Kto nad czym jeszcze panuje – komentarz JAROSŁAWA WARZECHY

Brutalne atakowanie przez policję dziennikarzy i ciężkie zranienie z broni gładkolufowej naszego kolegi, 74-letniego fotoreportera „Tygodnika Solidarność” Tomasza Gutrego podczas Marszu Niepodległości rodzi pytanie zasadnicze – czy minister Mariusz Kamiński jeszcze panuje nad policją? A w związku z tym – czy policja prowadzi własną politykę, co mogło się przejawiać łagodnością w stosunku do działań dziennikarzy i demonstrantów wyprowadzonych na ulicę przez Martę Lempart i brutalnością w stosunku do dziennikarzy i uczestników Marszu Niepodległości.

 

Odpowiedź na drugie z pytań może się zawierać nie tylko w nieproporcjonalności zachowań policji w stosunku do obu wydarzeń, ale związane z tzw. „strajkiem kobiet” drobne wydarzenia w samej policji. A to na przykład udokumentowane w sieci oklaski pani policjantki dla demonstrantów Lempart, występowanie policjantów z namalowanymi błyskawicami i inne. Nie słyszałem by owi policjanci zostali wydaleni ze służby. A taka demonstracja to złamanie podstawowych zasad zawodowej etyki policjanta. Bezkarność owych zachowań może świadczyć tylko o jednym – Komenda Główna Policji, czy też komendy niższego szczebla prowadzą własną politykę. Ergo – ministerstwo nie panuje nad tą, jedną z najważniejszych w kraju, formacją siłową.

 

Wracając do naszego ciężko rannego kolegi dziennikarza. Nie ma żadnej wątpliwości, że strzał został oddany z bardzo bliskiej odległości. Strzelec widział dobrze cel i wiedział, że celuje w głowę. Działał celowo i z pełną świadomością. Między bajki można włożyć ewentualne tłumaczenia, że policja nie jest w stanie zidentyfikować strzelca. Kto zapoznał się z technikami działania tzw. zwartych oddziałów policji, dobrze wie, że ta identyfikacja już jest. Jeżeli policja nie poda identyfikacji, to znaczy, że nie chce. Nie wyciągając już dalszych wniosków, co do panowania nad nią ministra.

 

I jeszcze jedna drobna sprawa. Z wypowiedzi samych rzeczników policji wiemy, że wśród demonstrantów Marszu Niepodległości znajdowali się policyjni agenci po cywilnemu. W jakim celu? I co tam robili, bo ich działania też policja ma udokumentowane. Dlaczego takich agentów nie było podczas demonstracji Lempart? Chyba, że byli i też brali udział w dewastacji kościołów, rzucaniu w policję butelkami i obrzucaniu wulgaryzmami.

 

I na zakończenie. Panie Ministrze niech pan przestanie tłumaczyć to, co się stało wczoraj, póki sprawa nie zostanie wyjaśniona do końca. Inaczej to wygląda dosyć żałośnie.

 

Jarosław Warzecha

Protest CMWP SDP przeciwko atakom na dziennikarzy podczas Marszu Niepodległości

CMWP SDP z najwyższym niepokojem odnotowuje działania policji w stosunku do dziennikarzy w czasie Marszu Niepodległości 11 listopada 2020 i apeluje do Komendanta Głównego Policji i szefa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji o szczegółowe wyjaśnienie wszystkich okoliczności zajść, w których ucierpieli dziennikarze oraz domaga się surowego ukarania osób winnych tych sytuacji.

 

 Najbardziej bulwersującą i wymagającą pilnego, skrupulatnego wyjaśnienia jest sprawa postrzelenia w twarz fotoreportera Tygodnika Solidarność Tomasza Gutrego. Jak poinformowano w serwisie internetowym tego tygodnika, Tomasz Gutry został postrzelony gumową kulą, gdy 11.11.20 fotografował działania policjantów na rondzie de Gaulle’a w Warszawie. Tomasz Gutry został postrzelony z kilku metrów, kula utkwiła w ranie, a fotoreporter trafił do szpitala, gdzie miał być być operowany.

 

Późnym wieczorem 11 listopada pojawiły się w Internecie nagrania starć policjantów na stacji kolejowej PKP Stadion. Widać i słychać na nich, jak funkcjonariusze używają pałek także w stosunku do dziennikarzy i fotoreporterów, mimo tego iż mają oni w rękach widoczny sprzęt reporterski (np. aparaty fotograficzne) oraz oznakowane kamizelki (lub inne elementy ubioru) z napisem „Press” . Jedną z poszkodowanych w tym miejscu osób jest dziennikarka tygodnika Newsweek Polska red. Renata Kim, o czym poinformowała ona na swoim profilu na Facebooku.

 

CMWP przypomina, że fizyczne ataki na dziennikarzy, operatorów, czy fotoreporterów są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca. Bezpieczeństwo pracy osób relacjonujących wszelkie wydarzenia, w tym te wywołujące silne społeczne emocje, powinno być zawsze przedmiotem troski wszystkich stron zaangażowanych w sytuację konfliktową, a zgodnie z obowiązującym prawem one zobowiązane one są do zapewnienia dziennikarzom i osobom z nimi pracującym warunków pracy niezagrażających ich życiu i zdrowiu. Niedopuszczalne jest przy tym, by dziennikarze byli ofiarami działań policjantów, czyli osób stojących na straży ładu i bezpieczeństwa w państwie.

 

CMWP SDP po raz kolejny apeluje do władz i organizacji publicznych, by podjęły działania zapobiegające wszelkim atakom na wykonujących swoje obowiązki dziennikarzy i osoby pracujące w mediach.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

 

Warszawa, 11 listopada 2020 r.

Co palisz? –  MIROSŁAW USIDUS o narkotyku, jakim jest Facebook

Jeśli wydaje wam się, że odwiedzacie Facebooka z własnej woli i dla własnej przyjemności, to zgadza się, wydaje wam się. Odwiedzacie go regularnie, publikujecie, lubicie i komentujecie, bo chce tego Facebook.

 

Były wysoko postawiony manager Facebooka d.s. monetyzacji, Tim Kendall, który pracował dla Marka Zuckerberga w kluczowych latach wzrostu od 2006 do 2010 roku, pod koniec września tego roku był przesłuchiwany w amerykańskiej Izbie Reprezentantów.  Zapytano go o rolę mediów społecznościowych w rozpowszechnianiu treści ekstremistycznych. Zdradził, co powiedział jego były pracodawca. Otóż Mark Zuckerbega, podobnie jak wielkie firmy tytoniowe, skupiał się głównie na tym, by jego produkt był jak najbardziej uzależniający.

 

Sięgaliśmy do podręcznika metod stosowanych przez Big Tobacco („Wielki Tytoń”, koncerny tytoniowe), pracując intensywnie, aby nasza oferta nade wszystko była uzależniająca,” mówił Tim Kendall. „Firmy tytoniowe początkowo chciały tylko tego, aby działanie nikotyny wzmocnić.  Ale ostatecznie to nie wystarczało do rozwoju biznesu w tak szybkim tempie, jakby tego chcieli. Dlatego zaczęto dodawać cukier i mentol do papierosów, aby utrzymać dym w płucach przez dłuższy czas. Na Facebooku, dodawaliśmy z kolei mechanizmy takie jak aktualizacje statusu, tagowanie zdjęć i funkcje ‘lubię to’, co uczyniło status i reputację społecznościową czymś najważniejszym dla użytkownika i od tego właśnie najsilniej się uzależniali. Obecnie to już problem z dziedziny zdrowia psychicznego”.

 

Firmy tytoniowe dodawały amoniak do papierosów, aby przyspieszyć proces przenikania nikotyny do mózgu,” snuł analogię Kendall. W jego ocenie w społecznościach podobną rolę odgrywają „ekstremalne, rozpalające emocje treści, szokujące obrazy, brutalne filmy wideo i nagłówki, które wywołują zaostrzanie plemiennych podziałów”. Wszystko to, jak dodał, prowadzi do „ekstremalnego angażowania” i coraz silniejszego napływu zysków do kasy Facebooka. „Platforma jest w stanie dostarczyć tę rozpalającą emocje treść do właściwej osoby, we właściwym czasie, w taki sposób jak dana osoba właśnie oczekuje. To jest ich amoniak,” skwitował zeznający.

 

Media społecznościowe żerują na najbardziej pierwotnych obszarach ludzkiego mózgu. Algorytm maksymalizuje uwagę użytkownika, uderzając go wielokrotnie treściami, które wyzwalają w nim najsilniejsze emocje. Wszystko tu ma na celu prowokację, wstrząs i wściekłość. Kiedy widzisz coś, z czym się nie zgadzasz, czujesz się zmuszony do ostrej odpowiedzi, ataku. Ludzie reprezentujący przeciwne poglądy mają te same impulsy. Za kontynuację cyklu odpowiada wszyty w mechanizm serwujący treści algorytm. Chętnie i suto dostarcza broni obu stronom sporu w niekończącej się wojnie na słowa i dezinformację. Technologia ta jest coraz inteligentniejsza i skuteczniejsza w wyzwalaniu emocjonalnych reakcji.

