jeśli zaś po wygranej wyborczej spełni się Wasza obietnica, iż poseł lub senator będzie mógł być pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a także zatrzymany lub aresztowany, decyzją podjętą na wniosek Prokuratora Generalnego”, to taki stan rzeczy ułatwiać będzie rządzącym, aby w granicach ustanowionego prawa, określając swe postępowanie jako demokratyczne, działali totalitarnie. I wtedy przyszłość, tak kusząco zarysowana w programie, nabiera zupełnie innego kształtu, niż nam się do tej pory wydawało. Wszak programy tak rządzących ugrupowań zawsze pełne były pięknie sformułowanych przewidywań lepszego jutra, postulatów wyrzeczeń dla wspólnego interesu itd. A przecież nie chodziło w nich o dobro tej czy innej grupy społecznej, tylko o tytuł do sprawowania władzy, zadośćuczynienie żądzy jej posiadania oraz kasę dla tych, którzy ją popierają. Są to mechanizmy społeczne oddziałujące nawet wbrew zamierzeniom kreatorów. Jako tłumacz i protagonista Friedricha von Hayeka (Droga do zniewolenia) nie przyłożę do tego ręki. Ale róż też chyba nie będę hodował. Nie będę także haratał w gałę, jako że nigdy nie pasjonowały mnie sporty drużynowe. Może uda mi się jakoś pozostać po prostu sobą? Aha! Ten „Dobrostan plus”, którym pozwoliłem sobie zatytułować felieton, dotyczy, jak się okazuje, hodowli zwierząt i rolnictwa w ogóle. Ot, taka nieuwaga starcza.

 

Jerzy Terpiłowski

 

 

Paroksyzmy demokracji – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o niebezpiecznych związkach dziennikarzy z władzą

Straty PiS po ostatniej dyskusji o lotach? Mikroskopijne” – pisze popularny portal konserwatywny. Zjednoczona Prawica straciła 1%, Koalicja Obywatelska 3%. Pierwsze ugrupowanie za zdecydowaną reakcję, drugie – za agresję,  obrażanie uczuć religijnych rodaków  i ustawiczną jazdę po bandzie.  Jasne, polowanie na partie rządzącą, to wilcze prawo opozycji, mamy środek kampanii wyborczej, ale społeczeństwo polskie coraz bardziej przypomina zachodnio-europejskie, podmiotowe, świadome zasad demokracji i swoich praw.  Toteż rzadziej pozwala sobie robić  przez media lewicowo-liberalne, pas transmisyjny opozycji totalnej, wodę z mózgu. W Londynie nauczyłam się szanować rolę opozycji w  moderowania poczynań partii rządzącej. Ale opozycja totalna nie ma pojęcia o wartościach, które łączą  obie strony – ponad   programami –  i uparła się krytykować  każdą propozycję PiS.

 

Nie zaskoczyła mnie ostra reakcja  Jarosława Kaczyńskiego na pojawiające się jedna po drugiej informacje nt. użytkowania przez marszałka Marka Kuchcińskiego rządowej floty powietrznej.  Była to przecież sprawa pryncypiów.  Ale pewna część inwokacji do dziennikarzy podczas konferencji prasowej, wzbudziła mój protest. Kiedy powiedział: „marszałek nie złamał prawa, nie złamał dobrych obyczajów, ale skoro państwo są innego zdania, Polacy są innego zdania…”. Chodzi o ten fragment „skoro państwo”, czyli dziennikarze „są innego zdania”. Bo „innego zdania” była jedynie część obecnych na briefingu dziennikarzy, ta lewicowo-liberalna, której  jedynym celem jest odsunąć Prawo i Sprawiedliwość od władzy.  Grupa ta spełnia w stosunku do PO i Lewicy  rolę  użytkową, nagłaśniając  najmniejszą wątpliwość i prezentując ją jako skandal stulecia.  Skala przesady  jest wielka i nieproporcjonalna. Zwłaszcza jeśli uprzytomnimy sobie cały kontekst, trwającą 40 lat i coraz bardziej bezpardonową wojnę kulturową, która zamierza wywrócić nasz świat do góry nogami.  Więc to „skoro państwo są  innego zdania”, zabrzmiało tu chyba zbyt koncyliacyjnie.  Znam niebezpieczne związki władzy i mediów w Wielkiej Brytanii i  owszem, rząd, parlament  boją się „czwartej władzy”, ale przynajmniej do niedawna dawały mediom do zrozumienia, że owszem, są  władzą, ale czwartą. I jeśli  rząd i parlament  realizują  swoje  wyborcze  obietnice,  nawet więcej niż obiecano, a  druga strona od początku gra znaczonymi kartami,  trzeba więcej wiary w siebie.

