8 listopada drugi odcinek nowej edycji „SDP Cafe”. Wojciech Pokora rozmawia z Bernardem Nowakiem

We wtorek, 8 listopada, o godz. 19 Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaprasza na premierę rozmowy z Bernardem Nowakiem, lubelskim pisarzem i wydawcą. W jego domu odwiedził go z kamerą Wojciech Pokora, redaktor naczelny „Kuriera Lubelskiego” i członek Zarządu Głównego SDP. Drugi odcinek cyklu „SDP Cafe” można będzie obejrzeć na stronie sdp.pl i na kanale stowarzyszenia na YouTube.

Jaka jest kondycja współczesnej literatury? Czy pisarz tworząc powinien myśleć o czytelniku? Czy istnieje przepis na dobrą książkę? O takich m.in. kwestiach Wojciech Pokora porozmawia z Bernardem Nowakiem, pisarzem, wydawcą, współzałożycielem wydawnictwa Test. Jest on autorem wielu książek, m.in. powieści „Cztery dni Łazarza”  i „Taniec Koperwasów”, zbiorów opowiadań „Smolice N°86” , „Trzeba jakoś patrzeć”, dziennika „Wyroby duchowe”. Wielokrotnie wyróżniany za swoją twórczość. W 2003 roku otrzymał Nagrodę Artystyczną Miasta Lublin, a rok później Nagrodę Literacką im. B. Prusa. Był też nominowany do Paszportów „Polityki” i Nagrody im. J. Mackiewicza.

Druga edycja „SDP Cafe” to przygotowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich cykl 15 rozmów dziennikarzy z twórcami kultury. Odwiedzamy ich z kamerą w domach, pracowniach lub zapraszamy do naszej „kawiarenki” w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal w Warszawie.

Link do transmisji TUTAJ.

Projekt dofinansowany jest ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz Narodowego Centrum Kultury.

Partnerzy medialni:

Do Rzeczy, Sieci, wPolityce.pl, Radio Wnet, Informator Stolicy, portal Waw4free, Bez wierszówki, Forum Dziennikarzy

 

Tam gdzie Matka Boża mówiła po polsku. Relacja MARII GIEDZ z pielgrzymki dziennikarzy do Gietrzwałdu

Dawniej jeździliśmy na pielgrzymkę do Częstochowy. Tym razem, z inicjatywy Grzegorza Radzickiego, członka ZG SDP, a jednocześnie prezesa Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP w Olsztynie, wybraliśmy się do Gietrzwałdu położonego na Warmii. Ta niewielka, bo licząca zaledwie około 600 mieszkańców wieś, oficjalnie istniejąca od 1352 r., jest jedynym w Polsce miejscem – na około 500 sanktuariów, gdzie objawienia Matki Boskiej zostały oficjalnie potwierdzone. Na dodatek Gietrzwałd jest jednym z kilkunastu miejsc objawień na świecie uznanych za autentyczne. Wpisuje się je na listę obok Guadalupe, La Salette, Lourdes, Fatimy.

Co ciekawe, Gietrzwałd nie jest miejscem komercyjnym i może dlatego niewiele osób wie o jego istnieniu. Nikt też go nie promuje, poza samymi pielgrzymami. Nawet w najnowszych publikacjach o sanktuariach w naszym kraju Gietrzwałd nie został uwzględniony. A przecież objawienia miały miejsce 145 lat temu, czyli w 1877 r. i trwały od 27 czerwca do 16 września. Matka Boska ukazała się 160 razy dwóm dziewczynkom: trzynastoletniej Justynie Szafrańskiej i dwunastoletniej Barbarze Samulowskiej, nawet po kilka razy dziennie. 159 razy przy klonie, gdzie dzisiaj stoi kapliczka, ta poniżej kościoła (bazyliki mniejszej), i raz przy źródełku, które pobłogosławiła.

Nasza grupa liczyła ponad dwadzieścia osób, które przyjechały głównie z Warszawy, oczywiście z Warmii, a także z Pomorza. Na prawie trzy tysiące członków przynależnych do SDP, to niewielki procent, zwłaszcza, że wśród uczestników były też osoby towarzyszące. Ale od czegoś trzeba zacząć! A była to niezwykła uczta zarówno dla duszy, jak i ciała.

