„Budka suflera” – DONAT BRYKCZYŃSKI o fotoreporterach w czasie zamieszek

Wielu z nas zapewne pamięta czasy, kiedy przedmiot o nazwie „legitymacja prasowa” kurzył się w portfelu, a często w szufladzie biurka. Bo w zasadzie był zbędny. Fotoreporter był fotoreporterem, bo miał aparat, tak mówił i robił zdjęcia. Podobnie operator telewizyjny czy radiowiec. Legitymację czasami zastępowała wizytówka, którą wręczało się rozmówcy.

 

Na demonstracjach, nawet tych najostrzejszych, fotoreporter uwięziony pomiędzy tłumem a policją mógł liczyć na to, że będzie, jak „budka suflera”. Wszyscy będą udawać, że go nie ma na scenie. Demonstranci nie dadzą mu po ryju, a policjanci nie potraktują go gazem i pałą. Oczywiście zdarzały się incydenty, nawet bardzo poważne. Jeden z naszych kolegów stracił oko od kuli gumowej wystrzelonej przez policję. Ale było to tak bulwersujące, że fotoreporterzy, pospolitym ruszeniem zaprotestowali nawet w Sejmie RP, zakładając – wszyscy, jak jeden mąż – koszulki z napisem „mamy na was oko”. Zrobili sobie nawet pamiątkowe zdjęcie na schodach w wejściu głównym. Nikt wtedy nie zastanawiał się nad tym, czy takie zachowanie jest zgodne z jakimś „kodeksem etyki dziennikarskiej”. Straż marszałkowska nie wyrzuciła ich z Sejmu, a policja nie „zapuszkowała” na Wilczej.

 

Co się zmieniło od tych niezbyt odległych czasów? Zapewne ostra polaryzacja sceny … prasowej.

 

Kiedyś wszyscy opowiadaliśmy sobie anegdotę o tym, jak krewki demonstrant zapytał naszego kolegę: „Z jakiej gazety jesteś?”. „ Ja sem Czech” – odpowiedział fotoreporter.

 

My, fotoreporterzy, nie jesteśmy gośćmi od analizowania zmian zachowań społecznych. Nie specjalnie przejmowaliśmy się zatem pytaniem: „skąd jesteś ?”, które pojawiało się coraz częściej. Dziś już nikt nie pyta. Chyba, że pytanie „po co tu fotografujesz” jest dodatkiem do wyciągniętej piąchy. Szczęśliwie nie jest to jeszcze normą, ale powoli relacjonowanie zadym zamienia się w ruletkę. Postawisz na czarne, wypadnie czerwone i bęc. Takie bęc przeżył nasz kolega 11 listopada 2013 roku, gdy kilku krewkich kiboli postanowiło sprawdzić czy uda im się zrobić z jego twarzy befsztyk tatarski. Dobrze że praktykowali w kiepskiej kuchni. Skończyło się „tylko” na połamanym nosie i siniakach.

 

No dobrze, niech to ryzyko będzie wpisane obecnie w nasz zawód. Pewni ludzie nie lubią pewnych mediów, albo mediów w ogóle, więc koleżanko fotoreporterko i kolego fotoreporterze uważajcie, bo zanim zdążycie się zidentyfikować, możecie dostać po głowie. Taki bonus od rodaka. Idziesz do roboty uzbrojony w aparat, uważaj na odłamki frustracji społecznej. Oby Cię nie poraniły. Taki czas, takie miejsce, nie narzekaj.

 

W tym teatrze zmagań o bezpieczeństwo dziennikarzy, w realizowaniu prawa odbiorców mediów do otrzymania informacji, ważnym graczem jest też Policja. Policja, która jeszcze nie dawno, pomimo braku opasek, kamizelek, widocznych identyfikatorów czy czapeczek z antenką, nie gazowała, nie pałowała i nie wrzucała dziennikarzy do „suki” jak zbójców. Wręcz przeciwnie. Policja podejmowała próby integracji międzyśrodowiskowej. Jak chociażby podczas meczu Ekstraklasy w 2017 roku. Gdy funkcjonariusze Policji przebrani w kamizelki z napisem „FOTO”, zakuwali w kajdanki, na środku murawy, w świetle kamer i reflektorów, niesfornego kibica. Po cichutku liczyliśmy na więcej. Wspólne szkolenia, sympozja, wyjazdy integracyjne. Nic z tego. Dziś co najwyżej możemy liczyć na przyjacielskie poklepywanie pałą po plecach.

 

Niektórzy koledzy próbują to nawet tłumaczyć:  „mają zaparowane przyłbice i nie widzą do kogo strzelają albo pałują”. Bo jak inaczej zrozumieć „odrzuconą miłość”? Tylko obrazki uwiecznione na matrycach aparatów i kamer świadczą o czym innym. To nie „zaparowane przyłbice”, to raczej niezrozumiałe przyzwolenie na tego typu zachowania. Bo jak wytłumaczyć sens polewania gazem samotnie stojącego fotoreportera z ogromnym aparatem na szyi? Obrazek podobny do zdjęcia nieżyjącego już Maćka Macierzyńskiego, który samotny na placu boju polewany był z armatki na wozie milicyjnym. Tylko ten obrazek to świadectwo czasów dawno minionych. To skąd to podobieństwo?

 

Ewidentnie widać, że rozpędzone życie niesie zmiany. Te zmiany to również masowe uczestnictwo w „zadymach” miłośników fotografii, którzy zamiast fotografować kwiatki i sarenki, postanowili zostać „fotografami wojennymi”. Tu pojawiają się nawet próby podrabiania legitymacji prasowych, czy produkowania własnych. Bądź sytuacje, gdy do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich trafiają listy w rodzaju takiego: „ Zajmuję się fotografią uliczną a w szczególności fotografuje wszelkiego rodzaju marsze, protesty (…) Chciałbym robić to bez problemu o utratę sprzętu oraz na zasadach dziennikarza mimo, że nie pracuje w zawodzie i sam publikuje swoją prace na serwisie instagram. Czy jest możliwość dołączenia do SDP i tym samym dostania legitymacji dziennikarskiej ? „ (pisownia oryginalna). Powiedzmy jasno i dobitnie: Nie! Nie ma takiej możliwości! Przyjacielu, fotografuj w każdej godzinie swojego życia, bo to piękne i szlachetne zajęcie. Ale dlaczego planujesz łamać prawo podszywając się pod dziennikarza ?

 

Potrzeba nam zmian. Dziś legitymacja prasowa nie może porastać kurzem zamknięta w portfelu. Potrzeba nam rozwiązań, które poprawią bezpieczeństwo dziennikarzy. Potrzeba jednak woli i chęci nie tylko po stronie organizacji dziennikarskich. Bo jak widać na przykładzie Agaty Grzybowskiej, dla niektórych legitymacja prasowa nic nie znaczy. Ponadto znajdują się ludzie, którzy przeprowadzają wiwisekcję zdarzenia. Wchodzą w rolę sędziego i kata, oceniając, w którym momencie, w chwili zatrzymania, rzeczona Agata legitymację wyciągnęła.