 

A teraz, rondem, do sprawy marszałka Kuchcińskiego. Demokracja działa jak dobrze naoliwiony pojazd, kiedy pracują trzy akceleratory: regulacje, instytucje, które pilnują ich wdrażania oraz ludzie, którzy je wdrażają. Tu zawiodły dwa czynniki – regulacje, czy raczej ich brak, oraz czynnik ludzki. Ale polska demokracja jest bardzo młoda. Mimo że parlament pracuje pełną parą, często zdarzają się sytuacje – precedensy. A to niepełnosprawni w Sejmie, to znów skompromitowani współpracą z komuną sędziowie KRS  albo nieprawidłowości w korzystaniu z floty powietrznej, które wołają o nową ustawę. I to jest w porządku. W Wielkiej Brytanii 20 proc. całego prawodawstwa zostało ustanowione właśnie na zasadach precedensów.  A więc kiedy ujawniono lukę, niejasność przepisów, należało je dookreślić  i basta!   Minister Michał Dworczyk już poinformował, że w piątek  ponadpartyjna komisja przedstawi projekt takiej ustawy. Partia, która  wywołała awanturę, nie była uprzejma wysłać swojego przedstawiciela.  Znów widać, że nie o to chodziło, aby sprawę  załatwić, tylko medialnie „rozhuśtać łódź”.  Nie żeby złapać króliczka, ale by gonić go. Aż do 13 października.

 

Po drugie, zawinił tzw. czynnik ludzki. I nie chodzi nawet o nadużycia władzy. Jeśli od 30 lat żadna z ekip nie zwróciła na białą plamę uwagi,  marszałek Kuchciński był równie winny  jak prezydenci WałęsaKwaśniewski czy premierzy  Donald TuskEwa Kopacz.  Można nawet powiedzieć, że posługiwał się rządową flotą lotniczą z mniejszym rozmachem niż uprzednio wspomniani, którzy uczynili sobie z VIP-owskiego transportu taksówkę, by wracać na noc do Gdańska, odwiedzić studiującą tam córkę czy wyprowadzić psa.  Ale dziennikarze lewicowo-liberalni, przychylni ówczesnej władzy, już tego nie nagłaśniali.

 

Niełatwo też wskazać na „bizantynizm władzy”, w końcu marszałek Marek Kuchciński, to druga osoba w państwie, ma swoje obowiązki i w Warszawie, i w terenie, i poruszanie się samolotem, to tylko logistyczna konieczność.  Regulacje niejasne, a zasady korzystania z samolotów – rozbuchane. Ale nie jesteśmy w tym  odosobnieni. Dla porównania – w Wielkiej Brytanii ta sprawa wciąż nie jest właściwie uregulowana.

 

Jest tam znacznie więcej ludzi do obsłużenia, bo obok premiera, ministrów jest i czteropokoleniowa rodzina królewska, która regularnie wizytuje kraje Commonwealthu.  Ma do dyspozycji helikopter, pociąg jak Orient Express, kilka lat temu utraciła jacht Britannia, który okazał się za drogi w utrzymaniu.  Do 2015 roku VIP-y korzystały z samolotów dostarczanych przez RAF,  z lotów rejsowych  British Airways i Concorde’a.  Od 2015 roku podstawowym przewoźnikiem premiera,  delegacji  na najwyższym szczeblu jest jednostka RAF Voyager A 330, 158 miejsc.  Sięga się po nią ze względów oszczędnościowych i bezpieczeństwa. Ciekawostka – jego lotem dziewiczym była podróż do Warszawy na konferencję NATO w czerwcu 2016 roku. Ale kilka tygodni temu nowy premier Boris Johnson powiedział: „Trzeba coś z tym zrobić, bo po pierwsze, nigdy nie można się do tego samolotu dopchać. A po drugie – potrzebne jest jakieś porządne brytyjskie logo”.  Czyli, jakby nie patrzeć, nie jesteśmy w problemie odosobnieni.

