Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy prosi o wspieranie swoich parafii

Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy wystąpiło z apelem, aby w czasie trwania pandemii koronawirusa każdy „kto czuje się parafianinem, uczestnikiem wspólnoty Kościoła, zechciał wpłacać swoje zwyczajowe coniedzielne ofiary, jakie zwykł jest składać na tacę podczas Mszy św., w których uczestniczy” na konta parafii.

 

„Kościoły są puste, ale tęsknimy do naszych duchownych, do naszych wspólnot. Kościoły muszą ponosić swoje stałe opłaty, podatki, rachunki za energię i wiele innych”  – czytamy w apelu, który  z upoważnienia  ZG KSD napisała Anna T. Pietraszek.

 

Tutaj rezydował sam generał Sierow – dr TERESA KACZOROWSKA o Strzeleckiej 8

Na pozór zwyczajna, z mieszkaniami na czterech piętrach, narożna kamienica. Jedna z tych już odnowionych na warszawskiej Pradze. Niewielu mieszkańców stolicy wie jednak jakie kryje tajemnice.

 

– Wychowywałem się tutaj, chodziłem do szkoły, ale nic nie wiem o jej mrocznej przeszłości – mówi, patrząc na policyjne patrole zdziwiony taksówkarz, zatrzymując się w pobliżu, bo 28 lutego 2020 r. na Strzelecką wjazdu nie ma. Trwa otwarcie Izby Pamięci IPN „Strzelecka 8”.

 

***

 

Kamienica przy Strzeleckiej 8 – zbudowana w drugiej połowie lat trzydziestych na zlecenie właściciela ziemskiego hr. Zygmunta Jórskiego – w 1939 r. nie została jeszcze całkowicie ukończona ani zasiedlona. Po wybuchu II wojny światowej wprowadzili się do niej dzicy lokatorzy. W 1944 r., po wkroczeniu na Pragę oddziałów Armii Czerwonej, Sowieci pozbyli się lokatorów i przekształcili ją w główną kwaterę NKWD w Polsce – rezydował w niej sam generał Iwan Sierow (1905-1990), zbrodniarz stalinowski, współodpowiedzialny m.in. za mord polskich oficerów w zbrodni katyńskiej. „Sowiezytator” Polski, w Warszawie był głównym doradcą NKWD przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego (MBP). W kolejnych latach w kamienicy mieścił się areszt Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP). W latach 1944-48 zwożono tutaj z całego regionu „wrogów ludu”, głównie żołnierzy polskiego ruchu niepodległościowego. Piwnice zamieniono na więzienne cele, a mieszkania – na pokoje brutalnych przesłuchań i tortur. Przez katownię przy Strzeleckiej przeszły setki patriotów, m.in. przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego: Kazimierz Pużak (przewodniczący podziemnego parlamentu Rady Jedności Narodowej) i Jan Stanisław Jankowski (delegat Rządu RP na Kraj, wicepremier) – w marcu 1945 r. NKWD, z rozkazu gen. Sierowa, zwabiło i uprowadziło ich zdradziecko do Moskwy i skazało w Procesie Szesnastu.

 

 

Z meldunków polskiej siatki wywiadowczej, latem 1945 r.:

 

„[…] dom przy Strzeleckiej 8 jest na zewnątrz ogrodzony drutem kolczastym, na którym widnieją napisy: przechodzić na drugą stronę. Wieczorem budynek oświetlają cztery silne reflektory oraz strzegą wzmocnione straże zewnętrzne. Mieszkańcy sąsiednich domów opowiadają, że z budynku władz bezpieczeństwa dochodzą stałe jęki, a nawet odgłosy salw […] w piwnicach budynku umierają ludzie na skutek bicia, podczas badania przez funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa”.

 

„W NKWD w Lublinie – ulica Chopina, w Warszawie – ulica Strzelecka i we Włochach stwierdzono stosowanie „śruby skroniowej” (ściskanie głowy), powolne zrywanie paznokci, „kajdanki amerykańskie” powodujące silny napływ krwi do dłoni, w następstwie czego pęka skóra i krew wytryska spod paznokci. Zemdlonych cuci się zastrzykami z morfiny”.

 

 

„Porucznik Borowski uwolniony z obozu w Rembertowie podaje sposób badań na Pradze. Badany stoi nago w piwnicy po kolana w wodzie. Przystawia się mu w odległości 3 centymetrów od oka pręt żelazny ostro zakończony by się nie schylał i bije prętami metalowymi owiniętymi drutem po karku., plecach i nogach, aż do utraty nieprzytomności”.

 

 

Więźniów ze Strzeleckiej, którzy przeżyli bestialskie przesłuchania, wywożono do byłej fabryki „Pocisk” przy ul. Marsa 110, zamienionej na obóz specjalny NKWD nr 10. Także w głąb Rosji do łagrów albo rozstrzeliwano ich w  więzieniu przy ul. 11 Listopada („Toledo”). Kiedy już rozprawiono się z „bandytami”, w 1948 roku w kamienicy zamieszkali „zasłużeni” funkcjonariusze UB i MO wraz z rodzinami (hr. Zygmunt Jórrski, jako „kapitalista i spekulant” został pozbawiony prawa własności do kamienicy na rzecz MBP). Funkcjonariuszom przydzielono też byłe więzienne cele na piwnice – łącznie 41 pomieszczeń. Jeszcze kilka lat temu przechowywano w nich zapasy na zimę, czy ziemniaki. W 2015 r., dzięki aktywności obywateli Pragi oraz IPN, piwnice tej kamienicy zostały wpisane do rejestru zabytków.

 

***

 

Najpierw oddanie hołdu przy pamiątkowej tablicy na zewnętrznej fasadzie kamienicy. Wieńce, hymn narodowy, krótka historia obiektu. Potem uroczystość na parterze kamienicy, otwarcie Izby Pamięci IPN i wystawy „Czerwona mapa Warszawy” (z miejscami komunistycznych represji w stolicy). Duże wrażenie robi wiszące pod sufitem 115 czerwonych tabliczek z adresami podobnych obiektów w kraju – to zaledwie jedna piąta, bo siedzib NKWD/PUB w całym kraju jest ponad 550. Wystąpienia i czytanie listów reprezentantów najwyższych władz Polski, Warszawy Pragi, partii, stowarzyszeń, kombatantów. Powtarzają się słowa, że jest to miejsce naznaczone męką, głodem, krwią, bezmiernego cierpienia i walką o godność. Miejsce tragedii, ale i niezwykłej odwagi oraz męstwa przeciwko sowieckiej machinie terroru.

 

– Oddajemy dziś to miejsce państwu polskiemu, abyśmy mogli poznać i opowiadać, w kraju i zagranicą, jak wyglądało nowe zniewolenie Polski po „wyzwoleniu”, jak jedna okupacja, niemiecka, została zastąpiona drugą, sowiecką –  mówi prezes Instytutu Pamięci Narodowej dr Jarosław Szarek. – Tu oprawcy katowali polskich patriotów, a potem w tej kamienicy mieszkali. To miejsce opowiada o ich zbrodniczej komunistycznej ideologii. Ale po kilkudziesięciu latach prawda zwyciężyła. Dziś możemy dowiedzieć się jaką ofiarę nasi przodkowie płacili za polskość. Winniśmy im pamięć!

 

Wśród kilkorga kombatantów obecna była jedyna więźniarka Strzeleckiej 8 – sierżant Krystyna Miszczak-Opałło, urodzona 26 sierpnia 1921 r. Łączniczka AK ps. „Elżbieta”,  uczestniczka Powstania Warszawskiego. Na wózku, 99-letnia kobieta mówiła reporterce ledwie słyszalnym głosem:

 

– Od września 1945 r. należałam do WiN-u. Zostałam aresztowana 21 stycznia 1946 r., tuż po zdanych egzaminach na architekturę. Przywieziono mnie tutaj, na Strzelecką do wojewódzkiego UB, z całą grupą. Tutaj byłam przesłuchiwana, więziona w piwnicy, spałam na nagiej glinianej posadzce. Skazano mnie na rok więzienia, odsiedziałam ten wyrok w areszcie przy 11 Listopada. Zwolniono mnie dopiero w 1947 r. Ale UB nachodziło mnie bardzo długo, namawiało do współpracy, raz aresztowali mnie nawet w wigilię.

