Ważne są tematy marginalne – rozmowa z dziennikarką i poetką BARBARĄ GRUSZKĄ-ZYCH

Sukcesem jest kiedy po spotkaniu nasz rozmówca przyznaje, że sam odkrył coś nowego, z czego dotąd nie zdawał sobie sprawy. W ten sposób potwierdza, że udało nam się dotknąć sedna jego życia – mówi Barbara Gruszka-Zych, dziennikarka, reportażystka, poetka, krytyk literacki, autorka książek, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Co było pierwsze – poezja czy dziennikarstwo?

 

Zdecydowanie wszystko zaczęło się od poezji. Pierwsze wiersze układałam na początku szkoły podstawowej, koledzy z klasy zamawiali je u mnie na swoje urodziny, w zamian dostawałam od nich lizaki i czekoladki, czyli wzięły się ze zwyczajnego łakomstwa. Chwilę później rozpoczęła się moja przygoda z dziennikarstwem. W wieku 12 lat zadebiutowałam w „Lidze Reporterów Świata Młodych”. Z innymi, uznanymi dziś dziennikarzami, pisaliśmy wówczas do tego tygodnika harcerskiego, a dobrego pisania uczyli nas znakomici redaktorzy Wojciech Pielecki, Kazimierz Pasek i inni. Później  nauczycielami byli dziennikarze tygodnika „Na przełaj”. Doskonale pamiętam organizowane dla nas – adeptów dziennikarstwa i pisarstwa – spotkania w Nieporęcie, Warszawie, Tarnowie, podczas których dyskutowaliśmy o sztuce pisania reportaży i wywiadów. Te rozmowy, nie tylko z naszymi mistrzami, ale i kolegami, stały się dla mnie najważniejszą lekcją dziennikarstwa.

 

Pierwszy pani tomik „Napić się pierwszej wody” został wydany w 1989 roku. To był debiut poetycki?

 

Tomik z posłowiem mojego kolegi ze studiów, dzisiaj profesora Mariana Kisiela, ukazał się w znanej wtedy serii „Pokolenie które wstępuje” pod redakcją Jurka Leszina-Koperskiego i Andrzeja K. Waśkiewicza, a wydawanej przez Młodzieżową Agencję Wydawniczą. Choć zebrane w nim wiersze złożyłam w wydawnictwie dużo wcześniej ich druk, z różnych – nie związanych z tekstami powodów, znacznie się przewlekał i dlatego książka ukazała się dopiero wtedy.

 

Czym dla dziennikarki jest pisanie poezji?

 

Dziennikarz jest nieustannie nastawiony na innych, wychylony w ich kierunku, słuchający z uwagą i oddaniem. Pisanie wierszy, to próba uchwycenia co z tego świata zewnętrznego zostaje w nas, a jednocześnie usilne poszukiwanie pociechy. Jak powiedziała mi kiedyś moja przyjaciółka poetka Ewa Lipska: „Wierszyk jest poduszeczką, do której można się przytulić po okropnościach świata”. Ośmielę się powiedzieć, że wiersze dla każdego piszącego są kwintesencją tego co odczuwa, zapisaną w najkrótszej formie. Pisanie wierszy, jak mówił Czesław Miłosz, to egotystyczne zapatrzenie w siebie, a dziennikarstwo jest zwróceniem się w stronę drugiego. Ale jest nie tak do końca, bo kiedy przyglądam się uważnie tropom moich dziennikarskich pytań i dociekań, widzę, że wynikają one z mojej egoistycznej pobudki jaką jest chęć znalezienia odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.   Dziennikarstwo i pisanie wierszy można porównać do zapewniającego niezbędną równowagę stania na dwóch nogach. Ta jedna, dotykająca mocno ziemi, umożliwia mi kontakt z rzeczywistością i owocuje reportażami i wywiadami. Druga, zatrzymana gdzieś w powietrzu, próbująca unieść mnie do góry, obrazuje stan w jakim czasem się znajduję podczas pisania wierszy próbując przekroczyć granicę między tym, co rzeczywiste, a tym co nierealne.

 

Jest też pani autorką książek.  Ich bohaterami są często ludzie, z którymi wcześniej przeprowadzała pani wywiady.  Znajomość z Wojciechem Kilarem, przerodziła się w przyjaźń, której owocem stała się książka „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara.” Tych fascynujących prób odkrywania wnętrza rozmówców było wiele. W którym momencie narodził się pomysł na pisanie książek?

 

Ich genezą jest dziennikarstwo, które pomaga mi nawiązać pierwsze kontakty z moimi bohaterami i jak dotąd torowało mi do nich drogę. Od ponad trzydziestu lat pracuję w redakcji tygodnika „Gość Niedzielny”. To chyba jedyne w naszym kraju pismo na poważnie preferujące dobre wiadomości. Wracając do pani pytania, muszę podkreślić, że to właśnie dzięki tej pracy poznałam fenomenalnych ludzi. Przypuszczam, że w normalnych okolicznościach nawet nie miałabym śmiałości dotrzeć do rozmówców takiego formatu. Tak właśnie było z Czesławem Miłoszem, o którym później napisałam książkę „Mój poeta”. Nasza znajomość zaczęła się od wywiadu przeprowadzonego na rynku w Krakowie. Wśród tych niezwykłych, darowanych mi przez dziennikarską robotę osób, na pewno muszę wymienić wspomnianego Wojciecha Kilara. Kompozytor na początku, jak to miał w zwyczaju, był niedostępny, małomówny i niezbyt towarzyski. Jednak po kilku wywiadach okazało się, że można się z nim zaprzyjaźnić i przekroczyć narzucany przez niego dystans. Podczas wielu, już prywatnych rozmów udało mi się dostąpić wtajemniczenia w powstawanie jego niezwykłej muzyki, której siłą napędową była miłość.  „A gdzie się bardzo kocha, tam się bardzo cierpi” – mawiał.  Moim ważnym rozmówcą, a po latach przyjacielem, jest znakomity reżyser Krzysztof Zanusssi i jego małżonka Elżbieta Grocholska-Zanussi. Książką „Życie rodzinne Zanussich: zdecydowałam się przełamać konwencję wywiadu rzeki z jednym rozmówcą i dopuścić do głosu jego niezwykłą małżonkę, zapraszając do równoczesnego dialogu. Elżbieta jest dla twórcy „Eteru”  życiową busolą i inspiracją.

 

Jak długo trwa proces oswajania rozmówcy, który później zamienia się w bohatera pani książek?

 

Ma pani rację, że praca dziennikarska to proces oswajania, ale nie tylko ze strony osoby przeprowadzającej wywiad. Sądzę, że nasi bohaterowie w jakimś stopniu nami dyrygują, a my – dziennikarze, tak naprawdę trochę się nabieramy myśląc, że ostatecznie tworzymy reportaże, przeprowadzamy wywiady. Trzeba powiedzieć uczciwie, że dziennikarz zawsze jest prowadzony przez swojego bohatera, który wytycza kierunek powstającego tekstu. Dlatego miałam żal do Ryszarda Kapuścińskiego, który nie trzymał się kurczowo faktów. Myślę o jego technice pracy, braku psiej wierności temu, co mówią rozmówcy, a co od lat uważam za imperatyw naszej roboty. Praca dziennikarza jest żmudna, można powiedzieć koronkowa, bo oparta na wiernym zapisywaniu słów, które wypowiada nasz bohater. W słowie rozmówcy znajdujemy ukryty klucz do jego osobowości, do wydarzeń, o których opowiada. Konfiguracje używanych przez niego słów, tembr i barwa jego głosu – te wszystkie czynniki ze sobą współgrają i tworzą całość oddającą prawdę o nim. Oczywiście, inaczej to wygląda w reportażu radiowym i telewizyjnym, inaczej w tekście pisanym. Przez lata byłam niezwykle wierna temu co mówią moi bohaterowie,  nie pozwalałam sobie na konfabulowanie ani epatowanie emocjami. Starałam się tak spisywać wypowiedzi moich bohaterów i tak układać słowa, aby wyłoniła się z nich jakaś prawda o nich.

 

W którym momencie zaciera się granica pomiędzy reportażem prasowym a książką będącą dokumentem?

