Ambicje na przyszłość – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy bez ambitnego dziennikarstwa, potrzebujemy w ogóle dziennikarstwa? Kto nas obroni przed manipulacjami, gdy zabranie programów i artykułów dogłębnie analizujących ważne dla odbiorców tematy? Czy prognoza „Dziennikarstwo 2025” wciąż jest aktualna? Czy bez ambitnego dziennikarstwa mówimy jeszcze o dziennikarstwie?

 

W dobie Internetu, a pewnie warto przypomnieć, że sieć WWW skończyła już trzydzieści lat, komunikat i to o znacznym zasięgu może nadać każdy. Oczywiście jego pobudki mogą być szlachetne, ale mogą też być podłe, lub nieodpowiedzialne. Efekty pracy ekipy FakeHunter Polskiej Agencji Prasowej, skupiające się przecież tylko na kwestiach związanych z pandemią, wyraźnie pokazują, jak potrzebne są analizy eksperckie, w kompetentny sposób objaśniające rzeczywistość. Tym bardziej, że manipulacje w sieci coraz częściej potwierdzają słowa zapisane przez Witolda Gombrowicza w „Dzienniku” z lat 1961-1966: „…polega (to – przyp. ZB) na tym, żeby zanadto nie przeinaczyć, trzeba raczej cieniować, sztukować, tu się doda, tam się ujmie i ni stąd, ni zowąd myśl uczciwa człowieka (…) staje się świństewkiem[1]. Dobrze to widać na przykładzie wykorzystania słów premiera Mateusza Morawieckiego: „kto umrze, to umrze”.[2] Wystarczyło wyciąć fragment większej całości. Sięgając głębiej do dorobku cywilizacji śródziemnomorskiej należy przypomnieć postać Odysa, który: „mówił kłamstwa podobne do prawdy”. Trafimy więc na publikacje, które udają rzetelną robotę dziennikarską, choć taką nie są. Umiejętność oddzielania ziaren od plew od dawna powinna być efektem edukacji szkolnej i to już na poziomie elementarnym.

 

Powszechny problem jednoźródłowości

 

Profesor Tomasz Mielczarek w pracy „Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości” tak napisał o materiałach prasy codziennej: „z natury rzeczy powstające w pośpiechu, niekiedy jednoźródłowe, materiały w niej drukowane zawsze obarczone są sporym ryzykiem błędu[3]. Internet pełen jest komunikatów, które pokazują tylko jedną stronę, jeden punkt widzenia i oczywiście mają tylko jedno źródło. W przypadku mediów to dziennikarz jest gwarantem, że powołuje się na doniesienie wiarygodne, sprawdzone. Autor nawet krótkiej notki bierze za treść odpowiedzialność. Tak proste komunikaty potrafi jednak stworzyć też dobrze zaprogramowana maszyna. Wydaje się więc, że ograniczenie dziennikarstwa do lapidarnych informacji oznacza równocześnie likwidację tego zawodu. Mając to na uwadze przyjrzyjmy się bliżej wizji nie tak znów odległej, bo dotyczącej 2025 roku.

 

Journalism 2025

 

Autorzy obszernego raportu „What’s New(s)? Scenarius for the future of journalism”[4] A. Kasem, M.J.F. van Maes, K.C.M.E. Wannet z zespołem zwrócili uwagę na zmieniający się format finansowania mediów. Co prawda uznali, że przychody telewizji pozostają na razie na stabilnym poziomie, ale dodali, że to tylko kwestia czasu. Natomiast prasa w ocenie tych autorów jest dziś „podjadana”. Dawniej kupowało się gazetę jako całość z pełną zawartością. Obecnie, zwłaszcza młodzi odbiorcy, preferują kupowanie pojedynczych artykułów. Tu warto przypomnieć badania przywołane przez T. Mielczarka w „Raporcie o śmierci polskich gazet”[5], z których wynika, że z kupionym magazynem obcujemy około 40 minut, a z portalem ogólnoinformacyjnym zaledwie 1,5… Tyle wystarcza, żeby przy wykorzystaniu myszki przewinąć całość. Zamiast intensywnie zapoznać się z zawartością gazety, wybieramy interesujące nas artykuły, lub te najpopularniejsze, albo wywołujące największą dyskusję. Cała reszta umyka.

 

Kasem, MaesWannet zauważyli również, że zaufanie do dziennikarzy znajduje się obecnie na historycznie niskim poziomie. Wydaje się, że media zbyt często koncentrują się na newsach, skandalach politycznych, zamieszkach, ale opinia publiczna nie zawsze tego potrzebuje. Autorzy raportu „What’s News(?)” prognozują, że coraz większy wpływ na treści pojawiające się w mediach będą wywierały działy marketingu i odbiorcy sugerujący tematy i je współtworzący. Poważną obawę wiążą oni też z tym, czy tradycyjni redaktorzy i wydawcy zdołają wystarczająco szybko nadążać za zmianami technologicznymi i społecznymi. Ze względu na znaczną liczbę cięć, która dotknęła media nie tylko w Polsce, istnieje przy tym spory opór wobec kolejnych zmian.

 

Bliżej świata nauki

 

Trzeba przyznać, że nie jest to wesoły obraz, zwłaszcza w odniesieniu do dziennikarstwa dogłębnego, pokazującego różne punkty widzenia, szczegółowo analizującego sytuację w oparciu o długą pamięć redakcyjnych zasobów. W tym obszernym raporcie znajdziemy jednak i pewną nadzieję: odnajdywanie nowych formuł publikacji dzieła dziennikarskiego i szerszą współpracę ze światem nauki. Przynajmniej w odniesieniu do nauk medycznych stan pandemii znacznie tę wizję przyspieszył.

 

Obraz ten w części podziela dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach: Czy jest jeszcze miejsce na ambitne dziennikarstwo, serwujące odbiorcy dogłębne analizy? Musi być na nie miejsce! Stary porządek, gdzie radio informowało, telewizja to wieczorem pokazywała, a kolejnego dnia prasa to dogłębnie omawiała –  już dawno runął. Bodaj Ernest Skalski na lamach miesięcznika „Press” przed mniej więcej 20 laty, wyliczając grzechy polskiego dziennikarstwa zwrócił uwagę także na długość i gęstość tekstu. Zasugerował, że obecny czytelnik nie ma czasu ani ochoty na czytanie długich tekstów i dziennikarz powinien to uszanować. Dzisiejsi młodzi ludzie, w tym studenci dziennikarstwa, nie przepadają za długimi materiałami. Oczywiście nie chciałbym generalizować, ale zdecydowana większość „ucieka” od długich form. Na szczęście mam też takich studentów, którzy potrafią i lubią uprawiać dłuższe formy publicystyczne, ale ci stanowią mniejszość. Trzeba dodać, że umiejętność tworzenia zwięzłego przekazu to też sztuka. Tworzenie informacyjnego Tweeta w reżimie 140 znaków wymagało nieco wysiłku. Obecnie przy 280 znakach też jest ciągle dla niektórych wyzwaniem. Obawiam się, że już mamy do czynienia z trendem, że obszerne teksty, dogłębne analizy tworzy niewielu dziennikarzy dla równie nielicznej grupy odbiorców.

 

Ten tekst przeczytasz w …

 

Komunikaty, takie jak powyższy śródtytuł, bez trudu odnajdziemy dziś na polskich portalach. Trudno wyczuć, czy to bardziej zachęta: „podołasz!”, czy ostrzeżenie: „Uważaj! To parę minut twojego życia!”? Może problem leży gdzieś głębiej niż w samym obrębie mediów i recepcji ich materiałów?

 

Kilka lat temu do kieleckiego kina „Moskwa”, mającego niezłą scenę studyjną z ambitnymi filmami, zadzwoniła nauczycielka z gimnazjum. Zapytała, co ciekawego mogą uczniom zaoferować? Po usłyszeniu, że film jest w języku oryginalnym z polskimi napisami, odpowiedziała: „nie dadzą rady przeczytać”… Z czytelnictwem w Polsce nie jest dobrze, choć najnowsze badania Biblioteki Narodowej tchną ostrożnym optymizmem, informując o lekkim wzroście[6].

 

Dodajmy dla równowagi uwagę Agnieszki Ciereszko, redaktor naczelnej branżowego kwartalnika „Doradca Kariery”, która poinformowała nas, że: po wydaniu dwóch pierwszych numerów (w 2018 r. – przyp. ZB) na życzenie czytelników wydłużyliśmy długość publikowanych artykułów o jedną trzecią. Z kierowanych do nas listów wynikało, że odbiorcy potrzebują bardziej szczegółowego traktowania tematów, a nie jedynie ich anonsowania[7].

 

Kultura bez mediów, media bez kultury?

 

Apel Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z 4 maja 2020 roku o pomoc dla dziennikarzy i mediów w czasie pandemii[8], przypomniał też, o czym chyba często się zapomina, że media to też istotni przedstawiciele świata kultury. Sztuka bez recenzji, relacji i dyskusji bardzo dużo traci, zamknięta w swoich salach koncertowych, galeriach, czy muzeach. O realia prasy skupionej na dokonaniach świata kultury pytamy Pawła Chmielewskiego, redaktora naczelnego Kieleckiego Magazynu Kulturalnego „Projektor”:

 

Znamy mniej więcej teorię Mikołaja Kopernika o wypieraniu pieniądza mocniejszego przez słabszy. Świat polskiej prasy przybrał dziś – mniej więcej – następujący kształt: prasa poradniczo-plotkarska, pięć / może siedem wysokonakładowych i opiniotwórczych tytułów oraz ocean Internetu, bazujący mnie lub bardziej na krótkich notkach, chwytliwych tytułach, podlegający w dużym stopniu tyranii „zasięgów”, „klików” i „lajków”. Gdzieś między nimi, w niewielkiej niszy egzystuje prasa specjalistyczna – przede wszystkim kulturalna i naukowa. Jej odbiorcy to być może od 0.3% do 0,6% czytających obywateli. Nadal jest to jednak ok. 100 tys. osób. Pytanie o potrzebę istnienia takiej prasy porównałbym do problemu, czy należy zlikwidować archeologię śródziemnomorską, paleontologię, filologię indyjską, czy oceanografię. Każda z tych dziedzin nie ma bezpośredniego przełożenia na wskaźniki ekonomiczne, a jednak cieszą się one uznaniem i istnieją na całym obszarze kulturowym, do którego aspirujemy.

 

Prasa, którą (na potrzeby tej króciutkiej refleksji) nazwiemy niszową jest przede wszystkim jedyną platformą wymiany poglądów i prezentacji dokonań chociażby dla reprezentantów takich sztuk i dziedzin, jak jazz współczesny, teatr lalek, architektura ekologiczna, językoznawstwo porównawcze, a bez jej obecności nie dotarłaby pewnie do szerszej publiczności informacja o odkryciu w Polsce najstarszych śladów naszego czworonożnego przodka i być może nie mieliby gdzie zadebiutować Wisława Szymborska, czy Andrzej Sapkowski. Kwestie potrzeby istnienia takiej prasy są bezdyskusyjne.

 

Jakie źródła finansowania dla ambitnych treści?

 

Istniejący od ponad siedmiu lat „Projektor”, którego najnowszy numer ma 128 stron, w ubiegłym roku ukazywał się dzięki zbiórkom w Internecie, a 2020 r. funduszom z budżetu obywatelskiego stolicy województwa świętokrzyskiego. W tym roku jednak przegrał batalię m.in. z organizacją gali MMA. Jakie powinny być stabilne źródła finansowania dla ambitnych wydawnictw? Paweł Chmielewski: jak w całej Unii Europejskiej istnienie takiej prasy jest „powinnością i obowiązkiem budżetowym” sprawujących władzę – powinna więc ona otrzymywać dotacje od organów samorządowych (również za pośrednictwem miejskich, powiatowych, czy wojewódzkich instytucji kultury i nauki) oraz instytucji centralnych (tu jako dodatek, swoista „wisienka na torcie” w formie grantów). Drugim filarem winien być biznes korporacyjny, np. poprzez fundacje, który tak jak istnieje to chociażby w Stanach Zjednoczonych uzyskiwałby z tego tytułu ogromne ulgi podatkowe, wreszcie wsparcie dla kultury i nauki traktowane być powinno, jako swoisty honor – zarówno dla sprawujących władzę w polityce, jak i w biznesie. Otwartą kwestią i sprawą do dyskusji jest mechanizm istniejący w Polsce, w którym potężne spółki skarbu państwa (funkcjonujące dzięki podatkom obywateli) wspierają reklamowo tylko kilka potężnych tytułów prasowych, radiowych, nie widząc potrzeby – nawet incydentalnego – wsparcia właśnie dla małej, niszowej prasy[9].

