Sztuczna inteligencja zamiast dziennikarza? – pyta ks. ARTUR STOPKA

Od kilku lat pojawiają się alarmistyczne głosy zapowiadające zastąpienie żywych dziennikarzy sztuczną inteligencją. Napięcie podkręcają takie wydarzenia, jak „wirtualny komentator sportowy” zaprezentowany przez Reutersa czy esej, napisany we współpracy człowieka i sztucznej inteligencji, który opublikował „The Guardian”. Wieńczone sukcesem eksperymenty mają dowodzić, że dziennikarstwo jako zawód uprawiany przez człowieka znalazło się w zagrożeniu. Czy faktycznie jest tak źle i pora np. zamykać kierunki dziennikarskie na wyższych uczelniach, żeby nie produkować bezrobotnych?

 

Stać się człowiekiem?

 

W serialu „Battlestar Galactica” stworzone przez ludzi inteligentne maszyny po buncie wyewoluowały i stały się podobne do swych twórców nie tylko pod względem wyglądu zewnętrznego. Niektóre z nich zostały zaprogramowane w ten sposób, że były przekonane, iż są ludźmi. A dążeniem maszyn stało się posiadanie wspólnego z ludźmi potomstwa.

 

Popularny serial sprzed kilkunastu lat pokazuje pewien dość rozpowszechniony sposób ludzkiego myślenia o sztucznej inteligencji. Według niego jest ona zagrożeniem dla człowieka, ponieważ chce nie tylko zająć jego miejsce we Wszechświecie, ale pragnie nim się stać. Być może nawet jego lepszą, wymarzoną i dotychczas dla naszego gatunku, nieosiągalną wersją.

 

Cele i kompetencje

 

Haczyk polega jednak na tym, że wciąż niewiele wiemy o sztucznej inteligencji i nasze wyobrażenia na temat jej ewentualnych planów, zamiarów, fascynacji, kompleksów, fobii są tylko projekcją naszych lęków i oczekiwań. Być może, gdy sztuczna inteligencja kiedyś się usamodzielni, ludzie w ogóle znajdą się poza sferą jej zainteresowań. Być może skupi się na kreowaniu własnego świata, w którym będziemy zupełnie nieistotnym elementem albo w ogóle nie będzie dla nas miejsca.

 

Według Stephena Hawkinga prawdziwym ryzykiem związanym z rozwojem sztucznej inteligencji nie jest to, że okaże się złośliwa, ale kompetencje, w jakie będzie wyposażona. „AI będzie świetnie radzić sobie z osiąganiem celów, a jeśli te cele nie będą spójne z naszymi, to będziemy mieli problem” – ostrzegał niespełna dwa lata przed swoją śmiercią. I tu leży istota problemu.

 

Decydują ludzie

 

Póki co jesteśmy jeszcze przed zdeklarowanym buntem sztucznej inteligencji i o jej zastosowaniu w konkretnych miejscach i dziedzinach naszej rzeczywistości wciąż decydują ludzie. To oni nadal decydują o zakresie jej funkcjonowania i o kompetencjach, w jakie jest wyposażana. Ludzie (konkretni, którym inni ludzie powierzyli kompetencje decyzyjne) wskazują cele, które sztuczna inteligencja ma osiągać. To od nich zależy, czy są one spójne z szeroko pojętym dobrem gatunku ludzkiego.

 

Mogą się w swych decyzjach kierować rozmaitymi względami. Mogą wykorzystywać sztuczną inteligencję w jakiejś sferze dla oszczędności lub zwiększenia zysku. Mogą też być motywowani jakąś ideologią, która np. pracę maszyn będzie stawiać wyżej niż pracę ludzi i przedstawiać ją jako doskonalszą. Jednak dopóki nie nastąpi wieszczona głównie w produkcjach science fiction rebelia sztucznej inteligencji i zdobycie przez nią władzy nad ludzkością, nie jest ona sama w sobie żadnym zagrożeniem dla jakiegokolwiek wykonywanego przez człowieka zawodu. To nie sztuczna inteligencja zagraża operatorom różnych urządzeń, kierowcom, maszynistom itp., choć wiele wskazuje na to, że przynajmniej niektórzy z nich znajdą się w niebezpieczeństwie utraty zatrudnienia znacznie szybciej, niż dziennikarze. To inni ludzie są tu faktycznym „zagrożeniem”. Ci, którzy są władni podjąć decyzję o zastąpieniu człowieka inteligentną maszyną.

 

Nazwisko autora

 

Internetowe boty pokazują, że sztuczna inteligencja w wielu przypadkach zręcznie podszywa się pod człowieka. Potrafi go udawać także na innych polach. Kilka lat temu głośna była sprawa napisanej przez komputer nowelki, która zdołała przejść eliminacyjny etap w konkursie literackim. Szybko jednak okazało się, że sztuczna inteligencja jej nie wymyśliła. Algorytm poukładał w zdania dane, które dostarczyli mu ludzie. Pojawiły się sugestie, że inteligentna maszyna będzie potrafiła idealnie naśladować styl rozmaitych pisarzy, także zmarłych. Ale co z tego? Nic nie wskazuje na to, aby była w stanie stworzyć niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju arcydzieło.

 

To samo dotyczy dziennikarstwa. Tego w pełni profesjonalnego, które nie bez powodu wciąż sygnowane jest nazwiskiem autora. Z pewnością już teraz da się inteligentną maszyną zastąpić ludzi w wykonywaniu części prostych rutynowych, powtarzalnych zadań wchodzących w skład pracy dziennikarza. Nie da się jednak i najprawdopodobniej nigdy nie będzie się dało powierzyć sztucznej inteligencji tej sfery dziennikarskiej profesji, która wymaga po prostu człowieczeństwa, ludzkiego podejścia do rzeczywistości, jej opisywania, pokazywania i objaśniania.

 

Odczłowieczona komunikacja

 

Właściciele mediów, którzy w przyszłości z jakichś powodów zdecydują się zastąpić w swych firmach ludzi inteligentnymi urządzeniami, wezmą na siebie ogromną odpowiedzialność za odczłowieczenie bardzo ważnej sfery ludzkiego życia – komunikacji. Już teraz firmy, które w kontaktach z klientami wysługują się botami, często nieświadomie dają do zrozumienia, jaki jest ich prawdziwy stosunek do konkretnego człowieka.

 

Istotą dziennikarstwa wciąż jest międzyludzka komunikacja. Nowe technologie sprawiły, że może ona stać się jeszcze pełniejsza, dwustronna, umożliwiając poszerzenie funkcjonującego przez dziesięciolecia modelu „nadawca-przekaz-odbiorca” o rzeczywistą rozmowę. Zastąpienie dziennikarza sztuczną inteligencją będzie świadomym zerwaniem z ideą komunikacji między człowiekiem a człowiekiem. Będzie kolejnym krokiem w czynieniu świata mniej ludzkim. Rzecz w tym, że jeśli do tego dojdzie, tę decyzję podejmą ludzie, a nie nawet najinteligentniejsze maszyny.

 

Ks.Artur Stopka

Dekoncentracja sprzyjałaby pluralizmowi mediów – rozmowa z posłem PIOTREM BABINETZEM

Z jednej strony powinny zostać uchwalone przepisy dekoncentracyjne. Z drugiej trzeba rozważyć zastosowanie bodźców w rodzaju ulg podatkowych, czy też dotacji dla nowych polskich przedsięwzięć medialnych, które będą realizować programy misyjne z dziedziny kultury czy historii, przyczyniając się w ten sposób do podniesienia ogólnego poziomu mediów – mówi poseł PiS Piotr Babinetz, przewodniczący Sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu w rozmowie z Jaromirem Kwiatkowskim.

 

Obóz rządzący od pewnego czasu podnosi w dyskursie publicznym postulat repolonizacji mediów. Budzi on wiele kontrowersji. Zdaniem niektórych komentatorów, rządzący nie do końca wiedzą, jak miałaby ta repolonizacja wyglądać, a znany dziennikarz śledczy Witold Gadowski nazwał ją w jednym z wywiadów „nic nie znaczącym propagandowym określeniem”.

 

Kwestia nie w tym, jak nazwiemy ten problem. Można mówić o repolonizacji, ale bardziej o dekoncentracji mediów. Jest to problem, który nie został w Polsce uregulowany – w przeciwieństwie do takich krajów, jak np. Francja czy Niemcy. To, że mamy dominujący udział kapitału zagranicznego w większości segmentów rynku medialnego w Polsce, nie jest ani naturalne, ani normalne, a zatem powinno budzić – i sądzę, że budzi – zastrzeżenia nie tylko obozu rządzącego, ale także innych środowisk, niekoniecznie politycznych.

 

Mleko rozlało się we wczesnych latach 90. U progu transformacji polskie podmioty nie miały kapitału, który mogłyby zainwestować w media. A ponieważ życie nie znosi próżni, w to miejsce wchodził w kolejnych latach kapitał zachodni. Nie tylko niemiecki, o którym słyszymy najczęściej, ale także np. norweski czy angielski. Zdobył on dominującą pozycję zwłaszcza w segmencie prasy regionalnej. Rozumiem braki kapitałowe, ale nie rozumiem, dlaczego dopuszczono do sytuacji, że ten kapitał przejął przytłaczającą większość rynku prasowego. Na to nie pozwoliłoby sobie żadne państwo. Dopuszczono do sytuacji, którą obecnie nie wiadomo jak odkręcić.

 

W latach 90. z jednej strony olbrzymi wpływ na rządy w Polsce mieli postkomuniści, a z drugiej – znaczna część elit politycznych znajdowała się na etapie pędu za źle rozumianą europejskością, zachwytu nad zachodnim kapitałem. Nie było, z niewielkimi wyjątkami, tej wrażliwości i odpowiedzialności, która podpowiedziałaby, jakie niebezpieczeństwa dla życia społecznego czy gospodarczego Polaków mogą się z tym wiązać. Powtarzano, że kapitał nie ma narodowości.

 

Okazało się, że jednak ma. Każdy człowiek obdarzony pewną dozą zdrowego rozsądku musiał zachodzić w głowę, jak to było możliwe, że Niemcy przejęli 80 czy nawet więcej procent rynku prasy regionalnej, co jest zjawiskiem nie notowanym w żadnym kraju.

 

Proszę zauważyć, że doszło do sytuacji, iż kapitał norweski, francuski czy angielski w polskich mediach był stopniowo zastępowany przez kapitał niemiecki. Nie sądzę, by był to przypadek, tylko wręcz przeciwnie – rezultat starań firm niemieckich. Te działania mogą być wspierane przez politykę państwa niemieckiego. Jest to ciekawe, dlatego że w Niemczech obowiązują przepisy dekoncentracyjne. W poprzedniej kadencji, podczas spotkania członków prezydium Komisji Kultury i Środków Przekazu Sejmu RP z naszymi niemieckimi odpowiednikami, Niemcy zwracali uwagę, że mają przepisy, które uniemożliwiają jednemu koncernowi medialnemu opanowanie większości rynku w danym segmencie medialnym. Nie mówię tu nawet o narodowości tego kapitału, lecz o tym, żeby jedna firma nie mogła mieć dominującej pozycji. A z drugiej strony Niemcy sprzyjają temu, żeby te firmy rozwijały się w Polsce. Zgadzam się, że procentowo ten problem wystąpił w największym stopniu w segmencie prasy regionalnej, choć podobnie jest także w obszarze internetu.

