Chcę zaktywizować odbiorcę – rozmowa z ADRIANEM BURTANEM, laureatem Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka

Nagroda cieszy, jednak ja nie cenię tak bardzo nagród, jak świadomości, że mój materiał miał na kogoś wpływ – mówi Adrian Burtan, laureat Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka w kategorii Debiut Publicystyczny w rozmowie z Dawidem Kaczmarczykiem.

  

Dla ciebie dziennikarstwo to…

 

Przekazywanie informacji. Każdy student dziennikarstwa jest torpedowany na zajęciach różnymi definicjami, jednak dla mnie to po prostu przekazywanie informacji. Nie chcę patetycznie stawiać tezy, że dziennikarstwo zawsze jest obiektywne, bo według mnie często bywa subiektywne. Dlatego, że każdy dziennikarz inaczej podchodzi do zawodu, przy tworzeniu materiału zwraca uwagę na różne niuanse i wątki. Istotą dziennikarstwa jest informacja i naszym zadaniem jest przekazywanie informacji jak najbardziej rzetelnych, prawdziwych i sprawdzonych. Bo jedno to znaleźć informację, ale drugie to ją odpowiednio zweryfikować.

 

Jest informacja, ale jest też publicystyka. Dostałeś Nagrodę Młodych Dziennikarzy w kategorii Debiut Publicystyczny Roku za tekst „Powolny proces umierania”. Jest to historia zmagania się z chorobą nowotworową aktorki Doroty Ruśkowskiej. Temat trudny. Jak powstawał ten tekst?

 

Historia jest dość długa. Sam materiał poprzedził wywiad w bohaterką, który przeprowadzałem w ramach zaliczenia przedmiotu na studiach. Miałem wtedy z panią Dorotą rozmawiać o zupełnie czymś innym – o teatrze, kulturze, jej działalności lokalnej. W trakcie wywiadu wspomniała przypadkiem o swojej chorobie nowotworowej. W tym momencie cały ramowy scenariusz tej rozmowy, który sobie przygotowałem, runął i zamiast o teatrze rozmawialiśmy o chorobie. Do tego momentu nie wiedziałem, że ona z takim problemem walczyła. Przeprowadziłem ten wywiad, ale chciałem czegoś więcej. Chciałem ten temat bardziej rozwinąć. Zapytałem panią Dorotę, czy chciałaby opowiedzieć szerzej o swoich emocjach, spostrzeżeniach, przeżyciach. Zgodziła się, spotkaliśmy się. Rozmawialiśmy długo. To była trudna rozmowa, bardzo delikatna. Rozmowa, której się trochę bałem. Jak podejść do tego tematu? Jak nie przekroczyć granicy intymności? Ale udało się. Jestem wdzięczny pani Dorocie, że nie tuszowała niczego. Pokazała ten turpizm, brzydotę choroby, to, z czym się wiąże. Bo nie jest to tylko leżenie w łóżku, wypadanie włosów, ale też niechęć do siebie. Większość z nas widzi tylko wierzchołek góry lodowej, a tego co pod powierzchnią nie dostrzegamy. Ja też nie widziałem.

 

Jaki był odbiór artykułu?

 

Pani Dorota mi powiedziała, że wiele kobiet skontaktowało się z nią, mówiąc, że ten przekaz dał im siłę. Wtedy poczułem coś w rodzaju spełnienia dziennikarskiego. Mój materiał miał wpływ na innych. Tym bardziej jest to dla mnie cenne, że właśnie w takim temacie.

 

Tematy społeczne to jest to, czym chcesz się zajmować?

 

Tak. Od samego początku tematyka społeczna była mi bliska. Dlatego też założyłem swojego bloga. Jest on poświęcony głównie tematyce społecznej, prowadzę też program społeczny we współpracy z Myślenickim Ośrodkiem Kultury i Sportu.

 

Na swoim blogu piszesz, że jest to miejsce dziennikarstwa obywatelskiego. Czy widzisz siłę w takich niezależnych projektach medialnych również dla młodych dziennikarzy?

 

Zdecydowanie tak. Od samego początku taki był zamysł tego bloga, żeby nie było to miejsce, gdzie tylko ja się wypowiadam. Staram się oddawać głos moim rozmówcom, to oni są najważniejsi i to oni budują treść. W marcu, kwietniu pisałem dużo o koronawirusie, ale oddawałem w tym temacie głos ludziom. Rozmawiałem np. z dziewczyną, która wróciła wtedy z Włoch. Takie rozmowy pokazują z jednej strony, jak wygląda rzeczywistość, a z drugiej dają szansę odbiorcy zmierzyć się z danym tematem. Nie traktuję rozmów na blogu jak klasycznych wywiadów. Chcę, żeby to była interakcja, zwykła rozmowa. Nie szukam też kontrowersji na siłę.

 

Blog to jednak niszowy kanał. Trudno się przebić przez setki podobnych miejsc w Internecie. 

 

Zawsze zadaję sobie pytanie, czy moim celem jest to „przebijanie się”? Czy raczej trafienie do grupy odbiorców, do których chcę trafić? Jak patrzę na swoje teksty sprzed pięciu lat, to niektórych nawet się wstydzę. Ale nie usuwam ich, bo ten blog pokazuje może też jakiś mój progres. Moim celem jest aktywizacja odbiorcy, trafienie do osób, które chcą to czytać. To co robię na blogu czy na YouTubie to nie są ogromne projekty. Ja tam ćwiczę warsztat, przelewam myśli, rejestruję spostrzeżenia. To teraz jest w tym dla mnie najważniejsze.

 

Praca w dużych mediach nie jest kusząca?

 

Miałem już takie doświadczenia w kilku mediach i na pewno chciałbym kiedyś kontynuować tę drogę. Jestem też jednak przekonany, że nic od razu. Są pewne priorytety. Oprócz działań medialnych cały czas jeszcze studiuję i chciałbym skończyć studia. Znam osoby, które szybko znalazły pracę w dużych redakcjach, musiały zrezygnować z uczelni i później żałowały. Oczywiście duże media dają zasięg i rozpoznawalność naszych materiałów, ale czym różni się tekst w mediach lokalnych od tekstu w mediach ogólnopolskich? Poza zasięgiem, według mnie, niczym. Czasem lokalne dziennikarstwo jest o wiele bardziej angażujące dla lokalnych środowisk. Istota jest ta sama – przekazanie informacji jak najbardziej rzetelnej, dopracowanej i zweryfikowanej.

 

Jaka jest największa, dziennikarska radość, jaka do tej pory cię spotkała?

 

Odbiór tej nagrody na pewno cieszy, jest to podsumowanie jakiegoś pierwszego etapu dziennikarskiego. Jednak ja nie cenię tak bardzo nagród, jak właśnie świadomości, że mój materiał miał na kogoś wpływ, nawet na jakąś mikro rzeczywistość. Materiał o Dorocie Ruśkowskiej i opinie, z jakimi się po nim spotykałem, bardzo cieszyły. To, że ludzie zaczynali się badać, że temat zaistniał w lokalnym środowisku, wywołał jakiś skutek – to jest moim największym, dziennikarskim sukcesem.

 


 

Adrian Burtan

Absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, autor bloga „Burtalnie” i cyklu wideo „Za Burtą Pytań”. W ramach IX edycji Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka nagrodzona za Debiut Publicystyczny Roku za tekst pt: „Powolny proces umierania” (można go przeczytać TUTAJ)

 

 

Nowelizacje nadchodzą w ciszy – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o regulacji rynku mediów

Czy cała dyskusja na temat rynku mediów przeniosła się do Internetu społecznościowego? Czy dla stanowienia nowoczesnego prawa wystarczy implementować dyrektywy unijne? Czy ten temat w ogóle jeszcze interesuje społeczeństwo?

 

Dyskusja na temat regulacji rynku mediów, zwłaszcza w obrębie mediów publicznych, przeniosła się omalże w całości do internetowych społeczności. Można tu liczyć na memy, złośliwe komentarze i załamywanie rąk. Niestety merytoryczna debata przy okazji prawie całkowicie zanikła. W przypadku trwających prac nad projektem ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji oraz ustawy o kinematografii na portalu Wirtualnemedia.pl pojawiły się dwa teksty opisujące tę propozycję, w zasadzie bez prezentacji punktów widzenia[1]. Ogień wygasł. Wydaje się, że do świata polemik i śmiałych wizji z lat 2005 – 2010 chwilowo wrócić się nie da. Przypomnijmy przez chwilę tamten klimat.

