Tag: 01
STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bezbronny gazociąg
Przyjęło się mówić i pisać Baltic Pipe a powinniśmy używać pełnego określenia Baltic Pipeline, czyli rurociąg. Mniejsza o nazewnictwo, bo może się wkrótce okazać, że cała nasza nadzieja związana z tą niezwykle ważną inwestycją i świetnie zrealizowaną przez rząd – podkreślmy rząd PiS – pryśnie w powietrze jak bańka mydlana.
Ostatnie wybuchy na Nord Stream 1 i 2 to pokaz siły i szantaż. Oczywiście, że to ruskie dzieło. Najprawdopodobniej całą akcję wymyślono w Rosyjskiej Akademii Nauk w dziale do spraw rurociągów. Kieruje tym wszystkim „mózg” rosyjskich zbrodniarzy prof. Kowalczuk. Jurij syn Walentyna. To na pewno wybitny specjalista w skali światowej, człowiek, na którego Putin stawia. Nic zresztą dziwnego, bo Putin oficjalnie ma doktorat właśnie z zakresu wiedzy o wykorzystaniu zasobów ropy i gazu i o rurociągach, napisany „pod kierunkiem” właśnie profesora Kowalczuka.
W okolicach Bornholmu, bardzo blisko miejsca wybuchów (specjalnie wybranego!) przebiega nasz Baltic Pipeline. Idzie z północy na południe i krzyżuje się z Nord Stream. Ruskie rury leżą na dnie, nasze co najmniej 40 metrów nad nimi. Takie są wymogi techniczne. Te kilkadziesiąt metrów to niewiele. W wypadku wybuchu pod norwesko-polską rurą zostanie ona rozniesiona, a fala uderzeniowa niczym tsunami pomknie z niesłychaną siłą ku polskiemu brzegowi. Wywróci nawet największe statki napotkane po drodze, zniszczy wybrzeże. Taki jest szantaż i ostrzeżenie.
Niebezpieczeństwo, zagrożenie dla naszego rurociągu jest wielkie. Gaz wprawdzie jeszcze nim nie płynie. Za to Nord Streamem 1 i 2 przepływa na pewno i to wielkie ilości. Nord Stream 1 to rocznie do 30 miliardów metrów sześciennych, NS 2 niesie wielkości podobne. Propaganda gospodarcza i wojskowa nigdzie nie ujawnia jak jest naprawdę. Ale tyle może być. Nawet 50 proc. Z tego to bomba o niezwykłej sile rażenia.
Spać spokojnie nie wolno. Tym bardziej, że nie wiadomo kto to wszystko zabezpiecza. Polska przecież praktycznie nie ma okrętów podwodnych, a te „kieszonkowe” mają po 50 lat. To obiekty bardziej muzealne niż bojowe.
Rurarze, gazownicy – módlcie się lepiej do Matki Bożej z Częstochowy! Zdaje się, że znowu potrzebny nam będzie cud jak w 1920 roku, tym razem, aby ocalić rurę i nadzieję na zbawczy norweski gaz.
O niebezpiecznych zjawiskach w energetyce pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Ta rura
Kto dziurawi rurę? Oto jest pytanie. Oczywiście chodzi o makro szantażystkę wobec Zachodu: Nord Stream I i II. Zadufani w sobie mądrale cieszyli się, że kupują od Rosji tanio gaz. Do czasu. Już się nie cieszą. Teraz trzęsą się ze strachu, a wkrótce z zimna, bo Putin może zakręcić kurek. I szlus!
Putin (wiadomo kto to) – Kowalczuk (mózg, centrum badań systemowych) – Patruszew (Federalna Służba Bezpieczeństwa) – Bornikow (GRU) – Zołotow (policja, bezpieczeństwo) – Prigożin (łagry, więzienia). No i oczywiście wojsko: Szojgu, Gierasimow, Serdiukow (Krym to było jego dzieło). Oto władcy, decydenci i.… no, zobaczymy jak to się skończy.
Na razie „rura” jest w centrum uwagi. Walnęło koło Bornholmu. I „jedynka” (1222km) i „dwójka” (trochę więcej) mają małe dziurki i puszczają gaz, zresztą bardzo zasiarczony (kwaśny – jak mówią fachowcy), tak jest jak z ropą. Ruskie rzeczywiście dużo tego mają i ciągną gdzieś tam od granic Kazachstanu (pierwsze kontrakty niemiecki Rur-Gaz podpisał jeszcze za Breżniewa w latach 70. XX wieku).
Trzeba wiedzieć, że rury Nord Streamu mają średnicę od 1220mm i mniej, a grubość ścianki od 22,5mm nawet do tylko 15mm – w zależności od odległości, gdzie wchodzą przy ruskim brzegu do wody. Piszę to wszystko, bo dzięki tym liczbom można zrozumieć co się stało, jakie to „wybuchy”.
