Pasanie owiec – CEZARY KRYSZTOPA o odciąganiu uwagi od niewygodnych wydarzeń

Można by na przykład zacząć od felietonów Jana Rema, czyli Jerzego Urbana w „Tu i teraz”, jak „Seanse nienawiści”, w którym oskarżał bł. Ks. Jerzego Popiełuszkę o bycie „Savonarolą antykomunizmu”. Niedługo później ks. Jerzy został zamordowany przez przedstawicieli czerwonego reżimu, któremu Urban aportował. Albo później od lat dziewięćdziesiątych, kiedy to co napisała „Gazeta Wyborcza” wielu wydawało się bardziej realne od tego co rzeczywiście miało miejsce, albo kiedy „Gazetę Wyborczą” zdetronizował  w tej roli TVN.

Gdyby to była jakaś szczególnie pogłębiona analiza, mogłaby się również zaczynać choćby od 2015 roku, kiedy to „PiS zaatakował demokrację” zanim zdążył cokolwiek zrobić, od „śmierci Diduszki”, „gazu na ulicach”, „nazistów na Marszu Niepodległości”, „wyłączania internetu”, „złamania konstytucji”, czy „dzieci z Michałowa”. Wszystkiego nie pamiętam, ale jak sami wiecie, ten serial nie ma końca, choć wraz z upływem czasu zamiast budzić grozę jak wcześniej, budzi coraz więcej śmiechu i politowania. Ale że jest to tylko krótki felieton, to wypada tylko wyjaśnić, że zjawisk tych nie łączy skala, czy waga, ta wydaje się szybko dewaluować, zjawiska te łączy mechanizm utrzymywania podatnych na wpływ owiec w stanie permanentnego stresu wywoływanego przez mniej czy bardziej utalentowane owczarki, w celu pasania w pożądany przez pasterzy sposób.

Szybka dewaluacja skuteczności jakiej metoda ostatnio podlegała, skłania do uzasadnionego wniosku, że nie warto się nią już zajmować, skoro najpoważniejszym z efektów jest tu pogłębiająca się frustracja owczarków i pasterzy, którzy kiedyś trzęśli spanikowanym stadem, a teraz „tak się starają i nic”. Byłby to wniosek uzasadniony, ale czy nie zbyt łatwy?

Znowu zadziałało

Oto bowiem ostatnio mieliśmy do czynienia z dynamicznym wzrostem intensywności jej stosowania – „nie ma cukru”, „pedofilia w podręczniku do historii”, „rtęć w Odrze” (pomniejszych histerii w międzyczasie nie liczę). W dodatku dzieje się to w kontekście wojny za naszą wschodnią granicą i sporych zdolności wpływu na zachodnią opinię publiczną ze strony podrażnionego brakiem „wielkiego zwycięstwa” kremlowskiego Mordoru. I wiecie co? Chyba znowu całkiem poważnie zadziałało.

Kto w tym kontekście jest tylko owczarkiem, a kto prawdziwym pasterzem, to pytanie nie do mnie. Ja nie wiem czy i kto tu jest zdrajcą, a kto pożytecznym idiotą. Za to myślę, że jeżeli ktoś chciał sprawdzić jak w obecnej sytuacji Polacy zareagują na serię „oburzających” wrzutek odciągających uwagę od niewygodnych wydarzeń, to otrzymał odpowiedź, która powinna nas, ze szczególnym uwzględnieniem służb wszelakich, bardzo niepokoić.

Owiec podatnych na sugestie owczarków jakby znów jest więcej. A co gorsza, jakby rósł pośród nich odsetek agresywnych baranów.

O kupie roboty, którą wykonuje na szkodę Polski opozycja pisze CEZARY KRYSZTOPA: Skąd ta skromność?

Sześć lat temu europoseł Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Poręba opublikował screeny roboczej wersji rezolucji Parlamentu Europejskiego przeciwko Polsce, na której uwagi były naniesione z nazwiskiem Rafała Trzaskowskiego.

Wtedy to był szok. Polski polityk miałby uczestniczyć w tworzeniu dokumentu uderzającego w jego ojczyznę?

Zamrażarka Pana Rafała

Trzaskowski oczywiście zaprzeczał, wręcz szydził z takich oskarżeń. I kiedy tak patrzę w ten jego szczery uśmiech, to jak mógłbym mu nie wierzyć? Dwa lata później w popularnej stacji radiowej ten sam Trzaskowski mówił – Dzięki naszym staraniom te pieniądze [chodzi o fundusze unijne] będą mrożone.

W 2020 roku na spotkaniu z m.in. Wojciechem Sadurskim, Markiem Belką i Radosławem Sikorskim w Parlamencie Europejskim przewodniczący bardzo ważnej Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych [LIBE] Juan Fernando Lopez Aguilar pytał – Czego jeszcze można od niego [chodzi o Parlament Europejski] oczekiwać? – aż musiał go upomnieć Radosław Sikorski – Proszę wziąć pod uwagę, że jesteśmy nagrywani, więc proszę uważać, co pan mówi – Dwa lata później Aguilar znalazł się w składzie „kontroli” komisji PE LIBE, która miała „kontrolować” „praworządność” w Polsce, a której jeden z członków Esteban Gonzalez Pons mówił otwarcie – Spróbujemy pomóc polskiemu społeczeństwu zmienić władze, które wydają się nie być dobre dla Polski.

Już po wybuchu wojny na Ukrainie, kiedy przez Polskę przelewała się fala ukraińskich uchodźców wojennych, na jednym ze spotkań z wyborcami Janina Ochojska, europoseł Koalicji Europejskiej mówiła – w Parlamencie Europejskim bardzo mocno gardłowaliśmy za tym, żeby nie dawać rządowi przynajmniej części tych pieniędzy – Chodzi oczywiście o fundusze europejskie.

Wielki sukces

Można powiedzieć, że wiszenie u brukselskiej klamki przedstawicieli opcji „ulica i zagranica” jest tajemnica poliszynela i od dawna, choć oczywiście niezmiennie brzydzi, to przecież już nie zaskakuje. Więcej! Można również powiedzieć, że tak jak „ulica” wyżej opisanej opcji nie wyszła i skompromitowała się nawet w oczach zwolenników, to przecież „zagranica” jak najbardziej. Efektem jej zabiegów jest wstrzymanie pod byle pretekstem pieniędzy dla Polski, nawet w obliczu wielkiego obciążenia kosztami utrzymania milionów uchodźców z Ukrainy.

