Debata w Senacie na temat sprzedaży spółki Polska Press koncernowi PKN Orlen z udziałem SDP i CMWP SDP

Jadwiga Chmielowska , sekretarz generalny SDP i Jolanta Hajdasz, dyr. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  uczestniczyły we wspólnym  posiedzeniu  Senackich Komisji Kultury i Środków Przekazu oraz Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji, jakie odbyło się 14 stycznia br. Tematem dyskusji  było przede wszystkim przejęcie spółki Polska Press przez PKN Orlen. Jolanta Hajdasz przedstawiła stanowisko ZG SDP w sprawie zakupu od niemieckiego wydawcy Verlagsgruppe Passau gazet i portali regionalnych przez PKN Orlen podkreślając, iż  SDP z nadzieją przyjmuje tę transakcję i widzi w niej szansę na przełamanie dominacji  wydawnictw zagranicznych na rynku regionalnej prasy drukowanej i regionalnych portali w Polsce.  Przeciwnego zdania byli m.in przedstawiciele Towarzystwa Dziennikarskiego oraz zaproszeni medioznawcy, którzy widzą przede wszystkim zagrożenia związane z przejęciem gazet od niemieckiego wydawcy  przez  firmę państwową. Dramatyczną sytuację gazet drukowanych spowodowaną m.in. pandemią koronawirusa opisał Bogusław Chrabota, prezes Izby Wydawców Prasy i zaapelował o działania wspierające ten segment mediów. W spotkaniu uczestniczył także Witold Kołodziejski,  przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, który wskazywał na konieczność przeprowadzenia procesów dekoncentracyjnych w mediach ze względu na przepisy i rekomendacje  Unii Europejskiej. 

 

Spotkanie prowadziła Barbara Zdrojewska, przewodnicząca Komisji Kultury i Środków Przekazu. Jako pierwszy głos zabrał  mec. Piotr Kryczka, współautor raportu na temat dekoncentracji mediów, który przyznał , iż jego opracowanie ma charakter teoretyczny i niewiele może się przydać do analizy bieżącej sytuacji w Polsce. Po nim głos zabrała dr hab.  Katarzyna Gajlewicz-Korab z Uniwersytetu Warszawskiego, która omówiła sytuację mediów francuskich w kontekście problemów związanych z uprzywilejowaną pozycją mediów narodowych w tym kraju. Katarzyna Gajlewicz-Korab rozważała, czy należy bezkrytycznie powielać nie zawsze jej zdaniem korzystne dla mediów  rozwiązania francuskie np. subwencjonowanie prasy drukowanej, czy obowiązujące ograniczenia kapitałowe. Z kolei prof. Tadeusz Kowalski mówił o repolonizacji i dekoncentracji jako o mitach podkreślając iż transakcja Orlenu jest  raczej “nacjonalizacją” , a koncentracja w mediach jest procesem naturalnym, charakterystycznym w naszych czasach. Po nim  Marek Radziwon przedstawił sytuację mediów w Rosji opisując przebieg zmian własnościowych w prasie , radiu i telewizji od lat 90-tych  i  porównał transakcję Orlenu do działalności Gazpromu na rynku mediów w Rosji. Przedstawiono także sytuację własnościową mediów na Węgrzech wskazując na zagrożenia związane z przejmowaniem przez państwowe podmioty środków masowego komunikowania.

 

Zagrożenia związane z transakcją PKN Orlen wskazywali także m.in Seweryn Blumsztajn i Jan Ordyński z Towarzystwa Dziennikarskiego oraz Krzysztof Luft i Jan Dworak, a także Jerzy Jurecki z „Tygodnika Podhalańskiego”  i prof. Stanisław Jędrzejowski.

 

Spotkanie miało charakter seminaryjny.

 

CMWP SDP w PAP o blokadzie kont w mediach społecznościowych i konieczności ochrony wolności słowa w sieci

Dopiero po likwidacji kont społecznościowych Donalda Trumpa wiele osób uświadamia sobie, że należy bronić się przed ideologiczną cenzurą – powiedziała PAP dyr. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, wiceprezes SDP, dziennikarka i medioznawca dr Jolanta Hajdasz.  Tekst został opublikowany 14 stycznia b.r. Jego autorem jest Hubert Bekrycht. 

 

Publikujemy pełny tekst depeszy PAP: 

 

Dyrektor CMWP SDP uważa, że dopiero po ostatnich wydarzeniach w Stanach  Zjednoczonych, m.in. likwidacji kont społecznościowych urzędującego prezydenta USA Donalda Trumpa, do wielu internautów dotarło, jak łatwo dziś medialnym korporacjom stosować cenzurę i jak  niebezpieczna jest tzw. cenzura ideowa. Dzisiaj nożyczki cenzora trzymane są w rękach właścicieli gigantycznych medialnych, społecznościowych korporacji” – podkreśliła Hajdasz. „To kilka osób na świecie, które mogą wpływać na to, o czym będziemy mogli się dowiedzieć lub nie , o tym, czy coś znajdzie się  w przestrzeni publicznej lub nie” – zaznaczyła. „Musimy znaleźć narzędzia, aby bronić się szczególnie przed cenzurą ideologiczną, bo nigdy nie wiemy, w którym momencie właściciel, na przykład medium społecznościowego, coś  wyłączy, a coś innego zechce promować czy czemuś sztucznie zawyżać tzw. zasięgi ” – dodaje.

 

Zdaniem szefowej CMWP SDP w ostatnich dniach okazało się, że nawet w internecie można bezkarnie ograniczyć wolność słowa, co zaskoczyło z pewnością wielu internautów. „Okazało się, że portale społecznościowe to też środki masowego komunikowania – tak jak prasa, radio, czy telewizja – w których ktoś konkretny decyduje o tym, czy coś będzie publikowane, czy nie” – zwraca uwagę Hajdasz. „Kiedy powstawały media społecznościowe panowała opinia, że to fantastyczny wynalazek i narzędzie służące komunikowaniu masowemu, gdzie każdy z nas może stać się nadawcą” – wskazywała.

 

„Oczywiście przez wiele lat tak było i w części tak ciągle tak jest, na tym polega przewaga internetu  w stosunku do mediów tradycyjnych ” – zastrzegła dyrektor dodając, że trudno sobie obecnie wyobrazić medium, które nie korzysta z nowych technologii. „Prasa, radio, telewizja promują nawet bezwiednie te konkurencyjne w stosunku do siebie media, bo praktycznie każda audycja czy program ma swoje  konto na facebooku i twitterze i zachęca każdego do ich odwiedzania . „Dziennikarze jednego  medium, promują zupełnie inne medium, właśnie to  społecznościowe, a to przecież prywatna firma  konkurująca z nimi o uwagę odbiorców –  zauważyła.

 

My, dziennikarze dostrzegaliśmy to niebezpieczeństwo cenzury już wcześniej – powiedziała szefowa Centrum Monitoringu Wolności Prasy. „Obserwujemy przecież coraz bardziej wymyślne regulaminy mediów społecznościowych, pod którymi trzeba się podpisać, aby korzystać z usług tych mediów ” – mówiła. „Obserwujemy też, w jakich okolicznościach następują blokady kont. W CMWP SDP stykam się z tym regularnie” – zaznaczyła Hajdasz.

 

„Z perspektywy mojej trzyletniej pracy w Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP widzę dość wyraźnie tę cenzurę ideową w mediach społecznościowych – przyznała. „Blokowane były przede wszystkim konta konserwatywne, prawicowe, o czym mówiliśmy nawet na specjalnych konferencjach w  SDP” – dodała. „Blokowano np. konta organizatorów i uczestników Marszu Niepodległości przez świętem 11 listopada. Blokowano też konta przeciwników aborcji eugenicznej, kiedy zbierane były w tej sprawie podpisy. Blokowano  nawet konto arcybiskupa, który krytykował ideologię LGBT” – przypominała. To są tylko przykłady niechęci mediów społecznościowych do prawej strony przestrzeni publicznej. Widać tu ewidentnie cenzurę” – podkreśliła dziennikarka.

 

Jolanta Hajdasz opowiedziała także o – jej zdaniem – wyjątkowo kuriozalnej sprawie, którą aktualnie zajmuje się CMWP SDP. „Media społecznościowe (YouTube) blokowały  w tym roku filmiki harcerzy z Warszawy. Materiały dotyczyły codziennych harcerskich spraw np.  życia na obozie harcerskim” – mówiła. „Najpierw filmiki były blokowane, po proteście, przywrócono je, ale obniżono tzw. zasięgi i wyłączono monetyzację oraz podniesiono wiek oglądających” – relacjonowała. „Wg YouTube trzeba mieć skończone 18 lat, aby oglądać taki harcerski filmik, to jakiś absurd. Przecież ten przekaz wręcz jest przeznaczony dla dzieci i młodzieży, a nie dla dorosłych” – mówiła dyrektor CMWP SDP. Ostatnie wydarzenia w USA – zdaniem Hajdasz – wyraźnie pokazały manipulacje mediów społecznościowych. „To, że można zablokować treści publikowane przez  urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych, oznacza, że można zablokować w każdej chwili każdego pod jakimkolwiek pretekstem” – powiedziała. „Kto zatem ma decydować o tym które treści powinny być zablokowane,  czyli de facto cenzurowane, a które nie ? – pytała.

 

Widać jak daleko poszło cenzurowanie w mediach społecznościowych. Niebezpieczne jest, że to nie podlega żadnej kodyfikacji, żadnej kontroli. Najwyższy czas to po porostu zmienić” – podkreśliła.  Pytana przez PAP o to, jak cenzura w sieci zmieni współczesne dziennikarstwo, dyrektor CMWP SDP odpowiedziała, że ma nadzieję, że na lepsze, bo nadszedł czas na refleksję odbiorców mediów. Wierzę, że wzmocni się dziennikarstwo profesjonalne, tradycyjne, dziennikarstwo oparte na sprawdzonych zasadach etyki zawodowej, gdzie informacje publikuje się po sprawdzeniu ich w co najmniej dwóch wiarygodnych źródłach, a dziennikarz podpisuje się pod publikacją swoim imieniem i nazwiskiem” – powiedziała. „Warto też poświęcić czas i uwagę na edukowanie odbiorców mediów. Tak by nauczyli się oni na nowo szukać i korzystać z mediów sprawdzonych, których źródła są wiarygodne. Czytelnik, słuchacz czy widz, chcąc znaleźć  rzetelny przekaz, nie powinien wszystkich treści traktować tak samo ” –  zauważyła Hajdasz. Powiedziała, że gdyby nie wyłączenie kont społecznościowych prezydenta USA, wiele osób nadal żyłaby w nieświadomości, że w mediach społecznościowych możliwa jest cenzura .

