MAJA NARBUTT: Nie ma pomysłu na Białoruś

Aleksander Łukaszenka pokazał już, że nie cofnie się przed niczym. Unia Europejska – że skłonna jest przeciwstawić mu niewiele: tradycyjne wyrazy głębokiego zaniepokojenia i wpisanie na czarną listę. Czas kolorowych rewolucji dobiegł końca i wszyscy są tego świadomi.

 

Dla Łukaszenki utrzymanie się przy władzy to kwestia życia i śmierci. Może nie w sensie dosłownym, ale z pewnością dymisja  oznaczałaby dla niego śmierć cywilną, wegetację na wygnaniu w prowincjonalnym rosyjskim mieście. Jest zdeterminowany – i to cecha, która określa jego postępowanie.

 

Unia Europejska takiej determinacji w radzeniu sobie z kryzysem na Białorusi nie ma. Z bardzo prostej przyczyny: z reguły brak jej determinacji w kwestiach związanych z obroną praw człowieka, jeśli wiązałoby się to z wejściem w  konflikt z Rosją. Owszem, jawne sfałszowanie wyborów, aresztowanie politycznych oponentów, torturowanie ich  a nawet zabijanie to bardzo przykre sprawy. Podobnie jak przykrą sprawę było otrucie rosyjskiego opozycjonisty Aleksandra Nawalnego. I dlatego oczywiste było, że przywódcy zachodnich państw wydadzą stosowne oświadczenia, wyrażając głębokie zaniepokojenie. A nawet sięgną po tradycyjne w takich wypadkach sankcje, czyli wpisanie na czarną unijną  listę przedstawicieli białoruskiego reżimu. Nie mogą zrobić nic mniej, zwłaszcza gdy czołowe zachodnia media alarmują, że trzeba pomóc  dzielnym ludziom pacyfikowanym  na ulicach białoruskich miast.

 

Aleksander Łukaszenka otwarcie jednak kpi z takich sankcji. Wypowiadał się na ten temat w białoruskiej telewizji, podkreślając, że jest przyzwyczajony do figurowania na czarnej liście. Zapewne nawet nie jest to dla niego szczególnie przykre, no może poza tym jedynym przypadkiem, kiedy osiem lat temu chciał się udać do Londynu na olimpiadę, a okazało się, że jest tam persona non grata.

 

Zresztą niewątpliwie dla całego establishmentu białoruskiego objęcie unijnymi sankcjami jest mniej bolesne niż dla rosyjskiego. Administracja Łukaszenki, w przeciwieństwie do Rosjan z kręgu Kremla, raczej nie słynie z robienia zakupów w Paryżu czy wysyłania dzieci na studia do Londynu.

 

Łukaszenka potrafił się zresztą odwinąć i uderzyć w tych, których uznał za „najbardziej uprzedzonych wobec władz Białorusi ”  przedstawicieli państw członkowskich UE i członków Parlamentu Europejskiego. Białoruska czarna lista ma charakter niejawny i ma obowiązywać również w Rosji. Poza tym władze białoruskie zażądały, by swój personel dyplomatyczny ograniczyła Polska i Litwa, czytelnie wskazując, kogo uważają za inicjatorów działań skierowanych przeciw Aleksandrowi Łukaszence.

 

Czy sensowne byłoby wprowadzenie sankcji ekonomicznych skierowanych przeciw reżimowi Łukaszenki ? Ich efekt nie byłby porażający biorąc pod uwagę, że tylko 20 procent eksportu Białoruś kieruje na Zachód, a prawie 50 procent – do Rosji.

 

Przede wszystkim jednak UE nie pali się do sięgnięcia po bardziej drastyczne środki nacisku. Trzeba powiedzieć to bardzo  wyraźnie: Białoruś nie będzie terenem, na którym Zachód zamierza w jakikolwiek sposób konfrontować się z Rosją. Karty zostały rozdane już dawno, pragmatyzm niebezpiecznie blisko graniczy z cynizmem, a przymykanie oczu na łamanie praw człowieka przez  „ostatniego dyktatora  Europy” ‚ ma wieloletnią tradycję.

 

Mogłoby nastąpić nowe rozdanie, gdyby Rosjanie przewrócili stolik i zdecydowali się bezpośrednio ingerować na Białorusi, ale nic nie wskazuje, że mogłoby to nastąpić. Także dlatego, że nie ma już takiej potrzeby. Kiedy trzy miesiące temu pojawiło się wstrząsające  zdjęcie Aleksandra Łukaszenki z uzbrojonym w kałasznikowa piętnastoletnim  synem Kolą jak siedzą w niemal pustej  sali, w której ma obradować  sztab kryzysowy, mogło się wydawać, że dni dyktatora są policzone. Jeśli oczywiście nie pomoże mu Putin. Ale białoruskie struktury siłowe nie opuściły Łukaszenki i dzisiaj widać już, że nie zamierza on ustąpić w najbliższej przyszłości.

 

Możemy dyskutować, co Zachód powinien zrobić dla Białorusi. Bezdyskusyjne natomiast jest, czego absolutnie zrobić nie powinien. Nie powinien rozbudzać nadmiernych nadziei Białorusinów, karmić ich złudzeniami, że możliwa jest integracja ich kraju z Europą i otwarcie w przewidywalnej przyszłości drzwi do UE. Taki morał płynie z gorzkiej ukraińskiej lekcji, którą powinniśmy dobrze zapamiętać.

 

W wypadku Białorusi sprawa jest zresztą  prostsza, bo Białorusini nie mają aspiracji, które niepotrzebnie udało się poprzez Partnerstwo Wschodnie rozbudzić w Ukraińcach. Na białoruskich demonstracjach trzepoczą flagi biało – czerwono – białe, flag unijnych raczej nie ma.  Być może to wyraz realizmu Białorusinów, a może wręcz zapowiedź tego, że ktokolwiek obejmie władzę po Łukaszence nie ma zamiaru odwracać geopolitycznych sojuszy.

 

Musimy więc skupić się na tym, co konkretnie  można  zrobić – i co już się dzieje – czyli na przyspieszeniu procedur wjazdowych dla Białorusinów, którzy padli ofiarą represji reżimu Łukaszenki. Polska musi być dla nich bezpiecznym terytorium, na którym znajdą schronienie .

 

Padły już naszej strony deklaracje, że chętnie przyjmiemy Białorusinów, którzy chcą do nas przenieść swe firmy, także z sektora IT. Byłoby to zresztą korzystne dla Polski. Nie wiadomo jednak, czy Białorusini z tej oferty skorzystają. Trzydzieści kilometrów od białoruskiej granicy jest Wilno i tam  już pojawiło się wielu informatyków, którzy opuścili Białoruś, najwyraźniej jest to dla nich obszar bliższy kulturowo.

 

Najbliższa agenda wydaje się jasna — trzeba pomagać Białorusinom , którzy zdecydują się opuścić swój kraj, otworzyć dla nich swój rynek pracy  a także finansowo wspierać tych, którzy tam pozostaną i są represjonowani. A także wspomagać niezależne media i organizacje pozarządowe.

 

Czy Białorusini mogą jednak liczyć na więcej? Mówi się o nowej wersji planu Marshalla, który miałby objąć Białoruś. Ale oczywiście miałoby to dotyczyć Białorusi, która się demokratyzuje i zaczyna reformować, na co się w najbliższej  przyszłości raczej nie ma co liczyć.

 

A kiedy już opadną emocje, może się też okazać, że wyniszczony ekonomicznie  pandemią Covid-19  Zachód nie bardzo będzie się kwapił dla takiej pomocy.

 

Maja Narbutt

ADAM SOCHA: Jakie pytania powinna była zadać Lubecka Margot

Rozpętało się „piekło” po tym, jak  dziennikarka Radia ZET Beata Lubecka została nominowana do Grand Press za wywiad z Michałem Sz. ps. „Margot”.

 

„Jako organizator konkursu Grand Press 2020 podjąłem decyzję o rezygnacji w tym roku z wręczania nagród w kategorii Wywiad” – czytamy w oświadczeniu Redaktora Naczelnego „Press” Andrzeja Skworza.

 

Do tej nagrody została nominowana dziennikarka Radia ZET Beata Lubecką za wywiad z „osobą niebinarną” Michałem Sz., pseudonim Margot, aktywistą/aktywistką kolektywu LGFBT+ „Stop bzdurom”. Decyzja red. Skworza nastąpiła po wyrazach oburzenia faktem, nominacji Lubeckiej ze strony organizacji i aktywistów LGBT oraz części dziennikarzy.