Tymczasem od czasu kiedy wydaje się już zupełnie oczywiste, że Polska żadnych pieniędzy nie dostanie, trwa jakiś dziwny festiwal unikania zebrania laurów i usiłowania obdzielenia zasługami rządzących. O tych oczywiście nie wolno zapominać, to podpisanie szeregu cyrografów, trudno powiedzieć, w akcie naiwności czy głupoty, ów sukces umożliwiło, ale jednak główna zasługa nadal należy się naszej współczesnej Targowicy.

Postępowanie jej przedstawicieli wydaje się tym bardziej niezrozumiałe, że w zasadzie nie odniosła ona żadnych sukcesów od bardzo dawna. Nie przedstawiła żadnych przekonujących programów czy wizji, bierze wciry we wszystkich wyborach od 2015 roku, nie potrafi zagospodarować żadnych przychylnych jej emocji społecznych, umówmy się, sprawia wrażenie jakby nie była w stanie złożyć dwa do dwóch. I tu taki sukces!

A przecież ta część wyborców, do których się odwołuje nie dostrzega problemu w tym, że konsekwencje takich antypolskich działań dotkną w mniejszym stopniu rządzących, którzy jakoś sobie poradzą, a w znacznie większym stopniu wszystkich Polaków, łącznie z nimi. Nigdy im do tej pory nie przeszkadzało robienie Polakom na wycieraczkę. Liczy się tylko to, że mogą w ten czy inny sposób zrobić na złość Polakom, ciemnogrodowi, czy jak tam obecnie definiują tych znienawidzonych „onych”. Wręcz gotowi byliby kibicować jak największym rozmiarom kupy.

Skąd zatem ta skromność?

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Saga komunistów Amonsów

7 sierpnia 1952 r. w ubeckiej katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie zamordowano strzałem w tył głowy sześciu oficerów, oskarżonych przez władze komunistyczne o „udział w spisku mającym na celu obalenie siłą władz państwa i szpiegostwo”; większość z nich w czasie II wojny światowej walczyła w lotnictwie PSZ na Zachodzie. Zabici to: płk Bernard Adamecki, płk August Menczak, płk Józef Jungraw, ppłk Władysław Minakowski, ppłk Szczepan Ścibior i ppłk Stanisław Michowski. Kary śmierci żądał wcześniej prokurator Iwan Amons.

Po Amonsie na wiele lat ślad zaginął. Wiadomo było jedynie, że w 1954 r. został oddelegowany do ZSRS. Aż nagle odnalazł się w… Bykowni, w 2012 r. podczas uroczystości otwarcia polskiego cmentarza wojennego.

W ambasadzie RP w Kijowie ówczesny prezydent RP Bronisław Komorowski wręczył odznaczenia za zasługi dla Polski przedstawicielom społeczności polskiej na Ukrainie, ale także obywatelom Ukrainy. Wśród udekorowanych Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi znalazł się… Amons. Po chwili usłyszałem: emerytowany prokurator wojskowy, a dodatkowo jeden z najwybitniejszych badaczy zbrodni stalinowskich popełnionych na Ukrainie. Stalinowski prokurator badający stalinowskie zbrodnie – cóż za chichot historii – pomyślałem – i jeszcze dostaje za to medal od polskiego prezydenta.

Gratulacje

Po uroczystości odszukałem prokuratora Amonsa. Fachowo opowiadał, że masowymi grobami w Bykowni zajmuje się od 20 lat. Teraz jest na emeryturze, ale wcześniej – jako pełnomocnik ukraińskiego rządu – odpowiadał za rehabilitacje ofiar represji politycznych w ZSRS.

Tu rozmowa urwała się, bo do Amonsa podeszła starsza pani z gratulacjami. Dziękowała za pomoc udzielaną im, Polakom w wyjaśnianiu sowieckich zbrodni. Za współpracę przy ekshumacjach w Bykowni, za książki.

Bo Amons ustalił m. in., że na tym największym ukraińskim cmentarzysku leżą nie „tylko” polscy oficerowie z ukraińskiej listy katyńskiej, zamordowali w 1940 r., ale także ofiary antypolskiej akcji NKWD z lat 1937 – 1938. Ogółem 7-8 tysięcy Polaków, dwa razy więcej niż się przyjmuje.

 

„Też się czasem zastanawiam”

 Wracamy do rozmowy. Amons wspomina, że jest emerytowanym pułkownikiem armii ukraińskiej, a przez 30 lat był prokuratorem generalnym Ukrainy.

Ma pan wizytówkę? – zapytałem z głupia frant. Okazało się, że mój rozmówca ma na imię nie Jan (Iwan), ale Andrij. W takim razie zapewne jest synem.

– Pan dobrze mówi po polsku. Jest pan Ukraińcem czy Polakiem?
– Mama, urodzona w Sokalu pod Lwowem, była Ukrainką. Ale ojciec Polakiem. – To jak to się stało, że został pan tak ważną figurą w ukraińskiej republice rad?
– Też się czasem nad tym zastanawiam.

                                                           „Służba” w Polsce

To był właśnie ten moment, aby spytać o Jana (Iwana) Amonsa. Pan był prokuratorem wojskowym, a pana ojciec, czym się zajmował?

– Też był prokuratorem wojskowym. W powojennej Polsce służył w LWP.
I już wszystko było jasne, ale zapytałem jeszcze, gdzie tata się urodził.
– W Winnicy – usłyszałem. A w Skarżycach k. Winnicy w 1918 r. urodził się Jan (Iwan) Amons.
– Ale mówił pan, że ojciec służył w Polsce, to jak pan znalazł się na Ukrainie? – W 1954 r. ojciec został zwolniony ze służby i trafił na Syberię. Tak odwdzięczyli mu się za pracę w Polsce.
– Do łagru? – zapytałem.
– Nie, na Syberii też był prokuratorem, ale dla niego to było zesłanie. Ale w latach 60. centrala przypomniała sobie o jego zasługach i skierowała na Ukrainę. Zmarł w latach 90., został pochowany pod Kijowem. Ale w Polsce mam większą rodzinę niż na Ukrainie.

