Zbigniew Połoniewicz, publicysta, regionalista, animator kultury z Ostródy na Mazurach, to kolejny bohater „SDP Cafe”. Premiera rozmowy, którą przeprowadziła Elżbieta Mierzyńska, 29 listopada o godz. 19 na portalu sdp.pl i na kanale stowarzyszenia na YouTube.
Uważany jest za jedną z najważniejszych osób w ostródzkiej kulturze. Zbigniew Połoniewicz to regionalista, popularyzator historii, pomysłodawca i animator wielu inicjatyw w zakresie życia społecznego, kulturalnego i religijnego na Warmii, Mazurach i Podlasiu. Jest także wieloletnim dziennikarzem, publicystą, krytykiem literackim, działaczem Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”, którego jednym z głównych celów jest propagowanie katolickiej nauki społecznej. Nie tylko animuje życie kulturalne, ale także sam tworzy, pisze wiersze. W ubiegłym roku ukazał się jego debiutancki tomik „36 wierszy na pięciolinii z muzyką pomiędzy strofami”.
Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.
Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.
Partnerzy medialni:
Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy
ODCINEK 6. Z Marią Woś, legendą dziennikarstwa radiowego, rozmawiają Anna Fastnacht-Stupnicka i Stanisław Antoni Bogaczewicz.
Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.
22 listopada o godz. 19 Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaprasza na kolejne spotkanie w ramach „SDP Cafe”. Tym razem gościem będzie wieloletnia dziennikarka radiowa Maria Woś, a porozmawiają z nią Anna Fastnacht-Stupnicka i Stanisław Antoni Bogaczewicz. Premiera na portalu sdp.pl i na kanale stowarzyszenia na YouTube.
Maria Woś to legenda dolnośląskiego dziennikarstwa radiowego. Urodziła się we Lwowie, do Wrocławia trafiła po wojnie, w 1946 roku. Ukończyła polonistkę, po studiach przez kilka lat była nauczycielką. W 1958 roku rozpoczęła dziennikarską przygodę na antenie Radiu Wrocław. Pracowała tam do 1981 roku. Zrezygnowała, gdy wprowadzono stan wojenny. Działała w antykomunistycznym podziemiu. Wróciła do wrocławskiej rozgłośni po 1990 roku. Jest autorką licznych audycji literackich, muzycznych, słuchowisk, reportaży, felietonów. Wyróżnia ją niezwykła wrażliwość na odbiorcę, piękna polszczyzna, głęboka wiedza i patriotyzm wyniesiony z rodzinnego domu. To wszystko przekazuje nie tylko słowem mówionym na radiowej antenie, ale też pisanym, w swoich książkach. Jest autorką następujących pozycji: „Felietony radiowe. Duszeczko, nie graj łokciami” oraz „Pomnieć, przypomnieć, zapomnieć”.
Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów z twórcami kultury. Dziennikarze odwiedzają ich z kamerą w domach, pracowniach w różnych miejscach Polski lub zapraszają do „kawiarenki” zaaranżowanej w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.
Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.
Partnerzy medialni:
Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy
Wiele osób ma za sobą nieprzespaną noc – wtorkowe wydarzenia późnego popołudnia i wieczoru przykuły nas do telewizorów i internetu na wiele godzin i nie możemy się oszukiwać, iż była to niczym nieuzasadniona chęć zaspokojenia ciekawości. Od początku agresji Rosji na Ukrainę zadawaliśmy sobie pytanie co zrobić w sytuacji gdy Polska zostanie zaatakowana i wiele wskazuje na to, iż mamy do czynienia z taką sytuacją. Celowy atak, czy raczej prowokacja, testowanie odporności NATO i możliwości obronnych Polski – to możliwe scenariusze tego samego zdarzenia.