 

Wywiad został przeprowadzony 2 września, a w sierpniu „Margot” została/został aresztowana/aresztowany na trzy tygodnie po tym, jak zablokowała/zablokował furgonetkę oblepioną homofobicznymi hasłami. Postawiono jej/jemu m.in. zarzuty uszkodzenia mienia i spowodowania u kierowcy rozstroju zdrowia, trwającego nie dłużej niż siedem dni.

 

Kolektyw Stop Bzdurom tak skomentował decyzję o nominacji:

 

„Przypomnijmy, że Lubecka w ciągu kilkunastu minut zdążyła: pomylić nazwę kolektywu, z którego członkinią rozmawia; wypytać Margot o deadname i dane z dowodu; wypytać Margot o relacje, subtelnie pytając o 'partnerki erotyczne’, dociekać o 'cechy płciowe’; pokazać, jaką łaskę robi, nazywając Margot po imieniu i nie misgenderując, totalnie zignorować poważne problemy społeczności LGBTQ, bo bardziej chciała gadać o pokazywaniu faka, zażenować wszystkich słuchających wywiadu (najsilniejsze odpadały po 5 minutach)” – czytamy na Facebooku organizacji.

 

Na znak protestu dziennikarz „Gazety Wyborczej” Stanisław Skarżyński, zrzekł się swojej nagrody. Swój sprzeciw wobec tej nominacji wyraził również aktywista LGBT Bart Staszewski.

 

Skarżyński napisał: „Ten >wywiad< Beaty Lubeckiej, jeśli na coś zasługiwał, to na nominację do nagrody za antydziennikarstwo albo tytuł tępej dulszczyzny roku. W normalnym kraju za coś takiego Lubecka wyleciałaby z hukiem z pracy, a nie dostała nominację. Nie chcę mieć nic wspólnego z nagrodą, która po tej nominacji cuchnie homofobią i transfobią, a nie ustanawia standardy dziennikarskie. Trzeba mieć kompletnie poprzestawiane klepki i zerowe wyczucie elementarnych zasad, żeby ten wywiad nominować do nagrody. Wstydźcie się, tak jak ja się wstydzę, że dostałem tę nagrodę i byłem z tego jakoś tam dumny”.

 

Swoje dołożył Bart Staszewski, który zasłynął na cały świat z akcji fotografowania się pod tablicami z nazwą miast, z napisem  „strefa wolna od LGBT”: „Szydercza, nieprzygotowana i transfobiczna red. Lubecka miałaby dostać Grandpress za >Rozmowę z Margot< z września tego roku? To jakiś żart! Zdążyłem wymazać z pamięci ten żałosny wywiad a tu taka niespodzianka… @PressRedakcja wstyd!”.

 

Mnie też zaskoczyła ta niepoprawność polityczna PRESS-u, który postrzegałem jako organ liberalno-lewicowy, progresywno-postępowy i nagradzający tylko dziennikarzy z tego nurtu. Dlaczego nie nominowali wywiadu-rzeki z Margot w „Wyborczej”, w której osoba niebinarna opisała swoją traumę życia w heteronormatywnej rodzinie i prześladowania ze strony homofobicznego społeczeństwa? Jak mogło dojść do takiego osłabienia rewolucyjnej czujności?

 

Odnalazłem w sieci ten wywiad, by na własne uszy przekonać się, o co chodzi? Oto pytania, które zadawała Beata Lubecka (jak wyjaśniła w trakcie, te pytania pochodziły od słuchaczy, którzy zadawali je na TT, pod zajawką, iż jej gościem będzie Margot). Lubecka uszanowała wolę Margot i zwracała się do niego w formie żeńskiej:

 

– Co masz zapisane w dowodzie, jaką płeć?

 

– Dlaczego tak ci zależy, żeby zwracać się do Ciebie jako do kobiety?

 

– Czy udawanie kogoś, kim nie jesteś, nie jest Twoim sposobem na życie?

 

– Zrobiło się o Tobie głośno, bo zaatakowałaś działacza Pro life. Dlaczego zaatakowałaś tego człowieka? To jednak jest chuligaństwo, do tego dochodzi niszczenie mienia?

 

– Jest film w internecie, jesteś tam prowodyrem tego zajścia?

 

Margot: Siedzę i wiążę buty.

 

– Ale w pewnym momencie wstajesz, popychasz kierowcę, jesteś prowodyrem zajścia.

 

– Czy walka o własne interesy uzasadnia przemoc?

 

Margot: To była samoobrona

 

– A gdzie szacunek dla prawa?

 

– Zaatakowałaś tego człowieka, on również doznał uszczerbku na zdrowiu

 

– Czym zajmuje się kolektyw Stop bzdurom?

 

– Co to znaczy, że stosujecie „nietuzinkowe metody”? Czy przemoc jest „nietuzinkową metodą”?

 

– Po raz trzeci lojalnie uprzedzam, jeśli jeszcze raz użyjesz wulgarnego słowa, to będę musiała przerwać wywiad. Umawialiśmy się przed rozmową, że pewne formy zachowasz, jesteśmy nadawcą i ciąży na nas pewna odpowiedzialność, pamiętaj o tym, proszę.

 

– Jedna z akcji, która zorganizował wasz kolektyw, a którą zajmuje się prokurator,  była akcja wieszania tęczowych flag na pomnikach, również na figurze Chrystusa z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Zdajesz sobie sprawę, że wiele osób wierzących poczuło się dotkniętych, naruszyłaś ich uczucia religijne?

 

– Dlaczego to musiała być figurą Chrystusa? Czy to nie naruszyło wolności osób wierzących?

 

– A z czego się utrzymujecie w ramach  kolektywu?

 

– Kiedykolwiek pracowałaś regularnie?

 

– W ramach kolektywu działasz Ty i Zuzanna, pseudonim „Łania”. To jest Twoja dziewczyna, koleżanka? Jak to zdefiniować?

 

Margot: Partnerka

 

– Czy to również Twoja partnerka erotyczna (nie musisz na to pytanie odpowiadać, jeśli jest za daleko idące?)

 

– Zorganizowałyście zbiórkę w internecie. Ile zebrałyście?

 

– Czym uzasadniliście zbiórkę, na jaki cel mieli wpłacać ludzie?

Itd, itp.

 

Chyba też jestem homofobem, transfobem, ksenofobem, gdyż w tych pytaniach nie widzę niczego niestosownego, niekulturalnego, nieprzyzwoitego, aroganckiego, tendencyjnego. Przeciwnie, dziennikarka zadaje pytania OCZYWISTE, elementarne. Gdyby ich nie zadała, oznaczałoby to, że Radio Zet oddało do prowadzenia swój flagowy program jakiejś amatorce, która nie ma zielonego pojęcia o warsztacie dziennikarskim. Tylko jedno pytanie bym inaczej sformułował. Zamiast zapytać: „Czy udawanie kogoś, kim nie jesteś, nie jest Twoim sposobem na życie?” zapytałbym: „Wiele osób podejrzewa, że udajesz kogoś, kim nie jesteś, bo to jest Twój sposób na życie?”

 

To, że akurat dziennikarz „Gazety Wyborczej” rwie szaty i odsądza Beatę Lubecką od czci i wiary mnie nie dziwi. Już od wielu, wielu lat gazeta ta jest biuletynem ideologiczno-propagandowym walczącym z faszyzmem, ksenofobią, antysemityzmem, nacjonalizmem, rasizmem, a teraz też z homofobią przy czym o tym, kto jest faszystą, ksenofobem, antysemita, nacjonalistą, rasistą czy homofobem oraz co to jest faszyzm, ksenofobia, antysemityzm, nacjonalizm, rasizm i homofobia decyduje kierownictwo redakcji.

 

Przeraża mnie, że rewolucjoniści z „Wyborczej” i popierane przez nich partie mogą zdobyć władzę i wcielić w życie terror prawomyślności, pozbawiać ludzi środków do życia i wtrącać do więzień za orwellowską zbrodniomyśl. Już zaczęły się procesy dyscyplinarne na uczelniach wobec naukowców mających inne poglądy od ideologów gender. Funkcję prezesa stracił współtwórca Radia Nowy Świat Paweł Jedliński, za używanie formy męskiej wobec Margot.

