ŁUKASZ WARZECHA: Niepokojąca jednomyślność

Pandemia napędziła jeden z doskonale znanych procesów na styku władzy i społeczeństwa: dążenie tej pierwszej do znaczącego powiększania swoich kompetencji, wkraczania w sferę prywatności oraz ograniczania wolności pod pretekstem konieczności zapewnienia bezpieczeństwa – w tym wypadku zdrowotnego. Nie miejsce tutaj, żeby analizować zasadność czy skuteczność poszczególnych podejmowanych przez nie tylko polski rząd działań. O każdym z posunięć – od przymusowego zamknięcia znacznej liczby branż po planowane zachęty do szczepień – można by dyskutować. Lecz właśnie: dyskutować. Z punktu widzenia mediów problemem zaś jest kwestia samej dyskusji, a raczej jej braku.

 

Pisałem już o tym w minionym roku, ale teraz, wobec rozkręcenia propagandowej akcji wokół szczepień, trzeba do tego wrócić i stwierdzić, że niepokojące już u początku tendencje tylko się pogłębiły. Mamy mianowicie do czynienia z bardzo groźnym ujednoliceniem przekazu niemal wszystkich mediów głównego nurtu, w tym zwłaszcza największych stacji telewizyjnych. Sytuacja stała się paradoksalna: mimo ogromnej liczby wątpliwości, podnoszonych przez analityków, prawników, ekspertów, organizacje pozarządowe, a także pojedynczych publicystów, główne media w zasadzie przechodzą nad nimi do porządku dziennego, promując jednolity przekaz, w dużej mierze zbieżny z rządowym. To tym bardziej martwi, że mamy do czynienia z całą serią działań, wobec których można wysunąć mnóstwo dobrze uzasadnionych zarzutów. Czy są one słuszne – to kwestia debaty. Najpierw jednak jakakolwiek debata powinna się odbywać.

 

Momentami można odnieść wrażenie, że dziennikarze, którym przedstawiciele obozu władzy nie odmawiają rozmowy, czy to przez niedostateczne przygotowanie czy z jakichś innych powodów, nie są w stanie postawić kropki nad „i”. Oto pierwszy z brzegu przykład: wywiad Beaty Lubeckiej (skądinąd bardzo dobrej dziennikarki) z ministrem zdrowia Adamem Niedzielskim, przeprowadzony kilka dni przed Sylwestrem, a więc przed wejściem w życie zawartego w rozporządzeniu zakazu przemieszczania się, wokół którego rządzący wytworzyli niewiarygodny wprost chaos informacyjny.

 

Lubecka zapytała ministra zdrowia o to, czy zakaz obowiązuje i jakie są jego podstawy. Minister Niedzielski odpowiedział, przywołując artykuł 46. Ustawy o zapobieganiu i zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi z 2008 r. – nie zacytował go jednak. Redaktor Lubecka dalej nie drążyła – a szkoda. Gdyby bowiem skłoniła rozmówcę do zacytowania wspomnianego aktu prawnego lub zacytowała go sama (co nie jest przecież specjalnie trudne – to akt przywoływany przez rządzących wielokrotnie i stanowiący formalną podstawę dla wszystkich epidemicznych rozporządzeń od wiosny, a więc dziennikarze powinni go przynajmniej kojarzyć), słuchacze dowiedzieliby się, że zgodnie z nim w rozporządzeniach można ustanowić „czasowe ograniczenie określonego sposobu przemieszczania się”, ale bynajmniej nie całkowity zakaz przemieszczania się. Niestety, choćby ta oczywista niespójność nie jest przez większość dziennikarzy wskazywana w rozmowach z przedstawicielami rządu lub na konferencjach prasowych – mimo że liczni eksperci i organizacje pozarządowe dostarczają tu przedstawicielom mediów w zasadzie gotowców. Tego typu przykładów można podać mnóstwo.

 

Jeszcze jaskrawsze jest pomijanie kwestii zdolności organizacyjnych polskiego państwa do przeprowadzenia akcji masowych szczepień, podczas gdy zadanie pytań wymaga tu jedynie prostych matematycznych wyliczeń. To samo dotyczy pojawiających się z coraz większą częstotliwością zapowiedzi wprowadzenia – mimo formalnej dobrowolności szczepień – rozwiązań dyskryminujących osoby nie zaszczepione. Tu z kolei należałoby podnieść wątpliwości natury konstytucyjnej. Te same media, które dziś nic takiego nie robią, w sprawach dotyczących choćby sporu o sądownictwo miały na zawołanie cały zastęp ekspertów konstytucjonalistów.

 

Zastanawiająca jednomyślność i wygaszenie krytycyzmu wobec działań dotyczących walki z epidemią właśnie wówczas, gdy te działania nie tylko budzą ogromne wątpliwości formalne, ale w dodatku nabierają charakteru jednoznacznie propagandowego – a niezależne media powinny się zajmować właśnie rozbrajaniem oficjalnej propagandy – to absolutnie fatalne zjawisko, które z pewnością nie zostanie ujęte w żadnym z raportów, dotyczących wolności mediów. Po pierwsze bowiem jest trudno mierzalne, po drugie – bo nie wynika z żadnych instytucjonalnych czy prawnych barier, ale z nastawienia samych redakcji. I to naprawdę powinno nas martwić.

 

Łukasz Warzecha

ADAM SOCHA: Marzenia się zawsze spełniają. Prezesowi TVP

Prezes TVP Jacek Kurski to niebywały szczęściarz. Co sobie wymarzy, to mu się spełnia. Zamarzył sobie ślub w sanktuarium w Łagiewnikach? Trzask prask, natychmiast znaleźli się usłużni księża, którzy i pannie młodej bis, i panu młodemu bis unieważnili poprzednie związki, a sam prezes Jarosław Kaczyński wręczył młodej parze, po ślubie w Łagiewnikach, wielki bukiet biało-czerwonych róż.

 

Następnie wymarzył sobie Sylwestra Marzeń TVP, który zdaniem prezesa Kurskiego, Polkom i Polakom jest tak niezbędny do życia, jak powietrze.

 

W tym roku Sylwester Marzeń musi się odbyć. Dlatego, że w tym roku miliony Polaków zostały skazane w wyniku pandemii na samoizolację. Wszyscy spędzą tego sylwestra w domach, przed telewizorami. W związku z tym tegoroczny Sylwester Marzeń w TVP to jest coś jak prąd, jak gaz, jak woda – powiedział i dodał: – Po prostu jesteśmy medium dostarczanym do każdego domu w Polsce. Jak jedzenie, jak powietrze. Nie można żyć bez Sylwestra Marzeń TVP. Więc on będzie wspaniały, bo jest nam potrzebny, jest tak upragniony przez ludzi”.

 

I co się dziwić, że kabarety padają…

 

Tym razem marzenie miało się ziścić w amfiteatrze w Ostródzie, malowniczo położonym mieście na Warmii i Mazurach. Gwiazdą, tak jak w ubiegłym roku w Zakopanem, był Zenek, a u jego boku wystąpiła cała plejada gwiazdek muzyki disco. Przyznam się, że włączyłem telewizor na TVP 2 dopiero na 3 minuty przed północą i zaraz po północy wyłączyłem, ale to wystarczyło, żeby to co zobaczyłem, mnie zatkało.

 

No cóż, igrzyska towarzyszą ludzkości od zarania. Grecy w tym celu wymyślili olimpiady, starożytni Rzymianie – igrzyska fundowane ludowi przez Cesarzy, a Zjednoczona Prawica – „Sylwester Marzeń”. Mogę się zżymać, że telewizja publiczna powinna podnosić poziom gustów estetycznych Polek i Polaków, a nie obniżać, ale to jeszcze mogę przełknąć.

 

Natomiast w Ostródzie wydarzyło się coś jeszcze i dlatego o tym piszę. Otóż, najpierw ogłoszono narodowi, że w Sylwestra ma siedzieć w domach, a wyjście w godzinach 19.00 – 6.00 rano 1 stycznia, skończy się wysokim mandatem.

 

Hotele i sale balowe mają być zamknięte na cztery spusty. Wyjątek zrobiono tylko dla ekipy TVP przyjmując kurcgalopem 27 grudnia nowelizację ustawy i dopisując do listy osób, które będą mogły korzystać z hoteli, obok m.in. medyków i służ mundurowych, także dziennikarzy radiowych i telewizyjnych.

 

Ale to też bym przełknął.

 

Wkurzyło mnie dopiero ściągniecie na widownię amfiteatru w Ostródzie publiczności, by kamery mogły pokazać, jak naród uwielbia bawić się na Sylwestrze TVP. Publiczność podrygiwała radośnie bez dystansu i bez maseczek. W kąt poszły wcześniejsze gromy na LempartSuchanow i popierających je „totalnych polityków”, za wyciąganie tłumów na ulice.

 

Na głosy krytyki, a także zawiadomienia do prokuratury zareagował Prezes Kurski tłumacząc w „Wiadomościach”, że na widowni nie było publiczności tylko tancerze-amatorzy.

 

– Nie było publiczności dlatego, że byli tancerze. Tancerze byli zarówno na scenie, jak i na widowni. Na scenie byli zawodowi tancerze, którzy mieli przećwiczone fantastyczne zresztą układy choreograficzne, 60 piosenek z tancerzami. Natomiast na widowni byli tancerze amatorzy, ale też ćwiczący w szkółkach, którzy dodawali fantastycznego klimatu. Wszyscy tańczyli, w związku z czym wszyscy byli w pracy i wszyscy tworzyli na zasadzie zawodowej to wspaniałe taneczne, muzyczne show – tłumaczył Kurski.

 

Ten facet, jak skończy się jego era w TVP (każdy Szczepański kiedyś się kończy), zrobi karierę w kabarecie!

 

Prezes Kurski jeszcze dodał, że ten hejt wynika z zawiści. To jest po prostu zawiść różnych ludzi, którzy nie mogą zdzierżyć tego, że telewizja publiczna znowu wygrała, że ma znowu najlepszą ofertę, najlepszą rozrywkę, zrobiła najlepszego sylwestra – ocenił Kurski.

 

Panie prezesie, mną nie kieruje zawiść, tylko smutek, co pan zrobił z medium narodowego. Pan mówisz, że TVP pod pana kierownictwem, jest nam niezbędna, jak prąd, woda i gaz. Zapomniał pan jeszcze o jednym medium, o kanalizacji, a do tego medium Panu najbliżej.
Masz pan jednak niezwykłego farta w życiu, bo każdą pana głupotę i podłość, natychmiast przebiją „totalni”. Tak stało się i tym razem, gdy okazało się, że czołowa celebrytka-aktorka Krystyna Janda, wymiotująca na sam dźwięk słowa „PiS” i na sam widok obu prezesów Jarosława KaczyńskiegoJacka Kurskiego, przyjęła szczepionkę poza kolejką wraz z plejadą innych aktorów i celebrytów w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

 

Janek Pietrzak skomentował to na portalu wpolityce.pl: „To zwykli tandeciarze, relikty PRL”. I vice versa, panie Janku. Nie będę się spierał o wyższość „tandeciarza Jacka Kurskiego” nad „tandeciarą Krystyną Jandą”, czy odwrotnie. Dla mnie to jedna i ta sama „tandeta”

 

Adam Socha

NASZA SONDA: Podsumowanie roku 2020 w mediach i prognozy na przyszły

Koniec roku to tradycyjnie czas refleksji nad minionymi wydarzeniami i pytań o przyszłość. Co ważnego w świecie mediów miało miejsce w kończącym 2020 roku i co mogą nam w tej dziedzinie przynieść kolejne 12 miesięcy?

