Grudniowe „Forum Dziennikarzy” już do pobrania

Najnowsze „Forum Dziennikarzy” jest już dostępne w wersji elektronicznej. W wersji papierowej – jak zapewnia nas drukarnia – będzie osiągalne 15 grudnia.

 

Tym razem tematykę „Forum Dziennikarzy” zdominowały wydarzenia na Białorusi i niezwykła rola dziennikarzy w informowaniu światowej opinii publicznej o wydarzeniach w kraju graniczącym z Unią Europejską. Tematyce białoruskiej poświęcamy cały blok tematyczny „Solidarni z Białorusią” rozpoczynający się od strony 62. Znajdziecie tam Państwo relacje białoruskich dziennikarzy, więzionych i poddawanych torturom. Opublikowaliśmy też materiały dziennikarzy sugerujące dalszy rozwój wypadków na Białorusi oraz trwające nadal relacje z pozarządowych kontaktów polsko-białoruskich uwieńczone wieloma pożytecznymi społecznie projektami.

 

Nie zabraknie w najnowszym wydaniu „Forum Dziennikarzy” interesujących tekstów odnoszących się do współczesności, tak jak autorstwa Jacka Wegnera, recenzja książki Aleksandra Nalaskowskiego pt.: „Wielkie zatrzymanie”. To ważna pozycja na rynku wydawniczym uświadamiająca współczesne mechanizmy duchowej i umysłowej degeneracji w wyniku ucywilizowania barbarzyństwa.

 

Zbliżające się święta Bożego Narodzenia zainspirowały Marię Giedz do napisania tekstu „Boże Narodzenia w internacie”, w którym działacze antykomunistycznej opozycji wspominają wigilię spędzona w więzieniach i miejscach internowania.

 

Tematyka więzienna gości też w tekście Stefana Truszczyńskiego „Szpalty za kratą” opisującym imponujący rynek wydawniczy jaki istnieje za sprawą więźniów kilku polskich zakładów karnych.

 

W niezwykle interesujący świat filmu i współczesnych wydarzeń historycznych zabiera nas Teresa Kaczorowska w tekście opisującym XII edycję gdyńskiego Festiwalu Filmowego Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci.

 

Również do współczesności odnosi się tekst Aliny Bosak „Własność intelektualna w epoce kopiuj-wklej”. To współczesność, w której bezprawnie zawłaszcza się twórczość ludzi „pióra”. Czy istnieje szansa na powstrzymanie tego procederu? Odpowiedź znajdziecie Państwo w tekście naszej autorki.

 

W najnowszym wydaniu „Forum Dziennikarzy” znajdziecie również inne, ciekawe materiały, które niech będą dla Was świąteczną niespodzianką.

 

Życzę miłej lektury

 

Andrzej Klimczak

Redaktor Naczelny „Forum Dziennikarzy”

 

 

Numer 5 (139)/2020 do pobrania

 

 Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

 

 

ADAM SOCHA: Hołd „dobrej zmiany” dla byłych „Trójkowiczów”

Decydenci Polskiego Radia najwyraźniej wierzą, że kogokolwiek posadzą przed mikrofonem, to wystarczy, że poprowadzi audycję np. „Markomania”, a słuchacze będą przekonani, że słyszą Marka Niedźwieckiego.

 

Polskie Radio chce zastrzec w Urzędzie Patentowym ponad 30 tytułów audycji Trójki – donosi portal Wirtualnemedia.pl

 

Publiczna rozgłośnia wystąpiła o zastrzeżenie takich znaków towarowych jak Wojciecha Manna „Manniak po ciemku”, Jana Młynarskiego „Dancing, salon, ulica”, Jana Ptaszyna Wróblewskiego „Trzy kwadranse jazzu”, Marka Niedźwieckiego „Markomania”, Michała Margańskiego  „AnagrammarganA”, Tomasza Żądy „Trójka Żąda debiutów”, „Magiel Wagli” (Wojciech Waglewski i Bartosz Waglewski), czy Dariusza Rosiaka „Raport o stanie świata”. A także takich nazw jak „Serwis Trójki”, „Trójkowo rockowo”, „Trójka budzi”, „Trójkowo Filmowo”, „Muzyczna poczta UKF”, „Świąteczna poczta UKF”, „Trzy wymiary gitary” czy „Strefa Rock’n’Rolla wolna od Angola”.

 

Trudno o większy wyraz uznania pod adresem twórców i prowadzących tych audycji Wojciecha Manna, Marka Niedźwieckiego, czy Dariusza Rosiaka. A jeszcze niedawno, po tym jak „dobra zmiana” wysadziła „Trójkę” w powietrze, czytaliśmy i słuchaliśmy wypowiedzi posłanki PiS Joanny Lichockiej o dziennikarzach stacji przy Myśliwieckiej 3/5/7, że się „zestarzali, przestali być tak twórczy, jak kiedyś, ale nie przyszło im do głowy, że powodują gigantyczny zjazd słuchalności Trójki. Odwrót słuchaczy był właśnie od tych, co dziś tak głośno krzyczą o rzekomym zamachu na Trójkę, a którzy rok za rokiem robili te same, coraz bardziej nużące programy” – stwierdziła posłanka Lichocka. Według członkini Rady Mediów Narodowych Ernest ZozuńMichał Olszańskisprowadzali antenę do targetu małego radyjka internetowego, jak na przykład Radio Nowy Świat. W mojej ocenie byli w tym nudni i pretensjonalni” – oceniła.

 

I teraz tytuły audycji tych „nudnych i pretensjonalnych” dziennikarzy, których już nikt nie chciał słuchać, poza garstką takich samych dziadersów i złogów po epoce Radiokomitetu, szefostwo Polskiego Radia pobiegło zastrzec, jako cenne dobra narodowe.

 

Jak było do przewiedzenia, ruch szefów Polskiego Radia wywołał rozbawienie byłych dziennikarzy Trójki dzisiaj nadających swoje audycje w Radiu Nowy Świat, jak Wojciech Mann oraz tych, którzy wkrótce uruchomią swoje audycje w Radiu 357, jak Marek Niedźwiecki.

 

Jeżeli Polskie Radio chce tak bardzo stać się właścicielem mojego tytułu „Manniak po ciemku”, to niech nie zapomną o zastrzeżeniu zarówno wersji z jednym 'n’, jak i z dwoma” – mówi Mann w portalu Wirtualnemedia.pl, a kierownictwo RNŚ sprawdza, czy zastrzeżony jest także „Manniak”, a co za tym idzie – imię i nazwisko: Wojciech Mann. „Nie mamy jeszcze pomysłu na to, co zrobimy, gdy okaże się, że i sam Wojciech Mann należy do Polskiego Radia” – ironizują.

 

Niedzielna audycja Wojciecha Manna w Radiu Nowy Świat zmieniła nazwę – zamiast „Bez kolejki” na „Manniak po omacku”.

 

To, co robi Polskie Radio to przejaw żenującej reakcji nacechowanej zemstą wobec wszystkich ludzi, którzy wcześniej wyrzuciło z pracy” – ocenił z kolei Dariusz Rosiak, autor znakomitej, na wysokim poziomie prowadzonej audycji „Raport o stanie świata”.  Nota bene do dzisiaj nie jestem w stanie zrozumieć decyzji nie przedłużenia umowy właśnie z tym publicystą i autorem interesujących, ważnych książek. Jego audycje w żaden sposób nie komentowały poczynań „dobrej zmiany”, czy totalnej opozycji. Była poza i ponad plemiennymi wojnami. Może to po prostu czyjaś zawiść?

 

Kuba Strzyczkowski z Radia 357 mówi, że jego nowe radio nie miało planów wykorzystywania nazw audycji z Trójki. „Wypada jednak podziękować zarządowi za dobrą reklamę. Problem jednak polega na tym, że radio tworzy człowiek – jego sposób narracji, sposób opowiadania o świecie. Tytuł audycji jest wyłącznie etykietą formy, którą wypełnia prowadzący. I owszem, mógłbym założyć koszulkę Maradony, ale zapewniam, że dzięki temu nie będę grał jak Maradona” – oznajmił.

 

Jednak przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, członkini tego ciała Joanna Lichocka i prezes Zarządu Polskiego Radia S.A. Agnieszka Kamińska najwyraźniej wierzą, że kogokolwiek posadzą przed mikrofonem, to wystarczy, że poprowadzi audycję np. „Markomania”, a słuchacze będą przekonani, że słyszą Marka Niedźwieckiego.

 

To, co w tej historii napawa optymizmem, to fakt, że eks-dziennikarze Trójki byli w stanie w rekordowo szybkim czasie znaleźć słuchaczy, którzy wyłożyli własne pieniądze, by móc nadal słuchać ulubionych prezenterów.  Radio Nowy Świat na stronie Patronite.pl uzbierało już 31 360 patronów, którzy w sumie wyłożyli 5 496 377 zł, po 697 018 zł miesięcznie. Radio 357 Kuby StrzyczkowskiegoMarka Niedźwieckiego ma 14 561 patronów, którzy złożyli się na 667 893 zł, deklarując miesięczne wpłaty 349 562 zł.

 

Sam Dariusz Rosiak zebrał w serwisie Patronite deklaracje miesięczne w kwocie 62 tys. złotych od ponad 4 tys. osób i prowadzi podcast „Raport o stanie świata”, do którego w październiku dołączył „Raport o stanie książek”.

 

A Program 3 dziś już właściwie nie istnieje. Słuchalność zjechała z 8,8 proc. po przejęciu Polskiego Radia przez PiS, do zaledwie 2,9 proc. Obecnie, po wielkiej czystce.

 

No, ale Czabański-Lichocka-Kamińska mają w zanadrzu wunderwaffe. Polskie Radio odpaliło w grudniu kampanię reklamową Programu 3 pod hasłem „Zapraszamy do Trójki”. To był tytuł jednych z najbardziej znanych porannych i popołudniowych audycji, prowadzili je m.in. Łukawski, Mann, Strzyczkowski, Olszański. I właśnie „Zapraszamy do Trójki” zdjął z anteny jej nowy dyrektor Michał Narkiewicz-Jodko.

 

Adam Socha

 

PS. Prezesko Polskiego Radia, nie zapomnijcie zastrzec też „Karpia” – projekt dziennikarzy „Trójki” wspólnego śpiewania świątecznej piosenki. Ta tradycja ma już 20 lat. Tematem wspólnym większości z piosenek jest refren: „Krok po kroku, krok po kroczku, Najpiękniejsze w całym roczku, Idą święta, idą święta”. Teksty do niej pisali m.in. Jakub Strzyczkowski, Artur Andrus, Grzegorz Wasowski, Michał Rusinek, Jacek Poniedzielski, Piotr Bukartyk, Maria Czubaszek, Michał Zabłocki. W tym roku czekamy na tekst tercetu Czabański-Lichocka-Kamińska. Koniecznie ujmijcie ocalenie karpia przez „Piątkę dla zwierząt”. Prezes JK będzie zachwycony!

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Z druku wprost w sieć

Czy skok z druku do Internetu to skok na bardzo głęboką i mętną wodę? Jakie ostrzeżenia zawierają prognozy dla dziennikarstwa? Czy uda nam się zadbać o wysoką jakość materiałów i bezpieczeństwo dziennikarzy?

 

Okruchy historii

 

Przechodzenie tytułów prasowych do Internetu wyglądało bardzo różnie. „Rzeczpospolita” stworzyła odrębną redakcję, do której na początku zgłosiły się tylko dwie osoby. Na łamach sdp.pl wspominał to ostatnio Mirosław Usidus, dając artykułowi znamienny tytuł: „Spotkamy się tam, gdzie nikt na nas nie czeka”.[1] Nieistniejący już kielecki dziennik „Słowo Ludu”[2] (pierwotnie organ KW PZPR) wkroczył do sieci w początkach XXI wieku. Na stronie WWW pojawiała się z opóźnieniem wobec wydania papierowego wersja PDF z usuniętymi przez grafika reklamami. Płachta zawierała więc liczne „białe plamy”, co można żartobliwie odnieść do PRL-owskiej przeszłości. „Słowo Ludu” przetrwało do maja 2006 roku, kiedy ówczesny właściciel norweski koncern Orkla zdecydował o zamknięciu tytułu. Pomysł takiej ekspozycji gazety nie zanikł. W podobnej formie ukazywał się np. „Mediafun Magazyn” Macieja Budzicha (2010-2011 r.)[3], choć to był ruch w drugą stronę – czyli od bloga do pisma i oczywiście zawierał również materiały marketingowe. W wersji zarówno papierowej jak i PDF znajdziemy „Tygodnik eM”[4], czy „2 Tygodnik Kielecki”[5]. Do niedawna również kwartalnik „Doradca Kariery”, ale ten ostatni tytuł nie przetrwał pandemii i właśnie zakończył działalność[6]. Nieco optymizmu wniósł ostatnio materiał „Press” na temat tygodnika „Wprost”, którego ostatni drukowany numer ukazał się 30 marca 2020 r., co redakcja uzasadniła spadkami sprzedaży w związku z wiosennym lockownem.

 

Optymistycznie i pesymistycznie

 

Wspomniany materiał „Press” odnosi się głównie do faktu, że „Wprost” w sierpniu był najczęściej cytowanym tygodnikiem. Warto jednak zaznaczyć, że „Press” uznał, iż rezygnując z wersji drukowanej tytuł stracił na prestiżu[7]. Pytany wiosnę przez SDP.PL o opinię na temat przyszłości „Wprost” dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach stwierdził: Nie umiem znaleźć przykładu potwierdzającego udane przejście czasopisma do sieci bez kontynuacji wersji drukowanej, to było raczej przedłużenie agonii. Z moich obserwacji wynika, że w znakomitej części przypadków migracja prasy do cyberprzestrzeni była podyktowana przede wszystkim… umocnieniem wydania drukowanego jako głównego kanału dystrybucji treści. Niestety, ale nie widzę świetlanej przyszłości przed „Wprost”. Mówię to z żalem, bo z każdym znikającym tytułem odchodzi kawałek naszego świata. Nie idealnego może, ale naszego[8].

 

Zapytany obecnie o opinię stwierdza, że zdania od wiosny nie zmienił. Dopytywany o „Wprost” dodaje: Nie mam dostępu do danych dotyczących faktycznej sytuacji „Wprost”. Materiał „Press” mówi tylko o cytowalności. To oczywiście super, ale cytowalność nie zagwarantuje przetrwania. Bardziej ilość subskrypcji i reklamodawcy – uzupełnia dr Chrząstek.

 

„Wprost” trwa i to w obecnej sytuacji dobry komunikat. To zresztą pismo zaprawione w bojach o przetrwanie. Wystarczy zacytować tytuły rozdziałów poświęconych temu tygodnikowi w fundamentalnym dla zagadnienia opracowaniu prof. Tomasza Mielczarka „Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości” (Kraków 2018). Rozdział: „Wprost”. Radykalne rewolucje, zawiera trzy podrozdziały: okres poznański, przeprowadzka do Warszawy, nietrafione pomysły i poszukiwanie nowej koncepcji. W konkluzji medioznawca stwierdza:

 

Zbyt gwałtowne zmiany, jakie mogliśmy obserwować w piśmie, powodowały odpływ czytelników w tempie znacznie większym niż u konkurencji. Chociaż w ostatnich latach „Wprost” pod względem ekonomicznym sprawnie wykorzystuje sprzyjającą mu koniunkturę polityczną, jego sytuacja wydaje się wyjątkowo trudna[9].

 

Może więc przejście do sieci dla „Wprost” to po prostu kolejna rewolucja?

 

Medialna żałoba

 

Kolejnym tytułem, który przechodził w związku z pandemią w całości do sieci był branżowy kwartalnik „Doradca Kariery”. Wiosną redaktor naczelna Agnieszka Ciereszko, która wypowiadała się na ten temat dla SDP.PL, była pełna optymizmu. W listopadzie przyszło jej jednak pożegnać się z czytelnikami w następujących słowach: Drogi Czytelniku! Trzymasz w dłoniach (rzecz jasna wirtualnie) ostatni numer naszego wspólnego, branżowego czasopisma „Doradca Kariery”. Małe doradcze Wydawnictwo nie przetrwało ataku Covid-19. W pierwszej chwili, kiedy dotarło do mnie, że trzeba będzie zamknąć projekt, poczułam klasyczne zaprzeczanie „przecież to niemożliwe”, później przyszła złość i następnie, po sprawdzeniu wielu opcji ratunkowych, stało się jasne: z końcem roku 2020 kończymy pracę nad Kwartalnikiem. Zupełnie jak w modelu żałoby autorstwa Kübler-Ross, która opisuje pięć podstawowych odpowiedzi na stratę[10].

 

Wszystko to w czasie, w którym zainteresowanie ofertą mediów znacznie wzrosło w związku z pandemią. W wypowiedzi dla SDP.PL Dorota Bieniek-Kaska prezes LoveBrands Relations, czyli firmy, która zleciła badania „Jakich informacji w dobie koronawirusa szukają Polacy?”, uzupełniła upublicznione rezultaty: Pandemia koronawirusa silnie podziałała na nas wszystkich. Z jednej strony zwiększyła się nasza konsumpcja mediów, z drugiej strony jesteśmy namawiani do pozostawania w domach oraz czujemy obawę (uzasadnioną lub nie) przed dotykaniem przedmiotów, które ktoś wcześniej miał w swoich rękach – a tak jest w przypadku prasy drukowanej. Z tego powodu staramy się konsumować media w sposób dla nas bezpieczny. Według badania LoveBrands Relations Internet jest podstawowym źródłem informacji w czasie pandemii koronawirusa. Kolejne źródła informacji: media społecznościowe (39%) oraz radio (34%) nie zyskały aż tak dużo popularności[11].

 

Ponure barwy przyszłości

 

International Federation of Journalism w prognozach na przyszłość zwraca uwagę, że nowe możliwości technologiczne otwierają przed dziennikarstwem fantastyczne perspektywy, ale jednocześnie stanowią poważne zagrożenie m.in. dla miejsc i warunków pracy i jakości dzieła dziennikarskiego. IFJ podkreśla, że z Internetowego tortu największe kawałki pożerają, ci, którzy nie dostarczają treści: Facebook i Google. W perspektywach zwrócono uwagę, że nadawcy publiczni (zwłaszcza telewizyjni), którzy stanowili przez długie lata równowagę dla mediów komercyjnych nastawionych na zysk, mają coraz mniejsze środki i są poddawani (w skali świata, nie tylko Polski jakby się mogło zdawać) poważnym naciskom politycznym. Kolejne zagrożenie dostrzeżono w koncentracji, która może pozbawić media roli strażnika, ma negatywny wpływ na demokrację i pluralizm. W wizji przyszłości IFJ wyraziła poważne obawy o ocalenie dziennikarstwa wysokiej jakości i o zachowanie przez niego roli dobra publicznego bez względu na właściciela redakcji. Podkreślono wreszcie, że dziennikarze nie oprą się zmianom, ale muszą mieć wpływ na kształtowanie przyszłości. IFJ poszukuje rozwiązań na nurtujące nas również w Polsce dylematy:

  • Poszukiwanie nowych modeli finansowania mediów, skoro stare uległy wypaleniu,
  • Stworzenie lobby broniącego nadawców publicznych m.in. przed naciskami natury politycznej,
  • Prowadzenie kampanii promujących dziennikarstwo wysokiej jakości,
  • Wsparcie mediów w sprawiedliwym przechodzeniu do formuły cyfrowej,
  • Walka o przyzwoite warunki pracy i płacy w mediach cyfrowych,
  • Sprawiedliwy udział platform społecznościowych w finansowaniu tworzenia atrakcyjnych treści,
  • Wspieranie polityki medialnej, która stawia interes publiczny w centrum dziennikarstwa,
  • Walka z koncentracją mediów[12].

 

W tym pierwszym kontekście warto przypomnieć prognozę Journalism 2025, której autorzy zwrócili uwagę na „podjadanie” materiałów prasowych w Internecie. Odbiorcy kupują dostęp do pojedynczych artykułów zamiast do całych wydań. Nie odznaczają się też wiernością wobec tytułu prasowego, szukając materiałów na tematy popularne choć niekoniecznie istotne[13]. Tymczasem w marketingu silna marka to taka, która ma wiernych konsumentów.

 

Świat się martwi a my?

 

Czwarty już raport UNESCO: „Building digital safety for journalism” podkreśla, że Organizacja Narodów Zjednoczonych obawia się o przyszłość dziennikarstwa, w tym o bezpieczeństwo przedstawicieli mediów, które, jak stwierdzono w materiale, powinno znacznie przekraczać to technologiczne, ale dotyczyć również fizycznego i psychicznego. Zalecenia skierowane są nie tylko do redakcji i samych dziennikarzy ale również do rządów[14]. Również w Polsce drugiej dekady XXI wieku dziennikarze są narażeni na ataki fizyczne, jak ostatnio reporterka TVP Info Ksenia Kodymowska, a niewiele wcześniej dziennikarki „Gazety Wyborczej” – w oby wypadkach reagowało Centrum Monitorowania Wolności Prasy SDP[15] i słowne, czego najbardziej odrażającym i aktualnym przykładem jest obelżywa wypowiedź Marty Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet na temat dziennikarzy TVP[16]. Ta ostatnia sprawa miast bulwersować i wywoływać powszechne protesty ludzi mediów, przechodzi w przerażającej ciszy i przy zaskakującej, acz głównie niemej, aprobacie. Przywołane działania tej organizacji społecznej stawiają Polskę poza cywilizacją zachodnią, demokracją i strefą wolności słowa. Dostęp do informacji i zapewnienia bezpieczeństwa dziennikarzom nie mogą zależeć od czyjegoś widzimisię.

 

Na koniec warto przywołać „The Online Media Self-Regulation Guidebook” (Wiedeń 2013 r.). Zgodnie ze wstępem do tej wielkiej zachęty do samoregulacji mediów w Internecie, który napisała Dunja Mijatović, media internetowe zmieniły bardzo wiele w funkcjonowaniu, chociażby to, że wypowiadać może się w sieci każdy. Zachęcają do tego szczególnie platformy social mediowe, które karmią się treścią i uzależniają, na co na SDP.PL zwracał ostatnio uwagę Mirosław Usidus[17]. Tymczasem demokracja wymaga, według Mijatović, niezależnego dziennikarstwa, które pracuje nad dostarczaniem wiarygodnych, bezstronnych wiadomości oraz analiz[18]. Prezes Stowarzyszenia Fotoreporterów Ludmiła Mitręga, w wywiadzie udzielonym SDP.PL powiedziała, że: Wszyscy potrzebujemy rzetelnych ludzi, którzy robią informacje, a nie tylko ilustracje. Bez nich kontrola społecznea stawać się będzie coraz bardziej iluzoryczna. Dziennikarstwa dotyczy to dziś w takim samym stopniu, a czas na działanie jest teraz!

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://sdp.pl/spotkamy-sie-tam-gdzie-nikt-na-nas-nie-czeka-analiza-miroslawa-usidusa/ – dostęp 21.11.2020 r.

[2] http://sbc.wbp.kielce.pl/dlibra/publication/9936 – „Słowo Ludu” w Świętokrzyskiej Bibliotece Cyfrowej – dostęp 21.11.2020 r.

[3] https://www.mediafun.pl/category/mediafun-magazyn/ – dostęp 21.11.2020 r.

[4] https://emkielce.pl/tygodnik-m/45-2020 – dostęp 21.11.2020 r.

[5] https://2tk.pl/ – dostęp 21.11.2020 r.

[6] https://doradca-kariery.pl/ – dostęp 21.11.2020 r.

[7] https://www.press.pl/magazyn-press/artykul/63767,jak-feniks_ – dostęp 21.11.2020 r.

[8] https://sdp.pl/media-przed-w-trakcie-i-po-pandemii-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 21.11. 2020 r.

[9] T. Mielczarek, Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości, Universitas, Kraków 2018, s 152.

[10] „Doradca Kariery”, 2020 r., Nr 4, s. 1.

[11] https://sdp.pl/media-przed-w-trakcie-i-po-pandemii-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 21.11.2020 r.

[12] https://www.ifj.org/what/future-of-journalism.html – dostęp 21.11.2020 r.

[13] https://www.journalism2025.com/trends.html – dostęp 21.11.2020 r.

[14] http://wayback.archive-it.org/10611/20160828055331/http://www.unesco.org/new/en/communication-and-information/resources/publications-and-communication-materials/publications/full-list/building-digital-safety-for-journalism-a-survey-of-selected-issues/ – dostęp 21.11.2020 r.

[15] https://sdp.pl/protest-cmwp-sdp-przeciwko-zaatakowaniu-dziennikarki-tvp-w-siedzibie-organizacji-strajk-kobiet/ – dostęp 21.11.2020 r.; https://sdp.pl/protest-centrum-monitoringu-wolnosci-prasy-sdp-przeciwko-atakowi-na-reporterki-gazety-wyborczej/ – dostęp 21.11.2020 r.

[16] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/strajk-kobiet-protest-konferencja-bez-reporterki-tvp-info – dostęp 21.11.2020 r.

[17] https://sdp.pl/co-palisz-miroslaw-usidus-o-narkotyku-jakim-jest-facebook/ – dostęp 21.11.2020 r.

[18] https://www.osce.org/files/f/documents/d/b/99560.pdf – dostęp 21.11.2020 r.

Dobry Ruch a sprzedaż hot-dogów – komentarz JERZEGO KŁOSIŃSKIEGO

Zakup pakietu większościowego prywatnej spółki kolpertera prasy (ale nie tylko) – Ruch SA, to dobry ruch ze strony giganta paliwowego PKN Orlen. Krajowy kolporter prasy ma swoją już ponad stuletnią historię, która go wiąże z tradycją II RP, tak jak wiele innych firm Polski przedwojennej, choćby PKO.

 

W ostatnich latach Ruch SA, jako już prywatna spółka, dołował niesamowicie, same jej długi sięgające ponad 500 mln zł stanowił około 50- procent obrotów. Przechodziła proces restrukturyzacji i układania się z wierzycielami. Przede wszystkim w wyniku decyzji politycznej ze strony władz PiS o charakterze patriotyzmu biznesowego przed spółką pojawia się teraz nowa perspektywa. Miejmy nadzieję, że nie zostanie zmarnowana. Jej segment działalności i zasoby wpisują się idealnie w sprzedaż detaliczną Orlenu w ramach jego blisko 1,8 tys stacji paliwowych, które są też współczesnymi sklepami i barami bistro. Ruch dorzuca do tej bazy około 2 tys. swoich punktów sprzedaży i saloników prasy oraz całą swoją bogatą strukturę logistyczną, jak dostarczanie prasy do 15 tys. punktów czy usługa kurierska „Paczka w Ruchu”. Zatem przychody spółki ze sprzedaży prasy to tylko część jej obrotów, ale znacząca dla rynku prasy papierowej.

 

Ten segment kurczy się w wyniki cyfryzacji, co oczywiście przekłada się na zmniejszanie nakładów prasy, ale mimo wszystko jest to proces nie tak gwałtowny jak niegdyś wieszczono i wydrukowana „gazeta” pozostaje nadal wartością samą w sobie. Pytanie jest zasadnicze, co można zrobić przy założeniu, że chcemy rozwijać kolportaż prasy i upowszechniać jej czytelnictwo, które jest niskie w Polsce w porównaniu do Niemiec czy Francji? Wszelkie formy doskonalenia kolportażu, czyli odpowiednie dostarczanie albo eksponowanie mogą zmienić tylko w niewielkim stopniu ten stopień zainteresowania jej czytelnictwem. Bez zmiany oferty prasy, szczególnie dzienników i tygodników, które są istotą koloportażu prasy, nie poprawimy sytuacji.

 

Dlatego patriotyzm gospodarczy władz centralnych dopiero będzie miał sens, gdy zostanie rozbudowany czy wzmocniony poprzez wspieranie wydawnictw prasowych oferujących, że tak powiem, krajowy produkt. Bo, aby kolportaż się dobrze kręcił, musi nastąpić rozwój prasy regionalnej, lokalnej wychodzący z inicjatywy środowisk, którym zależy na przekazie treści ważnych dla własnych społeczności. Jeśli zastąpimy poprawne politycznie różne gazety według dominującego w elitach Unii Europejskiej wzoru liberalano-lewicowego na autentyczne głosy ludzi, którzy mówią co myślą, to prasa ożyje.

 

Trzymanie się tego wzorca narzucanej poprawności zniechęca do czytania gazet. W Polsce na przykład wszystkie dzienniki regionalne mówią to samo, bo wydawca jest ten sam, z kapitałem po zachodniej stronie naszej granicy. To tylko jedna z przeszkód rozwoju czytelnictwa, bo rozwój buduje się na autentyczności. Ale są i inne, równie ważne. Rozwinięte kraje Zachodu, dbające o kształt swojej opinii publicznej, wspierają prasę, jej kolportaż i sprzedaż. U nas segment prasy oddany jest tzw. wolnemu rynkowi, a tak naprawdę obecnie lobbystom z Niemiec. Władze państwa widzą jedyną tarczę we wpływie na opinie publiczną w postaci dofinansowania TVP, lekceważąc segment prasy. Ok, może jest teraz pierwsza jaskółka, zakup Ruchu SA przez PKN Orlen, ale bez równorzędnego stwarzania korzystnych warunków do wydawania prasy, to jaskółka wysoko nie poleci, chyba że chodzi tylko o sprzedaż hot-dogów i czerpanie zysków finansowych oraz tzw. pijar.

 

Jerzy Kłosiński

Orlen kupił Ruch. Co z tego wynika? – analiza ŁUKASZA WARZECHY

Orlen objął 65 proc. akcji stojącego na krawędzi upadku Ruchu – jednego z zaledwie trzech największych dystrybutorów prasy w Polsce. Pozostali to Kolporter i Garmond Press. Krach Ruchu był dla wydawców prasy ogromnym problemem z dwóch powodów. Po pierwsze – ze względu na zaległości spółki wobec nich. I tu już niewiele dało się zrobić – wydawcy dostali jedynie część swoich należności, wielu z nich musiało sobie zadłużenie Ruchu odpisać od wartości spółek. Po drugie – gdyby Ruchu zabrakło, zabrakłoby też znacznej części sieci dystrybucji papierowej prasy, która w naszym kraju wciąż odgrywa sporą rolę.

 

Uratowanie Ruchu przez Orlen jest zatem z tego punktu widzenia dobrą wiadomością. Uczciwie trzeba też powiedzieć, że otwiera przed dystrybutorem prasy nową perspektywę, bo Orlen, posiadając sieć stacji benzynowych, ma już i doświadczenie, i infrastrukturę odpowiednie do zajęcia się biznesem takim, jakim zajmuje się Ruch. Prezes Daniel Obajtek zapowiada pracę nad nowymi formatami sklepowymi i dystrybucyjnymi. Możliwe są zupełnie nowe rozwiązania, oparte na synergii. A jest to wydawcom prasy bardzo potrzebne. Ruch nie robi już zaległości finansowych, od miesięcy reguluje swoje należności na czas.

 

Lecz trudno nie mieć zarazem poważnych obaw, szczególnie gdy na stole jest też ewentualny zakup Polskiej Press Grupy przez Orlen. Gdyby do niego doszło, byłby to nie tylko wstęp do budzącej wielkie wątpliwości „repolonizacji”, tyle że bardziej w wariancie węgierskim, ale też stworzyłoby to konflikt interesów: wielki dystrybutor prasy byłby zarazem wydawcą.

 

Pisząc o planach repolonizacji czy też dekoncentracji mediów w Polsce (także na portalu SDP), wielokrotnie ostrzegałem, że jest to sposób na przejęcie przez spółki skarbu państwa kontroli nad mediami dotąd krytycznymi wobec władzy – bo jedynie SSP mają pieniądze wystarczające, aby przejmować media od zagranicznych właścicieli. Ruch Orlenu dowodzi słuszności tych obaw. Na razie dotyczy to tylko dystrybutora prasy, jeszcze nie wydawcy, ale po prostu taka tylko na razie okazja się nadarzyła.

 

Ratunkowa propozycja Orlenu padła, bo zgrało się kilka czynników. Po pierwsze – oczekiwanie polityczne władzy. Po drugie – ambicje polityczne obecnego prezesa Orlenu. Po trzecie – zasoby finansowe firmy, która powoli przekształca się z dystrybutora i producenta paliw w rodzaj koreańskiego czebola. Przy czym warto pamiętać, że czebole okazały się przedsięwzięciem chybionym i z czasem zaczęły sprawiać problemy. Czy naprawdę zadaniem firmy z rynku paliwowego powinno być dystrybuowanie prasy? Wolnorynkowa odpowiedź, pod którą się podpisuję, jest oczywista: nie, to nie jest zadanie takiej firmy i w ogóle nie powinno to być zadanie firmy z dominującym udziałem skarbu państwa.

 

Wszystko to każe być bardzo ostrożnym. Na razie deklaracje wszystkich udziałowców Ruchu są takie, że każdy wydawca prasy ma być traktowany identycznie, ale to tylko słowa i trudno się spodziewać czegoś innego. Mieliśmy zaś już do czynienia z problemami niektórych wydawców z eksponowaniem ich czasopism właśnie na stacjach Orlenu (o tym również swego czasu tutaj pisałem). Pokusa uwzględnienia politycznych preferencji w kanale dystrybucji prasy, skoro już ma się w ręku narzędzie to właśnie umożliwiające, będzie ogromna. Szczególnie że media przez obie strony sporu politycznego są traktowane bardzo przedmiotowo i instrumentalnie, a swoją rolę grają tu również wspomniane polityczne ambicje prezesa Orlenu.

 

Jest w tym wszystkim pewien paradoks. Z jednej strony sprawna dystrybucja prasy jest warunkiem istnienia wolności mediów. Może nie najważniejszym, ale na pewno bardzo ważnym. W tym sektorze istnieje tymczasem faktyczny oligopol. Można zatem uznać, że ratunkowe działanie Orlenu względem Ruchu jest działaniem na rzecz utrzymania wolności mediów.

 

Z drugiej jednak strony przejęcie dystrybutora przez firmę, która całkiem oficjalnie (vide wypowiedzi wicepremiera Jacka Sasina) ma po prostu realizować politykę partii rządzącej i która jest poddana bezpośredniej politycznej kontroli poprzez ministra zasobów państwowych, rodzi ryzyko dla tej właśnie wolności mediów. Trzeba by być skrajnie naiwnym, żeby uznać, że gotowość Orlenu do ratowania Ruchu nie miała politycznego podtekstu i nie została potraktowana jako okazja do stworzenia pierwszego przyczółka SSP w sektorze mediów prywatnych.

 

Szkoda, że nie przyjęto tutaj znacznie przejrzystszego wariantu. Istnieją przecież instytucje takie jak Agencja Rozwoju Przemysłu czy Polski Fundusz Rozwoju. Restrukturyzacja Ruchu przy dofinansowaniu przez którąś z tych instytucji (ARP ma duże doświadczenie w stawianiu na nogi kulejących firm), po czym ponowna jego prywatyzacja byłaby rozwiązaniem budzącym znacznie mniejsze obawy.

 

Łukasz Warzecha

PIOTR LEGUTKO: Białoruś. Fenomen 2020

Żyjemy w cieniu pandemii. Wciąż toczy się spór na temat jej skali, skutków oraz tego czy kuracja, jaką świat sobie zaordynował, nie okaże się ostatecznie groźniejsza od choroby. Nikt jednak nie ma wątpliwości, że rok 2020 będzie kojarzony z zarazą. Może i tak będzie, ale zaryzykowałbym twierdzenie, że historia brzemienna w skutki dzieje się właśnie teraz nie w Londynie, Berlinie czy Madrycie, ale na ulicach Mińska, Grodna i Brześcia. I nie dotyczy pandemii, ale wolności.

 

Ryzyko postawienia takiej tezy nie jest zbyt wielkie. Każdy, kto uważnie śledzi złotą (a raczej biało-czerwono-białą) białoruską jesień, musi dostrzec jej wyjątkowość. Wszystkie porównania – z tym najczęściej przywoływanym, do narodzin polskiej Solidarności – są nie do końca trafione. Skala protestów, ich dramatyzm, charakter, stopień organizacji społecznej, determinacja, odwaga, nie tylko budzą szacunek i respekt. Są fenomenem na wielu poziomach, nie dającym się opisać z użyciem znanych nam klisz i formatek. Jedni mówią narodziny narodu, inni narodowe odrodzenie. Punkt zwrotny, cezura, game changer… Mnożą się spekulacje, eksperci szkicują scenariusze rozwoju sytuacji, zalecają chłód i wstrzemięźliwość w ocenie szans na polityczny przełom. A on się właśnie dokonuje, „dzieje się historia” i woła o swoich kronikarzy.

 

Mam wrażenie graniczące z pewnością, że nie ma w nas, dziennikarzach, ludziach powołanych do tej kronikarskiej misji, świadomości skali tego wyzwania. Chodzi nie tylko o klasyczny, reporterski instynkt łowcy. Oczywiście, na Białoruś powinien ruszać każdy, kto pojmuje ten zawód jako powinność bycia tam, gdzie dzieją się rzeczy naprawdę ważne, ale – wiadomo – nie każdy ruszać może. Czasy są jednak takie, że nawet z Warszawy czy Lublina można „ogarniać” temat, wykorzystując nie strumień, ale rzekę materiału płynącą z Białorusi. Bo to jest protest pokolenia smartfonów. Paradoksalnie podnieśli głowy ludzie nazywani generacją „head down” (rzadko odrywającą wzrok od ekranu). Nie tylko oni, ale właśnie dzięki nim możemy śledzić w czasie rzeczywistym i z bliska ów fenomen.

 

Dlaczego zatem nie jest to cover story polskich mediów? Dlaczego temat nie uwodzi włoskich, amerykańskich czy brytyjskich dziennikarzy – odpowiedzieć stosunkowo łatwo. Ale jak wytłumaczyć letniość naszej, polskiej, tak emocjonalnej przecież grupy zawodowej wobec pasjonującej historii dziejącej się dosłownie za miedzą? Co „ważniejszego” zajmuje nasze głowy, pochłania czas, budzi emocje – łatwo sprawdzić. Nigdy jeszcze tak wielu z nas nie zajmowały sprawy tak mało istotne, groteskowe awantury, podwórkowe intrygi, opisywane zresztą językiem całkowicie dla nich adekwatnym. Ktoś powie – my też mamy swoją rewolucję. Dziennikarze też są na barykadach, malują twarze, krzyczą: „wy…ć!”. Odpowiem – jakie dziennikarstwo, taka rewolucja. I żeby nie przesadzać z biciem się jedynie we własne, korporacyjne piersi poproszę o szerszy kadr. To samo dzieje się w środowisku artystycznym, na polskich uczelniach. Akademicy w oficjalnych oświadczeniach porównują Strajk Kobiet do narodzin Solidarności… Co się stało z naszą klasą? Inteligencjo, jeśli drogie ci tamte ideały, powinnaś dziś zdobić swoje profile na FB nie błyskawicami, ale flagą biało-czerwono-białą.

 

Można znaleźć sto powodów, dla których odrodzenie białoruskie powinno nas, polskich dziennikarzy porywać. Dla mnie, ze względu na aktualne zajęcie (TVP Historia) jest to oczywiście wspólne dziedzictwo. To, które dało znać o sobie dokładnie rok temu, w Wilnie, na pogrzebie bohaterów Powstania Styczniowego, gdy przedstawicie trzech narodów oddawali hołd swoim wspólnym bohaterom. Kogoś innego może fascynować niezwykła kultura, czysta etycznie forma mińskich czy grodzieńskich protestów, tak bardzo odróżniająca się od obecnego „europejskiego” standardu (a tak podobna naszym doświadczeniom sprzed 40 lat). Kogoś o bardziej lewicowym temperamencie powinien uwieść cud kapitału społecznego, samoorganizacji jaka objawiła się na ziemiach uważanych (jakże niesłusznie) za całkowicie zsowietyzowane. I tak można bez końca.

 

Ludzie, to się dzieje naprawdę! I niech nas ten wielki temat nie ominie.

 

Zdjęcie: FB 

„Budka suflera” – DONAT BRYKCZYŃSKI o fotoreporterach w czasie zamieszek

Wielu z nas zapewne pamięta czasy, kiedy przedmiot o nazwie „legitymacja prasowa” kurzył się w portfelu, a często w szufladzie biurka. Bo w zasadzie był zbędny. Fotoreporter był fotoreporterem, bo miał aparat, tak mówił i robił zdjęcia. Podobnie operator telewizyjny czy radiowiec. Legitymację czasami zastępowała wizytówka, którą wręczało się rozmówcy.

 

Na demonstracjach, nawet tych najostrzejszych, fotoreporter uwięziony pomiędzy tłumem a policją mógł liczyć na to, że będzie, jak „budka suflera”. Wszyscy będą udawać, że go nie ma na scenie. Demonstranci nie dadzą mu po ryju, a policjanci nie potraktują go gazem i pałą. Oczywiście zdarzały się incydenty, nawet bardzo poważne. Jeden z naszych kolegów stracił oko od kuli gumowej wystrzelonej przez policję. Ale było to tak bulwersujące, że fotoreporterzy, pospolitym ruszeniem zaprotestowali nawet w Sejmie RP, zakładając – wszyscy, jak jeden mąż – koszulki z napisem „mamy na was oko”. Zrobili sobie nawet pamiątkowe zdjęcie na schodach w wejściu głównym. Nikt wtedy nie zastanawiał się nad tym, czy takie zachowanie jest zgodne z jakimś „kodeksem etyki dziennikarskiej”. Straż marszałkowska nie wyrzuciła ich z Sejmu, a policja nie „zapuszkowała” na Wilczej.

 

Co się zmieniło od tych niezbyt odległych czasów? Zapewne ostra polaryzacja sceny … prasowej.

 

Kiedyś wszyscy opowiadaliśmy sobie anegdotę o tym, jak krewki demonstrant zapytał naszego kolegę: „Z jakiej gazety jesteś?”. „ Ja sem Czech” – odpowiedział fotoreporter.

 

My, fotoreporterzy, nie jesteśmy gośćmi od analizowania zmian zachowań społecznych. Nie specjalnie przejmowaliśmy się zatem pytaniem: „skąd jesteś ?”, które pojawiało się coraz częściej. Dziś już nikt nie pyta. Chyba, że pytanie „po co tu fotografujesz” jest dodatkiem do wyciągniętej piąchy. Szczęśliwie nie jest to jeszcze normą, ale powoli relacjonowanie zadym zamienia się w ruletkę. Postawisz na czarne, wypadnie czerwone i bęc. Takie bęc przeżył nasz kolega 11 listopada 2013 roku, gdy kilku krewkich kiboli postanowiło sprawdzić czy uda im się zrobić z jego twarzy befsztyk tatarski. Dobrze że praktykowali w kiepskiej kuchni. Skończyło się „tylko” na połamanym nosie i siniakach.

 

No dobrze, niech to ryzyko będzie wpisane obecnie w nasz zawód. Pewni ludzie nie lubią pewnych mediów, albo mediów w ogóle, więc koleżanko fotoreporterko i kolego fotoreporterze uważajcie, bo zanim zdążycie się zidentyfikować, możecie dostać po głowie. Taki bonus od rodaka. Idziesz do roboty uzbrojony w aparat, uważaj na odłamki frustracji społecznej. Oby Cię nie poraniły. Taki czas, takie miejsce, nie narzekaj.

 

W tym teatrze zmagań o bezpieczeństwo dziennikarzy, w realizowaniu prawa odbiorców mediów do otrzymania informacji, ważnym graczem jest też Policja. Policja, która jeszcze nie dawno, pomimo braku opasek, kamizelek, widocznych identyfikatorów czy czapeczek z antenką, nie gazowała, nie pałowała i nie wrzucała dziennikarzy do „suki” jak zbójców. Wręcz przeciwnie. Policja podejmowała próby integracji międzyśrodowiskowej. Jak chociażby podczas meczu Ekstraklasy w 2017 roku. Gdy funkcjonariusze Policji przebrani w kamizelki z napisem „FOTO”, zakuwali w kajdanki, na środku murawy, w świetle kamer i reflektorów, niesfornego kibica. Po cichutku liczyliśmy na więcej. Wspólne szkolenia, sympozja, wyjazdy integracyjne. Nic z tego. Dziś co najwyżej możemy liczyć na przyjacielskie poklepywanie pałą po plecach.

 

Niektórzy koledzy próbują to nawet tłumaczyć:  „mają zaparowane przyłbice i nie widzą do kogo strzelają albo pałują”. Bo jak inaczej zrozumieć „odrzuconą miłość”? Tylko obrazki uwiecznione na matrycach aparatów i kamer świadczą o czym innym. To nie „zaparowane przyłbice”, to raczej niezrozumiałe przyzwolenie na tego typu zachowania. Bo jak wytłumaczyć sens polewania gazem samotnie stojącego fotoreportera z ogromnym aparatem na szyi? Obrazek podobny do zdjęcia nieżyjącego już Maćka Macierzyńskiego, który samotny na placu boju polewany był z armatki na wozie milicyjnym. Tylko ten obrazek to świadectwo czasów dawno minionych. To skąd to podobieństwo?

 

Ewidentnie widać, że rozpędzone życie niesie zmiany. Te zmiany to również masowe uczestnictwo w „zadymach” miłośników fotografii, którzy zamiast fotografować kwiatki i sarenki, postanowili zostać „fotografami wojennymi”. Tu pojawiają się nawet próby podrabiania legitymacji prasowych, czy produkowania własnych. Bądź sytuacje, gdy do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich trafiają listy w rodzaju takiego: „ Zajmuję się fotografią uliczną a w szczególności fotografuje wszelkiego rodzaju marsze, protesty (…) Chciałbym robić to bez problemu o utratę sprzętu oraz na zasadach dziennikarza mimo, że nie pracuje w zawodzie i sam publikuje swoją prace na serwisie instagram. Czy jest możliwość dołączenia do SDP i tym samym dostania legitymacji dziennikarskiej ? „ (pisownia oryginalna). Powiedzmy jasno i dobitnie: Nie! Nie ma takiej możliwości! Przyjacielu, fotografuj w każdej godzinie swojego życia, bo to piękne i szlachetne zajęcie. Ale dlaczego planujesz łamać prawo podszywając się pod dziennikarza ?

 

Potrzeba nam zmian. Dziś legitymacja prasowa nie może porastać kurzem zamknięta w portfelu. Potrzeba nam rozwiązań, które poprawią bezpieczeństwo dziennikarzy. Potrzeba jednak woli i chęci nie tylko po stronie organizacji dziennikarskich. Bo jak widać na przykładzie Agaty Grzybowskiej, dla niektórych legitymacja prasowa nic nie znaczy. Ponadto znajdują się ludzie, którzy przeprowadzają wiwisekcję zdarzenia. Wchodzą w rolę sędziego i kata, oceniając, w którym momencie, w chwili zatrzymania, rzeczona Agata legitymację wyciągnęła.

 

Podobnie w przypadku Tomasza Gutrego, spece od analiz filmowych, oceniają prędkość i kierunek w którym przemieszczał się fotoreporter zanim został trafiony gumową kulą prosto w twarz. Zarzucają fotoreporterom wchodzenie pod nogi pododdziałom policji i mieszanie się z tłumem. Drodzy „eksperci”, fotoreporterzy zawsze wchodzili pod nogi policji i zawsze mieszali się z tłumem. Bo jak można się z nim nie mieszać robiąc zdjęcia w tłumie? Co więcej, zauważają „eksperci”, fotoreporterzy mieszali się i to jeszcze nieoznaczeni. Po prostu zgroza ! Może nie chcieli zakładać kamizelek (zaznaczmy, nie muszą ich posiadać), żeby nie pomylono ich z policjantami, którzy, jak najnowsza historia pokazuje, potrafią tak się przebierać. Zakładam, że operacyjnie. Ale nie wiem , nie znam się na tym.

 

Byłem kiedyś świadkiem „pobicia” starszej kobiety przed Pałacem Prezydenckim. Czynu dokonał młody mężczyzna z torbą sportową w jednej i telefonem w drugiej ręce. Chciał zrobić tym telefonem zdjęcie krzyża i osób tam zgromadzonych. Podszedł za blisko. Członek służby porządkowej odepchną go, a on, łapiąc równowagę, uderzył ręką z telefonem starsza kobietę. Efekt: tumult i oskarżenie o napaść i pobicie. Policjanci stojący opodal pochwycili „sprawcę”. Chłopak był przerażony, „poszkodowana” i kilku „świadków” żądało aresztowania, ktoś pokazał nagranie z „pobicia”. Podałem „sprawcy” wizytówkę z informacją, że widziałem przebieg zdarzenia i w razie czego niech mnie powoła na świadka. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyparowali, świadkowie i „poszkodowana”, notabene uderzona ręką w rękę. Na placu boju pozostał chłopak, który został wypuszczony przez policjantów, z braku powodów do zatrzymania. To tak tytułem przestrogi, dla wszystkich „ekspertów”, z naszego środowiska, od analizowania filmów. Tego typu oceny zostawmy niezawisłym sądom.

 

Tak więc czas na zmiany. Tylko niech będą one głęboko przemyślane. Bo pomysły w stylu „przeszkolmy się u Policji”, trącą mi trochę historią opowiedzianą przez fotoreportera Czarka Sokołowskiego. Otóż w czasach słusznie minionej epoki miał wysłać zdjęcie premiera Piotra Jaroszewicza do rodzimej agencji (AP), czyli na zachód. Potrzebował zgody cenzora. Cenzor zobaczył zdjęcie i mówi: „Panie Czarku, macha, ale po co macha, premier macha ręką, ale do kogo? No nie Panie Czarku tego nie możemy puścić”.

 

Powtórzę: czas na zmiany, albo precyzyjniej, czas na zdecydowaną reakcję na zmiany. Wprowadźmy (stowarzyszenia i redakcje) jednolity wzór legitymacji prasowej. Anglikom się udało, to i nam się uda. Warto też doprowadzić do końca pomysł znacznika, charakterystycznego etui na legitymację, zaproponowanego przez Press Club Polska, rozpoznawalnego nawet w gęstym tłumie. I nie pozwalajmy na nieuzasadnioną agresje wobec dziennikarzy, obojętnie przez kogo kierowaną.

 

 

Donat Brykczyński, prezes Klubu Fotografii Prasowej SDP

 

Protest CMWP SDP przeciwko odmowie udzielania informacji redakcjom przez organizację „Strajk Kobiet”

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko naruszaniu zasady wolności słowa demokratycznego państwa przez organizację „Strajk Kobiet” poprzez odmowę udzielania informacji i nie dopuszczania do uczestnictwa w konferencjach prasowych organizacji dziennikarzom z redakcji Telewizji Polskiej S.A, Telewizji Trwam, Telewizji Republika, Gazety Polskiej, Gazety Polskiej Codziennie i Naszego Dziennika. Szczególnie bulwersująca jest przy tym forma wyrażania tej odmowy – przepychanki z dziennikarzami, ich szarpanie oraz określanie ich słowami uważanymi powszechnie za obelżywe.

 

Należy przy tym zauważyć, iż publikacje w/w redakcji na temat „Strajku Kobiet” ujawniają niejasne powiązania finansowe organizatorek akcji protestacyjnych mających miejsce w Polsce po 22 października b.r. oraz opisują różnego rodzaju kontrowersje związane z ich publiczną działalnością, co w ocenie CMWP SDP ma wpływ na negatywny stosunek „Strajku Kobiet” do dziennikarzy z tych redakcji.

 

CMWP SDP podkreśla, iż w ten sposób organizacja Strajk Kobiet łamie konstytucyjną zasadę wolności słowa demokratycznego państwa, która to obejmuje nie tylko wolność wyrażania swoich poglądów ale także pozyskiwania (i rozpowszechniania) informacji. Ponadto poprzez uniemożliwienie wykonywania zadań dziennikarskich organizacja „Strajk Kobiet” naruszyła art. 43 i 44 Prawa Prasowego, które mówią iż kto używa przemocy lub groźby bezprawnej w celu zmuszenia dziennikarza do opublikowania lub zaniechania opublikowania materiału prasowego albo do podjęcia lub zaniechania interwencji prasowej podlega karze pozbawienia wolności do lat 3 (art. 43) oraz kto utrudnia lub tłumi krytykę prasową, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności (art. 44).

 

Odmowa udzielania informacji w/w redakcjom przez organizację „Strajk Kobiet” powtarza się regularnie od kilkunastu dni, w ostatnim tygodniu jednak (18-25.11.2020) nastąpiła eskalacja negatywnych działań tej organizacji wobec dziennikarzy. 18 listopada b.r. dziennikarka TVP Ksenia Kodymowska została w brutalny sposób usunięta z lokalu, gdzie miała się odbyć konferencja prasowa Strajku Kobiet, a towarzysząca jej ekipa TVP nie została wpuszczona na tę konferencję, nie została jej także udzielona żadna informacja na temat działalności organizacji, ani nie został wskazany sposób jej pozyskania w przyszłości. 24 listopada b.r. w ten sam sposób zostali potraktowani dziennikarze nie tylko Telewizji Polskiej, ale także Telewizji Trwam, Telewizji Republika, Gazety Polskiej , Gazety Polskiej Codziennie i Naszego Dziennika, którzy nie zostali wpuszczeni na konferencję prasową „Strajku Kobiet”, obrażano ich i stosowano wobec nich przemoc fizyczną, by powstrzymać ich od wejścia na konferencję wraz z dziennikarzami innych mediów.

 

CMWP SDP pragnie podkreślić, że zarówno na gruncie prawa krajowego jak i międzynarodowego wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są zarówno instytucje państwowe oraz inne organizacje działające w przestrzeni publicznej. Opisana praktyka wykluczania niektórych dziennikarzy z dostępu do informacji budzi więc zdecydowany sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by opisane wyżej działania „Strajku Kobiet” miały się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa.

 

dr Jolanta Hajdasz,  dyr. CMWP SDP

Warszawa, 25 listopada 2020 r.

WITOLD DOBROWOLSKI: Analiza masowych protestów na Białorusi i prognoza najbliższej przyszłości

Masowe protesty na Białorusi trwają już trzy miesiące. Reżim nie potrafi rozbić zdecentralizowanego, pozbawionego struktur i liderów ruchu protestujących, potrafiącego w każdą niedzielę zgromadzić w samym tylko Mińsku około 100 tysięcy osób. Natomiast demonstranci i opozycja nie są w stanie ruszyć „betonu” reżimowej administracji, która pozostaje lojalna wobec Łukaszenki.

 

Reżim zaskoczyła skala protestów, które wybuchły w sierpniu zaraz po sfałszowanych wyborach prezydenckich, i zdecydował odpuścić wykorzystywanie stosowanej powszechnie brutalnej przemocy i tortur, które tylko wzmogły poparcie Białorusinów dla demonstrantów. Być może stało się tak dlatego, że aparat bezpieczeństwa przestał radzić sobie z masowymi protestami, a nawet w administracji zaczęły pojawiać się „pęknięcia” – przypadek białoruskiego ambasadora na Słowacji czy przychylność mera Grodna dla demonstrantów. Zezwolenie na pokojowe demonstracje oraz wykorzystywanie siłowików do przeprowadzania zatrzymań i zastraszania pozwoliły reżimowi utrzymać kontrolę nad państwem – aż do teraz.

 

Demonstranci do walki z reżimem Łukaszenki próbowali wykorzystać szereg narzędzi, rezygnując z takich jak chociażby przemoc fizyczna wobec siłowików. Dotychczas uniknęli w ten sposób masowego rozlewu krwi, jednak nie są w stanie zmienić obecnego impasu ze względu na porażkę w innych sferach, takich jak strajki robotnicze, które trwały w pierwszych tygodniach protestów, ale ostatecznie zaczęły wygasać i nie są w stanie skutecznie wpłynąć na władzę.

 

Mimo że sam Łukaszenka w październiku podjął się negocjacji z więzionymi osobami, uważanymi za liderów opozycji, równocześnie służby MSW i milicji rozpędzały uliczne protesty używając do tego armatek wodnych.

 

Także w październiku Swiatłana Cichanouska, liderka i symbol białoruskiej opozycji na przymusowym uchodźstwie, ogłosiła ultimatum wobec reżimu Łukaszenki, domagając się jego ustąpienia. W przypadku odrzucenia lub zignorowania ultimatum na Białorusi miał zostać przeprowadzony masowy strajk. Zgodnie z przewidywaniami Łukaszenka zignorował ultimatum i w poniedziałek rozpoczęły się protesty, do których dołączyli robotnicy i studenci. Ostatecznie z braku możliwości organizacyjnych oraz niedostatecznego przygotowania ruchu – strajk się nie udał. Nie mógł skutecznie wpłynąć na funkcjonowanie państwa i gospodarki. Natomiast ze strony reżimu zaostrzyły się represje skierowane w studentów, których w ciągu kolejnego tygodnia relegowano z uczelni białoruskich w liczbie 150. Na uczelniach wyższych wymieniono prodemokratycznych bądź neutralnych rektorów na tych mocno wspierających reżim.

 

To reżim odpowiada za utrzymywanie się na ulicach masowych demonstracji. Dziesiątki sytuacji kompromitujących Łukaszenkę i jego administrację motywuje ludzi do wychodzenia na ulicę. Oliwy do ognia dodają próby pacyfikacji oraz wykorzystywania przemocy ze strony siłowików. Gdy do rozpędzania demonstrantów użyto armatek wodnych – w następny weekend było ich więcej; gdy OMON próbował pacyfikować marsz emerytów odbywający się w każdy poniedziałek – liczba protestujących w kolejny weekend miała się nawet podwoić. Reżim cały czas stara się balansować między negocjacjami, które nic opozycji nie przynoszą, a przemocą. Stopniowo rozszerza represje, równocześnie badając w praktyce, jak daleko może się posunąć, by zachować pełną kontrolę nad biegiem wydarzeń.

 

Ze strony demonstrantów wyraźnie widać, że zmiany narodowotwórcze, kulturowe czy mentalne wymierzone w reżim, rozwinięte na trwających protestach, są niemożliwe do powstrzymania. We własnym kraju władza zaczyna być postrzegana jako okupant, a kolejne represje tylko to wrażenie potęgują. Skupienie się na kwestiach ustrojowych i geopolitycznych ze strony reżimu, pomijając ważność kultury i edukacji, prowadziło tylko do obecnej sytuacji, w której znaczna część społeczeństwa poczuła się wyobcowana, a to skutkowało wybuchem nagromadzonych emocji przy pierwszym kryzysie ekonomicznym.

 

Sam protest mający wymiar wyłącznie pokojowych demonstracji – nie sprawdził się. Sytuacja na Białorusi nijak się ma do Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie czy Aksamitnej Rewolucji w Armenii. Od jakiegoś czasu w ruchu demonstrantów toczy się dyskusja, czy protestujący powinni postawić na przemoc, jednak do tego potrzebny byłby pretekst dany przez władzę, taki jak ten w pierwsze dni po wyborach prezydenckich, gdy przemoc ze strony siłowików miała charakter masowy. Służby przemoc stosują, robią to jednak punktowo – większość demonstrantów nawet nie widzi przypadków przemocy na własne oczy. Próby strajków robotniczych się nie sprawdziły i nadal nie widać znaczących pęknięć w samej administracji. Kolejne miesiące na Białorusi mogą mijać bez zmian – ze strony reżimu będą pojawiać się chwilowe eskalacje prowadzące do wzmocnienia demonstracji ulicznych. Ten impas będzie trwał, dopóki jedna ze stron się nie podda. Wpływ na to będzie mieć przede wszystkim narastający kryzys ekonomiczny, który już w tym roku zburzył niepisaną umowę reżimu ze społeczeństwem: bezpieczeństwo ekonomiczne obywateli w zamian za utrzymanie władzy. Kolejnym etapem będzie utrata bezpieczeństwa ekonomicznego beneficjentów systemu – robotników i administracji. A te środowiska, w przeciwieństwie do pokojowych demonstrantów, mają skuteczne narzędzia do nacisków na reżim. Pozostaje pytanie – jaki scenariusz ostatecznie poprze Rosja, która z jednej strony wspiera reżim, ale równocześnie dla Kremla Łukaszenka pozostaje jedynie jedną z opcji…

 

Witold Dobrowolski

 

Zdjęcie: Witold Dobrowolski