CMWP SDP przeciwko nadużywaniu wolności słowa poprzez profanację wizerunku Matki Bożej

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko nadużywaniu zasady wolności słowa i wolności mediów czego wyjątkowo jaskrawym przykładem jest   opublikowanie w weekendowym wydaniu „Wysokich Obcasów”, dodatku do „Gazety Wyborczej” (19/20.12.20), grafiki przedstawiającej wizerunek Matki Bożej jako zwolenniczki aborcji. Na tym wizerunku ma ona twarz zasłoniętą maseczką z błyskawicą – symbolem Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, oraz trzyma czarną parasolkę, która była symbolem demonstracji przeciwko zaostrzeniu przepisów aborcyjnych.

 

W ocenie CMWP SDP publikacja ta jest prowokacją, narusza prawo do wolności i poszanowania uczuć religijnych innych osób oraz jest publikacją łamiącą podstawowe zasady etyki dziennikarskiej, jaką jest zasada szacunku i tolerancji oraz poszanowania ludzkiej godności oraz praw i nie mieści się w standardach zachowań obowiązujących media.

 

Respektowanie norm etyki zawodowej jest konieczne podczas wykonywania każdej czynności związanej z dziennikarstwem, zarówno na etapie zbierania materiału, jego redagowania jak i samej publikacji. Wolność środków masowego komunikowania nie ma charakteru absolutnego i musi mieścić się w ramach wytyczonych zarówno przez akty prawne, jak i etykę dziennikarską, co wielokrotnie stwierdzano na gruncie prawa polskiego i międzynarodowego oraz w analizach medioznawczych. . Szczególnie bulwersujący jest w tym wypadku także moment publikacji – ma to miejsce tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, które dla chrześcijańskiego kręgu kulturowego są afirmacją życia od poczęcia, a dla wielu, także niewierzących ludzi, są okazją do poszukiwania zgody i porozumienia.  Opublikowana grafika z pewnością temu nie służy.

 

W związku z tym CMWP SDP przypomina iż zgodnie z zasadami Światowej Karty Etyki Dziennikarskiej przyjętej 12 czerwca 2019 podczas 30. Kongresu Międzynarodowej Federacji Dziennikarskiej (IFJ) wyrażonym w art. 9 w/w Karty publikowane przez dziennikarzy informacje lub opinie nie mogą przyczyniać się do wywoływania nienawiści lub uprzedzeń, a dziennikarz powinien dołożyć wszelkich starań, aby nie ułatwiać szerzenia jakiejkolwiek dyskryminacji ze względu na pochodzenie geograficzne, społeczne lub etniczne, dyskryminacji rasowej, dyskryminacji ze względu na płeć, orientację seksualną, niepełnosprawność, poglądy polityczne lub z innych względów. Jest to podstawą zasady wolności słowa w demokratycznym państwie, do której przestrzegania zobowiązani są przedstawiciele wszystkich mediów.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 21 grudnia 2020 r.

DOMINIKA ĆOSIĆ: Unia Europejska a Białoruś

Część krajów tzw. starej Europy zwykła traktować byłe radzieckie republiki jako wciąż obszar dominacji rosyjskiej i w związku z tym z niechęcią angażować się w bardziej aktywną politykę w tym regionie. Widać to było na przykładzie wojny w Gruzji w 2008 roku. Francja, która wówczas miała rotacyjne przewodnictwo w UE, zwołała wprawdzie we wrześniu nadzwyczajny unijny szczyt w Brukseli, a prezydent Nicolas Sarkozy podjął się roli negocjatora, ale relacje z Rosją stosunkowo szybko wróciły do formuły business as usual.

 

Sześć lat później, po rosyjskiej aneksji Krymu, również pierwszą reakcją był szok, że Rosja znów przekroczyła kolejną granicę, ale też i podział wewnątrz samej Unii Europejskiej odnośnie do reakcji. Udało się jednak wprowadzić sankcje na przedstawicieli reżimu odpowiedzialnych za to.

 

W przypadku wyborów na Białorusi i późniejszych protestów społecznych, scenariusz powtórzył się. Tak jak w przypadku wojny w Gruzji, kulminacja wydarzeń przypadła na wakacje, kiedy to instytucje unijne pracują w zwolnionym tempie. Tym razem dodatkowo zwolnionym za sprawą pandemii. Polska, Litwa i częściowo Szwecja naciskały jednak, by Białoruś nie była zignorowana. I choć nie zwołano od razu tradycyjnego szczytu, odbyła się, z inicjatywy Polski, wideokonferencja z udziałem szefów 27 krajów.

 

Z kolei w Parlamencie Europejskim komisja spraw zagranicznych zorganizowała debatę z udziałem jednej z liderek protestów, z czasem organizując kolejne tego typu spotkania. Przy tej okazji trudno nie zauważyć, że wystąpienie Swiatłany Ciechanouskiej rozczarowało europosłów. Zwłaszcza jej stwierdzenie, że protesty nie mają natury ani antyrosyjskiej ani prounijnej oraz brak analizy i deklaracji geopolitycznych.

 

Dosyć szybko zaczęły się także prace w Radzie nad sankcjami wobec przedstawicieli reżimu białoruskiego. Po kilku miesiącach do obejmującej kilkadziesiąt nazwisk listy dopisano także samego prezydenta Łukaszenkę, którego instytucje unijne zresztą nie uznają obecnie za powtórnie wybranego prezydenta Białorusi. Lista ta będzie się powiększać o kolejne nazwiska w razie takiej potrzeby. A sankcje polegają na zakazie wjazdu na teren Unii Europejskiej oraz zamrożeniu ewentualnych aktywów bankowych. Mają zatem, szczerze powiedziawszy, wymiar bardziej symboliczny, bo przecież mało który z notabli białoruskich czy też przedstawicieli służb podróżuje do krajów unijnych. Ale nawet i takie sankcje wzbudzały opory przez jakiś czas – aż do październikowego szczytu blokował je Cypr. Tym razem bardziej ze względu na chęć wymuszenia sankcji na Turcję niż z prorosyjskich sympatii.