 

I sprawa ostatnia „Kuchcinski’s case”, bodaj najważniejsza. Kiedy pracowałam w Londynie,  docierały do mnie wieści o kolejnych aferach, SLD, potem PO,  które zwykle kończyły się zamieceniem skandalu pod dywan. Nie była to już wprawdzie demokracja  socjalistyczna, ale jeszcze nie ta prawdziwa, bezprzymiotnikowa.  I np. dopiero Prawo i Sprawiedliwość zaczęło realizować jedną z jej  podstawowych zasad, uczciwość polityki i polityków. Zawiniłeś, do widzenia – że przypomnę posłów Hofmana, Girzyńskiego, Piętę, a teraz drugą osobę w państwie.  Wiemy że natura ludzka jest ułomna i wszystko zależy od tego jak władza radzi sobie ze skompromitowanymi urzędnikami państwowymi. PiS sobie poradził – i dlatego „sprawa Kuchcińskiego” zaszkodziła wprawdzie delikwentowi, ale już nie jego ugrupowaniu, czy zdrowiu społeczeństwa. Bo został wysłany przekaz:  wszyscy są równi wobec prawa.  Oto garść informacji byłego korespondenta, którego obowiązkiem jest przekazywać newsy, ale i stopień zaawansowania demokracji,  atmosferę społeczną i jej przyczyny.

 

I jeszcze jedno: Jarosław Kaczyński mógł zareagować na dwa sposoby. Jak premier Cameron w obliczu słynnej afery korupcyjnej z 2009 roku, kiedy to zwrócił się do 37 posłów z żądaniem,  rezygnujesz jutro, albo nie stajesz do wyborów za 6 miesięcy.  U nas  parcie  opozycji i mediów lewicowo-liberalnych było tak duże, że prezes PiS wybrał tę pierwszą opcję: rezygnację marszałka w ciągu kilku dni. Choć przewinienie nie było ani w połowie tak duże jak w brytyjskim przypadku, kiedy chodziło o niewłaściwe wykorzystywanie funduszów poselskich na wielką skalę.

 

Paroksyzmy młodej polskiej demokracji… Budujemy ją wielkimi kosztami, chaos, zamieszanie,  niepewność kolejnego stawianego kroku. Ale z tych wszystkich zażegnanych kryzysów, wynika jakieś dobro w postaci kolejnej ustawy, wypełniającej legislacyjną  pustkę. Jak mówią Anglicy, it’s a bumpy road to democracy, droga do demokracji jest  wyboista. Ale  kierunek  właściwy. I  dziennikarze, także lewicowo-liberalni,  powinni o tym wiedzieć.

                                                                                      

Elżbieta Królikowska-Avis

Nietrzebka widzi i fotografuje – felieton Stefana Truszczyńskiego

Tup, tup, tup – tysiące, setki tysięcy ludzi codziennie przemierza Warszawę. Szczególnie teraz latem. Przyjechali liczni zagraniczni. Japończycy biegną do Łazienek, żeby zobaczyć pomnik Chopina, chłopi na Plac Trzech Krzyży – bo tam Witos stoi, zwolennicy PiS-u na Plac Piłsudskiego – tam i Marszałek i Prezydent Lech Kaczyński, no i „schody” Kaliny – za krótkie jak na to co mają przypominać.