Te rury – produkcja i zyski – to niemiecki Krupp. Potentat i monopolista. Ten sam, który Hitlerowi…, ale o tym innym razem. Tak czy owak rury Kruppa to poza rurociągami na dnie Bałtyku potężne linie przemysłowe i urządzenia umożliwiające rozprowadzenie gazu na ziemi niemieckiej i na zachodnią Europę. To już firma Rur-Gaz. Wszystko to jest powiązane z Gazpromem, czyli Rosją.
Kto więc mógł zrobić „dziurki” w rurze? No, ciekawe. Te „dziurki” są malutkie, ale wypuszczają gaz do wody i zatruwają ją bardzo szybko. Chyba zakręcili kurki. Gaz bowiem wchodzi w reakcje z wodą. I to grozi nie tylko Bornholmowi a i Danii.
Jak te „dziurki” w rurze powstały? Otóż od wewnątrz. W rurach przepływają tzw. „prosiaki” kontrolne – urządzenia, które badają na bieżąco stan instalacji. Wystarczy do takiego pakunku płynącego z ustaloną prędkością, więc i łatwego do zlokalizowania, dołączyć „coś”! To może być „coś” wybuchowego lub żrącego. Rurę „przetrawi” błyskawicznie. Kontrola „prosiaka” doskonale wie, gdzie aktualnie on się znajduje. A więc rejon Bornholmu został celowo wybrany. Dodam, że rury przez Bałtyk przechodzą na głębokościach do 200m.
To byłaby lekcja o rurach. Nie takie one straszne. Inżynierowie podpowiedzą. Byleby nieroby polityczne, zadufane i martwiące się tylko o własne kariery chciały słuchać. A fachowców mamy. Jednego nawet – znakomitego (Pana Piotra oczywiście) zwolniono z pracy.
A tak przy okazji pytanie zasadnicze: kiedy doczekamy się bilansu energetycznego z prawdziwego zdarzenia. Obejmującego „całokształt”. Bo to ciągle czarna magia i oszukiwanie jednych przez drugich.
***
Dziennikarzom piszącym o gospodarce polecam artykuły red. Teresy Wójcik (z „Tygodnika Solidarność” i portalu „Biznes Alert”). Przeczytajcie (nr. 37 z 13 września 2022) prawdę o „wiatrakach”. „Tygodnik Solidarność” muszę i chcę pochwalić już drugi raz w krótkim czasie. To teraz periodyk obowiązkowy w sprawach energetyki – węgla, gazu.
TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Nie rozdzielajmy 1 od 17 września
Dzisiejsze Niemcy, jak i Rosja, są kontynuatorami tych, które istniały we wrześniu 1939 r. Niemcy kanclerza Scholza są prawnym i moralnym następcą III Rzeszy Hitlera, a Rosja Putina jest następcą Rosji Stalina. Domaganie się odszkodowań od jednych i od drugich to po prostu akt sprawiedliwości dziejowej.
Co więcej, rachunek wobec Rosji byłby dużo wyższy. Ze względu na długość okupacji oraz intensywność zła, które nam wyrządziła. A tak w ogóle nie byłoby II wojny światowej, gdyby nie Stalin. Hitler potrzebował gwarancji od Rosji i tę gwarancję uzyskał – stąd pakt Ribbentrop – Mołotow, który w tajnym protokole zakładał IV rozbiór Polski. Nie byłoby 1 września, gdyby nie zobowiązanie, że nastąpi 17 września. 17 września miał zresztą nastąpić dużo wcześniej. Choć początkowo była mowa o 12, 13 września, Stalin zwlekał, bojąc się, że do wojny – zgodnie z umowami – włączy się Anglia i Francja.
Dlatego nie rozdzielajmy 1 września od 17, bo wtedy przyznawalibyśmy, że napadli na nas tylko Niemcy, a Rosja już nie. Tego chciałaby rzecz jasna Rosja Putina, w której intensywnie rozwijana jest propaganda, że wojna wybuchła w czerwcu 1941 r., kiedy niczemu niewinne Sowiety zostały zaatakowane przez agresywne hitlerowskie Niemcy. I ta propaganda działa. Bo coraz częściej na świecie Rosję Stalina przedstawia się nie jako agresora, okupanta, ale zwycięzcę i wyzwoliciela.
Istnieje również pewien problem prawny – z Niemcami byliśmy w stanie wojny, a z Sowietami nie. Ale przecież każde dziecko w szkole powinno wiedzieć, że pod pretekstem wyzwolenia ludności ukraińskiej i białoruskiej spod buta polskiego pana i rzekomego nieistnienia państwa polskiego Sowieci po prostu dokonali na nas zbrojnej agresji.