 

Największe wrażenie robi ostatnia część uroczystości: zwiedzanie piwnic w tej niezwykłej kamienicy. Są one doskonale zachowane: z oryginalnymi drzwiami, celami (wraz z numerami), korytarzami, murowanymi ścianami z czerwonej cegły. Jedynie dawne gliniane posadzki zostały utwardzone betonem. Najbardziej wzruszają inskrypcje – wyryte na ceglanych ścianach, a także na drewnianych drzwiach cel. Najczęściej są to imiona, nazwiska, daty, krzyże, kalendarze. I modlitwy, jak: „Matko módl się za nami”, „Jezu wróć”, „Śmierć naszym wybawieniem”. W piwnicach przy ulicy Strzeleckiej 8 zachowały się setki takich śladów po więzionych Polakach. W kilkunastu byłych celach można usłyszeć dokumentalne nagrania byłych więźniów. Oto jedno z nich:

 

   „Wjechaliśmy w podwórze dużej  kamienicy. Kazano wysiadać. Jeden ze współwięźniów poznał, że jesteśmy w posesji jego rodziny na Pradze, zajętej przez NKWD na ulicy Strzeleckiej. Znowu rozlokowano nas w małych piwniczkach na węgiel. Ja się znalazłem się z jednym kolegą z Włoch, drugiego nie znałem. Klitka tak mała, że z trudem mogliśmy się koło siebie położyć. Głowy dotykają jednej ściany, a od nóg do przeciwległej nie było nawet kroku. Słowem, rozmiar grobu. Podłoga gliniana, pokryta grubą warstwą miału węglowego i cieniutką warstwą czegoś… Żadnego okienka. W kompletnej ciemności przesiedzieliśmy kilka dni, tracąc kompletnie poczucie czasu. Potem zainstalowano żarówkę, żarzącą się czerwonym nikłym światłem. Paliła się dla odmiany całą dobę, do reszty rozstrajając nerwy i wyżerając oczy. Bicie nas dwóch było niczym w porównaniu z naszym trzecim towarzyszem. To był prawdziwy bohater męczennik. Niestety, nawet jego nazwiska zanotować nie mogę. Mam wrażenie, że używany przez niego „Borowicz” był pseudonimem. W śledztwie żądano, aby wydał innych. A on milczał. Przez kilka dni, może nawet tydzień, bito go prawie bez przerwy, dzień i noc. Na krótkie pauzy powracał do naszej piwnicy. Krew mu szła nie tylko z nosa, ust, uszu, ale po prostu ze wszystkich otworów ciała. Odebrano mu kożuch. W piekielnym zimnie leżał więc między nami dwoma przykrywając się naszymi płaszczami. Nogi od bicia tak mu spuchły, że musiał chodzić boso…Dwa razy na dobę wypuszczano nas do ubikacji z dziurą w podłodze. Biedak nie mógł sam iść. Prowadziliśmy go więc, a właściwie ciągnęliśmy pod ręce…Któregoś dnia rozebrać się już nie mógł. Zdjąłem mu ubranie, potem bieliznę i widzę w półmroku, że ma na sobie jeszcze coś ciemnego. W pierwszej chwili sądziłem, że to trykot. Dopiero gdy dotknąłem poczułem, że była to skóra koloru ciemnobrązowego, od stóp do głowy. Biedne skatowane ciało odmawiało mu kompletnie posłuszeństwa. […] Pazurami wydłubaliśmy w kąciku celi dziurę, do którego krwawo wymiotował […] W nocy majaczył i nieprzytomnie i szeptał: boli, boli, boli […] Biedny męczennik niedługo potem, w nocy, skonał”.

 

Dr Tomasz Łabuszewski z IPN, autor ekspozycji przy Strzeleckiej 8:

 

   – To wszystko potwierdza, że brunatną okupację w Polsce zastąpiła okupacja czerwona. Oprawcy, którzy tu pracowali i mieszkali niczego nie żałowali. Nie przeszkadzały im ani numery cel pozostałe na drzwiach piwnic, ani setki inskrypcji. Ale paradoksalnie, dzięki temu swoistemu, trudnemu do zrozumienia poczuciu wrażliwości, te materialne ślady komunistycznego terroru dotrwały do naszych czasów. Oni je dla nas zachowali.

 

Czerwona mapa Warszawy miała złowrogie, straszliwe rozmiary. To ponad 17 tysięcy aresztowanych przez WUBP w Warszawie, ponad 4 tysiące zatrzymanych przez stołeczną „bezpiekę”, to 8 tysięcy powstańców warszawskich wpisanych do tzw. ewidencji operacyjnej. To obraz stolicy żyjącej przez całą pierwszą powojenną dekadę w cieniu „czerwonej mapy”.

 

Tekst i zdjęcia: Teresa Kaczorowska

 

Artykuł ukaże się w najbliższym „Forum Dziennikarzy”

 

Budynek przy Strzeleckiej 8 obecnie

 

 

Izba Pamięci IPN „Strzelecka 8”

 

 

Była więźniarka Strzeleckiej 8, Krystyna Miszczak-Opałło ps. „Elżbieta”, liczy dziś 99 lat

 

Piwnice, które w latach 1944-48 były więziennymi celami dla polskiego podziemia niepodległościowego

Pycha – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Stoją wyprężone szeregi. Sunie przed nimi przypinający medale, a za nim dama z poduszką. Pięknie. Aż łza się w oku kręci. I przenika duma: iluż to mamy wspaniałych!

 

Narodowa nagrodomania sięga zenitu. Potem już będzie tylko czarna dziura. A za cóż to, za cóż te blaszki?

 

***

 

W Szczecinie, w stoczni promowa stempka już pordzewiała. Minister mówi, że teraz to dopiero świetnie zaplanują! Jasne. I zbudują! Tylko jeszcze nie wiadomo kiedy. A zresztą! Może i zbudują promy i inne statki, albo… kupią. Na przykład z Chin. Nie ma co płakać po tych 174 statkach, które poszły precz i po tysiącach kontenerków, które gdzieś wyparowały. Nie ma co przypominać, iż stocznię marynarki wojennej na Oksywiu dożynano, bo przecież w końcu nie dorżnięto. Owszem długo (bo całe lata!) trwała budowa jednej, jedynej, powstałej tu ostatnio jednostki dla Mar-Woju. Kosztowała ta zabawa w projektowanie miliardy.

 

Były krytyczne notatki prasowe. Ale tak naprawdę usłużne – główne media siedziały cicho. Teraz mają co innego na pierwszym planie. Wybory!

 

Stawka jest super: Biedroń – Bosak – Hołownia. To przecież kontynuacja: Jaruzelski – Wałęsa – Komorowski. Brak tylko Grodzkiego. Siedział biedak cicho za poprzedniej kadencji, bo brylowała posłanka o takim samym nazwisku – Grodzka. Cholera wie, dlaczego było mu nie do pary. Teraz, gdy dama osiadła wreszcie w (a może na) Piaskach – to graniczna wioska z Rosją na Mierzei Wiślanej – Pan Doktór ruszył w bój.

 

***

 

Był trafiony, choć bardzo chowany medialnie, gest Kozakiewicza. Teraz pokazała palec Pani Lichocka. Niegrzecznie? Uważam, że bardzo słusznie. Inni certolą się z targowiczanami, którzy plują na kraj współziomków – choć to dzięki nim owi koalicjanci zarabiają dziś po sto tysięcy złotych miesięcznie. Rzeczywiście straszne przestępstwo zrobiła Pani Joanna.

 

Utalentowana Pani Ewa Wencel narysowała nam portret młodego Piłsudskiego. Nie bawił się ze zdrajcami. Eks-minister Jan Parys przypomniał swojego mentora, ojca Bocheńskiego. Niestety bracia zakonni Dominikanie nie chcą mu poświęcić nawet tablicy pamiątkowej w kościele na Freta. Cytatem z filozofa, pułkownika, żołnierza spod Monte Casino, a także lotnika (choć zakonnika) przypomniała Telewizja Polska, kim naprawdę był nasz dzielny zakonnik. Przypomniała również kim naprawdę był pierwszy premier po 4 czerwca ’89. Coraz lepszy jest Teatr Telewizyjny.

 

Kiedyś byli prawdziwi faceci, teraz liczą się garniturki.

 

***

 

Sejmowe wrzaski nasilają się podczas telewizyjnych relacji z prezydenckich spotkań, delikatni młodzieńcy robią słodkie minki, byle tylko nikogo nie urazić. Szaleje blondyna i jej koledzy z PO. Do towarzystwa mają kanapowe partie dziennikarskie ze stanu wojennego. Jeszcze te rozśmieszające groźne miny i ambitne marsze protestu z przydeptywaniem tóg w tęczowej otoczce.

 

Zbigniew Herbert rzekł, że śmiecie zawsze płyną z prądem. Było już tak, że pogoniono sejmokratów. Oczywiście paluszkiem tego się nie zrobi. Pycha to choroba gorsza niż jaskra i zaćma razem.

 

Są ludzie biedni i ludzie bogaci. Tym pierwszym trzeba pomagać. Stwarzać warunki, by się z biedy wygrzebali. Tych drugich dobrze by było zapytać dokąd tak pędzą nie bacząc na dobro wspólne. Blaszki metalowe niczego nie załatwią. Jeśli nie syn, to wnuczek odda żelastwo na złom.

 

Naród powierza wybrańcom władzę. Wówczas trzeba nie tylko nagradzać, fetować, uśmiechać się do każdego przybysza. Jeśli wpuszczamy do kraju obcych, penetrujących nasze geologiczne zasoby, naiwnością jest nadzieja, że owi traktujący Polskę jak teren do łupienia, wydając setki milionów nie zażądają potem prawa do wydobycia. Minister grzeszy pychą, gdy mówi że to niemożliwe, bo uchwaliliśmy asekuracyjne prawo. Minister odejdzie, prawo się zmieni, a miedź i węgiel z naszej ziemi staną się czyjąś własnością. Obcy handel został wpuszczony do naszego kraju i rozsiadł się na dobre. Polscy dziennikarze pracują dla obcych (80% prasy terenowej). Podobnie jest w elektronicznych mediach komercyjnych. Było dużo gadania o repolonizacji i nic w tej sprawie nie zrobiono. Teraz nawet słyszymy, że brak pełnej ściągalności pieniędzy za abonament radiowo-telewizyjny to… veto i wina Unii.

 

***

 

W szranki z obecnym prezydentem staje bardzo słabiutka konkurentka. Lepiej by robiła, gdyby się w ogóle nie odzywała. U części ludzi w Polsce wzbudza złość. Wisi to wszystko ponad naszymi głowami. Jeśli spadnie, to na nas wszystkich, boleśnie i niszcząco. Ucieczka ludów azjatyckich i afrykańskich z krajów ogarniętych pożogą i nędzą – nikogo jakoś niczego nie nauczyła.

