„Solidarni z Białorusią – dziennikarze polscy dla dziennikarzy białoruskich” to akcja wsparcia dziennikarzy białoruskich zainicjowana przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Polscy dziennikarze wystąpili ze specjalnym przekazem wyrażającym solidarność z dziennikarzami i społeczeństwem Białorusi.
Tag: 01
Orlen kupił Ruch. Co z tego wynika? – analiza ŁUKASZA WARZECHY
Orlen objął 65 proc. akcji stojącego na krawędzi upadku Ruchu – jednego z zaledwie trzech największych dystrybutorów prasy w Polsce. Pozostali to Kolporter i Garmond Press. Krach Ruchu był dla wydawców prasy ogromnym problemem z dwóch powodów. Po pierwsze – ze względu na zaległości spółki wobec nich. I tu już niewiele dało się zrobić – wydawcy dostali jedynie część swoich należności, wielu z nich musiało sobie zadłużenie Ruchu odpisać od wartości spółek. Po drugie – gdyby Ruchu zabrakło, zabrakłoby też znacznej części sieci dystrybucji papierowej prasy, która w naszym kraju wciąż odgrywa sporą rolę.
Uratowanie Ruchu przez Orlen jest zatem z tego punktu widzenia dobrą wiadomością. Uczciwie trzeba też powiedzieć, że otwiera przed dystrybutorem prasy nową perspektywę, bo Orlen, posiadając sieć stacji benzynowych, ma już i doświadczenie, i infrastrukturę odpowiednie do zajęcia się biznesem takim, jakim zajmuje się Ruch. Prezes Daniel Obajtek zapowiada pracę nad nowymi formatami sklepowymi i dystrybucyjnymi. Możliwe są zupełnie nowe rozwiązania, oparte na synergii. A jest to wydawcom prasy bardzo potrzebne. Ruch nie robi już zaległości finansowych, od miesięcy reguluje swoje należności na czas.
Lecz trudno nie mieć zarazem poważnych obaw, szczególnie gdy na stole jest też ewentualny zakup Polskiej Press Grupy przez Orlen. Gdyby do niego doszło, byłby to nie tylko wstęp do budzącej wielkie wątpliwości „repolonizacji”, tyle że bardziej w wariancie węgierskim, ale też stworzyłoby to konflikt interesów: wielki dystrybutor prasy byłby zarazem wydawcą.
Pisząc o planach repolonizacji czy też dekoncentracji mediów w Polsce (także na portalu SDP), wielokrotnie ostrzegałem, że jest to sposób na przejęcie przez spółki skarbu państwa kontroli nad mediami dotąd krytycznymi wobec władzy – bo jedynie SSP mają pieniądze wystarczające, aby przejmować media od zagranicznych właścicieli. Ruch Orlenu dowodzi słuszności tych obaw. Na razie dotyczy to tylko dystrybutora prasy, jeszcze nie wydawcy, ale po prostu taka tylko na razie okazja się nadarzyła.
Ratunkowa propozycja Orlenu padła, bo zgrało się kilka czynników. Po pierwsze – oczekiwanie polityczne władzy. Po drugie – ambicje polityczne obecnego prezesa Orlenu. Po trzecie – zasoby finansowe firmy, która powoli przekształca się z dystrybutora i producenta paliw w rodzaj koreańskiego czebola. Przy czym warto pamiętać, że czebole okazały się przedsięwzięciem chybionym i z czasem zaczęły sprawiać problemy. Czy naprawdę zadaniem firmy z rynku paliwowego powinno być dystrybuowanie prasy? Wolnorynkowa odpowiedź, pod którą się podpisuję, jest oczywista: nie, to nie jest zadanie takiej firmy i w ogóle nie powinno to być zadanie firmy z dominującym udziałem skarbu państwa.
Wszystko to każe być bardzo ostrożnym. Na razie deklaracje wszystkich udziałowców Ruchu są takie, że każdy wydawca prasy ma być traktowany identycznie, ale to tylko słowa i trudno się spodziewać czegoś innego. Mieliśmy zaś już do czynienia z problemami niektórych wydawców z eksponowaniem ich czasopism właśnie na stacjach Orlenu (o tym również swego czasu tutaj pisałem). Pokusa uwzględnienia politycznych preferencji w kanale dystrybucji prasy, skoro już ma się w ręku narzędzie to właśnie umożliwiające, będzie ogromna. Szczególnie że media przez obie strony sporu politycznego są traktowane bardzo przedmiotowo i instrumentalnie, a swoją rolę grają tu również wspomniane polityczne ambicje prezesa Orlenu.
Jest w tym wszystkim pewien paradoks. Z jednej strony sprawna dystrybucja prasy jest warunkiem istnienia wolności mediów. Może nie najważniejszym, ale na pewno bardzo ważnym. W tym sektorze istnieje tymczasem faktyczny oligopol. Można zatem uznać, że ratunkowe działanie Orlenu względem Ruchu jest działaniem na rzecz utrzymania wolności mediów.
Z drugiej jednak strony przejęcie dystrybutora przez firmę, która całkiem oficjalnie (vide wypowiedzi wicepremiera Jacka Sasina) ma po prostu realizować politykę partii rządzącej i która jest poddana bezpośredniej politycznej kontroli poprzez ministra zasobów państwowych, rodzi ryzyko dla tej właśnie wolności mediów. Trzeba by być skrajnie naiwnym, żeby uznać, że gotowość Orlenu do ratowania Ruchu nie miała politycznego podtekstu i nie została potraktowana jako okazja do stworzenia pierwszego przyczółka SSP w sektorze mediów prywatnych.
Szkoda, że nie przyjęto tutaj znacznie przejrzystszego wariantu. Istnieją przecież instytucje takie jak Agencja Rozwoju Przemysłu czy Polski Fundusz Rozwoju. Restrukturyzacja Ruchu przy dofinansowaniu przez którąś z tych instytucji (ARP ma duże doświadczenie w stawianiu na nogi kulejących firm), po czym ponowna jego prywatyzacja byłaby rozwiązaniem budzącym znacznie mniejsze obawy.
Łukasz Warzecha
PIOTR LEGUTKO: Białoruś. Fenomen 2020
Żyjemy w cieniu pandemii. Wciąż toczy się spór na temat jej skali, skutków oraz tego czy kuracja, jaką świat sobie zaordynował, nie okaże się ostatecznie groźniejsza od choroby. Nikt jednak nie ma wątpliwości, że rok 2020 będzie kojarzony z zarazą. Może i tak będzie, ale zaryzykowałbym twierdzenie, że historia brzemienna w skutki dzieje się właśnie teraz nie w Londynie, Berlinie czy Madrycie, ale na ulicach Mińska, Grodna i Brześcia. I nie dotyczy pandemii, ale wolności.
