Ostatnia dekada prasy? – MIROSŁAW USIDUS podaje „datę końca” prasy papierowej

Los prasy rozstrzygnie się w kolejnej dekadzie – pozwoliłem sobie zaprorokować w jednej z dyskusji, którą niedawno toczyłem w grupie facebookowej starych kolegów z „Rzeczpospolitej”. Cóż, słowo się rzekło i biorę na siebie ryzyko przepowiedni, że do 2030 będziemy mieć na polskim rynku prasowym „pozamiatane”, co nie oznacza koniecznie zniknięcia wszystkich ważnych tytułów, ale o tym niżej.

 

Kilka miesięcy temu, w atmosferze gwałtownej zapaści sprzedaży spowodowanej pandemią, przypominałem w artykule na portalu SDP o wróżbie z książki  „The Vanishing Newspaper” Philipa Meyera, wydanej w 2004, głoszącej, że ostatni egzemplarz gazety papierowej zostanie sprzedany w 2043 roku. Jak pisałem wtedy, gdyby sytuacja wynikła z koronawirusa potrwała dłużej niż kilka tygodni, to niestety, moment ten może nadejść znacznie szybciej. Byliśmy wówczas w sytuacji kompletnego lockdownu. Wszystko było zamknięte a prasa sprzedawać się w formie tradycyjnej nie miała gdzie. Sytuacja potem się zmieniła, choć sama pandemia trwała. Otwarto punkty sprzedaży, choć jak pokazywały wyniki niektórych wydawców wydarzenia te musiały mocno dotknąć.

 

Czy prenumerata cyfrowa GW odrabia straty ponoszone na papierze?

 

Dyskusja „Rzepowców”, o której piszę, wywołana była informacjami ZDKP o sprzedaży dzienników w czerwcu. Odnotowując gigantyczny, ok. 30-procentowy roczny zjazd sprzedaży „Gazety Wyborczej” w zestawieniu z umiarkowanym na obecnym etapie opadaniem wyników „Rzeczpospolitej” zauważyłem w tonie nieco gorzkim i sarkastycznym, że gdyby te tempa utrzymały się jeszcze około półtora roku, to „Rzepa” w tym swoistym „odwrotnym wyścigu” prześcignie „GW” pod względem liczby sprzedanych egzemplarzy papierowych, a Grzegorzowi Hajdarowiczowi uda się to, o czym w dawnych czasach mogliśmy w redakcji „Rz” jedynie pomarzyć.

 

Zostałem skontrowany w trakcie tej wymiany informacją o tym, że „GW” ma prawie ćwierć miliona subskrypcji cyfrowych, co ponoć rekompensuje sprzedaż papieru. Tak sugeruje Agora, ale co charakterystyczne, nie sposób w informacjach spółki znaleźć wydzielonych dokładne danych, ile w publikowanej ogólnej kwocie sprzedażowej wynosi sprzedaż cyfrowa, a ile papierowa. Dane ze sprzedaży cyfrowej nie są audytowane tak jak egzemplarze papierowe przez ZDKP. A skoro nie ma informacji precyzyjnej i otwartej, ile przynosi Agorze prenumerata cyfrowa, to co mam o tym myśleć?

 

Cóż, po prostu nie wierzę, że cyfrowa prenumerata wyrównuje Agorze straty na papierze, ostatnio kolosalne. W informacjach podawanych wiosną tego roku przez spółkę możemy przeczytać, iż przeciętny przychód miesięczny od subskrybenta, który kupił ofertę bezpośrednio na Wyborcza.pl, wynosił 14 zł. Po szybkim przeliczeniu i uwzględnieniu podawanej przez Agorę liczby 240 tysięcy subskrybentów otrzymujemy ok. 40 mln złotych rocznie. Ale to tylko moja dedukcja. Danych takich w relacjach spółki nie ma. Jak to się ma do podawanych prawie stu milionów przychodów ze sprzedaży „Gazety Wyborczej” nie mam pojęcia. Jeśli ktoś dysponuje takimi szczegółowymi rozkładami, ile z papieru, ile ze sprzedaży cyfrowej, to chętnie się zapoznam.

 

Dopóki jednak, nie poznam dokładnych i niezbitych danych, to nadal pozwolę sobie nie wierzyć w korpo-PR Agory regularnie sugerujący „odrabianie” strat sprzedażowych w sferze cyfrowej. Ile z tych 240 tysięcy to aktualni, regularni, płacący co miesiąc prenumeratorzy? Czy nie jest to czasem rodzaj „historii prenumeraty”, baza danych wszystkich, którym kiedykolwiek zdarzyło się kupić i okresowo prenumerować „GW” cyfrowo? A nawet jeśli oficjalnie podawane dane o liczbie cyfrowych prenumeratorów są zbliżone do aktualnej rzeczywistości, to tak czy inaczej nie za bardzo widzę w ogólnych wynikach sprzedaży „Wyborczej” owego nieustannie sugerowanego „odkuwania się” na rynku cyfrowym.

 

Zostawmy jednak GW. Rozważania na temat jej cyfrowej sprzedaży potrzebne są mi jedynie jako wprowadzenie do szerszego, zapowiedzianego na wstępie tematu losów prasy, które, jak mi się wydaje, rozstrzygną się do 2030 roku. Otóż, tak czy inaczej powinniśmy w sposób nie budzący już żadnych wątpliwości przekonać się w nadchodzącej dekadzie, czy sprzedaż cyfrowa i Internet zwracają wydawcom to, co w sposób nieubłagany tracą i będą tracić na tradycyjnym rynku.

 

Przy czym zostawiam na boku kwestię reklamy, bo w mojej opinii nie rządzą nią w Polsce reguły czystego rynku – gdyby rządziły, to przychody reklamowe prasy byłyby o wiele niższe niż są. Rządząca się pozarynkowymi regułami (a raczej brakiem jasnych reguł) reklama zamąca analizę, ale wydaje mi się, że ostatecznie i tak nie wpłynie na to, co musi się wydarzyć.

 

Wydaje się, że sprzedaż egzemplarzy papierowych, na pewno gazet codziennych i periodyków o charakterze informacyjno-publicystycznym i o tematyce ogólnej, będzie spadać do poziomów, w których utrzymywanie personelu i infrastruktury potrzebnej tylko po to, aby wytwarzać wydania drukowane, przestanie mieć jakikolwiek sens, poza sentymentem. Tak stanie się zapewne w segmencie, nazwijmy to „ogólno-informacyjnym”. W segmencie prasy kolorowej, magazynów, wydawnictw specjalistycznych, tematycznych, prognozy są trudniejsze. Z pewnością też nastąpią zmiany i zamknięcia wersji papierowych, ale spora część tytułów może przetrwać dłużej.

 

Moja wróżba dotyczy jednak głównie tego ogólno-informacyjnego segmentu. Gdy przestanie się opłacać drukowanie papierowych egzemplarzy, powinniśmy się dowiedzieć ostatecznie, czy cyfrowy biznes zastępuje papierowy. W tej chwili nie przesądzam, czy tak będzie czy nie, zwłaszcza, że wydawcy mają jeszcze trochę lat na podjęcie działań, inwestycji i wdrożenie rozwiązań, które pozwolą im na udaną migrację. W dużym stopniu wciąż do odkrycia dla nich są możliwości i strategie mobilne – nie wierzcie, jeśli wam mówią, że mają obecnie jasną wizję, jak zarabiać na mobile. Jeśli ktoś ma zasoby i zrealizuje właściwe pomysły, to nie wszystko jest stracone.

 

Niestety strategia cyfrowa ma swój mniej przyjemny aspekt. Taki mianowicie, że oznacza wejście w świat, w którym wydawcy prasowi nie są u siebie i w dodatku nie liczą się zbytnio i nie są przez rządzących tych rynkiem potentatów traktowani jako równorzędni partnerzy.

 

Jak Google uzależnia i zaciska uścisk na gardłach wydawców

 

Jedna z osób dyskutujących ze mną na forum „Rzepowców” zwróciła uwagę, że cyfrowa sprzedaż tytułów prasowych to, cytuję, „(…) wątpliwy biznes. Print oddawał marzę drukarzom i kolporterom a Digital oddaje dużym operatorom reklamowym z GAFA [Google, Apple, Facebook, Amazon – przyp. M.U.]. Pytanie czy chcemy wspierać local czy global?”.

 

Otóż to. Strategia cyfrowa oznacza konieczność przyjęcia przez wydawcę warunków dyktowanych przez Big Tech a ten, w najlepszym razie, w ogóle nie liczy się z priorytetami tradycyjnych mediów a tak naprawdę, zwykle wprost stosuje nieprzyjemne i nieuczciwe praktyki, przeobrażając się rok po roku, krok po kroku, w uprzywilejowaną konkurencję.

 

Przypomnę ubiegłoroczne oburzenie wydawców na zachodzie (u nas było o tym ciszej), gdy w ramach aktualizacji przeglądarki Chrome w wersji 76, Google postanowił wyeliminować możliwość wykrywania przez strony internetowe wykorzystywania trybu incognito, co pozwalało wydawcom stosującym paywalle stosować zachęcające do kupna subskrypcji strategie oferowania odwiedzającym ograniczonej liczby artykułów w okresie np. miesięcznym. Oczywiście nie wszyscy wykorzystują ten mechanizm. Niektóre serwisy blokują dostęp bez żadnych darmowych odwiedzin. Po zmianie przeprowadzonej przez Google użytkownik nawet w trybie incognito mógł korzystać do woli z darmowych treści tych wydawców, którzy oferują kilka darmowych sztuk, bo strona za każdym razem traktowała go jako nowego odwiedzającego. Oczywiście serwis prasowy może ustawić paywalla bez żadnych zachęt, ale to niszczy biznesowe i marketingowe strategie.

 

Powyższe to przykład braku wrażliwości na potrzeby wydawców, ale nie brakuje opinii, że prasa i wydawcy przez swoje internetowe serwisy wskutek kolejnych zabiegów i zmian wprowadzanych przez Google, w konsekwencji mają stać się po prostu częścią machiny „kontentowej” Google a nie samodzielnymi graczami na cyfrowym rynku. Dość wyraźnie świadczą o tym rozliczne działania, reklamowane jako „dobre dla wydawców” a kończące się na postępującym uzależnieniu ich od giganta z Mountain View.