 

Europoseł, którego kwalifikacje nie pozwalają nawet na prowadzenie budki z piwem, opowiada bezczelne kłamstwa. Na swój kraj. Bez wstydu i zahamowań.

W Polsce mamy tysiące wspaniałych, wykształconych ludzi. Dlaczego partyjniackie zasady wyborcze forują takich, którzy niczego w życiu nie zrobili. Jedynie to, że pochodzą z partyjnego zapisania się do polityki. Niektórzy nawet się chwalą: jestem w parlamencie już piątą kadencję! A co kolego zrobiłeś?

 

W czasach nakazu i przymusu zainstalowano nam marszałka wojskowego, którego tors zapełniły bez reszty medale. Był też ksiądz w Gdańsku, który wybrał zamiast cnoty kolorowe świecidełka. Mundur pierwszego wisi w gablocie na Kremlu. Drugiego ściągnięto liną z cokołu.

 

Z pychy szydzą poeci i pisarze. Niestety dziś już prawie nikt nie czyta książek. Rolę szyderców powinni przejąć dziennikarze. Pewnym ludziom trzeba po prostu wytłumaczyć dobitnie, że się nie nadają. Na przykład do wywiadów radiowych, bo jąkają się okrutnie i seplenią. Nie mają żadnego dorobku, ani śladu charyzmy i bardzo pospolity wygląd – a jednak pchają się na Wiejską.

 

***

 

Malutki paluszek delikatnej posłanki wyzwolił histeryczne reakcje. Wyobrażam sobie krzyk jaki podniósłby się, gdyby zdrajcy ojczyzny dostali to na co zasługują. Ale „nic to” – jak mawiał Wołodyjowski. Zbliża się kolejny czas próby. Kiedyś szermowano hasłem „jesteśmy wreszcie we własnym domu”. Tak to prawda. Nie stój więc wyborco w kącie, bo tam na pewno nie znajdą cię. Polska to nie zabawka śmiesznych facecików. Im powinny wystarczyć klocki.

 

Stefan Truszczyński

 

Dryblas, a ma pietra? – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Aleja Szucha wypełniona. Od Ujazdowskich po Plac Unii. Dwadzieścia, a może i dwadzieścia pięć tysięcy ludzi. Potem w relacjach telewizyjnych okazuje się, że przyjechali nie tylko z całej Polski, ale i z daleka – Argentyny, Hiszpanii, Francji.

 

Relacji jest dużo, bo i demonstracja „KASTA BASTA” jest ważna i jednoznaczna. Pod Trybunałem Konstytucyjnym zadaszona przed nim estrada. Przemawiają nestorzy – nestorów JoannaAndrzej Gwiazdowie, odważny Adam Borowski, szef sieci klubów Gazety Polskiej Tomasz Sakiewicz. No i oczywiście bard – bardów głos symbol Solidarności brzmiący silnie przez te kilkadziesiąt już lat – Jan Pietrzak. Mija kolejna godzina – ludzie stoją, słuchają, śpiewają i klaszczą.

 

Długo by jeszcze wymieniać – choćby tych najważniejszych – NIEZŁOMNYCH. Są takimi i tak też oficjalnie się nazywają, byli w namiotach i wozach Drzymały protestując zimą pod Sądem Najwyższym. Ale demonstracyjne miasteczko zlikwidowano, a dziś wobec najważniejszych – Adamie Słomce, Zygmuncie Mierniku znowu cenzura i szlaban. I to w telewizji!

 

Co jest grane?

 

W Wiadomościach TVP Adam Słomka człowiek, który najostrzej od lat występuje przeciwko sędziom – przestępcom nadal ubranych w togi – jest pokazany tylko byle jak przez migawki i niewymieniany z nazwiska. Słomka protestuje pokazując zdjęcia i nazwiska tych, którzy skazywali patriotów i nikt im tego nadal decydowania o losach ludzi nie zabiera. Słomka, Miernik nadal są z wielką uwagą słuchani i oklaskiwani. Ale nie w TVP. Dlaczego Why? Paczemu?

 

Protest przeciwko sądowemu bezprawiu, przeciwko sędziom, którzy już nigdy nie powinni sądzić, przeciwko tym, którzy kompromitują i ośmieszają innych uczciwych ludzi tego ważnego zawodu – trwa. Ale to przecież Adam Słomka, człowiek któremu stalinowscy oprawcy sądy zabili matkę, który na pewno nigdy nie wycofa się z tego co robi – był i jest najważniejszym symbolem protestu przeciw kaście.

 

Spotykałem i spotykam Słomkę na rozprawach w sądach różnych instancji. W Warszawie, Katowicach, Bielsku Białej. Jeździ, protestuje. Popiera i broni ludzi, którzy od lat domagają się odszkodowań za śmierci w ubeckich katowniach, za rany i męczeństwo swoich bliskich. Piszemy o tym – ja i wielu innych dziennikarzy. Bywa, że przedstawiciele palestry usiłują mękę ludzką, wieloletnie więzienia, tortury, bicie, zagładzanie mierzyć bezduszną miarą swojego sumienia.

 

Słomka, Miernik i inni nie tylko zasiadają w ławach sal rozpraw, ale i zrywają się z nich i głośno krzyczą. Czasem za to zamykani są nawet teraz w celach z kryminalistami. Programy informacyjne TVP w sobotę 8 stycznia pokazały demonstrację pod Trybunałem Konstytucyjnym obszernie, nie oszczędzając czasu antenowego. W sumie można by ocenić to dobrze (nie mówię tu o stacjach komercyjnych). Ale nagle zabrakło czasu dla NIEZŁOMNYCH. Właśnie dla tych ludzi, którzy antysądowniczy protest prowadzą najdłużej i najodważniej. To była wielka demonstracja prawicy popierająca walkę o reorganizację zamrożonego sądownictwa. Dlaczego jednak TVP boi się właśnie Słomki. Kto w Info decyduje kogo pokazać, a kogo eliminować?

 

Działem informacyjnym kieruje teraz potężnie zbudowany, prawie dwumetrowy facet. Nazwisko: Olechowski, imię – nie pamiętam na pewno. Chyba Jarosław. Pamiętam go jednak sprzed 10 lat, gdy był przed bramą „lotniska” smoleńskiego. Nie pamiętam, czy w ogóle coś mówił, mimo że był tam wówczas reporterem. Chciałbym wiedzieć czy ten pan, czy ktoś inny eliminuje z relacji o społecznym ważnym przekazie telewizyjnym właśnie Adama Słomkę, o którym wszyscy wiemy jak dzielnie od lat walczy z bezprawiem palestry. Od dawna i dziś!

 

Czy winny jest dryblas – decydent, czy jakieś złe duchy nie rozumiejący obowiązków jakie nieść powinna uczciwa dziennikarska relacja. To nie jest łaska nadawcy, to obowiązek wobec społeczeństwa.

 

Zaledwie mignięcie na ekranie postaci Adama Słomki, jednego – historycznego już dziś – z przywódców KPN to szczyt dziennikrskiej głupoty, to antydziennikarstwo, tchórzostwo – właściwie nie wiadomo z jakiego powodu. Dlaczego?

 

Who is who? Wiemy – no może nie do końca, kto jest kim w Polsce. Są bohaterzy ciągle ujawniający patriotyzm i siłę charakteru. Niestety często dłużej pokazywane są na ekranie twarze ludzi obcych, wdzięczących się do zupełnie nam obcych i nienawistnych. Polskie sprawy załatwia się w Polsce. Jesteśmy w Europie. I to coraz bardziej. Ale nie dzięki łasce, ale poprzez pracę naszego społeczeństwa. Jeździmy po Europie i pracujemy tam. Ale to nie jest nasza Ojczyzna.

Słomka, Miernik to naprawdę ważni w naszym kraju ludzie. Z szacunkiem proszę!

 

Stefan Truszczyński

 

P.S. Jeśli Wiadomości będą nadal pracowały tak jak dotychczas, pójdą w ślady upadku (oglądalności) tak jak 1-ka i 3-ka Polskiego Radia (tyle, że słuchalności; Radio ma już poniżej 5%)!

Palestra – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Paskudny zimowy dzień. Pada. Przenikliwe zimno. Rynek w Skoczowie.

 

– Tu, między ratuszem a restauracją – pokazuje Józef Borkała – wyrzucono z samochodu na bruk ciało mojego ojca. Leżał tak półtorej doby. Zakrwawiony. Ubłocony. Ludzie mieli się napatrzeć: tak kończą wrogowie ludowego państwa! Zabili go funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa.

 

Był 11 stycznia 1946 roku. Kilkanaście godzin wcześniej osaczono, w pobliżu leśnej kryjówki używanej przez kilka lat niemieckiej okupacji, 10 osobowy oddział byłych NSZ-owców. Miesiąc wcześniej się ujawnili. Potem zgłosili się do pracy w milicji. Zostali przyjęci. Ale szybko zrozumieli, że ich dni są policzone, gdy zainteresowała się nimi służba bezpieczeństwa. Wrócili do lasu. Ktoś zdradził. Wysłano oddzielnie dwa oddziały. Nie wiedząc o sobie bezpieczniacy i milicjanci wzajemnie się ostrzelali. Byli partyzanci, doświadczeni w walkach próbowali wyrwać się z kotła. Wywiązała się bitwa. Dowódca NSZ-owców zginął.

 

Ciało Józefa Borkały nie zostało wydane rodzinie. Wraz z innymi ofiarami akcji mającej miejsce pod Skoczowem w nocy z 10 na 11 stycznia 1946 roku zostało zakopane lub spalone. Do dnia dzisiejszego syn nie wie co się stało z ciałem ojca.