 

 Jadwiga Chmielowska, sekretarz generalna SDP

Moim zdaniem najważniejszą rzeczą w tym roku było wykupienie z rąk niemieckich gazet oraz portali lokalnych i regionalnych. Następną istotną sprawą dla mnie jest to, że Radio Wnet otrzymało kolejne koncesje i może już nadawać w innych miastach. Warto zwrócić też uwagę na problemy z wydawaniem gazet w związku z pandemią SARS-CoV-2.

 

Co nas czeka? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, jednak spodziewam się, że będą duże naciski na dziennikarzy. Chodzi o to, aby nie pisali oni prawdy, żeby dalej zajmowali się głównie propagandą. To mnie bardzo martwi, bo tę propagandę widać we wszystkich kierunkach. Najważniejsze do przezwyciężenia są właśnie te „bańki informacyjne” i na to trzeba położyć większy nacisk. Do ludzi po prostu nie dociera właściwa informacja, a co za tym idzie, nie mogą oni podejmować rozsądnych decyzji. Poza tym okropne jest to, że artykuł 212 wciąż funkcjonuje, dziennikarze są zastraszani, wodzeni po sądach. Mam nadzieję, że w 2021 roku, po wielu latach starań, ten komunistyczny przepis wreszcie zniknie.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, wiceprezes SDP

Najważniejsze wydarzenie w mijającym roku to oczywiście pandemia i związana z nią „infodemia”, czyli zalew informacjami na ten temat, niestety także nieprawdziwymi, fake’owymi. Ale, w mojej ocenie, najważniejszym wydarzeniem w Polsce w świecie mediów była zapowiedź zakupu niemieckiego wydawcy polskich gazet regionalnych, czyli spółki Polska Press, przez polską firmę PKN Orlen. Transakcję tę już określono mianem wybuchu bomby atomowej na naszym rynku prasy. Rzecznik Praw Obywatelskich widzi w niej powrót do „niechlubnych tradycji RSW Prasa-Książka-Ruch”, politycy opozycji i związane z nimi media alarmują o budowanej przez Orlen dyktaturze i głoszą, że dziennikarze mediów Polska Press muszą się bać utraty pracy, bo przecież Orlen ich wszystkich wyrzuci na bruk… Tymczasem ta transakcja to naprawdę wielka szansa na przełamanie dominacji wydawnictw zagranicznych na rynku regionalnej prasy drukowanej i regionalnych portali w Polsce. By zrozumieć, co tak naprawdę oznacza ten zakup niemieckiego wydawcy 20 z 24 gazet i licznych portali regionalnych przez polski podmiot trzeba uświadomić sobie z jak patologiczną sytuacją w mediach mamy do czynienia obecnie. Otóż, w wyniku skandalicznie przeprowadzonej w latach 90. prywatyzacji polskiej prasy drukowanej, dziś na tym rynku absolutnie królują podmioty zagraniczne. Najwięcej gazet w Polsce, bo około 200 milionów egzemplarzy sprzedaje niemieckie wydawnictwo Bauer, tuż za nim jest niemiecko-szwajcarski koncern Ringier Axel Springer, który sprzedaje blisko 120 milionów egzemplarzy gazet i czasopism, a numer trzy, ze sprzedażą ponad 100 milionów gazet drukowanych rocznie, to właśnie spółka Polska Press, której właścicielem jest niemieckie wydawnictwo Verlagsgruppe Passau. Ta firma jest praktycznie monopolistą na rynku mediów regionalnych, wydaje gazety takie jak „Głos Wielkopolski”, „Dziennik Zachodni”, „Gazeta Pomorska”, „Gazeta Wrocławska” czy „Dziennik Łódzki”. Tytuły są polskie, bo gazety te zaczęły się ukazywać tuż po II wojnie światowej, ale polscy czytelnicy nawet nie zdawali sobie sprawy, że właścicielem tej prasy jest ktoś z innego kraju. Gazety te zresztą są regionalne tylko z nazwy – w Poznaniu, Gdańsku czy Katowicach redaguje się zaledwie kilka stron, a reszta to wspólny przekaz z centrali w Warszawie. Ta transakcja to krok w dobrą stronę. Lepiej późno niż wcale.

 

W nadchodzącym roku spodziewam się niestety nasilenia walki i rywalizacji politycznej prowadzonej w mediach oraz pogłębiania procesów przechodzenia od mediów tradycyjnych do mediów cyfrowych. Pandemia tak bardzo przyspieszyła ten proces, że już niedługo może się okazać, iż media naprawdę masowe to tylko te czytane i odtwarzane w sieci, obojętnie czy na smartfonach, czy laptopach. Ale jestem coraz większą optymistką, jeśli chodzi o tradycyjne dziennikarstwo – ono przetrwa. Potrzebujemy informacji sprawdzanych przez dziennikarzy i zdobywanych z tzw. pierwszej ręki, potrzebujemy wywiadów, reportaży i filmów dokumentalnych. Wzrasta świadomość odbiorców i ich zapotrzebowanie na rzetelne i solidne informacje, pozbawione tej potężnej dawki emocji, którą dziś można spotkać we wszystkich wydaniach prasy, radia, telewizji i internetu.

 

Witold Gadowski, wiceprezes SDP

Najważniejszym wydarzeniem w świecie mediów była ogromna utrata wiarygodności głównych mediów, jeżeli chodzi o relacjonowanie prawdy o pandemii.

Czego możemy się spodziewać w nadchodzącym roku? Klientelizacji dziennikarzy, czyli dalszego upadku prestiżu i wiarygodności tego zawodu. W tej chwili właściciele mediów robią z dziennikarzy propagandystów, a ci, którzy się na to nie godzą, muszą się pożegnać z głównymi mediami.

 

Zbigniew Rytel, członek Zarządu Głównego SDP

W tym roku nie potrafiłbym wyróżnić jednego wydarzenia, które miałoby być jakoś szczególnie ważne dla świata dziennikarskiego. Natomiast zwróciłbym uwagę na dwa wyraźne zjawiska, które istniały już wcześniej, ale w minionych miesiącach pogłębiały się.

Pierwsze, to odchodzenie od podstawowej funkcji dziennikarstwa, czyli od informowania i wyjaśniania świata, w kierunku czystej rozrywki albo czystego infantylizmu, czy też czystej głupoty. Mam na myśli robienie newsów z wydarzeń kompletnie nieistotnych. Temu wszystkiemu sprzyjają nowe możliwości technologiczne, w tym też sztuczna inteligencja i boty, które wykluczają ingerencję człowieka. To wszystko powoduje, że dziennikarstwo w rozumieniu klasycznym przestaje być ważne i potrzebne.

Drugie niebezpieczeństwo to odchodzenie od pryncypiów dziennikarskich, w kierunku udziału w walkach politycznych, ideologicznych, a nawet szerzej, bo nie tylko o politykę tu chodzi. Konsekwencją jest zamykanie się grup mediów w swoich bańkach ideowych, co powoduje, że odbiorca przestaje dostawać spluralizowany obraz świata z wielu różnych źródeł, a dociera do niego wyłącznie jednowymiarowy przekaz zarówno informacyjny, jak i publicystyczny. Dziennikarstwo w tej sytuacji przestaje być zajęciem potrzebnym, bo staje się funkcją społeczną użyteczną jedynie z perspektywy wykorzystania go do określonych celów.

 

Niestety w nadchodzącym roku możemy się spodziewać nasilenia tych zjawisk, czyli będziemy brnąć w te same ślepe uliczki coraz głębiej i szybciej. Odwrócenie tej tendencji jest poza zasięgiem dziennikarzy i mediów, bo to jest pochodna zmian społecznych, których doświadczamy.

 

dr hab. Dagmara Drzazga, dziennikarka i reżyserka, związana z katowickim oddziałem TVP

Może zmodyfikuję nieco pytanie i odpowiem, które z wydarzeń minionego roku uważam za najbardziej wstrząsające. Były to z pewnością relacje mediów dotyczące pandemii: widok płaczącego z bezsilności hiszpańskiego lekarza, słaniających się ze zmęczenia pielęgniarek, wywożonych trumien, wyludnionych miast. No i Droga Krzyżowa na Placu Świętego Piotra – porażająca wprost pustką i smutkiem.

A w nadchodzącym roku, obyśmy mieli coraz więcej relacji o tym, że wracamy do normalności.

 

dr Violetta Rotter-Kozera, autorka filmów dokumentalnych, reportaży, programów kulturalnych

Pandemia zmusiła świat kultury do niekonwencjonalnych rozwiązań. Zaimponowała mi postawa wielu artystów, twórców i szefów instytucji kultury, którzy postanowili mimo wszystko dotrzeć do publiczności. Z ostatnich wydarzeń wrażenie zrobiła na mnie świetnie zrealizowana przez zespół Opery Śląskiej w Bytomiu „Łucja z Lammermoor”. Transmisję online oglądało ponad 5 tys. osób (pokaz biletowany).

 

Czego możemy się spodziewać w 2020 roku? Wybór wartościowych propozycji medialnych będzie coraz trudniejszy. Już teraz żyjemy w świecie nachalnych reklam, promocji i „wyjątkowych” okazji.

 

Zebrała Małgorzata Irena Skórska

 

 

 

MAGDALENA KAWALEC-SEGOND: Luksus życia offline

„Co dla jednych jest podłogą, to dla drugich jest sufitem” – napisała w „Granicy”’ Zofia Nałkowska. Dla jednych luksusem jest online, dla innych offline.

 

Ci pierwsi, cyfrowo wykluczeni, są w dobie pandemii praktycznie pozbawieni łączności ze światem zewnętrznym. Bo co to za łączność dziś: telefon bez internetu, gazeta papierowa (raczej gazetka z lokalnego sklepu wielkopowierzchniowego) i telewizja? Minęło pół roku, a nie wymyśliliśmy systemu autobusów z WiFi udostępniających Internet uczniom tam, „gdzie diabeł mówi dobranoc”, a jest nadal wiele takich miejsc. Nie przeprowadzono również telewizyjnych kursów korzystania z Internetu dla osób w wieku podeszłym, a skazanych właściwie przez pandemię na internetową bankowość, internetowe zakupy i internetową służbę zdrowia. Szybki Internet prawem, nie towarem okazuje się.

 

Ci drudzy zostali skazani na pracę w sieci, edukację w sieci, towarzystwo w sieci, rozrywkę w sieci i seks w sieci. A nawet religię w sieci. I pewnie wiele innych rzeczy w sieci. Na zakupy chodzą już jak na wyprawy wakacyjne z przygodami (chyba, że też robią je w sieci). Wśród nich my – dziennikarze. Żyjemy w sieci.  Wolni strzelcy, jak ja, znali już wcześniej smak tej komunikacji z redakcją (i samym szefem) wyłącznie drogą poczty elektronicznej lub komunikatorów internetowych, świat riserczerów bez wiedzy, co było na kolegium i o czym właściwie ten program ma być etc. Uroki pracy zdalnej (poza redakcją, poza korytarzami o dowolnym nachyleniu względem podłoża, poza kafeterią względnie bufetem – gdzie w zasadzie dzieje się zawsze to, co najważniejsze – i poza kolegium). Znali, zanim to stało się modne.

