Dobre pomysły – ŁUKASZ WARZECHA o projekcie ustawy o wolności słowa w sieci

Zajmowałem się już dwukrotnie na portalu SDP projektem ustawy o wolności słowa w internecie – z tym że zajmowałem się nieco teoretycznie, bo bez samego projektu ustawy, którego Ministerstwo Sprawiedliwości nie pokazało. Tak się składa, że teraz mogę zająć się tym tematem po raz trzeci, już konkretnie, bo oto projekt udało się wydobyć ekspertom Fundacji Obywatelskiego Rozwoju (można go wraz z komentarzem znaleźć TUTAJ).

 

Kto czytał moje poprzednie teksty, ten wie, że uważam, iż systemowe rozwiązanie coraz poważniejszych problemów z mediami społecznościowymi, a już szczególnie z nieprzejrzystością ich decyzji, pozbawiających użytkowników dostępu do swoich kont, uważam za potrzebne i pilne. Ostatnie dni przyniosły kolejną zadziwiającą decyzję: YouTube zablokował konto kanału PCh24 za film, który był co prawda na kanał załadowany, ale nigdy nie miał statusu publicznego. Czyli nie był dla nikogo – poza właścicielami kanału – widoczny.

 

Ja sam zaś, na swoją małą i mniej dotkliwą miarę, doświadczyłem w tym samym mniej więcej czasie innej formy swoistej cenzury, gdy najnowszy odcinek mojego wideoblogu został przez YouTube zdemonetyzowany, czyli zostałem pozbawiony możliwości zarobienia na emitowanych przy jego okazji reklamach (poza subskrypcją YouTube Premium). Najpierw zdecydował o tym algorytm (standardowo bez wskazania na powód takiej decyzji, choć przecież program musi na czymś bazować), a następnie tę ocenę po dwóch dobach potwierdzili „eksperci” YT. Również – standardowo – bez uzasadnienia. Każdy, kto miał z tym mechanizmem do czynienia, może potwierdzić, że internetowy twórca czuje się jak Józef K. w „Procesie”: zostaje skazany, ale nie ma pojęcia, za co i nie wie, czego ma w przyszłości unikać, jeśli nie chce, żeby sankcja się powtórzyła.

 

Nawiasem mówiąc, choć demonetyzacja jest w rękach przede wszystkim YT potężnym narzędziem cenzorskim, a odbywa się całkowicie nieprzejrzyście – projekt ustawy się nią w żadnym miejscu nie zajmuje. Według definicji, zawartych w art. 3. projektu, „ograniczenie dostępu do treści” tego typu sankcji nie obejmuje.

 

Projekt budzi mieszane odczucia. Jak słusznie zauważają eksperci FOR, niezwykłe jest to, że umieszczono w nim preambułę, czego w ustawach zwykle się nie umieszcza. W niej zaś tkwi sprzeczność, jest tam bowiem mowa o tym, że celem ustawy jest zagwarantowanie wolności wypowiedzi oraz „wzmocnienie jej roli w poszukiwaniu prawdy”; powtarza to również art. 1. projektu. Tymczasem te dwie wartości nieraz stają naprzeciw siebie. Stwierdzając, że ważna jest dla nas wolność słowa, bo ona jest przede wszystkim zagrożona, godzimy się z tym, że w jej ramach będą się pojawiały nie tylko wypowiedzi dla nas przykre i niewygodne, ale też wprost nieprawdziwe. Jeśli mowa o nieprawdzie, która wyrządza krzywdę, może ona być oczywiście przedmiotem czy to zawiadomienia do prokuratury, czy pozwu cywilnego.

 

Projekt poprzez zmiany w kodeksie postępowania cywilnego wprowadza zresztą instytucję tzw. ślepego pozwu, czyli składanego przeciwko osobie, której prawdziwych danych sami nie jesteśmy w stanie zdobyć. To ułatwia pozywanie osób kryjących się za anonimowymi kontami lub fałszywymi nickami. I to jest dobre rozwiązanie. Inna sprawa, że może się to okazać narzędziem bezskutecznym, projekt mówi bowiem, że sąd występuje do usługodawcy o nadesłanie danych, ale „umarza postępowanie, jeżeli usługodawca nie nadeśle danych […] w terminie 3 miesięcy od doręczenia wystąpienia sądu o nadesłanie danych”. Nietrudno sobie taką sytuację wyobrazić w przypadku serwisów nieposiadających w Polsce przedstawicielstwa (o tym jeszcze dalej). Kara za nienadesłanie danych, będąca odpowiednikiem kary za niestawiennictwo świadka, raczej nie zrobi wrażenia.

 

Najważniejsze krytyczne uwagi do projektu mieszczą się w dwóch wątkach.

 

Pierwszy to kwestia Rady Wolności Słowa. Wśród wymogów dotyczących członków Rady mowa jest o nieposzlakowanej opinii – nie bardzo jednak wiadomo, co to oznacza (choć co prawda jest to termin pojawiający się w wielu aktach prawnych) i kto miałby to weryfikować. Mogą też budzić wątpliwości wymogi wykształcenia prawniczego lub „niezbędnej wiedzy w zakresie językoznawstwa lub nowych technologii”. Co to jest w tym wypadku „niezbędna wiedza”?

 

Można również zadać sobie pytanie, czy nie jest zbyt wąska lista osób, które w RWS zasiadać nie mogą (to m.in. posłowie, senatorowie, samorządowcy). Przede wszystkim jednak rozczarowujący jest zaproponowany tryb wyboru przewodniczącego i członków RWS. MS głośno mówiło o 3/5 głosów (w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów), co wymuszałoby zbudowanie porozumienia – i ten pomysł wcześniej chwaliłem. Okazuje się jednak, że tak miałoby być tylko w pierwszym głosowaniu, bo jeśli ono nie przyniosłoby rozstrzygnięcia, w następnym głosowano by już zwykłą większością. W praktyce zatem wygląda to tak, że dla pozorów ustawodawca daje możliwość wybrania członków RWS większością konsensualną, ale przecież nietrudno policzyć, że w obecnym składzie Sejmu ta większość – 276 głosów w pełnym składzie izby – jest nieosiągalna bez Zjednoczonej Prawicy. Wystarczy zatem, że rządząca koalicja nie poprze propozycji uzgodnionych nawet łącznie przez całą obecną propozycję, a w kolejnym głosowaniu bez najmniejszego problemu przepchnie własnych kandydatów. Na 6-letnie kadencje, praktycznie nieodwoływalnych. A to może już budzić poważne wątpliwości, nawet obawy. RWS nie ma sensu, jeśli nie byłaby organem naprawdę wielopoglądowym.

 

Kolejna kwestia to afiliowanie pięcioosobowej RWS przy Urzędzie Komunikacji Elektronicznej, który ma zapewniać całą jej obsługę, a z jego budżetu mają pochodzić środki na funkcjonowanie rady. Z jednej strony to dobrze, bo w ten sposób unika się tworzenia nowej, dodatkowej infrastruktury. Z drugiej jednak – o czym już wspominałem we wcześniejszych tekstach – trudno sobie wyobrazić, żeby pięć osób, plus obsługa wyznaczona przez UKE, była w stanie uporać się z potencjalnym nawałem skarg na usługodawców, dotrzymując siedmiodniowego terminu załatwienia sprawy (który jak na internetowe standardy i tak nie jest najkrótszy).

 

Drugi i zasadniczy problem to skłonienie podmiotów do współpracy. Zgodnie z projektem każdy usługodawca (zgodnie z definicją z projektu – dostawca usługi internetowego serwisu społecznościowego, posiadającego co najmniej milion zarejestrowanych użytkowników – aczkolwiek nie wspomniano, że chodzi o użytkowników zamieszkujących w Polsce, co zresztą byłoby trudne do weryfikacji) musi ustanowić w naszym kraju przedstawiciela. Z ustawy nie wynika, czy warunkiem jest działanie w jakiejkolwiek formie na terenie Polski, a zatem można by przyjąć, że Polska chce taki obowiązek nałożyć na dostarczyciela każdego serwisu społecznościowego na świecie, który ma minimum milion użytkowników. To znaczyłoby, że przedstawiciela w Polsce musiałby mieć np. chiński WeChat, praktycznie Polakom nieznany, a mający 1,17 mld użytkowników. To absurd.

 

Z drugiej strony posiadanie przedstawiciela w kraju to warunek, aby z innych procedur w ogóle coś wyszło, bo wszystkie opisane procedury kontroli wymagają jego udziału. Za nieustanowienie przedstawiciela kara wynosi – podobnie jak za złamanie innych postanowień ustawy – od 50 tys. do 50 mln złotych. Brzmi imponująco.

