Wizerunek Kościoła do uratowania – analiza KS. ARTURA STOPKI

Wizerunek Kościoła katolickiego w Polsce znalazł się na równi pochyłej. Można go jednak zmienić. To jest realne.

 

Kościół katolicki w Polsce ma kłopot ze swoim wizerunkiem w mediach. Nie jest to kwestia ostatnich dni, tygodni, ani nawet miesięcy. Problem ze zmiennym nasileniem trwa od dawna, a jego skutki są coraz bardziej dotkliwe zarówno w wymiarze instytucjonalnym, jak i wspólnotowym. Co więcej, można odnieść wrażenie, że nastąpiło w wielu kościelnych kręgach coś w rodzaju przyzwyczajenia do tej sytuacji. To z kolei przekłada się na brak zdecydowanych działań zmierzających do poprawy medialnego image Kościoła. Trudno dostrzec nawet starania zmierzające do rzetelnego ustalenia przyczyn istniejącego stanu rzeczy. Zamiast nich pojawiają się wręcz teorie spiskowe i demonizowanie mediów. Tymczasem taka swoista „wyuczona bezradność” wobec problemu wcale nie musi być dominująca. Wizerunek Kościoła nie musi staczać się po równi pochyłej. Da się go zmienić, jak wizerunek większości instytucji.

 

Prawda i komunikacja

 

Trzeba sobie najpierw uświadomić, na czym polega istota kłopotu. Ks. prof. Andrzej Draguła w zeszłorocznym wystąpieniu podczas spotkania opłatkowego w Domu Arcybiskupów Warszawskich zwrócił uwagę, że istnieją dwa powody motywujące do poprawy wizerunku. Uzasadnienie pierwszego można ująć następująco: „nie jest ważne to, jacy jesteśmy, ale ważne jest to, jak nas postrzegają, trzeba więc zrobić wszystko, by postrzegano nas lepiej”. W takim podejściu prawda nie ma znaczenia, a wizerunek jest kreacją, niekoniecznie znajdującą jakieś odbicie w rzeczywistości.

 

Drugi motyw, wskazany przez ks. Dragułę, jest inny. Skupia się na prawdzie. Problem wizerunkowy polega niejednokrotnie na upowszechnianiu nieprawdziwego obrazu. Chodzi więc tak naprawdę nie o poprawę wizerunku (bo on sam w sobie jest dobry), ale o poprawienie komunikacji wizerunkowej, po to, aby prawdziwy image trafił do świadomości odbiorców.

 

Przesunięte akcenty

 

Który z wymienionych powodów powinien przyświecać Kościołowi w działaniach na rzecz poprawy jego wizerunku? Odpowiedź wydaje się niejednoznaczna, biorąc pod uwagę skalę ujawnianego ostatnio zła, które miało i ma miejsce w samym Kościele. Jednak przy bardziej analitycznym spojrzeniu można się zorientować, że problem polega jednak na zafałszowaniu obrazu. W medialnej prezentacji Kościoła doszło do owocującego nieprawdą przesunięcia akcentów i skupienia tylko na tym, co złe i grzeszne.

 

Trudno obwiniać media, zwłaszcza w dzisiejszych czasach pogoni za newsem i klikalnością, że eksponują przypadki zła. Niestety, z różnych przyczyn tak aktualnie funkcjonują i niełatwo będzie o szybką zmianę tego błędnego w swej istocie modelu w masowej komunikacji. Jednak istniejąca sytuacja na rynku mediów nie usprawiedliwia braku intensywnych działań pokazujących również inne oblicze Kościoła jako wspólnoty wierzących, a także jako liczącej się w wymiarze społecznym instytucji. W prawdziwym wizerunku Kościoła nie przeważa zło. W czasach, gdy zdecydowana większość ludzi kształtuje sobie obraz otaczającej ich rzeczywistości na podstawie materiałów dostarczanych przez szeroko pojęte media, trzeba dbać o to, aby obecny w nich wizerunek był maksymalnie prawdziwy.

 

Polityka medialna?

 

O. Dariusz Kowalczyk SJ, przy okazji kolejnej rocznicy istnienia jednego z katolickich, kościelnych tygodników wydawanych w Polsce, zadał publicznie pytanie, „czy Kościół hierarchiczny w Polsce prowadzi jakąś politykę medialną”. Pytał, czy różne wypowiedzi biskupów, Konferencji Episkopatu, czy też jej prezydium układają się w jakąś spójną, wyrazistą politykę medialną. Jego zdaniem, aby do tego doszło, instytucja (Kościoła) musi być na tyle spójna i mieć na tyle mocne przywództwo, aby było możliwe wypracowywanie w przynajmniej najważniejszych sprawach jednego stanowiska.

 

Nie negując potrzeby mówienia w pewnych kwestiach jednym głosem przez cały Kościół w Polsce (nie tylko hierarchiczny), warto zwrócić uwagę na inny aspekt dochodzenia do skutecznego kształtowania jego wizerunku w mediach. Chodzi o uświadomienie sobie, w jaki sposób media postrzegają i będą nadal postrzegać Kościół. Dla nich (i dla ogromnej części ich odbiorców) Kościół jest taką samą instytucją, jak wiele innych. Oczekują, że funkcjonuje ona według podobnych zasad, jak tysiące innych ludzkich przedsięwzięć, grupujących duże społeczności.

 

Stała narracja i koordynacja

 

Jakie płyną z tego wnioski dla Kościoła? Oczywiście nie chodzi o zmianę struktury opartej na samodzielnych, podlegających jedynie papieżowi diecezjach ani o wprowadzenie na siłę jakiejś centralizacji kościelnych działań w naszym kraju. Chodzi o raczej o znacznie szersze i intensywniejsze niż dotąd wykorzystanie istniejących już instytucji i mechanizmów oddziaływania medialnego w skali całej Polski do promowania prawdziwego, a więc pełnego obrazu Kościoła w naszej Ojczyźnie.

 

Jedną z możliwości jest intensyfikacja działań Biura Prasowego Konferencji Episkopatu Polski i rzecznika KEP. Biuro z racji swego usytuowania poza strukturą diecezjalną mogłoby się stać silnym ośrodkiem kształtowania wizerunku Kościoła katolickiego w Polsce. Mogłoby również zająć się codzienną koordynacją działań Kościoła w sferze mediów, zwłaszcza świeckich, publicznych i komercyjnych. Umożliwiłoby to prowadzenie stałej narracji zgodnie z agendą Kościoła i odejście od dotychczasowej praktyki ograniczającej się jedynie do reagowania na tematy narzucane przez rozmaite media i często przypadkowego odpowiadania przez reprezentantów Kościoła (zwłaszcza przez duchownych) na kierowane przez nie zaproszenia.

 

Co z tą komunikacją?

 

Drugim kanałem umożliwiającym skuteczne kształtowanie image Kościoła w naszym kraju mogłaby być Katolicka Agencja Informacyjna. Nagłośnione ostatnio sprawozdanie KAI za ubiegły rok pokazuje, że jest to droga nie tylko nie wykorzystana w wystarczającym stopniu, ale także mocno niedoceniana. Tymczasem profesjonalna agencja posługująca się prawdziwymi i dobrze podanymi wiadomościami, a także analizami, komentarzami wysokiej jakości zebranymi od specjalistów itp. byłaby w stanie efektywnie wpływać na opinię publiczną, pokazując jaki jest naprawdę Kościół i czym żyje.

 

Problemy Kościoła katolickiego w Polsce z wizerunkiem w mediach wynikają głównie z niedomogów komunikacyjnych, a czasem wręcz ze świadomie wprowadzanej przez niektóre osoby decyzyjne blokady komunikacyjnej. Skutki takiego podejścia widać ostatnio niemal każdego dnia w postaci kolejnych wyłącznie negatywnych materiałów o Kościele zalewających media. Spotykają się one z dorywczymi, niedopracowanymi reakcjami ze strony kościelnych osób i instytucji, co przynosi niejednokrotnie dodatkowe kłopoty i pogarsza image Kościoła w wymiarze nie tylko instytucjonalnym, ale również wspólnotowym.

 

Ten proces można zatrzymać kilkoma strategicznymi decyzjami podjętymi na poziomie Konferencji Episkopatu Polski. Pytanie, czy zostaną w porę podjęte.

 

W Poznaniu wznowiono proces o pomoc w zabójstwie Jarosława Ziętary

Po przerwie spowodowanej pandemią w Sądzie Okręgowym w Poznaniu  wznowiono tzw. „proces ochroniarzy” w sprawie o pomoc w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jest obserwatorem tego procesu, w imieniu CMWP SDP w rozprawach uczestniczy red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Proces trwa od stycznia 2019 roku. Oskarżeni to Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, prokuratura zarzuca im uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie 24. letniego dziennikarza Jarosława Ziętary w 1992 r. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy. Na rozprawie 15-go września b.r. miało zeznawać 10 świadków. Zgłosiło się czworo. Wśród nieobecnych 6 świadków jedna osoba była usprawiedliwiona, a okazało się, że pozostali wezwani nie zostali skutecznie powiadomieni.

 

Jako pierwszy zeznawał były redaktor naczelny nieistniejącej obecnie Gazety Poznańskiej, Przemysław N. 70. letni dziennikarz zatrudnił Jarosława Ziętarę i to podczas jego kadencji doszło do tragicznych wydarzeń związanych ze zniknięciem i w konsekwencji śmiercią reportera. Na pytanie sędziego, co świadek wie o tej sprawie Przemysław N. odpowiedział: – Zatrudniłem młodego, inteligentnego dziennikarza, to się okazało już po kilku miesiącach jego pracy. 1. września miał przyjść do redakcji. Nie przyszedł. Niepokoiliśmy się bardzo tym wszyscy. Oficjalne poszukiwania rozpoczęliśmy po kilku dniach pisząc o tym na łamach gazety. Nawiązaliśmy kontakt z Policją i przez różne redakcyjne kontakty prosiliśmy o pomoc.

 

Ponadto świadek zeznał, że dziennikarz nigdy nie zgłosił mu, że zbiera materiały dotyczące Elektromisu. I że publikacje na ten temat, autorstwa Ziętary, nie powstały na łamach Gazety Poznańskiej. Uzupełnił też, że to on zlecił reporterowi temat bazy PKS w Śremie, gdzie w dziwnych okolicznościach zginął księgowy. W tym materiale Ziętara odsłaniał kulisy prywatyzacji olbrzymiej bazy transportowej w Śremie. Dopytywany przez prokuratora i oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętarę, brata Jarka, N. uzupełniał: Nie zauważyłem nigdy śladów pobicia dziennikarza.(…) Nigdy nie zgłaszał, że ma jakieś problemy, że ktoś go straszy, czy odwiedza w domu.(…) Nie mam wiedzy o przeszukiwaniu biurka Ziętary. Redakcja była wtedy w totalnym remoncie. Nie było też takich restrykcji jak obecnie. Instytucje były otwarte. Nie sądzę by Policja weszła i nie poinformowano mnie o tym. (…) Nie wiem czy Ziętara gdzieś jeszcze pracował. (…) Fakty o kontaktach Ziętary z UOP znam, ale wyłącznie z mediów. W tamtym czasie się o tym nie mówiło.(…) Przed 2014 rokiem nie byłem rozpytywany o tą sprawę.

 

Z wtorkowych zeznań Przemysława N. wynika również, że w redakcji nie było możliwości pisania o przekrętach Elektromisu, a także o Mariuszu Ś., twórcy holdingu. Jeden z artykułów miał zablokować współwłaściciel gazety Michał S., dobry znajomy szefa Elektromisu. N. opowiedział o jeszcze jednym zdarzeniu świadczącym o wpływach Mariusza Ś. w Gazecie Poznańskiej, którą przejął na początku lat 90. znany tenisista Wojciech F. – Wojciech F. osobiście przedstawił mi wtedy [chodzi o spotkanie] szefa Elektromisu jako nowego wydawcę Gazety Poznańskiej. Byłem tym oburzony, zadzwoniłem potem do dwóch polityków. Więcej już nie poruszano przy mnie tego tematu. Zaczęliśmy tworzyć własne wydawnictwo. W redakcji był jednak nacisk, by o szefie Elektromisu w ogóle nie pisać.

 

W swoich zeznaniach Przemysław N. odniósł się także do znajomości Aleksandra Gawronika z szefem Elektromisu Mariuszem Ś. Przypomnijmy, że oskarżonym w sprawie Ziętary jest również Aleksander Gawronik, któremu prokuratura zarzuca podżeganie do zabójstwa Ziętary. Miał to zrobić na terenie Elektromisu, w towarzystwie Mariusza Ś. Jednak Ś. występuje wyłącznie w charakterze świadka w tej sprawie, gdyż nie usłyszał żadnych zarzutów.- Aleksander Gawronik nie był biznesmenem tej „klasy”, co Mariusz Ś., który robił wtedy wielkie interesy. Aleksander Gawronik nie był władny wydawać poleceń pracownikom Ś. Po tych słowach, sprzeciwiła się adwokat oskarżonych Agata Michalska – Olek, wskazując, że świadek opisuje swoje oceny.

 

Przemysław N. z Gazetą Poznańską związany był już w latach 1973-1974, pracował wtedy jako tak zwany wolny strzelec, nie było dla niego wtedy etatu. Najczęściej jako redaktor redakcji nocnej pisząc sprawozdania sądowe. Współpracował także z Milicją Obywatelską w kwestii opisywania ciekawszych spraw. Swoją współpracę z Gazetą Poznańską zakończył nieformalnie, z chwilą ogłoszenia stanu wojennego, gdyż nie wpuszczono go już do redakcji. Od tego momentu do 1989 r. prowadził zakład krawiecki. W latach 90 wrócił do zawodu.

 

Kolejny przesłuchiwany świadek to Artur Ł., 50. letni kierowca mechanik, w 1992 roku zatrudniony jako kierowca redakcyjny. – Rano [1 września 1992 roku] miałem jechać w teren z Jarkiem. Pamiętam, że tamtego dnia rano pojawiłem się w redakcji. Stamtąd mieliśmy jechać razem z Jarkiem Ziętarą. Jednak około godziny 8 rano dostałem informację od sekretarki, że wyjazd jest odwołany. Przyczyny mi nie podano. Tego dnia nigdzie nie wyjeżdżałem, byłem do dyspozycji redakcji. Po południu polecono mi pojechać na Kolejową, by sprawdzić, dlaczego Jarek nie pojawił się tego dnia w redakcji. Zapukałem, ale nikt nie otworzył drzwi – zeznał Artur Ł.

 

Z zeznań Artura Ł. wynika, że w tygodniu były wyjazdy z dziennikarzami do ościennych gmin, gdzie rzadko docierali dziennikarze. Nie wszyscy chcieli jeździć w teren dlatego wysyłano tam najmłodszych. W redakcyjnym samochodzie jechały cztery osoby: dwóch dziennikarzy, jeden fotoreporter i kierowca. Artur Ł. potwierdził, że w samochodzie nikt nie rozmawiał o tym czym się zajmuje, chroniąc swoje ustalenia. Nawet gdy jechał sam z Jarkiem rozmawiali na tematy nie związane z pracą. W dniu zaginięcia miał go odebrać z redakcji. Bywało też, że podjeżdżał po niego do domu. Wtorki i czwartki wyjeżdżali z dziennikarzami, a poniedziałki, środy i piątki były przeznaczone na załatwianie spraw administracyjnych. Ponadto świadek zeznał, że widywał w 1992 roku w redakcji Aleksandra Gawronika w towarzystwie Leszka Ł. zastępcy redaktora naczelnego. I jak dodał „ zresztą wiadomo było, że sekretarką Mariusza Ś. była żona Ł.” Wizyty pokrywały się w czasie z turniejami tenisowymi organizowanymi w Poznaniu.

 

Sprawa odwołania wyjazdu, wciąż budzi emocje. Część dziennikarzy, ówczesnych kolegów Ziętary uważa, że ktoś z redakcji Gazety Poznańskiej mógł współpracować z porywaczami. Innymi słowy celowo odwołać samochód, by Jarek musiał pieszo dotrzeć do redakcji. Dzięki temu przestępcy podający się za policjantów mogli na niego zaczekać i uprowadzić dziennikarza idącego w stronę redakcji.

 

Edward K. to trzeci świadek zeznający podczas wtorkowej rozprawy. Dziś to emerytowany policjant. Wcześniej był milicjantem a na początku lat 90. kierował sekcją zajmującą się przestępstwami gospodarczymi. W tym samym czasie poznał Ziętarę. Na emeryturę przeszedł kilkanaście lat temu w randze wiceszefa poznańskiej policji.

 

Ziętara przychodził do szefa sekcji ds. PG i miał na to zgodę komendanta, o której świadek również został poinformowany telefonicznie. Policjant nie potrafił odpowiedzieć, o jakie konkretnie podmioty gospodarcze dziennikarz wtedy pytał. Dodał też, że podczas spotkań Ziętara nigdy nie wyglądał na zdenerwowanego czy poturbowanego. Wiem, że chodził nie tylko do nas, ale także do UOP. Sam mi o tym mówił, ale nie wiem, kogo tam odwiedzał. Pamiętam, że na pewno interesował się sprawą gnieźnieńską , która dotyczyła przyjmowania korzyści majątkowych i malwersacji finansowych przez ówczesnych prominentnych działaczy partyjnych – zeznał emerytowany policjant.

 

Warto uzupełnić, że K. pod koniec lat 90. wszedł w skład grupy śledczej, która wyjaśniała sprawę Jarka. Świadek potwierdził, że wówczas nie wiązano zaginięcia Ziętary z Elektromisem. Nic nie wiedział o czynnościach wykonywanych w miejscu pracy dziennikarz.. W odczuciu świadka czynności zaraz po zaginięciu były źle przeprowadzone. Nie przeprowadzono dobrze oględzin mieszkania oraz wywiadu wśród sąsiadów. Na pytanie dlaczego nie wszczęto sprawy o zabójstwo, odpowiedział: nie wiem, przyjmowano, że mógł wyjechać.

 

Ostatnia zeznawała Elżbieta D. – N., dziennikarka, autorka artykułu, który ukazał się już miesiąc po zniknięciu Jarosława Ziętary i wskazywał, że zarówno ludzie Elektromisu i sam Aleksander Gawronik mogą stać za tą sprawą.

 

Jarka znałam słabo, wcześniej krótko pracował w poznańskim oddziale Gazety Wyborczej. Nie byliśmy dobrymi znajomymi, ale wydaje mi się, że interesowały go afery gospodarcze, na pewno sprawa Elektromisu. Zajmował się tym, co dzisiaj nazywa się dziennikarstwem śledczym. Po jego zaginięciu opisywałam sprawę, rozmawiałam z jego znajomymi. Nie pamiętam już kto powiedział, że zajmował się Gawronikiem i Elektromisem, na pewno tego nie zmyśliłam. W moim tekście z października 1992 roku opisałam różne wersje, w tym wątek partii KPN. Ludzie z KPN-u się odezwali po publikacji i protestowali. Natomiast ani Gawronik, ani Elektromis się nie odzywali, nie przysłali żadnego sprostowania– zeznała Elżbieta D.-N.

 

Następna rozprawę wyznaczono na 12 października b.r.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

Obraz rządzi – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o Instagramie jako źródle informacji

Osiemdziesiąt tysięcy przepytanych użytkowników w 40 krajach nie może się mylić – struktura mediów zmienia się chyba nieodwracalnie, a pandemia COVID-19 tylko ten proces przyspiesza czy lepiej byłoby powiedzieć – podkręca. Młodzież szuka informacji o koronawirusie na Instagramie częściej, niż gdziekolwiek indziej.

 

To zdaje się wynikać z dziewiątej edycji „Digital News Report” przygotowanego przez Reuters Institute for the Study of Journalism, omówionego na polskim rynku np. przez portal Wirtualnemedia.pl (TUTAJ). Ponieważ badania przeprowadzono na przełomie stycznia i lutego 2020, kiedy koronawirus siedział w Wuhan i mało kto się nim medialnie przejmował, Reuters Institute postanowił przeprowadzić w kilku wybranych krajach dodatkowe badania w terminie już po uderzeniu pandemii COVID-19 w nasz zachodni świat, wyznaczający mediom, jak się przyjęło, wszelkie możliwe standardy.

 

O prymat w dostarczaniu informacji, jak to ostatnio bywa zawalczyły w pierwszej dobie koronawirusa telewizja i portale internetowe, ludzie bowiem w tym pierwszym okresie szukali głównie treści pozwalających im, jak sądzili, przetrwać i ocalić siebie i bliskich. Prasa traciła stale, jak to już jest od lat, mimo wysiłków dostarczania solidnych piguł informacyjnych i poradnikowych.

 

Media społecznościowe, początkowo – i słusznie – traktowane z rezerwą, stabilnie z czasem pandemii zyskiwały na popularności. Siejąc najobrzydliwsze i najoczywistsze fejki, z wydajnością, którą nie byłaby się w stanie pochwalić żadna telewizja czy nawet najpopularniejszy tytuł prasowy. W czasach jednak, gdy fejki posiały też i czasopisma naukowe, z prestiżowym „Lancet” i „New England Journal of Medicine” na czele i recenzenci to łyknęli, dopóki dziennikarze śledczy z „Guardiana” nie zawołali „sprawdzam!”, nie zdziwi mnie już nic. Nawet to, że ludzie ufają bardziej własnej cioci Kloci, niż profesorowi medycyny. Co dopiero mówić o prasie.?!

 

Przy czym sytuacja zaufania do profesorów, instytucji krajowych i międzynarodowych dbających o zdrowie publiczne, lekarzy, mediów czy rządu w Polsce była już u zarania gorsza, niż w reszcie krajów Unii Europejskiej. Co wiadomo było z wcześniejszych badań, a co  świetnie podczas „Forum Wizja Rozwoju” podsumował Maksymilian Wysocki z  wGospodarce.pl (TUTAJ). Dziś, czy raczej wczoraj, bo pewnie dziś ta liczba jest już znacznie większa przy przyrostach miesiąc do miesiąca o niemal 200 proc., w Polsce 8 mln ludzi korzystających z mediów społecznościowych jest przekonanych, że „koronawirus to ściema”. Media – a więc także ja, biedny żuk popularyzujący w nich naukę – nie umiały przekazać w naszym kraju realnej sytuacji toczącej się kilkaset kilometrów od naszych granic i dalej.

 

Choć zatem w krajach cywilizacji zachodniej (my nieco na aucie od tej grupy) nadal ufamy bardziej naukowcom i lekarzom (średnio 83 proc. zaufania, 5 proc. nieufności), media zaś znajdują się na pozycji 4 (59 proc. vs. 18), a to więcej, niż chociażby wyszukiwarki internetowe (Google et consortes; 45 vs.18) czy kanały wideo (YT et consortes: 29 vs. 34) czy wreszcie media społecznościowe i aplikacje komunikacyjne (ok. 25 vs. 40).

 

Natomiast zaskoczenie dotyczące raportu u osób w żurnalizmie znacznie bieglejszych ode mnie, które były łaskawe się ze mną podzielić swoim spostrzeżeniem, obudził fakt, iż: „Według raportu dla młodych użytkowników ważnym źródłem wiadomości o koronawirusie jest internet, a w nim segment mediów społecznościowych. Badania wskazują, że dla respondentów w wieku 18 – 24 lata w wybranych krajach najważniejszym źródłem newsów o Covid-19 jest Instagram, który wyprzedza Snapchata i TikToka”. Zadane mi przez moich rozmówców, jako popularyzatorowi nauki pytanie: „Czy za pośrednictwem tego obrazkowego serwisu można przekazać wiedzę naukową?” po głębokim zbadaniu zagadnienia uznać muszę za całkowicie chybione.

 

Bo wcale nie chodzi o to, co się da lub nie da przekazać – gdyż oczywiście nie da się na Instagramie przekazać żadnej naukowej wiedzy. I nie temu to miejsce służy. Kto by zaś próbował tam to robić, poniesie fiasko. Jak zresztą każdy, który chciałby tam przekazywać cokolwiek innego, niż idee, i to jeszcze w dobrym marketingowo dopracowanym opakowaniu. Po kolei jednak.

 

Aby zrozumieć ten wynik musiałam porozmawiać z Anną Gostkiewicz, projektantem komunikacji wizualnej po krakowskiej ASP. Osobą z portfolio na Instagramie – taki dziś mamy klimat. Dziś już nikt nie zrobi dobrego wrażenia na Zleceniodawcy, przynosząc mu swoje prace w teczce, ba!, nawet zapraszanie na swoją stronę internetową z lekka trąci myszką – jeśli nie ma twoich dzieł na Bechance lub właśnie na Instagramie – nie ma cię w ogóle. Miejsca te bywają nawet rodzajem wirtualnego domu pracy twórczej, gdzie artyści wizualni spotykają się (tzw. „collab-y”), tworząc nowe, wspólne dzieło, którego rozwój dokumentują na portalu. Fotograficy i dizajnerzy masowo korzystają z „Insta”, by prezentować swoje aktualne prace i trafić do większej liczby odbiorców.

 

Dzięki temu, że dwa lata temu Facebook wykupił akcję swej największej konkurencji, czyli portalu Instagram, konta użytkowników obu serwisów są sprzężone i można automatycznie udostępniać treści w obu mediach jednocześnie. Wiele firm i organizacji, jak również osób publicznych skwapliwie korzysta z tej okazji, rozwijając przekaz instagramowy. Portal ten, pierwotnie założony w celu wymiany zdjęć między użytkownikami prywatnymi, stał się obecnie zwłaszcza dla ludzi młodych, źródłem informacji, miejscem reklamy (połączonej z opcją zakupów) i promocji własnej twórczości. Niekwestionowanym królem mediów społecznościowych od lat pozostaje jednak Facebook, pozwalający zakładać strony blogowe, udostępniające znajomym (czyli połączonym użytkownikom) współdzielenie („szerowanie”) treści tekstowych, zdjęć i nagrań wideo.

 

Rozmowa z Anną Gostkiewicz przekonała mnie, że użytkowników Facebooka, Instagrama czy Tweetera można porównać do sieci neuronowej, w której iskry pobudzenia informacyjnego rozprzestrzeniają się z prędkością światłowodową, zarazem pozostawiając użytkownikom wolność udostępniania newsów, reagowania na nie i wyboru preferowanych nadawców treści („obserwowanych znajomych”).

 

Dla specjalisty od komunikacji wizualnej jest oczywiste, że Instagram, z racji bardzo skondensowanej formy przekazu (niemal do jednego zdania – podpisu pod obrazem), oddziałuje głównie na sferę doznań wizualnych. Jeden obraz, o tradycyjnej, kwadratowej kompozycji, ma zawrzeć kompletny komunikat, z całym bogactwem estetycznym i konkretnym przesłaniem merytorycznym. Duże wyzwanie dla redaktorów tak podawanej treści, a zarazem duży komfort odbiorów, nieraz przeciążonych informacyjnie i cierpiących na chroniczny brak czasu.

 

Oznacza to, że szkoda im go na czytanie artykułów, na słuchanie podcastów… więc, minimalnym wysiłkiem koncentracji, rzucają okiem na Instagram. I ten jeden rzut oka wystarcza, przy zrozumieć i przyjąć podawaną treść. Podawaną głównie w formie obrazkowej, w miłej otoczce wrażeń estetycznych, tworzących tło emocjonalne przekazu. Fakt, że to odbiorca/użytkownik musi sam wybrać najdogodniejszy moment na połączenie się z aplikacją, podprogowo wzmacnia poczucie więzi z proponowanymi treściami. A że ok. 80 proc. informacji dociera do nas drogą wzrokową, dostarczane w ten sposób treści bardzo rzadko poddajemy weryfikacji. Mają one w ludzkiej psychice status uprzywilejowany, niemalże priorytet nieomylności. A regularność umieszczania nowych treści ma kluczowe znaczenie dla budowania zaufania do danej strony i podtrzymywanie żywotnego zainteresowania odbiorów.

 

Co zaś do wieku odbiorców, sugerującego, że proces będzie raczej się pogłębiał z czasem, niż słabł… Tak się przejawia apogeum cywilizacji obrazków. Z kolejnym pokoleniem przestajemy być zdolni czytać długie teksty ze zrozumieniem. Ilość informacji przytłacza, a jednocześnie uzależnia, mózg zatem próbuje sobie poradzić. Najprostszym sposobem jest zdać się na oczy. Nie ważne zatem, czy wiedza naukowa została przekazana, ale czy obraz wywołał dobre skojarzenie, został ewentualnie zapamiętany, przyniósł ulgę skołatanej percepcji, zdołał zasiać w nas jakaś myśl-idee. Prosto rzecz ujmując, to jak reklamowy bilbord, kwintesencja reklamy wizualnej. Tylko zamiast przypadkowo na ulicy, pojawia ci się, na twoje własne życzenie w smartfonie.

 

Konto na Instagramie posiada zarówno Ministerstwo Zdrowia, Prezydent i Premier, a także Główny Inspektorat Sanitarny. Wszystkie te instytucje państwowe w okresie pandemii propagowały za jego pomocą komiksowe infografiki, treściwe i lekkie w odbiorze. Czy dotarły one ze swymi ideami do sektora 18-24 lata? Zależy to bynajmniej od tego, jak zgodne z prawdą, pozbawione błędów rzeczowych, wyczerpujące jeśli chodzi o dostarczaną informację były te materiały. Ewentualne poszukiwanie ich i zaufanie do niech ma bowiem zupełnie inne niż treść źródło. Co to znaczy dla mnie? Że nieodwołalnie zakładam konto na Instagramie dla prowadzonego przeze mnie fanpage’u i kanału Naukovo.pl. I w przeciwieństwie do innych form komunikacji, tą musi się zająć profesjonalista. Który wcale nie musi się znać bardzo na nauce. Najważniejsze, by się znał na komunikacji wizualnej.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

Rządy pokoju i miłości – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o kłamstwach medialnych wokół 17 września

„Wyzwalał” nas car,

„wyzwalał” Stalin,

oby nie „wyzwolił” Putin

 

Władimir Putin twierdzi, że jego wielki poprzednik Stalin, 17 września 1939 r. nie najechał na Rzeczpospolitą, tylko bronił przed „nazistami” Rosjan – odsuwając od granic ZSRS widmo wojny. Bronił także innych, głównie Żydów przed polskimi antysemitami.

 

 

Dopiero wtedy, gdy stało się absolutnie jasne, że Wielka Brytania i Francja nie mają zamiaru pomóc swemu sojusznikowi (…), Związek Radziecki zdecydował się przysłać, rankiem 17 września, oddziały Armii Czerwonej na tak zwane Kresy Wschodnie, które teraz tworzą część terytoriów Białorusi, Ukrainy i Litwy” – stwierdził w czerwcu br. Władimir Putin na łamach amerykańskiego magazynu „The National Interest”, dodając: „w oczywisty sposób nie było alternatywy„.

 

Aktualny władca Kremla kontynuował: „W przeciwnym wypadku ryzyko dla ZSRR wzrosłoby wielokrotnie, ponieważ (…) dawna radziecko-polska granica przebiegała zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Mińska, a nieunikniona wojna z nazistami rozpoczęłaby się dla kraju (Związku Radzieckiego – red.) z wyjątkowo niekorzystnych pozycji strategicznych. A miliony ludzi różnych narodowości, w tym Żydzi mieszkający niedaleko Brześcia i Grodna, Przemyśla, Lwowa i Wilna, zostaliby rzuceni na zagładę przez nazistów i ich lokalnych sług – antysemitów i radykalnych nacjonalistów„.

 

Po tym „wyzwoleniu” na tzw. Kresach Wschodnich – jak je nazwał Putin – nastąpiły rządy „pokoju i miłości”. Tak naprawdę polegały na mordowaniu Polaków i zsyłkach na Sybir.

 

Czyli Stalin w 1939 r. wyzwalał nas tak samo, jak wcześniej car – setki tysięcy Polaków biali Rosjanie „wyzwolili” na zawsze – zostali na nieludzkiej ziemi. Potem bolszewicy „wyzwalali” nas w 1920 r., ale pochód czerwonej zarazy zatrzymaliśmy na linii Wisły. W III RP w podwarszawskim Ossowie władze postawiły pomnik nie polskim bohaterom, ale owym „wyzwolicielom”.

 

Rozpoczęte 17 września 1939 roku rządy „pokoju i miłości” trwały do 22 czerwca 1941 r., kiedy czerwoni Rosjanie zostali przegnani przez dawnych sojuszników spod znaku hakenkreutza. No i ostatecznie dzieci „wyzwolicieli” z 1920 r. „wyzwoliły” nas w 1944/1945 r. „Wyzwalali” szczególnie naszą młodzież, która miała wszelkie dane, aby wyrosnąć na wybitnych naukowców, pisarzy, dziennikarzy, matematyków, artystów. Tymczasem pokolenie II RP zostało po prostu wyrżnięte, a jego miejsce zajmowali przedwojenni komuniści, „ludowi” partyzanci, czy oficerowie polityczni Ludowego Wojska Polskiego, tacy jak słynny do dziś major/profesor Zygmunt Bauman. W ten sposób, metodą fizycznej eliminacji, drugi sowiecki okupant instalował w Polsce swoje pseudo-elity.

 

Ale mord założycielski miał silnego sprzymierzeńca w postaci kłamstwa. Komunistyczna propaganda zbrodnię nazwała właśnie „wyzwoleniem”, a „wyzwolenie” oznaczało posyłanie przeciwników politycznych do piachu. Takim przykładem wyzwolenia od życia jest „Łączka” na Powązkach Wojskowych – warszawski Katyń. Tu do dołów śmierci funkcjonariusze zbrodniczego reżimu zrzucili około 300 zamordowanych polskich patriotów. Tu życia dokonał m.in. rotmistrz Witold Pilecki – człowiek, który chciał wyzwolić niemiecki KL Auschwitz siłami stworzonej przez siebie konspiracji więźniarskiej i przy pomocy AK z zewnątrz. Bo Armia Czerwona, 27 stycznia 1945 r., wyzwoliła już tylko słabo chronione druty i baraki, które za chwilę znów zapełniły się więźniami – tym razem antykomunistami.

 

A tak wyzwolenie innego niemieckiego obozu – Stutthofu (dopiero 9 maja 1945 r.) wspominał bliski współpracownik Pileckiego, mój ojciec Tadeusz Płużański. We wspomnieniach „Z otchłani” napisał: „Najpierw przyjechało na rowerach dwóch czerwonoarmistów, wzięli do niewoli pozostałą załogę obozu. Po jakimś czasie podjechał gazikiem starszy stopniem oficer. Spytał się, kim jesteśmy i powiedział: <<Nu haraszo. Tiepier wy swabodni, damoj nada idti>>. Chcieliśmy dalej walczyć z Niemcami, wstąpić do Wojska Polskiego, ale już w Elblągu przywitały nas hasła: <<Śmierć bandytom z AK>>, <<Zaplute karły reakcji>>. Wszędzie węszyło NKWD. Więźniów zamykano w myśl zasady – przeżyłeś, to znaczy współpracowałeś z Niemcami”.

 

17 stycznia 1945 r. Sowieci „wyzwolili” lewobrzeżną Warszawę, a tak naprawdę naznaczone krwią powstańców i ludności cywilnej ruiny. Inaczej wyglądało „wyzwolenie” stołecznej Pragi. W sieci katowni NKWD wyrywano paznokcie i mordowano wszystkich, którzy byli albo przynajmniej mogli być wrogami sowieckiej władzy. Dlatego pomnik rzekomych wyzwolicieli – „czterech śpiących” nie ma prawa wrócić na warszawską Pragę, bo zakłamuje historię.

 

Takim samym perfidnym, komunistycznym kłamstwem jest „wyzwolenie” nas 13 grudnia 1981 r. przez towarzysza generała Jaruzelskiego. Bo Sowieci wcale nie musieli wtedy do nas „wkraczać”. Przecież okupowali nas – z krótką przerwą – od 1939 r. Te „pokojowe” wojska – w sile 300 tys. – stacjonowały w Legnicy, Bornem Sulinowie czy Rembertowie. To zadaje całkowity kłam teorii „mniejszego zła” JaruzelskiegoKiszczaka. A Sowieci tak skutecznie nas „wyzwolili”, że wolnością pod sowieckim butem cieszyliśmy się aż do 1989 r., a rosyjska armia wyjechała z Polski dopiero w 1993 r. (faktycznie wtedy skończyła się dla Polski wojna!).

 

I współcześnie – w kontekście „pokojowych” działań obecnego władcy Kremla – Władimira Putina na Ukrainie – stanęliśmy w obliczu kolejnego rosyjskiego „wyzwolenia”. Podczas słynnego wiecu w Tbilisi, który zatrzymał inwazję Moskwy, śp. prezydent Lech Kaczyński wypowiedział znamienne słowa: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

 

Putin stara się swoją imperialną politykę uzasadnić historią. Dlatego bagatelizuje dziś najazd na Polskę 17 września 1939 r., twierdząc, że było to tylko niewinne wkroczenie. Wkroczenie, aby „wyzwolić”.

 

Tadeusz Płużański

Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy od 25 lat walczy o wolność słowa i prawa białoruskich dziennikarzy

Mija dwadzieścia pięć lat od powstania Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy (BAJ). Żanna Litwina założyła je w 1995 roku, w rok po objęciu władzy przez A. Łukaszenkę. Proces formalnej rejestracji udało się organizacji przejść w roku 2006. Dziś BAJ zrzesza ponad 1300 dziennikarzy białoruskich i ma oprócz biura głównego w Mińsku, pięć oddziałów regionalnych. Jest  członkiem Międzynarodowej i Europejskiej Federacji Dziennikarzy (IFJ, EFJ).

 

Obecnie BAJ koncentruje swoje działania na pomocy dziennikarzom zatrzymanym podczas relacjonowania demonstracji, w których Białorusini protestują przeciwko sfałszowaniu wyniku wyborów prezydenckich. Od 9 sierpnia doszło na Białorusi do 174 zatrzymań dziennikarzy. Wielu z zatrzymanych dziennikarzy prosto z aresztu trafiło na salę sądową i zostało ukaranych grzywną lub karą więzienia. Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy udziela też wsparcia 52 dziennikarzom, wobec których białoruskie służby użyły przemocy.

 

Ponadto organizacja występuje przeciwko ograniczaniu dostępu do informacji na Białorusi. W ciągu ostatnich kilku tygodni BAJ wielokrotnie protestował przeciwko blokowaniu mediów internetowych, utrudnianiu druku i dystrybucji gazet, wycofywaniu przez reżim akredytacji dla dziennikarzy zagranicznych mediów, czy wydalaniu bądź nie wpuszczaniu na terytorium Białorusi korespondentów.

 

Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy od 25 lat walczy o wolność słowa i prawa białoruskich dziennikarzy. W ciągu tych lat Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wielokrotnie podejmowało solidarnościowe działania zarówno wobec dziennikarzy białoruskich i Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. #BAJ25RAZAM

 

 

ŁUKASZ WARZECHA: Kto tu ma konflikt interesów

Staram się zabierać w swoich tekstach głos we własnych sprawach tylko w wyjątkowych sytuacjach i tylko wówczas, gdy można w ten sposób omówić jakiś ogólniejszy problem. W wypadku ataków, które spotkały nie tylko mnie, ale także kilku moich kolegów w związku z naszym stanowiskiem w sprawie „piątki dla zwierząt”, te warunki są spełnione.

 

Ataki układają się zgodnie ze wzorem, który wskazała w swoim tłicie pani poseł Joanna Lichocka, pisząc: „Będą się pienić, ale trzeba to napisać. Jeśli Państwo czytają komentarze panów Lisickiego, Warzechy, Ziemkiewicza na temat »szkodliwości« projektu o ochronie zwierząt, pamiętajcie, że Panowie ci zarabiają/zarabiali na portalach u hodowców norek”.

 

Nie jest żadnym odkryciem ani też nigdy nie było tajemnicą, że fundatorem i założycielem portalu i telewizji internetowej wSensie, połączonej potem z marką Świat Rolnika, jest Szczepan Wójcik, najsłynniejszy dzisiaj hodowca zwierząt futerkowych w Polsce. Rafał Ziemkiewicz prowadził tam program wspólnie z Rafałem Otoką-Frąckiewiczem, Paweł Lisicki zaś z Markiem Miśko. Żaden z tych programów nie dotyczył spraw związanych z rolnictwem. Ja prowadziłem i prowadzę nadal program „Polska na Serio”, poświęcony tematom najróżniejszym, od sztuki i książek po historię, gospodarkę oraz politykę. Współprowadzę również z prof. Antonim Dudkiem co dwa tygodnie „Podwójny Kontekst” – autorską dyskusję o bieżącej polityce (która, muszę się pochwalić, zbiera bardzo przyzwoite opinie u widzów).

 

Tłit Joanny Lichockiej i inne podobne sugerują tymczasem, że moja opinia oraz opinie innych wymienionych osób są w jakiś sposób uwarunkowane tym, że pracowaliśmy lub pracujemy w mediach założonych przez pana Wójcika. Jest to jednak sugestia nie tylko obelżywa, ale też wprost nieprawdziwa, co łatwo zweryfikować. Pierwsze pomysły ograniczania hodowli zwierząt na futra pojawiły się jeszcze za czasów PO, a ja od samego początku byłem im przeciwny. PiS po raz pierwszy próbował zlikwidować biznes futrzarski w 2017 r. Komentowałem to wówczas identycznie jak teraz. Do wSensie dołączyłem natomiast w styczniu 2019 r. Nietrudno sprawdzić, co pisałem i mówiłem o pomysłach Krzysztofa Czabańskiego czy wystawie antyfutrzarskiej w PE, zorganizowanej przez europosłów PiS na początku 2018 r., a więc długo zanim poprowadziłem swój pierwszy program z cyklu „Polska na Serio”. Wystarczy Google.

 

Moje zdanie na temat takich pomysłów nie było uwarunkowane miejscem pracy, ale moimi stałymi i od dawna znanymi poglądami na kwestie wolności gospodarczej, wolności prowadzenia biznesu, wreszcie na problem tzw. praw zwierząt i tego, jak traktuje tę kwestię PiS. Moja opinia była jasna, nim zacząłem współpracę z wSensie, i pozostanie taka sama, gdybym miał z tymi mediami współpracę zakończyć.

 

Gwoli porządku dodam, że nigdy nikt nie sugerował mi nie tylko, jak w swoich programach mam różne tematy ujmować, ale nawet nikt nie narzucał mi samych tematów. Mam tu całkowitą swobodę.

 

Jeśli zatem współpraca z mediami Szczepana Wójcika niczego nie zmienia w moim stanowisku, to na czym ma polegać zarzut i przed czym ostrzega Lichocka? Czy chodzi może o to, że kolejność mogła być odwrotna – zaproponowano mi współpracę właśnie dlatego, że miałem takie, a nie inne poglądy – i to ma być naganne? To się zgadza – wSensie było medium o charakterze wyraźnie konserwatywnym, więc gdyby nie moje konserwatywne poglądy, pewnie bym się w nim nie znalazł. Gdyby jednak tak do tego podejść, trzeba by uznać, że naganne jest w ogóle zatrudnianie dziennikarzy o określonych poglądach w mediach o określonej linii. Że czymś niewłaściwym jest, że liberalna gazeta zatrudnia dziennikarzy o liberalnych zapatrywaniach, a lewicowa – o zapatrywaniach lewicowych. A to przecież najczystszy absurd.

 

A może krytycy chcą ustanowić ogólną regułę, że nieważne, jakie argumenty się przedstawia, ważne, że między danym medium a daną sprawą istnieje jakieś powiązanie finansowe, a wówczas dziennikarz staje się z automatu niewiarygodny? Jeśli Lichocka i inni mają to na myśli, to chyba nie zdają sobie sprawy z konsekwencji swojego poglądu.

 

Bo gdyby wyciągnąć z takiej argumentacji logiczne wnioski, trzeba by spytać, co Joanna Lichocka myśli o dziennikarzach mediów państwowych, którzy bezpardonowo atakują opozycję? Przecież oni są bardzo bezpośrednio zainteresowani tym, aby rządzący obecnie władzy nie stracili, bo dla nich – zwłaszcza dla obecnych twarzy publicystyki TVP czy PR – oznacza to niechybnie utratę lukratywnego zajęcia. Jak potraktować pracowników mediów prywatnych, uzależnionych od spółek skarbu państwa, którzy walą w opozycję jak w bęben? Ich Lichocka, jak rozumiem, również potępia? Musi, jeśli jest konsekwentna.

 

Oczywiście per analogiam należałoby potępić także większość dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, bo Agora straciła za rządów PiS państwowe reklamy, a także dziennikarzy TVN24, bo rządzący grożą dekoncentracją mediów.

 

Podsumowując – idąc śladem rozumowania pani poseł, musielibyśmy skreślić właściwie większość dziennikarzy tych mediów, które zajmują w sprawach publicznych wyraźne stanowisko.

 

Można by się z panią poseł zgodzić tylko w jednym przypadku: gdyby dało się wykazać, że dziennikarz swoje zapatrywania lub zainteresowania zmienił zasadniczo pod wpływem zatrudnienia u danego pracodawcy. Na przykład wcześniej prezentował światopogląd jednoznacznie lewicowy, a zatrudniwszy się w liberalnym tytule stał się nagle zajadłym zwolennikiem wolnego rynku. To jednak nie jest ten przypadek.

 

I jeszcze dwa słowa o używanym w tym kontekście pojęciu konfliktu interesów. Otóż konflikt interesów z zasady występuje tam, gdzie mamy do czynienia z podejmowaniem decyzji. Na przykład wówczas, gdy ktoś jest członkiem gremium decydującego w sprawie mediów państwowych, a zarazem jest twórcą radykalnej prozwierzęcej regulacji i, korzystając ze swojej funkcji, wywiera nacisk, aby ta propozycja była przedstawiana w państwowych mediach w korzystnym świetle. To jest ewidentny konflikt interesów.

 

Łukasz Warzecha

Poparcie CMWP SDP dla inicjatywy Reduty Dobrego Imienia nowelizacji Prawa prasowego

24 sierpnia b.r. fundacja RDI przedstawiła publicznie na swojej stronie internetowej (TUTAJ) obywatelski projekt nowelizacji ustawy Prawo prasowe. Nowelizacja ta ma na celu powstrzymanie fali tzw. fake newsów, oraz ma zapobiec nagonkom medialnym i niszczeniu wizerunku Polski za pomocą publikacji wypaczających prawdę o polskiej historii. Projekt zakłada także wykreślenie z Kodeksu karnego art. 212, zgodnie z którym za zniesławienie grozi dziennikarzowi nawet rok bezwzględnego więzienia.

 

CMWP SDP wspiera RDI w zakresie projektu nowelizacji Prawa prasowego ze względu na konieczność eliminacji z medialnej przestrzeni publicznej negatywnych zjawisk, które RDI wskazuje jako przyczynę zainicjowania społecznej akcji opracowania tego projektu. Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP podpisała 14 września b.r. internetową petycję z poparciem dla skierowania tego projektu do prac legislacyjnych.  Niezależnie od powyższego informujemy, iż na etapie procedowania tego projektu w parlamencie CMWP SDP przedstawi szczegółową ekspertyzę projektu ze wskazaniem tych elementów, które – mimo zasługujących na poparcie intencji projektodawcy – wymagają jednak niezbędnych korekt i uzupełnień, tak aby nowelizacja nie spowodowała ograniczenia wolności słowa i niezależności dziennikarskiej.

 

Projekt przewiduje m.in. 24-godzinny tryb rozpatrywania sprostowań najpierw przez redaktora naczelnego, a następnie (w przypadku złożenia sprawy do sądu powszechnego) maksymalnie 48 godzin na rozpoznanie sprawy przez sąd I instancji i 24 godziny na rozpoznanie sprawy przez sąd apelacyjny. Tego rodzaju tryb ma pozwolić na zrównoważenie pozycji osób i instytucji w dyskursie publicznym w stosunku do mediów. Jednak, wg wstępnej oceny CMWP SDP, projektodawcy szeroko zakreślili przedmiot projektu i zamierzają nieco zbyt głęboko zaingerować w tekst Prawa prasowego. W efekcie projektowane przepisy mogą zostać obrócone wbrew intencjom autorów (np. obowiązek prostowania informacji “zagrażających sojuszom” RP może sparaliżować krytykę Unii Europejskiej, co łatwo sobie wyobrazić znając stan dyskursu publicznego w tej sprawie). Zbyt szeroko ujęto również samo pojęcie informacji nieprawdziwej. Dlatego też, doceniając działalność Reduty Dobrego Imienia i wspierając ją w realizacji celu jakim jest uzasadniona nowelizacja prawa prasowego ukierunkowana na obronę prawdy historycznej, CMWP SDP zaproponuje adekwatne poprawki do projektu na etapie prac legislacyjnych.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Michał Jaszewski, doradca prawny SDP

 

Warszawa 14 września 2020 r.

 

Foto – screeny z audycji “Gorące pytania”  w telewizji wpolsce.pl prowadzonej przez red. Edytę Hołdyńską z 25.08.2020. Maciej Świrski, prezes Reduty Dobrego Imienia przedstawił w niej założenia projektu nowelizacji Prawa prasowego. W audycji uczestniczyła także Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP, która wyraziła  poparcie CMWP SDP dla tego projektu. 

 

Cała audycja “Czy rząd zmieni Prawo prasowe?” jest TUTAJ.

 

Poniżej prezentujemy uzasadnienie przygotowane przez inicjatora obywatelskiego projektu nowelizacji ustawy Prawo prasowe – Redutę Dobrego Imienia:

 

Przemiany techniczne, które nastąpiły w ciągu ostatnich 30 lat w mediach, zbiegły się z niekorzystnymi zjawiskami, które nie spotkały się do tej pory z reakcją ustawodawcy. Najważniejsze z nich to fake newsy, medialne kampanie „character assassination” czyli nagonki medialne, podawanie nieprawdziwych informacji, których ostatecznym efektem jest deprecjacja wizerunku Polski, czy bezkrytyczne powielanie informacji wytworzonych przez obce służby. Przedstawione zjawiska, powodują rozprzestrzenianie się informacji fałszywych lub tylko częściowo prawdziwych, które skonstruowane zostały tak, by kogoś zdeprecjonować. Osobnym, zjawiskiem, groźnym dla wizerunku Polski jest wypaczanie polskiej historii w mediach o wielkim zasięgu, a przez to kształtowanie – zwłaszcza u młodego pokolenia – przekonania, że polska historia jest pełna wydarzeń, których Polacy powinni się wstydzić. A to że sie nie wstydzą, tylko są dumni z polskiej historii jest w tych przekazach dowodem na rzekomy polski nacjonalizm, a czasem określane jest to jako faszyzm albo ksenofobia.

 

W obowiązującym stanie prawnym osoba, której dotyczy materiał na ogół nie ma możliwości ustosunkowania się do niego publicznie. Przewidziana prawem procedura jest niewydolna i powoduje, że sprostowania, jeśli w ogóle się pojawiają, to po bardzo długim czasie, gdy publiczność nie pamięta o co chodziło, a do osoby przedstawionej w fałszywym świetle przylgnęły oskarżenia. Dlatego w proponowanej nowelizacji zajęto się przede wszystkim kwestią sprostowania. Jest to kluczowy element obrony przed fake newsami i rozpowszechnianiem przez media fałszywych informacji.

 

Najważniejsza w zapobieganiu rozprzestrzeniania fake newsów jest szybkość reakcji. Fałszywe publikacje błyskawicznie proliferują w Internecie, pojawiają się w mediach społecznościowych i są podawane dalej. Trzeba pamiętać, że mogą być groźne dla zdrowia i życia, tak jak było w przypadku rozpowszechnianych dezinformacji w sprawie pandemii. Dlatego Reduta Dobrego Imienia postuluje wprowadzenie procedury sprostowania znanej z trybu wyborczego, dzięki której będzie możliwe szybkie przecięcie rozprzestrzeniania się informacji fałszywych, szczególnie tych zagrażających bezpieczeństwu Państwa. Zaproponowano 24- godzinny tryb rozpatrywania sprostowań najpierw przez redaktora naczelnego, a następnie maksymalnie 48 godzin na sądowy tryb odwoławczy w pierwszej instancji i 24 w sądzie apelacyjnym w przypadku odmowy redaktora naczelnego.

 

Kolejnym aspektem nowelizacji jest nadanie legitymacji czynnej organizacjom społecznym, które zajmują się ochroną dobrego imienia Polski i propagowaniem jej historii oraz tradycji. Coraz bardziej potrzebne jest aktywne występowanie przeciwko przekłamaniom na temat historii w polskich mediach, co udowodniła ostatnia publikacja Onetu z 15. sierpnia powielająca tezy sowieckiej propagandy, po której musiał interweniować Prezes Rady Ministrów. Z punktu widzenia obecnego stanu prawnego, jakiekolwiek sprostowania dotyczące takich tekstów nie są możliwe, ponieważ nie ma „osoby zainteresowanej” w sensie prawa prasowego i tego rodzaju fake newsy pozostają zupełnie bez odpowiedzi. Jest to prxelomowa regulacja, która gdyby została wprowadzona pozwoliłaby skutecznie prostować pełne fałszów i historycznych przekłamań artykuły, którch treści wywodzą się wprost z nurtu niesławnej “pedagogiki wstydu”, stale obecnej w polskich mediach.

 

W projekcie nie ma mowy o żadnej cenzurze. Wręcz przeciwnie – równolegle postulowane jest zniesienie art. 212 Kodeksu Karnego, jako ograniczającego wolność słowa i w gruncie rzeczy sprzecznego z konstytucją. Zniesienie tego przepisu było od dawna postulowane przez środowiska dziennikarskie.

 

Przygotowana przez Redutę Dobrego Imienia nowelizacja Prawa Prasowego nie tylko pomoże powstrzymać falę fake newsów, ale zapobiegnie kolejnym nagonkom medialnym i niszczeniu wizerunku Polski za pomocą publikacji wypaczających prawdę o polskiej historii. Nowelizacja przywróci do polskiego życia publicznego zasady, którymi media powinny się kierować, a więc bezstronność, oddzielanie faktów od komentarzy, poszanowanie dla prawdy i przedstawianie wszystkich aspektów problemu bez przemilczeń. Proponowany projekt zwiększa zakres konstytucyjnej zasady wolności słowa i wolności dostępu do informacji, tak aby obywatele poznali omawiane sprawy z wielu stron i poznali wszystkie punkty widzenia.

 

Tekst nowelizacji wraz z uzasadnieniem do przeczytania oraz link do podpisania petycji w tej sprawie jest TUTAJ.

Czy dziennikarz „niekatolicki” ma prawo pisać o Kościele? – pyta WOJCIECH POKORA

Z uwagą przeczytałem opublikowane na portalu sdp.pl głosy dwóch duchownych w sprawie katolickiego dziennikarstwa. Oba te głosy się uzupełniają. Zarówno ks. red. Artur Stopka (jego tekst można przeczytać TUTAJ) , jak i ks. red. Mariusz Frukacz (czytaj TUTAJ) są nie tylko osobami duchownymi, ale także doświadczonymi dziennikarzami, zatem warto przeczytać ich teksty (nie tylko te dwa), by poznać „instytucjonalny” punkt widzenia na postawiony problem. Pozwalam sobie na nazwanie tych opinii „instytucjonalnymi”, bo obaj księża chcąc nie chcąc ze względu na „ks.” przed nazwiskami od razu kojarzeni są z instytucją Kościoła. Nie wiem czy przez to łatwiej im w pracy, myślę, że nie. Zapewne od razu wpadają w szufladkę pt. – dziennikarz katolicki, jego poglądy muszą być zgodne z narracją Kościoła, liczba tematów, które powinien poruszać jest ograniczona. Od razu zastrzegam, nie zgadzam się z tymi szufladkami, ale spotykam się z nimi w życiu. Wystarczy poczytać w mediach społecznościowych komentarze pod artykułami pisanymi przez duchownych. W dużej części komentarze ograniczają się do ataków w stylu – co on wie o tym temacie, nie zna życia, bo jest księdzem, albo wprost internauci piszą, jakich treści oczekują od księży, a jakich nie – „niech ksiądz pisze o Kościele i nie zajmuje się polityką”, lub „co ksiądz może wiedzieć o rodzinie”.

 

Ale z drugiej strony istnieje doświadczenie odwrotne. I o nim chciałbym napisać, zabierając głos w debacie o „dziennikarstwie po katolicku”, czy „dziennikarstwie katolickim”. Na wstępie zaznaczę, że nie podoba mi się żadne z tych stwierdzeń. Czy dziennikarz „niekatolicki” ma prawo pisać o Kościele?

 

Każdy teolog, a jestem nim z wykształcenia, zanim przystąpi do zgłębiania zagadnień teologicznych, musi przejść studia filozoficzne. Dla wielu jest to duże wyzwanie, nie tylko intelektualne, ale na początku i poznawcze. Jak to? Chcę uczyć się o Bogu w Trójcy a proponuje mi się historię filozofii, teorię poznania czy metafizykę? Wkuwam teorie bytu pierwotnego, gdy chcę zgłębiać tajemnice Boga osobowego? Po co? Później przychodzi myśl, że skoro już mam się uczyć filozofii, zapewne będzie to filozofia chrześcijańska, przecież jestem na KUL, katolickiej uczelni. Szybko okazuje się jednak, że jest to filozofia starożytna, średniowieczna, klasyczna… ale nie ma chrześcijańskiej. Jest patrologia. Okazuje się, że sama zasadność wyróżniania filozofii chrześcijańskiej jest przedmiotem sporu. Czy istnieje coś takiego? Czy zasadne jest „szufladkowanie” w filozofii? Jaki wspólny mianownik miałby łączyć „filozofów chrześcijańskich”? I tu dochodzę do uwag na temat „katolickiego dziennikarstwa”, co miałoby być wspólnym mianownikiem dla takich dziennikarzy? Fakt ukończenia katolickiej uczelni? A czy fakt ukończenia dziennikarstwa jest wystarczający do nazywania się dziennikarzem? Potrzebna jest praktyka, zarówno w byciu katolikiem, jak i dziennikarzem. Sam certyfikat niczego nie determinuje w obu przypadkach. Tak, jak zdanie egzaminu z filozofii, nie czyni z nas filozofów.

 

Myślę, że dziennikarstwo samo w sobie jest na tyle pojemne i posiada tak sprecyzowane zbiory norm etycznych, że nie wymaga doprecyzowania, że jest katolickie czy islamskie, jest rzetelne. Czym innym jest jednak profilowanie samych mediów. Tu przymiotnik, a co za tym idzie – profil redakcji, ma zasadnicze znaczenie. Dlatego w moim przekonaniu bardziej zasadne jest mówienie o mediach katolickich czy o katolickich redakcjach, niż o katolickim dziennikarstwie. Na redakcjach katolickich spoczywa odpowiedzialność doboru i prezentowania tematów, niekoniecznie z życia Kościoła (chociaż nikt inny tego rzetelniej nie zrobi), ale także społecznie istotnych. Dziennikarz natomiast, musi je właściwie przygotować. I znów pojawia się dylemat, dziennikarz katolicki przygotowuje tematy związane z Kościołem? Jestem w stanie wyobrazić sobie dziennikarza, załóżmy prawosławnego, który dobrze orientuje się w życiu Kościoła katolickiego i potrafi w sposób uczciwy relacjonować związane z nim wydarzenia. Nie trudno przecież wyobrazić sobie na tej zasadzie dziennikarzy, którzy nie będąc prawnikami opracowują materiały do działu prawnego gazety. Potrzebne do tego doświadczenie i wiedza, niekoniecznie związana z formalnym wykształceniem. Jednak już o doświadczeniach duszpasterskich, o osobistych relacjach z Bogiem w sakramentach napisze tylko i wyłącznie katolik, nikt inny nie jest do tego upoważniony, bo tego nie zna. Zatem rzetelny dziennikarz nie podejmie takiego tematu, bo go to przerośnie, tak jak przerośnie dziennikarza opisanie doświadczeń procesowych czy zabiegów operacyjnych. Stąd potrzeba istnienia pism branżowych, gdzie obok zawodowych dziennikarzy publikują praktycy zawodu. Lekarze, prawnicy, archeolodzy czy fryzjerzy z powodzeniem uprawiają taką formę dziennikarstwa, ale zajmują się wąsko swoją dziedziną. Rzadko się przecież słyszy, jeśli w ogóle, o dziennikarzach-lekarzach piszących specjalistyczne teksty o awiacji. A do tego by się sprowadzało uznanie istnienia kategorii „dziennikarzy katolickich”, piszących o życiu mrówek. Nikt nie zabroni katolickiej gazecie mieć działu Przyroda. Ale czy dziennikarz w nim pracujący jest dziennikarzem katolickim, czy dziennikarzem pracującym w katolickiej gazecie? Chyba to drugie.

 

Obserwując ukazujące się w mediach artykuły dotyczące życia Kościoła dostrzegam niestety jeszcze inny problem, który wcale nie wynika z niewiedzy, bardziej ze złej woli. Krytykanctwo bez kompetencji. To najczęściej uprawiana forma dziennikarstwa, nie tylko w dziedzinie życia Kościoła, ale w tematach związanych z Kościołem jakoś mocniej widoczna. Myślę, że mamy dziś do czynienia z kryzysem dziennikarstwa w ogóle, i to wypadkową tego kryzysu są zmanipulowane materiały dotyczące Kościoła. Tak jak spotykamy zmanipulowane materiały dotyczące polityki, ekonomii czy nauki. Wydaje się, że to właśnie z tej choroby biorą się np. manipulacje wypowiedziami papieża Franciszka, czy ataki na poszczególnych duchownych. Nie trzeba wiedzy teologicznej (chociaż nie przeszkodzi), by przeczytać ze zrozumieniem homilię i umieć ją zrelacjonować. Trzeba natomiast praktyki propagandysty, by z homilii wyrwać kilka zdań, które  pasują do narzucanej w redakcji narracji. Trzeba złej woli, by dostrzegać w Kościele tylko te barwy, które nas interesują i sporej zuchwałości, by uznać się za kompetentnego do jego reformowania. Robią to nie tylko świeccy, ale i duchowni, których przecież w pierwszej kolejności nazwalibyśmy „dziennikarzami katolickimi”.

 

Uczmy więc dziennikarstwa bezprzymiotnikowego. Niech dziennikarz nie będzie dziennikarzem liberalnym, katolickim, prawosławnym czy protestanckim. Niech będzie dziennikarzem. Wtedy zaufa mu każdy, bez względu na poglądy.

 

Wojciech Pokora