 

I w jednym, i w drugim ważne, żeby pokazać prawdę, która ujawnia się choć przez chwilę we fragmentach wypowiedzi. Dlatego warto nagrywać długie rozmowy, żeby mieć większą szansę na uzyskanie kilku zdań prawdy o bohaterze. Oczywiście, to może być złudne, bo nam, piszącym, wydaje się, że już wydobyliśmy z niego jakieś fakty, które dotąd nie ujrzały światła dziennego. Sukcesem jest kiedy po spotkaniu nasz rozmówca przyznaje, że sam odkrył coś nowego, z czego dotąd nie zdawał sobie sprawy. W ten sposób potwierdza, że udało nam się dotknąć sedna jego życia. Wracając do pani pytania, robiąc książkę pozwalam sobie na rozpasanie dziennikarskie, piszę długo, w rozmiarze nieakceptowalnym na łamach żadnego pisma. Tylko książka może to przyjąć. „Życie rodzinne Zanussich” zostało skonstruowane z rozmów z bohaterami. Kiedy pozwalamy sobie na taką rozlewność rozmowy, czujemy, że w  pewnym momencie zaczyna się beletrystyka. Bo przecież kierując się w rejony poboczne odczuwamy jak mocno, równoważnie do wątków głównych – budują klimat, osadzają w określonej perspektywie, odsłaniają urodę bohaterów. Podczas pisani książki o Wojciechu Kilarze pozwoliłam sobie na to, czego nie robię w tekstach dziennikarskich. Na jej stronach znalazł się zapis moich własnych emocji, refleksji, a nawet kilka moich i jego ulubionych wierszy. Można rzec – całkiem bezkarnie mogłam pokazać mój stosunek do bohatera i poszerzać perspektywę rozmów, poprzez odautorskie komentarze.  Podczas komponowania tej książki dostrzegłam jak ważne są te marginalne tematy, na które w dziennikarstwie często nie ma miejsca.

 

A jak było w przypadku książki  „Mój poeta”?

 

Książka o Czesławie Miłoszu zaczęła się od wywiadu z panem Czesławem, ale to przede wszystkim świadectwo mojej znajomości, a może przyjaźni z nim. Bardzo osobiste opisywanie tego, co odczuwałam, kiedy przychodziłam do mieszkania poety przy ul. Bogusławskiego w Krakowie i rozmawialiśmy o wierszach i życiu.

 

Gatunki dziennikarskie, jak i literackie przez cały czas ze sobą współgrają. Czy zmysł i talent reporterski częściej w pani twórczości pomaga, czy też może bardziej przeszkadza?

 

Niektórzy zauważali, że moje wiersze bywają takimi reporterskimi podróżami. Widocznie nie mogę pozbyć się tej potrzeby rejestracji wydarzeń układających się w jakiś, czasem ukryty sens. Choć, mam wrażenie, że w ostatnich książkach poetyckich coraz bardziej tej „reporterki” się pozbywam. Kiedyś wydałam tomik „Podróż drugą klasą”, którego tytuł wiele wyjaśnia. Lubię podróżować drugą klasą, choć w czasie pandemii trudno mówić o podróżowaniu. W trakcie tych rzeczywistych i metaforycznych podróży poznaję swoich bohaterów, próbując zajrzeć im w dusze, a wtedy zaczyna się poezja…. Na początku grudnia wydałam kolejny tomik pod tytułem „Mój cukiereczek”. Jest taką  podróżą  w siebie w poszukiwaniu tego, co w duszy gra.

 

Jak ważny jest dla pani ten tomik?

 

Muszę pani zdradzić, że po skończeniu jednej książki, natychmiast myślę o nowej. To w  ramach mojego zamiłowania do podróży, tym razem w słowie. W tomie „Mój cukiereczek” staram się opowiedzieć o swoim życiu, o tym, co mnie ukształtowało, czym żyję, w co wierzę. Jak zwykle nie mogę odejść od dwóch najważniejszych tematów – miłości i śmierci. Odnoszę je do Boga, który pojawia się na tych stronach wezwany po imieniu jako Jezus Chrystus. Przychodzi jak pociecha w czasach pandemii.

 

Jak wygląda sam proces pisania reportaży, książek, a jak poezji? Kiedy nadchodzi ten właściwy moment na pisanie w konkretnym stylu i do wybranego odbiorcy? Jak pani sobie radzi w tak zróżnicowanym rzemiośle dziennikarsko-poetyckim?

 

Dziennikarstwo to mój chleb powszedni, jestem do niego przyzwyczajona, piszę regularnie i w miarę szybko. Niestety, wymogi tekstów pisanych do tygodnika zmuszają mnie do odrzucania  większych partii materiału, który spisałam. Z wielu odrzuconych fragmentów zapisanych w ścinkach na pulpicie monitora, powstają spore fragmenty książek. W dziennikarstwie zawsze interesował mnie zwyczajny człowiek. Najzwyczajniejsi ludzie są bardzo interesujący, tylko trzeba umieć z nich wydobyć tajemnicę, którą każdy z nas skrywa. Dzisiaj to wszystko jest utrudnione, bo mamy ograniczone kontakty, knebel w ustach przez niezbędne przecież maski. Rzadziej robimy reportaże, jedziemy w teren, częściej rozmawiamy przez telefon, a to nie to samo, co wywiad na żywo. W dzisiejszych czasach dotarcie do bohatera i przekazanie jego emocji i prawdy o nim jest mocno utrudnione. Pytała pani jak powstają wiersze. One stale asystują mojemu życiu. Poezja przychodzi sama w momentach, których się nie wybiera. Kiedy przychodzą do mnie wiersze spisuję je pokornie. Czasem jeszcze nad nimi pracuję, ale raczej próbuje dokopać się do słów, które słyszę wewnętrznym uchem.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Małgorzata Irena Skórska

 


 

Barbara Gruszka-Zych

Poetka, dziennikarka, reportażystka, krytyk literacki, pisarka. Jest laureatką wielu nagród z dziedziny dziennikarstwa i literatury, w tym m.in. nagrody SDP im. Macieja Łukaszewicza za wywiad z Wojciechem Kilarem „Harmonia ducha”, II nagrody w konkursie śląskich mediów „Silesia Press” za reportaż o palaczu zwłok w Auschwitz-Birkenau „Co widziały moje oczy”, „Silesia Press” za wywiad  z Wojciechem Kilarem „Jestem jak koncert fortepianowy”. Autorka wielu tomików wierszy, w tym wydanego na początku grudnia „Mój cukiereczek”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeden z najciekawszych – ŁUKASZ WARZECHA o projekcie ustawy o wolności słowa w internecie

Projekt ustawy o wolności słowa w internecie, którego wstępne założenia przedstawiło Ministerstwo Sprawiedliwości, jest jednym z najciekawszych, jakie pojawiły się w ostatnich latach. Idzie też w stronę, gdzie i ja upatrywałbym korzystnych rozwiązań.

 

Biorąc na początku listopada udział w debacie o moderacji treści w internecie, zorganizowanej przez Klub Jagielloński (przy udziale przedstawicieli m.in. Google’a i Allegro), zaprezentowałem tam trzy tezy, których echa mogę odnaleźć również w projekcie MS.

 

Teza pierwsza: że w przypadku cyfrowych gigantów nie mamy do czynienia z wolnym rynkiem, ale z oligopolem w najlepszym przypadku. Wbrew temu, co twierdzą zwolennicy ostrej moderacji, powtarzający, że „prywatna firma ma prawo wprowadzać swoje reguły”, to bardzo specyficzna sytuacja, która z wolnym rynkiem nie ma już wiele wspólnego. Po pierwsze bowiem mówimy o kluczowej sferze wolności słowa, a także kształtowania opinii publicznej na wielką skalę. Po drugie – całość tego rynku trzyma w ręku zaledwie kilka podmiotów w skali globalnej (przede wszystkim zaś dwa: Google i Facebook), których potęga gasi w zarodku każdą próbę rywalizacji z nimi na polu rynkowym. To efekt skali, w tym skali potencjalnego dotarcia do odbiorców. Owszem, są regionalne wyjątki (Rosja, Chiny), ale tylko tam, gdzie rozmiar lokalnego rynku to umożliwia, a w sukurs przychodzi opresyjne państwo.

 

Teza druga: sposób i klucz, według jakiego moderowane są treści przez cyfrowych gigantów nie jest neutralny światopoglądowo. Korzenie tych biznesów są w środowiskach lewicowych i liberalnych, stąd leżąca gdzieś u podstawy procesu moderacji immanentna niechęć przede wszystkim do treści konserwatywnych, choć nie jest to już dzisiaj zjawisko równie widoczne jak jeszcze kilka lat temu. Jak bowiem wynikało również z dyskusji podczas debaty, obecna polityka moderacji jest w dużej mierze skutkiem nacisków rządów, a także UE. Przy czym te rządy zagrożenia upatrują często również właśnie w treściach konserwatywnych, a nie skrajnie lewicowych.

 

Teza trzecia: moderacja powinna być jak najbardziej ograniczona, a platformy powinny być jak najbardziej neutralne. Wyjątki powinny dotyczyć jedynie sytuacji najbardziej czytelnych, a więc tych, gdzie nastąpiło ewidentne złamanie prawa lub przynajmniej – jako że o złamaniu prawa ostatecznie orzeka sąd – gdzie istnieje jednoznaczne podejrzenie złamania prawa. Wspominałem również o tym, że dobrym rozwiązaniem byłoby ustanowienie zewnętrznego arbitrażu – który pojawia się w koncepcji MS w postaci sądowej.

