W Poznaniu wznowiono proces o pomoc w zabójstwie Jarosława Ziętary

Po przerwie spowodowanej pandemią w Sądzie Okręgowym w Poznaniu  wznowiono tzw. „proces ochroniarzy” w sprawie o pomoc w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jest obserwatorem tego procesu, w imieniu CMWP SDP w rozprawach uczestniczy red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Proces trwa od stycznia 2019 roku. Oskarżeni to Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, prokuratura zarzuca im uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie 24. letniego dziennikarza Jarosława Ziętary w 1992 r. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy. Na rozprawie 15-go września b.r. miało zeznawać 10 świadków. Zgłosiło się czworo. Wśród nieobecnych 6 świadków jedna osoba była usprawiedliwiona, a okazało się, że pozostali wezwani nie zostali skutecznie powiadomieni.

 

Jako pierwszy zeznawał były redaktor naczelny nieistniejącej obecnie Gazety Poznańskiej, Przemysław N. 70. letni dziennikarz zatrudnił Jarosława Ziętarę i to podczas jego kadencji doszło do tragicznych wydarzeń związanych ze zniknięciem i w konsekwencji śmiercią reportera. Na pytanie sędziego, co świadek wie o tej sprawie Przemysław N. odpowiedział: – Zatrudniłem młodego, inteligentnego dziennikarza, to się okazało już po kilku miesiącach jego pracy. 1. września miał przyjść do redakcji. Nie przyszedł. Niepokoiliśmy się bardzo tym wszyscy. Oficjalne poszukiwania rozpoczęliśmy po kilku dniach pisząc o tym na łamach gazety. Nawiązaliśmy kontakt z Policją i przez różne redakcyjne kontakty prosiliśmy o pomoc.

 

Ponadto świadek zeznał, że dziennikarz nigdy nie zgłosił mu, że zbiera materiały dotyczące Elektromisu. I że publikacje na ten temat, autorstwa Ziętary, nie powstały na łamach Gazety Poznańskiej. Uzupełnił też, że to on zlecił reporterowi temat bazy PKS w Śremie, gdzie w dziwnych okolicznościach zginął księgowy. W tym materiale Ziętara odsłaniał kulisy prywatyzacji olbrzymiej bazy transportowej w Śremie. Dopytywany przez prokuratora i oskarżyciela posiłkowego Jacka Ziętarę, brata Jarka, N. uzupełniał: Nie zauważyłem nigdy śladów pobicia dziennikarza.(…) Nigdy nie zgłaszał, że ma jakieś problemy, że ktoś go straszy, czy odwiedza w domu.(…) Nie mam wiedzy o przeszukiwaniu biurka Ziętary. Redakcja była wtedy w totalnym remoncie. Nie było też takich restrykcji jak obecnie. Instytucje były otwarte. Nie sądzę by Policja weszła i nie poinformowano mnie o tym. (…) Nie wiem czy Ziętara gdzieś jeszcze pracował. (…) Fakty o kontaktach Ziętary z UOP znam, ale wyłącznie z mediów. W tamtym czasie się o tym nie mówiło.(…) Przed 2014 rokiem nie byłem rozpytywany o tą sprawę.

 

Z wtorkowych zeznań Przemysława N. wynika również, że w redakcji nie było możliwości pisania o przekrętach Elektromisu, a także o Mariuszu Ś., twórcy holdingu. Jeden z artykułów miał zablokować współwłaściciel gazety Michał S., dobry znajomy szefa Elektromisu. N. opowiedział o jeszcze jednym zdarzeniu świadczącym o wpływach Mariusza Ś. w Gazecie Poznańskiej, którą przejął na początku lat 90. znany tenisista Wojciech F. – Wojciech F. osobiście przedstawił mi wtedy [chodzi o spotkanie] szefa Elektromisu jako nowego wydawcę Gazety Poznańskiej. Byłem tym oburzony, zadzwoniłem potem do dwóch polityków. Więcej już nie poruszano przy mnie tego tematu. Zaczęliśmy tworzyć własne wydawnictwo. W redakcji był jednak nacisk, by o szefie Elektromisu w ogóle nie pisać.

 

W swoich zeznaniach Przemysław N. odniósł się także do znajomości Aleksandra Gawronika z szefem Elektromisu Mariuszem Ś. Przypomnijmy, że oskarżonym w sprawie Ziętary jest również Aleksander Gawronik, któremu prokuratura zarzuca podżeganie do zabójstwa Ziętary. Miał to zrobić na terenie Elektromisu, w towarzystwie Mariusza Ś. Jednak Ś. występuje wyłącznie w charakterze świadka w tej sprawie, gdyż nie usłyszał żadnych zarzutów.- Aleksander Gawronik nie był biznesmenem tej „klasy”, co Mariusz Ś., który robił wtedy wielkie interesy. Aleksander Gawronik nie był władny wydawać poleceń pracownikom Ś. Po tych słowach, sprzeciwiła się adwokat oskarżonych Agata Michalska – Olek, wskazując, że świadek opisuje swoje oceny.

 

Przemysław N. z Gazetą Poznańską związany był już w latach 1973-1974, pracował wtedy jako tak zwany wolny strzelec, nie było dla niego wtedy etatu. Najczęściej jako redaktor redakcji nocnej pisząc sprawozdania sądowe. Współpracował także z Milicją Obywatelską w kwestii opisywania ciekawszych spraw. Swoją współpracę z Gazetą Poznańską zakończył nieformalnie, z chwilą ogłoszenia stanu wojennego, gdyż nie wpuszczono go już do redakcji. Od tego momentu do 1989 r. prowadził zakład krawiecki. W latach 90 wrócił do zawodu.

 

Kolejny przesłuchiwany świadek to Artur Ł., 50. letni kierowca mechanik, w 1992 roku zatrudniony jako kierowca redakcyjny. – Rano [1 września 1992 roku] miałem jechać w teren z Jarkiem. Pamiętam, że tamtego dnia rano pojawiłem się w redakcji. Stamtąd mieliśmy jechać razem z Jarkiem Ziętarą. Jednak około godziny 8 rano dostałem informację od sekretarki, że wyjazd jest odwołany. Przyczyny mi nie podano. Tego dnia nigdzie nie wyjeżdżałem, byłem do dyspozycji redakcji. Po południu polecono mi pojechać na Kolejową, by sprawdzić, dlaczego Jarek nie pojawił się tego dnia w redakcji. Zapukałem, ale nikt nie otworzył drzwi – zeznał Artur Ł.

 

Z zeznań Artura Ł. wynika, że w tygodniu były wyjazdy z dziennikarzami do ościennych gmin, gdzie rzadko docierali dziennikarze. Nie wszyscy chcieli jeździć w teren dlatego wysyłano tam najmłodszych. W redakcyjnym samochodzie jechały cztery osoby: dwóch dziennikarzy, jeden fotoreporter i kierowca. Artur Ł. potwierdził, że w samochodzie nikt nie rozmawiał o tym czym się zajmuje, chroniąc swoje ustalenia. Nawet gdy jechał sam z Jarkiem rozmawiali na tematy nie związane z pracą. W dniu zaginięcia miał go odebrać z redakcji. Bywało też, że podjeżdżał po niego do domu. Wtorki i czwartki wyjeżdżali z dziennikarzami, a poniedziałki, środy i piątki były przeznaczone na załatwianie spraw administracyjnych. Ponadto świadek zeznał, że widywał w 1992 roku w redakcji Aleksandra Gawronika w towarzystwie Leszka Ł. zastępcy redaktora naczelnego. I jak dodał „ zresztą wiadomo było, że sekretarką Mariusza Ś. była żona Ł.” Wizyty pokrywały się w czasie z turniejami tenisowymi organizowanymi w Poznaniu.

 

Sprawa odwołania wyjazdu, wciąż budzi emocje. Część dziennikarzy, ówczesnych kolegów Ziętary uważa, że ktoś z redakcji Gazety Poznańskiej mógł współpracować z porywaczami. Innymi słowy celowo odwołać samochód, by Jarek musiał pieszo dotrzeć do redakcji. Dzięki temu przestępcy podający się za policjantów mogli na niego zaczekać i uprowadzić dziennikarza idącego w stronę redakcji.

 

Edward K. to trzeci świadek zeznający podczas wtorkowej rozprawy. Dziś to emerytowany policjant. Wcześniej był milicjantem a na początku lat 90. kierował sekcją zajmującą się przestępstwami gospodarczymi. W tym samym czasie poznał Ziętarę. Na emeryturę przeszedł kilkanaście lat temu w randze wiceszefa poznańskiej policji.

 

Ziętara przychodził do szefa sekcji ds. PG i miał na to zgodę komendanta, o której świadek również został poinformowany telefonicznie. Policjant nie potrafił odpowiedzieć, o jakie konkretnie podmioty gospodarcze dziennikarz wtedy pytał. Dodał też, że podczas spotkań Ziętara nigdy nie wyglądał na zdenerwowanego czy poturbowanego. Wiem, że chodził nie tylko do nas, ale także do UOP. Sam mi o tym mówił, ale nie wiem, kogo tam odwiedzał. Pamiętam, że na pewno interesował się sprawą gnieźnieńską , która dotyczyła przyjmowania korzyści majątkowych i malwersacji finansowych przez ówczesnych prominentnych działaczy partyjnych – zeznał emerytowany policjant.

 

Warto uzupełnić, że K. pod koniec lat 90. wszedł w skład grupy śledczej, która wyjaśniała sprawę Jarka. Świadek potwierdził, że wówczas nie wiązano zaginięcia Ziętary z Elektromisem. Nic nie wiedział o czynnościach wykonywanych w miejscu pracy dziennikarz.. W odczuciu świadka czynności zaraz po zaginięciu były źle przeprowadzone. Nie przeprowadzono dobrze oględzin mieszkania oraz wywiadu wśród sąsiadów. Na pytanie dlaczego nie wszczęto sprawy o zabójstwo, odpowiedział: nie wiem, przyjmowano, że mógł wyjechać.

 

Ostatnia zeznawała Elżbieta D. – N., dziennikarka, autorka artykułu, który ukazał się już miesiąc po zniknięciu Jarosława Ziętary i wskazywał, że zarówno ludzie Elektromisu i sam Aleksander Gawronik mogą stać za tą sprawą.

 

Jarka znałam słabo, wcześniej krótko pracował w poznańskim oddziale Gazety Wyborczej. Nie byliśmy dobrymi znajomymi, ale wydaje mi się, że interesowały go afery gospodarcze, na pewno sprawa Elektromisu. Zajmował się tym, co dzisiaj nazywa się dziennikarstwem śledczym. Po jego zaginięciu opisywałam sprawę, rozmawiałam z jego znajomymi. Nie pamiętam już kto powiedział, że zajmował się Gawronikiem i Elektromisem, na pewno tego nie zmyśliłam. W moim tekście z października 1992 roku opisałam różne wersje, w tym wątek partii KPN. Ludzie z KPN-u się odezwali po publikacji i protestowali. Natomiast ani Gawronik, ani Elektromis się nie odzywali, nie przysłali żadnego sprostowania– zeznała Elżbieta D.-N.

 

Następna rozprawę wyznaczono na 12 października b.r.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

Obraz rządzi – MAGDALENA KAWALEC-SEGOND o Instagramie jako źródle informacji

Osiemdziesiąt tysięcy przepytanych użytkowników w 40 krajach nie może się mylić – struktura mediów zmienia się chyba nieodwracalnie, a pandemia COVID-19 tylko ten proces przyspiesza czy lepiej byłoby powiedzieć – podkręca. Młodzież szuka informacji o koronawirusie na Instagramie częściej, niż gdziekolwiek indziej.

 

To zdaje się wynikać z dziewiątej edycji „Digital News Report” przygotowanego przez Reuters Institute for the Study of Journalism, omówionego na polskim rynku np. przez portal Wirtualnemedia.pl (TUTAJ). Ponieważ badania przeprowadzono na przełomie stycznia i lutego 2020, kiedy koronawirus siedział w Wuhan i mało kto się nim medialnie przejmował, Reuters Institute postanowił przeprowadzić w kilku wybranych krajach dodatkowe badania w terminie już po uderzeniu pandemii COVID-19 w nasz zachodni świat, wyznaczający mediom, jak się przyjęło, wszelkie możliwe standardy.

 

O prymat w dostarczaniu informacji, jak to ostatnio bywa zawalczyły w pierwszej dobie koronawirusa telewizja i portale internetowe, ludzie bowiem w tym pierwszym okresie szukali głównie treści pozwalających im, jak sądzili, przetrwać i ocalić siebie i bliskich. Prasa traciła stale, jak to już jest od lat, mimo wysiłków dostarczania solidnych piguł informacyjnych i poradnikowych.

 

Media społecznościowe, początkowo – i słusznie – traktowane z rezerwą, stabilnie z czasem pandemii zyskiwały na popularności. Siejąc najobrzydliwsze i najoczywistsze fejki, z wydajnością, którą nie byłaby się w stanie pochwalić żadna telewizja czy nawet najpopularniejszy tytuł prasowy. W czasach jednak, gdy fejki posiały też i czasopisma naukowe, z prestiżowym „Lancet” i „New England Journal of Medicine” na czele i recenzenci to łyknęli, dopóki dziennikarze śledczy z „Guardiana” nie zawołali „sprawdzam!”, nie zdziwi mnie już nic. Nawet to, że ludzie ufają bardziej własnej cioci Kloci, niż profesorowi medycyny. Co dopiero mówić o prasie.?!

 

Przy czym sytuacja zaufania do profesorów, instytucji krajowych i międzynarodowych dbających o zdrowie publiczne, lekarzy, mediów czy rządu w Polsce była już u zarania gorsza, niż w reszcie krajów Unii Europejskiej. Co wiadomo było z wcześniejszych badań, a co  świetnie podczas „Forum Wizja Rozwoju” podsumował Maksymilian Wysocki z  wGospodarce.pl (TUTAJ). Dziś, czy raczej wczoraj, bo pewnie dziś ta liczba jest już znacznie większa przy przyrostach miesiąc do miesiąca o niemal 200 proc., w Polsce 8 mln ludzi korzystających z mediów społecznościowych jest przekonanych, że „koronawirus to ściema”. Media – a więc także ja, biedny żuk popularyzujący w nich naukę – nie umiały przekazać w naszym kraju realnej sytuacji toczącej się kilkaset kilometrów od naszych granic i dalej.

 

Choć zatem w krajach cywilizacji zachodniej (my nieco na aucie od tej grupy) nadal ufamy bardziej naukowcom i lekarzom (średnio 83 proc. zaufania, 5 proc. nieufności), media zaś znajdują się na pozycji 4 (59 proc. vs. 18), a to więcej, niż chociażby wyszukiwarki internetowe (Google et consortes; 45 vs.18) czy kanały wideo (YT et consortes: 29 vs. 34) czy wreszcie media społecznościowe i aplikacje komunikacyjne (ok. 25 vs. 40).

 

Natomiast zaskoczenie dotyczące raportu u osób w żurnalizmie znacznie bieglejszych ode mnie, które były łaskawe się ze mną podzielić swoim spostrzeżeniem, obudził fakt, iż: „Według raportu dla młodych użytkowników ważnym źródłem wiadomości o koronawirusie jest internet, a w nim segment mediów społecznościowych. Badania wskazują, że dla respondentów w wieku 18 – 24 lata w wybranych krajach najważniejszym źródłem newsów o Covid-19 jest Instagram, który wyprzedza Snapchata i TikToka”. Zadane mi przez moich rozmówców, jako popularyzatorowi nauki pytanie: „Czy za pośrednictwem tego obrazkowego serwisu można przekazać wiedzę naukową?” po głębokim zbadaniu zagadnienia uznać muszę za całkowicie chybione.

 

Bo wcale nie chodzi o to, co się da lub nie da przekazać – gdyż oczywiście nie da się na Instagramie przekazać żadnej naukowej wiedzy. I nie temu to miejsce służy. Kto by zaś próbował tam to robić, poniesie fiasko. Jak zresztą każdy, który chciałby tam przekazywać cokolwiek innego, niż idee, i to jeszcze w dobrym marketingowo dopracowanym opakowaniu. Po kolei jednak.

 

Aby zrozumieć ten wynik musiałam porozmawiać z Anną Gostkiewicz, projektantem komunikacji wizualnej po krakowskiej ASP. Osobą z portfolio na Instagramie – taki dziś mamy klimat. Dziś już nikt nie zrobi dobrego wrażenia na Zleceniodawcy, przynosząc mu swoje prace w teczce, ba!, nawet zapraszanie na swoją stronę internetową z lekka trąci myszką – jeśli nie ma twoich dzieł na Bechance lub właśnie na Instagramie – nie ma cię w ogóle. Miejsca te bywają nawet rodzajem wirtualnego domu pracy twórczej, gdzie artyści wizualni spotykają się (tzw. „collab-y”), tworząc nowe, wspólne dzieło, którego rozwój dokumentują na portalu. Fotograficy i dizajnerzy masowo korzystają z „Insta”, by prezentować swoje aktualne prace i trafić do większej liczby odbiorców.

 

Dzięki temu, że dwa lata temu Facebook wykupił akcję swej największej konkurencji, czyli portalu Instagram, konta użytkowników obu serwisów są sprzężone i można automatycznie udostępniać treści w obu mediach jednocześnie. Wiele firm i organizacji, jak również osób publicznych skwapliwie korzysta z tej okazji, rozwijając przekaz instagramowy. Portal ten, pierwotnie założony w celu wymiany zdjęć między użytkownikami prywatnymi, stał się obecnie zwłaszcza dla ludzi młodych, źródłem informacji, miejscem reklamy (połączonej z opcją zakupów) i promocji własnej twórczości. Niekwestionowanym królem mediów społecznościowych od lat pozostaje jednak Facebook, pozwalający zakładać strony blogowe, udostępniające znajomym (czyli połączonym użytkownikom) współdzielenie („szerowanie”) treści tekstowych, zdjęć i nagrań wideo.

 

Rozmowa z Anną Gostkiewicz przekonała mnie, że użytkowników Facebooka, Instagrama czy Tweetera można porównać do sieci neuronowej, w której iskry pobudzenia informacyjnego rozprzestrzeniają się z prędkością światłowodową, zarazem pozostawiając użytkownikom wolność udostępniania newsów, reagowania na nie i wyboru preferowanych nadawców treści („obserwowanych znajomych”).

 

Dla specjalisty od komunikacji wizualnej jest oczywiste, że Instagram, z racji bardzo skondensowanej formy przekazu (niemal do jednego zdania – podpisu pod obrazem), oddziałuje głównie na sferę doznań wizualnych. Jeden obraz, o tradycyjnej, kwadratowej kompozycji, ma zawrzeć kompletny komunikat, z całym bogactwem estetycznym i konkretnym przesłaniem merytorycznym. Duże wyzwanie dla redaktorów tak podawanej treści, a zarazem duży komfort odbiorów, nieraz przeciążonych informacyjnie i cierpiących na chroniczny brak czasu.

 

Oznacza to, że szkoda im go na czytanie artykułów, na słuchanie podcastów… więc, minimalnym wysiłkiem koncentracji, rzucają okiem na Instagram. I ten jeden rzut oka wystarcza, przy zrozumieć i przyjąć podawaną treść. Podawaną głównie w formie obrazkowej, w miłej otoczce wrażeń estetycznych, tworzących tło emocjonalne przekazu. Fakt, że to odbiorca/użytkownik musi sam wybrać najdogodniejszy moment na połączenie się z aplikacją, podprogowo wzmacnia poczucie więzi z proponowanymi treściami. A że ok. 80 proc. informacji dociera do nas drogą wzrokową, dostarczane w ten sposób treści bardzo rzadko poddajemy weryfikacji. Mają one w ludzkiej psychice status uprzywilejowany, niemalże priorytet nieomylności. A regularność umieszczania nowych treści ma kluczowe znaczenie dla budowania zaufania do danej strony i podtrzymywanie żywotnego zainteresowania odbiorów.

 

Co zaś do wieku odbiorców, sugerującego, że proces będzie raczej się pogłębiał z czasem, niż słabł… Tak się przejawia apogeum cywilizacji obrazków. Z kolejnym pokoleniem przestajemy być zdolni czytać długie teksty ze zrozumieniem. Ilość informacji przytłacza, a jednocześnie uzależnia, mózg zatem próbuje sobie poradzić. Najprostszym sposobem jest zdać się na oczy. Nie ważne zatem, czy wiedza naukowa została przekazana, ale czy obraz wywołał dobre skojarzenie, został ewentualnie zapamiętany, przyniósł ulgę skołatanej percepcji, zdołał zasiać w nas jakaś myśl-idee. Prosto rzecz ujmując, to jak reklamowy bilbord, kwintesencja reklamy wizualnej. Tylko zamiast przypadkowo na ulicy, pojawia ci się, na twoje własne życzenie w smartfonie.

 

Konto na Instagramie posiada zarówno Ministerstwo Zdrowia, Prezydent i Premier, a także Główny Inspektorat Sanitarny. Wszystkie te instytucje państwowe w okresie pandemii propagowały za jego pomocą komiksowe infografiki, treściwe i lekkie w odbiorze. Czy dotarły one ze swymi ideami do sektora 18-24 lata? Zależy to bynajmniej od tego, jak zgodne z prawdą, pozbawione błędów rzeczowych, wyczerpujące jeśli chodzi o dostarczaną informację były te materiały. Ewentualne poszukiwanie ich i zaufanie do niech ma bowiem zupełnie inne niż treść źródło. Co to znaczy dla mnie? Że nieodwołalnie zakładam konto na Instagramie dla prowadzonego przeze mnie fanpage’u i kanału Naukovo.pl. I w przeciwieństwie do innych form komunikacji, tą musi się zająć profesjonalista. Który wcale nie musi się znać bardzo na nauce. Najważniejsze, by się znał na komunikacji wizualnej.

 

Magdalena Kawalec-Segond

 

Rządy pokoju i miłości – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o kłamstwach medialnych wokół 17 września

„Wyzwalał” nas car,

„wyzwalał” Stalin,

oby nie „wyzwolił” Putin

 

Władimir Putin twierdzi, że jego wielki poprzednik Stalin, 17 września 1939 r. nie najechał na Rzeczpospolitą, tylko bronił przed „nazistami” Rosjan – odsuwając od granic ZSRS widmo wojny. Bronił także innych, głównie Żydów przed polskimi antysemitami.

 

 

Dopiero wtedy, gdy stało się absolutnie jasne, że Wielka Brytania i Francja nie mają zamiaru pomóc swemu sojusznikowi (…), Związek Radziecki zdecydował się przysłać, rankiem 17 września, oddziały Armii Czerwonej na tak zwane Kresy Wschodnie, które teraz tworzą część terytoriów Białorusi, Ukrainy i Litwy” – stwierdził w czerwcu br. Władimir Putin na łamach amerykańskiego magazynu „The National Interest”, dodając: „w oczywisty sposób nie było alternatywy„.

 

Aktualny władca Kremla kontynuował: „W przeciwnym wypadku ryzyko dla ZSRR wzrosłoby wielokrotnie, ponieważ (…) dawna radziecko-polska granica przebiegała zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Mińska, a nieunikniona wojna z nazistami rozpoczęłaby się dla kraju (Związku Radzieckiego – red.) z wyjątkowo niekorzystnych pozycji strategicznych. A miliony ludzi różnych narodowości, w tym Żydzi mieszkający niedaleko Brześcia i Grodna, Przemyśla, Lwowa i Wilna, zostaliby rzuceni na zagładę przez nazistów i ich lokalnych sług – antysemitów i radykalnych nacjonalistów„.

 

Po tym „wyzwoleniu” na tzw. Kresach Wschodnich – jak je nazwał Putin – nastąpiły rządy „pokoju i miłości”. Tak naprawdę polegały na mordowaniu Polaków i zsyłkach na Sybir.

 

Czyli Stalin w 1939 r. wyzwalał nas tak samo, jak wcześniej car – setki tysięcy Polaków biali Rosjanie „wyzwolili” na zawsze – zostali na nieludzkiej ziemi. Potem bolszewicy „wyzwalali” nas w 1920 r., ale pochód czerwonej zarazy zatrzymaliśmy na linii Wisły. W III RP w podwarszawskim Ossowie władze postawiły pomnik nie polskim bohaterom, ale owym „wyzwolicielom”.

 

Rozpoczęte 17 września 1939 roku rządy „pokoju i miłości” trwały do 22 czerwca 1941 r., kiedy czerwoni Rosjanie zostali przegnani przez dawnych sojuszników spod znaku hakenkreutza. No i ostatecznie dzieci „wyzwolicieli” z 1920 r. „wyzwoliły” nas w 1944/1945 r. „Wyzwalali” szczególnie naszą młodzież, która miała wszelkie dane, aby wyrosnąć na wybitnych naukowców, pisarzy, dziennikarzy, matematyków, artystów. Tymczasem pokolenie II RP zostało po prostu wyrżnięte, a jego miejsce zajmowali przedwojenni komuniści, „ludowi” partyzanci, czy oficerowie polityczni Ludowego Wojska Polskiego, tacy jak słynny do dziś major/profesor Zygmunt Bauman. W ten sposób, metodą fizycznej eliminacji, drugi sowiecki okupant instalował w Polsce swoje pseudo-elity.

 

Ale mord założycielski miał silnego sprzymierzeńca w postaci kłamstwa. Komunistyczna propaganda zbrodnię nazwała właśnie „wyzwoleniem”, a „wyzwolenie” oznaczało posyłanie przeciwników politycznych do piachu. Takim przykładem wyzwolenia od życia jest „Łączka” na Powązkach Wojskowych – warszawski Katyń. Tu do dołów śmierci funkcjonariusze zbrodniczego reżimu zrzucili około 300 zamordowanych polskich patriotów. Tu życia dokonał m.in. rotmistrz Witold Pilecki – człowiek, który chciał wyzwolić niemiecki KL Auschwitz siłami stworzonej przez siebie konspiracji więźniarskiej i przy pomocy AK z zewnątrz. Bo Armia Czerwona, 27 stycznia 1945 r., wyzwoliła już tylko słabo chronione druty i baraki, które za chwilę znów zapełniły się więźniami – tym razem antykomunistami.

 

A tak wyzwolenie innego niemieckiego obozu – Stutthofu (dopiero 9 maja 1945 r.) wspominał bliski współpracownik Pileckiego, mój ojciec Tadeusz Płużański. We wspomnieniach „Z otchłani” napisał: „Najpierw przyjechało na rowerach dwóch czerwonoarmistów, wzięli do niewoli pozostałą załogę obozu. Po jakimś czasie podjechał gazikiem starszy stopniem oficer. Spytał się, kim jesteśmy i powiedział: <<Nu haraszo. Tiepier wy swabodni, damoj nada idti>>. Chcieliśmy dalej walczyć z Niemcami, wstąpić do Wojska Polskiego, ale już w Elblągu przywitały nas hasła: <<Śmierć bandytom z AK>>, <<Zaplute karły reakcji>>. Wszędzie węszyło NKWD. Więźniów zamykano w myśl zasady – przeżyłeś, to znaczy współpracowałeś z Niemcami”.

 

17 stycznia 1945 r. Sowieci „wyzwolili” lewobrzeżną Warszawę, a tak naprawdę naznaczone krwią powstańców i ludności cywilnej ruiny. Inaczej wyglądało „wyzwolenie” stołecznej Pragi. W sieci katowni NKWD wyrywano paznokcie i mordowano wszystkich, którzy byli albo przynajmniej mogli być wrogami sowieckiej władzy. Dlatego pomnik rzekomych wyzwolicieli – „czterech śpiących” nie ma prawa wrócić na warszawską Pragę, bo zakłamuje historię.

 

Takim samym perfidnym, komunistycznym kłamstwem jest „wyzwolenie” nas 13 grudnia 1981 r. przez towarzysza generała Jaruzelskiego. Bo Sowieci wcale nie musieli wtedy do nas „wkraczać”. Przecież okupowali nas – z krótką przerwą – od 1939 r. Te „pokojowe” wojska – w sile 300 tys. – stacjonowały w Legnicy, Bornem Sulinowie czy Rembertowie. To zadaje całkowity kłam teorii „mniejszego zła” JaruzelskiegoKiszczaka. A Sowieci tak skutecznie nas „wyzwolili”, że wolnością pod sowieckim butem cieszyliśmy się aż do 1989 r., a rosyjska armia wyjechała z Polski dopiero w 1993 r. (faktycznie wtedy skończyła się dla Polski wojna!).

 

I współcześnie – w kontekście „pokojowych” działań obecnego władcy Kremla – Władimira Putina na Ukrainie – stanęliśmy w obliczu kolejnego rosyjskiego „wyzwolenia”. Podczas słynnego wiecu w Tbilisi, który zatrzymał inwazję Moskwy, śp. prezydent Lech Kaczyński wypowiedział znamienne słowa: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

 

Putin stara się swoją imperialną politykę uzasadnić historią. Dlatego bagatelizuje dziś najazd na Polskę 17 września 1939 r., twierdząc, że było to tylko niewinne wkroczenie. Wkroczenie, aby „wyzwolić”.

 

Tadeusz Płużański

Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy od 25 lat walczy o wolność słowa i prawa białoruskich dziennikarzy

Mija dwadzieścia pięć lat od powstania Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy (BAJ). Żanna Litwina założyła je w 1995 roku, w rok po objęciu władzy przez A. Łukaszenkę. Proces formalnej rejestracji udało się organizacji przejść w roku 2006. Dziś BAJ zrzesza ponad 1300 dziennikarzy białoruskich i ma oprócz biura głównego w Mińsku, pięć oddziałów regionalnych. Jest  członkiem Międzynarodowej i Europejskiej Federacji Dziennikarzy (IFJ, EFJ).

 

Obecnie BAJ koncentruje swoje działania na pomocy dziennikarzom zatrzymanym podczas relacjonowania demonstracji, w których Białorusini protestują przeciwko sfałszowaniu wyniku wyborów prezydenckich. Od 9 sierpnia doszło na Białorusi do 174 zatrzymań dziennikarzy. Wielu z zatrzymanych dziennikarzy prosto z aresztu trafiło na salę sądową i zostało ukaranych grzywną lub karą więzienia. Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy udziela też wsparcia 52 dziennikarzom, wobec których białoruskie służby użyły przemocy.

 

Ponadto organizacja występuje przeciwko ograniczaniu dostępu do informacji na Białorusi. W ciągu ostatnich kilku tygodni BAJ wielokrotnie protestował przeciwko blokowaniu mediów internetowych, utrudnianiu druku i dystrybucji gazet, wycofywaniu przez reżim akredytacji dla dziennikarzy zagranicznych mediów, czy wydalaniu bądź nie wpuszczaniu na terytorium Białorusi korespondentów.

 

Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy od 25 lat walczy o wolność słowa i prawa białoruskich dziennikarzy. W ciągu tych lat Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wielokrotnie podejmowało solidarnościowe działania zarówno wobec dziennikarzy białoruskich i Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. #BAJ25RAZAM

 

 

ŁUKASZ WARZECHA: Kto tu ma konflikt interesów

Staram się zabierać w swoich tekstach głos we własnych sprawach tylko w wyjątkowych sytuacjach i tylko wówczas, gdy można w ten sposób omówić jakiś ogólniejszy problem. W wypadku ataków, które spotkały nie tylko mnie, ale także kilku moich kolegów w związku z naszym stanowiskiem w sprawie „piątki dla zwierząt”, te warunki są spełnione.

 

Ataki układają się zgodnie ze wzorem, który wskazała w swoim tłicie pani poseł Joanna Lichocka, pisząc: „Będą się pienić, ale trzeba to napisać. Jeśli Państwo czytają komentarze panów Lisickiego, Warzechy, Ziemkiewicza na temat »szkodliwości« projektu o ochronie zwierząt, pamiętajcie, że Panowie ci zarabiają/zarabiali na portalach u hodowców norek”.

 

Nie jest żadnym odkryciem ani też nigdy nie było tajemnicą, że fundatorem i założycielem portalu i telewizji internetowej wSensie, połączonej potem z marką Świat Rolnika, jest Szczepan Wójcik, najsłynniejszy dzisiaj hodowca zwierząt futerkowych w Polsce. Rafał Ziemkiewicz prowadził tam program wspólnie z Rafałem Otoką-Frąckiewiczem, Paweł Lisicki zaś z Markiem Miśko. Żaden z tych programów nie dotyczył spraw związanych z rolnictwem. Ja prowadziłem i prowadzę nadal program „Polska na Serio”, poświęcony tematom najróżniejszym, od sztuki i książek po historię, gospodarkę oraz politykę. Współprowadzę również z prof. Antonim Dudkiem co dwa tygodnie „Podwójny Kontekst” – autorską dyskusję o bieżącej polityce (która, muszę się pochwalić, zbiera bardzo przyzwoite opinie u widzów).

 

Tłit Joanny Lichockiej i inne podobne sugerują tymczasem, że moja opinia oraz opinie innych wymienionych osób są w jakiś sposób uwarunkowane tym, że pracowaliśmy lub pracujemy w mediach założonych przez pana Wójcika. Jest to jednak sugestia nie tylko obelżywa, ale też wprost nieprawdziwa, co łatwo zweryfikować. Pierwsze pomysły ograniczania hodowli zwierząt na futra pojawiły się jeszcze za czasów PO, a ja od samego początku byłem im przeciwny. PiS po raz pierwszy próbował zlikwidować biznes futrzarski w 2017 r. Komentowałem to wówczas identycznie jak teraz. Do wSensie dołączyłem natomiast w styczniu 2019 r. Nietrudno sprawdzić, co pisałem i mówiłem o pomysłach Krzysztofa Czabańskiego czy wystawie antyfutrzarskiej w PE, zorganizowanej przez europosłów PiS na początku 2018 r., a więc długo zanim poprowadziłem swój pierwszy program z cyklu „Polska na Serio”. Wystarczy Google.

 

Moje zdanie na temat takich pomysłów nie było uwarunkowane miejscem pracy, ale moimi stałymi i od dawna znanymi poglądami na kwestie wolności gospodarczej, wolności prowadzenia biznesu, wreszcie na problem tzw. praw zwierząt i tego, jak traktuje tę kwestię PiS. Moja opinia była jasna, nim zacząłem współpracę z wSensie, i pozostanie taka sama, gdybym miał z tymi mediami współpracę zakończyć.

 

Gwoli porządku dodam, że nigdy nikt nie sugerował mi nie tylko, jak w swoich programach mam różne tematy ujmować, ale nawet nikt nie narzucał mi samych tematów. Mam tu całkowitą swobodę.

 

Jeśli zatem współpraca z mediami Szczepana Wójcika niczego nie zmienia w moim stanowisku, to na czym ma polegać zarzut i przed czym ostrzega Lichocka? Czy chodzi może o to, że kolejność mogła być odwrotna – zaproponowano mi współpracę właśnie dlatego, że miałem takie, a nie inne poglądy – i to ma być naganne? To się zgadza – wSensie było medium o charakterze wyraźnie konserwatywnym, więc gdyby nie moje konserwatywne poglądy, pewnie bym się w nim nie znalazł. Gdyby jednak tak do tego podejść, trzeba by uznać, że naganne jest w ogóle zatrudnianie dziennikarzy o określonych poglądach w mediach o określonej linii. Że czymś niewłaściwym jest, że liberalna gazeta zatrudnia dziennikarzy o liberalnych zapatrywaniach, a lewicowa – o zapatrywaniach lewicowych. A to przecież najczystszy absurd.

 

A może krytycy chcą ustanowić ogólną regułę, że nieważne, jakie argumenty się przedstawia, ważne, że między danym medium a daną sprawą istnieje jakieś powiązanie finansowe, a wówczas dziennikarz staje się z automatu niewiarygodny? Jeśli Lichocka i inni mają to na myśli, to chyba nie zdają sobie sprawy z konsekwencji swojego poglądu.

 

Bo gdyby wyciągnąć z takiej argumentacji logiczne wnioski, trzeba by spytać, co Joanna Lichocka myśli o dziennikarzach mediów państwowych, którzy bezpardonowo atakują opozycję? Przecież oni są bardzo bezpośrednio zainteresowani tym, aby rządzący obecnie władzy nie stracili, bo dla nich – zwłaszcza dla obecnych twarzy publicystyki TVP czy PR – oznacza to niechybnie utratę lukratywnego zajęcia. Jak potraktować pracowników mediów prywatnych, uzależnionych od spółek skarbu państwa, którzy walą w opozycję jak w bęben? Ich Lichocka, jak rozumiem, również potępia? Musi, jeśli jest konsekwentna.

 

Oczywiście per analogiam należałoby potępić także większość dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, bo Agora straciła za rządów PiS państwowe reklamy, a także dziennikarzy TVN24, bo rządzący grożą dekoncentracją mediów.

 

Podsumowując – idąc śladem rozumowania pani poseł, musielibyśmy skreślić właściwie większość dziennikarzy tych mediów, które zajmują w sprawach publicznych wyraźne stanowisko.

 

Można by się z panią poseł zgodzić tylko w jednym przypadku: gdyby dało się wykazać, że dziennikarz swoje zapatrywania lub zainteresowania zmienił zasadniczo pod wpływem zatrudnienia u danego pracodawcy. Na przykład wcześniej prezentował światopogląd jednoznacznie lewicowy, a zatrudniwszy się w liberalnym tytule stał się nagle zajadłym zwolennikiem wolnego rynku. To jednak nie jest ten przypadek.

 

I jeszcze dwa słowa o używanym w tym kontekście pojęciu konfliktu interesów. Otóż konflikt interesów z zasady występuje tam, gdzie mamy do czynienia z podejmowaniem decyzji. Na przykład wówczas, gdy ktoś jest członkiem gremium decydującego w sprawie mediów państwowych, a zarazem jest twórcą radykalnej prozwierzęcej regulacji i, korzystając ze swojej funkcji, wywiera nacisk, aby ta propozycja była przedstawiana w państwowych mediach w korzystnym świetle. To jest ewidentny konflikt interesów.

 

Łukasz Warzecha

Poparcie CMWP SDP dla inicjatywy Reduty Dobrego Imienia nowelizacji Prawa prasowego

24 sierpnia b.r. fundacja RDI przedstawiła publicznie na swojej stronie internetowej (TUTAJ) obywatelski projekt nowelizacji ustawy Prawo prasowe. Nowelizacja ta ma na celu powstrzymanie fali tzw. fake newsów, oraz ma zapobiec nagonkom medialnym i niszczeniu wizerunku Polski za pomocą publikacji wypaczających prawdę o polskiej historii. Projekt zakłada także wykreślenie z Kodeksu karnego art. 212, zgodnie z którym za zniesławienie grozi dziennikarzowi nawet rok bezwzględnego więzienia.

 

CMWP SDP wspiera RDI w zakresie projektu nowelizacji Prawa prasowego ze względu na konieczność eliminacji z medialnej przestrzeni publicznej negatywnych zjawisk, które RDI wskazuje jako przyczynę zainicjowania społecznej akcji opracowania tego projektu. Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP podpisała 14 września b.r. internetową petycję z poparciem dla skierowania tego projektu do prac legislacyjnych.  Niezależnie od powyższego informujemy, iż na etapie procedowania tego projektu w parlamencie CMWP SDP przedstawi szczegółową ekspertyzę projektu ze wskazaniem tych elementów, które – mimo zasługujących na poparcie intencji projektodawcy – wymagają jednak niezbędnych korekt i uzupełnień, tak aby nowelizacja nie spowodowała ograniczenia wolności słowa i niezależności dziennikarskiej.

 

Projekt przewiduje m.in. 24-godzinny tryb rozpatrywania sprostowań najpierw przez redaktora naczelnego, a następnie (w przypadku złożenia sprawy do sądu powszechnego) maksymalnie 48 godzin na rozpoznanie sprawy przez sąd I instancji i 24 godziny na rozpoznanie sprawy przez sąd apelacyjny. Tego rodzaju tryb ma pozwolić na zrównoważenie pozycji osób i instytucji w dyskursie publicznym w stosunku do mediów. Jednak, wg wstępnej oceny CMWP SDP, projektodawcy szeroko zakreślili przedmiot projektu i zamierzają nieco zbyt głęboko zaingerować w tekst Prawa prasowego. W efekcie projektowane przepisy mogą zostać obrócone wbrew intencjom autorów (np. obowiązek prostowania informacji “zagrażających sojuszom” RP może sparaliżować krytykę Unii Europejskiej, co łatwo sobie wyobrazić znając stan dyskursu publicznego w tej sprawie). Zbyt szeroko ujęto również samo pojęcie informacji nieprawdziwej. Dlatego też, doceniając działalność Reduty Dobrego Imienia i wspierając ją w realizacji celu jakim jest uzasadniona nowelizacja prawa prasowego ukierunkowana na obronę prawdy historycznej, CMWP SDP zaproponuje adekwatne poprawki do projektu na etapie prac legislacyjnych.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Michał Jaszewski, doradca prawny SDP

 

Warszawa 14 września 2020 r.

 

Foto – screeny z audycji “Gorące pytania”  w telewizji wpolsce.pl prowadzonej przez red. Edytę Hołdyńską z 25.08.2020. Maciej Świrski, prezes Reduty Dobrego Imienia przedstawił w niej założenia projektu nowelizacji Prawa prasowego. W audycji uczestniczyła także Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP, która wyraziła  poparcie CMWP SDP dla tego projektu. 

 

Cała audycja “Czy rząd zmieni Prawo prasowe?” jest TUTAJ.

 

Poniżej prezentujemy uzasadnienie przygotowane przez inicjatora obywatelskiego projektu nowelizacji ustawy Prawo prasowe – Redutę Dobrego Imienia:

 

Przemiany techniczne, które nastąpiły w ciągu ostatnich 30 lat w mediach, zbiegły się z niekorzystnymi zjawiskami, które nie spotkały się do tej pory z reakcją ustawodawcy. Najważniejsze z nich to fake newsy, medialne kampanie „character assassination” czyli nagonki medialne, podawanie nieprawdziwych informacji, których ostatecznym efektem jest deprecjacja wizerunku Polski, czy bezkrytyczne powielanie informacji wytworzonych przez obce służby. Przedstawione zjawiska, powodują rozprzestrzenianie się informacji fałszywych lub tylko częściowo prawdziwych, które skonstruowane zostały tak, by kogoś zdeprecjonować. Osobnym, zjawiskiem, groźnym dla wizerunku Polski jest wypaczanie polskiej historii w mediach o wielkim zasięgu, a przez to kształtowanie – zwłaszcza u młodego pokolenia – przekonania, że polska historia jest pełna wydarzeń, których Polacy powinni się wstydzić. A to że sie nie wstydzą, tylko są dumni z polskiej historii jest w tych przekazach dowodem na rzekomy polski nacjonalizm, a czasem określane jest to jako faszyzm albo ksenofobia.

 

W obowiązującym stanie prawnym osoba, której dotyczy materiał na ogół nie ma możliwości ustosunkowania się do niego publicznie. Przewidziana prawem procedura jest niewydolna i powoduje, że sprostowania, jeśli w ogóle się pojawiają, to po bardzo długim czasie, gdy publiczność nie pamięta o co chodziło, a do osoby przedstawionej w fałszywym świetle przylgnęły oskarżenia. Dlatego w proponowanej nowelizacji zajęto się przede wszystkim kwestią sprostowania. Jest to kluczowy element obrony przed fake newsami i rozpowszechnianiem przez media fałszywych informacji.

 

Najważniejsza w zapobieganiu rozprzestrzeniania fake newsów jest szybkość reakcji. Fałszywe publikacje błyskawicznie proliferują w Internecie, pojawiają się w mediach społecznościowych i są podawane dalej. Trzeba pamiętać, że mogą być groźne dla zdrowia i życia, tak jak było w przypadku rozpowszechnianych dezinformacji w sprawie pandemii. Dlatego Reduta Dobrego Imienia postuluje wprowadzenie procedury sprostowania znanej z trybu wyborczego, dzięki której będzie możliwe szybkie przecięcie rozprzestrzeniania się informacji fałszywych, szczególnie tych zagrażających bezpieczeństwu Państwa. Zaproponowano 24- godzinny tryb rozpatrywania sprostowań najpierw przez redaktora naczelnego, a następnie maksymalnie 48 godzin na sądowy tryb odwoławczy w pierwszej instancji i 24 w sądzie apelacyjnym w przypadku odmowy redaktora naczelnego.

 

Kolejnym aspektem nowelizacji jest nadanie legitymacji czynnej organizacjom społecznym, które zajmują się ochroną dobrego imienia Polski i propagowaniem jej historii oraz tradycji. Coraz bardziej potrzebne jest aktywne występowanie przeciwko przekłamaniom na temat historii w polskich mediach, co udowodniła ostatnia publikacja Onetu z 15. sierpnia powielająca tezy sowieckiej propagandy, po której musiał interweniować Prezes Rady Ministrów. Z punktu widzenia obecnego stanu prawnego, jakiekolwiek sprostowania dotyczące takich tekstów nie są możliwe, ponieważ nie ma „osoby zainteresowanej” w sensie prawa prasowego i tego rodzaju fake newsy pozostają zupełnie bez odpowiedzi. Jest to prxelomowa regulacja, która gdyby została wprowadzona pozwoliłaby skutecznie prostować pełne fałszów i historycznych przekłamań artykuły, którch treści wywodzą się wprost z nurtu niesławnej “pedagogiki wstydu”, stale obecnej w polskich mediach.

 

W projekcie nie ma mowy o żadnej cenzurze. Wręcz przeciwnie – równolegle postulowane jest zniesienie art. 212 Kodeksu Karnego, jako ograniczającego wolność słowa i w gruncie rzeczy sprzecznego z konstytucją. Zniesienie tego przepisu było od dawna postulowane przez środowiska dziennikarskie.

 

Przygotowana przez Redutę Dobrego Imienia nowelizacja Prawa Prasowego nie tylko pomoże powstrzymać falę fake newsów, ale zapobiegnie kolejnym nagonkom medialnym i niszczeniu wizerunku Polski za pomocą publikacji wypaczających prawdę o polskiej historii. Nowelizacja przywróci do polskiego życia publicznego zasady, którymi media powinny się kierować, a więc bezstronność, oddzielanie faktów od komentarzy, poszanowanie dla prawdy i przedstawianie wszystkich aspektów problemu bez przemilczeń. Proponowany projekt zwiększa zakres konstytucyjnej zasady wolności słowa i wolności dostępu do informacji, tak aby obywatele poznali omawiane sprawy z wielu stron i poznali wszystkie punkty widzenia.

 

Tekst nowelizacji wraz z uzasadnieniem do przeczytania oraz link do podpisania petycji w tej sprawie jest TUTAJ.

Czy dziennikarz „niekatolicki” ma prawo pisać o Kościele? – pyta WOJCIECH POKORA

Z uwagą przeczytałem opublikowane na portalu sdp.pl głosy dwóch duchownych w sprawie katolickiego dziennikarstwa. Oba te głosy się uzupełniają. Zarówno ks. red. Artur Stopka (jego tekst można przeczytać TUTAJ) , jak i ks. red. Mariusz Frukacz (czytaj TUTAJ) są nie tylko osobami duchownymi, ale także doświadczonymi dziennikarzami, zatem warto przeczytać ich teksty (nie tylko te dwa), by poznać „instytucjonalny” punkt widzenia na postawiony problem. Pozwalam sobie na nazwanie tych opinii „instytucjonalnymi”, bo obaj księża chcąc nie chcąc ze względu na „ks.” przed nazwiskami od razu kojarzeni są z instytucją Kościoła. Nie wiem czy przez to łatwiej im w pracy, myślę, że nie. Zapewne od razu wpadają w szufladkę pt. – dziennikarz katolicki, jego poglądy muszą być zgodne z narracją Kościoła, liczba tematów, które powinien poruszać jest ograniczona. Od razu zastrzegam, nie zgadzam się z tymi szufladkami, ale spotykam się z nimi w życiu. Wystarczy poczytać w mediach społecznościowych komentarze pod artykułami pisanymi przez duchownych. W dużej części komentarze ograniczają się do ataków w stylu – co on wie o tym temacie, nie zna życia, bo jest księdzem, albo wprost internauci piszą, jakich treści oczekują od księży, a jakich nie – „niech ksiądz pisze o Kościele i nie zajmuje się polityką”, lub „co ksiądz może wiedzieć o rodzinie”.

 

Ale z drugiej strony istnieje doświadczenie odwrotne. I o nim chciałbym napisać, zabierając głos w debacie o „dziennikarstwie po katolicku”, czy „dziennikarstwie katolickim”. Na wstępie zaznaczę, że nie podoba mi się żadne z tych stwierdzeń. Czy dziennikarz „niekatolicki” ma prawo pisać o Kościele?

 

Każdy teolog, a jestem nim z wykształcenia, zanim przystąpi do zgłębiania zagadnień teologicznych, musi przejść studia filozoficzne. Dla wielu jest to duże wyzwanie, nie tylko intelektualne, ale na początku i poznawcze. Jak to? Chcę uczyć się o Bogu w Trójcy a proponuje mi się historię filozofii, teorię poznania czy metafizykę? Wkuwam teorie bytu pierwotnego, gdy chcę zgłębiać tajemnice Boga osobowego? Po co? Później przychodzi myśl, że skoro już mam się uczyć filozofii, zapewne będzie to filozofia chrześcijańska, przecież jestem na KUL, katolickiej uczelni. Szybko okazuje się jednak, że jest to filozofia starożytna, średniowieczna, klasyczna… ale nie ma chrześcijańskiej. Jest patrologia. Okazuje się, że sama zasadność wyróżniania filozofii chrześcijańskiej jest przedmiotem sporu. Czy istnieje coś takiego? Czy zasadne jest „szufladkowanie” w filozofii? Jaki wspólny mianownik miałby łączyć „filozofów chrześcijańskich”? I tu dochodzę do uwag na temat „katolickiego dziennikarstwa”, co miałoby być wspólnym mianownikiem dla takich dziennikarzy? Fakt ukończenia katolickiej uczelni? A czy fakt ukończenia dziennikarstwa jest wystarczający do nazywania się dziennikarzem? Potrzebna jest praktyka, zarówno w byciu katolikiem, jak i dziennikarzem. Sam certyfikat niczego nie determinuje w obu przypadkach. Tak, jak zdanie egzaminu z filozofii, nie czyni z nas filozofów.

 

Myślę, że dziennikarstwo samo w sobie jest na tyle pojemne i posiada tak sprecyzowane zbiory norm etycznych, że nie wymaga doprecyzowania, że jest katolickie czy islamskie, jest rzetelne. Czym innym jest jednak profilowanie samych mediów. Tu przymiotnik, a co za tym idzie – profil redakcji, ma zasadnicze znaczenie. Dlatego w moim przekonaniu bardziej zasadne jest mówienie o mediach katolickich czy o katolickich redakcjach, niż o katolickim dziennikarstwie. Na redakcjach katolickich spoczywa odpowiedzialność doboru i prezentowania tematów, niekoniecznie z życia Kościoła (chociaż nikt inny tego rzetelniej nie zrobi), ale także społecznie istotnych. Dziennikarz natomiast, musi je właściwie przygotować. I znów pojawia się dylemat, dziennikarz katolicki przygotowuje tematy związane z Kościołem? Jestem w stanie wyobrazić sobie dziennikarza, załóżmy prawosławnego, który dobrze orientuje się w życiu Kościoła katolickiego i potrafi w sposób uczciwy relacjonować związane z nim wydarzenia. Nie trudno przecież wyobrazić sobie na tej zasadzie dziennikarzy, którzy nie będąc prawnikami opracowują materiały do działu prawnego gazety. Potrzebne do tego doświadczenie i wiedza, niekoniecznie związana z formalnym wykształceniem. Jednak już o doświadczeniach duszpasterskich, o osobistych relacjach z Bogiem w sakramentach napisze tylko i wyłącznie katolik, nikt inny nie jest do tego upoważniony, bo tego nie zna. Zatem rzetelny dziennikarz nie podejmie takiego tematu, bo go to przerośnie, tak jak przerośnie dziennikarza opisanie doświadczeń procesowych czy zabiegów operacyjnych. Stąd potrzeba istnienia pism branżowych, gdzie obok zawodowych dziennikarzy publikują praktycy zawodu. Lekarze, prawnicy, archeolodzy czy fryzjerzy z powodzeniem uprawiają taką formę dziennikarstwa, ale zajmują się wąsko swoją dziedziną. Rzadko się przecież słyszy, jeśli w ogóle, o dziennikarzach-lekarzach piszących specjalistyczne teksty o awiacji. A do tego by się sprowadzało uznanie istnienia kategorii „dziennikarzy katolickich”, piszących o życiu mrówek. Nikt nie zabroni katolickiej gazecie mieć działu Przyroda. Ale czy dziennikarz w nim pracujący jest dziennikarzem katolickim, czy dziennikarzem pracującym w katolickiej gazecie? Chyba to drugie.

 

Obserwując ukazujące się w mediach artykuły dotyczące życia Kościoła dostrzegam niestety jeszcze inny problem, który wcale nie wynika z niewiedzy, bardziej ze złej woli. Krytykanctwo bez kompetencji. To najczęściej uprawiana forma dziennikarstwa, nie tylko w dziedzinie życia Kościoła, ale w tematach związanych z Kościołem jakoś mocniej widoczna. Myślę, że mamy dziś do czynienia z kryzysem dziennikarstwa w ogóle, i to wypadkową tego kryzysu są zmanipulowane materiały dotyczące Kościoła. Tak jak spotykamy zmanipulowane materiały dotyczące polityki, ekonomii czy nauki. Wydaje się, że to właśnie z tej choroby biorą się np. manipulacje wypowiedziami papieża Franciszka, czy ataki na poszczególnych duchownych. Nie trzeba wiedzy teologicznej (chociaż nie przeszkodzi), by przeczytać ze zrozumieniem homilię i umieć ją zrelacjonować. Trzeba natomiast praktyki propagandysty, by z homilii wyrwać kilka zdań, które  pasują do narzucanej w redakcji narracji. Trzeba złej woli, by dostrzegać w Kościele tylko te barwy, które nas interesują i sporej zuchwałości, by uznać się za kompetentnego do jego reformowania. Robią to nie tylko świeccy, ale i duchowni, których przecież w pierwszej kolejności nazwalibyśmy „dziennikarzami katolickimi”.

 

Uczmy więc dziennikarstwa bezprzymiotnikowego. Niech dziennikarz nie będzie dziennikarzem liberalnym, katolickim, prawosławnym czy protestanckim. Niech będzie dziennikarzem. Wtedy zaufa mu każdy, bez względu na poglądy.

 

Wojciech Pokora

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Dziennikarz i teologia

Czy łatwo jest być dziennikarzem katolickim? Co oznacza dziennikarstwo katolickie? Te pytania są bardzo ważne w momencie kiedy na wielu uczelniach katolickich oferuje się studia dziennikarskie. I to jest moim zdaniem bardzo dobre.

 

 

Wychowanie w dziedzinie środków przekazu

 

Od wielu lat mówimy i myślimy o kształceniu profesjonalnym dziennikarzy. W podręcznikach o mass mediach dużo pisze się o tym, że media kształtują postawy społeczne, są też źródłem, a nawet fabryką opinii. Jednak wydaje się wciąż ważnym do zrealizowania postulatem wychowanie młodego pokolenia do odbioru mediów, kształtowanie właściwych postaw w odbiorze tak dużej dawki informacji, która pojawia się każdego dnia w środkach społecznego przekazu. Przez wiele lat bardzo dużo o tym pisał bp Adam Lepa. Sam wychowałem się w pewien sposób na jego książkach. Odpowiedź na pytanie dlaczego uczelnie katolickie mają w swojej ofercie studia dziennikarskie jest oczywista, tak po prostu trzeba robić. Kształcenie i praktyczne szkolenie w zakresie społecznego przekazu stanowią integralny składnik formacji młodego pokolenia, które tak naprawdę żyje w świecie mediów. W dzisiejszym świecie, na który tak silnie oddziałują środki przekazu, jest na przykład rzeczą konieczną, aby młodzi ludzie mieli praktyczną wiedzę o wpływie, jaki nowe techniki informacji i przekazu wywierają na jednostki i na społeczeństwo. Dotyczy to również osób mających czynnie uczestniczyć w pracy Kościoła w dziedzinie środków przekazu, który, jak podkreśla watykańska instrukcja duszpasterska Aetatis novae,  powinny obok wykształcenia doktrynalnego i formacji duchowej zdobyć umiejętności fachowe w tej dziedzinie. (Pełny tekst instrukcji http://www.katolickie.media.pl/polecane/kosciol-o-mediach/415-aetatis-novae—instrukcja-duszpasterska-o-przekazie-spolecznym-w-dwudziesta-rocznice-ogloszenia-instrukcji-communio-et-progressio-  )

 

Kształcenie w dziedzinie środków przekazu

 

Watykański dokument proponuje  możliwości kształcenia w dziedzinie środków przekazu jako istotny element formacji wszystkich ludzi zaangażowanych w pracę Kościoła: seminarzystów, kapłanów, osób zakonnych i świeckich. Stąd obecność w szkołach i uniwersytetach katolickich programów, kursów, a nawet całych kierunków związanych z potrzebami Kościoła i społeczeństwa w zakresie społecznego przekazu. „Aetatis novae” zachęca do organizowania kursów, zajęć warsztatowych i seminariów z zakresu techniki, zarządzania, etyki i polityki społecznego przekazu, przeznaczonych dla osób pracujących w kościelnych środkach przekazu, dla seminarzystów, zakonników i księży. Na uczelniach katolickich kształcą się przecież osoby, które w przyszłości mogą zaangażować się w działalność medialną Kościoła.

 

Dziennikarz katolicki

 

Czym różni się zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich? Myślę osobiście, że łączy nas bardzo dużo. Jestem osobiście przekonany, że dziennikarstwo to jest bardzo ciekawy zawód, ale też powołanie. Dziennikarzem jest się 24 godziny na dobę. Trzeba śledzić, słuchać, obserwować, co dzieje się wokół. Ten zawód wymaga samozaparcia, wytrzymałości, ale jest niezwykle ubogacający i potrzebny.  Myślę, że zawód dziennikarza w mediach katolickich i mediach świeckich ma wspólny fundament, to służba słowu i słowem. To otwartość na drugiego człowieka, a nade wszystko pasja. Często w spotkaniach z młodymi ludźmi podkreślam, że dziennikarstwo jest albo dobre, albo złe, albo profesjonalne, albo nieprofesjonalne. Moim zdaniem to jest oczywiste, że każdy dziennikarz powinien podchodzić do swojej pracy profesjonalnie, z dobrym warsztatem. Jeśli mówić o jakiejkolwiek różnicy w pracy w mediach świeckich i katolickich, to z perspektywy czasu widzę, że dziennikarze katoliccy nie podejmują tematów typowo sensacyjnych, tak tylko, żeby sprzedać artykuł. Może w mediach katolickich jest mniejszy wyścig o własną pozycję we wnętrzu macierzystej redakcji. Przynajmniej mnie taki wyścig nigdy nie interesował.

 

Wiedza teologiczna

 

W przypadku uczelni katolickich bardzo ważne jest połączenie wiedzy z zakresu teologii, duszpasterstwa i środków społecznego przekazu. Osoba świecka pracująca w mediach katolickich powinna mieć podstawy teologii. Wiem od dziennikarzy, że taka wiedza bardzo im się przydaje w robieniu relacji z wydarzeń kościelnych, gdy trzeba chociażby właściwie odczytać homilię biskupa, kapłana. Publicystyka katolicka podejmująca tematy z zakresu wiary, duchowości i praktyki duszpasterskiej  wymaga jednak właściwego rozeznania w teologii i nauczaniu Kościoła. Mówi się i pisze o teologii mediów i środków społecznego przekazu. Warto w tym względzie przywołać opinię prof. UKSW dr. hab. Grzegorza Łęcickiego, który podkreśla, że „teologia mediów to, najogólniej mówiąc, refleksja teologiczna dotycząca środków społecznego przekazu. Warto zauważyć, że zarówno religia, jak i media stanowią istotne elementy ludzkiej egzystencji; już samo istnienie tych dwóch potężnych rzeczywistości – religii i mediów – skłania do refleksji o ich wzajemnych relacjach” (zobacz: https://kmt.uksw.edu.pl/media/pdf/kmt_2015_20_sonda_T63cc43.pdf  )

 

Dziennikarstwo, edukacja katolicka i teologia mają moim zdaniem wspólny fundament – dobro człowieka.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Radosna gra z faktem – fragment książki IZABELLI ADAMCZEWSKIEJ-BARANOWSKIEJ

W 2019 roku poznański Teatr Animacji zrealizował spektakl Przygody barona Münchhausena na podstawie powieści autorstwa Gottfrieda Augusta Bürgera. Reżyser zderzył beztroskie konfabulacje tytułowego bohatera, zwanego Baronem Łgarzem (niem. Lügenbaron), z paskiem informacyjnym TVP, wskazując, jak kreacja z porządku realność–fantastyka przesuwa się współcześnie w rejony binarnej opozycji prawda–kłamstwo.

 

Ta (nieodosobniona) realizacja współczesnego polskiego teatru politycznego pokazuje bardziej złożony problem, z jakim zderzają się obecnie „münchhauseniady”. Internetyzacja życia codziennego stworzyła warunki dla zjawiska, które nazywam populistyczną weryfikacją – piąta władza krytyki obywatelskiej mówi dziś „sprawdzam”, a tropienie zmyśleń doprowadza coraz częściej do społecznych sądów nad pisarzami faktograficznymi. Wyjątkowo wyrazistym przykładem tego mechanizmu działania „czytającego ludu, który chce włożyć palec w bok pisarza” (wypowiedź Andrzeja Stasiuka, dla której kontekstem była medialna burza wokół publikacji Artura Domosławskiego Kapuściński non-fiction) są reputacyjne kłopoty Jacka Hugo-Badera.

 

„Literatura realności” weszła w nowy etap, wytyczony nie tylko przez pojęcie postprawdy, ale i konwergencję oraz zwrot performatywny, którego owocem jest rozkwit literatury immersyjnej (uczestniczącej). Nie bez wpływu na to zjawisko pozostaje kryzys dziennikarstwa korporacyjnego/ instytucjonalnego, w wyniku którego reportaż z łamów prasy przeniósł się na karty książek, objętościowo zbliżając się do powieści. Ta z kolei, w wyniku urynkowienia genologii, ulega globalnemu sformatowaniu (stąd np. popularność true crime novel, czyli powieści o prawdziwej zbrodni). Autorzy reportaży książkowych coraz swobodniej naśladują schematy gatunkowe literatury popularnej – powieści sensacyjnych, thrillerów kryminalnych i medycznych – lub są w nie wpisywani.

[…]

 

Słowo „postprawda” spopularyzowane zostało po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich USA, a także kampanii społecznej prowadzącej do Brexitu. W Słowniku oksfordzkim zdefiniowana została jako określenie „warunków, w których obiektywne fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej niż odwołania do emocji i osobistych przekonań”. Za autora pojęcia uważa się Stevena Tesicha, który po raz pierwszy użył go już w 1992 roku w piśmie „The Nation”. „[D]ewaluację prawdy jako społecznej »waluty rezerwowej« i szerzącą się zarazę szkodliwego relatywizmu skrytego pod maską uzasadnionego sceptycyzmu” bada dziennikarz (!) Matthew d’Ancona, wyprowadzając karierę populistycznych „komiwojażerów bzdur” z poczciwego postmodernistycznego relatywizmu. W krytycznych reakcjach na akcentowanie nowości fenomenu postprawdy powraca podkreślanie wtórność pojęcia, które można wyprowadzić z pism Platona i Arystotelesa (socjotechnika wpływania na emocje). Również d’Ancona wzorców zafałszowań i demagogicznego populizmu poszukuje w piśmienniczej tradycji opozycji wobec reżimu, zaglądając np. do twórczości do George’a Orwella obserwującego w czasach Francisco Franco zanik prawdy obiektywnej. Widzi jednak różnicę, która polega na „porzuceni[u] samej idei, że historię można właściwie opisać”. „Nowej opinii publicznej” nie interesuje zagadnienie prawdy, tylko „twoje fakty” przeciwko „moim alternatywnym faktom”, a rozum ustępuje emocjom (gut feelings). D’Ancona analizuje wypowiedzi publiczne Trumpa, dowodząc przekonująco, że kampanię prezydent elekt prowadził w oparciu o apelujące do emocji opowieści, a nie mało interesujące fakty i detale. Przyłapywany przez dziennikarzy na kłamstwach, odpowiadał lekceważąco, co d’Ancona kwituje znamiennym: „Innymi słowy, kogo to obchodzi?”. Przecież „[e]mocjonalne potrzeby są ważniejsze od ścisłego trzymania się prawdy”. Do afektów skutecznie odwoływali się również autorzy kampanii wyprowadzającej Wielką Brytanię z Unii Europejskiej. W takim ujęciu fakty przestają mieć znaczenie, bo przestają być istotnym punktem odniesienia. Efektem jest kryzys zaufania do jakichkolwiek newsów i doniesień dziennikarskich. Zdaniem Ralpha Keyesa – zasłużony, bo to „[m]edia, ze swoim nienasyconym apetytem na głośnych autorów i barwne teksty, są jednym z głównych czynników triumfu postprawdy”.

[…]

 

W konsekwencji zainteresowania tematyką postprawdy w krytycznoliterackim użyciu pojawiła się etykieta gatunkowa „powieści postprawdziwe” (post-truth novels). Uchwycona w momencie kształtowania, nie ma stabilnego odniesienia. Definiowana jest różnie, bo za punkt wyjścia przyjmowany jest albo temat (triumf politycznego populizmu, narracje postbrexitowskie), albo okoliczności odbioru – powieści, dla których postprawda tworzy kontekst nadawczo-odbiorczy. Na przykład Kristian Shaw uznaje Autumn Ali Smith za pierwszą postprawdziwą powieść (bo „bohaterowie wiedzą, że fakty nie działają”). Jako postprawdziwa promowana jest powieść Simona L. Baxtera Jeremy and Corbin (2016), próba literacko-publicystycznego przedstawienia rozłamu brytyjskich laburzystów w 2015 roku (a więc pisana na gorąco), której autorem jest były członek Partii Pracy, wyrzucony z niej przez zwolenników Jeremy’ego Corbina. Ten kontekst powstania i autorska afiliacja są podkreślane w promocyjnych blurbach, a Baxter szumnie zapowiada, że Jeremy and Corbin to odpowiedź na wyzwania, przed jakimi stoją twórcy fakcji (konkretnie – political fiction) w erze postprawdy. Pisarz wykorzystuje cytaty z rzeczywistości – fragmenty przemów i debat – a Jeremy Corbin występuje w powieści w dwóch (zasygnalizowanych w tytule) osobach. Za postprawdziwą uważa się też Time of Lies Douglasa Boarda, dystopijną polityczną satyrę z akcją osadzoną w 2020 roku traktującą o brytyjskim Donaldzie Trumpie, charyzmatycznym liderze partii Britain’s Great. Powyższe przykłady pokazują, jak różnie można rozumieć quasi-gatunkową nazwę „postprawdziwa powieść”. Nie natrafiłam na żadne świadectwo użycia jej w samonasuwającym się odniesieniu do fabuł, które podążają za teoriami spiskowymi, żywią się plotką i demagogią – ale w sensie afirmatywnym, nie krytycznym.

[…]

 

W studiach nad postprawdą, które animowała medialna kariera etykiety, powróciły stare problemy związane z autoryzowaniem. Instytucjonalną akredytacją prawdy zajął się np. Steve Fuller, którego żarty z akademickiej metody peer review (zgodnie z którą kilka osób ze środowiska ocenia kilka innych osób ze środowiska) skłoniły recenzentkę do nazwania go gonzonaukowcem. Kontekst zmierzchu autorytetów naprowadza na trop wpływu konwergencji na współczesne media, a także nową plemienność, czyli tworzenie wspólnot afektualnych, które wzmacnia specyfika komunikacyjnej przestrzeni internetu. Jak pisze d’Ancona, „[m]edia społecznościowe i wyszukiwarki ze swymi algorytmami i hashtagami kierują nas do treści, które nam się spodobają, i do ludzi, którzy się z nami zgodzą”. Wpływ na powstanie nowego środowiska medialnego, ułatwiającego cyrkulację postprawdziwych informacji, ma też zanik gatekeepingu (tłumaczonego w Polsce jako „teoria odźwiernego”; chodzi o obecność instancji filtrującej – dokonującej selekcji i hierarchizacji – treści. Nie ma przecież Redaktora Internetu) i zacieranie przez facebookowe sąsiedztwo różnic pomiędzy tytułami prasowymi, które stają się po prostu dostarczycielem kontentu (czyli zawartości).

[…]

 

Eksploatowanie pogranicza literacko-dziennikarskiego może pokazać, jak odbiorcza bańka oddziałuje na zawarcie (lub nie) paktu referencjalnego, mogąc wpłynąć na zawieszanie asertoryczności w reportażu i gotowości do poszukiwania referentów powieściowych elementów fabuły lub świata przedstawionego w świecie realnym, czyli, parafrazując tytuł książki Anny Martuszewskiej, podjęcie radosnej gry z faktem. Przed przymierzeniem kategorii postprawdy do polskiej literatury trzeba jednak odpowiedzieć na pytanie, czy wypreparowana z realiów amerykańskich i brytyjskich sytuacja dotyczy Polski. Już emocjonalność aktorów debat na ten temat pokazuje, że afektywizacja prawdy nie ominęła naszego kraju. Polemizując z Dariuszem Rosiakiem, który odpowiada na to pytanie przecząco, Łukasz Pawłowski podaje w „Kulturze Liberalnej” przykład Jarosława Kaczyńskiego i jego narracji smoleńskich. Pisze:

 

„Na przestrzeni ostatnich sześciu lat mówiono nam, że przyczyną „zamachu” były m.in. zablokowane drążki sterownicze, sztuczna mgła, bomby zamontowane na pokładzie oraz złe dane nawigacyjne podane przez rosyjskich kontrolerów. Nigdy, gdy w obiegu pojawiała się nowa „teoria”, nie usłyszeliśmy przyznania, że poprzednia była błędna. Po prostu opowiadano nam nową historię”.

 

Przegląd medialnych doniesień potwierdza tezę Pawłowskiego. Co więcej, obywatelski serwis OKO.Press (założony przez wiarygodnego – ale nie dla wszystkich – redaktora Piotra Pacewicza, człowieka o wieloletniej praktyce dziennikarskiej, związanego wcześniej z „Gazetą Wyborczą”) przeanalizował raport z prac komisji Zespołu Parlamentarnego do spraw Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154M, a także publikacje na łamach „Naszego Dziennika”, „Gazety Polskiej” i portalu wPolityce.pl. Dysponując takim materiałem, Pacewicz i Zuzanna Piechowicz opisali (powstrzymując się od komentarza) 24 teorie spiskowe – od „spisku Tuska i Putina na Sopockim molo” po „teorię tajemnicy ciał”. Predylekcję do wyjaśniania tragedii w stylu paranoicznym i w duchu konspiracjonizmu ukazuje też fenomen poezji smoleńskiej, pospolite ruszenie wieszczów, w których obok „poetów obywatelskich” upozycjonowali się (lub zostali upozycjonowani) również uznani autorzy, Wojciech Wencel (nazywany złośliwie bardem prawicy) i Jarosław Marek Rymkiewicz (jego wiersz Do Jarosława Kaczyńskiego analizuje w kontekście stawiania ocen i afektów ponad interpretację i fakty wymagające „pomiarów, dowodów i potwierdzenia” Michał Paweł MarkowskiWojnach nowoczesnych plemion). Wiele mówi o nim fraza wyeksponowana w tytule omawiającego fenomen „Newsweeka”: „krzyczały ciała w garniturach”. Ponieważ literatura jest – jak to ujęła Anna Burzyńska – sztuką uwodzenia, na styku literackiego świata i publicystycznej postprawdy musiała się narodzić nowa forma komunikacji z czytelnikiem.

[…]

 

Proponuję w ramach eksperymentu przyjrzeć się powieściom Witolda Gadowskiego, żeby sprawdzić, jak kategoria postprawdy i mitotwórczy potencjał teorii spiskowej wpływa na zawarcie paktu faktograficznego/referencjalnego. Niezależny (jak lubi o sobie mówić) prawicowy publicysta („Fronda”, „W Sieci” i „Gazeta Polska”), bardzo aktywny na Facebooku i Twitterze, jako dziennikarz polityczny zajmował się on takimi tematami jak handel organami i bronią czy terroryzmem, a przede wszystkim tropił afery polityczne. W trakcie pracy w TVN został laureatem Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za Mafię paliwową 1 i 2, był też związany z TVP i 1 PR Polskiego Radia. W umieszczonym na własnej stronie internetowej autobiogramie pisze: „Uważam się za dziennikarza, reportera opisującego rzeczywistość taką jaka ona jest. Bywam pisarzem”.

 

„Rzeczywistość taka, jaką ona jest” brzmi jak fraza Mariusza Maxa Kolonko, podawanego zresztą jako przykład wpływowego youtubera szafującego szalonymi teoriami. Dla Gadowskiego internet również jest skarbnicą faktów, ale pisarz wybiera jednak medium tradycyjne – powieść. Oparcie na schemacie popularnym (powieść szpiegowska) i podkreślona w biogramie przygodność bycia pisarzem (a prymarność – dziennikarzem) wymagają komentarza. Dwie powieści Gadowskiego, które chcę podać jako przykład zmiennych okoliczności zawierania paktu faktograficznego, mają źródła w dziennikarskiej działalności autora – i śledczej, i publicystycznej. W Wieży komunistów Gadowski opisuje śledztwo dotyczące Funduszu Budowy Gospodarki, w którym dopatrzyć się można aluzji do afery wokół Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ). Szlag trafił! dotyczy katastrofy smoleńskiej, o której Gadowski nader chętnie wypowiada się jako publicysta. Powieściowy protagonista, dzielny reporter śledczy Andrzej Brenner, to alter ego autora; jak on – niezależny, pisywał reportaże z Douglasem Farahem, „jednym z najlepszych dziennikarzy śledczych na świecie” (to postać rzeczywista). Na marginesie warto zauważyć, że przed wydaniem powieści w formie książkowej Gadowski publikował jej fragmenty na blogu, co kojarzy się z odcinkową (felietonową) prezentacją na łamach prasy.

 

Gadowski jest przykładem autora zawierającego specyficzną, bo inkluzywną, umowę z czytelnikiem. Wieżę komunistów rozpoczyna następującym paratekstem:

 

Właśnie przeczytaliście powieść uciekiniera – uciekiniera z krainy dziennikarstwa śledczego, który tak długo śledził spiskową praktykę dziejów, że być może uwierzył nawet w teorię. Autorowi powieści sensacyjnych wolno jednak o wiele więcej niż reporterowi.

 

Na stronie prawicowego portalu internetowego Salon24.pl autor precyzuje warunki nadawczo-odbiorczej umowy: „Ta powieść, obok swojej sensacyjnej osnowy, ma być manifestem wolnego człowieka, który otwarcie gra na nosie możnym III RP”. Natomiast dziennikarzowi „Wprost” na pytanie o to, czy opisywane w książce wydarzenia mogły mieć miejsce w dzisiejszych realiach, odpowiedział:

 

Przez wiele lat byłem reporterem – zbierałem historie, słuchałem ludzi. To jest wielka spiżarnia takich historii, o których nigdy nie mogłem opowiedzieć jako reporter z różnych względów – brakowało mi dowodów, nie miałem dokumentów albo wiedziałem jaka będzie reakcja organów ścigania. Ta książka jest więc zagraniem na nosie tym, którzy ścigają dziennikarzy. Podsumowując – opowiadam w niej bardzo prawdziwą historię. […] Gdybym zastosował klucz reporterski i opisał zdarzenia zamiast tworzyć literaturę to prawdopodobnie nie wyszedłbym z sądów a potem z więzień.

 

W ten sposób Gadowski ze słabości (brak dokumentacji) robi atut, sugerując czytelnikom, że w sprytny sposób ominął (rzekome) próby cenzurowania.

[…]

 

Formalnie Wieża komunistów jest powieścią, ale internetowa przestrzeń kultury literackiej z jej recenzenckim repozytorium dostarcza licznych dowodów zawierania z Gadowskim paktu referencjalnego – mimo przyjęcia formy powieściowej. Służy temu np. potencjał powieści z kluczem. Niektóre postaci zaszyfrowano (w Józefie Uchlanzu, naczelnym tygodnika „Śmieć”, można się dopatrzyć karykatury Jerzego Urbana i jego „Nie”, minister finansów Szmalewicz kojarzy się z Leszkiem Balcerowiczem itd.; warto zwrócić uwagę na nazwiska mówiące, odkrywające intencje autora). Ponieważ metoda ta nie jest konsekwentna (nie został pseudonimowany np. Czesław Kiszczak), można uznać to za element gry z czytelnikiem, w dążeniu do rozwiązania łamigłówki zaś miałaby się manifestować funkcja ludyczna tekstu – i aktywizująca odbiorcę, bo rzeczywiście, dekodowanie tekstu dostarcza czytelnikom Gadowskiego dużej przyjemności, czego dowodem jest „śledcza” recepcja jednego z użytkowników Salonu24.pl, który wypunktował wszystkie pozatekstowe odpowiedniki stworzonych przez Gadowskiego postaci literackich.

[…]

 

Modelowych przykładów sytuacji tego rodzaju odbioru można podać więcej. Po opublikowaniu przez Tomasza Piątka, pisarza i dziennikarza, książki Macierewicz i jego tajemnice (2017) do kontrofensywy przystąpiły prawicowe media i np. w „Sieci” dr Piotr Gontarczyk (znamienne posłużenie się autoryzującym stopniem naukowym) uznał oskarżenie szefa MON „o rzekome powiązania z Rosją” za „prowokacj[ę] na rzecz Kremla”. Z łatwością możemy sobie wyobrazić, że biografie śledcze Tadeusza Rydzyka (Imperator) i Henryka Jankowskiego (Uzurpator) napisane przez reportażystów „Gazety Wyborczej” odbierane są przez niejedno czytelnicze plemię jako złośliwe, tendencyjne kłamstwa „polskojęzycznych mediów” wymierzone w Kościół. „Prawda” zastąpiona została przez rozumianą plemiennie wiarygodność (dla jednej grupy autorytetem będzie Gadowski, dla drugiej – Głuchowski, Jacek Hołub i Bożena Aksamit). […] Reasumując: komunikacja literacka również ulega zjawisku nowej plemienności, co przekłada się na powstawanie nieprofesjonalnych afektualnych wspólnot interpretacyjnych, w niczym nieprzypominających zdefiniowanej przez Stanleya Fisha nobliwej wspólnoty profesjonalistów – przedstawicieli Instytucji Literatury.

 

Fragment książki Łże-reportaże i prawdziwe fikcje. Powieść dziennikarska i reportaż w czasie postprawdy i zwrotu perfromatywnego, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2020.

 

W przytoczonych fragmentach zrezygnowano z przypisów i adresów bibliograficznych.