Protest 
CMWP SDP 
przeciwko sądowemu zakazowi publikacji o Prezesie PZPN dla „Gazety Polskiej Codziennie”

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko drugiej decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie z 27 sierpnia 2020 r. zakazującej spółce FORUM S.A., wydawcy Gazety Polskiej Codziennie, publikować artykuły o prezesie PZPN Zbigniewie Bońku, w których zawarte będą następujące zarzuty i twierdzenia dotyczące: powiązania (w przeszłości lub obecnie) z władzami komunistycznej Polski, Służbą Bezpieczeństwa, pełnienia w PZPN roli gwaranta i rzecznika systemu komunistycznego, sprawowania funkcji prezesa PZPN w sposób nieetyczny, naruszający prawo i nietransparentny, popełnienia przestępstwa karnoskarbowego poprzez nieujawnienie przed urzędem skarbowym 1 100 000 euro dochodu i nieodprowadzenie podatku od tej kwoty.

 

CMWP SDP podkreśla, iż decyzja Sądu Okręgowego I Wydział Cywilny w Warszawie to cenzura prewencyjna, ponieważ Sąd zakazuje publikacji materiałów dziennikarskich na konkretny temat przed ich powstaniem, przed ich redakcją i przed ich oddaniem do druku. W ten sposób Sąd Okręgowy w Warszawie łamie art. 54. Konstytucji RP, który w pkt. 2 mówi jednoznacznie: „Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”. W skandaliczny sposób narusza to zasadę wolności słowa demokratycznego państwa.

 

Zdumienie budzi to, iż powyższy zakaz publikacji dotyczy wszystkich pracowników i przedstawicieli wydawcy GPC spółki FORUM S.A., jest to bowiem szczególne złamanie zasady wolności słowa i pogwałcenie niezależności dziennikarskiej Redakcji – sąd nakłada bowiem na wydawcę gazety obowiązek zabezpieczenia publikacji wszystkich dziennikarzy, pracowników i przedstawicieli wydawnictwa i to nie tylko w w/w gazecie, lecz nawet w mediach społecznościowych, a w każdym przypadku złamania tego postanowienia Sądu grozi wydawcy dotkliwa kara pieniężna (10 tys. zł) .

 

Sprawa jest tym bardziej bulwersująca, że to druga decyzja tego samego sędziego Rafała Wagnera w tej sprawie, w pierwszym przypadku sędzia zakazał publikacji na temat prezesa PZPN Zbigniewa Bońka personalnie red. Piotrowi Nisztorowi, przeciwko czemu CMWP SDP protestowało 2 września b.r. Należy przy tym zwrócić uwagę,  iż ten sam w treści wniosek dotyczący z kolei zakazu publikacji dla tygodnika „Gazeta Polska” , który wylosował inny sędzia z Sądu Okręgowego w Warszawie,  został po prostu oddalony.

 

CMWP SDP przypomina także , iż cenzura prewencyjna jest  niedopuszczalna w świetle Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co wielokrotnie potwierdzał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. CMWP SDP informuje, iż obejmuje tę sprawę monitoringiem i zapewnia, iż nieodpłatnie udzieli Redakcji GPC i jej Wydawcy wszelkiego wsparcia i pomocy.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa , 7 września 2020 r.

 

Lista tematów na temat Prezesa PZPN, których zgodnie z postanowieniem Sądu Okręgowego w Warszawie nie może poruszać red. Piotr Nisztor jest TUTAJ.

 

Wszyscy moi mistrzowie – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o roli mentorów w zawodzie dziennikarza

Mam szczęście w życiu. Zawsze tak uważałam, mimo różnych perturbacji, które zdarzały mi się po drodze. Szczęście to polega między innymi na tym, że mogłam uczyć się zawodu od najlepszych. W czasach kiedy wszyscy się spieszą i gdzieś gonią, kiedy w wielu redakcjach panuje ostra rywalizacja, moi mistrzowie podarowali mi czas, uwagę, życzliwość i cierpliwość. O tak, na początku potrzebne było morze cierpliwości…

 

Całe swoje zawodowe życie pracuję z kobietami i to one przede wszystkim wywarły na mnie wpływ. Wdzięczna jestem każdej z nich – Kasi Rodek z radia studenckiego, która nauczyła mnie radiowych podstaw, takiego elementarza radiowca. Jak zrobić sondę uliczną? Jak skonstruować ciekawy materiał reporterski? Jak w ogóle używać mikrofonu? Jak zmontować nagrany dźwięk? Jak rozmawiać z ludźmi?

 

Potem moją kolejną szefową była Hanna Dołęgowska, która przyjęła mnie do pracy w Polskim Radiu. Od niej nauczyłam się, że w pracy dziennikarza liczy się konkret. Hania była bezlitosna w tropieniu lania wody. Słów, które nic nie znaczą, a zajmują cenny czas antenowy. Sprawiedliwa do bólu. Chwaliła, ale też krytykowała. Od niej zdarzyło mi się usłyszeć: „zrobiłaś ten materiał, jakbyś była głucha” – nie cierpiała niestarannego montażu, byle jakich cięć, przypadkowego użycia dźwięku. Ona nauczyła mnie, jak występować na antenie. Jak rozmawiać z gościem. Jako wydawca z uwagą słuchała każdego słowa wypowiedzianego w audycji i reagowała natychmiast, kiedy coś jej zdaniem było nie tak.

 

Gdyby moją pierwszą pracę w radiu studenckim porównać do skończenia podstawówki, to praca z Hanią Dołęgowską w radiowej Czwórce dała mi radiową maturę. Potrafiłam już pracować szybko i skutecznie. Zrobić materiał reporterski i relację na żywo. Poprowadzić audycję w studiu i w plenerze, kiedy zawsze mogło wydarzyć się coś niespodziewanego.

 

Potem moją najprawdziwszą na świecie mentorką, Mistrzynią przez duże „M” została Hanna Bogoryja-Zakrzewska. Autorka niezliczonej liczby reportaży i laureatka kilkudziesięciu (!) nagród. Tropiła urzędnicze absurdy. Piętnowała korupcję. A jednocześnie – to osoba, która potrafi otwierać rozmówców, rozmawiać delikatnie. Ma dużą wiedzę na temat psychiki człowieka. To ona nauczyła mnie reportażu radiowego.

 

Hanię spotkałam przypadkiem. Pojechałam ze znajomymi z jednej z organizacji pozarządowych do niewielkiego miasta na północy Polski. Robiłam materiał o akcji, którą tam przeprowadziła młoda aktywistka, Paulina. Traf chciał, że była tam też Hania, która o tych samych ludziach robiła reportaż. Pamiętam jej długie włosy, powłóczystą spódnicę i ogromną życzliwość, którą mi wtedy okazała.

 

Byłam początkującą reporterką, ona reportażystką z fantastycznym dorobkiem. Ja, rozmawiając z ludźmi i nagrywając, popełniałam wiele błędów. Ona radziła sobie świetnie z każdą dziennikarską materią. Budziła mój autentyczny podziw. To ona, po tym spotkaniu, zaproponowała mi, żebym ubiegała się o podjęcie współpracy ze Studiem Reportażu i Dokumentu. I udało się! Gdyby nie Hanka, nie zaczęłabym robić reportaży radiowych.

 

Pierwszy, który wysłałam jej do oceny, zaakceptowała bez większych zastrzeżeń. Może na zachętę..? Bo każdego kolejnego słuchała wnikliwie i krytycznie. Nauczyła mnie dramaturgii. Wytłumaczyła, że poprzez reportaż opowiadamy radiowe historie. Nie przekazujemy tego, co najciekawsze. Przekazujemy opowieść w taki sposób, żeby z jednej strony dopełnić wszelkich reguł dziennikarskiej rzetelności, ale z drugiej – żeby w danej historii odcisnąć indywidualny ślad. Żeby znaleźć w niej drugie dno i pozostawić słuchaczowi miejsce na własną refleksję.

 

Pilnowała, żebym używała dźwięku z sensem. Żeby muzyka nie była przypadkowa. Żebym szukała nie tylko tematów, ale też sposobów na opowiadanie o nich.

 

Po dwóch-trzech latach takich nieformalnych praktyk (Hanka poświęciła dziesiątki godzin na słuchanie moich reportaży, czytanie maili, dawanie rad) dostałam propozycję pracy w Studiu Reportażu na etacie. Byłam najszczęśliwsza na świecie. Okazało się, że spotkałam tam moją kolejną mistrzynię – Irenę Piłatowską.

 

Nie tylko we mnie wywoływała na początku strach. Perfekcyjna w każdym calu – elegancka, zadbana, na wysokich obcasach, w pięknych sukienkach i makijażu, autorka tylu świetnych reportaży, że nie sposób ich tu wszystkich wymienić. Laureatka najważniejszych polskich i międzynarodowych nagród. Uprzejma, chociaż nieco zdystansowana. Przychodziłam do redakcji z nagrań w terenie, nieco rozczochrana i w ubłoconych butach i siadałam przed tą królową reportażu, która ma jakąś niezwykłą zdolność wyławiania z każdej audycji najmniejszej niedoskonałości.

 

Od niej nauczyłam się montować tak, żeby słuchacz nie był w stanie określić, gdzie zostało zrobione cięcie. Ona zwracała mi uwagę na każdą nielogiczność. Nie dało się jej mydlić oczu – dostrzegała każdy brak sensu, banalność pomysłu, błąd dramaturgii.

 

Nauczyła mnie, że nagrany materiał jest dopiero tworzywem, z którego muszę ulepić daną historię. Nawet jeśli mój rozmówca mówił doskonale. Nawet jeśli jego historia już po nagraniu wydaje się skończona – usłyszałam jej początek i koniec, wiem o wszystkim, co się wydarzyło. Wytłumaczyła mi, że nawet nagranie o łowieniu ryb można przekształcić w dzieło sztuki. Sama zrobiła o tym reportaż i dostała za niego nagrodę.

 

Ernest Hemingway wykreślał przede wszystkim przymiotniki. Uważał je w dużej mierze za niepotrzebne. Irena Piłatowska czyściła swoje reportaże z tego, co zaśmieca czystość przekazu. Dzięki niej zaczęłam nie tylko robić lepsze audycje, ale też lepiej pisać.

 

Nie wiem, kiedy przestałam się jej bać. Ale nadszedł w końcu taki moment. Może kiedy dostałam pierwszą w życiu nagrodę za reportaż?

 

Pamiętam, jak cieszyła się z każdego mojego wyróżnienia. Przede wszystkim z tego o zasięgu międzynarodowym, dzięki któremu spotkałam swoich kolejnych mistrzów. Tym razem dwóch mężczyzn.

 

Simon Elmes był moim mentorem w ramach stypendium im. Ake Blomstroma dla młodych twórców radiowych. Edwin Brys – koordynatorem tego programu. Najwyższa światowa liga reportażu radiowego. Uczyli mnie sztuki opowiadania historii, ale dali mi też coś ważniejszego niż wiedza, której miałam już w głowie sporo. Dali mi swoje ciepło i wiarę w moje możliwości. Być może wyczuli, że tego potrzebuję, bo bezustannie i przesadnie mnie chwalili, dzięki czemu uwierzyłam, że jestem w stanie zaprezentować efekt swojej rocznej pracy przed międzynarodowym gronem specjalistów. W dodatku – że będę opowiadać o swojej pracy w obcym języku, mimo kompleksów dotyczących akcentu rodem z Europy Wschodniej. Udało się. Efektem stypendium był reportaż, którym wygrałam też jedno z najważniejszych dla mnie wyróżnień – Srebrnego Melchiora.

 

Moi wszyscy mentorzy, chociaż tak różni, mieli jedną cechę wspólną – niewiarygodną życzliwość.

 

Zdarzyło mi się przez krótki czas pracować w redakcji lokalnego radia. Moim szefem był tam wówczas człowiek, który najwyraźniej uważał, że dobry szef trzyma wszystkich krótko i rządzi twardą ręką. Kiedy na poranne kolegium przychodziłam z propozycjami tematów, mówił „no, całkiem niezłe” i… oddawał je innym. Jeśli w końcu udało mi się jakieś zachować dla siebie i wysyłałam mu do oceny gotowe materiały, krytykował je, a przy okazji – moje możliwości intelektualne. Usłyszałam od niego, że nigdy nie zostanę dziennikarzem z prawdziwego zdarzenia. W krótkim czasie doprowadził do tego, że kiedy przekraczałam próg radia, zaczynało mnie mdlić. Uciekłam stamtąd szybko.

 

Mój ówczesny szef nie nauczył mnie niczego. No, może poza jednym – jak NIE postępować z ludźmi.

 

Dziś, ucząc młodszych dziennikarzy zawodu, myślę o tych wszystkich osobach, dzięki którym doszłam do tego punktu, w którym jestem dzisiaj. Myślę o całym wsparciu, które mi dali. Wiem, że sami często w przeszłości też mieli kogoś takiego, kto uczył ich, nie licząc swojego czasu pracy, nie oczekując za to zapłaty, cierpliwie tłumacząc, na czym ten zawód polega.

 

Czuję, że pomoc moich mistrzów to jednocześnie pewien dług. Pomagając innym, teraz staram się go spłacić.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Apel SDP o zaprzestanie represjonowania dziennikarzy na Białorusi

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich domaga się natychmiastowego uwolnienia wszystkich zatrzymanych dziennikarzy oraz wzywa władze białoruskie do zaprzestania wszelkich form represji wobec dziennikarzy relacjonujących wydarzenia na Białorusi.

 

Funkcjonariusze państwa muszą uwzględniać szczególną rolę dziennikarzy i odróżniać specyfikę ich uczestnictwa w demonstracjach jako bezstronnych obserwatorów. Tylko w sierpniu 2020 służby białoruskie złamały tę zasadę co najmniej 151 razy, co oznacza zatrzymania średnio dziesięciu dziennikarzy dziennie. Z kolei 1 września 2020 zatrzymanych zostało 8 dziennikarzy relacjonujących demonstracje studentów w Mińsku.

 

Wszelkie działania organów państwa, które służą zastraszaniu dziennikarzy lub mają ich zniechęcić do przekazywania społeczeństwu informacji, są ingerencją w wolność słowa i powinny spotkać się ze zdecydowanym sprzeciwem organizacji międzynarodowych. Całkowicie niezrozumiały jest brak stanowczych kroków ze strony Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), której Białoruś jest członkiem, wielokrotnie wzywanej przez międzynarodowe organizacje dziennikarskie, w tym Europejską Federację Dziennikarzy, do podjęcia działań w sprawie nieakceptowalnego postępowania służb względem dziennikarzy.

 

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Media kontra social media

Czy redakcje nauczyły się wykorzystywać potencjał, jaki dają media społecznościowe? Jak dziennikarze funkcjonują w social mediach? Jaka będzie przyszłość: zaciekła rywalizacja, czy współdziałanie?

 

Refleksja nad twittem miesiąca

 

Zgodnie z danymi gromadzonymi przez Socialbakers i zebranymi w opracowanie lokalne: „July 2020 Social Marketing Report Poland”[1] najpopularniejszy w Polsce twitt zamieścił Netflix. Treść opublikowana 14.07.2020 r. brzmiała: „Jeśli uważacie, że rok 2020 jest pechowy, to cieszcie się, że przynajmniej miłość waszego życia nie okazała się być waszą ciocią”. Treści Netfliksa zajęły w tym miesiącu całe podium. Sama marka w zestawieniach statystycznych dla Twittera zajmuje pierwsze miejsce prawie we wszystkich kategoriach (liczby followersów, interakcji, tempa wzrostu społeczności). Pod względem rozmiaru wyrażonego liczbą osób, które „podążają za treściami” na Twitterze drugie miejsce zajmuje Samsung Polska, za nim znalazły się: StayPoland.com, Tymbark i Orange Polska. Redakcji na szczycie brak. Podobnie sytuacja wygląda na YouTube (Media Expert, Reserved, Xbox Polska, Tyskie, Play) i Facebook’u (Netflix, Iwette Fashion, OLX Polska, RTV Euro AGD, Morele.net).

 

Według serwisu Social Sharks „Profile Netfliksa w social mediach to marketingowe złoto”. Dlaczego? Rekiny wskazały na trzy istotne elementy stanowiące podstawę popularności Netfliksa:

  • Odpowiednio dobrany do grupy docelowej ton komunikacji (żartobliwy i swobodny),
  • Zaangażowanie w kontakt z fanami z wykorzystaniem najnowszych rozwiązań (np. bot, który pomaga użytkownikom dobrać serial na podstawie jego nastroju lub wysłanej przez niego emotikonki),
  • Pomysłowy content (wysokiej jakości zapowiedzi video nowych produkcji)[2].

 

Autorzy obszernego „Przewodnika po social mediach w Polsce 2019/2020” przygotowanego dla Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska podkreślają znaczenia właściwego doboru platformy do działań. Słowem, nie zawsze Facebook to rozwiązanie najlepsze, może się okazać, że skuteczniejszy będzie np. o wiele mniejszy LinkedIn. W podsumowaniu zachęcają do szczegółowego poznania swojego odbiorcy, zbudowania jego idealnego wierunku (tzw. „Persona”), dobraniu kanału komunikacji, wytyczeniu celów i określeniu mierników sukcesu[3]. W materiale wzięto pod uwagę: Facebook, Instagram, YouTube, LinkedIn, Twitter, Pinterest, Snapchat i TikTok. Poza tym funkcjonują oczywiście małe społeczności, które z jakichś przyczyn mogą okazać się dla nadawcy komunikatu interesujący, na przykład polski portal miłośników fantasy i science fiction: Fantastyka.PL, który prowadzi „Nowa Fantastyka”. Co ciekawe i warte podkreślenia, zgodnie ze wstępem do „Przewodnika”, który napisali Monika TurekAdam Kręglelewski, dziennikarze nie stanowią jakiejś szczególnej grupy docelowej dla tego materiału. Wyróżniono za to: marketerów, właścicieli firm, pracowników agencji reklamowych i domów mediowych. Nie uznano więc redaktorów za istotną dla zagadnienia grupę i o tym punkcie widzenia warto pamiętać, bo nadaje dobry kontekst ocenie aktywności dziennikarzy w internetowych społecznościach.

 

Czy redakcje i dziennikarze potrafią (i mogą) odnaleźć się w świecie, w którym specjaliści od Public Relations, lub marketingu rywalizują o jak największe zaangażowanie w marki w celu zwiększenia słupków sprzedaży? O tym dalszej części.

 

Okiem eksperta

 

Autor portalu SDP.PL ceniony ekspert w dziedzinie mediów społecznościowych Mirosław Usidus zapytany o to, czy dla tradycyjnych mediów social media to przede wszystkim konkurencja (w walce o uwagę odbiorców i budżety reklamowe), czy sojusznik (gdyż pozwalają dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i zaangażować ich w markę)?, odpowiedział:

 

Teoretycznie sojusznik, w praktyce konkurencja, zwłaszcza jeśli chodzi o przychody reklamowe. Pisałem o tym ostatnio sporo na portalu SDP (na przykład tu[4]).

 

Czy dziennikarze sami sobie zrobią dobre social media, czy jednak redakcje powinny zatrudniać specjalistów z tej właśnie dziedziny?

 

Cóż, zależy co media chcą osiągnąć. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś lepiej niż dziennikarze rozmawiali o ich własnych tematach, publikacjach. Z drugiej strony przedsiębiorstwa medialne mają również potrzeby marketingowe, sprzedażowe, i tu dziennikarze niekoniecznie najlepiej się sprawdzają.

 

W świecie zasad

 

Redakcje żyją z tego, że publikują treści, które trafiają do ich odbiorców, utrzymują ich uwagę i przy okazji pozwalają na sprzedaż powierzchni reklamowej lub czasu antenowego. Dziennikarze otrzymują wynagrodzenie za profesjonalnie przygotowane materiały. Social media żyją z tego samego, przy czym treści otrzymują za darmo (przede wszystkim zresztą amatorskie i na trywialnym poziomie). Bez wątpienia stanowi to dylemat dla samych dziennikarzy: napisać coś za darmo, czy też jednak za wierszówkę? Bywa, że ich aktywność regulują też same redakcje. W 2019 roku o nowych zasadach obowiązujących dziennikarzy TVN poinformowały WirtualneMedia. Mają oni wykazywać szczególną ostrożność w publikowaniu materiałów z życia prywatnego. Wykluczone jest na przykład przypadkowe lokowanie jakiegokolwiek produktu lub recenzja, co zmusza dziennikarza, do sprawdzenia każdego zdjęcia, przed jego zamieszczeniem. Dalej mowa jest o interesie redakcji, czyli niepublikowaniu niczego, co jeszcze nie trafiło na antenę. Zakazane są polemiki z politykami. Jeśli dziennikarz koniecznie chce się wypowiedzieć na jakiś temat, który nie trafi na wizję, powinien uzyskać akceptację redakcji[5].

 

Trudno w takim świecie poczuć się swobodnie. Już dekadę temu raporty „Dziennikarze i social media”, przygotowywane przez Multi Communications (obecnie One Multi), pokazywały, że dziennikarze głównie szukają inspiracji do nowych tematów (58%), a nieczęsto coś zamieszczają (w ciągu miesiąca 52,3 badanych zamieściło na swoich kontach od 2 do 5 postów). Kolejne badania tylko to potwierdzały[6]. Jak podczas pierwszego Blog Forum Gdańsk (2010 r.) mówił znawca tematu Brian Solis, dobry twitt „żyje” półtorej godziny. Dwa posty w miesiącu to stanowczo za mało, żeby zaistnieć. Wobec takich wytycznych i wspomnianego wcześniej dylematu trudno się jednak temu dziwić. Dziennikarze głównie udostępniają efekty swojej pracy, czasem zapowiadają własny program, z życia prywatnego publikują treści bezpieczne, na przykład o podróżach.

 

Media w social mediach (przykład Facebook.com)

 

Patrząc przez pryzmat największego ciągle serwisu i liczby fanów poszczególnych stron, należy stwierdzić, że najpopularniejszą ma Robert Lewandowski (9 462 593). Resztę podium również zajęli piłkarze: Wojciech SzczęsnyKuba Błaszczykowski. Z mediów najwyższą, siódmą pozycję w zestawieniu Socialbakers zajmuje Radio ESKA (1 929 511). Na 18 pozycji uplasował się TVN24 (1 485 924 fanów)[7]. Może warto wspomnieć, że miejsce 10 zajmują Serce i Rozum, czyli bohaterowie, którzy ponad trzy lata temu zniknęli z telewizyjnych reklam[8]. Znaleźli jednak swoje miejsce w social mediach i to z dużą publicznością. Zauważmy również, że Radio ESKA dobrze radziło sobie od początku obecności na Facebook’u. W 2012 roku Andrzej Jaszczyszyn stwierdził, że podstawą sukcesu jest dopasowanie aktywności na fanpage’u z ustalonym czasem obecności fanów. Dlatego też radio najmocniej angażowało się w komunikację w weekendy[9].

 

Czy social media potrzebują mediów a media social mediów?

 

Media społecznościowe karmią się treściami, które angażują uczestników i skłaniają do spędzania w nich czasu. Trwa rywalizacja o uwagę z mediami tradycyjnymi i grami sieciowymi. Interesem serwisów jest więc stworzenie klimatu, w którym ten samonapędzający się instrument działa, bo treści dostarczane są za darmo. Media stoją ciągle przed pomysłem na znalezienie sposobu na efektywne wykorzystanie social mediów, z którymi jednocześnie rywalizują o budżety reklamowe i czas poświęcany przez odbiorców. To takie bycie jednocześnie w środku i na zewnątrz. Można obserwować rozpaczliwe nieraz próby wyciągania fanów na swoją stronę WWW za pomocą tytułów i sensacyjnych zapowiedzi, tzw. cilckbite’ów[10]. Użytkownik serwisu społecznościowego przy tym zapewne znajdzie rozwiązanie zagadki typu: „Sprawdź, czy Lewandowski strzelił gola w finale”, na fanpage’u innej redakcji, która napisze: „Tym razem Lewandowski nie strzelił[11]. Który z serwisów polubi bardziej? Nietrudno się domyślić, że ten, który dostarczy mu informacji, bez zmuszania do jakiejkolwiek reakcji.

 

Skuteczna obecność w mediach społecznościowych wymaga od redakcji zatrudnienia specjalistów z tej właśnie dziedziny. Prasa, radio, czy telewizja, które przez długie lata były nośnikami reklamy, obecnie same jej potrzebują. Dla dziennikarzy efektywna i do tego wręcz sprzedażowa komunikacja w social mediach nie jest głównym celem działania. Czas profesjonalistów trzeba szanować. Albo będą pracować nad kolejnym materiałem dziennikarskim, albo dyskutować do późnej nocy o już zamieszczonym. Niezbędne jest więc zacieśnianie współpracy między działami redakcyjnym i marketingu i taki obieg komunikacji wewnętrznej, żeby osoby odpowiedzialne za konta w social mediach, były w stanie udźwignąć ciężar dyskusji. Pamiętajmy, że przez lata dla mediów komunikacja była jednostronna, czyli wystarczyło coś nadać i poczekać na ewentualne listy do redakcji. Dziś wszystko dziać się może w czasie rzeczywistym.

 

Zmieni się funkcjonowanie redakcji?

 

Otwarte pozostaje pytanie, jakie dochody powinna mieć redakcja, żeby utrzymywać dodatkowy dział odpowiedzialny za profesjonalną obsługę w mediach społecznościowych, bo ani sami dziennikarze, ani sam marketing rozumiany jako grono sprzedawców powierzchni reklamowych, czy czasu antenowego, tego nie zrobią.

 

Mariusz Pleban, prezes One Multi (dawniej Multi Communictaions), czyli firmy, na zlecenie której powstawały raporty „Dziennikarze i social media”, stwierdził w komentarzu do badania z 2014 roku, że szalenie ważne jest prowadzenie w mediach społecznościowych komunikacji zgodnej ze strategią PR firmy[12]. Zdaje się, że redakcje w Polsce wciąż uważają się za inny typ organizacji i specjalistów ds. Public Relations w nich w ogóle nie ma.

 

Być może stoimy właśnie na progu zmian tak daleko idących, że po nich komunikacja redakcji stanie się spójna we wszystkich jej aspektach: dzieła dziennikarskiego, komunikacji marketingowej samego medium, które też musi się sprzedać, upublicznianej reklamy i aktywności w internetowych społecznościach ze stałą pogonią za nowinkami w tym zakresie? Oznacza to jednak konieczność zbudowania nowego typu organizacji, która będzie skupiać specjalistów z bardzo różnych dziedzin, pracujących na rzecz wspólnego celu. Tylko wówczas informowanie najprawdopodobniej będzie równorzędne z angażowaniem i sprzedawaniem.

 

Social media bez mediów

 

W szczegółowej analizie „Socjalistyczny monopol internetowych gigantów”[13], którą opublikował na SDP.PL Mirosław Usidus, zwrócił on uwagę, do jakiego stopnia potentaci wirtualnych treści są nie fair w stosunku do mediów tradycyjnych. Idąc tą analogią, warto podkreślić, że bez wątpienia wielu z nas zaangażowało się w publikowanie dobrych treści w mediach społecznościowych z przekonaniem budowania jakiegoś gigantycznego, wspólnego dobra. Początki komunizmu były podobne patrząc chociażby przez pryzmat losów naszych literackich noblistów – Czesława MiłoszaWisławy Szymborskiej[14]. Dziś widać wyraźnie, że budujemy to „wspólne dobro” za darmo, a zyski czerpie zupełnie ktoś inny. Czy media tradycyjne stoją w tym starciu na przegranej pozycji? Mirosław Usidus podkreśla w swoim artykule, że internetowi giganci omalże nie mają swoich treści. Ten świat redakcji jest przy tym światem miałkim: sprzedaży, politycznej kłótni, trywialnej rozrywki i plotek. Być może jest to ostatni moment, w którym media w skali globalnej zaczną wspólnie domagać się swoich praw do udziału w zyskach z tytułu upubliczniania treści, za których powstanie zapłaciły dziennikarzom? Tylko czy taki światowy kongres i jednoznaczne stanowisko w tej sprawie jest w ogóle możliwe?

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.socialbakers.com/resources/reports/poland/2020/july – dostęp 28.08.2020 r.

[2] https://socialsharks.pl/netflix-w-social-mediach-3-lekcje-dla-marketerow/ – dostęp 28.08.2020 r.

[3] Dokument do pobrania ze strony WWW IAB: https://www.iab.org.pl/baza-wiedzy/przewodnik-po-social-media-w-polsce/ – dostęp 28.08.2020 r.

[4] https://sdp.pl/ostatnia-dekada-prasy-miroslaw-usidus-podaje-date-konca-prasy-papierowej/ – dostęp 02.09.2020 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvn-zasady-aktywnosci-dziennikarzy-w-social-media-regulamin-nie-polemizowac-z-politykami – dostęp 20.08.2020 r.

[6] http://blog.wirtualnemedia.pl/zbigniew-brzezinski/post/o-wplywie-blogosfery-na-media-na-marginesie-raportu-%E2%80%9Edziennikarze-i-social-media-2011-multi-communications – dostęp 20.08.2020 r.

[7] Zestawienie pierwszej dziesiątki mediów na Facebook’u w Polsce według liczby fanów: Radio ESKA, TVN24, ESKA TV, ONET, Fakt24.PL, TVN, Sport.PL, Radio ZET, RMF FM, MTV Polska: https://www.socialbakers.com/statistics/facebook/pages/total/poland/media – dostęp 28.08.2020 r.

[8] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/koniec-reklama-serce-i-rozum-reklama-orange-love – dostęp 28.08.2020 r.

[9] https://www.slideshare.net/oskarberezowski/raport-o-aktywnosci-na-facebooku – dostęp 28.08.2020 r.

[10] https://spidersweb.pl/2017/03/clickbait-co-to.html – dostęp 28.08.2020 r.

[11] https://sdp.pl/kliknij-bo-sie-nie-dowiesz-zbigniew-brzezinski-o-wyscigu-redakcji-na-odslony/ – dostęp 28.08.2020 r.

[12] http://www.proto.pl/aktualnosci/raport-dziennikarze-i-social-media-2014 – dostęp 28.08.2020 r.

[13] https://sdp.pl/13113-2/ – dostęp 02.09.2020 r.

[14] S. Żak, Polscy pisarze nobliści, Oficyna Wydawnicza STON-2, Kielce 1998 r.

„Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”’. Rozmowa z Krzysztofem Skowrońskim

Koncert Ewy Błoch, którego premiera odbyła się 15 lipca, to była ostatnia z planowanych imprez cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”. Ale to nie koniec. Mamy dla Państwa jeszcze dwie niespodzianki – wśród nich unikatowy wywiad Jolanty Hajdasz z twórcą Radia Wnet i prezesem SDP Krzysztofem Skowrońskim.

 

W tym roku zamiast corocznych imprez pod szyldem „Maj na Foksal” Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaprosiło na cykl imprez on-line, na portalu sdp.pl,. „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”. Zaplanowaliśmy osiem imprez  kulturalnych, rozrywkowych, nie zabrakło też rozmów z dziennikarzami, fotoreporterami którzy opowiedzieli o swojej pracy. Wszystkie wydarzenia  są dostępne na naszym portalu (TUTAJ), kto nie miał jeszcze okazji ich obejrzeć może więc nadrobić zaległości. Mamy też nadzieję, że przynajmniej cześć z naszych widzów będzie chciała zobaczyć je jeszcze raz.

 

Na koniec przygotowaliśmy dwa materiały, których nie było w programie. Pierwszy z nich to rozmowa Jolanty HajdaszKrzysztofem Skowrońskim, legendą dziennikarstwa radiowego, twórcą i szefem Radia Wnet, prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  Zazwyczaj to on zadaje pytania, a wywiadów udziela niezwykle rzadko. Mamy więc niecodzienną okazję zobaczyć i posłuchać jak czuje się „po drugiej stronie mikrofonu”, w roli odpytywanego.

 

 

Jedną z imprez cyklu „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom”, która cieszył się największą popularnością wśród oglądających był koncert utworów Rafała Stradomskiego. Usłyszeliśmy na nim wiele światowych prawykonań kompozycji tego artysty. Mogliśmy poznać nie tylko jego talent muzyczny, ale też literacki. Kompozytor przeczytał bowiem fragmenty swojej najnowszej książki Życie seksualne kosmitów.  Wieczór z Rafałem Stradomskim, transmitowany na żywo z Domu Dziennikarz przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie, trwał ponad dwie godziny, przygotowaliśmy więc jeszcze krótszą wersję tego wydarzenia, która zawiera jego najciekawsze momenty. Gorąco zapraszamy do jej obejrzenia.

 

 

WSZYSTKIE WYDARZENIA CYKLU „DZIENNIKARZE ARTYSTOM – ARTYŚCI DZIENNIKARZOM”

 

Cykl imprez „Dziennikarze artystom – artyści dziennikarzom” dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu „Kultura w sieci”, którego celem jest wsparcie upowszechniania dorobku kultury w internecie w czasie pandemii koronawirusa.

 

 

 

Cóż to jest „medialny patriotyzm”? – pyta ŁUKASZ WARZECHA

Artykuł 10. Prawa prasowego stwierdza, że jednym z zadań dziennikarza jest „służba społeczeństwu i państwu”. O ile służbę społeczeństwu można sobie względnie łatwo zdefiniować – uczciwe informowanie, pokazywanie różnych punktów widzenia bez wątpienia leży w interesie społecznym – to „służbę państwu” już znacznie trudniej. To oczywiście jeden z reliktów ustawy z 1984 r., których nigdy z niej nie wykreślono – ale już to wiele mówi o jej jakości.

 

A przecież to jest obowiązujący akt prawny. Można doskonale zrozumieć, co mieli na myśli komuniści, gdy taki zapis w Prawie prasowym umieszczali, ale co mają na myśli dziś rządzący, którzy mimo kilkakrotnych nowelizacji od 2015 r. tych słów nie wykreślili – choć wykreślili w końcu nazwę „Polska Rzeczpospolita Ludowa”? Oraz co miały na myśli wszystkie poprzednie większości sejmowe, które również w tym sformułowaniu nie dostrzegały niczego niestosownego?

 

Lecz przyjmijmy, że to jedynie zaniedbanie i posłom po prostu nie chciało się niczego zmieniać ponad to, co absolutnie niezbędne. Puszczamy do siebie nawzajem oko i jest dla nas jasne, że nic konkretnego za tym nie stoi. Ot, taka sobie fraza, która istnieje w prawie prasowym na zasadzie pomniczka na cześć jego twórców sprzed 36 lat. Tyle że niektóre deklaracje rządzących mogą wskazywać, że tak jednak nie jest.

 

Zwróciły moją uwagę słowa wypowiedziane przez premiera Mateusza Morawieckiego podczas gali z okazji 3. urodzin telewizji wPolsce.pl, jednego z podmiotów medialnych kierowanych przez braci Karnowskich. Pan premier powiedział (a pochwaliła się tą wypowiedzią na Twitterze sama Kancelaria Premiera): „Potrzebujemy niezależnego myślenia. Jest patriotyzm gospodarczy, ale też ważny jest patriotyzm medialny. Media powinny mieć na uwadze interes Polski i za to dziękuję. […] Patriotyzmu medialnego życzę wszystkim Polakom. Żeby wszystkie media myślały po polsku, pilnowały polskich interesów i patriotyzmu medialnego”.

 

Zacząłem się nad tą wypowiedzią zastanawiać. Przecież jeśli pan premier tak bardzo podkreśla tę cechę telewizji wPolsce.pl, którą nazywa „patriotyzmem medialnym”, to musi oznaczać, że jest ona widoczna na tle mediów, które – zdaniem szefa rządu – cechy tej nie posiadają. Jako że Mateusz Morawiecki nie przybliżył słuchaczom, czym ów „patriotyzm medialny” miałby być, można jedynie uciec się do rozumowania a contrario i dojść do wniosku, że będą to najprawdopodobniej media niejako „odwrotne” wobec mediów braci Karnowskich (przy czym zauważyć trzeba, że akurat telewizja wPolsce.pl, gdzie sam sporadycznie bywałem, jest wśród mediów Fratrii względnie liberalna).

 

Tu pojawia się wniosek raczej niepokojący, jako że główną i najbardziej widoczną cechą mediów braci Karnowskich jest ich spolegliwość z punktu widzenia rządzących (słowa „spolegliwość” jako tradycjonalista językowy używam tu w jego pierwotnym znaczeniu). Czyżby zatem pan premier miał na myśli to, że nie są „patriotyczne” te media, których władza nie może traktować jako „swoich”, czyli które sprawiają jej jakiś kłopot? Może pojawić się takie podejrzenie. Gdyby tak było, to by oznaczało, że „niepatriotyczne” są nie tylko TVN czy „Gazeta Wyborcza”, lecz również choćby „Dziennik Gazeta Prawna” czy „Rzeczpospolita”. Inaczej mówiąc – niepatriotyczne byłoby każde medium niebijące nieustannie oklasków władzy. Przyznają państwo, że to jednak dość zatrważające podejście, a jego skutki mogą być fatalne. Przecież od stwierdzenia o braku patriotyzmu do stwierdzenia, że ktoś zdradza polskie interesy tylko krok. Zwracałem na ten tok rozumowania wielokrotnie uwagę, również na portalu SDP, pisząc o zagrożeniach, jakie stwarza dla wolności słowa idea repolonizacji lub dekoncentracji mediów.

 

Nawet jednak jeśli odejść od takiej interpretacji i zastanowić się nad słowami szefa rządu w oderwaniu od punktu odniesienia w postaci mediów braci Karnowskich, nadal mamy trudną sytuację. Co pan premier może rozumieć pod pojęciem „patriotyzmu medialnego”? Być może można by się odwoływać – zwolennicy władzy zapewne by to robili – do wzoru niemieckiego, w którym media starają się nie naruszać podstawowych uzgodnień, dotyczących niemieckiego interesu. Ale jest tu zasadnicza różnica: w Niemczech takie ustalenia są. Niemiecka polityka przez lata opierała się na zasadzie mozolnie wypracowywanego konsensu przynajmniej co do spraw podstawowych pomiędzy nawet skrajnie sobie przeciwnymi siła politycznymi, co załamało się częściowo na jakiś czas po wejściu do gry AfD (dziś spadającej w sondażach), lecz w większości wciąż trwa w mocy. Ogólnie rzecz biorąc, niemieckie media wiedzą, gdzie przebiega linia porozumienia co do żywotnych interesów ich państwa, bo nikt z głównego nurtu niemieckiej polityki ich nie kwestionuje.

 

W Polsce jest całkiem inaczej: samo zdefiniowanie żywotnych interesów Polski jest przedmiotem gorącej debaty i karczemnego momentami sporu, więc jak można od mediów wymagać, żeby trzymały tu jakąś linię? Przykład: jeśli trwa spór o to, czy działania obecnej władzy mogą doprowadzić do wyjścia Polski z UE (ja uważam, że nie mogą, ale to moja opinia), to czy można od dziennikarzy wymagać, żeby takiej możliwości nie rozważali? Czy rozważanie jej można nazwać „niepatriotycznym”? Niemieccy dziennikarze takich dylematów nie mają. Mogą za to zajmować się na przykład relacjami Berlin-Moskwa i to robią.

 

Czym ma być „patriotyzm medialny”? Czy ma oznaczać przymykanie oczu na to, co aktualna władza uzna za ważne dla państwa nie odróżniając państwowego od partyjnego? Inaczej mówiąc – czy media, aby być patriotyczne, mają słuchać władzy i mówić jedynie o tym, co nie będzie jej przeszkadzać? Ktoś odpowie: media mają nie szkodzić Polsce. Świetnie, ale kto definiuje, co szkodzi Polsce? Czy na przykład szkodziło Polsce opisanie sprawy amerykańskiej aktywności wywiadowczej w Klewkach? Można by argumentować, że w jakimś sensie – tak. Czy w takim razie chcemy, aby media były „patriotyczne”, czyli w takich sytuacjach milczały? Czy zarazem mamy wątpliwości, że dobrze się stało, że tamta sprawa została przez dziennikarzy ujawniona? Ja nie mam.

 

Wszystko to prowadzi mnie do wniosku, że wszelkie rozważania – a już zwłaszcza snute przez rządzących – o „patriotyzmie medialnym” są zwyczajnie niebezpieczne, bo niemal zawsze maskują oczekiwanie, że dziennikarze będą jedynie podbijali władzy bębenek i powstrzymają się od krytyki. (Mowa oczywiście o normalnych czasach; w sytuacjach podbramkowych, na przykład w przededniu wojny albo wobec zagrożenia terrorystycznego sprawy mogą wyglądać specyficznie, ale to temat na inną analizę.)

 

Sądzę, że wyznacznikiem kursu powinna być dla nas dewiza amicus Plato sed magis amica veritas. Służąc prawdzie, dostarczając informacji ludziom, przedstawiając im różne punkty widzenia, tocząc dyskusje i spierając się – tak pokazujemy nasz medialny patriotyzm i tylko w ten sposób powinniśmy go rozumieć.

 

Łukasz Warzecha

MIROSŁAW USIDUS: Socjalistyczny monopol internetowych gigantów

Drodzy przedstawiciele mediów. Tzw. Big Tech czy, jak kto woli, GAFA (Google-Apple-Facebook-Amazon) to nie są wasi przyjaciele. Dlatego uważajcie na sprzedawane wam „strategie cyfrowe” żonglujące „pozycjonowaniem w wyszukiwarkach”, „silną obecnością w społecznościach” i sprzedażą na platformach, np. mobilnych, na które nie macie żadnego wpływu.

 

W ostatnim moim tekście na portalu SDP (TUTAJ) pisałem o stopniowym uzależnianiu przez Google’a wydawców za pomocą projektu Accelerated Mobile Pages, AMP, który, owszem, przyspiesza działanie serwisów internetowych, ale jednocześnie potęguje krok po kroku kontrolę giganta nad treściami oferowanymi przez strony aż do momentu, w którym czytelnik przestaje widzieć, że to, co konsumuje, nie należy do Google. Od publikacji tamtego tekstu pojawiła się informacja o tym jak inny potentat, firma Apple, bezceremonialnie pomiata wydawcami mediów, nawet tymi bardzo znanymi i wielkimi markami. Ale do tego jeszcze wrócę.

 

Europa walczy, USA też, ale…

 

Z dominującymi i monopolistycznymi praktykami Google, Facebooka i spółki próbuje się walczyć, o czym dobrze wiadomo. Na świecie z zainteresowaniem patrzy się na zabiegi niektórych krajów europejskich, których prawne batalie z Big Tech są dla wielu wzorem. Od 2017 roku Google przegrał na naszym kontynencie trzy sprawy dotyczące uczciwej konkurencji. Czy to w jakikolwiek sposób zmieniło układ sił i polepszyło sytuację wydawców? Znane przykłady na to nie wskazują.

 

Niedawno francuskie organy antymonopolowe nakazały Google’owi negocjować z wydawcami opłaty za treści wiadomości serwowane w wynikach wyszukiwania. Działania te wynikają z dyrektywy Unii Europejskiej w sprawie praw autorskich, zwanej u nas ACTA2 i mającej wiele wad, które opisywałem wcześniej wielokrotnie w kolejnych artykułach publikowanych na portalu SDP. Przypadek Hiszpanii, która już wiele lat temu próbowała zmusić Google do płacenia za umieszczanie linków do materiałów tamtejszych mediów w Google News nie jest zbyt zachęcający. Mediów hiszpańskich Google nie serwuje. Nie słychać jednak, by to coś dało tamtejszym mediom biznesowo – uważa się, że wręcz przeciwnie. Ponieważ z ACTA2 wynikają ogromne obawy związane z wolnością słowa, jest bardziej niż wątpliwe, czy to jest właściwa droga dla wydawców medialnych.

 

Wzorem zachodniej Europy także inne kraje zaczynają stosować bardziej agresywne podejście. Antymonopolowe postępowania w sprawie Google prowadzone są m. in. w Australii i Brazylii. Amazon ma do czynienia z dochodzeniem antymonopolowym w Europie, ale również w Indiach. Firmy Big Tech mają również do czynienia z dochodzeniami na swoim ojczystym gruncie, w Stanach Zjednoczonych.

 

Jednak w USA obowiązuje wciąż prawo rozdziału 230. Communications Decency Act, ustawy uchwalonej przez Kongres USA w 1996 roku. Przepisy te mówią, że „żaden dostawca lub użytkownik interaktywnej usługi komputerowej nie może być traktowany jako wydawca lub nadawca jakichkolwiek informacji dostarczanych przez innego dostawcę treści informacyjnych”. Oznacza to, że w świetle amerykańskiego prawa Facebook, Google i Twitter mogą grać na innych zasadach niż tradycyjne firmy medialne. Choć prawo to nie obowiązuje poza USA, to jednak reszta świata niejako „odziedziczyła” sposób myślenia o Big Tech i traktowania ich inaczej niż tradycyjne mass media.

 

Przepisy te mają różne konsekwencje a najważniejszą z nich jest szybki wzrost potęgi firm, które według założeń z 1996 r. miały być nimi chronione, aby przetrwać wśród gigantów medialnych. Z czasem same stały się gigantami. Jeff Kosseff, autor „The Twenty-Six Words That Created the Internet”, twierdzi, że rozdział 230 okazał się „niesamowicie korzystny” dla platform technologicznych, przyspieszając rozwój najpotężniejszych obecnie firm na świecie. Wielu uważa, że obecnie sytuacja się odwróciła. To dawnych gigantów mass mediów trzeba chronić przed przerośniętymi podopiecznymi rozdziału 230.

 

Można odnieść wrażenie, że polityka USA się radykalnie zmieniła. Oczekuje się, że Departament Sprawiedliwości w ciągu najbliższych miesięcy wniesie sprawę przeciwko Google’owi, co będzie jednym z największych postępowań antymonopolowych w Stanach Zjednoczonych od lat 90-tych. Szefowie Amazona, Google, Facebooka i Apple już dość często pojawiają się przed amerykańskimi prawodawcami. Ostatnio w ramach kongresowego dochodzenia antymonopolowego w sprawie ich uprawnień rynkowych zeznawali pod koniec lipca.

 

A zatem może wydawać się, że nad GAFA zbierają się wreszcie czarne chmury, ale może to być złudne wrażenie. Potentaci technologiczni są fundamentami przewagi technologicznej USA na świecie. Raczej nikt nie zamierza wysyłać ich na gilotynę, bo byłoby to niszczenie ogromnych i kluczowych sektorów amerykańskiej gospodarki. Jeśli administracja amerykańska coś chce ugrać, to dotyczyłoby raczej większej kontroli, dyscyplinowania zbyt daleko idącej niezależności Big Tech i zgodności ze strategicznymi celami Stanów Zjednoczonych na świecie (np. w dziedzinie polityki wobec Chin). Republikanie chcą wymusić na firmach technologicznych poszanowanie wolności słowa, czyli zaprzestania blokowania prawicowych treści. Demokraci chcą aktywnej walki z „mową nienawiści” czyli blokowania prawicowych treści. W aspekcie prawnym doświadczenie tamtejszych władz z próbą antymonopolowego przeczołgania Microsoftu uczy, że próby rozbicia tak wielkich technologicznych monopoli mogą być nieskuteczne, nawet jeśli władza jest zdeterminowana aby walczyć z takimi praktykami.

 

A zachodnioeuropejskich dochodzeń Google i inni nie boją się aż tak bardzo. Zwłaszcza, że interesy innych krajów europejskich takich jak np. Polska różnią się w tej dziedzinie od Francji i Niemiec. Nie ma powodu, abyśmy nie kierowali się naszymi.

 

Uczciwe i równe partnerstwo zamiast „podatków od linków”

 

Tymczasem stare media, i tak będące w niezbyt wesołej sytuacji od lat, zebrały w tym roku kolejne ciosy z powodu pandemii. „New York Times” obliczył już w kwietniu, że w Stanach Zjednoczonych wskutek ataku koronawirusa pracę straciło około 36 tysięcy pracowników newsroomów. A stało się to w czasie ogromnego wzrostu popytu na informacje medialne. Według „Wall Street Journal”, w połowie marca ruch na najważniejszych portalach informacyjnych wzrósł o 30 proc. Przepraszam, że podaję dane dotyczące USA, ale tam po prostu wszystko jest szybko, kompleksowo, badane i liczone. Można przyjąć założenie, że na innych rynkach, w tym na polskim, dane były, jeśli nie podobne liczbowo, to zmieniały się według analogicznych prawidłowości.

 

Dlaczego pomimo wzrostu popytu na informacje, tradycyjne media znalazły się w kłopotach i zwalniały? Zdaniem analityków rynku powodem jest spadek przychodów z reklamy. A przychody z reklamy Big Tech w tym trudnym czasie? Cóż, jeśli chodzi o Google, to też spadły i to po raz pierwszy w historii. W tym roku wyszukiwarkowy potentat ma mieć mniej z tego tytułu o 5 proc. Ale np. Facebookowi przychody reklamowe wzrastają w tym okresie o 11 proc. Ogólnie uważa się, że koronawirusowy kryzys nie tylko nie skrzywdził firm technologicznych, ale mocno napędził im wyniki, bo w odróżnieniu od firm medialnych, oferta takiej firmy jak Google jest bardzo szeroka i wszechstronna.

 

Widoczne gołym okiem obrastanie w tłuszcz Big Techu, gdy inni przymierają głodem, doprowadziło niektórych do podjęcia dość radykalnych działań. Władze Australii ogłosiły w lipcu wprowadzenie projektu, który ma nałożyć na platformy internetowe obowiązek płacenia środkom masowego przekazu za zamieszczanie odsyłaczy do ich informacji w Google News i w strumieniu Facebooka. Google i Facebook, jak można było się spodziewać, uważają, że projekt ten to niewłaściwe podejście. W oświadczeniach tych firm przewijają się słowa o „zaskoczeniu” i „rozczarowaniu” propozycją australijskiego rządu, bo przecież „od dawna ciężko pracują” aby osiągnąć porozumienie z wydawcami.

 

Sprawa nie jest taka prosta, zwłaszcza w przypadku Facebooka, gdzie linki do treści medialnych umieszczają sami użytkownicy, a nie jak w przypadku Google News agreguje je algorytm na stronie internetowej. Dlaczego Facebook miałby płacić za publikacje, na które nie ma wpływu? A nawet jeśli chciałby to kontrolować, to dlaczego ma ograniczać swobodę użytkowników w publikowaniu treści, które są normalnie dostępne w Internecie i nie budzą żadnych kontrowersji? Gdyby Facebook chciał zgodnie z życzeniem wydawcy blokować jego linki, byłaby to cenzura prewencyjna. A w ogólnym sensie jest to zaprzeczenie demokratycznej idei wolnego obiegu informacji. Dlatego ten tok myślenia wydawców, prezentowany także przy okazji ACTA2, jest nie do przyjęcia.

 

O wiele sensowniejszy niż koncepcja „podatków od linków”, którą w kolejnej odsłonie zdaje się forsować Australia, wydaje się pomysł dzielenia się przez platformy typu Google i Facebook zyskami reklamowymi uzyskanymi z tytułu publikacji treści pochodzących od wydawców. Oczywiście wymagałoby to stworzenia niezależnych od kontroli Big Tech narzędzi ad-tech, które na zasadzie równego dostępu do danych pozwalałyby rozliczać przychody wynikające z wkładu treści od wydawców. Stworzenie tego rodzaju mechanizmu (publicznego?!) byłoby sporym technologicznym wyzwaniem, ale nie jest to niemożliwe. W połączeniu z „wyprowadzeniem” z jurysdykcji GAFA naszych prywatnych danych do domeny publicznej, mógłby powstać ciekawy, kontrolowany społecznie i biznesowo system, w którym siła monopoli zostałaby znacznie zredukowana.

 

Apple pilnuje swoich zysków

 

Mało kto uważa, że należy coraz bardziej restrykcyjne i bezceremonialne praktyki gigantów zostawić bez reakcji. Zwłaszcza, że następuje nieustanna eskalacja. Apple idzie w ślad Google’a, zacieśniając kontrolę nad treściami podmiotów zewnętrznych, ogałacać je z możliwości zarabiania bez dzielenia się zyskami. Według nowych informacji o wersjach beta systemów iOS 14 i MacOS 11 firma z nadgryzionym jabłkiem w godle zamierza „porywać” konsumentów informacji publikowanych przez zewnetrznych wydawców, przekierowując ich do płatnego serwisu Apple News+.

 

Według informacji Tony’ego Haile, szefa firmy Scroll, aktualizacja systemów Apple kieruje czytelnika informacji do aplikacji Apple, a nie na stronę internetową wydawcy. Ponieważ ustawienie to jest podobno włączone domyślnie, użytkownicy mogą nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że zostali przekierowani do aplikacji należącej do Apple, wydawcom grozi utrata dochodów z reklam lub z bezpośredniej sprzedaży nowych subskrypcji.

 

W Apple News+ pobierana jest od wydawców 50-procentowa prowizja. Generalnie wydawcy zawsze muszą płacić Apple, bo od ich niezależnych aplikacji w AppStore pobierane jest 30 proc. Ponadto Apple tępi wszelkie pomysły na zarabianie zarabiania, z których nie może pobierać haraczu, czyli np. skrypty reklamowe na stronach czy skłanianie użytkowników do zapisywania się do serwisu. Zaborczość i chciwość ludzi z Cupertino została uwypuklona, gdy niedawno usunięto ze sklepu z aplikacjami popularną grę Fortnite za to, że ta ośmieliła się oferować zakupy wewnątrz swojej aplikacji, nie dzieląc się zyskami z Apple.

 

Z tych i wielu innych powodów m. in. w Europie prowadzone jest dochodzenie w sprawie nadużywania dominującej pozycji rynkowej przez firmę Apple. W USA organizacja Digital Content Next, który reprezentuje m. in. New York Times Co, „Washington Post”, „Wall Street Journal” i innych wydawców, opublikowała list, skierowany do dyrektora naczelnego Apple, Tima Cooka, pytając dlaczego traktuje nierówno wydawców w porównaniu np. do Amazona, który ma znaczną zniżkę w AppStore.

 

Polityczne komitety doradcze Facebooka

 

Do dominacji w sferze biznesowej dochodzą również kontrowersje dotyczące praktyk cenzorskich internetowych platform takich jak Google czy Facebook. Podnoszone są zwykle przez media o charakterze prawicowym i konserwatywnym. Irytacje komentatorów budzi sam fakt, że firmy i ich przedstawiciele znani z poglądów o charakterze zdecydowanie lewicowym uzurpują sobie po pierwsze prawo do jakiejkolwiek cenzury (co w większości krajów demokratycznych jest sprzeczne z prawem) a w kolejnym kroku do cenzury jednostronnej politycznie.

 

Przedstawiciele Google i podobnych korporacji samowolnie zwalczając np. działające całkowicie legalnie w USA podmioty sprzedające broń, zwykle powołują się, broniąc swoich praktyk, na tzw. „odpowiedzialność społeczną” i konieczność „chronienia pewnych grup”. Są to działania nie tylko pozaprawne, ale godzą one najczęściej również w podstawowe wolności ludzkie. W ostatecznym efekcie prowadzą do manipulacji i serwowania nieprawdziwego obrazu świata.

 

Niech za przykład posłuży wprowadzone przez mnie kiedyś do wyszukiwarki obrazów Google hasło „How does a child after abortion look like?”. Nie ma szans, nawet po usunięciu wszystkich wiekowych i ochronnych filtrów, zobaczyć jak wygląda płód po aborcji. Google pokazuje jakieś bzdury nie na temat. I przedstawiciel Google tłumaczy mi, że to po to, aby mnie chronić. Przepraszam, ale tak „chronią” swoich obywateli także np. Chiny, nie pokazując im otwartego Internetu tylko spreparowaną i ocenzurowaną wersję. Dodam, że alternatywa wobec Google, DuckDuck pokazuje dokładnie to czego szukam i nie stara się mnie totalitarnymi metodami chronić.

 

Struktury i zasoby cenzorskie w strukturach organizacyjnych Big Tech rosnę w siłę i znaczenie. Powstają tam specjalne ciała „doradcze”, oparte na ekspertach lewicowych organizacji, które pomagają wycinać z platform wszystko co niesłuszne politycznie. Według niedawnego raportu biuletynu „Interface” autorstwa reportera serwisu „Verge” Caseya Newtona, Facebook pilotuje nowy program, który będzie monitorował wirusowe posty, które zyskują miliony odsłon, pilnując, czy nie naruszają standardów społeczności (określanych oczywiście przez owe „komitety” doradcze).

 

Newton podaje, że Facebook opracowuje nowy program, który ma na celu zwalczanie wirusowych „dezinformacji”. Jako ideologiczna podbudowa tej operacji, jak podaje Newton, mają służyć m. in. sugestie lewicowej amerykańskiej organizacji Center for American Progress. „New York Times” podał niedawno, że Facebook pracuje również nad „kill switchem” czyli mechanizmem zabijania niesłusznych politycznie reklam. Podobno ma on posłużyć do dławienia ewentualnej kampanii wymierzonej przeciw oszustwom wyborczym planowanej ponoć przez Donalda Trumpa po wyborach prezydenckich.

 

Cenzura polityczna stosowana przez Big Tech to w USA obecnie w świetle zbliżających się wyborów prezydenckich bardzo gorący temat. Jednak skandali i kontrowersji związanych tępym toporem cenzury Google i podobnych nie brakuje także w innych krajach. Niedawno w Polsce mieliśmy skandaliczną blokadę przez YouTube filmu harcerzy o Powstaniu Warszawskim. A w Danii rozgorzała wielka awantura po tym jak na początku sierpnia, po nieudanych negocjacjach w sprawie praw autorskich z organizacją licencjonującą muzykę, Google usunął całą twórczość duńskich artystów z YouTube. Oburzenie tymi bezmyślnymi działania wyrażała sama duńska minister kultury.

 

Zamiast niemieckiego „Bezahlen, bitte!”

 

Działania wydawców polegające na lobbowaniu u władz na rzecz opłat i podatków, które miałyby płacić firmy GAFA a których nie będą płacić. Poza USA nie ma żadnej siły, która mogłaby na nich to skutecznie wymusić a Stany Zjednoczone, jeśli nawet podejmują działania antymonopolowe, to w innym nieco celu, o czym wspominałem wyżej.

 

Skoro to charakterystyczne niemieckie podejście „Bezahlen, bitte!” nie zadziała, to może warto przemyśleć stworzenie rozwiązań, które z jednej strony dotykają serca ich modelu biznesowego a drugiej – nie dadzą im (łatwej) możliwości wymigania się od współpracy. Wspominałem o tworzeniu platform i rozwiązań uczciwego i jawnego dzielenia zysków reklamowych. Druga stroną medalu są projekty powstania otwartych i publicznych systemów zarządzania naszymi danymi, których Google i Facebook nie będą „posiadać”, ale korzystać z nich na równych prawach z każdym podmiotem rynkowym.

 

W październiku ubiegłego roku grupa amerykańskich senatorów – Mark Warner, Josh Hawley Richard Blumenthal, zaproponowała przepisy, które nakładają na firmy takie jak Google i Facebook obowiązek tworzenia i utrzymywania otwartych interfejsów interoperacyjnych umożliwiającym użytkownikom lub delegowanym stronom trzecim dostęp do prywatnych danych użytkowników i ich przenoszenie. Giganci, ponieważ już dysponują tymi danymi i mają know how, mogliby na zasadzie delegacji i pobierania opłat, jednak są oni jedynie administratorami a nie właścicielami naszych danych. Nie mogą też odmówić dostępu do nich nikomu, kto spełniałby określone i jasno zdefiniowane warunki.

 

Amerykańscy prawodawcy zdają sobie sprawę, że samo udostępnianie danych i możliwość skopiowania, i zapisania ich w jakiejś postaci to wciąż za mało. Te dane są i tak użyteczne jedynie w kontekście platformy Facebooka czy Google’a. Dlatego kładą nacisk na „interoperacyjność”. Narodowy Instytut Standardów i Technologii (NIST) zostanie na mocy nowego prawa zobowiązany do opracowania i opublikowania standardów technicznych, dzięki którym popularne klasy usług komunikacyjnych – w tym wiadomości online, udostępnianie multimediów i sieci społecznościowych – staną się interoperacyjne (czytaj: będzie można je przenieść na inne platformy i korzystać z nich swobodnie w innych niż googlowe czy facebookowe, aplikacjach).

 

Moim zdaniem, pomijając zawiłości techniczne i wyzwania, np. dotyczące bezpieczeństwa, stojące przed takim projektem, jest to rozumowanie w dobrym kierunku. Nie próbujmy dokopać Big Tech, bo to raczej się nie uda. Spróbujmy włączyć gigantów technologicznych i siebie do systemu podziału tortu, który będzie kontrolowany na przejrzystych, publicznie dostępnych zasadach. Tworzenie kompleksowych rozwiązań, czy to przejrzystych i uczciwych systemów podziału zysków reklamowych, czy to publicznych mechanizmów gromadzenia i udostępniania danych użytkowników nie jest z pewnością łatwym do realizacji projektem. Wymaga po stronie wydawców i regulatorów państwowych wypracowania kompetencji nie ustępujących bystrym ludziom z branży technologicznej. Warto jednak pamiętać, że platformom takich jak Facebook czy Google trudniej będzie z PR-owo unikać współpracy przy współtworzeniu otwartych i opartych na uczciwych zasadach systemów niż w przypadku polityki „Bezahlen, bitte!”, która bardzo często opiera się na braku zrozumienia jak funkcjonują np. społeczności czy algorytmy zarządzające treściami.

 

Nawet jeśli Big Tech wygra, zdominuje, zmonopolizuje i zdusi ostatecznie medialną konkurencję, to w dłuższej perspektywie, jak twierdzi Tim O’Reilly, znana w świecie internetowym postać i poważany autorytet, duże firmy technologiczne prawdopodobnie ostatecznie stracą na tłamszeniu we własnych ekosystemach biznesowych stron trzecich. Google czy Apple nie mają, jeśli chodzi o publikacje, treści informacyjne, do zaproponowania nic równie ciekawego jak propozycje starych mediów.

 

Jeśli pomysł Big Tech polega na ostatecznym przejęciu wszystkich starych mediów, to też jest krótkowzroczny. Ludzie nie chcą mono-przekazu. Ludzie różnią się i chcą się różnić. W dodatku chcą się różnić tak jak chcą, a nie zgodnie z kanonami „odpowiedzialności społecznej” narzucanymi im przez monopol socjalistów utopijnych z Google czy Facebooka.

 

Są przykłady historyczne, że monopole podobnie zresztą jak socjalizm, upadały właśnie wtedy, gdy wydawało się, że nic już nie stoi im na przeszkodzie. W przypadku każdej z firm wymienianych w grupy Big Tech oprócz ogromnych sukcesów można mówić o widocznych sygnałach możliwego zmierzchu dominacji, pomimo trwającej i wciąż niezaprzeczalnej potęgi. Google dość rozpaczliwie broni wzrostu reklamowego, Facebook walczy z odpływem atrakcyjnej młodej grupy użytkowników, Apple sprzedaje coraz mniej sztuk sprzętu a Amazon… cóż, sam Bezos przyznaje czasem, że ten kolos ma gliniane nogi.

 

Dlatego być może, paradoksalnie i bezczelnie czas dać GAFA szansę, by przetrwała, jeśli… będzie współpracować.

 

Mirosław Usidus

Egzekucja – ANDRZEJ TOMCZAK o zmianach w „Magazynie Ekspresu Reporterów”

Dzika rzeź w TVP trwa w najlepsze. Kolejną ofiarą – właśnie zwalnianą – jest  wybitna postać telewizyjna Michał Olszański; dziennikarz prowadzący „Magazyn Ekspresu Reporterów” od ponad 20 lat. Po odejściu Olszańskiego śmierć MERu czai się tuż za rogiem.  Tej i innych rzezi nie byłoby oczywście gdyby nie gorliwi jej egzekutorzy. Dlatego należy o nich wspomnieć, bo to oni tym razem tworzą historię, historię zniszczenia.

 

Przed rokiem władzę nad MERem przejął twórca i szef programu „Alarm” TVP – Przemysław Wenerski. Przypomnę tylko, że największymi Pana Przemka „twórczymi” osiagnięciami są pseudoreporterskie nagonki na przeciwników politycznych PIS. Najsłynniejsze to te w „Alarmie” na prezydenta Pawła Adamowicza, na sędziów, na środowiska LGBT. Kiedy więc Pan Przemek przejął władzę nad MERem jasnym stało się nie tylko dla mnie, że nadchodzi zderzenie światów. MER dogmatycznie apolityczny, promujący głęboki humanizm, tworzony od lat przez ludzi, dla których cnotą jest madrość i dziennikarska uczciwość kontra Pan Przemek, którego wizja dziennikarstwa sprowadza się do siania nienawiści w służbie partii rządzącej. Po pierwszych z nim spięciach musiałem odejść z „Ekspresu Reporterów”, po 25 latach pracy dla tego programu. Także dlatego, że Pan Przemek ni w ząb nie ma poczucia humoru i nie rozumiał uprawianego przeze mnie reportażu sarytycznego. Później już każda kolejna decyzja Pana Przemka to tylko dalsze osłabianie MERu. W końcu nie było na kogo winy zwalić, padło więc na Izę Szukalską – szefową MERu, reportażystkę związaną z programem od kilkunastu lat, odwołaną w lipcu.

 

Kilka dni temu Pan Przemek znowu coś chciał poprawić. Tym razem zakomunikował Michałowi Olszańskiemu, że nie jest już prowadzącym MER i tym samym dorżnął słabnącą audycję. Olszański – frontman MERu, marka sama w sobie i marka programu, potwierdzona w uniwersyteckich badaniach widowni, o którym naukowiec z UW pisał, że daje olbrzymią przewagę TVP nad komercyjną konkurencją, musi odejść.

 

Tak oto dokonywana jest na naszych dziennikarskich oczach egzekucja programu, na którego reputację i markę pracowało kilka pokoleń wybitnych polskich dziennikarzy – reportażystów. Widziałem tę sztafetę pokoleń i wiem, że właśnie ostatnia zostaje wycinana. Nikomu już nie zostaną przekazane wartości rzemiosła zawodowego i duch MERu. Jak bardzo ten duch był doceniany, świadczyły liczne nagrody i „Złote Telekamery” przyznane nie przez prezesów, lecz przez widzów, dla najlepszej audycji publicystycznej.  Odbierał je Michał Olszański, on na nie też zapracował.

 

Dlaczego przyszłość MERu bez Olszańskiego jest końcem programu? Dlatego, że nie ma programu bez wiernych widzów. A oni już zapowiadają bojkot.  Oto, co piszą na fejsbukowej stronie Magazynu Ekspresu Reporterów:

 

M.D. – Olszański był ikoną. Nie ma go, nie ma programu.

 

M. Nie! jak można? smutno

 

A.A. – Rezygnuję!!! Nie będę oglądać!!!

 

B.S. – U mnie też 4 osoby oglądające odpadły.

 

B. – Rozwalili trójkę radiową teraz czas na Pana Olszańskiego

 

R.I. – Żegnam

 

K.M. Baaaaaaaaaaaaj

 

K.K. – Sami sobie oglądajcie te wasze reportaże razem z Kurskim!!!!!

 

M.J. – Odpadam i ja…

 

E.J. –  Są ludzie, którzy potrafią stworzyć ta jedyną atmosferę, i nie da się ich zastąpić.

 

Z.R.S. – Posłużę się słowami Mistrza: „Co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu spieprzyć..”

 

Andrzej Tomczak

 

Od redakcji: Autor przez 25 lat był reportażystą „Magazynu Expresu Reporterów”, wielokrotnie nagradzanym m.in. w konkursach SDP.

 

 

 

Jak powinna być przygotowana informacja prasowa, aby zainteresować media? Badanie ankietowe PAP

Polska Agencja Prasowa prowadzi badanie ankietowe, którego celem jest usprawnienie pracy na linii dziennikarz – PR-owiec. Jego celem  jest poznanie czynników wpływających na efektywność opracowania i dystrybucji materiałów prasowych. Badanie prowadzone jest m.in. wśród dziennikarzy i podmiotów, które współpracują z Polską Agencją Prasową. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wspiera PAP w tym projekcie , dlatego zachęcamy dziennikarzy do wzięcia udziału w poniższym, krótkim, anonimowym badaniu i udzielenia odpowiedzi na kilka pytań:

 

Rozpocznij badanie, kliknij w link :
https://exacto.barometrkomunikacji.pl/redir/index/url/qmprxGiVp3bWnZ-ptYE

 

Jak informuje Polska Agencja Prasowa , Państwa udział pozwoli poznać preferencje w zakresie współpracy na linii dziennikarz-specjalista PR. Wnioski z badania posłużą do wypracowania metod i narzędzi, które pomogą zoptymalizować działania o charakterze media relations prowadzone przez PR-owców.

 

Ankieta składa się z 18 pytań oraz metryczki. Jej wypełnienie zajmie maksymalnie 9 minut. Badanie jest w pełni anonimowe a wyniki zostaną przedstawione w formie zestawień statystycznych niepozwalających na identyfikację poszczególnych respondentów. Partnerem badawczym PAP jest Instytut Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego.

 

Publikacja wyników badania planowana jest na koniec września 2020 roku. Pełny raport będzie dostępny także na naszej stronie internetowej.

Za co podpadli Strzyczkowski i Olszański – komentarz ADAMA SOCHY

Poseł PiS i członek Rady Mediów Narodowych Joanna Lichocka w wywiadzie dla WP oświadczyła: „Skończyły się czasy dziennikarzy podwieszonych pod polityków„. Spokojnie, nie mówiła o sobie, a o zwolnionych Kubie StrzyczkowskimMichale Olszańskim, który przez 20 lat prowadził popularny „Magazyn Ekspresu Reporterów” TVP.

 

Bezpośredni przełożony wręczył Olszańskiemu wypowiedzenie, bez podania przyczyn. Dał jedynie do zrozumienia, że to nie jego decyzja tylko „tych z góry”. Zdaniem Olszańskiego „wyautowano” go, gdyż, jak to ujął w wywiadzie dla WP: „Ja nie jestem z ich ekipy”. Przypuszcza, że gwóźdź do trumny wbił sobie robiąc wywiad z pierwszą polską drag queen. Poprzedni dyrektor „Trójki” Tomasz Kowalczewski nie puścił mu tego wywiadu, „powiedział, że nie będzie w Trójce rozmów z gejami”. Nowy dyrektor Kuba Strzyczkowski zgodził się na emisję.

 

To, że Olszański „podskakuje” szefowie mieli uznać po tym, jak poprowadził rozmowę z prezesem Jarosławem Kaczyńskim w ”Pytaniu na śniadanie” TVP. Pijarowcom chodziło o ocieplenie wizerunku prezesa. Rozmowa była o kotach i kuchni, o matce. Niestety, prezes Kaczyński „chlapnął”, że przyjaźni się z prezes Trybunału Konstytucyjnego Julią Przyłębska i jada z nią obiadki. Opozycja natychmiast to podchwyciła. Po tym wywiadzie najpierw pracę w tym programie stracił Olszański, a później Monika Zamachowska.

 

Wirtualna Polska zwróciła się do Joanny Lichockiej o rozmowę w sprawie zwolnienia Olszańskiego i czystki w „Trójce”, przypuszczając, iż to ona dała hasło do ostatecznej rozprawy ze „złogami PRL-u” w mediach publicznych, atakując na portalu niezalezna.pl „Trójkę”: „Niski poziom muzyczny, fatalny styl publicystyczno-dziennikarski, te wszystkie strzeliste akty na rzecz wolności LGBT plus, jakie słyszymy w wykonaniu Michała Olszańskiego czy Ernesta Zozunia, prowadzą do coraz niższej słuchalności radia” – napisała.

 

Oczywiście, Lichocka w wywiadzie dla WP stanowczo zaprzecza: „nie mam wpływu na politykę kadrową w mediach publicznych i nie chcę takiego wpływu mieć. (…) nie ma żadnej możliwości ingerowania w politykę kadrową. To jest kompetencja zarządów, szefów anten i redakcji. Nie mamy i nie możemy mieć możliwości wtrącania się, bo to jest odpowiedzialność prezesa Jacka Kurskiego, prezes radia Agnieszki Kamińskiej czy prezesa PAP Wojciecha Surmacza”.

 

Jednak każdy, kto pracuje w mediach publicznych, a ja pracowałem prawie 12 lat, doskonale wie, jak załatwia się posady antyszambrując pod gabinetami polityków i jak się je traci, jeśli wpływowemu politykowi się czymś podpadnie. Ja podpadłem bardzo politykom PiS-u w Olsztynie – nie za to, co mówiłem na antenie radiowej, bo nic nie mówiłem, byłem od obsługi portalu, a później asystentem w dziennikach, czyli wykonywałem polecenia – ale za to, co pisałem w obywatelskim, bezpłatnym piśmie „Debata”. Prezes Zarządu Regionu PiS w Olsztynie Jerzy Szmit i posłanka PiS z Olsztyna Iwona Arent w porannej rozmowie „na żywo” w Radio Olsztyn atakowali mnie za teksty na temat PiS-u w „Debacie” kilkakrotnie. Poseł Arent nazwała „Debatę” „szmaciarską gazetą”, a mnie „chorym z nienawiści”, piszącym „kłamstwa i bzdury”. Uratowało mnie przed zwolnieniem to, że byłem już w okresie przedemerytalnym.

 

Dlatego, to co mnie najbardziej w tym wywiadzie z Joanną Lichocką zdumiało, to stwierdzenie, że za „dobrej zmiany” skończyły się czasy dziennikarzy podwieszonych pod polityków. Muszę w całości przytoczyć ten fragment wywiadu, bo to jest „perełka”: Dziennikarz pyta: „Wracając do Trójki: Kuba Strzyczkowski i jego pracownicy mogą czuć się zawiedzeni, bo mieli rzekomo gwarancje niezależności od wicepremier Emilewicz oraz Piotra Glińskiego”. J. Lichocka: To jest jednak niesamowite – dziennikarze mówią otwarcie, że umówili się z ważnymi politykami PiS, że mają gwarancje pracy. Śmiem wątpić, czy pani premier Emilewicz i pan premier Gliński mieli w ogóle świadomość, że są na przykład gwarantami wywiadów z drag queen pana Olszańskiego albo innych poczynań pana Zozunia i jego kolegów. „Takie stawianie sprawy, to pokazanie mentalności z czasów funkcjonowania mediów w PRL i przez okres III RP, gdy najpierw były rządzone przez sekretarzy PZPR, a potem ludzi SLD, PO i PSL czy UW – mówi Lichocka. –Taktyką takich dziennikarzy, którzy zaczynali jeszcze w PRL, było znalezienie sobie politycznego patrona i podwieszenie się pod niego, żeby trwać. Naprawdę stara metoda. Tyle, że to tak już nie działa”.

 

Proszę zwrócić uwagę na manipulację. Dziennikarz mówi o „gwarancji niezależności”, a ex-dziennikarka przekręca to i mówi o „gwarancji pracy”. W następnym zdaniu Lichocka włącza lekki szantaż pod adresem wicepremierów, żeby czasem nie przyszło im do głowy dotrzymać słowa i interweniować. Taka interwencja może bowiem zostać odebrana na Nowogrodzkiej jako oddawanie mediów „ideologom LGBT”.

 

Jednak najbardziej w tej odpowiedzi rozczuliło mnie stwierdzenie, że „podwieszanie się pod politycznego patrona już nie działa”. Ten passus powinien przejść do historii, tak jak zwrot „pokazać komuś gest Lichockiej” przeniknął do powszechnego języka, stając się eufemistycznym określeniem wulgarnego gestu.
Przypomnę, że chodzi o pokazanie przez posłankę PiS środkowego palca opozycji po tym jak PiS wygrał głosowanie o przyznanie 2 mld zł TVP. Posłanka tłumaczyła, że jedynie przesuwała dwukrotnie palcem pod okiem, energicznie, bo była zdenerwowana.

 

Posłanka PiS, członkini Rady Mediów Narodowych mówiąc, że „mentalności z czasów funkcjonowania mediów w PRL” skończyła się wraz z wygraną PiS-u powtarza scenę z „Misia” Barei, gdy gość na próżno prosi o wydanie z szatni płaszcza i słyszy od kierownika szatni: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”.

 

I tylko Kuby StrzyczkowskiegoMichała Olszańskiego żal. Żal dziennikarzy, którzy przez wiele lat swojej pracy udowodnili widzom i słuchaczom swój kunszt zawodowy. Byli wzorcami dziennikarstwa bezstronnego, impregnowanego na naciski polityczne, zachowującego dystans wobec wojujących stron. Giną „ostatni Mohikanie” rzetelnego dziennikarstwa, służącego widzom, słuchaczom a nie politykom i partiom politycznym.

 

Adam Socha