 

Były ważny manager Facebooka podkreśla, że to nie przypadek, niezamierzony efekt czy niespodzianka dla projektantów systemu. On od początku został zaprojektowany z myślą by tak działać, bo generowanie skrajnych emocji i aktywności użytkowników jest korzystne dla Facebooka, przekłada się na brzęczącą monetę. Sam Kendall mówi, że teraz żałuje tego, do czego przyłożył rękę, choć wtedy, kilkanaście lat temu, nie zdawał sobie jeszcze sprawy, co to wszystko oznacza. Zapewnia, że chce teraz, przez mówienie prawdy o naturze platformy, naprawić to wszystko.

 

Kendall nie jest jedynym byłym pracownikiem Facebooka, który obecnie wyraża żal z powodu swojej dotychczasowej pracy i zajmuje stanowisko przeciwko firmie. Inni również doszli do wniosku, że na Facebooku już dawno należało wprowadzić jakąś regulację lub zewnętrzny nacisk na jej egzekwowanie.

 

Współzałożyciel Facebooka, Chris Hughes, opublikował w zeszłym roku długi list wzywający organy regulacyjne USA do rozbicia firmy. Prezes Facebooka, Mark Zuckerberg, jak pisze Hughes, „jest dobrą, miłą osobą”, zaznaczając jednocześnie, że „jest zły, że skupienie się na rozwoju biznesu doprowadziło go do poświęcenia bezpieczeństwa i dobra społecznego dla klików”. „Rząd musi pociągnąć Marka do odpowiedzialności. Czas rozbić Facebooka,” wzywa Hughes. Powtórzył ten apel na spotkaniu z Wydziałem Antymonopolowym Departamentu Sprawiedliwości, Federalną Komisją Handlu i biurem nowojorskiego prokuratora generalnego Letitii James.

 

Błękitny dealer

 

O „heroinie mediów społecznościowych” pisałem już na dziewięć miesięcy przez zeznaniami Kendalla, w styczniu 2020 roku. Dużo uwagi poświęciłem towarzyszącej Facebookowi aplikacji Messenger, pisząc, że jeśli sam Facebook to „miękkie narkotyki”, to jego komunikator to naprawdę mocny towar. Przy czym firma Zuckerberga zachowała się jak typowy dealer, gdy, po tym jak użytkownicy jej „niezobowiązująco spróbowali” kilka lat temu, zmusiła ich następnie do korzystania z aplikacji Messenger w prywatnej komunikacji, o czym być może nie pamiętają, w przekonaniu, że używanie Messengera to ich wolny wybór.

 

Samą koncepcję tej apki można by opisać jako dążenie do stworzenia odrębnej, wyspecjalizowanej platformy komunikacyjnej (w odróżnieniu od „głównego” Facebooka, gdzie wielu użytkowników nauczyło się co nieco kontrolować dane lub wręcz ograniczyło aktywność), do wchodzenia głębiej w prywatność i wyciągania większych ilości prywatnych danych użytkowników.

 

Na początku sierpnia 2019 roku serwis Bloomberg News opublikował artykuł opowiadający o tym, jak Facebook zlecił pewnej firmie transkrybowanie rozmów audio prowadzonych za pośrednictwem aplikacji Facebook Messenger. Projekt, jak podawano oficjalnie, ma na celu sprawdzenie poprawności algorytmu automatycznej transkrypcji, a firma twierdzi, że wszyscy użytkownicy, którzy zdecydowali się na korzystanie z usługi transkrypcji, byli tego świadomi i powiadomieni. Tak jak zwykle platforma Zuckerberga jest „kryta” za pomocą systemu zezwoleń udzielanych aplikacji przez użytkowników. Firma oczywiście liczy, że użytkownicy nie wszystko rozumieją w tych mechanizmach, czytają niedokładnie, a w końcu też nie ogarniają konsekwencji udzielanych zezwoleń. Dealer zawsze podkreśla, że „to wyłącznie twój wybór, czy zażyjesz czy nie”. Sam wybierasz prawda? A że nie wiesz, jakie są konsekwencje…

 

W opisach badań naukowych nad fenomenem social media pojawiają się podobne wątki i rozważania jak w literaturze poświęconej uzależnieniom od alkoholu, tytoniu czy narkotyków, choć badacze nie chcą jeszcze ostatecznie wyrokować, czy korzystanie z mediów społecznościowych powoduje np. depresję, czy też jest może tak, że ludzie ze skłonnościami do depresji chętniej zanurzają się w cyfrowym świecie. W publicystyce zachodniej znane jest pojęcie „social media depression”, które nie ma jeszcze charakteru naukowego. Opisuje cały kompleks stresów i frustracji konsumenta internetu. Od napięcia spowodowanego brakiem mobilnego zasięgu, huśtawki nastrojów spowodowanych przerwami z działaniu sieci aż po osamotnienie, gdy w twojej sieci społecznościowej nie masz odzewu i interakcji, nikt nie komentuje, nie lubi i nie udostępnia.

 

Psycholog Jim Daley w artykule opublikowanym w 2018 r. w „The Huffington Post” nazwał ten syndrom jeszcze inaczej – DA, „disconnectivity anxiety” („diskonektofobia”?).  Choć nie jest to jeszcze oficjalnie uznane zaburzenie psychiczne, Daley uważa, że problem narasta. „DA wiąże się narastaniem negatywnych emocji, takich jak strach, złość, frustracja, rozpacz i fizyczne cierpienie. Jedyną ulgę, choć krótkotrwałą, daje przywrócenie połączenia z internetem”. Wcześniej Holly Shakya z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego i Nicholas Christakis, profesor z Yale, spędzili dwa lata badając ponad pięć tysięcy pełnoletnich ludzi, z próby badawczej Gallupa, a wyniki swoich badań opublikowali w 2017 r. Naukowcy śledzili sposób korzystania przez nich z Facebooka, konfrontując te badania z diagnozami ich samopoczucia emocjonalnego i fizycznego, a także wskaźnikiem masy ciała (BMI). „Nasze wyniki wykazują, że chociaż ogólnie sieci społecznościowe były pozytywnie kojarzone, nie dotyczyło to Facebooka,” podsumowali badacze w artykule, który ukazał się w „Harvard Business Review”. „Negatywne wyniki były szczególnie wyraźne, jeśli chodzi o zdrowie psychiczne” (czy nie przypominają się tu zeznania Kendalla w Kongresie?).

 

Jeszcze wcześniejsze badania sugerowały, że serwisy te stwarzają coś w rodzaju fałszywej presji na użytkownika ze strony innych członków społeczności. Ponieważ większość ludzi unika publikowania na platformie negatywnych treści lub informacji o stresujących przeżyciach, sieć społecznościowa kreuje mylący obraz środowiska, w którym każdy wydaje się radzić sobie lepiej i mieć więcej frajdy z życia niż ty. Jak zauważają badacze, ekspozycja wyselekcjonowanych, mających „wizerunkowy” i „promocyjny” charakter, obrazów z życia innych ludzi prowadzi do porównań stawiających nasze doświadczenie życiowe w negatywnym świetle.

 

A co z magiczną zdolnością Facebooka łączenia z przyjaciółmi i rodziną, na dowolne odległości? Także to, jak wynika z badań, nie działa dobrze. Zastępowanie rzeczywistych, spotkań, rozmów, bliskości i intymności, komunikacją przez social media, nie zbliża ludzi, lecz prowadzi do dalszej alienacji. Ludzie „wytrenowani” w takich formach komunikacji, gdy się w końcu spotykają, nie potrafią odłożyć swoich telefonów i cieszyć się realnym kontaktem z drugim człowiekiem. Przecież dobrze znamy obrazki grona ludzi siedzących przy jednym stole i wgapiających się z w ekrany swoich smartfonów zamiast ze sobą rozmawiać.

 

Większość z nas skłonna jest wciąż sądzić, że nawet jeśli społeczności takie jak Facebook są narkotykiem, to raczej z tych lekkich, mniej wciągających i uzależniających. W świetle niektórych badań, które wskazują, że zew społeczności internetowych bywa dziś wśród młodzieży silniejszy niż popęd seksualny, trzeba chyba spojrzeć na to inaczej. Informowali o tym naukowcy z Uniwersytetu w Chicago już w 2012 roku, po przeprowadzeniu testów na grupie badawczej z Niemiec. Badania wykazały, że korzystanie z social mediów należy do najsilniejszych popędów współczesnych ludzi, znajdując się w tej samej grupie co seks, spanie, picie alkoholu lub palenie papierosów. W tym samym roku naukowcy z Uniwersytetu w Bonn wysunęli przypuszczenie, że za uzależnienie od Internetu odpowiada gen CHRNA4, ten sam, który stoi za nałogiem nikotynowym (i znów Kendall się przypomina).