 

Otóż to. W segmencie dzienników regionalnych niemiecka Polska Presse zdobyła przytłaczającą większość rynku. Widzimy wprawdzie, że rynek prasy papierowej się kurczy, ale to żadne usprawiedliwienie. Na pocieszenie możemy stwierdzić, że segment radiowy i telewizyjny jest – mimo wszystko – bardziej zróżnicowany.

 

Na pewno rynek prasy jest rynkiem kurczącym się, ale jednak trudno nie wspomnieć o olbrzymiej ilości tytułów tzw. prasy kolorowej, gdzie dominuje niemiecki Bauer. W innym segmencie rynku decydująca pozycję ma Axel Springer (do niego należą m.in. „Fakt”, „Newsweek”, Onet – przyp. JK). To jest trwałe zjawisko i ciągle niebezpieczne.

 

Na czym, Pana zdaniem, polega to niebezpieczeństwo?

 

Podam prosty przykład. W prasie kolorowej, która zajmuje się głównie poradnictwem, życiem celebrytów, plotkami, a więc przyjmijmy, że neutralnymi tematami, jeżeli pojawia się opis filmów i seriali dotyczących II wojny światowej, to mówi się o „nazizmie” i „nazistach”, a nie o Niemcach. Nazista, czyli nie wiadomo kto, może Polak? To jest niby drobiazg, ale bardzo charakterystyczny. Język używany w tych krótkich, kilkuzdaniowych notkach, nie jest przypadkowy. A ciągłe używanie pewnych pojęć ma w efekcie wpływ na świadomość, szczególnie młodych ludzi. Zresztą to samo określenie, które jest unikaniem prawdy, używane jest również w tych filmach.

 

A może należy inaczej postawić problem? Może tu nie chodzi o ograniczenie udziału zachodniego kapitału w polskim rynku medialnym, lecz o – jak to określiła Barbara Bubula, była członkini KRRiTV – „odwrócenie nierównowagi ideowej w mediach”? Być może obozowi rządzącemu chodzi o taką zmianę wektorów przekazu medialnego?

 

Jedno z drugim się łączy. Przy dekoncentracji własności na rynku medialnym siłą rzeczy doszłoby do tego, że w mediach byłyby obecne różne trendy ideowe, różne spojrzenia na historię, tradycję, kulturę czy gospodarkę. Czy to nazwiemy repolonizacją czy dekoncentracją – w gruncie rzeczy na jedno wychodzi. Jeżeli dopuścilibyśmy nowe podmioty do udziału w rynku medialnym, to siłą rzeczy znalazłyby się wśród nich także te bardziej konserwatywne. Myślę też, że wtedy moglibyśmy z mediów dowiadywać się więcej o państwach i narodach Europy Środkowej, o obszarze Trójmorza, w tym także o wybitnych ludziach pochodzących czy działających na przestrzeni wieków w naszej części Europy. Przecież wiedza o naszych sąsiadach jest i ciekawa i istotna dla przyszłości Polski i Polaków.

 

Jacek Karnowski, naczelny tygodnika „Sieci”, stwierdził, że repolonizacja nie musi się odbywać za pomocą trudnych do praktycznej realizacji ustaw, ale poprzez przejmowanie rynku przez firmy spoza kartelu III RP.

 

No tak, tylko na czym miałoby polegać to przejmowanie?

 

To clou zagadnienia. Dlatego nikt pewnie nie wie do końca, jak ma ten proces repolonizacji czy dekoncentracji wyglądać. Kto miałby odkupywać udziały od podmiotów dominujących? Spółki skarbu państwa? Efekt jest łatwy do przewidzenia: odpływ odbiorców i reklamodawców, a w konsekwencji upadek danego medium.

 

Chodzi raczej o to, by wprowadzić pewne przepisy dekoncentracyjne, po czym mogłyby się pojawić nowe podmioty na zasadzie wolnej konkurencji. W efekcie dekoncentracji ci, którzy są teraz niemal monopolistami, musieliby oddać część rynku. Są przecież w Polsce środowiska intelektualne i biznesowe, wydawcy czy redaktorzy niszowych, ale poruszających ważne społecznie sprawy, mediów z kręgów konserwatywnych, których warto zachęcać do zaangażowania w większe przedsięwzięcia medialne.

 

Dlatego wydaje mi się, że problem został trochę źle postawiony w  warstwie semantycznej. Nie mówmy o repolonizacji, tylko o dekoncentracji mediów. Przyjmijmy, że nie chodzi o narodowość kapitału, tylko o jego nadmierną koncentrację – niektóre podmioty medialne są tak duże, że zdominowały przekaz. Choć przyznaję, wśród największych graczy rynku medialnego gros stanowią ci z kapitałem zagranicznym. Ale stawiam hipotezę, że u jądra problemu leży nie tyle narodowość kapitału, co jego nadmierna koncentracja szkodząca debacie publicznej.

 

Jest to szczególnie widoczne w przypadku największych portali internetowych. Większość Polaków ogląda telewizję, ale informacje bieżące w ciągu dnia bierze jednak głównie z tych portali. Z jednej strony jest tam duży udział kapitału niemieckiego, z drugiej – w przekazie jest to prawie jednolity front liberalny z wtrętami lewackimi, które płyną w tej chwili przez Europę i świat.

 

Załóżmy, że obozowi rządzącemu uda się wprowadzić przepisy dekoncentracyjne. Prochu nie wymyślicie, trzeba skorzystać ze sprawdzonego wzorca z innego kraju, np. Niemiec czy Francji. Nie obawia się Pan, że zaraz podniesie się z Brukseli krzyk o dławieniu wolnych mediów?  Bo cały czas próbują nas stamtąd ćwiczyć, że to, co jest dozwolone w Berlinie czy Paryżu, niekoniecznie jest dozwolone w Warszawie.

 

Oczywiście, jest takie zagrożenie. Natomiast trzeba podjąć próbę. Wzory francuski czy niemiecki istnieją. Choć i tam się to zmienia wraz ze zmianą struktury narodowościowej czy religijnej tych państw. Ale bazując na wzorach sprzed lat, czy to we Francji, czy w Niemczech, widać było, że ich celem było pilnowanie ustalonego poziomu dekoncentracji mediów. Z drugiej strony, kiedy pojawił się brytyjski kapitał w mediach niemieckich, to Niemcy – nie na zasadzie przepisu prawa, lecz ich przywiązania do tego, by to niemiecki kapitał narodowy kontrolował media – podjęli jednak pewne działania i odkupili od Brytyjczyków te media. We Francji też kiedyś pilnowano tego, by posługiwać się językiem francuskim, a nie angielskim.  Tak więc jedną rzeczą są przepisy prawa, a inną – obyczaj i przekonanie wewnętrzne, żeby jednak bronić swojej kultury i tradycji. Ale, jak wspomniałem, to były zasady czy praktyka sprzed lat, które obecnie niestety nie są już przestrzegane. Teraz np. pod wpływem postępującej islamizacji Zachodniej Europy usuwa się z przestrzeni publicznej symbole i nawet język odnoszący się do chrześcijaństwa.

 

Jaki będzie efekt działań obozu rządzącego w kwestii dekoncentracji mediów, być może zobaczymy. Myślę jednak, że powinno się zadziałać także od drugiej strony, o czym mówił we wspomnianym wywiadzie Witold Gadowski. Ma on na myśli tworzenie ułatwień ekonomicznych dla powstawania niezależnych polskich mediów. Dzisiaj nowe przedsięwzięcie medialne jest obarczone ogromnym stopniem ryzyka.

 

Witold Gadowski słusznie zwraca na to uwagę. Myślę, że to powinny być działania kompatybilne. Z jednej strony uchwalenie przepisów dekoncentracyjnych, które w znacznym stopniu uniemożliwiłyby kilku koncernom niemieckim opanowanie niemal całego rynku prasy lokalnej i kolorowej czy największych portali internetowych. Z drugiej strony trzeba rozważyć zastosowanie bodźców w rodzaju ulg podatkowych dla nowych polskich przedsięwzięć medialnych czy też dotacji dla tych spośród nich, które będą realizować programy misyjne z dziedziny kultury czy historii, przyczyniając się w ten sposób do podniesienia ogólnego poziomu mediów. Rozmaite media, nie pokazując palcem, za bardzo starają się przypodobać gustom odbiorców, zamiast zaproponować coś bardziej ambitnego i starać się kreować przywiązanie do pewnych wartości i kultury.

 

Niestety, nie bez winy jest tu publiczna TVP, z uporem godnym lepszej sprawy hołubiąca „artystów” pokroju Zenka Martyniuka.

 

Oferta kulturalna na pewno powinna być bardziej różnorodna. Takie programy są – na TVP Kultura czy TVP Historia. Ale na głównej antenie bardziej ambitnych przedsięwzięć kulturalnych jest za mało, nawet muzyki rockowej jest bardzo mało – a szkoda. Mocniejszą stroną są seriale historyczne TVP, począwszy przede wszystkim od „Czasu honoru”, ale i nowe, jak np. „Młody Piłsudski”.

 

 

Wywiad ukazał się w numerze 4/2020 „Forum Dziennikarzy”.

 

Całej wydanie do pobrania

TUTAJ.

 

 

 

 

Zadyma to nie zabawa – LUDMIŁA MITRĘGA o bezpieczeństwie fotoreporterów

Policja na Marszu Niepodległości popełniła wiele błędów, ale fotoreporterzy popełnili ich jeszcze więcej. Milczenie o swoich błędach jest charakterystyczne dla naszego społeczeństwa. Prowadzi to oczywiście do ich powtarzania, a nie eliminowania.

 

Bezpieczeństwo i Higiena Pracy (BHP)

 

To takie nudne szkolenia, z których zapamiętujemy, że nie można bujać się na krześle, gdy się pracuje przy biurku i powinno się siedzieć prosto. (Przepraszam, że tak chwilowo spłaszczyłam ten ważny temat). Po wydarzeniach 11.11.2020 r., zaczęłam myśleć jak powinno wyglądać szkolenie BHP osoby, która chce wykonywać zawód fotoreportera.

 

Pierwsza zasada powinna brzmieć:

 

Nie ma takiego zdjęcia dla którego warto zginąć lub zostać niepełnosprawnym. Najgorzej dostać dla słabej ilustracji. Oczywiście tym co giną lub zostają okaleczeni wiele razy wcześniej się udaje. Ryzyko czasem skutkuje ważną fotografią, dlatego te wszystkie łuty szczęścia działają na niekorzyść fotoreporterów, ignorują niebezpieczeństwo. Tak, nie każdy rzucony kamień czy petarda trafia, nie każda wystrzelona kula zabija. Minimalizowanie zagrożeń i analizowanie tego, czy warto dla danego ujęcia ryzykować, jest postawą bezpieczeństwa.