 

Warto przy tej okazji wspomnieć o tym unijnym szczycie, bo to podczas niego Mateusz Morawiecki przedstawił plan pomocy dla społeczeństwa białoruskiego. Ten plan obejmuje m.in. pomoc finansową dla społeczeństwa obywatelskiego oraz stypendia dla studentów. To przede wszystkim pokazanie Białorusinom, że istnieje realna alternatywa dla bliskiego sojuszu Białorusi z Rosją, że w razie zerwania lub przynajmniej osłabienia więzi z Moskwą, Mińsk nie zostanie sam i pozbawiony pomocy. O to przecież teraz toczy się gra – czy Białoruś zostanie wchłonięta przez Rosję czy też uda się jej jednak zachować autonomię. Niestety w bliższej perspektywie bardziej realny jest chyba jednak niestety ten pierwszy wariant. Pomysły polskiego premiera znalazły się w konkluzjach październikowego szczytu. A w połowie grudnia, Komisja Europejska powołując się na te właśnie zapisy uruchomiła program pomocy finansowej dla Białorusi.

 

Z kolei dzięki staraniom polskich europosłów tegoroczna nagroda Parlamentu Europejskiego imienia Andrieja Sacharowa przyznawana za walkę o wolność i demokrację trafiła do przedstawicieli społeczeństwa demokratycznego na Białorusi. Swoją drogą kwestia białoruska w PE, także ta nagroda, to bardzo rzadki przykład współpracy ponad podziałami politycznymi – wszystkie polskie partie polityczne reprezentowane w PE wyjątkowo zgodnie współpracują ze sobą. I to właśnie polscy europosłowie wspólnie wysunęli białoruską kandydaturę.

 

Polacy razem z przede wszystkim Litwinami dbają też o to, by temat protestów i sytuacji na Białorusi nie znikał z agendy unijnej. W pewnym sensie w sukurs zainteresowaniu sytuacją za wschodnią granicą Unii przyszła sprawa próby zabójstwa Aleksieja Nawalnego, zbiegła się ona w czasie z protestami białoruskimi. Po raz kolejny unijni politycy mieli okazję przekonać się, że Rosja nie jest przewidywalnym, demokratycznym partnerem.

 

Niestety, ta refleksja – pomimo takich nadziei – nie wpłynie na zastopowanie prac nad budową gazociągu Nord Stream 2. Choć także i w Niemczech są politycy – m.in. szef komisji spraw zagranicznych w Bundestagu, ale też część innych wpływowych polityków CDU oraz Zielonych – uważający ten projekt za szkodliwy i w dodatku mało opłacalny. Ich głos nie jest jednak wystarczająco silny.

 

Sprawa Nawalnego rzuciła jednak inne światło na wydarzenia białoruskie. W obu przypadkach Rosja okazała się krajem rządzonym przez ludzi, którzy nie cofną się przed niczym. Choć zabójstwa polityczne zdarzały się już wcześniej – choćby Politkowska czy Litwinienko, ale też próba zabójstwa bronią chemiczną Skripala – podobnie jak i agresja wobec krajów ościennych (Gruzja i Ukraina), to wciąż wielu europejskich polityków nie chciała się nad tym zastanawiać.

 

Ta wstrzemięźliwość niektórych, a raczej większości, krajów wynikać może nie tylko z relacji gospodarczych (plus korzystanie z rosyjskiego gazu), ale i naiwnego przekonania, że jeśli nie będzie się Rosji prowokować, to zapewni się sobie nietykalność z jej strony. Taka postawa z kolei wpływa na bardzo rozmiękczoną politykę UE wobec Rosji. W przypadku Białorusi temat przynajmniej nie zniknął jeszcze z pola widzenia liderów i instytucji unijnych.

 

Dominika Ćosić

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Dziennikarze w czasie pandemii

Okres pandemii wymógł na mediach i na dziennikarzach nowy model pracy i zdobywania informacji. Pojawił się tryb pracy zdalnej, co w pewien sposób zmieniło funkcjonowanie redakcji. Myślę, że również media katolickie, zwłaszcza prasa katolicka, wyciągnęła ważną lekcję z zaistniałej sytuacji.

 

Obecność na kontynencie cyfrowym

 

Trwająca obecnie pandemia niewątpliwie stawia przed redakcjami katolickimi pytania o ich obecność w świecie cyfrowym. I myślę, że już dzisiaj jest łatwo zauważalne to, że media katolickie powinny utrzymać swoją obecność na kontynencie cyfrowym, co niewątpliwie pomaga także w utrzymywaniu więzi ze stałymi czytelnikami. Bardzo ważne w tej sytuacji jest nie tylko łączenie wydania papierowego z aktywnością w sieci, ale również szukanie wciąż nowych form przekazu, tak aby nie utracić stałych czytelników, a zyskać nowych, szczególnie z młodego pokolenia. Ważną rolę odgrywają e-wydania. Naturalnie „Niedziela” takie e-wydanie zaoferowała swoim czytelnikom zachęcając: „Czytaj „Niedzielę” na komputerze, tablecie, telefonie”.

 

Oczywiście ten trudny okres, który przeżywamy powoduje, że coraz bardziej ewoluujemy w stronę rzeczywistości cyfrowej. Tym niemniej stali czytelnicy chcą utrzymania wydania papierowego gazet. Być może potwierdza to również prawdę, że to co wydrukowane, jest bardziej trwałe, bardziej rzetelne. Do informacji wydrukowanych zawsze można powrócić i spokojniej przeczytać, zastanowić się. Tymczasem informacje w świecie cyfrowym są podane bardzo szybko, co oczywiście jest plusem, ale również bardzo szybko znikają z pola widzenia czytelnika.

 

Być z czytelnikami

 

Jesteśmy w okresie przed świętami Bożego Narodzenia. Myślę, że szczególnie teraz potrzebny jest kontakt z czytelnikami. Pokazanie im, że nie są i nie będą sami w te święta. Dotyczy to również okresu Adwentu. Może zmieniać się model funkcjonowania poszczególnych redakcji, ale media zawsze i w każdej sytuacji powinny być nośnikami nadziei. Redaktor naczelny „Niedzieli” ks. dr Jarosław Grabowski wypowiedział kiedyś bardzo ważne słowa: „Od mediów katolickich zawsze powinno się wymagać więcej, bo nie są one medialnym fast foodem”. Jako „Niedziela” chcemy budować kulturę Adwentu. To bardzo ważne w naszych czasach. W społeczeństwie dostrzegamy pewne „skażenie” komercyjne. Moim zdaniem ważne jest budowanie kultury Adwentu i przypominanie, że zwyczaje adwentowe też są częścią kultury życia chrześcijańskiego. Obowiązkiem mediów katolickich jest ciągła troska o obecność przesłania Adwentu w przestrzeni medialnej. Będziemy chcieli przeżyć z naszymi czytelnikami ten czas. Również dzięki propozycjom, które pojawią się w wydaniu drukowanym „Niedzieli”, jak i na portalu naszego tygodnika.