 

Nawet niektórych przedstawicieli Facebooka zaczął w końcu przerażać potwór, którego stworzyli. W 2017 Chamath Palihapitiya, były wiceprezes Facebooka, powiedział: „Krótkotrwałe, napędzane dopaminą pętle zwrotne, które stworzyliśmy w Facebooku, niszczą społeczeństwo, jakie znamy. Brak dyskursu obywatelskiego, brak współpracy, dezinformacja, błędy”. Podczas wystąpienia na Uniwersytecie Stanforda mówił też o „pielęgnowaniu naszego życia na podstawie społecznościowych wyobrażeń o doskonałości” i „natychmiastowych nagrodach – sygnałach społecznościowych, serduszkach, lubisiach, kciukach do góry” które otrzymujemy. „Chętnie i bezkrytycznie łączymy to wszystko z wartościami i z prawdą, choć to tylko krótkotrwała i niemal natychmiast przemijająca popularność. Gdy zastrzyk dopaminy instant przestaje działać, zostaje pustka,” podsumował Palihapitiya.

 

Kary za „niewłaściwy czas publikacji”

 

Oczywiście to nie wszystkie żale do błękitnej platformy, o jakich w ostatnim czasie słyszymy. Jednych Fejs uzależnia, zaś innych, też uzależnionych, ale w sensie biznesowym, karze za… właśnie, nie wiadomo dokładnie za co. Dotyczy to m. in. wydawców i mediów w sensie ogólnym. Według badań algorytmy Facebooka rutynowo penalizują wydawców za zamieszczanie postów w „niewłaściwych” odstępach czasu, co prowadzi do powtarzających się przypadku dławienia widoczności postów. Firma Echobox niedawno opublikowała wyniki analizy algorytmów Facebooka pod kątem zawartych w nich ukrytych kar dla publikujących.

 

Trzeba przypomnieć, że Facebook dokonał poważnych zmian w swoim algorytmie News Feed kilka razy w ciągu ostatnich kilku lat. Na przykład, w 2018 r. Facebook zmniejszył ilość treści informacyjnych w strumieniu News Feed, zaś w czerwcu 2019 roku dokonał zmian, które dały większe znaczenie „relacjom pierwotnym”. Zmiany te są czasem trudne do wykrycia i zrozumienia przez wydawców, choć widzą mniejszy zasięg i poziom udostępniania ich treści.

 

Według Echobox, Facebook w rzeczywistości stale zmienia „sygnały rankingowe”, których używa. Jest jeden, wyraźnie widoczny efekt, który wśród wydawców jest mało znany i czytelny, choć wpływa na wyniki większości z nich. Chodzi o zamieszczanie postów z „niewłaściwą” częstotliwością. Po zbadaniu ćwierci miliona publikacji i pomiarach odstępów czasowych pomiędzy nimi co do minuty eksperci Echobox doszli do wniosku, że publikacja wpisu w odstępie czasowym traktowanym przez Facebooka jako niewłaściwy pociąga za sobą „karę” w postaci ograniczenia widoczności, a za tym liczby polubień, udostępnień i komentarzy, co w efekcie zmniejsza ruch na stronach wydawcy i przekłada się na mniejsze przychody reklamowe.

 

Niestety, Facebook nie publikuje nigdzie informacji o „właściwych” czasach publikacji. Jesteśmy więc skazani na badanie tego zjawiska już po fakcie. Można wynająć analityków, takich jak np. tych z cytowanej firmy Echobox, która przygotuje dla nas dane pozwalające optymalizować szanse postów. Ale na to potrzeba pieniędzy i czasu.

 

Moderator ma nie myśleć, tylko wykonywać polecenia

 

Najpotężniejszy nurt krytyki wymierzonej w platformy społecznościowe jest obecnie związany z aferą dotyczącą syna demokratycznego kandydata na prezydenta USA, Joe Bidena. Twitter i Facebook bezceremonialnie ocenzurowały informacje pochodzące pierwotnie z „New York Post”, dotyczące zawartości laptopa Huntera. Padają oskarżenia o ingerowanie przez Big Tech w przebieg wyborów.

 

Mnożą się w sieci publikacje ze wspomnieniami byłych moderatorów treści na Facebooku, którzy skarżą się przede wszystkim na to, że wykonują bardzo trudną i nieprzyjemną pracę za marne pieniądze. Firma Zuckerberga podzleca tego typu prace firmom zewnętrznym, którym nie płaci za wiele. Moderatorzy opłacani są więc marnie. Ale to nie koniec ich skarg. Przewija się w ich wspomnieniach, że oczekuje się od nich wyłącznie ścisłego wykonywania poleceń, bez śladu jakiejkolwiek samodzielności i własnej inicjatywy.

 

Niedawno grupa byłych moderatorów treści na Facebooku opowiadała o swoich doświadczeniach podczas konferencji nazwanej „Real Facebook Oversight Board”, zorganizowanej przez grupę naukowców i działaczy społecznych, którzy pozycjonują się jako przeciwwaga dla oficjalnej „Facebook Oversight Board”, stworzonej przez platformę do podejmowania decyzji dotyczących treści. Dwie byłe moderatorki wypowiadały się pod nazwiskiem, anonimowo zaś jedna z obecnie zatrudnionych jako moderator osób.

Viana Ferguson, która pracowała jako kontraktowy moderator od 2016 do 2019 roku, powiedziała, że początkowo była wielce podekscytowana tą pracą, ponieważ uważała, że może wykorzystać swoje doświadczenie i umiejętności krytycznego myślenia, aby pomóc Facebookowi poprawić swoje praktyki i zapobiec szkodom. Ale szybko stało się jasne, że ścieżka do awansu leżała w tłumieniu wszelkich wątpliwości wobec polityki firmy. Aby awansować, „trzeba było zasymilować się i ustawić się w linii,” opowiadała. „Musiałeś wiele przełknąć, aby dochrapać się lepszego stanowiska”.

 

Podobne opinie oraz wiele uwag na temat wewnątrzfirmowych problemów z komunikacją miała Allison Trebacz, która pracowała jako moderator od 2017 do 2018 roku. Niewymieniony z nazwiska obecny moderator poinformował, że obecnie nie jest inaczej. „Polityka i decyzje na Facebooku płyną tylko w jedną stronę: z góry na dół,” powiedział. Sytuację pogarszają surowe zasady, które zabraniają kontraktowym moderatorom nawet mówienia swoim członkom rodziny, że praca, którą wykonują jest dla Facebooka, oraz umowy o nieujawnianiu informacji, które zabraniają im wypowiadania się nawet po ich odejściu.

 

Rumakowanie może się szybko skończyć

 

Wracając do kwestii uzależnienia od Fejsa i innych serwisów społecznościowych – w styczniowym tekście na portalu SDP napisałem, że odstawiłem kiedyś Facebooka na ponad rok i nie była mi potrzebna specjalistyczna opieka. Powróciłem nie z powodu uzależnienia ale dlatego, że miałem w tym określony cel, plan i interes, bez związku z życiem prywatnym. Mam nadzieje więc, że z tym uzależnieniem to jednak pewna przesada, choć może w ogóle nie jestem podatny na pewne nałogi. Przez dużą część życia zdarzało mi się palić, nawet sporo w pewnych okresach, ale nigdy nie zostałem nałogowym palaczem. W pewnym momencie po prostu przestałem w ogóle palić i od kilkunastu lat nie zdarzyło mi się. Nie było w tym żadnych cierpień i syndromów odstawienia.

 

Rozumiem jednak, jak mi się zdaje, mechanizm uzależnienia. Jeśli zeznania Kendalla i innych potwierdzą się to oprócz postępowań antymonopolowych i chroniących prywatne dane, platformę Marka Zuckerberga może czekać to, co spotkało w USA „Wielki Tytoń”, czyli fala potężnych procesów o ogromne odszkodowania.

 

Akcja prawna może być dla Facebooka znacznie trudniejszym starciem niż były procesy dla przemysłu tytoniowego. Choć potężnie ugodzeni finansowo, producenci papierosów wciąż produkowali konkretne produkty kupowane przez miliony ludzi. I, choć liczba palaczy spada, jest tak do dziś. Co do platformy społecznościowej, to jej praktycznie jedyne źródło przychodu to reklamy, a te serwowane są w oparciu o owe uzależniające algorytmy i żerowanie na prywatnych danych. Wystarczy odebrać to Fejsowi (a wielu chce), by runął w tempie, które może nas zaskoczyć.