„Naszym podstawowym obowiązkiem jest zniszczenie Polski. Celem jest nie tylko zajęcie kraju, ale unicestwienie każdej żywej istoty… Bądźcie bezlitośni! Bądźcie brutalni… Postępujcie z najwyższą surowością… Ta wojna ma być wojną zagłady” – mówił przed najazdem na Polskę Hitler, a Niemcy (nie naziści) słuchali go. Sowieci, choć ukrywali swoje prawdziwe cele, dążyli do tego samego: unicestwienia Polaków, stąd niszczenie narodu, szczególnie inteligencji, Katyń, wywózki na Sybir itd.
Pamiętajmy o tym przed kolejną rocznicą tragicznego września 1939 r.: napaści hitlerowskich Niemiec, a potem sowieckiej Rosji na Polskę. I domagajmy się od Niemiec i Rosji nie tylko reparacji wojennych, lecz także odszkodowań m.in. za zbrodnie na ludziach, wykorzystywanie niewolniczej siły roboczej, niszczenie majątku narodowego, kradzieże itd.
SDP: Rosyjscy propagandyści udający dziennikarzy powinni być osądzeni jak zbrodniarze wojenni!
24 sierpnia reprezentanci Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wydali oświadczenie potępiające rosyjskich propagandystów, którzy w rosyjskich mediach nakręcają spiralę nienawiści wobec napadniętej przez Moskwę Ukrainy.
W środę wieczorem oświadczenie zaczęły cytować m.in. ukraińskie media (na końcu publikacji).
Oto treść oświadczenia:
Oświadczenie SDP w UKINFORM: TUTAJ.
Oświadczenie SDP w UA News: TUTAJ.
Pasanie owiec – CEZARY KRYSZTOPA o odciąganiu uwagi od niewygodnych wydarzeń
Można by na przykład zacząć od felietonów Jana Rema, czyli Jerzego Urbana w „Tu i teraz”, jak „Seanse nienawiści”, w którym oskarżał bł. Ks. Jerzego Popiełuszkę o bycie „Savonarolą antykomunizmu”. Niedługo później ks. Jerzy został zamordowany przez przedstawicieli czerwonego reżimu, któremu Urban aportował. Albo później od lat dziewięćdziesiątych, kiedy to co napisała „Gazeta Wyborcza” wielu wydawało się bardziej realne od tego co rzeczywiście miało miejsce, albo kiedy „Gazetę Wyborczą” zdetronizował w tej roli TVN.
Gdyby to była jakaś szczególnie pogłębiona analiza, mogłaby się również zaczynać choćby od 2015 roku, kiedy to „PiS zaatakował demokrację” zanim zdążył cokolwiek zrobić, od „śmierci Diduszki”, „gazu na ulicach”, „nazistów na Marszu Niepodległości”, „wyłączania internetu”, „złamania konstytucji”, czy „dzieci z Michałowa”. Wszystkiego nie pamiętam, ale jak sami wiecie, ten serial nie ma końca, choć wraz z upływem czasu zamiast budzić grozę jak wcześniej, budzi coraz więcej śmiechu i politowania. Ale że jest to tylko krótki felieton, to wypada tylko wyjaśnić, że zjawisk tych nie łączy skala, czy waga, ta wydaje się szybko dewaluować, zjawiska te łączy mechanizm utrzymywania podatnych na wpływ owiec w stanie permanentnego stresu wywoływanego przez mniej czy bardziej utalentowane owczarki, w celu pasania w pożądany przez pasterzy sposób.
Szybka dewaluacja skuteczności jakiej metoda ostatnio podlegała, skłania do uzasadnionego wniosku, że nie warto się nią już zajmować, skoro najpoważniejszym z efektów jest tu pogłębiająca się frustracja owczarków i pasterzy, którzy kiedyś trzęśli spanikowanym stadem, a teraz „tak się starają i nic”. Byłby to wniosek uzasadniony, ale czy nie zbyt łatwy?
Znowu zadziałało
Oto bowiem ostatnio mieliśmy do czynienia z dynamicznym wzrostem intensywności jej stosowania – „nie ma cukru”, „pedofilia w podręczniku do historii”, „rtęć w Odrze” (pomniejszych histerii w międzyczasie nie liczę). W dodatku dzieje się to w kontekście wojny za naszą wschodnią granicą i sporych zdolności wpływu na zachodnią opinię publiczną ze strony podrażnionego brakiem „wielkiego zwycięstwa” kremlowskiego Mordoru. I wiecie co? Chyba znowu całkiem poważnie zadziałało.