 

Prawie pięć lat temu Google zaprezentował efektowny i atrakcyjnie wyglądający, na pierwszy rzut oka, projekt o nazwie Accelerated Mobile Pages, AMP. Miał przyspieszyć czas ładowania stron internetowych uruchamianych przez smartfony. Z czasem AMP urósł do rangi czegoś znacznie bardziej uzależniającego. Parę miesięcy temu Google wprowadziło nową funkcję, która pozwala AMP używać techniki renderingu po stronie serwera (SSR), zwiększając wydajność witryn, które wykorzystują tę technologię w całej swojej domenie.

 

Warto przypomnieć, że projekt AMP został uruchomiony głównie z myślą o wydawcach stron informacyjnych. Zostali oni poproszeni o stworzenie nowej, lekkiej wersji swoich sieciowych stron z artykułami. Wersje te pojawiają się w wyszukiwarce Google i ładują się stosunkowo szybko na urządzeniach mobilnych. W zamian Google podnosi ranking wyników stron, które używają AMP, w wyszukiwarce, zapewniając napływ dodatkowych odwiedzin, co przekłada się na dodatkowe wpływy reklamowe.

 

Google prowadzi hosting dla owych „zatwierdzonych” stron AMP dla wydawców zaakceptowanych do usługi Google News, co pomija oryginalne strony wydawców, chyba że użytkownicy klikają w osobny adres URL, który pojawia się na górze strony. Przyjęcie AMP jest również jedynym sposobem na uzyskanie dostępu do kanału Google Discover, który zawiera artykuły na stronie pojawiające się po otwarciu nowej karty w przeglądarce Chrome, potencjalnie umożliwiając serwisom internetowym dodanie setek tysięcy kolejnych nowych odsłon, jeśli algorytm wybierze ich treść.

 

Początkowo AMP skupiał się na urządzeniach mobilnych, ale Google zaczął po cichu eksperymentować również z serwisami dla komputerów stacjonarnych. Wydawcy mogą wkrótce przekonać się, że najlepiej będzie włączyć AMP na wszystkich swoich domenach, co ostatecznie coraz bardziej zwiększa zależność od Google. Dzięki wspomnianej, nowej funkcjonalności SSR wszystko zaczyna tworzyć samonapędzającą się machinę do generowania coraz to większego ruchu na stronach. Teoretycznie to bardzo atrakcyjne dla wydawców.

 

Sam pomysł AMP nie wzbudzał kontrowersji. Mechanizm uznawany jest zasadniczo z rzecz pożądaną. Dlaczego użytkownicy mobilni nie mogliby dostać szybciej ładujących się, okrojonych ze zbędnych i opóźniających ładowanie elementów, stron internetowych? Jednak oczywiście w tej całej dobroczynnej działalności Google, jest pewien haczyk.

 

AMP pozbawia wydawców autonomii i kontroli nad ich treścią. Hostowane przez Google strony AMP zacierają pochodzenie i widoczność oryginalnego źródła treści. Z rąk wydawców wytrącana jest poważna część kontroli nad własną marką. Mechanizm prowadzi do tego, że pozwalają Google’owi korzystać z ich treści za darmo, pod pozorem ulepszania i optymalizowania stron. Oryginalny adres URL przestaje być widoczny dla czytelnika na rzecz wersji z hostingiem Google.com. Niektóre aplikacje AMP wrzucają nawet posty do tzw. „karuzeli” czyli przewijanego menu z linkami do treści, tak jakby cała zawartość była wyświetlana w jakiejś witrynie sklepowej. Prowadzi to do sytuacji, w której Google całkowicie panuje nad sposobem prezentacji treści a w końcu, ostatecznie, nad samymi treściami.

 

Oczywiście, w sensie technicznym jest to jedynie opcja. Nikt nie musi z AMP korzystać. W rzeczywistość jednak wydawcy właściwie nie mają wyboru. Jeśli nie będą z niego korzystać, to stracą ogromną część ruchu, czyli odwiedzin na stronie. Ich strony będą zajmować znacznie niższe pozycje w wynikach wyszukiwania. Nie zapominajmy, że Google jest zdecydowanie dominującą wyszukiwarką, z 92-procentowym udziałem w rynku na całym świecie i 94,5 procentowym udziałem w rynku mobilnym. Jeśli komuś zależy na sukcesie stron i treści publikowanych w sieci to prostu nie może sobie pozwolić na lekceważeniem wymogów Google.

 

Według dość zgodnej opinii programistów i wydawców, początkowo AMP przyspieszył działanie mobilnego Internetu i zapewnił użytkownikom dużo lepsze doświadczenie w przenośnych urządzeniach. Jednak w miarę jak stawał się coraz bardziej popularny, AMP po cichu stawał się narzędziem do utrwalania dominacji technologii Google’a w Internecie jako całości. Korzystanie z niego jest nieuniknione, jeśli na przykład ktoś zależny jest od ruchu w serwisie WWW w celu sprzedaży reklam obok  swoich treści.

 

Niestety choć technologia ta jest w sensie technicznym otwarta, to w rzeczywistości nie za bardzo na to wygląda. Porównuje się ją z platformą Chromium, na którym opiera się projekt przeglądarka Chrome, która jest open source w bardzo ograniczonym sensie. Oczywiście, każdy może wnieść swój wkład do kodu i przeczytać go na GitHubie, ale głównymi twórcami tego formatu są pracownicy Google. Podobnie jest z AMP. Firma lubi opowiadać o tym, jak inni przyczyniają się do rozwoju tego formatu, ale tylko ona kontroluje najważniejsze platformy, na których działa AMP. Nie ma też równego dostępu w innym sensie. Duże firmy wydawnicze mogą umożliwić dostęp abonamentowy za pośrednictwem produktu AMP, zaś z mniejszymi Google nie negocjuje.

 

Czytelnikom trudno jest uniknąć korzystania z AMP, gdyż wejście na oryginalne źródła treści wiąże się kłopotliwym kopiowaniem i wpisywaniem pierwotnych adresów internetowych. Jeśli smartfon w systemie np. Android jest osadzony ekosystemie Google, to nawigacja nietypowymi, czyli nie rekomendowanymi przez wyszukiwarkowego monopolistę sposobami, jest niezwykle niewygodna.

 

Tymczasem ekspansja formatu AMP postępuje. Google stara się nakłonić wydawców do budowania całych stron internetowych w tym formacie. Jeśli wziąć pod uwagę, że inne platformy prezentowania informacji takie jak Apple News też wymagają odrębnych nakładów pracy, tworzenia specjalnych wersji, zaczyna to stawać się kłopotliwe. Potentaci Big Tech zaczynają domagać się niejako wyłączności dla siebie, gdyż przygotowanie innych wersji na inne platformy jest bardzo kosztowne. Trzeba się na coś zdecydować. Decydują się na to, co im daje więcej odsłon i wtedy to Google osiąga swój cel, jakim jest dominacja i poszerzanie granic swojego królestwa w sieci.

 

Działania te w ciekawy sposób wracają na teren sporów o neutralność Internetu, której oficjalnie Google jest zaciekłym orędownikiem i broni tej neutralności przed zakusami firm „starej gospodarki”. Jednak do tego, że zdaje się tylnymi drzwiami i po cichu wymuszać  na wydawcach i właścicielach stron dostosowanie się do swoich reguł a nawet wręcz panować nad ich stronami, do tego się już chętnie chyba nie przyzna.

 

W tej sytuacji nie dziwi, że niektóre kraje, np. niedawno Australia zgłaszają kolejne inicjatywy i pomysły na to, by Google, i inni wielcy z grona Big Tech, np. Facebook, płacili wydawcom i mediom za treści. Podobne projekty próbowano wprowadzać w Europie, ale były nieskuteczne. Teraz cały świat przygląda się Australii. Jeśli temu krajowi uda się skłonić do płacenia mediom za treści, to inni zapewne podążą tym tropem.

 

Los gazet, los marek

 

Wróćmy na nasz rynek i perspektywy naszych wydawców. Skoro papier się skończy a odkucie się za pomocą cyfrowej sprzedaży wygląda w świetle tego co powyżej, co najmniej iluzorycznie, co czeka rynek prasy w Polsce.

 

Niektóre odpowiedzi na to pytanie mogą okazać się zaskakujące. Nie możemy zapominać, że największe tytuły prasowe, te znane od lat i dekad, to dość silne marki. Na ich bazie można rozwijać działalność daleko wykraczającą poza tradycyjny prasowy i generalnie medialny biznes. Robi tak już od lat, jak się niedawno dowiedziałem, Grzegorz Hajdarowicz, tworzący na bazie pozycji „Rz” i posiadanych zasobów, tak przynajmniej wynika z moich informacji, coś w rodzaju ośrodka szkoleniowego i centrum wiedzy dla firm. Robią tak inni wydawcy, wykorzystują siłę marki do poszukiwania przychodów w różnych obszarach, korzystają z pomysłów i planów biznesowych często daleko wykraczających poza pierwotny biznes.

 

Kto wie, czy, przynajmniej niektóre marki prasowe, nie czeka w przyszłości historia podobna do karmy Nokii, która zaczynała w XIX wieku jako producent, nomen omen, papieru. Papier a dokładnie koperty oryginalnie sprzedawała jubilerska firma Tiffany a William Wrigley na początku swojej działalności oferował gumę do żucia jedynie jako prezent dla klientów kupujących mydło i proszek do pieczenia. Wielu wydawców już od dawna wie, że to co mają w ręku najcenniejszego to brand. Co z nim zrobią i jak wykorzystają biznesowo? Przekonamy się.

 

O „końcu prasy” pisze się już od dawna. Sam pisałem niejeden raz a we wspomnianym tekście, który opublikowałem na portalu SDP wiosną przypominałem moje spory z ubiegłej dekady. Wydaje się, że ciągu najbliższych dziesięciu lat nastąpić może na tym rynku coś, co Anglosasi określają „disruption”. Sens tego pojęcia ma aspekty zarówno negatywne jak i pozytywne. Negatywne bo oznacza rzeczywiście koniec i przerwanie ciągłości czegoś, co wydaje się utrwalone. W kontekście, o którym piszę, będzie to zapewne przede wszystkim ostateczne odejście od papieru i druku. Pozytywne akcenty polegają na nowych szansach i perspektywach, które jednak muszą być właściwie zrozumiane, przeanalizowane i prowadzić do działań, które sukcesywnie pozwolą przekształcić „koniec” w „początek”… czegoś nowego.

 

Mirosław Usidus

 

Protest CMWP SDP przeciwko blokowaniu filmu o Powstaniu Warszawskim przez YouTube

CMWP SDP z oburzeniem przyjmuje blokownie publikacji filmu harcerzy z ZHR upamiętniającego Powstanie Warszawskie pt. „Kilka dni” w sieci społecznościowej YouTube i apeluje o zaniechanie takiego działania w przyszłości. Ze względu na powszechność serwisu internetowego YouTube działanie takie ma charakter cenzury czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność swobodnego wyrażania myśli i przekonań. Jest to nieuzasadnione naruszenie zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa.

 

W lipcu b.r. grupa harcerzy z ZHR samodzielnie zrealizowała clip filmowy p.t. „Kilka dni”, którym chciała upamiętnić 76. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. 31 lipca harcerze próbowali opublikować film na swoim kanale na platformie YouTube, najpowszechniejszym w Polsce kanale dystrybucji dla amatorskich treści audiowizualnych. Publikacja clipu okazała się niemożliwa, harcerze otrzymali jedynie tzw. pierwsze ostrzeżenie i informację, że ich produkcja narusza „reguły bezpieczeństwa”.

 

Międzynarodowy koncern Google, który jest właścicielem serwisu internetowego YouTube nie podał przy tym żadnych realnych przyczyn tej radykalnej decyzji, poinformował jedynie – jak zwykle w takich przypadkach – iż stało się to z powodu rzekomego „naruszenia wytycznych dla Społeczności”. Korespondencja i próby odwoływania się od tej decyzji platformy You Tube nie przynosiły rezultatów. Dopiero gdy sprawa została opisana w innych mediach (m.in. na portalu wpolityce.pl), YouTube przyznał się do błędu i 17 sierpnia udostępnił film bez ograniczeń.

 

CMWP SDP zwraca uwagę, iż jest to przykład cenzury stosowanej przez You Tube. Szczególnie bulwersujący jest przy tym fakt, iż You Tube usunął z przestrzeni publicznej publikacje wyrażające ważne i dla wielu Polaków fundamentalne treści w momencie, gdy ze względu na przypadającą w tych dniach rocznicę wybuchu Powstania opinia publiczna była nimi najbardziej zainteresowana, a to w oczywisty sposób zmniejszyło liczbę potencjalnych odbiorców filmu. YouTube zablokował także możliwość tzw. monetyzacji kanału, czyli uniemożliwił twórcom filmu zarabianie na jego dystrybucji, co jest również ograniczeniem bez względu na to, czy twórcy filmu z tej możliwości chcieliby skorzystać.

 

Nie jest to pierwszy przypadek blokowania patriotycznych treści dot. Powstania Warszawskiego przez YouTube. 6 sierpnia ub. roku platforma zablokowała kanał Radia Maryja po publikacji na nim homilii abpa Marka Jędraszewskiego, metropolity krakowskiego, wygłoszonej z okazji 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

 

CMWP SDP przypomina, iż cenzura prewencyjna jest w Polsce konstytucyjnie zakazana i jest niedopuszczalna także w świetle Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co wielokrotnie potwierdzał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.

 

Usuwanie treści z portali społecznościowych bez wskazania konkretnych przykładów naruszenia regulaminu serwisu i bez realnej możliwości szybkiego odwołania się od tych decyzji narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa. CMWP SDP apeluje o podjęcie działań przez platformę You Tube i przez rządzących, które uniemożliwią w przyszłości popełnianie takich błędów skutkujących eliminowaniem z przestrzeni publicznej treści patriotycznych dotyczących naszego kraju.

 

dr Jolanta Hajdasz , dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 17 sierpnia 2020 r.

film jest dostępny tu :

dodatkowe informacje :  https://wpolityce.pl/kultura/513263-dlaczego-youtube-nie-chce-filmu-mlodych-harcerzy?fbclid=IwAR2k3WIxEZmpEi1d1arNpUK9-SY9Vt1cGsr7IvQ9q14cuqVaeBMGzSCYNos

Skrzywienie ideologiczne – ŁUKASZ WARZECHA o Radiu Nowy Świat

Historia Radia Nowy Świat jest niesamowita, nawet jak na tragikomiczne standardy polskich mediów i polityki. Rozgłośnia stworzona za pieniądze darczyńców, oburzonych na sytuację w Trójce i na całkowicie absurdalny akt cenzury wobec piosenki Kazika, zatrudniająca wielu dziennikarzy, którzy z tej publicznej stacji odeszli, miała być wolna od nacisków i niezależna. Okazało się, że niemal natychmiast po uruchomieniu pogrążyła się w kryzysie, który wcale nie zakończył się odejściem prezesa i współzałożyciela radia Piotra Jedlińskiego, bo chwilę później zamienił się w pyskówkę prowadzoną za pośrednictwem mediów. RNŚ pewnie to przetrwa, ale już jako całkiem inne medium niż gdy zaczynało.

 

Przesadziłbym może, twierdząc, że RNŚ kibicowałem, ale na pewno przyglądałem się tej inicjatywie życzliwie. Jasne było dla mnie, że trzon radia tworzą osoby, które sympatykami obecnej władzy nie są, ale to nie musiało oznaczać, że ten resentyment będzie miał odbicie w sposobie funkcjonowania rozgłośni. Chętnie przyjąłem kilka razy zaproszenie do programu, a dyskusja okazała się interesująca i spokojna. Inna sprawa, że odnotowałem od razu, iż pewna grupa odbiorców RNŚ była oburzona tym, że zaproszono do programu kogoś o takich jak moje poglądach. Inni kontrowali jednak pytaniem, czy w takim razie oczekiwaliby, że w radiu słychać będzie tylko „swoich” – czyli, mówiąc wprost, że będzie ono jasno sformatowane jako antyrządowa stacja.

 

Okazuje się, że te pierwsze głosy powinny były być dzwonkiem ostrzegawczym, zapowiadały bowiem to, co stało się przy okazji afery z Michałem Sz. Wobec tego, że RNŚ w swoich serwisach używało wobec aresztowanego formy męskiej – zgodnie z tym, co napisane jest w jego dokumentach – nastąpił atak na radio najbardziej radykalnej grupy jego odbiorców, ale też masy lewicowych celebrytów i „liderów opinii”, domagających się, żeby podporządkować się w tej kwestii lewicowej poprawności politycznej i o Michale Sz. mówić „ona”. Początkowo prezes Jedliński zajął bardzo asertywne stanowisko, słusznie punktując atakujących go za podważanie wolności słowa (to generalnie lewicowa skłonność). Jednak już po krótkim czasie opublikował coś w rodzaju samokrytyki – żenującej zresztą – w której napisał, że zobaczył sprawę w „kontekście” i ten kontekst każe mu na nią inaczej spojrzeć. I że w związku z tym od teraz Michał Sz. będzie w serwisach „nią”. To jednak nie wystarczyło, bo po kolejnych kilkudziesięciu godzinach dowiedzieliśmy się, że pan Jedliński zrezygnował z funkcji prezesa zarządu i odchodzi z RNŚ. A po jeszcze następnych kilkudziesięciu, po ukazaniu się w „Gazecie Wyborczej” artykułu Wojciecha Czuchnowskiego z wypowiedziami Magdaleny Jethon, Jedliński tak skomentował na swoim FB twierdzenia Jethon, że namawiała go do pozostania:

 

Ta wypowiedź to bezczelne kłamstwo, mające najwyraźniej zdjąć jakąkolwiek odpowiedzialność z osób, które wymusiły na mnie dymisję. Pozwalam sobie także zacytować fragment maila, jaki otrzymałem od pana Jerzego Sosnowskiego:

„Ale dla wizerunku RNŚ, dla ucięcia wątpliwości patronów i dla zamknięcia ust nieżyczliwym krytykom byłoby wg mnie optymalne, żebyś, Piotrze, nie obrażając się na nas, tylko rozumiejąc delikatną sytuację całego przedsięwzięcia, podał się do dymisji…”.

Sytuacja w Radio Nowy Świat jest taka, że z medium jakie wam obiecywałem, prosząc o sfinansowanie tego pomysłu, mającym być niezależnym, obiektywnym, prezentującym różnorodny obraz świata i otaczającej nas rzeczywistości, zapraszających komentatorów o różnych poglądach, staliśmy się skrzywionym ideologicznie medium, którego udziałowcy, zamiast sikać pod wiatr, robią pod siebie.

 

Szczególnie warto zapamiętać sobie ostatnie zdanie, bo ono pokazuje problem, przed jakim stanęło RNŚ. Żeby było jasne, piszę o tym bez satysfakcji, raczej ze smutkiem i żalem. Oto bowiem okazało się, że jest bardzo trudne lub zgoła niemożliwe ufundowanie za społeczne pieniądze radia niesytuującego się otwarcie po jednej ze stron wyniszczającego również media konfliktu. Bo przecież nawet okoliczności, w których RNŚ powstawało, nie musiały oznaczać, że stanie się zakładnikiem swoich najradykalniejszych odbiorców. Będąc krytyczne wobec władzy, mogło być normalne. Mogło być miejscem autentycznego ścierania się różnych poglądów.

 

Lecz warto postawić sobie – patrząc na sprawę z zewnątrz i nie znając jej kulis oraz napięć wewnątrz zespołu – jeszcze jedno pytanie: czy gdyby Jedliński wytrwał przy swoim początkowym stanowisku wbrew rewolucyjnemu wzburzeniu lewicowych prowodyrów, faktycznie musiałoby to oznaczać dla RNŚ katastrofę finansową i odejście znaczącej liczby patronów? Mam wrażenie, że tego wcale nie przetestowano. Nie próbowano tego liczyć. Frakcja antypisowska w składzie zarządu uznała po prostu, że tak będzie, bo tak jej było wygodnie, nie robiąc nawet żadnej sondy wśród słuchaczy, co przecież technicznie nie byłoby trudne. Fakt, że głośno krzyczało w mediach społecznościowych kilkanaścioro lewicowych celebrytów (być może nawet niebędących patronami RNŚ) nie oznaczał przecież, że tak samo myśli znacząca liczba słuchaczy. A nawet gdyby ostatecznie RNŚ straciło, powiedzmy, 10 proc. radykalnie lewicowych patronów, mogłoby w nieco dłuższym czasie zyskać podobną liczbę wśród bardziej umiarkowanych, zmęczonych tonem mediów rządowych, a jednocześnie nie akceptujących poetyki rozgłośni komercyjnych.

 

Dlatego właśnie nie wysnuwałbym – jak już czynią niektórzy – prostego wniosku, że stało się, co stać się musiało: słuchacze RNŚ to lewackie oszołomy, które wymusiły na radiu podporządkowanie się ideologii. Nie: zadziałał tu mechanizm podobny jak w przypadku społeczeństwa w dużej skali – uznano, że krzykliwa grupka ma prawo określać kurs całej rozgłośni.

 

W RNŚ zdążyli bywać komentatorzy o konserwatywnych poglądach. Ciekaw jestem czy będą nadal zapraszani, czy też odejście prezesa Jedlińskiego z powodu awantury o nazywanie mężczyzny mężczyzną oznacza całkowity zwrot w kierunku radiowęzła zakładowego walczącej lewicy. Nawet jeśli tak nie będzie – czego bym sobie oczywiście życzył – to i tak na RNŚ odium tej fatalnej sytuacji będzie ciążyć już zawsze.

 

Łukasz Warzecha

CMWP SDP o cenzurze w Radiu Nowy Świat

CMWP SDP   z uwagą i niepokojem obserwuje przyczyny i okoliczności odwołania red. Piotra Jedlińskiego z funkcji prezesa Radia Nowy Świat i apeluje do kierownictwa tej stacji o poszanowanie zasady wolności słowa demokratycznego państwa w pracy dziennikarskiej. Jednocześnie CMWP SDP przypomina, iż udziela bezpłatnej pomocy prawnej wszystkim dziennikarzom, którzy znajdą się w trudnej sytuacji zawodowej ze względu na swoje przekonania, czy światopogląd.

 

Opisane w mediach tradycyjnych i społecznościowych relacje z przebiegu konfliktu między kierownictwem i nieujawnionymi „patronami” Radia Nowy Świat, a byłym prezesem stacji, red. Piotrem Jedlińskim oraz konsekwencje sporu światopoglądowego w redakcji w postaci pozbawienia dziennikarza – prezesa radia pracy i udziałów finansowych w zakładanej przez niego stacji radiowej wskazują na naruszenie zasady wolności słowa i dziennikarskiej niezależności przez właścicieli rozgłośni. Jest to szczególnie bulwersujące i naganne w sytuacji, gdy w czasie tworzenia Radia Nowy Świat w kwietniu b.r. przedstawiano opinii publicznej, iż powstaje ono w proteście przeciwko rzekomej cenzurze w programie III Polskiego Radia, a niezależność dziennikarzy i wolność słowa będą jego podstawową zasadą. W oparciu o to hasło była prowadzona publiczna zbiórka środków finansowych na uruchomienie stacji. Obecny spór i jego przebieg świadczą o nadużyciu zaufania słuchaczy Radia Nowy Świat przez jego twórców i właścicieli oraz ujawniają mechanizmy manipulowania opinią publiczną przez jego kierownictwo.

 

CMWP SDP przypomina, iż pozbawianie dziennikarzy pracy w konsekwencji głoszenia przez nich swoich poglądów jest zaprzeczeniem zasady wolności słowa i prowadzi do uruchomienia mechanizmu autocenzury, czyli samoograniczania się innych dziennikarzy i nie podejmowania przez nich w publikacjach kontrowersyjnych problemów społecznych, co w oczywisty sposób niszczy jakość debaty publicznej. Jest to tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie prawa polskiego, jak i innych krajów jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi.

 

9 sierpnia b.r. red. Piotr Jedliński opisał w mediach społecznościowych, dlaczego kierowana przez niego stacja określa słowem rodzaju męskiego („aktywista”) aresztowanego działacza LGBT Michała Sz. posługującego się żeńskim pseudonimem Margot. Po krytyce tej postawy m.in. przez prominentne osoby związane ze stacją red. Piotr Jedliński wycofał się ze swojego zdania, jednak w kolejnych dniach okazało się, iż pod wpływem nacisków innych udziałowców stacji musiał podać się do dymisji. Piotr Jedliński jest jednym z założycieli Radia Nowy Świat, przed wymuszoną dymisją miał 30% udziałów w spółce, która jest właścicielem rozgłośni.

 

Radio Nowy Świat emituje swój program w Internecie od 7 lipca b.r. Wg danych portalu patronite.pl prowadzącego zbiórkę publiczną dla stacji, projekt wsparło dotychczas ponad 30 tys. użytkowników, którzy deklarują wpłacanie na jego utrzymanie ponad 730 tys. zł miesięcznie.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 16 sierpnia 2020

Czytaj więcej na:

https://www.facebook.com/piotr.mordred.jedlinski

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/radia-nowy-swiat-prezes-piotr-jedlinski-zrezygnowal-dlaczego-publicysci-to-zly-znak-cenzura-zamiast-debaty

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/byly-prezes-radia-nowy-swiat-rezygnacje-sugerowal-mi-sosnowski-jethon-przeniosla-najgorsze-wzorce-z-trojki

https://www.press.pl/tresc/62814,piotr-jedlinski-rezygnuje-z-funkcji-prezesa-radia-nowy-Swiat

https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114526,26207888,byly-prezes-rns-twierdzi-ze-dymisje-na-nim-wymuszono-jethon.html

https://wpolityce.pl/media/513248-afera-w-radiu-nowy-swiat-przybiera-na-sile-jethon-klamie

https://nowyswiat.online/

Z perspektywy Rosji – komentarz TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

Nie trzeba było rosyjskiego ataku propagandowego na Polskę w 100– lecie „Cudu nad Wisłą”, media w Polsce wyręczyły Putina.

 

I tak redakcja „Newsweeka” przypomniała tekst Igora T. Miecika sprzed 11 lat, w którym opisuje wojnę bolszewicko-polską z perspektywy… rosyjskich jeńców. Autor twierdzi, że byli źle traktowani w „barbarzyńskich łagrach II Rzeczypospolitej”.

 

Z kolei na czołówce portalu Onet.pl można było znaleźć wspomnienia bolszewickiego lekarza z frontu walk. W „poruszających listach do żony” – jak to określiła redakcja – czytamy: „Tego, co wyprawiają Polacy, nie da się opowiedzieć”.

 

Bliżej warto przyjrzeć się tekstowi w „Gazecie Wyborczej”. W leadzie czytamy: „Wielkie zwycięstwo odniesione sto lat temu w bitwie warszawskiej, szybko stało się przedmiotem zażartej bitwy politycznej. (…) Efekty tamtej wojny polsko-polskiej są odczuwalne do dzisiaj. Na przykład w sporach historyków o to, czy marszałek Józef Piłsudski tak naprawdę nie zdezerterował i nie uciekł z Warszawy w przeddzień bitwy”.

 

Abstrahując od tego, że ta ostatnia sugestia nie jest prawdziwa, trzeba odnieść się do głównej tezy: to nie była wojna polsko-polska, tylko wojna bolszewicko-polska. I ta wojna trwa do dziś.

Wracając do mordowania bolszewickich jeńców. Kilka lat temu dla rzeczonej „Gazety Wyborczej” wypowiedział się… Władimir Putin. Ówczesny premier Rosji napisał bez ogródek: „tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku, powinny się stać symbolem wzajemnego przebaczenia”.

 

Komentowałem wówczas, na czym polega manipulacja Rosjan. A opiera się ona na tym, że większa część jeńców bolszewickich z 1920 r. nie wróciła do domu. Dlaczego?

Pierwsza kwestia to śmiertelność. Putin i jego propaganda sugeruje, że Polacy dokonali na bolszewikach ludobójstwa. Tymczasem trafili oni do obozów jenieckich, gdzie byli przetrzymywani zgodnie z przepisami prawa międzynarodowego. W tych obozach zmarło około 18 tysięcy jeńców z ogólnej liczby około 60 tysięcy, którzy dostali się do niewoli. Większość wskutek chorób zakaźnych, głównie czerwonki i tyfusu.

 

A co się stało z tymi, którzy przeżyli polską niewolę? Kilkunastu tysiącom jeńców Rzeczpospolita zwróciła wolność, i postanowili pozostać w naszym kraju. I znów należy zadać pytanie o powód. Porównując sytuację w Polsce i Rosji, wybrali Polskę, obawiając się ponadto represji od swoich po przegranej wojnie.

 

Rząd zgodził się na przyznanie im obywatelstwa. Kilkuset Rosjan wstąpiło później do polskiego wojska, uzyskało stopnie oficerskie i walczyło w wojnie obronnej 1939 r. Około 3 tysiące na stałe wyjechało do Europy Zachodniej.

 

 

Kłamstwo na temat mordu na jeńcach zostało wymyślone pod koniec lat 80. na polecenie Michaiła Gorbaczowa, który ujawnił wówczas prawdę o Katyniu. Specjalistom od propagandy polecił, aby znaleźli podobną sprawę obciążającą Polskę.

 

Dziś to kłamstwo wybrzmiewa w mediach działających w Polsce.

 

Tadeusz Płużański

PAWEŁ BOBOŁOWICZ: Reżim Łukaszenki nie zdołał stłumić wolności słowa

Według Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy pomiędzy 9 a 13 sierpnia na Białorusi zatrzymano 68 dziennikarzy. Jeszcze wczoraj – w czwartek, 13 sierpnia, około godziny 17. – wciąż przetrzymywanych w izolacji było 23 przedstawicieli mediów. Co najmniej 29 dziennikarzy odniosło obrażenia i rany.

 

13 sierpnia wieczorem reżim Łukaszenki zaczął zwalniać z aresztów zatrzymane osoby – ogółem zatrzymano około siedmiu tysięcy osób – nie tylko protestujących, dziennikarzy, ale też przypadkowych osób, które według reżimowych funkcjonariuszy znalazły się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Pierwsze dane mówią, że zwolniono już ponad tysiąc osób i być może wśród wypuszczonych na wolność są, czy też będą dziennikarze. Na razie jednak trudno jest zrozumieć intencje białoruskiego dyktatora i nie można mieć pewności, że Białorusi nie czeka kolejna fala przemocy ze strony władzy – nic bowiem nie wskazuje, żeby miały wygasnąć akcje protestów. Jeśli represje będą kontynuowane, znów zapewne dotkną także dziennikarzy, bo wolność słowa, niezależne dziennikarstwo, jest szczególnie niebezpieczne dla trwania rządów Łukaszenki i dyktator od dawna to udowadnia.

 

Dziennikarzy zaczęto zatrzymywać już od samego początku protestów po sfałszowanych wyborach na Białorusi. Według Biełsat TV zatrzymywań dokonywano w czasie pracy, ale też urządzano polowania pod domami pracowników niezależnych mediów. Dziennikarzy przewożono na komisariaty, nie dając bliskim możliwości poinformowania, co się dzieje, gdzie są. Wyciągano ich z  redakcji i przetrzymywano po kilka, kilkanaście godzin. Każde takie zatrzymanie kończy się zasądzeniem pozbawienia wolności od 5 do 30 dni, lub karą grzywny.

Odizolowanie, uniemożliwianie kontaktu, ma na celu dodatkowe zastraszenie.

 

Biełsat opisuje los dziennikarza śledczego Stanisława Iwaszkiewicza, który m.in. zajmuje się problematyką korupcji w strukturach państwowych. Został on porwany przez funkcjonariuszy w dniu głosowania wprost spod lokalu wyborczego. Odnaleziony został dopiero po dwóch dobach w jednym z mińskich aresztów. Dziennikarza bito.

 

Redaktora naczelnego niezależnego portalu Nasza Niwa Jahora Marcinowicza zatrzymano w czasie blokad milicyjnych Mińska. Kiedy okazał swoją legitymację dziennikarską funkcjonariusz od razu rozpoznał „niepożądaną” redakcję, zadał pytanie, które można uznać też za zarzut „Mówisz po białorusku?” i kazał mu biec do więźniarki. Przez kilkanaście godzin los Marcinowicza był nieznany. Redaktor po zwolnieniu opisał w mediach społecznościowych jak poniżano zatrzymanych, mówiono o nich „zwierzęta”, i trzymano leżących z twarzą skierowaną do ziemi. Funkcjonariusze zatrzymanych kopali i bili.

 

Biełsat TV informuje o ranach poniesionych przez fotoreporterów:  odłamek granatu hukowego trafił Alaksandra Wasiukowa, Taćcianę Kapitonawą ogłuszył wybuch, a Iryna Arachouskaja została trafiona gumową kulą. Jan Roman – współautor nadawanych na antenie Biełsatu i TVP Polonia programów historycznych został pobity pod aresztem, w którym przetrzymywano dwóch jego kolegów. Roman stracił cztery zęby, złamano mu nos i kość policzkową.

 

Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy informuje o podobnych sytuacjach także w innych miastach. Zatrzymywani są tez dziennikarze mediów, które nawet nie miały „łatki” opozycyjnych. Często był uszkadzany sprzęt dziennikarzy, niszczono nośniki informacji. Warto dodać, że wśród zatrzymanych znalazły się także 4 osoby z Polski, wśród nich dziennikarz fotoreporter Witold Dobrowolski, laureat Grand Press Photo 2020, znany z relacjonowania sytuacji w miejscach ogarniętych konfliktami.

 

Dziennikarze zgodnie relacjonują: przed agresją białoruskich funkcjonariuszy nie chronią żadne oznaczenia na odzieży z napisem „PRESS”, legitymacje dziennikarskie.  W środę 13.08 minister spraw wewnętrznych Białorusi Jurij Karajew wziął na siebie odpowiedzialność i przeprosił za traumy zwyczajnych obywateli, ale jednocześnie dodał, że „technologie kolorowych rewolucji” starają się wciągnąć do protestów  zwyczajnych ludzi. W ten sposób tworząc spiskową teorię dla sprzeciwu białoruskiego społeczeństwa.

 

Redaktor naczelny Naszej Niwy Jahor Marcinowicz krótko skomentował słowa ministra na swoim Facebooku: „Nie potrzebuję przeprosin Karajewa. Zamiast tego chcę przed sądem zobaczyć siły specjalne i członków komisji”. Wielu dziennikarzy uważa, że za to, co się wydarzyło w ostatnich dniach, nikt z władzy i ze służb nie poniesie odpowiedzialności.

 

O tym, że brutalność w czasie tłumienia protestów przelała czarę goryczy białoruskiego społeczeństwa najlepiej świadczy fakt, że od służb i specnazu odcinają się ich byli, a także w kilku przypadkach obecni funkcjonariusze. Nagrywają filmiki, w których niszczą pagony, odznaki, naszywki z napisami „specnaz” i stwierdzają, że wstydzą się za takie działania służb wobec własnego narodu. Do dymisji podało się kilku urzędników reżimu Łukaszenki, nawet z prezydenckiej administracji.

 

Nie wytrzymują też tego napięcia i presji dziennikarze reżimowych mediów –  co najmniej 7 państwowych dziennikarzy odeszło z pracy. Niektórzy z nich wprost opowiadają o manipulacjach rządowych mediów, inni  swoją decyzję motywują sprzeciwem wobec wykorzystania do tłumienia protestów armii. Niektórzy nie podają swoich motywów oficjalnie, ale wiadomo, że nie wytrzymywali propagandowych nacisków i konieczności kłamania.

 

Białoruska  telewizja państwowa przez pierwsze dni w ogóle nie zauważała protestów. A na pierwszym miejscu znajdowały się informacje np. o rozwoju przedsiębiorczości spożywczej. Gdy wreszcie protesty dostrzeżono, to oczywiście oczernia się w nich manifestujących, a o ofiarach mówi się wśród funkcjonariuszy białoruskich służb.

 

Wydarzenie na Białorusi pokazały też, że wciąż mamy do czynienia z nowym zjawiskiem w świecie medialnym, gdzie tak naprawdę kluczową rolę odgrywają media społecznościowe. Nie można bezkarnie kłamać, nawet gdy się dysponuje potężną machiną mediów państwowych. Ich przekaz jest bowiem konfrontowany z tysiącami wiadomości, filmików zamieszczanych w Internecie. Krótkie ujęcia filmowe pokazują brutalną prawdę: agresję OMONu, katowanie ludzi, czy nawet niszczenie przez funkcjonariuszy samochodów (za to, że kierowcy wspierają protestujących trąbieniem). Reżim próbował walczyć z mediami społecznościowymi odcinając internet, ale dziś staje się to niemożliwe na dłuższy czas – bez Internetu nie może działać ani gospodarka, ale ma też z tym problem i sama reżimowa administracja.

 

Ciekawe, że obszar mediów społecznościowych krajów byłego Związku Sowieckiego jest słabo zrozumiały dla mieszkańców naszego kraju. Na Białorusi (ale też na Ukrainie) olbrzymią popularnością cieszy się komunikator Telegram. To tam na kanałach zarządzanych przez blogera Nechtę (zapis NEXTA) na bieżąco można było się dowiedzieć o skali protestów – nie tylko w Mińsku, ale na całej Białorusi. Telegramowe kanały podawały informacje gdzie się zbierają protestujący, ale też gdzie są jednostki OMONu – dzięki temu mieszkańcy białoruskich miast utrudniali swoimi samochodami przemieszczanie się kolumn funkcjonariuszy. Podawano nawet numery do domofonów domów, w których mogli się schować protestujący. Przy zastosowaniu skutecznej taktyki rozproszonych protestów i połączeniu tego z informacjami z Telegrama, reżim pomimo swojej brutalności, nie mógł spacyfikować rozlewającego się protestu.

 

Dziennikarz Michał Potocki stwierdził na Twitterze: „Ruch nie ma liderów. W 2010 plan protestu szykowały sztaby kandydatów, więc po zatrzymaniu Uładzimira Niaklajeua reszta się pogubiła. Sztab Swiatłany Cichanouskiej nie wzywał do wystąpień, nie wziął w nich udziału, więc jej wyjazd na Litwę nie ma znaczenia dla protestu. Koordynator protestu: żyjący w Warszawie bloger Nexta, Sciapan Puciła, którego na Telegramie śledzi milion ludzi. To on proponuje miejsca zbiórki i taktykę na kolejny wieczór.”

 

Gdy ulicami Mińska już w niedzielę wieczorem maszerowały tysiące ludzi, niektórzy komentatorzy, także w Polsce, jeszcze powtarzali opinie rosyjskiej agencji TASS o nielicznych protestach, a inni pisali o tym, że nie ma z protestów zdjęć. Nie mieli zapewne świadomości, że żyją w swoich bańkach informacyjnych i po prostu rozlewającego się protestu nie widzą, bo nie jest on relacjonowany w mediach, które sami obserwują. Faktycznie mniej informacji było na Facebooku, a konstrukcja tego medium nie pozwala na tak szybkie informowanie i masowe docieranie do odbiorców – bo to przecież Facebook decyduje co i komu pokaże. Na Białorusi nie jest szczególnie tez popularny Twitter. Natomiast w Telegramie widzimy wszystkie informacje na bieżąco, w odstępach sekundowych. Popularnym medium społecznościowym stał się też Instagram, który dla wielu w Polsce kojarzy się tylko z zamieszczeniem ładnych zdjęć celebrytów. Na Białorusi jest jednak kolejnym narzędziem w walce z Łukaszenką i pokazuje prawdę o wydarzeniach.

 

Jak widać po ostatnich dniach media społecznościowe są skuteczne, mogą być częścią obszaru wolności słowa, chociaż są dalekie od klasycznego rozumienia dziennikarstwa i wywołują też wiele pytań dotyczących jego kształtu, ale też podatności na manipulację i wpływy. Trudno chociażby nie zwrócić przy tej okazji uwagi na kwestie, kto jest ich twórcą, właścicielem i kto ustanawia zasady ich funkcjonowania, kto w nich chroni naszą prywatność. W krytycznych momentach te kwestie zawsze schodzą na dalszy plan: dziś niewątpliwie można docenić fakt, że reżim Łukaszenki nie wygrał wojny informacyjnej prowadzonej wobec własnego społeczeństwa. Nie pomogły represje wobec dziennikarzy, nie pomogło czasowe wyłączenie internetu. Zapewne Białorusini wiedzą dziś o wiele więcej o swoim kraju i systemie, niż jeszcze kilka lat wcześniej.

 

Paweł Bobołowicz

 

Źródła: bielsattv, Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy

Zaskoczenia i rozczarowania – OLGA MICKIEWICZ-ADAMOWICZ o tym, czy są tematy, które zawsze kończą się zrobieniem dobrej audycji

Często zdarza się, że zaczynając pracę na jakimś reportażem wyobrażamy już sobie, jak będzie brzmiał. Nie chodzi tu o stawianie tezy, ale o oczekiwania dotyczące tego, jak będzie opowiadał nasz rozmówca, że porwie naszych słuchaczy wspaniałą, barwną historią, że zdradzi nam jakieś nieznane wcześniej szczegóły… A potem nadchodzi rzeczywistość, która już tak kolorowa nie jest.

 

Bohater nudzi albo się jąka. Nie pamięta szczegółów, albo nie chce ich podać. Opowiada same banały, a na koniec w dodatku żąda autoryzacji i czepia się każdego słowa.

 

Tak może być zawsze. Nie ma niestety tematów – pewniaków, do których realizacji możemy przystąpić pewni, że powstanie ciekawa audycja. Być może to właśnie czyni naszą pracę tak fascynującą? Bo z jednej strony, nawet nagrywając świadków najważniejszych historycznych wydarzeń możemy zrobić nudny reportaż (proszę mi wierzyć, słyszałam kiedyś opowieść Żydówki z łódzkiego getta, zmontowaną i przedstawioną tak, że o mało nie zasnęłam). A z drugiej – nawet z czegoś, co pozornie jest niczym, możemy skonstruować ciekawą, wartościową audycję. Jeżeli tylko wykażemy się mądrością, wrażliwością i wyobraźnią.

 

Pamiętam, że kiedy uczestniczyłam w różnych warsztatach, bardziej doświadczeni koledzy powtarzali, że reportaż jest gatunkiem autorskim. Od nas zależy, jak opowiemy daną historię. Zawsze mówili, że nawet jeśli dwie osoby nagrywają tę samą postać, ostatecznie na pewno pokażą ją inaczej. Na inne szczegóły zwrócą uwagę. Wybiorą inne fragmenty wypowiedzi, dobiorą inną muzykę i efekty.

 

Dlatego też od nas w dużej mierze zależy, czy swoją ewentualną porażkę zamienimy w sukces. A jednym z moich ulubionych przykładów na to jest reportaż Małgorzaty Żerwe „Georgia. Fragmenty pamięci”.

 

Georgia Peet urodziła się w Bułgarii w 1923 roku. Mieszka w Berlinie, ale dzieciństwo spędziła w Warszawie i nadal znakomicie mówi po polsku.  Była więźniarką Ravensbruck. Po wyzwoleniu została w Niemczech i należała do enerdowskiej elity kulturalnej. Wydaje się być świetną bohaterką reportażu, prawda? Jest tylko jedno „ale”. Kiedy autorka przychodzi do Georgii na umówione spotkanie, okazuje się, że staruszka już prawie nic nie pamięta. Nie kończy opowieści, tonie w dygresjach, gubi słowa, jąka się.

 

Małgorzata Żerwe próbuje składać z tych strzępów pamięci opowieść o Georgii. Nie da się jednak ukryć, że bohaterka reportażu mówi już bardzo źle. Niejedna osoba na pewno zrezygnowałaby w tej sytuacji z przygotowania audycji. Ale Małgorzata przekształca trudność w szansę nadania tej historii drugiego dna. Nie usuwa tego, co najczęściej uważa się za radiowe „brudy” – powtórzeń, zająknięć, prób przypomnienia sobie odpowiednich słów. To już nie tylko opowieść o barwnej artystce, to także skonstruowany z dużą delikatnością, wzruszający portret starzejącej się kobiety, która powoli traci najcenniejsze wspomnienia o sobie samej. Reportaż został nagrodzony w konkursie Melchiory w 2006 roku.

 

Czasem młodzi reporterzy wierzą, że podjęcie jakiegoś dramatycznego, wstrząsającego tematu zagwarantuje im sukces. W efekcie każdy adept reportażu zalicza na początku zrobienie audycji o nowotworze, Powstaniu Warszawskim i problemie bezdomności (tak, ja też od tego zaczynałam). Wydawać się może, że postawienie mikrofonu przed osobą, która przeżyła coś ważnego, oznacza jednocześnie zrobienie poruszającej audycji, że taki temat „sam się zrobi”. W rzeczywistości bardzo trudno jest, podejmując temat, który został już omówiony z tak wielu stron, powiedzieć jeszcze coś nowego, coś, co słuchaczowi zapadnie w pamięć. To między innymi dlatego za trudne uważamy tematy tzw. rocznicowe, czyli dotyczące najważniejszych wydarzeń historycznych, takich jak Powstanie Warszawskie czy Sierpień ’80. Na ich temat powstało już bardzo wiele audycji, książek i artykułów. Coraz trudniej znaleźć bohatera, który jeszcze nigdy nie był o nic pytany przez dziennikarzy czy historyków. W dodatku, jeśli temat dotyczy osób już nie żyjących – trzeba znaleźć sposób, żeby nie przedstawiać ich w sposób pomnikowy. Nadać im kolorytu i wywołać w słuchaczu emocje.

 

Tym, co gwarantuje sukces, niezależnie od podjętego tematu, jest autorskie podejście, pod warunkiem oczywiście, że wiemy, co chcemy poprzez tę audycję powiedzieć i że jest to istotne.

 

Pamiętam rumuński reportaż zatytułowany „Kaseta”, autorstwa Marii Balabas. Maria jest dziennikarką prowadzącą poranny program w rumuńskim radiu. Pewnego dnia przydarza jej się niesamowita okazja – może nagrać wywiad z jednym ze swoich ulubionych muzyków. Czeka na to wydarzenie, pełna nadziei i bardzo podekscytowana. Okazuje się jednak, że idol jest znudzony i zblazowany. Nie chce mu się odpowiadać ciągle na te same pytania, więc niemalże zmusza Marię, żeby opowiedziała mu o sobie. Maria opowiada, a jednocześnie zaczyna snuć opowieść o Rumunii czasów jej dzieciństwa, miłości do muzyki, kasecie ulubionego muzyka, która dość przypadkowo trafia w jej ręce, emigracji… Z nieudanego wywiadu udało jej się stworzyć głęboką i wciągającą opowieść.

 

Warto posłuchać także niedawno zrealizowanego reportażu Katarzyny Michalak z Radia Lublin „Śpiewajcie wolność”. 19 listopada 1985 roku na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim wystąpiła słynna amerykańska piosenkarka folkowa, obrończyni praw człowieka – Joan Baez. Wydarzenie odbyło się spontanicznie. Joan Baez, wspominając później to, co się stało na KUL-u mówiła, że „był to najszybciej zorganizowany koncert w jej karierze”.

 

Dziennikarka Radia Lublin przypadkowo dowiedziała się o tym fakcie. Jej reportaż jest z jednej strony śledztwem, bo Katarzyna Michalak stara się odkryć kulisy tego mało znanego i słabo udokumentowanego wydarzenia. Z drugiej strony – to opowieść o nastrojach społecznych w trudnym dla Polski czasie – cztery lata po wprowadzeniu stanu wojennego i cztery lata przed odzyskaniem wolności. Ale też o nadziei, solidarności i umiłowaniu wolności. Reportaż będzie w tym roku reprezentował Polskę podczas konkursu Prix Europa.

 

Wiedza o tym, jak opowiadać historie, przydała mi się całkiem niedawno. W ramach wakacyjnego cyklu „Domowe archiwum dźwiękowe” poprosiłam słuchaczy radiowej Trójki o przysyłanie własnych nagrań i związanych z nimi opowieści. Na samym początku akcji odezwał się do mnie znajomy reżyser dźwięku. Okazało się, że w archiwum Teatru Polskiego Radia jest taśma z głosem dziecka. Chłopiec płacze, krzyczy, ale też śmieje się, bawi i śpiewa piosenki. Chociaż taśma była kilkukrotnie wykorzystywana w różnych słuchowiskach, nie wiadomo, kto na niej jest. Znajomy reżyser zgodził się, żebyśmy poszukali płaczącego chłopca. Okazało się, że dziś to pięćdziesięcioletni mężczyzna, ceniony informatyk mieszkający w Niemczech. Za pomocą zaledwie kilku krótkich nagrań udało mi się opowiedzieć jego historię, która jest jednocześnie opowieścią o emigracji i odwadze dokonywania trudnych wyborów. Same nagrania były krótkie i dość błahe. Tym, co nadało im znaczenia, był montaż, realizacja (dobranie muzyki i efektów), narracja i postawienie bohaterowi kilku pytań. Udało mi się je postawić wyłącznie dlatego, że gruntownie przemyślałam tę audycję i miałam na nią pomysł.

 

Nie oznacza to oczywiście, że nie zdarzają mi się zaskoczenia. Czasem dostaję od bliższych i dalszych znajomych bądź od słuchaczy propozycje zrobienia jakiegoś reportażu. Często wspominam, jak którejś nocy, siedząc na nocnym dyżurze w radiu i gadając z nudów o różnych rzeczach z realizatorem dźwięku, usłyszałam od niego historię wojennej radiostacji Łódź Podwodna na warszawskich Bielanach. Kolega naciskał, żebym zrobiła o tym reportaż. „Co za nuda” – pomyślałam, ale z grzeczności obiecałam, że przyjrzę się tematowi. W efekcie powstał reportaż „Bóg, Honor, Ojczyzna i ja” – jedna z najważniejszych dla mnie audycji, która nagrodzona została między innymi Stypendium im. Jacka Stwory i nagrodą SDP im. Adolfa Bocheńskiego.

 

I na odwrót. Pamiętam, że pojechałam kiedyś na nagrania, spotkać się z osobą, która miała nietypowe hobby. Człowiek ten zgodził się zabrać mnie ze sobą na prawdziwą wyprawę i dzięki niemu przeżyłam jedną z najciekawszych przygód w życiu. A potem usiedliśmy nagrać rozmowę i… czar prysł. Stres bohatera, a może po prostu nieumiejętność opowiadania o tym, co się właśnie wydarzyło, spowodowały, że reportaż był do niczego.

 

Właśnie dlatego nasza praca jest tak ciekawa. Bo pozwala nabrać dystansu wobec tego, co patetyczne, pomnikowe, poważne. I jednocześnie dostrzec głębię w drobiazgach.

 

Olga Mickiewicz-Adamowicz

Apel Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich o uwolnienie zatrzymanych dziennikarzy na Białorusi

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich stanowczo protestuje przeciwko aresztowaniom i aktom przemocy  wobec dziennikarzy relacjonujących powyborcze protesty na Białorusi i apeluje do białoruskich władz o natychmiastowe i bezwarunkowe uwolnienie wszystkich dotychczas zatrzymanych dziennikarzy.

 

Od dnia wyborów prezydenckich, to jest od 9 sierpnia 2020, na Białorusi zatrzymanych zostało co najmniej 22 dziennikarzy. Część z nich w dalszym ciągu przebywa w aresztach, a niektórzy zostali zwolnieni i skazani na zapłatę grzywny. Dziennikarze zostali zatrzymani i ukarani za wykonywanie swoich obowiązków zawodowych i służbowych, co jest absolutnie niedopuszczalne i sprzeczne z prawem.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przypomina, że zadaniem dziennikarzy jest przekazywanie informacji. W tym celu dziennikarze muszą mieć możliwość relacjonowania wydarzeń i przebywania w miejscach, w których te wydarzenia się rozgrywają, zbieraniu tam informacji, zdjęć i nagrań. Dziennikarze mają taki obowiązek i mają do tego prawo, jest to działanie legalne, uczciwe i zgodne z etyką zawodową, której zasady zebrane są w Karcie Etyki Dziennikarskiej przyjętej przez Międzynarodową Federację Dziennikarską.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wzywa władze białoruskie do natychmiastowego uwolnienia wszystkich zatrzymanych dziennikarzy, zaniechania przemocy wobec dziennikarzy i do przestrzegania zasady wolności prasy gwarantowanej przez międzynarodowe konwencje.

 

W imieniu SDP

 

Krzysztof Skowroński, prezes SDP

dr Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP, dyrektor CMWP SDP

Jadwiga Chmielowska, sekretarz ZG SDP

 

 

Białoruś – aresztowania dziennikarzy, blokowanie niezależnych mediów

Masowe protesty na Białorusi – reakcja na sfałszowane wyniki wyborów prezydenckich – są brutalnie tłumione przez reżim Łukaszenki. Celem bezprawnego działania służb są również dziennikarze i niezależne media, w tym dziennikarze polscy oraz dziennikarze białoruscy współpracujący z polskimi mediami.

 

Od 9 sierpnia zatrzymanych zostało co najmniej 22 dziennikarzy białoruskich, w tym Jahor Marcinowicz – redaktor naczelny niezależnego pisma „Nasza Niwa”, a także wielu dziennikarzy Biełsatu (stacja telewizyjna nadająca z Warszawy) – kilku z nich zwolniono z aresztu po kilku godzinach, niektórych skazano na grzywny lub kilka dni aresztu, nie ma natomiast żadnych informacji o losie dziennikarza śledczego Stasa Ivashkevicha (wczoraj obchodził 37. urodziny).

 

Funkcjonariusze zatrzymują również dziennikarzy zagranicznych – od kilku godzin nie mamy kontaktu z Witoldem Dobrowolskim, członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, laureatem Grand Press Photo 2020 za fotoreportaż z protestów w Hong Kongu. Wczoraj kontakt ze swoim korespondentem w Mińsku stracił niezależny portal Meduza (rosyjski portal, którego redakcja znajduje się na Łotwie) – Maksim Solopov został najprawdopodobniej pobity i zatrzymany. Wcześniej brutalnie zatrzymano, a następnie wydalono z Białorusi dwóch dziennikarzy i operatora rosyjskiej niezależnej telewizji TV Rain.

 

Zablokowany został dostęp do niezależnych mediów, między innymi do największego niezależnego portalu TUT.by oraz do naviny.by – portalu agencji informacyjnej BiełaPAN. Redakcje robią wszystko, aby umożliwić odbiorcom dostęp do informacji, uruchomiły alternatywne adresy internetowe (np. https://www.tutby.news/, http://news.tutby.online/). Telewizja Biełsat wciąż nadaje – reżim Łukaszenki nie jest w stanie zablokować sygnału, gdyż ten nadawany jest drogą satelitarną.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Białoruskich (BAJ) monitoruje sytuację związaną z zatrzymaniami dziennikarzy i incydentami, które rzutują na ich pracę na Białorusi. Informacja zamieszczona na stronie internetowej organizacji (baj.by) jest stale aktualizowana. BAJ podaje też numery kont, na które można wpłacać pieniądze na grzywny zasądzane zwalnianym z aresztu dziennikarzom.

 

W czasie przygotowywania tego materiału na profilu Stasa Ivashkevicha na FB pojawiła się informacja, że dziennikarz przebywa w areszcie i dziś ma być sądzony w Mińsku.

 

Zdjęcie: Wadzim Zamirouski/tut.by_Jednostki specjalne przed stacją metra w Mińsku w nocy z 10 na 11 sierpnia 2020 r. 

Likwidacja kontra repolonizacja – z punktu widzenia ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy repolonizacja to tylko element bieżącej gry politycznej? Jak przedstawia się bilans potencjalnych zysków i strat? Czy regulacje prawne to jedyna droga do dekoncentracji i zachowania pluralizmu?

 

Kampania wyborcza i po kampanii

 

W czasie tegorocznej kampanii wyborczej kandydat na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Rafał Trzaskowski zapowiedział po wygranej podjęcie działań na rzecz reformy telewizji publicznej, która miałaby polegać na likwidacji TVP INFO, „Wiadomości” i publicystyki politycznej. Trudno ocenić, co reprezentant Koalicji Obywatelskiej chciał w ten sposób osiągnąć. Jeśli była to próba wpłynięcia na politykę redakcyjną drogą zastraszenia, to nie przyniosła pożądanych rezultatów. Z obserwacji dyskusji w mediach zdawać by się mogło, że w odpowiedzi sztab Andrzeja Dudy wyciągnął kartę z repolonizacją, ale w wypowiedziach urzędującego prezydenta tego wątku nie znajdziemy. Zdaje się przy tym, że tematem najbardziej zainteresowana była (i jest) „Gazeta Wyborcza”[1], należąca do polskiej Spółki Akcyjnej Agora, wąskie grono polityków Zjednoczonej Prawicy i jeszcze węższe specjalistów z zakresu rynku medialnego.

 

Dyskusja, której nie ma

 

Debata na temat mediów w Polsce znacznie przycichła. Nie ma już w niej ognia z pierwszej dekady XXI wieku, gdy działo się dużo rzeczy, które elektryzowały opinię publiczną: Afera Rywina, projekt ustawy medialnej przygotowany przez niezależne środowiska twórcze, veta prezydenta Lecha Kaczyńskiego do ustaw medialnych przygotowywanych przez środowisko Iwony Śledzińskiej-Katarsińskiej z PO. Obecnie obserwujemy zniechęcenie tematem, a sami politycy odłożyli zajmowanie się nim na bok. W efekcie tego wciąż mamy archaiczne prawo Prasowe z 1984 roku i zmurszałą ustawę o radiofonii i telewizji z 1992. Żaden z tych dokumentów nie odpowiada ani współczesnym wymogom, ani realiom. Do tego w Kodeksie Karnym wciąż widnieje art. 212 grożący dziennikarzom karą wiezienia za zniesławienie. W tym wypadku, jak się okazało w 2008 roku, nie ma sił politycznych, które byłyby zainteresowane jego zniesieniem. Projekt PiS w tej sprawie został odrzucony głosami PO, PSL i Lewicy. Zjednoczona Prawica po wygraniu wyborów w 2015 i 2019 roku już do tego tematu na polu legislacyjnym nie wróciła[2].

 

W debacie parlamentarnej nie istnieje też temat repolonizacji mediów, czy też zmian na polu dotyczącym ich koncentracji. Nie ma żadnego projektu, nie ma dyskusji. Ostatnia wypowiedź posła Roberta Kwiatkowskiego z 23 lipca br. (15 posiedzenie Sejmu RP) zawiera stwierdzenie: „zdaje się, za chwilę czeka nas batalia o tzw. repolonizację mediów”. I kto wie, czy słowa „zdaje się”, nie są kluczem do zrozumienia całej sytuacji. Ze względu na brak, chociażby podwalin pod projekt ustawy niespecjalnie jest dziś o czym rozmawiać. Tym bardziej że wątek ten – znów w mediach, a nie w parlamencie – pojawiał się w poprzedniej kadencji rządu Zjednoczonej Prawicy i nie zaowocował żadną konkretną propozycją. Andrzej Arendarski na łamach „Rzeczypospolitej pisał w 2017 toku: „Ciężko ustosunkować się do rządowego projektu skoro nie wiemy, na czym konkretnie miałaby polegać. Czy byłby to wykup mediów od zagranicznych właścicieli przez prywatnych przedsiębiorców? A może przez państwowe spółki, co automatycznie uruchomiłoby sprzeciw Komisji Europejskiej. Jeśli Skarb Państwa posiadałby większością prasy w Polsce, kłóciłoby się to z prawem europejskim i zasadą swobodnego przepływu usług, ludzi i kapitału oraz budziłoby wątpliwości co do zachowania wolności słowa w debacie publicznej”. Łukasz Wilkowicz na łamach Forsal.PL zwrócił uwagę, że najwięcej udziału w polskich mediach patrząc przez pryzmat kapitału zagranicznego, mają Amerykanie, za nimi plasują się Francuzi i dopiero potem Niemcy, których koncert Axel Springer budzi w debacie medialnej najwięcej emocji[3].

 

„Podstawowe problemy radiofonii i telewizji”

 

W dorocznym dokumencie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji zatytułowanym: „Podstawowe problemy radiofonii i telewizji w Polsce w 2019 roku” (maj 2020) słowo „repolonizacja” nie pada. We wstępie podpisanym przez przewodniczącego KRRiT Witolda Kołodziejskiego znajdziemy za to słowo „koncentracja”. Pojawiło się ono w następującym kontekście: „W Polsce nie istnieje system ochrony rynku audiowizualnego przed nadmierną koncentracją, mimo iż jest to powszechne w większości krajów europejskich”. Co oznacza, że dotyczy w takim samym stopniu wydawców polskich, jak i zagranicznych. W samej treści dokumentu termin ten pada jeszcze tylko raz: „wysokie koszty produkcji telewizyjnej oraz wysokie koszty wejścia na rynek w połączeniu z faktem, że sektor znajduje się w fazie dojrzałej (utrwalona pozycja i znaczące zasoby czołowych firm) skutkuje silną koncentracją[4].

 

Rodzą się pytania o potencjalne zyski, o sens takich działań i znalezienie podstaw prawnych. O tych zagadnieniach rozmawiamy z politologiem i cenionym komentatorem polityki europejskiej Bartłomiejem Zapałą.

 

Czy wierzy pan w zapowiadaną m.in. przez Jarosława Kaczyńskiego[5] repolonizację mediów?

 

– Nie, zwłaszcza po poprzedniej kadencji, w której wbrew deklaracjom nie powstał żaden projekt regulacji prawnych w tym zakresie. Takie działanie wywołałoby zbyt wiele konfliktów międzynarodowych. Nie tylko zresztą w obrębie Unii Europejskiej. Administracja amerykańska już pokazała, że sobie takich działań nie życzy. Wystarczy wspomnieć wystąpienie Ambasador Gorgette Mosbacher w obronie TVN, należącej do korporacji medialnej Scripps Networks Interactive z USA – mówi dr Zapała.

 

Czy to też wywołałoby konflikt na linii rząd polski – Komisja Europejska?

 

– Nie wyobrażam sobie, żeby taka legalizacja była zgodna z prawem unijnym. Bo jak zapisać na przykład, że na rynku nie mogą być aktywne firmy z Francji czy Niemiec? To wzbudzi oczywisty sprzeciw w świecie wolnego rynku i wspólnoty europejskiej. Jak to zresztą ująć? Na przykład, że właścicielami mogą być podmioty zarejestrowane na terenie Rzeczypospolitej? Przecież mogą takie założyć i cudzoziemcy. Jak więc mielibyśmy to sprawdzać? Po strukturze właścicielskiej, paszportach? Do tego polscy przedsiębiorcy o dużych portfelach nie garną się do rynku mediów.

 

Dlaczego?

 

– W części dla świętego spokoju. Nie chcą być postrzegani jako strona sporu politycznego, co może przynosić realne straty finansowe, jeśli nie za jednej władzy to za innej. Czasy, kiedy w tworzenie mediów inwestowali Witold Zaraska czy Michał Sołowow bardzo dawno odeszły. Obecnie warto zwrócić uwagę na przykład na to, że Polsat zdecydował się na pokazanie debaty prezydenckiej z Końskich z udziałem Andrzeja Dudy, a nie konferencji Rafała Trzaskowskiego. Stacja ewidentnie unikała konfliktu. Trudno też sobie wyobrazić, że ktoś zdecyduje się dziś w Polsce w trakcie pandemii i po związanym z nim lockdown’em zainwestować gigantyczne środki w ewentualne wykupienie mediów. Koszt tej operacji jest na tyle ogromny, a rola mediów na tyle słabnąca, że nie ma ona z ekonomicznego punktu widzenia żadnego uzasadnienia. Zresztą, kto ma zainwestować? Znowu PKN Orlen? Też ponosił straty w związku z obecną sytuacją. To nie jest worek bez dna, a na pójście wariantem węgierskim jesteśmy zbyt dużym rynkiem.

 

No tak, wpisy prezydenta USA Donalda Trumpa były blokowane przez Facebook’a i Twitter’a i wspominał o tym cały świat, mimo że nie są to tradycyjne media…

 

– …a internetowe Radio Nowy Świat nie musiało występować o koncesję.

 

Właśnie! Właścicielami wspomnianego radia, które powstało w kontrze do Radiowej Trójki, są Polacy, podobnie jak silnie zaangażowanej politycznie „Gazety Wyborczej”, a Twitter’a i Facebook’a, które nieraz już popadły w konflikt Trumpem, Amerykanie. Może więc problemy rynku mediów i social mediów wcale nie leżą po stronie kapitału?

 

– Zastanawiając się nad niesprecyzowanym zamysłem repolonizacji, stawiam sobie pytania: co jest ewentualnie do wzięcia, przez kogo i jaki ma być zysk? Wyobraźmy sobie na przykład, że polscy inwestorzy przychylni rządowi, czego oczywiście w żaden sposób nie da się zapisać, więc równie dobrze mogą wygrać radykalnie nieprzychylni, przejmują „Newsweek”. I co dalej? Kto to czyta? Ludzie nie kupią tygodnika, nie wiedząc, co jest w środku. Dalej: skąd wziąć kadry, do obsadzenia redakcji? Przywołując raz jeszcze Radio Nowy Świat, łatwo można przewidzieć, że dziennikarze przeniosą się do Internetu, lub założą nowy tytuł, albo skupią się na aktywności w mediach społecznościowych. W dobie powszechnego dostępu do sieci monopol państwa w tym obszarze po prostu nie ma szans zaistnieć w demokratycznym kraju. Pozycja mediów tradycyjnych stale słabnie, wydaje się więc, że nie ma sensu inwestować środków (zwłaszcza publicznych) w rozwiązania, które nie mają możliwości przynieść pozytywnych rezultatów. Zastanówmy się, co jest do przejęcia? Gazety lokalne, „Fakt”, ONET? TVN jest nie do ruszenia ze względu na relacje polsko-amerykańskie, a jeśli wybory w USA wygra Joe Biden, postawa naszego sojusznika będzie na tym polu jeszcze bardziej radykalna.

 

Jaki jest więc cel tych wypowiedzi medialnych?

 

– Składa się na to z politologicznego punktu widzenia kilka czynników. PiS odpowiada w ten sposób na zarzut, że Andrzej Duda wygrał wybory dzięki przychylności mediów, stawiając tezę, że wygrał właśnie mimo jej. To z kolei ma uzasadniać działania zmierzające do „odbudowania równowagi w mediach”, budowania alternatywy. Uzasadnia transfer znacznych środków do mediów publicznych – choćby ostatnie 2 miliardy złotych, również wobec Komisji Europejskiej. Gdyby ta naciskała w tym zakresie, domagając się wyjaśnień, to jest to wygodne hasło o charakterze obronnym, usprawiedliwienie. W polskiej polityce silnie gra się na emocjach. Często wskazywany jest ktoś czemuś „winny”; wróg. Komisja Europejska i mające największe zagraniczne udziały w polskich mediach USA się do tego nie nadają, ale Niemcy już tak. Jest to też działanie skierowane do elektoratu, który jest rozczarowany brakiem radykalności PiS-u, efekt napięć wewnętrznych w łonie Zjednoczonej Prawicy.

 

Czyli nie wierzy pan w repolonizację?

 

– Sądzę, że usłyszymy o niej przy okazji kolejnych wyborów.

 

„Monopol – Pluralizm – Koncentracja”

 

Tak zatytułował swoją obszerną pracę prof. Tomasz Mielczarek, dodając podtytuł: „środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006”. Znajdziemy tu zarówno historię upadku monopolu władzy na rynku medialnym wyniesionego z PRL, czas powstania setek nowych podmiotów i ich usieciowienie lub koncentrację. W tym kontekście warto na przykład przypomnieć, jak gigantyczne znaczenie dla mediów lokalnych miała reforma administracyjna. W konkluzji swojej pracy Mielczarek napisał: „Polski system medialny – mimo, że jest heterogeniczny, ma zróżnicowaną strukturę własności i cechuje go ideowy pluralizm – zmierz ku koncentracji”. W dalszej części dodał: „Nie było moim celem krytykowanie koncentracji mediów. Jest to obiektywne zjawisko, któremu można przeciwdziałać chociażby poprzez rozwiązania prawne wzorowane na europejskich, dotowanie prasy opinii, oraz dbałość o realizowanie „misyjnych” zadań przez nadawców publicznych. Istotnym czynnikiem utrudniającym koncentrację może się ponadto okazać postęp technologiczny. Upowszechnienie w Polsce Internetu, cyfryzacja naziemnych programów telewizyjnych oraz pojawienie się multipleksów może doprowadzić do zwielokrotnienia oferty i dekoncentracji, a zarazem zainicjować nowe zjawiska w sferze mediów, których dzisiaj się nie spodziewamy[6]. Ta zmiana technologiczna ma miejsce, już teraz a wydarza się wprost na naszych oczach. Działający tylko na Facebook.com lokalny serwis „Scyzoryk się otwiera – satyryczna strona Kielc” opublikował ostatnio statystyki za okres od 8 lipca do 4 sierpnia. To medium obserwuje ponad 56.000 osób. Liczba odbiorców przekroczyła we wspomnianym okresie 1 417 000, a aktywność dotycząca postów wyniosła ponad 670 000[7]. Kapitał oczywiście lokalny.

 

Słowo komentarza

 

Jeżeli chcemy budować alternatywę i wspierać pluralizm na krajowym rynku, z którym zresztą nie jest tak źle[8], może powinniśmy spojrzeć na rynek mediów szerzej, niż przez pryzmat regulacji prawnych z minionego stulecia? Dostrzec możliwości, jakie daje współczesny świat i je wykorzystać, zamiast pakować się w międzynarodowe spory i koszty, których, zwłaszcza w przypadku prasy, której znaczenie od lat konsekwentnie maleje, najprawdopodobniej nie uda się odzyskać. Do znowelizowania mamy podstawowe akty prawne i warto dziś nad nimi rozpocząć szeroką debatę. Na koniec przywołajmy słowa prof. Janusza Adamowskiego: „Media publiczne są probierzem demokracji w państwie. Jeśli my pozbędziemy się tych mediów, to uczynimy bardzo poważny krok do tyłu. Uważam, że można dyskutować (…). Nie mniej jednak moim zdaniem, sprowadzenie mediów publicznych wyłącznie do roli ozdobnika rynku będzie bardzo poważnym błędem, i wkrótce okaże się, że nikt nie będzie miał do zrealizowania ważnych zadań publicznych[9]. Pod rozwagę dla wszystkich kandydatów i we wszystkich wyborach.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://wyborcza.pl/1,75398,20065402,repolonizacja-mediow-krok-po-kroku-co-planuje-pis.html – dostęp 10.05.2020 r.

[2] https://konkret24.tvn24.pl/polska,108/ziobro-mowil-o-mozliwosci-likwidacji-artykulu-212-wlasnie-go-zaostrzono,936422.html – dostęp 10.08.2020 r.

[3] https://forsal.pl/artykuly/1420651,sciagawka-do-repolonizacji-do-kogo-naleza-media-w-polsce-mapa.html – dostęp 10.08.2020 r.

[4] Podstawowe problemy radiofonii i telewizji w Polsce, Krajkowa Rada Radiofonii i Telewizji, Warszawa maj 2020.

[5] https://sdp.pl/prezes-pis-repolonizacja-mediow-jeszcze-w-tej-kadencji-sejmu/ – dostęp 10.08.2020.

[6] T. Mielczarek, Monopol- pluralizm – koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006, Wydawnictwo Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007, s. 367.

[7] https://www.facebook.com/ScyzorykSieOtwiera – dostęp 10.08.2020 r.

[8] https://sdp.pl/monitor-pluralizmu-mediow-2020/ – dostęp 10.08.2020 r.

[9] Media publiczne w Polsce, pod red. J. Adamowskiego i L. jaworskiego, Uniwersytet Warszawski, Warszawa 2007, s. 121-122.