 

W krótkim czasie po śmierci Józefa Borkały została aresztowana jego żona Antonina, matka 3-letniego synka – tak jak ojciec – Józefa. W UB-ckich więzieniach (między innymi w Cieszynie) poddano ją torturom, dotkliwie poraniono, spowodowane uszkodzenie słuchu.

 

W czasie pierwszego przesłuchania kopano ją, bito po głowie, po rękach i plecach. Umieszczono w celi jednoosobowej. Musiała stać przy drzwiach. Nie mogła siadać ani spać. Była bita. Zwolniona została po sześciu miesiącach.

 

Jeszcze do lat siedemdziesiątych niepokojona była przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Wychowywała urodzonego w 1942 roku syna.

 

W domu nigdy nie rozmawiano o tamtych czasach. Całe życie Pani Antoninie towarzyszył strach, że tamten koszmar powróci. Syn traktowany był przez kontrolującą rodzinę władzę jako „element” niepewny, wrogi. Został górnikiem. Do emerytury pracował w kopalniach, przez wiele lat na dole jako górnik przodowy.

 

Józef Borkała, syn Józefa od lat bezskutecznie walczy o zadośćuczynienie za śmierć ojca, męczeństwo matki i życie naznaczone piętnem zbrodniczej władzy. Sprawy się toczą w sądach – okręgowym, apelacyjnym. Materiały IPN-owskie jednoznacznie potwierdzają fakty. Ale to nie wystarcza sędziom. W ich ocenie pojawiają się opinie, że „nie udało się udowodnić, ani chciałby uprawdopodobnić, że pozbawienie wolności – aresztowanie matki wnioskodawcy związane było z jej działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego, czy też oporu wobec kolektywizacji wsi oraz obowiązkowym dostawom”.

 

Pełnomocnik Józefa Borkały, mecenas Andrzej Wołoszyn z Gliwic, wnosi kolejne odwołania. 5 lat temu Sąd Okręgowy w Bielsku-Białej zasądził od Skarbu Państwa zadośćuczynienie w kwocie 80 tysięcy złotych. Wyrok ten utrzymany został w mocy w roku 2017 przez Sąd Apelacyjny w Katowicach. Obecnie zgłoszona została apelacja wnioskodawcy od wyroku zapadłego we wrześniu 2019 roku, a rozprawa wyznaczona początkowo na grudzień jest znów przekładana o kilka miesięcy.

 

Pan Józef Borkała ma 77 lat. Ciągle czeka na sprawiedliwość. Ta, która przedstawia się sumą osiemdziesięciu tysięcy złotych sprawiedliwością nie jest. Ktoś walczył, ginął. Jakiż to sąd. Jakiż człowiek w todze zamienia w swoim sumieniu morderstwo afirmowane przez państwo na nędzne zadośćuczynienie. I jak to ten ważny człowiek – z orłem na łańcuchu – liczy?

 

 

IRENA JASTRZĘBOWSKA

… ma dziś 92 lata. Też czeka. I czekają jej córki. Tym razem sądy okazują się łaskawe, ale z sędziami nie zgadza się pan prokurator.

 

Pani Jastrzębowska odwołuje się więc do prokuratorskich władz, we wrześniu 2019 roku: „pomimo tzw. starczego wieku jaki osiągnęłam, posiadam znakomitą pamięć, inteligencję, zasób wiadomości, zdolność logicznego myślenia i wysuwania właściwych konkluzji (…) Jako wdowa po „wyklętym żołnierzu” Adamie Jastrzębowskim, który doznał ze strony komunistycznego aparatu ucisku wieloletniego uwięzienia, bezprzykładnych straszliwych tortur, z zagrożeniem utraty życia, a także niewypowiedzianych cierpień psychicznych posiadałam i nadal posiadam antykomunistyczne przekonania, co przekłada się na moje elektoralne wybory”.

 

Pani Irena pisze więc z ufnością do władzy, której na imię prawo i sprawiedliwość. Stwierdza jednak, że „istnieje autentyczny rozziew pomiędzy werbalnymi deklaracjami ze strony PiS-u dotyczącymi rzekomego docenienia dorobku żołnierzy wyklętych i ich materialnego zadośćuczynienia, a autentycznym stanowiskiem jakie prokuratury realizują w procesach o odszkodowanie i zadośćuczynienie”.

 

 

Chodzi o to, że Prokuratura Okręgowa w Katowicach wniosła – cytuję z listu Pani Ireny Jastrzębowskiej do Prokuratora Generalnego (23.09.2019) – „haniebną apelację od wyroku sądu pierwszej instancji żądając daleko idącego obniżenia kwot pieniężnych”.

Przypomnijmy:

 

Pan Adam Jastrzębowski był człowiekiem dzielnym, patriotą, który zachował się jak trzeba (to cytat z przedśmiertelnych słów „Inki”). Nie bał się w obliczu najpierw brunatnej, a potem czerwonej zarazy stanąć do walki z nadzieją i bronią w ręku. Ale gdy nadeszło ze wschodu wyzwolenie od Niemców, został zniszczony rodzimymi rękami. Bez uwzględnienia tego, że walczył jako żołnierz podziemia, że walczyła wraz z nim, tak – walczyła(!), o życie i przetrwanie jego rodzina.

 

Jeździłem w ciągu ostatnich miesięcy na sprawy sądowe i przysłuchiwałem się procesom. Potem wertowałem materiały przygotowane przez nieustępliwą gliwicką kancelarię – pełnomocnika Pani Ireny Jastrzębowskiej. Dokumenty odwołań obrońcy, ale także niespodziewanych apelacji prokuratury.

 

Ciągle z nadzieją czekają rodziny. I ja czekam. Ale i informuję przez dostępne mi media.

 

Ktoś powie – to tylko jeden z przykładów działania bezwzględnej machiny sprawiedliwości. Ten walec może i drgnął, ale niestety miażdży również ludzi skrzywdzonych, oszczędzając srebrniki należne za krew, ból, łzy i lata pogardy.

 

Pan Adam Jastrzębowski to żołnierz wyklęty”. Nie za bardzo podoba mi się to określenie, ale jeżeli już to dodawać trzeba, że nie przez ludzi, ale przez bestie.

 

To wszystko działo się w 1949 roku. Za co tak torturowano człowieka?

 

Za to, że – cytując dalej Postanowienie prokuratora z 2016 roku: „w rodzimej wsi Jastrząbki powiat Mława w okresie letnim 1941 r. wstąpił do miejscowej organizacji Narodowe Siły Zbrojne. W latach 1943 – 44 zdobywał dokumenty dla ukrywających się członków organizacji (…) Przez cały okres okupacji był członkiem ruchu oporu, początkowo NSZ, a następnie AK. W maju 1945 roku po wyzwoleniu terenów Mazowsza został aresztowany przez funkcjonariuszy z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Mławie (…) osadzono go wówczas w piwnicy siedziby Komendy Milicji w Mławie. Przesłuchiwali go nieznani mu funkcjonariusze UB. Zapamiętał jedynie nazwisko „Złotowski”, który był starszym oficerem i prawdopodobnie kierownikiem grupy śledczej”.

To było przed laty. Adam Jastrzębowski więziony był przez lat pięć. Zbrodniarze dawno już nie żyją. Żyje rodzina, której ta sama władza zgotowała koszmar egzystencji – lata chorób i cierpienia psychicznego, szykany na każdym kroku życia codziennego. „Oni też byli wyklęci”.

 

Dziś po latach zabiegów o odszkodowanie prokurator z Katowic w apelacji uzasadniającej z dn. 2 października 2019 roku żonie i córkom ofiarom stalinowskich zbrodni dokonywanych polskimi rękami redukuje zasądzone przez Sąd Okręgowy odszkodowanie, wysokość zadośćuczynienia – czterokrotnie. Cytuję: „Zarzucam rażącą niewspółmierność zasądzonego na rzecz wnioskodawczyń wygórowanego zadośćuczynienia w kwocie po 470 000 zł nieadekwatnego do rozmiaru krzywd moralnych i fizycznych jakich doznał Adam Jastrzębowski co skutkowało ich bezpodstawnym wzbogaceniem (…) wnoszę o zmianę zaskarżonego orzeczenia przez rozstrzygnięcie o zasądzeniu na rzecz wnioskodawczyń w kwocie po 117 500 zł oraz wskazanie, iż na działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego (Dz. U. z dnia 23 kwietnia 1991 r.), było co do zasady słuszne”.

 

No proszę: jednak … słuszne jest zadośćuczynienie, brzmi łaskawe stwierdzenie pana prokuratora.

 

Krzywda i zadośćuczynienie.

 

Zbrodnia i nieprawość.

 

Cytując dalej z pisma Katowickiej Prokuratury Okręgowej do Sądu Apelacyjnego w tymże mieście, bezczelnie nazywanego w czasie wrednego okresu – Stalinogrodem: „wysokość zadośćuczynienia za doznaną krzywdę wynikła z pozbawienia wolności należy więc do sfery swobodnego uznania sędziowskiego, co implikuje stwierdzenie, że zarzut wadliwego określenia wysokości zadośćuczynienia może być uwzględniony jedynie w sytuacjach, w których przyznane zadośćuczynienie w sposób oczywisty i rażący nie odpowiada relewantnym okolicznościom, występującym w danej sprawie, jest niewspółmierne do stopnia i długotrwałości cierpień doznanych przez wnioskującego o zadośćuczynienie”.

