Wypadałoby przeszkolić policję z praw dziennikarzy – rozmowa z prawniczką DOMINIKĄ BYCHAWSKĄ-SINIARSKĄ

Jak robi się niebezpiecznie, demonstracja przybiera agresywny tok, to policja powinna odsunąć dziennikarzy w specjalne miejsce. Na tyle bliskie wydarzeń aby mogli kontynuować pracę, a na tyle odległe aby chronić ich bezpieczeństwa. Nasza policja nie ma niestety takiego zwyczaju – mówi mecenas Dominika Bychawska-Siniarska, prawnik specjalizująca się w ochronie wolności słowa i mediów, członek zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

 

Policja zatrzymała podczas poniedziałkowego protestu pod Ministerstwem Edukacji Narodowej fotoreporterkę Agatę Grzybowską. Po kilku godzinach została zwolniona z komisariatu, gdzie trafiła pod zarzutem naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza policji. Fotoreporterka twierdzi, że to ona została zaatakowana przez policjanta podczas robienia zdjęć. Policja wiedziała, że zatrzymuje dziennikarkę. Rzecznik Komendy Głównej Policji insp. Mariusz Ciarka twierdzi, że Grzybowska w oświadczeniu przyznała się do tego, że w czasie protestu nie była tylko „obiektywną fotoreporterką”, ale od wielu tygodni, razem ze swoją partnerką, popierają Strajk Kobiet i chodzą na manifestacje. Jak pani skomentuje to wydarzenie?

 

Dyskusja o możliwości angażowania się dziennikarzy w protesty trwa od lat. Moim zdaniem musi być jasno postawiona granica, albo dziennikarz jest czynnym uczestnikiem zgromadzenia, tj. krzyczy slogany, maszeruje wraz z tłumem, albo pełni tam rolę dziennikarską i wypełnia swoje obowiązki. Obu tych ról nie da się i nie powinno się łączyć. Z tego co donosiły media, Agata Grzybowska wykonywała na demonstracji swoje działania zawodowe. Robiła zdjęcia i miała przy sobie widoczną legitymacje prasową. Poinformowała również policję, że jest w trakcie wykonywania obowiązków dziennikarskich. To powinno wystarczyć, aby policja powstrzymała się od dalszych czynności wobec fotoreporterki. To co się stało, jej zatrzymanie i przesłuchanie na komendzie nie może być oceniane jako celowe, konieczne i proporcjonalne.

 

Czy dziennikarze już całkowicie wyszli ze swojej roli obiektywnego informowania o wydarzeniach?

 

Praca dziennikarzy i dziennikarek w trakcie takich wydarzeń i rejestrowanie ich przebiegu jest jednym z kluczowych elementów pełnienia przez nich funkcji kontrolnej tzw. publicznego stróża (public watchdog). Bezpośrednia obecność mediów na miejscu protestów nie tylko pozwala społeczeństwu na realizację prawa do otrzymywania informacji o wydarzeniach mających istotne publiczne znaczenie, ale także umożliwia dokumentowanie ewentualnych nadużyć, np. w sposobie traktowania demonstrantów przez policję. W kontekście sprawy Agaty Grzybowskiej, warto zwrócić uwagę, że w wyroku Butkievich przeciwko Rosji Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPC) wprost podkreślił, że usunięcie dziennikarza z miejsca demonstracji i stawianie dziennikarzowi zarzutów w związku z udziałem w demonstracji stanowi poważną ingerencję w wolność słowa i powinno podlegać rygorystycznej kontroli.

 

Czy bezpieczeństwo dziennikarzy i fotoreporterów relacjonujących w Polsce demonstracje zależy wyłącznie od ich samych? Zdaję sobie sprawę, że pracownicy mediów są chronieni na podstawie art. 43 prawa prasowego.

 

Niestety z praktyk policji jakie widzimy w ostatnich tygodniach, czy to przy okazji relacjonowania Marszu Niepodległości, czy zgromadzeń organizowanych przez ruchy kobiece, wynika, że dziennikarze są pozostawieni sami sobie. Policja przekracza kolejne granice i zapomina o standardach ochrony, jakie nakłada na nich chociażby Europejski Trybunał Praw Człowieka w swoim orzecznictwie. Obowiązkiem policji jest uwzględnianie szczególnej roli dziennikarzy i dziennikarek podczas demonstracji. Wiąże się z tym konieczność zapewniania ochrony przed zagrożeniami, jak również tym bardziej obowiązek powstrzymania się od stosowania wobec mediów wszelkich nieuzasadnionych działań utrudniających im pracę podczas tych wydarzeń oraz od nieuzasadnionego dążenia do pociągnięcia ich do odpowiedzialności w związku z relacjonowaniem zgromadzeń publicznych.

 

Jakie działania powinno podjąć państwo w stosunku do dziennikarzy poszkodowanych  przez policję podczas pełnienia obowiązków zawodowych?

 

Na państwie ciąży obowiązek podjęcia adekwatnych działań wyjaśniających okoliczności skierowanych przeciwko nim aktów przemocy. Mówi o tym ETPC, m.in. w sprawie Özgür Gündem przeciwko Turcji. Szczegółowe standardy prowadzenia skutecznych postępowań w sprawach dotyczących stosowania przemocy wobec dziennikarzy zostały sformułowane w licznych dokumentach organizacji międzynarodowych zajmujących się ochroną praw człowieka. Mam na myśli np. Zalecenie Komitetu Ministrów do państw członkowskich w sprawie ochrony dziennikarstwa i bezpieczeństwa dziennikarzy i innych podmiotów medialnych z kwietnia 2016 r. W dokumentach tych wymaga się m.in. przeprowadzenia w takich sytuacjach niezależnego, możliwie szybkiego i dokładnego postępowania. Miejmy nadzieje, że nasze organy ścigania i sądy będą dążyły do jak najszybszego wyjaśnienia stosowania przemocy przez policję wobec dziennikarzy relacjonujących demonstracje, w tym postrzelenia fotoreportera Tomasza Gutrego.

 

Wspomniany przez panią fotoreporter „Tygodnika Solidarność” Tomasz Gutry został postrzelony na Marszu Niepodległości przez policję z broni gładkolufowej. Fotoreportera „Newsweeka” Adama Tuchlińskiego policjanta uderzyła pałką w tył głowy. Renata Kim z „Newsweeka” została uderzona pałką w plecy i potraktowana gazem mimo, że miała na sobie odblaskową kamizelkę z napisem „PRESS”. Jakie błędy policja popełniła podczas ochraniania tego zgromadzenia?

 

Znowu odwołam się do wyroku ETPC. W wyroku Pentikainen przeciwko Finlandii, Trybunał wskazał, że jak robi się niebezpiecznie, demonstracja przybiera agresywny tok, to policja powinna odsunąć dziennikarzy w specjalne miejsce. Na tyle bliskie wydarzeń, aby mogli kontynuować pracę, a na tyle odległe aby chronić ich bezpieczeństwa. Nasza policja nie ma niestety takiego zwyczaju. A przecież miejsca, w których odbywają się demonstracje są powtarzalne i znane z wyprzedzeniem policji. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wyznaczono specjalnie strefy dla dziennikarzy, do których mieliby się udać w razie gdyby dochodziło do agresji. W sprawie Markusa Veikko Pentikainen Trybunał podkreśla również, że dziennikarz nie jest ponad prawem i jeśli raz go się poprosi o przejście do specjalnej strefy, a on tego nie robi, to wtedy można wyciągnąć wobec niego konsekwencje.

 

Linia między stanowczością a działaniem funkcjonariuszy może w praktyce okazać się płynna.

 

Środki używane przez policję zawsze powinny być proporcjonalne i uwzględniać, do kogo są kierowane. Konieczność poszanowania doniosłej roli dziennikarzy w relacjonowaniu zgromadzeń i wymóg zapewnienia mediom szczególnej ochrony w tym obszarze są konsekwentnie podkreślane przez szereg instytucji chroniących prawa człowieka, takich jak m.in  Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych, Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), Komisja Wenecka czy Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy. Przykładem jest Rezolucja 2116 dotycząca pilnej potrzeby zapobiegania naruszeniom praw człowieka w trakcie pokojowych zgromadzeń publicznych z maja 2016 r. Niestety nasza policja ignoruje te standardy. Może wypadałoby policję z praw dziennikarzy i pozytywnych obowiązków przeszkolić.

 

Czy dziennikarze i fotoreporterzy zajmujący się relacjonowaniem niebezpiecznych zgromadzeń publiczne powinni coś zmienić w przestrzeganiu swojego bezpieczeństwa pracy? Czy podczas relacjonowania takich wydarzeń odblaskowe kamizelki z napisem „PRESS” nie powinny być obowiązkowym elementem ich stroju?