Gietrzwałd. Strop bazyliki. Przedstawienie prawdziwej Matki Boskiej. Fot. M. Giedz

Oprócz indywidualnych i grupowych modlitw w samej Bazylice, czyli w neogotyckim kościele o kilku wezwaniach: Narodzenia Najświętszej Panny Marii, świętego Jana Ewangelisty i świętych Apostołów Piotra i Pawła – obecnie Narodzenia Najświętszej Marii Panny, a także przy źródełku, dziennikarze zwiedzili skansen w Olsztynku, czyli Muzeum Budownictwa Ludowego – Park Etnograficzny, który powstał w 1913 r. w Królewcu, ówczesnej stolicy Prus Wschodnich, a do Olsztynka został przeniesiony w latach 1937-1942, czyli zanim Olsztynek znalazł się w Polsce. I co najciekawsze leży na Mazurach, chociaż warmiński Gietrzwałd od Olsztynka dzieli zaledwie 22 kilometry. W muzeum tym znajdują się zabytki architektury wiejskiej, a więc budynki mieszkalne, zabudowania gospodarcze, przemysłowe, jak wiatraki, ale jest też kościół, są przydrożne krzyże, kapliczki… Wszystkie pochodzą z Warmii, Mazur, Powiśla, Małej Litwy i Sambii, czyli ówcześnie z Prus Wschodnich. A gdzie w tym Polska, której na mapie świata nie było?

Trochę to skomplikowane, a to dlatego, że historia tego terenu jest niezwykle zawiła i przez lata specjalnie nie eksponowana, a Polską, zwłaszcza w czasach dominanty niemieckiej była właśnie Warmia. Ta dominanta była na tyle silna, że nawet za peerelu w szkołach o województwie olsztyńskim mówiło się, że to Mazury, nawiązując do tradycji pruskiej. Chociaż i na Mazurach mieszkały osoby promujące polskość. Jednak to Warmia jest typowo polską i katolicką krainą, która po uzyskaniu niepodległości przez Polskę, dzięki fałszywemu plebiscytowi nie znalazła się w granicach II Rzeczypospolitej. Mimo, że od 1243 r. stanowiła dominium biskupstwa warmińskiego w obrębie Państwa Zakonu Krzyżackiego w Prusach, a w latach 1466-1772 należała do Polski jako Księstwo Warmińskie, to zawsze znajdowała się w cieniu Mazur krzyżackich, niemieckich i protestanckich. Różnica polega nie tylko na tym, do kogo należał ów teren, czy na języku, ale i na takich detalach, jak np. przydrożne krzyże stawiane na Mazurach, a kapliczki na Warmii. Protestanci nie czcili ani Matki Boskiej, ani świętych, więc ze swojego krajobrazu wykluczyli kapliczki.

Olsztynek, Skansen. XIX-wieczna szkoła. Ławki się skurczyły, więc lekcja kaligrafii zamieniła się w historię. Fot. M. Giedz

Właśnie o takich niuansach, składających się na prawdziwą, fascynującą historię, rozmawiano podczas pielgrzymki. Pierwsza lekcja dla dziennikarzy zaczęła się jeszcze w skansenie, w XIX-wiecznej szkole przeniesionej ze wsi Pawłowo, a raczej w okolicy szkoły, gdyż „uczniowie” niezbyt mieścili się w ławkach. Druga, na gietrzwałdzkich błoniach, niestety w strugach deszczu, za to poprowadzona przez Izabelę Karpińską, znakomitą lokalną przewodniczkę.

