TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Nowy Kulturkampf

SDP protestuje przeciw apelowi Niemieckiego Związku Dziennikarzy. Czy słusznie? I czy to jedyna próba ingerencji Niemiec w polskie sprawy?

 

W ramach „planowanego na początek 2021 r. zastosowania wobec Polski mechanizmu praworządności Deutsche Journalisten-Verband (Niemiecki Związek Dziennikarzy, DVJ) wezwał Komisję Europejską do przyjrzenia się rynkowi prasy w Polsce.

 

To reakcja na przejęcie (podkreślmy: kupno) przez polski koncern PKN Orlen grupy wydawniczej Polska Press wchodzącej w skład niemieckiego holdingu Verlagsgruppe Passau.

 

To również efekt stosunku i wielu działań Komisji Europejskiej względem Polski, których emanacją była wypowiedź szefowej KE Ursuli von der Leyen, że mechanizm warunkowości wypłat unijnych będzie obowiązywał od przyszłego (2021 r.) roku i że konkluzje grudniowej Rady Europejskiej niczego nie zmieniają w tej kwestii: „Rozporządzenie będzie obowiązywać od 1 stycznia 2021 r. Każde naruszenie, które nastąpi od tego dnia, będzie nim objęte„.

 

Groźbę powtórzyła potem wiceszefowa Komisji Viera Jourowa, twierdząc, że już od stycznia (a nie za ok. dwa lata, jak by wynikało z normalnej procecury przed TSUE – gdzie będzie się odwoływała Polska; czy za ok. rok w przyspieszonym, rzadko uruchamianym przez TSUE trybie) KE „zajmie się” Polską i Węgrami. Przypomnijmy również, że to niemiecki „Der Spiegel” twierdził, iż Berlin uratował Wspólnotę przed rozpadem. A więc Niemcy po raz kolejny ratują innych.

 

W ramach tego „ratunku” Niemcy postanowili również „ratować” media w Polsce. Bo uzależnienie unijnych pieniędzy od tzw. przworządności nie zadowala przewodniczącego Niemieckiego Związku Dziennikarzy: „podstawowe prawo do wolności prasy jest w wielkim niebezpieczeństwie także w naszym sąsiednim kraju. Komisja UE nie może stać bezczynnie, gdy narodowo-konserwatywna partia PiS stopniowo znosi niezależne dziennikarstwo”.

 

Te słowa potwierdzają także, kto naprawdę rządzi w Komisji Europejskiej – nie tylko formalnie (przewodnicząca von der Leyen), ale faktycznie. A jeśli w KE, czyli w de facto rządzie euriopejskim, to zarazem w Europie. Mamy zatem do czynienia z niemiecką Europą, właściwie kolejną jej odsłoną – IV Rzeszą niemiecką i – biorąc pod uwagę apel niemieckich dziennikarzy – nowym Kulturkampfem.

 

W tym nowym Kulturkampfie Niemcy wykorzystują historię. I tak monachijski dziennik „Sueddeutsche Zeitung” w nawiązaniu do obchodzonej w 2020 r. rocznicy napisał: „50 lat po geście pokory, jakim było uklęknięcie Willy Brandta w Warszawie, narodowo-populistyczny rząd PiS reaktywuje wizerunek Niemiec jako przeciwnika. W czasie, gdy narodowo-populistyczny rząd PiS broni się w związku z demontażem państwa prawa przed utratą w przyszłości miliardów (euro) przekazywanych przez europejskich, a więc także niemieckich podatników, wspomnienie o geście pokory Brandta nie pasuje do wizerunku niemieckiego przeciwnika, który PiS raz po raz odnawia”.

 

Jednak jak publicznie stwierdzał wybitny specjalista od Niemiec historyk z Polskiej Akademii Nauk prof. Grzegorz Kucharczyk (ostatnio autor książki: „Prusy, pięć wieków”) uklęknięcie kanclerza Niemiec Willy Brandta pod pomnikiem bohaterów getta i uznanie przez zachodnie Niemcy powojennej granicy z Polską nie było przełomem. Dlaczego?

 

Po pierwsze, przeciwko uznaniu granicy z Polską protestowali socjaldemokraci. Ci sami, którzy dziś chcą nas – jak eurodeputowana Katarina Barley, zaledwie kilka lat temu sekretarz generalny Socjaldemokratycznej Partii Niemiec – finansowo zagłodzić (żadne konsekwencje za tą hucpę nie zostały wyciągnięte, a sama Barley nigdy Polaków i Węgrów nie przeprosiła).

 

Po drugie – jak pisze prof. Kucharczyk – „podpisany za zgodą kanclerza W. Brandta układ graniczny został właściwie wyrzucony do kosza przez zachodnioniemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe, który odpowiadając na skargę grupy posłów do Bundestagu (głównie z chadecji) w swoim orzeczeniu z 1972 roku podtrzymał swoje wcześniejsze orzecznictwo stwierdzające dalsze istnienie Rzeszy Niemieckiej w granicach z 1937 roku”.

 

Bo skąd się biorą i czemu mają służyć takie oto teksty? „Niemcy przezwyciężyły swoją historię. Dlaczego Polska nie może?” – pytał w serwisie POLITICO William Echikson, dyrektor biura Unii Europejskiej na rzecz Postępowego Judaizmu w Brukseli. Autor twierdził dalej, że latem 2020 roku Warszawa bezskutecznie sprzeciwiała się akredytacji nowego niemieckiego ambasadora, bo jego ojciec służył w Wehrmachcie. Zdaniem Echiksona incydent ten pokazał, jak polski rząd posługuje się historią, by zatruwać stosunki z Niemcami, ale też, że nadszedł już czas, by odsunąć przeszłość od wpływu na dzisiejszą rzeczywistość.

 

Problem polega na tym, że to Niemcy – wbrew wielu zapewnieniom i symbolicznym w dużej mierze gestom (jak ten kanclerza Brandta) wcale nie przezwyciężyły swojej historii i dalej chcą być hegemonem.

 

Jakie są inne przejawy tego nowego Kulturkampfu? Możemy wymienić szereg przykładów.

 

Na arenie europejskiej:

 

Manfred Weber, niemiecki szef największej frakcji w Parlamencie Europejskim: Europejskiej Partii Ludowej, stwierdził: „Rządy Węgier i Polski powinny przestać tworzyć tę fikcyjną opozycję między sobą a wartościami, które są częścią naszych traktatów”.

 

Terry Reintke, niemiecka deputowana partii Zielonych, dodawała: „Ich obywatele nie mają znaczenia dla tych autokratów. Tylko ich własna władza ma”.

 

W Niemczech:

 

Wiceprzewodnicząca niemieckiego Bundestagu z partii Zielonych Claudia Roth wystąpiła z plakatem: „To jest wojna” okraszonym znakiem tzw. błyskawicy i napisała: „Najwyższy czas, by niemiecki rząd i Unia Europejska zwiększyły do maksimum naciski polityczne na polski rząd i zażądały dochowania europejskich standardów praw człowieka.”  Widzą Państwo podobieństwo do słów eurodeputowanej Barley?

 

Potem Niemcy chcieli pomagać Polsce w walce z pandemią Covid-19. – Polska odrzuciła niemiecką ofertę – alarmowali politycy polskiej opozycji, alarmowały związane z opozycją media. Sprawa okazała się fake newsem, dementowanym przez wiceszefa polskiego MSZ Szymona Szynkowskiego vel Sęka.

 

Niemiecki „Sueddeutsche Zeitung” wielokrotnie pisał o szerzącej się w Polsce nienawiści, samobójstwach, prześladowaniach ze strony policji.

 

„Die Welt” wielokrotnie wprost krytykował, a nawet pouczał prezydenta Rzeczpospolitej Andrzeja Dudę, pisząc nawet, że na stanowisku głowy państwa wolałby Rafała Trzaskowskiego.

 

W Polsce:

 

Sąd zmusza panią Natalię Nitek-Płażyńską do przeproszenia Hansa G., nazywającego się hitlerowcem, który chce zabić wszystkich Polaków.

 

Przewodniczący Związku Mniejszości Niemieckiej w Gdańsku Roland Hau zapytał internautów, czy w obliczu sytuacji w Polsce cały czas chcą zwierzchności Warszawy „nad naszym wspólnym Gdańskiem?”