 

Podobnie w przypadku Tomasza Gutrego, spece od analiz filmowych, oceniają prędkość i kierunek w którym przemieszczał się fotoreporter zanim został trafiony gumową kulą prosto w twarz. Zarzucają fotoreporterom wchodzenie pod nogi pododdziałom policji i mieszanie się z tłumem. Drodzy „eksperci”, fotoreporterzy zawsze wchodzili pod nogi policji i zawsze mieszali się z tłumem. Bo jak można się z nim nie mieszać robiąc zdjęcia w tłumie? Co więcej, zauważają „eksperci”, fotoreporterzy mieszali się i to jeszcze nieoznaczeni. Po prostu zgroza ! Może nie chcieli zakładać kamizelek (zaznaczmy, nie muszą ich posiadać), żeby nie pomylono ich z policjantami, którzy, jak najnowsza historia pokazuje, potrafią tak się przebierać. Zakładam, że operacyjnie. Ale nie wiem , nie znam się na tym.

 

Byłem kiedyś świadkiem „pobicia” starszej kobiety przed Pałacem Prezydenckim. Czynu dokonał młody mężczyzna z torbą sportową w jednej i telefonem w drugiej ręce. Chciał zrobić tym telefonem zdjęcie krzyża i osób tam zgromadzonych. Podszedł za blisko. Członek służby porządkowej odepchną go, a on, łapiąc równowagę, uderzył ręką z telefonem starsza kobietę. Efekt: tumult i oskarżenie o napaść i pobicie. Policjanci stojący opodal pochwycili „sprawcę”. Chłopak był przerażony, „poszkodowana” i kilku „świadków” żądało aresztowania, ktoś pokazał nagranie z „pobicia”. Podałem „sprawcy” wizytówkę z informacją, że widziałem przebieg zdarzenia i w razie czego niech mnie powoła na świadka. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyparowali, świadkowie i „poszkodowana”, notabene uderzona ręką w rękę. Na placu boju pozostał chłopak, który został wypuszczony przez policjantów, z braku powodów do zatrzymania. To tak tytułem przestrogi, dla wszystkich „ekspertów”, z naszego środowiska, od analizowania filmów. Tego typu oceny zostawmy niezawisłym sądom.

 

Tak więc czas na zmiany. Tylko niech będą one głęboko przemyślane. Bo pomysły w stylu „przeszkolmy się u Policji”, trącą mi trochę historią opowiedzianą przez fotoreportera Czarka Sokołowskiego. Otóż w czasach słusznie minionej epoki miał wysłać zdjęcie premiera Piotra Jaroszewicza do rodzimej agencji (AP), czyli na zachód. Potrzebował zgody cenzora. Cenzor zobaczył zdjęcie i mówi: „Panie Czarku, macha, ale po co macha, premier macha ręką, ale do kogo? No nie Panie Czarku tego nie możemy puścić”.

 

Powtórzę: czas na zmiany, albo precyzyjniej, czas na zdecydowaną reakcję na zmiany. Wprowadźmy (stowarzyszenia i redakcje) jednolity wzór legitymacji prasowej. Anglikom się udało, to i nam się uda. Warto też doprowadzić do końca pomysł znacznika, charakterystycznego etui na legitymację, zaproponowanego przez Press Club Polska, rozpoznawalnego nawet w gęstym tłumie. I nie pozwalajmy na nieuzasadnioną agresje wobec dziennikarzy, obojętnie przez kogo kierowaną.

 

 

Donat Brykczyński, prezes Klubu Fotografii Prasowej SDP

 

Protest CMWP SDP przeciwko odmowie udzielania informacji redakcjom przez organizację „Strajk Kobiet”

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko naruszaniu zasady wolności słowa demokratycznego państwa przez organizację „Strajk Kobiet” poprzez odmowę udzielania informacji i nie dopuszczania do uczestnictwa w konferencjach prasowych organizacji dziennikarzom z redakcji Telewizji Polskiej S.A, Telewizji Trwam, Telewizji Republika, Gazety Polskiej, Gazety Polskiej Codziennie i Naszego Dziennika. Szczególnie bulwersująca jest przy tym forma wyrażania tej odmowy – przepychanki z dziennikarzami, ich szarpanie oraz określanie ich słowami uważanymi powszechnie za obelżywe.

 

Należy przy tym zauważyć, iż publikacje w/w redakcji na temat „Strajku Kobiet” ujawniają niejasne powiązania finansowe organizatorek akcji protestacyjnych mających miejsce w Polsce po 22 października b.r. oraz opisują różnego rodzaju kontrowersje związane z ich publiczną działalnością, co w ocenie CMWP SDP ma wpływ na negatywny stosunek „Strajku Kobiet” do dziennikarzy z tych redakcji.

 

CMWP SDP podkreśla, iż w ten sposób organizacja Strajk Kobiet łamie konstytucyjną zasadę wolności słowa demokratycznego państwa, która to obejmuje nie tylko wolność wyrażania swoich poglądów ale także pozyskiwania (i rozpowszechniania) informacji. Ponadto poprzez uniemożliwienie wykonywania zadań dziennikarskich organizacja „Strajk Kobiet” naruszyła art. 43 i 44 Prawa Prasowego, które mówią iż kto używa przemocy lub groźby bezprawnej w celu zmuszenia dziennikarza do opublikowania lub zaniechania opublikowania materiału prasowego albo do podjęcia lub zaniechania interwencji prasowej podlega karze pozbawienia wolności do lat 3 (art. 43) oraz kto utrudnia lub tłumi krytykę prasową, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności (art. 44).

 

Odmowa udzielania informacji w/w redakcjom przez organizację „Strajk Kobiet” powtarza się regularnie od kilkunastu dni, w ostatnim tygodniu jednak (18-25.11.2020) nastąpiła eskalacja negatywnych działań tej organizacji wobec dziennikarzy. 18 listopada b.r. dziennikarka TVP Ksenia Kodymowska została w brutalny sposób usunięta z lokalu, gdzie miała się odbyć konferencja prasowa Strajku Kobiet, a towarzysząca jej ekipa TVP nie została wpuszczona na tę konferencję, nie została jej także udzielona żadna informacja na temat działalności organizacji, ani nie został wskazany sposób jej pozyskania w przyszłości. 24 listopada b.r. w ten sam sposób zostali potraktowani dziennikarze nie tylko Telewizji Polskiej, ale także Telewizji Trwam, Telewizji Republika, Gazety Polskiej , Gazety Polskiej Codziennie i Naszego Dziennika, którzy nie zostali wpuszczeni na konferencję prasową „Strajku Kobiet”, obrażano ich i stosowano wobec nich przemoc fizyczną, by powstrzymać ich od wejścia na konferencję wraz z dziennikarzami innych mediów.

 

CMWP SDP pragnie podkreślić, że zarówno na gruncie prawa krajowego jak i międzynarodowego wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są zarówno instytucje państwowe oraz inne organizacje działające w przestrzeni publicznej. Opisana praktyka wykluczania niektórych dziennikarzy z dostępu do informacji budzi więc zdecydowany sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by opisane wyżej działania „Strajku Kobiet” miały się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa.

 

dr Jolanta Hajdasz,  dyr. CMWP SDP

Warszawa, 25 listopada 2020 r.

WITOLD DOBROWOLSKI: Analiza masowych protestów na Białorusi i prognoza najbliższej przyszłości

Masowe protesty na Białorusi trwają już trzy miesiące. Reżim nie potrafi rozbić zdecentralizowanego, pozbawionego struktur i liderów ruchu protestujących, potrafiącego w każdą niedzielę zgromadzić w samym tylko Mińsku około 100 tysięcy osób. Natomiast demonstranci i opozycja nie są w stanie ruszyć „betonu” reżimowej administracji, która pozostaje lojalna wobec Łukaszenki.