 

Myślę, że dziennikarze powinni być świadomi zagrożeń samych demonstracji. Postawy obywatelskie się radykalizują i nie wykluczone, że demonstracje będą przybierały coraz brutalniejszy przebieg. Każda redakcja powinna zadbać o szkolenia dla swoich dziennikarzy z tego, jak się zachować w trudnych, niebezpiecznych warunkach i jakie prawa przysługują dziennikarzom. W kontekście właściwego zidentyfikowania się jako przedstawiciel mediów wykonujący obowiązki służbowe, oznakowana odzież czy emblemat, np. kamizelka z napisem „PRESS” może być przydatna. Tego rodzaju oznaczenie nie powinno być warunkiem koniecznym korzystania z gwarancji chroniących przedstawicieli mediów w czasie demonstracji, jeżeli dziennikarz ujawni swoją funkcję przed funkcjonariuszami w inny jasny sposób. Jak podkreślają międzynarodowe stowarzyszenia dziennikarskie Dziennikarze Bez Granic i Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy, noszenie oznakowania w pewnych sytuacjach może zwiększyć bezpieczeństwo mediów, w innych jednak takie emblematy mogą wiązać się nawet z dodatkowym zagrożeniem np. ze strony demonstrantów nieprzychylnie nastawionych do prasy – i dlatego zalecają dziennikarzom oszacowanie ryzyka i działanie odpowiednie do konkretnych okoliczności.

 

Press Club Polska postulował objęcie dziennikarzy w trakcie wypełniania obowiązków zawodowych ochroną identyczną, jaka przysługuje funkcjonariuszom publicznym. Co pani sądzi o tej propozycji?

Nie jestem przekonana, że dziennikarze powinni mieć takie same uprawnienia jak funkcjonariusze publiczni. Oznaczyłoby to ich zrównanie np. z policją. A jednak gdy robi się niebezpiecznie, to dziennikarz, tak samo jak każdy inny obywatel powinien podporządkować się rozkazom policji. Oczywiście muszą one pozwolić mu na wykonanie dalszych obowiązków służbowych. To wynika m.in. z wskazywanego przeze mnie orzeczenia w sprawie Pentikainen przeciwko Finlandii.

 

Rozmawiał TOP

ŁUKASZ WARZECHA: Językowego terroru ciąg dalszy

W sierpniu ubiegłego roku napisałem na portalu SDP tekst o autyzmie (TUTAJ). A właściwie nie o autyzmie, ale o tym, jak rzuciła się na mnie całkiem spora grupa osób za to, że na Twitterze określiłem ustępującego wówczas marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego jako autystycznego. Zarzucono mi, że „stygmatyzuję” osoby autystyczne, a tego typu użycie słowa „autystyczny”, w potocznym znaczeniu, powinno być tępione. Ba, co bardziej krewcy zaczęli się nawet skrzykiwać na Facebooku pod hasłem skierowania pozwu. Nie wiem wprawdzie, o co i w czyim imieniu. Żaden do mnie nie dotarł.

 

Pisałem wówczas, że jeśli poddamy się swoistemu terrorowi językowej poprawności, która każe nam rezygnować z każdego określenia, mogącego kogoś rzekomo urażać, wkrótce obudzimy się w warunkach językowej cenzury. Pisałem wówczas między innymi:

 

Czy mogę napisać, że jakiś projekt jest „kulawy”? Też nie, bo obrażam inwalidów. Przepraszam: „sprawnych inaczej”. Nie wolno zapewne napisać, że ktoś jest bezmózgi, bo – jak wiadomo – bywa niestety, że dziecko rodzi się właśnie bez tego najważniejszego organu. Trzeba też wykluczyć słowa „kretyn” czy „skretyniały”. Nie można powiedzieć, że ktoś nie ma jaj, bo i takie schorzenie występuje. Absolutnie nie wolno pisać, że ktoś jest traktowany jak trędowaty, bo w ten sposób stygmatyzuje się osoby chorujące na trąd.

 

Nie trzeba było długo czekać. Oto bowiem Rada Etyki Mediów (abstrahuję teraz od kształtu i kompetencji tego ciała do czegokolwiek) musiała zająć się skargą na Piotra Maślaka, prowadzącego w Tok FM program „Pierwsze Śniadanie”. Maślak powiedział w programie 6 listopada, że rząd zachowuje się w sprawie epidemii „jak ślepy w składzie porcelany”. Pomińmy tu fakt, że dziennikarz dość autorsko potraktował związek frazeologiczny, mówiący o słoniu, a nie ślepcu (wówczas może odezwaliby się obrońcy tzw. praw zwierząt). Istotne jest, że na Maślaka poskarżono się do REM, zarzucając mu dokładnie to samo, co zarzucano mnie w przypadku opisu cech Kuchcińskiego. Jak napisały Wirtualne Media: „W skardze zaznaczono, że radio Tok FM jest bardzo wyczulone na wszelkie przejawy seksizmu, rasizmu, homofobii i każdego rodzaju dyskryminacji osób i grup społecznych. – W tym kontekście używanie metafor dyskredytujących osoby niewidome jest bezmyślne i wręcz haniebne – napisano w skardze. – Zwracamy się o zajęcie stanowiska i ewentualne wyciagnięcie stosownych konsekwencji wobec redakcji radia Tok FM”. REM powodów do interwencji jednak nie znalazła – i dobrze.

 

Historia ta jest w pewnym sensie zabawna, ponieważ stanowi kolejną ilustrację powiedzenia o tym, że rewolucja zjada własne dzieci. Jako że Tok FM od lat jest w awangardzie postępu, nic dziwnego, że jakiś jego słuchacz postanowił być świętszy od papieża i uznał, że dziennikarza trzeba ukarać za „stygmatyzowanie” niewidomych.

 

Ostrzegałem przed ponad rokiem, że językowe przewrażliwienie jest instrumentem przekształcania świadomości, zmierza bowiem do wytresowania nas w taki sposób, abyśmy odczuwali obawę przed wyrażaniem jakiegokolwiek bardziej zdecydowanego zdania, przed użyciem jakiejkolwiek wyrazistszej metafory, bo przecież kogoś możemy urazić. Tylko naiwni – być może działający nawet z dobrymi intencjami – mogą uznać próbę eliminacji z języka potocznych znaczeń określeń takich jak autystyczny, ślepy, debil itd. za niewinny odruch pomocy i wyciągnięcie ręki do ludzi dotkniętych dolegliwością, do której odnoszą się te określenia.

 

Terror poprawności politycznej w języku przejawia się między innymi uznaniem, że nie ma różnicy pomiędzy agresją fizyczną a słowną oraz przesunięciem granicy tej ostatniej tak bardzo, że do agresji słownej zostaje zaliczone niemal wszystko, co nie jest apologią danej grupy. Wystarczy zatem nie pochwalać, aby uznano, że się atakuje, a ten atak właściwie niczym się nie różni od agresji fizycznej.

 

Tępienie potocznego znaczenia słów typu „autystyczny” czy „ślepy” to jedynie jeden z wielu wątków tej strategii. Jako dziennikarze i publicyści nie powinniśmy jej ulegać, zwłaszcza że język jest naszym narzędziem pracy. Dlatego też to my przede wszystkim będziemy na celowniku zwolenników przebudowywania świadomości poprzez cenzurowanie języka – jako dający przykład i wzorce. Tym bardziej nie powinniśmy pozwolić się sterroryzować.

 

Łukasz Warzecha

CMWP SDP po raz kolejny w obronie filmów harcerzy blokowanych przez YouTube

W związku z regularnym nakładaniem przez YouTube na filmy autorstwa harcerki Miry Raghavacharya szeregu obostrzeń takich jak blokada wiekowa (możliwość wyświetlania filmów dopiero od momentu, gdy widz ma ukończone 18 lat) czy celowe obniżenie zasięgów (materiał nie dociera do grona odbiorców, ponieważ platforma nie informuje o pojawieniu się materiału lub nie pozwala na wyszukanie go w wyszukiwarce czy poprzez inne metody), a nawet blokowanie dostępu do całości filmów, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zwróciło się się do firmy Google jako właściciela platformy YouTube o podjęcie natychmiastowych  i zdecydowanych działań mających na celu zaprzestanie blokowania przez YouTube filmów harcerzy ZHR mających na celu promowanie polskiego patriotyzmu oraz rozpowszechnianie wiedzy o polskich bohaterach.