 

Druga zasada:

 

Stanie na linii frontu, czy między bijącymi się grupami jest ryzykowne i raczej wychodzi się z takich sytuacji ze szwankiem, a nie bez szwanku. Centrum wydarzeń lepiej fotografować niż w nim stać. Fotoreporter ma widzieć, a nie uczestniczyć.

 

Trzecia zasada:

 

Zachowuj się tak, by nikt nie miał wątpliwości, że jesteś świadkiem, a nie uczestnikiem. Ubierz się tak, by nie wyglądać jak strony konfliktu. Zawsze miej legitymację pod ręką, by ją okazać, gdy jest to konieczne.

 

Po czwarte:

 

Odpowiedzialność. Fotoreporter nie może stwarzać zagrożenia dla fotografowanych.

 

Współpraca z policją

 

Dlaczego dziś piszę o BHP? Nie byłam obecna na Marszu Niepodległości, obejrzałam mnóstwo zdjęć i filmów i z przerażeniem myślę o tym, co się wydarzyło 11.11.2020 r., co od lat dzieje się na Marszach Niepodległości. Przeczytałam oświadczenia różnych organizacji dziennikarskich, organizacji zajmujących się prawami człowieka, wysłuchałam i przeczytałam wypowiedzi różnych osób oraz popisy fałszywych obrońców fotoreporterów.

 

Osobom, które w przeszłości, potrafiły nie akredytować fotoreporterów na wydarzenie, bo im się redakcja nie podobała, już dziękuję. Zacznijcie zmianę postawy wobec nas od siebie.

 

Już chciałam tego tekstu nie pisać, bo bardzo nie lubię pisać. Miałam milczeć, bo nawet ja nie lubię być kontrowersyjna, ale przeczytałam tekst Łukasza Warzechy na stronie SDP (TUTAJ) i nie mogę nie napisać.

 

Uważam, że w zeszłym tygodniu, policja popełniła wiele błędów, ale fotoreporterzy popełnili tych błędów jeszcze więcej. Milczenie o swoich błędach jest charakterystyczne dla naszego społeczeństwa. Prowadzi to oczywiście do powtarzania błędów, a nie ich eliminowania. Wymagamy tylko od innych, ale nie od siebie.

 

Rzecznik Komendy Stołecznej Policji pan nadkomisarz Sylwester Marczak nie kłamał na pomarszowych konferencjach prasowych o „współpracy policji z fotoreporterami”. Oczywiście w języku polskim współpraca z policją kojarzy się z informowaniem policji i pomaganiem policji. Nic z tych rzeczy. Nieustająco apeluję do fotoreporterów, a właściwie im przypominam, na wszelki wypadek, że: nie nosimy zdjęć na policję, nie dzielimy się naszymi informacjami, nie pomagamy policji w ich obowiązkach.

 

Tak, od początku pandemii jako Stowarzyszenie Fotoreporterów rozmawiamy z KSP o zasadach pracy fotoreporterów, w różnych sytuacjach, gdzie spotykamy policję. Impulsem do tych rozmów było kierowanie do sądu spraw za pracowanie fotoreporterów na ulicy w czasie lockdownu. Piękny jest art. 14 Konstytucji „ Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu” i od pierwszej mojej  rozmowy z rzecznikiem KSP, jako SF,  próbujemy ustalić co to praktycznie znaczy. Po kilku miesiącach spotkaliśmy się również z panem inspektorem Mariuszem Ciarką (rzecznik Komendanta Głównego Policji – przyp. red) i rozmawialiśmy już o konkretnych rozwiązaniach i ich wprowadzeniu w całej Polsce. Rozmawialiśmy o procedurach legitymowania, poruszania się fotoreporterów w czasie zdarzeń dynamicznych i spontanicznych. Wstępnie omówiliśmy temat znaczników odblaskowych dla fotoreporterów i zasady ich używania.

 

Niestety, ja osobiście, nie zdążyłam ich wyprodukować na dzień 11.11.2020 r., za co serdecznie przepraszam fotoreporterów i policję. Nie ułatwiliśmy sobie zadania. Mam nadzieję, że nie rezygnujemy z tego projektu i będziemy go kontynuować.

 

Każda taka sprawa to proces, nie da się zrobić jej z dnia na dzień, szczególnie, jak historia oznaczania dziennikarzy, ma długą historię dziennikarskiego oporu i torpedowania wszelkich pomysłów np. kamizelek, jednej legitymacji itd. Czy już dojrzeliśmy sprawdzimy niedługo. Fotoreporterzy, chyba dojrzeli.

 

Dziś już wiem, że w znacznik trzeba będzie wszyć informacje: opaska ta nie chroni przed kamieniami, petardami i innymi ciężkimi przedmiotami. Nie chroni przed postrzeleniem i gazem pieprzowym. Zalecamy ostrożność przy wykonywaniu obowiązków służbowych.

 

Błędy policji

 

1.Strzelanie z broni gładkolufowej tak wysoko, że trzy osoby zostały trafione w głowę, w tym fotoreporter Tomasz Gutry.

 

2.Rozkaz o wyrzuceniu „wszystkich, kto nie z policji” z Dworca Warszawa Stadion i okolic. Nie tak widzę realizowanie prawa do informacji.

 

3.Metody tego wyrzucenia, bicie pałka osób z podniesionymi rękami, użycie gazu.

 

Błędy fotoreporterów

 

1.Wchodzenie pod nogi pododdziałom zwartym.

 

2.Pan Gutry nie tylko wszedł pod nogi pododdziału, zignorował całkowicie, że stał się tarczą ochronną dla bandytów rzucających w policję petardami i innymi przedmiotami.

 

3.Jeśli definiujemy zawód fotoreportera jako posiadacza aparatu lub telefonu, to wiele z takich osób miało opaski białoczerwone na ramieniu jak inni uczestnicy marszu.

 

4.Na dworcu Warszawa Stadion nieoznaczeni fotoreporterzy mieszali się z uczestnikami marszu, którzy na dworcu urządzili regularną bitwę z policją. Nikt mi nie wmówi, że na znanych wszystkim zdjęciach, to fotoreporter niesie flagę.

 

Rozmawiałam z kilkoma fotoreporterami obecnymi na dworcu Warszawa Stadion, gdy policja dała rozkaz wyjścia, żaden z nich nie pokazał legitymacji prasowej. Nawet widać to na zdjęciu schodzących po schodach, nikt nie trzyma w ręku legitymacji prasowej.

 

Jest mi bardzo przykro, że pan Tomasz Gutry został postrzelony w twarz, że dziennikarze na dworcu Warszawa Stadion dostali pałką. Mam nadzieję że wszczęte kontrole odpowiedzą na wszystkie pytania i wątpliwości. Ja nadal jestem gotowa spokojnie i merytorycznie rozmawiać o tym, jak nie popełniać błędów i realizować art. 14 Konstytucji, najlepiej jak to możliwe. Że na złożone skargi (większość znanych mi fotoreporterów skargi nie składa) odpowiedzą powołane organy po uczciwym dochodzeniu, bo nie ma nic gorszego niż przymykanie oka na błędy. Konsekwencją nie powinna być ślepa zemsta, bo niesprawiedliwe kary są kontrskuteczne.

 

Jak patrzę na Marsz Niepodległości i ludzi z aparatami, to mam dysonans, bo wiem ile jest etatów fotoreporterskich w Warszawie. Wiem, to zawód wykonywany przez jednoosobowe firmy i wolnych strzelców na umowie o dzieło. Przeraża, że stworzyliśmy modę na turystykę „zadymową”. Tłumy posiadaczy aparatów przychodzą na MN, by przeżyć przygodę i sprawdzić się w roli dzielnego fotoreportera. Szanowne Panie i Panowie zadyma to nie zabawa, można stracić oko.

 

Nie róbcie tłumu dla lajka na FB, bo te lajeczki, mówią o sympatii do Was a nie o tym czy zrobiłeś dobre zdjęcie. Jak wyżej napisałam, stracenie oka, dla bylejakiego zdjęcia nie jest mądre, ale ryzykowanie dla zdjęć o niczym, jest darwinowskie.

 

Fotoreporter ma legitymację prasową z zarejestrowanego tytułu prasowego, ma zlecenie z redakcji na zdjęcia z wydarzenia, ma doświadczenie i sprawność, która pozwoli mu ocenić sytuację i uniknąć zagrożeń. Przestańcie się bawić w Marsz Niepodległości.

 

Ludmiła Mitręga, prezes Stowarzyszenia Fotoreporterów

 

Fot. Adam Nurkiewicz

 

 

SOLIDARNI Z BIAŁORUSIĄ. Wiktor Świetlik, dziennikarz

„Solidarni z Białorusią – dziennikarze polscy dla dziennikarzy białoruskich” to akcja wsparcia dziennikarzy białoruskich zainicjowana przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Polscy dziennikarze wystąpili ze specjalnym przekazem wyrażającym solidarność z dziennikarzami i społeczeństwem Białorusi.

 

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI:  O obiektywizmie (nieco) polemicznie

Dlaczego politycy powinni z całych sił wspierać obiektywne media? „Komuno wróć”, czyli dlaczego wracamy do informacyjnego monopolu? Kiedy stan obecny przestanie się komukolwiek opłacać?

 

Temat obiektywizmu w kontekście jawnego politycznego zaangażowania mediów pojawiał się niejednokrotnie na portalu sdp.pl. Ostatnio ukazało się kilka tekstów, które spokojnie można zebrać w jeden e-book i dostarczyć studentom dziennikarstwa jako przestrogę. Autorzy tych artykułów: Łukasz Warzecha,[1] Wojciech Pokora,[2] Adam Socha,[3] ks. Mariusz Frukacz[4]ks. Artur Stopka[5] stwierdzili, że obecna sytuacja jest bezprecedensowa  i jednoznacznie negatywna. Niestety nadziei z tych tekstów wynika niewiele. Co ciekawe, wszyscy z wyżej wymienionych, w materiałach o braku obiektywizmu przedstawili głównie swój punkt widzenia, a temat wręcz zaprasza do skorzystania z opinii świata zewnętrznego. Niniejszy artykuł poprzednie (ważne!) wypowiedzi uzupełnia i rozszerza o stanowisko uczonych, wyrażone specjalnie dla portalu sdp.pl.

 

Ab ovo

 

Od czego zacząć analizę tak złożonego zagadnienia? Można od przywołania definicji obiektywizmu, którą w Słowniku języka polskiego PWN zredagowano w następujący sposób: przedstawianie i ocenianie czegoś w sposób zgodny ze stanem faktycznym, niezależnie od własnych opinii, uczuć i interesów[6]. Można zacząć od poszukiwania początków tego ponurego procesu, przy którym długoletnie dyskusje o upolitycznieniu mediów publicznych bledną. Można też zauważyć, że nasze (odbiorców mediów) oczekiwanie obiektywizmu jest zaskakująco wybiórcze. Dlaczego więc spodziewamy się go w prognozie pogody, doniesieniach ze świata sportu, a nawet gospodarki, gdzie prezentowane są punkty widzenia różnych środowisk (przedstawicieli władzy, przedsiębiorców, ekonomistów, konsumentów), a nie wykazujemy takiej postawy wobec informacji ze świata polityki? Pytamy o to socjolog dr hab. Janinę Kowalik.

 

Chyba przyzwyczailiśmy się, że tak po prostu musi być. Warto przy tym zauważyć, że media przestały być dochodowe w rozumieniu płatnego dostępu do treści, a utrzymują się głównie z reklamy. W tym wypadku w rywalizacji na przykład o zlecenia spółek skarbu państwa, silnie powiązanych z obozem władzy, okazuje, że są równi i równiejsi. Zadowoleni z takiego rozwiązania będą więc chętniej wspierać rządzących, a nieusatysfakcjonowani wyrażać sprzeciw wobec ich polityki w ogóle – zauważa dr hab. Kowalik.

 

Czy odbiorcy mediów, któregoś dnia zareagują przeciwko brakowi obiektywizmu i dlaczego nie reagują na to już dziś?

 

Nie protestujemy, bo jeszcze nam się najwidoczniej „nie przelało”. W spolaryzowanym pod względem politycznym społeczeństwie zgodność poglądów z przekazem jest kluczowym czynnikiem akceptacji informacji. Jeśli jej nie dostrzegany w przekazach medialnych, to stwierdzamy po prostu, że ich nadawcy „nie są nasi”. Można powiedzieć, że budujemy psychologiczną barierę przed przyjmowaniem informacji, które nie są zgodne z naszą opinią na jakiś temat. Wydaje się wręcz, że czy to w kwestii faktów czy ich oceny, ciągle jesteśmy na froncie politycznej wojny o wciąż rosnącej sile. Paradoks polega na tym, że przed 1989 rokiem jednostronny przekaz mediów był narzucony, a Polacy wówczas świetnie wiedzieli, że to propaganda. Dziś sami wybieramy, a co gorsza akceptujemy nieobiektywny przekaz i to jest niepokojące – konstatuje ze smutkiem Janina Kowalik.

 

W tej wypowiedzi pojawia się kilka wątków, na które warto zwrócić szczególną uwagę – kwestie wpływów z reklamy i nowe spojrzenie na tzw. „bańki informacyjne”. Wystarczy przypomnieć sobie „Trybunę Ludu”, czy „Żołnierza Wolności” – główne tuby propagandowe czasów PRL. To mają być wzorce dla dziennikarstwa w wolnej Polsce? Niech to pytanie na razie po prostu tu zostanie.

 

Politycy rżną gałąź na której siedzą

 

Przywołani autorzy publikacji na sdp.pl podkreślali niespotykane w III RP jawne, polityczne zaangażowanie mediów. Czy politykom w Polsce ten stan odpowiada? Pytamy o to politolog dr Agnieszkę Zarembę:

 

Odpowiada tym, którzy są w tej samej opcji politycznej, którą popiera dane medium. Wówczas nie muszą się specjalnie przygotowywać, bo wiedzą, że i tak zostaną pokazani w dobrym świetle. Gorzej jest jednak, gdy muszą porozmawiać z redakcją mniej przychylną. Wówczas staje się to wręcz aktem odwagi. Ten stan jednak nie jest dobry. Brakuje bardzo telewizji niezaangażowanej jednostronnie, jak BBC, czy ZDF, w której każdy polityk zostanie potraktowany tak samo. To może mieć korzystny wpływ nie tylko na jakość debaty publicznej w naszym kraju, ale na poziom polityki w ogóle. Mając świadomość konieczności obrony swojego stanowiska, czy jego klarownego przedstawienia gronu odbiorców, którzy nie należą w stu procentach do naszego twardego elektoratu, wymaga lepszego przygotowania ale też głębszej refleksji nad działaniami własnymi, czy ugrupowania, które reprezentujemy – stwierdza dr Zaremba.

 

Czy jeśli obecny podział utrzyma się dłużej, to będą tego jakieś negatywne konsekwencje dla klasy politycznej?

 

Należy spodziewać się konsekwencji i to znaczących – odpowiada dr Zaremba. – Politycy staną się wiarygodni tylko dla „swoich” i na tym koniec. Nie będą mieli możliwości wyjścia poza grono odbiorców wspierającego ich medium. Już dziś widać po przykładzie Szymona Hołowni, że social media mogą odgrywać istotną rolę i w budowaniu pozycji politycznej. Pokazuje to ponadto, że ludzie szukają czegoś innego niż jednostronny przekaz – właśnie obiektywizmu.

 

Jest więc jakieś światełku w tym tunelu stronniczości? A może obiektywizmu należy wymagać tylko od mediów publicznych, a prywatnym pozostawić jednostronność i realizowanie linii politycznej właściciela?

 

Bez względu na to kto jest właścicielem, ludzie wrócą do obiektywnych mediów. Jeśli komuś będzie zależało na jakości widowni, która będzie się przekładała na reklamy dla ludzi ciekawych świata, zainteresowanych poszukiwaniem prawdy i różnych punktów widzenia, będzie starał się taką zbudować. Stan pandemii udowadnia już teraz, że szukamy wiarygodnych informacji w świecie straszenia, fake newsów i dezinformacji. Politycy powinni być grupą żywotnie zainteresowaną istnieniem obiektywnych mediów, bo tylko wówczas ich ocena dla nieprzekonanego wyborcy będzie wiarygodna. Sądzę, że będą się też buntować obiektywni dziennikarze, pokazujący, że etos dziennikarski jeszcze istnieje – dodaje dr Zaremba.Dzięki temu media wyjdą z zaklętego koła nieistotnych newsów, nierzetelnych prognoz i nieodpowiedzialnych komunikatów.

 

Jeśli redakcje faktycznie chcą lepszej polityki i lepszych polityków to kluczem, który mają do tych drzwi cały czas przy sobie, jest właśnie obiektywizm. A jeśli media interesuje tylko zadyma i polityczne kibolstwo, to mogą zająć się rzucaniem rac i malowaniem wulgarnych transparentów, a dziennikarstwo zostawiam komuś innemu.

 

W skali europejskiej

 

Komisja Europejska już w poprzedniej dekadzie wyrażała opinię, odnosząc się głównie do social mediów, że istnieje ryzyko, iż zamkniemy się w „bańkach” komunikacyjnych. Będziemy więc przyswajać jednostronny punkt widzenia, zgodny z naszymi przekonaniami na jakiś temat. Czy jednak obiektywizm można „wymusić” na drodze regulacji prawnych? Dr Bartłomiej Zapała dziennikarz i ekspert w kwestiach europejskich odpowiada:

 

Mam duże wątpliwości, czy regulacje prawne byłyby skuteczne. Nie sądzę też, by mogły w ogóle powstać. Mamy wolny rynek i swobodę wyrażania poglądów. Prawa człowieka gwarantują nam nieskrępowane artykułowanie swoich przemyśleń – nawet tych, które są nacechowane krytycznie albo dezinformują. W przestrzeni publicznej mówienie, że Ziemia jest płaska, jest bezkarne. Prawem osobistym każdego jest też to, skąd czerpie wiedzę o świecie. Dla jednych źródłem informacji jest spotkanie kółka różańcowego, dla innych wybrane media, dla nielicznych kilkugodzinne analizy doniesień z różnych redakcji, żeby poznać niejednorodne punkty widzenia i interpretacje faktów. Warto też zauważyć, że sami politycy często świadomie dezinformują. Trudno więc przypuszczać, że poprą powstanie regulacji prawnej, która tego zakaże.

 

Czy są jakieś inne rozwiązania?

 

Standardy, dobre praktyki, wskazywanie wiarygodnych źródeł. Historia prasy pokazuje, że dziennikarze miewają problem z obiektywizmem. Media o długiej tradycji funkcjonowania potrafią jednak reagować, gdy ktoś z grona ich autorów okaże się nierzetelny: prostować opublikowane już treści lub nawet rezygnować z dalszej współpracy. Przy czym dotyczy to mediów zinstytucjonalizowanych. W Internecie powstaje mnóstwo serwisów, które nie podlegały żadnej rejestracji. To rodzi szereg nowych wyzwań. Na przykład czy mamy w nich prawo do sprostowania? Prawo nie nadąża za zmianami nie tylko w tym wypadku. Radio Nowy Świat, czy powstające Radio 357 nie występują przecież o koncesję do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Wracając do pytania: możemy pokazywać dobre wzorce, tylko, że trudno nam we współczesnej Polsce ustalić, które źródło jest naprawdę wiarygodne i obiektywne. Tu raczej nie będzie konsensusu nawet między medioznawcami – ocenia dr Zapała.

 

Utyskujemy na polityczne zaangażowanie mediów, ale czym się to właściwie przejawia?

 

Złamana została zasada podziału przekazu na dwie sfery: informacji i redakcyjnego komentarza. Odbiorca dowolnego medium mógł się spodziewać, że fakty zostały przedstawione w sposób rzetelny, natomiast komentarz miał już charakter światopoglądowy. Dziś zaangażowane politycznie redakcje nie funkcjonują w tym standardzie. Radykalizacja nastrojów społecznych też temu nie sprzyja. Na przykład zwolennicy brexitu uważali, że materiały BBC są zmanipulowane, mimo, że ta telewizja dla zachowania standardów oddawała antenę też przedstawicielom frakcji propagującej wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Spotykało się to z kolei z krytyką zwolenników pozostania we wspólnocie – dopowiada dr Zapała.

 

Czy oczekiwania odbiorców mediów, że otrzymywać będą tylko przekaz zgodny z ich przekonaniami politycznymi, mają szansę się zmienić?

 

To jest kwestia samoopamiętania, autorefleksji. Znam ludzi, którzy korzystając stale z tego samego medium, zaczynają zwracać uwagę na sposób, w jaki są im dostarczane informacje. Każdy może w tym wypadku spróbować takiego mechanizmu: czy równie ochoczo zgadzalibyśmy się z podaną krytycznie argumentacją, gdyby dotyczyła drugiej strony, tej, z którą się identyfikujemy? A może uznalibyśmy to za karygodne? To wymaga wyjścia ze swojej strefy komfortu. Raczej nie lubimy, gdy ktoś podważa nasz punkt widzenia. Taka zmiana, krok w stronę oczekiwania obiektywizmu, musi jednak nastąpić w nas samych. Nie wyobrażam sobie, że wiarygodność materiałów w Internecie zaczniemy oceniać gwiazdkami – bo kto to niby miałby robić, żeby nie być przy tym stronniczym? Algorytm? Prywatna firma? – zastanawia się dr Zapała.

 

Jaka jest szansa na zmianę sytuacji?

 

Brałem udział w spotkaniu z Aidanem Whitem, założycielem sieci Ethical Journalism Network i byłym sekretarzem generalnym International Federation of Journalists. Zwracał uwagę na to, że media za mocno zaangażowały się w rolę świadka. Redakcje spieszą się z przekazaniem informacji, nie zwracając uwagi, że ucieka przy tym a przy tym ucieka przy tym mnóstwo z tego, co naprawdę ważne. We współczesnym świecie dziennikarz już nigdy nie będzie pierwszy, chyba, że przez przypadek. Szybsi będą użytkownicy mediów społecznościowych, w tym politycy. Tempo podawania komunikatów, które jest dziś jeszcze motorem napędowym, musi ustąpić wiarygodności. To ona decyduje o nadaniu rangi wydarzeniu czy problemowi. Ta wiarygodność nie musi dotyczyć całych redakcji czy tym bardziej grup medialnych. Każda może mieć kłopoty z zachowaniem obiektywizmu we wszystkich swoich materiałach. Dla mnie ważniejsze od winiety jest imię i nazwisko dziennikarza, jego wiarygodność i to czy w swojej pracy spełnia standardy rzetelności i obiektywności – stwierdza dr Zapała.

 

Krótkie spojrzenie w przyszłość

 

Jak się okazuje to politycy są tą grupą, która powinna być żywo zainteresowana restauracją obiektywnego dziennikarstwa. To nie wróci na mocy żadnej regulacji prawnej, ale będzie efektem autorefleksji odbiorców lub (i to jest naprawdę dobry wariant) samych redakcji. Bo jeśli dziennikarze chcą lepszej polityki i lepszych polityków to drogą do tego jest obiektywizm, a nie klepanie po plecach. To samo dotyczy ewentualnego nacisku reklamodawców, którzy, jak ostatni bastion, starają się w Polsce nie angażować w spory. Medialna „komuna”, w którą tak ochoczą włączyło się wielu Polaków, kultywując monopol i jednostronność informacji, w końcu upadnie. Być może rozsadzona od środka, przez dziennikarzy, którzy powiedzą: dość!

 

Największa na świecie organizacja dziennikarzy International Federation of Journalists w prognozach dotyczących przyszłości dziennikarstwa i ponurej ocenie rzeczywistości, w której na treściach zarabiają najlepiej ci, którzy ich nie wytwarzają (Facebook i Google), stwierdziła, że „media są dobrem publicznym i powinny służyć interesowi publicznemu, a nie programom politycznym lub chciwym korporacjom”[7]. Czas wziąć sobie te słowa do serca, bo tylko takie dziennikarstwo, w opinii IFJ jest warte obrony.

 

[1] https://sdp.pl/jako-dziennikarze-zaorzemy-sie-sami-uwaza-lukasz-warzecha/ – dostęp 13.11.2020 r.

[2] https://sdp.pl/wojciech-pokora-daleko-zaszlo-ze-do-tego-doszlo/ – dostęp 13.11.2020 r.

[3] https://sdp.pl/adam-socha-albo-jestes-z-nami-albo-przeciw-nam/ – dostęp 13.11.2020 r.

[4] https://sdp.pl/potrzeba-jezyka-ktory-leczy-ks-mariusz-frukacz-o-mediach-w-czasie-protestow/ – dostęp 13.11.2020 r.

[5] https://sdp.pl/schylek-bezstronnosci-pyta-ks-artur-stopka/ – dostęp 13.11.2020 r.

[6] https://sjp.pwn.pl/sjp/obiektywizm;2569460.html – dostęp 13.11.2020 r.

[7]https://www.ifj.org/what/future-of-journalism.html – dostęp 11.11.2020 r.

Żądamy uwolnienia dziennikarzy białoruskich! – apel SDP i NSJU

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Narodowy Związek Dziennikarzy Ukraińskich (NSJU) solidaryzują się z białoruskimi kolegami i żądają natychmiastowego uwolnienia wszystkich zatrzymanych dziennikarzy.

 

Według Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy (BAJ) w więzieniach przebywa obecnie 24 dziennikarzy. Od 9 sierpnia 2020 roku dziennikarze byli zatrzymywani i trafiali do więzień i aresztów już 360 razy, a w od początku roku odnotowano łącznie ponad 500 przypadków represji wobec dziennikarzy.

 

Wykonywanie obowiązków zawodowych przez dziennikarzy nie jest przestępstwem! Zatrzymania, bicie, rewizje to oburzające działania, których władze białoruskie powinny natychmiast zaniechać.

 

„Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” – pod takim tytułem wydana będzie wkrótce książka (e-book), którą SDP przygotowuje we współpracy z NSJU. W publikacji znajdą się szczegółowe relacje białoruskich dziennikarzy o okolicznościach brutalnych zatrzymań i aresztowań, do których doszło od sierpniowych wyborów prezydenckich. Jedną z autorek jest białoruska dziennikarka, korespondentka telewizji Biełsat – Kaciaryna Andrejewa. W niedzielę 15 listopada Kaciaryna została aresztowana podczas relacjonowania protestów w Mińsku. Dzień wcześniej przesłała nam tekst, w którym pisze:

 

Mam propozycje wyjazdu za granicę, przynajmniej czasowo, aby przeczekać niebezpieczeństwo w Polsce lub na Litwie. W sumie jak długo jeszcze będę w stanie pracować w warunkach, w których przestrzeń wolności zawęża się z każdą godziną? Gdy każdy dzień zaczyna się od wiadomości o kolejnych przeszukaniach i zatrzymaniach? Nie wiem, nie potrafię powiedzieć. Wiem za to, że na Białorusi są ludzie, którzy już czwarty miesiąc wychodzą na ulice z biało-czerwono-białą flagą i kwiatami. Muszę ich więc pokazać na antenie Biełsatu …

 

 

Żądamy uwolnienia Kaciaryny Andrejewej! Żądamy uwolnienia wszystkich zatrzymanych dziennikarzy!

 

Sergiy Tomilenko, Przewodniczący Narodowego Związku Dziennikarzy Ukraińskich (NSJU)

Krzysztof Skowroński, Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

Zdjęcie: Biełsat, vbobruisk.by

Bijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich! – ŁUKASZ WARZECHA o bezpieczeństwie dziennikarzy

Postrzelenie fotoreportera „Tygodnika Solidarność” Tomasza Gutrego na rondzie de Gaulle’a 11 listopada powinno wywołać pytanie o bezpieczeństwo dziennikarzy w takich sytuacjach. Niestety, taka dyskusja się nie zaczęła. Szkoda.

 

 Sytuację, o której mowa, widać dość dobrze na filmie z monitoringu, udostępnionym przez MSWiA. Patrząc z góry, można odtworzyć przebieg zdarzeń. Oto chuligan rzuca racę w kierunku policjantów, stojących wzdłuż ściany kamienicy po północno-zachodniej stronie ronda, po czym zaczyna uciekać, przebiegając tuż obok fotoreportera. W tym momencie zapewne pada strzał, przy czym zamiast trafić chuligana, trafia Gutrego, który słaniając się, oszołomiony, odchodzi w kierunku środka skrzyżowania. Tam, jak widzimy, zajmuje się nim przygodna osoba. Policjanci w ogóle nie zainteresowali się przypadkową ofiarą.

 

Formalnie rzecz biorąc, można założyć, że strzelający policjant złamał prawo. Na nagraniu widać bowiem (moment, w którym Gutry wyraźnie się chwieje), że strzał musiał paść, gdy rzucający racą już się oddalał. Zgodnie zaś z Ustawą o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej, środków przymusu bezpośredniego można używać jedynie w ostateczności, a już w szczególności dotyczy to broni palnej, i tylko w celu odparcia bezpośredniego ataku. Nie wolno ich używać, gdy zagrożenie ustało. Tu zagrożenie ewidentnie ustało – strzał w kierunku napastnika padł, gdy ten już odbiegał. Gdyby była to sytuacja z udziałem cywilnego posiadacza broni, prokurator oskarżyłby go zapewne o tzw. eksces ekstensywny, czyli przekroczenie prawa do obrony koniecznej, polegające na użyciu broni, gdy napastnik nie stwarzał już bezpośredniego zagrożenia.

 

Tyle względy prawne. Co do względów praktycznych, rzuca się w oczy brak regulacji opisujących obowiązki i prawa przedstawicieli mediów oraz policji wobec nich, gdy dziennikarze relacjonują gwałtowne zdarzenia. Jedno jest jasne: policja absolutnie nie miała prawa zachowywać się wobec dziennikarzy tak jak się zachowywała, zwłaszcza na dworcu Warszawa-Stadion. Na filmach utrwalono przynajmniej dwie karygodne sytuacje. Jedna – gdy policjant wbiegający w formacji zwartej po schodach na położony wyżej peron nagle odwraca się do stojących z boku schodów dziennikarzy i wrzuca pomiędzy nich granat hukowy. Ten funkcjonariusz powinien zostać zidentyfikowany i ukarany lub wręcz wydalony ze służby. Jego działanie nie miało żadnego uzasadnienia. Druga – gdy policjanci wyrzucali dziennikarzy z peronu, bijąc ich pałkami. To również niedopuszczalne i nie da się tego wyjaśnić bitewnym zamieszaniem.

 

Inna sprawa, że choć prawo teoretycznie dziennikarzy w takich sytuacjach chroni, nie powstała żadna regulacja określająca na przykład, jak przedstawiciele mediów powinni być oznaczeni. Niektórzy mieli na sobie odblaskowe kamizelki z napisem „Prasa” lub „Media”, niektórzy mieli taki napis na kaskach. Inna rzecz, że wielu z nich nie uchroniło to przed pobiciem przez policję.

 

Poza odpowiednim rozporządzeniem, odpowiedzialność organizacyjna powinna spoczywać na policji. To ona powinna zapewnić redakcjom dostęp choćby do jednolicie oznaczonych kamizelek czy na przykład opasek z napisem „Media” o określonym wzorze, co zapobiegłoby przebieraniu się zadymiarzy za dziennikarzy. Jednocześnie nie można się godzić na to, żeby brak takiego oznaczenia przy innym sposobie identyfikacji był uzasadnieniem ataku na przedstawiciela mediów.

 

Być może należałoby wrócić do dawnych pomysłów Press Club Polska, który postulował objęcie dziennikarza w trakcie wypełniania obowiązków ochroną analogiczną do tej, jaka przysługuje funkcjonariuszom publicznym – choć tu trzeba by popracować nad podmiotowym zakresem tego przywileju. Jak już kiedyś pisałem na portalu SDP – nie może być tak, że tego typu ochrona przysługiwałaby każdemu, kto na domowej drukarce wydrukuje sobie legitymację dziennikarza osiedlowego portalu. To jednak z kolei nie może oznaczać otwierania drogi do przymusowego zrzeszania dziennikarzy. Są inne sposoby – choćby działanie poprzez już istniejące związki dziennikarskie, tak jak to jest choćby z wydawaniem międzynarodowych kart prasowych.

 

Jedno jest tu z pewnością niepokojące: niefrasobliwość i łatwość, z jaką policja 11 listopada atakowała ludzi naprawdę łatwych do rozpoznania jako przedstawiciele mediów. Oznaczać to może dwie rzeczy. W wariancie pesymistycznym – że tak brzmiały polecenia: bijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich – by sparafrazować rzekome (i niemal na pewno nieprawdziwe) słowa Arnauda Amaury, legata papieskiego, przed rzezią Béziers w 1209 r. W wariancie optymistycznym – że policjanci są najzwyczajniej dramatycznie niewyszkoleni, a ich działania stają się wskutek tego niebezpieczne dla spokojnych, niewywołujących problemów osób.

 

Tak czy owak, wydarzenia z 11 listopada powinny być dla środowiska dziennikarskiego impulsem, żeby opracować wspólnie z policją rozwiązania zabezpieczające w przyszłości przedstawicieli mediów przed agresją ludzi w mundurach.

 

 

Dwa monopole – MARIA GIEDZ o „prasowym rozbiorze Polski”

W ramach transformacji politycznej i gospodarczej naszego kraju, a także późniejszych operacji na wolnym już rynku mediów, dokonano „prasowego rozbioru Polski”, oddając zbyt dużą część tytułów w ręce obcego kapitału. Media o rodzimym kapitale, poza TVP, Polskim Radiem, Polsatem i nielicznymi gazetami, właściwie przestały istnieć. Pojawili się za to zagraniczni giganci, dziś w przeważającej większości niemieccy.

 

Niemcy kreują bardziej lub mniej subtelnie swój przekaz przez pryzmat własnego obyczaju, kultury, a jak wyraźnie pokazały ostatnie wybory prezydenckie w Polsce – także interesu politycznego. Doszło do sytuacji, że mamy media polskojęzyczne, ale nie polskie, gdyż podmioty o obcym kapitale kontrolują ponad 76 proc. tego rynku w Polsce. I na dobrą   sprawę czasami nie wiadomo, czyje interesy w forsowanym przekazie reprezentują.

 

Rozbić monopol komuny

 

Do 1989 r. zarówno telewizja, radio, jak i prasa znajdowały się pod polityczną kontrolą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, m.in. poprzez potężnego wydawniczego monopolistę, jakim była Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa-Książka-Ruch”, w której pracowało blisko 100 tys. osób! RSW dysponowała ok. 250 tytułami prasowymi, blisko 20 drukarniami, a także siecią „Ruchu” z ok. 30 tysiącami punktów sprzedaży. Jeśli chodzi o inne media, to istniała wówczas jedna telewizja – państwowa i Polskie Radio z kilkoma programami i regionalnymi rozgłośniami (obie te instytucje połączone w Komitecie ds. Radia i Telewizji).

 

Po 1989 r., czyli po „okrągłym stole” i pierwszych częściowo wolnych wyborach, Polska przechodziła transformację na wszystkich płaszczyznach. Pojawił się wolny rynek, ale bez kapitału.  W marcu 1990 r. Sejm uchwalił ustawę o likwidacji RSW „Prasa-Książka-Ruch”, a w kwietniu 1990 r. powstała specjalna Komisja Likwidacyjna. Miała ona rozbić monopol peerelowskiej prasy, głównie poprzez proces prywatyzacji poszczególnych składników majątku RSW. Zadaniem komisji było odpowiednie podzielenie tego majątku oraz znalezienie kupców chętnych do jego nabycia. Oczywiście najbardziej skomplikowane, m.in. ze względu na kształtujący się właśnie system demokratyczny w Polsce i związane z tym emocje, było dzielenie rynku tytułów prasowych. TVP i PR miały pozostać w rękach państwa. W projekcie zmian znalazł się główny cel: „likwidacja Spółdzielni RSW oraz budowanie nowoczesnego, pluralistycznego rynku prasowego”. Jak czytamy, ta likwidacja miała być „procesem przekształceń własnościowych, ekonomicznych i organizacyjnych koncernu”.

 

Założono, że mają powstać silne kapitałowo wydawnictwa, które powinny nie tylko utrzymać się na rynku, ale też inwestować w rozwój i prowadzić działalność marketingową. Miały też konkurować ze sobą oraz z wydawcami zachodnimi. Uznano, że „gminy, komitety obywatelskie, „Solidarność”, partie polityczne mogłyby stać się udziałowcami lub akcjonariuszami w tworzonych spółkach wydawniczych”. Natomiast „rozproszenie udziałów kapitałowych poszczególnych partnerów mogłoby zapewnić niezbędny stopień autonomii redakcjom i w konsekwencji niezbędny stopień niezależności prasie”.

 

Skład członków Komisji Likwidacyjnej kilka razy zmieniał się (w pierwszym składzie byli m.in. Donald Tusk czy Maciej Iłowiecki, a także Maciej Szumowski), jednak niezależnie od składu – tego i następnych, panowało przekonanie, że sprzedaż polskich mediów prasowych jest konieczna.

 

Polskie pieniądze

 

Mówiło się wówczas również, mając zapewne na względzie brak krajowego kapitału, o preferencyjnej sprzedaży, a nawet o nieodpłatnym przekazaniu akcji lub udziałów pracownikom. Niektóre z podmiotów RSW zaczęły więc zakładać spółdzielnie. Część z nich tworzyły zespoły dziennikarskie, które zresztą wcześniej wiernie i skwapliwie obsługiwały potrzeby propagandowe komunistycznej władzy, ze stanem wojennym włącznie. Wywoływało to wiele kontrowersji i protestów ze strony przyzwoitej części środowiska dziennikarskiego, która po 13 grudnia 1981 zerwała współpracę z władzą, a także ze strony nowych ugrupowań politycznych powstających po 1989 roku oraz silnej wciąż „Solidarności”. Niechętnie też takim, właściwie postkomunistycznym spółdzielniom czy spółkom, przyglądała się Komisja Likwidacyjna.

 

Taką spółdzielnię – dla wykupienia „Dziennika Bałtyckiego” – stworzono m.in. w Gdańsku. Tutejsi reżimowi dziennikarze znaleźli nawet partnera w postaci inwestora z dalekiego Zamościa (Krzysztofa Dudę, wówczas właściciela dużej firmy transportowej „Kadex”). Spółdzielnia przegrała jednak z „Solidarnością”, która poprzez swoją spółkę wydawniczą nawiązała współpracę ze znanym francuskim magnatem prasowym, Robertem Hersantem. Walka o tytuł oparła się nawet o sąd.

 

– Stawiliśmy się przed Sądem Okręgowym w Warszawie, gdzie rozstrzygała się sprawa komu przyznać „Dziennik Bałtycki” – mówi Jan Jakubowski, były redaktor naczelny „DB”. – Sąd przyznał go nam, czyli spółce niezależnych dziennikarzy i Zarządu Regionu NSZZ „S” – z jednej strony, a Hersantowi z drugiej.

 

Komisja Likwidacyjna oraz Wysoki Sąd mieli „nosa”, ponieważ rychło potem okazało się, że właściciel „Kadexu” jest przekręciarzem, poszukiwanym listem gończym; ostatecznie przywieziony został do Polski z zagranicy w kajdankach, dokąd wcześniej umknął. Przypadek ten raz jeszcze potwierdzał, na jakie zasoby polskiego kapitału można było wtedy liczyć – albo na „lewe”, albo z szybkich postkomunistycznych uwłaszczeń, które zaczęły się właśnie w Polsce panoszyć.

 

Francuzi i Norwedzy

 

W założeniach komisji znalazł się zapis o dopuszczeniu na polski rynek zagranicznych wydawców. Jednym z powodów było ewidentne zacofanie polskich mediów. Redakcjom czy drukarniom wyraźnie brakowało nowych technologii i metod pracy. Zecerzy w polskich drukarniach wciąż składali czcionkę ręcznie. Poza tym, w kraju znajdującym się w „popeerelowskiej” zapaści gospodarczej i rosnącym katastrofalnie bezrobociu, chodziło o ratowanie firm i miejsc pracy.

 

Zakładając to, komisja zdawała sobie jednak już wówczas sprawę z zagrożeń, jakie niesie nadmierne otwarcie rynku na obcy kapitał; można te obawy znaleźć w założeniach do jej pracy z 1990 r. Warto np. przypomnieć, że Komisja Likwidacyjna RSW wykluczała wówczas sprzedaż niemieckiemu kapitałowi gazet na Pomorzu i Śląsku. Niemcy zresztą początkowo dostosowywali się do takich ograniczeń – interesowała ich głównie prasa kobieca i rodzinna, a także magazyny dla młodzieży.

 

Niemniej kapitał zagraniczny wszedł wówczas do polskiej prasy mocno, zwłaszcza francuski i norweski. I spełnił swoją pozytywną rolę. Później jednak jego nadmierna obecność – nie kontrolowana i nie ograniczana ustawowo, stała się przedmiotem uzasadnionej krytyki.

 

W latach 1991-1994 Hersant dysponował 7 dziennikami regionalnymi w dużych miastach, jedną gazetą sportową, 49 proc. udziałami w dzienniku „Rzeczpospolita” (później odsprzedanymi Norwegom). Zarówno Francuzi, jak i Norwegowie (wielobranżowy holding „Orkla”) zachowywali się w Polsce stosunkowo przyzwoicie, z atencją wobec zwycięskiej rewolucji „Solidarności” oraz zachodzących u nas przemian. Nie wtrącali się do polityk redakcyjnych, nie ingerowali w sprawy kadrowe. Ważniejsze kwestie dotyczące swoich polsko-zagranicznych spółek wydawniczych starali się konsultować.

 

Za ciekawostkę można uznać fakt, że interesy Roberta Hersanta pojawiły się na polskim rynku za namową jego doradcy i przyjaciela, pana Michela d’Ornano, francuskiego arystokraty i polityka o polskich korzeniach (podobno potomka słynnej Marii Walewskiej) i znajomości języka polskiego. Sentyment do drugiej ojczyzny i zafascynowanie antykomunistyczną rewolucją (Hersant i jego otoczenie należeli do francuskiej prawicy) miało tu swoje znaczenie.

 

Z kolei „desant” w Polsce „Orkli” nastąpił dzięki bardzo dobrym, wręcz przyjacielskim kontaktom zdelegalizowanej „Solidarności” lat 80-tych z norweskimi związkami zawodowymi. To tamtejsi związkowcy przekonali tamtejszych biznesmenów, aby zainwestowali w naszym kraju. „Orkla” zakupiła więc kolejny, po Hersancie, pakiet gazet regionalnych.

 

Polskim rynkiem medialnym interesowało się też wiele innych zagranicznych podmiotów: angielski Maxwell, Nicola Grauso z Włoch, niemieckie – Burda, Bauer i Axel Springer, szwajcarski Marquard; nawet spółka Wojciecha Fibaka, która chciała m.in. kupić drukarnię w Katowicach.