 

Reżim zaskoczyła skala protestów, które wybuchły w sierpniu zaraz po sfałszowanych wyborach prezydenckich, i zdecydował odpuścić wykorzystywanie stosowanej powszechnie brutalnej przemocy i tortur, które tylko wzmogły poparcie Białorusinów dla demonstrantów. Być może stało się tak dlatego, że aparat bezpieczeństwa przestał radzić sobie z masowymi protestami, a nawet w administracji zaczęły pojawiać się „pęknięcia” – przypadek białoruskiego ambasadora na Słowacji czy przychylność mera Grodna dla demonstrantów. Zezwolenie na pokojowe demonstracje oraz wykorzystywanie siłowików do przeprowadzania zatrzymań i zastraszania pozwoliły reżimowi utrzymać kontrolę nad państwem – aż do teraz.

 

Demonstranci do walki z reżimem Łukaszenki próbowali wykorzystać szereg narzędzi, rezygnując z takich jak chociażby przemoc fizyczna wobec siłowików. Dotychczas uniknęli w ten sposób masowego rozlewu krwi, jednak nie są w stanie zmienić obecnego impasu ze względu na porażkę w innych sferach, takich jak strajki robotnicze, które trwały w pierwszych tygodniach protestów, ale ostatecznie zaczęły wygasać i nie są w stanie skutecznie wpłynąć na władzę.

 

Mimo że sam Łukaszenka w październiku podjął się negocjacji z więzionymi osobami, uważanymi za liderów opozycji, równocześnie służby MSW i milicji rozpędzały uliczne protesty używając do tego armatek wodnych.

 

Także w październiku Swiatłana Cichanouska, liderka i symbol białoruskiej opozycji na przymusowym uchodźstwie, ogłosiła ultimatum wobec reżimu Łukaszenki, domagając się jego ustąpienia. W przypadku odrzucenia lub zignorowania ultimatum na Białorusi miał zostać przeprowadzony masowy strajk. Zgodnie z przewidywaniami Łukaszenka zignorował ultimatum i w poniedziałek rozpoczęły się protesty, do których dołączyli robotnicy i studenci. Ostatecznie z braku możliwości organizacyjnych oraz niedostatecznego przygotowania ruchu – strajk się nie udał. Nie mógł skutecznie wpłynąć na funkcjonowanie państwa i gospodarki. Natomiast ze strony reżimu zaostrzyły się represje skierowane w studentów, których w ciągu kolejnego tygodnia relegowano z uczelni białoruskich w liczbie 150. Na uczelniach wyższych wymieniono prodemokratycznych bądź neutralnych rektorów na tych mocno wspierających reżim.

 

To reżim odpowiada za utrzymywanie się na ulicach masowych demonstracji. Dziesiątki sytuacji kompromitujących Łukaszenkę i jego administrację motywuje ludzi do wychodzenia na ulicę. Oliwy do ognia dodają próby pacyfikacji oraz wykorzystywania przemocy ze strony siłowików. Gdy do rozpędzania demonstrantów użyto armatek wodnych – w następny weekend było ich więcej; gdy OMON próbował pacyfikować marsz emerytów odbywający się w każdy poniedziałek – liczba protestujących w kolejny weekend miała się nawet podwoić. Reżim cały czas stara się balansować między negocjacjami, które nic opozycji nie przynoszą, a przemocą. Stopniowo rozszerza represje, równocześnie badając w praktyce, jak daleko może się posunąć, by zachować pełną kontrolę nad biegiem wydarzeń.

 

Ze strony demonstrantów wyraźnie widać, że zmiany narodowotwórcze, kulturowe czy mentalne wymierzone w reżim, rozwinięte na trwających protestach, są niemożliwe do powstrzymania. We własnym kraju władza zaczyna być postrzegana jako okupant, a kolejne represje tylko to wrażenie potęgują. Skupienie się na kwestiach ustrojowych i geopolitycznych ze strony reżimu, pomijając ważność kultury i edukacji, prowadziło tylko do obecnej sytuacji, w której znaczna część społeczeństwa poczuła się wyobcowana, a to skutkowało wybuchem nagromadzonych emocji przy pierwszym kryzysie ekonomicznym.

 

Sam protest mający wymiar wyłącznie pokojowych demonstracji – nie sprawdził się. Sytuacja na Białorusi nijak się ma do Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie czy Aksamitnej Rewolucji w Armenii. Od jakiegoś czasu w ruchu demonstrantów toczy się dyskusja, czy protestujący powinni postawić na przemoc, jednak do tego potrzebny byłby pretekst dany przez władzę, taki jak ten w pierwsze dni po wyborach prezydenckich, gdy przemoc ze strony siłowików miała charakter masowy. Służby przemoc stosują, robią to jednak punktowo – większość demonstrantów nawet nie widzi przypadków przemocy na własne oczy. Próby strajków robotniczych się nie sprawdziły i nadal nie widać znaczących pęknięć w samej administracji. Kolejne miesiące na Białorusi mogą mijać bez zmian – ze strony reżimu będą pojawiać się chwilowe eskalacje prowadzące do wzmocnienia demonstracji ulicznych. Ten impas będzie trwał, dopóki jedna ze stron się nie podda. Wpływ na to będzie mieć przede wszystkim narastający kryzys ekonomiczny, który już w tym roku zburzył niepisaną umowę reżimu ze społeczeństwem: bezpieczeństwo ekonomiczne obywateli w zamian za utrzymanie władzy. Kolejnym etapem będzie utrata bezpieczeństwa ekonomicznego beneficjentów systemu – robotników i administracji. A te środowiska, w przeciwieństwie do pokojowych demonstrantów, mają skuteczne narzędzia do nacisków na reżim. Pozostaje pytanie – jaki scenariusz ostatecznie poprze Rosja, która z jednej strony wspiera reżim, ale równocześnie dla Kremla Łukaszenka pozostaje jedynie jedną z opcji…

 

Witold Dobrowolski

 

Zdjęcie: Witold Dobrowolski

Wypadałoby przeszkolić policję z praw dziennikarzy – rozmowa z prawniczką DOMINIKĄ BYCHAWSKĄ-SINIARSKĄ

Jak robi się niebezpiecznie, demonstracja przybiera agresywny tok, to policja powinna odsunąć dziennikarzy w specjalne miejsce. Na tyle bliskie wydarzeń aby mogli kontynuować pracę, a na tyle odległe aby chronić ich bezpieczeństwa. Nasza policja nie ma niestety takiego zwyczaju – mówi mecenas Dominika Bychawska-Siniarska, prawnik specjalizująca się w ochronie wolności słowa i mediów, członek zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

 

Policja zatrzymała podczas poniedziałkowego protestu pod Ministerstwem Edukacji Narodowej fotoreporterkę Agatę Grzybowską. Po kilku godzinach została zwolniona z komisariatu, gdzie trafiła pod zarzutem naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza policji. Fotoreporterka twierdzi, że to ona została zaatakowana przez policjanta podczas robienia zdjęć. Policja wiedziała, że zatrzymuje dziennikarkę. Rzecznik Komendy Głównej Policji insp. Mariusz Ciarka twierdzi, że Grzybowska w oświadczeniu przyznała się do tego, że w czasie protestu nie była tylko „obiektywną fotoreporterką”, ale od wielu tygodni, razem ze swoją partnerką, popierają Strajk Kobiet i chodzą na manifestacje. Jak pani skomentuje to wydarzenie?

 

Dyskusja o możliwości angażowania się dziennikarzy w protesty trwa od lat. Moim zdaniem musi być jasno postawiona granica, albo dziennikarz jest czynnym uczestnikiem zgromadzenia, tj. krzyczy slogany, maszeruje wraz z tłumem, albo pełni tam rolę dziennikarską i wypełnia swoje obowiązki. Obu tych ról nie da się i nie powinno się łączyć. Z tego co donosiły media, Agata Grzybowska wykonywała na demonstracji swoje działania zawodowe. Robiła zdjęcia i miała przy sobie widoczną legitymacje prasową. Poinformowała również policję, że jest w trakcie wykonywania obowiązków dziennikarskich. To powinno wystarczyć, aby policja powstrzymała się od dalszych czynności wobec fotoreporterki. To co się stało, jej zatrzymanie i przesłuchanie na komendzie nie może być oceniane jako celowe, konieczne i proporcjonalne.

 

Czy dziennikarze już całkowicie wyszli ze swojej roli obiektywnego informowania o wydarzeniach?

 

Praca dziennikarzy i dziennikarek w trakcie takich wydarzeń i rejestrowanie ich przebiegu jest jednym z kluczowych elementów pełnienia przez nich funkcji kontrolnej tzw. publicznego stróża (public watchdog). Bezpośrednia obecność mediów na miejscu protestów nie tylko pozwala społeczeństwu na realizację prawa do otrzymywania informacji o wydarzeniach mających istotne publiczne znaczenie, ale także umożliwia dokumentowanie ewentualnych nadużyć, np. w sposobie traktowania demonstrantów przez policję. W kontekście sprawy Agaty Grzybowskiej, warto zwrócić uwagę, że w wyroku Butkievich przeciwko Rosji Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPC) wprost podkreślił, że usunięcie dziennikarza z miejsca demonstracji i stawianie dziennikarzowi zarzutów w związku z udziałem w demonstracji stanowi poważną ingerencję w wolność słowa i powinno podlegać rygorystycznej kontroli.

 

Czy bezpieczeństwo dziennikarzy i fotoreporterów relacjonujących w Polsce demonstracje zależy wyłącznie od ich samych? Zdaję sobie sprawę, że pracownicy mediów są chronieni na podstawie art. 43 prawa prasowego.

 

Niestety z praktyk policji jakie widzimy w ostatnich tygodniach, czy to przy okazji relacjonowania Marszu Niepodległości, czy zgromadzeń organizowanych przez ruchy kobiece, wynika, że dziennikarze są pozostawieni sami sobie. Policja przekracza kolejne granice i zapomina o standardach ochrony, jakie nakłada na nich chociażby Europejski Trybunał Praw Człowieka w swoim orzecznictwie. Obowiązkiem policji jest uwzględnianie szczególnej roli dziennikarzy i dziennikarek podczas demonstracji. Wiąże się z tym konieczność zapewniania ochrony przed zagrożeniami, jak również tym bardziej obowiązek powstrzymania się od stosowania wobec mediów wszelkich nieuzasadnionych działań utrudniających im pracę podczas tych wydarzeń oraz od nieuzasadnionego dążenia do pociągnięcia ich do odpowiedzialności w związku z relacjonowaniem zgromadzeń publicznych.

 

Jakie działania powinno podjąć państwo w stosunku do dziennikarzy poszkodowanych  przez policję podczas pełnienia obowiązków zawodowych?

 

Na państwie ciąży obowiązek podjęcia adekwatnych działań wyjaśniających okoliczności skierowanych przeciwko nim aktów przemocy. Mówi o tym ETPC, m.in. w sprawie Özgür Gündem przeciwko Turcji. Szczegółowe standardy prowadzenia skutecznych postępowań w sprawach dotyczących stosowania przemocy wobec dziennikarzy zostały sformułowane w licznych dokumentach organizacji międzynarodowych zajmujących się ochroną praw człowieka. Mam na myśli np. Zalecenie Komitetu Ministrów do państw członkowskich w sprawie ochrony dziennikarstwa i bezpieczeństwa dziennikarzy i innych podmiotów medialnych z kwietnia 2016 r. W dokumentach tych wymaga się m.in. przeprowadzenia w takich sytuacjach niezależnego, możliwie szybkiego i dokładnego postępowania. Miejmy nadzieje, że nasze organy ścigania i sądy będą dążyły do jak najszybszego wyjaśnienia stosowania przemocy przez policję wobec dziennikarzy relacjonujących demonstracje, w tym postrzelenia fotoreportera Tomasza Gutrego.

 

Wspomniany przez panią fotoreporter „Tygodnika Solidarność” Tomasz Gutry został postrzelony na Marszu Niepodległości przez policję z broni gładkolufowej. Fotoreportera „Newsweeka” Adama Tuchlińskiego policjanta uderzyła pałką w tył głowy. Renata Kim z „Newsweeka” została uderzona pałką w plecy i potraktowana gazem mimo, że miała na sobie odblaskową kamizelkę z napisem „PRESS”. Jakie błędy policja popełniła podczas ochraniania tego zgromadzenia?

 

Znowu odwołam się do wyroku ETPC. W wyroku Pentikainen przeciwko Finlandii, Trybunał wskazał, że jak robi się niebezpiecznie, demonstracja przybiera agresywny tok, to policja powinna odsunąć dziennikarzy w specjalne miejsce. Na tyle bliskie wydarzeń, aby mogli kontynuować pracę, a na tyle odległe aby chronić ich bezpieczeństwa. Nasza policja nie ma niestety takiego zwyczaju. A przecież miejsca, w których odbywają się demonstracje są powtarzalne i znane z wyprzedzeniem policji. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wyznaczono specjalnie strefy dla dziennikarzy, do których mieliby się udać w razie gdyby dochodziło do agresji. W sprawie Markusa Veikko Pentikainen Trybunał podkreśla również, że dziennikarz nie jest ponad prawem i jeśli raz go się poprosi o przejście do specjalnej strefy, a on tego nie robi, to wtedy można wyciągnąć wobec niego konsekwencje.

 

Linia między stanowczością a działaniem funkcjonariuszy może w praktyce okazać się płynna.

 

Środki używane przez policję zawsze powinny być proporcjonalne i uwzględniać, do kogo są kierowane. Konieczność poszanowania doniosłej roli dziennikarzy w relacjonowaniu zgromadzeń i wymóg zapewnienia mediom szczególnej ochrony w tym obszarze są konsekwentnie podkreślane przez szereg instytucji chroniących prawa człowieka, takich jak m.in  Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych, Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), Komisja Wenecka czy Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy. Przykładem jest Rezolucja 2116 dotycząca pilnej potrzeby zapobiegania naruszeniom praw człowieka w trakcie pokojowych zgromadzeń publicznych z maja 2016 r. Niestety nasza policja ignoruje te standardy. Może wypadałoby policję z praw dziennikarzy i pozytywnych obowiązków przeszkolić.

 

Czy dziennikarze i fotoreporterzy zajmujący się relacjonowaniem niebezpiecznych zgromadzeń publiczne powinni coś zmienić w przestrzeganiu swojego bezpieczeństwa pracy? Czy podczas relacjonowania takich wydarzeń odblaskowe kamizelki z napisem „PRESS” nie powinny być obowiązkowym elementem ich stroju?

 

Myślę, że dziennikarze powinni być świadomi zagrożeń samych demonstracji. Postawy obywatelskie się radykalizują i nie wykluczone, że demonstracje będą przybierały coraz brutalniejszy przebieg. Każda redakcja powinna zadbać o szkolenia dla swoich dziennikarzy z tego, jak się zachować w trudnych, niebezpiecznych warunkach i jakie prawa przysługują dziennikarzom. W kontekście właściwego zidentyfikowania się jako przedstawiciel mediów wykonujący obowiązki służbowe, oznakowana odzież czy emblemat, np. kamizelka z napisem „PRESS” może być przydatna. Tego rodzaju oznaczenie nie powinno być warunkiem koniecznym korzystania z gwarancji chroniących przedstawicieli mediów w czasie demonstracji, jeżeli dziennikarz ujawni swoją funkcję przed funkcjonariuszami w inny jasny sposób. Jak podkreślają międzynarodowe stowarzyszenia dziennikarskie Dziennikarze Bez Granic i Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy, noszenie oznakowania w pewnych sytuacjach może zwiększyć bezpieczeństwo mediów, w innych jednak takie emblematy mogą wiązać się nawet z dodatkowym zagrożeniem np. ze strony demonstrantów nieprzychylnie nastawionych do prasy – i dlatego zalecają dziennikarzom oszacowanie ryzyka i działanie odpowiednie do konkretnych okoliczności.

 

Press Club Polska postulował objęcie dziennikarzy w trakcie wypełniania obowiązków zawodowych ochroną identyczną, jaka przysługuje funkcjonariuszom publicznym. Co pani sądzi o tej propozycji?

Nie jestem przekonana, że dziennikarze powinni mieć takie same uprawnienia jak funkcjonariusze publiczni. Oznaczyłoby to ich zrównanie np. z policją. A jednak gdy robi się niebezpiecznie, to dziennikarz, tak samo jak każdy inny obywatel powinien podporządkować się rozkazom policji. Oczywiście muszą one pozwolić mu na wykonanie dalszych obowiązków służbowych. To wynika m.in. z wskazywanego przeze mnie orzeczenia w sprawie Pentikainen przeciwko Finlandii.

 

Rozmawiał TOP

ŁUKASZ WARZECHA: Językowego terroru ciąg dalszy

W sierpniu ubiegłego roku napisałem na portalu SDP tekst o autyzmie (TUTAJ). A właściwie nie o autyzmie, ale o tym, jak rzuciła się na mnie całkiem spora grupa osób za to, że na Twitterze określiłem ustępującego wówczas marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego jako autystycznego. Zarzucono mi, że „stygmatyzuję” osoby autystyczne, a tego typu użycie słowa „autystyczny”, w potocznym znaczeniu, powinno być tępione. Ba, co bardziej krewcy zaczęli się nawet skrzykiwać na Facebooku pod hasłem skierowania pozwu. Nie wiem wprawdzie, o co i w czyim imieniu. Żaden do mnie nie dotarł.

 

Pisałem wówczas, że jeśli poddamy się swoistemu terrorowi językowej poprawności, która każe nam rezygnować z każdego określenia, mogącego kogoś rzekomo urażać, wkrótce obudzimy się w warunkach językowej cenzury. Pisałem wówczas między innymi:

 

Czy mogę napisać, że jakiś projekt jest „kulawy”? Też nie, bo obrażam inwalidów. Przepraszam: „sprawnych inaczej”. Nie wolno zapewne napisać, że ktoś jest bezmózgi, bo – jak wiadomo – bywa niestety, że dziecko rodzi się właśnie bez tego najważniejszego organu. Trzeba też wykluczyć słowa „kretyn” czy „skretyniały”. Nie można powiedzieć, że ktoś nie ma jaj, bo i takie schorzenie występuje. Absolutnie nie wolno pisać, że ktoś jest traktowany jak trędowaty, bo w ten sposób stygmatyzuje się osoby chorujące na trąd.

 

Nie trzeba było długo czekać. Oto bowiem Rada Etyki Mediów (abstrahuję teraz od kształtu i kompetencji tego ciała do czegokolwiek) musiała zająć się skargą na Piotra Maślaka, prowadzącego w Tok FM program „Pierwsze Śniadanie”. Maślak powiedział w programie 6 listopada, że rząd zachowuje się w sprawie epidemii „jak ślepy w składzie porcelany”. Pomińmy tu fakt, że dziennikarz dość autorsko potraktował związek frazeologiczny, mówiący o słoniu, a nie ślepcu (wówczas może odezwaliby się obrońcy tzw. praw zwierząt). Istotne jest, że na Maślaka poskarżono się do REM, zarzucając mu dokładnie to samo, co zarzucano mnie w przypadku opisu cech Kuchcińskiego. Jak napisały Wirtualne Media: „W skardze zaznaczono, że radio Tok FM jest bardzo wyczulone na wszelkie przejawy seksizmu, rasizmu, homofobii i każdego rodzaju dyskryminacji osób i grup społecznych. – W tym kontekście używanie metafor dyskredytujących osoby niewidome jest bezmyślne i wręcz haniebne – napisano w skardze. – Zwracamy się o zajęcie stanowiska i ewentualne wyciagnięcie stosownych konsekwencji wobec redakcji radia Tok FM”. REM powodów do interwencji jednak nie znalazła – i dobrze.

 

Historia ta jest w pewnym sensie zabawna, ponieważ stanowi kolejną ilustrację powiedzenia o tym, że rewolucja zjada własne dzieci. Jako że Tok FM od lat jest w awangardzie postępu, nic dziwnego, że jakiś jego słuchacz postanowił być świętszy od papieża i uznał, że dziennikarza trzeba ukarać za „stygmatyzowanie” niewidomych.

 

Ostrzegałem przed ponad rokiem, że językowe przewrażliwienie jest instrumentem przekształcania świadomości, zmierza bowiem do wytresowania nas w taki sposób, abyśmy odczuwali obawę przed wyrażaniem jakiegokolwiek bardziej zdecydowanego zdania, przed użyciem jakiejkolwiek wyrazistszej metafory, bo przecież kogoś możemy urazić. Tylko naiwni – być może działający nawet z dobrymi intencjami – mogą uznać próbę eliminacji z języka potocznych znaczeń określeń takich jak autystyczny, ślepy, debil itd. za niewinny odruch pomocy i wyciągnięcie ręki do ludzi dotkniętych dolegliwością, do której odnoszą się te określenia.

 

Terror poprawności politycznej w języku przejawia się między innymi uznaniem, że nie ma różnicy pomiędzy agresją fizyczną a słowną oraz przesunięciem granicy tej ostatniej tak bardzo, że do agresji słownej zostaje zaliczone niemal wszystko, co nie jest apologią danej grupy. Wystarczy zatem nie pochwalać, aby uznano, że się atakuje, a ten atak właściwie niczym się nie różni od agresji fizycznej.

 

Tępienie potocznego znaczenia słów typu „autystyczny” czy „ślepy” to jedynie jeden z wielu wątków tej strategii. Jako dziennikarze i publicyści nie powinniśmy jej ulegać, zwłaszcza że język jest naszym narzędziem pracy. Dlatego też to my przede wszystkim będziemy na celowniku zwolenników przebudowywania świadomości poprzez cenzurowanie języka – jako dający przykład i wzorce. Tym bardziej nie powinniśmy pozwolić się sterroryzować.

 

Łukasz Warzecha

CMWP SDP po raz kolejny w obronie filmów harcerzy blokowanych przez YouTube

W związku z regularnym nakładaniem przez YouTube na filmy autorstwa harcerki Miry Raghavacharya szeregu obostrzeń takich jak blokada wiekowa (możliwość wyświetlania filmów dopiero od momentu, gdy widz ma ukończone 18 lat) czy celowe obniżenie zasięgów (materiał nie dociera do grona odbiorców, ponieważ platforma nie informuje o pojawieniu się materiału lub nie pozwala na wyszukanie go w wyszukiwarce czy poprzez inne metody), a nawet blokowanie dostępu do całości filmów, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zwróciło się się do firmy Google jako właściciela platformy YouTube o podjęcie natychmiastowych  i zdecydowanych działań mających na celu zaprzestanie blokowania przez YouTube filmów harcerzy ZHR mających na celu promowanie polskiego patriotyzmu oraz rozpowszechnianie wiedzy o polskich bohaterach.

 

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przygląda się naruszeniom wolności polskich twórców, w tym harcerzy,  na platformie YouTube po raz kolejny.  Skrajnym przejawem naruszenia podstawowych praw i wolności człowieka okazało się całkowite zablokowanie w sierpniu  2020 filmu harcerzy ZHR pt. „Kilka dni”, który był oddaniem hołdu przez harcerzy uczestnikom  Powstania Warszawskiego. Jakkolwiek po interwencji Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dostęp do filmu został odblokowany, jednakże odblokowanie  to nastąpiło po 1 sierpnia, a więc po historycznej dacie rozpoczęcia Powstania Warszawskiego. Należy podkreślić, iż niniejszy film zawiera treści patriotyczne, niezwykle ważne dla historii naszego kraju. Powstanie Warszawskie było bowiem największą operacją militarną Armii Krajowej, wystąpieniem zbrojnym przeciwko okupującym Warszawę wojskom niemieckim.
Po pierwszym oświadczeniu CMWP SDP YouTube przeprosiło za swój błąd i opublikowało film w całości. Niestety na opublikowaniu filmu poprzestano, a następnie ponownie podejmowane są działania, które uniemożliwiają lub znacząco ograniczają możliwość publikowania filmów o tematyce patriotycznej, czy historycznej.

 

Kolejnym obostrzeniem ze strony YouTube okazało się aktualnie cenzurowanie treści filmu autorstwa harcerki Miry Raghavacharya dla osób poniżej 18 roku życia oraz ciągłe obniżanie zasięgów filmu bez podawania konkretnych powodów. YouTube nie określił dlaczego przedmiotowy film autorstwa harcerki Miry Raghavacharya kwalifikuje się według ich polityki dla osób jedynie pełnoletnich, tym samym bezpodstawnie blokując dostęp młodym ludziom do opisywanych przez nią epizodów z  historii Polski.

 

W piśmie skierowanym do  koncernu Google jako właściciela platformy YouTube CMWP SDP przypomina o tym, iż bezpodstawne cenzurowanie treści Twórców jest niezgodne z Konstytucją RP, a także Europejską Konwencją Praw Człowieka. Blokowanie dostępu do harcerskiego filmu przez YouTube narusza  więc zasadę wolności słowa, myśli i przekonań, co jest wielce naganne, niedopuszczalne i niezgodne z obowiązującym prawem.

W imieniu młodych twórców, których prawa są notorycznie naruszane, CMWP SDP zaapelowało  do YouTube o podjęcie działań w kierunku umożliwienia dostępu do filmów o historii Polski, zaprzestania blokowania i ograniczania zasięgów  ich Twórcom, a także o podjęcie odpowiednich kroków w celu uniknięcia ponownych błędów, które dosłownie eliminują treści patriotyczne dotyczące Polski.

 

Protest CMWP SDP przeciwko zatrzymaniu fotoreporterki Agaty Grzybowskiej przez policję

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP protestuje przeciwko zatrzymaniu Agaty Grzybowskiej, fotoreporterki Agencji RATS, przez policję podczas protestu pod siedzibą Ministerstwa Edukacji i Nauki w Warszawie w dniu 23 listopada br.

 

Policja zatrzymała Agatę Grzybowską 23 listopada br. Zatrzymanie trwało kilka godzin, dziennikarce zarzucono naruszenie nietykalności policjanta. Dziennikarka nie przyznaje się do stawianych jej zarzutów. Apelujemy do Prokuratury o niestawianie jej zarzutu naruszenia nietykalności funkcjonariusza publicznego lub jego umorzenie, a do dziennikarzy o rzetelne relacjonowanie przebiegu tego zdarzenia.

 

dr Jolanta Hajdasz

Warszawa, 24 listopada 2020 r.

WOJCIECH POKORA: Zawód dziennikarza w dobie Internetu

Czy zawód dziennikarza jest zagrożony w dobie Internetu? To pytanie wraca jak bumerang od chwili spopularyzowania blogosfery, a niepokój o kondycję naszego zawodu nasilił się, gdy powstały media społecznościowe. I nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.

 

Wszystko zależy od tego, co uznamy za zagrożenie dla zawodu. Jeśli ma nim być szybkość przekazu, zastąpienie informacji relacją bezpośredniego uczestnika wydarzenia, czy nawet przez streaming live wprost z miejsca wydarzeń – nie ma obaw. Nie zagraża to dziennikarstwu. Wręcz przeciwnie, wspomaga je. Nie ma dziś chyba redakcji, która nie wykorzystywałaby nowych technologii w swojej pracy, media społecznościowe stały się kolejnym kanałem komunikacji, streaming na Facebooku, YouTube czy Twitterze jest jedną z form relacjonowania wydarzeń. Ale nie jedyną. Na szczęście, bo media społecznościowe stają się też niestety doskonałym miejscem uprawiania propagandy i manipulacji.

 

Większość z nas ma zapewne konto na najpopularniejszym portalu społecznościowym, czyli Facebooku. Polecam przeprowadzić dwa doświadczenia. Pierwsze nie wymaga dużo czasu. Wystarczy zamienić się na chwilę telefonem z kolegą/koleżanką z pracy, przyjacielem czy współmałżonkiem i przejrzeć jego tablicę na Facebooku. Ktoś z kim mieszkasz pod jednym dachem, lub pracujesz w jednym pokoju ogląda świat przez całkiem inne filtry niż ty. Widzisz to? Tak działają media społecznościowe. Subiektywizują przekaz.

 

W czasie jednego ze swoich wykładów, genialny matematyk, mistrz współtwórcy lwowskiej szkoły matematycznej prof. Hugona Steinhausa, David Hilbert wypowiedział cenną myśl:

– Każdy człowiek ma pewien określony horyzont myślowy. Kiedy ten się zwęża i staje się nieskończenie mały, zamienia się w punkt. Wtedy człowiek mówi: „To jest mój punkt widzenia”.

 

Dokładnie w ten sam sposób działają media społecznościowe. Zawężają nasz punkt widzenia, wyjaławiając nas i zamykając w szczelnej bańce informacyjnej. Wspomaga to dodatkowo możliwość blokowania tzw. znajomych, których poglądy nie przystają do naszych, oraz ograniczanie ilości stron, które można obserwować jako wyświetlane nam jako pierwszy wybór. Powoduje to, że przeglądając swoje tablice na Facebooku codziennie po kilka razy widzimy te same treści, tych samych znajomych (z kilku tysięcy czy kilkuset wciąż wyświetlają nam się wpisy kilkunastu). Można zgłupieć? Nawet należy.

 

Drugim doświadczeniem jest śledzenie grup miejskich. To doskonała lekcja tego, jak działają media. W grupach pojawia się codziennie kilkadziesiąt wpisów – od reklam, przez ogłoszenia, prośby o pomoc, po informacje. Po dłuższym czasie łatwo się zorientować, kto jest przedstawicielem jakiej firmy czy zwolennikiem jakiej partii. Pojawiają się także newsy. I to prawda, że szybciej niż w konwencjonalnych mediach. Wydarzył się wypadek, gdzieś pojawiło się pogotowie pod klatką schodową, policja kogoś goni, na grupie miejskiej pierwsi się o tym dowiemy, zobaczymy często nawet zdjęcia czy filmy. Tylko niewiele się z nich zorientujemy. Czasem zbudujemy sobie obraz wydarzenia na podstawie zamieszczanych pod takim wpisem komentarzy, ale nadal nie mamy pewności, co jest prawdą.

 

I tu wkracza dziennikarz. On sprawdza fakty, weryfikuje opinie i on ostatecznie zamieści rzetelny materiał na ten temat. I zazwyczaj taki materiał trafia po jakimś czasie na tę grupę, z nagłówkiem – już wiemy dokładnie co się stało. Czyli od kilku godzin śledzimy wydarzenie i dyskusję na jego temat, ale i tak ostatecznie to dziennikarz poda nam sprawdzone fakty i pomoże zrozumieć zaistniałą sytuację. W sumie tak przecież działają media od początku ich istnienia, weryfikują fakty i informują. Media społecznościowe jedynie zmieniają formę podania plotki, która musi zostać zweryfikowana. Zanim to nastąpi, plotka jest nadal plotką, nawet gdy dziś nazywa się ją „postem” czy „wpisem”. I tu przechodzimy do prawdziwego zagrożenia dla dziennikarzy, bo drugą stroną medalu jest wpływ mediów społecznościowych na nich samych.

 

O ile Internet nie zagraża zawodowi dziennikarza i nie ma szans, by w najbliższym czasie wpłynął niekorzystnie na kondycję redakcji, o tyle nie mam w sobie aż tyle optymizmu, by nie stwierdzić, że ma bardzo niekorzystny wpływ na samych dziennikarzy i wielu z nich na pewno zaszkodził. Szybkość przekazywania informacji w Internecie ma swoje zalety ale także wady. Przekonali się o tym ci, którzy dali się wciągnąć w emocjonalne dyskusje polityczne, czy pod wpływem impulsu puścili dalej niesprawdzoną plotkę. Albo spreparowanego fejka, co staje się dziś wręcz plagą mediów społecznościowych, kompromitując niestety dziennikarzy, którzy dają się na to złapać. Bo czy tego chcemy, czy nie, formułka pod nazwiskiem – „tu tylko prywatne opinie” nie załatwia sprawy, i to, co publikujemy pod nazwiskiem, w mediach społecznościowych ma wpływ na postrzeganie naszego obiektywizmu. Dlatego o ile zawód dziennikarza nie jest zagrożony przez Internet, o tyle sami dziennikarze już tak.

 

Wojciech Pokora

MARIA PRZEŁOMIEC: Żywie Biełaruś

„Gdyby kilka lat temu, zapytano mnie jak zareagują Białorusini na wiadomość, że ktoś zginął broniąc biało-czerwono-białej flagi, odpowiedziałbym, że w najlepszym razie będzie to ciche współczucie, a w najgorszym sarkazm, złość i zarzucanie zabitemu, że głupio uległ radykałom.

Tymczasem reakcja na śmierć Romana Bandarenki, który bronił flagi i zmarł od pobicia, jest diametralnie różna. Nikt nie mówi, że działał niepotrzebnie. Nikt nie wątpi w wartość tego biało-czerwono-białego symbolu. Wszyscy zgadzają się, że zabity postąpił słusznie, że teraz nie można się już ukrywać” – tak rosyjski filozof i publicysta Maxim Goryunow skomentował reakcję białoruskiego społeczeństwa na śmierć Romana Bandarenki, człowieka zakatowanego za to, że zapytał panów w cywilu, dlaczego z podwórka usuwają wstążki w barwach niepodległego białoruskiego państwa.

 

Trwające już ponad trzy miesiące białoruskie demonstracje zaskoczyły wszystkich. Przecież cierpliwość naszych sąsiadów zza Bugu była przysłowiowa, przecież na początku lat dziewięćdziesiątych Białoruski Front Narodowy stracił popularność m.in. z powodu postulatu obowiązkowego używania języka białoruskiego, przecież od ponad dwudziestu lat łukaszenkowska propaganda przekonywała Białorusinów, że ich historia tak naprawdę zaczęła się od komunistycznej partyzantki z czasów II wojny, że Rosja jest starszym bratem, i że właściwie nie można mówić o dwóch odrębnych narodach.

 

Trudno było wtedy mówić o białoruskim społeczeństwie. Były jednostki, rodziny, najbliżsi krewni, ewentualnie niewielkie grono przyjaciół. Była stosunkowo nieliczna, prozachodnia opozycja, której większość współobywateli zarzucała, że „wkładają kij w szprychy, troszczącemu się o zwykłych ludzi prezydentowi”.

 

Mówi się, że ukraiński naród ostatecznie ukształtowały dwie rewolucje – pomarańczowa z 2004 i godności z 2014. W umacnianiu poczucia odrębności pomagała także historia, i ta najdawniejsza Rusi Kijowskiej i ta późniejsza – Zaporoskiej Siczy. Nie było to pełnoprawne państwo, ale Ukraińcy mieli się do czego odwołać.

 

Tymczasem z historią Białorusi są problemy. Jej ziemie wchodziły w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego i chociaż język rusiński, który można uznać za staro-białoruski był urzędowym językiem Wielkiego Księstwa, to jednak elity uważały się za Litwinów (w sensie gente lithuania, natione polonus) i do tradycji państwa litewskiego odwoływały.

 

Efemeryczna, stworzona w 1918 roku Białoruska Republika Ludowa, w państwie Łukaszenki przedstawiana była jako faszyzująca. A jednak, nagle i nieoczekiwanie dla całego świata, Białorusini okazali się dojrzałym, świadomym swojej tożsamości narodem.

 

Ukraińskie majdany miały politycznych przywódców, Białorusini w zasadzie zaczęli organizować się sami, od dołu. Najpierw stojąc w kilometrowych kolejkach, by złożyć podpis pod nazwiskami alternatywnych dla Łukaszenki kandydatów, a potem, gdy tzw. „baćka” wyjątkowo bezczelnie sfałszował wybory, wychodząc w wielotysięcznych marszach protestu. Oczywiście ta spontaniczność nie narodziła się zupełnie sama. W tym roku, po raz pierwszy do wyborów zostali dopuszczeni, zamiast przedstawicieli mało popularnej prozachodniej opozycji, ludzie wpływowi. Po drugie zlekceważona przez władze epidemia koronawirusa, z całą brutalnością obnażyła egoizm, zakłamanie i zupełne lekceważenie społeczeństwa ze strony białoruskiego przywódcy. Po trzecie wyborcze oszustwa okazały się zbyt jaskrawe. W obliczu tego wszystkiego ludzie uznali, że sami muszą wziąć odpowiedzialność za swoje państwo. Nagle okazało się, że na Białorusi w błyskawicznym tempie powstaje społeczeństwo obywatelskie.

 

Owszem, istnieje opozycyjna Rada Koordynacyjna, ale jej członkowie przebywają za granicą, natomiast protesty ludzie organizują właściwie sami. Na poziome swego bloku, podwórka, ulicy, dzielnicy. Roman Bandarenka był lokalnym aktywistą, który poszedł zobaczyć, dlaczego jacyś cywile zdejmują rozwieszone przez sąsiadki biało-czerwono-białe wstążki. Jego śmierć wywołała kolejną falę masowych demonstracji, pokazując, że nasilenie przemocy tylko wzmacnia społeczną solidarność. Świetnym jej przykładem była reakcja mińszczan na próbę ukarania jednej ze stołecznych dzielnic. Gdy mieszkańcom znanej z antyłukaszenkowskich nastrojów Nowej Borowej władze odcięły wodę i ogrzewanie, natychmiast w sieci utworzono czat, na którym ludzie proponowali poszkodowanym swoją pomoc: grzejniki, wodę, a nawet własne mieszkania na czas awarii.

 

Podobny nastrój pamiętam z Polski roku osiemdziesiątego. Stan wojenny jeszcze wzmocnił tamto poczucie solidarności. Nie wiem jak długo przyjdzie Białorusinom czekać na swoje państwo, ale świadomy białoruski naród już powstał.

 

Maria Przełomiec

 

Zdjęcie: SDP, Donat Brykczyński

ADAM SOCHA: Każdy będzie sam sobie dziennikarzem

Coraz częściej straszy się dziennikarzy, że w niedalekiej przyszłości zastąpi nas sztuczna inteligencja. Ostatnio taką przyszłość dziennikarstwa wieszczył prof. Dariusz Jemielniak, badacz społeczności internetowych i specjalista od zarządzania wysokimi technologiami, członek rady powierniczej Fundacji Wikimedia, w wywiadzie dla Wirtualnych Mediów.

 

To, że roboty piszą proste informacje, już wiemy. Na początku września na łamach „Guardiana” pojawił się artykuł autorstwa robota GPT-3, a dokładnie algorytmu stworzonego przez laboratorium badawcze OpenAI.
Nie do końca było to dzieło AI, gdyż w powstaniu eseju uczestniczył też człowiek, który nadzorował algorytm, by stworzona treść przypominała sposób pisania przez człowieka. Zdaniem ekspertów to duży krok w kierunku uczenia sztucznej inteligencji tworzenia tekstów, które będzie trudno odróżnić od tych pisanych przez dziennikarzy czy pisarzy.

 

Artykuły z użyciem algorytmów sztucznej inteligencji powstają już na Wikipedii – mówi prof. Jemielniak. – Dotyczą informacji geograficznych, np. o nazwie miasta, jego lokalizacji i liczbie mieszkańców.

 

Czego jeszcze AI nie potrafi? Analizować. Ale zdaniem profesora, nie jesteśmy od tego bardzo daleko. Wówczas rola redaktora sprowadzi się do koordynatora tekstu. Będzie decydował co zostawić, co usunąć, ewentualnie coś dopisze od siebie, by tekst ubarwić i podkręcić.

 

Zdaniem prof. Dariusza Jemielniaka, to kwestia czasu, gdy AI będą przeprowadzać wywiady. Ale przecież to już się dzieje! Przypomnę sprawę redaktora naczelnego Onet.pl Bartosza Węglarczyka. Redaktor Węglarczyk podczas wywiadu na żywo z wiceministrem Jackiem Ozdobą stwierdził, iż wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak wulgarnie odniósł się do prezes Sądu Najwyższego (miał powiedzieć słowo, które od 22 października, od wyroku TK słyszymy niemal codzienne z ust kobiet na polskich ulicach, czyli „spier….”). Piebiak pozwał Węglarczyka, gdyż nigdy tak się nie wyraził wobec prezes. I co się wówczas okazało?

 

Prawnicy dziennikarza Onetu w odpowiedzi na pisma procesowe twierdzili, że wywiad przeprowadzał ktoś inny, a Węglarczyk, którego widać na nagraniu, „jest hologramem nałożonym za pomocą technologii deep fake”.
Reuters opracował system pozwalający na prowadzenie telewizyjnych wiadomości sportowych przez wirtualną postać. Rozwiązanie wykorzystuje technologię sztucznej inteligencji, a wzorem dla wirtualnego prowadzącego jest Ossian Shine, dziennikarz sportowy Reutersa.

 

Chińska telewizja pokazała prezentera, który czytał wiadomości, a był robotem. Ja już od pewnego czasu podejrzewam, że Wiadomości prowadzi albo awatar Danuty Holeckiej, albo robot, który dzięki algorytmowi opanował jej głos, na szczęście mimiki nie musiał, bo oryginał jest jej pozbawiony, tzn. ma tylko jeden wyraz twarzy, kamienny.
Sądzę jednak, że trudno będzie stworzyć awatar i algorytm np. Roberta Mazurka jako wywiadowcy w RMF FM. Bo jego warsztat polega na ciągłym zaskakiwaniu rozmówców i słuchaczy.

 

Zdaniem prof. Jemielnika jest bariera nie do pokonania dla AI. Sztucznej inteligencji trudno będzie na pewno przejąć rolę opiniotwórczą. „Dlatego moim zdaniem rzetelny dziennikarz, którego opinie mają znaczenie, będzie potrzebny bardzo długo” – stwierdza specjalista. – Ale stażyści w wchodzący w zawód dziennikarski nie będą. I to już wkrótce”.

 

I tu się specjalista myli. Uważam, że bardzo łatwe będzie stworzenie awatara i algorytmu, które wcielą się w rolę stałych komentatorów Wiadomości. Jest ich chyba dosłownie trzech na krzyż. Jacek lub Michał Karnowski, Tomasz Sakiewicz i przemiennie ktoś jeszcze z „Gazety Polskiej” lub z portalu wPolityce.pl.

 

A tak na serio, to jest dla mnie oczywiste, że sztuczna inteligencja oznacza rewolucję w mediach. Ale zawsze na końcu procesu tworzenia tekstu będzie żywy człowiek, bo to on będzie decydował, jak ma funkcjonować algorytm. Algorytm stanie się po prostu kolejnym narzędziem pracy dziennikarza. Redaktor będzie wydawał polecenie AI znalezienie źródeł informacji, zdobycia tych informacji, ich weryfikacji, przygotowania wstępnej matrycy tekstu.
Zwieńczeniem tego procesu będzie zanik mediów w obecnym kształcie, czyli redakcji. Każdy z użytkowników internetu dzięki AI i algorytmom będzie sam sobie dziennikarzem.

 

Adam Socha