Apel CMWP SDP do Sądu Okręgowego w Warszawie w obronie red. Witolda Gadowskiego – aktualizacja

Zapowiadane na 21 października  b.r. ogłoszenie decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie zostało odwołane z powodu choroby sędziego.  Nie podano na razie nowego terminu tej decyzji. 

 

21 października b.r.  miała być ogłoszona decyzja Sądu Okręgowego w Warszawie w związku z powództwem wniesionym przeciwko  red. Witoldowi Gadowskiemu przez Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  objęło tę  sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy i  przesłało do Sądu (15.października b.r.) swoją opinię w charakterze amicus curiae.  W swoim stanowisku apelujemy  o  oddalenie powództwa przeciwko dziennikarzowi. 

 

Koncern medialny Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie uznał, że dziennikarz naruszył jego dobra osobiste w felietonie, który ukazał się we wrześniu 2017 r.  m.in. na portalu w Polityce.pl i na portalu Radia Maryja. Koncern RASP domaga się przeprosin i 50 tysięcy zł grzywny. W felietonie dziennikarz podkreślił, że ważne jest, by na świecie więcej mówiło się o domaganiu się przez Polskę reparacji wojennych. Odniósł się również do niemieckich mediów : To Niemcy robili mydło z ludzkiego tłuszczu. To Niemcy robili abażury z ludzkiej skóry. To Niemcy robili maskotki z ludzkich kości. To Niemcy rozsiewali po polach popioły zwęglonych ludzi jako nawóz. To wszystko robili «kulturalni» Niemcy. Dziś, kiedy słyszę, że m.in. w ZDF, «Fakcie», Axel Springer zasiadali wermachtowcy, SS-mani – to rozumiem skąd ta agresja na Polskę” – pisał red. Witold Gadowski.

 

Odnosząc się do meritum sprawy  CMWP SDP  podkreśla, iż publicystyczna aktywność red. Witolda Gadowskiego dotyczy nadzwyczaj trudnej i kontrowersyjnej tematyki, jaką jest np. międzynarodowa działalność przestępcza, współczesne wojny, czy terroryzm, a co za tym idzie, dziennikarz jest wyjątkowo wyczulony na problematykę łamania praw człowieka i związanej z tym krzywdy zwykłych ludzi uwikłanych w skomplikowane konflikty międzynarodowe. W swoich publikacjach w jasny i zrozumiały dla setek tysięcy osób sposób przybliża on szczegóły dotyczące takich konfliktów. Podobnie jest z w/w felietonem, w którym w charakterystycznym dla siebie stylu zwraca on uwagę odbiorców na krzywdy wyrządzone narodowi polskiemu przez Niemców podczas II wojny światowej, krzywdy, za które Niemcy nigdy nie zapłaciły odszkodowania. Istotny jest także kontekst czasowy publikacji tego felietonu – miało to w miejsce w czasie niezwykle intensywnej dyskusji publicznej i medialnej na temat tzw. reparacji wojennych, jakie Niemcy powinny zapłacić Polsce i tego w jaki np. sposób obliczyć należną ich sumę oraz jak te kwoty wyegzekwować. To, że red. Witold Gadowski poruszył ten temat jest więc rzeczą oczywistą i zrozumiałą, także ze względu na społeczne funkcje mediów wielokrotnie opisywane w literaturze medioznawczej – czytamy w opinii CMWP SDP. Oczekiwanie, by prasa nie poruszała tematów kontrowersyjnych tylko dlatego, że dziennikarz mógłby poprzez swoją krytykę naruszyć czyjeś dobra osobiste, jest mylne i kłóci się z wypracowanymi w Europie standardami wolności słowa.

 

Należy z całą mocą podkreślić, że osoby publiczne, a są nimi także koncerny medialne takie jak Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o, powinny szczególnie dbać o to, aby dla opinii publicznej być jak „żona Cezara” – czyli bez zarzutu. Jeżeli ich działalność, historia, postępowanie, czy aktualna linia programowa budzą wątpliwości i nie są dla opinii publicznej transparentne (abstrahując od trafności takich przypuszczeń lub ocen), we własnym interesie powinni dążyć do wyjaśnienia sytuacji.

 

Sankcjonowanie dziennikarza za to, iż ośmielił się wyrazić swoją opinię na temat działalności koncernu medialnego, jakim jest RASP jest w tym kontekście zdumiewające, tym bardziej że przeciwko pojedynczemu, niezależnemu, prowadzącemu własny kanał na jednym z portali internetowych publicyście staje międzynarodowy gigant medialny,  który ma ogromne możliwości polemizowania z red. Gadowskim na łamach jednego ze swoich mediów –np. gazety „Fakt” (nr 1 na rynku papierowych dzienników w Polsce) i jej portalu internetowym fakt.pl, czy portalu Onet.pl (nr 1 na rynku portali internetowych w Polsce. Nie bez znaczenia dla przedmiotowej sprawy jest także wybór przez Autora spornej publikacji specyficznego gatunku dziennikarskiego, jakim jest felieton. Felieton jest to bowiem publicystyczny utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, z samego założenia wyrażający subiektywny punkt widzenia autora, w którym porusza on i komentuje aktualne tematy społeczne, zwracając uwagę na ujemne zjawiska w życiu codziennym. Warto podkreślić, iż w tej publikacji, dziennikarz nie podaje nazwisk, zwraca tylko uwagę na określone zjawiska. Działanie takie jest absolutnie uzasadnione ze względu na funkcję kontrolną, jaką w demokratycznym kraju pełnią środki masowego komunikowania w stosunku do innych podmiotów działających w przestrzeni publicznej i co równie istotne, jest zgodne ze sztuką dziennikarską. 

 

CMWP stoi również na stanowisku, że wniesione w niniejszej sprawie powództwo można uznać za tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa dziennikarza do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez zniechęcenie go do podejmowania ważnego społecznie tematu. W tym kontekście uwzględnienie powództwa stanowiłoby naruszenie praw człowieka i obywatela i powodując tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszałoby innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy zwłaszcza biorąc pod uwagę żądania finansowa powoda. Byłoby to nie do pogodzenia ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i mają stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W świetle w/w norm prawnych oraz orzecznictwa, uwzględnienie powództwa wniesionego przeciwko red. Witoldowi Gadowskiemu skutkowałoby poważnym naruszeniem jego praw obywatelskich w zakresie wolności słowa oraz istotnym ograniczeniem publicznej debaty.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr.  CMWP SDP

Michał Ł. Jaszewski, doradca ds. prawnych SDP

Media po pół roku pandemii – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

Kryzys to szansa, mówią. I rzeczywiście pojawiły się nowe obiecujące sygnały i szanse dla mediów. Niestety, aby skorzystać z okazji danej przez kryzys, trzeba się było dawno do tej sytuacji przygotować. I koło się zamyka, bo większość tradycyjnych środków przekazu przygotowana na to nie była.

 

Choć wiosną nastroje wśród wydawców prasy były zrazu minorowe, to statystyki odwiedzin i czytelnictwa serwisów w internecie wyglądały w tym okresie doskonałe. Kto zawczasu przygotował sieciowe przyczółki, ten może nie tyle się odkuł, ile miał nadzieję, że mu internet zrekompensuje to co stracił w papierze. Można by tu przypomnieć słynne słowa premiera Cimoszewicza – „Trzeba się było ubezpieczyć” (w tym przypadku zainwestować w cyfrowe media i strategie) – ale po co i tak zestresowanych ludzi mediów denerwować.

 

Covidowe wzrosty

 

Natrafiłem niedawno na raporty firmy Echobox, analizujące wydarzenia na rynku mediów tradycyjnych, sieciowych i społecznościowych w okresie pandemicznym. „Piki” covidowe w okresie wybuchu pandemii wyraźnie przebijają z tych danych. Znacznie wzrosty statystyk dla social media w tym czasie też mają znaczenie, bo w sposób pośredni przekładają się na konsumpcję mediów. Facebook i Twitter przy wszystkich żalach, jakie słusznie mają do nich media, są ważnym źródłem ruchu na stronach serwisów informacyjnych.

 

Echobox przeanalizował ruch na stronach internetowych ponad siedmiuset wiodących wydawców w czterdziestu trzech krajach. Ogólny wniosek, jaki analitycy wysnuli z badań, jest taki, że podczas pandemii, ogólnie rzecz biorąc, wydawcy mogą mówić o znaczących wzrostach zarówno całkowitego ruchu na swoich stronach internetowych, jak i ruchu społecznościowego, związanego z profilami i kanałami na platformach social media, co zarazem wpłynęło na istotny wzrost oglądalności stron, a także dodatkowe możliwości zaangażowania odbiorców i przyciągnięcia nowych subskrybentów do usług odpłatnych.

 

Średnio globalnie, całkowity ruch na stronach internetowych wydawców wzrósł o 65 proc., co oznacza, że wydawca, który miał dziesięć milionów dziennych odsłon przed wybuchem kryzysu COVID-19, rejestrował 16,5 miliona odsłon dziennie. Ruch i aktywność w mediach społecznościowych wzrosły o 45 proc.

 

Chociaż w większości spośród 43 badanych przez krajów, wydawcy odnotowali wzrost ruchu w mediach społecznościowych, to jednak w dziesięciu z nich nastąpił spadek aktywności w social media. Jest to dość zagadkowe i trudno tu zauważyć jakąś prawidłowość, gdyż spadki ruchu następowały w krajach tak odległych i różnych jak Holandia, Filipiny czy Japonia. Jednak to trochę inny temat, zasługujący na oddzielne opracowanie.

 

Kto miał AI ten skorzystał bardziej

 

W swoim raporcie Echobox zauważa ciekawe i dość zaskakujące prawidłowości, np. korelację pomiędzy wykorzystywaniem algorytmów AI przez wydawców a wzrostem ruchu w mediach społecznościowych: Wydawcy, którzy korzystali z AI, odnotowali średni wzrost ruchu w mediach społecznościowych o 21 proc., w porównaniu do wzrostu średnio o 10,5 proc. w przypadku wydawców, którzy zarządzali publikacjami z mediów społecznościowych ręcznie.

