Papież Franciszek: dziennikarstwo wymaga spotkania

Kryzys w przemyśle wydawniczym niesie niebezpieczeństwo informacji tworzonych w redakcjach, przed komputerem, w agencjach, w sieciach społecznościowych, bez wychodzenia na ulice, bez „zdzierania butów”, bez spotykania osób – pisze papież Franciszek w Orędziu na 55. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

 

W dokumencie zatytułowanym  „«Chodź i zobacz» (J 1, 46). Komunikować, spotykając osoby, tam gdzie są, i takie, jakie są” Franciszek zwraca uwagę na jeden z głównych problemów współczesnych mediów jakim jest tworzenie materiałów dziennikarskich „za biurka”, przez telefon czy internet bez osobistego kontaktu z człowiekiem.

 

„Uważne głosy od dawna narzekają na ryzyko spłaszczenia w «gazetach kopiach» czy w wiadomościach telewizyjnych, radiowych i na stronach internetowych, zasadniczo jednakowych, gdzie gatunek wywiadu i reportażu traci miejsce i jakość na rzecz informacji, która się sprzeda, «pałacowej», autoreferencyjnej, która w coraz mniejszym stopniu ukazuje prawdziwy stan rzeczy i konkretne życie ludzi i która nie jest już zdolna uchwycić najpoważniejszych zjawisk społecznych ani pozytywnej energii, uwalniającej się u podstaw społeczeństwa – pisze papież.

 

Dalej przestrzega: „Jeśli nie otworzymy się na spotkanie, pozostaniemy widzami z zewnątrz, pomimo technologicznych innowacji, które mogą stawiać nas wobec rzeczywistości poszerzonej, w której, jak się nam wydaje, jesteśmy zanurzeni”.

 

Franciszek, zwracając się do ludzi mediów, nawiązuje do słów z Ewangelii św. Jana: „Chodź i zobacz”. Zdanie to odnosi się do poznania Jezusa przez uczniów. To dzięki spotkaniu odmieniło się ich życie. Ten biblijny przykład papież przekłada na rzeczywistość pracy dziennikarzy.

 

„«Chodź i zobacz» jest najprostszym sposobem, aby poznać rzeczywistość. To najbardziej uczciwa weryfikacja każdej wiadomości, ponieważ, aby poznać, trzeba spotkać, pozwolić, aby ten, kto stoi przede mną, opowiedział mi, pozwolić, aby jego świadectwo dotarło do mnie – zauważa Franciszek.

 

Papież w Orędziu pisze również o zaletach i zagrożeniach mediów społecznościowych. Z jednej strony udostępniają one informacje z pierwszej ręki, umożliwiają wszystkim komunikowanie wydarzeń, które mogłyby zostać pominięte przez media tradycyjne. Z drugiej strony jednak istnieje niebezpieczeństwo przekazywania fałszywych informacji.

 

„Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za nasz przekaz, za informacje, które podajemy, za kontrolę, której razem możemy dokonywać odnośnie do fałszywych wiadomości, demaskując je. Wszyscy jesteśmy wezwani, by być świadkami prawdy – aby pójść, zobaczyć i się podzielić” – podkreśla papież.

 

opr. jka, źródło: episkopat.pl, fot. Wikipedia

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Dalej jest… fałsz?

9 lutego w Sądzie Okręgowym w Warszawie ma zapaść wyrok w sprawie przeciwko prof. Barbarze Engelking i prof. Janowi Grabowskiemu, współautorom kontrowersyjnej książki „Dalej jest noc”, w której sugerują, że Polacy współuczestniczyli w Holokauście i zamordowali 200 tys. Żydów. Autorów broni „Gazeta Wyborcza”, atakując IPN i polski rząd.

 

Proces rozpoczął w się w październiku 2019 r. Zdaniem powódki – Filomeny Leszczyńskiej jej stryj, sołtys wsi Malinowo Edward Malinowski został w książce fałszywie pomówiony o ograbienie Żydówki i współpracę z Niemcami podczas II wojny światowej. Od autorów domaga się przeprosin, 100 tys. zł zadośćuczynienia, erraty i zakazu dalszej publikacji „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”.

 

Powódkę wspiera Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga przeciw Zniesławieniom. Jej prezes Maciej Świrski mówi, że z akt sądowych sprawy z lat 50. wynika, że Edward Malinowski w czasie niemieckiej okupacji nie donosił na Żydów, ale ich ukrywał, pomagał. Jego zdaniem, publikacja prof. Engelking i prof. Grabowskiego stanowi pomówienie dobrego imienia sołtysa Malinowa i jest sprzeczna z ideami rzetelnej pracy naukowej.

 

„Zakłamani pseudopatrioci”

 

Ostatnio w „Gazecie Wyborczej” powstał artykuł na ten temat Wojciecha Czuchnowskiego: „Gdy nie udało się przemilczeć książek badaczy Zagłady w Polsce, postanowiono zrobić z nich kłamców i fałszerzy. Do akcji ruszył cały aparat państwa PiS i wspierane przez niego organizacje. Poligonem doświadczalnym ma być proces o książkę <<Dalej jest noc>>”.

 

Tyle o rzekomych powodach sprawy sądowej, dalej jest o samym dziele: „To drobiazgowe i obszerne opisy tysięcy przypadków. Jeden z nich jest właśnie tematem kończącego się procesu. Wyrok będzie miał wpływ na wolność badań naukowych w Polsce, ale także na wizerunek naszego kraju w środowiskach historyków na całym świecie”.

 

W „GW” wypowiada się prof. Jan Grabowski przywołując klisze antysemityzmu: „Chwilami przypomina mi się nagonka władz PRL na naukowców w 1968 roku. Te same metody, ta sama retoryka. Chodzi o to, żeby nas zdyskredytować i zastraszyć”.

 

Nie mogło zabraknąć ataku na prezesa Reduty i polski rząd: „Za całą sprawą stoi Maciej Świrski, prezes i założyciel Reduty Dobrego Imienia. To dotowana przez państwo prawicowa fundacja, która wspiera PiS-owską politykę historyczną. W jej ujęciu podczas wojny Polacy byli niemal wyłącznie ofiarami i bohaterami oraz masowo ratowali Żydów”.

 

Inny dziennikarz „Gazety Wyborczej” Mirosław Maciorowski zawyrokował: „Zakłamani pseudopatrioci z opłacanych przez władzę organizacji nazywają ich dzieło antypolskim. Jestem pewien, że go nie przeczytali, a jeśli nawet, to jako nacjonalistyczni fanatycy uważają, że polską racją stanu jest obłuda i wypieranie ze świadomości niewygodnej prawdy”.

 

„Nie ma nic wspólnego z nauką”

 

I jeszcze jeden cytat z „Wyborczej”: „<<Dalej jest noc>> to książka naukowa, bardzo dobrze udokumentowana. I może właśnie dlatego wywołuje taką histerię wśród nacjonalistów. Ktoś śmie uprawiać naukę, kiedy władza wzywa badaczy do uprawiania polityki historycznej. I nie tylko wzywa, ale daje na ten cel duże pieniądze”.

 

A jak naprawdę rzecz się ma z naukowcami. Na apel Reduty Dobrego Imienia 134 polskich naukowców napisało m.in.: „Grabowski nie przestrzega podstawowych zasad rzetelności badacza”, „buduje konstrukcje propagandowe”, „eliminuje kluczowe fakty”, „nie ma nic wspólnego z nauką”, „sprzeniewierza się powołaniu naukowca”.

 

Stanowisko naukowców skupionych wokół Reduty wsparło w 2019 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (czytaj TUTAJ) uzasadniając, że w niniejszej sprawie zachodzi istotne zagrożenie naruszenia prawa w zakresie wolności słowa. Dlatego jest obserwatorem procesu w charakterze amicus curiae („przyjaciela sądu”).

 

Grabowski protestuje…

 

W książce „Dalej jest noc”, sygnowanej przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów, autorzy stawiają tezę, że w czasie II wojny światowej „dwóch spośród każdych trzech Żydów poszukujących ratunku zginęło – najczęściej za sprawą swoich sąsiadów, chrześcijan”.

 

Prof. Jan Grabowski od dawna jest znany z podobnej twórczości i akcji. W 2018 r. chciał zablokować wystawę Instytutu Pamięci Narodowej zorganizowaną razem z Ambasadą Polski w Ottawie i tamtejszą uniwersytecką Slawistyczną Grupą Badawczą. Wystawa nosiła tytuł: „Polacy ratujący Żydów”.

