„Solidarni z Białorusią – dziennikarze polscy dla dziennikarzy białoruskich” to akcja wsparcia dziennikarzy białoruskich zainicjowana przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Polscy dziennikarze wystąpili ze specjalnym przekazem wyrażającym solidarność z dziennikarzami i społeczeństwem Białorusi.
Tag: 01
TOMASZ KLESZCZEWSKI: Białoruś z bliska
Popatrzmy na to, co się dzieje na Białorusi z bliska. Jak gospodarz, który przez wysoki płot i szczelnie zamkniętą bramę próbuje dojrzeć, co też wyprawia się u tego dziwnego sąsiada. I jak każdy gospodarz analizuje: po pierwsze, jak i na ile może się wtrącać w panujące za płotem zamieszanie oraz po drugie, co z tego wyniknie dla niego samego.
Cynizm, kunktatorstwo? Tylko z pozoru i tylko z punktu widzenia miejsca dużo bardziej odległego od polsko-białoruskiej granicy niż na przykład Białystok, i w ogóle Białostocczyzna – z Białorusią bezpośrednio granicząca. Z mego miasta do przejścia granicznego w Kuźnicy jest 60 kilometrów, do Grodna – 85. To dużo bliżej niż do Warszawy, że o Brukseli nie wspomnę. Sytuacja polityczna, historia, związki kulturalne, wreszcie łączność z mieszkającymi tam Polakami jest równie ważna, co sytuacja sklepów, bazarów, firm zatrudniających Białorusinów. I wcale nie chodzi tu o los straganów na największym w tej części Europy bazarze przy Kawaleryjskiej w Białymstoku, ale o przyszłość wielu firm profesjonalnie współpracujących z biznesem po drugiej stronie granicy. Wiele podlaskich podmiotów gospodarczych, zwłaszcza z dziedziny handlu, gastronomii, hotelarstwa i usług funkcjonowało dzięki przybyszom ze wschodu, głównie obywatelom Białorusi. Teraz część z nich, przygniecionych dodatkowo pandemią i związanym z nią kryzysem, stoi na granicy bankructwa albo już nie istnieje. Dla nich najważniejsza jest stabilność i przewidywalność, bo tylko wtedy można robić interesy. Stąd też pojawiająca się irytacja, spowodowana niepewną sytuacją za naszą wschodnią granicą, którą można zauważyć wśród wielu znanych podlaskich przedsiębiorców. Przez lata wydeptali sobie ścieżki do ważnych białoruskich urzędników, a wiadomo, że tam najbardziej liczą się wejścia od samej góry. Teraz ścieżki, również na skutek kolejnych decyzji administracyjnych Łukaszenki faktycznie zamykających granicę, powoli znikają.
Pewnie podobnie skonfundowani są ci podlascy posłowie, którzy tworzyli dziwne „zespoły do spraw współpracy” z białoruskim reżimem i pewnie dlatego nie pojawiają się na marszach i organizowanych co pewien czas pikietach przed białoruskim konsulatem w Białymstoku. Dziś skutkuje to niemal całkowitym oddaniem sprawy białoruskiej w ręce opozycji – przynajmniej jeśli chodzi o mój region. Opozycji, która – to też trzeba przyznać – ogranicza się raczej do autopromocji.
Co ciekawe, a pewnie dla obserwatorów mało interesujących się sytuacją mniejszości białoruskiej w Polsce nawet zaskakujące, jej przedstawiciele są w sprawie Białorusi mocno podzieleni. Zresztą zawsze byli, bo Łukaszenka ma zarówno zwolenników – zwłaszcza wśród starszych działaczy, jak i zadeklarowanych wrogów – zwłaszcza wśród średniego i młodszego pokolenia. Ostrożność białoruskich środowisk uwidoczniła się zwłaszcza na początku protestów – padały sugestie o inspirowaniu manifestacji przez Putina i niejasnej roli liderów, a raczej liderek, opozycji. Z czasem, również pod wrażeniem ogromnej determinacji białoruskiego społeczeństwa, część z tych wątpliwości zniknęła.
Nie znaczy to jednak, że całkowicie. Radio, w którym pracuję, wydarzeniom na Białorusi poświęca bardzo wiele miejsca – również w paśmie kierowanym do białoruskiej mniejszości narodowej – ale do dzisiaj zdarzają się słuchacze krytykujący nas za zbytnie angażowanie się w „politykę”, miast mówić o problemach białoruskiej mniejszości na Białostocczyźnie.
Że ten obraz nie do końca pasuje do wspierania tego absolutnie wyjątkowego zrywu białoruskiego społeczeństwa? No niestety często się tak zdarza, że konieczność zapewnienia bytu z jednej strony, a partykularne interesy z drugiej stają w sprzeczności z nawet najbardziej wzniosłymi ideami. Muszę jednak od razu dodać, że wspomniany przeze mnie wątek materialny to tylko część tego, co dzieje się po polskiej stronie granicy. Wyrazy solidarności, wsparcia, chęć pomocy i zainteresowanie tym, co za „kordonem” są niewspółmierne do wcześniejszych. Dotyczy to zwłaszcza pomocy dla prześladowanych przez reżim Łukaszenki, którzy z różnych względów znaleźli się w Białymstoku. Akcja poszukiwania mieszkania dla matki z synem ciężko pobitym przez milicję trwała niecały dzień. Gdy takie sytuacje zaczęły się powtarzać, środowisko Białorusinów tu mieszkających postanowiło tę formę pomocy faktycznym uciekinierom z Białorusi zorganizować. Stąd otwarty 8 grudnia przez nowo powstałą w Białymstoku fundację Białoruś 2020 dom, w którym schronienie znajdzie 17 głównie studentów relegowanych z białoruskich uczelni. Trzeba jednak dodać, że fundusze na tę działalność pochodzą wyłącznie z kręgów imigracji białoruskiej – głównie USA, Kanady i Wielkiej Brytanii. Podobnie działa też fundacja „Okno na Wschód” – korzystająca z projektów rządowych.
Czego ci, którzy walczą o wolność na Białorusi oczekują od Polski, Polaków? Na poziomie międzynarodowym aktywnych działań dyplomatycznych – przypomnienia Europie i światu o Białorusi, ale przede wszystkim nałożenia faktycznych sankcji gospodarczych na rząd Łukaszenki, uderzających bezpośrednio w jego najbliższe otoczenie i osłabiających finanse reżimu. Na poziomie krajowym rzeczy przyziemnych i praktycznych. Na przykład otwarcia dla imigrantów Wydziału Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców w Podlaskim Urzędzie Wojewódzkim, bo ten z powodów pandemicznych jest właściwie niedostępny. Dla uzmysłowienia biurokratycznego paraliżu polskich urzędów dodam tylko, że białoruscy imigranci, żeby zdobyć wizę humanitarną, muszą jeździć z Białegostoku do… Wilna. A to tylko jeden z wielu przykładów.
I najważniejsze: nie zapominać o nich, nie odkładać sprawy białoruskiej na później, bo pewnego dnia może się okazać, że przespaliśmy ważny moment historii.
SOLIDARNI Z BIAŁORUSIĄ. Wojciech Mucha, dziennikarz
„Solidarni z Białorusią – dziennikarze polscy dla dziennikarzy białoruskich” to akcja wsparcia dziennikarzy białoruskich zainicjowana przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Polscy dziennikarze wystąpili ze specjalnym przekazem wyrażającym solidarność z dziennikarzami i społeczeństwem Białorusi.
KAROLINA BACA-POGORZELSKA: Bo nie chodzi o to, by i tu oglądali więzienia
– Jest jeszcze coś, co możemy dla was zrobić? – pytam Dimę, białoruskiego aktywistę z Białegostoku. – Tam już nie, zrobiliście i tak wiele. Ale tu jeszcze się da – przekonuje.