 

Na przykład klient Echoboxa „Newsweek” użył narzędzi przygotowujących i publikujących dopasowane i redagowane na podstawie analiz danych, uzyskując w ten sposób lepsze wyniki wzrostu ruchu w social media niż inne firmy medialne, co przekłada się oczywiście na wyniki statystyczne stron internetowych. Według raportu, ruch w profilach społecznościowych „Newsweeka” (średnie dzienne odsłony stron z Facebooka i Twittera) wzrósł o 52 proc., podczas gdy ruch w mediach społecznościowych dla wydawców z USA wzrósł w czasie pandemii średnio o 5,6 proc.

 

Wprawdzie Echobox używa w tym raporcie sporo autoreklamy, zachwalając swoje usługi AI, to jednak nie ma powodu, by wątpić w prawdziwość samych danych liczbowych. Z pewnością wskazywana tu skuteczność algorytmów sztucznej inteligencji w generowaniu odwiedzin godna jest co najmniej przemyślenia w komórkach odpowiedzialnych w mediach za wyniki, zasięgi i rozwój.

 

Na marginesie – mówimy o wynikach generowanych w sieciach społecznościowych, więc dane te pokazują trochę przy okazji, w jaki sposób można za pomocą inteligentnych narzędzi manipulować użytkownikami Facebooka czy Twittera. Zauważmy bowiem, że nie ma tych opracowaniach mowy o zmianach w polityce redakcyjnej, strukturze tematyki, treści, tylko o samych zabiegach przetwarzających, adaptujących i optymalizujących to, co media i tak oferują.

 

„Sztuczna inteligencja jest kluczowym sprzymierzeńcem wydawców, zwłaszcza w bezprecedensowych czasach, kiedy okoliczności i trendy zmieniają się szybko, a wydawcy muszą reagować błyskawicznie” – piszą autorzy raportu. AI pomagała wydawcom w szybkim tempie reagować i  dostosować się do gwałtownie zmieniających się zainteresowań czytelników i widzów. We Włoszech pomiędzy 22 a 23 lutego, czyli właściwie w jeden dzień, poziom zainteresowania odbiorców tematyką koronawirusową wzrósł z 3 proc. do 20 proc. Mówią o tym analizy tego samego Echoboxa. Ludzie potrzebują czasu na zauważenie i analizę tak szybkich zmian w trendach. Maszyny robią to od razu, w tzw. czasie rzeczywistym.

 

Dane i analizy, o których tu piszę, rozpatrują kwestię przygotowania wydawców do kryzysu pandemicznego na innym poziomie niż tylko „posiadanie strategii cyfrowej”. Większość wydawców jakąś tam strategię dotyczącą nowych mediów ma. Kto to zaniedbał, stanął wiosną w obliczu katastrofy  w sytuacji lockdownu i braku możliwości sprzedaży papierowych egzemplarzy. Rozważania we wspomnianym wyżej raporcie przechodzą na kolejny etap, czyli – kto i za pomocą jakich technik najlepiej na tym kryzysie korzysta.

 

Jeden traci – drugi korzysta

 

Kryzys, jak wiadomo, to dla jednych to widmo upadku, dla innych szansa na wypłynięcie na szersze wody. Na rynku środków masowego przekazu nie jest inaczej. Gdy np. dziennikarze sportowi nie mieli zajęcia, bo pozamykano areny, medialni spece od zdrowia i medycyny dostali swoją szansę. Musieli oczywiście wykazać się elastycznością, dostosować się do nowych technik pracy, niekiedy nawet zdecydować się na zmianę pracodawcy, ale niewątpliwie ludzie o takim profilu zawodowym i specjalizacji bez wątpienia w marcu czy kwietniu byli poszukiwani.

 

Z tej koniunktury trzeba było korzystać szybko, bo według dostępnych danych poziom zainteresowania tematyką koronawirusową zaczął spadać już w kwietniu. Choć wielu analityków zauważyło, że nastąpiły trwałe zmiany, przesunięcia z tematyce poszukiwanej, czytanej, słuchanej i oglądanej na co dzień przez odbiorców mediów. Wzrost ogólny zainteresowania mediami, który nastąpił wiosną, był głównie zasługą koronawirusa, ale potem, gdy nastąpił powrót do danych liczbowych zbliżonych dla „normalności”, rozkład tematyki w tej ogólnej liczbie był inny, pewnego rodzaju tematyka zdrowotna, zdaje się, na stałe zwiększyła swój udział w konsumpcji treści medialnych.

 

Jak zanotowała amerykańska sieć Taboola’s Newsroom, w pierwszej dekadzie marca 2020 r. jedna na cztery odsłony informacyjnych serwisów internetowych dotyczyła koronawirusa. Apogeum zainteresowania przypadło, według raportów analitycznej firmy Parse.ly, na dni 12 i 13 marca, gdy zbiegły się w czasie takie wydarzenia jak orędzie prezydenta Donalda Trumpa, wiadomość o chorobie pozytywnej diagnozie Toma Hanksa i zawieszeniu NBA. Całkowity amerykański ruch na stronach internetowych 12 marca, w czwartek, był prawie dwukrotnie wyższy niż średnia z sześciu poprzednich czwartków. Potem poziomy te utrzymywały się przez szereg dni. Już jednak pod koniec marca to ten wzmożony ruch zaczął spadać.

 

„Sektor słabych firm”

 

Statystyki statystykami, jednak już w momencie wiosennego szczytu pandemicznego wielu przedstawicieli starych mediów dochodziło do dość paradoksalnego spostrzeżenia. Choć rośnie popyt na informacje i ogólnie wszystko to, co oferują odbiorcom, jednocześnie w sposób katastrofalny przyspiesza proces upadku modelu biznesowego, na którym opierało się od lat działanie ich firm. Chodzi przede wszystkim o spadki wpływów od reklamodawców, którzy sami zostali uderzeni kryzysem.

 

Wiele lokalnych gazet w USA po tym jak utraciły sporą część przychodów reklamowych, ograniczyło liczbę wydań papierowych, zwolniało ludzi, czasem całkowicie migrowało do Internetu porzucając papier, jak w to zrobił w Polsce wiosną np. „Wprost”.

 

„To nie jest silna branża” – komentował te procesy w mediach amerykańskich Ken Doctor, znany analityk rynku mediów z firmy Newsonomics, która doradza organizacjom w dziedzinie transformacji cyfrowej. – „To jest sektor słabych firm, które już i tak były w nie najlepszej sytuacji. W 2019 roku straciły średnio 5-10 proc. przychodów, i to w czasie dobrej wówczas ogólnej koniunktury gospodarczej”.

 

Lokalne gazety amerykańskie wiosną traciły nieomalże z dnia dzień 30-60 proc. reklam z powodu kryzysu pandemicznego. Pasuje tu analogia z człowiekiem chronicznie chorym, którego stan zdrowia nieustannie od lat się pogarsza, łapiącym nagle silną infekcję. To nie może się dobrze skończyć. Gannett, największy właściciel lokalnych gazet w USA, stracił od sierpnia 2019 roku prawie 94 proc. swojej wartości, z czego większość przypada na okres od połowy lutego 2020.

 

Medialne „Inszallah”

 

Wiosną pod wpływem nastrojów pandemicznych i oznak poważnych kłopotów wydawców pozwoliłem sobie na prognozę, że papierowa prasa informacyjna zniknie na polskim rynku do 2030 r. Nie wycofuję tej przepowiedni. Choć lockdown się skończył i zapewne już nie powróci w tak rygorystycznej formie jak parę miesięcy temu, nadal uważam, że sprzedaż egzemplarzy papierowych, na pewno gazet codziennych i periodyków o charakterze informacyjno-publicystycznym i o tematyce ogólnej, będzie spadać do poziomów, w których utrzymywanie personelu i infrastruktury potrzebnej tylko po to, aby wytwarzać wydania drukowane, przestanie mieć jakikolwiek sens, poza sentymentem. Tak stanie się zapewne w segmencie, który nazywamy „ogólno-informacyjnym”. W segmencie prasy kolorowej, magazynów, wydawnictw specjalistycznych, tematycznych, prognozy są trudniejsze. Z pewnością też nastąpią zmiany i zamknięcia edycji papierowych, ale spora część tytułów może przetrwać dłużej.

 

Gdy przestanie się opłacać drukowanie papierowych egzemplarzy, powinniśmy się dowiedzieć ostatecznie, czy cyfrowy biznes zastępuje papierowy. Wciąż, pomimo sceptycyzmu wobec kipiących korpo-optymizmem komunikatów wydawców o wynikach sprzedaży cyfrowej, nie wykluczam, że biznes się zrównoważy i zacznie dawać ekwiwalentne przychody. Firmy mają jeszcze trochę lat na podjęcie działań, inwestycji i wdrożenie rozwiązań, które pozwolą im na udaną migrację. W dużym stopniu wciąż do odkrycia dla nich są możliwości i strategie mobilne. Nie wierzcie, jeśli wam mówią, że mają obecnie jasną wizję, jak zarabiać w sektorze mobile. Jeśli ktoś ma wciąż zasoby i zrealizuje właściwe pomysły, to nie wszystko jest stracone. Tak myślę.

 

Wielokrotnie przypominałem jednak, że strategie cyfrowe mają swoje mniej przyjemne aspekty. Obecnie oznaczają wejście do środowisk, w których wydawcy prasowi i szerzej mass media nie są u siebie i w dodatku nie liczą się zbytnio i nie są przez rządzących tych rynkiem potentatów traktowani jako równorzędni partnerzy. Opisywałem jakiś czas temu na portalu SDP poczynania Google, Facebooka i Apple na swoich platformach (czytaj TUTAJ). Pozycja starych mediów, nawet jeśli są to wciąż silne i szacowne marki, jest tam słabiutka, a ich argumenty i postulaty nie są brane pod uwagę prawie w ogóle.