 

Trudno spokojnie czytać treść apelacji prokuratora. I jeszcze ten język.

 

Jakaż przepaska oślepia i jakaż waga mierzy ból w złotówkach. To są pytania również do Prokuratury Krajowej reprezentowanej przez Departament Postępowania Sądowego, która w piśmie do Pani Ireny Jastrzębowskiej i jej córki Ewy Domańskiej (4 X 2019), informuje o zwrocie akt sprawy do Sądu Okręgowego w Katowicach, a także (w sprawie cofnięcia apelacji) do Prokuratury Rejonowej w Katowicach.

 

Wiekowa wdowa ciągle czeka z nadzieją.

 

EDMUND KRASOWSKI

 

Chodzą teraz ulicami i protestują. Jedni liczą ich w tysiące, inni że jest ich dużo mniej. „Togi” nie maszerowały w Gliwicach, Bielsku-Białej. Za to „reprezentanci” przeciwni ustawie sądowej głośno szkodzą Polsce w Strasburgu i Brukseli. Francuska policja leje sędziów długimi pałami, ale to podobno u nas palestra cierpi.

 

Na szczęście trafiają się sędziowie mądrzy i sprawiedliwi. Przed kilkoma miesiącami chodziłem na sprawy naszego kolegi, wieloletniego członka Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, odważnego nie tylko słowem ale i czynem opozycjonisty z wybrzeża, strasznie poranionego przez ZOMO. Przeżył, w szpitalu poznał swoją przyszłą żonę, też dziennikarkę, która się nim opiekowała. Potem został posłem, mianowano go szefem gdańskiego oddziału IPN-u. przepłynął jachtem z kolegami dziennikarzami przez Zalew Wiślany na Bałtyk pod lufami dział w Bałtyjsku, bez rosyjskiej zgody.

 

Edmunda Krasowskiego oszkalowano. Zrobili to ludzie „z gazety” wydawnictwa „Faktu”, niemieckiego właścicielstwa, którzy wyssali z brudnego palca kłamstwo o jego drogowym pijaństwie. Ordynarna bzdura i chamstwo niespotykane. Nie sprawdzono, albo i sprawdzono specjalnie „fakty”. Ukazało się to w wielonakładowej „książeczce” reporterskiej. Wydano paszkwil, a potem przez wiele miesięcy nie sprostowano łgarstwa i sprzedawano egzemplarze w sieciach dystrybucyjnych. Kłamcy nie chcieli zniszczyć nakładu „książki”, choć kolejne wyroki to zasądzały.

 

Człowiek z bohaterską, nieposzlakowaną opinią nie tylko został opluty, ale nie mógł nawet doczekać się przeprosin i wycofania książki z obiegu. Nawet mając już pewne dowody przestępstwa, wydawcy sprzedawali i zarabiali.

 

Sprawa trafiła do warszawskiego sądu. Trwało długo, ale po kilku miesiącach mecenas Maciej Śledź z Gdańska i kancelaria adwokacka „Nowosielski i Partnerzy” sprawę wygrali. Wydawnictwo zapłaciło pokaźną sumę. Była zbrodnia – bo tak trzeba nazwać to przestępstwo – ale i kara.. nie wiem, czy Dostojewski by się ucieszył. Bo wydawcy „Faktu” na pewno nie!

 

Wracam do tej odległej dziś już sprawy, ponieważ bardzo chciałbym pisać o mądrych i sprawiedliwych sędziach i prokuratorach.

 

W sądzie warszawskim, bo tu zapadł wyrok, godnym zawodu sędzią okazała się Pani Anna Zalewska. Nie przestraszyła się „redaktorów” wielusettysięcznego dziennika i jego mocodawców. Napisała obszerne i udokumentowane uzasadnienie wyroku. I „Fakt”, który z faktami nie miał nic wspólnego zamknął twarz.

 

Przykro, że nie wszyscy sędziowie tak postępują, niestety mamy złe przykłady. Tuż obok, w stolicy, zapadły niedawno zdumiewające wyroki na dziennikarzy-celebrytów nieproporcjonalne do ich bezczelności i tupetu. „Dziennikarzy” szkodzących opinii o naszym środowisku.

 

WYBRAŃCY, CZY KASTA?

 

Mamy w Polsce około dziesięciu tysięcy sędziów, piętnaście tysięcy prokuratorów i ponad czterdzieści tysięcy adwokatów i radców prawnych. W każdym stadzie biegają czarne… osobniki. Może to i nie owieczki, na które wystarczyłby jeden mądry baca.

 

Trwa próba naprawy. Ale tak jak po czerwcowych wyborach ’89 niektórzy znowu mówią, że palestra sama się zreformuje. Niestety nadzieja często okazuje się matką głupich.

 

Adam Słomka z grupą swoich NIEZŁOMNYCH, głównie ludzi bardzo zasłużonych dla wywalczenia solidarnościowej niepodległości, ale i biednych i często schorowanych chodzi po sądach i demonstruje przeciwko bezprawiu. Słomka informuje, że wyroki feruje nadal około czterystu sędziów, którzy skazywali ludzi w stanie wojennym, że żyje jeszcze około dwustu takich, którzy w okresie stalinowskim skazywali na śmierć przeciwników politycznych.

 

Słomka jest głośny, bywa aresztowany. Ale naprawdę niezwykle niezłomny. Podobnie jak Zygmunt Miernik, starszy pan, którego trzymała – dzisiejsza już władza – w celi z kryminalistami, za radykalny, tortowy protest!

 

Jedna pani sędzina poinformowała nas onegdaj, że należy do grupy szczególnej. Rzeczywiście odpowiedzialność tym ludziom  powierzona jest wielka. Ale muszą za tym iść samokrytycyzm i praktyczne działania reformatorskie. Sędziowie, prokuratorzy – tak jak my wszyscy – jesteśmy tylko wykonawcami woli suwerena. Jego głos decyduje, by wszystko było uczciwie i dobrze rządzone.

 

WOLNE WYBORY MAMY CZĘSTO.

 

W stanie wojennym, jak wielu moich kolegów latałem po ulicach przeganiany przez ZOMO. Teraz można swobodnie protestować, pisać i mówić co tylko się chce. Pieniacze są żałośni i po prostu kłamią. Ale zacietrzewienie i upór to trudny przeciwnik.

 

Palestro! Bądź jak Pani Anna Zalewska. Oczywiście nie ta, co nie dokończyła oświatowej reformy i pojechała precz. Palestro! Ty nad poziomy wylatuj. Będziesz wtedy nie „kastą”, a ważną grupą zawodową, darzoną szacunkiem i sympatią. яндекс

 

Ale kiedy to będzie?

 

Stefan Truszczyński

 

Nagroda im. kard. S. Wyszyńskiego dla abp. Jędraszewskiego i ks. Cisło

Arcybiskup Marek Jędraszewski, Metropolita Krakowski, za odwagę jaką okazuje w obronie wiary i Polski odebrał w sobotę nagrodę im. Stefana  Kardynała Wyszyńskiego. Drugim z laureatów był ksiądz Waldemar Cisło, kierownik Katedry Dialogu Międzyreligijnego i Pomocy Humanitarnej, dyrektor sekcji krajowej Pomocy Kościołowi w Potrzebie, został uhonorowany prestiżową nagrodą za pomoc niesioną potrzebującym.

 

 

Jego Ekscelencja, Arcybiskup Marek Jędraszewski, Metropolita Krakowski jest w ostatnim czasie bodajże najczęściej wymienianą osobą w lewicowych mediach, które przedstawiają go jako skompromitowanego, jakoby dyskryminującego przedstawicieli środowisk homoseksualnych i mówiącej o „tęczowej zarazie”. Tymczasem on jako pierwszy wśród hierarchów Kościoła Katolickiego w Polsce zdefiniował i publicznie przedstawił zagrożenia społeczne, związane z ideologiami jakie stara się w naszym kraju lansować lewicowa mniejszość.

 

– Podobnie jak w PRL znajdujemy się pod ogromną presją antykultury, która uderza w człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boże – mówił Metropolita Marek Jędraszewski w Colegium Jana Pawła II Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. – W tej sytuacji nie wolno nam zapomnieć o sile Bożej Prawdy, ani też o świadectwie tej siły, jakie 17 kwietnia 1966 roku dal w Poznaniu Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Tysiąclecia: „Wszystko co się narodziło z Boga, zwycięża świat. A zwycięstwem jakie odnosimy nad światem, jest wiara nasza. (…) Wierząc do końca w Jezusa, Syna Bożego, także dzisiaj możemy – jako potomkowie Mieszka, Chrobrego i Polan sprzed 1000 lat – okazać się godnymi spadkobiercami naszych praojców w wierze Chrystusowej i w polskości.

 

Gratulując Arcybiskupowi odwagi w konfrontacji z lewicowymi mediami, jezuita prof. dr Dariusz Kowalczyk, były dziekan Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie, tłumaczył, że współczesne ideologie, jak gender, LBGT, skrajny feminizm, aborcjonizm, antyludzki ekologizm głoszą, że nie są żadnymi ideologiami, a jedynie domaganiem się poszanowania praw człowieka, praw zwierząt itd.

 

– To trochę tak, jakby Lenin i Stalin przekonywali, że nie szerzą żadnej ideologii, a jedynie domagają się poprawy losu uciemiężonych chłopów i robotników – dodał ojciec Kowalczyk.

 

Zdaniem ojca Dariusza, Arcybiskup jest człowiekiem spotkania, rozmowy, dialogu, ale wie także, że dialog staje się własna karykaturą, kiedy oznacza jedynie salonowe poklepywanie się po plecach i – co gorsza – brak odpowiedzialności za to co ważne, w tym za prawdę.

