TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Faszyzm” kontra tęczowa niepodległa

Odzyskanie niepodległości w 1918 r. większość Polaków – właściwie tylko prócz rodzimych bolszewików – świętowała uroczyście. A jak jest dziś? Polska radość miesza się z internacjonalistycznym hejtem, również medialnym. Spadkobiercy PRL-u wciąż walczą z potomkami niepodległościowców. Trzecie pokolenie AK z trzecim pokoleniem UB.

 

Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony. Nie ma „ich”! Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo!” – pisał 112 lat temu Jędrzej Moraczewski, PPS-owiec, późniejszy premier.

 

A pisarz Edward Ligocki, zauważał: „W mieście wrzało jak w ulu. Nie da się żadnym piórem opisać radości społeczeństwa. Austrię cesarską diabli już wzięli, wskrzeszona Polska wbiegła w mury Krakowa. Wszędzie na ulicach, w lokalach publicznych, w domach prywatnych przewalała się fala radości„.

 

Odebrać zawłaszczoną niepodległość

 

Czy dziś w rocznicę niepodległości odzyskanej po 123 latach zaborów, a potem po latach hitlerowskiego i sowieckiego zniewolenia czujemy radość? Większość, mam nadzieję, tak – świętujemy oddolnie i państwowo. Za rządów prawicy połączyły się np. marsze obywatelskie i oficjalne – prezydenckie.

 

Ale nie wszyscy świętują. Bo zdaniem polskich postępowców, „demokratów” jesteśmy krajem faszyzmu, dyktatury. Takie treści znajdujemy niezmiennie w „Gazecie Wyborczej”, TVN, czy na portalu Onet.pl. Szczególnie przykre, że Polacy są karmieni tej marki hejtem w okolicach 11 listopada – jednego z najważniejszych polskich świąt. Święta Niepodległości – tej prawdziwej z 1918 r., a nie koncesjonowanej z 1989 r.

 

„Demokratom” nie podoba się niepodległość w czasach Zjednoczonej Prawicy, bo „kaczystowska” dyktatura ma nienawidzić i wykluczać. Ilu jest dyskryminowanych? Cała rzesza. Lewacy, geje, lesbijki, anarchiści, feministki, aborcjonistki. Ci, którzy wystąpili ostatnio pod sztandarami „Wyp…….” i „Jeb… PiS”. Uciśnieni postawili sobie za cel nie tylko odebrać faszystom „zawłaszczone” przez nich państwo, ale razem z nim „zawłaszczone” święto niepodległości. Bo, jak wiadomo, o wolność Polski walczyły osoby o odmiennych orientacjach. Walczyły o wolność związków jednopłciowych, adopcji dzieci, ale też nieskrępowaną możliwość zabijania nienarodzonych. Walczyli żołnierze i żołnierki, a w Powstaniu Warszawskim powstańcy i powstańczynie – by przywołać apele kombatantek (bo przecież nie kombatantów) z mocno czerwonego zarządu ŚZŻAK (Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej) popierających tzw. Strajk Kobiet.

 

Walczyli i walczyły nie tylko pod flagą biało-czerwoną, ale pod tęczową. Albo różową. Bo ten tęczowo-różowy wzorzec wypracowano za czasów PO i prezydentury Bronisława Komorowskiego. Na różowo świętowano polskie rocznice, w tym rocznicę niepodległości. Różowe flagi, baloniki, czekoladowy orzeł. Państwowe imprezy w takiej kolorystyce organizowała „Gazeta Wyborcza” i radiowa „Trójka”. Różowy i czekoladowy patriotyzm.

 

Rozlew krwi

 

Dziś najlepiej odebrać wstrętne faszystowskie święto za sprawą/przy pomocy generałów w stanie spoczynku. W specjalnym apelu wojskowi, wśród nich wielu komunistycznych, w tym esbecy, twórcy stanu wojennego, napisali m.in.:

Czasami nadmiar emocji, niekontrolowany rozwój wydarzeń może skutkować rozlewem krwi. Obawiamy się sytuacji, w której ponownie na ulicach polskich miast może dojść do użycia siły i niepotrzebnych ofiar”.

 

Bo, jak wiadomo, prawdziwy patriotyzm i niepodległość mieliśmy w latach 1944-89, w okresie stalinowskim, potem po 13 grudnia. Bohaterami BierutJaruzelski. Zdrajcami PileckiKukliński.

 

A ja dołożę do tego bolszewickiego patriotyzmu książkę prokurator stalinowskiej Naczelnej Prokuratury Wojskowej płk Heleny Wolińskiej „Przerwanie ciąży w świetle prawa karnego”, w której owa przechodnia dama z GL/AL/PPR/PZPR domagała się – w 1962 r. – pełnej legalizacji aborcji. Czyli komuna – za sprawą „warszawskiej Dolores” – mordowała polskich niepodległościowców i przyzwalała na mordowanie polskich dzieci. A to właśnie krwawa „Lena” chciała być potem – jako profesorowa Brusowa w Oksfordzie – postrzegana jako prawdziwa polska patriotka. Dlatego ostentacyjnie popierała „Solidarność”, co zapewne zmotywowało reżysera Pawła Pawlikowskiego do stworzenia kreacji Wandy w oscarowej produkcji „Ida”.

 

Odwet za 1918 r.

 

W 1918 r. i II Rzeczpospolitej była radość z odzyskanej niepodległości. Po 1989 r., w tzw. III Rzeczpospolitej często było upokorzenie. Upokorzenie patriotów, którym odmawiano prawa do radości świętowania. Tęczowi (wówczas definiujący się bardziej jako kolorowi) wpychali spadkobierców patriotycznych tradycji do ciemnogrodzkiego getta.

 

W kolorowych pochodach maszerowali dziennikarze, filozofowie, aktorzy, celebryci. Jak w bolszewickie Święto Pracy. W wywiadach dla „Gazety Wyborczej”, TVN, czy Onet.pl lewaccy postępowcy popisywali się, że dla nich Polska „nie jest pępkiem świata”, a świat „nie jest biały, lecz kolorowy i wielokulturowy”. Zamiast polskiej kultury, zamiast niepodległości proponowali Polakom wielokulturowość. A flagę tęczową zamiast biało-czerwonej.

 

Były lata, kiedy upokorzenie było jeszcze większe, bo niepodległość „umiędzynarodawiano”. Niemieckie bojówki – „willkommen!”. Wtedy razem z artystami ulicami Warszawy paradowały brygady międzynarodowe.

 

Można było odnieść wrażenie, że „pokojowa” Antifa brała odwet za rozbrajanie ich dziadków na ulicach Warszawy w 1918 r.

 

Hucpa w pandemii

 

Po drugiej stronie, w Marszu Niepodległości, szli AK-owcy i NSZ-towcy, żołnierze Pileckiego, Dekutowskiego, Szendzielarza, Kasznicy, więźniowie polityczni PRL, czyli właśnie – w świetle komunistycznej propagandy – „faszyści”. Szczególnie brakowało reprezentantów „faszystowskich” władz londyńskich, bo najpierw niedopuszczeni do okrągłego stołu, a potem ostatni – legalny polski prezydent Ryszard Kaczorowski – pozostał w smoleńskim błocie. Polscy narodowcy (nie mylić z hitlerowskimi narodowymi socjalistami) szli razem z piłsudczykami. Absurd, chichot historii? Nie, bo w przedwrześniowej Polsce „faszystów” DmowskiegoPiłsudskiego wiele dzieliło, ale łączyło najważniejsze – idea wolnej Polski. Te korzenie – oby w sposób jak najbardziej uświadomiony – trwają wśród spadkobierców.

 

A teraz? Teraz mamy pandemię. Ale czerwoni i różowi nie próżnują. Zapewne znów 11 listopada zorganizują „antyfaszystowską” hucpę. Wzorem władz Nowogardu, które w ubiegłym roku zorganizowały Święto Niepodległości pod sowiecko-komunistycznym pomnikiem „braterstwa broni”, postawionym z inicjatywy PZPR w 1972 r.

 

Tadeusz Płużański

ŁUKASZ WARZECHA: Przesąd „konstruktywnej krytyki”

„To co pan proponuje?” – z tym pytaniem spotykam się ostatnio szczególnie często, kiedy publikuję teksty lub umieszczam w mediach społecznościowych komentarze krytycznie oceniające działania rządu w walce z epidemią. Lecz nie jest to oczywiście jedyna sytuacja, kiedy odbiorcy domagają się prezentowania alternatywnych rozwiązań i sygnalizują, że ich zdaniem ich brak odbiera prawo do recenzji czy krytyki. Taka postawa to swego rodzaju przesąd, z którym trzeba walczyć. Zwłaszcza że jako pseudoargument był wielokrotnie używany przez komunistów w okresie Peerelu. Ówczesna demokratyczna opozycja, według macherów peerelowskiej propagandy, miała się mianowicie sama dyskwalifikować tym właśnie, że nie krytykowała „konstruktywnie”.

 

Po pierwsze – to oczywiście techniczny szczegół, ale też ważny – trudno byłoby do każdej krytycznej, często z konieczności skrótowej wypowiedzi dołączać appendix w postaci „konstruktywnej propozycji”.

 

Po drugie – i to jest znacznie ważniejsze – zasady jakiejkolwiek debaty, które przecież mają zastosowanie i w dyskursie publicznym, nie wymagają, aby krytyka stawianej tezy była połączona z propozycją tezy właściwej. W roli tezy występuje zaś również działanie rządzących. Sprowadzając rzecz do niemal laboratoryjnego przykładu: jeżeli w naukach ścisłych zostaje przeprowadzony eksperyment, a krytycy falsyfikują jego wyniki, to nie wymaga się od nich, żeby wskazywali właściwy przebieg eksperymentu. Jeśli na sali sądowej prokurator obala argumenty obrony, to przecież nie musi przedstawiać innych w zamian. To absurd. On ma tylko wykazać, że te prezentowane przez adwokata są nietrafione. Jeśli architekt prezentuje projekt, a jego koledzy po fachu wykazują, że tak zaprojektowany most najpewniej się zawali, to nikt nie będzie od nich wymagał, żeby wyręczyli nieszczęsnego projektanta i wskazali właściwe rozwiązania. Recenzent teatralny, krytycznie opisując pomysły reżysera spektaklu, nie musi przedstawiać własnej koncepcji inscenizacyjnej, a tym bardziej reżyserować samemu. I tak dalej, i tak dalej.

 

Oczekiwanie od publicysty, że jego krytyka działań władzy będzie „konstruktywna”, a więc będzie zawierać wytyczne, co i jak należy alternatywnie czynić, nie jest niczym więcej niż zabiegiem erystycznym, który ma albo osłabiać wymowę tej krytyki, albo wręcz odmawiać do niej prawa. Gdyż – jak twierdzą stosujący ten chwyt – krytyka bez strony pozytywnej to nie krytyka, ale krytykanctwo.

 

Otóż – nie. Nie jest rolą publicysty prezentowanie alternatywnych rozwiązań. Mówiąc brutalnie – nie ma żadnego powodu, dla którego publicysta miałby wyręczać rząd w jego pracy. Nie za to mu płacą. Pracą publicysty, analizującego poczynania rządzących, jest wynajdywanie i wskazywanie ich słabych lub ewentualnie dobrych stron, jeśli takie są. Przewidywanie ich skutków, porównywanie kosztów. Na pewno zaś nie jest nią tworzenie alternatywnych projektów czy scenariuszy. Również dlatego, że publicysta nie ma dostępu do narzędzi i danych, do jakich mają dostęp rządzący.

 

Przejrzyjmy się konkretnemu przykładowi, czyli właśnie sprawie walki z epidemią. Jeśli wskazuję, że zamknięcie bibliotek nie jest poparte żadnymi danymi, nie ma sensu, nie zmniejszy liczby zakażeń, natomiast odcina niektórych ludzi od jednej ze zwykłych życiowych przyjemności – czytania – a na dodatek zagraża pewnej liczbie miejsc pracy, to jasno wynika z tego, że ta krytyka jest zarazem pozytywną rekomendacją: bibliotek zamykać nie należy. Analogicznie – architekt wskazujący koledze, że zaprojektowane przez niego przęsła mostu są zbyt cienkie i nie wytrzymają obciążenia, tym samym przekazuje pozytywną rekomendację, czyli zalecenie, co należy robić (lub raczej: czego nie robić): takich przęseł nie należy budować. Lecz przecież nie musi automatycznie dostarczać twórcy projektu gotowych, bezpiecznych rozwiązań, tak samo jak publicysta krytykujący zamknięcie bibliotek nie musi przedstawiać całościowego planu poradzenia sobie z epidemią. To powinni zrobić ci, którzy mają taki obowiązek i dla których jest to główne zajęcie – odpowiadając na dobrze uzasadnioną krytykę.

 

DOMINIK SZCZĘSNY-KOSTANECKI: Ciężar znaczeń marszu na Kuropaty

Dziady – na poły pogańskie, na poły chrześcijańskie wypominki za zmarłych, obchodzone w przestrzeni dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Opisane, czy raczej wystylizowane przez Mickiewicza, w przeciwieństwie do opisanych przezeń w „Panu Tadeuszu” obyczajów szlacheckich nie stanowią li-tylko reliktu mijającej, a obecnie dawno już minionej epoki. Wie o tym nie tylko niepodległościowo zorientowana część białoruskiego społeczeństwa, ale również wroga tej tradycji władza państwowa, która usunęła dwa pierwsze dni listopada ze świątecznego kalendarza, w tym roku zaś postanowiła zmniejszyć zasięg obchodów przy użyciu siły. Aresztowano ponad 300 osób, w tym operatora i współpracowników telewizji Biełsat.

 

Konfrontacja ta miała miejsce 1 listopada 2020, a więc dosłownie klika dni temu. W ramach ogólnonarodowego protestu Białorusinów przeciwko reżimowi Łukaszenki, tysiące ludzi (portal Nasza Niwa mówi o 20 tysiącach; Biełsat i Radio Swaboda podają liczbę 10 tysięcy) wzięło udział w stających się tradycją niedzielnych manifestacjach. Tym razem jednak, wskutek kalendarzowej koincydencji siódmego – lub , jak kto woli, pierwszego dnia tygodnia – z dniami eschatologicznej zadumy, protest ten zyskał znaczenie szczególne. By właściwie nakreślić cywilizacyjne zderzenie władzy i społeczeństwa – bo w takich kategoriach należy sprawy te rozpatrywać już od dawna – potrzebny jest obrazek pomocniczy. Widzimy na nim kobietę z czerwonym plecakiem, stojącą na krawędzi chodnika. Nie da się określić jej wieku, ponieważ zdjęcie zostało zrobione zza i sponad jej pleców, przy nie najlepszej rozdzielczości. Naprzeciwko stoi milicjant – mierzy do niej z broni długolufowej. Być może kule w jego magazynku są gumowe, ale kobieta tego nie wie…

 

Pierwsze publiczne dziady w dziejach współczesnej Białorusi miały miejsce ponad 30 lat temu, a dokładnie w roku 1988. Uczestnicy tamtej procesji, mimo interweniującej milicji, dotarli do położonych na skraju Mińska Kuropat. Z niewielką przerwą obejmującą trzy lata rzeczywistej wolności (za prezydentury Szuszkiewicza), marsze na Kuropaty poza wymiarem duchowym, stanowiły akt sprzeciwu wobec autorytarnej władzy: najpierw komunistycznej, potem łukaszenkowskiej.

 

Są bowiem Kuropaty jednym z najważniejszych kluczy do rozwikłania białoruskiej tożsamości. W 1937, w szczycie stalinowskiej czystki, a de facto ludobójstwa, którego częścią jest również „operacja polska” NKWD, zakopano – bo przecież nie pochowano! – ponad 130 przedstawicieli białoruskiej inteligencji. Ktoś krzyknie: cóż to za liczba?, w czasie Wielkiego Głodu Stalin wymordował milion (być może nawet 10 milionów) Ukraińców, podczas „operacji polskiej” zgładzono ok. 111 tys. ludzi! Jak można przeciwstawiać tym masom grupę ludzi nie większą niż jedna kompania? Po pierwsze: nie przeciwstawiać – ofiary, spowite całunem śmierci, nie walczą o pierwszeństwo – jedyne, o co walczą, to pamięć, na pewno nie o prymat nad innymi. Po drugie, trzeba te sprawy dobrze rozumieć: nie posiadająca tradycji powszechnych zrywów w postaci powstania Chmielnickiego, jak i pozbawiona przez carsko-bolszewicką politykę elit politycznych Białoruś liczyła w Międzywojniu swych autentycznych patriotów na sztuki. Z tego względu – bez wdawania się w jałową matematykę – wypada stwierdzić, że „operacja białoruska” NKWD zadała narodowej elicie cios potężny.

 

W tym momencie widać już dobrze pierwszy splot semantyczny marszu na Kuropaty. To usankcjonowany najświetniejszą poezją urodzonego opodal wieszcza, imperatyw pamięci o zmarłych. Mickiewicz, wychodzący od prezentacji dziadów w wymiarze lokalno-rodzinnym, poprzez refleksję nad nieszczęśliwą miłością bohatera oraz jego niezrozumieniem – brakiem współodczuwania przez świat, w części trzeciej sublimuje swą opowieść w kierunku filozofii polityki, mówiąc: to ona stanowi najważniejsze zadanie dojrzałego przedstawiciela polskiej wspólnoty. Podobnie rzecz wygląda w przypadku dziadów obchodzonych realnie, choć w przypadku współczesnej Białorusi należałoby raczej mówić o współistnieniu wypominków typu pierwszego i trzeciego. Nie to jest jednak najistotniejsze. Niezależenie od ewentualnej przymieszki, dla wspólnoty w sposób systemowy okradanej z własnej tożsamości, również historycznej, ów podwójny powrót (na poziomie obyczaju i pamięci narodowej) do tradycji niekomunistycznej, czy wręcz antykomunistycznej – jak w przypadku palenia zniczy ofiarom NKWD – ma znaczenie fundamentalne.

 

Tu wyłania się drugi splot znaczeniowy: kłamstwo Kuropat, objętych zakazem badań archeologicznych, analogicznie do kłamstwa katyńskiego, zostało obmyślone i było wykorzystywane jako skuteczny paralizator narodowych odruchów. Jednocześnie intensyfikacja oddolnych zabiegów komemoratywnych stanowi w takich sytuacjach jeden z wyznaczników narodowego wzmożenia. W zasadzie samoistnie nasuwa się tu skojarzenie z sierpniem 1980 roku, gdy Stocznia Gdańska stała się wyspą polskiej niepodległości, skrawkiem niezależnej od komunistów Rzeczpospolitej, a broszury o Katyniu kupowało się na ulicy. I chociaż Polakom przyszło oczekiwać wyzwolenia do roku 1989 lub – jak kto woli – 2015, to jednak z dzisiejszej perspektywy owoce tamtej solidarnościowej konfederacji nie zostały zmarnowane.

 

W tym kontekście braciom Białorusinom należy życzyć, by w ramach zarysowanych tu paralel, ich moment historyczny odpowiadał naszemu rokowi 1989 (2015). Znaczyłoby to bowiem, że tryumf nadejdzie już niebawem. Ale nawet jeśli powyższa analogia okaże się chybiona, jeśli Łukaszenka w najbliższych tygodniach nie ustąpi, po tym co wydarzyło się w następstwie sfałszowanych wyborów – i w czym, jak staraliśmy się dowieść szczególną rolę odegrały ostatnie dziady – powrotu do status quo sprzed 9 sierpnia już nie będzie. Pielęgnując pamięć o duszach przodków, Białorusini, jako naród, odzyskali własną.

 

Dominik Szczęsny-Kostanecki

Schyłek bezstronności? – pyta ks. ARTUR STOPKA

Ostatnie protesty w Polsce pokazały, że w świecie krajowych mediów bezstronność znalazła się w odwrocie. Dlaczego? I na jak długo?

 

Ponad cztery lata temu około ćwierć tysiąca polskich dziennikarzy z całego kraju przepytano, co sadzą o styku etyki dziennikarskiej i polityki. Pytano m. in. o aktywność dziennikarzy związaną z partiami politycznymi. Spytano także m. in. o udział również w demonstracji przygotowywanej przez „organizacje społeczne walczące o wolności obywatelskie” (np. KOD, Solidarni 2010).

 

O ile w tej pierwszej kwestii zdecydowana większość odpowiedzi była negatywna, o tyle w drugiej przyzwolenie przekraczało 50 procent. Badani podkreślali, że bezstronność i obiektywizm są priorytetami w ich zawodzie, a wszystkie działania o zabarwieniu partyjnym są niedopuszczalne. Natomiast zgodę na udział w demonstracjach uzasadniali prawami obywatelskimi, których pracownik mediów przez sam fakt wykonywania właśnie tego zajęcia przecież nie traci.

 

Wyraźne napięcie

 

W świetle wspomnianej ankiety stan, jaki mamy obecnie w krajowych mediach w związku z protestami po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, nie powinien być zaskoczeniem. Sygnalizowane wtedy bardzo wyraźnie napięcie między bezstronnością a „normalnymi aktywnościami obywatelskimi” musiało w sytuacjach ekstremalnych zaowocować jednoznacznym opowiedzeniem się zdecydowanej części dziennikarzy po którejś ze stron sporu. Nie trzeba też być szczególnie przenikliwym, aby się zorientować, z kim dana gazeta, kanał telewizyjny czy serwis internetowy dzisiaj sympatyzuje. Zresztą, to już nie kwestia „sympatyzowania”, tylko jawnego, wręcz ostentacyjnego, popierania którejś opcji. W niektórych przypadkach połączonego z powielaniem treści agitacyjnych.

 

Czy to jeszcze jest dziennikarstwo czy już propaganda? Takie pytanie jest ze wszech miar uzasadnione. Ale nie mniej uzasadnione jest również inne. Czy w sytuacji tak drastycznych podziałów w społeczeństwie i rozpalonych emocji istnieje nawet nie zapotrzebowanie, ale po prostu miejsce na bezstronne, obiektywne dziennikarstwo? I chyba najważniejsze. Czy dzisiaj dziennikarze w ogóle są w stanie zachowywać bezstronność i obiektywizm?

 

Nawet śledzenie na Tt

 

Problem nie dotyczy tylko Polski. Świadczą o tym np. ogłoszone pod koniec października br. bardzo restrykcyjne zasady dotyczące pracowników BBC. Dostali zakaz wyrażania w mediach społecznościowych osobistych opinii w sprawach dotyczących porządku publicznego, polityki lub kontrowersyjnych tematów. Także na profilach prywatnych. Co ciekawe, przygotowując nowe zasady, brytyjskie medium publiczne rozważało kwestię zachowania bezstronności w kontekście publicznego wyrażania opinii, także udziału w kampaniach i uczestniczenia w marszach lub protestach. Wytyczne dla pracowników będą dotyczyć nawet unikania stronniczości w takich obszarach jak śledzenie profili w mediach społecznościowych, lajkowanie, retweetowanie wpisów czy przekazywanie ich dalej. Zdaniem szefów BBC nie da się pogodzić bezstronności firmy ze stronniczością w działaniach jej pracowników.

 

Ilu ludzi mediów jest dzisiaj w stanie podołać takim regułom? To nie jest tylko zostawianie „legitymacji partyjnej” w szatni. To konieczność znacznego ograniczenia własnej wolności ekspresji w bardzo wielu sferach życia. Trzeba mieć mocną motywację, aby temu sprostać. Wręcz poczucie misji. Tu nie wystarczy zgoda pod presją na warunki stawiane przez pracodawcę.

 

Dziennikarzy zastąpią…

 

Z drugiej strony trzeba głośno pytać, ilu odbiorców chce dzisiaj korzystać z bezstronnych mediów? W czasach powszechnych „baniek” informacyjnych i poglądowych, umacnianych na wszelkie możliwe sposoby przez dysponentów serwisów społecznościowych, odpowiedź może być mocno dołująca dla zwolenników koncepcji, do której odwołuje się BBC. Do korzystania z nich trzeba kształcić i wychowywać. Gdzie na ziemskim globie ktokolwiek zajmował się taką edukacją na szerszą (nie mówiąc już o masowej) skalę w ostatnich dziesięcioleciach?

 

Być może mają rację ci, którzy twierdzą, że właśnie jesteśmy świadkami schyłku dziennikarstwa, jako zawodu zajmującego się tak ważnymi sferami ludzkiego życia, jak polityka, ideologie, sprawy społeczne, gospodarka itp. Możliwe, że zachowa się ono w jakichś dopuszczających bezstronność niszach, np w mediach wysoko specjalistycznych, zajmujących się nadal opowiadaniem i objaśnianiem świata dla pasjonatów i ciekawskich. Natomiast w wymienionych sferach dziennikarzy zastąpią agitatorzy i propagandyści oraz… algorytmy, aplikacje i rozbudowane oprogramowanie komputerowe, sprawnie i tanio produkujące niezbędny kontent na potrzeby każdej ze stron mniej lub bardziej wykreowanego sporu. Rezygnacja z bezstronności w mediach w sposób nieunikniony powoduje konieczność podsycania, wynajdywania, a w końcu tworzenia nowych linii i pól podziału.

 

Zawracanie kijem

 

Jesteśmy świadkami bardzo głębokich zmian w sferze międzyludzkiej komunikacji. Nie są one efektem jedynie powstania internetu i nowych mediów, choć ich zaistnienie zdecydowanie przyspieszyło pewne widoczne już wcześniej tendencje. Następuje radykalne przesunięcie w kwestii celów i zadań, którym środki komunikowania na masową skalę mają służyć. Nie są już nastawione na dobro jednostek ani zatroskane o dobro wspólne całych społeczności. Coraz wyraźniej widać, że stają się głównie narzędziem kontroli i wywoływania pożądanych zachowań. Bezstronne dziennikarstwo nie przynosi dysponentom mediów oczekiwanych przez nich korzyści.

 

Wspomniane wyżej działania BBC, nastawione na obronę bezstronności wydają się szlachetną, jednak nie gwarantującą sukcesu, próbą „zawracania Tamizy kijem”. Nawet w kraju o tak odmiennej od wielu innych miejsc na świecie (także od polskiej) kulturze medialnej widać coraz wyraźniej, że choć najprawdopodobniej przyniosą one krótkotrwały skutek, to jednak będą niezwykle trudne do utrzymania. W ostatnich latach niektórzy prezenterzy brytyjskiego nadawcy dzielili się osobistymi poglądami na Twitterze. Byli za to krytykowani. Ale czy przez zdecydowaną większość odbiorców?

 

Okrakiem na barykadzie

 

Bezstronność jest w powszechnym odbiorze synonimem nie tylko obiektywności i neutralności (kojarzona jest też ze sprawiedliwością i uczciwością), ale również braku zaangażowania. O ile są to wciąż cechy dość licznie oczekiwane od pracowników trzeciej władzy, o tyle brak zaangażowania ze strony mediów coraz częściej traktowany jest z podejrzliwością i nieufnością. Paradoksalnie to stronniczym mediom odbiorcy ufają dzisiaj niejednokrotnie bardziej niż tym, które wciąż usiłują nie opowiedzieć się po żadnej stronie. Będące aktualnie w natarciu myślenie „plemienne”, m. in. w sferze ideologii, buduje świat podzielony na „my” i „oni”, na „naszych” i „obcych”. Media, które w tym świecie zechcą stać obok, siedzieć okrakiem na barykadzie, mają niewielkie szanse przetrwania.

 

Czy kiedyś wróci w świecie mass mediów zapotrzebowanie na bezstronność? Niewykluczone. Jednak dojrzewanie do niej, do powszechnego doceniania jej wartości, może potrwać długo.

 

Ks. Artur Stopka

Potrzeba języka, który leczy – KS. MARIUSZ FRUKACZ o mediach w czasie protestów

Zaangażowanie mediów i konkretnych dziennikarzy po jednej ze stron niepokojów społecznych rodzi pytania o ich wiarygodność i niezależność.

 

Na ulicach polskich miast i mniejszych miejscowości trwają protesty zorganizowane m.in. przez „Strajk Kobiet”. Ich uczestnicy, w dużej części ludzie młodzi, posługując się wulgaryzmami domagają się prawa do aborcji, wolnego wyboru. Miejscami wyładowania agresji okazały się świątynie katolickie. Mogliśmy zobaczyć brutalny atak na budynki, ludzi broniących świątyń, wdzieranie się do świątyni z hasłami profanującymi sakralność ich przestrzeni. To wszystko relacjonowały media. Jednak czy tylko przekazywały informacje?

 

Co z obiektywizmem w mediach?

 

Już nikt nie stara się nawet udawać żadnego obiektywizmu. Widzimy, że zdecydowana większość mediów jawnie opowiedziała się po jednej ze stron. Jak można nazwać obiektywnym dziennikarstwem udział dziennikarki „Gazety Wyborczej” w manifestacji popierającej postulaty „Strajku Kobiet”, czy promocję haseł: „Idziemy po Was!”, czy też hasztagu #ToJestWojna? Oczywiście każdy ma prawo do własnych poglądów i wyrażania ich. Jednak dziennikarz musi mieć świadomość, że jego głównym zadaniem jest informowanie społeczeństwa. Obecna sytuacja rodzi zatem pytania: Jak to, co się obecnie dzieje w Polsce, wpłynie na dziennikarstwo i czy dziennikarstwo będzie wiarygodne w przyszłości?

 

Profile Cyrenejczyka

 

Oczywiście media są jednym z wielkich znaków wolności. Ponadto w Polsce są one również dłużnikami polskiej drogi do wolności. Dziennikarze starszego pokolenia często przypominają, że zrywanie kagańca cenzury i walka o wolność słowa to był ogromny trud. W mediach ważna jest wolność słowa, ale nie może ona oznaczać braku szacunku dla wartości i godności człowieka. Wolność musi oznaczać odpowiedzialność za słowo i za przekaz medialny. Dziennikarz także musi pamiętać, że tak naprawdę nie ma absolutnej wolności, bo jej granicą jest zawsze dobro drugiego człowieka.

 

Myślę, że takim dobrym zobrazowaniem granic wolności jest piąta stacja nabożeństwa Drogi Krzyżowej, kiedy Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi. W Ewangelii czytamy, że „przymusili Szymona idącego z pola, aby niósł krzyż Jego”. Okazuje się, że przymus i wolność człowieka, to dylemat, o który walczy świat. W mojej pracy dziennikarskiej zawsze uważałem i nadal tak uważam, że trzeba zmagać się o człowieka. Nawet jeśli piszę o tym, że w świecie istnieje zło i  ten świat jest również przesiąknięty wulgaryzmem, cierpieniem, niesprawiedliwością, to szukam pokładów dobra. Nie chcę podpalać, obrażać i zadawać śmierci cywilnej ludziom takim czy innym artykułem. Chcę być Cyrenejczykiem, mieć „profil Cyrenejczyka”, jak zatytułował jeden ze swoich poematów Karol Wojtyła, i pomóc ludziom dźwigać ich ciężary, nieść jakieś rozwiązanie trudnych spraw. Wiem, jestem idealistą! Już kiedyś cytowałem słowa sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego, ale powtórzę je, bo są bardzo aktualne w dzisiejszej sytuacji w Polsce. Słowa te Prymas Tysiąclecia powiedział na Jasnej Górze w 1958 r. podczas ogólnopolskiej pielgrzymki pisarzy i prosił ich, aby jak psy lizały rany narodu: „Język leczący rany nędzarza! Język liżący rany, gdy nikt już nie chce tego czynić, «psi język». …macie być psami, może jedynymi, którym została jeszcze odrobina miłości do człowieka pokaleczonego i poranionego! Wasz język musi im służyć, gdy ludzie wielcy i wspaniali, ucztujący w pałacach, już nie widzą człowieka poranionego, wyrzuconego na ulicę, wciąż jeszcze bitego i kopanego! Ktoś musi się nad nimi zlitować, bo to przecież twój brat, twój rodak! A chociaż byłby i twoim wrogiem – człowiekiem jest! […] Nazwałem Was «psami» dlatego, że to właściwie Wy musicie użyć swego języka, aby «wylizać rany» pobitych. I nie cofnę tej nazwy! Bądźcie raczej psami, abyście tylko pełnili zadanie, które tak jest potrzebne cierpiącej duszy Narodu” – powiedział kard. Wyszyński.

 

Ludzie społecznego zaufania

 

Dziennikarze to ludzie społecznego zaufania. Dzisiaj świat współczesny wpatruje się w media i ufa mediom, często bezkrytycznie, bezrefleksyjnie. W debacie publicznej nie powinno być miejsca dla bylejakości, koniunkturalizmu i kompromisów z duchem tego świata. Ludzie mediów mają ogromną rolę w formowaniu dzieci, młodego pokolenia przez media i wychowania ich do właściwego reagowania na media i przekaz medialny.

 

Młodzi ludzie są bardzo podatni na przekaz medialny. Nie potrafią ze względu na swe niewielkie doświadczenie życiowe nabrać dystansu do tego, co podsuwa im internet, telewizja, prasa, radio, nie potrafią patrzeć na to z dystansem, krytycznie, często utożsamiają się w całościowy sposób z rzeczywistością medialną. Papież Benedykt XVI już w 2007 r. zwrócił uwagę na niebezpieczeństwo, które młodemu pokoleniu niosą media poddane presji komercji. „Wszelka tendencja do produkcji programów – nie wyłączając filmów animowanych i gier komputerowych – które w imię rozrywki sławią przemoc, odzwierciedlają postawy antyspołeczne czy wulgaryzują ludzką płciowość, stanowi perwersję, szczególnie wówczas, gdy programy te przeznaczone są dla dzieci i dorastającej młodzieży. Jak wytłumaczyć tę «rozrywkę» niezliczonym niewinnym młodym ludziom, którzy w rzeczywistości są ofiarami przemocy, wyzysku i nadużyć?” – napisał Benedykt XVI w Orędziu na 41. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

 

Wówczas papież przypomniał dziennikarzom: „Podobnie jak wszelkie wychowanie, również to do mediów wymaga formacji do korzystania z wolności. Jest to odpowiedzialność zobowiązująca. Zbyt często wolność przedstawiana jest jako niestrudzone poszukiwanie przyjemności lub nowych doświadczeń. To jest przekleństwo, a nie wyzwolenie! Prawdziwa wolność nie skazałaby nigdy nikogo – przede wszystkim dziecka – na niezaspokojoną pogoń za nowością. W świetle prawdy, rzeczywista wolność jest doświadczana jako ostateczna odpowiedź na «tak»  Boga wobec ludzkości, wzywając nas do wyboru, nie nieroztropnie, lecz rozmyślnie, tego wszystkiego, co jest dobre, prawdziwe i piękne”. Całe Orędzie można przeczytać TUTAJ.

 

Wiarygodność i niezależność

 

Zaangażowanie mediów i konkretnych dziennikarzy po jednej ze stron niepokojów społecznych rodzi pytania o ich wiarygodność i niezależność. Warto w tym kontekście przypomnieć wyniki badań socjologicznych przeprowadzonych przez Centrum Badań Opinii Społecznej w 2019 r. Socjologowie CBOS przebadali poziom zaufania Polaków do mediów. Okazało się, że 56 proc. respondentów uważało, iż większość mediów jest stronnicza. Ponadto ponad połowa badanych (59%, spadek o 5 punktów procentowych w stosunku do 2017 r.) uważało, że obecnie dziennikarze zamiast informować, wyrażają własne poglądy.

 

Oczywiście temat niezależności mediów jest skomplikowany. Jak zauważył w wywiadzie dla „Niedzieli” ks. dr hab. Michał Drożdż, profesor UPJP II – przewodniczący Naczelnego Sądu Dziennikarskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich: „Media mają swoich właścicieli, linie programowe, założenia ideologiczne. Mają też kontekst komercyjny, niektóre koncerny medialne są spółkami giełdowymi. Gdyby przyjąć absolutny punkt odniesienia, to nie ma mediów niezależnych, bo są one zależne np. od właściciela i to on ma prawo decydować o linii programowej. Doświadczenia są także takie, że wpływa on na pracę dziennikarską. Ma to jednak swoje granice, bo ten wpływ odbija się na wiarygodności medium. Gdy patrzymy na niezależność mediów, musimy ustalić punkt odniesienia. Jeśli ustawimy właściwe proporcje zależności i na pierwszym miejscu media i dziennikarze w nich pracujący będą zależni od wartości etycznych – prawdomówności i uczciwości – to wtedy wszelkie inne, konieczne i naturalne, zależności będą wtórne i nie będą odgrywać głównej roli” (całość TUTAJ).

 

Na pewno w kontekście wydarzeń w Polsce trzeba ciągle pytać o etykę pracy dziennikarzy. Tak, żeby w przyszłości było miejsce na wiarygodność i uczciwość.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika  Katolickiego „Niedziela”

 

ADAM SOCHA: Albo jesteś z nami, albo przeciw nam

Na samym początku mojej drogi dziennikarskiej, a pracę zacząłem 1 maja 1981 roku, dostałem lekcję obiektywizmu dziennikarskiego od śp. red. naczelnego tygodnika „Kontakty” Stanisława Zagórskiego. Otóż, jako dziennikarz uczestniczyłem w rozmowach wojewody łomżyńskiego z przywódcami mazowieckiego oddziału „Solidarności” w Łomży. W pewnym momencie widząc, że robotnicy nie radzą sobie z retoryką wojewody, wsparłem ich występując niejako w roli samozwańczego rzecznika prasowego.

 

Po powrocie do redakcji red. Zagórski zapytał mnie, w jakim charakterze byłem na spotkaniu u wojewody? Ta lekcja wystarczyła mi na całe dalsze zawodowe życie. Dodam, że „Kontakty” drukowały wszystko, co napisałem, nawet poszedł wywiad z Jackiem Kuroniem ze Zjazdu „Solidarności” w Hali Olivii (taki wywiad wydrukował jeszcze tylko „Sztandar Młodych”).

 

Obecnie, podczas trwających od 22 października ulicznych protestów po wyroku TK na temat aborcji eugenicznej, gros dziennikarzy i redakcji natychmiast stała się rzecznikami prasowymi, z jednej strony protestujących, a z drugiej strony rządu.

 

Ale to nie jest nihil novi pod polskim słońcem. To tylko kolejna odsłona tego samego widowiska. Ten podział ról dokonał się na dobre po zwycięstwie PiS-u w 2015 roku. Media, które nie uznały demokratycznego werdyktu (TVN, Wyborcza, Newsweek, Fakt, onet.pl) z miejsca zaczęły atakować rząd, a wszystkie chwyty stały się dozwolone. Z drugiej strony barykady uformował się obóz mediów, które wspomogły PiS w osiągnięciu zwycięstwa w wyborach (kluby „Gazety Polskiej”), po czym zaczął atakować media opozycyjne i opozycję.

W zasadzie w wielu przypadkach trudno było odróżnić, kto jeszcze występuje w roli dziennikarza, a kto już polityka? Np. Tomasz Lis krzyczący pod Sejmem na manifestacji KOD-u 19 grudnia 2015 roku:

Witam Was wszystkich: Komuniści, złodzieje, ludzie gorszego sortu. Ludzie, którzy nie mają głów, wszyscy zaprzedani. Mogą zamykać nam programy, wyłączać mikrofony, ale nigdy nie zamkną nam ust” – zaczął swoje wystąpienie Tomasz Lis. – „Czy pozwolimy odebrać sobie wolność i demokrację w imię kaprysu jednego człowieka?”

 

Wyborcza to od dawna aktywny uczestnik walki o władzę. Teraz wspiera Ogólnopolski Strajk Kobiet, także finansowo dołączając plakat ze słowem „Wyp………” oraz przekazując wpływy z prenumeraty na rzecz OSK.

 

To jeszcze mówił dziennikarz czy już polityk? Redaktor naczelny „Polityki” Mieczysław Franciszek Rakowski cały czas wbijał do głów swoim dziennikarzom: „pamiętajcie, nie jesteście tylko dziennikarzami, jesteście też politykami”. I ta nauka nie poszła w las.

 

Czytelnicy, którzy podzielili się na dwa nienawistne plemiona wręcz żądają od „swoich” mediów ostrego atakowania przeciwnika, wyłapywania i wyolbrzymiania każdego potknięcia, niezręcznego słowa. Czytelnicy zachowują się jak kibice na meczu bokserskim, krzyczą do swoich pięściarzy: „tak, dowal mu!, dobij go!”, nie widzą  żadnego ciosu poniżej pasa swojego zawodnika.

 

Ten rodzaj czytelników najbardziej nienawidzi dziennikarzy, którzy za wszelką cenę starają się zachować obiektywizm i pęłnić role lustra idącego gościńcem.

 

Doświadczyłem tego teraz, gdy przez trzy kolejne dni chodziłem w pochodach w Olsztynie i rozmawiałem z jego uczestniczkami, głównie studentkami. Publikowałem wiernie te rozmowy na portalu debata.olsztyn.pl, bez komentarza, jedynie dodając relacje z przebiegu demonstracji.

 

Czytelnicy z obu plemion byli niezadowoleni. Czytelnik utożsamiający się z strajkiem kobiet zarzucił mi na forum portalu, że moje rozmowy z protestującymi kobietami to…. Konfabulacja, że je zmyśliłem! (Mam nagrania). Domyślam się, o co mu chodziło. Zamiast jedynie rejestrować wypowiedzi, zadawałem pytania, wyrażałem swoje wątpliwości, co sprawiało, że niektóre rozmówczynie ukazywały pustkę w głowie. Czytelnik uznałby taki przebieg rozmowy, który byłby zgodny z przekazem dnia Marty Lempart. Nawet tak zaangażowane po stronie rewolucji Radio TOK FM (Grupa Radiowa Agory) przeprosiło słuchaczy za to, że do dyskusji w porannym paśmie o protestach po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ograniczającego prawo do aborcji zaproszono mało kobiet. – Popełniliśmy błąd. Nie odpowiedzieliśmy adekwatnie na sytuację, w której wszyscy się znaleźliśmy – przyznała redakcja.