 

Przypominają się wcześniejsze wypowiedzi prezydent Gdańska dla niemieckiego państwowego radia Deutschlandfunk, w którym Aleksandra Dulkiewicz sugerowała, że dzisiejsza Polska jest gorsza od III Rzeszy niemieckiej, a Jarosław Kaczyński gorszy od Hitlera i Stalina.

 

Znów nie widzą Państwo podobieństwa do słów eurodeputowanej Barley? Zresztą żona byłego prezydenta Gdańska, Magdalena Adamowicz uznała, że niemiecka eurodeputowana powinna dostać medal „za walkę dla Polski”.

 

Nord Stream 2:

 

W listopadzie 2020 r. Bundestag zdecydowaną większością głosów przyjął uchwałę o konieczności dokończenia budowy gazociągu: za było aż 546 posłów, przeciw 84 (partia Zieloni), jeden poseł wstrzymał się od głosu. Przedstawiciel największej frakcji CDU/CSU stwierdził wprost, że Nord Stream2 służy realizacji geopolitycznych interesów Niemiec ze względu na współpracę z Rosją w wielu sektorach.

 

I na koniec znamienne słowa Reinharda Petzolda, szefa Niemiecko-Polskiego Towarzystwa na Rzecz Współpracy Gospodarczej, który w wywiadzie dla jednego z portali powiedział:

 

Niemcy zbudowały Polskę jako kraj taniej siły roboczej”.

 

Niemcy bardzo mocno przyczynili się do zmian w Polsce, tak by były one dla nas korzystne.

 

Te zmiany miały być dla Niemców korzystne (i przez lata były) również w sferze medialnej. Dlatego prócz nawoływań o konieczności zagłodzenia (finansowego) niepokornej niepoddającej się niemieckiej hegemonii Polski pojawiły się teraz apele o zachowanie niemieckiego stanu posiadania/monopolu na polskim rynku medialnym. I nie musimy się rozpisywać, że taka sytuacja w drugą stronę – dominacja w Niemczech polskiego kapitału, w tym medialnego z różnych powodów byłaby niemożliwa. A ponieważ my jesteśmy bardziej kulturalni od ich Kulturkampfu – nie będziemy Niemców pouczać, napiętnować i ingerować w wewnętrzne sprawy.

 

Tadeusz Płużański

 

WOJCIECH POKORA: Nie po to Niemcy szykowali ekspansję, by im teraz ją likwidować

Powstałe w latach 80. niemieckie przedsiębiorstwa medialne dość szybko znalazły uznanie wśród niemieckiej publiczności, a dzięki technologii satelitarnej ich oferta zyskała stałą widownię także pośród innych krajów niemieckojęzycznych. Dalszy rozwój oraz ekspansja niemieckich przedsiębiorstw była możliwa dzięki polityce międzynarodowej, między innymi przyjętym przez europejskie kraje dwóm dokumentom: Europejskiej Konwencji o Telewizji Ponadgranicznej oraz unijnej dyrektywie Telewizja bez granic. Niemieckie przedsiębiorstwa dość dobrze wykorzystały również szansę, jakie stworzyło rozszerzenie Unii Europejskiej o kolejnych członków z Europy Środkowej i Wschodniej. Niemieckie przedsiębiorstwa inwestowały w tym regionie już w latach 90., ale dopiero przyjęcie tych krajów w poczet UE umożliwiło całkowite przejęcie lokalnych przedsiębiorstw tego regionu – czytamy w raporcie Instytutu Staszica zatytułowanym Koncentracja kapitału w mediach i jej zapobieganie we Francji oraz Niemczech.

 

Tak wygląda krótka historia obecności kapitału niemieckiego w mediach krajów Europy Środkowej i Wschodniej.  Wytłuszczenia w powyższym cytacie pochodzą ode mnie, żeby czytelnik uchwycił ideę funkcjonowania niemieckich koncernów medialnych na rynku międzynarodowym. Nie ma tu mowy o żadnej polityce równych szans. W okresie gdy w Niemczech kształtował się rynek mediów komercyjnych w Polsce mogliśmy myśleć jedynie o wydawnictwach podziemnych. Gdy doszło do zmian ustrojowych w naszym regionie (nie tylko w Polsce), uchwalono Europejską Konwencję o telewizji Ponadgranicznej (5 maja 1989 roku), którą ratyfikował 9 lipca 1990 roku prezydent RP Wojciech Jaruzelski. Dyrektywa „Telewizja bez granic” także pochodzi z 1989 roku (w kolejnych latach była nowelizowana).

 

Zatem w punkcie wyjścia, gdy doszło do zmian ustrojowych w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, zachodnioeuropejski rynek medialny był już przygotowany na ekspansję. Równocześnie dobrze zabezpieczył się przed ewentualną ekspansją ze wschodu. Zacytuję znów raport Instytutu Staszica:

 

Podstawowym aktem regulującym sprawę konkurencji na rynku mediów jest Ustawa o przeciwdziałaniu zagrożeniom konkurencji, nad której przestrzeganiem czuwa Federalne Biuro ds. Przeciwdziałania Kartelom. Od roku 1997 roku nie ma w Niemczech ograniczeń związanych z liczbą posiadanych koncesji radiowych czy telewizyjnych, natomiast zawarta między landami umowa ma na celu zagwarantowanie pluralizmu opinii publicznej, poprzez zapobieganie zdominowaniu rynku przez jakiekolwiek przedsiębiorstwo medialne (Przyjętym progiem jest poziom 30% oglądalności lub słuchalności w danym roku dla wszystkich posiadanych przez przedsiębiorstwo mediów, lub jeśli stacje radiowe i telewizyjne, których jest właścicielem lub współwłaścicielem osiągnęły poziom 25% oglądalności w danym roku i podmiot ten ma dominującą pozycję na rynku powiązanym z rynkiem mediów elektronicznych, np. rynek prasy codziennej, reklam radiowych, itp.). (…)

 

W niemieckim systemie prawnym na poziomie krajów związkowych wprowadzono także ograniczenia dotyczące koncentracji krzyżowej, czyli możliwości inwestowania przez przedsiębiorstwa prasowe w segment radiowy lub telewizyjny. (…)W wyniku tak prowadzonej polityki zachowania pluralizmu zewnętrznego rynku mediów w Niemczech, od początku lat 90. przedsiębiorstwa niemieckie prowadzą intensywną ekspansję zagraniczną, inwestując głównie w otwierające się wówczas nowe rynki Europy Środkowo-Wschodniej, ale podejmując również rywalizację na rynkach zachodnioeuropejskich.

 

Mimo, iż w Niemczech nie ma ograniczeń dotyczących udziału kapitału zagranicznego tak na rynku mediów elektronicznych, jak i prasy codziennej, to trzeba podkreślić, że jest to przede wszystkim rynek z dominującym kapitałem rodzimym.

 

A teraz dla równowagi zacytuję informację, która pojawiła się na portalu Press:

Stowarzyszenie Dziennikarzy Niemieckich (DJV) chce, by Komisja Europejska zbadała sytuację na polskim rynku prasy w ramach zaplanowanego zastosowania wobec Polski mechanizmu praworządności. Powodem jest zapowiedź przejęcia przez PKN Orlen tytułów Polska Press.

„Istnieje duże niebezpieczeństwo, że państwo polskie będzie ingerowało w prace redakcji, a wolność mediów znajdzie się pod presją” – zaznacza w opublikowanym na stronach stowarzyszenia komunikacie przewodniczący Frank Überall.

 

Przewodniczący DJV z zadowoleniem przyjął zapowiedź komisarz Very Jourovej, że z powodu naruszania niezawisłości wymiaru sprawiedliwości KE zastosuje przeciw Polsce mechanizm praworządności. „Nie można na tym poprzestać. Podstawowe prawo, jakim jest wolność prasy, też jest u naszego sąsiada bardzo zagrożone” – dodał Überall. Jak zaznaczył, KE nie może przyglądać się bezczynnie, gdy „narodowo-konserwatywna partia PiS likwiduje krok po kroku niezależne dziennikarstwo”.