 

Inni debatujący wskazywali na niewątpliwe wady takiego rozwiązania. Jedną z nich był wymóg szybkości, podczas gdy sprawy w zewnętrznym arbitrażu musiałyby przecież trwać. To oczywiście racja, ale spór w dużej mierze sprowadza się tutaj do tego, jaką wartość stawiamy wyżej: wolność słowa czy upatrywanie zagrożenia w treściach, które jakieś grono w firmie cyfrowej mogłoby arbitralnie uznać za niepożądane czy niebezpieczne. W dyskusji Klubu Jagiellońskiego szczególnie wybijało się tu opozycyjne wobec mojego, nastawionego przede wszystkim na wolność słowa, stanowisko byłego dyrektora Muzeum Polin Dariusza Stoli, który twierdził, że treści trzeba moderować ofensywnie, ponieważ od nich zaczynają się m.in. totalitaryzmy. Mogę tu tylko przypomnieć, że totalitaryzmy zaczynają się również od cenzury.

 

Kolejny ważny czynnik, który pojawił się podczas wspomnianej dyskusji, a który przemawia za rozwiązaniem proponowanym przez MS, to nieprzejrzystość i uznaniowość procedur. Ignorują rzeczywistość ci, którzy twierdzą, że na przykład YouTube w swoim regulaminie wyraźnie mówi, czego nie akceptuje. Nieprawda – regulaminy siłą rzeczy są sformułowane ogólnikowo – i to jeszcze można by zrozumieć, skoro są niemal identyczne we wszystkich krajach, gdzie działają firmy. Problem w tym, że nieprzejrzyste są również przyczyny interwencji cyfrowych platform. Niemal nigdy w przypadku demonetyzacji materiału, jego zablokowania (z powodów innych niż prawa autorskie) czy zablokowania całego kanału lub konta nie są wskazywane konkretne przyczyny takiego działania.

 

Oczywiście, jak to jest z każdym pomysłem legislacyjnym, należy poczekać na projekt ustawy, bo diabeł jest w szczegółach. Jednak w zarysach zasady wydają się rozsądne. Instytucja obowiązkowego pełnomocnika dla działających w Polsce firm, czyli konkretnej instancji (a nie, jak dzisiaj, nie wiadomo kogo), służącej odwołaniu w ramach jeszcze samej platformy jest rozsądna, podobnie jak następująca dalej możliwość odwołania się do specjalnego wydziału sądu. Jednak kluczową kwestią musiałoby być bardzo sprawne działanie tych wydziałów, bo w internecie liczy się szybkość. I tu można mieć największe wątpliwości, bo z prędkością działania sądów w Polsce nie jest w następstwie rządowej reformy lepiej, ale gorzej.

 

Przede wszystkim jednak – co jest być może największym problemem – jest pytanie, jak te zmiany wprowadzić w zgodzie i porozumieniu z samymi gigantami cyfrowego świata. Nie mam wątpliwości, że niczego nie da się tutaj załatwić metodą prostej konfrontacji. Resort sprawiedliwości musiałby po prostu zacząć z Googlem, Facebookiem, Twitterem rozmawiać. Czy tak będzie, śmiem wątpić. Nie miejmy zaś złudzeń: jeżeli projekt zostałby uchwalony na zasadzie oktrojowania prawa, bez porozumienia z firmami, których dotyczy, to te zatrudnią swoich doświadczonych prawników, żeby uciec przed jego skutkami. I niemal na pewno im się to uda.

 

Obawiam się więc, że przy najlepszych chęciach projekt ma głównie wartość piarową i mimo że jest naprawdę potrzebny – w tej lub nieco zmodyfikowanej formie – pozostanie jednym z nie zrealizowanych pomysłów obecnej władzy. W tym akurat wypadku – szkoda.

 

Łukasz Warzecha

MIROSŁAW USIDUS: Na pohybel Twitterowi! Precz z Facebookiem!

Twitter, jak pałkarz z NSDAP, który zdzielił mnie w zęby z bejsbola za to tylko, że udostępniłem treść, która w jego ideologicznym mniemaniu mogła zaszkodzić wspieranej przez Twittera opcji politycznej. Facebook to cenzor pod wieloma aspektami gorszy niż peerelowski Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, bo komunistyczni kontrolerzy w pewne formy prywatnej komunikacji nie ingerowali.

 

O tym, że Facebook stosuje zakazaną w RP cenzurę prewencyjną, nie pozwalając opublikować pewnych treści, czasami po prostu linków do serwisów, które krytykują Facebooka, wiedziałem od dawna i nawet o tym tu na portalu SDP pisałem. Jednak poziom mojej tolerancji dla gangsterki ludzi Zuckeberga został przekroczony, gdy przekonałem się, że zakazanego linka nie można wysłać nawet w prywatnej wiadomości. Blokowanie treści w osobistej korespondencji oznacza, że czytają wszystko, nie tylko to, co użytkownicy przesyłają sobie w przekonaniu, że to sfera prywatności, a także to, co chcą przesłać w prywatnych wiadomościach. Czyli inwigilacja już na poziomie pisania listu, wiadomości do znajomego. O czymś takim cenzorskie mendy z Mysiej mogły tylko pomarzyć.

 

Twitter z kolei próbę udostępnienia linka do artykułu zawierającego analizę pewnych matematycznych anomalii w wynikach Joe Bidena nie tylko zablokował. O nie. Za próbę publikacji treści, która nie zgadza się z poglądami politycznymi zarządzających tym serwisem dostałem od bojówkarzy Twittera w łeb dwunastogodzinnym banem. Tu znów politrucy społecznościówki zawstydzają komunistycznych cenzorów, którzy tylko zakazywali publikacji. Kijem za karę nie mogli przywalić, choć może chcieli.

 

Granice zostały przekroczone. Niby wiedziałem wcześniej, że Facebook stosuje polityczną cenzurę prewencyjną, i że moderacja Twittera jest czerwona jak stara stuzłotówka z Waryńskim. Zdawałem sobie sprawę, sugerując to w tekstach niejednokrotnie, iż prywatne wiadomości są inwigilowane, ale, ta brutalność moich wyżej opisanych doświadczeń sprawiła, że, jak to się mówi „coś we mnie pękło”.

 

Wiem. Zawsze wiedziałem, że największą krzywdą, jaką zwykły użytkownik może im wyrządzić, jest po prostu rezygnacja z ich usług. I to właśnie robię, choć stopniowo, zdając sobie sprawę po raz kolejny, jak silnie człowiek wikła się w social media, w te sieci zależności i małych interesów, przez lata „życia społecznościowego”. A lat tych jest trochę, gdyż na Facebooku „jestem” od 2006 roku, na Twitterze – od 2008.

 

Przy okazji staram się namawiać innych do odejścia. Mogę oczywiście przedstawiać wiele różnych argumentów od wielkiej okazji na odzyskanie ogromnej ilości czasu na prawdziwe życie, po wyłaniające się z wielu analiz naukowych narastające przekonanie, że to właśnie Facebook i Twitter w ogromnym stopniu odpowiadają za niszczenie więzi społecznych i obłąkaną polityczną polaryzację czy to w Polsce, czy w USA. Sama bowiem konstrukcja tych serwisów i algorytmy regulujące ich funkcjonowanie wzmacniają konflikt a nie zgodę i współpracę. Ale, tak naprawdę, namawiając innych do odejścia z tych platform, najbardziej mam ochotę odwoływać się do odrazy jaką budzi we mnie sytuacja, w której ludzie zdający sobie sprawę ze skandalicznych praktyk, cenzury, politycznie motywowanych represji i jednostronności ideologicznej Twittera i Facebooka, w najlepsze korzystają z tych społecznościówek.

 

Tak, moi drodzy, dziwię się wam i pytam, co robicie jeszcze w tych opresyjnych systemach. PRL, system komunistyczny w bloku sowieckim był narzucony i trudno było od niego uciec. Używając radośnie Facebooka i Twittera funkcjonujecie w tej nowoczesnej odmianie sowietyzmu dobrowolnie. Co z wami? Nie do tych, którzy popierają sowietyzm mówię, ale do wszystkich, którzy uważają się za zwolenników wolności, przede wszystkim wolności słowa.

 

Jeśli do kogoś to wciąż nie przemawia, to okraszę to samokrytyką. Ja też przez lata byłem hipokrytą, który udawał, że nie widzi fundamentalnego problemu z tym co wyprawiają Facebook i Twitter, choć świetnie wiedziałem o ich praktykach. Funkcjonowałem tam sobie jak gdyby nigdy nic, publikując, ciesząc się z publiczności i oddźwięku. Owszem można przez jakiś czas przychodzić do sklepu, w którym inni klienci są oszukiwani i okradani przez sprzedawcę, nie reagując i ciesząc się, że „mnie nie okradł”. Chyba jednak do czasu. Ja w końcu jednak postanowiłem zrezygnować z zakupów w tym sklepie i namawiam do tego innych, bo uważam, że to najlepszy sposób na złodzieja. Ale do tego jeszcze wrócę.