 

Pandemia sprawiła, że wszyscy zaczęliśmy funkcjonować przed komputerem otoczeni wyłącznie najbliższymi (lub nikim). Dziennikarze, którzy nie wiedzą realnie, co się na świecie dzieje, gdyż mają z tym kontakt jedynie przez ekran monitora. A to groźne, bo może się okazać, że analizy rzeczywistości, są w istocie metaanalizami obrazów przefiltrowanych już tak przez cenzorskie oko mediów społecznościowych, jak i „oko na Maroko” mediów „zaangażowanych po każdej ze stron”. Jan Kowalski, na przykład ten cyfrowo wykluczony, a więc dziś totalnie niewidzialny, przezroczysty taki, znika nam z horyzontu. Widzimy nawalankę na ulicach, nie widzimy cichego zgonu sąsiada z 2. piętra w naszej kamienicy. Nie spotkamy już nikogo w knajpie, w klubie, na fitnesie, w kościele, pod szkołą/przedszkolem, gdzie odwozimy dzieci, ani nawet na ulicy czy w autobusie. Każdy jest zamaskowany. Nic nam nie powie. Nie zacznie z nami rozmawiać.

 

Musi tak być i dopóki na bieżąco w szpitalach jest 19 tys. ludzi zakażonych (czyli maks, jaki system ochrony zdrowia jest w stanie pomieścić), to nie ma co fikać. A jednak nam zaburza to rzeczywistość chyba bardziej, niż np. kierowcom autobusów. Nawet już nie widzimy, jak patrzą sobie w oczy koledzy po fachu ze swoimi rozmówcami. De facto nie widzimy mowy ciała tych rozmówców. Umyka nam spora część dawniej uchwytnej informacji.

 

Miała być globalna wioska i zero prywatności, powszechna wiedza wszystkich o wszystkim, a została nam w zdezynfekowanych rękach pośrednia wiedza wynikła z trzeciej wody po informacyjnym kisielu. Przed covidem dało się prawdę ekranu konfrontować z prawdą czasów. Głównie chodząc po ulicach i mieszkając, pracując, ucząc się, modląc się i kochając wśród ludzi. W czasach pandemii mamy tylko prawdę ekranu. A że ekrany są wszystkie krzywe, aczkolwiek rozmaicie, to mamy do złożenia w całość (jak ktoś ma na to jeszcze czas) zestaw deformacji.

 

To strasznie męczy. Coraz więcej osób naszej profesji (i wielu innych, choćby wykładowców akademickich) po prostu ucieka od Internetu. Najpierw z mediów społecznościowych, o ile nie są im do pracy niezbędne… a nawet i wtedy. Z neurobiologicznego punktu widzenia, rzecz jest prosta: mózg jest przemęczony. W dodatku to ciągłe siedzenie – szkielet też ma dość. Dziś rozmawiamy godzinami całymi z ludźmi z pozycji, w której kiedyś tylko pisaliśmy, ewentualnie czytaliśmy.

 

W Święta też nie wyjdziemy z domu, nie wyjedziemy, nie będzie spotkań z innymi. Czy będzie szansa, żeby ucieszyć się luksusem bycia offline? No i jak to zrobić? Istnieje sporo poradników. Wszystkie w Internecie. Czy najlepszy byłby brutalny odwyk? A może jednak wygodniej, na tle zdjęć z Toskanii, wejść przez Internet w zakładkę „Digital detox” (TUTAJ). Tak, strony dla podróżników pozostają niezastąpionym – i dostępnym za jednym kliknięciem źródłem inspiracji. Pouczają nas on-ine, jak wielkim luksusem jest bycie „off” i  życie chwilą (TUTAJ). Chwilo trwaj, zapewniona szybkość jest liczona w gigabajtach na sekundę.

 

Można też podejść do zagadnienia odpiłowywania się od Internetu systematycznie – poprzez tzw. zmniejszanie (TUTAJ). Kilka praktycznych rad dotyczących tego podejścia naprawdę mnie urzekło (dowodzą one również niezłej znajomości ludzkiej fizjologii u autorów, dlatego się nimi podzielę). „Miej tylko dwa konta e-mail: jedno biznesowe i jedno prywatne. Zamknij Gmaila i inne konta i aktywuj opcje sprawdzania poczty elektronicznej na żądanie (żadnych dzwoneczków). Poświęcaj czas na Facebooka (teraz to już dla dziadersów i liberałów, ale gdzie kto tam jest) raz dziennie i NIE podczas posiłków czy przerwy na herbatę. Wyłącz powiadomienia z Facebooka w telefonie. Publikuj tylko na stronie profesjonalnej, zmniejsz ilości informacji, które umieszczam na moim osobistym profilu. Akceptuj tylko zaproszenia od osób, które znasz w „prawdziwym życiu”. Eliminuj wszystkie aplikacje i konta, których nie używasz do pracy. Przestań przeglądać.”

 

Gdy osiągamy ten etap internetowego poradnictwa, jak się odpiłować od Internetu, okazuje się, ze robimy to, by… zaoszczędzić czas. Można, jak sugerują autorzy, wykorzystać go na „czytanie papierowych książek, dzwonienie do ludzi lub umówienie się na spotkanie na Skype, odręczne pisanie innowacyjnych pomysłów, konspekty projektów, przemyślenia, które mogą wymagać dalszych badań. Naukę nowego języka” Oraz „spędzanie więcej czasu na zewnątrz (nawet bez telefonu). Może to brzmieć nierealnie, ale szczęście sprzyja śmiałkom, prawda?”.

 

I nawet nie dotknęłam tematu odcinania się od „treści rakotwórczych”, których Internet jest pełny jak fiolka wyładowana skoncentrowanym bromkiem etydyny. Może to jest nasza jedyna nadzieja na uniknięcie poważnego nowotworu?

 

Że offline jest luksusem zauważyli już autorzy przejmującego dokumentu duńskiej telewizji publicznej VPRO z 2016 (TUTAJ). Coraz mniej białych plam bez Internetu na mapie świata. Musimy odłączyć się sami. Kouczing dotyczący tego zagadnienia sugeruje jednak, że z jednej sieci istnieje doradzana internetowo  ucieczka do innej. To jest wybór aplikacji, a nie sposobu egzystencji. Nie da się też całkiem zignorować faktu, że gdy życie przeniesie się już kompletnie on-line, ci, którzy będą off-line zostaną całkiem z tyłu. Niewidzialni.

 

Adam Bogoryja-Zakrzewski reportażystą 2020 roku

Poznaliśmy laureatów XVI Ogólnopolskiego Konkursu Reportażystów MELCHIORY 2020. Tytułem radiowego reportażysty roku za odkrywanie świata wymagające dużego zaangażowania i często także odwagi osobistej uhonorowano Adama Bogoryję-Zakrzewskiego ze Studia Reportażu  Polskiego Radia. Otrzymał statuetkę Melchiora i nagrodę pieniężną w wysokości 20 000 złotych ufundowaną przez Polskie Radio.

 

Srebrnymi Melchiorami i nagrodami w wysokości 10 tysięcy złotych uhonorowano: Agnieszkę Czyżewską–Jacquemet z Polskiego Radia Lublin za reportaż „Towarzysz śmierci” oraz Katarzynę Michalak, również z Polskiego Radia Lublin, za reportaż „Jestem człowiekiem uchem”.

 

Specjalne wyróżnienie w kategorii Premiera Roku otrzymała Katarzyna Michalak z Polskiego Radia Lublin za reportaż „Śpiewajcie wolność”, który uchwycił zaangażowanie i entuzjazm studentów KUL – organizatorów koncertu Joan Baez z 1985 roku.

 

W telewizyjnej kategorii Inspiracja Roku jury przyznało nagrodę Beacie Bajkiewicz z TVP 3 Warszawa, autorce reportażu „Zmysły wojny” – za przedstawienie roli kobiet w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku.

 

Mistrzów reportażu wybierało jury w składzie: przewodnicząca Irena Piłatowska-Mądry, Anna Sekudewicz, Andrzej Brzoska, Maciej Drygas i Arkadiusz Gołębiewski.

 

opr. jka, źródło: Polskie Radio, fot. Wojciech Kusiński/Polskie Radio

 

 

 

MARZANNA STYCHLERZ-KŁUCIŃSKA: Teologia medialna o. Rydzyka

Skandalicznymi słowami o. dyrektor Tadeusz Rydzyk: – Ksiądz zgrzeszył, no zgrzeszył. A kto nie ma pokus? – bronił biskupa Edwarda Janiaka oskarżonego o tuszowanie pedofilii.Wywołały one szok. Także wśród katolików. Niemniej, zmasowany atak liberalno-lewicowych mediów na redemptorystę uważam za przesadzony. Tu jest drugie dno.

 

Temu środowisku kością niezgody stoi ten doktor nauk teologicznych, który zdołał przez trzy dekady zbudować tak silne imperium medialno-edukacyjne. Przełamując tym samym monopol w przekazie medialnym środowiska „Gazety Wyborczej” i „Polityki”.

 

Na początku lat 90., kiedy ojciec dyrektor zabierał się za budowę swego dzisiejszego majątku, niepodzielnie panował przekaz liberalno-lewicowy, z wiodącą pozycją wydawnictwa Agora. To redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik wystawiał cenzurki moralności wszystkim uczestnikom życia publicznego. Zwykle przekaz ten co tydzień uwieńczała „Polityka”, z czasem dołączył tygodnik „NIE”, „Newsweek Polska”, dziennik „Fakt” i większość portali internetowych.

 

Majątek wart miliony

 

Po trzydziestu latach działalności, a jakże, jest czego zazdrościć zmyślnemu księdzu. Zdołał stworzyć i dzisiaj zarządza swoistym imperium. To nie tylko telewizja Trwam i Radio Maryja, ale także gazeta „Nasz dziennik”, fundacje Lux Veritatis i Nasza Przyszłość. Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej, biznes geotermalny, sieć telefonii komórkowej, produkcja płyt, książek, poradników, filmów reklamowych i dokumentalnych. Kilka lat temu tygodnik „Wprost” oszacował majątek o. Rydzyka na ok. 200 mln zł.

 

Jeden z recenzentów obrony doktoratu o. Rydzyka – dominikanin o. Jacek Salij napisał, że przekaz Radia Maryja wydaje się najlepszą odpowiedzią na „znaki czasu” i potrzeby współczesnego człowieka.