 Oficer sowiecki

A zatem. Na czym polegała „służba” Jana (Iwana) Amonsa w Polsce? Oskarżał polskich patriotów, którzy zostali następnie skazani na wyroki wieloletniego więzienia. Wielu z nich komuniści – koledzy Amonsa – zamordowali. Choć był Polakiem, do wymiaru „sprawiedliwości” w powojennej Polsce trafił już jako oficer sowiecki, wcześniej przez lata służący w organach represji ZSRS i Armii Czerwonej.

Już w czerwcu 1944 r. został szefem Wojskowej Prokuratury Rejonowej w „wyzwolonym” Lublinie. Polaków – niepodległościowców prześladował także jako oficer śledczy Prokuratury 1 Armii WP, prokurator 2 DP i wiceprokurator Prokuratury KBW. W 1946 r. swoje krwawe żniwo kontynuował dalej w Lublinie, potem w Gdańsku, by w końcu, w 1950 r. zostać prokuratorem Prokuratury Wojsk Lotniczych. W 1948 r. podpułkownik.

Ofiary na „Łączce”

W procesach politycznych Jan (Iwan) Amons oskarżał mimo, iż nie posiadał pełnego wykształcenia prawniczego (w 1939 r. skończył jedynie jednoroczny kurs prawniczy dla prokuratorów i sędziów śledczych w Chabarowsku nad Amurem). Sprawy ze względu na swój kłamliwy charakter nazywamy dziś mordami sądowymi. Ludzi skazywano na podstawie spreparowanych dowodów.

I tak, w akcie oskarżenia przeciwko płk Bernardowi Adameckiemu, wobec którego wnosił o wieloletnie więzienie, napisał, iż w lipcu 1946 r. ten komendant Wojskowej Szkoły Technicznej, z polecenia płk Franciszka Hermana, rozpoczął tworzenie tajnej organizacji w Wojskach Lotniczych, której celem miało być obalenie siłą władzy państwowej oraz prowadzenie działalności szpiegowskiej na rzecz mocarstw imperialistycznych. W uzasadnieniu czytamy m. in.: „Proces ten to jeszcze jedno zdemaskowanie nikczemnej garstki wykolejeńców narodu polskiego, którzy zdradzili swój kraj i wiernie służyli agentom świata imperialistycznego, dążąc do nowej pożogi wojennej”.

W tym samym procesie żądał kary śmierci dla płk Józefa Jungrawa, płk Augusta Menczaka, płk Stanisława Michowskiego, ppłk Władysława Minakowskiego, i płk Szczepana Ścibiora. Tych pięciu oficerów, a także płk Adameckiego, komunistyczny „sąd” skazał na karę śmierci. Morderca Bierut nie skorzystał z prawa łaski i cała szóstka została zabita strzałem w tył głowy 7 sierpnia 1952 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Przez lata PRL-u mordowano pamięć o nich. Dziś ich szczątki są odkopywane na „Łączce” Powązek Wojskowych w Warszawie.

Czasy, które trwają

O to, czy Andrij Amons badał też stalinowskie zbrodnie swojego ojca już nie pytałem. Odpowiedź zapewne byłaby taka: Pracował dla legalnego przecież systemu, trwała wojna domowa, tropił szpiegów i bandytów. Takie były czasy, takie było prawo.

Ale pewne jest jedno – medalu za tatusia Andrij Amons by nie dostał. A może przeciwnie? – w trwającej do dziś dobie relatywizowania komunistycznych zbrodni. I Jan (Iwan) Amons – stalinowski morderca sądowy – nadal mógłby uchodzić za bohatera.

 

Nawet na urlopie CEZARY KRYSZTOPA radzi: Ostrożnie z nawijaniem makaronu

Siedzę sobie właśnie na Podlasiu. Głębokim i ciągle dalekim od światowych nowinek. Zamieszkałym przez ludzi z szerokimi duszami, wielkimi sercami i praktycznym podejściem do rzeczywistości.

Ci ludzie się boją. Jak wszyscy. Boją się wojny. Boją się inflacji. Nawiasem mówiąc wcale się nie boją np. „braku cukru”, cukier może nie najtańszy, ale jest w sklepie w wiosce. Boją się również, że nie będą mieli czym się ogrzać zimą. Kto ma swoje drewno ten się cieszy, ale co, jeśli zakażą ogrzewania drewnem? Węgla nie ma, ale na Podlasiu, szczególnie na podlaskiej wsi, nie był znów tak często używany. Kto dał się przekonać i kupił za ciężkie pieniądze piec gazowy, ten sobie pluje w brodę.

Myślą więc o sprawach przyziemnych i praktycznych, ale ten kto założyłby, że nie są zainteresowani sprawami natury nieco bardziej ogólnej, mógłby się zdziwić. A jeśli byłby politykiem i przyjąłby takie założenie, mógłby popełnić spory błąd. Owszem, również tutaj dyskutowana jest np. sprawa brukselskich funduszy dla Polski, ze szczególnym uwzględnieniem środków z KPO, których to środków pozyskanie miało być/ ma być wielkim sukcesem premiera Mateusza Morawieckiego.

Wiarę w to, że Polska te środki zobaczy chyba już utracili. Obecnie waży się kwestia winy. I jeśli miałbym komuś coś doradzić, to odradzałbym „sprytną zmianę narracji” z „oczekiwania na fundusze z KPO” na „oczekiwanie na fundusze europejskie” w nadziei na to, że „może pieniądze z nowej perspektywy budżetowej jednak będą i ludzie zapomną o pieniądzach z KPO”. Otóż po pierwsze sygnały wysyłane przez Brukselę wskazują moim zdaniem na to, że ta postanowiła nas, jak zapowiadała niemiecka wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Katarina Barley, zagłodzić, więc zrobi wszystko, żeby Polska nie dostała pieniędzy żadnych. A po drugie, jeśli się ludziom opowiadało o „wielkim sukcesie pozyskania pieniędzy z KPO”, to chyba taka zmiana raczej nie przejdzie.

Naprawdę, ludzie nie są tak głupi jak się niektórym wydaje. Mogą uznać za winną Unię Europejską, która złośliwie pozbawia Polskę należnych środków, ale mogą też, jeśli ktoś będzie im niezdarnie nawijał makaron na uszy, uznać za winnego nawijacza makaronu.

ARTUR ŻAK: Objazdówka na kościach

Kreml organizuje dla dziennikarzy wyjazdy studyjne na okupowane tereny, do Mariupola, Melitopola, Chersonia i części obwodu zaporoskiego. Propagandyści dorzucili kolejny element do swoistego choris super ossa, czyli makabrycznego tańca na kościach, który uskuteczniali licznymi uroczystościami na podbitych ziemiach Ukrainy. Wśród rosyjskich dziennikarzy można zauważyć osoby, które na potrzeby rosyjskiego odbiorcy mają odgrywać rolę „zagranicznych dziennikarzy”.

Postać Grahama Phillipsa, czyli asa wśród „zagranicznych dziennikarzy” opisałem w poprzednim artykule, a teraz przyszedł czas na innych, może mniej znanych, ale nie mniej usłużnie wykonujących rolę, która została im przeznaczona.

Jeden z takich wyjazdów zorganizowała i szeroko relacjonowała publiczna stacja telewizyjna Kanał pierwszy/ Первый канал, nazywając go „desantem zagranicznych dziennikarzy”. Oprócz starannie przygotowanej scenerii, aktorów i statystów, w relacjach rosyjskich państwowych mediów mieliśmy możliwość obserwowania też samych „dziennikarzy”, którym możliwość przekonania się o „zbrodniach ukraińskiego reżimu” dało państwo rosyjskie. W tym przedstawieniu „zagranicznym dziennikarzom” też przygotowano role, a mianowicie role „zagranicznych dziennikarzy, którzy mieli przekonać rosyjskich widzów, że na świecie nie wszyscy są jednomyślni. W taki sposób Kreml legitymizuje wojnę w oczach swoich obywateli, dając im iluzję, że na świecie są niezależni dziennikarze, którzy popierają działania Rosji. Jednak wyszło jak zawsze, czyli ci, których buńczucznie nazywano „zagranicznymi dziennikarzami”, okazali się być różnej maści rusofilami, a czasem nawet zwykłymi szajbusami, których Moskwa zebrała i przywiozła na zrujnowany, okupowany teren Ukrainy, żeby pokazać swoim rodakom, jak się „zachodnim mediom” otwierają oczy.

Jedną z takich „dziennikarek”, była Osuka Tokuyama, przedstawiana jako dziennikarka japońskich mediów, która co prawda podczas tej „wycieczki” nie reprezentowała żadnej japońskiej redakcji, lecz jako wolny strzelec miała napisać artykuł dla japońskich portali informacyjnych. Natomiast prawda jest taka, że Pani Osuka, przez wiele lat uczyła się w Rosji, a w tej chwili mieszka w Moskwie i pracuje dla wybitnie z japońska brzmiącej agencji informacyjnej Rosja Dziś (Rossija siegodnia / Россия сегодня – red.), którą kieruje jeden z tuzów rosyjskiej propagandy Dmitrij Kisielow. W ramach tej grupy działa wielojęzyczny portal „Sputnik”, w którym w „japońskiej redakcji” pracuje Osuka Tokuyama.

Została nam zaprezentowana też inna przedstawicielka „zagranicznych mediów”, a mowa tu o pochodzącej z Kanady Ewie Bartlett. Jest to blogerka, która zasłynęła tworzeniem i powielaniem fejków na temat wojny w Syrii. Dlatego nic dziwnego, że i tu opowiadała o taktyce „ukraińskich nazistów” wzorowanej na tym co ona widziała już w Syrii, czyli wykorzystywaniu cywili jako żywych tarcz, a także aktorach udających zamordowane ofiary. Zresztą nikogo nie powinno dziwić, że współpracuje z telewizją  RT (kiedyś Russia Today – red.).

Byli też europejscy „dziennikarze”, np. „niemieckie media” reprezentował mieszkający w Petersburgu Thomas Röper, twórca strony Anti-Spiegel, znany z rozsiewania spiskowych teorii, między innymi na temat pandemii Covid-19. Od 24 lutego br., Thomas Röper cały swój zapał skierował na walkę z „ukraińskimi fejkami”. Tu pozwolę sobie wymienić kilka tez wielokrotnie transmitowanych w postach Röpera, które tak się składa, idealnie wpisywały się  w rosyjską narrację: a) zbombardowany przez Rosjan szpital położniczy w Mariopolu był bazą Azova, a ratowane spod zawałów kobiety z nagrań to aktorki; b) Rosjanie w Buczy nie mordowali bo już ich tam nie było, a ciała pomordowanych to inscenizacja przy użyciu ucharakteryzowanych aktorów; c) USA zorganizowały sieć laboratoriów, które pracowały na Ukrainie nad bronią biologiczną; d) planowana przez Polskę aneksja zachodnich terenów Ukrainy. To tylko kilka głównych tez, „niemieckiego dziennikarza”, ale to są tezy na które regularnie powołuje się rosyjska propaganda, wymieniając je jako „efekt niezależnego dziennikarskiego śledztwa niemieckiego dziennikarza”.

Jako „greckiego reportera”, zaprezentowano Athanasiusa Avgerinosa, który od 1986 roku mieszka w Moskwie i tam właśnie skończył dziennikarstwo. Na jego związki z władzą Rosji nie wskazuje jedynie jego miejsce zamieszkania, ale należy tu też wymienić wizyty u jednego z głównych tub propagandy Władimira Sołowjowa, zdjęcia z ministrem MSZ Federacji Rosyjskiej Siergiejem Ławrowym i rzeczniczką Marią Zacharową, a także pobyt na rosyjskiej bazie wojskowej w Syrii. Niestety do w/w należy dodać „wycieczki” okupowanymi częściami Ukrainy.

W roli „dziennikarza z USA”, pokazano nam Johna Marka Dougana, Amerykanina mieszkającego w Rosji, w której ukrywa się przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości. John oprócz licznych teorii spiskowych, publikuje informacje o tym, że wirus Covid-19, został stworzony przez Amerykanów w ukraińskich laboratoriach. John Mark Dougan jest czwartym w historii obywatelem USA, który otrzymał w Rosji azyl.

Muszę zaznaczyć, że swoistą niespodzianką dla mnie był fakt, że nie zauważyłem w tym materiale żadnego „polskiego dziennikarza”, a byłem pewny, że zobaczę przynajmniej Dawida Hudźca, bądź Bartosza Bekiera. Nieobecność przedstawiciela „polskiego dziennikarstwa”, może wynikać z tego, że Polska była już określana przez establishment Rosji, jako „pierwszy kraj do denazyfikacji po Ukrainie”, więc uwiarygodnienie przekazu Polakiem nie miałoby sensu.

Jak widać Rosjanie nie zawracali sobie głowy, aby bardziej skrupulatnie przygotować tę propagandówkę, np. tak dobierając aktorów na role „dziennikarzy”, aby nie dało się ich zweryfikować dwoma kliknięciami myszką. Wniosek jest tylko jeden, że było to przedstawienie wymierzone w rosyjskiego odbiorcę, bądź takiego, który jest pod wpływem „ruskiego miru”. Jednakże w dobie natłoku informacji, nawet nam, tym którzy poruszamy się w przestrzeni medialnej obwarowanej standardami etyki dziennikarskiej, warto weryfikować przekazywane informacje ze stanem rzeczywistym.

 

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Katyń pod Warszawą?

Polskie miejsca pamięci w Rosji i na Białorusi są zagrożone. Jak je ratować? Część środowisk katyńskich ma receptę. – Katyń to namacalny ślad sowieckiego totalitaryzmu i nie można pozwolić, aby został wymazany z pamięci. Po gułagach nie zostało nic. Cmentarz w Polsce położy kres zamiarowi Stalina, aby zatrzeć historię zamordowanych ludzi. Tylko w kraju mogą liczyć na godny pochówek. Na Wschodzie powinny zostać jedynie symboliczne miejsca pamięci – uważa Witomiła Wołk-Jezierska, córka oficera WP zamordowanego w lesie katyńskim.

 

Wieś Mikuliszki w obwodzie grodzieńskim, tuż przy granicy z Litwą. Na początku lipca br. Łukaszenkowcy zrównali z ziemią groby polskich żołnierzy, w tym 3 Wileńskiej Brygady AK dowodzonej przez kpt. Gracjana Fróga „Sczerbca” – polegli tu 8 stycznia 1944 r. w wygranym boju z Niemcami i kolaborującymi z nimi Litwinami.

Kolejne wydarzenie. Połowa kwietnia br. Pod Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu podjechała kolumna ciężarówek – wywrotek i dwa ciągniki – spychacze z flagami Rosji i zbrodniczymi oznaczeniami używanymi podczas agresji na Ukrainę „Z” i „V”. Kto za tę katyńską prowokację odpowiada? Oficjalnie „działacze ze Smoleńska”. W praktyce oczywiście Kreml. Putinowcy.

Koniec czerwca br. To samo miejsce, czyli Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu. Ktoś z memoriału usunął biało-czerwoną flagę. Kto? Sprawcy nawet nie ukrywali, że są nieznani. Do prowokacji przyznało się Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej. Czyli Putinowcy. Prowokację potwierdziła dyrektor Muzeum Współczesnej Rosji Irina Wielikanowa: „Flagi rosyjska i polska były symbolem przyjaźni między naszymi narodami. Polska zajęła otwarcie wrogą pozycję wobec Federacji Rosyjskiej. W takich warunkach obecność symboli państwowych Polski na terenie memoriałów jest niestosowna”.

Maj 2020 r. Twer. Z budynku dawnej siedziby NKWD (obecnie Uniwersytet Medyczny) znikają dwie pamiątkowe tablice ofiar zbrodni katyńskiej. To historyczne bestialstwo, polityczny wandalizm. Z oficjalnych czynników rosyjskich nie płyną słowa potępienia. Ale kto jest winien? Oficjalnie Maksim Kormuszkin, „twerski działacz społeczny”. Czyli Putinowcy.

W książce „Śpij, Mężny” Stanisława Mikkego, który uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, Miednoje i Charkowie czytamy: „z czarno-szarej i niemiłosiernie cuchnącej mazi wydobywane są rękami, często niemal całe zwłoki. Zdejmowane są z nich mundury, by odnaleźć dokumenty osobiste, medaliki, przedmioty osobistego użytku, zapiski i listy od rodziny – wszystko co przybliża tragedię w wymiarze jednego człowieka. Po odpowiednich zabiegach wracają słowa listu pisanego pół wieku temu: „Wiem, że żyjesz, i że wrócisz … I będzie znów nam tak dobrze, jak kiedyś, prawda? Zbyszek krzyczy, Mamusia … napisz, żeby przyjechał”.

Adresat listu nie wrócił do rodziny, został skrytobójczo zamordowany przez sowieckie NKWD na rozkaz najwyższych władz sowieckiego państwa.

W listach z Kozielska, Ostaszkowa i Starobielska pojawia się życzenie – powrót do wolnej Polski. Czy teraz, po latach, będzie można zrealizować testament ofiar…

– Nasi mężowie i ojcowie na pewno nie chcieliby pozostawać przez następne lata na nieludzkiej ziemi – argumentuje Witomiła Wołk-Jezierska.

Jej ojciec, Wincenty Wołk, rocznik 1909, był porucznikiem artylerii ciężkiej, wykładowcą Mazowieckiej Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii im. Józefa Bema w Zambrowie. Pojmany przez Armię Czerwoną 17 września 1939 r. we Włodzimierzu Wołyńskim jako jeniec wojenny trafił do obozu w Kozielsku.

– Urodziłam się już w Rumunii, w 1940 r. 6 marca ojciec napisał z Kozielska, żeby poczekać na niego z chrztem – wspomina Jezierska. – To był jego ostatni list

Starania części środowisk katyńskich o sprowadzenie zwłok pomordowanych do kraju trwają dekady. Wkrótce po 1989 r. powstał pomysł utworzenia pod Warszawą Sanktuarium Męczenników Polskich, z katakumbami katyńskimi i pełnymi informacjami o ofiarach. Potem nazwę zmieniono na Nekropolię Katyńską. Projekt zabudowy podzielił teren na cztery sektory: kozielski, ostaszkowski, starobielski i więzienno-obozowy (dla 7305 poległych w miejscach dotąd nieznanych). Nad grobami miała górować bazylika Matki Boskiej Katyńskiej. Muzeum Pamięci zgromadziłoby dokumentację mordów, przedmioty uzyskane podczas ekshumacji i ofiarowane przez rodziny.