 

Propozycje polskiego rządu

 

Niestety wygląda na to, że łamiące polskie prawo cenzorskie systemy Facebooka i Twittera mogą mieć wielu obrońców w kontekście proponowanych przez polskie Ministerstwo Sprawiedliwości rozwiązań, które – jak sam resort pisze w komunikacie – „skutecznie realizują konstytucyjne prawo do wolności słowa”. Z tonu niektórych komentarzy po opublikowaniu informacji o projekcie wynika, że niektórzy skłonni są bronić uprawiających łamiącą polskie prawo samowolkę cenzorską społecznościówek biorąc na sztandar hasła „obrony wolności słowa”. W świetle tego, co wyprawiają Twitter i Facebook (a moje przygody to tylko jeden z oceanu innych przykładów), brzmi to niezbyt zachęcająco.

 

Oczywiście o projekcie ochrony wolności słowa w internecie Ministerstwa Sprawiedliwości można dyskutować, zwłaszcza pytać, czy proponowane rozwiązania będą skutecznie chronić praw użytkowników. Wiceminister Sebastian Kaleta przedstawiał w mediach koncepcję tzw. pełnomocników, przewidywanych w projekcie rozwiązań.

 

Proponujemy, żeby w pierwszej kolejności media społecznościowe miały obowiązek ustanowienia stosownych pełnomocników w Polsce, żeby użytkownik, który kwestionuje daną treść zarówno mogącą naruszać przepisy prawa mógł odwołać się od tego,” mówił Kaleta. „Ale z drugiej strony mógł odwołać się, kiedy platforma usuwa treści umieszczone przez użytkownika, które treści tego prawa nie naruszają. Niezadowolonemu z rozstrzygnięcia użytkownikowi przysługiwałaby skarga do sądu. Tutaj proponujemy utworzenie specjalnego sądu na wzór niedawno otworzonych sądów własności intelektualnej”.

 

Ministerstwo zaproponowało również inne rozwiązania, przede wszystkim tzw. „ślepy pozew”, które mogą składać wskazując adres URL kwestionowanego zasobu ofiary szkalowania czy fake newsów i kary nakładane przez Urząd Komunikacji Elektronicznej. Zostańmy jednak przy samej koncepcji walki nielegalnymi praktykami cenzorskimi społecznościówek, bo fake newsy i zniesławienia w sieci to odrębny temat, zasługujący być może na oddzielny tekst. Przedstawione przez MS propozycje przypomniały mi tekst, który napisałem w czerwcu 2019 r. dla portalu SDP.

 

Internetowe sądy pokoju?

 

Pisałem w nim o koncepcji „internetowych sądów pokoju” upublicznionej przez Jeffa Jarvisa, profesora medioznawstwa i internetoznawstwa na The City University of New York. Pomysł ten wychodzi od idei swoistego przymierza, czy też „umowy społecznej”, a może lepiej – „społecznościowej”, jaką firma operująca w Internecie, wydawca i administrator serwisów, zawiera ze swoimi użytkownikami i z władzami, które stoją na straży obowiązującego w kraju prawa. Dokument ten zobowiązuje użytkowników serwisów, usług i platform do przestrzegania standardów społeczności, które definiują niepożądane i niechciane zachowania oraz treści. Przymierza tego rodzaju mogłyby się różnić w zależności od platform i państw. Ważne jest, by społeczność użytkowników miała równorzędną możliwość wpływania na kształt tej umowy, czyli, aby np. regulamin serwisu był także ich, użytkowników serwisu, dziełem. Rolą zaś państwowych regulatorów i instytucji prawnych byłoby dbanie o to, aby brzmienie „umowy społecznościowej” zgodne było z przepisami prawa krajowego.

 

Wyjaśniając dalej koncepcję przedstawioną przez Jarvisa, pisałem, iż z wyjątkiem poważnych spraw kryminalnych i naruszeń prawa (np. groźby karalne, podżeganie do aktów terroru lub rozpowszechnianie pornografii dziecięcej), kiedy istnieje obowiązek reagowania z mocy prawa, zobowiązanie firmy administrującej platformą do reakcji na nielegalne treści lub zachowania powstaje po powiadomieniu jej przez użytkowników serwisu lub władze. Po otrzymaniu powiadomienia, firma jest zobowiązana do podjęcia działań i może zostać pociągnięta do odpowiedzialności w wypadku braku odpowiedniej reakcji. Oczywiście, może działać także z własnej inicjatywy, powołując się na regulamin oparty na „umowie społecznościowej”, ale, co może być dla niej ważne, nie musi.

 

Zasadniczo reakcja na sprawy dotyczące możliwych naruszeń wcześniej uzgodnionego „przymierza” polegałaby na kierowaniu tych spraw do „internetowego sądu pokoju”, ciała istniejącego na mocy prawa krajowego ze specjalnie przeszkolonymi sędziami i wyposażonego w nowoczesne, oparte na sieci systemy komunikacji, które umożliwiają działanie z wymaganą szybkością i w odpowiedniej skali. Czy dziennikarze mogliby zasiadać w tego typu ciałach orzekających, obok prawników? Myślę, że tak, podobnie jak deweloperzy internetowi czy urzędnicy.

 

Oczywiście, jak wspominałem, trzeba też przewidzieć taką możliwość, że administracja może działać bezpośrednio, powołując się na regulamin, który wypracowano wspólnie. Jednak użytkownik, którego dotyczy sankcja nałożona przez administrację, ma prawo odwołać się od tej decyzji do takiego właśnie sądu.

 

Zakładana w tej koncepcji szybkość podejmowania decyzji przez sąd internetowy byłaby ogromną zaletą z punktu widzenia wszystkich stron. Strony mogłyby uczestniczyć w procedowaniu osobiście (czyli za pomocą tożsamości sieciowej) lub przez przedstawicieli. Decyzja takiego składu orzekającego przywracałaby np. w ciągu doby lub kilku dni usunięte wcześniej treści lub zdejmowałaby ban z użytkownika, albo też utrzymywała blokady nałożone przez przedstawicieli platformy.

 

Oczywiście w państwie prawa, od decyzji sądu pierwszej instancji (czyli w tym przypadku „internetowego sądu pokoju”) przysługuje odwołanie. Jednak dalsza procedura odwoławcza, co wydaje się oczywiste, toczyłaby się już w tradycyjnych sądach.

 

Jak pisał Jarvis, sądy takie mogłyby być finansowane z opłat lub specjalnego „podatku” nakładanego na spółki działające w Internecie. Brzmi to źle, ale tylko pozornie. Jeśli działalność „internetowych sądów pokoju” zmniejsza ryzyko prawne (i finansowe) działalności firm internetowych, czyli zdejmuje z nich groźbę pozwów użytkowników z jednej strony i przedstawicieli państwa – z drugiej, to rozwiązanie takie może okazać się dla nich całkiem atrakcyjne.

 

Lepiej mieć kwit w garści

 

Opisana przez mnie w połowie 2019 roku wizja wykazuje wiele podobieństw do projektów przedstawianych obecnie przez polskie Ministerstwo Sprawiedliwości. Jest jednak pewna zasadnicza różnica. Dotyczy, nazwijmy to ogólnie, reguł reagowania w przypadku naruszeń. W projekcie resortu nie ma owej „umowy społecznej” czy „społecznościowej”, która stanowiłaby podstawę funkcjonowania systemu, jest za to instytucja pełnomocnika, który, jak należy rozumieć, reprezentuje interesy portalu a nie użytkowników. Czym więc będzie się różnić od form odwoławczych, za pomocą których od dawna można tam się skarżyć na decyzje moderacji?

 

Lepsze są twarde kwity w postaci umów opartych na przepisach polskiego prawa z tego chociażby względu, że Facebook, Twitter, Google i inni potentaci internetu mogą cały ten misterny plan, te nasze procedury odwoławcze do specjalnych sądów itd., po prostu – excusez le mot – olać.

 

Takie rzeczy już się zdarzały, np. z pozwem fundacji Panoptykon przeciw Facebookowi. I co wtedy? Do USA? Tam są chronieni przez sekcję 230 Communications Decency Act jeszcze z 1996 roku. Do Unii Europejskiej? Obawiam się, że w wielu sprawach siły nadające ton UE, mogą zgadzać się z cenzurą stosowaną przez platformy social media a nie z wolnościowymi argumentami. Czy wyobrażacie sobie, że Bruksela i TSUE będą bronić sekowanych na Facebooku narodowców?

 

Można też teoretycznie blokować działanie Facebooka i Twittera na terenie Polski, dopóki nie ugną się i nie zaczną reagować na polskie prawo. Niedawno blokadę Facebooka zapowiedziały władze Wysp Salomona. Chcą tego, gdyż, jak twierdzą, społecznościówka „zagraża jedności narodowej”. Wywołało to w tym mało znanym zakątku świata wielką awanturę polityczną. U nas, gdyby władze się na to zdecydowały, zapewne awantura byłaby znacznie większa i miałaby rytualne reperkusje międzynarodowe.

 

Jest oczywiście też kwestia technicznej wykonalności takiej blokady. I najpoważniejsze zastrzeżenie – zakaz taki naruszałby zasady w imię których podejmujemy zmagania z cenzorami Zuckerberga, czyli poszanowanie wolności słowa, zakaz cenzury prewencyjnej i swoboda wymiany informacji.

 

Przykłady Francji, która prawnie i administracyjnie czołga Facebooka i innych amerykańskich potentatów internetu całkiem skutecznie, każąc im np. płacić podatki i dzielić się przychodami z wydawcami, pokazuje, że można. Niestety również głównie teoretycznie, bowiem dochodzimy do dość przykrej konstatacji, że Polska to nie Francja. Big Tech ma nasz nie za bardzo istotny rynek w niewielkim poważaniu. Co oczywiście nie oznacza, że nie należy próbować.

 

Osobiście uważam, że wzięcie typów pod włos i dążenie do uzyskania czegoś na piśmie, np. takiej „umowy społecznościowej”, o jakiej pisałem półtora roku temu, jest nieco bardziej obiecującą drogą niż rachuby na to, że Facebook czy Twitter będą się w ogóle przejmować polskimi sądami, tymi zwykłymi, czy wyspecjalizowanymi do spraw naruszeń internetowych. UKE może skutecznie nałożyć kary na podmioty działające na polskim rynku. Co jednak na przykład może zrobić Twitterowi, który, z tego co wiem, nie ma nawet biura w Polsce?

 

Nie znam pełnego tekstu projektu polskiej „ustawy o wolności słowa w internecie”. Żaden jej nawet szkicowy kształt, jak mi się zdaje, nie został udostępniony publicznie. To co wiemy, wiemy z komunikatów przedstawicieli resortu sprawiedliwości. Nie wykluczam, że jej autorzy obmyślili jakieś chytre kruczki, aby zmusić wielkie platformy social media do współpracy. Nie jestem prawnikiem i nie mam fachowej wiedzy o paragrafach, po które można by sięgnąć, aby skutecznie zmusić cenzorską bandyterkę z Fejsa i Twittera do przestrzegania polskiego prawa. Może i są takie sposoby. Dopóki nie zobaczę konkretnych projektów przepisów, pozwolę sobie zachować rezerwę i sceptycyzm.

 

Nie zaglądając do niebieskiego kieliszka

 

Ja jestem prostym człowiekiem z internetu, który coś tam w nim zrobił i trochę o nim wie. Wiem na przykład, czego wzbudzeni politycznie nadzorcy tych społecznościówek boją się tak naprawdę, a nie są to wcale żadne paragrafy.

 

Jest taka jedna rzecz, która w zasadzie wydaje się dość prosta do przeprowadzenia. Nazywa się: porzucenie Facebooka, Twittera, Instagrama, na dobre, na zawsze. Tak po prostu przestańmy mieszkać w tym niebieskim PRL-u, przestańmy uciekać od wolności do świata, który z wolnością ma niewiele wspólnego. I już tam nigdy nie wracajmy.

 

Tak, owszem, jest syndrom odstawienia. Gdy go zauważasz, ze zdumieniem konstatujesz, jak bardzo twoje uzależnienie od social media podobne jest do innych nałogów, które znasz czy to z autopsji, czy z literatury. Jednak, z każdym kolejnym dniem trzeźwości z podnieceniem odnotowujesz, jak mało tracisz, nie zaglądając do kieliszka błękitną trucizną.

 

Mirosław Usidus

CMWP SDP przeciwko nadużywaniu wolności słowa poprzez profanację wizerunku Matki Bożej

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko nadużywaniu zasady wolności słowa i wolności mediów czego wyjątkowo jaskrawym przykładem jest   opublikowanie w weekendowym wydaniu „Wysokich Obcasów”, dodatku do „Gazety Wyborczej” (19/20.12.20), grafiki przedstawiającej wizerunek Matki Bożej jako zwolenniczki aborcji. Na tym wizerunku ma ona twarz zasłoniętą maseczką z błyskawicą – symbolem Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, oraz trzyma czarną parasolkę, która była symbolem demonstracji przeciwko zaostrzeniu przepisów aborcyjnych.

 

W ocenie CMWP SDP publikacja ta jest prowokacją, narusza prawo do wolności i poszanowania uczuć religijnych innych osób oraz jest publikacją łamiącą podstawowe zasady etyki dziennikarskiej, jaką jest zasada szacunku i tolerancji oraz poszanowania ludzkiej godności oraz praw i nie mieści się w standardach zachowań obowiązujących media.

 

Respektowanie norm etyki zawodowej jest konieczne podczas wykonywania każdej czynności związanej z dziennikarstwem, zarówno na etapie zbierania materiału, jego redagowania jak i samej publikacji. Wolność środków masowego komunikowania nie ma charakteru absolutnego i musi mieścić się w ramach wytyczonych zarówno przez akty prawne, jak i etykę dziennikarską, co wielokrotnie stwierdzano na gruncie prawa polskiego i międzynarodowego oraz w analizach medioznawczych. . Szczególnie bulwersujący jest w tym wypadku także moment publikacji – ma to miejsce tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, które dla chrześcijańskiego kręgu kulturowego są afirmacją życia od poczęcia, a dla wielu, także niewierzących ludzi, są okazją do poszukiwania zgody i porozumienia.  Opublikowana grafika z pewnością temu nie służy.

 

W związku z tym CMWP SDP przypomina iż zgodnie z zasadami Światowej Karty Etyki Dziennikarskiej przyjętej 12 czerwca 2019 podczas 30. Kongresu Międzynarodowej Federacji Dziennikarskiej (IFJ) wyrażonym w art. 9 w/w Karty publikowane przez dziennikarzy informacje lub opinie nie mogą przyczyniać się do wywoływania nienawiści lub uprzedzeń, a dziennikarz powinien dołożyć wszelkich starań, aby nie ułatwiać szerzenia jakiejkolwiek dyskryminacji ze względu na pochodzenie geograficzne, społeczne lub etniczne, dyskryminacji rasowej, dyskryminacji ze względu na płeć, orientację seksualną, niepełnosprawność, poglądy polityczne lub z innych względów. Jest to podstawą zasady wolności słowa w demokratycznym państwie, do której przestrzegania zobowiązani są przedstawiciele wszystkich mediów.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 21 grudnia 2020 r.

DOMINIKA ĆOSIĆ: Unia Europejska a Białoruś

Część krajów tzw. starej Europy zwykła traktować byłe radzieckie republiki jako wciąż obszar dominacji rosyjskiej i w związku z tym z niechęcią angażować się w bardziej aktywną politykę w tym regionie. Widać to było na przykładzie wojny w Gruzji w 2008 roku. Francja, która wówczas miała rotacyjne przewodnictwo w UE, zwołała wprawdzie we wrześniu nadzwyczajny unijny szczyt w Brukseli, a prezydent Nicolas Sarkozy podjął się roli negocjatora, ale relacje z Rosją stosunkowo szybko wróciły do formuły business as usual.

 

Sześć lat później, po rosyjskiej aneksji Krymu, również pierwszą reakcją był szok, że Rosja znów przekroczyła kolejną granicę, ale też i podział wewnątrz samej Unii Europejskiej odnośnie do reakcji. Udało się jednak wprowadzić sankcje na przedstawicieli reżimu odpowiedzialnych za to.

 

W przypadku wyborów na Białorusi i późniejszych protestów społecznych, scenariusz powtórzył się. Tak jak w przypadku wojny w Gruzji, kulminacja wydarzeń przypadła na wakacje, kiedy to instytucje unijne pracują w zwolnionym tempie. Tym razem dodatkowo zwolnionym za sprawą pandemii. Polska, Litwa i częściowo Szwecja naciskały jednak, by Białoruś nie była zignorowana. I choć nie zwołano od razu tradycyjnego szczytu, odbyła się, z inicjatywy Polski, wideokonferencja z udziałem szefów 27 krajów.

 

Z kolei w Parlamencie Europejskim komisja spraw zagranicznych zorganizowała debatę z udziałem jednej z liderek protestów, z czasem organizując kolejne tego typu spotkania. Przy tej okazji trudno nie zauważyć, że wystąpienie Swiatłany Ciechanouskiej rozczarowało europosłów. Zwłaszcza jej stwierdzenie, że protesty nie mają natury ani antyrosyjskiej ani prounijnej oraz brak analizy i deklaracji geopolitycznych.

 

Dosyć szybko zaczęły się także prace w Radzie nad sankcjami wobec przedstawicieli reżimu białoruskiego. Po kilku miesiącach do obejmującej kilkadziesiąt nazwisk listy dopisano także samego prezydenta Łukaszenkę, którego instytucje unijne zresztą nie uznają obecnie za powtórnie wybranego prezydenta Białorusi. Lista ta będzie się powiększać o kolejne nazwiska w razie takiej potrzeby. A sankcje polegają na zakazie wjazdu na teren Unii Europejskiej oraz zamrożeniu ewentualnych aktywów bankowych. Mają zatem, szczerze powiedziawszy, wymiar bardziej symboliczny, bo przecież mało który z notabli białoruskich czy też przedstawicieli służb podróżuje do krajów unijnych. Ale nawet i takie sankcje wzbudzały opory przez jakiś czas – aż do październikowego szczytu blokował je Cypr. Tym razem bardziej ze względu na chęć wymuszenia sankcji na Turcję niż z prorosyjskich sympatii.

 

Warto przy tej okazji wspomnieć o tym unijnym szczycie, bo to podczas niego Mateusz Morawiecki przedstawił plan pomocy dla społeczeństwa białoruskiego. Ten plan obejmuje m.in. pomoc finansową dla społeczeństwa obywatelskiego oraz stypendia dla studentów. To przede wszystkim pokazanie Białorusinom, że istnieje realna alternatywa dla bliskiego sojuszu Białorusi z Rosją, że w razie zerwania lub przynajmniej osłabienia więzi z Moskwą, Mińsk nie zostanie sam i pozbawiony pomocy. O to przecież teraz toczy się gra – czy Białoruś zostanie wchłonięta przez Rosję czy też uda się jej jednak zachować autonomię. Niestety w bliższej perspektywie bardziej realny jest chyba jednak niestety ten pierwszy wariant. Pomysły polskiego premiera znalazły się w konkluzjach październikowego szczytu. A w połowie grudnia, Komisja Europejska powołując się na te właśnie zapisy uruchomiła program pomocy finansowej dla Białorusi.

 

Z kolei dzięki staraniom polskich europosłów tegoroczna nagroda Parlamentu Europejskiego imienia Andrieja Sacharowa przyznawana za walkę o wolność i demokrację trafiła do przedstawicieli społeczeństwa demokratycznego na Białorusi. Swoją drogą kwestia białoruska w PE, także ta nagroda, to bardzo rzadki przykład współpracy ponad podziałami politycznymi – wszystkie polskie partie polityczne reprezentowane w PE wyjątkowo zgodnie współpracują ze sobą. I to właśnie polscy europosłowie wspólnie wysunęli białoruską kandydaturę.

 

Polacy razem z przede wszystkim Litwinami dbają też o to, by temat protestów i sytuacji na Białorusi nie znikał z agendy unijnej. W pewnym sensie w sukurs zainteresowaniu sytuacją za wschodnią granicą Unii przyszła sprawa próby zabójstwa Aleksieja Nawalnego, zbiegła się ona w czasie z protestami białoruskimi. Po raz kolejny unijni politycy mieli okazję przekonać się, że Rosja nie jest przewidywalnym, demokratycznym partnerem.

 

Niestety, ta refleksja – pomimo takich nadziei – nie wpłynie na zastopowanie prac nad budową gazociągu Nord Stream 2. Choć także i w Niemczech są politycy – m.in. szef komisji spraw zagranicznych w Bundestagu, ale też część innych wpływowych polityków CDU oraz Zielonych – uważający ten projekt za szkodliwy i w dodatku mało opłacalny. Ich głos nie jest jednak wystarczająco silny.

 

Sprawa Nawalnego rzuciła jednak inne światło na wydarzenia białoruskie. W obu przypadkach Rosja okazała się krajem rządzonym przez ludzi, którzy nie cofną się przed niczym. Choć zabójstwa polityczne zdarzały się już wcześniej – choćby Politkowska czy Litwinienko, ale też próba zabójstwa bronią chemiczną Skripala – podobnie jak i agresja wobec krajów ościennych (Gruzja i Ukraina), to wciąż wielu europejskich polityków nie chciała się nad tym zastanawiać.

 

Ta wstrzemięźliwość niektórych, a raczej większości, krajów wynikać może nie tylko z relacji gospodarczych (plus korzystanie z rosyjskiego gazu), ale i naiwnego przekonania, że jeśli nie będzie się Rosji prowokować, to zapewni się sobie nietykalność z jej strony. Taka postawa z kolei wpływa na bardzo rozmiękczoną politykę UE wobec Rosji. W przypadku Białorusi temat przynajmniej nie zniknął jeszcze z pola widzenia liderów i instytucji unijnych.

 

Dominika Ćosić

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Dziennikarze w czasie pandemii

Okres pandemii wymógł na mediach i na dziennikarzach nowy model pracy i zdobywania informacji. Pojawił się tryb pracy zdalnej, co w pewien sposób zmieniło funkcjonowanie redakcji. Myślę, że również media katolickie, zwłaszcza prasa katolicka, wyciągnęła ważną lekcję z zaistniałej sytuacji.

 

Obecność na kontynencie cyfrowym

 

Trwająca obecnie pandemia niewątpliwie stawia przed redakcjami katolickimi pytania o ich obecność w świecie cyfrowym. I myślę, że już dzisiaj jest łatwo zauważalne to, że media katolickie powinny utrzymać swoją obecność na kontynencie cyfrowym, co niewątpliwie pomaga także w utrzymywaniu więzi ze stałymi czytelnikami. Bardzo ważne w tej sytuacji jest nie tylko łączenie wydania papierowego z aktywnością w sieci, ale również szukanie wciąż nowych form przekazu, tak aby nie utracić stałych czytelników, a zyskać nowych, szczególnie z młodego pokolenia. Ważną rolę odgrywają e-wydania. Naturalnie „Niedziela” takie e-wydanie zaoferowała swoim czytelnikom zachęcając: „Czytaj „Niedzielę” na komputerze, tablecie, telefonie”.

 

Oczywiście ten trudny okres, który przeżywamy powoduje, że coraz bardziej ewoluujemy w stronę rzeczywistości cyfrowej. Tym niemniej stali czytelnicy chcą utrzymania wydania papierowego gazet. Być może potwierdza to również prawdę, że to co wydrukowane, jest bardziej trwałe, bardziej rzetelne. Do informacji wydrukowanych zawsze można powrócić i spokojniej przeczytać, zastanowić się. Tymczasem informacje w świecie cyfrowym są podane bardzo szybko, co oczywiście jest plusem, ale również bardzo szybko znikają z pola widzenia czytelnika.

 

Być z czytelnikami

 

Jesteśmy w okresie przed świętami Bożego Narodzenia. Myślę, że szczególnie teraz potrzebny jest kontakt z czytelnikami. Pokazanie im, że nie są i nie będą sami w te święta. Dotyczy to również okresu Adwentu. Może zmieniać się model funkcjonowania poszczególnych redakcji, ale media zawsze i w każdej sytuacji powinny być nośnikami nadziei. Redaktor naczelny „Niedzieli” ks. dr Jarosław Grabowski wypowiedział kiedyś bardzo ważne słowa: „Od mediów katolickich zawsze powinno się wymagać więcej, bo nie są one medialnym fast foodem”. Jako „Niedziela” chcemy budować kulturę Adwentu. To bardzo ważne w naszych czasach. W społeczeństwie dostrzegamy pewne „skażenie” komercyjne. Moim zdaniem ważne jest budowanie kultury Adwentu i przypominanie, że zwyczaje adwentowe też są częścią kultury życia chrześcijańskiego. Obowiązkiem mediów katolickich jest ciągła troska o obecność przesłania Adwentu w przestrzeni medialnej. Będziemy chcieli przeżyć z naszymi czytelnikami ten czas. Również dzięki propozycjom, które pojawią się w wydaniu drukowanym „Niedzieli”, jak i na portalu naszego tygodnika.

 

Praca w pandemii

 

Oczywiście również w „Niedzieli” część zespołu pracuje  w trybie zdalnym. Praca ta jest w trybie rotacyjnym. To po prostu wymóg czasu, w którym się znajdujemy. Naturalnie pojawiły się również rozwiązania dotyczące komunikowania się z redaktorami. Mam na myśli kolegia redakcyjne w trybie online. Pewnie tak również dzieje się  w pozostałych redakcjach. Widzimy równocześnie, że bardzo potrzebny jednak jest osobisty kontakt, teraz w pewien sposób utrudniony.

 

Jednym z problemów jaki pojawił się w okresie pandemii to było i jest nadal niewątpliwie trudniejsze zdobywanie informacji. Praktycznie tradycyjne tematy kościelne zniknęły z dnia na dzień. Dlatego swoją kreatywnością, pomysłowością muszą  wykazać się dziennikarze i redaktorzy pism katolickich. Oczywiście technika nigdy  nie może zastąpić człowieka. Dzisiaj również dziennikarz katolicki korzysta z najnowszych osiągnięć techniki, wyposażony jest w narzędzia ułatwiające pracę, dostęp do newsów: laptopy, smartfony najnowszej generacji dyktafony itp. Nie zapominajmy jednak, że nawet najnowsza technologia, która ułatwia pracę dziennikarzowi, nie zastąpi przecież atrakcyjności tekstu, chociaż pomaga w szybkości przekazu.

 

„Cyberteologia” i „twitter teologia”

 

Bł. ks. Jakub Alberione mówił o „apostolstwie wydawniczym”. Ono w przypadku mediów katolickich wciąż odgrywa ważną rolę, naturalnie przy użyciu nowych środków komunikowania. W okresie pandemii nasi czytelnicy coraz częściej pytają o obecność Boga, o sens wiary. Jako „Niedziela” staramy się odpowiadać naszym czytelnikom na ich wątpliwości, pytania o sens życia, cierpienia. Dlatego każdego tygodnia mamy w naszym czasopiśmie specjalny dodatek „Niedziela liturgiczna”, w której jest rubryka „teolog odpowiada”. Oczywiście nasi czytelnicy znajdują te odpowiedzi również na portalu „Niedzieli” pod linkiem https://www.niedziela.pl/znalezione?q=teolog+odpowiada  .

 

Jest to forma koniecznej dzisiaj „cyberteologii”. Również na naszym twitterze jest odesłanie do tekstów, w których czytelnik znajdzie odpowiedź na nurtujące go pytania z zakresu duchowości i wiary. Ja to nazywam „twitter teologią”.

 

Na zakończenie chciałbym przywołać słowa, które kiedyś usłyszałem, że trudności i przeszkody nie są tylko po to, aby je omijać, ale mogą być darem ku przyszłości i trzeba je pokonywać.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tyg. Kat. „Niedziela”.

GRZEGORZ GÓRNY: Antyfaszysta skazany za faszyzm

W miejscowości Rossony w obwodzie witebskim na Białorusi znajduje się kościół rzymskokatolicki pod wezwaniem św. Jozafata Kuncewicza. Świątynia poświęcona została w 2010 roku. Na ścianie prezbiterium znajduje się fresk zatytułowany „NKWD aresztuje księdza”.

 

 

Kogo przedstawia malowidło? Być może jest to fresk ukazujący scenę, jaką często dane było oglądać ludziom w sowieckiej Białorusi. Być może jednak bohaterem obrazu jest ks. Aleksander Liaszkiewicz, który od 1903 roku posługiwał w cerkwi w Rossonach. W czerwcu 1927 roku został aresztowany przez GPU, a trzy miesiące później skazany na trzy lata pobytu w łagrze w Nowosybirsku. Tam przedłużono mu wyrok na kolejne trzy lata. Dalsze losy kapłana pozostają nieznane.

 

Dziewięćdziesiąt trzy lata później można było zobaczyć podobną scenę z udziałem księdza z Rossonów. Przez milicję zatrzymany został ks. Wiaczesław Barok, proboszcz parafii, w której znajduje się wspomniany fresk.

 

 

Kapłan skazany został na 10 dni aresztu. Na czym polegało jego przestępstwo? Otóż sąd uznał go winnym propagandy symboli nazistowskich. Duchowny zamieścił bowiem w internecie plakat, który sędziowie uznali za promujący ideologię narodowosocjalistyczną, ponieważ przedstawiał swastykę z napisem „Stop łukaszyzm!”

 

 

Autorem plakatu jest członek Białoruskiego Związku Artystów Władimir Cesler, który sam przedstawia się jako Żyd i antyfaszysta. Kiedy duchowny został aresztowany, malarz wydał oświadczenie, że jego dzieło ma charakter antyfaszystowski, a dopatrywanie się w nim wydźwięku faszystowskiego to absurd.

 

Cesler napisał: „Fakt, że upublicznienie mojej antyfaszystowskiej pracy na stronie internetowej ks. Wiaczesława Baroka zostało uznane za demonstrację symboliki nazistowskiej, budzi niedowierzanie i jest sprzeczne z zamysłem artystycznym przyświecającym mi przy pracy nad dziełem. Dla każdego, kto ma oczy, rozum i serce, jest czymś oczywistym antyfaszystowskie stanowisko kościoła.”

 

Nie okazało się to jednak oczywiste dla sędziów, którzy skazali ks. Baroka na karę pozbawienia wolności. W sumie to nic nowego na tamtych ziemiach – w czasach sowieckich księża byli tam przecież skazywani za rzekomą współpracę z faszystami.

 

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że we wrześniu wspomniany kapłan, zachęcając ludzi do demonstracji przeciw fałszowaniu wyborów, powiedział: „W końcu faszystów trzeba gonić”.

 

Grzegorz Górny

 

JADWIGA CHMIELOWSKA: Białoruski świt wolności

Od ogłoszenia niepodległości przez Białoruś, kiedy to nad krajem załopotał biało-czerwono-biały sztandar, mija 30 lat. Marzenia Białorusinów tworzących przed 100 laty Białoruską Republikę Ludową, zniszczoną przemocą przez bolszewicką Rosję, spełniły się wraz z rozpadem Związku Sowieckiego. Najmłodsze pokolenie nie pamięta sowieckich czasów. Wprawdzie pod rządami Łukaszenki nie było to całkiem demokratyczne, wolne państwo, i w dodatku tworzące ZBiR (Związek Białorusi i Rosji), ale zawsze niepodległość przynajmniej nominalnie była.

 

Przez te trzydzieści lat wyrosło nowe pokolenie, posługujące się nowymi technikami teleinformatycznymi. Wiedzą, jak się powodzi ich rówieśnikom w wolnym świecie. Pragną podobnie żyć, mieć perspektywy i, jak to młodzi, zmieniać wszystko, co przeszkadza wolności. Chcą móc decydować o swoim kraju. Wspiera ich pokolenie, które w swojej młodości na przełomie lat 80. i 90. wybiło się na niepodległość. Białoruski Front Narodowy zorganizował się błyskawicznie. Jego lider Zenon Paźniak nagłośnił odkrycie Kuropat, gdzie w dołach zagrzebano kilkadziesiąt tysięcy ofiar NKWD, zamordowanych na rozkaz władz Rosji Sowieckiej. Taki białoruski Katyń, tylko znacznie większy. Początek lat 90. XX w. był czasem nadziei. Niestety prezydentem został w 1994 r. Aleksander Łukaszenka – dyrektor sowchozu, mający za sobą karierę w sowieckim wojsku i formacjach ochrony granic. Warto sprawdzić, jak to się stało, że został powołany na ten urząd. Może to być przestroga dla wszystkich narodów, aby bardziej uważać, komu powierza się władzę.

 

Stracono 30 lat, nie odbudowano powszechnej znajomości języka białoruskiego. Od czasu upadku I Rzeczypospolitej zaborcy prowadzili aktywną politykę wynaradawiania. Niemcy germanizowali, a Rosjanie rusyfikowali zarówno Białorusinów, jak i Polaków. Zmieniała się także mentalność. W Polsce do dziś widać granice zaborów. Tak samo na ziemiach ukraińskich i białoruskich łatwo zauważyć granice kolejnych terenów, które dostały się pod rosyjskie panowanie. Białoruś, niestety, nie poszła drogą Ukrainy i nie wprowadziła języka białoruskiego jako języka urzędowego, państwowego.

 

Łukaszenka i jego rosyjski mocodawca Putin byli przekonani, że naród został wystarczająco spacyfikowany i zatomizowany. Wielu geopolityków też nie wierzyło w to, że Białoruś się może przebudzić. Nie jest teraz ważne, czy to, co się stało po wyborach, było rosyjską prowokacją, mającą na celu zdyscyplinować Łukaszenkę albo podmienić go na kogoś bardziej wygodnego dla Moskwy. Zdobyczą Białorusinów jest przebudzenie i konsolidacja narodu. Polska i inne zniewolone narody właśnie dzięki powstaniom, buntom, strajkom umacniały swoją tożsamość i konsolidowały się w walce o wolność. Nie wolno pouczać Białorusinów, jak mają postępować, to zawsze się źle kończy. Każdy naród musi sam o sobie decydować. Jedyne, co można radzić, to aby wyciągali wnioski z własnej historii, a korzystali z doświadczeń i uczyli się na błędach innych narodów.

 

Wolny świat może i powinien wspierać Białorusinów w ich walce o wolność. Dla nas, Polaków, w latach komunistycznego zniewolenia bezcenne były audycje Radia Wolna Europa czy Głosu Ameryki. Bardzo pomocne było wspieranie druku niezależnych wydawnictw. Tak więc powinniśmy spłacić swój dług wdzięczności, pomagając Białorusinom. Od wielu lat działa TV Bielsat. A teraz Radio WNET nadaje programy w języku białoruskim. Programu „Świt wolności” można słuchać codziennie od godz. 7:00 czasu białoruskiego rano, a od 23:00 czasu polskiego – programu „Białoruskie noce”.

 

Współczesna wojna to przede wszystkim walka o rząd dusz. Społeczeństwa, aby podejmować rozsądne i odpowiedzialne decyzje, muszą mieć szeroką wiedzę o historii i kulturze własnego narodu i informacje bieżące. Wszystkie totalitaryzmy bazują na głupocie i cenzurze. Uwaga! Bardzo niebezpieczna jest „polityczna poprawność” – nowoczesna skuteczna forma cenzury, bo bazuje również na autocenzurze. Dziennikarze są więc na pierwszej linii frontu współczesnych wojen. Ich zadaniem jest nie tylko dostarczanie bieżących informacji, ale powinni też sprzyjać edukacji narodu. Poszukiwać prawdy. Popularyzować prawdziwą historię. W Polsce w czasie 16 miesięcy czasów Solidarności powstały tysiące bibliotek i czytelni, w których można było kupić wydawane nielegalnie bądź sprowadzane z emigracji książki. Drukowano niezależną prasę. Polacy poznawali swoją najnowszą historię i kulturę. To sprawiło, że nawet stan wojenny nie spacyfikował narodu i po 10 latach komuniści przegrali wybory stosunkiem 20% do 80%. Teraz na Białorusi nastał czas podobny do lat Solidarności 1980–1981 i ukraińskiego Majdanu – rewolucji godności. To duży krok na drodze do budowy wolnego, demokratycznego państwa.