 

– Stąd niekiedy, w imię etyki odpowiedzialności, w imię dobra i prawdy, trzeba porzucić dialogowanie, które prowadzi jedynie do zakłamywania rzeczywistości – podkreślał ojciec Kowalczyk.

 

Drugim z „ulubieńców” lewicowych mediów i laureatem nagrody im. Stefana  Kardynała Wyszyńskiego jest  ksiądz profesor Waldemar Cisło, który wbrew unijnej poprawności politycznej zwrócił uwagę, że pomoc potrzebującym należy nieść przede wszystkim w krajach ich zamieszkania. Od lat konsekwentnie realizuje tę pomoc, często z narażeniem zdrowia i życia, wędrując z konwojami pomocowymi po krajach, w których trwają wojenne zmagania.

 

– Kościół Katolicki nie jest obojętny na problemy ludzkości. Jednym z najbardziej palących jest głód – mówił ks. Cisło podczas swojego wystąpienia w Colegium Jana Pawła II na KUL – Samo pojęcie głodu, mimo oczywistego odniesienia do zjawiska fizjologicznego, jest wzmacniane przez rozumienie teologiczne, które jeszcze mocniej zobowiązuje do walki z głodem. Chodzi o przykazanie miłości bliźniego (…).

 

Laureat nagrody im. Kardynała Wyszyńskiego przestrzegał też, że coraz częściej żywność jest wykorzystywana jako broń. Jej brak powoduje szybkie wyludnienie obszarów, na których toczą się konflikty.

 

– Jako przykład takich działań „Financial Times” przedstawia zaprezentowaną przez Moskwę chęć utworzenia przedsiębiorstwa, które w imieniu Kremla miałoby kontrolować ponad połowę eksportu zboża co rodzi obawy, że jest to chęć stworzenia mechanizmu, pozwalającego używać żywność jako „broń dyplomatyczną”. – mówił ks. Cisło – Zapowiedź prezydenta Rosji o zorganizowaniu w Moskwie „szczytu zbożowego” w celu „omówienia polityki cenowej i przyjęcia środków stabilizujących rynek”, jedynie umacnia te obawy. Tak jak Gazprom manipuluje cenami i dostawami ropy w celach politycznych, tak nowa firma może używać do tego celu zboża.

 

W laudacji poprzedzającej wręczenie nagrody ks. Waldemarowi, sędzia Trybunału Konstytucyjnego, dr hab. Zbigniew Cieślak, kierownik Katedry Nauki Administracji i Ochrony Środowiska na wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego zwrócił uwagę zebranych na zaangażowanie ks. Waldemara Cisło w kierowanie stowarzyszeniem Pomoc Kościołowi w Potrzebie, aktywność na rzecz pomocy uchodźcom, zwłaszcza poza granicami kraju, czy organizowanie koncertów charytatywnych. Tę działalność docenił Prezydent RP Andrzej Duda, honorując księdza Waldemara Medalem Stulecia Odzyskania Niepodległości oraz Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

 

– Ksiądz profesor Cisło jest pracowity, słowny, świetny organizator, kreatywny, świetnie konstruujący kazania i wystąpienia publiczne, dowcipny, z niepowtarzalna u innych nutą autoironii i życzliwą, niegroźną dla słuchaczy, finezyjną ironią, z bardzo dużym dorobkiem naukowym i dokonaniami w sferze publicznej – Zbigniew Cieślak wymieniał najważniejsze cechy laureata nagrody im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego, które jego zdaniem decydują o sukcesach kapłana.

 

Podczas wręczania nagród tegorocznym laureatom zabrakło tych mediów, które bezpardonowo atakowały Arcybiskupa Jędraszewskiego a wcześniej krytykowały księdza Waldemara Cisło. Wszak tak trudno pokazywać to co dobre i prawdziwe. Uspokoję jednak moich czytelników…zapewne to nie koniec „medialnej kariery” tych wielkich księży i Polaków.

 

Nagroda im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego Prymasa Tysiąclecia przyznawana jest przez Stowarzyszenie Absolwentów i Przyjaciół Wydziału Prawa KUL. Jego przewodniczący ks. profesor Mirosław Sitarz zaznaczył, że wyróżnienie jest wyrazem uznania dla wybitnych osiągnięć naukowych, dydaktycznych, organizacyjnych i zawodowych.

 

Tekst i fotografie Andrzej Klimczak

 

 

Kompost w Kampinosie  – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Duża sala, może i największa w Izabelinie. Usiadło ze dwieście osób, głównie kobiet. One najbardziej się o wszystko troszczą. W prezydium nowo wybrana burmistrz, Pani Dorota Zmarźlak. Zaprosiła i posadziła obok siłę naukową z Instytutu Ochrony Środowiska. Jestem wśród publiczności i słucham.

 

To zebranie protestacyjne. Przeciwko wpychaniu śmieci, odpadów pod drzewa Kampinosu. Park-nie park, resztki tego, co było. W końcu niedaleko wielkiej Warszawy i bardzo ważny to las. Ale oczywiście mieszkają ludzie i to w ładnych domkach. Mieszkają, więc mają śmieci.

 

Naukowo to się nazywa punkt selektywnej zbiórki odpadów komunalnych. Na pojemnikach widnieją więc litery PSZOK. Szok to może i będzie, gdy izabelinianie ustąpią, znudziwszy się próżną walką z wiatrakami. Pani burmistrz ciągnie długą historię, jak to władza chce uszczęśliwić mieszkańców tymże PSZOKIEM, badała, wykreślała, liczyła. Ma być selektywnie, bo na to się zgodziliśmy unijnie. A więc segregacja kolorowe pojemniki, każdy starannie wrzuca gdzie trzeba, i już.

 

No niezupełnie. Znamy nasz narodek i niestety my to nie karne Niemiaszki, pedantyczni Holendrzy i inne germańskie, posłuszne plemiona. Słyszałem niedawno w Radiu WNET kpiącego Cejrowskiego, że w Ameryce (przynajmniej w wielu stanach) ludzie nie selekcjonują, wysypują jak leci, a dopiero w punkcie zbiorczym pracownicy wybierają, przebierają, zarabiają. U nas koszt tych zamysłów będzie ogromny, a i teraz gdzieś potem trzeba będzie jeszcze raz selekcjonować.

 

No, ale póki co  ma być PSZOK. Dobrze, niech będzie, ale dlaczego izabelińska miniwładza podrzuca śmieci pod miejsce parkiem zwane? Odpowiedź: bo takie w tamtym miejscu ma.

 

Ale pozostaje dowożenie odpadów poza miasteczko, na kraniec przeciwny w stosunku do Warszawy, skąd i tak trzeba będzie urobek wywozić z powrotem przez cały Izabelin, potem Mościska i dalej.
Ludzie słuchają, słuchają i w końcu dość mają. Okazuje się, że jest teren za Izabelinem bliżej Warszawy, w Mościskach. Wstaje facet, przedstawia się, podaje adres i mówi, że on sprawę załatwi. I że już zgłaszał swoją propozycję. Ale został zlekceważony. Władza chce wozić to g. na teren cenny, chroniony przyrodniczo (działka graniczy z trzech stron z Kampinoskim Parkiem Narodowym, objętym programem Natura 2000). W dodatku to teren podmokły, z którego wypływa ciek wodny zasilający dużą część Puszczy Kampinoskiej, wpadający do Bzury. A to jeszcze nie wszystko. Od kilku lat jest tu nieformalny rezerwat ptaków i płazów. Rzadkie gatunki między innymi kuliki.
Zaledwie kilkadziesiąt metrów od planowanego są tereny rekreacyjne: boisko, plac zabaw, siłownia na powietrzu, ławki, wiata,  miejsce pikników sąsiedzkich. Od szoku-PSZOKU do najbliższych domów mieszkalnych jest około 30 metrów. Ludzie więc protestują. Ale w tzw. międzyczasie władza wystąpiła o dofinansowanie inwestycji ze środków unijnych.

 

Sprawa jest więc groźna, bo PSZOK ma ruszyć już od początku 2020 roku! To miałby być tymczasowy PSZOK. Ale wiadomo, że prowizorki zagnieżdżają się na dłużej. Może więc powstanie ten szok. Ludzi  jak to bywa często pyta się o zdanie w ostatniej chwili. Retorycznie!

 

Gadanina trwa. Rzeczki jeszcze czyste toczą wody. Urzędnicy jeżdżą i chodzą do pracy. Wkładają zarękawki i zdejmują. Ple, ple, ple. A trawa rośnie.

 

Pisał Tuwim: „Trawo, trawo do kolan,/ podnieś mi się do czoła / żeby myślom nie było/ ani mnie, ani pola”. Cytuję z pamięci, więc mogłem się rąbnąć. Ale nic to. Rąbną się decydenci bardziej albo zostaną rąbnięci, gdy zasmrodzą rezerwaty i puszczę. Tylko że oni wcześniej pójdą precz, a następcy, którzy oczywiście rozpoczną zbiorową dyskusję od nowa zwalą  na poprzedników. Będzie zebranie, gadanie, ziewanie i tylko nadal nierozwiązywalny problem zostanie. Czy tak, panowie lekarze? Wyślę panom ten artykuł. Może ktoś przeczyta? Może.

Płońskie rugi – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Bił pruski belfer wrzesińskie dzieci. Kacap wysyłał kibitką na Sybir. Dziś wolność i niepodległość rzeczywiście mamy. To teraz sami swoim niszczymy życie i zabieramy za grosze ziemię.