Inny, prócz groźby likwidacji cmentarzy, argument za przeniesieniem szczątków do Polski brzmi: Rodziny zamordowanych, ludzie starzy i schorowani nie mają ani sił, ani pieniędzy, aby odwiedzać miejsca kaźni na Wschodzie.

Przez lata część rodzin pisała wnioski do najwyższych władz Rzeczpospolitej o sprowadzenie do Polski zwłok ich bliskich. Odpowiedzi były wymijające albo w ogóle ich nie było.

W nawiązaniu do wniosków, ówczesny sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik pisał, że nie ma możliwości całkowitej identyfikacji poszczególnych szczątków i ich indywidualnych ekshumacji z masowych mogił, a wola kilkunastu osób „nie może przeważyć woli kilkunastu tysięcy członków Rodzin Katyńskich”. Andrzej Przewoźnik powoływał się tym samym na uchwały Zjazdu Federacji Rodzin Katyńskich ze stycznia 1996 r. (brak zgody na przeniesienie zwłok do kraju i poparcie budowy cmentarzy wojskowych w miejscu pogrzebania ofiar).

– Przewiezienie szczątków naszych ojców do kraju nie jest ani wielkim problemem finansowym, ani technicznym. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli – komentowała Wanda Rodowicz, wnuczka zamordowanego w Katyniu mjr WP Stanisława Rodowicza (rodzina por. Jana Rodowicza „Anody”, ale też Maryli Rodowicz). – Inne państwa poszukują, ekshumują i zabierają zwłoki swoich żołnierzy do ojczyzny. Tak zrobili Niemcy z poległymi w Rosji.

Jacek Trznadel, członek Polskiej Fundacji Katyńskiej, autor słynnej „Hańby domowej” był przeciwny idei: powrót zwłok do Polski byłby na rękę Rosjanom, gdyż ślady zbrodni uległyby zatarciu. A legendarny kurier z Warszawy Jan Nowak-Jeziorański dodawał, że cmentarze w Katyniu, Charkowie i Miednoje będą przypominać o mordzie i jego sprawcach przyszłym pokoleniom Rosjan.

– Dla nas najważniejsza jest świadomość młodych Polaków. Jeśli zwłoki polskich oficerów pozostaną na Wschodzie, nie wytworzy się u nas kult ofiar – odpowiadała Wanda Rodowicz.

W 1994 r. Polska podpisała z Rosją i Ukrainą umowę o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji. Umowa zakłada m. in., że po ekshumacji, na życzenie rodzin lub władz kraju, może nastąpić „przekazanie szczątków zwłok żołnierzy i osób cywilnych do pochowania w ojczyźnie”. W artykule piątym czytamy: „Jeśli teren będący miejscem pamięci i spoczynku lub jego część, ze względu na wyższą konieczność państwową jest niezbędny dla innych celów, wówczas Strona, na której terytorium państwowym ten teren się znajduje, zmieni jego granice lub wydzieli inny odpowiedni teren i poniesie wszystkie koszty powtórnego pochówku i urządzenia cmentarza”.

– Umowa dopuszcza likwidację polskich cmentarzy, na przykład, gdy ktoś będzie chciał wybudować na ich miejscu autostradę – podkreśla Witomiła Wołk-Jezierska. – Zresztą jakie to cmentarze? Cmentarze wojenne powstają po bitwach, a żołnierze są grzebani oddzielnie, według narodowości. W Katyniu żaden z oficerów nie zginął z bronią w ręku i nie został pochowany. Tam nie ma grobów, są doły śmierci. Były one wielokrotnie profanowane, m. in. podczas ekshumacji, na zwłoki wyrzucano śmieci, a w Miednoje spuszczono szambo.

 

Czy grozi nam IV Rzesza? Analiza CEZAREGO KRYSZTOPY: Niemieckie sny o potędze

Niemcy czują się lepsi od innych. To niemieckie przekonanie doprowadziło już do strasznych rzeczy w historii. II wojna światowa, którą wywołali napadając na Polskę, zapisała się w historii ludzkości jako symbol bezprzykładnego barbarzyństwa.

Niemcy twierdzą, ze „wyciągnęli wnioski”. Dostali ciężkie baty, więc co mają mówić, ale czy budowa systemu administracyjnego, prawnego, dziennikarskiego i biznesowego z udziałem unikających kary dygnitarzy i wysokich urzędników III Rzeszy jest „wyciąganiem wniosków”? Niektóre niemieckie koncerny wspierające zbrodniczą machinę Hitlera, do dziś nawet nie zmieniły nazw.

„Mocarstwo moralne”

Na arenie międzynarodowej Niemcom wybaczono wyrost. Byli potrzebni Stanom Zjednoczonym jako państwo frontowe w dobie zimnej wojny. Uzasadnione pretensje Izraela zasypali pieniędzmi. I, co byłoby śmieszne gdyby nie było ponuro groteskowe, ogłosili się „mocarstwem moralnym”. Bez bycia jakimś „mocarstwem” by nie usiedzieli.

Szkoda czasu i miejsca żeby opisywać wszystkie „przykazania”, które od tamtego czasu usiłowali implementować z wysokości „góry” swojego poczucia „moralnej” wyższości innym narodom. Te wszystkie tęczowe bzdury i zielone dyrdymały. Dość, że prędzej czy później okazuje się, że ich implementacja za granicą ma niekoniecznie „moralne”, a jak najbardziej merkantylne lub w inny sposób interesowne, motywacje.

„Mocarstwo niemoralne”

Na przykład okazało się, że skoro Niemcy są już tym „mocarstwem moralnym”, a przypadkowo, przy okazji, również mają zupełnie niespodziewanie, ogromny wpływ na instytucje Unii Europejskiej, to oprócz mocarstwa „moralnego” całkiem poważnie planują budową mocarstwa „niemoralnego” z Władimirem Putinem. Od Lizbony do Władywostoku. Mają gdzieś tam wprawdzie rysę na samym środku, na wysokości Polski czy Ukrainy, ale to się załata takim gazowym obejściem w postaci Nord Stream 1 i Nord Stream 2 i wszystko będzie pięknie. Rosjanie będą pompować gaz, a Niemcy rozdzielać po uważaniu.