 

W grudniu mija 50 rocznica pacyfikacji protestów robotniczych na Wybrzeżu, kiedy władza ludowa strzelała do robotników, i 39 rocznica wprowadzenia „stanu wojennego” i pacyfikacji śląskich kopalń. Ofiary życia nie poszły na marne – przybliżyły nas do wolności. Tak samo „Niebiańska Sotnia” dała Ukrainie możliwość decydowania o własnym losie.

 

Aby walczyć, trzeba mieć wiarę w zwycięstwo i świadomość, że suwerenem w każdym państwie musi być naród, a wybrane władze mają jedynie mu służyć i przysparzać korzyści.

 

Teraz na całym świecie toczy się nowoczesna wojna. Nowa odmiana komunizmu, głosząc hasła genderyzmu i klimatyzmu, chce zapanować nad światem.

 

Wiele wskazuje na to, że wypuszczony z Chin wirus i pandemia to broń biologiczna mająca na celu nie tylko zrujnowanie gospodarek na całym niemal świecie, ale i wywołana panika – terror strachu – ma doprowadzić do zgody obywateli na coraz skuteczniejszą ich kontrolę i podporządkowanie.

 

Jadwiga Chmielowska

 

Zdjęcie: archiwum SDP, Donat Brykczyński

 

SDP wspiera Centrum Białoruskiej Solidarności

Kamerę, mikrofony, statywy oraz reflektory – taki między innymi sprzęt ofiarowało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich Centrum Białoruskiej Solidarności. Posłuży on do wyposażenia powstającego tam centrum prasowego.

 

Centrum Białoruskiej Solidarności powstało we wrześniu, zrzesza kilkanaście organizacji białoruskich z całego świata, jego celem jest m.in. pomoc Białorusinom represjonowanym przez reżim Łukaszenki. Niedawno CBS otrzymało od miasta Warszawy lokal na swoją siedzibę przy ul. Oleandrów, tam też powstaje centrum prasowe. Sprzęt na jego wyposażenie zakupiło Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, w piątek odbyła się uroczystość jego przekazania. Uczestniczyli w niej prezes SDP Krzysztof Skowroński, prezes CBS Vlad Kobest, członek zarządu CBS i szefowa powstającego centrum prasowego Alina Kouszyk oraz koordynatorka ds. międzynarodowych SDP Dorota Zielińska.

 

–  Wspieracie nas w niezwykle ważnym dla nas momencie, kiedy Białorusini walczą jak nigdy o wolność, o niepodległość – powiedział Vlad Kobest. –  Dzisiaj, wspólnie z Polską i Europą, tworzymy historię wolnej Białorusi .

 

Otrzymany od SDP sprzęt posłuży w centrum prasowym m.in. do nagrywania relacji Białorusinów, którzy byli prześladowani przez reżim w Mińsku, nierzadko torturowani, i zostali zmuszeni do opuszczenia swojego kraju.  – Chcemy utrwalać te historie, przekazać je do mediów – tłumaczył Vlad Kobest. –  Będziemy też zapraszać gości, polityków, naukowców, zwykłych ludzi, aby przeprowadzać z nimi wywiady.

 

– Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich od początku protestów na Białorusi wspiera wolne media i walkę Białorusinów o odzyskanie godności, odzyskanie swojego kraju. Trzymamy kciuki i podziwiamy, że Białorusini mają tyle siły by protestować – powiedział Krzysztof Skowroński.

 

Jako przykład solidarności podał niedawno wydaną przez SDP w formie e-booka książkę „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?”, która zwiera historie dziennikarzy represjonowanych na Białorusi (można ją pobrać TUTAJ).

 

W podziękowaniu za ofiarowany sprzęt przedstawiciele CBS przekazali na ręce prezesa SDP świąteczny wieniec wykonany na warsztatach przez jedną z podopiecznych centrum i słodki upominek.

 

jka

 

 

ANDRZEJ KLIMCZAK: Wolność muszą wywalczyć sobie sami

W miarę pojawiania się medialnych informacji o sytuacji na Białorusi nabieram przekonania, że dalekie od realiów są oczekiwania wielu autorów klasycznej publicystyki, jak i analityków zmagających się z próbami przewidywania przyszłości tego kraju. W tekstach nie brakuje nadziei, iż sytuacja na Białorusi rozstrzygnie się niebawem na korzyść społeczeństwa a Łukaszenka zniknie z politycznej sceny. Na dodatek ma się to stać dzięki międzynarodowemu wsparciu, jakiego protestującym Białorusinom nie będzie szczędził Zachód.

 

Osobiście wątpię, aby Zachód w tej chwili podjął zdecydowane działania wspierające efektywnie protestujących. Mało skuteczne zabiegi dyplomatyczne było wyraźnie widać w sprawie ukraińskiej a dzisiaj niemal bliźniaczo ten sam wariant powtarza się w kwestii Białorusi. Może sytuacja wyglądałaby inaczej gdyby Łukaszenki nie wspierała Rosja i gdyby protestujący Białorusini stworzyli struktury gwarantujące nie tylko przejęcie władzy, ale przewidywalne, skuteczne i bezpieczne jej funkcjonowanie w przyszłości.

 

Co jakiś czas pojawiają się opinie, że manifestujący Białorusini powinni zmienić taktykę rezygnując z pokojowych form protestu na rzecz radykalnych działań. To głosy mogące narazić Białorusinów na jeszcze bardziej brutalne represje, bowiem Łukaszenka nadal dysponuje wiernymi resortami siłowymi, które mogą być, albo już są, wspomagane nieoficjalnie przez „zielonych ludzików” ze Wschodu.

 

Próby bardziej radykalnych rozwiązań były już podejmowane przez Swiatłanę Cichanouską, która w październiku ogłosiła ultimatum wobec Łukaszenki, domagając się jego ustąpienia. W przypadku, gdyby prezydent Białorusi nie zrezygnował ze stanowiska, miał nastąpić powszechny, ogólnokrajowy strajk. Brak liderów opozycji i stojących za nimi struktur był przyczyną fiaska protestów robotników i studentów, którzy odpowiedzieli na apel kontrkandydatki Łukaszenki. Władza zrewanżowała się wzmożonymi represjami.

 

Białoruski rząd postawił na zmęczenie opozycji i zniechęcenie społeczeństwa do jej wspierania. Można podejrzewać, że jest przygotowany również na wprowadzenie stanu wyjątkowego, gdyby sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli. Wydaje się jednak, że takie ostateczne rozwiązanie przyspieszyłoby tylko  upadek władzy Łukaszenki dając pretekst Rosji na wymianę politycznej elity Białorusi. Najprawdopodobniej nowy prezydent i jego otoczenie zostałoby sprytnie wkomponowane w barwy i oczekiwania dzisiejszej opozycji.

 

Sytuacja Białorusinów jest naprawdę trudna, ale nie beznadziejna. Jednak wolność będą sobie musieli wywalczyć sami. To proces rozłożony w czasie i wymagający konsolidacji społeczeństwa według zasady: nec herkules contra plures, lub mówiąc inaczej: i Herkules nie pomoże, kiedy ludzi całe morze. W procesie konsolidacji społecznej opozycję wyręcza niechcący sam Łukaszenka. Im więcej represji, tym większy solidaryzm społeczny.

 

Odwołując się do doświadczeń Polaków, którzy przez dziesięciolecia budowali struktury oporu wobec komunistycznej władzy, zarówno w kraju jak i za granicą, należy białoruskiej opozycji doradzać właśnie taką pokojową drogę wiodącą do sukcesu. Rozwiązaniem jest tworzenie przez działaczy opozycji organizacji działających na rzecz demokratyzacji życia, konsolidacji oraz oświaty społecznej. Jasnym jest, że w kraju kontrolowanym przez reżimowe władze te struktury nie będą miały jawnego charakteru. Ważnym jest zatem tymczasowe tworzenie struktur poza granicami Białorusi. Mowa tutaj nie tylko o strukturach politycznych, ale również tych, które będą rozwijać i promować niezależną kulturę białoruską dając szansę na aktywność intelektualistów przebywających na emigracji. Od nich bowiem będzie w przyszłości zależał kształt państwa, które musieli opuścić.

 

O skuteczności oporu wobec władzy decydować będzie przede wszystkim sprawna dystrybucja informacji. Współczesna technologia sprawia, że przekaz jest natychmiastowy a systemowa cenzura nieskuteczna.  Informacja o sytuacji na Białorusi, docierająca szybko do mediów i wpływowych środowisk demokratycznego świata, będzie decydowała o poczynaniach zachodnich rządów wobec władzy Łukaszenki.

 

O końcowym sukcesie białoruskiej opozycji zadecyduje jednak to, czy będzie potrafiła zbudować środowisko mogące skutecznie przejąć władzę i zaproponować zmiany oczekiwane przez społeczeństwo.

 

Andrzej Klimczak