 

Polskie drogi biegną coraz gęściej, coraz dalej i są coraz szersze. To lubelskie węzły, rzeszowskie wstęgi szos i podkarpackie wiadukty. Dróg, coraz lepszych, szybko przybywa. Kierowcy mkną bezpiecznie. Podróże stają się coraz krótsze. Jest dobrze. Ale nie wszystkim.

 

Oto dom państwa Rachockich, przy S7, w Słoszewie, kilka kilometrów za Płońskiem. Ma już ponad 100 lat. Jest z czerwonej cegły, z ozdobnym zwieńczeniem dachu. Wkrótce pójdzie pod młot. W dzień i w nocy setki samochodów przejeżdżało w pobliżu. Nie postawiono wygłuszających ekranów, a teraz w ogóle go zburzą. Ojciec Pana Rachockiego ten dom kupił. Żona urodziła i wychowała tu czworo dzieci. Pan Daniel woził płody rolne na warszawską giełdę. Pani Teresa była gospodynią. Była też ławnikiem sądowym w Płońsku. Tak było przez ponad trzydzieści lat. Dobra, mądra, szczęśliwa rodzina.

 

S7, ich droga, będzie miała drogi boczne. Jedna z nich rozwali dom Rachockich. Już się z tym pogodzili. Dlaczego jednak inwestor ich lekceważy? Nie wiadomo, jakie będzie odszkodowanie. Olsztyńska dyrekcja gra na zwłokę. Chce zapłacić jak najmniej. Oszukać. Drogowcy nie szanują ludzi.

Państwo Rachoccy też czekają na poszerzenie S7 i rozbudowę jej zaplecza. Doceniają wagę inwestycji. To jest ostatnie wąskie gardło 13,5 kilometra za Płońskiem w kierunku na Mławę. Dwupasmówka ma być gotowa za dwa lata. To dobra wiadomość. Ale gdzie prawo, gdzie sprawiedliwość wobec prywatnej własności?

 

Są już pieniądze polskie i unijne. Ryją koparki, przepychają góry spychacze. Ale ludziom nawet się nie mówi, ile dostaną.

 

Patrzą zza płotu na S7 państwo Rachoccy – Daniel i Teresa. Cieszyć się, jak popędzą  wkrótce  watahy wyswobodzonych z korków podróżników osobowych, dostawczych i czołgów tirowych, czy płakać nad gwałtem na własnym żywym ciele?

 

Gospodarzy oszukiwanych wcale nie jest wielu. Budujący drogę widzą, że ich jest mało, nie skrzykną się i nie zaprotestują groźnie i skutecznie. Obywatele kochający, bo uprawiający w znoju od lat swoją ziemię, hodujący tu zwierzęta widzą, że droga jest potrzebna. I sprzedadzą ją, ale nie za bezcen. Nie za 5 złotych. Bo tyle chce im dać bezkompromisowy inwestor. Przysyła groźne pisma: Won! Już! Natychmiast!

 

 

Generalna Dyrekcjo Dróg Krajowych i Autostrad! Twoja macka olsztyńska wpycha się na mazowieckie pola bez pardonu i przyzwoitości. Gdyby Wam, Dyrektorzy, ktoś bez pytania i nawet bez dzień dobry właził z buciorami do pokoju sypialnego albo choćby jadalnego, do kuchni lub w korytarz co byście, Panowie, zrobili? Myśliwy (tak robią na przykład w USA) zastrzeliłby bez ostrzeżenia intruza.
Serce rolnika Piotrowskiego, sąsiada pana Rachockiego, nie wytrzymało. W nocy bandyci drogowi wbili paliki, nikt nie przyszedł, nie uprzedził. Wjechały maszyny i zamieniły dom i obejście w ugór. Stoję z Panem Danielem i patrzę tępo na bruzdy w przeoranej ziemi. Sąsiad już nie żyje. Rodzina dostała nędzne grosze, ledwie na pogrzeb starczyło.

 

Państwo Rachoccy mają ponad 200-metrowy dom. Niewiele potrzeba, by zrobić z niego stylowy pałacyk. To nie najczęściej szpecąca krajobraz kostka sześcienna o płaskim dachu, dziurach okiennych, bez ganku, gzymsów i choć najmniejszych ozdobnych akcentów. Ten dom będzie zburzony. Facetka, którą przysłano, by spisała i policzyła rany, które za chwilę zadadzą drogowcy rolnikowi, nie zauważyła nawet jednego z sąsiadujących z domem mieszkalnych budynków. A stoją tu dwa: w jednym był sklepik wiejski, a w drugim punkt odbioru mleka. Obywatelka spisywaczka bardzo się spieszyła. Najwyraźniej miastowa i spieszyła się do Olsztyna. Była zaledwie kilkadziesiąt minut. Popieprzyła wszystko dokumentnie. Potem jeszcze dwukrotnie trzeba było te plany poprawiać.

 

Racławicki Bartosz i premier-więzień Witos mówili, że musi być inaczej. Ci, co żywią i bronią, muszą mieć nie tylko obowiązki, ale i prawa. W tym święte prawo własności. Polscy drogowcy podpisali już wszystkie papiery z austriackim wykonawcą. Bo u nas teraz owszem budują, ale obcy. Swoim natomiast nie powiedzieli, nie uzgodnili, nie podpisali umów, ile dostaną pieniędzy za ojcowiznę, dom rodzinny, za zabranie dorobku pokoleń.

 

Ryczą krowy, srają świnie, samo życie. Paskudne naprawdę jest zachowanie urzędników. Jak można zmuszać człowieka, by oddał za 5 złotych metr kwadratowy swej ziemi, gdy wiadomo, że nawet za 20 złotych jej nie kupi? Gdzie ten rolnik ma pójść? Pisze. Protestuje. Spotyka się z dziennikarzami. Wszystko psu na budę, która zresztą i tak nie będzie wkrótce potrzebna w Słoszewie, Dłużniewie, Cieciórkach, Boboszowie i innych wioskach gminy płońskiej. Bo i psów nie będzie.

 

W Dłużniewie państwo Bluszczowie –  Barbara i Grzegorz, i ich 30-letni syn Damian, przygotowany do przejęcia gospodarstwa mlecznego, w którym kilkadziesiąt krów jeszcze daje wspaniałe mleko. Łąki obok zapewniają paszę. Ale tragedia rodziny wisi w powietrzu. Tu ma stanąć kolejny MOP, wielki parking, a obok zbiorniki wodne. Nieważne, że tu właśnie jest najlepsza ziemia w okolicy. Nieważne, że to miejsce powinno być chronione przez „zielonych”,  czy jak tam się zwą, bo tu jest ptasia mekka, legowisko żurawi i innych rzadkich ptaków. Od wielu, wielu lat.

 

A sąsiedniego lasu już nie ma. Wycięto bezczelnie drzewa pana Grzegorza, niczego z nim nie uzgadniając. Drogowcy zabrali nawet drewno i wywieźli. A przecież to miało jakąś konkretną wartość. A więc w Polsce grasują bezkarni złodzieje!

 

Praktyka wchodzenia na pola, a nawet podwórka, to norma. Włażą, wbijają paliki i już. Padają słowa o specustawie i koniec. Gdzie są prokuratorzy, gdzie liczne agencje powołane do obrony człowieka?!

 

Pani Barbara pokazuje mi stertę pism odwoławczych. Grożący rodzinie Bluszczów MOP miał stanąć w miejscowości Rybitwy, kilka kilometrów dalej. Tam jest o wiele gorsza ziemia i nikt w Rybitwach nie protestował, bo jeśli ziemia nie rodzi, warto przeznaczyć ją na inwestycje. Kto i dlaczego zmienił decyzję? Pytam w imieniu rodziny Bluszczów, no i własnym. Obudź się, miejscowa władzo!

 

Płońsk stąd zaledwie ok. 10 kilometrów. Duże miasto. Liczne urzędy. Wielu adwokatów. Ale niestety są bardzo drodzy. Nie na rolnika kieszeń. Ponoć teraz tym zacnym, w końcu historycznym miastem rządzi 6 rodzin. Skoro nie władza, to może ziemlaki zajmą się krzywdą ludzką.

 

Młody Bluszcz może być wspaniałym rolnikiem: zna się i chce mu się. Ale walka ze zmową drogową jest nie do wygrania. A przecież chodzi już teraz tylko o kilka,  kilkanaście gospodarstw. Czy ktoś pomoże Panu Adamowi Stańczakowi i Panu Mariuszowi Czarneckiemu z Ćwiklinka, Panu Stanisławowi Olczakowi z Cieciórek, Pani Ewie Kucharzak ze Słoszewa Kolonii? No i Bluszczom, i Rachockim.

 

Unia pomogła, Austriak zarobi, centralno-dyrekcyjni drogowcy już niedługo wypną piersi na medale: rąsia, szpila, goździk. Tak było. A czy jest inaczej?

 

Pan doktor Struzik jest już wieloletnim marszałkiem Mazowsza. Ludzie mu chyba ufają, bo wybierają. Może się zainteresuje, wyśle kogo trzeba, by zahamować słuszny gniew i wyprostować, co pokrzywiono. Pan marszałek Struzik, to ponoć druga osoba w PSL-u. Czy to jest jeszcze chłopska partia, czy towarzystwo miastowe, wstydzące się tego, skąd ich ród i jakie mają (mieli!) obowiązki?

 

Zanim się zatrzymasz – STEFAN TRUSZCZYŃSKI o wierszach Wojciecha Starzyńskiego

Były koty, psy i inne chore zwierzaki. Leczył je na Żoliborzu. Moi znajomi, którzy chodzili do niego ze swoimi pupilami mówili, że to dobry lekarz. Weterynarii.