 

Brakuje jednak odpowiedzi na jedno podstawowe pytanie: w jaki sposób polskie państwo zamierza skłonić lub zmusić zagraniczne podmioty takie jak Twitter (brak siedziby w Polsce, główna siedziba w San Francisco, strony pomocy wyłącznie po angielsku, wszystkie działania prawne bazujące na prawie amerykańskim, w tym stanu Kalifornia) do poddania się postanowieniom ustawy? Tego niestety Ministerstwo Sprawiedliwości nie wyjaśnia. Próba wyegzekwowania ewentualnej kary byłaby tu skrajnie karkołomna. Przypomina to niestety nieco nieszczęsną nowelizacje ustawy o IPN, której twórcy założyli, że będą w stanie objąć działaniem polskiego prawa podmioty z drugiego końca świata.

 

Ogólnie rzecz biorąc, ustawa zawiera dobre pomysły, wymagające jednak dopracowania. Bardzo sensowny jest wymóg sporządzania co pół roku po polsku sprawozdania, przejrzyście objaśniającego sposób załatwiania reklamacji (art. 15 ust. 1.). Pomysł ustanowienia zewnętrznego organu kontrolnego również ma sens.

 

Wszystko to jednak na nic, jeśli – po pierwsze – RWS miałaby być kolejnym organem administracji obsadzonym przez rządzącą większość i – po drugie – jeśli cyfrowi giganci najzwyczajniej się nie podporządkują, a polskie państwo nie będzie w stanie kompletnie nic z tym zrobić.

 

Łukasz Warzecha

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Zbrodnie przez media III RP przemilczane

76. rocznica zajęcia przez Armię Czerwoną niemieckiego obozu zagłady Auschwitz za nami. Sowieci wyzwolili od Niemców kilka tysięcy więźniów, ale większość – kilkadziesiąt tysięcy – ułatwili Niemcom zamordować, bo Stalin na prawie pół roku zatrzymał ofensywę. Dla Polski zaczynało się sowieckie zniewolenie, o czym nawet w III RP duża część mediów wolała i woli wciąż milczeć. Kłamią wciąż o „wyzwoleniu”.

 

Przykładem sowieckiego „wyzwolenia” był właśnie niemiecki, nazistowski obóz Auschwitz. Armii Czerwonej zdobywającej Górny Śląsk zależało przede wszystkim na przejęciu infrastruktury przemysłowej, do obozu weszli późno – 27 stycznia 1945 r. i przez przypadek – nie wiedzieli, że takie miejsce niemieckiej eksterminacji się tu znajduje. Nie byli przygotowani na pomoc więźniom, przeciwnie: zdarzały się przypadki prześladowania ocalałych, połączonego z gwałtami na wymęczonych więźniarkach. Ale o tym nie dowiesz się Czytelniku w większości mediów w Polsce. Wolą informować o wyzwoleniu Auschwitz, przywoływać wypowiedzi światowych przywódców wychwalających w Międzynarodowym Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu bohaterskie wojska wielkiego Stalina.

 

Kolejnym dowodem tego czerwonego pseudo-wyzwolenia jest utworzenie w byłych już obozach niemieckich – obozów sowieckich. Tak było na Majdanku, czy Zamku w Lublinie, a nawet w Auschwitz.

 

Na bazie KL Auschwitz – byłych podobozów tej niemieckiej fabryki śmierci powstał np. obóz Świętochłowice-Zgoda i obóz Jaworzno dla przeciwników nowej, czerwonej władzy.  Komendantem tych dwóch komunistycznych (błagam, nie używajmy terminu – polskich) obozów, w różnych okresach, był komunistyczny w czasie wojny „partyzant” – Szlomo Morel.

 

Po wojnie, znęcając się nad więźniami, Morel mówił: „Byłem w Auschwitz przez sześć długich lat i przysięgałem sobie, że jeśli stamtąd wyjdę, odpłacę tym samym wam – hitlerowcom”. W rzeczywistości w KL Auschwitz nie był ani jednego dnia. Wersję Morela powielała przez lata „Gazeta Wyborcza”.

 

Hitlerowcom Morel też się nie odpłacił. Do obozu w Świętochłowicach-Zgodzie, którym zbrodniczo kierował zaraz po wojnie, trafiali nie tylko Niemcy i volksdeutsche, ale wszyscy podejrzani o niechęć do „ludowej” władzy. Wystarczył donos i swobodne uznanie funkcjonariusza NKWD lub UB.

 

Więźniowie Świętochłowic zapamiętali, jak komendant Morel bijąc ich wykrzykiwał, że mści się za swoich żydowskich braci. W stwierdzeniu tym było tylko trochę prawdy. Brat Szlomy MorelaIcek, faktycznie zginął w 1942 r. Rzecz w tym, że nie z ręki Niemców. Obaj Morelowie byli wówczas „partyzantami” – działali w założonej przez siebie bandzie rabunkowej, o której mówiono, że jest zbieraniną przestępców. Przez kilka miesięcy napadali na okoliczne wioski. W grudniu trafili w ręce działającego na Lubelszczyźnie oddziału Armii Ludowej, którym dowodził Grzegorz Korczyński (Stefan Kilanowicz). Za rozbój członkowie bandy zostali postawieni przed sądem wojskowym. Wyrok na bracie Morela wykonano, podobno dlatego, że Salomon zrzucił na niego całą winę. Dzięki temu pozostał w oddziale Korczyńskiego. Nie był jednak, jak się później chwalił, żadnym bojowcem. Zajmował się… obieraniem ziemniaków. Aby lepiej poznać mentalność oprawcy, warto przytoczyć jeszcze jeden szczegół. Podczas procesu Korczyńskiego w latach 50., Morel, zeznając jako świadek, oskarżył dowódcę AL o… mordowanie żydowskich partyzantów.

 

Większość mediów w Polsce uwierzyła w wersję o Morelu – więźniu Auschwitz. „Gazeta Wyborcza” pisała: „W czasie wojny trafił do Oświęcimia, gdzie zginęli jego najbliżsi”. „Trybuna”, w tekście pod znamiennym tytułem: „Z więźnia – komendant obozu”: „Zachowania Salomona Morela w obozie w Zgodzie nie wolno usprawiedliwiać, ale można zrozumieć. W 1945 r. trudno było oczekiwać od Żyda, który właśnie wyszedł z Auschwitz, gdzie utracił wszystkich bliskich, żeby troszczył się o NSDAP-owców i volksdeutschów. Dziś jest już starym człowiekiem i zasługuje na spokój”. Marzenia postępowej prasy spełniły się – Salomon Morel nigdy nie poniósł kary za swoje zbrodnie.

 

W dalszych miesiącach wojny Morel zachował się podobnie, jak wielu polskich Żydów-komunistów – w 1943 r. przedostał się do ZSRS i przyłączył do sowieckiej partyzantki. Po powrocie do Polski wstąpił do UB. W życiorysie czytamy: „21 lipca 1944 roku zostaliśmy wyzwoleni przez Armię Czerwoną i natychmiast przychodzimy do Lublina i organizujemy MO. W dniu 15 lutego 1945 przyjeżdżam z grupą operacyjną na Śląsk i zostaję naczelnikiem obozu w Świętochłowicach”.

 

Z relacji ocalałych świadków wynika, że obóz był cały czas przepełniony. Więźniowie spali po trzech, czterech na jednej pryczy. Bez sienników i koców. Rację żywnościową stanowiło 125 gramów chleba lub zupy. W lecie 1945 r. śmiertelność wynosiła 30 osób dziennie. Zwłoki zmarłych rozbierano i chowano w nieoznakowanych, masowych grobach poza terenem obozu. Morel osobiście torturował i zabijał więźniów.

 

Dorota Boreczek, była więźniarka Świętochłowic-Zgody wspominała: – W obozie nie byliśmy ludźmi, pozbawiono nas uczuć. Głód był taki, że po rannej pobudce przechodziło się przez trupy. Spałam pod jednym kocem ze Szwajcarką. Któregoś dnia poprosiłam ją o wodę i zobaczyłam, że nie żyje. Razem z matką chorowałyśmy na tyfus.

 

Śledztwo władz więziennych MBP wykazało: „Niedopilnowanie porządku w obozie, bezład w dziale gospodarczym i depozytach, i dopuszczenie do rozwinięcia się epidemii tyfusu i niepoinformowanie o tym na czas departamentu”. Morel dostał „surową” karę: 3-dniowy areszt domowy i potrącenie 50 proc. poborów.

 

Wobec inercji władz i mediów w Polsce, Salomon Morel uciekł z kraju w 1992 r. Katowicka prokuratura, mimo iż mieści się zaraz obok jego domu, nie zdążyła go aresztować. Prawdopodobnie ktoś uprzedził oprawcę. Nie wiadomo również, dlaczego od ręki dostał izraelską wizę. Były komendant Świętochłowic wyjechał do córki do Izraela (w Polsce Danuta Morel była piosenkarką i występowała w katowickich kabaretach; w kraju zostawił żonę Wiesławę, syna i drugą córkę). Wkrótce dostał izraelskie obywatelstwo. Wcześniej planował zbiec do Szwecji – swój wniosek o azyl polityczny motywował… rasowymi prześladowaniami, które miały go dotknąć w Polsce.

