Eksperyment – ŁUKASZ WARZECHA o radiowej Trójce

Timeo Danaos et dona ferentes – lękam się Danajów, nawet gdy przynoszą prezenty. Jak wiadomo, Kasandrowe przepowiednie w niczym nie pomogły, Trojanie konia podstawionego przez Greków wciągnęli w mury miasta i – dalszy ciąg doskonale znamy. Kuba Strzyczkowski nie okazał się koniem – nomen omen – trojańskim, ale dewiza ukuta na podstawie bolesnego trojańskiego doświadczenia powinna była od początku zawisnąć nad jego nominacją na dyrektora Trójki. Gdy do niej doszło, napisałem na Twitterze, że z całego serca życzę mu powodzenia, choć nie mam dużej nadziei, że ten eksperyment się uda.

 

Znamienne jest zresztą, że mam skłonność, by nazywać eksperymentem coś, co powinno być w mediach publicznych normalne: otwartość na inne poglądy, zrównoważenie opinii, autonomiczność wobec bezpośrednich politycznych nacisków. Taki był plan Strzyczkowskiego.

 

Opisywałem na portalu SDP sytuację w Trójce już kilka razy, wskazując na jej skomplikowanie i złożoność. Pisałem, że problem leżał przynajmniej w części w nastawieniu pewnej grupy w zespole radia, ale także w tym, że część odbiorców uznała, iż radio jest ich własnością i ma być całkowicie dostosowane do ich upodobań, również politycznych. Jednak wobec sytuacji, do której doszło w ubiegłym tygodniu, tamte zastrzeżenia tracą już moc.

 

Raz dlatego, że przecież Strzyczkowski przyszedł na stanowisko jako nominat tego zarządu Polskiego Radia – po kryzysie. Przyszedł, żeby ten kryzys zażegnywać, a warunkiem było danie mu bardzo dużej swobody, kredytu zaufania i czasu na odbudowanie go wśród słuchaczy. Zwłaszcza wziąwszy pod uwagę ten ostatni punkt, uzasadnianie jego odwołania tym, że Trójka osiągnęła najniższy w historii poziom słuchalności – podczas gdy wszyscy zajmujący się mediami wiedzą, że odtwarzanie pozycji medium po głębokim kryzysie nie trwa tygodnie ani nawet miesiące, a lata – jest absurdalne. Wyjaśnienia tego paradoksu są tylko dwa: albo zarząd PR nie zdawał sobie sprawy z tego, kogo i na jakich warunkach robi dyrektorem, albo od początku najzwyczajniej oszukiwał i Strzyczkowskiego, i dziennikarzy.

 

Dwa – ponieważ niemożliwy do zaakceptowania jest sposób, w jaki przeprowadzono zmianę w Trójce. Starałem się sięgnąć pamięcią głęboko, ale naprawdę podobnej sytuacji nie przypominam sobie z mediów nominalnie publicznych z czasów PO czy wcześniejszych, a już na pewno nie z Polskiego Radia. Według moich informacji, „zajęcie” Trójki przez nową dyrekcję i odwołanie Strzyczkowskiego nastąpiło, gdy dyrektora nie było na Myśliwieckiej, bo przebywał w głównym gmachu PR na Malczewskiego. O tym, co spotkało dziennikarzy na miejscu – odwoływanie programów na pięć minut przed ich rozpoczęciem, kompletny brak informacji, likwidacja (chyba) pasm, będących żelaznym punktem Programu Trzeciego od lat – można przeczytać w wielu miejscach. Wobec tych działań, przypominających niestety poczynania z mediami i dziennikarzami raczej na wschód od nas (lub u nas, ale z czasów głębokiego Peerelu), subtelne rozważania o relacjach zarządu z redakcją stacji i jej odbiorcami nie mają już sensu. To przecież nie jest próba jakiejkolwiek naprawy, korekty, przestrojenia, zrównoważenia. To – muszę tego słowa użyć – pacyfikacja medium. Takich rzeczy po prostu nie robi się w krajach, gdzie władza serio traktuje pojęcie publicznych mediów.

 

Kierunek jest chyba czytelny. Kompletnie nowi ludzie oznaczają obsadzenie Programu Trzeciego karnymi wykonawcami poleceń z grupy osób podobnie lojalnych wobec rządzących co ci, którzy nadają kształt na przykład portalowi państwowej telewizji. Jednocześnie pojawia się informacja o przesunięciu Trójki w stronę spraw kulturalnych i naukowych. Czyli wykastrowania jej z publicystyki i polityki – czegoś, co było zawsze jej częścią składową. To właściwie byłby koniec Trójki – równie dobrze można by zmienić jej nazwę – ja zaś byłbym ogromnie ciekaw, jakie to porażające wyniki słuchalności osiągnie Program Trzeci PR po trzech miesiącach nowego kierownictwa, skoro wyniki osiągane po trzech miesiącach przez Strzyczkowskiego były powodem jego odwołania.

 

Najbardziej przygnębiające jest w tej sprawie to, że wydaje się w niej całkowicie dominować jakaś chora emocja zamiast racjonalnego rachunku. Peerel znał instytucję wentyla bezpieczeństwa, by wspomnieć Kabaret Olgi Lipińskiej czy wcześniej Kabaret Starszych Panów albo właśnie samą Trójkę. Stała za tym pragmatyczna mądrość, aby dawać ludziom poczucie, że nie wszystko jest bez reszty pod butem autorytarnego systemu.

 

Oczywiście pamiętajmy – toutes proportions gardées: nie jesteśmy w systemie autorytarnym, ale mechanizm jest w dużej mierze podobny, gdy idzie o media państwowe. Była okazja, żeby trwale wygasić napięcia wokół Trójki i pokazać, że jednak jest w mediach państwowych miejsce większej swobody. Nawet jeśli produkowałoby się tam wielu dziennikarzy, mówiąc najdelikatniej, sceptycznych wobec władzy, to jaką realną szkodę mogłoby to przynieść rządzącym? Żadną. A jaki realny zysk przyniesie obozowi rządzącemu zaoranie Programu Trzeciego? Również żaden. Tymczasem teraz powstaje kolejny ośrodek sporu.

 

Chyba że – to jedyny sposób racjonalizacji tego, co się zdarzyło – właśnie o to chodzi. Że celem jest stworzenie kolejnego zarzewia konfliktu po to, aby czerpać korzyści z polaryzacji na wszystkich frontach. Nie miałoby to już jednak kompletnie nic wspólnego z tym, jak powinny wyglądać publiczne media.

 

Jest też oczywiście taka możliwość – i, obserwując rozwój wypadków, wydaje mi się ona coraz bardziej prawdopodobna – że nie mamy tu do czynienia z działaniem racjonalnym, ale z czystą demonstracją siły, służącą wyłącznie pokazaniu: możemy zrobić sobie wszystko i co nam zrobicie?

 

Autorom pacyfikacji Trójki i zarazem potraktowania Kuby Strzyczkowskiego w oszukańczy, perfidny sposób – wygląda na to, że wykorzystano go do chwilowego uspokojenia nastrojów przed wyborami – dedykowałbym pewną mądrość ze sfery stosunków międzynarodowych (jako absolwent tego kierunku). Otóż generalnie honorowana zasada pacta sunt servanda nie wynika z jakiegoś głębokiego przekonania, że szanować umowy jest honorowo i ładnie, ale z pragmatyzmu, rządzącego polityką międzynarodową. Po prostu wiadomo, że jeżeli jakiś podmiot obowiązujące go umowy będzie łamał, nie można mu w żadnej mierze ufać, a więc nie powinno się z nim zawierać żadnych paktów (chyba że ich gwarancją jest rygor użycia siły). I ostatecznie zawsze odbije się to niekorzystnie na tym podmiocie.

 

Historia krótkich rządów Kuby Strzyczkowskiego w Trójce pokazuje, że w żadnym stopniu nie wolno ufać dzisiaj ludziom kierującym polskimi mediami państwowymi. Pokazuje także, że nie można ufać ich zapowiedziom, że plany takie jak dekoncentracyjny mają służyć wyłącznie „uzdrowieniu sytuacji” i „zwiększeniu pluralizmu” mediów. Z tego wnioski powinien wyciągnąć każdy, komu leży na sercu stan polskich mediów.

 

Łukasz Warzecha

Protest CMWP SDP w sprawie odwołania red. Kuby Strzyczkowskiego z funkcji dyrektora Programu III PR

CMWP SDP z wielkim zaniepokojeniem obserwuje nagłe odwołanie  red. Kuby Strzyczkowskiego  z funkcji dyrektora Programu III Polskiego Radia i  apeluje do kierownictwa Polskiego Radia o szanowanie zasady wolności słowa i niezależności dziennikarzy przy wykonywaniu funkcji zarządzających i administracyjnych w mediach. 

 

20 sierpnia b.r. Zarząd Polskiego Radia poinformował, iż odwołał red. Kubę Strzyczkowskiego ze stanowiska dyrektora Programu III Polskiego Radia „z powodu naruszeń regulaminu i procedur wewnętrznych Spółki oraz przekraczania kompetencji i pełnomocnictw”. Poinformowano także, iż “wprowadzenie zmian jest niezbędne ze względu na potrzebę poprawy wyników słuchalności, która osiągnęła w ostatnich 3 miesiącach najniższy poziom w historii istnienia Trójki”. Nie kwestionując prawa każdego pracodawcy do prowadzenia własnej polityki kadrowej w zarządzanej firmie, CMWP SDP zwraca uwagę na sprzeczności decyzyjne dotyczące kierowania tą anteną przez Zarząd Polskiego Radia oraz zwraca uwagę na negatywne, społeczne skutki tak chaotycznie podejmowanych decyzji.

 

Red. Kuba Strzyczkowski był dyrektorem Programu III PR od 25 maja br. Objął tę funkcję po kryzysie w stacji wywołanej manipulacjami wokół miejsca piosenki „Twój ból jest lepszy niż mój” Kazika Staszewskiego na Liście Przebojów PR III, gdy autorzy Listy złamali jej  regulamin wprowadzając utwór spoza zestawu do głosowania oraz dokonali manipulacji przy liczeniu oddanych głosów. W rezultacie wywołanego tymi faktami konfliktu z Trójki odeszli doświadczeni dziennikarze, a działania temu towarzyszące wielu słuchaczy i odbiorców mediów odbierało jako atak na wolność i niezależność mediów. Objęcie funkcji dyrektora przez red. Kubę Strzyczkowskiego uspokoiło nastroje społeczne  i  zażegnało  wizerunkowy kryzys  zarówno Programu III, jak i całego Polskiego Radia.  Obecnie odwołanie red. Kuby Strzyczkowskiego z funkcji dyrektora po tak krótkim czasie jej sprawowania (3 miesiące)  oraz brak podanego do publicznej wiadomości przekonującego uzasadnienia tej decyzji wskazuje, iż poprzednie działanie było grą pozorów prowadzoną dla uspokojenia nastrojów i  w rezultacie po raz kolejny podważa zaufanie dziennikarzy i odbiorców nie tylko do Polskiego Radia, ale i do pozostałych  mediów publicznych.  W oczywisty sposób wpływa to negatywnie na ocenę poziomu wolności słowa w naszym kraju.

 

CMWP SDP podkreśla, iż pozbawianie dziennikarzy pracy w konsekwencji głoszenia przez nich swoich poglądów jest zaprzeczeniem zasady wolności słowa i prowadzi do uruchomienia mechanizmu autocenzury, czyli samoograniczania się innych dziennikarzy i nie podejmowania przez nich w publikacjach kontrowersyjnych problemów społecznych, co w oczywisty sposób niszczy jakość debaty publicznej. Jest to tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wywołujący autocenzurę wśród innych dziennikarzy, wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie prawa polskiego, jak i innych krajów jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi.

 

CMWP SDP przypomina także, iż udziela bezpłatnej pomocy prawnej wszystkim dziennikarzom, nie tylko członkom SDP, którzy znajdą się w trudnej sytuacji zawodowej ze względu na swoje przekonania, czy światopogląd.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 21 sierpnia 2020 r.

Pandemiczny kryzys w mediach – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy nieodpowiedzialne artykuły mogły mieć wpływ na zwolnienia dziennikarzy? Czy media wolą ekspertów, którzy straszą? Czy profesjonalne redakcje przegrają walkę o uwagę odbiorców w starciu z amatorami?

 

Obraz rynku pracy

 

Według dokumentu „Sytuacja społeczno-gopospodarcza kraju w I półroczu 2020 roku”, który opublikował Główny Urząd Statystyczny[1], rodzimy rynek pracy – w tym rynek mediów –  wytrzymał pandemię, kwarantannę narodową i lockdown w dobrej kondycji. Na koniec czerwca bezrobocie w Polsce wyniosło 6,1%. Oznacza to, że wzrosło w porównaniu ze stanem z początku pandemii o 0,7%. Należy jednak podkreślić, że było takie samo jak w styczniu i lutym 2019 roku, kiedy powszechnie uważaliśmy, że sytuacja na rynku zatrudnienia przynajmniej pod tym względem jest bardzo dobra. Tymczasem artykuły wieszczące jakieś gigantyczne tąpnięcie pojawiły się już w marcu. Byliśmy wówczas pod względem poziomu bezrobocia na drugim-trzecim miejscu w Unii Europejskiej, koniunktura gospodarcza była oceniana jako dobra, a perspektywy korzystne (łącznie z prognozami Komisji Europejskiej). Nic nie wróżyło rychłego zawalenia się rynku zatrudnienia w Polsce, część redakcji zaczęła jednak kreować inną rzeczywistość. Pisaliśmy o tym na SDP.PL w maju bieżącego roku, analizując złowróżbne treści i ich niekorzystny wpływ na rynek mediów. Bo ten, jak się okazuje, jest wyraźny.

 

Działanie i skutek

 

Business Insider Polska napisał: W kwietniu czeka nas fala zwolnień. Tysiące ludzi zostaną bez pracy. W środku materiału mogliśmy wyczytać m. in., że: Z informacji, jakie wpłynęły do urzędu w Kielcach, pięć tamtejszych zakładów chce zwolnić w sumie 695 osób. Zweryfikowaliśmy tę treść i okazała się wyssana z palca[2]. Być może z tego powodu artykuł został usunięty z należącego do Ringier Axel Springer serwisu. Tego typu nieodpowiedzialne publikacje potęgowały atmosferę grozy, gdyby już sama pandemia nie była zjawiskiem wystarczająco przykrym. Powracał klimat z końca pierwszej dekady XXI wieku, w którym słowo „kryzys” uzasadniało wszystko: likwidacje, cięcia etatów, zwolnienia etc. Głosy rozsądku przebijały się z trudem. Czy media budując taką atmosferę nastawione były tylko na zwiększenie słupków poprzez straszenie odbiorców, jak to zauważył Mirosław Usidus, stwierdzając, że frymarczenie lękami uważają za doskonały wehikuł sprzedażowy [3]? A może było w tym coś jeszcze? Pod koniec kwietnia Ringier Axel Springer zapowiedział zwolnienie 6% pracowników. W tym też okresie Wydawnictwo Bauer zapowiedziało zamnkięcie34 tytułów prasowych[4]. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wbrew faktom najpierw zbudowano klimat zawalającego się rynku, a potem go wykorzystano do kolejnej „optymalizacji kosztów”. Rzecz oczywiście wymaga pogłębionej analizy, ale postawienie takiego pytania jest dziś uprawnione.

 

Straszący eksperci sprzedają (się) lepiej?

 

W klimacie narastającej grozy odnalazła się niestety i część ekspertów. Łatwo zauważając, że taki nurt jest przez część redakcji preferowany, więc jeśli chcą bywać na łamach i na antenie, to muszą się w niego włączyć. Doszło nawet do przeprowadzenia kuriozalnych badań uzasadniających, że jest bardzo źle. Zachęta do firmowanego przez GRAPE (Group for Research In APlied Economics), CASE (Central for Social and Economics Research) i, co może budzić największe zaskoczenie: Uniwersytet Warszawski wyglądała tak: sfrustrowani brakiem dobrych danych z rynku pracy, spróbowaliśmy cos z tym zrobić. Wspólnie z CASE i innymi NGOs, podobnie jak w innych krajach, robimy przyzwoity i na dużej próbie eBAEL (cytat z oficjalnej korespondencji). W opisie skierowanym do potencjalnych uczestników napisano: pandemia spowodowała dwa kryzysy: zdrowotny i ekonomiczny. Mimo że wymiar ekonomiczny obejmie znakomitą większość z nas, nie ma rzetelnych danych o skutkach pandemii dla rynku pracy w Polsce. Wystarczy, że opowiesz w tym badaniu, co Ci się przytrafiło na rynku pracy — a realizujący to badanie przekują te odpowiedzi na wiarygodną analizę (…). Dla uczestników badania przewidziano nagrody! Wspomniana nagroda to 50 zł dla co pięćdziesiątego uczestnika. Wygląda to tak, jakby badanie miało tezę („kryzys ekonomiczny obejmie większość z nas”) i dopasowaną do jej uzasadnienia grupę docelową („(…) opowiesz w tym badaniu, co Ci się przytrafiło na rynku pracy”). Wiarygodność przy takim podejściu była adekwatna, czyli żadna[5]. W raporcie stwierdzono na przykład, że bezrobocie wzrosło „trzykrotnie” i sięgnęło poziomu 1,5 miliona. Cóż, gdyby wzrosło trzykrotnie mówilibyśmy o trzech milionach a nie półtora, ale to „drobne” niedociągnięcie nie przeszkadzało ani „sfrustrowanym” autorom raportu, ani dziennikarzom, którzy bezkrytycznie go udostępniali[6]. Rodzi to oczywiście pytanie o poziom przygotowania merytorycznego redakcji do zajmowania się tak wrażliwym organizmem, jakim jest rynek pracy.

 

Dziś media informują o „zaskakująco dobrej” sytuacji na rynku zatrudnienia[7]. Ministerstwo Rozwoju podało, że w czerwcu i lipcu zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło, a sytuacja zdaje się stabilizować[8]. We wspomnianych już Kielcach bezrobocie zwiększyło się w lipcu w porównaniu z czerwcem bieżącego roku o 2 osoby. Daleko nie tylko do dramatu, ale nawet do prognozowanych dla Polski przez Komisję Europejską 7,5% na koniec 2020 roku.

 

Praca zdalna

 

Drugim wątkiem, poza runięciem w czeluści piekielne rynku pracy, który pojawiał się (i pojawia nadal) od początku pandemii jest praca zdalna. Już w marcu (sic!) media powołując się na badania firmy analitycznej Gartner podały, że 1/3 pracowników już nie wróci z pracy zdalnej do biur[9]. Wątek „miłości” do tej formy wykonywania zawodowych zadań powracał zresztą w kolejnych miesiącach[10]. Badania dr Anny Dolot z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie nie potwierdziły jednak tego optymistycznego obrazu, a w ich konkluzji autorka stwierdziła, że po pandemii tylko zdalnie pracować chce 17,7% badanych. Pozostali albo chcą tak pracować sporadycznie (76,8% – najwyżej jeden dzień w miesiącui), albo wcale (5,5%)[11].

 

Sergiusz Roszczyk ekspert w dziedzinie IT napisał w mediach społecznościowych, odnosząc się do pochwał pracy zdalnej, że z tego obrazu wynika, iż w Polsce:

  • każdy członek rodziny ma swój komputer z kamerą i słuchawkami,
  • Internet działa niezawodnie,
  • pakiety danych od operatorów komórkowych nie mają limitów,
  • zasięg LTE wszędzie jest idealny,
  • dzieci są samoobsługowe, a nauczyciele mogą i prowadzą lekcje tak, że dzieci przez 8 godzin nie wymagają żadnej atencji rodziców,
  • każdy członek rodziny ma swój pokój i swoje biurko,
  • jedzenie w domu gotuje się samo,
  • przynajmniej jedna osoba w domu jest biegłym informatykiem i rozwiązuje wszystkie problemy pozostałych, oczywiście nie odrywając się przy tym od swoich obowiązków służbowych.

 

Zastosowanie pracy zdalnej oczywiście dotyczy również rynku mediów. W czerwcu bieżącego roku dowiedzieliśmy się, że część lokalnych redakcji „Gazety Wyborczej” pozostanie bez biur[12]. Wczoraj upłynął termin, w który dziennikarze centrali „Wyborczej” mieli zabrać swoje rzeczy z szafek, w związku ze zmniejszeniem powierzchni redakcji o 40%[13].