 

A on chodził na wywiadówki gromadki swoich dzieci. Chyba się wkurzył na szkołę. Warszawską. Toteż trochę z obowiązku, wspominając o krewnym sławnym prezydencie naszego miasta – poczytał, pogadał z pedagogami i zaczął myśleć o polskiej szkole globalnie. I o nauczaniu. I o roli rodziców w tym ważnym aspekcie dla każdej mamy, taty i dziadków. Zaczął o tym pisać. W tak zwanej literaturze fachowej i powszechnych mediach – amator żurnalista. Ale kto tam u nas jeszcze czyta. Urzędnicy „odpowiedzialni” na pewno nie. Sam (choć z kolegą)wziął się za organizację szkolnictwa. Założyli „STO” – to znaczy Społeczne Towarzystwo Oświatowe. Szkoły z tym znakiem wyrastały jak grzyby po deszczu w całej Polsce.

 

Moja żona, która całe życie była nauczycielką, nakazała wysłać wnuka do jednej z nich. Była tam dobra edukacja.

 

W kraju nastąpił generalny przełom. Nie do końca udany. Polskie niepubliczne szkolnictwo okazało się być na poziomie. Ale w oświacie publicznej działo się źle. Nominacje na ministrów dostawali niewłaściwi ludzie. Pazerna polityka, która powinna omijać przynajmniej wojsko, służbę zdrowia i szkolnictwo – decydowała.  Oświata dostawała się co rusz w łapy nawet takich, którzy nią frymarczyli i redukowali (szczytem głupoty była likwidacja szkolnictwa zawodowego).

 

Wojciechowi – pedagogowi spokoju nie dawała myśl, że rodzice muszą jednak mieć znaczący wpływ na to, co się dzieje w szkole.

 

Wojciecha Starzyńskiego twórcę szkół „STO” oceniano wysoko. W latach 1997 – 2001 był doradcą prezesa rady ministrów, a potem członkiem Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie Andrzeju Dudzie, prezesem zarządu fundacji „Rodzice Szkole”. Zawsze dużo pisał na temat oświaty – artykuły, publikacje książkowe. Występował w radio, telewizji. W środowisku jest znany. Jednak przy desygnowaniu na funkcje państwowe pomijano go. Tak to już jest. Wyraziści, ludzie z pasją i pomysłami wzbudzają obawy decydentów. Lepsze dla nich ciele, które dwie albo i więcej matek ssie.

 

Wojciech Starzyński do takich nie należy. To człowiek otwarty na ludzi, lubiany i bardzo pracowity. Dziennikarze mają z nim łatwo – chętnie dzieli się wiedzą, ma ogień w oczach i wciąga ludzi do współpracy. Ma dom, rodzinę (czworo dzieci i pięcioro wnucząt). Gdybym miał wpływ na TVP dałbym mu czas antenowy, by na przykład odpytał wszystkich byłych ministrów oświaty – co zrobili. Dlaczego często głupsi byli od swoich uczniów, kłócili się o sprawy nieważne, zapominali że to jednak polska szkoła i ich obowiązki są polskie, zapominali gdzie i kogo uczą.

 

Mnie też kiedyś pouczył. Rzekłem w rozmowie „Piłsudski to, Piłsudski tamto”. Wojtek się zasępił i powiedział: „moja ciotka, kobieta wiekowa, utytułowana szlachecko i majętna nigdy by nie powiedziała: PIŁSUDSKI, zawsze było MARSZAŁEK PIŁSUDSKI”. Jestem z natury porywczy i nie lubię, kiedy ktoś mi zwraca uwagę – nawet słusznie, ale tym razem zamilkłem.

 

Trzymam w ręku tomik wierszy. Autor – Wojciech Starzyński. To debiut artystyczny. Tytuł: po prostu „Wiersze”. Motto: z księdza Jana Twardowskiego – „… nieraz mali poeci dobrej sprawie służą”.

 

Trudno centymetrem, albo w ogóle mierzyć kto mały, a kto jednak wielki. Pozory mylą. To względne – jak „piękna pogoda”, czy uroda kobiet. Starzyński ma dystans do tego co robi:

 

„Piszę wiersze

może kiedyś

odnajdę je w koszu

w rodzinnym albumie

w czyjejś pamięci”.

 

 

Czytamy też u niego:

 

 

„… są dwie rzeczy

dla których warto żyć

miło

ść i poezja”.

 

Ładnie, prawda?

I mądrze:

 

 

„… życie płynie

powoli leniwie nudnie

i nic nie czeka tych

którym brak odwagi”.

 

 

Różni faceci mówią o odwadze. Ale tylko niektórzy ją mają. Jeśli ktoś żyje ponad siedemdziesiąt lat można dostrzec czy ją naprawdę ma.

 

Teraz wielu po prostu z lektury wie „jak było”. I opowiada potem. 70-latki słuchają i śmieją się z tych opowieści. Był „sierpień”, potem 500 dniowy festiwal Solidarności, noc grudniowa 13-tego, 8 lat oczekiwania, wreszcie 4 czerwca i dalej… Wielu premierów, jeszcze więcej ministrów i zupełnie zbędnych podsekretarzy… kruchego stanu. Ale najwięcej było pustego gadania.

 

Starzyński leczył naszych młodszych braci, wymyślił i zrobił „STO”. Wreszcie wydał tomik wierszy. Ktoś powie, że dużo tam z Twardowskiego, Herberta. Ale to przecież najlepsze wzory. Ktoś zarzuci nostalgię za utraconymi wschodnimi ziemiami. A przecież korzenie doktora stamtąd:

 

Zostały

ślady dworów

kościoły bez wiernych

cmentarze bez mogił

Matka Boska w Ostrej Bramie

lwy przed ratuszem

i liceum krzemienieckie

duchów przybywa

ludzi coraz mniej

 

 

Słowo tęsknota. To widać, słychać i czuć.

 

 

Żytomierz

kiedyś miasto

Żydów Rusinów i Polaków

tu urodziła się moja Mama

dziś nie ma już Żydów

zabrakło Polaków

zostali miejscowi

bezimienny świat triumfuje

 

 

W tomiku Starzyńskiego wierszy jest dużo, z reguły są bardzo krótkie. Ale pełne treści tak jak jego życie. Galopujące ciągle. Nie zatrzymuj się Wojciechu!

 

Patrzę z balkonu na dzieciaki biegające za płotem na szkolnym boisku. To bardzo dobra szkoła. Prywatna. Wiem, bo chodzą tam moje liczne wnuki. Dzieci jest tam dużo. Tyle ile tylko szkoła pomieści. Ale boisko bardzo malutkie. Dzieciaki na przerwach tłocznie biegają i dokazują. Idę mokotowską ulicą i widzę boiska koło wielkich (budynków) szkół: ogromne boiska puste. Nikt po nich nie biega.

 

Wojciech Starzyński chciałby, by było inaczej. Ale obywatelki i obywatele ministrowie z okien swoich przemykających, wypasionych aut tego nie widzą.

 

Wojciech więc pisze wiersze.

 

Dziennikarskim tropem tajemnic – o książce „Sekrety Rzeszowa”

Jakże mało wiemy o własnej okolicy. Jak rzadko mamy okazję w naszej dziennikarskiej codzienności poświęcić czas na odkrywanie tajemnic najbliższego otoczenia. Jednak kiedy już znajdziemy chwilę na dziennikarska wyprawę tropem historii, to spełniamy jedno z podstawowych założeń naszego zawodu. Ratujemy od zapomnienia ludzi i miejsca. To jeden z dowodów, że nasza działalność ma sens.

 

Dziennikarstwo można z powodzeniem uprawiać nie tylko w gazecie, radiu czy telewizji. Dobre dziennikarstwo zamknięte w książce, to nie byle co.

 

Cieszy gdy widzimy jak młode pokolenie sięga po takie rozwiązania, które nie należą do najprostszych. Wymagają bowiem przyzwoitego warsztatu, czasu – którego najczęściej brak – oraz…pieniędzy na wydanie książki.

 

Można sobie z tym radzić na różne sposoby. Autorki „Sekretów Rzeszowa” znalazły wydawcę, który wziął na siebie ciężar finansowy a czas potrzebny na zbieranie materiałów i redakcję podzieliły między siebie.

 

Katarzyna GrzebykAlina Bosak na co dzień pracują w redakcji czasopism. Nikomu, kto ma do czynienia z mediami papierowymi i wydaniami internetowymi zarazem, nie trzeba tłumaczyć jak niewiele czasu pozostaje na czynności pozazawodowe, określone umową o pracę.

 

Dziennikarki podjęły jednak wyzwanie, którego efektem jest książka „Sekrety Rzeszowa”. Poszukiwania materiałów zawiodły autorki do tematów, które pozornie regionalne ocierają się czasem o wielki świat. Ludzie i wydarzenia w „Sekretach Rzeszowa” są nietuzinkowe. Zbiór kilkunastu tekstów, tchnie nie tylko zapomnianą historią. Nie brak tam wątków wręcz sensacyjnych, przeplatanych barwnymi, humorystycznymi opisami.

 

Jestem przekonany, że warto pokazywać takie prace, aby zachęcać innych, szczególnie młodych adeptów naszego zawodu, aby stawali się dokumentalistami  swojej małej ojczyzny.

 

Andrzej Klimczak

 

Alina Bosak i Katarzyna Grzebyk, fot. Tadeusz Poźniak/VIP Biznes&Styl