Kto w tym kontekście jest tylko owczarkiem, a kto prawdziwym pasterzem, to pytanie nie do mnie. Ja nie wiem czy i kto tu jest zdrajcą, a kto pożytecznym idiotą. Za to myślę, że jeżeli ktoś chciał sprawdzić jak w obecnej sytuacji Polacy zareagują na serię „oburzających” wrzutek odciągających uwagę od niewygodnych wydarzeń, to otrzymał odpowiedź, która powinna nas, ze szczególnym uwzględnieniem służb wszelakich, bardzo niepokoić.
Owiec podatnych na sugestie owczarków jakby znów jest więcej. A co gorsza, jakby rósł pośród nich odsetek agresywnych baranów.
O kupie roboty, którą wykonuje na szkodę Polski opozycja pisze CEZARY KRYSZTOPA: Skąd ta skromność?
Sześć lat temu europoseł Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Poręba opublikował screeny roboczej wersji rezolucji Parlamentu Europejskiego przeciwko Polsce, na której uwagi były naniesione z nazwiskiem Rafała Trzaskowskiego.
Wtedy to był szok. Polski polityk miałby uczestniczyć w tworzeniu dokumentu uderzającego w jego ojczyznę?
Zamrażarka Pana Rafała
Trzaskowski oczywiście zaprzeczał, wręcz szydził z takich oskarżeń. I kiedy tak patrzę w ten jego szczery uśmiech, to jak mógłbym mu nie wierzyć? Dwa lata później w popularnej stacji radiowej ten sam Trzaskowski mówił – Dzięki naszym staraniom te pieniądze [chodzi o fundusze unijne] będą mrożone.
W 2020 roku na spotkaniu z m.in. Wojciechem Sadurskim, Markiem Belką i Radosławem Sikorskim w Parlamencie Europejskim przewodniczący bardzo ważnej Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych [LIBE] Juan Fernando Lopez Aguilar pytał – Czego jeszcze można od niego [chodzi o Parlament Europejski] oczekiwać? – aż musiał go upomnieć Radosław Sikorski – Proszę wziąć pod uwagę, że jesteśmy nagrywani, więc proszę uważać, co pan mówi – Dwa lata później Aguilar znalazł się w składzie „kontroli” komisji PE LIBE, która miała „kontrolować” „praworządność” w Polsce, a której jeden z członków Esteban Gonzalez Pons mówił otwarcie – Spróbujemy pomóc polskiemu społeczeństwu zmienić władze, które wydają się nie być dobre dla Polski.
Już po wybuchu wojny na Ukrainie, kiedy przez Polskę przelewała się fala ukraińskich uchodźców wojennych, na jednym ze spotkań z wyborcami Janina Ochojska, europoseł Koalicji Europejskiej mówiła – w Parlamencie Europejskim bardzo mocno gardłowaliśmy za tym, żeby nie dawać rządowi przynajmniej części tych pieniędzy – Chodzi oczywiście o fundusze europejskie.
Wielki sukces
Można powiedzieć, że wiszenie u brukselskiej klamki przedstawicieli opcji „ulica i zagranica” jest tajemnica poliszynela i od dawna, choć oczywiście niezmiennie brzydzi, to przecież już nie zaskakuje. Więcej! Można również powiedzieć, że tak jak „ulica” wyżej opisanej opcji nie wyszła i skompromitowała się nawet w oczach zwolenników, to przecież „zagranica” jak najbardziej. Efektem jej zabiegów jest wstrzymanie pod byle pretekstem pieniędzy dla Polski, nawet w obliczu wielkiego obciążenia kosztami utrzymania milionów uchodźców z Ukrainy.
Tymczasem od czasu kiedy wydaje się już zupełnie oczywiste, że Polska żadnych pieniędzy nie dostanie, trwa jakiś dziwny festiwal unikania zebrania laurów i usiłowania obdzielenia zasługami rządzących. O tych oczywiście nie wolno zapominać, to podpisanie szeregu cyrografów, trudno powiedzieć, w akcie naiwności czy głupoty, ów sukces umożliwiło, ale jednak główna zasługa nadal należy się naszej współczesnej Targowicy.
Postępowanie jej przedstawicieli wydaje się tym bardziej niezrozumiałe, że w zasadzie nie odniosła ona żadnych sukcesów od bardzo dawna. Nie przedstawiła żadnych przekonujących programów czy wizji, bierze wciry we wszystkich wyborach od 2015 roku, nie potrafi zagospodarować żadnych przychylnych jej emocji społecznych, umówmy się, sprawia wrażenie jakby nie była w stanie złożyć dwa do dwóch. I tu taki sukces!