 

W kontekście zarysowanej na wstępie pokrótce historii rozwoju koncernów medialnych w Niemczech i ich planowej ekspansji na wschód, a do tego gdy znamy formę zabezpieczenia niemieckiego rynku medialnego przed zewnętrzną ingerencją, te apele Franka Überalla trącają nieco hipokryzją. A może wcale nie trącają tylko są nią mocno podszyte, gdy zajrzymy do wyników raportu zespołu badawczego Centrum Roberta Schumana z 2015 roku pt. „Media Pluralism Monitor. Monitoring risks for Media Pluralism in EU Member States”, który (cytat za Instytutem Staszica) podkreśla z jednej strony wysoką przejrzystość przepisów antykoncentracyjnych oraz transparentność struktury medialnej w Niemczech, z drugiej zwraca uwagę na wysokie ryzyko dla rzeczywistego pluralizmu mediów, jeśli weźmie się pod uwagę wzrastający udział kilku największych przedsiębiorstw w poszczególnych segmentach rynku.

 

Jak to interpretować? Najprościej chyba jako konflikt interesów, bo apel polityka, członka partii CDU, Franka Überalla, stojącego na czele organizacji dziennikarskiej, by politycy ingerowali w rynek prasy w Polsce, gdyż jest on zagrożony upolitycznieniem, brzmi tak samo zagmatwanie jak jest w istocie niepoważny. Bo w istocie chodzi w nim tylko o to, by zabezpieczyć interes niemieckich przedsiębiorców, a pośrednio zapewne i zachować polityczne wpływy w Polsce. I z jednej strony ja to rozumiem. Ktoś nie po to przygotował akcję ekspansji na wschodnie rynki, by im ten biznes jakiś „narodowy konserwatysta” w sposób nieodpowiedzialny zlikwidował. I dlatego podpisuję się pod protestem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w sprawie ingerencji polityka CDU w wewnętrzne sprawy Polski, bo też uważam, że nie o wolność słowa tu chodzi, a o dominację gospodarczą zachodniego sąsiada.

 

Wojciech Pokora

Protest ZG SDP przeciwko apelowi Niemieckiego Stowarzyszenia Dziennikarzy o zajęcie się przez KE rynkiem prasy w Polsce

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich stanowczo protestuje przeciwko ingerencji Deutsche Journalisten-Verband  (Niemieckiego Związku Dziennikarzy, DVJ) w wewnętrzne sprawy Polski  poprzez apel do Komisji Europejskiej „o przyjrzenie się rozwojowi rynku gazet  w Polsce w momencie, gdy na początku 2021 roku w Polsce ma obowiązywać mechanizm praworządności”. 

 

Pretekstem do tego apelu jest dla DVJ  ogłoszenie przez państwowy koncern naftowy PKN Orlen zamiaru zakupu 20 dzienników i 100 tygodników od niemieckiego  wydawcy  Polska Press.  W związku z tym przewodniczący DVJ opublikował 30.grudnia 2021 oświadczenie  (źródło: https://www.djv.de/suche/meldungen/news-eu-kommission-ist-gefordert), w którym stwierdził, iż z zadowoleniem przyjmuje zapowiedź komisarz UE ds. Praworządności Very Jourovej w Tagesspiegel o zastosowaniu mechanizmu praworządności wobec Polski ze względu na ingerencję w niezależność sądownictwa.  Nie można na tym poprzestać – powiedział przewodniczący DJV – podstawowe prawo do wolności prasy jest w wielkim niebezpieczeństwie także w naszym sąsiednim kraju. Komisja UE nie może stać bezczynnie, gdy narodowo-konserwatywna partia PiS stopniowo znosi niezależne dziennikarstwo.

 

Tymczasem w rzeczywistości nic  takiego nie ma miejsca, media  w Polsce funkcjonują na podstawie prawa stanowionego w demokratyczny sposób, a obowiązujące w polskim systemie prasowym przepisy respektują wszystkie zasady wolnych i niezależnych mediów.  Z nieznanych nam powodów Frank Uberall po raz kolejny używa DVJ do prowadzenia działalności politycznej, co jest zaprzeczeniem rzetelnego i etycznego dziennikarstwa i w oczywisty sposób stoi w sprzeczności z misją Niemieckiego Związku Dziennikarzy.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wielokrotnie wskazywało niebezpieczeństwa związane z nadmierną obecnością kapitału zagranicznego na polskim rynku medialnym, w tym praktycznie z monopolistyczną pozycją na rynku prasy regionalnej niemieckiego wydawnictwa Polska Press, którego jedynym właścicielem jest niemieckie wydawnictwo  Verlagsgruppe Passau. Na to zjawisko zwróciliśmy uwagę już podczas Nadzwyczajnego Zjazdu Delegatów SDP w kwietniu 2015 r. Stwierdziliśmy wówczas, iż  media regionalne  po 26 latach od czasu transformacji ustrojowej znalazły się w bardzo trudnej, a pod niektórymi względami wręcz katastrofalnej sytuacji. Świadczyła o tym systematycznie malejąca liczba tytułów, zmniejszająca się liczba ich odbiorców oraz coraz bardziej marginalne znaczenie tych mediów w publicznym życiu polskich regionów i województw. SDP zaapelowało wówczas  o przywrócenie mediom regionalnym ich właściwej pozycji w lokalnych społecznościach, przeciwdziałanie monopolizacji mediów regionalnych oraz o wspieranie podmiotów polskich działających na rynku mediów regionalnych i lokalnych Dlatego obecnie SDP z nadzieją przyjmuje decyzje PKN Orlen o zakupie spółki Polska Press od medialnego koncernu Verlagsgruppe Passau. Widzimy w tym szansę na przełamanie dominacji  wydawnictw zagranicznych na rynku regionalnej prasy drukowanej i regionalnych portali w Polsce.

 

Wobec tego formułowanie tak radykalnych opinii przez przewodniczącego Franka Uberalla oraz DVJ i  ich  powielanie na forum międzynarodowym przez organizacje dziennikarskie i ich kierownictwo jest nadużyciem, którego celem nie jest obrona wolności słowa.

 

SDP  apeluje do organizacji i instytucji medialnych o stanowcze przeciwstawianie się rozpowszechnianiu takich nieprawdziwych opinii na temat sytuacji mediów w Polsce oraz rzetelne przedstawianie ich sytuacji zarówno na forum krajowym, jak i międzynarodowym.

 

Zarząd Główny SDP

 

Warszawa, 6 stycznia 2021 r.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Bańka homo sovieticus

Kto czci „wyzwolenie” Polski w 1944/1945 r., w tym „wyzwolenie” Warszawy 17 stycznia 1945 r.? Rosja Putina, ale też niektóre środowiska i media w Polsce.

 

Rosja – putinowska tak jak stalinowska – mówi o styczniowym wyzwoleniu, które rozpoczęło się w nocy z 3 na 4 stycznia 1944 r., gdy pierwsi sowieccy żołnierze w pogoni za Niemcami przekroczyli wschodnią granicę Rzeczypospolitej (na linii Olewsk – Rokitno). Choć przygotowania do przejęcia władzy przez ludzi Moskwy w „wyzwolonej” Polsce trwały od dawna, by w lecie 1944 r. przybrać formę nadzorowanego przez NKWD tzw. PKWN, przerobionego wkrótce na tzw. Rząd Tymczasowy” (1 stycznia 1945 r.).

 

Rekonstrukcje nieodbytej bitwy

 

W „dobrych” sowieckich czasach wszystko było jasne: podlegli Kremlowi towarzysze – czerwoni kolonizatorzy – z tzw. wkroczenia (de facto nowej agresji) Sowietów, a szczególnie do jej stolicy (właściwie ruin miasta) robili wielkie święto. Komunistyczna propaganda głosiła, że Warszawa została zdobyta po ciężkich walkach z Niemcami (których nie było). Organizowano rekonstrukcje bitwy (która nie miała miejsca). Wszystko po to, aby przykryć fakt stania przez Armię Czerwoną z bronią u nogi przez długie pięć i pół miesiąca na prawym brzegu Wisły. Także po to, by podkreślić dobre intencje, czyn zbrojny i wykrwawienie Armii Czerwonej w owym „wyzwalaniu”.

