Białoruś – aresztowania dziennikarzy, blokowanie niezależnych mediów

Masowe protesty na Białorusi – reakcja na sfałszowane wyniki wyborów prezydenckich – są brutalnie tłumione przez reżim Łukaszenki. Celem bezprawnego działania służb są również dziennikarze i niezależne media, w tym dziennikarze polscy oraz dziennikarze białoruscy współpracujący z polskimi mediami.

 

Od 9 sierpnia zatrzymanych zostało co najmniej 22 dziennikarzy białoruskich, w tym Jahor Marcinowicz – redaktor naczelny niezależnego pisma „Nasza Niwa”, a także wielu dziennikarzy Biełsatu (stacja telewizyjna nadająca z Warszawy) – kilku z nich zwolniono z aresztu po kilku godzinach, niektórych skazano na grzywny lub kilka dni aresztu, nie ma natomiast żadnych informacji o losie dziennikarza śledczego Stasa Ivashkevicha (wczoraj obchodził 37. urodziny).

 

Funkcjonariusze zatrzymują również dziennikarzy zagranicznych – od kilku godzin nie mamy kontaktu z Witoldem Dobrowolskim, członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, laureatem Grand Press Photo 2020 za fotoreportaż z protestów w Hong Kongu. Wczoraj kontakt ze swoim korespondentem w Mińsku stracił niezależny portal Meduza (rosyjski portal, którego redakcja znajduje się na Łotwie) – Maksim Solopov został najprawdopodobniej pobity i zatrzymany. Wcześniej brutalnie zatrzymano, a następnie wydalono z Białorusi dwóch dziennikarzy i operatora rosyjskiej niezależnej telewizji TV Rain.

 

Zablokowany został dostęp do niezależnych mediów, między innymi do największego niezależnego portalu TUT.by oraz do naviny.by – portalu agencji informacyjnej BiełaPAN. Redakcje robią wszystko, aby umożliwić odbiorcom dostęp do informacji, uruchomiły alternatywne adresy internetowe (np. https://www.tutby.news/, http://news.tutby.online/). Telewizja Biełsat wciąż nadaje – reżim Łukaszenki nie jest w stanie zablokować sygnału, gdyż ten nadawany jest drogą satelitarną.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Białoruskich (BAJ) monitoruje sytuację związaną z zatrzymaniami dziennikarzy i incydentami, które rzutują na ich pracę na Białorusi. Informacja zamieszczona na stronie internetowej organizacji (baj.by) jest stale aktualizowana. BAJ podaje też numery kont, na które można wpłacać pieniądze na grzywny zasądzane zwalnianym z aresztu dziennikarzom.

 

W czasie przygotowywania tego materiału na profilu Stasa Ivashkevicha na FB pojawiła się informacja, że dziennikarz przebywa w areszcie i dziś ma być sądzony w Mińsku.

 

Zdjęcie: Wadzim Zamirouski/tut.by_Jednostki specjalne przed stacją metra w Mińsku w nocy z 10 na 11 sierpnia 2020 r. 

Likwidacja kontra repolonizacja – z punktu widzenia ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy repolonizacja to tylko element bieżącej gry politycznej? Jak przedstawia się bilans potencjalnych zysków i strat? Czy regulacje prawne to jedyna droga do dekoncentracji i zachowania pluralizmu?

 

Kampania wyborcza i po kampanii

 

W czasie tegorocznej kampanii wyborczej kandydat na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Rafał Trzaskowski zapowiedział po wygranej podjęcie działań na rzecz reformy telewizji publicznej, która miałaby polegać na likwidacji TVP INFO, „Wiadomości” i publicystyki politycznej. Trudno ocenić, co reprezentant Koalicji Obywatelskiej chciał w ten sposób osiągnąć. Jeśli była to próba wpłynięcia na politykę redakcyjną drogą zastraszenia, to nie przyniosła pożądanych rezultatów. Z obserwacji dyskusji w mediach zdawać by się mogło, że w odpowiedzi sztab Andrzeja Dudy wyciągnął kartę z repolonizacją, ale w wypowiedziach urzędującego prezydenta tego wątku nie znajdziemy. Zdaje się przy tym, że tematem najbardziej zainteresowana była (i jest) „Gazeta Wyborcza”[1], należąca do polskiej Spółki Akcyjnej Agora, wąskie grono polityków Zjednoczonej Prawicy i jeszcze węższe specjalistów z zakresu rynku medialnego.

 

Dyskusja, której nie ma

 

Debata na temat mediów w Polsce znacznie przycichła. Nie ma już w niej ognia z pierwszej dekady XXI wieku, gdy działo się dużo rzeczy, które elektryzowały opinię publiczną: Afera Rywina, projekt ustawy medialnej przygotowany przez niezależne środowiska twórcze, veta prezydenta Lecha Kaczyńskiego do ustaw medialnych przygotowywanych przez środowisko Iwony Śledzińskiej-Katarsińskiej z PO. Obecnie obserwujemy zniechęcenie tematem, a sami politycy odłożyli zajmowanie się nim na bok. W efekcie tego wciąż mamy archaiczne prawo Prasowe z 1984 roku i zmurszałą ustawę o radiofonii i telewizji z 1992. Żaden z tych dokumentów nie odpowiada ani współczesnym wymogom, ani realiom. Do tego w Kodeksie Karnym wciąż widnieje art. 212 grożący dziennikarzom karą wiezienia za zniesławienie. W tym wypadku, jak się okazało w 2008 roku, nie ma sił politycznych, które byłyby zainteresowane jego zniesieniem. Projekt PiS w tej sprawie został odrzucony głosami PO, PSL i Lewicy. Zjednoczona Prawica po wygraniu wyborów w 2015 i 2019 roku już do tego tematu na polu legislacyjnym nie wróciła[2].

 

W debacie parlamentarnej nie istnieje też temat repolonizacji mediów, czy też zmian na polu dotyczącym ich koncentracji. Nie ma żadnego projektu, nie ma dyskusji. Ostatnia wypowiedź posła Roberta Kwiatkowskiego z 23 lipca br. (15 posiedzenie Sejmu RP) zawiera stwierdzenie: „zdaje się, za chwilę czeka nas batalia o tzw. repolonizację mediów”. I kto wie, czy słowa „zdaje się”, nie są kluczem do zrozumienia całej sytuacji. Ze względu na brak, chociażby podwalin pod projekt ustawy niespecjalnie jest dziś o czym rozmawiać. Tym bardziej że wątek ten – znów w mediach, a nie w parlamencie – pojawiał się w poprzedniej kadencji rządu Zjednoczonej Prawicy i nie zaowocował żadną konkretną propozycją. Andrzej Arendarski na łamach „Rzeczypospolitej pisał w 2017 toku: „Ciężko ustosunkować się do rządowego projektu skoro nie wiemy, na czym konkretnie miałaby polegać. Czy byłby to wykup mediów od zagranicznych właścicieli przez prywatnych przedsiębiorców? A może przez państwowe spółki, co automatycznie uruchomiłoby sprzeciw Komisji Europejskiej. Jeśli Skarb Państwa posiadałby większością prasy w Polsce, kłóciłoby się to z prawem europejskim i zasadą swobodnego przepływu usług, ludzi i kapitału oraz budziłoby wątpliwości co do zachowania wolności słowa w debacie publicznej”. Łukasz Wilkowicz na łamach Forsal.PL zwrócił uwagę, że najwięcej udziału w polskich mediach patrząc przez pryzmat kapitału zagranicznego, mają Amerykanie, za nimi plasują się Francuzi i dopiero potem Niemcy, których koncert Axel Springer budzi w debacie medialnej najwięcej emocji[3].

 

„Podstawowe problemy radiofonii i telewizji”

 

W dorocznym dokumencie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji zatytułowanym: „Podstawowe problemy radiofonii i telewizji w Polsce w 2019 roku” (maj 2020) słowo „repolonizacja” nie pada. We wstępie podpisanym przez przewodniczącego KRRiT Witolda Kołodziejskiego znajdziemy za to słowo „koncentracja”. Pojawiło się ono w następującym kontekście: „W Polsce nie istnieje system ochrony rynku audiowizualnego przed nadmierną koncentracją, mimo iż jest to powszechne w większości krajów europejskich”. Co oznacza, że dotyczy w takim samym stopniu wydawców polskich, jak i zagranicznych. W samej treści dokumentu termin ten pada jeszcze tylko raz: „wysokie koszty produkcji telewizyjnej oraz wysokie koszty wejścia na rynek w połączeniu z faktem, że sektor znajduje się w fazie dojrzałej (utrwalona pozycja i znaczące zasoby czołowych firm) skutkuje silną koncentracją[4].

 

Rodzą się pytania o potencjalne zyski, o sens takich działań i znalezienie podstaw prawnych. O tych zagadnieniach rozmawiamy z politologiem i cenionym komentatorem polityki europejskiej Bartłomiejem Zapałą.

 

Czy wierzy pan w zapowiadaną m.in. przez Jarosława Kaczyńskiego[5] repolonizację mediów?

 

– Nie, zwłaszcza po poprzedniej kadencji, w której wbrew deklaracjom nie powstał żaden projekt regulacji prawnych w tym zakresie. Takie działanie wywołałoby zbyt wiele konfliktów międzynarodowych. Nie tylko zresztą w obrębie Unii Europejskiej. Administracja amerykańska już pokazała, że sobie takich działań nie życzy. Wystarczy wspomnieć wystąpienie Ambasador Gorgette Mosbacher w obronie TVN, należącej do korporacji medialnej Scripps Networks Interactive z USA – mówi dr Zapała.

 

Czy to też wywołałoby konflikt na linii rząd polski – Komisja Europejska?

 

– Nie wyobrażam sobie, żeby taka legalizacja była zgodna z prawem unijnym. Bo jak zapisać na przykład, że na rynku nie mogą być aktywne firmy z Francji czy Niemiec? To wzbudzi oczywisty sprzeciw w świecie wolnego rynku i wspólnoty europejskiej. Jak to zresztą ująć? Na przykład, że właścicielami mogą być podmioty zarejestrowane na terenie Rzeczypospolitej? Przecież mogą takie założyć i cudzoziemcy. Jak więc mielibyśmy to sprawdzać? Po strukturze właścicielskiej, paszportach? Do tego polscy przedsiębiorcy o dużych portfelach nie garną się do rynku mediów.

 

Dlaczego?

 

– W części dla świętego spokoju. Nie chcą być postrzegani jako strona sporu politycznego, co może przynosić realne straty finansowe, jeśli nie za jednej władzy to za innej. Czasy, kiedy w tworzenie mediów inwestowali Witold Zaraska czy Michał Sołowow bardzo dawno odeszły. Obecnie warto zwrócić uwagę na przykład na to, że Polsat zdecydował się na pokazanie debaty prezydenckiej z Końskich z udziałem Andrzeja Dudy, a nie konferencji Rafała Trzaskowskiego. Stacja ewidentnie unikała konfliktu. Trudno też sobie wyobrazić, że ktoś zdecyduje się dziś w Polsce w trakcie pandemii i po związanym z nim lockdown’em zainwestować gigantyczne środki w ewentualne wykupienie mediów. Koszt tej operacji jest na tyle ogromny, a rola mediów na tyle słabnąca, że nie ma ona z ekonomicznego punktu widzenia żadnego uzasadnienia. Zresztą, kto ma zainwestować? Znowu PKN Orlen? Też ponosił straty w związku z obecną sytuacją. To nie jest worek bez dna, a na pójście wariantem węgierskim jesteśmy zbyt dużym rynkiem.

 

No tak, wpisy prezydenta USA Donalda Trumpa były blokowane przez Facebook’a i Twitter’a i wspominał o tym cały świat, mimo że nie są to tradycyjne media…

 

– …a internetowe Radio Nowy Świat nie musiało występować o koncesję.

 

Właśnie! Właścicielami wspomnianego radia, które powstało w kontrze do Radiowej Trójki, są Polacy, podobnie jak silnie zaangażowanej politycznie „Gazety Wyborczej”, a Twitter’a i Facebook’a, które nieraz już popadły w konflikt Trumpem, Amerykanie. Może więc problemy rynku mediów i social mediów wcale nie leżą po stronie kapitału?

 

– Zastanawiając się nad niesprecyzowanym zamysłem repolonizacji, stawiam sobie pytania: co jest ewentualnie do wzięcia, przez kogo i jaki ma być zysk? Wyobraźmy sobie na przykład, że polscy inwestorzy przychylni rządowi, czego oczywiście w żaden sposób nie da się zapisać, więc równie dobrze mogą wygrać radykalnie nieprzychylni, przejmują „Newsweek”. I co dalej? Kto to czyta? Ludzie nie kupią tygodnika, nie wiedząc, co jest w środku. Dalej: skąd wziąć kadry, do obsadzenia redakcji? Przywołując raz jeszcze Radio Nowy Świat, łatwo można przewidzieć, że dziennikarze przeniosą się do Internetu, lub założą nowy tytuł, albo skupią się na aktywności w mediach społecznościowych. W dobie powszechnego dostępu do sieci monopol państwa w tym obszarze po prostu nie ma szans zaistnieć w demokratycznym kraju. Pozycja mediów tradycyjnych stale słabnie, wydaje się więc, że nie ma sensu inwestować środków (zwłaszcza publicznych) w rozwiązania, które nie mają możliwości przynieść pozytywnych rezultatów. Zastanówmy się, co jest do przejęcia? Gazety lokalne, „Fakt”, ONET? TVN jest nie do ruszenia ze względu na relacje polsko-amerykańskie, a jeśli wybory w USA wygra Joe Biden, postawa naszego sojusznika będzie na tym polu jeszcze bardziej radykalna.

 

Jaki jest więc cel tych wypowiedzi medialnych?

 

– Składa się na to z politologicznego punktu widzenia kilka czynników. PiS odpowiada w ten sposób na zarzut, że Andrzej Duda wygrał wybory dzięki przychylności mediów, stawiając tezę, że wygrał właśnie mimo jej. To z kolei ma uzasadniać działania zmierzające do „odbudowania równowagi w mediach”, budowania alternatywy. Uzasadnia transfer znacznych środków do mediów publicznych – choćby ostatnie 2 miliardy złotych, również wobec Komisji Europejskiej. Gdyby ta naciskała w tym zakresie, domagając się wyjaśnień, to jest to wygodne hasło o charakterze obronnym, usprawiedliwienie. W polskiej polityce silnie gra się na emocjach. Często wskazywany jest ktoś czemuś „winny”; wróg. Komisja Europejska i mające największe zagraniczne udziały w polskich mediach USA się do tego nie nadają, ale Niemcy już tak. Jest to też działanie skierowane do elektoratu, który jest rozczarowany brakiem radykalności PiS-u, efekt napięć wewnętrznych w łonie Zjednoczonej Prawicy.

 

Czyli nie wierzy pan w repolonizację?

 

– Sądzę, że usłyszymy o niej przy okazji kolejnych wyborów.

 

„Monopol – Pluralizm – Koncentracja”

 

Tak zatytułował swoją obszerną pracę prof. Tomasz Mielczarek, dodając podtytuł: „środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006”. Znajdziemy tu zarówno historię upadku monopolu władzy na rynku medialnym wyniesionego z PRL, czas powstania setek nowych podmiotów i ich usieciowienie lub koncentrację. W tym kontekście warto na przykład przypomnieć, jak gigantyczne znaczenie dla mediów lokalnych miała reforma administracyjna. W konkluzji swojej pracy Mielczarek napisał: „Polski system medialny – mimo, że jest heterogeniczny, ma zróżnicowaną strukturę własności i cechuje go ideowy pluralizm – zmierz ku koncentracji”. W dalszej części dodał: „Nie było moim celem krytykowanie koncentracji mediów. Jest to obiektywne zjawisko, któremu można przeciwdziałać chociażby poprzez rozwiązania prawne wzorowane na europejskich, dotowanie prasy opinii, oraz dbałość o realizowanie „misyjnych” zadań przez nadawców publicznych. Istotnym czynnikiem utrudniającym koncentrację może się ponadto okazać postęp technologiczny. Upowszechnienie w Polsce Internetu, cyfryzacja naziemnych programów telewizyjnych oraz pojawienie się multipleksów może doprowadzić do zwielokrotnienia oferty i dekoncentracji, a zarazem zainicjować nowe zjawiska w sferze mediów, których dzisiaj się nie spodziewamy[6]. Ta zmiana technologiczna ma miejsce, już teraz a wydarza się wprost na naszych oczach. Działający tylko na Facebook.com lokalny serwis „Scyzoryk się otwiera – satyryczna strona Kielc” opublikował ostatnio statystyki za okres od 8 lipca do 4 sierpnia. To medium obserwuje ponad 56.000 osób. Liczba odbiorców przekroczyła we wspomnianym okresie 1 417 000, a aktywność dotycząca postów wyniosła ponad 670 000[7]. Kapitał oczywiście lokalny.

 

Słowo komentarza

 

Jeżeli chcemy budować alternatywę i wspierać pluralizm na krajowym rynku, z którym zresztą nie jest tak źle[8], może powinniśmy spojrzeć na rynek mediów szerzej, niż przez pryzmat regulacji prawnych z minionego stulecia? Dostrzec możliwości, jakie daje współczesny świat i je wykorzystać, zamiast pakować się w międzynarodowe spory i koszty, których, zwłaszcza w przypadku prasy, której znaczenie od lat konsekwentnie maleje, najprawdopodobniej nie uda się odzyskać. Do znowelizowania mamy podstawowe akty prawne i warto dziś nad nimi rozpocząć szeroką debatę. Na koniec przywołajmy słowa prof. Janusza Adamowskiego: „Media publiczne są probierzem demokracji w państwie. Jeśli my pozbędziemy się tych mediów, to uczynimy bardzo poważny krok do tyłu. Uważam, że można dyskutować (…). Nie mniej jednak moim zdaniem, sprowadzenie mediów publicznych wyłącznie do roli ozdobnika rynku będzie bardzo poważnym błędem, i wkrótce okaże się, że nikt nie będzie miał do zrealizowania ważnych zadań publicznych[9]. Pod rozwagę dla wszystkich kandydatów i we wszystkich wyborach.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://wyborcza.pl/1,75398,20065402,repolonizacja-mediow-krok-po-kroku-co-planuje-pis.html – dostęp 10.05.2020 r.

[2] https://konkret24.tvn24.pl/polska,108/ziobro-mowil-o-mozliwosci-likwidacji-artykulu-212-wlasnie-go-zaostrzono,936422.html – dostęp 10.08.2020 r.

[3] https://forsal.pl/artykuly/1420651,sciagawka-do-repolonizacji-do-kogo-naleza-media-w-polsce-mapa.html – dostęp 10.08.2020 r.

[4] Podstawowe problemy radiofonii i telewizji w Polsce, Krajkowa Rada Radiofonii i Telewizji, Warszawa maj 2020.

[5] https://sdp.pl/prezes-pis-repolonizacja-mediow-jeszcze-w-tej-kadencji-sejmu/ – dostęp 10.08.2020.

[6] T. Mielczarek, Monopol- pluralizm – koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006, Wydawnictwo Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007, s. 367.

[7] https://www.facebook.com/ScyzorykSieOtwiera – dostęp 10.08.2020 r.

[8] https://sdp.pl/monitor-pluralizmu-mediow-2020/ – dostęp 10.08.2020 r.

[9] Media publiczne w Polsce, pod red. J. Adamowskiego i L. jaworskiego, Uniwersytet Warszawski, Warszawa 2007, s. 121-122.

Nowy (Wspaniały) Świat – komentarz ADAMA SOCHY

Szef Radia Nowy Świat Piotr Jedliński zrezygnował z funkcji po oskarżeniu o transfobię. Fala krytyki ze strony słuchaczy spadła na niego, gdy w serwisie informacyjnym tego internetowego radia użyto męskiej formy osobowej wobec aresztowanego aktywisty LGBT Michała Sz., który twierdzi, że jest kobietą „Margot”.
Reakcja słuchaczy, a jest to creme de la creme liberalnej, postępowej głównie Warszawy, była natychmiastowa. Oprócz gniewnych komentarzy na facebookowym profilu rozgłośni, słuchacze interweniowali także bezpośrednio u władz rozgłośni.

