Nowy (Wspaniały) Świat – komentarz ADAMA SOCHY

Szef Radia Nowy Świat Piotr Jedliński zrezygnował z funkcji po oskarżeniu o transfobię. Fala krytyki ze strony słuchaczy spadła na niego, gdy w serwisie informacyjnym tego internetowego radia użyto męskiej formy osobowej wobec aresztowanego aktywisty LGBT Michała Sz., który twierdzi, że jest kobietą „Margot”.
Reakcja słuchaczy, a jest to creme de la creme liberalnej, postępowej głównie Warszawy, była natychmiastowa. Oprócz gniewnych komentarzy na facebookowym profilu rozgłośni, słuchacze interweniowali także bezpośrednio u władz rozgłośni.

 

Piotr Jedliński, jeden z założycieli rozgłośni i jej prezes najpierw próbował bronić swojego prawa do wolności słowa i odpisał, że naciski ze strony obrońców aktywistki „Margot” godzą w jego wolność postrzegania świata i wolność mediów. „Jesteśmy zasypywani wiadomościami od zwolenników Margot, osoby niebinarnej. (…) jeżeli Margot oraz akolici tak bardzo apelują o poszanowanie wolności, to dlaczego nie szanują wolności mediów oraz mojej, jako osoby? Dlaczego chcą mi na siłę narzucić sposób postrzeganie świata, zmuszając, żebym określał kogoś, kogo odbieram jako mężczyznę, zaimkami żeńskimi? (…) Trwa zmasowany atak, któremu się nie poddam (…)”- napisał Jedliński, doprowadzając tym słuchaczy do jeszcze większej furii.

 

Zmiękł, gdy po jego wpisie patroni zapowiedzieli zamknięcie kurka z pieniędzmi. Usunął poprzedni wpis i w nowym poście tłumaczył się, że jedyną intencją, jaka mu przyświecała, była obrona niezależności radia. Podkreślił też swoje poparcie dla prześladowanej aktywistki. Jednak dla słuchaczy i patronów to było za mało. Żądali ukorzenia się i przeprosin, a słowo „przepraszam” nie padło.

 

Gorączka na fejsie nie opadała, więc w niedzielę wieczorem kierownictwo stacji wydało oświadczenie, w którym odcięło się od Jedlińskiego, pisząc, że to była jego prywatna opinia, natomiast oficjalne stanowisko brzmiało: „(…) Zastosowana przez nas forma męskoosobowa („aktywista”) w odniesieniu do Margot była nieintencjonalnym błędem, który w żadnej mierze nie definiuje stanowiska Radia Nowy Świat wobec wspomnianych osób i wydarzeń”. Tłumaczyli też, że dziennikarzom stacji „przyświecała idea obiektywizmu i neutralności”.

 

Nadal nie zrozumieli, że ich słuchacze nie oczekują od nich żadnego obiektywizmu, bowiem obiektywizm jest zasadą starego, skompromitowanego świata cywilizacji łacińskiej. Racja i słuszność jest po ich stronie, bo takie są nieubłagane prawa rozwoju społecznego, które wyzwolą ludzkość z opresji rodziny i religii.
Przenikliwie opisał źródła i następstwa rewolucji kulturowej, której walec teraz dotarł nad Wisłę filozof, prof. Ryszard Legutko w książce „Triumf człowieka pospolitego” (2012), w której dowiódł wspólnych korzeni i wspólnego celu komunizmu i demokracji liberalnej.

 

Tak jak człowiek w komunizmie oskarżony o odchylenie lub reakcjonizm jeśli próbował się bronić, tylko potwierdzał, że stoi po stronie reakcji.
Gdy kogoś dzisiaj oskarża się o homofobię, to takie oskarżenie również zamyka usta, bo nie ma na to dobrej odpowiedzi – czytamy w książce prof. Legutko. – Tłumaczenie się, że nie ma równości związków heteroseksualnych i homoseksualnych, nawet jeśli poparte jest najtrafniejszymi argumentami, tylko potwierdza homofobiczność, bo nad takim zarzutem się nie dyskutuje. Jedyna drogą dla oskarżonego jest złożenie samokrytyki, która może, lecz nie musi być przyjęta. Gdy jakiś śmiałek będzie nieugięty i podejmie próbę repliki, rozwścieczone stado lumpeninteligentów natychmiast rzuca się na nieostrożnego polemistę i wdeptuje go w ziemię”.

 

Doświadczył tego na własnej skórze Piotr Jedliński, który w końcu, albo został zmuszony, albo chcąc zachować resztki godności, odszedł z RNŚ.
Ponurym chichotem tej historii jest to, że ex-dziennikarze radiowej „Trójki”, nie mogli już dłużej wytrzymać w reżimowym radiu dławienia wolności słowa i utworzyli własne Radio Nowy Świat, już po miesiącu przekonali się, że w tej oazie wolności słowa, ta wolność też ma swoje granice. Wyznacza je poprawność polityczna. Dostali pieniądze, nie po to, by pielęgnować zasadę obiektywizmu i rzetelności dziennikarskiej, ale by budować Nowy Wspaniały Świat.

 

Gdy wybuchła sprawa aresztowania Michała Sz. „Margot” media w Polsce natychmiast podzieliły się na dwa obozy. Na te, które bez wahania pisały o Michale, jako o kobiecie i na te, które pisały o nim jako mężczyźnie, zgodnie z tym, jak jest zarejestrowany w USC. Jak łatwo się domyślić, media stojące po stronie totalnej opozycji, na czele z Wyborczą i TVN24, używały formy żeńskiej, media prorządowe – męskiej.

 

Jedynie nieliczne media tzw. symetryczne wybrało formę neutralną, pisząc jak autor tekstu na portalu klubjagiellonski.pl: „Został(a) on(a) tymczasowo zatrzyman(a)/(y) za akty wandalizmu i udział w pobiciu człowieka”, lub jak „Rzepa”: „Aktywista LGBT Michał Sz. (dane z dowodu tożsamości, użyte przez prokuraturę – Sz, używa imienia Małgorzata).

 

To co spotkało redakcję „Radia Nowy Świat”, to nie jest przypadek. Taka jest logika postępu w liberalnej demokracji, która odrzuca metafizykę i prawo naturalne i zastępują ją ideologią poprawności politycznej, która teraz weszła na Zachodzie w fazę terroru, bowiem, jak w komunizmie, walka klasowa zaostrza się w miarę rozwoju socjalizmu, tak w liberalnej demokracji zaostrza się w miarę postępów „tolerancji” i „równości”. Na Zachodzie rewolucja kulturowa zaszła już bardzo daleko. Świadczą o tym zeszłoroczne wyniki badań Campaign for Free Speech. Pokazały one, iż 59% Amerykanów między 18-34 rokiem życia uważa, że I Poprawka do Konstytucji USA powinna odzwierciedlać „dzisiejsze kulturalne normy”. 50% popiera karanie za „mowę nienawiści”, natomiast 47% uważa, że za “mowę nienawiści” należy wsadzać do więzienia! To co było chlubą i dumą Stanów Zjednoczonych, a także punktem odniesienia wolnych ludzi – Pierwsza Poprawka – na naszych oczach zostanie obalona, jako współczesna Bastylia.

 

Pierwsi rewolucjoniści kulturowi, którzy opanowali uniwersytety, szkoły, media i rozrywkę i rozpoczynali pionierską „pierekowkę dusz”, dzisiaj sami są przerażeni swoim dziełem, jak Robespierre, gdy raz uruchomił terror, by w końcu sam położyć głowę pod gilotyną, czy Lenin, który za późno zdał sobie sprawę jakiego zrodził potwora w osobie Stalina.

 

Zainspirowali oni List 150 intelektualistów i artystów o światowej randze, opublikowany na łamach Harpers Magazine, potępiający praktykę publicznego znęcania się i tzw. „cancel culture”. „Cancel culture” to bezpardonowe potępianie ludzi o odmiennych poglądach, nie tylko obecnie, ale także w przeszłości. Potępiający głos ludu ukształtowanego przez polityczną poprawność żąda ich dymisji, usunięcia ich dzieł z bibliotek, serwisów streamingowych itd. itp.
Doświadczyła tego ostatnio jedna z sygnatariuszek listu autorka „Harrego Potera” J.K. Rowling za jej poglądy na temat osób transseksualnych.
Wolność wymiany informacji i idei, siła napędowa liberalnego społeczeństwa, z każdym dniem staje się coraz bardziej ograniczona – czytamy w Liście. – O ile oczekujemy tego od radykalnej prawicy, cenzura rozprzestrzenia się również szerzej w naszej kulturze: nietolerancja społecznych poglądów, moda na publiczne znęcanie się i ostracyzm oraz tendencja do ślepego rozwiązywania złożonych problemów politycznych (…) Zbyt często słyszy się wezwania do szybkiej i surowej zemsty” – napisali sygnatariusze. – „Niezależnie od argumentów w kontekście każdego incydentu, wynikiem będzie stałe zawężanie granic tego, co można powiedzieć, bez groźby odwetu” – piszą.

 

Sygnatariusze Listu to m.in. takie sławy jak Noam Chomsky, Malcolm Gladwell, muzyk jazzowy Wynton Marsalis, psycholog Steven Pinker, autor „Szatańskich wersetów” Salman Rushdie, feministka Gloria Steinem, arcymistrz szachowy Gary Kasparov oraz dziennikarz CNN i „Washington Post” Fareed Zakaria.

 

Tylko do kogo ten List jest adresowany? Gdy istniały dwa bloki w czasie Zimnej Wojny, takie listy podpisywali intelektualiści żyjący za Żelazną Kurtyną i adresowali je do wolnego świata. Może do Polski, którą prezes Jarosław Kaczyński nazywa największą oazą wolnego słowa w Europie, a może i na świecie? I faktycznie, paradoksalnie tak jest, jeszcze. Bowiem w tej chwili znaleźliśmy się pomiędzy młyńskimi kamieniami. Z jednej strony barbarzyńcy rewolucji kulturowej niszczą wolność słowa nad Wisłą i zaprowadzają terror poprawności politycznej, z drugiej strony mamy zapowiedź „dekoncentracji mediów”, którego finałem może być orbanizacja mediów w Polsce, czyli ich całkowite podporządkowanie rządowi.
Być może zostanie nam tylko taki wybór.

 

Adam Socha

Dziennikarze i pytanie Piłata – komentarz ŁUKASZA WARZECHY

Dziennikarze, informując o najgorętszej w ostatnich dniach sprawach – działaniach organów państwa wobec aktywistów LGBT – stanęli przed wyborem: jak mówić lub pisać o Michale Sz. Przypomnę – bo nie jest to jasno przedstawiane we wszystkich miejscach – że Michał Sz. został przez sąd aresztowany na dwa miesiące w związku nie z zawieszeniem tęczowej flagi na pomniku Chrystusa, lecz z powodu napaści na furgonetkę Fundacji Pro Prawo do Życia oraz jej załogę. Była to w dodatku druga decyzja i odpowiedź sądu na zażalenie prokuratury wobec pierwszej, która aresztowania odmawiała.

 

Michał Sz. uznał też, jak wiadomo, że „czuje się kobietą” (nieodmiennie przychodzi na myśl słynna scena z „Żywotu Briana” Monty Pythona: „I want you to call me Loretta”) i będzie się nazywać Margot. Lewicowe media, od „Gazety Wyborczej” począwszy, posłusznie zaczęły zatem o Michale Sz. pisać w formie żeńskiej (jakkolwiek zaznaczając, że jest osobą „niebinarną”, cokolwiek miałoby to znaczyć). Z czasem tak samo zaczęło o nim mówić TVN24.

 

Awantura rozpętała się wokół Radia Nowy Świat, w którego serwisach stosowano formę męską. Prezes RNŚ Piotr Jedliński przez długi czas bronił takiej postawy jako kwestii wolności słowa, lecz w końcu zadeklarował, że wobec działań władzy wycofuje się ze swojego stanowiska, bo „osadzenie jej [Michała Sz.] w areszcie dla mężczyzn istotnie zmieniło […] kontekst sprawy”.

 

Z kolei Patryk Słowik pisząc o sprawie na portalu Bezprawnik zadeklarował, że będzie pisał o Michale Sz. w formie żeńskiej, gdyż ten sam sobie tego życzy.

 

To, w jakiej formie pisze się o Michale Sz., stało się niestety swego rodzaju deklaracją światopoglądową. Tymczasem dziennikarze powinni służyć prawdzie, nie imaginacjom. W wypadku Michała Sz. prawda jest jasna: mamy do czynienia z mężczyzną zarówno w aspekcie prawnym, jak i fizycznym. Nie było tu żadnej operacji zmiany płci ani niczego podobnego. To po prostu chłopak, który oznajmił, że jest dziewczyną. Nie wnikam tu w psychiatryczne, medyczne aspekty sytuacji; być może zresztą żadnych takich aspektów nie ma, a mamy jedynie do czynienia ze zwykłym cwaniactwem i podłączeniem się pod modne lewackie trendy (niektóre nagrania trafiające do sieci mogą to sugerować). Jest natomiast kwestią bezsporną, że Michał Sz. jest mężczyzną. Owszem, może jest mężczyzną z zaburzeniami, z dziwnymi fantazjami lub urojeniami, ale mężczyzną.

 

Dziennikarze, jako się rzekło, powinni informować o faktach. Jest faktem, że Michał Sz. podaje się za kobietę i o tym informować można, a nawet należy, bo jest to jednak istotny składnik całej sytuacji. Interpretacja tego faktu może należeć do odbiorców. Z pewnością natomiast nie jest informowaniem o faktach i opieraniem się na nich mówienie i pisanie o Michale Sz. „ona”. Nie jest wystarczającym tego uzasadnieniem fakt, że sam Michał Sz. tak sobie życzy, bo oznaczałoby to, że dziennikarze, zamiast przekazywać swoim odbiorcom fakty, będą przekazywać im cokolwiek, co ktoś sobie wymyśli. Czy gdyby Michał Sz. uznał na przykład, że ma pięć lat, to dziennikarze powinni tak o nim pisać i wyciągać z tego wniosek, że polskie państwo dręczy nieletniego? A gdyby rano ogłosił się kobietą, po południu mężczyzną, a wieczorem znów kobietą, to dziennikarze powinni za tymi fantazjami podążać? Z całą pewnością nie.

 

Patrzę z największą przykrością, jak media dotąd – wydawałoby się – unikające jednak skrajnych ideologicznych wygibasów, takie jak TVN24, zaczynają im się podporządkowywać wbrew prawdzie materialnej. Rozczarowująca jest też deklaracja Piotra Jedlińskiego. Rozumiem doskonale jego sprzeciw wobec działań władzy, ale robienie zarzutów z tego, że mężczyznę (formalnie!) pakuje się do męskiego aresztu i uznawanie, że właśnie dlatego trzeba teraz o nim zacząć mówić jako o kobiecie, świadczy nie o zdrowym rozsądku, lecz raczej o jego utracie.

 

Wszystko to prowadzi do smutnej refleksji. Nie bez powodu jednym z najbardziej porażających i wymownych fragmentów w Ewangelii według św. Jana jest ten, gdy Jezus rozmawiając z Piłatem, prokuratorem Judei, odpowiada na jego pytanie, czy jest królem: „Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” – na co Piłat wygłasza słynne słowa: Quid est veritas? – „Czymże jest prawda?”. To pytanie zgubionego i chyba też trochę przestraszonego rzymskiego urzędnika wyraża zgubny sceptycyzm wobec możliwości ustalenia, co jest prawdą obiektywną, faktyczną, materialną. Niestety, dziennikarze działają dziś w taki sposób, jakby ich dewizą stało się Piłatowe pytanie.

 

Łukasz Warzecha

Wspólnota dobrych wiadomości – KS. MARIUSZ FRUKACZ o mediach katolickich w czasie pandemii

Co będzie z mediami katolickimi, zwłaszcza z tradycyjną prasą katolicką, gdyby wróciła kwarantanna z marca? Czy redakcje katolickie wyciągnęły ważną lekcję dla siebie? Te pytania są bardzo ważne i wydaje się, że media katolickie powinny utrzymać swoją obecność na kontynencie cyfrowym, co niewątpliwie pomaga także w utrzymywaniu więzi ze stałymi czytelnikami.

 

„Rzeczpospolita Parafialna”

 

Jednym z ciekawych pomysłów Tygodnika Katolickiego „Niedziela” jest kontynuowanie w nowej odsłonie „Rzeczpospolitej Parafialnej –  inicjatywy ewangelizacyjnej i duszpasterskiej, która ma na celu prezentację parafii od strony duszpasterskiej i środowiskowej, równocześnie na łamach tygodnika i formie filmu przygotowanego przez studio telewizyjne tygodnika – Niedzielę TV. Parafia to wspólnota wspólnot. Dlatego „Niedziela” w ścisłej współpracy z duszpasterzami i czytelnikami poprzez nowoczesną formę promocji parafii zyskuje przychylność czytelników. Wydaje się, że bardzo ważną lekcją wyniesioną z najtrudniejszego okresu pandemii powinno być dbanie o stały i bezpośredni kontakt z czytelnikami.

 

Współbrzmienie prasy tradycyjnej i nowych technologii

 

Kościół katolicki w Polsce i media katolickie powinny wciąż wykorzystywać nowe technologie w ewangelizacji. Jak są one ważne, wręcz konieczne,  pokazał to okres pandemii. Wówczas tradycyjna prasa katolicka borykała się ze spadkiem sprzedaży, choćby z racji braku wiernych w świątyniach. Kościół wykorzystując nowe technologie, podjął ważny krok, szczególnie dla młodego pokolenia. Warto też zwrócić uwagę na to, że prasa katolicka w okresie pandemii zwiększyła jeszcze bardziej swoją obecność w świecie online. Ruszyły kampanie typu: „Kup nas, nie wychodząc z domu” i inne. Nowe technologie stwarzają nowe możliwości komunikowania, pojmowanego jako narzędzie ewangelizacji i pracy w duszpasterstwie. Do nich w rzeczywistości parafialnej, obok prasy katolickiej, biuletynu parafialnego, gablotki informacyjnej, należą również: strona internetowa parafii, kanał na YouTube, czy fanpage na Facebooku. Moim zdaniem dzisiaj również prasa katolicka powinna potrzymać swoją obecność online. Dzisiaj tygodniki katolickie są przecież już nie tylko w formie papierowej, ale są obecne na Twitterze, Facebooku, YouTube itd. Wydaje się, że bardzo ważną lekcją z okresu pandemii jest właśnie współbrzmienie prasy tradycyjnej z nowymi możliwościami online. Na pewno w dalszej perspektywie bardzo ważne będzie inwestowanie w nowe technologie. Jednak najpierw konieczne jest utrzymanie stałych i zdobywanie nowych czytelników.

 

Warsztat dziennikarza

 

Jednym z problemów jaki pojawił się w okresie pandemii to było niewątpliwie trudniejsze zdobywanie informacji. Praktycznie tradycyjne tematy kościelne zniknęły z dnia na dzień. Wtedy swoją kreatywnością, pomysłowością musieli wykazać się dziennikarze i redaktorzy pism katolickich.

 

W dzisiejszych czasach redakcje katolickie, takie jak „Niedziela”, są  już instytucjami multimedialnymi. Trzeba jednak pamiętać, że technika nigdy  nie może zastąpić człowieka. Wciąż na pierwszym miejscu jest warsztat pracy dziennikarza, jego elementarna uczciwość i rzetelność. Warsztat pracy dziennikarza medium katolickiego obejmuje nie tylko profesjonalne przygotowanie do wykonywania tego zawodu, powołania i misji.  Dzisiaj również dziennikarz katolicki korzysta z najnowszych osiągnięć techniki, wyposażony jest w narzędzia ułatwiające pracę, dostęp do newsów: laptopy, smartfony najnowszej generacji dyktafony itp. Nie zapominajmy jednak, że nawet najnowsza technologia, która ułatwia pracę dziennikarzowi, nie zastąpi przecież atrakcyjności tekstu, chociaż pomaga w szybkości przekazu. Dla mnie, obok nowych technologii, najbardziej liczy się wiarygodność. Notatnik, dyktafon, sprzęt do nagrywania, aparat fotograficzny, laptop nie mają wpływu na wiarygodność. Ona zależy od samego dziennikarza.

 

Metoda św. Maksymiliana Kolbego

 

Wspomniałem już o tym, że najważniejszy pozostaje osobisty i bezpośredni kontakt z czytelnikami. Okazało się to bardzo ważne w okresie pandemii. Kilka lat temu, w jednym ze swoich referatów bp Adam Lepa wskazał na wciąż aktualną „metodę św. Maksymiliana Kolbego”. Ten  Święty, który jest patronem dziennikarzy katolickich, osiągnięcia techniki i media traktował pozytywnie, dbał, aby ludzie mediów nie stanowili grupy społecznie wyizolowanej, a dziennikarze powinni spotykać się z ludźmi. Sam stosował tzw. ewangelizację bezpośrednią, osobiście dostarczając swoje pisma, rozmawiając z czytelnikami. Dla św. Maksymiliana media nie mogły być tylko narzędziem, ale i miejscem ewangelizacji, czyli modlitwy, katechezy i świadectwa. Dbając o stały kontakt z czytelnikiem powinny posługiwać się językiem jasnym, prostym, komunikatywnym i odważnym. Prasa drukowana, nowe technologie, obecność online i bezpośredni kontakt z czytelnikiem powinny być ze sobą połączone. Okres pandemii pokazał bowiem jeszcze jedno, że ludzie potrzebują nadziei, potrzebują „wspólnoty dobrych wiadomości”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Monitor Pluralizmu Mediów 2020

Opublikowany w lipcu raport Monitor Pluralizmu Mediów 2020 potwierdził to, co pokazały poprzednie edycje MPM: zagrożenia dla pluralizmu i wolności mediów występują we wszystkich krajach Unii Europejskiej.

Raport obejmuje lata 2018-2019 (dane dotyczące Wielkiej Brytanii wliczane są do wyniku krajów Unii Europejskiej). Badaniu podlegały cztery obszary: Podstawowa Ochrona, Pluralizm Rynku, Niezależność Polityczna, Inkluzyjność Społeczna. Dla przejrzystości wskaźniki są pogrupowane w kategorie, w których zagrożenie oceniane jest jako Niskie (0 – 33%), Średnie (34-66%) lub Wysokie (67-100%).