Wracając do wydarzeń sprzed 145 lat zastanawiającym jest, dlaczego Matka Boska wybrała małą, warmińską wieś i dlaczego Niemcom tak bardzo zależało na ich nieujawnianiu? I dlaczego tak wiele nieścisłości pojawia się wokół tych wydarzeń? Matka Boska, jak się podaje, przemówiła do dziewczynek po polsku (ks. Franciszek Hipler, teolog i historyk, na prośbę ówczesnego biskupa warmińskiego zajmował się przesłuchiwaniem wizjonerek, więc podał: „Matka Boża przemówiła w języku takim, jakim mówią w Polsce”). W rzeczywistości była to gwara warmińska, która jest częścią dialektu mazowieckiego języka polskiego. Kolejną nieścisłością jest malarskie przedstawienie gietrzwałdzkich objawień dwóm dziewczynkom, ale i dwóm kobietom, ponoć matkom dziewczynek. Umieszczono je m.in. nad ołtarzem polowym usytuowanym na gietrzwałdzkich błoniach. W ten sposób prawdę o Gietrzwałdzie nieco zafałszowano, gdyż wizjonerki były dwie, a nie cztery. Ponadto w ołtarzu głównym bazyliki znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem namalowany w warsztacie poznańskim w poł. XVI w., czyli wiele lat przed objawieniami, który układem kompozycyjnym nawiązuje do przedstawień Maryi na ikonach. Już w XVI w. uznawany był za cudowny, ale nie ma nic wspólnego z objawieniami, o czym nie wiedzą pielgrzymi. Natomiast wyobrażenie „prawdziwej” Matki Boskiej Gietrzwałdzkiej, którą widziały wizjonerki, zostało umieszczone na stropie świątyni, a dokładnie nad nawą główną i rzadko jest zauważalne przez pielgrzymów.

Może ma to związek, jak wspominała pani przewodnik, z tym, że ówczesna administracja na Warmii prowadziła zaostrzoną politykę germanizacyjną – objawienia gietrzwałdzkie przypadły na czas rządów Otto von Bismarcka, kanclerza Rzeszy Niemieckiej i promowanej przez niego Kulturkampf, czyli ograniczenia wpływów Kościoła katolickiego w państwie oraz zachowaniu „czystości” kultury niemieckiej? Inaczej mówiąc przyczyną mogła być notoryczna germanizacja ludności polskiej, zwłaszcza po objawieniach w Gietrzwałdzie. Dlaczego? Bo Kościół katolicki na tych terenach był utożsamiany z polskością. A objawienie – przyczyniły się do rozbudzenia świadomości narodowej Warmiaków. Mówiono wówczas: „Skoro Przenajświętsza Panienka przemówiła do dzieci warmińskich po polsku to grzechem jest, jeśli ktokolwiek języka ojczystego jako daru Bożego się wyrzeka!”.

Ucztą duchową pielgrzymki stała się droga krzyżowa poprowadzona przez ks. Tadeusza Alickiego z Olsztyna. Wiodła wzdłuż lasu, pomiędzy stacjami zaprojektowanymi przez Marcina Dutko, a poświęconymi w 130 rocznicę objawień Matki Boskiej, czyli 27 czerwca 2007 r. Ks. Tadeusz „sprytnie” połączył poszczególne stacje i rozgrywające się dwa tysiące lat temu wydarzenia przy każdej z nich z dzisiejszą sytuacją w środowisku dziennikarskim. Mówił więc o odwadze i prawdzie, o zachowaniu etyki dziennikarskiej mimo najróżniejszych przeszkód, o załamaniach, upadkach, niepowodzeniach, ale i o nadziei, zmartwychwstaniu i o tym, że warto być dobrym. „Każdego z nas złożą do grobu, ale z grobu jest wyjście, bo Chrystus zmartwychwstał. Życie zmienia się, ale nie kończy ziemi przyklepaniem, bo jest zmartwychwstanie”.

Była też „uczta dla ciała” w Karczmie Warmińskiej, gdzie dziennikarze mieli okazję degustacji smacznych potraw regionalnych, jak kartacze, golce, różnej maści kapusty, mięsiwa, dzyndzałki i wiele innych.

 

Protest CMWP SDP przeciwko blokadzie konta StopFake PL na Facebooku

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko usunięciu konta StopFake PL prowadzonego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich na Facebooku oraz apeluje o jego pilne odblokowanie i przywrócenie jego funkcjonowania.  