 

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przygląda się naruszeniom wolności polskich twórców, w tym harcerzy,  na platformie YouTube po raz kolejny.  Skrajnym przejawem naruszenia podstawowych praw i wolności człowieka okazało się całkowite zablokowanie w sierpniu  2020 filmu harcerzy ZHR pt. „Kilka dni”, który był oddaniem hołdu przez harcerzy uczestnikom  Powstania Warszawskiego. Jakkolwiek po interwencji Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, dostęp do filmu został odblokowany, jednakże odblokowanie  to nastąpiło po 1 sierpnia, a więc po historycznej dacie rozpoczęcia Powstania Warszawskiego. Należy podkreślić, iż niniejszy film zawiera treści patriotyczne, niezwykle ważne dla historii naszego kraju. Powstanie Warszawskie było bowiem największą operacją militarną Armii Krajowej, wystąpieniem zbrojnym przeciwko okupującym Warszawę wojskom niemieckim.
Po pierwszym oświadczeniu CMWP SDP YouTube przeprosiło za swój błąd i opublikowało film w całości. Niestety na opublikowaniu filmu poprzestano, a następnie ponownie podejmowane są działania, które uniemożliwiają lub znacząco ograniczają możliwość publikowania filmów o tematyce patriotycznej, czy historycznej.

 

Kolejnym obostrzeniem ze strony YouTube okazało się aktualnie cenzurowanie treści filmu autorstwa harcerki Miry Raghavacharya dla osób poniżej 18 roku życia oraz ciągłe obniżanie zasięgów filmu bez podawania konkretnych powodów. YouTube nie określił dlaczego przedmiotowy film autorstwa harcerki Miry Raghavacharya kwalifikuje się według ich polityki dla osób jedynie pełnoletnich, tym samym bezpodstawnie blokując dostęp młodym ludziom do opisywanych przez nią epizodów z  historii Polski.

 

W piśmie skierowanym do  koncernu Google jako właściciela platformy YouTube CMWP SDP przypomina o tym, iż bezpodstawne cenzurowanie treści Twórców jest niezgodne z Konstytucją RP, a także Europejską Konwencją Praw Człowieka. Blokowanie dostępu do harcerskiego filmu przez YouTube narusza  więc zasadę wolności słowa, myśli i przekonań, co jest wielce naganne, niedopuszczalne i niezgodne z obowiązującym prawem.

W imieniu młodych twórców, których prawa są notorycznie naruszane, CMWP SDP zaapelowało  do YouTube o podjęcie działań w kierunku umożliwienia dostępu do filmów o historii Polski, zaprzestania blokowania i ograniczania zasięgów  ich Twórcom, a także o podjęcie odpowiednich kroków w celu uniknięcia ponownych błędów, które dosłownie eliminują treści patriotyczne dotyczące Polski.

 

Protest CMWP SDP przeciwko zatrzymaniu fotoreporterki Agaty Grzybowskiej przez policję

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP protestuje przeciwko zatrzymaniu Agaty Grzybowskiej, fotoreporterki Agencji RATS, przez policję podczas protestu pod siedzibą Ministerstwa Edukacji i Nauki w Warszawie w dniu 23 listopada br.

 

Policja zatrzymała Agatę Grzybowską 23 listopada br. Zatrzymanie trwało kilka godzin, dziennikarce zarzucono naruszenie nietykalności policjanta. Dziennikarka nie przyznaje się do stawianych jej zarzutów. Apelujemy do Prokuratury o niestawianie jej zarzutu naruszenia nietykalności funkcjonariusza publicznego lub jego umorzenie, a do dziennikarzy o rzetelne relacjonowanie przebiegu tego zdarzenia.

 

dr Jolanta Hajdasz

Warszawa, 24 listopada 2020 r.

WOJCIECH POKORA: Zawód dziennikarza w dobie Internetu

Czy zawód dziennikarza jest zagrożony w dobie Internetu? To pytanie wraca jak bumerang od chwili spopularyzowania blogosfery, a niepokój o kondycję naszego zawodu nasilił się, gdy powstały media społecznościowe. I nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.

 

Wszystko zależy od tego, co uznamy za zagrożenie dla zawodu. Jeśli ma nim być szybkość przekazu, zastąpienie informacji relacją bezpośredniego uczestnika wydarzenia, czy nawet przez streaming live wprost z miejsca wydarzeń – nie ma obaw. Nie zagraża to dziennikarstwu. Wręcz przeciwnie, wspomaga je. Nie ma dziś chyba redakcji, która nie wykorzystywałaby nowych technologii w swojej pracy, media społecznościowe stały się kolejnym kanałem komunikacji, streaming na Facebooku, YouTube czy Twitterze jest jedną z form relacjonowania wydarzeń. Ale nie jedyną. Na szczęście, bo media społecznościowe stają się też niestety doskonałym miejscem uprawiania propagandy i manipulacji.

 

Większość z nas ma zapewne konto na najpopularniejszym portalu społecznościowym, czyli Facebooku. Polecam przeprowadzić dwa doświadczenia. Pierwsze nie wymaga dużo czasu. Wystarczy zamienić się na chwilę telefonem z kolegą/koleżanką z pracy, przyjacielem czy współmałżonkiem i przejrzeć jego tablicę na Facebooku. Ktoś z kim mieszkasz pod jednym dachem, lub pracujesz w jednym pokoju ogląda świat przez całkiem inne filtry niż ty. Widzisz to? Tak działają media społecznościowe. Subiektywizują przekaz.

 

W czasie jednego ze swoich wykładów, genialny matematyk, mistrz współtwórcy lwowskiej szkoły matematycznej prof. Hugona Steinhausa, David Hilbert wypowiedział cenną myśl:

– Każdy człowiek ma pewien określony horyzont myślowy. Kiedy ten się zwęża i staje się nieskończenie mały, zamienia się w punkt. Wtedy człowiek mówi: „To jest mój punkt widzenia”.

 

Dokładnie w ten sam sposób działają media społecznościowe. Zawężają nasz punkt widzenia, wyjaławiając nas i zamykając w szczelnej bańce informacyjnej. Wspomaga to dodatkowo możliwość blokowania tzw. znajomych, których poglądy nie przystają do naszych, oraz ograniczanie ilości stron, które można obserwować jako wyświetlane nam jako pierwszy wybór. Powoduje to, że przeglądając swoje tablice na Facebooku codziennie po kilka razy widzimy te same treści, tych samych znajomych (z kilku tysięcy czy kilkuset wciąż wyświetlają nam się wpisy kilkunastu). Można zgłupieć? Nawet należy.

 

Drugim doświadczeniem jest śledzenie grup miejskich. To doskonała lekcja tego, jak działają media. W grupach pojawia się codziennie kilkadziesiąt wpisów – od reklam, przez ogłoszenia, prośby o pomoc, po informacje. Po dłuższym czasie łatwo się zorientować, kto jest przedstawicielem jakiej firmy czy zwolennikiem jakiej partii. Pojawiają się także newsy. I to prawda, że szybciej niż w konwencjonalnych mediach. Wydarzył się wypadek, gdzieś pojawiło się pogotowie pod klatką schodową, policja kogoś goni, na grupie miejskiej pierwsi się o tym dowiemy, zobaczymy często nawet zdjęcia czy filmy. Tylko niewiele się z nich zorientujemy. Czasem zbudujemy sobie obraz wydarzenia na podstawie zamieszczanych pod takim wpisem komentarzy, ale nadal nie mamy pewności, co jest prawdą.

 

I tu wkracza dziennikarz. On sprawdza fakty, weryfikuje opinie i on ostatecznie zamieści rzetelny materiał na ten temat. I zazwyczaj taki materiał trafia po jakimś czasie na tę grupę, z nagłówkiem – już wiemy dokładnie co się stało. Czyli od kilku godzin śledzimy wydarzenie i dyskusję na jego temat, ale i tak ostatecznie to dziennikarz poda nam sprawdzone fakty i pomoże zrozumieć zaistniałą sytuację. W sumie tak przecież działają media od początku ich istnienia, weryfikują fakty i informują. Media społecznościowe jedynie zmieniają formę podania plotki, która musi zostać zweryfikowana. Zanim to nastąpi, plotka jest nadal plotką, nawet gdy dziś nazywa się ją „postem” czy „wpisem”. I tu przechodzimy do prawdziwego zagrożenia dla dziennikarzy, bo drugą stroną medalu jest wpływ mediów społecznościowych na nich samych.

