Wysoki poziom – ADAM SOCHA ocenia Radio Nowy Świat i Radio 357

Kuba Strzyczkowski miał rację mówiąc, że jest miejsce zarówno dla Radia Nowy Świat, jak i dla Radia 357. Obie ekipy stworzyły profesjonalne, świetne radia dla ludzi, którzy mają dosyć politycznych „walk w kisielu”, szczucia i jazgotu.

 

Jak było do przewidzenia, radiowa Trójka kontynuuje lot w dół i obecnie jej wynik słuchalności jest najgorszym od czasu powstania rozgłośni i wynosi 2,4 proc., gdy rok temu było to jeszcze na poziomie 5,3 proc. Ba! Trójkę po raz pierwszy wyprzedziło nawet  Radio gadających politycznych głów Tok FM, które zanotowało wzrost z 2,5 proc. do 2,6 proc., a także niedostępne w całym kraju Vox FM (3,8 proc.) oraz Antyradio (2,7 proc.).

 

Po „czystce” w Trójce wielokrotnie usiłowałem słuchać tej stacji. Ale wierzcie mi, nie dało się. Przede wszystkim odrzucała mnie muzyka. To nie moje klimaty, a słucham naprawdę wszystkiego, od jazzu do piosenki poetyckiej, byle w dobrym wykonaniu. Prezenterzy też mnie nie wciągali.

 

Wobec tego ściągnąłem na komórkę aplikację z Radiem357 i Radiem Nowy Świat. Nie ukrywam, że miałem opory przed RNŚ. Uszami duszy już słyszałem Lempart, Suchanow i Margot na zmianę z Budką, Nitrasem, KierwińskimCzarzastym oraz prezenterów prześcigających się, kto bardziej sarkastycznie dokopie „dobrej zmianie”.

 

I co? Nic z tych rzeczy. Nie usłyszałem ani jednego polityka, a prezenterzy nawet aluzyjnie nie odnoszą się do polityki i polityków!!! (Zastrzegam się, że nie słuchałem pasma porannego od 6.00 do 10.00, bo ja zaczynam funkcjonować dopiero o 10.00 (przywilej emeryta). Poranne pasmo w przypadku RNŚ prowadzą przemiennie Katarzyna Kasia, Maciej Orłoś i Marek Kacprzak, więc nie sądzę, aby tam się tłoczyli politycy. Natomiast autorzy, którzy są w swoich redakcjach „zwierzętami politycznymi”, jak Eliza Michalik czy Jacek Nizinkiewicz, w swoich audycjach w RNŚ nie zajmują się polityką!

 

W programach popołudniowych, w których emitowane są materiały reporterów też nie ma polityki a ludzkie problemy i sprawy, które prawie każdego z nas dotyczą. W RNŚ – Michał Porycki (ex-Radio Olsztyn) prowadzi dwugodzinny blok od 16.00 do 18.00 „Nowy Świat Po Południu”. A w Radiu 357 mamy publicystykę w południe, w wykonaniu Kuby Strzyczkowskiego, który w Trójce prowadził „Za a nawet przeciw”, a u siebie audycję „Co Państwo na to?” Wysłuchałem dyskusji ze słuchaczami na temat projektu PiS o obowiązkowym przyjmowaniu mandatów. Tak jak to robił i w Trójce, szkoła bezstronności.

 

Znów mogę słuchać Jerzego Sosnowskiego. W RNŚ jak zwykle prowadzi ciekawe rozmowy z interesującymi ludźmi na ważne tematy w audycji „Punkt widzenia” (np. czym jest odpowiedzialność? Rozmowa z poetą, pisarzem, publicystą – Wojciechem Bonowiczem. Audycja w 190. rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego z historykiem Stanisławem Lenardem. Rozmowa z pisarką i reżyserką, laureatka nagrody im. Józefa Tischnera, Aleksandrą Domańską. Rozmowa o laureacie nagrody Nobla w dziedzinie fizyki Rogerze Penrose z prof. Krzysztofem Meissnerem, o elitach z Krzysztofem Zanussim).

 

Z kolei w R357 nie mogłem oderwać ucha od godzinnej rozmowy Michała Olszańskiego z Anią, młodą kobietą z Zespołem Downa. Nie słyszałem i nie czytałem dotąd nic lepszego, jeśli chodzi o poznanie życia tych ludzi. Usłyszałem niezwykle empatyczną, wrażliwą i mądrą młodą kobietę. Ta audycja to była najlepsza, najbardziej humanistyczna odpowiedź na żądanie prawa do usuwania z naszego życia takich ludzi.

 

Interesujące są też popołudniówki Ernesta Zozunia z aktualnymi tematami (przykładowo: wyłączenie Trumpa na TT, Fb itd., przekład na polski Mein Kampf, sukces Huberta Hurkacza i o jeździe nieodśnieżonym autem „na czołgistę”).

 

RNŚ ma co godzinę serwis informacyjny, na który składają się trzy informacje, rzeczywiście najważniejsze. Zawsze na 1. miejscu jest wiadomość dotycząca epidemii. Informacje są rzeczowe, bez komentarza, bez pejoratywnych przymiotników, jak za najlepszych lat BBC. W Radio357 w ogóle nie ma serwisu informacyjnego!

 

To nie znaczy, że nie zajmują się ważnymi problemami. Tak RNŚ, jak i R357 poruszyły usunięcie Donalda Trumpa z mediów społecznościowych przez właścicieli koncernów. Ale na ten temat nie rozmawiali z politykami, tylko ekspertami od mediów społecznościowych, którzy wyrazili ogromne zaniepokojenie zagrożeniem dla wolności słowa.

 

Na obu antenach jest też sporo audycji poświęconych kulturze i sztuce. W RNŚ dzięki Michałowi Nogasiowi dowiedziałem się o nowościach książkowych. Dzięki Elizie Michalik wysłuchałem interesującej rozmowy z filozofem o końcu świata. W audycji Beaty Grabarczyk „Punkt Widzenia” o 21.00 wysłuchałem fascynującej opowieści profesora z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (niestety, tak szybko padło nazwisko, że go nie dosłyszałem). Starsze pokolenie pamięta z PRL audycje w TVP Wiktora Zina „Piórkiem i Węglem”. Profesor nie mając ekranu opowiedział historię Piazza Navona w Rzymie tak, że nie zauważyłem kiedy minęła godzina. Powinni temu profesorowi stworzyć audycję. To byłby radiowy hit!

 

W niedzielę 17.01. z przyjemnością wysłuchałem audycji Tomasza Raczka „Raczek Movie”, tym bardziej, że mowa była o filmie, który właśnie obejrzałem „Cząstki kobiety” (najlepsza odpowiedź na akcję „Aborcja jest OK” i hasło feministek, że kobieta nie jest od rodzenia facetom dzieci).

 

W obu stacjach nie ma polityki i polityków, za to króluje muzyka. Jest jej mnóstwo, znakomitej i różnorodnej, można przebierać w gatunkach i stylach. Prezenterzy prowadzą swoje audycje lekko i dowcipnie. W RNŚ zaczynałem swój dzień o 10.00 z  Mannem. Po południu nie opuściłem audycji Jana Chojnowskiego z moim ulubionym bluesem. Wieczorem obowiązkowo Wagle

 

Wysłuchałem świetnie prowadzonych rozmów w obu stacjach z zaproszonymi muzykami. Godzinna rozmowa Kuby BadachaAdą Rusowicz w RNŚ poprowadzona tak, że słuchacz ma wrażenie, iż to para przyjaciół rozmawia o sprawach prywatnych, nie mając świadomości, że słuchają ich tysiące. Duża sztuka. Ada Rusowicz opowiadała o swoim macierzyństwie.

 

A w niedzielę obowiązkowo w RNŚ o 14.00 „Wesoła fala Janka Młynarskiego”, „Sjesta” Marcina Kydryńskiego o 15.00 i o 20.00 „Piosennik” Andrzeja Poniedzielskiego, uroczego smutasa.

 

Na szczęście ramówki obu stacji są tak ułożone, że mogłem swobodnie przeskakiwać, by posłuchać także w R357 Marka Niedźwieckiego, Piotra Stelmacha, Darię Zawiałow z muzyką mojego pokolenia w audycji „Pewex” a w piątek wieczorem obowiązkowo Marcina Łukawskiego „Listę piosenek 357”

 

Obie stacje mimo posiadania tylu gwiazd dają też szansę debiutantom.

 

Kuba Strzyczkowski miał rację mówiąc, że jest miejsce zarówno dla RNŚ, jak i dla R357 (przypomnę, że prezenterzy, którzy poszli za Magdą Jethon byli oburzeni na Kubę, że nie dołączył do nich). Obie ekipy stworzyły profesjonalne, świetne radia. Co prawda, widać po ramówce, że więcej kasy ma RNŚ. Miesięczne deklaracje wpłat w serwisie Patronite na działalność Radia 357 to ponad pół miliona złotych (stan na 12 stycznia to ponad 545 tys. zł). RNŚ może liczyć na jeszcze większe wsparcie – ponad 689 tys. złotych miesięcznie.

 

Jednak obie stacje trzymają wysoki poziom. Obie ekipy robią radio dla ludzi, którzy mają dosyć politycznych „walk w kisielu”, szczucia i jazgotu. Chcą posłuchać dobrej muzyki prezentowanej przez dobrze wychowanych, kulturalnych i oczytanych  oraz rozmów z mądrymi ludźmi ze świata kultury, sztuki i nauki.

 

Taka jest recepta na dobre radio dla ludzi inteligentnych, towarzyszu Czabański.

 

Adam Socha

Co wiemy o sprzedaży prasy? – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o kontroli dystrybucji prasy

Czy grudniowe samorozwiązanie ZKDP to efekt wcześniejszych decyzji? Czy wywarło ono jakikolwiek wpływ na rynek kolportażu? Jak wiarygodny obraz dystrybucji prasy uzyskiwaliśmy w latach 1995-2020?

 

„Córka” od roku wypełnia obowiązki „matki”

 

Samorozwiązanie Związku Kontroli Dystrybucji Prasy było zaskoczeniem dla osób zainteresowanych rynkiem mediów i jednoczenie wydarzeniem omalże całkowicie pozbawionym znaczenia dla odbiorców. Rozeszło się też bez większego echa, a portale branżowe ograniczyły się w większości do podania faktu ze skromnym komentarzem. Zadania ZKDP wypełniają już od ponad roku Polskie Badania Czytelnictwa, to jest spółka-córka Związku. Być może więc utrzymywanie tego ciała nie było już potrzebne.

 

Decyzje o zmianach w zakresie obsługi kontroli dystrybucji prasy zapadły 10 grudnia 2019 roku podczas XLVI zjazdu zwyczajnego ZKDP. W oficjalnym komunikacie czytamy:

 

Zgodnie z ustaleniami jakie zapadły na ostatnim zjeździe ZKDP rozpoczynamy proces przekazywania prowadzenia kontroli nakładu i dystrybucji naszych tytułów do spółki Polskie Badania Czytelnictwa (PBC). PBC jest spółką powołaną i kontrolowaną przez ZKDP, zajmującą się dotąd prowadzeniem i promocją badań czytelnictwa prasy. Do jej zadań zdecydowaliśmy się dodać nowe, pozwalające na lepsze wykorzystanie potencjału połączonych struktur PBC i ZKDP. Niezbędne jest do tego spełnienie pewnych wymogów formalnych, polegających na tym, że od 1 stycznia 2020 roku każdy Wydawca, będący członkiem ZKDP, podlegający kontroli i posługujący się znakiem i danymi ZKDP musi równolegle podpisać umowę ze spółką PBC, będącą realizatorem powierzonych jej zadań z tego zakresu a wykonywanych uprzednio bezpośrednio przez personel Związku[1].