 

Warszawiacy, jeśli tacy jeszcze są między „słoikami” (bez urazy sam też tu przyjechałem przed prawie 60 laty) – a więc Warszawiacy przemykają „do pracy” i „z pracy”. Poeta – Barańczak – dodawał: „o k… jak długo tak można rodacy”. Ale to było „za komuny”. Teraz mamy już inną Warszawę – szklanych wieżowców, do których brak odpowiednio długich strażackich drabin. Po ulicach mkną klimatyzowane autobusy i kobiety opięte w leginsach. Śliczne to wszystko; no może nie wszystko – rzecz gustu. Ale jest tego wszystkiego dużo. Przebiegamy, na nogach i okiem. Za dużo by zapamiętać. Warto więc utrwalić.

 

Tak robi to magister Nietrzebka. Chodzi po mieście tak jak my wszyscy. Z aparatem. I pstryk. Właśnie – ku pamięci – powstał album „Warszawa” anno domini 2018, stron 190, w kolorze.

 

A więc Pan Maciej Nietrzebka. To nasz kolega, choć magisterium zrobił na germanistyce. Dobrze wykonał pracę, więc zasługuje na miano fotoreportera i dziennikarza. Przyjąłbym go do SDP, gdyby się zgłosił i gdyby komisja członkowska to zaakceptowała. Ocena modeli Roborock. Porównaj odkurzacze automatyczne roborock-compare.pl Najlepsze ceny w sklepach internetowych Ebay, Aliexpress, Gearbest. Pan mgr Nietrzebka sam zrobił się ważnym Warszawiakiem, bo zrobił coś bardzo konkretnego dla miasta. Właśnie bez słów. To rzadkość – taki co nie gada, nie wypisuje tysięcy słów, a robi. Popatrzcie.

 

 

Oto taka jest dziś – w stulecie odzyskania niepodległości – Warszawa i jej przetaczający się tam i z powrotem mieszkańcy. Może wypatrzycie na którymś ze zdjęć siebie. Ale na pewno poznacie, gdzie Pan Nietrzebka chodził. Warto zaglądać w każdy kąt miasta. Naszego. I naprawdę nieujarzmionego. Rozlewającego się w wielką aglomerację. Przyciągającego licznych.

 

A więc ten album to ważny dokument. Został w nim uwieczniony rok 2018. Jeden z wielu po zasadniczej zmianie w ’89 tym. A teraz kolejnej – dobrej zmianie. Idźcie ulicą Dobrą, Topiel, Mokotowską, Hożą, Kruczą.

 

Też możecie fotografować. Jak robi to na co dzień Pan Maciej Nietrzebka. Brawo!

 

Stefan Truszczyński

Maciej Nietrzebka

 

Darczyńcy – felieton Stefana Truszczyńskiego

Jeździ obywatelka-Europejka Hübner po ulicach stolicy i na zadzie autobusów promuje swe oblicze. Pani była już wiele razy europosłanką, ale chce jeszcze.

 

Trochę to kosztuje, ale co tam. Jeśli zarabia się w Unii 100 tysięcy miesięcznie można komunikację miejską dofinansować. Tak jak to zrobił Rafał Trzaskowski. Skutecznie, bo zasiadł na tronie Warszawy.

 

Dobry żart tynfa wart, pomysł też (tynf to XVII-XVIII wieczna srebrno-miedziana moneta wartości 18 groszy od nazwiska mincerza – A. Tynfa – który mincował za panowania Jana Kazimierza). Po tym jeżdżeniu po mieście Pani H. na pewno planuje kupienie sobie niejednego tynfa. Mogłaby z pewnością kupić również Pana posła Halickiego (który zarabia w Sejmie w porównaniu do niej nędzne grosze). To konkurent – wyborcze plakaty Pani Hübner niegrzecznie zrywa i wiesza własne. A fe!

 

Proszę Pana, Panie H., proszę nie zrywać podobizn Pani H. Oboje dostaniecie się do wymarzonej stolicy Belgii jeśli powiesi Pan swoje obok obecnej europosłanki. A jeszcze lepiej – zróbcie sobie wspólne zdjęcie jak niegdyś Borys-Damięcka i synek bokserski – Szczerba. Pomogło! Oboje weszli! I siedzą sobie w ławach – Sejmu i Senatu.