 

Praca w pandemii

 

Oczywiście również w „Niedzieli” część zespołu pracuje  w trybie zdalnym. Praca ta jest w trybie rotacyjnym. To po prostu wymóg czasu, w którym się znajdujemy. Naturalnie pojawiły się również rozwiązania dotyczące komunikowania się z redaktorami. Mam na myśli kolegia redakcyjne w trybie online. Pewnie tak również dzieje się  w pozostałych redakcjach. Widzimy równocześnie, że bardzo potrzebny jednak jest osobisty kontakt, teraz w pewien sposób utrudniony.

 

Jednym z problemów jaki pojawił się w okresie pandemii to było i jest nadal niewątpliwie trudniejsze zdobywanie informacji. Praktycznie tradycyjne tematy kościelne zniknęły z dnia na dzień. Dlatego swoją kreatywnością, pomysłowością muszą  wykazać się dziennikarze i redaktorzy pism katolickich. Oczywiście technika nigdy  nie może zastąpić człowieka. Dzisiaj również dziennikarz katolicki korzysta z najnowszych osiągnięć techniki, wyposażony jest w narzędzia ułatwiające pracę, dostęp do newsów: laptopy, smartfony najnowszej generacji dyktafony itp. Nie zapominajmy jednak, że nawet najnowsza technologia, która ułatwia pracę dziennikarzowi, nie zastąpi przecież atrakcyjności tekstu, chociaż pomaga w szybkości przekazu.

 

„Cyberteologia” i „twitter teologia”

 

Bł. ks. Jakub Alberione mówił o „apostolstwie wydawniczym”. Ono w przypadku mediów katolickich wciąż odgrywa ważną rolę, naturalnie przy użyciu nowych środków komunikowania. W okresie pandemii nasi czytelnicy coraz częściej pytają o obecność Boga, o sens wiary. Jako „Niedziela” staramy się odpowiadać naszym czytelnikom na ich wątpliwości, pytania o sens życia, cierpienia. Dlatego każdego tygodnia mamy w naszym czasopiśmie specjalny dodatek „Niedziela liturgiczna”, w której jest rubryka „teolog odpowiada”. Oczywiście nasi czytelnicy znajdują te odpowiedzi również na portalu „Niedzieli” pod linkiem https://www.niedziela.pl/znalezione?q=teolog+odpowiada  .

 

Jest to forma koniecznej dzisiaj „cyberteologii”. Również na naszym twitterze jest odesłanie do tekstów, w których czytelnik znajdzie odpowiedź na nurtujące go pytania z zakresu duchowości i wiary. Ja to nazywam „twitter teologią”.

 

Na zakończenie chciałbym przywołać słowa, które kiedyś usłyszałem, że trudności i przeszkody nie są tylko po to, aby je omijać, ale mogą być darem ku przyszłości i trzeba je pokonywać.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tyg. Kat. „Niedziela”.

GRZEGORZ GÓRNY: Antyfaszysta skazany za faszyzm

W miejscowości Rossony w obwodzie witebskim na Białorusi znajduje się kościół rzymskokatolicki pod wezwaniem św. Jozafata Kuncewicza. Świątynia poświęcona została w 2010 roku. Na ścianie prezbiterium znajduje się fresk zatytułowany „NKWD aresztuje księdza”.

 

 

Kogo przedstawia malowidło? Być może jest to fresk ukazujący scenę, jaką często dane było oglądać ludziom w sowieckiej Białorusi. Być może jednak bohaterem obrazu jest ks. Aleksander Liaszkiewicz, który od 1903 roku posługiwał w cerkwi w Rossonach. W czerwcu 1927 roku został aresztowany przez GPU, a trzy miesiące później skazany na trzy lata pobytu w łagrze w Nowosybirsku. Tam przedłużono mu wyrok na kolejne trzy lata. Dalsze losy kapłana pozostają nieznane.

 

Dziewięćdziesiąt trzy lata później można było zobaczyć podobną scenę z udziałem księdza z Rossonów. Przez milicję zatrzymany został ks. Wiaczesław Barok, proboszcz parafii, w której znajduje się wspomniany fresk.

 

 

Kapłan skazany został na 10 dni aresztu. Na czym polegało jego przestępstwo? Otóż sąd uznał go winnym propagandy symboli nazistowskich. Duchowny zamieścił bowiem w internecie plakat, który sędziowie uznali za promujący ideologię narodowosocjalistyczną, ponieważ przedstawiał swastykę z napisem „Stop łukaszyzm!”

 

 

Autorem plakatu jest członek Białoruskiego Związku Artystów Władimir Cesler, który sam przedstawia się jako Żyd i antyfaszysta. Kiedy duchowny został aresztowany, malarz wydał oświadczenie, że jego dzieło ma charakter antyfaszystowski, a dopatrywanie się w nim wydźwięku faszystowskiego to absurd.

 

Cesler napisał: „Fakt, że upublicznienie mojej antyfaszystowskiej pracy na stronie internetowej ks. Wiaczesława Baroka zostało uznane za demonstrację symboliki nazistowskiej, budzi niedowierzanie i jest sprzeczne z zamysłem artystycznym przyświecającym mi przy pracy nad dziełem. Dla każdego, kto ma oczy, rozum i serce, jest czymś oczywistym antyfaszystowskie stanowisko kościoła.”

 

Nie okazało się to jednak oczywiste dla sędziów, którzy skazali ks. Baroka na karę pozbawienia wolności. W sumie to nic nowego na tamtych ziemiach – w czasach sowieckich księża byli tam przecież skazywani za rzekomą współpracę z faszystami.

 

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że we wrześniu wspomniany kapłan, zachęcając ludzi do demonstracji przeciw fałszowaniu wyborów, powiedział: „W końcu faszystów trzeba gonić”.