 

Niemieckie porządki

 

W pierwszych latach po zakończeniu podziału RSW wydawało się, że uzyskano na rynku prasowym odpowiedni pluralizm. Kiedy jednak w 1993 r. ponownie do władzy doszły (nie bez pomocy Lecha Wałęsy) partie będące kontynuacją ugrupowań z PRL-u, a dwa lata później postkomuniści jeszcze umocnili swą pozycję po wybraniu na prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego – sytuacja zaczęła się zmieniać. Słabła siła i autorytet „Solidarności” i postsolidarnościowych ugrupowań politycznych jako pewnych partnerów do prowadzenia interesów w mediach.

 

Tak się też złożyło, że mniej więcej w tym samym okresie Hersant popadł w długi na skutek bankructwa jednego z banków we Francji i zaczął na gwałt wyprzedawać swoje aktywa w Europie Środkowej.

 

– Sprzedał niektóre francuskie dzienniki, telewizję Tele-5 i zaczął się rozglądać za kimś, komu mógłby sprzedać swoje udziały w Polsce – mówi Jan Jakubowski. – Wtedy zgłosił się Franz Hirtreiter, prezes zarządu mniej znanej niemieckiej grupy wydawniczej Verlagsgruppe Passau. Komisja Likwidacyjna już nie istniała, w mediach działał właściwie niczym nieograniczony wolny rynek, więc Niemcom – wbrew poprzednim cichym ograniczeniom – wolno było już wszystko.

 

Hersant chyba po raz pierwszy, a zarazem ostatni, nie poinformował polskich partnerów o ważnej sprawie dotyczącej ich wspólnego przedsięwzięcia. Sprzedał wszystko przez zaskoczenie. To dla Polaków był szok. Tym bardziej, że – jak się szybko okazało Niemcy – mieli zupełnie inne podejście do współpracy.

 

Klepali nas po plecach, zapewniając o poparciu w staraniach o członkostwo w UE, a zarazem, gdzie mogli ograniczali nam pole manewru w redakcjach i wydawnictwach – wspomina jeden z byłych redaktorów naczelnych gazety należącej do Passauera. – Nie dbali o niezależność redakcji wobec polityków, łasząc się do nich. Przeprowadzali np. badania dotyczące ilości tekstów poświęconych partii rządzącej, w tym przypadku SLD. Coraz częściej dyktowali, co mamy robić, jaką tematykę w gazecie poruszać, wtrącali się także do polityki kadrowej w redakcjach, co w umowie spółki było akurat zastrzeżone dla strony polskiej. Liczyła się tylko „kasa” i dobre stosunki z władzą, czyli – w sumie – nie misja, lecz święty spokój.

 

Kiedy na łamach „Dziennika Bałtyckiego”, współpracującego wtedy z „Życiem”, pojawiła się sprawa „Wakacji z agentem” (chodzi o urlop prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego spędzany w Cetniewie wraz z rosyjskim szpiegiem, Ałganowem), z Niemcami nie dało się już współpracować. Zaczęli się zachowywać brutalnie wobec dziennikarzy i stanęli po stronie przeciwnej niż autorzy publikacji. Po odejściu z redakcji jej redaktora naczelnego oraz polskiego wiceprezesa wydawnictwa, skończyła się współpraca polsko-niemiecka. Zaczął się ordnung.

 

Problem polegał też na tym, że możliwości ekonomiczne polskich partnerów w mieszanych spółkach medialnych były żadne – mówi były członek managementu jednej z takich spółek. –  My nie mieliśmy pieniędzy. Nasza siła polegała na „know how” – znajomości rynku, wpływach środowiskowo-politycznych i do pewnego stopnia zapleczu kadrowym. Ale z tym „forsiasty” kapitalista mógł sobie w sprzyjających okolicznościach łatwo poradzić Wystarczyło podnosić kapitał i wykupywać nas z tego interesu. A kiedy jeszcze przestali się z nami liczyć, bo zaplecze polityczne „Solidarności” w postaci części ugrupowań parlamentarnych zdecydowanie osłabło, to mogli nas po prostu puścić w skarpetkach…

 

No i stopniowo zaczęli przejmować wszystkie gazety regionalne, nie tylko wcześniejszą własność Hersanta. Warto tu wspomnieć, że zanim Passauer przejął od niego gazety, funkcjonował już na polskim rynku, ale za pośrednictwem podstawionej szwajcarskiej spółki Interpublication. Natomiast w czasach już stosunkowo bliskich – za panowania Platformy Obywatelskiej pod dowództwem Donalda Tuska – doszło do transakcji wręcz skandalicznej. W momencie ostatecznego wycofywania się z Polski „Orkli” ostatnie nieniemieckie gazety regionalne przeszły w ręce… niemieckie. Pytanie – gdzie był wtedy UOKiK? gdzie ustawodawcy, gdzie jakiś normalny, propaństwowy porządek rzeczy!?

 

Rozbić nowy monopol

 

Podstawowym błędem po rozbiciu monopolu RSW było pozostawienie rynku medialnego bez żadnego sensownego uregulowania. Nie stworzono przyzwoitej ustawy chroniącej nie tylko wolny rynek w tym obszarze, ale także szeroko rozumiany interes państwa i społeczeństwa. Poszczególne rządy, a więc SLD wraz z PSL-em, ale także AWS – UW i wreszcie przez 8 lat PO nie zajęły się tym tematem i pozwoliły na trwanie sytuacji niezdrowej.

 

Po paru latach, kiedy Komisja Likwidacyjna zakończyła swoją działalność, wszystkie błędy powstałego systemu mediów trzeba było skorygować. I to zadanie należało już do polityków i prawników. Problem w tym, że ci lewicowi i liberalni, którzy jeszcze do niedawna byli u steru, nie rozumieli tego problemu, albo nie byli zainteresowani jego uporządkowaniem. Wszak – „sam rynek sobie poradzi”, a w ogóle, to „kapitał nie ma narodowości” … No, niestety ma! A niedawne antyprezydenckie akcje dziennika „Fakt” czy dziwne wyborcze „operacje” medialne portalu Onet jaskrawo tego dowodzą.

 

Zamiana elit rządzących krajem na takie, które dobrze rozumieją, że racja stanu to również formowanie poglądów i popieranie programów wzmacniających Polskę, a nie tylko „roztapianie się w głównym europejskim nurcie”, powinna skorygować ten stan rzeczy. Zrównoważenie pod każdym względem systemu mediów w Polsce jest sprawą pilną – także choćby i po to, aby zneutralizować przekłamywanie historii własnego kraju czy ograniczyć szkodliwe działania zewnętrznych grup nacisku korzystających ze zbyt łatwo dla nich dostępnych źródeł przekazu.

 

Obecnie, paradoksalnie nie chodzi już właściwie o gazety papierowe, które stają się formą przekazu schodzącą z rynku. Teraz gra bardziej toczy się o internet, telewizję, a nawet radio (vide – zakup Zetki przez Agorę). Więc może już nie gazety czy tygodniki opinii (z nadzwyczaj zajadłym „Newsweekiem” na czele) … Ale problem pozostaje ten sam: rozbicie nowego monopolu, tym razem nie komunistycznego.

 

Jaka ustawa?

 

Chodzi o dekoncentrację całego rynku, ponieważ jest kilka potężnych grup medialnych, które w mojej ocenie zaczęły wręcz blokować możliwość swobodnej debaty i wolność słowa – twierdzi Joanna Lichocka, posłanka PiS i członkini Rady Mediów Narodowych na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”. – Chodzi o to, aby na rynku działało jak najwięcej podmiotów, by nie było dominacji ani monopolu, tylko równowaga. A równowaga to wielość podmiotów, tytułów, opinii.

 

Podczas rozmowy w radiowej Jedynce Lichocka podkreślała, że należałoby się zastanowić nad wprowadzeniem na polski rynek modelu francuskiego, czy też modeli już obowiązujących w krajach Europy Zachodniej. Czyli kapitał zagraniczny nie powinien przekraczać 20 proc. Tylko jak to zrobić? Czy odebrać mu to, co ponad te 20 proc. posiada? Czy będzie to zgodne z prawem (zwłaszcza tym „świętym” – prawem własności)?

 

Zdaniem Witolda Gadowskiego, wiceprezesa SDP, wypowiadającego się na portalu SDP, „winno się wprowadzić ułatwienia ekonomiczne dla powstawania niezależnych polskich mediów, które mogłyby działać na rynku”. Chodzi o ulgi podatkowe i preferencje przy otrzymywaniu koncesji. Ponadto Gadowski twierdzi, że „trzeba wprowadzić precyzyjne zapisy antymonopolowe w mediach. Nie może być monopolu kapitałowego. Jest to niezwykle ważne dla pluralizmu opinii publicznej”.

 

Prace nad ustawą o dekoncentracji mediów trwają od 2016 r. W kręgach rządowych mówi się, że jesienią 2020 ma ona wejść pod obrady Sejmu. Niestety, nikt na razie nie zna szczegółów. Wiadomo tylko, że obecnie nie prowadzi się dyskusji o tym, czy przeprowadzić reformę dekoncentrującą własność na rynku medialnym – tylko jaką pójść drogąPo latach zaniechań, świadomej, a czasami niezamierzonej ślepoty decydentów – dobre i to.

 

Maria Giedz

fot. Radio Wnet

 

 

Tekst ukazał się w numerze 4/2020 „Forum Dziennikarzy”.

 

Całe wydanie do pobrania

TUTAJ.

 

 

ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA–AVIS: 2 x tak czyli dekoncentracja mediów

Termin dekoncentracja mediów odmieniany jest dziś przez wszystkie przypadki. Przez jej wrogów i sojuszników. Jedni, ekonomiści lewicowo-liberalni, twierdzą, że kapitał nie ma narodowości, i że  korporacje zagraniczne kierują się wyłącznie chęcią zysku. Inni upierają się, że owszem, kapitał ma narodowość, bo zyski wypracowane przez te korporacje zasilają konkretne, zagraniczne budżety. Jeden argument nie wyklucza drugiego, zagraniczne korporacje medialne chcą oczywiście zarabiać   jak najwięcej, ale ich zyski zasilają narodowe, niemieckie czy amerykańskie budżety.

 

Jak to wygląda w Polsce? Od 30 lat powoli i mozolnie budujemy swoją demokrację, ale wciąż widać tu białe plamy. Jedną z nich jest właśnie brak pluralizmu mediów. W Wielkiej Brytanii, choć media elektroniczne są w 97 proc.  lewicowo-liberalne,  rynek prasowy dzieli się w ujęciu światopoglądowym w stosunku 50:50 proc. Czyli każdy Brytyjczyk ma „swoją” gazetę, po którą regularnie sięga – polscy czytelnicy nie mają takiego komfortu. Zwłaszcza w segmencie prasy terenowej czy kobiecej, które w ponad 90 proc. są opanowane przez kapitał niemiecki i prezentują niemiecki polityczny punkt widzenia i niemieckie interesy. W Stanach Zjednoczonych rynek medialny jest ideologicznie bardziej urozmaicony i zróżnicowany,  na CNN mamy FOX News, na Washington Post – The Wall Street Journal i sporo prasy terenowej. Ale czy to w Zjednoczonym Królestwie,  w Stanach Zjednoczonych czy w samych Niemczech stosunki własnościowe są identyczne. Media należą do grup narodowych,  Brytyjczyków, Amerykanów czy Niemców oraz istnieją instytucje, które czuwają, aby nie doszło do nadmiernej koncentracji, zwłaszcza w rękach właścicieli zza granicy. Na Wyspach jest to OFCOM / The Office of Communications/, powiązany z parlamentem, tak więc państwo, organizacje pozarządowe i same media pełnią tu rolę  stróżów porządku medialnego.

 

Żaden cywilizowany kraj nie dopuści do tego, aby jakieś inne państwa dyktowały mu jak rządzić, jak mają żyć jego obywatele, dyktować „way of life”. Spójrzmy na motywacje Brytyjczyków, którzy zdecydowali się na Brexit. Nie godzili się na wtrącanie się UE do polityki wewnętrznej i zagranicznej, sugerowanie jakie wprowadzać ustawy do Izby Gmin, według jakich przepisów prawnych sądzić i jak żyć?  A przecież w Zjednoczonym Królestwie demokracja działa od  wieków, podczas gdy  w Polsce, gdzie porządek demokratyczny dopiero się odradza, rynek medialny jest dopiero w powijakach!  Także dotyczący stosunków własnościowych. Przejdźmy do konkretów.  Konserwatywne „The Daily Telegraph” i  „Sunday Telegraph” należą do The Telegraph Media Group czy też Barclay Brothers Group,  bo od  bodaj 50 lat  właścicielami są 85-letni dziś bracia bliźniacy Barcleyowie.  Tabloid „The Daily Mail” (1,2 mln nakładu) jest własnością Daily Mail Group Media, także pieniądze brytyjskie.  Lewicowy dziennik „Guardian” i gazeta niedzielna „The Observer” należą do Guardian Media Group,  kapitał   lokalny. A  lewicowa The Mirror Group, która,  prócz flagowego „Daily Mirror” (2 mln nakładu), wydaje 240 gazet regionalnych, także  reprezentuje kapitał brytyjski. Nieco inna, bardziej skomplikowana,  jest sytuacja właścicielska  z „Timesem”, „Sunday Timesem” i „Sunem”. Szacowny dziennik „The Times” (360 tys. nakładu), oraz „Sunday Times” (400 tys.) należą do News Corporation News UK czyli amerykańskiego magnata medialnego Ruperta Murdocha.  Jak również  tabloid „Sun” (2 mln nakładu). Ale  na więcej  Brytyjczycy się nie zgodzili.  Pamiętam kiedy kilka lat temu Murdoch, już właściciel 39 proc. udziałów w British Sky Broadcasting  chciał zakupić pozostałych 61 proc. udziałów tej firmy, CMA czyli Competition and Markets Authoryty, powiązana z rządem, do tego nie dopuściła!  Motywacja: „z lęku o dominację na rynku, który mógłby być cenzurowany przez Ruperta Murdocha”.  I w końcu doprowadzono do tego, że miliarder sprzedał swoje 39 proc.  udziału w BSkyB.  A kiedy w posiadanym kiedyś przez tego  właściciela tabloidowi  „News of the World” wybuchł skandal hakerski – okazało się, że podsłuchiwał rodzinę królewską, celebrytów czy rodziców ofiar pedofila – wtrąciło się państwo. Murdoch został wezwany przed komisję parlamentarną ds.  mediów, i w efekcie licząca sobie 168 lat gazeta niedzielna została zamknięta! Tak się broni swoich, także medialnych, interesów!

 

My popełniliśmy bardzo poważny błąd – o dekoncentracji i repolonizacji mediów, co u nas znaczy w istocie to samo – mówi się od 30 lat, przy czym nic lub prawie nic nie zostało zrobione. Tygodnik  „Newsweek”, portal Onet, tabloid „Fakt” i ponad 90 proc. prasy terenowej, kobiecej i motoryzacyjnej, life-stylowej i poradnikowej należy do właścicieli niemieckich, a regionalna –  do jednego niemieckiego koncernu Passauer Neue Presse! Jest to wielki grzech zaniechania prawie nie do odrobienia,  za który płacimy ogromną cenę. Ekonomiczną i wizerunkową, w  kraju i za granicą. Tracimy wpływ na przebieg wydarzeń, politycznych, gospodarczych i kulturowych w kraju, a także  w relacjach z Unią Europejską. Dominacji kapitału niemieckiego na polskim rynku medialnym, to  najbardziej  dramatyczny dowód na teorię, że kapitał ma narodowość, i w dodatku że z tego pełnymi rękami korzysta. Przy czym sami Niemcy pilnują czystości narodowej własnych mediów jak oka w głowie. Kiedy Anglicy chcieli zakupić dziennik „Berliner Zeitung”, politycy, związki zawodowe, organizacje pozarządowe i obywatele podnieśli  taki harmider, że do tej transakcji nie doszło. I dziś na 650 tytułów prasowych w Niemczech jedynie w 3 z nich mają udziały inwestorzy zza granicy.

 

Jeśli zapytać o przyczyny tej sytuacji w Polsce, jawi się kilka: na początku brak doświadczenia i rozeznania, potem – bezczynność, brak odwagi by stanąć w prawdzie Prawa i Sprawiedliwości. Za wiele rozwiązań należy  Zjednoczoną Prawicę chwalić, lecz choć od lat mówiło się o dramatycznych skutkach koncentracji mediów w rękach Niemców, nic się nie działo.  Nic dziwnego, że dziś niemieckie media czują się nad Wisłą kompletnie bezkarne.  Rodzaj  V kolumny, która próbuje – to siłą, to sposobem – podporządkować  polską politykę Berlinowi. Zwłaszcza, że ma  sojusznika w Unii Europejskiej, Donalda Tuska, który nigdy nie zmarnuje okazji, żeby w imieniu UE, czy EPL przyłożyć ojczyźnie, no i polską opozycję, która stoi za interesami niemieckimi murem. Pamiętamy  liczne informacje o „polskich obozy śmierci”,  jadowite dokumenty o „wypędzonych”, licznych atakach  Deutsche Welle, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” czy „Die Zeit” na nasze reformy wymiaru sprawiedliwości, nie wspominając o torpedowaniu  uruchomienia niemieckich reparacji wojennych. A ostatnia inwokacja redaktora naczelnego „Die Welt” Ulfa Poschardta pt. „Musimy porozmawiać, panie Duda!” Nie, Panie Prezydencie, czy Proszę Pana, lecz Panie Duda! A okładka brukowca „Fakt” zestawiająca prezydenta Andrzeja Dudę z cytatami zeznań pedofila. Niespotykane przykłady niemieckiej manipulacji, bezczelności i hucpy!

 

Ale nie tylko Niemcy poczynają sobie z Polską nad wyraz śmiele. Oto przykład z  lewicową amerykańską agencją Associated  Press, której korespondentką w Warszawie była dwa lata temu Vanessa Gera. Prowadziłam wtedy w MSZ  anglojęzyczny portal poland.pl.  W pewnym momencie zorientowałam się, że pani  Gera tekst o „60 tys. polskich faszystów, maszerujących w Marszu Niepodległości” wysłała w świat prawie 24 godziny przed zdarzeniem! I ten artykuł cytowała prasa amerykańska, indyjska, chińska, brytyjska etc. jako tekst źródłowy! Opisałam to w portalu MSZ, zgłosił się „doradca ds. etyki AP”, który bardzo chciał się spotkać z ministrem Witoldem Waszczykowskim. Moja opinia eksperta była: „konie kują, żaba nogę podstawia, żadnego spotkania z  doradcą ds. etyki AP, bo wiemy, co by nam doradzał, i tego nie chcemy”. Ciekawie jak, po wymianie szefów resortu, potoczyła się ta sprawa? Ostatnio zanotowaliśmy także kilka kontrowersyjnych tweetów pani ambasador Georgette Mosbacher, broniących  z uporem wartym lepszej sprawy, TVN. Która jest  w Polsce dokładnie tym, czym CNN w Stanach Zjednoczonych.  Dlaczego MSZ nie przekaże  prezydentowi Trumpowi, który ma wielkie problemy z CNN w USA, notki o toksycznej roli, jaką pełni TVN w Polsce?  O tym, że stacja nie daje nam zapomnieć, że go nienawidzi, i że w listopadzie będzie miała wpływ na wybory  Polonusów w USA? Przecież stosunki własnościowe wciąż się zmieniają, a dla Discovery TVN jest tylko drobną cząstką jego imperium?

 

Niemcy już dawno wprowadzili przepisy antykartelowe, chroniące interes swoich mediów przed ekspansja zagranicznego kapitału. Wielka Brytania i Francja mają je  od dawna, Hiszpania od 1988 roku. W Polsce takich zapisów nie ma.  A więc tuż po 1990 roku rozpoczęła się inwazja na Polskę, ale także na Czechy, Węgry i Bułgarie, gdzie podobnych ustaw także nie było.  Dziś proces kolonizacji mediów i umysłów naszych obywateli  jest bardzo zaawansowany. Autocenzura, kontrola poglądów polskich dziennikarzy tam zatrudnionych, jedynie słuszny sposób pisywania o polskiej polityce wewnętrznej i zagranicznej, zgodny nie z naszą, lecz niemiecką racją stanu. Wyłoniły się dwa projekty.  Solidarna Polska opowiada się za „pokrojeniem” wszystkich wiodących mediów, prócz sektora państwowego. M.in. Polsatu Zygmunta Solorza, amerykańskiej Discovery, m.in. właściciela TVN,  Ringier Axel Springer Polska („Newsweek”, „Fakt”, Onet).  Choć nie bardzo wiadomo jak to „pokrojenie”, a może „okrojenie”, miałoby wyglądać? Z kolei Ministerstwo Kultury optuje  za wprowadzeniem przepisów, które miałyby obowiązywać w przyszłości – co wydaje się rozwiązaniem naiwnym, bo nie uszczupliłoby dotychczasowego stanu posiadania.  A może dobrze byłoby przejrzeć brytyjski Office Communication Act 2002, który powstał z inspiracji rządu, m.in. nadzorujący i kontrolujący rynek mediów?  Reprezentuje on „interes obywateli poprzez promowanie konkurencji i ochronę społeczeństwa przed treściami  szkodliwymi i ofensywnymi”. Czyli m.in. reprezentowaniem  w kraju obcych  interesów. I kształtuje politykę i dalekosiężną  strategię rynku medialnego.  Taka ustawa potrzebna jest natychmiast. Jak to mówią Anglicy – now!

 

Elżbieta Królikowska-Avis

 

Tekst ukazał się w numerze 4/2020 „Forum Dziennikarzy”.

 

Całe wydanie do pobrania

TUTAJ.