Dekoncentracja wolności słowa – analiza ADAMA SOCHY

Jeszcze niedawno publicyści uspokajali, iż nie do zrealizowania jest zapowiedź prezesa Jarosława Kaczyńskiego z lipca 2020 roku, iż jednym z priorytetów nowego rządu będzie polonizacja i dekoncentracja mediów. W pierwszym wywiadzie dla PAP, po zwycięstwie Andrzeja Dudy, prezes stwierdził, iż ich kandydat wygrał mimo „potężnego frontu medialnego” i zapowiedział: „Możemy doprowadzić do tego, że mediów, które patrzą na rzeczywistość bardziej realistycznie, będzie więcej niż w tej chwili. W tym kierunku będziemy próbować działać”. Zarazem prezes PiS uspokajał: „ale nie zrobimy niczego, co by godziło w wolność mediów”.

 

Publicyści (np. Łukasz Warzecha) twierdzili, że plan podporządkowania sobie mediów z kapitałem zagranicznym przez PiS jest nierealny, gdyż w odróżnieniu od Węgier, PiS nie dysponują grupą oligarchów, którzy wyłożyliby kasę na ich wykupienie. Nie wierzono, że PiS posłuży się spółkami Skarbu Państwa (ja też). Toteż realna wydawała się tylko ustawa dekoncentracyjna, która miałaby ograniczyć udział inwestorów zagranicznych w polskich mediach do nie więcej niż 30 proc., oraz liczbę tytułów, które może mieć jedna grupa medialna.

 

A tu raptem „The Economist” informuje, że PKN Orlen negocjuje z niemieckim koncernem Verlagsgruppe Passau w sprawie kupna Polska Press Grupy. Wydawca ten jest właścicielem 20 z 24 wydawanych w Polsce dzienników regionalnych. To, co jeszcze wczoraj, również mnie, wydawało się niemożliwe, staje się możliwe, mimo że ani Orlen, ani VSP nie potwierdzają rewelacji „The Economist”. Za to poseł  PiS Jan Mosiński powiedział portalowi tvp.info: „Decyzja została podjęta. Będziemy wprowadzać dekoncentrację mediów. Działania prezesa PKN Orlen Daniela Obajtka w celu wykupienia grupy prasowej Polska Press są dobre. Będziemy mieli niedługo zdrową równowagę na rynku medialnym”.

 

Od razu powiem, że co do zasady, podzielam diagnozę prezesa Kaczyńskiego, iż media w rękach zagranicznego kapitału, to nie jest normalna sytuacja i nie dopuszczono do niej nigdy w państwach zachodniej demokracji. Żaden z wolnych krajów nie pozwoliłby, by postawy i opinie obywateli kształtowały media innego państwa. Natomiast stało się tak we wszystkich byłych demoludach, po upadku komunizmu.

 

W wielkim skrócie przypomnę historię mediów regionalnych w Polsce po 1989 roku. Komisja Likwidacyjna RSW doprowadziła do powstania neoRSW w postaci pierwszego prywatnego banku w Polsce, Banku Handlowo-Kredytowego w Katowicach, należącego do krewnego gen. Michała Janiszewskiego, szefa gabinetu prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Zespoły byłych organów KW PZPR powoływały spółdzielnie dziennikarskie, a te likwidatorzy kierowali do Katowic, tłumacząc że samodzielnie nie udźwigną finansowo wydawania gazety. BHK stworzył holding prasowy, by następnie sprzedać tytuły dwóm zagranicznym wydawnictwom: norweskiej Orkli i niemieckiemu Passauerowi. Po pewnym czasie Passauer połknął gazety Orkli. Neue Passauer Presse to było mikro wydawnictwo z Bawarii należące do dentysty z zawodu Axela Diekmanna. Wydawca jednej gazetki w Passau, miasteczku w Bawarii na pograniczu z Austrią, liczącemu ok. 50 tys. mieszkańców, zaufał  niemiecki bank i uruchomił linię kredytową, dzięki której Diekmann stał się monopolistą prasy regionalnej.

 

Na początku były dwa wyjątki jeśli chodzi o byłe organy KW PZPR. „Gazetę Współczesną” w Białymstoku Komisja Likwidacyjna sprzedała KK „Solidarności” (zostałem jej pierwszym redaktorem naczelnym), a zespół “Trybuny Opolskiej” przechytrzył BHK, jednego dnia zwalniając się z pracy i zatrudniając w nowo powołanej spółce, po czym następnego dnia w kioskach pojawiła się „Nowa Trybuna Opolska”. Koniec końców oba tytuły i tak trafiły w ręce Herr Diekmanna.

 

Społeczne protesty wzbudziła jedynie sprawa tytułu „Gazeta Olsztyńska”, gdyż ta polska gazeta założona w Prusach Wschodnich należała do 1 września 1939 roku do rodziny Pieniężnych. Jego właściciel Seweryn Pieniężny oraz kilku redaktorów zginęło w obozach koncentracyjnych. W PRL tytuł przywłaszczyła PZPR. Wydawało, że po po 1989 roku tytuł wróci do wdowy po Sewerynie Pieniężnym i jego córek, jednak Komisja Likwidacyjna zdecydowała przekazać tytuł bezpłatnie spółdzielni dziennikarskiej. Dopiero po protestach społecznych premier Tadeusz Mazowiecki zmienił tę decyzję i gazeta trafiła na tzw. „przetarg”, który wygrał BHK, mimo że nie zgłosił najwyższej oferty, przeciwnie.

 

Drugi raz wybuchły protesty społeczne, gdy BHK sprzedał „Gazetę Olsztyńską” niemieckiemu kapitałowi, które dały tylko tyle, że gazetę nie nabyła spółka z Passau, a jeden ze wspólników, jako osoba fizyczna Franz-Xavier Hitreiter.

 

Zespoły byłych organów KW PZPR z reguły wspierały patologiczną transformację ustrojową polegającą na uwłaszczeniu nomenklatury i budowy „czerwonego kapitalizmu”.

 

Po 1989 roku nastąpiła w Polsce erupcja lokalnych tytułów na poziomie gminnym i powiatowym. Po przejęciu rynku przez Passauera niemal wszystkie zostały przez ten koncern wykupione. Tytuły, które się oparły monopoliście można policzyć na palcach jednej ręki, to np. Tygodnik Podhalański w Zakopanem czy „Kurek Mazurski” w Szczytnie.

Były podejmowane próby powoływania przez lokalne środowiska rodzącego się biznesu konkurencyjnych tytułów, jednak z reguły kończyły się one niepowodzeniem i szybko kończyły swój żywot. Z kilku powodów. Pierwszym i podstawowym był brak kapitału, pozostałe to przywiązanie czytelników do tytułu oraz ubogi rynek reklam, które głównie zgarniał tytuł-monopolista.

Na własnej skórze przeżyłem  trzy takie próby konkurowania z monopolistą. Najpierw angażując się w uruchomiony przez lokalnego rzemieślnika, producenta plastikowych worków „Dziennika Pojezierza” w Olsztynie. Szybko wpadł w długi. W momencie, gdy zaczął odnosić sukces czytelniczy m.in. za sprawą moich śledczych artykułów i zaczęły płynąć reklamy, do redakcji wkroczyły jednocześnie wszyscy wierzyciele, odcinając prąd i wodę i rekwirując sprzęt. Drugi raz uruchamiałem w Olsztynie tygodnik „Gazeta Warmińska”, który docelowo miał stać się dziennikiem. Ta inicjatywa też poległa z braku kapitału i reklam, mimo początkowego sukcesu czytelniczego. Wydawcą był mikro przedsiębiorca, który utrzymywał się głównie z firmy sprzątającej fabrykę opon, największego zakładu w mieście. W momencie, gdy do władzy doszedł SLD, krytyczne pismo natychmiast stało się solą w oku byłych towarzyszy. Wydawca był zmuszony najpierw pożegnać się ze mną, a jakiś czas później jego firma padła wraz z tytułem i już się nie podniosła. Trzecia moja próba, to była praca reportera w tygodniku ogólnopolskim „Plus” uruchomionym przez środowisko liberałów w Białymstoku. Też szybko zbankrutowali.

 

Później przez wiele lat pracowałem w tytułach należących do koncernów zagranicznych. Pierwszym był „Super Express” uruchomiony przez kapitał polski, czyli Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe, które w PRL prowadziły cyrki. Po 1989 roku kontrolę nad ZPR przejął Zbigniew Benbenek, który kupił upadający Express z częścią załogi byłego Expressu Wieczornego. Powierzył tytuł Grzegorzowi Lindenbergowi, który stworzył z sukcesem pierwszy polski tabloid „Super Express”. Otworzyłem w Olsztynie oddział tej gazety i był to szczęśliwy okres w moim dziennikarskim życiu. Miałem całkowicie wolną rękę. Redakcja SE w Olsztynie była jedynym medium w regionie kontrolującym władzę. Na Lindenbergu nie robiły żadnego wrażenia liczne skargi wysyłane na mnie przez rządzących polityków i urzędników oraz wytaczane mi procesy sądowe. Sytuacja się zmieniła po jego odejściu i sprzedaży 50% udziałów braciom Bonnier ze Szwecji. Redakcja dzięki temu stała się na wskroś nowoczesna technicznie, dostała nową siedzibę. W tym czasie, po odejściu Lindenberga, awansowałem do centrali na zastępcę redaktora naczelnego, ale de facto byłem p.o. naczelnego. Mój program przedstawiony właścicielom  uczynienia z SE gazety śledczej, patrzącej na ręce rządowi, musiał nie przypaść im do gustu. Pożegnano się ze mną, a nowa naczelna  zaczęła robić coś w rodzaju „pudelka”, co omal nie zakończyło się upadkiem gazety i wycofaniem się Szwedów, którzy utopili w tym „pudelkowym” projekcie ogromne pieniądze. Dobiło ich wejście na rynek „Faktu”, czyli polskiego „Bilda”. Dopiero wówczas Zbigniew Benbenek zrozumiał, że mój program był słuszny i zatrudnił do jego realizacji Sławomira Jastrzębowskiego, który uratował tytuł.

 

Po SE wylądowałem jako redaktor naczelny w tytule należącym do norweskiej Orkli, w białostockim „Kurierze Porannym”. Norwedzy głównie interesowali się stroną finansową tego biznesu i przede wszystkim z wyników finansowych rozliczali polską prezes spółki Joannę Pilcicką (nb. mojej uczennicy, którą przyjmowałem do pracy w „Gazecie Współczesnej” w 1991 roku). W mojej ocenie prezes miała wolną rękę jeśli chodzi o linię polityczną podległych jej gazet, a była ona zgodna z linią Unii Wolności i jej późniejszych mutacji. Nie byłem w stanie zmieścić się w tej poprawności politycznej i po roku rozstaliśmy się.

 

Ostatnie moje doświadczenie prasowe to 7-letnia praca w „Dzienniku Łódzkim” jako zastępcy redaktora naczelnego od wydań lokalnych. Oceniam je jako moje biblijne „7 tłustych lat”. Gazeta należała do koncernu z Passau. Wydawca stworzył redakcji przyzwoite warunki pracy. Miałem ogromne szczęście, że trafiłem na duet prezes Agnieszka Sardecka-redaktor naczelny Julian Beck. Tak, jak w SE za Lindenberga, dostałem absolutnie wolna rękę. W zamian miałem zbudować pozycję „DŁ” w w województwie łódzkim. Wkrótce tygodniki DŁ ukazujące się w każdym z miast powiatowych regionu stały się postrachem skorumpowanych i nieudolnych samorządowców. Dla mojego szefostwa nie miało żadnego znaczenia, z jakiej partii się wywodzą. Jedyny wymóg, to był wymóg rzetelności i uczciwości dziennikarskiej. Nawet wycofywanie przez krytykowanych samorządowców ogłoszenia nie naraziły mnie ani razu na żadne uwagi ze strony szefostwa. Przeciwnie. Za mną przemawiały wyniki sprzedaży.

 

I pewnego  dnia cały mój wysiłek i wysiłek rzeszy dziennikarzy z wydań lokalnych został wyrzucony do kosza. Julian Beck wpadł na pomysł stworzenia w Warszawie własnego PAP-a dla gazet koncernu Passauera. Popełnił jednak błąd. Zamiast zająć się osobiście realizacją tego pomysłu, zatrudnił Pawła FąfaręTomasza Wróblewskiego (byłego naczelnego “Newsweeka”). A ci, za jego plecami, przedstawili Herr Diekmannowi projekt powołania na bazie gazet regionalnych ogólnopolskiej gazety, która zdetronizuje „Gazetę Wyborczą”. Połowę kasy wyłożył Diekmann, ale drugą połowę miał uzyskać duet FąfaraWróblewski tnąc koszty gazet regionalnych, czyli niszcząc ich lokalność.

Julian Beck nie wyraził na to zgody i musiał odejść.

 

Jak silną więź z czytelnikami w powiatach łódzkich udało nam się zbudować doświadczyłem, gdy stracili wydania lokalne swoich miast. Mój telefon urywał się od głosów oburzonych czytelników, dlaczego z „Dziennika” zniknęły „ich strony”?! Odsyłałem ich po wyjaśnienia do centrali spółki, do prezes Doroty Stanek.

 

Czekał mnie jeszcze większy wstrząs. Główną treścią gazet regionalnych Passauera pod nowym kierownictwem stały się materiały z centrali. Akurat start “Polska The Times” (bo taki zakompleksiony tytuł nadali gazecie, która miała pokonać Wyborczą, jej twórcy) przypadł na okres, gdy wybory wygrała Platforma Obywatelska. Z centrali zaczęły napływać materiały poświęcone tylko i wyłącznie zwycięskiej partii, kolejno prezentowano ministrów. Wielokolumnowe politpropagandowe materiały wypełniały niemal całe połacie gazety, niewiele miejsca pozostawiając na lokalne wydarzenia. Gazety regionalne zaczęły przypominać “Trybunę Ludu” po zjazdach partyjnych.  Wierzcie mi, to nie było narzucone z zewnątrz, to nie Herr Diekmann postanowił popełnić harakiri. To był absolutnie autorski projekt FąfaryWróblewskiego, a może bardziej Fąfary jako naczelnego, bo Tomasz Wróblewski wkrótce odszedł.

 

Zresztą raz miałem okazję stanąć przed obliczem Herr Diekmanna po pewnym czasie od uruchomienia „Polska The Times”. Właściciel pojawił się w Łodzi i zwizytował oddział w Piotrkowie Trybunalskim. Nagle mnie kazano odpowiedzieć, dlaczego projekt przeżywa problemy, traci czytelników? Odpowiedziałem, że podcięto gałąź, na której gazety regionalne siedziały, odcięto się od lokalnego czytelnika. Jednak kurs nadany przez Pawła Fąfarę nadal był realizowany a ze mną się pożegnano.

 

Podsumowując moje doświadczenia z pracy w koncernach zagranicznych muszę stwierdzić, że to nie ich właściciele ręcznie sterują mediami. Zatrudnieni przez nich polscy redaktorzy naprawdę mają dużo swobody w nadawaniu linii kierowanym przez siebie mediom. To głównie od ich uczciwości, rzetelności i systemu wartości zależy „content”, zawartość i linia ideowa.

 

Ale prawda jest też taka, że jednak w oczach właścicieli tych koncernów raczej uznania nie uzyskaliby bracia Karnowscy czy Tomasz Sakiewicz.  Jednak to nie przypadek, że np. szefem “Newsweeka” jest Tomasz Lis, a szefem Onetu Bartosz Węglarczyk, a więc dziennikarze o poglądach liberalno-lewicowych, postępowi i poprawni politycznie.