We wtorek we miał miejsce kolejny wielogodzinny zmasowany ostrzał całego terytorium Ukrainy i jej infrastruktury krytycznej prowadzony przez siły zbrojne Federacji Rosyjskiej. Reżim moskiewski zaatakował rakietami cele w wielu regionach Ukrainy. Ucierpiała oczywiście energetyka i inne cele wojskowe, ale również cywile. Rakiety uderzyły między innymi w budynki mieszkalne w Kijowie. Rzecznik ukraińskich sił powietrznych przekazał, że rosyjskie wojska wystrzeliły w sumie około 100 rakiet – najwięcej od czasu rozpoczęcia inwazji 24 lutego. I nagle o godzinie 15:40 na terenie wsi Przewodów w powiecie hrubieszowskim w województwie lubelskim spadł pocisk, w wyniku czego śmierć poniosło dwóch obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, dwóch naszych rodaków, rolników. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych około północy potwierdziło, że był to pocisk produkcji rosyjskiej, zakomunikowano także że w związku z tym zdarzeniem minister spraw zagranicznych prof. Zbigniew Rau wezwał ambasadora Federacji Rosyjskiej do MSZ z żądaniem niezwłocznego przekazania szczegółowych wyjaśnień.
Tyle fakty. Milczenie przez kilka godzin polskich władz, a potem ta bardzo wyważona reakcja prezydenta i premiera uświadomiła chyba każdemu, z jak poważną sytuacją mamy do czynienia. Premier Mateusz Morawiecki powiedział wprost – apeluję do wszystkich Polaków, aby zachować spokój wokół tej tragedii. Bądźmy rozważni. Nie dajmy sobą manipulować. Musimy kierować się powściągliwością i rozwagą — powiedział. Musimy być razem. Razem jesteśmy bezpieczni i nie damy się zastraszyć — dodał. Ku zaskoczeniu wielu w podobnym tonie wypowiedział się w mediach społecznościowych przywódca opozycji Donald Tusk. Na twitterze napisał iż w sytuacji zagrożenia, niezależnie od wewnętrznych sporów i różnic, wszyscy musimy być zjednoczeni i solidarni. W tej trudnej chwili będziemy razem. – napisał Tusk. Oczywiście dobrze że to zrobił choć trudno nie zapytać gdzie był przez ostatnie 265 dni wojny na Ukrainie? Czy naprawdę nie można było wcześniej zaprezentować takiej racjonalnej postawy, wydawałoby się wręcz jedynej dopuszczanej wobec nieprzewidywalności kraju , z którym sąsiadujemy od wieków na wschodzie. Możemy sobie tylko życzyć, by politycy opozycji do tej pory totalnie krytykujący każde nawet najbardziej racjonalne działania obecnego rządu, zastosowali się do głosu jednego ze swoich liderów. Solidarność Polaków będzie teraz niezwykle pożądaną cechą.
Najbliższe dni pokażą nam bowiem czym tak naprawdę jest wybuch rosyjskich rakiet na naszym terytorium.Istotne będzie także to, które państwa jednoznacznie i głośno wyrażą solidarność z Polską i jak się będą zachowywać i wypowiadać przywódcy państw NATO, bo przecież mamy do czynienia z akcją wymierzoną w jedność NATO, a biorąc pod uwagę najkorzystniejsze na Federacji Rosyjskiej scenariusze to koniecznie trzeba zakładać, iż celem takiego ataku na nasze terytorium może być dezintergracja i skłócenie Polaków, a w konsekwencji tak pożądane przez Rosję nastroje defetystycze, wzrost popularności postawy, która mówi – nie drażnijmy Rosji. Dajmy sobie spokój z pomocą Ukrainie, to wszystko nas przerasta i prowadzi do ogromnie niebezpiecznego, bo międzynarodowego konfliktu. Jest to bardzo niebezpieczna postawa teraz , bo jeśli Rosja przekona się że po takim zdarzeniu jak wtorkowe nie będzie stanowczej reakcji NATO, nic nie uratuje pokoju.
Dlatego w najbliższych dniach tak ważne będzie tonowanie nastrojów społecznych, kluczowa będzie rzeczowa i wręcz powściągliwa informacja a nie oparty na emocjach przekaz , którym tak powszechnie posługują się współczesne media. To nie jest czas na ataki polityczne i deprecjonowanie działań rządu, to jest ten moment, gdy wszystkie media, wszystkie środki masowego komunikowania, od prawej do lewej strony, od publicznych po komercyjne powinny uświadomić sobie to, iż teraz zdają egzamin z tego, czym jest odpowiedzialne dziennikarstwo i jak wiele od tego zależy. Niesprawdzone informacje, insynuacje, plotki i pogłoski, a przede wszystkim osłabianie polskich władz polskiego prezydenta i polskiego rządu poprzez tak powszechną jeszcze do wczoraj retorykę ośmieszania i totalnego krytykowania wszystkiego, czym się Zjednoczona Prawica zajmuje i co zaproponuje – to powinno zniknąć z naszej medialnej rzeczywistości.