 

Zazdrość środowisk lewicowywo-ateistycznych wzbudza też długa lista dobroczyńców, zwłaszcza po wygranych w 2015 r. wyborach parlamentarnych przez obóz Zjednoczonej Prawicy. Na tej liście znajdziemy m.in. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które wyłożyło  niedawno 117 mln zł na budowę Muzeum „Pamięć i Tożsamość”, dedykowane Polakom ratującym Żydów. Dalej, Kancelaria Premiera przekazała 5 mln zł na dofinansowanie parku Pamięci Narodowej. Resort spraw zagranicznych podarował kolejne  596 tys. zł na opracowanie architektonicznej koncepcji kaplicy upamiętniającej Polaków ratujących Żydów, na międzynarodowe centrum informacyjne w tej dziedzinie oraz na projekt upamiętniający rotmistrza Pileckiego. Na liście dobroczyńców znajdziemy także resort sprawiedliwości, który dofinansował kwotą 460 tys. z Funduszu Sprawiedliwości w 2017 r. projekty przeciwdziałania przestępczości. Rok wcześniej  487 tys. zł wpłaciło ze swej subwencji publicznej Prawo i Sprawiedliwość. Ta dotacja wywołała burzę, rzadko się zdarza, by partia polityczna wprost finansowała organizację pozarządową o tak specyficznym profilu działania. Trudno z kolei kwestionować tezę podnoszoną przez środowisko „Gazety Wyborczej” i portalu Onet, iż obie strony czerpią z tej współpracy korzyści. Imperium redemptorysty – materialne i prestiżowe, a obóz Zjednoczonej Prawicy – wizerunkowe, wyborcze i polityczne. Dziennikarka portalu OKO.press Bianka Mikołajewska wyliczyła, iż w ciągu pięciu lat rządów Zjednoczonej Prawicy na konta podmiotów związanych z ojcem dyrektorem wpłynęło ponad 214 mln zł.

 

Połączenie tronu z ołtarzem

 

Siła oddziaływania ojca dyrektora  jest tak duża – wedle dziennikarzy o wrażliwości liberalno-lewicowej, iż to on dziś obala i namaszcza politycznych liderów, wystawia lub cofa świadectwa moralności. Czy faktycznie osoby, w tym katolicy, którzy nie należą do sympatyków o. dyrektora Tadeusza RydzykaJarosława Kaczyńskiego mają problemy z tym ostentacyjnym przymierzem? Pewności nie mam.

 

Zasadna natomiast wydaje się wątpliwość podnoszona tu i ów; jak pogodzić tak hojne dotacje z apelem o. dyrektora Tadeusza Rydzyka w radiu Maryja i telewizji Trwam o „wdowi grosz”? Przed 2015 r. te apele były jeszcze zasadne. Media katolickie generalnie mają mało reklamodawców, tym bardziej w sytuacji, kiedy rząd wybiera publikację akcji społecznych w mediach świeckich, o szerokim zasięgu.

 

Byłam zniesmaczona, kiedy jesienią 2015 r., po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych, Jarosław Kaczyński dziękował o. Rydzykowi: -„ Bez ciebie ojcze dyrektorze nie byłoby tego zwycięstwa. Ojciec dyrektor skromnie siedzi, a powinien wstać. Nie byłoby tego zwycięstwa bez Rodziny Radia Maryja. Nie byłoby. Fundamentem polskości jest Kościół i jego nauka. Radio Maryja i Rodzina Radia Maryja są potrzebne także dziś, kiedy przed nami trudna droga pod górę. Musimy ją przejść razem. I przejdziemy ją, wbrew wszystkiemu. Przejdziemy, wierząc, że służymy Polsce. Wiedząc, co jest istotą polskości. Wiedząc, że nie ma Polski bez Kościoła. Wiedząc, że każdy, choćby nie miał łaski wiary, musi to przyjąć …. Każda ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę”.

 

W niemal każdym wywiadzie o. Rydzyk mówi, że od początku miał poczucie apostolskiej misji. Pragnął ewangelizować, by ratować człowieka przed złem, za jakie uznał współczesną cywilizację zachodnią.

 

Kult szatana

 

Jeszcze jako zakonnik zwiedził Europę. W drugiej połowie lat 80., mówiąc już płynnie po niemiecku, zetknął się w Bawarii z katolickim Radiem Maria Internazional, krytykowanym wtedy w Niemczech za przekaz treści ksenofobicznych i agresję.

 

Kiedy ojciec dyrektor odwiedził niemiecką rozgłośnię, musiała ona na polecenie lokalnego ordynariusza zmienić szefa i profil. Zamiast krytykować rozpustę, politykę imigracyjną, „lewactwo” i New Age, miała się skupić na modlitwie. Dla młodego księdza Rydzyka to był szok. W jednym z wywiadów wspomina: „Zobaczyłem sytuację, która była wówczas w Niemczech, m.in. organizacje szkodzące Kościołowi i wpływ ideologii nowej lewicy. Nurt socjalizmu ciągnie się od dawna, żeby to zrozumieć, trzeba poznać historię. Zobaczyłem New Age, kult szatana, to wszystko, co było określane mianem >nowoczesności<. Z niepokojem patrzyłem, dokąd ci ludzie idą i jak giną w nowej ideologii.”

 

Wypełnił społeczną lukę

 

Działacz katolicki, prof. Andrzej Tyc wspomina, że o. Tadeusz Rydzyk trafił na Zachód, kiedy Kościoły pustoszały na potęgę: – To wzbudziło jego przerażenie. Stad jego późniejsza wrogość do liberalizmu i Unii Europejskiej. On tego nie ukrywa.

 

Tak formułowała się prywatna „teologia polityczna” o. Tadeusza Rydzyka: podejrzliwość wobec zachodniego świata, potrzeba wskazania i napiętnowania wrogów Boga i Kościoła.

 

Ale żyć z czegoś trzeba było, więc redemptorysta wykorzystał funkcję kapelana sióstr prowadzących dom dziecka w Bawarii. Dzięki ich pomocy wysyłał bezcłowo samochody do Polski. Rozkręcił też biznes pielgrzymkowy, organizując wyjazdy zamożnych niemieckich emerytów do Medjugorie w Jugosławii, gdzie miała się objawić Matka Boża. Jednak idea radia jako „narzędzie formacyjnego” go nie opuszczała.

 

Dziennikarz „Polityki” Adam Szostkiewicz na łamach pisma zastanawia się, dlaczego w Polsce mogło narodzić się imperium teologiczne?: „Dlaczego? Widać trafiło ze swoim przekazem w jakąś społeczną lukę, gdzie było na taki przekaz zapotrzebowanie. Nie chodzi tylko o ludzi starych, biednych, samotnych i niewykształconych. Z badań wynika, że w ruchu radiomaryjnym spotkamy także osoby dobrze sytuowane, bywałe w świecie, a mimo to zaniepokojone gwałtownymi zmianami społecznymi i kulturowymi, odczuwające potrzebę silnego autorytetu, przywództwa, busoli moralnej i politycznej; na kogo powinni głosować, którym liderom wierzyć?”

 

I sobie odpowiada: „W ocenie tych ludzi, a było ich sporo, na te ich niepokoje nie odpowiadali dostatecznie politycy, media, a nawet przywódcy kościelni. Nagle znaleźli to, czego szukali: Radio Maryja, >katolicki głos w twoim domu<! Głos swojski, nasz polski, godnościowo-patriotyczny i religijny; w duchu, w jakim byli od pokoleń wychowywani. Tak wyłoniło się centrum ewangelizacyjne, o jakim marzył redemptorysta: nowoczesne technologicznie.<

 

Warto odnotować, że Radio Maryja jako pierwsza rozgłośnia w Polsce wprowadziła kontakt ze słuchaczami. Każdy mógł chwycić za słuchawkę i podzielić się z redaktorem swoimi uwagami, przemyśleniami, wątpliwościami. I nikt go nie wyśmiewał, nie odsyłał do lamusa. W ten sposób wzmacniała się identyfikacja słuchaczy z rozgłośnią. Autor przywołanego artykułu z „Polityki” nie byłby sobą, gdyby nie poczęstował rozgłośni epitetami w rodzaju:  „ultrakatolickie” i „antyliberalne” „zszyte z fobii i uprzedzeń ojca założyciela”.

 

Rydzyk zdaje się swoim krytykom, także w koloratkach, jeździć po nosie i zapewniać, że on włada „bezpośrednim telefonem do nieba”.

 

Adam Szostkiewicz zna, choćby po części, przesłanki takiego a nie innego przekazu mediów kontrolowanych przez o. dyrektora Tadeusza Rydzyka. Jest to „żyzne wciąż podlegające ludowej,  tradycjonalistycznej, często niedojrzałej polskiej religijności, która potrzebuje licznych manifestacji swej obecności publicznej: pochodów, procesji, kongresów, rozbudowanych liturgii i ceremonii z udziałem dygnitarzy państwowych.”

 

Moim zdaniem sztuczny jest podział Kościoła na tzw. otwarty i zamknięty (ludowy). On wynika, jeżeli już, z wrażliwości każdego człowieka. Jeden lubi zamanifestować swoją wiarę uczestnicząc w akademickiej pielgrzymce z Warszawy do Częstochowy, a drugi – współpracując z pismami katolickimi lub opiekując się przydrożną kapliczką.

 

Redaktor naczelny tygodnika „Niedziela” ks. dr Jarosław Grabowski  powiedział niegdyś: „Od mediów katolickich zawsze powinno się wymagać więcej, bo nie są one medialnym fast foodem”.

 

Zgadzam się. Liczę więc na to, że o. dyrektor Tadeusz Rydzyk powstrzyma swój temperament językowy i nie będzie już określał  biskupa Janiaka współczesnym „męczennikiem mediów”.

WOJCIECH POKORA: Swawola nie jest odmianą wolności

Gazety, rozgłośnie radiowe, stacje telewizyjne z obcym kapitałem funkcjonują w Polsce na podstawie prawa naszego kraju. Tak samo powinny działać media społecznościowe.

 

Portale społecznościowe miałyby obowiązkowo pełnomocników, do których można byłoby się odwołać w spornych sprawach. Jeśli ta procedura nie wystarczyłaby, użytkownik powinien mieć też możliwość odwołania się do specjalnie powołanego do tego celu sądu wolności słowa. Takie m.in. zapisy miałyby znaleźć się w zapowiedzianej przez Ministerstwo Sprawiedliwości ustawie o wolności słowa w internecie.

 

O co chodzi? Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zapowiedział, że kierowany przez niego resort przymierza się do wprowadzenia rozwiązania, mającego na celu ochronę wolności słowa w internecie. Byłyby to narzędzia pozwalające odwołać się do organu, który rozstrzygnie, czy dane treści w mediach społecznościowych naruszają dobra osobiste, czy może dochodzi do cenzury. Jak przekonuje Ziobro, co podczas konferencji prasowej podkreślał kilkukrotnie, nie chodzi w tym o cenzurę, lecz cenzurze zapobieganie.  Mamy świadomość, że to nie jest łatwy temat, mamy świadomość, że w internecie powinna by też sfera gwarancji dla każdego, kto czuje się pomówiony, sfera ograniczeń różnych treści, które mogą nieść ze sobą negatywny wydźwięk dla sfery wolności innych osób. Ale chcielibyśmy zaproponować takie narzędzia, które będą pozwalać zarówno jednej, jak i drugiej stronie, odwoływać się do decyzji organu, który będzie mógł rozstrzygać, czy rzeczywiście treści ujawnione na takim czy innym koncie społecznościowym naruszają dobra osobiste, czy mogą być eliminowane, czy może dochodzi do cenzury – tłumaczył minister sprawiedliwości.

 

Oczywiście część ekspertów natychmiast zaczęło bić na alarm, że wprowadzana jest cenzura. W ślad za nimi poszły niektóre portale, jak np. należący do szwedzkiej Grupy Bonnier serwis bankier.pl, który w tytule informacji na temat planów Ziobry pyta: Będzie cenzura na Twitterze i Facebooku? Minister sprawiedliwości zapowiedział projekt ustawy o mediach społecznościowych

 

Co ciekawe serwis nie uzasadnia w treści artykułu swojej tezy zawartej w tytule. Przeciwnie, cytuje Zbigniewa Ziobrę, który zapewnia, że można podać „wiele przykładów”, które „pokazują absurdalność decyzji rozmaitych organów prywatnych, korporacji międzynarodowych, które cenzurują wypowiedzi czy to polityków, czy to użytkowników prywatnych”:

 

W Niemczech minister sprawiedliwości może arbitralnie podjąć decyzję, jakie treści trzeba wyeliminować z internetu. To wprowadzanie cenzury. My chcemy wyważyć pomiędzy wolnością debaty publicznej, naruszaniem czyichś dóbr – powiedział Zbigniew Ziobro i dodał, że:  rozwiązania w tych krajach (Niemczech i Francji na które się powołuje – przyp. WP) koncentrują się na tym, by eliminować i ograniczać treści, które zdaniem organów naruszają prawo co prowadzi do sytuacji, w której władza  ma prawo podejmować decyzje o eliminacji treści z internetu poza jakąkolwiek kontrolą. W Polsce ma to wyglądać inaczej. Zbigniew Ziobro słusznie zauważa, że rozwiązaniom niemieckim i francuskim zarzuca się wprowadzanie cenzury, która ma na celu ograniczenia swobody debaty demokratycznej, która zdaniem ministra nie powinna być ograniczania na podstawie decyzji jakiegokolwiek organu.

 

W czym zatem problem? Chodzi o to, że zarówno Facebook jak i Twitter zdominowane są przez lewicową ideologię i nie trzeba tu dziennikarza śledczego by to udowodnić. Wystarczy wejść na Facebooka i zgłosić administracji tego portalu treści nawołujące do przemocy wobec wyznawców chrześcijaństwa, bądź sprawdzić jak wiele istnieje fanpejdży propagujących komunizm. Jeśli ktoś nie wierzy, to proszę znaleźć na Facebooku stronę Komunistycznej Partii Polski i spróbować ją zgłosić do administracji jako promocję totalitaryzmu. Nie będzie skutku. W odróżnieniu do zamieszczenia na swoim profilu zdjęcia np. z Marszu Niepodległości, gdzie pojawi się symbol Falangi. Tu można być pewnym, że blokada za promocje totalitaryzmu nastąpi natychmiast, o czym przekonali się tuż przed 11 listopada 2016 r. m.in. ówczesny redaktor naczelny „Super Expressu” Sławomir Jastrzębowski czy poseł Kukiz’15 Marek Jakubiak, którym Facebook zablokował konta za opublikowanie plakatu Marszu Niepodległości.

 

W takich przypadkach pojawiają się często tłumaczenia, że prywatny podmiot może sobie postępować zgodnie z własnym regulaminem i nikomu nic do tego, jak ten regulamin jest skonstruowany. Nie chcesz to nie korzystaj z serwisu. Tylko, że pojawiają się tu dwa problemy. Pierwszy jest taki, że trzeba zdefiniować czym są media społecznościowe. Czy to na pewno przestrzeń prywatnego przedsiębiorcy, eksterytorialna, rządząca się własnymi prawami gdzie nie działają żadne zasady poza ustalonymi przez właściciela? Jeśli tak, to za chwilę może się okazać, że w podobny sposób zdefiniowany zostanie internet jako globalna sieć i ktoś go zechce skomercjalizować. Wydzieli nam kawałek przestrzeni, którą będzie powoli i systematycznie poddawał kontroli, jak robi to już np. Google. Może się wówczas okazać, że musimy zgodzić się na narzucane haracze i rozwiązania „statutowo-ideologiczne” bo przestanie działać nam coraz więcej urządzeń, które są powiązane z tymi globalnymi graczami. Spróbujcie używać smartfonu z systemem Android bez konta Google. Może za 15 lat nie uda nam się bez takiego konta uruchomić samochodu? Jeśli zatem uznamy, że jednak prywatny monopolista nie stoi ponad prawem, przechodzimy do punktu drugiego – jak uregulować prawnie działanie podmiotu zagranicznego? Najlepiej zrobić to na tej zasadzie, na jakiej działają w Polsce zagraniczne media. Chcesz wydawać w Polsce, zarejestruj tutaj tytuł zgodnie z obowiązującym prawem. Chcesz nadawać zdobądź koncesję spełniając warunki. Przecież działające w Polsce gazety z obcym kapitałem funkcjonują na podstawie prawa kraju, w którym tytuł jest wydawany, a nie kraju pochodzenia wydawcy. Tylko jest jeden problem. Media społecznościowe to nowe zjawisko. Portale informacyjne, na których pojawiają się komentarze czy inne treści zamieszczanie przez użytkowników, jak np. blogi to też nowe zjawisko. I trzeba je uregulować prawnie. Stąd poszukiwanie odpowiednich rozwiązań, bo mitem jest, że bez regulacji ze strony ustawodawcy poruszamy się w warunkach bezwzględnej wolności. Taka wolność nie istnieje. Jeśli ktoś nie wierzy to zapraszam na wycieczkę do np. Somalii. Można poczuć na własnej skórze czym jest kraj, gdzie nie działają żadne prawa (chociaż od kilku lat jedynym obowiązującym w tam prawem jest szariat ). Jakoś przez lata „wolności”, gdy rząd nie mieszał się w sprawy gospodarcze i społeczne obywateli, bo rządu nie było, Somalia nie stała się gospodarczym tygrysem Afryki i czempionem swobód obywatelskich. Dlaczego? Bo utopie nie istnieją, a swawola nie jest odmianą wolności. Wbrew temu co słyszymy przy okazji każdej kolejnej kampanii wyborczej, nie istnieją społeczności, w których rząd nie wtrąca się do spraw gospodarczych czy społecznych swoich obywateli. Tak samo nie istnieje wolny internet, który działa sobie bez kontroli. Takie cuda znaleźć można tylko na ulotkach wyborczych ugrupowań meblujących głowy nastolatkom.

 

Ważne są tematy marginalne – rozmowa z dziennikarką i poetką BARBARĄ GRUSZKĄ-ZYCH

Sukcesem jest kiedy po spotkaniu nasz rozmówca przyznaje, że sam odkrył coś nowego, z czego dotąd nie zdawał sobie sprawy. W ten sposób potwierdza, że udało nam się dotknąć sedna jego życia – mówi Barbara Gruszka-Zych, dziennikarka, reportażystka, poetka, krytyk literacki, autorka książek, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Co było pierwsze – poezja czy dziennikarstwo?

 

Zdecydowanie wszystko zaczęło się od poezji. Pierwsze wiersze układałam na początku szkoły podstawowej, koledzy z klasy zamawiali je u mnie na swoje urodziny, w zamian dostawałam od nich lizaki i czekoladki, czyli wzięły się ze zwyczajnego łakomstwa. Chwilę później rozpoczęła się moja przygoda z dziennikarstwem. W wieku 12 lat zadebiutowałam w „Lidze Reporterów Świata Młodych”. Z innymi, uznanymi dziś dziennikarzami, pisaliśmy wówczas do tego tygodnika harcerskiego, a dobrego pisania uczyli nas znakomici redaktorzy Wojciech Pielecki, Kazimierz Pasek i inni. Później  nauczycielami byli dziennikarze tygodnika „Na przełaj”. Doskonale pamiętam organizowane dla nas – adeptów dziennikarstwa i pisarstwa – spotkania w Nieporęcie, Warszawie, Tarnowie, podczas których dyskutowaliśmy o sztuce pisania reportaży i wywiadów. Te rozmowy, nie tylko z naszymi mistrzami, ale i kolegami, stały się dla mnie najważniejszą lekcją dziennikarstwa.

 

Pierwszy pani tomik „Napić się pierwszej wody” został wydany w 1989 roku. To był debiut poetycki?

 

Tomik z posłowiem mojego kolegi ze studiów, dzisiaj profesora Mariana Kisiela, ukazał się w znanej wtedy serii „Pokolenie które wstępuje” pod redakcją Jurka Leszina-Koperskiego i Andrzeja K. Waśkiewicza, a wydawanej przez Młodzieżową Agencję Wydawniczą. Choć zebrane w nim wiersze złożyłam w wydawnictwie dużo wcześniej ich druk, z różnych – nie związanych z tekstami powodów, znacznie się przewlekał i dlatego książka ukazała się dopiero wtedy.

 

Czym dla dziennikarki jest pisanie poezji?

 

Dziennikarz jest nieustannie nastawiony na innych, wychylony w ich kierunku, słuchający z uwagą i oddaniem. Pisanie wierszy, to próba uchwycenia co z tego świata zewnętrznego zostaje w nas, a jednocześnie usilne poszukiwanie pociechy. Jak powiedziała mi kiedyś moja przyjaciółka poetka Ewa Lipska: „Wierszyk jest poduszeczką, do której można się przytulić po okropnościach świata”. Ośmielę się powiedzieć, że wiersze dla każdego piszącego są kwintesencją tego co odczuwa, zapisaną w najkrótszej formie. Pisanie wierszy, jak mówił Czesław Miłosz, to egotystyczne zapatrzenie w siebie, a dziennikarstwo jest zwróceniem się w stronę drugiego. Ale jest nie tak do końca, bo kiedy przyglądam się uważnie tropom moich dziennikarskich pytań i dociekań, widzę, że wynikają one z mojej egoistycznej pobudki jaką jest chęć znalezienia odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.   Dziennikarstwo i pisanie wierszy można porównać do zapewniającego niezbędną równowagę stania na dwóch nogach. Ta jedna, dotykająca mocno ziemi, umożliwia mi kontakt z rzeczywistością i owocuje reportażami i wywiadami. Druga, zatrzymana gdzieś w powietrzu, próbująca unieść mnie do góry, obrazuje stan w jakim czasem się znajduję podczas pisania wierszy próbując przekroczyć granicę między tym, co rzeczywiste, a tym co nierealne.

 

Jest też pani autorką książek.  Ich bohaterami są często ludzie, z którymi wcześniej przeprowadzała pani wywiady.  Znajomość z Wojciechem Kilarem, przerodziła się w przyjaźń, której owocem stała się książka „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara.” Tych fascynujących prób odkrywania wnętrza rozmówców było wiele. W którym momencie narodził się pomysł na pisanie książek?

 

Ich genezą jest dziennikarstwo, które pomaga mi nawiązać pierwsze kontakty z moimi bohaterami i jak dotąd torowało mi do nich drogę. Od ponad trzydziestu lat pracuję w redakcji tygodnika „Gość Niedzielny”. To chyba jedyne w naszym kraju pismo na poważnie preferujące dobre wiadomości. Wracając do pani pytania, muszę podkreślić, że to właśnie dzięki tej pracy poznałam fenomenalnych ludzi. Przypuszczam, że w normalnych okolicznościach nawet nie miałabym śmiałości dotrzeć do rozmówców takiego formatu. Tak właśnie było z Czesławem Miłoszem, o którym później napisałam książkę „Mój poeta”. Nasza znajomość zaczęła się od wywiadu przeprowadzonego na rynku w Krakowie. Wśród tych niezwykłych, darowanych mi przez dziennikarską robotę osób, na pewno muszę wymienić wspomnianego Wojciecha Kilara. Kompozytor na początku, jak to miał w zwyczaju, był niedostępny, małomówny i niezbyt towarzyski. Jednak po kilku wywiadach okazało się, że można się z nim zaprzyjaźnić i przekroczyć narzucany przez niego dystans. Podczas wielu, już prywatnych rozmów udało mi się dostąpić wtajemniczenia w powstawanie jego niezwykłej muzyki, której siłą napędową była miłość.  „A gdzie się bardzo kocha, tam się bardzo cierpi” – mawiał.  Moim ważnym rozmówcą, a po latach przyjacielem, jest znakomity reżyser Krzysztof Zanusssi i jego małżonka Elżbieta Grocholska-Zanussi. Książką „Życie rodzinne Zanussich: zdecydowałam się przełamać konwencję wywiadu rzeki z jednym rozmówcą i dopuścić do głosu jego niezwykłą małżonkę, zapraszając do równoczesnego dialogu. Elżbieta jest dla twórcy „Eteru”  życiową busolą i inspiracją.

 

Jak długo trwa proces oswajania rozmówcy, który później zamienia się w bohatera pani książek?

 

Ma pani rację, że praca dziennikarska to proces oswajania, ale nie tylko ze strony osoby przeprowadzającej wywiad. Sądzę, że nasi bohaterowie w jakimś stopniu nami dyrygują, a my – dziennikarze, tak naprawdę trochę się nabieramy myśląc, że ostatecznie tworzymy reportaże, przeprowadzamy wywiady. Trzeba powiedzieć uczciwie, że dziennikarz zawsze jest prowadzony przez swojego bohatera, który wytycza kierunek powstającego tekstu. Dlatego miałam żal do Ryszarda Kapuścińskiego, który nie trzymał się kurczowo faktów. Myślę o jego technice pracy, braku psiej wierności temu, co mówią rozmówcy, a co od lat uważam za imperatyw naszej roboty. Praca dziennikarza jest żmudna, można powiedzieć koronkowa, bo oparta na wiernym zapisywaniu słów, które wypowiada nasz bohater. W słowie rozmówcy znajdujemy ukryty klucz do jego osobowości, do wydarzeń, o których opowiada. Konfiguracje używanych przez niego słów, tembr i barwa jego głosu – te wszystkie czynniki ze sobą współgrają i tworzą całość oddającą prawdę o nim. Oczywiście, inaczej to wygląda w reportażu radiowym i telewizyjnym, inaczej w tekście pisanym. Przez lata byłam niezwykle wierna temu co mówią moi bohaterowie,  nie pozwalałam sobie na konfabulowanie ani epatowanie emocjami. Starałam się tak spisywać wypowiedzi moich bohaterów i tak układać słowa, aby wyłoniła się z nich jakaś prawda o nich.

 

W którym momencie zaciera się granica pomiędzy reportażem prasowym a książką będącą dokumentem?

 

I w jednym, i w drugim ważne, żeby pokazać prawdę, która ujawnia się choć przez chwilę we fragmentach wypowiedzi. Dlatego warto nagrywać długie rozmowy, żeby mieć większą szansę na uzyskanie kilku zdań prawdy o bohaterze. Oczywiście, to może być złudne, bo nam, piszącym, wydaje się, że już wydobyliśmy z niego jakieś fakty, które dotąd nie ujrzały światła dziennego. Sukcesem jest kiedy po spotkaniu nasz rozmówca przyznaje, że sam odkrył coś nowego, z czego dotąd nie zdawał sobie sprawy. W ten sposób potwierdza, że udało nam się dotknąć sedna jego życia. Wracając do pani pytania, robiąc książkę pozwalam sobie na rozpasanie dziennikarskie, piszę długo, w rozmiarze nieakceptowalnym na łamach żadnego pisma. Tylko książka może to przyjąć. „Życie rodzinne Zanussich” zostało skonstruowane z rozmów z bohaterami. Kiedy pozwalamy sobie na taką rozlewność rozmowy, czujemy, że w  pewnym momencie zaczyna się beletrystyka. Bo przecież kierując się w rejony poboczne odczuwamy jak mocno, równoważnie do wątków głównych – budują klimat, osadzają w określonej perspektywie, odsłaniają urodę bohaterów. Podczas pisani książki o Wojciechu Kilarze pozwoliłam sobie na to, czego nie robię w tekstach dziennikarskich. Na jej stronach znalazł się zapis moich własnych emocji, refleksji, a nawet kilka moich i jego ulubionych wierszy. Można rzec – całkiem bezkarnie mogłam pokazać mój stosunek do bohatera i poszerzać perspektywę rozmów, poprzez odautorskie komentarze.  Podczas komponowania tej książki dostrzegłam jak ważne są te marginalne tematy, na które w dziennikarstwie często nie ma miejsca.

 

A jak było w przypadku książki  „Mój poeta”?

 

Książka o Czesławie Miłoszu zaczęła się od wywiadu z panem Czesławem, ale to przede wszystkim świadectwo mojej znajomości, a może przyjaźni z nim. Bardzo osobiste opisywanie tego, co odczuwałam, kiedy przychodziłam do mieszkania poety przy ul. Bogusławskiego w Krakowie i rozmawialiśmy o wierszach i życiu.

 

Gatunki dziennikarskie, jak i literackie przez cały czas ze sobą współgrają. Czy zmysł i talent reporterski częściej w pani twórczości pomaga, czy też może bardziej przeszkadza?

 

Niektórzy zauważali, że moje wiersze bywają takimi reporterskimi podróżami. Widocznie nie mogę pozbyć się tej potrzeby rejestracji wydarzeń układających się w jakiś, czasem ukryty sens. Choć, mam wrażenie, że w ostatnich książkach poetyckich coraz bardziej tej „reporterki” się pozbywam. Kiedyś wydałam tomik „Podróż drugą klasą”, którego tytuł wiele wyjaśnia. Lubię podróżować drugą klasą, choć w czasie pandemii trudno mówić o podróżowaniu. W trakcie tych rzeczywistych i metaforycznych podróży poznaję swoich bohaterów, próbując zajrzeć im w dusze, a wtedy zaczyna się poezja…. Na początku grudnia wydałam kolejny tomik pod tytułem „Mój cukiereczek”. Jest taką  podróżą  w siebie w poszukiwaniu tego, co w duszy gra.

 

Jak ważny jest dla pani ten tomik?

 

Muszę pani zdradzić, że po skończeniu jednej książki, natychmiast myślę o nowej. To w  ramach mojego zamiłowania do podróży, tym razem w słowie. W tomie „Mój cukiereczek” staram się opowiedzieć o swoim życiu, o tym, co mnie ukształtowało, czym żyję, w co wierzę. Jak zwykle nie mogę odejść od dwóch najważniejszych tematów – miłości i śmierci. Odnoszę je do Boga, który pojawia się na tych stronach wezwany po imieniu jako Jezus Chrystus. Przychodzi jak pociecha w czasach pandemii.

 

Jak wygląda sam proces pisania reportaży, książek, a jak poezji? Kiedy nadchodzi ten właściwy moment na pisanie w konkretnym stylu i do wybranego odbiorcy? Jak pani sobie radzi w tak zróżnicowanym rzemiośle dziennikarsko-poetyckim?

 

Dziennikarstwo to mój chleb powszedni, jestem do niego przyzwyczajona, piszę regularnie i w miarę szybko. Niestety, wymogi tekstów pisanych do tygodnika zmuszają mnie do odrzucania  większych partii materiału, który spisałam. Z wielu odrzuconych fragmentów zapisanych w ścinkach na pulpicie monitora, powstają spore fragmenty książek. W dziennikarstwie zawsze interesował mnie zwyczajny człowiek. Najzwyczajniejsi ludzie są bardzo interesujący, tylko trzeba umieć z nich wydobyć tajemnicę, którą każdy z nas skrywa. Dzisiaj to wszystko jest utrudnione, bo mamy ograniczone kontakty, knebel w ustach przez niezbędne przecież maski. Rzadziej robimy reportaże, jedziemy w teren, częściej rozmawiamy przez telefon, a to nie to samo, co wywiad na żywo. W dzisiejszych czasach dotarcie do bohatera i przekazanie jego emocji i prawdy o nim jest mocno utrudnione. Pytała pani jak powstają wiersze. One stale asystują mojemu życiu. Poezja przychodzi sama w momentach, których się nie wybiera. Kiedy przychodzą do mnie wiersze spisuję je pokornie. Czasem jeszcze nad nimi pracuję, ale raczej próbuje dokopać się do słów, które słyszę wewnętrznym uchem.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Małgorzata Irena Skórska

 


 

Barbara Gruszka-Zych

Poetka, dziennikarka, reportażystka, krytyk literacki, pisarka. Jest laureatką wielu nagród z dziedziny dziennikarstwa i literatury, w tym m.in. nagrody SDP im. Macieja Łukaszewicza za wywiad z Wojciechem Kilarem „Harmonia ducha”, II nagrody w konkursie śląskich mediów „Silesia Press” za reportaż o palaczu zwłok w Auschwitz-Birkenau „Co widziały moje oczy”, „Silesia Press” za wywiad  z Wojciechem Kilarem „Jestem jak koncert fortepianowy”. Autorka wielu tomików wierszy, w tym wydanego na początku grudnia „Mój cukiereczek”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeden z najciekawszych – ŁUKASZ WARZECHA o projekcie ustawy o wolności słowa w internecie

Projekt ustawy o wolności słowa w internecie, którego wstępne założenia przedstawiło Ministerstwo Sprawiedliwości, jest jednym z najciekawszych, jakie pojawiły się w ostatnich latach. Idzie też w stronę, gdzie i ja upatrywałbym korzystnych rozwiązań.

 

Biorąc na początku listopada udział w debacie o moderacji treści w internecie, zorganizowanej przez Klub Jagielloński (przy udziale przedstawicieli m.in. Google’a i Allegro), zaprezentowałem tam trzy tezy, których echa mogę odnaleźć również w projekcie MS.

 

Teza pierwsza: że w przypadku cyfrowych gigantów nie mamy do czynienia z wolnym rynkiem, ale z oligopolem w najlepszym przypadku. Wbrew temu, co twierdzą zwolennicy ostrej moderacji, powtarzający, że „prywatna firma ma prawo wprowadzać swoje reguły”, to bardzo specyficzna sytuacja, która z wolnym rynkiem nie ma już wiele wspólnego. Po pierwsze bowiem mówimy o kluczowej sferze wolności słowa, a także kształtowania opinii publicznej na wielką skalę. Po drugie – całość tego rynku trzyma w ręku zaledwie kilka podmiotów w skali globalnej (przede wszystkim zaś dwa: Google i Facebook), których potęga gasi w zarodku każdą próbę rywalizacji z nimi na polu rynkowym. To efekt skali, w tym skali potencjalnego dotarcia do odbiorców. Owszem, są regionalne wyjątki (Rosja, Chiny), ale tylko tam, gdzie rozmiar lokalnego rynku to umożliwia, a w sukurs przychodzi opresyjne państwo.

 

Teza druga: sposób i klucz, według jakiego moderowane są treści przez cyfrowych gigantów nie jest neutralny światopoglądowo. Korzenie tych biznesów są w środowiskach lewicowych i liberalnych, stąd leżąca gdzieś u podstawy procesu moderacji immanentna niechęć przede wszystkim do treści konserwatywnych, choć nie jest to już dzisiaj zjawisko równie widoczne jak jeszcze kilka lat temu. Jak bowiem wynikało również z dyskusji podczas debaty, obecna polityka moderacji jest w dużej mierze skutkiem nacisków rządów, a także UE. Przy czym te rządy zagrożenia upatrują często również właśnie w treściach konserwatywnych, a nie skrajnie lewicowych.

 

Teza trzecia: moderacja powinna być jak najbardziej ograniczona, a platformy powinny być jak najbardziej neutralne. Wyjątki powinny dotyczyć jedynie sytuacji najbardziej czytelnych, a więc tych, gdzie nastąpiło ewidentne złamanie prawa lub przynajmniej – jako że o złamaniu prawa ostatecznie orzeka sąd – gdzie istnieje jednoznaczne podejrzenie złamania prawa. Wspominałem również o tym, że dobrym rozwiązaniem byłoby ustanowienie zewnętrznego arbitrażu – który pojawia się w koncepcji MS w postaci sądowej.

 

Inni debatujący wskazywali na niewątpliwe wady takiego rozwiązania. Jedną z nich był wymóg szybkości, podczas gdy sprawy w zewnętrznym arbitrażu musiałyby przecież trwać. To oczywiście racja, ale spór w dużej mierze sprowadza się tutaj do tego, jaką wartość stawiamy wyżej: wolność słowa czy upatrywanie zagrożenia w treściach, które jakieś grono w firmie cyfrowej mogłoby arbitralnie uznać za niepożądane czy niebezpieczne. W dyskusji Klubu Jagiellońskiego szczególnie wybijało się tu opozycyjne wobec mojego, nastawionego przede wszystkim na wolność słowa, stanowisko byłego dyrektora Muzeum Polin Dariusza Stoli, który twierdził, że treści trzeba moderować ofensywnie, ponieważ od nich zaczynają się m.in. totalitaryzmy. Mogę tu tylko przypomnieć, że totalitaryzmy zaczynają się również od cenzury.

 

Kolejny ważny czynnik, który pojawił się podczas wspomnianej dyskusji, a który przemawia za rozwiązaniem proponowanym przez MS, to nieprzejrzystość i uznaniowość procedur. Ignorują rzeczywistość ci, którzy twierdzą, że na przykład YouTube w swoim regulaminie wyraźnie mówi, czego nie akceptuje. Nieprawda – regulaminy siłą rzeczy są sformułowane ogólnikowo – i to jeszcze można by zrozumieć, skoro są niemal identyczne we wszystkich krajach, gdzie działają firmy. Problem w tym, że nieprzejrzyste są również przyczyny interwencji cyfrowych platform. Niemal nigdy w przypadku demonetyzacji materiału, jego zablokowania (z powodów innych niż prawa autorskie) czy zablokowania całego kanału lub konta nie są wskazywane konkretne przyczyny takiego działania.

 

Oczywiście, jak to jest z każdym pomysłem legislacyjnym, należy poczekać na projekt ustawy, bo diabeł jest w szczegółach. Jednak w zarysach zasady wydają się rozsądne. Instytucja obowiązkowego pełnomocnika dla działających w Polsce firm, czyli konkretnej instancji (a nie, jak dzisiaj, nie wiadomo kogo), służącej odwołaniu w ramach jeszcze samej platformy jest rozsądna, podobnie jak następująca dalej możliwość odwołania się do specjalnego wydziału sądu. Jednak kluczową kwestią musiałoby być bardzo sprawne działanie tych wydziałów, bo w internecie liczy się szybkość. I tu można mieć największe wątpliwości, bo z prędkością działania sądów w Polsce nie jest w następstwie rządowej reformy lepiej, ale gorzej.

 

Przede wszystkim jednak – co jest być może największym problemem – jest pytanie, jak te zmiany wprowadzić w zgodzie i porozumieniu z samymi gigantami cyfrowego świata. Nie mam wątpliwości, że niczego nie da się tutaj załatwić metodą prostej konfrontacji. Resort sprawiedliwości musiałby po prostu zacząć z Googlem, Facebookiem, Twitterem rozmawiać. Czy tak będzie, śmiem wątpić. Nie miejmy zaś złudzeń: jeżeli projekt zostałby uchwalony na zasadzie oktrojowania prawa, bez porozumienia z firmami, których dotyczy, to te zatrudnią swoich doświadczonych prawników, żeby uciec przed jego skutkami. I niemal na pewno im się to uda.

 

Obawiam się więc, że przy najlepszych chęciach projekt ma głównie wartość piarową i mimo że jest naprawdę potrzebny – w tej lub nieco zmodyfikowanej formie – pozostanie jednym z nie zrealizowanych pomysłów obecnej władzy. W tym akurat wypadku – szkoda.

 

Łukasz Warzecha

MIROSŁAW USIDUS: Na pohybel Twitterowi! Precz z Facebookiem!

Twitter, jak pałkarz z NSDAP, który zdzielił mnie w zęby z bejsbola za to tylko, że udostępniłem treść, która w jego ideologicznym mniemaniu mogła zaszkodzić wspieranej przez Twittera opcji politycznej. Facebook to cenzor pod wieloma aspektami gorszy niż peerelowski Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, bo komunistyczni kontrolerzy w pewne formy prywatnej komunikacji nie ingerowali.

 

O tym, że Facebook stosuje zakazaną w RP cenzurę prewencyjną, nie pozwalając opublikować pewnych treści, czasami po prostu linków do serwisów, które krytykują Facebooka, wiedziałem od dawna i nawet o tym tu na portalu SDP pisałem. Jednak poziom mojej tolerancji dla gangsterki ludzi Zuckeberga został przekroczony, gdy przekonałem się, że zakazanego linka nie można wysłać nawet w prywatnej wiadomości. Blokowanie treści w osobistej korespondencji oznacza, że czytają wszystko, nie tylko to, co użytkownicy przesyłają sobie w przekonaniu, że to sfera prywatności, a także to, co chcą przesłać w prywatnych wiadomościach. Czyli inwigilacja już na poziomie pisania listu, wiadomości do znajomego. O czymś takim cenzorskie mendy z Mysiej mogły tylko pomarzyć.

 

Twitter z kolei próbę udostępnienia linka do artykułu zawierającego analizę pewnych matematycznych anomalii w wynikach Joe Bidena nie tylko zablokował. O nie. Za próbę publikacji treści, która nie zgadza się z poglądami politycznymi zarządzających tym serwisem dostałem od bojówkarzy Twittera w łeb dwunastogodzinnym banem. Tu znów politrucy społecznościówki zawstydzają komunistycznych cenzorów, którzy tylko zakazywali publikacji. Kijem za karę nie mogli przywalić, choć może chcieli.

 

Granice zostały przekroczone. Niby wiedziałem wcześniej, że Facebook stosuje polityczną cenzurę prewencyjną, i że moderacja Twittera jest czerwona jak stara stuzłotówka z Waryńskim. Zdawałem sobie sprawę, sugerując to w tekstach niejednokrotnie, iż prywatne wiadomości są inwigilowane, ale, ta brutalność moich wyżej opisanych doświadczeń sprawiła, że, jak to się mówi „coś we mnie pękło”.

 

Wiem. Zawsze wiedziałem, że największą krzywdą, jaką zwykły użytkownik może im wyrządzić, jest po prostu rezygnacja z ich usług. I to właśnie robię, choć stopniowo, zdając sobie sprawę po raz kolejny, jak silnie człowiek wikła się w social media, w te sieci zależności i małych interesów, przez lata „życia społecznościowego”. A lat tych jest trochę, gdyż na Facebooku „jestem” od 2006 roku, na Twitterze – od 2008.

 

Przy okazji staram się namawiać innych do odejścia. Mogę oczywiście przedstawiać wiele różnych argumentów od wielkiej okazji na odzyskanie ogromnej ilości czasu na prawdziwe życie, po wyłaniające się z wielu analiz naukowych narastające przekonanie, że to właśnie Facebook i Twitter w ogromnym stopniu odpowiadają za niszczenie więzi społecznych i obłąkaną polityczną polaryzację czy to w Polsce, czy w USA. Sama bowiem konstrukcja tych serwisów i algorytmy regulujące ich funkcjonowanie wzmacniają konflikt a nie zgodę i współpracę. Ale, tak naprawdę, namawiając innych do odejścia z tych platform, najbardziej mam ochotę odwoływać się do odrazy jaką budzi we mnie sytuacja, w której ludzie zdający sobie sprawę ze skandalicznych praktyk, cenzury, politycznie motywowanych represji i jednostronności ideologicznej Twittera i Facebooka, w najlepsze korzystają z tych społecznościówek.

 

Tak, moi drodzy, dziwię się wam i pytam, co robicie jeszcze w tych opresyjnych systemach. PRL, system komunistyczny w bloku sowieckim był narzucony i trudno było od niego uciec. Używając radośnie Facebooka i Twittera funkcjonujecie w tej nowoczesnej odmianie sowietyzmu dobrowolnie. Co z wami? Nie do tych, którzy popierają sowietyzm mówię, ale do wszystkich, którzy uważają się za zwolenników wolności, przede wszystkim wolności słowa.

 

Jeśli do kogoś to wciąż nie przemawia, to okraszę to samokrytyką. Ja też przez lata byłem hipokrytą, który udawał, że nie widzi fundamentalnego problemu z tym co wyprawiają Facebook i Twitter, choć świetnie wiedziałem o ich praktykach. Funkcjonowałem tam sobie jak gdyby nigdy nic, publikując, ciesząc się z publiczności i oddźwięku. Owszem można przez jakiś czas przychodzić do sklepu, w którym inni klienci są oszukiwani i okradani przez sprzedawcę, nie reagując i ciesząc się, że „mnie nie okradł”. Chyba jednak do czasu. Ja w końcu jednak postanowiłem zrezygnować z zakupów w tym sklepie i namawiam do tego innych, bo uważam, że to najlepszy sposób na złodzieja. Ale do tego jeszcze wrócę.

 

Propozycje polskiego rządu

 

Niestety wygląda na to, że łamiące polskie prawo cenzorskie systemy Facebooka i Twittera mogą mieć wielu obrońców w kontekście proponowanych przez polskie Ministerstwo Sprawiedliwości rozwiązań, które – jak sam resort pisze w komunikacie – „skutecznie realizują konstytucyjne prawo do wolności słowa”. Z tonu niektórych komentarzy po opublikowaniu informacji o projekcie wynika, że niektórzy skłonni są bronić uprawiających łamiącą polskie prawo samowolkę cenzorską społecznościówek biorąc na sztandar hasła „obrony wolności słowa”. W świetle tego, co wyprawiają Twitter i Facebook (a moje przygody to tylko jeden z oceanu innych przykładów), brzmi to niezbyt zachęcająco.

 

Oczywiście o projekcie ochrony wolności słowa w internecie Ministerstwa Sprawiedliwości można dyskutować, zwłaszcza pytać, czy proponowane rozwiązania będą skutecznie chronić praw użytkowników. Wiceminister Sebastian Kaleta przedstawiał w mediach koncepcję tzw. pełnomocników, przewidywanych w projekcie rozwiązań.

 

Proponujemy, żeby w pierwszej kolejności media społecznościowe miały obowiązek ustanowienia stosownych pełnomocników w Polsce, żeby użytkownik, który kwestionuje daną treść zarówno mogącą naruszać przepisy prawa mógł odwołać się od tego,” mówił Kaleta. „Ale z drugiej strony mógł odwołać się, kiedy platforma usuwa treści umieszczone przez użytkownika, które treści tego prawa nie naruszają. Niezadowolonemu z rozstrzygnięcia użytkownikowi przysługiwałaby skarga do sądu. Tutaj proponujemy utworzenie specjalnego sądu na wzór niedawno otworzonych sądów własności intelektualnej”.

 

Ministerstwo zaproponowało również inne rozwiązania, przede wszystkim tzw. „ślepy pozew”, które mogą składać wskazując adres URL kwestionowanego zasobu ofiary szkalowania czy fake newsów i kary nakładane przez Urząd Komunikacji Elektronicznej. Zostańmy jednak przy samej koncepcji walki nielegalnymi praktykami cenzorskimi społecznościówek, bo fake newsy i zniesławienia w sieci to odrębny temat, zasługujący być może na oddzielny tekst. Przedstawione przez MS propozycje przypomniały mi tekst, który napisałem w czerwcu 2019 r. dla portalu SDP.

 

Internetowe sądy pokoju?

 

Pisałem w nim o koncepcji „internetowych sądów pokoju” upublicznionej przez Jeffa Jarvisa, profesora medioznawstwa i internetoznawstwa na The City University of New York. Pomysł ten wychodzi od idei swoistego przymierza, czy też „umowy społecznej”, a może lepiej – „społecznościowej”, jaką firma operująca w Internecie, wydawca i administrator serwisów, zawiera ze swoimi użytkownikami i z władzami, które stoją na straży obowiązującego w kraju prawa. Dokument ten zobowiązuje użytkowników serwisów, usług i platform do przestrzegania standardów społeczności, które definiują niepożądane i niechciane zachowania oraz treści. Przymierza tego rodzaju mogłyby się różnić w zależności od platform i państw. Ważne jest, by społeczność użytkowników miała równorzędną możliwość wpływania na kształt tej umowy, czyli, aby np. regulamin serwisu był także ich, użytkowników serwisu, dziełem. Rolą zaś państwowych regulatorów i instytucji prawnych byłoby dbanie o to, aby brzmienie „umowy społecznościowej” zgodne było z przepisami prawa krajowego.

 

Wyjaśniając dalej koncepcję przedstawioną przez Jarvisa, pisałem, iż z wyjątkiem poważnych spraw kryminalnych i naruszeń prawa (np. groźby karalne, podżeganie do aktów terroru lub rozpowszechnianie pornografii dziecięcej), kiedy istnieje obowiązek reagowania z mocy prawa, zobowiązanie firmy administrującej platformą do reakcji na nielegalne treści lub zachowania powstaje po powiadomieniu jej przez użytkowników serwisu lub władze. Po otrzymaniu powiadomienia, firma jest zobowiązana do podjęcia działań i może zostać pociągnięta do odpowiedzialności w wypadku braku odpowiedniej reakcji. Oczywiście, może działać także z własnej inicjatywy, powołując się na regulamin oparty na „umowie społecznościowej”, ale, co może być dla niej ważne, nie musi.

 

Zasadniczo reakcja na sprawy dotyczące możliwych naruszeń wcześniej uzgodnionego „przymierza” polegałaby na kierowaniu tych spraw do „internetowego sądu pokoju”, ciała istniejącego na mocy prawa krajowego ze specjalnie przeszkolonymi sędziami i wyposażonego w nowoczesne, oparte na sieci systemy komunikacji, które umożliwiają działanie z wymaganą szybkością i w odpowiedniej skali. Czy dziennikarze mogliby zasiadać w tego typu ciałach orzekających, obok prawników? Myślę, że tak, podobnie jak deweloperzy internetowi czy urzędnicy.

 

Oczywiście, jak wspominałem, trzeba też przewidzieć taką możliwość, że administracja może działać bezpośrednio, powołując się na regulamin, który wypracowano wspólnie. Jednak użytkownik, którego dotyczy sankcja nałożona przez administrację, ma prawo odwołać się od tej decyzji do takiego właśnie sądu.

 

Zakładana w tej koncepcji szybkość podejmowania decyzji przez sąd internetowy byłaby ogromną zaletą z punktu widzenia wszystkich stron. Strony mogłyby uczestniczyć w procedowaniu osobiście (czyli za pomocą tożsamości sieciowej) lub przez przedstawicieli. Decyzja takiego składu orzekającego przywracałaby np. w ciągu doby lub kilku dni usunięte wcześniej treści lub zdejmowałaby ban z użytkownika, albo też utrzymywała blokady nałożone przez przedstawicieli platformy.

 

Oczywiście w państwie prawa, od decyzji sądu pierwszej instancji (czyli w tym przypadku „internetowego sądu pokoju”) przysługuje odwołanie. Jednak dalsza procedura odwoławcza, co wydaje się oczywiste, toczyłaby się już w tradycyjnych sądach.

 

Jak pisał Jarvis, sądy takie mogłyby być finansowane z opłat lub specjalnego „podatku” nakładanego na spółki działające w Internecie. Brzmi to źle, ale tylko pozornie. Jeśli działalność „internetowych sądów pokoju” zmniejsza ryzyko prawne (i finansowe) działalności firm internetowych, czyli zdejmuje z nich groźbę pozwów użytkowników z jednej strony i przedstawicieli państwa – z drugiej, to rozwiązanie takie może okazać się dla nich całkiem atrakcyjne.

 

Lepiej mieć kwit w garści

 

Opisana przez mnie w połowie 2019 roku wizja wykazuje wiele podobieństw do projektów przedstawianych obecnie przez polskie Ministerstwo Sprawiedliwości. Jest jednak pewna zasadnicza różnica. Dotyczy, nazwijmy to ogólnie, reguł reagowania w przypadku naruszeń. W projekcie resortu nie ma owej „umowy społecznej” czy „społecznościowej”, która stanowiłaby podstawę funkcjonowania systemu, jest za to instytucja pełnomocnika, który, jak należy rozumieć, reprezentuje interesy portalu a nie użytkowników. Czym więc będzie się różnić od form odwoławczych, za pomocą których od dawna można tam się skarżyć na decyzje moderacji?

 

Lepsze są twarde kwity w postaci umów opartych na przepisach polskiego prawa z tego chociażby względu, że Facebook, Twitter, Google i inni potentaci internetu mogą cały ten misterny plan, te nasze procedury odwoławcze do specjalnych sądów itd., po prostu – excusez le mot – olać.

 

Takie rzeczy już się zdarzały, np. z pozwem fundacji Panoptykon przeciw Facebookowi. I co wtedy? Do USA? Tam są chronieni przez sekcję 230 Communications Decency Act jeszcze z 1996 roku. Do Unii Europejskiej? Obawiam się, że w wielu sprawach siły nadające ton UE, mogą zgadzać się z cenzurą stosowaną przez platformy social media a nie z wolnościowymi argumentami. Czy wyobrażacie sobie, że Bruksela i TSUE będą bronić sekowanych na Facebooku narodowców?

 

Można też teoretycznie blokować działanie Facebooka i Twittera na terenie Polski, dopóki nie ugną się i nie zaczną reagować na polskie prawo. Niedawno blokadę Facebooka zapowiedziały władze Wysp Salomona. Chcą tego, gdyż, jak twierdzą, społecznościówka „zagraża jedności narodowej”. Wywołało to w tym mało znanym zakątku świata wielką awanturę polityczną. U nas, gdyby władze się na to zdecydowały, zapewne awantura byłaby znacznie większa i miałaby rytualne reperkusje międzynarodowe.

 

Jest oczywiście też kwestia technicznej wykonalności takiej blokady. I najpoważniejsze zastrzeżenie – zakaz taki naruszałby zasady w imię których podejmujemy zmagania z cenzorami Zuckerberga, czyli poszanowanie wolności słowa, zakaz cenzury prewencyjnej i swoboda wymiany informacji.

 

Przykłady Francji, która prawnie i administracyjnie czołga Facebooka i innych amerykańskich potentatów internetu całkiem skutecznie, każąc im np. płacić podatki i dzielić się przychodami z wydawcami, pokazuje, że można. Niestety również głównie teoretycznie, bowiem dochodzimy do dość przykrej konstatacji, że Polska to nie Francja. Big Tech ma nasz nie za bardzo istotny rynek w niewielkim poważaniu. Co oczywiście nie oznacza, że nie należy próbować.

 

Osobiście uważam, że wzięcie typów pod włos i dążenie do uzyskania czegoś na piśmie, np. takiej „umowy społecznościowej”, o jakiej pisałem półtora roku temu, jest nieco bardziej obiecującą drogą niż rachuby na to, że Facebook czy Twitter będą się w ogóle przejmować polskimi sądami, tymi zwykłymi, czy wyspecjalizowanymi do spraw naruszeń internetowych. UKE może skutecznie nałożyć kary na podmioty działające na polskim rynku. Co jednak na przykład może zrobić Twitterowi, który, z tego co wiem, nie ma nawet biura w Polsce?

 

Nie znam pełnego tekstu projektu polskiej „ustawy o wolności słowa w internecie”. Żaden jej nawet szkicowy kształt, jak mi się zdaje, nie został udostępniony publicznie. To co wiemy, wiemy z komunikatów przedstawicieli resortu sprawiedliwości. Nie wykluczam, że jej autorzy obmyślili jakieś chytre kruczki, aby zmusić wielkie platformy social media do współpracy. Nie jestem prawnikiem i nie mam fachowej wiedzy o paragrafach, po które można by sięgnąć, aby skutecznie zmusić cenzorską bandyterkę z Fejsa i Twittera do przestrzegania polskiego prawa. Może i są takie sposoby. Dopóki nie zobaczę konkretnych projektów przepisów, pozwolę sobie zachować rezerwę i sceptycyzm.

 

Nie zaglądając do niebieskiego kieliszka

 

Ja jestem prostym człowiekiem z internetu, który coś tam w nim zrobił i trochę o nim wie. Wiem na przykład, czego wzbudzeni politycznie nadzorcy tych społecznościówek boją się tak naprawdę, a nie są to wcale żadne paragrafy.

 

Jest taka jedna rzecz, która w zasadzie wydaje się dość prosta do przeprowadzenia. Nazywa się: porzucenie Facebooka, Twittera, Instagrama, na dobre, na zawsze. Tak po prostu przestańmy mieszkać w tym niebieskim PRL-u, przestańmy uciekać od wolności do świata, który z wolnością ma niewiele wspólnego. I już tam nigdy nie wracajmy.

 

Tak, owszem, jest syndrom odstawienia. Gdy go zauważasz, ze zdumieniem konstatujesz, jak bardzo twoje uzależnienie od social media podobne jest do innych nałogów, które znasz czy to z autopsji, czy z literatury. Jednak, z każdym kolejnym dniem trzeźwości z podnieceniem odnotowujesz, jak mało tracisz, nie zaglądając do kieliszka błękitną trucizną.

 

Mirosław Usidus