 

Piotr Jedliński, jeden z założycieli rozgłośni i jej prezes najpierw próbował bronić swojego prawa do wolności słowa i odpisał, że naciski ze strony obrońców aktywistki „Margot” godzą w jego wolność postrzegania świata i wolność mediów. „Jesteśmy zasypywani wiadomościami od zwolenników Margot, osoby niebinarnej. (…) jeżeli Margot oraz akolici tak bardzo apelują o poszanowanie wolności, to dlaczego nie szanują wolności mediów oraz mojej, jako osoby? Dlaczego chcą mi na siłę narzucić sposób postrzeganie świata, zmuszając, żebym określał kogoś, kogo odbieram jako mężczyznę, zaimkami żeńskimi? (…) Trwa zmasowany atak, któremu się nie poddam (…)”- napisał Jedliński, doprowadzając tym słuchaczy do jeszcze większej furii.

 

Zmiękł, gdy po jego wpisie patroni zapowiedzieli zamknięcie kurka z pieniędzmi. Usunął poprzedni wpis i w nowym poście tłumaczył się, że jedyną intencją, jaka mu przyświecała, była obrona niezależności radia. Podkreślił też swoje poparcie dla prześladowanej aktywistki. Jednak dla słuchaczy i patronów to było za mało. Żądali ukorzenia się i przeprosin, a słowo „przepraszam” nie padło.

 

Gorączka na fejsie nie opadała, więc w niedzielę wieczorem kierownictwo stacji wydało oświadczenie, w którym odcięło się od Jedlińskiego, pisząc, że to była jego prywatna opinia, natomiast oficjalne stanowisko brzmiało: „(…) Zastosowana przez nas forma męskoosobowa („aktywista”) w odniesieniu do Margot była nieintencjonalnym błędem, który w żadnej mierze nie definiuje stanowiska Radia Nowy Świat wobec wspomnianych osób i wydarzeń”. Tłumaczyli też, że dziennikarzom stacji „przyświecała idea obiektywizmu i neutralności”.

 

Nadal nie zrozumieli, że ich słuchacze nie oczekują od nich żadnego obiektywizmu, bowiem obiektywizm jest zasadą starego, skompromitowanego świata cywilizacji łacińskiej. Racja i słuszność jest po ich stronie, bo takie są nieubłagane prawa rozwoju społecznego, które wyzwolą ludzkość z opresji rodziny i religii.
Przenikliwie opisał źródła i następstwa rewolucji kulturowej, której walec teraz dotarł nad Wisłę filozof, prof. Ryszard Legutko w książce „Triumf człowieka pospolitego” (2012), w której dowiódł wspólnych korzeni i wspólnego celu komunizmu i demokracji liberalnej.

 

Tak jak człowiek w komunizmie oskarżony o odchylenie lub reakcjonizm jeśli próbował się bronić, tylko potwierdzał, że stoi po stronie reakcji.
Gdy kogoś dzisiaj oskarża się o homofobię, to takie oskarżenie również zamyka usta, bo nie ma na to dobrej odpowiedzi – czytamy w książce prof. Legutko. – Tłumaczenie się, że nie ma równości związków heteroseksualnych i homoseksualnych, nawet jeśli poparte jest najtrafniejszymi argumentami, tylko potwierdza homofobiczność, bo nad takim zarzutem się nie dyskutuje. Jedyna drogą dla oskarżonego jest złożenie samokrytyki, która może, lecz nie musi być przyjęta. Gdy jakiś śmiałek będzie nieugięty i podejmie próbę repliki, rozwścieczone stado lumpeninteligentów natychmiast rzuca się na nieostrożnego polemistę i wdeptuje go w ziemię”.

 

Doświadczył tego na własnej skórze Piotr Jedliński, który w końcu, albo został zmuszony, albo chcąc zachować resztki godności, odszedł z RNŚ.
Ponurym chichotem tej historii jest to, że ex-dziennikarze radiowej „Trójki”, nie mogli już dłużej wytrzymać w reżimowym radiu dławienia wolności słowa i utworzyli własne Radio Nowy Świat, już po miesiącu przekonali się, że w tej oazie wolności słowa, ta wolność też ma swoje granice. Wyznacza je poprawność polityczna. Dostali pieniądze, nie po to, by pielęgnować zasadę obiektywizmu i rzetelności dziennikarskiej, ale by budować Nowy Wspaniały Świat.

 

Gdy wybuchła sprawa aresztowania Michała Sz. „Margot” media w Polsce natychmiast podzieliły się na dwa obozy. Na te, które bez wahania pisały o Michale, jako o kobiecie i na te, które pisały o nim jako mężczyźnie, zgodnie z tym, jak jest zarejestrowany w USC. Jak łatwo się domyślić, media stojące po stronie totalnej opozycji, na czele z Wyborczą i TVN24, używały formy żeńskiej, media prorządowe – męskiej.

 

Jedynie nieliczne media tzw. symetryczne wybrało formę neutralną, pisząc jak autor tekstu na portalu klubjagiellonski.pl: „Został(a) on(a) tymczasowo zatrzyman(a)/(y) za akty wandalizmu i udział w pobiciu człowieka”, lub jak „Rzepa”: „Aktywista LGBT Michał Sz. (dane z dowodu tożsamości, użyte przez prokuraturę – Sz, używa imienia Małgorzata).

 

To co spotkało redakcję „Radia Nowy Świat”, to nie jest przypadek. Taka jest logika postępu w liberalnej demokracji, która odrzuca metafizykę i prawo naturalne i zastępują ją ideologią poprawności politycznej, która teraz weszła na Zachodzie w fazę terroru, bowiem, jak w komunizmie, walka klasowa zaostrza się w miarę rozwoju socjalizmu, tak w liberalnej demokracji zaostrza się w miarę postępów „tolerancji” i „równości”. Na Zachodzie rewolucja kulturowa zaszła już bardzo daleko. Świadczą o tym zeszłoroczne wyniki badań Campaign for Free Speech. Pokazały one, iż 59% Amerykanów między 18-34 rokiem życia uważa, że I Poprawka do Konstytucji USA powinna odzwierciedlać „dzisiejsze kulturalne normy”. 50% popiera karanie za „mowę nienawiści”, natomiast 47% uważa, że za “mowę nienawiści” należy wsadzać do więzienia! To co było chlubą i dumą Stanów Zjednoczonych, a także punktem odniesienia wolnych ludzi – Pierwsza Poprawka – na naszych oczach zostanie obalona, jako współczesna Bastylia.

 

Pierwsi rewolucjoniści kulturowi, którzy opanowali uniwersytety, szkoły, media i rozrywkę i rozpoczynali pionierską „pierekowkę dusz”, dzisiaj sami są przerażeni swoim dziełem, jak Robespierre, gdy raz uruchomił terror, by w końcu sam położyć głowę pod gilotyną, czy Lenin, który za późno zdał sobie sprawę jakiego zrodził potwora w osobie Stalina.

 

Zainspirowali oni List 150 intelektualistów i artystów o światowej randze, opublikowany na łamach Harpers Magazine, potępiający praktykę publicznego znęcania się i tzw. „cancel culture”. „Cancel culture” to bezpardonowe potępianie ludzi o odmiennych poglądach, nie tylko obecnie, ale także w przeszłości. Potępiający głos ludu ukształtowanego przez polityczną poprawność żąda ich dymisji, usunięcia ich dzieł z bibliotek, serwisów streamingowych itd. itp.
Doświadczyła tego ostatnio jedna z sygnatariuszek listu autorka „Harrego Potera” J.K. Rowling za jej poglądy na temat osób transseksualnych.
Wolność wymiany informacji i idei, siła napędowa liberalnego społeczeństwa, z każdym dniem staje się coraz bardziej ograniczona – czytamy w Liście. – O ile oczekujemy tego od radykalnej prawicy, cenzura rozprzestrzenia się również szerzej w naszej kulturze: nietolerancja społecznych poglądów, moda na publiczne znęcanie się i ostracyzm oraz tendencja do ślepego rozwiązywania złożonych problemów politycznych (…) Zbyt często słyszy się wezwania do szybkiej i surowej zemsty” – napisali sygnatariusze. – „Niezależnie od argumentów w kontekście każdego incydentu, wynikiem będzie stałe zawężanie granic tego, co można powiedzieć, bez groźby odwetu” – piszą.

 

Sygnatariusze Listu to m.in. takie sławy jak Noam Chomsky, Malcolm Gladwell, muzyk jazzowy Wynton Marsalis, psycholog Steven Pinker, autor „Szatańskich wersetów” Salman Rushdie, feministka Gloria Steinem, arcymistrz szachowy Gary Kasparov oraz dziennikarz CNN i „Washington Post” Fareed Zakaria.

 

Tylko do kogo ten List jest adresowany? Gdy istniały dwa bloki w czasie Zimnej Wojny, takie listy podpisywali intelektualiści żyjący za Żelazną Kurtyną i adresowali je do wolnego świata. Może do Polski, którą prezes Jarosław Kaczyński nazywa największą oazą wolnego słowa w Europie, a może i na świecie? I faktycznie, paradoksalnie tak jest, jeszcze. Bowiem w tej chwili znaleźliśmy się pomiędzy młyńskimi kamieniami. Z jednej strony barbarzyńcy rewolucji kulturowej niszczą wolność słowa nad Wisłą i zaprowadzają terror poprawności politycznej, z drugiej strony mamy zapowiedź „dekoncentracji mediów”, którego finałem może być orbanizacja mediów w Polsce, czyli ich całkowite podporządkowanie rządowi.
Być może zostanie nam tylko taki wybór.

 

Adam Socha

Dziennikarze i pytanie Piłata – komentarz ŁUKASZA WARZECHY

Dziennikarze, informując o najgorętszej w ostatnich dniach sprawach – działaniach organów państwa wobec aktywistów LGBT – stanęli przed wyborem: jak mówić lub pisać o Michale Sz. Przypomnę – bo nie jest to jasno przedstawiane we wszystkich miejscach – że Michał Sz. został przez sąd aresztowany na dwa miesiące w związku nie z zawieszeniem tęczowej flagi na pomniku Chrystusa, lecz z powodu napaści na furgonetkę Fundacji Pro Prawo do Życia oraz jej załogę. Była to w dodatku druga decyzja i odpowiedź sądu na zażalenie prokuratury wobec pierwszej, która aresztowania odmawiała.

 

Michał Sz. uznał też, jak wiadomo, że „czuje się kobietą” (nieodmiennie przychodzi na myśl słynna scena z „Żywotu Briana” Monty Pythona: „I want you to call me Loretta”) i będzie się nazywać Margot. Lewicowe media, od „Gazety Wyborczej” począwszy, posłusznie zaczęły zatem o Michale Sz. pisać w formie żeńskiej (jakkolwiek zaznaczając, że jest osobą „niebinarną”, cokolwiek miałoby to znaczyć). Z czasem tak samo zaczęło o nim mówić TVN24.

 

Awantura rozpętała się wokół Radia Nowy Świat, w którego serwisach stosowano formę męską. Prezes RNŚ Piotr Jedliński przez długi czas bronił takiej postawy jako kwestii wolności słowa, lecz w końcu zadeklarował, że wobec działań władzy wycofuje się ze swojego stanowiska, bo „osadzenie jej [Michała Sz.] w areszcie dla mężczyzn istotnie zmieniło […] kontekst sprawy”.

 

Z kolei Patryk Słowik pisząc o sprawie na portalu Bezprawnik zadeklarował, że będzie pisał o Michale Sz. w formie żeńskiej, gdyż ten sam sobie tego życzy.

 

To, w jakiej formie pisze się o Michale Sz., stało się niestety swego rodzaju deklaracją światopoglądową. Tymczasem dziennikarze powinni służyć prawdzie, nie imaginacjom. W wypadku Michała Sz. prawda jest jasna: mamy do czynienia z mężczyzną zarówno w aspekcie prawnym, jak i fizycznym. Nie było tu żadnej operacji zmiany płci ani niczego podobnego. To po prostu chłopak, który oznajmił, że jest dziewczyną. Nie wnikam tu w psychiatryczne, medyczne aspekty sytuacji; być może zresztą żadnych takich aspektów nie ma, a mamy jedynie do czynienia ze zwykłym cwaniactwem i podłączeniem się pod modne lewackie trendy (niektóre nagrania trafiające do sieci mogą to sugerować). Jest natomiast kwestią bezsporną, że Michał Sz. jest mężczyzną. Owszem, może jest mężczyzną z zaburzeniami, z dziwnymi fantazjami lub urojeniami, ale mężczyzną.

 

Dziennikarze, jako się rzekło, powinni informować o faktach. Jest faktem, że Michał Sz. podaje się za kobietę i o tym informować można, a nawet należy, bo jest to jednak istotny składnik całej sytuacji. Interpretacja tego faktu może należeć do odbiorców. Z pewnością natomiast nie jest informowaniem o faktach i opieraniem się na nich mówienie i pisanie o Michale Sz. „ona”. Nie jest wystarczającym tego uzasadnieniem fakt, że sam Michał Sz. tak sobie życzy, bo oznaczałoby to, że dziennikarze, zamiast przekazywać swoim odbiorcom fakty, będą przekazywać im cokolwiek, co ktoś sobie wymyśli. Czy gdyby Michał Sz. uznał na przykład, że ma pięć lat, to dziennikarze powinni tak o nim pisać i wyciągać z tego wniosek, że polskie państwo dręczy nieletniego? A gdyby rano ogłosił się kobietą, po południu mężczyzną, a wieczorem znów kobietą, to dziennikarze powinni za tymi fantazjami podążać? Z całą pewnością nie.

 

Patrzę z największą przykrością, jak media dotąd – wydawałoby się – unikające jednak skrajnych ideologicznych wygibasów, takie jak TVN24, zaczynają im się podporządkowywać wbrew prawdzie materialnej. Rozczarowująca jest też deklaracja Piotra Jedlińskiego. Rozumiem doskonale jego sprzeciw wobec działań władzy, ale robienie zarzutów z tego, że mężczyznę (formalnie!) pakuje się do męskiego aresztu i uznawanie, że właśnie dlatego trzeba teraz o nim zacząć mówić jako o kobiecie, świadczy nie o zdrowym rozsądku, lecz raczej o jego utracie.

 

Wszystko to prowadzi do smutnej refleksji. Nie bez powodu jednym z najbardziej porażających i wymownych fragmentów w Ewangelii według św. Jana jest ten, gdy Jezus rozmawiając z Piłatem, prokuratorem Judei, odpowiada na jego pytanie, czy jest królem: „Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” – na co Piłat wygłasza słynne słowa: Quid est veritas? – „Czymże jest prawda?”. To pytanie zgubionego i chyba też trochę przestraszonego rzymskiego urzędnika wyraża zgubny sceptycyzm wobec możliwości ustalenia, co jest prawdą obiektywną, faktyczną, materialną. Niestety, dziennikarze działają dziś w taki sposób, jakby ich dewizą stało się Piłatowe pytanie.

 

Łukasz Warzecha

Wspólnota dobrych wiadomości – KS. MARIUSZ FRUKACZ o mediach katolickich w czasie pandemii

Co będzie z mediami katolickimi, zwłaszcza z tradycyjną prasą katolicką, gdyby wróciła kwarantanna z marca? Czy redakcje katolickie wyciągnęły ważną lekcję dla siebie? Te pytania są bardzo ważne i wydaje się, że media katolickie powinny utrzymać swoją obecność na kontynencie cyfrowym, co niewątpliwie pomaga także w utrzymywaniu więzi ze stałymi czytelnikami.

 

„Rzeczpospolita Parafialna”

 

Jednym z ciekawych pomysłów Tygodnika Katolickiego „Niedziela” jest kontynuowanie w nowej odsłonie „Rzeczpospolitej Parafialnej –  inicjatywy ewangelizacyjnej i duszpasterskiej, która ma na celu prezentację parafii od strony duszpasterskiej i środowiskowej, równocześnie na łamach tygodnika i formie filmu przygotowanego przez studio telewizyjne tygodnika – Niedzielę TV. Parafia to wspólnota wspólnot. Dlatego „Niedziela” w ścisłej współpracy z duszpasterzami i czytelnikami poprzez nowoczesną formę promocji parafii zyskuje przychylność czytelników. Wydaje się, że bardzo ważną lekcją wyniesioną z najtrudniejszego okresu pandemii powinno być dbanie o stały i bezpośredni kontakt z czytelnikami.

 

Współbrzmienie prasy tradycyjnej i nowych technologii

 

Kościół katolicki w Polsce i media katolickie powinny wciąż wykorzystywać nowe technologie w ewangelizacji. Jak są one ważne, wręcz konieczne,  pokazał to okres pandemii. Wówczas tradycyjna prasa katolicka borykała się ze spadkiem sprzedaży, choćby z racji braku wiernych w świątyniach. Kościół wykorzystując nowe technologie, podjął ważny krok, szczególnie dla młodego pokolenia. Warto też zwrócić uwagę na to, że prasa katolicka w okresie pandemii zwiększyła jeszcze bardziej swoją obecność w świecie online. Ruszyły kampanie typu: „Kup nas, nie wychodząc z domu” i inne. Nowe technologie stwarzają nowe możliwości komunikowania, pojmowanego jako narzędzie ewangelizacji i pracy w duszpasterstwie. Do nich w rzeczywistości parafialnej, obok prasy katolickiej, biuletynu parafialnego, gablotki informacyjnej, należą również: strona internetowa parafii, kanał na YouTube, czy fanpage na Facebooku. Moim zdaniem dzisiaj również prasa katolicka powinna potrzymać swoją obecność online. Dzisiaj tygodniki katolickie są przecież już nie tylko w formie papierowej, ale są obecne na Twitterze, Facebooku, YouTube itd. Wydaje się, że bardzo ważną lekcją z okresu pandemii jest właśnie współbrzmienie prasy tradycyjnej z nowymi możliwościami online. Na pewno w dalszej perspektywie bardzo ważne będzie inwestowanie w nowe technologie. Jednak najpierw konieczne jest utrzymanie stałych i zdobywanie nowych czytelników.

 

Warsztat dziennikarza

 

Jednym z problemów jaki pojawił się w okresie pandemii to było niewątpliwie trudniejsze zdobywanie informacji. Praktycznie tradycyjne tematy kościelne zniknęły z dnia na dzień. Wtedy swoją kreatywnością, pomysłowością musieli wykazać się dziennikarze i redaktorzy pism katolickich.

 

W dzisiejszych czasach redakcje katolickie, takie jak „Niedziela”, są  już instytucjami multimedialnymi. Trzeba jednak pamiętać, że technika nigdy  nie może zastąpić człowieka. Wciąż na pierwszym miejscu jest warsztat pracy dziennikarza, jego elementarna uczciwość i rzetelność. Warsztat pracy dziennikarza medium katolickiego obejmuje nie tylko profesjonalne przygotowanie do wykonywania tego zawodu, powołania i misji.  Dzisiaj również dziennikarz katolicki korzysta z najnowszych osiągnięć techniki, wyposażony jest w narzędzia ułatwiające pracę, dostęp do newsów: laptopy, smartfony najnowszej generacji dyktafony itp. Nie zapominajmy jednak, że nawet najnowsza technologia, która ułatwia pracę dziennikarzowi, nie zastąpi przecież atrakcyjności tekstu, chociaż pomaga w szybkości przekazu. Dla mnie, obok nowych technologii, najbardziej liczy się wiarygodność. Notatnik, dyktafon, sprzęt do nagrywania, aparat fotograficzny, laptop nie mają wpływu na wiarygodność. Ona zależy od samego dziennikarza.

 

Metoda św. Maksymiliana Kolbego

 

Wspomniałem już o tym, że najważniejszy pozostaje osobisty i bezpośredni kontakt z czytelnikami. Okazało się to bardzo ważne w okresie pandemii. Kilka lat temu, w jednym ze swoich referatów bp Adam Lepa wskazał na wciąż aktualną „metodę św. Maksymiliana Kolbego”. Ten  Święty, który jest patronem dziennikarzy katolickich, osiągnięcia techniki i media traktował pozytywnie, dbał, aby ludzie mediów nie stanowili grupy społecznie wyizolowanej, a dziennikarze powinni spotykać się z ludźmi. Sam stosował tzw. ewangelizację bezpośrednią, osobiście dostarczając swoje pisma, rozmawiając z czytelnikami. Dla św. Maksymiliana media nie mogły być tylko narzędziem, ale i miejscem ewangelizacji, czyli modlitwy, katechezy i świadectwa. Dbając o stały kontakt z czytelnikiem powinny posługiwać się językiem jasnym, prostym, komunikatywnym i odważnym. Prasa drukowana, nowe technologie, obecność online i bezpośredni kontakt z czytelnikiem powinny być ze sobą połączone. Okres pandemii pokazał bowiem jeszcze jedno, że ludzie potrzebują nadziei, potrzebują „wspólnoty dobrych wiadomości”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Monitor Pluralizmu Mediów 2020

Opublikowany w lipcu raport Monitor Pluralizmu Mediów 2020 potwierdził to, co pokazały poprzednie edycje MPM: zagrożenia dla pluralizmu i wolności mediów występują we wszystkich krajach Unii Europejskiej.

Raport obejmuje lata 2018-2019 (dane dotyczące Wielkiej Brytanii wliczane są do wyniku krajów Unii Europejskiej). Badaniu podlegały cztery obszary: Podstawowa Ochrona, Pluralizm Rynku, Niezależność Polityczna, Inkluzyjność Społeczna. Dla przejrzystości wskaźniki są pogrupowane w kategorie, w których zagrożenie oceniane jest jako Niskie (0 – 33%), Średnie (34-66%) lub Wysokie (67-100%).

 

W obszarze Podstawowej Ochrony, której wskaźnikami są: chronienie wolności słowa, prawa do informacji, ochrona zawodu dziennikarza i standardów dziennikarskich, niezależność i efektywność organów regulacyjnych, dostęp do mediów tradycyjnych i internetowych,  Polska znalazła się wśród 11 krajów o średnim poziomie zagrożenia.

Spośród wskaźników tego obszaru jeden wzbudził olbrzymie zaniepokojenie Europejskiej Federacji Dziennikarskiej. Chodzi o poziom ochrony zawodu dziennikarza i standardów dziennikarskich, który znacząco się pogorszył. Aż w 13 krajach ryzyko dotyczące tego wskaźnika wzrosło i zostało ocenione jako średnie, podczas gdy w raporcie MPM2017 taką ocenę odnotowano zaledwie w 6 krajach. Na wskaźnik ochrony zawodu dziennikarza i standardów dziennikarskich składają się m.in. dostęp do zawodu, warunki pracy, bezpieczeństwo, ochrona źródeł. Polska natomiast w tym wskaźniku wypada bardzo dobrze, należy tu do grupy krajów niskiego ryzyka.

 

Na ocenę w obszarze Pluralizm Rynku składają się takie wskaźniki jak: transparentność własności mediów, koncentracja mediów, rentowność, wpływ właścicielski i komercyjny na linię redakcyjną. W tym obszarze nie ma krajów niskiego ryzyka. Polska wraz z 16 innymi krajami należy do grupy krajów średniego ryzyka. W grupie krajów wysokiego ryzyka znalazło się 13 państw (Albania, Bułgaria, Chorwacja, Cypr, Czechy, Finlandia, Łotwa, Malta, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Węgry i Turcja).

 

Niezależność Polityczna to obszar, w którym 7 krajów zebrało bardzo dobre oceny (niskie zagrożenie dla niezależności politycznej mediów), 16 zostało ocenionych jako kraje o średnim zagrożeniu, a 7 jako kraje wysokiego ryzyka. Polska wraz z Bułgarią, Maltą, Rumunią, Słowenią, Węgrami i Turcją trafiła do tej ostatniej grupy. We wszystkich wskaźnikach z tego obszaru tj. politycznej niezależności mediów, autonomii redakcyjnej, relacjonowaniu wyborów przez media, uregulowań dotyczących państwowego wsparcia dla mediów, niezależności zarządzania i stabilności finansowania mediów publicznych, zagrożenie dla mediów w Polsce zostało ocenione jako wysokie lub średnie (2 wskaźniki).

 

W obszarze Inkluzyjności Społecznej, w którym oceniany jest dostęp do mediów dla różnych grup (mniejszości narodowe, społeczności lokalne, niepełnosprawni, kobiety) oraz edukacja medialna większość krajów Unii Europejskiej, w tym Polska, należy do grupy średniego ryzyka. Tylko 3 kraje wypadły tu bardzo dobrze i ocenione zostały jako kraje niskiego ryzyka w tym obszarze – to Francja, Szwecja i Wielka Brytania. Z kolei najgorzej pod tym względem oceniona została Albania, Bułgaria, Cypr, Rumunia i Turcja.

 

MPM2020 zawiera szereg rekomendacji dla każdego z czterech ocenianych w raporcie obszarów. Wśród rekomendacji dotyczących obszaru, który wypadł w skali całej UE najsłabiej, to jest w obszarze Pluralizm Rynku znalazły się:

  • Wzmocnienie transparentności własności mediów przez stosowne regulacje prawne
  • Aktualizacja przepisów dotyczących konkurencyjności – uwzględnienie platform cyfrowych
  • Opodatkowanie wielkich graczy rynkowych ponadnarodowym podatkiem od usług cyfrowych (digital service tax)
  • Poprawa warunków pracy dla dziennikarzy, w tym otoczenia prawnego.

 

Monitor Pluralizmu Mediów (Media Pluralism Monitor – MPM) to finansowany przez Unię Europejską projekt Centrum Monitoringu Pluralizmu i Wolności Mediów (Centre for Media Pluralism and Media Freedom – CMPF) Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute – EUI), który ma służyć wczesnemu rozpoznawaniu zagrożeń dla pluralizmu mediów we wszystkich krajach członkowskich oraz krajach kandydujących. MPM2020 o trzecia edycja projektu wdrożonego w roku 2016, po okresie pilotażu w latach 2014-1015. Raport opracowany został na podstawie ankiet wypełnianych przez naukowców, dziennikarzy i ekspertów z badanych krajów. Za opracowanie dotyczące Polski odpowiada dr hab. Beata Klimkiewicz prof. UJ, Instytut Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej.

 

zdjęcie: CMPF, MPM2020

Nadzieja w kościelnych influencerach – analiza ks. ARTURA STOPKI

Młodzi Polacy chłoną dzisiaj w ogromnym stopniu negatywny wizerunek Kościoła. Czy media mają szansę jakoś temu zaradzić?

 

Chciałoby się powiedzieć: jak wygląda sytuacja, każdy widzi. Ale chyba jednak nie każdy dostrzega i zdaje sobie sprawę, że Kościół katolicki w Polsce ma problem z dotarciem do młodych. A przede wszystkim ze swoim wizerunkiem, na jaki natrafiają i jaki sobie – głównie dzięki mediom – kształtują.

 

Sprawa staje się coraz trudniejsza. Dwa lata temu opublikowane zostały efekty badań religijności przeprowadzonych w ponad stu krajach przez Pew Research Center. Wynika z nich, że w naszym kraju mamy do czynienia z najszybszą laicyzacją młodych na świecie. Komentując te dane dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego ks. dr. Wojciech Sadłoń SAC zwrócił uwagę na coś jeszcze. Zauważył, że polska młodzież co prawda przestaje chodzić do Kościoła, jednak wciąż czuje się związana z katolicyzmem. „W tym sensie mamy w Polsce do czynienia nadal z powszechnym wśród młodzieży katolicyzmem” – skonstatował, ale dodał, że ma on coraz bardziej charakter kulturowy niż refleksyjny i osobisty. Ta diagnoza ma znaczenie dla kształtowania image Kościoła w umysłach i sercach młodych Polaków. To nie jest przemawianie do obcych, a tym bardziej do nieprzyjaciół.

 

Zero alternatywy

 

Kościół znalazł się na rynku propozycji światopoglądowych w naszym kraju i mimo swej dominującej pozycji (a może właśnie z tego powodu?) nie za bardzo radzi sobie w kwestii budowania wizerunku. W świadomości społecznej coraz bardziej ugruntowuje się jego negatywny obraz. To, co złe w jego funkcjonowaniu, w znaczącym stopniu zaczyna przesłaniać to, co dobre i wartościowe. Młodzi chłoną ten przekaz nie tylko dlatego, że jest szeroko udostępniany przez media w prosty i swoiście atrakcyjny sposób. Chłoną go także dlatego, że w przestrzeni mass mediów praktycznie nie spotykają przekazu alternatywnego.

 

Kto powinien budować ten alternatywny przekaz? Wydawałoby się logiczne, że to zadanie mediów będących w dyspozycji Kościoła. Np. kilku tygodników, dostępnych co niedziela w parafialnych świątyniach. Haczyk polega jednak na tym, że młodzi na Mszy św. w pierwszy dzień tygodnia pojawiają się w zdecydowanie niewielkiej liczbie. Trudno również liczyć na to, że sięgną po pismo przyniesione do domu z kościoła przez rodziców czy dziadków. A jeśli nawet by to zrobili, okazałoby się, że jest w nim niewiele adresowanych do nich treści. Choć pozornie wygląda to ma błędne koło, wcale nim nie jest. Tak działają reguły rynku. Byłoby dziwne, gdyby kościelne pisma nie zapełniały swych łamów treściami dostosowanymi do potrzeb zdecydowanej większości czytelników.

 

Przez smartfony

 

Mizerne rezultaty, jeśli chodzi o dotarcie do młodych Polaków przynoszą wysiłki pokazywania nie tylko negatywnego obrazu Kościoła, podejmowane przez dość wąskie grono dziennikarzy i publicystów w świeckich dziennikach i czasopisma. To również nie jest dziś kanał skutecznego i masowego dotarcia do młodego pokolenia. Podobnie zresztą jak radio i telewizja w tradycyjnym rozumieniu. Do świadomości młodych dociera się dzisiaj inną drogą.

 

Jaką? Zdrowy rozsądek połączony z odrobiną obserwacji pozwala ustalić, że najprościej i najskuteczniej trafia się do następnego pokolenia przez smartfony. A dokładniej – przez internet. To globalna sieć jest ich środowiskiem komunikacji. Wielowymiarowej komunikacji. To niezbyt odkrywcze spostrzeżenie prowadzi do pytań czy i w jaki sposób Kościół w Polsce kształtuje swój wizerunek korzystając w przestrzeni internetowej.

 

Nowa komunikacja

 

Istnieje kilka liczących się portali, które są własnością podmiotów kościelnych lub z Kościołem mocno się identyfikujących. Czy ich rzeczywista opiniotwóczość jest wystarczająca? Chyba nie, skoro nie udaje im się skutecznie przełamać niekorzystnego image Kościoła, obecnego w sieci. Czy mogłaby być większa? Zapewne tak, ale doprowadzenie do tego nie jest proste ani bezkosztowe. Wymaga inwestycji zarówno w rozwiązania techniczne, jak i (a raczej przede wszystkim) w ludzi. Ponieważ w globalnej sieci wyjątkowo aktualne okazują się słowa papieża Pawła VI „Świat dzisiaj bardziej potrzebuje świadków niż nauczycieli Ewangelii”. Okazuje się, że to konkretni ludzie są w stanie nadzwyczaj skutecznie wpływać na opinie tysięcy internautów. Młodych internautów.

 

Trzy lata temu ks. Dariusz Raś (będący proboszczem parafii mariackiej w Krakowie) opublikował w „Studia Socialia Cracoviensia” artykuł zatytułowany „Chrześcijanin multimedialny – śladami wideoblogerów katolickich”. Zwrócił w nim uwagę, że sieciowa komunikacja wymyka się definicji mediów jako zespołów narzędzi, wielości redakcji, tytułów czy instytucji zajmujących się społecznym przekazem informacji, dawaniem rozrywki czy trudniących się edukacją społeczną. Odnotował, że internetowa rewolucja wyzwala nowy rodzaj komunikacji i nowy rodzaj „dziennikarstwa”. Powstają nowe więzi i nowe formy wspólnoty. „Tego faktu nie można zbagatelizować. (…) Dlatego sieci społecznościowe należy uznać za nowe środowisko krzewienia wiary – nową agorę, może najważniejszą z powodu pewnego zapóźnienia kościelnych instytucji w tym względzie” – stwierdził ks. Raś. To oczywiste, że krzewienie wiary łączy się z kształtowaniem obrazu Kościoła.

 

Jeden udany vlog…

 

W swym tekście ks. Raś skupił się na wąskim wycinku możliwych w sieci aktywności katolików w internecie – na wideoblogerach. Przyjrzał się bliżej ówczesnym działaniom kilkorga z nich: Weroniki Zaguły (dzisiaj Weroniki Kostrzewy), Joli Szymańskiej, o. Adama Szustaka OP, bp. Grzegorza Rysia.

 

Podsumowując swoje obserwacje zwrócił uwagę, że w każdej komunikacji międzyludzkiej potrzebna jest interakcja. Niezbędne jest zainteresowanie tym, zarówno liczba odbiorców, jak i to, ile z nich zareaguje na przekaz. Potrzebne jest sprawdzenie statystyk i zasięgu, bo to ułatwia działanie, nakierowuje na potrzeby drugiego. Potrzebne jest konfrontowanie się z opiniami i odpowiedzi na pytania, przegląd komentarzy. „Jeden udany vlog potrafi wówczas dotrzeć do setek tysięcy słuchaczy i wiadomo, dlaczego zaglądają do niego odbiorcy” – podkreślił ks. Raś. To dzięki umiejętnemu stosowaniu tych narzędzi można stać się przewodnikiem w internetowym chaosie i zostania kościelnym influencerem – prowadzącym do Boga, a równocześnie liderem opinii, także tych na temat Kościoła.

 

Przykład omówiony przez proboszcza z Bazyliki Mariackiej pokazuje, jak duże są możliwości budowania pożądanego wizerunku Kościoła w nowych mediach. Jednak ich skuteczne spożytkowanie wymaga czegoś więcej niż tylko niegaszenia zapału tych, którzy próbują coś robić na tej działce. Trzeba ich wspierać na różne sposoby, umiejętnie koordynować ich aktywność, a także wyszukiwać kolejne osoby zdolne podjąć takie działania. Chodzi o to, aby było ich jak najwięcej, jak najlepiej przygotowanych, profesjonalnych w tym, co robią. W ten sposób rosną szanse, że negatywny obraz Kościoła będzie przynajmniej równoważony pozytywami. A to już dużo.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Powstanie Warszawskie w propagandzie

W tych dniach Polska obchodzi 76. rocznicę Powstania Warszawskiego. Ale nie wszystkim walka narodu o wolność się podoba. Tak jak kiedyś, tak i dziś propaganda i media kłamią na ten temat.

 

Publicysta Jacek Żakowski w TOK FM mówił: „A może byśmy zaczęli mówić o hańbie politykierów, a nie chwale bohaterów. Bo nieodpowiedzialni dowódcy skazali dziesiątki tysięcy ludzi na śmierć, a setki tysięcy na straszliwy los. Powstanie w najmniejszym stopniu miało coś wspólnego z walką”. Żakowski dodał, że „politykierzy”, którzy skazali wtedy miasto i ludność na katastrofę „wracają”: „Dzisiaj jest tego nie mniej, a może nawet więcej, niż wyprodukowała Sanacja”. To nieskrywana sugestia, że obecne rządy doprowadzą do kolejnej katastrofy.

 

Tezy Żakowskiego odnajdujemy w retoryce (post)komunistów: „Rozkaz, który mimo dramatycznych ostrzeżeń, że Powstanie najpewniej zakończy się zagładą ludności i miasta, został wydany. Pozytywne propagandowe efekty Powstania oraz zadane Niemcom straty nijak się mają do rozmiarów tragedii” – to wypowiedź sprzed lat senatora SLD Zdzisława Jarmużka, przedrukowana skwapliwie przez „Głos Kombatanta Armii Ludowej”. Pisemko to ówczesny szef Urzędu ds. Kombatantów Jacek Taylor oskarżył o fałszowanie najnowszej historii Polski i wyszydzanie narodu polskiego. Pisemko, skupiające „ludowych” partyzantów, ubeków i innych „utrwalaczy”, do dziś głosi takie kłamstwa. A SLD nadal powiela oszczerstwa, jakie wobec Powstania rzucali w PRL partyjni działacze i usłużni władzy historycy.

 

Ale właściwie dlaczego postkomuniści mieli zmienić zdanie? Gorzej, że na Powstanie plują też ci, którzy kiedyś byli w szeroko pojętej opozycji demokratycznej. Pamiętają Państwo programowy tekst „Polacy – Żydzi: Czarne karty powstania” w „Gazecie Wyborczej” z 1994 r.? Na 50. rocznicę godziny „W” Michał Cichy wysmażył paszkwil o tym, że jednym z celów powstańców było mordowanie Żydów. To miała być „pełna prawda” o Powstaniu Warszawskim. Zamiast prawdy były kłamstwa i manipulacje. Cichy hasłu: „AK – zapluty karzeł reakcji” nadał nowy sens. Nie tylko rozpoczął nową kampanię przeciwko Armii Krajowej i Powstaniu Warszawskiemu, która odbiła się szerokim echem na świecie, ale wniósł wielki wkład do trwającej od dawna, międzynarodowej akcji przedstawiającej Polaków jako antysemitów i morderców. Ta akcja trwa do dziś.

 

Demokratyczna opinia Warszawy zadawała sobie pytanie, z czym Mikołajczyk jedzie do Moskwy. Każdy przypuszczał, że ta wizyta może mieć doniosłe następstwa, ale nikt nie przypuszczał, że będą aż tak tragiczne, jak zniszczenie Warszawy podczas Powstania (…) Nikt nie przeczuwał, jaka koszmarna koncepcja wylęgła się w mózgach sanacyjnych inspiratorów Powstania, że wyrok śmierci na Warszawę został już podpisany przez Bora-Komorowskiego i Sosnkowskiego”. To już nie Jacek Żakowski w 2020 r. w tok.fm, ale tow. Zenon Kliszko (od 1931 r. członek Komunistycznej Partii Polski, potem PPR i PZPR) w 1962 r. w „Nowej Kulturze”.

 

Kazimierz Kąkol (komunistyczny prawnik, ekonomista, dziennikarz, od 1957 r. członek PZPR, w latach 70. kierownik Urzędu ds. Wyznań, w latach 80. dyrektor Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce i członek Rady Społeczno-Gospodarczej przy Sejmie PRL) „ujawniał” motywy rozpoczęcia Powstania: „Prawda o Powstaniu Warszawskim, jego genezie, koncepcji, organizacji, staje się prawdą coraz bardziej pełną. I kłopotliwą. Dla tych, którzy byli autorami powstania bądź nosicielami koncepcji politycznej >>dwóch wrogów<<, tkwiącej u źródeł decyzji”. (artykuł „Kłopoty z prawdą”, 6 sierpnia 1972, „Prawo i Życie”).

 

Jeszcze ciekawiej wypowiadał się na ten temat Kliszko: „Druga połowa lipca 1944 roku nie zapowiadała w niczym, że Warszawa zostanie wydana na zagładę i zniszczenie, jakiemu nie uległo żadne miasto w tej wojnie. (…) Zdawało się, że Armia Czerwona wkracza już do Warszawy. (…) Na Pradze widziano już czołgi sowieckie”. Kliszko sugerował, że wybuch Powstania opóźnił „wyzwolenie” Polski przez Sowietów. Przypominał, że w międzyczasie powstał Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który spotkał się z krytyką „podziemnej prasy reakcyjnej”: „Zbieżność reakcyjnej propagandy z propagandą goebbelsowską była zadziwiająca. Jak wiemy, ta współpraca ideologiczna hitleryzmu z reakcją polską miała swoje tradycje. Najjaskrawiej wystąpiła po raz pierwszy w okresie kampanii katyńskiej”. A zatem – zdaniem komunistycznych dygnitarzy – Powstanie przerwało sielankę oczekiwania na Armię Czerwoną.

 

Jakie skutki miało wykazywanie zbieżności między „reakcyjną propagandą” AK a propagandą Goebbelsa? Po wojnie wielu polskich patriotów zostało skazanych (również na śmierć) za rzekomą „faszyzację kraju”.

 

Kliszko pisał: „W obliczu śmiertelnego wroga i śmiertelnego niebezpieczeństwa sanacyjne dowództwo AK nadal kontynuowało swą klikową politykę”. Autor wielokrotnie przeciwstawiał – co było zresztą regułą PRL-owskich ideologów – dowództwo Armii Krajowej prostym żołnierzom, którzy mieli być posyłani na rzeź przez tych pierwszych.

 

Myśl Kliszki rozwinął Ryszard Nazarewicz (partyjny historyk, po wojnie zastępca szefa stołecznego Urzędu Bezpieczeństwa w randze pułkownika; osobiście przesłuchiwał wielu polskich patriotów): „Nie ma sprzeczności pomiędzy surową krytyką koncepcji politycznych leżących u jego [Powstania] podłoża oraz poczynań jego kierownictwa a podkreśleniem wielkiego znaczenia bohaterskiej walki ludu warszawskiego w powstaniu”.

 

Ponieważ AK-owcy byli po wojnie wrogiem nr 1 komunistów, ale ci ostatni nie mogli całkowicie zbagatelizować Powstania, wymyślili taką właśnie interpretację wydarzeń.

 

Nazarewicz pisał dalej: „Walka wykazała raz jeszcze nieugięty patriotyzm ludu Warszawy i jego bezkompromisowy stosunek do hitlerowskiego okupanta, udokumentowany najwyższymi ofiarami”, ale „stały się one konsekwencją polityki przywódców burżuazyjnych, gotowych na wszystko dla narzucenia Polski swej władzy”. Dowódcy AK „zawsze usiłowali się zasłonić, jak tarczą, bohaterstwem powstańców i ludności stolicy, a tragicznymi skutkami swej polityki obciążyć obóz lewicy polskiej i dowództwo radzieckie”.

 

W tym miejscu warto przywołać relację kuriera Jana Nowaka-Jeziorańskiego, przybyłego do Warszawy pod koniec lipca 1944 r. Na pytanie, które zadał Delegatowi Rządu Stanisławowi Jankowskiemu, kto podjął decyzję podjęcia walki o wyzwolenie Warszawy, usłyszał: „Proszę Pana, tę decyzję naród polski podjął przed pięcioma laty w pierwszych dniach okupacji Warszawy”.

 

Zgodnie z wcześniejszymi planami wojska marszałka Rokossowskiego miały zająć Warszawę do 6 sierpnia. Kontruderzenie niemieckie zatrzymało je co prawda, ale od 20 sierpnia mogły kontynuować natarcie. Stalin grał jednak na czas. Czekał, aż Warszawa się wykrwawi, aż zginą młodzi powstańcy, przyszła polska elita. Gdyby Niemcy nie stłumili Powstania, musiałby zniszczyć ich sam. Oszczędził swoich ludzi i pociski.

 

Tadeusz Płużański

Praca zdalna – WOJCIECH POKORA o zmianie modelu biznesowego w mediach

W 1962 roku kanadyjski teoretyk komunikacji Marshall McLuhan wprowadził do obiegu termin „globalnej wioski”. W książce pt. Galaktyka Gutenberga: tworzenie człowieka druku przedstawił konsekwencje wynalezienia druku dla współczesnego świata, szczególnie dla relacji między społeczeństwem a kulturą w tym i mediami.

 

Zdaniem McLuhana pojawienie się nowych technologii (a za taką należy uznać ówcześnie prasę drukarską z ruchomymi czcionkami) zawsze implikuje zmianę funkcjonowania człowieka w społeczeństwie. Druk zmodyfikował formę naszego postrzegania, przenosząc nacisk percepcyjny z ucha na oko. Niosło to za sobą szereg konsekwencji, w tym proces osłabiania relacji międzyludzkich. Już nie trzeba było się spotykać, by przekazać sobie informację. Oczywiście, że istniały książki już przed Gutenbergiem, istniała także bogata gałąź epistolografii. Ludzie komunikowali się na odległość, ale druk pozwolił na przekazywanie informacji w sposób masowy. McLuhan idzie dalej w swoich rozważaniach i przekonuje, że druk zmienił również wrażliwość człowieka Zachodu. Zdaniem Kanadyjczyka, druk przyczynił się do zmiany postrzegania samego człowieka w społeczeństwie, już nie jako odrębnych, całkowicie niezależnych bytów jak w średniowieczu, lecz jako społeczności, znajdującej swoje miejsce w ciągu wydarzeń historycznych, podobnie jak widzi się druk. Takie społeczeństwo inaczej postrzega już swoją rolę i w inny sposób odczytuje swoje miejsce w historii, co zdaniem McLuhana, pozwoliło na ukształtowanie człowieka renesansu. Przyjmując tę koncepcję nie możemy odmówić technologii zasadniczego wpływu na człowieka, prawda?

 

Idąc dalej tą drogą rozważań, od druku po iPada, dojdziemy przez epokę węgla i stali, pary i elektryczności do współczesnej nam epoki trzeciej rewolucji przemysłowej – rewolucji naukowo-technicznej, zbieramy ze sobą doświadczenie kolejnych pokoleń biorących udział w procesie globalizacji. Bo to o globalizację w tym ciągu wydarzeń chodzi, stąd ukuty termin „globalnej wioski”, opisujący współczesny świat informacji. Marshall McLuhan opisał nasz świat (w latach 60.) jako miejsce, w którym masowe media elektroniczne obalają bariery czasowe i przestrzenne, umożliwiając ludziom komunikację na masową skalę. Rozwój Internetu tylko tę diagnozę potwierdził. Jakie następstwa niesie globalizacja w przestrzeni medialnej? Jednym z nich jest upadek jednych, a rozwój innych form komunikowania. Tak jak druk wyparł epistolografię, i jak opisywał McLuhan, w początkowym okresie także przekaz ustny, tak Internet zastąpił nam w dużej mierze prasę drukowaną. Odmieniło to całkowicie proces produkcji informacji. Dziś nie czekamy już na newsa do jutra. To co wydarzyło się dziś, ma być przekazane już dziś. Mało tego, najlepiej natychmiast, z miejsca zdarzenia. Powoduje to, że coraz częściej do pracy dziennikarza zaprzęgana jest technologia mobilna. Umożliwia ona bowiem nadawanie i odbieranie informacji w dowolnym miejscu na świecie, pod warunkiem, że osiągalny jest tam sygnał GSM czy jest zapewniony dostęp do Internetu. A miejsc, w których tego dostępu nie ma, jest już coraz mniej. Niedługo, nie będzie ich wcale, bowiem ruszył projekt Elona Muska, prezesa Tesla Motors i SpaceX, który postanowił „usieciowić” cały glob, pokrywając Ziemię siecią bezpłatnego, lub bardzo taniego bezprzewodowego Internetu. Jak? Za pomocą znajdujących się na orbicie satelitów Starlink, które już są wysyłane w przestrzeń kosmiczną. To też doprowadzi do zmiany naszych zachowań. Jak podaje portal „wirtulanemedia.pl”, powołując się na raport „Media Consumption Forecasts”, opublikowany przez agencję mediową Zenith (Publicis Media), w 2019 roku ludzie na całym świecie spędzili średnio 800 godzin, czyli łącznie 33 dni, korzystając z mobilnego Internetu. Do 2021 roku światowa średnia wzrośnie do 930 godzin, czyli 39 dni rocznie. Gdy będziemy mieli wszędzie dostęp do Internetu, te statystyki zmienią się diametralnie.

 

Czy globalizacja ma wpływ na pracę redakcji? Zasadniczy. Przede wszystkim, o czym już wspomniałem, pada sprzedaż gazet drukowanych. Wiele treści przenosi się do Internetu, bo w Internecie jest coraz więcej dla tych treści odbiorców. Nie ma co się na to obrażać, tak jak nie obrażali się, mimo że próbowali, radiowcy w chwili powstania telewizji. Wówczas wydawało się, że telewizja wyprze radio, jednak jak się okazało obie formy przekazu treści znalazły swoich amatorów, chociaż telewizja więcej. Jednak trendy się odwracają. Najnowsze badania, przeprowadzone już podczas trwania pandemii koronawirusa wykazują, pisze o tym Kerry Flynn dla CNN Business, że największym wygranym stał się w tym okresie podcast. Czym jest podcast? Niczym innym jak elektronicznym dzieckiem tradycyjnego radia, czyli plikiem dźwiękowym, najczęściej w formie regularnych odcinków, opublikowanym w Internecie. Do popularyzacji podcastów przyczyniły się platformy streamingowe takie jak Spotify. I to właśnie Spotify zauważył, że okres pandemii sprzyjał rozwojowi tej formy przekazu, bowiem w samym tylko marcu wyprodukowano 150 000 nowych podcastów na tę platformę. Czy to nowe oblicze dziennikarstwa? Ależ tak. Po pierwsze rozwój podcastów zwiastuje zmianę funkcjonowania tradycyjnych stacji radiowych. Większość z nich i tak od lat nadaje swój sygnał w Internecie, jednak dziś rynek wymusza na nich dostosowanie się do nowych reguł i wejście na nowe platformy streamingowe z podcastami. A na tych platformach nie liczy się już w takim stopniu producent, liczy się treść. Odbiorca nie wybiera przez pryzmat loga stacji, ale przez pryzmat interesującego go tematu. Coraz mniejsze znaczenie ma też, czy podcast powstał w studiu radiowym, czy w domowym zaciszu, byle nie odbiegał jakością od przyjętych standardów.

 

Tu dochodzimy do kolejnej, niemniej istotnej kwestii. Jak będą wyglądały współczesne newsroomy? Skoro coraz więcej treści powstaje w warunkach, nazwijmy to partyzanckich, social media przepełnione są treściami produkowanymi w domach za pomocą ogólnie dostępnych komunikatorów, to czy jest potrzeba utrzymywania tradycyjnych redakcji? Dyskusja na ten temat trwa nie od dziś i wiele redakcji decyduje się na współpracę z dziennikarzami wypełniającymi swoje obowiązki spoza miejsca lokalizacji macierzystego zespołu, jednak dotychczas dotyczyło to częściej korespondentów terenowych bądź publicystów, pracujących w nieco innych warunkach niż dziennikarze prasy codziennej. Pandemia wymusiła jednak zmiany i w tych ostatnich.

 

Jak donosi portal wirtualnemedia.pl, „Gazeta Wyborcza” przymierza się do zmiany modelu funkcjonowania swojej redakcji, w wyniku czego o 40 proc. zmniejszona ma zostać przestrzeń redakcyjna.

 

Cały newsroom, liczący ponad 30 osób, w ciągu jednego dnia przestawił się na pracę zdalną. Codziennie na Slacku i Microsoft Teams odbywają się minimum cztery odprawy i kolegia. Podobnie pracują redakcje Sport.pl czy Plotek.pl – mówiła pod koniec marca Wirtualnymmediom rzecznik prasowa Agory Agata Staniszewska.

 

Model się sprawdził, zapewne koszty funkcjonowania redakcji spadły, zatem pojawił się pomysł pozostawienia tego rozwiązania na dłużej. Co to oznacza? Przede wszystkim wydaje się, że pandemia przyspieszyła proces, który i tak był nieunikniony. Dzięki nagłemu lockdownowi należało przetestować na szerszą skalę w branży medialnej rozwiązania, które w biznesie, ale i w mediach znane są od lat. Po drugie, zapewne w ślady Agory pójdą wkrótce kolejni wydawcy, którzy wprowadzą podobne zmiany u siebie. Dziennikarze zaczną pracować w dużej mierze w domach. Dzięki temu pracodawca przerzuci część kosztów na pracownika, który sam sobie zapłaci za media w domu, w zamian uelastyczniając mu czas pracy. Po trzecie urealnione zostaną potrzeby pracodawcy. Honorarium dotyczyć będzie rzeczywiście wykonanej pracy, a nie czasu przesiedzianego w ciągu miesiąca w redakcji. Okaże się, kto i co faktycznie „produkuje” w ciągu dnia. Podpisanie listy obecności oraz snucie się po korytarzach przestanie być elementem uwiarygadniającym obecność pracownika. W pracy zdalnej liczy się realna praca i jej efekt. Mniejsze znaczenie ma czas spędzony nad zleconym zadaniem.

 

Czy to dobry model? Czas pokaże, ale wydaje się, że nie ma potrzeby na starcie się go obawiać. Jak pokazuje historia, modele komunikacji zmieniają się wraz z rozwojem technologii, i dziś nie ma potrzeby pisać ręcznie listu by wysłać go konnym dyliżansem do adresata, gdy można napisać maila ze smartfonu, mocząc nogi w jeziorze. Skoro można napisać artykuł pracując w domu, lub zmontować newsa na służbowym laptopie, to po co wypalać paliwo, by pokazać się w redakcji. Można przecież pokazać się za pomocą licznych aplikacji, umożliwiających wideokonferencje, a zaoszczędzony czas poświęcić na rozwój osobisty lub rodzinie. Technologia wbrew pozorom służy ułatwieniu, a nie utrudnieniu nam życia, więc korzystajmy z niej. Oczywiście z umiarem.

 

Wojciech Pokora

Pisanie na Berdyczów – ŁUKASZ WARZECHA o dostępie dziennikarzy do informacji publicznej

Mógłbym nawet uznać, że znaczna część historii o braku dostępu dziennikarzy do informacji, opisanych w ostatnim wydaniu miesięcznika „Press”, to nadinterpretacje osób związanych z tak jednoznacznie antyrządowymi tytułami jak „Gazeta Wyborcza” czy OKO Press. A jednak w tekście swoje doświadczenia przedstawiają również przedstawiciele mediów o znacznie bardziej zrównoważonym podejściu, a przede wszystkim reprezentanci organizacji pozarządowych, do których mam zaufanie: Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska oraz Fundacji Panoptykon. Obraz wyłania się z tych opowieści fatalny: instytucje udzielają odpowiedzi ostentacyjnie bezczelnych lub bezprzedmiotowych, podważają interes publiczny, w którym występuje dziennikarz, przeciągają terminy, odmawiają odpowiedzi – i wszystko to dotyczy głównie mediów spoza rządowego obozu. Te ostatnie nie skarżą się na brak odpowiedzi na pytania zadawane instytucjom i podmiotom publicznym, ale to żadne zaskoczenie: one pytań po prostu nie zadają, a bardzo często pracują na gotowcach, które z tych miejsc dostają. Taka jest rzeczywistość polskich mediów 2020 r.

 

Moje własne doświadczenia z zadawaniem pytań instytucjom są znacznie uboższe niż w przypadku dziennikarzy, zajmujących się sprawami bieżącymi. Ale również są zniechęcające. Swego czasu dociekałem na przykład, w jaki sposób Orlen „wziął na siebie” opłatę emisyjną, czyli nowy podatek doliczany do paliwa, obowiązujący od stycznia 2019 r. Owo „wzięcie na siebie” opłaty obiecywał publicznie przed jej wejściem w życie prezes koncernu Daniel Obajtek. To nie było ogólne pytanie, lecz seria pytań bardzo konkretnych. Odpowiedź, która była skrajnie ogólnikowa i wymijająca, dostałem dopiero po dwukrotnym upomnieniu działu prasowego spółki. Po czym dotarł do mnie nieoficjalny sygnał, że Orlenu w ogóle lepiej w tej sprawie nie indagować.

 

Kiedy w trakcie lockdownu pytałem Ministerstwo Zdrowia o to, kto dokładnie pracuje nad modelami epidemicznymi, którymi posługuje się minister Łukasz Szumowski, odpowiedź dostałem wprawdzie szybko, ale znów niczego ona nie wnosiła i była całkowicie niekonkretna.

 

Identyczna sytuacja miała miejsce, gdy do MSWiA skierowałem bardzo precyzyjne pytania, dotyczące uzasadnienia wydania rozporządzenia o zakazie noszenia i przemieszczania broni 11 listopada ubiegłego roku. Odpowiedź przyszła szybko, ale była jak w starym dowcipie o kontrolerze w autobusie:

 

– Bileciki.

– Trąbka.

– Bileciki!

– Trąbka!

– Jaka trąbka?

– Jakie bileciki?

 

Czyli, tłumacząc z ministerialnego na polski: spadaj pan na drzewo.

 

Wypowiadający się w „Press” twierdzą, że jest dziś znacznie gorzej niż przed 2015 r. Nie mam powodu nie wierzyć, bo potwierdzają to statystyki wspomnianych NGO-sów, ale i z tamtego czasu pamiętam, jak MSZ odmówiło mi odpowiedzi na pytanie, ile zgarnęli Jakub WojewódzkiKrzysztof Materna za napisanie scenariusza koncertu z okazji przejęcia przez Polskę prezydencji w UE w 2011 r. tłumacząc, że to umowa z prywatnymi podmiotami. Nic to, że opłacana z publicznej kasy.

 

Moje doświadczenie nie jest tak ekstremalne jak w przypadku niektórych kolegów, ale w sumie podobne. Przywykłem do tego, że pytania do instytucji kieruję nie po to, żeby dostać wyczerpującą odpowiedź, bo na to właściwie już nie liczę, ale żeby pokazać moim czytelnikom, w jaki sposób urzędy lub inne podmioty wykręcają się i jak traktują nie tyle dziennikarza, co za jego pośrednictwem – jego odbiorców.

 

Z tekstu w „Press” wyłania się problem systemowy i to już nie jest powód do śmiechu, lecz do poważnego zaniepokojenia. Dostęp do informacji publicznej jest jednym z podstawowych warunków dobrego funkcjonowania demokracji. Żadna instytucja ani podmiot publiczny nie robi dziennikarzowi łaski, odpowiadając na pytania. I nie powinno mieć najmniejszego znaczenia, dla jakiego medium ten dziennikarz pracuje oraz jaki jest stosunek tego medium do aktualnej władzy. To przecież przedstawiciele obozu rządzącego wielokrotnie stwierdzali w odpowiedzi na uwagi o nadmiernych uprawnieniach służb, że „uczciwy nie ma się czego bać”. Przy czym ten frazes jest fałszywym usprawiedliwieniem łapczywości państwa w zaciąganiu informacji o obywatelach, natomiast faktycznie powinien działać w drugą stronę. Nie ma tu bowiem równowagi: obywatel jest słabszy niż aparat państwa, a jawność i dostęp do informacji publicznej jest jedną z form obrony przed opresją. Również przed ochotą do nadmiernej i bezzasadnej inwigilacji.

 

Problem w tym, że bardzo łatwo pokazywać Ustawę o dostępie do informacji publicznej jako dowód na to, że w Polsce pod tym względem wszystko gra, znacznie trudniej natomiast środowisku dziennikarskiemu wykazać, że z dostępem do tejże informacji w realnym świecie jest systemowy problem. To powinno być zadanie dla organizacji dziennikarskich i dobrym pomysłem wydawałoby się stworzenie na ten temat raportu.

 

 

Przy okazji zaś warto zauważyć, że ten akurat czynnik nie jest uwzględniany w wielokrotnie krytykowanym wskaźniku wolności mediów, sporządzanym przez Reporterów bez Granic. Owszem, w kwestionariuszu będącym podstawą uszeregowania krajów, są pytania o formalne gwarancje dostępu do informacji, ale nie o ich praktyczną realizację.

 

Łukasz Warzecha