Odpowiedzialność za słowo staje się aktualnie pierwszą i najważniejszą powinnością mediów. Od tego jak teraz zachowamy się my, dziennikarze, zależy w dużej mierze bezpieczeństwo wszystkich Polaków
Bohaterką kolejnego odcinka „SDP Cafe” będzie Teresa Kaczorowska, pisarka, poetka, animatorka kultury. Na premierę rozmowy, którą przeprowadziła Hanna Karp, publicystka, medioznawca, zapraszamy 17 listopada o godz. 19 na portalu sdp.pl i na kanale stowarzyszenia na YouTube.
W zaledwie kilku zdaniach trudno jest przybliżyć postać Teresy Kaczorowskiej. Nie tylko pisze książki, artykuły publicystyczne, z reporterską dociekliwością zgłębia tematy historyczne, tworzy poezję, ale też zajmuje się promocją kultury. Jej działalność w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich jest bardzo dobrze znana, od dziesięciu lat jest bowiem szefową Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP. To tylko jedna z wielu jej aktywności na polu popularyzacji kultury. Teresa Kaczorowska pełni też funkcję prezeski Związku Literatów na Mazowszu i redaktor naczelnej periodyku „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”. Jest organizatorką szeregu imprez, takich jak Ciechanowska Jesień Poezji, czy Międzynarodowy Festiwal M.K. Sarbiewskiego, przez wiele lat była dyrektorką Powiatowego Centrum Kultury i Sztuki im. Marii Konopnickiej w Ciechanowie.
Nasz gość w „SDP Cafe” może się również poszczycić bogatym dorobkiem literackim. Teresa Kaczorowska wydała siedem zbiorów wierszy, jej poezję tłumaczono na wiele języków: angielski, portugalski, norweski, niemiecki, ukraiński, litewski, węgierski, czeski, serbski, bułgarski. Napisała kilkanaście książek, w tym poświęconych m.in. zbrodni katyńskiej, czy Obławie Augustowskiej. Jest autorką sztuki scenicznej „Maria Konopnicka. Czarodziejka osobliwa” oraz poetyckich „Listów do Marii Konopnickiej z lat 2010-2020”. A ponieważ obchodzimy właśnie, ogłoszony przez Sejm, Rok Marii Konopnickiej, w 180. rocznicę jej urodzin, można się więc spodziewać, że postać poetki będzie jednym z tematów rozmowy z Teresą Kaczorowską w „SDP Cafe”.
Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów dziennikarzy z twórcami kultury. Odwiedzamy ich z kamerą w domach, pracowniach lub zapraszamy do naszej „kawiarenki” w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.
Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.
Partnerzy medialni:
Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy
We wtorek, 8 listopada, o godz. 19 Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaprasza na premierę rozmowy z Bernardem Nowakiem, lubelskim pisarzem i wydawcą. W jego domu odwiedził go z kamerą Wojciech Pokora, redaktor naczelny „Kuriera Lubelskiego” i członek Zarządu Głównego SDP. Drugi odcinek cyklu „SDP Cafe” można będzie obejrzeć na stronie sdp.pl i na kanale stowarzyszenia na YouTube.
Jaka jest kondycja współczesnej literatury? Czy pisarz tworząc powinien myśleć o czytelniku? Czy istnieje przepis na dobrą książkę? O takich m.in. kwestiach Wojciech Pokora porozmawia z Bernardem Nowakiem, pisarzem, wydawcą, współzałożycielem wydawnictwa Test. Jest on autorem wielu książek, m.in. powieści „Cztery dni Łazarza” i „Taniec Koperwasów”, zbiorów opowiadań „Smolice N°86” , „Trzeba jakoś patrzeć”, dziennika „Wyroby duchowe”. Wielokrotnie wyróżniany za swoją twórczość. W 2003 roku otrzymał Nagrodę Artystyczną Miasta Lublin, a rok później Nagrodę Literacką im. B. Prusa. Był też nominowany do Paszportów „Polityki” i Nagrody im. J. Mackiewicza.
Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów dziennikarzy z twórcami kultury. Odwiedzamy ich z kamerą w domach, pracowniach lub zapraszamy do naszej „kawiarenki” w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.
Dawniej jeździliśmy na pielgrzymkę do Częstochowy. Tym razem, z inicjatywy Grzegorza Radzickiego, członka ZG SDP, a jednocześnie prezesa Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP w Olsztynie, wybraliśmy się do Gietrzwałdu położonego na Warmii. Ta niewielka, bo licząca zaledwie około 600 mieszkańców wieś, oficjalnie istniejąca od 1352 r., jest jedynym w Polsce miejscem – na około 500 sanktuariów, gdzie objawienia Matki Boskiej zostały oficjalnie potwierdzone. Na dodatek Gietrzwałd jest jednym z kilkunastu miejsc objawień na świecie uznanych za autentyczne. Wpisuje się je na listę obok Guadalupe, La Salette, Lourdes, Fatimy.
Co ciekawe, Gietrzwałd nie jest miejscem komercyjnym i może dlatego niewiele osób wie o jego istnieniu. Nikt też go nie promuje, poza samymi pielgrzymami. Nawet w najnowszych publikacjach o sanktuariach w naszym kraju Gietrzwałd nie został uwzględniony. A przecież objawienia miały miejsce 145 lat temu, czyli w 1877 r. i trwały od 27 czerwca do 16 września. Matka Boska ukazała się 160 razy dwóm dziewczynkom: trzynastoletniej Justynie Szafrańskiej i dwunastoletniej Barbarze Samulowskiej, nawet po kilka razy dziennie. 159 razy przy klonie, gdzie dzisiaj stoi kapliczka, ta poniżej kościoła (bazyliki mniejszej), i raz przy źródełku, które pobłogosławiła.
Nasza grupa liczyła ponad dwadzieścia osób, które przyjechały głównie z Warszawy, oczywiście z Warmii, a także z Pomorza. Na prawie trzy tysiące członków przynależnych do SDP, to niewielki procent, zwłaszcza, że wśród uczestników były też osoby towarzyszące. Ale od czegoś trzeba zacząć! A była to niezwykła uczta zarówno dla duszy, jak i ciała.
Gietrzwałd. Strop bazyliki. Przedstawienie prawdziwej Matki Boskiej. Fot. M. Giedz
Oprócz indywidualnych i grupowych modlitw w samej Bazylice, czyli w neogotyckim kościele o kilku wezwaniach: Narodzenia Najświętszej Panny Marii, świętego Jana Ewangelisty i świętych Apostołów Piotra i Pawła – obecnie Narodzenia Najświętszej Marii Panny, a także przy źródełku, dziennikarze zwiedzili skansen w Olsztynku, czyli Muzeum Budownictwa Ludowego – Park Etnograficzny, który powstał w 1913 r. w Królewcu, ówczesnej stolicy Prus Wschodnich, a do Olsztynka został przeniesiony w latach 1937-1942, czyli zanim Olsztynek znalazł się w Polsce. I co najciekawsze leży na Mazurach, chociaż warmiński Gietrzwałd od Olsztynka dzieli zaledwie 22 kilometry. W muzeum tym znajdują się zabytki architektury wiejskiej, a więc budynki mieszkalne, zabudowania gospodarcze, przemysłowe, jak wiatraki, ale jest też kościół, są przydrożne krzyże, kapliczki… Wszystkie pochodzą z Warmii, Mazur, Powiśla, Małej Litwy i Sambii, czyli ówcześnie z Prus Wschodnich. A gdzie w tym Polska, której na mapie świata nie było?
Trochę to skomplikowane, a to dlatego, że historia tego terenu jest niezwykle zawiła i przez lata specjalnie nie eksponowana, a Polską, zwłaszcza w czasach dominanty niemieckiej była właśnie Warmia. Ta dominanta była na tyle silna, że nawet za peerelu w szkołach o województwie olsztyńskim mówiło się, że to Mazury, nawiązując do tradycji pruskiej. Chociaż i na Mazurach mieszkały osoby promujące polskość. Jednak to Warmia jest typowo polską i katolicką krainą, która po uzyskaniu niepodległości przez Polskę, dzięki fałszywemu plebiscytowi nie znalazła się w granicach II Rzeczypospolitej. Mimo, że od 1243 r. stanowiła dominium biskupstwa warmińskiego w obrębie Państwa Zakonu Krzyżackiego w Prusach, a w latach 1466-1772 należała do Polski jako Księstwo Warmińskie, to zawsze znajdowała się w cieniu Mazur krzyżackich, niemieckich i protestanckich. Różnica polega nie tylko na tym, do kogo należał ów teren, czy na języku, ale i na takich detalach, jak np. przydrożne krzyże stawiane na Mazurach, a kapliczki na Warmii. Protestanci nie czcili ani Matki Boskiej, ani świętych, więc ze swojego krajobrazu wykluczyli kapliczki.