 

Opublikowane w połowie lipca tego roku wyniki badań mediów cyfrowych firmy Deloitte „przed i po” COVID-19, pokazują, że media typu rozrywkowego, streamingi wideo, muzyczne i serwisy z grami, są teraz w lepszej sytuacji, bo ludzie, spędzając więcej czasu w domu, zaczęli w większej mierze szukać cyfrowych atrakcji. Niestety te dane nie są tak jednoznacznie pozytywne (a nawet powiedziałbym, zasadniczo negatywne) dla segmentów newsowych i magazynów, które zanotowały najmniejsze wzrosty, nie za bardzo rekompensujące relatywnie wysokiego poziomu rezygnacji z usług.

 

Zawsze zastanawiałem się, czy myśląc o losie mediów upierać się przy mentalności zachodniej, polegającej na wierze w braniu własnej przyszłości we własne ręce, czy też zdać się na bliskowschodni fatalizm, swoiste „inszallah”, przy którym nic nie można zrobić, skoro opatrzność tak chce. Po latach dochodzę do wniosku, że to „inszallah” jest gdzieś w środku. Gdzieś immanentnie wkomponowany w struktury mediów jest fatalizm, nie pozwalający się otworzyć na dobre i dające szansę pomysły. Dlatego tak wielu w tej branży dziś wzrusza ramionami, gdy słyszy o „szansie” jaka dla mediów jest pandemia.

 

 

Wciąż aktualne – KS. MARIUSZ FRUKACZ o nauczaniu św. Jana Pawła II do ludzi mediów

Obrona rodziny, troska o starszych, rola kobiety w społeczeństwie to tylko niektóre z tematów-zadań, na które zwracał uwagę Jan Paweł II w swoich przesłaniach i przemówieniach do dziennikarzy. Warto do nich wrócić również dziś.  

 

Św. Jan Paweł II w dzieło ewangelizacji włączył nowoczesne środki komunikacji i media. Pokazuje to nie tylko jego nauczanie, ale również jego pielgrzymowanie i wielki pontyfikat. „Kolumny gazet, mikrofony radiowe i telewizyjne kamery są amboną, z której współczesne społeczeństwo czerpie wiele dla swych moralnych i duchowych postaw” –  mówił Jan Paweł II w przemówieniu do Papieskiej Komisji Środków Społecznego Przekazu w dniu 27 lutego 1986 r.

 

Orędzia Jana Pawła II na Dzień Środków Społecznego Przekazu są doskonałą diagnozą ówczesnych czasów, ale myślę, że tematy podejmowane przez papieża wówczas, również i dzisiaj powracają w debacie społecznej. Mam nadzieję, że wciąż są ludzie mediów, dla których nauczanie Jana Pawła II jest inspiracją. Zwłaszcza, że jego nauczanie w kwestii mediów jest nadal aktualne.

 

Dziecko i rodzina

 

Dzisiaj nasze umysły rozpala tematyka ochrony dzieci oraz obrona tradycyjnej rodziny. Od początku pontyfikatu Jana Pawła II te właśnie tematy były obecne również w przesłaniach i przemówieniach do dziennikarzy. Już w swoim pierwszym Orędziu na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu w 1979 r. papież wskazał, że środki społecznego przekazu powinny być w służbie ochrony i rozwoju dziecka w rodzinie i w społeczeństwie. „Urzeczone i bezbronne wobec świata i osób dorosłych, dzieci są w naturalny sposób skłonne do przyjęcia tego, co im się ofiaruje, zarówno dobrego, jak i złego. Dobrze o tym wiecie, wy, fachowcy od środków przekazu, a w szczególności wy, którzy zajmujecie się środkami audiowizualnymi. Dzieci przyciąga «mały ekran» i «duży ekran». Śledzą każdy gest im ukazany i pojmują, wcześniej i lepiej od każdego innego człowieka, emocje i uczucia, jakie z nich wypływają” –   pisał Ojciec Święty. Pewną kontynuację tej myśli  znajdujemy w orędziu z 1995 r., kiedy Jan Paweł II zwraca uwagę na to, iż kino powinno być nośnikiem kultury i wartości. A wiemy jak bardzo kino ma wpływ na postawę młodego pokolenia. Pewną przestrogą, wciąż aktualną, są słowa papieża: „Problem ten jest tak poważny w naszym społeczeństwie, które zbyt często wydaje się czerpać negatywne wzorce z obrazów proponowanych codziennie przez kino, podobnie zresztą jak przez telewizję i prasę, że odczuwam potrzebę zwrócenia się raz jeszcze z gorącym apelem zarówno do ludzi odpowiedzialnych za tę dziedzinę, aby w swojej pracy kierowali się kryteriami profesjonalizmu i odpowiedzialności, jak i do odbiorców, aby przyjmowali postawę krytyczną wobec coraz bardziej agresywnych propozycji mass mediów, w tym także kina, i umieli odróżnić treści, które mogą ich wzbogacić, od innych, potencjalnie szkodliwych” – napisał papież.

 

Dla Jana Pawła II bardzo ważny był temat rodziny w kontekście środków społecznego przekazu. Wracał do niego bardzo często. Dzisiaj specjaliści podkreślają, że rośnie pokolenie samrtfonów, dla którego więzi rodzinne są bardzo często na drugim miejscu. Liczy się grupa znajomych na Facebooku, w internecie. Niestety mamy również często do czynienia ze zniekształconym obrazem istoty rodziny. Przestrzegał przed tym Jana Paweł II. W 1980 r. pisał, że media „przekazują często zniekształcony obraz istoty rodziny, jej fizjonomii, jej funkcji wychowawczej. Środki te mogą wprowadzić także wśród członków rodziny nawyk powierzchownego zadowolenia z zaoferowanych programów, bezkrytyczną bierność w stosunku do ich treści, brak konfrontacji i konstruktywnego dialogu”. Takie tematy podejmowane przez Jana Pawła II jak: „Telewizja w rodzinie: kryteria właściwego wyboru programów” (1994 r.), „Media w rodzinie: ryzyko i bogactwo” (2004 r.) są wciąż bardzo aktualne w naszej dzisiejszej debacie publicznej.

 

Problemy ludzi starszych

 

Kolejnym ważnym tematem podejmowanym przez Jana Pawła II w jego nauczaniu do ludzi mediów była troska o ludzi starszych i ich problemy. Czy i dzisiaj nie jest to temat palący do zrealizowania? Żyjemy w społeczeństwie, w którym w wielkim świecie reklamy widzimy niemal kult młodości i tężyzny fizycznej. Coraz większa liczba ludzi starszych nie radzi sobie w dzisiejszym społeczeństwie. Młode pokolenie  nie przejmuje się zbytnio starością. Bardzo często alternatywą dla osób starszych i chorych są Domy Pomocy Społecznej. Oczywiście jest grono wspaniałych wolontariuszy, np. Caritasu, którzy chętnie niosą pomocy ludziom starszym. Tym niemniej wydaje się, że w mediach święci tryumfy popkultura z przewagą młodości, a wciąż zbyt mało jest debaty o osobach starszych i ich problemach. A Jan Paweł II apelował do mediów już w 1982 r.: „Ci, którzy zaangażowani są w dziedzinie środków przekazu społecznego mają do wypełnienia bardzo ważną misję, można powiedzieć nawet niezastąpioną. To właśnie przy pomocy środków przekazu społecznego oraz uniwersalnego zasięgu ich działania i zwięzłych informacji można bardzo szybko skłonić do refleksji i zwrócić uwagę na warunki, w jakich żyją ludzie starsi. Jedynie społeczność świadoma, zdrowa i zdynamizowana zdolna jest podejmować nowe rozwiązania, które odpowiadają jej nowym potrzebom” – pisał papież.

 

Kształtowanie opinii publicznej

 

Jan Paweł II dostrzegał rolę opinii publicznej i to jak jest kształtowana przez mass media. Myślę, że to co napisał w 1986 r. jest doskonałą diagnozą naszego dziś. Media mają, jak podkreślał, „ogromne znaczenie wytwarzania moralnie zdrowej opinii publicznej w sprawach, które najściślej wiążą się z dobrem ludzkości naszych czasów. Należą doń wartość ludzkiego życia, rodziny, pokoju, sprawiedliwości i solidarności między narodami. Należy koniecznie budzić wrażliwość opinii publicznej na absolutną wartość ludzkiego życia, które winno być w pełni uznawane we wszystkich swoich stadiach, od chwili poczęcia aż do śmierci, i we wszystkich swoich formach, również wtedy, gdy jest naznaczone chorobą lub jakąkolwiek ułomnością fizyczną czy duchową. Coraz bardziej szerzy się bowiem mentalność materialistyczna i hedonistyczna, według której życie tylko wtedy zasługuje na ochronę, gdy odznacza się zdrowiem, młodością i pięknem” – zauważył papież. Wydaje się, że dzisiaj nie ma właściwej promocji świętości życia ludzkiego, jego obrony od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. Tak naprawdę nie istnieje, choćby w mediach publicznych, kultura życia i cywilizacja życia. Mówi się, że społeczeństwo jest w większości za aborcją, ale nie widać edukacji w kierunku pokazania prawdy o dramacie aborcji. Oczywiście czynią to media katolickie, ale przecież one nie mają takiej siły przebicia jak duże ośrodki medialne.