 

Na Zachodzie, gdzie już politpoprawność święci triumfy wolnomyśliciele, naukowcy, ludzie pióra już jej doświadczają, jak ostatnio autorka Harry Pottera, która ośmieliła się a swoim TT zauważyć, że jednak miesiączki to mają kobiety, a nie mężczyźni.

 

Trzeba się z tym liczyć, że ten walec tęczowej rewolucji w końcu dotrze do Polski. Dlatego, by wspomóc koleżanki dziennikarki  i kolegów dziennikarzy, pokażę, jakie pytania powinna była zadać Beata Lubecka, by nie zostać oskarżoną o homofobię i zasłużyć na nagrodę PRESS.

 

– Jaka traumę przeżywasz, w związku z tym, że  w dowodzie urzędnik homofob wpisał Tobie płeć męską?

 

– Co powinno spotkać homofobów, którzy zwracają się do Ciebie jako do mężczyzny?

 

– Czy nie ponosisz za dużych kosztów poświęcając życie na ołtarzu walki z homofobią?

 

– Co władze powinny  zrobić z homofobiczną, oszczerczą akcją Pro life, której padacie ofiarą?

 

– Daliście przykład jak należy rozprawiać się z homofobami. Czy nie powinniście jednak zastosować więcej nietuzinkowych metod walki z homofobią?

 

– Nie krępuj się, klnij, bo ja sama ledwo się powstrzymuję, by nie wybuchnąć.

 

– Czy nie jesteście zbyt poprawni politycznie, wieszacie tylko tęczowe flagi? W USA burzą pomniki, co prawda figur Chrystusa jeszcze nie, ale polscy LGBTQ chociaż w tym mogliby być pierwsi.

 

– Dlaczego tak mało wpłynęło na wasz apel o zbiórkę środków na walkę z homofobią, tylko 400 tys. złotych? Może zaapelujesz na naszej antenie o większą hojność, wszak walczycie o wyzwolenie nas z wielowiekowych okowów ciemnoty i obskurantyzmu, jesteście prometejami nowego, wspaniałego świata, w którym nie będzie płci, związków heteronormatywnych i religii, które są źródłem faszyzmu i przemocy.

 

Adam Socha

 

 

Patent na sternika …Trójkowego – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Co ma Urząd Patentowy do „gadanka” tego i owego redaktora i „puszczanka” muzy takiej i owakiej? Okazuje się, że ma i to nie mało.

 

Zanim do radia, to jeszcze trochę historii zaczerpniętej z prasy. Naczelny tygodnika „Nie” pozwolił sobie na żart, o którym poinformował opinię publiczną, że w odpowiednim urzędzie nabył prawa autorskie do hymnu narodowego. I od tego momentu Kampania Reprezentacyjna Wojska Polskiego, aby mogła odegrać ów hymn, on musi wyrazić na to zgodę. A jeśli nie, oficjele na lotnisku będą witani melodią „Szła dzieweczka do laseczka”.

 

Jak powszechnie wiadomo (uwielbiam ten propagandowy zwrot), wiosną mieliśmy całkiem sporą rewolucję w kultowej „Trójce”; odejścia, protesty, zamieszanie. Z ramówki wypadły m.in.: „Lista Przebojów”, „Zapraszamy do Trójki” czy „Sjesta”. Spore grono redaktorów porzuciło stacjonarnego pancernika, który się zasadził na politycznej mieliźnie i przesiadło się na nowe fale internetowych fregat, w postaci Radia Nowy Świat i Radia 357.

 

Następnie dowiedzieliśmy się, iż „Polskie Radio wytacza ciężkie działa przeciwko Markowi Niedźwieckiemu” i chce zastrzec znak towarowy „Muzyka ciszy”. Do tego dorzucono ponad trzydzieści nazw audycji Trójki, takich jak np. „Manniak po ciemku” i wiele opcji z adresowymi numerkami 3/5/7. W sumie można też zawarować program „5 10 15”, bo tam, ten niepokorny redaktor Mann, głos dawał.

 

To bardzo odważne posunięcie, aby Urząd Patentowy zawalić takimi niezwykle ważnymi sprawami. Przecież tam na co dzień, zajmują się doniosłymi wynalazkami, takimi  jak: „rower dwustronny”, „damskie majtki z kalendarzem”, „składacz łóżka”, „metoda rozhuśtania huśtawki”, „rozrywkowy pisuar”, „metody zakrywania łysiny”. Polska jest w ogonie w Europy jeśli chodzi o zgłaszanie patentów, więc spece od rozgłośni radiowej postanowili to nadrobić, dorzucając innowacje ze swojego poletka.

 

Aby było wszystko jasne, we wniosku dopowiedziano: „W przeważającej liczbie przypadków tytuły te zostały zaproponowane przez Polskie Radio S.A. lub osoby działające w jego imieniu, a kojarzone z nimi osoby są jedynie redaktorami prowadzącymi”.

 

A było to tak. Kierownik produkcji czy ktoś jeszcze ważniejszy, zawezwał panów redaktorów Wojciecha i Marka. I mówił słuchajcie, mamy takie audycje. Żeśmy je sobie tutaj w gronie ścisłego kierownictwa wymyślili; „Markomania” i „Radiomann”. Tak się szczęśliwie składa, że Wasze imiona i nazwiska pasują do tych audycji, to je poprowadzicie. Czy może mamy szukać do nich kogoś innego? Kogoś na M czy ma Ma. Słuchajcie, no redaktorze Niedźwiecki, pociągniesz tę łajbę, bo jak wiesz, nocnych Marków nie brakuje, sobie kogoś dobierzemy.  Kolego Mann, nie chcecie do tego „Radiomanniaka”, co żeśmy stworzyli? To też kogoś znajdziemy, mało to radiowych maniaków dookoła?

 

Niech się jednak znani dziennikarze nie przejmują. Znając inteligencje i kreatywność słuchaczy, to wystarczy, że redaktorzy ogłoszą konkursy na nowe audycje wśród słuchaczy. Będzie można się spodziewać wysypu programów pod tytułem: „Manniana popołudniowa”, „Mannierka z songami” czy „Mannewry konsolą”. Zamiast 3/5/7 pojawić się mogą przecież: „Naga broń 3 i 57”, „3 i 5/7 tygodnia” czy „357 Dalmatyńczyków”. Dzieci w przedszkolach będą miały nową zabawę: „Trzecia godzina – niedźwiedź śpi, piąta godzina – niedźwiedź chrapie, siódma godzina – niedźwiedź łapie”. W ogóle to ta Myśliwiecka niedobrze się kojarzy. Z jakimś myśliwym czy co, a tu mamy niedźwiedzia takiego, no wiecie sami.

 

Wystarczy też, bez zbędnego wysiłku intelektualnego sięgnąć po opcję „synonim” w googlach, wordzie czy po prostu w głowie. I gotowe. Już wiadomo, że zamiast „Manniaka po ciemku”, będzie „Manniak po omacku”.

 

Zdaje się, że obecne jedynie słuszne kierownictwo stacji, zapomniało, że to ludzie są najważniejsi. Znani i lubiani. Nawet Robert Makłowicz doczekał się bycia radiowcem i w Newonce.radio puszcza muzykę: „od Bartóka po punk rocka”. Bo jest uwielbiany. Nazwy są drugorzędne. Tak samo jak książki kucharskie świetnie się sprzedają, byle znana z ekranu gwiazda, świeciła swym blaskiem z okładki. Widzowie i słuchacze kochają dziennikarzy pasjonatów, a nie tytuły takie czy owakie. Generalnie, to mogli by pracować za samo uznanie wśród fanów. Red. Tomasz Lis w książce „ABC dziennikarstwa” przytoczył cytat: „Wybieramy dziennikarstwo, bo pozwala nam ono pozostawać dzieciakami po czterdziestce” i zapytał „Czy w ogóle powinno nam się płacić za coś, co bylibyśmy skłonni robić za darmo?”.

 

Czyli że co? Wystarczy: „ku chwale słuchaczy i Ojczyzny”.

 

Oczywiście można biadolić, że: „Trójka to niski poziom muzyczny, fatalny styl publicystyczno-dziennikarski i trzeba ją było uwolnić z rąk ideowych dzieci i wnuków Jaruzelskiego i Kiszczaka” (redaktor-polityk Joanna Lichocka) albo „w Trójce od kilkudziesięciu lat nic się nie zmieniało. Te same osoby prowadziły w ten sam sposób te same audycje. I tak przez 40 lat” (prezes Agnieszka Kamińska).