Olsztynek, Skansen. XIX-wieczna szkoła. Ławki się skurczyły, więc lekcja kaligrafii zamieniła się w historię. Fot. M. Giedz
Właśnie o takich niuansach, składających się na prawdziwą, fascynującą historię, rozmawiano podczas pielgrzymki. Pierwsza lekcja dla dziennikarzy zaczęła się jeszcze w skansenie, w XIX-wiecznej szkole przeniesionej ze wsi Pawłowo, a raczej w okolicy szkoły, gdyż „uczniowie” niezbyt mieścili się w ławkach. Druga, na gietrzwałdzkich błoniach, niestety w strugach deszczu, za to poprowadzona przez Izabelę Karpińską, znakomitą lokalną przewodniczkę.
Wracając do wydarzeń sprzed 145 lat zastanawiającym jest, dlaczego Matka Boska wybrała małą, warmińską wieś i dlaczego Niemcom tak bardzo zależało na ich nieujawnianiu? I dlaczego tak wiele nieścisłości pojawia się wokół tych wydarzeń? Matka Boska, jak się podaje, przemówiła do dziewczynek po polsku (ks. Franciszek Hipler, teolog i historyk, na prośbę ówczesnego biskupa warmińskiego zajmował się przesłuchiwaniem wizjonerek, więc podał: „Matka Boża przemówiła w języku takim, jakim mówią w Polsce”). W rzeczywistości była to gwara warmińska, która jest częścią dialektu mazowieckiego języka polskiego. Kolejną nieścisłością jest malarskie przedstawienie gietrzwałdzkich objawień dwóm dziewczynkom, ale i dwóm kobietom, ponoć matkom dziewczynek. Umieszczono je m.in. nad ołtarzem polowym usytuowanym na gietrzwałdzkich błoniach. W ten sposób prawdę o Gietrzwałdzie nieco zafałszowano, gdyż wizjonerki były dwie, a nie cztery. Ponadto w ołtarzu głównym bazyliki znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem namalowany w warsztacie poznańskim w poł. XVI w., czyli wiele lat przed objawieniami, który układem kompozycyjnym nawiązuje do przedstawień Maryi na ikonach. Już w XVI w. uznawany był za cudowny, ale nie ma nic wspólnego z objawieniami, o czym nie wiedzą pielgrzymi. Natomiast wyobrażenie „prawdziwej” Matki Boskiej Gietrzwałdzkiej, którą widziały wizjonerki, zostało umieszczone na stropie świątyni, a dokładnie nad nawą główną i rzadko jest zauważalne przez pielgrzymów.
Może ma to związek, jak wspominała pani przewodnik, z tym, że ówczesna administracja na Warmii prowadziła zaostrzoną politykę germanizacyjną – objawienia gietrzwałdzkie przypadły na czas rządów Otto von Bismarcka, kanclerza Rzeszy Niemieckiej i promowanej przez niego Kulturkampf, czyli ograniczenia wpływów Kościoła katolickiego w państwie oraz zachowaniu „czystości” kultury niemieckiej? Inaczej mówiąc przyczyną mogła być notoryczna germanizacja ludności polskiej, zwłaszcza po objawieniach w Gietrzwałdzie. Dlaczego? Bo Kościół katolicki na tych terenach był utożsamiany z polskością. A objawienie – przyczyniły się do rozbudzenia świadomości narodowej Warmiaków. Mówiono wówczas: „Skoro Przenajświętsza Panienka przemówiła do dzieci warmińskich po polsku to grzechem jest, jeśli ktokolwiek języka ojczystego jako daru Bożego się wyrzeka!”.