 

Mam jeszcze jeden pomysł jak skutecznie zadziałać. Należałoby zadeklarować, że połowę brukselskich poborów przeznaczy się na jakiś szczytny cel w naszym kochanym kraju. Np. na kolejny film Sekielskiego „Mów tylko prawdę” o dziennikarzach, aktorach i reżyserach. Będzie trudno. Ale chłopak da radę. Zdolny jest. Do wszystkiego.

 

Apeluję więc do kandydatów, którzy mają być wybrańcami narodu: zwróćcie się do dziennikarzy oni chętnie wasze szczytne deklaracje nakręcą, nagrają, zapiszą. Dacie ludziom „50” a zostanie wam i tak jeszcze „pięćdziesiąt” i to tysięcy w gotówce. Toż to tyle, ile bierze w miesiącu aż 25 nauczycieli (poza Panem Broniarzem oczywiście).

 

Czcigodni kandydaci in spe do UE zostawcie – biednym ludziom – połowę łatwego szmalu. Zabrano im już przemysł i handel. Dobrodzieje z Zachodu wywożą od nas w sumie pięć razy większą dywidendę niż to co nam łaskawie dają. Mała to pociecha, że w końcu ponoć będą nam płacić jakieś tam minimalne podatki wielkie sieci handlowe. Dotychczas uznawano ich oświadczenia i rachunki: że nic w Polsce nie zarabiają. Altruiści! Osioł andaluzyjski i portugalskie praczki śmieją się nam w nos. Lobbyści obcych chyżo i bezkarnie biegają po urzędach i parlamencie. Mają nawet łatwiej niż dziennikarze obsługujący wybrańców narodu. Wprawdzie nasi nadobywatele czasem poślizgną się na mirabelce lub zjedzą za dużo szczawiu, przejadą staruszkę na pasach (według proroctw nadredaktora M.) – ale koledzy ich wybronią.

 

Gorzej w Brukseli, tam się nasi raczej dzielą niż łączą. Każdy z nich powinien mieć przy sobie energicznego i wygadanego rzecznika. Po co ma sam gadać i narażać się na krytykę. Rzecznik zabrnie za daleko – to się zdementuje.

 

Polecam tę ideę kandydatom. Bo kolegom dziennikarzom coraz trudniej o pracę w kraju. Nawet za grosze. Dziennikarska giełda pracy uboga. A już szczególnie w terenie, gdzie nadętych kacyków więcej niż etatów dla żurnalistów. Wymyślono samozatrudnienie. A kto i z czego będzie płacił narastającym falom emerytów? Rosną wokół szklane drapacze. Ale ci co w międzyczasie zdechną z głodu – już ich nie zaludnią.

 

 

20 V 2019. Stefan Truszczyński

Mądrzy ludzie nie siedzą w kozie… – pisze Marzanna Stychlerz-Kłucińska

Propaganda lewacka z Internetu i mediów tradycyjnych zeszła pod strzechy. To znak, że zbliżają się ważne wybory. Tak dla dziennikarzy, jak i – cytując byłą Panią premier Beatę Szydło i obecnego premiera Mateusza Morawieckiego  – zwykłych Polek i Polków!

Jeżeli ktoś zdobył  cenzus wyższej uczelni, bez kumoterstwa, i jednocześnie, deklaruje się jako osoba niewierząca w Boga, jest imbecylem. A status wyższego wykształcenia może sobie włożyć pod podeszwę. Będzie wyższy.

Za naczelnego tej psudo-światłej części narodu, dość powszechnie, uważa się jednego z felietonistów tygodnika „Polityka”, Pana Jana Hartmana. Dał się poznać szerszej publice, kiedy zalecał związki kazirodcze wolnym ludziom. Dowodząc, że człowiek absolutnie wolny może się poczuć tylko wtedy, kiedy może spełnić każdą zachciankę.  Nie będę cytować jego innych pseudomądrości, bo szkoda na nie miejsca nawet w eterze. Kto ciekaw, niech sobie poklika w komputerze, a młodsze pokolenie w smartfonie. Pewnie plują sobie w brodę jego wykładowcy, że „wyhodowali” sobie takiego ucznia. Zaprzątam sobie głowę i czas tym człowiekiem z jednego powodu. Zasadniczego. Jego czytają również młodzi ludzie, którym Pan Hartman mebluje mózg.