 

No to od słów do czynów, od narzekań i działania. Trójka ma najniższą słuchalność w swojej historii na poziomie 2,9 proc., a takie RNŚ „tylko” 1 700 000 słuchaczy. Nowe Radio 357 tylko w jeden dzień uzbierało ponad 100 tys. złotych, a Radio Nowy Świat szczyci się sumą powyżej trzech milionów. Zdaje się też, że i „uciekinierzy” nie tyrają nieodpłatnie. I to bez reklam i polityków.

 

 

 

Grudniowe „Forum Dziennikarzy” już do pobrania

Najnowsze „Forum Dziennikarzy” jest już dostępne w wersji elektronicznej. W wersji papierowej – jak zapewnia nas drukarnia – będzie osiągalne 15 grudnia.

 

Tym razem tematykę „Forum Dziennikarzy” zdominowały wydarzenia na Białorusi i niezwykła rola dziennikarzy w informowaniu światowej opinii publicznej o wydarzeniach w kraju graniczącym z Unią Europejską. Tematyce białoruskiej poświęcamy cały blok tematyczny „Solidarni z Białorusią” rozpoczynający się od strony 62. Znajdziecie tam Państwo relacje białoruskich dziennikarzy, więzionych i poddawanych torturom. Opublikowaliśmy też materiały dziennikarzy sugerujące dalszy rozwój wypadków na Białorusi oraz trwające nadal relacje z pozarządowych kontaktów polsko-białoruskich uwieńczone wieloma pożytecznymi społecznie projektami.

 

Nie zabraknie w najnowszym wydaniu „Forum Dziennikarzy” interesujących tekstów odnoszących się do współczesności, tak jak autorstwa Jacka Wegnera, recenzja książki Aleksandra Nalaskowskiego pt.: „Wielkie zatrzymanie”. To ważna pozycja na rynku wydawniczym uświadamiająca współczesne mechanizmy duchowej i umysłowej degeneracji w wyniku ucywilizowania barbarzyństwa.

 

Zbliżające się święta Bożego Narodzenia zainspirowały Marię Giedz do napisania tekstu „Boże Narodzenia w internacie”, w którym działacze antykomunistycznej opozycji wspominają wigilię spędzona w więzieniach i miejscach internowania.

 

Tematyka więzienna gości też w tekście Stefana Truszczyńskiego „Szpalty za kratą” opisującym imponujący rynek wydawniczy jaki istnieje za sprawą więźniów kilku polskich zakładów karnych.

 

W niezwykle interesujący świat filmu i współczesnych wydarzeń historycznych zabiera nas Teresa Kaczorowska w tekście opisującym XII edycję gdyńskiego Festiwalu Filmowego Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci.

 

Również do współczesności odnosi się tekst Aliny Bosak „Własność intelektualna w epoce kopiuj-wklej”. To współczesność, w której bezprawnie zawłaszcza się twórczość ludzi „pióra”. Czy istnieje szansa na powstrzymanie tego procederu? Odpowiedź znajdziecie Państwo w tekście naszej autorki.

 

W najnowszym wydaniu „Forum Dziennikarzy” znajdziecie również inne, ciekawe materiały, które niech będą dla Was świąteczną niespodzianką.

 

Życzę miłej lektury

 

Andrzej Klimczak

Redaktor Naczelny „Forum Dziennikarzy”

 

 

Numer 5 (139)/2020 do pobrania

 

 Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

 

 

ADAM SOCHA: Hołd „dobrej zmiany” dla byłych „Trójkowiczów”

Decydenci Polskiego Radia najwyraźniej wierzą, że kogokolwiek posadzą przed mikrofonem, to wystarczy, że poprowadzi audycję np. „Markomania”, a słuchacze będą przekonani, że słyszą Marka Niedźwieckiego.

 

Polskie Radio chce zastrzec w Urzędzie Patentowym ponad 30 tytułów audycji Trójki – donosi portal Wirtualnemedia.pl

 

Publiczna rozgłośnia wystąpiła o zastrzeżenie takich znaków towarowych jak Wojciecha Manna „Manniak po ciemku”, Jana Młynarskiego „Dancing, salon, ulica”, Jana Ptaszyna Wróblewskiego „Trzy kwadranse jazzu”, Marka Niedźwieckiego „Markomania”, Michała Margańskiego  „AnagrammarganA”, Tomasza Żądy „Trójka Żąda debiutów”, „Magiel Wagli” (Wojciech Waglewski i Bartosz Waglewski), czy Dariusza Rosiaka „Raport o stanie świata”. A także takich nazw jak „Serwis Trójki”, „Trójkowo rockowo”, „Trójka budzi”, „Trójkowo Filmowo”, „Muzyczna poczta UKF”, „Świąteczna poczta UKF”, „Trzy wymiary gitary” czy „Strefa Rock’n’Rolla wolna od Angola”.

 

Trudno o większy wyraz uznania pod adresem twórców i prowadzących tych audycji Wojciecha Manna, Marka Niedźwieckiego, czy Dariusza Rosiaka. A jeszcze niedawno, po tym jak „dobra zmiana” wysadziła „Trójkę” w powietrze, czytaliśmy i słuchaliśmy wypowiedzi posłanki PiS Joanny Lichockiej o dziennikarzach stacji przy Myśliwieckiej 3/5/7, że się „zestarzali, przestali być tak twórczy, jak kiedyś, ale nie przyszło im do głowy, że powodują gigantyczny zjazd słuchalności Trójki. Odwrót słuchaczy był właśnie od tych, co dziś tak głośno krzyczą o rzekomym zamachu na Trójkę, a którzy rok za rokiem robili te same, coraz bardziej nużące programy” – stwierdziła posłanka Lichocka. Według członkini Rady Mediów Narodowych Ernest ZozuńMichał Olszańskisprowadzali antenę do targetu małego radyjka internetowego, jak na przykład Radio Nowy Świat. W mojej ocenie byli w tym nudni i pretensjonalni” – oceniła.

 

I teraz tytuły audycji tych „nudnych i pretensjonalnych” dziennikarzy, których już nikt nie chciał słuchać, poza garstką takich samych dziadersów i złogów po epoce Radiokomitetu, szefostwo Polskiego Radia pobiegło zastrzec, jako cenne dobra narodowe.

 

Jak było do przewiedzenia, ruch szefów Polskiego Radia wywołał rozbawienie byłych dziennikarzy Trójki dzisiaj nadających swoje audycje w Radiu Nowy Świat, jak Wojciech Mann oraz tych, którzy wkrótce uruchomią swoje audycje w Radiu 357, jak Marek Niedźwiecki.

 

Jeżeli Polskie Radio chce tak bardzo stać się właścicielem mojego tytułu „Manniak po ciemku”, to niech nie zapomną o zastrzeżeniu zarówno wersji z jednym 'n’, jak i z dwoma” – mówi Mann w portalu Wirtualnemedia.pl, a kierownictwo RNŚ sprawdza, czy zastrzeżony jest także „Manniak”, a co za tym idzie – imię i nazwisko: Wojciech Mann. „Nie mamy jeszcze pomysłu na to, co zrobimy, gdy okaże się, że i sam Wojciech Mann należy do Polskiego Radia” – ironizują.

 

Niedzielna audycja Wojciecha Manna w Radiu Nowy Świat zmieniła nazwę – zamiast „Bez kolejki” na „Manniak po omacku”.

 

To, co robi Polskie Radio to przejaw żenującej reakcji nacechowanej zemstą wobec wszystkich ludzi, którzy wcześniej wyrzuciło z pracy” – ocenił z kolei Dariusz Rosiak, autor znakomitej, na wysokim poziomie prowadzonej audycji „Raport o stanie świata”.  Nota bene do dzisiaj nie jestem w stanie zrozumieć decyzji nie przedłużenia umowy właśnie z tym publicystą i autorem interesujących, ważnych książek. Jego audycje w żaden sposób nie komentowały poczynań „dobrej zmiany”, czy totalnej opozycji. Była poza i ponad plemiennymi wojnami. Może to po prostu czyjaś zawiść?