Ucztą duchową pielgrzymki stała się droga krzyżowa poprowadzona przez ks. Tadeusza Alickiego z Olsztyna. Wiodła wzdłuż lasu, pomiędzy stacjami zaprojektowanymi przez Marcina Dutko, a poświęconymi w 130 rocznicę objawień Matki Boskiej, czyli 27 czerwca 2007 r. Ks. Tadeusz „sprytnie” połączył poszczególne stacje i rozgrywające się dwa tysiące lat temu wydarzenia przy każdej z nich z dzisiejszą sytuacją w środowisku dziennikarskim. Mówił więc o odwadze i prawdzie, o zachowaniu etyki dziennikarskiej mimo najróżniejszych przeszkód, o załamaniach, upadkach, niepowodzeniach, ale i o nadziei, zmartwychwstaniu i o tym, że warto być dobrym. „Każdego z nas złożą do grobu, ale z grobu jest wyjście, bo Chrystus zmartwychwstał. Życie zmienia się, ale nie kończy ziemi przyklepaniem, bo jest zmartwychwstanie”.
Była też „uczta dla ciała” w Karczmie Warmińskiej, gdzie dziennikarze mieli okazję degustacji smacznych potraw regionalnych, jak kartacze, golce, różnej maści kapusty, mięsiwa, dzyndzałki i wiele innych.
CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko usunięciu konta StopFake PL prowadzonego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich na Facebooku oraz apeluje o jego pilne odblokowanie i przywrócenie jego funkcjonowania.
Usunięcie konta dotyczy głównego profilu StopFake PL prowadzonego przez SDP na Facebooku od 5 lat. Administratorom profilu nie została nawet przekazana informacja o usunięciu profilu. Osoby zajmujące się administracją 12. października b.r. weszły na profil w celu złożenia kolejnego już odwołania od decyzji koncernu Meta (właściciela Facebooka) i wtedy okazało się, że został on usunięty. Od lipca b.r. konto StopFake PL nie miało możliwości dystrybucji swoich treści na Facebooku, profil był regularnie blokowany przez administratorów Facebooka. Nie pomagały wielokrotne odwołania od tej decyzji, a próby kontaktowania się Autorów StopFake PL z przedstawicielami koncernu Meta skończyły się niepowodzeniem. Nie ma z ich strony reakcji w postaci odblokowania profilu, ani żadnej innej.
Blokada ta jest szczególnie bulwersująca, ponieważ StopFake PL to prowadzone przez SDP konto, które zajmuje się zwalczaniem rosyjskich manipulacji i nieprawdziwych informacji w mediach. Profil StopFake PL na Facebooku istnieje w sieci od 2017 r. Jego usunięcie jest absolutnie niezrozumiałe, gdyż jest na nim umieszczona dostępna dla wszystkich informacja, iż jest to profil projektu, który zajmuje się zwalczaniem rosyjskiej dezinformacji oraz że projekt jest dofinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP. Pod tym samym adresem i tą samą nazwą funkcjonował od początku swojego istnienia, czyli od 2017 r.
Na stronie stopfake.org, (a do lipca także na profilu StopFake PL w medium społecznościowym jakim jest Facebook) w 13 wersjach językowych publikowane są informacje o nieprawdziwych treściach pojawiających się w mediach, głównie rosyjskich, zwłaszcza dotyczących relacji polsko-ukraińskich, polsko-rosyjskich i polsko-białoruskich. Dzięki rozwinięciu na portalu stopfake.org rosyjsko i anglojęzycznego komponentu poświęconego sprawom Polski, materiały demaskujące manipulację i propagandę w tym obszarze, trafiają do środowisk opiniotwórczych nie tylko w Polsce i na Ukrainie, ale również w innych krajach. Wśród osób obserwujących profile StopFake PL w mediach społecznościowych, znaleźć można było zarówno dziennikarzy, jak i polityków, w tym również z Europy Zachodniej. Blokada konta StopFake PL na Facebooku jest więc działaniem całkowicie niezrozumiałym, a trwająca od 24 lutego 2022 r. rosyjska agresja na Ukrainie i potrzeba codziennej weryfikacji pojawiających się w sieci treści czyni tę blokadę skandaliczną.