Ryzyko postawienia takiej tezy nie jest zbyt wielkie. Każdy, kto uważnie śledzi złotą (a raczej biało-czerwono-białą) białoruską jesień, musi dostrzec jej wyjątkowość. Wszystkie porównania – z tym najczęściej przywoływanym, do narodzin polskiej Solidarności – są nie do końca trafione. Skala protestów, ich dramatyzm, charakter, stopień organizacji społecznej, determinacja, odwaga, nie tylko budzą szacunek i respekt. Są fenomenem na wielu poziomach, nie dającym się opisać z użyciem znanych nam klisz i formatek. Jedni mówią narodziny narodu, inni narodowe odrodzenie. Punkt zwrotny, cezura, game changer… Mnożą się spekulacje, eksperci szkicują scenariusze rozwoju sytuacji, zalecają chłód i wstrzemięźliwość w ocenie szans na polityczny przełom. A on się właśnie dokonuje, „dzieje się historia” i woła o swoich kronikarzy.
Mam wrażenie graniczące z pewnością, że nie ma w nas, dziennikarzach, ludziach powołanych do tej kronikarskiej misji, świadomości skali tego wyzwania. Chodzi nie tylko o klasyczny, reporterski instynkt łowcy. Oczywiście, na Białoruś powinien ruszać każdy, kto pojmuje ten zawód jako powinność bycia tam, gdzie dzieją się rzeczy naprawdę ważne, ale – wiadomo – nie każdy ruszać może. Czasy są jednak takie, że nawet z Warszawy czy Lublina można „ogarniać” temat, wykorzystując nie strumień, ale rzekę materiału płynącą z Białorusi. Bo to jest protest pokolenia smartfonów. Paradoksalnie podnieśli głowy ludzie nazywani generacją „head down” (rzadko odrywającą wzrok od ekranu). Nie tylko oni, ale właśnie dzięki nim możemy śledzić w czasie rzeczywistym i z bliska ów fenomen.
Dlaczego zatem nie jest to cover story polskich mediów? Dlaczego temat nie uwodzi włoskich, amerykańskich czy brytyjskich dziennikarzy – odpowiedzieć stosunkowo łatwo. Ale jak wytłumaczyć letniość naszej, polskiej, tak emocjonalnej przecież grupy zawodowej wobec pasjonującej historii dziejącej się dosłownie za miedzą? Co „ważniejszego” zajmuje nasze głowy, pochłania czas, budzi emocje – łatwo sprawdzić. Nigdy jeszcze tak wielu z nas nie zajmowały sprawy tak mało istotne, groteskowe awantury, podwórkowe intrygi, opisywane zresztą językiem całkowicie dla nich adekwatnym. Ktoś powie – my też mamy swoją rewolucję. Dziennikarze też są na barykadach, malują twarze, krzyczą: „wy…ć!”. Odpowiem – jakie dziennikarstwo, taka rewolucja. I żeby nie przesadzać z biciem się jedynie we własne, korporacyjne piersi poproszę o szerszy kadr. To samo dzieje się w środowisku artystycznym, na polskich uczelniach. Akademicy w oficjalnych oświadczeniach porównują Strajk Kobiet do narodzin Solidarności… Co się stało z naszą klasą? Inteligencjo, jeśli drogie ci tamte ideały, powinnaś dziś zdobić swoje profile na FB nie błyskawicami, ale flagą biało-czerwono-białą.
Można znaleźć sto powodów, dla których odrodzenie białoruskie powinno nas, polskich dziennikarzy porywać. Dla mnie, ze względu na aktualne zajęcie (TVP Historia) jest to oczywiście wspólne dziedzictwo. To, które dało znać o sobie dokładnie rok temu, w Wilnie, na pogrzebie bohaterów Powstania Styczniowego, gdy przedstawicie trzech narodów oddawali hołd swoim wspólnym bohaterom. Kogoś innego może fascynować niezwykła kultura, czysta etycznie forma mińskich czy grodzieńskich protestów, tak bardzo odróżniająca się od obecnego „europejskiego” standardu (a tak podobna naszym doświadczeniom sprzed 40 lat). Kogoś o bardziej lewicowym temperamencie powinien uwieść cud kapitału społecznego, samoorganizacji jaka objawiła się na ziemiach uważanych (jakże niesłusznie) za całkowicie zsowietyzowane. I tak można bez końca.
Ludzie, to się dzieje naprawdę! I niech nas ten wielki temat nie ominie.
Zdjęcie: FB
„Budka suflera” – DONAT BRYKCZYŃSKI o fotoreporterach w czasie zamieszek
Wielu z nas zapewne pamięta czasy, kiedy przedmiot o nazwie „legitymacja prasowa” kurzył się w portfelu, a często w szufladzie biurka. Bo w zasadzie był zbędny. Fotoreporter był fotoreporterem, bo miał aparat, tak mówił i robił zdjęcia. Podobnie operator telewizyjny czy radiowiec. Legitymację czasami zastępowała wizytówka, którą wręczało się rozmówcy.
Na demonstracjach, nawet tych najostrzejszych, fotoreporter uwięziony pomiędzy tłumem a policją mógł liczyć na to, że będzie, jak „budka suflera”. Wszyscy będą udawać, że go nie ma na scenie. Demonstranci nie dadzą mu po ryju, a policjanci nie potraktują go gazem i pałą. Oczywiście zdarzały się incydenty, nawet bardzo poważne. Jeden z naszych kolegów stracił oko od kuli gumowej wystrzelonej przez policję. Ale było to tak bulwersujące, że fotoreporterzy, pospolitym ruszeniem zaprotestowali nawet w Sejmie RP, zakładając – wszyscy, jak jeden mąż – koszulki z napisem „mamy na was oko”. Zrobili sobie nawet pamiątkowe zdjęcie na schodach w wejściu głównym. Nikt wtedy nie zastanawiał się nad tym, czy takie zachowanie jest zgodne z jakimś „kodeksem etyki dziennikarskiej”. Straż marszałkowska nie wyrzuciła ich z Sejmu, a policja nie „zapuszkowała” na Wilczej.
Co się zmieniło od tych niezbyt odległych czasów? Zapewne ostra polaryzacja sceny … prasowej.
Kiedyś wszyscy opowiadaliśmy sobie anegdotę o tym, jak krewki demonstrant zapytał naszego kolegę: „Z jakiej gazety jesteś?”. „ Ja sem Czech” – odpowiedział fotoreporter.