 

Potrzebny jest więc mecenat państwa, samorządu, spółek skarbu państwa i biznesu, uważającego, że oprócz sprzedaży i zysku istnieje na świecie coś więcej, czego czasem nie rozumieją, ale co warto wspierać, bo to nasza kultura.

 

Inny punkt widzenia przedstawił Marek Kacprzak w artykule zatytułowanym po prostu: „Media publiczne”. Stwierdził on, że wobec nastawienia stacji komercyjnych na sprzyjanie gustom odbiorców i reklamodawcom, to media publiczne, finansowane z abonamentu i budżetu państwa, powinny być ostoją ambitnych treści, głębokich analiz, publicystyki, programów edukacyjnych i kulturalnych[10]. To interesująca wizja, przy czym jesteśmy przyzwyczajeni do publicznej radiofonii i telewizji. Na prasę ewidentnie nie ma przyzwolenia, co potwierdzają nerwowe reakcje komentatorów na niepotwierdzony przez PKN Orlen komunikat, że firma chce kupić Grupę Polska Press[11].

 

„Niezakończony proces zmian”

 

Stan pandemii pokazuje, że istnieje duże zapotrzebowanie na wiarygodne informacje. Raport LoveBrands Relations zwrócił uwagę, że obcowanie z mediami znacznie w tym okresie wzrosło[12]. Mirosław Usidus podniósł ostatnio na łamach SDP.PL, że to duża szansa dla redakcji[13]. Działania FakeHunter udowodniają, że muszą istnieć wiarygodne analizy, a zacieśnianie współpracy między dziennikarzami, a światem nauki, powinno postępować dalej i rozszerzać się na więcej dziedzin niż medycyna. Z drugiej strony w sieci dominują już dziś krótkie komunikaty, nie wymagające od odbiorcy omalże użycia mózgu: podoba mi się lub nie podoba, solidaryzuję się z tym, lub nie – koniec intelektualnego wyzwania. Raport „What’s New(s)?” też niespecjalnie tchnie optymizmem. Może jednak do tych zauważalnych trendów zastosowanie mają słowa Antoniego Słonimskiego: „(…) gdy ktoś zbyt kategorycznie przesądza nie zakończony proces zmian. Często mam wrażenie, że mówi tak, aby nie zapeszyć, bo stawia na rozstrzygnięcia wręcz przeciwne[14].

 

Słowem: bez ambitnych treści, dziennikarstwo zastąpią błyskawicznie jednostki sztucznej inteligencji do tworzenia newsów i specjaliści ds. perswazji, którzy dostarczą jedynych słusznych interpretacji odbiorcom, którzy je bezrefleksyjnie polubią lub nie – co może się okazać zresztą kompletnie bez znaczenia dla ich intelektualnego rozwoju.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] W. Gombrowicz, Dziennik z lat 1961-1966, Wydawnictwo Literackie.

[2] https://fakehunter.pap.pl/raport/f40dfed5-f641-41f5-9600-c518f2065bfb – dostęp: 25.10.2020 r.

[3] T. Mielczarek, Tygodniki opinii w zmieniającej się rzeczywistości, Kraków 2018, s. 20.

[4] https://www.journalism2025.com/trends.html – dostęp 25.10.2020 r.

[5] T. Mielczarek, Raport o śmierci polskich gazet, Warszawa 2012.

[6] https://www.bn.org.pl/w-bibliotece/3966-39%25—lekki-wzrost-czytelnictwa-w-polsce.html – dostęp 25.10.2020 r.

[7] Strona główna kwartalnika: https://doradca-kariery.pl/ – dostęp 25.10.2020 r.

[8] https://sdp.pl/apel-zarzadu-glownego-stowarzyszenia-dziennikarzy-polskich-o-pomoc-dla-dziennikarzy-i-mediow/ – dostęp 25.10.2020 r.

[9] Strona główna „Projektora”: http://www.zenit-admin.ogicom.pl/nowy%20uklad/projektor_nowa.html – dostęp: 25.10.2020 r.

[10] https://wszystkoconajwazniejsze.pl/marek-kacprzak-media-publiczne/ – dostęp: 25.10.2020 r.

[11] Czytaj więcej na: https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/orlen-kupi-polska-press-grupa-za-ilehttps://www.wirtualnemedia.pl/artykul/orlen-kupno-polska-press-grupa-repolonizacja-mediow-w-polsce – dostęp 25.10.2020 r.

[12] https://pap-mediaroom.pl/zdrowie-i-styl-zycia/badanie-lovebrands-relations-jakich-informacji-w-dobie-koronawirusa-szukaja – dostęp: 25.10.2020 r.

[13] https://sdp.pl/media-po-pol-roku-pandemii-analiza-miroslaw-usidusa/ – dostęp: 25.10.2020 r.

[14] A. Słonimski, Alfabet wspomnień, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1989, s. 56.

Rosiak jest jeden – ŁUKASZ WARZECHA o ambitnym dziennikarstwie

Pod koniec sierpnia (w czasach z dzisiejszej perspektywy sprawiających wrażenie niemal normalnych) miałem przyjemność wziąć udział w dyskusji o jakości mediów podczas obchodów rocznicy porozumień sierpniowych, organizowanych pod Europejskim Centrum Solidarności przez Fundację Gdańską. Prócz mnie dyskutowali Agata Szczęśniak z OKO Press, Katarzyna Włodkowska z „Dużego Formatu”, Marcin Chruściel z „Nowej Konfederacji” oraz Michał Kobosko, wówczas występujący jeszcze jako prezes Fundacji „Polska od Nowa”. Prowadził debatę Jan Wróbel.

 

Dwoje dyskutantów – Agata SzczęśniakMarcin Chruściel – prezentowało wizję relatywnie optymistyczną, przekonując, że media jakościowe znajdują dla siebie miejsce. Nie dziwię się: i OKO Press, i NK utrzymują się z wpłat czytelników, którzy poszukują informacji i analizy podawanych inaczej niż w mediach komercyjnych– i jakoś dają radę, choć szału nie ma. Oczywiście w obu przypadkach – ale zwłaszcza w przypadku OKO Press, które jest znacznie głębiej politycznie zaangażowane niż NK – powstaje przy tym problem odpowiedzi na oczekiwania wpłacających pieniądze odbiorców, którzy spodziewają się nierzadko przekazu jednostronnego oraz prostego walenia cepem w przeciwników politycznych. Mówiła o tym podczas debaty Agata Szczęśniak. Na ten sam problem nadziało się Radio Nowy Świat.

 

Ja zająłem w dyskusji stanowisko dla mojej natury naturalne, czyli sceptyczne. To prawda, że OKO Press i NK radzą sobie w trudnej sytuacji, ale stanowią niszę. Wbrew temu, co twierdziło oboje moich współdyskutantów, nie jest to żaden wstęp do zmiany modelu mediów w skali makro. A jednak warto zadać sobie pytanie o rozmiar tej niszy i możliwość jej utrzymania.

 

Przyznaję, że to pytanie interesuje teraz żywotnie również mnie samego, ponieważ kilka miesięcy temu, podczas pierwszego lockdownu (teraz mamy nieoficjalny drugi) podjąłem wysiłek uruchomienia na moim kanale na YouTube regularnych komentarzy. Robię to od tamtego czasu w odstępach mniej więcej tygodniowych. Zgromadziłem około 7,5 tys. subskrybentów, ale wciąż traktuję to jako działalność dodatkową wobec pisanej publicystyki i na tym nie zarabiam. Zyskałem za to spore doświadczenie w samodzielnej obróbce wideo na prostym poziomie. W porównaniu do innych – „Wolność w Remoncie” Tomasza Wróblewskiego ma 118 tys. subskrybentów, „Raport o Stanie Świata” Dariusza Rosiaka ma na YT 11 tys. subskrypcji, ale jako podcast jest dystrybuowana w wielu innych kanałach, do których ja nie docieram – mój „urobek” jest bardzo skromny. Jednak jakiś wgląd w zapotrzebowanie odbiorców dają mi komentarze. Powtarza się w nich ten sam motyw, który widać i u Rosiaka, i u Wróblewskiego, i w wielu podobnych miejscach: deklaracje, że potrzebne są analizy oraz komentarze niepoddające się dominującej w „dużych” mediach emocjonalności, presji czasu, plemienności. To sygnalizowałoby, że w jakiejś części jest zapotrzebowanie na – jeśli nie jakościowe, to przynajmniej „inne” dziennikarstwo. Ale jak jest duże? To bardzo trudno oszacować.

 

Dariusz Rosiak – co do powodzenia jego przedsięwzięcia kilka miesięcy temu wyrażałem na portalu SDP sceptycyzm – ma na portalu Patronite 3713 patronów, wpłacających miesięcznie ok. 58,5 tys. zł. W tym troje patronów wpłaca po 1000 zł, a siedmiu – po 500 zł. Jak na tego typu akcje, to już bardzo dużo. Suma bliska 60 tys. zł miesięcznie jak na jednoosobowe przedsięwzięcie to też ogromne pieniądze. Ale to Rosiak, a Rosiak jest jeden.

 

Płacić każe sobie również Jacek Bartosiak za materiały publikowane pod marką jego think-tanku Strategy & Future. Płatne są również jego podcasty, przygotowywane wspólnie z „Nową Konfederacją”. Zakładam, że Bartosiak nie utrzymywałby takiej formy działalności, gdyby nie była ona opłacalna, muszą zatem być na to klienci.

 

Radio 357 zgromadziło dotąd 10367 patronów, deklarujących miesięczną wpłatę 251 tys. zł. Czy to wystarczy na działalność radia, nawet internetowego? Nie wiem. Jak na cały zespół, jego utrzymanie, sprzęt – to mało. Oczywiście wchodzi w grę konkurencja z Radiem Nowy Świat, ale z tych dwóch przedsięwzięć to Nowy Świat wygląda bardziej na politycznego bojownika, a Radio 357 wydaje się celować w tych, którzy polityką mogą być trochę znużeni. Zatem motywacją wpłacania na RNŚ dla wielu osób może być sprzeciw wobec obecnej władzy.

 

Jest też ciekawa tendencja po stronie dużych mediów: ambitniejsze materiały coraz częściej chowane są za paywallem lub wymagają logowania. Tak zrobił w kwietniu TVN, część treści na swoim portalu oznaczając jako „premium” i wymagając logowania. Może to być odczytane jako wstęp do wprowadzenia płatności.

 

Bardzo ciekawie byłoby przeczytać opracowanie, podsumowujące prywatne przedsięwzięcia, oparte na wpłatach od odbiorców (podpowiadam tu studentom dziennikarstwa temat na oryginalną pracę magisterską). Miejmy przecież świadomość, że w coraz trudniejszym czasie ludzi gotowych wspierać takie inicjatywy będzie coraz mniej. Tu liczy się oczywiście efekt skali – jeśli ma się 100 tys. subskrybentów, jest duża szansa, że choć pięć procent z nich zechce wpłacić po 10 zł, a to daje już 50 tys. miesięcznie. Tylko ile ambitnych przedsięwzięć ma 100 tys. subskrybentów? A grupa ludzi, czująca się w obowiązku i gotowa wpłacić pieniądze, jest również ograniczona. Zakładam – ale to znów, wobec braku danych, jedynie moje publicystyczne założenie – że już teraz w wielu przypadkach ci sami ludzie dotują po kilka przedsięwzięć (sam tak robię).

 

Argumentami przemawiającymi za tym, że utrzymywanie ambitnych mediów z prywatnych, rozproszonych źródeł będzie się udawało, są upolitycznienie znacznej części mediów, nadmiar szybkiej, nic niewnoszącej zawartości (notoryczne dzisiaj tworzenie niusów na podstawie czyichś wpisów tłiterowych – co jest kompletnym absurdem), a przy tym niedostatek spokojnej i pogłębionej analizy, która może przecież być odbiciem poglądów autora, lecz rzecz w tym, żeby nie była wprost częścią partyjnego sporu. Czynnikiem każącym wątpić jest natomiast głębokość i trwałość takiego źródła, co wiąże się z sytuacją gospodarczą.