 

„Wśród internautów istnieje jedynie takie przekonanie: +Jak użyjesz niewłaściwego słowa, to cię wyłączą, ale jak będziesz przestrzegał regulaminu, to nikt cię nie zablokuje.+ Otóż właśnie są sytuacje, w których konto blokuje się z niewidomego powodu, a ocena , co blokować, a co nie, jest subiektywna . A tak nie powinno być. Każdy przekaz, który nie narusza przepisów prawnych  powinien mieć szansę na publikację, a od oceny, czy ktoś te przepisy naruszył , czy nie, są niezawisłe sądy – podkreśla szefowa CMWP SDP.  Szefowa Centrum Monitoringu Wolności Prasy uważa, że należy jak najszybciej opracować działania zapobiegające cenzurze mediów społecznościowych.

 

Są opracowania i projekty Unii Europejskiej, jak z tym zjawiskiem walczyć. Warto je analizować . Pod koniec ubiegłego roku również nasze Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało projekt ustawy o ochronie wolności słowa w internecie. Przyjmuję te działania z nadzieją, czekam na publikację ostatecznej wersji tego projektu, w mojej ocenie mogą to być  korzystne dla nas wszystkich rozwiązania” – poinformowała.  „Trzeba zacząć kontrolować to, co kontrolowane być powinno. Wolność słowa  nie oznacza wolności od wszystkiego i do wszystkiego” – zaznaczyła  dziennikarka. „Wolność słowa musi być związana z odpowiedzialnością, ale jest dobrem nas wszystkich,  na pewno nie powinni o niej decydować właściciele wielkich korporacji medialnych  – powiedziała Jolanta Hajdasz. (PAP)

 

Autor: Hubert Bekrycht

 

Pełny tekst depeszy PAP: TUTAJ.

 

 

No comments – MIROSŁAW USIDUS o komentarzach pod artykułami

Miało być „życie społecznościowe”, nowe tchnienie życia w podupadające media. „Prawdziwy głos prawdziwych ludzi”. Autor artykułu miał zyskać możliwość natychmiastowego poznania reakcji czytelników, rozmowy z nimi, nawet ubogacania się. Czytelnicy z drugiej strony mieli swoimi komentarzami „uzupełniać informacje” o nowe fakty i aspekty. Tak o sekcjach komentarzy pod artykułami pisano 15 a nawet jeszcze 10 lat temu.

 

Po raz pierwszy w historii myślimy głośno, bez filtrów nakładanych przez nadzorców mediów,” pisała w 2008 roku o możliwości komentowania artykułów w serwisach internetowych mediów sama Hillary Clinton, entuzjazmując się, że „nigdy wcześniej globalny dyskurs nie był tak dostępny”. W 2009 r. były redaktor wydania online „Washington Post” pisał, że „pomimo pewnych problemów”, komentarze czytelników umożliwiają im [czytelnikom – przyp. autora] po raz pierwszy w historii szybko zwrócić uwagę redaktorom na nieścisłości i przypomnieć, że „nie zawsze zgadzają się z dziennikarzami co do tego, co jest naprawdę ważne jako temat publikacji”. Nieżyjąca już Georgina Henry, była redaktorka internetowych stron komentarzy „Guardiana”, pisała w 2010 roku: „dziennikarstwo bez informacji zwrotnej, zaangażowania, sporu i opinii oddolnych nie wydaje mi się już w pełni kompletnym dziennikarstwem”.

 

Ludzie komentują a licznik bije

 

Trochę z własnych doświadczeń zawodowych pamiętam, jak korporacyjne powerpointowe prezentacje epatowały naonczas entuzjazmem i świeżo wyuczonym, specyficznym żargonem social-mediowym. Przypominam, że były to czasy przed-twittero- facebookowe. Wiele firm medialnych (zostawmy w tym tekście na boku inne branże, choć we wszystkich sektorach kwitła ta moda), chciało „budować społeczności” a komentarze czytelników, ich reakcje i wypowiedzi, miały być częścią nowego świata mediów, które już nie tylko „nadają”, ale również „odbierają”, są otwarte i gotowe na głos czytelnika, słuchacza i widza.

 

Oczywiście, nie wszyscy kierowali się aż tak górnolotnymi celami. Ten i ów zwracał uwagę, że aktywność społecznościowa na stronach internetowych środków masowego przekazu, komentarze, fora i blogi (tak, niektóre serwisy pozwalały w tamtych czasach czytelnikom zakładać własne blogi w domenach medialnych serwisów), to niezwykle obiecujący zastrzyk dodatkowego „traffiku”, ruchu na stronach, a wraz z nim dodatkowe odsłony i potencjalnie również coraz więcej kliknięć reklam, czyli brzęcząca moneta. Komentatorzy i dyskutanci a także sami czytelnicy wydłużających się wątków – to wszystko było nic innego jak kolejne wejścia na stronę. A licznik bił aż miło.

 

Sam, jako bloger w serwisie „Wirtualne Media” mogłem sprawdzić wartość biznesową (nie dla mnie, lecz dla właścicieli WM, ma się rozumieć) mnożących się w wątku pod wpisem komentarzy, reakcji na komentarze, replik, odpowiedzi na repliki itd. Miałem w tamtym ich starym CMS – Serendipity podgląd na liczbę odsłon poszczególnych wpisów. Z rankingu jasno i dobitnie wynikało, że najpopularniejsze i najliczniej odsłaniane są artykuły z największą liczbą komentarzy. „Wirtualne Media”, nawiasem mówiąc, wciąż korzystają z tego mechanizmu w celu multiplikacji odsłon, żyłując go ostatnio niemiłosiernie – stosując np. w sekcji komentarzy pod artykułami paginację, obecnie, z tego co widzę, po trzy komentarze na stronę (kilka lat temu, o ile pamiętam, było ich po jakieś dziesięć na stronę, a w czasach, w których zaczynałem tam blogować, paginacji w ogóle nie było).

 

Parę lat później, w pierwszej połowie minionej właśnie dekady, entuzjazm do sekcji komentarzy pod artykułami w internetowych wydaniach mediów, znacznie osłabł. Prekursorami w zamykaniu się na opinie i „wkład” czytelników były, jak mi się wydaje, „przodujące” w wolności słowa media w Szwecji, potem fala niechęci ze strony mediów tzw. mainstreamu do wielbionego przez nie jeszcze parę lat wcześniej „życia społecznościowego” ogarnęła inne kraje Zachodu. Korpo-entuzjazm zamienił się w potoki tłumaczeń, dlaczego „lepiej będzie, gdy komentarzy nie będzie”. Ostatnio te zabawne, zwłaszcza w kontekście niedawnego entuzjazmu, argumentacje coraz częściej zamieniają gorące filipiki nienawiści wobec komentatorów internetowych.

 

Prąd likwidacji sekcji z komentarzami nie dotyczy jedynie „starych mediów” w ich wydaniach internetowych. Od pewnego czasu nie można komentować na stronach serwisu większości artykułów np. w „The Verge”, ani żadnego w „The Daily Beast”, podobnie jak w wielu innych mediach ery internetowej.

 

W Polsce było i jest różnie. Wiele mediów wciąż liczy na komentarze pod artykułami i zaprasza do komentowania, doceniając jego biznesowe znaczenie lub też inne aspekty. Najbardziej znana u nas jest specyficzna polityka uprawiana przez „Gazetę Wyborczą”. Blokując bowiem możliwość komentowania pod wybranymi materiałami, nauczyła swoich czytelników, że „otwarta” dyskusja możliwa jest głównie na tematy wygodne dla redakcji. Gdy artykuł dotyczy kwestii potencjalnie zakłócającej narrację propagowaną przez „GW”, jak np. afery z celebrytami wcinającymi się bez kolejki do szczepień, nie ma komentowania. W ten sposób wykształcił się swoisty meta-język komunikacji serwisu GW z czytelnikiem. Gdy np. „Wyborcza” blokuje komentarze pod newsem o zamachu terrorystycznym w którymś z krajów zachodnich, to niechybny sygnał, że odpowiadają zań wyznawcy Proroka, choć, zgodnie z regułami poprawności politycznej „GW”, oczywiście pomija w tekstach religię i pochodzenie sprawców. W ten sposób, nie informując, w rzeczywistości informuje. Starsi, wyćwiczeni w czytaniu dawnej „Trybuny Ludu” doskonale wiedzą, na czym to polega.

 

Nie zgadzam się z tobą, więc jesteś hejterem

 

Dlaczego media zwłaszcza te o lewicowo-liberalnym obliczu ideowym odchodzą od korzystania z czytelniczego „feedbacku” bezpośrednio pod materiałami redakcyjnymi, pomimo niezaprzeczalnych korzyści, jakie wiążą się z większym, czasem o wiele, wiele, większym, ruchem na stronach?

 

One same odpowiadając na to pytanie mają od lat gotowe refreny o „mowie nienawiści”, hejterach, prawicowych „bigotach” itp. Podaje się też często interes „prawdziwych” czytelników i wizerunek w ich oczach, który media mają tracić, dopuszczając „mowę nienawiści” w komentarzach. Ten ostatni rodzaj argumentacji jest wątlutki, gdyż od dawna znane są takie mechanizmy jak opt-in i opt-out, które można bez problemu zastosować na stronie do widoczności sekcji komentarzy i opatrzyć zgodę na ich przeglądanie odpowiednim zastrzeżeniem od wydawcy. Kto uważa, że po zastosowaniu takich mechanizmów wciąż istnieje problem wizerunkowy, ten po prostu się czepia i/lub w rzeczywistości ma ukryte intencje, o których piszę poniżej.

 

Z osobnikami, którzy przekraczają granice kulturalnej debaty, obrażają, łamią prawo, stosunkowo łatwo można sobie poradzić. Są techniczne środki na blokowanie wyzwisk i wulgaryzmów. Problem anonimowości też jest dziś nierozwiązywalny. Zresztą, w wielu wypowiedziach lewicowi dziennikarze, jak np. w artykule z 2014 r., który niedawno czytałem w „Guardianie”,  przewija się spostrzeżenie, że „napastliwie” komentują osoby wcale nie anonimowe. Także tłumaczenia sportowego serwisu amerykańskiego ESPN, który był krytykowany przez wcale nie anonimowych i wcale nie chamskich komentatorów za swoje polit-poprawne odloty w sprawie zachowań zawodników ligi NFL, prezentują się słabo. Dla lewicowych dziennikarzy jednak niewystarczająco słabo, by pod tym pretekstem usunąć możliwość komentowania ze stron.

 

Komentujący niezgodnie z linią polityczną mediów nie są też zwykle wcale wulgarni, i nie napadają agresywnie na kogokolwiek. Nie. Owi „hejterzy” to po prostu najczęściej ludzie mający inne zdanie niż autor i redakcja, podający często fakty, które stawiają w wątpliwym świetle tezę artykułu, lub przypominający autorowi fakty, które pominął. Ich „mowa nienawiści” to po prostu wyrażanie odmiennych poglądów lub pisanie o niewygodnych z punktu widzenia autora i redakcji sprawach.

 

Podczas kalifornijskich pożarów i przerw w dostawie prądu w 2019 roku, Yahoo! (które pozbyło się niedawno sekcji komentarzy w swoich serwisach) opublikowało artykuł pt. „California’s Massive Power Outages Show Climate Change Is Coming for Everyone, Even the Rich”. Typowa publicystyka z tezą, że za pożary i problemy energetyczne Kalifornii nie odpowiadają nieudolni lokalni włodarze, lecz klimatyczna bestia, na którą, co każdy chyba wie, lewicowa media potrafią zwalić nieomal wszystko. Komentujący czytelnicy, w tym mieszkańcy Kalifornii, byli jednak innego zdania…

 

„Problemy Kalifornii z przesyłem energii elektrycznej wynikają z restrykcyjnych przepisów ochrony środowiska dotyczących wycinki drzew i przemysłu drzewnego,” pada myślozbrodnia w komentarzach. „Kansas ma dużo wiatru i susze, ale jakoś tak dziwnie, nie ma problemów z ogniem,” zwraca nienawistnie uwagę kolejny komentator. „Mam 53 lata. Nie mam najlepszej pamięci, ale o ile pamiętam zawsze mieliśmy upały i wietrzna pogodę latem, kiedy dorastałem w północnej Kalifornii a pożarów nie było,” dorzuca wulgarnie kolejny hejter.

 

Redakcja Yahoo! nie posiada się z oburzenia. Jaki jest sens publikowania propagandowych kawałków, jeśli ktoś może przejść do działu z komentarzami i odkryć, ile manipulacji, dezinformacji i pominięć istotnych faktów, zawarł w artykule autor. Do czego to podobne. Taki hejt!

 

Są też inne przyczyny zamykania odbiorcom możliwości komentowania. Za rytualnym klepaniem o „internetowym hejcie” kryją się zaskakująco często bardzo małe, małostkowe zgoła, motywy, ale do tego jeszcze wrócę.

 

„Bystrzy inaczej” kierownicy mediów

 

„Nie jest to użyteczne doświadczenie dla zdecydowanej większości użytkowników, napisał Scott Montgomery, redaktor zarządzający cyfrowymi wydaniami amerykańskiego publicznego nadawcy NPR, gdy zamykano możliwość komentowania na jego stronach w 2016 roku, „po ośmiu latach eksperymentów”. Cytuję te tłumaczenia, bo są bardzo charakterystyczne dla narracji mediów rezygnujących z tak obiecującego dekadę wcześniej „życia społecznościowego”.

 

Odwrotowi temu towarzyszyła zwykle mająca niewielki sens paplanina o pragnieniu przeprowadzenia „wyraźnego podziału między stroną internetową a jej profilami w mediach społecznościowych”. Mówił o tym m. in. Carl Franzen, dyrektor online wydawnictwa „Popular Science”, gdy w 2013 roku magazyn zamykał swoim czytelnikom możliwość reagowania na stronach na artykuły. „Facebook, będąc przede wszystkim portalem społecznościowym, ma architekturę i politykę sprzyjającą rozmowom, w których profil ‘Popular Science’, jak również dziennikarze magazynu wchodzą w interakcję z odbiorcami,” bredził dalej Franzen.

 

Kilka lat później te same wydawnictwa prasowe jęczą, że Facebook z Google pospołu zabrali prasie wszystkie reklamy. Przecież sami się do tego przyczynili, tacy „bystrzy inaczej” jak cytowany Franzen i zastępy podobnych mu, wynosząc ze swoich serwisów WWW potężny kawał traffiku do błękitnego kołchozu i dając to Zuckerbergowi w prezencie, bo „Facebook jest właściwym miejscem do prowadzenia dyskusji”. Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało.

 

To co robili i robią, ma zresztą konsekwencje szersze, wykraczające poza samo wyprowadzenie „życia społecznościowego” z serwisów wydawców. Adresy ich materiałów, tekstów, czy filmów, publikowane w mediach społecznościowych są klikane, ale nie każdemu dyskutantowi jest to potrzebne do wzięcia udziału w komentowaniu, zwłaszcza, że rozeznanie w temacie i treści publikacji daje mu sama lektura wątku na Facebooku. Wątek ten w wielu wypadkach zastępuje lekturę samego artykułu. Czytelnik nie opuszcza Facebooka a wydawca może realnie tracić odbiorców. Na pewno traci, gdy dyskutujący cytują, streszczają lub zamieszczają zrzuty ekranowe zamkniętych za paywallami treści. Spotkałem się z tym wielokrotnie. To dodatkowe, całkiem realne straty wynikające z „przeniesienia dyskusji” na Facebooka lub do Twittera.

 

Trudno mi się oprzeć cytowaniu Franzena w większych dawkach, bo jego wypowiedzi świetnie ukazują obłęd, jaki panował i zapewne wciąż panuje w korpo-kręgach zarządzających środkami masowego przekazu. Np. taki kwiatek: „media społecznościowe, takie jak Facebook czy Twitter sprawiają, że rozmowy są wyższej jakości niż komentarze na naszych stronach z artykułami (…) czytelnicy muszą podjąć dodatkowy wysiłek, aby przejść na naszą stronę internetową (…) choć wprowadza to tarcie w tym procesie, myślę, że jest to tarcie pomocne, ponieważ wywołuje zadumę, która moim zdaniem czasem ginie w mediach społecznościowych”. Autorem tego bełkotu jest facet, który decydował o cyfrowych i internetowych losach jednego z największych na świecie magazynów popularnonaukowych.

 

Nieco bardziej racjonalnie niż powyższe banialuki brzmią przytaczane przez wydawców argumenty finansowe. Utrzymywanie aktywnych sekcji z komentarzami i „życiem społecznościowym”, wymaga oczywiście nakładów na moderację, mechanizmy filtrujące treści, bazy danych użytkowników itp. Względami ekonomicznymi tłumaczył zamknięcie możliwości komentowania na stronach gazety szwedzki „Dagbladet” i wiele innych tytułów. Jednak z drugiej strony, jeśli elementy te generują ruch na stronach, to nakłady te wydają się uzasadnione, nie mniej niż nakłady na pozyskiwanie treści. Inaczej mówiąc, w logice biznesowej nie są to jedynie koszty, ale bardziej inwestycje. W świetle tego co mediom zrobił Big Tech, chyba nie takie bezsensowne.

 

Nie chcę kategorycznie wyrokować, że w każdym wypadku była to wyłącznie wymówka. Jednak spróbujmy spojrzeć na to w ten sposób: jeśli liczba komentarzy jest niewielka, to wprawdzie dodatkowa korzyść „traffikowa” również, ale też i problem z moderacją zaniedbywalny; jeśli natomiast liczba komentarzy rośnie, rośnie wprawdzie problem z moderacją, ale serwis się zasięgowo rozwija. Czy coś w tej logice się nie zgadza?

 

Trolle i hejterzy jako wymarzony pretekst

 

W sieci bez trudu można znaleźć opinie, że najgorliwszymi przeciwnikami dopuszczenia komentarzy czytelników pod artykułami są najbardziej radykalni politycznie „aktywiści dziennikarscy” tacy jak np. słynąca z prowokacji i szerząca swoimi tekstami nienawiść do mężczyzn feministka Jessica Valenti z „Guardiana”. Cóż, na jednej stronie jest miejsce na tylko na jednego trolla. W przypadku zradykalizowanych publicystów typu pani Valenti, to miejsce jest w polu „autor” i w sekcji komentarzy żadni dodatkowi hejterzy nie są potrzebni, więc i sekcja komentarzy musi zniknąć.

 

Ciekawe, że walka z komentarzami na stronach mediów i ze swobodą dyskusji społecznościowej w bardziej ogólnym sensie stoi w dość wyraźnej sprzeczności z koncepcją sfery publicznej neomarksisty Jürgena Habermasa, którego poglądy skądinąd są nad wyraz drogie lewicowo-liberalnej formacji, która dominuje w mediach mainstreamu. Nic to. Potrafią wykonać w swoich tłumaczeniach różne konceptualne fikołki, np. traktując cenzurę, ograniczanie wolności słowa, komentowania i wyrażania opinii przez ludzi, z którymi się nie zgadzają, jak metody obrony owej sfery publicznej przez „porwaniem jej przez ludzi, którzy chcieliby ja zdominować”. No tak, jak nasza dominować sferę publiczną to mnóstwo wiele dobry uczynek…

 

Radykalizujące się lewicowo media to jedna strona medalu, ale jest też inna, nawet bardziej interesująca, bo przyziemna, pobudka stojąca za usuwaniem możliwości komentowania. Badania przeprowadzone w ostatnich latach przez „The Washington Post” i „USA Today” wykazały, że czytelnicy, którzy oglądali artykuły z komentarzami pod spodem, znacznie częściej wyrabiali sobie negatywną opinię o mediach i publikowanych przez nie informacjach. Co ciekawe, efekt ten był widoczny nawet wtedy, gdy komentatorzy chwalili dany artykuł. Innymi słowy, gdy opinie dziennikarzy i opinii lub zwykłych czytelników są umieszczone blisko siebie, prowadzi to czytelników do kwestionowania kompetencji mediów głównego nurtu.

 

I tu być może docieramy do najgłębszej przyczyny niechęci do sekcji z komentarzami czytelniczymi, głębszej nawet niż polityczne poglądy dziennikarzy i całych redakcji. Zwykły troll czy hejter, który nęka i obraża innych to nie jest prawdziwy problem. Prawdziwym problemem jest ktoś, kto wie więcej niż autor materiału, zna fakty, których autor nie zna, lub świadomie pomija, bo mu nie pasują do narracji i światopoglądu, ktoś kompetentny, kto nie daj Bóg napisze w sekcji komentarzy lepszą, dokładniejszą i ciekawszą wersję informacji niż ta na górze strony.

 

Z takimi komentatorami należy bezwzględnie walczyć, oczywiście pod hasłami walki z „hejtem”. Zatem istnienie trolli i hejterów jest z punktu widzenia walczących z czytelniczymi komentarzami potrzebne i pożyteczne. Tworzy bowiem nieocenione preteksty, by się tych podważających nieomylność i linię sekcji komentarzy, raz na zawsze pozbyć.

 

Mirosław Usidus

 

 

Premier: będziemy bronić wolności słowa w internecie

Właściciele portali społecznościowych nie mogą działać ponad prawem. Dlatego zrobimy wszystko, by określić ramy funkcjonowania Facebooka, Twittera, Instagrama i innych podobnych platform – napisał premier Mateusz Morawiecki na swoim profilu na Facebooku.

