SDP sygnatariuszem oświadczenia w sprawie próby zmiany definicji pojęcia „przedstawiciel mediów” w Hongkongu

Policja w Hongkongu musi wycofać się z planów zmiany definicji pojęcia „przedstawiciel mediów”. Ta jednostronna decyzja zagraża wolności mediów.

 

22 września 2020 roku hongkońska policja (Hong Kong Police Force, HKPF) poinformowała o planach zmiany definicji pojęcia „przedstawiciel mediów” w policyjnych zarządzeniach. Stanowczo sprzeciwiamy się tej jednostronnej decyzji HKPF zmieniającej obowiązujące zasady bez jakichkolwiek konsultacji z przedstawicielami środowiska dziennikarskiego. Brak jednoznaczności znacząco utrudni pracę dziennikarzy w Hongkongu, może również stać się źródłem potencjalnych konfliktów pomiędzy dziennikarzami i policją.

 

W świetle proponowanej definicji i związanej z tym nowej procedury weryfikacji przedstawicieli mediów, każdy freelancer i nietypowy pracownik mediów, pomimo bycia członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Hongkongu czy Stowarzyszenia Fotografów Prasowych Hongkongu, może zostać wydalony ze strefy dla prasy lub nawet aresztowany.

 

Uchylenie powszechnie uznanej definicji, wypracowanej w porozumieniu ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Hongkongu, jest jedynie próbą usunięcia przez policję przeszkody administracyjnej w ograniczaniu praw mediów.

 

Powszechna Deklaracja Praw Człowieka przyjęta przez ONZ w 1948 roku stanowi, że każdy człowiek ma prawo do wolności opinii i wypowiedzi; w tym prawo do nieingerencji w te opinie, do poszukiwania, otrzymywania i przekazywania informacji i idei za pośrednictwem mediów, także  zagranicznych. Konstytucja Hongkongu w Artykule 27 również wyraźnie mówi o ochronie wolności prasy. Hongkong, niegdyś bastion tejże wolności, spadł w Rankingu Wolności Prasy Reporterów bez Granic (RSF World Press Freedom Index) z 18. miejsca w 2002 roku na 80. miejsce w 2020 roku. Z naszych obserwacji wynika, że od czasu ogłoszenia ustawy o bezpieczeństwie narodowym 30 czerwca 2020 roku, sytuacja w zakresie wolności prasy w Hongkongu pogarsza się w przyspieszonym tempie.

 

Domagamy się od HKPF wycofania się z proponowanych zmian i odstąpienia od wszelkich prób ograniczania prawa społeczeństwa Hongkongu do podstawowych wolności, w tym wolności prasy i informacji.

 

Podpisali (stan na 28 września 7:00 CEST):

Federation of Media Employees’ Trade Unions, Sri Lanka

Federation of Nepali Journalists

Free Media Movement

International Federation of Journalists, Asia-Pasific

International Press Institute (IPI)

Journalists Association of Korea

MEAA

National Union Journalists of Peninsular Malaysia (NUJM)

National Union of Journalists (India)

Norwegian Press Association

Pakistan Federal Union of Journalists

PEN Norway

PFUJ (Pakistan)

Polish Association of Journalists (SDP)

The National Union of Journalists of the Philippines

The Norwegian Union of Journalists/ NJ

Timor Leste Press Union (TLPU)

Union of Journalists in Finland

 

Zdjęcie: portal Hong Kong Free Press, Inmediahk.net, via CC 2.0.

Cenzura na Czerskiej: od Buciaka do Głuchowskiego – felieton ŁUKASZA WARZECHY

Spieszmy się czytać artykuły w serwisie „Gazety Wyborczej” tak szybko znikają – można by sparafrazować ks. Twardowskiego. Przynajmniej, gdy są to teksty niezgodne z linią ideologiczną gazety, której nie jest wszystko jedno.

 

Ja na tekst Piotra Głuchowskiego o tym, co wyprawia aktywista LGBT pan Staszewski, nakręcający międzynarodową aferę z rzekomymi „strefami wolnymi od LGBT”, już się nie zdążyłem załapać. Zacząłem go szukać, gdy już ostatecznie zniknął z serwisów internetowych „Wyborczej”, znam go więc tylko z dość szczegółowych relacji. Wystarczająco jednak szczegółowych, żeby wyrobić sobie zdanie, również na podstawie oburzenia niektórych osób z kręgów bliskich „GW”.

 

Można by powiedzieć, że nie ma problemu – przecież żadna gazeta nie ma obowiązku publikowania tekstów sprzecznych ze swoją linią. I tutaj można by się zgodzić. Rzecz w tym, że w tym przypadku sprawa nie wygląda tak prosto.

 

Po pierwsze – nie mówimy tutaj o tekście, prezentującym jedynie poglądy Głuchowskiego, czyli klasycznym felietonie. Mówimy o tekście, w którym autor stawiał aktywiście bardzo konkretne zarzuty fałszowania rzeczywistości i nakręcania całkowicie bezpodstawnej afery, w dodatku o międzynarodowym zasięgu i ze szkodą dla Polski. Staszewski zareagował stwierdzeniem, że tekst jest „obrzydliwy, pełen manipulacji” i zapowiedział, że „rozważy kroki prawne” – ale żadnego konkretnego przykładu manipulacji czy tym bardziej wprost nieprawdy nie wskazał.

 

Po drugie – inna jest sytuacja, w której gazeta odmawia publikacji tekstu, w szczególności prezentującego jedynie opinię sprzeczną z jej linią (choć akurat w działach opiniowych powinno być, moim zdaniem, miejsce na dość szeroką debatę), a całkiem inna, gdy taki tekst się już ukazuje, po czym w atmosferze ideologicznej awantury zostaje zdjęty. Skoro się bowiem ukazał, to znaczy, że przeszedł normalną wewnętrzną drogę weryfikacji, nie budząc u nikogo zasadniczych wątpliwości. Skoro zaś został zdjęty bez postawienia mu ani jednego konkretnego zarzutu dotyczącego niezgodności z faktami – podkreślam: z faktami, nie z jakimiś ogólnymi przekonaniami czy czyimiś zapatrywaniami – to znaczy, że gazeta podjęła klasyczną cenzorską akcję, kierując się wyłącznie kryteriami ideologicznymi. Prawdopodobnie zresztą tekst Głuchowskiego został uznany za tak niebezpieczny przez ideologicznych cenzorów właśnie dlatego, że stawiał tak konkretne zarzuty, a nie jedynie opierał się na przekonaniach autora.

 

Znamienny jest komentarz Agaty Kowalskiej z Tok FM, dziennikarki mocno zaangażowanej w kwestie LGBT. Kowalska napisała: „Jeden chłopak zmanipulował pół Europy i kawałek Waszyngtonu. Tak sobie wyrozumiał historię #lgbtfreezones Piotr Głuchowski, a »Gazeta Wyborcza« mu to opublikowała. Głuchowski przeoczył, że LGBT mają w Polsce coraz gorzej [podkr. Ł.W.]. Marszczy nosek, bo OPINIA na salonach nam spada”.

 

Proszę zauważyć: Kowalska nie jest również w stanie zarzucić Głuchowskiemu żadnej merytorycznej pomyłki, natomiast z jej posta wynika, że ponieważ – jej zdaniem – „LGBT mają w Polsce coraz gorzej”, Głuchowski powinien siedzieć cicho i nie wskazywać, w jaki sposób Staszewski fałszuje rzeczywistość. Nie wiem, czy świadomie czy nie, ale w ten sposób Kowalska – oddając zapewne metodę rozumowania cenzorów z Czerskiej – powiela sposób myślenia tych, których najsilniej sama krytykuje, czyli dyspozycyjnych dziennikarzy mediów państwowych. Oni także uważają, że jeśli fakty nie zgadzają się z zapotrzebowaniem politycznym, należy je przedstawiać fałszywie i wybiórczo, a jeśli się nie da, to o nich po prostu nie wspominać.

 

Decyzja redakcji „GW” – podjęta przecież nie z powodu strachu przed pozwem Staszewskiego (co, śmiem twierdzić, było i tak groźbą całkowicie czczą) – mówi nam również wiele o swobodzie debaty na łamach gazety Adama Michnika nawet w ramach ogólnie przyjętego lewicowego światopoglądu, a także o rzetelności „Gazety”, skoro jej redakcja gotowa jest zdjąć tekst przywołujący fakty, bo nie komponuje się z przyjętą linią ideologicznego ataku. Normalnie działająca gazeta uznałaby, że tekst Głuchowskiego wywołuje Staszewskiego do dyskusji o temacie przecież przy Czerskiej uznawanym za ważny, niech więc Staszewski odniesie się do niego w polemice. A jeżeli nie jest w stanie – proszę bardzo, drogą sądowa jest otwarta.

 

Niezawodni internauci na Twitterze przypomnieli mi, że nie jest to pierwsza tego typu akcja „Gazety Wyborczej”, choć pierwsza tak bezczelnie spektakularna. Oto w styczniu 2019 r. w plebiscycie „Gazety Stołecznej” na antynagrodę Nogi od Stołka prowadził zdecydowanie (70 proc. głosów) Robert Buciak, „miejski troll” (określenie zapożyczam od samochodowego publicysty i znakomitego vlogera Tymona Grabowskiego „Złomnika”), człowiek, którego życiową misją jest maksymalne utrudnienie życia kierowcom, a który sam nie ma nawet prawa jazdy. Sytuacja wymykała się spod kontroli, więc „Stołeczna” nominację dla Buciaka po prostu wycofała. I jeszcze go przeprosiła.

 

Jak widać, ta metoda jest na Czerskiej kontynuowana i twórczo rozwijana.

 

Łukasz Warzecha

Dwa światy – z punktu widzenia ADAMA SOCHY

Piątek 18 września to był szczególny dzień dla mediów, tak jak i sobota 26 września. W piątek bowiem koalicja „Zjednoczonej Prawicy przestała istnieć”, ogłosili wicemarszałek Ryszard Terlecki i członek Komitetu Politycznego PiS Marek Suski, po nocnym głosowaniu ustawy „Piątka dla zwierząt”. Trudno o ważniejszego newsa politycznego niż ten, gdy dalsze istnienie rządu Zjednoczonej Prawicy stanęło pod znakiem zapytania i to zaraz po kolejnym zwycięstwie wyborczym.

 

Tylko podczas tak przełomowych wydarzeń biorę pilota do ręki, by zobaczyć, jak takie wydarzenie pokażą Fakty TVN i „Wiadomości” TVP, główne źródła informacji dla wielu Polek i Polaków.

 

Przypomnę tylko, że ustawę przyjęto tylko dzięki poparciu opozycji, bo posłowie Porozumienia (poza Jadwigą Emilewicz) wstrzymali się od głosu, a posłowie Solidarnej Polski zagłosowali przeciw. Co więcej, zbuntowało się także 17 posłów PiS na czele z ministrem rolnictwa.

 

W tej 17. okazało się, że jest poseł z Warmii i Mazur Jerzy Małecki, więc natychmiast do niego zadzwoniłem i przeprowadziłem wywiad (jak się później okazało, ku memu zdumieniu,  z olsztyńskich mediów byłem jedynym, który to zrobił).

 

Natomiast o 19.00 włączyłem Fakty.

– Zjednoczonej Prawicy już nie ma, mówią politycy PiSu, mniejsi koalicjanci powinni zacząć się pakować – od tego zdania zaczął FAKTY Grzegorz Kajdanowicz. – To na razie groźby po nocnym głosowaniu.

 

Następnie widzowie usłyszeli słynne wypowiedzi marszałka Ryszarda TerleckiegoMarka Suskiego, „ogon nie może machać psem”. Następna scena, to konferencja „drużyny Ziobry”. „Ziobryści” ostrzegli, że „odwołanie ministra oznacza nowe wybory”.

 

Następnie powrót do Terleckiego, który wyjaśnił, że negocjacje na temat rekonstrukcji rządu się załamały, z powodu coraz nowych roszczeń koalicjantów.

 

Kolejny materiał dotyczył rozważań na temat scenariuszy funkcjonowania rządu po zerwaniu kolacji z Solidarna Polską. Jakie możliwości daje tutaj Konstytucja. Przypomniano najnowszy sondaż, w którym SP uzyskiwała 1,4% a Porozumienie 1,7%. Wyjaśniono widzom, jakie są największe rozbieżności między KaczyńskimZiobro (podział stanowisk, pieniądze z subwencji, miejsca na listach).

 

W sumie prawie połowę czasu Fakty poświęciły temu politycznemu hitowi. Przy tym, ku memu zaskoczeniu, materiał był rzetelny, wszechstronny i zdystansowany.

 

Teraz 19.30 i Wiadomości.

– Piątka dla zwierząt przyjęta przez Sejm – oznajmiła z uśmiechem  Danuta Holecka. – Projekt uzyskał ponadpartyjne poparcie. Przeciwko zagłosowali politycy Konfederacji i koalicjant ZP – Solidarna Polska. Porozumienie w całości wstrzymał się od głosu.

 

Wszystko to na spokojnie, jakby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Następnie był spory materiał o tym, jak dobrą ustawę przyjęto, jakie są jej zalety. Wszyscy wypowiadający się chwalili jej przyjęcie.

 

Dopiero po tej laudacji powrócono do wątku głosowania i przypomniano, iż znaleźli się także posłowie PiS, którzy wraz z ministrem Ardanowskim głosowali przeciw i zostali zawieszeni w prawach członka klubu. Rzecznik prasowy PiS Radosław Fogiel poinformował, że o ich dalszym losie zadecyduje Komitet Polityczny. Tomasz Sakiewicz wyjaśnił widzom, że PiS chce zdyscyplinować klub i koalicjantów. Jeszcze raz zacytowano Terleckiego, że z tego głosowania trzeba będzie wyciągnąć wnioski i koalicja praktycznie nie istnieje. Cały przekaz był skierowany przede wszystkim do buntowszczików, że przekroczyli czerwoną linię.

 

Do tematu powrócono na koniec w rozmowie z gośćmi Wiadomości. Gości było dwóch, Michał KarnowskiMiłosz Manasterski szef Agencji Informacji, którzy wystąpili w roli rzeczników PiS. Wyjaśnili elektoratowi, jak należy odczytać, to co się wydarzyło. M.Karnowski: służy to przecięciu sytuacji i zawarciu nowej, dobrej i trwałej umowy koalicyjnej. Karnowski przypomniał nienaruszalne pryncypia, których muszą się trzymać koalicjanci: 1. niepodważalność przywództwa Jarosława Kaczyńskiego, 2. unikanie pyskówek w mediach i 3. wierność programowi. Manasterski „pluralistycznie” dodał, że ZP się sprawdziła, trzeba się porozumieć, bo dobro wspólne jest najważniejsze.

 

Całość materiałów była adresowana do zbuntowanych a nie do widza. Przedstawiono im warunki ponownego przyjęcia na łono koalicji.

 

Następnego dnia, w środku Wiadomości poinformowano, że rozmowy mają się odbyć w przyszłym tygodniu. Jeszcze raz obszernie przypomniano co zawiera ustawa i dlaczego jest dobra. Na koniec Joachim Brudziński przypomniał, że głosowanie doprowadziło do zerwania koalicyjnych rozmów o rekonstrukcji rządu i ostrzegł „będą dymisje, to oczywiste”.

 

Gdy wszystkie media codziennie, jako głównym tematem zajmowały się analizą przyczyn tak poważnego kryzysu politycznego w łonie rządzącej koalicji, w piątek 25 września  „Wiadomości” w ogóle nie wspomniały o rządowym kryzysie. Był za to materiał o wyborach nowego szefa klubu Koalicji Obywatelskiej pod tytułem „Iskrzy w Koalicji Obywatelskiej” i to w tym materiale padła informacja, że w sobotę zostanie podpisana umowa koalicyjna Zjednoczonej Prawicy.

 

I nadeszła ta wiekopomna chwila.

 

Z półgodzinnym opóźnieniem w siedzibie PiS rozpoczęła się konferencja, na której Jarosław Kaczyński ogłosił, że Zjednoczona Prawica będzie dalej istnieć. Nie było jednak możliwości zadawania pytań – rozpoczął „Fakty” Piotr Kraśko.

 

Dowiedzieliśmy się, że podpisanie porozumienia i wystąpienia liderów oraz premiera w sumie zajęło 5 minut. Próba uzyskania jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania spełzły na niczym.

 

Następnie reporterzy podjęli wysiłek, by ze skąpych informacji wyłuskać, jaki może być kształt rządu. Porozumienie skomentowali Rafał Trzaskowski (KO) i Włodzimierz Czarzasty (Lewica Razem).

 

Kolejny, obszerny materiał dotyczył odejścia z Porozumienia współzałożycielki tej partii Jadwigi Emilewicz, omówił przyczyny rozstania  i próbował odpowiedzieć, jaka będzie jej dalsza polityczna kariera.

 

Widzowie, którzy są wierni tylko jednemu przekazowi informacji, żyją w dwóch różnych światach. Mimo wszystko widzowie Faktów są lepiej i wszechstronniej poinformowani, natomiast widzowie Wiadomości lepiej poinstrruowani.

 

Adam Socha

WOJCIECH POKORA: A może cenzura jest jednak potrzebna? Porozmawiajmy

Cenzurę w PRL paradoksalnie łatwiej zrozumieć i rozgrzeszyć. Inaczej jednak sprawa wygląda, gdy cenzura pojawia się w warunkach demokracji i wolności. Tu zaczyna nam zgrzytać, definicja wolności wyklucza przecież kontrolę publikacji. Czy na pewno?

 

Oj, w Lublinie, w tym Lublinie,
tak powoli woda płynie –
jak się wybić, by nie chybić-
głowiłem się tam.
I orzekłem – nie ma rady-
trzeba wydać „Barykady”
od konfiskat do nazwiska
szybko dojdę sam.

 

(Józef Łobodowski, Lubelska szopka polityczna, 1937 r.)

 

Już prawie sto lat minęło od chwili, gdy Lublinem wstrząsnęła seria skandali literackich, których bohaterem był Józef Łobodowski, poeta debiutujący w 1932 roku tomikiem „O czerwonej krwi”. Debiut zakończył się konfiskatą tomiku przez lubelską cenzurę oraz relegowaniem poety z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Za poglądy. Łobodowskiemu wytoczono proces. Przyjaciel skandalizującego debiutanta, także poeta Józef Czechowicz, w jednym z listów precyzował czego dotyczył akt oskarżenia – „Między innemi zarzuca się tam podburzanie do nieposłuszeństwa władzom, szerzenie nienawiści klasowej, celowe obrażanie uczuć religijnych, bluźnierstwo i wreszcie obrazę moralności publicznej przez wypowiadanie bezwstydnych myśli i wyrazów”. Groził za to wyrok 4 lat więzienia. W roku debiutu Józef Łobodowski był konfiskowany dziesięciokrotnie. Nie został skazany, ale stał się sławny. No i nigdy nie skończył przerwanych wówczas studiów. Taki był efekt działania cenzury. Co ciekawe, po wojnie Łobodowskiego także objęła cenzura, ale tym razem zdecydowanie dotkliwiej. Gdy pod koniec lat 70. wydano w Polsce zbiór listów Józefa Czechowicza, w jednym z nich, pisanym w 1932 roku do poety Kazimierza A. Jaworskiego, pojawiło się następujące zdanie:

 

„Przyślij nam coś do „Barykad”. Co do ich charakteru, wobec faktu, że redaktorem jest Łobodowski, nie masz chyba wątpliwości. […] Pierwszy numer wyszedł 1.X, i wyszedł z trudem, gdyby nie fakt, że cenzor nie mógł wychwycić wątku artykułów, drukowanych bez znaków przestankowych, prawdopodobnie nie ukazałby się nigdy. Możliwe, że drugi zostanie skonfiskowany z punktu, bez czytania”.

 

PRL-owski cenzor wyciął z tego fragmentu wzmiankę o Łobodowskim, bowiem jako zajadły antykomunista znajdował się on na liście autorów zakazanych. Nie tylko nie można było publikować jego dzieł, nie wolno było o nim nawet wspominać. Nazwisko miało ulec zapomnieniu. Józef Łobodowski popełnił największą zbrodnię, jakiej można się dopuścić w totalitarnym reżimie – mówił prawdę.

 

Uważny czytelnik w tej chwili zastanawia się zapewne – ale jak to, totalitarnym? Łobodowski był przecież cenzurowany II Rzeczpospolitej, a jej do reżimów totalitarnych zaliczyć nie wolno. Nie wolno, ale na jej przykładzie doskonale możemy zobaczyć, jak działał system autorytarny. Otóż po przewrocie majowym w 1926 roku na wolności słowa w Polsce dokonano gwałtu. 10 maja 1927 roku weszło w życie rozporządzenie o prawie prasowym i związane z nim rozporządzenie o rozpowszechnianiu nieprawdziwych wiadomości. Było ono nielegalne i zostało uchylone przez sejm, jednak przez kilka lat przepisy te działały. A były to przepisy wymuszające na redakcjach „dobrowolne” poddawanie się cenzurze prewencyjnej. Wydawcy doszli do wniosku, że taniej jest wysłać do urzędu kontroli odbitki szczotkowe i zezwolenie na ingerencję cenzury na tym etapie, niż zaryzykowanie konfiskaty całego nakładu, co pociągało za sobą koszty. Oczywiście zdarzało się, że administracja i tak rekwirowała całe nakłady, traktując to jako element represji.

 

Dlaczego o tym piszę i dlaczego skupiam się na cenzurze w wolnej Polsce, a nie w Polsce Ludowej? Ku przestrodze. Cenzurę w PRL paradoksalnie łatwiej zrozumieć i rozgrzeszyć. Mieliśmy do czynienia z narzuconą siłą władzą, która dla utrzymania się eliminowała nie tylko niepożądane treści ale także niepożądane osoby. Każdy wiedział, że istnieje  Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, który odpowiada za prawomyślność. Inaczej jednak sprawa wygląda, gdy cenzura pojawia się w warunkach demokracji i wolności. Tu zaczyna nam zgrzytać, definicja wolności wyklucza przecież kontrolę publikacji. Czy na pewno?

 

W 2011 roku głośna była sprawa Roberta Frycza, twórcy strony antykomor.pl. Do mieszkania blogera wkroczyli przedstawiciele ABW w towarzystwie policji i zabezpieczyli laptopa Frycza. Bloger zamknął budzącą kontrowersję stronę, na której gromadził materiały o ówczesnym prezydencie Bronisławie Komorowskim. Jak tłumaczył (cytuję za „Newsweekiem”) „ Nie było moim celem obrażanie prezydenta Komorowskiego, to była strona satyryczna a treści na niej zawarte miały wywoływać uśmiech”. Nie było chyba wówczas zbyt wielu polityków, którzy by nie bronili wolności słowa i Roberta Frycza. „Newsweek” cytował zarówno Jarosława Kaczyńskiego jak i Sławomira Nowaka, którzy zgodnie twierdzili, że wolność słowa jest wartością nadrzędną i jeśli jakieś przepisy ( w tym przypadku chodziło o Kodeks Karny i artykuły dotyczących publicznego znieważania prezydenta ) tę wolność ograniczają, należy je poprawić.

 

W 2018 roku Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski pisali w „Gazecie Wyborczej” o Narodowym Banku Polskim sugerując, że prezes NBP Adam Glapiński uczestniczył w aferze KNF. Narodowy Bank Polski złożył w Sądzie Okręgowym w Warszawie sześć wniosków o zabezpieczenie roszczeń procesowych, postulując tymczasowe usunięcie artykułów prasowych dotyczących afery z wydań elektronicznych i papierowych „Gazety Wyborczej”. Postulat usunięcia treści z opublikowanych już wydań papierowych wywołał oczywiście serię ironicznych komentarzy. Jak informowała wyborcza.pl w artykule „NBP żąda cenzury prewencyjnej wobec pięciorga dziennikarzy <<Wyborczej>>” z  3 grudnia 2018, „Bank centralny chce też, by konkretni dziennikarze mieli zakaz pisania o NBP i jego prezesie”. Trzeba tu zaznaczyć, że sąd odrzucił te wnioski, ale ważne jest, że w porównaniu ze sprawą „antykomora” poszliśmy tu o krok dalej, już nie chodzi tylko o usunięcie treści, ale pojawia się postulat cenzury prewencyjnej.

 

Z podobnym postulatem mamy do czynienia w ostatnich dniach. 27 sierpnia 2020 r. w dwóch odrębnych postanowieniach Sąd Okręgowy w Warszawie zakazał red. Piotrowi Nisztorowi oraz spółce FORUM S.A., wydawcy „Gazety Polskiej Codziennie” publikowania artykułów na temat zarzutów wobec Prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Jak zauważa Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP „W ten sposób Sąd Okręgowy w Warszawie łamie art. 54. Konstytucji RP, który w pkt. 2 mówi jednoznacznie: „Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”. W skandaliczny sposób narusza to zasadę wolności słowa demokratycznego państwa”.

 

Trudno się nie zgodzić z CMWP, ale to nie jedyny przypadek takiego postępowania sądów. O podobnym działaniu informuje np. „Nowa Trybuna Opolska”, której redaktor naczelny Krzysztof Zyzik napisał w kontekście sprawy red. Nisztora komentarz pt.: „Cenzura prewencyjna ma się w Polsce świetnie od lat”. Redaktor Zyzik pisze: „To nie jest wiedza tajemna, trąbiliśmy o tym na stronach głównych gazety i portalu, trąbił ogólnopolski portal branżowy Press.pl. Sąd Okręgowy w Opolu dwukrotnie zakazał nam pisać przez rok o wątpliwościach wokół projektu grupy naukowców Politechniki Opolskiej, jak i współpracującej z owymi naukowcami firmy mieszczącej się w salonie fryzjerskim (współpraca bynajmniej nie dotyczyła modelowania fryzur)”.

 

Jak zatem jest z tą cenzurą? Myślę, że w obliczu zbliżającego się terminu Zjazdu Krajowego SDP warto pochylić się nad tematem. Bo może cenzura jest potrzebna? Może jednak musi być, tylko wymierzona w określonym kierunku? Może trzeba trzymać w ryzach tych, którzy „podburzają do nieposłuszeństwa władzom, szerzą nienawiść klasową, celowo obrażają uczucia religijne, bluźnią i wreszcie obrażają moralność publiczną przez wypowiadanie bezwstydnych myśli i wyrazów”? Może trzeba za poglądy usuwać z uczelni? Józef Łobodowski wyleciał z KUL za „pornografię i bluźnierstwa”. Dziś mamy na tapecie sprawę dwóch profesorów, których wyrzucenia z uczelni domaga się opinia publiczna.

 

Pierwszym jest prof. Przemysław Czarnek, wykładowca w Katedrze Prawa Konstytucyjnego, poseł Prawa i Sprawiedliwości, którego usunięcia domaga się m.in. poseł PO z Lublina Michał Krawczyk. Prof. Czarnek zawinił tym, że na antenie publicznej telewizji powiedział m.in.: „brońmy się przed ideologią LGBT i skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka czy równości”.

 

Drugim jest ks. prof. Alfred Wierzbicki, kierownik Katedry Etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który poręczył za Michała Sz. znanego jako Margot. Wyrzucenia prof. Wierzbickiego z  uczelni domaga się Fundacja Życie i Rodzina.

 

To co, wyrzucamy? Czy rozmawiamy?

 

Wojciech Pokora

ŁUKASZ WARZECHA: 12 lat z 212 – wspólna sprawa dziennikarzy

12 lat z 212 – może to nawet dowcipnie brzmi, ale nie jest śmieszne, że bloger z Mosiny właśnie przez 12 lat czekał na uniewinnienie od zarzutów z niesławnego art. 212 kodeksu karnego. Prywatny akt oskarżenia w tej sprawie złożyła lata temu ówczesna burmistrz Mosiny za nazwanie ją przez Łukasza Kasprowicza m.in. „kłamliwą bestią”. Sprawa skończyłaby się pewnie inaczej, gdyby nie udział Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która po wyczerpaniu drogi prawnej w Polsce skierowała sprawę do ETPC. W tym momencie polski sąd ustąpił, przyznając, że orzeczenie SN oznaczało naruszenie swobody wypowiedzi i ostatecznie nastąpiło uniewinnienie blogera.

 

Piszę o tej sprawie, ponieważ dotyczy nie dziennikarza, ale właśnie blogera, aczkolwiek w czasie skierowania przeciwko niemu aktu oskarżenia, działającego jako „dziennikarz obywatelski”. Trzeba jednak przypominać, że art. 212 kodeksu karnego –

 

  • 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności,

 

 

podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.

 

  • 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania,

podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

 

  • 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.

 

  • 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego.

 

– może uderzyć nie tylko, jak się powszechnie uważa, w dziennikarzy, lecz również w kogokolwiek, kto wyraża swoje opinie publicznie. W tym w społecznych aktywistów, blogerów, nawet w zwykłych użytkowników mediów społecznościowych. Wykreślenie go z kodeksu karnego jest zatem we wspólnym interesie.

 

O sprawie Łukasza Kasprowicza warto pisać również dlatego, że ilustruje ona kolejny problem, związany z użyciem art. 212, często pomijany przez dyskutujących o jego przydatności. Otóż nawet jeśli w ostatecznym rezultacie oskarżony zostanie uniewinniony, może się to ciągnąć latami. Pierwsza instancja, druga, powrót sprawy do sądu niższej rangi, oczekiwanie na ostateczne orzeczenie – to może trwać latami, tak jak w przypadku Kasprzyka. Przez cały ten czas ma się niezmiennie status oskarżonego, co bardzo utrudnia życie. Taki jest zresztą nierzadko cel składających prywatny akt oskarżenia: sprawienie, żeby osoba, którą chcą uciszyć, żyła nawet latami w cieniu trwającego procesu i groźby skazania na mocy kodeksu karnego. Nawet jeżeli na koniec przyjdzie uniewinnienie, sam proces może zniszczyć człowieka, także finansowo, jeżeli odbywa się na drugim końcu Polski (a są i takie przypadki).

 

O art. 212 pisałem wielokrotnie również na portalu SDP. Obecna władza nie spełniła swoich obietnic jego wykreślenia z kodeksu karnego, składanych w czasie, gdy była opozycją. Nic nie wskazuje na to, żeby miało się tu cokolwiek zmienić. Tymczasem właśnie sprawa art. 212 mogłaby być jedną z tych bardzo już dziś niewielu, łączących różne dziennikarskie środowiska. Wszak tego przepisu użył i Jarosław Kaczyński przeciwko „Gazecie Wyborczej”, i sędzia Wojciech Łączewski przeciwko Wojciechowi Biedroniowi z „Sieci”. Pod postulatem wykreślenia tego fatalnego przepisu podpisałaby się zapewne większość polskich dziennikarzy.

 

Dlatego dobrze, że Reduta Dobrego Imienia w swoim projekcie nowelizacji Prawa Prasowego zawarła skreślenie art. 212 – co nie zmienia mojej krytycznej oceny całego projektu, o którym pisałem TUTAJ.

 

Łukasz Warzecha

Ringier Axel Springer przeciwko Witoldowi Gadowskiemu. CMWP SDP wspiera dziennikarza w tym procesie

22 września b.r. odbyła się pierwsza po przerwie spowodowanej pandemią koronawirusa rozprawa z powództwa wydawnictwa Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. przeciwko  red. Witoldowi Gadowskiemu. Na 21 października Sąd zapowiedział ogłoszenie wyroku w tej sprawie. CMWP SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy i wspiera w tym procesie dziennikarza.

 

Niemiecko -szwajcarski  koncern medialny uznał, że dziennikarz naruszył jego dobra osobiste w felietonie, który we wrześniu 2017 r. ukazał się na portalu wPolityce.pl. Koncern domaga się przeprosin i 50 tysięcy zł grzywny. W felietonie dziennikarz podkreślił, że ważne jest, by na świecie więcej mówiło się o domaganiu się przez Polskę reparacji wojennych. Odniósł się również do niemieckich mediów. “To Niemcy robili mydło z ludzkiego tłuszczu. To Niemcy robili abażury z ludzkiej skóry. To Niemcy robili maskotki z ludzkich kości. To Niemcy rozsiewali po polach popioły zwęglonych ludzi jako nawóz. To wszystko robili «kulturalni» Niemcy. Dziś, kiedy słyszę, że m.in. w ZDF, «Fakcie», Axel Springer zasiadali wermachtowcy, SS-mani – to rozumiem skąd ta agresja na Polskę” – pisał m.in. Gadowski. Redakcja portalu wPolityce felieton Witolda Gadowskiego pt. “Gadowski: Im głośniej będzie o naszym domaganiu się o reparacje, tym bardziej pogrążona zostanie niemiecka polityka historyczna” usunęła. W jego miejsce zamieściła oświadczenie, w którym informuje, iż  “materiał prasowy (…) został zamieszczony na naszym portalu w ramach przeglądu opinii publicystycznych znanych publicystów, które w całości zostały wcześniej opublikowane w innych mediach. Nie oznacza to, że identyfikujemy się z poglądami wyrażonymi w tych wypowiedziach. Wydawca i Redakcja nie identyfikują się i nie zgadzają między innymi z fragmentem wskazanej wyżej wypowiedzi sugerującym bezpodstawnie związki między innymi «Faktu» jako tytułu prasowego wydawanego przez Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. z przedstawicielami niemieckiego reżimu nazistowskiego. Dlatego powyższy materiał prasowy został usunięty z naszego serwisu (…)” – czytamy w oświadczeniu (źródło: https://www.polskieradio.pl/5/1222/Artykul/2219477,Witold-Gadowski-kontra-Ringier-Axel-Springer-Sad-odwolal-rozprawe-z-powodow-bezpieczenstwa) .