Ks. ARTUR STOPKA: Dziennikarstwo po katolicku

Czy absolwent kierunku dziennikarstwa na katolickiej uczelni jest automatycznie „dziennikarzem katolickim”? To wcale nie jest wydumane pytanie.

 

W czasach PRL-u zdarzało się, że maturzyści, pragnący związać się w przyszłości zawodowo z dziennikarstwem, nie podejmowali studiów na tym kierunku, lecz np. szli na polonistykę lub obierali jakieś inne kierunki w jakiś sposób odpowiadające ich zainteresowaniom. Swoje decyzje motywowali dwoiście. Jedni odwoływali się do dość częstego wówczas przekonania, że aby zostać dobrym dziennikarzem, trzeba posiadać ugruntowaną, wręcz specjalistyczną, wiedzę w konkretnej dziedzinie. Inni tłumaczyli, że nie podejmują studiów dziennikarskich, ponieważ są one mocno przeniknięte obowiązującą wtedy ideologią i w rzeczywistości stanowią raczej przygotowanie do pracy w aparacie propagandy partyjno-państwowej niż do dziennikarstwa. A oni nie chcieli być propagandystami, upowszechniającymi w mediach ideologiczny przekaz. Oczywiście nie przeszkadzało to wielu innym młodym studiować dziennikarstwa np. w ramach tzw. nauk politycznych. Część z nich faktycznie potem zajmowała się medialną indoktrynacją. Ale byli i tacy, którzy jednak nie służyli machinie propagandowej i nawet w warunkach cenzury starali się uprawiać dziennikarstwo.

 

Okazuje się, że wątpliwości co do związania edukacji przyszłych pracowników mediów z konkretnym światopoglądem mogą się pojawiać w Polsce także dzisiaj. W związku z czym? Na przykład w związku z licznymi propozycjami studiów dziennikarskich, oferowanych przez katolickie uczelnie w naszym kraju lub przez wydziały teologiczne istniejące na świeckich uniwersytetach. Rodzi się pytanie, czy powstały one po to, aby kształcić „dziennikarzy katolickich”?

 

Co to znaczy?

 

Samo określenie „dziennikarz katolicki” może być niejasne i budzić rozmaite skojarzenia oraz interpretacje. Także takie, które katolicyzm traktują jak ideologię, a ludzi mediów określających się jako „katoliccy” uznają za jej propagatorów. Nic dziwnego, że niektórzy nie kryjący swego przywiązania do wiary dziennikarze bronią się przed przyczepieniem im takiej etykietki. Mówią o sobie, że są dziennikarzami i katolikami, nie są natomiast „katolickimi dziennikarzami”. Warto odnotować w tym kontekście, że funkcjonujące w Polsce zrzeszenie grupujące pracowników mediów, którzy kierują się wskazaniami Magisterium Kościoła w sprawach wiary i moralności nie nazywa się „Stowarzyszenie Dziennikarzy Katolickich”, lecz Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Różnica może się wydawać drobna, ale w rzeczywistości jest bardzo istotna.

 

Należy odnotować, że dość powszechną praktyką jest używanie sformułowania „dziennikarz katolicki” w odniesieniu do pracownika mediów w taki sposób się definiujących lub mediów będących własnością Kościoła.

 

Po czym poznać?

 

Czy dziennikarz, który jest katolikiem, uprawia swój zawód inaczej niż jego kolega, będący wyznawcą innej religii albo niewierzącym? Albo czy powinien go wykonywać inaczej? To trudne i ryzykowne pytanie. Równie dobrze można pytać, czy należący do Kościoła katolickiego lekarz albo nauczycielka, kucharz lub kasjerka w dyskoncie, pracują (powinni pracować) inaczej niż wykonujący te same zadania ludzie, którzy nie uważają się za katolików? Albo czy św. Paweł zaczął inaczej wyrabiać namioty (jak wiadomo z Pisma świętego, znał to rzemiosło), gdy został wyznawcą Jezusa Chrystusa? Czy katolicy uprawiają inne (w domyśle wyróżniające się) dziennikarstwo niż niekatolicy?

 

Czy istnieje „katolickie dziennikarstwo”, jakoś istotnie odmienne od wszelkich innych przejawów tej profesji? Czy można rozpoznać, który materiał opublikowany w mediach przygotował katolik? Czy da się rozpoznać po efektach pracy, który dziennikarz przygotowywał się do zawodu na Papieskim Uniwersytecie w Krakowie albo w wyższej szkole w Toruniu, a który na którymś z państwowych uniwersytetów?

 

Monopol?

 

Powyższy zestaw pytań może się komuś wydać prowokacją. I w pewnym sensie nią jest. Ponieważ wiara wpływa na całą egzystencję człowieka, na wszystkie sfery jego życia, w tym również na pracę zawodową. Zgodnie z zasadami swej wiary powinien ją wykonywać rzetelnie, uczciwie, starannie, pamiętając, że jej rezultaty mają komuś służyć, czyli są adresowane do bliźniego. Tego bliźniego, o którym jest mowa w przykazaniu miłości. Nie znaczy to jednak, że motywowany Bożymi nakazami do jak najlepszej pracy katolik ma monopol na dobrą robotę. Znaczy natomiast, że gdy swoje zawodowe zadania wykonuje źle, sprzeniewierza się swej wierze.

 

Paolo Ruffini, świecki będący prefektem watykańskiej Dykasterii ds. Komunikacji, w ubiegłym roku podczas spotkania dziennikarzy mediów katolickich w Lourdes mówił wyraźnie, że zadaniem każdego z nich jest uczynienie z dziennikarstwa sztuki najpierw widzenia, a potem opowiadania, rozumienia a potem streszczania, widzenia więcej niż się wydaje. „Katolickość” w pracy dziennikarskiej zobowiązuje do widzenia rzeczy, których inni nie widzą, do opowiadania o rzeczach, o których inni milczą. Powinna również motywować do rozumienia znaków czasu, podawania do wiadomości tego, co inni odrzucają i przezwyciężania obojętności nie tylko apelami, ale również stawianymi pytaniami.

 

Zawodówka?

 

Mogłoby się wydawać, że głównym zadaniem kierunków medialnych na katolickich uczelniach powinno być przygotowywanie kadr dla katolickich środków komunikacji (jest ich trochę w Polsce, nie tylko ściśle kościelnych). Jednak takie podejście kojarzy się z myśleniem liniowym, w którym studia dziennikarskie na katolickim uniwersytecie albo na wydziale teologicznym traktowane są jak przyzakładowa szkoła zawodowa w czasach PRL-u. Na szczęście rzeczywistość jest znacznie bogatsza niż schematy myślowe i pokazuje, że to tak nie działa. Tak się składa, że autor tego tekstu studiował dziennikarstwo na świeckiej uczelni (na Uniwersytecie Warszawskim – przyp. red.). Natomiast w niejednej redakcji w mediach absolutnie niemających charakteru wyznaniowego można dziś spotkać absolwentów uczelni katolickich.

 

Można mieć nadzieję, że pracownicy mediów, którzy przygotowanie do zawodu uzyskali/uzyskają w katolickich uczelniach dysponować będą lepszą wiedzą zarówno o wyznawanej przez nich wierze, jak i o funkcjonowaniu Kościoła, co pozwoli im uniknąć błędów w opowiadaniu o tej sferze ludzkiego życia. Trzeba z przykrością przyznać, że w mediach świeckich w Polsce wciąż jest takich niedoróbek sporo i czasami dotyczą kwestii elementarnych, które wcale nie wymagają wielkiego zaangażowania w katolicyzm. Można też oczekiwać, że wyniesiony ze studiów i podbudowany wiarą etos pracy w mediach, rozumianej jako służba prawdzie (a nie ideologicznie rozumianemu światopoglądowi), pozwoli im korzystnie wpływać na całe środowisko. Na tym przecież polega bycie „solą ziemi i światłem świata”, do czego swych uczniów zobowiązał Jezus.

 

ks. Artur Stopka

Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ) wystąpiła w obronie Juliana Assanga

W poniedziałek 7 września 2020 brytyjski sąd wznowił postępowanie w sprawie ekstradycji Juliana Assanga. W obronie twórcy WikiLeaks, członka australijskiej organizacji Media, Entertainment and Arts Alliance (MEAA), posiadającego międzynarodową legitymację dziennikarską, stanęła Międzynarodwa Federacja Dziennikarzy (IFJ).

 

Julian Assange przebywa w areszcie w Londynie. Trafił tam w kwietniu 2019 roku, po tym jak  ambasada Ekwadoru, w której przez sześć lat korzystał z prawa azylu, zmieniła decyzję i wydała go brytyjskiej policji. W czerwcu 2019 roku Departament Stanu USA skierował do władz Wielkiej Brytanii oficjalny wniosek o ekstradycję Juliana Assanga.

 

W przypadku ekstradycji Julianowi Assange grozi nawet 175 lat więzienia. Oskarżany jest o zachęcanie Chelsea Manning w 2010 roku do włamania się do rządowego systemu komputerowego w celu zdobycia dowodów zbrodni wojennych, w tym materiału wideo Collateral murders (Morderstwa ludności cywilnej). Jest to nagranie z kamery pokładowej amerykańskiego helikoptera Apache, które pokazuje celowe strzelanie do cywilów w Bagdadzie 12 lipca 2007 roku. Zginęło wtedy co najmniej 18 osób, w tym dwóch dziennikarzy agencji Reuters.

 

Anthony Bellanger, Sekretarz Generalny IFJ, powiedział w dniu rozpoczęcia kolejnej, trzeciej już rundy przesłuchań,  że „Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy, wraz z innymi organizacjami zajmującymi się obroną wolności słowa, będzie w dalszym ciągu przypominać Radzie Europy i społeczności międzynarodowej, że Wielka Brytania przetrzymuje człowieka, który w interesie publicznym upublicznił ważne informacje”.

 

Julian Assange (ur. 1971 r.) – australijski aktywista internetowy, dziennikarz oraz programista, posiadający także obywatelstwo ekwadorskie. Założyciel, rzecznik i redaktor naczelny serwisu WikiLeaks.

 

Zdjęcie: IFJ, dzięki uprzejmości Daniel Leal-Olivas / AFP

Partyjne radio w ruinie – z punktu widzenia ADAMA SOCHY

Radiowa Trójka ma, według nieoficjalnych informacji, do których dotarła „Rzeczpospolita”, tracić miliony z uwagi na odpływ reklamodawców. Spadek wpływów miesięcznie sięga kwoty 5-6 mln zł. Na koniec roku strata może wynieść 40 mln zł. To nawet nie jest „piękna katastrofa”, to brzydka ruina. „– To efekt całkowitego podporządkowania politycznego PiS” – uważają pracownicy radia.

 

Gdyby to było prywatne radio właściciel albo by je zlikwidował, albo sprzedał, żeby nie zostać bankrutem. No ale, w przypadku mediów całkowicie podporządkowanych partii rachunek ekonomiczny nie ma znaczenia. Liczy się co innego. Dlatego urzędnicy, którzy władają „Trójką” w imieniu partii rządzącej: przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, członek RMN, poseł PiS Joanna Lichocka i prezes Polskie Radia Agnieszka Kamińska są zachwyceni „odbiciem Trójki” z rąk dziennikarzy, którzy zaczynali karierę w rozgłośni przed PiS-em. Liczy się bowiem zysk polityczny, a ten jest poTrójny:

1. Pokazali, że obrażanie Prezesa („Twój ból jest większy niż mój”), nie pozostanie bez kary. Odczekali 3 miesiące i po wyborach prezydenckich doznali rozkoszy Bogów,
2. Pozbyli się dziennikarzy, którzy nie chcieli służyć partii, i na których wierność nie mogli liczyć,
3. Ujednolicili przekaz partii do mas, który „Trójka” jakimiś aluzjami, żarcikami, wątpliwościami zakłócała.

 

Absolutnie nie muszą martwić się o wynik finansowy, bo jak w „Misiu” Barei, im więcej ta partyjna pacyfikacja kosztuje, tym więcej się zarobi. Dotacja na rozgłośnie na rok 2021 będzie dwa razy większa niż w roku 2020, czyli wyniesie 120 milionów złotych.

 

Prezes Jarosław Kaczyński o tym doskonale wie, że partyjne medium nie ma szans zdobycia słuchaczy/widzów/czytelników. Przećwiczył to osobiście jako redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność”, którego redakcja stała się zapleczem dla tworzonej przez niego partii Porozumienie Centrum. „Tygodnik”, po który w roku 1980 i 81 sam zrywałem się raniutko, by zdążyć go kupić, bo błyskawicznie znikał z kiosków, pod partyjną kuratelą od 1989 roku szybko tracił czytelników. W 1989 roku senator Kaczyński przejmował „Tygodnik” w podobnej atmosferze, jak Kamińska „Trójkę”, duża część zespołu na znak protestu odeszła. Na ich miejsce szybko przyszli politycy, jak Józef Orzeł, który wspominał po latach: „W sensie dziennikarskim „Tygodnik” nigdy nie był normalną gazetą. Był ramieniem zbrojnym partii, która jeszcze nie istniała”.

 

Senator Kaczyński nie miał czasu i głowy do redagowania „Tygodnika”. Tym zajmowali się jego zastępcy, w tym Krzysztof Czabański.

 

Później Prezes miał jeszcze doświadczenie z popularną popołudniówką „Expressem Wieczornym”, którą PC dostało w ramach obdzielenia tytułami, po zlikwidowanej RSW, powstających partii politycznych. Porozumienie Centrum wykorzystało gazetę w kampanii wyborczej 1993. Promowanie partii „przyniosło” 40-procentowy spadek sprzedaży i było początkiem upadku tej gazety. Ale cel główny został osiągnięty. Partia wprowadziła liczną grupę posłów do Sejmu i jeszcze zdobyła solidny fundament, nieruchomość przy Al. Jerozolimskich i Nowogrodzkiej – do dziś siedziby prezesa Kaczyńskiego.

 

Taki sam los spotkał i inne gazety i czasopisma przejęte przez pozostałe partie postsolidarnościowe, jak „Sztandar Młodych” czy „Życie Warszawy”.
Dla Prezesa media są narzędziem uprawiania polityki. Toteż jego celem jest uzyskanie wpływu na jak największą część rynku medialnego. Cel uświęca środki i jakieś tam 40 mln złotych strat „Trójki” na nikim w obozie władzy nie robi wrażenia. Jak „zdekoncentruje” się i „zrepolonizuje” media, to straty się odrobi, bo reklamodawcy nie będą mieli alternatywy.

 

Trochę to mnie dziwi, bo nawet w PRL Wydział Propagandy KC był bardziej wyrafinowany. Stąd zgodził się na popularne „Studio 2” Waltera, na radiową „Trójkę”, która stała się przystanią opozycyjnych artystów, tworzył tytuły prasowe, które zdobywały czytelników, których miały zdobyć.

 

W ponurych latach 80. XX wieku towarzysze z Wydziału Propagandy, widząc olbrzymie zwroty partyjnych organów, wymyślili popołudniówki. Te pozbawione partyjnej nowomowy i stempla „organ KW PZPR”, szybko podbiły rynek. Pamiętam w Olsztynie olbrzymie kolejki pod kioskami „Ruchu” po „Dziennika Pojezierza”, zwłaszcza po piątkowy „Magazyn”, w trzaskający mróz czy śnieżycę.

 

Jak dzisiaj czytam, jak wygląda ręczne sterowanie mediami, to przeżywam deja vu. Zuzanna Dąbrowska w artykule w „Rz”, „Pani prezes ścisza radio” przytoczyła kilka takich „kwiatków” doskonale mi znanych z czasów PRL-u. Przed pandemią codziennie o 9:30 rano odbywały się na Malczewskiego (główny gmach radia) kolegia – z udziałem pani prezes, dyrektorów anten i żony Krzysztofa Czabańskiego Anny, która pełni funkcję wiceszefowej Biura Programowego – mające tylko jeden cel, jak twierdzą dziennikarze: cenzurę prewencyjną.

 

Reporterzy newsowi musieli zgłaszać tematy do godziny 18:00 poprzedniego dnia! Prezes Kamińska decyduje na nich nawet o tematach wstawek reporterskich w audycjach, np. czy w popołudniówce ZD3 w Trójce ma być „materiał o kwiatkach czy o gwoździach” – mówi Kuba Strzyczkowski, były dyrektor Trójki. Zdaniem dziennikarzy zarówno Jedynki, jak i Trójki, w radiu istnieją też czarne listy gości, których nie wolno zapraszać.

 

I o to chodzi! Prezes czytając takie doniesienia (jeśli w ogóle ma na to czas i chęć), musi tylko mruczeć, jak jego kot, z zadowolenia. Takie artykuły tylko go upewniają, że postawił na właściwych ludzi.

 

Adam Socha

 

PS. Protestuję przeciwko cenzurze prewencyjnej wprowadzonej w Polsce wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie, którym na rok zakazał  Piotrowi Nisztorowi publikacji na temat Zbigniewa Bońka.

Protest ZG SDP 
przeciwko wprowadzaniu cenzury prewencyjnej przez Sąd Okręgowy w Warszawie

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich  z oburzeniem przyjmuje postanowienia Sądu Okręgowego w  Warszawie, który 27 sierpnia 2020 r. w dwóch odrębnych postanowieniach zakazał red. Piotrowi Nisztorowi oraz spółce FORUM S.A., wydawcy Gazety Polskiej Codziennie publikowania artykułów na temat  zarzutów wobec Prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Jest to szczególne złamanie zasady wolności słowa i pogwałcenie niezależności dziennikarskiej Redakcji  – sąd nakłada bowiem na wydawcę GPC obowiązek zabezpieczenia publikacji na ten temat wszystkich dziennikarzy, pracowników i przedstawicieli wydawnictwa i to nie tylko w w/w gazecie, lecz nawet w mediach społecznościowych, a w każdym przypadku złamania tego postanowienia  Sądu grozi wydawcy dotkliwa kara pieniężna (10 tys. zł) . Red. Piotrowi Nisztorowi  Sąd Okręgowy w Warszawie zakazał publikowania artykułów na temat  zarzutów wobec Prezesa PZPN Zbigniewa Bońka oraz nakazał zablokować  dostęp do już opublikowanych materiałów  na portalu You Tube i Twitter na ten temat

 

Jest to cenzura prewencyjna, ponieważ Sąd zakazuje publikacji materiałów dziennikarskich red. Nisztorowi i wydawcy GPC na konkretny temat przed ich powstaniem, przed ich redakcją i przed ich oddaniem do druku. W ten sposób Sąd Okręgowy w Warszawie łamie art. 54. Konstytucji RP, który w pkt. 2 mówi jednoznacznie: „Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”. W skandaliczny sposób narusza to zasadę wolności słowa demokratycznego państwa.

 

ZG SDP apeluje o solidarność   dziennikarską, która może się objawić przez podjęcie zakazanego tematu przez inne redakcje oraz apeluje o zmianę tej decyzji w sądowym postępowaniu odwoławczym.

 

Zarząd Główny SDP

 

Warszawa, 8 września 2020 r.

 

ŁUKASZ WARZECHA: Groźny projekt Reduty Dobrego Imienia

Skasowanie art. 212 kodeksu karnego to jeden z postulatów Reduty Dobrego Imienia – i trudno tu nie klaskać. O art. 212 pisałem już kilkakrotnie, w tym o niekonsekwencji obecnej władzy, która – jeszcze jako opozycja – twardo go krytykowała, po czym, zmieniwszy miejsce siedzenia, sama zaczęła z niego korzystać.

 

Pozostałe pomysły RDI na zmianę Prawa Prasowego w kwestii sprostowań budzą gigantyczne wątpliwości. Reduta przedstawiła swoją propozycję nowelizacji ustawy z 1984 r. z powodów, które powinny być jasne dla każdego, kto obserwuje życie publiczne: organizacja kierowana przez Macieja Świrskiego wymyśliła prawo pod siebie i swoje potrzeby. Jako tocząca z zasady wojnę o to, co w rozumieniu jej aktywistów jest polskim dobrym imieniem (tu często z RDI można się zgodzić, czasem jednak jej działaczy wyraźnie ponosi – ale to temat na inny tekst), RDI chce takich zmian, które ułatwią jej działanie. Stąd postulat poszerzenia katalogu podmiotów posiadających czynną legitymację do sprostowania o organizacje społeczne, które zajmują się ochroną wizerunku państwa oraz propagowaniem jego historii i tradycji. Czyli o twory takie jak RDI. Prócz tego RDI chce szybkiego procedowania sądowego w kwestii odmowy publikacji sprostowań, przypominającego tryb wyborczy. Sąd miałby rozpoznawać pozew w ciągu 48 godzin, potem pozwany miałby 24 godziny na złożenie apelacji, a następnie sąd apelacyjny – kolejne 24 godziny na wydanie orzeczenia. Wyrok musiałby być wykonany w ciągu doby od jego doręczenia.

 

Sam pomysł, żeby wyraźnie przyspieszyć postępowania w sprawach o sprostowania, skoro kasuje się art. 212, nie jest zły. Lecz w postaci takiej, jak proponuje RDI, musi budzić zdecydowany sprzeciw. To bowiem, co w swoim projekcie proponuje RDI, sprawia wrażenie cenzury. Czytamy tam, że prostować można nie tylko nieprawdziwą, ale też „nieścisłą” informację, mającą znaczenie „dla bezpieczeństwa i obronności państwa lub/i której rozpowszechnianie spowodowałoby lub mogło spowodować szkody dla wizerunku Rzeczpospolitej Polskiej lub/i jej obywateli, jej organów lub istotnych instytucji mających charakter niepubliczny”. Tyle że wizerunek nie jest kategorią obiektywną i różne organizacje mogą całkiem dowolnie uznawać dowolne informacje za uderzające w niego. Niektóre mogłyby na przykład uznać, że potężnym ciosem dla wizerunku Polski jest zachowanie obecnej władzy w kwestiach sądownictwa i domagać się sprostowania tezy, umieszczonej w którymś z prorządowych mediów, że rząd wzmocnił pozycję naszego kraju w UE.

 

Jeszcze gorzej jest dalej: „Za nieprawdziwą lub nieścisłą informację uważa się również nieprawdziwe lub nieścisłe sugestie a także informacje cytowane przez osoby trzecie. Faktem w rozumieniu przepisu o sprostowaniu jest także posiadanie przez wnioskodawcę określonych poglądów, przemyśleń, koncepcji wyrażanych publicznie [podkr. Ł.W.]”. Jeśli dobrze rozumiem ten zapis, wystarczy, aby jakaś organizacja publicznie opowiadała się na przykład za sojuszem na śmierć i życie ze Stanami Zjednoczonymi, a będzie mogła żądać sprostowania od redakcji, która opublikuje tekst prezentujący krytyczne spojrzenie na ten sojusz. Mało tego, przedmiotem sprostowania mogą być „sugestie”. Kto ma decydować, co dany fragment tekstu lub cytowana w nim osoba „sugeruje”?

 

Następnie mamy w projekcie próbę zdefiniowania, co jest informacją „mającą znaczenie dla bezpieczeństwa i obronności państwa”. Otóż to informacja, której rozpowszechnienie zagrozi niepodległości, suwerenności lub integralności terytorialnej Rzeczypospolitej Polskiej, zagrozi bezpieczeństwu wewnętrznemu lub porządkowi konstytucyjnemu Rzeczypospolitej Polskiej, zagrozi sojuszom lub pozycji międzynarodowej Rzeczypospolitej Polskiej, osłabi gotowość obronną Rzeczypospolitej Polskiej, uniemożliwi realizację zadań związanych z ochroną suwerenności lub porządku konstytucyjnego. Mamy tu zatem niemal całkowitą uznaniowość, bo znów dowolna organizacja, publicznie głosząca jakiś pogląd, może uznać, że jakaś informacja dotycząca choćby wspomnianych wcześniej przykładowo relacji polsko-amerykańskich „zagraża sojuszom” – i już mamy sprostowania, a potem błyskawiczny proces.

 

Gdy idzie o określenie, co jest informacją zagrażającą wizerunkowi Polski, RDI postanowiła pójść po bandzie. Za taką informację ma być uznana taka, która „może pogorszyć stosunki Rzeczypospolitej Polskiej z innymi państwami lub organizacjami międzynarodowymi, może przynieść stratę znacznych rozmiarów w interesach ekonomicznych Rzeczypospolitej Polskiej,  może utrudnić prowadzenie bieżącej polityki wewnętrznej i zagranicznej Rzeczypospolitej Polskiej, może mieć szkodliwy wpływ na wykonywanie przez organy władzy publicznej lub inne jednostki organizacyjne zadań w zakresie obrony narodowej, polityki zagranicznej, bezpieczeństwa publicznego, przestrzegania praw i wolności obywateli, wymiaru sprawiedliwości albo interesów ekonomicznych Rzeczypospolitej Polskiej [podkr. Ł.W.], przedstawia nieprawdziwe informacje o Polsce naruszając tożsamość lub/i godność narodową jej obywateli”.

 

Innymi słowy, do żądania sprostowania byłaby uprawniona każda organizacja, publicznie głosząca poglądy wygodne dla określonej władzy, bo w zasadzie zawsze mogłaby uznać, że informacja kwestionująca te opinie może mieć szkodliwy wpływ na przykład na przestrzeganie praw i wolności obywateli.

 

Jeśli do tego dodamy błyskawiczny tryb procedowania, który nie daje czasu na solidne przygotowanie obrony (podczas gdy wnioskodawca może składać pozew – a więc i przygotowywać go – przez, uwaga, rok od opublikowania informacji!), mamy receptę na poważne uderzenie w wolność słowa i sparaliżowanie niektórych mediów przez aktywistów, zasypujących je żądaniami sprostowań i pozwami przy byle okazji. Nie sposób się na to zgodzić.

 

W dodatku RDI przedstawia swój projekt jako mający walczyć z „fakenewsami”, stosując absurdalnie szerokie rozumienie tego pojęcia, wykraczające dalece poza to, co jest rzeczywiście fałszywką informacyjną, czyli przedstawieniem nieprawdziwych faktów. Zawarty w projekcie katalog spraw, których miałyby dotyczyć sprostowania po nowemu, oraz ich definicje wprowadzałyby właściwie pełną uznaniowość i poszerzałyby instytucję sprostowania ze sfery czystych faktów na sferę poglądów. To absolutnie niedopuszczalne i groźne dla wolności słowa.

 

Trudno zresztą traktować projekt RDI poważnie, skoro stworzyła go jedna organizacja pozarządowa bez żadnych konsultacji z przedstawicielami mediów. To mniej więcej tak, jakby jedna z dużych redakcji zaproponowała daleko idącą nowelizację Ustawy Prawo o stowarzyszeniach, nie konsultując tego z nikim.

 

Prezes RDI Maciej Świrski został właśnie przewodniczącym Rady Nadzorczej Polskiej Agencji Prasowej. Jeśli projekt nowelizacji Prawa prasowego pokazuje sposób jego myślenia o mediach i wolności słowa, trudno tu być optymistą.

 

Łukasz Warzecha

Protest 
CMWP SDP 
przeciwko sądowemu zakazowi publikacji o Prezesie PZPN dla „Gazety Polskiej Codziennie”

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko drugiej decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie z 27 sierpnia 2020 r. zakazującej spółce FORUM S.A., wydawcy Gazety Polskiej Codziennie, publikować artykuły o prezesie PZPN Zbigniewie Bońku, w których zawarte będą następujące zarzuty i twierdzenia dotyczące: powiązania (w przeszłości lub obecnie) z władzami komunistycznej Polski, Służbą Bezpieczeństwa, pełnienia w PZPN roli gwaranta i rzecznika systemu komunistycznego, sprawowania funkcji prezesa PZPN w sposób nieetyczny, naruszający prawo i nietransparentny, popełnienia przestępstwa karnoskarbowego poprzez nieujawnienie przed urzędem skarbowym 1 100 000 euro dochodu i nieodprowadzenie podatku od tej kwoty.

 

CMWP SDP podkreśla, iż decyzja Sądu Okręgowego I Wydział Cywilny w Warszawie to cenzura prewencyjna, ponieważ Sąd zakazuje publikacji materiałów dziennikarskich na konkretny temat przed ich powstaniem, przed ich redakcją i przed ich oddaniem do druku. W ten sposób Sąd Okręgowy w Warszawie łamie art. 54. Konstytucji RP, który w pkt. 2 mówi jednoznacznie: „Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”. W skandaliczny sposób narusza to zasadę wolności słowa demokratycznego państwa.

 

Zdumienie budzi to, iż powyższy zakaz publikacji dotyczy wszystkich pracowników i przedstawicieli wydawcy GPC spółki FORUM S.A., jest to bowiem szczególne złamanie zasady wolności słowa i pogwałcenie niezależności dziennikarskiej Redakcji – sąd nakłada bowiem na wydawcę gazety obowiązek zabezpieczenia publikacji wszystkich dziennikarzy, pracowników i przedstawicieli wydawnictwa i to nie tylko w w/w gazecie, lecz nawet w mediach społecznościowych, a w każdym przypadku złamania tego postanowienia Sądu grozi wydawcy dotkliwa kara pieniężna (10 tys. zł) .

 

Sprawa jest tym bardziej bulwersująca, że to druga decyzja tego samego sędziego Rafała Wagnera w tej sprawie, w pierwszym przypadku sędzia zakazał publikacji na temat prezesa PZPN Zbigniewa Bońka personalnie red. Piotrowi Nisztorowi, przeciwko czemu CMWP SDP protestowało 2 września b.r. Należy przy tym zwrócić uwagę,  iż ten sam w treści wniosek dotyczący z kolei zakazu publikacji dla tygodnika „Gazeta Polska” , który wylosował inny sędzia z Sądu Okręgowego w Warszawie,  został po prostu oddalony.

 

CMWP SDP przypomina także , iż cenzura prewencyjna jest  niedopuszczalna w świetle Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co wielokrotnie potwierdzał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. CMWP SDP informuje, iż obejmuje tę sprawę monitoringiem i zapewnia, iż nieodpłatnie udzieli Redakcji GPC i jej Wydawcy wszelkiego wsparcia i pomocy.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa , 7 września 2020 r.

 

Lista tematów na temat Prezesa PZPN, których zgodnie z postanowieniem Sądu Okręgowego w Warszawie nie może poruszać red. Piotr Nisztor jest TUTAJ.

 

Wszyscy moi mistrzowie – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o roli mentorów w zawodzie dziennikarza

Mam szczęście w życiu. Zawsze tak uważałam, mimo różnych perturbacji, które zdarzały mi się po drodze. Szczęście to polega między innymi na tym, że mogłam uczyć się zawodu od najlepszych. W czasach kiedy wszyscy się spieszą i gdzieś gonią, kiedy w wielu redakcjach panuje ostra rywalizacja, moi mistrzowie podarowali mi czas, uwagę, życzliwość i cierpliwość. O tak, na początku potrzebne było morze cierpliwości…

 

Całe swoje zawodowe życie pracuję z kobietami i to one przede wszystkim wywarły na mnie wpływ. Wdzięczna jestem każdej z nich – Kasi Rodek z radia studenckiego, która nauczyła mnie radiowych podstaw, takiego elementarza radiowca. Jak zrobić sondę uliczną? Jak skonstruować ciekawy materiał reporterski? Jak w ogóle używać mikrofonu? Jak zmontować nagrany dźwięk? Jak rozmawiać z ludźmi?

 

Potem moją kolejną szefową była Hanna Dołęgowska, która przyjęła mnie do pracy w Polskim Radiu. Od niej nauczyłam się, że w pracy dziennikarza liczy się konkret. Hania była bezlitosna w tropieniu lania wody. Słów, które nic nie znaczą, a zajmują cenny czas antenowy. Sprawiedliwa do bólu. Chwaliła, ale też krytykowała. Od niej zdarzyło mi się usłyszeć: „zrobiłaś ten materiał, jakbyś była głucha” – nie cierpiała niestarannego montażu, byle jakich cięć, przypadkowego użycia dźwięku. Ona nauczyła mnie, jak występować na antenie. Jak rozmawiać z gościem. Jako wydawca z uwagą słuchała każdego słowa wypowiedzianego w audycji i reagowała natychmiast, kiedy coś jej zdaniem było nie tak.

 

Gdyby moją pierwszą pracę w radiu studenckim porównać do skończenia podstawówki, to praca z Hanią Dołęgowską w radiowej Czwórce dała mi radiową maturę. Potrafiłam już pracować szybko i skutecznie. Zrobić materiał reporterski i relację na żywo. Poprowadzić audycję w studiu i w plenerze, kiedy zawsze mogło wydarzyć się coś niespodziewanego.

 

Potem moją najprawdziwszą na świecie mentorką, Mistrzynią przez duże „M” została Hanna Bogoryja-Zakrzewska. Autorka niezliczonej liczby reportaży i laureatka kilkudziesięciu (!) nagród. Tropiła urzędnicze absurdy. Piętnowała korupcję. A jednocześnie – to osoba, która potrafi otwierać rozmówców, rozmawiać delikatnie. Ma dużą wiedzę na temat psychiki człowieka. To ona nauczyła mnie reportażu radiowego.

 

Hanię spotkałam przypadkiem. Pojechałam ze znajomymi z jednej z organizacji pozarządowych do niewielkiego miasta na północy Polski. Robiłam materiał o akcji, którą tam przeprowadziła młoda aktywistka, Paulina. Traf chciał, że była tam też Hania, która o tych samych ludziach robiła reportaż. Pamiętam jej długie włosy, powłóczystą spódnicę i ogromną życzliwość, którą mi wtedy okazała.

 

Byłam początkującą reporterką, ona reportażystką z fantastycznym dorobkiem. Ja, rozmawiając z ludźmi i nagrywając, popełniałam wiele błędów. Ona radziła sobie świetnie z każdą dziennikarską materią. Budziła mój autentyczny podziw. To ona, po tym spotkaniu, zaproponowała mi, żebym ubiegała się o podjęcie współpracy ze Studiem Reportażu i Dokumentu. I udało się! Gdyby nie Hanka, nie zaczęłabym robić reportaży radiowych.

 

Pierwszy, który wysłałam jej do oceny, zaakceptowała bez większych zastrzeżeń. Może na zachętę..? Bo każdego kolejnego słuchała wnikliwie i krytycznie. Nauczyła mnie dramaturgii. Wytłumaczyła, że poprzez reportaż opowiadamy radiowe historie. Nie przekazujemy tego, co najciekawsze. Przekazujemy opowieść w taki sposób, żeby z jednej strony dopełnić wszelkich reguł dziennikarskiej rzetelności, ale z drugiej – żeby w danej historii odcisnąć indywidualny ślad. Żeby znaleźć w niej drugie dno i pozostawić słuchaczowi miejsce na własną refleksję.

 

Pilnowała, żebym używała dźwięku z sensem. Żeby muzyka nie była przypadkowa. Żebym szukała nie tylko tematów, ale też sposobów na opowiadanie o nich.

 

Po dwóch-trzech latach takich nieformalnych praktyk (Hanka poświęciła dziesiątki godzin na słuchanie moich reportaży, czytanie maili, dawanie rad) dostałam propozycję pracy w Studiu Reportażu na etacie. Byłam najszczęśliwsza na świecie. Okazało się, że spotkałam tam moją kolejną mistrzynię – Irenę Piłatowską.

 

Nie tylko we mnie wywoływała na początku strach. Perfekcyjna w każdym calu – elegancka, zadbana, na wysokich obcasach, w pięknych sukienkach i makijażu, autorka tylu świetnych reportaży, że nie sposób ich tu wszystkich wymienić. Laureatka najważniejszych polskich i międzynarodowych nagród. Uprzejma, chociaż nieco zdystansowana. Przychodziłam do redakcji z nagrań w terenie, nieco rozczochrana i w ubłoconych butach i siadałam przed tą królową reportażu, która ma jakąś niezwykłą zdolność wyławiania z każdej audycji najmniejszej niedoskonałości.

 

Od niej nauczyłam się montować tak, żeby słuchacz nie był w stanie określić, gdzie zostało zrobione cięcie. Ona zwracała mi uwagę na każdą nielogiczność. Nie dało się jej mydlić oczu – dostrzegała każdy brak sensu, banalność pomysłu, błąd dramaturgii.

 

Nauczyła mnie, że nagrany materiał jest dopiero tworzywem, z którego muszę ulepić daną historię. Nawet jeśli mój rozmówca mówił doskonale. Nawet jeśli jego historia już po nagraniu wydaje się skończona – usłyszałam jej początek i koniec, wiem o wszystkim, co się wydarzyło. Wytłumaczyła mi, że nawet nagranie o łowieniu ryb można przekształcić w dzieło sztuki. Sama zrobiła o tym reportaż i dostała za niego nagrodę.

 

Ernest Hemingway wykreślał przede wszystkim przymiotniki. Uważał je w dużej mierze za niepotrzebne. Irena Piłatowska czyściła swoje reportaże z tego, co zaśmieca czystość przekazu. Dzięki niej zaczęłam nie tylko robić lepsze audycje, ale też lepiej pisać.

 

Nie wiem, kiedy przestałam się jej bać. Ale nadszedł w końcu taki moment. Może kiedy dostałam pierwszą w życiu nagrodę za reportaż?

 

Pamiętam, jak cieszyła się z każdego mojego wyróżnienia. Przede wszystkim z tego o zasięgu międzynarodowym, dzięki któremu spotkałam swoich kolejnych mistrzów. Tym razem dwóch mężczyzn.

 

Simon Elmes był moim mentorem w ramach stypendium im. Ake Blomstroma dla młodych twórców radiowych. Edwin Brys – koordynatorem tego programu. Najwyższa światowa liga reportażu radiowego. Uczyli mnie sztuki opowiadania historii, ale dali mi też coś ważniejszego niż wiedza, której miałam już w głowie sporo. Dali mi swoje ciepło i wiarę w moje możliwości. Być może wyczuli, że tego potrzebuję, bo bezustannie i przesadnie mnie chwalili, dzięki czemu uwierzyłam, że jestem w stanie zaprezentować efekt swojej rocznej pracy przed międzynarodowym gronem specjalistów. W dodatku – że będę opowiadać o swojej pracy w obcym języku, mimo kompleksów dotyczących akcentu rodem z Europy Wschodniej. Udało się. Efektem stypendium był reportaż, którym wygrałam też jedno z najważniejszych dla mnie wyróżnień – Srebrnego Melchiora.

 

Moi wszyscy mentorzy, chociaż tak różni, mieli jedną cechę wspólną – niewiarygodną życzliwość.

 

Zdarzyło mi się przez krótki czas pracować w redakcji lokalnego radia. Moim szefem był tam wówczas człowiek, który najwyraźniej uważał, że dobry szef trzyma wszystkich krótko i rządzi twardą ręką. Kiedy na poranne kolegium przychodziłam z propozycjami tematów, mówił „no, całkiem niezłe” i… oddawał je innym. Jeśli w końcu udało mi się jakieś zachować dla siebie i wysyłałam mu do oceny gotowe materiały, krytykował je, a przy okazji – moje możliwości intelektualne. Usłyszałam od niego, że nigdy nie zostanę dziennikarzem z prawdziwego zdarzenia. W krótkim czasie doprowadził do tego, że kiedy przekraczałam próg radia, zaczynało mnie mdlić. Uciekłam stamtąd szybko.

 

Mój ówczesny szef nie nauczył mnie niczego. No, może poza jednym – jak NIE postępować z ludźmi.

 

Dziś, ucząc młodszych dziennikarzy zawodu, myślę o tych wszystkich osobach, dzięki którym doszłam do tego punktu, w którym jestem dzisiaj. Myślę o całym wsparciu, które mi dali. Wiem, że sami często w przeszłości też mieli kogoś takiego, kto uczył ich, nie licząc swojego czasu pracy, nie oczekując za to zapłaty, cierpliwie tłumacząc, na czym ten zawód polega.

 

Czuję, że pomoc moich mistrzów to jednocześnie pewien dług. Pomagając innym, teraz staram się go spłacić.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Apel SDP o zaprzestanie represjonowania dziennikarzy na Białorusi

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich domaga się natychmiastowego uwolnienia wszystkich zatrzymanych dziennikarzy oraz wzywa władze białoruskie do zaprzestania wszelkich form represji wobec dziennikarzy relacjonujących wydarzenia na Białorusi.

 

Funkcjonariusze państwa muszą uwzględniać szczególną rolę dziennikarzy i odróżniać specyfikę ich uczestnictwa w demonstracjach jako bezstronnych obserwatorów. Tylko w sierpniu 2020 służby białoruskie złamały tę zasadę co najmniej 151 razy, co oznacza zatrzymania średnio dziesięciu dziennikarzy dziennie. Z kolei 1 września 2020 zatrzymanych zostało 8 dziennikarzy relacjonujących demonstracje studentów w Mińsku.

 

Wszelkie działania organów państwa, które służą zastraszaniu dziennikarzy lub mają ich zniechęcić do przekazywania społeczeństwu informacji, są ingerencją w wolność słowa i powinny spotkać się ze zdecydowanym sprzeciwem organizacji międzynarodowych. Całkowicie niezrozumiały jest brak stanowczych kroków ze strony Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), której Białoruś jest członkiem, wielokrotnie wzywanej przez międzynarodowe organizacje dziennikarskie, w tym Europejską Federację Dziennikarzy, do podjęcia działań w sprawie nieakceptowalnego postępowania służb względem dziennikarzy.

 

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Media kontra social media

Czy redakcje nauczyły się wykorzystywać potencjał, jaki dają media społecznościowe? Jak dziennikarze funkcjonują w social mediach? Jaka będzie przyszłość: zaciekła rywalizacja, czy współdziałanie?

 

Refleksja nad twittem miesiąca

 

Zgodnie z danymi gromadzonymi przez Socialbakers i zebranymi w opracowanie lokalne: „July 2020 Social Marketing Report Poland”[1] najpopularniejszy w Polsce twitt zamieścił Netflix. Treść opublikowana 14.07.2020 r. brzmiała: „Jeśli uważacie, że rok 2020 jest pechowy, to cieszcie się, że przynajmniej miłość waszego życia nie okazała się być waszą ciocią”. Treści Netfliksa zajęły w tym miesiącu całe podium. Sama marka w zestawieniach statystycznych dla Twittera zajmuje pierwsze miejsce prawie we wszystkich kategoriach (liczby followersów, interakcji, tempa wzrostu społeczności). Pod względem rozmiaru wyrażonego liczbą osób, które „podążają za treściami” na Twitterze drugie miejsce zajmuje Samsung Polska, za nim znalazły się: StayPoland.com, Tymbark i Orange Polska. Redakcji na szczycie brak. Podobnie sytuacja wygląda na YouTube (Media Expert, Reserved, Xbox Polska, Tyskie, Play) i Facebook’u (Netflix, Iwette Fashion, OLX Polska, RTV Euro AGD, Morele.net).

 

Według serwisu Social Sharks „Profile Netfliksa w social mediach to marketingowe złoto”. Dlaczego? Rekiny wskazały na trzy istotne elementy stanowiące podstawę popularności Netfliksa:

  • Odpowiednio dobrany do grupy docelowej ton komunikacji (żartobliwy i swobodny),
  • Zaangażowanie w kontakt z fanami z wykorzystaniem najnowszych rozwiązań (np. bot, który pomaga użytkownikom dobrać serial na podstawie jego nastroju lub wysłanej przez niego emotikonki),
  • Pomysłowy content (wysokiej jakości zapowiedzi video nowych produkcji)[2].

 

Autorzy obszernego „Przewodnika po social mediach w Polsce 2019/2020” przygotowanego dla Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska podkreślają znaczenia właściwego doboru platformy do działań. Słowem, nie zawsze Facebook to rozwiązanie najlepsze, może się okazać, że skuteczniejszy będzie np. o wiele mniejszy LinkedIn. W podsumowaniu zachęcają do szczegółowego poznania swojego odbiorcy, zbudowania jego idealnego wierunku (tzw. „Persona”), dobraniu kanału komunikacji, wytyczeniu celów i określeniu mierników sukcesu[3]. W materiale wzięto pod uwagę: Facebook, Instagram, YouTube, LinkedIn, Twitter, Pinterest, Snapchat i TikTok. Poza tym funkcjonują oczywiście małe społeczności, które z jakichś przyczyn mogą okazać się dla nadawcy komunikatu interesujący, na przykład polski portal miłośników fantasy i science fiction: Fantastyka.PL, który prowadzi „Nowa Fantastyka”. Co ciekawe i warte podkreślenia, zgodnie ze wstępem do „Przewodnika”, który napisali Monika TurekAdam Kręglelewski, dziennikarze nie stanowią jakiejś szczególnej grupy docelowej dla tego materiału. Wyróżniono za to: marketerów, właścicieli firm, pracowników agencji reklamowych i domów mediowych. Nie uznano więc redaktorów za istotną dla zagadnienia grupę i o tym punkcie widzenia warto pamiętać, bo nadaje dobry kontekst ocenie aktywności dziennikarzy w internetowych społecznościach.

 

Czy redakcje i dziennikarze potrafią (i mogą) odnaleźć się w świecie, w którym specjaliści od Public Relations, lub marketingu rywalizują o jak największe zaangażowanie w marki w celu zwiększenia słupków sprzedaży? O tym dalszej części.

 

Okiem eksperta

 

Autor portalu SDP.PL ceniony ekspert w dziedzinie mediów społecznościowych Mirosław Usidus zapytany o to, czy dla tradycyjnych mediów social media to przede wszystkim konkurencja (w walce o uwagę odbiorców i budżety reklamowe), czy sojusznik (gdyż pozwalają dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i zaangażować ich w markę)?, odpowiedział:

 

Teoretycznie sojusznik, w praktyce konkurencja, zwłaszcza jeśli chodzi o przychody reklamowe. Pisałem o tym ostatnio sporo na portalu SDP (na przykład tu[4]).

 

Czy dziennikarze sami sobie zrobią dobre social media, czy jednak redakcje powinny zatrudniać specjalistów z tej właśnie dziedziny?

 

Cóż, zależy co media chcą osiągnąć. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś lepiej niż dziennikarze rozmawiali o ich własnych tematach, publikacjach. Z drugiej strony przedsiębiorstwa medialne mają również potrzeby marketingowe, sprzedażowe, i tu dziennikarze niekoniecznie najlepiej się sprawdzają.

 

W świecie zasad

 

Redakcje żyją z tego, że publikują treści, które trafiają do ich odbiorców, utrzymują ich uwagę i przy okazji pozwalają na sprzedaż powierzchni reklamowej lub czasu antenowego. Dziennikarze otrzymują wynagrodzenie za profesjonalnie przygotowane materiały. Social media żyją z tego samego, przy czym treści otrzymują za darmo (przede wszystkim zresztą amatorskie i na trywialnym poziomie). Bez wątpienia stanowi to dylemat dla samych dziennikarzy: napisać coś za darmo, czy też jednak za wierszówkę? Bywa, że ich aktywność regulują też same redakcje. W 2019 roku o nowych zasadach obowiązujących dziennikarzy TVN poinformowały WirtualneMedia. Mają oni wykazywać szczególną ostrożność w publikowaniu materiałów z życia prywatnego. Wykluczone jest na przykład przypadkowe lokowanie jakiegokolwiek produktu lub recenzja, co zmusza dziennikarza, do sprawdzenia każdego zdjęcia, przed jego zamieszczeniem. Dalej mowa jest o interesie redakcji, czyli niepublikowaniu niczego, co jeszcze nie trafiło na antenę. Zakazane są polemiki z politykami. Jeśli dziennikarz koniecznie chce się wypowiedzieć na jakiś temat, który nie trafi na wizję, powinien uzyskać akceptację redakcji[5].

 

Trudno w takim świecie poczuć się swobodnie. Już dekadę temu raporty „Dziennikarze i social media”, przygotowywane przez Multi Communications (obecnie One Multi), pokazywały, że dziennikarze głównie szukają inspiracji do nowych tematów (58%), a nieczęsto coś zamieszczają (w ciągu miesiąca 52,3 badanych zamieściło na swoich kontach od 2 do 5 postów). Kolejne badania tylko to potwierdzały[6]. Jak podczas pierwszego Blog Forum Gdańsk (2010 r.) mówił znawca tematu Brian Solis, dobry twitt „żyje” półtorej godziny. Dwa posty w miesiącu to stanowczo za mało, żeby zaistnieć. Wobec takich wytycznych i wspomnianego wcześniej dylematu trudno się jednak temu dziwić. Dziennikarze głównie udostępniają efekty swojej pracy, czasem zapowiadają własny program, z życia prywatnego publikują treści bezpieczne, na przykład o podróżach.

 

Media w social mediach (przykład Facebook.com)

 

Patrząc przez pryzmat największego ciągle serwisu i liczby fanów poszczególnych stron, należy stwierdzić, że najpopularniejszą ma Robert Lewandowski (9 462 593). Resztę podium również zajęli piłkarze: Wojciech SzczęsnyKuba Błaszczykowski. Z mediów najwyższą, siódmą pozycję w zestawieniu Socialbakers zajmuje Radio ESKA (1 929 511). Na 18 pozycji uplasował się TVN24 (1 485 924 fanów)[7]. Może warto wspomnieć, że miejsce 10 zajmują Serce i Rozum, czyli bohaterowie, którzy ponad trzy lata temu zniknęli z telewizyjnych reklam[8]. Znaleźli jednak swoje miejsce w social mediach i to z dużą publicznością. Zauważmy również, że Radio ESKA dobrze radziło sobie od początku obecności na Facebook’u. W 2012 roku Andrzej Jaszczyszyn stwierdził, że podstawą sukcesu jest dopasowanie aktywności na fanpage’u z ustalonym czasem obecności fanów. Dlatego też radio najmocniej angażowało się w komunikację w weekendy[9].

 

Czy social media potrzebują mediów a media social mediów?

 

Media społecznościowe karmią się treściami, które angażują uczestników i skłaniają do spędzania w nich czasu. Trwa rywalizacja o uwagę z mediami tradycyjnymi i grami sieciowymi. Interesem serwisów jest więc stworzenie klimatu, w którym ten samonapędzający się instrument działa, bo treści dostarczane są za darmo. Media stoją ciągle przed pomysłem na znalezienie sposobu na efektywne wykorzystanie social mediów, z którymi jednocześnie rywalizują o budżety reklamowe i czas poświęcany przez odbiorców. To takie bycie jednocześnie w środku i na zewnątrz. Można obserwować rozpaczliwe nieraz próby wyciągania fanów na swoją stronę WWW za pomocą tytułów i sensacyjnych zapowiedzi, tzw. cilckbite’ów[10]. Użytkownik serwisu społecznościowego przy tym zapewne znajdzie rozwiązanie zagadki typu: „Sprawdź, czy Lewandowski strzelił gola w finale”, na fanpage’u innej redakcji, która napisze: „Tym razem Lewandowski nie strzelił[11]. Który z serwisów polubi bardziej? Nietrudno się domyślić, że ten, który dostarczy mu informacji, bez zmuszania do jakiejkolwiek reakcji.

 

Skuteczna obecność w mediach społecznościowych wymaga od redakcji zatrudnienia specjalistów z tej właśnie dziedziny. Prasa, radio, czy telewizja, które przez długie lata były nośnikami reklamy, obecnie same jej potrzebują. Dla dziennikarzy efektywna i do tego wręcz sprzedażowa komunikacja w social mediach nie jest głównym celem działania. Czas profesjonalistów trzeba szanować. Albo będą pracować nad kolejnym materiałem dziennikarskim, albo dyskutować do późnej nocy o już zamieszczonym. Niezbędne jest więc zacieśnianie współpracy między działami redakcyjnym i marketingu i taki obieg komunikacji wewnętrznej, żeby osoby odpowiedzialne za konta w social mediach, były w stanie udźwignąć ciężar dyskusji. Pamiętajmy, że przez lata dla mediów komunikacja była jednostronna, czyli wystarczyło coś nadać i poczekać na ewentualne listy do redakcji. Dziś wszystko dziać się może w czasie rzeczywistym.

 

Zmieni się funkcjonowanie redakcji?

 

Otwarte pozostaje pytanie, jakie dochody powinna mieć redakcja, żeby utrzymywać dodatkowy dział odpowiedzialny za profesjonalną obsługę w mediach społecznościowych, bo ani sami dziennikarze, ani sam marketing rozumiany jako grono sprzedawców powierzchni reklamowych, czy czasu antenowego, tego nie zrobią.

 

Mariusz Pleban, prezes One Multi (dawniej Multi Communictaions), czyli firmy, na zlecenie której powstawały raporty „Dziennikarze i social media”, stwierdził w komentarzu do badania z 2014 roku, że szalenie ważne jest prowadzenie w mediach społecznościowych komunikacji zgodnej ze strategią PR firmy[12]. Zdaje się, że redakcje w Polsce wciąż uważają się za inny typ organizacji i specjalistów ds. Public Relations w nich w ogóle nie ma.

 

Być może stoimy właśnie na progu zmian tak daleko idących, że po nich komunikacja redakcji stanie się spójna we wszystkich jej aspektach: dzieła dziennikarskiego, komunikacji marketingowej samego medium, które też musi się sprzedać, upublicznianej reklamy i aktywności w internetowych społecznościach ze stałą pogonią za nowinkami w tym zakresie? Oznacza to jednak konieczność zbudowania nowego typu organizacji, która będzie skupiać specjalistów z bardzo różnych dziedzin, pracujących na rzecz wspólnego celu. Tylko wówczas informowanie najprawdopodobniej będzie równorzędne z angażowaniem i sprzedawaniem.

 

Social media bez mediów

 

W szczegółowej analizie „Socjalistyczny monopol internetowych gigantów”[13], którą opublikował na SDP.PL Mirosław Usidus, zwrócił on uwagę, do jakiego stopnia potentaci wirtualnych treści są nie fair w stosunku do mediów tradycyjnych. Idąc tą analogią, warto podkreślić, że bez wątpienia wielu z nas zaangażowało się w publikowanie dobrych treści w mediach społecznościowych z przekonaniem budowania jakiegoś gigantycznego, wspólnego dobra. Początki komunizmu były podobne patrząc chociażby przez pryzmat losów naszych literackich noblistów – Czesława MiłoszaWisławy Szymborskiej[14]. Dziś widać wyraźnie, że budujemy to „wspólne dobro” za darmo, a zyski czerpie zupełnie ktoś inny. Czy media tradycyjne stoją w tym starciu na przegranej pozycji? Mirosław Usidus podkreśla w swoim artykule, że internetowi giganci omalże nie mają swoich treści. Ten świat redakcji jest przy tym światem miałkim: sprzedaży, politycznej kłótni, trywialnej rozrywki i plotek. Być może jest to ostatni moment, w którym media w skali globalnej zaczną wspólnie domagać się swoich praw do udziału w zyskach z tytułu upubliczniania treści, za których powstanie zapłaciły dziennikarzom? Tylko czy taki światowy kongres i jednoznaczne stanowisko w tej sprawie jest w ogóle możliwe?

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.socialbakers.com/resources/reports/poland/2020/july – dostęp 28.08.2020 r.

[2] https://socialsharks.pl/netflix-w-social-mediach-3-lekcje-dla-marketerow/ – dostęp 28.08.2020 r.

[3] Dokument do pobrania ze strony WWW IAB: https://www.iab.org.pl/baza-wiedzy/przewodnik-po-social-media-w-polsce/ – dostęp 28.08.2020 r.

[4] https://sdp.pl/ostatnia-dekada-prasy-miroslaw-usidus-podaje-date-konca-prasy-papierowej/ – dostęp 02.09.2020 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvn-zasady-aktywnosci-dziennikarzy-w-social-media-regulamin-nie-polemizowac-z-politykami – dostęp 20.08.2020 r.

[6] http://blog.wirtualnemedia.pl/zbigniew-brzezinski/post/o-wplywie-blogosfery-na-media-na-marginesie-raportu-%E2%80%9Edziennikarze-i-social-media-2011-multi-communications – dostęp 20.08.2020 r.

[7] Zestawienie pierwszej dziesiątki mediów na Facebook’u w Polsce według liczby fanów: Radio ESKA, TVN24, ESKA TV, ONET, Fakt24.PL, TVN, Sport.PL, Radio ZET, RMF FM, MTV Polska: https://www.socialbakers.com/statistics/facebook/pages/total/poland/media – dostęp 28.08.2020 r.

[8] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/koniec-reklama-serce-i-rozum-reklama-orange-love – dostęp 28.08.2020 r.

[9] https://www.slideshare.net/oskarberezowski/raport-o-aktywnosci-na-facebooku – dostęp 28.08.2020 r.

[10] https://spidersweb.pl/2017/03/clickbait-co-to.html – dostęp 28.08.2020 r.

[11] https://sdp.pl/kliknij-bo-sie-nie-dowiesz-zbigniew-brzezinski-o-wyscigu-redakcji-na-odslony/ – dostęp 28.08.2020 r.

[12] http://www.proto.pl/aktualnosci/raport-dziennikarze-i-social-media-2014 – dostęp 28.08.2020 r.

[13] https://sdp.pl/13113-2/ – dostęp 02.09.2020 r.

[14] S. Żak, Polscy pisarze nobliści, Oficyna Wydawnicza STON-2, Kielce 1998 r.

„Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”’. Rozmowa z Krzysztofem Skowrońskim

Koncert Ewy Błoch, którego premiera odbyła się 15 lipca, to była ostatnia z planowanych imprez cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”. Ale to nie koniec. Mamy dla Państwa jeszcze dwie niespodzianki – wśród nich unikatowy wywiad Jolanty Hajdasz z twórcą Radia Wnet i prezesem SDP Krzysztofem Skowrońskim.

 

W tym roku zamiast corocznych imprez pod szyldem „Maj na Foksal” Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaprosiło na cykl imprez on-line, na portalu sdp.pl,. „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”. Zaplanowaliśmy osiem imprez  kulturalnych, rozrywkowych, nie zabrakło też rozmów z dziennikarzami, fotoreporterami którzy opowiedzieli o swojej pracy. Wszystkie wydarzenia  są dostępne na naszym portalu (TUTAJ), kto nie miał jeszcze okazji ich obejrzeć może więc nadrobić zaległości. Mamy też nadzieję, że przynajmniej cześć z naszych widzów będzie chciała zobaczyć je jeszcze raz.

 

Na koniec przygotowaliśmy dwa materiały, których nie było w programie. Pierwszy z nich to rozmowa Jolanty HajdaszKrzysztofem Skowrońskim, legendą dziennikarstwa radiowego, twórcą i szefem Radia Wnet, prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  Zazwyczaj to on zadaje pytania, a wywiadów udziela niezwykle rzadko. Mamy więc niecodzienną okazję zobaczyć i posłuchać jak czuje się „po drugiej stronie mikrofonu”, w roli odpytywanego.

 

 

Jedną z imprez cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”, która cieszył się największą popularnością wśród oglądających był koncert utworów Rafała Stradomskiego. Usłyszeliśmy na nim wiele światowych prawykonań kompozycji tego artysty. Mogliśmy poznać nie tylko jego talent muzyczny, ale też literacki. Kompozytor przeczytał bowiem fragmenty swojej najnowszej książki Życie seksualne kosmitów.  Wieczór z Rafałem Stradomskim, transmitowany na żywo z Domu Dziennikarz przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie, trwał ponad dwie godziny, przygotowaliśmy więc jeszcze krótszą wersję tego wydarzenia, która zawiera jego najciekawsze momenty. Gorąco zapraszamy do jej obejrzenia.

 

 

WSZYSTKIE WYDARZENIA CYKLU „DZIENNIKARZE ARTYSTOM – ARTYŚCI DZIENNIKARZOM”

 

Cykl imprez „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom” dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”, którego celem jest wsparcie upowszechniania dorobku kultury w internecie w czasie pandemii koronawirusa.