WOJCIECH POKORA: A może cenzura jest jednak potrzebna? Porozmawiajmy

Cenzurę w PRL paradoksalnie łatwiej zrozumieć i rozgrzeszyć. Inaczej jednak sprawa wygląda, gdy cenzura pojawia się w warunkach demokracji i wolności. Tu zaczyna nam zgrzytać, definicja wolności wyklucza przecież kontrolę publikacji. Czy na pewno?

 

Oj, w Lublinie, w tym Lublinie,
tak powoli woda płynie –
jak się wybić, by nie chybić-
głowiłem się tam.
I orzekłem – nie ma rady-
trzeba wydać „Barykady”
od konfiskat do nazwiska
szybko dojdę sam.

 

(Józef Łobodowski, Lubelska szopka polityczna, 1937 r.)

 

Już prawie sto lat minęło od chwili, gdy Lublinem wstrząsnęła seria skandali literackich, których bohaterem był Józef Łobodowski, poeta debiutujący w 1932 roku tomikiem „O czerwonej krwi”. Debiut zakończył się konfiskatą tomiku przez lubelską cenzurę oraz relegowaniem poety z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Za poglądy. Łobodowskiemu wytoczono proces. Przyjaciel skandalizującego debiutanta, także poeta Józef Czechowicz, w jednym z listów precyzował czego dotyczył akt oskarżenia – „Między innemi zarzuca się tam podburzanie do nieposłuszeństwa władzom, szerzenie nienawiści klasowej, celowe obrażanie uczuć religijnych, bluźnierstwo i wreszcie obrazę moralności publicznej przez wypowiadanie bezwstydnych myśli i wyrazów”. Groził za to wyrok 4 lat więzienia. W roku debiutu Józef Łobodowski był konfiskowany dziesięciokrotnie. Nie został skazany, ale stał się sławny. No i nigdy nie skończył przerwanych wówczas studiów. Taki był efekt działania cenzury. Co ciekawe, po wojnie Łobodowskiego także objęła cenzura, ale tym razem zdecydowanie dotkliwiej. Gdy pod koniec lat 70. wydano w Polsce zbiór listów Józefa Czechowicza, w jednym z nich, pisanym w 1932 roku do poety Kazimierza A. Jaworskiego, pojawiło się następujące zdanie:

 

„Przyślij nam coś do „Barykad”. Co do ich charakteru, wobec faktu, że redaktorem jest Łobodowski, nie masz chyba wątpliwości. […] Pierwszy numer wyszedł 1.X, i wyszedł z trudem, gdyby nie fakt, że cenzor nie mógł wychwycić wątku artykułów, drukowanych bez znaków przestankowych, prawdopodobnie nie ukazałby się nigdy. Możliwe, że drugi zostanie skonfiskowany z punktu, bez czytania”.

 

PRL-owski cenzor wyciął z tego fragmentu wzmiankę o Łobodowskim, bowiem jako zajadły antykomunista znajdował się on na liście autorów zakazanych. Nie tylko nie można było publikować jego dzieł, nie wolno było o nim nawet wspominać. Nazwisko miało ulec zapomnieniu. Józef Łobodowski popełnił największą zbrodnię, jakiej można się dopuścić w totalitarnym reżimie – mówił prawdę.

 

Uważny czytelnik w tej chwili zastanawia się zapewne – ale jak to, totalitarnym? Łobodowski był przecież cenzurowany II Rzeczpospolitej, a jej do reżimów totalitarnych zaliczyć nie wolno. Nie wolno, ale na jej przykładzie doskonale możemy zobaczyć, jak działał system autorytarny. Otóż po przewrocie majowym w 1926 roku na wolności słowa w Polsce dokonano gwałtu. 10 maja 1927 roku weszło w życie rozporządzenie o prawie prasowym i związane z nim rozporządzenie o rozpowszechnianiu nieprawdziwych wiadomości. Było ono nielegalne i zostało uchylone przez sejm, jednak przez kilka lat przepisy te działały. A były to przepisy wymuszające na redakcjach „dobrowolne” poddawanie się cenzurze prewencyjnej. Wydawcy doszli do wniosku, że taniej jest wysłać do urzędu kontroli odbitki szczotkowe i zezwolenie na ingerencję cenzury na tym etapie, niż zaryzykowanie konfiskaty całego nakładu, co pociągało za sobą koszty. Oczywiście zdarzało się, że administracja i tak rekwirowała całe nakłady, traktując to jako element represji.