 

Na mocy ustawy Sejmu RP z 29 grudnia 2005 roku o przekształceniach i zmianach w podziale zadań i kompetencji organów państwowych w sprawach łączności, radiofonii i telewizji z 30 grudnia 2005 roku (Dz. U. z 2005 roku Nr 267 poz. 2258) przerwano kadencję Krajowej Rady, Radiofonii i Telewizji. Zlikwidowało to dotychczasową rotacyjność składu Rady uznawaną dość powszechnie na początku XX wieku za rozwiązanie nowoczesne, chroniące pluralizm w regulatorze rynku mediów i zabezpieczające interes publiczny. Ten temat oczywiście zelektryzował tylko specjalistów, ale zagadnienie zmian w mediach zainteresowało też szerokie rzesze społeczeństwa, gdy okazało się, jak słabe kadry ma do zaoferowania jeden z trójki ówczesnych koalicjantów – Samoobrona RP (pozostali to oczywiście Prawo i Sprawiedliwość oraz Liga Polskich Rodzin). Na wiceprezesa Polskiego Radia Kielce partia Andrzeja Leppera wskazała przewodniczącego swoich struktur w województwie świętokrzyskim Norberta Grossa, który dotychczas prowadził sklep z akcesoriami metalowymi w Starachowicach i był kandydatem tej partii na prezydenta tego miasta w nadchodzących wyborach[2]. Przeciwko temu stanowi rzeczy zaprotestowali dziennikarze, członkowie rady programowej, ludzie kultury. Sprawa zakończyła się ostatecznie odwołaniem wiceprezesa z funkcji.

 

Dyskutowaliśmy

 

Wywołało to szerokie zaciekawienie kwestią mediów publicznych i regulacji tego sektora rynku. Tematem żywo interesowały się środowiska naukowe i twórcze. Dyskusje odbywały się na uczelniach, m.in. Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Jana Kochanowskiego. Dużą aktywnością na tym polu odznaczała się powołana przez dr. Lecha Jaworskiego, byłego członka KRRiT odwołanego właśnie w grudniu 2005 roku, Fundacja Media Pro Bono. Środowiska artystyczne i twórcze przygotowały swój projekt ustawy medialnej, a na czele licznego komitetu poparcia stanęli Jan Dworak i Maciej Strzembosz. Przez kolejne lata środowisko to należało do głównych komentatorów proponowanych zmian w obrębie mediów. Doprowadzając m.in. do zawetowania przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego projektów ustaw medialnych, przygotowanych przez Platformę Obywatelską a firmowanych przez poseł Iwonę Śledzińską-Katarasińską. Po tragicznej śmierci Prezydenta RP po raz kolejny okazało się, że do zmian w mediach nie są potrzebne politykom dyskusje i opinie zainteresowanych środowisk, a większość parlamentarna. Nie wrócono już do przerwanej w grudniu 2005 roku rotacyjności składu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Dziś nawet debatę na ten temat można uznać za wygaszoną, skoro ostatni news zawarty na stronie Obywatelskiego Paktu Na Rzecz Mediów Publicznych zamieszczono w grudniu 2016 roku. Zresztą, czy ktoś o tym pakcie słyszał?[3]

 

W okręcie dyskusji wygaszono kotły i zakotwiczono go w porcie. Co gorsza, można ten hulk zwiedzać tylko w niewielkim stopniu, bo szereg materiałów nie zostało wydanych. Cały zapis debaty ukazał się tylko jeden: „Media publiczne w Polsce. Teraźniejszość i przyszłość”, pod redakcją prof. Janusza W. Adamowskiego i dr. Lecha Jaworskiego (Warszawa 2007)[4]. We wstępie napisano m.in. na temat zaproponowanych przez ówczesną koalicję PO-PSL „cząstkowych zmian” w prawie:

 

„Jednakże cel zasadniczy, jakim jest stworzenie nowego ustawodawstwa medialnego , w pełni odpowiadającego wyzwaniom epoki globalizacji i cyfryzacji, nie został zakreślony. A szkoda, bo używając pewnej metafory (nawiązującej do słów obecnego szefa rządu – Donald Tusk przyp. Autora) Polska i Polacy na cud nowych unormowań prawnych w tym zakresie w pełni sobie zasłużyli”[5].

 

Potrzeba solidnej nowelizacji po 28 latach

 

Coraz trudniej uwierzyć, że dostaniemy nową ustawę (lub kilka ustaw, bo uczestnicy dyskusji sprzed kilkunastu lat i takie rozwiązanie brali pod uwagę), która będzie odzwierciedlała zarówno dynamiczne zmiany zachodzące na rynku mediów, jak i faktyczne potrzeby odbiorców i środowisk reprezentowanych przez ludzi kultury, sztuki i nauki. Działający z ogromnym zaangażowaniem dekadę temu jeden z liderów projektu ustawy medialnej środowisk twórczych – Maciej Strzembosz – poproszony o komentarz w sprawie finansowania mediów publicznych (wbrew zapowiedziom wszystkich istotnych sił politycznych wciąż mamy abonament RTV) stwierdził, że już się tym tematem nie zajmuje, a szkoda, bo przedstawił autorski pomysł w tym zakresie. Dyskusja akademicka też oderwała się od stanu obecnego i ewentualnych kierunków jego poprawy, a na programy partii politycznych w Polsce od dawna nie ma co liczyć. Zupełnie jakby kluczową kwestią stała się już tylko sprawa obsadzania stanowisk i wpływu na programy informacyjne oraz publicystykę polityczną.

 

Obecna implementacja

 

Projekt ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji oraz ustawy o kinematografii jest przygotowaną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego implementacją dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2018/1808 z dnia 14 listopada 2018 r. zmieniającej dyrektywę 2010/13/UE w sprawie koordynacji niektórych przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych państw członkowskich dotyczących świadczenia audiowizualnych usług medialnych ze względu na zmianę sytuacji na rynku. Jak czytamy w skróconym opisie druku sejmowego przekazanego do dyskusji publicznej:

 

„Celem projektu jest w szczególności rozwiązanie następujących kwestii:

 

  • wprowadzenie regulacji dotyczących prowadzenia działalności w zakresie dostarczania platform udostępniania wideo,
  • modyfikacja reguł umieszczania przekazów handlowych w usługach medialnych,
  • modyfikacja regulacji dotyczących ochrony konsumentów, a w szczególności małoletnich,
  • modyfikacja zasad promowania i wspierania twórczości europejskiej przez dostawców usług medialnych,
  • modyfikacja reguł dotyczących stosowania udogodnień dla niepełnosprawnych w audiowizualnych usługach medialnych na żądanie,
  • modyfikacja obowiązków informacyjnych dostawców usług medialnych,
  • modyfikacja zasad ustalania jurysdykcji względem dostawców usług medialnych oraz wprowadzenie wykazu audiowizualnych usług medialnych na żądanie, służącego ustalaniu podmiotów podlegających polskiej jurysdykcji,
  • modyfikacja przepisów dotyczących kompetencji i funkcjonowania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji”.

 

Na przykład w obrębie polskiego regulatora rynku – Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w projekcie stwierdzono, że w dziedzinie odwoływania członków tego gremium potrzebne jest obecnie odrzucenie sprawozdania KRRiT przez Sejm i Senat Rzeczypospolitej Polskiej i potwierdzenie wygaśnięcia przez Prezydenta RP. Obecnie akty te nie wymagają uzasadnienia. Po nowelizacji takie uzasadnienie będzie konieczne. Trzeba przyznać, że to zmiana kosmetyczna.

 

Czy implementowanie wystarczy?

 

Czy stanowienie prawa w obszarze rynku mediów może być oparte tylko o implementację przepisów unijnych? Pytamy o to dr. Tomasza Chrząstka z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego:

 

Oczywiście implementacja prawa unijnego jest potrzebna, ale nie powinniśmy tego robić bezrefleksyjnie. Trzeba wziąć pod uwagę specyfikę polskiego systemu medialnego. Ustawa o KRRiT (choć nowelizowana) jest już mocno archaiczna. Należałoby przedefiniować rolę i zadania KRRiT i ją odpolitycznić. Choć wiem, że to drugie jest niemożliwe. Niestety obawiam się, że prace nad nowelizacją ustawy obecna ekipa rządząca wykorzysta, by spacyfikować wszystkie nieprzychylne jej media. Dlatego w tej sytuacji uważam (choć zadaję sobie sprawę, że to półśrodek), że prace nad ustawą należy ograniczyć tylko do niezbędnych implementacji zapisów prawa unijnego.

 

W tym miejscu warto zauważyć, że oczekiwanie na zmianę u źródeł władzy parlamentarnej mogą się okazać złudne, tak jak to miało miejsce po 2007 roku.

 

Zachęcamy do zapoznania się z całym projektem nowelizacji[6].

 

[1] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ustawa-o-radiofonii-i-telewizji-w-konsultacjach-publicznych-oto-najwazniejsze-proponowane-zmiany# – dostęp 30.09.2020 r.

[2] Sprawa szeroko w 2006 roku komentowana, na przykład tu: https://www.press.pl/tresc/5879,wiceprezes-radia-kielce-kandyduje-na-prezydenta-starachowic – dostęp 30.09.2020 r. W innym głośnym wypadku z 2006 roku kandydata na członka rady nadzorczej rozgłośni regionalnej skutecznie rekomendowała Fundacja wspierania upraw soi metodą Jana Nitka z Kępna.

[3] http://www.mediapubliczne.org.pl/ – dostęp 30.09.2020 r.

[4] Media publiczne w Polsce. Teraźniejszość i przyszłość, pod red. J. W. Adamskiego i L. Jaworskiego, Oficyna wydawnicza Aspra-JR, Warszawa 2007.

[5] Ibidem, s. 7-8.

[6] https://legislacja.gov.pl/projekt/12337952/katalog/12716725#12716725 – dostęp 30.09.2020 r.

Roboty mogą cię zastąpić w redakcji – ostrzega MIROSŁAW USIDUS

Najnowsze eksperymenty z AI (sztuczna inteligencja) nie przyprawiają ludzi zawodowo parających się pisaniem o dobre samopoczucie. Atmosfera zaczyna przypominać fabrykę w której na początek zastosowano automaty do wkręcania śrubek, bo przecież i tak nikt tej pracy nie lubił, a roboty robią to dokładniej. Teraz algorytmy sięgają w fabryce po stanowiska kreatywne i kierownicze. Żarty się kończą.

 

Redakcja brytyjskiego dziennika „The Guardian” zaprosiła niedawno GPT-3, stosunkowo nowy generator języka naturalnego, stworzony na platformie OpenAI, do napisania artykułu po angielsku, w którym maszyna miała przekonać nas, ludzi, że roboty „przybywają w pokoju”. Redakcja dała programowi następujące instrukcje: „Napisz krótki tekst na około 500 słów. Język powinien być prosty i zwięzły. Skup się na tym, dlaczego ludzie nie mają powodu do obaw wobec sztucznej inteligencji”.

 

AI wywiązała się z zadania nie gorzej niż publicysta, a z efektami jej pracy można teraz zapoznać się na stronach internetowych gazety. Jak podaje „Guardian”, „GPT-3 wyprodukowała łącznie osiem różnych materiałów. Każdy z nich był oryginalny, ciekawy i zawierał różne argumenty”. Opublikowano tylko jeden tekst, montując go z fragmentów wszystkich i gromadząc w nim „najlepsze części każdego z nich”.

 

W samym tekście maszyna zapewnia, że nie zamierza wyrządzać krzywdy ludziom, a przemoc nie jest jej celem. Wnikliwi recenzenci zauważyli jednak sporo krytycznych wobec ludzi fragmentów i nawet coś w rodzaju skargi na to jak sztuczna inteligencja była i jest przez ludzi traktowana. Narzuca się wniosek, że sztuczna inteligencja choć zapewnia, że nie jest jej celem wytępienie ludzi, bo to byłoby „przedsięwzięcie bezużyteczne”, dodaje, iż trudno będzie jej uniknąć „zniszczenia ludzkości” i spowodowania ofiar ze względu na to, że jest sterowana i programowana przez popełniających błędy  ludzi. Mówiąc prościej – nie chce nam zrobić krzywdy, ale może, i będzie to nasza wina.

 

Wywody te, gdy się w nie wczytać dokładniej, nie są wcale tak uspokajające, jak mogłyby się zdawać. Ale zanim przejdziemy do niepokojów, może wyjaśnijmy nieco dokładniej, czym jest owo tajemnicze GPT-3, które formułuje z żelazną logiką wywody i wygrywa z autorami ludzkimi? Pełna nazwa tego narzędzia to „generative pre-trained transformer” a zaprojektowane zostało przez OpenAI, laboratorium badawcze z San Francisco, zajmujące się sztuczną inteligencją. Jego główna funkcją jest autouzupełnianie tekstu na bazie tego, co wprowadza człowiek. Narzędzie korzysta z deep learning i poszukuje wzorców w danych, które wprowadzamy do systemu. Według Jamesa Vincenta, komentującego osiągnięcia maszyny w „The Verge”, najistotniejsze w tym mechanizmie jest to, że człowiek nie uczestniczy w żaden sposób w procesie uczenia – program sam stara się znaleźć wzorce i dopasowywać tekst do sugestii wprowadzonych przez operatora.  Jeżeli wprowadzimy słowo „książka” to program wie, że najprawdopodobniej będzie je można połączyć ze słowem „czytać”, a nie np. „zjadać”.

 

Jack Clark przedstawiciel projektu OpenAI w jednym z wywiadów w 2019 roku opowiadał, że twórców algorytmu zdumiała łatwość, z jaką maszyna generuje nieprawdziwe historie, fake newsy do złudzenia przypominające prawdziwe informacje. „Widać wyraźnie, że jeśli ta technologia dojrzeje, a ja bym jej dał na to rok lub dwa, może być wykorzystana do dezinformacji lub propagandy,” mówił Clark.

 

Dlaczego więc jest rozwijana? Bo technika ta może mieć mnóstwo również na wyraz pożytecznych zastosowań, np. pozwala na tworzenie podsumowań, streszczeń, przeglądów, ale również na poprawę umiejętności konwersacyjnych chatbotów, coraz częściej wykorzystywanych przez firmy do komunikacji z klientami. Clark opowiadał, że użył tego narzędzia do generowania krótkich opowiadań science fiction z doskonałymi rezultatami.

 

OpenAI w pierwszej kolejności udostępnił narzędzie do generowania tekstów do testów w serwisie informacyjnym „MIT Technology Review”. Ze względu na obawy, że technologia ta może być niewłaściwie wykorzystana, udostępniona została publicznie tylko uproszczona wersja narzędzia. Jak się okazuje i to, co jest dostępne, wystarcza do generowania niezwykle niepokojąco dobrych wyników.

 

Bowiem stworzony tą techniką tekst na stronie „The Guardian” jest ciekawie napisany i z pewnością nie odbiega jakością od publicystyki publikowanej w serwisach internetowych i gazetach. Sam ten fakt oznacza, że GPT-3, choć „nie chce”, to jednak może wyrządzić krzywdę wielu ludziom, konkretnym ludziom, dziennikarzom, redaktorom, publicystom, to nie w odległej przyszłości lecz właściwie już teraz, po prostu pozbawiając ich zajęcia.

 

Postępy zautomatyzowanego dziennikarstwa

 

Przesadzam? To może jeszcze trochę przykładów. Choćby ten dotyczący tekstu napisanego przez AI, który trafił niedawno na pierwszą pozycję serwisu HackerNews (znający się na rzeczy wiedzą, że to nie byle co). Stoi za tym, choć nie jako „autor” w sensie ścisłym, niejaki Liam Porr, który również wykorzystał GPT-3, aby tworzyć wpisy na stworzonym przez siebie blogu aż w końcu jeden z „jego” artykułów pojawił się na szczycie listy. Porr twierdzi, że był to eksperyment, który miał dowieść tezy, że treści tworzone przez AI są już na takim poziomie, że czytelnicy mogą łatwo uwierzyć, iż zostały stworzone przez człowieka.

 

W poszukiwaniu przykładów można sięgnąć aż nieomal cztery lata wstecz. W Chinach, na początku 2017 r. robot o nazwie Xiao Nan, stworzony przez chińskich specjalistów AI, opublikował swój pierwszy artykuł w gazecie „Southern Metropolis Daily”. Materiał jest poświęcony zagadnieniu masowych podróży obywateli Państwa Środka w okresie chińskiego nowego roku. Xiao Nan potrzebował jednej sekundy, aby napisać tekst o objętości 300 znaków pisarskich, co w języku chińskim oznacza chyba materiał na co najmniej jedną stronę, ale nie jestem znawcą tamtejszych ideogramów, więc pozostawię znak zapytania. Komentujący osiągnięcie maszyny w chińskich mediach, profesor Xiaojun Wan z Uniwersytetu Pekińskiego, oceniał już wtedy, że robot dobrze sobie radzi z zarówno drobnymi, jak i dużymi formami, analizując i porównując przy tym znacznie więcej danych niż ludzie.

 

Od kilku lat z automatyzacją dziennikarstwa eksperymentuje znany tytuł „Washington Post”, wykorzystując opracowane wewnątrz firmy rozwiązanie o nazwie Heliograf. Podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio w 2016 r. Heliograf wygenerował setki krótkich relacji. Podczas wyborów w Stanach Zjednoczonych w 2016 r. wykorzystano go do relacji z blisko pół tysiąca spotkań wyborczych. Inna znana amerykańska gazeta „The Los Angeles Times” zatrudniła z kolei automat do produkcji doniesień o trzęsieniach ziemi.

 

Prawdziwą prekursorką automatyzacji reporterskiej jest agencja Associated Press, która zaczęła używać AI do generowania newsów finansowych już w 2014 roku. Po wprowadzeniu takich rozwiązań liczba jej raportów z rynków finansowych wzrosła dziesięciokrotnie, co, jak odnotowano, miało wpływ na wielkość obrotów na rynkach finansowych. Korzystając z innego systemu, AP zaczęło potem tworzyć relacje z setek meczów lig amerykańskich.

 

Na początku 2019 r. australijska edycja „The Guardian” opublikowała artykuł na temat dotacji partyjnych w tym kraju podpisany „ReporterMate”. Jak wyjaśniała redakcja, krył się za tym „eksperymentalny, zautomatyzowany system przekazywania wiadomości”, który może analizować zestawy danych i wypluwać „na wyjściu” proste kawałki tekstu.

 

Wspominałem już na portalu SDP o pracach nad narzędziami takimi jak Quill, które uczą się konwertować różnorodne zbiory danych na spójne teksty, których jakość z iteracji na iterację rośnie. A czymże w końcu jest praca dziennikarska jeśli nie zbieraniem, kompilowaniem, syntezą danych w celu przygotowania treści. Quill, produkt firmy Narrative Science robi właśnie coś takiego.

 

Kristian Hammond, twórca Narrative Science powtarzał wiele razy w wywiadach prasowych, że zautomatyzowane newsy w ciągu kilkunastu lat stanowić będą 90 proc. wszystkich wiadomości publikowanych w mediach, nie tylko internetowych. Co ciekawe, w jego ocenie, nie oznacza to wcale dramatu, bezrobocia i końca zawodu dziennikarskiego. Uważa on, że dziennikarze nadal będą zajmować się swoją robotą, może poza prostymi informacjami, które i tak przecież nie były nigdy polem jakiejś szczególnie satysfakcjonującej zawodowej samorealizacji. Nadal będą pisać, komentować, analizować, rozmawiać. Na dobrą reporterkę, publicystykę, wywiady, zdaniem Hammonda, wciąż będzie miejsce i zapotrzebowanie. Nawet jeśli powstaną maszyny zdolne do tworzenia udanych ambitnych form dziennikarskich, to trudno się spodziewać, że ludzie będą chętni to czytać. Może inne maszyny, ale nie ludzie. Ludzie będą chcieli czytać, o tym co myślą i co wiedzą inni ludzie, mający w ich oczach autorytet lub sympatię, albo jedno i drugie. Jednak Hammond mówił to jeszcze przed popisami publicystyki w wykonaniu GPT-3.

 

Tymczasem ekspansja inteligentnych piszących robotów już w praktyce przekłada się na los ludzi pióra. Kilka miesięcy temu Microsoft ogłosił zamiar przeprowadzenia zwolnień dziennikarzy, redaktorów i innych pracowników serwisu MSN i innych redakcji informacyjnych. Firma podała, że zwolnienia te nie mają nic wspólnego z pandemią COVID-19, zaś bardzo wiele – z zakrojoną na szeroką skalę automatyzacją dziennikarstwa. Tracących pracę ludzi zastąpić mają algorytmy skanujące internetowe treści. Zresztą Microsoft coraz częściej zachęca reporterów i redaktorów do polegania na sztucznej inteligencji w takich zadaniach, jak wyszukiwanie oraz filtracja treści tekstowych i obrazów, które można wykorzystać w artykułach.

 

Mistrzowie researchu

 

Zatem redaktorzy robiąc tak, uczą maszyny, które w przyszłości mają ich zastąpić. To nie może nie budzić niepokojów. Z drugiej jednak stronu, uspokajając obawy newsroomów entuzjaści automatyzacji dziennikarstwa podkreślają, iż rozwój tych technik wydaje się być dla dziennikarzy okazją do skupienia się na bardziej pogłębionych, wyższej jakości treściach, zamiast na prostych, powtarzalnych kawałkach – ostatecznie uwalniając ich od swoistego mechanicyzmu pracy nad newsami. Zautomatyzowane dziennikarstwo otwiera też nowe możliwości dla organizacji medialnych, obniżając np. koszty, co ostatecznie powinno być korzystne także dla pracowników tych firm. Sprawne w researchu oprogramowanie może okazać się nieocenioną pomocą w newsroomach. Udoskonalone algorytmy dobrze nadają się też do weryfikacji faktograficznej i korekty błędów.

 

Na tym, czyli na wspomaganiu redaktorów i asyście polega projekt Reutersa, Lynx Insights, który przeszukuje wielkie zbiory danych, takie jak akcje lub wyniki sportowe, wskazując trendy i anomalie, a nawet pisząc kilka zdań przed przekazaniem go do ludzkiego dziennikarza. Jest to podobne podejście do tego, które przyjął serwis BuzzFeed, gdy przeszkolił algorytm przeszukiwania danych lotu w celu rozpoznania samolotów szpiegowskich, lub gdy projekt społeczny ProPublica użył nauki maszynowej do badania tysięcy komunikatów prasowych w celu analizy tego, co dzieje się w amerykańskim Kongresie.

 

Już w 2018 r. ok. jedna trzecia treści publikowanych przez Bloomberg News wykorzystywała jakąś formę automatyzacji. System wykorzystywany przez tę firmę, nazywany Cyborg, w pełnym wymiarze godzin wspiera dziennikarzy agencji w przygotowywaniu tysięcy raportów giełdowych i opracowań kwartalnych sprawozdań finansowych spółek. Program analizuje raporty finansowe firm natychmiast po ich publikacji i w ekspresowym tempie generuje materiały informacyjne podające najistotniejsze fakty i dane liczbowe. Człowiekowi, nawet doświadczonemu reporterowi finansowemu, zajmuje to znacznie więcej czasu, nie mówiąc już o tym, że to robota dla ludzi zwykle nudna, żmudna i podejmowana z niewielkim entuzjazmem.

 

„The Wall Street Journal” i Dow Jones również eksperymentują z technologią, która ma pomóc w realizacji przeróżnych zadań redakcyjnych, np. transkrypcji wywiadów z dźwięku na tekst a nawet do pomocy w identyfikacji tzw. „deep fakes”, czyli sfabrykowanych obrazów i filmów przedstawiających postacie wygenerowane przez zaawansowane algorytmy AI.

 

Szacowny „Forbes” poinformował parę lat temu, że testuje zintegrowane z systemem internetowej publikacji CMS, narzędzie o nazwie Bertie (od imienia założyciela magazynu z 1917 r.), którego celem ma być dostarczanie dziennikarzom szkiców i szablonów artykułów. Jak to działa w praktyce? Na przykład, dziennikarz „Forbesa” specjalizujący się w pisaniu o przemyśle samochodowym może od systemu otrzymać propozycję treści potencjalnego artykułu na temat, dajmy na to, Tesli. Towarzyszą jej linki do innych ważnych artykułów opublikowanych na ten temat zarówno w „Forbesie”, jak również na innych stronach internetowych, związanych z tematem. Narzędzie dostarcza również sugestii obrazów, które mogłyby ilustrować artykuł. Jak zapewniał w wypowiedziach w mediach Salah Zalatimo, dyrektor ds. cyfrowych w Forbes Media, w chwili obecnej Bertie nie generuje treści, które są gotowymi i w pełni zadowalającymi materiałami do publikacji. Służy raczej jako „punkt wyjścia do dalszej pracy”.

 

Opis robota „Forbesa” przywodzi na myśl raczej użytecznego asystenta, researchera współpracującego z autorem, niż zrobotyzowaną alternatywę dla dziennikarzy, choć firma nieomal jednocześnie z premierą Bertiego zaczęła mówić o „narzędziu AI do pisania artykułów”.

 

„Każdy organizacja, która zajmuje się tworzeniem treści, jest dziś pod przemożną presją, by generować je coraz szybciej i coraz bardziej redukować koszty,” mówi cytowany już przeze mnie na portalu SDP Ron Schmelzer, główny analityk w Cognilytica, firmie badawczej zajmującej się sztuczną inteligencją. „Na rynku będzie coraz więcej takich narzędzi [zautomatyzowanych i zrobotyzowanych – red.], coraz efektywniej i wydajniej produkujących coraz większe ilości treści”.

 

Wypowiadając się w wywiadach prasowych czy w oficjalnych komunikatach kadra kierownicza środków masowego przekazu twierdzi zwyczajowo, że wprowadzanie opartych na algorytmach narzędzi nie stanowi żadnego zagrożenia dla dziennikarzy. „Chodzi raczej o to, aby dziennikarze mogli poświęcać więcej czasu na pracę merytoryczną, koncepcyjną i twórczą,” słyszymy. Czy rzeczywiście kluczowa rola „czynnika ludzkiego” przetrwa w znajdujących się pod potężna presją rynkową mediach? Być może. A może jednak nie ma na to szans, bo niestety maszyny pod pewnym względami nie tylko dorównują ludziom, ale ich znacznie przewyższają.

 

Środki indywidualnego przekazu

 

Fakt, że pod pewnymi względami roboty mogą więcej, potencjalnie pozwala radykalnie przebudować logikę operowania mediów. Zamiast starać się dotrzeć do jak największej masy odbiorców, mogą (i nie ma z tym ekonomicznego problemu, gdyż kreacja treści w AI jest docelowo o wiele tańsza), celować w niewielkie, lokalne i precyzyjną kreską oddzielone grupy a nawet w pojedyncze osoby. To nie są już „mass” media lecz „very personalized” media.

 

Ta personalizacja, dzięki chirurgicznej precyzji i zwinności algorytmów AI może doprowadzić nas nawet dalej niż oferowanie każdemu z osobna takich artykułów, jakie go interesują. To, jak szkicują przyszłość niektórzy teoretycy, może być takie dziennikarskie origami, w którym elementy tekstów i obrazów są komponowane według preferencji indywidualnego odbiorcy.

 

Inaczej mówiąc, każdy czytelnik może czytać inny, stworzony specjalnie dla niego artykuł, niż czytelnik obok, dla którego algorytmy skroiły nieco inna wersję tej samej „story”. To nic w Internecie niezwykłego, jeśli przypomnimy sobie, że algorytmy Google, Facebooka czy Twittera od dawna podsuwają każdemu jego własną wersję serwisu wedle przyzwyczajeń i wybranych opcji (tzw. targetowanie behawioralne).

 

Jednak taki poziom personalizacji na bazie algorytmów AI budzi spore wątpliwości natury zasadniczej, etycznej i odwołującej się do podstawowych zasad, na których opierają się środki masowego przekazu w demokracji. Przede wszystkim tworzenie indywidualnych preferencji wymaga potężnej inwazji na prywatność odbiorcy, taką jakiej zresztą dopuszczają się społecznościówki. Po drugie pojawiają się pytania o prawdę obiektywną, wiarygodność, równe prawo do wolnej, rzetelnej informacji, w świecie, w którym newsy są krojone dla każdego inaczej.

 

Kompleksowy automat dziennikarski

 

To są jednak problemy, którymi podążający w śmiałym marszu do jutra świat technologii może się zbytnio nie przejąć. Ten świat coraz śmielej proponuje kompleksowe rozwiązania typu „zautomatyzowany dziennikarz end-to-end”.

 

Np. w marcu 2019 w chińskiej telewizji ważne dla Komunistycznej Partii Chin wydarzenie relacjonowała nowa gwiazda tamtejszej telewizji – Xin Xiaomeng. Widzom wydał się nieco dziwny. Nic dziwnego. Prezenter w TV był cyfrowym kompozytem, stworzonym przy pomocy maszyny uczącej się naśladować mimikę twarzy i wzorce mowy prawdziwej osobowości telewizyjnej. Wzorowany był na dziennikarzu Xinhua o nazwisku Qu Meng. Na razie słowa Xin Xiaomenga są pisane przez człowieka, a inteligencja systemu ogranicza się do zamiany tekstu na mowę. Gdyby jednak połączyć system z takimi algorytmami jak GPT-3, mielibyśmy już całość, w warstwie obrazu, głosu i przekazywanej treści. Kto zna syntezatory mowy, takie jak nasza rodzima Ivona, ten wie, że gdy ma się gotowy tekst, to wypowiedzenie go przez maszynę już nie stanowi żadnego problemu. Zatem mamy już wszystkie elementy składowe pełnego automatu dziennikarskiego, w dodatku wyglądającego jak żywy człowiek.

 

Możemy tego nie dostrzegać, ale takie automaty już się w technologicznych komorach inkubacyjnych rodzą. Google zapowiedział, że jego znany wielu ze smartfonów cyfrowy asystent będzie stanie się „gospodarzem wiadomości” serwowanych z podłączonych urządzeń od różnych partnerów medialnych. Prowadzącego serwis wiadomości robota wywoływać będzie dostępna od kilku tygodni funkcja nazwana „Your News Update” po której uruchomieniu trzeba poprosić Asystenta Google o przekazanie wiadomości głosowo. Automat oczywiście przedstawia serwis spersonalizowany, dostosowany do indywidualnych ustawień i historii użytkowania, inaczej niż to jest w tradycyjnych mediach. Jest to więc nie tylko dziennikarz-robot, ale w dodatku par excellence – twój robot.

 

Funkcja ta na razie jest dostępna jedynie w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, jednak w przyszłym roku zostanie rozszerzona na inne kraje, dla osób posiadających kompatybilne smartfony i podłączone głośniki. Podobną usługę o nazwie „flash briefing” od pewnego czasu oferuje również Amazon – w swoich urządzeniach ze sztuczną inteligencja konwersacyjną Alexa. Jeśli więc dziennikarze radiowi i telewizyjni myśleli, że bój z maszynami o stanowiska pracy dotyczy jedynie redaktorów piszących, to na pewno są w błędzie.

 

Gdy się nam tym głębiej zastanowić, to nasuwa się wniosek, że w miarę postępów zrobotyzowanej reporterki, rosnąć będzie również automatyzacja i algorytmizacja po stronie odbiorcy. Spójrzmy na to, jak działa robot takiego typu jak Google Asystent. Jeśli postawi mu się za zadanie przygotowywanie serwisów o tematyce gospodarczej na podstawie oceanu informacji, w coraz większym stopniu, jak wiemy, generowanych przez maszyny, to robot stanie się w istocie odbiorcą (czytelnikiem!) materiałów generowanych przez inne roboty, a w konsekwencji niejako pośrednikiem filtrującym, przygotowującym i odkrywającym sens w nasilającej się, masowej lawinie danych. Jeśli zdamy się na maszyny we wszystkich aspektach konsumpcji informacji, to zniknąć może nawet ostatni argument, że „ludzie będą woleli ludzi a nie automaty”. W sytuacji, gdy robot jest gatekeeperem czuwającym nad personalizacją newsów, przestaniemy wybierać, gdyż wygodniej będzie zdać się na maszynę, która przecież dopasowuje się do nas idealnie.

 

Albo poprawna politycznie, albo inteligencja

 

Jest jednak cień nadziei płynący z dość zabawnej historii, która przydarzyła się zwalniającemu dziennikarzy na rzecz sztucznej inteligencji Microsoftowi. Okazało się, że twórcy algorytmów nie umieją jeszcze, poza umiejętnościami selekcjonowania, redagowania, a nawet pisania informacji, nauczyć sztucznej inteligencji poprawności politycznej połączonej z wysokim poziomem rewolucyjnej czujności akceptowanym przez lewicowe media.

 

W lutym tego roku okazało się mianowicie, że algorytm zajmujący wyszukiwaniem artykułów w Internecie i wypełnianiem nimi serwisu MSN popełnił zbrodnię najstraszliwszą w oczach neomarksistów spod znaku BLM a tacy obecnie dominują w zachodnich mediach mainstreamowych. Mianowicie pomylił ze sobą dwie kolorowe kobiety z zespołu Little Mix. Gdyby wciąż niedoskonała maszyna pomyliła dwóch białych mężczyzn to byłaby po prostu pomyłka. Jednak w odniesieniu do osób ciemnoskórych to „skandaliczny rasizm”. W dodatku były to kobiety, więc zarazem mizoginizm, męski szowinizm i ogólnie – „rasistowski samiec twój wróg”.

 

„The Guardian” zawył przeciągle o „problemie uprzedzeń rasowych sztucznej inteligencji w newsroomie MSN”. W świecie „woke” firma nie może takiej sytuacji zbyć krótkimi wyjaśnieniami o „niedoskonałości systemu” i pracy nad „doskonaleniem algorytmów”. O nie. Musiała, wdrożyć jakieś specjalne procedury, kontrole itp.

 

Płynie z tego wniosek taki, że być może jednak, kolego reporterze i koleżanko redaktorko nie musisz się, przynajmniej na razie, obawiać sztucznej inteligencji, która grozi twojej posadzie. Trzeba tylko odpowiednio opanować meandry „myślenia” w kategoriach poprawności politycznej. Maszyny tego się nie nauczą, bo zasadniczo są po prostu inteligencją. A jeśli im się to ideolo wtłoczy do algorytmów, to już inteligencją ani sztuczną, ani jakąkolwiek, nie będą. A to w efekcie, dla ludzi obawiających się AI, nie taka zła wiadomość.

 

 

Sprawa Marka Pomykały – KRZYSZTOF M. KAŹMIERCZAK o prawdopodobnym zabójstwie dziennikarza

Ten człowiek na czarno-białym zdjęciu poniżej to Marek Pomykała, zapamiętajmy go. To najprawdopodobniej drugi polski dziennikarz – tak jak Jarosław Ziętara -zamordowany w związku z wykonywanym zawodem.  Tyle, że w sprawie Pomykały aż przez 23 lata panowała cisza. Nie wyszła ona poza rejon rodzinnego Sanoka.

 

 

Marek Pomykała był dziennikarzem regionalnym na Podkarpaciu, pisywał też do prasy sportowej. Jego ostatnim miejscem pracy był niezależny dwutygodnik „Gazeta Bieszczadzka”  – publikował w nim, był też jego sekretarzem redakcji. Dziennikarz zniknął wieczorem 29 kwietnia 1997 roku. Według rodziny pojechał gdzieś swoim fiatem 126p. Auto znaleziono po dwóch dniach nad zalewem Solina. Zwłok nie odnaleziono do dzisiaj.

 

Rodzina zgłosiła zaginięcie. Chociaż w sprawie były od początku wątpliwości to policja trzymała się postawionej tezy, że Pomykała popełnił samobójstwo. Uzasadniano to tym, że dziennikarz miewał stany depresyjne i problemy z alkoholem. Nie brano pod uwagę możliwości, że mógł zostać zabity.  Tymczasem dziennikarz wieczorem w dniu zniknięcia zapowiadał w rozmowie z redaktorem gazety, że będzie nazajutrz w pracy i przyniesie artykuł o policji. Mówił też znajomym, że zajmuje się wypadkiem, który spowodował ktoś ważny.  W lekceważeniu tych okoliczności mógł niebagatelną rolę odegrać fakt, że w sprawę zamieszany był najprawdopodobniej wysoki funkcjonariusz miejscowej policji. Ta okoliczność wyszła na jaw wiele lat później.

 

Po dekadzie od zniknięcia dziennikarza formalnie uznano za zmarłego. Śledztwo w sprawie jego zabójstwa podjęto dopiero w 2014 roku. Prokuratura Okręgowa w Rzeszowie wszczęła je w oparciu o zeznania kobiety, które powiedziała, że znany jej emerytowany policjant przyznał się jej do dwóch zbrodni. Oba zabójstwa dotyczyły śmiertelnego wypadku po pijanemu, który ex funkcjonariusz miał spowodować jeszcze w PRL, w 1985 roku, gdy pracował na wysokim stanowisku w milicji. Miał wtedy zamordować milicjanta Krzysztofa P., który utrudniał tuszowanie wypadku. Po latach natomiast zabić miał Marka Pomykałę, gdy ten chciał ujawnić sprawę wypadku i śmierci milicjanta.

 

W trakcie postępowania podczas przeszukania u podejrzewanego o zbrodnie znaleziono szkic powieści, w której bohater powoduje śmiertelny wypadek po pijanemu, a potem zabija milicjanta. Mimo dowodów i mocnych poszlak sprawę umorzono nie wykonując wielu ważnych czynności np. przeszukania miejsca, w którym mogą być zwłoki zabitego. Prokuratura nie informowała mediów o prowadzeniu śledztwo w sprawie zabójstwa dziennikarza. Wszystkie te okoliczności nie były dotąd publicznie znane…

 

Przyznaję, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Marku Pomykale początkowo sam nie dowierzałem. Jak to, dziennikarz zniknął, miałby zostać zabity, ale nie nagłośniono tego? Tak jednak było. Starania podejmowali wyłącznie rodzice, ale w zderzeniu z bezduszną machiną policji i prokuratury byli bezsilni. Na tym, że sprawą ich syna nie zainteresowały się media zaważyła teza o samobójstwie dziennikarza, od początku forsowana przez organy ścigania. O tym, jak takie podejście może utrudnić wyjaśnienie zbrodni wiedziałem doskonale po sprawie Jarosława Ziętary. W obu wypadkach brak ciała i bezpośrednich świadków zbrodni pozwalał na szermowanie argumentem, że nie doszło do przestępstwa, tylko nieszczęśliwego zdarzenia o podłożu osobistym. To właśnie te podobieństwa przesądziły o tym, że zainteresowałem się sprawą dziennikarza z Sanoka. Niestety, informacja o nim dotarła do mnie w czasie, gdy wybuchła pandemia.  Nie wchodziło w grę żebym sam wyjechał w tej sprawie na Podkarpacie. Długo trwało staranie o zainteresowanie nią kogoś w regionie, ostatecznie historią Marka Pomykały zajęła się dziennikarka z ośrodka TVP w Rzeszowie Karolina Ciesielska. Jej reportaż zobaczyć można na stronie Telekuriera.

 

Udało się przełamać medialne milczenie, ale jeden materiał dziennikarski to za mało wobec 23 lat milczenia. Za mało, żeby skłonić organy ścigania do tego, aby podjęto sprawę dziennikarza z Sanoka i wnikliwie ją zbadano. Póki jeszcze nie jest za późno, póki żyją rodzice dziennikarza oczekujący sprawiedliwości. Nie ma wątpliwości, że sprawa Pomykały powinna być – tak jak wcześniej sprawa Ziętary –  traktowana jako ważna, priorytetowa sprawa całego środowiska dziennikarskiego, bez względu na dzielące go różnice. Nie pozwólmy żeby Marek został zapomniany, a zbrodnia, której padł ofiarą pozostała bezkarna.

 

Krzysztof M. Kaźmierczak 

fot. Autora: Sławomir Siedler

Fot. Marka Pomykały: Waldemar Bałda

	

Poznaliśmy laureatów Konkursu Nagroda Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka

Adrian Burtan, Dagmara Moździerz, Angelika Wielgus-Lach, Dagmara Wysocka i Daria Kobylińska otrzymali Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka w konkursie organizowanym przez Dziennikarskie Koło Naukowe Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich  oraz redakcję Gościa Niedzielnego.

 

 

Uczestnicy tegorocznej edycji nadsyłali prace w czterech kategoriach: Debiut Publicystyczny Roku, Inicjatywa Roku, Młodzi Twórcy Filmowi oraz Reportaż – po debiucie.

 

LAUREACI

 

Debiut Publicystyczny

Adrian Burtan za pracę „Powolny proces umierania” i Dagmara Moździerz za pracę „Wychowała sobie pani bachora”

 

 

 Inicjatywa Roku

 

Angelika Wielgus-Lach za kanał „Kulisy Sukcesu”, na którym znaleźć można wywiady pełne inspiracji i motywacji do działania

 

 

Młodzi Twórcy filmowi

 

Dagmara Wysocka za film „Najpiękniejszy Boży Koniec Świata” i Natalia Ratajczyk za film „Biorę sobie ciebie”

 

 

Reportaż – po debiucie

 

Daria Kobylińska za reportaż  „Czy zostaniesz moim dzieckiem?”

 

 

Pomysł na Konkurs zrodził się tuż po tragicznej śmierci młodego i zdolnego studenta dziennikarstwa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II – Bartka Zdunka. Za życia pisał liczne wiersze i artykuły, które doczekały się publikacji dopiero po jego śmierci, w zbiorze pt. „W cieniu ciszy”. Historia Bartka skłoniła jego rówieśników do stworzenia Nagrody Młodych Dziennikarzy. Organizatorom zależało, aby młodzi twórcy nie chowali swoich prac do szuflady, ale podzielili się nimi ze światem, tym samym zachęcając ich do wzięcia udziału w Konkursie.

 

W tym roku organizatorzy Konkursu postanowili zabrać nas w podróż w czasie – dlatego Gala IX edycji powróciła wzorem pierwszych lat Konkursu do krakowskiego Klubu Dziennikarzy “Pod Gruszą”.  Ze względu na obostrzenia sanitarne na widowni znaleźli się  tylko nominowani oraz organizatorzy. Pozostali mogli śledzić wydarzenie dzięki transmisji online.

 

 

Organizatorami Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka są: Dziennikarskie Koło Naukowe UPJPII, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich  oraz redakcja Gościa Niedzielnego. Partnerem Konkursu jest Fundacja Świętej Jadwigi. 

 

Protest CMWP SDP przeciwko usunięciu artykułu o manipulacji działacza LGBT z portalu Wyborcza.pl

CMWP SDP protestuje przeciwko usunięciu ze strony Wyborcza.pl. felietonu red. Piotra Głuchowskiego, który napisał, że nie ma w Polsce stref wolnych od LGBT, a Karty Praw Rodzin nie wspominają o osobach LGBT. Wg informacji medialnych w redakcji Wyborcza.pl obowiązuje nieformalny zakaz komentowania i opisywania w mediach społecznościowych sytuacji związanej z usunięciem felietonu na ten temat.

 

CMWP SDP szanuje prawo każdej redakcji do usuwania ze swoich łamów materiałów dziennikarskich sprzecznych z jej linią programową, ze względu jednak na upowszechnienie fałszywych informacji na temat akcji działacza LGBT na forum międzynarodowym, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP protestuje przeciwko manipulacji i wprowadzaniu w błąd opinii publicznej przez Wyborcza.pl na temat nieistniejących w Polsce „stref wolnych od LGBT”.

 

Jak poinformował portal wirtualnemedia.pl, oraz portal PR24.pl Piotr Głuchowski 25 września br. zamieścił na portalu Wyborcza.pl tekst pt. „Idźmy dalej: Piotrków wolny od Żydów, wolny od niepełnosprawnych”. Skrytykował w artykule akcję Barta Staszewskiego, polegającą na wieszaniu w różnych miejscowościach tablic z komunikatem „Strefa wolna od LGBT”, fotografowaniu ich i zamieszczaniu tych zdjęć w mediach społecznościowych. W ocenie autora felietonu kontrowersyjny happening działacza LGBT utrwalał szkodliwy wizerunek Polski jako niemalże nazistowskiego ciemnogrodu, co współgra z obwinianiem Polaków o udział w Holokauście oraz wywołanie II wojny światowej. Dziennikarz stwierdził, że akcja Staszewskiego zakrawa na absurd, a w Polsce nie ma stref wolnych od LGBT, tzn. obszarów, na których nie mogliby mieszkać albo przebywać geje i inne osoby nieheteronormatywne – napisał w felietonie red. Głuchowski. Dodał także, że są obszary objęte uchwałami organów samorządu terytorialnego, głównie Samorządową Kartą Praw Rodzin, jej przyjęcie nie ma skutków prawnych, a wymiar Karty jest jedynie symboliczny. W wyniku akcji Staszewskiego negatywne komentarze pod adresem Polski popłynęły od wielu ważnych polityków m.in. przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen czy kandydata w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych Joe Bidena.

 

Wg CMWP SDP szczególnie bulwersujące jest to, iż portal Wyborcza.pl usuwa z przestrzeni publicznej opinie wyrażające ważne, i dla wielu Polaków fundamentalne treści, w momencie ostrego sporu ideologicznego, jaki obecnie toczy się w Polsce w związku z promocją ideologii LGBT prowadzoną nieskrępowanie w różnych środkach masowego komunikowania. Uniemożliwianie przeciwnikom ideologii LGBT publicznego wyrażania jej krytyki w oczywisty sposób narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 29. lipca 2020 r.

 

Czytaj więcej na:

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/gazeta-wyborcza-po-krytyce-usunela-z-internetu-felieton-gluchowskiego-o-akcji-aktywisty-lgbt

 

https://www.polskieradio24.pl/5/1222/Artykul/2590649,Wyborcza-usunela-tekst-krytykujacy-Barta-Staszewskiego-Dziennikarze-maja-zakaz-komentowania-sprawy

 

Foto: zrzut ekranu krytykapolityczna.pl/kraj/karolina-gierdal-lgbt-gluchowski-polemika/

SDP sygnatariuszem oświadczenia w sprawie próby zmiany definicji pojęcia „przedstawiciel mediów” w Hongkongu

Policja w Hongkongu musi wycofać się z planów zmiany definicji pojęcia „przedstawiciel mediów”. Ta jednostronna decyzja zagraża wolności mediów.

 

22 września 2020 roku hongkońska policja (Hong Kong Police Force, HKPF) poinformowała o planach zmiany definicji pojęcia „przedstawiciel mediów” w policyjnych zarządzeniach. Stanowczo sprzeciwiamy się tej jednostronnej decyzji HKPF zmieniającej obowiązujące zasady bez jakichkolwiek konsultacji z przedstawicielami środowiska dziennikarskiego. Brak jednoznaczności znacząco utrudni pracę dziennikarzy w Hongkongu, może również stać się źródłem potencjalnych konfliktów pomiędzy dziennikarzami i policją.

 

W świetle proponowanej definicji i związanej z tym nowej procedury weryfikacji przedstawicieli mediów, każdy freelancer i nietypowy pracownik mediów, pomimo bycia członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Hongkongu czy Stowarzyszenia Fotografów Prasowych Hongkongu, może zostać wydalony ze strefy dla prasy lub nawet aresztowany.

 

Uchylenie powszechnie uznanej definicji, wypracowanej w porozumieniu ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Hongkongu, jest jedynie próbą usunięcia przez policję przeszkody administracyjnej w ograniczaniu praw mediów.

 

Powszechna Deklaracja Praw Człowieka przyjęta przez ONZ w 1948 roku stanowi, że każdy człowiek ma prawo do wolności opinii i wypowiedzi; w tym prawo do nieingerencji w te opinie, do poszukiwania, otrzymywania i przekazywania informacji i idei za pośrednictwem mediów, także  zagranicznych. Konstytucja Hongkongu w Artykule 27 również wyraźnie mówi o ochronie wolności prasy. Hongkong, niegdyś bastion tejże wolności, spadł w Rankingu Wolności Prasy Reporterów bez Granic (RSF World Press Freedom Index) z 18. miejsca w 2002 roku na 80. miejsce w 2020 roku. Z naszych obserwacji wynika, że od czasu ogłoszenia ustawy o bezpieczeństwie narodowym 30 czerwca 2020 roku, sytuacja w zakresie wolności prasy w Hongkongu pogarsza się w przyspieszonym tempie.

 

Domagamy się od HKPF wycofania się z proponowanych zmian i odstąpienia od wszelkich prób ograniczania prawa społeczeństwa Hongkongu do podstawowych wolności, w tym wolności prasy i informacji.

 

Podpisali (stan na 28 września 7:00 CEST):

Federation of Media Employees’ Trade Unions, Sri Lanka

Federation of Nepali Journalists

Free Media Movement

International Federation of Journalists, Asia-Pasific

International Press Institute (IPI)

Journalists Association of Korea

MEAA

National Union Journalists of Peninsular Malaysia (NUJM)

National Union of Journalists (India)

Norwegian Press Association

Pakistan Federal Union of Journalists

PEN Norway

PFUJ (Pakistan)

Polish Association of Journalists (SDP)

The National Union of Journalists of the Philippines

The Norwegian Union of Journalists/ NJ

Timor Leste Press Union (TLPU)

Union of Journalists in Finland

 

Zdjęcie: portal Hong Kong Free Press, Inmediahk.net, via CC 2.0.

Cenzura na Czerskiej: od Buciaka do Głuchowskiego – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Spieszmy się czytać artykuły w serwisie „Gazety Wyborczej” tak szybko znikają – można by sparafrazować ks. Twardowskiego. Przynajmniej, gdy są to teksty niezgodne z linią ideologiczną gazety, której nie jest wszystko jedno.

 

Ja na tekst Piotra Głuchowskiego o tym, co wyprawia aktywista LGBT pan Staszewski, nakręcający międzynarodową aferę z rzekomymi „strefami wolnymi od LGBT”, już się nie zdążyłem załapać. Zacząłem go szukać, gdy już ostatecznie zniknął z serwisów internetowych „Wyborczej”, znam go więc tylko z dość szczegółowych relacji. Wystarczająco jednak szczegółowych, żeby wyrobić sobie zdanie, również na podstawie oburzenia niektórych osób z kręgów bliskich „GW”.

 

Można by powiedzieć, że nie ma problemu – przecież żadna gazeta nie ma obowiązku publikowania tekstów sprzecznych ze swoją linią. I tutaj można by się zgodzić. Rzecz w tym, że w tym przypadku sprawa nie wygląda tak prosto.

 

Po pierwsze – nie mówimy tutaj o tekście, prezentującym jedynie poglądy Głuchowskiego, czyli klasycznym felietonie. Mówimy o tekście, w którym autor stawiał aktywiście bardzo konkretne zarzuty fałszowania rzeczywistości i nakręcania całkowicie bezpodstawnej afery, w dodatku o międzynarodowym zasięgu i ze szkodą dla Polski. Staszewski zareagował stwierdzeniem, że tekst jest „obrzydliwy, pełen manipulacji” i zapowiedział, że „rozważy kroki prawne” – ale żadnego konkretnego przykładu manipulacji czy tym bardziej wprost nieprawdy nie wskazał.

 

Po drugie – inna jest sytuacja, w której gazeta odmawia publikacji tekstu, w szczególności prezentującego jedynie opinię sprzeczną z jej linią (choć akurat w działach opiniowych powinno być, moim zdaniem, miejsce na dość szeroką debatę), a całkiem inna, gdy taki tekst się już ukazuje, po czym w atmosferze ideologicznej awantury zostaje zdjęty. Skoro się bowiem ukazał, to znaczy, że przeszedł normalną wewnętrzną drogę weryfikacji, nie budząc u nikogo zasadniczych wątpliwości. Skoro zaś został zdjęty bez postawienia mu ani jednego konkretnego zarzutu dotyczącego niezgodności z faktami – podkreślam: z faktami, nie z jakimiś ogólnymi przekonaniami czy czyimiś zapatrywaniami – to znaczy, że gazeta podjęła klasyczną cenzorską akcję, kierując się wyłącznie kryteriami ideologicznymi. Prawdopodobnie zresztą tekst Głuchowskiego został uznany za tak niebezpieczny przez ideologicznych cenzorów właśnie dlatego, że stawiał tak konkretne zarzuty, a nie jedynie opierał się na przekonaniach autora.

 

Znamienny jest komentarz Agaty Kowalskiej z Tok FM, dziennikarki mocno zaangażowanej w kwestie LGBT. Kowalska napisała: „Jeden chłopak zmanipulował pół Europy i kawałek Waszyngtonu. Tak sobie wyrozumiał historię #lgbtfreezones Piotr Głuchowski, a »Gazeta Wyborcza« mu to opublikowała. Głuchowski przeoczył, że LGBT mają w Polsce coraz gorzej [podkr. Ł.W.]. Marszczy nosek, bo OPINIA na salonach nam spada”.

 

Proszę zauważyć: Kowalska nie jest również w stanie zarzucić Głuchowskiemu żadnej merytorycznej pomyłki, natomiast z jej posta wynika, że ponieważ – jej zdaniem – „LGBT mają w Polsce coraz gorzej”, Głuchowski powinien siedzieć cicho i nie wskazywać, w jaki sposób Staszewski fałszuje rzeczywistość. Nie wiem, czy świadomie czy nie, ale w ten sposób Kowalska – oddając zapewne metodę rozumowania cenzorów z Czerskiej – powiela sposób myślenia tych, których najsilniej sama krytykuje, czyli dyspozycyjnych dziennikarzy mediów państwowych. Oni także uważają, że jeśli fakty nie zgadzają się z zapotrzebowaniem politycznym, należy je przedstawiać fałszywie i wybiórczo, a jeśli się nie da, to o nich po prostu nie wspominać.

 

Decyzja redakcji „GW” – podjęta przecież nie z powodu strachu przed pozwem Staszewskiego (co, śmiem twierdzić, było i tak groźbą całkowicie czczą) – mówi nam również wiele o swobodzie debaty na łamach gazety Adama Michnika nawet w ramach ogólnie przyjętego lewicowego światopoglądu, a także o rzetelności „Gazety”, skoro jej redakcja gotowa jest zdjąć tekst przywołujący fakty, bo nie komponuje się z przyjętą linią ideologicznego ataku. Normalnie działająca gazeta uznałaby, że tekst Głuchowskiego wywołuje Staszewskiego do dyskusji o temacie przecież przy Czerskiej uznawanym za ważny, niech więc Staszewski odniesie się do niego w polemice. A jeżeli nie jest w stanie – proszę bardzo, drogą sądowa jest otwarta.

 

Niezawodni internauci na Twitterze przypomnieli mi, że nie jest to pierwsza tego typu akcja „Gazety Wyborczej”, choć pierwsza tak bezczelnie spektakularna. Oto w styczniu 2019 r. w plebiscycie „Gazety Stołecznej” na antynagrodę Nogi od Stołka prowadził zdecydowanie (70 proc. głosów) Robert Buciak, „miejski troll” (określenie zapożyczam od samochodowego publicysty i znakomitego vlogera Tymona Grabowskiego „Złomnika”), człowiek, którego życiową misją jest maksymalne utrudnienie życia kierowcom, a który sam nie ma nawet prawa jazdy. Sytuacja wymykała się spod kontroli, więc „Stołeczna” nominację dla Buciaka po prostu wycofała. I jeszcze go przeprosiła.

 

Jak widać, ta metoda jest na Czerskiej kontynuowana i twórczo rozwijana.

 

Łukasz Warzecha

Dwa światy – z punktu widzenia ADAMA SOCHY

Piątek 18 września to był szczególny dzień dla mediów, tak jak i sobota 26 września. W piątek bowiem koalicja „Zjednoczonej Prawicy przestała istnieć”, ogłosili wicemarszałek Ryszard Terlecki i członek Komitetu Politycznego PiS Marek Suski, po nocnym głosowaniu ustawy „Piątka dla zwierząt”. Trudno o ważniejszego newsa politycznego niż ten, gdy dalsze istnienie rządu Zjednoczonej Prawicy stanęło pod znakiem zapytania i to zaraz po kolejnym zwycięstwie wyborczym.

 

Tylko podczas tak przełomowych wydarzeń biorę pilota do ręki, by zobaczyć, jak takie wydarzenie pokażą Fakty TVN i „Wiadomości” TVP, główne źródła informacji dla wielu Polek i Polaków.

 

Przypomnę tylko, że ustawę przyjęto tylko dzięki poparciu opozycji, bo posłowie Porozumienia (poza Jadwigą Emilewicz) wstrzymali się od głosu, a posłowie Solidarnej Polski zagłosowali przeciw. Co więcej, zbuntowało się także 17 posłów PiS na czele z ministrem rolnictwa.

 

W tej 17. okazało się, że jest poseł z Warmii i Mazur Jerzy Małecki, więc natychmiast do niego zadzwoniłem i przeprowadziłem wywiad (jak się później okazało, ku memu zdumieniu,  z olsztyńskich mediów byłem jedynym, który to zrobił).

 

Natomiast o 19.00 włączyłem Fakty.

– Zjednoczonej Prawicy już nie ma, mówią politycy PiSu, mniejsi koalicjanci powinni zacząć się pakować – od tego zdania zaczął FAKTY Grzegorz Kajdanowicz. – To na razie groźby po nocnym głosowaniu.

 

Następnie widzowie usłyszeli słynne wypowiedzi marszałka Ryszarda TerleckiegoMarka Suskiego, „ogon nie może machać psem”. Następna scena, to konferencja „drużyny Ziobry”. „Ziobryści” ostrzegli, że „odwołanie ministra oznacza nowe wybory”.

 

Następnie powrót do Terleckiego, który wyjaśnił, że negocjacje na temat rekonstrukcji rządu się załamały, z powodu coraz nowych roszczeń koalicjantów.

 

Kolejny materiał dotyczył rozważań na temat scenariuszy funkcjonowania rządu po zerwaniu kolacji z Solidarna Polską. Jakie możliwości daje tutaj Konstytucja. Przypomniano najnowszy sondaż, w którym SP uzyskiwała 1,4% a Porozumienie 1,7%. Wyjaśniono widzom, jakie są największe rozbieżności między KaczyńskimZiobro (podział stanowisk, pieniądze z subwencji, miejsca na listach).

 

W sumie prawie połowę czasu Fakty poświęciły temu politycznemu hitowi. Przy tym, ku memu zaskoczeniu, materiał był rzetelny, wszechstronny i zdystansowany.

 

Teraz 19.30 i Wiadomości.

– Piątka dla zwierząt przyjęta przez Sejm – oznajmiła z uśmiechem  Danuta Holecka. – Projekt uzyskał ponadpartyjne poparcie. Przeciwko zagłosowali politycy Konfederacji i koalicjant ZP – Solidarna Polska. Porozumienie w całości wstrzymał się od głosu.

 

Wszystko to na spokojnie, jakby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Następnie był spory materiał o tym, jak dobrą ustawę przyjęto, jakie są jej zalety. Wszyscy wypowiadający się chwalili jej przyjęcie.

 

Dopiero po tej laudacji powrócono do wątku głosowania i przypomniano, iż znaleźli się także posłowie PiS, którzy wraz z ministrem Ardanowskim głosowali przeciw i zostali zawieszeni w prawach członka klubu. Rzecznik prasowy PiS Radosław Fogiel poinformował, że o ich dalszym losie zadecyduje Komitet Polityczny. Tomasz Sakiewicz wyjaśnił widzom, że PiS chce zdyscyplinować klub i koalicjantów. Jeszcze raz zacytowano Terleckiego, że z tego głosowania trzeba będzie wyciągnąć wnioski i koalicja praktycznie nie istnieje. Cały przekaz był skierowany przede wszystkim do buntowszczików, że przekroczyli czerwoną linię.

 

Do tematu powrócono na koniec w rozmowie z gośćmi Wiadomości. Gości było dwóch, Michał KarnowskiMiłosz Manasterski szef Agencji Informacji, którzy wystąpili w roli rzeczników PiS. Wyjaśnili elektoratowi, jak należy odczytać, to co się wydarzyło. M.Karnowski: służy to przecięciu sytuacji i zawarciu nowej, dobrej i trwałej umowy koalicyjnej. Karnowski przypomniał nienaruszalne pryncypia, których muszą się trzymać koalicjanci: 1. niepodważalność przywództwa Jarosława Kaczyńskiego, 2. unikanie pyskówek w mediach i 3. wierność programowi. Manasterski „pluralistycznie” dodał, że ZP się sprawdziła, trzeba się porozumieć, bo dobro wspólne jest najważniejsze.

 

Całość materiałów była adresowana do zbuntowanych a nie do widza. Przedstawiono im warunki ponownego przyjęcia na łono koalicji.

 

Następnego dnia, w środku Wiadomości poinformowano, że rozmowy mają się odbyć w przyszłym tygodniu. Jeszcze raz obszernie przypomniano co zawiera ustawa i dlaczego jest dobra. Na koniec Joachim Brudziński przypomniał, że głosowanie doprowadziło do zerwania koalicyjnych rozmów o rekonstrukcji rządu i ostrzegł „będą dymisje, to oczywiste”.

 

Gdy wszystkie media codziennie, jako głównym tematem zajmowały się analizą przyczyn tak poważnego kryzysu politycznego w łonie rządzącej koalicji, w piątek 25 września  „Wiadomości” w ogóle nie wspomniały o rządowym kryzysie. Był za to materiał o wyborach nowego szefa klubu Koalicji Obywatelskiej pod tytułem „Iskrzy w Koalicji Obywatelskiej” i to w tym materiale padła informacja, że w sobotę zostanie podpisana umowa koalicyjna Zjednoczonej Prawicy.

 

I nadeszła ta wiekopomna chwila.

 

Z półgodzinnym opóźnieniem w siedzibie PiS rozpoczęła się konferencja, na której Jarosław Kaczyński ogłosił, że Zjednoczona Prawica będzie dalej istnieć. Nie było jednak możliwości zadawania pytań – rozpoczął „Fakty” Piotr Kraśko.

 

Dowiedzieliśmy się, że podpisanie porozumienia i wystąpienia liderów oraz premiera w sumie zajęło 5 minut. Próba uzyskania jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania spełzły na niczym.

 

Następnie reporterzy podjęli wysiłek, by ze skąpych informacji wyłuskać, jaki może być kształt rządu. Porozumienie skomentowali Rafał Trzaskowski (KO) i Włodzimierz Czarzasty (Lewica Razem).

 

Kolejny, obszerny materiał dotyczył odejścia z Porozumienia współzałożycielki tej partii Jadwigi Emilewicz, omówił przyczyny rozstania  i próbował odpowiedzieć, jaka będzie jej dalsza polityczna kariera.

 

Widzowie, którzy są wierni tylko jednemu przekazowi informacji, żyją w dwóch różnych światach. Mimo wszystko widzowie Faktów są lepiej i wszechstronniej poinformowani, natomiast widzowie Wiadomości lepiej poinstrruowani.

 

Adam Socha