 

Dobrze, że dziś to sowieckie kłamstwo – jedno z założycielskich kłamstw PRL – nie jest już świętowane. Dziś Polska, i większa część państw dawnego bloku wschodniego – zamiast o wyzwoleniu – mówi o zniewoleniu: o tym, że okupację niemiecką zastąpiła sowiecka. Dla naszego państwa to druga, bo pierwsza – zaanektowanie ok. połowy ziem II Rzeczpospolitej – rozpoczęła się 17 września 1939 r. Ale są tacy, ideowi i pożyteczni, którzy wciąż wolą żyć w bańce homo sovieticus.

 

Winny polski antysemityzm

 

Dzisiejsza Rosja przekonuje, że tym bardziej musi upamiętniać styczniowe „wyzwolenia”, bo Polska nie upamiętnia. Putin wyręcza zatem faszystowską i antysemicką Polskę, która nie dorosła do świętowania tego epokowego wydarzenia. Słynny prokremlowski „Sputnik” (dla którego lubią wypowiadać się przedstawiciele Konfederacji) opatrzył w 2020 r. ten skandal w Priwislinskim Kraju tytułem: „Warszawa zrezygnowała ze świętowania 75. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem”.

 

Z nie obchodzenia daty 17 stycznia w agencji RIA Nowosti tłumaczył się stołeczny ratusz. Władze Warszawy starały się jednak uspokoić Moskwę, że złożą kwiaty przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Mimo to rzeczniczka MSZ Rosji Maria Zacharowa na Facebooku nie mogła zrozumieć, „jak można obchodzić datę wybuchu wojny i praktycznie ignorować przy tym daty wyzwolenia”. Zresztą – zgodnie z rewizjonistyczną linią Moskwy – Zacharowa podważyła prawdziwe przyczyny rozpoczęcia II wojny światowej. Czyli nie było żadnego paktu RibbentropMołotow, tylko układ monachijski (Włochy, Wielka Brytania i Francja oddały Czechosłowację w ręce Hitlera; przypomnijmy tylko, że Polska nie brała udziału w konferencji). Winny ma być nie sowiecki imperializm, ale polski antysemityzm.

 

Jak faszyści z faszystami

 

Wracając do styczniowego „wyzwolenia”. Polska „jeszcze w czasach ZSRR okazywała brak szacunku dla wspólnej historii” – wytykał w 2020 r. członek Rady Federacji (wyższej izby parlamentu Rosji) Siergiej Cekow. Wtórował mu jego kolega Władimir Dżabarow: „Niech to, iż nie będą obchodzić (rocznicy) pozostanie na sumieniu tych ludzi, którzy w istocie plują na mogiły swych obywateli, którzy polegli w czasie wyzwalania Polski spod (okupacji) faszystowskich najeźdźców i na ludzi, którzy przynieśli im wolność i niepodległość”. Parlamentarzysta nie miał rzecz jasna na myśli żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego, ale sowieckich okupantów. Polska w ten sposób „sama wykreślała się z antyhitlerowskiej koalicji”. Wiemy, wiemy – przeciwko Hitlerowi zawsze była Rosja MołotowaStalina, czy Francja Petaina. A Polacy – od zawsze z Niemcami współpracowali. Jak faszyści z faszystami.

A ponieważ dzisiejsza Polska też jest faszystowska (faszyzm, jak antysemityzm wyssaliśmy z mlekiem matki), jest też niewdzięczna, ciężar zorganizowania rocznicy wyzwolenia Warszawy (tak jak kiedyś samego wyzwolenia) musiała wziąć na siebie Moskwa. Przy muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej strzelały fajerwerki (podobno w liczbie trzech tysięcy) oraz armatnie salwy honorowe.

To może 17 stycznia 1945 r. wyzwolona została nie Warszawa, tylko Moskwa?

 

„Tłum szalał z radości”

 

Podobne głosy można niestety znaleźć i w Polsce. O sowieckim „wyzwoleniu” mówią co chwila, na zmianę, towarzysze/towarzyszki: Miller, Czarzasty, Senyszyn. Ciekawe, czy choć trochę się boją, że zostaną zdelegalizowani, jak – miejmy nadzieję – ich kuzyni z KPP? I to mimo wsparcia „bratnich” partii z różnych zakątków świata.

 

Zajrzyjmy do mediów. Na widok Sowietów „tłum dookoła szalał z radości, obsypywał żołnierzy kwiatami, śmiał się i płakał…”. Wszyscy się cieszyli, chodzili do kin i teatrów, na zakupy, rozpoczynali naukę i pracę. Nade wszystko pili i rozmnażali się – kobiety chętnie oddawały się przygodnym mężczyznom („wyzwolenie erotyczne”), czasem dochodziło do grabieży, ale dla Rosjan rabunek był już „ekonomiczną koniecznością„. Słowem – istna sielanka.

 

Takie tezy można znaleźć nie tylko w (post)komunistycznych: „Polityce”, czy „Tygodniku Przegląd”. Przywoływane zdania pochodzą z „Gazety Wyborczej” (artykuł Michała Cichego, „1945: Koniec i Początek”). „Koniec” okropnej okupacji hitlerowskiej i „Początek” prawdziwego i niemal niczym niezmąconego wyzwolenia. Cichy uznał, że twierdzenia o nowej, tym razem sowieckiej okupacji, są grubo przesadzone. Uzasadniał, że perspektywa Polaków pragnących wolności i niepodległości, w tym perspektywa Armii Krajowej, nie była jedyną. Faktycznie – prócz dominującej postawy dostosowania się, przeżycia – silny był nurt narodowej zdrady, kolaboracji z drugim, sowieckim okupantem.

 

Mordowanie Ukraińców i Żydów

 

Z Warszawy wracamy do Moskwy. W 2020 r., w przeddzień rocznicy styczniowego „wkroczenia” Armii Czerwonej do Warszawy, ministerstwo obrony Rosji oskarżyło Armię Krajową o… terroryzm i wymordowanie pozostałych w stolicy Ukraińców i Żydów.

 

Skandal komentował wiceszef MSZ Paweł Jabłoński: „Armia Czerwona stała i patrzyła z drugiego brzegu Wisły na to, jak Warszawa jest niszczona. To nie było wyzwolenie, to było przyniesienie nowej niewoli komunistycznej i o tym musimy pamiętać, szanując oczywiście indywidualnych żołnierzy”.

 

Wobec doniosłości sprawy wypowiedział się premier Mateusz Morawiecki. W artykule dla „Politico” napisał, że Armia Czerwona przyniosła Polsce w 1945 r. nie wyzwolenie, ale nową okupację, która „kosztowała życie miliony ludzi i pozbawiła Polskę oraz Europę Środkową niepodległości i szansy na normalny rozwój gospodarczy”.

 

Płacić powinna Polska

 

Co na to Rosja? Walentina Matwijenko, przewodnicząca Rady Federacji Rosyjskiej uznała artykuł polskiego premiera zapolityczne szaleństwo”, bo Związek Radziecki nie był „wspólnikiem nazistowskich Niemiec”, ale wyłącznie wyzwolicielem: „Ci, którzy dopuszczają się takiego bluźnierczego kłamstwa, muszą być jednocześnie pozbawieni rozumu, sumienia i pamięci”.

 

A prezes PiS Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla niemieckiego „Bilda” stwierdził wprost, że Rosja jest sprawcą, a Polska ofiarą, a Putin nie lubi takiego układu ról. Dlatego chce pisać historię na nowo. Rosji nie spodobał się również poruszony przez lidera Zjednoczonej Prawicy temat odszkodowań za II wojnę światową, jakie Rosja powinna wypłacić Polsce.

 

Takie wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego szef komisji spraw zagranicznych Rady Federacji Rosyjskiej Konstantin Kosaczow uznał za celowo prowokacyjne”, bo jak żądać odszkodowań od Rosji, która jest „najbardziej poszkodowana w II wojnie światowej”. A inny członek Rady Federacji, Aleksiej Puszkow, na Twitterze napisał, że Warszawa ma dług nie do spłacenia wobec Rosji: Jeśli ktoś powinien płacić to Polska naszemu krajowi za wyzwolenie od Hitlera.

 

Tadeusz Płużański

SDP domaga się uwolnienia dziennikarzy białoruskich oraz zaprzestania represji

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich domaga się zaprzestania represji wobec dziennikarzy i mediów białoruskich oraz natychmiastowego wypuszczenia na wolność:

Kaciaryny Andrejewej,

Kaciaryny Barysewicz,

Darii Czulcowej,

Julii Słuckiej,

Ałły Szarko,

Sierhieja Alszeuskiego,

Piotra Słuckiego,

Kseni Lutskina.