 

Dlaczego o tym piszę i dlaczego skupiam się na cenzurze w wolnej Polsce, a nie w Polsce Ludowej? Ku przestrodze. Cenzurę w PRL paradoksalnie łatwiej zrozumieć i rozgrzeszyć. Mieliśmy do czynienia z narzuconą siłą władzą, która dla utrzymania się eliminowała nie tylko niepożądane treści ale także niepożądane osoby. Każdy wiedział, że istnieje  Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, który odpowiada za prawomyślność. Inaczej jednak sprawa wygląda, gdy cenzura pojawia się w warunkach demokracji i wolności. Tu zaczyna nam zgrzytać, definicja wolności wyklucza przecież kontrolę publikacji. Czy na pewno?

 

W 2011 roku głośna była sprawa Roberta Frycza, twórcy strony antykomor.pl. Do mieszkania blogera wkroczyli przedstawiciele ABW w towarzystwie policji i zabezpieczyli laptopa Frycza. Bloger zamknął budzącą kontrowersję stronę, na której gromadził materiały o ówczesnym prezydencie Bronisławie Komorowskim. Jak tłumaczył (cytuję za „Newsweekiem”) „ Nie było moim celem obrażanie prezydenta Komorowskiego, to była strona satyryczna a treści na niej zawarte miały wywoływać uśmiech”. Nie było chyba wówczas zbyt wielu polityków, którzy by nie bronili wolności słowa i Roberta Frycza. „Newsweek” cytował zarówno Jarosława Kaczyńskiego jak i Sławomira Nowaka, którzy zgodnie twierdzili, że wolność słowa jest wartością nadrzędną i jeśli jakieś przepisy ( w tym przypadku chodziło o Kodeks Karny i artykuły dotyczących publicznego znieważania prezydenta ) tę wolność ograniczają, należy je poprawić.

 

W 2018 roku Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski pisali w „Gazecie Wyborczej” o Narodowym Banku Polskim sugerując, że prezes NBP Adam Glapiński uczestniczył w aferze KNF. Narodowy Bank Polski złożył w Sądzie Okręgowym w Warszawie sześć wniosków o zabezpieczenie roszczeń procesowych, postulując tymczasowe usunięcie artykułów prasowych dotyczących afery z wydań elektronicznych i papierowych „Gazety Wyborczej”. Postulat usunięcia treści z opublikowanych już wydań papierowych wywołał oczywiście serię ironicznych komentarzy. Jak informowała wyborcza.pl w artykule „NBP żąda cenzury prewencyjnej wobec pięciorga dziennikarzy <<Wyborczej>>” z  3 grudnia 2018, „Bank centralny chce też, by konkretni dziennikarze mieli zakaz pisania o NBP i jego prezesie”. Trzeba tu zaznaczyć, że sąd odrzucił te wnioski, ale ważne jest, że w porównaniu ze sprawą „antykomora” poszliśmy tu o krok dalej, już nie chodzi tylko o usunięcie treści, ale pojawia się postulat cenzury prewencyjnej.

 

Z podobnym postulatem mamy do czynienia w ostatnich dniach. 27 sierpnia 2020 r. w dwóch odrębnych postanowieniach Sąd Okręgowy w Warszawie zakazał red. Piotrowi Nisztorowi oraz spółce FORUM S.A., wydawcy „Gazety Polskiej Codziennie” publikowania artykułów na temat zarzutów wobec Prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Jak zauważa Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP „W ten sposób Sąd Okręgowy w Warszawie łamie art. 54. Konstytucji RP, który w pkt. 2 mówi jednoznacznie: „Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”. W skandaliczny sposób narusza to zasadę wolności słowa demokratycznego państwa”.

 

Trudno się nie zgodzić z CMWP, ale to nie jedyny przypadek takiego postępowania sądów. O podobnym działaniu informuje np. „Nowa Trybuna Opolska”, której redaktor naczelny Krzysztof Zyzik napisał w kontekście sprawy red. Nisztora komentarz pt.: „Cenzura prewencyjna ma się w Polsce świetnie od lat”. Redaktor Zyzik pisze: „To nie jest wiedza tajemna, trąbiliśmy o tym na stronach głównych gazety i portalu, trąbił ogólnopolski portal branżowy Press.pl. Sąd Okręgowy w Opolu dwukrotnie zakazał nam pisać przez rok o wątpliwościach wokół projektu grupy naukowców Politechniki Opolskiej, jak i współpracującej z owymi naukowcami firmy mieszczącej się w salonie fryzjerskim (współpraca bynajmniej nie dotyczyła modelowania fryzur)”.

 

Jak zatem jest z tą cenzurą? Myślę, że w obliczu zbliżającego się terminu Zjazdu Krajowego SDP warto pochylić się nad tematem. Bo może cenzura jest potrzebna? Może jednak musi być, tylko wymierzona w określonym kierunku? Może trzeba trzymać w ryzach tych, którzy „podburzają do nieposłuszeństwa władzom, szerzą nienawiść klasową, celowo obrażają uczucia religijne, bluźnią i wreszcie obrażają moralność publiczną przez wypowiadanie bezwstydnych myśli i wyrazów”? Może trzeba za poglądy usuwać z uczelni? Józef Łobodowski wyleciał z KUL za „pornografię i bluźnierstwa”. Dziś mamy na tapecie sprawę dwóch profesorów, których wyrzucenia z uczelni domaga się opinia publiczna.

 

Pierwszym jest prof. Przemysław Czarnek, wykładowca w Katedrze Prawa Konstytucyjnego, poseł Prawa i Sprawiedliwości, którego usunięcia domaga się m.in. poseł PO z Lublina Michał Krawczyk. Prof. Czarnek zawinił tym, że na antenie publicznej telewizji powiedział m.in.: „brońmy się przed ideologią LGBT i skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka czy równości”.

 

Drugim jest ks. prof. Alfred Wierzbicki, kierownik Katedry Etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który poręczył za Michała Sz. znanego jako Margot. Wyrzucenia prof. Wierzbickiego z  uczelni domaga się Fundacja Życie i Rodzina.

 

To co, wyrzucamy? Czy rozmawiamy?

 

Wojciech Pokora

ŁUKASZ WARZECHA: 12 lat z 212 – wspólna sprawa dziennikarzy

12 lat z 212 – może to nawet dowcipnie brzmi, ale nie jest śmieszne, że bloger z Mosiny właśnie przez 12 lat czekał na uniewinnienie od zarzutów z niesławnego art. 212 kodeksu karnego. Prywatny akt oskarżenia w tej sprawie złożyła lata temu ówczesna burmistrz Mosiny za nazwanie ją przez Łukasza Kasprowicza m.in. „kłamliwą bestią”. Sprawa skończyłaby się pewnie inaczej, gdyby nie udział Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która po wyczerpaniu drogi prawnej w Polsce skierowała sprawę do ETPC. W tym momencie polski sąd ustąpił, przyznając, że orzeczenie SN oznaczało naruszenie swobody wypowiedzi i ostatecznie nastąpiło uniewinnienie blogera.

 

Piszę o tej sprawie, ponieważ dotyczy nie dziennikarza, ale właśnie blogera, aczkolwiek w czasie skierowania przeciwko niemu aktu oskarżenia, działającego jako „dziennikarz obywatelski”. Trzeba jednak przypominać, że art. 212 kodeksu karnego –

 

  • 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności,

 

 

podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.

 

  • 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania,

podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

 

  • 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego.

 

  • 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego.

 

– może uderzyć nie tylko, jak się powszechnie uważa, w dziennikarzy, lecz również w kogokolwiek, kto wyraża swoje opinie publicznie. W tym w społecznych aktywistów, blogerów, nawet w zwykłych użytkowników mediów społecznościowych. Wykreślenie go z kodeksu karnego jest zatem we wspólnym interesie.

 

O sprawie Łukasza Kasprowicza warto pisać również dlatego, że ilustruje ona kolejny problem, związany z użyciem art. 212, często pomijany przez dyskutujących o jego przydatności. Otóż nawet jeśli w ostatecznym rezultacie oskarżony zostanie uniewinniony, może się to ciągnąć latami. Pierwsza instancja, druga, powrót sprawy do sądu niższej rangi, oczekiwanie na ostateczne orzeczenie – to może trwać latami, tak jak w przypadku Kasprzyka. Przez cały ten czas ma się niezmiennie status oskarżonego, co bardzo utrudnia życie. Taki jest zresztą nierzadko cel składających prywatny akt oskarżenia: sprawienie, żeby osoba, którą chcą uciszyć, żyła nawet latami w cieniu trwającego procesu i groźby skazania na mocy kodeksu karnego. Nawet jeżeli na koniec przyjdzie uniewinnienie, sam proces może zniszczyć człowieka, także finansowo, jeżeli odbywa się na drugim końcu Polski (a są i takie przypadki).

 

O art. 212 pisałem wielokrotnie również na portalu SDP. Obecna władza nie spełniła swoich obietnic jego wykreślenia z kodeksu karnego, składanych w czasie, gdy była opozycją. Nic nie wskazuje na to, żeby miało się tu cokolwiek zmienić. Tymczasem właśnie sprawa art. 212 mogłaby być jedną z tych bardzo już dziś niewielu, łączących różne dziennikarskie środowiska. Wszak tego przepisu użył i Jarosław Kaczyński przeciwko „Gazecie Wyborczej”, i sędzia Wojciech Łączewski przeciwko Wojciechowi Biedroniowi z „Sieci”. Pod postulatem wykreślenia tego fatalnego przepisu podpisałaby się zapewne większość polskich dziennikarzy.