 

Nieodwracalne skutki

 

W czwartek 20 sierpnia m.in. Gazeta.PL poinformowała o świetnych wynikach polskiej gospodarki i szybkim odbiciu po zamrożeniu szeregu branż wynikającym z pandemii[14]. Na portalu SDP.PL stawialiśmy wiosną pytanie: co będzie, jeśli wbrew medialnemu wieszczeniu z fusów rynek pracy się nie zawali i najbardziej pokrzywdzonym środowiskiem okażą się dziennikarze? Zaznaczaliśmy niejednokrotnie, że potrzebne są wiarygodne źródła informacji, że bez profesjonalistów świat komunikacji straci rację bytu, że zawodowe media mają gigantyczny potencjał tak misyjny jak i biznesowy. Wszystkie niekorzystne zmiany (zwolnienia, likwidacja tytułów etc.) następowały przecież w okresie, w którym odnotowano znaczny wzrost zainteresowania mediami, co podkreśliły bania przeprowadzone na zlecenie LoveBrands Relations[15]. Jak poinformowała nas prezes Dorota Bieniek-Kaska wzrost dla kanałów informacyjnych przekroczył (w porównaniu z marcem 2019 roku) 169%! Badania pokazały też, że respondenci oczekiwali od mediów również innych treści, niż te związane z koronawirusem[16], co raczej pokazuje istniejące zapotrzebowanie na produkty dostarczane przez redakcje i potencjał, niż gwałtowny regres. Wydaje się, że ta szansa nie została wystarczająco wykorzystana, a wręcz zmarnotrawiona.

 

Podsumowując pierwsze półrocze 2020 roku warto postawić pytanie, a może my po prostu nie umiemy zrobić z mediów biznesu? W walce o uwagę zawodowcy przegrywają z użytkownikiem smartfona, który ma dostęp do Internetu, konta w mediach społecznościowych i pisze o tym, ze zjadł śniadanie, biegał, był w ulubionej knajpie, grał w grę i wieczorem wypił drinka do ulubionego serialu?

 

Jedno jest pewne – to co publikujemy w mediach, czasem zupełnie nieodpowiedzialnie lub bezkrytycznie, ma wpływ też na losy redakcji i dziennikarzy. W tym wypadku odpowiedzialność za słowo powinna być więc szczególna. Na zwolnionych czeka dziś w całym kraju i za granicą zaledwie 20 ofert pracy (dane portalu Pracuj.PL[17]). Nawet taka gwiazda jak Marek Niedźwiecki nie otrzymała po odejściu z Trójki lawiny propozycji[18]. Uważajmy więc z wieszczeniem katastrofy, bo któregoś dnia tak wykreowana wizja teraźniejszości może mieć wpływ i na nasze zatrudnienie.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/inne-opracowania/informacje-o-sytuacji-spoleczno-gospodarczej/sytuacja-spoleczno-gospodarcza-kraju-w-i-polroczu-2020-r-,1,98.html – dostęp 21.08.2020 r.

[2] https://sdp.pl/rynek-pracy-epidemia-i-media-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 21.08.2020 r.

[3] https://sdp.pl/fakehunter-czyli-jak-zostalem-lowca-fejkow-wyjatkowo-wazna-analiza-miroslawa-usidusa/ – dostęp 21.08.2020 r.

[4] https://www.bankier.pl/wiadomosc/Kolejne-ciecia-w-mediach-Zwolnienia-w-RASP-i-Wydawnictwie-Bauer-7873232.html – dostęp 21.08.2020 r.

[5] https://diagnoza.plus/ – dostęp 21.08.2020 r.

[6] Na przykład: https://oko.press/bezrobocie-jest-wyzsze-niz-w-oficjalnych-statystykach/ – dostęp 21.08.2020 r.

[7] Na przykład: https://www.rp.pl/Rynek-pracy/308199926-Chwilowa-poprawa-czy-trwaly-powrot-do-normalnosci.html –  dostęp 21.08.2020 r.

[8] http://centrumprasowe.pap.pl/cp/pl/news/info/164433,,newsletter – dostęp 21.08.2020 r.

[9] Na przykład: https://www.pulshr.pl/employer-branding/po-ustaniu-pandemii-nawet-1-3-pracownikow-nie-wroci-do-pracy-biurowej,72349.html – dostęp 21.08.2020 r.

[10] https://strefabiznesu.pl/pracownicy-umyslowi-pokochali-prace-zdalna-a-co-z-pracodawcami/ar/c10-15064440 – dostęp 21.08.2020 r.

[11] A. Dolot, Raport z badania dotyczącego pracy zdalnej w czasie pandemii COVID-19, Kraków 2020, s. 9.

[12] https://antyweb.pl/agora-gazeta-wyborcza-praca-zdalna/ – dostęp 21.08.2020 r.

[13] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/gazeta-wyborcza-zmniejsza-przestrzen-redakcyjna-o-40-proc-wspolne-stoly-opinie-gazeta-pl-opracowuje-nowy-model-pracy – dostęp 21.08.2020 r.

[14] https://next.gazeta.pl/next/7,151003,26225411,swietne-wiadomosci-z-polskiej-gospodarki-przemysl-blyskawicznie.html#s=BoxOpImg1 – dostęp 21.08.2020 r.

[15] https://www.pracuj.pl/praca/dziennikarz;kw?rd=30 – dostęp 21.08.2020 r.

[16] https://sdp.pl/media-przed-w-trakcie-i-po-pandemii-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 21.08.2020 r.

[17] https://lbrelations.pl/pl/news/480,potrzeby-informacyjne-polakow-w-dobie-koronawirusa – dostęp 21.08.2020 r.

[18] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/marek-niedzwiecki-nie-bylo-lawiny-ofert-byc-moze-uruchomie-podcast – dostęp 21.08.2020 r.

Repolonizacji mediów nie będzie – twierdzi WITOLD GADOWSKI

Termin repolonizacja jest nic nieznaczącym propagandowym określeniem. Politycy sami nie rozumieją, co się kryje pod tym stwierdzeniem – mówi dziennikarz śledczy i wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Witold Gadowski.

 

Politycy mówią o repolonizacji. Co to słowo oznacza?

 

Nie mam żadnych złudzeń. Ględzenie o repolonizacji mediów obraża inteligencję słuchaczy. Wszystkie osoby, które zajmowały się mediami z ramienia tzw. dobrej zmiany skompromitowały się. Jak słyszę, że politycy obiecują repolonizację mediów, obawiam się, że nie wiedzą, o czym mówią. Przecież oni nie potrafią sobie poradzić z mediami publicznymi. Obsadzili stanowiska ludźmi, którzy się na tym kompletnie nie znają. Zniszczyli media publiczne, więc jak chcą uporządkować rynek medialny? Jacek Kurski jest najgorszym z możliwych prezesów TVP. Nie kryje swojego cynizmu, braku poszanowania dla rzemiosła dziennikarskiego i misji mediów publicznych. Nie ukrywa, że jest partyjnym czynownikiem i propagandystą.

 

TVP Info ze swoim przekazem pomogła prezydentowi Andrzejowi Dudzie w kampanii wyborczej?

 

Zaszkodziła, ponieważ to, co pokazuje TVP Info obraża inteligencję ludzi o prawicowych poglądach.

 

Ubolewasz nad upadkiem rzemiosła dziennikarskiego w TVP Info i mediach publicznych. Ale gdzie go jeszcze można szukać?

 

Nigdzie. Zniszczenie rzemiosła dziennikarskiego jest faktem, ale to nie znaczy, że nie należy o tym mówić. Potrzeba powrotu do solidnego warsztatu dziennikarskiego. Wierzę, że dziennikarstwo jeszcze się odrodzi. Zapewne nie nastąpi to przy obecnych władzach mediów publicznych, ale nie mam wątpliwości, że dziennikarstwo się odrodzi.

 

Czym jest repolonizacja mediów?

 

Termin repolonizacja jest nic nie znaczącym propagandowym określeniem. Politycy sami nie rozumieją, co się kryje pod tym stwierdzeniem. Używają tego słowa, bo wzbudza emocje, ale nie niesie za sobą żadnego programu.

 

Co należałoby zrobić w kwestii rynku medialnego w Polsce?

 

Wprowadzić ułatwienia ekonomiczne dla powstawania niezależnych polskich mediów, które mogłyby działać na rynku.

 

Jakiego rodzaju zachęty ekonomiczne masz na myśli? Subwencje budżetowe?

 

Niekoniecznie subwencje, przede wszystkim ulgi podatkowe i preferencje przy otrzymywaniu koncesji.  Instytucje udzielające koncesji nie sprawdzają się. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji oraz Rada Mediów Narodowych są obciążeniem dla państwa. Ich byt nie ma sensu, powinny zniknąć.

 

Jeżeli bliżej przypatrzymy się terminowi repolonizacji mediów to nie obejmuje on mediów z polskim kapitałem, czyli „Gazety Wyborczej”, „Super Expressu”, Polsatu. Zostaje TVN, Onet, RMF FM i „Puls Biznesu” oraz grupa Polska Press, która jest wydawcą najważniejszych gazet regionalnych. Znacznie istotniejszy i bardziej precyzyjny niż repolonizacja jest termin dekoncentracja mediów. Jak go rozumiesz?

 

To termin bardzo ważny. Obecnie w amerykańskim Senacie toczy się postępowanie przeciwko największym graczom internetowym Amazonowi, Google, Facebookowi. Celem postępowania jest  dekoncentracja mediów, ponieważ trusty kapitałowe przekroczyły pewną miarę. Skoro Amerykanie mają z tym problem, to tym bardziej Polacy powinni się przyjrzeć sprawie. Dekoncentracja  kapitału w mediach jest bardzo ważnym krokiem w kierunku demokratyzacji opinii publicznej.

 

Jak w praktyce osiągnąć dekoncentrację kapitału w mediach?

 

Trzeba wprowadzić precyzyjne zapisy antymonopolowe w mediach. W mediach nie może być monopolu kapitałowego. Jest to niezwykle ważne dla pluralizmu opinii publicznej. Repolonizacja  mediów to termin propagandowy, który nic nie znaczy i jest niewykonalny. Politycy używają tego haczyka, żeby łapać na niego wyborców o bardziej prawicowych czy narodowych przekonaniach.

 

 

Słyszymy od kilku lat, że ustawa dotycząca rynku medialnego jest przygotowana, ale nie ma decyzji politycznej, żeby ją wprowadzić.

 

 

Mówią o tym tak nieudani politycy, jak pan Adam Andruszkiewicz, który ma pilnować ładu w przestrzeni internetowej i cyfrowej. Im większy nieudacznik z obozu rządowego, który zajmuje się mediami, tym częściej mówi o repolonizacji. Władza nic z tym nie zrobi, bo to jest niewykonalne.

 

Jak szczegółowe powinny być te zapisy, żeby nie powróciła dawna kwestia i/lub czasopisma?

 

Teraz mamy większe problemy, bo wtedy był problem i/lub czasopisma, a teraz jest problem, który nazywa się Georgette Mosbacher. Ambasador USA bezprawnie wtrąca się w polski rynek medialny i feruje swoje opinie.

 

Z czego wynika jej zachowanie?

 

Ze słabości polskiej klasy politycznej i z poczucia pani Mosbacher, że może wszystko. Niestety, nikt jej nie wytłumaczył, że nie może się tak zachowywać.

 

Może to konsekwencje jej związków biznesowych?

 

Tego nie wiem, ale być może ktoś z właścicieli TVN skutecznie przekonał panią Mosbacher, że w jej interesie jest obrona tej stacji telewizyjnej.

 

 

Dobra zmiana nie dostrzega, że niektóre media np. „Fakt”, nie przejmuje się rzetelnością dziennikarską i potrafi uderzyć w obóz rządzący i prezydenta w czasie kampanii wyborczej?

 

Mogą to widzieć, ale Ci ludzie nie rozumieją mediów.

 

 

Nie są dostrzegają oczywistych spraw?

 

Nie jestem tego pewien, bo żeby je dostrzec, trzeba myśleć. Oni oczywiście widzą, że niektóre media są do nich nieprzyjaźnie nastawione. Chcieliby te media skolonizować tak, jak telewizję publiczną i przestawić na swoją stronę. To jest ich ideał. Ale im się to nie udaje i nie uda, bo są barbarzyńcami, a barbarzyńcom niewiele się udaje. Rządzi chaos i przekonanie, że to ostatni okres, w którym można się nachapać, więc reformy i ustrojotwórcze działania nie mają szans na realizację.

 

Nie będzie już żadnych poważnych reform?

 

Nie. PiS obiecywał ustawę o zawodzie dziennikarza, zniesienie art. 212 Kodeksu karnego używanego do zastraszania dziennikarzy, odbudowę mediów publicznych i repolonizację rynku medialnego. Co PiS wykonał z tych postulatów?

 

Nic.

 

Wręcz przeciwnie. PiS wzmocnił art. 212 Kodeksu karnego i zniszczył media publiczne.

 

 

Rozmawiał TOP.

Ostatnia dekada prasy? – MIROSŁAW USIDUS podaje „datę końca” prasy papierowej

Los prasy rozstrzygnie się w kolejnej dekadzie – pozwoliłem sobie zaprorokować w jednej z dyskusji, którą niedawno toczyłem w grupie facebookowej starych kolegów z „Rzeczpospolitej”. Cóż, słowo się rzekło i biorę na siebie ryzyko przepowiedni, że do 2030 będziemy mieć na polskim rynku prasowym „pozamiatane”, co nie oznacza koniecznie zniknięcia wszystkich ważnych tytułów, ale o tym niżej.

 

Kilka miesięcy temu, w atmosferze gwałtownej zapaści sprzedaży spowodowanej pandemią, przypominałem w artykule na portalu SDP o wróżbie z książki  „The Vanishing Newspaper” Philipa Meyera, wydanej w 2004, głoszącej, że ostatni egzemplarz gazety papierowej zostanie sprzedany w 2043 roku. Jak pisałem wtedy, gdyby sytuacja wynikła z koronawirusa potrwała dłużej niż kilka tygodni, to niestety, moment ten może nadejść znacznie szybciej. Byliśmy wówczas w sytuacji kompletnego lockdownu. Wszystko było zamknięte a prasa sprzedawać się w formie tradycyjnej nie miała gdzie. Sytuacja potem się zmieniła, choć sama pandemia trwała. Otwarto punkty sprzedaży, choć jak pokazywały wyniki niektórych wydawców wydarzenia te musiały mocno dotknąć.

 

Czy prenumerata cyfrowa GW odrabia straty ponoszone na papierze?

 

Dyskusja „Rzepowców”, o której piszę, wywołana była informacjami ZDKP o sprzedaży dzienników w czerwcu. Odnotowując gigantyczny, ok. 30-procentowy roczny zjazd sprzedaży „Gazety Wyborczej” w zestawieniu z umiarkowanym na obecnym etapie opadaniem wyników „Rzeczpospolitej” zauważyłem w tonie nieco gorzkim i sarkastycznym, że gdyby te tempa utrzymały się jeszcze około półtora roku, to „Rzepa” w tym swoistym „odwrotnym wyścigu” prześcignie „GW” pod względem liczby sprzedanych egzemplarzy papierowych, a Grzegorzowi Hajdarowiczowi uda się to, o czym w dawnych czasach mogliśmy w redakcji „Rz” jedynie pomarzyć.

 

Zostałem skontrowany w trakcie tej wymiany informacją o tym, że „GW” ma prawie ćwierć miliona subskrypcji cyfrowych, co ponoć rekompensuje sprzedaż papieru. Tak sugeruje Agora, ale co charakterystyczne, nie sposób w informacjach spółki znaleźć wydzielonych dokładne danych, ile w publikowanej ogólnej kwocie sprzedażowej wynosi sprzedaż cyfrowa, a ile papierowa. Dane ze sprzedaży cyfrowej nie są audytowane tak jak egzemplarze papierowe przez ZDKP. A skoro nie ma informacji precyzyjnej i otwartej, ile przynosi Agorze prenumerata cyfrowa, to co mam o tym myśleć?

 

Cóż, po prostu nie wierzę, że cyfrowa prenumerata wyrównuje Agorze straty na papierze, ostatnio kolosalne. W informacjach podawanych wiosną tego roku przez spółkę możemy przeczytać, iż przeciętny przychód miesięczny od subskrybenta, który kupił ofertę bezpośrednio na Wyborcza.pl, wynosił 14 zł. Po szybkim przeliczeniu i uwzględnieniu podawanej przez Agorę liczby 240 tysięcy subskrybentów otrzymujemy ok. 40 mln złotych rocznie. Ale to tylko moja dedukcja. Danych takich w relacjach spółki nie ma. Jak to się ma do podawanych prawie stu milionów przychodów ze sprzedaży „Gazety Wyborczej” nie mam pojęcia. Jeśli ktoś dysponuje takimi szczegółowymi rozkładami, ile z papieru, ile ze sprzedaży cyfrowej, to chętnie się zapoznam.

 

Dopóki jednak, nie poznam dokładnych i niezbitych danych, to nadal pozwolę sobie nie wierzyć w korpo-PR Agory regularnie sugerujący „odrabianie” strat sprzedażowych w sferze cyfrowej. Ile z tych 240 tysięcy to aktualni, regularni, płacący co miesiąc prenumeratorzy? Czy nie jest to czasem rodzaj „historii prenumeraty”, baza danych wszystkich, którym kiedykolwiek zdarzyło się kupić i okresowo prenumerować „GW” cyfrowo? A nawet jeśli oficjalnie podawane dane o liczbie cyfrowych prenumeratorów są zbliżone do aktualnej rzeczywistości, to tak czy inaczej nie za bardzo widzę w ogólnych wynikach sprzedaży „Wyborczej” owego nieustannie sugerowanego „odkuwania się” na rynku cyfrowym.

 

Zostawmy jednak GW. Rozważania na temat jej cyfrowej sprzedaży potrzebne są mi jedynie jako wprowadzenie do szerszego, zapowiedzianego na wstępie tematu losów prasy, które, jak mi się wydaje, rozstrzygną się do 2030 roku. Otóż, tak czy inaczej powinniśmy w sposób nie budzący już żadnych wątpliwości przekonać się w nadchodzącej dekadzie, czy sprzedaż cyfrowa i Internet zwracają wydawcom to, co w sposób nieubłagany tracą i będą tracić na tradycyjnym rynku.

 

Przy czym zostawiam na boku kwestię reklamy, bo w mojej opinii nie rządzą nią w Polsce reguły czystego rynku – gdyby rządziły, to przychody reklamowe prasy byłyby o wiele niższe niż są. Rządząca się pozarynkowymi regułami (a raczej brakiem jasnych reguł) reklama zamąca analizę, ale wydaje mi się, że ostatecznie i tak nie wpłynie na to, co musi się wydarzyć.

 

Wydaje się, że sprzedaż egzemplarzy papierowych, na pewno gazet codziennych i periodyków o charakterze informacyjno-publicystycznym i o tematyce ogólnej, będzie spadać do poziomów, w których utrzymywanie personelu i infrastruktury potrzebnej tylko po to, aby wytwarzać wydania drukowane, przestanie mieć jakikolwiek sens, poza sentymentem. Tak stanie się zapewne w segmencie, nazwijmy to „ogólno-informacyjnym”. W segmencie prasy kolorowej, magazynów, wydawnictw specjalistycznych, tematycznych, prognozy są trudniejsze. Z pewnością też nastąpią zmiany i zamknięcia wersji papierowych, ale spora część tytułów może przetrwać dłużej.

 

Moja wróżba dotyczy jednak głównie tego ogólno-informacyjnego segmentu. Gdy przestanie się opłacać drukowanie papierowych egzemplarzy, powinniśmy się dowiedzieć ostatecznie, czy cyfrowy biznes zastępuje papierowy. W tej chwili nie przesądzam, czy tak będzie czy nie, zwłaszcza, że wydawcy mają jeszcze trochę lat na podjęcie działań, inwestycji i wdrożenie rozwiązań, które pozwolą im na udaną migrację. W dużym stopniu wciąż do odkrycia dla nich są możliwości i strategie mobilne – nie wierzcie, jeśli wam mówią, że mają obecnie jasną wizję, jak zarabiać na mobile. Jeśli ktoś ma zasoby i zrealizuje właściwe pomysły, to nie wszystko jest stracone.

 

Niestety strategia cyfrowa ma swój mniej przyjemny aspekt. Taki mianowicie, że oznacza wejście w świat, w którym wydawcy prasowi nie są u siebie i w dodatku nie liczą się zbytnio i nie są przez rządzących tych rynkiem potentatów traktowani jako równorzędni partnerzy.

 

Jak Google uzależnia i zaciska uścisk na gardłach wydawców

 

Jedna z osób dyskutujących ze mną na forum „Rzepowców” zwróciła uwagę, że cyfrowa sprzedaż tytułów prasowych to, cytuję, „(…) wątpliwy biznes. Print oddawał marzę drukarzom i kolporterom a Digital oddaje dużym operatorom reklamowym z GAFA [Google, Apple, Facebook, Amazon – przyp. M.U.]. Pytanie czy chcemy wspierać local czy global?”.

 

Otóż to. Strategia cyfrowa oznacza konieczność przyjęcia przez wydawcę warunków dyktowanych przez Big Tech a ten, w najlepszym razie, w ogóle nie liczy się z priorytetami tradycyjnych mediów a tak naprawdę, zwykle wprost stosuje nieprzyjemne i nieuczciwe praktyki, przeobrażając się rok po roku, krok po kroku, w uprzywilejowaną konkurencję.

 

Przypomnę ubiegłoroczne oburzenie wydawców na zachodzie (u nas było o tym ciszej), gdy w ramach aktualizacji przeglądarki Chrome w wersji 76, Google postanowił wyeliminować możliwość wykrywania przez strony internetowe wykorzystywania trybu incognito, co pozwalało wydawcom stosującym paywalle stosować zachęcające do kupna subskrypcji strategie oferowania odwiedzającym ograniczonej liczby artykułów w okresie np. miesięcznym. Oczywiście nie wszyscy wykorzystują ten mechanizm. Niektóre serwisy blokują dostęp bez żadnych darmowych odwiedzin. Po zmianie przeprowadzonej przez Google użytkownik nawet w trybie incognito mógł korzystać do woli z darmowych treści tych wydawców, którzy oferują kilka darmowych sztuk, bo strona za każdym razem traktowała go jako nowego odwiedzającego. Oczywiście serwis prasowy może ustawić paywalla bez żadnych zachęt, ale to niszczy biznesowe i marketingowe strategie.

 

Powyższe to przykład braku wrażliwości na potrzeby wydawców, ale nie brakuje opinii, że prasa i wydawcy przez swoje internetowe serwisy wskutek kolejnych zabiegów i zmian wprowadzanych przez Google, w konsekwencji mają stać się po prostu częścią machiny „kontentowej” Google a nie samodzielnymi graczami na cyfrowym rynku. Dość wyraźnie świadczą o tym rozliczne działania, reklamowane jako „dobre dla wydawców” a kończące się na postępującym uzależnieniu ich od giganta z Mountain View.

 

Prawie pięć lat temu Google zaprezentował efektowny i atrakcyjnie wyglądający, na pierwszy rzut oka, projekt o nazwie Accelerated Mobile Pages, AMP. Miał przyspieszyć czas ładowania stron internetowych uruchamianych przez smartfony. Z czasem AMP urósł do rangi czegoś znacznie bardziej uzależniającego. Parę miesięcy temu Google wprowadziło nową funkcję, która pozwala AMP używać techniki renderingu po stronie serwera (SSR), zwiększając wydajność witryn, które wykorzystują tę technologię w całej swojej domenie.

 

Warto przypomnieć, że projekt AMP został uruchomiony głównie z myślą o wydawcach stron informacyjnych. Zostali oni poproszeni o stworzenie nowej, lekkiej wersji swoich sieciowych stron z artykułami. Wersje te pojawiają się w wyszukiwarce Google i ładują się stosunkowo szybko na urządzeniach mobilnych. W zamian Google podnosi ranking wyników stron, które używają AMP, w wyszukiwarce, zapewniając napływ dodatkowych odwiedzin, co przekłada się na dodatkowe wpływy reklamowe.

 

Google prowadzi hosting dla owych „zatwierdzonych” stron AMP dla wydawców zaakceptowanych do usługi Google News, co pomija oryginalne strony wydawców, chyba że użytkownicy klikają w osobny adres URL, który pojawia się na górze strony. Przyjęcie AMP jest również jedynym sposobem na uzyskanie dostępu do kanału Google Discover, który zawiera artykuły na stronie pojawiające się po otwarciu nowej karty w przeglądarce Chrome, potencjalnie umożliwiając serwisom internetowym dodanie setek tysięcy kolejnych nowych odsłon, jeśli algorytm wybierze ich treść.

 

Początkowo AMP skupiał się na urządzeniach mobilnych, ale Google zaczął po cichu eksperymentować również z serwisami dla komputerów stacjonarnych. Wydawcy mogą wkrótce przekonać się, że najlepiej będzie włączyć AMP na wszystkich swoich domenach, co ostatecznie coraz bardziej zwiększa zależność od Google. Dzięki wspomnianej, nowej funkcjonalności SSR wszystko zaczyna tworzyć samonapędzającą się machinę do generowania coraz to większego ruchu na stronach. Teoretycznie to bardzo atrakcyjne dla wydawców.

 

Sam pomysł AMP nie wzbudzał kontrowersji. Mechanizm uznawany jest zasadniczo z rzecz pożądaną. Dlaczego użytkownicy mobilni nie mogliby dostać szybciej ładujących się, okrojonych ze zbędnych i opóźniających ładowanie elementów, stron internetowych? Jednak oczywiście w tej całej dobroczynnej działalności Google, jest pewien haczyk.

 

AMP pozbawia wydawców autonomii i kontroli nad ich treścią. Hostowane przez Google strony AMP zacierają pochodzenie i widoczność oryginalnego źródła treści. Z rąk wydawców wytrącana jest poważna część kontroli nad własną marką. Mechanizm prowadzi do tego, że pozwalają Google’owi korzystać z ich treści za darmo, pod pozorem ulepszania i optymalizowania stron. Oryginalny adres URL przestaje być widoczny dla czytelnika na rzecz wersji z hostingiem Google.com. Niektóre aplikacje AMP wrzucają nawet posty do tzw. „karuzeli” czyli przewijanego menu z linkami do treści, tak jakby cała zawartość była wyświetlana w jakiejś witrynie sklepowej. Prowadzi to do sytuacji, w której Google całkowicie panuje nad sposobem prezentacji treści a w końcu, ostatecznie, nad samymi treściami.

 

Oczywiście, w sensie technicznym jest to jedynie opcja. Nikt nie musi z AMP korzystać. W rzeczywistość jednak wydawcy właściwie nie mają wyboru. Jeśli nie będą z niego korzystać, to stracą ogromną część ruchu, czyli odwiedzin na stronie. Ich strony będą zajmować znacznie niższe pozycje w wynikach wyszukiwania. Nie zapominajmy, że Google jest zdecydowanie dominującą wyszukiwarką, z 92-procentowym udziałem w rynku na całym świecie i 94,5 procentowym udziałem w rynku mobilnym. Jeśli komuś zależy na sukcesie stron i treści publikowanych w sieci to prostu nie może sobie pozwolić na lekceważeniem wymogów Google.

 

Według dość zgodnej opinii programistów i wydawców, początkowo AMP przyspieszył działanie mobilnego Internetu i zapewnił użytkownikom dużo lepsze doświadczenie w przenośnych urządzeniach. Jednak w miarę jak stawał się coraz bardziej popularny, AMP po cichu stawał się narzędziem do utrwalania dominacji technologii Google’a w Internecie jako całości. Korzystanie z niego jest nieuniknione, jeśli na przykład ktoś zależny jest od ruchu w serwisie WWW w celu sprzedaży reklam obok  swoich treści.

 

Niestety choć technologia ta jest w sensie technicznym otwarta, to w rzeczywistości nie za bardzo na to wygląda. Porównuje się ją z platformą Chromium, na którym opiera się projekt przeglądarka Chrome, która jest open source w bardzo ograniczonym sensie. Oczywiście, każdy może wnieść swój wkład do kodu i przeczytać go na GitHubie, ale głównymi twórcami tego formatu są pracownicy Google. Podobnie jest z AMP. Firma lubi opowiadać o tym, jak inni przyczyniają się do rozwoju tego formatu, ale tylko ona kontroluje najważniejsze platformy, na których działa AMP. Nie ma też równego dostępu w innym sensie. Duże firmy wydawnicze mogą umożliwić dostęp abonamentowy za pośrednictwem produktu AMP, zaś z mniejszymi Google nie negocjuje.

 

Czytelnikom trudno jest uniknąć korzystania z AMP, gdyż wejście na oryginalne źródła treści wiąże się kłopotliwym kopiowaniem i wpisywaniem pierwotnych adresów internetowych. Jeśli smartfon w systemie np. Android jest osadzony ekosystemie Google, to nawigacja nietypowymi, czyli nie rekomendowanymi przez wyszukiwarkowego monopolistę sposobami, jest niezwykle niewygodna.

 

Tymczasem ekspansja formatu AMP postępuje. Google stara się nakłonić wydawców do budowania całych stron internetowych w tym formacie. Jeśli wziąć pod uwagę, że inne platformy prezentowania informacji takie jak Apple News też wymagają odrębnych nakładów pracy, tworzenia specjalnych wersji, zaczyna to stawać się kłopotliwe. Potentaci Big Tech zaczynają domagać się niejako wyłączności dla siebie, gdyż przygotowanie innych wersji na inne platformy jest bardzo kosztowne. Trzeba się na coś zdecydować. Decydują się na to, co im daje więcej odsłon i wtedy to Google osiąga swój cel, jakim jest dominacja i poszerzanie granic swojego królestwa w sieci.

 

Działania te w ciekawy sposób wracają na teren sporów o neutralność Internetu, której oficjalnie Google jest zaciekłym orędownikiem i broni tej neutralności przed zakusami firm „starej gospodarki”. Jednak do tego, że zdaje się tylnymi drzwiami i po cichu wymuszać  na wydawcach i właścicielach stron dostosowanie się do swoich reguł a nawet wręcz panować nad ich stronami, do tego się już chętnie chyba nie przyzna.

 

W tej sytuacji nie dziwi, że niektóre kraje, np. niedawno Australia zgłaszają kolejne inicjatywy i pomysły na to, by Google, i inni wielcy z grona Big Tech, np. Facebook, płacili wydawcom i mediom za treści. Podobne projekty próbowano wprowadzać w Europie, ale były nieskuteczne. Teraz cały świat przygląda się Australii. Jeśli temu krajowi uda się skłonić do płacenia mediom za treści, to inni zapewne podążą tym tropem.

 

Los gazet, los marek

 

Wróćmy na nasz rynek i perspektywy naszych wydawców. Skoro papier się skończy a odkucie się za pomocą cyfrowej sprzedaży wygląda w świetle tego co powyżej, co najmniej iluzorycznie, co czeka rynek prasy w Polsce.

 

Niektóre odpowiedzi na to pytanie mogą okazać się zaskakujące. Nie możemy zapominać, że największe tytuły prasowe, te znane od lat i dekad, to dość silne marki. Na ich bazie można rozwijać działalność daleko wykraczającą poza tradycyjny prasowy i generalnie medialny biznes. Robi tak już od lat, jak się niedawno dowiedziałem, Grzegorz Hajdarowicz, tworzący na bazie pozycji „Rz” i posiadanych zasobów, tak przynajmniej wynika z moich informacji, coś w rodzaju ośrodka szkoleniowego i centrum wiedzy dla firm. Robią tak inni wydawcy, wykorzystują siłę marki do poszukiwania przychodów w różnych obszarach, korzystają z pomysłów i planów biznesowych często daleko wykraczających poza pierwotny biznes.

 

Kto wie, czy, przynajmniej niektóre marki prasowe, nie czeka w przyszłości historia podobna do karmy Nokii, która zaczynała w XIX wieku jako producent, nomen omen, papieru. Papier a dokładnie koperty oryginalnie sprzedawała jubilerska firma Tiffany a William Wrigley na początku swojej działalności oferował gumę do żucia jedynie jako prezent dla klientów kupujących mydło i proszek do pieczenia. Wielu wydawców już od dawna wie, że to co mają w ręku najcenniejszego to brand. Co z nim zrobią i jak wykorzystają biznesowo? Przekonamy się.