 

Wciąż aktualny pozostaje apel Jana Pawła II o to, aby środki społecznego przekazu były pomostem pomiędzy wiarą i kulturą i były w służbie chrześcijańskiej promocji młodzieży. Jan Paweł II pisał również bardzo dużo o sprawach, którymi dzisiaj żyje współczesny świat, jak: braterstwo, solidarność, pokój i dialog. Jednym z ważnych tematów, którym żyje opinia publiczna jest rola kobiet w społeczeństwie. Już w 1986 r. Jan Paweł II przypomniał, że współczesne środki przekazu powinny być w służbie postępu kobiety w społeczeństwie. Jakże trafnie i aktualnie brzmią jego słowa: „Często jednak obserwujemy ze smutkiem, że środki przekazu wyzyskują kobiety zamiast ukazywać ich godność. Ileż razy kobiety są traktowane nie jako osoby o niezbywalnej godności, ale jak przedmioty, które mają zaspakajać cudzą żądzę przyjemności lub władzy? Ileż razy lekceważy się czy wręcz ośmiesza rolę kobiety jako żony i matki? Ileż razy rolę kobiety w miejscu pracy i w życiu zawodowym ukazuje się tak, jakby była ona karykaturą mężczyzny, pomijając specyficzne cechy kobiecej intuicji, jej zdolność współczucia i zrozumienia, jakże istotną dla «cywilizacji miłości»? Same kobiety mogą wiele uczynić, aby skłonić środki przekazu do lepszego ich traktowania: mogą popierać nadawanie programów edukacyjnych, uczyć innych – zwłaszcza swoich bliskich – krytycznego odbioru treści przekazywanych przez media, dzielić się z producentami programów, wydawcami, stacjami telewizyjnymi i radiowymi oraz twórcami reklam swoimi opiniami na temat programów i publikacji, które uwłaczają godności kobiet i wyrażają lekceważenie dla ich roli w społeczeństwie. Ponadto kobiety mogą i powinny przygotowywać się do spełniania twórczych i kierowniczych funkcji w świecie środków przekazu, nie po to, by wchodzić w konflikt z mężczyznami lub naśladować ich role, ale by odcisnąć znamię swego «geniuszu» na własnej pracy i działalności zawodowej” –  napisał papież.

 

Epoka globalnej komunikacji

 

Nowe technologie stwarzają nowe możliwości komunikowania, pojmowanego jako narzędzie ewangelizacji i pracy w duszpasterstwie. Widział o tym Jan Paweł II. To przecież jego pontyfikat był świadkiem szybkiego rozwoju cyberprzestrzeni i kontynentu cyfrowego. Wciąż warto sięgać do jego orędzi, w których pisał o misji Kościoła w erze komputerów, Ewangelii w epoce globalnej komunikacji, a internet uważał za nowe forum głoszenia  Ewangelii.

 

Jan Paweł II swoim nauczaniem wszedł w epokę globalnej komunikacji. Wydał o niej etyczną ocenę i zostawił diagnozę, która jest dzisiaj nam bardzo potrzebna.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika  Katolickiego „Niedziela”

 

 

 

 

 

Protest Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przeciwko pobiciu operatora TVP

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko utrudnianiu pracy dziennikarzy i osób realizujących z nimi materiały dziennikarskie np. operatorów telewizyjnych podczas wykonywania ich zawodowych obowiązków, czego skandalicznym przykładem jest pobicie operatora Telewizji Polskiej w trakcie realizacji materiału dziennikarskiego z aresztowania biznesmena Ryszarda K. w Gdyni 15 października 2020 r.

 

Do brutalnego ataku na operatora Telewizji Polskiej doszło ok. godz. 19.30. Syn zatrzymanego przez CBA biznesmena Ryszarda K. podszedł do ekipy, a następnie – jak wynika z relacji reporterki TVP INFO – zaczął popychać operatora, kilkukrotnie uderzył go też w twarz i przewrócił na ziemię. Zakrwawionemu operatorowi została udzielona pomoc medyczna. Jak poinformowała Polska Agencja Prasowa biznesman Ryszard K. oraz adwokat Roman Giertych zostali zatrzymani przez CBA w związku ze sprawą wyprowadzenia ok. 92 mln zł z giełdowej spółki developerskiej. Wraz z nimi zatrzymano także dziesięć innych osób, wśród nich są także członkowie zarządu tej spółki.

 

CMWP  SDP przypomina, że fizyczne ataki na dziennikarzy, operatorów, czy fotoreporterów są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca. Bezpieczeństwo pracy osób relacjonujących wszelkie wydarzenia, w tym te wywołujące silne społeczne emocje, powinno być zawsze przedmiotem troski wszystkich stron zaangażowanych w sytuację konfliktową, a zgodnie z obowiązującym prawem zobowiązane one są do zapewnienia dziennikarzom i osobom z nimi pracującym warunków pracy niezagrażających ich życiu i zdrowiu .

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 16 października 2020 r

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Relacja obserwatora CMWP SDP z procesu

Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu toczy się tak zwany „proces ochroniarzy” dotyczący uprowadzenia, pozbawienia wolności i pomocnictwa w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. O czyny te oskarżeni są Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, którzy nie przyznają się do winy. Kolejna rozprawa odbyła się 13 października.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich jest od lutego 2019 r. obserwatorem tego procesu. CMWP SDP na rozprawach w sądzie reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

W Poznaniu, w Sądzie Okręgowym, w październiku przewidziano dwie rozprawy. We wtorek 13., zeznawał tylko jeden świadek, Maciej B., który znany jest również pod pseudonimami: Baryła, Młody i Małolat. Obecnie odsiaduje on wyrok dożywocia w innej sprawie. Pomimo, że był to długi i żmudny dzień w sądzie, nie padły żadne – zdaniem obserwatora – przełomowe zeznania. Rozprawa stanowiła, dalszy ciąg przerwanych w lutym 2019, zeznań Macieja B. Odtworzono dwa nagrania – filmy – na których Baryła ujawnia swoją wiedzę na temat Jarosława Ziętary, przed krakowskim prokuratorem Piotrem Kosmatym. Obecny na sali prokurator Mirosław Kozioł, wnioskował by nagrania odtworzono od początku, jednak sąd postanowił rozpocząć projekcję od momentu gdzie w lutym 2019 r. została ona przerwana. W dalszym ciągu rozprawy odczytywano protokoły zeznań, Macieja B. złożone w czasie śledztwa, w prokuraturze i w sądzie od roku 2011. Główne tezy można podsumować następująco:

 

Jarosław Ziętara został zauważony przez ochronę holdingu Elektromis, że fotografuje teren i obiekty firmy. Jeden z ochroniarzy uderzył dziennikarza w ucho, w wyniku czego Ziętara miał mieć podbite oko i rozbito mu aparat fotograficzny. – Najpierw Jarek został przyłapany pod Elektromisem, jak robił zdjęcia. To było jesienią 1991 roku. Z opowieści kolegów wiem, że przyłapał go ochroniarz Bekon, który rozbił mu aparat i dał „w ucho”, Jarek miał chyba podbite oko. Potem, jak pod bramę przyjeżdżały jakieś samochody, mówiono, że trzeba dać znać klaksonem. Trzy razy trąbiono. Mówiło się, że Ziętara siedzi w krzakach i robi zdjęcia tirom przyjeżdżającym do Elektromisu.

 

Wiosną 1992 roku zastraszano Ziętarę w jego mieszkaniu, w Poznaniu na ul. Kolejowej. W tym zdarzeniu brał udział świadek wraz z nieżyjącym już Dariuszem L. pseudonim Lewy. Ziętarze zabrano mikrofilmy i aparat, którym je wykonywał oraz tradycyjne w tamtym czasie filmy i negatywy w rolkach.

 

Na tę robotę wiosną 1992 roku zabrał mnie mój kolega, ochroniarz Lewy z Elektromisu. Nie mówiłem o tym w pierwszych zeznaniach, bo wstydziłem się, że będę obsmarowany w mediach. Drzwi otworzyliśmy „z kopa”. To były stare drzwi, nie przywiązywaliśmy uwagi czy potem były zepsute. Lewy przytrzymał Ziętarę, może też Jarek lekko dostał w klatkę piersiową. Ja przeszukałem mieszkanie. Znalazłem dwa aparaty, w tym jeden na mikrofilmy. Jarek mówił, że mamy to zostawić, bo to sprzęt z UOP. Jeden aparat zniszczyliśmy, a drugi, ten na mikrofilmy, zabraliśmy.

 

Po tym zdarzeniu, tego samego roku, miało dojść do spotkania na terenie Elektromisu, kiedy to, w obecności pracowników Elektromisu oraz szefa firmy Mariusza Ś., Aleksander G. miał podżegać do zabicia Jarosława Ziętary. Baryła podtrzymuje, że widział i słyszał, wszystko co ustalano bowiem stał tuż obok grupy. Aleksander G. przyjechał do siedziby Elektromisu w towarzystwie dwóch Rosjan, według świadka bardzo elegancko ubranych, w świecących, wypastowanych butach, wysiadających z luksusowego samochodu. Mimo upału mieli być ubrani w długie skórzane kurtki, pod którymi ukrywali broń, tzw. tetetki (radzieckie pistolety Tokarievy). – Wiem jak wyglądają osiłki. Ci według mnie to byli żołnierze, może pracownicy KGB. Bezwzględni, do dziś jak o nich mówię mam gęsią skórkę. (…)Twarz szczupła, owalna bardzo mocno wysadzone policzki. Oczy martwe, głęboko osadzone, było w nich widać zło. Ta twarz zostanie już w mojej głowie do końca.

 

1 września 1992 roku Jarosław Ziętara, według prokuratury, został uprowadzony i zamordowany. Maciej B. samego porwania nie widział, nie był też świadkiem przetrzymywania i zamordowania dziennikarza. Od nieżyjącego już Lewego wie, że w zbrodnię zaangażowanych było siedem osób. Pięcioro to ludzie związani z Elektromisem: oskarżeni Ryba i Lala, nieżyjący ochroniarze Lewy i Kapela (Dariusz L. Roman K.) oraz Marek Z. Na miejscu porwania mieli być także dwaj Rosjanie związani z Aleksandrem G.

 

Słyszałem, że tyle osób tam było, ale tego nie widziałem. Nie widziałem też samego zabójstwa, ale pokazywano mi potem ludzkie kości mówiąc, że to szczątki Ziętary.

 

Dopytywany o szczątki zamordowanego dziennikarza, a także o rzekomą propozycję finansową dla Ziętary, Baryła zeznał:

 

– Nie wydaje mi się by taką propozycję mu złożyli. Może chcieli, żebym ja o nim tak myślał, a może chodziło o ochronę interesów. (…) Szczątki pokazywano mi we wrześniu, ale nie pamiętam jaki to był dzień. Może chodziło żeby mnie przestraszyć.