Usunięcie konta dotyczy głównego profilu StopFake PL prowadzonego przez SDP na Facebooku od 5 lat. Administratorom profilu nie została nawet przekazana informacja o usunięciu profilu. Osoby zajmujące się administracją 12. października b.r. weszły na profil w celu złożenia kolejnego już odwołania od decyzji koncernu Meta (właściciela Facebooka)  i wtedy okazało się, że został on usunięty.  Od lipca b.r. konto StopFake PL nie miało możliwości dystrybucji swoich treści na Facebooku, profil był regularnie blokowany przez administratorów Facebooka. Nie pomagały wielokrotne odwołania od tej decyzji, a próby kontaktowania się Autorów StopFake PL  z przedstawicielami koncernu Meta  skończyły się niepowodzeniem. Nie ma z ich strony reakcji w postaci odblokowania profilu, ani żadnej innej.

Blokada ta jest szczególnie bulwersująca, ponieważ StopFake PL to prowadzone przez SDP konto, które zajmuje się zwalczaniem rosyjskich manipulacji i nieprawdziwych informacji w mediach. Profil StopFake PL  na Facebooku istnieje w sieci  od 2017 r. Jego usunięcie jest absolutnie niezrozumiałe, gdyż jest na nim umieszczona dostępna dla wszystkich informacja, iż jest to profil projektu, który zajmuje się zwalczaniem rosyjskiej dezinformacji oraz że projekt jest dofinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP. Pod tym samym adresem i tą samą nazwą funkcjonował od początku swojego istnienia, czyli od 2017 r.

Na stronie stopfake.org, (a do lipca także na profilu StopFake PL w medium społecznościowym jakim jest Facebook) w 13 wersjach językowych publikowane są informacje o nieprawdziwych treściach pojawiających się w mediach, głównie rosyjskich, zwłaszcza dotyczących relacji polsko-ukraińskich, polsko-rosyjskich i polsko-białoruskich. Dzięki rozwinięciu na portalu stopfake.org rosyjsko i anglojęzycznego komponentu poświęconego sprawom Polski, materiały demaskujące manipulację i propagandę w tym obszarze, trafiają do środowisk opiniotwórczych nie tylko w Polsce i na Ukrainie, ale również w innych krajach. Wśród osób obserwujących profile StopFake PL w mediach społecznościowych, znaleźć można było zarówno dziennikarzy, jak i polityków, w tym również z Europy Zachodniej. Blokada konta StopFake PL na Facebooku jest więc działaniem całkowicie niezrozumiałym, a trwająca od 24 lutego 2022 r. rosyjska agresja na Ukrainie i potrzeba codziennej weryfikacji pojawiających się w sieci treści czyni tę blokadę skandaliczną.

CMWP SDP przypomina, iż wolność słowa należy do podstawowych zasad demokratycznego państwa prawa. W Polsce jest ona zagwarantowana przez art. 54 ust. 1 Konstytucji. Poświadczają ją również wiążące Polskę akty prawa międzynarodowego. Wolności wypowiedzi dotyczy art. 10 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności i art. 11 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Także Powszechna Deklaracja Praw Człowieka w art. 19 zapewnia „swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami”. Przedstawiciel mediów społecznościowych w Polsce, jakim jest koncern Meta swoim działaniem stawia się ponad obowiązującym prawem poprzez zablokowanie dyfuzji treści ważnych ze względów politycznych i społecznych.

Z uwagi na powszechność serwisu społecznościowego Facebook działanie takie ma charakter cenzury, czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność swobodnego wyrażania myśli i przekonań. Jest to nieuzasadnione naruszenie zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa. CMWP SDP apeluje o zaniechanie takich działań i przywrócenie swobodnego funkcjonowania na Facebooku prowadzonego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich profilu StopFake PL

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 12 października 2022 r.

Treści publikowane w ramach  projektu StopFake_PL dostępne są aktualnie profil na Twitterze: https://twitter.com/StopFake_PL

O 17 stopniach, ale nie zasilania, pisze CEZARY KRYSZTOPA: Żryjcie dorsze

W 1989 roku, kiedy upadał PRL i żyliśmy w przekonaniu, że „nastała wolność” (niby był już Okrągły Stół, a ciągle mordowano księży, niby miała być „demokracja” a rządzić mieli uzgodnieni przy Okrągłym Stole, na wszelki wypadek asekurowani przez nadzwyczajną kastę), miałem 15 lat i byłem na etapie jarania się tym, że starszy kolega pożyczył mi gazetki Solidarności Walczącej. No, ale coś tam z tego PRL pamiętam.

Tzw. „bezmięsne poniedziałki” (później gdzieniegdzie wtorki a w gastronomii w środy) znam jedynie z opowiadań rodziców. Ot, wobec permanentnych problemów z zaopatrzeniem w mięso, władza usiłowała przekonać obywateli, że po rzekomo sutym niedzielnym obiedzie, nic się nie stanie, jeśli w poniedziałek nie będą jedli mięsa i w ten sposób popyt spadnie i wszystkim wystarczy. Nie wystarczyło.

Dlatego (kto to jeszcze pamięta?) pojawił się pomysł na to, żeby mięso zastąpić krylem, skorupiakiem podobnym do krewetki, który nawet zaczęto odławiać, ale PRL, ówczesna „dziesiąta potęga gospodarcza świata” nie poradził sobie z technologicznym oddzielaniem skorupek od reszty. W końcu popularność pośród Polaków zdobyło hasło naśladujące PRL-owską propagandę – „Żryjcie dorsze, g.wno gorsze”. Ryby akurat były wtedy rzeczywiście łatwiej dostępne, a dorsz był uważany za rybę pospolitą i nieszczególnie poważany.

Nie mam powodu, żeby nie wierzyć minister Annie Moskwie, że utrzymuje w domu temperaturę 17 stopni. Skoro tak mówi to tak widać jest, ale kiedy mówi, że „taka temperatura jest zdrowa dla organizmu”, to zaraz przypominają mi się te zabawne z perspektywy czasu powiedzonka z okresu PRL i odnoszę dziwne wrażenie, że wcale nie idzie tu o moje zdrowie. A przed sezonem grzewczym ma jeszcze ruszyć rządowa kampania mająca nakłaniać Polaków do oszczędzania na ogrzewaniu.

Rozumiem rozwiązania systemowe. Zamrożenie cen prądu do jakiegoś poziomu zużycia. Świetna myśl Rafała Ziemkiewicza, który zwrócił uwagę na to, że gdyby ludzie rozumieli zależność pomiędzy zużyciem prądu a kwotami, które za niego płacą, zapewne natychmiast wyciągnęliby nieużywane ładowarki z gniazdek i zgasili zbędne światło. W tej chwili tego nie robią, bo system opłat za prąd zbudowany na jakichś magicznych prognozach i wzorach matematycznych, których bez doktoranckich studiów z matematyki nie da się zrozumieć, powoduje, że nikt normalny tej zależności nie rozumie. Abstrahuję już od patologii „rozwiązań unijnych” opierających się na celowym podnoszeniu cen wszystkiego, bo to temat na oddzielny tekst.

Tak czy siak, chyba rzadko w historii zdarzyło się politykowi namówić obywateli do oszczędzania poprzez nawijanie mu makaronu na uszy, że „to dla jego zdrowia”. Zamiast zamierzonego efektu może sprowokować niewygodne dla siebie skojarzenia.

STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Bezbronny gazociąg

Przyjęło się mówić i pisać Baltic Pipe a powinniśmy używać pełnego określenia Baltic Pipeline, czyli rurociąg. Mniejsza o nazewnictwo, bo może się wkrótce okazać, że cała nasza nadzieja związana z tą niezwykle ważną inwestycją i świetnie zrealizowaną przez rząd – podkreślmy rząd PiS – pryśnie w powietrze jak bańka mydlana.

Ostatnie wybuchy na Nord Stream 1 i 2 to pokaz siły i szantaż. Oczywiście, że to ruskie dzieło. Najprawdopodobniej całą akcję wymyślono w Rosyjskiej Akademii Nauk w dziale do spraw rurociągów. Kieruje tym wszystkim „mózg” rosyjskich zbrodniarzy prof. Kowalczuk. Jurij syn Walentyna. To na pewno wybitny specjalista w skali światowej, człowiek, na którego Putin stawia. Nic zresztą dziwnego, bo Putin oficjalnie ma doktorat właśnie z zakresu wiedzy o wykorzystaniu zasobów ropy i gazu i o rurociągach, napisany „pod kierunkiem” właśnie profesora Kowalczuka.

W okolicach Bornholmu, bardzo blisko miejsca wybuchów (specjalnie wybranego!) przebiega nasz Baltic Pipeline. Idzie z północy na południe i krzyżuje się z Nord Stream. Ruskie rury leżą na dnie, nasze co najmniej 40 metrów nad nimi. Takie są wymogi techniczne. Te kilkadziesiąt metrów to niewiele. W wypadku wybuchu pod norwesko-polską rurą zostanie ona rozniesiona, a fala uderzeniowa niczym tsunami pomknie z niesłychaną siłą ku polskiemu brzegowi. Wywróci nawet największe statki napotkane po drodze, zniszczy wybrzeże. Taki jest szantaż i ostrzeżenie.

Niebezpieczeństwo, zagrożenie dla naszego rurociągu jest wielkie. Gaz wprawdzie jeszcze nim nie płynie. Za to Nord Streamem 1 i 2 przepływa na pewno i to wielkie ilości. Nord Stream 1 to rocznie do 30 miliardów metrów sześciennych, NS 2 niesie wielkości podobne. Propaganda gospodarcza i wojskowa nigdzie nie ujawnia jak jest naprawdę. Ale tyle może być. Nawet 50 proc. Z tego to bomba o niezwykłej sile rażenia.

Spać spokojnie nie wolno. Tym bardziej, że nie wiadomo kto to wszystko zabezpiecza. Polska przecież praktycznie nie ma okrętów podwodnych, a te „kieszonkowe” mają po 50 lat. To obiekty bardziej muzealne niż bojowe.

Rurarze, gazownicy – módlcie się lepiej do Matki Bożej z Częstochowy! Zdaje się, że znowu potrzebny nam będzie cud jak w 1920 roku, tym razem, aby ocalić rurę i nadzieję na zbawczy norweski gaz.

O niebezpiecznych zjawiskach w energetyce pisze STEFAN TRUSZCZYŃSKI: Ta rura

Kto dziurawi rurę? Oto jest pytanie. Oczywiście chodzi o makro szantażystkę wobec Zachodu: Nord Stream I i II. Zadufani w sobie mądrale cieszyli się, że kupują od Rosji tanio gaz. Do czasu. Już się nie cieszą. Teraz trzęsą się ze strachu, a wkrótce z zimna, bo Putin może zakręcić kurek. I szlus!

Putin (wiadomo kto to) – Kowalczuk (mózg, centrum badań systemowych) – Patruszew (Federalna Służba Bezpieczeństwa) – Bornikow (GRU) – Zołotow (policja, bezpieczeństwo) – Prigożin (łagry, więzienia). No i oczywiście wojsko: Szojgu, Gierasimow, Serdiukow (Krym to było jego dzieło). Oto władcy, decydenci i.… no, zobaczymy jak to się skończy.

Na razie „rura” jest w centrum uwagi. Walnęło koło Bornholmu. I „jedynka” (1222km) i „dwójka” (trochę więcej) mają małe dziurki i puszczają gaz, zresztą bardzo zasiarczony (kwaśny – jak mówią fachowcy), tak jest jak z ropą. Ruskie rzeczywiście dużo tego mają i ciągną gdzieś tam od granic Kazachstanu (pierwsze kontrakty niemiecki Rur-Gaz podpisał jeszcze za Breżniewa w latach 70. XX wieku).

Trzeba wiedzieć, że rury Nord Streamu mają średnicę od 1220mm i mniej, a grubość ścianki od 22,5mm nawet do tylko 15mm – w zależności od odległości, gdzie wchodzą przy ruskim brzegu do wody. Piszę to wszystko, bo dzięki tym liczbom można zrozumieć co się stało, jakie to „wybuchy”.

Te rury – produkcja i zyski – to niemiecki Krupp. Potentat i monopolista. Ten sam, który Hitlerowi…, ale o tym innym razem. Tak czy owak rury Kruppa to poza rurociągami na dnie Bałtyku potężne linie przemysłowe i urządzenia umożliwiające rozprowadzenie gazu na ziemi niemieckiej i na zachodnią Europę. To już firma Rur-Gaz. Wszystko to jest powiązane z Gazpromem, czyli Rosją.