 

Władze białoruskie od lat pozwalały sobie na nieakceptowalne działania względem dziennikarzy i niezależnych mediów. W 2020 roku represje osiągnęły niespotykaną dotąd skalę: dziennikarze byli zatrzymywani 477 razy, spędzili w więzieniach ponad 1200 dni, a co najmniej 62 z nich doświadczyło przemocy fizycznej. Zamknięte zostały 4 gazety, a do 50 portali internetowych ograniczany był dostęp. Białoruskie sądy karały zarówno dziennikarzy, jak i niezależne media wysokimi karami pieniężnymi, które stanowiły łącznie równowartość prawie 100 tysięcy złotych.

 

Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa przebywają w więzieniu od 50 dni. Zostały zatrzymane 15 listopada podczas relacjonowania wydarzeń w Mińsku. Obie dziennikarki oskarżone zostały „o organizację i przygotowanie działań, które naruszają w znacznym stopniu porządek społeczny”. To oskarżenie z kodeksu karnego, grozi im kara do 3 lat więzienia.

 

22 grudnia zatrzymana została Julia Słucka – założycielka i prezes Press Clubu Belarus. Jest w więzieniu, podobnie jak czworo jej współpracowników. Wszyscy zostali oskarżeni z kodeksu karnego o „oszustwa podatkowe na dużą skalę” oraz powiązane przestępstwa.

 

Działania białoruskich władz są jawnym pogwałceniem zasady wolności słowa i wolności mediów.  Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wyraża zdecydowany sprzeciw przeciwko represjom stosowanym wobec dziennikarzy i mediów białoruskich i deklaruje wszelkie możliwe wsparcie dla białoruskich kolegów.

 

Krzysztof Skowroński, prezes SDP

Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP

 

 

Grafika: BAJ

ŁUKASZ WARZECHA: Niepokojąca jednomyślność

Pandemia napędziła jeden z doskonale znanych procesów na styku władzy i społeczeństwa: dążenie tej pierwszej do znaczącego powiększania swoich kompetencji, wkraczania w sferę prywatności oraz ograniczania wolności pod pretekstem konieczności zapewnienia bezpieczeństwa – w tym wypadku zdrowotnego. Nie miejsce tutaj, żeby analizować zasadność czy skuteczność poszczególnych podejmowanych przez nie tylko polski rząd działań. O każdym z posunięć – od przymusowego zamknięcia znacznej liczby branż po planowane zachęty do szczepień – można by dyskutować. Lecz właśnie: dyskutować. Z punktu widzenia mediów problemem zaś jest kwestia samej dyskusji, a raczej jej braku.

 

Pisałem już o tym w minionym roku, ale teraz, wobec rozkręcenia propagandowej akcji wokół szczepień, trzeba do tego wrócić i stwierdzić, że niepokojące już u początku tendencje tylko się pogłębiły. Mamy mianowicie do czynienia z bardzo groźnym ujednoliceniem przekazu niemal wszystkich mediów głównego nurtu, w tym zwłaszcza największych stacji telewizyjnych. Sytuacja stała się paradoksalna: mimo ogromnej liczby wątpliwości, podnoszonych przez analityków, prawników, ekspertów, organizacje pozarządowe, a także pojedynczych publicystów, główne media w zasadzie przechodzą nad nimi do porządku dziennego, promując jednolity przekaz, w dużej mierze zbieżny z rządowym. To tym bardziej martwi, że mamy do czynienia z całą serią działań, wobec których można wysunąć mnóstwo dobrze uzasadnionych zarzutów. Czy są one słuszne – to kwestia debaty. Najpierw jednak jakakolwiek debata powinna się odbywać.

 

Momentami można odnieść wrażenie, że dziennikarze, którym przedstawiciele obozu władzy nie odmawiają rozmowy, czy to przez niedostateczne przygotowanie czy z jakichś innych powodów, nie są w stanie postawić kropki nad „i”. Oto pierwszy z brzegu przykład: wywiad Beaty Lubeckiej (skądinąd bardzo dobrej dziennikarki) z ministrem zdrowia Adamem Niedzielskim, przeprowadzony kilka dni przed Sylwestrem, a więc przed wejściem w życie zawartego w rozporządzeniu zakazu przemieszczania się, wokół którego rządzący wytworzyli niewiarygodny wprost chaos informacyjny.

 

Lubecka zapytała ministra zdrowia o to, czy zakaz obowiązuje i jakie są jego podstawy. Minister Niedzielski odpowiedział, przywołując artykuł 46. Ustawy o zapobieganiu i zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi z 2008 r. – nie zacytował go jednak. Redaktor Lubecka dalej nie drążyła – a szkoda. Gdyby bowiem skłoniła rozmówcę do zacytowania wspomnianego aktu prawnego lub zacytowała go sama (co nie jest przecież specjalnie trudne – to akt przywoływany przez rządzących wielokrotnie i stanowiący formalną podstawę dla wszystkich epidemicznych rozporządzeń od wiosny, a więc dziennikarze powinni go przynajmniej kojarzyć), słuchacze dowiedzieliby się, że zgodnie z nim w rozporządzeniach można ustanowić „czasowe ograniczenie określonego sposobu przemieszczania się”, ale bynajmniej nie całkowity zakaz przemieszczania się. Niestety, choćby ta oczywista niespójność nie jest przez większość dziennikarzy wskazywana w rozmowach z przedstawicielami rządu lub na konferencjach prasowych – mimo że liczni eksperci i organizacje pozarządowe dostarczają tu przedstawicielom mediów w zasadzie gotowców. Tego typu przykładów można podać mnóstwo.

 

Jeszcze jaskrawsze jest pomijanie kwestii zdolności organizacyjnych polskiego państwa do przeprowadzenia akcji masowych szczepień, podczas gdy zadanie pytań wymaga tu jedynie prostych matematycznych wyliczeń. To samo dotyczy pojawiających się z coraz większą częstotliwością zapowiedzi wprowadzenia – mimo formalnej dobrowolności szczepień – rozwiązań dyskryminujących osoby nie zaszczepione. Tu z kolei należałoby podnieść wątpliwości natury konstytucyjnej. Te same media, które dziś nic takiego nie robią, w sprawach dotyczących choćby sporu o sądownictwo miały na zawołanie cały zastęp ekspertów konstytucjonalistów.

 

Zastanawiająca jednomyślność i wygaszenie krytycyzmu wobec działań dotyczących walki z epidemią właśnie wówczas, gdy te działania nie tylko budzą ogromne wątpliwości formalne, ale w dodatku nabierają charakteru jednoznacznie propagandowego – a niezależne media powinny się zajmować właśnie rozbrajaniem oficjalnej propagandy – to absolutnie fatalne zjawisko, które z pewnością nie zostanie ujęte w żadnym z raportów, dotyczących wolności mediów. Po pierwsze bowiem jest trudno mierzalne, po drugie – bo nie wynika z żadnych instytucjonalnych czy prawnych barier, ale z nastawienia samych redakcji. I to naprawdę powinno nas martwić.

 

Łukasz Warzecha

ADAM SOCHA: Marzenia się zawsze spełniają. Prezesowi TVP

Prezes TVP Jacek Kurski to niebywały szczęściarz. Co sobie wymarzy, to mu się spełnia. Zamarzył sobie ślub w sanktuarium w Łagiewnikach? Trzask prask, natychmiast znaleźli się usłużni księża, którzy i pannie młodej bis, i panu młodemu bis unieważnili poprzednie związki, a sam prezes Jarosław Kaczyński wręczył młodej parze, po ślubie w Łagiewnikach, wielki bukiet biało-czerwonych róż.

 

Następnie wymarzył sobie Sylwestra Marzeń TVP, który zdaniem prezesa Kurskiego, Polkom i Polakom jest tak niezbędny do życia, jak powietrze.

