Potrzeba języka, który leczy – KS. MARIUSZ FRUKACZ o mediach w czasie protestów

Zaangażowanie mediów i konkretnych dziennikarzy po jednej ze stron niepokojów społecznych rodzi pytania o ich wiarygodność i niezależność.

 

Na ulicach polskich miast i mniejszych miejscowości trwają protesty zorganizowane m.in. przez „Strajk Kobiet”. Ich uczestnicy, w dużej części ludzie młodzi, posługując się wulgaryzmami domagają się prawa do aborcji, wolnego wyboru. Miejscami wyładowania agresji okazały się świątynie katolickie. Mogliśmy zobaczyć brutalny atak na budynki, ludzi broniących świątyń, wdzieranie się do świątyni z hasłami profanującymi sakralność ich przestrzeni. To wszystko relacjonowały media. Jednak czy tylko przekazywały informacje?

 

Co z obiektywizmem w mediach?

 

Już nikt nie stara się nawet udawać żadnego obiektywizmu. Widzimy, że zdecydowana większość mediów jawnie opowiedziała się po jednej ze stron. Jak można nazwać obiektywnym dziennikarstwem udział dziennikarki „Gazety Wyborczej” w manifestacji popierającej postulaty „Strajku Kobiet”, czy promocję haseł: „Idziemy po Was!”, czy też hasztagu #ToJestWojna? Oczywiście każdy ma prawo do własnych poglądów i wyrażania ich. Jednak dziennikarz musi mieć świadomość, że jego głównym zadaniem jest informowanie społeczeństwa. Obecna sytuacja rodzi zatem pytania: Jak to, co się obecnie dzieje w Polsce, wpłynie na dziennikarstwo i czy dziennikarstwo będzie wiarygodne w przyszłości?

 

Profile Cyrenejczyka

 

Oczywiście media są jednym z wielkich znaków wolności. Ponadto w Polsce są one również dłużnikami polskiej drogi do wolności. Dziennikarze starszego pokolenia często przypominają, że zrywanie kagańca cenzury i walka o wolność słowa to był ogromny trud. W mediach ważna jest wolność słowa, ale nie może ona oznaczać braku szacunku dla wartości i godności człowieka. Wolność musi oznaczać odpowiedzialność za słowo i za przekaz medialny. Dziennikarz także musi pamiętać, że tak naprawdę nie ma absolutnej wolności, bo jej granicą jest zawsze dobro drugiego człowieka.

 

Myślę, że takim dobrym zobrazowaniem granic wolności jest piąta stacja nabożeństwa Drogi Krzyżowej, kiedy Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi. W Ewangelii czytamy, że „przymusili Szymona idącego z pola, aby niósł krzyż Jego”. Okazuje się, że przymus i wolność człowieka, to dylemat, o który walczy świat. W mojej pracy dziennikarskiej zawsze uważałem i nadal tak uważam, że trzeba zmagać się o człowieka. Nawet jeśli piszę o tym, że w świecie istnieje zło i  ten świat jest również przesiąknięty wulgaryzmem, cierpieniem, niesprawiedliwością, to szukam pokładów dobra. Nie chcę podpalać, obrażać i zadawać śmierci cywilnej ludziom takim czy innym artykułem. Chcę być Cyrenejczykiem, mieć „profil Cyrenejczyka”, jak zatytułował jeden ze swoich poematów Karol Wojtyła, i pomóc ludziom dźwigać ich ciężary, nieść jakieś rozwiązanie trudnych spraw. Wiem, jestem idealistą! Już kiedyś cytowałem słowa sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego, ale powtórzę je, bo są bardzo aktualne w dzisiejszej sytuacji w Polsce. Słowa te Prymas Tysiąclecia powiedział na Jasnej Górze w 1958 r. podczas ogólnopolskiej pielgrzymki pisarzy i prosił ich, aby jak psy lizały rany narodu: „Język leczący rany nędzarza! Język liżący rany, gdy nikt już nie chce tego czynić, «psi język». …macie być psami, może jedynymi, którym została jeszcze odrobina miłości do człowieka pokaleczonego i poranionego! Wasz język musi im służyć, gdy ludzie wielcy i wspaniali, ucztujący w pałacach, już nie widzą człowieka poranionego, wyrzuconego na ulicę, wciąż jeszcze bitego i kopanego! Ktoś musi się nad nimi zlitować, bo to przecież twój brat, twój rodak! A chociaż byłby i twoim wrogiem – człowiekiem jest! […] Nazwałem Was «psami» dlatego, że to właściwie Wy musicie użyć swego języka, aby «wylizać rany» pobitych. I nie cofnę tej nazwy! Bądźcie raczej psami, abyście tylko pełnili zadanie, które tak jest potrzebne cierpiącej duszy Narodu” – powiedział kard. Wyszyński.

 

Ludzie społecznego zaufania

 

Dziennikarze to ludzie społecznego zaufania. Dzisiaj świat współczesny wpatruje się w media i ufa mediom, często bezkrytycznie, bezrefleksyjnie. W debacie publicznej nie powinno być miejsca dla bylejakości, koniunkturalizmu i kompromisów z duchem tego świata. Ludzie mediów mają ogromną rolę w formowaniu dzieci, młodego pokolenia przez media i wychowania ich do właściwego reagowania na media i przekaz medialny.

 

Młodzi ludzie są bardzo podatni na przekaz medialny. Nie potrafią ze względu na swe niewielkie doświadczenie życiowe nabrać dystansu do tego, co podsuwa im internet, telewizja, prasa, radio, nie potrafią patrzeć na to z dystansem, krytycznie, często utożsamiają się w całościowy sposób z rzeczywistością medialną. Papież Benedykt XVI już w 2007 r. zwrócił uwagę na niebezpieczeństwo, które młodemu pokoleniu niosą media poddane presji komercji. „Wszelka tendencja do produkcji programów – nie wyłączając filmów animowanych i gier komputerowych – które w imię rozrywki sławią przemoc, odzwierciedlają postawy antyspołeczne czy wulgaryzują ludzką płciowość, stanowi perwersję, szczególnie wówczas, gdy programy te przeznaczone są dla dzieci i dorastającej młodzieży. Jak wytłumaczyć tę «rozrywkę» niezliczonym niewinnym młodym ludziom, którzy w rzeczywistości są ofiarami przemocy, wyzysku i nadużyć?” – napisał Benedykt XVI w Orędziu na 41. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

 

Wówczas papież przypomniał dziennikarzom: „Podobnie jak wszelkie wychowanie, również to do mediów wymaga formacji do korzystania z wolności. Jest to odpowiedzialność zobowiązująca. Zbyt często wolność przedstawiana jest jako niestrudzone poszukiwanie przyjemności lub nowych doświadczeń. To jest przekleństwo, a nie wyzwolenie! Prawdziwa wolność nie skazałaby nigdy nikogo – przede wszystkim dziecka – na niezaspokojoną pogoń za nowością. W świetle prawdy, rzeczywista wolność jest doświadczana jako ostateczna odpowiedź na «tak»  Boga wobec ludzkości, wzywając nas do wyboru, nie nieroztropnie, lecz rozmyślnie, tego wszystkiego, co jest dobre, prawdziwe i piękne”. Całe Orędzie można przeczytać TUTAJ.