CMWP SDP przypomina, iż wolność słowa należy do podstawowych zasad demokratycznego państwa prawa. W Polsce jest ona zagwarantowana przez art. 54 ust. 1 Konstytucji. Poświadczają ją również wiążące Polskę akty prawa międzynarodowego. Wolności wypowiedzi dotyczy art. 10 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności i art. 11 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Także Powszechna Deklaracja Praw Człowieka w art. 19 zapewnia „swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami”. Przedstawiciel mediów społecznościowych w Polsce, jakim jest koncern Meta swoim działaniem stawia się ponad obowiązującym prawem poprzez zablokowanie dyfuzji treści ważnych ze względów politycznych i społecznych.
Z uwagi na powszechność serwisu społecznościowego Facebook działanie takie ma charakter cenzury, czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność swobodnego wyrażania myśli i przekonań. Jest to nieuzasadnione naruszenie zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa. CMWP SDP apeluje o zaniechanie takich działań i przywrócenie swobodnego funkcjonowania na Facebooku prowadzonego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich profilu StopFake PL
W 1989 roku, kiedy upadał PRL i żyliśmy w przekonaniu, że „nastała wolność” (niby był już Okrągły Stół, a ciągle mordowano księży, niby miała być „demokracja” a rządzić mieli uzgodnieni przy Okrągłym Stole, na wszelki wypadek asekurowani przez nadzwyczajną kastę), miałem 15 lat i byłem na etapie jarania się tym, że starszy kolega pożyczył mi gazetki Solidarności Walczącej. No, ale coś tam z tego PRL pamiętam.
Tzw. „bezmięsne poniedziałki” (później gdzieniegdzie wtorki a w gastronomii w środy) znam jedynie z opowiadań rodziców. Ot, wobec permanentnych problemów z zaopatrzeniem w mięso, władza usiłowała przekonać obywateli, że po rzekomo sutym niedzielnym obiedzie, nic się nie stanie, jeśli w poniedziałek nie będą jedli mięsa i w ten sposób popyt spadnie i wszystkim wystarczy. Nie wystarczyło.
Dlatego (kto to jeszcze pamięta?) pojawił się pomysł na to, żeby mięso zastąpić krylem, skorupiakiem podobnym do krewetki, który nawet zaczęto odławiać, ale PRL, ówczesna „dziesiąta potęga gospodarcza świata” nie poradził sobie z technologicznym oddzielaniem skorupek od reszty. W końcu popularność pośród Polaków zdobyło hasło naśladujące PRL-owską propagandę – „Żryjcie dorsze, g.wno gorsze”. Ryby akurat były wtedy rzeczywiście łatwiej dostępne, a dorsz był uważany za rybę pospolitą i nieszczególnie poważany.
Nie mam powodu, żeby nie wierzyć minister Annie Moskwie, że utrzymuje w domu temperaturę 17 stopni. Skoro tak mówi to tak widać jest, ale kiedy mówi, że „taka temperatura jest zdrowa dla organizmu”, to zaraz przypominają mi się te zabawne z perspektywy czasu powiedzonka z okresu PRL i odnoszę dziwne wrażenie, że wcale nie idzie tu o moje zdrowie. A przed sezonem grzewczym ma jeszcze ruszyć rządowa kampania mająca nakłaniać Polaków do oszczędzania na ogrzewaniu.
Rozumiem rozwiązania systemowe. Zamrożenie cen prądu do jakiegoś poziomu zużycia. Świetna myśl Rafała Ziemkiewicza, który zwrócił uwagę na to, że gdyby ludzie rozumieli zależność pomiędzy zużyciem prądu a kwotami, które za niego płacą, zapewne natychmiast wyciągnęliby nieużywane ładowarki z gniazdek i zgasili zbędne światło. W tej chwili tego nie robią, bo system opłat za prąd zbudowany na jakichś magicznych prognozach i wzorach matematycznych, których bez doktoranckich studiów z matematyki nie da się zrozumieć, powoduje, że nikt normalny tej zależności nie rozumie. Abstrahuję już od patologii „rozwiązań unijnych” opierających się na celowym podnoszeniu cen wszystkiego, bo to temat na oddzielny tekst.
Tak czy siak, chyba rzadko w historii zdarzyło się politykowi namówić obywateli do oszczędzania poprzez nawijanie mu makaronu na uszy, że „to dla jego zdrowia”. Zamiast zamierzonego efektu może sprowokować niewygodne dla siebie skojarzenia.