 

W tym roku Sylwester Marzeń musi się odbyć. Dlatego, że w tym roku miliony Polaków zostały skazane w wyniku pandemii na samoizolację. Wszyscy spędzą tego sylwestra w domach, przed telewizorami. W związku z tym tegoroczny Sylwester Marzeń w TVP to jest coś jak prąd, jak gaz, jak woda – powiedział i dodał: – Po prostu jesteśmy medium dostarczanym do każdego domu w Polsce. Jak jedzenie, jak powietrze. Nie można żyć bez Sylwestra Marzeń TVP. Więc on będzie wspaniały, bo jest nam potrzebny, jest tak upragniony przez ludzi”.

 

I co się dziwić, że kabarety padają…

 

Tym razem marzenie miało się ziścić w amfiteatrze w Ostródzie, malowniczo położonym mieście na Warmii i Mazurach. Gwiazdą, tak jak w ubiegłym roku w Zakopanem, był Zenek, a u jego boku wystąpiła cała plejada gwiazdek muzyki disco. Przyznam się, że włączyłem telewizor na TVP 2 dopiero na 3 minuty przed północą i zaraz po północy wyłączyłem, ale to wystarczyło, żeby to co zobaczyłem, mnie zatkało.

 

No cóż, igrzyska towarzyszą ludzkości od zarania. Grecy w tym celu wymyślili olimpiady, starożytni Rzymianie – igrzyska fundowane ludowi przez Cesarzy, a Zjednoczona Prawica – „Sylwester Marzeń”. Mogę się zżymać, że telewizja publiczna powinna podnosić poziom gustów estetycznych Polek i Polaków, a nie obniżać, ale to jeszcze mogę przełknąć.

 

Natomiast w Ostródzie wydarzyło się coś jeszcze i dlatego o tym piszę. Otóż, najpierw ogłoszono narodowi, że w Sylwestra ma siedzieć w domach, a wyjście w godzinach 19.00 – 6.00 rano 1 stycznia, skończy się wysokim mandatem.

 

Hotele i sale balowe mają być zamknięte na cztery spusty. Wyjątek zrobiono tylko dla ekipy TVP przyjmując kurcgalopem 27 grudnia nowelizację ustawy i dopisując do listy osób, które będą mogły korzystać z hoteli, obok m.in. medyków i służ mundurowych, także dziennikarzy radiowych i telewizyjnych.

 

Ale to też bym przełknął.

 

Wkurzyło mnie dopiero ściągniecie na widownię amfiteatru w Ostródzie publiczności, by kamery mogły pokazać, jak naród uwielbia bawić się na Sylwestrze TVP. Publiczność podrygiwała radośnie bez dystansu i bez maseczek. W kąt poszły wcześniejsze gromy na LempartSuchanow i popierających je „totalnych polityków”, za wyciąganie tłumów na ulice.

 

Na głosy krytyki, a także zawiadomienia do prokuratury zareagował Prezes Kurski tłumacząc w „Wiadomościach”, że na widowni nie było publiczności tylko tancerze-amatorzy.

 

– Nie było publiczności dlatego, że byli tancerze. Tancerze byli zarówno na scenie, jak i na widowni. Na scenie byli zawodowi tancerze, którzy mieli przećwiczone fantastyczne zresztą układy choreograficzne, 60 piosenek z tancerzami. Natomiast na widowni byli tancerze amatorzy, ale też ćwiczący w szkółkach, którzy dodawali fantastycznego klimatu. Wszyscy tańczyli, w związku z czym wszyscy byli w pracy i wszyscy tworzyli na zasadzie zawodowej to wspaniałe taneczne, muzyczne show – tłumaczył Kurski.

 

Ten facet, jak skończy się jego era w TVP (każdy Szczepański kiedyś się kończy), zrobi karierę w kabarecie!

 

Prezes Kurski jeszcze dodał, że ten hejt wynika z zawiści. To jest po prostu zawiść różnych ludzi, którzy nie mogą zdzierżyć tego, że telewizja publiczna znowu wygrała, że ma znowu najlepszą ofertę, najlepszą rozrywkę, zrobiła najlepszego sylwestra – ocenił Kurski.

 

Panie prezesie, mną nie kieruje zawiść, tylko smutek, co pan zrobił z medium narodowego. Pan mówisz, że TVP pod pana kierownictwem, jest nam niezbędna, jak prąd, woda i gaz. Zapomniał pan jeszcze o jednym medium, o kanalizacji, a do tego medium Panu najbliżej.
Masz pan jednak niezwykłego farta w życiu, bo każdą pana głupotę i podłość, natychmiast przebiją „totalni”. Tak stało się i tym razem, gdy okazało się, że czołowa celebrytka-aktorka Krystyna Janda, wymiotująca na sam dźwięk słowa „PiS” i na sam widok obu prezesów Jarosława KaczyńskiegoJacka Kurskiego, przyjęła szczepionkę poza kolejką wraz z plejadą innych aktorów i celebrytów w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

 

Janek Pietrzak skomentował to na portalu wpolityce.pl: „To zwykli tandeciarze, relikty PRL”. I vice versa, panie Janku. Nie będę się spierał o wyższość „tandeciarza Jacka Kurskiego” nad „tandeciarą Krystyną Jandą”, czy odwrotnie. Dla mnie to jedna i ta sama „tandeta”

 

Adam Socha

NASZA SONDA: Podsumowanie roku 2020 w mediach i prognozy na przyszły

Koniec roku to tradycyjnie czas refleksji nad minionymi wydarzeniami i pytań o przyszłość. Co ważnego w świecie mediów miało miejsce w kończącym 2020 roku i co mogą nam w tej dziedzinie przynieść kolejne 12 miesięcy?

 

 Jadwiga Chmielowska, sekretarz generalna SDP

Moim zdaniem najważniejszą rzeczą w tym roku było wykupienie z rąk niemieckich gazet oraz portali lokalnych i regionalnych. Następną istotną sprawą dla mnie jest to, że Radio Wnet otrzymało kolejne koncesje i może już nadawać w innych miastach. Warto zwrócić też uwagę na problemy z wydawaniem gazet w związku z pandemią SARS-CoV-2.

 

Co nas czeka? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, jednak spodziewam się, że będą duże naciski na dziennikarzy. Chodzi o to, aby nie pisali oni prawdy, żeby dalej zajmowali się głównie propagandą. To mnie bardzo martwi, bo tę propagandę widać we wszystkich kierunkach. Najważniejsze do przezwyciężenia są właśnie te „bańki informacyjne” i na to trzeba położyć większy nacisk. Do ludzi po prostu nie dociera właściwa informacja, a co za tym idzie, nie mogą oni podejmować rozsądnych decyzji. Poza tym okropne jest to, że artykuł 212 wciąż funkcjonuje, dziennikarze są zastraszani, wodzeni po sądach. Mam nadzieję, że w 2021 roku, po wielu latach starań, ten komunistyczny przepis wreszcie zniknie.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, wiceprezes SDP

Najważniejsze wydarzenie w mijającym roku to oczywiście pandemia i związana z nią „infodemia”, czyli zalew informacjami na ten temat, niestety także nieprawdziwymi, fake’owymi. Ale, w mojej ocenie, najważniejszym wydarzeniem w Polsce w świecie mediów była zapowiedź zakupu niemieckiego wydawcy polskich gazet regionalnych, czyli spółki Polska Press, przez polską firmę PKN Orlen. Transakcję tę już określono mianem wybuchu bomby atomowej na naszym rynku prasy. Rzecznik Praw Obywatelskich widzi w niej powrót do „niechlubnych tradycji RSW Prasa-Książka-Ruch”, politycy opozycji i związane z nimi media alarmują o budowanej przez Orlen dyktaturze i głoszą, że dziennikarze mediów Polska Press muszą się bać utraty pracy, bo przecież Orlen ich wszystkich wyrzuci na bruk… Tymczasem ta transakcja to naprawdę wielka szansa na przełamanie dominacji wydawnictw zagranicznych na rynku regionalnej prasy drukowanej i regionalnych portali w Polsce. By zrozumieć, co tak naprawdę oznacza ten zakup niemieckiego wydawcy 20 z 24 gazet i licznych portali regionalnych przez polski podmiot trzeba uświadomić sobie z jak patologiczną sytuacją w mediach mamy do czynienia obecnie. Otóż, w wyniku skandalicznie przeprowadzonej w latach 90. prywatyzacji polskiej prasy drukowanej, dziś na tym rynku absolutnie królują podmioty zagraniczne. Najwięcej gazet w Polsce, bo około 200 milionów egzemplarzy sprzedaje niemieckie wydawnictwo Bauer, tuż za nim jest niemiecko-szwajcarski koncern Ringier Axel Springer, który sprzedaje blisko 120 milionów egzemplarzy gazet i czasopism, a numer trzy, ze sprzedażą ponad 100 milionów gazet drukowanych rocznie, to właśnie spółka Polska Press, której właścicielem jest niemieckie wydawnictwo Verlagsgruppe Passau. Ta firma jest praktycznie monopolistą na rynku mediów regionalnych, wydaje gazety takie jak „Głos Wielkopolski”, „Dziennik Zachodni”, „Gazeta Pomorska”, „Gazeta Wrocławska” czy „Dziennik Łódzki”. Tytuły są polskie, bo gazety te zaczęły się ukazywać tuż po II wojnie światowej, ale polscy czytelnicy nawet nie zdawali sobie sprawy, że właścicielem tej prasy jest ktoś z innego kraju. Gazety te zresztą są regionalne tylko z nazwy – w Poznaniu, Gdańsku czy Katowicach redaguje się zaledwie kilka stron, a reszta to wspólny przekaz z centrali w Warszawie. Ta transakcja to krok w dobrą stronę. Lepiej późno niż wcale.