 

Wiarygodność i niezależność

 

Zaangażowanie mediów i konkretnych dziennikarzy po jednej ze stron niepokojów społecznych rodzi pytania o ich wiarygodność i niezależność. Warto w tym kontekście przypomnieć wyniki badań socjologicznych przeprowadzonych przez Centrum Badań Opinii Społecznej w 2019 r. Socjologowie CBOS przebadali poziom zaufania Polaków do mediów. Okazało się, że 56 proc. respondentów uważało, iż większość mediów jest stronnicza. Ponadto ponad połowa badanych (59%, spadek o 5 punktów procentowych w stosunku do 2017 r.) uważało, że obecnie dziennikarze zamiast informować, wyrażają własne poglądy.

 

Oczywiście temat niezależności mediów jest skomplikowany. Jak zauważył w wywiadzie dla „Niedzieli” ks. dr hab. Michał Drożdż, profesor UPJP II – przewodniczący Naczelnego Sądu Dziennikarskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich: „Media mają swoich właścicieli, linie programowe, założenia ideologiczne. Mają też kontekst komercyjny, niektóre koncerny medialne są spółkami giełdowymi. Gdyby przyjąć absolutny punkt odniesienia, to nie ma mediów niezależnych, bo są one zależne np. od właściciela i to on ma prawo decydować o linii programowej. Doświadczenia są także takie, że wpływa on na pracę dziennikarską. Ma to jednak swoje granice, bo ten wpływ odbija się na wiarygodności medium. Gdy patrzymy na niezależność mediów, musimy ustalić punkt odniesienia. Jeśli ustawimy właściwe proporcje zależności i na pierwszym miejscu media i dziennikarze w nich pracujący będą zależni od wartości etycznych – prawdomówności i uczciwości – to wtedy wszelkie inne, konieczne i naturalne, zależności będą wtórne i nie będą odgrywać głównej roli” (całość TUTAJ).

 

Na pewno w kontekście wydarzeń w Polsce trzeba ciągle pytać o etykę pracy dziennikarzy. Tak, żeby w przyszłości było miejsce na wiarygodność i uczciwość.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika  Katolickiego „Niedziela”

 

ADAM SOCHA: Albo jesteś z nami, albo przeciw nam

Na samym początku mojej drogi dziennikarskiej, a pracę zacząłem 1 maja 1981 roku, dostałem lekcję obiektywizmu dziennikarskiego od śp. red. naczelnego tygodnika „Kontakty” Stanisława Zagórskiego. Otóż, jako dziennikarz uczestniczyłem w rozmowach wojewody łomżyńskiego z przywódcami mazowieckiego oddziału „Solidarności” w Łomży. W pewnym momencie widząc, że robotnicy nie radzą sobie z retoryką wojewody, wsparłem ich występując niejako w roli samozwańczego rzecznika prasowego.

 

Po powrocie do redakcji red. Zagórski zapytał mnie, w jakim charakterze byłem na spotkaniu u wojewody? Ta lekcja wystarczyła mi na całe dalsze zawodowe życie. Dodam, że „Kontakty” drukowały wszystko, co napisałem, nawet poszedł wywiad z Jackiem Kuroniem ze Zjazdu „Solidarności” w Hali Olivii (taki wywiad wydrukował jeszcze tylko „Sztandar Młodych”).

 

Obecnie, podczas trwających od 22 października ulicznych protestów po wyroku TK na temat aborcji eugenicznej, gros dziennikarzy i redakcji natychmiast stała się rzecznikami prasowymi, z jednej strony protestujących, a z drugiej strony rządu.

 

Ale to nie jest nihil novi pod polskim słońcem. To tylko kolejna odsłona tego samego widowiska. Ten podział ról dokonał się na dobre po zwycięstwie PiS-u w 2015 roku. Media, które nie uznały demokratycznego werdyktu (TVN, Wyborcza, Newsweek, Fakt, onet.pl) z miejsca zaczęły atakować rząd, a wszystkie chwyty stały się dozwolone. Z drugiej strony barykady uformował się obóz mediów, które wspomogły PiS w osiągnięciu zwycięstwa w wyborach (kluby „Gazety Polskiej”), po czym zaczął atakować media opozycyjne i opozycję.

W zasadzie w wielu przypadkach trudno było odróżnić, kto jeszcze występuje w roli dziennikarza, a kto już polityka? Np. Tomasz Lis krzyczący pod Sejmem na manifestacji KOD-u 19 grudnia 2015 roku:

Witam Was wszystkich: Komuniści, złodzieje, ludzie gorszego sortu. Ludzie, którzy nie mają głów, wszyscy zaprzedani. Mogą zamykać nam programy, wyłączać mikrofony, ale nigdy nie zamkną nam ust” – zaczął swoje wystąpienie Tomasz Lis. – „Czy pozwolimy odebrać sobie wolność i demokrację w imię kaprysu jednego człowieka?”

 

Wyborcza to od dawna aktywny uczestnik walki o władzę. Teraz wspiera Ogólnopolski Strajk Kobiet, także finansowo dołączając plakat ze słowem „Wyp………” oraz przekazując wpływy z prenumeraty na rzecz OSK.

 

To jeszcze mówił dziennikarz czy już polityk? Redaktor naczelny „Polityki” Mieczysław Franciszek Rakowski cały czas wbijał do głów swoim dziennikarzom: „pamiętajcie, nie jesteście tylko dziennikarzami, jesteście też politykami”. I ta nauka nie poszła w las.

 

Czytelnicy, którzy podzielili się na dwa nienawistne plemiona wręcz żądają od „swoich” mediów ostrego atakowania przeciwnika, wyłapywania i wyolbrzymiania każdego potknięcia, niezręcznego słowa. Czytelnicy zachowują się jak kibice na meczu bokserskim, krzyczą do swoich pięściarzy: „tak, dowal mu!, dobij go!”, nie widzą  żadnego ciosu poniżej pasa swojego zawodnika.