 

Media prorządowe, jak koncern braci Karnowskich i koncern Sakiewicza nie podbiły rynku i ciągle mają problemy ze zbilansowaniem się. Co i rusz zamieszczają apele do Czytelników o wsparcie i żalą się na brak pomocy ze strony „dobrej zmiany”, która tyle im zawdzięcza.  Niedawno ponowili apele, gdyż dotkliwie odczuwają skutki rynkowe epidemii. Michał Karnowski zrobił takie zestawienie: „W 2019 roku TVN zatrudniał 1600 pracowników i osiągnął czysty zysk w wysokości 540 milionów złotych. Grupa Bauer zarobiła w tym okresie ponad 100 milionów. A Agora zapowiedziała w 2018 roku inwestycje w wysokości miliarda złotych. Na tym tle nasza niewielka, skromnie tworzona spółka, to łupinka: nieco ponad 20 milionów złotych rocznego budżetu, licząc z kosztami papieru, lokalu redakcyjnego, obsługi prawnej, kosztów osobowych. To zestawienie pokazuję jak skromnymi siłami dysponujemy”.

 

To ciągłe balansowanie może się dla Fratrii skończyć, jeśli rzeczywiście Orlen odkupi media regionalne od  Verlagsgruppe Passau. Nie zdziwiłbym się, gdyby to oni pokierowali spółką Orlen Media.

 

Eksperci nawet dają szansę  prezesowi Danielowi Obajtkowi, że nie utopi wydanych milionów (np. w 2008 roku „Gazeta Olsztyńska” była wyceniana na 100 mln zł, więc z grubsza biorąc 20 tytułów może stanowić wartość ok. 3 mld złotych). O ile zatrudni fachowców, a nie politruków. Tym bardziej, że kupuje też „Ruch”. Główne bogactwo gazet Passauera to nie nakłady, które z roku na rok się kurczą i dzisiaj wynoszą po kilka tysięcy dziennie, a serwisy internetowe z kilkoma milionami użytkowników i nawet stoma milionami odsłon. Dadzą one PiS-owi dostęp do najważniejszego dla tej partii elektoratu, mieszkańców małych miast i miasteczek.

 

Orlen może skopiować model rosyjski, gdzie największym holdingiem medialnym jest Gazprom Media, należący do energetycznego państwowego giganta, czyli Gazpromu.

Gazprom Media posiada stacje telewizyjne, radiowe, portale internetowe oraz kilka gazet papierowych. Nie wszystkie z nich są tubą rządu, a część z nich utrzymała nawet sporą niezależność, w tym przede wszystkim pierwsza prywatna rosyjska rozgłośnia w historii, czyli słynne radio Echo Moskwy.

 

Muszę oddać prezesowi Kaczyńskiemu, że dobrze to wymyślił z Orlenem. PiS po kupnie Polska Press nie miałby problemów z Komisją Europejską, gdyż nie naruszyłby  unijnych przepisów. Wszak koncern gazetowy kupuje spółka giełdowa a nie rząd. Jednak rząd PiS otrzymał już sygnał ostrzegawczy w postaci wpisu  na Twitterze Arndta Freytaga von Loringhovena, ambasadora Niemiec w Polsce po kolacji z ambasador USA: „Serdecznie dziękuję Georgette Mosbacher, ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce za wspaniałą przyjacielską kolację! Tematy naszych rozmów to stosunki transatlantyckie, Trójmorze i wolność mediów w Polsce”.

 

Pytanie, czy po potężnych wstrząsach społecznych wywołanych najpierw ustawą o ochronie zwierząt, a teraz wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej, prezes zaryzykuje kolejną awanturę. Co prawda w tej sprawie czytelnicy raczej nie wyjdą na ulice w obronie „Dziennika Bałtyckiego” czy „Gazety Pomorskiej”, ale za to presja zagraniczna może być potężna, zwłaszcza po ewentualnym zwycięstwie w Stanach Zjednoczonych Joe Bidena.

 

Dla mnie jednak najważniejszym pytaniem w tej sprawie jest, czy tzw. repolonizacja mediów regionalnych zwiększy wolność słowa w Polsce czy zmniejszy? I muszę odpowiedzieć, że nie znam  w historii mediów takiego przypadku, że rząd kładący na nich rękę, służy wolności słowa. Przeciwnie, w mojej ocenie to wstęp do dyktatury. Przerabiają to już Węgrzy, gdzie rynek medialny prawie w 100 proc. jest kontrolowany przez rząd. Co prawda, nam to jeszcze długo nie grozi. Ambasadorzy USA i Niemiec czuwają nad pluralizmem mediów w Polsce. Jak on może wyglądać po tzw. repolonizacji gazet regionalnych powiedział w rozmowie z onet.pl i dr Dominik Hejj, ekspert polityki węgierskiej i redaktor naczelny serwisu kropka.hu: „Zwolennicy tej koncepcji (repolonizacji – przypis A.Socha) muszą sobie uświadomić, że doszłoby do przetrzebienia rynku. W modelu węgierskim nie ma czegoś takiego jak „popieram, ale…”. Wtedy skończy się miejsce na jakiekolwiek „ale”. Albo nas popierasz w całości i realizujesz nasz przekaz, albo cię nie ma. Nawet jeśli zostanie coś po drugiej stronie, to zniknie środek. Z jednej strony będzie TVP Info, które ogłosi negocjacje w Brukseli jako sukces rządu, z drugiej TVN24, który ogłosi te same negocjacje jako porażkę, bowiem fundusze powiązano jednak z praworządnością. A w medialnym świecie bez środka tworzy się pole do dezinformacji, na przykład dezinformacji rosyjskiej”.

 

W Polsce jeszcze ten „środek” jest dzięki np. takim gazetom, jak „Dziennik Gazeta Prawna” „Rzeczpospolita”. Przypomnę, że 49 proc. udziałów w DGP miał Axel Springer Polska. W marcu 2018 roku należąca do Ryszarda Pieńkowskiego spółka Infor PL odkupiła od Axel Springer Polska resztę udziałów. DGP jest wzorcowym przykładem jak powinna wyglądać repolonizacja mediów.

 

Adam Socha

Spotkamy się tam, gdzie nikt na nas nie czeka – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

Wszyscy w końcu i tak spotkamy się w internecie – mówiłem kolegom dziennikarzom ponad dwie dekady temu, gdy pytali mnie, dlaczego zrezygnowałem z „poważnego dziennikarstwa” w Dziale Politycznym „Rzeczpospolitej” na rzecz jakiejś tam nowej komputerowej mody, zwanej internetem.

 

Niektórzy mniej więcej rozumieli, zaś niektórym wydawało się, że przewidywane zmiany oznaczają dla nich zagrożenie. Może i słusznie, bo dla pewnych tradycyjnych zawodów redakcyjnych, np. dla składacza czy fotoedytora nadchodzący świat mediów online nie rysował w sposób wyraźny żadnego miejsca, w przeciwieństwie do dziennikarzy czy redaktorów, którym jednak konsekwencje zmian też nie bardzo były w smak.

 

Dodawałem w tych toczonych wówczas rozmowach zwykle, że taka przyszłość może się kolegom żurnalistom nie podobać, ale wydaje się, że to nieuchronne.

 

To była kwestia dystansu

 

Zostałem dziennikarzem, a precyzyjnie rzecz ujmując, redaktorem internetowym jesienią 1996 r. Odpowiedziałem wówczas, jak się potem okazało jako jedna z dwu osób w „Rzepie” (drugą był jeden z informatyków) na ogłoszenie redaktora naczelnego Piotra Aleksandrowicza, który chciał stworzyć internetowe wydanie gazety i poszukiwał ludzi chętnych do podjęcia się nowych zadań nie gdzieś poza „Rz”, lecz wewnątrz firmy.

 

Odpowiedziałem na anons, jak sobie po latach wspominam i odtwarzam swoje ówczesne motywacje, głównie za sprawą pobytu w USA na stypendium dla młodych, ale już pracujących ludzi mediów z Europy Wschodniej. Miałem się tam dokształcić na uczelni w Miami i właściwie to nastąpiło. Dokształciłem się nawet bardziej niż  bym się spodziewał. Pobyt za oceanem, w zupełnie innym, oddalonym od polskich spraw świecie, wpoił we mnie poczucie dystansu w stosunku do tego co dzieje się w Polsce. Po powrocie nie byłem już w stanie z całą powagą traktować polskiej polityki, biegać po Sejmie z takim zaangażowaniem w to nasze „życie polityczne”, jak wcześniej.

 

W dodatku w USA środowisko uniwersyteckie i medialne już na całego żyło internetem, sprawą w Polsce wciąż wtedy egzotyczną. Z dnia na dzień człowiek, który o internecie może gdzieś coś słyszał, ale w rzeczywistości nie wiedział nic, a takim człowiekiem byłem, gdy leciałem za ocean, dostał uczelnianą skrzynkę poczty email (1995) i robił projekty stron WWW w jakimś prostym programiku w ramach zajęć uczelnianych. Niestety nie miałem z kim w Polsce przez ten email korespondować. Informacji w sieci z Polski też nie bardzo było. Polski web w zasadzie wówczas nie istniał. Gwoli ścisłości, jakieś tam serwisy, przeglądy, „donosy”, powstały wcześniej, ale było to tyle co nic. Polskie media były wciąż przed epoką internetu.

 

Dystans do tego, czym żyłem zawodowo wcześniej, plus ukąszenie internetowe, jakie przywiozłem zza oceanu, to wszystko powodowało, że chciałem zająć się czymś innym niż to, co robiłem przed wyjazdem do USA. Rozważałem nawet odejście z „Rzeczpospolitej” i inną pracę. Ostatecznie przytrafiło się ogłoszenie Aleksandrowicza i myśl, że może to jest właśnie ta zmiana, której szukam. Piszę o tym, aby wskazać, że byłem wtedy w innej sytuacji niż dziesiątki innych moich kolegów, którzy zostawali dziennikarzami internetowymi dekadę lub dwie dekady później, właściwie z konieczności i braku innego wyjścia. Ja wtedy, pod koniec 1996 r., gdy tradycyjne media trzymały się mocno a internet był wciąż marginalną ciekawostką, dokonałem świadomego wyboru z chęci, a nie z konieczności zmiany.

 

Dawniej internetowe społeczności to było podejrzane miejsce

 

Potem żałowałem. Dlaczego, opisałem w osobistym wspomnieniu opublikowanym na portalu SDP w maju 2019 r. Nie poszło to tak, jak sobie wtedy na początku planowaliśmy i wyobrażaliśmy. Dotyczy to jednak jedynie samej „Rzepy”. Nie żałowałem jednak w żadnym wypadku metamorfozy zawodowej, na jaką się zdecydowałem. Na zawsze zostałem już „człowiekiem internetu”, zawodowo łączącym doświadczenie i umiejętności dziennikarskie z wieloma technicznymi „skillsami”, pozwalającymi tworzyć strony WWW, projektować je, rozumieć, na czym polega specyficzny język sieci. Potem zacząłem się uczyć strategii cyfrowych, kreacji i zarządzania projektami internetowymi.

 

Poszedłem drogą, która sprawiła, że koledzy dziennikarze przestali mnie traktować jako dziennikarza. Ktoś „dłubiący w tym internecie” nie był dla nich dziennikarzem, lecz raczej już bardziej kimś takim jak jakiś informatyk. Ostatecznie spotkałem się z większością tych moich kolegów po latach w sieci. Wielu z nich musiało się nauczyć rzeczy, które ja przyswajałem jeszcze w latach 90-tych. Nie chodzi mi o przechwałki typu „ja byłem pierwszy”. Nie, raczej chcę pokazać, że los nas wszystkich był przesądzony już wtedy, dwie dekady temu, ja tylko wcześniej go spotkałem i przyjąłem.

 

Zresztą, czym innym był internet dwie i więcej dekady temu, a czym innym teraz, po przetłoczeniu ogromnej części aktywności sieciowej do serwisów społecznościowych. W latach 90-tych, nawet gdy dziennikarz-redaktor pracował w internecie, np. tak jak ja, jako wydawca gazety codziennej online, wydania „Rzeczpospolitej” w sieci, to wyjąwszy aspekty techniczne, było to wciąż przygotowywanie i publikowanie artykułów różnego rodzaju na stronie, która była odpowiednikiem gazety papierowej. Na stronę naszej gazety wchodziło się i czytało. Nie było to jakoś radykalnie różne od doświadczenia wzięcia płachty papierowej do ręki i lektury. Nośnik się różnił. Zawartość zasadniczo była ta sama lub podobna.

 

My wtedy w drugiej połowie lat 90-tych, snuliśmy w „Rzeczpospolitej On Line” plany tworzenia profili użytkowników z możliwościami personalizacji treści. Czasem żartuję, że projektowaliśmy wówczas Facebooka, bo to, co nam wtedy chodziło po głowie, nie różniło się mocno od podstawowych mechanizmów funkcjonowania błękitnej platformy social media. Z tym, z samym tylko algorytmem wyboru zawartości na podstawie preferencji, oznaczanych a także zapamiętywanych przez system na podstawie historii użytkowania serwisu. Potem nazwano to targetowaniem behawioralnym.

 

Niemniej trzeba przyznać, że chodziło nam o treści i modele konsumpcji informacji, a nie o życie społecznościowe. Życie społecznościowe, to były w tamtych czasach przeróżne, dość hermetyczne czasem, krei, fora, grupy, BBS-y, serwery pokątnej wymiany podejrzanych treści. Gdy za sprawą czytelnika „Rz” odkryliśmy na łamach gazety, iż na serwerach należących do Uniwersytetu Warszawskiego ktoś przechowywał i wymieniał pornografię dziecięcą, co doprowadziło do ich wyczyszczenia, to tamto archaiczne życie społecznościowe zapałało oburzeniem, tylko się pogrążając. Krótko mówiąc, społeczności sieciowe nie miały wówczas najlepszej reputacji. Można było powiedzieć, że istniało coś takiego, jak internetowy mainstream, czyli renomowane i szanowane źródła informacji, do których i serwis „Rzepy” należał.

 

Być może wielu dziennikarzy utrwaliło w sobie ten wizerunek społecznościowego internetu jako skupiska podejrzanych zaułków i nieciekawych indywiduów, bo kilkanaście lat później po eksplozji popularności platform takich jak Facebook czy Twitter, wciąż trudno było im się w social media odnaleźć. A może chodziło o zupełnie co innego? Może nie pasowała im egalitarna formuła, w której tzw. influencerami zostają rozmaite postacie a autorytet „redaktora z gazety” wcale nie jest automatycznie dziedziczony w społecznościach.

 

„Strategie optymalizujące traffik”

 

Prawdę mówiąc, internetową weryfikację przeróżnych gwiazd żurnalistyki mogliśmy przeprowadzać już w pierwszej fazie „Rzeczpospolitej Online”, patrząc na proste statystyki odwiedzin i czytelnictwa poszczególnych artykułów. Gdyby układać wtedy listę płac na podstawie liczby odsłon stron, to hierarchia w redakcji wyglądałaby inaczej. Nie powiem jak, bo to już dawno przebrzmiałe sprawy. Istotne jest to, że dzięki internetowi mieliśmy weryfikację tego, co naprawdę czytelników gazety interesuje, czego wcześniej, w czasach samego papieru nie było.

 

Ciekawiło to nas jako wkład w dyskusję o tym, na jaką tematykę i formy powinna stawiać nasza gazeta. Wówczas jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy, że lata później w różnych portalach statystyki te będą nie tyle wskazówką, na co stawiać w walce o czytelnika, ile celem nadrzędnym, który uświęcać ma dowolny „kontent” i bogaty repertuar oszukańczych wobec czytelnika zabiegów „optymalizujących” ruch na stronie.

 

Z kwestią ruchu na stronie, liczby odsłon, zasięgu, zapewne większość dziennikarzy już się zetknęła. Niektórych może ominęła jeszcze tematyka „wiralności”, dystrybucji i zaangażowania w treści w sieciach społecznościowych. Kto jeszcze nie kojarzy, temu śpieszę wyjaśnić, że są to wszystko pojęcia ściśle ze sobą powiązane. Nie chcę nikogo zanudzać szczegółami „strategii optymalizujących traffik”, co przekłada się na odsłony reklam i przychody. Nie jestem zresztą ściśle rzecz biorąc specjalistą w tej dziedzinie. To świat „traffik managerów”, „accountów”, „marketing ninjów”, z którym miałem do czynienia, współpracowałem i sporo się nauczyłem, ale w żadnym wypadku nie stałem się jego częścią. Z czasem, z doświadczeń tych wyciągam różne wnioski, wiele mocno krytycznych.

 

Mogę też krytykować samego siebie, że uległem niektórym „pro-rozwojowym” pomysłom. Kiedyś pod naciskiem właściciela „sieci blogów profesjonalnych” stworzyłem, jako jej redaktor naczelny, system uzależniający wynagrodzenia autorów od liczby odwiedzin wpisów ich autorstwa. Było to wiele lat temu i jestem prawie pewien, że podobnego systemu bezpośredniego uzależniania wypłaty od generowanego ruchu, nikt wówczas nie stosował. Wątpię, by ktoś kiedykolwiek później zastosował podobny całkowicie surowy i bezpośredni system motywacyjny. Zresztą w firmie, w której powstał, też był rodzajem eksperymentu, z którego stosunkowo szybko się wycofaliśmy z powodów, z których niektóre wydają się dość oczywiste, a inne mniej oczywiste.

 

Łatwe do przewidzenia było, że system taki wzbudzi sprzeciwy autorów. I tak było w naszym przypadku. Autorzy chcieli wynagrodzenia według stałej stawki, bez uwzględniania wyników czytelniczych ich materiałów. Niekiedy jednak, w rozliczeniu miesięcznym, generowali znacznie wyższy „traffik” niż średnio. I wtedy ich wypłata była wyższa. Zdarzały się wypłaty w wysokości, o ile pomnę, trzykrotnie wyższej niż przeciętna. I tu pojawiają się owe „mniej oczywiste” konsekwencje tego prostego systemu motywacyjnego.

 

Przeciw „wolnorynkowemu fair-systemowi” zaprotestował właściciel, który nagle musiał komuś zapłacić więcej. Choć sam na takie, uczciwe, jego pierwotnym zdaniem, zasady, naciskał, trudno mu było zaakceptować konsekwencje wprowadzenia tego rozwiązania. Okazało się, że choć miał poczucie, iż przy stałych stawkach przepłaca, system, w którym ponosi stałe i kontrolowane koszty jest dla niego strawniejszy. I stając w obliczu tych dodatkowych kosztów, zdawał się całkowicie zapominać o „traffikowym” bonusie, który za te większe pieniądze otrzymywał od autora.

 

Autorom, którzy się nie wykazali odpowiednią liczbą odsłon, przysługiwało oczywiście niższe wynagrodzenie, co oczywiście źle znosili. Wygląda na to, że wolnorynkowe myślenie charakterystyczne np. dla YouTuberów otwierających kanały i godzących się na odłożoną w czasie ich monetyzację, działa tylko wtedy, gdy jest się właścicielem a nie pracownikiem najemnym.

 

Można by tę historyjkę o rzeczy, z której nie do końca jestem dumny, skwitować morałem „uważaj o co prosisz”, ale jest ona „brzemienna” w wiele innych tematów do przemyślenia, prowadząc ostatecznie do pytań o efektywny model biznesowy dziennikarstwa i w ogóle mediów w internecie.

 

Internet to nie jest kraj dla starych ludzi

 

Jak wiadomo, mediom nie udaje się powielić opłacalnego reklamowego mechanizmu towarzyszącemu wcześniej tradycyjnemu ich produktowi. Modele subskrypcyjne również nie zastępują, poza kilkoma znanymi w świecie wyjątkami, utraty sprzedaży w starych kanałach sprzedażowych. Pisałem o tym na portalu SDP i w wielu innych miejscach wielokrotnie.

 

Oczywiście prawdą jest, że większość internetowego tortu reklamowego zabierają Google, Facebook i inni potentaci z grupy tzw. Big Tech. Ale prawda głębsza polega tym, że internet to nie jest „kraj dla starych ludzi”, jak można by metaforycznie nazwać środki masowego przekazu w tradycyjnym rozumieniu. To nie jest ich świat, ich rynek, ich gra. Nikt, lub prawie nikt, tu na nich nie czeka, nie śledzi z zapartym tchem, co mają do powiedzenia i zaoferowania.

 

To, co dotyczy firm i marek medialnych, dotyczy także ludzi ze starymi mediami związanych. Internet nie pada na kolana przed „nazwiskami”, tylko dlatego, że tymi „nazwiskami” są. Każdy „umiejący w internety” influencer z e-ludu może łatwo zostawić w pokonanym polu (pod względem czytelnictwa, słuchalności i oglądalności), uznane marki. Dziennikarz, nawet renomowany publicysta i komentator, choć czasami ma na starcie trochę łatwiej, zwłaszcza gdy jest z telewizji, bo pewna grupa internautów wciąż ją ogląda, ostatecznie musi i tak dowieść, że zna się na tej zabawie.

 

Może teraz przykład, by nie zostawiać tej ważnej sprawy z wyjaśnieniem wyłącznie teoretycznym. Znam nastolatków/dwudziestolatków, dla których dziennikarzem sportowym wszechczasów jest Krzysztof Stanowski, a serwis Weszlo.com – kwintesencją mediów sportowych. Oni śmieją się już na wspomnienie SzpakowskiegoSzaranowicza. Gdy mówi się do nich o Janie Ciszewskim czy Bohdanie Tomaszewskim, to robią miny, jakby mowa była o wojach Ziemomysła Trójrękiego. Nie chcę nic ujmować kolegom z Weszło. Chcę pokazać, z czym w praktyce mamy do czynienia w internecie i ile znaczą nie tak znów dawne wielkości.

 

Z drugiej strony jest to środowisko niezwykle czułe na fałsz. Nikt tu nie kupi udawania kogoś, kim się nie jest, np. starego wyjadacza publicystyki, który będzie próbował np. wejść w tematykę gier komputerowych, bo zrobił trochę researchu i już „wie, o co w tym chodzi”. Skończy się skwitowaniem „OK, boomer!” i beką. Kto jednak potrafi wymyślić siebie ponownie dla internetu, znajdzie sposób na autentyzm i… zaskoczę teraz, użyteczność, spełnianie rzeczywistych potrzeb, jakie mają odbiorcy, to ma szansę dać radę.

 

Mirosław Usidus

Ks. ARTUR STOPKA: Minionek i dziennikarstwo jakościowe

Przyszłość ambitnego, jakościowego dziennikarstwa decyduje się dzisiaj.

 

Ktoś zamieścił w portalu społecznościowym opis zdarzenia z życia rodzinnego. Napisał, że kupił swemu chodzącemu już do szkoły dziecku gazetkę o jednej z klasycznych gier komputerowych „bo lubi”. Kupił mu też pióro, bo latorośl „chce próbować pisać”. Potem, przy okazji zakupów w spożywczym, dostał „tandetną, naprawdę” figurkę Minionka, taką, jakie rozdają przy zakupach powyżej jakiejś tam kwoty. Co spodobało się najbardziej dziecku?

 

Ta prawdziwa historyjka w symbolicznym sensie pokazuje sytuację, w jakiej znalazło się dzisiaj dziennikarstwo. Z jednej strony szerokie zainteresowania i ambitne pragnienia, z drugiej zderzenie z wpychającą się wszędzie w branży tandetą, która nie tylko dominuje, ale kształtuje gusty zarówno odbiorców, jak i… samych dziennikarzy.

 

Prawo Kopernika

 

Gołym okiem widać, że tzw. dziennikarstwo jakościowe ma pod górkę. Nie jest to tylko wina internetu, choć w znacznym stopniu przyspieszył on tabloidyzację mediów i znacząco obniżył oczekiwania znacznej części odbiorców. Wpłynął przede wszystkim na samo pojęcie dziennikarstwa. W czasach, w których każdy, kto ma dostęp do globalnej sieci, może opowiadać innym o świecie i według własnego widzimisię go „objaśniać”, zapotrzebowanie na profesjonalne i mające swego rodzaju oficjalną pieczęć wypełnianie tej misji radykalnie zmalało. Uproszczona wersja prawa Kopernika-Greshama, mówiąca o tym, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, sprawdza się w pewien sposób również w świecie mediów i ich zawartości. Gorsza treść wypiera lepszą.

 

Dyskusje na temat przyszłości ambitnego, dobrej jakości dziennikarstwa, trwają już od jakiegoś czasu. Także w Polsce. Towarzyszą im pewne zjawiska, pokazujące ewentualne możliwości rozwiązania problemu.

 

Pozycja i renoma

 

Jednym z nich, mocno widocznym w naszym kraju w sferze słowa pisanego, jest wydawanie książek przez doświadczonych dziennikarzy. Rezygnują z pracy w redakcjach i skupiają się na przygotowywaniu kolejnych wartościowych pozycji literatury faktu. Trzeba jednak pamiętać, że czytelnictwo książek jest w Polsce na niepokojąco niskim poziomie i zapotrzebowanie nawet na absolutne hity reporterskie czy publicystyczne jest mocno ograniczone. A to oznacza, że z tej formy jakościowego dziennikarstwa może się utrzymywać stosunkowo niewielka grupa twórców. W praktyce opcja ta dotyczy tych, którzy mają już wcześniej wyrobione nazwiska i pozycję wśród odbiorców.

 

„Raport o stanie świata” Dariusza Rosiaka, przeniesiony z anteny radiowej w sferę podcastów, to kolejny dowód, że wysokiej jakości dziennikarstwo jest w stanie się w sieci obronić i zdobyć niezbędne środki. Autorzy muszą jednak posiadać wcześniej ustaloną renomę i mieć wystarczające grono uprzednio zdobytych odbiorców, którzy nie tylko zechcą szukać sprawdzonych treści w nowym miejscu, ale również gotowi są za nie zapłacić.

 

Z wyprzedzeniem

 

Finansowanie dziennikarstwa jakościowego jest sprawą kluczową. Niestety w Polsce internet stał się synonimem darmowego dostępu do wszelkich treści. Wciąż nie upowszechniło się jako źródło pieniędzy płatne subskrybowanie. Przyczyny takiego podejścia ogromnej części krajowych internautów upatrywane są m. in. w przeszłości.

 

Niektórzy analitycy wskazują, że w minionych dziesięcioleciach skutecznie w naszym kraju zniszczono powszechny kiedyś zwyczaj prenumerowania czasopism. Odbiorcy zostali oduczeni systematycznego finansowania z wyprzedzeniem medialnych treści, z których korzystali. W dużej części płacili dopiero nabywając gazetę czy czasopismo. Taki model dla funkcjonowania mediów w sieci okazuje się niewystarczający i trudny w realizacji. Teoretycznie nic nie powinno stać na przeszkodzie powszechnemu płaceniu za pojedyncze artykuły lub elektroniczne egzemplarze czasopism np. SMS-em, w praktyce jednak okazuje się, że brak zainteresowanych tego rodzaju współpracą z mediami.

 

A młodzi?

 

Testowane od pewnego czasu próby finansowania działań jakościowych mediów z internetowych zbiórek (jak np. Outriders, Sekielscy) przynoszą w konkretnych przypadkach pozytywne efekty, trudno jednak wyobrazić sobie, że taki sposób zdobywania pieniędzy na kosztowne materiały dziennikarskie wysokiej jakości będzie podstawą ich funkcjonowania na stałe. Chociaż przykłady miesięcznika „Pismo”, „Magazynu Kontakt”, kwartalnika „Więź” dają do myślenia.

 

Szczególnym problemem wydaje się obecnie uprawianie jakościowego dziennikarstwa przez młodych adeptów zawodu. Nie mają oni jeszcze wyrobionych nazwisk, pozwalających zdobyć niezbędne fundusze bezpośrednio od odbiorców. Logicznym rozwiązaniem wydają się dla nich dwie drogi. Jedna powinna być oczywista – to szeroko pojęte media publiczne. Ogromne pieniądze, jakie ze wspólnej kasy całego społeczeństwa do nich trafią, z pewnością powinny służyć nie tylko utrzymywaniu, ale również promowaniu wymagających form dziennikarskich.

 

Nie tylko hobby

 

Druga droga, to zdobycie mecenasa, który zechce w dobrze rokujących ambitnych dziennikarzy zainwestować. Tu rodzi się jednak pytanie, czy mamy w Polsce wystarczająco dużo bogatych firm i ludzi, którzy rozumieją, że dobre, choć kosztowne materiały medialne, są w prawidłowo rozwijającym się społeczeństwie niezbędne. I że trzeba jak najszerszej grupie odbiorców umożliwić do nich dostęp.

 

Phil Meyer, autor książki „Znikająca gazeta”, już dziesięć lat temu wskazywał, że internet na dwa sposoby podkopuje poważne dziennikarstwo. Po pierwsze, ogranicza tradycyjne sposoby finansowania opiniotwórczego dziennikarstwa (bo reklama w sieci jest tańsza). Po drugie, zalewając odbiorców coraz ogromną liczbą informacji (niskiej jakości, niekoniecznie prawdziwych – przyp. A. S.), sprawia, że poważne media mają coraz większy problem z dotarciem do swojej docelowej grupy odbiorczej. Czy jednak można sobie wyobrazić całkowite zniknięcie wysokiej jakości treści w mediach? Raczej nie. Jednak o tym, czy będą to jedynie hobbystyczne przedsięwzięcia docierające do wąskich grup czy jednak szeroko dostępne wpływające na kształt życia społecznego materiały, głównie zależy od uformowania przyszłych odbiorców. Jeśli wyrośnie pokolenie, które mimo dorosłości, wyżej będzie cenić tandetnego Minionka niż dobry artykuł, reportaż radiowy czy wideo, może się sprawdzić najczarniejszy scenariusz. Trzeba jednak mieć nadzieję, że instynkt samozachowawczy w społeczeństwach zadziała.

 

ks. Artur Stopka

Ambicje na przyszłość – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy bez ambitnego dziennikarstwa, potrzebujemy w ogóle dziennikarstwa? Kto nas obroni przed manipulacjami, gdy zabranie programów i artykułów dogłębnie analizujących ważne dla odbiorców tematy? Czy prognoza „Dziennikarstwo 2025” wciąż jest aktualna? Czy bez ambitnego dziennikarstwa mówimy jeszcze o dziennikarstwie?

 

W dobie Internetu, a pewnie warto przypomnieć, że sieć WWW skończyła już trzydzieści lat, komunikat i to o znacznym zasięgu może nadać każdy. Oczywiście jego pobudki mogą być szlachetne, ale mogą też być podłe, lub nieodpowiedzialne. Efekty pracy ekipy FakeHunter Polskiej Agencji Prasowej, skupiające się przecież tylko na kwestiach związanych z pandemią, wyraźnie pokazują, jak potrzebne są analizy eksperckie, w kompetentny sposób objaśniające rzeczywistość. Tym bardziej, że manipulacje w sieci coraz częściej potwierdzają słowa zapisane przez Witolda Gombrowicza w „Dzienniku” z lat 1961-1966: „…polega (to – przyp. ZB) na tym, żeby zanadto nie przeinaczyć, trzeba raczej cieniować, sztukować, tu się doda, tam się ujmie i ni stąd, ni zowąd myśl uczciwa człowieka (…) staje się świństewkiem[1]. Dobrze to widać na przykładzie wykorzystania słów premiera Mateusza Morawieckiego: „kto umrze, to umrze”.[2] Wystarczyło wyciąć fragment większej całości. Sięgając głębiej do dorobku cywilizacji śródziemnomorskiej należy przypomnieć postać Odysa, który: „mówił kłamstwa podobne do prawdy”. Trafimy więc na publikacje, które udają rzetelną robotę dziennikarską, choć taką nie są. Umiejętność oddzielania ziaren od plew od dawna powinna być efektem edukacji szkolnej i to już na poziomie elementarnym.

 

Powszechny problem jednoźródłowości

 

Profesor Tomasz Mielczarek w pracy „Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości” tak napisał o materiałach prasy codziennej: „z natury rzeczy powstające w pośpiechu, niekiedy jednoźródłowe, materiały w niej drukowane zawsze obarczone są sporym ryzykiem błędu[3]. Internet pełen jest komunikatów, które pokazują tylko jedną stronę, jeden punkt widzenia i oczywiście mają tylko jedno źródło. W przypadku mediów to dziennikarz jest gwarantem, że powołuje się na doniesienie wiarygodne, sprawdzone. Autor nawet krótkiej notki bierze za treść odpowiedzialność. Tak proste komunikaty potrafi jednak stworzyć też dobrze zaprogramowana maszyna. Wydaje się więc, że ograniczenie dziennikarstwa do lapidarnych informacji oznacza równocześnie likwidację tego zawodu. Mając to na uwadze przyjrzyjmy się bliżej wizji nie tak znów odległej, bo dotyczącej 2025 roku.

 

Journalism 2025

 

Autorzy obszernego raportu „What’s New(s)? Scenarius for the future of journalism”[4] A. Kasem, M.J.F. van Maes, K.C.M.E. Wannet z zespołem zwrócili uwagę na zmieniający się format finansowania mediów. Co prawda uznali, że przychody telewizji pozostają na razie na stabilnym poziomie, ale dodali, że to tylko kwestia czasu. Natomiast prasa w ocenie tych autorów jest dziś „podjadana”. Dawniej kupowało się gazetę jako całość z pełną zawartością. Obecnie, zwłaszcza młodzi odbiorcy, preferują kupowanie pojedynczych artykułów. Tu warto przypomnieć badania przywołane przez T. Mielczarka w „Raporcie o śmierci polskich gazet”[5], z których wynika, że z kupionym magazynem obcujemy około 40 minut, a z portalem ogólnoinformacyjnym zaledwie 1,5… Tyle wystarcza, żeby przy wykorzystaniu myszki przewinąć całość. Zamiast intensywnie zapoznać się z zawartością gazety, wybieramy interesujące nas artykuły, lub te najpopularniejsze, albo wywołujące największą dyskusję. Cała reszta umyka.

 

Kasem, MaesWannet zauważyli również, że zaufanie do dziennikarzy znajduje się obecnie na historycznie niskim poziomie. Wydaje się, że media zbyt często koncentrują się na newsach, skandalach politycznych, zamieszkach, ale opinia publiczna nie zawsze tego potrzebuje. Autorzy raportu „What’s News(?)” prognozują, że coraz większy wpływ na treści pojawiające się w mediach będą wywierały działy marketingu i odbiorcy sugerujący tematy i je współtworzący. Poważną obawę wiążą oni też z tym, czy tradycyjni redaktorzy i wydawcy zdołają wystarczająco szybko nadążać za zmianami technologicznymi i społecznymi. Ze względu na znaczną liczbę cięć, która dotknęła media nie tylko w Polsce, istnieje przy tym spory opór wobec kolejnych zmian.

 

Bliżej świata nauki

 

Trzeba przyznać, że nie jest to wesoły obraz, zwłaszcza w odniesieniu do dziennikarstwa dogłębnego, pokazującego różne punkty widzenia, szczegółowo analizującego sytuację w oparciu o długą pamięć redakcyjnych zasobów. W tym obszernym raporcie znajdziemy jednak i pewną nadzieję: odnajdywanie nowych formuł publikacji dzieła dziennikarskiego i szerszą współpracę ze światem nauki. Przynajmniej w odniesieniu do nauk medycznych stan pandemii znacznie tę wizję przyspieszył.

 

Obraz ten w części podziela dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach: Czy jest jeszcze miejsce na ambitne dziennikarstwo, serwujące odbiorcy dogłębne analizy? Musi być na nie miejsce! Stary porządek, gdzie radio informowało, telewizja to wieczorem pokazywała, a kolejnego dnia prasa to dogłębnie omawiała –  już dawno runął. Bodaj Ernest Skalski na lamach miesięcznika „Press” przed mniej więcej 20 laty, wyliczając grzechy polskiego dziennikarstwa zwrócił uwagę także na długość i gęstość tekstu. Zasugerował, że obecny czytelnik nie ma czasu ani ochoty na czytanie długich tekstów i dziennikarz powinien to uszanować. Dzisiejsi młodzi ludzie, w tym studenci dziennikarstwa, nie przepadają za długimi materiałami. Oczywiście nie chciałbym generalizować, ale zdecydowana większość „ucieka” od długich form. Na szczęście mam też takich studentów, którzy potrafią i lubią uprawiać dłuższe formy publicystyczne, ale ci stanowią mniejszość. Trzeba dodać, że umiejętność tworzenia zwięzłego przekazu to też sztuka. Tworzenie informacyjnego Tweeta w reżimie 140 znaków wymagało nieco wysiłku. Obecnie przy 280 znakach też jest ciągle dla niektórych wyzwaniem. Obawiam się, że już mamy do czynienia z trendem, że obszerne teksty, dogłębne analizy tworzy niewielu dziennikarzy dla równie nielicznej grupy odbiorców.

 

Ten tekst przeczytasz w …

 

Komunikaty, takie jak powyższy śródtytuł, bez trudu odnajdziemy dziś na polskich portalach. Trudno wyczuć, czy to bardziej zachęta: „podołasz!”, czy ostrzeżenie: „Uważaj! To parę minut twojego życia!”? Może problem leży gdzieś głębiej niż w samym obrębie mediów i recepcji ich materiałów?

 

Kilka lat temu do kieleckiego kina „Moskwa”, mającego niezłą scenę studyjną z ambitnymi filmami, zadzwoniła nauczycielka z gimnazjum. Zapytała, co ciekawego mogą uczniom zaoferować? Po usłyszeniu, że film jest w języku oryginalnym z polskimi napisami, odpowiedziała: „nie dadzą rady przeczytać”… Z czytelnictwem w Polsce nie jest dobrze, choć najnowsze badania Biblioteki Narodowej tchną ostrożnym optymizmem, informując o lekkim wzroście[6].

 

Dodajmy dla równowagi uwagę Agnieszki Ciereszko, redaktor naczelnej branżowego kwartalnika „Doradca Kariery”, która poinformowała nas, że: po wydaniu dwóch pierwszych numerów (w 2018 r. – przyp. ZB) na życzenie czytelników wydłużyliśmy długość publikowanych artykułów o jedną trzecią. Z kierowanych do nas listów wynikało, że odbiorcy potrzebują bardziej szczegółowego traktowania tematów, a nie jedynie ich anonsowania[7].

 

Kultura bez mediów, media bez kultury?

 

Apel Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z 4 maja 2020 roku o pomoc dla dziennikarzy i mediów w czasie pandemii[8], przypomniał też, o czym chyba często się zapomina, że media to też istotni przedstawiciele świata kultury. Sztuka bez recenzji, relacji i dyskusji bardzo dużo traci, zamknięta w swoich salach koncertowych, galeriach, czy muzeach. O realia prasy skupionej na dokonaniach świata kultury pytamy Pawła Chmielewskiego, redaktora naczelnego Kieleckiego Magazynu Kulturalnego „Projektor”:

 

Znamy mniej więcej teorię Mikołaja Kopernika o wypieraniu pieniądza mocniejszego przez słabszy. Świat polskiej prasy przybrał dziś – mniej więcej – następujący kształt: prasa poradniczo-plotkarska, pięć / może siedem wysokonakładowych i opiniotwórczych tytułów oraz ocean Internetu, bazujący mnie lub bardziej na krótkich notkach, chwytliwych tytułach, podlegający w dużym stopniu tyranii „zasięgów”, „klików” i „lajków”. Gdzieś między nimi, w niewielkiej niszy egzystuje prasa specjalistyczna – przede wszystkim kulturalna i naukowa. Jej odbiorcy to być może od 0.3% do 0,6% czytających obywateli. Nadal jest to jednak ok. 100 tys. osób. Pytanie o potrzebę istnienia takiej prasy porównałbym do problemu, czy należy zlikwidować archeologię śródziemnomorską, paleontologię, filologię indyjską, czy oceanografię. Każda z tych dziedzin nie ma bezpośredniego przełożenia na wskaźniki ekonomiczne, a jednak cieszą się one uznaniem i istnieją na całym obszarze kulturowym, do którego aspirujemy.

 

Prasa, którą (na potrzeby tej króciutkiej refleksji) nazwiemy niszową jest przede wszystkim jedyną platformą wymiany poglądów i prezentacji dokonań chociażby dla reprezentantów takich sztuk i dziedzin, jak jazz współczesny, teatr lalek, architektura ekologiczna, językoznawstwo porównawcze, a bez jej obecności nie dotarłaby pewnie do szerszej publiczności informacja o odkryciu w Polsce najstarszych śladów naszego czworonożnego przodka i być może nie mieliby gdzie zadebiutować Wisława Szymborska, czy Andrzej Sapkowski. Kwestie potrzeby istnienia takiej prasy są bezdyskusyjne.

 

Jakie źródła finansowania dla ambitnych treści?

 

Istniejący od ponad siedmiu lat „Projektor”, którego najnowszy numer ma 128 stron, w ubiegłym roku ukazywał się dzięki zbiórkom w Internecie, a 2020 r. funduszom z budżetu obywatelskiego stolicy województwa świętokrzyskiego. W tym roku jednak przegrał batalię m.in. z organizacją gali MMA. Jakie powinny być stabilne źródła finansowania dla ambitnych wydawnictw? Paweł Chmielewski: jak w całej Unii Europejskiej istnienie takiej prasy jest „powinnością i obowiązkiem budżetowym” sprawujących władzę – powinna więc ona otrzymywać dotacje od organów samorządowych (również za pośrednictwem miejskich, powiatowych, czy wojewódzkich instytucji kultury i nauki) oraz instytucji centralnych (tu jako dodatek, swoista „wisienka na torcie” w formie grantów). Drugim filarem winien być biznes korporacyjny, np. poprzez fundacje, który tak jak istnieje to chociażby w Stanach Zjednoczonych uzyskiwałby z tego tytułu ogromne ulgi podatkowe, wreszcie wsparcie dla kultury i nauki traktowane być powinno, jako swoisty honor – zarówno dla sprawujących władzę w polityce, jak i w biznesie. Otwartą kwestią i sprawą do dyskusji jest mechanizm istniejący w Polsce, w którym potężne spółki skarbu państwa (funkcjonujące dzięki podatkom obywateli) wspierają reklamowo tylko kilka potężnych tytułów prasowych, radiowych, nie widząc potrzeby – nawet incydentalnego – wsparcia właśnie dla małej, niszowej prasy[9].

 

Potrzebny jest więc mecenat państwa, samorządu, spółek skarbu państwa i biznesu, uważającego, że oprócz sprzedaży i zysku istnieje na świecie coś więcej, czego czasem nie rozumieją, ale co warto wspierać, bo to nasza kultura.

 

Inny punkt widzenia przedstawił Marek Kacprzak w artykule zatytułowanym po prostu: „Media publiczne”. Stwierdził on, że wobec nastawienia stacji komercyjnych na sprzyjanie gustom odbiorców i reklamodawcom, to media publiczne, finansowane z abonamentu i budżetu państwa, powinny być ostoją ambitnych treści, głębokich analiz, publicystyki, programów edukacyjnych i kulturalnych[10]. To interesująca wizja, przy czym jesteśmy przyzwyczajeni do publicznej radiofonii i telewizji. Na prasę ewidentnie nie ma przyzwolenia, co potwierdzają nerwowe reakcje komentatorów na niepotwierdzony przez PKN Orlen komunikat, że firma chce kupić Grupę Polska Press[11].

 

„Niezakończony proces zmian”

 

Stan pandemii pokazuje, że istnieje duże zapotrzebowanie na wiarygodne informacje. Raport LoveBrands Relations zwrócił uwagę, że obcowanie z mediami znacznie w tym okresie wzrosło[12]. Mirosław Usidus podniósł ostatnio na łamach SDP.PL, że to duża szansa dla redakcji[13]. Działania FakeHunter udowodniają, że muszą istnieć wiarygodne analizy, a zacieśnianie współpracy między dziennikarzami, a światem nauki, powinno postępować dalej i rozszerzać się na więcej dziedzin niż medycyna. Z drugiej strony w sieci dominują już dziś krótkie komunikaty, nie wymagające od odbiorcy omalże użycia mózgu: podoba mi się lub nie podoba, solidaryzuję się z tym, lub nie – koniec intelektualnego wyzwania. Raport „What’s New(s)?” też niespecjalnie tchnie optymizmem. Może jednak do tych zauważalnych trendów zastosowanie mają słowa Antoniego Słonimskiego: „(…) gdy ktoś zbyt kategorycznie przesądza nie zakończony proces zmian. Często mam wrażenie, że mówi tak, aby nie zapeszyć, bo stawia na rozstrzygnięcia wręcz przeciwne[14].

 

Słowem: bez ambitnych treści, dziennikarstwo zastąpią błyskawicznie jednostki sztucznej inteligencji do tworzenia newsów i specjaliści ds. perswazji, którzy dostarczą jedynych słusznych interpretacji odbiorcom, którzy je bezrefleksyjnie polubią lub nie – co może się okazać zresztą kompletnie bez znaczenia dla ich intelektualnego rozwoju.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] W. Gombrowicz, Dziennik z lat 1961-1966, Wydawnictwo Literackie.

[2] https://fakehunter.pap.pl/raport/f40dfed5-f641-41f5-9600-c518f2065bfb – dostęp: 25.10.2020 r.

[3] T. Mielczarek, Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości, Kraków 2018, s. 20.

[4] https://www.journalism2025.com/trends.html – dostęp 25.10.2020 r.

[5] T. Mielczarek, Raport o śmierci polskich gazet, Warszawa 2012.

[6] https://www.bn.org.pl/w-bibliotece/3966-39%25—lekki-wzrost-czytelnictwa-w-polsce.html – dostęp 25.10.2020 r.

[7] Strona główna kwartalnika: https://doradca-kariery.pl/ – dostęp 25.10.2020 r.

[8] https://sdp.pl/apel-zarzadu-glownego-stowarzyszenia-dziennikarzy-polskich-o-pomoc-dla-dziennikarzy-i-mediow/ – dostęp 25.10.2020 r.

[9] Strona główna „Projektora”: http://www.zenit-admin.ogicom.pl/nowy%20uklad/projektor_nowa.html – dostęp: 25.10.2020 r.

[10] https://wszystkoconajwazniejsze.pl/marek-kacprzak-media-publiczne/ – dostęp: 25.10.2020 r.

[11] Czytaj więcej na: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/orlen-kupi-polska-press-grupa-za-ilehttps://www.wirtualnemedia.pl/artykul/orlen-kupno-polska-press-grupa-repolonizacja-mediow-w-polsce – dostęp 25.10.2020 r.

[12] https://pap-mediaroom.pl/zdrowie-i-styl-zycia/badanie-lovebrands-relations-jakich-informacji-w-dobie-koronawirusa-szukaja – dostęp: 25.10.2020 r.

[13] https://sdp.pl/media-po-pol-roku-pandemii-analiza-miroslaw-usidusa/ – dostęp: 25.10.2020 r.

[14] A. Słonimski, Alfabet wspomnień, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1989, s. 56.

Rosiak jest jeden – ŁUKASZ WARZECHA o ambitnym dziennikarstwie

Pod koniec sierpnia (w czasach z dzisiejszej perspektywy sprawiających wrażenie niemal normalnych) miałem przyjemność wziąć udział w dyskusji o jakości mediów podczas obchodów rocznicy porozumień sierpniowych, organizowanych pod Europejskim Centrum Solidarności przez Fundację Gdańską. Prócz mnie dyskutowali Agata Szczęśniak z OKO Press, Katarzyna Włodkowska z „Dużego Formatu”, Marcin Chruściel z „Nowej Konfederacji” oraz Michał Kobosko, wówczas występujący jeszcze jako prezes Fundacji „Polska od Nowa”. Prowadził debatę Jan Wróbel.

 

Dwoje dyskutantów – Agata SzczęśniakMarcin Chruściel – prezentowało wizję relatywnie optymistyczną, przekonując, że media jakościowe znajdują dla siebie miejsce. Nie dziwię się: i OKO Press, i NK utrzymują się z wpłat czytelników, którzy poszukują informacji i analizy podawanych inaczej niż w mediach komercyjnych– i jakoś dają radę, choć szału nie ma. Oczywiście w obu przypadkach – ale zwłaszcza w przypadku OKO Press, które jest znacznie głębiej politycznie zaangażowane niż NK – powstaje przy tym problem odpowiedzi na oczekiwania wpłacających pieniądze odbiorców, którzy spodziewają się nierzadko przekazu jednostronnego oraz prostego walenia cepem w przeciwników politycznych. Mówiła o tym podczas debaty Agata Szczęśniak. Na ten sam problem nadziało się Radio Nowy Świat.

 

Ja zająłem w dyskusji stanowisko dla mojej natury naturalne, czyli sceptyczne. To prawda, że OKO Press i NK radzą sobie w trudnej sytuacji, ale stanowią niszę. Wbrew temu, co twierdziło oboje moich współdyskutantów, nie jest to żaden wstęp do zmiany modelu mediów w skali makro. A jednak warto zadać sobie pytanie o rozmiar tej niszy i możliwość jej utrzymania.

 

Przyznaję, że to pytanie interesuje teraz żywotnie również mnie samego, ponieważ kilka miesięcy temu, podczas pierwszego lockdownu (teraz mamy nieoficjalny drugi) podjąłem wysiłek uruchomienia na moim kanale na YouTube regularnych komentarzy. Robię to od tamtego czasu w odstępach mniej więcej tygodniowych. Zgromadziłem około 7,5 tys. subskrybentów, ale wciąż traktuję to jako działalność dodatkową wobec pisanej publicystyki i na tym nie zarabiam. Zyskałem za to spore doświadczenie w samodzielnej obróbce wideo na prostym poziomie. W porównaniu do innych – „Wolność w Remoncie” Tomasza Wróblewskiego ma 118 tys. subskrybentów, „Raport o Stanie Świata” Dariusza Rosiaka ma na YT 11 tys. subskrypcji, ale jako podcast jest dystrybuowana w wielu innych kanałach, do których ja nie docieram – mój „urobek” jest bardzo skromny. Jednak jakiś wgląd w zapotrzebowanie odbiorców dają mi komentarze. Powtarza się w nich ten sam motyw, który widać i u Rosiaka, i u Wróblewskiego, i w wielu podobnych miejscach: deklaracje, że potrzebne są analizy oraz komentarze niepoddające się dominującej w „dużych” mediach emocjonalności, presji czasu, plemienności. To sygnalizowałoby, że w jakiejś części jest zapotrzebowanie na – jeśli nie jakościowe, to przynajmniej „inne” dziennikarstwo. Ale jak jest duże? To bardzo trudno oszacować.

 

Dariusz Rosiak – co do powodzenia jego przedsięwzięcia kilka miesięcy temu wyrażałem na portalu SDP sceptycyzm – ma na portalu Patronite 3713 patronów, wpłacających miesięcznie ok. 58,5 tys. zł. W tym troje patronów wpłaca po 1000 zł, a siedmiu – po 500 zł. Jak na tego typu akcje, to już bardzo dużo. Suma bliska 60 tys. zł miesięcznie jak na jednoosobowe przedsięwzięcie to też ogromne pieniądze. Ale to Rosiak, a Rosiak jest jeden.

 

Płacić każe sobie również Jacek Bartosiak za materiały publikowane pod marką jego think-tanku Strategy & Future. Płatne są również jego podcasty, przygotowywane wspólnie z „Nową Konfederacją”. Zakładam, że Bartosiak nie utrzymywałby takiej formy działalności, gdyby nie była ona opłacalna, muszą zatem być na to klienci.

 

Radio 357 zgromadziło dotąd 10367 patronów, deklarujących miesięczną wpłatę 251 tys. zł. Czy to wystarczy na działalność radia, nawet internetowego? Nie wiem. Jak na cały zespół, jego utrzymanie, sprzęt – to mało. Oczywiście wchodzi w grę konkurencja z Radiem Nowy Świat, ale z tych dwóch przedsięwzięć to Nowy Świat wygląda bardziej na politycznego bojownika, a Radio 357 wydaje się celować w tych, którzy polityką mogą być trochę znużeni. Zatem motywacją wpłacania na RNŚ dla wielu osób może być sprzeciw wobec obecnej władzy.

 

Jest też ciekawa tendencja po stronie dużych mediów: ambitniejsze materiały coraz częściej chowane są za paywallem lub wymagają logowania. Tak zrobił w kwietniu TVN, część treści na swoim portalu oznaczając jako „premium” i wymagając logowania. Może to być odczytane jako wstęp do wprowadzenia płatności.

 

Bardzo ciekawie byłoby przeczytać opracowanie, podsumowujące prywatne przedsięwzięcia, oparte na wpłatach od odbiorców (podpowiadam tu studentom dziennikarstwa temat na oryginalną pracę magisterską). Miejmy przecież świadomość, że w coraz trudniejszym czasie ludzi gotowych wspierać takie inicjatywy będzie coraz mniej. Tu liczy się oczywiście efekt skali – jeśli ma się 100 tys. subskrybentów, jest duża szansa, że choć pięć procent z nich zechce wpłacić po 10 zł, a to daje już 50 tys. miesięcznie. Tylko ile ambitnych przedsięwzięć ma 100 tys. subskrybentów? A grupa ludzi, czująca się w obowiązku i gotowa wpłacić pieniądze, jest również ograniczona. Zakładam – ale to znów, wobec braku danych, jedynie moje publicystyczne założenie – że już teraz w wielu przypadkach ci sami ludzie dotują po kilka przedsięwzięć (sam tak robię).

 

Argumentami przemawiającymi za tym, że utrzymywanie ambitnych mediów z prywatnych, rozproszonych źródeł będzie się udawało, są upolitycznienie znacznej części mediów, nadmiar szybkiej, nic niewnoszącej zawartości (notoryczne dzisiaj tworzenie niusów na podstawie czyichś wpisów tłiterowych – co jest kompletnym absurdem), a przy tym niedostatek spokojnej i pogłębionej analizy, która może przecież być odbiciem poglądów autora, lecz rzecz w tym, żeby nie była wprost częścią partyjnego sporu. Czynnikiem każącym wątpić jest natomiast głębokość i trwałość takiego źródła, co wiąże się z sytuacją gospodarczą.

 

Z jednym z pewnością jest problem: brakuje w Polsce prywatnych biznesów, które byłyby gotowe angażować się finansowo w takie przedsięwzięcia – przy czym nie mam na myśli wielkich korporacji ani tym bardziej spółek skarbu państwa, ale średnie firmy, co jest normą na amerykańskim rynku medialnym. I to się pewnie nie zmieni, bo przedsiębiorcy mają dzisiaj inne problemy niż tworzenie sfery niezależnych komentarzy i analiz.

 

Wobec odwoływania się do prywatnych sponsorów aktywności medialnej pozostaję zatem umiarkowanie sceptyczny. W którymś momencie zostanie osiągnięty limit, którego nie da się przebić. Obiecuję natomiast, że jeśli sam w końcu zdecyduję się na takie rozwiązanie, na portalu SDP zrelacjonuję własne doświadczenia. Nie wykluczam, że mogą się one okazać rozczarowujące mimo wielu przychylnych opinii, z jakimi spotyka się moja YouTube’owa działalność.

 

Łukasz Warzecha

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Laluś” wyklinany do dziś

21 października 1963 r. zginął w walce Józef Franczak „Laluś”. 24 października prokurator z Lublina nakazał „zdjęcie głowy ze zwłok”. Ta nierozliczona zbrodnia ma do dziś swoich fanów – również w mediach.

 

„Józef Franczak, żył lat 45, zginął 21 X 1963. Poświęcił życie za wolność Ojczyzny, której nie doczekał” – taki napis wyryła rodzina na skromnym grobie w podlubelskich Piaskach w 1983 r. Wtedy jeszcze nie można było mówić, kim był i co naprawdę się z nim stało – że to ostatni Żołnierz Wyklęty, który zginął w walce. Wyklęty przez komunistów Żołnierz Niezłomny. Sierżant Wojska Polskiego. Walczący z okupantami Polski – brunatnymi i czerwoni od września 1939 r.

 

Pochwała agenta

 

Była godz. 15:40. Majdan Kozic Górnych – wioska 20 km od Lublina i 8 km od Piask. Bezpieka napisała: „Z chwilą okrążenia zabudowań b. [bandyta] Franczak wyszedł ze stodoły, pozorując gospodarza rozważał możliwość wyjścia z obstawy. (…) Mimo wzywania go do poddania się podjął obronę i wykorzystując słabe punkty obstawy pod osłoną zabudowań wycofał się około 300 m. od meliny, gdzie podczas wymiany strzałów został śmiertelnie ranny i po kilku minutach zmarł”.

 

Przez lata rodzina i sąsiedzi myśleli, że „Lalusia” zadenuncjował sąsiad – Wacław Beć, u którego ukrywał się feralnego dnia. Jak wynika z akt IPN, była to celowa, ubecka dezinformacja. Franczaka wydał TW „Michał” – Stanisław Mazur, stryjeczny brat Danuty Mazur, narzeczonej „Lalusia” i matki jego syna. Za kapowanie dostał w sumie 12.050 zł, z tego prawie połowę – około 5000 zł za donosy na „Lalusia”.

 

Rozumiem, że ci, którzy do dziś potępiają Józefa Franczaka, będą bronili agenta, który go zakapował.

 

„Tylko się ukrywał”

 

Jako pseudohistoryczną podbudowę kultu „wyklętych” stworzono dwa wielkie mity. Pierwszy to mit powstania antykomunistycznego, które miało trwać w latach 1944-1963. Datę końcową wyznacza śmierć Józefa Franczaka „Lalka” z oddziału Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, który zginął w obławie 21 października 1963 r.” – napisał tygodnik „Przegląd” 29 lutego 2019 r. – w Wigilię polskiego święta: 1 marca – Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, pod jakże znamiennym tytułem: „Bandyci, a nie święci”.

 

W tym (post)komunistycznym organie można było przeczytać dalej: „Od lutego 1953 r. Franczak nie prowadził jednak żadnej walki zbrojnej, tylko się ukrywał, a jego ostatnią akcją była „akcja ekspropriacyjna”, czyli napad rabunkowy na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach w powiecie świdnickim”.

 

Autor „zapomniał” napisać, że „Laluś” przeżył, bo ok. 200 osób z okolicznych wiosek pomagało mu przetrwać – zapewniało dach nad głową, wikt i opierunek. Była to podzięka za wcześniejszą, wieloletnią  obronę przed sowieckim terrorem.

 

Zbrodnie podziemia

 

W tym samym czasie dr August Grabski prowadził na Uniwersytecie Warszawskim wykład pt. „Zbrodnie >>żołnierzy wyklętych<< na Żydach 1944-47”. Pracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego „udowadniał”, że ci polscy żołnierze, wojsko II Rzeczpospolitej, nie miało nic wspólnego z Armią Krajową i Polskim Państwem Podziemnym. Że byli małą prawicową bandą, której celem było mordowanie Żydów.

 

To tezy nieprawdziwe, tożsame z publicystyką „Gazety Wyborczej”. Mimo protestów, rektor UW do dziś od tego się nie odciął.

 

Rzeczony August Grabski kontynuował swoje wywody rok później – znów w przededniu Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Tym razem – o zgrozo – w Sejmie RP (u boku m.in. posła Macieja Gduli), gdzie Klub Parlamentarny Lewica i rzeczony tygodnik „Przegląd” zorganizowały konferencję o jakże klarownym tytule: „Bezdroża państwowej polityki historycznej. Polemicznie o »żołnierzach wyklętych«”. I, jak czytaliśmy: „Głównym celem konferencji jest zaprezentowanie innej wizji przeszłości niż czyni to prawica, posługując się głównie IPN. Ukazanie przemilczanych lub przeinaczanych zbrodni podziemia na cywilach i mniejszościach narodowych”.

 

Bohater czy morderca?

 

Gdy Polacy – jak w PRL-u – są poddawani takim zmanipulowanym treściom, trudno się dziwić ich opinii.

 

I tak np. pod bezstronnym tekstem o Józefie Franczaku w periodyku „Dziennik. Gazeta Prawda” (1 marca 2016 r.) pod tytułem  „Ostatni żołnierz wyklęty. Zdradzony, zabity i zbezczeszczony w 1963 roku. Odcięto mu głowę…” wyróżniały się takie oto komentarze:

 

BeRGoL: „Kto dał Lalusiom prawo do rozstrzeliwania Polaków (nawet i z MO) ? Ci co w 1939 roku uciekali przed Niemcami?”

 

Miki: „dlaczego on siedział w lesie i strzelał zza winkla( to ma być bohater? strzelał w plecy polakom bo myśleli inaczej i to jest bohaterstwo? inni odbudowywali kraj a on do nich strzelał

 

Sąsiad: „Z biografii pana Lalka wynika, że trochę ludzi pomordował, to wreszcie bohater czy morderca?

 

Syn Wyklętego

 

Prawdziwa burza rozpętała się po deklaracji Marka Franczaka, kiedy przed ostatnimi wyborami prezydenckimi publicznie ogłosił, że poprze Andrzeja Dudę.

 

W Internecie zdarzały się takie opinie, jak Dariusza Pilarskiego: „Popieram wypowiedź Marka. Za prezydentury Pana Dudy odnalazłem i z honorami pochowałem swojego dziadka płk Mariana Pilarskiego Jar Twórcy i Inspektora II Inspektoratu Zamojskiego AK . Jego poprzednicy nawet palcem nie kiwnęli . Oczywiście prawdą jest, że są instytucje stworzone do tego celu, które niekiedy sprawiają wrażenie jakby chronili sprawców zbrodni na naszych bohaterach”.

 

Ale dominowały – opinie wyrażane z lewej i prawej strony – że Marek Franczak nie ma prawa do bycia synem Wyklętego.

 

A ja przywołam tylko słowa Danuty Mazur, która przed laty mówiła mi: „Józek zobaczył Marka pierwszy raz po ośmiu miesiącach, gdy wyniosłam dziecko w zboże. Jeździłam do księży, ale nikt nie chciał dać nam ślubu, mówili, że to wielkie ryzyko. Kiedy ubecy pytali o Marka, odpowiadałam, że nie wiem, z kim mam to dziecko”.

 

Syn „Lalusia” i Danuty Mazur dowiedział się o ojcu dopiero po 1989 r. Dziś – za zgodą sądu – używa nazwiska Franczak.

 

Tadeusz Płużański

Cezura Papkina – replika WOJCIECHA SURMACZA na tekst ŁUKASZA WARZECHY

Cześć Łukaszu, tu „nadwrażliwa nastolatka”. Chciałeś mnie wywieść w pole, ptaszku! Ale poczytałem trochę internetów i zrozumiałem, że jesteś Papkinem. Wybaczam.

 

Akt pierwszy. Scena druga. „Zemsta” Aleksandra Fredry:

 

„Po francusku ubrany, przy szpadzie; krótkie spodnie, buty okrągłe do pół łydki, tupet i harcopf, kapelusz stosowany – pod pachą para pistoletów, zawsze prędko mówi.”

 

Oto Józef Papkin. Przy czym od razu się okazuje, że z tych pistoletów to on bardziej ćmy i komary gotów rozstrzelać, niż ludzi. Uff.

 

Co prawda Łukasz Warzecha tak nie wygląda (czasy się zmieniły), ale to właśnie jego okrzyknięto „Papkinem” polskiego twittera. Warzecha pod wpływem infodemii COVID-19, stał się i śmiesznym, i strasznym zarazem tzw. influencerem. Jako dobrze władający piórem dziennikarz, mógłby wnieść wiele dobrego do publicznej debaty, szczególnie na temat pandemii. Wybrał jednak inną drogę i zaprzedał duszę taniej sensacji. „Walczy z systemem” za pomocą negatywnych emocji i wyrafinowanych figur retorycznych, które bywają złudne. Szkoda.

 

Momentami chamscy

 

Kto pamięta ten przyzna, że Józef Papkin to w sumie postać pełna sprzeczności – tragiczna i komiczna zarazem.

 

„(…) zawsze bawi. Czy to pistolety, czy szczucie na listonosza, zabawa w językoznawcę i eksperta od wszechrzeczy, czy też to, co na skrinie. Postać z komedii, Papkin (…)” – napisał o nim na twitterze, niespełna miesiąc temu Wojciech Mucha, niezależny dziennikarz, wieloletni publicysta „Gazety Polskiej”.

 

Tyle, że nie miał na myśli Józefa Papkina, lecz Łukasza Warzechę.

 

Sarkazm Wojciecha Muchy był inteligentną ripostą na stek bzdur, którymi Łukasz Warzecha zbombardował go na portalu press.pl („Warzecha i Szubartowicz nie chcą dyskutować z przedstawicielami Gazety Polskiej”)

 

Warzecha wyjaśniał, dlaczego zrezygnował z udziału w programie Polsat News „Debata tygodnia”. Nie chciał przebywać w tym samym studiu z Maciejem Kożuszkiem, dziennikarzem „Gazety Polskiej” Ale przy okazji zamachnął się na Wojciecha MuchęJacka Liziniewicza, chociaż nie było ich nawet na liście rezerwowych gości „Debaty tygodnia”.

 

– W atakach na oponentów są niezwykle agresywni, momentami chamscy. Zachowują się w sposób nieakceptowalny i nie przestrzegają norm, które między kulturalnymi ludźmi obowiązują. Występując z kimś takim, legitymizowałbym takie zachowanie – wypalił Warzecha.

 

Po czym dodał, że jego decyzja nie ma nic wspólnego z poglądami prezentowanymi przez ludzi z „Gazety Polskiej”. Ci z kolei, nieźle się za to po nim przejechali w serwisie niezależna.pl („Czy „markiz” to określenie knajackie? Warzecha rezygnuje z debaty z dziennikarzem GP”).

 

Trudno wytrzymać

 

Nie raz przecierałem oczy ze zdumienia, gdy dajmy na to w hiszpańskim dzienniku „El Pais”, bezceremonialnie (nie rozwijając wątku), paplał o „skandalu korupcji finansowej”, która ma osłabiać premiera Mateusza Morawieckiego. Innym razem, gdy wytoczył wojnę kelnerom. Wielokrotnie i w różnych lokalach zamawiał surówkę Coleslaw, wymawiając tę nazwę – jego zdaniem poprawnie – „koluslo”.

 

– Niestety kelner robił tylko wielkie oczy. Więc dałem spokój. Kopanie się z koniem nie ma sensu – utyskiwał Łukasz. Czujecie to?

 

Jednak najbardziej frapujące, przynajmniej dla mnie, stały się heroiczne wyprawy antymaseczkowe Łukasza. Pandemia COVID-19, a dokładniej infodemia koronawirusowa, wywarła na psychice Warzechy ogromne piętno. Zresztą nie jest on odosobnionym przypadkiem w polskich mediach, o czym kilka dni temu mówiłem w wywiadzie dla dziennika „Rzeczpospolita” („Media wobec pandemii. Drugi wirus to dezinformacja”).

 

Poprosiłem (w tej rozmowie) wydawców o odpowiedzialne publikowanie wszelkich informacji na temat pandemii. Moim zdaniem epidemia fałszywek i ewidentnych nadużyć, stała się swego rodzaju cezurą – punktem zwrotnym w popularności wielu dziennikarzy i wszelkiej maści tzw. influencerów.

 

Klinicznym przypadkiem jest Łukasz Warzecha, któremu szczególnie druga, jesienna fala dodała animuszu. Nakręcony do bólu zaczął, dość umiejętnie to fakt, stosować tanie chwyty. Na przykład w jednym z wystąpień na swoim „videoblogu” o „aferze wokół noszenia maseczek”, teatralnym gestem zdjął maseczkę, bo…

 

„Trudno to wytrzymać.”

 

Serio?

 

Zablokować twittera

 

Ludzie nosić masek nie lubią – wiadomo, bo to na dłuższą metę i męczące, i niewygodne. No to Łukasz zaczął nadawać, że nie będzie nosił, że wybiera wolność, a głupi rząd mu ją odbiera, bo każe nosić. Tak mnie to ujęło, że jeden z wpisów postanowiłem zacytować w satyrycznej audycji ekonomicznej „Winien i ma” na antenie Trójki (wydanie z 09.10.2020).

 

Najpierw lojalnie uprzedziłem słuchaczy, że podczas lektury takiej „radosnej twórczości” ręce opadają. Potem obecny w studiu dr Artur Bartoszewicz z Kolegium Analiz Ekonomicznych, Szkoły Głównej Handlowej przypomniał, że z takiego założenia, jak Warzecha wychodzą politycy Konfederacji. Następnie zacytowałem wpis Naty Acosty, która bycie „negacjonistą” pandemii nazwała obciachem.

 

Potem dr Bartoszewicz porównał koronasceptyków do płaskoziemców, zaś obecny w tejże audycji Marcin Roszkowski z Instytutu Jagiellońskiego, wskazał na alarmujące statystyki zakażeń. Wtedy Artur Bartoszewicz przypomniał, że w USA celowe zarażanie koronawirusem traktowane jest przez Departament Sprawiedliwości jak terroryzm.

 

Od siebie dodam (wtedy nie zdążyłem), że był to efekt spontanicznej akcji społecznej „coronavirus challenge”, podczas której Amerykanie celowo kaszlali na siebie, lizali produkty na półkach sklepowych. Raz zdarzyło się nawet, że znana blogerka Ava Louise polizała deskę klozetową w toalecie samolotu pasażerskiego.

 

I w tym kontekście właśnie Artur Bartoszewicz zaproponował, by na wzór amerykańskich rozwiązań, rozważyć w Polsce objęcie działaniami antyterrorystycznymi wszystkich, którzy świadomie podejmują działania negujące zabezpieczenie społeczne.

 

– Artur chce zablokować twittera – dorzucił z przekąsem Roszkowski.

W ramach podsumowania puściłem piosenkę zespołu Queen „Keep Yourself Alive” i uznałem temat za zamknięty.

 

Trudno uwierzyć

 

Jednak tych kilka minut na antenie Trójki, dało asumpt do powstania całkiem okazałego fake newsa. W trakcie trwania audycji użytkownik KoronskiM poinformował na TT, że w rządowym radiu „antymaseczkowy wpis” Warzechy porównano do aktu terrorystycznego. Po czym podał moje nazwisko, sugerując, że tego dokonałem. Wystarczyło. Łukasz poczuł krew i błyskawicznie zaatakował. Uznał mnie za: „kolejnego, któremu odwaliło totalnie, kiedy tylko PiS mu dał troszkę władzy”. Wtedy zapytałem grzecznie, czy słuchał audycji?

 

Przyznaję, że nie. Trudno mi uwierzyć – odparował gracko Łukasz.

 

Szczerze mówiąc, do dziś się zastanawiam: w co tak trudno było mu uwierzyć? W to, że nie słuchał? Czy raczej w to, że się przyznał, że nie słuchał? Tak, czy inaczej byłem zbudowany jego przypływem szczerości. Idąc za ciosem zapytałem, czy potrafi przeprosić? Wtedy zamilkł.

 

Po dwóch godzinach wrócił tryumfalnie oświadczając, że wysłuchał audycji i nie ma za co przepraszać. Zamiast bowiem zająć się „pytaniem o naukowe podstawy twierdzenia, że maseczki na powietrzu cokolwiek zmieniają oraz znanymi wątpliwościami prawnymi”, zacytowałem wpis, który zrównuje te wątpliwości z zaprzeczaniem istnienia wirusa. Następnie nazwał dr Artura Bartoszewicza „oszołomem” i wydawałoby się, wbił gwóźdź do mojej trumny, orzekając:
„Wam naprawdę rozum odjęło.”

 

Wówczas ładnie poprosiłem, by prześledził cały wątek (gdzie ślepo uwierzył w moje antyterrorystyczne zapędy) i skoro mnie nie chce przeprosić, to niech przynajmniej przeprosi siebie. Przecież tym „papkinowaniem” największą szkodę, wyrządza samemu sobie. Nieprawdaż?

 

Analogie bywają złudne

 

I znów się wydawało, że temat zamknięty. Ale nie minął tydzień, jak Łukasz ponownie zaatakował i to z furią dotąd niespotykaną. Tutaj drobna dygresja: pewien stary, dobry redaktor w pewnej starej, dobrej redakcji, wyrzucając nam zbyt emocjonalne teksty do kosza, mruczał pod wąsem:

 

– Są granice brawury.

 

Internetowy Papkin te granice przekroczył. Na portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich („Nie ulegajmy pokusie cenzury”).

 

Łukasz wrzucił do jednego kotła: mnie oraz Polską Agencję Prasową, Joannę Lichocką – poseł PiS oraz Radę Mediów Narodowych, Annę Mierzyńską – współpracującą z OKO Press oraz Roberta Tyszkiewicza, posła PO.

 

Zmierzył wszystkich swoją miarą, zbeształ, skręcił po swojemu porwane na strzępy fakty i zarzucił dążenie do wprowadzenia w życie – cokolwiek miałoby to znaczyć – „cenzury spontanicznej”. Najgorsze, że – może nie wprost, ale jednak – uznał rozwiązanie #FakeHunter (służące PAP do dekonstrukcji nieprawdziwych informacji m.in. o COVID-19) za element tejże cenzury. Może, gdyby chociaż przekartkował książkę „Knebel” Błażeja Torańskiego (o prawdziwej cenzurze w czasach PRL-u), toby się tak nie zagalopował.

 

No chyba, że przeczytał i przemilczał, bo wolał się cofnąć w czasie jeszcze dalej:„Analogie bywają złudne, jednak nie sposób uciec od skojarzenia z czasem schyłku II RP, gdy każdy tekst, kwestionujący sanacyjną linię, przestrzegający przed rosnącym zagrożeniem i wytykający polskiemu państwu dramatyczne nieprzygotowanie do nieuchronnie nadciągającego konfliktu był w najlepszym wypadku kwitowany jako oszołomstwo i defetyzm (…)” – napisał Łukasz Warzecha, któremu z łatwością godną podziwu przychodzi wytykanie ludziom idiotyzmów i wyzywania od oszołomów.  Dalej było coś jeszcze o „Berezie Kartuskiej”, ale to już dla prawdziwych koneserów żonglerki słownej Papkina.

 

Gdybym chciał się skutecznie odgryźć, to wrzuciłbym Łukasza Warzechę do jednego wora z politykami: Krzysztofem Bosakiem (Konfederacja), Borysem Budką (PO), Katarzyną Lubnauer (Nowoczesna), Robertem Biedroniem (Wiosna) i Władysławem Kosiniakiem – Kamyszem (PSL).

 

Następnie ogłosiłbym plebiscyt na „Papkina roku 2020”. Byłaby niezła jazda, bo w sumie wszyscy nominowani mieliby realną szansę na wygraną. Wiosną przecież przekonywali, że na jesieni wszystko się odmieni i będzie już w zasadzie po pandemii. Jak jest, każdy widzi. Ale nie, czekaj. Łukaszu, Ty tak nie mówiłeś? Dajże spokój! To tylko figura. Poza tym taka jest polityka – kieruje się własnymi prawami, jak Ty.

 

30 lutego

 

Starając się być dobrym chrześcijaninem, postanowiłem jednak Warzesze wybaczyć. Rozumiem te jego fanaberie, choć nie akceptuję. Jako dziennikarz zaś, postanowiłem dociec prawdy. Wyznając starą zasadę, że nie ma głupich pytań tylko głupie odpowiedzi, wysłałem do Łukasza list pocztą elektroniczną. Zawierał kilkanaście pytań o jego zachowania na twitterze i ten atak na sdp.pl oraz prośbę o podanie daty odesłania odpowiedzi.

 

Następnego dnia Łukasz Warzecha odpisał:

 

Wojtku,

 

Wybacz, ale mam ważniejsze rzeczy na głowie niż odpisywać na idiotyczne pytania prezesa rządowej machiny informacyjnej, który poczuł się dotknięty jak nadwrażliwa nastolatka. Więc na pytanie, kiedy możesz się spodziewać odpowiedzi, odpowiadam: 30 lutego roku dowolnego.

 

Życzę dalszych sukcesów w walce z antymaseczkowym kołtuństwem i w służbie władzy.

 

Pozdrawiam

 

Łukasz

 

Chciałem tutaj napisać Łukaszu, że też Cię serdecznie pozdrawiam, bardzo dziękuję za szczerość i będę cierpliwie czekał. Ale nagle zrezygnowałem, gdyż przetrzepałem kalendarz. 30 lutego? Nie ma takiego dnia. W pole mnie chciałeś wywieść, ptaszku!

 

Ostatecznie poskromiłem emocje, bo znalazłem wspaniały wiersz Wandy Chotomskiej o adekwatnym tytule, czyli „30 lutego”. To historia pewnego jeża, który akurat tego dnia właśnie, wraz z ciotkami, założył sklep ze szczotkami. I tak tym biznesem namiętnie operował, że zamiast szczotek, ciotki przehandlował. A na koniec, no właśnie, ostatnia zwrotka jest szczególnie słodka.

 

Dla Ciebie Łukaszu:

 

„Gdy zrozumiał co zrobił,
zbladł od razu jak kreda –
zamiast szczotki, biedaczek,
sam klientom się sprzedał.”

 

Pa!

 

Wojciech Surmacz

 

Od redakcji: Autor jest prezesem Polskiej Agencji Prasowej.