 

O „końcu prasy” pisze się już od dawna. Sam pisałem niejeden raz a we wspomnianym tekście, który opublikowałem na portalu SDP wiosną przypominałem moje spory z ubiegłej dekady. Wydaje się, że ciągu najbliższych dziesięciu lat nastąpić może na tym rynku coś, co Anglosasi określają „disruption”. Sens tego pojęcia ma aspekty zarówno negatywne jak i pozytywne. Negatywne bo oznacza rzeczywiście koniec i przerwanie ciągłości czegoś, co wydaje się utrwalone. W kontekście, o którym piszę, będzie to zapewne przede wszystkim ostateczne odejście od papieru i druku. Pozytywne akcenty polegają na nowych szansach i perspektywach, które jednak muszą być właściwie zrozumiane, przeanalizowane i prowadzić do działań, które sukcesywnie pozwolą przekształcić „koniec” w „początek”… czegoś nowego.

 

Mirosław Usidus

 

Protest CMWP SDP przeciwko blokowaniu filmu o Powstaniu Warszawskim przez YouTube

CMWP SDP z oburzeniem przyjmuje blokownie publikacji filmu harcerzy z ZHR upamiętniającego Powstanie Warszawskie pt. „Kilka dni” w sieci społecznościowej YouTube i apeluje o zaniechanie takiego działania w przyszłości. Ze względu na powszechność serwisu internetowego YouTube działanie takie ma charakter cenzury czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność swobodnego wyrażania myśli i przekonań. Jest to nieuzasadnione naruszenie zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa.

 

W lipcu b.r. grupa harcerzy z ZHR samodzielnie zrealizowała clip filmowy p.t. „Kilka dni”, którym chciała upamiętnić 76. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. 31 lipca harcerze próbowali opublikować film na swoim kanale na platformie YouTube, najpowszechniejszym w Polsce kanale dystrybucji dla amatorskich treści audiowizualnych. Publikacja clipu okazała się niemożliwa, harcerze otrzymali jedynie tzw. pierwsze ostrzeżenie i informację, że ich produkcja narusza „reguły bezpieczeństwa”.

 

Międzynarodowy koncern Google, który jest właścicielem serwisu internetowego YouTube nie podał przy tym żadnych realnych przyczyn tej radykalnej decyzji, poinformował jedynie – jak zwykle w takich przypadkach – iż stało się to z powodu rzekomego „naruszenia wytycznych dla Społeczności”. Korespondencja i próby odwoływania się od tej decyzji platformy You Tube nie przynosiły rezultatów. Dopiero gdy sprawa została opisana w innych mediach (m.in. na portalu wpolityce.pl), YouTube przyznał się do błędu i 17 sierpnia udostępnił film bez ograniczeń.

 

CMWP SDP zwraca uwagę, iż jest to przykład cenzury stosowanej przez You Tube. Szczególnie bulwersujący jest przy tym fakt, iż You Tube usunął z przestrzeni publicznej publikacje wyrażające ważne i dla wielu Polaków fundamentalne treści w momencie, gdy ze względu na przypadającą w tych dniach rocznicę wybuchu Powstania opinia publiczna była nimi najbardziej zainteresowana, a to w oczywisty sposób zmniejszyło liczbę potencjalnych odbiorców filmu. YouTube zablokował także możliwość tzw. monetyzacji kanału, czyli uniemożliwił twórcom filmu zarabianie na jego dystrybucji, co jest również ograniczeniem bez względu na to, czy twórcy filmu z tej możliwości chcieliby skorzystać.

 

Nie jest to pierwszy przypadek blokowania patriotycznych treści dot. Powstania Warszawskiego przez YouTube. 6 sierpnia ub. roku platforma zablokowała kanał Radia Maryja po publikacji na nim homilii abpa Marka Jędraszewskiego, metropolity krakowskiego, wygłoszonej z okazji 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

 

CMWP SDP przypomina, iż cenzura prewencyjna jest w Polsce konstytucyjnie zakazana i jest niedopuszczalna także w świetle Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co wielokrotnie potwierdzał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.

 

Usuwanie treści z portali społecznościowych bez wskazania konkretnych przykładów naruszenia regulaminu serwisu i bez realnej możliwości szybkiego odwołania się od tych decyzji narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa. CMWP SDP apeluje o podjęcie działań przez platformę You Tube i przez rządzących, które uniemożliwią w przyszłości popełnianie takich błędów skutkujących eliminowaniem z przestrzeni publicznej treści patriotycznych dotyczących naszego kraju.

 

dr Jolanta Hajdasz , dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 17 sierpnia 2020 r.

film jest dostępny tu :

dodatkowe informacje :  https://wpolityce.pl/kultura/513263-dlaczego-youtube-nie-chce-filmu-mlodych-harcerzy?fbclid=IwAR2k3WIxEZmpEi1d1arNpUK9-SY9Vt1cGsr7IvQ9q14cuqVaeBMGzSCYNos

Skrzywienie ideologiczne – ŁUKASZ WARZECHA o Radiu Nowy Świat

Historia Radia Nowy Świat jest niesamowita, nawet jak na tragikomiczne standardy polskich mediów i polityki. Rozgłośnia stworzona za pieniądze darczyńców, oburzonych na sytuację w Trójce i na całkowicie absurdalny akt cenzury wobec piosenki Kazika, zatrudniająca wielu dziennikarzy, którzy z tej publicznej stacji odeszli, miała być wolna od nacisków i niezależna. Okazało się, że niemal natychmiast po uruchomieniu pogrążyła się w kryzysie, który wcale nie zakończył się odejściem prezesa i współzałożyciela radia Piotra Jedlińskiego, bo chwilę później zamienił się w pyskówkę prowadzoną za pośrednictwem mediów. RNŚ pewnie to przetrwa, ale już jako całkiem inne medium niż gdy zaczynało.

 

Przesadziłbym może, twierdząc, że RNŚ kibicowałem, ale na pewno przyglądałem się tej inicjatywie życzliwie. Jasne było dla mnie, że trzon radia tworzą osoby, które sympatykami obecnej władzy nie są, ale to nie musiało oznaczać, że ten resentyment będzie miał odbicie w sposobie funkcjonowania rozgłośni. Chętnie przyjąłem kilka razy zaproszenie do programu, a dyskusja okazała się interesująca i spokojna. Inna sprawa, że odnotowałem od razu, iż pewna grupa odbiorców RNŚ była oburzona tym, że zaproszono do programu kogoś o takich jak moje poglądach. Inni kontrowali jednak pytaniem, czy w takim razie oczekiwaliby, że w radiu słychać będzie tylko „swoich” – czyli, mówiąc wprost, że będzie ono jasno sformatowane jako antyrządowa stacja.

 

Okazuje się, że te pierwsze głosy powinny były być dzwonkiem ostrzegawczym, zapowiadały bowiem to, co stało się przy okazji afery z Michałem Sz. Wobec tego, że RNŚ w swoich serwisach używało wobec aresztowanego formy męskiej – zgodnie z tym, co napisane jest w jego dokumentach – nastąpił atak na radio najbardziej radykalnej grupy jego odbiorców, ale też masy lewicowych celebrytów i „liderów opinii”, domagających się, żeby podporządkować się w tej kwestii lewicowej poprawności politycznej i o Michale Sz. mówić „ona”. Początkowo prezes Jedliński zajął bardzo asertywne stanowisko, słusznie punktując atakujących go za podważanie wolności słowa (to generalnie lewicowa skłonność). Jednak już po krótkim czasie opublikował coś w rodzaju samokrytyki – żenującej zresztą – w której napisał, że zobaczył sprawę w „kontekście” i ten kontekst każe mu na nią inaczej spojrzeć. I że w związku z tym od teraz Michał Sz. będzie w serwisach „nią”. To jednak nie wystarczyło, bo po kolejnych kilkudziesięciu godzinach dowiedzieliśmy się, że pan Jedliński zrezygnował z funkcji prezesa zarządu i odchodzi z RNŚ. A po jeszcze następnych kilkudziesięciu, po ukazaniu się w „Gazecie Wyborczej” artykułu Wojciecha Czuchnowskiego z wypowiedziami Magdaleny Jethon, Jedliński tak skomentował na swoim FB twierdzenia Jethon, że namawiała go do pozostania:

 

Ta wypowiedź to bezczelne kłamstwo, mające najwyraźniej zdjąć jakąkolwiek odpowiedzialność z osób, które wymusiły na mnie dymisję. Pozwalam sobie także zacytować fragment maila, jaki otrzymałem od pana Jerzego Sosnowskiego:

„Ale dla wizerunku RNŚ, dla ucięcia wątpliwości patronów i dla zamknięcia ust nieżyczliwym krytykom byłoby wg mnie optymalne, żebyś, Piotrze, nie obrażając się na nas, tylko rozumiejąc delikatną sytuację całego przedsięwzięcia, podał się do dymisji…”.

Sytuacja w Radio Nowy Świat jest taka, że z medium jakie wam obiecywałem, prosząc o sfinansowanie tego pomysłu, mającym być niezależnym, obiektywnym, prezentującym różnorodny obraz świata i otaczającej nas rzeczywistości, zapraszających komentatorów o różnych poglądach, staliśmy się skrzywionym ideologicznie medium, którego udziałowcy, zamiast sikać pod wiatr, robią pod siebie.

 

Szczególnie warto zapamiętać sobie ostatnie zdanie, bo ono pokazuje problem, przed jakim stanęło RNŚ. Żeby było jasne, piszę o tym bez satysfakcji, raczej ze smutkiem i żalem. Oto bowiem okazało się, że jest bardzo trudne lub zgoła niemożliwe ufundowanie za społeczne pieniądze radia niesytuującego się otwarcie po jednej ze stron wyniszczającego również media konfliktu. Bo przecież nawet okoliczności, w których RNŚ powstawało, nie musiały oznaczać, że stanie się zakładnikiem swoich najradykalniejszych odbiorców. Będąc krytyczne wobec władzy, mogło być normalne. Mogło być miejscem autentycznego ścierania się różnych poglądów.

 

Lecz warto postawić sobie – patrząc na sprawę z zewnątrz i nie znając jej kulis oraz napięć wewnątrz zespołu – jeszcze jedno pytanie: czy gdyby Jedliński wytrwał przy swoim początkowym stanowisku wbrew rewolucyjnemu wzburzeniu lewicowych prowodyrów, faktycznie musiałoby to oznaczać dla RNŚ katastrofę finansową i odejście znaczącej liczby patronów? Mam wrażenie, że tego wcale nie przetestowano. Nie próbowano tego liczyć. Frakcja antypisowska w składzie zarządu uznała po prostu, że tak będzie, bo tak jej było wygodnie, nie robiąc nawet żadnej sondy wśród słuchaczy, co przecież technicznie nie byłoby trudne. Fakt, że głośno krzyczało w mediach społecznościowych kilkanaścioro lewicowych celebrytów (być może nawet niebędących patronami RNŚ) nie oznaczał przecież, że tak samo myśli znacząca liczba słuchaczy. A nawet gdyby ostatecznie RNŚ straciło, powiedzmy, 10 proc. radykalnie lewicowych patronów, mogłoby w nieco dłuższym czasie zyskać podobną liczbę wśród bardziej umiarkowanych, zmęczonych tonem mediów rządowych, a jednocześnie nie akceptujących poetyki rozgłośni komercyjnych.

 

Dlatego właśnie nie wysnuwałbym – jak już czynią niektórzy – prostego wniosku, że stało się, co stać się musiało: słuchacze RNŚ to lewackie oszołomy, które wymusiły na radiu podporządkowanie się ideologii. Nie: zadziałał tu mechanizm podobny jak w przypadku społeczeństwa w dużej skali – uznano, że krzykliwa grupka ma prawo określać kurs całej rozgłośni.

 

W RNŚ zdążyli bywać komentatorzy o konserwatywnych poglądach. Ciekaw jestem czy będą nadal zapraszani, czy też odejście prezesa Jedlińskiego z powodu awantury o nazywanie mężczyzny mężczyzną oznacza całkowity zwrot w kierunku radiowęzła zakładowego walczącej lewicy. Nawet jeśli tak nie będzie – czego bym sobie oczywiście życzył – to i tak na RNŚ odium tej fatalnej sytuacji będzie ciążyć już zawsze.

 

Łukasz Warzecha

CMWP SDP o cenzurze w Radiu Nowy Świat

CMWP SDP   z uwagą i niepokojem obserwuje przyczyny i okoliczności odwołania red. Piotra Jedlińskiego z funkcji prezesa Radia Nowy Świat i apeluje do kierownictwa tej stacji o poszanowanie zasady wolności słowa demokratycznego państwa w pracy dziennikarskiej. Jednocześnie CMWP SDP przypomina, iż udziela bezpłatnej pomocy prawnej wszystkim dziennikarzom, którzy znajdą się w trudnej sytuacji zawodowej ze względu na swoje przekonania, czy światopogląd.

 

Opisane w mediach tradycyjnych i społecznościowych relacje z przebiegu konfliktu między kierownictwem i nieujawnionymi „patronami” Radia Nowy Świat, a byłym prezesem stacji, red. Piotrem Jedlińskim oraz konsekwencje sporu światopoglądowego w redakcji w postaci pozbawienia dziennikarza – prezesa radia pracy i udziałów finansowych w zakładanej przez niego stacji radiowej wskazują na naruszenie zasady wolności słowa i dziennikarskiej niezależności przez właścicieli rozgłośni. Jest to szczególnie bulwersujące i naganne w sytuacji, gdy w czasie tworzenia Radia Nowy Świat w kwietniu b.r. przedstawiano opinii publicznej, iż powstaje ono w proteście przeciwko rzekomej cenzurze w programie III Polskiego Radia, a niezależność dziennikarzy i wolność słowa będą jego podstawową zasadą. W oparciu o to hasło była prowadzona publiczna zbiórka środków finansowych na uruchomienie stacji. Obecny spór i jego przebieg świadczą o nadużyciu zaufania słuchaczy Radia Nowy Świat przez jego twórców i właścicieli oraz ujawniają mechanizmy manipulowania opinią publiczną przez jego kierownictwo.

 

CMWP SDP przypomina, iż pozbawianie dziennikarzy pracy w konsekwencji głoszenia przez nich swoich poglądów jest zaprzeczeniem zasady wolności słowa i prowadzi do uruchomienia mechanizmu autocenzury, czyli samoograniczania się innych dziennikarzy i nie podejmowania przez nich w publikacjach kontrowersyjnych problemów społecznych, co w oczywisty sposób niszczy jakość debaty publicznej. Jest to tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie prawa polskiego, jak i innych krajów jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi.

 

9 sierpnia b.r. red. Piotr Jedliński opisał w mediach społecznościowych, dlaczego kierowana przez niego stacja określa słowem rodzaju męskiego („aktywista”) aresztowanego działacza LGBT Michała Sz. posługującego się żeńskim pseudonimem Margot. Po krytyce tej postawy m.in. przez prominentne osoby związane ze stacją red. Piotr Jedliński wycofał się ze swojego zdania, jednak w kolejnych dniach okazało się, iż pod wpływem nacisków innych udziałowców stacji musiał podać się do dymisji. Piotr Jedliński jest jednym z założycieli Radia Nowy Świat, przed wymuszoną dymisją miał 30% udziałów w spółce, która jest właścicielem rozgłośni.

 

Radio Nowy Świat emituje swój program w Internecie od 7 lipca b.r. Wg danych portalu patronite.pl prowadzącego zbiórkę publiczną dla stacji, projekt wsparło dotychczas ponad 30 tys. użytkowników, którzy deklarują wpłacanie na jego utrzymanie ponad 730 tys. zł miesięcznie.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 16 sierpnia 2020

Czytaj więcej na:

https://www.facebook.com/piotr.mordred.jedlinski

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/radia-nowy-swiat-prezes-piotr-jedlinski-zrezygnowal-dlaczego-publicysci-to-zly-znak-cenzura-zamiast-debaty

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/byly-prezes-radia-nowy-swiat-rezygnacje-sugerowal-mi-sosnowski-jethon-przeniosla-najgorsze-wzorce-z-trojki

https://www.press.pl/tresc/62814,piotr-jedlinski-rezygnuje-z-funkcji-prezesa-radia-nowy-Swiat

https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114526,26207888,byly-prezes-rns-twierdzi-ze-dymisje-na-nim-wymuszono-jethon.html

https://wpolityce.pl/media/513248-afera-w-radiu-nowy-swiat-przybiera-na-sile-jethon-klamie

https://nowyswiat.online/

Z perspektywy Rosji – komentarz TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

Nie trzeba było rosyjskiego ataku propagandowego na Polskę w 100– lecie „Cudu nad Wisłą”, media w Polsce wyręczyły Putina.

 

I tak redakcja „Newsweeka” przypomniała tekst Igora T. Miecika sprzed 11 lat, w którym opisuje wojnę bolszewicko-polską z perspektywy… rosyjskich jeńców. Autor twierdzi, że byli źle traktowani w „barbarzyńskich łagrach II Rzeczypospolitej”.

 

Z kolei na czołówce portalu Onet.pl można było znaleźć wspomnienia bolszewickiego lekarza z frontu walk. W „poruszających listach do żony” – jak to określiła redakcja – czytamy: „Tego, co wyprawiają Polacy, nie da się opowiedzieć”.

 

Bliżej warto przyjrzeć się tekstowi w „Gazecie Wyborczej”. W leadzie czytamy: „Wielkie zwycięstwo odniesione sto lat temu w bitwie warszawskiej, szybko stało się przedmiotem zażartej bitwy politycznej. (…) Efekty tamtej wojny polsko-polskiej są odczuwalne do dzisiaj. Na przykład w sporach historyków o to, czy marszałek Józef Piłsudski tak naprawdę nie zdezerterował i nie uciekł z Warszawy w przeddzień bitwy”.

 

Abstrahując od tego, że ta ostatnia sugestia nie jest prawdziwa, trzeba odnieść się do głównej tezy: to nie była wojna polsko-polska, tylko wojna bolszewicko-polska. I ta wojna trwa do dziś.

Wracając do mordowania bolszewickich jeńców. Kilka lat temu dla rzeczonej „Gazety Wyborczej” wypowiedział się… Władimir Putin. Ówczesny premier Rosji napisał bez ogródek: „tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku, powinny się stać symbolem wzajemnego przebaczenia”.

 

Komentowałem wówczas, na czym polega manipulacja Rosjan. A opiera się ona na tym, że większa część jeńców bolszewickich z 1920 r. nie wróciła do domu. Dlaczego?

Pierwsza kwestia to śmiertelność. Putin i jego propaganda sugeruje, że Polacy dokonali na bolszewikach ludobójstwa. Tymczasem trafili oni do obozów jenieckich, gdzie byli przetrzymywani zgodnie z przepisami prawa międzynarodowego. W tych obozach zmarło około 18 tysięcy jeńców z ogólnej liczby około 60 tysięcy, którzy dostali się do niewoli. Większość wskutek chorób zakaźnych, głównie czerwonki i tyfusu.

 

A co się stało z tymi, którzy przeżyli polską niewolę? Kilkunastu tysiącom jeńców Rzeczpospolita zwróciła wolność, i postanowili pozostać w naszym kraju. I znów należy zadać pytanie o powód. Porównując sytuację w Polsce i Rosji, wybrali Polskę, obawiając się ponadto represji od swoich po przegranej wojnie.

 

Rząd zgodził się na przyznanie im obywatelstwa. Kilkuset Rosjan wstąpiło później do polskiego wojska, uzyskało stopnie oficerskie i walczyło w wojnie obronnej 1939 r. Około 3 tysiące na stałe wyjechało do Europy Zachodniej.

 

 

Kłamstwo na temat mordu na jeńcach zostało wymyślone pod koniec lat 80. na polecenie Michaiła Gorbaczowa, który ujawnił wówczas prawdę o Katyniu. Specjalistom od propagandy polecił, aby znaleźli podobną sprawę obciążającą Polskę.

 

Dziś to kłamstwo wybrzmiewa w mediach działających w Polsce.

 

Tadeusz Płużański

PAWEŁ BOBOŁOWICZ: Reżim Łukaszenki nie zdołał stłumić wolności słowa

Według Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy pomiędzy 9 a 13 sierpnia na Białorusi zatrzymano 68 dziennikarzy. Jeszcze wczoraj – w czwartek, 13 sierpnia, około godziny 17. – wciąż przetrzymywanych w izolacji było 23 przedstawicieli mediów. Co najmniej 29 dziennikarzy odniosło obrażenia i rany.

 

13 sierpnia wieczorem reżim Łukaszenki zaczął zwalniać z aresztów zatrzymane osoby – ogółem zatrzymano około siedmiu tysięcy osób – nie tylko protestujących, dziennikarzy, ale też przypadkowych osób, które według reżimowych funkcjonariuszy znalazły się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Pierwsze dane mówią, że zwolniono już ponad tysiąc osób i być może wśród wypuszczonych na wolność są, czy też będą dziennikarze. Na razie jednak trudno jest zrozumieć intencje białoruskiego dyktatora i nie można mieć pewności, że Białorusi nie czeka kolejna fala przemocy ze strony władzy – nic bowiem nie wskazuje, żeby miały wygasnąć akcje protestów. Jeśli represje będą kontynuowane, znów zapewne dotkną także dziennikarzy, bo wolność słowa, niezależne dziennikarstwo, jest szczególnie niebezpieczne dla trwania rządów Łukaszenki i dyktator od dawna to udowadnia.

 

Dziennikarzy zaczęto zatrzymywać już od samego początku protestów po sfałszowanych wyborach na Białorusi. Według Biełsat TV zatrzymywań dokonywano w czasie pracy, ale też urządzano polowania pod domami pracowników niezależnych mediów. Dziennikarzy przewożono na komisariaty, nie dając bliskim możliwości poinformowania, co się dzieje, gdzie są. Wyciągano ich z  redakcji i przetrzymywano po kilka, kilkanaście godzin. Każde takie zatrzymanie kończy się zasądzeniem pozbawienia wolności od 5 do 30 dni, lub karą grzywny.

Odizolowanie, uniemożliwianie kontaktu, ma na celu dodatkowe zastraszenie.

 

Biełsat opisuje los dziennikarza śledczego Stanisława Iwaszkiewicza, który m.in. zajmuje się problematyką korupcji w strukturach państwowych. Został on porwany przez funkcjonariuszy w dniu głosowania wprost spod lokalu wyborczego. Odnaleziony został dopiero po dwóch dobach w jednym z mińskich aresztów. Dziennikarza bito.

 

Redaktora naczelnego niezależnego portalu Nasza Niwa Jahora Marcinowicza zatrzymano w czasie blokad milicyjnych Mińska. Kiedy okazał swoją legitymację dziennikarską funkcjonariusz od razu rozpoznał „niepożądaną” redakcję, zadał pytanie, które można uznać też za zarzut „Mówisz po białorusku?” i kazał mu biec do więźniarki. Przez kilkanaście godzin los Marcinowicza był nieznany. Redaktor po zwolnieniu opisał w mediach społecznościowych jak poniżano zatrzymanych, mówiono o nich „zwierzęta”, i trzymano leżących z twarzą skierowaną do ziemi. Funkcjonariusze zatrzymanych kopali i bili.

 

Biełsat TV informuje o ranach poniesionych przez fotoreporterów:  odłamek granatu hukowego trafił Alaksandra Wasiukowa, Taćcianę Kapitonawą ogłuszył wybuch, a Iryna Arachouskaja została trafiona gumową kulą. Jan Roman – współautor nadawanych na antenie Biełsatu i TVP Polonia programów historycznych został pobity pod aresztem, w którym przetrzymywano dwóch jego kolegów. Roman stracił cztery zęby, złamano mu nos i kość policzkową.

 

Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy informuje o podobnych sytuacjach także w innych miastach. Zatrzymywani są tez dziennikarze mediów, które nawet nie miały „łatki” opozycyjnych. Często był uszkadzany sprzęt dziennikarzy, niszczono nośniki informacji. Warto dodać, że wśród zatrzymanych znalazły się także 4 osoby z Polski, wśród nich dziennikarz fotoreporter Witold Dobrowolski, laureat Grand Press Photo 2020, znany z relacjonowania sytuacji w miejscach ogarniętych konfliktami.

 

Dziennikarze zgodnie relacjonują: przed agresją białoruskich funkcjonariuszy nie chronią żadne oznaczenia na odzieży z napisem „PRESS”, legitymacje dziennikarskie.  W środę 13.08 minister spraw wewnętrznych Białorusi Jurij Karajew wziął na siebie odpowiedzialność i przeprosił za traumy zwyczajnych obywateli, ale jednocześnie dodał, że „technologie kolorowych rewolucji” starają się wciągnąć do protestów  zwyczajnych ludzi. W ten sposób tworząc spiskową teorię dla sprzeciwu białoruskiego społeczeństwa.

 

Redaktor naczelny Naszej Niwy Jahor Marcinowicz krótko skomentował słowa ministra na swoim Facebooku: „Nie potrzebuję przeprosin Karajewa. Zamiast tego chcę przed sądem zobaczyć siły specjalne i członków komisji”. Wielu dziennikarzy uważa, że za to, co się wydarzyło w ostatnich dniach, nikt z władzy i ze służb nie poniesie odpowiedzialności.

 

O tym, że brutalność w czasie tłumienia protestów przelała czarę goryczy białoruskiego społeczeństwa najlepiej świadczy fakt, że od służb i specnazu odcinają się ich byli, a także w kilku przypadkach obecni funkcjonariusze. Nagrywają filmiki, w których niszczą pagony, odznaki, naszywki z napisami „specnaz” i stwierdzają, że wstydzą się za takie działania służb wobec własnego narodu. Do dymisji podało się kilku urzędników reżimu Łukaszenki, nawet z prezydenckiej administracji.

 

Nie wytrzymują też tego napięcia i presji dziennikarze reżimowych mediów –  co najmniej 7 państwowych dziennikarzy odeszło z pracy. Niektórzy z nich wprost opowiadają o manipulacjach rządowych mediów, inni  swoją decyzję motywują sprzeciwem wobec wykorzystania do tłumienia protestów armii. Niektórzy nie podają swoich motywów oficjalnie, ale wiadomo, że nie wytrzymywali propagandowych nacisków i konieczności kłamania.

 

Białoruska  telewizja państwowa przez pierwsze dni w ogóle nie zauważała protestów. A na pierwszym miejscu znajdowały się informacje np. o rozwoju przedsiębiorczości spożywczej. Gdy wreszcie protesty dostrzeżono, to oczywiście oczernia się w nich manifestujących, a o ofiarach mówi się wśród funkcjonariuszy białoruskich służb.

 

Wydarzenie na Białorusi pokazały też, że wciąż mamy do czynienia z nowym zjawiskiem w świecie medialnym, gdzie tak naprawdę kluczową rolę odgrywają media społecznościowe. Nie można bezkarnie kłamać, nawet gdy się dysponuje potężną machiną mediów państwowych. Ich przekaz jest bowiem konfrontowany z tysiącami wiadomości, filmików zamieszczanych w Internecie. Krótkie ujęcia filmowe pokazują brutalną prawdę: agresję OMONu, katowanie ludzi, czy nawet niszczenie przez funkcjonariuszy samochodów (za to, że kierowcy wspierają protestujących trąbieniem). Reżim próbował walczyć z mediami społecznościowymi odcinając internet, ale dziś staje się to niemożliwe na dłuższy czas – bez Internetu nie może działać ani gospodarka, ale ma też z tym problem i sama reżimowa administracja.

 

Ciekawe, że obszar mediów społecznościowych krajów byłego Związku Sowieckiego jest słabo zrozumiały dla mieszkańców naszego kraju. Na Białorusi (ale też na Ukrainie) olbrzymią popularnością cieszy się komunikator Telegram. To tam na kanałach zarządzanych przez blogera Nechtę (zapis NEXTA) na bieżąco można było się dowiedzieć o skali protestów – nie tylko w Mińsku, ale na całej Białorusi. Telegramowe kanały podawały informacje gdzie się zbierają protestujący, ale też gdzie są jednostki OMONu – dzięki temu mieszkańcy białoruskich miast utrudniali swoimi samochodami przemieszczanie się kolumn funkcjonariuszy. Podawano nawet numery do domofonów domów, w których mogli się schować protestujący. Przy zastosowaniu skutecznej taktyki rozproszonych protestów i połączeniu tego z informacjami z Telegrama, reżim pomimo swojej brutalności, nie mógł spacyfikować rozlewającego się protestu.

 

Dziennikarz Michał Potocki stwierdził na Twitterze: „Ruch nie ma liderów. W 2010 plan protestu szykowały sztaby kandydatów, więc po zatrzymaniu Uładzimira Niaklajeua reszta się pogubiła. Sztab Swiatłany Cichanouskiej nie wzywał do wystąpień, nie wziął w nich udziału, więc jej wyjazd na Litwę nie ma znaczenia dla protestu. Koordynator protestu: żyjący w Warszawie bloger Nexta, Sciapan Puciła, którego na Telegramie śledzi milion ludzi. To on proponuje miejsca zbiórki i taktykę na kolejny wieczór.”

 

Gdy ulicami Mińska już w niedzielę wieczorem maszerowały tysiące ludzi, niektórzy komentatorzy, także w Polsce, jeszcze powtarzali opinie rosyjskiej agencji TASS o nielicznych protestach, a inni pisali o tym, że nie ma z protestów zdjęć. Nie mieli zapewne świadomości, że żyją w swoich bańkach informacyjnych i po prostu rozlewającego się protestu nie widzą, bo nie jest on relacjonowany w mediach, które sami obserwują. Faktycznie mniej informacji było na Facebooku, a konstrukcja tego medium nie pozwala na tak szybkie informowanie i masowe docieranie do odbiorców – bo to przecież Facebook decyduje co i komu pokaże. Na Białorusi nie jest szczególnie tez popularny Twitter. Natomiast w Telegramie widzimy wszystkie informacje na bieżąco, w odstępach sekundowych. Popularnym medium społecznościowym stał się też Instagram, który dla wielu w Polsce kojarzy się tylko z zamieszczeniem ładnych zdjęć celebrytów. Na Białorusi jest jednak kolejnym narzędziem w walce z Łukaszenką i pokazuje prawdę o wydarzeniach.

 

Jak widać po ostatnich dniach media społecznościowe są skuteczne, mogą być częścią obszaru wolności słowa, chociaż są dalekie od klasycznego rozumienia dziennikarstwa i wywołują też wiele pytań dotyczących jego kształtu, ale też podatności na manipulację i wpływy. Trudno chociażby nie zwrócić przy tej okazji uwagi na kwestie, kto jest ich twórcą, właścicielem i kto ustanawia zasady ich funkcjonowania, kto w nich chroni naszą prywatność. W krytycznych momentach te kwestie zawsze schodzą na dalszy plan: dziś niewątpliwie można docenić fakt, że reżim Łukaszenki nie wygrał wojny informacyjnej prowadzonej wobec własnego społeczeństwa. Nie pomogły represje wobec dziennikarzy, nie pomogło czasowe wyłączenie internetu. Zapewne Białorusini wiedzą dziś o wiele więcej o swoim kraju i systemie, niż jeszcze kilka lat wcześniej.

 

Paweł Bobołowicz

 

Źródła: bielsattv, Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy