Pieniądze i zaufanie – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy reputacja i zaufanie korzystnie wpływają na sprzedaż? Czy finansowanie społeczne to dobre rozwiązanie, czy raczej „chwilówka”? Jaka przyszłość czeka rynek informacji i jego ekonomiczne podstawy?

 

Ponura prognoza, która się sprawdza

 

Autorzy obszernego raportu „What’s New(s)? Scenarius for the future of journalism” A. Kasem, M.J.F. van Maes, K.C.M.E. Wannet[1], stanowiącego główny dokument prognozy dla dziennikarstwa „Journalism 2025” zauważyli, że zaufanie wobec mediów jest dziś na rekordowo niskim poziomie. Dokument ten opublikowano w Amsterdamie w 2015 roku. Patrząc na „Edelman Trust Barometr 2021”[2] można stwierdzić, że media tradycyjne znacznie spadły w rankingu zaufania w ciągu ostatnich dwóch lat. W barometrze na 2019 roku cieszyły się takim samym zaufaniem jak wyszukiwarki (sic!) wynoszącym 65%, rok temu 61% (wyszukiwarki 62%). Po pandemii pozostało z tego jedyne 53%. Wyszukiwarki też straciły i uzyskały wynik 56%. Ten spadek zaufania wynoszący w przypadku redakcji aż 12% w ciągu dwóch lat można rozpatrywać w kategoriach niepokojących. Z jednej strony ostrożność w świecie dezinformacji, fakenewsów, czy spiskowych teorii jest wskazana. Z drugiej to przecież media powinny być gwarantem jakości i rzetelności przedstawianych materiałów. Uzupełniając dane z „Edelman Trust Barometr 2021” należy dodać, że zaufanie do social mediów wynosi w nim tylko 35%, a startowało i tak z niezbyt wysokiego poziomu 43% na 2019 r. Straciły też własne media marek („owned media”), które „zleciały” z 49% do 41%, co zresztą i tak jest wynikiem zaskakująco wysokim, wziąwszy pod uwagę założony brak obiektywizmu, czy pluralizmu.

 

Reputacja sprzedaje

 

Można zapytać, co to ma wspólnego z finansowaniem mediów? Reputacja sprzedaje, zaufanie do produktu jest za pewno większą dźwignią handlu niż reklama. „Edelman Trust Barometr 2021” to zły znak. Wydawało się, że niepewne czasy będą sprzyjały odbudowaniu pozycji mediów tradycyjnych. Okaże się, czy rezultaty globalnego badania zaufania potwierdzą prognozy i analizy krajowe. Obawy o przyszłość mediów, w tym oczywiście ich stabilność finansową wyrażała już International Federation of Journalism[3], a nawet UNESCO, nawołujące wprost do zapewnienia dziennikarstwu ochrony w zdigitalizowanym świecie[4]. Brakuje systemowych rozwiązań. Giganci internetowego świata (Google, Facebook i inni), którzy nie tworzą własnych treści, nie są dziś skłonni podzielić się swoimi gigantycznymi dochodami z tymi, którzy dostarczają ich użytkownikom informacje na najwyższym poziomie, czyli redakcjami. Brakuje międzynarodowego, wspólnego frontu, który mógłby w tym wypadku odnieść sukces w negocjacjach. Z tej perspektywy nawet subskrybowany dostęp do cyfrowych treści wydaje się rozwiązaniem czasowym i niewystarczającym. Towarzyszy mu to, co twórcy wizji „Journalism 2025” określili terminem: „podjadanie mediów”. Oznacza on kupowanie pojedynczych artykułów. Autorzy raportu „What’s New(s)? Scenarius for the future of journalism” uznali to za zjawisko negatywne, ponieważ czytelnicy nie są lojalni wobec tytułu prasowego. Sięgają tylko po tematy, które akurat ich interesują, pomijając inne, być może istotniejsze dla nich treści. Tkwią zamknięci w swojej „bańce” informacyjnej. W Rzeczpospolitej niedostatki finansowe, czy brak inwestorów ratuje się ostatnio zbiórkami publicznymi lub odwołaniem do odbiorców, słowem: wsparciem społecznościowym.

 

Przykłady warte zastanowienia

 

Radio 357 uzyskało deklarację ponad pół miliona stałych wpłat za pośrednictwem platformy Patronite już w trzecim dniu nadawania[5]. Dziś (23.01.2021 r.) to już ponad 570 000 zł od 25 006 wspierających[6]. Konkurencyjne i też powstałe na bazie „Trójki” Radio Nowy Świat może liczyć na więcej niż 672 000 zł od 31 409 finansujących. Eksmitowany przez Archidiecezję Krakowską z lokalu przy Wiślnej 12 „Tygodnik Powszechny” prowadzi zbiórkę na nową siedzibę za pośrednictwem Facebook’a. Chcą zgromadzić jedyne 300 000 zł. Na razie uzyskali 211 620 zł w ciągu 19 dni[7]. Akcja wyraźnie straciła rozpęd. Prawie sto tysięcy złotych zgromadzono w 24 godziny (zbiórka wystartowała 4 stycznia 2021 r.)[8]. Dwieście tysięcy odnotowano już 8 stycznia[9]. Potem tempo przyrastania spadło, a do celu ciągle brakuje więcej niż 25%. Czy wspomniane stacje radiowe też to czeka (regres w rozbudowie finansowego zaplecza)? Radio Nowy Świat już się dowiedziało, że łaska donatorów na pstrym koniu jeździ i gdy będą niezadowoleni, to mogą zawiesić finansowanie[10]. Rozgłośnia ratowała się wówczas odwołaniem prezesa Piotra Jedlińskiego z funkcji[11]. W tej głośnej sprawie interweniowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy[12]. Trudno to uznać za sytuację komfortową i stabilną.

 

Czy opisane powyżej przypadki są też wyrazem sympatii politycznych donatorów, którzy postrzegają wymienione redakcje, jako stojące w opozycji wobec aktualnej władzy? Pytamy o to politolog dr Agnieszkę Zarembę:

Oceniłabym to tak pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, czyli sympatie polityczne: tak, ale też sentyment do tego, do czego jako słuchacze, czy czytelnicy jesteśmy przywiązani.

 

Co się stanie, gdy zmieni się władza i media publiczne, w tym Program Trzeci, obejmą inni ludzie? Czy nowe stacje utrzymają zaplecze ekonomiczne i kadrę? A może dziennikarze zechcą wrócić na Myśliwiecką 3/5/7 na stare śmieci i do stabilnego, publicznego finansowania?

 

Za dużo zmiennych dla jednoznacznej odpowiedzi – odpowiada dr ZarembaZależy, kto wygra wybory. Jeśli PO, to jestem sceptyczna. Mam wrażenie, że pójdą tą samą drogą co PiS, od którego dziś bardzo dużo politycy tej partii się uczą. Okaże się więc, jacy ludzie staną na czele mediów publicznych, z jakim spojrzeniem na świat i etyką. Istotna będzie też sytuacja gospodarcza. W czasie prosperity ludzie nie boją się odważnych decyzji, inaczej jest w kryzysie. Sądzę jednak, że nie wrócimy ani do pluralizmu, ani liberalnej demokracji, jakie pamiętamy z lat dziewięćdziesiątych. Do tego głównym źródłem informacji będzie bez wątpienia Internet, a to może źle wróżyć mediom tradycyjnym.

 

Ciąg dalszy nastąpi… Tylko jaki?

 

Wydaje się, że wciąż nie ma pomysłu na stabilne finansowanie mediów tradycyjnych, zwłaszcza prasy,  w dobie digitalizacji. Zarówno okres subskrypcji, jak i „podjadania”, czy donacji społecznych może mieć charakter przejściowy, bo daleko mu do doskonałości. Na pewno potrzebne jest porozumienie z internetowymi gigantami, którzy żyją przynajmniej w części z udostępniania treści wytwarzanych przez media. Same redakcje są zbyt słabe, by skutecznie upomnieć się o swoje. O dziwo dotyczy to również międzynarodowych korporacji, co zapewne byłoby nie do pomyślenia jeszcze dekadę temu. To istotne wyzwanie dla społeczności międzynarodowej, bo obecnie można nabrać przekonania, że namiętni użytkownicy mediów społecznościowych czerpią widzę z tytułów artykułów i leadów, bo tylko tyle do nich dociera. Nie wchodzą głębiej, bo wówczas musieliby wyjść z ulubionego serwisu. Wyciągają błędne wnioski z otrzymanych, spłyconych szczątków komunikatów, w efekcie czego zaufanie zarówno do mediów społecznościowych, jak i mediów tradycyjnych drastycznie spada. Jaka będzie przyszłość finansowania Radia Nowy Świat i Radia 357 oparte dziś o donacje? To rozwiązanie doraźne, taka „chwilówka”. W przypadku zmiany władzy w Polsce sami słuchacze mogą zapytać o to, dlaczego dziennikarze nie wracają do Trójki i dlaczego mają ich dalej utrzymywać z własnej kieszeni, skoro mogą otrzymać ulubione produkty za darmo, tak jak dotychczas.

 

Na koniec przywołajmy słowa Artura Rejtera na temat „Merkuriusza Polskiego” z 1661 roku uznawanego za pierwszą rodzimą gazetę: „Merkuriusz Polski” zrodził się z potrzeby czasów, które charakteryzowały się głodem rzetelności i regularnych wiadomości dotyczących aktualnych wydarzeń. Jest zatem wynikiem rozwoju cywilizacyjnego polskiego społeczeństwa[13]. Miejmy nadzieję, że ten „głód” rychło powróci i ruszymy na ścieżkę cywilizacyjnego rozwoju. Dotyczy to też społeczności międzynarodowej. Wyzwaniem na dziś jest bez wątpienia odzyskanie zaufania odbiorców, a to na pewno leży w dziennikarskich rękach: bezstronności, wysokich kompetencjach komunikacyjnych i redakcyjnym profesjonalizmie. To istotny element w drodze do odbudowania dla dobra społecznego pozycji lidera w dziedzinie periodycznego dostarczania wiarygodnych informacji.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.journalism2025.com/trends.html – dostęp 23.01.2021 r.

[2] https://www.edelman.com/trust/2021-trust-barometer – dostęp 23.01.2021 r.

[3] https://www.ifj.org/what/future-of-journalism.html – dostęp 23.01.2021 r.

[4] https://unesdoc.unesco.org/ark:/48223/pf0000232358 – dostęp 23.01.2021 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/radio-357-zbiorka-patronite-jak-sluchac-ramowka-audycje-opinie – dostęp 23.01.2021 r.

[6] https://patronite.pl/radio357 – dostęp 23.01.2021 r.

[7] https://www.facebook.com/donate/992110001279874/5481839011841592/ – dostęp 23.01.2021 r.

[8] https://www.tygodnikpowszechny.pl/zrobmy-sobie-miejsce-166112 – dostęp 23.01.2021 r.

[9] https://www.press.pl/tresc/64473,_tygodnik-powszechny_-zebral-juz-ponad-200-tys_-zl-na-nowa-siedzibe – dostęp 23.01.2021 r.

[10] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/margot-michal-sz-aresztowany-aktywista-lgbt-radio-nowy-swiat-okresla-go-jako-kobiete-udzialowcy-odcieli-sie-od-zalozyciela-stacji# – dostęp 23.01.2021 r.

[11] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/byly-prezes-radia-nowy-swiat-rezygnacje-sugerowal-mi-sosnowski-jethon-przeniosla-najgorsze-wzorce-z-trojki – dostęp 24.01.2021 r.

[12] https://sdp.pl/cmwp-sdp-o-cenzurze-w-radiu-nowy-swiat/ – dostęp 24.01.2021 r.

[13] https://rcin.org.pl/Content/56837/WA248_69826_P-I-2795_rejter-polifon.pdf – dostęp 24.01.2021 r.

Bez wyroku w sprawie redaktora Wojciecha Biedronia

Przed Sądem Okręgowym w Łodzi już po raz drugi nie ogłoszono wyroku w sprawie redaktora Wojciecha Biedronia z tygodnika Sieci w związku z jego artykułem na temat byłego sędziego Wojciecha Łączewskiego, który teraz występuje w roli oskarżyciela prywatnego. 4 stycznia 2021 roku wyroku nie było, ponieważ Łączewski zmienił miejsce zamieszkania i – jak argumentował były sędzia – nie wiedział o poprzednich terminach a na rozprawie 27 stycznia oskarżyciel prywatny wystąpił do łódzkiego sądu o wyłączenie z postępowania sędziego Marka Pietruszki, który przewodniczy składowi orzekającemu.  

 

Sprawa dotyczyła publikacji na temat b. Sędziego W. Łączewskiego, w której opisano, jak miał on nawiązać prywatną korespondencję z osobą, którą uznał za dziennikarza Tomasza Lisa i miał namawiać red. naczelnego “Newsweeka” do obrania nowego kierunku w politycznej walce z rządem. Sąd Okręgowy uznał, że redaktor Wojciech Biedroń pomówił sędziego “o właściwości, które mogły go narazić na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu sędziego poprzez nieprawdziwe wskazanie, że wobec pokrzywdzonego toczy się postępowanie dyscyplinarne”. W istocie chodziło o postępowanie wyjaśniające, ale nawet wielu prawników stosuje te określenia zamiennie.

 

Wojciech Łączewski, jeszcze jako sędzia, wystąpił w listopadzie 2016 r. z prywatnym aktem oskarżenia wobec red. Wojciecha Biedronia.   Latem 2018 roku sąd I instancji uznał dziennikarza za winnego. Podstawą był art. 212 kodeksu karnego mówiący o zniesławieniu. Biedroniowi wymierzono 25 tysiące złotych grzywny. Na początku 2019 roku, po apelacji, Sąd Okręgowy w Łodzi złagodził wyrok i zmniejszył grzywnę do 3 tys. zł., ale uznał winę dziennikarza.

 

We wrześniu 2020 roku Sąd Najwyższy uchylił wyrok wymierzający grzywnę red. Biedroniowi. Sprawa wróciła do II instancji, czyli do Sądu Okręgowego w Łodzi. Na jego wokandzie pojawiła się na początku 2021 roku.

 

27 stycznia Wojciech Łączewski złożył wniosek o wyłączenie ze składu orzekającego, jego przewodniczącego sędziego Tomasza Pietruszki. Redaktor Biedroń poinformował, że oskarżyciel prywatny dosyć szczegółowo powoływał się na wiele okoliczności i dokumentów, m.in. na raport Najwyższej Izby Kontroli. Chodzi o rzekome niejasności w tym losowaniu sędziów, a – zdaniem oskarżyciela prywatnego – sędzia Tomasz Pietruszka jest źle wybrany poprzez nową Krajową Radę Sądownictwa  – relacjonował Wojciech Biedroń. We wniosku znalazło się również stwierdzenie, że jestem znajomym sędziów z KRS ” –mówił dziennikarz. Powołując się na raport NIK i podważając status sędziego orzekającego w sprawie, w moim przekonaniu, Wojciech Łączewski dąży do przedłużenia tego przewodu sądowego i wydaję mi się, że liczy na możliwe przedawnienie – powiedział CMWP SDP Biedroń.

 

Także zdaniem wielu prawników wniosek o wyłączenie sędziego spowoduje znaczne opóźnienie wyroku. Teraz sąd musi orzec, czy przewodniczący składu, sędzia Tomasz Pietruszka może nadal prowadzić tę sprawę. Już wcześniej, bo 4 stycznia 2021 miał być ogłoszony wyrok. Tak się jednak nie stało. “Podobno oskarżyciel prywatny zmienił adres zamieszkania i właśnie, wpłynął wniosek, z którego wynika, że nie został powiadomiony o poprzednim terminie rozprawy” – powiedział na początku stycznia mecenas Dariusz Pluta, który jest adwokatem Wojciecha Biedronia.   Nie podoba mi się tego typu zachowanie oskarżyciela, ale sąd nie miał wyjścia i musiał wyznaczyć nowy termin  – podkreślił wtedy red. Biedroń.

 

Zdaniem dziennikarza w tej sprawie chodzi jednak o coś innego. “Ciągle przed sądem staje dziennikarz. Dziennikarz skazany z haniebnego artykułu 212 kodeksu karnego. Ja nigdy nie byłem karany, a dziś sytuacja jest taka, że po raz kolejny, 30 lat po upadku komuny, dziennikarz musi odpowiadać z artykułu 212.” – mówił Wojciech Biedroń. Do sądu trafił akt oskarżenia, który opisuje działania Wojciecha Łączewskiego także wobec publicysty Sieci.

 

Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP. Obserwatorem procesu w imieniu CMWP SDP jest red. Hubert Bekrycht. Przeciwko wyrokowi skazującemu red. Wojciecha Biedronia Centrum występowało m.in. w lutym 2019 r.

 

Protest CMWP SDP  przeciwko skazaniu red. W. Biedronia TUTAJ.

 

Gmina kontra dziennikarz. Kolejna sprawa z art. 212 kk objęta monitoringiem CMWP SDP

25 stycznia br. przed Sądem Rejonowym w Częstochowie odbyła się rozprawa z prywatnego aktu oskarżenia z art. 212 kodeksu karnego Gminy Rędziny przeciwko red. Pawłowi Gąsiorskiemu, redaktorowi naczelnemu  portalu gminaredziny.pl . Gminie nie spodobało się sformowanie, że “gmina nieźle zarabia na Waszych odpadach”. Według aktu oskarżenia są to nieprawdziwe informacje, a twierdzenie, że m.in. “mieszkańcy za dużo płacą za śmieci”  spowodowało utratę zaufania do gminy Rędziny przez mieszkańców.

 

Według aktu oskarżenia, Gmina Rędziny poczuła się zniesławiona tym, iż red. Paweł Gąsiorski napisał artykuł  na temat wpływów i wydatków za śmieci w gminie Rędziny. Wg red. Pawła Gąsiorskiego  źródłem informacji zawartych w artykule była  informacja publiczna przesłana przez wójta Pawła Militowskiego.

 

Artykuł będący przedmiotem oskarżenia jest TUTAJ.

 

Sprawa dotyczy więc  udostępnienia przez red. P. Gąsiorskiego informacji publicznej z 26 września 2019 w sprawie wydatków i dochodów dotyczących odbioru, gospodarowania i transportu odpadów od mieszkańców Gminy Rędziny za lata 2017 – 2018. 25  stycznia b.r. strony zarówno oskarżyciela, jak i oskarżonego stawiły się z pełnomocnikami. Pełnomocnik oskarżyciela sprzeciwił się jawnemu prowadzeniu postępowania. Przewodniczący sędzia M. Garlik zezwolił na pozostanie na sali dwóch osób m.in. obserwatora w imieniu CMWP SDP – red. Haliny  Żwirskiej. Następnie sędzia zapytał czy strony porozumiały się w czasie mediacji. Strony zgodnie oświadczyły, że nie widzą możliwości zawarcia ugody. Pełnomocnik oskarżyciela będzie wnosił o przesłuchania Pawła Militowskiego – wójta gminy Rędziny. Sędzia wyjaśnił również, że oskarżyciel nie otrzymał odpowiedzi na złożony wniosek, gdyż nie jest to oskarżenie cywilne, a Gmina ma osobowość prawną. Jednak odczytał część tej odpowiedzi Sądu.

 

Następnie sędzia zarządził skierować sprawę na 13 kwietnia 2021, godz. 8.50 . Pouczył także oskarżonego, że niestawienie się na rozprawie nie wstrzymuje jej biegu oraz stwierdził, iż należy uznać za zawiadomionego Pawła Militowskiego przez pełnomocnika oskarżyciela. Świadkowie: Aneta Paszek, Katarzyna Oziębłowska i Joanna Włodarczyk zostaną wezwani na godzinę 10.00. Na tym rozprawa zakończyła się.

 

Sprawę swoim monitoringiem objęło Centrum Monitoringu i Wolności Prasy SDP oraz Helsińska Fundacja Praw Człowieka.

 

Diabeł tkwi w szczegółach – ŁUKASZ WARZECHA o Radzie Wolności Słowa

Wiemy więcej o pomyśle Ministerstwa Sprawiedliwości, dotyczącym ukrócenia samowoli cyfrowych gigantów – choć wciąż nie mamy w rękach projektu ustawy. O pomyśle pisałem już na portalu SDP – raczej pochlebnie, bo też problem jest realny i coraz dokuczliwszy. Od czasu ukazania się tamtego tekstu dostaliśmy kolejne tego dowody w postaci wejścia Twittera w rolę pełnoprawnego politycznego gracza w najostrzejszej fazie konfliktu wokół wyników wyborów prezydenckich w USA. Zablokowanie konta wciąż jeszcze aktualnego prezydenta USA przez ćwierkający serwis to jednak poziom wyżej niż wszystko co dotąd widzieliśmy.

 

Teraz poznaliśmy nieco szczegółów ministerialnej propozycji i tu mogą się pojawiać wątpliwości, dotyczące praktyczności tych rozwiązań. Pierwsza kwestia to złożona z pięciu członków Rada Wolności Słowa, która ma być organem odwoławczym od decyzji serwisów internetowych. Pomysł na powołanie takiego ciała jest oczywisty i nie wydaje się sam w sobie kontrowersyjny, bo stworzenie zewnętrznego eksperckiego ciała odwoławczego było jedną z propozycji najczęściej pojawiających się w dyskusjach.

 

Można odnieść wrażenie, że MS wzięło pod uwagę ewentualne zastrzeżenia, dotyczące upolitycznienia tego ciała, ponieważ rada miałaby być wybierana na kadencję sześcioletnią, a więc o dwa lata dłuższą niż kadencja Sejmu – to rozwiązanie stosowane przy wszystkich tych organach państwa, które mają być przynajmniej formalnie odizolowane od bezpośredniego politycznego wpływu. Przede wszystkim zaś jej skład miałby być wyłaniany większością kwalifikowaną trzech piątych głosów w izbie niższej, czyli przynajmniej 276 głosami (zakładając, że miałyby to być trzy piąte ustawowej liczby posłów). To przynajmniej teoretycznie wymuszałoby porozumienie co najmniej dwóch sił politycznych, bo prawdopodobieństwo, że jedna partia będzie mieć taką przewagę, jest nikłe.

 

Lecz znów – diabeł tkwi w szczegółach. Według MS do rady mieliby być powoływani „eksperci w dziedzinie prawa i nowych mediów”. Kto by jednak wysuwał te kandydatury? Czy mogliby to robić jedynie posłowie, a jeśli tak, to ilu? Czy też prawo proponowania kandydatów do RWS miałyby organizacje społeczne, stowarzyszenia (np. SDP), a może po prostu grupy obywateli? To ważne pytanie, bo teoretycznie można sobie wyobrazić, że w Sejmie zawiązuje się porozumienie dwóch sił – rządzącej wraz z jednym doraźnym koalicjantem – które wyłania własnych kandydatów i ich przegłosowuje, a tak sformowana RWS podejmuje w kontrowersyjnych sprawach decyzje według politycznych dyrektyw. Bo przecież nie miejmy złudzeń: decyzje cyfrowych gigantów mają polityczne skutki, są politycznie kontrowersyjne, a najpewniej miewają i polityczne przyczyny. Można zatem w teorii wyobrazić sobie, że RWS wyłoniona z politycznego klucza – mówiąc w uproszczeniu – uwzględnia znacznie częściej skargi użytkowników bliskich partii rządzącej niż jej przeciwników.

 

Być może dobrym rozwiązaniem byłoby pozbawienie posłów możliwości wysuwania kandydatów, a wyposażenie w tę kompetencję jedynie organizacji pozarządowych lub nawet tylko grup obywateli? Może kandydaci do RWS powinni zawalczyć o miejsce w tym gremium, musząc zebrać określoną liczbę podpisów poparcia?

 

Druga zasadnicza wątpliwość dotyczy drożności systemu. Wspominałem już o niej w poprzednim tekście na ten temat, wskazując, że w niezwykle szybkim internetowym świecie liczy się czas. Dla przykładu: decyzja o zdemonetyzowaniu aktualnego w danym momencie filmu może oznaczać, że do czasu, gdy monetyzacja zostanie ewentualnie przywrócona, obejrzy go już większość potencjalnych widzów. A zatem twórca na nim nie zarobi.

 

MS wydaje się to rozumieć, bo przedstawiane terminy są krótkie, aczkolwiek i tak bardzo długie jak na czas życia materiałów w sieci – RWS ma mieć siedem dni na rozpatrzenie odwołania. Problem w tym, że twórcy projektu chyba nie za bardzo zdają sobie sprawę z liczby kontrowersyjnych decyzji serwisów internetowych, a więc i z liczby odwołań od nich, jakie mogą do RWS spływać. Może się okazać, że są to dziesiątki, a nawet setki wniosków – nie tygodniowo, a dziennie. Jak rada miałaby sobie z tym poradzić? Na pewno nie w swoim pięcioosobowym składzie. Obsługa potencjalnej liczby skarg w siedmiodniowym terminie wymagałaby stworzenia solidnej infrastruktury i biura, obsadzonego przez minimum kilkadziesiąt osób – a to już robi się poważne przedsięwzięcie, porównywalne z urzędami takimi jak Rzecznik Praw Obywatelskich i kosztującymi rocznie dziesiątki milionów złotych. Jeśli bowiem takie rozwiązanie ma działać sprawnie, nie może być robione z myślą o oszczędzaniu.

 

Czy MS to rozumie? Czy istnieje gwarancja finansowania? Czy da się spiąć organizacyjnie taką strukturę? Skąd wziąć ludzi do pracy – bo przecież nie mogliby to być zwykli urzędnicy, ale osoby rozumiejące nowe media, zorientowane w specyfice serwisów społecznościowych i sprawnie się w nich poruszające. Gdzie znaleźć takich na rynku i jak sprawić, żeby przyszli pracować do państwowego urzędu?

 

Całkiem rozsądnie natomiast wydaje się ustalona wysokość ewentualnej kary za niepodporządkowanie się decyzjom rady, mającej sięgać nawet 50 mln złotych. Dopiero tego rzędu pieniądze mogą zrobić jakiekolwiek wrażenie na firmach typu Google’a czy Facebooka. Jest tylko jeden problem: jak w reżimie prawnym umieścić tę całą konstrukcję tak, aby dla cyfrowych gigantów stała się obowiązująca? Tu jasności nie ma.

 

Cóż, musimy poczekać na tekst projektu.

 

Łukasz Warzecha

Jak najszybciej zagwarantować wolność słowa w sieci – apel Ordo Iuris, SDP i CMWP SDP

Petycję z apelem do premiera RP Mateusza Morawickiego o jak najszybsze przyjęcie przepisów gwarantujących wolność słowa w internecie złożyli we wtorek w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przedstawiciele Instytutu Ordo Iuris, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

Podczas brifingu prasowego, który towarzyszył przekazaniu petycji, dr Tymoteusz Zych wiceprezes Instytutu Ordo Iuris, zauważył że internet, który miał być przestrzenią wolności słowa, w ostatnim czasie stał się miejscem ideologicznej cenzury, a wielcy gracze, którzy stworzyli portale społecznościowe całkowicie ją kontrolują.

 

– Nazywa się ich nowymi regulatorami wolności słowa. Działają oni w sposób bardziej subtelny niż dawniej urząd cenzury przy Mysiej, ale przez to dużo bardziej skutecznie. Te portale są w stanie wykluczyć z debaty publicznej nawet prezydenta Stanów Zjednoczonych,  nie mówić już o polskich dziennikarzach, czy arcybiskupie, metropolicie krakowskim Marku Jędraszewskim – mówił Tymoteusz Zych.

 

Przypomniał, że kilka tygodni temu przedstawiony został projekt zmian idących w kierunku zapewnienia wolności słowa w internecie (pisaliśmy o tym TUTAJ). Zauważył, że inne kraje, takie jak Niemcy czy Francja, zdążyły już uregulować kwestę działalności mediów społecznościowych, ale tamte rozwiązania idą w kierunku ograniczania debaty i usuwania wpisów.  – Polski rząd mówi coś zupełnie innego: co nie jest zabronione, to powinni być dozwolone, materiał powinien być usuwany tylko wtedy gdy narusza przepisy polskiego prawa – mówił wiceprezes Ordo Iuris.

 

Dodał, że ważne jest też wprowadzenie szybkiej procedury, która zapewni wszystkim proste odwołanie się od decyzji portali społecznościowych.

 

– Ten projekt nie może trafić na półkę, czekać na sytuację, gdy komuś znowu o randze Donalda Trumpa wykasuje się konto, nie pozwalając na zabieranie głosu. Dlatego Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich , Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i Instytut  Ordo Iuris, kilka tysięcy Polaków, w tym ważne postacie życia publicznego, dziennikarze o różnych poglądach apelują o pilne procedowanie tych zmian prawnych i jak najszybsze wprowadzenie ich w życie – powiedział Tymoteusz Zych.

 

Prezes SDP Krzysztof Skowroński przypomniał, że zarówno stowarzyszenie jak i CMWP SDP wielokrotnie protestowało przeciwko usuwaniu treści w mediach społecznościowych.

 

– Uważamy, że cenzura w internecie jest na świecie zjawiskiem bardzo groźnym. Ograniczenie wolności słowa to jest ograniczenie dostępu do informacji dla miliardów ludzi, dlatego z pełnym przekonaniem i pełną stanowczością podpisujemy się pod tym apelem, pod tą petycją. Chcemy, aby polski rząd, polski parlament procedował tę ustawę, żebyśmy w Polsce wiedzieli, że wolność słowa jest wartością chronioną, bo wolność słowa to demokracja, to możliwość rozwoju nie tylko dla mediów, ale również dla przemysłu, dla wszystkich obywateli – powiedział Krzysztof Skowroński

 

Dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP oraz wiceprezes SDP, podkreśliła, że petycja nie idzie w kierunku cenzurowania internetu, tylko zapewnienia wolności słowa. – To jest naszym celem. Widzimy jaki jest problem, gdzie są luki, także w przepisach prawnych, mam nadzieję że jest szansa by to zlikwidować  – powiedziała dyrektor CMWP SDP.

 

Razem z petycją w KPRM złożono również przygotowany przez Ordo Iuris raport „Wolność słowa w Internecie. Diagnoza problemów i kierunki zmian” pokazujący m.in. jak inne kraje uregulowały działalność gigantów technologicznych oraz omawiający proponowane w Polsce rozwiązania prawne (można go przeczytać TUTAJ).

 

Analiza Mirosława Usidusa „Czy mamy szansę wygrać z cenzurą Big Tech?” (czytaj TUTAJ).

 

jka

 

 

 

 

Papież Franciszek: dziennikarstwo wymaga spotkania

Kryzys w przemyśle wydawniczym niesie niebezpieczeństwo informacji tworzonych w redakcjach, przed komputerem, w agencjach, w sieciach społecznościowych, bez wychodzenia na ulice, bez „zdzierania butów”, bez spotykania osób – pisze papież Franciszek w Orędziu na 55. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

 

W dokumencie zatytułowanym  „«Chodź i zobacz» (J 1, 46). Komunikować, spotykając osoby, tam gdzie są, i takie, jakie są” Franciszek zwraca uwagę na jeden z głównych problemów współczesnych mediów jakim jest tworzenie materiałów dziennikarskich „za biurka”, przez telefon czy internet bez osobistego kontaktu z człowiekiem.

 

„Uważne głosy od dawna narzekają na ryzyko spłaszczenia w «gazetach kopiach» czy w wiadomościach telewizyjnych, radiowych i na stronach internetowych, zasadniczo jednakowych, gdzie gatunek wywiadu i reportażu traci miejsce i jakość na rzecz informacji, która się sprzeda, «pałacowej», autoreferencyjnej, która w coraz mniejszym stopniu ukazuje prawdziwy stan rzeczy i konkretne życie ludzi i która nie jest już zdolna uchwycić najpoważniejszych zjawisk społecznych ani pozytywnej energii, uwalniającej się u podstaw społeczeństwa – pisze papież.

 

Dalej przestrzega: „Jeśli nie otworzymy się na spotkanie, pozostaniemy widzami z zewnątrz, pomimo technologicznych innowacji, które mogą stawiać nas wobec rzeczywistości poszerzonej, w której, jak się nam wydaje, jesteśmy zanurzeni”.

 

Franciszek, zwracając się do ludzi mediów, nawiązuje do słów z Ewangelii św. Jana: „Chodź i zobacz”. Zdanie to odnosi się do poznania Jezusa przez uczniów. To dzięki spotkaniu odmieniło się ich życie. Ten biblijny przykład papież przekłada na rzeczywistość pracy dziennikarzy.

 

„«Chodź i zobacz» jest najprostszym sposobem, aby poznać rzeczywistość. To najbardziej uczciwa weryfikacja każdej wiadomości, ponieważ, aby poznać, trzeba spotkać, pozwolić, aby ten, kto stoi przede mną, opowiedział mi, pozwolić, aby jego świadectwo dotarło do mnie – zauważa Franciszek.

 

Papież w Orędziu pisze również o zaletach i zagrożeniach mediów społecznościowych. Z jednej strony udostępniają one informacje z pierwszej ręki, umożliwiają wszystkim komunikowanie wydarzeń, które mogłyby zostać pominięte przez media tradycyjne. Z drugiej strony jednak istnieje niebezpieczeństwo przekazywania fałszywych informacji.

 

„Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za nasz przekaz, za informacje, które podajemy, za kontrolę, której razem możemy dokonywać odnośnie do fałszywych wiadomości, demaskując je. Wszyscy jesteśmy wezwani, by być świadkami prawdy – aby pójść, zobaczyć i się podzielić” – podkreśla papież.

 

opr. jka, źródło: episkopat.pl, fot. Wikipedia

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Dalej jest… fałsz?

9 lutego w Sądzie Okręgowym w Warszawie ma zapaść wyrok w sprawie przeciwko prof. Barbarze Engelking i prof. Janowi Grabowskiemu, współautorom kontrowersyjnej książki „Dalej jest noc”, w której sugerują, że Polacy współuczestniczyli w Holokauście i zamordowali 200 tys. Żydów. Autorów broni „Gazeta Wyborcza”, atakując IPN i polski rząd.

 

Proces rozpoczął w się w październiku 2019 r. Zdaniem powódki – Filomeny Leszczyńskiej jej stryj, sołtys wsi Malinowo Edward Malinowski został w książce fałszywie pomówiony o ograbienie Żydówki i współpracę z Niemcami podczas II wojny światowej. Od autorów domaga się przeprosin, 100 tys. zł zadośćuczynienia, erraty i zakazu dalszej publikacji „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”.

 

Powódkę wspiera Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga przeciw Zniesławieniom. Jej prezes Maciej Świrski mówi, że z akt sądowych sprawy z lat 50. wynika, że Edward Malinowski w czasie niemieckiej okupacji nie donosił na Żydów, ale ich ukrywał, pomagał. Jego zdaniem, publikacja prof. Engelking i prof. Grabowskiego stanowi pomówienie dobrego imienia sołtysa Malinowa i jest sprzeczna z ideami rzetelnej pracy naukowej.

 

„Zakłamani pseudopatrioci”

 

Ostatnio w „Gazecie Wyborczej” powstał artykuł na ten temat Wojciecha Czuchnowskiego: „Gdy nie udało się przemilczeć książek badaczy Zagłady w Polsce, postanowiono zrobić z nich kłamców i fałszerzy. Do akcji ruszył cały aparat państwa PiS i wspierane przez niego organizacje. Poligonem doświadczalnym ma być proces o książkę <<Dalej jest noc>>”.

 

Tyle o rzekomych powodach sprawy sądowej, dalej jest o samym dziele: „To drobiazgowe i obszerne opisy tysięcy przypadków. Jeden z nich jest właśnie tematem kończącego się procesu. Wyrok będzie miał wpływ na wolność badań naukowych w Polsce, ale także na wizerunek naszego kraju w środowiskach historyków na całym świecie”.

 

W „GW” wypowiada się prof. Jan Grabowski przywołując klisze antysemityzmu: „Chwilami przypomina mi się nagonka władz PRL na naukowców w 1968 roku. Te same metody, ta sama retoryka. Chodzi o to, żeby nas zdyskredytować i zastraszyć”.

 

Nie mogło zabraknąć ataku na prezesa Reduty i polski rząd: „Za całą sprawą stoi Maciej Świrski, prezes i założyciel Reduty Dobrego Imienia. To dotowana przez państwo prawicowa fundacja, która wspiera PiS-owską politykę historyczną. W jej ujęciu podczas wojny Polacy byli niemal wyłącznie ofiarami i bohaterami oraz masowo ratowali Żydów”.

 

Inny dziennikarz „Gazety Wyborczej” Mirosław Maciorowski zawyrokował: „Zakłamani pseudopatrioci z opłacanych przez władzę organizacji nazywają ich dzieło antypolskim. Jestem pewien, że go nie przeczytali, a jeśli nawet, to jako nacjonalistyczni fanatycy uważają, że polską racją stanu jest obłuda i wypieranie ze świadomości niewygodnej prawdy”.

 

„Nie ma nic wspólnego z nauką”

 

I jeszcze jeden cytat z „Wyborczej”: „<<Dalej jest noc>> to książka naukowa, bardzo dobrze udokumentowana. I może właśnie dlatego wywołuje taką histerię wśród nacjonalistów. Ktoś śmie uprawiać naukę, kiedy władza wzywa badaczy do uprawiania polityki historycznej. I nie tylko wzywa, ale daje na ten cel duże pieniądze”.

 

A jak naprawdę rzecz się ma z naukowcami. Na apel Reduty Dobrego Imienia 134 polskich naukowców napisało m.in.: „Grabowski nie przestrzega podstawowych zasad rzetelności badacza”, „buduje konstrukcje propagandowe”, „eliminuje kluczowe fakty”, „nie ma nic wspólnego z nauką”, „sprzeniewierza się powołaniu naukowca”.

 

Stanowisko naukowców skupionych wokół Reduty wsparło w 2019 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (czytaj TUTAJ) uzasadniając, że w niniejszej sprawie zachodzi istotne zagrożenie naruszenia prawa w zakresie wolności słowa. Dlatego jest obserwatorem procesu w charakterze amicus curiae („przyjaciela sądu”).

 

Grabowski protestuje…

 

W książce „Dalej jest noc”, sygnowanej przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów, autorzy stawiają tezę, że w czasie II wojny światowej „dwóch spośród każdych trzech Żydów poszukujących ratunku zginęło – najczęściej za sprawą swoich sąsiadów, chrześcijan”.

 

Prof. Jan Grabowski od dawna jest znany z podobnej twórczości i akcji. W 2018 r. chciał zablokować wystawę Instytutu Pamięci Narodowej zorganizowaną razem z Ambasadą Polski w Ottawie i tamtejszą uniwersytecką Slawistyczną Grupą Badawczą. Wystawa nosiła tytuł: „Polacy ratujący Żydów”.

 

Grabowski, który wykłada na ottawskim uniwersytecie, w liście do władz uczelni uprzejmie doniósł, że Instytut zajmuje się „zniekształcaniem, w sposób radykalny, polskiej narodowej świadomości historycznej”. „Trzeba powiedzieć: dość! Nie można pozostać obojętnym, gdy ludzie, którzy chcą karać więzieniem wyłamujących się z głównego nurtu uczonych, ludzie, którzy dławią wszelkie dyskusje i są pełnomocnikami nacjonalistów, rządzących Polską, próbują uczyć nas historii” – napisał prof. Grabowski.

Nacjonalistami ma być polska władza, a pełnomocnikami nacjonalistów – naukowcy z Instytutu Pamięci Narodowej. Grabowski zaapelował do swoich studentów oraz do Żydów z Ottawy, by „przyszli i wyrazili swój sprzeciw wobec jakichkolwiek prób zniekształcania historii ludobójstwa europejskich Żydów.”

 

W liście do władz swojej uczelni napisał dalej: „Jednym z najbardziej szkodliwych aspektów »polityki historycznej« promowanej przez IPN na arenie międzynarodowej jest uporczywe dążenie by celebrować polskich „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, czyli Polaków ratujących Żydów w czasie okupacji. Ci odważni ludzie są używani przez IPN instrumentalnie, w celu przykrycia o wiele mniej chwalebnych czynów dużej części polskiego społeczeństwa, które na różne sposoby brało udział w niemieckim planie ludobójstwa. Fakt, że tysiące polskich Żydów zostało zamordowanych lub zadenuncjowanych Niemcom przez swoich polskich sąsiadów, jest w całości usunięty z polskiej narracji”.

 

Na tym ma polegać tzw. „nowa polska szkoła historii i Holocaustu”. A Grabowski, prócz tego, że szczyci się tytułem profesora Uniwersytetu Ottawskiego, jest zatrudniony w Polskiej Akademii Nauk – Centrum Badań nad Zagładą Żydów – firmującym książkę „Dalej jest noc”.

 

Grabowski contra Reduta

 

Prof. Jana Grabowskiegodo zaprzestania szkalowania Narodu Polskiego” Reduta Dobrego Imienia wezwała w 2018 r. We wspomnianym wcześniej oświadczeniu RDI, podpisanym przez 134 polskich naukowców, czytaliśmy: „Działalność Jana Grabowskiego nie tylko nie przyczynia się do poznania prawdy, ale jest też rozsadnikiem kłamstwa w międzynarodowym życiu publicznym i naukowym, a więc jest sprzeczna z powołaniem naukowca”.

 

Co na to Grabowski? Nie tylko nie zaprzestał „szkalowania Narodu Polskiego”, ale na łamach portalu Jewish.pl. szkalowanie zarzucił Reducie i… pozwał ją. Reprezentujący go prawnicy podważają „rzekomo szkalujący i nieprzychylny stosunek profesora wobec Polski i Polaków, który wyrażać ma się poprzez publikowanie wyników badań nad Holokaustem i zbrodniami popełnionymi przez Polaków na Żydach podczas II wojny światowej”.

 

Adwokat we własnej sprawie

 

Niestety, ci autorzy [książki „Dalej jest noc”] dokonali manipulacji na źródłach, a ich skala jest zatrważająca. Profesorowie, którzy się z tym zetknęli byli jednego zdania, że z taką skalą manipulacji, nierzetelności, nie mieliśmy (do czynienia) od lat 50-tych” – mówił w TVP Info prezes IPN dr Jarosław Szarek. – „Ta praca trwała wiele miesięcy, ponieważ poszliśmy tą drogą, którą szli autorzy tej książki. Dotarliśmy do tych samych źródeł i zweryfikowaliśmy je”.

 

Obserwujemy próby zdyskredytowania naszych badań oraz opartej na nich książki za pomocą sensacyjnych materiałów w mediach, zawierających – obok wątków merytorycznych – niedopuszczalne generalizacje, manipulacje i pomówienia. Wyrażamy zdecydowany sprzeciw wobec takich metod” – czytamy w oświadczeniu Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Centrum jest adwokatem we własnej sprawie. Broni sygnowanej przez siebie książki „Dalej jest noc”. A samo oświadczenie jest odpowiedzią na krytyczne słowa dr. Piotra Gontarczyka z IPN, który „Dalej jest noc” nazwał „naukową mistyfikacją”.

 

Nazywanie ustaleń badawczych »mistyfikacją«, »kłamstwem na temat Polski i Polaków«, podważanie rzetelności i warsztatu naukowego czy wreszcie sugerowanie, że celem naszej książki jest »przypisanie większej odpowiedzialności Polakom za Holokaust«, nie ma nic wspólnego ani z treścią tomów, ani z dyskursem akademickim, ani ze standardami dziennikarskimi; jest to brutalny medialny atak na autorów książki, ich dorobek oraz niezależność naukową” – broni się dalej Centrum.

 

Polska szkoła?

 

Książka „Dalej jest noc” ma być sztandarowym dziełem wspominanej już „nowej polskiej szkoły historii Holokaustu”. Nowa szkoła – zapewne tak. Ale polska? Przecież Polaków przedstawia w złym świetle. Analizując historię getta w Bochni dr Gontarczyk odkrył, że brutalna działalność żydowskiej policji została przypisana… policji polskiej. „Jeżeli to nie jest grube naukowe oszustwo, to co nim jest?” – pyta historyk.

 

„Dalej jest noc” to efekt wieloletniego projektu badawczego. Szkoda, że państwo za czasów PO/PSL dało na to fundusze, a późniejszy resort nauki ministra Gowina nie wycofał ogromnego grantu. Nie wiedziano, czym pachnie „nowa polska szkoła historii Holokaustu”?

 

Tadeusz Płużański

Ruszyła piąta edycja Solidarnościowej Akcji Radiowej w Radiu Wnet

Radio Wnet kontynuuje akcję pomocy dla polskich przedsiębiorców dotkniętych skutkami pandemii i po raz piąty udostępnia im bezpłatnie czas reklamowy na swojej antenie.

 

W ramach kolejnej już edycji Solidarnościowej Akcji Radiowej Radio Wnet oferuje polskim przedsiębiorcom czas reklamowy o wartości ponad 250 tys. złotych. Wysyłając swoje zgłoszenia do 28 lutego 2021 roku, otrzymają oni za darmo siedmiodniową kampanię reklamową w Radiu Wnet, którego można słuchać w Warszawie, Krakowie, we Wrocławiu oraz w Białymstoku.

 

Pandemia uderzyła w wiele polskich firm, które wciąż odczuwają negatywne skutki wprowadzonych ograniczeń w działalności gospodarczej. SAR ma im pomóc przetrwać ten trudny okres.

 

W pierwszych czterech edycjach akcji wzięło udział ponad dwieście firm oraz organizatorów akcji społecznych i charytatywnych. Solidarnościowa Akcja Radiowa to już nie tylko darmowa reklama na antenie radiowej. Każda z edycji ewaluuje w kierunku zapewnienia jak najszerszej promocji zgłoszonych do akcji uczestników. Na przykład, w ramach pierwszej i drugiej edycji SAR przedsiębiorcy mieli możliwość wzięcia udziału w szkoleniu online ze specjalistami z dziedziny biznesu oraz tworzenia wizerunku marki. Poza tym, od początku drugiej edycji, codziennie na antenie Radia Wnet przeprowadzane były wywiady z uczestnikami akcji w ramach specjalnej audycji. W czwartej edycji akcji rozszerzono jeszcze promocję. Audycji z przedsiębiorcami uczestniczącymi w SAR można było wysłuchać nie tylko na antenie, ale także na portalu wnet.fm, radiowym kanale YouTube oraz na popularnych platformach streamingowych w formie podcastów.

 

Szczegóły akcji oraz zasady uczestnictwa można znaleźć TUTAJ.

 

opr. jka, źródło: Radio Wnet

 

 

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu red. Michała Majewskiego za ochronę źródeł informacji w tzw. aferze taśmowej

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wyraża stanowczy protest przeciwko apelacyjnemu wyrokowi Sądu Okręgowego w Warszawie na podstawie którego były dziennikarz „Wprost” red. Michał Majewski został uznany winnym i skazany na 18 tys. zł grzywny za obronę wydania laptopa red. nacz. tygodnika Sylwestra Latkowskiego prokuraturze i agentom Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, by zachować  tajemnicę dziennikarską. CMWP SDP podtrzymuje swoje stanowisko w tej sprawie sformułowane po wyroku skazującym w sądzie I instancji w lutym 2020 r. i zapewnia iż będzie wspierać dziennikarza w skardze kasacyjnej, jeśli on zdecyduje się ją złożyć.

 

Wyrok dotyczy zdarzenia z 18 czerwca 2014 r., gdy po ujawnieniu przez tygodnik „Wprost” nagrań z podsłuchów m.in. prominentnych polityków PO i osób związanych z ówczesną partią sprawującą władzę prokuratorzy oraz funkcjonariusze ABW wkroczyli do redakcji tygodnika „Wprost” w ramach śledztwa prowadzonego przez stołeczną prokuraturę w sprawie nielegalnych podsłuchów i zażądali wydania nośników nagrań tuż po tym, jak tygodnik ujawnił pierwsze nagrania rozmów polityków i biznesmenów podsłuchanych w dwóch warszawskich restauracjach, co wywołało tzw. aferę taśmową. Ówczesny redaktor naczelny tygodnika, Sylwester Latkowski powołując się na tajemnicę dziennikarską odmówił wydania materiałów. Prokuratura zarządziła przeszukanie, a funkcjonariusze ABW próbowali siłą odebrać red. Latkowskiemu laptop, co nie im się nie udało. W obronie ówczesnego szefa „Wprost” stanęli dziennikarze wielu różnych mediów, w tym także Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. 3 lutego 2020 r. Sąd Rejonowy w Warszawie uznał red. Michał Majewskiego i wydawcę pisma Michała M. Lisieckiego za winnych i skazał ich na grzywny z artykułu 224 § 2, który mówi o tym, że podlega karze ten, kto stosuje przemoc lub groźbę bezprawną w celu zmuszenia funkcjonariusza publicznego do przedsięwzięcia lub zaniechania prawnej czynności służbowej odpowiednio na grzywny 18 tys. zł i 20 tys. zł .

 

W ocenie CMWP SDP przypisywane dziennikarzom zarzuty nie miały miejsca, a sąd zlekceważył swoim wyrokiem zarówno wszystkie okoliczności tego zdarzenia, jak i ich kontekst czyli ważny interes społeczny , jakim było zarówno ujawnienie treści nagrań z podsłuchów , jak i ochrona tajemnicy dziennikarskiej związanej z ich publikacją.

 

CMWP SDP pragnie podkreślić, iż skazywanie dziennikarzy bez uwzględniania wszystkich okoliczności wykonywanej przez nich pracy i bez uwzględniania kontrolnej funkcji mediów w demokratycznym państwie prowadzi do uruchomienia i upowszechnienia w pracy dziennikarskiej mechanizmu autocenzury, czyli samoograniczania się także innych dziennikarzy i nie podejmowania przez nich w publikacjach trudnych i kontrowersyjnych problemów społecznych, co w oczywisty sposób niszczy zasadę wolnego słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich. Jest to tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie prawa polskiego, jak i innych krajów jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi. Dlatego w ocenie CMWP SDP wyrok ten narusza fundamentalną dla ustroju demokratycznego zasadę wolności słowa

 

CMWP SDP pragnie podkreślić, że zarówno na gruncie prawa krajowego jak i międzynarodowego wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są wszystkie instytucje państwowe. W/opisany wyrok budzi więc zdecydowany sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by wskazane wyżej orzeczenie miało się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 22 stycznia 2021 r.

 

Stanowisko CMWP SDP  z 6.02.20 jest TUTAJ.

 

Nu, Zuckenberg! Nu pagadi! – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Stowarzyszenie „Królestwo Wolnych Słowian” zapragnęło zostać Markiem Zuckenbergiem znad Wisły. Ze skutkiem wiadomym do przewidzenia.

 

Po  tym jak Prezydenta Donalda Trumpa skandalicznie zablokowano w internetach, niejednemu zrodziła się myśl… No to teraz Wam pokażemy. I dokopiemy. I się zaczęło. W trakcie rozruchu jest też portal społecznościowy Gazety Polskiej i będą następne. Każdego, komu gdzieś tam kiedyś dano bana, ma ochotę otworzyć coś własnego. Tak jak kuchcik podtapiany w kotle i wywalony przez właściciela, otwiera własną knajpę, aby się odgryźć na gastro bandzie. A co. „Nu, Zajec! Nu pagadi!

 

A jeszcze wcześniej zaczął działać portal o patetyczno – wzniosłej nazwie Wolni Słownianie.pl. Podobno słowa mają znaczenie, więc się nad tym zatrzymajmy.

 

Co prawda etymologiczne spory nadal trwają, ale w języku łacińskim słowo sclavus znaczy tyle co Słowianin, jak również niewolnik. Jak pamiętamy z historii,  handlowano niewolnikami na całego, a dominowali wśród tej podaży Słowianie właśnie. Popyt nakręcali  Arabowie, a pośrednikami byli m.in. żydowscy kupcy. Obrót naszymi ziomami był niczego sobie. Znanym ośrodkiem niewoli, gdzie handelek kwitł w najlepsze była Praga.

 

Tak więc Wolni Słowianie to dobra nazwa, bo już żeśmy się z kajdan wymotali. A może jeszcze lepsza byłaby Wyzwoleni Niewolnicy? Przy okazji można byłoby się ubiegać o jakieś odszkodowanie.

 

Idźmy dalej. Jak wiemy z geografii i innych Wikipedii, Słowianie zamieszkują Polskę, Czechy, Słowację, Rosję, Białoruś, Ukrainę, Słowenię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Czarnogórę, Serbię, Macedonię Północną czy Bułgarię.

 

I to jest dopiero strzał w dziesiątkę, bo przecież nie w stopę.

 

Wyobraźcie sobie platformę społecznościową bez cenzury, w której Słowacy wystawią laurkę bogatszym braciom Czechom. Czesi będą pisać co sądzą o sąsiadach z północy, Polakach. Polacy, Białorusini i  Ukraińcy o Rosjanach, Chorwaci o Serbach, a Bośniacy o jednych i drugich. I tak dalej. Czarnogórzec po wypiciu porannej śliwowicy i Bułgar po południowej szklanicy rakiji zapragnie to wszystko przeczytać i skomentować. Bez hejtu i cenzury oczywiście. W imię braterskiej słowiańskiej miłości.

 

Zdjęcie na głównej opatrzymy arcySłowiańską Cleo ubijającą masło lub obecną kochanką Władimira Putina. Będziemy z namiętnością udostępniali na portalu paski z Russia Today. W końcu przecież to nasi bracia Słowianie.

 

Niezła mieszanka wybuchowa. Tak naprawdę wystarczyłoby nazwać portal Wolne Bałkany albo Swobodna Jugosławia i już byłoby niezmiernie ciekawie.

 

A co z naszymi bratankami Węgrami, przecież to grupa ludów ugryjskich? Można by było ich gościnnie wsadzić do jakiejś zakładki czy innej zaufanej grupy.

 

Może kiedyś powstanie portal Wolni Semici. W którym zarówno i Żydzi i Arabowie, będą sobie nawzajem lajkować, wysyłać serduszka i strzelać tylko focie. I ci z Autonomii Palestyńskiej i Ci z Tel Awiwu. Świat będzie taki piękny, nie zbanowany…

 

Z nowinek. Zanim nowy portal bez cenzury rozkwitł na dobre, postanowił się już zawiesić. Choć zdążono w ramach wolności słowa, zablokować na nim, twórcę internetowego Krzysztofa Gonciarza. Parafrazując gospodarza domu z Alternatyw 4: „Akceptujemy wszystkie wpisy na naszym portalu wolnej myśli, oczywiście jeżeli będą zgodne z naszymi oczekiwaniami”.

 

Krzysztof Prendecki