 

Ogólne warunki umowy kontroli nakładu i dystrybucji prasy wskazują na PBC jako na wykonawcę[2]. Z perspektywy samych wydawców zmiana operatora nastąpiła więc już rok temu. Zgodnie z danymi z czerwca ubiegłego roku członkami Związku Kontroli Dystrybucji Pracy było 77 podmiotów.

 

Uzasadnienia samorozwiązania

 

Wniosek o samorozwiązanie Związku Kontroli Dystrybucji Prasy złożyła Izba Wydawców Prasy. Zgodnie z oficjalną informacją prasową: uzasadniała go potrzebą uporządkowania kwestii reprezentacji interesów wydawców prasy w obrocie gospodarczym. Zadania wypełniane w ubiegłych latach przez ZKDP są obecnie już w całości realizowane przez spółkę Polskie Badania Czytelnictwa (PBC), po tym jak od stycznia 2020 przeniesiono do PBC kontrolowanie i udostępnianie informacji o nakładach i rozpowszechnianiu tytułów prasowych i treści cyfrowych. Po stronie ZKDP pozostawała wyłącznie działalność statutowa w postaci opiniowania założeń i projektów ustaw oraz aktów wykonawczych do tych ustaw w zakresie objętym zadaniami Związku[3].

 

Przyjęcie tak uzasadnionego wniosku pokazuje, że formuła ZKDP uległa po 25 latach wypaleniu. W tym kontekście warto przywołać jeszcze dwie wypowiedzi:

 

Marek Frąckowiak, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy, stwierdził, że:

 

Skupienie prac wydawców w jednej organizacji wzmocni branżę. Izba gospodarcza ma szerszy zakres działalności i większe uprawnienia, a przez to możliwości działania w interesie wydawców. Celem jest budowanie spójnej strategii wydawców prasy wobec zmieniającego się rynku, funkcjonującego w dwóch rzeczywistościach: papierowej i cyfrowej, a także dalsze przekształcenie PBC w nowoczesny ośrodek badań i analiz rynku prasowego oraz komunikacji z rynkiem reklamy – wyjaśnia[4].

 

W mediach rzadziej była cytowana wypowiedź prezes zarządu ZKDP Renaty Krzewskiej: – Zaproponowaliśmy członkom ZKDP przeniesienie dotychczasowych funkcji formalnych jakie pełnił dotychczas związek bezpośrednio do spółki PBC. Uchwalone zostały nowe zasady współpracy wydawców w radach ds. audytu, czytelnictwa i reklamy. W przyjętej formule wydawcy będą mogli sprawniej podejmować decyzje, co jest niezbędne w tak szybko zmieniającej się rzeczywistości w jakiej działamy. Izba Wydawców Prasy będzie natomiast sprawowała nadzór właścicielski nad spółką PBC[5].

 

Wpływ na rynek i jego oceny

 

Proces likwidacji ZKDP postępował co najmniej od roku, czyli od postanowień XLVI zjazdu. Wygląda więc na to, że wydarzenia z grudnia 2020 r. tylko go przypieczętowały. Redaktorzy z regionalnych redakcji zapytani, czy ma to jakikolwiek wpływ na ich pracę, zgodnie odpowiedzieli, że nie i zajęli się swoimi sprawami.

 

O wpływ tej decyzji na rynek dystrybucji prasy zapytaliśmy Dariusza Materka rzecznika Kolportera:

Z wydawcami i reprezentującymi ich organizacjami łączy nas wspólny cel, jakim jest promowanie czytelnictwa prasy. Współpracowaliśmy zarówno z ZKDP, jak i PBC i z pewnością będziemy nadal aktywnie współpracować, po ich połączeniu. Nie przewidujemy jednak aby ta zmiana miała wpływ na rynek kolportażu prasy – odpowiada rzecznik lidera na rynku dystrybucji prasy w Polsce.

 

Nieco inaczej rzecz wygląda z perspektywy naukowych analiz rynku:

Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie decyzja Członków Związku Kontroli Dystrybucji o jego rozwiązaniu i delegowanie zadań ZKDP do spółki Polskie Badania Czytelnictwa – mówi dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Zapytany o to, czy wpływ na tę decyzję mogła mieć też zmiana w wydawaniu gazet i rozwój ich wersji cyfrowych dodaje: – W tej decyzji nie dostrzegam związku ze wzrostem znaczenia e-wydań, a raczej przyjmuję wyjaśnienia Marka Frąckowiaka, dyrektora generalnego Izby Wydawców Prasy, który zakomunikował, że celem jest budowanie spójnej strategii wydawców prasy wobec zmieniającego się rynku, a także przekształcenie PBC w nowoczesny ośrodek badań i analiz rynku prasowego oraz komunikacji z rynkiem reklamy. Trzeba jednak wyraźnie odróżnić sprzedaż prasy (obojętnie na jakim nośniku) od czytelnictwa. Dla mnie jako badacza mediów dotąd było jasne, że po wyniki sprzedaży sięgam do ZKDP, a po analizy czytelnictwa prasy do PBCz. Poza tym już brakuje mi jednej rzeczy. Na stronie ZKDP mieliśmy coś takiego jak „Teleskop”, gdzie w arkuszach kalkulacyjnych prezentowano surowe dane z poszczególnych miesięcy – świetny materiał źródłowy. Obecnie przy próbie dotarcia do tych danych jesteśmy przenoszeni już do serwisu PBCz, który prezentuje dane w nieco inny sposób, jeszcze przeze mnie nie do końca poznany. Cóż, trzeba będzie przywyknąć – podsumowuje dr Chrząstek.

 

Pytanie o wiarygodność analiz

 

Związek Kontroli Dystrybucji Prasy bez wątpienia odegrał bardzo istotną rolę na polskim rynku. Po upadku państwowego monopolu czasów PRL znaleźli się wydawcy, którzy postanowili dobrowolnie poddać się kontroli i audytowi, żeby zainteresowane podmioty: branża reklamy, public relations, politycy i sztaby wyborcze, uczeni, analitycy mediów i wreszcie sami czytelnicy, mieli obraz rynku. Pytanie o to, jaki on był, jest i będzie pozostaje przy tym otwarte.

 

Profesor Tomasz Mielczarek ujął to tak: przedstawienie pełnych i wiarygodnych danych statystycznych charakteryzujących prasę polską wydawaną w końcu XX w i początkach XXI wieku jest niemożliwe. Wynika to głównie z faktu rozwiązania koncernu RSW i, co paradoksalne, zniesienia cenzury, czyli likwidacji instytucji, które były doskonale zorientowane w faktycznym stanie prasy polskiej[6]. Profesor dodaje, że po 1989 roku nie wszystkie firmy były zainteresowane precyzyjnym rejestrowaniem swojej działalności, a luki nie wypełniają nawet opracowania Biblioteki Narodowej, ponieważ mimo uregulowań prawnych, nie trafiają do niej wszystkie pisma wydawane w Polsce. W 2000 roku kontroli ZKDP poddało się czterdzieści siedem gazet na ogólną liczbę 66 tytułów zarejestrowanych przez GUS. De facto więc nigdy nie mieliśmy pełnego obrazu rynku[7]. Może obecna zmiana wprowadzi na tym polu jakąś korzystną zmianę?

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.zkdp.pl – dostęp 15.01.2021 r.

[2] https://www.pbc.pl/audyt-zkdp/#1589198702067-3525ca11-9ca6 – dostęp 15.01.2021 r.

[3] https://www.iwp.pl/blog/2020/12/17/wydawcy-tworza-nowoczesny-osrodek-badawczy-zkdp-zostaje-rozwiazany/ – dostęp 15.01.2021 r.

[4] https://sdp.pl/koniec-zwiazku-kontroli-dystrybucji-prasy/ – dostęp 21.01.2021 r.

[5] https://www.zkdp.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=716%3Awydawcy-tworz-nowoczesny-orodek-badawczy-informacja-prasowa&catid=1%3Aaktualnoci&Itemid=13&lang=pl – dostęp 15.01.2021 r.

[6] T. Mielczarek, Monopol-pluralim-koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007 r., s. 211.

[7] Ibidem, s. 218.

Rada na straży wolności słowa w internecie

Nawet do 50 mln zł kary będzie musiał zapłacić serwis społecznościowy, który nie zastosuje się do decyzji Rada Wolności Słowa o przywróceniu bezprawnie usuniętego wpisu – zakłada przygotowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości projekt przepisów chroniących wolność słowa w internecie.

    

Szczegóły rozwiązań prawnych, które mają bronić polskich użytkowników serwisów społecznościowych przed bezprawnym usuwaniem wpisów i blokowaniem kont resort sprawiedliwości przedstawił podczas piątkowej konferencji prasowej.

 

– Wolność słowa i wolność debaty są istotą demokracji. Ich zaprzeczeniem jest cenzurowanie wypowiedzi, zwłaszcza w internecie, gdzie toczy się najwięcej politycznych dyskusji i sporów światopoglądowych – powiedział minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. –  Użytkownicy mediów społecznościowych muszą mieć poczucie, że ich prawa są chronione. Polska powinna mieć regulacje chroniące przed nadużyciami wielkich korporacji internetowych, które coraz częściej – rzekomo w imię obrony wolności – tę wolność ograniczają.

 

Na straży wolności wyrażania poglądów w serwisach społecznościowych ma stać pięcioosobowa Rada Wolności Słowa, której powołanie przewiduje projekt MS. W jej składzie mają się znaleźć eksperci w dziedzinie prawa i nowych mediów, wybierani przez Sejm na sześcioletnią kadencję kwalifikowaną większością 3/5 głosów. Ma to gwarantować ponadpartyjny i pluralistyczny skład Rady.

 

Jeśli serwis społecznościowy zablokuje konto użytkownika lub usunie wpis, choć jego treść nie naruszała polskiego prawa, użytkownik będzie mógł złożyć skargę do serwisu. Ten będzie musiał ją rozpatrzyć w ciągu 48 godzin. Jeżeli nie przywróci wpisu lub nie odblokuje  konta, użytkownik będzie mógł złożyć odwołanie do Rady Wolności Słowa, która rozpatrzy je w ciągu siedmiu dni. Gdy Rada uzna skargę za zasadną, może nakazać niezwłoczne przywrócenie zablokowanej treści lub konta. Całe postępowanie ma być  prowadzone w formie elektronicznej, co zapewni mu szybkość i niskie koszty.

 

Od decyzji Rady będzie jeszcze przysługiwała skarga do sądu. Za niezastosowanie się do rozstrzygnięć Rady Wolności Słowa lub sądu Rada będzie mogła nałożyć na serwis społecznościowy karę administracyjną w wysokości od 50 tys. zł do 50 mln zł.