 

Grabowski, który wykłada na ottawskim uniwersytecie, w liście do władz uczelni uprzejmie doniósł, że Instytut zajmuje się „zniekształcaniem, w sposób radykalny, polskiej narodowej świadomości historycznej”. „Trzeba powiedzieć: dość! Nie można pozostać obojętnym, gdy ludzie, którzy chcą karać więzieniem wyłamujących się z głównego nurtu uczonych, ludzie, którzy dławią wszelkie dyskusje i są pełnomocnikami nacjonalistów, rządzących Polską, próbują uczyć nas historii” – napisał prof. Grabowski.

Nacjonalistami ma być polska władza, a pełnomocnikami nacjonalistów – naukowcy z Instytutu Pamięci Narodowej. Grabowski zaapelował do swoich studentów oraz do Żydów z Ottawy, by „przyszli i wyrazili swój sprzeciw wobec jakichkolwiek prób zniekształcania historii ludobójstwa europejskich Żydów.”

 

W liście do władz swojej uczelni napisał dalej: „Jednym z najbardziej szkodliwych aspektów »polityki historycznej« promowanej przez IPN na arenie międzynarodowej jest uporczywe dążenie by celebrować polskich „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, czyli Polaków ratujących Żydów w czasie okupacji. Ci odważni ludzie są używani przez IPN instrumentalnie, w celu przykrycia o wiele mniej chwalebnych czynów dużej części polskiego społeczeństwa, które na różne sposoby brało udział w niemieckim planie ludobójstwa. Fakt, że tysiące polskich Żydów zostało zamordowanych lub zadenuncjowanych Niemcom przez swoich polskich sąsiadów, jest w całości usunięty z polskiej narracji”.

 

Na tym ma polegać tzw. „nowa polska szkoła historii i Holocaustu”. A Grabowski, prócz tego, że szczyci się tytułem profesora Uniwersytetu Ottawskiego, jest zatrudniony w Polskiej Akademii Nauk – Centrum Badań nad Zagładą Żydów – firmującym książkę „Dalej jest noc”.

 

Grabowski contra Reduta

 

Prof. Jana Grabowskiegodo zaprzestania szkalowania Narodu Polskiego” Reduta Dobrego Imienia wezwała w 2018 r. We wspomnianym wcześniej oświadczeniu RDI, podpisanym przez 134 polskich naukowców, czytaliśmy: „Działalność Jana Grabowskiego nie tylko nie przyczynia się do poznania prawdy, ale jest też rozsadnikiem kłamstwa w międzynarodowym życiu publicznym i naukowym, a więc jest sprzeczna z powołaniem naukowca”.

 

Co na to Grabowski? Nie tylko nie zaprzestał „szkalowania Narodu Polskiego”, ale na łamach portalu Jewish.pl. szkalowanie zarzucił Reducie i… pozwał ją. Reprezentujący go prawnicy podważają „rzekomo szkalujący i nieprzychylny stosunek profesora wobec Polski i Polaków, który wyrażać ma się poprzez publikowanie wyników badań nad Holokaustem i zbrodniami popełnionymi przez Polaków na Żydach podczas II wojny światowej”.

 

Adwokat we własnej sprawie

 

Niestety, ci autorzy [książki „Dalej jest noc”] dokonali manipulacji na źródłach, a ich skala jest zatrważająca. Profesorowie, którzy się z tym zetknęli byli jednego zdania, że z taką skalą manipulacji, nierzetelności, nie mieliśmy (do czynienia) od lat 50-tych” – mówił w TVP Info prezes IPN dr Jarosław Szarek. – „Ta praca trwała wiele miesięcy, ponieważ poszliśmy tą drogą, którą szli autorzy tej książki. Dotarliśmy do tych samych źródeł i zweryfikowaliśmy je”.

 

Obserwujemy próby zdyskredytowania naszych badań oraz opartej na nich książki za pomocą sensacyjnych materiałów w mediach, zawierających – obok wątków merytorycznych – niedopuszczalne generalizacje, manipulacje i pomówienia. Wyrażamy zdecydowany sprzeciw wobec takich metod” – czytamy w oświadczeniu Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Centrum jest adwokatem we własnej sprawie. Broni sygnowanej przez siebie książki „Dalej jest noc”. A samo oświadczenie jest odpowiedzią na krytyczne słowa dr. Piotra Gontarczyka z IPN, który „Dalej jest noc” nazwał „naukową mistyfikacją”.

 

Nazywanie ustaleń badawczych »mistyfikacją«, »kłamstwem na temat Polski i Polaków«, podważanie rzetelności i warsztatu naukowego czy wreszcie sugerowanie, że celem naszej książki jest »przypisanie większej odpowiedzialności Polakom za Holokaust«, nie ma nic wspólnego ani z treścią tomów, ani z dyskursem akademickim, ani ze standardami dziennikarskimi; jest to brutalny medialny atak na autorów książki, ich dorobek oraz niezależność naukową” – broni się dalej Centrum.

 

Polska szkoła?

 

Książka „Dalej jest noc” ma być sztandarowym dziełem wspominanej już „nowej polskiej szkoły historii Holokaustu”. Nowa szkoła – zapewne tak. Ale polska? Przecież Polaków przedstawia w złym świetle. Analizując historię getta w Bochni dr Gontarczyk odkrył, że brutalna działalność żydowskiej policji została przypisana… policji polskiej. „Jeżeli to nie jest grube naukowe oszustwo, to co nim jest?” – pyta historyk.

 

„Dalej jest noc” to efekt wieloletniego projektu badawczego. Szkoda, że państwo za czasów PO/PSL dało na to fundusze, a późniejszy resort nauki ministra Gowina nie wycofał ogromnego grantu. Nie wiedziano, czym pachnie „nowa polska szkoła historii Holokaustu”?

 

Tadeusz Płużański

Ruszyła piąta edycja Solidarnościowej Akcji Radiowej w Radiu Wnet

Radio Wnet kontynuuje akcję pomocy dla polskich przedsiębiorców dotkniętych skutkami pandemii i po raz piąty udostępnia im bezpłatnie czas reklamowy na swojej antenie.

 

W ramach kolejnej już edycji Solidarnościowej Akcji Radiowej Radio Wnet oferuje polskim przedsiębiorcom czas reklamowy o wartości ponad 250 tys. złotych. Wysyłając swoje zgłoszenia do 28 lutego 2021 roku, otrzymają oni za darmo siedmiodniową kampanię reklamową w Radiu Wnet, którego można słuchać w Warszawie, Krakowie, we Wrocławiu oraz w Białymstoku.

 

Pandemia uderzyła w wiele polskich firm, które wciąż odczuwają negatywne skutki wprowadzonych ograniczeń w działalności gospodarczej. SAR ma im pomóc przetrwać ten trudny okres.

 

W pierwszych czterech edycjach akcji wzięło udział ponad dwieście firm oraz organizatorów akcji społecznych i charytatywnych. Solidarnościowa Akcja Radiowa to już nie tylko darmowa reklama na antenie radiowej. Każda z edycji ewaluuje w kierunku zapewnienia jak najszerszej promocji zgłoszonych do akcji uczestników. Na przykład, w ramach pierwszej i drugiej edycji SAR przedsiębiorcy mieli możliwość wzięcia udziału w szkoleniu online ze specjalistami z dziedziny biznesu oraz tworzenia wizerunku marki. Poza tym, od początku drugiej edycji, codziennie na antenie Radia Wnet przeprowadzane były wywiady z uczestnikami akcji w ramach specjalnej audycji. W czwartej edycji akcji rozszerzono jeszcze promocję. Audycji z przedsiębiorcami uczestniczącymi w SAR można było wysłuchać nie tylko na antenie, ale także na portalu wnet.fm, radiowym kanale YouTube oraz na popularnych platformach streamingowych w formie podcastów.

 

Szczegóły akcji oraz zasady uczestnictwa można znaleźć TUTAJ.

 

opr. jka, źródło: Radio Wnet

 

 

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu red. Michała Majewskiego za ochronę źródeł informacji w tzw. aferze taśmowej

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wyraża stanowczy protest przeciwko apelacyjnemu wyrokowi Sądu Okręgowego w Warszawie na podstawie którego były dziennikarz „Wprost” red. Michał Majewski został uznany winnym i skazany na 18 tys. zł grzywny za obronę wydania laptopa red. nacz. tygodnika Sylwestra Latkowskiego prokuraturze i agentom Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, by zachować  tajemnicę dziennikarską. CMWP SDP podtrzymuje swoje stanowisko w tej sprawie sformułowane po wyroku skazującym w sądzie I instancji w lutym 2020 r. i zapewnia iż będzie wspierać dziennikarza w skardze kasacyjnej, jeśli on zdecyduje się ją złożyć.

