ŁUKASZ WARZECHA: Nie ulegajmy pokusie cenzury

Wydarzenia dopisały dalszy ciąg do mojego zeszłotygodniowego tekstu, w którym zauważałem, że media nie zapraszają do debaty o strategii wobec epidemii tych ekspertów, którzy mają na jej temat zdanie inne niż rządzący oraz dyżurni histerycy wśród lekarzy. Wydarzyły się w ciągu paru ostatnich dni dwie rzeczy. Po pierwsze – odmienne, osobne głosy zaczęły się jednak w końcu pojawiać. Po drugie – zaczęły się również pojawiać niemal już całkiem jawne żądania ich ocenzurowania.

 

W programie „Salon Dziennikarski” w TVP Info, prowadzonym przez Jacka Karnowskiego, stanowisko najbardziej sceptyczne wobec działań władzy oraz sposobu przedstawiania epidemii przez media zajmował Maciej Pawlicki. Z kolei doktor Paweł Basiukiewicz pojawił się w Polsat News u Bogdana Rymanowskiego, a także wywiad z nim ukazał się w dzienniku „Rzeczpospolita” (z którym mam przyjemność współpracować). Widać zatem, że w końcu zaczyna się to, co powinno było nastąpić już dawno: poważna debata, pokazująca, że dla obecnej drogi są alternatywy.

 

Zarazem jednak po stronie zwolenników radykalnego podejścia wydaje się narastać histeria, ale też chęć domknięcia drzwi lekko uchylonych na odmienne opinie. W programie „Winien i Ma” w Trójce, prowadzonym przez Wojciecha Surmacza, prezesa Polskiej Agencji Prasowej, został przywołany mój tłit, w którym stwierdziłem, że nie zamierzam nosić maseczki na wolnym powietrzu. Prowadzący nie odniósł się do podnoszonych przez wiele osób – w tym przeze mnie w tym samym wpisie – wątpliwości dotyczących nie tylko medycznego uzasadnienia takiego nakazu, ale też podstawy prawnej dla niego. Powiedział jedynie: „ręce opadają”. Na co jeden z gości, dr Artur Bartoszewicz z SGH, uznał, że opinie takie jak moja powinny być wykluczane z debaty, a ich autorzy traktowani jak terroryści i „zdejmowani z ulicy”. Prowadzący Wojciech Surmacz nie zareagował.

 

Być może gdyby chodziło o kogoś innego wydarzenie nie byłoby godne uwagi, ale pamiętajmy, że mówimy o prezesie PAP, a więc osobie, która odpowiada za dostarczanie mediom źródłowych informacji. Wydawałoby się, że szef najważniejszej polskiej agencji prasowej powinien być szczególnie zainteresowany wyjaśnianiem wątpliwości. Okazuje się, że jest inaczej. To wyjątkowo niepokojące, gdy weźmie się pod uwagę, że PAP prowadzi projekt umożliwiający zgłaszanie domniemanych „fejkniusów” o epidemii, które następnie na specjalnym portalu są obalane. Można mieć obawy, że zamiast walczyć z autentycznymi fałszywkami, projekt posłuży do walki z zasadnym i dobrze udokumentowanym sceptycyzmem.

 

Jeśli przyjrzeć się wiadomościom, które zostały w jego ramach oznaczone jako „fake news”, znajdziemy tam przypadki przynajmniej dyskusyjne. Np. jako fałszywa została oznaczona wiadomość, że zmarłym na COVID nie wykonuje się w Polsce sekcji zwłok (od tego zależy pośrednio wiarygodność ogłaszanej liczby zgonów) – tymczasem w treści raportu czytamy, że „nie jest to działanie rutynowe”. Wiadomo, że nieprzeprowadzanie sekcji zwłok w każdym przypadku śmierci przypisywanej koronawirusowi budzi duże kontrowersje również wśród lekarzy.

 

Inny przypadek to zdementowanie nawet nie informacji, ale opinii, że mamy obecnie do czynienia z pełzającym lockdownem. To nie jest fałszywa informacja, którą można dementować w ramach „polowania na fake newsy”, ale ocena rządowej strategii. Ocena nie może zostać uznana za „fake news”.

 

Portal zajął się też tłitami doktora Pawła Basiukiewicza, dotyczącymi noszenia maseczek – oczywiście oznaczając je jako fałszywki, choć z uzasadnienia takiej oceny w żaden sposób nie wynika, że twierdzenia o nieskuteczności masek są jednoznacznie fałszywe. W obiegu są różne dane.

 

PAP-owski Fakehunter działa już od dawna, był przedmiotem polemik na portalu SDP jeszcze w kwietniu. Przeglądając zawartość portalu, przekonuję się dzisiaj, że miałem rację, ostrzegając wówczas, że będzie służył promowaniu jedynie słusznej narracji i tłumieniu dyskusji w co najmniej takim samym stopniu jak dementowaniu fejków. Zachowanie prezesa PAP jako prowadzącego wspomniany program jedynie mnie w tym upewnia.

 

Z kolei pisząca dla OKO Press specjalistka w dziedzinie marketingu instytucji publicznych, była dyrektor biura posła PO Roberta Tyszkiewicza Anna Mierzyńska była oburzona (na Twitterze) tym, że „Rz” opublikowała wywiad z dr. Basiukiewiczem. Wywiad, dodajmy, w którym coraz bardziej znany medyk przedstawiał bardzo rzeczowe argumenty na rzecz całkiem innej koncepcji walki z epidemią niż dotychczasowa, posiłkując się konkretnymi danymi i analizami. Mierzyńska uznała, że taki wywiad nie powinien się w poważnej gazecie ukazać.

 

Największy kaliber miał jednak spór pomiędzy Joanną Lichocką, członkiem Rady Mediów Narodowych, a Jackiem Karnowskim, dotyczący opinii wygłaszanych w „Salonie Dziennikarskim” przez Macieja Pawlickiego. „Nie rozumiem, czemu TVP toleruje w obecnej sytuacji takie wyskoki jak te w tym programie. Pogarda dla tych co umierają (bo »mało« ich), dla tych co ciężko covid przechodzą (»jak grypa«). Co trzeba mieć w głowie, by namawiać do lekceważenia zagrożenia?” – pisała Lichocka na Twitterze. Karnowski ripostował: „Debata w tej sprawie, Joanno, jest w pełni uprawniona. Argumentem odpowiedzialności można zamknąć usta każdemu (ta rozmowa to wynik poczucia odpowiedzialności za losy Kraju). Ja jestem dumny, że taka debata może się odbyć w TVP”.

 

Uwagi Lichockiej powinny wywołać szczególny niepokój, ponieważ nie jest to opinia prywatnej osoby, ale posłanki partii rządzącej, a zarazem członkini organu decydującego o obsadzaniu kierowniczych stanowisk w mediach państwowych. Tu akurat mamy do czynienia z klasycznym konfliktem interesów: broniąc działań władzy przed krytyką, członek RMN może próbować wpłynąć na to, czy w mediach publicznych jest miejsce na polemikę czy nie. Nie tylko zresztą w tej sprawie. A webinar is an online event that is hosted by someone broadcast to a select group of individuals online. (A webinar is sometimes also referred to as a “webcast”, “online event” or “web seminar”.) You should learn about recorded webinar software here.

 

Na dodatek od kilkunastu dni mamy do czynienia z niezbyt oryginalną taktyką wrzucania do jednego worka marginalnej grupy osób, całkowicie zaprzeczających istnieniu wirusa (choć, prawdę mówiąc, naprawdę trzeba się naszukać, żeby takie głosy znaleźć) oraz tych, którzy są po prostu krytycznie nastawieni wobec sposobu walki z epidemią bądź kwestionują przypisywane jej znaczenie. (Nawiasem mówiąc, słyszałem w ostatnim czasie niejeden taki głos ze strony lekarzy – oczywiście w prywatnych rozmowach.) To bardzo prymitywny zabieg, lecz w wielu sytuacjach skuteczny.

 

Czas epidemii – jak już pisałem – jest zarazem czasem testu mediów. Dobrze, że wiele z nich coraz śmielej daje miejsce debacie. Niedobrze, że coraz głośniej krzyczą ci, którzy uważają, że to zachęta do „demobilizacji” albo świadectwo lekceważenia zagrożenia. Z tego typu argumentacją należy być maksymalnie ostrożnym, bo nie ma dużej przesady w stwierdzeniu, że to wstęp do cenzury. Co gorsza, cenzury nie instytucjonalnej, ale spontanicznej.

 

Analogie bywają złudne, jednak nie sposób uciec od skojarzenia z czasem schyłku II RP, gdy każdy tekst, kwestionujący sanacyjną linię, przestrzegający przed rosnącym zagrożeniem i wytykający polskiemu państwu dramatyczne nieprzygotowanie do nieuchronnie nadciągającego konfliktu był w najlepszym wypadku kwitowany jako oszołomstwo i defetyzm, a w najgorszym mógł skutkować postawieniem autora przed sądem lub umieszczeniem go na mocy decyzji administracyjnej w obozie odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Od tych wzorców trzymajmy się jak najdalej.

 

Łukasz Warzecha

Czy Kościół jest bezradny wobec cyfrowego świata? – analiza ks. ARTURA STOPKI

Kościół stoi przed wielkim zadaniem uwzględnienia w swej misji nowych mediów. Jak duży to problem pokazuje dopiero co opublikowana trzecia encyklika papieża Franciszka.

 

Czytając najnowszą encyklikę papieża Franciszka, zatytułowaną „Fratelli tutti”, nie tylko wielcy entuzjaści globalnej sieci i nowych technologii mają szansę wpaść w przygnębienie. Spore zaniepokojenie mogą odczuć również miliony, a właściwie miliardy zwykłych, codziennych użytkowników internetu. Zwłaszcza ci, dla których stał się on zwykłym, niemal naturalnym sposobem komunikowania z innymi i miejscem wyrażania swoich opinii oraz poglądów w rozmaitych kwestiach. Papież nie szczędzi krytycznych diagnoz i ocen cyfrowego oraz medialnego świata. Wytyka mu wiele grzechów i przewinień. Być może tak długa lista zarzutów i znikoma ilość pozytywów to wynik poważnych problemów, przed jakimi stanął Kościół katolicki w związku z powstaniem, błyskawicznym rozpowszechnieniem i trwającym intensywnym rozwojem nowych form międzyludzkiej komunikacji.

 

Mroki świata

 

Opisując w pierwszym rozdziale encykliki „Mroki zamkniętego świata” Franciszek wskazuje m.in. „Złudzenie komunikacji”. Jego zdaniem paradoksem jest, że gdy narastają postawy zamknięcia i nietolerancji, równocześnie niemal przestaje istnieć prawo do prywatności, a wszystko staje się rodzajem spektaklu. Zdaniem Papieża w komunikacji cyfrowej dąży się do pokazania wszystkiego, a każda jednostka staje się obiektem spojrzeń, które rewidują, obnażają i rozpowszechniają, często anonimowo. „Szacunek dla drugiego człowieka całkiem się rozpada, a w ten sposób właśnie, podczas gdy tego człowieka odsuwam, ignoruję i trzymam na dystans, mogę bezwstydnie wtargnąć w jego życie, aż do skrajności” – czytamy w dokumencie.

 

Jakby tego było mało, Papież napisał wprost o ruchach „cyfrowej nienawiści i zniszczenia”, które nie stanowią pomocy wzajemnej, ale jedynie dają „słabe zjednoczenia przeciw jakiemuś nieprzyjacielowi”. Franciszek wspomniał też o związanym z mediami cyfrowymi ryzyku uzależnienia, izolacji i postępującej utraty kontaktu z rzeczywistością. Wszystko to utrudnia rozwój autentycznych relacji międzyludzkich. „Potrzeba gestów fizycznych, mimiki, milczenia, mowy ciała, a nawet zapachu, drżenia rąk, rumieńca, potu, ponieważ to wszystko mówi i należy do komunikacji międzyludzkiej” – zwrócił uwagę Następca św. Piotra.

