Egzekucja – ANDRZEJ TOMCZAK o zmianach w „Magazynie Ekspresu Reporterów”

Dzika rzeź w TVP trwa w najlepsze. Kolejną ofiarą – właśnie zwalnianą – jest  wybitna postać telewizyjna Michał Olszański; dziennikarz prowadzący „Magazyn Ekspresu Reporterów” od ponad 20 lat. Po odejściu Olszańskiego śmierć MERu czai się tuż za rogiem.  Tej i innych rzezi nie byłoby oczywście gdyby nie gorliwi jej egzekutorzy. Dlatego należy o nich wspomnieć, bo to oni tym razem tworzą historię, historię zniszczenia.

 

Przed rokiem władzę nad MERem przejął twórca i szef programu „Alarm” TVP – Przemysław Wenerski. Przypomnę tylko, że największymi Pana Przemka „twórczymi” osiagnięciami są pseudoreporterskie nagonki na przeciwników politycznych PIS. Najsłynniejsze to te w „Alarmie” na prezydenta Pawła Adamowicza, na sędziów, na środowiska LGBT. Kiedy więc Pan Przemek przejął władzę nad MERem jasnym stało się nie tylko dla mnie, że nadchodzi zderzenie światów. MER dogmatycznie apolityczny, promujący głęboki humanizm, tworzony od lat przez ludzi, dla których cnotą jest madrość i dziennikarska uczciwość kontra Pan Przemek, którego wizja dziennikarstwa sprowadza się do siania nienawiści w służbie partii rządzącej. Po pierwszych z nim spięciach musiałem odejść z „Ekspresu Reporterów”, po 25 latach pracy dla tego programu. Także dlatego, że Pan Przemek ni w ząb nie ma poczucia humoru i nie rozumiał uprawianego przeze mnie reportażu sarytycznego. Później już każda kolejna decyzja Pana Przemka to tylko dalsze osłabianie MERu. W końcu nie było na kogo winy zwalić, padło więc na Izę Szukalską – szefową MERu, reportażystkę związaną z programem od kilkunastu lat, odwołaną w lipcu.

 

Kilka dni temu Pan Przemek znowu coś chciał poprawić. Tym razem zakomunikował Michałowi Olszańskiemu, że nie jest już prowadzącym MER i tym samym dorżnął słabnącą audycję. Olszański – frontman MERu, marka sama w sobie i marka programu, potwierdzona w uniwersyteckich badaniach widowni, o którym naukowiec z UW pisał, że daje olbrzymią przewagę TVP nad komercyjną konkurencją, musi odejść.

 

Tak oto dokonywana jest na naszych dziennikarskich oczach egzekucja programu, na którego reputację i markę pracowało kilka pokoleń wybitnych polskich dziennikarzy – reportażystów. Widziałem tę sztafetę pokoleń i wiem, że właśnie ostatnia zostaje wycinana. Nikomu już nie zostaną przekazane wartości rzemiosła zawodowego i duch MERu. Jak bardzo ten duch był doceniany, świadczyły liczne nagrody i „Złote Telekamery” przyznane nie przez prezesów, lecz przez widzów, dla najlepszej audycji publicystycznej.  Odbierał je Michał Olszański, on na nie też zapracował.

 

Dlaczego przyszłość MERu bez Olszańskiego jest końcem programu? Dlatego, że nie ma programu bez wiernych widzów. A oni już zapowiadają bojkot.  Oto, co piszą na fejsbukowej stronie Magazynu Ekspresu Reporterów:

 

M.D. – Olszański był ikoną. Nie ma go, nie ma programu.

 

M. Nie! jak można? smutno

 

A.A. – Rezygnuję!!! Nie będę oglądać!!!

 

B.S. – U mnie też 4 osoby oglądające odpadły.

 

B. – Rozwalili trójkę radiową teraz czas na Pana Olszańskiego

 

R.I. – Żegnam

 

K.M. Baaaaaaaaaaaaj

 

K.K. – Sami sobie oglądajcie te wasze reportaże razem z Kurskim!!!!!

 

M.J. – Odpadam i ja…

 

E.J. –  Są ludzie, którzy potrafią stworzyć ta jedyną atmosferę, i nie da się ich zastąpić.

 

Z.R.S. – Posłużę się słowami Mistrza: „Co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu spieprzyć..”

 

Andrzej Tomczak

 

Od redakcji: Autor przez 25 lat był reportażystą „Magazynu Expresu Reporterów”, wielokrotnie nagradzanym m.in. w konkursach SDP.

 

 

 

Jak powinna być przygotowana informacja prasowa, aby zainteresować media? Badanie ankietowe PAP

Polska Agencja Prasowa prowadzi badanie ankietowe, którego celem jest usprawnienie pracy na linii dziennikarz – PR-owiec. Jego celem  jest poznanie czynników wpływających na efektywność opracowania i dystrybucji materiałów prasowych. Badanie prowadzone jest m.in. wśród dziennikarzy i podmiotów, które współpracują z Polską Agencją Prasową. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wspiera PAP w tym projekcie , dlatego zachęcamy dziennikarzy do wzięcia udziału w poniższym, krótkim, anonimowym badaniu i udzielenia odpowiedzi na kilka pytań:

 

Rozpocznij badanie, kliknij w link :
https://exacto.barometrkomunikacji.pl/redir/index/url/qmprxGiVp3bWnZ-ptYE

 

Jak informuje Polska Agencja Prasowa , Państwa udział pozwoli poznać preferencje w zakresie współpracy na linii dziennikarz-specjalista PR. Wnioski z badania posłużą do wypracowania metod i narzędzi, które pomogą zoptymalizować działania o charakterze media relations prowadzone przez PR-owców.

 

Ankieta składa się z 18 pytań oraz metryczki. Jej wypełnienie zajmie maksymalnie 9 minut. Badanie jest w pełni anonimowe a wyniki zostaną przedstawione w formie zestawień statystycznych niepozwalających na identyfikację poszczególnych respondentów. Partnerem badawczym PAP jest Instytut Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego.

 

Publikacja wyników badania planowana jest na koniec września 2020 roku. Pełny raport będzie dostępny także na naszej stronie internetowej.

Za co podpadli Strzyczkowski i Olszański – komentarz ADAMA SOCHY

Poseł PiS i członek Rady Mediów Narodowych Joanna Lichocka w wywiadzie dla WP oświadczyła: „Skończyły się czasy dziennikarzy podwieszonych pod polityków„. Spokojnie, nie mówiła o sobie, a o zwolnionych Kubie StrzyczkowskimMichale Olszańskim, który przez 20 lat prowadził popularny „Magazyn Ekspresu Reporterów” TVP.

 

Bezpośredni przełożony wręczył Olszańskiemu wypowiedzenie, bez podania przyczyn. Dał jedynie do zrozumienia, że to nie jego decyzja tylko „tych z góry”. Zdaniem Olszańskiego „wyautowano” go, gdyż, jak to ujął w wywiadzie dla WP: „Ja nie jestem z ich ekipy”. Przypuszcza, że gwóźdź do trumny wbił sobie robiąc wywiad z pierwszą polską drag queen. Poprzedni dyrektor „Trójki” Tomasz Kowalczewski nie puścił mu tego wywiadu, „powiedział, że nie będzie w Trójce rozmów z gejami”. Nowy dyrektor Kuba Strzyczkowski zgodził się na emisję.

 

To, że Olszański „podskakuje” szefowie mieli uznać po tym, jak poprowadził rozmowę z prezesem Jarosławem Kaczyńskim w ”Pytaniu na śniadanie” TVP. Pijarowcom chodziło o ocieplenie wizerunku prezesa. Rozmowa była o kotach i kuchni, o matce. Niestety, prezes Kaczyński „chlapnął”, że przyjaźni się z prezes Trybunału Konstytucyjnego Julią Przyłębska i jada z nią obiadki. Opozycja natychmiast to podchwyciła. Po tym wywiadzie najpierw pracę w tym programie stracił Olszański, a później Monika Zamachowska.

 

Wirtualna Polska zwróciła się do Joanny Lichockiej o rozmowę w sprawie zwolnienia Olszańskiego i czystki w „Trójce”, przypuszczając, iż to ona dała hasło do ostatecznej rozprawy ze „złogami PRL-u” w mediach publicznych, atakując na portalu niezalezna.pl „Trójkę”: „Niski poziom muzyczny, fatalny styl publicystyczno-dziennikarski, te wszystkie strzeliste akty na rzecz wolności LGBT plus, jakie słyszymy w wykonaniu Michała Olszańskiego czy Ernesta Zozunia, prowadzą do coraz niższej słuchalności radia” – napisała.

 

Oczywiście, Lichocka w wywiadzie dla WP stanowczo zaprzecza: „nie mam wpływu na politykę kadrową w mediach publicznych i nie chcę takiego wpływu mieć. (…) nie ma żadnej możliwości ingerowania w politykę kadrową. To jest kompetencja zarządów, szefów anten i redakcji. Nie mamy i nie możemy mieć możliwości wtrącania się, bo to jest odpowiedzialność prezesa Jacka Kurskiego, prezes radia Agnieszki Kamińskiej czy prezesa PAP Wojciecha Surmacza”.

 

Jednak każdy, kto pracuje w mediach publicznych, a ja pracowałem prawie 12 lat, doskonale wie, jak załatwia się posady antyszambrując pod gabinetami polityków i jak się je traci, jeśli wpływowemu politykowi się czymś podpadnie. Ja podpadłem bardzo politykom PiS-u w Olsztynie – nie za to, co mówiłem na antenie radiowej, bo nic nie mówiłem, byłem od obsługi portalu, a później asystentem w dziennikach, czyli wykonywałem polecenia – ale za to, co pisałem w obywatelskim, bezpłatnym piśmie „Debata”. Prezes Zarządu Regionu PiS w Olsztynie Jerzy Szmit i posłanka PiS z Olsztyna Iwona Arent w porannej rozmowie „na żywo” w Radio Olsztyn atakowali mnie za teksty na temat PiS-u w „Debacie” kilkakrotnie. Poseł Arent nazwała „Debatę” „szmaciarską gazetą”, a mnie „chorym z nienawiści”, piszącym „kłamstwa i bzdury”. Uratowało mnie przed zwolnieniem to, że byłem już w okresie przedemerytalnym.

 

Dlatego, to co mnie najbardziej w tym wywiadzie z Joanną Lichocką zdumiało, to stwierdzenie, że za „dobrej zmiany” skończyły się czasy dziennikarzy podwieszonych pod polityków. Muszę w całości przytoczyć ten fragment wywiadu, bo to jest „perełka”: Dziennikarz pyta: „Wracając do Trójki: Kuba Strzyczkowski i jego pracownicy mogą czuć się zawiedzeni, bo mieli rzekomo gwarancje niezależności od wicepremier Emilewicz oraz Piotra Glińskiego”. J. Lichocka: To jest jednak niesamowite – dziennikarze mówią otwarcie, że umówili się z ważnymi politykami PiS, że mają gwarancje pracy. Śmiem wątpić, czy pani premier Emilewicz i pan premier Gliński mieli w ogóle świadomość, że są na przykład gwarantami wywiadów z drag queen pana Olszańskiego albo innych poczynań pana Zozunia i jego kolegów. „Takie stawianie sprawy, to pokazanie mentalności z czasów funkcjonowania mediów w PRL i przez okres III RP, gdy najpierw były rządzone przez sekretarzy PZPR, a potem ludzi SLD, PO i PSL czy UW – mówi Lichocka. –Taktyką takich dziennikarzy, którzy zaczynali jeszcze w PRL, było znalezienie sobie politycznego patrona i podwieszenie się pod niego, żeby trwać. Naprawdę stara metoda. Tyle, że to tak już nie działa”.

 

Proszę zwrócić uwagę na manipulację. Dziennikarz mówi o „gwarancji niezależności”, a ex-dziennikarka przekręca to i mówi o „gwarancji pracy”. W następnym zdaniu Lichocka włącza lekki szantaż pod adresem wicepremierów, żeby czasem nie przyszło im do głowy dotrzymać słowa i interweniować. Taka interwencja może bowiem zostać odebrana na Nowogrodzkiej jako oddawanie mediów „ideologom LGBT”.

 

Jednak najbardziej w tej odpowiedzi rozczuliło mnie stwierdzenie, że „podwieszanie się pod politycznego patrona już nie działa”. Ten passus powinien przejść do historii, tak jak zwrot „pokazać komuś gest Lichockiej” przeniknął do powszechnego języka, stając się eufemistycznym określeniem wulgarnego gestu.
Przypomnę, że chodzi o pokazanie przez posłankę PiS środkowego palca opozycji po tym jak PiS wygrał głosowanie o przyznanie 2 mld zł TVP. Posłanka tłumaczyła, że jedynie przesuwała dwukrotnie palcem pod okiem, energicznie, bo była zdenerwowana.

 

Posłanka PiS, członkini Rady Mediów Narodowych mówiąc, że „mentalności z czasów funkcjonowania mediów w PRL” skończyła się wraz z wygraną PiS-u powtarza scenę z „Misia” Barei, gdy gość na próżno prosi o wydanie z szatni płaszcza i słyszy od kierownika szatni: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”.

 

I tylko Kuby StrzyczkowskiegoMichała Olszańskiego żal. Żal dziennikarzy, którzy przez wiele lat swojej pracy udowodnili widzom i słuchaczom swój kunszt zawodowy. Byli wzorcami dziennikarstwa bezstronnego, impregnowanego na naciski polityczne, zachowującego dystans wobec wojujących stron. Giną „ostatni Mohikanie” rzetelnego dziennikarstwa, służącego widzom, słuchaczom a nie politykom i partiom politycznym.

 

Adam Socha

Wolne słowo pod butem reżimu – PAWEŁ BOBOŁOWICZ o protestach i atakach na dziennikarzy

Reżim Łukaszenki walczy już nie tylko z niezależnymi dziennikarzami. Dla systemu wrogiem staje się każdy dziennikarz, także z mediów państwowych, które do niedawna wydawały się być w pełni kontrolowane. Najnowszym pomysłem białoruskiego dyktatora jest zastępowanie białoruskich dziennikarzy, rosyjskimi.

 

Na Białorusi kolejny tydzień nie ustają protesty po sfałszowanych wyborach prezydenckich. Od samego ich początku reżim Łukaszenki wziął na swój celownik niezależnych dziennikarzy. Jednak fala protestów i strajki nie ominęły również pracowników Biełteleradyjokampanija – publicznego, czy raczej państwowego nadawcy radiowo-telewizyjnego. Postulaty pracowników publicznych mediów są takie same jak i innych protestujących na całej Białorusi: zwolnić wszystkich więźniów politycznych i zatrzymanych po proteście, unieważnić wybory, zdymisjonować przewodniczącego Centralnej Komisji Wyborczej. Pracownicy państwowego nadawcy jednak też domagają się wolności dla mediów. Ogłaszając akcję strajkową 17 sierpnia br. reżyser białoruskiej telewizji Wiaczesław Łomonos publicznie opowiadał jak był zatrzymywany przez OMON 11 sierpnia, jak po przeczytaniu jego korespondencji w telefonie był bity pałkami, przetrzymywany w pozycji klęczącej, jak znęcano się nad innymi zatrzymanymi. Reżyser przyznał, że do akcji przyłączyło się 260 pracowników i to za mało, żeby w pełni zablokować pracę stacji. Co ciekawe, szefostwu stacji łatwiej było znaleźć lojalnych dziennikarzy, niż operatorów, którzy w zdecydowanej większość poparli protest. Łomonos stwierdził, że białoruscy dziennikarze chcą robić rzetelne materiały o protestach.

 

Sytuacja w państwowych mediach szczególnie musiała dotknąć Aleksandra Łukaszenkę. Na spotkaniu z pracownikami zakładów rolniczych „Dzierżyński” opowiadając o sytuacji w państwowym nadawcy przyznał, że w tej sytuacji poprosił Rosjan: „dajcie nam 2-3 grupy dziennikarzy na wszelki wypadek. To 6 lub 9 osób z najbardziej rozwiniętej telewizji”. Łukaszenka stwierdził, że chociaż jeszcze Rosjanie nie przyjechali, to już połowa protestujących miała zrezygnować z akcji protestacyjnej. Dodał, że taka grupa rosyjskich dziennikarzy mogłaby także pracować bezpośrednio w jego otoczeniu.

 

Wystąpienie Łukaszenki przed załogą „Dzierżyńskiego” (swoją drogą, czemu nie przed protestującymi pracownikami mediów?) nacechowane jest nie tylko protekcjonalnym tonem w stosunku do dziennikarzy, ale nie ulega też wątpliwości, że zawiera elementy presji i szantażu. Czym bardziej Łukaszenka mówi, żeby na dziennikarzy „nie naciskać”, tym bardziej jest to niewiarygodne w obliczu kolejnych stwierdzeń o uniemożliwieniu powrotu do pracy protestujących, czy właśnie kwestii zatrudnienia rosyjskich dziennikarzy. Straszenie zatrudnianiem zagranicznych pracowników Łukaszenka chciał też zastosować w stosunku do górników, zapowiadając, że do białoruskich kopalni przyjadą do pracy Ukraińcy. Ukraińscy górnicy od razu jednak oświadczyli, że takiej możliwości nie ma i nie będą łamistrajkami.

 

Inaczej jednak zareagowali przynajmniej niektórzy pracownicy rosyjskich mediów. Po ukazaniu się informacji, że białoruskich dziennikarzy zastępują pracownicy rosyjskiego „RT”, na komunikatorze Telegram zareagowała Margarita Simonian – redaktor naczelna „RT”: „Żaden pracownik RT nie pracuje w żadnej białoruskiej telewizji. Ale jeśli to konieczne, jesteśmy gotowi. Jeśli grzecznie poproszą”.

 

Zastraszeniu nie ulegli pracownicy mińskiej stacji radiowej – z pracy na znak protestu przeciwko ograniczaniu wolności słowa odeszło kilkunastu pracowników radia „Stalica”. Z pracy zrezygnował również dyrektor radia Ołeh Michalewicz. Po rozbiciu protestów w nocy z 9 na 10 sierpnia br. dziennikarze chcieli o tym opowiedzieć na antenie. Ich propozycja została zignorowana, a kierownictwo stwierdziło, że na antenie w ogóle nie powinny pojawiać się tematy polityczne. Obecnie stacja nadaje tylko muzykę z playlisty.

 

Kolejne problemy ma też redakcja białoruskiego wydania „Komsomolskiej Prawdy”. Również ta gazeta przestała się podobać reżimowi Łukaszenki po tym, jak pozwoliła sobie na opisywanie wydarzeń na Białorusi. Kilka numerów gazety w ogóle nie mogło się ukazać. Gazetę zaczęto drukować w Rosji, ale reżim zablokował możliwość jej kolportażu w większości białoruskich punktów sprzedaży. 26 sierpnia w spółce wydającą gazetę rozpoczęła się kontrola państwowa i podatkowa. Na razie nie doszło do zatrzymania pracy redakcji, nie zatrzymano serwerów gazety, a sprawdzane są komputery pionu administracji.

 

Problemy z drukiem miała także „Narodna Wola”, „Swobodnyje Nowosti Pljus” i „BiełGazety”. Gazety te zazwyczaj są drukowane w państwowej drukarni. Teraz drukarnia znajduje przeróżne preteksty, by nie wypuścić kolejnych numerów gazet: problemy techniczne, problemy kadrowe. Jednak białoruscy dziennikarze i wydawcy nie mają wątpliwości, że przyczyna jest inna. Na stronie „Swobodnych Nowosti Pljus” napisano wprost: „Jedno jest pewne: pole informacyjne jest czyszczone, próbują odizolować ludzi od prawdziwego słowa. Kiedy rząd zda sobie sprawę, że problemy, które dojrzały w społeczeństwie, nie zostaną rozwiązane przez surową presję i zakazy, nikt tego nie wie”.

 

Oczywiście już stałym problemem są próby ograniczania dostępności internetu. Należy zauważyć, że powtarzające się wyłączenie internetu może sugerować, że reżim z czasem wprowadzi pełną blokadę – na razie Łukaszenka musiał się wycofać z tego pomysłu, bo wyłączanie internetu paraliżuje też inne obszary działalności państwa.

 

W przeciwieństwie do deklarowanej otwartości na dziennikarzy rosyjskich, reżim Łukaszenki blokuje możliwość wjazdu dziennikarzy zagranicznych. Z relacji zamieszczonej na portalu Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy wynika, że 18 sierpnia do Białorusi nie wpuszczono 17 zagranicznych dziennikarzy m.in. z Holandii, Estonii, Szwecji, Niemiec. Dziennikarze nie mieli białoruskiej akredytacji – o ile ta obecnie jest praktycznie nie do otrzymania, dziennikarze próbują wjeżdżać na teren Białorusi jako turyści. To daje podstawę do uznania przez białoruskie służby, że ukrywają prawdziwy cel przyjazdu na Białoruś i tym samym odmawia się im prawa wjazdu. Dziennikarze po wielu godzinach przetrzymywania na mińskim lotnisku zostają zawróceni do domu.

 

Od początku protestów na Białorusi dziennikarze nie tylko nie mogą liczyć na ochronę, lecz wręcz są celem dla funkcjonariuszy reżimu. Świadczą o tym powtarzające się fakty z relacji zatrzymywanych dziennikarzy, w tym polskiego fotoreportera Witolda Dobrowolskiego (czytaj wywiad na sdp.pl). Potwierdza to też w swojej relacji na facebooku akredytowany na Białorusi dziennikarz rosyjskiej agencji TASS, który opisuje, że przed pobiciem nie chroniły korespondenta ani akredytacja białoruskiego MSZ, ani kamizelka z międzynarodowym oznaczeniem „PRESS” (https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=636945800283979&id=100019056942159 ).

 

Szokującego dowodu ataku na dziennikarkę dostarczył tygodnik „Nasza Niwa”. Na portalu tygodnik zamieścił materiał wideo, na którym widać jak w czasie akcji rozbijania protestów 10 sierpnia br, funkcjonariusz białoruskich służb (prawdopodobnie antyterrorystycznych sił specjalnych MSW Ałmaz”) strzela do dziennikarki Naszej Niwy Natali Łubniewskiej. Strzał jest oddany zaledwie z odległości ok. 10 metrów, a funkcjonariusz precyzyjnie mierzy do dziennikarki. W wyniku odniesionej rany dziennikarka trafiła do szpitala, w którym przebywa do dzisiaj. Konieczne było przeprowadzenie operacji, możliwe, że będzie potrzebny kolejny zabieg i nie wiadomo, kiedy dziennikarka wróci do zdrowia. Łubniewska dwukrotnie złożyła zawiadomienia przeciwko funkcjonariuszowi, a redakcja dostarczyła nagranie wideo z zarejestrowanym całym wydarzeniem (https://www.youtube.com/watch?v=fYXcbAfSDMk#action=share ). Na razie jednak reżim, pomimo zapowiedzi, nie spieszy się z przeprowadzeniem śledztw dotyczących nadużywania siły wobec protestujących. A kolejne zatrzymania i rozbijanie protestów świadczą, że Łukaszenka nie jest skłonny zrezygnować z dotychczasowych metod walki z własnym społeczeństwem, a także z walki z dziennikarzami.

 

Paweł Bobołowicz

źródła: Bielsat.eu, baj.be. tut.by

Trafiłem w środek piekła – rozmowa z fotoreporterem WITOLDEM DOBROWOLSKIM

Ludzie byli bici losowo. Każdy z nas został uderzony kilka razy. Spytano mnie czy jestem Polakiem i podcięto mi nogi. Upadłem na twarz i znowu było bicie. Ten koszmar trwał  15 godzin – opowiada fotoreporter Witold Dobrowolski, zatrzymany podczas demonstracji na Białorusi, w rozmowie z Dorotą Zielińską.

 

Czy wyjeżdżając na Białoruś spodziewał się Pan, że to się tak potoczy?

 

Nie spodziewałem się żadnej z tych rzeczy, które mnie spotkały – zatrzymania, a tak naprawdę to porwania z ulicy, i przede wszystkim takiej brutalności, tortur, bicia. Przed wyjazdem oczywiście przygotowywałem się, rozmawiałem z dziennikarzami z Białorusi, z dyrektorką Biełsatu, ze znajomymi, którzy pracowali tam podczas protestów w 2006 i 2010 roku.  Nikt nie wyobrażał sobie, że coś takiego będzie miało miejsce. Ostrzegano, że mogę być zatrzymany, że mogę stracić sprzęt, ale mówiono też, że dadzą mi zadzwonić do konsula, że potrwa to kilka godzin i zostanę wypuszczony. A okazało się, że trafiłem w sam środek piekła, razem z siedmioma tysiącami innych osób, które w większości zostały porwane z ulicy i trafiły do takich katowni jak ja.

 

A czy dziennikarsko ten wyjazd się powiódł? Czy udało się Panu zrobić dobre zdjęcia? I co ze sprzętem, czy nie został zniszczony lub skonfiskowany?

 

To jest właśnie taka ironia, że ja zostałem pobity, ale sprzęt jest cały, odzyskany z kartami pamięci i ze wszystkim. Nie zdążyłem zrobić satysfakcjonujących zdjęć, ale w pewien sposób misja dziennikarska się powiodła, ponieważ dzięki temu co nas spotkało z Kacprem (Sienickim, również aresztowanym podczas protestów na Białorusi – przyp. red.), o tym katowaniu, tych torturach usłyszała cała Polska, a nawet cały świat. Jeśli chodzi o same zdjęcia – w dniu wyborów wykonywałem swoją pracę dziennikarską jako fotoreporter. Byłem ostrożny tego dnia i chciałem się trzymać ekipy Biełsatu, byliśmy w sztabie Cichanouskiej i spóźniliśmy się na te wszystkie demonstracje. Dopiero o północy wyszliśmy na ulice. Zdążyłem zrobić parę zdjęć ze starć ulicznych – to nie były zdjęcia, które mnie satysfakcjonowały. Wiedziałem, że następnego dnia będą większe protesty – o ósmej wieczorem miała być demonstracja. Ale kiedy z Kacprem szliśmy na tę demonstrację zostaliśmy porwani z ulicy. To było o siódmej, kiedy byliśmy gdzieś na starym mieście i demonstrantów nie było jeszcze nigdzie widać.

 

Spędził Pan w więzieniu prawie trzy doby, czy spodziewał się Pan, że to będzie tak długo? Czy raczej myślał Pan, że sprawdzą was, zobaczą, że Polacy, obywatele Unii Europejskiej, dziennikarz z legitymacją prasową i wypuszczą? 

 

Po pierwsze kwestia zatrzymania, podjechał bus, wyszli z niego zamaskowani OMON-owcy. Dokumenty – krzyknęli. Pokazaliśmy paszporty, powiedzieliśmy, że jesteśmy turystami. Oczywiście z tego względu, że większość dziennikarzy, myślę że jakieś 90 proc., przybyło na Białoruś bez akredytacji. Zostaliśmy od razu wpakowani do tego busa i pobici do nieprzytomności. Zawieziono nas do miejsca postoju więźniarek, tam były takie pojedyncze cele, myślę, że metr na metr kwadratowy, i w każdej były wciśnięte po trzy osoby.

 

Czyli na stojąco…

 

Tak, oczywiście. Potem zawieziono nas w jakieś miejsce, to była komenda milicji lub ministerstwo spraw wewnętrznych, trudno powiedzieć. Otworzono drzwi, wyrzucono nas i tam już była „ścieżka zdrowia”. Wydaje mi się, że coś takiego trudno dziś zobaczyć gdziekolwiek w Europie, przynajmniej w tak zorganizowany sposób i na poziomie państwowym.

 

Powiedział Pan – „ścieżka zdrowia”, to słowo używane było w Polsce za czasów komuny. Czy ono też funkcjonuje na Białorusi, tak nazywa się bicie i tortury w więzieniach, czy po prostu Pan to zna z polskiej historii?

 

Znam to określenie z polskiej historii. To było brutalne, każdy z tych oficerów policji, czy tam  OMON-u, musiał uderzyć nas biegnących. Wpadliśmy w korytarz, tam również była „ścieżka zdrowia”, wreszcie trafiliśmy do wielkiej sali gimnastycznej, gdzie znajdowało się już około trzystu osób. Leżeli w szeregach, zakuci w kajdanki. Rzucono nas w jeden z tych szeregów, spięto nam ręce plastikowymi kajdankami z tyłu i kazano zwrócić twarz w lewą stronę.  No i znaleźliśmy się w środku piekła. Ludzie byli bici losowo. Myślę że każdy z nas został kilka razy uderzony. Jedną osobę katowano tam 15 minut. Mnie postawiono, spytano czy jestem Polakiem i podcięto mi nogi. Upadłem na twarz i znowu było bicie.  Ten koszmar trwał  15 godzin. Cały czas było zastraszanie, cały czas było bicie.  Najgorsze, że nie wiedzieliśmy co się dzieje. Byliśmy totalnie zaskoczeni skalą tego co się działo. W pewnym momencie zorientowali się, że jestem dziennikarzem – miałem akredytację ze sztabu Cichanouskiej.  To nie zmieniło ich podejścia do mnie, cały czas było to samo, cały czas było bicie. Potem kazali wszystkim klęczeć, z rękoma skutymi z tyłu i głową przy podłodze – to było bardzo bolesne, wymagające, ludzie nie dawali rady. Wtedy bito. I jeszcze takie sadystyczne zachowania – krzyczano: „kto jest waszym ulubionym prezydentem?”. Wszyscy musieli odpowiedzieć zgodnie: „Aleksandr Ryhorawicz Łukaszenka”. Jakiś sadysta zaczął krzyczeć, że on jest obrońcą tego miasta, prawdziwym patriotą i że mamy błagać o litość. Więc wszyscy błagaliśmy o litość, o przebaczenie.  Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, do czego reżim się posunął, czy na demonstracjach nie zaczęto ludzi kosić z kałasznikowów. Byliśmy przekonani, że zginie wiele osób. Dopiero potem się dowiedziałem, że tylko jeden zatrzymany umarł, ze względu na słaby organizm, ale nie na tej sali gdzie ja przebywałem.

 

To było w Mińsku?

 

Tak. Potem zabrano nas skutych do więźniarek. W drodze do więzienia kapitan OMON-u, w takim czerwonym berecie, zaczął rozmawiać z demonstrantami o polityce, jak te demonstracje powinny wyglądać, co robić żeby nie być zatrzymanym. Koniec końców wyszło na to, że najlepiej nie wychodzić z domu.

 

To był tak zwany „dobry policjant”, czy tylko grał takiego, aby zrobić dobre wrażenie po tych oprawcach i sadystach?

 

On nie był z tych ludzi z sali,  odpowiadał za transport. Nie wykluczam oczywiście, że wcześniej bił, ale w tamtym momencie, w stosunku do nas był ludzki i po prostu pokazywał swoją perspektywę – człowieka ze służb resortowych, jak oni na to patrzą:  że nie godzą się na jakiekolwiek „majdany”. Uważał, iż ludzie tu przyjeżdżają, czy to z Polski, czy z Rosji, i dostają 100 dolarów żeby robić zamęt.

 

W jakim języku odbywała się rozmowa z tym „dobrym policjantem”, po rosyjsku czy białorusku?

 

Po rosyjsku. Ostatecznie dojechaliśmy do tego więzienia, czy łagru w Żodino. Tam na początku również była „ścieżka zdrowia”. Szczekały psy, ale zaskakujące było to, że nie bolało – uderzali tak jakby nie chcieli zrobić krzywdy, a psy miały kagańce. Na nikim to nie zrobiło wrażenia, po tym co spotkało nas wcześniej. Zabrano wszystkich do takiego podwórka, spacerniaka, gdzie oczekiwaliśmy na umieszczenie w celach. I tam już była woda z kranu – dla mnie smakowała jak źródlana, bo byłem po prostu wykończony i chciałem się napić – i toaleta , oczywiście taka… powiedzmy, stalinowska dziura w ziemi, w podłodze, ale to w żaden sposób nie przeszkadzało. Jedynym problemem były przepełnione cele, bo zatrzymano siedem tysięcy osób. W Hongkongu tyle zatrzymywano przez pół roku, a na Białorusi w trzy dni.  W mojej celi było sześć łóżek i 24 osoby, wiem że wszystkie wyszły, odezwali się do mnie.

 

Czy wcześniej widział Pan już takie traktowanie demonstrantów, bo przecież relacjonował Pan inne protesty?

 

Na Majdan dotarłem tuż po „czarnym czwartku” więc nie spotkałem już milicji w konfrontacji z demonstrantami. Byłem we Francji na protestach „żółtych kamizelek”. Hongkong oczywiście, za te zdjęcia dostałem Grand Press Photo. Byłem w Bejrucie, tam też widziałem duże starcia. Czym różni się Białoruś? Poza ekstremalną brutalnością, co oczywiście cechuje OMON, zauważyłem ogromny profesjonalizm w „czyszczeniu” ulic z  demonstrantów. Oni mają sprzęt jakiego nigdy nie widziałem, samochody z takimi osłonami, które miały spychać demonstrantów, ze stanowiskiem dla strzelca z gazem łzawiącymi. Armatki wodne, wozy opancerzone ze strzelcami – to była po prostu taka ruszająca się ściana, która spychała protestujących. Z tym wręcz nie dawało się fizycznie walczyć, człowiek przeciwko maszynie. To było niesamowite, czegoś takiego wcześniej nie widziałem – totalna brutalna machina, która czyściła ulice. A potem pojawiały się te busiki, z których wyskakiwali ludzie w kominiarkach, którzy jak w jakimś przerysowanym filmie krytykującym totalitaryzm, pojawiają się i porywają ludzi z ulicy. Później przez tydzień nie wiemy, gdzie te osoby są, czy w ogóle żyją. W Hongkongu przez sześć miesięcy policja w ogóle się nie uczyła, cały czas popełniali te same błędy – dopuszczali do wielkich demonstracji, które potem pacyfikowali, albo bawili się tam w kotka i myszkę z demonstrantami, którzy pojawiali się na ulicach, robili blokady i znikali, a policja nie nadążała. To było wręcz żałosne. Na Białorusi, po prostu z dnia na dzień się nauczyli, że wszystkich trzeba zatrzymywać, brutalnie spacyfikować i tak było…

 

Czy wybiera się Pan jeszcze na Białoruś?

 

To jest kwestia bezpieczeństwa. Musiałem wrócić do Polski ponieważ okazano mi tak ogromne wsparcie, zarówno politycy różnych opcji, jak i rząd, dyplomacja, znajomi, dziennikarze, wykładowcy.  Gdybym znowu poszedł na demonstrację i dał się zatrzymać, to by wyglądało niepoważnie i to by był całkowity brak szacunku. Oczywiście jestem sercem z Białorusinami – wystarczyło kilka dni i pokochałem ich, zżyłem się z nimi.  Uważam że są nam nawet bliżsi kulturowo niż Ukraińcy, których uważam za braci. Nie chcę zmarnować tego, co dla mnie zrobiono, choć bardzo bym chciał dokumentować to, co się tam dzieje.

 

Rozmawiała Dorota Zielińska

 

Poniżej zdjęcia Witolda Dobrowolskiego z demonstracji na Białorusi

 

 

Dlaczego „Strzyczkowscy” są nam niepotrzebni – komentarz ADAMA SOCHY

„To gdzie ja mam iść protestować pod Trójkę czy pod Radio Nowy Świat, bo już się pogubiłem” – skomentował jeden z Internautów komunikat o odwołaniu Kuby Strzyczkowskiego z szefa radiowej „Trójki”. Zdecydowanie pod „Trójkę” – podpowiem i wyjaśnię dlaczego.

 

Żeby zrozumieć co się stało w „Trójce”, trzeba przeczytać dwa komunikaty.

 

Komunikat chronologicznie pierwszy: „Sytuacja w Radio (…) jest taka, że z medium jakie wam obiecywałem, prosząc o sfinansowanie tego pomysłu, mającym być niezależnym, obiektywnym, prezentującym różnorodny obraz świata i otaczającej nas rzeczywistości, zapraszających komentatorów o różnych poglądach, staliśmy się skrzywionym ideologicznie medium, którego udziałowcy, zamiast sikać pod wiatr, robią pod siebie”.

 

Komunikat chronologicznie drugi: „Marzyłem o radiu, które aktywnie uczestniczy w ważnych polskich debatach, kreuje wydarzenia artystyczne ale i towarzyszy w codziennym życiu swoim wspaniałym słuchaczom. Chciałem być wierny mojej dziennikarskiej misji tworzenia przestrzeni, w której odnajdują się Polacy po wszystkich stronach toczących się sporów, w którym szanowani są ludzie o różnych poglądach i wrażliwościach. Nie udało się”.

 

Oba komunikaty praktycznie się nie różnią, obu autorom przyświecały te same idee i spotkał ich ten sam los.

 

Autorem pierwszego wpisu jest Piotr Jedliński, współtwórca Radia Nowy Świat i jego szef zmuszony do odejścia po oskarżeniu przez słuchaczy i patronów o „transfobię”. Autorem drugiego wpisu jest Kuba Strzyczkowski, zgilotynowany bez uprzedzenia po trzech miesiącach szefowania „Trójką”.

 

Dla takich dziennikarzy, którzy jeszcze wierzą, że media powinny być bezstronne i rzetelne, nie ma po prostu miejsca. W Polsce od lat trwa plemienna wojna i obie strony eliminują bezwzględnie „symetrystów”. Przypomnijcie tylko sobie, jak z „Wyborczej” wylatywali dziennikarze, którzy śmieli podważyć obowiązującą linię. Np. Roman Graczyk musiał w 2006 roku odejść, gdy ośmielił się jako historyk uznać materiały SB jako ważne źródło informacji o PRL. Po odejściu opowiedział portalowi PCh24.pl w jaki sposób wymusza się bezwzględny posłuch dziennikarzy, którzy próbowali się postawić w jakiejś sprawie. „Prędzej czy później i tak dokonywały samogwałtu na swoim sumieniu, ulegając autorytetowi Michnika – mówi Graczyk. – Zostają tylko osoby nadskakujące, które albo same wiedzą jak trzeba pisać, albo mówią im to szefowie.  Wchodzi pewien znany publicysta i pyta Michnika bez żenady: „Adam, powiedz co mam napisać?” – opowiada Roman Graczyk, który przyznał ze wstydem, że sam był pod tak ogromnym wpływem autorytetu Michnika, że przez lata nie reagował, gdy podlegające mu dziennikarki w oddziale krakowskim były zmuszane do ukrywania prawdy i manipulowania. Kiedy powstało Porozumienie Obywatelskie dziennikarka w relacji z wiecu w Krakowie musiała napisać, że przyszło mało ludzi, bo Michnik nadal był za Unią Wolności. Neutralny tekst Graczyka o PO nie został opublikowany. Jak dziennikarka w wywiadzie z działaczem węgierskim zadała pytania, które nie spodobały się Michnikowi, to wysłał do Krakowa Lesława Maleszkę, by „wytłumaczył” autorce, dlaczego zadała niewłaściwe pytania i jakie ma zadać.

 

Drugi mechanizm zniewalania umysłów w „Wyborczej”  został uruchomiony wtedy, gdy wydająca ją spółka Agora weszła na giełdę. Pracownicy dostali akcje, ale żeby je sprzedać trzeba było mieć zgodę kierownictwa. Raz na jakiś czas sporządzano oceny wszystkich pracowników „Gazety Wyborczej”. Od niej zależała zgoda na sprzedaż akcji. Wyrzucenie z pracy było równoznaczne z utratą akcji wartych ogromne pieniądze. Duże pieniądze wygenerowały konformizm. „Ludzie po prostu kładli uszy po sobie i pisali tak, jak trzeba było” – mówi Graczyk, który  zbuntował się po tym, jak ocenzurowano mu wywiad z prezesem IPN Januszem Kurtyką.

 

Jak widzimy, metody wymuszania posłuszeństwa są różne, ale tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wywołujący autocenzurę wśród dziennikarzy, ten sam. W przypadku radiowej „Trójki” odbyło się to bezceremonialnie, brutalnie i publicznie. Kuba Strzyczkowski dowiedział się, że już nie jest szefem, gdy był poza rozgłośnią, a dziennikarze po przyjściu do pracy zastawali już inne osoby na swoim miejscu.

 

Kuba i dziennikarze, którzy mu zaufali mówią dzisiaj, że zostali „oszukani”, bo uwierzyli trzy miesiące temu, że politycy pozwolą im robić bezstronne politycznie radio. To tylko może świadczyć o ich braku znajomości politycznych realiów i wielkiej naiwności, ale też o zachowaniu szlachetnego idealizmu.

 

Za „pierwszego PiS-u” dostałem propozycję objęcia funkcji prezesa Radia Olsztyn od przyjaciela, działacza tej partii, z którym wspólnie robiliśmy pismo w podziemiu. Później nasze drogi się rozeszły, on poszedł w politykę, ja pozostałem dziennikarzem. Grzecznie podziękowałem, tłumacząc, że nie nadaję się do robienia partyjnego radia. Później znajomi mówili, że jestem ciężkim idiotą, bo odwoływani prezesi dostawali taką odprawę, że kupowali sobie domy.

 

Zrobiłem jeszcze eksperyment za rządów PO i wystartowałem w „konkursie” na prezesa Radia Olsztyn. Przedłożyłem rekomendacje moich byłych szefów, Grzegorza Lindenberga (twórcy i szefa „Super Expressu”) i Juliana Becka (byłego redaktora naczelnego „Dziennika Łódzkiego”, którego byłem zastępcą). Gwarantowali prezesowi Janowi Dworakowi, iż jestem świetnym menadżerem i będę robił radio bezstronne i rzetelne. Lindenberg napisał: „Powiem tak: jeśli na stanowisko dyrektora radia publicznego w Olsztynie jest lepszy niż Adam kandydat to nie powinien marnować się na tym stanowisku lecz natychmiast zastąpić Adama Siezieniewskiego w roli prezesa Polskiego Radia. Tak czy tak, szefem Radia w Olsztynie powinien być Adam Socha”.

 

Oczywiście panowie Jan Dworak i Krzysztof Luft, którzy byli w komisji konkursowej wybrali dziennikarza, który nie spełniał podstawowego warunku, nie miał doświadczenia na stanowisku kierowniczym, ale gwarantował partii ślepe posłuszeństwo. „Drugi PiS” już nawet nie dbał o zachowanie pozorów i bez konkursów poobsadzał media publiczne swoimi nominatami.

 

Powtarzam jeszcze raz, żadna ze stron wojny polsko-polskiej nie potrzebuje „Strzyczkowskich” czy „Jedlińskich”, potrzebuje „Czuchnowskich”, „Kurskich” i „Wierników”, którzy bez wahania wykonają każdą „mokrą robotę”. Tym bardziej, że walka zaostrza się w miarę wygrywania kolejnych wyborów przez PiS.

 

Jednak rządzącej od 2015 roku Zjednoczonej Prawicy nie może to służyć za argument, że „oni robią to samo”, gdyż to na rządzących spoczywa odpowiedzialność za kształt debaty publicznej, jako dysponencie mediów publicznych.

 

Polska pilnie potrzebuje odbudowy wspólnoty politycznej. To jest racja stanu państwa w obliczu globalnej wojny pomiędzy USA i Chinami, narastającego zagrożenia ze strony Rosji oraz rewolucji kulturowej. „Do jej odbudowy konieczne są wiarygodne media publiczne tworzące przestrzeń dla uczciwej  debaty na temat państwa” – napisał prof. Zbigniew Stawrowski w artykule „Krajobraz po niedoszłej bitwie” („Plus Minus” z 22 sierpnia). „Argument, że w telewizjach >sprywatyzowanych< znajdziemy niemniej manipulacji i propagandy (choć z pewnością nie tak przaśnej i bardziej dostosowanej do estetycznej wrażliwości swojego widza), że to nie dziennikarze TVP wyrzucają z programu zaproszonych gości, nie pozwalając dojść im do słowa, w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, że programy informacyjne TVP w okresie kampanii wyborczej łączyły propagandę sukcesu w stylu epoki Gierka z nagonką na kandydata opozycji i >praniem mózgów< poprzez wielokrotne powtarzanie o nim tych samych negatywnych informacji. Telewizja publiczna nie jest przecież od tego, by budować wsparcie obozu sprawującego władzę i być ocenianą wedle jednego kryterium: czy jest wystarczająco skuteczna (…). Telewizja publiczna, która zasługuje na swoje miano, ma natomiast inne zadanie – ma być przede wszystkim wzorcotwórcza i budująca kulturę. W tym zawiera się także szczególna troska o rzetelność podawanych informacji oraz o poziom i sposób prowadzenia politycznej debaty”.

 

Jak dotąd Prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu nie włączył się instynkt samozachowawczy. Przeciwnie, podziękował Jackowi Kurskiemu za dobrze wykonaną robotę ogromną wiązanką kwiatów na ślubie swojego pupila, na którym Kurski po raz drugi przysięgał „wierność małżeńską” i „że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Następnie świeżo upieczony małżonek został ponownie wybrany na prezesa TVP. Teraz kontynuację dotychczasowego kursu w mediach publicznych potwierdzono czystką w „Trójce”.

 

Jeśli rząd ZP nie wykorzysta szansy, którą dostał dzięki zwycięstwu Andrzeja Dudy, jeśli zgubi >złoty róg< – konkluduje prof. Stawrowski – to w następnych wyborach parlamentarnych zostanie zmieciony ze sceny politycznej”.

 

I w Warszawie będziemy mieli nie drugi Budapeszt, a drugą Białoruś.

 

Adam Socha

 

Eksperyment – ŁUKASZ WARZECHA o radiowej Trójce

Timeo Danaos et dona ferentes – lękam się Danajów, nawet gdy przynoszą prezenty. Jak wiadomo, Kasandrowe przepowiednie w niczym nie pomogły, Trojanie konia podstawionego przez Greków wciągnęli w mury miasta i – dalszy ciąg doskonale znamy. Kuba Strzyczkowski nie okazał się koniem – nomen omen – trojańskim, ale dewiza ukuta na podstawie bolesnego trojańskiego doświadczenia powinna była od początku zawisnąć nad jego nominacją na dyrektora Trójki. Gdy do niej doszło, napisałem na Twitterze, że z całego serca życzę mu powodzenia, choć nie mam dużej nadziei, że ten eksperyment się uda.

 

Znamienne jest zresztą, że mam skłonność, by nazywać eksperymentem coś, co powinno być w mediach publicznych normalne: otwartość na inne poglądy, zrównoważenie opinii, autonomiczność wobec bezpośrednich politycznych nacisków. Taki był plan Strzyczkowskiego.

 

Opisywałem na portalu SDP sytuację w Trójce już kilka razy, wskazując na jej skomplikowanie i złożoność. Pisałem, że problem leżał przynajmniej w części w nastawieniu pewnej grupy w zespole radia, ale także w tym, że część odbiorców uznała, iż radio jest ich własnością i ma być całkowicie dostosowane do ich upodobań, również politycznych. Jednak wobec sytuacji, do której doszło w ubiegłym tygodniu, tamte zastrzeżenia tracą już moc.

 

Raz dlatego, że przecież Strzyczkowski przyszedł na stanowisko jako nominat tego zarządu Polskiego Radia – po kryzysie. Przyszedł, żeby ten kryzys zażegnywać, a warunkiem było danie mu bardzo dużej swobody, kredytu zaufania i czasu na odbudowanie go wśród słuchaczy. Zwłaszcza wziąwszy pod uwagę ten ostatni punkt, uzasadnianie jego odwołania tym, że Trójka osiągnęła najniższy w historii poziom słuchalności – podczas gdy wszyscy zajmujący się mediami wiedzą, że odtwarzanie pozycji medium po głębokim kryzysie nie trwa tygodnie ani nawet miesiące, a lata – jest absurdalne. Wyjaśnienia tego paradoksu są tylko dwa: albo zarząd PR nie zdawał sobie sprawy z tego, kogo i na jakich warunkach robi dyrektorem, albo od początku najzwyczajniej oszukiwał i Strzyczkowskiego, i dziennikarzy.

 

Dwa – ponieważ niemożliwy do zaakceptowania jest sposób, w jaki przeprowadzono zmianę w Trójce. Starałem się sięgnąć pamięcią głęboko, ale naprawdę podobnej sytuacji nie przypominam sobie z mediów nominalnie publicznych z czasów PO czy wcześniejszych, a już na pewno nie z Polskiego Radia. Według moich informacji, „zajęcie” Trójki przez nową dyrekcję i odwołanie Strzyczkowskiego nastąpiło, gdy dyrektora nie było na Myśliwieckiej, bo przebywał w głównym gmachu PR na Malczewskiego. O tym, co spotkało dziennikarzy na miejscu – odwoływanie programów na pięć minut przed ich rozpoczęciem, kompletny brak informacji, likwidacja (chyba) pasm, będących żelaznym punktem Programu Trzeciego od lat – można przeczytać w wielu miejscach. Wobec tych działań, przypominających niestety poczynania z mediami i dziennikarzami raczej na wschód od nas (lub u nas, ale z czasów głębokiego Peerelu), subtelne rozważania o relacjach zarządu z redakcją stacji i jej odbiorcami nie mają już sensu. To przecież nie jest próba jakiejkolwiek naprawy, korekty, przestrojenia, zrównoważenia. To – muszę tego słowa użyć – pacyfikacja medium. Takich rzeczy po prostu nie robi się w krajach, gdzie władza serio traktuje pojęcie publicznych mediów.

 

Kierunek jest chyba czytelny. Kompletnie nowi ludzie oznaczają obsadzenie Programu Trzeciego karnymi wykonawcami poleceń z grupy osób podobnie lojalnych wobec rządzących co ci, którzy nadają kształt na przykład portalowi państwowej telewizji. Jednocześnie pojawia się informacja o przesunięciu Trójki w stronę spraw kulturalnych i naukowych. Czyli wykastrowania jej z publicystyki i polityki – czegoś, co było zawsze jej częścią składową. To właściwie byłby koniec Trójki – równie dobrze można by zmienić jej nazwę – ja zaś byłbym ogromnie ciekaw, jakie to porażające wyniki słuchalności osiągnie Program Trzeci PR po trzech miesiącach nowego kierownictwa, skoro wyniki osiągane po trzech miesiącach przez Strzyczkowskiego były powodem jego odwołania.

 

Najbardziej przygnębiające jest w tej sprawie to, że wydaje się w niej całkowicie dominować jakaś chora emocja zamiast racjonalnego rachunku. Peerel znał instytucję wentyla bezpieczeństwa, by wspomnieć Kabaret Olgi Lipińskiej czy wcześniej Kabaret Starszych Panów albo właśnie samą Trójkę. Stała za tym pragmatyczna mądrość, aby dawać ludziom poczucie, że nie wszystko jest bez reszty pod butem autorytarnego systemu.

 

Oczywiście pamiętajmy – toutes proportions gardées: nie jesteśmy w systemie autorytarnym, ale mechanizm jest w dużej mierze podobny, gdy idzie o media państwowe. Była okazja, żeby trwale wygasić napięcia wokół Trójki i pokazać, że jednak jest w mediach państwowych miejsce większej swobody. Nawet jeśli produkowałoby się tam wielu dziennikarzy, mówiąc najdelikatniej, sceptycznych wobec władzy, to jaką realną szkodę mogłoby to przynieść rządzącym? Żadną. A jaki realny zysk przyniesie obozowi rządzącemu zaoranie Programu Trzeciego? Również żaden. Tymczasem teraz powstaje kolejny ośrodek sporu.

 

Chyba że – to jedyny sposób racjonalizacji tego, co się zdarzyło – właśnie o to chodzi. Że celem jest stworzenie kolejnego zarzewia konfliktu po to, aby czerpać korzyści z polaryzacji na wszystkich frontach. Nie miałoby to już jednak kompletnie nic wspólnego z tym, jak powinny wyglądać publiczne media.

 

Jest też oczywiście taka możliwość – i, obserwując rozwój wypadków, wydaje mi się ona coraz bardziej prawdopodobna – że nie mamy tu do czynienia z działaniem racjonalnym, ale z czystą demonstracją siły, służącą wyłącznie pokazaniu: możemy zrobić sobie wszystko i co nam zrobicie?

 

Autorom pacyfikacji Trójki i zarazem potraktowania Kuby Strzyczkowskiego w oszukańczy, perfidny sposób – wygląda na to, że wykorzystano go do chwilowego uspokojenia nastrojów przed wyborami – dedykowałbym pewną mądrość ze sfery stosunków międzynarodowych (jako absolwent tego kierunku). Otóż generalnie honorowana zasada pacta sunt servanda nie wynika z jakiegoś głębokiego przekonania, że szanować umowy jest honorowo i ładnie, ale z pragmatyzmu, rządzącego polityką międzynarodową. Po prostu wiadomo, że jeżeli jakiś podmiot obowiązujące go umowy będzie łamał, nie można mu w żadnej mierze ufać, a więc nie powinno się z nim zawierać żadnych paktów (chyba że ich gwarancją jest rygor użycia siły). I ostatecznie zawsze odbije się to niekorzystnie na tym podmiocie.

 

Historia krótkich rządów Kuby Strzyczkowskiego w Trójce pokazuje, że w żadnym stopniu nie wolno ufać dzisiaj ludziom kierującym polskimi mediami państwowymi. Pokazuje także, że nie można ufać ich zapowiedziom, że plany takie jak dekoncentracyjny mają służyć wyłącznie „uzdrowieniu sytuacji” i „zwiększeniu pluralizmu” mediów. Z tego wnioski powinien wyciągnąć każdy, komu leży na sercu stan polskich mediów.

 

Łukasz Warzecha

Protest CMWP SDP w sprawie odwołania red. Kuby Strzyczkowskiego z funkcji dyrektora Programu III PR

CMWP SDP z wielkim zaniepokojeniem obserwuje nagłe odwołanie  red. Kuby Strzyczkowskiego  z funkcji dyrektora Programu III Polskiego Radia i  apeluje do kierownictwa Polskiego Radia o szanowanie zasady wolności słowa i niezależności dziennikarzy przy wykonywaniu funkcji zarządzających i administracyjnych w mediach. 

 

20 sierpnia b.r. Zarząd Polskiego Radia poinformował, iż odwołał red. Kubę Strzyczkowskiego ze stanowiska dyrektora Programu III Polskiego Radia „z powodu naruszeń regulaminu i procedur wewnętrznych Spółki oraz przekraczania kompetencji i pełnomocnictw”. Poinformowano także, iż “wprowadzenie zmian jest niezbędne ze względu na potrzebę poprawy wyników słuchalności, która osiągnęła w ostatnich 3 miesiącach najniższy poziom w historii istnienia Trójki”. Nie kwestionując prawa każdego pracodawcy do prowadzenia własnej polityki kadrowej w zarządzanej firmie, CMWP SDP zwraca uwagę na sprzeczności decyzyjne dotyczące kierowania tą anteną przez Zarząd Polskiego Radia oraz zwraca uwagę na negatywne, społeczne skutki tak chaotycznie podejmowanych decyzji.

 

Red. Kuba Strzyczkowski był dyrektorem Programu III PR od 25 maja br. Objął tę funkcję po kryzysie w stacji wywołanej manipulacjami wokół miejsca piosenki „Twój ból jest lepszy niż mój” Kazika Staszewskiego na Liście Przebojów PR III, gdy autorzy Listy złamali jej  regulamin wprowadzając utwór spoza zestawu do głosowania oraz dokonali manipulacji przy liczeniu oddanych głosów. W rezultacie wywołanego tymi faktami konfliktu z Trójki odeszli doświadczeni dziennikarze, a działania temu towarzyszące wielu słuchaczy i odbiorców mediów odbierało jako atak na wolność i niezależność mediów. Objęcie funkcji dyrektora przez red. Kubę Strzyczkowskiego uspokoiło nastroje społeczne  i  zażegnało  wizerunkowy kryzys  zarówno Programu III, jak i całego Polskiego Radia.  Obecnie odwołanie red. Kuby Strzyczkowskiego z funkcji dyrektora po tak krótkim czasie jej sprawowania (3 miesiące)  oraz brak podanego do publicznej wiadomości przekonującego uzasadnienia tej decyzji wskazuje, iż poprzednie działanie było grą pozorów prowadzoną dla uspokojenia nastrojów i  w rezultacie po raz kolejny podważa zaufanie dziennikarzy i odbiorców nie tylko do Polskiego Radia, ale i do pozostałych  mediów publicznych.  W oczywisty sposób wpływa to negatywnie na ocenę poziomu wolności słowa w naszym kraju.

 

CMWP SDP podkreśla, iż pozbawianie dziennikarzy pracy w konsekwencji głoszenia przez nich swoich poglądów jest zaprzeczeniem zasady wolności słowa i prowadzi do uruchomienia mechanizmu autocenzury, czyli samoograniczania się innych dziennikarzy i nie podejmowania przez nich w publikacjach kontrowersyjnych problemów społecznych, co w oczywisty sposób niszczy jakość debaty publicznej. Jest to tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wywołujący autocenzurę wśród innych dziennikarzy, wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie prawa polskiego, jak i innych krajów jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi.

 

CMWP SDP przypomina także, iż udziela bezpłatnej pomocy prawnej wszystkim dziennikarzom, nie tylko członkom SDP, którzy znajdą się w trudnej sytuacji zawodowej ze względu na swoje przekonania, czy światopogląd.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 21 sierpnia 2020 r.

Pandemiczny kryzys w mediach – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy nieodpowiedzialne artykuły mogły mieć wpływ na zwolnienia dziennikarzy? Czy media wolą ekspertów, którzy straszą? Czy profesjonalne redakcje przegrają walkę o uwagę odbiorców w starciu z amatorami?

 

Obraz rynku pracy

 

Według dokumentu „Sytuacja społeczno-gopospodarcza kraju w I półroczu 2020 roku”, który opublikował Główny Urząd Statystyczny[1], rodzimy rynek pracy – w tym rynek mediów –  wytrzymał pandemię, kwarantannę narodową i lockdown w dobrej kondycji. Na koniec czerwca bezrobocie w Polsce wyniosło 6,1%. Oznacza to, że wzrosło w porównaniu ze stanem z początku pandemii o 0,7%. Należy jednak podkreślić, że było takie samo jak w styczniu i lutym 2019 roku, kiedy powszechnie uważaliśmy, że sytuacja na rynku zatrudnienia przynajmniej pod tym względem jest bardzo dobra. Tymczasem artykuły wieszczące jakieś gigantyczne tąpnięcie pojawiły się już w marcu. Byliśmy wówczas pod względem poziomu bezrobocia na drugim-trzecim miejscu w Unii Europejskiej, koniunktura gospodarcza była oceniana jako dobra, a perspektywy korzystne (łącznie z prognozami Komisji Europejskiej). Nic nie wróżyło rychłego zawalenia się rynku zatrudnienia w Polsce, część redakcji zaczęła jednak kreować inną rzeczywistość. Pisaliśmy o tym na SDP.PL w maju bieżącego roku, analizując złowróżbne treści i ich niekorzystny wpływ na rynek mediów. Bo ten, jak się okazuje, jest wyraźny.

 

Działanie i skutek

 

Business Insider Polska napisał: W kwietniu czeka nas fala zwolnień. Tysiące ludzi zostaną bez pracy. W środku materiału mogliśmy wyczytać m. in., że: Z informacji, jakie wpłynęły do urzędu w Kielcach, pięć tamtejszych zakładów chce zwolnić w sumie 695 osób. Zweryfikowaliśmy tę treść i okazała się wyssana z palca[2]. Być może z tego powodu artykuł został usunięty z należącego do Ringier Axel Springer serwisu. Tego typu nieodpowiedzialne publikacje potęgowały atmosferę grozy, gdyby już sama pandemia nie była zjawiskiem wystarczająco przykrym. Powracał klimat z końca pierwszej dekady XXI wieku, w którym słowo „kryzys” uzasadniało wszystko: likwidacje, cięcia etatów, zwolnienia etc. Głosy rozsądku przebijały się z trudem. Czy media budując taką atmosferę nastawione były tylko na zwiększenie słupków poprzez straszenie odbiorców, jak to zauważył Mirosław Usidus, stwierdzając, że frymarczenie lękami uważają za doskonały wehikuł sprzedażowy [3]? A może było w tym coś jeszcze? Pod koniec kwietnia Ringier Axel Springer zapowiedział zwolnienie 6% pracowników. W tym też okresie Wydawnictwo Bauer zapowiedziało zamnkięcie34 tytułów prasowych[4]. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wbrew faktom najpierw zbudowano klimat zawalającego się rynku, a potem go wykorzystano do kolejnej „optymalizacji kosztów”. Rzecz oczywiście wymaga pogłębionej analizy, ale postawienie takiego pytania jest dziś uprawnione.

 

Straszący eksperci sprzedają (się) lepiej?

 

W klimacie narastającej grozy odnalazła się niestety i część ekspertów. Łatwo zauważając, że taki nurt jest przez część redakcji preferowany, więc jeśli chcą bywać na łamach i na antenie, to muszą się w niego włączyć. Doszło nawet do przeprowadzenia kuriozalnych badań uzasadniających, że jest bardzo źle. Zachęta do firmowanego przez GRAPE (Group for Research In APlied Economics), CASE (Central for Social and Economics Research) i, co może budzić największe zaskoczenie: Uniwersytet Warszawski wyglądała tak: sfrustrowani brakiem dobrych danych z rynku pracy, spróbowaliśmy cos z tym zrobić. Wspólnie z CASE i innymi NGOs, podobnie jak w innych krajach, robimy przyzwoity i na dużej próbie eBAEL (cytat z oficjalnej korespondencji). W opisie skierowanym do potencjalnych uczestników napisano: pandemia spowodowała dwa kryzysy: zdrowotny i ekonomiczny. Mimo że wymiar ekonomiczny obejmie znakomitą większość z nas, nie ma rzetelnych danych o skutkach pandemii dla rynku pracy w Polsce. Wystarczy, że opowiesz w tym badaniu, co Ci się przytrafiło na rynku pracy — a realizujący to badanie przekują te odpowiedzi na wiarygodną analizę (…). Dla uczestników badania przewidziano nagrody! Wspomniana nagroda to 50 zł dla co pięćdziesiątego uczestnika. Wygląda to tak, jakby badanie miało tezę („kryzys ekonomiczny obejmie większość z nas”) i dopasowaną do jej uzasadnienia grupę docelową („(…) opowiesz w tym badaniu, co Ci się przytrafiło na rynku pracy”). Wiarygodność przy takim podejściu była adekwatna, czyli żadna[5]. W raporcie stwierdzono na przykład, że bezrobocie wzrosło „trzykrotnie” i sięgnęło poziomu 1,5 miliona. Cóż, gdyby wzrosło trzykrotnie mówilibyśmy o trzech milionach a nie półtora, ale to „drobne” niedociągnięcie nie przeszkadzało ani „sfrustrowanym” autorom raportu, ani dziennikarzom, którzy bezkrytycznie go udostępniali[6]. Rodzi to oczywiście pytanie o poziom przygotowania merytorycznego redakcji do zajmowania się tak wrażliwym organizmem, jakim jest rynek pracy.

 

Dziś media informują o „zaskakująco dobrej” sytuacji na rynku zatrudnienia[7]. Ministerstwo Rozwoju podało, że w czerwcu i lipcu zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło, a sytuacja zdaje się stabilizować[8]. We wspomnianych już Kielcach bezrobocie zwiększyło się w lipcu w porównaniu z czerwcem bieżącego roku o 2 osoby. Daleko nie tylko do dramatu, ale nawet do prognozowanych dla Polski przez Komisję Europejską 7,5% na koniec 2020 roku.

 

Praca zdalna

 

Drugim wątkiem, poza runięciem w czeluści piekielne rynku pracy, który pojawiał się (i pojawia nadal) od początku pandemii jest praca zdalna. Już w marcu (sic!) media powołując się na badania firmy analitycznej Gartner podały, że 1/3 pracowników już nie wróci z pracy zdalnej do biur[9]. Wątek „miłości” do tej formy wykonywania zawodowych zadań powracał zresztą w kolejnych miesiącach[10]. Badania dr Anny Dolot z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie nie potwierdziły jednak tego optymistycznego obrazu, a w ich konkluzji autorka stwierdziła, że po pandemii tylko zdalnie pracować chce 17,7% badanych. Pozostali albo chcą tak pracować sporadycznie (76,8% – najwyżej jeden dzień w miesiącui), albo wcale (5,5%)[11].

 

Sergiusz Roszczyk ekspert w dziedzinie IT napisał w mediach społecznościowych, odnosząc się do pochwał pracy zdalnej, że z tego obrazu wynika, iż w Polsce:

  • każdy członek rodziny ma swój komputer z kamerą i słuchawkami,
  • Internet działa niezawodnie,
  • pakiety danych od operatorów komórkowych nie mają limitów,
  • zasięg LTE wszędzie jest idealny,
  • dzieci są samoobsługowe, a nauczyciele mogą i prowadzą lekcje tak, że dzieci przez 8 godzin nie wymagają żadnej atencji rodziców,
  • każdy członek rodziny ma swój pokój i swoje biurko,
  • jedzenie w domu gotuje się samo,
  • przynajmniej jedna osoba w domu jest biegłym informatykiem i rozwiązuje wszystkie problemy pozostałych, oczywiście nie odrywając się przy tym od swoich obowiązków służbowych.

 

Zastosowanie pracy zdalnej oczywiście dotyczy również rynku mediów. W czerwcu bieżącego roku dowiedzieliśmy się, że część lokalnych redakcji „Gazety Wyborczej” pozostanie bez biur[12]. Wczoraj upłynął termin, w który dziennikarze centrali „Wyborczej” mieli zabrać swoje rzeczy z szafek, w związku ze zmniejszeniem powierzchni redakcji o 40%[13].

 

Nieodwracalne skutki

 

W czwartek 20 sierpnia m.in. Gazeta.PL poinformowała o świetnych wynikach polskiej gospodarki i szybkim odbiciu po zamrożeniu szeregu branż wynikającym z pandemii[14]. Na portalu SDP.PL stawialiśmy wiosną pytanie: co będzie, jeśli wbrew medialnemu wieszczeniu z fusów rynek pracy się nie zawali i najbardziej pokrzywdzonym środowiskiem okażą się dziennikarze? Zaznaczaliśmy niejednokrotnie, że potrzebne są wiarygodne źródła informacji, że bez profesjonalistów świat komunikacji straci rację bytu, że zawodowe media mają gigantyczny potencjał tak misyjny jak i biznesowy. Wszystkie niekorzystne zmiany (zwolnienia, likwidacja tytułów etc.) następowały przecież w okresie, w którym odnotowano znaczny wzrost zainteresowania mediami, co podkreśliły bania przeprowadzone na zlecenie LoveBrands Relations[15]. Jak poinformowała nas prezes Dorota Bieniek-Kaska wzrost dla kanałów informacyjnych przekroczył (w porównaniu z marcem 2019 roku) 169%! Badania pokazały też, że respondenci oczekiwali od mediów również innych treści, niż te związane z koronawirusem[16], co raczej pokazuje istniejące zapotrzebowanie na produkty dostarczane przez redakcje i potencjał, niż gwałtowny regres. Wydaje się, że ta szansa nie została wystarczająco wykorzystana, a wręcz zmarnotrawiona.

 

Podsumowując pierwsze półrocze 2020 roku warto postawić pytanie, a może my po prostu nie umiemy zrobić z mediów biznesu? W walce o uwagę zawodowcy przegrywają z użytkownikiem smartfona, który ma dostęp do Internetu, konta w mediach społecznościowych i pisze o tym, ze zjadł śniadanie, biegał, był w ulubionej knajpie, grał w grę i wieczorem wypił drinka do ulubionego serialu?

 

Jedno jest pewne – to co publikujemy w mediach, czasem zupełnie nieodpowiedzialnie lub bezkrytycznie, ma wpływ też na losy redakcji i dziennikarzy. W tym wypadku odpowiedzialność za słowo powinna być więc szczególna. Na zwolnionych czeka dziś w całym kraju i za granicą zaledwie 20 ofert pracy (dane portalu Pracuj.PL[17]). Nawet taka gwiazda jak Marek Niedźwiecki nie otrzymała po odejściu z Trójki lawiny propozycji[18]. Uważajmy więc z wieszczeniem katastrofy, bo któregoś dnia tak wykreowana wizja teraźniejszości może mieć wpływ i na nasze zatrudnienie.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/inne-opracowania/informacje-o-sytuacji-spoleczno-gospodarczej/sytuacja-spoleczno-gospodarcza-kraju-w-i-polroczu-2020-r-,1,98.html – dostęp 21.08.2020 r.

[2] https://sdp.pl/rynek-pracy-epidemia-i-media-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 21.08.2020 r.

[3] https://sdp.pl/fakehunter-czyli-jak-zostalem-lowca-fejkow-wyjatkowo-wazna-analiza-miroslawa-usidusa/ – dostęp 21.08.2020 r.

[4] https://www.bankier.pl/wiadomosc/Kolejne-ciecia-w-mediach-Zwolnienia-w-RASP-i-Wydawnictwie-Bauer-7873232.html – dostęp 21.08.2020 r.

[5] https://diagnoza.plus/ – dostęp 21.08.2020 r.

[6] Na przykład: https://oko.press/bezrobocie-jest-wyzsze-niz-w-oficjalnych-statystykach/ – dostęp 21.08.2020 r.

[7] Na przykład: https://www.rp.pl/Rynek-pracy/308199926-Chwilowa-poprawa-czy-trwaly-powrot-do-normalnosci.html –  dostęp 21.08.2020 r.

[8] http://centrumprasowe.pap.pl/cp/pl/news/info/164433,,newsletter – dostęp 21.08.2020 r.

[9] Na przykład: https://www.pulshr.pl/employer-branding/po-ustaniu-pandemii-nawet-1-3-pracownikow-nie-wroci-do-pracy-biurowej,72349.html – dostęp 21.08.2020 r.

[10] https://strefabiznesu.pl/pracownicy-umyslowi-pokochali-prace-zdalna-a-co-z-pracodawcami/ar/c10-15064440 – dostęp 21.08.2020 r.

[11] A. Dolot, Raport z badania dotyczącego pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19, Kraków 2020, s. 9.

[12] https://antyweb.pl/agora-gazeta-wyborcza-praca-zdalna/ – dostęp 21.08.2020 r.

[13] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/gazeta-wyborcza-zmniejsza-przestrzen-redakcyjna-o-40-proc-wspolne-stoly-opinie-gazeta-pl-opracowuje-nowy-model-pracy – dostęp 21.08.2020 r.

[14] https://next.gazeta.pl/next/7,151003,26225411,swietne-wiadomosci-z-polskiej-gospodarki-przemysl-blyskawicznie.html#s=BoxOpImg1 – dostęp 21.08.2020 r.

[15] https://www.pracuj.pl/praca/dziennikarz;kw?rd=30 – dostęp 21.08.2020 r.

[16] https://sdp.pl/media-przed-w-trakcie-i-po-pandemii-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 21.08.2020 r.

[17] https://lbrelations.pl/pl/news/480,potrzeby-informacyjne-polakow-w-dobie-koronawirusa – dostęp 21.08.2020 r.

[18] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/marek-niedzwiecki-nie-bylo-lawiny-ofert-byc-moze-uruchomie-podcast – dostęp 21.08.2020 r.

Repolonizacji mediów nie będzie – twierdzi WITOLD GADOWSKI

Termin repolonizacja jest nic nieznaczącym propagandowym określeniem. Politycy sami nie rozumieją, co się kryje pod tym stwierdzeniem – mówi dziennikarz śledczy i wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Witold Gadowski.

 

Politycy mówią o repolonizacji. Co to słowo oznacza?

 

Nie mam żadnych złudzeń. Ględzenie o repolonizacji mediów obraża inteligencję słuchaczy. Wszystkie osoby, które zajmowały się mediami z ramienia tzw. dobrej zmiany skompromitowały się. Jak słyszę, że politycy obiecują repolonizację mediów, obawiam się, że nie wiedzą, o czym mówią. Przecież oni nie potrafią sobie poradzić z mediami publicznymi. Obsadzili stanowiska ludźmi, którzy się na tym kompletnie nie znają. Zniszczyli media publiczne, więc jak chcą uporządkować rynek medialny? Jacek Kurski jest najgorszym z możliwych prezesów TVP. Nie kryje swojego cynizmu, braku poszanowania dla rzemiosła dziennikarskiego i misji mediów publicznych. Nie ukrywa, że jest partyjnym czynownikiem i propagandystą.

 

TVP Info ze swoim przekazem pomogła prezydentowi Andrzejowi Dudzie w kampanii wyborczej?

 

Zaszkodziła, ponieważ to, co pokazuje TVP Info obraża inteligencję ludzi o prawicowych poglądach.

 

Ubolewasz nad upadkiem rzemiosła dziennikarskiego w TVP Info i mediach publicznych. Ale gdzie go jeszcze można szukać?

 

Nigdzie. Zniszczenie rzemiosła dziennikarskiego jest faktem, ale to nie znaczy, że nie należy o tym mówić. Potrzeba powrotu do solidnego warsztatu dziennikarskiego. Wierzę, że dziennikarstwo jeszcze się odrodzi. Zapewne nie nastąpi to przy obecnych władzach mediów publicznych, ale nie mam wątpliwości, że dziennikarstwo się odrodzi.

 

Czym jest repolonizacja mediów?

 

Termin repolonizacja jest nic nie znaczącym propagandowym określeniem. Politycy sami nie rozumieją, co się kryje pod tym stwierdzeniem. Używają tego słowa, bo wzbudza emocje, ale nie niesie za sobą żadnego programu.

 

Co należałoby zrobić w kwestii rynku medialnego w Polsce?

 

Wprowadzić ułatwienia ekonomiczne dla powstawania niezależnych polskich mediów, które mogłyby działać na rynku.

 

Jakiego rodzaju zachęty ekonomiczne masz na myśli? Subwencje budżetowe?

 

Niekoniecznie subwencje, przede wszystkim ulgi podatkowe i preferencje przy otrzymywaniu koncesji.  Instytucje udzielające koncesji nie sprawdzają się. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji oraz Rada Mediów Narodowych są obciążeniem dla państwa. Ich byt nie ma sensu, powinny zniknąć.

 

Jeżeli bliżej przypatrzymy się terminowi repolonizacji mediów to nie obejmuje on mediów z polskim kapitałem, czyli „Gazety Wyborczej”, „Super Expressu”, Polsatu. Zostaje TVN, Onet, RMF FM i „Puls Biznesu” oraz grupa Polska Press, która jest wydawcą najważniejszych gazet regionalnych. Znacznie istotniejszy i bardziej precyzyjny niż repolonizacja jest termin dekoncentracja mediów. Jak go rozumiesz?

 

To termin bardzo ważny. Obecnie w amerykańskim Senacie toczy się postępowanie przeciwko największym graczom internetowym Amazonowi, Google, Facebookowi. Celem postępowania jest  dekoncentracja mediów, ponieważ trusty kapitałowe przekroczyły pewną miarę. Skoro Amerykanie mają z tym problem, to tym bardziej Polacy powinni się przyjrzeć sprawie. Dekoncentracja  kapitału w mediach jest bardzo ważnym krokiem w kierunku demokratyzacji opinii publicznej.

 

Jak w praktyce osiągnąć dekoncentrację kapitału w mediach?

 

Trzeba wprowadzić precyzyjne zapisy antymonopolowe w mediach. W mediach nie może być monopolu kapitałowego. Jest to niezwykle ważne dla pluralizmu opinii publicznej. Repolonizacja  mediów to termin propagandowy, który nic nie znaczy i jest niewykonalny. Politycy używają tego haczyka, żeby łapać na niego wyborców o bardziej prawicowych czy narodowych przekonaniach.

 

 

Słyszymy od kilku lat, że ustawa dotycząca rynku medialnego jest przygotowana, ale nie ma decyzji politycznej, żeby ją wprowadzić.

 

 

Mówią o tym tak nieudani politycy, jak pan Adam Andruszkiewicz, który ma pilnować ładu w przestrzeni internetowej i cyfrowej. Im większy nieudacznik z obozu rządowego, który zajmuje się mediami, tym częściej mówi o repolonizacji. Władza nic z tym nie zrobi, bo to jest niewykonalne.

 

Jak szczegółowe powinny być te zapisy, żeby nie powróciła dawna kwestia i/lub czasopisma?

 

Teraz mamy większe problemy, bo wtedy był problem i/lub czasopisma, a teraz jest problem, który nazywa się Georgette Mosbacher. Ambasador USA bezprawnie wtrąca się w polski rynek medialny i feruje swoje opinie.

 

Z czego wynika jej zachowanie?

 

Ze słabości polskiej klasy politycznej i z poczucia pani Mosbacher, że może wszystko. Niestety, nikt jej nie wytłumaczył, że nie może się tak zachowywać.

 

Może to konsekwencje jej związków biznesowych?

 

Tego nie wiem, ale być może ktoś z właścicieli TVN skutecznie przekonał panią Mosbacher, że w jej interesie jest obrona tej stacji telewizyjnej.

 

 

Dobra zmiana nie dostrzega, że niektóre media np. „Fakt”, nie przejmuje się rzetelnością dziennikarską i potrafi uderzyć w obóz rządzący i prezydenta w czasie kampanii wyborczej?

 

Mogą to widzieć, ale Ci ludzie nie rozumieją mediów.

 

 

Nie są dostrzegają oczywistych spraw?

 

Nie jestem tego pewien, bo żeby je dostrzec, trzeba myśleć. Oni oczywiście widzą, że niektóre media są do nich nieprzyjaźnie nastawione. Chcieliby te media skolonizować tak, jak telewizję publiczną i przestawić na swoją stronę. To jest ich ideał. Ale im się to nie udaje i nie uda, bo są barbarzyńcami, a barbarzyńcom niewiele się udaje. Rządzi chaos i przekonanie, że to ostatni okres, w którym można się nachapać, więc reformy i ustrojotwórcze działania nie mają szans na realizację.

 

Nie będzie już żadnych poważnych reform?

 

Nie. PiS obiecywał ustawę o zawodzie dziennikarza, zniesienie art. 212 Kodeksu karnego używanego do zastraszania dziennikarzy, odbudowę mediów publicznych i repolonizację rynku medialnego. Co PiS wykonał z tych postulatów?

 

Nic.

 

Wręcz przeciwnie. PiS wzmocnił art. 212 Kodeksu karnego i zniszczył media publiczne.

 

 

Rozmawiał TOP.