 

W 1999 r., w liście do jednej z gazet, Dorota Boreczek napisała: „Z Salomonem Morelem przyszło mi zetknąć się po ponad 45-latach w prokuraturze katowickiej [zeznawał w sprawie Świętochłowic jako… świadek]. Ta sama linia obrony z jego strony, jaką wsławili się hitlerowscy zbrodniarze przed trybunałami. Niczego nie wiedzieli, tylko wykonywali rozkazy i byli niezwykle ludzcy. (…) Mimo, że prokuratura dysponowała niezliczonymi dowodami zbrodni Morela, pozostawał on na wolności, ba, nawet nie zastosowano wobec niego żadnego z drobniejszych środków zapobiegawczych, jak choćby nakazu meldowania się na policji czy zakazu wydalania się z miejsca pobytu. Chodziło wyraźnie o to, aby Morel się właśnie wydalił. I tak się stało! Teraz prokuratura rozwinęła swoje skrzydła i ubrała nawet autorytet państwa do szukania przestępcy, o którym nie wiedziała absolutnie nic więcej niż to, co udokumentowano wcześniej w toku toczącego się śledztwa. (…) Później przedstawiciele prokuratury kłamliwie informowali opinię polską w prasie i telewizji o wydaniu listu gończego za Salomonem Morelem, co było absolutnie niemożliwe bez wydania nakazu aresztowania”.

 

Dopiero po kilku latach od ucieczki Morela, w 1998 r., Polska skierowała do jego nowej Ojczyzny – Izraela wniosek ekstradycyjny (zarzut: spowodowanie śmierci 1695 więźniów Świętochłowic, zakwalifikowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości, które w świetle polskiego i międzynarodowego prawa nie ulegają przedawnieniu). Ministerstwo Sprawiedliwości Izraela odpowiedziało szybko i treściwie: zbrodnie Morela, jeśli w ogóle miały miejsce, w świetle izraelskiego prawa nie są żadnym ludobójstwem, a ponadto uległy już przedawnieniu. Najciekawszy był komentarz: „wniosek podniósł wiele kwestii odnośnie okresu bezpośrednio po drugiej wojnie światowej, podczas którego w Polsce około tysiąca żydów zostało zamordowanych przez obywateli polskich. Wiele zeznań świadków, dowodzących tych morderstw znajduje się w aktach Yad Vashem w Jerozolimie w Izraelu i w różnych instytucjach na całym świecie. Wspomniane powojenne morderstwa Żydów były badane przez władze polskie, ale wiele osób spośród odpowiedzialnych za te zbrodnie nie stanęło w obliczu sprawiedliwości. Stąd, chociaż potępiamy wszelkie akty przemocy, łącznie z tymi, o które jest oskarżany Morel, fakt kontynuacji ścigania Morela w zestawieniu ze wspomnianym tłem historycznym jest zarówno niepokojący, jak i smutny…”. Szkoda, że izraelskie ministerstwo nie przypomniało, za co w 1983 r. od Yad Vashem dostał medal „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” Józef Tkaczyk. A dostał za… uratowanie w czasie wojny rodziny Morelów, w tym Salomona w ich rodzinnej wsi Garbów na Lubelszczyźnie.

 

Mimo odmowy wydania Morela przez Izrael, zbrodniarz był nadal ścigany: międzynarodowym listem gończym przez Interpol i przez niemiecką prokuraturę (prowadziła własne śledztwo, gdyż wielu pokrzywdzonych przez komendanta Świętochłowic mieszkało w Niemczech; dzięki niemieckim naciskom w ogóle ruszyło polskie śledztwo przeciwko Morelowi).

 

Większość mediów III RP w ogóle nie pisała, albo pisała półgębkiem o tych sprawach, uznając je za kontrowersyjne. Z tego chóru niezainteresowanych wyłamywał się np. tygodnik „Wprost” i „Życie Warszawy”. Podobnie było z przedstawianiem dalszych losów Salomona Morela. A do opisania było jeszcze wiele…

 

Po likwidacji obozu w Świętochłowicach Morel został naczelnikiem więzienia w Opolu, potem w Katowicach i Raciborzu, by w 1949 r. zostać komendantem obozu dla młodocianych więźniów politycznych w Jaworznie (w czasie wojny, tak jak w Świętochłowicach, była tu filia KL Auschwitz).

 

Morela widziałem kilka razy – opowiadał mi dla „Życia Warszawy” Jerzy Biesiadowski. – Podczas pierwszego apelu powiedział do nas: „Nie przeżyjecie, pójdziecie do Brzezinki”. Innym razem wezwał mnie do siebie i za jakieś błahe przewinienie kazał zamknąć w bunkrze. Po kilkanaście godzin pracowaliśmy w kopalni, racje żywnościowe były minimalne. W ten sposób poddawano nas reedukacji.

 

Za zbrodnie w Jaworznie – mimo wieloletnich starań byłych więźniów – Salomon Morel nigdy nie był ścigany! Ale ofiarami Morela byli tu tylko Polacy.

 

Salomon Morel zmarł jako dziadek wnuczętom w 2007 r. w Tel Awiwie. Do końca życia dostawał z Polski wysoką emeryturę, z racji ostatniej funkcji, jaką pełnił w Katowicach – przez kilkanaście lat, do 1968 r. Salomon Morel był naczelnikiem tamtejszego aresztu śledczego. Pieniądze przelewało mu Biuro Emerytalne Centralnego Zarządu Służby Więziennej (podlegające Ministerstwu Sprawiedliwości), za pośrednictwem jednego z katowickich oddziałów ZUS. Przysługiwały mu na mocy ustawy o emeryturach mundurowych, podpisanej w 1994 roku przez prezydenta Lecha Wałęsę. Co roku emerytura była rewaloryzowana. Ostatnia wynosiła 5 tys. złotych – ogromna suma, szczególnie dla osoby ściganej międzynarodowym listem gończym. Co najmniej dwie próby odebrania mu tych pieniędzy w III RP nie powiodły się z absurdalnych powodów formalnych.

 

O tych przywilejach Salomona Morela większość mediów III RP znów nie pisała, albo pisała półgębkiem, bo musiałyby wspomnieć, z czego te przywileje wynikały – a wynikały ze zbrodniczej kariery tego krwawego komendanta powojennych, komunistycznych obozów w okupowanej przez sowietów Polsce.

 

Tadeusz Płużański

Zdarte buty dziennikarza – ks. ARTUR STOPKA o orędziu Papieża Franciszka

„«Chodź i zobacz» (J 1, 46). Komunikować, spotykając osoby, tam gdzie są, i takie, jakie są”. To tytuł tegorocznego papieskiego orędzia w kwestiach medialnych. O co chodzi z tym spotykaniem?

 

W czasach globalnego obowiązywania „dystansu społecznego” i namawiania każdego, kto tylko może, do pracy zdalnej, tegoroczne Orędzie na 55. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, podpisane przez papieża Franciszka 23 stycznia, może nie tylko zaskakiwać, ale także irytować. Jak można w czasie pandemii wzywać dziennikarzy do osobistych spotkań z ludźmi i mieć pretensje, że do nich nie dochodzi? Przecież rządzący w wielu krajach nawet liczbę osób przy rodzinnym świątecznym stole mocno limitowali i ograniczali możliwość podróżowania. Cóż więc dziwnego, że dziś mnóstwo dziennikarskiej pracy odbywa się przez telefon albo przez internet?

 

Co Franciszka napadło? Przecież z innych jego wypowiedzi wynika, że świetnie zdaje sobie sprawę z globalnej epidemii. Co więcej, sam podporządkowuje się różnym ograniczeniom w kontaktach z ludźmi. Dlaczego więc zdecydował się na napisanie bardzo ciężkich słów o tym, że „Kryzys w przemyśle wydawniczym niesie niebezpieczeństwo informacji tworzonych w redakcjach, przed komputerem, w agencjach, w sieciach społecznościowych, bez wychodzenia na ulice, bez «zdzierania butów», bez spotykania osób w celu poszukiwania historii czy zweryfikowania de visu niektórych sytuacji”? Po co to biadanie o „spłaszczeniu”, o „gazetach kopiach” i rugowaniu z przekazu wywiadów oraz reportaży?

 

Istotnie najnowsze papieskie orędzie dotyczące mediów może zirytować, a nawet dotknąć. Zwłaszcza tych, którzy wciąż dziennikarstwo traktują poważnie i bronią się rękami i nogami, aby nie zostać jedynie mediaworkerami. Czy równie dotknięci poczują się właściciele i dysponenci mediów? Dobre i ważne pytanie. To przecież tak naprawdę oni decydują, czy dziennikarz będzie „zdzierał buty”, aby spotkać się z drugim człowiekiem w jego rzeczywistości, czy też co najwyżej pogada z nim za pośrednictwem sieciowego komunikatora.

 

Oczywiście „dziennikarskie” materiały tworzone przy biurku to nie sprawa pandemii. Kilkanaście lat temu głośna była historia liczącego zaledwie dwadzieścia siedem lat Jaysona Blaira, który swoje „korespondencje” dla „New York Timesa” z Teksasu czy Zachodniej Wirginii, fabrykował nie ruszając się z Brooklynu. Materiały do tekstów uzyskiwał korzystając z telefonu komórkowego i internetu. Robił dokładnie to, o czym napisał w swym orędziu Franciszek. Na pewno nie z powodu pandemii, obostrzeń czy konieczności zachowania bezpiecznego dystansu do innych. A mimo to przez pewien czas awansował. Czy nie dlatego, że jego materiały odpowiadały na „zapotrzebowanie odbiorców” i dlatego były dobrze przyjmowane przez decydentów w renomowanym, opiniotwórczym, poważnym piśmie? Ciekawe, czy na ocenę jego materiałów wpływał fakt, że minimalizował koszty ich wytworzenia rezygnując z rozliczania delegacji.

 

Papieskie orędzie zwraca uwagę na problem, który część ludzi mediów, ale też odbiorców, sygnalizuje od dawna. To jakość informacji dostarczanych przez media. Papież napisał, że w coraz mniejszym stopniu ukazują one prawdziwy stan rzeczy i konkretne życie ludzi. Tworzone bez spotkania, nie są już zdolne „uchwycić najpoważniejszych zjawisk społecznych ani pozytywnej energii, uwalniającej się u podstaw społeczeństwa”. Przede wszystkim mają się sprzedać.

 

Jest jednak problem z informacjami, którego Franciszek nie nie wyakcentował. Oprócz tego, że mają się sprzedać, mają też utwierdzić u odbiorców konkretny, zbudowany w imię jakiejś ideologii, obraz świata. Informacja jest narzędziem propagandy w niebezpiecznym stopniu.

 

Dziennikarstwo, jako opowiadanie o rzeczywistości, wymaga zdolności pójścia tam, dokąd nikt nie idzie – ruszenia się i pragnienia zobaczenia” – napisał Papież. Od razu przychodzi na myśl inne jego wezwanie, skierowane do młodych całego świata w Krakowie: „Zejdź z kanapy”.

 

Problem w tym, że internet już spowodował i nadal powoduje bardzo radykalne zmiany w ludzkiej komunikacji, a w konsekwencji w ludzkiej percepcji i myśleniu. To zmiana podobna do tych wywołanych przez wynalezienie pisma, a potem druku. To kolejny krok w zapośredniczeniu międzyludzkich kontaktów. Franciszek wzywa do spotkania z człowiekiem twarzą w twarz, ale robi to w świecie, w którym coraz bardziej kontakt bezpośredni w świadomości uczestników zrównuje się z kontaktem przez globalną sieć. Coraz więcej ludzi rozmowę przez Zooma uważa za takie samo spotkanie, jak przy stole konferencyjnym czy w kawiarni. A pandemia takie podejście umacnia i ugruntowuje. Widać wyraźnie, że Kościół ma z tym poważny kłopot.

 

Widać też, że Franciszek nie przepada za internetem. Nie tylko we wspomnianym Orędziu. W opublikowanej na początku października ubiegłego roku encyklice „Fratelli tutti” mówi wprost o „złudzeniu komunikacji”, a nawet o „pozorach kontaktów towarzyskich”. W Orędziu, zwłaszcza w odniesieniu do mediów społecznościowych, Papież namawia do bardziej umiejętnego rozeznawania i do bardziej dojrzałego poczucia odpowiedzialności, „zarówno wtedy, gdy treści są rozpowszechniane, jak i wtedy, gdy są przyjmowane”. Problem w tym, że mało kto dzisiaj uczy odpowiedzialnego korzystania z mediów (jakichkolwiek). Nie widać też, aby ich dysponenci i właściciele byli tego typu edukacją odbiorców zainteresowani.

 

W przekazie nic nigdy nie może w pełni zastąpić zobaczenia na własne oczy” – przypomniał rzecz oczywistą Franciszek. Jednak medialna rzeczywistość coraz bardziej rządzi się własnymi regułami. To według nich dziennikarz pokazuje widzom „Gabinet Owalny” w Białym Domu jakby stał na jego środku, choć faktycznie nie ruszył się z Warszawy. I według nich już za chwilę dużą część informacji produkować będzie sztuczna inteligencja.

 

Pozostaje mieć nadzieję, że mimo wszystko zawsze znajdą się dziennikarze, którzy wstaną sprzed monitora i będą „zdzierać buty” podążając na spotkanie z człowiekiem twarzą w twarz tam, gdzie on naprawdę jest. I to odbiorcy zdecydują, czy tacy dziennikarze będą mieli na nowe buty, czy też będą przymierać głodem

 

ks. Artur Stopka

Protest CMWP SDP przeciwko atakowi na dziennikarza Radia Poznań  

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko atakowi na dziennikarza Radia Poznań  w czasie demonstracji „Strajk Kobiet” w Poznaniu i apeluje do przedstawicieli władz o szczegółowe wyjaśnienie wszystkich okoliczności tego zajścia zajść oraz o ukaranie osób winnych tej sytuacji.

 

Grupka zamaskowanych mężczyzn związanych z anarchistyczną grupą Freedom Fighters zaatakowała reportera Radia Poznań Huberta Jacha podczas demonstracji „Strajk Kobiet” na poznańskim Placu Wolności . Mimo iż dziennikarz okazał legitymację prasową, uniemożliwiono mu przygotowanie relacji reporterskiej . Wg informacji dostępnych w mediach Grupa Freedom Fighters, która zaatakowała reportera, związana jest ze Skłotem Rozbrat w Poznaniu, miejscem, gdzie trenują sztuki walki. Podczas ataku nikt z organizatorów, ani uczestników demonstracji nie zareagował na agresywne zachowania mężczyzn w stosunku do dziennikarza .

 

Po raz kolejny CMWP przypomina, że fizyczne ataki na dziennikarzy są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca. Bezpieczeństwo pracy osób relacjonujących wszelkie wydarzenia, w tym te wywołujące silne społeczne emocje, powinno być zawsze przedmiotem troski organizatorów manifestacji, którzy są zobowiązani do zapewnienia dziennikarzom i osobom z nimi pracującym warunków pracy niezagrażających ich życiu i zdrowiu. Fizyczne i słowne atakowanie dziennikarza jest działaniem przeciwko zasadzie wolności słowa, która jest realizowana poprzez wolną i nieskrępowaną pracę dziennikarzy i ludzi mediów, a ta zasada po raz kolejny jest naruszana podczas manifestacji „Strajku Kobiet”.

 

Dlatego CMWP SDP po raz kolejny apeluje do władz i organizacji publicznych, by podjęły działania zapobiegające wszelkim atakom na wykonujących swoje obowiązki dziennikarzy i osoby pracujące w mediach.

 

dr Jolanta Hajdasz,

dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

 

Warszawa, 29 stycznia 2021 r.

 

Film z wydarzenia TUTAJ.

 

 

Radio sięga głębiej – rozmowa z ADAMEM BOGORYJĄ-ZAKRZEWSKIM, Radiowym Reportażystą Roku 2020

W radiu nauczyłem się bardziej słuchać, wchodzić w sytuację moich bohaterów. Telewizja zadowalała się płytszym materiałem, w radiu można sięgnąć po coś ważniejszego, bardziej uniwersalnego – mówi  Adam Bogoryja-Zakrzewski, Radiowy Reportażysta Roku 2020 w konkursie Melchiory, w rozmowie z Olgą Mickiewicz-Adamowicz.

 

Jak zareagowałeś na wiadomość, że to właśnie ty zostałeś Radiowym Reportażystą Roku?

 

Sprawiła mi ogromną radość, zwłaszcza że w uzasadnieniu jurorzy napisali, że przyznają mi nagrodę za całokształt pracy, za odkrywanie świata wymagające dużego zaangażowania oraz odwagi osobistej. Powiedzieli też, że w tej chwili jestem jednym z nielicznych reportażystów, który robi materiały śledcze.

 

A który uważasz za swój największy sukces?

 

Zdecydowanie ten o szlaufach, czyli nastoletnich dziewczynach utrzymujących relacje z dużo starszymi od nich mężczyznami w zamian za prezenty – kosmetyki, ubrania. Wtedy o tym zjawisku jeszcze nikt nie wiedział ani rodzice tych dziewczyn, ani nauczyciele.

Ale ich rówieśnicy doskonale znali realia. Jeden z hip-hopowców napisał tekst na ten temat. Dowiedziałem się o tym od znajomej fryzjerki. Aż podskoczyłem z wrażenia, tak niesamowita wydawała mi się ta historia. Trzy miesiące trwało dotarcie do tych dziewcząt i nakłonienie ich do rozmowy. Miały po 14 lat i ogromne parcie na szkło. Kiedy dowiedziały się, że nagrywam reportaż nie tylko dla radia, ale też dla telewizji, zamiast przestraszyć się, że zostaną rozpoznane – ucieszyły się, że wystąpią na ekranie.

 

Jak myślisz, dlaczego tych reportaży śledczych jest w radiu tak mało? Z jakimi problemami ty się mierzysz?

 

Doświadczenie pokazało mi, że lepsze warunki pracy oferuje telewizja. Daje więcej czasu na nagrania, jest w stanie pokryć większe koszty. Tam spotykałem się ze zrozumieniem, że nie wszystko da się zaplanować, że czasem trzeba zostać z bohaterem dzień dłużej. W radiu środki są dużo mniejsze, na wszystkim trzeba oszczędzać. Z drugiej strony w telewizyjnych programach interwencyjnych świat wygląda na przerażający, brudny i zły. Trudno potem inaczej postrzegać rzeczywistość.

 

Nie brakuje ci tego telewizyjnego rozmachu? Zaczynałeś od radia, potem pisałeś do prasy, ale przede wszystkim przecież pracowałeś w telewizji. Do radia wróciłeś po latach zdobywania zupełnie innych doświadczeń.

 

Pracując w telewizji nie zdawałem sobie sprawy z siły radiowych środków przekazu. Dopiero kiedy przyszedłem do Studia Reportażu, zacząłem zwracać na nie uwagę. W radiu łatwiej jest sięgnąć głębiej. W telewizji dużo zależy od humoru, od możliwości poszczególnych członków ekipy. Wystarczy, że jedna osoba coś zepsuje i praca całej ekipy idzie na marne. Z drugiej strony, telewizja ma niezwykłą siłę.

Pamiętam, jak kiedyś udało mi się uzyskać zgodę na wywiad z mordercą dzieci. Pamiętasz tę sprawę? Małżeństwo w Łodzi wkładało martwe dzieci do beczek, beczki trzymali w mieszkaniu. Jako jedyny w kraju dostałem mogłem porozmawiać ze zwyrodnialcem, który to zrobił. On sam zgodził się na wywiad, licząc na to, że rozmowa złagodzi wyrok podczas apelacji.

Nie mogłem pokazać jego twarzy – tylko zbliżenia. Kamera rejestrowała, jak drgały mu nerwy na policzkach, jak w jego oczach widać było dziką złość. Dowiedziałem się, że nie był zdolny do przeżywania głębszych uczuć. Zbliżenie na zęby śniło mi się potem przez tydzień.

Zajmuję się tymi „kryminałkami” nie dlatego, że szukam sensacji, ale zawsze i tylko wtedy, gdy coś więcej z tego wynika.

 

Czego szukasz w takich tematach? Kiedy one cię interesują?

 

Jeśli czytam, że pijany mężczyzna zabił swoją konkubinę i w zasadzie na tym kończy się historia, to mnie to nie pociąga. Ale jeśli słyszę, że człowiek zabił swoje dzieci na oczach żony, że pracownice socjalne przez rok nie potrafiły wyjaśnić, dlaczego w domu tych dzieci nie ma, to dla mnie jest to okazja, żeby pokazać system, który nie chroni najsłabszych.

Kiedyś zrobiłem reportaż o niesłusznie skazanym za morderstwo Czesławie Kowalczyku, pseudonim Czester. W więzieniu spędził 12 lat i to spowodowało ogromną tragedię rodzinną. Czester ma syna. Kiedy mężczyzna trafił za kratki, chłopiec był malutki. Ojciec pisał do dziecka, ale matka chłopca chowała listy. Syn uznał, że ojciec go nie kocha. Uciekł z domu w wieku 7-8 lat. Chciał jechać do ojca, bo przypadkowo znalazł adres na jednej z kopert. Matka znalazła go na peronie dworca kolejowego.

W tej sprawie prokurator oskarżył. Co mu szkodzi? Przecież sędzia wszystko sprawdzi. Sędzia, do którego dotarłem, powiedział: przecież prokurator się przygotował, przedstawił akt oskarżenia, nie miałem wątpliwości, że mówi prawdę, skazałem. I to najpierw na dożywocie! Spytałem go: a gdyby możliwy był wyrok śmierci? Powiedział: nie miałbym wątpliwości.

Trudno uwierzyć, ale jest to możliwe – można kogoś skazać tylko z powodu lenistwa. Prawnikom, prokuratorom, sędziom, nie zawsze chce się dogłębnie sprawdzić akta sprawy.

Gdy Czester w końcu wyszedł z więzienia, próbował nawiązać kontakt z synem. Ten powiedział mu: jesteś moim ojcem tylko biologicznym, nie chcę cię znać.

Czester za odszkodowanie od państwa kupił jacht, katamaran, pływa nim po Morzu Śródziemnym. Syn zgodził się w końcu, żeby z nim pojechać. Próbują się do siebie zbliżyć. Nie zgodzili się jednak na to, żebym pojechał z nimi, nagrał kontynuację historii.

 

Po tym, co do tej pory mi powiedziałeś, odnoszę wrażenie, że dla ciebie największe znaczenie ma jednak obraz. Miałeś kiedyś inne poczucie? Że to dźwięk jest ważniejszy?

 

Ale tak było właśnie w przypadku tego reportażu o Czesterze! W więzieniu nie marnował czasu. Dużo czytał i dzięki temu wspaniale, obrazowo opowiadał o uczuciach. Do tego muzyka, którą dobrała moja żona, Hanna Bogoryja-Zakrzewska. To, co mówił wtedy Czester, poruszało w słuchaczu bardzo czułe struny.

Mogę ci opowiedzieć o jeszcze innym przykładzie. Lubię słuchać Dire Straits, ich muzyka jest dla mnie niezwykła. Ale kiedyś zobaczyłem ich na scenie … czar prysł. Obraz nie stanął na wysokości zadania.

Pamiętam też swój pierwszy reportaż, nagrywany jeszcze w rozgłośni w Szczecinie. Opowiadał o młodym homoseksualiście. To były czasy, kiedy o homoseksualizmie nie mówiło się otwarcie. Jego historia wciągała, ale gdyby był do niej nagrany obraz, prawdopodobnie widz znudziłby się po kilku minutach.

 

A czy masz jakichś radiowych mistrzów?

 

Nie mam takiej jednej osoby, jestem samoukiem, ale pamiętam reportaże, które na różnych etapach bardzo mnie fascynowały. Jeden z takich reportaży powstał w Szczecinie, jego autorką była Alina Głowacka. Była to historia zawarcia znajomości na ławce, na krakowskich Plantach. Zaskoczyło mnie, jak wspaniale można zbudować opowieść o tak drobnym zdarzeniu.

Niezwykle wciągnął mnie kiedyś radiowy reportaż Edwarda Miszczaka o Sybiraku. Miał aż 40 minut, a powstał z 60 godzin nagrania!

Potem wpadł mi w ucho reportaż o dzwonach Europy. Ich dźwięki stanowiły punkt wyjścia do opowiadania o różnych momentach w europejskiej historii. Z kolei irlandzki reportaż pokazał mi, jaka może być siła narracji. Autor stał na wzgórzu i opisywał miasteczko, w którym zaraz coś się stanie. Wspaniale napisane, nie mogłem się oderwać od tej opowieści.

Ostatnio z zachwytem patrzę na to, co robi Agnieszka Szwajgier. Pracowaliśmy razem nad reportażem o bezdomnych w Berlinie. Temat może mało odkrywczy, ale dźwięk i muzyka, opracowane przez Agnieszkę, wyniosły tę historię na zupełnie inny poziom.

 

Rozmawiasz o najtrudniejszych sprawach – o morderstwach, oszustwach, wadach systemu. A jednocześnie jesteś ciepłym, uśmiechniętym człowiekiem. Jak udało ci się uniknąć cynizmu, zgorzknienia?

 

Staram się być otwarty na innych. Poświęcać im czas. W radiu nauczyłem się bardziej słuchać, wchodzić w sytuację moich bohaterów. Telewizja zadowalała się płytszym materiałem, w radiu można sięgnąć po coś ważniejszego, bardziej uniwersalnego.

Czesław Miłosz powiedział: „jest taka granica cierpienia, po której się uśmiech pogodny zaczyna”. Ja też często jestem widziany uśmiechnięty, ale w środku wszystko przeżywam. Czasami nie śpię w nocy, emocje mi na to nie pozwalają. Jeszcze nie nauczyłem się ich wyrzucać.

 

Warto? Mimo wszystko? Nie masz dosyć, nie masz ochoty robić tego, co lekkie, łatwe i przyjemne?

 

To, co robię, musi mieć sens i zapewniać mi satysfakcję. Boję się tylko tego, że nie będę mógł robić tematów, które mi to dają.

 


 

Adam Bogoryja-Zakrzewski

Absolwent ekonomii na Politechnice Szczecińskiej i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Karierę rozpoczynał w Akademickim Radiu Pomorze, potem trafił do rozgłośni Polskiego Radia w Szczecinie. Pracował w Telewizji Polskiej w redakcjach „Wiadomości” i „Panoramy”. Był dziennikarzem programu „Interwencja” w Telewizji Polsat. Współpracował z Redakcją Filmów Dokumentalnych TVP1 oraz Redakcją Reportażu TVP2. Jest pracownikiem Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. W ubiegłym roku został laureatem Konkursu Reportażystów Melchiory 2020.

 

Prezes PiS: Media niepolskie powinny być w naszym kraju wyjątkiem

Musimy mieć własne media, a media niepolskie powinny być w naszym kraju wyjątkiem, rzadkim wyjątkiem. To jest niełatwa i niekrótka, ale jedyna możliwa droga obrony naszej wolności i naszej suwerenności – powiedział Jarosław Kaczyński w rozmowie w telewizji wPolsce.pl.

 

Prezes PiS i wicepremier w wywiadzie odniósł się do przejęcia przez PKN Orlen Polska Press, wydawcy prasy i portali lokalnych należącego dotąd do niemieckiej firmy.

 

– To jest jedna z najlepszych wiadomości w ciągu ostatnich lat. To jest pierwszy krok w drugą stronę. My pozbawiliśmy się w wielkiej mierze mediów, na rzecz czynników poza polskich, głównie niemieckich z ogromną stratą dla naszej suwerenności nie tylko państwa, ale narodu. Proszę zwrócić uwagę, że media niemieckie odegrały w latach 90. ogromną rolę w demoralizowaniu młodzieży. I to takim demoralizowaniu wulgarnym, prymitywnym – powiedział Jarosław Kaczyński.

 

Dodał, że będziemy mogli uzdrowić tę sytuację, jeżeli będziemy szli drogą rozpoczętą decyzją prezesa Orlenu Daniela Obajtka.

 

– Przypomnę państwu, że kiedy jedna niezbyt znacząca gazeta codzienna została przejęta przez nie-Niemców w Niemczech, uruchomiono potężną kampanię i skończyło się tym, że ta gazeta w ręce niemieckie powróciła. Czyli oni mają prawo do bronienia swojej suwerenności w tej super ważnej sferze, ale odmawiają tego prawa innym. Smutne, że niektórzy w Polsce ten pogląd wspierają, występując rzekomo w imieniu narodu, którego w tej sprawie nie pytali. Musimy mieć własne media, a media niepolskie powinny być w naszym kraju wyjątkiem, rzadkim wyjątkiem. To jest niełatwa i niekrótka, ale jedyna możliwa droga obrony naszej wolności i naszej suwerenności – zauważył wicepremier.

 

Prezes PiS podkreślił, że media są bardzo ważne dla budowania silnego państwa.

 

– Media można porównać do znaczących części mózgu i jednocześnie układu nerwowego człowieka. Człowiek, któremu by to odebrano nie może funkcjonować w sposób wolny i tak samo naród, któremu to odebrano, jest w bardzo trudnej sytuacji. Nie zgadzajmy się na to. Wszystkie opowieści, że kapitał nie ma narodowości, że wszystkie mechanizmy przez wieki definiujące relacje między państwami i narodami nagle przestały funkcjonować to bajki, które najsilniejsi gracze opowiadają w sposób intencjonalny. Powodem jest wciąż silna intencja do dominowania nad słabszymi. My wskutek biegu historii, także wskutek naszych własnych win, jesteśmy wciąż w słabszej pozycji, ale idziemy dobrą drogą żeby ją bardzo wzmocnić. Jesteśmy też wciąż na tyle licznym narodem, by być w siłą znaczącą. Siłą gospodarczą, militarną, ale i ducha. Tutaj media mają fundamentalne znaczenie –  powiedział Jarosław Kaczyński.

 

opr. jka, źródło: wPolsce.pl

 

 

Protest CMWP SDP przeciwko atakowi na ekipę Mediów Narodowych

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko atakowi na ekipę telewizji internetowej Media Narodowe w czasie demonstracji „Strajk Kobiet” i jednocześnie apeluje do przedstawicieli władz o szczegółowe wyjaśnienie wszystkich okoliczności tego zajścia zajść oraz ukaranie osób winnych tej sytuacji

 

W środę 27 stycznia br. dziennikarze Mediów Narodowych , tak jak ekipy innych redakcji, relacjonowali protest środowisk lewicowych po publikacji orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego na temat aborcji eugenicznej. Dziennikarka Agnieszka Jarczyk i operator Mediów Narodowych zostali zaatakowani przez agresywnych demonstrantów. W stronę dziennikarzy wykrzykiwano wulgarne hasła, także przez megafony przystawiane blisko ich głów, tłum na nich napierał, atakowano operatora kamery, któremu protestujący starali się wyrwać sprzęt realizacyjny. Po szarpaninie jednemu z uczestników protestu to się udało, wyrwał z rąk operatora sprzęt i uciekł.

 

Ekipa Mediów Narodowych zgłosiła napaść i kradzież na policji, a dziennikarka z podejrzeniem uszkodzenia słuchu przeszła badania lekarskie.

 

CMWP SDP  przypomina, że fizyczne ataki na dziennikarzy i operatorów są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca. Bezpieczeństwo pracy osób relacjonujących wszelkie wydarzenia, w tym te wywołujące silne społeczne emocje, powinno być zawsze przedmiotem troski organizatorów manifestacji i protestów, a zgodnie z obowiązującym prawem oni są zobowiązani do zapewnienia dziennikarzom i osobom z nimi pracującym warunków pracy niezagrażających ich życiu i zdrowiu. Szczególnie bulwersującym naruszeniem zasady wolności słowa jest także niszczenie sprzętu będącego narzędziem pracy dziennikarzy i służącego do relacjonowania publicznego wydarzenia z udziałem prasy, co miało miejsce podczas protestu „Strajk Kobiet”.

 

CMWP SDP po raz kolejny apeluje do władz i organizacji publicznych, by podjęły działania zapobiegające wszelkim atakom na wykonujących swoje obowiązki dziennikarzy i osoby pracujące w mediach.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

 

Warszawa, 28 stycznia 2021 r.

 

Podczas Strajku Kobiet zaatakowano dziennikarkę Mediów Narodowych

Jedna z pań, która trzymała megafon, prosto w moje prawe ucho zaczęła wykrzykiwać wulgarne hasło. Inne osoby atakowały mojego operatora kamery, starały się wyrwać mu sprzęt  – opowiadała dziennikarka Mediów Narodowych Agnieszka Jarczyk w rozmowie z Radiem Wnet.

 

Zdarzenie miało miejsce podczas środowych demonstracji Strajku Kobiet pod Trybunałem Konstytucyjnym. Wśród dziennikarzy relacjonujących to wydarzenia byli przedstawiciele redakcji Mediów Narodowych.

 

– Podeszliśmy bliżej do tych ludzi, żeby usłyszeć, co Marta Lempart ma do powiedzenia, jakie są ich przemowy. Udało mi się zacząć rozmowę z pierwszą kobietą, którą tam spotkałam, która była chętna na rozmowę – opowiadała w czwartek na antenie Radia Wnet dziennikarka MN Agnieszka Jarczyk. – Udało mi się zadać dwa pytania, po czym zauważyłam, że tłum się bardzo zacieśnia. Zostałam w pewnym momencie odłączona od mojego operatora kamery, zepchnięta gdzieś tam na tył. Pani Marta Lempart podeszła z mikrofonem, obok niej stała jakaś kobieta z megafonem. Przez ten megafon wykrzykiwała wulgarne słowa, hasło główne ich zgromadzenia. Marta Lempart powiedziała, że z faszystami i z prowokatorami się nie rozmawia. Te określenia były skierowane pod adresem Mediów Narodowych – stwierdziła Jarczyk.

 

Po wystąpieniu Lempart pod siedzibą Trybunału Konstytucyjnego, ekipa Mediów Narodowych wycofywała się w stronę placu Na Rozdrożu.

– Uszliśmy jeszcze może z trzy czy cztery kroki, po czym jedna z pań, która trzymała megafon, prosto w moje prawe ucho zaczęła wykrzykiwać wulgarne hasło przewodnie tego zgromadzenia – opowiadała Jarczyk. – Moje ucho było w stanie bardzo złym, zaszumiało mi i generalnie miałam problem, żeby coś usłyszeć. Po chwili to nieco zelżało. Wówczas też inne osoby atakowały mojego operatora kamery, starały się wyrwać mu sprzęt.  Mi z kolei jeden z chłopaków wyrywał co chwilę mikrofon. W końcu ten mikrofon upadł na jezdnię, ja go podniosłam. Nie zdążyliśmy nawet sprawdzić, czy działa, bo były tam przepychanki, wykrzykiwano też w naszą stronę wulgarne hasła. Generalnie było bardzo niebezpiecznie. Po chwili jeden z chłopaków wyrwał nasz sprzęt do nagrywania i uciekł z nim – powiedziała.

 

Ekipa szukała pomocy u policjantów, jeden z nich skierował ich na komisariat na Wilczą.

 

– Poszliśmy tam, zgłosiliśmy napaść i kradzież sprzętu do nagrywania. Ja jeszcze zgłosiłam napaść wymierzoną w celu uszczerbku na zdrowiu. Przyznam, że ucho boli mnie dalej, do tego momentu. To nie było, że tam był jakiś szum i to przestało – mówiła Jarczyk.

 

Protest Centrum Monitoringu Wolności Prasy w tej sprawie czytaj TUTAJ.

 

opr. jka, źródła: Radio Wnet, medianarodowe.com

Pieniądze i zaufanie – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Czy reputacja i zaufanie korzystnie wpływają na sprzedaż? Czy finansowanie społeczne to dobre rozwiązanie, czy raczej „chwilówka”? Jaka przyszłość czeka rynek informacji i jego ekonomiczne podstawy?

 

Ponura prognoza, która się sprawdza

 

Autorzy obszernego raportu „What’s New(s)? Scenarius for the future of journalism” A. Kasem, M.J.F. van Maes, K.C.M.E. Wannet[1], stanowiącego główny dokument prognozy dla dziennikarstwa „Journalism 2025” zauważyli, że zaufanie wobec mediów jest dziś na rekordowo niskim poziomie. Dokument ten opublikowano w Amsterdamie w 2015 roku. Patrząc na „Edelman Trust Barometr 2021”[2] można stwierdzić, że media tradycyjne znacznie spadły w rankingu zaufania w ciągu ostatnich dwóch lat. W barometrze na 2019 roku cieszyły się takim samym zaufaniem jak wyszukiwarki (sic!) wynoszącym 65%, rok temu 61% (wyszukiwarki 62%). Po pandemii pozostało z tego jedyne 53%. Wyszukiwarki też straciły i uzyskały wynik 56%. Ten spadek zaufania wynoszący w przypadku redakcji aż 12% w ciągu dwóch lat można rozpatrywać w kategoriach niepokojących. Z jednej strony ostrożność w świecie dezinformacji, fakenewsów, czy spiskowych teorii jest wskazana. Z drugiej to przecież media powinny być gwarantem jakości i rzetelności przedstawianych materiałów. Uzupełniając dane z „Edelman Trust Barometr 2021” należy dodać, że zaufanie do social mediów wynosi w nim tylko 35%, a startowało i tak z niezbyt wysokiego poziomu 43% na 2019 r. Straciły też własne media marek („owned media”), które „zleciały” z 49% do 41%, co zresztą i tak jest wynikiem zaskakująco wysokim, wziąwszy pod uwagę założony brak obiektywizmu, czy pluralizmu.

 

Reputacja sprzedaje

 

Można zapytać, co to ma wspólnego z finansowaniem mediów? Reputacja sprzedaje, zaufanie do produktu jest za pewno większą dźwignią handlu niż reklama. „Edelman Trust Barometr 2021” to zły znak. Wydawało się, że niepewne czasy będą sprzyjały odbudowaniu pozycji mediów tradycyjnych. Okaże się, czy rezultaty globalnego badania zaufania potwierdzą prognozy i analizy krajowe. Obawy o przyszłość mediów, w tym oczywiście ich stabilność finansową wyrażała już International Federation of Journalism[3], a nawet UNESCO, nawołujące wprost do zapewnienia dziennikarstwu ochrony w zdigitalizowanym świecie[4]. Brakuje systemowych rozwiązań. Giganci internetowego świata (Google, Facebook i inni), którzy nie tworzą własnych treści, nie są dziś skłonni podzielić się swoimi gigantycznymi dochodami z tymi, którzy dostarczają ich użytkownikom informacje na najwyższym poziomie, czyli redakcjami. Brakuje międzynarodowego, wspólnego frontu, który mógłby w tym wypadku odnieść sukces w negocjacjach. Z tej perspektywy nawet subskrybowany dostęp do cyfrowych treści wydaje się rozwiązaniem czasowym i niewystarczającym. Towarzyszy mu to, co twórcy wizji „Journalism 2025” określili terminem: „podjadanie mediów”. Oznacza on kupowanie pojedynczych artykułów. Autorzy raportu „What’s New(s)? Scenarius for the future of journalism” uznali to za zjawisko negatywne, ponieważ czytelnicy nie są lojalni wobec tytułu prasowego. Sięgają tylko po tematy, które akurat ich interesują, pomijając inne, być może istotniejsze dla nich treści. Tkwią zamknięci w swojej „bańce” informacyjnej. W Rzeczpospolitej niedostatki finansowe, czy brak inwestorów ratuje się ostatnio zbiórkami publicznymi lub odwołaniem do odbiorców, słowem: wsparciem społecznościowym.

 

Przykłady warte zastanowienia

 

Radio 357 uzyskało deklarację ponad pół miliona stałych wpłat za pośrednictwem platformy Patronite już w trzecim dniu nadawania[5]. Dziś (23.01.2021 r.) to już ponad 570 000 zł od 25 006 wspierających[6]. Konkurencyjne i też powstałe na bazie „Trójki” Radio Nowy Świat może liczyć na więcej niż 672 000 zł od 31 409 finansujących. Eksmitowany przez Archidiecezję Krakowską z lokalu przy Wiślnej 12 „Tygodnik Powszechny” prowadzi zbiórkę na nową siedzibę za pośrednictwem Facebook’a. Chcą zgromadzić jedyne 300 000 zł. Na razie uzyskali 211 620 zł w ciągu 19 dni[7]. Akcja wyraźnie straciła rozpęd. Prawie sto tysięcy złotych zgromadzono w 24 godziny (zbiórka wystartowała 4 stycznia 2021 r.)[8]. Dwieście tysięcy odnotowano już 8 stycznia[9]. Potem tempo przyrastania spadło, a do celu ciągle brakuje więcej niż 25%. Czy wspomniane stacje radiowe też to czeka (regres w rozbudowie finansowego zaplecza)? Radio Nowy Świat już się dowiedziało, że łaska donatorów na pstrym koniu jeździ i gdy będą niezadowoleni, to mogą zawiesić finansowanie[10]. Rozgłośnia ratowała się wówczas odwołaniem prezesa Piotra Jedlińskiego z funkcji[11]. W tej głośnej sprawie interweniowało Centrum Monitoringu Wolności Prasy[12]. Trudno to uznać za sytuację komfortową i stabilną.

 

Czy opisane powyżej przypadki są też wyrazem sympatii politycznych donatorów, którzy postrzegają wymienione redakcje, jako stojące w opozycji wobec aktualnej władzy? Pytamy o to politolog dr Agnieszkę Zarembę:

Oceniłabym to tak pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, czyli sympatie polityczne: tak, ale też sentyment do tego, do czego jako słuchacze, czy czytelnicy jesteśmy przywiązani.

 

Co się stanie, gdy zmieni się władza i media publiczne, w tym Program Trzeci, obejmą inni ludzie? Czy nowe stacje utrzymają zaplecze ekonomiczne i kadrę? A może dziennikarze zechcą wrócić na Myśliwiecką 3/5/7 na stare śmieci i do stabilnego, publicznego finansowania?

 

Za dużo zmiennych dla jednoznacznej odpowiedzi – odpowiada dr ZarembaZależy, kto wygra wybory. Jeśli PO, to jestem sceptyczna. Mam wrażenie, że pójdą tą samą drogą co PiS, od którego dziś bardzo dużo politycy tej partii się uczą. Okaże się więc, jacy ludzie staną na czele mediów publicznych, z jakim spojrzeniem na świat i etyką. Istotna będzie też sytuacja gospodarcza. W czasie prosperity ludzie nie boją się odważnych decyzji, inaczej jest w kryzysie. Sądzę jednak, że nie wrócimy ani do pluralizmu, ani liberalnej demokracji, jakie pamiętamy z lat dziewięćdziesiątych. Do tego głównym źródłem informacji będzie bez wątpienia Internet, a to może źle wróżyć mediom tradycyjnym.

 

Ciąg dalszy nastąpi… Tylko jaki?

 

Wydaje się, że wciąż nie ma pomysłu na stabilne finansowanie mediów tradycyjnych, zwłaszcza prasy,  w dobie digitalizacji. Zarówno okres subskrypcji, jak i „podjadania”, czy donacji społecznych może mieć charakter przejściowy, bo daleko mu do doskonałości. Na pewno potrzebne jest porozumienie z internetowymi gigantami, którzy żyją przynajmniej w części z udostępniania treści wytwarzanych przez media. Same redakcje są zbyt słabe, by skutecznie upomnieć się o swoje. O dziwo dotyczy to również międzynarodowych korporacji, co zapewne byłoby nie do pomyślenia jeszcze dekadę temu. To istotne wyzwanie dla społeczności międzynarodowej, bo obecnie można nabrać przekonania, że namiętni użytkownicy mediów społecznościowych czerpią widzę z tytułów artykułów i leadów, bo tylko tyle do nich dociera. Nie wchodzą głębiej, bo wówczas musieliby wyjść z ulubionego serwisu. Wyciągają błędne wnioski z otrzymanych, spłyconych szczątków komunikatów, w efekcie czego zaufanie zarówno do mediów społecznościowych, jak i mediów tradycyjnych drastycznie spada. Jaka będzie przyszłość finansowania Radia Nowy Świat i Radia 357 oparte dziś o donacje? To rozwiązanie doraźne, taka „chwilówka”. W przypadku zmiany władzy w Polsce sami słuchacze mogą zapytać o to, dlaczego dziennikarze nie wracają do Trójki i dlaczego mają ich dalej utrzymywać z własnej kieszeni, skoro mogą otrzymać ulubione produkty za darmo, tak jak dotychczas.

 

Na koniec przywołajmy słowa Artura Rejtera na temat „Merkuriusza Polskiego” z 1661 roku uznawanego za pierwszą rodzimą gazetę: „Merkuriusz Polski” zrodził się z potrzeby czasów, które charakteryzowały się głodem rzetelności i regularnych wiadomości dotyczących aktualnych wydarzeń. Jest zatem wynikiem rozwoju cywilizacyjnego polskiego społeczeństwa[13]. Miejmy nadzieję, że ten „głód” rychło powróci i ruszymy na ścieżkę cywilizacyjnego rozwoju. Dotyczy to też społeczności międzynarodowej. Wyzwaniem na dziś jest bez wątpienia odzyskanie zaufania odbiorców, a to na pewno leży w dziennikarskich rękach: bezstronności, wysokich kompetencjach komunikacyjnych i redakcyjnym profesjonalizmie. To istotny element w drodze do odbudowania dla dobra społecznego pozycji lidera w dziedzinie periodycznego dostarczania wiarygodnych informacji.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.journalism2025.com/trends.html – dostęp 23.01.2021 r.

[2] https://www.edelman.com/trust/2021-trust-barometer – dostęp 23.01.2021 r.

[3] https://www.ifj.org/what/future-of-journalism.html – dostęp 23.01.2021 r.

[4] https://unesdoc.unesco.org/ark:/48223/pf0000232358 – dostęp 23.01.2021 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/radio-357-zbiorka-patronite-jak-sluchac-ramowka-audycje-opinie – dostęp 23.01.2021 r.

[6] https://patronite.pl/radio357 – dostęp 23.01.2021 r.

[7] https://www.facebook.com/donate/992110001279874/5481839011841592/ – dostęp 23.01.2021 r.

[8] https://www.tygodnikpowszechny.pl/zrobmy-sobie-miejsce-166112 – dostęp 23.01.2021 r.

[9] https://www.press.pl/tresc/64473,_tygodnik-powszechny_-zebral-juz-ponad-200-tys_-zl-na-nowa-siedzibe – dostęp 23.01.2021 r.

[10] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/margot-michal-sz-aresztowany-aktywista-lgbt-radio-nowy-swiat-okresla-go-jako-kobiete-udzialowcy-odcieli-sie-od-zalozyciela-stacji# – dostęp 23.01.2021 r.

[11] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/byly-prezes-radia-nowy-swiat-rezygnacje-sugerowal-mi-sosnowski-jethon-przeniosla-najgorsze-wzorce-z-trojki – dostęp 24.01.2021 r.

[12] https://sdp.pl/cmwp-sdp-o-cenzurze-w-radiu-nowy-swiat/ – dostęp 24.01.2021 r.

[13] https://rcin.org.pl/Content/56837/WA248_69826_P-I-2795_rejter-polifon.pdf – dostęp 24.01.2021 r.

Bez wyroku w sprawie redaktora Wojciecha Biedronia

Przed Sądem Okręgowym w Łodzi już po raz drugi nie ogłoszono wyroku w sprawie redaktora Wojciecha Biedronia z tygodnika Sieci w związku z jego artykułem na temat byłego sędziego Wojciecha Łączewskiego, który teraz występuje w roli oskarżyciela prywatnego. 4 stycznia 2021 roku wyroku nie było, ponieważ Łączewski zmienił miejsce zamieszkania i – jak argumentował były sędzia – nie wiedział o poprzednich terminach a na rozprawie 27 stycznia oskarżyciel prywatny wystąpił do łódzkiego sądu o wyłączenie z postępowania sędziego Marka Pietruszki, który przewodniczy składowi orzekającemu.  

 

Sprawa dotyczyła publikacji na temat b. Sędziego W. Łączewskiego, w której opisano, jak miał on nawiązać prywatną korespondencję z osobą, którą uznał za dziennikarza Tomasza Lisa i miał namawiać red. naczelnego “Newsweeka” do obrania nowego kierunku w politycznej walce z rządem. Sąd Okręgowy uznał, że redaktor Wojciech Biedroń pomówił sędziego “o właściwości, które mogły go narazić na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu sędziego poprzez nieprawdziwe wskazanie, że wobec pokrzywdzonego toczy się postępowanie dyscyplinarne”. W istocie chodziło o postępowanie wyjaśniające, ale nawet wielu prawników stosuje te określenia zamiennie.

 

Wojciech Łączewski, jeszcze jako sędzia, wystąpił w listopadzie 2016 r. z prywatnym aktem oskarżenia wobec red. Wojciecha Biedronia.   Latem 2018 roku sąd I instancji uznał dziennikarza za winnego. Podstawą był art. 212 kodeksu karnego mówiący o zniesławieniu. Biedroniowi wymierzono 25 tysiące złotych grzywny. Na początku 2019 roku, po apelacji, Sąd Okręgowy w Łodzi złagodził wyrok i zmniejszył grzywnę do 3 tys. zł., ale uznał winę dziennikarza.

 

We wrześniu 2020 roku Sąd Najwyższy uchylił wyrok wymierzający grzywnę red. Biedroniowi. Sprawa wróciła do II instancji, czyli do Sądu Okręgowego w Łodzi. Na jego wokandzie pojawiła się na początku 2021 roku.

 

27 stycznia Wojciech Łączewski złożył wniosek o wyłączenie ze składu orzekającego, jego przewodniczącego sędziego Tomasza Pietruszki. Redaktor Biedroń poinformował, że oskarżyciel prywatny dosyć szczegółowo powoływał się na wiele okoliczności i dokumentów, m.in. na raport Najwyższej Izby Kontroli. Chodzi o rzekome niejasności w tym losowaniu sędziów, a – zdaniem oskarżyciela prywatnego – sędzia Tomasz Pietruszka jest źle wybrany poprzez nową Krajową Radę Sądownictwa  – relacjonował Wojciech Biedroń. We wniosku znalazło się również stwierdzenie, że jestem znajomym sędziów z KRS ” –mówił dziennikarz. Powołując się na raport NIK i podważając status sędziego orzekającego w sprawie, w moim przekonaniu, Wojciech Łączewski dąży do przedłużenia tego przewodu sądowego i wydaję mi się, że liczy na możliwe przedawnienie – powiedział CMWP SDP Biedroń.

 

Także zdaniem wielu prawników wniosek o wyłączenie sędziego spowoduje znaczne opóźnienie wyroku. Teraz sąd musi orzec, czy przewodniczący składu, sędzia Tomasz Pietruszka może nadal prowadzić tę sprawę. Już wcześniej, bo 4 stycznia 2021 miał być ogłoszony wyrok. Tak się jednak nie stało. “Podobno oskarżyciel prywatny zmienił adres zamieszkania i właśnie, wpłynął wniosek, z którego wynika, że nie został powiadomiony o poprzednim terminie rozprawy” – powiedział na początku stycznia mecenas Dariusz Pluta, który jest adwokatem Wojciecha Biedronia.   Nie podoba mi się tego typu zachowanie oskarżyciela, ale sąd nie miał wyjścia i musiał wyznaczyć nowy termin  – podkreślił wtedy red. Biedroń.

 

Zdaniem dziennikarza w tej sprawie chodzi jednak o coś innego. “Ciągle przed sądem staje dziennikarz. Dziennikarz skazany z haniebnego artykułu 212 kodeksu karnego. Ja nigdy nie byłem karany, a dziś sytuacja jest taka, że po raz kolejny, 30 lat po upadku komuny, dziennikarz musi odpowiadać z artykułu 212.” – mówił Wojciech Biedroń. Do sądu trafił akt oskarżenia, który opisuje działania Wojciecha Łączewskiego także wobec publicysty Sieci.

 

Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP. Obserwatorem procesu w imieniu CMWP SDP jest red. Hubert Bekrycht. Przeciwko wyrokowi skazującemu red. Wojciecha Biedronia Centrum występowało m.in. w lutym 2019 r.

 

Protest CMWP SDP  przeciwko skazaniu red. W. Biedronia TUTAJ.