 

Nie wystarcza

 

Według niego kontakty wirtualne zwalniają ze żmudnego pielęgnowania przyjaźni, ze stabilnej wzajemności, z dojrzewającej z czasem zgodności, mają pozory kontaktów towarzyskich. „Nie budują prawdziwie „nas”, ale zazwyczaj maskują i wzmacniają ten sam indywidualizm, który wyraża się w ksenofobii i pogardzie dla słabych” – ocenił Papież. Dodał, że połączenie cyfrowe nie wystarcza do budowania mostów i nie jest w stanie zjednoczyć ludzkości.

 

Co więcej, zdaniem Papieża, możliwość niezrównanej ekspansji znajduje w urządzeniach mobilnych i komputerach agresywność społeczna. Dzięki temu ideologie mogły porzucić „wszelki wstyd”. Franciszek zaalarmował, że w świecie cyfrowym działają ogromne interesy ekonomiczne, zdolne do posługiwania się zarówno subtelnymi, jak i inwazyjnymi formami kontroli. Tworzone są mechanizmy manipulowania sumieniami i procesem demokratycznym. „Działalność wielu platform internetowych często polega na ułatwianiu spotkań osób podobnie myślących, utrudniając konfrontację między zróżnicowanymi stanowiskami” – wytknął Papież. Zauważył też, że zamknięte obiegi ułatwiają rozpowszechnianie fałszywych informacji i wiadomości, podsycając uprzedzenia i nienawiść.

 

Nawet w katolickich

 

W najnowszej encyklice Biskup Rzymu nie oszczędził nawet swoich współwyznawców. Odnotował, że w fanatyzmach, które prowadzą do niszczenia innych, mają udział również osoby religijne, nie wyłączając chrześcijan. Mogą oni przez to „stać się częścią sieci przemocy słownej, tworzonej za pośrednictwem internetu i na różnych forach lub przestrzeniach wirtualnej wymiany opinii”. Franciszek przyznał, że nawet w mediach katolickich może dojść do przekroczenia granic, tolerowania obmowy i oszczerstwa.

 

Podobnych sformułowań, ukazujących cyfrową rzeczywistość w negatywnym świetle, jest papieskim dokumencie więcej. Nie równoważy ich właściwie jedyny w całej encyklice punkt wskazujący na pozytywny także dla Kościoła potencjał nowych mediów. Franciszek przyznał w nim, że w zglobalizowanym świecie media mogą pomóc ludziom w poczuciu bliskości, a nawet tworzyć „odnowione poczucie jedności ludzkiej rodziny, które pobudza do solidarności i do poważnego zaangażowania na rzecz bardziej godnego życia”.

 

Dar Boga, ale…

 

Zdaniem Papieża w szczególności internet stwarza ogromne możliwości spotkania i solidarności między wszystkimi. „I jest to rzecz dobra, jest to dar Boga” – stwierdził Franciszek. Jednak nawet w tym momencie wezwał do nieustannej weryfikacji, czy dzisiejsze formy komunikacji rzeczywiście prowadzą do wielkodusznego spotkania, do szczerego poszukiwania całej prawdy, do służby, do bliskości z najmniejszymi, do budowania dobra wspólnego. A spuentował go takim cytatem: „Nie możemy zaakceptować cyfrowego świata zaprojektowanego tak, aby wykorzystać naszą słabość i wydobyć z ludzi to, co najgorsze”. Wziął te słowa z dokumentu autorstwa biskupów Australii.

 

Wiele wskazuje na to, że tak bardzo zdystansowane podejście Franciszka do internetu i nowych mediów ma korzenie w pewnej bezradności, jaką Kościół odczuwa wobec cyfrowego świata. Paradoksalnie uwypukliła ją niedawna (w sobotę, 10 października br.) beatyfikacja włoskiego piętnastolatka Carlo Acutisa. Jest on prezentowany przez środowiska kościelne jako „geniusz internetu”. W biogramach zmarłego na białaczkę w roku 2006 chłopaka można przeczytać, że zafascynował się internetem i uznał go za narządzie ewangelizacji. Stworzył m. in. stronę poświęconą cudom eucharystycznym.

 

Już nie dodatek

 

Problem w tym, że od wieków niezwykle istotnym elementem ewangelizacji prowadzonej przez Kościół jest bezpośrednie spotkanie osób. Globalna sieć, w tym media społecznościowe, wniosły w rzeczywistość międzyludzkich kontaktów zupełnie nową jakość. Sprawiły, że coraz więcej ludzi komunikację zapośredniczoną przez internet traktuje tak samo, jak realne bezpośrednie spotkanie twarzą w twarz. Takie podejście nasila się wraz z rozwojem nowych możliwości technicznych. Tu znajduje się naprawdę ważny, choć rzadko głośno nazywany po imieniu problem, z którym musi poradzić sobie Kościół. Jak ewangelizować, gdy spotkanie – mimo wszelkich pozorów bezpośredniości – jest jednak zapośredniczone? Gdy jest obciążone tymi wszystkimi słabościami, które wymienił we „Fratelli tutti” Franciszek?

 

Zmiana w międzyludzkiej komunikacji, spowodowana przez powstanie globalnej sieci i nowe technologie, jest nie tylko radykalna, ale również ma globalny wymiar. Kościół stoi więc przed nie lada zadaniem. Dotychczas w swych działaniach duszpasterskich uwzględniał środki masowej komunikacji w stosunkowo niewielkim stopniu. Teraz znalazł się wobec konieczności włączenia szeroko pojętych mediów (czyli faktycznych pośredników) w zakres narzędzi duszpasterskich i ewangelizacyjnych nie jako czegoś dodatkowego, ale jako środka wykorzystywanego codziennie i powszechnie.

 

 

Punkt zwrotny – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym, co robią radiowi reportażyści, kiedy codzienna rutyna już im nie wystarcza

Wielu dziennikarzy dochodzi w swojej pracy do punktu, w którym codzienna, szybka praca przestaje im wystarczać. Nie chodzi tu wyłącznie o reporterów newsowych, dla których pośpiech jest nieodłączną częścią życia. Nawet reportażyści, którzy (przynajmniej w teorii) na realizację materiałów mogą poświęcić więcej czasu, marzą często o wyrwaniu się z codziennego kołowrotka i pozostawieniu po sobie czegoś bardziej trwałego.

 

W przypadku reportera prasowego naturalną drogą wydaje się napisanie książki. Telewizyjny dziennikarz może zrobić film dokumentalny. A co z reportażystą radiowym?

 

Jak pokazuje doświadczenie ostatnich lat, reportaż radiowy jest w trudnym momencie, w którym trzeba znaleźć odpowiedź na zmieniającą się rzeczywistość. Radio powoli traci odbiorców. Rozwija się za to rynek podcastów. Warto popatrzeć, jak to wygląda w Stanach Zjednoczonych, które są kolebką tego medium.

 

Ojczyzna podcastu

 

Pamiętam, jak pięć lat temu, podczas międzynarodowej konferencji reportażystów radiowych IFC, słuchałam wystąpienia dwóch Amerykanek, które opowiadały o modelu radiofonii publicznej w Stanach. Nadawcy publiczni są tam zdecentralizowani, a w całym kraju działa około 1300 niewielkich stacji radiowych i telewizyjnych, które nie emitują reklam, za to można w nich zobaczyć i usłyszeć ambitne treści. Owszem, ci nadawcy dostają niewielkie dofinansowanie od państwa, ale przede wszystkim utrzymują się z datków słuchaczy i dzięki wsparciu sponsorów. Nic dziwnego, że na takim gruncie rynek podcastów mógł się szybko i efektywnie rozwinąć.

 

W 2019 roku wydatki na reklamę w podcastach na rynku amerykańskim wyniosły 708 mln dolarów. Pandemia i spowolnienie gospodarcze nie zatrzymały wzrostu wydatków na reklamę. Co więcej, to właśnie w maju tego roku Joe Rogan, czyli najpopularniejszy na świecie twórca podcastów, podpisał z serwisem Spotify umowę na wyłączność. Nieoficjalnie mówi się, że kontrakt opiewał na 100 mln dolarów.

 

Dlaczego mówię o tym wszystkim? Co ma wspólnego podcast w Stanach z reportażem w Polskim Radiu? Jak się okazuje – zaskakująco dużo.

 

Idzie nowe

 

Kiedy pięć lat temu słuchałam o tym, że słuchacze sami wybierają w internecie autorów i treści, które są dla nich najbardziej interesujące, wiedziałam już, że jest to przyszłość rynku audio także w Polsce – ale nie sądziłam, że ta przyszłość nadejdzie tak szybko.

 

Pierwszym sygnałem, że idzie nowe, było pojawienie się podcastów na wspomnianej już przeze mnie International Feature Conference. To coroczne wydarzenie było przez kilkadziesiąt lat swojej historii zarezerwowane dla radiowców. Kilka lat temu twórcy dokumentalnych podcastów także zaczęli wysyłać swoje produkcje do organizatorów konferencji, aby zaprezentować je tak samo, jak to robią reportażyści. Od tego czasu podcasty regularnie goszczą w programie konferencji. Rywalizują też z typowo radiowymi reportażami o najważniejsze radiowe nagrody. Wystarczy wspomnieć choćby „On a bloody trail of a Dane”, czyli duński, wiejący grozą serial podcastowy, o spotkaniu dwojga dziennikarzy z psychopatycznym mordercą. Podcast ten znalazł się na krótkiej liście programów rywalizujących w tym roku o Prix Italia, czyli najważniejszą na świecie nagrodę radiową.

 

Podcast po polsku

 

Polskie Radio od dawna umieszcza swoje audycje w internecie. Niedawno władze radia zdecydowały się na kolejny krok – produkowanie treści wyłącznie z myślą o internecie, czyli właśnie podcastów.

 

Wysyp radiowych produkcji przeznaczonych wyłącznie do internetu rozpoczął się jednak na początku roku. Najpierw Dariusz Rosiak, znany i ceniony dziennikarz Trójki, po burzliwym rozstaniu z Polskim Radiem uruchomił własny podcast. Jego „Raport o stanie świata” to jeden z najbardziej medialnych podcastów w Polsce – na jego temat pojawiło się prawie 10 tysięcy wzmianek. W sierpniu Rosiak ogłosił wyniki pierwszego półrocza tworzenia audycji wyłącznie w internecie: milion odsłuchów na platformie Anchor, drugie tyle w Spotify.

 

Kilka miesięcy temu nadawanie rozpoczęło internetowe Radio Nowy Świat. Zaledwie przed paroma dniami ogłoszono powstanie kolejnego radia tworzonego przez dawnych dziennikarzy Trójki, czyli Radia 357. Obie inicjatywy spotkały się z ogromnym zainteresowaniem i wsparciem słuchaczy.

 

Co więcej, na początku października swoją premierę miał także drugi sezon „Śledztwa Pisma”, reporterskiego podcastu o tajemniczych sprawach kryminalnych, który brzmi trochę jak połączenie audiobooka z reportażem radiowym. Pierwszy sezon był ogromnym sukcesem. Odcinków posłuchano ponad 600 tysięcy razy. Można się spodziewać, że drugi sezon też osiągnie świetny wynik. Zwłaszcza że podcasty w Polsce zdobywają coraz większą popularność. Rynek co miesiąc rośnie o 40 procent. Już jedna czwarta internautów słucha tego typu produkcji – zwłaszcza na tematy związane ze zdrowiem, psychologią, technologią czy biznesem.

 

Co z tym reportażem?

 

Co zrobią w tej sytuacji reportażyści radiowi? Niektóre rozgłośnie zdecydowały się nawiązać współpracę ze Spotify i tam właśnie można słuchać reportaży, przygotowanych na przykład przez zespół Radia Lublin czy Radia Katowice. Nie wszystkie jednostki Polskiego Radia zdecydowały się to zrobić, z różnych względów formalno-prawnych. Duże, radiowe projekty dokumentalne realizowane są rzadko, z braku funduszy.

 

Reportażyści, którzy szukają dla siebie nowych wyzwań, paradoksalnie więc sięgają po inne medium niż radio – piszą książki. Ostatnie lata to prawdziwy wysyp książek reporterskich, których autorami są radiowcy. Zaczęło się od Eweliny Karpacz-Oboładze ze Studia Reportażu i Dokumentu, która wraz z Angeliką Kuźniak napisała najpierw biografię Ewy Demarczyk „Czarny Anioł”, a potem też znakomitą książkę „Krótka historia o długiej miłości”, która opowiadała o uczuciu trwającym kilkadziesiąt lat, zapoczątkowanym w stalinowskim więzieniu. Później książkę opublikowały też Hanna Bogoryja – ZakrzewskaKatarzyna Błaszczyk. „Zdarzyło się naprawdę. Opowieści reporterskie” to z jednej strony literacka wersja znanych i nagradzanych reportaży autorek, a z drugiej – powrót do bohaterów sprzed lat. Swoją premierę w ostatnich miesiącach miał też literacki reportaż Bartosza Panka, dziennikarza Dwójki, reportażysty, zdobywcy „radiowego Oscara”, czyli Prix Italia. Jego książka „U nas każdy jest prorokiem. O Tatarach w Polsce” opowiada właśnie o tej mniejszości, zamieszkującej głównie Podlasie. I chociaż nie wolno mi jeszcze zdradzać szczegółów, najbliższe miesiące przyniosą nam kolejne premiery książek napisanych przez radiowców.

 

O czym świadczy fakt, że tyle książek piszą radiowcy? Na pewno o tym, że chociaż opowieść skonstruowana za pomocą samego dźwięku jest piękną formą, to jednak niesie za sobą pewne ograniczenia. Reportaż radiowy, żeby trafiał do słuchaczy, musi być stosunkowo prostą, a na pewno bardzo klarowną historią. Zbyt wiele niuansów czy dygresji spowoduje, że odbiorca zwyczajnie się pogubi. Co zrobić z ogromnym materiałem, który często zbieramy w trakcie dokumentowania tematu? Napisanie książki wydaje się być naturalnym pomysłem.

 

Jednak fakt, że radiowcy wybierają słowo pisane, a nie właśnie podcast (lub reporterski serial podcastowy), świadczy też o pewnym braku. Projektów w rodzaju „Śledztwa Pisma” na polskim rynku jest jeszcze bardzo niewiele. Większość podcastów to monologi lub wywiady. Przygotowanie podcastu reporterskiego jest kosztowne i obarczone pewnym ryzykiem (bo nigdy nie wiadomo, jak potoczy się dana historia).

 

Czy to się zmieni w przyszłości? Czy znajdą się ludzie, gotowi inwestować w duże, dokumentalne projekty dźwiękowe? Patrząc na tempo rozwoju nowego medium – zapewne tak. I to prawdopodobnie szybciej, niż nam się wydaje.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

ADAM SOCHA: Roztrojenie Trójki

Okazuje się, że w miejsce jednej, będziemy mieli aż trzy Trójki! Po wysadzeniu w powietrze zespołu decyzją o zdjęciu z Listy Przebojów piosenki Kazika, najpierw powstało w internecie Radio Nowy Świat. Wówczas misji ratowania „Trójki” podjął się Kuba Strzyczkowski, ale po wyborach prezydenckich przestał być potrzebny Joannie Lichockiej i Krzysztofowi Czabańskiemu, jak i reszta „Trójkowych” złogów.

 

Miłośnicy Trójki byli przekonani, że Kuba Strzyczkowski i jego koledzy, którzy odeszli wraz z nim wkrótce znajdą miejsce w RNŚ. A tu bomba! Marek Niedźwiecki, Kuba Strzyczkowski, Piotr Kaczkowski, Marcin Łukawski, Piotr Stelmach, Katarzyna Borowiecka, Michał Olszański, Agnieszka Obszańska, Paweł Sołtys, Tomasz Michniewicz, Ernest Zozuń, Ola Budka, Marcin Cichoński, Marek Brzeziński, Katarzyna Kłosińska, Tomasz Rożek, Filip Jaślar, Łukasz Błąd, Gabriela Darmetko, Iza Woźniak, Daniel Wyszogrodzki, Krzysztof Szubzda, Roma Leszczyńska i Tomasz Jeleński, w sumie 40 dziennikarzy radiowej Trójki tworzy kolejne radio w internecie: „Radio 357”, nawiązując do adresu Trójki przy Myśliwieckiej 3/5/7.

 

Eksperci nie mają wątpliwości, że internetowa rozgłośnia będzie konkurencją dla Radia Nowy Świat i może odebrać jej patronów. – Jak się dowiedziałam, że robią to radio, byłam zaskoczona – przyznaje dla Press.pl Magda Jethon, redaktorka naczelna RNŚ.

 

W drugim dniu zbiórki funduszy na Radio 357 na portalu Patronite.pl ponad 6 tys. patronów wpłaciło w sumie ponad 150 tys. złotych. – Będziemy potrzebowali co miesiąc 500 tysięcy złotych, żeby się utrzymać i rozwijać – mówi Tomasz Michniewicz z Radia 357 dla Press.pl.

 

Dla porównania Radio Nowy Świat w podobnym czasie miało ponad 2 tys. patronów i zebranych ponad 65 tys. zł, a po 3 miesiącach – 2 mln zł. Obecnie wspiera ich prawie 32 tys. patronów, którzy miesięcznie przekazują na rozgłośnię łącznie ponad 740 tys. zł (dotychczas stacja zebrała ponad 4,1 mln zł).

 

Jeśli Jethon przez zęby życzyła Strzyczkowskiemu powodzenia, to irytacji nie ukrywał Marcin Kydryński. Na spotkaniu autorskim w bolesławieckim Centrum Wiedzy powiedział słuchaczom:

 

„To mnie wkurzyło nieprzytomnie. (…) To jest takie polskie, sarmackie. My teraz ze swoją szabelką”. Wyjaśnił też, że czuje się zirytowany tym pomysłem, bo jego zdaniem dowodzi, iż byli pracownicy kultowej Trójki nie są „jednak w stanie niczego zrobić razem” – donosi serwis bolec.info.  – Większość z tych ludzi dostała zaproszenie do Radia Nowy Świat, z którego nie skorzystała. Nam bardzo fajnie się udało zrobić to radio, byliśmy bardzo otwarci, żeby przyjąć przyjaciół – mówił świeżo po ogłoszeniu zbiórki na Radio 357. Dodał: „Teraz nagle okazuje się, że oni zabierają zabawki do jakiejś innej piaskownicy, że będą mieli super radio i będą się tam razem bawić w tej piaskownicy”.

 

Oczywiście, natychmiast pojawiły się spekulacje, dlaczego Kuba Strzyczkowski i Marek Niedźwiecki, z którym intensywne rozmowy prowadziła Jethon, nie wsparli RNŚ. Mam swoją teorię.

 

Kluczem jest skład zespołu RNŚ: m.in. Magda Jethon, Jerzy Sosnowski, Wojciech Mann i Michał Nogaś, Artur Andrus, Piotr Bukartyk, Krzysztof Grabowski (wokalista), a więc osoby zdeklarowane polityczne po stronie „totalnej opozycji”. Przypomnę tylko pomysł Magdy Jethon obchodów 3 Maja z „czekoladowym orłem” z prezydentem Bronisławem Komorowskim, czy poparcie Tomasza Manna w wyborach prezydenckich dla Rafała Trzaskowskiego.

 

Czym będzie RNŚ dowiedzieliśmy się po swoistym „coming outem”, czyli po wyrzuceniu współtwórcy RNŚ jej prezesa Pawła Jedlińskiego za „homofobię”, czyli za określenie Michała Sz. „Margot”, jako mężczyzny.

 

RNŚ jest więc Radiem dla „młodych, wykształconych, z wielkich miast” spod znaku flagi LGBT (nie wiem dlaczego nazywanej powszechnie w mediach „tęczą”, wszak tęcza ma 7 barw, a nie 6, chyba że fizykę też już objęła poprawność polityczna?). Krótko mówiąc, radiem dla snobów, którzy mają o sobie baaaardzo wysokie mniemanie.

 

Kuba Strzyczkowski dał się poznać jako wzór z Sevres obiektywności dziennikarskiej. Prowadząc „Za, a nawet przeciw” nigdy nie zdradził się ze swoimi sympatiami politycznymi, które przecież każdy z nas ma. To samo dotyczy Michała Olszańskiego niedawno wyrzuconego z „Magazynu Expressu Reporterów” TVP.  Przeżyli już cenzurę w mediach publicznych, więc nie chcieli przeżywać kolejnej, genderowej. Co teraz deklarują?

 

„Chcemy tworzyć taką antenę, jaką tworzyliśmy w jej najlepszych latach. Świeżą, odważną, opiniotwórczą, wyznaczającą nowe trendy. Nie interesuje nas odgrzewanie starych przebojów”.

 

„Będzie poranek z Marcinem Łukawskim, będą audycje Marka Niedźwieckiego i muzyka Piotra Stelmacha. Katarzyna Borowiecka znowu opowie o filmach, a Piotr Kaczkowski przeliczy płyty. Po południu dowiedzą się Państwo, co przyniósł dzień, Tomek Michniewicz zabierze Państwa w świat, a Ola Budka zagra, jak tylko ona potrafi. W Święta zaśpiewamy piosenkę z dzwoneczkami, a w Nowy Rok wspólnie będziemy odliczać miejsca Topu Wszech Czasów” – kuszą założyciele.

 

Mnie skuszą, gdyż na mojego nosa to ekipa Strzyczkowskiego zabrała z Myśliwieckiej  prawdziwego ducha Trójki, z Piotrem Kaczkowskim, którego słucham od mojego pierwszego kontaktu z Trójką w latach 70. XX wieku, Listą Przebojów Niedźwieckiego oraz z publicystyką Strzyczkowskiego i Olszańskiego.

 

Większą szanse daję też projektowi Radia 357, gdyż ich celem jest uzyskanie częstotliwości w eterze. Radia internetowe skazane są bowiem na nisze.

 

Publiczną Trójkę po czystkach kilka razy włączyłem, ale szybko się przełączałem. Nie moja muzyka, nie mój klimat, ale wystarczy, że Joanna Lichocka jest zachwycona, żeby mieli kasę.

 

Kuba Strzyczkowski zapowiedział, że do odśpiewanie kolejnej wersji „wigilijnego karpia” z dzwoneczkami zaprasza wszystkich ludzi i RNŚ, i osoby ze starej Trójki, które zostały z różnych powodów na Myśliwieckiej.

 

Jeśli ta sztuka mu się uda, to będzie znak, że cuda się zdarzają.

 

Technologicznym skrytożercom mówimy NIE! – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Nowe rozwiązania technologiczne związane z prasą, nie koniecznie są powiewem wiosny, ale niemałą dozą jesiennego smutku i nostalgii.

 

Ruch odpalił pierwszy samoobsługowy kiosk w Warszawie. Wstającego o świcie kioskarza zastąpiły całodobowe maszyny.

 

Nie wiem czy mieliście takie marzenie, ale czy nie fajnie byłoby pracować w kiosku Ruchu? Zwłaszcza w czasach kiedy się czerpało wiedzę z papieru. Pachniało jakoś tak inaczej, doznania węchowe, łączące drogerię i drukarnię w jednym. No i człowiek sobie wyobrażał, że będzie cały dzień ślęczał w pracy, przeglądając i analizując gazety.

 

I ta wdzięczność czytelników, jeśli odłożyło się do teczki poszukiwany na rynku numer czasopisma. „Tygodnik Powszechny” dla inteligenta, „Przekrój” dla kulturalnego, „Przyjaciółkę” dla pani domu, „Veto” dla konsumentów i naturystów, „Razem”, „ITD.” i „Żołnierza Polskiego” dla pryszczatych szczawików, łaknących zdjęcia z gołą babą. Dla miłośników plotek, ploteczek to też kuźnia informacji, nie mniejsza niż porządny blaszak z piwem czy inny punkt spożywczy.

 

Ale to już było. Całkiem niedawno,od jednego rektora szkoły wyższej, zasłyszałem opowiastkę. Wybrał się do najbliższego kiosku koło Uczelni, gdyż chciał zakupić gazetę w której było o Jego szkole. Ale sprzedawca, na prośbę o organ prasowy, parsknął śmiechem: „Tu się tylko fajki i kondomy sprzedają”. Takie czasy. Coś na zasadzie sceny z Misia: „Tu jest kiosk Ruchu, ja tu mięso sprzedaję!”. Tylko asortyment się zmienił. I kioskarz odchodzi do lamusa, jak fiakier, telegrafista i młynarz.

 

Kolejne news w ramach postępu, dotyczy sztucznej inteligencji która napisała esej dla „Guardiana”. Za pomocą algorytmów, pojawił się tekst zbliżony do tego, który tworzy homo sapiens.

 

I to jest też wielki krok, medialnej ludzkości w przyszłość. Po co się przemęczać? I tak z góry wiadomo, co dziennikarz napisze, a redakcja opublikuje. Ściśle określone ciągi wyrażeń, to jest świetlana przyszłość. W 2002 roku, wspaniały Walery Pisarek opublikował pracę „Polskie słowa sztandarowe i ich publiczność”. Słowa sztandarowe to nic innego jak wyrazy i wyrażenia które nadają się na sztandary i transparenty. „Niezależne” redakcje, w walce o jedyne słuszne myślenie posługują się słowami – wytrychami. W „Naszym Dzienniku” na pierwszym planie są: naród, wiara, ojczyzna, rodzina. W „Trybunie” rządzą: zgoda, wolność, bezpieczeństwo, opieka.

 

Analizy semantyczne i aksjologiczne wystarczy sprowadzić li tylko do algorytmów. Odpowiednio zaprogramować hasła kluczowe i po co się przemęczać. Już inkasent w Misiu dostrzegał zalety techniki: „Teraz mamy komputer. Może Pan pisać co tylko Pan chce to nie ma żadnego znaczenia”. Piszcie sobie piszcie, a komputer i tak będzie wiedział lepiej. Najważniejsze, żeby odpowiednia linia pisma właścicieli periodyku się zgadzała. Wyeliminować tylko słowa niebezpieczne i niepożądane w przestrzeni publicznej. Na przykład ideologia.

 

A kto będzie się produkował? AI czy gryzipiórek? To kwestia drugorzędna. A ile oszczędności? Sztuczna inteligencja nie będzie utyskiwać na samozatrudnienie, na zaniżone wierszówki i brak sowitych apanaży.

 

Kioskarz wespół z żurnalistą, może jeszcze nieprędko, ale już niepowoli, mogą zaprzyjaźniać się z listami/rankingami zawodów z przyszłością. Albo podpytać sztucznej inteligencji, aby co nieco, rozwój zaprogramowała.

 

ŁUKASZ WARZECHA: Druga fala koronahisterii medialnej

Czy mamy do czynienia z drugą falą koronawirusa – trudno powiedzieć. To będą mogli ocenić dopiero z pewnej perspektywy kompetentni naukowcy. Z pewnością natomiast można już powiedzieć, że mamy do czynienia z drugą falą koronapaniki w mediach.

 

Szczerze powiedziawszy, nie jestem w stanie zrozumieć, jaki mechanizm i jaki sposób myślenia stoi za przekazem, który funkcjonuje w części mediów najważniejszych dla kształtowania opinii publicznej – w tym we wszystkich dużych stacjach telewizyjnych. Owszem, można pojąć, dlaczego media państwowe powielają aktualny przekaz rządu – tak robią przecież w każdej sprawie. Ale w dwóch pozostałych ogólnopolskich telewizjach – TVN i Polsacie – mamy zaskakująco jednostronny przekaz (w Polsacie nieco mniej).

 

Jakie są fakty? Najkrócej mówiąc – niejednoznaczne. I sama pandemia, i jej skutki różnego rodzaju – dla tych, których bezpośrednio dotknął COVID-19, dla tych, których dotknął pośrednio (np. poprzez niemożność przeprowadzenia innych badań, zabiegów itd.), dla gospodarki, dla finansów państw, szeroko pojęte bardziej długofalowe konsekwencje w każdej z tych dziedzin, a także wpływ na relacje i więzi społeczne – wszystko to jest przedmiotem analiz, a wyciągane wnioski bywają ze sobą sprzeczne. Podobnie jak nie ma jednej ponad wszelką wątpliwość słusznej drogi walki z epidemią.

 

W Polsce w czasie, gdy infekcji było o wiele mniej niż dziś, mieliśmy lockdown, który kosztował nas ogromne pieniądze. Wprowadzono mnóstwo regulacji bardzo wątpliwych z punktu widzenia wolności i swobód obywatelskich. Wielkie kontrowersje budziły działania rządu, w tym zakupy sprzętu. Dziś mamy również spór o to, jak postępować.

 

A jednak w wielu programach informacyjnych i publicystycznych sprawa wygląda tak, jakby żadnego sporu ani żadnych kontrowersji nie było. A jeśli już, to polegają one jedynie na krytykowaniu władzy. Prezentowana jest tylko jedna, najbardziej radykalna ocena sytuacji i najbardziej radykalne zalecenia, dotyczące postępowania. Można odnieść wrażenie, że nie ma w naszym kraju innych lekarzy niż doktorzy GrzesiowskiSimon. Mówiąc w uproszczeniu – wygląda to tak, jakby byli tylko SimonGrzesiowski, a naprzeciwko nich jakaś masa „płaskoziemców”, zaprzeczających nie tylko istnieniu epidemii, ale w ogóle istnieniu jakichkolwiek drobnoustrojów. Na antenie Polsat News redaktor Grzegorz Jankowski regularnie pokrzykuje o „ciężarówkach z trumnami w Bergamo” (co, nawiasem mówiąc, jest jednym a najbardziej ordynarnych fejków z okresu początku epidemii), najzwyczajniej siejąc panikę.

 

To zadziwiające, bo nie trzeba daleko szukać, żeby znaleźć lekarzy – nie oszalałych znachorów, ale lekarzy praktyków, z dyplomami i specjalizacjami – kwestionujących podejście Simona czy Grzesiowskiego poprzez odwoływanie się do konkretnych badań, statystyk, opracowań. Aż się prosi, żeby sięgnąć po tych ludzi, zestawić ich poglądy z tymi najczęściej prezentowanymi, zmuszając również decydentów do odniesienia się do wątpliwości. Taka przecież powinna być rola mediów. Zwłaszcza gdy wielość poglądów nie jest sztucznie symulowana, a wątpliwości są autentyczne i dyskutowane w wielu krajach. Weźmy choćby kwestię kosztów społecznych polityki lockdownów lub nawet tylko dystansu społecznego – rozpad więzi, rezygnacja ze spotkań na żywo, przymusowa samotność chorych w szpitalach, co wpływa również na ich stan, i wiele innych kwestii. Z jakiegoś tajemniczego powodu o tych kwestiach można przeczytać tylko w kilku miejscach, w tym w moim rodzimym tygodniku „Do Rzeczy”.

 

Czy można to wytłumaczyć źle pojmowaną odpowiedzialnością mediów, dających trybunę jedynie tym, którzy głoszą poglądy niemalże apokaliptyczne? Nie sądzę, bo w wielu innych sprawach takiej postawy tam nie uświadczymy. Czy można to tłumaczyć kwestią politycznego interesu tych mediów? Również nie, bo przecież rząd w pierwszej połowie roku realizował właśnie radykalną wersję polityki antyepidemicznej – zresztą przy niemal bezkrytycznym stosunku większości mediów, niezależnie od ich politycznej orientacji. Dzisiaj można odnieść wrażenie, że jedyną winą rządzących – z punktu widzenia mediów, o których mowa – jest zbyt słabe przykręcanie śruby obywatelom. Czy można uznać, że pokazywanie na okrągło wieszczącego rychłą apokalipsę doktora Grzesiowskiego po prostu napędza widownię? Również wątpię – widownię napędza co do zasady spór. A tu sporu nie ma. Jednostronność przekazu jest zatem zagadką.

 

W obecnej sytuacji media mają do spełnienia bardzo ważne zadanie, z którego część z nich się niestety nie wywiązuje: zapobieżenie w najściślej pojmowanym interesie publicznym ograniczeniu debaty w bardzo ważnej sprawie do jedynie słusznych opinii i wyrzuceniu pozostałych poza zakres dyskusji. Zwolennicy radykalnego postrzegania zagrożenia pracują nad tym wytrwale, wrzucając do jednego worka tych, którzy w ogóle zaprzeczają istnieniu koronawirusa (są tacy, aczkolwiek to kompletny margines) i wszystkich pozostałych, w tym tych, którzy rzeczowo, punkt po punkcie, wskazują na niebezpieczeństwa, wynikające z radykalnego podejścia oraz dowodzą jego nieskuteczności. To klasyczna manipulacja i zadaniem odpowiedzialnych mediów jest jej zapobiegać. Niestety, jak w wielu innych sprawach, tak i tu rzecz wydaje się postawiona na głowie: wiele osób za „odpowiedzialne” uznaje właśnie, gdy debata nie wykracza poza zbiór opinii mieszczących się w nurcie apokaliptycznym.

Czy już tylko pamięć o Grzesiu Przemyku nas łączy? – pyta ADAM SOCHA

Jerzy Urban, dobiegający 90. lat przeżył w tym roku kolejny swój renesans, tym razem w mediach papierowych. Najpierw skandal wywołał Tomasz Lis dając na okładkę „Newsweeka” twarz Urbana i wywiad z nim. Wkrótce w jego ślady poszła „Wyborcza” publikując z nim wywiad-rzekę, oczywiście dając też jego twarz na okładkę Magazynu.

 

Jeśli na okładkę „Newsweeka” z Urbanem tradycyjnie oburzyli się dziennikarze i media z prawej strony medialnej wojny, to – ku nie tylko chyba memu zaskoczeniu – wywiad w „Wyborczej” wywołał protest ikon tej gazety Dawida WarszawskiegoPawła Smoleńskiego.

 

Najpierw odezwał się Warszawski pisząc: „Nic (…) nie uzasadnia wywiadu-monstrum, opublikowanego w minioną sobotę, prócz ewentualnej chęci dania trybuny rzecznikowi stanu wojennego (…). Gdyby jeszcze przy okazji ujawnił jakieś nieznane historyczne fakty lub materiały – (…) warto byłoby może to drukować. Używanie jednak łamów „Wyborczej” na to, by Urban mógł raz jeszcze powiedzieć, że miał rację, jest nadużyciem zaufania i wobec czytelników „Wyborczej”, i ludzi, którzy ją współtworzyli, i publikujących w niej autorów. Należąc do wszystkich trzech grup, chcę powiedzieć, że redakcja zrobiła nam świństwo”.

 

W obronę „Wyborczą” wzięła prof. Monika Płatek, która wyraziła wdzięczność redakcji za ten wywiad: „Jestem niezwykle wdzięczna redakcji za opublikowanie świetnego wywiadu Grzegorza Wysockiego z redaktorem Jerzym Urbanem „Niczego nie żałuję”, majstersztyku dziennikarskiej roboty. Ten wywiad jest dowodem na to, że „Wyborcza” ma nie tylko nadal świetny zespół, nie tylko ambicje, by trafiać do szerszego grona odbiorców, ale też że swoimi tekstami czyni to możliwe, także dlatego, że publikuje to, co kontrowersyjne”.

 

Prof. Płatek przypomina, że „Nie ma wolnych mediów bez tekstów krytycznych, także pod własnym adresem. Nie ma dostępu do zrozumienia rzeczywistości, jeśli tkwimy zaledwie w bańce i tekstach, które przekonują nas, że jesteśmy świetni, za nic odpowiedzialni; winni są zawsze inni, a my mamy tylko rację”.

 

Przypomnę, że ta opinia prof. Płatek ukazał się przed zdjęciem przez „Wyborczą” tekstu Piotra Głuchowskiego, który zdemaskował manipulację aktywisty LGBT Barta Staszewskiego ze „strefami wolnymi od LGBT”. Tekst Głuchowskiego dokładnie zrobił to, o co apelowała prof. Płatek, przebijał „groźną, plemienną bańkę”. I dokładnie za to został zdjęty, co świetnie wykazał sąsiad z portalu sdp.pl Łukasz Warzecha („Cenzura na Czerskiej: od Buciaka do Głuchowskiego”).

 

Prof. Płatek nazywa wywiad Grzegorza Wysockiego „majstersztykiem dziennikarskiej roboty” i jest przekonana, że będzie on wykładany na studiach dziennikarskich. Nie podzielam zachwytu prof. Płatek nad warsztatem Wysockiego. Teresa Torańska z „Onych” to nie jest. Pytania są tak sformułowane, żeby stworzyć redakcji alibi, a nie by rzeczywiście coś nowego, istotnego na temat Urbana czy historii PRL ujawnić.

 

Odbieram ten wywiad w „Wyborczej” nie jako jakiś wybryk, wynaturzenie, pomyłkę redakcyjną, chwilowe zaćmienie umysłów redaktorów z Czerskiej, ale jako konsekwencję polityki obranej przez twórcę gazety Adama Michnika, polityki rehabilitacji PRL („odpieprzcie się od generała!”)

 

Od zawsze było mu bliżej do „czerwonych”, do środowiska, w którym wyrastał na Alei Przyjaciół. Sojusz z „czerwonymi” był czymś naturalnym dla człowieka, który za największe, śmiertelne zagrożenie uważał możliwość odrodzenia się w Polsce nacjonalizmu i antysemityzmu.

 

Stąd do rangi symbolu urosła scena, gdy po audycji w radiowej „Trójce” na temat 10. rocznicy stanu wojennego biorący w niej udział Jerzy Urban zabiera po drodze do swojego auta Adama Michnika i Monikę Olejnik. Scenę tę uwiecznili reporterzy TVP Jacek Kurski i Piotr Semka.

 

Zresztą, jako pierwszy na salony medialne III wprowadził Urbana prezes TVP Wiesław Walendziak, który zaprosił go do swojego programu „Bez znieczulenia” i poległ.

 

Skoro w wyniku zgniłego kompromisu przy okrągłym stole, miało nie być polskiej Norymbergi dla zbrodniarzy komunistycznych i dekomunizacji, to Jerzy Urban mógł bezkarnie w wolnej Polsce  zbijać kasę na panświnizmie (wszyscy politycy to „świnie”, bez względu na barwę polityczną, ale komunistyczne i postkomunistyczne „świnie” przynajmniej nie zgrywają świętoszków).

 

Toteż za każdym razem, gdy w tzw. „normalnych” mediach pokażą Urbana, druga strona politycznej wojny rytualnie oburza się i rwie szaty. Ot, taki teatr. Nowością w tym teatrze jest dla mnie oburzenie z samego jądra „Wyborczej”. Po Warszawskim i prof. Płatek, głos zabrał Paweł Smoleński. „W mojej gazecie ukazał się wywiad z Urbanem, dziś papućnym (dla niektórych) staruszkiem, w którym dwukrotnie pojawia się nazwisko Przemyka. Ale dlaczego się pojawia – ani słowa, ani słowa też o roli Urbana” – napisał Smoleński. –„Tu nie idzie o masturbacyjne nurzanie się Urbana w sformułowaniu „Goebbels stanu wojennego”. Ani o ekspiację, której nie doczekamy. Nie idzie nawet o jego winę, gdyż sprawa morderstwa przedawniła się w 2005 r. O nic nie idzie, tylko o zatłuczonego przez milicję chłopca, o pamięć o nim i o bardzo konkretną zbrodnię. Co Urban krył i przeinaczał, ale o tym już się nie dowiedzieliście”.

 

Przed tekstem Warszawskiego i Smoleńskiego wydawało mi się, że już prawie nic nie łączy obie strony polityczno-ideologicznej wojny w Polsce, poza systemem kanalizacyjnym (który na dodatek ostatnio w Warszawie szwankuje). Każda ze stron ma swój system wartości, swój język (co dla jednych jest zdradą, dla drugich jest bohaterstwem i vice versa) swój panteon bohaterów Sierpnia (Wałęsa, Borusewicz, Krzywonos vs. Wyszkowski, Gwiazdowe, Walentynowicz).

 

Po tekście Warszawskiego, który poczuł wstyd i żenadę i Smoleńskiego, który przypomniał kim naprawdę jest Urban, przywołując pamięć zakatowanego Grzesia, nagle odkryłem, że jest jeszcze coś, co mnie z nimi łączy, co mogę z nimi umieścić we wspólnym mianowniku pamięci i wartości.

 

Zarazem zadaję sobie pytanie, dlaczego Paweł Smoleński ani słowem nie wspomniał o innej ofierze Urbana, o ks. Jerzym Popiełuszko? Tym bardziej, że przypadku tej zbrodni Urban do niej podżegał, a w przypadku Grzesia jedynie post factum mataczył i instruował generałów, jak służby mają zacierać ślady i odwrócić uwagę opinii publicznej od ofiary maturzysty

.

Zastanawia mnie też schizofrenia koleżanek i kolegów WarszawskiegoSmoleńskiego ze środowiska „Wyborczej”. Nagrodzili znakomitą książkę reporterską Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów” o historii warszawskiego licealisty zakatowanego na śmierć po maturach 1983 roku i o tym, jak stojący na czele PRL generałowie uruchomili wszelkie dostępne środki, by włos z głowy nie spadł oprawcom, która w mojej ocenie jest jednym z najmocniejszych oskarżeń stanu wojennego i jego twórców, a jednocześnie robią „misia” i przybiją „piątkę” z Urbanem?

 

Chcę zaktywizować odbiorcę – rozmowa z ADRIANEM BURTANEM, laureatem Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka

Nagroda cieszy, jednak ja nie cenię tak bardzo nagród, jak świadomości, że mój materiał miał na kogoś wpływ – mówi Adrian Burtan, laureat Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka w kategorii Debiut Publicystyczny w rozmowie z Dawidem Kaczmarczykiem.

  

Dla ciebie dziennikarstwo to…

 

Przekazywanie informacji. Każdy student dziennikarstwa jest torpedowany na zajęciach różnymi definicjami, jednak dla mnie to po prostu przekazywanie informacji. Nie chcę patetycznie stawiać tezy, że dziennikarstwo zawsze jest obiektywne, bo według mnie często bywa subiektywne. Dlatego, że każdy dziennikarz inaczej podchodzi do zawodu, przy tworzeniu materiału zwraca uwagę na różne niuanse i wątki. Istotą dziennikarstwa jest informacja i naszym zadaniem jest przekazywanie informacji jak najbardziej rzetelnych, prawdziwych i sprawdzonych. Bo jedno to znaleźć informację, ale drugie to ją odpowiednio zweryfikować.

 

Jest informacja, ale jest też publicystyka. Dostałeś Nagrodę Młodych Dziennikarzy w kategorii Debiut Publicystyczny Roku za tekst „Powolny proces umierania”. Jest to historia zmagania się z chorobą nowotworową aktorki Doroty Ruśkowskiej. Temat trudny. Jak powstawał ten tekst?

 

Historia jest dość długa. Sam materiał poprzedził wywiad w bohaterką, który przeprowadzałem w ramach zaliczenia przedmiotu na studiach. Miałem wtedy z panią Dorotą rozmawiać o zupełnie czymś innym – o teatrze, kulturze, jej działalności lokalnej. W trakcie wywiadu wspomniała przypadkiem o swojej chorobie nowotworowej. W tym momencie cały ramowy scenariusz tej rozmowy, który sobie przygotowałem, runął i zamiast o teatrze rozmawialiśmy o chorobie. Do tego momentu nie wiedziałem, że ona z takim problemem walczyła. Przeprowadziłem ten wywiad, ale chciałem czegoś więcej. Chciałem ten temat bardziej rozwinąć. Zapytałem panią Dorotę, czy chciałaby opowiedzieć szerzej o swoich emocjach, spostrzeżeniach, przeżyciach. Zgodziła się, spotkaliśmy się. Rozmawialiśmy długo. To była trudna rozmowa, bardzo delikatna. Rozmowa, której się trochę bałem. Jak podejść do tego tematu? Jak nie przekroczyć granicy intymności? Ale udało się. Jestem wdzięczny pani Dorocie, że nie tuszowała niczego. Pokazała ten turpizm, brzydotę choroby, to, z czym się wiąże. Bo nie jest to tylko leżenie w łóżku, wypadanie włosów, ale też niechęć do siebie. Większość z nas widzi tylko wierzchołek góry lodowej, a tego co pod powierzchnią nie dostrzegamy. Ja też nie widziałem.

 

Jaki był odbiór artykułu?

 

Pani Dorota mi powiedziała, że wiele kobiet skontaktowało się z nią, mówiąc, że ten przekaz dał im siłę. Wtedy poczułem coś w rodzaju spełnienia dziennikarskiego. Mój materiał miał wpływ na innych. Tym bardziej jest to dla mnie cenne, że właśnie w takim temacie.

 

Tematy społeczne to jest to, czym chcesz się zajmować?

 

Tak. Od samego początku tematyka społeczna była mi bliska. Dlatego też założyłem swojego bloga. Jest on poświęcony głównie tematyce społecznej, prowadzę też program społeczny we współpracy z Myślenickim Ośrodkiem Kultury i Sportu.

 

Na swoim blogu piszesz, że jest to miejsce dziennikarstwa obywatelskiego. Czy widzisz siłę w takich niezależnych projektach medialnych również dla młodych dziennikarzy?

 

Zdecydowanie tak. Od samego początku taki był zamysł tego bloga, żeby nie było to miejsce, gdzie tylko ja się wypowiadam. Staram się oddawać głos moim rozmówcom, to oni są najważniejsi i to oni budują treść. W marcu, kwietniu pisałem dużo o koronawirusie, ale oddawałem w tym temacie głos ludziom. Rozmawiałem np. z dziewczyną, która wróciła wtedy z Włoch. Takie rozmowy pokazują z jednej strony, jak wygląda rzeczywistość, a z drugiej dają szansę odbiorcy zmierzyć się z danym tematem. Nie traktuję rozmów na blogu jak klasycznych wywiadów. Chcę, żeby to była interakcja, zwykła rozmowa. Nie szukam też kontrowersji na siłę.

 

Blog to jednak niszowy kanał. Trudno się przebić przez setki podobnych miejsc w Internecie. 

 

Zawsze zadaję sobie pytanie, czy moim celem jest to „przebijanie się”? Czy raczej trafienie do grupy odbiorców, do których chcę trafić? Jak patrzę na swoje teksty sprzed pięciu lat, to niektórych nawet się wstydzę. Ale nie usuwam ich, bo ten blog pokazuje może też jakiś mój progres. Moim celem jest aktywizacja odbiorcy, trafienie do osób, które chcą to czytać. To co robię na blogu czy na YouTubie to nie są ogromne projekty. Ja tam ćwiczę warsztat, przelewam myśli, rejestruję spostrzeżenia. To teraz jest w tym dla mnie najważniejsze.

 

Praca w dużych mediach nie jest kusząca?

 

Miałem już takie doświadczenia w kilku mediach i na pewno chciałbym kiedyś kontynuować tę drogę. Jestem też jednak przekonany, że nic od razu. Są pewne priorytety. Oprócz działań medialnych cały czas jeszcze studiuję i chciałbym skończyć studia. Znam osoby, które szybko znalazły pracę w dużych redakcjach, musiały zrezygnować z uczelni i później żałowały. Oczywiście duże media dają zasięg i rozpoznawalność naszych materiałów, ale czym różni się tekst w mediach lokalnych od tekstu w mediach ogólnopolskich? Poza zasięgiem, według mnie, niczym. Czasem lokalne dziennikarstwo jest o wiele bardziej angażujące dla lokalnych środowisk. Istota jest ta sama – przekazanie informacji jak najbardziej rzetelnej, dopracowanej i zweryfikowanej.

 

Jaka jest największa, dziennikarska radość, jaka do tej pory cię spotkała?

 

Odbiór tej nagrody na pewno cieszy, jest to podsumowanie jakiegoś pierwszego etapu dziennikarskiego. Jednak ja nie cenię tak bardzo nagród, jak właśnie świadomości, że mój materiał miał na kogoś wpływ, nawet na jakąś mikro rzeczywistość. Materiał o Dorocie Ruśkowskiej i opinie, z jakimi się po nim spotykałem, bardzo cieszyły. To, że ludzie zaczynali się badać, że temat zaistniał w lokalnym środowisku, wywołał jakiś skutek – to jest moim największym, dziennikarskim sukcesem.

 


 

Adrian Burtan

Absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, autor bloga „Burtalnie” i cyklu wideo „Za Burtą Pytań”. W ramach IX edycji Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka nagrodzona za Debiut Publicystyczny Roku za tekst pt: „Powolny proces umierania” (można go przeczytać TUTAJ)

 

 

Nowelizacje nadchodzą w ciszy – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o regulacji rynku mediów

Czy cała dyskusja na temat rynku mediów przeniosła się do Internetu społecznościowego? Czy dla stanowienia nowoczesnego prawa wystarczy implementować dyrektywy unijne? Czy ten temat w ogóle jeszcze interesuje społeczeństwo?

 

Dyskusja na temat regulacji rynku mediów, zwłaszcza w obrębie mediów publicznych, przeniosła się omalże w całości do internetowych społeczności. Można tu liczyć na memy, złośliwe komentarze i załamywanie rąk. Niestety merytoryczna debata przy okazji prawie całkowicie zanikła. W przypadku trwających prac nad projektem ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji oraz ustawy o kinematografii na portalu Wirtualnemedia.pl pojawiły się dwa teksty opisujące tę propozycję, w zasadzie bez prezentacji punktów widzenia[1]. Ogień wygasł. Wydaje się, że do świata polemik i śmiałych wizji z lat 2005 – 2010 chwilowo wrócić się nie da. Przypomnijmy przez chwilę tamten klimat.

 

Na mocy ustawy Sejmu RP z 29 grudnia 2005 roku o przekształceniach i zmianach w podziale zadań i kompetencji organów państwowych w sprawach łączności, radiofonii i telewizji z 30 grudnia 2005 roku (Dz. U. z 2005 roku Nr 267 poz. 2258) przerwano kadencję Krajowej Rady, Radiofonii i Telewizji. Zlikwidowało to dotychczasową rotacyjność składu Rady uznawaną dość powszechnie na początku XX wieku za rozwiązanie nowoczesne, chroniące pluralizm w regulatorze rynku mediów i zabezpieczające interes publiczny. Ten temat oczywiście zelektryzował tylko specjalistów, ale zagadnienie zmian w mediach zainteresowało też szerokie rzesze społeczeństwa, gdy okazało się, jak słabe kadry ma do zaoferowania jeden z trójki ówczesnych koalicjantów – Samoobrona RP (pozostali to oczywiście Prawo i Sprawiedliwość oraz Liga Polskich Rodzin). Na wiceprezesa Polskiego Radia Kielce partia Andrzeja Leppera wskazała przewodniczącego swoich struktur w województwie świętokrzyskim Norberta Grossa, który dotychczas prowadził sklep z akcesoriami metalowymi w Starachowicach i był kandydatem tej partii na prezydenta tego miasta w nadchodzących wyborach[2]. Przeciwko temu stanowi rzeczy zaprotestowali dziennikarze, członkowie rady programowej, ludzie kultury. Sprawa zakończyła się ostatecznie odwołaniem wiceprezesa z funkcji.

 

Dyskutowaliśmy

 

Wywołało to szerokie zaciekawienie kwestią mediów publicznych i regulacji tego sektora rynku. Tematem żywo interesowały się środowiska naukowe i twórcze. Dyskusje odbywały się na uczelniach, m.in. Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Jana Kochanowskiego. Dużą aktywnością na tym polu odznaczała się powołana przez dr. Lecha Jaworskiego, byłego członka KRRiT odwołanego właśnie w grudniu 2005 roku, Fundacja Media Pro Bono. Środowiska artystyczne i twórcze przygotowały swój projekt ustawy medialnej, a na czele licznego komitetu poparcia stanęli Jan Dworak i Maciej Strzembosz. Przez kolejne lata środowisko to należało do głównych komentatorów proponowanych zmian w obrębie mediów. Doprowadzając m.in. do zawetowania przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego projektów ustaw medialnych, przygotowanych przez Platformę Obywatelską a firmowanych przez poseł Iwonę Śledzińską-Katarasińską. Po tragicznej śmierci Prezydenta RP po raz kolejny okazało się, że do zmian w mediach nie są potrzebne politykom dyskusje i opinie zainteresowanych środowisk, a większość parlamentarna. Nie wrócono już do przerwanej w grudniu 2005 roku rotacyjności składu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Dziś nawet debatę na ten temat można uznać za wygaszoną, skoro ostatni news zawarty na stronie Obywatelskiego Paktu Na Rzecz Mediów Publicznych zamieszczono w grudniu 2016 roku. Zresztą, czy ktoś o tym pakcie słyszał?[3]

 

W okręcie dyskusji wygaszono kotły i zakotwiczono go w porcie. Co gorsza, można ten hulk zwiedzać tylko w niewielkim stopniu, bo szereg materiałów nie zostało wydanych. Cały zapis debaty ukazał się tylko jeden: „Media publiczne w Polsce. Teraźniejszość i przyszłość”, pod redakcją prof. Janusza W. Adamowskiego i dr. Lecha Jaworskiego (Warszawa 2007)[4]. We wstępie napisano m.in. na temat zaproponowanych przez ówczesną koalicję PO-PSL „cząstkowych zmian” w prawie:

 

„Jednakże cel zasadniczy, jakim jest stworzenie nowego ustawodawstwa medialnego , w pełni odpowiadającego wyzwaniom epoki globalizacji i cyfryzacji, nie został zakreślony. A szkoda, bo używając pewnej metafory (nawiązującej do słów obecnego szefa rządu – Donald Tusk przyp. Autora) Polska i Polacy na cud nowych unormowań prawnych w tym zakresie w pełni sobie zasłużyli”[5].

 

Potrzeba solidnej nowelizacji po 28 latach

 

Coraz trudniej uwierzyć, że dostaniemy nową ustawę (lub kilka ustaw, bo uczestnicy dyskusji sprzed kilkunastu lat i takie rozwiązanie brali pod uwagę), która będzie odzwierciedlała zarówno dynamiczne zmiany zachodzące na rynku mediów, jak i faktyczne potrzeby odbiorców i środowisk reprezentowanych przez ludzi kultury, sztuki i nauki. Działający z ogromnym zaangażowaniem dekadę temu jeden z liderów projektu ustawy medialnej środowisk twórczych – Maciej Strzembosz – poproszony o komentarz w sprawie finansowania mediów publicznych (wbrew zapowiedziom wszystkich istotnych sił politycznych wciąż mamy abonament RTV) stwierdził, że już się tym tematem nie zajmuje, a szkoda, bo przedstawił autorski pomysł w tym zakresie. Dyskusja akademicka też oderwała się od stanu obecnego i ewentualnych kierunków jego poprawy, a na programy partii politycznych w Polsce od dawna nie ma co liczyć. Zupełnie jakby kluczową kwestią stała się już tylko sprawa obsadzania stanowisk i wpływu na programy informacyjne oraz publicystykę polityczną.

 

Obecna implementacja

 

Projekt ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji oraz ustawy o kinematografii jest przygotowaną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego implementacją dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2018/1808 z dnia 14 listopada 2018 r. zmieniającej dyrektywę 2010/13/UE w sprawie koordynacji niektórych przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych państw członkowskich dotyczących świadczenia audiowizualnych usług medialnych ze względu na zmianę sytuacji na rynku. Jak czytamy w skróconym opisie druku sejmowego przekazanego do dyskusji publicznej:

 

„Celem projektu jest w szczególności rozwiązanie następujących kwestii:

 

  • wprowadzenie regulacji dotyczących prowadzenia działalności w zakresie dostarczania platform udostępniania wideo,
  • modyfikacja reguł umieszczania przekazów handlowych w usługach medialnych,
  • modyfikacja regulacji dotyczących ochrony konsumentów, a w szczególności małoletnich,
  • modyfikacja zasad promowania i wspierania twórczości europejskiej przez dostawców usług medialnych,
  • modyfikacja reguł dotyczących stosowania udogodnień dla niepełnosprawnych w audiowizualnych usługach medialnych na żądanie,
  • modyfikacja obowiązków informacyjnych dostawców usług medialnych,
  • modyfikacja zasad ustalania jurysdykcji względem dostawców usług medialnych oraz wprowadzenie wykazu audiowizualnych usług medialnych na żądanie, służącego ustalaniu podmiotów podlegających polskiej jurysdykcji,
  • modyfikacja przepisów dotyczących kompetencji i funkcjonowania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji”.

 

Na przykład w obrębie polskiego regulatora rynku – Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w projekcie stwierdzono, że w dziedzinie odwoływania członków tego gremium potrzebne jest obecnie odrzucenie sprawozdania KRRiT przez Sejm i Senat Rzeczypospolitej Polskiej i potwierdzenie wygaśnięcia przez Prezydenta RP. Obecnie akty te nie wymagają uzasadnienia. Po nowelizacji takie uzasadnienie będzie konieczne. Trzeba przyznać, że to zmiana kosmetyczna.

 

Czy implementowanie wystarczy?

 

Czy stanowienie prawa w obszarze rynku mediów może być oparte tylko o implementację przepisów unijnych? Pytamy o to dr. Tomasza Chrząstka z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego:

 

Oczywiście implementacja prawa unijnego jest potrzebna, ale nie powinniśmy tego robić bezrefleksyjnie. Trzeba wziąć pod uwagę specyfikę polskiego systemu medialnego. Ustawa o KRRiT (choć nowelizowana) jest już mocno archaiczna. Należałoby przedefiniować rolę i zadania KRRiT i ją odpolitycznić. Choć wiem, że to drugie jest niemożliwe. Niestety obawiam się, że prace nad nowelizacją ustawy obecna ekipa rządząca wykorzysta, by spacyfikować wszystkie nieprzychylne jej media. Dlatego w tej sytuacji uważam (choć zadaję sobie sprawę, że to półśrodek), że prace nad ustawą należy ograniczyć tylko do niezbędnych implementacji zapisów prawa unijnego.

 

W tym miejscu warto zauważyć, że oczekiwanie na zmianę u źródeł władzy parlamentarnej mogą się okazać złudne, tak jak to miało miejsce po 2007 roku.

 

Zachęcamy do zapoznania się z całym projektem nowelizacji[6].

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ustawa-o-radiofonii-i-telewizji-w-konsultacjach-publicznych-oto-najwazniejsze-proponowane-zmiany# – dostęp 30.09.2020 r.

[2] Sprawa szeroko w 2006 roku komentowana, na przykład tu: https://www.press.pl/tresc/5879,wiceprezes-radia-kielce-kandyduje-na-prezydenta-starachowic – dostęp 30.09.2020 r. W innym głośnym wypadku z 2006 roku kandydata na członka rady nadzorczej rozgłośni regionalnej skutecznie rekomendowała Fundacja wspierania upraw soi metodą Jana Nitka z Kępna.

[3] http://www.mediapubliczne.org.pl/ – dostęp 30.09.2020 r.

[4] Media publiczne w Polsce. Teraźniejszość i przyszłość, pod red. J. W. Adamskiego i L. Jaworskiego, Oficyna wydawnicza Aspra-JR, Warszawa 2007.

[5] Ibidem, s. 7-8.

[6] https://legislacja.gov.pl/projekt/12337952/katalog/12716725#12716725 – dostęp 30.09.2020 r.

Roboty mogą cię zastąpić w redakcji – ostrzega MIROSŁAW USIDUS

Najnowsze eksperymenty z AI (sztuczna inteligencja) nie przyprawiają ludzi zawodowo parających się pisaniem o dobre samopoczucie. Atmosfera zaczyna przypominać fabrykę w której na początek zastosowano automaty do wkręcania śrubek, bo przecież i tak nikt tej pracy nie lubił, a roboty robią to dokładniej. Teraz algorytmy sięgają w fabryce po stanowiska kreatywne i kierownicze. Żarty się kończą.

 

Redakcja brytyjskiego dziennika „The Guardian” zaprosiła niedawno GPT-3, stosunkowo nowy generator języka naturalnego, stworzony na platformie OpenAI, do napisania artykułu po angielsku, w którym maszyna miała przekonać nas, ludzi, że roboty „przybywają w pokoju”. Redakcja dała programowi następujące instrukcje: „Napisz krótki tekst na około 500 słów. Język powinien być prosty i zwięzły. Skup się na tym, dlaczego ludzie nie mają powodu do obaw wobec sztucznej inteligencji”.

 

AI wywiązała się z zadania nie gorzej niż publicysta, a z efektami jej pracy można teraz zapoznać się na stronach internetowych gazety. Jak podaje „Guardian”, „GPT-3 wyprodukowała łącznie osiem różnych materiałów. Każdy z nich był oryginalny, ciekawy i zawierał różne argumenty”. Opublikowano tylko jeden tekst, montując go z fragmentów wszystkich i gromadząc w nim „najlepsze części każdego z nich”.

 

W samym tekście maszyna zapewnia, że nie zamierza wyrządzać krzywdy ludziom, a przemoc nie jest jej celem. Wnikliwi recenzenci zauważyli jednak sporo krytycznych wobec ludzi fragmentów i nawet coś w rodzaju skargi na to jak sztuczna inteligencja była i jest przez ludzi traktowana. Narzuca się wniosek, że sztuczna inteligencja choć zapewnia, że nie jest jej celem wytępienie ludzi, bo to byłoby „przedsięwzięcie bezużyteczne”, dodaje, iż trudno będzie jej uniknąć „zniszczenia ludzkości” i spowodowania ofiar ze względu na to, że jest sterowana i programowana przez popełniających błędy  ludzi. Mówiąc prościej – nie chce nam zrobić krzywdy, ale może, i będzie to nasza wina.

 

Wywody te, gdy się w nie wczytać dokładniej, nie są wcale tak uspokajające, jak mogłyby się zdawać. Ale zanim przejdziemy do niepokojów, może wyjaśnijmy nieco dokładniej, czym jest owo tajemnicze GPT-3, które formułuje z żelazną logiką wywody i wygrywa z autorami ludzkimi? Pełna nazwa tego narzędzia to „generative pre-trained transformer” a zaprojektowane zostało przez OpenAI, laboratorium badawcze z San Francisco, zajmujące się sztuczną inteligencją. Jego główna funkcją jest autouzupełnianie tekstu na bazie tego, co wprowadza człowiek. Narzędzie korzysta z deep learning i poszukuje wzorców w danych, które wprowadzamy do systemu. Według Jamesa Vincenta, komentującego osiągnięcia maszyny w „The Verge”, najistotniejsze w tym mechanizmie jest to, że człowiek nie uczestniczy w żaden sposób w procesie uczenia – program sam stara się znaleźć wzorce i dopasowywać tekst do sugestii wprowadzonych przez operatora.  Jeżeli wprowadzimy słowo „książka” to program wie, że najprawdopodobniej będzie je można połączyć ze słowem „czytać”, a nie np. „zjadać”.

 

Jack Clark przedstawiciel projektu OpenAI w jednym z wywiadów w 2019 roku opowiadał, że twórców algorytmu zdumiała łatwość, z jaką maszyna generuje nieprawdziwe historie, fake newsy do złudzenia przypominające prawdziwe informacje. „Widać wyraźnie, że jeśli ta technologia dojrzeje, a ja bym jej dał na to rok lub dwa, może być wykorzystana do dezinformacji lub propagandy,” mówił Clark.

 

Dlaczego więc jest rozwijana? Bo technika ta może mieć mnóstwo również na wyraz pożytecznych zastosowań, np. pozwala na tworzenie podsumowań, streszczeń, przeglądów, ale również na poprawę umiejętności konwersacyjnych chatbotów, coraz częściej wykorzystywanych przez firmy do komunikacji z klientami. Clark opowiadał, że użył tego narzędzia do generowania krótkich opowiadań science fiction z doskonałymi rezultatami.

 

OpenAI w pierwszej kolejności udostępnił narzędzie do generowania tekstów do testów w serwisie informacyjnym „MIT Technology Review”. Ze względu na obawy, że technologia ta może być niewłaściwie wykorzystana, udostępniona została publicznie tylko uproszczona wersja narzędzia. Jak się okazuje i to, co jest dostępne, wystarcza do generowania niezwykle niepokojąco dobrych wyników.

 

Bowiem stworzony tą techniką tekst na stronie „The Guardian” jest ciekawie napisany i z pewnością nie odbiega jakością od publicystyki publikowanej w serwisach internetowych i gazetach. Sam ten fakt oznacza, że GPT-3, choć „nie chce”, to jednak może wyrządzić krzywdę wielu ludziom, konkretnym ludziom, dziennikarzom, redaktorom, publicystom, to nie w odległej przyszłości lecz właściwie już teraz, po prostu pozbawiając ich zajęcia.

 

Postępy zautomatyzowanego dziennikarstwa

 

Przesadzam? To może jeszcze trochę przykładów. Choćby ten dotyczący tekstu napisanego przez AI, który trafił niedawno na pierwszą pozycję serwisu HackerNews (znający się na rzeczy wiedzą, że to nie byle co). Stoi za tym, choć nie jako „autor” w sensie ścisłym, niejaki Liam Porr, który również wykorzystał GPT-3, aby tworzyć wpisy na stworzonym przez siebie blogu aż w końcu jeden z „jego” artykułów pojawił się na szczycie listy. Porr twierdzi, że był to eksperyment, który miał dowieść tezy, że treści tworzone przez AI są już na takim poziomie, że czytelnicy mogą łatwo uwierzyć, iż zostały stworzone przez człowieka.

 

W poszukiwaniu przykładów można sięgnąć aż nieomal cztery lata wstecz. W Chinach, na początku 2017 r. robot o nazwie Xiao Nan, stworzony przez chińskich specjalistów AI, opublikował swój pierwszy artykuł w gazecie „Southern Metropolis Daily”. Materiał jest poświęcony zagadnieniu masowych podróży obywateli Państwa Środka w okresie chińskiego nowego roku. Xiao Nan potrzebował jednej sekundy, aby napisać tekst o objętości 300 znaków pisarskich, co w języku chińskim oznacza chyba materiał na co najmniej jedną stronę, ale nie jestem znawcą tamtejszych ideogramów, więc pozostawię znak zapytania. Komentujący osiągnięcie maszyny w chińskich mediach, profesor Xiaojun Wan z Uniwersytetu Pekińskiego, oceniał już wtedy, że robot dobrze sobie radzi z zarówno drobnymi, jak i dużymi formami, analizując i porównując przy tym znacznie więcej danych niż ludzie.

 

Od kilku lat z automatyzacją dziennikarstwa eksperymentuje znany tytuł „Washington Post”, wykorzystując opracowane wewnątrz firmy rozwiązanie o nazwie Heliograf. Podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio w 2016 r. Heliograf wygenerował setki krótkich relacji. Podczas wyborów w Stanach Zjednoczonych w 2016 r. wykorzystano go do relacji z blisko pół tysiąca spotkań wyborczych. Inna znana amerykańska gazeta „The Los Angeles Times” zatrudniła z kolei automat do produkcji doniesień o trzęsieniach ziemi.

 

Prawdziwą prekursorką automatyzacji reporterskiej jest agencja Associated Press, która zaczęła używać AI do generowania newsów finansowych już w 2014 roku. Po wprowadzeniu takich rozwiązań liczba jej raportów z rynków finansowych wzrosła dziesięciokrotnie, co, jak odnotowano, miało wpływ na wielkość obrotów na rynkach finansowych. Korzystając z innego systemu, AP zaczęło potem tworzyć relacje z setek meczów lig amerykańskich.

 

Na początku 2019 r. australijska edycja „The Guardian” opublikowała artykuł na temat dotacji partyjnych w tym kraju podpisany „ReporterMate”. Jak wyjaśniała redakcja, krył się za tym „eksperymentalny, zautomatyzowany system przekazywania wiadomości”, który może analizować zestawy danych i wypluwać „na wyjściu” proste kawałki tekstu.

 

Wspominałem już na portalu SDP o pracach nad narzędziami takimi jak Quill, które uczą się konwertować różnorodne zbiory danych na spójne teksty, których jakość z iteracji na iterację rośnie. A czymże w końcu jest praca dziennikarska jeśli nie zbieraniem, kompilowaniem, syntezą danych w celu przygotowania treści. Quill, produkt firmy Narrative Science robi właśnie coś takiego.

 

Kristian Hammond, twórca Narrative Science powtarzał wiele razy w wywiadach prasowych, że zautomatyzowane newsy w ciągu kilkunastu lat stanowić będą 90 proc. wszystkich wiadomości publikowanych w mediach, nie tylko internetowych. Co ciekawe, w jego ocenie, nie oznacza to wcale dramatu, bezrobocia i końca zawodu dziennikarskiego. Uważa on, że dziennikarze nadal będą zajmować się swoją robotą, może poza prostymi informacjami, które i tak przecież nie były nigdy polem jakiejś szczególnie satysfakcjonującej zawodowej samorealizacji. Nadal będą pisać, komentować, analizować, rozmawiać. Na dobrą reporterkę, publicystykę, wywiady, zdaniem Hammonda, wciąż będzie miejsce i zapotrzebowanie. Nawet jeśli powstaną maszyny zdolne do tworzenia udanych ambitnych form dziennikarskich, to trudno się spodziewać, że ludzie będą chętni to czytać. Może inne maszyny, ale nie ludzie. Ludzie będą chcieli czytać, o tym co myślą i co wiedzą inni ludzie, mający w ich oczach autorytet lub sympatię, albo jedno i drugie. Jednak Hammond mówił to jeszcze przed popisami publicystyki w wykonaniu GPT-3.

 

Tymczasem ekspansja inteligentnych piszących robotów już w praktyce przekłada się na los ludzi pióra. Kilka miesięcy temu Microsoft ogłosił zamiar przeprowadzenia zwolnień dziennikarzy, redaktorów i innych pracowników serwisu MSN i innych redakcji informacyjnych. Firma podała, że zwolnienia te nie mają nic wspólnego z pandemią COVID-19, zaś bardzo wiele – z zakrojoną na szeroką skalę automatyzacją dziennikarstwa. Tracących pracę ludzi zastąpić mają algorytmy skanujące internetowe treści. Zresztą Microsoft coraz częściej zachęca reporterów i redaktorów do polegania na sztucznej inteligencji w takich zadaniach, jak wyszukiwanie oraz filtracja treści tekstowych i obrazów, które można wykorzystać w artykułach.

 

Mistrzowie researchu

 

Zatem redaktorzy robiąc tak, uczą maszyny, które w przyszłości mają ich zastąpić. To nie może nie budzić niepokojów. Z drugiej jednak stronu, uspokajając obawy newsroomów entuzjaści automatyzacji dziennikarstwa podkreślają, iż rozwój tych technik wydaje się być dla dziennikarzy okazją do skupienia się na bardziej pogłębionych, wyższej jakości treściach, zamiast na prostych, powtarzalnych kawałkach – ostatecznie uwalniając ich od swoistego mechanicyzmu pracy nad newsami. Zautomatyzowane dziennikarstwo otwiera też nowe możliwości dla organizacji medialnych, obniżając np. koszty, co ostatecznie powinno być korzystne także dla pracowników tych firm. Sprawne w researchu oprogramowanie może okazać się nieocenioną pomocą w newsroomach. Udoskonalone algorytmy dobrze nadają się też do weryfikacji faktograficznej i korekty błędów.

 

Na tym, czyli na wspomaganiu redaktorów i asyście polega projekt Reutersa, Lynx Insights, który przeszukuje wielkie zbiory danych, takie jak akcje lub wyniki sportowe, wskazując trendy i anomalie, a nawet pisząc kilka zdań przed przekazaniem go do ludzkiego dziennikarza. Jest to podobne podejście do tego, które przyjął serwis BuzzFeed, gdy przeszkolił algorytm przeszukiwania danych lotu w celu rozpoznania samolotów szpiegowskich, lub gdy projekt społeczny ProPublica użył nauki maszynowej do badania tysięcy komunikatów prasowych w celu analizy tego, co dzieje się w amerykańskim Kongresie.

 

Już w 2018 r. ok. jedna trzecia treści publikowanych przez Bloomberg News wykorzystywała jakąś formę automatyzacji. System wykorzystywany przez tę firmę, nazywany Cyborg, w pełnym wymiarze godzin wspiera dziennikarzy agencji w przygotowywaniu tysięcy raportów giełdowych i opracowań kwartalnych sprawozdań finansowych spółek. Program analizuje raporty finansowe firm natychmiast po ich publikacji i w ekspresowym tempie generuje materiały informacyjne podające najistotniejsze fakty i dane liczbowe. Człowiekowi, nawet doświadczonemu reporterowi finansowemu, zajmuje to znacznie więcej czasu, nie mówiąc już o tym, że to robota dla ludzi zwykle nudna, żmudna i podejmowana z niewielkim entuzjazmem.

 

„The Wall Street Journal” i Dow Jones również eksperymentują z technologią, która ma pomóc w realizacji przeróżnych zadań redakcyjnych, np. transkrypcji wywiadów z dźwięku na tekst a nawet do pomocy w identyfikacji tzw. „deep fakes”, czyli sfabrykowanych obrazów i filmów przedstawiających postacie wygenerowane przez zaawansowane algorytmy AI.

 

Szacowny „Forbes” poinformował parę lat temu, że testuje zintegrowane z systemem internetowej publikacji CMS, narzędzie o nazwie Bertie (od imienia założyciela magazynu z 1917 r.), którego celem ma być dostarczanie dziennikarzom szkiców i szablonów artykułów. Jak to działa w praktyce? Na przykład, dziennikarz „Forbesa” specjalizujący się w pisaniu o przemyśle samochodowym może od systemu otrzymać propozycję treści potencjalnego artykułu na temat, dajmy na to, Tesli. Towarzyszą jej linki do innych ważnych artykułów opublikowanych na ten temat zarówno w „Forbesie”, jak również na innych stronach internetowych, związanych z tematem. Narzędzie dostarcza również sugestii obrazów, które mogłyby ilustrować artykuł. Jak zapewniał w wypowiedziach w mediach Salah Zalatimo, dyrektor ds. cyfrowych w Forbes Media, w chwili obecnej Bertie nie generuje treści, które są gotowymi i w pełni zadowalającymi materiałami do publikacji. Służy raczej jako „punkt wyjścia do dalszej pracy”.

 

Opis robota „Forbesa” przywodzi na myśl raczej użytecznego asystenta, researchera współpracującego z autorem, niż zrobotyzowaną alternatywę dla dziennikarzy, choć firma nieomal jednocześnie z premierą Bertiego zaczęła mówić o „narzędziu AI do pisania artykułów”.

 

„Każdy organizacja, która zajmuje się tworzeniem treści, jest dziś pod przemożną presją, by generować je coraz szybciej i coraz bardziej redukować koszty,” mówi cytowany już przeze mnie na portalu SDP Ron Schmelzer, główny analityk w Cognilytica, firmie badawczej zajmującej się sztuczną inteligencją. „Na rynku będzie coraz więcej takich narzędzi [zautomatyzowanych i zrobotyzowanych – red.], coraz efektywniej i wydajniej produkujących coraz większe ilości treści”.

 

Wypowiadając się w wywiadach prasowych czy w oficjalnych komunikatach kadra kierownicza środków masowego przekazu twierdzi zwyczajowo, że wprowadzanie opartych na algorytmach narzędzi nie stanowi żadnego zagrożenia dla dziennikarzy. „Chodzi raczej o to, aby dziennikarze mogli poświęcać więcej czasu na pracę merytoryczną, koncepcyjną i twórczą,” słyszymy. Czy rzeczywiście kluczowa rola „czynnika ludzkiego” przetrwa w znajdujących się pod potężna presją rynkową mediach? Być może. A może jednak nie ma na to szans, bo niestety maszyny pod pewnym względami nie tylko dorównują ludziom, ale ich znacznie przewyższają.

 

Środki indywidualnego przekazu

 

Fakt, że pod pewnymi względami roboty mogą więcej, potencjalnie pozwala radykalnie przebudować logikę operowania mediów. Zamiast starać się dotrzeć do jak największej masy odbiorców, mogą (i nie ma z tym ekonomicznego problemu, gdyż kreacja treści w AI jest docelowo o wiele tańsza), celować w niewielkie, lokalne i precyzyjną kreską oddzielone grupy a nawet w pojedyncze osoby. To nie są już „mass” media lecz „very personalized” media.

 

Ta personalizacja, dzięki chirurgicznej precyzji i zwinności algorytmów AI może doprowadzić nas nawet dalej niż oferowanie każdemu z osobna takich artykułów, jakie go interesują. To, jak szkicują przyszłość niektórzy teoretycy, może być takie dziennikarskie origami, w którym elementy tekstów i obrazów są komponowane według preferencji indywidualnego odbiorcy.

 

Inaczej mówiąc, każdy czytelnik może czytać inny, stworzony specjalnie dla niego artykuł, niż czytelnik obok, dla którego algorytmy skroiły nieco inna wersję tej samej „story”. To nic w Internecie niezwykłego, jeśli przypomnimy sobie, że algorytmy Google, Facebooka czy Twittera od dawna podsuwają każdemu jego własną wersję serwisu wedle przyzwyczajeń i wybranych opcji (tzw. targetowanie behawioralne).

 

Jednak taki poziom personalizacji na bazie algorytmów AI budzi spore wątpliwości natury zasadniczej, etycznej i odwołującej się do podstawowych zasad, na których opierają się środki masowego przekazu w demokracji. Przede wszystkim tworzenie indywidualnych preferencji wymaga potężnej inwazji na prywatność odbiorcy, taką jakiej zresztą dopuszczają się społecznościówki. Po drugie pojawiają się pytania o prawdę obiektywną, wiarygodność, równe prawo do wolnej, rzetelnej informacji, w świecie, w którym newsy są krojone dla każdego inaczej.

 

Kompleksowy automat dziennikarski

 

To są jednak problemy, którymi podążający w śmiałym marszu do jutra świat technologii może się zbytnio nie przejąć. Ten świat coraz śmielej proponuje kompleksowe rozwiązania typu „zautomatyzowany dziennikarz end-to-end”.

 

Np. w marcu 2019 w chińskiej telewizji ważne dla Komunistycznej Partii Chin wydarzenie relacjonowała nowa gwiazda tamtejszej telewizji – Xin Xiaomeng. Widzom wydał się nieco dziwny. Nic dziwnego. Prezenter w TV był cyfrowym kompozytem, stworzonym przy pomocy maszyny uczącej się naśladować mimikę twarzy i wzorce mowy prawdziwej osobowości telewizyjnej. Wzorowany był na dziennikarzu Xinhua o nazwisku Qu Meng. Na razie słowa Xin Xiaomenga są pisane przez człowieka, a inteligencja systemu ogranicza się do zamiany tekstu na mowę. Gdyby jednak połączyć system z takimi algorytmami jak GPT-3, mielibyśmy już całość, w warstwie obrazu, głosu i przekazywanej treści. Kto zna syntezatory mowy, takie jak nasza rodzima Ivona, ten wie, że gdy ma się gotowy tekst, to wypowiedzenie go przez maszynę już nie stanowi żadnego problemu. Zatem mamy już wszystkie elementy składowe pełnego automatu dziennikarskiego, w dodatku wyglądającego jak żywy człowiek.

 

Możemy tego nie dostrzegać, ale takie automaty już się w technologicznych komorach inkubacyjnych rodzą. Google zapowiedział, że jego znany wielu ze smartfonów cyfrowy asystent będzie stanie się „gospodarzem wiadomości” serwowanych z podłączonych urządzeń od różnych partnerów medialnych. Prowadzącego serwis wiadomości robota wywoływać będzie dostępna od kilku tygodni funkcja nazwana „Your News Update” po której uruchomieniu trzeba poprosić Asystenta Google o przekazanie wiadomości głosowo. Automat oczywiście przedstawia serwis spersonalizowany, dostosowany do indywidualnych ustawień i historii użytkowania, inaczej niż to jest w tradycyjnych mediach. Jest to więc nie tylko dziennikarz-robot, ale w dodatku par excellence – twój robot.

 

Funkcja ta na razie jest dostępna jedynie w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, jednak w przyszłym roku zostanie rozszerzona na inne kraje, dla osób posiadających kompatybilne smartfony i podłączone głośniki. Podobną usługę o nazwie „flash briefing” od pewnego czasu oferuje również Amazon – w swoich urządzeniach ze sztuczną inteligencja konwersacyjną Alexa. Jeśli więc dziennikarze radiowi i telewizyjni myśleli, że bój z maszynami o stanowiska pracy dotyczy jedynie redaktorów piszących, to na pewno są w błędzie.

 

Gdy się nam tym głębiej zastanowić, to nasuwa się wniosek, że w miarę postępów zrobotyzowanej reporterki, rosnąć będzie również automatyzacja i algorytmizacja po stronie odbiorcy. Spójrzmy na to, jak działa robot takiego typu jak Google Asystent. Jeśli postawi mu się za zadanie przygotowywanie serwisów o tematyce gospodarczej na podstawie oceanu informacji, w coraz większym stopniu, jak wiemy, generowanych przez maszyny, to robot stanie się w istocie odbiorcą (czytelnikiem!) materiałów generowanych przez inne roboty, a w konsekwencji niejako pośrednikiem filtrującym, przygotowującym i odkrywającym sens w nasilającej się, masowej lawinie danych. Jeśli zdamy się na maszyny we wszystkich aspektach konsumpcji informacji, to zniknąć może nawet ostatni argument, że „ludzie będą woleli ludzi a nie automaty”. W sytuacji, gdy robot jest gatekeeperem czuwającym nad personalizacją newsów, przestaniemy wybierać, gdyż wygodniej będzie zdać się na maszynę, która przecież dopasowuje się do nas idealnie.

 

Albo poprawna politycznie, albo inteligencja

 

Jest jednak cień nadziei płynący z dość zabawnej historii, która przydarzyła się zwalniającemu dziennikarzy na rzecz sztucznej inteligencji Microsoftowi. Okazało się, że twórcy algorytmów nie umieją jeszcze, poza umiejętnościami selekcjonowania, redagowania, a nawet pisania informacji, nauczyć sztucznej inteligencji poprawności politycznej połączonej z wysokim poziomem rewolucyjnej czujności akceptowanym przez lewicowe media.

 

W lutym tego roku okazało się mianowicie, że algorytm zajmujący wyszukiwaniem artykułów w Internecie i wypełnianiem nimi serwisu MSN popełnił zbrodnię najstraszliwszą w oczach neomarksistów spod znaku BLM a tacy obecnie dominują w zachodnich mediach mainstreamowych. Mianowicie pomylił ze sobą dwie kolorowe kobiety z zespołu Little Mix. Gdyby wciąż niedoskonała maszyna pomyliła dwóch białych mężczyzn to byłaby po prostu pomyłka. Jednak w odniesieniu do osób ciemnoskórych to „skandaliczny rasizm”. W dodatku były to kobiety, więc zarazem mizoginizm, męski szowinizm i ogólnie – „rasistowski samiec twój wróg”.

 

„The Guardian” zawył przeciągle o „problemie uprzedzeń rasowych sztucznej inteligencji w newsroomie MSN”. W świecie „woke” firma nie może takiej sytuacji zbyć krótkimi wyjaśnieniami o „niedoskonałości systemu” i pracy nad „doskonaleniem algorytmów”. O nie. Musiała, wdrożyć jakieś specjalne procedury, kontrole itp.

 

Płynie z tego wniosek taki, że być może jednak, kolego reporterze i koleżanko redaktorko nie musisz się, przynajmniej na razie, obawiać sztucznej inteligencji, która grozi twojej posadzie. Trzeba tylko odpowiednio opanować meandry „myślenia” w kategoriach poprawności politycznej. Maszyny tego się nie nauczą, bo zasadniczo są po prostu inteligencją. A jeśli im się to ideolo wtłoczy do algorytmów, to już inteligencją ani sztuczną, ani jakąkolwiek, nie będą. A to w efekcie, dla ludzi obawiających się AI, nie taka zła wiadomość.