 

Z jednym z pewnością jest problem: brakuje w Polsce prywatnych biznesów, które byłyby gotowe angażować się finansowo w takie przedsięwzięcia – przy czym nie mam na myśli wielkich korporacji ani tym bardziej spółek skarbu państwa, ale średnie firmy, co jest normą na amerykańskim rynku medialnym. I to się pewnie nie zmieni, bo przedsiębiorcy mają dzisiaj inne problemy niż tworzenie sfery niezależnych komentarzy i analiz.

 

Wobec odwoływania się do prywatnych sponsorów aktywności medialnej pozostaję zatem umiarkowanie sceptyczny. W którymś momencie zostanie osiągnięty limit, którego nie da się przebić. Obiecuję natomiast, że jeśli sam w końcu zdecyduję się na takie rozwiązanie, na portalu SDP zrelacjonuję własne doświadczenia. Nie wykluczam, że mogą się one okazać rozczarowujące mimo wielu przychylnych opinii, z jakimi spotyka się moja YouTube’owa działalność.

 

Łukasz Warzecha

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Laluś” wyklinany do dziś

21 października 1963 r. zginął w walce Józef Franczak „Laluś”. 24 października prokurator z Lublina nakazał „zdjęcie głowy ze zwłok”. Ta nierozliczona zbrodnia ma do dziś swoich fanów – również w mediach.

 

„Józef Franczak, żył lat 45, zginął 21 X 1963. Poświęcił życie za wolność Ojczyzny, której nie doczekał” – taki napis wyryła rodzina na skromnym grobie w podlubelskich Piaskach w 1983 r. Wtedy jeszcze nie można było mówić, kim był i co naprawdę się z nim stało – że to ostatni Żołnierz Wyklęty, który zginął w walce. Wyklęty przez komunistów Żołnierz Niezłomny. Sierżant Wojska Polskiego. Walczący z okupantami Polski – brunatnymi i czerwoni od września 1939 r.

 

Pochwała agenta

 

Była godz. 15:40. Majdan Kozic Górnych – wioska 20 km od Lublina i 8 km od Piask. Bezpieka napisała: „Z chwilą okrążenia zabudowań b. [bandyta] Franczak wyszedł ze stodoły, pozorując gospodarza rozważał możliwość wyjścia z obstawy. (…) Mimo wzywania go do poddania się podjął obronę i wykorzystując słabe punkty obstawy pod osłoną zabudowań wycofał się około 300 m. od meliny, gdzie podczas wymiany strzałów został śmiertelnie ranny i po kilku minutach zmarł”.

 

Przez lata rodzina i sąsiedzi myśleli, że „Lalusia” zadenuncjował sąsiad – Wacław Beć, u którego ukrywał się feralnego dnia. Jak wynika z akt IPN, była to celowa, ubecka dezinformacja. Franczaka wydał TW „Michał” – Stanisław Mazur, stryjeczny brat Danuty Mazur, narzeczonej „Lalusia” i matki jego syna. Za kapowanie dostał w sumie 12.050 zł, z tego prawie połowę – około 5000 zł za donosy na „Lalusia”.

 

Rozumiem, że ci, którzy do dziś potępiają Józefa Franczaka, będą bronili agenta, który go zakapował.

 

„Tylko się ukrywał”

 

Jako pseudohistoryczną podbudowę kultu „wyklętych” stworzono dwa wielkie mity. Pierwszy to mit powstania antykomunistycznego, które miało trwać w latach 1944-1963. Datę końcową wyznacza śmierć Józefa Franczaka „Lalka” z oddziału Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, który zginął w obławie 21 października 1963 r.” – napisał tygodnik „Przegląd” 29 lutego 2019 r. – w Wigilię polskiego święta: 1 marca – Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, pod jakże znamiennym tytułem: „Bandyci, a nie święci”.

 

W tym (post)komunistycznym organie można było przeczytać dalej: „Od lutego 1953 r. Franczak nie prowadził jednak żadnej walki zbrojnej, tylko się ukrywał, a jego ostatnią akcją była „akcja ekspropriacyjna”, czyli napad rabunkowy na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach w powiecie świdnickim”.

 

Autor „zapomniał” napisać, że „Laluś” przeżył, bo ok. 200 osób z okolicznych wiosek pomagało mu przetrwać – zapewniało dach nad głową, wikt i opierunek. Była to podzięka za wcześniejszą, wieloletnią  obronę przed sowieckim terrorem.

 

Zbrodnie podziemia

 

W tym samym czasie dr August Grabski prowadził na Uniwersytecie Warszawskim wykład pt. „Zbrodnie >>żołnierzy wyklętych<< na Żydach 1944-47”. Pracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego „udowadniał”, że ci polscy żołnierze, wojsko II Rzeczpospolitej, nie miało nic wspólnego z Armią Krajową i Polskim Państwem Podziemnym. Że byli małą prawicową bandą, której celem było mordowanie Żydów.

 

To tezy nieprawdziwe, tożsame z publicystyką „Gazety Wyborczej”. Mimo protestów, rektor UW do dziś od tego się nie odciął.

 

Rzeczony August Grabski kontynuował swoje wywody rok później – znów w przededniu Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Tym razem – o zgrozo – w Sejmie RP (u boku m.in. posła Macieja Gduli), gdzie Klub Parlamentarny Lewica i rzeczony tygodnik „Przegląd” zorganizowały konferencję o jakże klarownym tytule: „Bezdroża państwowej polityki historycznej. Polemicznie o »żołnierzach wyklętych«”. I, jak czytaliśmy: „Głównym celem konferencji jest zaprezentowanie innej wizji przeszłości niż czyni to prawica, posługując się głównie IPN. Ukazanie przemilczanych lub przeinaczanych zbrodni podziemia na cywilach i mniejszościach narodowych”.

 

Bohater czy morderca?

 

Gdy Polacy – jak w PRL-u – są poddawani takim zmanipulowanym treściom, trudno się dziwić ich opinii.

 

I tak np. pod bezstronnym tekstem o Józefie Franczaku w periodyku „Dziennik. Gazeta Prawda” (1 marca 2016 r.) pod tytułem  „Ostatni żołnierz wyklęty. Zdradzony, zabity i zbezczeszczony w 1963 roku. Odcięto mu głowę…” wyróżniały się takie oto komentarze:

 

BeRGoL: „Kto dał Lalusiom prawo do rozstrzeliwania Polaków (nawet i z MO) ? Ci co w 1939 roku uciekali przed Niemcami?”

 

Miki: „dlaczego on siedział w lesie i strzelał zza winkla( to ma być bohater? strzelał w plecy polakom bo myśleli inaczej i to jest bohaterstwo? inni odbudowywali kraj a on do nich strzelał

 

Sąsiad: „Z biografii pana Lalka wynika, że trochę ludzi pomordował, to wreszcie bohater czy morderca?

 

Syn Wyklętego

 

Prawdziwa burza rozpętała się po deklaracji Marka Franczaka, kiedy przed ostatnimi wyborami prezydenckimi publicznie ogłosił, że poprze Andrzeja Dudę.

 

W Internecie zdarzały się takie opinie, jak Dariusza Pilarskiego: „Popieram wypowiedź Marka. Za prezydentury Pana Dudy odnalazłem i z honorami pochowałem swojego dziadka płk Mariana Pilarskiego Jar Twórcy i Inspektora II Inspektoratu Zamojskiego AK . Jego poprzednicy nawet palcem nie kiwnęli . Oczywiście prawdą jest, że są instytucje stworzone do tego celu, które niekiedy sprawiają wrażenie jakby chronili sprawców zbrodni na naszych bohaterach”.

 

Ale dominowały – opinie wyrażane z lewej i prawej strony – że Marek Franczak nie ma prawa do bycia synem Wyklętego.

 

A ja przywołam tylko słowa Danuty Mazur, która przed laty mówiła mi: „Józek zobaczył Marka pierwszy raz po ośmiu miesiącach, gdy wyniosłam dziecko w zboże. Jeździłam do księży, ale nikt nie chciał dać nam ślubu, mówili, że to wielkie ryzyko. Kiedy ubecy pytali o Marka, odpowiadałam, że nie wiem, z kim mam to dziecko”.

 

Syn „Lalusia” i Danuty Mazur dowiedział się o ojcu dopiero po 1989 r. Dziś – za zgodą sądu – używa nazwiska Franczak.

 

Tadeusz Płużański

Cezura Papkina – replika WOJCIECHA SURMACZA na tekst ŁUKASZA WARZECHY

Cześć Łukaszu, tu „nadwrażliwa nastolatka”. Chciałeś mnie wywieść w pole, ptaszku! Ale poczytałem trochę internetów i zrozumiałem, że jesteś Papkinem. Wybaczam.

 

Akt pierwszy. Scena druga. „Zemsta” Aleksandra Fredry:

 

„Po francusku ubrany, przy szpadzie; krótkie spodnie, buty okrągłe do pół łydki, tupet i harcopf, kapelusz stosowany – pod pachą para pistoletów, zawsze prędko mówi.”

 

Oto Józef Papkin. Przy czym od razu się okazuje, że z tych pistoletów to on bardziej ćmy i komary gotów rozstrzelać, niż ludzi. Uff.

 

Co prawda Łukasz Warzecha tak nie wygląda (czasy się zmieniły), ale to właśnie jego okrzyknięto „Papkinem” polskiego twittera. Warzecha pod wpływem infodemii COVID-19, stał się i śmiesznym, i strasznym zarazem tzw. influencerem. Jako dobrze władający piórem dziennikarz, mógłby wnieść wiele dobrego do publicznej debaty, szczególnie na temat pandemii. Wybrał jednak inną drogę i zaprzedał duszę taniej sensacji. „Walczy z systemem” za pomocą negatywnych emocji i wyrafinowanych figur retorycznych, które bywają złudne. Szkoda.

 

Momentami chamscy

 

Kto pamięta ten przyzna, że Józef Papkin to w sumie postać pełna sprzeczności – tragiczna i komiczna zarazem.

 

„(…) zawsze bawi. Czy to pistolety, czy szczucie na listonosza, zabawa w językoznawcę i eksperta od wszechrzeczy, czy też to, co na skrinie. Postać z komedii, Papkin (…)” – napisał o nim na twitterze, niespełna miesiąc temu Wojciech Mucha, niezależny dziennikarz, wieloletni publicysta „Gazety Polskiej”.

 

Tyle, że nie miał na myśli Józefa Papkina, lecz Łukasza Warzechę.

 

Sarkazm Wojciecha Muchy był inteligentną ripostą na stek bzdur, którymi Łukasz Warzecha zbombardował go na portalu press.pl („Warzecha i Szubartowicz nie chcą dyskutować z przedstawicielami Gazety Polskiej”)

 

Warzecha wyjaśniał, dlaczego zrezygnował z udziału w programie Polsat News „Debata tygodnia”. Nie chciał przebywać w tym samym studiu z Maciejem Kożuszkiem, dziennikarzem „Gazety Polskiej” Ale przy okazji zamachnął się na Wojciecha MuchęJacka Liziniewicza, chociaż nie było ich nawet na liście rezerwowych gości „Debaty tygodnia”.

 

– W atakach na oponentów są niezwykle agresywni, momentami chamscy. Zachowują się w sposób nieakceptowalny i nie przestrzegają norm, które między kulturalnymi ludźmi obowiązują. Występując z kimś takim, legitymizowałbym takie zachowanie – wypalił Warzecha.

 

Po czym dodał, że jego decyzja nie ma nic wspólnego z poglądami prezentowanymi przez ludzi z „Gazety Polskiej”. Ci z kolei, nieźle się za to po nim przejechali w serwisie niezależna.pl („Czy „markiz” to określenie knajackie? Warzecha rezygnuje z debaty z dziennikarzem GP”).

 

Trudno wytrzymać

 

Nie raz przecierałem oczy ze zdumienia, gdy dajmy na to w hiszpańskim dzienniku „El Pais”, bezceremonialnie (nie rozwijając wątku), paplał o „skandalu korupcji finansowej”, która ma osłabiać premiera Mateusza Morawieckiego. Innym razem, gdy wytoczył wojnę kelnerom. Wielokrotnie i w różnych lokalach zamawiał surówkę Coleslaw, wymawiając tę nazwę – jego zdaniem poprawnie – „koluslo”.

 

– Niestety kelner robił tylko wielkie oczy. Więc dałem spokój. Kopanie się z koniem nie ma sensu – utyskiwał Łukasz. Czujecie to?

 

Jednak najbardziej frapujące, przynajmniej dla mnie, stały się heroiczne wyprawy antymaseczkowe Łukasza. Pandemia COVID-19, a dokładniej infodemia koronawirusowa, wywarła na psychice Warzechy ogromne piętno. Zresztą nie jest on odosobnionym przypadkiem w polskich mediach, o czym kilka dni temu mówiłem w wywiadzie dla dziennika „Rzeczpospolita” („Media wobec pandemii. Drugi wirus to dezinformacja”).

 

Poprosiłem (w tej rozmowie) wydawców o odpowiedzialne publikowanie wszelkich informacji na temat pandemii. Moim zdaniem epidemia fałszywek i ewidentnych nadużyć, stała się swego rodzaju cezurą – punktem zwrotnym w popularności wielu dziennikarzy i wszelkiej maści tzw. influencerów.

 

Klinicznym przypadkiem jest Łukasz Warzecha, któremu szczególnie druga, jesienna fala dodała animuszu. Nakręcony do bólu zaczął, dość umiejętnie to fakt, stosować tanie chwyty. Na przykład w jednym z wystąpień na swoim „videoblogu” o „aferze wokół noszenia maseczek”, teatralnym gestem zdjął maseczkę, bo…

 

„Trudno to wytrzymać.”

 

Serio?

 

Zablokować twittera

 

Ludzie nosić masek nie lubią – wiadomo, bo to na dłuższą metę i męczące, i niewygodne. No to Łukasz zaczął nadawać, że nie będzie nosił, że wybiera wolność, a głupi rząd mu ją odbiera, bo każe nosić. Tak mnie to ujęło, że jeden z wpisów postanowiłem zacytować w satyrycznej audycji ekonomicznej „Winien i ma” na antenie Trójki (wydanie z 09.10.2020).

 

Najpierw lojalnie uprzedziłem słuchaczy, że podczas lektury takiej „radosnej twórczości” ręce opadają. Potem obecny w studiu dr Artur Bartoszewicz z Kolegium Analiz Ekonomicznych, Szkoły Głównej Handlowej przypomniał, że z takiego założenia, jak Warzecha wychodzą politycy Konfederacji. Następnie zacytowałem wpis Naty Acosty, która bycie „negacjonistą” pandemii nazwała obciachem.

 

Potem dr Bartoszewicz porównał koronasceptyków do płaskoziemców, zaś obecny w tejże audycji Marcin Roszkowski z Instytutu Jagiellońskiego, wskazał na alarmujące statystyki zakażeń. Wtedy Artur Bartoszewicz przypomniał, że w USA celowe zarażanie koronawirusem traktowane jest przez Departament Sprawiedliwości jak terroryzm.

 

Od siebie dodam (wtedy nie zdążyłem), że był to efekt spontanicznej akcji społecznej „coronavirus challenge”, podczas której Amerykanie celowo kaszlali na siebie, lizali produkty na półkach sklepowych. Raz zdarzyło się nawet, że znana blogerka Ava Louise polizała deskę klozetową w toalecie samolotu pasażerskiego.

 

I w tym kontekście właśnie Artur Bartoszewicz zaproponował, by na wzór amerykańskich rozwiązań, rozważyć w Polsce objęcie działaniami antyterrorystycznymi wszystkich, którzy świadomie podejmują działania negujące zabezpieczenie społeczne.

 

– Artur chce zablokować twittera – dorzucił z przekąsem Roszkowski.

W ramach podsumowania puściłem piosenkę zespołu Queen „Keep Yourself Alive” i uznałem temat za zamknięty.

 

Trudno uwierzyć

 

Jednak tych kilka minut na antenie Trójki, dało asumpt do powstania całkiem okazałego fake newsa. W trakcie trwania audycji użytkownik KoronskiM poinformował na TT, że w rządowym radiu „antymaseczkowy wpis” Warzechy porównano do aktu terrorystycznego. Po czym podał moje nazwisko, sugerując, że tego dokonałem. Wystarczyło. Łukasz poczuł krew i błyskawicznie zaatakował. Uznał mnie za: „kolejnego, któremu odwaliło totalnie, kiedy tylko PiS mu dał troszkę władzy”. Wtedy zapytałem grzecznie, czy słuchał audycji?

 

Przyznaję, że nie. Trudno mi uwierzyć – odparował gracko Łukasz.

 

Szczerze mówiąc, do dziś się zastanawiam: w co tak trudno było mu uwierzyć? W to, że nie słuchał? Czy raczej w to, że się przyznał, że nie słuchał? Tak, czy inaczej byłem zbudowany jego przypływem szczerości. Idąc za ciosem zapytałem, czy potrafi przeprosić? Wtedy zamilkł.

 

Po dwóch godzinach wrócił tryumfalnie oświadczając, że wysłuchał audycji i nie ma za co przepraszać. Zamiast bowiem zająć się „pytaniem o naukowe podstawy twierdzenia, że maseczki na powietrzu cokolwiek zmieniają oraz znanymi wątpliwościami prawnymi”, zacytowałem wpis, który zrównuje te wątpliwości z zaprzeczaniem istnienia wirusa. Następnie nazwał dr Artura Bartoszewicza „oszołomem” i wydawałoby się, wbił gwóźdź do mojej trumny, orzekając:
„Wam naprawdę rozum odjęło.”

 

Wówczas ładnie poprosiłem, by prześledził cały wątek (gdzie ślepo uwierzył w moje antyterrorystyczne zapędy) i skoro mnie nie chce przeprosić, to niech przynajmniej przeprosi siebie. Przecież tym „papkinowaniem” największą szkodę, wyrządza samemu sobie. Nieprawdaż?

 

Analogie bywają złudne

 

I znów się wydawało, że temat zamknięty. Ale nie minął tydzień, jak Łukasz ponownie zaatakował i to z furią dotąd niespotykaną. Tutaj drobna dygresja: pewien stary, dobry redaktor w pewnej starej, dobrej redakcji, wyrzucając nam zbyt emocjonalne teksty do kosza, mruczał pod wąsem:

 

– Są granice brawury.

 

Internetowy Papkin te granice przekroczył. Na portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich („Nie ulegajmy pokusie cenzury”).

 

Łukasz wrzucił do jednego kotła: mnie oraz Polską Agencję Prasową, Joannę Lichocką – poseł PiS oraz Radę Mediów Narodowych, Annę Mierzyńską – współpracującą z OKO Press oraz Roberta Tyszkiewicza, posła PO.

 

Zmierzył wszystkich swoją miarą, zbeształ, skręcił po swojemu porwane na strzępy fakty i zarzucił dążenie do wprowadzenia w życie – cokolwiek miałoby to znaczyć – „cenzury spontanicznej”. Najgorsze, że – może nie wprost, ale jednak – uznał rozwiązanie #FakeHunter (służące PAP do dekonstrukcji nieprawdziwych informacji m.in. o COVID-19) za element tejże cenzury. Może, gdyby chociaż przekartkował książkę „Knebel” Błażeja Torańskiego (o prawdziwej cenzurze w czasach PRL-u), toby się tak nie zagalopował.

 

No chyba, że przeczytał i przemilczał, bo wolał się cofnąć w czasie jeszcze dalej:„Analogie bywają złudne, jednak nie sposób uciec od skojarzenia z czasem schyłku II RP, gdy każdy tekst, kwestionujący sanacyjną linię, przestrzegający przed rosnącym zagrożeniem i wytykający polskiemu państwu dramatyczne nieprzygotowanie do nieuchronnie nadciągającego konfliktu był w najlepszym wypadku kwitowany jako oszołomstwo i defetyzm (…)” – napisał Łukasz Warzecha, któremu z łatwością godną podziwu przychodzi wytykanie ludziom idiotyzmów i wyzywania od oszołomów.  Dalej było coś jeszcze o „Berezie Kartuskiej”, ale to już dla prawdziwych koneserów żonglerki słownej Papkina.

 

Gdybym chciał się skutecznie odgryźć, to wrzuciłbym Łukasza Warzechę do jednego wora z politykami: Krzysztofem Bosakiem (Konfederacja), Borysem Budką (PO), Katarzyną Lubnauer (Nowoczesna), Robertem Biedroniem (Wiosna) i Władysławem Kosiniakiem – Kamyszem (PSL).

 

Następnie ogłosiłbym plebiscyt na „Papkina roku 2020”. Byłaby niezła jazda, bo w sumie wszyscy nominowani mieliby realną szansę na wygraną. Wiosną przecież przekonywali, że na jesieni wszystko się odmieni i będzie już w zasadzie po pandemii. Jak jest, każdy widzi. Ale nie, czekaj. Łukaszu, Ty tak nie mówiłeś? Dajże spokój! To tylko figura. Poza tym taka jest polityka – kieruje się własnymi prawami, jak Ty.

 

30 lutego

 

Starając się być dobrym chrześcijaninem, postanowiłem jednak Warzesze wybaczyć. Rozumiem te jego fanaberie, choć nie akceptuję. Jako dziennikarz zaś, postanowiłem dociec prawdy. Wyznając starą zasadę, że nie ma głupich pytań tylko głupie odpowiedzi, wysłałem do Łukasza list pocztą elektroniczną. Zawierał kilkanaście pytań o jego zachowania na twitterze i ten atak na sdp.pl oraz prośbę o podanie daty odesłania odpowiedzi.

 

Następnego dnia Łukasz Warzecha odpisał:

 

Wojtku,

 

Wybacz, ale mam ważniejsze rzeczy na głowie niż odpisywać na idiotyczne pytania prezesa rządowej machiny informacyjnej, który poczuł się dotknięty jak nadwrażliwa nastolatka. Więc na pytanie, kiedy możesz się spodziewać odpowiedzi, odpowiadam: 30 lutego roku dowolnego.

 

Życzę dalszych sukcesów w walce z antymaseczkowym kołtuństwem i w służbie władzy.

 

Pozdrawiam

 

Łukasz

 

Chciałem tutaj napisać Łukaszu, że też Cię serdecznie pozdrawiam, bardzo dziękuję za szczerość i będę cierpliwie czekał. Ale nagle zrezygnowałem, gdyż przetrzepałem kalendarz. 30 lutego? Nie ma takiego dnia. W pole mnie chciałeś wywieść, ptaszku!

 

Ostatecznie poskromiłem emocje, bo znalazłem wspaniały wiersz Wandy Chotomskiej o adekwatnym tytule, czyli „30 lutego”. To historia pewnego jeża, który akurat tego dnia właśnie, wraz z ciotkami, założył sklep ze szczotkami. I tak tym biznesem namiętnie operował, że zamiast szczotek, ciotki przehandlował. A na koniec, no właśnie, ostatnia zwrotka jest szczególnie słodka.

 

Dla Ciebie Łukaszu:

 

„Gdy zrozumiał co zrobił,
zbladł od razu jak kreda –
zamiast szczotki, biedaczek,
sam klientom się sprzedał.”

 

Pa!

 

Wojciech Surmacz

 

Od redakcji: Autor jest prezesem Polskiej Agencji Prasowej.

Nie sądzę, że art. 212 k.k. zostanie zniesiony – rozmowa z JADWIGĄ CHMIELOWSKĄ, Sekretarz Generalną SDP

Politycy powinni wreszcie pojąć, że ratują ich tylko wolne media, ponieważ musi ktoś przedstawiać prawdę oraz pokazywać różne punkty widzenia. Nie może być tak, że wszyscy klaszczą. To sprowadzi klęskę na każde ugrupowanie – mówi Jadwiga Chmielowska, Sekretarz Generalna SDP, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Obywatelski projekt nowelizacji ustawy Prawo Prasowe przygotowany niedawno przez Redutę Dobrego Imienia zakłada również likwidację art. 212 Kodeksu karnego, zgodnie z którym za zniesławienie grozi dziennikarzowi nawet rok bezwzględnego więzienia. Środowisko dziennikarskie od wielu lat walczy o zniesienie tego przepisu. Czy Pani zdaniem jest szansa, że zniknie on w końcu z polskiego prawa?

 

Artykuł 212 powinien z Kodeksu karnego zniknąć już 30 lat temu. Protesty przeciwko art. 212 k.k., czyli zastraszaniu dziennikarzy, odbywały się od początku III RP. Wówczas protestowali głównie dziennikarze prawicowi. Pozwolę sobie przypomnieć, że paragraf 212 k.k. znalazł się w Kodeksie karnym jeszcze za komuny, czyli w czasach PRL-u. Przed wyborami, wszyscy politycy zapowiadali oczywiście, że niezwłocznie należy odrzucić art. 212 k.k. Wkrótce jednak okazywało się, że obowiązuje on nadal.