 

O ile Internet nie zagraża zawodowi dziennikarza i nie ma szans, by w najbliższym czasie wpłynął niekorzystnie na kondycję redakcji, o tyle nie mam w sobie aż tyle optymizmu, by nie stwierdzić, że ma bardzo niekorzystny wpływ na samych dziennikarzy i wielu z nich na pewno zaszkodził. Szybkość przekazywania informacji w Internecie ma swoje zalety ale także wady. Przekonali się o tym ci, którzy dali się wciągnąć w emocjonalne dyskusje polityczne, czy pod wpływem impulsu puścili dalej niesprawdzoną plotkę. Albo spreparowanego fejka, co staje się dziś wręcz plagą mediów społecznościowych, kompromitując niestety dziennikarzy, którzy dają się na to złapać. Bo czy tego chcemy, czy nie, formułka pod nazwiskiem – „tu tylko prywatne opinie” nie załatwia sprawy, i to, co publikujemy pod nazwiskiem, w mediach społecznościowych ma wpływ na postrzeganie naszego obiektywizmu. Dlatego o ile zawód dziennikarza nie jest zagrożony przez Internet, o tyle sami dziennikarze już tak.

 

Wojciech Pokora

MARIA PRZEŁOMIEC: Żywie Biełaruś

„Gdyby kilka lat temu, zapytano mnie jak zareagują Białorusini na wiadomość, że ktoś zginął broniąc biało-czerwono-białej flagi, odpowiedziałbym, że w najlepszym razie będzie to ciche współczucie, a w najgorszym sarkazm, złość i zarzucanie zabitemu, że głupio uległ radykałom.

Tymczasem reakcja na śmierć Romana Bandarenki, który bronił flagi i zmarł od pobicia, jest diametralnie różna. Nikt nie mówi, że działał niepotrzebnie. Nikt nie wątpi w wartość tego biało-czerwono-białego symbolu. Wszyscy zgadzają się, że zabity postąpił słusznie, że teraz nie można się już ukrywać” – tak rosyjski filozof i publicysta Maxim Goryunow skomentował reakcję białoruskiego społeczeństwa na śmierć Romana Bandarenki, człowieka zakatowanego za to, że zapytał panów w cywilu, dlaczego z podwórka usuwają wstążki w barwach niepodległego białoruskiego państwa.

 

Trwające już ponad trzy miesiące białoruskie demonstracje zaskoczyły wszystkich. Przecież cierpliwość naszych sąsiadów zza Bugu była przysłowiowa, przecież na początku lat dziewięćdziesiątych Białoruski Front Narodowy stracił popularność m.in. z powodu postulatu obowiązkowego używania języka białoruskiego, przecież od ponad dwudziestu lat łukaszenkowska propaganda przekonywała Białorusinów, że ich historia tak naprawdę zaczęła się od komunistycznej partyzantki z czasów II wojny, że Rosja jest starszym bratem, i że właściwie nie można mówić o dwóch odrębnych narodach.

 

Trudno było wtedy mówić o białoruskim społeczeństwie. Były jednostki, rodziny, najbliżsi krewni, ewentualnie niewielkie grono przyjaciół. Była stosunkowo nieliczna, prozachodnia opozycja, której większość współobywateli zarzucała, że „wkładają kij w szprychy, troszczącemu się o zwykłych ludzi prezydentowi”.

 

Mówi się, że ukraiński naród ostatecznie ukształtowały dwie rewolucje – pomarańczowa z 2004 i godności z 2014. W umacnianiu poczucia odrębności pomagała także historia, i ta najdawniejsza Rusi Kijowskiej i ta późniejsza – Zaporoskiej Siczy. Nie było to pełnoprawne państwo, ale Ukraińcy mieli się do czego odwołać.

 

Tymczasem z historią Białorusi są problemy. Jej ziemie wchodziły w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego i chociaż język rusiński, który można uznać za staro-białoruski był urzędowym językiem Wielkiego Księstwa, to jednak elity uważały się za Litwinów (w sensie gente lithuania, natione polonus) i do tradycji państwa litewskiego odwoływały.

 

Efemeryczna, stworzona w 1918 roku Białoruska Republika Ludowa, w państwie Łukaszenki przedstawiana była jako faszyzująca. A jednak, nagle i nieoczekiwanie dla całego świata, Białorusini okazali się dojrzałym, świadomym swojej tożsamości narodem.

 

Ukraińskie majdany miały politycznych przywódców, Białorusini w zasadzie zaczęli organizować się sami, od dołu. Najpierw stojąc w kilometrowych kolejkach, by złożyć podpis pod nazwiskami alternatywnych dla Łukaszenki kandydatów, a potem, gdy tzw. „baćka” wyjątkowo bezczelnie sfałszował wybory, wychodząc w wielotysięcznych marszach protestu. Oczywiście ta spontaniczność nie narodziła się zupełnie sama. W tym roku, po raz pierwszy do wyborów zostali dopuszczeni, zamiast przedstawicieli mało popularnej prozachodniej opozycji, ludzie wpływowi. Po drugie zlekceważona przez władze epidemia koronawirusa, z całą brutalnością obnażyła egoizm, zakłamanie i zupełne lekceważenie społeczeństwa ze strony białoruskiego przywódcy. Po trzecie wyborcze oszustwa okazały się zbyt jaskrawe. W obliczu tego wszystkiego ludzie uznali, że sami muszą wziąć odpowiedzialność za swoje państwo. Nagle okazało się, że na Białorusi w błyskawicznym tempie powstaje społeczeństwo obywatelskie.

 

Owszem, istnieje opozycyjna Rada Koordynacyjna, ale jej członkowie przebywają za granicą, natomiast protesty ludzie organizują właściwie sami. Na poziome swego bloku, podwórka, ulicy, dzielnicy. Roman Bandarenka był lokalnym aktywistą, który poszedł zobaczyć, dlaczego jacyś cywile zdejmują rozwieszone przez sąsiadki biało-czerwono-białe wstążki. Jego śmierć wywołała kolejną falę masowych demonstracji, pokazując, że nasilenie przemocy tylko wzmacnia społeczną solidarność. Świetnym jej przykładem była reakcja mińszczan na próbę ukarania jednej ze stołecznych dzielnic. Gdy mieszkańcom znanej z antyłukaszenkowskich nastrojów Nowej Borowej władze odcięły wodę i ogrzewanie, natychmiast w sieci utworzono czat, na którym ludzie proponowali poszkodowanym swoją pomoc: grzejniki, wodę, a nawet własne mieszkania na czas awarii.

 

Podobny nastrój pamiętam z Polski roku osiemdziesiątego. Stan wojenny jeszcze wzmocnił tamto poczucie solidarności. Nie wiem jak długo przyjdzie Białorusinom czekać na swoje państwo, ale świadomy białoruski naród już powstał.

 

Maria Przełomiec

 

Zdjęcie: SDP, Donat Brykczyński

ADAM SOCHA: Każdy będzie sam sobie dziennikarzem

Coraz częściej straszy się dziennikarzy, że w niedalekiej przyszłości zastąpi nas sztuczna inteligencja. Ostatnio taką przyszłość dziennikarstwa wieszczył prof. Dariusz Jemielniak, badacz społeczności internetowych i specjalista od zarządzania wysokimi technologiami, członek rady powierniczej Fundacji Wikimedia, w wywiadzie dla Wirtualnych Mediów.

 

To, że roboty piszą proste informacje, już wiemy. Na początku września na łamach „Guardiana” pojawił się artykuł autorstwa robota GPT-3, a dokładnie algorytmu stworzonego przez laboratorium badawcze OpenAI.
Nie do końca było to dzieło AI, gdyż w powstaniu eseju uczestniczył też człowiek, który nadzorował algorytm, by stworzona treść przypominała sposób pisania przez człowieka. Zdaniem ekspertów to duży krok w kierunku uczenia sztucznej inteligencji tworzenia tekstów, które będzie trudno odróżnić od tych pisanych przez dziennikarzy czy pisarzy.

 

Artykuły z użyciem algorytmów sztucznej inteligencji powstają już na Wikipedii – mówi prof. Jemielniak. – Dotyczą informacji geograficznych, np. o nazwie miasta, jego lokalizacji i liczbie mieszkańców.

 

Czego jeszcze AI nie potrafi? Analizować. Ale zdaniem profesora, nie jesteśmy od tego bardzo daleko. Wówczas rola redaktora sprowadzi się do koordynatora tekstu. Będzie decydował co zostawić, co usunąć, ewentualnie coś dopisze od siebie, by tekst ubarwić i podkręcić.

 

Zdaniem prof. Dariusza Jemielniaka, to kwestia czasu, gdy AI będą przeprowadzać wywiady. Ale przecież to już się dzieje! Przypomnę sprawę redaktora naczelnego Onet.pl Bartosza Węglarczyka. Redaktor Węglarczyk podczas wywiadu na żywo z wiceministrem Jackiem Ozdobą stwierdził, iż wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak wulgarnie odniósł się do prezes Sądu Najwyższego (miał powiedzieć słowo, które od 22 października, od wyroku TK słyszymy niemal codzienne z ust kobiet na polskich ulicach, czyli „spier….”). Piebiak pozwał Węglarczyka, gdyż nigdy tak się nie wyraził wobec prezes. I co się wówczas okazało?

 

Prawnicy dziennikarza Onetu w odpowiedzi na pisma procesowe twierdzili, że wywiad przeprowadzał ktoś inny, a Węglarczyk, którego widać na nagraniu, „jest hologramem nałożonym za pomocą technologii deep fake”.
Reuters opracował system pozwalający na prowadzenie telewizyjnych wiadomości sportowych przez wirtualną postać. Rozwiązanie wykorzystuje technologię sztucznej inteligencji, a wzorem dla wirtualnego prowadzącego jest Ossian Shine, dziennikarz sportowy Reutersa.

 

Chińska telewizja pokazała prezentera, który czytał wiadomości, a był robotem. Ja już od pewnego czasu podejrzewam, że Wiadomości prowadzi albo awatar Danuty Holeckiej, albo robot, który dzięki algorytmowi opanował jej głos, na szczęście mimiki nie musiał, bo oryginał jest jej pozbawiony, tzn. ma tylko jeden wyraz twarzy, kamienny.
Sądzę jednak, że trudno będzie stworzyć awatar i algorytm np. Roberta Mazurka jako wywiadowcy w RMF FM. Bo jego warsztat polega na ciągłym zaskakiwaniu rozmówców i słuchaczy.

 

Zdaniem prof. Jemielnika jest bariera nie do pokonania dla AI. Sztucznej inteligencji trudno będzie na pewno przejąć rolę opiniotwórczą. „Dlatego moim zdaniem rzetelny dziennikarz, którego opinie mają znaczenie, będzie potrzebny bardzo długo” – stwierdza specjalista. – Ale stażyści w wchodzący w zawód dziennikarski nie będą. I to już wkrótce”.

 

I tu się specjalista myli. Uważam, że bardzo łatwe będzie stworzenie awatara i algorytmu, które wcielą się w rolę stałych komentatorów Wiadomości. Jest ich chyba dosłownie trzech na krzyż. Jacek lub Michał Karnowski, Tomasz Sakiewicz i przemiennie ktoś jeszcze z „Gazety Polskiej” lub z portalu wPolityce.pl.

 

A tak na serio, to jest dla mnie oczywiste, że sztuczna inteligencja oznacza rewolucję w mediach. Ale zawsze na końcu procesu tworzenia tekstu będzie żywy człowiek, bo to on będzie decydował, jak ma funkcjonować algorytm. Algorytm stanie się po prostu kolejnym narzędziem pracy dziennikarza. Redaktor będzie wydawał polecenie AI znalezienie źródeł informacji, zdobycia tych informacji, ich weryfikacji, przygotowania wstępnej matrycy tekstu.
Zwieńczeniem tego procesu będzie zanik mediów w obecnym kształcie, czyli redakcji. Każdy z użytkowników internetu dzięki AI i algorytmom będzie sam sobie dziennikarzem.

 

Adam Socha

Sztuczna inteligencja zamiast dziennikarza? – pyta ks. ARTUR STOPKA

Od kilku lat pojawiają się alarmistyczne głosy zapowiadające zastąpienie żywych dziennikarzy sztuczną inteligencją. Napięcie podkręcają takie wydarzenia, jak „wirtualny komentator sportowy” zaprezentowany przez Reutersa czy esej, napisany we współpracy człowieka i sztucznej inteligencji, który opublikował „The Guardian”. Wieńczone sukcesem eksperymenty mają dowodzić, że dziennikarstwo jako zawód uprawiany przez człowieka znalazło się w zagrożeniu. Czy faktycznie jest tak źle i pora np. zamykać kierunki dziennikarskie na wyższych uczelniach, żeby nie produkować bezrobotnych?

 

Stać się człowiekiem?

 

W serialu „Battlestar Galactica” stworzone przez ludzi inteligentne maszyny po buncie wyewoluowały i stały się podobne do swych twórców nie tylko pod względem wyglądu zewnętrznego. Niektóre z nich zostały zaprogramowane w ten sposób, że były przekonane, iż są ludźmi. A dążeniem maszyn stało się posiadanie wspólnego z ludźmi potomstwa.

 

Popularny serial sprzed kilkunastu lat pokazuje pewien dość rozpowszechniony sposób ludzkiego myślenia o sztucznej inteligencji. Według niego jest ona zagrożeniem dla człowieka, ponieważ chce nie tylko zająć jego miejsce we Wszechświecie, ale pragnie nim się stać. Być może nawet jego lepszą, wymarzoną i dotychczas dla naszego gatunku, nieosiągalną wersją.

 

Cele i kompetencje

 

Haczyk polega jednak na tym, że wciąż niewiele wiemy o sztucznej inteligencji i nasze wyobrażenia na temat jej ewentualnych planów, zamiarów, fascynacji, kompleksów, fobii są tylko projekcją naszych lęków i oczekiwań. Być może, gdy sztuczna inteligencja kiedyś się usamodzielni, ludzie w ogóle znajdą się poza sferą jej zainteresowań. Być może skupi się na kreowaniu własnego świata, w którym będziemy zupełnie nieistotnym elementem albo w ogóle nie będzie dla nas miejsca.

 

Według Stephena Hawkinga prawdziwym ryzykiem związanym z rozwojem sztucznej inteligencji nie jest to, że okaże się złośliwa, ale kompetencje, w jakie będzie wyposażona. „AI będzie świetnie radzić sobie z osiąganiem celów, a jeśli te cele nie będą spójne z naszymi, to będziemy mieli problem” – ostrzegał niespełna dwa lata przed swoją śmiercią. I tu leży istota problemu.

 

Decydują ludzie

 

Póki co jesteśmy jeszcze przed zdeklarowanym buntem sztucznej inteligencji i o jej zastosowaniu w konkretnych miejscach i dziedzinach naszej rzeczywistości wciąż decydują ludzie. To oni nadal decydują o zakresie jej funkcjonowania i o kompetencjach, w jakie jest wyposażana. Ludzie (konkretni, którym inni ludzie powierzyli kompetencje decyzyjne) wskazują cele, które sztuczna inteligencja ma osiągać. To od nich zależy, czy są one spójne z szeroko pojętym dobrem gatunku ludzkiego.

 

Mogą się w swych decyzjach kierować rozmaitymi względami. Mogą wykorzystywać sztuczną inteligencję w jakiejś sferze dla oszczędności lub zwiększenia zysku. Mogą też być motywowani jakąś ideologią, która np. pracę maszyn będzie stawiać wyżej niż pracę ludzi i przedstawiać ją jako doskonalszą. Jednak dopóki nie nastąpi wieszczona głównie w produkcjach science fiction rebelia sztucznej inteligencji i zdobycie przez nią władzy nad ludzkością, nie jest ona sama w sobie żadnym zagrożeniem dla jakiegokolwiek wykonywanego przez człowieka zawodu. To nie sztuczna inteligencja zagraża operatorom różnych urządzeń, kierowcom, maszynistom itp., choć wiele wskazuje na to, że przynajmniej niektórzy z nich znajdą się w niebezpieczeństwie utraty zatrudnienia znacznie szybciej, niż dziennikarze. To inni ludzie są tu faktycznym „zagrożeniem”. Ci, którzy są władni podjąć decyzję o zastąpieniu człowieka inteligentną maszyną.

 

Nazwisko autora

 

Internetowe boty pokazują, że sztuczna inteligencja w wielu przypadkach zręcznie podszywa się pod człowieka. Potrafi go udawać także na innych polach. Kilka lat temu głośna była sprawa napisanej przez komputer nowelki, która zdołała przejść eliminacyjny etap w konkursie literackim. Szybko jednak okazało się, że sztuczna inteligencja jej nie wymyśliła. Algorytm poukładał w zdania dane, które dostarczyli mu ludzie. Pojawiły się sugestie, że inteligentna maszyna będzie potrafiła idealnie naśladować styl rozmaitych pisarzy, także zmarłych. Ale co z tego? Nic nie wskazuje na to, aby była w stanie stworzyć niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju arcydzieło.