Pamiętam moją pierwszą wizytę w Mińsku. Dokładnie trzy lata temu. Uderzył mnie porządek (zobaczyłam go znów na manifestacjach po sfałszowanych wyborach, gdy protestujący wchodząc np. na ławki zdejmowali buty) i ta niezwykła uprzejmość zwykłych ludzi na ulicy (bo oczywiście z urzędnikami, jak łatwo się domyśleć, tak miło nie zawsze było). Zastanawiałam się, jak żyjąc w reżimowym kraju od lat rządzonym przez tego samego dyktatora Aleksandra Łukaszenkę ci ludzie są wciąż tak pogodni. Ale swój hart ducha tak naprawdę pokazali nam i chyba całemu światu teraz, a konkretnie pokazują go od sierpnia podtrzymując swój sprzeciw wobec wyniku sfałszowanych wyborów prezydenckich. I to, że protestują dziś głównie w weekendy też o nich wiele mówi – na co dzień wykonują swoje obowiązki.
– Duch w narodzie nie ginie, ani tam, ani tu – mówi mi Dima, Białorusin od czterech lat mieszkający w Polsce, wspierający i współorganizujący od sierpnia protesty w Białymstoku, gdy pytam ile jeszcze mają siły po czterech miesiącach nierównej bądź co bądź i brutalnej walki. – Gdyby nie pandemia i związane z nią obostrzenia, to naprawdę wyglądałoby inaczej. W Białymstoku, gdy organizowaliśmy w sierpniu marsz „Solidarni z Białorusią”, przyszło ponad dwa tysiące ludzi. Pod konsulatem stale były pikiety, i zresztą nadal są. Tylko inne. Jednoosobowe, ale po kilka godzin. Po prostu co 20 minut uczestnicy się zmieniają – tłumaczy. Jak się organizują? – W Internecie. Założyliśmy we wrześniu fundację Białoruś 2020 i na jej stronie zarówno uchodźcy mogą zgłaszać swoje potrzeby, jak i chętni do pomocy to, co mogą zaoferować – tłumaczy Dima. I dodaje, że wierzy w zwycięstwo wiosną. – Zobaczcie, jaki Łukaszenka jest wk…y po decyzji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który go zawiesił. Jego holuje już tylko Putin. Skoro nawet Chińczycy uciekają z Białorusi z inwestycjami, to pokazuje jego słabość – dodaje. I uważa, że najnowsza decyzja o zamknięciu granic lądowych przez białoruskie władze nie ma nic wspólnego z pandemią koronawirusa, ale jest po prostu kolejnym naciskiem na mieszkańców tego kraju. Zamknąć, zgasić, zdławić. Tylko że oni już nie są cisi i przestali się bać. A tego zdaje się Łukaszenka nie przewidział.
Dima mówi, że nawet jeśli polskie władze kompletnie uprościłyby wjazd Białorusinów do Polski, to i tak na dziś nic nie da, bo Łukaszenka ludzi z kraju po prostu nie wypuści, co właśnie zresztą swoimi decyzjami potwierdził.
Właśnie to Dima miał na myśli mówiąc, że tam nie możemy zdziałać więcej niż zdziałaliśmy. Ale po chwili namysłu pyta, czy może mi coś powiedzieć o Polsce. Bo nie wie, czy o tym napiszę. – Oczywiście jedzenie i ubrania to wielka pomoc, pieniądze to sprawa wtórna, sam wiem, że i wy nie macie łatwo. Ale jest jeszcze jedna sprawa. Może udałoby się przygotować jakieś domy tymczasowe dla uchodźców, zwłaszcza tych z dziećmi? Bo z tymi ośrodkami dla uchodźców… Dobra, powiem. Byliśmy w Czerwonym Borze, gdzie trafiają rodziny z dziećmi. Z tego ośrodka wychodzi się prosto na więzienie. Ci ludzie, a zwłaszcza te dzieciaki mają już naprawdę ślady na psychice. Może nie musiałyby oglądać tych krat i drutów kolczastych. Bo nie chodzi o to, by i tu oglądali więzienia – mówi mi Dima. I wie, że „Solidarni z Białorusią” to nie tylko slogan. Piotr Czaban z białostockiego oddziału TVN24 dzień przed wyborami na Białorusi zainicjował i zorganizował koncert „Mury runą – Żywie Biełaruś”. Jak mało kto wiedział, co znaczy solidarność, w każdej postaci. Razem prowadziliśmy zakończoną sukcesem akcję #UwolnićOmara (para syryjskich dziennikarzy z dwójką dzieci dzięki pomocy m.in. ambasadora RP w Turcji Jakuba Kumocha i polskiego MSZ otrzymała w Polsce azyl polityczny) i dobrze wiedział, co się dzieje, gdy zostaje się samemu.
– Moi polscy sąsiedzi na przykład od początku przygotowywali posiłki dla protestujących. My nie jesteśmy sami, przynajmniej ja nie mam takiego poczucia – mówi Dima.
Karolina Baca-Pogorzelska
MIROSŁAW USIDUS: W poszukiwaniu ścieżki do cyfrowego sukcesu
Prasa weszła do sieci, gdy twórcy Google’a rozpoczynali naukę w szkole podstawowej a Marka Zuckerberga nie było jeszcze na świecie. Było kilka takich momentów w historii, gdy wydawało się, że to wydawcy gazet decydować będą, jak potoczy się rozwój internetu. Jednak za każdym razem jakoś nie orientowali się, że ten dzwon dzwoni właśnie im. I to przegapianie okazji doprowadziło ich do stanu dzisiejszego, gdy są jedynie ubogimi krewnymi internetowych potęg.
Czy ktoś pamięta, że już w lipcu 1980 roku można było czytać pierwszą gazetę w wersji internetowej? Potrzebny był do tego komputer, taki jak np. Apple II oraz modem wydzwaniający dostęp do usługi CompuServe. Pierwszą gazetą w internecie była „The Columbus Dispatch”. Udostępniono ją w ramach wspólnego eksperymentu CompuServe i Associated Press. W ramach tego projektu do sieci weszły wówczas też m. in. „Washington Post”, „The New York Times”, „The Minneapolis Star Tribune”, „The San Francisco Examiner”, „The Los Angeles Times”, „Atlanta Journal-Constitution” i szereg innych amerykańskich tytułów prasowych.
Eksperyment zakończył się w 1982 roku. Potem w latach 90-tych XX wieku, gdy pojawiły się usługi nazywane World Wide Web, gazety znów były prekursorami. Wydania online tytułów prasowych we wczesnym WWW to jedne z pierwszych profesjonalnych form publikacji w rodzącym się medium. I znów po zrobieniu pionierskich kroków, po przeprowadzeniu eksperymentów z nowymi formami prezentacji treści, wydawcy zatrzymali się, nie wykonali kolejnych kroków, oddając pole innym, nie wywodzącym się ze świata mass mediów, podmiotom i przedsięwzięciom, które w kolejnych dekadach, podbiły sieć i ostatecznie decydowały o tym jaki i czyj stał się internet i kto w nim rozdaje karty.
To wydawcy prasy tworzyli pierwsze formaty i sieci reklamowe. Nie potrafili jednak wykreować spójnego, uniwersalnego a w efekcie dominującego standardu i modelu technologii reklamowej w WWW. Gdyby im to się udało w latach dziewięćdziesiątych, historia sieci potoczyłaby się inaczej. Różnie się tamten czas zaprzepaszczonych szans tłumaczy. Jedni wskazują na sprzeczne interesy i brak możliwości porozumienia pomiędzy podmiotami, które konkurowały ze sobą wcześniej a potem również w nowych mediach. Inni sądzą, że barierą nie do pokonania były schematy myślowe i przyzwyczajenia wyniesione z tradycyjnego biznesu ogłoszeniowego w prasie drukowanej. Internet wymagał nowych pomysłów i świeżego spojrzenia. Potem, wraz z ekspansją reklamową Google, innowacje rodziły się i upowszechniały w innym środowisku, wśród graczy dalekich od starego rynku prasowego.
Po latach, gdy dowiadujemy się, że ten czy tamten wydawca przechodzi ze swoim zasłużonym tytułem na model całkowicie cyfrowy, co zostało przyspieszone, jak w niedawnym przypadku „Wprost” przez pandemię, trudno się oprzeć refleksji, że to wszystko spóźnione, że już dawno skończył się bal. I pewnie tak jest. Osobiście dziś unikam już słów w stylu – „już dwadzieścia lat temu mówiłem…”, bo zdaję sobie sprawę z anachronizmu, bo dlaczego niby w czasach gdy wydawca sprzedawał zadowalająco dużo papieru i reklam w papierze miałby z tego rezygnować na rzecz „tej komputerowej zabawki” (oryginalne słowa jednego z ważnych redaktorów „Rzeczpospolitej” z końca lat 90-tych). Faktem jednak jest, że rzeczywiście, „już dwadzieścia lat temu mówiłem…”.
Paywalle i prawne ściganie Google
Tam gdzie stare media są jeszcze nieco silniejsze i mają silne wsparcie regulatorów państwowych, wciąż trwa walka. We Francji np. niedawno Google został zmuszony do podpisania „kilku indywidualnych umów” z wydawcami w sprawie opłat za korzystanie z treści francuskich gazet i czasopism. Udało się to po miesiącach sporów o podział przychodów z wyświetlania wiadomości w wynikach wyszukiwania. Wśród sygnatariuszy umowy znalazły się czołowe francuskie dzienniki, „Le Monde”, „Le Figaro”, „Liberation”, a także czasopisma – „L’Express”, „L’Obs” i „Courrier International”.
W oświadczeniu towarzyszącym podpisaniu umów szef Google France, Sebastien Missoffe powiedział, że kontynuowane są rozmowy z innymi grupami medialnymi, a celem jest osiągnięcie „umowy ramowej do końca roku”. Google nie zrobił tego jednak z nieprzymuszonej woli, lecz po wyroku francuskiego sądu nakazującego dogadanie się z wydawcami w sprawie praw pokrewnych. Szczegóły finansowe nie zostały ujawnione. Missoffe tłumaczył jedynie, że płatności będą opierać się na kryteriach opartych na ruchu w Internecie, oraz „wkładzie wydawcy w serwis informacyjny”. Mam przeczucie, że francuscy wydawcy dostaną z tytułu tych ustaleń nie za wiele, ale zobaczymy.
Batalia o wypłaty od Google’a i Facebooka dla wydawców medialnych toczy się właśnie i to „na ostro” w Australii. Nie chodzi tam zresztą tylko o pieniądze dla mediów, ale również o dane użytkowników. Sprawy zaszły tam na tyle daleko, że Google wystosował „do Australijczyków” list, w którym niedwuznacznie grozi odcięciem ich od popularnych usług, w tym wyszukiwarki.
Jedni walczą o pieniądze od Google’a i Facebooka inni próbują utrzymać się na powierzchni na dziesiątki innych sposobów, choć to zarówno w segmencie wydań papierowych jak w internecie bardzo trudne. Pandemia postawiła wielu wydawców pod ścianą, gdy przez restrykcje stracili możliwość sprzedawania egzemplarzy w tradycyjnych kanałach. Kanały cyfrowe? Cóż, jeśli nie były rozwijane od lat to sama siła marki nie zamieni ich magicznie w maszynkę do zarabiania pieniędzy.
Popularne wcześniej koncepcje, by udostępniać treści za darmo a zarabiać na reklamie są raczej nieaktualne. By ten model zadziałał, trzeba „rządzić” rynkiem reklamy a wydawcy starych mediów są dalecy od takiej pozycji, z przyczyn już wcześniej wspominanych. Dziś znacznie częściej i chętniej mówi się o sprzedaży w subskrypcji i paywallach. Ten model zdaje się działać nieźle w przypadku wielkich rozpoznawalnych międzynarodowo marek, takich jak „Wall Street Journal” czy „New York Times”. Ale już inna znana marka, „The Guardian” w Wielkiej Brytanii, ze swoich subskrypcyjnych wyników nie był zanadto zadowolony i postanowił oferować swój produkt za darmo, licząc na przychody z reklam w internecie i jednocześnie prosząc wiernych czytelników o datki. Co istotne, wszystkie te tytuły wciąż ukazują się na papierze.
Model działalności w sieci podobny do „Guardiana” wybrały inne tytuły, np. kanadyjska „La Presse”, i brytyjski „The Independent”. Jednak w tych przypadkach, wydawcy zrezygnowali z wydawania wersji papierowej, co dla ostatecznego rachunku kosztów i przychodów wydawnictwa ma ogromne znaczenie.
Wydawcy, którzy mogą sobie na to pozwolić, eksperymentują od pewnego czasu z cyfrowymi formami, które w zamierzeniu mają oswoić czytelników ze starymi markami w cyfrowym świecie z jednej strony a z drugiej wprowadzać innowacyjne produkty będące pomostami na nowe rynki. Takimi wprawkami są cyfrowe skrócone przeglądy treści „The Economista” pod nazwą „Espresso”, przygotowywane specjalnie dla Snapchata formy prezentacji treści „Le Monde”, czy popołudniówka cyfrowa gazety „Ouest-France” o nazwie „L’édition du Soir”. Biznesowa efektywność tych przedsięwzięć nie jest ostatecznie potwierdzona.
Słodko-gorzka historia „The Atlantic”
Chętnie na początku mijającej dekady opisywaną „historią sukcesu” na cyfrowym rynku była transformacja amerykańskiego magazynu „The Atlantic”. Trwa ona już od kilkunastu lat i choć nadal na tle wielu innych starych tytułów amerykański miesięcznik z tradycjami radzi sobie doskonale, to jednak dziś nie można mówić, że to beczka czystego miodu.
Dwie dekady temu ten historyczny, liczący obecnie ponad 160 lat, tytuł przynosił swoim właścicielom straty. Jak wiele innych pism „The Atlantic” próbował się ratować roszadami kadrowymi i pomysłami wydawniczymi o umiarkowanej skuteczności. W okolicach 2008 r. po kolejnej zmianie na stanowisku redaktora naczelnego pojawił się komunikat, że tytuł przyjmie strategię „digital-first” (wydanie cyfrowe przede wszystkim). Było to wówczas modne zawołanie i wiele tytułów, przeczołganych już przez konkurencję internetu, mówiło o podobnej strategii, także w Polsce.
Ani ta strategia, ani inne pomysły redakcji „The Atlantic”, takie jak internetowy serwis aktualności The Atlantic Wire (który z czasem stał się całodobowy), czy też serwis informacji miejskich AtlanticCities, nie były może wyjątkowe i w pełni oryginalne, ale miały pewną cechę wyróżniającą z informacyjnego punktu widzenia – kładziono w tych produktach ogromny nacisk na wysoką jakość. To ona miała być w zamierzeniu głównym atutem oferty „The Atlantic” i decydującą przewagą konkurencyjną.
Doszły do tego niezłe pomysły w dziedzinie reklamy. Handlowcy „The Atlantic” zdawali sobie sprawę, że trudno im będzie walczyć z precyzyjnie targetowanymi ogłoszeniami w Google. Dlatego zwrócili się do form reklamy natywnej, opartej na wysokiej jakości treściach. Jeśli chodzi o takie formy ogłoszeniowe, to w mediach głównego nurtu „The Atlantic” należał do prekursorów.
Nowa formuła działalności magazynu stała się branżową mapą drogową dla starych mediów drukowanych. Znajdowano w niej inspiracje, przełamać mur między sprzedażą reklam cyfrowych i w druku, obniżać koszty, uzyskać więcej ruchu w sieci i budować solidny „biznes eventowy”, generujący stałe przychody na bazie marki.
W 2010 roku „The Atlantic” zaczął przynosić skromne zyski. W roku 2011, w serii entuzjastycznych publikacji, tytuł był łacno przedstawiany jako wzór udanej transformacji cyfrowej. Potem ten świetlany obraz nieco przybladł. Tak jak wiele innych wydawnictw prasowych również „The Atlantic” stał się ofiarą postępującej erozji rynku reklamowego i nadmiernych wydatków po stronie redakcji. W 2017 r. większościowy pakiet akcji wydawnictwa trafił do Emerson Collective, organizacji kierowanej przez miliarderkę, Laurene Powell-Jobs, wdowę po założycielu Apple, Stevie Jobsie. Był to ostatni rok, który wydawnictwo zakończyło na finansowym plusie. Zwiększenie personelu o 80 osób i zatrudnienie w newsroomie znanych autorów, takich jak George Packer, Anne Appelbaum i Jemele Hill, szybko pogorszyło wyniki finansowe tytułu.
We wrześniu 2019 r. „The Atlantic” wprowadził długo wcześniej dyskutowany paywall. Cena 49,99 dolarów rocznie za dostęp cyfrowy i 59,99 dolarów za edycje drukowaną i cyfrową w pakiecie jest niższa niż konkurencji w tym segmencie, np. „New Yorkera”, którego roczny pakiet i tylko cyfrowy abonament wynosi odpowiednio 149,99 dolarów i 99,99 dolarów. Po drodze były zwolnienia, bardziej po stronie części biznesowej niż redakcyjnej wydawnictwa. Na razie nie wyciągnęło to wszystko tytułu powyżej finansowej kreski, ale zobaczymy, jaki będzie w podsumowaniu 2020 rok, który uznaje się za udany.
Przedstawiciele wydawnictwa twierdzą, że „The Atlantic” notował do 2019 r. wzrost przychodów z reklamy cyfrowej o ok. 30 proc. rocznie. Załamało się to jeszcze przed kryzysem koronawirusowym. Według danych w drugiej połowy 2020 r. „The Atlantic” ma 650 tysięcy płatnych subskrybentów i około 20 mln USD przychodów w skali roku. Ma zarazem ambitne cele na przyszłość – wzrost przychodów z tytułu subskrypcji do 50 mln w 2022 r. Jednak nawet te kwoty nie dają pewności, że pismo będzie rentowne. Na razie przyszłość finansowa „The Atlantic” opiera się przede wszystkim na gotowości pani Powell-Jobs do dokładania do tego biznesu.
Odrzuć to co niepotrzebne
Nawet więc w takich „historiach sukcesu” jak „The Atlantic” nie ma jasnych i jednoznacznie pozytywnych przekazów co do tego, jak powinna wyglądać cyfrowa transformacja prasy. Na szczęście kwestia ta nie jest jeszcze ostatecznie przesądzona także w drugą stronę. Czyli nie wiadomo, czy jednak nie istnieje ścieżka, która niezawodnie prowadzi stare media do sukcesu w cyfrowym świecie.
Hiszpański dziennikarz Eduardo Suarez opublikował kilka miesięcy temu ciekawy zestaw rad dla dziennikarzy wydawców pracujących nad internetowymi wydaniami swoich mediów. Jego wskazówki były rezultatem projektu reportersko-badawczego, który przeprowadził na zamówienie Reuters Institute for the Study of Journalism. W ramach swojego zadania przeprowadził wywiady z dwudziestoma sześcioma przedstawicielami kadry kierowniczej piętnastu europejskich gazet, z których większość zaangażowana była w działania na rzecz rozwoju prenumeraty cyfrowej.
Suarez nie wgłębiał się w szczegóły modeli płatności i ich optymalizacji rynkowej. Bardziej interesowały go ogólne reguły i zalecenia, jakie mieli praktycy, głównie dziennikarze. Powstał kilkupunktowy zestaw porad, na którego czele znalazł się apel „redefiniowanie oferowanych wartości” na przykładzie wspominanego już Guardiana, który dokonał szeregu radykalnych wolt w obliczu słabnącej sprzedaży, by dojść w końcu do wniosku, że budowanie silnej dziennikarskiej relacji z czytelnikami (z wykorzystaniem internetu) jest wartością największą dla gazety.
O konieczności koncentracji na cyfrowym produkcie mówili z kolei przedstawiciele szwedzkiej gazety „Dagens Nyheter”. Dwie trzecie jej dochodów nadal pochodzi z druku, jednak kierownictwo tytułu postanowiło skupić się na cyfrowej edycji, tak jakby druk nie istniał. Po przejściu na model prenumeraty cyfrowej „Dagens Nyheter” rozpoczął tworzenie innowacyjnych formatów, takich jak prezentacje VR i audiobooki. Po produkty te zgłosiła się nowa publiczność, dużo młodsza, bardziej kobieca i częściej pochodząca spoza miast. 73 proc. nakładu drukowanego gazety jest sprzedawane w Sztokholmie, natomiast 60 proc. abonentów cyfrowych mieszka poza metropolią.
Szczególnie interesujący jest wątek zainteresowania treściami audio oferowanymi przez „Dagens Nyheter”. Inny podawany przez Suareza przykład, duński cyfrowy magazyn „Zetland” jest konsumowany w 65 procentach w formie dźwiękowej.
Dziennikarze „Dagens Nyheter” oferują również kolejną cenną radę dla aspirujących do cyfrowego sukcesu – taką mianowicie, by nie mieć oporów przed usunięciem z oferty wydawniczej w sieci tego, co nie cieszy się zainteresowaniem. Aby takie treści zidentyfikować, należy korzystać z analityki i danych (co jest odrębną radą dla wydawców cyfrowych). Pozwoliło im to zmniejszyć ogólną liczbę artykułów, co w efekcie przyniosło wzrost ruchu czytelniczego. Podobne zabiegi z podobnie udanym skutkiem przeprowadzały m. in. „Le Monde” i „The Guardian”.
O praktycznych wnioskach ze zderzenia z rzeczywistymi preferencjami czytelniczymi opowiada hiszpański dziennikarz Ignacio Escolar, który zakładając serwis elDiario.es w 2012 roku, nie chciał tworzyć kolejnej gazety ogólnotematycznej, ale raczej taką, która skupiałaby się na polityce. Wraz z rosnącą rzeszą czytelników i po tym jak skontaktowała się z nim grupa dziennikarzy sportowych, postanowił włączyć do oferty doniesienia ze świata sportu, co spotkało się ze zdecydowaną krytyką czytelników. Relacje sportowe nie przyniosły ani znaczących dochodów z reklam, ani nowych użytkowników. Zrezygnowano z nich.
Strony informacyjne na całym świecie zdają sobie sprawę, że treść jest tylko jednym z aspektów oferty. Ważna jest również dostępność, szybkość działania, użyteczność, opakowanie i prezentacja. Młodsza publiczność jest przyzwyczajona do wysokich standardów wyznaczonych przez platformy cyfrowe takie jak Netflix czy Spotify. W praktyce ważne jest, aby różnicować swoją ofertę, stworzyć coś dla mających niewiele czasu, a także dla tych, którzy cenią sobie solidnie i dokładnie opracowany materiał, dla tych którzy mają wyselekcjonowane preferencje i nie chcą kupować niczego, czego nie potrzebują, dla przyzwyczajonych do regularnych cykli czytelniczych, tygodniowych, czy też miesięcznych, dla wpadających sporadycznie, ale możliwych potencjalnie do zatrzymania na dłużej, itd. Technologie cyfrowe pozwalają na poręczne pakowanie swojego produktu na wiele sposobów i sprzedawanie ich wielokrotnie w opłacalnym resellingu. Jak to udatnie robić? To jedno z najważniejszych pytań, do wydawców, sprzedawców i magików internetu.
W marcu 2016 roku brytyjski „The Times” ogłosił, że przestanie publikować klasyczne newsy, ścigając się na szybkość doniesień z konkurencją. Edytorzy uznali, że czytelnicy gazety i jej cyfrowego wydania nie cenią jej za to, że stara się być szybsza niż inne, lecz za to, że potrafi lepiej, mądrzej i kompetentniej zachodzące wydarzenia analizować. Ustalono określone pory dnia na aktualizacje, o 9.00, 12.00 i 17.00. Czytelnicy wiedzą, że wtedy „Times” zaktualizuje ich stan wiedzy na temat tego co się dzieje. Jednak większość innych gazet, w tym „The Financial Times” podporządkowuje się raczej światowi Google’a, który premiuje szybkie i nieustanne aktualizacje stron informacyjnych.
Wciąż wiele gazet nadal traktuje swoje produkty cyfrowe jako odrębne marki. Wypełniają one swoje strony internetowe artykułami drugiej kategorii i publikują swoje najlepsze prace wyłącznie w formie drukowanej. Odbiorcy jednak nie odróżniają gazety drukowanej od jej produktów cyfrowych czy kanałów społecznościowych. Szanuj i pielęgnuje markę swoją, bo jest ona we wszystkim, co oferujesz.
Kilka miesięcy temu poważyłem się na prognozę, że do 2030 roku z polskiego rynku zniknie prasa drukowana, poza tytułami wąsko-tematycznymi, specjalistycznymi, hobbystycznymi i innymi o specjalnej tematyce. Nie każdy z wycofywanych z druku tytułów utrzyma się po cyfrowej stronie, ale większość, o czym też pisałem, ma wciąż jeszcze szansę.
Mirosław Usidus
Po co Orlenowi prasa? – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO
Czy inwestycje PKN Orlen na rynku prasy i jej dystrybucji są logiczne biznesowo i wpisują się w strategię rozwoju spółki? Jakie mogą mieć konsekwencje dla rodzimego rynku mediów? Czy koncentracja to (tylko) polski problem?
„Orlen 2030” i dywersyfikacja dochodów
Zgodnie z planem na najbliższą dekadę Orlen pozostanie koncernem paliwowym, zmierzającym w kierunku dywersyfikacji źródeł dochodu, uwzględniając przy tym trendy konsumenckie. W strategii „Orlen 2030”, w części poświęconej rozwojowi sprzedaży detalicznej możemy wyczytać m.in.: na bazie sieci Ruch, Koncern rozwinie formaty sklepowo-gastronomiczne poza stacjami paliw, rozbuduje własną sieć punktów odbioru paczek i ofertę e-commerce[1].
Zakup Ruchu, który od ponad roku dostarcza prasę na stacje paliw Orlenu, jest zatem działaniem, które biznesowo się broni. Zapowiedzi samego koncernu mówią o wykorzystaniu punktów sprzedaży, znajdujących się niejednokrotnie w atrakcyjnych lokalizacjach, do silnego włączenia się w rynek usług kurierskich i dystrybucji paczek mają przy tym sens, z czym w 2020 roku trudno polemizować. Wystarczy spojrzeć na dowolne trendy konsumenckie i rozwój e-commerce[2]. Z tego punktu widzenia zapowiadana sprzedaż hot-dogów znanych ze stacji paliw to już wizjonerstwo i optymizm.
Czy jednak ma uzasadnienie zakup Grupy Polska Press[3]? Od godziny piętnastej z minutami (początek wystąpienia prezesa Orlenu) 7 grudnia przez Internet przetoczyło się szereg opinii, w części bardzo emocjonalnych, a nawet oderwanych od rzeczywistości, jak sugestia, że na transakcję mogła mieć wpływ kanclerz Angela Merkel[4]. Na łamach sdp.pl Łukasz Warzecha zauważył m.in., i nie bez racji, że jeśli ma to być „kombinowanie” obozu władzy, zmierzające w stronę wykorzystywania mediów regionalnych jako tuby propagandowej rządu, to może przynieść na tym polu korzyści tylko czasowe – do momentu przegranych wyborów, po których okaże się, że te media przejmuje w nadzór kolejna władza[5]. Zadowolenie z powodu transakcji wyraził Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zwracając przy tym uwagę na dotychczasową dominację kapitału zagranicznego w tym sektorze rynku medialnego i zwracając się z apelem do Orlenu o stworzenie przejrzystych mechanizmów gwarantujących respektowanie zasady wolności słowa, pluralizmu poglądów i niezależności dziennikarskiej[6].
W opinii ekspertów
– To bez wątpienia news dnia – mówi dr Bartłomiej Zapała, politolog i ekspert w kwestiach europejskich. – Sprawa jest poważna w wielu wymiarach. Już na początku trzeba podkreślić, że rozmowy udało się utrzymać w tajemnicy, a sam Orlen konsekwentnie zaprzeczał, że w ogóle są prowadzone. Oczywiście nie ma jeszcze decyzji UOKiK, ale ponieważ kupiono Grupę, której powstanie nie budziło wątpliwości tego Urzędu, nie spodziewałbym się jakichś perturbacji na tym polu. Tym bardziej, że udział koncernu paliwowego na rynku prasy wynosi dotychczas 0%. Czy to się broni biznesowo? We wczorajszej (07.12.2020 r. – przyp. autora) wypowiedzi prezesa Daniela Obajtka uderzyło mnie to, że ani razu nie użył słowa: czytelnicy. Mówił o klientach, o konsumentach. Zwracał uwagę przede wszystkim na kontekst marketingowy i dostęp do danych ważnych ze sprzedażowego punktu widzenia. Na przykład do wiedzy o tym, czego szukają użytkownicy portali internetowych zawiadywanych przez Polska Press i w jakie reklamy klikają. Chodziłoby więc o kupno bazy przyzwyczajeń użytkowników, niewątpliwie wartościowej. Wszystko to jednak jest oderwane od pracy dziennikarzy i zwiększenia wpływów ze sprzedaży prasy w ogóle. Nie sądzę też, by studia telewizyjne regionalnych redakcji podołały wymogom produkcji komercyjnej i okazały się tańsze od oferty wolnorynkowej.
Wątpliwości co do celowości tej inwestycji Orlenu wyraża medioznawcza dr Tomasz Chrząstek, odnosząc się do kondycji finansowej niemieckiej firmy i ogólnej sytuacji na rynku: Czy zakup gazet regionalnych wraz z ich wersjami internetowymi to dobry interes? Odpowiem krótko. Tak, bardzo dobry, ale dla Verlagsgruppe Passau! Znaleźć kupca na upadający interes łatwo nie jest, a w tym przypadku kupiec sam zabiegał o domknięcie transakcji. Statystyki sprzedaży prasy są nieubłagane. Jak pokazują wyniki ZKDP, pandemia jeszcze ten proces przyspieszyła. Rachunek ekonomiczny nie idzie w parze z wyrachowaniem politycznym.
Czysty interes?
Dr Bartłomiej Zapała zwraca uwagę, że Orlen nie uwzględnia w swojej strategii rozwoju segmentu prasy jako istotnego elementu dywersyfikacji zysków. Wyraża w związku z tym następującą wątpliwość:
– Im głośniej zapewniamy, że coś jest biznesem, być może ważniejsze jest to, o czym nie wspominamy. Prezes Obajtek wszedł do świata biznesu na drodze nominacji politycznej, wcześniej pracując w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Jeśli ma to być więc element gry politycznej, to nie będzie neutralne dla demokracji. W wielu regionach, np. w kujawsko-pomorskim, małopolskim, czy świętokrzyskim, wziąwszy pod uwagę obecność na tym terenie mediów narodowych, może powstać sytuacja quasi monopolistyczna. A monopol nie jest dobry też dla władzy. Sięgając do historii, to w czasie jednostronnego przekazu epoki gierkowskiej zaczęły rozwijać się niezależne pisma drugiego obiegu, teraz możliwości jest nieporównanie więcej, co nie zmienia faktu, że sytuacja jest dla społeczeństwa niebezpieczna – zauważa dr Zapała.
Na glinianych nogach, ale czy kolos?
Verlagsgruppe Passau jawi się w Polskich mediach jako gigant, który dzierży w swoim ręku 20 z 24 dzienników regionalnych. Grupa informuje na swojej stronie WWW, że na rynku prasy ma nakłady sięgające 4 900 000 i ponad 9 000 000 czytelników, z czego pół miliona we wschodniej Bawarii. Składa się ona z dwóch głównych elementów: Passauer Neue Presse GmbH i Polska Press[7]. Patrząc na mapę zasięgu prasy wydawanej przez firmę, którą zarządza rodzina Dikmannów, widać, że bez Polski ogranicza się on do północnowschodnich Niemiec[8]. Na początku roku firma wyzbyła się serwisu Gratka.pl. Już kilka lat temu wycofała się z Czech, sprzedając w 2015 roku Vltawa-Labe-Press[9] kontrowersyjnemu funduszowi inwestycyjnemu Penta Investments. Na marginesie – zakupienie w 2014 roku przez tego samego inwestora słowackiego dziennika „Sme”[10] spowodowało odejście kilkudziesięciu dziennikarzy, w tym, redaktora naczelnego. Matúš Kostolný uzasadnił swoją decyzję tym, że Panta Investment, zamieszany w aferę podsłuchową z 2012 roku (ang. Gorilla scandal)[11], chce kupić ich reputację i że odchodzą, obawiając się utraty wiarygodności w oczach odbiorców. Sprawę opisywał m.in. „The Economist”[12]. Informacje o ewentualnym (jeszcze nie ma zgody UOKIK) zakupie Grupy Polska Press przez Orlen nie wywołała tak radykalnych gestów.
Od inwestycji do sprzedaży
Oficjalna historia Verlagsgruppe Passau urywa się na ich stronie internetowej gwałtownie na 2014 roku[13]. Od tamtej pory firma się kurczy. Trudno nie odnieść wrażenia, że krajowe dyskusje o ewentualnej repolonizacji mediów, które wróciły po ostatnich wyborach prezydenckich, były firmie na rękę. Zwłaszcza, że wyrażano w ich trakcie opinię, że prasa regionalna to łakomy kąsek, a nawet pokazywano ewentualnego inwestora – Orlen. Pojawiało się tylko pytanie: czy ktoś chce sprzedać? Jak się okazuje tak.
Firma Polską zainteresowała się już w 1992 roku. Dwa lata później kupiła od francuskiej Hersant Group dziewięć polskich tytułów regionalnych. W 2007 roku zainwestowano w nowoczesną drukarnię w Katowicach. W 2013 roku kupiono Grupę Mediów Regionalnych, a w kolejnym roku Express Media aktywne w Bydgoszczy i Toruniu. W 2009 roku Axel Diekmann podzielił swoje małe księstwo medialne między dzieci: córkę – Simone Tucci-Diekmann i syna – Alexander Diekmann, który odtąd odpowiadał za Polskę. Ten ostatni tłumaczy decyzję o sprzedaży tym, że strategicznie firma chce się rozwijać w Niemczech[14].
Element strategii?
Prezes Orlenu Daniel Obajtek uzasadnia zakup strategią „Orlen 2030”[15]. Niestety nie powołując się przy tym na stosowny fragment. O czym więc mówimy? O współpracy z lokalnymi producentami i trosce o społeczności lokalne wpisanymi w założenia zrównoważonego rozwoju? Czy może o recyklingu? Prezes skupił się na potencjale marketingowym tytułów prasowych wydawanych przez Polska Press[16], ich znajomości preferencji konsumenckich, czy wyposażeniu redakcji we własne studia telewizyjne, które mogłyby poszerzyć ofertę domu mediowego Sigma Bis (współwłasność z PZU)[17]. De facto jednak w upublicznionej strategii „Orlen 2030” nie ma wejścia na rynek prasy jako istotnego elementu biznesowej układanki.
Ciemna strona koncentracji
Zaniepokojenie negatywnym wpływem koncentracji mediów na pluralizm wyraził Parlamentu Europejskiego w rezolucji z dnia 25 listopada 2020 r. w sprawie wzmocnienia wolności mediów (ochrona dziennikarzy w Europie, nawoływanie do nienawiści, dezinformacja i rola platform):
16.(Parlament Europejski) podkreśla, że nadmierna koncentracja własności w sektorach produkcji i dystrybucji treści może zagrażać dostępowi obywateli do szerokiego przekroju treści; podkreśla, że pluralizm mediów, który zależy od występowania zróżnicowanej struktury własności mediów i treści, a także niezależnego dziennikarstwa, ma kluczowe znaczenie dla powstrzymania rozprzestrzeniania się dezinformacji oraz dla zapewnienia, by obywatele UE byli dobrze poinformowani; przypomina, że według monitora pluralizmu mediów za 2020 r. koncentracja własności mediów pozostaje jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla pluralizmu mediów i jest uznawana za barierę dla różnorodności informacji (…)[18].
W przypadku mediów koncentracja może być opłacalna biznesowo, ale zdecydowanie nieopłacalna dla zachowania pluralizmu. Tymczasem, jak zauważył prof. Tomasz Mielczarek, etapy rozwoju rynku mediów w III RP przebiegały według schematu: monopol – pluralizm – koncentracja[19]. Dziś zmienia się tylko własność już skoncentrowanych podmiotów. Czy to jednak jakiś szczególny Polski problem? Podczas dorocznej ogólnopolskiej konferencji „Polski system medialny w procesie zmian” (Uniwersytet Jana Kochanowskiego 1 grudnia 2020 r.) nie poświęcono tej kwestii nawet jednego referatu. Wygląda więc na to, że w opinii medioznawców jednak nie[20].
[1] https://www.orlen.pl/PL/BiuroPrasowe/Strony/ORLEN2030-droga-do-nowego,-zr%C3%B3wnowa%C5%BConego-biznesu.aspx – dostęp 08.12.2020 r.
[2] Zapowiedzi np. tu: https://businessinsider.com.pl/firmy/orlen-przejmuje-ruch-do-punktow-trafia-hot-dogi-znane-ze-stacji/h4rd55d – dostęp 08.12.2020 r.
[3] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/orlen-kupuje-polska-press-cena-opinie – dostęp 07.12.2020 r.
[4] https://wyborcza.pl/7,75399,26584247,niemcy-kolejny-raz-sprzedaja-autokratom-wolne-media-to-skaza.html – dostęp 09.12.2020 r.
[5] https://sdp.pl/lukasz-warzecha-to-nie-jest-wariant-wegierski/ – dostęp 07.12.2020 r.
[6] https://sdp.pl/uchwala-zg-sdp-w-sprawie-zakupu-wydawnictwa-polska-press-przez-pkn-orlen/ – dostęp 09.12.2020 r.
[7] https://www.vgp.de/en-uk/verlagsgruppe/company-structure/company-structure/ – dostęp 07.12.2020 r.
[8] https://www.vgp.de/en-uk/business-units/press/ – dostęp 07.12.2020 r.
[9] Obecnie https://www.vlmedia.cz/ – dostęp 07.12.2020 r.
[10] https://www.sme.sk/ – strona główna obecnej wersji „Sme” – dostęp 08.12.2020 r.
[11] https://studium.uw.edu.pl/slowacy-wyszli-na-ulice-protestujac-przeciw-aferze-korupcyjnej/ – dostęp 08.12.2020 r.
[12] https://www.economist.com/eastern-approaches/2014/10/15/how-to-buy-a-good-reputation – dostęp 07.12.2020 r.
[13] https://www.vgp.de/en-uk/verlagsgruppe/history/ – dostęp 07.12.2020 r.
[14]. https://sdp.pl/verlagsgruppe-passau-sprzedaz-polska-press-ze-wzgledow-strategicznych/ – dostęp 09.12.2020 r.
[15] https://www.orlen.pl/PL/OFirmie/Strategia/Strony/default.aspx – półgodzinna prezentacja strategii. Dostęp 08.12.2020 r.
[16] Pełna lista: https://polskapress.pl/en – dostęp: 08.12.2020 r.
[17] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/orlen-kupuje-polska-press-wydawnictwo – dostęp 08.12.2020 r.
[18] https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/TA-9-2020-0320_PL.html – dostęp 08.12.2020 r.
[19] T. Mielczarek, Monopol- pluralizm – koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006, Warszawa 2007.
[20] https://kdiks.ujk.edu.pl/konferencja2020/ – dostęp 09.12.2020 r.
Uchwała ZG SDP w sprawie zakupu wydawnictwa Polska Press przez PKN Orlen
Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wielokrotnie wskazywało niebezpieczeństwa związane z nadmierną obecnością kapitału zagranicznego na polskim rynku medialnym, w tym praktycznie z monopolistyczną pozycją na rynku prasy regionalnej wydawnictwa Polska Press. Na to zjawisko zwróciliśmy uwagę już podczas Nadzwyczajnego Zjazdu Delegatów SDP w kwietniu 2015 r. Stwierdziliśmy wówczas, iż media regionalne po 26 latach od czasu transformacji ustrojowej znalazły się w bardzo trudnej, a pod niektórymi względami wręcz katastrofalnej sytuacji. Świadczyła o tym systematycznie malejąca liczba tytułów, zmniejszająca się liczba ich odbiorców oraz coraz bardziej marginalne znaczenie tych mediów w publicznym życiu polskich regionów i województw. SDP zaapelowało wówczas o przywrócenie mediom regionalnym ich właściwej pozycji w lokalnych społecznościach, przeciwdziałanie monopolizacji mediów regionalnych oraz o wspieranie podmiotów polskich działających na rynku mediów regionalnych i lokalnych
Dlatego obecnie SDP z nadzieją przyjmuje decyzje PKN Orlen o zakupie spółki Polska Press od medialnego koncernu Verlagsgruppe Passau. Widzimy w tym szansę na przełamanie dominacji wydawnictw zagranicznych na rynku regionalnej prasy drukowanej i regionalnych portali w Polsce. Jednocześnie ZG SDP apeluje do PKN Orlen o stworzenie przejrzystych mechanizmów gwarantujących respektowanie zasady wolności słowa, pluralizmu poglądów i niezależności dziennikarskiej.
Zarząd Główny SDP
To dopiero wyzwanie – komentarz JERZEGO KŁOSIŃSKIEGO
Orlen idzie jak burza w sferze mediów, w kilkanaście dni po zakupie pakietu większościowego Ruchu S.A., teraz zapowiedział przejęcie monoplisty prasy oraz portali regionalnych i lokalnych, czyli Polska Press, której właścicielem jest niemiecka spółka Verlagspruppe Pasau (VGP). Do Polska Press należy 20 dzienników regionalnych (na 24 istniejące), 120 tygodników lokalnych oraz około 500 witryn internetowych. Można powiedzieć: to potęga medialna. W jakimś sensie tak, ale tylko dlatego, że jest niemal monopolistą w dziennikach regionalnych, w mniejszym stopniu już w tygodnikach lokalnych i witrynach internetowych. Ale jak wykazał niedawno Leszek Sosnowski (w miesięczniku „WPIS” nr 10/2020) Polska Press doprowadziła obecnie do upadku prasy regionalnej i chętnie pozbywa się swojej spółki przynoszącej niewielki zysk, w granicach kilku milionów (przy przychodach za rok 2019 na poziomie około 400 mln, z tego ze sprzedaży prasy tylko nieco więcej niż 1/4, czyli reszta ze sprzedaży powierzchni reklamowej). Rzeczywiście czytelnictwo tych 20 dzienników regionalnych spadło dramatycznie. Na przykład sprzedaż „Gazety Pomorskiej” w 2010 roku wynosiła blisko 70 tys., dziś około 20 tys., „Dziennika Zachodniego” 10 lat temu ponad 80 tys. dziś 16 tys. I takie proporcje spadku sprzedaży obejmują wszystkie te dzienniki. Niemniej uważam, że przejęcie przez Orlen tego mocno osłabionego potencjału mediów regionalno-lokalnych zgrupowanego w Polska Press ma sens, choć znajdujemy się w momencie bardzo trudnym dla tego segmentu prasowego.
Miejmy nadzieję, że zmiana właściciela tej spółki będzie krokiem w kierunku przywrócenia tym mediom takiej polityki redakcyjnej, która nie antagonizuje społeczeństwa, a co niestety robiły one przez lata, a od 2015 roku będąc głosem głównie opozycji. Ale też nie może to być polityka podporządkowana tylko promowaniu działalności ośrodków rządowych. Te tytuły powinny dbać o rzetelny przekaz, dlatego zarządzanie tą spółką medialną z centrali jest dużym wyzwaniem i będzie wymagało od osób za to odpowiedzialnych naprawdę wielkiego charakteru i umiejętności fachowych. Bo priorytetem powinno być odbudowanie znaczenia tych mediów (czyli doinwestowanie redakcji, bo te gazety stawały się platformą reklamową, bo taka była strategia niemieckiego właściciela) i sposobów dystrybucji, co ma się przekładać na wzrost ich sprzedaży. Będzie to forma repolonizacji mediów, ale trzeba też pamiętać, że ich siłę buduje także rynek reklamowy. Niemiecki właściciel Polska Press miał dostęp do zamówień z wielu zagranicznych firm i koncernów, stąd brała się zdecydowana większość jej przychodów. Ciekawe, jak zachowają się domy mediowe dotąd obsługujące Polska Press, czy nie będą przerzucać swoich zamówień do konkurencji wobec spółki już orlenowskiej, czyli na przykład dodatków regionalnych Agory lub nowych podmiotów medialnych, tworzonych w celu rywalizacji.
Jak można wyczytać z komunikatu Orlenu, ma on własną strategię działania w zakresie mediów i komunikacji aby wspierać swoją podstawową działalność biznesową, stąd zakup Polska Press. To naturalne, że ta największa spółka krajowa z ogromną bazą klientów detalicznych szuką tego typu wsparcia. Ale takie uzasadnienie zakupu Polska Press jest dobre dla akcjonariuszy Orlenu, natomiast wejście w rynek prasy oznacza coś więcej. To jest potężne wyzwanie wymagające ogromnej sztuki zarządzania wielorakim rynkiem mediów, gdzie nie zawsze zysk finansowy ma priorytet a liczy się umiejętność zbudowania opinii o danym tytule prasowym, stworzenia jego wiarygodnego obrazu dla czytelnika. Aby to osiągnąć trzeba przede wszystkim dużych inwestycji i postawić na zdolne, kreatywne zespoły dziennikarskie, nie mówiąc już o tym, że należy mieć długofalową strategię odbudowy polskiej prasy regionalnej. Naprawdę przed zarządem Orlenu dużo pracy do zrobienia.
Jerzy Kłosiński
ŁUKASZ WARZECHA: To nie jest wariant węgierski
Stało się zatem: PKN Orlen kupił będące dotąd niemiecką własnością wydawnictwo Polska Press. To bardzo zła wiadomość (choć oczywiście nietrudno znaleźć opinie całkowicie przeciwne, głównie po stronie zwolenników władzy).
Nie będę tu powtarzał swojej obszernej argumentacji, dotyczącej tego, co nazywano repolonizacją, potem dekoncentracją, potem znów repolonizacją. Poświęciłem temu wiele tekstów, również na portalu SDP. Moje stanowisko wobec tej koncepcji jest jednoznacznie krytyczne. Najkrócej mówiąc, uważam, że – zwłaszcza w dzisiejszych realiach – byłby to proces służący moim zdaniem głównie utemperowaniu niezależnych od władzy i krytycznych wobec niej mediów.
To, co się wydarzyło, jest komentowane jako podejście do węgierskiego wariantu pacyfikacji mediów. To jednak chybiona analogia. W wariancie węgierskim przejmowanie mediów odbywało się głównie przez prywatnych inwestorów, wzbogaconych na rządowych kontraktach i ewentualnie wspomaganych kredytami z banków będących pod kontrolą państwa węgierskiego. Zaletą takiego rozwiązania z punktu widzenia jego projektodawców jest, że kupione w ten sposób media pozostaną w rękach sojuszników Orbána i Fideszu nawet gdyby ten stracił władzę. Co zresztą wydaje się obecnie bardzo mało prawdopodobne.
Wariant polski jest gorszy – i to nie tylko z punktu widzenia władzy, ale też generalnie państwa i mediów. Z tym że – aby było jasne – nie znaczy to, że wariant węgierski jest lepszy; jest jedynie odrobinę mniej zły. Otóż w wariancie polskim, zakładając, że zakup Polska Press przez Orlen jest tylko pierwszym krokiem, prywatne media będące w dyspozycji spółek skarbu państwa staną się przechodzącym z rąk do rąk łupem politycznym na tej samej zasadzie co media państwowe. Gdyby więc nawet z dużą łaskawością założyć, że celem jest stworzenie konserwatywnego medialnego frontu, to w strategii Orbána jest to możliwe i rozwiązanie jest trwałe; w strategii PiS zaś jego trwałość jest ograniczona czasem obecnej władzy.
W informacjach na temat zakupu Polska Press, zwłaszcza tych przekazywanych przez sam Orlen oraz rządowe lub wspierające rząd media, dużo jest opowieści o korzyściach z takiego rozwiązania. Daniel Obajtek pisze o dostępie do baz danych użytkowników serwisów należących do grupy i o tym, jak pomoże to tworzyć różne synergie i powiązania. To zapewne prawda, podobnie jak wskazywane korzyści związane z siecią dystrybucji (Orlen jest już przecież również właścicielem Ruchu, o czym pisałem na portalu SDP niedawno) i nowymi możliwościami docierania do odbiorców.
Tyle że to wszystko w tej sytuacji didaskalia, aczkolwiek może pasjonujące z punktu widzenia technologii wydawania i dystrybuowania prasy. Ważniejsze jest co innego: dlaczego w ogóle SSP, której główną dziedziną jest produkcja i dystrybucja paliw, zajmuje się mediami. To powinno budzić ogromne wątpliwości. Po pierwsze – z czysto gospodarczego punktu widzenia. Natychmiast przychodzą do głowy koreańskie czebole – gigantyczne konglomeraty w rodzaju Samsunga czy swego czasu Daewoo, które w większości albo marnie skończyły, albo zostały zmuszone do ograniczenia swojej działalności, w szczytowym momencie rozciągającej się od produkcji samochodów, poprzez lodówki i mikrofalówki oraz budowę mostów i dróg, na usługach finansowych kończąc. Sens istnienia przedsiębiorstw zajmujących się skrajnie od siebie odległymi dziedzinami gospodarki i biznesu jest co najmniej wątpliwy.
Po drugie – idzie za tym natychmiast pytanie, dlaczego firma, w której decydujący głos ma skarb państwa, w ogóle wchodzi w biznes, niebędący dla niej główną sferą działalności. I tu niestety odpowiedź wydaje się oczywista: robi to, ponieważ takie jest polityczne zapotrzebowanie.
Skoro zaś – po trzecie – jest to wynik politycznej potrzeby, trzeba niestety założyć, że ta potrzeba zostanie zrealizowana poprzez wpływ nowego właściciela na linię kupionego medium.
Można by uznać, że zagrożenie, iż gazety Polska Press staną się po prostu kolejną trybuną rządu, jest względnie małe, gdyby rządzący dowiedli, że powierzone im publiczne media są faktycznie publiczne i spełniają należycie swoją misję. Niestety – w ciągu pięciu lat dowiedli czegoś wprost przeciwnego.
Dobrą praktyką w każdym szanującym się wydawnictwie jest postawienie muru, a przynajmniej ogrodzenia pomiędzy właścicielem i wydawcą a redakcją. Oczywiście nie znaczy to, że właściciel i wydawca nie może mieć generalnego wpływu na linię medium. Wykluczone są jednak bezpośrednie interwencje w działania redakcji. I znów: niestety, praktyka traktowania mediów publicznych przez obecnie rządzących każe wątpić w gotowość do przestrzegania takiej zasady. I jest to najdelikatniejsze możliwe określenie.
Trzeba teraz z największą uwagą przyglądać się losom dziennikarzy i redakcji gazet należących do Polska Press, choć ja wątpliwości raczej nie mam: bardzo szybko nastąpi sprowadzenie ich do roli trybuny władzy. Zwolnienia, naciski, wyraźne przyjęcie prorządowej linii.
Jeżeli ktoś twierdzi, że nie ma nic nagannego w kupowaniu prywatnych mediów przez SSP, to nie rozumie roli mediów. SSP, które w polskich warunkach są obsadzane z klucza stuprocentowo politycznego i poddane są kontroli jednego z ministrów – w tym konkretnym wypadku nawet nie fachowca od biznesu, ale po prostu wykonawcy politycznych zleceń pana wicepremiera Jacka Sasina – powinny z zasady trzymać się jak najdalej od mediów prywatnych, których rolą powinno być kontrolowanie władzy lub jej krytyczne recenzowanie. Nawet jeśli są to media mające linię ideową z tą władzą zbieżną. Wiem, w polskich warunkach brzmi to nieco fantastycznie, ale taki właśnie powinien być stan docelowy. Dziennikarze Fox News wielokrotnie krytykowali Donalda Trumpa, zresztą ku wściekłości odchodzącego prezydenta.
Rząd ma do swojej dyspozycji media publiczne, które oczywiście nie powinny wyglądać tak jak wyglądają teraz, ale powinny zarazem zawsze dawać rządzącym możliwość prezentowania ich poglądów, planów, stanowisk. I to wystarczy. Dorobiliśmy się w Polsce szczęśliwie mediów prywatnych, które przedstawiają linię dokładnie lub przynajmniej generalnie zbieżną z linią obozu władzy. Ten stan rzeczy trudno kontestować. Jednak kupno Polska Press przez Orlen to zdecydowanie krok dalej.
Warto zauważyć, że w wypowiedziach prezesa Obajtka nie ma ani słowa na temat zagwarantowania niezależności redakcyjnej czy sposobu na odseparowanie dziennikarzy od politycznych nacisków. Nie ma o tym ani słowa, bo prawdopodobnie pan prezes nie widzi takiej potrzeby ani nie ma takich planów. Linia transmisyjna: pan prezes Kaczyński – pan wicepremier Sasin – pan prezes Obajtek – redaktor naczelny – dziennikarze – wydaje się więcej niż oczywista. Rzecz jasna nie codziennie i nie w każdej sprawie. Nie będzie takiej potrzeby.
Dramat polskich mediów – a już szczególnie tej ginącej grupy dziennikarzy (do której sam się zaliczam), którzy chcieliby wykonywać swój zawód zgodnie z regułami starej szkoły – polega na tym, że niemal wszyscy uczestnicy politycznej gry widzą media i ich pracowników (których nawet nie wypada w tym przypadku nazywać dziennikarzami) wyłącznie jako narzędzie do osiągania politycznych celów. Nic ponadto.
Łukasz Warzecha
CMWP SDP w obronie dziennikarzy pozywanych przez mec. Romana Giertycha z art. 212 kk
CMWP SDP z najwyższym niepokojem obserwuje wzrastającą liczbę pozwów kierowanych przeciwko dziennikarzom przez Romana Giertycha w odpowiedzi na ich publikacje dotyczące jego zatrzymania przez Centralne Biuro Antykorupcyjne i oświadcza, iż wspiera dziennikarzy w tym sporze. Według przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości Roman Giertych miał działać na szkodę spółki, z którą był związany, a z której miało dojść do wyprowadzenia ponad 90 mln złotych. Adwokat zasłabł podczas zatrzymania i trafił na krótko do szpitala, co było przedmiotem szeregu publikacji medialnych w listopadzie.
Roman Giertych oskarża red. Cezarego Gmyza, red. Samuela Pereirę i red. Piotra Nisztora z art. 212 kodeksu karnego o zniesławienie, zapowiedział także skierowanie takiego pozwu przeciwko red. Michałowi Adamczykowi.
W ocenie CMWP SDP wnoszone w niniejszej sprawie akty oskarżenia stanowią tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie niezależności dziennikarskiej oraz ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie zarówno red. Cezarego Gmyza, red. Samuela Pereiry, red. Piotra Nisztora i red. Michała Adamczyka, jak i innych dziennikarzy, do podejmowania tematyki zarzutów wobec Romana Giertycha. Powoduje to tzw. efekt mrożący (tzw. chilling effect), wielokrotnie opisywany na gruncie prawa polskiego, jak i międzynarodowego. Jest to naruszenie niezależności dziennikarzy, którzy w interesie społecznym mają prawo wyrażać publicznie swoje poglądy nawet w trudnych i kontrowersyjnych sprawach, broniąc w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).
CMWP SDP informuje, iż obejmuje tę sprawy monitoringiem i zapewnia, iż nieodpłatnie udzieli w/w dziennikarzom wszelkiego wsparcia i pomocy prawnej.
Dr Jolanta Hajdasz
Dyr. CMWP SDP
Warszawa 7 grudnia 2020 r.
Fot. zrzut ekranu z portalu tvp.info.pl