 

Przepisy mają również chronić osoby, których dobra osobiste są naruszane przez anonimowych użytkowników internetu. Projekt zakłada wprowadzenie nowego instrumentu – „pozwu ślepego”, a więc możliwość złożenia pozwu o ochronę dóbr osobistych bez wskazania danych pozwanego, które dziś są niezbędne do dochodzenia swoich praw przed sądem. Do skutecznego wniesienia pozwu wystarczyć ma wskazanie adresu URL, pod którym zostały opublikowane obraźliwe treści, daty i godziny publikacji oraz nazwy profilu lub loginu użytkownika.

 

opr. jka, źródło: Ministerstwo Sprawiedliwości

 

ALINA BOSAK: Własność intelektualna w epoce „kopiuj-wklej”

Kopiuje się wykraczając poza prawo cytatu. Cudze teksty publikowane są po kosmetycznych przeróbkach. Można unikać odsyłania do źródeł albo wręcz przeciwnie – używać linkowania jako przykrywki do budowania atrakcyjnego serwisu z treści innych mediów. Tak wygląda lwia część Internetu. Naruszenia prawa autorskiego to codzienność. Zmiany ustawy sytuacji nie poprawiają. Raczej zmierzają ku skomplikowanej kazuistyce niż ułatwiają ochronę własności intelektualnej. Efektem jest dewaluacja zawodu dziennikarza i fotoreportera. 

 

Własność intelektualna w działalności dziennikarskiej zbyt często dzieli los łupów drobnych złodziei będących zmorą w sklepach. Sprawy rzadko trafiają na wokandę, ponieważ niska wartość ukradzionego dobra czyni proces nieopłacalnym. Tymczasem naruszenia Ustawy z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych rozmnożyły się podobnie jak media elektroniczne.

 

– Na rynku jest mnóstwo takich przypadków. I nie chodzi o drobne naruszenia. Często zgłaszany przez dziennikarzy problem dotyczy plagiatu: przesłałem tekst do redakcji, wydawca odpowiedział, że ma zastrzeżenia i go nie opublikuje, po czym ten tekst pojawia się lekko zmieniony pod cudzym nazwiskiem. To jest poważne naruszenie praw autorskich: naruszenie prawa do pierwszej publikacji, naruszenie prawa do integralności utworu, naruszenie autorskich praw osobistych i majątkowych – wymienia Michał Jaszewski, prawnik współpracujący ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich. – Nie można wtedy mówić o treści inspirowanej, ale o kopiowaniu. Jeśli materiał jest podobny i stanowi przeróbkę, w której są te same informacje, a zmieniono jedynie stylistykę, to jest to plagiat.

 

W sieci teksty, fotografie kopiuje się masowo. Czasem są to materiały prasowe sensu stricte objęte prawem autorskim, a czasem proste informacje prasowe przeklejane w całości. – W obu wypadkach mamy naruszenie – zaznacza prawnik. – W przypadku dzieła dziennikarskiego objętego prawem autorskim wynika to z ustawy o prawie autorskim, a jeśli chodzi o prostą informację prasową, tzw. ukradziony news, to mamy do czynienia z tzw. inną twórczością artystyczną, która również podlega ochronie na podstawie Kodeksu cywilnego.

 

Problem polega na tym, że plagiat dotyczy mniejszych form. Artykuły z reguły nie są długie, a ich wartość jest stosunkowo niska. – Owszem, gdyby chodziło o tekst napisany przez wybitnego eksperta na pierwszej stronie w poczytnym czasopiśmie, to zakładanie sprawy w sądzie byłoby opłacalne. Ale takich tekstów z reguły się nie kopiuje. Częściej redakcja kopiuje teksty mniej lub średnio znanych, piszących na ważne tematy, ale niekoniecznie znane z pierwszych stron gazet. Jeżeli taki artykuł ma wartość 1500 zł, to pytanie jest, czy warto iść do sądu. Jedynie po satysfakcję, bo sądzenie się o taką kwotę przez dwa lata zniechęca. Ale oczywiście takie procesy zdarzają się – zaznacza prawnik.

 

Ostatnia sprawa, z jaką zetknął się Michał Jaszewski, zakończyła się ugodą. Mała redakcja opublikowała artykuł bez zgody autora, nie zapłaciła za niego. Dziennikarz zareagował, opisał sytuację, upublicznił. Redakcja przyznała się do błędu, wskazała, że doszło do niezamierzonej pomyłki i po interwencji prawnika podpisała ugodę i wypłaciła honorarium. – Wcześniej, w innej sprawie przygotowałem dla dziennikarza wniosek do sądu. Chodziło o zobowiązanie wydawcy do przekazania informacji koniecznych do dochodzenia dalszych roszczeń. Jednak samo rozpatrywanie tego wniosku trwało pół roku. Takie terminy przekonują, że w postępowanie sądowe opłaca się angażować dopiero wtedy, gdy chodzi o naruszenie dóbr osobistych o wartości np. 20 – 50 tys. zł. Prowadzenie  sprawy jest kosztowne i czasochłonne. W powiązaniu z niską wartością majątkową poszczególnych artykułów prasowych, jest to główny problem i powód, dla którego ochrona praw autorskich, własności intelektualnej w przypadku dziennikarzy jest mało skuteczna – mówi Jaszewski.

 

Problem dotyczy szczególnie dziennikarzy nie mających oparcia w jednej macierzystej redakcji, wolnych strzelców, współpracowników różnych mediów.

 

– Bazując na moim doświadczeniu, mam wrażenie, że dziennikarze najczęściej są z tym problemem pozostawieni sami sobie – przyznaje Jaszewski. – Oczywiście, prominentny dziennikarz, posiadający solidną umowę o pracę, może się spodziewać, że redakcja będzie  broniła i jego, i siebie, we wspólnym interesie. Przy czym w przypadku dużych wydawców najczęściej będzie się to odbywało bez rozgłosu, między podmiotem, który naruszył prawo, a poszkodowaną redakcją.

 

W zupełnie innej i znacznie gorszej sytuacji jest osoba posiadająca umowę o dzieło czy ustną o współpracy, pisząca teksty do różnych portali, gazet. Nie da się porównać sytuacji dziennikarza na etacie, o popularnym nazwisku, rozpoznawalnej twarzy, do sytuacji żurnalisty, który tworzy niewielkie formy prasowe, czasem publicystyczne. To zupełnie inna umowa, inny charakter powiązania z redakcją.

 

Kto celuje w owym lekkim traktowaniu własności intelektualnej, częściej przymyka oko?

 

– Robią to zarówno większe, jak i mniejsze media. Nie ma reguły. Na pewno częściej to się zdarza w mediach elektronicznych. Druk cechuje większa staranność o prawa autorskie. Wydaje się, że naruszenia przydarzają się szczególnie portalom popularnym, które poza informacjami bieżącymi umieszczają również różne plotki, sensacyjki – stwierdza prawnik.

 

I tu wkraczamy w zagadnienie prawa cytatu i obowiązku podawania autora i źródła informacji. Do tego ostatniego w mediach elektronicznych często odsyła się poprzez tzw. deep link, czyli link prowadzący do wewnętrznej podstrony serwisu internetowego z materiałem źródłowym.

 

– Polska ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych wyraźnie mówi, że cytat powinien zawierać wskazanie imienia, nazwiska i źródła. I to nie jest nic nowego. Jeśli w tekście na stronie internetowej umieszczam link, którego naciśnięcie powoduje, że ukazuje się strona z oryginalnym artykułem oznaczonym imieniem i nazwiskiem autora, to problemu nie widzę. Problem jest wtedy, kiedy jest to źródło inne, nielegalizowane (najczęściej anonimowe), wówczas już przy linku powinno być wskazanie, kto artykuł napisał. W innym przypadku – zgodnie z zasadą, że ten kto linkuje, ten cytuje – można ponieść odpowiedzialność właśnie z powodu niewskazania autora i źródła – zwraca uwagę Michał Jaszewski, przypominając, że już kilkanaście lat temu gorąco dyskutowano, czy głęboki link narusza autorskie prawa majątkowe. – Problem jest złożony. Wszystko zależy od tego, czy jest to fotografia reporterska, tekst, czy gorący tekst, publicystyczny itp. Nie mam wrażenia, żeby sądy do tego ostro podchodziły i uznawały, że deep link jest równoznaczny z przeklejeniem treści. Kiedy stosuję odsyłacz, to nie znaczy, że od razu kopiuję cudzą pracę. Jest w tej kwestii niewiele orzeczeń sądowych i wypływa z nich wniosek, że wszystko zależy od konkretnych okoliczności sprawy.

 

Z drugiej strony, niedopuszczalne są praktyki kopiowania pracy lub wykraczania poza prawo cytatu. Cytowaniem nie jest bowiem jednak skopiowanie całego tekstu i umieszczenie go na innej stronie. Nawet jeśli na końcu skopiowanego tekstu pojawi się źródło lub deep link ze wskazaniem źródła, będzie to naruszenie praw autorskich.

 

–  Czym innym jest napisanie własnego artykułu i nawiązanie w nim do cudzego z dodaniem linkowania, a czym innym przeklejenie całego lub większości tekstu – przypomina prawnik. –Ktoś, kto zapozna się z takim materiałem, nie będzie zainteresowany zapoznaniem się ze źródłem. W ten sposób strona wypełniona jest cudzą treścią, następuje eksploatacja prawa autorskiego w Internecie. Zachowano samo wskazanie źródła, natomiast wykroczono poza prawo cytatu. To na pewno lżejsze naruszenie niż wtedy, gdyby źródła nie podano i nie można zarzucić przywłaszczenia autorstwa, ale nielegalną eksploatację materiału objętego prawem autorskim – już tak.

 

W opisany sposób można by wypełnić tekstami cały portal, podając linki, a nie ponosząc kosztów związanych z wypłatą honorariów, abonamentów itp. Bazując na cudzych treściach, da się stworzyć oryginalne dzieło, ale to narusza prawa innych autorów. Portale coraz częściej wprowadzają abonamenty, paywalle, opłaty za dostęp do najciekawszych artykułów. Szczególnie ciekawe są przedmiotem streszczeń na innych stronach internetowych. Bywa, że inna redakcja wybiera najistotniejsze fragmenty np. wywiadu ze znaną osobą i umieszcza u siebie na stronie jako obszerne cytaty.

 

– Ocena zależy od sytuacji – uważa prawnik. – Nie można nikomu odmówić wskazania, że znany polityk, zapytany o delikatną sprawę, udzielił odpowiedzi na takim a takim portalu. Jeżeli cytowana w innym medium wypowiedź polityka mieści się w kontekście artykułu, który aktualnie prezentuję na stronie, to jest to w porządku. Natomiast, jeśli widać, że głównym celem jest nieodpłatne zaprezentowanie w zmienionej nieco formie tego, co ktoś inny zaprezentował odpłatnie, będzie to naruszenie prawa autorskiego. Dlatego, że redakcja, która ma prawa autorskie do tekstu, publikuje go pod pewnym warunkami, informuje, że jest to treść odpłatna i za dostęp do niej trzeba wnieść opłatę. Kiedy to obchodzę, uderzam w nabywcę, czyli w redakcję, a być może także w prawa pierwotnego twórcy. To naruszenie, ale nie prawa osobistego, tylko autorskiego prawa majątkowego. Bez względu na to, czy sam dzieło stworzyłem, czy też nabyłem i w ten sposób wszedłem w jego prawa autorskie, to mam prawo wyznaczyć określone warunki eksploatacji. Jeśli ktoś się do tych warunków nie stosuje, może ponieść odpowiedzialność cywilną – pytanie, czy zmieścił się w prawie cytatu, bo wtedy może się od tej odpowiedzialności uwolnić, czy też wykroczył poza to prawo i z wyjątku zrobił zasadę. Wtedy właścicielowi autorskich praw majątkowych będzie się należało odszkodowanie.

 

Media elektroniczne pogorszyły sytuację dziennikarzy, jeśli chodzi o własność intelektualną. Mimo to nie brakuje głosicieli teorii – chociaż raczej nie w samej branży – że Internet jak żadne inne medium pozwala wypromować markę osobistą, a z bycia cytowanym i powielanym należy się cieszyć. Są to, oczywiście zarazem zwolennicy całkowicie otwartych zasobów internetowych. Patrząc na pauperyzację zawodu, trudno ten pogląd podzielić.

 

– Internet fatalnie wpłynął na autorskie prawa majątkowe. Widać to po zawodzie fotografika, który został przez media elektroniczne prawie „zabity”. Okazało się, że mnóstwo osób, które robią zdjęcia, oddaje je za darmo, dla samej satysfakcji, że pokazano je w mediach. Na początku mogło się to wydawać chwalebne. Okazało się jednak, że miliony darmowych zdjęć wyeliminowały z rynku mnóstwo osób, które z fotografowania żyły. Nastąpiła dewaluacja zawodu. Spotyka to także dziennikarzy – zwraca uwagę Michał Jaszewski.

 

Również zdaniem Jolanty Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, rozwój mediów cyfrowych w większym stopniu zagraża prawom własności intelektualnej niż media tradycyjne. Kopia cyfrowa każdego zdjęcia, filmu, dźwięku jest wiernym odzwierciedleniem oryginału, a w naszych czasach fizyczne wykonanie kopii czegokolwiek jest prostsze. Od strony technicznej wykorzystać czyjąś „własność intelektualną”  jest bardzo łatwo, wystarczy otworzyć na komputerze jakiś plik i mamy dostępny materiał do publikacji. Dobrej jakości, i czasem tak „obrobiony”, że lepszy od oryginału. Nigdy wcześniej plagiat nie był tak powszechną formą kradzieży jak dzisiaj. Natomiast nie jest łatwo dochodzić swoich praw w sądzie, bo to jest po prostu bardzo kosztowne.

 

W opinii prawnika, prawo autorskie nie nadąża za rozwojem technologii, ale jednocześnie niepotrzebnie jest komplikowane. – Zawiera przepisy z ubiegłego wieku, bardziej dostosowane do korzystania z typowych dzieł sztuki. Nie przystaje natomiast do pisanych na bieżąco tekstów dziennikarskich, dając im tylko częściową ochronę. Jest niezwykle kazuistyczne, niektóre przepisy są nieżyciowe. Z drugiej strony wprowadza się przepisy unijne, które również są potwornie kazuistyczne. Mam poczucie, że nie idziemy w kierunku rozwiązywania  problemów, ale  „aptekarskich” rozwiązań i ingerowania w szczegóły. Widać to na przykładzie zmian dotyczących prawa cytatu. Do przepisu dodawane są kolejne elementy, ale kiedy przeczyta się cały rozdział o prawie cytatu, i tak pozostaje niedosyt i poczucie chaosu. Reszta jest w orzecznictwie, w praktyce. Np. w rozdziale tym jest mowa, że można użyć prawa cytatu w przypadku fotografii reporterskich. Ale są także inne fotografie, niereporterskie i do tych już nie stosuje się zapisów dotyczących tych fotografii, ale inne przepisy mówiące ogólnie o treściach, które można zacytować. Nasze prawo wciąż nie wyszło z poprzedniej epoki, chociaż próbuje gonić za zmianami. Wdrażane są nowe przepisy, ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z 1994 roku zawiera sporo poprawek i ważnych elementów. Ale dawniej była bardziej spoista, a teraz tę spoistość traci.

 

Aktualnie SDP nie rozważa jednak rekomendowania jakichś dodatkowych rozwiązań prawnych, które lepiej chroniłyby własność intelektualną, szczególnie tę dziennikarską. – Jest to trudne. Uzależnienie dostępu do informacji od tego, czy się za to zapłaci, powoduje niechęć odbiorców do czytania i poznawania tych informacji, co mogłoby prowadzić do jeszcze większych kłopotów z rozpowszechnianiem np. konserwatywnych treści niż mamy teraz, gdy algorytmy sztucznej inteligencji potrafią np. eliminować z wyszukiwarek bez kłopotu treści patriotyczne, czy prawicowe, nie tylko w Polsce, ale na świecie. Trudno więc nam rekomendować konkretne rozwiązania, gdy tak naprawdę nie wiadomo, w jakim kierunku zmierzać będzie zmiana praw własności intelektualnej – mówi Jolanta Hajdasz.

 

W 2018 roku w CMWP SDP zorganizowano debatę na temat zagrożenia dla wolności słowa wynikającego z wprowadzenia tzw. podatku  od linków. – Niewiele się od tego czasu zmieniło. Niebezpieczne jest jednak wprowadzanie jakichkolwiek zmian teraz, w okresie pandemii, gdy wszyscy jesteśmy zajęci zupełnie innymi problemami. Możemy nie zauważyć, w jaki sposób ktoś zamknie nam usta i uniemożliwi wyrażanie swoich poglądów – podkreśla szefowa CMWP SDP.

 

Alina Bosak

 

Tekst ukazał się w numerze 5/2020 „Forum Dziennikarzy”.

 

Całe wydanie do pobrania

 

TUTAJ

 

Debata w Senacie na temat sprzedaży spółki Polska Press koncernowi PKN Orlen z udziałem SDP i CMWP SDP

Jadwiga Chmielowska , sekretarz generalny SDP i Jolanta Hajdasz, dyr. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  uczestniczyły we wspólnym  posiedzeniu  Senackich Komisji Kultury i Środków Przekazu oraz Komisji Praw Człowieka, Praworządności i Petycji, jakie odbyło się 14 stycznia br. Tematem dyskusji  było przede wszystkim przejęcie spółki Polska Press przez PKN Orlen. Jolanta Hajdasz przedstawiła stanowisko ZG SDP w sprawie zakupu od niemieckiego wydawcy Verlagsgruppe Passau gazet i portali regionalnych przez PKN Orlen podkreślając, iż  SDP z nadzieją przyjmuje tę transakcję i widzi w niej szansę na przełamanie dominacji  wydawnictw zagranicznych na rynku regionalnej prasy drukowanej i regionalnych portali w Polsce.  Przeciwnego zdania byli m.in przedstawiciele Towarzystwa Dziennikarskiego oraz zaproszeni medioznawcy, którzy widzą przede wszystkim zagrożenia związane z przejęciem gazet od niemieckiego wydawcy  przez  firmę państwową. Dramatyczną sytuację gazet drukowanych spowodowaną m.in. pandemią koronawirusa opisał Bogusław Chrabota, prezes Izby Wydawców Prasy i zaapelował o działania wspierające ten segment mediów. W spotkaniu uczestniczył także Witold Kołodziejski,  przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, który wskazywał na konieczność przeprowadzenia procesów dekoncentracyjnych w mediach ze względu na przepisy i rekomendacje  Unii Europejskiej. 

 

Spotkanie prowadziła Barbara Zdrojewska, przewodnicząca Komisji Kultury i Środków Przekazu. Jako pierwszy głos zabrał  mec. Piotr Kryczka, współautor raportu na temat dekoncentracji mediów, który przyznał , iż jego opracowanie ma charakter teoretyczny i niewiele może się przydać do analizy bieżącej sytuacji w Polsce. Po nim głos zabrała dr hab.  Katarzyna Gajlewicz-Korab z Uniwersytetu Warszawskiego, która omówiła sytuację mediów francuskich w kontekście problemów związanych z uprzywilejowaną pozycją mediów narodowych w tym kraju. Katarzyna Gajlewicz-Korab rozważała, czy należy bezkrytycznie powielać nie zawsze jej zdaniem korzystne dla mediów  rozwiązania francuskie np. subwencjonowanie prasy drukowanej, czy obowiązujące ograniczenia kapitałowe. Z kolei prof. Tadeusz Kowalski mówił o repolonizacji i dekoncentracji jako o mitach podkreślając iż transakcja Orlenu jest  raczej “nacjonalizacją” , a koncentracja w mediach jest procesem naturalnym, charakterystycznym w naszych czasach. Po nim  Marek Radziwon przedstawił sytuację mediów w Rosji opisując przebieg zmian własnościowych w prasie , radiu i telewizji od lat 90-tych  i  porównał transakcję Orlenu do działalności Gazpromu na rynku mediów w Rosji. Przedstawiono także sytuację własnościową mediów na Węgrzech wskazując na zagrożenia związane z przejmowaniem przez państwowe podmioty środków masowego komunikowania.

 

Zagrożenia związane z transakcją PKN Orlen wskazywali także m.in Seweryn Blumsztajn i Jan Ordyński z Towarzystwa Dziennikarskiego oraz Krzysztof Luft i Jan Dworak, a także Jerzy Jurecki z „Tygodnika Podhalańskiego”  i prof. Stanisław Jędrzejowski.

 

Spotkanie miało charakter seminaryjny.

 

CMWP SDP w PAP o blokadzie kont w mediach społecznościowych i konieczności ochrony wolności słowa w sieci

Dopiero po likwidacji kont społecznościowych Donalda Trumpa wiele osób uświadamia sobie, że należy bronić się przed ideologiczną cenzurą – powiedziała PAP dyr. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, wiceprezes SDP, dziennikarka i medioznawca dr Jolanta Hajdasz.  Tekst został opublikowany 14 stycznia b.r. Jego autorem jest Hubert Bekrycht. 

 

Publikujemy pełny tekst depeszy PAP: 

 

Dyrektor CMWP SDP uważa, że dopiero po ostatnich wydarzeniach w Stanach  Zjednoczonych, m.in. likwidacji kont społecznościowych urzędującego prezydenta USA Donalda Trumpa, do wielu internautów dotarło, jak łatwo dziś medialnym korporacjom stosować cenzurę i jak  niebezpieczna jest tzw. cenzura ideowa. Dzisiaj nożyczki cenzora trzymane są w rękach właścicieli gigantycznych medialnych, społecznościowych korporacji” – podkreśliła Hajdasz. „To kilka osób na świecie, które mogą wpływać na to, o czym będziemy mogli się dowiedzieć lub nie , o tym, czy coś znajdzie się  w przestrzeni publicznej lub nie” – zaznaczyła. „Musimy znaleźć narzędzia, aby bronić się szczególnie przed cenzurą ideologiczną, bo nigdy nie wiemy, w którym momencie właściciel, na przykład medium społecznościowego, coś  wyłączy, a coś innego zechce promować czy czemuś sztucznie zawyżać tzw. zasięgi ” – dodaje.

 

Zdaniem szefowej CMWP SDP w ostatnich dniach okazało się, że nawet w internecie można bezkarnie ograniczyć wolność słowa, co zaskoczyło z pewnością wielu internautów. „Okazało się, że portale społecznościowe to też środki masowego komunikowania – tak jak prasa, radio, czy telewizja – w których ktoś konkretny decyduje o tym, czy coś będzie publikowane, czy nie” – zwraca uwagę Hajdasz. „Kiedy powstawały media społecznościowe panowała opinia, że to fantastyczny wynalazek i narzędzie służące komunikowaniu masowemu, gdzie każdy z nas może stać się nadawcą” – wskazywała.

 

„Oczywiście przez wiele lat tak było i w części tak ciągle tak jest, na tym polega przewaga internetu  w stosunku do mediów tradycyjnych ” – zastrzegła dyrektor dodając, że trudno sobie obecnie wyobrazić medium, które nie korzysta z nowych technologii. „Prasa, radio, telewizja promują nawet bezwiednie te konkurencyjne w stosunku do siebie media, bo praktycznie każda audycja czy program ma swoje  konto na facebooku i twitterze i zachęca każdego do ich odwiedzania . „Dziennikarze jednego  medium, promują zupełnie inne medium, właśnie to  społecznościowe, a to przecież prywatna firma  konkurująca z nimi o uwagę odbiorców –  zauważyła.

 

My, dziennikarze dostrzegaliśmy to niebezpieczeństwo cenzury już wcześniej – powiedziała szefowa Centrum Monitoringu Wolności Prasy. „Obserwujemy przecież coraz bardziej wymyślne regulaminy mediów społecznościowych, pod którymi trzeba się podpisać, aby korzystać z usług tych mediów ” – mówiła. „Obserwujemy też, w jakich okolicznościach następują blokady kont. W CMWP SDP stykam się z tym regularnie” – zaznaczyła Hajdasz.

 

„Z perspektywy mojej trzyletniej pracy w Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP widzę dość wyraźnie tę cenzurę ideową w mediach społecznościowych – przyznała. „Blokowane były przede wszystkim konta konserwatywne, prawicowe, o czym mówiliśmy nawet na specjalnych konferencjach w  SDP” – dodała. „Blokowano np. konta organizatorów i uczestników Marszu Niepodległości przez świętem 11 listopada. Blokowano też konta przeciwników aborcji eugenicznej, kiedy zbierane były w tej sprawie podpisy. Blokowano  nawet konto arcybiskupa, który krytykował ideologię LGBT” – przypominała. To są tylko przykłady niechęci mediów społecznościowych do prawej strony przestrzeni publicznej. Widać tu ewidentnie cenzurę” – podkreśliła dziennikarka.

 

Jolanta Hajdasz opowiedziała także o – jej zdaniem – wyjątkowo kuriozalnej sprawie, którą aktualnie zajmuje się CMWP SDP. „Media społecznościowe (YouTube) blokowały  w tym roku filmiki harcerzy z Warszawy. Materiały dotyczyły codziennych harcerskich spraw np.  życia na obozie harcerskim” – mówiła. „Najpierw filmiki były blokowane, po proteście, przywrócono je, ale obniżono tzw. zasięgi i wyłączono monetyzację oraz podniesiono wiek oglądających” – relacjonowała. „Wg YouTube trzeba mieć skończone 18 lat, aby oglądać taki harcerski filmik, to jakiś absurd. Przecież ten przekaz wręcz jest przeznaczony dla dzieci i młodzieży, a nie dla dorosłych” – mówiła dyrektor CMWP SDP. Ostatnie wydarzenia w USA – zdaniem Hajdasz – wyraźnie pokazały manipulacje mediów społecznościowych. „To, że można zablokować treści publikowane przez  urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych, oznacza, że można zablokować w każdej chwili każdego pod jakimkolwiek pretekstem” – powiedziała. „Kto zatem ma decydować o tym które treści powinny być zablokowane,  czyli de facto cenzurowane, a które nie ? – pytała.

 

Widać jak daleko poszło cenzurowanie w mediach społecznościowych. Niebezpieczne jest, że to nie podlega żadnej kodyfikacji, żadnej kontroli. Najwyższy czas to po porostu zmienić” – podkreśliła.  Pytana przez PAP o to, jak cenzura w sieci zmieni współczesne dziennikarstwo, dyrektor CMWP SDP odpowiedziała, że ma nadzieję, że na lepsze, bo nadszedł czas na refleksję odbiorców mediów. Wierzę, że wzmocni się dziennikarstwo profesjonalne, tradycyjne, dziennikarstwo oparte na sprawdzonych zasadach etyki zawodowej, gdzie informacje publikuje się po sprawdzeniu ich w co najmniej dwóch wiarygodnych źródłach, a dziennikarz podpisuje się pod publikacją swoim imieniem i nazwiskiem” – powiedziała. „Warto też poświęcić czas i uwagę na edukowanie odbiorców mediów. Tak by nauczyli się oni na nowo szukać i korzystać z mediów sprawdzonych, których źródła są wiarygodne. Czytelnik, słuchacz czy widz, chcąc znaleźć  rzetelny przekaz, nie powinien wszystkich treści traktować tak samo ” –  zauważyła Hajdasz. Powiedziała, że gdyby nie wyłączenie kont społecznościowych prezydenta USA, wiele osób nadal żyłaby w nieświadomości, że w mediach społecznościowych możliwa jest cenzura .

 

„Wśród internautów istnieje jedynie takie przekonanie: +Jak użyjesz niewłaściwego słowa, to cię wyłączą, ale jak będziesz przestrzegał regulaminu, to nikt cię nie zablokuje.+ Otóż właśnie są sytuacje, w których konto blokuje się z niewidomego powodu, a ocena , co blokować, a co nie, jest subiektywna . A tak nie powinno być. Każdy przekaz, który nie narusza przepisów prawnych  powinien mieć szansę na publikację, a od oceny, czy ktoś te przepisy naruszył , czy nie, są niezawisłe sądy – podkreśla szefowa CMWP SDP.  Szefowa Centrum Monitoringu Wolności Prasy uważa, że należy jak najszybciej opracować działania zapobiegające cenzurze mediów społecznościowych.

 

Są opracowania i projekty Unii Europejskiej, jak z tym zjawiskiem walczyć. Warto je analizować . Pod koniec ubiegłego roku również nasze Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało projekt ustawy o ochronie wolności słowa w internecie. Przyjmuję te działania z nadzieją, czekam na publikację ostatecznej wersji tego projektu, w mojej ocenie mogą to być  korzystne dla nas wszystkich rozwiązania” – poinformowała.  „Trzeba zacząć kontrolować to, co kontrolowane być powinno. Wolność słowa  nie oznacza wolności od wszystkiego i do wszystkiego” – zaznaczyła  dziennikarka. „Wolność słowa musi być związana z odpowiedzialnością, ale jest dobrem nas wszystkich,  na pewno nie powinni o niej decydować właściciele wielkich korporacji medialnych  – powiedziała Jolanta Hajdasz. (PAP)

 

Autor: Hubert Bekrycht

 

Pełny tekst depeszy PAP: TUTAJ.

 

 

No comments – MIROSŁAW USIDUS o komentarzach pod artykułami

Miało być „życie społecznościowe”, nowe tchnienie życia w podupadające media. „Prawdziwy głos prawdziwych ludzi”. Autor artykułu miał zyskać możliwość natychmiastowego poznania reakcji czytelników, rozmowy z nimi, nawet ubogacania się. Czytelnicy z drugiej strony mieli swoimi komentarzami „uzupełniać informacje” o nowe fakty i aspekty. Tak o sekcjach komentarzy pod artykułami pisano 15 a nawet jeszcze 10 lat temu.

 

Po raz pierwszy w historii myślimy głośno, bez filtrów nakładanych przez nadzorców mediów,” pisała w 2008 roku o możliwości komentowania artykułów w serwisach internetowych mediów sama Hillary Clinton, entuzjazmując się, że „nigdy wcześniej globalny dyskurs nie był tak dostępny”. W 2009 r. były redaktor wydania online „Washington Post” pisał, że „pomimo pewnych problemów”, komentarze czytelników umożliwiają im [czytelnikom – przyp. autora] po raz pierwszy w historii szybko zwrócić uwagę redaktorom na nieścisłości i przypomnieć, że „nie zawsze zgadzają się z dziennikarzami co do tego, co jest naprawdę ważne jako temat publikacji”. Nieżyjąca już Georgina Henry, była redaktorka internetowych stron komentarzy „Guardiana”, pisała w 2010 roku: „dziennikarstwo bez informacji zwrotnej, zaangażowania, sporu i opinii oddolnych nie wydaje mi się już w pełni kompletnym dziennikarstwem”.

 

Ludzie komentują a licznik bije

 

Trochę z własnych doświadczeń zawodowych pamiętam, jak korporacyjne powerpointowe prezentacje epatowały naonczas entuzjazmem i świeżo wyuczonym, specyficznym żargonem social-mediowym. Przypominam, że były to czasy przed-twittero- facebookowe. Wiele firm medialnych (zostawmy w tym tekście na boku inne branże, choć we wszystkich sektorach kwitła ta moda), chciało „budować społeczności” a komentarze czytelników, ich reakcje i wypowiedzi, miały być częścią nowego świata mediów, które już nie tylko „nadają”, ale również „odbierają”, są otwarte i gotowe na głos czytelnika, słuchacza i widza.

 

Oczywiście, nie wszyscy kierowali się aż tak górnolotnymi celami. Ten i ów zwracał uwagę, że aktywność społecznościowa na stronach internetowych środków masowego przekazu, komentarze, fora i blogi (tak, niektóre serwisy pozwalały w tamtych czasach czytelnikom zakładać własne blogi w domenach medialnych serwisów), to niezwykle obiecujący zastrzyk dodatkowego „traffiku”, ruchu na stronach, a wraz z nim dodatkowe odsłony i potencjalnie również coraz więcej kliknięć reklam, czyli brzęcząca moneta. Komentatorzy i dyskutanci a także sami czytelnicy wydłużających się wątków – to wszystko było nic innego jak kolejne wejścia na stronę. A licznik bił aż miło.

 

Sam, jako bloger w serwisie „Wirtualne Media” mogłem sprawdzić wartość biznesową (nie dla mnie, lecz dla właścicieli WM, ma się rozumieć) mnożących się w wątku pod wpisem komentarzy, reakcji na komentarze, replik, odpowiedzi na repliki itd. Miałem w tamtym ich starym CMS – Serendipity podgląd na liczbę odsłon poszczególnych wpisów. Z rankingu jasno i dobitnie wynikało, że najpopularniejsze i najliczniej odsłaniane są artykuły z największą liczbą komentarzy. „Wirtualne Media”, nawiasem mówiąc, wciąż korzystają z tego mechanizmu w celu multiplikacji odsłon, żyłując go ostatnio niemiłosiernie – stosując np. w sekcji komentarzy pod artykułami paginację, obecnie, z tego co widzę, po trzy komentarze na stronę (kilka lat temu, o ile pamiętam, było ich po jakieś dziesięć na stronę, a w czasach, w których zaczynałem tam blogować, paginacji w ogóle nie było).

 

Parę lat później, w pierwszej połowie minionej właśnie dekady, entuzjazm do sekcji komentarzy pod artykułami w internetowych wydaniach mediów, znacznie osłabł. Prekursorami w zamykaniu się na opinie i „wkład” czytelników były, jak mi się wydaje, „przodujące” w wolności słowa media w Szwecji, potem fala niechęci ze strony mediów tzw. mainstreamu do wielbionego przez nie jeszcze parę lat wcześniej „życia społecznościowego” ogarnęła inne kraje Zachodu. Korpo-entuzjazm zamienił się w potoki tłumaczeń, dlaczego „lepiej będzie, gdy komentarzy nie będzie”. Ostatnio te zabawne, zwłaszcza w kontekście niedawnego entuzjazmu, argumentacje coraz częściej zamieniają gorące filipiki nienawiści wobec komentatorów internetowych.

 

Prąd likwidacji sekcji z komentarzami nie dotyczy jedynie „starych mediów” w ich wydaniach internetowych. Od pewnego czasu nie można komentować na stronach serwisu większości artykułów np. w „The Verge”, ani żadnego w „The Daily Beast”, podobnie jak w wielu innych mediach ery internetowej.

 

W Polsce było i jest różnie. Wiele mediów wciąż liczy na komentarze pod artykułami i zaprasza do komentowania, doceniając jego biznesowe znaczenie lub też inne aspekty. Najbardziej znana u nas jest specyficzna polityka uprawiana przez „Gazetę Wyborczą”. Blokując bowiem możliwość komentowania pod wybranymi materiałami, nauczyła swoich czytelników, że „otwarta” dyskusja możliwa jest głównie na tematy wygodne dla redakcji. Gdy artykuł dotyczy kwestii potencjalnie zakłócającej narrację propagowaną przez „GW”, jak np. afery z celebrytami wcinającymi się bez kolejki do szczepień, nie ma komentowania. W ten sposób wykształcił się swoisty meta-język komunikacji serwisu GW z czytelnikiem. Gdy np. „Wyborcza” blokuje komentarze pod newsem o zamachu terrorystycznym w którymś z krajów zachodnich, to niechybny sygnał, że odpowiadają zań wyznawcy Proroka, choć, zgodnie z regułami poprawności politycznej „GW”, oczywiście pomija w tekstach religię i pochodzenie sprawców. W ten sposób, nie informując, w rzeczywistości informuje. Starsi, wyćwiczeni w czytaniu dawnej „Trybuny Ludu” doskonale wiedzą, na czym to polega.

 

Nie zgadzam się z tobą, więc jesteś hejterem

 

Dlaczego media zwłaszcza te o lewicowo-liberalnym obliczu ideowym odchodzą od korzystania z czytelniczego „feedbacku” bezpośrednio pod materiałami redakcyjnymi, pomimo niezaprzeczalnych korzyści, jakie wiążą się z większym, czasem o wiele, wiele, większym, ruchem na stronach?

 

One same odpowiadając na to pytanie mają od lat gotowe refreny o „mowie nienawiści”, hejterach, prawicowych „bigotach” itp. Podaje się też często interes „prawdziwych” czytelników i wizerunek w ich oczach, który media mają tracić, dopuszczając „mowę nienawiści” w komentarzach. Ten ostatni rodzaj argumentacji jest wątlutki, gdyż od dawna znane są takie mechanizmy jak opt-in i opt-out, które można bez problemu zastosować na stronie do widoczności sekcji komentarzy i opatrzyć zgodę na ich przeglądanie odpowiednim zastrzeżeniem od wydawcy. Kto uważa, że po zastosowaniu takich mechanizmów wciąż istnieje problem wizerunkowy, ten po prostu się czepia i/lub w rzeczywistości ma ukryte intencje, o których piszę poniżej.

 

Z osobnikami, którzy przekraczają granice kulturalnej debaty, obrażają, łamią prawo, stosunkowo łatwo można sobie poradzić. Są techniczne środki na blokowanie wyzwisk i wulgaryzmów. Problem anonimowości też jest dziś nierozwiązywalny. Zresztą, w wielu wypowiedziach lewicowi dziennikarze, jak np. w artykule z 2014 r., który niedawno czytałem w „Guardianie”,  przewija się spostrzeżenie, że „napastliwie” komentują osoby wcale nie anonimowe. Także tłumaczenia sportowego serwisu amerykańskiego ESPN, który był krytykowany przez wcale nie anonimowych i wcale nie chamskich komentatorów za swoje polit-poprawne odloty w sprawie zachowań zawodników ligi NFL, prezentują się słabo. Dla lewicowych dziennikarzy jednak niewystarczająco słabo, by pod tym pretekstem usunąć możliwość komentowania ze stron.

 

Komentujący niezgodnie z linią polityczną mediów nie są też zwykle wcale wulgarni, i nie napadają agresywnie na kogokolwiek. Nie. Owi „hejterzy” to po prostu najczęściej ludzie mający inne zdanie niż autor i redakcja, podający często fakty, które stawiają w wątpliwym świetle tezę artykułu, lub przypominający autorowi fakty, które pominął. Ich „mowa nienawiści” to po prostu wyrażanie odmiennych poglądów lub pisanie o niewygodnych z punktu widzenia autora i redakcji sprawach.

 

Podczas kalifornijskich pożarów i przerw w dostawie prądu w 2019 roku, Yahoo! (które pozbyło się niedawno sekcji komentarzy w swoich serwisach) opublikowało artykuł pt. „California’s Massive Power Outages Show Climate Change Is Coming for Everyone, Even the Rich”. Typowa publicystyka z tezą, że za pożary i problemy energetyczne Kalifornii nie odpowiadają nieudolni lokalni włodarze, lecz klimatyczna bestia, na którą, co każdy chyba wie, lewicowa media potrafią zwalić nieomal wszystko. Komentujący czytelnicy, w tym mieszkańcy Kalifornii, byli jednak innego zdania…

 

„Problemy Kalifornii z przesyłem energii elektrycznej wynikają z restrykcyjnych przepisów ochrony środowiska dotyczących wycinki drzew i przemysłu drzewnego,” pada myślozbrodnia w komentarzach. „Kansas ma dużo wiatru i susze, ale jakoś tak dziwnie, nie ma problemów z ogniem,” zwraca nienawistnie uwagę kolejny komentator. „Mam 53 lata. Nie mam najlepszej pamięci, ale o ile pamiętam zawsze mieliśmy upały i wietrzna pogodę latem, kiedy dorastałem w północnej Kalifornii a pożarów nie było,” dorzuca wulgarnie kolejny hejter.

 

Redakcja Yahoo! nie posiada się z oburzenia. Jaki jest sens publikowania propagandowych kawałków, jeśli ktoś może przejść do działu z komentarzami i odkryć, ile manipulacji, dezinformacji i pominięć istotnych faktów, zawarł w artykule autor. Do czego to podobne. Taki hejt!

 

Są też inne przyczyny zamykania odbiorcom możliwości komentowania. Za rytualnym klepaniem o „internetowym hejcie” kryją się zaskakująco często bardzo małe, małostkowe zgoła, motywy, ale do tego jeszcze wrócę.

 

„Bystrzy inaczej” kierownicy mediów

 

„Nie jest to użyteczne doświadczenie dla zdecydowanej większości użytkowników, napisał Scott Montgomery, redaktor zarządzający cyfrowymi wydaniami amerykańskiego publicznego nadawcy NPR, gdy zamykano możliwość komentowania na jego stronach w 2016 roku, „po ośmiu latach eksperymentów”. Cytuję te tłumaczenia, bo są bardzo charakterystyczne dla narracji mediów rezygnujących z tak obiecującego dekadę wcześniej „życia społecznościowego”.

 

Odwrotowi temu towarzyszyła zwykle mająca niewielki sens paplanina o pragnieniu przeprowadzenia „wyraźnego podziału między stroną internetową a jej profilami w mediach społecznościowych”. Mówił o tym m. in. Carl Franzen, dyrektor online wydawnictwa „Popular Science”, gdy w 2013 roku magazyn zamykał swoim czytelnikom możliwość reagowania na stronach na artykuły. „Facebook, będąc przede wszystkim portalem społecznościowym, ma architekturę i politykę sprzyjającą rozmowom, w których profil ‘Popular Science’, jak również dziennikarze magazynu wchodzą w interakcję z odbiorcami,” bredził dalej Franzen.

 

Kilka lat później te same wydawnictwa prasowe jęczą, że Facebook z Google pospołu zabrali prasie wszystkie reklamy. Przecież sami się do tego przyczynili, tacy „bystrzy inaczej” jak cytowany Franzen i zastępy podobnych mu, wynosząc ze swoich serwisów WWW potężny kawał traffiku do błękitnego kołchozu i dając to Zuckerbergowi w prezencie, bo „Facebook jest właściwym miejscem do prowadzenia dyskusji”. Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało.

 

To co robili i robią, ma zresztą konsekwencje szersze, wykraczające poza samo wyprowadzenie „życia społecznościowego” z serwisów wydawców. Adresy ich materiałów, tekstów, czy filmów, publikowane w mediach społecznościowych są klikane, ale nie każdemu dyskutantowi jest to potrzebne do wzięcia udziału w komentowaniu, zwłaszcza, że rozeznanie w temacie i treści publikacji daje mu sama lektura wątku na Facebooku. Wątek ten w wielu wypadkach zastępuje lekturę samego artykułu. Czytelnik nie opuszcza Facebooka a wydawca może realnie tracić odbiorców. Na pewno traci, gdy dyskutujący cytują, streszczają lub zamieszczają zrzuty ekranowe zamkniętych za paywallami treści. Spotkałem się z tym wielokrotnie. To dodatkowe, całkiem realne straty wynikające z „przeniesienia dyskusji” na Facebooka lub do Twittera.

 

Trudno mi się oprzeć cytowaniu Franzena w większych dawkach, bo jego wypowiedzi świetnie ukazują obłęd, jaki panował i zapewne wciąż panuje w korpo-kręgach zarządzających środkami masowego przekazu. Np. taki kwiatek: „media społecznościowe, takie jak Facebook czy Twitter sprawiają, że rozmowy są wyższej jakości niż komentarze na naszych stronach z artykułami (…) czytelnicy muszą podjąć dodatkowy wysiłek, aby przejść na naszą stronę internetową (…) choć wprowadza to tarcie w tym procesie, myślę, że jest to tarcie pomocne, ponieważ wywołuje zadumę, która moim zdaniem czasem ginie w mediach społecznościowych”. Autorem tego bełkotu jest facet, który decydował o cyfrowych i internetowych losach jednego z największych na świecie magazynów popularnonaukowych.

 

Nieco bardziej racjonalnie niż powyższe banialuki brzmią przytaczane przez wydawców argumenty finansowe. Utrzymywanie aktywnych sekcji z komentarzami i „życiem społecznościowym”, wymaga oczywiście nakładów na moderację, mechanizmy filtrujące treści, bazy danych użytkowników itp. Względami ekonomicznymi tłumaczył zamknięcie możliwości komentowania na stronach gazety szwedzki „Dagbladet” i wiele innych tytułów. Jednak z drugiej strony, jeśli elementy te generują ruch na stronach, to nakłady te wydają się uzasadnione, nie mniej niż nakłady na pozyskiwanie treści. Inaczej mówiąc, w logice biznesowej nie są to jedynie koszty, ale bardziej inwestycje. W świetle tego co mediom zrobił Big Tech, chyba nie takie bezsensowne.

 

Nie chcę kategorycznie wyrokować, że w każdym wypadku była to wyłącznie wymówka. Jednak spróbujmy spojrzeć na to w ten sposób: jeśli liczba komentarzy jest niewielka, to wprawdzie dodatkowa korzyść „traffikowa” również, ale też i problem z moderacją zaniedbywalny; jeśli natomiast liczba komentarzy rośnie, rośnie wprawdzie problem z moderacją, ale serwis się zasięgowo rozwija. Czy coś w tej logice się nie zgadza?

 

Trolle i hejterzy jako wymarzony pretekst

 

W sieci bez trudu można znaleźć opinie, że najgorliwszymi przeciwnikami dopuszczenia komentarzy czytelników pod artykułami są najbardziej radykalni politycznie „aktywiści dziennikarscy” tacy jak np. słynąca z prowokacji i szerząca swoimi tekstami nienawiść do mężczyzn feministka Jessica Valenti z „Guardiana”. Cóż, na jednej stronie jest miejsce na tylko na jednego trolla. W przypadku zradykalizowanych publicystów typu pani Valenti, to miejsce jest w polu „autor” i w sekcji komentarzy żadni dodatkowi hejterzy nie są potrzebni, więc i sekcja komentarzy musi zniknąć.

 

Ciekawe, że walka z komentarzami na stronach mediów i ze swobodą dyskusji społecznościowej w bardziej ogólnym sensie stoi w dość wyraźnej sprzeczności z koncepcją sfery publicznej neomarksisty Jürgena Habermasa, którego poglądy skądinąd są nad wyraz drogie lewicowo-liberalnej formacji, która dominuje w mediach mainstreamu. Nic to. Potrafią wykonać w swoich tłumaczeniach różne konceptualne fikołki, np. traktując cenzurę, ograniczanie wolności słowa, komentowania i wyrażania opinii przez ludzi, z którymi się nie zgadzają, jak metody obrony owej sfery publicznej przez „porwaniem jej przez ludzi, którzy chcieliby ja zdominować”. No tak, jak nasza dominować sferę publiczną to mnóstwo wiele dobry uczynek…

 

Radykalizujące się lewicowo media to jedna strona medalu, ale jest też inna, nawet bardziej interesująca, bo przyziemna, pobudka stojąca za usuwaniem możliwości komentowania. Badania przeprowadzone w ostatnich latach przez „The Washington Post” i „USA Today” wykazały, że czytelnicy, którzy oglądali artykuły z komentarzami pod spodem, znacznie częściej wyrabiali sobie negatywną opinię o mediach i publikowanych przez nie informacjach. Co ciekawe, efekt ten był widoczny nawet wtedy, gdy komentatorzy chwalili dany artykuł. Innymi słowy, gdy opinie dziennikarzy i opinii lub zwykłych czytelników są umieszczone blisko siebie, prowadzi to czytelników do kwestionowania kompetencji mediów głównego nurtu.

 

I tu być może docieramy do najgłębszej przyczyny niechęci do sekcji z komentarzami czytelniczymi, głębszej nawet niż polityczne poglądy dziennikarzy i całych redakcji. Zwykły troll czy hejter, który nęka i obraża innych to nie jest prawdziwy problem. Prawdziwym problemem jest ktoś, kto wie więcej niż autor materiału, zna fakty, których autor nie zna, lub świadomie pomija, bo mu nie pasują do narracji i światopoglądu, ktoś kompetentny, kto nie daj Bóg napisze w sekcji komentarzy lepszą, dokładniejszą i ciekawszą wersję informacji niż ta na górze strony.

 

Z takimi komentatorami należy bezwzględnie walczyć, oczywiście pod hasłami walki z „hejtem”. Zatem istnienie trolli i hejterów jest z punktu widzenia walczących z czytelniczymi komentarzami potrzebne i pożyteczne. Tworzy bowiem nieocenione preteksty, by się tych podważających nieomylność i linię sekcji komentarzy, raz na zawsze pozbyć.

 

Mirosław Usidus

 

 

Premier: będziemy bronić wolności słowa w internecie

Właściciele portali społecznościowych nie mogą działać ponad prawem. Dlatego zrobimy wszystko, by określić ramy funkcjonowania Facebooka, Twittera, Instagrama i innych podobnych platform – napisał premier Mateusz Morawiecki na swoim profilu na Facebooku.

 

Szef rządu dodał, że w Polsce będą to regulowały odpowiednie przepisy krajowe.  „Zaproponujemy także, aby podobne przepisy zaczęły obowiązywać w całej Unii Europejskiej” – dodał.

 

Mateusz Morawiecki przypomniał, że przez 50 lat w naszym kraju obowiązywała cenzura.

 

„Dlatego z takim niepokojem patrzymy na wszelkie próby ograniczania wolności” – pisze premier. – „Jednym z synonimów wolności zawsze był dla nas Internet. Najbardziej demokratyczne medium w historii, forum, na którym każdy może bez skrępowania zabrać głos. Narzędzie pozwalające każdemu człowiekowi realnie wpływać na rzeczywistość, w stopniu nieznanym jeszcze kilkanaście lat temu.”

 

Mateusz Morawiecki zauważył, że brak regulacji internetu ma nie tylko pozytywne, ale też negatywne skutki – „stopniowo zaczęły w nim dominować wielkie, ponadnarodowe korporacje, bogatsze i potężniejsze od wielu państw. Te korporacje zaczęły traktować naszą internetową aktywność tylko jako źródło zysku i wzmacniania globalnej dominacji. A także czuwać nad poprawnością polityczną tak, jak im się to podoba. I zwalczać tych, którzy się im sprzeciwiają” – stwierdził premier. Zauważył, iż ostatnio coraz częściej spotykamy praktyki, które, mogłoby się wydawać, są już przeszłością.

 

„Cenzurowanie wolnego słowa, domena totalitarnych i autorytarnych reżimów, powraca dziś w formie nowego, komercyjnego mechanizmu zwalczania tych, którzy myślą inaczej’ – napisał szef rządu.

 

„Wolność słowa jest solą demokracji – dlatego musimy jej bronić. O tym, które poglądy są słuszne, a które nie, nie mogą decydować za nas algorytmy czy właściciele korporacyjnych gigantów” – podkreślił Mateusz Morawiecki.

 

opr. jka, źródło: Facebook/Mateusz Morawiecki, fot. Wikipedia

 

Twitter jako narzędzie pracy dziennikarza – refleksje ŁUKASZA WARZECHY

Tak się składa, że osiągnięcie przeze mnie pułapu 100 tysięcy obserwujących na Twitterze (w chwili pisania tego tekstu to już prawie 101 tys.) zbiegło się niemal idealnie z największymi od dawna kontrowersjami wokół wielkich portali społecznościowych, w tym Twittera właśnie. A to bardzo dobra okazja, żeby przyjrzeć się swojej obecności w tym miejscu.

 

Założyłem na Twitterze konto w kwietniu 2010 r. i miała na to wpływ katastrofa smoleńska. Twitter powstał ledwie cztery lata wcześniej i nie był jeszcze w Polsce bardzo popularny. Był kanałem informacji względnie elitarnym, w tamtym szczególnym czasie stało się dla mnie jednak ważne, aby dzielić się z nawet niewielką liczbą jego użytkowników moimi myślami i komentarzami. Poza tym była to dobra platforma do informowania o swojej obecności w mediach, o tekstach, o programach.

 

Przez te prawie już 11 lat obecności w serwisie, który – być może nie wszyscy wiedzą – nie ma nawet w Polsce swojego przedstawicielstwa, obserwowałem, jak zmieniała się jego rola i jak zmieniał się sam serwis. Jedna natomiast rzecz się wbrew pozorom nie zmieniła: choć Twitter stał się nieodzownym narzędziem pracy wszystkich niemal osób publicznych, instytucji, mediów, urzędów i zdecydowanej większości polityków na świecie, jego zasięg i siła oddziaływania są wbrew pozorom wcale nie tak wielkie, jak by się mogło wydawać. Liczba użytkowników globalnie to około 340 milionów (miesięcznie, bo w takich jednostkach podaje się liczby użytkowników mediów społecznościowych), podczas gdy Facebook (nie licząc należących do niego innych serwisów, takich jak Instagram) ma ich 2,7 miliarda. W Polsce z Twittera korzysta około 6 milionów osób, ale – tak jak cały internet – i tu są swoiste kręgi, które na siebie oczywiście zachodzą, ale czasem ledwie minimalnie. Na przykład krąg osób publicznych, dziennikarzy, publicystów czy ludzi generalnie zainteresowanych polityką nie ma niemal żadnych punktów stycznych z kręgiem ludzi zafascynowanych sportem czy grami komputerowymi. Poza tym Twitter bywa postrzegany przez najmłodsze pokolenie użytkowników internetu jako medium dla „starych”. Na topie jest teraz, zdaje się, TikTok.

 

Z mojego punktu widzenia Twitter był drugim miejscem w wirtualnej przestrzeni, gdzie zderzyłem się z moimi odbiorcami. Byłem już na to przygotowany po zaprawie w Salonie24 (Facebook to jednak inna sprawa – tam od początku, korzystając z narzędzi chroniących prywatność, spotykam się tylko ze znajomymi). Obserwowałem jednak różne reakcje na to zderzenie – byli tacy, którzy w pewnym momencie swoje konta pod wpływem zmasowanych ataków zakłódkowali, czyli ograniczyli dostępność do nich do wybranych osób, ale potem wrócili do kont otwartych. Są tacy, którzy od początku kryli się za kłódką – na przykład Robert Mazurek z jednym ze swoich dwóch kont – i trwają w tym ukryciu.

 

Co ważne – konto zakłódkowane nie może być kontem zweryfikowanym. Charakterystyczna gwiazdka przy nazwie profilu, sygnalizująca właśnie zweryfikowane konto, była zawsze nieco snobistyczną oznaką prestiżu, ale też ma znaczenie praktyczne: jako że opatrzenie nią konta wymaga dokładnej weryfikacji tożsamości jego właściciela, jest to zabezpieczenie przed całkiem częstymi twitterowymi wygłupami bądź sabotażem, gdy ktoś udaje kogoś innego, zmieniając swoje zdjęcie i oficjalną nazwę konta (nie mylić z nickiem, czyli identyfikatorem poprzedzonym znaczkiem „@”, którego zmienić nie można). Na polskim Twitterze specjalizuje się w tym użytkownik występujący jako „Człowiek Bóbr”. Bywało, że na jego maskaradę nabierały się osoby publiczne, a nawet media.

 

Nieliczne są osoby, które w naszym zawodzie konta na Twitterze nie mają. Podziwiam tutaj upór choćby Andrzeja Stankiewicza. To jednak wyjątki, bo dla dziennikarza Twitter to po prostu narzędzie pracy, a dla publicysty, który ma grupę wiernych odbiorców, również metoda nawiązywania z tą grupą kontaktu i podtrzymywania jej zainteresowania.

 

Twitter stawia jednak przed użytkownikiem, zwłaszcza użytkownikiem popularnym, pewne wyzwania. Podstawowe to sposób radzenia sobie z agresją, chamstwem, hejtem. Tu metody są różne. Ciekawie zadziałał po latach obecności na Twitterze Bartosz Węglarczyk: w którymś momencie dokonał zbiorowej abolicji zablokowanych przez siebie użytkowników, a potem ich już tylko (lub prawie wyłącznie) wyciszał. Zatem oni widzą jego, a on ich czytać nie musi.