 

Mirosław Usidus

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Faszyzm” kontra tęczowa niepodległa

Odzyskanie niepodległości w 1918 r. większość Polaków – właściwie tylko prócz rodzimych bolszewików – świętowała uroczyście. A jak jest dziś? Polska radość miesza się z internacjonalistycznym hejtem, również medialnym. Spadkobiercy PRL-u wciąż walczą z potomkami niepodległościowców. Trzecie pokolenie AK z trzecim pokoleniem UB.

 

Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony. Nie ma „ich”! Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo!” – pisał 112 lat temu Jędrzej Moraczewski, PPS-owiec, późniejszy premier.

 

A pisarz Edward Ligocki, zauważał: „W mieście wrzało jak w ulu. Nie da się żadnym piórem opisać radości społeczeństwa. Austrię cesarską diabli już wzięli, wskrzeszona Polska wbiegła w mury Krakowa. Wszędzie na ulicach, w lokalach publicznych, w domach prywatnych przewalała się fala radości„.

 

Odebrać zawłaszczoną niepodległość

 

Czy dziś w rocznicę niepodległości odzyskanej po 123 latach zaborów, a potem po latach hitlerowskiego i sowieckiego zniewolenia czujemy radość? Większość, mam nadzieję, tak – świętujemy oddolnie i państwowo. Za rządów prawicy połączyły się np. marsze obywatelskie i oficjalne – prezydenckie.

 

Ale nie wszyscy świętują. Bo zdaniem polskich postępowców, „demokratów” jesteśmy krajem faszyzmu, dyktatury. Takie treści znajdujemy niezmiennie w „Gazecie Wyborczej”, TVN, czy na portalu Onet.pl. Szczególnie przykre, że Polacy są karmieni tej marki hejtem w okolicach 11 listopada – jednego z najważniejszych polskich świąt. Święta Niepodległości – tej prawdziwej z 1918 r., a nie koncesjonowanej z 1989 r.

 

„Demokratom” nie podoba się niepodległość w czasach Zjednoczonej Prawicy, bo „kaczystowska” dyktatura ma nienawidzić i wykluczać. Ilu jest dyskryminowanych? Cała rzesza. Lewacy, geje, lesbijki, anarchiści, feministki, aborcjonistki. Ci, którzy wystąpili ostatnio pod sztandarami „Wyp…….” i „Jeb… PiS”. Uciśnieni postawili sobie za cel nie tylko odebrać faszystom „zawłaszczone” przez nich państwo, ale razem z nim „zawłaszczone” święto niepodległości. Bo, jak wiadomo, o wolność Polski walczyły osoby o odmiennych orientacjach. Walczyły o wolność związków jednopłciowych, adopcji dzieci, ale też nieskrępowaną możliwość zabijania nienarodzonych. Walczyli żołnierze i żołnierki, a w Powstaniu Warszawskim powstańcy i powstańczynie – by przywołać apele kombatantek (bo przecież nie kombatantów) z mocno czerwonego zarządu ŚZŻAK (Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej) popierających tzw. Strajk Kobiet.

 

Walczyli i walczyły nie tylko pod flagą biało-czerwoną, ale pod tęczową. Albo różową. Bo ten tęczowo-różowy wzorzec wypracowano za czasów PO i prezydentury Bronisława Komorowskiego. Na różowo świętowano polskie rocznice, w tym rocznicę niepodległości. Różowe flagi, baloniki, czekoladowy orzeł. Państwowe imprezy w takiej kolorystyce organizowała „Gazeta Wyborcza” i radiowa „Trójka”. Różowy i czekoladowy patriotyzm.

 

Rozlew krwi

 

Dziś najlepiej odebrać wstrętne faszystowskie święto za sprawą/przy pomocy generałów w stanie spoczynku. W specjalnym apelu wojskowi, wśród nich wielu komunistycznych, w tym esbecy, twórcy stanu wojennego, napisali m.in.:

Czasami nadmiar emocji, niekontrolowany rozwój wydarzeń może skutkować rozlewem krwi. Obawiamy się sytuacji, w której ponownie na ulicach polskich miast może dojść do użycia siły i niepotrzebnych ofiar”.

 

Bo, jak wiadomo, prawdziwy patriotyzm i niepodległość mieliśmy w latach 1944-89, w okresie stalinowskim, potem po 13 grudnia. Bohaterami BierutJaruzelski. Zdrajcami PileckiKukliński.

 

A ja dołożę do tego bolszewickiego patriotyzmu książkę prokurator stalinowskiej Naczelnej Prokuratury Wojskowej płk Heleny Wolińskiej „Przerwanie ciąży w świetle prawa karnego”, w której owa przechodnia dama z GL/AL/PPR/PZPR domagała się – w 1962 r. – pełnej legalizacji aborcji. Czyli komuna – za sprawą „warszawskiej Dolores” – mordowała polskich niepodległościowców i przyzwalała na mordowanie polskich dzieci. A to właśnie krwawa „Lena” chciała być potem – jako profesorowa Brusowa w Oksfordzie – postrzegana jako prawdziwa polska patriotka. Dlatego ostentacyjnie popierała „Solidarność”, co zapewne zmotywowało reżysera Pawła Pawlikowskiego do stworzenia kreacji Wandy w oscarowej produkcji „Ida”.

 

Odwet za 1918 r.

 

W 1918 r. i II Rzeczpospolitej była radość z odzyskanej niepodległości. Po 1989 r., w tzw. III Rzeczpospolitej często było upokorzenie. Upokorzenie patriotów, którym odmawiano prawa do radości świętowania. Tęczowi (wówczas definiujący się bardziej jako kolorowi) wpychali spadkobierców patriotycznych tradycji do ciemnogrodzkiego getta.

 

W kolorowych pochodach maszerowali dziennikarze, filozofowie, aktorzy, celebryci. Jak w bolszewickie Święto Pracy. W wywiadach dla „Gazety Wyborczej”, TVN, czy Onet.pl lewaccy postępowcy popisywali się, że dla nich Polska „nie jest pępkiem świata”, a świat „nie jest biały, lecz kolorowy i wielokulturowy”. Zamiast polskiej kultury, zamiast niepodległości proponowali Polakom wielokulturowość. A flagę tęczową zamiast biało-czerwonej.

 

Były lata, kiedy upokorzenie było jeszcze większe, bo niepodległość „umiędzynarodawiano”. Niemieckie bojówki – „willkommen!”. Wtedy razem z artystami ulicami Warszawy paradowały brygady międzynarodowe.

 

Można było odnieść wrażenie, że „pokojowa” Antifa brała odwet za rozbrajanie ich dziadków na ulicach Warszawy w 1918 r.

 

Hucpa w pandemii

 

Po drugiej stronie, w Marszu Niepodległości, szli AK-owcy i NSZ-towcy, żołnierze Pileckiego, Dekutowskiego, Szendzielarza, Kasznicy, więźniowie polityczni PRL, czyli właśnie – w świetle komunistycznej propagandy – „faszyści”. Szczególnie brakowało reprezentantów „faszystowskich” władz londyńskich, bo najpierw niedopuszczeni do okrągłego stołu, a potem ostatni – legalny polski prezydent Ryszard Kaczorowski – pozostał w smoleńskim błocie. Polscy narodowcy (nie mylić z hitlerowskimi narodowymi socjalistami) szli razem z piłsudczykami. Absurd, chichot historii? Nie, bo w przedwrześniowej Polsce „faszystów” DmowskiegoPiłsudskiego wiele dzieliło, ale łączyło najważniejsze – idea wolnej Polski. Te korzenie – oby w sposób jak najbardziej uświadomiony – trwają wśród spadkobierców.

 

A teraz? Teraz mamy pandemię. Ale czerwoni i różowi nie próżnują. Zapewne znów 11 listopada zorganizują „antyfaszystowską” hucpę. Wzorem władz Nowogardu, które w ubiegłym roku zorganizowały Święto Niepodległości pod sowiecko-komunistycznym pomnikiem „braterstwa broni”, postawionym z inicjatywy PZPR w 1972 r.

 

Tadeusz Płużański

ŁUKASZ WARZECHA: Przesąd „konstruktywnej krytyki”

„To co pan proponuje?” – z tym pytaniem spotykam się ostatnio szczególnie często, kiedy publikuję teksty lub umieszczam w mediach społecznościowych komentarze krytycznie oceniające działania rządu w walce z epidemią. Lecz nie jest to oczywiście jedyna sytuacja, kiedy odbiorcy domagają się prezentowania alternatywnych rozwiązań i sygnalizują, że ich zdaniem ich brak odbiera prawo do recenzji czy krytyki. Taka postawa to swego rodzaju przesąd, z którym trzeba walczyć. Zwłaszcza że jako pseudoargument był wielokrotnie używany przez komunistów w okresie Peerelu. Ówczesna demokratyczna opozycja, według macherów peerelowskiej propagandy, miała się mianowicie sama dyskwalifikować tym właśnie, że nie krytykowała „konstruktywnie”.

 

Po pierwsze – to oczywiście techniczny szczegół, ale też ważny – trudno byłoby do każdej krytycznej, często z konieczności skrótowej wypowiedzi dołączać appendix w postaci „konstruktywnej propozycji”.

 

Po drugie – i to jest znacznie ważniejsze – zasady jakiejkolwiek debaty, które przecież mają zastosowanie i w dyskursie publicznym, nie wymagają, aby krytyka stawianej tezy była połączona z propozycją tezy właściwej. W roli tezy występuje zaś również działanie rządzących. Sprowadzając rzecz do niemal laboratoryjnego przykładu: jeżeli w naukach ścisłych zostaje przeprowadzony eksperyment, a krytycy falsyfikują jego wyniki, to nie wymaga się od nich, żeby wskazywali właściwy przebieg eksperymentu. Jeśli na sali sądowej prokurator obala argumenty obrony, to przecież nie musi przedstawiać innych w zamian. To absurd. On ma tylko wykazać, że te prezentowane przez adwokata są nietrafione. Jeśli architekt prezentuje projekt, a jego koledzy po fachu wykazują, że tak zaprojektowany most najpewniej się zawali, to nikt nie będzie od nich wymagał, żeby wyręczyli nieszczęsnego projektanta i wskazali właściwe rozwiązania. Recenzent teatralny, krytycznie opisując pomysły reżysera spektaklu, nie musi przedstawiać własnej koncepcji inscenizacyjnej, a tym bardziej reżyserować samemu. I tak dalej, i tak dalej.

 

Oczekiwanie od publicysty, że jego krytyka działań władzy będzie „konstruktywna”, a więc będzie zawierać wytyczne, co i jak należy alternatywnie czynić, nie jest niczym więcej niż zabiegiem erystycznym, który ma albo osłabiać wymowę tej krytyki, albo wręcz odmawiać do niej prawa. Gdyż – jak twierdzą stosujący ten chwyt – krytyka bez strony pozytywnej to nie krytyka, ale krytykanctwo.

 

Otóż – nie. Nie jest rolą publicysty prezentowanie alternatywnych rozwiązań. Mówiąc brutalnie – nie ma żadnego powodu, dla którego publicysta miałby wyręczać rząd w jego pracy. Nie za to mu płacą. Pracą publicysty, analizującego poczynania rządzących, jest wynajdywanie i wskazywanie ich słabych lub ewentualnie dobrych stron, jeśli takie są. Przewidywanie ich skutków, porównywanie kosztów. Na pewno zaś nie jest nią tworzenie alternatywnych projektów czy scenariuszy. Również dlatego, że publicysta nie ma dostępu do narzędzi i danych, do jakich mają dostęp rządzący.

 

Przejrzyjmy się konkretnemu przykładowi, czyli właśnie sprawie walki z epidemią. Jeśli wskazuję, że zamknięcie bibliotek nie jest poparte żadnymi danymi, nie ma sensu, nie zmniejszy liczby zakażeń, natomiast odcina niektórych ludzi od jednej ze zwykłych życiowych przyjemności – czytania – a na dodatek zagraża pewnej liczbie miejsc pracy, to jasno wynika z tego, że ta krytyka jest zarazem pozytywną rekomendacją: bibliotek zamykać nie należy. Analogicznie – architekt wskazujący koledze, że zaprojektowane przez niego przęsła mostu są zbyt cienkie i nie wytrzymają obciążenia, tym samym przekazuje pozytywną rekomendację, czyli zalecenie, co należy robić (lub raczej: czego nie robić): takich przęseł nie należy budować. Lecz przecież nie musi automatycznie dostarczać twórcy projektu gotowych, bezpiecznych rozwiązań, tak samo jak publicysta krytykujący zamknięcie bibliotek nie musi przedstawiać całościowego planu poradzenia sobie z epidemią. To powinni zrobić ci, którzy mają taki obowiązek i dla których jest to główne zajęcie – odpowiadając na dobrze uzasadnioną krytykę.

 

DOMINIK SZCZĘSNY-KOSTANECKI: Ciężar znaczeń marszu na Kuropaty

Dziady – na poły pogańskie, na poły chrześcijańskie wypominki za zmarłych, obchodzone w przestrzeni dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Opisane, czy raczej wystylizowane przez Mickiewicza, w przeciwieństwie do opisanych przezeń w „Panu Tadeuszu” obyczajów szlacheckich nie stanowią li-tylko reliktu mijającej, a obecnie dawno już minionej epoki. Wie o tym nie tylko niepodległościowo zorientowana część białoruskiego społeczeństwa, ale również wroga tej tradycji władza państwowa, która usunęła dwa pierwsze dni listopada ze świątecznego kalendarza, w tym roku zaś postanowiła zmniejszyć zasięg obchodów przy użyciu siły. Aresztowano ponad 300 osób, w tym operatora i współpracowników telewizji Biełsat.

 

Konfrontacja ta miała miejsce 1 listopada 2020, a więc dosłownie klika dni temu. W ramach ogólnonarodowego protestu Białorusinów przeciwko reżimowi Łukaszenki, tysiące ludzi (portal Nasza Niwa mówi o 20 tysiącach; Biełsat i Radio Swaboda podają liczbę 10 tysięcy) wzięło udział w stających się tradycją niedzielnych manifestacjach. Tym razem jednak, wskutek kalendarzowej koincydencji siódmego – lub , jak kto woli, pierwszego dnia tygodnia – z dniami eschatologicznej zadumy, protest ten zyskał znaczenie szczególne. By właściwie nakreślić cywilizacyjne zderzenie władzy i społeczeństwa – bo w takich kategoriach należy sprawy te rozpatrywać już od dawna – potrzebny jest obrazek pomocniczy. Widzimy na nim kobietę z czerwonym plecakiem, stojącą na krawędzi chodnika. Nie da się określić jej wieku, ponieważ zdjęcie zostało zrobione zza i sponad jej pleców, przy nie najlepszej rozdzielczości. Naprzeciwko stoi milicjant – mierzy do niej z broni długolufowej. Być może kule w jego magazynku są gumowe, ale kobieta tego nie wie…

 

Pierwsze publiczne dziady w dziejach współczesnej Białorusi miały miejsce ponad 30 lat temu, a dokładnie w roku 1988. Uczestnicy tamtej procesji, mimo interweniującej milicji, dotarli do położonych na skraju Mińska Kuropat. Z niewielką przerwą obejmującą trzy lata rzeczywistej wolności (za prezydentury Szuszkiewicza), marsze na Kuropaty poza wymiarem duchowym, stanowiły akt sprzeciwu wobec autorytarnej władzy: najpierw komunistycznej, potem łukaszenkowskiej.

 

Są bowiem Kuropaty jednym z najważniejszych kluczy do rozwikłania białoruskiej tożsamości. W 1937, w szczycie stalinowskiej czystki, a de facto ludobójstwa, którego częścią jest również „operacja polska” NKWD, zakopano – bo przecież nie pochowano! – ponad 130 przedstawicieli białoruskiej inteligencji. Ktoś krzyknie: cóż to za liczba?, w czasie Wielkiego Głodu Stalin wymordował milion (być może nawet 10 milionów) Ukraińców, podczas „operacji polskiej” zgładzono ok. 111 tys. ludzi! Jak można przeciwstawiać tym masom grupę ludzi nie większą niż jedna kompania? Po pierwsze: nie przeciwstawiać – ofiary, spowite całunem śmierci, nie walczą o pierwszeństwo – jedyne, o co walczą, to pamięć, na pewno nie o prymat nad innymi. Po drugie, trzeba te sprawy dobrze rozumieć: nie posiadająca tradycji powszechnych zrywów w postaci powstania Chmielnickiego, jak i pozbawiona przez carsko-bolszewicką politykę elit politycznych Białoruś liczyła w Międzywojniu swych autentycznych patriotów na sztuki. Z tego względu – bez wdawania się w jałową matematykę – wypada stwierdzić, że „operacja białoruska” NKWD zadała narodowej elicie cios potężny.

 

W tym momencie widać już dobrze pierwszy splot semantyczny marszu na Kuropaty. To usankcjonowany najświetniejszą poezją urodzonego opodal wieszcza, imperatyw pamięci o zmarłych. Mickiewicz, wychodzący od prezentacji dziadów w wymiarze lokalno-rodzinnym, poprzez refleksję nad nieszczęśliwą miłością bohatera oraz jego niezrozumieniem – brakiem współodczuwania przez świat, w części trzeciej sublimuje swą opowieść w kierunku filozofii polityki, mówiąc: to ona stanowi najważniejsze zadanie dojrzałego przedstawiciela polskiej wspólnoty. Podobnie rzecz wygląda w przypadku dziadów obchodzonych realnie, choć w przypadku współczesnej Białorusi należałoby raczej mówić o współistnieniu wypominków typu pierwszego i trzeciego. Nie to jest jednak najistotniejsze. Niezależenie od ewentualnej przymieszki, dla wspólnoty w sposób systemowy okradanej z własnej tożsamości, również historycznej, ów podwójny powrót (na poziomie obyczaju i pamięci narodowej) do tradycji niekomunistycznej, czy wręcz antykomunistycznej – jak w przypadku palenia zniczy ofiarom NKWD – ma znaczenie fundamentalne.

 

Tu wyłania się drugi splot znaczeniowy: kłamstwo Kuropat, objętych zakazem badań archeologicznych, analogicznie do kłamstwa katyńskiego, zostało obmyślone i było wykorzystywane jako skuteczny paralizator narodowych odruchów. Jednocześnie intensyfikacja oddolnych zabiegów komemoratywnych stanowi w takich sytuacjach jeden z wyznaczników narodowego wzmożenia. W zasadzie samoistnie nasuwa się tu skojarzenie z sierpniem 1980 roku, gdy Stocznia Gdańska stała się wyspą polskiej niepodległości, skrawkiem niezależnej od komunistów Rzeczpospolitej, a broszury o Katyniu kupowało się na ulicy. I chociaż Polakom przyszło oczekiwać wyzwolenia do roku 1989 lub – jak kto woli – 2015, to jednak z dzisiejszej perspektywy owoce tamtej solidarnościowej konfederacji nie zostały zmarnowane.

 

W tym kontekście braciom Białorusinom należy życzyć, by w ramach zarysowanych tu paralel, ich moment historyczny odpowiadał naszemu rokowi 1989 (2015). Znaczyłoby to bowiem, że tryumf nadejdzie już niebawem. Ale nawet jeśli powyższa analogia okaże się chybiona, jeśli Łukaszenka w najbliższych tygodniach nie ustąpi, po tym co wydarzyło się w następstwie sfałszowanych wyborów – i w czym, jak staraliśmy się dowieść szczególną rolę odegrały ostatnie dziady – powrotu do status quo sprzed 9 sierpnia już nie będzie. Pielęgnując pamięć o duszach przodków, Białorusini, jako naród, odzyskali własną.

 

Dominik Szczęsny-Kostanecki

Schyłek bezstronności? – pyta ks. ARTUR STOPKA

Ostatnie protesty w Polsce pokazały, że w świecie krajowych mediów bezstronność znalazła się w odwrocie. Dlaczego? I na jak długo?

 

Ponad cztery lata temu około ćwierć tysiąca polskich dziennikarzy z całego kraju przepytano, co sadzą o styku etyki dziennikarskiej i polityki. Pytano m. in. o aktywność dziennikarzy związaną z partiami politycznymi. Spytano także m. in. o udział również w demonstracji przygotowywanej przez „organizacje społeczne walczące o wolności obywatelskie” (np. KOD, Solidarni 2010).

 

O ile w tej pierwszej kwestii zdecydowana większość odpowiedzi była negatywna, o tyle w drugiej przyzwolenie przekraczało 50 procent. Badani podkreślali, że bezstronność i obiektywizm są priorytetami w ich zawodzie, a wszystkie działania o zabarwieniu partyjnym są niedopuszczalne. Natomiast zgodę na udział w demonstracjach uzasadniali prawami obywatelskimi, których pracownik mediów przez sam fakt wykonywania właśnie tego zajęcia przecież nie traci.

 

Wyraźne napięcie

 

W świetle wspomnianej ankiety stan, jaki mamy obecnie w krajowych mediach w związku z protestami po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, nie powinien być zaskoczeniem. Sygnalizowane wtedy bardzo wyraźnie napięcie między bezstronnością a „normalnymi aktywnościami obywatelskimi” musiało w sytuacjach ekstremalnych zaowocować jednoznacznym opowiedzeniem się zdecydowanej części dziennikarzy po którejś ze stron sporu. Nie trzeba też być szczególnie przenikliwym, aby się zorientować, z kim dana gazeta, kanał telewizyjny czy serwis internetowy dzisiaj sympatyzuje. Zresztą, to już nie kwestia „sympatyzowania”, tylko jawnego, wręcz ostentacyjnego, popierania którejś opcji. W niektórych przypadkach połączonego z powielaniem treści agitacyjnych.

 

Czy to jeszcze jest dziennikarstwo czy już propaganda? Takie pytanie jest ze wszech miar uzasadnione. Ale nie mniej uzasadnione jest również inne. Czy w sytuacji tak drastycznych podziałów w społeczeństwie i rozpalonych emocji istnieje nawet nie zapotrzebowanie, ale po prostu miejsce na bezstronne, obiektywne dziennikarstwo? I chyba najważniejsze. Czy dzisiaj dziennikarze w ogóle są w stanie zachowywać bezstronność i obiektywizm?

 

Nawet śledzenie na Tt

 

Problem nie dotyczy tylko Polski. Świadczą o tym np. ogłoszone pod koniec października br. bardzo restrykcyjne zasady dotyczące pracowników BBC. Dostali zakaz wyrażania w mediach społecznościowych osobistych opinii w sprawach dotyczących porządku publicznego, polityki lub kontrowersyjnych tematów. Także na profilach prywatnych. Co ciekawe, przygotowując nowe zasady, brytyjskie medium publiczne rozważało kwestię zachowania bezstronności w kontekście publicznego wyrażania opinii, także udziału w kampaniach i uczestniczenia w marszach lub protestach. Wytyczne dla pracowników będą dotyczyć nawet unikania stronniczości w takich obszarach jak śledzenie profili w mediach społecznościowych, lajkowanie, retweetowanie wpisów czy przekazywanie ich dalej. Zdaniem szefów BBC nie da się pogodzić bezstronności firmy ze stronniczością w działaniach jej pracowników.

 

Ilu ludzi mediów jest dzisiaj w stanie podołać takim regułom? To nie jest tylko zostawianie „legitymacji partyjnej” w szatni. To konieczność znacznego ograniczenia własnej wolności ekspresji w bardzo wielu sferach życia. Trzeba mieć mocną motywację, aby temu sprostać. Wręcz poczucie misji. Tu nie wystarczy zgoda pod presją na warunki stawiane przez pracodawcę.

 

Dziennikarzy zastąpią…

 

Z drugiej strony trzeba głośno pytać, ilu odbiorców chce dzisiaj korzystać z bezstronnych mediów? W czasach powszechnych „baniek” informacyjnych i poglądowych, umacnianych na wszelkie możliwe sposoby przez dysponentów serwisów społecznościowych, odpowiedź może być mocno dołująca dla zwolenników koncepcji, do której odwołuje się BBC. Do korzystania z nich trzeba kształcić i wychowywać. Gdzie na ziemskim globie ktokolwiek zajmował się taką edukacją na szerszą (nie mówiąc już o masowej) skalę w ostatnich dziesięcioleciach?

 

Być może mają rację ci, którzy twierdzą, że właśnie jesteśmy świadkami schyłku dziennikarstwa, jako zawodu zajmującego się tak ważnymi sferami ludzkiego życia, jak polityka, ideologie, sprawy społeczne, gospodarka itp. Możliwe, że zachowa się ono w jakichś dopuszczających bezstronność niszach, np w mediach wysoko specjalistycznych, zajmujących się nadal opowiadaniem i objaśnianiem świata dla pasjonatów i ciekawskich. Natomiast w wymienionych sferach dziennikarzy zastąpią agitatorzy i propagandyści oraz… algorytmy, aplikacje i rozbudowane oprogramowanie komputerowe, sprawnie i tanio produkujące niezbędny kontent na potrzeby każdej ze stron mniej lub bardziej wykreowanego sporu. Rezygnacja z bezstronności w mediach w sposób nieunikniony powoduje konieczność podsycania, wynajdywania, a w końcu tworzenia nowych linii i pól podziału.

 

Zawracanie kijem

 

Jesteśmy świadkami bardzo głębokich zmian w sferze międzyludzkiej komunikacji. Nie są one efektem jedynie powstania internetu i nowych mediów, choć ich zaistnienie zdecydowanie przyspieszyło pewne widoczne już wcześniej tendencje. Następuje radykalne przesunięcie w kwestii celów i zadań, którym środki komunikowania na masową skalę mają służyć. Nie są już nastawione na dobro jednostek ani zatroskane o dobro wspólne całych społeczności. Coraz wyraźniej widać, że stają się głównie narzędziem kontroli i wywoływania pożądanych zachowań. Bezstronne dziennikarstwo nie przynosi dysponentom mediów oczekiwanych przez nich korzyści.

 

Wspomniane wyżej działania BBC, nastawione na obronę bezstronności wydają się szlachetną, jednak nie gwarantującą sukcesu, próbą „zawracania Tamizy kijem”. Nawet w kraju o tak odmiennej od wielu innych miejsc na świecie (także od polskiej) kulturze medialnej widać coraz wyraźniej, że choć najprawdopodobniej przyniosą one krótkotrwały skutek, to jednak będą niezwykle trudne do utrzymania. W ostatnich latach niektórzy prezenterzy brytyjskiego nadawcy dzielili się osobistymi poglądami na Twitterze. Byli za to krytykowani. Ale czy przez zdecydowaną większość odbiorców?