 

Kuba Strzyczkowski z Radia 357 mówi, że jego nowe radio nie miało planów wykorzystywania nazw audycji z Trójki. „Wypada jednak podziękować zarządowi za dobrą reklamę. Problem jednak polega na tym, że radio tworzy człowiek – jego sposób narracji, sposób opowiadania o świecie. Tytuł audycji jest wyłącznie etykietą formy, którą wypełnia prowadzący. I owszem, mógłbym założyć koszulkę Maradony, ale zapewniam, że dzięki temu nie będę grał jak Maradona” – oznajmił.

 

Jednak przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, członkini tego ciała Joanna Lichocka i prezes Zarządu Polskiego Radia S.A. Agnieszka Kamińska najwyraźniej wierzą, że kogokolwiek posadzą przed mikrofonem, to wystarczy, że poprowadzi audycję np. „Markomania”, a słuchacze będą przekonani, że słyszą Marka Niedźwieckiego.

 

To, co w tej historii napawa optymizmem, to fakt, że eks-dziennikarze Trójki byli w stanie w rekordowo szybkim czasie znaleźć słuchaczy, którzy wyłożyli własne pieniądze, by móc nadal słuchać ulubionych prezenterów.  Radio Nowy Świat na stronie Patronite.pl uzbierało już 31 360 patronów, którzy w sumie wyłożyli 5 496 377 zł, po 697 018 zł miesięcznie. Radio 357 Kuby StrzyczkowskiegoMarka Niedźwieckiego ma 14 561 patronów, którzy złożyli się na 667 893 zł, deklarując miesięczne wpłaty 349 562 zł.

 

Sam Dariusz Rosiak zebrał w serwisie Patronite deklaracje miesięczne w kwocie 62 tys. złotych od ponad 4 tys. osób i prowadzi podcast „Raport o stanie świata”, do którego w październiku dołączył „Raport o stanie książek”.

 

A Program 3 dziś już właściwie nie istnieje. Słuchalność zjechała z 8,8 proc. po przejęciu Polskiego Radia przez PiS, do zaledwie 2,9 proc. Obecnie, po wielkiej czystce.

 

No, ale Czabański-Lichocka-Kamińska mają w zanadrzu wunderwaffe. Polskie Radio odpaliło w grudniu kampanię reklamową Programu 3 pod hasłem „Zapraszamy do Trójki”. To był tytuł jednych z najbardziej znanych porannych i popołudniowych audycji, prowadzili je m.in. Łukawski, Mann, Strzyczkowski, Olszański. I właśnie „Zapraszamy do Trójki” zdjął z anteny jej nowy dyrektor Michał Narkiewicz-Jodko.

 

Adam Socha

 

PS. Prezesko Polskiego Radia, nie zapomnijcie zastrzec też „Karpia” – projekt dziennikarzy „Trójki” wspólnego śpiewania świątecznej piosenki. Ta tradycja ma już 20 lat. Tematem wspólnym większości z piosenek jest refren: „Krok po kroku, krok po kroczku, Najpiękniejsze w całym roczku, Idą święta, idą święta”. Teksty do niej pisali m.in. Jakub Strzyczkowski, Artur Andrus, Grzegorz Wasowski, Michał Rusinek, Jacek Poniedzielski, Piotr Bukartyk, Maria Czubaszek, Michał Zabłocki. W tym roku czekamy na tekst tercetu Czabański-Lichocka-Kamińska. Koniecznie ujmijcie ocalenie karpia przez „Piątkę dla zwierząt”. Prezes JK będzie zachwycony!

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Z druku wprost w sieć

Czy skok z druku do Internetu to skok na bardzo głęboką i mętną wodę? Jakie ostrzeżenia zawierają prognozy dla dziennikarstwa? Czy uda nam się zadbać o wysoką jakość materiałów i bezpieczeństwo dziennikarzy?

 

Okruchy historii

 

Przechodzenie tytułów prasowych do Internetu wyglądało bardzo różnie. „Rzeczpospolita” stworzyła odrębną redakcję, do której na początku zgłosiły się tylko dwie osoby. Na łamach sdp.pl wspominał to ostatnio Mirosław Usidus, dając artykułowi znamienny tytuł: „Spotkamy się tam, gdzie nikt na nas nie czeka”.[1] Nieistniejący już kielecki dziennik „Słowo Ludu”[2] (pierwotnie organ KW PZPR) wkroczył do sieci w początkach XXI wieku. Na stronie WWW pojawiała się z opóźnieniem wobec wydania papierowego wersja PDF z usuniętymi przez grafika reklamami. Płachta zawierała więc liczne „białe plamy”, co można żartobliwie odnieść do PRL-owskiej przeszłości. „Słowo Ludu” przetrwało do maja 2006 roku, kiedy ówczesny właściciel norweski koncern Orkla zdecydował o zamknięciu tytułu. Pomysł takiej ekspozycji gazety nie zanikł. W podobnej formie ukazywał się np. „Mediafun Magazyn” Macieja Budzicha (2010-2011 r.)[3], choć to był ruch w drugą stronę – czyli od bloga do pisma i oczywiście zawierał również materiały marketingowe. W wersji zarówno papierowej jak i PDF znajdziemy „Tygodnik eM”[4], czy „2 Tygodnik Kielecki”[5]. Do niedawna również kwartalnik „Doradca Kariery”, ale ten ostatni tytuł nie przetrwał pandemii i właśnie zakończył działalność[6]. Nieco optymizmu wniósł ostatnio materiał „Press” na temat tygodnika „Wprost”, którego ostatni drukowany numer ukazał się 30 marca 2020 r., co redakcja uzasadniła spadkami sprzedaży w związku z wiosennym lockownem.

 

Optymistycznie i pesymistycznie

 

Wspomniany materiał „Press” odnosi się głównie do faktu, że „Wprost” w sierpniu był najczęściej cytowanym tygodnikiem. Warto jednak zaznaczyć, że „Press” uznał, iż rezygnując z wersji drukowanej tytuł stracił na prestiżu[7]. Pytany wiosnę przez SDP.PL o opinię na temat przyszłości „Wprost” dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach stwierdził: Nie umiem znaleźć przykładu potwierdzającego udane przejście czasopisma do sieci bez kontynuacji wersji drukowanej, to było raczej przedłużenie agonii. Z moich obserwacji wynika, że w znakomitej części przypadków migracja prasy do cyberprzestrzeni była podyktowana przede wszystkim… umocnieniem wydania drukowanego jako głównego kanału dystrybucji treści. Niestety, ale nie widzę świetlanej przyszłości przed „Wprost”. Mówię to z żalem, bo z każdym znikającym tytułem odchodzi kawałek naszego świata. Nie idealnego może, ale naszego[8].

 

Zapytany obecnie o opinię stwierdza, że zdania od wiosny nie zmienił. Dopytywany o „Wprost” dodaje: Nie mam dostępu do danych dotyczących faktycznej sytuacji „Wprost”. Materiał „Press” mówi tylko o cytowalności. To oczywiście super, ale cytowalność nie zagwarantuje przetrwania. Bardziej ilość subskrypcji i reklamodawcy – uzupełnia dr Chrząstek.

 

„Wprost” trwa i to w obecnej sytuacji dobry komunikat. To zresztą pismo zaprawione w bojach o przetrwanie. Wystarczy zacytować tytuły rozdziałów poświęconych temu tygodnikowi w fundamentalnym dla zagadnienia opracowaniu prof. Tomasza Mielczarka „Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości” (Kraków 2018). Rozdział: „Wprost”. Radykalne rewolucje, zawiera trzy podrozdziały: okres poznański, przeprowadzka do Warszawy, nietrafione pomysły i poszukiwanie nowej koncepcji. W konkluzji medioznawca stwierdza:

 

Zbyt gwałtowne zmiany, jakie mogliśmy obserwować w piśmie, powodowały odpływ czytelników w tempie znacznie większym niż u konkurencji. Chociaż w ostatnich latach „Wprost” pod względem ekonomicznym sprawnie wykorzystuje sprzyjającą mu koniunkturę polityczną, jego sytuacja wydaje się wyjątkowo trudna[9].

 

Może więc przejście do sieci dla „Wprost” to po prostu kolejna rewolucja?

 

Medialna żałoba

 

Kolejnym tytułem, który przechodził w związku z pandemią w całości do sieci był branżowy kwartalnik „Doradca Kariery”. Wiosną redaktor naczelna Agnieszka Ciereszko, która wypowiadała się na ten temat dla SDP.PL, była pełna optymizmu. W listopadzie przyszło jej jednak pożegnać się z czytelnikami w następujących słowach: Drogi Czytelniku! Trzymasz w dłoniach (rzecz jasna wirtualnie) ostatni numer naszego wspólnego, branżowego czasopisma „Doradca Kariery”. Małe doradcze Wydawnictwo nie przetrwało ataku Covid-19. W pierwszej chwili, kiedy dotarło do mnie, że trzeba będzie zamknąć projekt, poczułam klasyczne zaprzeczanie „przecież to niemożliwe”, później przyszła złość i następnie, po sprawdzeniu wielu opcji ratunkowych, stało się jasne: z końcem roku 2020 kończymy pracę nad Kwartalnikiem. Zupełnie jak w modelu żałoby autorstwa Kübler-Ross, która opisuje pięć podstawowych odpowiedzi na stratę[10].

 

Wszystko to w czasie, w którym zainteresowanie ofertą mediów znacznie wzrosło w związku z pandemią. W wypowiedzi dla SDP.PL Dorota Bieniek-Kaska prezes LoveBrands Relations, czyli firmy, która zleciła badania „Jakich informacji w dobie koronawirusa szukają Polacy?”, uzupełniła upublicznione rezultaty: Pandemia koronawirusa silnie podziałała na nas wszystkich. Z jednej strony zwiększyła się nasza konsumpcja mediów, z drugiej strony jesteśmy namawiani do pozostawania w domach oraz czujemy obawę (uzasadnioną lub nie) przed dotykaniem przedmiotów, które ktoś wcześniej miał w swoich rękach – a tak jest w przypadku prasy drukowanej. Z tego powodu staramy się konsumować media w sposób dla nas bezpieczny. Według badania LoveBrands Relations Internet jest podstawowym źródłem informacji w czasie pandemii koronawirusa. Kolejne źródła informacji: media społecznościowe (39%) oraz radio (34%) nie zyskały aż tak dużo popularności[11].

 

Ponure barwy przyszłości

 

International Federation of Journalism w prognozach na przyszłość zwraca uwagę, że nowe możliwości technologiczne otwierają przed dziennikarstwem fantastyczne perspektywy, ale jednocześnie stanowią poważne zagrożenie m.in. dla miejsc i warunków pracy i jakości dzieła dziennikarskiego. IFJ podkreśla, że z Internetowego tortu największe kawałki pożerają, ci, którzy nie dostarczają treści: Facebook i Google. W perspektywach zwrócono uwagę, że nadawcy publiczni (zwłaszcza telewizyjni), którzy stanowili przez długie lata równowagę dla mediów komercyjnych nastawionych na zysk, mają coraz mniejsze środki i są poddawani (w skali świata, nie tylko Polski jakby się mogło zdawać) poważnym naciskom politycznym. Kolejne zagrożenie dostrzeżono w koncentracji, która może pozbawić media roli strażnika, ma negatywny wpływ na demokrację i pluralizm. W wizji przyszłości IFJ wyraziła poważne obawy o ocalenie dziennikarstwa wysokiej jakości i o zachowanie przez niego roli dobra publicznego bez względu na właściciela redakcji. Podkreślono wreszcie, że dziennikarze nie oprą się zmianom, ale muszą mieć wpływ na kształtowanie przyszłości. IFJ poszukuje rozwiązań na nurtujące nas również w Polsce dylematy:

  • Poszukiwanie nowych modeli finansowania mediów, skoro stare uległy wypaleniu,
  • Stworzenie lobby broniącego nadawców publicznych m.in. przed naciskami natury politycznej,
  • Prowadzenie kampanii promujących dziennikarstwo wysokiej jakości,
  • Wsparcie mediów w sprawiedliwym przechodzeniu do formuły cyfrowej,
  • Walka o przyzwoite warunki pracy i płacy w mediach cyfrowych,
  • Sprawiedliwy udział platform społecznościowych w finansowaniu tworzenia atrakcyjnych treści,
  • Wspieranie polityki medialnej, która stawia interes publiczny w centrum dziennikarstwa,
  • Walka z koncentracją mediów[12].

 

W tym pierwszym kontekście warto przypomnieć prognozę Journalism 2025, której autorzy zwrócili uwagę na „podjadanie” materiałów prasowych w Internecie. Odbiorcy kupują dostęp do pojedynczych artykułów zamiast do całych wydań. Nie odznaczają się też wiernością wobec tytułu prasowego, szukając materiałów na tematy popularne choć niekoniecznie istotne[13]. Tymczasem w marketingu silna marka to taka, która ma wiernych konsumentów.

 

Świat się martwi a my?

 

Czwarty już raport UNESCO: „Building digital safety for journalism” podkreśla, że Organizacja Narodów Zjednoczonych obawia się o przyszłość dziennikarstwa, w tym o bezpieczeństwo przedstawicieli mediów, które, jak stwierdzono w materiale, powinno znacznie przekraczać to technologiczne, ale dotyczyć również fizycznego i psychicznego. Zalecenia skierowane są nie tylko do redakcji i samych dziennikarzy ale również do rządów[14]. Również w Polsce drugiej dekady XXI wieku dziennikarze są narażeni na ataki fizyczne, jak ostatnio reporterka TVP Info Ksenia Kodymowska, a niewiele wcześniej dziennikarki „Gazety Wyborczej” – w oby wypadkach reagowało Centrum Monitorowania Wolności Prasy SDP[15] i słowne, czego najbardziej odrażającym i aktualnym przykładem jest obelżywa wypowiedź Marty Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet na temat dziennikarzy TVP[16]. Ta ostatnia sprawa miast bulwersować i wywoływać powszechne protesty ludzi mediów, przechodzi w przerażającej ciszy i przy zaskakującej, acz głównie niemej, aprobacie. Przywołane działania tej organizacji społecznej stawiają Polskę poza cywilizacją zachodnią, demokracją i strefą wolności słowa. Dostęp do informacji i zapewnienia bezpieczeństwa dziennikarzom nie mogą zależeć od czyjegoś widzimisię.

 

Na koniec warto przywołać „The Online Media Self-Regulation Guidebook” (Wiedeń 2013 r.). Zgodnie ze wstępem do tej wielkiej zachęty do samoregulacji mediów w Internecie, który napisała Dunja Mijatović, media internetowe zmieniły bardzo wiele w funkcjonowaniu, chociażby to, że wypowiadać może się w sieci każdy. Zachęcają do tego szczególnie platformy social mediowe, które karmią się treścią i uzależniają, na co na SDP.PL zwracał ostatnio uwagę Mirosław Usidus[17]. Tymczasem demokracja wymaga, według Mijatović, niezależnego dziennikarstwa, które pracuje nad dostarczaniem wiarygodnych, bezstronnych wiadomości oraz analiz[18]. Prezes Stowarzyszenia Fotoreporterów Ludmiła Mitręga, w wywiadzie udzielonym SDP.PL powiedziała, że: Wszyscy potrzebujemy rzetelnych ludzi, którzy robią informacje, a nie tylko ilustracje. Bez nich kontrola społecznea stawać się będzie coraz bardziej iluzoryczna. Dziennikarstwa dotyczy to dziś w takim samym stopniu, a czas na działanie jest teraz!

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://sdp.pl/spotkamy-sie-tam-gdzie-nikt-na-nas-nie-czeka-analiza-miroslawa-usidusa/ – dostęp 21.11.2020 r.

[2] http://sbc.wbp.kielce.pl/dlibra/publication/9936 – „Słowo Ludu” w Świętokrzyskiej Bibliotece Cyfrowej – dostęp 21.11.2020 r.

[3] https://www.mediafun.pl/category/mediafun-magazyn/ – dostęp 21.11.2020 r.

[4] https://emkielce.pl/tygodnik-m/45-2020 – dostęp 21.11.2020 r.

[5] https://2tk.pl/ – dostęp 21.11.2020 r.

[6] https://doradca-kariery.pl/ – dostęp 21.11.2020 r.

[7] https://www.press.pl/magazyn-press/artykul/63767,jak-feniks_ – dostęp 21.11.2020 r.

[8] https://sdp.pl/media-przed-w-trakcie-i-po-pandemii-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 21.11. 2020 r.

[9] T. Mielczarek, Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości, Universitas, Kraków 2018, s 152.

[10] „Doradca Kariery”, 2020 r., Nr 4, s. 1.

[11] https://sdp.pl/media-przed-w-trakcie-i-po-pandemii-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 21.11.2020 r.

[12] https://www.ifj.org/what/future-of-journalism.html – dostęp 21.11.2020 r.

[13] https://www.journalism2025.com/trends.html – dostęp 21.11.2020 r.

[14] http://wayback.archive-it.org/10611/20160828055331/http://www.unesco.org/new/en/communication-and-information/resources/publications-and-communication-materials/publications/full-list/building-digital-safety-for-journalism-a-survey-of-selected-issues/ – dostęp 21.11.2020 r.

[15] https://sdp.pl/protest-cmwp-sdp-przeciwko-zaatakowaniu-dziennikarki-tvp-w-siedzibie-organizacji-strajk-kobiet/ – dostęp 21.11.2020 r.; https://sdp.pl/protest-centrum-monitoringu-wolnosci-prasy-sdp-przeciwko-atakowi-na-reporterki-gazety-wyborczej/ – dostęp 21.11.2020 r.

[16] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/strajk-kobiet-protest-konferencja-bez-reporterki-tvp-info – dostęp 21.11.2020 r.

[17] https://sdp.pl/co-palisz-miroslaw-usidus-o-narkotyku-jakim-jest-facebook/ – dostęp 21.11.2020 r.

[18] https://www.osce.org/files/f/documents/d/b/99560.pdf – dostęp 21.11.2020 r.

Dobry Ruch a sprzedaż hot-dogów – komentarz JERZEGO KŁOSIŃSKIEGO

Zakup pakietu większościowego prywatnej spółki kolpertera prasy (ale nie tylko) – Ruch SA, to dobry ruch ze strony giganta paliwowego PKN Orlen. Krajowy kolporter prasy ma swoją już ponad stuletnią historię, która go wiąże z tradycją II RP, tak jak wiele innych firm Polski przedwojennej, choćby PKO.

 

W ostatnich latach Ruch SA, jako już prywatna spółka, dołował niesamowicie, same jej długi sięgające ponad 500 mln zł stanowił około 50- procent obrotów. Przechodziła proces restrukturyzacji i układania się z wierzycielami. Przede wszystkim w wyniku decyzji politycznej ze strony władz PiS o charakterze patriotyzmu biznesowego przed spółką pojawia się teraz nowa perspektywa. Miejmy nadzieję, że nie zostanie zmarnowana. Jej segment działalności i zasoby wpisują się idealnie w sprzedaż detaliczną Orlenu w ramach jego blisko 1,8 tys stacji paliwowych, które są też współczesnymi sklepami i barami bistro. Ruch dorzuca do tej bazy około 2 tys. swoich punktów sprzedaży i saloników prasy oraz całą swoją bogatą strukturę logistyczną, jak dostarczanie prasy do 15 tys. punktów czy usługa kurierska „Paczka w Ruchu”. Zatem przychody spółki ze sprzedaży prasy to tylko część jej obrotów, ale znacząca dla rynku prasy papierowej.

 

Ten segment kurczy się w wyniki cyfryzacji, co oczywiście przekłada się na zmniejszanie nakładów prasy, ale mimo wszystko jest to proces nie tak gwałtowny jak niegdyś wieszczono i wydrukowana „gazeta” pozostaje nadal wartością samą w sobie. Pytanie jest zasadnicze, co można zrobić przy założeniu, że chcemy rozwijać kolportaż prasy i upowszechniać jej czytelnictwo, które jest niskie w Polsce w porównaniu do Niemiec czy Francji? Wszelkie formy doskonalenia kolportażu, czyli odpowiednie dostarczanie albo eksponowanie mogą zmienić tylko w niewielkim stopniu ten stopień zainteresowania jej czytelnictwem. Bez zmiany oferty prasy, szczególnie dzienników i tygodników, które są istotą koloportażu prasy, nie poprawimy sytuacji.

 

Dlatego patriotyzm gospodarczy władz centralnych dopiero będzie miał sens, gdy zostanie rozbudowany czy wzmocniony poprzez wspieranie wydawnictw prasowych oferujących, że tak powiem, krajowy produkt. Bo, aby kolportaż się dobrze kręcił, musi nastąpić rozwój prasy regionalnej, lokalnej wychodzący z inicjatywy środowisk, którym zależy na przekazie treści ważnych dla własnych społeczności. Jeśli zastąpimy poprawne politycznie różne gazety według dominującego w elitach Unii Europejskiej wzoru liberalano-lewicowego na autentyczne głosy ludzi, którzy mówią co myślą, to prasa ożyje.

 

Trzymanie się tego wzorca narzucanej poprawności zniechęca do czytania gazet. W Polsce na przykład wszystkie dzienniki regionalne mówią to samo, bo wydawca jest ten sam, z kapitałem po zachodniej stronie naszej granicy. To tylko jedna z przeszkód rozwoju czytelnictwa, bo rozwój buduje się na autentyczności. Ale są i inne, równie ważne. Rozwinięte kraje Zachodu, dbające o kształt swojej opinii publicznej, wspierają prasę, jej kolportaż i sprzedaż. U nas segment prasy oddany jest tzw. wolnemu rynkowi, a tak naprawdę obecnie lobbystom z Niemiec. Władze państwa widzą jedyną tarczę we wpływie na opinie publiczną w postaci dofinansowania TVP, lekceważąc segment prasy. Ok, może jest teraz pierwsza jaskółka, zakup Ruchu SA przez PKN Orlen, ale bez równorzędnego stwarzania korzystnych warunków do wydawania prasy, to jaskółka wysoko nie poleci, chyba że chodzi tylko o sprzedaż hot-dogów i czerpanie zysków finansowych oraz tzw. pijar.

 

Jerzy Kłosiński

Orlen kupił Ruch. Co z tego wynika? – analiza ŁUKASZA WARZECHY

Orlen objął 65 proc. akcji stojącego na krawędzi upadku Ruchu – jednego z zaledwie trzech największych dystrybutorów prasy w Polsce. Pozostali to Kolporter i Garmond Press. Krach Ruchu był dla wydawców prasy ogromnym problemem z dwóch powodów. Po pierwsze – ze względu na zaległości spółki wobec nich. I tu już niewiele dało się zrobić – wydawcy dostali jedynie część swoich należności, wielu z nich musiało sobie zadłużenie Ruchu odpisać od wartości spółek. Po drugie – gdyby Ruchu zabrakło, zabrakłoby też znacznej części sieci dystrybucji papierowej prasy, która w naszym kraju wciąż odgrywa sporą rolę.

 

Uratowanie Ruchu przez Orlen jest zatem z tego punktu widzenia dobrą wiadomością. Uczciwie trzeba też powiedzieć, że otwiera przed dystrybutorem prasy nową perspektywę, bo Orlen, posiadając sieć stacji benzynowych, ma już i doświadczenie, i infrastrukturę odpowiednie do zajęcia się biznesem takim, jakim zajmuje się Ruch. Prezes Daniel Obajtek zapowiada pracę nad nowymi formatami sklepowymi i dystrybucyjnymi. Możliwe są zupełnie nowe rozwiązania, oparte na synergii. A jest to wydawcom prasy bardzo potrzebne. Ruch nie robi już zaległości finansowych, od miesięcy reguluje swoje należności na czas.

 

Lecz trudno nie mieć zarazem poważnych obaw, szczególnie gdy na stole jest też ewentualny zakup Polskiej Press Grupy przez Orlen. Gdyby do niego doszło, byłby to nie tylko wstęp do budzącej wielkie wątpliwości „repolonizacji”, tyle że bardziej w wariancie węgierskim, ale też stworzyłoby to konflikt interesów: wielki dystrybutor prasy byłby zarazem wydawcą.

 

Pisząc o planach repolonizacji czy też dekoncentracji mediów w Polsce (także na portalu SDP), wielokrotnie ostrzegałem, że jest to sposób na przejęcie przez spółki skarbu państwa kontroli nad mediami dotąd krytycznymi wobec władzy – bo jedynie SSP mają pieniądze wystarczające, aby przejmować media od zagranicznych właścicieli. Ruch Orlenu dowodzi słuszności tych obaw. Na razie dotyczy to tylko dystrybutora prasy, jeszcze nie wydawcy, ale po prostu taka tylko na razie okazja się nadarzyła.

 

Ratunkowa propozycja Orlenu padła, bo zgrało się kilka czynników. Po pierwsze – oczekiwanie polityczne władzy. Po drugie – ambicje polityczne obecnego prezesa Orlenu. Po trzecie – zasoby finansowe firmy, która powoli przekształca się z dystrybutora i producenta paliw w rodzaj koreańskiego czebola. Przy czym warto pamiętać, że czebole okazały się przedsięwzięciem chybionym i z czasem zaczęły sprawiać problemy. Czy naprawdę zadaniem firmy z rynku paliwowego powinno być dystrybuowanie prasy? Wolnorynkowa odpowiedź, pod którą się podpisuję, jest oczywista: nie, to nie jest zadanie takiej firmy i w ogóle nie powinno to być zadanie firmy z dominującym udziałem skarbu państwa.

 

Wszystko to każe być bardzo ostrożnym. Na razie deklaracje wszystkich udziałowców Ruchu są takie, że każdy wydawca prasy ma być traktowany identycznie, ale to tylko słowa i trudno się spodziewać czegoś innego. Mieliśmy zaś już do czynienia z problemami niektórych wydawców z eksponowaniem ich czasopism właśnie na stacjach Orlenu (o tym również swego czasu tutaj pisałem). Pokusa uwzględnienia politycznych preferencji w kanale dystrybucji prasy, skoro już ma się w ręku narzędzie to właśnie umożliwiające, będzie ogromna. Szczególnie że media przez obie strony sporu politycznego są traktowane bardzo przedmiotowo i instrumentalnie, a swoją rolę grają tu również wspomniane polityczne ambicje prezesa Orlenu.

 

Jest w tym wszystkim pewien paradoks. Z jednej strony sprawna dystrybucja prasy jest warunkiem istnienia wolności mediów. Może nie najważniejszym, ale na pewno bardzo ważnym. W tym sektorze istnieje tymczasem faktyczny oligopol. Można zatem uznać, że ratunkowe działanie Orlenu względem Ruchu jest działaniem na rzecz utrzymania wolności mediów.

 

Z drugiej jednak strony przejęcie dystrybutora przez firmę, która całkiem oficjalnie (vide wypowiedzi wicepremiera Jacka Sasina) ma po prostu realizować politykę partii rządzącej i która jest poddana bezpośredniej politycznej kontroli poprzez ministra zasobów państwowych, rodzi ryzyko dla tej właśnie wolności mediów. Trzeba by być skrajnie naiwnym, żeby uznać, że gotowość Orlenu do ratowania Ruchu nie miała politycznego podtekstu i nie została potraktowana jako okazja do stworzenia pierwszego przyczółka SSP w sektorze mediów prywatnych.

 

Szkoda, że nie przyjęto tutaj znacznie przejrzystszego wariantu. Istnieją przecież instytucje takie jak Agencja Rozwoju Przemysłu czy Polski Fundusz Rozwoju. Restrukturyzacja Ruchu przy dofinansowaniu przez którąś z tych instytucji (ARP ma duże doświadczenie w stawianiu na nogi kulejących firm), po czym ponowna jego prywatyzacja byłaby rozwiązaniem budzącym znacznie mniejsze obawy.

 

Łukasz Warzecha

PIOTR LEGUTKO: Białoruś. Fenomen 2020

Żyjemy w cieniu pandemii. Wciąż toczy się spór na temat jej skali, skutków oraz tego czy kuracja, jaką świat sobie zaordynował, nie okaże się ostatecznie groźniejsza od choroby. Nikt jednak nie ma wątpliwości, że rok 2020 będzie kojarzony z zarazą. Może i tak będzie, ale zaryzykowałbym twierdzenie, że historia brzemienna w skutki dzieje się właśnie teraz nie w Londynie, Berlinie czy Madrycie, ale na ulicach Mińska, Grodna i Brześcia. I nie dotyczy pandemii, ale wolności.

 

Ryzyko postawienia takiej tezy nie jest zbyt wielkie. Każdy, kto uważnie śledzi złotą (a raczej biało-czerwono-białą) białoruską jesień, musi dostrzec jej wyjątkowość. Wszystkie porównania – z tym najczęściej przywoływanym, do narodzin polskiej Solidarności – są nie do końca trafione. Skala protestów, ich dramatyzm, charakter, stopień organizacji społecznej, determinacja, odwaga, nie tylko budzą szacunek i respekt. Są fenomenem na wielu poziomach, nie dającym się opisać z użyciem znanych nam klisz i formatek. Jedni mówią narodziny narodu, inni narodowe odrodzenie. Punkt zwrotny, cezura, game changer… Mnożą się spekulacje, eksperci szkicują scenariusze rozwoju sytuacji, zalecają chłód i wstrzemięźliwość w ocenie szans na polityczny przełom. A on się właśnie dokonuje, „dzieje się historia” i woła o swoich kronikarzy.

 

Mam wrażenie graniczące z pewnością, że nie ma w nas, dziennikarzach, ludziach powołanych do tej kronikarskiej misji, świadomości skali tego wyzwania. Chodzi nie tylko o klasyczny, reporterski instynkt łowcy. Oczywiście, na Białoruś powinien ruszać każdy, kto pojmuje ten zawód jako powinność bycia tam, gdzie dzieją się rzeczy naprawdę ważne, ale – wiadomo – nie każdy ruszać może. Czasy są jednak takie, że nawet z Warszawy czy Lublina można „ogarniać” temat, wykorzystując nie strumień, ale rzekę materiału płynącą z Białorusi. Bo to jest protest pokolenia smartfonów. Paradoksalnie podnieśli głowy ludzie nazywani generacją „head down” (rzadko odrywającą wzrok od ekranu). Nie tylko oni, ale właśnie dzięki nim możemy śledzić w czasie rzeczywistym i z bliska ów fenomen.

 

Dlaczego zatem nie jest to cover story polskich mediów? Dlaczego temat nie uwodzi włoskich, amerykańskich czy brytyjskich dziennikarzy – odpowiedzieć stosunkowo łatwo. Ale jak wytłumaczyć letniość naszej, polskiej, tak emocjonalnej przecież grupy zawodowej wobec pasjonującej historii dziejącej się dosłownie za miedzą? Co „ważniejszego” zajmuje nasze głowy, pochłania czas, budzi emocje – łatwo sprawdzić. Nigdy jeszcze tak wielu z nas nie zajmowały sprawy tak mało istotne, groteskowe awantury, podwórkowe intrygi, opisywane zresztą językiem całkowicie dla nich adekwatnym. Ktoś powie – my też mamy swoją rewolucję. Dziennikarze też są na barykadach, malują twarze, krzyczą: „wy…ć!”. Odpowiem – jakie dziennikarstwo, taka rewolucja. I żeby nie przesadzać z biciem się jedynie we własne, korporacyjne piersi poproszę o szerszy kadr. To samo dzieje się w środowisku artystycznym, na polskich uczelniach. Akademicy w oficjalnych oświadczeniach porównują Strajk Kobiet do narodzin Solidarności… Co się stało z naszą klasą? Inteligencjo, jeśli drogie ci tamte ideały, powinnaś dziś zdobić swoje profile na FB nie błyskawicami, ale flagą biało-czerwono-białą.

 

Można znaleźć sto powodów, dla których odrodzenie białoruskie powinno nas, polskich dziennikarzy porywać. Dla mnie, ze względu na aktualne zajęcie (TVP Historia) jest to oczywiście wspólne dziedzictwo. To, które dało znać o sobie dokładnie rok temu, w Wilnie, na pogrzebie bohaterów Powstania Styczniowego, gdy przedstawicie trzech narodów oddawali hołd swoim wspólnym bohaterom. Kogoś innego może fascynować niezwykła kultura, czysta etycznie forma mińskich czy grodzieńskich protestów, tak bardzo odróżniająca się od obecnego „europejskiego” standardu (a tak podobna naszym doświadczeniom sprzed 40 lat). Kogoś o bardziej lewicowym temperamencie powinien uwieść cud kapitału społecznego, samoorganizacji jaka objawiła się na ziemiach uważanych (jakże niesłusznie) za całkowicie zsowietyzowane. I tak można bez końca.

 

Ludzie, to się dzieje naprawdę! I niech nas ten wielki temat nie ominie.

 

Zdjęcie: FB