 

Z drugiej strony fakt, że publikuję rozmowy z protestującymi kobietami przez czytelników utożsamiających się z PiS-em czy hierarchią kościelną osądzany jest jednoznacznie: portal debata.olsztyn.pl przeszedł na stronę „barbarii”.

 

Ale ja wiem, że jest milczący środek (nie dokonuje wpisów), który czyta mnie od dziesiątków lat i nigdy nie zawiódł się na mojej rzetelności. Redaktor naczelny „Gazety Olsztyńskiej” powiedział mi swego czasu: „Nawet ci, którzy ciebie nienawidzą, prywatnie przyznają, że Socha pisze prawdę”.

 

Toteż, tak jak ja, gdy wyszukuję wiarygodnych źródeł informacji, to sięgam np. po „Dziennik Gazetę Prawną” czy włączam Wydarzenia Polsatu, tak też są czytelnicy, którzy poszukują prawdy i jakoś wiedzą, na którym portalu, której redakcji, któremu dziennikarzowi można zaufać. Takich czytelników i takich dziennikarzy, niestety jest coraz mniej.

 

Masy nie potrzebują prawdy, zresztą w świecie ponowoczesnym kategoria prawdy przestała istnieć. Prawdą jest to, co zostanie tak nazwane przez dane medium.  Masy krzyczą: „Albo jesteś z nami, albo przeciw nam”. Syn Krauzego bije do krwi operatora TVP, bojówkarze we Wrocławiu atakują dziennikarki Wyborczej.

A będzie jeszcze gorzej.

 

Adam Socha

JADWIGA CHMIELOWSKA: Najważniejsza jest wolna Białoruś

Na Białorusi naród się przebudził. Suweren pragnie odzyskać władzę decyzyjną w kraju. Pragnie wyzwolić się spod władzy uzurpatora. To nieważne, na ile była to przygotowana na Kremlu prowokacja, aby Łukaszenkę wymienić na Babarykę czy kogoś innego, wygodnego dla  Moskwy. Ważne jest to, że Białorusini zobaczyli, ilu ich jest i że mogą wspólnie wybrać demokratycznie władzę w państwie. Moskale i tak nie będą stale wspierać Łukaszenki, bo jest to dla nich niewygodne i bezcelowe. Teraz mają problem na Kaukazie i zadrażnienia z Turcją. Podobnie było w 1980 roku w Polsce. Komuniści sprowokowali strajki jedynie w celu wymiany ekipy Gierka, ale sytuacja wymknęła się im spod kontroli i narodziła się Solidarność – ruch narodowowyzwoleńczy. Dziesięć lat później była szansa na pełną niepodległość, ale kunktatorstwo samozwańczych doradców i agenturalność Wałęsy doprowadziły do porozumienia z komunistami w Magdalence, a po „Okrągłym Stole” Polacy mają z pełną suwerennością problemy do dziś. Skutki grzechu zaniechań co rusz wychodzą na jaw!

 

Problem tkwi w tym, na ile Białorusini będą w stanie wybrać dobrze swoich nowych przywódców. Może warto pomyśleć o już sprawdzonych postaciach, które nigdy nie zawiodły w walce o niepodległość. W Polsce uwierzenie Wałęsie doprowadziło do tego, że naród kilka lat błądził po manowcach.

 

Historia już dawno dała odpowiedź na pytanie czy warto mieć wolne suwerenne i niepodległe państwo. Czy warto walczyć i nawet ginąć w interesie własnego narodu czy też obcego, a często naszych ciemiężycieli. Tak było pod Sadową, gdzie Polacy ginęli na wojnie Prus z Austrią w lipcu 1866r. Najwięcej wśród żołnierzy poległych w tej  bitwie po obu stronach  było Polaków.  Pisał o tym Czech Alois Jirásek w swoim opowiadaniu „Poranek po bitwie”. Jeden z  największych poetów polskich XIX w.  Cyprian Kamil Norwid w liście do Józefa Bogdana Zaleskiego relacjonował: „Pod Sadową głównie wygrali Polacy (hułany poznańskie), bijąc się i mordując z Polakami (hułany galicyjskie).

 

Największym grzechem w polityce jest grzech zaniechania i gnuśności. Za błędy dziadków płacą wnuki i prawnuki. Jarzmo rosyjskiej niewoli 123 lata próbowały zrzucić kolejne pokolenia Polaków, Białorusinów, Litwinów i Ukraińców. Tylko Litwie i Polsce udało się w 1918 roku wybić na niepodległość i tylko zachodnie ziemie Ukrainy i Białorusi do 1939 r. cieszyły się wolnością i demokracją. Niestety, to widać do dzisiaj, zwłaszcza na zachodzie Ukrainy, gdzie niewolę sowieckiej Rosji zobaczyli dopiero w 1939 roku. Tam właśnie do dziś jest silna identyfikacja narodowa, bo rusyfikacja nie zdążyła całkowicie zdewastować tożsamości kulturowej, a nawet jej podstawy, jaką jest znajomość języka.

 

Polityka rusyfikacji prowadzona była na ziemiach polskich w zaborze rosyjskim. Najbardziej ulegali jej pragnący robić karierę. Na szczęście wybuchały powstania, tak krytykowane obecnie przez środowiska prorosyjskie w Polsce. Walki te prowadziły do wyraźnego podziału na MY i ONI. Pozwalały kolejnym pokoleniom utrzymać tożsamość narodową. Największy bój toczył się o znajomość języka narodowego, historii, kultury i tradycji. Piszę o tym dlatego, że każdy naród powinien dbać o swą identyfikację. Litwinom, Łotyszom, Estończykom i Polakom sprzyjało to, że  wyróżniały ich inny alfabet i inna religia.

 

Ostatnie 30 lat to seria zaniedbań władz Białorusi. Na Ukrainie udało się przywrócić język ukraiński, który jest już powszechnie znany. Białorusini muszą teraz główny nacisk położyć na uczenie młodzieży języka i historii. Naród, aby przetrwać, musi być dumny ze swej tożsamości.

 

Nie chcę nikogo pouczać. Podaję tylko sprawdzone wzorce z Polski, Litwy Estonii i Łotwy po I wojnie światowej,  a zwłaszcza Ukrainy obecnie. Język to najważniejszy element identyfikacji narodowej. Białorusini powinni być dumni ze swojego języka, który był obowiązującym na dworze Wielkiego Księstwa Litewskiego. To właśnie dlatego nie było problemów językowych, gdy Jagiełło przybył do Krakowa i został królem Polski. Historia Rzeczpospolitej – Pierwszej Unii w Europie – jest również historią narodów ją tworzących. Wszyscy powinni być dumni z demokracji szlacheckiej (10 % społeczeństwa i stan otwarty dla tych, którzy bronią Ojczyzny) oraz pierwszej konstytucji w Europie.

 

Podczas II wojny światowej Białorusini mieli liczną partyzantkę niekomunistyczną. Po wojnie walczyła nadal we współpracy z oddziałami poakowskimi WIN i NSZ. Armia Czerwona postanowiła się rozprawić z białoruskimi patriotami.

 

„W 1944 roku mieszkańcy Mińska nie podjęli żadnej walki przeciwko Rosjanom, ale chowali się w piwnicach, czekając na nadejście Armii Czerwonej. Sowieci działaniami armii pancernych okrążyli Mińsk od północnego zachodu i zdobywali miasto od wschodu, walcząc z okrążoną w tym rejonie 4. Armią niemiecką.

 

W rezultacie tych walk zagładzie uległo 83 procent zabudowy miasta, w tym wszystkie zabytki i wszystkie zakłady przemysłowe. Życie straciło ponad 200 tys. mieszkańców (przed wybuchem wojny Mińsk liczył 270 tys. ludności).

 

Zanim doszło do walk o Mińsk, był on kilkakrotnie bombardowany przez sowieckie lotnictwo (na przełomie czerwca i lipca 1944 r.). Bombardowań dokonały cztery dywizje lotnicze gwardii lotnictwa dalekiego zasięgu. Celem był węzeł kolejowy, ale bombardowania były bardzo niecelne i ucierpiało przede wszystkim samo miasto.” – napisał na Fb prof. R. Szeremietiew. Tak więc, czy Powstanie Warszawskie by wybuchło czy nie, plany Moskwy były takie same – zniszczyć miasto i wymordować mieszkańców. Powtórzyli taki zamiar w czeskiej Pradze, ale Czechom udało się przy wsparciu zbuntowanych żołnierzy ROA, tzw. własowców, wyzwolić miasto z rąk niemieckich.

 

Po wojnie to, co jeszcze ze starówki w Mińsku zostało, zniszczono na rozkaz sowieciarzy i zbudowano socrealistyczne potworki.

 

Wolne, niepodległe, demokratyczne  Białoruś, Ukraina i Kraje Bałtyckie są w żywotnym interesie Polski. Gdyby Piłsudskiemu udało się w 1920 r. obronić niepodległe państwa Białoruś i Ukrainę, nie byłoby II wojny światowej. A nawet gdyby w Traktacie Ryskim w 1921 r. Polska, wzięła Mińsk, który chciał jej dać Lenin, Białoruś byłaby w innym położeniu. Tak jak na Zachodniej Ukrainie przetrwałaby białoruska narodowa kultura i język.

 

Teraz w naszym: polskim, ukraińskim i litewskim interesie musimy nie tylko trzymać kciuki za niepodległą Białoruś, ale pomóc im budować narodową tożsamość, np. dostarczać podręczniki do nauki języka i historii.

 

Na marginesie – cały świat powinien uczyć się teraz kultury politycznej od narodu białoruskiego. Białorusini potrafią manifestować swoje polityczne żądania, bo walczą o przyszłość swojej ojczyzny, którą  kochają. Dzicz, która wypełzła na ulice USA i państw demokracji zachodniej, a ostatnio dotarła nawet do Polski, dewastuje i niszczy wszystko dookoła.

WOJCIECH POKORA: Daleko zaszło, że do tego doszło

„Wesprzyj Wypierdalać, kup prenumeratę dla Ogólnopolskiego Strajku Kobiet”. Tak reklamuje się jeden z największych dzienników w Polsce informując, że wszystkie pieniądze ze sprzedanych w najbliższym tygodniu prenumerat przekaże na Ogólnopolski Strajk Kobiet. 

 

To chyba najbardziej jaskrawy przykład, z jednej strony wulgaryzacji języka w debacie publicznej i upowszechniania w mediach tzw. mowy nienawiści, a z drugiej, upolitycznienia mediów. O ile wulgaryzacja jest czymś nowym i jest duża szansa, że jednak się nie przyjmie, o tyle upolitycznienie niestety ma długą tradycję, sięgającą daleko dalej niż początki III RP.

 

Zacznę od wulgaryzmów i tzw. mowy nienawiści.  W 2014 roku w „Newsweeku” pojawił się artykuł pt. „Internet pełen nienawiści. Dopuszczamy szkalowanie Romów, muzułmanów i Żydów”. Autorka tekstu opisuje badanie przeprowadzone przez fundację „Wiedza Lokalna”, w ramach którego z bazy mowy nienawiści wybrano kilka stwierdzeń, a następnie przedstawiono je młodzieży i dorosłym by stwierdzić, czy wybrane sformułowania są ich zdaniem obraźliwe i czy powinny być akceptowane w przestrzeni publicznej. Konkluzją tego badania – i co za tym idzie artykułu – jest wypowiedź dr hab. Michała Bilewicza z Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego, który stwierdza, że „kontakt z mową nienawiści prowadzi do słabszego dostrzegania obraźliwości mowy nienawiści, większej deklarowanej dopuszczalności mowy nienawiści, a ostatecznie do mniejszej akceptacji mniejszości”, i że powinno się oddziaływać na dostawców usług internetowych oraz portale internetowe, by wzięły odpowiedzialność za przekazywane treści, „ponieważ jest to główne miejsce stykania się z mową nienawiści”. To słuszny postulat. Dodałbym do niego media. Jeśli będziemy akceptować obecność w debacie publicznej i w mediach tak wulgarnego języka, za chwilę zaakceptujemy przemoc fizyczną, oczywiście wymierzoną w określonego przeciwnika. Najpierw zdehumanizuje go język, później zbrodniczy czyn. Ktoś chce się założyć?

 

31 października 2020 roku w „Newsweeku” pojawił się wywiad z Michałem Rusinkiem zatytułowany „<<Wulgaryzmy i ekspresjonizmy mają swoje uzasadnienie>>. Michał Rusinek tłumaczy, co się odjaniepawla na protestach”. Tekst ma nas oswoić z nowym trendem, który pojawił się w związku z protestami i wytłumaczyć czytelnikom, że jeśli w przestrzeni publicznej postanowili siarczyście przekląć, szczególnie w kontekście nielubianej osoby lub formacji politycznej, to nie są chamami. Czytamy więc, że „wyraz <<wypierdalać>> jest niezwykły pod względem fonetycznym. Kryje w sobie brutalność, siłę, bunt, ale też wyzwolenie. Krzycząc je na ulicy, dajemy upust emocjom, pokazujemy siłę, że tak powiem, nieparlamentarnej demokracji”.

 

Oczywiście pan Michał Rusinek ma prawo do swojej opinii, a „Newsweek” ma prawo je publikować, jednak czy faktycznie należy starać się usprawiedliwiać sytuacje, które przekraczają granice dobrego obyczaju? Wydaje się, że jeszcze niedawno piewcy wulgaryzmów to rozumieli i sam Michał Rusinek na łamach „Gazety Wyborczej” (6 czerwca 2020) twierdził, że o ile nie oburza go już po „zdradzieckich mordach”, „kanaliach” i „najgorszym sorcie” nazwanie opozycji „chamską hołotą”, o tyle uznaje, że taki werbalny „atak na sejmową opozycję jest atakiem zarówno na demokratyczną instytucję Sejmu, a po drugie, na tych wyborców, którzy są przez nią reprezentowani”.

 

To ważny głos w debacie publicznej i dobrze, że znalazło się na niego miejsce na łamach dużej ogólnopolskiej gazety, tylko, czy w z perspektywy listopada 2020 ta opinia sprzed pięciu miesięcy nie brzmi fałszywie? Czyżby zasadą było dobieranie argumentów adekwatnie do przeciwnika i nie istniał jakiś obiektywny standard, który obowiązuje wszystkich? Uważny czytelnik wymienionych tytułów, a już szczególnie cytowanego autora, mógłby odnieść wrażenie, że jednak w niektórych przypadkach stosowane bywają podwójne standardy. Raz wulgaryzm psuje język, raz go wzbogaca. Raz należy szanować demokrację, innym razem można ją podważyć. Raz liczy się głos wyborcy wyrażony przy urnie, drugi raz wykrzyczany w emocjach na ulicy. Schizofrenia?

 

 

Niektóre portale zauważyły ten problem i starają się z tym walczyć. Oczywiście każdy walczy jak potrafi. Jest taki stary dowcip, o dwójce przyjaciół, która stoi przy klatce z żyrafą w ZOO. Po dłuższej obserwacji zwierzęcia, jeden z nich stwierdza – chodźmy stąd, takie zwierzę nie istnieje. Podobne zabiegi stosowane są także niestety w mediach. Trudno uwierzyć w to, co widzimy, ale nie wypada nam się z tą sytuacją skonfrontować? Postarajmy się przekonać czytelników, że to, co widzą, nie istnieje. Idąc tą drogą Onet w materiale pt. „To jest wojna, ale pełna miłości”, wyjaśnia:

 

Strajkujący wyszli na ulice, by pokazać swoją złość i zamanifestować brak przyzwolenia na odbieranie im praw i wolności. Pierwsze, co rzuca się w oczy, gdy patrzymy na relacje ze strajków, to pełne mocnych słów hasła, jednak zachowanie protestujących to coś więcej, niż bunt społeczny. To wyjątkowe świadectwo solidarności i troski”.

 

Zatem drogi czytelniku, przemoc werbalna i chuligańskie wybryki to przejaw miłości i świadectwo troski. Jeszcze jakieś pytania? Myślę, że w to tłumaczenie nie wierzą ani autorzy artykułu, ani czytelnicy. Jednak nie wypadało przejść koło klatki z żyrafą udając, że nie istnieje, w końcu jest to temat wart przynajmniej wierszówki.

 

Na temat upolitycznienia mediów powstało w Polsce tysiące publikacji. Trudno dziś o dziennikarza, który uniknąłby łatki zaangażowanego. Skoro tytuły prasowe kojarzone są z opcjami politycznymi (niektóre słusznie, bo wprost okazują swoje zaangażowanie w spór polityczny), to pracujący w nich dziennikarze często utożsamiani są z linią redakcyjną, i rykoszetem otrzymują swoją łatkę. Trudno z tym walczyć w spolaryzowanym społeczeństwie. Skoro scena polityczna podzielona jest na dwa obozy, to łatwiej się odbiera rzeczywistość dzieląc na te obozy wszystkich. Najczęstszą zasadą jest ta, że dziennikarz, który głosi opinię odmienną od mojej, jest upolityczniony. Ten, który pisze zgodnie z moimi oczekiwaniami, jest niezależny. Zasada jest generalna ale są od niej wyjątki. Prawdziwie upolitycznieni dziennikarze.

 

3 lipca 1989 roku w „Gazecie Wyborczej” pojawił się tekst Adama Michnika pt. „Wasz prezydent, nasz premier”. Myślę, że to jest w III RP wzorzec z Sèvres upolitycznionego dziennikarstwa. Redaktor naczelny ogólnopolskiego dziennika pisze tekst głęboko zaangażowany politycznie, czym odciska piętno na całym współczesnym dziennikarstwie. Odtąd można opowiadać się na łamach prowadzonej przez siebie gazety (lub radia, portalu, telewizji w której się pracuje) za określoną opcją polityczną uznając, że jako obywatel mam prawo do swojej opinii. Dziennikarz jest od tego momentu jednym z uczestników debaty i ogranicza go jedynie zasięg mediów, w których pracuje. Nic bardziej błędnego.

 

 

Dostrzega to BBC, którego szef ogłosił właśnie (cytaty za Press), że „BBC musi służyć wszystkim w taki sam sposób” w związku z czym dziennikarze zatrudnieni w tym koncernie medialnym zobowiązani są do obiektywizmu w mediach społecznościowych. Dziennikarze nie będą mogli wyrażać opinii, które chociażby zasugerowałyby ich poglądy, mają przestać wdawać się w kłótnie w Internecie i nie budować osobistej marki. Dlaczego? „Po to, aby przestali wdawać się w kłótnie w Internecie i nie próbowali budować swojej osobistej marki w mediach społecznościowych, bo to drugorzędne w stosunku do ich obowiązków jako pracowników BBC”. Co to oznacza? Dziennikarz jest jak żona Cezara. Nie wyraża swoich opinii ani w miejscu pracy, ani w mediach społecznościowych. Obserwuje, nie uczestniczy.

 

Ostatnie dni są przesileniem nie tylko w życiu społecznym, ale też w życiu mediów. Te wszystkie „wypierdalać” zamieszczone na profilach w mediach społecznościowych dziennikarzy, pioruny, wzajemne bluzgi, triumfalizm pojawiający się w wypowiedziach, wszystkie elementy określające zajmowane stanowisko w toczącym się sporze pokazują, że daleko odeszliśmy od zasady obiektywizmu. Zostaje nam albo się do tego przyznać i nie debatować więcej nad standardami, chyba że w celu kreślenia nowych granic, albo się cofnąć. Optuję za tym drugim.

 

Wojciech Pokora

Jako dziennikarze zaorzemy się sami – uważa ŁUKASZ WARZECHA

Mam zasadę: jako dziennikarz nigdy nie biorę udziału w politycznych demonstracjach. Nawet, jeśli się z nimi zgadzam. Uważam to za część dobrej praktyki oddzielania swoich emocji od pracy, polegającej na analizowaniu, przedstawianiu argumentów, relacjonowaniu tego, co się dzieje. To wymaga dystansu. Nigdy nie przyjmowałem argumentu, przytaczanego przez wielu kolegów tej zasady nieprzestrzegających, że „dziennikarz to również obywatel”. Tak, ale w specyficznej roli, która nakłada na nas – w moim przekonaniu – pewne ograniczenia. Są zawody, w których zakazane jest strajkowanie, mimo że przecież członkowie tych profesji nie zostali pozbawieni praw obywatelskich. Na podobnej zasadzie – choć nie jest to kwestia przepisów – dziennikarze, w tym również publicyści i komentatorzy, powinni sami sobie zakazać otwartego zaangażowania politycznego. Co nie oznacza, że mają nie mieć poglądów.

 

Wiem – to fikcja. Tomasz Sakiewicz przemawiał na wiecach PiS, a Tomasz Lis podskakiwał na wiecach opozycji. Żaden z nich nie widział w swoim zachowaniu niczego niestosownego. Nie mówimy więc o zjawisku nowym, lecz dziś nabiera ono mimo wszystko nowego wymiaru. Z zażenowaniem patrzyłem na stronę główną portalu Gazeta.pl w trakcie dużych demonstracji Strajku Kobiet, gdy zamiast niektórych tekstów widniały tam ramki z napisem: „Tu miał być tekst informacyjny, ale strajkujemy”. To nie tylko było świadectwo jawnego zaangażowania w konflikt polityczny, dalece przekraczającego granice nawet mocno emocjonalnej relacji, ale też był to porażający nonsens: portal, który przecież z całej siły popiera protesty, pozbawia własnych czytelników dostępu do części informacji, być może właśnie o tych protestach, bo podobno ktoś tam w tymże portalu strajkuje. Nie wiem naprawdę, kogo i do czego miało to przekonać.

 

Mało tego – „Gazeta Wyborcza” uruchomiła akcję specjalnej prenumeraty, z której zebrano ponad 300 tys. zł na wsparcie Strajku Kobiet, promowaną w dodatku hasłem ze sztandarowym wulgaryzmem. To, nawiasem mówiąc, kolejne przełamanie bariery, której istnienie kazało do tej pory, przynajmniej w mediach głównego nurtu, ewidentne wulgaryzmy wykropkowywać. Media wspierające protesty nie tylko tego nie czynią – legitymizując w ten sposób schamienie języka publicznego – ale też wprowadziły obecne podczas protestów wulgaryzmy do standardowego języka swoich tekstów, czyli – posługując się fachowym językiem – do tzw. stylebooka. W swoją drogą ciekawym i idącym pod prąd linii GW felietonie w tejże gazecie Dawida Warszawskiego cały czas posługuje się słowem na „w” i nie jest ono wykropkowane.

 

W ten oto sposób GW stała się praktycznie biuletynem protestujących, trudno zatem traktować ją jako wiarygodne źródło informacji – chyba że ktoś umie i lubi oddzielać ziarno od plew, no i ma na to czas. Weźmy dla przykładu tekst, który miał opisywać, jak to rzekomo kierowca prezesa NIK fizycznie zaatakował nastolatkę, blokującą jedną z ulic w stolicy. Pomińmy już fakt, że tekst w żaden sposób nie zajął się drugą stroną medalu, czyli utrudnieniami dla niezaangażowanych w protesty ludzi, jakie wywołują blokady ulic. Przede wszystkim jednak przedstawiono w nim – w formie wywiadu – relację tylko jednej strony, czyli dziewczyny biorącej udział w proteście, nie starając się nawet zweryfikować jej w jakichkolwiek innych źródłach. To wbrew wszelkim zasadom dziennikarskiej staranności, ale przecież świetnie wiemy, że staranność nie ma tu żadnego znaczenia.

 

By jednak nie było wątpliwości: po drugiej stronie znajdziemy mnóstwo mediów, z telewizją państwową na czele, które przyjęły rolę biuletynów strony przeciwnej. Nie powinno to być w zasadzie zaskakujące, bo w mediach od dawna widzimy zjawisko odpowiadające kopernikańskiej zasadzie, że gorszy pieniądz wypiera lepszy – przy czym tym „gorszym pieniądzem” są media już nawet nie tożsamościowe (które też przyczyniają się do olbrzymiego spadku jakości mediów w ogóle), ale wprost wspierające tę czy inną siłę polityczną. Zaś w wypadku konfliktu o aborcję – jeden czy drugi obóz. Niestety, nie bardzo widać refleksję nad tym, do czego nas to prowadzi. Ta bezrefleksyjność akurat zresztą nie odbiega od średniej w innych dziedzinach życia.

 

Czuję się jak wołający na pustyni, bo przed postępującą w błyskawicznym tempie degeneracją mediów – w tym zwłaszcza państwowych, ale przecież nie tylko – przestrzegam od kilku lat, również na portalu SDP. Bez efektu. Można odnieść wrażenie, że bardzo wielu dziennikarzy poczuło się świetnie w roli politycznych agitatorów – wręcz jakby ktoś zdjął im z barków uciążliwy obowiązek pohamowania ich partyjnych czy światopoglądowych sympatii. Im zaś ostrzejszy konflikt, im głębsza polaryzacja, im agresywniejsi demonstranci – tym łatwiej puszczają w mediach hamulce.

 

Cóż, pozostaje powtarzać: my sami, dziennikarze, pracujemy na zaoranie naszego zawodu. Pozostaje nadzieja, że obronią się, choćby jako nisza, miejsca, które tej tendencji się nie poddadzą.

 

Łukasz Warzecha