My, fotoreporterzy, nie jesteśmy gośćmi od analizowania zmian zachowań społecznych. Nie specjalnie przejmowaliśmy się zatem pytaniem: „skąd jesteś ?”, które pojawiało się coraz częściej. Dziś już nikt nie pyta. Chyba, że pytanie „po co tu fotografujesz” jest dodatkiem do wyciągniętej piąchy. Szczęśliwie nie jest to jeszcze normą, ale powoli relacjonowanie zadym zamienia się w ruletkę. Postawisz na czarne, wypadnie czerwone i bęc. Takie bęc przeżył nasz kolega 11 listopada 2013 roku, gdy kilku krewkich kiboli postanowiło sprawdzić czy uda im się zrobić z jego twarzy befsztyk tatarski. Dobrze że praktykowali w kiepskiej kuchni. Skończyło się „tylko” na połamanym nosie i siniakach.
No dobrze, niech to ryzyko będzie wpisane obecnie w nasz zawód. Pewni ludzie nie lubią pewnych mediów, albo mediów w ogóle, więc koleżanko fotoreporterko i kolego fotoreporterze uważajcie, bo zanim zdążycie się zidentyfikować, możecie dostać po głowie. Taki bonus od rodaka. Idziesz do roboty uzbrojony w aparat, uważaj na odłamki frustracji społecznej. Oby Cię nie poraniły. Taki czas, takie miejsce, nie narzekaj.
W tym teatrze zmagań o bezpieczeństwo dziennikarzy, w realizowaniu prawa odbiorców mediów do otrzymania informacji, ważnym graczem jest też Policja. Policja, która jeszcze nie dawno, pomimo braku opasek, kamizelek, widocznych identyfikatorów czy czapeczek z antenką, nie gazowała, nie pałowała i nie wrzucała dziennikarzy do „suki” jak zbójców. Wręcz przeciwnie. Policja podejmowała próby integracji międzyśrodowiskowej. Jak chociażby podczas meczu Ekstraklasy w 2017 roku. Gdy funkcjonariusze Policji przebrani w kamizelki z napisem „FOTO”, zakuwali w kajdanki, na środku murawy, w świetle kamer i reflektorów, niesfornego kibica. Po cichutku liczyliśmy na więcej. Wspólne szkolenia, sympozja, wyjazdy integracyjne. Nic z tego. Dziś co najwyżej możemy liczyć na przyjacielskie poklepywanie pałą po plecach.
Niektórzy koledzy próbują to nawet tłumaczyć: „mają zaparowane przyłbice i nie widzą do kogo strzelają albo pałują”. Bo jak inaczej zrozumieć „odrzuconą miłość”? Tylko obrazki uwiecznione na matrycach aparatów i kamer świadczą o czym innym. To nie „zaparowane przyłbice”, to raczej niezrozumiałe przyzwolenie na tego typu zachowania. Bo jak wytłumaczyć sens polewania gazem samotnie stojącego fotoreportera z ogromnym aparatem na szyi? Obrazek podobny do zdjęcia nieżyjącego już Maćka Macierzyńskiego, który samotny na placu boju polewany był z armatki na wozie milicyjnym. Tylko ten obrazek to świadectwo czasów dawno minionych. To skąd to podobieństwo?
Ewidentnie widać, że rozpędzone życie niesie zmiany. Te zmiany to również masowe uczestnictwo w „zadymach” miłośników fotografii, którzy zamiast fotografować kwiatki i sarenki, postanowili zostać „fotografami wojennymi”. Tu pojawiają się nawet próby podrabiania legitymacji prasowych, czy produkowania własnych. Bądź sytuacje, gdy do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich trafiają listy w rodzaju takiego: „ Zajmuję się fotografią uliczną a w szczególności fotografuje wszelkiego rodzaju marsze, protesty (…) Chciałbym robić to bez problemu o utratę sprzętu oraz na zasadach dziennikarza mimo, że nie pracuje w zawodzie i sam publikuje swoją prace na serwisie instagram. Czy jest możliwość dołączenia do SDP i tym samym dostania legitymacji dziennikarskiej ? „ (pisownia oryginalna). Powiedzmy jasno i dobitnie: Nie! Nie ma takiej możliwości! Przyjacielu, fotografuj w każdej godzinie swojego życia, bo to piękne i szlachetne zajęcie. Ale dlaczego planujesz łamać prawo podszywając się pod dziennikarza ?
Potrzeba nam zmian. Dziś legitymacja prasowa nie może porastać kurzem zamknięta w portfelu. Potrzeba nam rozwiązań, które poprawią bezpieczeństwo dziennikarzy. Potrzeba jednak woli i chęci nie tylko po stronie organizacji dziennikarskich. Bo jak widać na przykładzie Agaty Grzybowskiej, dla niektórych legitymacja prasowa nic nie znaczy. Ponadto znajdują się ludzie, którzy przeprowadzają wiwisekcję zdarzenia. Wchodzą w rolę sędziego i kata, oceniając, w którym momencie, w chwili zatrzymania, rzeczona Agata legitymację wyciągnęła.
Podobnie w przypadku Tomasza Gutrego, spece od analiz filmowych, oceniają prędkość i kierunek w którym przemieszczał się fotoreporter zanim został trafiony gumową kulą prosto w twarz. Zarzucają fotoreporterom wchodzenie pod nogi pododdziałom policji i mieszanie się z tłumem. Drodzy „eksperci”, fotoreporterzy zawsze wchodzili pod nogi policji i zawsze mieszali się z tłumem. Bo jak można się z nim nie mieszać robiąc zdjęcia w tłumie? Co więcej, zauważają „eksperci”, fotoreporterzy mieszali się i to jeszcze nieoznaczeni. Po prostu zgroza ! Może nie chcieli zakładać kamizelek (zaznaczmy, nie muszą ich posiadać), żeby nie pomylono ich z policjantami, którzy, jak najnowsza historia pokazuje, potrafią tak się przebierać. Zakładam, że operacyjnie. Ale nie wiem , nie znam się na tym.