 

Jakie wtedy politycy mieli argumenty?

 

Dyskutowałam z politykami w 2006 roku, za pierwszego rządu Prawa i Sprawiedliwości i  odpowiadali, że trzeba zostawić art. 212,  by „obrzucona błotem” przez dziennikarzy osoba mogła się bronić. Pozwolę sobie przytoczyć przykład mojego kolegi, szefa portalu Zywiecwsieci.pl, który został w 2015r. oskarżony przez sekretarza miasta o to, że na jego portalu prowadzono dyskusję, w której wzięli udział prawnicy i osoby zajmujące się zawodowo organizacją wyborów. Zdaniem władz miasta i prokuratora obywatel nie powinien  wiedzieć np. co wolno komisji obwodowej i co jest w gestii poszczególnych organów władzy. Na pytanie, dlaczego z urzędu wszczęto postępowanie, prokurator z przekonaniem odpowiedział, że dyskusja mogła doprowadzić do podważenia prestiżu zarządu miasta. To ja pytam, czy w Polsce już nawet dyskutować nie można na tematy dotyczące przepisów prawnych? Politycy przekonują, że występują w obronie biednego, pomówionego  obywatela, który nie ma pieniędzy, żeby się bronić, Dziennikarze nie piszą przecież o zwykłym obywatelu! Artykuł 212 jest ewidentnie biczem na dziennikarzy, osłoną, by politycy mogli działać swobodnie i aby tłumić dyskusję!

 

Już ponad 20 lat temu podczas manifestacji przemawialiśmy i tłumaczyliśmy, że art. 212 k.k. to jest kaganiec. Nikt tym się nie przejął i nadal przepis ten  funkcjonuje. Bez względu na to, która opcja polityczna rządzi i co wcześniej w sprawie art. 212 deklarowała, to po przejęciu władzy niektórym szemranym politykom zależy na zamykaniu ust dziennikarzom. Niestety, są oni dla władz partii przekonujący i art. 212 ma się dobrze.

 

Czy zagrożenie dla wolności słowa jest mocno odczuwalne? Co dziennikarze sądzą na ten temat?

 

Cały art. 212 k.k. jest zagrożeniem dla wolności słowa. Przytoczyłam przykład, gdzie nie sekretarz gminy skarżył dziennikarza z powództwa cywilnego, tylko „swój” prokurator, który wytoczył temu dziennikarzowi proces. Gdyby polityk poczuł się urażony, musiałby wytoczyć proces cywilny, bo jak każda osoba, która poczuje się urażona, ma prawo pójść do sądu. Ale tu przecież mowa o procesie karnym. Oczywiście, że sprawa z art. 212 k.k. może być również wytoczona przez osobę fizyczną, która wynajmie sobie adwokata i złoży pozew do sądu. Wtedy prokurator się tym nie zajmuje, ale sprawa toczy się w wydziale karnym sądu rejonowego w pierwszej instancji. Bardzo często jest to też wykorzystywane przez osoby, które nie do końca znają się na prawie. Myślą, że jeśli  taki dziennikarz będzie skazany w trybie karnym, to nie będzie mógł pełnić niektórych funkcji, przykładowo w radach nadzorczych, bo tam wymagana jest niekaralność. A tu na szczęście żadnych skutków negatywnych dla dziennikarza nie ma. Przypominam jednak, że dziennikarz może zostać skazany na rok więzienia i to nie w zawieszeniu. Podkreślę raz jeszcze, że tego typu zabiegi służą do straszenia, zamykania ust dziennikarzom.

 

Jakie są Pani doświadczenia związane z artykułem 212 k.k.?

 

Miałam dwa procesy. Jeden cywilny, ale ta sama osoba wytoczyła mi też proces karny z art. 212. Wszystkie dokumenty jednak wskazywały na to, że bohater mówił na swój temat nieprawdę. Przegrywając proces, dziennikarz może zostać zrujnowany finansowo. I moim zdaniem tutaj głównie chodzi o to, by wykończyć odważnego dziennikarza psychicznie i finansowo. Wolność słowa, czyli podawanie informacji i głoszenie swojej opinii jest podstawą funkcjonowania demokracji. Politycy powinni wreszcie pojąć, że ratują ich tylko wolne media, ponieważ musi ktoś przedstawiać prawdę, oraz pokazywać różne punkty widzenia. Nie może być tak, że wszyscy klaszczą. To sprowadzi klęskę na każde ugrupowanie, bo w takim wpływy zdobywają wszelkiej maści cwaniacy i kanalie. Czasem tak się dzieje w całych narodach, a przykładem są totalitaryzmy niemiecki i rosyjski. Teraz zbliża się genderowy i totalitarna poprawność polityczna.

 

Jeżeli chodzi o moje osobiste doświadczenie, to w trakcie moich procesów tworzono również nagonki i donoszono na mnie do prokuratury. Zostałam nawet bezprawnie zwolniona z pracy tuż przed emeryturą. Razem miałam dziewięć procesów. Straszono mnie w sms-ach. Zaczęło się od tego, że pokazałam sieć powiązań polityków różnych partii i opcji politycznych z RAŚ (Ruchem Autonomii Śląska). To, czy ktoś był z PIS, PO, PSL, czy z innej partii, było nieistotne. Wszystkie te ugrupowania i środowiska ze sobą współpracowały i udało mi się to pokazać. Wszyscy oni  zaatakowali mnie i za to wszyscy otrzymali odpowiednie „frukty”. To nie przypadek. Wytrzymałam wszystko psychicznie, ale nie fizycznie. Od tamtego czasu mój stan zdrowia znacznie się pogorszył. Wiele razy byłam na sali sądowej, zwolniono mnie z pracy. Nie miałam z czego żyć, przewlekle chora zostałam bez ubezpieczenia zdrowotnego. Trzeba przyznać, że pomogło mi kilku kolegów dziennikarzy i przyjaciele z podziemia. Jednak większość bała się pisać na te same tematy, a  powinien nastąpić  zmasowany atak na antypolskie i cwaniackie środowiska polityczne na Śląsku. Trudno się jednak dziwić: Jak tak zaatakowali Chmielowską, to nas rozjadą na miazgę – mówili między sobą koledzy.  Najwięcej o tym moim przypadku pisały media zagraniczne. W Polsce dziennikarze byli zastraszeni, więc może dwie osoby coś na ten temat napisały. Do tego wszyscy, którzy byli przeciwko mnie, otrzymali konkretne posady (dyrektorskie, zostali członkami zarządu województwa, posłami). Choć wiem, że wszystko w życiu może być przypadkiem, to tu nie wierzę  w zbieg okoliczności.

 

Art. 212 powinien z Kodeksu karnego być całkowicie wykreślony! Jak ktoś czuje się obrażony, to proszę bardzo, jest sąd i w trybie procesu cywilnego można skarżyć.

 

Wciąż podkreśla Pani, że art. 212 powinien zniknąć, jednak patrząc tak realnie, myśli Pani, że zostanie on kiedyś całkowicie zlikwidowany?

 

Nie sądzę, że zlikwidują art.  212. Z mową nienawiści walczą ci, którzy najbardziej nienawiść propagują. Tak samo jest z tym art. 212 – atakowani są dziennikarze, którzy głoszą prawdę. Zawsze znajdzie się jakiś lokalny bonza, któremu coś się nie spodoba. W Sosnowcu został skazany z art. 212 Sławomir Matusz za dwa pisma wystosowane do prezydenta miasta, przewodniczącego Komisji Kultury i 3 maile do dyrektorów instytucji kultury w Sosnowcu, w których zwracał uwagę, że instytucje te mają statuty niezgodne z ustawą o kulturze oraz że dyrektor jednej z nich nie posiada odpowiednich kwalifikacji ani wiedzy i doświadczenia. Pomimo, że nie zostały te zarzuty opublikowane w mediach, to jednak sąd skazał go na grzywnę i koszty sądowe – razem ok. 3 tys. zł.  Ciekawostką jest to, że Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach wydał wyroki, że 5 instytucji kultury w Sosnowcu ma rzeczywiście statuty niezgodne z Ustawą, czyli potwierdził zarzuty red. Matusza. Pikanterii dodaje fakt skazania go na grzywnę w wysokości 40. stawek dziennych aresztu za nazwanie dyrektor księgową. Niedawno dowiedzieliśmy się, że ta sama osoba wytoczyła Sławomirowi Matuszowi kolejny proces z art. 212, tym razem z powództwa cywilnego. W mieście dyskutuje się, czy mąż tej dyrektor Zamku Sieleckiego był tajnym  współpracownikiem SB,  czy to tylko zbieżność nazwisk. Sprawa sosnowiecka stała się głośna w całym kraju. W Kancelarii Prezydenta trwają prace nad ułaskawieniem skazanego już w procesie karnym Sławomira Matusza.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

 

Apel CMWP SDP do Sądu Okręgowego w Warszawie w obronie red. Witolda Gadowskiego – aktualizacja

Zapowiadane na 21 października  b.r. ogłoszenie decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie zostało odwołane z powodu choroby sędziego.  Nie podano na razie nowego terminu tej decyzji. 

 

21 października b.r.  miała być ogłoszona decyzja Sądu Okręgowego w Warszawie w związku z powództwem wniesionym przeciwko  red. Witoldowi Gadowskiemu przez Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  objęło tę  sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy i  przesłało do Sądu (15.października b.r.) swoją opinię w charakterze amicus curiae.  W swoim stanowisku apelujemy  o  oddalenie powództwa przeciwko dziennikarzowi. 

 

Koncern medialny Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie uznał, że dziennikarz naruszył jego dobra osobiste w felietonie, który ukazał się we wrześniu 2017 r.  m.in. na portalu w Polityce.pl i na portalu Radia Maryja. Koncern RASP domaga się przeprosin i 50 tysięcy zł grzywny. W felietonie dziennikarz podkreślił, że ważne jest, by na świecie więcej mówiło się o domaganiu się przez Polskę reparacji wojennych. Odniósł się również do niemieckich mediów : To Niemcy robili mydło z ludzkiego tłuszczu. To Niemcy robili abażury z ludzkiej skóry. To Niemcy robili maskotki z ludzkich kości. To Niemcy rozsiewali po polach popioły zwęglonych ludzi jako nawóz. To wszystko robili «kulturalni» Niemcy. Dziś, kiedy słyszę, że m.in. w ZDF, «Fakcie», Axel Springer zasiadali wermachtowcy, SS-mani – to rozumiem skąd ta agresja na Polskę” – pisał red. Witold Gadowski.

 

Odnosząc się do meritum sprawy  CMWP SDP  podkreśla, iż publicystyczna aktywność red. Witolda Gadowskiego dotyczy nadzwyczaj trudnej i kontrowersyjnej tematyki, jaką jest np. międzynarodowa działalność przestępcza, współczesne wojny, czy terroryzm, a co za tym idzie, dziennikarz jest wyjątkowo wyczulony na problematykę łamania praw człowieka i związanej z tym krzywdy zwykłych ludzi uwikłanych w skomplikowane konflikty międzynarodowe. W swoich publikacjach w jasny i zrozumiały dla setek tysięcy osób sposób przybliża on szczegóły dotyczące takich konfliktów. Podobnie jest z w/w felietonem, w którym w charakterystycznym dla siebie stylu zwraca on uwagę odbiorców na krzywdy wyrządzone narodowi polskiemu przez Niemców podczas II wojny światowej, krzywdy, za które Niemcy nigdy nie zapłaciły odszkodowania. Istotny jest także kontekst czasowy publikacji tego felietonu – miało to w miejsce w czasie niezwykle intensywnej dyskusji publicznej i medialnej na temat tzw. reparacji wojennych, jakie Niemcy powinny zapłacić Polsce i tego w jaki np. sposób obliczyć należną ich sumę oraz jak te kwoty wyegzekwować. To, że red. Witold Gadowski poruszył ten temat jest więc rzeczą oczywistą i zrozumiałą, także ze względu na społeczne funkcje mediów wielokrotnie opisywane w literaturze medioznawczej – czytamy w opinii CMWP SDP. Oczekiwanie, by prasa nie poruszała tematów kontrowersyjnych tylko dlatego, że dziennikarz mógłby poprzez swoją krytykę naruszyć czyjeś dobra osobiste, jest mylne i kłóci się z wypracowanymi w Europie standardami wolności słowa.

 

Należy z całą mocą podkreślić, że osoby publiczne, a są nimi także koncerny medialne takie jak Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o, powinny szczególnie dbać o to, aby dla opinii publicznej być jak „żona Cezara” – czyli bez zarzutu. Jeżeli ich działalność, historia, postępowanie, czy aktualna linia programowa budzą wątpliwości i nie są dla opinii publicznej transparentne (abstrahując od trafności takich przypuszczeń lub ocen), we własnym interesie powinni dążyć do wyjaśnienia sytuacji.

 

Sankcjonowanie dziennikarza za to, iż ośmielił się wyrazić swoją opinię na temat działalności koncernu medialnego, jakim jest RASP jest w tym kontekście zdumiewające, tym bardziej że przeciwko pojedynczemu, niezależnemu, prowadzącemu własny kanał na jednym z portali internetowych publicyście staje międzynarodowy gigant medialny,  który ma ogromne możliwości polemizowania z red. Gadowskim na łamach jednego ze swoich mediów –np. gazety „Fakt” (nr 1 na rynku papierowych dzienników w Polsce) i jej portalu internetowym fakt.pl, czy portalu Onet.pl (nr 1 na rynku portali internetowych w Polsce. Nie bez znaczenia dla przedmiotowej sprawy jest także wybór przez Autora spornej publikacji specyficznego gatunku dziennikarskiego, jakim jest felieton. Felieton jest to bowiem publicystyczny utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, z samego założenia wyrażający subiektywny punkt widzenia autora, w którym porusza on i komentuje aktualne tematy społeczne, zwracając uwagę na ujemne zjawiska w życiu codziennym. Warto podkreślić, iż w tej publikacji, dziennikarz nie podaje nazwisk, zwraca tylko uwagę na określone zjawiska. Działanie takie jest absolutnie uzasadnione ze względu na funkcję kontrolną, jaką w demokratycznym kraju pełnią środki masowego komunikowania w stosunku do innych podmiotów działających w przestrzeni publicznej i co równie istotne, jest zgodne ze sztuką dziennikarską. 

 

CMWP stoi również na stanowisku, że wniesione w niniejszej sprawie powództwo można uznać za tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa dziennikarza do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez zniechęcenie go do podejmowania ważnego społecznie tematu. W tym kontekście uwzględnienie powództwa stanowiłoby naruszenie praw człowieka i obywatela i powodując tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszałoby innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy zwłaszcza biorąc pod uwagę żądania finansowa powoda. Byłoby to nie do pogodzenia ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i mają stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W świetle w/w norm prawnych oraz orzecznictwa, uwzględnienie powództwa wniesionego przeciwko red. Witoldowi Gadowskiemu skutkowałoby poważnym naruszeniem jego praw obywatelskich w zakresie wolności słowa oraz istotnym ograniczeniem publicznej debaty.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr.  CMWP SDP

Michał Ł. Jaszewski, doradca ds. prawnych SDP

Media po pół roku pandemii – analiza MIROSŁAWA USIDUSA

Kryzys to szansa, mówią. I rzeczywiście pojawiły się nowe obiecujące sygnały i szanse dla mediów. Niestety, aby skorzystać z okazji danej przez kryzys, trzeba się było dawno do tej sytuacji przygotować. I koło się zamyka, bo większość tradycyjnych środków przekazu przygotowana na to nie była.

 

Choć wiosną nastroje wśród wydawców prasy były zrazu minorowe, to statystyki odwiedzin i czytelnictwa serwisów w internecie wyglądały w tym okresie doskonałe. Kto zawczasu przygotował sieciowe przyczółki, ten może nie tyle się odkuł, ile miał nadzieję, że mu internet zrekompensuje to co stracił w papierze. Można by tu przypomnieć słynne słowa premiera Cimoszewicza – „Trzeba się było ubezpieczyć” (w tym przypadku zainwestować w cyfrowe media i strategie) – ale po co i tak zestresowanych ludzi mediów denerwować.

 

Covidowe wzrosty

 

Natrafiłem niedawno na raporty firmy Echobox, analizujące wydarzenia na rynku mediów tradycyjnych, sieciowych i społecznościowych w okresie pandemicznym. „Piki” covidowe w okresie wybuchu pandemii wyraźnie przebijają z tych danych. Znacznie wzrosty statystyk dla social media w tym czasie też mają znaczenie, bo w sposób pośredni przekładają się na konsumpcję mediów. Facebook i Twitter przy wszystkich żalach, jakie słusznie mają do nich media, są ważnym źródłem ruchu na stronach serwisów informacyjnych.

 

Echobox przeanalizował ruch na stronach internetowych ponad siedmiuset wiodących wydawców w czterdziestu trzech krajach. Ogólny wniosek, jaki analitycy wysnuli z badań, jest taki, że podczas pandemii, ogólnie rzecz biorąc, wydawcy mogą mówić o znaczących wzrostach zarówno całkowitego ruchu na swoich stronach internetowych, jak i ruchu społecznościowego, związanego z profilami i kanałami na platformach social media, co zarazem wpłynęło na istotny wzrost oglądalności stron, a także dodatkowe możliwości zaangażowania odbiorców i przyciągnięcia nowych subskrybentów do usług odpłatnych.

 

Średnio globalnie, całkowity ruch na stronach internetowych wydawców wzrósł o 65 proc., co oznacza, że wydawca, który miał dziesięć milionów dziennych odsłon przed wybuchem kryzysu COVID-19, rejestrował 16,5 miliona odsłon dziennie. Ruch i aktywność w mediach społecznościowych wzrosły o 45 proc.

 

Chociaż w większości spośród 43 badanych przez krajów, wydawcy odnotowali wzrost ruchu w mediach społecznościowych, to jednak w dziesięciu z nich nastąpił spadek aktywności w social media. Jest to dość zagadkowe i trudno tu zauważyć jakąś prawidłowość, gdyż spadki ruchu następowały w krajach tak odległych i różnych jak Holandia, Filipiny czy Japonia. Jednak to trochę inny temat, zasługujący na oddzielne opracowanie.

 

Kto miał AI ten skorzystał bardziej

 

W swoim raporcie Echobox zauważa ciekawe i dość zaskakujące prawidłowości, np. korelację pomiędzy wykorzystywaniem algorytmów AI przez wydawców a wzrostem ruchu w mediach społecznościowych: Wydawcy, którzy korzystali z AI, odnotowali średni wzrost ruchu w mediach społecznościowych o 21 proc., w porównaniu do wzrostu średnio o 10,5 proc. w przypadku wydawców, którzy zarządzali publikacjami z mediów społecznościowych ręcznie.

 

Na przykład klient Echoboxa „Newsweek” użył narzędzi przygotowujących i publikujących dopasowane i redagowane na podstawie analiz danych, uzyskując w ten sposób lepsze wyniki wzrostu ruchu w social media niż inne firmy medialne, co przekłada się oczywiście na wyniki statystyczne stron internetowych. Według raportu, ruch w profilach społecznościowych „Newsweeka” (średnie dzienne odsłony stron z Facebooka i Twittera) wzrósł o 52 proc., podczas gdy ruch w mediach społecznościowych dla wydawców z USA wzrósł w czasie pandemii średnio o 5,6 proc.

 

Wprawdzie Echobox używa w tym raporcie sporo autoreklamy, zachwalając swoje usługi AI, to jednak nie ma powodu, by wątpić w prawdziwość samych danych liczbowych. Z pewnością wskazywana tu skuteczność algorytmów sztucznej inteligencji w generowaniu odwiedzin godna jest co najmniej przemyślenia w komórkach odpowiedzialnych w mediach za wyniki, zasięgi i rozwój.

 

Na marginesie – mówimy o wynikach generowanych w sieciach społecznościowych, więc dane te pokazują trochę przy okazji, w jaki sposób można za pomocą inteligentnych narzędzi manipulować użytkownikami Facebooka czy Twittera. Zauważmy bowiem, że nie ma tych opracowaniach mowy o zmianach w polityce redakcyjnej, strukturze tematyki, treści, tylko o samych zabiegach przetwarzających, adaptujących i optymalizujących to, co media i tak oferują.

 

„Sztuczna inteligencja jest kluczowym sprzymierzeńcem wydawców, zwłaszcza w bezprecedensowych czasach, kiedy okoliczności i trendy zmieniają się szybko, a wydawcy muszą reagować błyskawicznie” – piszą autorzy raportu. AI pomagała wydawcom w szybkim tempie reagować i  dostosować się do gwałtownie zmieniających się zainteresowań czytelników i widzów. We Włoszech pomiędzy 22 a 23 lutego, czyli właściwie w jeden dzień, poziom zainteresowania odbiorców tematyką koronawirusową wzrósł z 3 proc. do 20 proc. Mówią o tym analizy tego samego Echoboxa. Ludzie potrzebują czasu na zauważenie i analizę tak szybkich zmian w trendach. Maszyny robią to od razu, w tzw. czasie rzeczywistym.

 

Dane i analizy, o których tu piszę, rozpatrują kwestię przygotowania wydawców do kryzysu pandemicznego na innym poziomie niż tylko „posiadanie strategii cyfrowej”. Większość wydawców jakąś tam strategię dotyczącą nowych mediów ma. Kto to zaniedbał, stanął wiosną w obliczu katastrofy  w sytuacji lockdownu i braku możliwości sprzedaży papierowych egzemplarzy. Rozważania we wspomnianym wyżej raporcie przechodzą na kolejny etap, czyli – kto i za pomocą jakich technik najlepiej na tym kryzysie korzysta.

 

Jeden traci – drugi korzysta

 

Kryzys, jak wiadomo, to dla jednych to widmo upadku, dla innych szansa na wypłynięcie na szersze wody. Na rynku środków masowego przekazu nie jest inaczej. Gdy np. dziennikarze sportowi nie mieli zajęcia, bo pozamykano areny, medialni spece od zdrowia i medycyny dostali swoją szansę. Musieli oczywiście wykazać się elastycznością, dostosować się do nowych technik pracy, niekiedy nawet zdecydować się na zmianę pracodawcy, ale niewątpliwie ludzie o takim profilu zawodowym i specjalizacji bez wątpienia w marcu czy kwietniu byli poszukiwani.

 

Z tej koniunktury trzeba było korzystać szybko, bo według dostępnych danych poziom zainteresowania tematyką koronawirusową zaczął spadać już w kwietniu. Choć wielu analityków zauważyło, że nastąpiły trwałe zmiany, przesunięcia z tematyce poszukiwanej, czytanej, słuchanej i oglądanej na co dzień przez odbiorców mediów. Wzrost ogólny zainteresowania mediami, który nastąpił wiosną, był głównie zasługą koronawirusa, ale potem, gdy nastąpił powrót do danych liczbowych zbliżonych dla „normalności”, rozkład tematyki w tej ogólnej liczbie był inny, pewnego rodzaju tematyka zdrowotna, zdaje się, na stałe zwiększyła swój udział w konsumpcji treści medialnych.

 

Jak zanotowała amerykańska sieć Taboola’s Newsroom, w pierwszej dekadzie marca 2020 r. jedna na cztery odsłony informacyjnych serwisów internetowych dotyczyła koronawirusa. Apogeum zainteresowania przypadło, według raportów analitycznej firmy Parse.ly, na dni 12 i 13 marca, gdy zbiegły się w czasie takie wydarzenia jak orędzie prezydenta Donalda Trumpa, wiadomość o chorobie pozytywnej diagnozie Toma Hanksa i zawieszeniu NBA. Całkowity amerykański ruch na stronach internetowych 12 marca, w czwartek, był prawie dwukrotnie wyższy niż średnia z sześciu poprzednich czwartków. Potem poziomy te utrzymywały się przez szereg dni. Już jednak pod koniec marca to ten wzmożony ruch zaczął spadać.

 

„Sektor słabych firm”

 

Statystyki statystykami, jednak już w momencie wiosennego szczytu pandemicznego wielu przedstawicieli starych mediów dochodziło do dość paradoksalnego spostrzeżenia. Choć rośnie popyt na informacje i ogólnie wszystko to, co oferują odbiorcom, jednocześnie w sposób katastrofalny przyspiesza proces upadku modelu biznesowego, na którym opierało się od lat działanie ich firm. Chodzi przede wszystkim o spadki wpływów od reklamodawców, którzy sami zostali uderzeni kryzysem.

 

Wiele lokalnych gazet w USA po tym jak utraciły sporą część przychodów reklamowych, ograniczyło liczbę wydań papierowych, zwolniało ludzi, czasem całkowicie migrowało do Internetu porzucając papier, jak w to zrobił w Polsce wiosną np. „Wprost”.