A przecież ta część wyborców, do których się odwołuje nie dostrzega problemu w tym, że konsekwencje takich antypolskich działań dotkną w mniejszym stopniu rządzących, którzy jakoś sobie poradzą, a w znacznie większym stopniu wszystkich Polaków, łącznie z nimi. Nigdy im do tej pory nie przeszkadzało robienie Polakom na wycieraczkę. Liczy się tylko to, że mogą w ten czy inny sposób zrobić na złość Polakom, ciemnogrodowi, czy jak tam obecnie definiują tych znienawidzonych „onych”. Wręcz gotowi byliby kibicować jak największym rozmiarom kupy.
Skąd zatem ta skromność?
TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Saga komunistów Amonsów
7 sierpnia 1952 r. w ubeckiej katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie zamordowano strzałem w tył głowy sześciu oficerów, oskarżonych przez władze komunistyczne o „udział w spisku mającym na celu obalenie siłą władz państwa i szpiegostwo”; większość z nich w czasie II wojny światowej walczyła w lotnictwie PSZ na Zachodzie. Zabici to: płk Bernard Adamecki, płk August Menczak, płk Józef Jungraw, ppłk Władysław Minakowski, ppłk Szczepan Ścibior i ppłk Stanisław Michowski. Kary śmierci żądał wcześniej prokurator Iwan Amons.
Po Amonsie na wiele lat ślad zaginął. Wiadomo było jedynie, że w 1954 r. został oddelegowany do ZSRS. Aż nagle odnalazł się w… Bykowni, w 2012 r. podczas uroczystości otwarcia polskiego cmentarza wojennego.
W ambasadzie RP w Kijowie ówczesny prezydent RP Bronisław Komorowski wręczył odznaczenia za zasługi dla Polski przedstawicielom społeczności polskiej na Ukrainie, ale także obywatelom Ukrainy. Wśród udekorowanych Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi znalazł się… Amons. Po chwili usłyszałem: emerytowany prokurator wojskowy, a dodatkowo jeden z najwybitniejszych badaczy zbrodni stalinowskich popełnionych na Ukrainie. Stalinowski prokurator badający stalinowskie zbrodnie – cóż za chichot historii – pomyślałem – i jeszcze dostaje za to medal od polskiego prezydenta.
Gratulacje
Po uroczystości odszukałem prokuratora Amonsa. Fachowo opowiadał, że masowymi grobami w Bykowni zajmuje się od 20 lat. Teraz jest na emeryturze, ale wcześniej – jako pełnomocnik ukraińskiego rządu – odpowiadał za rehabilitacje ofiar represji politycznych w ZSRS.
Tu rozmowa urwała się, bo do Amonsa podeszła starsza pani z gratulacjami. Dziękowała za pomoc udzielaną im, Polakom w wyjaśnianiu sowieckich zbrodni. Za współpracę przy ekshumacjach w Bykowni, za książki.
Bo Amons ustalił m. in., że na tym największym ukraińskim cmentarzysku leżą nie „tylko” polscy oficerowie z ukraińskiej listy katyńskiej, zamordowali w 1940 r., ale także ofiary antypolskiej akcji NKWD z lat 1937 – 1938. Ogółem 7-8 tysięcy Polaków, dwa razy więcej niż się przyjmuje.
„Też się czasem zastanawiam”
Wracamy do rozmowy. Amons wspomina, że jest emerytowanym pułkownikiem armii ukraińskiej, a przez 30 lat był prokuratorem generalnym Ukrainy.
Ma pan wizytówkę? – zapytałem z głupia frant. Okazało się, że mój rozmówca ma na imię nie Jan (Iwan), ale Andrij. W takim razie zapewne jest synem.
– Pan dobrze mówi po polsku. Jest pan Ukraińcem czy Polakiem?
– Mama, urodzona w Sokalu pod Lwowem, była Ukrainką. Ale ojciec Polakiem. – To jak to się stało, że został pan tak ważną figurą w ukraińskiej republice rad?
– Też się czasem nad tym zastanawiam.
„Służba” w Polsce
To był właśnie ten moment, aby spytać o Jana (Iwana) Amonsa. Pan był prokuratorem wojskowym, a pana ojciec, czym się zajmował?
– Też był prokuratorem wojskowym. W powojennej Polsce służył w LWP.
I już wszystko było jasne, ale zapytałem jeszcze, gdzie tata się urodził.
– W Winnicy – usłyszałem. A w Skarżycach k. Winnicy w 1918 r. urodził się Jan (Iwan) Amons.
– Ale mówił pan, że ojciec służył w Polsce, to jak pan znalazł się na Ukrainie? – W 1954 r. ojciec został zwolniony ze służby i trafił na Syberię. Tak odwdzięczyli mu się za pracę w Polsce.