 

Dlatego dobrze, że Reduta Dobrego Imienia w swoim projekcie nowelizacji Prawa Prasowego zawarła skreślenie art. 212 – co nie zmienia mojej krytycznej oceny całego projektu, o którym pisałem TUTAJ.

 

Łukasz Warzecha

Ringier Axel Springer przeciwko Witoldowi Gadowskiemu. CMWP SDP wspiera dziennikarza w tym procesie

22 września b.r. odbyła się pierwsza po przerwie spowodowanej pandemią koronawirusa rozprawa z powództwa wydawnictwa Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. przeciwko  red. Witoldowi Gadowskiemu. Na 21 października Sąd zapowiedział ogłoszenie wyroku w tej sprawie. CMWP SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy i wspiera w tym procesie dziennikarza.

 

Niemiecko -szwajcarski  koncern medialny uznał, że dziennikarz naruszył jego dobra osobiste w felietonie, który we wrześniu 2017 r. ukazał się na portalu wPolityce.pl. Koncern domaga się przeprosin i 50 tysięcy zł grzywny. W felietonie dziennikarz podkreślił, że ważne jest, by na świecie więcej mówiło się o domaganiu się przez Polskę reparacji wojennych. Odniósł się również do niemieckich mediów. “To Niemcy robili mydło z ludzkiego tłuszczu. To Niemcy robili abażury z ludzkiej skóry. To Niemcy robili maskotki z ludzkich kości. To Niemcy rozsiewali po polach popioły zwęglonych ludzi jako nawóz. To wszystko robili «kulturalni» Niemcy. Dziś, kiedy słyszę, że m.in. w ZDF, «Fakcie», Axel Springer zasiadali wermachtowcy, SS-mani – to rozumiem skąd ta agresja na Polskę” – pisał m.in. Gadowski. Redakcja portalu wPolityce felieton Witolda Gadowskiego pt. “Gadowski: Im głośniej będzie o naszym domaganiu się o reparacje, tym bardziej pogrążona zostanie niemiecka polityka historyczna” usunęła. W jego miejsce zamieściła oświadczenie, w którym informuje, iż  “materiał prasowy (…) został zamieszczony na naszym portalu w ramach przeglądu opinii publicystycznych znanych publicystów, które w całości zostały wcześniej opublikowane w innych mediach. Nie oznacza to, że identyfikujemy się z poglądami wyrażonymi w tych wypowiedziach. Wydawca i Redakcja nie identyfikują się i nie zgadzają między innymi z fragmentem wskazanej wyżej wypowiedzi sugerującym bezpodstawnie związki między innymi «Faktu» jako tytułu prasowego wydawanego przez Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. z przedstawicielami niemieckiego reżimu nazistowskiego. Dlatego powyższy materiał prasowy został usunięty z naszego serwisu (…)” – czytamy w oświadczeniu (źródło: https://www.polskieradio.pl/5/1222/Artykul/2219477,Witold-Gadowski-kontra-Ringier-Axel-Springer-Sad-odwolal-rozprawe-z-powodow-bezpieczenstwa) .

Wizerunek Kościoła do uratowania – analiza KS. ARTURA STOPKI

Wizerunek Kościoła katolickiego w Polsce znalazł się na równi pochyłej. Można go jednak zmienić. To jest realne.

 

Kościół katolicki w Polsce ma kłopot ze swoim wizerunkiem w mediach. Nie jest to kwestia ostatnich dni, tygodni, ani nawet miesięcy. Problem ze zmiennym nasileniem trwa od dawna, a jego skutki są coraz bardziej dotkliwe zarówno w wymiarze instytucjonalnym, jak i wspólnotowym. Co więcej, można odnieść wrażenie, że nastąpiło w wielu kościelnych kręgach coś w rodzaju przyzwyczajenia do tej sytuacji. To z kolei przekłada się na brak zdecydowanych działań zmierzających do poprawy medialnego image Kościoła. Trudno dostrzec nawet starania zmierzające do rzetelnego ustalenia przyczyn istniejącego stanu rzeczy. Zamiast nich pojawiają się wręcz teorie spiskowe i demonizowanie mediów. Tymczasem taka swoista „wyuczona bezradność” wobec problemu wcale nie musi być dominująca. Wizerunek Kościoła nie musi staczać się po równi pochyłej. Da się go zmienić, jak wizerunek większości instytucji.