 

Grzegorz Górny

 

JADWIGA CHMIELOWSKA: Białoruski świt wolności

Od ogłoszenia niepodległości przez Białoruś, kiedy to nad krajem załopotał biało-czerwono-biały sztandar, mija 30 lat. Marzenia Białorusinów tworzących przed 100 laty Białoruską Republikę Ludową, zniszczoną przemocą przez bolszewicką Rosję, spełniły się wraz z rozpadem Związku Sowieckiego. Najmłodsze pokolenie nie pamięta sowieckich czasów. Wprawdzie pod rządami Łukaszenki nie było to całkiem demokratyczne, wolne państwo, i w dodatku tworzące ZBiR (Związek Białorusi i Rosji), ale zawsze niepodległość przynajmniej nominalnie była.

 

Przez te trzydzieści lat wyrosło nowe pokolenie, posługujące się nowymi technikami teleinformatycznymi. Wiedzą, jak się powodzi ich rówieśnikom w wolnym świecie. Pragną podobnie żyć, mieć perspektywy i, jak to młodzi, zmieniać wszystko, co przeszkadza wolności. Chcą móc decydować o swoim kraju. Wspiera ich pokolenie, które w swojej młodości na przełomie lat 80. i 90. wybiło się na niepodległość. Białoruski Front Narodowy zorganizował się błyskawicznie. Jego lider Zenon Paźniak nagłośnił odkrycie Kuropat, gdzie w dołach zagrzebano kilkadziesiąt tysięcy ofiar NKWD, zamordowanych na rozkaz władz Rosji Sowieckiej. Taki białoruski Katyń, tylko znacznie większy. Początek lat 90. XX w. był czasem nadziei. Niestety prezydentem został w 1994 r. Aleksander Łukaszenka – dyrektor sowchozu, mający za sobą karierę w sowieckim wojsku i formacjach ochrony granic. Warto sprawdzić, jak to się stało, że został powołany na ten urząd. Może to być przestroga dla wszystkich narodów, aby bardziej uważać, komu powierza się władzę.

 

Stracono 30 lat, nie odbudowano powszechnej znajomości języka białoruskiego. Od czasu upadku I Rzeczypospolitej zaborcy prowadzili aktywną politykę wynaradawiania. Niemcy germanizowali, a Rosjanie rusyfikowali zarówno Białorusinów, jak i Polaków. Zmieniała się także mentalność. W Polsce do dziś widać granice zaborów. Tak samo na ziemiach ukraińskich i białoruskich łatwo zauważyć granice kolejnych terenów, które dostały się pod rosyjskie panowanie. Białoruś, niestety, nie poszła drogą Ukrainy i nie wprowadziła języka białoruskiego jako języka urzędowego, państwowego.

 

Łukaszenka i jego rosyjski mocodawca Putin byli przekonani, że naród został wystarczająco spacyfikowany i zatomizowany. Wielu geopolityków też nie wierzyło w to, że Białoruś się może przebudzić. Nie jest teraz ważne, czy to, co się stało po wyborach, było rosyjską prowokacją, mającą na celu zdyscyplinować Łukaszenkę albo podmienić go na kogoś bardziej wygodnego dla Moskwy. Zdobyczą Białorusinów jest przebudzenie i konsolidacja narodu. Polska i inne zniewolone narody właśnie dzięki powstaniom, buntom, strajkom umacniały swoją tożsamość i konsolidowały się w walce o wolność. Nie wolno pouczać Białorusinów, jak mają postępować, to zawsze się źle kończy. Każdy naród musi sam o sobie decydować. Jedyne, co można radzić, to aby wyciągali wnioski z własnej historii, a korzystali z doświadczeń i uczyli się na błędach innych narodów.

 

Wolny świat może i powinien wspierać Białorusinów w ich walce o wolność. Dla nas, Polaków, w latach komunistycznego zniewolenia bezcenne były audycje Radia Wolna Europa czy Głosu Ameryki. Bardzo pomocne było wspieranie druku niezależnych wydawnictw. Tak więc powinniśmy spłacić swój dług wdzięczności, pomagając Białorusinom. Od wielu lat działa TV Bielsat. A teraz Radio WNET nadaje programy w języku białoruskim. Programu „Świt wolności” można słuchać codziennie od godz. 7:00 czasu białoruskiego rano, a od 23:00 czasu polskiego – programu „Białoruskie noce”.

 

Współczesna wojna to przede wszystkim walka o rząd dusz. Społeczeństwa, aby podejmować rozsądne i odpowiedzialne decyzje, muszą mieć szeroką wiedzę o historii i kulturze własnego narodu i informacje bieżące. Wszystkie totalitaryzmy bazują na głupocie i cenzurze. Uwaga! Bardzo niebezpieczna jest „polityczna poprawność” – nowoczesna skuteczna forma cenzury, bo bazuje również na autocenzurze. Dziennikarze są więc na pierwszej linii frontu współczesnych wojen. Ich zadaniem jest nie tylko dostarczanie bieżących informacji, ale powinni też sprzyjać edukacji narodu. Poszukiwać prawdy. Popularyzować prawdziwą historię. W Polsce w czasie 16 miesięcy czasów Solidarności powstały tysiące bibliotek i czytelni, w których można było kupić wydawane nielegalnie bądź sprowadzane z emigracji książki. Drukowano niezależną prasę. Polacy poznawali swoją najnowszą historię i kulturę. To sprawiło, że nawet stan wojenny nie spacyfikował narodu i po 10 latach komuniści przegrali wybory stosunkiem 20% do 80%. Teraz na Białorusi nastał czas podobny do lat Solidarności 1980–1981 i ukraińskiego Majdanu – rewolucji godności. To duży krok na drodze do budowy wolnego, demokratycznego państwa.

 

W grudniu mija 50 rocznica pacyfikacji protestów robotniczych na Wybrzeżu, kiedy władza ludowa strzelała do robotników, i 39 rocznica wprowadzenia „stanu wojennego” i pacyfikacji śląskich kopalń. Ofiary życia nie poszły na marne – przybliżyły nas do wolności. Tak samo „Niebiańska Sotnia” dała Ukrainie możliwość decydowania o własnym losie.

 

Aby walczyć, trzeba mieć wiarę w zwycięstwo i świadomość, że suwerenem w każdym państwie musi być naród, a wybrane władze mają jedynie mu służyć i przysparzać korzyści.

 

Teraz na całym świecie toczy się nowoczesna wojna. Nowa odmiana komunizmu, głosząc hasła genderyzmu i klimatyzmu, chce zapanować nad światem.

 

Wiele wskazuje na to, że wypuszczony z Chin wirus i pandemia to broń biologiczna mająca na celu nie tylko zrujnowanie gospodarek na całym niemal świecie, ale i wywołana panika – terror strachu – ma doprowadzić do zgody obywateli na coraz skuteczniejszą ich kontrolę i podporządkowanie.

 

Jadwiga Chmielowska

 

Zdjęcie: archiwum SDP, Donat Brykczyński

 

SDP wspiera Centrum Białoruskiej Solidarności

Kamerę, mikrofony, statywy oraz reflektory – taki między innymi sprzęt ofiarowało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich Centrum Białoruskiej Solidarności. Posłuży on do wyposażenia powstającego tam centrum prasowego.

 

Centrum Białoruskiej Solidarności powstało we wrześniu, zrzesza kilkanaście organizacji białoruskich z całego świata, jego celem jest m.in. pomoc Białorusinom represjonowanym przez reżim Łukaszenki. Niedawno CBS otrzymało od miasta Warszawy lokal na swoją siedzibę przy ul. Oleandrów, tam też powstaje centrum prasowe. Sprzęt na jego wyposażenie zakupiło Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, w piątek odbyła się uroczystość jego przekazania. Uczestniczyli w niej prezes SDP Krzysztof Skowroński, prezes CBS Vlad Kobest, członek zarządu CBS i szefowa powstającego centrum prasowego Alina Kouszyk oraz koordynatorka ds. międzynarodowych SDP Dorota Zielińska.

 

–  Wspieracie nas w niezwykle ważnym dla nas momencie, kiedy Białorusini walczą jak nigdy o wolność, o niepodległość – powiedział Vlad Kobest. –  Dzisiaj, wspólnie z Polską i Europą, tworzymy historię wolnej Białorusi .

 

Otrzymany od SDP sprzęt posłuży w centrum prasowym m.in. do nagrywania relacji Białorusinów, którzy byli prześladowani przez reżim w Mińsku, nierzadko torturowani, i zostali zmuszeni do opuszczenia swojego kraju.  – Chcemy utrwalać te historie, przekazać je do mediów – tłumaczył Vlad Kobest. –  Będziemy też zapraszać gości, polityków, naukowców, zwykłych ludzi, aby przeprowadzać z nimi wywiady.

 

– Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich od początku protestów na Białorusi wspiera wolne media i walkę Białorusinów o odzyskanie godności, odzyskanie swojego kraju. Trzymamy kciuki i podziwiamy, że Białorusini mają tyle siły by protestować – powiedział Krzysztof Skowroński.

 

Jako przykład solidarności podał niedawno wydaną przez SDP w formie e-booka książkę „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?”, która zwiera historie dziennikarzy represjonowanych na Białorusi (można ją pobrać TUTAJ).

 

W podziękowaniu za ofiarowany sprzęt przedstawiciele CBS przekazali na ręce prezesa SDP świąteczny wieniec wykonany na warsztatach przez jedną z podopiecznych centrum i słodki upominek.

 

jka

 

 

ANDRZEJ KLIMCZAK: Wolność muszą wywalczyć sobie sami

W miarę pojawiania się medialnych informacji o sytuacji na Białorusi nabieram przekonania, że dalekie od realiów są oczekiwania wielu autorów klasycznej publicystyki, jak i analityków zmagających się z próbami przewidywania przyszłości tego kraju. W tekstach nie brakuje nadziei, iż sytuacja na Białorusi rozstrzygnie się niebawem na korzyść społeczeństwa a Łukaszenka zniknie z politycznej sceny. Na dodatek ma się to stać dzięki międzynarodowemu wsparciu, jakiego protestującym Białorusinom nie będzie szczędził Zachód.

 

Osobiście wątpię, aby Zachód w tej chwili podjął zdecydowane działania wspierające efektywnie protestujących. Mało skuteczne zabiegi dyplomatyczne było wyraźnie widać w sprawie ukraińskiej a dzisiaj niemal bliźniaczo ten sam wariant powtarza się w kwestii Białorusi. Może sytuacja wyglądałaby inaczej gdyby Łukaszenki nie wspierała Rosja i gdyby protestujący Białorusini stworzyli struktury gwarantujące nie tylko przejęcie władzy, ale przewidywalne, skuteczne i bezpieczne jej funkcjonowanie w przyszłości.

 

Co jakiś czas pojawiają się opinie, że manifestujący Białorusini powinni zmienić taktykę rezygnując z pokojowych form protestu na rzecz radykalnych działań. To głosy mogące narazić Białorusinów na jeszcze bardziej brutalne represje, bowiem Łukaszenka nadal dysponuje wiernymi resortami siłowymi, które mogą być, albo już są, wspomagane nieoficjalnie przez „zielonych ludzików” ze Wschodu.

 

Próby bardziej radykalnych rozwiązań były już podejmowane przez Swiatłanę Cichanouską, która w październiku ogłosiła ultimatum wobec Łukaszenki, domagając się jego ustąpienia. W przypadku, gdyby prezydent Białorusi nie zrezygnował ze stanowiska, miał nastąpić powszechny, ogólnokrajowy strajk. Brak liderów opozycji i stojących za nimi struktur był przyczyną fiaska protestów robotników i studentów, którzy odpowiedzieli na apel kontrkandydatki Łukaszenki. Władza zrewanżowała się wzmożonymi represjami.

 

Białoruski rząd postawił na zmęczenie opozycji i zniechęcenie społeczeństwa do jej wspierania. Można podejrzewać, że jest przygotowany również na wprowadzenie stanu wyjątkowego, gdyby sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli. Wydaje się jednak, że takie ostateczne rozwiązanie przyspieszyłoby tylko  upadek władzy Łukaszenki dając pretekst Rosji na wymianę politycznej elity Białorusi. Najprawdopodobniej nowy prezydent i jego otoczenie zostałoby sprytnie wkomponowane w barwy i oczekiwania dzisiejszej opozycji.

 

Sytuacja Białorusinów jest naprawdę trudna, ale nie beznadziejna. Jednak wolność będą sobie musieli wywalczyć sami. To proces rozłożony w czasie i wymagający konsolidacji społeczeństwa według zasady: nec herkules contra plures, lub mówiąc inaczej: i Herkules nie pomoże, kiedy ludzi całe morze. W procesie konsolidacji społecznej opozycję wyręcza niechcący sam Łukaszenka. Im więcej represji, tym większy solidaryzm społeczny.

 

Odwołując się do doświadczeń Polaków, którzy przez dziesięciolecia budowali struktury oporu wobec komunistycznej władzy, zarówno w kraju jak i za granicą, należy białoruskiej opozycji doradzać właśnie taką pokojową drogę wiodącą do sukcesu. Rozwiązaniem jest tworzenie przez działaczy opozycji organizacji działających na rzecz demokratyzacji życia, konsolidacji oraz oświaty społecznej. Jasnym jest, że w kraju kontrolowanym przez reżimowe władze te struktury nie będą miały jawnego charakteru. Ważnym jest zatem tymczasowe tworzenie struktur poza granicami Białorusi. Mowa tutaj nie tylko o strukturach politycznych, ale również tych, które będą rozwijać i promować niezależną kulturę białoruską dając szansę na aktywność intelektualistów przebywających na emigracji. Od nich bowiem będzie w przyszłości zależał kształt państwa, które musieli opuścić.

 

O skuteczności oporu wobec władzy decydować będzie przede wszystkim sprawna dystrybucja informacji. Współczesna technologia sprawia, że przekaz jest natychmiastowy a systemowa cenzura nieskuteczna.  Informacja o sytuacji na Białorusi, docierająca szybko do mediów i wpływowych środowisk demokratycznego świata, będzie decydowała o poczynaniach zachodnich rządów wobec władzy Łukaszenki.

 

O końcowym sukcesie białoruskiej opozycji zadecyduje jednak to, czy będzie potrafiła zbudować środowisko mogące skutecznie przejąć władzę i zaproponować zmiany oczekiwane przez społeczeństwo.

 

Andrzej Klimczak

Ks. ARTUR STOPKA: Dziennikarz zdalny

Zanim premier Mateusz Morawiecki zalecił, by w związku z pandemią kto tylko ma taką możliwość, pracował zdalnie, bez pojawiania się w miejscu zatrudnienia, wiele redakcji na całym świecie miesiące temu w maksymalnym stopniu wprowadziło w ten sposób działania. Obecnie coraz częściej słychać opinie, że praca zdalna może się stać w dziennikarstwie normą. Sporo wskazuje na to, że globalna epidemia przyspieszyła jedynie i umasowiła proces, który już w tym zawodzie trwał. Proces mniej lub bardziej dobrowolnej migracji dziennikarzy z redakcyjnych gabinetów, pokojów lub boksów do miejsc zamieszkania. Bo czy to będą jeszcze pełnoprawne „domy”?

 

Bez gabinetu

 

Wraz z drugą falą pandemii wróciły w sieci memy pokazujące drzwi pokojów, w których zdalnie pracują rodzice. Zestawy umieszczonych na nich odpowiedzi na najczęściej zadawane przez potomstwo pytania bywają śmieszne, jednak dają do myślenia na temat wpływu pracy zdalnej na elementarne relacje z najbliższymi. „Gabinety do pracy” nie są dzisiaj w polskich mieszkaniach zjawiskiem powszechnym. Jeśli ktoś, kto dotychczas systematycznie wychodził z domu, aby wykonywać jakieś zarobkowe zajęcie, nagle zostaje i pracuje z własnej sypialni czy „salonu”, zaburza rytm funkcjonowania całej rodziny.

 

Jeśli na to nałoży się „edukacja zdalna” dzieci, miejsce zamieszkania przestaje być bezpiecznym środowiskiem chroniącym szeroko pojętą prywatność i intymność. Różne jego wydzielone przestrzenie zaczynają być elementami infrastruktury gospodarczej (i nie tylko) kraju. W przypadku pracy zdalnej dom nieraz na bardzo długie godziny przestaje być domem, staje się przestrzenią publiczną. Taka zmiana, zwłaszcza jeśli następuje nagle i dotyczy kilku osób w rodzinie, musi rodzić konsekwencje. Także te dotyczące jakości i wartości wykonywanej w ten sposób pracy.

 

Wydajność, ale…

 

Na pozór może się wydawać, że akurat dziennikarstwo, czy szerzej, tworzenie kontentu dla mediów, to jedno z tych zajęć, które idealnie nadaje się do permanentnego wykonywania zdalnego. Nie jest to jednak wcale takie oczywiste.

 

Z opublikowanych pod koniec października br. badań Reuters Institute wynika, że w sferze mass mediów praca zdalna co prawda pozytywnie wpływa na wydajność pracowników, ale komplikuje utrzymywanie relacji z zespołem. Utrudnia budowanie i utrzymywanie relacji w zespole, a także ma negatywny wpływ na morale i spójność zespołu. Okazuje się, że za pośrednictwem globalnej sieci trudniej jest uzyskać tę samą, co w realu, w stacjonarnej redakcji, sprawność komunikacyjną, bo podczas pracy zdalnej kontakt jest ograniczony, trwa dłużej i łatwiej o nieporozumienie. Dla obecnego pokolenia dorosłych zapośredniczona komunikacja z innymi wciąż nie jest pełnoprawnym zamiennikiem dla kontaktów face to face. Być może takich umiejętności nabiorą kolejne pokolenia, dziś jednak wciąż rzeczywiste spotkanie z drugą osobą daje znacznie większe możliwości niż rozmowa przez Skype, Zooma lub inna forma kontaktu z użyciem zdobyczy techniki (również tak wydawałoby się oczywista i powszechna forma, jaką jest rozmowa telefoniczna, niesie ograniczenia).

 

Redakcyjny ekspres

 

Wyłączna praca zdalna rodzi jeszcze jeden niezwykle ważny dla działań dziennikarskich/medialnych problem. Wspomniane wyżej badania wskazały również, że jej skutkiem jest mniejsza kreatywność. Być może w redakcjach dostrzeżono ten problem dopiero teraz, ale już kilka lat temu niektórzy analitycy zwracali na to uwagę.

 

Cztery lata temu Forbes opisał badania zrealizowane przez Bena Wabera, prezesa firmy Sociometric Solutions. Szukał on związku pomiędzy efektywnością pracowników, a ich fizyczną bliskością (lub jej brakiem), analizując, w jaki sposób ludzie komunikują się. Doszedł do wniosku, że kluczem do wzrostu efektywności są tzw. zderzenia, czyli przypadkowe spotkania ludzi w firmie – w kawiarniach, na korytarzach i stołówkach lub w pokojach wypoczynkowych (chillout roomach). Według Wabera to z nich rodzą się bodźce pobudzające kreatywność. Kto kiedykolwiek był w dobrze funkcjonującej redakcji ma świadomość, że podobne mechanizmy kreatywności świetnie się sprawdzają w świecie dziennikarskim. Przy pracy wyłącznie zdalnej ten element znika. Po kawę idzie się po prostu do kuchni w swoim domu, gdzie nie ma koleżanek i kolegów gorąco nad czymś dyskutujących albo dzielących się najnowszymi plotkami. Twitter nie zastąpi redakcyjnego ekspresu do kawy.

 

Czasami człowiek

 

Z powyższych spostrzeżeń wynika, że jeśli po pandemii redakcje w ramach oszczędności każą większości załogi pracować wyłącznie zdalnie, będą mieć nie tylko problemy z utrzymaniem zwartości zespołów, ale również narażą się na spadek jakości przygotowywanych przez pracowników w domach materiałów. Dlatego eksperci przestrzegają przed wyborem w mediach (i nie tylko) wyłącznie pracy zdalnej i sugerują wprowadzenie jako reguły pracy hybrydowej. „Czasami człowiek musi, inaczej się udusi” – śpiewał Jerzy Stuhr w piosence z tekstem Jonasza Kofty. To sformułowanie znakomicie ilustruje nie tylko ludzką potrzebę zaśpiewania od czasu do czasu, ale także potrzebę chyba jeszcze bardziej priorytetową – spotkania z innymi twórcami wspólnego dzieła, jakim – w przypadku dziennikarza – jest konkretna gazeta, portal internetowy, kanał telewizyjny czy radiowy.

 

Ferdinando Giugliano w felietonie dla Bloomberga napisał na początku listopada, że praca zdalna grozi samotnością. To niebezpieczeństwo w świecie dziennikarskim poważniejsze, niż może się wydawać. Czy czekają nas mass media tworzone przez armię samotników?

 

Ks. Artur Stopka

Naszą bronią jest słowo – premiera książki „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?”

Chcemy, aby  głos o dramatycznych prześladowaniach dziennikarzy na Białorusi dotarł jak najdalej i był słyszany na całym świecie – powiedział Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, podczas konferencji prasowej zorganizowanej z okazji premiery książki „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?”.

 

Wydana przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich publikacja jest wyrazem solidarności z białoruskimi dziennikarzami, którzy relacjonując protesty odbywające się w ich kraju, poddawani są represjom, mimo iż tylko wypełniają swój obowiązek informowania społeczeństwa. Książka powstała przy współpracy z dziennikarzami ukraińskimi. Jej redaktorem jest  Serhiy Tomilenko, prezes Narodowego Związku Dziennikarzy Ukraińskich i członek Komitetu Sterującego Europejskiej Federacji Dziennikarzy, od lat zaangażowany w walkę z bezkarnością za przestępstwa wobec dziennikarzy. Autorami reportaży, wywiadów są białoruscy dziennikarze: Kaciaryna Andrejewa, Wolha Iwaszenka, Ihar Iliasz oraz dziennikarz ukraiński Nazarij Wiwczaryk. W 20 historiach pokazali oni to, czego teraz doświadczają dziennikarze pracujący na Białorusi: zatrzymania, tortury, wywieranie presji.

 

– Dzięki żywym relacjom chcieliśmy pokazać, co się teraz dzieje na Białorusi, dlaczego praca dziennikarzy jest tam tak niebezpieczna – mówił podczas konferencji Serhiy Tomilenko.

 

Krzysztof Skowroński podał przykład jednej ze współautorek książki, Kaciaryny Andrejewej, która nie zdążyła dokończyć swojej pracy. – Napisała siedem historii, musiała jednak przerwać pracę, ponieważ została aresztowana – opowiadał prezes SDP.

 

Zatrzymano ją 15 listopada 2020 roku na 13. piętrze bloku przy placu Zmian, skąd nadawała relację o pacyfikacji protestu mieszkańców osiedla, broniących miejsca pamięci zamordowanego w tym miejscu kilka dni wcześniej 31.letniego artysty Romana Bandarenki.

 

Bohaterami przedstawionych historii są dziennikarze niezależnych białoruskich mediów: m.in. Biełsatu, Euroradia, Naszej Niwy,  Radia Swaboda, portalu Tut.by. Już same tytuły rozdziałów książki przerażają i pokazują w jak niewyobrażanie ciężkich warunkach przyszło pracować teraz białoruskim dziennikarzom: „Rozbierali do naga, kopali w brzuch”, „Trafiłem do celi tortur”, „Myślałam, że idę na protest, trafiłam na wojnę”, Kiedy trafiła mnie kula, powiedziałam „oj” i pobiegłam dalej”.

 

– Każda historia jest porażająca. Szczególnie uderza siła fizyczna, jak jest używana w stosunku do dziennikarzy – mówił Nazarij Wiwczaryk, jeden ze współautorów książki. Dodał, że dziennikarze opowiadają też o aspekcie psychologicznym sytuacji w jakieś się znaleźli. – Są poniżani, pozostaje trauma, cierpi nie tylko ciało, ale i dusza – podkreślił Nazarij Wiwczaryk.

 

Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, podczas konferencji podzieliła się swoimi pierwszymi refleksjami po przeczytaniu książki.  – Lektura jest wstrząsająca. Właściwe zamiast pytania w tytule „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?”, powinno być stwierdzenie: „Jestem dziennikarzem dlatego mnie bijecie”. To bycie dziennikarzem jest właśnie powodem represji – zauważyła Jolanta Hajdasz.

 

Jej zdaniem książka jest ważną publikacją dokumentującą naruszenia zasady wolności słowa na Białorusi. – To wspaniały materiał i źródło, także dla późniejszych badań historycznych – dodała dyrektor CMWP SDP. – Wielkie podziękowania dla dziennikarzy, którzy pomimo realnego zagrożenia, nie bali się opowiedzieć tych historii, podać imię i nazwisko.

 

Uczestnicy konferencji zgodnie podkreślili, że najważniejsze jest, aby książka dotarła do jak najszerszego grona odbiorców na całym świecie, dlatego została wydana w pięciu językach: polskim, angielskim, białoruskim, ukraińskim i rosyjskim.

 

– Chcemy, aby  głos o dramatycznych prześladowaniach dziennikarzy na Białorusi dotarł jak najdalej i był słyszany na całym świecie – powiedział Krzysztof Skowroński.

 

– Naszą bronią jest słowo. Będziemy bronić dziennikarzy, nie będziemy milczeć o tym co się dzieje na Białorusi, będziemy domagać się szacunku do naszych praw i do naszej pracy – podsumował Serhiy Tomilenko.

 

jka

 

Książkę „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” można pobrać TUTAJ.

 

WOJCIECH MUCHA: Takie życie

Sytuacja na Białorusi powoli znika z ekranów telewizorów i monitorów, znika z czołówek gazet. Wydaje się, że reżim Łukaszenki wygrywa. Wygrywa zmęczeniem, wygrywa także tym, że bezsilne protesty nie będą trwać w nieskończoność. Ileż można krzyczeć i maszerować, gdy nikt nie słucha, gdy nikt się nie przyłącza?

 

Mimo to białoruscy dziennikarze wciąż rzucają prawdę w oczy światu. Światu, który nie chce ich słuchać i na nich patrzeć. Robią to z tej niezrozumiałej dla ludzi spoza zawodu wewnętrznej niezgody. Niezgody, która nie pozwala milczeć i często nadludzką siłą pcha snopy świateł reflektorów w miejsca, od których inni odwracają wzrok.

 

Pamiętam dokładnie, jak wyglądała praca dziennikarza na Kijowskim Majdanie. Sceny pacyfikacji, bicia i wtrącania do więzień, takie do jakich w przypadku Białorusi świat zdołał się już niestety przyzwyczaić, były aż do masakry z 18 i 20 lutego 2014 stosunkowo rzadkim widokiem. Było to poza wszystkimi różnicami politycznymi także efektem tego, że na Ukrainę patrzył cały świat. Dzięki tej świadomości naród naciskał, aż władza zepchnięta pod ścianę, przez którą czuła już rosyjski bagnet miała już tylko jedno wyjście – otworzyć ogień i doprowadzić do masakry. I w końcu przegrać. To jednak inna dyskusja.

 

Aleksandr Łukaszenka tego problemu nie ma. Raczej na pewno nie będzie ustawiał gniazd karabinów maszynowych by masakrować protestujących. W zamian za to będzie ustawicznie nękał i prześladował wszystkich swoich przeciwników, aż do zmęczenia i rezygnacji. Robi to, dlatego że może gnębić swój naród w zasadzie bezkarnie.

 

Prawda jest bowiem taka, że Białoruś zdaje się nie interesować nikogo oprócz samych Białorusinów. Od samego początku powyborczych protestów widać, ze presja międzynarodowa na Mińsk jest nieporównywalna z tym, co miało miejsce siedem lat temu podczas Rewolucji Godności na kijowskim Majdanie. Nie trzeba być specjalistą, by zrozumieć, dlaczego tak się dzieje – szczelność reżimu Łukaszenki sprawia, że przez lata nie było tam ani zachodnich instytucji, ani think-tanków, ani politycznych relacji na poziomie takim, jaki flirtując z Brukselą miał z Unią Europejską Kijów. Nie ma narzędzi, ale nie ma też powodu. Mniejsza, biedniejsza, niezasobna Białoruś ma dziś jedynie nadzieję, a to za mało w międzynarodowych targach. Łukaszenka wie o tym doskonale.

 

Warto o tym pamiętać, tym bardziej gdy tuż za nasza granicą nasi koledzy po fachu są każdego dnia stają w obliczu niebezpieczeństwa i wyborów, jakich my na szczęście nie musimy podejmować od kilkudziesięciu lat – by przekazać światu prawdę ryzykują zdrowie i życie. I to oni są najbardziej zagrożeni. Jeśli reżim w Mińsku kogoś się boi to właśnie ich.

 

Bo to białoruscy dziennikarze są dziś głosem bitych i poniżanych. I dlatego sami doświadczają represji – są bici, zatrzymywani, aresztowani. Strony internetowe są blokowane, maszyny drukarskie plombowane. Znamy dramatyczne relacje reporterek Biełsatu, które bestie z OMON-u zatrzymały w mieszkaniu, z którego nadawały relację, czy historię dziennikarki gazety „Nasza Niwa”, do której strzelano pomimo tego (a właściwie dlatego), że miała na sobie kamizelkę prasową i znajdowała się wiele metrów od centrum zamieszek, ale wciąż w zasięgu kul. Doszło nawet do sytuacji, że dziennikarze przestali podobne kamizelki nosić, bo zamiast chronić i wyróżniać ich z tłumu jako postronnych obserwatorów, działały one na oprychów z OMONU jak płachta na byka. Nic dziwnego – każda tyrania boi się prawdy.

 

Chciałbym się mylić, ale spodziewam się, że gdy kurz opadnie i na Białoruś wróci „beznadziejny pokój” władze w Mińsku na pewno wezmą się za tych, którzy wykrzykują prawdę w oczy świata – za dziennikarzy. Patrzymy na to ze smutkiem, ale zrobić za wiele nie sposób. Można apelować, przekonywać, pisać teksty jak ten. Trzeba słać pomoc i wyraz wsparcia. Pisać do wszystkich świętych i przeklinać reżim. Tyle możemy.

 

Ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że istotą pracy dziennikarza jest być blisko ludzi i wydarzeń. – Takie życie sobie wybraliśmy – powiedział do mnie kiedyś mój przyjaciel Wojtek Pokora, gdy dopadł nas problem nieporównywalny z tym, co przeżywają dziennikarze na Białorusi. I to „takie życie”, właśnie mówi „sprawdzam” białoruskim dziennikarzom, a oni w chwili próby nie zawodzą. Patrzę na nich i nie jest mi żal. Odczuwam dumę.

 

Wojciech Mucha