 

Okrakiem na barykadzie

 

Bezstronność jest w powszechnym odbiorze synonimem nie tylko obiektywności i neutralności (kojarzona jest też ze sprawiedliwością i uczciwością), ale również braku zaangażowania. O ile są to wciąż cechy dość licznie oczekiwane od pracowników trzeciej władzy, o tyle brak zaangażowania ze strony mediów coraz częściej traktowany jest z podejrzliwością i nieufnością. Paradoksalnie to stronniczym mediom odbiorcy ufają dzisiaj niejednokrotnie bardziej niż tym, które wciąż usiłują nie opowiedzieć się po żadnej stronie. Będące aktualnie w natarciu myślenie „plemienne”, m. in. w sferze ideologii, buduje świat podzielony na „my” i „oni”, na „naszych” i „obcych”. Media, które w tym świecie zechcą stać obok, siedzieć okrakiem na barykadzie, mają niewielkie szanse przetrwania.

 

Czy kiedyś wróci w świecie mass mediów zapotrzebowanie na bezstronność? Niewykluczone. Jednak dojrzewanie do niej, do powszechnego doceniania jej wartości, może potrwać długo.

 

Ks. Artur Stopka

Potrzeba języka, który leczy – KS. MARIUSZ FRUKACZ o mediach w czasie protestów

Zaangażowanie mediów i konkretnych dziennikarzy po jednej ze stron niepokojów społecznych rodzi pytania o ich wiarygodność i niezależność.

 

Na ulicach polskich miast i mniejszych miejscowości trwają protesty zorganizowane m.in. przez „Strajk Kobiet”. Ich uczestnicy, w dużej części ludzie młodzi, posługując się wulgaryzmami domagają się prawa do aborcji, wolnego wyboru. Miejscami wyładowania agresji okazały się świątynie katolickie. Mogliśmy zobaczyć brutalny atak na budynki, ludzi broniących świątyń, wdzieranie się do świątyni z hasłami profanującymi sakralność ich przestrzeni. To wszystko relacjonowały media. Jednak czy tylko przekazywały informacje?

 

Co z obiektywizmem w mediach?

 

Już nikt nie stara się nawet udawać żadnego obiektywizmu. Widzimy, że zdecydowana większość mediów jawnie opowiedziała się po jednej ze stron. Jak można nazwać obiektywnym dziennikarstwem udział dziennikarki „Gazety Wyborczej” w manifestacji popierającej postulaty „Strajku Kobiet”, czy promocję haseł: „Idziemy po Was!”, czy też hasztagu #ToJestWojna? Oczywiście każdy ma prawo do własnych poglądów i wyrażania ich. Jednak dziennikarz musi mieć świadomość, że jego głównym zadaniem jest informowanie społeczeństwa. Obecna sytuacja rodzi zatem pytania: Jak to, co się obecnie dzieje w Polsce, wpłynie na dziennikarstwo i czy dziennikarstwo będzie wiarygodne w przyszłości?

 

Profile Cyrenejczyka

 

Oczywiście media są jednym z wielkich znaków wolności. Ponadto w Polsce są one również dłużnikami polskiej drogi do wolności. Dziennikarze starszego pokolenia często przypominają, że zrywanie kagańca cenzury i walka o wolność słowa to był ogromny trud. W mediach ważna jest wolność słowa, ale nie może ona oznaczać braku szacunku dla wartości i godności człowieka. Wolność musi oznaczać odpowiedzialność za słowo i za przekaz medialny. Dziennikarz także musi pamiętać, że tak naprawdę nie ma absolutnej wolności, bo jej granicą jest zawsze dobro drugiego człowieka.

 

Myślę, że takim dobrym zobrazowaniem granic wolności jest piąta stacja nabożeństwa Drogi Krzyżowej, kiedy Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi. W Ewangelii czytamy, że „przymusili Szymona idącego z pola, aby niósł krzyż Jego”. Okazuje się, że przymus i wolność człowieka, to dylemat, o który walczy świat. W mojej pracy dziennikarskiej zawsze uważałem i nadal tak uważam, że trzeba zmagać się o człowieka. Nawet jeśli piszę o tym, że w świecie istnieje zło i  ten świat jest również przesiąknięty wulgaryzmem, cierpieniem, niesprawiedliwością, to szukam pokładów dobra. Nie chcę podpalać, obrażać i zadawać śmierci cywilnej ludziom takim czy innym artykułem. Chcę być Cyrenejczykiem, mieć „profil Cyrenejczyka”, jak zatytułował jeden ze swoich poematów Karol Wojtyła, i pomóc ludziom dźwigać ich ciężary, nieść jakieś rozwiązanie trudnych spraw. Wiem, jestem idealistą! Już kiedyś cytowałem słowa sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego, ale powtórzę je, bo są bardzo aktualne w dzisiejszej sytuacji w Polsce. Słowa te Prymas Tysiąclecia powiedział na Jasnej Górze w 1958 r. podczas ogólnopolskiej pielgrzymki pisarzy i prosił ich, aby jak psy lizały rany narodu: „Język leczący rany nędzarza! Język liżący rany, gdy nikt już nie chce tego czynić, «psi język». …macie być psami, może jedynymi, którym została jeszcze odrobina miłości do człowieka pokaleczonego i poranionego! Wasz język musi im służyć, gdy ludzie wielcy i wspaniali, ucztujący w pałacach, już nie widzą człowieka poranionego, wyrzuconego na ulicę, wciąż jeszcze bitego i kopanego! Ktoś musi się nad nimi zlitować, bo to przecież twój brat, twój rodak! A chociaż byłby i twoim wrogiem – człowiekiem jest! […] Nazwałem Was «psami» dlatego, że to właściwie Wy musicie użyć swego języka, aby «wylizać rany» pobitych. I nie cofnę tej nazwy! Bądźcie raczej psami, abyście tylko pełnili zadanie, które tak jest potrzebne cierpiącej duszy Narodu” – powiedział kard. Wyszyński.

 

Ludzie społecznego zaufania

 

Dziennikarze to ludzie społecznego zaufania. Dzisiaj świat współczesny wpatruje się w media i ufa mediom, często bezkrytycznie, bezrefleksyjnie. W debacie publicznej nie powinno być miejsca dla bylejakości, koniunkturalizmu i kompromisów z duchem tego świata. Ludzie mediów mają ogromną rolę w formowaniu dzieci, młodego pokolenia przez media i wychowania ich do właściwego reagowania na media i przekaz medialny.

 

Młodzi ludzie są bardzo podatni na przekaz medialny. Nie potrafią ze względu na swe niewielkie doświadczenie życiowe nabrać dystansu do tego, co podsuwa im internet, telewizja, prasa, radio, nie potrafią patrzeć na to z dystansem, krytycznie, często utożsamiają się w całościowy sposób z rzeczywistością medialną. Papież Benedykt XVI już w 2007 r. zwrócił uwagę na niebezpieczeństwo, które młodemu pokoleniu niosą media poddane presji komercji. „Wszelka tendencja do produkcji programów – nie wyłączając filmów animowanych i gier komputerowych – które w imię rozrywki sławią przemoc, odzwierciedlają postawy antyspołeczne czy wulgaryzują ludzką płciowość, stanowi perwersję, szczególnie wówczas, gdy programy te przeznaczone są dla dzieci i dorastającej młodzieży. Jak wytłumaczyć tę «rozrywkę» niezliczonym niewinnym młodym ludziom, którzy w rzeczywistości są ofiarami przemocy, wyzysku i nadużyć?” – napisał Benedykt XVI w Orędziu na 41. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

 

Wówczas papież przypomniał dziennikarzom: „Podobnie jak wszelkie wychowanie, również to do mediów wymaga formacji do korzystania z wolności. Jest to odpowiedzialność zobowiązująca. Zbyt często wolność przedstawiana jest jako niestrudzone poszukiwanie przyjemności lub nowych doświadczeń. To jest przekleństwo, a nie wyzwolenie! Prawdziwa wolność nie skazałaby nigdy nikogo – przede wszystkim dziecka – na niezaspokojoną pogoń za nowością. W świetle prawdy, rzeczywista wolność jest doświadczana jako ostateczna odpowiedź na «tak»  Boga wobec ludzkości, wzywając nas do wyboru, nie nieroztropnie, lecz rozmyślnie, tego wszystkiego, co jest dobre, prawdziwe i piękne”. Całe Orędzie można przeczytać TUTAJ.

 

Wiarygodność i niezależność

 

Zaangażowanie mediów i konkretnych dziennikarzy po jednej ze stron niepokojów społecznych rodzi pytania o ich wiarygodność i niezależność. Warto w tym kontekście przypomnieć wyniki badań socjologicznych przeprowadzonych przez Centrum Badań Opinii Społecznej w 2019 r. Socjologowie CBOS przebadali poziom zaufania Polaków do mediów. Okazało się, że 56 proc. respondentów uważało, iż większość mediów jest stronnicza. Ponadto ponad połowa badanych (59%, spadek o 5 punktów procentowych w stosunku do 2017 r.) uważało, że obecnie dziennikarze zamiast informować, wyrażają własne poglądy.

 

Oczywiście temat niezależności mediów jest skomplikowany. Jak zauważył w wywiadzie dla „Niedzieli” ks. dr hab. Michał Drożdż, profesor UPJP II – przewodniczący Naczelnego Sądu Dziennikarskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich: „Media mają swoich właścicieli, linie programowe, założenia ideologiczne. Mają też kontekst komercyjny, niektóre koncerny medialne są spółkami giełdowymi. Gdyby przyjąć absolutny punkt odniesienia, to nie ma mediów niezależnych, bo są one zależne np. od właściciela i to on ma prawo decydować o linii programowej. Doświadczenia są także takie, że wpływa on na pracę dziennikarską. Ma to jednak swoje granice, bo ten wpływ odbija się na wiarygodności medium. Gdy patrzymy na niezależność mediów, musimy ustalić punkt odniesienia. Jeśli ustawimy właściwe proporcje zależności i na pierwszym miejscu media i dziennikarze w nich pracujący będą zależni od wartości etycznych – prawdomówności i uczciwości – to wtedy wszelkie inne, konieczne i naturalne, zależności będą wtórne i nie będą odgrywać głównej roli” (całość TUTAJ).

 

Na pewno w kontekście wydarzeń w Polsce trzeba ciągle pytać o etykę pracy dziennikarzy. Tak, żeby w przyszłości było miejsce na wiarygodność i uczciwość.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika  Katolickiego „Niedziela”

 

ADAM SOCHA: Albo jesteś z nami, albo przeciw nam

Na samym początku mojej drogi dziennikarskiej, a pracę zacząłem 1 maja 1981 roku, dostałem lekcję obiektywizmu dziennikarskiego od śp. red. naczelnego tygodnika „Kontakty” Stanisława Zagórskiego. Otóż, jako dziennikarz uczestniczyłem w rozmowach wojewody łomżyńskiego z przywódcami mazowieckiego oddziału „Solidarności” w Łomży. W pewnym momencie widząc, że robotnicy nie radzą sobie z retoryką wojewody, wsparłem ich występując niejako w roli samozwańczego rzecznika prasowego.

 

Po powrocie do redakcji red. Zagórski zapytał mnie, w jakim charakterze byłem na spotkaniu u wojewody? Ta lekcja wystarczyła mi na całe dalsze zawodowe życie. Dodam, że „Kontakty” drukowały wszystko, co napisałem, nawet poszedł wywiad z Jackiem Kuroniem ze Zjazdu „Solidarności” w Hali Olivii (taki wywiad wydrukował jeszcze tylko „Sztandar Młodych”).

 

Obecnie, podczas trwających od 22 października ulicznych protestów po wyroku TK na temat aborcji eugenicznej, gros dziennikarzy i redakcji natychmiast stała się rzecznikami prasowymi, z jednej strony protestujących, a z drugiej strony rządu.

 

Ale to nie jest nihil novi pod polskim słońcem. To tylko kolejna odsłona tego samego widowiska. Ten podział ról dokonał się na dobre po zwycięstwie PiS-u w 2015 roku. Media, które nie uznały demokratycznego werdyktu (TVN, Wyborcza, Newsweek, Fakt, onet.pl) z miejsca zaczęły atakować rząd, a wszystkie chwyty stały się dozwolone. Z drugiej strony barykady uformował się obóz mediów, które wspomogły PiS w osiągnięciu zwycięstwa w wyborach (kluby „Gazety Polskiej”), po czym zaczął atakować media opozycyjne i opozycję.

W zasadzie w wielu przypadkach trudno było odróżnić, kto jeszcze występuje w roli dziennikarza, a kto już polityka? Np. Tomasz Lis krzyczący pod Sejmem na manifestacji KOD-u 19 grudnia 2015 roku:

Witam Was wszystkich: Komuniści, złodzieje, ludzie gorszego sortu. Ludzie, którzy nie mają głów, wszyscy zaprzedani. Mogą zamykać nam programy, wyłączać mikrofony, ale nigdy nie zamkną nam ust” – zaczął swoje wystąpienie Tomasz Lis. – „Czy pozwolimy odebrać sobie wolność i demokrację w imię kaprysu jednego człowieka?”

 

Wyborcza to od dawna aktywny uczestnik walki o władzę. Teraz wspiera Ogólnopolski Strajk Kobiet, także finansowo dołączając plakat ze słowem „Wyp………” oraz przekazując wpływy z prenumeraty na rzecz OSK.

 

To jeszcze mówił dziennikarz czy już polityk? Redaktor naczelny „Polityki” Mieczysław Franciszek Rakowski cały czas wbijał do głów swoim dziennikarzom: „pamiętajcie, nie jesteście tylko dziennikarzami, jesteście też politykami”. I ta nauka nie poszła w las.

 

Czytelnicy, którzy podzielili się na dwa nienawistne plemiona wręcz żądają od „swoich” mediów ostrego atakowania przeciwnika, wyłapywania i wyolbrzymiania każdego potknięcia, niezręcznego słowa. Czytelnicy zachowują się jak kibice na meczu bokserskim, krzyczą do swoich pięściarzy: „tak, dowal mu!, dobij go!”, nie widzą  żadnego ciosu poniżej pasa swojego zawodnika.

 

Ten rodzaj czytelników najbardziej nienawidzi dziennikarzy, którzy za wszelką cenę starają się zachować obiektywizm i pęłnić role lustra idącego gościńcem.

 

Doświadczyłem tego teraz, gdy przez trzy kolejne dni chodziłem w pochodach w Olsztynie i rozmawiałem z jego uczestniczkami, głównie studentkami. Publikowałem wiernie te rozmowy na portalu debata.olsztyn.pl, bez komentarza, jedynie dodając relacje z przebiegu demonstracji.

 

Czytelnicy z obu plemion byli niezadowoleni. Czytelnik utożsamiający się z strajkiem kobiet zarzucił mi na forum portalu, że moje rozmowy z protestującymi kobietami to…. Konfabulacja, że je zmyśliłem! (Mam nagrania). Domyślam się, o co mu chodziło. Zamiast jedynie rejestrować wypowiedzi, zadawałem pytania, wyrażałem swoje wątpliwości, co sprawiało, że niektóre rozmówczynie ukazywały pustkę w głowie. Czytelnik uznałby taki przebieg rozmowy, który byłby zgodny z przekazem dnia Marty Lempart. Nawet tak zaangażowane po stronie rewolucji Radio TOK FM (Grupa Radiowa Agory) przeprosiło słuchaczy za to, że do dyskusji w porannym paśmie o protestach po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ograniczającego prawo do aborcji zaproszono mało kobiet. – Popełniliśmy błąd. Nie odpowiedzieliśmy adekwatnie na sytuację, w której wszyscy się znaleźliśmy – przyznała redakcja.

 

Z drugiej strony fakt, że publikuję rozmowy z protestującymi kobietami przez czytelników utożsamiających się z PiS-em czy hierarchią kościelną osądzany jest jednoznacznie: portal debata.olsztyn.pl przeszedł na stronę „barbarii”.

 

Ale ja wiem, że jest milczący środek (nie dokonuje wpisów), który czyta mnie od dziesiątków lat i nigdy nie zawiódł się na mojej rzetelności. Redaktor naczelny „Gazety Olsztyńskiej” powiedział mi swego czasu: „Nawet ci, którzy ciebie nienawidzą, prywatnie przyznają, że Socha pisze prawdę”.

 

Toteż, tak jak ja, gdy wyszukuję wiarygodnych źródeł informacji, to sięgam np. po „Dziennik Gazetę Prawną” czy włączam Wydarzenia Polsatu, tak też są czytelnicy, którzy poszukują prawdy i jakoś wiedzą, na którym portalu, której redakcji, któremu dziennikarzowi można zaufać. Takich czytelników i takich dziennikarzy, niestety jest coraz mniej.

 

Masy nie potrzebują prawdy, zresztą w świecie ponowoczesnym kategoria prawdy przestała istnieć. Prawdą jest to, co zostanie tak nazwane przez dane medium.  Masy krzyczą: „Albo jesteś z nami, albo przeciw nam”. Syn Krauzego bije do krwi operatora TVP, bojówkarze we Wrocławiu atakują dziennikarki Wyborczej.

A będzie jeszcze gorzej.

 

Adam Socha