 

W nadchodzącym roku spodziewam się niestety nasilenia walki i rywalizacji politycznej prowadzonej w mediach oraz pogłębiania procesów przechodzenia od mediów tradycyjnych do mediów cyfrowych. Pandemia tak bardzo przyspieszyła ten proces, że już niedługo może się okazać, iż media naprawdę masowe to tylko te czytane i odtwarzane w sieci, obojętnie czy na smartfonach, czy laptopach. Ale jestem coraz większą optymistką, jeśli chodzi o tradycyjne dziennikarstwo – ono przetrwa. Potrzebujemy informacji sprawdzanych przez dziennikarzy i zdobywanych z tzw. pierwszej ręki, potrzebujemy wywiadów, reportaży i filmów dokumentalnych. Wzrasta świadomość odbiorców i ich zapotrzebowanie na rzetelne i solidne informacje, pozbawione tej potężnej dawki emocji, którą dziś można spotkać we wszystkich wydaniach prasy, radia, telewizji i internetu.

 

Witold Gadowski, wiceprezes SDP

Najważniejszym wydarzeniem w świecie mediów była ogromna utrata wiarygodności głównych mediów, jeżeli chodzi o relacjonowanie prawdy o pandemii.

Czego możemy się spodziewać w nadchodzącym roku? Klientelizacji dziennikarzy, czyli dalszego upadku prestiżu i wiarygodności tego zawodu. W tej chwili właściciele mediów robią z dziennikarzy propagandystów, a ci, którzy się na to nie godzą, muszą się pożegnać z głównymi mediami.

 

Zbigniew Rytel, członek Zarządu Głównego SDP

W tym roku nie potrafiłbym wyróżnić jednego wydarzenia, które miałoby być jakoś szczególnie ważne dla świata dziennikarskiego. Natomiast zwróciłbym uwagę na dwa wyraźne zjawiska, które istniały już wcześniej, ale w minionych miesiącach pogłębiały się.

Pierwsze, to odchodzenie od podstawowej funkcji dziennikarstwa, czyli od informowania i wyjaśniania świata, w kierunku czystej rozrywki albo czystego infantylizmu, czy też czystej głupoty. Mam na myśli robienie newsów z wydarzeń kompletnie nieistotnych. Temu wszystkiemu sprzyjają nowe możliwości technologiczne, w tym też sztuczna inteligencja i boty, które wykluczają ingerencję człowieka. To wszystko powoduje, że dziennikarstwo w rozumieniu klasycznym przestaje być ważne i potrzebne.

Drugie niebezpieczeństwo to odchodzenie od pryncypiów dziennikarskich, w kierunku udziału w walkach politycznych, ideologicznych, a nawet szerzej, bo nie tylko o politykę tu chodzi. Konsekwencją jest zamykanie się grup mediów w swoich bańkach ideowych, co powoduje, że odbiorca przestaje dostawać spluralizowany obraz świata z wielu różnych źródeł, a dociera do niego wyłącznie jednowymiarowy przekaz zarówno informacyjny, jak i publicystyczny. Dziennikarstwo w tej sytuacji przestaje być zajęciem potrzebnym, bo staje się funkcją społeczną użyteczną jedynie z perspektywy wykorzystania go do określonych celów.

 

Niestety w nadchodzącym roku możemy się spodziewać nasilenia tych zjawisk, czyli będziemy brnąć w te same ślepe uliczki coraz głębiej i szybciej. Odwrócenie tej tendencji jest poza zasięgiem dziennikarzy i mediów, bo to jest pochodna zmian społecznych, których doświadczamy.

 

dr hab. Dagmara Drzazga, dziennikarka i reżyserka, związana z katowickim oddziałem TVP

Może zmodyfikuję nieco pytanie i odpowiem, które z wydarzeń minionego roku uważam za najbardziej wstrząsające. Były to z pewnością relacje mediów dotyczące pandemii: widok płaczącego z bezsilności hiszpańskiego lekarza, słaniających się ze zmęczenia pielęgniarek, wywożonych trumien, wyludnionych miast. No i Droga Krzyżowa na Placu Świętego Piotra – porażająca wprost pustką i smutkiem.

A w nadchodzącym roku, obyśmy mieli coraz więcej relacji o tym, że wracamy do normalności.

 

dr Violetta Rotter-Kozera, autorka filmów dokumentalnych, reportaży, programów kulturalnych

Pandemia zmusiła świat kultury do niekonwencjonalnych rozwiązań. Zaimponowała mi postawa wielu artystów, twórców i szefów instytucji kultury, którzy postanowili mimo wszystko dotrzeć do publiczności. Z ostatnich wydarzeń wrażenie zrobiła na mnie świetnie zrealizowana przez zespół Opery Śląskiej w Bytomiu „Łucja z Lammermoor”. Transmisję online oglądało ponad 5 tys. osób (pokaz biletowany).

 

Czego możemy się spodziewać w 2020 roku? Wybór wartościowych propozycji medialnych będzie coraz trudniejszy. Już teraz żyjemy w świecie nachalnych reklam, promocji i „wyjątkowych” okazji.

 

Zebrała Małgorzata Irena Skórska

 

 

 

MAGDALENA KAWALEC-SEGOND: Luksus życia offline

„Co dla jednych jest podłogą, to dla drugich jest sufitem” – napisała w „Granicy”’ Zofia Nałkowska. Dla jednych luksusem jest online, dla innych offline.

 

Ci pierwsi, cyfrowo wykluczeni, są w dobie pandemii praktycznie pozbawieni łączności ze światem zewnętrznym. Bo co to za łączność dziś: telefon bez internetu, gazeta papierowa (raczej gazetka z lokalnego sklepu wielkopowierzchniowego) i telewizja? Minęło pół roku, a nie wymyśliliśmy systemu autobusów z WiFi udostępniających Internet uczniom tam, „gdzie diabeł mówi dobranoc”, a jest nadal wiele takich miejsc. Nie przeprowadzono również telewizyjnych kursów korzystania z Internetu dla osób w wieku podeszłym, a skazanych właściwie przez pandemię na internetową bankowość, internetowe zakupy i internetową służbę zdrowia. Szybki Internet prawem, nie towarem okazuje się.

 

Ci drudzy zostali skazani na pracę w sieci, edukację w sieci, towarzystwo w sieci, rozrywkę w sieci i seks w sieci. A nawet religię w sieci. I pewnie wiele innych rzeczy w sieci. Na zakupy chodzą już jak na wyprawy wakacyjne z przygodami (chyba, że też robią je w sieci). Wśród nich my – dziennikarze. Żyjemy w sieci.  Wolni strzelcy, jak ja, znali już wcześniej smak tej komunikacji z redakcją (i samym szefem) wyłącznie drogą poczty elektronicznej lub komunikatorów internetowych, świat riserczerów bez wiedzy, co było na kolegium i o czym właściwie ten program ma być etc. Uroki pracy zdalnej (poza redakcją, poza korytarzami o dowolnym nachyleniu względem podłoża, poza kafeterią względnie bufetem – gdzie w zasadzie dzieje się zawsze to, co najważniejsze – i poza kolegium). Znali, zanim to stało się modne.

 

Pandemia sprawiła, że wszyscy zaczęliśmy funkcjonować przed komputerem otoczeni wyłącznie najbliższymi (lub nikim). Dziennikarze, którzy nie wiedzą realnie, co się na świecie dzieje, gdyż mają z tym kontakt jedynie przez ekran monitora. A to groźne, bo może się okazać, że analizy rzeczywistości, są w istocie metaanalizami obrazów przefiltrowanych już tak przez cenzorskie oko mediów społecznościowych, jak i „oko na Maroko” mediów „zaangażowanych po każdej ze stron”. Jan Kowalski, na przykład ten cyfrowo wykluczony, a więc dziś totalnie niewidzialny, przezroczysty taki, znika nam z horyzontu. Widzimy nawalankę na ulicach, nie widzimy cichego zgonu sąsiada z 2. piętra w naszej kamienicy. Nie spotkamy już nikogo w knajpie, w klubie, na fitnesie, w kościele, pod szkołą/przedszkolem, gdzie odwozimy dzieci, ani nawet na ulicy czy w autobusie. Każdy jest zamaskowany. Nic nam nie powie. Nie zacznie z nami rozmawiać.

 

Musi tak być i dopóki na bieżąco w szpitalach jest 19 tys. ludzi zakażonych (czyli maks, jaki system ochrony zdrowia jest w stanie pomieścić), to nie ma co fikać. A jednak nam zaburza to rzeczywistość chyba bardziej, niż np. kierowcom autobusów. Nawet już nie widzimy, jak patrzą sobie w oczy koledzy po fachu ze swoimi rozmówcami. De facto nie widzimy mowy ciała tych rozmówców. Umyka nam spora część dawniej uchwytnej informacji.

 

Miała być globalna wioska i zero prywatności, powszechna wiedza wszystkich o wszystkim, a została nam w zdezynfekowanych rękach pośrednia wiedza wynikła z trzeciej wody po informacyjnym kisielu. Przed covidem dało się prawdę ekranu konfrontować z prawdą czasów. Głównie chodząc po ulicach i mieszkając, pracując, ucząc się, modląc się i kochając wśród ludzi. W czasach pandemii mamy tylko prawdę ekranu. A że ekrany są wszystkie krzywe, aczkolwiek rozmaicie, to mamy do złożenia w całość (jak ktoś ma na to jeszcze czas) zestaw deformacji.

 

To strasznie męczy. Coraz więcej osób naszej profesji (i wielu innych, choćby wykładowców akademickich) po prostu ucieka od Internetu. Najpierw z mediów społecznościowych, o ile nie są im do pracy niezbędne… a nawet i wtedy. Z neurobiologicznego punktu widzenia, rzecz jest prosta: mózg jest przemęczony. W dodatku to ciągłe siedzenie – szkielet też ma dość. Dziś rozmawiamy godzinami całymi z ludźmi z pozycji, w której kiedyś tylko pisaliśmy, ewentualnie czytaliśmy.

 

W Święta też nie wyjdziemy z domu, nie wyjedziemy, nie będzie spotkań z innymi. Czy będzie szansa, żeby ucieszyć się luksusem bycia offline? No i jak to zrobić? Istnieje sporo poradników. Wszystkie w Internecie. Czy najlepszy byłby brutalny odwyk? A może jednak wygodniej, na tle zdjęć z Toskanii, wejść przez Internet w zakładkę „Digital detox” (TUTAJ). Tak, strony dla podróżników pozostają niezastąpionym – i dostępnym za jednym kliknięciem źródłem inspiracji. Pouczają nas on-ine, jak wielkim luksusem jest bycie „off” i  życie chwilą (TUTAJ). Chwilo trwaj, zapewniona szybkość jest liczona w gigabajtach na sekundę.

 

Można też podejść do zagadnienia odpiłowywania się od Internetu systematycznie – poprzez tzw. zmniejszanie (TUTAJ). Kilka praktycznych rad dotyczących tego podejścia naprawdę mnie urzekło (dowodzą one również niezłej znajomości ludzkiej fizjologii u autorów, dlatego się nimi podzielę). „Miej tylko dwa konta e-mail: jedno biznesowe i jedno prywatne. Zamknij Gmaila i inne konta i aktywuj opcje sprawdzania poczty elektronicznej na żądanie (żadnych dzwoneczków). Poświęcaj czas na Facebooka (teraz to już dla dziadersów i liberałów, ale gdzie kto tam jest) raz dziennie i NIE podczas posiłków czy przerwy na herbatę. Wyłącz powiadomienia z Facebooka w telefonie. Publikuj tylko na stronie profesjonalnej, zmniejsz ilości informacji, które umieszczam na moim osobistym profilu. Akceptuj tylko zaproszenia od osób, które znasz w „prawdziwym życiu”. Eliminuj wszystkie aplikacje i konta, których nie używasz do pracy. Przestań przeglądać.”

 

Gdy osiągamy ten etap internetowego poradnictwa, jak się odpiłować od Internetu, okazuje się, ze robimy to, by… zaoszczędzić czas. Można, jak sugerują autorzy, wykorzystać go na „czytanie papierowych książek, dzwonienie do ludzi lub umówienie się na spotkanie na Skype, odręczne pisanie innowacyjnych pomysłów, konspekty projektów, przemyślenia, które mogą wymagać dalszych badań. Naukę nowego języka” Oraz „spędzanie więcej czasu na zewnątrz (nawet bez telefonu). Może to brzmieć nierealnie, ale szczęście sprzyja śmiałkom, prawda?”.

 

I nawet nie dotknęłam tematu odcinania się od „treści rakotwórczych”, których Internet jest pełny jak fiolka wyładowana skoncentrowanym bromkiem etydyny. Może to jest nasza jedyna nadzieja na uniknięcie poważnego nowotworu?

 

Że offline jest luksusem zauważyli już autorzy przejmującego dokumentu duńskiej telewizji publicznej VPRO z 2016 (TUTAJ). Coraz mniej białych plam bez Internetu na mapie świata. Musimy odłączyć się sami. Kouczing dotyczący tego zagadnienia sugeruje jednak, że z jednej sieci istnieje doradzana internetowo  ucieczka do innej. To jest wybór aplikacji, a nie sposobu egzystencji. Nie da się też całkiem zignorować faktu, że gdy życie przeniesie się już kompletnie on-line, ci, którzy będą off-line zostaną całkiem z tyłu. Niewidzialni.

 

Adam Bogoryja-Zakrzewski reportażystą 2020 roku

Poznaliśmy laureatów XVI Ogólnopolskiego Konkursu Reportażystów MELCHIORY 2020. Tytułem radiowego reportażysty roku za odkrywanie świata wymagające dużego zaangażowania i często także odwagi osobistej uhonorowano Adama Bogoryję-Zakrzewskiego ze Studia Reportażu  Polskiego Radia. Otrzymał statuetkę Melchiora i nagrodę pieniężną w wysokości 20 000 złotych ufundowaną przez Polskie Radio.

 

Srebrnymi Melchiorami i nagrodami w wysokości 10 tysięcy złotych uhonorowano: Agnieszkę Czyżewską–Jacquemet z Polskiego Radia Lublin za reportaż „Towarzysz śmierci” oraz Katarzynę Michalak, również z Polskiego Radia Lublin, za reportaż „Jestem człowiekiem uchem”.

 

Specjalne wyróżnienie w kategorii Premiera Roku otrzymała Katarzyna Michalak z Polskiego Radia Lublin za reportaż „Śpiewajcie wolność”, który uchwycił zaangażowanie i entuzjazm studentów KUL – organizatorów koncertu Joan Baez z 1985 roku.

 

W telewizyjnej kategorii Inspiracja Roku jury przyznało nagrodę Beacie Bajkiewicz z TVP 3 Warszawa, autorce reportażu „Zmysły wojny” – za przedstawienie roli kobiet w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku.

 

Mistrzów reportażu wybierało jury w składzie: przewodnicząca Irena Piłatowska-Mądry, Anna Sekudewicz, Andrzej Brzoska, Maciej Drygas i Arkadiusz Gołębiewski.

 

opr. jka, źródło: Polskie Radio, fot. Wojciech Kusiński/Polskie Radio