Kto więc mógł zrobić „dziurki” w rurze? No, ciekawe. Te „dziurki” są malutkie, ale wypuszczają gaz do wody i zatruwają ją bardzo szybko. Chyba zakręcili kurki. Gaz bowiem wchodzi w reakcje z wodą. I to grozi nie tylko Bornholmowi a i Danii.

Jak te „dziurki” w rurze powstały? Otóż od wewnątrz. W rurach przepływają tzw. „prosiaki” kontrolne – urządzenia, które badają na bieżąco stan instalacji. Wystarczy do takiego pakunku płynącego z ustaloną prędkością, więc i łatwego do zlokalizowania, dołączyć „coś”! To może być „coś” wybuchowego lub żrącego. Rurę „przetrawi” błyskawicznie. Kontrola „prosiaka” doskonale wie, gdzie aktualnie on się znajduje. A więc rejon Bornholmu został celowo wybrany. Dodam, że rury przez Bałtyk przechodzą na głębokościach do 200m.

To byłaby lekcja o rurach. Nie takie one straszne. Inżynierowie podpowiedzą. Byleby nieroby polityczne, zadufane i martwiące się tylko o własne kariery chciały słuchać. A fachowców mamy. Jednego nawet – znakomitego (Pana Piotra oczywiście) zwolniono z pracy.

A tak przy okazji pytanie zasadnicze: kiedy doczekamy się bilansu energetycznego z prawdziwego zdarzenia. Obejmującego „całokształt”. Bo to ciągle czarna magia i oszukiwanie jednych przez drugich.

***

Dziennikarzom piszącym o gospodarce polecam artykuły red. Teresy Wójcik (z „Tygodnika Solidarność” i portalu „Biznes Alert”). Przeczytajcie (nr. 37 z 13 września 2022) prawdę o „wiatrakach”. „Tygodnik Solidarność” muszę i chcę pochwalić już drugi raz w krótkim czasie. To teraz periodyk obowiązkowy w sprawach energetyki – węgla, gazu.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Nie rozdzielajmy 1 od 17 września

Dzisiejsze Niemcy, jak i Rosja, są kontynuatorami tych, które istniały we wrześniu 1939 r. Niemcy kanclerza Scholza są prawnym i moralnym następcą III Rzeszy Hitlera, a Rosja Putina jest następcą Rosji Stalina. Domaganie się odszkodowań od jednych i od drugich to po prostu akt sprawiedliwości dziejowej.

Co więcej, rachunek wobec Rosji byłby dużo wyższy. Ze względu na długość okupacji oraz intensywność zła, które nam wyrządziła. A tak w ogóle nie byłoby II wojny światowej, gdyby nie Stalin. Hitler potrzebował gwarancji od Rosji i tę gwarancję uzyskał – stąd pakt Ribbentrop – Mołotow, który w tajnym protokole zakładał IV rozbiór Polski. Nie byłoby 1 września, gdyby nie zobowiązanie, że nastąpi 17 września. 17 września miał zresztą nastąpić dużo wcześniej. Choć początkowo była mowa o 12, 13 września, Stalin zwlekał, bojąc się, że do wojny – zgodnie z umowami – włączy się Anglia i Francja.

Dlatego nie rozdzielajmy 1 września od 17, bo wtedy przyznawalibyśmy, że napadli na nas tylko Niemcy, a Rosja już nie. Tego chciałaby rzecz jasna Rosja Putina, w której intensywnie rozwijana jest propaganda, że wojna wybuchła w czerwcu 1941 r., kiedy niczemu niewinne Sowiety zostały zaatakowane przez agresywne hitlerowskie Niemcy. I ta propaganda działa. Bo coraz częściej na świecie Rosję Stalina przedstawia się nie jako agresora, okupanta, ale zwycięzcę i wyzwoliciela.

Istnieje również pewien problem prawny – z Niemcami byliśmy w stanie wojny, a z Sowietami nie. Ale przecież każde dziecko w szkole powinno wiedzieć, że pod pretekstem wyzwolenia ludności ukraińskiej i białoruskiej spod buta polskiego pana i rzekomego nieistnienia państwa polskiego Sowieci po prostu dokonali na nas zbrojnej agresji.

„Naszym podstawowym obowiązkiem jest zniszczenie Polski. Celem jest nie tylko zajęcie kraju, ale unicestwienie każdej żywej istoty… Bądźcie bezlitośni! Bądźcie brutalni… Postępujcie z najwyższą surowością… Ta wojna ma być wojną zagłady” – mówił przed najazdem na Polskę Hitler, a Niemcy (nie naziści) słuchali go. Sowieci, choć ukrywali swoje prawdziwe cele, dążyli do tego samego: unicestwienia Polaków, stąd niszczenie narodu, szczególnie inteligencji, Katyń, wywózki na Sybir itd.

Pamiętajmy o tym przed kolejną rocznicą tragicznego września 1939 r.: napaści hitlerowskich Niemiec, a potem sowieckiej Rosji na Polskę. I domagajmy się od Niemiec i Rosji nie tylko reparacji wojennych, lecz także odszkodowań m.in. za zbrodnie na ludziach, wykorzystywanie niewolniczej siły roboczej, niszczenie majątku narodowego, kradzieże itd.

 

SDP: Rosyjscy propagandyści udający dziennikarzy powinni być osądzeni jak zbrodniarze wojenni!

24 sierpnia reprezentanci Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wydali oświadczenie potępiające rosyjskich propagandystów, którzy w rosyjskich mediach nakręcają spiralę nienawiści wobec napadniętej przez Moskwę Ukrainy.

W środę wieczorem oświadczenie zaczęły cytować m.in. ukraińskie media (na końcu publikacji).

 

Oto treść oświadczenia:

 

W związku z trwającą od pół roku barbarzyńską rosyjską  inwazją na niepodległą Ukrainę, jako reprezentanci Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, po raz kolejny domagamy się wyciągnięcia odpowiedzialności za zbrodnie popełniane tam na ludności cywilnej nie tylko wobec bandytów w rosyjskich mundurach, ale i „dziennikarzy” – propagandystów sprzyjających kremlowskiemu reżimowi. Propagandystów nie tylko dezinformujących światową opinię publiczną w sprawie krwawej agresji Moskwy na Ukrainę, ale też zachęcających do walki z Ukraińcami w imię imperialistycznych interesów Putina i jego popleczników. 
 
Rosyjscy funkcjonariusze propagandowi, którzy udają dziennikarzy, tacy jak m.in.: Margarita Simonian, Władimir Sołowiow, Dmitrij Kisieliow, Olga Skabiejewa oraz wielu innych, powinni – po upadku Putina – być osądzeni jak zbrodniarze wojenni!
 
To tylko przykłady kłamców i prowodyrów wojennych, którzy udają dziennikarzy. To najbardziej znane twarzy rosyjskiej propagandy. Niestety, jest ich dużo więcej i biorąc pod uwagę fakt, że w Rosji teraz w ogóle nie ma wolnych mediów.
 
Oszustwo, dezinformacja a nade wszystko podżeganie do nienawiści, do zabijania niewinnych ludzi w niepodległym kraju, nigdy nie będą uważane za dziennikarstwo a ośrodki rosyjskiej propagandy nigdy nie staną się mediami. Dlatego światowe organizacje dziennikarskie oraz krajowe stowarzyszenia medialne powinny nieustannie wywierać wpływ na demokratyczne rządy i instytucje międzynarodowe, aby wobec oczywistej konieczności przygotowania trybunałów dla siejących terror na Ukrainie bandytów z rosyjskiej armii, uznać za zbrodniarzy wojennych także propagandystów rosyjskich zachęcających w kremlowskich mediach do agresji na Ukrainę i próbujących usprawiedliwiać masowe mordy, gwałty i rabunki.
 
Krzysztof Skowroński – prezes SDP
Jolanta Hajdasz – wiceprezes SDP
Mariusz Pilis – wiceprezes SDP
Hubert Bekrycht – sekretarz generalny SDP
Aleksandra Tabaczyńska – skarbnik SDP

 

Oświadczenie SDP w UKINFORM: TUTAJ.

 

Oświadczenie SDP w UA News: TUTAJ.