 

Ten rodzaj czytelników najbardziej nienawidzi dziennikarzy, którzy za wszelką cenę starają się zachować obiektywizm i pęłnić role lustra idącego gościńcem.

 

Doświadczyłem tego teraz, gdy przez trzy kolejne dni chodziłem w pochodach w Olsztynie i rozmawiałem z jego uczestniczkami, głównie studentkami. Publikowałem wiernie te rozmowy na portalu debata.olsztyn.pl, bez komentarza, jedynie dodając relacje z przebiegu demonstracji.

 

Czytelnicy z obu plemion byli niezadowoleni. Czytelnik utożsamiający się z strajkiem kobiet zarzucił mi na forum portalu, że moje rozmowy z protestującymi kobietami to…. Konfabulacja, że je zmyśliłem! (Mam nagrania). Domyślam się, o co mu chodziło. Zamiast jedynie rejestrować wypowiedzi, zadawałem pytania, wyrażałem swoje wątpliwości, co sprawiało, że niektóre rozmówczynie ukazywały pustkę w głowie. Czytelnik uznałby taki przebieg rozmowy, który byłby zgodny z przekazem dnia Marty Lempart. Nawet tak zaangażowane po stronie rewolucji Radio TOK FM (Grupa Radiowa Agory) przeprosiło słuchaczy za to, że do dyskusji w porannym paśmie o protestach po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ograniczającego prawo do aborcji zaproszono mało kobiet. – Popełniliśmy błąd. Nie odpowiedzieliśmy adekwatnie na sytuację, w której wszyscy się znaleźliśmy – przyznała redakcja.

 

Z drugiej strony fakt, że publikuję rozmowy z protestującymi kobietami przez czytelników utożsamiających się z PiS-em czy hierarchią kościelną osądzany jest jednoznacznie: portal debata.olsztyn.pl przeszedł na stronę „barbarii”.

 

Ale ja wiem, że jest milczący środek (nie dokonuje wpisów), który czyta mnie od dziesiątków lat i nigdy nie zawiódł się na mojej rzetelności. Redaktor naczelny „Gazety Olsztyńskiej” powiedział mi swego czasu: „Nawet ci, którzy ciebie nienawidzą, prywatnie przyznają, że Socha pisze prawdę”.

 

Toteż, tak jak ja, gdy wyszukuję wiarygodnych źródeł informacji, to sięgam np. po „Dziennik Gazetę Prawną” czy włączam Wydarzenia Polsatu, tak też są czytelnicy, którzy poszukują prawdy i jakoś wiedzą, na którym portalu, której redakcji, któremu dziennikarzowi można zaufać. Takich czytelników i takich dziennikarzy, niestety jest coraz mniej.

 

Masy nie potrzebują prawdy, zresztą w świecie ponowoczesnym kategoria prawdy przestała istnieć. Prawdą jest to, co zostanie tak nazwane przez dane medium.  Masy krzyczą: „Albo jesteś z nami, albo przeciw nam”. Syn Krauzego bije do krwi operatora TVP, bojówkarze we Wrocławiu atakują dziennikarki Wyborczej.

A będzie jeszcze gorzej.

 

Adam Socha

JADWIGA CHMIELOWSKA: Najważniejsza jest wolna Białoruś

Na Białorusi naród się przebudził. Suweren pragnie odzyskać władzę decyzyjną w kraju. Pragnie wyzwolić się spod władzy uzurpatora. To nieważne, na ile była to przygotowana na Kremlu prowokacja, aby Łukaszenkę wymienić na Babarykę czy kogoś innego, wygodnego dla  Moskwy. Ważne jest to, że Białorusini zobaczyli, ilu ich jest i że mogą wspólnie wybrać demokratycznie władzę w państwie. Moskale i tak nie będą stale wspierać Łukaszenki, bo jest to dla nich niewygodne i bezcelowe. Teraz mają problem na Kaukazie i zadrażnienia z Turcją. Podobnie było w 1980 roku w Polsce. Komuniści sprowokowali strajki jedynie w celu wymiany ekipy Gierka, ale sytuacja wymknęła się im spod kontroli i narodziła się Solidarność – ruch narodowowyzwoleńczy. Dziesięć lat później była szansa na pełną niepodległość, ale kunktatorstwo samozwańczych doradców i agenturalność Wałęsy doprowadziły do porozumienia z komunistami w Magdalence, a po „Okrągłym Stole” Polacy mają z pełną suwerennością problemy do dziś. Skutki grzechu zaniechań co rusz wychodzą na jaw!

 

Problem tkwi w tym, na ile Białorusini będą w stanie wybrać dobrze swoich nowych przywódców. Może warto pomyśleć o już sprawdzonych postaciach, które nigdy nie zawiodły w walce o niepodległość. W Polsce uwierzenie Wałęsie doprowadziło do tego, że naród kilka lat błądził po manowcach.

 

Historia już dawno dała odpowiedź na pytanie czy warto mieć wolne suwerenne i niepodległe państwo. Czy warto walczyć i nawet ginąć w interesie własnego narodu czy też obcego, a często naszych ciemiężycieli. Tak było pod Sadową, gdzie Polacy ginęli na wojnie Prus z Austrią w lipcu 1866r. Najwięcej wśród żołnierzy poległych w tej  bitwie po obu stronach  było Polaków.  Pisał o tym Czech Alois Jirásek w swoim opowiadaniu „Poranek po bitwie”. Jeden z  największych poetów polskich XIX w.  Cyprian Kamil Norwid w liście do Józefa Bogdana Zaleskiego relacjonował: „Pod Sadową głównie wygrali Polacy (hułany poznańskie), bijąc się i mordując z Polakami (hułany galicyjskie).

 

Największym grzechem w polityce jest grzech zaniechania i gnuśności. Za błędy dziadków płacą wnuki i prawnuki. Jarzmo rosyjskiej niewoli 123 lata próbowały zrzucić kolejne pokolenia Polaków, Białorusinów, Litwinów i Ukraińców. Tylko Litwie i Polsce udało się w 1918 roku wybić na niepodległość i tylko zachodnie ziemie Ukrainy i Białorusi do 1939 r. cieszyły się wolnością i demokracją. Niestety, to widać do dzisiaj, zwłaszcza na zachodzie Ukrainy, gdzie niewolę sowieckiej Rosji zobaczyli dopiero w 1939 roku. Tam właśnie do dziś jest silna identyfikacja narodowa, bo rusyfikacja nie zdążyła całkowicie zdewastować tożsamości kulturowej, a nawet jej podstawy, jaką jest znajomość języka.

 

Polityka rusyfikacji prowadzona była na ziemiach polskich w zaborze rosyjskim. Najbardziej ulegali jej pragnący robić karierę. Na szczęście wybuchały powstania, tak krytykowane obecnie przez środowiska prorosyjskie w Polsce. Walki te prowadziły do wyraźnego podziału na MY i ONI. Pozwalały kolejnym pokoleniom utrzymać tożsamość narodową. Największy bój toczył się o znajomość języka narodowego, historii, kultury i tradycji. Piszę o tym dlatego, że każdy naród powinien dbać o swą identyfikację. Litwinom, Łotyszom, Estończykom i Polakom sprzyjało to, że  wyróżniały ich inny alfabet i inna religia.

 

Ostatnie 30 lat to seria zaniedbań władz Białorusi. Na Ukrainie udało się przywrócić język ukraiński, który jest już powszechnie znany. Białorusini muszą teraz główny nacisk położyć na uczenie młodzieży języka i historii. Naród, aby przetrwać, musi być dumny ze swej tożsamości.

 

Nie chcę nikogo pouczać. Podaję tylko sprawdzone wzorce z Polski, Litwy Estonii i Łotwy po I wojnie światowej,  a zwłaszcza Ukrainy obecnie. Język to najważniejszy element identyfikacji narodowej. Białorusini powinni być dumni ze swojego języka, który był obowiązującym na dworze Wielkiego Księstwa Litewskiego. To właśnie dlatego nie było problemów językowych, gdy Jagiełło przybył do Krakowa i został królem Polski. Historia Rzeczpospolitej – Pierwszej Unii w Europie – jest również historią narodów ją tworzących. Wszyscy powinni być dumni z demokracji szlacheckiej (10 % społeczeństwa i stan otwarty dla tych, którzy bronią Ojczyzny) oraz pierwszej konstytucji w Europie.

 

Podczas II wojny światowej Białorusini mieli liczną partyzantkę niekomunistyczną. Po wojnie walczyła nadal we współpracy z oddziałami poakowskimi WIN i NSZ. Armia Czerwona postanowiła się rozprawić z białoruskimi patriotami.

 

„W 1944 roku mieszkańcy Mińska nie podjęli żadnej walki przeciwko Rosjanom, ale chowali się w piwnicach, czekając na nadejście Armii Czerwonej. Sowieci działaniami armii pancernych okrążyli Mińsk od północnego zachodu i zdobywali miasto od wschodu, walcząc z okrążoną w tym rejonie 4. Armią niemiecką.

 

W rezultacie tych walk zagładzie uległo 83 procent zabudowy miasta, w tym wszystkie zabytki i wszystkie zakłady przemysłowe. Życie straciło ponad 200 tys. mieszkańców (przed wybuchem wojny Mińsk liczył 270 tys. ludności).

 

Zanim doszło do walk o Mińsk, był on kilkakrotnie bombardowany przez sowieckie lotnictwo (na przełomie czerwca i lipca 1944 r.). Bombardowań dokonały cztery dywizje lotnicze gwardii lotnictwa dalekiego zasięgu. Celem był węzeł kolejowy, ale bombardowania były bardzo niecelne i ucierpiało przede wszystkim samo miasto.” – napisał na Fb prof. R. Szeremietiew. Tak więc, czy Powstanie Warszawskie by wybuchło czy nie, plany Moskwy były takie same – zniszczyć miasto i wymordować mieszkańców. Powtórzyli taki zamiar w czeskiej Pradze, ale Czechom udało się przy wsparciu zbuntowanych żołnierzy ROA, tzw. własowców, wyzwolić miasto z rąk niemieckich.

 

Po wojnie to, co jeszcze ze starówki w Mińsku zostało, zniszczono na rozkaz sowieciarzy i zbudowano socrealistyczne potworki.

 

Wolne, niepodległe, demokratyczne  Białoruś, Ukraina i Kraje Bałtyckie są w żywotnym interesie Polski. Gdyby Piłsudskiemu udało się w 1920 r. obronić niepodległe państwa Białoruś i Ukrainę, nie byłoby II wojny światowej. A nawet gdyby w Traktacie Ryskim w 1921 r. Polska, wzięła Mińsk, który chciał jej dać Lenin, Białoruś byłaby w innym położeniu. Tak jak na Zachodniej Ukrainie przetrwałaby białoruska narodowa kultura i język.

 

Teraz w naszym: polskim, ukraińskim i litewskim interesie musimy nie tylko trzymać kciuki za niepodległą Białoruś, ale pomóc im budować narodową tożsamość, np. dostarczać podręczniki do nauki języka i historii.

 

Na marginesie – cały świat powinien uczyć się teraz kultury politycznej od narodu białoruskiego. Białorusini potrafią manifestować swoje polityczne żądania, bo walczą o przyszłość swojej ojczyzny, którą  kochają. Dzicz, która wypełzła na ulice USA i państw demokracji zachodniej, a ostatnio dotarła nawet do Polski, dewastuje i niszczy wszystko dookoła.

WOJCIECH POKORA: Daleko zaszło, że do tego doszło

„Wesprzyj Wypierdalać, kup prenumeratę dla Ogólnopolskiego Strajku Kobiet”. Tak reklamuje się jeden z największych dzienników w Polsce informując, że wszystkie pieniądze ze sprzedanych w najbliższym tygodniu prenumerat przekaże na Ogólnopolski Strajk Kobiet. 

 

To chyba najbardziej jaskrawy przykład, z jednej strony wulgaryzacji języka w debacie publicznej i upowszechniania w mediach tzw. mowy nienawiści, a z drugiej, upolitycznienia mediów. O ile wulgaryzacja jest czymś nowym i jest duża szansa, że jednak się nie przyjmie, o tyle upolitycznienie niestety ma długą tradycję, sięgającą daleko dalej niż początki III RP.

 

Zacznę od wulgaryzmów i tzw. mowy nienawiści.  W 2014 roku w „Newsweeku” pojawił się artykuł pt. „Internet pełen nienawiści. Dopuszczamy szkalowanie Romów, muzułmanów i Żydów”. Autorka tekstu opisuje badanie przeprowadzone przez fundację „Wiedza Lokalna”, w ramach którego z bazy mowy nienawiści wybrano kilka stwierdzeń, a następnie przedstawiono je młodzieży i dorosłym by stwierdzić, czy wybrane sformułowania są ich zdaniem obraźliwe i czy powinny być akceptowane w przestrzeni publicznej. Konkluzją tego badania – i co za tym idzie artykułu – jest wypowiedź dr hab. Michała Bilewicza z Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego, który stwierdza, że „kontakt z mową nienawiści prowadzi do słabszego dostrzegania obraźliwości mowy nienawiści, większej deklarowanej dopuszczalności mowy nienawiści, a ostatecznie do mniejszej akceptacji mniejszości”, i że powinno się oddziaływać na dostawców usług internetowych oraz portale internetowe, by wzięły odpowiedzialność za przekazywane treści, „ponieważ jest to główne miejsce stykania się z mową nienawiści”. To słuszny postulat. Dodałbym do niego media. Jeśli będziemy akceptować obecność w debacie publicznej i w mediach tak wulgarnego języka, za chwilę zaakceptujemy przemoc fizyczną, oczywiście wymierzoną w określonego przeciwnika. Najpierw zdehumanizuje go język, później zbrodniczy czyn. Ktoś chce się założyć?

 

31 października 2020 roku w „Newsweeku” pojawił się wywiad z Michałem Rusinkiem zatytułowany „<<Wulgaryzmy i ekspresjonizmy mają swoje uzasadnienie>>. Michał Rusinek tłumaczy, co się odjaniepawla na protestach”. Tekst ma nas oswoić z nowym trendem, który pojawił się w związku z protestami i wytłumaczyć czytelnikom, że jeśli w przestrzeni publicznej postanowili siarczyście przekląć, szczególnie w kontekście nielubianej osoby lub formacji politycznej, to nie są chamami. Czytamy więc, że „wyraz <<wypierdalać>> jest niezwykły pod względem fonetycznym. Kryje w sobie brutalność, siłę, bunt, ale też wyzwolenie. Krzycząc je na ulicy, dajemy upust emocjom, pokazujemy siłę, że tak powiem, nieparlamentarnej demokracji”.

 

Oczywiście pan Michał Rusinek ma prawo do swojej opinii, a „Newsweek” ma prawo je publikować, jednak czy faktycznie należy starać się usprawiedliwiać sytuacje, które przekraczają granice dobrego obyczaju? Wydaje się, że jeszcze niedawno piewcy wulgaryzmów to rozumieli i sam Michał Rusinek na łamach „Gazety Wyborczej” (6 czerwca 2020) twierdził, że o ile nie oburza go już po „zdradzieckich mordach”, „kanaliach” i „najgorszym sorcie” nazwanie opozycji „chamską hołotą”, o tyle uznaje, że taki werbalny „atak na sejmową opozycję jest atakiem zarówno na demokratyczną instytucję Sejmu, a po drugie, na tych wyborców, którzy są przez nią reprezentowani”.

 

To ważny głos w debacie publicznej i dobrze, że znalazło się na niego miejsce na łamach dużej ogólnopolskiej gazety, tylko, czy w z perspektywy listopada 2020 ta opinia sprzed pięciu miesięcy nie brzmi fałszywie? Czyżby zasadą było dobieranie argumentów adekwatnie do przeciwnika i nie istniał jakiś obiektywny standard, który obowiązuje wszystkich? Uważny czytelnik wymienionych tytułów, a już szczególnie cytowanego autora, mógłby odnieść wrażenie, że jednak w niektórych przypadkach stosowane bywają podwójne standardy. Raz wulgaryzm psuje język, raz go wzbogaca. Raz należy szanować demokrację, innym razem można ją podważyć. Raz liczy się głos wyborcy wyrażony przy urnie, drugi raz wykrzyczany w emocjach na ulicy. Schizofrenia?

 

 

Niektóre portale zauważyły ten problem i starają się z tym walczyć. Oczywiście każdy walczy jak potrafi. Jest taki stary dowcip, o dwójce przyjaciół, która stoi przy klatce z żyrafą w ZOO. Po dłuższej obserwacji zwierzęcia, jeden z nich stwierdza – chodźmy stąd, takie zwierzę nie istnieje. Podobne zabiegi stosowane są także niestety w mediach. Trudno uwierzyć w to, co widzimy, ale nie wypada nam się z tą sytuacją skonfrontować? Postarajmy się przekonać czytelników, że to, co widzą, nie istnieje. Idąc tą drogą Onet w materiale pt. „To jest wojna, ale pełna miłości”, wyjaśnia:

 

Strajkujący wyszli na ulice, by pokazać swoją złość i zamanifestować brak przyzwolenia na odbieranie im praw i wolności. Pierwsze, co rzuca się w oczy, gdy patrzymy na relacje ze strajków, to pełne mocnych słów hasła, jednak zachowanie protestujących to coś więcej, niż bunt społeczny. To wyjątkowe świadectwo solidarności i troski”.

 

Zatem drogi czytelniku, przemoc werbalna i chuligańskie wybryki to przejaw miłości i świadectwo troski. Jeszcze jakieś pytania? Myślę, że w to tłumaczenie nie wierzą ani autorzy artykułu, ani czytelnicy. Jednak nie wypadało przejść koło klatki z żyrafą udając, że nie istnieje, w końcu jest to temat wart przynajmniej wierszówki.

 

Na temat upolitycznienia mediów powstało w Polsce tysiące publikacji. Trudno dziś o dziennikarza, który uniknąłby łatki zaangażowanego. Skoro tytuły prasowe kojarzone są z opcjami politycznymi (niektóre słusznie, bo wprost okazują swoje zaangażowanie w spór polityczny), to pracujący w nich dziennikarze często utożsamiani są z linią redakcyjną, i rykoszetem otrzymują swoją łatkę. Trudno z tym walczyć w spolaryzowanym społeczeństwie. Skoro scena polityczna podzielona jest na dwa obozy, to łatwiej się odbiera rzeczywistość dzieląc na te obozy wszystkich. Najczęstszą zasadą jest ta, że dziennikarz, który głosi opinię odmienną od mojej, jest upolityczniony. Ten, który pisze zgodnie z moimi oczekiwaniami, jest niezależny. Zasada jest generalna ale są od niej wyjątki. Prawdziwie upolitycznieni dziennikarze.

 

3 lipca 1989 roku w „Gazecie Wyborczej” pojawił się tekst Adama Michnika pt. „Wasz prezydent, nasz premier”. Myślę, że to jest w III RP wzorzec z Sèvres upolitycznionego dziennikarstwa. Redaktor naczelny ogólnopolskiego dziennika pisze tekst głęboko zaangażowany politycznie, czym odciska piętno na całym współczesnym dziennikarstwie. Odtąd można opowiadać się na łamach prowadzonej przez siebie gazety (lub radia, portalu, telewizji w której się pracuje) za określoną opcją polityczną uznając, że jako obywatel mam prawo do swojej opinii. Dziennikarz jest od tego momentu jednym z uczestników debaty i ogranicza go jedynie zasięg mediów, w których pracuje. Nic bardziej błędnego.