 

W obszarze Podstawowej Ochrony, której wskaźnikami są: chronienie wolności słowa, prawa do informacji, ochrona zawodu dziennikarza i standardów dziennikarskich, niezależność i efektywność organów regulacyjnych, dostęp do mediów tradycyjnych i internetowych,  Polska znalazła się wśród 11 krajów o średnim poziomie zagrożenia.

Spośród wskaźników tego obszaru jeden wzbudził olbrzymie zaniepokojenie Europejskiej Federacji Dziennikarskiej. Chodzi o poziom ochrony zawodu dziennikarza i standardów dziennikarskich, który znacząco się pogorszył. Aż w 13 krajach ryzyko dotyczące tego wskaźnika wzrosło i zostało ocenione jako średnie, podczas gdy w raporcie MPM2017 taką ocenę odnotowano zaledwie w 6 krajach. Na wskaźnik ochrony zawodu dziennikarza i standardów dziennikarskich składają się m.in. dostęp do zawodu, warunki pracy, bezpieczeństwo, ochrona źródeł. Polska natomiast w tym wskaźniku wypada bardzo dobrze, należy tu do grupy krajów niskiego ryzyka.

 

Na ocenę w obszarze Pluralizm Rynku składają się takie wskaźniki jak: transparentność własności mediów, koncentracja mediów, rentowność, wpływ właścicielski i komercyjny na linię redakcyjną. W tym obszarze nie ma krajów niskiego ryzyka. Polska wraz z 16 innymi krajami należy do grupy krajów średniego ryzyka. W grupie krajów wysokiego ryzyka znalazło się 13 państw (Albania, Bułgaria, Chorwacja, Cypr, Czechy, Finlandia, Łotwa, Malta, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Węgry i Turcja).

 

Niezależność Polityczna to obszar, w którym 7 krajów zebrało bardzo dobre oceny (niskie zagrożenie dla niezależności politycznej mediów), 16 zostało ocenionych jako kraje o średnim zagrożeniu, a 7 jako kraje wysokiego ryzyka. Polska wraz z Bułgarią, Maltą, Rumunią, Słowenią, Węgrami i Turcją trafiła do tej ostatniej grupy. We wszystkich wskaźnikach z tego obszaru tj. politycznej niezależności mediów, autonomii redakcyjnej, relacjonowaniu wyborów przez media, uregulowań dotyczących państwowego wsparcia dla mediów, niezależności zarządzania i stabilności finansowania mediów publicznych, zagrożenie dla mediów w Polsce zostało ocenione jako wysokie lub średnie (2 wskaźniki).

 

W obszarze Inkluzyjności Społecznej, w którym oceniany jest dostęp do mediów dla różnych grup (mniejszości narodowe, społeczności lokalne, niepełnosprawni, kobiety) oraz edukacja medialna większość krajów Unii Europejskiej, w tym Polska, należy do grupy średniego ryzyka. Tylko 3 kraje wypadły tu bardzo dobrze i ocenione zostały jako kraje niskiego ryzyka w tym obszarze – to Francja, Szwecja i Wielka Brytania. Z kolei najgorzej pod tym względem oceniona została Albania, Bułgaria, Cypr, Rumunia i Turcja.

 

MPM2020 zawiera szereg rekomendacji dla każdego z czterech ocenianych w raporcie obszarów. Wśród rekomendacji dotyczących obszaru, który wypadł w skali całej UE najsłabiej, to jest w obszarze Pluralizm Rynku znalazły się:

  • Wzmocnienie transparentności własności mediów przez stosowne regulacje prawne
  • Aktualizacja przepisów dotyczących konkurencyjności – uwzględnienie platform cyfrowych
  • Opodatkowanie wielkich graczy rynkowych ponadnarodowym podatkiem od usług cyfrowych (digital service tax)
  • Poprawa warunków pracy dla dziennikarzy, w tym otoczenia prawnego.

 

Monitor Pluralizmu Mediów (Media Pluralism Monitor – MPM) to finansowany przez Unię Europejską projekt Centrum Monitoringu Pluralizmu i Wolności Mediów (Centre for Media Pluralism and Media Freedom – CMPF) Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute – EUI), który ma służyć wczesnemu rozpoznawaniu zagrożeń dla pluralizmu mediów we wszystkich krajach członkowskich oraz krajach kandydujących. MPM2020 o trzecia edycja projektu wdrożonego w roku 2016, po okresie pilotażu w latach 2014-1015. Raport opracowany został na podstawie ankiet wypełnianych przez naukowców, dziennikarzy i ekspertów z badanych krajów. Za opracowanie dotyczące Polski odpowiada dr hab. Beata Klimkiewicz prof. UJ, Instytut Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej.

 

zdjęcie: CMPF, MPM2020

Nadzieja w kościelnych influencerach – analiza ks. ARTURA STOPKI

Młodzi Polacy chłoną dzisiaj w ogromnym stopniu negatywny wizerunek Kościoła. Czy media mają szansę jakoś temu zaradzić?

 

Chciałoby się powiedzieć: jak wygląda sytuacja, każdy widzi. Ale chyba jednak nie każdy dostrzega i zdaje sobie sprawę, że Kościół katolicki w Polsce ma problem z dotarciem do młodych. A przede wszystkim ze swoim wizerunkiem, na jaki natrafiają i jaki sobie – głównie dzięki mediom – kształtują.

 

Sprawa staje się coraz trudniejsza. Dwa lata temu opublikowane zostały efekty badań religijności przeprowadzonych w ponad stu krajach przez Pew Research Center. Wynika z nich, że w naszym kraju mamy do czynienia z najszybszą laicyzacją młodych na świecie. Komentując te dane dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego ks. dr. Wojciech Sadłoń SAC zwrócił uwagę na coś jeszcze. Zauważył, że polska młodzież co prawda przestaje chodzić do Kościoła, jednak wciąż czuje się związana z katolicyzmem. „W tym sensie mamy w Polsce do czynienia nadal z powszechnym wśród młodzieży katolicyzmem” – skonstatował, ale dodał, że ma on coraz bardziej charakter kulturowy niż refleksyjny i osobisty. Ta diagnoza ma znaczenie dla kształtowania image Kościoła w umysłach i sercach młodych Polaków. To nie jest przemawianie do obcych, a tym bardziej do nieprzyjaciół.

 

Zero alternatywy

 

Kościół znalazł się na rynku propozycji światopoglądowych w naszym kraju i mimo swej dominującej pozycji (a może właśnie z tego powodu?) nie za bardzo radzi sobie w kwestii budowania wizerunku. W świadomości społecznej coraz bardziej ugruntowuje się jego negatywny obraz. To, co złe w jego funkcjonowaniu, w znaczącym stopniu zaczyna przesłaniać to, co dobre i wartościowe. Młodzi chłoną ten przekaz nie tylko dlatego, że jest szeroko udostępniany przez media w prosty i swoiście atrakcyjny sposób. Chłoną go także dlatego, że w przestrzeni mass mediów praktycznie nie spotykają przekazu alternatywnego.

 

Kto powinien budować ten alternatywny przekaz? Wydawałoby się logiczne, że to zadanie mediów będących w dyspozycji Kościoła. Np. kilku tygodników, dostępnych co niedziela w parafialnych świątyniach. Haczyk polega jednak na tym, że młodzi na Mszy św. w pierwszy dzień tygodnia pojawiają się w zdecydowanie niewielkiej liczbie. Trudno również liczyć na to, że sięgną po pismo przyniesione do domu z kościoła przez rodziców czy dziadków. A jeśli nawet by to zrobili, okazałoby się, że jest w nim niewiele adresowanych do nich treści. Choć pozornie wygląda to ma błędne koło, wcale nim nie jest. Tak działają reguły rynku. Byłoby dziwne, gdyby kościelne pisma nie zapełniały swych łamów treściami dostosowanymi do potrzeb zdecydowanej większości czytelników.

 

Przez smartfony

 

Mizerne rezultaty, jeśli chodzi o dotarcie do młodych Polaków przynoszą wysiłki pokazywania nie tylko negatywnego obrazu Kościoła, podejmowane przez dość wąskie grono dziennikarzy i publicystów w świeckich dziennikach i czasopisma. To również nie jest dziś kanał skutecznego i masowego dotarcia do młodego pokolenia. Podobnie zresztą jak radio i telewizja w tradycyjnym rozumieniu. Do świadomości młodych dociera się dzisiaj inną drogą.

 

Jaką? Zdrowy rozsądek połączony z odrobiną obserwacji pozwala ustalić, że najprościej i najskuteczniej trafia się do następnego pokolenia przez smartfony. A dokładniej – przez internet. To globalna sieć jest ich środowiskiem komunikacji. Wielowymiarowej komunikacji. To niezbyt odkrywcze spostrzeżenie prowadzi do pytań czy i w jaki sposób Kościół w Polsce kształtuje swój wizerunek korzystając w przestrzeni internetowej.

 

Nowa komunikacja

 

Istnieje kilka liczących się portali, które są własnością podmiotów kościelnych lub z Kościołem mocno się identyfikujących. Czy ich rzeczywista opiniotwóczość jest wystarczająca? Chyba nie, skoro nie udaje im się skutecznie przełamać niekorzystnego image Kościoła, obecnego w sieci. Czy mogłaby być większa? Zapewne tak, ale doprowadzenie do tego nie jest proste ani bezkosztowe. Wymaga inwestycji zarówno w rozwiązania techniczne, jak i (a raczej przede wszystkim) w ludzi. Ponieważ w globalnej sieci wyjątkowo aktualne okazują się słowa papieża Pawła VI „Świat dzisiaj bardziej potrzebuje świadków niż nauczycieli Ewangelii”. Okazuje się, że to konkretni ludzie są w stanie nadzwyczaj skutecznie wpływać na opinie tysięcy internautów. Młodych internautów.

 

Trzy lata temu ks. Dariusz Raś (będący proboszczem parafii mariackiej w Krakowie) opublikował w „Studia Socialia Cracoviensia” artykuł zatytułowany „Chrześcijanin multimedialny – śladami wideoblogerów katolickich”. Zwrócił w nim uwagę, że sieciowa komunikacja wymyka się definicji mediów jako zespołów narzędzi, wielości redakcji, tytułów czy instytucji zajmujących się społecznym przekazem informacji, dawaniem rozrywki czy trudniących się edukacją społeczną. Odnotował, że internetowa rewolucja wyzwala nowy rodzaj komunikacji i nowy rodzaj „dziennikarstwa”. Powstają nowe więzi i nowe formy wspólnoty. „Tego faktu nie można zbagatelizować. (…) Dlatego sieci społecznościowe należy uznać za nowe środowisko krzewienia wiary – nową agorę, może najważniejszą z powodu pewnego zapóźnienia kościelnych instytucji w tym względzie” – stwierdził ks. Raś. To oczywiste, że krzewienie wiary łączy się z kształtowaniem obrazu Kościoła.

 

Jeden udany vlog…

 

W swym tekście ks. Raś skupił się na wąskim wycinku możliwych w sieci aktywności katolików w internecie – na wideoblogerach. Przyjrzał się bliżej ówczesnym działaniom kilkorga z nich: Weroniki Zaguły (dzisiaj Weroniki Kostrzewy), Joli Szymańskiej, o. Adama Szustaka OP, bp. Grzegorza Rysia.

 

Podsumowując swoje obserwacje zwrócił uwagę, że w każdej komunikacji międzyludzkiej potrzebna jest interakcja. Niezbędne jest zainteresowanie tym, zarówno liczba odbiorców, jak i to, ile z nich zareaguje na przekaz. Potrzebne jest sprawdzenie statystyk i zasięgu, bo to ułatwia działanie, nakierowuje na potrzeby drugiego. Potrzebne jest konfrontowanie się z opiniami i odpowiedzi na pytania, przegląd komentarzy. „Jeden udany vlog potrafi wówczas dotrzeć do setek tysięcy słuchaczy i wiadomo, dlaczego zaglądają do niego odbiorcy” – podkreślił ks. Raś. To dzięki umiejętnemu stosowaniu tych narzędzi można stać się przewodnikiem w internetowym chaosie i zostania kościelnym influencerem – prowadzącym do Boga, a równocześnie liderem opinii, także tych na temat Kościoła.

 

Przykład omówiony przez proboszcza z Bazyliki Mariackiej pokazuje, jak duże są możliwości budowania pożądanego wizerunku Kościoła w nowych mediach. Jednak ich skuteczne spożytkowanie wymaga czegoś więcej niż tylko niegaszenia zapału tych, którzy próbują coś robić na tej działce. Trzeba ich wspierać na różne sposoby, umiejętnie koordynować ich aktywność, a także wyszukiwać kolejne osoby zdolne podjąć takie działania. Chodzi o to, aby było ich jak najwięcej, jak najlepiej przygotowanych, profesjonalnych w tym, co robią. W ten sposób rosną szanse, że negatywny obraz Kościoła będzie przynajmniej równoważony pozytywami. A to już dużo.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Powstanie Warszawskie w propagandzie

W tych dniach Polska obchodzi 76. rocznicę Powstania Warszawskiego. Ale nie wszystkim walka narodu o wolność się podoba. Tak jak kiedyś, tak i dziś propaganda i media kłamią na ten temat.

 

Publicysta Jacek Żakowski w TOK FM mówił: „A może byśmy zaczęli mówić o hańbie politykierów, a nie chwale bohaterów. Bo nieodpowiedzialni dowódcy skazali dziesiątki tysięcy ludzi na śmierć, a setki tysięcy na straszliwy los. Powstanie w najmniejszym stopniu miało coś wspólnego z walką”. Żakowski dodał, że „politykierzy”, którzy skazali wtedy miasto i ludność na katastrofę „wracają”: „Dzisiaj jest tego nie mniej, a może nawet więcej, niż wyprodukowała Sanacja”. To nieskrywana sugestia, że obecne rządy doprowadzą do kolejnej katastrofy.

 

Tezy Żakowskiego odnajdujemy w retoryce (post)komunistów: „Rozkaz, który mimo dramatycznych ostrzeżeń, że Powstanie najpewniej zakończy się zagładą ludności i miasta, został wydany. Pozytywne propagandowe efekty Powstania oraz zadane Niemcom straty nijak się mają do rozmiarów tragedii” – to wypowiedź sprzed lat senatora SLD Zdzisława Jarmużka, przedrukowana skwapliwie przez „Głos Kombatanta Armii Ludowej”. Pisemko to ówczesny szef Urzędu ds. Kombatantów Jacek Taylor oskarżył o fałszowanie najnowszej historii Polski i wyszydzanie narodu polskiego. Pisemko, skupiające „ludowych” partyzantów, ubeków i innych „utrwalaczy”, do dziś głosi takie kłamstwa. A SLD nadal powiela oszczerstwa, jakie wobec Powstania rzucali w PRL partyjni działacze i usłużni władzy historycy.

 

Ale właściwie dlaczego postkomuniści mieli zmienić zdanie? Gorzej, że na Powstanie plują też ci, którzy kiedyś byli w szeroko pojętej opozycji demokratycznej. Pamiętają Państwo programowy tekst „Polacy – Żydzi: Czarne karty powstania” w „Gazecie Wyborczej” z 1994 r.? Na 50. rocznicę godziny „W” Michał Cichy wysmażył paszkwil o tym, że jednym z celów powstańców było mordowanie Żydów. To miała być „pełna prawda” o Powstaniu Warszawskim. Zamiast prawdy były kłamstwa i manipulacje. Cichy hasłu: „AK – zapluty karzeł reakcji” nadał nowy sens. Nie tylko rozpoczął nową kampanię przeciwko Armii Krajowej i Powstaniu Warszawskiemu, która odbiła się szerokim echem na świecie, ale wniósł wielki wkład do trwającej od dawna, międzynarodowej akcji przedstawiającej Polaków jako antysemitów i morderców. Ta akcja trwa do dziś.

 

Demokratyczna opinia Warszawy zadawała sobie pytanie, z czym Mikołajczyk jedzie do Moskwy. Każdy przypuszczał, że ta wizyta może mieć doniosłe następstwa, ale nikt nie przypuszczał, że będą aż tak tragiczne, jak zniszczenie Warszawy podczas Powstania (…) Nikt nie przeczuwał, jaka koszmarna koncepcja wylęgła się w mózgach sanacyjnych inspiratorów Powstania, że wyrok śmierci na Warszawę został już podpisany przez Bora-Komorowskiego i Sosnkowskiego”. To już nie Jacek Żakowski w 2020 r. w tok.fm, ale tow. Zenon Kliszko (od 1931 r. członek Komunistycznej Partii Polski, potem PPR i PZPR) w 1962 r. w „Nowej Kulturze”.

 

Kazimierz Kąkol (komunistyczny prawnik, ekonomista, dziennikarz, od 1957 r. członek PZPR, w latach 70. kierownik Urzędu ds. Wyznań, w latach 80. dyrektor Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce i członek Rady Społeczno-Gospodarczej przy Sejmie PRL) „ujawniał” motywy rozpoczęcia Powstania: „Prawda o Powstaniu Warszawskim, jego genezie, koncepcji, organizacji, staje się prawdą coraz bardziej pełną. I kłopotliwą. Dla tych, którzy byli autorami powstania bądź nosicielami koncepcji politycznej >>dwóch wrogów<<, tkwiącej u źródeł decyzji”. (artykuł „Kłopoty z prawdą”, 6 sierpnia 1972, „Prawo i Życie”).

 

Jeszcze ciekawiej wypowiadał się na ten temat Kliszko: „Druga połowa lipca 1944 roku nie zapowiadała w niczym, że Warszawa zostanie wydana na zagładę i zniszczenie, jakiemu nie uległo żadne miasto w tej wojnie. (…) Zdawało się, że Armia Czerwona wkracza już do Warszawy. (…) Na Pradze widziano już czołgi sowieckie”. Kliszko sugerował, że wybuch Powstania opóźnił „wyzwolenie” Polski przez Sowietów. Przypominał, że w międzyczasie powstał Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który spotkał się z krytyką „podziemnej prasy reakcyjnej”: „Zbieżność reakcyjnej propagandy z propagandą goebbelsowską była zadziwiająca. Jak wiemy, ta współpraca ideologiczna hitleryzmu z reakcją polską miała swoje tradycje. Najjaskrawiej wystąpiła po raz pierwszy w okresie kampanii katyńskiej”. A zatem – zdaniem komunistycznych dygnitarzy – Powstanie przerwało sielankę oczekiwania na Armię Czerwoną.

 

Jakie skutki miało wykazywanie zbieżności między „reakcyjną propagandą” AK a propagandą Goebbelsa? Po wojnie wielu polskich patriotów zostało skazanych (również na śmierć) za rzekomą „faszyzację kraju”.

 

Kliszko pisał: „W obliczu śmiertelnego wroga i śmiertelnego niebezpieczeństwa sanacyjne dowództwo AK nadal kontynuowało swą klikową politykę”. Autor wielokrotnie przeciwstawiał – co było zresztą regułą PRL-owskich ideologów – dowództwo Armii Krajowej prostym żołnierzom, którzy mieli być posyłani na rzeź przez tych pierwszych.

 

Myśl Kliszki rozwinął Ryszard Nazarewicz (partyjny historyk, po wojnie zastępca szefa stołecznego Urzędu Bezpieczeństwa w randze pułkownika; osobiście przesłuchiwał wielu polskich patriotów): „Nie ma sprzeczności pomiędzy surową krytyką koncepcji politycznych leżących u jego [Powstania] podłoża oraz poczynań jego kierownictwa a podkreśleniem wielkiego znaczenia bohaterskiej walki ludu warszawskiego w powstaniu”.

 

Ponieważ AK-owcy byli po wojnie wrogiem nr 1 komunistów, ale ci ostatni nie mogli całkowicie zbagatelizować Powstania, wymyślili taką właśnie interpretację wydarzeń.

 

Nazarewicz pisał dalej: „Walka wykazała raz jeszcze nieugięty patriotyzm ludu Warszawy i jego bezkompromisowy stosunek do hitlerowskiego okupanta, udokumentowany najwyższymi ofiarami”, ale „stały się one konsekwencją polityki przywódców burżuazyjnych, gotowych na wszystko dla narzucenia Polski swej władzy”. Dowódcy AK „zawsze usiłowali się zasłonić, jak tarczą, bohaterstwem powstańców i ludności stolicy, a tragicznymi skutkami swej polityki obciążyć obóz lewicy polskiej i dowództwo radzieckie”.

 

W tym miejscu warto przywołać relację kuriera Jana Nowaka-Jeziorańskiego, przybyłego do Warszawy pod koniec lipca 1944 r. Na pytanie, które zadał Delegatowi Rządu Stanisławowi Jankowskiemu, kto podjął decyzję podjęcia walki o wyzwolenie Warszawy, usłyszał: „Proszę Pana, tę decyzję naród polski podjął przed pięcioma laty w pierwszych dniach okupacji Warszawy”.

 

Zgodnie z wcześniejszymi planami wojska marszałka Rokossowskiego miały zająć Warszawę do 6 sierpnia. Kontruderzenie niemieckie zatrzymało je co prawda, ale od 20 sierpnia mogły kontynuować natarcie. Stalin grał jednak na czas. Czekał, aż Warszawa się wykrwawi, aż zginą młodzi powstańcy, przyszła polska elita. Gdyby Niemcy nie stłumili Powstania, musiałby zniszczyć ich sam. Oszczędził swoich ludzi i pociski.

 

Tadeusz Płużański

Praca zdalna – WOJCIECH POKORA o zmianie modelu biznesowego w mediach

W 1962 roku kanadyjski teoretyk komunikacji Marshall McLuhan wprowadził do obiegu termin „globalnej wioski”. W książce pt. Galaktyka Gutenberga: tworzenie człowieka druku przedstawił konsekwencje wynalezienia druku dla współczesnego świata, szczególnie dla relacji między społeczeństwem a kulturą w tym i mediami.

 

Zdaniem McLuhana pojawienie się nowych technologii (a za taką należy uznać ówcześnie prasę drukarską z ruchomymi czcionkami) zawsze implikuje zmianę funkcjonowania człowieka w społeczeństwie. Druk zmodyfikował formę naszego postrzegania, przenosząc nacisk percepcyjny z ucha na oko. Niosło to za sobą szereg konsekwencji, w tym proces osłabiania relacji międzyludzkich. Już nie trzeba było się spotykać, by przekazać sobie informację. Oczywiście, że istniały książki już przed Gutenbergiem, istniała także bogata gałąź epistolografii. Ludzie komunikowali się na odległość, ale druk pozwolił na przekazywanie informacji w sposób masowy. McLuhan idzie dalej w swoich rozważaniach i przekonuje, że druk zmienił również wrażliwość człowieka Zachodu. Zdaniem Kanadyjczyka, druk przyczynił się do zmiany postrzegania samego człowieka w społeczeństwie, już nie jako odrębnych, całkowicie niezależnych bytów jak w średniowieczu, lecz jako społeczności, znajdującej swoje miejsce w ciągu wydarzeń historycznych, podobnie jak widzi się druk. Takie społeczeństwo inaczej postrzega już swoją rolę i w inny sposób odczytuje swoje miejsce w historii, co zdaniem McLuhana, pozwoliło na ukształtowanie człowieka renesansu. Przyjmując tę koncepcję nie możemy odmówić technologii zasadniczego wpływu na człowieka, prawda?

 

Idąc dalej tą drogą rozważań, od druku po iPada, dojdziemy przez epokę węgla i stali, pary i elektryczności do współczesnej nam epoki trzeciej rewolucji przemysłowej – rewolucji naukowo-technicznej, zbieramy ze sobą doświadczenie kolejnych pokoleń biorących udział w procesie globalizacji. Bo to o globalizację w tym ciągu wydarzeń chodzi, stąd ukuty termin „globalnej wioski”, opisujący współczesny świat informacji. Marshall McLuhan opisał nasz świat (w latach 60.) jako miejsce, w którym masowe media elektroniczne obalają bariery czasowe i przestrzenne, umożliwiając ludziom komunikację na masową skalę. Rozwój Internetu tylko tę diagnozę potwierdził. Jakie następstwa niesie globalizacja w przestrzeni medialnej? Jednym z nich jest upadek jednych, a rozwój innych form komunikowania. Tak jak druk wyparł epistolografię, i jak opisywał McLuhan, w początkowym okresie także przekaz ustny, tak Internet zastąpił nam w dużej mierze prasę drukowaną. Odmieniło to całkowicie proces produkcji informacji. Dziś nie czekamy już na newsa do jutra. To co wydarzyło się dziś, ma być przekazane już dziś. Mało tego, najlepiej natychmiast, z miejsca zdarzenia. Powoduje to, że coraz częściej do pracy dziennikarza zaprzęgana jest technologia mobilna. Umożliwia ona bowiem nadawanie i odbieranie informacji w dowolnym miejscu na świecie, pod warunkiem, że osiągalny jest tam sygnał GSM czy jest zapewniony dostęp do Internetu. A miejsc, w których tego dostępu nie ma, jest już coraz mniej. Niedługo, nie będzie ich wcale, bowiem ruszył projekt Elona Muska, prezesa Tesla Motors i SpaceX, który postanowił „usieciowić” cały glob, pokrywając Ziemię siecią bezpłatnego, lub bardzo taniego bezprzewodowego Internetu. Jak? Za pomocą znajdujących się na orbicie satelitów Starlink, które już są wysyłane w przestrzeń kosmiczną. To też doprowadzi do zmiany naszych zachowań. Jak podaje portal „wirtulanemedia.pl”, powołując się na raport „Media Consumption Forecasts”, opublikowany przez agencję mediową Zenith (Publicis Media), w 2019 roku ludzie na całym świecie spędzili średnio 800 godzin, czyli łącznie 33 dni, korzystając z mobilnego Internetu. Do 2021 roku światowa średnia wzrośnie do 930 godzin, czyli 39 dni rocznie. Gdy będziemy mieli wszędzie dostęp do Internetu, te statystyki zmienią się diametralnie.

 

Czy globalizacja ma wpływ na pracę redakcji? Zasadniczy. Przede wszystkim, o czym już wspomniałem, pada sprzedaż gazet drukowanych. Wiele treści przenosi się do Internetu, bo w Internecie jest coraz więcej dla tych treści odbiorców. Nie ma co się na to obrażać, tak jak nie obrażali się, mimo że próbowali, radiowcy w chwili powstania telewizji. Wówczas wydawało się, że telewizja wyprze radio, jednak jak się okazało obie formy przekazu treści znalazły swoich amatorów, chociaż telewizja więcej. Jednak trendy się odwracają. Najnowsze badania, przeprowadzone już podczas trwania pandemii koronawirusa wykazują, pisze o tym Kerry Flynn dla CNN Business, że największym wygranym stał się w tym okresie podcast. Czym jest podcast? Niczym innym jak elektronicznym dzieckiem tradycyjnego radia, czyli plikiem dźwiękowym, najczęściej w formie regularnych odcinków, opublikowanym w Internecie. Do popularyzacji podcastów przyczyniły się platformy streamingowe takie jak Spotify. I to właśnie Spotify zauważył, że okres pandemii sprzyjał rozwojowi tej formy przekazu, bowiem w samym tylko marcu wyprodukowano 150 000 nowych podcastów na tę platformę. Czy to nowe oblicze dziennikarstwa? Ależ tak. Po pierwsze rozwój podcastów zwiastuje zmianę funkcjonowania tradycyjnych stacji radiowych. Większość z nich i tak od lat nadaje swój sygnał w Internecie, jednak dziś rynek wymusza na nich dostosowanie się do nowych reguł i wejście na nowe platformy streamingowe z podcastami. A na tych platformach nie liczy się już w takim stopniu producent, liczy się treść. Odbiorca nie wybiera przez pryzmat loga stacji, ale przez pryzmat interesującego go tematu. Coraz mniejsze znaczenie ma też, czy podcast powstał w studiu radiowym, czy w domowym zaciszu, byle nie odbiegał jakością od przyjętych standardów.

 

Tu dochodzimy do kolejnej, niemniej istotnej kwestii. Jak będą wyglądały współczesne newsroomy? Skoro coraz więcej treści powstaje w warunkach, nazwijmy to partyzanckich, social media przepełnione są treściami produkowanymi w domach za pomocą ogólnie dostępnych komunikatorów, to czy jest potrzeba utrzymywania tradycyjnych redakcji? Dyskusja na ten temat trwa nie od dziś i wiele redakcji decyduje się na współpracę z dziennikarzami wypełniającymi swoje obowiązki spoza miejsca lokalizacji macierzystego zespołu, jednak dotychczas dotyczyło to częściej korespondentów terenowych bądź publicystów, pracujących w nieco innych warunkach niż dziennikarze prasy codziennej. Pandemia wymusiła jednak zmiany i w tych ostatnich.

 

Jak donosi portal wirtualnemedia.pl, „Gazeta Wyborcza” przymierza się do zmiany modelu funkcjonowania swojej redakcji, w wyniku czego o 40 proc. zmniejszona ma zostać przestrzeń redakcyjna.

 

Cały newsroom, liczący ponad 30 osób, w ciągu jednego dnia przestawił się na pracę zdalną. Codziennie na Slacku i Microsoft Teams odbywają się minimum cztery odprawy i kolegia. Podobnie pracują redakcje Sport.pl czy Plotek.pl – mówiła pod koniec marca Wirtualnymmediom rzecznik prasowa Agory Agata Staniszewska.

 

Model się sprawdził, zapewne koszty funkcjonowania redakcji spadły, zatem pojawił się pomysł pozostawienia tego rozwiązania na dłużej. Co to oznacza? Przede wszystkim wydaje się, że pandemia przyspieszyła proces, który i tak był nieunikniony. Dzięki nagłemu lockdownowi należało przetestować na szerszą skalę w branży medialnej rozwiązania, które w biznesie, ale i w mediach znane są od lat. Po drugie, zapewne w ślady Agory pójdą wkrótce kolejni wydawcy, którzy wprowadzą podobne zmiany u siebie. Dziennikarze zaczną pracować w dużej mierze w domach. Dzięki temu pracodawca przerzuci część kosztów na pracownika, który sam sobie zapłaci za media w domu, w zamian uelastyczniając mu czas pracy. Po trzecie urealnione zostaną potrzeby pracodawcy. Honorarium dotyczyć będzie rzeczywiście wykonanej pracy, a nie czasu przesiedzianego w ciągu miesiąca w redakcji. Okaże się, kto i co faktycznie „produkuje” w ciągu dnia. Podpisanie listy obecności oraz snucie się po korytarzach przestanie być elementem uwiarygadniającym obecność pracownika. W pracy zdalnej liczy się realna praca i jej efekt. Mniejsze znaczenie ma czas spędzony nad zleconym zadaniem.

 

Czy to dobry model? Czas pokaże, ale wydaje się, że nie ma potrzeby na starcie się go obawiać. Jak pokazuje historia, modele komunikacji zmieniają się wraz z rozwojem technologii, i dziś nie ma potrzeby pisać ręcznie listu by wysłać go konnym dyliżansem do adresata, gdy można napisać maila ze smartfonu, mocząc nogi w jeziorze. Skoro można napisać artykuł pracując w domu, lub zmontować newsa na służbowym laptopie, to po co wypalać paliwo, by pokazać się w redakcji. Można przecież pokazać się za pomocą licznych aplikacji, umożliwiających wideokonferencje, a zaoszczędzony czas poświęcić na rozwój osobisty lub rodzinie. Technologia wbrew pozorom służy ułatwieniu, a nie utrudnieniu nam życia, więc korzystajmy z niej. Oczywiście z umiarem.

 

Wojciech Pokora

Pisanie na Berdyczów – ŁUKASZ WARZECHA o dostępie dziennikarzy do informacji publicznej

Mógłbym nawet uznać, że znaczna część historii o braku dostępu dziennikarzy do informacji, opisanych w ostatnim wydaniu miesięcznika „Press”, to nadinterpretacje osób związanych z tak jednoznacznie antyrządowymi tytułami jak „Gazeta Wyborcza” czy OKO Press. A jednak w tekście swoje doświadczenia przedstawiają również przedstawiciele mediów o znacznie bardziej zrównoważonym podejściu, a przede wszystkim reprezentanci organizacji pozarządowych, do których mam zaufanie: Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska oraz Fundacji Panoptykon. Obraz wyłania się z tych opowieści fatalny: instytucje udzielają odpowiedzi ostentacyjnie bezczelnych lub bezprzedmiotowych, podważają interes publiczny, w którym występuje dziennikarz, przeciągają terminy, odmawiają odpowiedzi – i wszystko to dotyczy głównie mediów spoza rządowego obozu. Te ostatnie nie skarżą się na brak odpowiedzi na pytania zadawane instytucjom i podmiotom publicznym, ale to żadne zaskoczenie: one pytań po prostu nie zadają, a bardzo często pracują na gotowcach, które z tych miejsc dostają. Taka jest rzeczywistość polskich mediów 2020 r.

 

Moje własne doświadczenia z zadawaniem pytań instytucjom są znacznie uboższe niż w przypadku dziennikarzy, zajmujących się sprawami bieżącymi. Ale również są zniechęcające. Swego czasu dociekałem na przykład, w jaki sposób Orlen „wziął na siebie” opłatę emisyjną, czyli nowy podatek doliczany do paliwa, obowiązujący od stycznia 2019 r. Owo „wzięcie na siebie” opłaty obiecywał publicznie przed jej wejściem w życie prezes koncernu Daniel Obajtek. To nie było ogólne pytanie, lecz seria pytań bardzo konkretnych. Odpowiedź, która była skrajnie ogólnikowa i wymijająca, dostałem dopiero po dwukrotnym upomnieniu działu prasowego spółki. Po czym dotarł do mnie nieoficjalny sygnał, że Orlenu w ogóle lepiej w tej sprawie nie indagować.

 

Kiedy w trakcie lockdownu pytałem Ministerstwo Zdrowia o to, kto dokładnie pracuje nad modelami epidemicznymi, którymi posługuje się minister Łukasz Szumowski, odpowiedź dostałem wprawdzie szybko, ale znów niczego ona nie wnosiła i była całkowicie niekonkretna.

 

Identyczna sytuacja miała miejsce, gdy do MSWiA skierowałem bardzo precyzyjne pytania, dotyczące uzasadnienia wydania rozporządzenia o zakazie noszenia i przemieszczania broni 11 listopada ubiegłego roku. Odpowiedź przyszła szybko, ale była jak w starym dowcipie o kontrolerze w autobusie:

 

– Bileciki.

– Trąbka.

– Bileciki!

– Trąbka!

– Jaka trąbka?

– Jakie bileciki?

 

Czyli, tłumacząc z ministerialnego na polski: spadaj pan na drzewo.

 

Wypowiadający się w „Press” twierdzą, że jest dziś znacznie gorzej niż przed 2015 r. Nie mam powodu nie wierzyć, bo potwierdzają to statystyki wspomnianych NGO-sów, ale i z tamtego czasu pamiętam, jak MSZ odmówiło mi odpowiedzi na pytanie, ile zgarnęli Jakub WojewódzkiKrzysztof Materna za napisanie scenariusza koncertu z okazji przejęcia przez Polskę prezydencji w UE w 2011 r. tłumacząc, że to umowa z prywatnymi podmiotami. Nic to, że opłacana z publicznej kasy.

 

Moje doświadczenie nie jest tak ekstremalne jak w przypadku niektórych kolegów, ale w sumie podobne. Przywykłem do tego, że pytania do instytucji kieruję nie po to, żeby dostać wyczerpującą odpowiedź, bo na to właściwie już nie liczę, ale żeby pokazać moim czytelnikom, w jaki sposób urzędy lub inne podmioty wykręcają się i jak traktują nie tyle dziennikarza, co za jego pośrednictwem – jego odbiorców.

 

Z tekstu w „Press” wyłania się problem systemowy i to już nie jest powód do śmiechu, lecz do poważnego zaniepokojenia. Dostęp do informacji publicznej jest jednym z podstawowych warunków dobrego funkcjonowania demokracji. Żadna instytucja ani podmiot publiczny nie robi dziennikarzowi łaski, odpowiadając na pytania. I nie powinno mieć najmniejszego znaczenia, dla jakiego medium ten dziennikarz pracuje oraz jaki jest stosunek tego medium do aktualnej władzy. To przecież przedstawiciele obozu rządzącego wielokrotnie stwierdzali w odpowiedzi na uwagi o nadmiernych uprawnieniach służb, że „uczciwy nie ma się czego bać”. Przy czym ten frazes jest fałszywym usprawiedliwieniem łapczywości państwa w zaciąganiu informacji o obywatelach, natomiast faktycznie powinien działać w drugą stronę. Nie ma tu bowiem równowagi: obywatel jest słabszy niż aparat państwa, a jawność i dostęp do informacji publicznej jest jedną z form obrony przed opresją. Również przed ochotą do nadmiernej i bezzasadnej inwigilacji.

 

Problem w tym, że bardzo łatwo pokazywać Ustawę o dostępie do informacji publicznej jako dowód na to, że w Polsce pod tym względem wszystko gra, znacznie trudniej natomiast środowisku dziennikarskiemu wykazać, że z dostępem do tejże informacji w realnym świecie jest systemowy problem. To powinno być zadanie dla organizacji dziennikarskich i dobrym pomysłem wydawałoby się stworzenie na ten temat raportu.

 

 

Przy okazji zaś warto zauważyć, że ten akurat czynnik nie jest uwzględniany w wielokrotnie krytykowanym wskaźniku wolności mediów, sporządzanym przez Reporterów bez Granic. Owszem, w kwestionariuszu będącym podstawą uszeregowania krajów, są pytania o formalne gwarancje dostępu do informacji, ale nie o ich praktyczną realizację.

 

Łukasz Warzecha

Czy reportażu można się nauczyć? – fragment książki MARKA MILLERA

Coraz więcej szkół dziennikarskich w Polsce i ani jednego podręcznika. Od kogo i czego uczyć się w czasach przełomu i transformacji? Uważam, że po pierwsze, prosto od krowy, a po drugie, od tych, którzy najistotniej i najgłębiej. Czy po Pruszyńskim i Wańkowiczu to nie oni przejęli sztafetę tego, co w polskim reportażu społeczne i artystyczne zarazem – czyli tego, co najważniejsze? – pisze Marek Miller we wstępie do swojej książki „Ryszard Kapuściński, Krzysztof Kąkolewski, Hanna Krall. Polska szkoła reportażu”.

 

W Laboratorium Reportażu na Uniwersytecie Warszawskim prowadzę doświadczenia w zespołowej pracy nad tekstem. Uważamy, że coś nowego można powiedzieć pracując w grupie – tak jak w naukach ścisłych, przyrodniczych. Powstawanie takiego tekstu bardziej przypomina reżyserię niż tradycyjne pisanie. Przykładem eksperymentu jest również ta książka. Najpierw przez 2 lata grupy studenckie zbierały materiał wyjściowy: wywiady (prasa, radio, telewizja, Internet) i teksty naszych bohaterów. Kiedy etap ten został zakończony, zaprosiłem do współpracy Anię Fidecką -Wojciechowską, Martę Sieciechowicz i Jacka Antczaka. Ania zajęła się tekstami Ryszarda Kapuścińskiego, Marta – tekstami Krzysztofa Kąkolewskiego, Jacek zaś – tekstami Hanny Krall. To oni opracowywali wstępnie materiał, uzupełniając go przeprowadzonymi przez siebie wywiadami.

 

KRZYSZTOF KĄKOLEWSKI

 

Co to znaczy mieć talent do reportażu? [1]

 

To jest wieczna tajemnica. Wiąże się to z Melchiorem Wańkowiczem, z pewną dyskusją między nami. Doprowadziłem do złości mistrza, kiedy powiedziałem, że talent to jest postanowienie sobie, że jest się utalentowanym. Wiąże się to też z moim ówczesnym skrajnym woluntaryzmem. Twierdziłem, że ludzie sami siebie wybierają. Przykładowo: jeżeli przychodzą na seminarium z reportażu, to już ci szczególnie utalentowani do krawiectwa czy szewstwa poszli do szkół krawieckich bądź szewskich przeczuwając, że lepiej będzie im się kroił materiał niż teksty i karteczki. Natomiast ci, którzy niejasno przeczuwają, że coś w nich tkwi, że mogą pisać, przyszli na seminarium z reportażu. To jest pewien stan potencjalny. Nie należy nigdy uważać talentu za coś, co zostało nam dane raz do końca życia. Przeciwnie, należy to wyzwalać w sobie i wtedy okaże się, co było w nas naprawdę. Jeżeli nie wyzwoli się w sobie tego tajemniczego demona, to będzie się kimś, kim miało się nie być, czyli kimś takim, kto sobie tylko żyje.

 

Czy można zatem mówić o talencie reporterskim? [2]

 

Sprawa talentu to zagadka, której rozwiązanie jest każdorazowo zupełnie inne. Obserwując ludzi utalentowanych doszedłem do wniosku, że talent to jest wysiłek podjęty przez jednostkę w celu odszukania tego, co jest jej talentem. Pozornie ta rzecz jest dana, ale niejednokrotnie trzeba wędrować całe życie, żeby ją odnaleźć. Większość ludzi umiera nigdy nie dowiedziawszy się swojego przeznaczenia.

 

(…)

 

Na czym, w Pana przypadku, zasadza się relacja uczeń – nauczyciel, uczeń – mistrz? [3]

 

Muszą być uczniowie, żeby zaistniał nauczyciel. Zawsze mówię, że wybrani to ci, którzy wybrali sami siebie. Rzeczą nauczyciela jest:  1. nie szkodzić; 2. stworzyć atmosferę, w której ci ludzie poczuliby się wolni wzajemnie od swojego ciężaru – a więc w żadnym wypadku „grupy” czy „pokolenia”; 3. by krytyka, którą stosują wobec siebie wzajemnie, wynikała z pobudek idealistycznych, czyli pragnienia doskonalenia.

 

Ale Pan przecież musi ich w jakimś sensie krytykować.[4]

 

Nie jestem krytykiem, raczej nauczycielem rzemiosła i w trakcie tego nauczania sam się uczę. Literatura faktu, która uzależniona jest od materiału wydobywanego z życia, wymaga pewnych specyficznych technik, które dotąd są właściwie nieznane i same w sobie są fascynujące.

 

(…)

 

Czym jest dla Pana praca na uczelni? [5]

 

Twórcy, w szczególności pisarze, nie mówią o twórczości. Z Wańkowiczem poza pracą nad książką rozmawiałem chyba raz na ten temat, ze Stanisławem Dygatem pół raza. Marian Brandys mówi o tym, o czym pisze, ale nie jak pisze. Także z jego bratem Kazimierzem poruszanie spraw zawodowych wydawałoby mi się prymitywizmem. Jedynie na seminarium z twórczości można bez zawstydzenia, a także nie bezcelowo analizować sztukę tworzenia. Tematy, które przynoszą studenci, w większości są wspaniałe, wręcz fantastyczne. Brakuje im tylko tego, co Arystoteles nazwał techne poetike, więc kwestie techniczne wysuwają się jako główny przedmiot seminarium. Poza tym grupa studencka jest źródłem informacji i wiedzy dla mnie. Wmawiam im, że ich uczę, a to ja jestem uczniem.

 

Podobno zaprasza Pan studentów do swojego domu w Suchedniowie. Jak wyglądają te wizyty? [6]

 

Miałem z tego powodu wielkie nieprzyjemności, bo zaprosiłem ich w stanie wojennym i ledwie mnie wybronili, bo okazało się, że nie wolno było prowadzić zajęć poza salą wykładową. Wizyty mają pewne stałe punkty. Niezależnie od obiadu zwiedzamy pozostałości bunkra Jana Piwnika „Ponurego” – to jest ok. 15 km w obie strony. Drugi, krótszy spacer, to trasa śladami Gustawa Herlinga–Grudzińskiego, czyli okolice, które wspomina w „Innym świecie”, m.in. miejsce, gdzie stał jego dwór, który został zburzony w okresie PRL-u. Nasze rodziny znały się przed wojną.

 

Dlaczego do tej pory nie napisał Pan podręcznika reportażu? [7]

 

Szkoda czasu na takie rzeczy. Opracowałem natomiast hasło „reportaż” w „Słowniku Literatury Polskiej XX wieku” – to wystarczy.

 

Czy zaleca Pan studentom swoje książki do czytania? [8]

 

Nigdy!

 

Czy stworzył Pan szkołę Kąkolewskiego? [9]

 

Nie, dlatego że zadaniem nauczyciela jest tylko uświadomienie uczniom ich możliwości. Dopiero odrzucając to, co zrobił nauczyciel i wchodząc na własną drogę, okazują mu szacunek i udowadniają, że nie zawiedli jego oczekiwań. Wszelka wtórność byłaby dla mnie ciężkim zarzutem. Nie widzę nikogo, kto by powtarzał coś po mnie. Jeśli coś takiego zauważam, to przede wszystkim u ludzi, których nawet nie znam osobiście.

 

(…)

 

Na czym polega Pana stosunek do Melchiora Wańkowicza jako do mistrza? Czego się Pan od niego nauczył? [10]

 

Otrzymałem od niego coś najważniejszego – otuchę. Słowo dziś rzadko używane. Wańkowicz miał dwie rzeczy, które wystarczały, żeby się nim interesować. Miał ogromny talent, wspaniale pisał, a poza tym miał niezwykłe życie, pełne oddania najważniejszej rzeczy, czyli pisarstwu i zarazem bardzo czyste i uczciwe. Bardzo dużo skorzystałem na znajomości z nim, ale nie pod względem pisarskim, bo on odcinał się od tego, co ja piszę, mówiąc, że on to nie bardzo rozumie i nie bardzo lubi, ale jednak wyświadczył mi ten zaszczyt i pisywał o mnie. Nigdy bym nie szedł za nim, zresztą za nim nie można było iść. (…).

 

HANNA KRALL

 

Kto jest dla Pani mistrzem reportażu? [11]

 

Nie mam mistrzów. Profesorowie, z którymi zetknęłam się na studiach, nie byli moimi mistrzami. Na uniwersytecie uczył mnie Marian Brandys. Podziwiałam go, ale nie chciałam naśladować. Kiedy oceniał mój tekst, najczęściej nie zgadzałam się z jego opiniami. Po latach przyznawał się do mnie i mówił: „Ja ją uczyłem, a ona mi dawała szkołę”. Mimo to, jeśli komuś coś zawdzięczam, to jednak Brandysowi. Jako wykładowca na studiach tępił bezlitośnie pretensjonalność.

 

U niego napisała Pani pierwszy reportaż? [12]

 

Tak, na seminarium reportażu, które prowadził. Po przeczytaniu książki „Ulica ubogich kochanków” Pratoliniego napisałam reportaż zatytułowany „Podwórko ulicy Targowej”.

 

To było Pani własne podwórko. Dlaczego je pani wybrała na pierwszy reportaż?[13]

 

Dla reportera to świetne miejsce – podwórka między Dworcem Wschodnim a bazarem Różyckiego. To taki włoski neorealizm. Bohaterką mojego reportażu „Życie” (w „Tam już nie ma żadnej rzeki”) jest Jasia, która handlowała na bazarze. Nie musiała dużo mówić, wszystko było mi doskonale znane. Kiedy mówiła, że stała z lodami przy księgarni Goebethnera i Wolffa, natychmiast zobaczyłam to miejsce. Kupowałam tam używane książki.

 

Jaki był ten Pani pierwszy reportaż? [14]

 

Ileż w nim było formalnych zawijasów! Zabawy z formą były kuszące, a ja łatwo im ulegałam. Brandys uważał, że przesadzam, nieustannie mnie krytykował, powtarzając, że prostota jest formą najlepszą. „Koleżanko – mówił – niech koleżanka mi wierzy, te sztuczki formalne zestarzeją się, a prostota będzie zawsze”.

 

Pani teksty nie były proste? [15]

 

Pierwsze reportaże były bardzo kunsztowne i Brandys to zwalczał. Kiedyś leżał w szpitalu i przysłał nam na seminarium nasze teksty ze swoimi uwagami – o moim były miażdżące. Poszłam do szpitala. Była u niego żona – Halina Mikołajska. Wyjmowała pięknymi rękami jabłka z ohydnej, szarej torebki, a ja niecierpliwie czekałam, kiedy wreszcie sobie pójdzie i będę mogła poważnie porozmawiać. Miałam 19 lat, miałam rację i musiałam mu to powiedzieć! Poszłam do profesora, do szpitala, sprzeczać się o tekst – mnie samej nie mieści się to dzisiaj w głowie.

 

Pani sprzeczała się z profesorem? [16]

 

On bardzo grzecznie tłumaczył, że trzeba pisać prościej. A ja bardzo grzecznie mówiłam, że prostota jest śmiertelnie nudna.

 

Przekonał Panią? [17]

 

Tak, 30 lat później. Pracując w „Polityce”, na pewno nie pisałam ascetycznie. Zmitygowałam się, gdy zaczęłam pisać żydowsko–polsko-niemieckie historie zaczepione o wojnę – same wołały o prostotę. Wszystko nadal dawałam do czytania Marianowi Brandysowi – już w maszynopisie. Stąd dedykacje: „Po przeczytaniu maszynopisu twojej ostatniej książki (oby jak najszybciej się ukazała w druku), powiedziałem ci już…” itd. Kiedy przeczytał „Taniec na cudzym weselu”, napisał: „Książka jest dobra. Czytałem ją z niesłabnącym zainteresowaniem. Odnalazłaś swój najlepszy styl”. Prowadziliśmy długie rozmowy o tym, co jest moim najlepszym, a co najgorszym stylem. Do końca życia był moim nauczycielem.

 

(…)

 

Reportażu rzeczywiście można wyuczyć? [18]

 

Musiałabym sama wybrać ludzi, którzy mają predyspozycje – ciekawość i słuch. Tak, jestem w stanie w ciągu roku nauczyć ich pisania reportaży.

 

Jak wyglądało takie „wyuczanie” Szczygła, Tochmana, Górnego i całej grupy reporterów z „Gazety Wyborczej”? [19]

 

Dwa razy w tygodniu byłam do ich dyspozycji w redakcji. Przynosili mi teksty. Poprawiałam je, tak jak uważałam za stosowne, a potem czytaliśmy na głos obie wersje – oryginał i moją zmienioną. Mam nadzieję, że nie narzucałam im własnego stylu. Proponowałam im inne brzmienie, inny rytm, inną formułę tego samego tekstu. Myślałam przy tym, żeby nie narzucać im swojego sposobu pisania – to już było trudne. Przestrzegałam przed tym, mówiłam, że proponuję nie moją prywatną wersję, tylko dostosowaną do ich sposobu widzenia i słyszenia.

 

(…)

 

RYSZARD KAPUŚCIŃSKI

 

Hanna Krall powiedziała, że w rok jest w stanie nauczyć pisania reportażu. Czy Pana zdaniem możliwe jest w ogóle nauczenie reportażu? [20]

 

Nie miałem na ten temat sprecyzowanego stanowiska, dopóki w połowie lat 80. uniwersytet w Filadelfii nie zaprosił mnie na coś, co oni nazywają „nauką pisania”. Dostałem wtedy grupę 15 młodych amerykańskich pisarzy, poetów, reporterów, eseistów i stwierdziłem, że takie warsztaty są bardzo pożyteczne pod warunkiem, że zrobimy zastrzeżenia. Po pierwsze – problem talentu – tego nauczyć się nie da. Po drugie – nie każdy ze względów życiowych może kontynuować ten typ zawodu. Ale jeśli ktoś ma predyspozycje, zdolność literacką, wolę i ambicję – to warsztaty są niesłychanie pomocne w kształtowaniu się przyszłego reportera.

 

Na czym polega wartość takich zajęć, podczas których uczniowie obcują nie z typowym wykładowcą-teoretykiem, ale z praktykiem?[21]

 

Po pierwsze w każdym nauczaniu istnieje ten nieoceniony mechanizm wywodzący się ze starożytności, przekazywania nauk mistrza uczniowi. To jest dokładnie to, co znaczy słowo „upaniszady” – czyli, że się siedzi blisko mistrza i słucha. Po drugie student koncentruje się na problematyce warsztatu. Ta koncentracja dokonuje się w czasie zajęć. Poza tym ludzie po prostu poznają się, zawierają znajomości. Bardzo istotny jest ten osobisty kontakt, praca w grupie. Coś, co w psychologii nazywa się synergią, przenikaniem energetycznym.

 

Czy podziela Pan zdanie, że można nauczyć reportażu przez styk z rzeczywistymi osobowościami, które już to robią? [22]

 

Tylko, bo taki jest duch sztuki. Rzemiosła nie można się inaczej nauczyć, jak przy mistrzu. To jest szkoła obcowania. Obcowanie z takim człowiekiem jest więcej warte niż rok nauki. Myślę, że ogromna wiedza jest faktycznie nieprzekazywalna w tekstach, na kasecie, w wywiadzie TV. Fluidy są strasznie ważne, a przechodzenie fluidów jest możliwe tylko przez kontakt bezpośredni.

 

(…)

 

Czy istnieje podręcznik, który poleciłby Pan adeptom dziennikarstwa? [23]

 

Taka książka w ogóle nie istnieje. Jest co prawda na świecie bardzo dużo antologii reportażu, ale żaden z nich nie jest podręcznikiem. Istotą rzeczy jest umiejętność czytania i jednoczesnego podpatrywania warsztatu mistrzów, jak on to zrobił, jak pisał. Wtedy czyta się jedną stronę piętnaście razy, wraca się wielokroć do danej sceny. Pod tym względem każda dobra proza jest szkołą reportażu. Można sięgnąć po Balzaca, Goethego, Stendhala i od nich się uczyć. Moim marzeniem jest, by ktoś wreszcie napisał historię literatury polskiej reportażu, bo prawie wszyscy pisarze mają w swoim dorobku książki reporterskie. Najlepszym przykładem jest Kuncewiczowa, która napisała kilka wspaniałych reportaży, a liczy się wyłącznie jako autorka „Cudzoziemki”.

 

Marek Miller, współpraca: Jacek Antczak, Anna Fidecka-Wojciechowska, Marta Sieciechowicz

 

[1]              Kruszewscy Grażyna i Grzegorz, wywiad z filmu „Pracownia Reportażu przedstawia: Krzysztof Kąkolewski”, Łódź 1987.

[2]              Woźniak Marzena, „W głębi duszy”, „Czas” 1979.

[3]              Stanisławczyk Barbara, „Kąkolewski bez litości”, Miniatura, Kraków 1994.

[4]              Zieliński Marek, „Łyk reportażu”, „Nowe Książki”, 1975, nr 13.

[5]              Stanisławczyk Barbara, „Kąkolewski bez litości”, Miniatura, Kraków 1994.

[6]              Sieciechowicz Marta, wywiad przeprowadzony na potrzeby książki, 2003.

[7]              Ibidem.

[8]              Ibidem.

[9]              Stanisławczyk Barbara, „Kąkolewski bez litości”, Miniatura, Kraków 1994.

[10]            Ibidem.

[11]            Kazimierczak Monika, „Mistrz i czeladnik”, „Press” 2000, nr 4.

[12]            Zaworski Kamil, „Duchy i ludzie”, „Dziennik Bałtycki” 1999, nr 95 (pytanie redakcji).

[13]            Grzela Remigiusz, „Wsłuchuję się w świat”, „Literatura” 1999, nr 1 (pytanie redakcji).

[14]            Zaworski Kamil, „Duchy i ludzie”, „Dziennik Bałtycki” 1999, nr 95 (pytanie redakcji).

[15]            Krajewska Aldona, „Życie jest cudowne”, „Marie Claire” 2000, nr 1 (pytanie redakcji).

[16]            Krajewska Aldona, „Życie jest cudowne”, „Marie Claire” 2000, nr 1.

[17]            Łopieńska Barbara, „O książkach grubych i cienkich”, „Res Publica Nowa” 1995, nr 2.

[18]            Korzeniowska Grażyna, „Reportażu wyuczam”, „Przemiany” 1989, nr 11.

[19]            Antczak Jacek, wywiad przeprowadzony na potrzeby książki, 2003.

[20]            Ibidem.

[21]             Masłoń Krzysztof, „Reporter Herodot”, „Rzeczpospolita” 7.11.2002 (pytanie redakcji).

[22]            Miller Marek, wywiad niepublikowany, 1994.

[23]            Ibidem.

 

Wolność słowa a swoboda ocen – analiza ANDRZEJA T. KIJOWSKIEGO

Publikowane przez  międzynarodowe organizacje obywatelskie:  Reporterów bez granic (RBG) czy Freedom House (FH) poczynając od roku 2017 raporty i ogłaszane rankingi  na temat zagrożeń pluralizmu i wolności słowa w Polsce nie spełniają elementarnych wymogów  oczekiwanych od tego typu opracowań. 

 

Dotyczy to także ogłoszonych w lutym 2020 r. zdecydowanie tendencyjnych wniosków wyciągniętych przez Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka Misji Obserwacyjnej Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) z polskich  Wyborów Parlamentarnych 2019.

 

Powodem zafałszowania jest niereprezentatywny, a w wypadku RGBOBWE dodatkowo utajniony, dobór autorów i respondentów udzielających informacje zewnętrznym obserwatorom. Wskazują już na to oburzeni niesprawiedliwą oceną panującej w Polsce autentycznej wolności słowa  liczni polscy publicyści [1]

 

 

Obserwatorzy

 

Problem stał się przedmiotem uwagi rodzących się wreszcie w Polsce już nie fasadowych organizacji faktycznie pozarządowych, a to znaczy niezależnych finansowo i organizacyjnie, utrzymywanych jedynie przez wolontariuszy i transparentne dotacje czy darowizny pozyskiwane w drodze dobrowolnych wpłat darczyńców. Rodząca się sfera organizacji pozarządowych (NGO) staje nareszcie wolna od wpływu zarówno polskiego rządu, jak i lobby finansowych, z których płyną dofinansowania dla  dominujących na polskiej scenie NGO fundacji sponsorowanych z międzynarodowych źródeł. I to takie organizacje jak np. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Fundacja Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga Przeciw Zniesławieniom czy Instytut Kultury Prawnej Ordo Juris, ich obywatelskie zaangażowanie w obronę wolności słowa i dobrego imienia Polski, skłaniają do napiętnowania tych rodzimych informatorów i zagranicznych komentatorów, którzy w imię obcych interesów szkalują naszą Ojczyznę.

 

W odróżnienia  bowiem od FH, które  deklaruje, że jej zarząd jednomyślnie podziela pogląd, iż amerykańskie przywództwo na arenie międzynarodowej ma zasadnicze znaczenie dla sprawy praw człowieka i wolności  My Naród czyli Polacy, doceniając wkład USA w odzyskanie  przez nasz kraj niepodległości, wiemy, że państwo niepodległe  prawdziwie, to takie którego władze nie uznają żadnego światowego przywództwa.

 

Nie można tego powiedzieć o osobach potraktowanych jako źródła szkalujących Polskę  informacji, które powstają w jednym kręgu politycznym, ideologicznym i towarzyskim osób związanych z ekipą poprzedniej władzy.[2]

 

Opinie wyartykułowane w roku 2017 przez Annabelle Chapman, autorkę  specjalnego  Raportu o zagrożeniach dla pluralizmu mediów w Polsce[3] oraz sprawozdawców sytuacji polskiej w światowych rankingach:  Piotra Araka i Andrzeja Bobińskiego w roku 2017, Annę Wójcik w 2018 i w 2020 r. wraz z  Miłoszem  Wiatrowskim[4] są osadzone w ich – czy raczej sponsorujących te badania instytucji – ultraliberalnych przekonaniach. Opowiadają się więc po jednej stronie dostrzegalnego także w Parlamencie Europejskim sporu politycznego.

 

Autorzy rzutujących na dalsze oceny raportów dla FH demonstrują deprecjonujący ich opracowania brak wiedzy merytorycznej. Było to wielokrotnie podnoszone podczas konferencji nt. wolności słowa organizowanych w latach 2018 i 2019  przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP).

 

Skoro z pisanego  na polityczne zamówienia raportu  A. Chapman z roku 2017 można się  było dowiedzieć, że w Polsce istnieją tylko dwie, a nie cztery znaczące organizacje dziennikarskie: Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (1700 członków) i Towarzystwo Dziennikarskie (66 osób) pominięto zaś  w ogóle Stowarzyszenie Dziennikarzy RP (około 1000 członków) czy liczące około 600 członków  Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy trudno się dziwić, że w roku 2020 opinię międzynarodową kształtują już tylko ludzie z towarzyskiego kręgu 66 dziennikarzy skupionych wokół koncernu Agora Gazety Wyborczej.

 

Ignorowani

 

Głosu SDP największej polskiej organizacja dziennikarskiej ani oświadczeń Centrum Monitoringu Wolności Prasy (CMWP SDP) nie słyszą raportujący z Polski urzędnicy bez dziennikarskich  nazwisk. Lekceważone są też krytyczne oceny  rankingów fundowanych Polakom przez RBG czy FH wygłaszane przez polskie środowiskowe autorytety.  Wśród oponentów są bardzo liczni, niekoniecznie bezkrytycznie życzliwi rządom PiS, znani publicyści: od  Bogusława Chraboty, Witolda Gadowskiego, Marcina Roli po Bronisława Wildsteina czy Rafała Ziemkiewicza kończąc na francuskim korespondencie  Bernardzie Margueritte (od pół wieku związanym  z Polską), który 11 czerwca 2018 r. podczas konferencji Media jako służba publiczna zorganizowanej w siedzibie SDP mówił: Nurtuje mnie jedna kwestia: dlaczego międzynarodowa opinia publiczna w minionym okresie, gdy 80 proc. banków i mediów należało do kapitału zagranicznego, gdy Polska przyjęła rolę wasala Brukseli i międzynarodowej finansjery, zagraniczne media nie szczędziły słów uwielbienia. A teraz, gdy Polska odrzuca rolę wasala i politykę neoliberalną, gdy zaczyna bronić ideałów solidarności i sprawiedliwości społecznej, to jest potępiana na Zachodzie.

 

Opublikowany w 2017 r. przez Freedom House szczegółowy acz w najwyższym stopniu tendencyjny Raport, skutkujący w następnych latach,  stopniowym obniżaniem  oceny stanu wolności mediów państwa polskiego, aż po rok 2020 gdy ogłoszono, iż  Polska odpadła z kategorii „Skonsolidowanych  Demokracji” i stała się „Demokracją półskonsolidowaną”, to poważny ale bardzo niebezpieczny  dokument polityczny. Kompromituje on zasłużoną organizację i może mieć skutki odwrotne od zamierzonych.

 

Kontrolowani

 

Warto wskazać, że w tej ogólnej ocenie nie wzięto w ogóle pod uwagę swobody i bogactwa polskiej sieciowej domeny publicznej pomijając nasz kraj w rankingu[5] ze względu na rzekomy brak danych. Niemcy zaś, mimo zdecydowanie restrykcyjnej  Ustawy sieciowej nakazującej  operatorom eliminowanie „mowy nienawiści” oceniane są jako kraj, w którym swoboda tego  najważniejszego  dzisiaj nośnika wolnego słowa – niezagrożonego w Polsce przez jakiekolwiek regulacje – uznana  została  przez Freedom House za w pełni satysfakcjonującą.

 

13 maja 2020 r. pod osłoną związanego z tzw. pandemią powszechnego zakazu zgromadzeń na wniosek Letycji Avii – zakorzenionej w Senegalu hebanowej deputowanej Francji z podparyskich przedmieść – ustanowiono prawo skierowane przeciwko tzw. mowie nienawiści w cyberprzestrzeni. Tego dnia w Ojczyźnie Diderota i Rousseau została zniesiona wolność  słowa. Od lipca 2020 r. platformy internetowe we Francji podobnie jak od stycznia 2019 r. w Niemczech narażone być mogą na poprzedzające wyroki sądowe abstrakcyjnie wysokie kary za nie stosowanie cenzury wobec treści sygnalizowanych jako niepoprawne politycznie.[6]

 

W tym kontekście zaniżone oceny polskich swobód  to coś więcej niż błąd. To polityczna prowokacja!  Władza – każda demokratyczna władza ! – dąży do jej zachowania. Przed nadużyciami może rządzących powstrzymać tylko wzgląd na wyborców oraz respekt dla  obiektywnej opinii międzynarodowej i związanymi z nią potencjalnie różnorodnymi sankcjami.

 

– Skoro jednak szacunek dla wolności mediów obraca się przeciw rządzącym Polską,  jaki sens jej przestrzegać, szczególnie wobec osób otwarcie atakujących naszą niepodległość ?  Może zapytać prący do władzy  polityk.  I tak,  fałszywa narracja o naruszeniach demokratycznych swobód może się stać … samospełniającą przepowiednią.

 


Zastrzeżenie

Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.


 

 

  Tekst ukazał się w 3(137)/2020 numerze „Forum Dziennikarzy”. Całe wydanie do pobrania TUTAJ.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[1] Artur Stopka, Polska na indeksie. Rzecz o wolności słowa. https://sdp.pl/polska-na-indeksie-rzecz-o-wolnosci-slowa-analiza-ks-artura-stopki/. Sławomir Jastrzębowski,  Panie! Ale czy to jest skandal? https://sdp.pl/panie-ale-czy-to-jest-skandal-felieton-slawomira-jastrzebowskiego/. Tadeusz Płużański, Jaka gazeta taki ranking  https://sdp.pl/jaka-gazeta-taki-ranking-komentarz-tadeusza-pluzanskiego/. Wojciech Pokora, Paranoje ankietowanych (https://sdp.pl/paranoje-ankietowanych-wojciech-pokora-o-rankingu-reporterow-bez-granic/).

 

[2] Wojciech Biedroń, Autorzy krytycznego raportu FH, to współpracownicy Agory, wPolityce.pl, 7 maj 2020, https://wpolityce.pl/polityka/499157-autorzy-krytycznego-raportu-fh-to-wspolpracownicy-agory

 

[3] Annabella Chapman,  Pluralizm mediów w Polsce zagrożony. Freedom House 2017.

 

[4] Poland: Anna Wójcik, coordinator at the Wiktor Osiatyński Archive, a rule-of-law monitoring initiative, and is cofounder of an English-language resource on rule of law in Poland (ruleoflaw.pl). Miłosz Wiatrowski, PhD candidate in contemporary Polish history at Yale University and a researcher working at Polityka Insight.

 

[5] FREEDOM ON THE NET 2019, The Crisis of Social Media. Freedom House 2019.

 

[6]Jean-Baptiste Regnault , Wolność albo śmierć,  1795, Olej na płótnie.