Byłem kiedyś świadkiem „pobicia” starszej kobiety przed Pałacem Prezydenckim. Czynu dokonał młody mężczyzna z torbą sportową w jednej i telefonem w drugiej ręce. Chciał zrobić tym telefonem zdjęcie krzyża i osób tam zgromadzonych. Podszedł za blisko. Członek służby porządkowej odepchną go, a on, łapiąc równowagę, uderzył ręką z telefonem starsza kobietę. Efekt: tumult i oskarżenie o napaść i pobicie. Policjanci stojący opodal pochwycili „sprawcę”. Chłopak był przerażony, „poszkodowana” i kilku „świadków” żądało aresztowania, ktoś pokazał nagranie z „pobicia”. Podałem „sprawcy” wizytówkę z informacją, że widziałem przebieg zdarzenia i w razie czego niech mnie powoła na świadka. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyparowali, świadkowie i „poszkodowana”, notabene uderzona ręką w rękę. Na placu boju pozostał chłopak, który został wypuszczony przez policjantów, z braku powodów do zatrzymania. To tak tytułem przestrogi, dla wszystkich „ekspertów”, z naszego środowiska, od analizowania filmów. Tego typu oceny zostawmy niezawisłym sądom.
Tak więc czas na zmiany. Tylko niech będą one głęboko przemyślane. Bo pomysły w stylu „przeszkolmy się u Policji”, trącą mi trochę historią opowiedzianą przez fotoreportera Czarka Sokołowskiego. Otóż w czasach słusznie minionej epoki miał wysłać zdjęcie premiera Piotra Jaroszewicza do rodzimej agencji (AP), czyli na zachód. Potrzebował zgody cenzora. Cenzor zobaczył zdjęcie i mówi: „Panie Czarku, macha, ale po co macha, premier macha ręką, ale do kogo? No nie Panie Czarku tego nie możemy puścić”.
Powtórzę: czas na zmiany, albo precyzyjniej, czas na zdecydowaną reakcję na zmiany. Wprowadźmy (stowarzyszenia i redakcje) jednolity wzór legitymacji prasowej. Anglikom się udało, to i nam się uda. Warto też doprowadzić do końca pomysł znacznika, charakterystycznego etui na legitymację, zaproponowanego przez Press Club Polska, rozpoznawalnego nawet w gęstym tłumie. I nie pozwalajmy na nieuzasadnioną agresje wobec dziennikarzy, obojętnie przez kogo kierowaną.
Donat Brykczyński, prezes Klubu Fotografii Prasowej SDP
Protest CMWP SDP przeciwko odmowie udzielania informacji redakcjom przez organizację „Strajk Kobiet”
CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko naruszaniu zasady wolności słowa demokratycznego państwa przez organizację „Strajk Kobiet” poprzez odmowę udzielania informacji i nie dopuszczania do uczestnictwa w konferencjach prasowych organizacji dziennikarzom z redakcji Telewizji Polskiej S.A, Telewizji Trwam, Telewizji Republika, Gazety Polskiej, Gazety Polskiej Codziennie i Naszego Dziennika. Szczególnie bulwersująca jest przy tym forma wyrażania tej odmowy – przepychanki z dziennikarzami, ich szarpanie oraz określanie ich słowami uważanymi powszechnie za obelżywe.
Należy przy tym zauważyć, iż publikacje w/w redakcji na temat „Strajku Kobiet” ujawniają niejasne powiązania finansowe organizatorek akcji protestacyjnych mających miejsce w Polsce po 22 października b.r. oraz opisują różnego rodzaju kontrowersje związane z ich publiczną działalnością, co w ocenie CMWP SDP ma wpływ na negatywny stosunek „Strajku Kobiet” do dziennikarzy z tych redakcji.
CMWP SDP podkreśla, iż w ten sposób organizacja Strajk Kobiet łamie konstytucyjną zasadę wolności słowa demokratycznego państwa, która to obejmuje nie tylko wolność wyrażania swoich poglądów ale także pozyskiwania (i rozpowszechniania) informacji. Ponadto poprzez uniemożliwienie wykonywania zadań dziennikarskich organizacja „Strajk Kobiet” naruszyła art. 43 i 44 Prawa Prasowego, które mówią iż kto używa przemocy lub groźby bezprawnej w celu zmuszenia dziennikarza do opublikowania lub zaniechania opublikowania materiału prasowego albo do podjęcia lub zaniechania interwencji prasowej podlega karze pozbawienia wolności do lat 3 (art. 43) oraz kto utrudnia lub tłumi krytykę prasową, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności (art. 44).
Odmowa udzielania informacji w/w redakcjom przez organizację „Strajk Kobiet” powtarza się regularnie od kilkunastu dni, w ostatnim tygodniu jednak (18-25.11.2020) nastąpiła eskalacja negatywnych działań tej organizacji wobec dziennikarzy. 18 listopada b.r. dziennikarka TVP Ksenia Kodymowska została w brutalny sposób usunięta z lokalu, gdzie miała się odbyć konferencja prasowa Strajku Kobiet, a towarzysząca jej ekipa TVP nie została wpuszczona na tę konferencję, nie została jej także udzielona żadna informacja na temat działalności organizacji, ani nie został wskazany sposób jej pozyskania w przyszłości. 24 listopada b.r. w ten sam sposób zostali potraktowani dziennikarze nie tylko Telewizji Polskiej, ale także Telewizji Trwam, Telewizji Republika, Gazety Polskiej , Gazety Polskiej Codziennie i Naszego Dziennika, którzy nie zostali wpuszczeni na konferencję prasową „Strajku Kobiet”, obrażano ich i stosowano wobec nich przemoc fizyczną, by powstrzymać ich od wejścia na konferencję wraz z dziennikarzami innych mediów.
CMWP SDP pragnie podkreślić, że zarówno na gruncie prawa krajowego jak i międzynarodowego wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są zarówno instytucje państwowe oraz inne organizacje działające w przestrzeni publicznej. Opisana praktyka wykluczania niektórych dziennikarzy z dostępu do informacji budzi więc zdecydowany sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by opisane wyżej działania „Strajku Kobiet” miały się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa.
dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP
Warszawa, 25 listopada 2020 r.
WITOLD DOBROWOLSKI: Analiza masowych protestów na Białorusi i prognoza najbliższej przyszłości
Masowe protesty na Białorusi trwają już trzy miesiące. Reżim nie potrafi rozbić zdecentralizowanego, pozbawionego struktur i liderów ruchu protestujących, potrafiącego w każdą niedzielę zgromadzić w samym tylko Mińsku około 100 tysięcy osób. Natomiast demonstranci i opozycja nie są w stanie ruszyć „betonu” reżimowej administracji, która pozostaje lojalna wobec Łukaszenki.
Reżim zaskoczyła skala protestów, które wybuchły w sierpniu zaraz po sfałszowanych wyborach prezydenckich, i zdecydował odpuścić wykorzystywanie stosowanej powszechnie brutalnej przemocy i tortur, które tylko wzmogły poparcie Białorusinów dla demonstrantów. Być może stało się tak dlatego, że aparat bezpieczeństwa przestał radzić sobie z masowymi protestami, a nawet w administracji zaczęły pojawiać się „pęknięcia” – przypadek białoruskiego ambasadora na Słowacji czy przychylność mera Grodna dla demonstrantów. Zezwolenie na pokojowe demonstracje oraz wykorzystywanie siłowików do przeprowadzania zatrzymań i zastraszania pozwoliły reżimowi utrzymać kontrolę nad państwem – aż do teraz.
Demonstranci do walki z reżimem Łukaszenki próbowali wykorzystać szereg narzędzi, rezygnując z takich jak chociażby przemoc fizyczna wobec siłowików. Dotychczas uniknęli w ten sposób masowego rozlewu krwi, jednak nie są w stanie zmienić obecnego impasu ze względu na porażkę w innych sferach, takich jak strajki robotnicze, które trwały w pierwszych tygodniach protestów, ale ostatecznie zaczęły wygasać i nie są w stanie skutecznie wpłynąć na władzę.
Mimo że sam Łukaszenka w październiku podjął się negocjacji z więzionymi osobami, uważanymi za liderów opozycji, równocześnie służby MSW i milicji rozpędzały uliczne protesty używając do tego armatek wodnych.
Także w październiku Swiatłana Cichanouska, liderka i symbol białoruskiej opozycji na przymusowym uchodźstwie, ogłosiła ultimatum wobec reżimu Łukaszenki, domagając się jego ustąpienia. W przypadku odrzucenia lub zignorowania ultimatum na Białorusi miał zostać przeprowadzony masowy strajk. Zgodnie z przewidywaniami Łukaszenka zignorował ultimatum i w poniedziałek rozpoczęły się protesty, do których dołączyli robotnicy i studenci. Ostatecznie z braku możliwości organizacyjnych oraz niedostatecznego przygotowania ruchu – strajk się nie udał. Nie mógł skutecznie wpłynąć na funkcjonowanie państwa i gospodarki. Natomiast ze strony reżimu zaostrzyły się represje skierowane w studentów, których w ciągu kolejnego tygodnia relegowano z uczelni białoruskich w liczbie 150. Na uczelniach wyższych wymieniono prodemokratycznych bądź neutralnych rektorów na tych mocno wspierających reżim.
To reżim odpowiada za utrzymywanie się na ulicach masowych demonstracji. Dziesiątki sytuacji kompromitujących Łukaszenkę i jego administrację motywuje ludzi do wychodzenia na ulicę. Oliwy do ognia dodają próby pacyfikacji oraz wykorzystywania przemocy ze strony siłowików. Gdy do rozpędzania demonstrantów użyto armatek wodnych – w następny weekend było ich więcej; gdy OMON próbował pacyfikować marsz emerytów odbywający się w każdy poniedziałek – liczba protestujących w kolejny weekend miała się nawet podwoić. Reżim cały czas stara się balansować między negocjacjami, które nic opozycji nie przynoszą, a przemocą. Stopniowo rozszerza represje, równocześnie badając w praktyce, jak daleko może się posunąć, by zachować pełną kontrolę nad biegiem wydarzeń.
Ze strony demonstrantów wyraźnie widać, że zmiany narodowotwórcze, kulturowe czy mentalne wymierzone w reżim, rozwinięte na trwających protestach, są niemożliwe do powstrzymania. We własnym kraju władza zaczyna być postrzegana jako okupant, a kolejne represje tylko to wrażenie potęgują. Skupienie się na kwestiach ustrojowych i geopolitycznych ze strony reżimu, pomijając ważność kultury i edukacji, prowadziło tylko do obecnej sytuacji, w której znaczna część społeczeństwa poczuła się wyobcowana, a to skutkowało wybuchem nagromadzonych emocji przy pierwszym kryzysie ekonomicznym.
Sam protest mający wymiar wyłącznie pokojowych demonstracji – nie sprawdził się. Sytuacja na Białorusi nijak się ma do Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie czy Aksamitnej Rewolucji w Armenii. Od jakiegoś czasu w ruchu demonstrantów toczy się dyskusja, czy protestujący powinni postawić na przemoc, jednak do tego potrzebny byłby pretekst dany przez władzę, taki jak ten w pierwsze dni po wyborach prezydenckich, gdy przemoc ze strony siłowików miała charakter masowy. Służby przemoc stosują, robią to jednak punktowo – większość demonstrantów nawet nie widzi przypadków przemocy na własne oczy. Próby strajków robotniczych się nie sprawdziły i nadal nie widać znaczących pęknięć w samej administracji. Kolejne miesiące na Białorusi mogą mijać bez zmian – ze strony reżimu będą pojawiać się chwilowe eskalacje prowadzące do wzmocnienia demonstracji ulicznych. Ten impas będzie trwał, dopóki jedna ze stron się nie podda. Wpływ na to będzie mieć przede wszystkim narastający kryzys ekonomiczny, który już w tym roku zburzył niepisaną umowę reżimu ze społeczeństwem: bezpieczeństwo ekonomiczne obywateli w zamian za utrzymanie władzy. Kolejnym etapem będzie utrata bezpieczeństwa ekonomicznego beneficjentów systemu – robotników i administracji. A te środowiska, w przeciwieństwie do pokojowych demonstrantów, mają skuteczne narzędzia do nacisków na reżim. Pozostaje pytanie – jaki scenariusz ostatecznie poprze Rosja, która z jednej strony wspiera reżim, ale równocześnie dla Kremla Łukaszenka pozostaje jedynie jedną z opcji…
Witold Dobrowolski
Zdjęcie: Witold Dobrowolski
Wypadałoby przeszkolić policję z praw dziennikarzy – rozmowa z prawniczką DOMINIKĄ BYCHAWSKĄ-SINIARSKĄ
Jak robi się niebezpiecznie, demonstracja przybiera agresywny tok, to policja powinna odsunąć dziennikarzy w specjalne miejsce. Na tyle bliskie wydarzeń aby mogli kontynuować pracę, a na tyle odległe aby chronić ich bezpieczeństwa. Nasza policja nie ma niestety takiego zwyczaju – mówi mecenas Dominika Bychawska-Siniarska, prawnik specjalizująca się w ochronie wolności słowa i mediów, członek zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Policja zatrzymała podczas poniedziałkowego protestu pod Ministerstwem Edukacji Narodowej fotoreporterkę Agatę Grzybowską. Po kilku godzinach została zwolniona z komisariatu, gdzie trafiła pod zarzutem naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza policji. Fotoreporterka twierdzi, że to ona została zaatakowana przez policjanta podczas robienia zdjęć. Policja wiedziała, że zatrzymuje dziennikarkę. Rzecznik Komendy Głównej Policji insp. Mariusz Ciarka twierdzi, że Grzybowska w oświadczeniu przyznała się do tego, że w czasie protestu nie była tylko „obiektywną fotoreporterką”, ale od wielu tygodni, razem ze swoją partnerką, popierają Strajk Kobiet i chodzą na manifestacje. Jak pani skomentuje to wydarzenie?
Dyskusja o możliwości angażowania się dziennikarzy w protesty trwa od lat. Moim zdaniem musi być jasno postawiona granica, albo dziennikarz jest czynnym uczestnikiem zgromadzenia, tj. krzyczy slogany, maszeruje wraz z tłumem, albo pełni tam rolę dziennikarską i wypełnia swoje obowiązki. Obu tych ról nie da się i nie powinno się łączyć. Z tego co donosiły media, Agata Grzybowska wykonywała na demonstracji swoje działania zawodowe. Robiła zdjęcia i miała przy sobie widoczną legitymacje prasową. Poinformowała również policję, że jest w trakcie wykonywania obowiązków dziennikarskich. To powinno wystarczyć, aby policja powstrzymała się od dalszych czynności wobec fotoreporterki. To co się stało, jej zatrzymanie i przesłuchanie na komendzie nie może być oceniane jako celowe, konieczne i proporcjonalne.
Czy dziennikarze już całkowicie wyszli ze swojej roli obiektywnego informowania o wydarzeniach?
Praca dziennikarzy i dziennikarek w trakcie takich wydarzeń i rejestrowanie ich przebiegu jest jednym z kluczowych elementów pełnienia przez nich funkcji kontrolnej tzw. publicznego stróża (public watchdog). Bezpośrednia obecność mediów na miejscu protestów nie tylko pozwala społeczeństwu na realizację prawa do otrzymywania informacji o wydarzeniach mających istotne publiczne znaczenie, ale także umożliwia dokumentowanie ewentualnych nadużyć, np. w sposobie traktowania demonstrantów przez policję. W kontekście sprawy Agaty Grzybowskiej, warto zwrócić uwagę, że w wyroku Butkievich przeciwko Rosji Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPC) wprost podkreślił, że usunięcie dziennikarza z miejsca demonstracji i stawianie dziennikarzowi zarzutów w związku z udziałem w demonstracji stanowi poważną ingerencję w wolność słowa i powinno podlegać rygorystycznej kontroli.
Czy bezpieczeństwo dziennikarzy i fotoreporterów relacjonujących w Polsce demonstracje zależy wyłącznie od ich samych? Zdaję sobie sprawę, że pracownicy mediów są chronieni na podstawie art. 43 prawa prasowego.
Niestety z praktyk policji jakie widzimy w ostatnich tygodniach, czy to przy okazji relacjonowania Marszu Niepodległości, czy zgromadzeń organizowanych przez ruchy kobiece, wynika, że dziennikarze są pozostawieni sami sobie. Policja przekracza kolejne granice i zapomina o standardach ochrony, jakie nakłada na nich chociażby Europejski Trybunał Praw Człowieka w swoim orzecznictwie. Obowiązkiem policji jest uwzględnianie szczególnej roli dziennikarzy i dziennikarek podczas demonstracji. Wiąże się z tym konieczność zapewniania ochrony przed zagrożeniami, jak również tym bardziej obowiązek powstrzymania się od stosowania wobec mediów wszelkich nieuzasadnionych działań utrudniających im pracę podczas tych wydarzeń oraz od nieuzasadnionego dążenia do pociągnięcia ich do odpowiedzialności w związku z relacjonowaniem zgromadzeń publicznych.
Jakie działania powinno podjąć państwo w stosunku do dziennikarzy poszkodowanych przez policję podczas pełnienia obowiązków zawodowych?
Na państwie ciąży obowiązek podjęcia adekwatnych działań wyjaśniających okoliczności skierowanych przeciwko nim aktów przemocy. Mówi o tym ETPC, m.in. w sprawie Özgür Gündem przeciwko Turcji. Szczegółowe standardy prowadzenia skutecznych postępowań w sprawach dotyczących stosowania przemocy wobec dziennikarzy zostały sformułowane w licznych dokumentach organizacji międzynarodowych zajmujących się ochroną praw człowieka. Mam na myśli np. Zalecenie Komitetu Ministrów do państw członkowskich w sprawie ochrony dziennikarstwa i bezpieczeństwa dziennikarzy i innych podmiotów medialnych z kwietnia 2016 r. W dokumentach tych wymaga się m.in. przeprowadzenia w takich sytuacjach niezależnego, możliwie szybkiego i dokładnego postępowania. Miejmy nadzieje, że nasze organy ścigania i sądy będą dążyły do jak najszybszego wyjaśnienia stosowania przemocy przez policję wobec dziennikarzy relacjonujących demonstracje, w tym postrzelenia fotoreportera Tomasza Gutrego.
Wspomniany przez panią fotoreporter „Tygodnika Solidarność” Tomasz Gutry został postrzelony na Marszu Niepodległości przez policję z broni gładkolufowej. Fotoreportera „Newsweeka” Adama Tuchlińskiego policjanta uderzyła pałką w tył głowy. Renata Kim z „Newsweeka” została uderzona pałką w plecy i potraktowana gazem mimo, że miała na sobie odblaskową kamizelkę z napisem „PRESS”. Jakie błędy policja popełniła podczas ochraniania tego zgromadzenia?
Znowu odwołam się do wyroku ETPC. W wyroku Pentikainen przeciwko Finlandii, Trybunał wskazał, że jak robi się niebezpiecznie, demonstracja przybiera agresywny tok, to policja powinna odsunąć dziennikarzy w specjalne miejsce. Na tyle bliskie wydarzeń, aby mogli kontynuować pracę, a na tyle odległe aby chronić ich bezpieczeństwa. Nasza policja nie ma niestety takiego zwyczaju. A przecież miejsca, w których odbywają się demonstracje są powtarzalne i znane z wyprzedzeniem policji. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wyznaczono specjalnie strefy dla dziennikarzy, do których mieliby się udać w razie gdyby dochodziło do agresji. W sprawie Markusa Veikko Pentikainen Trybunał podkreśla również, że dziennikarz nie jest ponad prawem i jeśli raz go się poprosi o przejście do specjalnej strefy, a on tego nie robi, to wtedy można wyciągnąć wobec niego konsekwencje.
Linia między stanowczością a działaniem funkcjonariuszy może w praktyce okazać się płynna.
Środki używane przez policję zawsze powinny być proporcjonalne i uwzględniać, do kogo są kierowane. Konieczność poszanowania doniosłej roli dziennikarzy w relacjonowaniu zgromadzeń i wymóg zapewnienia mediom szczególnej ochrony w tym obszarze są konsekwentnie podkreślane przez szereg instytucji chroniących prawa człowieka, takich jak m.in Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych, Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), Komisja Wenecka czy Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy. Przykładem jest Rezolucja 2116 dotycząca pilnej potrzeby zapobiegania naruszeniom praw człowieka w trakcie pokojowych zgromadzeń publicznych z maja 2016 r. Niestety nasza policja ignoruje te standardy. Może wypadałoby policję z praw dziennikarzy i pozytywnych obowiązków przeszkolić.
Czy dziennikarze i fotoreporterzy zajmujący się relacjonowaniem niebezpiecznych zgromadzeń publiczne powinni coś zmienić w przestrzeganiu swojego bezpieczeństwa pracy? Czy podczas relacjonowania takich wydarzeń odblaskowe kamizelki z napisem „PRESS” nie powinny być obowiązkowym elementem ich stroju?
Myślę, że dziennikarze powinni być świadomi zagrożeń samych demonstracji. Postawy obywatelskie się radykalizują i nie wykluczone, że demonstracje będą przybierały coraz brutalniejszy przebieg. Każda redakcja powinna zadbać o szkolenia dla swoich dziennikarzy z tego, jak się zachować w trudnych, niebezpiecznych warunkach i jakie prawa przysługują dziennikarzom. W kontekście właściwego zidentyfikowania się jako przedstawiciel mediów wykonujący obowiązki służbowe, oznakowana odzież czy emblemat, np. kamizelka z napisem „PRESS” może być przydatna. Tego rodzaju oznaczenie nie powinno być warunkiem koniecznym korzystania z gwarancji chroniących przedstawicieli mediów w czasie demonstracji, jeżeli dziennikarz ujawni swoją funkcję przed funkcjonariuszami w inny jasny sposób. Jak podkreślają międzynarodowe stowarzyszenia dziennikarskie Dziennikarze Bez Granic i Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy, noszenie oznakowania w pewnych sytuacjach może zwiększyć bezpieczeństwo mediów, w innych jednak takie emblematy mogą wiązać się nawet z dodatkowym zagrożeniem np. ze strony demonstrantów nieprzychylnie nastawionych do prasy – i dlatego zalecają dziennikarzom oszacowanie ryzyka i działanie odpowiednie do konkretnych okoliczności.
Press Club Polska postulował objęcie dziennikarzy w trakcie wypełniania obowiązków zawodowych ochroną identyczną, jaka przysługuje funkcjonariuszom publicznym. Co pani sądzi o tej propozycji?
Nie jestem przekonana, że dziennikarze powinni mieć takie same uprawnienia jak funkcjonariusze publiczni. Oznaczyłoby to ich zrównanie np. z policją. A jednak gdy robi się niebezpiecznie, to dziennikarz, tak samo jak każdy inny obywatel powinien podporządkować się rozkazom policji. Oczywiście muszą one pozwolić mu na wykonanie dalszych obowiązków służbowych. To wynika m.in. z wskazywanego przeze mnie orzeczenia w sprawie Pentikainen przeciwko Finlandii.
Rozmawiał TOP
ŁUKASZ WARZECHA: Językowego terroru ciąg dalszy
W sierpniu ubiegłego roku napisałem na portalu SDP tekst o autyzmie (TUTAJ). A właściwie nie o autyzmie, ale o tym, jak rzuciła się na mnie całkiem spora grupa osób za to, że na Twitterze określiłem ustępującego wówczas marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego jako autystycznego. Zarzucono mi, że „stygmatyzuję” osoby autystyczne, a tego typu użycie słowa „autystyczny”, w potocznym znaczeniu, powinno być tępione. Ba, co bardziej krewcy zaczęli się nawet skrzykiwać na Facebooku pod hasłem skierowania pozwu. Nie wiem wprawdzie, o co i w czyim imieniu. Żaden do mnie nie dotarł.
Pisałem wówczas, że jeśli poddamy się swoistemu terrorowi językowej poprawności, która każe nam rezygnować z każdego określenia, mogącego kogoś rzekomo urażać, wkrótce obudzimy się w warunkach językowej cenzury. Pisałem wówczas między innymi:
Czy mogę napisać, że jakiś projekt jest „kulawy”? Też nie, bo obrażam inwalidów. Przepraszam: „sprawnych inaczej”. Nie wolno zapewne napisać, że ktoś jest bezmózgi, bo – jak wiadomo – bywa niestety, że dziecko rodzi się właśnie bez tego najważniejszego organu. Trzeba też wykluczyć słowa „kretyn” czy „skretyniały”. Nie można powiedzieć, że ktoś nie ma jaj, bo i takie schorzenie występuje. Absolutnie nie wolno pisać, że ktoś jest traktowany jak trędowaty, bo w ten sposób stygmatyzuje się osoby chorujące na trąd.
Nie trzeba było długo czekać. Oto bowiem Rada Etyki Mediów (abstrahuję teraz od kształtu i kompetencji tego ciała do czegokolwiek) musiała zająć się skargą na Piotra Maślaka, prowadzącego w Tok FM program „Pierwsze Śniadanie”. Maślak powiedział w programie 6 listopada, że rząd zachowuje się w sprawie epidemii „jak ślepy w składzie porcelany”. Pomińmy tu fakt, że dziennikarz dość autorsko potraktował związek frazeologiczny, mówiący o słoniu, a nie ślepcu (wówczas może odezwaliby się obrońcy tzw. praw zwierząt). Istotne jest, że na Maślaka poskarżono się do REM, zarzucając mu dokładnie to samo, co zarzucano mnie w przypadku opisu cech Kuchcińskiego. Jak napisały Wirtualne Media: „W skardze zaznaczono, że radio Tok FM jest bardzo wyczulone na wszelkie przejawy seksizmu, rasizmu, homofobii i każdego rodzaju dyskryminacji osób i grup społecznych. – W tym kontekście używanie metafor dyskredytujących osoby niewidome jest bezmyślne i wręcz haniebne – napisano w skardze. – Zwracamy się o zajęcie stanowiska i ewentualne wyciagnięcie stosownych konsekwencji wobec redakcji radia Tok FM”. REM powodów do interwencji jednak nie znalazła – i dobrze.