Nie powiem nic odkrywczego, ale czasami warto zastanowić się i nad truizmami. Co do zasady, ludzie mówią, że nie wierzą w Boga, kiedy są słabi. Moralnie. Nie potrafią zapanować nad swoimi najniższymi instynktami. Albo – by zacytować Zbigniewa Herberta – są zwykłymi miernotami. A nikt nie lubi mieć o sobie tak pośledniego mniemania. Już św. Karol Wojtyła,  a wcześniej św. Tomasz z Akwinu i biskup z Hippony św. Augustyn pisali, że praca nad sobą jest najtrudniejsza. Ot, i cała tajemnica.

Wracając do głównego wątku, czyli buty i wchodzenia z buciorami nawiedzonych piewców libertynizmu w życie nie aż tak bardzo jeszcze zmanierowanej pozostałej części społeczeństwa. Otóż, garstka ludzi, bez szyldu partyjnego, bombarduje nagłośnieniem i ulotkami przechodniów w samym centrum stolicy. Tuż przy wyjściu ze stacji metra przy dworcu PKP Warszawa Śródmieście. To miejsce szczególne. Tu poległa kampania byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego, kiedy radził młodym, niezamożnym ludziom, by tak jak jego córka, wzięli sobie kredyt na mieszkanie, jeżeli nie mają własnego M. Tu też obecna głowa państwa, Andrzej Duda, serwował przechodniom kawę, w najgorętszym okresie kampanii. W końcu, miejsce to upatrzyli sobie wyznawcy Hare Kriszna i świadkowie Jehowi. Pierwsi starają się pozyskać zwolenników energetycznymi kawałkami muzycznymi i czasami, darmową strawą, drudzy – chwytając za mankiet kogo się da i wręczając deklarację wstąpienia do drużyny świadków Jehowy. Trudno się zresztą dziwić. Dziennie przewijają się tu tłumy. Pewnie żaden socjolog, a tym bardziej Najwyższa Izba Kontroli  nie pokusili się o podobne badania. Śmiało można rzec, że są to dziesiątki jeżeli nie setki tysięcy … Znajomy pisarz nazwał ów zaułek w centrum Warszawy współczesną Agorą.

Mnie zaciekawiło, kto nadzoruje ową współczesną, polską Agorę? I ile kosztuje wynajęcie jej na jeden dzień? W magistracie warszawskim, nadzorowanym przez Pana Rafała Trzaskowskiego, nie uzyskałam konkretnej informacji. Odesłano mnie do  generalnej dyrekcji dróg krajowych, gdzie proszono o skierowanie zapytania do rzecznika prasowego na piśmie. Co też uczyniłam. Prawdę mówiąc wątpię, czy doczekam się odpowiedzi. A sprawa warta jest zainteresowania. Może więc ten felieton zmobilizuje właściwe organa państwa, by „zwykłe Polski i zwykli Polacy” uzyskali odpowiedź na te pytania?

Pocieszające jest jedno. Mimo potwornej nagonki na Kościół i ostatniej produkcji Panów  Tomasza i Marka Sekielskich o pedofilii księży, ludzie przechodzili dosyć obojętnie obok stolika ustawionego przy stacji Metro Centrum. Nie widziałam ani jednej osoby, która zechciałabym podpisać się pod apelem lewaków o zniesienie Konkordatu. Rozdzielenie Kościoła od państwa, opodatkowanie  wierzących, wyrugowanie religii ze szkół, utarcie nosa księdzu dyrektorowi  z Torunia Tadeuszowi Rydzykowi i odebranie Kościołowi majątku. Bo mądrzy ludzie nie kupują kitu, ani w kozie nie siedzą …

 

Marzanna Stychlerz-Kłucińska