– Do łagru? – zapytałem.
– Nie, na Syberii też był prokuratorem, ale dla niego to było zesłanie. Ale w latach 60. centrala przypomniała sobie o jego zasługach i skierowała na Ukrainę. Zmarł w latach 90., został pochowany pod Kijowem. Ale w Polsce mam większą rodzinę niż na Ukrainie.
Oficer sowiecki
A zatem. Na czym polegała „służba” Jana (Iwana) Amonsa w Polsce? Oskarżał polskich patriotów, którzy zostali następnie skazani na wyroki wieloletniego więzienia. Wielu z nich komuniści – koledzy Amonsa – zamordowali. Choć był Polakiem, do wymiaru „sprawiedliwości” w powojennej Polsce trafił już jako oficer sowiecki, wcześniej przez lata służący w organach represji ZSRS i Armii Czerwonej.
Już w czerwcu 1944 r. został szefem Wojskowej Prokuratury Rejonowej w „wyzwolonym” Lublinie. Polaków – niepodległościowców prześladował także jako oficer śledczy Prokuratury 1 Armii WP, prokurator 2 DP i wiceprokurator Prokuratury KBW. W 1946 r. swoje krwawe żniwo kontynuował dalej w Lublinie, potem w Gdańsku, by w końcu, w 1950 r. zostać prokuratorem Prokuratury Wojsk Lotniczych. W 1948 r. podpułkownik.
Ofiary na „Łączce”
W procesach politycznych Jan (Iwan) Amons oskarżał mimo, iż nie posiadał pełnego wykształcenia prawniczego (w 1939 r. skończył jedynie jednoroczny kurs prawniczy dla prokuratorów i sędziów śledczych w Chabarowsku nad Amurem). Sprawy ze względu na swój kłamliwy charakter nazywamy dziś mordami sądowymi. Ludzi skazywano na podstawie spreparowanych dowodów.
I tak, w akcie oskarżenia przeciwko płk Bernardowi Adameckiemu, wobec którego wnosił o wieloletnie więzienie, napisał, iż w lipcu 1946 r. ten komendant Wojskowej Szkoły Technicznej, z polecenia płk Franciszka Hermana, rozpoczął tworzenie tajnej organizacji w Wojskach Lotniczych, której celem miało być obalenie siłą władzy państwowej oraz prowadzenie działalności szpiegowskiej na rzecz mocarstw imperialistycznych. W uzasadnieniu czytamy m. in.: „Proces ten to jeszcze jedno zdemaskowanie nikczemnej garstki wykolejeńców narodu polskiego, którzy zdradzili swój kraj i wiernie służyli agentom świata imperialistycznego, dążąc do nowej pożogi wojennej”.
W tym samym procesie żądał kary śmierci dla płk Józefa Jungrawa, płk Augusta Menczaka, płk Stanisława Michowskiego, ppłk Władysława Minakowskiego, i płk Szczepana Ścibiora. Tych pięciu oficerów, a także płk Adameckiego, komunistyczny „sąd” skazał na karę śmierci. Morderca Bierut nie skorzystał z prawa łaski i cała szóstka została zabita strzałem w tył głowy 7 sierpnia 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Przez lata PRL-u mordowano pamięć o nich. Dziś ich szczątki są odkopywane na „Łączce” Powązek Wojskowych w Warszawie.
Czasy, które trwają
O to, czy Andrij Amons badał też stalinowskie zbrodnie swojego ojca już nie pytałem. Odpowiedź zapewne byłaby taka: Pracował dla legalnego przecież systemu, trwała wojna domowa, tropił szpiegów i bandytów. Takie były czasy, takie było prawo.
Ale pewne jest jedno – medalu za tatusia Andrij Amons by nie dostał. A może przeciwnie? – w trwającej do dziś dobie relatywizowania komunistycznych zbrodni. I Jan (Iwan) Amons – stalinowski morderca sądowy – nadal mógłby uchodzić za bohatera.
Nawet na urlopie CEZARY KRYSZTOPA radzi: Ostrożnie z nawijaniem makaronu
Siedzę sobie właśnie na Podlasiu. Głębokim i ciągle dalekim od światowych nowinek. Zamieszkałym przez ludzi z szerokimi duszami, wielkimi sercami i praktycznym podejściem do rzeczywistości.
Ci ludzie się boją. Jak wszyscy. Boją się wojny. Boją się inflacji. Nawiasem mówiąc wcale się nie boją np. „braku cukru”, cukier może nie najtańszy, ale jest w sklepie w wiosce. Boją się również, że nie będą mieli czym się ogrzać zimą. Kto ma swoje drewno ten się cieszy, ale co, jeśli zakażą ogrzewania drewnem? Węgla nie ma, ale na Podlasiu, szczególnie na podlaskiej wsi, nie był znów tak często używany. Kto dał się przekonać i kupił za ciężkie pieniądze piec gazowy, ten sobie pluje w brodę.
Myślą więc o sprawach przyziemnych i praktycznych, ale ten kto założyłby, że nie są zainteresowani sprawami natury nieco bardziej ogólnej, mógłby się zdziwić. A jeśli byłby politykiem i przyjąłby takie założenie, mógłby popełnić spory błąd. Owszem, również tutaj dyskutowana jest np. sprawa brukselskich funduszy dla Polski, ze szczególnym uwzględnieniem środków z KPO, których to środków pozyskanie miało być/ ma być wielkim sukcesem premiera Mateusza Morawieckiego.
Wiarę w to, że Polska te środki zobaczy chyba już utracili. Obecnie waży się kwestia winy. I jeśli miałbym komuś coś doradzić, to odradzałbym „sprytną zmianę narracji” z „oczekiwania na fundusze z KPO” na „oczekiwanie na fundusze europejskie” w nadziei na to, że „może pieniądze z nowej perspektywy budżetowej jednak będą i ludzie zapomną o pieniądzach z KPO”. Otóż po pierwsze sygnały wysyłane przez Brukselę wskazują moim zdaniem na to, że ta postanowiła nas, jak zapowiadała niemiecka wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Katarina Barley, zagłodzić, więc zrobi wszystko, żeby Polska nie dostała pieniędzy żadnych. A po drugie, jeśli się ludziom opowiadało o „wielkim sukcesie pozyskania pieniędzy z KPO”, to chyba taka zmiana raczej nie przejdzie.
Naprawdę, ludzie nie są tak głupi jak się niektórym wydaje. Mogą uznać za winną Unię Europejską, która złośliwie pozbawia Polskę należnych środków, ale mogą też, jeśli ktoś będzie im niezdarnie nawijał makaron na uszy, uznać za winnego nawijacza makaronu.
ARTUR ŻAK: Objazdówka na kościach
Kreml organizuje dla dziennikarzy wyjazdy studyjne na okupowane tereny, do Mariupola, Melitopola, Chersonia i części obwodu zaporoskiego. Propagandyści dorzucili kolejny element do swoistego choris super ossa, czyli makabrycznego tańca na kościach, który uskuteczniali licznymi uroczystościami na podbitych ziemiach Ukrainy. Wśród rosyjskich dziennikarzy można zauważyć osoby, które na potrzeby rosyjskiego odbiorcy mają odgrywać rolę „zagranicznych dziennikarzy”.
Postać Grahama Phillipsa, czyli asa wśród „zagranicznych dziennikarzy” opisałem w poprzednim artykule, a teraz przyszedł czas na innych, może mniej znanych, ale nie mniej usłużnie wykonujących rolę, która została im przeznaczona.
Jeden z takich wyjazdów zorganizowała i szeroko relacjonowała publiczna stacja telewizyjna Kanał pierwszy/ Первый канал, nazywając go „desantem zagranicznych dziennikarzy”. Oprócz starannie przygotowanej scenerii, aktorów i statystów, w relacjach rosyjskich państwowych mediów mieliśmy możliwość obserwowania też samych „dziennikarzy”, którym możliwość przekonania się o „zbrodniach ukraińskiego reżimu” dało państwo rosyjskie. W tym przedstawieniu „zagranicznym dziennikarzom” też przygotowano role, a mianowicie role „zagranicznych dziennikarzy, którzy mieli przekonać rosyjskich widzów, że na świecie nie wszyscy są jednomyślni. W taki sposób Kreml legitymizuje wojnę w oczach swoich obywateli, dając im iluzję, że na świecie są niezależni dziennikarze, którzy popierają działania Rosji. Jednak wyszło jak zawsze, czyli ci, których buńczucznie nazywano „zagranicznymi dziennikarzami”, okazali się być różnej maści rusofilami, a czasem nawet zwykłymi szajbusami, których Moskwa zebrała i przywiozła na zrujnowany, okupowany teren Ukrainy, żeby pokazać swoim rodakom, jak się „zachodnim mediom” otwierają oczy.
Jedną z takich „dziennikarek”, była Osuka Tokuyama, przedstawiana jako dziennikarka japońskich mediów, która co prawda podczas tej „wycieczki” nie reprezentowała żadnej japońskiej redakcji, lecz jako wolny strzelec miała napisać artykuł dla japońskich portali informacyjnych. Natomiast prawda jest taka, że Pani Osuka, przez wiele lat uczyła się w Rosji, a w tej chwili mieszka w Moskwie i pracuje dla wybitnie z japońska brzmiącej agencji informacyjnej Rosja Dziś (Rossija siegodnia / Россия сегодня – red.), którą kieruje jeden z tuzów rosyjskiej propagandy Dmitrij Kisielow. W ramach tej grupy działa wielojęzyczny portal „Sputnik”, w którym w „japońskiej redakcji” pracuje Osuka Tokuyama.
Została nam zaprezentowana też inna przedstawicielka „zagranicznych mediów”, a mowa tu o pochodzącej z Kanady Ewie Bartlett. Jest to blogerka, która zasłynęła tworzeniem i powielaniem fejków na temat wojny w Syrii. Dlatego nic dziwnego, że i tu opowiadała o taktyce „ukraińskich nazistów” wzorowanej na tym co ona widziała już w Syrii, czyli wykorzystywaniu cywili jako żywych tarcz, a także aktorach udających zamordowane ofiary. Zresztą nikogo nie powinno dziwić, że współpracuje z telewizją RT (kiedyś Russia Today – red.).
Byli też europejscy „dziennikarze”, np. „niemieckie media” reprezentował mieszkający w Petersburgu Thomas Röper, twórca strony Anti-Spiegel, znany z rozsiewania spiskowych teorii, między innymi na temat pandemii Covid-19. Od 24 lutego br., Thomas Röper cały swój zapał skierował na walkę z „ukraińskimi fejkami”. Tu pozwolę sobie wymienić kilka tez wielokrotnie transmitowanych w postach Röpera, które tak się składa, idealnie wpisywały się w rosyjską narrację: a) zbombardowany przez Rosjan szpital położniczy w Mariopolu był bazą Azova, a ratowane spod zawałów kobiety z nagrań to aktorki; b) Rosjanie w Buczy nie mordowali bo już ich tam nie było, a ciała pomordowanych to inscenizacja przy użyciu ucharakteryzowanych aktorów; c) USA zorganizowały sieć laboratoriów, które pracowały na Ukrainie nad bronią biologiczną; d) planowana przez Polskę aneksja zachodnich terenów Ukrainy. To tylko kilka głównych tez, „niemieckiego dziennikarza”, ale to są tezy na które regularnie powołuje się rosyjska propaganda, wymieniając je jako „efekt niezależnego dziennikarskiego śledztwa niemieckiego dziennikarza”.
Jako „greckiego reportera”, zaprezentowano Athanasiusa Avgerinosa, który od 1986 roku mieszka w Moskwie i tam właśnie skończył dziennikarstwo. Na jego związki z władzą Rosji nie wskazuje jedynie jego miejsce zamieszkania, ale należy tu też wymienić wizyty u jednego z głównych tub propagandy Władimira Sołowjowa, zdjęcia z ministrem MSZ Federacji Rosyjskiej Siergiejem Ławrowym i rzeczniczką Marią Zacharową, a także pobyt na rosyjskiej bazie wojskowej w Syrii. Niestety do w/w należy dodać „wycieczki” okupowanymi częściami Ukrainy.
W roli „dziennikarza z USA”, pokazano nam Johna Marka Dougana, Amerykanina mieszkającego w Rosji, w której ukrywa się przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości. John oprócz licznych teorii spiskowych, publikuje informacje o tym, że wirus Covid-19, został stworzony przez Amerykanów w ukraińskich laboratoriach. John Mark Dougan jest czwartym w historii obywatelem USA, który otrzymał w Rosji azyl.
Muszę zaznaczyć, że swoistą niespodzianką dla mnie był fakt, że nie zauważyłem w tym materiale żadnego „polskiego dziennikarza”, a byłem pewny, że zobaczę przynajmniej Dawida Hudźca, bądź Bartosza Bekiera. Nieobecność przedstawiciela „polskiego dziennikarstwa”, może wynikać z tego, że Polska była już określana przez establishment Rosji, jako „pierwszy kraj do denazyfikacji po Ukrainie”, więc uwiarygodnienie przekazu Polakiem nie miałoby sensu.
Jak widać Rosjanie nie zawracali sobie głowy, aby bardziej skrupulatnie przygotować tę propagandówkę, np. tak dobierając aktorów na role „dziennikarzy”, aby nie dało się ich zweryfikować dwoma kliknięciami myszką. Wniosek jest tylko jeden, że było to przedstawienie wymierzone w rosyjskiego odbiorcę, bądź takiego, który jest pod wpływem „ruskiego miru”. Jednakże w dobie natłoku informacji, nawet nam, tym którzy poruszamy się w przestrzeni medialnej obwarowanej standardami etyki dziennikarskiej, warto weryfikować przekazywane informacje ze stanem rzeczywistym.