 

Wyrok dotyczy zdarzenia z 18 czerwca 2014 r., gdy po ujawnieniu przez tygodnik „Wprost” nagrań z podsłuchów m.in. prominentnych polityków PO i osób związanych z ówczesną partią sprawującą władzę prokuratorzy oraz funkcjonariusze ABW wkroczyli do redakcji tygodnika „Wprost” w ramach śledztwa prowadzonego przez stołeczną prokuraturę w sprawie nielegalnych podsłuchów i zażądali wydania nośników nagrań tuż po tym, jak tygodnik ujawnił pierwsze nagrania rozmów polityków i biznesmenów podsłuchanych w dwóch warszawskich restauracjach, co wywołało tzw. aferę taśmową. Ówczesny redaktor naczelny tygodnika, Sylwester Latkowski powołując się na tajemnicę dziennikarską odmówił wydania materiałów. Prokuratura zarządziła przeszukanie, a funkcjonariusze ABW próbowali siłą odebrać red. Latkowskiemu laptop, co nie im się nie udało. W obronie ówczesnego szefa „Wprost” stanęli dziennikarze wielu różnych mediów, w tym także Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. 3 lutego 2020 r. Sąd Rejonowy w Warszawie uznał red. Michał Majewskiego i wydawcę pisma Michała M. Lisieckiego za winnych i skazał ich na grzywny z artykułu 224 § 2, który mówi o tym, że podlega karze ten, kto stosuje przemoc lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia funkcjonariusza publicznego do przedsięwzięcia lub zaniechania prawnej czynności służbowej odpowiednio na grzywny 18 tys. zł i 20 tys. zł .

 

W ocenie CMWP SDP przypisywane dziennikarzom zarzuty nie miały miejsca, a sąd zlekceważył swoim wyrokiem zarówno wszystkie okoliczności tego zdarzenia, jak i ich kontekst czyli ważny interes społeczny , jakim było zarówno ujawnienie treści nagrań z podsłuchów , jak i ochrona tajemnicy dziennikarskiej związanej z ich publikacją.

 

CMWP SDP pragnie podkreślić, iż skazywanie dziennikarzy bez uwzględniania wszystkich okoliczności wykonywanej przez nich pracy i bez uwzględniania kontrolnej funkcji mediów w demokratycznym państwie prowadzi do uruchomienia i upowszechnienia w pracy dziennikarskiej mechanizmu autocenzury, czyli samoograniczania się także innych dziennikarzy i nie podejmowania przez nich w publikacjach trudnych i kontrowersyjnych problemów społecznych, co w oczywisty sposób niszczy zasadę wolnego słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich. Jest to tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie prawa polskiego, jak i innych krajów jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi. Dlatego w ocenie CMWP SDP wyrok ten narusza fundamentalną dla ustroju demokratycznego zasadę wolności słowa

 

CMWP SDP pragnie podkreślić, że zarówno na gruncie prawa krajowego jak i międzynarodowego wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są wszystkie instytucje państwowe. W/opisany wyrok budzi więc zdecydowany sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by wskazane wyżej orzeczenie miało się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 22 stycznia 2021 r.

 

Stanowisko CMWP SDP  z 6.02.20 jest TUTAJ.

 

Nu, Zuckenberg! Nu pagadi! – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Stowarzyszenie „Królestwo Wolnych Słowian” zapragnęło zostać Markiem Zuckenbergiem znad Wisły. Ze skutkiem wiadomym do przewidzenia.

 

Po  tym jak Prezydenta Donalda Trumpa skandalicznie zablokowano w internetach, niejednemu zrodziła się myśl… No to teraz Wam pokażemy. I dokopiemy. I się zaczęło. W trakcie rozruchu jest też portal społecznościowy Gazety Polskiej i będą następne. Każdego, komu gdzieś tam kiedyś dano bana, ma ochotę otworzyć coś własnego. Tak jak kuchcik podtapiany w kotle i wywalony przez właściciela, otwiera własną knajpę, aby się odgryźć na gastro bandzie. A co. „Nu, Zajec! Nu pagadi!

 

A jeszcze wcześniej zaczął działać portal o patetyczno – wzniosłej nazwie Wolni Słownianie.pl. Podobno słowa mają znaczenie, więc się nad tym zatrzymajmy.

 

Co prawda etymologiczne spory nadal trwają, ale w języku łacińskim słowo sclavus znaczy tyle co Słowianin, jak również niewolnik. Jak pamiętamy z historii,  handlowano niewolnikami na całego, a dominowali wśród tej podaży Słowianie właśnie. Popyt nakręcali  Arabowie, a pośrednikami byli m.in. żydowscy kupcy. Obrót naszymi ziomami był niczego sobie. Znanym ośrodkiem niewoli, gdzie handelek kwitł w najlepsze była Praga.

 

Tak więc Wolni Słowianie to dobra nazwa, bo już żeśmy się z kajdan wymotali. A może jeszcze lepsza byłaby Wyzwoleni Niewolnicy? Przy okazji można byłoby się ubiegać o jakieś odszkodowanie.

 

Idźmy dalej. Jak wiemy z geografii i innych Wikipedii, Słowianie zamieszkują Polskę, Czechy, Słowację, Rosję, Białoruś, Ukrainę, Słowenię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Czarnogórę, Serbię, Macedonię Północną czy Bułgarię.

 

I to jest dopiero strzał w dziesiątkę, bo przecież nie w stopę.

 

Wyobraźcie sobie platformę społecznościową bez cenzury, w której Słowacy wystawią laurkę bogatszym braciom Czechom. Czesi będą pisać co sądzą o sąsiadach z północy, Polakach. Polacy, Białorusini i  Ukraińcy o Rosjanach, Chorwaci o Serbach, a Bośniacy o jednych i drugich. I tak dalej. Czarnogórzec po wypiciu porannej śliwowicy i Bułgar po południowej szklanicy rakiji zapragnie to wszystko przeczytać i skomentować. Bez hejtu i cenzury oczywiście. W imię braterskiej słowiańskiej miłości.

 

Zdjęcie na głównej opatrzymy arcySłowiańską Cleo ubijającą masło lub obecną kochanką Władimira Putina. Będziemy z namiętnością udostępniali na portalu paski z Russia Today. W końcu przecież to nasi bracia Słowianie.

 

Niezła mieszanka wybuchowa. Tak naprawdę wystarczyłoby nazwać portal Wolne Bałkany albo Swobodna Jugosławia i już byłoby niezmiernie ciekawie.

 

A co z naszymi bratankami Węgrami, przecież to grupa ludów ugryjskich? Można by było ich gościnnie wsadzić do jakiejś zakładki czy innej zaufanej grupy.

 

Może kiedyś powstanie portal Wolni Semici. W którym zarówno i Żydzi i Arabowie, będą sobie nawzajem lajkować, wysyłać serduszka i strzelać tylko focie. I ci z Autonomii Palestyńskiej i Ci z Tel Awiwu. Świat będzie taki piękny, nie zbanowany…

 

Z nowinek. Zanim nowy portal bez cenzury rozkwitł na dobre, postanowił się już zawiesić. Choć zdążono w ramach wolności słowa, zablokować na nim, twórcę internetowego Krzysztofa Gonciarza. Parafrazując gospodarza domu z Alternatyw 4: „Akceptujemy wszystkie wpisy na naszym portalu wolnej myśli, oczywiście jeżeli będą zgodne z naszymi oczekiwaniami”.

 

Krzysztof Prendecki

Wsparcie CMWP SDP dla Ewy Stankiewicz w związku z odwołaniem premiery jej filmu „Stan Zagrożenia” przez TVP

W związku z zaskakującym odwołaniem premiery filmu „Stan Zagrożenia” autorstwa  Ewy Stankiewicz  przez TVP S.A.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich  oświadcza, iż w pełni  solidaryzuje się z  red. Ewą Stankiewicz, dziennikarką i dokumentalistką  i apeluje do Telewizji Publicznej o emisję tego filmu w najbliższym możliwym terminie. 

 

„Stan zagrożenia” miał zostać pokazany w TVP1 20 stycznia b.r. o godz. 21:00 w ramach pasma dokumentalnego. W dniu planowanej publikacji po południu pojawiły się informacje, że emisję filmu odwołano, co potwierdziło się wieczorem, gdyż o godz. 21 w TVP1 transmitowano mecz piłkarski o Superpuchar Włoch.

 

Wg informacji publikowanych w mediach Centrum Informacji Telewizji Polskiej w wydanym wieczorem komunikacie wyjaśniło, że do firmy „wpłynęły zastrzeżenia natury formalno-prawnej, stwarzające poważne wątpliwości co do ryzyka użycia w filmie materiałów prawnie chronionych”. Telewizja publiczna poinformowała, że po przeprowadzeniu szczegółowych analiz prawnych zdecydowano się przełożyć emisję „Stanu zagrożenia” na 10 kwietnia b.r.  Decyzja TVP S.A. zaskoczyła zarówno Autorkę filmu , jak i jego producentów.  Ewa Stankiewicz w oświadczeniu wydanym  21 stycznia b.r. stwierdziła, że decyzja o wycofaniu „Stanu zagrożenia” z emisji została podjęta w ostatniej chwili, a film jeszcze w środę po południu był w ramówce.

 

Ewa Stankiewicz to autorka filmów, reportaży telewizyjnych i radiowych, w tym dokumentu pt. Solidarni 2010, stanowiącego zapis rozmów prowadzonych pomiędzy ludźmi zgromadzonymi podczas żałoby narodowej po katastrofie na Krakowskim Przedmieścia w Warszawie oraz podczas uroczystości pogrzebowych Pary Prezydenckiej w Krakowie (współautor Jan Pospieszalski, 2010), Krzyż. Solidarni 2010 część druga (współautor Jan Pospieszalski, 2011) będący niejako kontynuacją filmu Solidarni 2010. Film opowiada o wydarzeniach związanych ze sporem o krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego, który przez wiele tygodni budził w Polsce wielkie emocje oraz Lista pasażerów (także wraz z Janem Pospieszalskim, 2011).  Jest prezesem Stowarzyszenia Solidarni2010 i o od lat dąży do ujawnienia prawdy o Zamachu Smoleńskim i ukarania winnych śmierci Prezydenta RP i 95 innych osób ważnych dla suwerenności Polski. W 4 kwietnia 2018 r. była prelegentką  w konferencji organizowanej przez CMWP SDP  pt. “W poszukiwaniu prawdy. Katastrofa Smoleńska w relacjach dziennikarzy” (zdjęcia są z tej konferencji) .

 

CMWP SDP  oświadcza, że w porozumieniu z Autorką filmu „Stan Zagrożenia” red. Ewą Stankiewicz będzie dążyć do doprowadzenia do emisji w/w filmu w TVP i pragnie przypomnieć, że wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są wszystkie organy demokratycznego państwa, a jakakolwiek forma cenzury prewencyjnej jest w Polsce konstytucyjnie zakazana. CMWP SDP apeluje więc do TVP S.A. o emisję filmu p.t. „Stan Zagrożenia” w najbliższym możliwym terminie także ze względu na wyjątkową tematykę tego filmu dokumentalnego oraz osobę jego Autorki gwarantującej wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski oraz artystyczny produkowanego dzieła.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa 21 stycznia 2021 r.

 

Oświadczenie Ewy Stankiewicz

w związku z nagłym odwołaniem emisji filmu „Stan Zagrożenia” z 20 stycznia 2021 r.

 

Telewizja Polska wydała oświadczenie, informując że wstrzymała emisję filmu „Stan Zagrożenia” mojego autorstwa w dniu 20.01.2021 r. o godz. 21:00 na antenie TVP1 po przeprowadzeniu szczegółowych analiz prawnych. Decyzję musiano podjąć bardzo nagle – o czym świadczy pozostawienie filmu w ramówce do późnych godzin popołudniowych. Oświadczenie wydano godzinę po czasie planowej emisji filmu. Film jest gotowy od 9 miesięcy, przeszedł analizy prawne, jest obwarowany umowami, został wstawiony w ramówkę i promowany zwiastunem TVP od tygodnia. Na krótko przed emisją zaczęto nagle szukać pretekstu do jej wstrzymania. Najpierw miały to być błędy językowe, a następnie prawne. Wyciągnięto korespondencję sprzed 8 miesięcy – z maja ubiegłego roku – próbę interwencji jednego z polityków, który usiłował zablokować – już wtedy- emisję filmu. Żadne nowe zarzuty się nie pojawiły.

 

Jednocześnie – jak oświadcza TVP – nową datę emisji wyznaczono na dzień 10.04.2021 r., czyli w jedenastą rocznicę katastrofy smoleńskiej. Po zapewnieniach dyrekcji TVP że film zostanie wyemitowany 10 kwietnia ubiegłego roku (2020), potem w maju 2020, potem 11 stycznia 2021, w końcu 20 stycznia 2021 – nie mam nadziei, że film zostanie wyemitowany w ogóle. Nie godzę się na żadną cenzurę treści filmu. A zarzuty skierowane w opisanych okolicznościach wyglądają na pretekst i otwierają furtkę do dalszej blokady.

 

Wiem, że film cieszył się ogromnym zainteresowaniem – w statystykach zapowiadającego twitta widniało ponad 150 tysięcy odsłon – a mowa tylko o pojedynczej informacji na moim koncie. Pod wpływem potrzeby uzyskania wiedzy na temat Smoleńska i szukania nowych źródeł informacji a także w wyniku promocji w telewizji, radiu i mediach społecznościowych, czy też prywatnego rozprzestrzeniania wiadomości – bardzo wiele osób nastawiało się na obejrzenie Stanu Zagrożenia.

 

Wiem, że niektórzy całymi rodzinami zasiedli przed telewizorami. Całkowicie ich zignorowano, po wielu dniach zapowiedzi – po prostu – bez słowa wytłumaczenia – wyemitowano mecz. Otrzymałam lawinę wiadomości z wyrażeniem rozgoryczenia, oburzenia i dojmującego smutku z powodu działań TVP. Bardzo mi przykro, że zostaliście Państwo na to narażeni.

 

Telewizja Polska pisze w oświadczeniu, że wspiera działania zmierzające do wyświetlenia prawdy o katastrofie smoleńskiej. Moim zdaniem to wygląda inaczej. Niewielu zdeterminowanych twórców związanych z Telewizją, stara się wciąż coś zrobić coś na własną rękę. Co do zasady jednak w Telewizji można jedynie „upamiętniać”, rzewnie wspominać i „oddawać cześć”. Wszelkie analityczne i poważne prace śledcze mają „pod górkę”, de facto nie są obecne na antenie. Nie mówiąc już o inicjatywie ze strony TVP do stworzenia grupy dobrych dziennikarzy śledczych i zlecenia im prac dotyczących największej powojennej tragedii w historii Polski – śmierci polskiego Prezydenta i 95 osób kluczowych dla naszego Państwa na terenie Federacji Rosyjskiej. Dlaczego to wydaje się takie nie do pojęcia? Zresztą Telewizja nie jest tu odosobniona, jeśli chodzi o instytucje i organy Państwa Polskiego – Smoleńsk można tylko wspominać lub realnie amatorsko ośmieszać.

 

Jeśli miarą suwerenności Polski kiedyś – była zdolność powiedzenia prawdy o tym, kto zabił naszą elitę w Katyniu – jak uważał Prezydent Lech Kaczyński – to miarą naszej suwerenności dziś, jest zdolność powiedzenia o tym, jak i dlaczego zginął on sam i 95 polskich obywateli.

 

Przegrała wolność słowa – zwyciężyły naciski polityczne. Nie zobaczycie Państwo filmu Stan Zagrożenia. Tak jak od 5 lat nie widzicie Raportu Podkomisji – podstawowego narzędzia do naprawy bezpieczeństwa Państwa, ani zarzutów Prokuratury. Tutaj sojusze są zdumiewające.

 

Ewa Stankiewicz

 

Oświadczenie jest TUTAJ.

 

TVP nie wyemitowała filmu Ewy Stankiewicz o katastrofie smoleńskiej

Telewizja Polska w ostatniej chwili przełożyła premierę filmu Ewy Stankiewicz o katastrofie smoleńskiej „Stan zagrożenia”. Nadawca tłumaczył to zastrzeżeniami „natury formalno-prawnej, stwarzające poważne wątpliwości co do ryzyka użycia w filmie materiałów prawnie chronionych”. Autorka dokumentu nie zgadza się z takim zarzutami.

 

Emisja „Stanu zagrożenia” była zaplanowana w  TVP1 w środę o godz. 21, ale tego dnia po południu pojawiły się informacje, że film zdjęto z ramówki. Ostatecznie o tej godzinie w telewizyjnej Jedynce transmitowano mecz piłkarski o Superpuchar Włoch.

 

Centrum informacji Telewizji Polskiej w komunikacie wyjaśniło, że do spółki „wpłynęły zastrzeżenia natury formalno-prawnej, stwarzające poważne wątpliwości co do ryzyka użycia w filmie materiałów prawnie chronionych”.  Po przeprowadzeniu szczegółowych analiz prawnych zdecydowano się przełożyć emisję „Stanu zagrożenia” na 10 kwietnia. TVP zapewniła, że „gorąco wspiera wszelkie działania zmierzające do wyświetlenia prawdy o katastrofie smoleńskiej Aby móc się do tego jak najlepiej przyczynić, również poprzez emisję filmu ,’Stan zagrożenia’, TVP S.A. zobowiązała producenta filmu do wyjaśnienia wątpliwości i uzyskania zgód niezbędnych do wykorzystania materiałów użytych w filmie, w terminie umożliwiającym jego emisję w dniu 10 kwietnia 2021 r.”

 

Jednak autorka filmu, Ewa Stankiewicz, w oświadczeniu, które ukazało się na stronie Stowarzyszenia Solidarni 2010, odpiera zarzuty stawiane przez Telewizję Polską.

 

„Film jest gotowy od 9 miesięcy, przeszedł analizy prawne, jest obwarowany umowami, został wstawiony w ramówkę i promowany zwiastunem TVP od tygodnia. Na krótko przed emisją zaczęto nagle szukać pretekstu do jej wstrzymania. Najpierw miały to być błędy językowe, a następnie prawne. Wyciągnięto korespondencję sprzed 8 miesięcy – z maja ubiegłego roku – próbę interwencji jednego z polityków, który usiłował zablokować – już wtedy- emisję filmu. Żadne nowe zarzuty się nie pojawiły” – czytamy w oświadczeniu.

 

Autorka pisze, że po tym jak dyrekcja TVP już kilkakrotnie przekładała emisję filmu, nie ma nadziei, że zostanie on w ogóle pokazany w telewizji publicznej. Zastrzegła, że nie zgodzi się na żadną cenzurę dokumentu.

 

Stankiewicz odniosła się też do zawartego w oświadczeniu Telewizji Polskiej stwierdzenia, że nadawca wspiera działania zmierzające do wyświetlenia prawdy o katastrofie smoleńskiej.

 

„Moim zdaniem to wygląda inaczej. Niewielu zdeterminowanych twórców związanych z Telewizją, stara się wciąż coś zrobić coś na własną rękę. Co do zasady jednak w Telewizji można jedynie ‘upamiętniać’, rzewnie wspominać i ‘oddawać cześć’. Wszelkie analityczne i poważne prace śledcze mają ‘pod górkę’, de facto nie są obecne na antenie. Nie mówiąc już o inicjatywie ze strony TVP do stworzenia grupy dobrych dziennikarzy śledczych i zlecenia im prac dotyczących największej powojennej tragedii w historii Polski – śmierci polskiego Prezydenta i 95 osób kluczowych dla naszego Państwa na terenie Federacji Rosyjskiej. Dlaczego to wydaje się takie nie do pojęcia? Zresztą Telewizja nie jest tu odosobniona, jeśli chodzi o instytucje i organy Państwa Polskiego – Smoleńsk można tylko wspominać lub realnie amatorsko ośmieszać.

 

Jeśli miarą suwerenności Polski kiedyś – była zdolność powiedzenia prawdy o tym, kto zabił naszą elitę w Katyniu – jak uważał Prezydent Lech Kaczyński – to miarą naszej suwerenności dziś, jest zdolność powiedzenia o tym, jak i dlaczego zginął on sam i 95 polskich obywateli.

 

Przegrała wolność słowa – zwyciężyły naciski polityczne. Nie zobaczycie Państwo filmu Stan Zagrożenia. Tak jak od 5 lat nie widzicie Raportu Podkomisji – podstawowego narzędzia do naprawy bezpieczeństwa Państwa, ani zarzutów Prokuratury. Tutaj sojusze są zdumiewające” – kończy swoje oświadczenie Ewa Stankiewicz.

Wsparcie CMWP SDP dla Ewy Stankiewicz w związku z odwołaniem premiery jej filmu „Stan Zagrożenia” przez TVP czytaj TUTAJ.

 

opr. jka, źródła: solidarni2010.pl, wirtualnemedia.pl, fot. YouTube

 

 

 

Sejmowa komisja zajmie się sprawami dziennikarzy pozwanymi przez RASP

Posłowie z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu mają się zająć sprawami dziennikarzy pozwanymi przez koncern Ringier Axel Springer Polska. Wnioskowała o to wiceszefowa komisji Joanna Lichocka (na zdjęciu), która stwierdziła, że „skala działania tego wydawnictwa daje powód do przypuszczenia, że ma to na celu zastraszenie dziennikarzy, ograniczenie wolności słowa”.

 

Z przyjętego planu prac komisji kultury na okres od 1 stycznia do 31 lipca 2021 r. wynika, że sprawą procesów dziennikarzy z pozwu firmy Ringier Axel Springer Polska posłowie zajmą się w lutym.

 

– Spotkałam się z wieloma sygnałami od dziennikarzy, że te procesy wyglądają na próbę ograniczenia wolności słowa w Polsce, i traktują to oni jako przejaw nękania ich – tłumaczyła w rozmowie z PAP posłanka Joanna Lichocka, na wniosek której wprowadzono ten punkt do kalendarza prac komisji.

 

– Skala działania tego wydawnictwa daje powód do przypuszczenia, że ma to na celu zastraszenie dziennikarzy, ograniczenie wolności słowa, wywieranie presji na dziennikarzy, żeby nie publikowali tekstów, które temu wydawnictwu się nie podobają. To jest niebezpieczne i bardzo się cieszę, że komisja przyjęła plan z takim punktem i że się tym punktem zajmiemy – dodała.

 

Wśród pozwanych przez RASP są publicysta i wiceprezes SDP Witold Gadowski, szef portalu tvp.info Samuel Pereira, korespondent TVP w Berlinie Cezary Gmyz, a także dziennikarz wPolityce.pl Wojciech Biedroń.

 

Joanna Lichocka, w rozmowie z PAP, poinformowała, że na posiedzenie komisji kultury zaproszeni zostaną dziennikarze, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i jego dyrektor Jolanta Hajdasz, a także przedstawiciele Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

– Myślę, że również zaprosimy przedstawicieli tego wydawnictwa, żeby mogli powiedzieć, jak bardzo głęboko uzasadnione jest ściganie przez niemieckie wydawnictwo polskich dziennikarzy – powiedziała wiceszefowa Komisji Kultury i Środków Przekazu.

 

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP monitoruje procesy wytaczane dziennikarzom przez RASP i wspiera pozwanych (o sprawie Witolda Gadowskiego czytaj TUTAJ, a Samuela Pereiry TUTAJ ).

 

opr. jka, źródła: tvp.info, PAP

MIROSŁAW USIDUS: Czy mamy szansę wygrać z cenzurą Big Tech?

Łatwo przewidzieć, że projekt powołania Rady Wolności Słowa będzie krytykowany. I łatwo przewidzieć przez kogo – przez tych, którzy, gdy Facebook, Google, Twitter, Amazon, miażdżą swobodę wypowiedzi, siedzą cicho. Proponuję więc nie zwracać na nich uwagi. Może być i taka Rada. Nazwa i szczegóły walki o przestrzeganie polskiego prawa w internecie mają mniejsze znaczenie. Istotniejsza jest skuteczność.

 

Obawę, że platformy społecznościowe mogą zlekceważyć polskie inicjatywy w obronie wolności słowa i przepisów prawa, które powinny obowiązywać na terenie Polski, czyli w sytuacji gdy polski obywatel korzysta w Polsce w takiego serwisu, wyrażałem w niedawno opublikowanym na portalu SDP tekście. Z drugiej strony nasze sądy krajowe, jak wygląda z kilku spraw, których wynik znam, skłaniają się do traktowania takiego np. Facebooka z jego regulaminem jakoś coś w rodzaju obcego państwa, do którego polskie przepisy nie mają zastosowania.

 

Pojawia się więc obawa, że to wszystko, projekty powołania specjalnych organów, sprawnych sądów online, okaże się płonne. Druga strona, czyli konglomerat Big Tech musi stanąć na parkiecie do kontredansu, czyli uznać i przyjąć polskie przepisy i procedury, czy to będzie proponowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości Rada Wolności Słowa ( o projekcie nowych przepisów pisaliśmy TUTAJ – przyp. red.), czy orzeczenia szybkich sądów online. W tamtym moim wspominanym wyżej artykule, w którym pisałem o możliwości powołania sądów pokoju, szybkiego orzecznictwa online dla portali internetowych, czyli rzeczach podobnych w dużym stopniu do tego, o czym teraz mówi MS, ważne jest, by uzyskać formalną gwarancję akceptacji tych procedur przez ZuckerbergaDorseya, i pewność, że będą naszych polskich reguł przestrzegać, ów twardy „kwit w garści”.

 

Nasza „wolność słowa” to dla nich „faszyzm” i „rasizm”

 

Jakoś nie widzę tego, że ci lewicowcy rządzący Big Tech, stosujący całkowicie jednostronną antyprawicową cenzurę (czasem tylko machną jakimś małym listkiem figowym w postaci bana dla jakiego wzywającego do „mordowania białych” marksisty z Black Lives Matter), zgodzą się zaakceptować procedury prawne ustanowione przez prawicowy rząd polski. Dla większości z nich zresztą, dla szefów i pracowników wielkich korporacji technologicznych ludzie z poglądami nielewicowymi są „faszystami” i „rasistami”. To, że nie zawsze tak mówią, wynika tylko z tego, że w danym momencie im się to (jeszcze) nie opłaca.

 

Mam nadzieję, że polski rząd zdaje sobie sprawę, że korporacje, z którymi chce w taki czy inny sposób współpracować, a czasem współpracuje, są od najwyższych szczebli kierowniczych po szeregowych cenzorów, opanowane przez ludzi o skrajnie lewicowym światopoglądzie, nienawidzących czynnie i intensywnie wszystkich tych wartości, które stawia na czele obecna ekipa rządząca w Polsce. To są ludzie z fundamentalnie innej gliny. Nie należy im ufać i trzeba zachować ogromną ostrożność. A już powierzanie potentatom Big Tech jakichś ważnych dla polskiego państwa danych i pełne uzależnianie różnego rodzaju aspektów działalności państwa polskiego jest szaleństwem.

 

Mam zasadnicze i ogromne wątpliwości, czy Facebook, Twitter, Google i ludzie nimi kierujący zechcą ot tak po prostu zgodzić się na zaakceptowanie polskich „faszystowskich” reguł obrony wolności słowa. Bardzo chciałbym się mylić, uwierzcie mi. Bardzo chciałbym, aby potentaci Big Tech zawstydzili niedowiarków takich jak ja, godząc się na procedury i reguły proponowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości i podporządkowując swoją działalność w Polsce polskim przepisom i Konstytucji RP. Z radością i wzruszeniem będą wszystko odszczekiwał.

 

Z radosnym szczekaniem wstrzymam się ma się rozumieć, dopóki tego nie zobaczę. Na razie odnoszę wrażenie, że Facebookowi, Twitterowi i innym można nieco „pomóc” w zrozumieniu, że przestrzeganie polskiego prawa, może być dla tych serwisów opłacalne. A raczej – nieopłacalne  może być lekceważenie naszych przepisów. Jest kilka faktów i aspektów ich działalności, które być może nie są tak szeroko znane, a wykorzystanie tych czułych punktów, mogłoby skłonić nawet potężny Big Tech do współpracy.

 

„Exploity” w machinie Big Tech

 

Jaki jest najbardziej czuły punkt tych firm?

 

Oczywiście pieniądze.

 

W trakcie pisania tego tekstu natknąłem się na rozmowę z Tomaszem Jażdżyńskim, prezesem Gremi Media, w „Rzeczpospolitej” datowany na 17 stycznia. Czytamy w nim m. in. taka opinię: „… Europa jest dziś cyfrową kolonią, rządy europejskich krajów niewiele już teraz mogą na to poradzić. Największe technologiczne firmy świata tworzą funkcjonalną infrastrukturę internetu, na której opiera się istotna część biznesu i praktycznie wszystkie jego najatrakcyjniejsze gałęzie”. Oceny bardzo interesujące. Z wieloma się zgadzam, ale jednak nie do końca. Nie sądzę, że jest aż tak niedobrze, jak mówi pan Jażdżyński, i że rzeczywiście nic nie można z tym zrobić. Każda z wszechpotężnych firm Big Tech ma swoje słabe punkty, swoiste „exploity”, mówiąc językiem hakerów, które można wykorzystać, jeśli się chce i wie jak.

 

Na przykład, choć zarówno Google i Facebook robią dużo zamieszania PR-owego, by pokazać się jako Bóg wie jakie tygle przeróżnych innowacyjnych technologii, od sztucznej inteligencji po telewizję VR, to jednak brutalna prawda jest taka, że Google i Facebook to wciąż przede wszystkim FIRMY REKLAMOWE.

 

Według raportu opublikowanego w listopadzie 2019 r. w PCMag, reklamy po zsumowaniu bezpośrednich wpływów i partnerów stanowiły 85 proc. przychodów Google! W strukturze przychodów Facebook właściwie są tylko reklamy (99 proc.)! Nowszych danych nie mam, ale nie sądzę, by w ciągu roku coś się znacząco zmieniło.

 

Czy to jest jasne dla każdego? Mnie się wydaje dostatecznie klarowne. A klarowny wniosek płynie z tego taki: uderz od strony reklamy, która jest wciąż jedyną ważną rurą doprowadzającą życie do tych kolosów a „wszechpotężny” Google oraz tym bardziej Facebook, zacznie inaczej rozmawiać.

 

Ok, już wiemy, gdzie jest generator w tej gwieździe śmierci. Teraz trzeba by znaleźć szyb, który pozwoli w ten generator skutecznie uderzyć. Jak pisałem, zarówno firmy Big Tech jak i polskie sądy, skłonne są traktować te platformy jako niejako „obce państwa”, do których przepisy polskiego prawa się nie stosują. Jednak polskie prawo i polskie organy władzy mają wciąż jurysdykcję nad firmami z siedzibą w Polsce, czyli np. nad sprzedawcami samochodów, dystrybutorami kosmetyków, operatorami internetu wreszcie. Czy reklama na platformach, które otwarcie lekceważą polskie przepisy, powinna być legalna?

 

Tak, wiem. Polski rynek jest mały, nieważny i taki Facebook będzie się śmiał z zakazu reklamy na łamiącej prawo platformie społecznościowej. Tylko, że to co wprowadzi Polska będzie zapewne obserwowane w innych krajach. I niejednemu wydawcy, niejednej firmie medialnej sponiewieranej przez monopole Big Tech, takie rozwiązania mogą się spodobać. I nie ma tu oczywiście mowy o łamaniu wolności działalności gospodarczej. Mowa o sankcjach nakładanych przez państwo na firmy uporczywie łamiące prawo.

 

Oczywiście w tej logice wykluczone jest, aby wszelkie polskie organy władzy, instytucje publiczne, organizacje korzystające z publicznych środków itp. korzystały z takich narzędzi komunikacyjnych jak Facebook i Twitter. Tak, proszę państwa, logiczną konsekwencją sytuacji, w której te platformy nie przestrzegają polskiego prawa, jest wyprowadzenie organów polskiego państwa i wszelkich bytów publicznych z tych serwisów społecznościowych. Oczywiście w dzisiejszych czasach, by nie być posądzonym o „zamykanie się na obywateli” trzeba zaproponować alternatywę. Nie chodzi o tworzenie w Polsce „państwowego Facebooka”. Szkoda na to publicznych pieniędzy. Można to zrobić inaczej, taniej i prościej, ale nie będę się nad tym rozwodził, bo to tematyczny „skok w bok”.

 

Patrzmy zresztą na te działania pod kątem celu, który chcemy osiągnąć. Chcemy nakłonić gigantów technologicznych, platformy społecznościowe do respektowania polskiego prawa. Być może już samo podjęcie  kroków zmierzających do uderzenia w czuły punkt okaże się skuteczne i potentaci zgodzą się podpisać odpowiednie „kwity”. A może trzeba będzie sięgnąć po inne środki. Wspomniałem o tym, że polskie państwo wciąż ma władzę nad operatorami sieci. Nietaktycznie byłoby w tej chwili rozmawiać, jak to można wykorzystać, ale wyobrażam sobie trochę całkiem skutecznych instrumentów, przy czym nie chodzi o blokowanie Twittera i Facebooka, jak to zrobił niedawno pewien operator w amerykańskim stanie Idaho. Są subtelniejsze metody.

 

Inni szafarze cyfrowego losu, Microsoft, Amazon, Apple, mają w pewnym sensie „zdrowsze” podstawy funkcjonowania. Sprzedają rzeczy znacznie bardziej konkretne, a ich byt nie zależy od tego czy dostaną dostatecznie dużo prywatnych danych użytkowników, by móc nimi handlować, jak to robi Facebook (i Google też, ale trochę inaczej).

 

Amazon wprawdzie, odrąbując brutalnie Parlera na swojej usłudze serwerowej AWS, bardzo zaszkodził, moim zdaniem, swojemu biznesowi w tej branży, ale zapewne jeszcze tego w excelu nie widzi, więc się nie przejmuje. Poza wszystkim, AWS, to według wspomnianego raportu PCMag zaledwie ok. jedna dziesiąta przychodów Amazona. Przewiduję, że po tym, czego się ta firma dopuściła, ta część biznesu nie będzie się Amazonowi rozwijać w takim tempie jak dotychczas. Amazon to jednak wciąż przede wszystkim wielki sprzedawca, a taka firma zawsze jest uzależniona od klimatu prawnego i rynkowego w państwach, w których operuje. W żadnym wypadku, nie można powiedzieć, że jesteśmy na Amazona „skazani”.

 

Najbardziej złożonym problemem jest Google. Niestety, mnóstwo firm, instytucji i zwykłych użytkowników uzależniło się od wygodnych i „darmowych” narzędzi Google. Także rządy, w tym polski, dość pochopnie zanurzają się w tym google’owym świecie, budując np. chmury krajowe we współpracy z Google. Dla jasności – nie mam nic przeciwko tej współpracy w ogóle, ale trzeba nieustannie pilnować, aby to co najważniejsze i najbardziej kluczowe nie stało się całkowicie zależne od tego dostawcy.

 

Przesadzam? Cóż, jeszcze niedawno wydawało mi się nie do pomyślenia, że można tak po prostu można wyłączyć serwis klientowi, który ma umowę i płaci, tylko dlatego, że nie godzi się na cenzurę w jedynie słusznej, forsowanej przez zmowę potentatów technologicznych, wersji. A to zrobił swojemu klientowi Amazon, Google i Apple dowaliły z bejzbola wcześniej, usuwając ze swoich sklepów z aplikacjami mobilnymi. W ostatnich dniach Google wystosował pogróżki wobec mniej znanej u nas aplikacji Minds, bo ta, według cyfrowych dyktatorów toleruje „controversial speech”. Wyobraźcie sobie teraz, że Google blokuje dostępy do ważnych zasobów lub usług jakiemuś państwu, które nieroztropnie się od Google’a uzależni, ze względu np. na „kontrowersyjne wypowiedzi” polityków lub brak przepisów pozwalających na adopcję dzieci przez pary jednopłciowe.

 

Zacząć od dealera prywatności

 

Jako kraj i jako społeczeństwo będziemy musieli stoczyć z potężnym Big Tech walkę o wolność, wolność słowa i przestrzeganie naszych wartości. Brzmi górnolotnie, ale niestety nie przesadzam. A nawet jeśli przesadzam, to wolę w tych sprawach przesadzać, niż chować się ze wstydu w kącie, gdy dzieci i wnuki mnie spytają – „co robiłeś stary, gdy odbierano nam wolność?”. Zakładam, że to moje „przesadzanie” będzie mieć pozytywne skutki. Choćby takie, że osoby zarzucające mi przesadę zechcą udowodnić w jak wielkim jestem błędzie. Bo chyba zrozumiałe jest, iż wcale nie chcę aby moja przesada okazała się słuszna.

 

Najlepsza wydaje się strategia salami. W mojej ocenie znacznie łatwiej pójdzie z Facebookiem niż np. z Google. Apple z kolei w ogóle nie powinniśmy się przejmować, podobnie jak Apple ma całkowicie gdzieś Polskę z jej mikrorynkiem.

 

Facebook to kolos na glinianych nogach (z rozmiękłej w dodatku gliny). Ostatnio otrzymał potężną fangę w nos po tym jak zgodnie ze swoją naturą dealera prywatnych danych użytkowników, zażądał od użytkowników komunikatora WhatsApp, którego jest właścicielem, podzielenia się danymi z Facebookiem. Nieomal natychmiast słowami kluczami w sieci stały się Signal i Telegram, czyli alternatywy dla WhatsAppa, bezpieczne, szyfrowane, a nade wszystko – nie mające nic wspólnego z Facebookiem.

 

Kryzys, wskutek którego (i zapewne też z powodu wybryków politycznej cenzury) giełdowa wartość firmy Zuckerberga spadła w ciągu kilku dni o kilkadziesiąt miliardów dolarów, to tylko kolejna odsłona problemów błękitnego PRL-u. Procedur antymonopolowych w USA być może nie musi się teraz tak bardzo obawiać, gdyż wdzięczni za wsparcie w kampanii Demokraci mogą nie pozwolić na oddzielenie od firmy Instagrama i WhatsAppa, ale i tak kłopotów mu nie brakuje.

 

Po tym jak firma Apple zapowiedziała, że w systemie operacyjnym iOS 14 na telefony iPhone, wprowadza zmiany ograniczające śledzenie użytkowników, Facebook w histerycznej kampanii, w ramach której wykupił ogłoszenia w papierowych, o ironio, amerykańskich gazetach, oskarżył producenta sprzętu o szkodzenie internetowi i małym przedsiębiorcom. Drobny przedsiębiorca, który jako popierający Trumpa „bigot” i „faszysta” przeczołgany został wcześniej politycznie przez Facebooka, może się chyba trochę dziwić troską niebieskiego dealera prywatności o jego los. Przy okazji mamy też dobitne potwierdzenie tego, o czym pisałem wcześniej – jak czułym punktem dla tej firmy jest reklama i kasa.

 

Nowe problemy dochodzą do starych, permanentnych, można powiedzieć. Np. odpływ najmłodszych użytkowników. To trwa już od wielu lat. Albo, na pewno bolesna dla Zuckerberga, prawda, że Facebook nie ma już za bardzo jak rosnąć. Gdzie ma odbijać użytkowników traconych w przeróżnych czystkach politycznych, czy tych zrażonych do dealerki prywatnymi danymi? Lewica, czyli media zachodniego mainstreamu i tamtejsze elity, chcą, by jeszcze ostrzej cenzurował prawicę. Ich celem jest usunięcie z platformy ludzi spoza spektrum lewicowych poglądów. Dla Facebooka wszelako to miliony odchodzących użytkowników. Owszem Zuckerberg i reszta kierownictwa Facebooka to lewicowcy, ale lewicowcy umiejący liczyć forsę. Jeśli reklamy przestaną wykręcać odpowiednie zasięgi, to przychody w efekcie spadną.

 

Przy czym Facebook obecnie już nie może się radykalnie zmienić, przeformułować, przyjąć nowe oblicze i charakter. Na pewno nie może zrezygnować z dealowania prywatnymi danymi użytkowników, bo to istota, serce, jądro i źrenica facebookowego biznesu. Opisywana wyżej próba wymuszania danych od użytkowników WhatsAppa pokazuje tylko jak bardzo jest to biznes uzależniony od dealerki prywatnością.

 

Piszę o tym wszystkim, aby uświadomić, z czym w przypadku Facebooka mają do czynienia. Uważam, że to najsłabsze ogniwo cosa nostry Big Tech, w dodatku skonfliktowane ostatnio z resztą bandy. Facebook nie świadczy żadnych kluczowych usług, niczego na tyle istotnego, że nie moglibyśmy się bez tego obejść. Więc można z nim ostrzej, tak uważam. Podobnie Twitter, ale ten serwis pójdzie na drugi ogień.

 

Big Tech handlarzem broni z wolnością słowa

 

Na koniec doniesienia z Ugandy, bardzo ciekawe w tym kontekście. Wybory prezydenckie wygrał tam właśnie z dużą przewagą dotychczasowy prezydent Yoweri Museveni. Wcześniej na czas wyborów zablokowano w tym kraju Facebooka i Twittera, które to serwisy Museveni oskarżył o ingerencję i sprzyjanie kontrkandydatowi. Społecznościówki, według tych oskarżeń miały blokować profile wspierających prezydenta.

Administracja Twittera po tym jak w Ugandzie zrobiono jej to, co ona robi przeciwnikom politycznym Bidena w USA, uderzyła w żałosny skowyt. Nie spotkało się to ze zrozumieniem ze strony użytkowników, a nawet, powiedziałbym, wręcz przeciwnie. W komentarzach dominowało słowo „hipokryzja”.

Nie będąc specjalistą, nie mam pojęcia, o co chodzi i kto ma rację w tej Ugandzie. Nie w tym jednak rzecz. Historia ta pokazuje, jak wielkie są już teraz i mogą być w przyszłości szkody wyrządzone przez cenzurę polityczną, której dopuszcza się Twitter i koalicja Big Tech w szerszym rozumieniu. Każdy teraz, kto w jakimś kraju będzie miał ochotę zablokować wolną debatę w internecie, będzie się mógł przedstawić jako walczący z cenzurą Big Tech. Tak oto, zawsze gotowa, by serwować frazesy o demokratycznych wartościach, grupa potentatów technologicznych dała najlepszą broń dyktatorom.

 

Mirosław Usidus

 

 

WOJCIECH POKORA: Alternatywa dla Facebooka i Twittera nie istnieje

Przestrzeń medialna dla prawicowych serwisów internetowych gwałtownie się kurczy. Po faktycznym wycięciu aplikacji Parler, technologiczni giganci usiekli serwis Gub. Oba z nich w ostatnich tygodniach polecali sobie polscy narodowcy. Teraz zostali z niczym – bo nawet uruchomiony kilka lat temu Polfejs przeszedł gruntowną zmianę. – pisze na money.pl Konrad Bagiński.

 

Polfejs powstał w 2017 roku w odpowiedzi na cenzurę Facebooka, na którym prawicowi użytkownicy nie mogli swobodnie się wypowiadać. Tak przynajmniej było w założeniu. Jednak tak sprofilowany projekt się nie utrzymał i zniknął z rynku w ciągu roku. Nowe życie dostał na fali wydarzeń w USA, gdy najpopularniejsze portale społecznościowe na świecie – Facebook i Twitter zaczęły przeżywać kryzys wizerunkowy w związku z blokadami konta prezydenta Donalda Trumpa. Duża część użytkowników uznała, że nie chcą korzystać z serwisów, które wprowadzają cenzurę i zaczęli szukać alternatywy. Przez chwilę była nią aplikacja Parler, ale nie na długo. Szybko poinformowano, że stała się ona platformą do planowania i wymiany wiedzy w związku z atakiem na Kapitol, co stało się argumentem, by światowi giganci Google i Apple usunęli ją ze swych sklepów a Amazon od swych sieciowych usług. Tłumaczono to ty, że wymienione firmy nie chcą być narzędziem do przemocy i łamania prawa.

 

Nie rozsądzam w tym felietonie kwestii łamania prawa czy nawoływania do przemocy za pomocą Facebooka czy Twittera przy okazji innych, niż atak na Kapitol wydarzeń w całym świecie, a szczególnie w Polsce, bo to temat na całkowicie inny tekst o podwójnych standardach, chcę się skupić jedynie na kwestii pewnej niszy, która pojawiła się w Internecie. Okazuje się bowiem, że nie wyobrażamy już sobie życia bez dostępu do mediów społecznościowych i komunikatorów. Jeśli więc te, do których przywykliśmy, przestają spełniać nasze oczekiwania, zaczynają się poszukiwania alternatywy. A tej, wydaje się nie widać. Przynajmniej bezpiecznej.

 

Pierwszym kierunkiem, który wielu osobom przyszedł na myśl w chwili, gdy zawiedli się na zachodnich standardach był Wschód. A ten oferuje swoje, sprawdzone w krajach dawnego ZSRR rozwiązania. Jednym z nich jest należący do Pawła Durowa Telegram, który w pierwszych tygodniach stycznia uzyskał ponoć 25 mln nowych użytkowników. Prokremlowski Sputnik reklamuje swoim czytelnikom inną możliwość komunikacji – wolnislowianie.pl, który „ma łączyć wolnych i niezależnych Słowian”. Przypominam nieśmiało, że najsłynniejszym dziś wyznawcą idei panslawizmu jest główny rosyjski ideolog Aleksander Dugin, co powinno studzić zapał tych, którzy w wolnychslowianach.pl dostrzegli szansę na niczym nieskrępowaną wolność w Internecie. Ta wolność będzie miała mimo wszystko posmak Kremla i zapewne jego kontrolę. Zwrócił na to uwagę w niedawnym wpisie publicysta Onetu i były dyplomata Witold Jurasz, przypominając, że Telegram mimo wszystko, to spółka rosyjska, niezależenie od tego, że należy do spółki zarejestrowanej w Londynie a operującej z Dubaju. Jurasz konkluduje w swoim stylu:

 

Dla jasności – jak się ma coś wrażliwego do przekazania to się należy trzymać z dala od komputera. Ale jak już nie ma innego wyjścia to lepiej chyba, żeby dużo o Państwu wiedziało CIA, a nie spółka z Dubaju.

 

Tych, którzy wyobrażają sobie, że wszystko co piszą w komunikatorach zostaje tylko miedzy nimi a rozmówcą, przytoczone powyżej słowa mogą szokować. Uspokoję, w większości przypadków tak jest. To co piszemy zapewne nigdy nie ujrzy światła dziennego, chyba że jesteśmy politykami, dyplomatami, dziennikarzami… Tak, wówczas lepiej trzymać się z dala od elektroniki, gdy chcemy przekazać coś wrażliwego.

 

Czy zatem Polfejs ma szansę stać się ostoją wolności „prawicowców”? Wątpię. Zresztą sami twórcy, nauczeni doświadczeniem od prawicy już się dystansują zapewniając, że co prawda projekt tworzą wciąż te same osoby, ale zdecydowanie nie jesteśmy jakimś „prawicowym” czy też „lewicowym” portalem. Z poprzednim były same problemy, mowa nienawiści, obrażanie, kontrowersyjne treści. Teraz jesteśmy po prostu medium społecznościowym, neutralnym, dla każdego. Nie ma teraz żadnych problemów z użytkownikami, wcześniej się zdarzały (wypowiedź Bartosza Bakuły z Polonia Web Services dla money.pl). Mało tego, na Polfejsie także obowiązuje regulamin, którego należy przestrzegać. Zapewne łamiący go nie uchowają się na portalu zbyt długo. I wydaje się to logiczne, bo komu zależy na ograniczaniu się w biznesie do jednej strony sporu politycznego czy do członków określonej bańki informacyjnej? Jak zauważają eksperci, polityka to niewielka część tortu mediów społecznościowych. Większości użytkowników służą one do autokreacji i rozrywki.

 

Polityka to jedynie ułamek wszystkich treści zamieszczanych w sieci. Wystarczy popatrzeć, na jakim poziomie w mediach społecznościowych są gwiazdy sportu czy Kim Kardashian. Ona przykrywa czapką Donalda Trumpa i wszystkich republikanów razem wziętych – zauważa w rozmowie z money.pl Jakub Bierzyński, prezes domu mediowego OMD.

 

Warto więc wziąć pod uwagę, że za działaniami Facebooka czy Twittera mogą, podkreślam mogą, kryć się jedynie względy komercyjne i wizerunkowe, mające przełożyć się na kolejne miliardy przychodu, a kampania kreująca oba podmioty na totalitarystów stosujących cenzurę wobec prawicy, to element polaryzacji społeczeństwa przez korzystającą z każdego osłabienia demokracji Rosję. Dlatego ruch z blokowaniem kont Trumpa pojawił się dopiero po przegranych przez niego wyborach, gdy wiadomo, że to nie on będzie rozdawał karty w polityce i … biznesie przez kolejne lata. Gdyby to była tylko i wyłącznie cenzura polityczna, pojawiłaby się zapewne wcześniej. Sądzę, że to działania obliczone na efekt biznesowy.

 

Jeśli już mam wierzyć w jakąś teorię spiskową to wolę w tę, która poparta jest doświadczeniem. A doświadczenie pokazuje, że blokowanie kont użytkowników nie zawsze jest niewłaściwą polityką portali społecznościowych (weźmy tu np. antyszczepionkowców i rosyjskie ośrodki propagandowe i dezinformacyjne, których konta są systematycznie blokowane zarówno na Facebooku jak i Twitterze), a kampania przekierowania ruchu użytkowników na mniej rozpoznane i gorzej zabezpieczone portale, także rosyjskie, może służyć tylko jednemu graczowi, bardzo skutecznie prowadzącemu wojnę hybrydową z wykorzystaniem cyberprzestrzeni.

 

Wojciech Pokora