I nie było słuchania, że to wbrew solidarności europejskiej. Co tam te konusy z Europy środkowej mogą wiedzieć o wartościach europejskich, kiedy Niemcy są ich uosobieniem? – Milczeć tam, my tu z Władimirem, prawda, żeśmy ustalili, to projekt biznesowy, jest i służy celom, których zbieracze szparagów nie są w stanie pojąć! – No i sobie zbudowali.

Niemcy zaskoczeni

W ten sposób kolejny niemiecki sen o potędze doprowadził do kolejnej wojny. Ale trzeba oddać Niemcom, że poczuli się zaskoczeni. Nie tak miało być. Miał być handel i niemiecki dobrobyt, a tutaj Władimir wykorzystał okazję i przewrócił stolik mniej więcej według scenariusza przed którym ostrzegała Europa Środkowa. Mało tego, najwyraźniej zaczął Niemcy z pozycji monopolisty, szantażować – Hej Władimir, no co ty, bracie, przecież takie rzeczy można robić tylko konusom z Europy środkowej i wschodniej, a my tu jak cywilizowani ludzie, mieliśmy imperium razem budować, pamiętasz? – Cóż za „niespodziewany” zwrot akcji.

W ten sposób, jak to się mówi, „moralne mocarstwo” cnotę straciło, a (nomen omen) rubelka nie zarobiło. Zgniotło wszystkich krytyków swoich imperialnych planów, nawiasem mówiąc, przynajmniej teoretycznie – sojuszników, a jego „wielki partner biznesowy”, zostawił je jak byle „sexworkerkę” w środku ciemnego lasu i bez pieniędzy na bilet.

Polska musi

Niemcom strach zajrzał w oczy. Zima za pasem, gazu nie ma. No ale w końcu są Niemcami. Kto tu w zasięgu ręki ma gaz? O, Czesi. Czesi oddadzą bez problemu, ale to za mało. Kto jeszcze? Polska! Ta niewdzięczna Polska, która nie chciała uczestniczyć w niemieckich projektach, a jeszcze jakieś fochy stroiła, gaz sobie chomikowała. Ma pełne magazyny. Teraz musi być „solidarna”! Polska ma oddać Niemcom gaz! Bo Niemcy potrzebują i to natychmiast. Niemieccy politycy mówią już otwarcie o tym, że nie to, że „grzecznie Polskę prosimy”, tylko, że UE powinna Polsce nakazać „solidarność”, czyli zmusić.

I nikogo to nie powinno dziwić, ostatecznie Niemcy są lepsi od innych.

ARTUR ŻAK: Rosyjski desant „zagranicznych dziennikarzy”

Na pierwszy rzut oka rosyjska propaganda sprawia wrażenie wybitnie siermiężnej i zmajstrowanej na kolanie papki informacyjnej, niemniej jednak, kremlowski aparat wojny informacyjnej jest bardzo rozbudowany, korzysta z wielopłaszczyznowej struktury i metodologii oddziaływania zarówno na terenie Federacji Rosyjskiej, jak i na zewnątrz.

Każdy typ przekazu, który Kreml generuje, jest dostosowany do odbiorcy tak, aby wywierać najbardziej skuteczny wpływ, na ten akurat segment społeczeństwa, na którym w danej chwili, Moskwie najbardziej zależy. Są informacje wykorzystywane tylko na potrzeby wewnętrznego odbiorcy, a niektóre z nich są tak stare i tak często powtarzane, że zasługują już na miano weteranów wśród chwytów propagandowych. Jeżeli są do tej pory wykorzystywane, to dlatego, że są nadal skuteczne. Są też wiadomości specjalnie spreparowane dla obywateli innych państw, których treść, forma i narzędzia dotarcia, również zostają odpowiednio dopasowane do tego, gdzie i do kogo mają dotrzeć.

Niereżimowe media w Rosji od dziesięcioleci są poddawane licznym represjom, a na daną chwilę ten segment został praktycznie całkowicie wyeliminowany, jeżeli nie liczyć nielicznych zaangażowanych blogerów i te media, które zostały zmuszone do działania na uchodźctwie. Dlatego rosyjskie wewnętrzne pole informacyjne, jest w 100% zagospodarowane przez media prorządowe, a asortyment jest naprawdę imponujący. Lata inwestowania przez Kreml horrendalnych kwot w rozbudowę ośrodków przekazu daje wymierne korzyści. Rosyjscy topowi propagandyści są naprawdę sowicie opłacani, a ich majątkom nierzadko mogą pozazdrościć nawet deputowani Dumy, którzy w rosyjskim społeczeństwie uchodzą za tych co chwycili Pana Boga za nogi.

Nie mniejsze kwoty szły i idą na budowę rosyjskiej narracji poza granicami Rosji. Można podzielić je na dwa typy: te które działają w państwach na terenie dawnego ZSSR i pomimo ewidentnie prorosyjskiego nastawienia funkcjonują jako media danego państwa, jak i te, które mają za zadanie oddziaływać na społeczeństwa państw spoza przestrzeni postsowieckiej. Jako przykład pierwszego typu, należy wymienić całe grupy medialne, które przez wiele lat działały w Ukrainie, a idealnymi przykładami drugiego typu, będą telewizja RT(kiedyś Russia Today) i agencja informacyjna Sputnik. RT i Sputnik demonstrują kremlowski punkt widzenia, ale w formie dostosowanej do odbiorców przeważnie z państw Zachodu.

Dla rosyjskiej propagandy, nie ma rzeczy niemożliwych. Są w stanie stworzyć temat z niczego, przekręcając fakty, a także nierzadko posługując się całkowicie sfabrykowanymi dowodami, na podstawie których, usłużni „dziennikarze” i „eksperci”, są wstanie sfabrykować temat dnia, miesiąca, a często nawet lat. Jednym ze sposobów, który często jest wykorzystywany w celu uwiarygodnienia narracji, jest zaangażowanie obywateli państw Zachodu, którzy w tym przedstawieniu pełnią rolę „zagranicznych dziennikarzy”. Jednym z najbardziej znanych „dziennikarzy” tego typu, jest obywatel Wielkiej Brytanii Graham William Phillips, który w grudniu 2013 r. rozpoczął współpracę z RT i relacjonował wydarzenia Rewolucji Godności w Kijowie. Następnie w marcu 2014 r. przebywał na  Krymie, gdzie stwarzał odpowiedni obrazek z „referendum” i aneksji półwyspu, ale tak naprawdę jego gwiazda zabłysła dopiero po tym, jak rozpoczęły się działania zbrojne na Donbasie. Graham Phillips był wszędzie tam gdzie coś się wydarzyło, a nawet często tam, gdzie coś się miało dopiero wydarzyć. Relacjonował „liczne zbrodnie” ukraińskiego wojska, zachwycając się męstwem „zwykłych górników – obrońców” Donbasu. Zażyłość z dowódcami prorosyjskich oddziałów jest widoczna na licznych filmikach Grahama. Na jednym z nich rosyjscy kolaboranci pozwalają mu strzelać z karabinu maszynowego w kierunku ukraińskich pozycji. Po 24 lutego br. Phillips „wykazał się” wywiadem z Aidenem Aslinem, żołnierzem Sił Zbrojnych Ukrainy wziętym do niewoli w Mariupolu. Chociaż ten „wywiad” wyglądał raczej na przesłuchanie. Aiden Aslin był przez Phillipsa nazywany najemnikiem w stosunku, do którego nie mają zastosowanie konwencje, ale ze względu na to, że są uprzejmymi, dobrymi ludźmi(„uprzejmi ludzie / вежливые люди” jedno z określeń rosyjskich żołnierzy nieposiadających dystynkcji wojskowych, którzy prowadzili zbrojne działania na Krymie oraz na wschodzie Ukrainy – red.), może liczyć na zastosowanie nie tylko Konwencji Genewskiej.

Takich jak Graham Phillips niestety jest więcej, a można było się o tym przekonać, obserwując organizowane przez Kreml, „wycieczki dziennikarskie” na okupowane przez Rosjan terytoria, takie jak Mariupol, Melitopol, Chersoń, itp. Jednak temu zagadnieniu poświęcimy kolejny artykuł.

 

Odszedł redaktor Jacek Wegner, wieloletni członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

Zmarł redaktor Jacek Wegner, dziennikarz, autor książek, dydaktyk dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, wieloletni członek Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Przed 1989 r Jacek Wegner współpracował m.in. z pismami: „Kurier Polski”, „Express Wieczorny”, „Twórczość”, „Więź”, „Kultura”. Działał w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO), pisywał do podziemnych pism „Arka” i „Bez dekretu”. Współtworzył i współredagował konspiracyjny miesięcznik „U progu”.

Po ogłoszeniu stanu wojennego imał się różnych profesji, m. in. był taksówkarzem; swoje doświadczenia z tego czasu opisał w wydanej w drugim obiegu książce „Taksówkarskie epitafium”.

Do dziennikarskiej profesji powrócił w styczniu 1990 roku. Pracował w telewizyjnych „Wiadomościach”, dzienniku „Rzeczpospolita”, pismach „Polska Zbrojna” oraz „Tygodniku Centrum”, współpracował z miesięcznikiem „Opcja na prawo”. Przez 20 lat był dydaktykiem dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim.

Autor wielu książek, m.in. „Sternicy, opowieść o dziesięciu przywódcach PPR/PRPR. Od Nowotki do Rakowskiego” (dwa wydania: 1995, 1997), „Bez świadków obrony. Historia Jerzego i Ryszarda Kowalczyków” (2008), „Biesy sarmackie” (2011), „Rzeczypospolita. Duma i wstyd” (2011), „Zamach na Lenina. Krótka historia Ruchu” (2013), „Kryptonim >Reporter<. Wspomnienia figuranta” (2016), „Zmagania z Ojczyzną staroświeckiego Polaka” (2018).

Publikował w magazynie SDP „Forum Dziennikarzy” i na portalu sdp.pl.

Źródło: jacekwegner.pl

Wsparcie CMWP SDP dla „Gazety Lubuskiej” w sporze z zarządem województwa lubuskiego

Marszałek Województwa Lubuskiego naciska na „Gazetę Lubuską”, by zakończyła współpracę z dziennikarzem, który opisuje  aferę mobbingu i molestowania w gorzowskim WORD. Zarząd województwa  jednoznacznie zaapelował o to w piśmie przygotowanym przez prawników urzędu marszałkowskiego i podpisanym przez rzecznika prasowego zarządu województwa, Pawła Kozłowskiego. Pismo odnosi się do cyklu artykułów poświęconych aferze w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Gorzowie, oskarżeń o mobbing i molestowanie oraz bierność polityków, którzy mając wiedzę o możliwym przestępstwie, nie podjęli zdecydowanych działań. Wśród autorów artykułów na ten temat jest red. Robert Bagiński. W ocenie urzędników jego teksty budzą „niesmak”, są „stronnicze i przygotowane wbrew etyce dziennikarskiej”. Redakcja stanowczo odpiera te zarzuty. Jej stanowisko wspiera Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. 

W ocenie Centrum  jest to  próba ograniczenia wolności słowa i niezależności redakcji. Pismo tego typu jest zdumiewające i wychodzi poza normalne relacje między przedstawicielami władzy, a mediami. To niedopuszczalna metoda dyscyplinowania redakcji, naruszanie zasad wolności słowa i niezależności mediów. Nie można także deprecjonować autora, bo ktoś kiedyś uznał, że on w przeszłości w czymś się pomylił lub popełnił błąd. Jeśli pojawiają się zastrzeżenia co do treści artykułu, to wysyła się sprostowanie. Można opublikować stanowisko w swoich kanałach informacyjnych. Ostatni krok to pozwanie redakcji do sądu. Prawo wszystkie te możliwości przewiduje. Przesłane przez urząd pismo stanowi nieformalny nacisk, który służy zastraszeniu innych, by wszyscy wiedzieli, że jeśli będą zadzierać z władzą, to spotkają ich kłopoty. To przekroczenie kompetencji i działanie przeciwskuteczne. Dziś nikt podjętego tematu nie może zostawić, żeby nie poddać się presji urzędników – czytamy w stanowisku CMWP SDP przesłanym przez dyrektor Jolantę Hajdasz do Redakcji Gazety Lubuskiej.

Więcej na ten temat TUTAJ.