 

„To nie jest silna branża” – komentował te procesy w mediach amerykańskich Ken Doctor, znany analityk rynku mediów z firmy Newsonomics, która doradza organizacjom w dziedzinie transformacji cyfrowej. – „To jest sektor słabych firm, które już i tak były w nie najlepszej sytuacji. W 2019 roku straciły średnio 5-10 proc. przychodów, i to w czasie dobrej wówczas ogólnej koniunktury gospodarczej”.

 

Lokalne gazety amerykańskie wiosną traciły nieomalże z dnia dzień 30-60 proc. reklam z powodu kryzysu pandemicznego. Pasuje tu analogia z człowiekiem chronicznie chorym, którego stan zdrowia nieustannie od lat się pogarsza, łapiącym nagle silną infekcję. To nie może się dobrze skończyć. Gannett, największy właściciel lokalnych gazet w USA, stracił od sierpnia 2019 roku prawie 94 proc. swojej wartości, z czego większość przypada na okres od połowy lutego 2020.

 

Medialne „Inszallah”

 

Wiosną pod wpływem nastrojów pandemicznych i oznak poważnych kłopotów wydawców pozwoliłem sobie na prognozę, że papierowa prasa informacyjna zniknie na polskim rynku do 2030 r. Nie wycofuję tej przepowiedni. Choć lockdown się skończył i zapewne już nie powróci w tak rygorystycznej formie jak parę miesięcy temu, nadal uważam, że sprzedaż egzemplarzy papierowych, na pewno gazet codziennych i periodyków o charakterze informacyjno-publicystycznym i o tematyce ogólnej, będzie spadać do poziomów, w których utrzymywanie personelu i infrastruktury potrzebnej tylko po to, aby wytwarzać wydania drukowane, przestanie mieć jakikolwiek sens, poza sentymentem. Tak stanie się zapewne w segmencie, który nazywamy „ogólno-informacyjnym”. W segmencie prasy kolorowej, magazynów, wydawnictw specjalistycznych, tematycznych, prognozy są trudniejsze. Z pewnością też nastąpią zmiany i zamknięcia edycji papierowych, ale spora część tytułów może przetrwać dłużej.

 

Gdy przestanie się opłacać drukowanie papierowych egzemplarzy, powinniśmy się dowiedzieć ostatecznie, czy cyfrowy biznes zastępuje papierowy. Wciąż, pomimo sceptycyzmu wobec kipiących korpo-optymizmem komunikatów wydawców o wynikach sprzedaży cyfrowej, nie wykluczam, że biznes się zrównoważy i zacznie dawać ekwiwalentne przychody. Firmy mają jeszcze trochę lat na podjęcie działań, inwestycji i wdrożenie rozwiązań, które pozwolą im na udaną migrację. W dużym stopniu wciąż do odkrycia dla nich są możliwości i strategie mobilne. Nie wierzcie, jeśli wam mówią, że mają obecnie jasną wizję, jak zarabiać w sektorze mobile. Jeśli ktoś ma wciąż zasoby i zrealizuje właściwe pomysły, to nie wszystko jest stracone. Tak myślę.

 

Wielokrotnie przypominałem jednak, że strategie cyfrowe mają swoje mniej przyjemne aspekty. Obecnie oznaczają wejście do środowisk, w których wydawcy prasowi i szerzej mass media nie są u siebie i w dodatku nie liczą się zbytnio i nie są przez rządzących tych rynkiem potentatów traktowani jako równorzędni partnerzy. Opisywałem jakiś czas temu na portalu SDP poczynania Google, Facebooka i Apple na swoich platformach (czytaj TUTAJ). Pozycja starych mediów, nawet jeśli są to wciąż silne i szacowne marki, jest tam słabiutka, a ich argumenty i postulaty nie są brane pod uwagę prawie w ogóle.

 

Opublikowane w połowie lipca tego roku wyniki badań mediów cyfrowych firmy Deloitte „przed i po” COVID-19, pokazują, że media typu rozrywkowego, streamingi wideo, muzyczne i serwisy z grami, są teraz w lepszej sytuacji, bo ludzie, spędzając więcej czasu w domu, zaczęli w większej mierze szukać cyfrowych atrakcji. Niestety te dane nie są tak jednoznacznie pozytywne (a nawet powiedziałbym, zasadniczo negatywne) dla segmentów newsowych i magazynów, które zanotowały najmniejsze wzrosty, nie za bardzo rekompensujące relatywnie wysokiego poziomu rezygnacji z usług.

 

Zawsze zastanawiałem się, czy myśląc o losie mediów upierać się przy mentalności zachodniej, polegającej na wierze w braniu własnej przyszłości we własne ręce, czy też zdać się na bliskowschodni fatalizm, swoiste „inszallah”, przy którym nic nie można zrobić, skoro opatrzność tak chce. Po latach dochodzę do wniosku, że to „inszallah” jest gdzieś w środku. Gdzieś immanentnie wkomponowany w struktury mediów jest fatalizm, nie pozwalający się otworzyć na dobre i dające szansę pomysły. Dlatego tak wielu w tej branży dziś wzrusza ramionami, gdy słyszy o „szansie” jaka dla mediów jest pandemia.

 

 

Wciąż aktualne – KS. MARIUSZ FRUKACZ o nauczaniu św. Jana Pawła II do ludzi mediów

Obrona rodziny, troska o starszych, rola kobiety w społeczeństwie to tylko niektóre z tematów-zadań, na które zwracał uwagę Jan Paweł II w swoich przesłaniach i przemówieniach do dziennikarzy. Warto do nich wrócić również dziś.  

 

Św. Jan Paweł II w dzieło ewangelizacji włączył nowoczesne środki komunikacji i media. Pokazuje to nie tylko jego nauczanie, ale również jego pielgrzymowanie i wielki pontyfikat. „Kolumny gazet, mikrofony radiowe i telewizyjne kamery są amboną, z której współczesne społeczeństwo czerpie wiele dla swych moralnych i duchowych postaw” –  mówił Jan Paweł II w przemówieniu do Papieskiej Komisji Środków Społecznego Przekazu w dniu 27 lutego 1986 r.

 

Orędzia Jana Pawła II na Dzień Środków Społecznego Przekazu są doskonałą diagnozą ówczesnych czasów, ale myślę, że tematy podejmowane przez papieża wówczas, również i dzisiaj powracają w debacie społecznej. Mam nadzieję, że wciąż są ludzie mediów, dla których nauczanie Jana Pawła II jest inspiracją. Zwłaszcza, że jego nauczanie w kwestii mediów jest nadal aktualne.

 

Dziecko i rodzina

 

Dzisiaj nasze umysły rozpala tematyka ochrony dzieci oraz obrona tradycyjnej rodziny. Od początku pontyfikatu Jana Pawła II te właśnie tematy były obecne również w przesłaniach i przemówieniach do dziennikarzy. Już w swoim pierwszym Orędziu na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu w 1979 r. papież wskazał, że środki społecznego przekazu powinny być w służbie ochrony i rozwoju dziecka w rodzinie i w społeczeństwie. „Urzeczone i bezbronne wobec świata i osób dorosłych, dzieci są w naturalny sposób skłonne do przyjęcia tego, co im się ofiaruje, zarówno dobrego, jak i złego. Dobrze o tym wiecie, wy, fachowcy od środków przekazu, a w szczególności wy, którzy zajmujecie się środkami audiowizualnymi. Dzieci przyciąga «mały ekran» i «duży ekran». Śledzą każdy gest im ukazany i pojmują, wcześniej i lepiej od każdego innego człowieka, emocje i uczucia, jakie z nich wypływają” –   pisał Ojciec Święty. Pewną kontynuację tej myśli  znajdujemy w orędziu z 1995 r., kiedy Jan Paweł II zwraca uwagę na to, iż kino powinno być nośnikiem kultury i wartości. A wiemy jak bardzo kino ma wpływ na postawę młodego pokolenia. Pewną przestrogą, wciąż aktualną, są słowa papieża: „Problem ten jest tak poważny w naszym społeczeństwie, które zbyt często wydaje się czerpać negatywne wzorce z obrazów proponowanych codziennie przez kino, podobnie zresztą jak przez telewizję i prasę, że odczuwam potrzebę zwrócenia się raz jeszcze z gorącym apelem zarówno do ludzi odpowiedzialnych za tę dziedzinę, aby w swojej pracy kierowali się kryteriami profesjonalizmu i odpowiedzialności, jak i do odbiorców, aby przyjmowali postawę krytyczną wobec coraz bardziej agresywnych propozycji mass mediów, w tym także kina, i umieli odróżnić treści, które mogą ich wzbogacić, od innych, potencjalnie szkodliwych” – napisał papież.

 

Dla Jana Pawła II bardzo ważny był temat rodziny w kontekście środków społecznego przekazu. Wracał do niego bardzo często. Dzisiaj specjaliści podkreślają, że rośnie pokolenie samrtfonów, dla którego więzi rodzinne są bardzo często na drugim miejscu. Liczy się grupa znajomych na Facebooku, w internecie. Niestety mamy również często do czynienia ze zniekształconym obrazem istoty rodziny. Przestrzegał przed tym Jana Paweł II. W 1980 r. pisał, że media „przekazują często zniekształcony obraz istoty rodziny, jej fizjonomii, jej funkcji wychowawczej. Środki te mogą wprowadzić także wśród członków rodziny nawyk powierzchownego zadowolenia z zaoferowanych programów, bezkrytyczną bierność w stosunku do ich treści, brak konfrontacji i konstruktywnego dialogu”. Takie tematy podejmowane przez Jana Pawła II jak: „Telewizja w rodzinie: kryteria właściwego wyboru programów” (1994 r.), „Media w rodzinie: ryzyko i bogactwo” (2004 r.) są wciąż bardzo aktualne w naszej dzisiejszej debacie publicznej.

 

Problemy ludzi starszych

 

Kolejnym ważnym tematem podejmowanym przez Jana Pawła II w jego nauczaniu do ludzi mediów była troska o ludzi starszych i ich problemy. Czy i dzisiaj nie jest to temat palący do zrealizowania? Żyjemy w społeczeństwie, w którym w wielkim świecie reklamy widzimy niemal kult młodości i tężyzny fizycznej. Coraz większa liczba ludzi starszych nie radzi sobie w dzisiejszym społeczeństwie. Młode pokolenie  nie przejmuje się zbytnio starością. Bardzo często alternatywą dla osób starszych i chorych są Domy Pomocy Społecznej. Oczywiście jest grono wspaniałych wolontariuszy, np. Caritasu, którzy chętnie niosą pomocy ludziom starszym. Tym niemniej wydaje się, że w mediach święci tryumfy popkultura z przewagą młodości, a wciąż zbyt mało jest debaty o osobach starszych i ich problemach. A Jan Paweł II apelował do mediów już w 1982 r.: „Ci, którzy zaangażowani są w dziedzinie środków przekazu społecznego mają do wypełnienia bardzo ważną misję, można powiedzieć nawet niezastąpioną. To właśnie przy pomocy środków przekazu społecznego oraz uniwersalnego zasięgu ich działania i zwięzłych informacji można bardzo szybko skłonić do refleksji i zwrócić uwagę na warunki, w jakich żyją ludzie starsi. Jedynie społeczność świadoma, zdrowa i zdynamizowana zdolna jest podejmować nowe rozwiązania, które odpowiadają jej nowym potrzebom” – pisał papież.

 

Kształtowanie opinii publicznej

 

Jan Paweł II dostrzegał rolę opinii publicznej i to jak jest kształtowana przez mass media. Myślę, że to co napisał w 1986 r. jest doskonałą diagnozą naszego dziś. Media mają, jak podkreślał, „ogromne znaczenie wytwarzania moralnie zdrowej opinii publicznej w sprawach, które najściślej wiążą się z dobrem ludzkości naszych czasów. Należą doń wartość ludzkiego życia, rodziny, pokoju, sprawiedliwości i solidarności między narodami. Należy koniecznie budzić wrażliwość opinii publicznej na absolutną wartość ludzkiego życia, które winno być w pełni uznawane we wszystkich swoich stadiach, od chwili poczęcia aż do śmierci, i we wszystkich swoich formach, również wtedy, gdy jest naznaczone chorobą lub jakąkolwiek ułomnością fizyczną czy duchową. Coraz bardziej szerzy się bowiem mentalność materialistyczna i hedonistyczna, według której życie tylko wtedy zasługuje na ochronę, gdy odznacza się zdrowiem, młodością i pięknem” – zauważył papież. Wydaje się, że dzisiaj nie ma właściwej promocji świętości życia ludzkiego, jego obrony od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. Tak naprawdę nie istnieje, choćby w mediach publicznych, kultura życia i cywilizacja życia. Mówi się, że społeczeństwo jest w większości za aborcją, ale nie widać edukacji w kierunku pokazania prawdy o dramacie aborcji. Oczywiście czynią to media katolickie, ale przecież one nie mają takiej siły przebicia jak duże ośrodki medialne.

 

Wciąż aktualny pozostaje apel Jana Pawła II o to, aby środki społecznego przekazu były pomostem pomiędzy wiarą i kulturą i były w służbie chrześcijańskiej promocji młodzieży. Jan Paweł II pisał również bardzo dużo o sprawach, którymi dzisiaj żyje współczesny świat, jak: braterstwo, solidarność, pokój i dialog. Jednym z ważnych tematów, którym żyje opinia publiczna jest rola kobiet w społeczeństwie. Już w 1986 r. Jan Paweł II przypomniał, że współczesne środki przekazu powinny być w służbie postępu kobiety w społeczeństwie. Jakże trafnie i aktualnie brzmią jego słowa: „Często jednak obserwujemy ze smutkiem, że środki przekazu wyzyskują kobiety zamiast ukazywać ich godność. Ileż razy kobiety są traktowane nie jako osoby o niezbywalnej godności, ale jak przedmioty, które mają zaspakajać cudzą żądzę przyjemności lub władzy? Ileż razy lekceważy się czy wręcz ośmiesza rolę kobiety jako żony i matki? Ileż razy rolę kobiety w miejscu pracy i w życiu zawodowym ukazuje się tak, jakby była ona karykaturą mężczyzny, pomijając specyficzne cechy kobiecej intuicji, jej zdolność współczucia i zrozumienia, jakże istotną dla «cywilizacji miłości»? Same kobiety mogą wiele uczynić, aby skłonić środki przekazu do lepszego ich traktowania: mogą popierać nadawanie programów edukacyjnych, uczyć innych – zwłaszcza swoich bliskich – krytycznego odbioru treści przekazywanych przez media, dzielić się z producentami programów, wydawcami, stacjami telewizyjnymi i radiowymi oraz twórcami reklam swoimi opiniami na temat programów i publikacji, które uwłaczają godności kobiet i wyrażają lekceważenie dla ich roli w społeczeństwie. Ponadto kobiety mogą i powinny przygotowywać się do spełniania twórczych i kierowniczych funkcji w świecie środków przekazu, nie po to, by wchodzić w konflikt z mężczyznami lub naśladować ich role, ale by odcisnąć znamię swego «geniuszu» na własnej pracy i działalności zawodowej” –  napisał papież.

 

Epoka globalnej komunikacji

 

Nowe technologie stwarzają nowe możliwości komunikowania, pojmowanego jako narzędzie ewangelizacji i pracy w duszpasterstwie. Widział o tym Jan Paweł II. To przecież jego pontyfikat był świadkiem szybkiego rozwoju cyberprzestrzeni i kontynentu cyfrowego. Wciąż warto sięgać do jego orędzi, w których pisał o misji Kościoła w erze komputerów, Ewangelii w epoce globalnej komunikacji, a internet uważał za nowe forum głoszenia  Ewangelii.

 

Jan Paweł II swoim nauczaniem wszedł w epokę globalnej komunikacji. Wydał o niej etyczną ocenę i zostawił diagnozę, która jest dzisiaj nam bardzo potrzebna.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika  Katolickiego „Niedziela”

 

 

 

 

 

Protest Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przeciwko pobiciu operatora TVP

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko utrudnianiu pracy dziennikarzy i osób realizujących z nimi materiały dziennikarskie np. operatorów telewizyjnych podczas wykonywania ich zawodowych obowiązków, czego skandalicznym przykładem jest pobicie operatora Telewizji Polskiej w trakcie realizacji materiału dziennikarskiego z aresztowania biznesmena Ryszarda K. w Gdyni 15 października 2020 r.

 

Do brutalnego ataku na operatora Telewizji Polskiej doszło ok. godz. 19.30. Syn zatrzymanego przez CBA biznesmena Ryszarda K. podszedł do ekipy, a następnie – jak wynika z relacji reporterki TVP INFO – zaczął popychać operatora, kilkukrotnie uderzył go też w twarz i przewrócił na ziemię. Zakrwawionemu operatorowi została udzielona pomoc medyczna. Jak poinformowała Polska Agencja Prasowa biznesman Ryszard K. oraz adwokat Roman Giertych zostali zatrzymani przez CBA w związku ze sprawą wyprowadzenia ok. 92 mln zł z giełdowej spółki developerskiej. Wraz z nimi zatrzymano także dziesięć innych osób, wśród nich są także członkowie zarządu tej spółki.

 

CMWP  SDP przypomina, że fizyczne ataki na dziennikarzy, operatorów, czy fotoreporterów są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca. Bezpieczeństwo pracy osób relacjonujących wszelkie wydarzenia, w tym te wywołujące silne społeczne emocje, powinno być zawsze przedmiotem troski wszystkich stron zaangażowanych w sytuację konfliktową, a zgodnie z obowiązującym prawem zobowiązane one są do zapewnienia dziennikarzom i osobom z nimi pracującym warunków pracy niezagrażających ich życiu i zdrowiu .

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 16 października 2020 r

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Relacja obserwatora CMWP SDP z procesu

Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu toczy się tak zwany „proces ochroniarzy” dotyczący uprowadzenia, pozbawienia wolności i pomocnictwa w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. O czyny te oskarżeni są Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, którzy nie przyznają się do winy. Kolejna rozprawa odbyła się 13 października.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich jest od lutego 2019 r. obserwatorem tego procesu. CMWP SDP na rozprawach w sądzie reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

W Poznaniu, w Sądzie Okręgowym, w październiku przewidziano dwie rozprawy. We wtorek 13., zeznawał tylko jeden świadek, Maciej B., który znany jest również pod pseudonimami: Baryła, Młody i Małolat. Obecnie odsiaduje on wyrok dożywocia w innej sprawie. Pomimo, że był to długi i żmudny dzień w sądzie, nie padły żadne – zdaniem obserwatora – przełomowe zeznania. Rozprawa stanowiła, dalszy ciąg przerwanych w lutym 2019, zeznań Macieja B. Odtworzono dwa nagrania – filmy – na których Baryła ujawnia swoją wiedzę na temat Jarosława Ziętary, przed krakowskim prokuratorem Piotrem Kosmatym. Obecny na sali prokurator Mirosław Kozioł, wnioskował by nagrania odtworzono od początku, jednak sąd postanowił rozpocząć projekcję od momentu gdzie w lutym 2019 r. została ona przerwana. W dalszym ciągu rozprawy odczytywano protokoły zeznań, Macieja B. złożone w czasie śledztwa, w prokuraturze i w sądzie od roku 2011. Główne tezy można podsumować następująco:

 

Jarosław Ziętara został zauważony przez ochronę holdingu Elektromis, że fotografuje teren i obiekty firmy. Jeden z ochroniarzy uderzył dziennikarza w ucho, w wyniku czego Ziętara miał mieć podbite oko i rozbito mu aparat fotograficzny. – Najpierw Jarek został przyłapany pod Elektromisem, jak robił zdjęcia. To było jesienią 1991 roku. Z opowieści kolegów wiem, że przyłapał go ochroniarz Bekon, który rozbił mu aparat i dał „w ucho”, Jarek miał chyba podbite oko. Potem, jak pod bramę przyjeżdżały jakieś samochody, mówiono, że trzeba dać znać klaksonem. Trzy razy trąbiono. Mówiło się, że Ziętara siedzi w krzakach i robi zdjęcia tirom przyjeżdżającym do Elektromisu.

 

Wiosną 1992 roku zastraszano Ziętarę w jego mieszkaniu, w Poznaniu na ul. Kolejowej. W tym zdarzeniu brał udział świadek wraz z nieżyjącym już Dariuszem L. pseudonim Lewy. Ziętarze zabrano mikrofilmy i aparat, którym je wykonywał oraz tradycyjne w tamtym czasie filmy i negatywy w rolkach.

 

Na tę robotę wiosną 1992 roku zabrał mnie mój kolega, ochroniarz Lewy z Elektromisu. Nie mówiłem o tym w pierwszych zeznaniach, bo wstydziłem się, że będę obsmarowany w mediach. Drzwi otworzyliśmy „z kopa”. To były stare drzwi, nie przywiązywaliśmy uwagi czy potem były zepsute. Lewy przytrzymał Ziętarę, może też Jarek lekko dostał w klatkę piersiową. Ja przeszukałem mieszkanie. Znalazłem dwa aparaty, w tym jeden na mikrofilmy. Jarek mówił, że mamy to zostawić, bo to sprzęt z UOP. Jeden aparat zniszczyliśmy, a drugi, ten na mikrofilmy, zabraliśmy.

 

Po tym zdarzeniu, tego samego roku, miało dojść do spotkania na terenie Elektromisu, kiedy to, w obecności pracowników Elektromisu oraz szefa firmy Mariusza Ś., Aleksander G. miał podżegać do zabicia Jarosława Ziętary. Baryła podtrzymuje, że widział i słyszał, wszystko co ustalano bowiem stał tuż obok grupy. Aleksander G. przyjechał do siedziby Elektromisu w towarzystwie dwóch Rosjan, według świadka bardzo elegancko ubranych, w świecących, wypastowanych butach, wysiadających z luksusowego samochodu. Mimo upału mieli być ubrani w długie skórzane kurtki, pod którymi ukrywali broń, tzw. tetetki (radzieckie pistolety Tokarievy). – Wiem jak wyglądają osiłki. Ci według mnie to byli żołnierze, może pracownicy KGB. Bezwzględni, do dziś jak o nich mówię mam gęsią skórkę. (…)Twarz szczupła, owalna bardzo mocno wysadzone policzki. Oczy martwe, głęboko osadzone, było w nich widać zło. Ta twarz zostanie już w mojej głowie do końca.

 

1 września 1992 roku Jarosław Ziętara, według prokuratury, został uprowadzony i zamordowany. Maciej B. samego porwania nie widział, nie był też świadkiem przetrzymywania i zamordowania dziennikarza. Od nieżyjącego już Lewego wie, że w zbrodnię zaangażowanych było siedem osób. Pięcioro to ludzie związani z Elektromisem: oskarżeni Ryba i Lala, nieżyjący ochroniarze Lewy i Kapela (Dariusz L. Roman K.) oraz Marek Z. Na miejscu porwania mieli być także dwaj Rosjanie związani z Aleksandrem G.

 

Słyszałem, że tyle osób tam było, ale tego nie widziałem. Nie widziałem też samego zabójstwa, ale pokazywano mi potem ludzkie kości mówiąc, że to szczątki Ziętary.

 

Dopytywany o szczątki zamordowanego dziennikarza, a także o rzekomą propozycję finansową dla Ziętary, Baryła zeznał:

 

– Nie wydaje mi się by taką propozycję mu złożyli. Może chcieli, żebym ja o nim tak myślał, a może chodziło o ochronę interesów. (…) Szczątki pokazywano mi we wrześniu, ale nie pamiętam jaki to był dzień. Może chodziło żeby mnie przestraszyć.

 

We wtorek, Maciej B. podtrzymał swoje zeznania, te które składał przed prokuratorem Piotrem Kosmatym. Warto jednak przypomnieć, że kilka lat temu wycofał się z tych zeznań, twierdząc, że to dlatego bo oszukał go prokurator. Chodziło o prezydencki akt łaski, na który liczył Maciej B.

 

– Obiecano mi złote góry. Nie zrobiono nic, żadnej pomocy i jeszcze osadzono mnie w najcięższym więzieniu w kraju.

 

Podczas rozprawy kilkakrotnie twierdził, że był zastraszany w więzieniu. Grożono, że skrzywdzona zostanie córka, a matce wrzucą granat.

 

– Teraz mi z rodziny poumierały najważniejsze osoby i nie mam się czego bać.

 

Sam świadek wydawał się tego dnia osowiały i przygaszony. Po godzinie 14. 00 zeznania Macieja B. Przerwano, będą one kontynuowane w późniejszym terminie.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska