Sejmowa komisja zajmie się sprawami dziennikarzy pozwanymi przez RASP

Posłowie z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu mają się zająć sprawami dziennikarzy pozwanymi przez koncern Ringier Axel Springer Polska. Wnioskowała o to wiceszefowa komisji Joanna Lichocka (na zdjęciu), która stwierdziła, że „skala działania tego wydawnictwa daje powód do przypuszczenia, że ma to na celu zastraszenie dziennikarzy, ograniczenie wolności słowa”.

 

Z przyjętego planu prac komisji kultury na okres od 1 stycznia do 31 lipca 2021 r. wynika, że sprawą procesów dziennikarzy z pozwu firmy Ringier Axel Springer Polska posłowie zajmą się w lutym.

 

– Spotkałam się z wieloma sygnałami od dziennikarzy, że te procesy wyglądają na próbę ograniczenia wolności słowa w Polsce, i traktują to oni jako przejaw nękania ich – tłumaczyła w rozmowie z PAP posłanka Joanna Lichocka, na wniosek której wprowadzono ten punkt do kalendarza prac komisji.

 

– Skala działania tego wydawnictwa daje powód do przypuszczenia, że ma to na celu zastraszenie dziennikarzy, ograniczenie wolności słowa, wywieranie presji na dziennikarzy, żeby nie publikowali tekstów, które temu wydawnictwu się nie podobają. To jest niebezpieczne i bardzo się cieszę, że komisja przyjęła plan z takim punktem i że się tym punktem zajmiemy – dodała.

 

Wśród pozwanych przez RASP są publicysta i wiceprezes SDP Witold Gadowski, szef portalu tvp.info Samuel Pereira, korespondent TVP w Berlinie Cezary Gmyz, a także dziennikarz wPolityce.pl Wojciech Biedroń.

 

Joanna Lichocka, w rozmowie z PAP, poinformowała, że na posiedzenie komisji kultury zaproszeni zostaną dziennikarze, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i jego dyrektor Jolanta Hajdasz, a także przedstawiciele Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

– Myślę, że również zaprosimy przedstawicieli tego wydawnictwa, żeby mogli powiedzieć, jak bardzo głęboko uzasadnione jest ściganie przez niemieckie wydawnictwo polskich dziennikarzy – powiedziała wiceszefowa Komisji Kultury i Środków Przekazu.

 

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP monitoruje procesy wytaczane dziennikarzom przez RASP i wspiera pozwanych (o sprawie Witolda Gadowskiego czytaj TUTAJ, a Samuela Pereiry TUTAJ ).

 

opr. jka, źródła: tvp.info, PAP

MIROSŁAW USIDUS: Czy mamy szansę wygrać z cenzurą Big Tech?

Łatwo przewidzieć, że projekt powołania Rady Wolności Słowa będzie krytykowany. I łatwo przewidzieć przez kogo – przez tych, którzy, gdy Facebook, Google, Twitter, Amazon, miażdżą swobodę wypowiedzi, siedzą cicho. Proponuję więc nie zwracać na nich uwagi. Może być i taka Rada. Nazwa i szczegóły walki o przestrzeganie polskiego prawa w internecie mają mniejsze znaczenie. Istotniejsza jest skuteczność.

 

Obawę, że platformy społecznościowe mogą zlekceważyć polskie inicjatywy w obronie wolności słowa i przepisów prawa, które powinny obowiązywać na terenie Polski, czyli w sytuacji gdy polski obywatel korzysta w Polsce w takiego serwisu, wyrażałem w niedawno opublikowanym na portalu SDP tekście. Z drugiej strony nasze sądy krajowe, jak wygląda z kilku spraw, których wynik znam, skłaniają się do traktowania takiego np. Facebooka z jego regulaminem jakoś coś w rodzaju obcego państwa, do którego polskie przepisy nie mają zastosowania.

 

Pojawia się więc obawa, że to wszystko, projekty powołania specjalnych organów, sprawnych sądów online, okaże się płonne. Druga strona, czyli konglomerat Big Tech musi stanąć na parkiecie do kontredansu, czyli uznać i przyjąć polskie przepisy i procedury, czy to będzie proponowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości Rada Wolności Słowa ( o projekcie nowych przepisów pisaliśmy TUTAJ – przyp. red.), czy orzeczenia szybkich sądów online. W tamtym moim wspominanym wyżej artykule, w którym pisałem o możliwości powołania sądów pokoju, szybkiego orzecznictwa online dla portali internetowych, czyli rzeczach podobnych w dużym stopniu do tego, o czym teraz mówi MS, ważne jest, by uzyskać formalną gwarancję akceptacji tych procedur przez ZuckerbergaDorseya, i pewność, że będą naszych polskich reguł przestrzegać, ów twardy „kwit w garści”.

 

Nasza „wolność słowa” to dla nich „faszyzm” i „rasizm”

 

Jakoś nie widzę tego, że ci lewicowcy rządzący Big Tech, stosujący całkowicie jednostronną antyprawicową cenzurę (czasem tylko machną jakimś małym listkiem figowym w postaci bana dla jakiego wzywającego do „mordowania białych” marksisty z Black Lives Matter), zgodzą się zaakceptować procedury prawne ustanowione przez prawicowy rząd polski. Dla większości z nich zresztą, dla szefów i pracowników wielkich korporacji technologicznych ludzie z poglądami nielewicowymi są „faszystami” i „rasistami”. To, że nie zawsze tak mówią, wynika tylko z tego, że w danym momencie im się to (jeszcze) nie opłaca.

 

Mam nadzieję, że polski rząd zdaje sobie sprawę, że korporacje, z którymi chce w taki czy inny sposób współpracować, a czasem współpracuje, są od najwyższych szczebli kierowniczych po szeregowych cenzorów, opanowane przez ludzi o skrajnie lewicowym światopoglądzie, nienawidzących czynnie i intensywnie wszystkich tych wartości, które stawia na czele obecna ekipa rządząca w Polsce. To są ludzie z fundamentalnie innej gliny. Nie należy im ufać i trzeba zachować ogromną ostrożność. A już powierzanie potentatom Big Tech jakichś ważnych dla polskiego państwa danych i pełne uzależnianie różnego rodzaju aspektów działalności państwa polskiego jest szaleństwem.

 

Mam zasadnicze i ogromne wątpliwości, czy Facebook, Twitter, Google i ludzie nimi kierujący zechcą ot tak po prostu zgodzić się na zaakceptowanie polskich „faszystowskich” reguł obrony wolności słowa. Bardzo chciałbym się mylić, uwierzcie mi. Bardzo chciałbym, aby potentaci Big Tech zawstydzili niedowiarków takich jak ja, godząc się na procedury i reguły proponowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości i podporządkowując swoją działalność w Polsce polskim przepisom i Konstytucji RP. Z radością i wzruszeniem będą wszystko odszczekiwał.

 

Z radosnym szczekaniem wstrzymam się ma się rozumieć, dopóki tego nie zobaczę. Na razie odnoszę wrażenie, że Facebookowi, Twitterowi i innym można nieco „pomóc” w zrozumieniu, że przestrzeganie polskiego prawa, może być dla tych serwisów opłacalne. A raczej – nieopłacalne  może być lekceważenie naszych przepisów. Jest kilka faktów i aspektów ich działalności, które być może nie są tak szeroko znane, a wykorzystanie tych czułych punktów, mogłoby skłonić nawet potężny Big Tech do współpracy.

 

„Exploity” w machinie Big Tech

 

Jaki jest najbardziej czuły punkt tych firm?

 

Oczywiście pieniądze.

 

W trakcie pisania tego tekstu natknąłem się na rozmowę z Tomaszem Jażdżyńskim, prezesem Gremi Media, w „Rzeczpospolitej” datowany na 17 stycznia. Czytamy w nim m. in. taka opinię: „… Europa jest dziś cyfrową kolonią, rządy europejskich krajów niewiele już teraz mogą na to poradzić. Największe technologiczne firmy świata tworzą funkcjonalną infrastrukturę internetu, na której opiera się istotna część biznesu i praktycznie wszystkie jego najatrakcyjniejsze gałęzie”. Oceny bardzo interesujące. Z wieloma się zgadzam, ale jednak nie do końca. Nie sądzę, że jest aż tak niedobrze, jak mówi pan Jażdżyński, i że rzeczywiście nic nie można z tym zrobić. Każda z wszechpotężnych firm Big Tech ma swoje słabe punkty, swoiste „exploity”, mówiąc językiem hakerów, które można wykorzystać, jeśli się chce i wie jak.

 

Na przykład, choć zarówno Google i Facebook robią dużo zamieszania PR-owego, by pokazać się jako Bóg wie jakie tygle przeróżnych innowacyjnych technologii, od sztucznej inteligencji po telewizję VR, to jednak brutalna prawda jest taka, że Google i Facebook to wciąż przede wszystkim FIRMY REKLAMOWE.

 

Według raportu opublikowanego w listopadzie 2019 r. w PCMag, reklamy po zsumowaniu bezpośrednich wpływów i partnerów stanowiły 85 proc. przychodów Google! W strukturze przychodów Facebook właściwie są tylko reklamy (99 proc.)! Nowszych danych nie mam, ale nie sądzę, by w ciągu roku coś się znacząco zmieniło.

 

Czy to jest jasne dla każdego? Mnie się wydaje dostatecznie klarowne. A klarowny wniosek płynie z tego taki: uderz od strony reklamy, która jest wciąż jedyną ważną rurą doprowadzającą życie do tych kolosów a „wszechpotężny” Google oraz tym bardziej Facebook, zacznie inaczej rozmawiać.

 

Ok, już wiemy, gdzie jest generator w tej gwieździe śmierci. Teraz trzeba by znaleźć szyb, który pozwoli w ten generator skutecznie uderzyć. Jak pisałem, zarówno firmy Big Tech jak i polskie sądy, skłonne są traktować te platformy jako niejako „obce państwa”, do których przepisy polskiego prawa się nie stosują. Jednak polskie prawo i polskie organy władzy mają wciąż jurysdykcję nad firmami z siedzibą w Polsce, czyli np. nad sprzedawcami samochodów, dystrybutorami kosmetyków, operatorami internetu wreszcie. Czy reklama na platformach, które otwarcie lekceważą polskie przepisy, powinna być legalna?

 

Tak, wiem. Polski rynek jest mały, nieważny i taki Facebook będzie się śmiał z zakazu reklamy na łamiącej prawo platformie społecznościowej. Tylko, że to co wprowadzi Polska będzie zapewne obserwowane w innych krajach. I niejednemu wydawcy, niejednej firmie medialnej sponiewieranej przez monopole Big Tech, takie rozwiązania mogą się spodobać. I nie ma tu oczywiście mowy o łamaniu wolności działalności gospodarczej. Mowa o sankcjach nakładanych przez państwo na firmy uporczywie łamiące prawo.

 

Oczywiście w tej logice wykluczone jest, aby wszelkie polskie organy władzy, instytucje publiczne, organizacje korzystające z publicznych środków itp. korzystały z takich narzędzi komunikacyjnych jak Facebook i Twitter. Tak, proszę państwa, logiczną konsekwencją sytuacji, w której te platformy nie przestrzegają polskiego prawa, jest wyprowadzenie organów polskiego państwa i wszelkich bytów publicznych z tych serwisów społecznościowych. Oczywiście w dzisiejszych czasach, by nie być posądzonym o „zamykanie się na obywateli” trzeba zaproponować alternatywę. Nie chodzi o tworzenie w Polsce „państwowego Facebooka”. Szkoda na to publicznych pieniędzy. Można to zrobić inaczej, taniej i prościej, ale nie będę się nad tym rozwodził, bo to tematyczny „skok w bok”.

 

Patrzmy zresztą na te działania pod kątem celu, który chcemy osiągnąć. Chcemy nakłonić gigantów technologicznych, platformy społecznościowe do respektowania polskiego prawa. Być może już samo podjęcie  kroków zmierzających do uderzenia w czuły punkt okaże się skuteczne i potentaci zgodzą się podpisać odpowiednie „kwity”. A może trzeba będzie sięgnąć po inne środki. Wspomniałem o tym, że polskie państwo wciąż ma władzę nad operatorami sieci. Nietaktycznie byłoby w tej chwili rozmawiać, jak to można wykorzystać, ale wyobrażam sobie trochę całkiem skutecznych instrumentów, przy czym nie chodzi o blokowanie Twittera i Facebooka, jak to zrobił niedawno pewien operator w amerykańskim stanie Idaho. Są subtelniejsze metody.

 

Inni szafarze cyfrowego losu, Microsoft, Amazon, Apple, mają w pewnym sensie „zdrowsze” podstawy funkcjonowania. Sprzedają rzeczy znacznie bardziej konkretne, a ich byt nie zależy od tego czy dostaną dostatecznie dużo prywatnych danych użytkowników, by móc nimi handlować, jak to robi Facebook (i Google też, ale trochę inaczej).

 

Amazon wprawdzie, odrąbując brutalnie Parlera na swojej usłudze serwerowej AWS, bardzo zaszkodził, moim zdaniem, swojemu biznesowi w tej branży, ale zapewne jeszcze tego w excelu nie widzi, więc się nie przejmuje. Poza wszystkim, AWS, to według wspomnianego raportu PCMag zaledwie ok. jedna dziesiąta przychodów Amazona. Przewiduję, że po tym, czego się ta firma dopuściła, ta część biznesu nie będzie się Amazonowi rozwijać w takim tempie jak dotychczas. Amazon to jednak wciąż przede wszystkim wielki sprzedawca, a taka firma zawsze jest uzależniona od klimatu prawnego i rynkowego w państwach, w których operuje. W żadnym wypadku, nie można powiedzieć, że jesteśmy na Amazona „skazani”.

 

Najbardziej złożonym problemem jest Google. Niestety, mnóstwo firm, instytucji i zwykłych użytkowników uzależniło się od wygodnych i „darmowych” narzędzi Google. Także rządy, w tym polski, dość pochopnie zanurzają się w tym google’owym świecie, budując np. chmury krajowe we współpracy z Google. Dla jasności – nie mam nic przeciwko tej współpracy w ogóle, ale trzeba nieustannie pilnować, aby to co najważniejsze i najbardziej kluczowe nie stało się całkowicie zależne od tego dostawcy.

 

Przesadzam? Cóż, jeszcze niedawno wydawało mi się nie do pomyślenia, że można tak po prostu można wyłączyć serwis klientowi, który ma umowę i płaci, tylko dlatego, że nie godzi się na cenzurę w jedynie słusznej, forsowanej przez zmowę potentatów technologicznych, wersji. A to zrobił swojemu klientowi Amazon, Google i Apple dowaliły z bejzbola wcześniej, usuwając ze swoich sklepów z aplikacjami mobilnymi. W ostatnich dniach Google wystosował pogróżki wobec mniej znanej u nas aplikacji Minds, bo ta, według cyfrowych dyktatorów toleruje „controversial speech”. Wyobraźcie sobie teraz, że Google blokuje dostępy do ważnych zasobów lub usług jakiemuś państwu, które nieroztropnie się od Google’a uzależni, ze względu np. na „kontrowersyjne wypowiedzi” polityków lub brak przepisów pozwalających na adopcję dzieci przez pary jednopłciowe.

 

Zacząć od dealera prywatności

 

Jako kraj i jako społeczeństwo będziemy musieli stoczyć z potężnym Big Tech walkę o wolność, wolność słowa i przestrzeganie naszych wartości. Brzmi górnolotnie, ale niestety nie przesadzam. A nawet jeśli przesadzam, to wolę w tych sprawach przesadzać, niż chować się ze wstydu w kącie, gdy dzieci i wnuki mnie spytają – „co robiłeś stary, gdy odbierano nam wolność?”. Zakładam, że to moje „przesadzanie” będzie mieć pozytywne skutki. Choćby takie, że osoby zarzucające mi przesadę zechcą udowodnić w jak wielkim jestem błędzie. Bo chyba zrozumiałe jest, iż wcale nie chcę aby moja przesada okazała się słuszna.

 

Najlepsza wydaje się strategia salami. W mojej ocenie znacznie łatwiej pójdzie z Facebookiem niż np. z Google. Apple z kolei w ogóle nie powinniśmy się przejmować, podobnie jak Apple ma całkowicie gdzieś Polskę z jej mikrorynkiem.

 

Facebook to kolos na glinianych nogach (z rozmiękłej w dodatku gliny). Ostatnio otrzymał potężną fangę w nos po tym jak zgodnie ze swoją naturą dealera prywatnych danych użytkowników, zażądał od użytkowników komunikatora WhatsApp, którego jest właścicielem, podzielenia się danymi z Facebookiem. Nieomal natychmiast słowami kluczami w sieci stały się Signal i Telegram, czyli alternatywy dla WhatsAppa, bezpieczne, szyfrowane, a nade wszystko – nie mające nic wspólnego z Facebookiem.

 

Kryzys, wskutek którego (i zapewne też z powodu wybryków politycznej cenzury) giełdowa wartość firmy Zuckerberga spadła w ciągu kilku dni o kilkadziesiąt miliardów dolarów, to tylko kolejna odsłona problemów błękitnego PRL-u. Procedur antymonopolowych w USA być może nie musi się teraz tak bardzo obawiać, gdyż wdzięczni za wsparcie w kampanii Demokraci mogą nie pozwolić na oddzielenie od firmy Instagrama i WhatsAppa, ale i tak kłopotów mu nie brakuje.

 

Po tym jak firma Apple zapowiedziała, że w systemie operacyjnym iOS 14 na telefony iPhone, wprowadza zmiany ograniczające śledzenie użytkowników, Facebook w histerycznej kampanii, w ramach której wykupił ogłoszenia w papierowych, o ironio, amerykańskich gazetach, oskarżył producenta sprzętu o szkodzenie internetowi i małym przedsiębiorcom. Drobny przedsiębiorca, który jako popierający Trumpa „bigot” i „faszysta” przeczołgany został wcześniej politycznie przez Facebooka, może się chyba trochę dziwić troską niebieskiego dealera prywatności o jego los. Przy okazji mamy też dobitne potwierdzenie tego, o czym pisałem wcześniej – jak czułym punktem dla tej firmy jest reklama i kasa.

 

Nowe problemy dochodzą do starych, permanentnych, można powiedzieć. Np. odpływ najmłodszych użytkowników. To trwa już od wielu lat. Albo, na pewno bolesna dla Zuckerberga, prawda, że Facebook nie ma już za bardzo jak rosnąć. Gdzie ma odbijać użytkowników traconych w przeróżnych czystkach politycznych, czy tych zrażonych do dealerki prywatnymi danymi? Lewica, czyli media zachodniego mainstreamu i tamtejsze elity, chcą, by jeszcze ostrzej cenzurował prawicę. Ich celem jest usunięcie z platformy ludzi spoza spektrum lewicowych poglądów. Dla Facebooka wszelako to miliony odchodzących użytkowników. Owszem Zuckerberg i reszta kierownictwa Facebooka to lewicowcy, ale lewicowcy umiejący liczyć forsę. Jeśli reklamy przestaną wykręcać odpowiednie zasięgi, to przychody w efekcie spadną.

 

Przy czym Facebook obecnie już nie może się radykalnie zmienić, przeformułować, przyjąć nowe oblicze i charakter. Na pewno nie może zrezygnować z dealowania prywatnymi danymi użytkowników, bo to istota, serce, jądro i źrenica facebookowego biznesu. Opisywana wyżej próba wymuszania danych od użytkowników WhatsAppa pokazuje tylko jak bardzo jest to biznes uzależniony od dealerki prywatnością.

 

Piszę o tym wszystkim, aby uświadomić, z czym w przypadku Facebooka mają do czynienia. Uważam, że to najsłabsze ogniwo cosa nostry Big Tech, w dodatku skonfliktowane ostatnio z resztą bandy. Facebook nie świadczy żadnych kluczowych usług, niczego na tyle istotnego, że nie moglibyśmy się bez tego obejść. Więc można z nim ostrzej, tak uważam. Podobnie Twitter, ale ten serwis pójdzie na drugi ogień.

 

Big Tech handlarzem broni z wolnością słowa

 

Na koniec doniesienia z Ugandy, bardzo ciekawe w tym kontekście. Wybory prezydenckie wygrał tam właśnie z dużą przewagą dotychczasowy prezydent Yoweri Museveni. Wcześniej na czas wyborów zablokowano w tym kraju Facebooka i Twittera, które to serwisy Museveni oskarżył o ingerencję i sprzyjanie kontrkandydatowi. Społecznościówki, według tych oskarżeń miały blokować profile wspierających prezydenta.

Administracja Twittera po tym jak w Ugandzie zrobiono jej to, co ona robi przeciwnikom politycznym Bidena w USA, uderzyła w żałosny skowyt. Nie spotkało się to ze zrozumieniem ze strony użytkowników, a nawet, powiedziałbym, wręcz przeciwnie. W komentarzach dominowało słowo „hipokryzja”.

Nie będąc specjalistą, nie mam pojęcia, o co chodzi i kto ma rację w tej Ugandzie. Nie w tym jednak rzecz. Historia ta pokazuje, jak wielkie są już teraz i mogą być w przyszłości szkody wyrządzone przez cenzurę polityczną, której dopuszcza się Twitter i koalicja Big Tech w szerszym rozumieniu. Każdy teraz, kto w jakimś kraju będzie miał ochotę zablokować wolną debatę w internecie, będzie się mógł przedstawić jako walczący z cenzurą Big Tech. Tak oto, zawsze gotowa, by serwować frazesy o demokratycznych wartościach, grupa potentatów technologicznych dała najlepszą broń dyktatorom.

 

Mirosław Usidus

 

 

WOJCIECH POKORA: Alternatywa dla Facebooka i Twittera nie istnieje

Przestrzeń medialna dla prawicowych serwisów internetowych gwałtownie się kurczy. Po faktycznym wycięciu aplikacji Parler, technologiczni giganci usiekli serwis Gub. Oba z nich w ostatnich tygodniach polecali sobie polscy narodowcy. Teraz zostali z niczym – bo nawet uruchomiony kilka lat temu Polfejs przeszedł gruntowną zmianę. – pisze na money.pl Konrad Bagiński.

 

Polfejs powstał w 2017 roku w odpowiedzi na cenzurę Facebooka, na którym prawicowi użytkownicy nie mogli swobodnie się wypowiadać. Tak przynajmniej było w założeniu. Jednak tak sprofilowany projekt się nie utrzymał i zniknął z rynku w ciągu roku. Nowe życie dostał na fali wydarzeń w USA, gdy najpopularniejsze portale społecznościowe na świecie – Facebook i Twitter zaczęły przeżywać kryzys wizerunkowy w związku z blokadami konta prezydenta Donalda Trumpa. Duża część użytkowników uznała, że nie chcą korzystać z serwisów, które wprowadzają cenzurę i zaczęli szukać alternatywy. Przez chwilę była nią aplikacja Parler, ale nie na długo. Szybko poinformowano, że stała się ona platformą do planowania i wymiany wiedzy w związku z atakiem na Kapitol, co stało się argumentem, by światowi giganci Google i Apple usunęli ją ze swych sklepów a Amazon od swych sieciowych usług. Tłumaczono to ty, że wymienione firmy nie chcą być narzędziem do przemocy i łamania prawa.

 

Nie rozsądzam w tym felietonie kwestii łamania prawa czy nawoływania do przemocy za pomocą Facebooka czy Twittera przy okazji innych, niż atak na Kapitol wydarzeń w całym świecie, a szczególnie w Polsce, bo to temat na całkowicie inny tekst o podwójnych standardach, chcę się skupić jedynie na kwestii pewnej niszy, która pojawiła się w Internecie. Okazuje się bowiem, że nie wyobrażamy już sobie życia bez dostępu do mediów społecznościowych i komunikatorów. Jeśli więc te, do których przywykliśmy, przestają spełniać nasze oczekiwania, zaczynają się poszukiwania alternatywy. A tej, wydaje się nie widać. Przynajmniej bezpiecznej.

 

Pierwszym kierunkiem, który wielu osobom przyszedł na myśl w chwili, gdy zawiedli się na zachodnich standardach był Wschód. A ten oferuje swoje, sprawdzone w krajach dawnego ZSRR rozwiązania. Jednym z nich jest należący do Pawła Durowa Telegram, który w pierwszych tygodniach stycznia uzyskał ponoć 25 mln nowych użytkowników. Prokremlowski Sputnik reklamuje swoim czytelnikom inną możliwość komunikacji – wolnislowianie.pl, który „ma łączyć wolnych i niezależnych Słowian”. Przypominam nieśmiało, że najsłynniejszym dziś wyznawcą idei panslawizmu jest główny rosyjski ideolog Aleksander Dugin, co powinno studzić zapał tych, którzy w wolnychslowianach.pl dostrzegli szansę na niczym nieskrępowaną wolność w Internecie. Ta wolność będzie miała mimo wszystko posmak Kremla i zapewne jego kontrolę. Zwrócił na to uwagę w niedawnym wpisie publicysta Onetu i były dyplomata Witold Jurasz, przypominając, że Telegram mimo wszystko, to spółka rosyjska, niezależenie od tego, że należy do spółki zarejestrowanej w Londynie a operującej z Dubaju. Jurasz konkluduje w swoim stylu:

 

Dla jasności – jak się ma coś wrażliwego do przekazania to się należy trzymać z dala od komputera. Ale jak już nie ma innego wyjścia to lepiej chyba, żeby dużo o Państwu wiedziało CIA, a nie spółka z Dubaju.

 

Tych, którzy wyobrażają sobie, że wszystko co piszą w komunikatorach zostaje tylko miedzy nimi a rozmówcą, przytoczone powyżej słowa mogą szokować. Uspokoję, w większości przypadków tak jest. To co piszemy zapewne nigdy nie ujrzy światła dziennego, chyba że jesteśmy politykami, dyplomatami, dziennikarzami… Tak, wówczas lepiej trzymać się z dala od elektroniki, gdy chcemy przekazać coś wrażliwego.

 

Czy zatem Polfejs ma szansę stać się ostoją wolności „prawicowców”? Wątpię. Zresztą sami twórcy, nauczeni doświadczeniem od prawicy już się dystansują zapewniając, że co prawda projekt tworzą wciąż te same osoby, ale zdecydowanie nie jesteśmy jakimś „prawicowym” czy też „lewicowym” portalem. Z poprzednim były same problemy, mowa nienawiści, obrażanie, kontrowersyjne treści. Teraz jesteśmy po prostu medium społecznościowym, neutralnym, dla każdego. Nie ma teraz żadnych problemów z użytkownikami, wcześniej się zdarzały (wypowiedź Bartosza Bakuły z Polonia Web Services dla money.pl). Mało tego, na Polfejsie także obowiązuje regulamin, którego należy przestrzegać. Zapewne łamiący go nie uchowają się na portalu zbyt długo. I wydaje się to logiczne, bo komu zależy na ograniczaniu się w biznesie do jednej strony sporu politycznego czy do członków określonej bańki informacyjnej? Jak zauważają eksperci, polityka to niewielka część tortu mediów społecznościowych. Większości użytkowników służą one do autokreacji i rozrywki.

 

Polityka to jedynie ułamek wszystkich treści zamieszczanych w sieci. Wystarczy popatrzeć, na jakim poziomie w mediach społecznościowych są gwiazdy sportu czy Kim Kardashian. Ona przykrywa czapką Donalda Trumpa i wszystkich republikanów razem wziętych – zauważa w rozmowie z money.pl Jakub Bierzyński, prezes domu mediowego OMD.

 

Warto więc wziąć pod uwagę, że za działaniami Facebooka czy Twittera mogą, podkreślam mogą, kryć się jedynie względy komercyjne i wizerunkowe, mające przełożyć się na kolejne miliardy przychodu, a kampania kreująca oba podmioty na totalitarystów stosujących cenzurę wobec prawicy, to element polaryzacji społeczeństwa przez korzystającą z każdego osłabienia demokracji Rosję. Dlatego ruch z blokowaniem kont Trumpa pojawił się dopiero po przegranych przez niego wyborach, gdy wiadomo, że to nie on będzie rozdawał karty w polityce i … biznesie przez kolejne lata. Gdyby to była tylko i wyłącznie cenzura polityczna, pojawiłaby się zapewne wcześniej. Sądzę, że to działania obliczone na efekt biznesowy.

 

Jeśli już mam wierzyć w jakąś teorię spiskową to wolę w tę, która poparta jest doświadczeniem. A doświadczenie pokazuje, że blokowanie kont użytkowników nie zawsze jest niewłaściwą polityką portali społecznościowych (weźmy tu np. antyszczepionkowców i rosyjskie ośrodki propagandowe i dezinformacyjne, których konta są systematycznie blokowane zarówno na Facebooku jak i Twitterze), a kampania przekierowania ruchu użytkowników na mniej rozpoznane i gorzej zabezpieczone portale, także rosyjskie, może służyć tylko jednemu graczowi, bardzo skutecznie prowadzącemu wojnę hybrydową z wykorzystaniem cyberprzestrzeni.

 

Wojciech Pokora

Dziennikarz i wydawca skazani prawomocnie w sprawie akcji ABW we „Wprost”

Wyrok sądu pierwszej instancji skazujący Michała Majewskiego, byłego dziennikarza „Wprost” i wydawcę tego tygodnika Michała M. Lisieckiego na karę grzywny za przeszkadzanie funkcjonariuszom ABW podczas akcji w gabinecie redaktora naczelnego „Wprost”, został podtrzymany przez  Sąd Okręgowy w Warszawie.

 

Wydarzenie, których dotyczyła sprawa, miały miejsce w czerwcu 2014 r., gdy funkcjonariusze ABW weszli do redakcji „Wprost” w ramach śledztwa dotyczącego ujawnienia przez ten tygodnik podsłuchanych rozmów z udziałem polityków ówczesnego rządu PO-PSL.  Zamierzali zająć nośniki z oryginałami nagrań. W gabinecie ówczesnego redaktora naczelnego „Wprost” Sylwestra Latkowskiego doszło do szarpaniny podczas próby odebrania mu laptopu. Michał M. Lisiecki i Michał Majewski osłaniali Latkowskiego.

Akcję ABW w redakcji „Wprost” nadzorował prokurator Józef Gacek, który później wytoczył proces Majewskiemu i Lisieckiemu. W lutym 2020 r. Sąd Rejonowy w Warszawie uznał ich za winnych przestępstwa z art. 224 par. 2 Kodeksu karnego, zgodnie z którym „podlega karze ten, kto stosuje przemoc lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia funkcjonariusza publicznego do przedsięwzięcia lub zaniechania prawnej czynności służbowej” i skazał Majewskiego na 18 tys. zł, a Lisieckiego na 20 tys. zł grzywny.

 

We wtorek Michał Majewski poinformował  na Twitterze, że Sąd Okręgowy w Warszawie podtrzymał ten wyrok „Niestety, wyrok w całości podtrzymany w apelacji. 18 tysięcy PLN kary za sprzeciw wobec akcji służb we Wprost w 2014 roku” – napisał.

 

Od początku tej sprawy, czyli od czerwca 2014 roku, w obronie dziennikarzy występowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (zobacz TUTAJ oraz TUTAJ). Także w lutym ubiegłego roku CMWP SDP protestowało przeciwko wyrokowi Sądu  w Warszawie na podstawie którego były dziennikarz „Wprost” red. Michał Majewski i wydawca pisma Michał M. Lisiecki zostali uznani za winnych i skazani na odpowiednio 18 tys. zł i 20 tys. zł grzywny za „zachowanie w czerwcu 2014 roku w gabinecie Sylwestra Latkowskiego, któremu funkcjonariusze ABW starali się siłą odebrać laptop” (pełny tekst protestu TUTAJ).

 

opr. jka, źródło: Wirtualnemedia.pl, fot. YouTube

 

 

Wsparcie CMWP SDP dla walki o życie Polaka w szpitalu w Plymouth – aktualne informacje

Jolanta Hajdasz  jako dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  16 stycznia br. podpisała petycję  do władz Wielkiej Brytanii  z  apelem o przekazanie do naszego kraju rodaka, który przebywa w szpitalu w Plymouth w Wielkiej Brytanii oraz 19 stycznia br. petycję w języku angielskim w tej samej sprawie.  CMWP SDP protestowało przeciwko  ograniczaniu przez Sąd  w Wielkiej Brytanii prawa do korzystania z wolności słowa przez polską opinię publiczną poprzez wydany czasowo zakaz informowania “o sprawie  Polaka w średnim wieku znanego  pod inicjałami RS”, któremu szpital odmawia podawania pokarmów i płynów . Protest był opublikowany 2 stycznia br.  Petycje  podpisał także Krzysztof Skowroński, prezes SDP. 

 

Protest CMWP SDP jest TUTAJ.

 

Polska wersja petycji: TUTAJ.

 

Angielska wersja petycji: TUTAJ.

 

Wg aktualnych, publikowanych w mediach informacji PAP brytyjski sąd przychylił się w poniedziałek 18.stycznia  br. wieczorem  do wniosku szpitala w Plymouth w południowo-zachodniej Anglii, by nie zezwalać konsulowi RP na dostęp do przebywającego tam, pozostającego w śpiączce obywatela Polski . Poinformowali o tym jego bliscy. Jak dodali, sąd uzasadnił decyzję tym, że „nie byłoby to w najlepszym interesie” mężczyzny. Zgodnie z wcześniejszą decyzją sądu, szpital w Plymouth ponownie odłączył rurki, którymi był on odżywiany i nawadniany.  Informacje te potwierdzili także prawnicy z brytyjskiej  organizacji Standing with Christians for Life and Liber, z którymi współpracowało CMWP SDP w tej sprawie. 

 

Wg potwierdzonych przez nas informacji, sąd uzasadnił swoja decyzję tym, że „nie byłoby to w najlepszym interesie” mężczyzny. Zgodnie z wcześniejszą decyzją sądu, szpital w Plymouth ponownie odłączył rurki, którymi był on odżywiany i nawadniany. Sprawa dotyczy R.S. – mężczyzny w średnim wieku (jego personalia nie mogą być publikowane ze względu na dobro rodziny), który od kilkunastu lat mieszka w Anglii i który 6 listopada 2020 roku doznał zatrzymania pracy serca na co najmniej 45 minut, w wyniku czego, według szpitala, doszło do poważnego i trwałego uszkodzenia mózgu. W związku z tym szpital w Plymouth wystąpił do sądu o zgodę na odłączenie aparatury podtrzymującej życie, na co zgodziły się mieszkający w Anglii żona i dzieci mężczyzny. Przeciwne są temu jednak mieszkające w Polsce matka i siostra, a także mieszkające w Anglii druga siostra mężczyzny i jego siostrzenica.

 

Żona R.S. uważa, że nie chciałby on być podtrzymywany przy życiu przy obecnym stanie, a druga część rodziny argumentuje, że jako praktykujący katolik opowiadał się za prawem do życia od poczęcia do naturalnej śmierci, zatem nie chciałby, aby jego życie zakończyło się w ten sposób. 15 grudnia Sąd Opiekuńczy – specjalny sąd zajmujący się wyłącznie sprawami dotyczącymi osób ubezwłasnowolnionych lub niemogących samodzielnie podejmować decyzji – uznał, że żona mężczyzny wie lepiej niż jego matka i siostry, jaka byłaby jego wola. Orzekł też, że w obecnej sytuacji podtrzymywanie życia mężczyzny nie jest w jego najlepszym interesie i w związku z tym odłączenie aparatury podtrzymującej życie będzie zgodne z prawem, zaś mężczyźnie należy zapewnić opiekę paliatywną, by do czasu śmierci zachował jak największą godność i jak najmniej cierpiał.

 

Aparatura podtrzymująca życie została w zeszłym tygodniu odłączona po raz czwarty. W pierwszych trzech przypadkach z powrotem ją przyłączono – po dwóch, pięciu i trzech dniach – w związku ze złożonym wnioskiem o apelację, którego nie przyjęto, w związku z nowymi dowodami przedstawianymi przez tę część rodziny, która walczy o życie oraz z powodu skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, której ten jednak nie przyjął.

 

Część rodziny, która walczy o życia, zaznacza, że stan R.S. poprawił się zauważalnie od czasu pierwszego orzeczenia sądu. Wskazała, że po odłączeniu go od aparatury wspomagającej oddychanie, oddycha on samodzielnie i nie było potrzeby jej ponownego przyłączenia; później w sporze chodziło tylko o odłączenie lub nieodłączanie rurek podających mężczyźnie pożywienie i wodę. Przedstawiała też jako dowód nagranie wideo, na którym mężczyzna mruga oczami w trakcie obecności rodziny w szpitalu, a także opinię neurologa wyrażającego odmienne zdanie na temat jego szans na powrót do w miarę samodzielnego życia. Ponadto zaproponowała przetransportowanie mężczyzny do Polski, gdzie mógłby dalej żyć. Na to jednak nie zgadza się żona mężczyzny.

 

Jak mówiła wcześniej matka mężczyzny, w trakcie wizyty członków rodziny w szpitalu R.S. płakał, ruszał głową, reagował na głos, zatem nie można mówić o tym, że znajduje się on w śpiączce ani tym bardziej w stanie wegetatywnym, lecz jest to już stan minimalnej świadomości. Jej zdaniem szpital nie wykonał wszystkich badań w związku z poprawą stanu mężczyzny.

 

Na posiedzeniu w dniach 30 i 31 grudnia Sąd Opiekuńczy odrzucił te dowody, wskazując, że nagrane smartfonem wideo nie ma takiej samej wagi jak badania medyczne, mruganie oczami, według lekarzy, jest naturalnym odruchem osoby pozostającej w tym stanie i niekoniecznie jest ono reakcją na obecność kogoś z rodziny. Wskazał też, że przywołany neurolog Patrick Pullicino jest jednocześnie katolickim księdzem i aktywnym działaczem organizacji na rzecz prawa do życia od poczęcia do naturalnej śmierci, zatem jego opinia nie jest bezstronna. Ponadto nie miał on wglądu w dokumentację medyczną.

 

Sąd nie zgodził się też na przetransportowanie R.S. do Polski, argumentując, że wiązałoby się to z dużym ryzykiem śmierci w trakcie transportu, co byłoby bardziej uwłaczające godności niż odłączenie aparatury.

 

W niedzielę minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau zapewniał w Programie Pierwszym Polskiego Radia, że resort zrobił wszystko, co możliwe, by pomóc Polakowi. Wskazał, że wysłał notę dyplomatyczną do swojego brytyjskiego odpowiednika, MSZ trzykrotnie występowało z wnioskiem wspierającym skargę polskiej części rodziny chorego do ETPC, a marszałek Sejmu Elżbieta Witek w bardzo osobistym liście zwróciła się do spikera Izby Gmin.

 

Jolanta Hajdasz w PR24: poglądy koncernów ważniejsze niż demokratycznie wybrana władza

– Cieszę się, że doszło do zdarzenia, które wszystkim otworzyło oczy (…). Skoro można zablokować konta (Donalda Trumpa – przyp. red.) arbitralną decyzją firm prywatnych, wielkich koncernów, to nie ma żadnego problemu, by zablokować konta innych podmiotów czy organizacji – mówiła  18 stycznia b.r. w w Polskim Radiu 24 dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy, o blokowaniu kont amerykańskiego prezydenta w serwisach społecznościowych.Należący do Google’a YouTube jest kolejnym z serwisów społecznościowych, który zawiesił konto amerykańskiego prezydenta w następstwie szturmu jego zwolenników na Kapitol 6 stycznia. Zginęło wówczas pięć osób. Wcześniej zrobiły to m.in. Twitter, Facebook, Instagram, Snapchat i Twitch. Rozmowę prowadził ł red.Ryszard Gromadzki.

 

Dr Jolanta Hajdasz zwracała uwagę, że problem cenzury w mediach społecznościowych był znany już od dłuższego czasu, a ostatnie wydarzenia go uwypukliły. – Dziś okazuje się, że nie jest kwestią zbudowanie firmy alternatywnej i mozolne konkurowanie z gigantami, które – jak wierzyliśmy – są oazą wolności słowa w sieci, ale ważny jest także dostęp do serwerów. Wypowiadanie dostępu do serwerów takim serwisom jak Parler pokazuje, że dziś to drukarnia decyduje o tym, co będzie publikowane w gazecie. To ogromnie niebezpieczny mechanizm – podkreśliła. Gość audycji przywołała w tym kontekście wydarzenia, do których doszło w 2018 r. podczas referendum aborcyjnego w Irlandii. – Okazało się wtedy, że Facebook arbitralnie wyłączył materiały obrońców życia, co przyznał rok później właściciel firmy. Obrońcy życia przegrali to referendum, sami nie zdając sobie sprawy z tego, w jak nierównej walce biorą udział – przypomniała. – Tak można wpływać na wybory polityczne, w ten sposób wygrywać wszelkie dyskusje dziejące się w państwach demokratycznych, zanim będą się toczyły. Można powiedzieć, że to, jakie ma poglądy właściciel koncernu medialnego, będzie o wiele ważniejsze, niż jakakolwiek demokratycznie wybrana władza, na co nikt nie powinien się zgadzać – stwierdziła dr Jolanta Hajdasz.

 

Cała audycja: TUTAJ.

Wysoki poziom – ADAM SOCHA ocenia Radio Nowy Świat i Radio 357

Kuba Strzyczkowski miał rację mówiąc, że jest miejsce zarówno dla Radia Nowy Świat, jak i dla Radia 357. Obie ekipy stworzyły profesjonalne, świetne radia dla ludzi, którzy mają dosyć politycznych „walk w kisielu”, szczucia i jazgotu.

 

Jak było do przewidzenia, radiowa Trójka kontynuuje lot w dół i obecnie jej wynik słuchalności jest najgorszym od czasu powstania rozgłośni i wynosi 2,4 proc., gdy rok temu było to jeszcze na poziomie 5,3 proc. Ba! Trójkę po raz pierwszy wyprzedziło nawet  Radio gadających politycznych głów Tok FM, które zanotowało wzrost z 2,5 proc. do 2,6 proc., a także niedostępne w całym kraju Vox FM (3,8 proc.) oraz Antyradio (2,7 proc.).

 

Po „czystce” w Trójce wielokrotnie usiłowałem słuchać tej stacji. Ale wierzcie mi, nie dało się. Przede wszystkim odrzucała mnie muzyka. To nie moje klimaty, a słucham naprawdę wszystkiego, od jazzu do piosenki poetyckiej, byle w dobrym wykonaniu. Prezenterzy też mnie nie wciągali.

 

Wobec tego ściągnąłem na komórkę aplikację z Radiem357 i Radiem Nowy Świat. Nie ukrywam, że miałem opory przed RNŚ. Uszami duszy już słyszałem Lempart, Suchanow i Margot na zmianę z Budką, Nitrasem, KierwińskimCzarzastym oraz prezenterów prześcigających się, kto bardziej sarkastycznie dokopie „dobrej zmianie”.

 

I co? Nic z tych rzeczy. Nie usłyszałem ani jednego polityka, a prezenterzy nawet aluzyjnie nie odnoszą się do polityki i polityków!!! (Zastrzegam się, że nie słuchałem pasma porannego od 6.00 do 10.00, bo ja zaczynam funkcjonować dopiero o 10.00 (przywilej emeryta). Poranne pasmo w przypadku RNŚ prowadzą przemiennie Katarzyna Kasia, Maciej Orłoś i Marek Kacprzak, więc nie sądzę, aby tam się tłoczyli politycy. Natomiast autorzy, którzy są w swoich redakcjach „zwierzętami politycznymi”, jak Eliza Michalik czy Jacek Nizinkiewicz, w swoich audycjach w RNŚ nie zajmują się polityką!

 

W programach popołudniowych, w których emitowane są materiały reporterów też nie ma polityki a ludzkie problemy i sprawy, które prawie każdego z nas dotyczą. W RNŚ – Michał Porycki (ex-Radio Olsztyn) prowadzi dwugodzinny blok od 16.00 do 18.00 „Nowy Świat Po Południu”. A w Radiu 357 mamy publicystykę w południe, w wykonaniu Kuby Strzyczkowskiego, który w Trójce prowadził „Za a nawet przeciw”, a u siebie audycję „Co Państwo na to?” Wysłuchałem dyskusji ze słuchaczami na temat projektu PiS o obowiązkowym przyjmowaniu mandatów. Tak jak to robił i w Trójce, szkoła bezstronności.

 

Znów mogę słuchać Jerzego Sosnowskiego. W RNŚ jak zwykle prowadzi ciekawe rozmowy z interesującymi ludźmi na ważne tematy w audycji „Punkt widzenia” (np. czym jest odpowiedzialność? Rozmowa z poetą, pisarzem, publicystą – Wojciechem Bonowiczem. Audycja w 190. rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego z historykiem Stanisławem Lenardem. Rozmowa z pisarką i reżyserką, laureatka nagrody im. Józefa Tischnera, Aleksandrą Domańską. Rozmowa o laureacie nagrody Nobla w dziedzinie fizyki Rogerze Penrose z prof. Krzysztofem Meissnerem, o elitach z Krzysztofem Zanussim).

 

Z kolei w R357 nie mogłem oderwać ucha od godzinnej rozmowy Michała Olszańskiego z Anią, młodą kobietą z Zespołem Downa. Nie słyszałem i nie czytałem dotąd nic lepszego, jeśli chodzi o poznanie życia tych ludzi. Usłyszałem niezwykle empatyczną, wrażliwą i mądrą młodą kobietę. Ta audycja to była najlepsza, najbardziej humanistyczna odpowiedź na żądanie prawa do usuwania z naszego życia takich ludzi.

 

Interesujące są też popołudniówki Ernesta Zozunia z aktualnymi tematami (przykładowo: wyłączenie Trumpa na TT, Fb itd., przekład na polski Mein Kampf, sukces Huberta Hurkacza i o jeździe nieodśnieżonym autem „na czołgistę”).

 

RNŚ ma co godzinę serwis informacyjny, na który składają się trzy informacje, rzeczywiście najważniejsze. Zawsze na 1. miejscu jest wiadomość dotycząca epidemii. Informacje są rzeczowe, bez komentarza, bez pejoratywnych przymiotników, jak za najlepszych lat BBC. W Radio357 w ogóle nie ma serwisu informacyjnego!

 

To nie znaczy, że nie zajmują się ważnymi problemami. Tak RNŚ, jak i R357 poruszyły usunięcie Donalda Trumpa z mediów społecznościowych przez właścicieli koncernów. Ale na ten temat nie rozmawiali z politykami, tylko ekspertami od mediów społecznościowych, którzy wyrazili ogromne zaniepokojenie zagrożeniem dla wolności słowa.

 

Na obu antenach jest też sporo audycji poświęconych kulturze i sztuce. W RNŚ dzięki Michałowi Nogasiowi dowiedziałem się o nowościach książkowych. Dzięki Elizie Michalik wysłuchałem interesującej rozmowy z filozofem o końcu świata. W audycji Beaty Grabarczyk „Punkt Widzenia” o 21.00 wysłuchałem fascynującej opowieści profesora z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (niestety, tak szybko padło nazwisko, że go nie dosłyszałem). Starsze pokolenie pamięta z PRL audycje w TVP Wiktora Zina „Piórkiem i Węglem”. Profesor nie mając ekranu opowiedział historię Piazza Navona w Rzymie tak, że nie zauważyłem kiedy minęła godzina. Powinni temu profesorowi stworzyć audycję. To byłby radiowy hit!

 

W niedzielę 17.01. z przyjemnością wysłuchałem audycji Tomasza Raczka „Raczek Movie”, tym bardziej, że mowa była o filmie, który właśnie obejrzałem „Cząstki kobiety” (najlepsza odpowiedź na akcję „Aborcja jest OK” i hasło feministek, że kobieta nie jest od rodzenia facetom dzieci).

 

W obu stacjach nie ma polityki i polityków, za to króluje muzyka. Jest jej mnóstwo, znakomitej i różnorodnej, można przebierać w gatunkach i stylach. Prezenterzy prowadzą swoje audycje lekko i dowcipnie. W RNŚ zaczynałem swój dzień o 10.00 z  Mannem. Po południu nie opuściłem audycji Jana Chojnowskiego z moim ulubionym bluesem. Wieczorem obowiązkowo Wagle

 

Wysłuchałem świetnie prowadzonych rozmów w obu stacjach z zaproszonymi muzykami. Godzinna rozmowa Kuby BadachaAdą Rusowicz w RNŚ poprowadzona tak, że słuchacz ma wrażenie, iż to para przyjaciół rozmawia o sprawach prywatnych, nie mając świadomości, że słuchają ich tysiące. Duża sztuka. Ada Rusowicz opowiadała o swoim macierzyństwie.

 

A w niedzielę obowiązkowo w RNŚ o 14.00 „Wesoła fala Janka Młynarskiego”, „Sjesta” Marcina Kydryńskiego o 15.00 i o 20.00 „Piosennik” Andrzeja Poniedzielskiego, uroczego smutasa.

 

Na szczęście ramówki obu stacji są tak ułożone, że mogłem swobodnie przeskakiwać, by posłuchać także w R357 Marka Niedźwieckiego, Piotra Stelmacha, Darię Zawiałow z muzyką mojego pokolenia w audycji „Pewex” a w piątek wieczorem obowiązkowo Marcina Łukawskiego „Listę piosenek 357”

 

Obie stacje mimo posiadania tylu gwiazd dają też szansę debiutantom.

 

Kuba Strzyczkowski miał rację mówiąc, że jest miejsce zarówno dla RNŚ, jak i dla R357 (przypomnę, że prezenterzy, którzy poszli za Magdą Jethon byli oburzeni na Kubę, że nie dołączył do nich). Obie ekipy stworzyły profesjonalne, świetne radia. Co prawda, widać po ramówce, że więcej kasy ma RNŚ. Miesięczne deklaracje wpłat w serwisie Patronite na działalność Radia 357 to ponad pół miliona złotych (stan na 12 stycznia to ponad 545 tys. zł). RNŚ może liczyć na jeszcze większe wsparcie – ponad 689 tys. złotych miesięcznie.

 

Jednak obie stacje trzymają wysoki poziom. Obie ekipy robią radio dla ludzi, którzy mają dosyć politycznych „walk w kisielu”, szczucia i jazgotu. Chcą posłuchać dobrej muzyki prezentowanej przez dobrze wychowanych, kulturalnych i oczytanych  oraz rozmów z mądrymi ludźmi ze świata kultury, sztuki i nauki.

 

Taka jest recepta na dobre radio dla ludzi inteligentnych, towarzyszu Czabański.

 

Adam Socha

Co wiemy o sprzedaży prasy? – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o kontroli dystrybucji prasy

Czy grudniowe samorozwiązanie ZKDP to efekt wcześniejszych decyzji? Czy wywarło ono jakikolwiek wpływ na rynek kolportażu? Jak wiarygodny obraz dystrybucji prasy uzyskiwaliśmy w latach 1995-2020?

 

„Córka” od roku wypełnia obowiązki „matki”

 

Samorozwiązanie Związku Kontroli Dystrybucji Prasy było zaskoczeniem dla osób zainteresowanych rynkiem mediów i jednoczenie wydarzeniem omalże całkowicie pozbawionym znaczenia dla odbiorców. Rozeszło się też bez większego echa, a portale branżowe ograniczyły się w większości do podania faktu ze skromnym komentarzem. Zadania ZKDP wypełniają już od ponad roku Polskie Badania Czytelnictwa, to jest spółka-córka Związku. Być może więc utrzymywanie tego ciała nie było już potrzebne.

 

Decyzje o zmianach w zakresie obsługi kontroli dystrybucji prasy zapadły 10 grudnia 2019 roku podczas XLVI zjazdu zwyczajnego ZKDP. W oficjalnym komunikacie czytamy:

 

Zgodnie z ustaleniami jakie zapadły na ostatnim zjeździe ZKDP rozpoczynamy proces przekazywania prowadzenia kontroli nakładu i dystrybucji naszych tytułów do spółki Polskie Badania Czytelnictwa (PBC). PBC jest spółką powołaną i kontrolowaną przez ZKDP, zajmującą się dotąd prowadzeniem i promocją badań czytelnictwa prasy. Do jej zadań zdecydowaliśmy się dodać nowe, pozwalające na lepsze wykorzystanie potencjału połączonych struktur PBC i ZKDP. Niezbędne jest do tego spełnienie pewnych wymogów formalnych, polegających na tym, że od 1 stycznia 2020 roku każdy Wydawca, będący członkiem ZKDP, podlegający kontroli i posługujący się znakiem i danymi ZKDP musi równolegle podpisać umowę ze spółką PBC, będącą realizatorem powierzonych jej zadań z tego zakresu a wykonywanych uprzednio bezpośrednio przez personel Związku[1].

 

Ogólne warunki umowy kontroli nakładu i dystrybucji prasy wskazują na PBC jako na wykonawcę[2]. Z perspektywy samych wydawców zmiana operatora nastąpiła więc już rok temu. Zgodnie z danymi z czerwca ubiegłego roku członkami Związku Kontroli Dystrybucji Pracy było 77 podmiotów.

 

Uzasadnienia samorozwiązania

 

Wniosek o samorozwiązanie Związku Kontroli Dystrybucji Prasy złożyła Izba Wydawców Prasy. Zgodnie z oficjalną informacją prasową: uzasadniała go potrzebą uporządkowania kwestii reprezentacji interesów wydawców prasy w obrocie gospodarczym. Zadania wypełniane w ubiegłych latach przez ZKDP są obecnie już w całości realizowane przez spółkę Polskie Badania Czytelnictwa (PBC), po tym jak od stycznia 2020 przeniesiono do PBC kontrolowanie i udostępnianie informacji o nakładach i rozpowszechnianiu tytułów prasowych i treści cyfrowych. Po stronie ZKDP pozostawała wyłącznie działalność statutowa w postaci opiniowania założeń i projektów ustaw oraz aktów wykonawczych do tych ustaw w zakresie objętym zadaniami Związku[3].

 

Przyjęcie tak uzasadnionego wniosku pokazuje, że formuła ZKDP uległa po 25 latach wypaleniu. W tym kontekście warto przywołać jeszcze dwie wypowiedzi:

 

Marek Frąckowiak, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy, stwierdził, że:

 

Skupienie prac wydawców w jednej organizacji wzmocni branżę. Izba gospodarcza ma szerszy zakres działalności i większe uprawnienia, a przez to możliwości działania w interesie wydawców. Celem jest budowanie spójnej strategii wydawców prasy wobec zmieniającego się rynku, funkcjonującego w dwóch rzeczywistościach: papierowej i cyfrowej, a także dalsze przekształcenie PBC w nowoczesny ośrodek badań i analiz rynku prasowego oraz komunikacji z rynkiem reklamy – wyjaśnia[4].

 

W mediach rzadziej była cytowana wypowiedź prezes zarządu ZKDP Renaty Krzewskiej: – Zaproponowaliśmy członkom ZKDP przeniesienie dotychczasowych funkcji formalnych jakie pełnił dotychczas związek bezpośrednio do spółki PBC. Uchwalone zostały nowe zasady współpracy wydawców w radach ds. audytu, czytelnictwa i reklamy. W przyjętej formule wydawcy będą mogli sprawniej podejmować decyzje, co jest niezbędne w tak szybko zmieniającej się rzeczywistości w jakiej działamy. Izba Wydawców Prasy będzie natomiast sprawowała nadzór właścicielski nad spółką PBC[5].

 

Wpływ na rynek i jego oceny

 

Proces likwidacji ZKDP postępował co najmniej od roku, czyli od postanowień XLVI zjazdu. Wygląda więc na to, że wydarzenia z grudnia 2020 r. tylko go przypieczętowały. Redaktorzy z regionalnych redakcji zapytani, czy ma to jakikolwiek wpływ na ich pracę, zgodnie odpowiedzieli, że nie i zajęli się swoimi sprawami.

 

O wpływ tej decyzji na rynek dystrybucji prasy zapytaliśmy Dariusza Materka rzecznika Kolportera:

Z wydawcami i reprezentującymi ich organizacjami łączy nas wspólny cel, jakim jest promowanie czytelnictwa prasy. Współpracowaliśmy zarówno z ZKDP, jak i PBC i z pewnością będziemy nadal aktywnie współpracować, po ich połączeniu. Nie przewidujemy jednak aby ta zmiana miała wpływ na rynek kolportażu prasy – odpowiada rzecznik lidera na rynku dystrybucji prasy w Polsce.

 

Nieco inaczej rzecz wygląda z perspektywy naukowych analiz rynku:

Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie decyzja Członków Związku Kontroli Dystrybucji o jego rozwiązaniu i delegowanie zadań ZKDP do spółki Polskie Badania Czytelnictwa – mówi dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Zapytany o to, czy wpływ na tę decyzję mogła mieć też zmiana w wydawaniu gazet i rozwój ich wersji cyfrowych dodaje: – W tej decyzji nie dostrzegam związku ze wzrostem znaczenia e-wydań, a raczej przyjmuję wyjaśnienia Marka Frąckowiaka, dyrektora generalnego Izby Wydawców Prasy, który zakomunikował, że celem jest budowanie spójnej strategii wydawców prasy wobec zmieniającego się rynku, a także przekształcenie PBC w nowoczesny ośrodek badań i analiz rynku prasowego oraz komunikacji z rynkiem reklamy. Trzeba jednak wyraźnie odróżnić sprzedaż prasy (obojętnie na jakim nośniku) od czytelnictwa. Dla mnie jako badacza mediów dotąd było jasne, że po wyniki sprzedaży sięgam do ZKDP, a po analizy czytelnictwa prasy do PBCz. Poza tym już brakuje mi jednej rzeczy. Na stronie ZKDP mieliśmy coś takiego jak „Teleskop”, gdzie w arkuszach kalkulacyjnych prezentowano surowe dane z poszczególnych miesięcy – świetny materiał źródłowy. Obecnie przy próbie dotarcia do tych danych jesteśmy przenoszeni już do serwisu PBCz, który prezentuje dane w nieco inny sposób, jeszcze przeze mnie nie do końca poznany. Cóż, trzeba będzie przywyknąć – podsumowuje dr Chrząstek.

 

Pytanie o wiarygodność analiz

 

Związek Kontroli Dystrybucji Prasy bez wątpienia odegrał bardzo istotną rolę na polskim rynku. Po upadku państwowego monopolu czasów PRL znaleźli się wydawcy, którzy postanowili dobrowolnie poddać się kontroli i audytowi, żeby zainteresowane podmioty: branża reklamy, public relations, politycy i sztaby wyborcze, uczeni, analitycy mediów i wreszcie sami czytelnicy, mieli obraz rynku. Pytanie o to, jaki on był, jest i będzie pozostaje przy tym otwarte.

 

Profesor Tomasz Mielczarek ujął to tak: przedstawienie pełnych i wiarygodnych danych statystycznych charakteryzujących prasę polską wydawaną w końcu XX w i początkach XXI wieku jest niemożliwe. Wynika to głównie z faktu rozwiązania koncernu RSW i, co paradoksalne, zniesienia cenzury, czyli likwidacji instytucji, które były doskonale zorientowane w faktycznym stanie prasy polskiej[6]. Profesor dodaje, że po 1989 roku nie wszystkie firmy były zainteresowane precyzyjnym rejestrowaniem swojej działalności, a luki nie wypełniają nawet opracowania Biblioteki Narodowej, ponieważ mimo uregulowań prawnych, nie trafiają do niej wszystkie pisma wydawane w Polsce. W 2000 roku kontroli ZKDP poddało się czterdzieści siedem gazet na ogólną liczbę 66 tytułów zarejestrowanych przez GUS. De facto więc nigdy nie mieliśmy pełnego obrazu rynku[7]. Może obecna zmiana wprowadzi na tym polu jakąś korzystną zmianę?

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.zkdp.pl – dostęp 15.01.2021 r.

[2] https://www.pbc.pl/audyt-zkdp/#1589198702067-3525ca11-9ca6 – dostęp 15.01.2021 r.

[3] https://www.iwp.pl/blog/2020/12/17/wydawcy-tworza-nowoczesny-osrodek-badawczy-zkdp-zostaje-rozwiazany/ – dostęp 15.01.2021 r.

[4] https://sdp.pl/koniec-zwiazku-kontroli-dystrybucji-prasy/ – dostęp 21.01.2021 r.

[5] https://www.zkdp.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=716%3Awydawcy-tworz-nowoczesny-orodek-badawczy-informacja-prasowa&catid=1%3Aaktualnoci&Itemid=13&lang=pl – dostęp 15.01.2021 r.

[6] T. Mielczarek, Monopol-pluralim-koncentracja. Środki komunikowania masowego w Polsce w latach 1989-2006, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007 r., s. 211.

[7] Ibidem, s. 218.

Rada na straży wolności słowa w internecie

Nawet do 50 mln zł kary będzie musiał zapłacić serwis społecznościowy, który nie zastosuje się do decyzji Rada Wolności Słowa o przywróceniu bezprawnie usuniętego wpisu – zakłada przygotowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości projekt przepisów chroniących wolność słowa w internecie.

    

Szczegóły rozwiązań prawnych, które mają bronić polskich użytkowników serwisów społecznościowych przed bezprawnym usuwaniem wpisów i blokowaniem kont resort sprawiedliwości przedstawił podczas piątkowej konferencji prasowej.

 

– Wolność słowa i wolność debaty są istotą demokracji. Ich zaprzeczeniem jest cenzurowanie wypowiedzi, zwłaszcza w internecie, gdzie toczy się najwięcej politycznych dyskusji i sporów światopoglądowych – powiedział minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. –  Użytkownicy mediów społecznościowych muszą mieć poczucie, że ich prawa są chronione. Polska powinna mieć regulacje chroniące przed nadużyciami wielkich korporacji internetowych, które coraz częściej – rzekomo w imię obrony wolności – tę wolność ograniczają.

 

Na straży wolności wyrażania poglądów w serwisach społecznościowych ma stać pięcioosobowa Rada Wolności Słowa, której powołanie przewiduje projekt MS. W jej składzie mają się znaleźć eksperci w dziedzinie prawa i nowych mediów, wybierani przez Sejm na sześcioletnią kadencję kwalifikowaną większością 3/5 głosów. Ma to gwarantować ponadpartyjny i pluralistyczny skład Rady.

 

Jeśli serwis społecznościowy zablokuje konto użytkownika lub usunie wpis, choć jego treść nie naruszała polskiego prawa, użytkownik będzie mógł złożyć skargę do serwisu. Ten będzie musiał ją rozpatrzyć w ciągu 48 godzin. Jeżeli nie przywróci wpisu lub nie odblokuje  konta, użytkownik będzie mógł złożyć odwołanie do Rady Wolności Słowa, która rozpatrzy je w ciągu siedmiu dni. Gdy Rada uzna skargę za zasadną, może nakazać niezwłoczne przywrócenie zablokowanej treści lub konta. Całe postępowanie ma być  prowadzone w formie elektronicznej, co zapewni mu szybkość i niskie koszty.

 

Od decyzji Rady będzie jeszcze przysługiwała skarga do sądu. Za niezastosowanie się do rozstrzygnięć Rady Wolności Słowa lub sądu Rada będzie mogła nałożyć na serwis społecznościowy karę administracyjną w wysokości od 50 tys. zł do 50 mln zł.

 

Przepisy mają również chronić osoby, których dobra osobiste są naruszane przez anonimowych użytkowników internetu. Projekt zakłada wprowadzenie nowego instrumentu – „pozwu ślepego”, a więc możliwość złożenia pozwu o ochronę dóbr osobistych bez wskazania danych pozwanego, które dziś są niezbędne do dochodzenia swoich praw przed sądem. Do skutecznego wniesienia pozwu wystarczyć ma wskazanie adresu URL, pod którym zostały opublikowane obraźliwe treści, daty i godziny publikacji oraz nazwy profilu lub loginu użytkownika.

 

opr. jka, źródło: Ministerstwo Sprawiedliwości

 

ALINA BOSAK: Własność intelektualna w epoce „kopiuj-wklej”

Kopiuje się wykraczając poza prawo cytatu. Cudze teksty publikowane są po kosmetycznych przeróbkach. Można unikać odsyłania do źródeł albo wręcz przeciwnie – używać linkowania jako przykrywki do budowania atrakcyjnego serwisu z treści innych mediów. Tak wygląda lwia część Internetu. Naruszenia prawa autorskiego to codzienność. Zmiany ustawy sytuacji nie poprawiają. Raczej zmierzają ku skomplikowanej kazuistyce niż ułatwiają ochronę własności intelektualnej. Efektem jest dewaluacja zawodu dziennikarza i fotoreportera. 

 

Własność intelektualna w działalności dziennikarskiej zbyt często dzieli los łupów drobnych złodziei będących zmorą w sklepach. Sprawy rzadko trafiają na wokandę, ponieważ niska wartość ukradzionego dobra czyni proces nieopłacalnym. Tymczasem naruszenia Ustawy z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych rozmnożyły się podobnie jak media elektroniczne.

 

– Na rynku jest mnóstwo takich przypadków. I nie chodzi o drobne naruszenia. Często zgłaszany przez dziennikarzy problem dotyczy plagiatu: przesłałem tekst do redakcji, wydawca odpowiedział, że ma zastrzeżenia i go nie opublikuje, po czym ten tekst pojawia się lekko zmieniony pod cudzym nazwiskiem. To jest poważne naruszenie praw autorskich: naruszenie prawa do pierwszej publikacji, naruszenie prawa do integralności utworu, naruszenie autorskich praw osobistych i majątkowych – wymienia Michał Jaszewski, prawnik współpracujący ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich. – Nie można wtedy mówić o treści inspirowanej, ale o kopiowaniu. Jeśli materiał jest podobny i stanowi przeróbkę, w której są te same informacje, a zmieniono jedynie stylistykę, to jest to plagiat.

 

W sieci teksty, fotografie kopiuje się masowo. Czasem są to materiały prasowe sensu stricte objęte prawem autorskim, a czasem proste informacje prasowe przeklejane w całości. – W obu wypadkach mamy naruszenie – zaznacza prawnik. – W przypadku dzieła dziennikarskiego objętego prawem autorskim wynika to z ustawy o prawie autorskim, a jeśli chodzi o prostą informację prasową, tzw. ukradziony news, to mamy do czynienia z tzw. inną twórczością artystyczną, która również podlega ochronie na podstawie Kodeksu cywilnego.

 

Problem polega na tym, że plagiat dotyczy mniejszych form. Artykuły z reguły nie są długie, a ich wartość jest stosunkowo niska. – Owszem, gdyby chodziło o tekst napisany przez wybitnego eksperta na pierwszej stronie w poczytnym czasopiśmie, to zakładanie sprawy w sądzie byłoby opłacalne. Ale takich tekstów z reguły się nie kopiuje. Częściej redakcja kopiuje teksty mniej lub średnio znanych, piszących na ważne tematy, ale niekoniecznie znane z pierwszych stron gazet. Jeżeli taki artykuł ma wartość 1500 zł, to pytanie jest, czy warto iść do sądu. Jedynie po satysfakcję, bo sądzenie się o taką kwotę przez dwa lata zniechęca. Ale oczywiście takie procesy zdarzają się – zaznacza prawnik.

 

Ostatnia sprawa, z jaką zetknął się Michał Jaszewski, zakończyła się ugodą. Mała redakcja opublikowała artykuł bez zgody autora, nie zapłaciła za niego. Dziennikarz zareagował, opisał sytuację, upublicznił. Redakcja przyznała się do błędu, wskazała, że doszło do niezamierzonej pomyłki i po interwencji prawnika podpisała ugodę i wypłaciła honorarium. – Wcześniej, w innej sprawie przygotowałem dla dziennikarza wniosek do sądu. Chodziło o zobowiązanie wydawcy do przekazania informacji koniecznych do dochodzenia dalszych roszczeń. Jednak samo rozpatrywanie tego wniosku trwało pół roku. Takie terminy przekonują, że w postępowanie sądowe opłaca się angażować dopiero wtedy, gdy chodzi o naruszenie dóbr osobistych o wartości np. 20 – 50 tys. zł. Prowadzenie  sprawy jest kosztowne i czasochłonne. W powiązaniu z niską wartością majątkową poszczególnych artykułów prasowych, jest to główny problem i powód, dla którego ochrona praw autorskich, własności intelektualnej w przypadku dziennikarzy jest mało skuteczna – mówi Jaszewski.

 

Problem dotyczy szczególnie dziennikarzy nie mających oparcia w jednej macierzystej redakcji, wolnych strzelców, współpracowników różnych mediów.

 

– Bazując na moim doświadczeniu, mam wrażenie, że dziennikarze najczęściej są z tym problemem pozostawieni sami sobie – przyznaje Jaszewski. – Oczywiście, prominentny dziennikarz, posiadający solidną umowę o pracę, może się spodziewać, że redakcja będzie  broniła i jego, i siebie, we wspólnym interesie. Przy czym w przypadku dużych wydawców najczęściej będzie się to odbywało bez rozgłosu, między podmiotem, który naruszył prawo, a poszkodowaną redakcją.

 

W zupełnie innej i znacznie gorszej sytuacji jest osoba posiadająca umowę o dzieło czy ustną o współpracy, pisząca teksty do różnych portali, gazet. Nie da się porównać sytuacji dziennikarza na etacie, o popularnym nazwisku, rozpoznawalnej twarzy, do sytuacji żurnalisty, który tworzy niewielkie formy prasowe, czasem publicystyczne. To zupełnie inna umowa, inny charakter powiązania z redakcją.

 

Kto celuje w owym lekkim traktowaniu własności intelektualnej, częściej przymyka oko?

 

– Robią to zarówno większe, jak i mniejsze media. Nie ma reguły. Na pewno częściej to się zdarza w mediach elektronicznych. Druk cechuje większa staranność o prawa autorskie. Wydaje się, że naruszenia przydarzają się szczególnie portalom popularnym, które poza informacjami bieżącymi umieszczają również różne plotki, sensacyjki – stwierdza prawnik.

 

I tu wkraczamy w zagadnienie prawa cytatu i obowiązku podawania autora i źródła informacji. Do tego ostatniego w mediach elektronicznych często odsyła się poprzez tzw. deep link, czyli link prowadzący do wewnętrznej podstrony serwisu internetowego z materiałem źródłowym.

 

– Polska ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych wyraźnie mówi, że cytat powinien zawierać wskazanie imienia, nazwiska i źródła. I to nie jest nic nowego. Jeśli w tekście na stronie internetowej umieszczam link, którego naciśnięcie powoduje, że ukazuje się strona z oryginalnym artykułem oznaczonym imieniem i nazwiskiem autora, to problemu nie widzę. Problem jest wtedy, kiedy jest to źródło inne, nielegalizowane (najczęściej anonimowe), wówczas już przy linku powinno być wskazanie, kto artykuł napisał. W innym przypadku – zgodnie z zasadą, że ten kto linkuje, ten cytuje – można ponieść odpowiedzialność właśnie z powodu niewskazania autora i źródła – zwraca uwagę Michał Jaszewski, przypominając, że już kilkanaście lat temu gorąco dyskutowano, czy głęboki link narusza autorskie prawa majątkowe. – Problem jest złożony. Wszystko zależy od tego, czy jest to fotografia reporterska, tekst, czy gorący tekst, publicystyczny itp. Nie mam wrażenia, żeby sądy do tego ostro podchodziły i uznawały, że deep link jest równoznaczny z przeklejeniem treści. Kiedy stosuję odsyłacz, to nie znaczy, że od razu kopiuję cudzą pracę. Jest w tej kwestii niewiele orzeczeń sądowych i wypływa z nich wniosek, że wszystko zależy od konkretnych okoliczności sprawy.

 

Z drugiej strony, niedopuszczalne są praktyki kopiowania pracy lub wykraczania poza prawo cytatu. Cytowaniem nie jest bowiem jednak skopiowanie całego tekstu i umieszczenie go na innej stronie. Nawet jeśli na końcu skopiowanego tekstu pojawi się źródło lub deep link ze wskazaniem źródła, będzie to naruszenie praw autorskich.

 

–  Czym innym jest napisanie własnego artykułu i nawiązanie w nim do cudzego z dodaniem linkowania, a czym innym przeklejenie całego lub większości tekstu – przypomina prawnik. –Ktoś, kto zapozna się z takim materiałem, nie będzie zainteresowany zapoznaniem się ze źródłem. W ten sposób strona wypełniona jest cudzą treścią, następuje eksploatacja prawa autorskiego w Internecie. Zachowano samo wskazanie źródła, natomiast wykroczono poza prawo cytatu. To na pewno lżejsze naruszenie niż wtedy, gdyby źródła nie podano i nie można zarzucić przywłaszczenia autorstwa, ale nielegalną eksploatację materiału objętego prawem autorskim – już tak.

 

W opisany sposób można by wypełnić tekstami cały portal, podając linki, a nie ponosząc kosztów związanych z wypłatą honorariów, abonamentów itp. Bazując na cudzych treściach, da się stworzyć oryginalne dzieło, ale to narusza prawa innych autorów. Portale coraz częściej wprowadzają abonamenty, paywalle, opłaty za dostęp do najciekawszych artykułów. Szczególnie ciekawe są przedmiotem streszczeń na innych stronach internetowych. Bywa, że inna redakcja wybiera najistotniejsze fragmenty np. wywiadu ze znaną osobą i umieszcza u siebie na stronie jako obszerne cytaty.

 

– Ocena zależy od sytuacji – uważa prawnik. – Nie można nikomu odmówić wskazania, że znany polityk, zapytany o delikatną sprawę, udzielił odpowiedzi na takim a takim portalu. Jeżeli cytowana w innym medium wypowiedź polityka mieści się w kontekście artykułu, który aktualnie prezentuję na stronie, to jest to w porządku. Natomiast, jeśli widać, że głównym celem jest nieodpłatne zaprezentowanie w zmienionej nieco formie tego, co ktoś inny zaprezentował odpłatnie, będzie to naruszenie prawa autorskiego. Dlatego, że redakcja, która ma prawa autorskie do tekstu, publikuje go pod pewnym warunkami, informuje, że jest to treść odpłatna i za dostęp do niej trzeba wnieść opłatę. Kiedy to obchodzę, uderzam w nabywcę, czyli w redakcję, a być może także w prawa pierwotnego twórcy. To naruszenie, ale nie prawa osobistego, tylko autorskiego prawa majątkowego. Bez względu na to, czy sam dzieło stworzyłem, czy też nabyłem i w ten sposób wszedłem w jego prawa autorskie, to mam prawo wyznaczyć określone warunki eksploatacji. Jeśli ktoś się do tych warunków nie stosuje, może ponieść odpowiedzialność cywilną – pytanie, czy zmieścił się w prawie cytatu, bo wtedy może się od tej odpowiedzialności uwolnić, czy też wykroczył poza to prawo i z wyjątku zrobił zasadę. Wtedy właścicielowi autorskich praw majątkowych będzie się należało odszkodowanie.

 

Media elektroniczne pogorszyły sytuację dziennikarzy, jeśli chodzi o własność intelektualną. Mimo to nie brakuje głosicieli teorii – chociaż raczej nie w samej branży – że Internet jak żadne inne medium pozwala wypromować markę osobistą, a z bycia cytowanym i powielanym należy się cieszyć. Są to, oczywiście zarazem zwolennicy całkowicie otwartych zasobów internetowych. Patrząc na pauperyzację zawodu, trudno ten pogląd podzielić.

 

– Internet fatalnie wpłynął na autorskie prawa majątkowe. Widać to po zawodzie fotografika, który został przez media elektroniczne prawie „zabity”. Okazało się, że mnóstwo osób, które robią zdjęcia, oddaje je za darmo, dla samej satysfakcji, że pokazano je w mediach. Na początku mogło się to wydawać chwalebne. Okazało się jednak, że miliony darmowych zdjęć wyeliminowały z rynku mnóstwo osób, które z fotografowania żyły. Nastąpiła dewaluacja zawodu. Spotyka to także dziennikarzy – zwraca uwagę Michał Jaszewski.

 

Również zdaniem Jolanty Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, rozwój mediów cyfrowych w większym stopniu zagraża prawom własności intelektualnej niż media tradycyjne. Kopia cyfrowa każdego zdjęcia, filmu, dźwięku jest wiernym odzwierciedleniem oryginału, a w naszych czasach fizyczne wykonanie kopii czegokolwiek jest prostsze. Od strony technicznej wykorzystać czyjąś „własność intelektualną”  jest bardzo łatwo, wystarczy otworzyć na komputerze jakiś plik i mamy dostępny materiał do publikacji. Dobrej jakości, i czasem tak „obrobiony”, że lepszy od oryginału. Nigdy wcześniej plagiat nie był tak powszechną formą kradzieży jak dzisiaj. Natomiast nie jest łatwo dochodzić swoich praw w sądzie, bo to jest po prostu bardzo kosztowne.

 

W opinii prawnika, prawo autorskie nie nadąża za rozwojem technologii, ale jednocześnie niepotrzebnie jest komplikowane. – Zawiera przepisy z ubiegłego wieku, bardziej dostosowane do korzystania z typowych dzieł sztuki. Nie przystaje natomiast do pisanych na bieżąco tekstów dziennikarskich, dając im tylko częściową ochronę. Jest niezwykle kazuistyczne, niektóre przepisy są nieżyciowe. Z drugiej strony wprowadza się przepisy unijne, które również są potwornie kazuistyczne. Mam poczucie, że nie idziemy w kierunku rozwiązywania  problemów, ale  „aptekarskich” rozwiązań i ingerowania w szczegóły. Widać to na przykładzie zmian dotyczących prawa cytatu. Do przepisu dodawane są kolejne elementy, ale kiedy przeczyta się cały rozdział o prawie cytatu, i tak pozostaje niedosyt i poczucie chaosu. Reszta jest w orzecznictwie, w praktyce. Np. w rozdziale tym jest mowa, że można użyć prawa cytatu w przypadku fotografii reporterskich. Ale są także inne fotografie, niereporterskie i do tych już nie stosuje się zapisów dotyczących tych fotografii, ale inne przepisy mówiące ogólnie o treściach, które można zacytować. Nasze prawo wciąż nie wyszło z poprzedniej epoki, chociaż próbuje gonić za zmianami. Wdrażane są nowe przepisy, ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z 1994 roku zawiera sporo poprawek i ważnych elementów. Ale dawniej była bardziej spoista, a teraz tę spoistość traci.

 

Aktualnie SDP nie rozważa jednak rekomendowania jakichś dodatkowych rozwiązań prawnych, które lepiej chroniłyby własność intelektualną, szczególnie tę dziennikarską. – Jest to trudne. Uzależnienie dostępu do informacji od tego, czy się za to zapłaci, powoduje niechęć odbiorców do czytania i poznawania tych informacji, co mogłoby prowadzić do jeszcze większych kłopotów z rozpowszechnianiem np. konserwatywnych treści niż mamy teraz, gdy algorytmy sztucznej inteligencji potrafią np. eliminować z wyszukiwarek bez kłopotu treści patriotyczne, czy prawicowe, nie tylko w Polsce, ale na świecie. Trudno więc nam rekomendować konkretne rozwiązania, gdy tak naprawdę nie wiadomo, w jakim kierunku zmierzać będzie zmiana praw własności intelektualnej – mówi Jolanta Hajdasz.

 

W 2018 roku w CMWP SDP zorganizowano debatę na temat zagrożenia dla wolności słowa wynikającego z wprowadzenia tzw. podatku  od linków. – Niewiele się od tego czasu zmieniło. Niebezpieczne jest jednak wprowadzanie jakichkolwiek zmian teraz, w okresie pandemii, gdy wszyscy jesteśmy zajęci zupełnie innymi problemami. Możemy nie zauważyć, w jaki sposób ktoś zamknie nam usta i uniemożliwi wyrażanie swoich poglądów – podkreśla szefowa CMWP SDP.

 

Alina Bosak

 

Tekst ukazał się w numerze 5/2020 „Forum Dziennikarzy”.

 

Całe wydanie do pobrania

 

TUTAJ