 

Ja nie zdecydowałem się na taki krok, a lista przeze mnie zablokowanych kont ma już pewnie kilka tysięcy pozycji (nie liczyłem). Użytkownikom serwisu, którzy mają po kilkuset lub najwyżej kilka tysięcy obserwujących może się wydawać, że masowe blokowanie innych to obsesja albo zamiłowanie do cenzury. Pomijając fakt, że urządzenie własnego konta w medium społecznościowym według swoich preferencji nie ma nic wspólnego z cenzurą, która oznacza blokowanie wolnego słowa w przestrzeni publicznej – te osoby nie doceniają masowości reakcji. Jeżeli codziennie pod naszym adresem padają dziesiątki obelg, blokowanie wydaje się najlepszym rozwiązaniem.

 

Algorytmy Twittera zaczęły tu jednak w pewnym momencie przychodzić w sukurs, filtrując to, co pojawia się na naszym timelinie (nie ma chyba dobrego polskiego odpowiednika). Uważny użytkownik o wielu tysiącach obserwujących zauważy, że korzystając z natywnej aplikacji Twittera wielu kierowanych w swoją stronę wypowiedzi nie widzi, choć ich autorzy nie zostali przez niego zablokowani. To wychodzi na jaw czasem gdy zagłębić się w kolejne wątki odpowiedzi na własne tłity. Można te wypowiedzi, owszem, podejrzeć, korzystając z którejś z aplikacji innych producentów, a jest takich dużo. Może jednak lepiej tego nie robić, bo poziom knajactwa, wulgarności, obrzydliwość niektórych uwag są naprawdę kloaczne. Co zdumiewające, niektóre z nich są pisane pod własnymi nazwiskami – tak to przynajmniej wygląda.

 

Kolejne wyzwanie to twitterowe trolle. O farmach takich sztucznie tworzonych kont wielokrotnie było głośno nie tylko w Polsce. U nas pojawiały się masowo zwykle w momentach politycznie trudnych, na ogół przedwyborczych. Można je jednak dostrzec również na co dzień. Na ogół mają kilka wspólnych cech: często niedawną datę założenia (choć to nie reguła, bo takie konta mogą być stworzone dawno temu i w zamrożeniu czekać na moment, gdy będą potrzebne), zwykle mało obserwujących i obserwowanych, prawie zawsze przeważają podane dalej tłity podbijające jakąś narrację polityczną, mało jest natomiast tłitów własnych czy dyskusji z innymi. Są za to często tło i ikony, wskazujące na partyjne sympatie. W okresie ostatnich wyborów prezydenckich wiele kont prawdopodobnie tego rodzaju miało na przykład w tle słynne zdjęcie Andrzeja Dudy na tle biało-czerwonej kotary.

 

Kilka lat temu zapanowała moda na narzędzia do analizujące autentyczność kont obserwujących szczególnie znane osoby, co miało obnażyć fakt, że ogromna część to rzekomo konta sztuczne, a zatem – w domyśle – kupione. W ten sposób zwolennicy obecnej władzy zabrali się na przykład za Tomasza Lisa i innych antyrządowych dziennikarzy. Ja również w pewnym momencie dowiedziałem się, że kilkadziesiąt procent z moich obserwujących to podobno sztuczne konta. Problem w tym, że stosowane do tych analiz narzędzia opierały się na kompletnie nieprzydatnych kryteriach. Sprawdzały na przykład, ile dane konto publikuje tłitów, podczas gdy nie jest to żaden probierz autentyczności konta. Na Twitterze jest mnóstwo jak najbardziej autentycznych użytkowników, którzy jedynie obserwują, a odzywają się bardzo rzadko. Z czasem sprawa ucichła.

 

Przez te 11 lat udało mi się nawiązać kilka specyficznych twitterowych znajomości. To ludzie, których nazwisk nawet nie znam, ale którzy odzywają się do mnie bardzo często, z którymi dzielę wspólne poglądy, a ich uwagi są interesujące i przyjemnie się z nimi rozmawia. Niegdyś okazją do zapoznania się z takimi osobami na żywo bywały tweetupy, czyli spotkania użytkowników Twittera w realu. Do takiej formy nawiązywania kontaktów uciekali się też politycy: tweetupy organizowali prezydent Andrzej Duda, premierzy Beata SzydłoMateusz Morawiecki, wicepremier Jarosław Gowin. Z czasem jednak motywacja polityków do spotykania się z twitterowiczami jakby spadła – tweetupy skończyły się jeszcze zanim zaczęła się epidemia, która z oczywistych powodów je wyklucza.

 

Najbardziej chyba znaczącą rewolucją, jaką przeszedłem na Twitterze – poza tym, że z czasem przestałem korzystać z zewnętrznych aplikacji, bo ta natywna została wystarczająco udoskonalona – było zwiększenie rozmiaru wpisu ze 140 do 280 znaków. Był o to wielki spór i awantura, niektórzy twierdzili, że to zabije lakoniczną naturę Twittera. Byłem przeciwnego zdania – język polski, zwłaszcza jeśli posługujemy się nim starannie, jest znacznie mniej skrótowy niż angielski. 140 znaków to było po prostu za mało, zwłaszcza że dopiero kilka lat temu Twitter wprowadził możliwość łączenia wiadomości w wątki. 280 znaków jest w sam raz.

 

Czy będę na Twitterze nadal czy też przeniosę się na którą z alternatywnych platform, które wywołują taką ekscytację od momentu, gdy zablokowano konto Donalda Trumpa? Czyniąc to, Twitter – nie mam wątpliwości – przekroczył pewną granicę, stając się po prostu politycznym aktorem. Niezależnie od tego, jak oceniamy wypowiedzi ustępującego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

 

Na razie jednak nie widzę alternatywy wartej uwagi. Niestety, działa tu efekt skali. Zgromadzenie w innym miejscu 100 tysięcy obserwujących byłoby czymś na kształt syzyfowej pracy. Jako narzędzie dla ludzi zainteresowanych życiem publicznym i jako ogromna agora – nawet jeśli przy jej bramie stoi coraz agresywniejszy Cerber – Twitter pozostaje bezkonkurencyjny.

JAN JAKUBOWSKI: Moje doświadczenia z Verlagsgruppe Passau

Zdecydowanie popieram stanowisko Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (którego jestem członkiem od 1975 r.), stanowczo protestujące przeciwko ingerencji Deutsche Journalisten-Verband  (Niemieckiego Związku Dziennikarzy, DVJ) w wewnętrzne sprawy Polski  poprzez  apel do Komisji Europejskiej „o przyjrzenie się rozwojowi rynku gazet  w Polsce”.

 

To niespotykana ingerencja w rynek medialny w Polsce i w niezależność dziennikarzy polskich, których DVJ powinna być sprzymierzeńcem. A tak, niestety, nie jest. Czy DVJ reprezentuje interesy niezależnego dziennikarstwa, czy niemieckiej korporacji Verlagsgruppe Passau, które opanowało redakcje 20 gazet regionalnych i kilkaset portali w Polsce?

 

Jestem jednym z pierwszych dziennikarzy polskich, którzy zetknęli się z działaniem  Verlagsgruppe Passau. W styczniu 1991 roku, w wyniku działania Komisji Likwidacyjnej RSW, „Dziennik Bałtycki” został sprzedany spółce solidarnościowej „Przekaz” i – z mniejszościowym udziałem – francuskiemu koncernowi Hersanta. Zostałem redaktorem naczelnym „Dziennika Bałtyckiego”. Przez kilka lat mogłem prowadzić niezależną politykę redakcyjną. Przedstawiciele Hersanta nie ingerowali w politykę redakcji. Niestety, sukcesywnie podnosili kapitał zakładowy spółki pod pretekstem modernizacji redakcji, czemu spółka „Przekaz” nie mogła dorównać z braku środków, aż wreszcie osiągnęli przewagę kapitałową. I w takim stanie rzeczy  w 1994 roku sprzedali spółkę, a zatem i redakcję „Dziennika Bałtyckiego” niemieckiemu wydawcy Verlagsgruppe Passau.

 

I tu, niestety, zaczęły się „schody”. Rok 1995 był w Polsce okresem wyborów prezydenckich. Prezentowaliśmy kandydatów, a zwłaszcza dwóch najważniejszych: Lecha WałęsęAleksandra Kwaśniewskiego. Wysłałem reporterów do matecznika Kwaśniewskiego na Pomorzu, którzy przywieźli mi reportaż o nie najchlubniejszej roli jego ojca – ginekologa. Opublikowałem go, a jednocześnie opublikowałem wywiad z prorektorem Uniwersytetu Gdańskiego, prof. Brunonem Synakiem, który stwierdził, że Aleksander Kwaśniewski nie jest magistrem, nie posiada dyplomu ukończenia Uniwersytetu Gdańskiego. A tym tytułem sztab Kwaśniewskiego podkreślał jego przewagę nad „elektrykiem” Lechem Wałęsą, ustępującym prezydentem. Zaczęła się potworna „zadyma”. O ważności wyborów debatował Sąd Najwyższy, który jednak, co prawda nie jednogłośnie , uznał wygraną Kwaśniewskiego.

 

Dla przedstawicieli Kwaśniewskiego (lokalnych struktur SDRP) był to sygnał, by przypuścić atak na „Dziennik Bałtycki”. I osiągnęli swój cel. Zaczęli szturmować wydawcę, na przykład poseł Longin Pastusiak interweniował by nie przyznać pozwolenia na budowę drukarni w Gdańsku. To odniosło skutek. Zostałem zwolniony z funkcji redaktora naczelnego w listopadzie 1996.

 

Wydawca „Dziennika Bałtyckiego” natychmiast uzyskał pozwolenie na budowę drukarni.

 

W rok później, czyli w 1997 mój następca red. Andrzej Liberadzki został zwolniony za reportaż o wakacjach prezydenta Kwaśniewskiego ze szpiegiem  rosyjskim Władimirem Ałganowem. Prezes VGP Franz Hirtrejter napisał list przepraszający do Kwaśniewskiego, praktycznie przed nim się ukorzył. Wszystko to służyło pozyskaniu przychylności władzy (rządził SLD) w rozwijaniu w Polsce inwestycji VGP, która połykała wydawnictwa, a zatem gazety regionalne.

 

Muszę tu wspomnieć, że w 1998 r. została zlikwidowana gazeta, popołudniówka „Wieczór Wybrzeża”, także będąca własnością VGP. Była to gazeta bardzo popularna w Trójmieście, po którą o godz. 14 ustawiały się kolejki przed kioskami. Ta likwidacja nie była wyrazem troski o stan polskiej prasy ale bezwzględnym dążeniem do maksymalizacji zysku – rynek reklam „Wieczoru” przejął „Dz. B.” a zmniejszyło się zatrudnienie i koszty.

 

Tak wyglądała wolność słowa oraz troska o byt i niezależność polskich dziennikarzy pod kierownictwem Verlagsgruppe Passau występującemu w Polsce pod szyldem Polska Press.

 

Jan Jakubowski

Redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego” w latach 1991-1996

fot. Andrzej Gojke