 

We wtorek, Maciej B. podtrzymał swoje zeznania, te które składał przed prokuratorem Piotrem Kosmatym. Warto jednak przypomnieć, że kilka lat temu wycofał się z tych zeznań, twierdząc, że to dlatego bo oszukał go prokurator. Chodziło o prezydencki akt łaski, na który liczył Maciej B.

 

– Obiecano mi złote góry. Nie zrobiono nic, żadnej pomocy i jeszcze osadzono mnie w najcięższym więzieniu w kraju.

 

Podczas rozprawy kilkakrotnie twierdził, że był zastraszany w więzieniu. Grożono, że skrzywdzona zostanie córka, a matce wrzucą granat.

 

– Teraz mi z rodziny poumierały najważniejsze osoby i nie mam się czego bać.

 

Sam świadek wydawał się tego dnia osowiały i przygaszony. Po godzinie 14. 00 zeznania Macieja B. Przerwano, będą one kontynuowane w późniejszym terminie.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

ŁUKASZ WARZECHA: Nie ulegajmy pokusie cenzury

Wydarzenia dopisały dalszy ciąg do mojego zeszłotygodniowego tekstu, w którym zauważałem, że media nie zapraszają do debaty o strategii wobec epidemii tych ekspertów, którzy mają na jej temat zdanie inne niż rządzący oraz dyżurni histerycy wśród lekarzy. Wydarzyły się w ciągu paru ostatnich dni dwie rzeczy. Po pierwsze – odmienne, osobne głosy zaczęły się jednak w końcu pojawiać. Po drugie – zaczęły się również pojawiać niemal już całkiem jawne żądania ich ocenzurowania.

 

W programie „Salon Dziennikarski” w TVP Info, prowadzonym przez Jacka Karnowskiego, stanowisko najbardziej sceptyczne wobec działań władzy oraz sposobu przedstawiania epidemii przez media zajmował Maciej Pawlicki. Z kolei doktor Paweł Basiukiewicz pojawił się w Polsat News u Bogdana Rymanowskiego, a także wywiad z nim ukazał się w dzienniku „Rzeczpospolita” (z którym mam przyjemność współpracować). Widać zatem, że w końcu zaczyna się to, co powinno było nastąpić już dawno: poważna debata, pokazująca, że dla obecnej drogi są alternatywy.

 

Zarazem jednak po stronie zwolenników radykalnego podejścia wydaje się narastać histeria, ale też chęć domknięcia drzwi lekko uchylonych na odmienne opinie. W programie „Winien i Ma” w Trójce, prowadzonym przez Wojciecha Surmacza, prezesa Polskiej Agencji Prasowej, został przywołany mój tłit, w którym stwierdziłem, że nie zamierzam nosić maseczki na wolnym powietrzu. Prowadzący nie odniósł się do podnoszonych przez wiele osób – w tym przeze mnie w tym samym wpisie – wątpliwości dotyczących nie tylko medycznego uzasadnienia takiego nakazu, ale też podstawy prawnej dla niego. Powiedział jedynie: „ręce opadają”. Na co jeden z gości, dr Artur Bartoszewicz z SGH, uznał, że opinie takie jak moja powinny być wykluczane z debaty, a ich autorzy traktowani jak terroryści i „zdejmowani z ulicy”. Prowadzący Wojciech Surmacz nie zareagował.

 

Być może gdyby chodziło o kogoś innego wydarzenie nie byłoby godne uwagi, ale pamiętajmy, że mówimy o prezesie PAP, a więc osobie, która odpowiada za dostarczanie mediom źródłowych informacji. Wydawałoby się, że szef najważniejszej polskiej agencji prasowej powinien być szczególnie zainteresowany wyjaśnianiem wątpliwości. Okazuje się, że jest inaczej. To wyjątkowo niepokojące, gdy weźmie się pod uwagę, że PAP prowadzi projekt umożliwiający zgłaszanie domniemanych „fejkniusów” o epidemii, które następnie na specjalnym portalu są obalane. Można mieć obawy, że zamiast walczyć z autentycznymi fałszywkami, projekt posłuży do walki z zasadnym i dobrze udokumentowanym sceptycyzmem.

 

Jeśli przyjrzeć się wiadomościom, które zostały w jego ramach oznaczone jako „fake news”, znajdziemy tam przypadki przynajmniej dyskusyjne. Np. jako fałszywa została oznaczona wiadomość, że zmarłym na COVID nie wykonuje się w Polsce sekcji zwłok (od tego zależy pośrednio wiarygodność ogłaszanej liczby zgonów) – tymczasem w treści raportu czytamy, że „nie jest to działanie rutynowe”. Wiadomo, że nieprzeprowadzanie sekcji zwłok w każdym przypadku śmierci przypisywanej koronawirusowi budzi duże kontrowersje również wśród lekarzy.

 

Inny przypadek to zdementowanie nawet nie informacji, ale opinii, że mamy obecnie do czynienia z pełzającym lockdownem. To nie jest fałszywa informacja, którą można dementować w ramach „polowania na fake newsy”, ale ocena rządowej strategii. Ocena nie może zostać uznana za „fake news”.

 

Portal zajął się też tłitami doktora Pawła Basiukiewicza, dotyczącymi noszenia maseczek – oczywiście oznaczając je jako fałszywki, choć z uzasadnienia takiej oceny w żaden sposób nie wynika, że twierdzenia o nieskuteczności masek są jednoznacznie fałszywe. W obiegu są różne dane.

 

PAP-owski Fakehunter działa już od dawna, był przedmiotem polemik na portalu SDP jeszcze w kwietniu. Przeglądając zawartość portalu, przekonuję się dzisiaj, że miałem rację, ostrzegając wówczas, że będzie służył promowaniu jedynie słusznej narracji i tłumieniu dyskusji w co najmniej takim samym stopniu jak dementowaniu fejków. Zachowanie prezesa PAP jako prowadzącego wspomniany program jedynie mnie w tym upewnia.

 

Z kolei pisząca dla OKO Press specjalistka w dziedzinie marketingu instytucji publicznych, była dyrektor biura posła PO Roberta Tyszkiewicza Anna Mierzyńska była oburzona (na Twitterze) tym, że „Rz” opublikowała wywiad z dr. Basiukiewiczem. Wywiad, dodajmy, w którym coraz bardziej znany medyk przedstawiał bardzo rzeczowe argumenty na rzecz całkiem innej koncepcji walki z epidemią niż dotychczasowa, posiłkując się konkretnymi danymi i analizami. Mierzyńska uznała, że taki wywiad nie powinien się w poważnej gazecie ukazać.

 

Największy kaliber miał jednak spór pomiędzy Joanną Lichocką, członkiem Rady Mediów Narodowych, a Jackiem Karnowskim, dotyczący opinii wygłaszanych w „Salonie Dziennikarskim” przez Macieja Pawlickiego. „Nie rozumiem, czemu TVP toleruje w obecnej sytuacji takie wyskoki jak te w tym programie. Pogarda dla tych co umierają (bo »mało« ich), dla tych co ciężko covid przechodzą (»jak grypa«). Co trzeba mieć w głowie, by namawiać do lekceważenia zagrożenia?” – pisała Lichocka na Twitterze. Karnowski ripostował: „Debata w tej sprawie, Joanno, jest w pełni uprawniona. Argumentem odpowiedzialności można zamknąć usta każdemu (ta rozmowa to wynik poczucia odpowiedzialności za losy Kraju). Ja jestem dumny, że taka debata może się odbyć w TVP”.

 

Uwagi Lichockiej powinny wywołać szczególny niepokój, ponieważ nie jest to opinia prywatnej osoby, ale posłanki partii rządzącej, a zarazem członkini organu decydującego o obsadzaniu kierowniczych stanowisk w mediach państwowych. Tu akurat mamy do czynienia z klasycznym konfliktem interesów: broniąc działań władzy przed krytyką, członek RMN może próbować wpłynąć na to, czy w mediach publicznych jest miejsce na polemikę czy nie. Nie tylko zresztą w tej sprawie. A webinar is an online event that is hosted by someone broadcast to a select group of individuals online. (A webinar is sometimes also referred to as a “webcast”, “online event” or “web seminar”.) You should learn about recorded webinar software here.

 

Na dodatek od kilkunastu dni mamy do czynienia z niezbyt oryginalną taktyką wrzucania do jednego worka marginalnej grupy osób, całkowicie zaprzeczających istnieniu wirusa (choć, prawdę mówiąc, naprawdę trzeba się naszukać, żeby takie głosy znaleźć) oraz tych, którzy są po prostu krytycznie nastawieni wobec sposobu walki z epidemią bądź kwestionują przypisywane jej znaczenie. (Nawiasem mówiąc, słyszałem w ostatnim czasie niejeden taki głos ze strony lekarzy – oczywiście w prywatnych rozmowach.) To bardzo prymitywny zabieg, lecz w wielu sytuacjach skuteczny.

 

Czas epidemii – jak już pisałem – jest zarazem czasem testu mediów. Dobrze, że wiele z nich coraz śmielej daje miejsce debacie. Niedobrze, że coraz głośniej krzyczą ci, którzy uważają, że to zachęta do „demobilizacji” albo świadectwo lekceważenia zagrożenia. Z tego typu argumentacją należy być maksymalnie ostrożnym, bo nie ma dużej przesady w stwierdzeniu, że to wstęp do cenzury. Co gorsza, cenzury nie instytucjonalnej, ale spontanicznej.

 

Analogie bywają złudne, jednak nie sposób uciec od skojarzenia z czasem schyłku II RP, gdy każdy tekst, kwestionujący sanacyjną linię, przestrzegający przed rosnącym zagrożeniem i wytykający polskiemu państwu dramatyczne nieprzygotowanie do nieuchronnie nadciągającego konfliktu był w najlepszym wypadku kwitowany jako oszołomstwo i defetyzm, a w najgorszym mógł skutkować postawieniem autora przed sądem lub umieszczeniem go na mocy decyzji administracyjnej w obozie odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Od tych wzorców trzymajmy się jak najdalej.

 

Łukasz Warzecha

Czy Kościół jest bezradny wobec cyfrowego świata? – analiza ks. ARTURA STOPKI

Kościół stoi przed wielkim zadaniem uwzględnienia w swej misji nowych mediów. Jak duży to problem pokazuje dopiero co opublikowana trzecia encyklika papieża Franciszka.

 

Czytając najnowszą encyklikę papieża Franciszka, zatytułowaną „Fratelli tutti”, nie tylko wielcy entuzjaści globalnej sieci i nowych technologii mają szansę wpaść w przygnębienie. Spore zaniepokojenie mogą odczuć również miliony, a właściwie miliardy zwykłych, codziennych użytkowników internetu. Zwłaszcza ci, dla których stał się on zwykłym, niemal naturalnym sposobem komunikowania z innymi i miejscem wyrażania swoich opinii oraz poglądów w rozmaitych kwestiach. Papież nie szczędzi krytycznych diagnoz i ocen cyfrowego oraz medialnego świata. Wytyka mu wiele grzechów i przewinień. Być może tak długa lista zarzutów i znikoma ilość pozytywów to wynik poważnych problemów, przed jakimi stanął Kościół katolicki w związku z powstaniem, błyskawicznym rozpowszechnieniem i trwającym intensywnym rozwojem nowych form międzyludzkiej komunikacji.

 

Mroki świata

 

Opisując w pierwszym rozdziale encykliki „Mroki zamkniętego świata” Franciszek wskazuje m.in. „Złudzenie komunikacji”. Jego zdaniem paradoksem jest, że gdy narastają postawy zamknięcia i nietolerancji, równocześnie niemal przestaje istnieć prawo do prywatności, a wszystko staje się rodzajem spektaklu. Zdaniem Papieża w komunikacji cyfrowej dąży się do pokazania wszystkiego, a każda jednostka staje się obiektem spojrzeń, które rewidują, obnażają i rozpowszechniają, często anonimowo. „Szacunek dla drugiego człowieka całkiem się rozpada, a w ten sposób właśnie, podczas gdy tego człowieka odsuwam, ignoruję i trzymam na dystans, mogę bezwstydnie wtargnąć w jego życie, aż do skrajności” – czytamy w dokumencie.

 

Jakby tego było mało, Papież napisał wprost o ruchach „cyfrowej nienawiści i zniszczenia”, które nie stanowią pomocy wzajemnej, ale jedynie dają „słabe zjednoczenia przeciw jakiemuś nieprzyjacielowi”. Franciszek wspomniał też o związanym z mediami cyfrowymi ryzyku uzależnienia, izolacji i postępującej utraty kontaktu z rzeczywistością. Wszystko to utrudnia rozwój autentycznych relacji międzyludzkich. „Potrzeba gestów fizycznych, mimiki, milczenia, mowy ciała, a nawet zapachu, drżenia rąk, rumieńca, potu, ponieważ to wszystko mówi i należy do komunikacji międzyludzkiej” – zwrócił uwagę Następca św. Piotra.

 

Nie wystarcza

 

Według niego kontakty wirtualne zwalniają ze żmudnego pielęgnowania przyjaźni, ze stabilnej wzajemności, z dojrzewającej z czasem zgodności, mają pozory kontaktów towarzyskich. „Nie budują prawdziwie „nas”, ale zazwyczaj maskują i wzmacniają ten sam indywidualizm, który wyraża się w ksenofobii i pogardzie dla słabych” – ocenił Papież. Dodał, że połączenie cyfrowe nie wystarcza do budowania mostów i nie jest w stanie zjednoczyć ludzkości.

 

Co więcej, zdaniem Papieża, możliwość niezrównanej ekspansji znajduje w urządzeniach mobilnych i komputerach agresywność społeczna. Dzięki temu ideologie mogły porzucić „wszelki wstyd”. Franciszek zaalarmował, że w świecie cyfrowym działają ogromne interesy ekonomiczne, zdolne do posługiwania się zarówno subtelnymi, jak i inwazyjnymi formami kontroli. Tworzone są mechanizmy manipulowania sumieniami i procesem demokratycznym. „Działalność wielu platform internetowych często polega na ułatwianiu spotkań osób podobnie myślących, utrudniając konfrontację między zróżnicowanymi stanowiskami” – wytknął Papież. Zauważył też, że zamknięte obiegi ułatwiają rozpowszechnianie fałszywych informacji i wiadomości, podsycając uprzedzenia i nienawiść.

 

Nawet w katolickich

 

W najnowszej encyklice Biskup Rzymu nie oszczędził nawet swoich współwyznawców. Odnotował, że w fanatyzmach, które prowadzą do niszczenia innych, mają udział również osoby religijne, nie wyłączając chrześcijan. Mogą oni przez to „stać się częścią sieci przemocy słownej, tworzonej za pośrednictwem internetu i na różnych forach lub przestrzeniach wirtualnej wymiany opinii”. Franciszek przyznał, że nawet w mediach katolickich może dojść do przekroczenia granic, tolerowania obmowy i oszczerstwa.

 

Podobnych sformułowań, ukazujących cyfrową rzeczywistość w negatywnym świetle, jest papieskim dokumencie więcej. Nie równoważy ich właściwie jedyny w całej encyklice punkt wskazujący na pozytywny także dla Kościoła potencjał nowych mediów. Franciszek przyznał w nim, że w zglobalizowanym świecie media mogą pomóc ludziom w poczuciu bliskości, a nawet tworzyć „odnowione poczucie jedności ludzkiej rodziny, które pobudza do solidarności i do poważnego zaangażowania na rzecz bardziej godnego życia”.

 

Dar Boga, ale…

 

Zdaniem Papieża w szczególności internet stwarza ogromne możliwości spotkania i solidarności między wszystkimi. „I jest to rzecz dobra, jest to dar Boga” – stwierdził Franciszek. Jednak nawet w tym momencie wezwał do nieustannej weryfikacji, czy dzisiejsze formy komunikacji rzeczywiście prowadzą do wielkodusznego spotkania, do szczerego poszukiwania całej prawdy, do służby, do bliskości z najmniejszymi, do budowania dobra wspólnego. A spuentował go takim cytatem: „Nie możemy zaakceptować cyfrowego świata zaprojektowanego tak, aby wykorzystać naszą słabość i wydobyć z ludzi to, co najgorsze”. Wziął te słowa z dokumentu autorstwa biskupów Australii.

 

Wiele wskazuje na to, że tak bardzo zdystansowane podejście Franciszka do internetu i nowych mediów ma korzenie w pewnej bezradności, jaką Kościół odczuwa wobec cyfrowego świata. Paradoksalnie uwypukliła ją niedawna (w sobotę, 10 października br.) beatyfikacja włoskiego piętnastolatka Carlo Acutisa. Jest on prezentowany przez środowiska kościelne jako „geniusz internetu”. W biogramach zmarłego na białaczkę w roku 2006 chłopaka można przeczytać, że zafascynował się internetem i uznał go za narządzie ewangelizacji. Stworzył m. in. stronę poświęconą cudom eucharystycznym.

 

Już nie dodatek

 

Problem w tym, że od wieków niezwykle istotnym elementem ewangelizacji prowadzonej przez Kościół jest bezpośrednie spotkanie osób. Globalna sieć, w tym media społecznościowe, wniosły w rzeczywistość międzyludzkich kontaktów zupełnie nową jakość. Sprawiły, że coraz więcej ludzi komunikację zapośredniczoną przez internet traktuje tak samo, jak realne bezpośrednie spotkanie twarzą w twarz. Takie podejście nasila się wraz z rozwojem nowych możliwości technicznych. Tu znajduje się naprawdę ważny, choć rzadko głośno nazywany po imieniu problem, z którym musi poradzić sobie Kościół. Jak ewangelizować, gdy spotkanie – mimo wszelkich pozorów bezpośredniości – jest jednak zapośredniczone? Gdy jest obciążone tymi wszystkimi słabościami, które wymienił we „Fratelli tutti” Franciszek?

 

Zmiana w międzyludzkiej komunikacji, spowodowana przez powstanie globalnej sieci i nowe technologie, jest nie tylko radykalna, ale również ma globalny wymiar. Kościół stoi więc przed nie lada zadaniem. Dotychczas w swych działaniach duszpasterskich uwzględniał środki masowej komunikacji w stosunkowo niewielkim stopniu. Teraz znalazł się wobec konieczności włączenia szeroko pojętych mediów (czyli faktycznych pośredników) w zakres narzędzi duszpasterskich i ewangelizacyjnych nie jako czegoś dodatkowego, ale jako środka wykorzystywanego codziennie i powszechnie.

 

 

Punkt zwrotny – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym, co robią radiowi reportażyści, kiedy codzienna rutyna już im nie wystarcza

Wielu dziennikarzy dochodzi w swojej pracy do punktu, w którym codzienna, szybka praca przestaje im wystarczać. Nie chodzi tu wyłącznie o reporterów newsowych, dla których pośpiech jest nieodłączną częścią życia. Nawet reportażyści, którzy (przynajmniej w teorii) na realizację materiałów mogą poświęcić więcej czasu, marzą często o wyrwaniu się z codziennego kołowrotka i pozostawieniu po sobie czegoś bardziej trwałego.

 

W przypadku reportera prasowego naturalną drogą wydaje się napisanie książki. Telewizyjny dziennikarz może zrobić film dokumentalny. A co z reportażystą radiowym?

 

Jak pokazuje doświadczenie ostatnich lat, reportaż radiowy jest w trudnym momencie, w którym trzeba znaleźć odpowiedź na zmieniającą się rzeczywistość. Radio powoli traci odbiorców. Rozwija się za to rynek podcastów. Warto popatrzeć, jak to wygląda w Stanach Zjednoczonych, które są kolebką tego medium.

 

Ojczyzna podcastu

 

Pamiętam, jak pięć lat temu, podczas międzynarodowej konferencji reportażystów radiowych IFC, słuchałam wystąpienia dwóch Amerykanek, które opowiadały o modelu radiofonii publicznej w Stanach. Nadawcy publiczni są tam zdecentralizowani, a w całym kraju działa około 1300 niewielkich stacji radiowych i telewizyjnych, które nie emitują reklam, za to można w nich zobaczyć i usłyszeć ambitne treści. Owszem, ci nadawcy dostają niewielkie dofinansowanie od państwa, ale przede wszystkim utrzymują się z datków słuchaczy i dzięki wsparciu sponsorów. Nic dziwnego, że na takim gruncie rynek podcastów mógł się szybko i efektywnie rozwinąć.

 

W 2019 roku wydatki na reklamę w podcastach na rynku amerykańskim wyniosły 708 mln dolarów. Pandemia i spowolnienie gospodarcze nie zatrzymały wzrostu wydatków na reklamę. Co więcej, to właśnie w maju tego roku Joe Rogan, czyli najpopularniejszy na świecie twórca podcastów, podpisał z serwisem Spotify umowę na wyłączność. Nieoficjalnie mówi się, że kontrakt opiewał na 100 mln dolarów.

 

Dlaczego mówię o tym wszystkim? Co ma wspólnego podcast w Stanach z reportażem w Polskim Radiu? Jak się okazuje – zaskakująco dużo.

 

Idzie nowe

 

Kiedy pięć lat temu słuchałam o tym, że słuchacze sami wybierają w internecie autorów i treści, które są dla nich najbardziej interesujące, wiedziałam już, że jest to przyszłość rynku audio także w Polsce – ale nie sądziłam, że ta przyszłość nadejdzie tak szybko.

 

Pierwszym sygnałem, że idzie nowe, było pojawienie się podcastów na wspomnianej już przeze mnie International Feature Conference. To coroczne wydarzenie było przez kilkadziesiąt lat swojej historii zarezerwowane dla radiowców. Kilka lat temu twórcy dokumentalnych podcastów także zaczęli wysyłać swoje produkcje do organizatorów konferencji, aby zaprezentować je tak samo, jak to robią reportażyści. Od tego czasu podcasty regularnie goszczą w programie konferencji. Rywalizują też z typowo radiowymi reportażami o najważniejsze radiowe nagrody. Wystarczy wspomnieć choćby „On a bloody trail of a Dane”, czyli duński, wiejący grozą serial podcastowy, o spotkaniu dwojga dziennikarzy z psychopatycznym mordercą. Podcast ten znalazł się na krótkiej liście programów rywalizujących w tym roku o Prix Italia, czyli najważniejszą na świecie nagrodę radiową.

 

Podcast po polsku

 

Polskie Radio od dawna umieszcza swoje audycje w internecie. Niedawno władze radia zdecydowały się na kolejny krok – produkowanie treści wyłącznie z myślą o internecie, czyli właśnie podcastów.

 

Wysyp radiowych produkcji przeznaczonych wyłącznie do internetu rozpoczął się jednak na początku roku. Najpierw Dariusz Rosiak, znany i ceniony dziennikarz Trójki, po burzliwym rozstaniu z Polskim Radiem uruchomił własny podcast. Jego „Raport o stanie świata” to jeden z najbardziej medialnych podcastów w Polsce – na jego temat pojawiło się prawie 10 tysięcy wzmianek. W sierpniu Rosiak ogłosił wyniki pierwszego półrocza tworzenia audycji wyłącznie w internecie: milion odsłuchów na platformie Anchor, drugie tyle w Spotify.

 

Kilka miesięcy temu nadawanie rozpoczęło internetowe Radio Nowy Świat. Zaledwie przed paroma dniami ogłoszono powstanie kolejnego radia tworzonego przez dawnych dziennikarzy Trójki, czyli Radia 357. Obie inicjatywy spotkały się z ogromnym zainteresowaniem i wsparciem słuchaczy.

 

Co więcej, na początku października swoją premierę miał także drugi sezon „Śledztwa Pisma”, reporterskiego podcastu o tajemniczych sprawach kryminalnych, który brzmi trochę jak połączenie audiobooka z reportażem radiowym. Pierwszy sezon był ogromnym sukcesem. Odcinków posłuchano ponad 600 tysięcy razy. Można się spodziewać, że drugi sezon też osiągnie świetny wynik. Zwłaszcza że podcasty w Polsce zdobywają coraz większą popularność. Rynek co miesiąc rośnie o 40 procent. Już jedna czwarta internautów słucha tego typu produkcji – zwłaszcza na tematy związane ze zdrowiem, psychologią, technologią czy biznesem.

 

Co z tym reportażem?

 

Co zrobią w tej sytuacji reportażyści radiowi? Niektóre rozgłośnie zdecydowały się nawiązać współpracę ze Spotify i tam właśnie można słuchać reportaży, przygotowanych na przykład przez zespół Radia Lublin czy Radia Katowice. Nie wszystkie jednostki Polskiego Radia zdecydowały się to zrobić, z różnych względów formalno-prawnych. Duże, radiowe projekty dokumentalne realizowane są rzadko, z braku funduszy.

 

Reportażyści, którzy szukają dla siebie nowych wyzwań, paradoksalnie więc sięgają po inne medium niż radio – piszą książki. Ostatnie lata to prawdziwy wysyp książek reporterskich, których autorami są radiowcy. Zaczęło się od Eweliny Karpacz-Oboładze ze Studia Reportażu i Dokumentu, która wraz z Angeliką Kuźniak napisała najpierw biografię Ewy Demarczyk „Czarny Anioł”, a potem też znakomitą książkę „Krótka historia o długiej miłości”, która opowiadała o uczuciu trwającym kilkadziesiąt lat, zapoczątkowanym w stalinowskim więzieniu. Później książkę opublikowały też Hanna Bogoryja – ZakrzewskaKatarzyna Błaszczyk. „Zdarzyło się naprawdę. Opowieści reporterskie” to z jednej strony literacka wersja znanych i nagradzanych reportaży autorek, a z drugiej – powrót do bohaterów sprzed lat. Swoją premierę w ostatnich miesiącach miał też literacki reportaż Bartosza Panka, dziennikarza Dwójki, reportażysty, zdobywcy „radiowego Oscara”, czyli Prix Italia. Jego książka „U nas każdy jest prorokiem. O Tatarach w Polsce” opowiada właśnie o tej mniejszości, zamieszkującej głównie Podlasie. I chociaż nie wolno mi jeszcze zdradzać szczegółów, najbliższe miesiące przyniosą nam kolejne premiery książek napisanych przez radiowców.

 

O czym świadczy fakt, że tyle książek piszą radiowcy? Na pewno o tym, że chociaż opowieść skonstruowana za pomocą samego dźwięku jest piękną formą, to jednak niesie za sobą pewne ograniczenia. Reportaż radiowy, żeby trafiał do słuchaczy, musi być stosunkowo prostą, a na pewno bardzo klarowną historią. Zbyt wiele niuansów czy dygresji spowoduje, że odbiorca zwyczajnie się pogubi. Co zrobić z ogromnym materiałem, który często zbieramy w trakcie dokumentowania tematu? Napisanie książki wydaje się być naturalnym pomysłem.

 

Jednak fakt, że radiowcy wybierają słowo pisane, a nie właśnie podcast (lub reporterski serial podcastowy), świadczy też o pewnym braku. Projektów w rodzaju „Śledztwa Pisma” na polskim rynku jest jeszcze bardzo niewiele. Większość podcastów to monologi lub wywiady. Przygotowanie podcastu reporterskiego jest kosztowne i obarczone pewnym ryzykiem (bo nigdy nie wiadomo, jak potoczy się dana historia).

 

Czy to się zmieni w przyszłości? Czy znajdą się ludzie, gotowi inwestować w duże, dokumentalne projekty dźwiękowe? Patrząc na tempo rozwoju nowego medium – zapewne tak. I to prawdopodobnie szybciej, niż nam się wydaje.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

ADAM SOCHA: Roztrojenie Trójki

Okazuje się, że w miejsce jednej, będziemy mieli aż trzy Trójki! Po wysadzeniu w powietrze zespołu decyzją o zdjęciu z Listy Przebojów piosenki Kazika, najpierw powstało w internecie Radio Nowy Świat. Wówczas misji ratowania „Trójki” podjął się Kuba Strzyczkowski, ale po wyborach prezydenckich przestał być potrzebny Joannie Lichockiej i Krzysztofowi Czabańskiemu, jak i reszta „Trójkowych” złogów.

 

Miłośnicy Trójki byli przekonani, że Kuba Strzyczkowski i jego koledzy, którzy odeszli wraz z nim wkrótce znajdą miejsce w RNŚ. A tu bomba! Marek Niedźwiecki, Kuba Strzyczkowski, Piotr Kaczkowski, Marcin Łukawski, Piotr Stelmach, Katarzyna Borowiecka, Michał Olszański, Agnieszka Obszańska, Paweł Sołtys, Tomasz Michniewicz, Ernest Zozuń, Ola Budka, Marcin Cichoński, Marek Brzeziński, Katarzyna Kłosińska, Tomasz Rożek, Filip Jaślar, Łukasz Błąd, Gabriela Darmetko, Iza Woźniak, Daniel Wyszogrodzki, Krzysztof Szubzda, Roma Leszczyńska i Tomasz Jeleński, w sumie 40 dziennikarzy radiowej Trójki tworzy kolejne radio w internecie: „Radio 357”, nawiązując do adresu Trójki przy Myśliwieckiej 3/5/7.

 

Eksperci nie mają wątpliwości, że internetowa rozgłośnia będzie konkurencją dla Radia Nowy Świat i może odebrać jej patronów. – Jak się dowiedziałam, że robią to radio, byłam zaskoczona – przyznaje dla Press.pl Magda Jethon, redaktorka naczelna RNŚ.

 

W drugim dniu zbiórki funduszy na Radio 357 na portalu Patronite.pl ponad 6 tys. patronów wpłaciło w sumie ponad 150 tys. złotych. – Będziemy potrzebowali co miesiąc 500 tysięcy złotych, żeby się utrzymać i rozwijać – mówi Tomasz Michniewicz z Radia 357 dla Press.pl.

 

Dla porównania Radio Nowy Świat w podobnym czasie miało ponad 2 tys. patronów i zebranych ponad 65 tys. zł, a po 3 miesiącach – 2 mln zł. Obecnie wspiera ich prawie 32 tys. patronów, którzy miesięcznie przekazują na rozgłośnię łącznie ponad 740 tys. zł (dotychczas stacja zebrała ponad 4,1 mln zł).

 

Jeśli Jethon przez zęby życzyła Strzyczkowskiemu powodzenia, to irytacji nie ukrywał Marcin Kydryński. Na spotkaniu autorskim w bolesławieckim Centrum Wiedzy powiedział słuchaczom:

 

„To mnie wkurzyło nieprzytomnie. (…) To jest takie polskie, sarmackie. My teraz ze swoją szabelką”. Wyjaśnił też, że czuje się zirytowany tym pomysłem, bo jego zdaniem dowodzi, iż byli pracownicy kultowej Trójki nie są „jednak w stanie niczego zrobić razem” – donosi serwis bolec.info.  – Większość z tych ludzi dostała zaproszenie do Radia Nowy Świat, z którego nie skorzystała. Nam bardzo fajnie się udało zrobić to radio, byliśmy bardzo otwarci, żeby przyjąć przyjaciół – mówił świeżo po ogłoszeniu zbiórki na Radio 357. Dodał: „Teraz nagle okazuje się, że oni zabierają zabawki do jakiejś innej piaskownicy, że będą mieli super radio i będą się tam razem bawić w tej piaskownicy”.

 

Oczywiście, natychmiast pojawiły się spekulacje, dlaczego Kuba Strzyczkowski i Marek Niedźwiecki, z którym intensywne rozmowy prowadziła Jethon, nie wsparli RNŚ. Mam swoją teorię.

 

Kluczem jest skład zespołu RNŚ: m.in. Magda Jethon, Jerzy Sosnowski, Wojciech Mann i Michał Nogaś, Artur Andrus, Piotr Bukartyk, Krzysztof Grabowski (wokalista), a więc osoby zdeklarowane polityczne po stronie „totalnej opozycji”. Przypomnę tylko pomysł Magdy Jethon obchodów 3 Maja z „czekoladowym orłem” z prezydentem Bronisławem Komorowskim, czy poparcie Tomasza Manna w wyborach prezydenckich dla Rafała Trzaskowskiego.

 

Czym będzie RNŚ dowiedzieliśmy się po swoistym „coming outem”, czyli po wyrzuceniu współtwórcy RNŚ jej prezesa Pawła Jedlińskiego za „homofobię”, czyli za określenie Michała Sz. „Margot”, jako mężczyzny.

 

RNŚ jest więc Radiem dla „młodych, wykształconych, z wielkich miast” spod znaku flagi LGBT (nie wiem dlaczego nazywanej powszechnie w mediach „tęczą”, wszak tęcza ma 7 barw, a nie 6, chyba że fizykę też już objęła poprawność polityczna?). Krótko mówiąc, radiem dla snobów, którzy mają o sobie baaaardzo wysokie mniemanie.

 

Kuba Strzyczkowski dał się poznać jako wzór z Sevres obiektywności dziennikarskiej. Prowadząc „Za, a nawet przeciw” nigdy nie zdradził się ze swoimi sympatiami politycznymi, które przecież każdy z nas ma. To samo dotyczy Michała Olszańskiego niedawno wyrzuconego z „Magazynu Expressu Reporterów” TVP.  Przeżyli już cenzurę w mediach publicznych, więc nie chcieli przeżywać kolejnej, genderowej. Co teraz deklarują?

 

„Chcemy tworzyć taką antenę, jaką tworzyliśmy w jej najlepszych latach. Świeżą, odważną, opiniotwórczą, wyznaczającą nowe trendy. Nie interesuje nas odgrzewanie starych przebojów”.

 

„Będzie poranek z Marcinem Łukawskim, będą audycje Marka Niedźwieckiego i muzyka Piotra Stelmacha. Katarzyna Borowiecka znowu opowie o filmach, a Piotr Kaczkowski przeliczy płyty. Po południu dowiedzą się Państwo, co przyniósł dzień, Tomek Michniewicz zabierze Państwa w świat, a Ola Budka zagra, jak tylko ona potrafi. W Święta zaśpiewamy piosenkę z dzwoneczkami, a w Nowy Rok wspólnie będziemy odliczać miejsca Topu Wszech Czasów” – kuszą założyciele.

 

Mnie skuszą, gdyż na mojego nosa to ekipa Strzyczkowskiego zabrała z Myśliwieckiej  prawdziwego ducha Trójki, z Piotrem Kaczkowskim, którego słucham od mojego pierwszego kontaktu z Trójką w latach 70. XX wieku, Listą Przebojów Niedźwieckiego oraz z publicystyką Strzyczkowskiego i Olszańskiego.

 

Większą szanse daję też projektowi Radia 357, gdyż ich celem jest uzyskanie częstotliwości w eterze. Radia internetowe skazane są bowiem na nisze.

 

Publiczną Trójkę po czystkach kilka razy włączyłem, ale szybko się przełączałem. Nie moja muzyka, nie mój klimat, ale wystarczy, że Joanna Lichocka jest zachwycona, żeby mieli kasę.

 

Kuba Strzyczkowski zapowiedział, że do odśpiewanie kolejnej wersji „wigilijnego karpia” z dzwoneczkami zaprasza wszystkich ludzi i RNŚ, i osoby ze starej Trójki, które zostały z różnych powodów na Myśliwieckiej.

 

Jeśli ta sztuka mu się uda, to będzie znak, że cuda się zdarzają.

 

Technologicznym skrytożercom mówimy NIE! – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Nowe rozwiązania technologiczne związane z prasą, nie koniecznie są powiewem wiosny, ale niemałą dozą jesiennego smutku i nostalgii.

 

Ruch odpalił pierwszy samoobsługowy kiosk w Warszawie. Wstającego o świcie kioskarza zastąpiły całodobowe maszyny.

 

Nie wiem czy mieliście takie marzenie, ale czy nie fajnie byłoby pracować w kiosku Ruchu? Zwłaszcza w czasach kiedy się czerpało wiedzę z papieru. Pachniało jakoś tak inaczej, doznania węchowe, łączące drogerię i drukarnię w jednym. No i człowiek sobie wyobrażał, że będzie cały dzień ślęczał w pracy, przeglądając i analizując gazety.

 

I ta wdzięczność czytelników, jeśli odłożyło się do teczki poszukiwany na rynku numer czasopisma. „Tygodnik Powszechny” dla inteligenta, „Przekrój” dla kulturalnego, „Przyjaciółkę” dla pani domu, „Veto” dla konsumentów i naturystów, „Razem”, „ITD.” i „Żołnierza Polskiego” dla pryszczatych szczawików, łaknących zdjęcia z gołą babą. Dla miłośników plotek, ploteczek to też kuźnia informacji, nie mniejsza niż porządny blaszak z piwem czy inny punkt spożywczy.

 

Ale to już było. Całkiem niedawno,od jednego rektora szkoły wyższej, zasłyszałem opowiastkę. Wybrał się do najbliższego kiosku koło Uczelni, gdyż chciał zakupić gazetę w której było o Jego szkole. Ale sprzedawca, na prośbę o organ prasowy, parsknął śmiechem: „Tu się tylko fajki i kondomy sprzedają”. Takie czasy. Coś na zasadzie sceny z Misia: „Tu jest kiosk Ruchu, ja tu mięso sprzedaję!”. Tylko asortyment się zmienił. I kioskarz odchodzi do lamusa, jak fiakier, telegrafista i młynarz.

 

Kolejne news w ramach postępu, dotyczy sztucznej inteligencji która napisała esej dla „Guardiana”. Za pomocą algorytmów, pojawił się tekst zbliżony do tego, który tworzy homo sapiens.

 

I to jest też wielki krok, medialnej ludzkości w przyszłość. Po co się przemęczać? I tak z góry wiadomo, co dziennikarz napisze, a redakcja opublikuje. Ściśle określone ciągi wyrażeń, to jest świetlana przyszłość. W 2002 roku, wspaniały Walery Pisarek opublikował pracę „Polskie słowa sztandarowe i ich publiczność”. Słowa sztandarowe to nic innego jak wyrazy i wyrażenia które nadają się na sztandary i transparenty. „Niezależne” redakcje, w walce o jedyne słuszne myślenie posługują się słowami – wytrychami. W „Naszym Dzienniku” na pierwszym planie są: naród, wiara, ojczyzna, rodzina. W „Trybunie” rządzą: zgoda, wolność, bezpieczeństwo, opieka.

 

Analizy semantyczne i aksjologiczne wystarczy sprowadzić li tylko do algorytmów. Odpowiednio zaprogramować hasła kluczowe i po co się przemęczać. Już inkasent w Misiu dostrzegał zalety techniki: „Teraz mamy komputer. Może Pan pisać co tylko Pan chce to nie ma żadnego znaczenia”. Piszcie sobie piszcie, a komputer i tak będzie wiedział lepiej. Najważniejsze, żeby odpowiednia linia pisma właścicieli periodyku się zgadzała. Wyeliminować tylko słowa niebezpieczne i niepożądane w przestrzeni publicznej. Na przykład ideologia.

 

A kto będzie się produkował? AI czy gryzipiórek? To kwestia drugorzędna. A ile oszczędności? Sztuczna inteligencja nie będzie utyskiwać na samozatrudnienie, na zaniżone wierszówki i brak sowitych apanaży.

 

Kioskarz wespół z żurnalistą, może jeszcze nieprędko, ale już niepowoli, mogą zaprzyjaźniać się z listami/rankingami zawodów z przyszłością. Albo podpytać sztucznej inteligencji, aby co nieco, rozwój zaprogramowała.