Historia ta jest w pewnym sensie zabawna, ponieważ stanowi kolejną ilustrację powiedzenia o tym, że rewolucja zjada własne dzieci. Jako że Tok FM od lat jest w awangardzie postępu, nic dziwnego, że jakiś jego słuchacz postanowił być świętszy od papieża i uznał, że dziennikarza trzeba ukarać za „stygmatyzowanie” niewidomych.
Ostrzegałem przed ponad rokiem, że językowe przewrażliwienie jest instrumentem przekształcania świadomości, zmierza bowiem do wytresowania nas w taki sposób, abyśmy odczuwali obawę przed wyrażaniem jakiegokolwiek bardziej zdecydowanego zdania, przed użyciem jakiejkolwiek wyrazistszej metafory, bo przecież kogoś możemy urazić. Tylko naiwni – być może działający nawet z dobrymi intencjami – mogą uznać próbę eliminacji z języka potocznych znaczeń określeń takich jak autystyczny, ślepy, debil itd. za niewinny odruch pomocy i wyciągnięcie ręki do ludzi dotkniętych dolegliwością, do której odnoszą się te określenia.
Terror poprawności politycznej w języku przejawia się między innymi uznaniem, że nie ma różnicy pomiędzy agresją fizyczną a słowną oraz przesunięciem granicy tej ostatniej tak bardzo, że do agresji słownej zostaje zaliczone niemal wszystko, co nie jest apologią danej grupy. Wystarczy zatem nie pochwalać, aby uznano, że się atakuje, a ten atak właściwie niczym się nie różni od agresji fizycznej.
Tępienie potocznego znaczenia słów typu „autystyczny” czy „ślepy” to jedynie jeden z wielu wątków tej strategii. Jako dziennikarze i publicyści nie powinniśmy jej ulegać, zwłaszcza że język jest naszym narzędziem pracy. Dlatego też to my przede wszystkim będziemy na celowniku zwolenników przebudowywania świadomości poprzez cenzurowanie języka – jako dający przykład i wzorce. Tym bardziej nie powinniśmy pozwolić się sterroryzować.
Łukasz Warzecha
CMWP SDP po raz kolejny w obronie filmów harcerzy blokowanych przez YouTube
W związku z regularnym nakładaniem przez YouTube na filmy autorstwa harcerki Miry Raghavacharya szeregu obostrzeń takich jak blokada wiekowa (możliwość wyświetlania filmów dopiero od momentu, gdy widz ma ukończone 18 lat) czy celowe obniżenie zasięgów (materiał nie dociera do grona odbiorców, ponieważ platforma nie informuje o pojawieniu się materiału lub nie pozwala na wyszukanie go w wyszukiwarce czy poprzez inne metody), a nawet blokowanie dostępu do całości filmów, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zwróciło się się do firmy Google jako właściciela platformy YouTube o podjęcie natychmiastowych i zdecydowanych działań mających na celu zaprzestanie blokowania przez YouTube filmów harcerzy ZHR mających na celu promowanie polskiego patriotyzmu oraz rozpowszechnianie wiedzy o polskich bohaterach.
Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przygląda się naruszeniom wolności polskich twórców, w tym harcerzy, na platformie YouTube po raz kolejny. Skrajnym przejawem naruszenia podstawowych praw i wolności człowieka okazało się całkowite zablokowanie w sierpniu 2020 filmu harcerzy ZHR pt. „Kilka dni”, który był oddaniem hołdu przez harcerzy uczestnikom Powstania Warszawskiego. Jakkolwiek po interwencji Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dostęp do filmu został odblokowany, jednakże odblokowanie to nastąpiło po 1 sierpnia, a więc po historycznej dacie rozpoczęcia Powstania Warszawskiego. Należy podkreślić, iż niniejszy film zawiera treści patriotyczne, niezwykle ważne dla historii naszego kraju. Powstanie Warszawskie było bowiem największą operacją militarną Armii Krajowej, wystąpieniem zbrojnym przeciwko okupującym Warszawę wojskom niemieckim.
Po pierwszym oświadczeniu CMWP SDP YouTube przeprosiło za swój błąd i opublikowało film w całości. Niestety na opublikowaniu filmu poprzestano, a następnie ponownie podejmowane są działania, które uniemożliwiają lub znacząco ograniczają możliwość publikowania filmów o tematyce patriotycznej, czy historycznej.
Kolejnym obostrzeniem ze strony YouTube okazało się aktualnie cenzurowanie treści filmu autorstwa harcerki Miry Raghavacharya dla osób poniżej 18 roku życia oraz ciągłe obniżanie zasięgów filmu bez podawania konkretnych powodów. YouTube nie określił dlaczego przedmiotowy film autorstwa harcerki Miry Raghavacharya kwalifikuje się według ich polityki dla osób jedynie pełnoletnich, tym samym bezpodstawnie blokując dostęp młodym ludziom do opisywanych przez nią epizodów z historii Polski.
W piśmie skierowanym do koncernu Google jako właściciela platformy YouTube CMWP SDP przypomina o tym, iż bezpodstawne cenzurowanie treści Twórców jest niezgodne z Konstytucją RP, a także Europejską Konwencją Praw Człowieka. Blokowanie dostępu do harcerskiego filmu przez YouTube narusza więc zasadę wolności słowa, myśli i przekonań, co jest wielce naganne, niedopuszczalne i niezgodne z obowiązującym prawem.
W imieniu młodych twórców, których prawa są notorycznie naruszane, CMWP SDP zaapelowało do YouTube o podjęcie działań w kierunku umożliwienia dostępu do filmów o historii Polski, zaprzestania blokowania i ograniczania zasięgów ich Twórcom, a także o podjęcie odpowiednich kroków w celu uniknięcia ponownych błędów, które dosłownie eliminują treści patriotyczne dotyczące Polski.
Protest CMWP SDP przeciwko zatrzymaniu fotoreporterki Agaty Grzybowskiej przez policję
Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP protestuje przeciwko zatrzymaniu Agaty Grzybowskiej, fotoreporterki Agencji RATS, przez policję podczas protestu pod siedzibą Ministerstwa Edukacji i Nauki w Warszawie w dniu 23 listopada br.
Policja zatrzymała Agatę Grzybowską 23 listopada br. Zatrzymanie trwało kilka godzin, dziennikarce zarzucono naruszenie nietykalności policjanta. Dziennikarka nie przyznaje się do stawianych jej zarzutów. Apelujemy do Prokuratury o niestawianie jej zarzutu naruszenia nietykalności funkcjonariusza publicznego lub jego umorzenie, a do dziennikarzy o rzetelne relacjonowanie przebiegu tego zdarzenia.
dr Jolanta Hajdasz
Warszawa, 24 listopada 2020 r.