 

Szef rządu dodał, że w Polsce będą to regulowały odpowiednie przepisy krajowe.  „Zaproponujemy także, aby podobne przepisy zaczęły obowiązywać w całej Unii Europejskiej” – dodał.

 

Mateusz Morawiecki przypomniał, że przez 50 lat w naszym kraju obowiązywała cenzura.

 

„Dlatego z takim niepokojem patrzymy na wszelkie próby ograniczania wolności” – pisze premier. – „Jednym z synonimów wolności zawsze był dla nas Internet. Najbardziej demokratyczne medium w historii, forum, na którym każdy może bez skrępowania zabrać głos. Narzędzie pozwalające każdemu człowiekowi realnie wpływać na rzeczywistość, w stopniu nieznanym jeszcze kilkanaście lat temu.”

 

Mateusz Morawiecki zauważył, że brak regulacji internetu ma nie tylko pozytywne, ale też negatywne skutki – „stopniowo zaczęły w nim dominować wielkie, ponadnarodowe korporacje, bogatsze i potężniejsze od wielu państw. Te korporacje zaczęły traktować naszą internetową aktywność tylko jako źródło zysku i wzmacniania globalnej dominacji. A także czuwać nad poprawnością polityczną tak, jak im się to podoba. I zwalczać tych, którzy się im sprzeciwiają” – stwierdził premier. Zauważył, iż ostatnio coraz częściej spotykamy praktyki, które, mogłoby się wydawać, są już przeszłością.

 

„Cenzurowanie wolnego słowa, domena totalitarnych i autorytarnych reżimów, powraca dziś w formie nowego, komercyjnego mechanizmu zwalczania tych, którzy myślą inaczej’ – napisał szef rządu.

 

„Wolność słowa jest solą demokracji – dlatego musimy jej bronić. O tym, które poglądy są słuszne, a które nie, nie mogą decydować za nas algorytmy czy właściciele korporacyjnych gigantów” – podkreślił Mateusz Morawiecki.

 

opr. jka, źródło: Facebook/Mateusz Morawiecki, fot. Wikipedia

 

Twitter jako narzędzie pracy dziennikarza – refleksje ŁUKASZA WARZECHY

Tak się składa, że osiągnięcie przeze mnie pułapu 100 tysięcy obserwujących na Twitterze (w chwili pisania tego tekstu to już prawie 101 tys.) zbiegło się niemal idealnie z największymi od dawna kontrowersjami wokół wielkich portali społecznościowych, w tym Twittera właśnie. A to bardzo dobra okazja, żeby przyjrzeć się swojej obecności w tym miejscu.

 

Założyłem na Twitterze konto w kwietniu 2010 r. i miała na to wpływ katastrofa smoleńska. Twitter powstał ledwie cztery lata wcześniej i nie był jeszcze w Polsce bardzo popularny. Był kanałem informacji względnie elitarnym, w tamtym szczególnym czasie stało się dla mnie jednak ważne, aby dzielić się z nawet niewielką liczbą jego użytkowników moimi myślami i komentarzami. Poza tym była to dobra platforma do informowania o swojej obecności w mediach, o tekstach, o programach.

 

Przez te prawie już 11 lat obecności w serwisie, który – być może nie wszyscy wiedzą – nie ma nawet w Polsce swojego przedstawicielstwa, obserwowałem, jak zmieniała się jego rola i jak zmieniał się sam serwis. Jedna natomiast rzecz się wbrew pozorom nie zmieniła: choć Twitter stał się nieodzownym narzędziem pracy wszystkich niemal osób publicznych, instytucji, mediów, urzędów i zdecydowanej większości polityków na świecie, jego zasięg i siła oddziaływania są wbrew pozorom wcale nie tak wielkie, jak by się mogło wydawać. Liczba użytkowników globalnie to około 340 milionów (miesięcznie, bo w takich jednostkach podaje się liczby użytkowników mediów społecznościowych), podczas gdy Facebook (nie licząc należących do niego innych serwisów, takich jak Instagram) ma ich 2,7 miliarda. W Polsce z Twittera korzysta około 6 milionów osób, ale – tak jak cały internet – i tu są swoiste kręgi, które na siebie oczywiście zachodzą, ale czasem ledwie minimalnie. Na przykład krąg osób publicznych, dziennikarzy, publicystów czy ludzi generalnie zainteresowanych polityką nie ma niemal żadnych punktów stycznych z kręgiem ludzi zafascynowanych sportem czy grami komputerowymi. Poza tym Twitter bywa postrzegany przez najmłodsze pokolenie użytkowników internetu jako medium dla „starych”. Na topie jest teraz, zdaje się, TikTok.

 

Z mojego punktu widzenia Twitter był drugim miejscem w wirtualnej przestrzeni, gdzie zderzyłem się z moimi odbiorcami. Byłem już na to przygotowany po zaprawie w Salonie24 (Facebook to jednak inna sprawa – tam od początku, korzystając z narzędzi chroniących prywatność, spotykam się tylko ze znajomymi). Obserwowałem jednak różne reakcje na to zderzenie – byli tacy, którzy w pewnym momencie swoje konta pod wpływem zmasowanych ataków zakłódkowali, czyli ograniczyli dostępność do nich do wybranych osób, ale potem wrócili do kont otwartych. Są tacy, którzy od początku kryli się za kłódką – na przykład Robert Mazurek z jednym ze swoich dwóch kont – i trwają w tym ukryciu.

 

Co ważne – konto zakłódkowane nie może być kontem zweryfikowanym. Charakterystyczna gwiazdka przy nazwie profilu, sygnalizująca właśnie zweryfikowane konto, była zawsze nieco snobistyczną oznaką prestiżu, ale też ma znaczenie praktyczne: jako że opatrzenie nią konta wymaga dokładnej weryfikacji tożsamości jego właściciela, jest to zabezpieczenie przed całkiem częstymi twitterowymi wygłupami bądź sabotażem, gdy ktoś udaje kogoś innego, zmieniając swoje zdjęcie i oficjalną nazwę konta (nie mylić z nickiem, czyli identyfikatorem poprzedzonym znaczkiem „@”, którego zmienić nie można). Na polskim Twitterze specjalizuje się w tym użytkownik występujący jako „Człowiek Bóbr”. Bywało, że na jego maskaradę nabierały się osoby publiczne, a nawet media.

 

Nieliczne są osoby, które w naszym zawodzie konta na Twitterze nie mają. Podziwiam tutaj upór choćby Andrzeja Stankiewicza. To jednak wyjątki, bo dla dziennikarza Twitter to po prostu narzędzie pracy, a dla publicysty, który ma grupę wiernych odbiorców, również metoda nawiązywania z tą grupą kontaktu i podtrzymywania jej zainteresowania.

 

Twitter stawia jednak przed użytkownikiem, zwłaszcza użytkownikiem popularnym, pewne wyzwania. Podstawowe to sposób radzenia sobie z agresją, chamstwem, hejtem. Tu metody są różne. Ciekawie zadziałał po latach obecności na Twitterze Bartosz Węglarczyk: w którymś momencie dokonał zbiorowej abolicji zablokowanych przez siebie użytkowników, a potem ich już tylko (lub prawie wyłącznie) wyciszał. Zatem oni widzą jego, a on ich czytać nie musi.

 

Ja nie zdecydowałem się na taki krok, a lista przeze mnie zablokowanych kont ma już pewnie kilka tysięcy pozycji (nie liczyłem). Użytkownikom serwisu, którzy mają po kilkuset lub najwyżej kilka tysięcy obserwujących może się wydawać, że masowe blokowanie innych to obsesja albo zamiłowanie do cenzury. Pomijając fakt, że urządzenie własnego konta w medium społecznościowym według swoich preferencji nie ma nic wspólnego z cenzurą, która oznacza blokowanie wolnego słowa w przestrzeni publicznej – te osoby nie doceniają masowości reakcji. Jeżeli codziennie pod naszym adresem padają dziesiątki obelg, blokowanie wydaje się najlepszym rozwiązaniem.

 

Algorytmy Twittera zaczęły tu jednak w pewnym momencie przychodzić w sukurs, filtrując to, co pojawia się na naszym timelinie (nie ma chyba dobrego polskiego odpowiednika). Uważny użytkownik o wielu tysiącach obserwujących zauważy, że korzystając z natywnej aplikacji Twittera wielu kierowanych w swoją stronę wypowiedzi nie widzi, choć ich autorzy nie zostali przez niego zablokowani. To wychodzi na jaw czasem gdy zagłębić się w kolejne wątki odpowiedzi na własne tłity. Można te wypowiedzi, owszem, podejrzeć, korzystając z którejś z aplikacji innych producentów, a jest takich dużo. Może jednak lepiej tego nie robić, bo poziom knajactwa, wulgarności, obrzydliwość niektórych uwag są naprawdę kloaczne. Co zdumiewające, niektóre z nich są pisane pod własnymi nazwiskami – tak to przynajmniej wygląda.

 

Kolejne wyzwanie to twitterowe trolle. O farmach takich sztucznie tworzonych kont wielokrotnie było głośno nie tylko w Polsce. U nas pojawiały się masowo zwykle w momentach politycznie trudnych, na ogół przedwyborczych. Można je jednak dostrzec również na co dzień. Na ogół mają kilka wspólnych cech: często niedawną datę założenia (choć to nie reguła, bo takie konta mogą być stworzone dawno temu i w zamrożeniu czekać na moment, gdy będą potrzebne), zwykle mało obserwujących i obserwowanych, prawie zawsze przeważają podane dalej tłity podbijające jakąś narrację polityczną, mało jest natomiast tłitów własnych czy dyskusji z innymi. Są za to często tło i ikony, wskazujące na partyjne sympatie. W okresie ostatnich wyborów prezydenckich wiele kont prawdopodobnie tego rodzaju miało na przykład w tle słynne zdjęcie Andrzeja Dudy na tle biało-czerwonej kotary.

 

Kilka lat temu zapanowała moda na narzędzia do analizujące autentyczność kont obserwujących szczególnie znane osoby, co miało obnażyć fakt, że ogromna część to rzekomo konta sztuczne, a zatem – w domyśle – kupione. W ten sposób zwolennicy obecnej władzy zabrali się na przykład za Tomasza Lisa i innych antyrządowych dziennikarzy. Ja również w pewnym momencie dowiedziałem się, że kilkadziesiąt procent z moich obserwujących to podobno sztuczne konta. Problem w tym, że stosowane do tych analiz narzędzia opierały się na kompletnie nieprzydatnych kryteriach. Sprawdzały na przykład, ile dane konto publikuje tłitów, podczas gdy nie jest to żaden probierz autentyczności konta. Na Twitterze jest mnóstwo jak najbardziej autentycznych użytkowników, którzy jedynie obserwują, a odzywają się bardzo rzadko. Z czasem sprawa ucichła.

 

Przez te 11 lat udało mi się nawiązać kilka specyficznych twitterowych znajomości. To ludzie, których nazwisk nawet nie znam, ale którzy odzywają się do mnie bardzo często, z którymi dzielę wspólne poglądy, a ich uwagi są interesujące i przyjemnie się z nimi rozmawia. Niegdyś okazją do zapoznania się z takimi osobami na żywo bywały tweetupy, czyli spotkania użytkowników Twittera w realu. Do takiej formy nawiązywania kontaktów uciekali się też politycy: tweetupy organizowali prezydent Andrzej Duda, premierzy Beata SzydłoMateusz Morawiecki, wicepremier Jarosław Gowin. Z czasem jednak motywacja polityków do spotykania się z twitterowiczami jakby spadła – tweetupy skończyły się jeszcze zanim zaczęła się epidemia, która z oczywistych powodów je wyklucza.

 

Najbardziej chyba znaczącą rewolucją, jaką przeszedłem na Twitterze – poza tym, że z czasem przestałem korzystać z zewnętrznych aplikacji, bo ta natywna została wystarczająco udoskonalona – było zwiększenie rozmiaru wpisu ze 140 do 280 znaków. Był o to wielki spór i awantura, niektórzy twierdzili, że to zabije lakoniczną naturę Twittera. Byłem przeciwnego zdania – język polski, zwłaszcza jeśli posługujemy się nim starannie, jest znacznie mniej skrótowy niż angielski. 140 znaków to było po prostu za mało, zwłaszcza że dopiero kilka lat temu Twitter wprowadził możliwość łączenia wiadomości w wątki. 280 znaków jest w sam raz.

 

Czy będę na Twitterze nadal czy też przeniosę się na którą z alternatywnych platform, które wywołują taką ekscytację od momentu, gdy zablokowano konto Donalda Trumpa? Czyniąc to, Twitter – nie mam wątpliwości – przekroczył pewną granicę, stając się po prostu politycznym aktorem. Niezależnie od tego, jak oceniamy wypowiedzi ustępującego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

 

Na razie jednak nie widzę alternatywy wartej uwagi. Niestety, działa tu efekt skali. Zgromadzenie w innym miejscu 100 tysięcy obserwujących byłoby czymś na kształt syzyfowej pracy. Jako narzędzie dla ludzi zainteresowanych życiem publicznym i jako ogromna agora – nawet jeśli przy jej bramie stoi coraz agresywniejszy Cerber – Twitter pozostaje bezkonkurencyjny.

JAN JAKUBOWSKI: Moje doświadczenia z Verlagsgruppe Passau

Zdecydowanie popieram stanowisko Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (którego jestem członkiem od 1975 r.), stanowczo protestujące przeciwko ingerencji Deutsche Journalisten-Verband  (Niemieckiego Związku Dziennikarzy, DVJ) w wewnętrzne sprawy Polski  poprzez  apel do Komisji Europejskiej „o przyjrzenie się rozwojowi rynku gazet  w Polsce”.

 

To niespotykana ingerencja w rynek medialny w Polsce i w niezależność dziennikarzy polskich, których DVJ powinna być sprzymierzeńcem. A tak, niestety, nie jest. Czy DVJ reprezentuje interesy niezależnego dziennikarstwa, czy niemieckiej korporacji Verlagsgruppe Passau, które opanowało redakcje 20 gazet regionalnych i kilkaset portali w Polsce?

 

Jestem jednym z pierwszych dziennikarzy polskich, którzy zetknęli się z działaniem  Verlagsgruppe Passau. W styczniu 1991 roku, w wyniku działania Komisji Likwidacyjnej RSW, „Dziennik Bałtycki” został sprzedany spółce solidarnościowej „Przekaz” i – z mniejszościowym udziałem – francuskiemu koncernowi Hersanta. Zostałem redaktorem naczelnym „Dziennika Bałtyckiego”. Przez kilka lat mogłem prowadzić niezależną politykę redakcyjną. Przedstawiciele Hersanta nie ingerowali w politykę redakcji. Niestety, sukcesywnie podnosili kapitał zakładowy spółki pod pretekstem modernizacji redakcji, czemu spółka „Przekaz” nie mogła dorównać z braku środków, aż wreszcie osiągnęli przewagę kapitałową. I w takim stanie rzeczy  w 1994 roku sprzedali spółkę, a zatem i redakcję „Dziennika Bałtyckiego” niemieckiemu wydawcy Verlagsgruppe Passau.

 

I tu, niestety, zaczęły się „schody”. Rok 1995 był w Polsce okresem wyborów prezydenckich. Prezentowaliśmy kandydatów, a zwłaszcza dwóch najważniejszych: Lecha WałęsęAleksandra Kwaśniewskiego. Wysłałem reporterów do matecznika Kwaśniewskiego na Pomorzu, którzy przywieźli mi reportaż o nie najchlubniejszej roli jego ojca – ginekologa. Opublikowałem go, a jednocześnie opublikowałem wywiad z prorektorem Uniwersytetu Gdańskiego, prof. Brunonem Synakiem, który stwierdził, że Aleksander Kwaśniewski nie jest magistrem, nie posiada dyplomu ukończenia Uniwersytetu Gdańskiego. A tym tytułem sztab Kwaśniewskiego podkreślał jego przewagę nad „elektrykiem” Lechem Wałęsą, ustępującym prezydentem. Zaczęła się potworna „zadyma”. O ważności wyborów debatował Sąd Najwyższy, który jednak, co prawda nie jednogłośnie , uznał wygraną Kwaśniewskiego.

 

Dla przedstawicieli Kwaśniewskiego (lokalnych struktur SDRP) był to sygnał, by przypuścić atak na „Dziennik Bałtycki”. I osiągnęli swój cel. Zaczęli szturmować wydawcę, na przykład poseł Longin Pastusiak interweniował by nie przyznać pozwolenia na budowę drukarni w Gdańsku. To odniosło skutek. Zostałem zwolniony z funkcji redaktora naczelnego w listopadzie 1996.

 

Wydawca „Dziennika Bałtyckiego” natychmiast uzyskał pozwolenie na budowę drukarni.

 

W rok później, czyli w 1997 mój następca red. Andrzej Liberadzki został zwolniony za reportaż o wakacjach prezydenta Kwaśniewskiego ze szpiegiem  rosyjskim Władimirem Ałganowem. Prezes VGP Franz Hirtrejter napisał list przepraszający do Kwaśniewskiego, praktycznie przed nim się ukorzył. Wszystko to służyło pozyskaniu przychylności władzy (rządził SLD) w rozwijaniu w Polsce inwestycji VGP, która połykała wydawnictwa, a zatem gazety regionalne.

 

Muszę tu wspomnieć, że w 1998 r. została zlikwidowana gazeta, popołudniówka „Wieczór Wybrzeża”, także będąca własnością VGP. Była to gazeta bardzo popularna w Trójmieście, po którą o godz. 14 ustawiały się kolejki przed kioskami. Ta likwidacja nie była wyrazem troski o stan polskiej prasy ale bezwzględnym dążeniem do maksymalizacji zysku – rynek reklam „Wieczoru” przejął „Dz. B.” a zmniejszyło się zatrudnienie i koszty.

 

Tak wyglądała wolność słowa oraz troska o byt i niezależność polskich dziennikarzy pod kierownictwem Verlagsgruppe Passau występującemu w Polsce pod szyldem Polska Press.

 

Jan Jakubowski

Redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego” w latach 1991-1996

fot. Andrzej Gojke

 

Potrzebna jest edukacja medialna – rozmowa z publicystą GRZEGORZEM GÓRNYM

Współczesne media sprzyjają budowaniu oddzielnych kojców i atomizacji społecznej. Często nie opisują świata, nie mediują, nie pośredniczą, ale izolują od siebie poszczególne plemiona mówi Grzegorz Górny, reporter, publicysta, reżyser.

 

Jakie wydarzenie było dla pana było najważniejsze w mijającym roku w środowisku dziennikarskim?

 

Miniony rok w dziennikarstwie całkowicie zdominowała pandemia. W tej kwestii mamy natomiast do czynienia z całkowitą dezorientacją dziennikarzy, niemożnością dojścia do prawdy i odpowiedzią na podstawowe pytania dotyczące koronawirusa. Nie wiadomo przecież nawet, skąd się wziął COVID-19.

 

Z laboratorium w chińskim Wuhan.

 

Ale przecież nie ma co do tego konsensusu. Jeżeli przejrzymy doniesienia medialne na ten temat, okazuje się, że jest wiele teorii, w tym pochodzenia naturalnego. Co ciekawe, specjaliści, których cytują dziennikarze, też nie są jednoznaczni w tej sprawie. Jest mnóstwo zagadek związanych z wirusem, wiele teorii i niewiadomych. Na początku mówiono, że drugi raz nie można zachorować. Okazało się, że to nieprawda. Takich przykładów – to stawianych, to wycofywanych twierdzeń – jest jednak znacznie więcej.

 

Dziennikarstwo nie spełnia swej roli, którą jest opowiedzenie świata?

 

Opowiedzenie świata, a także wyjaśnienie i pomoc w zrozumieniu otaczającej rzeczywistości. W czasie pandemii dziennikarstwo nie jest jednak w tym pomocne, bo okazuje się, że wzmacnia dezorientację i zamęt. Nie mamy odpowiedzi na najprostsze pytania dotyczące wirusa. Pojawia się też wiele teorii na temat szczepionki.

 

Teraz widzimy dwie zupełnie sprzeczne narracje dotyczące szczepionek.

 

W tej sprawie też nie wiadomo, kto do końca ma rację. Wcześniej nie obserwowaliśmy dezorientacji aż na tak wielką skalę. Przy okazji obserwujemy załamanie wiary w autorytety naukowe, które przekazują sprzeczne informacje w sprawie pandemii. I dziennikarze, i naukowcy nie są w stanie wyjaśnić spraw, które najbardziej obchodzą ludzi, ponieważ wywołują niepewność i strach o przyszłość. Podają sprzeczne informacje, najpierw tworzą jakieś wykresy, np. przewidywalności zachorowań, a po dwóch miesiącach mówią, że podane tam dane okazały się nieprawdziwe.

 

Z czego wynika nieumiejętność odpowiedzi na pytania dotyczące koronawirusa i szczepionek?

 

Zauważmy, że reporterskie śledztwo było w stanie zidentyfikować ośmiu sprawców z FSB odpowiedzialnych za próbę zabójstwa Aleksieja Nawalnego, do której doszło w Rosji. Dokonano tego bez sięgania po metody operacyjne służb. Natomiast w przypadku koronawirusa materia, którą trzeba wyjaśnić, jest bardziej skomplikowana a zarazem bardziej utajniona. Pod tym względem Rosja jest bardziej przepuszczalna niż Chiny.

 

Co w przyszłym roku może być najważniejsze dla środowiska dziennikarskiego? Rok temu takie pytanie było bardzo prozaiczne, ale teraz już takie nie jest, wydarzenia przyspieszyły.

 

Gdy w grudniu 2019 r. pytano o przewidywania na rok 2020, nikt nie przewidział pandemii. Nie wiemy, czy ten rok nie będzie rokiem czarnego łabędzia albo nawet kilku czarnych łabędzi, które mogą wywrócić do góry nogami wszystkie nasze scenariusze. Teraz pojawiła się przecież druga mutacja wirusa. Niewykluczone, że w przyszłości pojawią się kolejne gorsze odmiany. Nie wiadomo w jakim kierunku rozwinie się choroba. Nie ma pewności, czy szczepionki okażą się skuteczne na następne mutacje. Może nastąpić zjawisko społecznego wykluczenia sanitarnego, czyli dostęp do pewnych usług będą mogły mieć jedynie osoby zaszczepione. Nie wiadomo więc, jak będzie wyglądała przyszłość, bowiem żyjemy w czasach, gdy wydarzenia nabrały niezwykłego przyspieszenia. Scenariusze zawarte w filmach czy powieściach science-fiction realizują się właśnie na naszych oczach.

 

Czy możemy jeszcze mówić we współczesnym świecie o zjawisku dziennikarstwa katolickiego? Co to według pana oznacza?

 

Za dziennikarzy katolickich uważa się przede wszystkim osoby, które pracują w katolickich mediach należących do instytucji kościelnej, jak np. „Gość Niedzielny”, „Niedziela”, „Przewodnik Katolicki” czy Radio Maryja. Ale tych mediów jest na rynku mało. Mamy również dziennikarzy katolików, którzy pracują w mediach świeckich. O ich identyfikacji nie decyduje tytuł, tylko rola, jaką pełnią, i poglądy, jakie prezentują. Pojawia się oczywiście pytanie, czy we wszystkich mediach można prezentować swoje katolickie poglądy. Są redakcje, w których nie ma z tym problemu, ale są też takie, gdzie nie jest to możliwe, ponieważ kłóci się z linią programową tytułu.

 

Ma pan informacje na temat wielkości sprzedaży prasy katolickiej podczas COVIDU?

 

Nie znam szczegółowych danych, ale sprzedaż prasy katolickiej na pewno spadła. Duża część egzemplarzy jest bowiem sprzedawana w kościołach po Mszy św. Obecnie frekwencja na nabożeństwach jest mocno ograniczona. Zwłaszcza starsze osoby boją się chodzić do kościoła, a to one są głównymi czytelnikami tego rodzaju pism. Część proboszczów wykupuje niesprzedane egzemplarze, żeby wspomóc redakcje, ale nie jest to zjawisko masowe. Ta sytuacja z pewnością musi odbić na finansach redakcji, tym bardziej, że nie są to tytuły, które żyją z reklam.

 

Media błyskawicznie się zmieniają. Jakie prognozuje pan trendy w tym zakresie?

 

Internet sprawia, że prasa nie ma szans ścigać się w zdobywaniu informacji. Rację bytu mają więc w tym segmencie tzw. media tożsamościowe, które zapewniają czytelnikom poczucie wspólnoty – wspólnoty idei, poglądów, aspiracji, wrażliwości. Przestają mieć znaczenie media „letnie”, które nie reprezentują wyrazistego stanowiska. Widać to na przykładzie tygodnika „Wprost”, który odnotował ogromne spadki sprzedaży, a następnie jego wersja drukowana zniknęła z rynku, bo trudno było określić jego tożsamość. Niestety, przyszłość mediów tożsamościowych jest związana także z procesem tworzenia się baniek medialnych.

 

Na czym polega ten proces?

 

Internet dokonuje badania profilu użytkownika pod kątem marketingowym i zamyka go w bańce kształtowanej pod wpływem dokonywanych przez niego wyborów. Takie bańki stają się oddzielnymi monadami, w których zamykane są całe grupy społeczne. W miarę narastania tego zjawiska, jest coraz mniej miejsc styku pomiędzy tymi grupami. Mogą tworzyć się wręcz równoległe światy, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie republikanie i demokraci czytają inne gazety, oglądają różne telewizje, wchodzą na inne portale i mają odmienne wizje tych samych wydarzeń. Gdy porównujemy przekazy, które docierają do tych grup, mamy wrażenie, jakby żyły one w innych krajach: brak elementów przystających do siebie, zbiór wartości wspólnych stale się kurczy. Już w 1999 roku Gertrude Himmelfarb napisała o tym książkę zatytułowaną „Jeden naród, dwie kultury”. Od tamtego czasu proces ten nasilił się. W Stanach Zjednoczonych jest to najbardziej widoczne, ale ten proces trybalizacji postępuje na całym świecie. Następuje powolna destrukcja państw narodowych, ale nie powstaje z tego ogólnoludzka wspólnota, tylko rodzą się oddzielne plemiona, a każde z nich funkcjonuje w swojej bańce medialnej, informacyjnej, kulturowej. W tym wszystkim katolicy stanowią niszę w niszy. Swoje osobne bańki mają też mniejszości imigranckie, które nie integrują się ze społeczeństwami Zachodu.

 

Ale dziennikarstwo, o czym mówiliśmy na początku rozmowy, ma przyczyniać się do wyjaśniania rzeczywistości, a nie do budowy baniek medialnych. Dlaczego dziennikarstwo nie realizuje już swojej misji?

 

Zgadzam się ze stwierdzeniem, że dziennikarstwo powinno opisywać rzeczywistość. Wynika to nie tylko z definicji misji dziennikarstwa, ale również z samego słowa „medium”, które oznacza środek – kogoś, kto znajduje się w środku i „mediuje”, a więc pośredniczy. Niestety, współczesne media sprzyjają budowaniu oddzielnych kojców i atomizacji społecznej. Często nie opisują świata, nie mediują, nie pośredniczą, ale izolują od siebie poszczególne plemiona.

 

Co będzie dalej? Jakie będą konsekwencje społeczne?

 

Jeżeli nic się nie zmieni, dojdzie do rozbicia wspólnoty. Już dziś należy stawiać pytanie, co właściwie nas łączy? Czy faktycznie jesteśmy jednym narodem i jedną wspólnotą, skoro okazuje się, że więcej rzeczy nas dzieli niż łączy, skoro używamy tych samych pojęć, ale co innego przez nie rozumiemy. Mówi się np. o wartościach europejskich, ale każdy rozumie je zupełnie inaczej. Kluczowa będzie świadomość najmłodszego pokolenia. Jest dążenie, aby podstawową tożsamością była dla niego tożsamość konsumencka, co jest wygodne dla wielkich firm, bo to jest ich target.

 

Mają ludzi stargetowanych do konkretnych produktów.

 

To bardzo plastyczny target, podatny na manipulację. To jest jednak globalny proces. Dziś narody i religie na świecie stają przed wyzwaniem, jak zachować swą tożsamość narodową i religijną w dobie globalizacji. Nikt nie ma dobrego pomysłu. Zobaczmy, jak tej erozji sprzeciwiają się Chiny. Ich cenzura w internecie ma z jednej strony charakter polityczny, ale z drugiej strony kulturowy.

 

Co Państwo Środka chce na tym zyskać?

 

Program sinizacji religii i kultury realizowany poprzez kontrolę i cenzurę ma powstrzymać z jednej strony upadek ideologii komunistycznej, ale z drugiej strony – rozpad wspólnoty pod wpływem wartości płynących z Zachodu.

 

Państwa europejskie mogą brać przykład z Chin?

 

Chińczycy z powodu swojej przeszłości są bardzo wyczuleni na próby kolonizacji ideowej. Oni traktują więc dużą część kultury zachodniej jako wrogą dla swojej wspólnoty. Zachód jednak zupełnie inaczej definiuje zagrożenia dla siebie. Nawet gdyby jednak uznał dużą część kultury masowej za destrukcyjną dla moralności, tradycji czy spoistości społecznej, to w warunkach demokratycznych nie ma zbyt wielu skutecznych narzędzi, żeby temu zapobiec. Rosjanie chcieliby naśladować Chińczyków, ale mają zbyt dziurawy system i słabo im to wychodzi.

 

Nic już nie można zrobić?

 

Problemem strony konserwatywnej jest niedostatek kanałów komunikacji, którymi można docierać do młodych ludzi, a nawet jeżeli są sposoby na dotarcie do nich, pojawia się problem przekazu językowego. Po wyborach prezydenckich mówiono, że PiS musi dotrzeć do młodego pokolenia, bo jeżeli tego nie zrobi, to przegra następne wybory. Po jesiennych protestach po wyroku Trybunału Konstytucyjnego stwierdzono z kolei, że Kościół traci młode pokolenie, więc powinien działać. Tak więc mijający rok przyniósł otrzeźwienie strony konserwatywnej, zarówno religijnej, jak i politycznej, że coś trzeba zrobić, by nie stracić młodzieży.

 

Refleksja jest, ale nie widać diagnozy.

 

Trzeba ją przygotować, bo jak ma się diagnozę, to można przedstawić receptę. Jednak nawet najlepsza recepta nie musi przynieść pożądanych rezultatów, nie każdy dobry pomysł od razu chwyci. Wiele razy dorośli sobie wyobrażali sobie, że wymyślony przez nich projekt zainteresuje młodzież, a tak się nie działo, ponieważ miało to więcej wspólnego z ich wyobrażeniami niż z rzeczywistością. Tych, którzy chcą zmierzyć się z trudnym wyzwaniem dotarcia do młodzieży, czeka duża praca formacyjna do wykonania.

 

Od czego trzeba zacząć?

 

Proponowałbym od edukacji medialnej w szkołach. Mamy zajęcia z języka polskiego, gdzie uczy się dzieci, jak czytać książki, żeby odnajdywać w nich sens. Ale część uczniów nie przeczytało żadnej książki, natomiast oglądają tysiące filmów i seriali. Czy ktoś ich jednak nauczył, jak korzystać z tego medium, jak odczytywać to, co widzą na ekranie, na wielu płaszczyznach? Czy zostaną wyczuleni na ukryte sensy i manipulację medialną? Być może walka z fake newsami stanie się impulsem, żeby zająć się na serio edukacją medialną młodzieży. Potem powinna przyjść kolej na formację i kształcenie przyszłych elit dziennikarskich.

 

Rozmawiał TOP


Grzegorz Górny

Rocznik 1969, absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, współtwórca kwartalnika „Fronda”, który redagował przez 11 lat. Obecnie jest publicystą tygodnika „Sieci“, miesięcznika „W Sieci Historii“ i portalu wpolityce.pl.  

 

 

Akt oskarżenia w sprawie ataku na ekipę TVP

Prokuratura Rejonowa w Gdyni skierowała do Sądu akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi K. dotyczący ataku na trzech członków ekipy telewizyjnej TVP.

 

Do zdarzenia doszło 15 października 2020 roku w Gdyni w związku z przygotowywanym przez Telewizję Polską materiałem w sprawie zatrzymania Ryszarda K. (ojca Aleksandra K.).W godzinach wieczornych, w okolicy domu Ryszarda K członkowie ekipy telewizyjnej kończyli pracę nad relacją z jego zatrzymania. W pewnym momencie Aleksander K. skierował do dziennikarza TVP groźby zniszczenia mienia oraz pozbawienia go życia. Następnie, w trakcie wymiany zdań między oskarżonym a członkami ekipy telewizyjnej, Aleksander K. zainicjował szamotaninę i odepchnął rękoma jednego z pokrzywdzonych – dziennikarza TVP, czym naruszył jego nietykalność cielesną. Jak opisuje dalej całe zajście prokuratura, chwilę później, oskarżony chwycił operatora TVP za odzież i zaczął go szarpać, a następnie uderzył pięścią w głowę. Pokrzywdzony upadł na ziemię, po czym Aleksander K. kopnął go w głowę. Operator TVP doznał obrażeń głowy, skutkujących rozstrojem zdrowia na czas poniżej 7 dni.

 

Protest w sprawie pobicia członków ekipy TVP, zaraz po tym zajściu, wystosowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ).

 

Prokurator zarzucił Aleksandrowi K. popełnienie trzech przestępstw: kierowania gróźb karalnych wobec pracownika TVP, stosowania przemocy w celu zmuszania członków ekipy TVP do opuszczenia terenu przed posesją Ryszarda K. poprzez spowodowanie lekkiego uszczerbku na zdrowiu jednego z pokrzywdzonych i naruszenie nietykalności cielesnej drugiego pokrzywdzonego.

 

Jak czytamy w komunikacie Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, zgromadzony materiał dowodowy wskazuje, że Aleksander K. stosując przemoc wobec dwóch członków ekipy TVP, działał w celu zmuszenia ich do opuszczenia ogólnodostępnego terenu położonego przed zajmowaną przez niego posesją. Zachowanie oskarżonego zostało zakwalifikowane jako występki o charakterze chuligańskim, ponieważ Aleksander K. działał publicznie i bez powodu, okazując przez to rażące lekceważenie porządku prawnego.

 

Aleksander K. przyznał się do zadania ciosu ręką i kopnięcia pokrzywdzonego w głowę wskazując, że był zdenerwowany sytuacją związaną z zatrzymaniem swojego ojca Ryszarda K. Oskarżony nie przyznał się natomiast do popełnienia pozostałych zarzucanych mu czynów. Aleksandrowi K. grozi kara pozbawienia wolności do 3 lat.

 

opr. jka, źródło: Prokuratura Okręgowa w Gdańsku

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Nowy Kulturkampf

SDP protestuje przeciw apelowi Niemieckiego Związku Dziennikarzy. Czy słusznie? I czy to jedyna próba ingerencji Niemiec w polskie sprawy?

 

W ramach „planowanego na początek 2021 r. zastosowania wobec Polski mechanizmu praworządności Deutsche Journalisten-Verband (Niemiecki Związek Dziennikarzy, DVJ) wezwał Komisję Europejską do przyjrzenia się rynkowi prasy w Polsce.

 

To reakcja na przejęcie (podkreślmy: kupno) przez polski koncern PKN Orlen grupy wydawniczej Polska Press wchodzącej w skład niemieckiego holdingu Verlagsgruppe Passau.

 

To również efekt stosunku i wielu działań Komisji Europejskiej względem Polski, których emanacją była wypowiedź szefowej KE Ursuli von der Leyen, że mechanizm warunkowości wypłat unijnych będzie obowiązywał od przyszłego (2021 r.) roku i że konkluzje grudniowej Rady Europejskiej niczego nie zmieniają w tej kwestii: „Rozporządzenie będzie obowiązywać od 1 stycznia 2021 r. Każde naruszenie, które nastąpi od tego dnia, będzie nim objęte„.

 

Groźbę powtórzyła potem wiceszefowa Komisji Viera Jourowa, twierdząc, że już od stycznia (a nie za ok. dwa lata, jak by wynikało z normalnej procecury przed TSUE – gdzie będzie się odwoływała Polska; czy za ok. rok w przyspieszonym, rzadko uruchamianym przez TSUE trybie) KE „zajmie się” Polską i Węgrami. Przypomnijmy również, że to niemiecki „Der Spiegel” twierdził, iż Berlin uratował Wspólnotę przed rozpadem. A więc Niemcy po raz kolejny ratują innych.

 

W ramach tego „ratunku” Niemcy postanowili również „ratować” media w Polsce. Bo uzależnienie unijnych pieniędzy od tzw. przworządności nie zadowala przewodniczącego Niemieckiego Związku Dziennikarzy: „podstawowe prawo do wolności prasy jest w wielkim niebezpieczeństwie także w naszym sąsiednim kraju. Komisja UE nie może stać bezczynnie, gdy narodowo-konserwatywna partia PiS stopniowo znosi niezależne dziennikarstwo”.

 

Te słowa potwierdzają także, kto naprawdę rządzi w Komisji Europejskiej – nie tylko formalnie (przewodnicząca von der Leyen), ale faktycznie. A jeśli w KE, czyli w de facto rządzie euriopejskim, to zarazem w Europie. Mamy zatem do czynienia z niemiecką Europą, właściwie kolejną jej odsłoną – IV Rzeszą niemiecką i – biorąc pod uwagę apel niemieckich dziennikarzy – nowym Kulturkampfem.

 

W tym nowym Kulturkampfie Niemcy wykorzystują historię. I tak monachijski dziennik „Sueddeutsche Zeitung” w nawiązaniu do obchodzonej w 2020 r. rocznicy napisał: „50 lat po geście pokory, jakim było uklęknięcie Willy Brandta w Warszawie, narodowo-populistyczny rząd PiS reaktywuje wizerunek Niemiec jako przeciwnika. W czasie, gdy narodowo-populistyczny rząd PiS broni się w związku z demontażem państwa prawa przed utratą w przyszłości miliardów (euro) przekazywanych przez europejskich, a więc także niemieckich podatników, wspomnienie o geście pokory Brandta nie pasuje do wizerunku niemieckiego przeciwnika, który PiS raz po raz odnawia”.

 

Jednak jak publicznie stwierdzał wybitny specjalista od Niemiec historyk z Polskiej Akademii Nauk prof. Grzegorz Kucharczyk (ostatnio autor książki: „Prusy, pięć wieków”) uklęknięcie kanclerza Niemiec Willy Brandta pod pomnikiem bohaterów getta i uznanie przez zachodnie Niemcy powojennej granicy z Polską nie było przełomem. Dlaczego?

 

Po pierwsze, przeciwko uznaniu granicy z Polską protestowali socjaldemokraci. Ci sami, którzy dziś chcą nas – jak eurodeputowana Katarina Barley, zaledwie kilka lat temu sekretarz generalny Socjaldemokratycznej Partii Niemiec – finansowo zagłodzić (żadne konsekwencje za tą hucpę nie zostały wyciągnięte, a sama Barley nigdy Polaków i Węgrów nie przeprosiła).

 

Po drugie – jak pisze prof. Kucharczyk – „podpisany za zgodą kanclerza W. Brandta układ graniczny został właściwie wyrzucony do kosza przez zachodnioniemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe, który odpowiadając na skargę grupy posłów do Bundestagu (głównie z chadecji) w swoim orzeczeniu z 1972 roku podtrzymał swoje wcześniejsze orzecznictwo stwierdzające dalsze istnienie Rzeszy Niemieckiej w granicach z 1937 roku”.

 

Bo skąd się biorą i czemu mają służyć takie oto teksty? „Niemcy przezwyciężyły swoją historię. Dlaczego Polska nie może?” – pytał w serwisie POLITICO William Echikson, dyrektor biura Unii Europejskiej na rzecz Postępowego Judaizmu w Brukseli. Autor twierdził dalej, że latem 2020 roku Warszawa bezskutecznie sprzeciwiała się akredytacji nowego niemieckiego ambasadora, bo jego ojciec służył w Wehrmachcie. Zdaniem Echiksona incydent ten pokazał, jak polski rząd posługuje się historią, by zatruwać stosunki z Niemcami, ale też, że nadszedł już czas, by odsunąć przeszłość od wpływu na dzisiejszą rzeczywistość.

 

Problem polega na tym, że to Niemcy – wbrew wielu zapewnieniom i symbolicznym w dużej mierze gestom (jak ten kanclerza Brandta) wcale nie przezwyciężyły swojej historii i dalej chcą być hegemonem.

 

Jakie są inne przejawy tego nowego Kulturkampfu? Możemy wymienić szereg przykładów.

 

Na arenie europejskiej:

 

Manfred Weber, niemiecki szef największej frakcji w Parlamencie Europejskim: Europejskiej Partii Ludowej, stwierdził: „Rządy Węgier i Polski powinny przestać tworzyć tę fikcyjną opozycję między sobą a wartościami, które są częścią naszych traktatów”.

 

Terry Reintke, niemiecka deputowana partii Zielonych, dodawała: „Ich obywatele nie mają znaczenia dla tych autokratów. Tylko ich własna władza ma”.

 

W Niemczech:

 

Wiceprzewodnicząca niemieckiego Bundestagu z partii Zielonych Claudia Roth wystąpiła z plakatem: „To jest wojna” okraszonym znakiem tzw. błyskawicy i napisała: „Najwyższy czas, by niemiecki rząd i Unia Europejska zwiększyły do maksimum naciski polityczne na polski rząd i zażądały dochowania europejskich standardów praw człowieka.”  Widzą Państwo podobieństwo do słów eurodeputowanej Barley?

 

Potem Niemcy chcieli pomagać Polsce w walce z pandemią Covid-19. – Polska odrzuciła niemiecką ofertę – alarmowali politycy polskiej opozycji, alarmowały związane z opozycją media. Sprawa okazała się fake newsem, dementowanym przez wiceszefa polskiego MSZ Szymona Szynkowskiego vel Sęka.

 

Niemiecki „Sueddeutsche Zeitung” wielokrotnie pisał o szerzącej się w Polsce nienawiści, samobójstwach, prześladowaniach ze strony policji.

 

„Die Welt” wielokrotnie wprost krytykował, a nawet pouczał prezydenta Rzeczpospolitej Andrzeja Dudę, pisząc nawet, że na stanowisku głowy państwa wolałby Rafała Trzaskowskiego.

 

W Polsce:

 

Sąd zmusza panią Natalię Nitek-Płażyńską do przeproszenia Hansa G., nazywającego się hitlerowcem, który chce zabić wszystkich Polaków.

 

Przewodniczący Związku Mniejszości Niemieckiej w Gdańsku Roland Hau zapytał internautów, czy w obliczu sytuacji w Polsce cały czas chcą zwierzchności Warszawy „nad naszym wspólnym Gdańskiem?”

 

Przypominają się wcześniejsze wypowiedzi prezydent Gdańska dla niemieckiego państwowego radia Deutschlandfunk, w którym Aleksandra Dulkiewicz sugerowała, że dzisiejsza Polska jest gorsza od III Rzeszy niemieckiej, a Jarosław Kaczyński gorszy od Hitlera i Stalina.

 

Znów nie widzą Państwo podobieństwa do słów eurodeputowanej Barley? Zresztą żona byłego prezydenta Gdańska, Magdalena Adamowicz uznała, że niemiecka eurodeputowana powinna dostać medal „za walkę dla Polski”.

 

Nord Stream 2:

 

W listopadzie 2020 r. Bundestag zdecydowaną większością głosów przyjął uchwałę o konieczności dokończenia budowy gazociągu: za było aż 546 posłów, przeciw 84 (partia Zieloni), jeden poseł wstrzymał się od głosu. Przedstawiciel największej frakcji CDU/CSU stwierdził wprost, że Nord Stream2 służy realizacji geopolitycznych interesów Niemiec ze względu na współpracę z Rosją w wielu sektorach.

 

I na koniec znamienne słowa Reinharda Petzolda, szefa Niemiecko-Polskiego Towarzystwa na Rzecz Współpracy Gospodarczej, który w wywiadzie dla jednego z portali powiedział:

 

Niemcy zbudowały Polskę jako kraj taniej siły roboczej”.

 

Niemcy bardzo mocno przyczynili się do zmian w Polsce, tak by były one dla nas korzystne.

 

Te zmiany miały być dla Niemców korzystne (i przez lata były) również w sferze medialnej. Dlatego prócz nawoływań o konieczności zagłodzenia (finansowego) niepokornej niepoddającej się niemieckiej hegemonii Polski pojawiły się teraz apele o zachowanie niemieckiego stanu posiadania/monopolu na polskim rynku medialnym. I nie musimy się rozpisywać, że taka sytuacja w drugą stronę – dominacja w Niemczech polskiego kapitału, w tym medialnego z różnych powodów byłaby niemożliwa. A ponieważ my jesteśmy bardziej kulturalni od ich Kulturkampfu – nie będziemy Niemców pouczać, napiętnować i ingerować w wewnętrzne sprawy.

 

Tadeusz Płużański

 

WOJCIECH POKORA: Nie po to Niemcy szykowali ekspansję, by im teraz ją likwidować

Powstałe w latach 80. niemieckie przedsiębiorstwa medialne dość szybko znalazły uznanie wśród niemieckiej publiczności, a dzięki technologii satelitarnej ich oferta zyskała stałą widownię także pośród innych krajów niemieckojęzycznych. Dalszy rozwój oraz ekspansja niemieckich przedsiębiorstw była możliwa dzięki polityce międzynarodowej, między innymi przyjętym przez europejskie kraje dwóm dokumentom: Europejskiej Konwencji o Telewizji Ponadgranicznej oraz unijnej dyrektywie Telewizja bez granic. Niemieckie przedsiębiorstwa dość dobrze wykorzystały również szansę, jakie stworzyło rozszerzenie Unii Europejskiej o kolejnych członków z Europy Środkowej i Wschodniej. Niemieckie przedsiębiorstwa inwestowały w tym regionie już w latach 90., ale dopiero przyjęcie tych krajów w poczet UE umożliwiło całkowite przejęcie lokalnych przedsiębiorstw tego regionu – czytamy w raporcie Instytutu Staszica zatytułowanym Koncentracja kapitału w mediach i jej zapobieganie we Francji oraz Niemczech.

 

Tak wygląda krótka historia obecności kapitału niemieckiego w mediach krajów Europy Środkowej i Wschodniej.  Wytłuszczenia w powyższym cytacie pochodzą ode mnie, żeby czytelnik uchwycił ideę funkcjonowania niemieckich koncernów medialnych na rynku międzynarodowym. Nie ma tu mowy o żadnej polityce równych szans. W okresie gdy w Niemczech kształtował się rynek mediów komercyjnych w Polsce mogliśmy myśleć jedynie o wydawnictwach podziemnych. Gdy doszło do zmian ustrojowych w naszym regionie (nie tylko w Polsce), uchwalono Europejską Konwencję o telewizji Ponadgranicznej (5 maja 1989 roku), którą ratyfikował 9 lipca 1990 roku prezydent RP Wojciech Jaruzelski. Dyrektywa „Telewizja bez granic” także pochodzi z 1989 roku (w kolejnych latach była nowelizowana).

 

Zatem w punkcie wyjścia, gdy doszło do zmian ustrojowych w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, zachodnioeuropejski rynek medialny był już przygotowany na ekspansję. Równocześnie dobrze zabezpieczył się przed ewentualną ekspansją ze wschodu. Zacytuję znów raport Instytutu Staszica:

 

Podstawowym aktem regulującym sprawę konkurencji na rynku mediów jest Ustawa o przeciwdziałaniu zagrożeniom konkurencji, nad której przestrzeganiem czuwa Federalne Biuro ds. Przeciwdziałania Kartelom. Od roku 1997 roku nie ma w Niemczech ograniczeń związanych z liczbą posiadanych koncesji radiowych czy telewizyjnych, natomiast zawarta między landami umowa ma na celu zagwarantowanie pluralizmu opinii publicznej, poprzez zapobieganie zdominowaniu rynku przez jakiekolwiek przedsiębiorstwo medialne (Przyjętym progiem jest poziom 30% oglądalności lub słuchalności w danym roku dla wszystkich posiadanych przez przedsiębiorstwo mediów, lub jeśli stacje radiowe i telewizyjne, których jest właścicielem lub współwłaścicielem osiągnęły poziom 25% oglądalności w danym roku i podmiot ten ma dominującą pozycję na rynku powiązanym z rynkiem mediów elektronicznych, np. rynek prasy codziennej, reklam radiowych, itp.). (…)

 

W niemieckim systemie prawnym na poziomie krajów związkowych wprowadzono także ograniczenia dotyczące koncentracji krzyżowej, czyli możliwości inwestowania przez przedsiębiorstwa prasowe w segment radiowy lub telewizyjny. (…)W wyniku tak prowadzonej polityki zachowania pluralizmu zewnętrznego rynku mediów w Niemczech, od początku lat 90. przedsiębiorstwa niemieckie prowadzą intensywną ekspansję zagraniczną, inwestując głównie w otwierające się wówczas nowe rynki Europy Środkowo-Wschodniej, ale podejmując również rywalizację na rynkach zachodnioeuropejskich.

 

Mimo, iż w Niemczech nie ma ograniczeń dotyczących udziału kapitału zagranicznego tak na rynku mediów elektronicznych, jak i prasy codziennej, to trzeba podkreślić, że jest to przede wszystkim rynek z dominującym kapitałem rodzimym.

 

A teraz dla równowagi zacytuję informację, która pojawiła się na portalu Press:

Stowarzyszenie Dziennikarzy Niemieckich (DJV) chce, by Komisja Europejska zbadała sytuację na polskim rynku prasy w ramach zaplanowanego zastosowania wobec Polski mechanizmu praworządności. Powodem jest zapowiedź przejęcia przez PKN Orlen tytułów Polska Press.

„Istnieje duże niebezpieczeństwo, że państwo polskie będzie ingerowało w prace redakcji, a wolność mediów znajdzie się pod presją” – zaznacza w opublikowanym na stronach stowarzyszenia komunikacie przewodniczący Frank Überall.

 

Przewodniczący DJV z zadowoleniem przyjął zapowiedź komisarz Very Jourovej, że z powodu naruszania niezawisłości wymiaru sprawiedliwości KE zastosuje przeciw Polsce mechanizm praworządności. „Nie można na tym poprzestać. Podstawowe prawo, jakim jest wolność prasy, też jest u naszego sąsiada bardzo zagrożone” – dodał Überall. Jak zaznaczył, KE nie może przyglądać się bezczynnie, gdy „narodowo-konserwatywna partia PiS likwiduje krok po kroku niezależne dziennikarstwo”.

 

W kontekście zarysowanej na wstępie pokrótce historii rozwoju koncernów medialnych w Niemczech i ich planowej ekspansji na wschód, a do tego gdy znamy formę zabezpieczenia niemieckiego rynku medialnego przed zewnętrzną ingerencją, te apele Franka Überalla trącają nieco hipokryzją. A może wcale nie trącają tylko są nią mocno podszyte, gdy zajrzymy do wyników raportu zespołu badawczego Centrum Roberta Schumana z 2015 roku pt. „Media Pluralism Monitor. Monitoring risks for Media Pluralism in EU Member States”, który (cytat za Instytutem Staszica) podkreśla z jednej strony wysoką przejrzystość przepisów antykoncentracyjnych oraz transparentność struktury medialnej w Niemczech, z drugiej zwraca uwagę na wysokie ryzyko dla rzeczywistego pluralizmu mediów, jeśli weźmie się pod uwagę wzrastający udział kilku największych przedsiębiorstw w poszczególnych segmentach rynku.

 

Jak to interpretować? Najprościej chyba jako konflikt interesów, bo apel polityka, członka partii CDU, Franka Überalla, stojącego na czele organizacji dziennikarskiej, by politycy ingerowali w rynek prasy w Polsce, gdyż jest on zagrożony upolitycznieniem, brzmi tak samo zagmatwanie jak jest w istocie niepoważny. Bo w istocie chodzi w nim tylko o to, by zabezpieczyć interes niemieckich przedsiębiorców, a pośrednio zapewne i zachować polityczne wpływy w Polsce. I z jednej strony ja to rozumiem. Ktoś nie po to przygotował akcję ekspansji na wschodnie rynki, by im ten biznes jakiś „narodowy konserwatysta” w sposób nieodpowiedzialny zlikwidował. I dlatego podpisuję się pod protestem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w sprawie ingerencji polityka CDU w wewnętrzne sprawy Polski, bo też uważam, że nie o wolność słowa tu chodzi, a o dominację gospodarczą zachodniego sąsiada.

 

Wojciech Pokora