 

To samo dotyczy dziennikarstwa. Tego w pełni profesjonalnego, które nie bez powodu wciąż sygnowane jest nazwiskiem autora. Z pewnością już teraz da się inteligentną maszyną zastąpić ludzi w wykonywaniu części prostych rutynowych, powtarzalnych zadań wchodzących w skład pracy dziennikarza. Nie da się jednak i najprawdopodobniej nigdy nie będzie się dało powierzyć sztucznej inteligencji tej sfery dziennikarskiej profesji, która wymaga po prostu człowieczeństwa, ludzkiego podejścia do rzeczywistości, jej opisywania, pokazywania i objaśniania.

 

Odczłowieczona komunikacja

 

Właściciele mediów, którzy w przyszłości z jakichś powodów zdecydują się zastąpić w swych firmach ludzi inteligentnymi urządzeniami, wezmą na siebie ogromną odpowiedzialność za odczłowieczenie bardzo ważnej sfery ludzkiego życia – komunikacji. Już teraz firmy, które w kontaktach z klientami wysługują się botami, często nieświadomie dają do zrozumienia, jaki jest ich prawdziwy stosunek do konkretnego człowieka.

 

Istotą dziennikarstwa wciąż jest międzyludzka komunikacja. Nowe technologie sprawiły, że może ona stać się jeszcze pełniejsza, dwustronna, umożliwiając poszerzenie funkcjonującego przez dziesięciolecia modelu „nadawca-przekaz-odbiorca” o rzeczywistą rozmowę. Zastąpienie dziennikarza sztuczną inteligencją będzie świadomym zerwaniem z ideą komunikacji między człowiekiem a człowiekiem. Będzie kolejnym krokiem w czynieniu świata mniej ludzkim. Rzecz w tym, że jeśli do tego dojdzie, tę decyzję podejmą ludzie, a nie nawet najinteligentniejsze maszyny.

 

Ks.Artur Stopka

Dekoncentracja sprzyjałaby pluralizmowi mediów – rozmowa z posłem PIOTREM BABINETZEM

Z jednej strony powinny zostać uchwalone przepisy dekoncentracyjne. Z drugiej trzeba rozważyć zastosowanie bodźców w rodzaju ulg podatkowych, czy też dotacji dla nowych polskich przedsięwzięć medialnych, które będą realizować programy misyjne z dziedziny kultury czy historii, przyczyniając się w ten sposób do podniesienia ogólnego poziomu mediów – mówi poseł PiS Piotr Babinetz, przewodniczący Sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu w rozmowie z Jaromirem Kwiatkowskim.

 

Obóz rządzący od pewnego czasu podnosi w dyskursie publicznym postulat repolonizacji mediów. Budzi on wiele kontrowersji. Zdaniem niektórych komentatorów, rządzący nie do końca wiedzą, jak miałaby ta repolonizacja wyglądać, a znany dziennikarz śledczy Witold Gadowski nazwał ją w jednym z wywiadów „nic nie znaczącym propagandowym określeniem”.

 

Kwestia nie w tym, jak nazwiemy ten problem. Można mówić o repolonizacji, ale bardziej o dekoncentracji mediów. Jest to problem, który nie został w Polsce uregulowany – w przeciwieństwie do takich krajów, jak np. Francja czy Niemcy. To, że mamy dominujący udział kapitału zagranicznego w większości segmentów rynku medialnego w Polsce, nie jest ani naturalne, ani normalne, a zatem powinno budzić – i sądzę, że budzi – zastrzeżenia nie tylko obozu rządzącego, ale także innych środowisk, niekoniecznie politycznych.

 

Mleko rozlało się we wczesnych latach 90. U progu transformacji polskie podmioty nie miały kapitału, który mogłyby zainwestować w media. A ponieważ życie nie znosi próżni, w to miejsce wchodził w kolejnych latach kapitał zachodni. Nie tylko niemiecki, o którym słyszymy najczęściej, ale także np. norweski czy angielski. Zdobył on dominującą pozycję zwłaszcza w segmencie prasy regionalnej. Rozumiem braki kapitałowe, ale nie rozumiem, dlaczego dopuszczono do sytuacji, że ten kapitał przejął przytłaczającą większość rynku prasowego. Na to nie pozwoliłoby sobie żadne państwo. Dopuszczono do sytuacji, którą obecnie nie wiadomo jak odkręcić.

 

W latach 90. z jednej strony olbrzymi wpływ na rządy w Polsce mieli postkomuniści, a z drugiej – znaczna część elit politycznych znajdowała się na etapie pędu za źle rozumianą europejskością, zachwytu nad zachodnim kapitałem. Nie było, z niewielkimi wyjątkami, tej wrażliwości i odpowiedzialności, która podpowiedziałaby, jakie niebezpieczeństwa dla życia społecznego czy gospodarczego Polaków mogą się z tym wiązać. Powtarzano, że kapitał nie ma narodowości.

 

Okazało się, że jednak ma. Każdy człowiek obdarzony pewną dozą zdrowego rozsądku musiał zachodzić w głowę, jak to było możliwe, że Niemcy przejęli 80 czy nawet więcej procent rynku prasy regionalnej, co jest zjawiskiem nie notowanym w żadnym kraju.

 

Proszę zauważyć, że doszło do sytuacji, iż kapitał norweski, francuski czy angielski w polskich mediach był stopniowo zastępowany przez kapitał niemiecki. Nie sądzę, by był to przypadek, tylko wręcz przeciwnie – rezultat starań firm niemieckich. Te działania mogą być wspierane przez politykę państwa niemieckiego. Jest to ciekawe, dlatego że w Niemczech obowiązują przepisy dekoncentracyjne. W poprzedniej kadencji, podczas spotkania członków prezydium Komisji Kultury i Środków Przekazu Sejmu RP z naszymi niemieckimi odpowiednikami, Niemcy zwracali uwagę, że mają przepisy, które uniemożliwiają jednemu koncernowi medialnemu opanowanie większości rynku w danym segmencie medialnym. Nie mówię tu nawet o narodowości tego kapitału, lecz o tym, żeby jedna firma nie mogła mieć dominującej pozycji. A z drugiej strony Niemcy sprzyjają temu, żeby te firmy rozwijały się w Polsce. Zgadzam się, że procentowo ten problem wystąpił w największym stopniu w segmencie prasy regionalnej, choć podobnie jest także w obszarze internetu.

 

Otóż to. W segmencie dzienników regionalnych niemiecka Polska Presse zdobyła przytłaczającą większość rynku. Widzimy wprawdzie, że rynek prasy papierowej się kurczy, ale to żadne usprawiedliwienie. Na pocieszenie możemy stwierdzić, że segment radiowy i telewizyjny jest – mimo wszystko – bardziej zróżnicowany.

 

Na pewno rynek prasy jest rynkiem kurczącym się, ale jednak trudno nie wspomnieć o olbrzymiej ilości tytułów tzw. prasy kolorowej, gdzie dominuje niemiecki Bauer. W innym segmencie rynku decydująca pozycję ma Axel Springer (do niego należą m.in. „Fakt”, „Newsweek”, Onet – przyp. JK). To jest trwałe zjawisko i ciągle niebezpieczne.

 

Na czym, Pana zdaniem, polega to niebezpieczeństwo?

 

Podam prosty przykład. W prasie kolorowej, która zajmuje się głównie poradnictwem, życiem celebrytów, plotkami, a więc przyjmijmy, że neutralnymi tematami, jeżeli pojawia się opis filmów i seriali dotyczących II wojny światowej, to mówi się o „nazizmie” i „nazistach”, a nie o Niemcach. Nazista, czyli nie wiadomo kto, może Polak? To jest niby drobiazg, ale bardzo charakterystyczny. Język używany w tych krótkich, kilkuzdaniowych notkach, nie jest przypadkowy. A ciągłe używanie pewnych pojęć ma w efekcie wpływ na świadomość, szczególnie młodych ludzi. Zresztą to samo określenie, które jest unikaniem prawdy, używane jest również w tych filmach.

 

A może należy inaczej postawić problem? Może tu nie chodzi o ograniczenie udziału zachodniego kapitału w polskim rynku medialnym, lecz o – jak to określiła Barbara Bubula, była członkini KRRiTV – „odwrócenie nierównowagi ideowej w mediach”? Być może obozowi rządzącemu chodzi o taką zmianę wektorów przekazu medialnego?

 

Jedno z drugim się łączy. Przy dekoncentracji własności na rynku medialnym siłą rzeczy doszłoby do tego, że w mediach byłyby obecne różne trendy ideowe, różne spojrzenia na historię, tradycję, kulturę czy gospodarkę. Czy to nazwiemy repolonizacją czy dekoncentracją – w gruncie rzeczy na jedno wychodzi. Jeżeli dopuścilibyśmy nowe podmioty do udziału w rynku medialnym, to siłą rzeczy znalazłyby się wśród nich także te bardziej konserwatywne. Myślę też, że wtedy moglibyśmy z mediów dowiadywać się więcej o państwach i narodach Europy Środkowej, o obszarze Trójmorza, w tym także o wybitnych ludziach pochodzących czy działających na przestrzeni wieków w naszej części Europy. Przecież wiedza o naszych sąsiadach jest i ciekawa i istotna dla przyszłości Polski i Polaków.

 

Jacek Karnowski, naczelny tygodnika „Sieci”, stwierdził, że repolonizacja nie musi się odbywać za pomocą trudnych do praktycznej realizacji ustaw, ale poprzez przejmowanie rynku przez firmy spoza kartelu III RP.

 

No tak, tylko na czym miałoby polegać to przejmowanie?

 

To clou zagadnienia. Dlatego nikt pewnie nie wie do końca, jak ma ten proces repolonizacji czy dekoncentracji wyglądać. Kto miałby odkupywać udziały od podmiotów dominujących? Spółki skarbu państwa? Efekt jest łatwy do przewidzenia: odpływ odbiorców i reklamodawców, a w konsekwencji upadek danego medium.

 

Chodzi raczej o to, by wprowadzić pewne przepisy dekoncentracyjne, po czym mogłyby się pojawić nowe podmioty na zasadzie wolnej konkurencji. W efekcie dekoncentracji ci, którzy są teraz niemal monopolistami, musieliby oddać część rynku. Są przecież w Polsce środowiska intelektualne i biznesowe, wydawcy czy redaktorzy niszowych, ale poruszających ważne społecznie sprawy, mediów z kręgów konserwatywnych, których warto zachęcać do zaangażowania w większe przedsięwzięcia medialne.

 

Dlatego wydaje mi się, że problem został trochę źle postawiony w  warstwie semantycznej. Nie mówmy o repolonizacji, tylko o dekoncentracji mediów. Przyjmijmy, że nie chodzi o narodowość kapitału, tylko o jego nadmierną koncentrację – niektóre podmioty medialne są tak duże, że zdominowały przekaz. Choć przyznaję, wśród największych graczy rynku medialnego gros stanowią ci z kapitałem zagranicznym. Ale stawiam hipotezę, że u jądra problemu leży nie tyle narodowość kapitału, co jego nadmierna koncentracja szkodząca debacie publicznej.

 

Jest to szczególnie widoczne w przypadku największych portali internetowych. Większość Polaków ogląda telewizję, ale informacje bieżące w ciągu dnia bierze jednak głównie z tych portali. Z jednej strony jest tam duży udział kapitału niemieckiego, z drugiej – w przekazie jest to prawie jednolity front liberalny z wtrętami lewackimi, które płyną w tej chwili przez Europę i świat.

 

Załóżmy, że obozowi rządzącemu uda się wprowadzić przepisy dekoncentracyjne. Prochu nie wymyślicie, trzeba skorzystać ze sprawdzonego wzorca z innego kraju, np. Niemiec czy Francji. Nie obawia się Pan, że zaraz podniesie się z Brukseli krzyk o dławieniu wolnych mediów?  Bo cały czas próbują nas stamtąd ćwiczyć, że to, co jest dozwolone w Berlinie czy Paryżu, niekoniecznie jest dozwolone w Warszawie.

 

Oczywiście, jest takie zagrożenie. Natomiast trzeba podjąć próbę. Wzory francuski czy niemiecki istnieją. Choć i tam się to zmienia wraz ze zmianą struktury narodowościowej czy religijnej tych państw. Ale bazując na wzorach sprzed lat, czy to we Francji, czy w Niemczech, widać było, że ich celem było pilnowanie ustalonego poziomu dekoncentracji mediów. Z drugiej strony, kiedy pojawił się brytyjski kapitał w mediach niemieckich, to Niemcy – nie na zasadzie przepisu prawa, lecz ich przywiązania do tego, by to niemiecki kapitał narodowy kontrolował media – podjęli jednak pewne działania i odkupili od Brytyjczyków te media. We Francji też kiedyś pilnowano tego, by posługiwać się językiem francuskim, a nie angielskim.  Tak więc jedną rzeczą są przepisy prawa, a inną – obyczaj i przekonanie wewnętrzne, żeby jednak bronić swojej kultury i tradycji. Ale, jak wspomniałem, to były zasady czy praktyka sprzed lat, które obecnie niestety nie są już przestrzegane. Teraz np. pod wpływem postępującej islamizacji Zachodniej Europy usuwa się z przestrzeni publicznej symbole i nawet język odnoszący się do chrześcijaństwa.

 

Jaki będzie efekt działań obozu rządzącego w kwestii dekoncentracji mediów, być może zobaczymy. Myślę jednak, że powinno się zadziałać także od drugiej strony, o czym mówił we wspomnianym wywiadzie Witold Gadowski. Ma on na myśli tworzenie ułatwień ekonomicznych dla powstawania niezależnych polskich mediów. Dzisiaj nowe przedsięwzięcie medialne jest obarczone ogromnym stopniem ryzyka.

 

Witold Gadowski słusznie zwraca na to uwagę. Myślę, że to powinny być działania kompatybilne. Z jednej strony uchwalenie przepisów dekoncentracyjnych, które w znacznym stopniu uniemożliwiłyby kilku koncernom niemieckim opanowanie niemal całego rynku prasy lokalnej i kolorowej czy największych portali internetowych. Z drugiej strony trzeba rozważyć zastosowanie bodźców w rodzaju ulg podatkowych dla nowych polskich przedsięwzięć medialnych czy też dotacji dla tych spośród nich, które będą realizować programy misyjne z dziedziny kultury czy historii, przyczyniając się w ten sposób do podniesienia ogólnego poziomu mediów. Rozmaite media, nie pokazując palcem, za bardzo starają się przypodobać gustom odbiorców, zamiast zaproponować coś bardziej ambitnego i starać się kreować przywiązanie do pewnych wartości i kultury.

 

Niestety, nie bez winy jest tu publiczna TVP, z uporem godnym lepszej sprawy hołubiąca „artystów” pokroju Zenka Martyniuka.

 

Oferta kulturalna na pewno powinna być bardziej różnorodna. Takie programy są – na TVP Kultura czy TVP Historia. Ale na głównej antenie bardziej ambitnych przedsięwzięć kulturalnych jest za mało, nawet muzyki rockowej jest bardzo mało – a szkoda. Mocniejszą stroną są seriale historyczne TVP, począwszy przede wszystkim od „Czasu honoru”, ale i nowe, jak np. „Młody Piłsudski”.

 

 

Wywiad ukazał się w numerze 4/2020 „Forum Dziennikarzy”.

 

Całej wydanie do pobrania

TUTAJ.

 

 

 

 

Zadyma to nie zabawa – LUDMIŁA MITRĘGA o bezpieczeństwie fotoreporterów

Policja na Marszu Niepodległości popełniła wiele błędów, ale fotoreporterzy popełnili ich jeszcze więcej. Milczenie o swoich błędach jest charakterystyczne dla naszego społeczeństwa. Prowadzi to oczywiście do ich powtarzania, a nie eliminowania.

 

Bezpieczeństwo i Higiena Pracy (BHP)

 

To takie nudne szkolenia, z których zapamiętujemy, że nie można bujać się na krześle, gdy się pracuje przy biurku i powinno się siedzieć prosto. (Przepraszam, że tak chwilowo spłaszczyłam ten ważny temat). Po wydarzeniach 11.11.2020 r., zaczęłam myśleć jak powinno wyglądać szkolenie BHP osoby, która chce wykonywać zawód fotoreportera.

 

Pierwsza zasada powinna brzmieć:

 

Nie ma takiego zdjęcia dla którego warto zginąć lub zostać niepełnosprawnym. Najgorzej dostać dla słabej ilustracji. Oczywiście tym co giną lub zostają okaleczeni wiele razy wcześniej się udaje. Ryzyko czasem skutkuje ważną fotografią, dlatego te wszystkie łuty szczęścia działają na niekorzyść fotoreporterów, ignorują niebezpieczeństwo. Tak, nie każdy rzucony kamień czy petarda trafia, nie każda wystrzelona kula zabija. Minimalizowanie zagrożeń i analizowanie tego, czy warto dla danego ujęcia ryzykować, jest postawą bezpieczeństwa.

 

Druga zasada:

 

Stanie na linii frontu, czy między bijącymi się grupami jest ryzykowne i raczej wychodzi się z takich sytuacji ze szwankiem, a nie bez szwanku. Centrum wydarzeń lepiej fotografować niż w nim stać. Fotoreporter ma widzieć, a nie uczestniczyć.

 

Trzecia zasada:

 

Zachowuj się tak, by nikt nie miał wątpliwości, że jesteś świadkiem, a nie uczestnikiem. Ubierz się tak, by nie wyglądać jak strony konfliktu. Zawsze miej legitymację pod ręką, by ją okazać, gdy jest to konieczne.

 

Po czwarte:

 

Odpowiedzialność. Fotoreporter nie może stwarzać zagrożenia dla fotografowanych.

 

Współpraca z policją

 

Dlaczego dziś piszę o BHP? Nie byłam obecna na Marszu Niepodległości, obejrzałam mnóstwo zdjęć i filmów i z przerażeniem myślę o tym, co się wydarzyło 11.11.2020 r., co od lat dzieje się na Marszach Niepodległości. Przeczytałam oświadczenia różnych organizacji dziennikarskich, organizacji zajmujących się prawami człowieka, wysłuchałam i przeczytałam wypowiedzi różnych osób oraz popisy fałszywych obrońców fotoreporterów.

 

Osobom, które w przeszłości, potrafiły nie akredytować fotoreporterów na wydarzenie, bo im się redakcja nie podobała, już dziękuję. Zacznijcie zmianę postawy wobec nas od siebie.

 

Już chciałam tego tekstu nie pisać, bo bardzo nie lubię pisać. Miałam milczeć, bo nawet ja nie lubię być kontrowersyjna, ale przeczytałam tekst Łukasza Warzechy na stronie SDP (TUTAJ) i nie mogę nie napisać.

 

Uważam, że w zeszłym tygodniu, policja popełniła wiele błędów, ale fotoreporterzy popełnili tych błędów jeszcze więcej. Milczenie o swoich błędach jest charakterystyczne dla naszego społeczeństwa. Prowadzi to oczywiście do powtarzania błędów, a nie ich eliminowania. Wymagamy tylko od innych, ale nie od siebie.

 

Rzecznik Komendy Stołecznej Policji pan nadkomisarz Sylwester Marczak nie kłamał na pomarszowych konferencjach prasowych o „współpracy policji z fotoreporterami”. Oczywiście w języku polskim współpraca z policją kojarzy się z informowaniem policji i pomaganiem policji. Nic z tych rzeczy. Nieustająco apeluję do fotoreporterów, a właściwie im przypominam, na wszelki wypadek, że: nie nosimy zdjęć na policję, nie dzielimy się naszymi informacjami, nie pomagamy policji w ich obowiązkach.

 

Tak, od początku pandemii jako Stowarzyszenie Fotoreporterów rozmawiamy z KSP o zasadach pracy fotoreporterów, w różnych sytuacjach, gdzie spotykamy policję. Impulsem do tych rozmów było kierowanie do sądu spraw za pracowanie fotoreporterów na ulicy w czasie lockdownu. Piękny jest art. 14 Konstytucji „ Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu” i od pierwszej mojej  rozmowy z rzecznikiem KSP, jako SF,  próbujemy ustalić co to praktycznie znaczy. Po kilku miesiącach spotkaliśmy się również z panem inspektorem Mariuszem Ciarką (rzecznik Komendanta Głównego Policji – przyp. red) i rozmawialiśmy już o konkretnych rozwiązaniach i ich wprowadzeniu w całej Polsce. Rozmawialiśmy o procedurach legitymowania, poruszania się fotoreporterów w czasie zdarzeń dynamicznych i spontanicznych. Wstępnie omówiliśmy temat znaczników odblaskowych dla fotoreporterów i zasady ich używania.

 

Niestety, ja osobiście, nie zdążyłam ich wyprodukować na dzień 11.11.2020 r., za co serdecznie przepraszam fotoreporterów i policję. Nie ułatwiliśmy sobie zadania. Mam nadzieję, że nie rezygnujemy z tego projektu i będziemy go kontynuować.

 

Każda taka sprawa to proces, nie da się zrobić jej z dnia na dzień, szczególnie, jak historia oznaczania dziennikarzy, ma długą historię dziennikarskiego oporu i torpedowania wszelkich pomysłów np. kamizelek, jednej legitymacji itd. Czy już dojrzeliśmy sprawdzimy niedługo. Fotoreporterzy, chyba dojrzeli.

 

Dziś już wiem, że w znacznik trzeba będzie wszyć informacje: opaska ta nie chroni przed kamieniami, petardami i innymi ciężkimi przedmiotami. Nie chroni przed postrzeleniem i gazem pieprzowym. Zalecamy ostrożność przy wykonywaniu obowiązków służbowych.

 

Błędy policji

 

1.Strzelanie z broni gładkolufowej tak wysoko, że trzy osoby zostały trafione w głowę, w tym fotoreporter Tomasz Gutry.

 

2.Rozkaz o wyrzuceniu „wszystkich, kto nie z policji” z Dworca Warszawa Stadion i okolic. Nie tak widzę realizowanie prawa do informacji.

 

3.Metody tego wyrzucenia, bicie pałka osób z podniesionymi rękami, użycie gazu.

 

Błędy fotoreporterów

 

1.Wchodzenie pod nogi pododdziałom zwartym.

 

2.Pan Gutry nie tylko wszedł pod nogi pododdziału, zignorował całkowicie, że stał się tarczą ochronną dla bandytów rzucających w policję petardami i innymi przedmiotami.

 

3.Jeśli definiujemy zawód fotoreportera jako posiadacza aparatu lub telefonu, to wiele z takich osób miało opaski białoczerwone na ramieniu jak inni uczestnicy marszu.

 

4.Na dworcu Warszawa Stadion nieoznaczeni fotoreporterzy mieszali się z uczestnikami marszu, którzy na dworcu urządzili regularną bitwę z policją. Nikt mi nie wmówi, że na znanych wszystkim zdjęciach, to fotoreporter niesie flagę.

 

Rozmawiałam z kilkoma fotoreporterami obecnymi na dworcu Warszawa Stadion, gdy policja dała rozkaz wyjścia, żaden z nich nie pokazał legitymacji prasowej. Nawet widać to na zdjęciu schodzących po schodach, nikt nie trzyma w ręku legitymacji prasowej.

 

Jest mi bardzo przykro, że pan Tomasz Gutry został postrzelony w twarz, że dziennikarze na dworcu Warszawa Stadion dostali pałką. Mam nadzieję że wszczęte kontrole odpowiedzą na wszystkie pytania i wątpliwości. Ja nadal jestem gotowa spokojnie i merytorycznie rozmawiać o tym, jak nie popełniać błędów i realizować art. 14 Konstytucji, najlepiej jak to możliwe. Że na złożone skargi (większość znanych mi fotoreporterów skargi nie składa) odpowiedzą powołane organy po uczciwym dochodzeniu, bo nie ma nic gorszego niż przymykanie oka na błędy. Konsekwencją nie powinna być ślepa zemsta, bo niesprawiedliwe kary są kontrskuteczne.

 

Jak patrzę na Marsz Niepodległości i ludzi z aparatami, to mam dysonans, bo wiem ile jest etatów fotoreporterskich w Warszawie. Wiem, to zawód wykonywany przez jednoosobowe firmy i wolnych strzelców na umowie o dzieło. Przeraża, że stworzyliśmy modę na turystykę „zadymową”. Tłumy posiadaczy aparatów przychodzą na MN, by przeżyć przygodę i sprawdzić się w roli dzielnego fotoreportera. Szanowne Panie i Panowie zadyma to nie zabawa, można stracić oko.

 

Nie róbcie tłumu dla lajka na FB, bo te lajeczki, mówią o sympatii do Was a nie o tym czy zrobiłeś dobre zdjęcie. Jak wyżej napisałam, stracenie oka, dla bylejakiego zdjęcia nie jest mądre, ale ryzykowanie dla zdjęć o niczym, jest darwinowskie.

 

Fotoreporter ma legitymację prasową z zarejestrowanego tytułu prasowego, ma zlecenie z redakcji na zdjęcia z wydarzenia, ma doświadczenie i sprawność, która pozwoli mu ocenić sytuację i uniknąć zagrożeń. Przestańcie się bawić w Marsz Niepodległości.

 

Ludmiła Mitręga, prezes Stowarzyszenia Fotoreporterów

 

Fot. Adam Nurkiewicz