 

 

Dostrzega to BBC, którego szef ogłosił właśnie (cytaty za Press), że „BBC musi służyć wszystkim w taki sam sposób” w związku z czym dziennikarze zatrudnieni w tym koncernie medialnym zobowiązani są do obiektywizmu w mediach społecznościowych. Dziennikarze nie będą mogli wyrażać opinii, które chociażby zasugerowałyby ich poglądy, mają przestać wdawać się w kłótnie w Internecie i nie budować osobistej marki. Dlaczego? „Po to, aby przestali wdawać się w kłótnie w Internecie i nie próbowali budować swojej osobistej marki w mediach społecznościowych, bo to drugorzędne w stosunku do ich obowiązków jako pracowników BBC”. Co to oznacza? Dziennikarz jest jak żona Cezara. Nie wyraża swoich opinii ani w miejscu pracy, ani w mediach społecznościowych. Obserwuje, nie uczestniczy.

 

Ostatnie dni są przesileniem nie tylko w życiu społecznym, ale też w życiu mediów. Te wszystkie „wypierdalać” zamieszczone na profilach w mediach społecznościowych dziennikarzy, pioruny, wzajemne bluzgi, triumfalizm pojawiający się w wypowiedziach, wszystkie elementy określające zajmowane stanowisko w toczącym się sporze pokazują, że daleko odeszliśmy od zasady obiektywizmu. Zostaje nam albo się do tego przyznać i nie debatować więcej nad standardami, chyba że w celu kreślenia nowych granic, albo się cofnąć. Optuję za tym drugim.

 

Wojciech Pokora

Jako dziennikarze zaorzemy się sami – uważa ŁUKASZ WARZECHA

Mam zasadę: jako dziennikarz nigdy nie biorę udziału w politycznych demonstracjach. Nawet, jeśli się z nimi zgadzam. Uważam to za część dobrej praktyki oddzielania swoich emocji od pracy, polegającej na analizowaniu, przedstawianiu argumentów, relacjonowaniu tego, co się dzieje. To wymaga dystansu. Nigdy nie przyjmowałem argumentu, przytaczanego przez wielu kolegów tej zasady nieprzestrzegających, że „dziennikarz to również obywatel”. Tak, ale w specyficznej roli, która nakłada na nas – w moim przekonaniu – pewne ograniczenia. Są zawody, w których zakazane jest strajkowanie, mimo że przecież członkowie tych profesji nie zostali pozbawieni praw obywatelskich. Na podobnej zasadzie – choć nie jest to kwestia przepisów – dziennikarze, w tym również publicyści i komentatorzy, powinni sami sobie zakazać otwartego zaangażowania politycznego. Co nie oznacza, że mają nie mieć poglądów.

 

Wiem – to fikcja. Tomasz Sakiewicz przemawiał na wiecach PiS, a Tomasz Lis podskakiwał na wiecach opozycji. Żaden z nich nie widział w swoim zachowaniu niczego niestosownego. Nie mówimy więc o zjawisku nowym, lecz dziś nabiera ono mimo wszystko nowego wymiaru. Z zażenowaniem patrzyłem na stronę główną portalu Gazeta.pl w trakcie dużych demonstracji Strajku Kobiet, gdy zamiast niektórych tekstów widniały tam ramki z napisem: „Tu miał być tekst informacyjny, ale strajkujemy”. To nie tylko było świadectwo jawnego zaangażowania w konflikt polityczny, dalece przekraczającego granice nawet mocno emocjonalnej relacji, ale też był to porażający nonsens: portal, który przecież z całej siły popiera protesty, pozbawia własnych czytelników dostępu do części informacji, być może właśnie o tych protestach, bo podobno ktoś tam w tymże portalu strajkuje. Nie wiem naprawdę, kogo i do czego miało to przekonać.

 

Mało tego – „Gazeta Wyborcza” uruchomiła akcję specjalnej prenumeraty, z której zebrano ponad 300 tys. zł na wsparcie Strajku Kobiet, promowaną w dodatku hasłem ze sztandarowym wulgaryzmem. To, nawiasem mówiąc, kolejne przełamanie bariery, której istnienie kazało do tej pory, przynajmniej w mediach głównego nurtu, ewidentne wulgaryzmy wykropkowywać. Media wspierające protesty nie tylko tego nie czynią – legitymizując w ten sposób schamienie języka publicznego – ale też wprowadziły obecne podczas protestów wulgaryzmy do standardowego języka swoich tekstów, czyli – posługując się fachowym językiem – do tzw. stylebooka. W swoją drogą ciekawym i idącym pod prąd linii GW felietonie w tejże gazecie Dawida Warszawskiego cały czas posługuje się słowem na „w” i nie jest ono wykropkowane.

 

W ten oto sposób GW stała się praktycznie biuletynem protestujących, trudno zatem traktować ją jako wiarygodne źródło informacji – chyba że ktoś umie i lubi oddzielać ziarno od plew, no i ma na to czas. Weźmy dla przykładu tekst, który miał opisywać, jak to rzekomo kierowca prezesa NIK fizycznie zaatakował nastolatkę, blokującą jedną z ulic w stolicy. Pomińmy już fakt, że tekst w żaden sposób nie zajął się drugą stroną medalu, czyli utrudnieniami dla niezaangażowanych w protesty ludzi, jakie wywołują blokady ulic. Przede wszystkim jednak przedstawiono w nim – w formie wywiadu – relację tylko jednej strony, czyli dziewczyny biorącej udział w proteście, nie starając się nawet zweryfikować jej w jakichkolwiek innych źródłach. To wbrew wszelkim zasadom dziennikarskiej staranności, ale przecież świetnie wiemy, że staranność nie ma tu żadnego znaczenia.

 

By jednak nie było wątpliwości: po drugiej stronie znajdziemy mnóstwo mediów, z telewizją państwową na czele, które przyjęły rolę biuletynów strony przeciwnej. Nie powinno to być w zasadzie zaskakujące, bo w mediach od dawna widzimy zjawisko odpowiadające kopernikańskiej zasadzie, że gorszy pieniądz wypiera lepszy – przy czym tym „gorszym pieniądzem” są media już nawet nie tożsamościowe (które też przyczyniają się do olbrzymiego spadku jakości mediów w ogóle), ale wprost wspierające tę czy inną siłę polityczną. Zaś w wypadku konfliktu o aborcję – jeden czy drugi obóz. Niestety, nie bardzo widać refleksję nad tym, do czego nas to prowadzi. Ta bezrefleksyjność akurat zresztą nie odbiega od średniej w innych dziedzinach życia.

 

Czuję się jak wołający na pustyni, bo przed postępującą w błyskawicznym tempie degeneracją mediów – w tym zwłaszcza państwowych, ale przecież nie tylko – przestrzegam od kilku lat, również na portalu SDP. Bez efektu. Można odnieść wrażenie, że bardzo wielu dziennikarzy poczuło się świetnie w roli politycznych agitatorów – wręcz jakby ktoś zdjął im z barków uciążliwy obowiązek pohamowania ich partyjnych czy światopoglądowych sympatii. Im zaś ostrzejszy konflikt, im głębsza polaryzacja, im agresywniejsi demonstranci – tym łatwiej puszczają w mediach hamulce.

 

Cóż, pozostaje powtarzać: my sami, dziennikarze, pracujemy na zaoranie naszego zawodu. Pozostaje nadzieja, że obronią się, choćby jako nisza, miejsca, które tej tendencji się nie poddadzą.

 

Łukasz Warzecha

Międzynarodowy Dzień Walki z Bezkarnością za Przestępstwa wobec Dziennikarzy

W związku z obchodzonym 2 listopada Międzynarodowym Dniem Walki z Bezkarnością za Przestępstwa wobec Dziennikarzy (International Day to End Impunity for Crimes against Journalists) dziennikarze na całym świecie publikują dziś zdjęcia oznaczone hashtagiem #EndImpunity. Domagają się w ten sposób pociągnięcia do odpowiedzialności sprawców , w szczególności sprawców zabójstw – wśród 2644 dziennikarzy, którzy od 1990 roku stracili życie w związku z wykonywaną przez siebie pracą, wielu zostało zamordowanych.

 

Dzień Walki z Bezkarnością za Przestępstwa wobec Dziennikarzy obchodzony jest od 2013 roku. Tegoroczne obchody trwać będą niemal cały miesiąc i koncentrować się będą na walce z bezkarnością w 6 krajach:

2- 5 listopada: Rosja (od 2005 roku zabitych zostało 17 dziennikarzy, sprawców 5 morderstw do dziś nie odnaleziono)

6-10 listopada: Meksyk (od 2010 roku zamordowanych zostało 101 dziennikarzy, sprawcy nie zostali ukarani w 95% przypadków)

11-15 listopada: Jemen (od 2010 roku zabitych zostało 44 dziennikarzy, sprawcy nie zostali ukarani)

16-19 listopada: Indie (od 2014 roku zamordowanych zostało 40 dziennikarzy, sprawców ukarano w zaledwie 3 przypadkach)

20-23 listopada: Somalia (od 2010 roku zabitych zostało 57 dziennikarzy, sprawców ukarano w zaledwie 4 przypadkach)

 

Sytuacja w tych pięciu wybranych krajach jest szczególnie trudna, niemniej problem dotyczy znacznie większej liczby państw. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych do ukarania sprawców  przestępstw wobec dziennikarzy dochodzi zaledwie w 10% przypadków.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich dołączy do kampanii #EndImpunity pod koniec listopada 2020 publikacją „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” przygotowywaną wspólnie z Narodowym Związkiem Dziennikarzy Ukrainy i dotyczącą przestępstw wobec dziennikarzy na Białorusi. Na publikację składać się będą relacje dziennikarzy, którzy osobiście doświadczyli przemocy ze strony białoruskich służb, byli zatrzymani lub aresztowani, skazani na grzywnę lub więzienie.

 

Źródło: IFJ

 

Ukazał się nowy numer „Forum Dziennikarzy”

Zapraszamy do lektury najnowszego numeru pisma wydawanego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

„Forum Dziennikarzy” dostępne jest zarówno w wersji elektronicznej jak i papierowej. A w nim teksty traktujące o potrzebie przywrócenia równowagi właścicielskiej w polskich mediach. Z tekstów naszych znanych autorów, zamieszczonych w najnowszym numerze „Forum Dziennikarzy” dowiecie się również Państwo jak dba się za granicą o to, aby media były w rękach krajowych właścicieli.

 

O narodowym czytaniu pisze Elżbieta Wieteska-Czechowicz, publikując fotoreportaż z tego wydarzenia.

 

Alina Bosak przypomina o rzeszowskich źródłach CIA i powstaniu NZS.

 

Irena Markowicz przypomina postać najbliższego przyjaciela Jana Pawła II, Kardynała Mariana Jaworskiego.

 

Jolanta Danak-Gajda zaprasza na Syberię nieznaną.

 

Wśród wymienionych, jeszcze wiele innych tekstów, które zapewne zainteresują Państwa.

 

Miłej Lektury

 

Andrzej Klimczak

redaktor naczelny „Forum Dziennikarzy”

 

Numer 4 (138)/2020 do pobrania

 

 Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

 

 

 

 

 

ORLENizacja mediów – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Bezpieczeństwo energetyczne jest bardzo ważne, ale zdaje się, że bezpieczeństwo medialne jest jeszcze ważniejsze.

 

Dawno, dawno temu trafiłem do redakcji „Wiadomości Podkarpackich”, z którą miałem współpracować. Jednym z największych zaskoczeń było istnienie tego medium. Miało siedzibę, redakcję znaczy się, komputery jakieś, dziennikarzy całkiem sporo. Tylko był jeden szkopuł. W ogóle nie kojarzyłem tego tytułu, a jestem przecież zwierzęciem medialnym. Zacząłem poszukiwać w kioskach; rzeczywiście było, ale nie znałem nikogo, kto by to kupował. No więc o co loto? Jak to coś się utrzymuje? Koleżanka redaktor, powiedziała mi tylko: zobacz sobie reklamy. I rzeczywiście. Całostronicowe, spółek, a jakże Skarbu Państwa. Czytelnik dowiadywał się np. o istnieniu zakładu energetycznego i gazowni. To było oczywiście niezwykłe, otwieramy łamy gazety i otrzymujemy wieści, że jest coś takiego jak prąd i gaz. Niebywale potrzebna informacja. Jak dobrze wiemy, kierowanie reklam pozwala dotrzeć do konkretnej grupy osób i sprawić, że zwiększą zużycie i będą wiedzieli, do czego służą kontakty i kurki do gazu. Aha jeszcze jedno. Ważne. Periodyk był w ręku znanego, mocno wpływowego posła ludowego i organem regionalnym tejże partii.

 

Podobna sytuacja powtarza się co jakiś czas i zawsze najzabawniejsze jest utyskiwanie jednych i satysfakcja drugich. Znaczy się, my rządzimy, kasa płynie szerokim strumieniem do nas i tak być powinno, a jeśli do nich, to jest to skandal, marnotrawienie pieniędzy podatnika itd.

 

Jak rzeka pieniędzy płynęła do tzw. mediów liberalnych, pojawiały się pomysły radykalne; objęcie spółek Skarbu Państwa całkowitym zakazem reklamy w mediach i łagodniejsze- kasa, zamiast  do mediów komercyjnych, ma trafić do publicznego nadawcy. Dr Paweł Pasionek grzmiał nawet: „Publiczne fundusze na reklamę powinny być kierowane do mediów, które szanują polską kulturę (…). Decydujący o wydatkach powinni kierować się sprawiedliwością społeczną”. Jeszcze było coś o ładzie moralnym. Piękne.

 

Nie dziwił smutek, gdy w latach 2010-2014 spółka Agora otrzymała 5 000 000 zł, a wydawca tygodnika wSieci 27 000 złotych. A jak jeszcze się okazało, że pisma T. Lisa, J. Baczyńskiego i A. Michnika były prenumerowane przez publiczne instytucje, nawet w powiatowych komendach straży pożarnej, to taka „Gazeta Polska” zdzierżyć tego nie mogła. I krzyczała w tytule: „Nasze podatki na propagandystów”.

 

Na szczęście demokracja ma to do siebie, że zdarza się, że władza się zmienia. Choć niektórych to zawsze mocno zaskakuje.

 

I dzięki temu „Gazeta Polska” już się nie złości, gdy zamieszcza reklamy zbrojeniówki; czołgów, łodzi podwodnych, radarów i haubic. Czytelnicy jak wiemy są bojowo nastwieni i jak tylko znajdą właściwy sklep to sobie kupią i się dozbroją. Tylko media nie sprzyjające władzy skowyczą i wypominają miliardy, które wydały spółki skarbu na media sprzyjające władzy.

 

Oprócz larum finansowego, jest też tzw. przejęciowe. Znany socjolog, ekolog, miłośnik sportu i kultury, prof. Piotr Gliński zaapelował do spółek państwowych, aby kupowały media. W zasadzie słusznie, po co się rozdrabniać reklamami, jak można pójść na całość. Dobrze by było, aby spółki kupowały media albo w ogóle zakładały wydawnictwa, budowały drukarnie. Najlepiej w temacie na których się znają. Lasy Państwowe mogłyby wydawać „Zwierzyńca” i „Łowczego”, Pekao „Pieniądze to nie wszystko”, KGHM „Odkrywcę”, Grupa Azoty pismo „Młody chemik”, a PKP „Kolejowy Skansen”.

 

Z całej tej grupy na pierwszy plan wysunął się Orlen. A koncern naftowy przecież, to gracz nie byle jaki. Uprzedni CPN obrósł w piórka i jako jedyne polskie przedsiębiorstwo jest notowane w rankingu „Fortune”,  największych przedsiębiorstw świata. Transakcja sprzedaży spółki Polska Press, należącej do Verlagsgruppe Passau, jest już w zasadzie zaklepana. Coś koło 170 tytułów, w tym ponad 20 dzienników regionalnych. Gazeta „Nasza Historia”, stanie się nareszcie historią jedynie obowiązującą i prawdziwą.

 

A przecież walka na rynku medialnym nie zaczyna się teraz. Ze stacji benzynowych zniknęły dwa lata temu pisma dla panów, a prawicowe tygodniki zaczęły grzać swoim blaskiem w bardzo widocznym miejscu. Stając na straży porządku i moralności, ogromnym niedopatrzeniem jest niestety nadal eksponowana sprzedaż ogumienia, czyli środków antykoncepcyjnych i wódy, rozpijającej naród, który tyle przecież przeszedł.

 

Kolejnym ruchem była decyzja przejęcia Ruchu. Co prawda sprzedaż papierowych gazet leci na łeb na szyję, coraz mniej rodacy fajczą, a i sprzedaży biletów się nie prowadzi. Więc dochodowość staje pod znakiem zapytania. Nic to, są jeszcze paczki, a i kolejne miejsce na placu kolportażowego boju zdobyte.

 

I wszystko byłoby cacy, gdyby nie znów protestujący. Tym razem politycy i publicyści mówią o orbanizacji mediów. Nawiązując oczywiście do rynku medialnego Madziarów, pod względem monopolizacji i propagandy bliskiego doskonałości, nie mającego sobie równych w Unii Europejskiej. Pewnie pojawią się też niekończące dyskusje i pytania, czy lepsza prasa w rękach zachodnich sąsiadów czy żoliborsko – nowogrodzkich?

 

Krzysztof  Prendecki

Zmiana terminu Zjazdu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

15 października br. ze względu na sytuację spowodowaną nawrotem pandemii koronawirusa i działając na podstawie art. 10 ust. 1f ustawy – Prawo o stowarzyszeniach oraz § 36 pkt 2 Statutu SDP,  Zarząd Główny  SDP  podjął uchwałę o  przełożeniu terminu  Sprawozdawczo – Wyborczego Zjazdu Delegatów SDP   na II kwartał 2021 r.  Zjazd miał odbyć się 21-22 listopada 2020 r.

 

Zgodnie z art. 10 ust. 1f ustawy – Prawo o stowarzyszeniach, w przypadku upłynięcia kadencji władz stowarzyszenia w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii, o których mowa w ustawie z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, lub do 30 dni po odwołaniu danego stanu, kadencja ulega przedłużeniu do czasu wyboru władz stowarzyszenia na nową kadencję, jednak nie dłużej niż do 60 dni od dnia odwołania stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii.

 

Za przełożeniem terminu Zjazdu zagłosowali:

 

  1. Krzysztof Skowroński
  2. Witold Gadowski
  3. Jolanta Hajdasz
  4. Jadwiga Chmielowska
  5. Aleksandra Rybińska
  6. Wanda Nadobnik
  7. Maria Giedz
  8. Tadeusz Woźniak
  9. Piotr Legutko
  10. Zbigniew Rytel
  11. Stefan Truszczyński
  12. Mariusz Pilis

 

Nie oddał głosu ks. Ireneusz Bruski. Głosowanie odbyło się w sposób zdalny.