Nie sądzę, że art. 212 k.k. zostanie zniesiony – rozmowa z JADWIGĄ CHMIELOWSKĄ, Sekretarz Generalną SDP

Politycy powinni wreszcie pojąć, że ratują ich tylko wolne media, ponieważ musi ktoś przedstawiać prawdę oraz pokazywać różne punkty widzenia. Nie może być tak, że wszyscy klaszczą. To sprowadzi klęskę na każde ugrupowanie – mówi Jadwiga Chmielowska, Sekretarz Generalna SDP, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Obywatelski projekt nowelizacji ustawy Prawo Prasowe przygotowany niedawno przez Redutę Dobrego Imienia zakłada również likwidację art. 212 Kodeksu karnego, zgodnie z którym za zniesławienie grozi dziennikarzowi nawet rok bezwzględnego więzienia. Środowisko dziennikarskie od wielu lat walczy o zniesienie tego przepisu. Czy Pani zdaniem jest szansa, że zniknie on w końcu z polskiego prawa?

 

Artykuł 212 powinien z Kodeksu karnego zniknąć już 30 lat temu. Protesty przeciwko art. 212 k.k., czyli zastraszaniu dziennikarzy, odbywały się od początku III RP. Wówczas protestowali głównie dziennikarze prawicowi. Pozwolę sobie przypomnieć, że paragraf 212 k.k. znalazł się w Kodeksie karnym jeszcze za komuny, czyli w czasach PRL-u. Przed wyborami, wszyscy politycy zapowiadali oczywiście, że niezwłocznie należy odrzucić art. 212 k.k. Wkrótce jednak okazywało się, że obowiązuje on nadal.

 

Jakie wtedy politycy mieli argumenty?

 

Dyskutowałam z politykami w 2006 roku, za pierwszego rządu Prawa i Sprawiedliwości i  odpowiadali, że trzeba zostawić art. 212,  by „obrzucona błotem” przez dziennikarzy osoba mogła się bronić. Pozwolę sobie przytoczyć przykład mojego kolegi, szefa portalu Zywiecwsieci.pl, który został w 2015r. oskarżony przez sekretarza miasta o to, że na jego portalu prowadzono dyskusję, w której wzięli udział prawnicy i osoby zajmujące się zawodowo organizacją wyborów. Zdaniem władz miasta i prokuratora obywatel nie powinien  wiedzieć np. co wolno komisji obwodowej i co jest w gestii poszczególnych organów władzy. Na pytanie, dlaczego z urzędu wszczęto postępowanie, prokurator z przekonaniem odpowiedział, że dyskusja mogła doprowadzić do podważenia prestiżu zarządu miasta. To ja pytam, czy w Polsce już nawet dyskutować nie można na tematy dotyczące przepisów prawnych? Politycy przekonują, że występują w obronie biednego, pomówionego  obywatela, który nie ma pieniędzy, żeby się bronić, Dziennikarze nie piszą przecież o zwykłym obywatelu! Artykuł 212 jest ewidentnie biczem na dziennikarzy, osłoną, by politycy mogli działać swobodnie i aby tłumić dyskusję!

 

Już ponad 20 lat temu podczas manifestacji przemawialiśmy i tłumaczyliśmy, że art. 212 k.k. to jest kaganiec. Nikt tym się nie przejął i nadal przepis ten  funkcjonuje. Bez względu na to, która opcja polityczna rządzi i co wcześniej w sprawie art. 212 deklarowała, to po przejęciu władzy niektórym szemranym politykom zależy na zamykaniu ust dziennikarzom. Niestety, są oni dla władz partii przekonujący i art. 212 ma się dobrze.

 

Czy zagrożenie dla wolności słowa jest mocno odczuwalne? Co dziennikarze sądzą na ten temat?

 

Cały art. 212 k.k. jest zagrożeniem dla wolności słowa. Przytoczyłam przykład, gdzie nie sekretarz gminy skarżył dziennikarza z powództwa cywilnego, tylko „swój” prokurator, który wytoczył temu dziennikarzowi proces. Gdyby polityk poczuł się urażony, musiałby wytoczyć proces cywilny, bo jak każda osoba, która poczuje się urażona, ma prawo pójść do sądu. Ale tu przecież mowa o procesie karnym. Oczywiście, że sprawa z art. 212 k.k. może być również wytoczona przez osobę fizyczną, która wynajmie sobie adwokata i złoży pozew do sądu. Wtedy prokurator się tym nie zajmuje, ale sprawa toczy się w wydziale karnym sądu rejonowego w pierwszej instancji. Bardzo często jest to też wykorzystywane przez osoby, które nie do końca znają się na prawie. Myślą, że jeśli  taki dziennikarz będzie skazany w trybie karnym, to nie będzie mógł pełnić niektórych funkcji, przykładowo w radach nadzorczych, bo tam wymagana jest niekaralność. A tu na szczęście żadnych skutków negatywnych dla dziennikarza nie ma. Przypominam jednak, że dziennikarz może zostać skazany na rok więzienia i to nie w zawieszeniu. Podkreślę raz jeszcze, że tego typu zabiegi służą do straszenia, zamykania ust dziennikarzom.

 

Jakie są Pani doświadczenia związane z artykułem 212 k.k.?

 

Miałam dwa procesy. Jeden cywilny, ale ta sama osoba wytoczyła mi też proces karny z art. 212. Wszystkie dokumenty jednak wskazywały na to, że bohater mówił na swój temat nieprawdę. Przegrywając proces, dziennikarz może zostać zrujnowany finansowo. I moim zdaniem tutaj głównie chodzi o to, by wykończyć odważnego dziennikarza psychicznie i finansowo. Wolność słowa, czyli podawanie informacji i głoszenie swojej opinii jest podstawą funkcjonowania demokracji. Politycy powinni wreszcie pojąć, że ratują ich tylko wolne media, ponieważ musi ktoś przedstawiać prawdę, oraz pokazywać różne punkty widzenia. Nie może być tak, że wszyscy klaszczą. To sprowadzi klęskę na każde ugrupowanie, bo w takim wpływy zdobywają wszelkiej maści cwaniacy i kanalie. Czasem tak się dzieje w całych narodach, a przykładem są totalitaryzmy niemiecki i rosyjski. Teraz zbliża się genderowy i totalitarna poprawność polityczna.

 

Jeżeli chodzi o moje osobiste doświadczenie, to w trakcie moich procesów tworzono również nagonki i donoszono na mnie do prokuratury. Zostałam nawet bezprawnie zwolniona z pracy tuż przed emeryturą. Razem miałam dziewięć procesów. Straszono mnie w sms-ach. Zaczęło się od tego, że pokazałam sieć powiązań polityków różnych partii i opcji politycznych z RAŚ (Ruchem Autonomii Śląska). To, czy ktoś był z PIS, PO, PSL, czy z innej partii, było nieistotne. Wszystkie te ugrupowania i środowiska ze sobą współpracowały i udało mi się to pokazać. Wszyscy oni  zaatakowali mnie i za to wszyscy otrzymali odpowiednie „frukty”. To nie przypadek. Wytrzymałam wszystko psychicznie, ale nie fizycznie. Od tamtego czasu mój stan zdrowia znacznie się pogorszył. Wiele razy byłam na sali sądowej, zwolniono mnie z pracy. Nie miałam z czego żyć, przewlekle chora zostałam bez ubezpieczenia zdrowotnego. Trzeba przyznać, że pomogło mi kilku kolegów dziennikarzy i przyjaciele z podziemia. Jednak większość bała się pisać na te same tematy, a  powinien nastąpić  zmasowany atak na antypolskie i cwaniackie środowiska polityczne na Śląsku. Trudno się jednak dziwić: Jak tak zaatakowali Chmielowską, to nas rozjadą na miazgę – mówili między sobą koledzy.  Najwięcej o tym moim przypadku pisały media zagraniczne. W Polsce dziennikarze byli zastraszeni, więc może dwie osoby coś na ten temat napisały. Do tego wszyscy, którzy byli przeciwko mnie, otrzymali konkretne posady (dyrektorskie, zostali członkami zarządu województwa, posłami). Choć wiem, że wszystko w życiu może być przypadkiem, to tu nie wierzę  w zbieg okoliczności.

 

Art. 212 powinien z Kodeksu karnego być całkowicie wykreślony! Jak ktoś czuje się obrażony, to proszę bardzo, jest sąd i w trybie procesu cywilnego można skarżyć.

 

Wciąż podkreśla Pani, że art. 212 powinien zniknąć, jednak patrząc tak realnie, myśli Pani, że zostanie on kiedyś całkowicie zlikwidowany?

 

Nie sądzę, że zlikwidują art.  212. Z mową nienawiści walczą ci, którzy najbardziej nienawiść propagują. Tak samo jest z tym art. 212 – atakowani są dziennikarze, którzy głoszą prawdę. Zawsze znajdzie się jakiś lokalny bonza, któremu coś się nie spodoba. W Sosnowcu został skazany z art. 212 Sławomir Matusz za dwa pisma wystosowane do prezydenta miasta, przewodniczącego Komisji Kultury i 3 maile do dyrektorów instytucji kultury w Sosnowcu, w których zwracał uwagę, że instytucje te mają statuty niezgodne z ustawą o kulturze oraz że dyrektor jednej z nich nie posiada odpowiednich kwalifikacji ani wiedzy i doświadczenia. Pomimo, że nie zostały te zarzuty opublikowane w mediach, to jednak sąd skazał go na grzywnę i koszty sądowe – razem ok. 3 tys. zł.  Ciekawostką jest to, że Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach wydał wyroki, że 5 instytucji kultury w Sosnowcu ma rzeczywiście statuty niezgodne z Ustawą, czyli potwierdził zarzuty red. Matusza. Pikanterii dodaje fakt skazania go na grzywnę w wysokości 40. stawek dziennych aresztu za nazwanie dyrektor księgową. Niedawno dowiedzieliśmy się, że ta sama osoba wytoczyła Sławomirowi Matuszowi kolejny proces z art. 212, tym razem z powództwa cywilnego. W mieście dyskutuje się, czy mąż tej dyrektor Zamku Sieleckiego był tajnym  współpracownikiem SB,  czy to tylko zbieżność nazwisk. Sprawa sosnowiecka stała się głośna w całym kraju. W Kancelarii Prezydenta trwają prace nad ułaskawieniem skazanego już w procesie karnym Sławomira Matusza.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

 

Apel CMWP SDP do Sądu Okręgowego w Warszawie w obronie red. Witolda Gadowskiego – aktualizacja

Zapowiadane na 21 października  b.r. ogłoszenie decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie zostało odwołane z powodu choroby sędziego.  Nie podano na razie nowego terminu tej decyzji. 

 

21 października b.r.  miała być ogłoszona decyzja Sądu Okręgowego w Warszawie w związku z powództwem wniesionym przeciwko  red. Witoldowi Gadowskiemu przez Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  objęło tę  sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy i  przesłało do Sądu (15.października b.r.) swoją opinię w charakterze amicus curiae.  W swoim stanowisku apelujemy  o  oddalenie powództwa przeciwko dziennikarzowi. 

 

Koncern medialny Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie uznał, że dziennikarz naruszył jego dobra osobiste w felietonie, który ukazał się we wrześniu 2017 r.  m.in. na portalu w Polityce.pl i na portalu Radia Maryja. Koncern RASP domaga się przeprosin i 50 tysięcy zł grzywny. W felietonie dziennikarz podkreślił, że ważne jest, by na świecie więcej mówiło się o domaganiu się przez Polskę reparacji wojennych. Odniósł się również do niemieckich mediów : To Niemcy robili mydło z ludzkiego tłuszczu. To Niemcy robili abażury z ludzkiej skóry. To Niemcy robili maskotki z ludzkich kości. To Niemcy rozsiewali po polach popioły zwęglonych ludzi jako nawóz. To wszystko robili «kulturalni» Niemcy. Dziś, kiedy słyszę, że m.in. w ZDF, «Fakcie», Axel Springer zasiadali wermachtowcy, SS-mani – to rozumiem skąd ta agresja na Polskę” – pisał red. Witold Gadowski.

 

Odnosząc się do meritum sprawy  CMWP SDP  podkreśla, iż publicystyczna aktywność red. Witolda Gadowskiego dotyczy nadzwyczaj trudnej i kontrowersyjnej tematyki, jaką jest np. międzynarodowa działalność przestępcza, współczesne wojny, czy terroryzm, a co za tym idzie, dziennikarz jest wyjątkowo wyczulony na problematykę łamania praw człowieka i związanej z tym krzywdy zwykłych ludzi uwikłanych w skomplikowane konflikty międzynarodowe. W swoich publikacjach w jasny i zrozumiały dla setek tysięcy osób sposób przybliża on szczegóły dotyczące takich konfliktów. Podobnie jest z w/w felietonem, w którym w charakterystycznym dla siebie stylu zwraca on uwagę odbiorców na krzywdy wyrządzone narodowi polskiemu przez Niemców podczas II wojny światowej, krzywdy, za które Niemcy nigdy nie zapłaciły odszkodowania. Istotny jest także kontekst czasowy publikacji tego felietonu – miało to w miejsce w czasie niezwykle intensywnej dyskusji publicznej i medialnej na temat tzw. reparacji wojennych, jakie Niemcy powinny zapłacić Polsce i tego w jaki np. sposób obliczyć należną ich sumę oraz jak te kwoty wyegzekwować. To, że red. Witold Gadowski poruszył ten temat jest więc rzeczą oczywistą i zrozumiałą, także ze względu na społeczne funkcje mediów wielokrotnie opisywane w literaturze medioznawczej – czytamy w opinii CMWP SDP. Oczekiwanie, by prasa nie poruszała tematów kontrowersyjnych tylko dlatego, że dziennikarz mógłby poprzez swoją krytykę naruszyć czyjeś dobra osobiste, jest mylne i kłóci się z wypracowanymi w Europie standardami wolności słowa.

 

Należy z całą mocą podkreślić, że osoby publiczne, a są nimi także koncerny medialne takie jak Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o, powinny szczególnie dbać o to, aby dla opinii publicznej być jak „żona Cezara” – czyli bez zarzutu. Jeżeli ich działalność, historia, postępowanie, czy aktualna linia programowa budzą wątpliwości i nie są dla opinii publicznej transparentne (abstrahując od trafności takich przypuszczeń lub ocen), we własnym interesie powinni dążyć do wyjaśnienia sytuacji.

 

Sankcjonowanie dziennikarza za to, iż ośmielił się wyrazić swoją opinię na temat działalności koncernu medialnego, jakim jest RASP jest w tym kontekście zdumiewające, tym bardziej że przeciwko pojedynczemu, niezależnemu, prowadzącemu własny kanał na jednym z portali internetowych publicyście staje międzynarodowy gigant medialny,  który ma ogromne możliwości polemizowania z red. Gadowskim na łamach jednego ze swoich mediów –np. gazety „Fakt” (nr 1 na rynku papierowych dzienników w Polsce) i jej portalu internetowym fakt.pl, czy portalu Onet.pl (nr 1 na rynku portali internetowych w Polsce. Nie bez znaczenia dla przedmiotowej sprawy jest także wybór przez Autora spornej publikacji specyficznego gatunku dziennikarskiego, jakim jest felieton. Felieton jest to bowiem publicystyczny utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, z samego założenia wyrażający subiektywny punkt widzenia autora, w którym porusza on i komentuje aktualne tematy społeczne, zwracając uwagę na ujemne zjawiska w życiu codziennym. Warto podkreślić, iż w tej publikacji, dziennikarz nie podaje nazwisk, zwraca tylko uwagę na określone zjawiska. Działanie takie jest absolutnie uzasadnione ze względu na funkcję kontrolną, jaką w demokratycznym kraju pełnią środki masowego komunikowania w stosunku do innych podmiotów działających w przestrzeni publicznej i co równie istotne, jest zgodne ze sztuką dziennikarską. 

 

CMWP stoi również na stanowisku, że wniesione w niniejszej sprawie powództwo można uznać za tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa dziennikarza do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez zniechęcenie go do podejmowania ważnego społecznie tematu. W tym kontekście uwzględnienie powództwa stanowiłoby naruszenie praw człowieka i obywatela i powodując tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszałoby innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy zwłaszcza biorąc pod uwagę żądania finansowa powoda. Byłoby to nie do pogodzenia ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i mają stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W świetle w/w norm prawnych oraz orzecznictwa, uwzględnienie powództwa wniesionego przeciwko red. Witoldowi Gadowskiemu skutkowałoby poważnym naruszeniem jego praw obywatelskich w zakresie wolności słowa oraz istotnym ograniczeniem publicznej debaty.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr.  CMWP SDP

Michał Ł. Jaszewski, doradca ds. prawnych SDP

Media po pół roku pandemii – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

Kryzys to szansa, mówią. I rzeczywiście pojawiły się nowe obiecujące sygnały i szanse dla mediów. Niestety, aby skorzystać z okazji danej przez kryzys, trzeba się było dawno do tej sytuacji przygotować. I koło się zamyka, bo większość tradycyjnych środków przekazu przygotowana na to nie była.

 

Choć wiosną nastroje wśród wydawców prasy były zrazu minorowe, to statystyki odwiedzin i czytelnictwa serwisów w internecie wyglądały w tym okresie doskonałe. Kto zawczasu przygotował sieciowe przyczółki, ten może nie tyle się odkuł, ile miał nadzieję, że mu internet zrekompensuje to co stracił w papierze. Można by tu przypomnieć słynne słowa premiera Cimoszewicza – „Trzeba się było ubezpieczyć” (w tym przypadku zainwestować w cyfrowe media i strategie) – ale po co i tak zestresowanych ludzi mediów denerwować.

 

Covidowe wzrosty

 

Natrafiłem niedawno na raporty firmy Echobox, analizujące wydarzenia na rynku mediów tradycyjnych, sieciowych i społecznościowych w okresie pandemicznym. „Piki” covidowe w okresie wybuchu pandemii wyraźnie przebijają z tych danych. Znacznie wzrosty statystyk dla social media w tym czasie też mają znaczenie, bo w sposób pośredni przekładają się na konsumpcję mediów. Facebook i Twitter przy wszystkich żalach, jakie słusznie mają do nich media, są ważnym źródłem ruchu na stronach serwisów informacyjnych.

 

Echobox przeanalizował ruch na stronach internetowych ponad siedmiuset wiodących wydawców w czterdziestu trzech krajach. Ogólny wniosek, jaki analitycy wysnuli z badań, jest taki, że podczas pandemii, ogólnie rzecz biorąc, wydawcy mogą mówić o znaczących wzrostach zarówno całkowitego ruchu na swoich stronach internetowych, jak i ruchu społecznościowego, związanego z profilami i kanałami na platformach social media, co zarazem wpłynęło na istotny wzrost oglądalności stron, a także dodatkowe możliwości zaangażowania odbiorców i przyciągnięcia nowych subskrybentów do usług odpłatnych.

 

Średnio globalnie, całkowity ruch na stronach internetowych wydawców wzrósł o 65 proc., co oznacza, że wydawca, który miał dziesięć milionów dziennych odsłon przed wybuchem kryzysu COVID-19, rejestrował 16,5 miliona odsłon dziennie. Ruch i aktywność w mediach społecznościowych wzrosły o 45 proc.

 

Chociaż w większości spośród 43 badanych przez krajów, wydawcy odnotowali wzrost ruchu w mediach społecznościowych, to jednak w dziesięciu z nich nastąpił spadek aktywności w social media. Jest to dość zagadkowe i trudno tu zauważyć jakąś prawidłowość, gdyż spadki ruchu następowały w krajach tak odległych i różnych jak Holandia, Filipiny czy Japonia. Jednak to trochę inny temat, zasługujący na oddzielne opracowanie.

 

Kto miał AI ten skorzystał bardziej

 

W swoim raporcie Echobox zauważa ciekawe i dość zaskakujące prawidłowości, np. korelację pomiędzy wykorzystywaniem algorytmów AI przez wydawców a wzrostem ruchu w mediach społecznościowych: Wydawcy, którzy korzystali z AI, odnotowali średni wzrost ruchu w mediach społecznościowych o 21 proc., w porównaniu do wzrostu średnio o 10,5 proc. w przypadku wydawców, którzy zarządzali publikacjami z mediów społecznościowych ręcznie.

 

Na przykład klient Echoboxa „Newsweek” użył narzędzi przygotowujących i publikujących dopasowane i redagowane na podstawie analiz danych, uzyskując w ten sposób lepsze wyniki wzrostu ruchu w social media niż inne firmy medialne, co przekłada się oczywiście na wyniki statystyczne stron internetowych. Według raportu, ruch w profilach społecznościowych „Newsweeka” (średnie dzienne odsłony stron z Facebooka i Twittera) wzrósł o 52 proc., podczas gdy ruch w mediach społecznościowych dla wydawców z USA wzrósł w czasie pandemii średnio o 5,6 proc.

 

Wprawdzie Echobox używa w tym raporcie sporo autoreklamy, zachwalając swoje usługi AI, to jednak nie ma powodu, by wątpić w prawdziwość samych danych liczbowych. Z pewnością wskazywana tu skuteczność algorytmów sztucznej inteligencji w generowaniu odwiedzin godna jest co najmniej przemyślenia w komórkach odpowiedzialnych w mediach za wyniki, zasięgi i rozwój.

 

Na marginesie – mówimy o wynikach generowanych w sieciach społecznościowych, więc dane te pokazują trochę przy okazji, w jaki sposób można za pomocą inteligentnych narzędzi manipulować użytkownikami Facebooka czy Twittera. Zauważmy bowiem, że nie ma tych opracowaniach mowy o zmianach w polityce redakcyjnej, strukturze tematyki, treści, tylko o samych zabiegach przetwarzających, adaptujących i optymalizujących to, co media i tak oferują.

 

„Sztuczna inteligencja jest kluczowym sprzymierzeńcem wydawców, zwłaszcza w bezprecedensowych czasach, kiedy okoliczności i trendy zmieniają się szybko, a wydawcy muszą reagować błyskawicznie” – piszą autorzy raportu. AI pomagała wydawcom w szybkim tempie reagować i  dostosować się do gwałtownie zmieniających się zainteresowań czytelników i widzów. We Włoszech pomiędzy 22 a 23 lutego, czyli właściwie w jeden dzień, poziom zainteresowania odbiorców tematyką koronawirusową wzrósł z 3 proc. do 20 proc. Mówią o tym analizy tego samego Echoboxa. Ludzie potrzebują czasu na zauważenie i analizę tak szybkich zmian w trendach. Maszyny robią to od razu, w tzw. czasie rzeczywistym.

 

Dane i analizy, o których tu piszę, rozpatrują kwestię przygotowania wydawców do kryzysu pandemicznego na innym poziomie niż tylko „posiadanie strategii cyfrowej”. Większość wydawców jakąś tam strategię dotyczącą nowych mediów ma. Kto to zaniedbał, stanął wiosną w obliczu katastrofy  w sytuacji lockdownu i braku możliwości sprzedaży papierowych egzemplarzy. Rozważania we wspomnianym wyżej raporcie przechodzą na kolejny etap, czyli – kto i za pomocą jakich technik najlepiej na tym kryzysie korzysta.

 

Jeden traci – drugi korzysta

 

Kryzys, jak wiadomo, to dla jednych to widmo upadku, dla innych szansa na wypłynięcie na szersze wody. Na rynku środków masowego przekazu nie jest inaczej. Gdy np. dziennikarze sportowi nie mieli zajęcia, bo pozamykano areny, medialni spece od zdrowia i medycyny dostali swoją szansę. Musieli oczywiście wykazać się elastycznością, dostosować się do nowych technik pracy, niekiedy nawet zdecydować się na zmianę pracodawcy, ale niewątpliwie ludzie o takim profilu zawodowym i specjalizacji bez wątpienia w marcu czy kwietniu byli poszukiwani.

 

Z tej koniunktury trzeba było korzystać szybko, bo według dostępnych danych poziom zainteresowania tematyką koronawirusową zaczął spadać już w kwietniu. Choć wielu analityków zauważyło, że nastąpiły trwałe zmiany, przesunięcia z tematyce poszukiwanej, czytanej, słuchanej i oglądanej na co dzień przez odbiorców mediów. Wzrost ogólny zainteresowania mediami, który nastąpił wiosną, był głównie zasługą koronawirusa, ale potem, gdy nastąpił powrót do danych liczbowych zbliżonych dla „normalności”, rozkład tematyki w tej ogólnej liczbie był inny, pewnego rodzaju tematyka zdrowotna, zdaje się, na stałe zwiększyła swój udział w konsumpcji treści medialnych.

 

Jak zanotowała amerykańska sieć Taboola’s Newsroom, w pierwszej dekadzie marca 2020 r. jedna na cztery odsłony informacyjnych serwisów internetowych dotyczyła koronawirusa. Apogeum zainteresowania przypadło, według raportów analitycznej firmy Parse.ly, na dni 12 i 13 marca, gdy zbiegły się w czasie takie wydarzenia jak orędzie prezydenta Donalda Trumpa, wiadomość o chorobie pozytywnej diagnozie Toma Hanksa i zawieszeniu NBA. Całkowity amerykański ruch na stronach internetowych 12 marca, w czwartek, był prawie dwukrotnie wyższy niż średnia z sześciu poprzednich czwartków. Potem poziomy te utrzymywały się przez szereg dni. Już jednak pod koniec marca to ten wzmożony ruch zaczął spadać.

 

„Sektor słabych firm”

 

Statystyki statystykami, jednak już w momencie wiosennego szczytu pandemicznego wielu przedstawicieli starych mediów dochodziło do dość paradoksalnego spostrzeżenia. Choć rośnie popyt na informacje i ogólnie wszystko to, co oferują odbiorcom, jednocześnie w sposób katastrofalny przyspiesza proces upadku modelu biznesowego, na którym opierało się od lat działanie ich firm. Chodzi przede wszystkim o spadki wpływów od reklamodawców, którzy sami zostali uderzeni kryzysem.

 

Wiele lokalnych gazet w USA po tym jak utraciły sporą część przychodów reklamowych, ograniczyło liczbę wydań papierowych, zwolniało ludzi, czasem całkowicie migrowało do Internetu porzucając papier, jak w to zrobił w Polsce wiosną np. „Wprost”.

 

„To nie jest silna branża” – komentował te procesy w mediach amerykańskich Ken Doctor, znany analityk rynku mediów z firmy Newsonomics, która doradza organizacjom w dziedzinie transformacji cyfrowej. – „To jest sektor słabych firm, które już i tak były w nie najlepszej sytuacji. W 2019 roku straciły średnio 5-10 proc. przychodów, i to w czasie dobrej wówczas ogólnej koniunktury gospodarczej”.

 

Lokalne gazety amerykańskie wiosną traciły nieomalże z dnia dzień 30-60 proc. reklam z powodu kryzysu pandemicznego. Pasuje tu analogia z człowiekiem chronicznie chorym, którego stan zdrowia nieustannie od lat się pogarsza, łapiącym nagle silną infekcję. To nie może się dobrze skończyć. Gannett, największy właściciel lokalnych gazet w USA, stracił od sierpnia 2019 roku prawie 94 proc. swojej wartości, z czego większość przypada na okres od połowy lutego 2020.

 

Medialne „Inszallah”

 

Wiosną pod wpływem nastrojów pandemicznych i oznak poważnych kłopotów wydawców pozwoliłem sobie na prognozę, że papierowa prasa informacyjna zniknie na polskim rynku do 2030 r. Nie wycofuję tej przepowiedni. Choć lockdown się skończył i zapewne już nie powróci w tak rygorystycznej formie jak parę miesięcy temu, nadal uważam, że sprzedaż egzemplarzy papierowych, na pewno gazet codziennych i periodyków o charakterze informacyjno-publicystycznym i o tematyce ogólnej, będzie spadać do poziomów, w których utrzymywanie personelu i infrastruktury potrzebnej tylko po to, aby wytwarzać wydania drukowane, przestanie mieć jakikolwiek sens, poza sentymentem. Tak stanie się zapewne w segmencie, który nazywamy „ogólno-informacyjnym”. W segmencie prasy kolorowej, magazynów, wydawnictw specjalistycznych, tematycznych, prognozy są trudniejsze. Z pewnością też nastąpią zmiany i zamknięcia edycji papierowych, ale spora część tytułów może przetrwać dłużej.

 

Gdy przestanie się opłacać drukowanie papierowych egzemplarzy, powinniśmy się dowiedzieć ostatecznie, czy cyfrowy biznes zastępuje papierowy. Wciąż, pomimo sceptycyzmu wobec kipiących korpo-optymizmem komunikatów wydawców o wynikach sprzedaży cyfrowej, nie wykluczam, że biznes się zrównoważy i zacznie dawać ekwiwalentne przychody. Firmy mają jeszcze trochę lat na podjęcie działań, inwestycji i wdrożenie rozwiązań, które pozwolą im na udaną migrację. W dużym stopniu wciąż do odkrycia dla nich są możliwości i strategie mobilne. Nie wierzcie, jeśli wam mówią, że mają obecnie jasną wizję, jak zarabiać w sektorze mobile. Jeśli ktoś ma wciąż zasoby i zrealizuje właściwe pomysły, to nie wszystko jest stracone. Tak myślę.

 

Wielokrotnie przypominałem jednak, że strategie cyfrowe mają swoje mniej przyjemne aspekty. Obecnie oznaczają wejście do środowisk, w których wydawcy prasowi i szerzej mass media nie są u siebie i w dodatku nie liczą się zbytnio i nie są przez rządzących tych rynkiem potentatów traktowani jako równorzędni partnerzy. Opisywałem jakiś czas temu na portalu SDP poczynania Google, Facebooka i Apple na swoich platformach (czytaj TUTAJ). Pozycja starych mediów, nawet jeśli są to wciąż silne i szacowne marki, jest tam słabiutka, a ich argumenty i postulaty nie są brane pod uwagę prawie w ogóle.

 

Opublikowane w połowie lipca tego roku wyniki badań mediów cyfrowych firmy Deloitte „przed i po” COVID-19, pokazują, że media typu rozrywkowego, streamingi wideo, muzyczne i serwisy z grami, są teraz w lepszej sytuacji, bo ludzie, spędzając więcej czasu w domu, zaczęli w większej mierze szukać cyfrowych atrakcji. Niestety te dane nie są tak jednoznacznie pozytywne (a nawet powiedziałbym, zasadniczo negatywne) dla segmentów newsowych i magazynów, które zanotowały najmniejsze wzrosty, nie za bardzo rekompensujące relatywnie wysokiego poziomu rezygnacji z usług.

 

Zawsze zastanawiałem się, czy myśląc o losie mediów upierać się przy mentalności zachodniej, polegającej na wierze w braniu własnej przyszłości we własne ręce, czy też zdać się na bliskowschodni fatalizm, swoiste „inszallah”, przy którym nic nie można zrobić, skoro opatrzność tak chce. Po latach dochodzę do wniosku, że to „inszallah” jest gdzieś w środku. Gdzieś immanentnie wkomponowany w struktury mediów jest fatalizm, nie pozwalający się otworzyć na dobre i dające szansę pomysły. Dlatego tak wielu w tej branży dziś wzrusza ramionami, gdy słyszy o „szansie” jaka dla mediów jest pandemia.