 

Prawda i komunikacja

 

Trzeba sobie najpierw uświadomić, na czym polega istota kłopotu. Ks. prof. Andrzej Draguła w zeszłorocznym wystąpieniu podczas spotkania opłatkowego w Domu Arcybiskupów Warszawskich zwrócił uwagę, że istnieją dwa powody motywujące do poprawy wizerunku. Uzasadnienie pierwszego można ująć następująco: „nie jest ważne to, jacy jesteśmy, ale ważne jest to, jak nas postrzegają, trzeba więc zrobić wszystko, by postrzegano nas lepiej”. W takim podejściu prawda nie ma znaczenia, a wizerunek jest kreacją, niekoniecznie znajdującą jakieś odbicie w rzeczywistości.

 

Drugi motyw, wskazany przez ks. Dragułę, jest inny. Skupia się na prawdzie. Problem wizerunkowy polega niejednokrotnie na upowszechnianiu nieprawdziwego obrazu. Chodzi więc tak naprawdę nie o poprawę wizerunku (bo on sam w sobie jest dobry), ale o poprawienie komunikacji wizerunkowej, po to, aby prawdziwy image trafił do świadomości odbiorców.

 

Przesunięte akcenty

 

Który z wymienionych powodów powinien przyświecać Kościołowi w działaniach na rzecz poprawy jego wizerunku? Odpowiedź wydaje się niejednoznaczna, biorąc pod uwagę skalę ujawnianego ostatnio zła, które miało i ma miejsce w samym Kościele. Jednak przy bardziej analitycznym spojrzeniu można się zorientować, że problem polega jednak na zafałszowaniu obrazu. W medialnej prezentacji Kościoła doszło do owocującego nieprawdą przesunięcia akcentów i skupienia tylko na tym, co złe i grzeszne.

 

Trudno obwiniać media, zwłaszcza w dzisiejszych czasach pogoni za newsem i klikalnością, że eksponują przypadki zła. Niestety, z różnych przyczyn tak aktualnie funkcjonują i niełatwo będzie o szybką zmianę tego błędnego w swej istocie modelu w masowej komunikacji. Jednak istniejąca sytuacja na rynku mediów nie usprawiedliwia braku intensywnych działań pokazujących również inne oblicze Kościoła jako wspólnoty wierzących, a także jako liczącej się w wymiarze społecznym instytucji. W prawdziwym wizerunku Kościoła nie przeważa zło. W czasach, gdy zdecydowana większość ludzi kształtuje sobie obraz otaczającej ich rzeczywistości na podstawie materiałów dostarczanych przez szeroko pojęte media, trzeba dbać o to, aby obecny w nich wizerunek był maksymalnie prawdziwy.

 

Polityka medialna?

 

O. Dariusz Kowalczyk SJ, przy okazji kolejnej rocznicy istnienia jednego z katolickich, kościelnych tygodników wydawanych w Polsce, zadał publicznie pytanie, „czy Kościół hierarchiczny w Polsce prowadzi jakąś politykę medialną”. Pytał, czy różne wypowiedzi biskupów, Konferencji Episkopatu, czy też jej prezydium układają się w jakąś spójną, wyrazistą politykę medialną. Jego zdaniem, aby do tego doszło, instytucja (Kościoła) musi być na tyle spójna i mieć na tyle mocne przywództwo, aby było możliwe wypracowywanie w przynajmniej najważniejszych sprawach jednego stanowiska.

 

Nie negując potrzeby mówienia w pewnych kwestiach jednym głosem przez cały Kościół w Polsce (nie tylko hierarchiczny), warto zwrócić uwagę na inny aspekt dochodzenia do skutecznego kształtowania jego wizerunku w mediach. Chodzi o uświadomienie sobie, w jaki sposób media postrzegają i będą nadal postrzegać Kościół. Dla nich (i dla ogromnej części ich odbiorców) Kościół jest taką samą instytucją, jak wiele innych. Oczekują, że funkcjonuje ona według podobnych zasad, jak tysiące innych ludzkich przedsięwzięć, grupujących duże społeczności.

 

Stała narracja i koordynacja

 

Jakie płyną z tego wnioski dla Kościoła? Oczywiście nie chodzi o zmianę struktury opartej na samodzielnych, podlegających jedynie papieżowi diecezjach ani o wprowadzenie na siłę jakiejś centralizacji kościelnych działań w naszym kraju. Chodzi o raczej o znacznie szersze i intensywniejsze niż dotąd wykorzystanie istniejących już instytucji i mechanizmów oddziaływania medialnego w skali całej Polski do promowania prawdziwego, a więc pełnego obrazu Kościoła w naszej Ojczyźnie.

 

Jedną z możliwości jest intensyfikacja działań Biura Prasowego Konferencji Episkopatu Polski i rzecznika KEP. Biuro z racji swego usytuowania poza strukturą diecezjalną mogłoby się stać silnym ośrodkiem kształtowania wizerunku Kościoła katolickiego w Polsce. Mogłoby również zająć się codzienną koordynacją działań Kościoła w sferze mediów, zwłaszcza świeckich, publicznych i komercyjnych. Umożliwiłoby to prowadzenie stałej narracji zgodnie z agendą Kościoła i odejście od dotychczasowej praktyki ograniczającej się jedynie do reagowania na tematy narzucane przez rozmaite media i często przypadkowego odpowiadania przez reprezentantów Kościoła (zwłaszcza przez duchownych) na kierowane przez nie zaproszenia.

 

Co z tą komunikacją?

 

Drugim kanałem umożliwiającym skuteczne kształtowanie image Kościoła w naszym kraju mogłaby być Katolicka Agencja Informacyjna. Nagłośnione ostatnio sprawozdanie KAI za ubiegły rok pokazuje, że jest to droga nie tylko nie wykorzystana w wystarczającym stopniu, ale także mocno niedoceniana. Tymczasem profesjonalna agencja posługująca się prawdziwymi i dobrze podanymi wiadomościami, a także analizami, komentarzami wysokiej jakości zebranymi od specjalistów itp. byłaby w stanie efektywnie wpływać na opinię publiczną, pokazując jaki jest naprawdę Kościół i czym żyje.

 

Problemy Kościoła katolickiego w Polsce z wizerunkiem w mediach wynikają głównie z niedomogów komunikacyjnych, a czasem wręcz ze świadomie wprowadzanej przez niektóre osoby decyzyjne blokady komunikacyjnej. Skutki takiego podejścia widać ostatnio niemal każdego dnia w postaci kolejnych wyłącznie negatywnych materiałów o Kościele zalewających media. Spotykają się one z dorywczymi, niedopracowanymi reakcjami ze strony kościelnych osób i instytucji, co przynosi niejednokrotnie dodatkowe kłopoty i pogarsza image Kościoła w wymiarze nie tylko instytucjonalnym, ale również wspólnotowym.

 

Ten proces można zatrzymać kilkoma strategicznymi decyzjami podjętymi na poziomie Konferencji Episkopatu Polski. Pytanie, czy zostaną w porę podjęte.

 

W Poznaniu wznowiono proces o pomoc w zabójstwie Jarosława Ziętary

Po przerwie spowodowanej pandemią w Sądzie Okręgowym w Poznaniu  wznowiono tzw. „proces ochroniarzy” w sprawie o pomoc w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jest obserwatorem tego procesu, w imieniu CMWP SDP w rozprawach uczestniczy red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Proces trwa od stycznia 2019 roku. Oskarżeni to Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, prokuratura zarzuca im uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie 24. letniego dziennikarza Jarosława Ziętary w 1992 r. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy. Na rozprawie 15-go września b.r. miało zeznawać 10 świadków. Zgłosiło się czworo. Wśród nieobecnych 6 świadków jedna osoba była usprawiedliwiona, a okazało się, że pozostali wezwani nie zostali skutecznie powiadomieni.

 

Jako pierwszy zeznawał były redaktor naczelny nieistniejącej obecnie Gazety Poznańskiej, Przemysław N. 70. letni dziennikarz zatrudnił Jarosława Ziętarę i to podczas jego kadencji doszło do tragicznych wydarzeń związanych ze zniknięciem i w konsekwencji śmiercią reportera. Na pytanie sędziego, co świadek wie o tej sprawie Przemysław N. odpowiedział: – Zatrudniłem młodego, inteligentnego dziennikarza, to się okazało już po kilku miesiącach jego pracy. 1. września miał przyjść do redakcji. Nie przyszedł. Niepokoiliśmy się bardzo tym wszyscy. Oficjalne poszukiwania rozpoczęliśmy po kilku dniach pisząc o tym na łamach gazety. Nawiązaliśmy kontakt z Policją i przez różne redakcyjne kontakty prosiliśmy o pomoc.

 

Ponadto świadek zeznał, że dziennikarz nigdy nie zgłosił mu, że zbiera materiały dotyczące Elektromisu. I że publikacje na ten temat, autorstwa Ziętary, nie powstały na łamach Gazety Poznańskiej. Uzupełnił też, że to on zlecił reporterowi temat bazy PKS w Śremie, gdzie w dziwnych okolicznościach zginął księgowy. W tym materiale Ziętara odsłaniał kulisy prywatyzacji olbrzymiej bazy transportowej w Śremie. Dopytywany przez prokuratora i oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętarę, brata Jarka, N. uzupełniał: Nie zauważyłem nigdy śladów pobicia dziennikarza.(…) Nigdy nie zgłaszał, że ma jakieś problemy, że ktoś go straszy, czy odwiedza w domu.(…) Nie mam wiedzy o przeszukiwaniu biurka Ziętary. Redakcja była wtedy w totalnym remoncie. Nie było też takich restrykcji jak obecnie. Instytucje były otwarte. Nie sądzę by Policja weszła i nie poinformowano mnie o tym. (…) Nie wiem czy Ziętara gdzieś jeszcze pracował. (…) Fakty o kontaktach Ziętary z UOP znam, ale wyłącznie z mediów. W tamtym czasie się o tym nie mówiło.(…) Przed 2014 rokiem nie byłem rozpytywany o tą sprawę.

 

Z wtorkowych zeznań Przemysława N. wynika również, że w redakcji nie było możliwości pisania o przekrętach Elektromisu, a także o Mariuszu Ś., twórcy holdingu. Jeden z artykułów miał zablokować współwłaściciel gazety Michał S., dobry znajomy szefa Elektromisu. N. opowiedział o jeszcze jednym zdarzeniu świadczącym o wpływach Mariusza Ś. w Gazecie Poznańskiej, którą przejął na początku lat 90. znany tenisista Wojciech F. – Wojciech F. osobiście przedstawił mi wtedy [chodzi o spotkanie] szefa Elektromisu jako nowego wydawcę Gazety Poznańskiej. Byłem tym oburzony, zadzwoniłem potem do dwóch polityków. Więcej już nie poruszano przy mnie tego tematu. Zaczęliśmy tworzyć własne wydawnictwo. W redakcji był jednak nacisk, by o szefie Elektromisu w ogóle nie pisać.

 

W swoich zeznaniach Przemysław N. odniósł się także do znajomości Aleksandra Gawronika z szefem Elektromisu Mariuszem Ś. Przypomnijmy, że oskarżonym w sprawie Ziętary jest również Aleksander Gawronik, któremu prokuratura zarzuca podżeganie do zabójstwa Ziętary. Miał to zrobić na terenie Elektromisu, w towarzystwie Mariusza Ś. Jednak Ś. występuje wyłącznie w charakterze świadka w tej sprawie, gdyż nie usłyszał żadnych zarzutów.- Aleksander Gawronik nie był biznesmenem tej „klasy”, co Mariusz Ś., który robił wtedy wielkie interesy. Aleksander Gawronik nie był władny wydawać poleceń pracownikom Ś. Po tych słowach, sprzeciwiła się adwokat oskarżonych Agata Michalska – Olek, wskazując, że świadek opisuje swoje oceny.

 

Przemysław N. z Gazetą Poznańską związany był już w latach 1973-1974, pracował wtedy jako tak zwany wolny strzelec, nie było dla niego wtedy etatu. Najczęściej jako redaktor redakcji nocnej pisząc sprawozdania sądowe. Współpracował także z Milicją Obywatelską w kwestii opisywania ciekawszych spraw. Swoją współpracę z Gazetą Poznańską zakończył nieformalnie, z chwilą ogłoszenia stanu wojennego, gdyż nie wpuszczono go już do redakcji. Od tego momentu do 1989 r. prowadził zakład krawiecki. W latach 90 wrócił do zawodu.

 

Kolejny przesłuchiwany świadek to Artur Ł., 50. letni kierowca mechanik, w 1992 roku zatrudniony jako kierowca redakcyjny. – Rano [1 września 1992 roku] miałem jechać w teren z Jarkiem. Pamiętam, że tamtego dnia rano pojawiłem się w redakcji. Stamtąd mieliśmy jechać razem z Jarkiem Ziętarą. Jednak około godziny 8 rano dostałem informację od sekretarki, że wyjazd jest odwołany. Przyczyny mi nie podano. Tego dnia nigdzie nie wyjeżdżałem, byłem do dyspozycji redakcji. Po południu polecono mi pojechać na Kolejową, by sprawdzić, dlaczego Jarek nie pojawił się tego dnia w redakcji. Zapukałem, ale nikt nie otworzył drzwi – zeznał Artur Ł.

 

Z zeznań Artura Ł. wynika, że w tygodniu były wyjazdy z dziennikarzami do ościennych gmin, gdzie rzadko docierali dziennikarze. Nie wszyscy chcieli jeździć w teren dlatego wysyłano tam najmłodszych. W redakcyjnym samochodzie jechały cztery osoby: dwóch dziennikarzy, jeden fotoreporter i kierowca. Artur Ł. potwierdził, że w samochodzie nikt nie rozmawiał o tym czym się zajmuje, chroniąc swoje ustalenia. Nawet gdy jechał sam z Jarkiem rozmawiali na tematy nie związane z pracą. W dniu zaginięcia miał go odebrać z redakcji. Bywało też, że podjeżdżał po niego do domu. Wtorki i czwartki wyjeżdżali z dziennikarzami, a poniedziałki, środy i piątki były przeznaczone na załatwianie spraw administracyjnych. Ponadto świadek zeznał, że widywał w 1992 roku w redakcji Aleksandra Gawronika w towarzystwie Leszka Ł. zastępcy redaktora naczelnego. I jak dodał „ zresztą wiadomo było, że sekretarką Mariusza Ś. była żona Ł.” Wizyty pokrywały się w czasie z turniejami tenisowymi organizowanymi w Poznaniu.

 

Sprawa odwołania wyjazdu, wciąż budzi emocje. Część dziennikarzy, ówczesnych kolegów Ziętary uważa, że ktoś z redakcji Gazety Poznańskiej mógł współpracować z porywaczami. Innymi słowy celowo odwołać samochód, by Jarek musiał pieszo dotrzeć do redakcji. Dzięki temu przestępcy podający się za policjantów mogli na niego zaczekać i uprowadzić dziennikarza idącego w stronę redakcji.

 

Edward K. to trzeci świadek zeznający podczas wtorkowej rozprawy. Dziś to emerytowany policjant. Wcześniej był milicjantem a na początku lat 90. kierował sekcją zajmującą się przestępstwami gospodarczymi. W tym samym czasie poznał Ziętarę. Na emeryturę przeszedł kilkanaście lat temu w randze wiceszefa poznańskiej policji.

 

Ziętara przychodził do szefa sekcji ds. PG i miał na to zgodę komendanta, o której świadek również został poinformowany telefonicznie. Policjant nie potrafił odpowiedzieć, o jakie konkretnie podmioty gospodarcze dziennikarz wtedy pytał. Dodał też, że podczas spotkań Ziętara nigdy nie wyglądał na zdenerwowanego czy poturbowanego. Wiem, że chodził nie tylko do nas, ale także do UOP. Sam mi o tym mówił, ale nie wiem, kogo tam odwiedzał. Pamiętam, że na pewno interesował się sprawą gnieźnieńską , która dotyczyła przyjmowania korzyści majątkowych i malwersacji finansowych przez ówczesnych prominentnych działaczy partyjnych – zeznał emerytowany policjant.

 

Warto uzupełnić, że K. pod koniec lat 90. wszedł w skład grupy śledczej, która wyjaśniała sprawę Jarka. Świadek potwierdził, że wówczas nie wiązano zaginięcia Ziętary z Elektromisem. Nic nie wiedział o czynnościach wykonywanych w miejscu pracy dziennikarz.. W odczuciu świadka czynności zaraz po zaginięciu były źle przeprowadzone. Nie przeprowadzono dobrze oględzin mieszkania oraz wywiadu wśród sąsiadów. Na pytanie dlaczego nie wszczęto sprawy o zabójstwo, odpowiedział: nie wiem, przyjmowano, że mógł wyjechać.

 

Ostatnia zeznawała Elżbieta D. – N., dziennikarka, autorka artykułu, który ukazał się już miesiąc po zniknięciu Jarosława Ziętary i wskazywał, że zarówno ludzie Elektromisu i sam Aleksander Gawronik mogą stać za tą sprawą.

 

Jarka znałam słabo, wcześniej krótko pracował w poznańskim oddziale Gazety Wyborczej. Nie byliśmy dobrymi znajomymi, ale wydaje mi się, że interesowały go afery gospodarcze, na pewno sprawa Elektromisu. Zajmował się tym, co dzisiaj nazywa się dziennikarstwem śledczym. Po jego zaginięciu opisywałam sprawę, rozmawiałam z jego znajomymi. Nie pamiętam już kto powiedział, że zajmował się Gawronikiem i Elektromisem, na pewno tego nie zmyśliłam. W moim tekście z października 1992 roku opisałam różne wersje, w tym wątek partii KPN. Ludzie z KPN-u się odezwali po publikacji i protestowali. Natomiast ani Gawronik, ani Elektromis się nie odzywali, nie przysłali żadnego sprostowania– zeznała Elżbieta D.-N.

 

Następna rozprawę wyznaczono na 12 października b.r.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska