MIROSŁAW USIDUS: „Mowa nienawiści” pałką na inaczej myślących

Internetowe forum drobnych graczy giełdowych z redditowej grupy r/WallStreetBets umawiając się na zbiorowy zakup akcji firmy GameStop, nie tylko wywindowało wartość tego sprzedawcy gier, ale doprowadziło do wielomiliardowych strat giełdowych rekinów. Nagle serwer giełdowych rewolucjonistów na platformie Discord został zablokowany. Powód? „Mowa nienawiści”.

 

Nie chcę się rozpisywać o przecudnej skądinąd operacji na akcjach GameStop. W mediach można znaleźć sporo analiz na ten temat. Mnie w tym wszystkim zaciekawiło, że strona bronionej przez drobnych inwestorów firmy została zablokowana (czyżby Amazon, który niedawno wyłączył konkurującego z kumplem z Big Tech, Twitterem, nieszczęsnego Parlera?) a fora rewolucjonistów giełdowych zaczęły mieć kłopoty cenzuralne. Bogacze z funduszy hedgingowych, którzy zebrali w akcji GameStop srogie baty być może są w ten czy innych sposób powiązani z Amazonem, Discordem, Redditem. Być może. To trochę teorie spiskowe, ale nagromadzenie dziwnych zjawisk w tej sprawie jest, hmm… dziwne.

 

Jednak mnie najbardziej w tej historii zafrapował fakt, że zbuntowanym graczom giełdowym, którzy zrobili wielkie kuku cwaniakom z Wall Street, zarzuca się „mowę nienawiści”.

 

Nie lubisz władzy Maduro – jesteś hejterem

 

Walka z „mową nienawiści” w Wenezueli jest mało zaawansowana technicznie. Cele są identyfikowane nie przez oprogramowanie śledzące lub inne technologie, ale przez osoby popierające reżim i rządowych pracowników technicznych, którzy wskazują prokuratorom niezgodne z prawem wpisy w mediach społecznościowych lub wiadomości tekstowe. Czyli wystarczy donos czujnych politycznie zwolenników przeciwnej opcji.

 

Wenezuelska ustawa o zwalczaniu „mowy nienawiści” to niejako „wzorzec metra” mętnych, mglistych i pozbawionych jasnych definicji przepisów w tej dziedzinie. I zarazem wzorcowy przepis na to, jak stworzyć eldorado walki politycznej z kim tylko ma się ochotę i nas w danym momencie denerwuje. Sześć stron i 25 artykułów ustawy to w większości pompatyczna tyrada o pokoju, tolerancji, demokracji i innych wartościach, które rzekomo ma chronić. Przepisy nie precyzują, jakie działania, wypowiedzi czy inne zachowania stanowią „mowę nienawiści”. Ale o to właśnie chodzi. Takie prawo jest dla reżimu najlepsze. Prokuratorzy i sędziowie stojący po stronie Maduro mają swobodę w oskarżaniu o nienawiść, jeśli tylko uznają to za stosowne.

 

Przez pierwsze lata przepisy te stosowane były rzadko. Jednak liczba przypadków „mowy nienawiści” zaczęła szybko rosnąć, gdy nadeszła pandemia i okazało się, że państwo Maduro całkowicie sobie z nią nie radzi. Ludzie zaczęli to władzy wytykać i krytykować nieudolność, brak organizacji, chaos, na co władza, czyli prokuratura zareagowała serią oskarżeniem o „szerzenie nienawiści”.

 

VKontakte inwigiluje jak Facebook

 

W Rosji od lat komentatorzy z mediów społecznościowych, którzy krytykują rosyjską politykę, w tym zwłaszcza aneksję Krymu, są więzieni za „podżeganie do nienawiści”. W 2016 r. agencja Associated Press donosiła, że w poprzednim roku w Rosji skazano za „mowę nienawiści” co najmniej 233 osoby, w porównaniu z 92 w 2010 roku. Co najmniej 54 osoby trafiły w tamtym okresie za to do więzienia.

 

Podobnie jak w Wenezueli swobodę w określaniu, co stanowi „mowę nienawiści”, daje rosyjskiemu wymiarowi sprawiedliwości niejasność prawa. Ustawa z 2002 roku delegalizuje ekstremizm, rozumiany jako czyny zagrażające bezpieczeństwu narodu, jak również czyny gloryfikujące terroryzm lub rasizm. W praktyce oznacza to, że „mowa nienawiści” jest również uważana za przejaw ekstremizmu. W 2014 roku, w którym Rosja zaanektowała Krym, Putin podpisał poprawioną wersję ustawy, zaostrzającą restrykcje przeciwko ekstremizmowi. Jedna z poprawek zwiększyła kary za akty ekstremizmu bez użycia przemocy, czyli w tamtejszym rozumieniu także „mowę nienawiści”.

 

Jednym ze skazanych za „mowę nienawiści” był Andriej Bubiejew. W rosyjskim portalu społecznościowym VKontakte udostępniał treści krytyczne wobec Rosji, w tym filmy, które określały Rosję jako agresora. Został skazany na rok więzienia. Kilka tygodni po tym wyroku, Bubiejew został oskarżony o podważanie integralności terytorialnej Rosji, ponieważ udostępnił artykuł zatytułowany „Krym to Ukraina”. Bubiejew był zaskoczony, że został oskarżony z powodu swoich akcji w mediach społecznościowych. Treści na jego koncie nie były widoczne dla ogółu społeczności, a jedynie dla dwunastu znajomych dzięki ścisłym ustawieniom prywatności. Prawnik Bubiejewa sugerował, że rosyjskie władze mogły dowiedzieć się o jego postach tylko dlatego, że zostały o nich poinformowane przez administrację VKontakte.

 

Grupy broniące praw człowieka w Rosji donosiły, że około połowa wszystkich wyroków skazujących za mowę nienawiści w sieci jest związana z wpisami na VKontakte, a serwis ten może być bardziej skłonny do współpracy z rosyjską policją niż media społecznościowe należące do innych krajów. Założyciel VKontakte Paweł Durow sprzedał witrynę i opuścił kraj w 2014 roku, po tym jak znalazł się pod presją rosyjskich służb, aby udostępnił dane osobowe użytkowników, którzy byli związani z protestami przeciw wojnie na Ukrainie. VKontakte jest obecnie kontrolowany przez rosyjskiego miliardera Aliszera Usmanowa, o którym mówi się, że jest blisko Putina.

 

Czy użytkownicy Facebooka mogą patrzyć na to z wyższością? Nie bardzo. Po pierwsze Facebook ściśle inwigiluje „prywatną” komunikację, także w komunikatorze Messenger, cenzurując ja na żywo, o czym niedawno miałem okazję się przekonać i to opisać. Po drugie, jak wynika z niedawnych doniesień, lobbyści Facebooka lokują się „blisko” nowej administracji w USA, zajmując różne ważne stanowiska. Czy więc w razie czego nie będą udostępniać władzom amerykańskim informacji o „mowie nienawiści”, czyli krytyce prezydenta Bidena, nawet w grupach i rozmowach prywatnych?

 

Że demokracja, prawo, konstytucja. Jeśli uświadomimy sobie, że konstytucja Rosji gwarantuje wolność myśli i wypowiedzi oraz, a jakże, zakazuje cenzury, a Rosja jest stroną kilku traktatów międzynarodowych, które nakładają na rządy zobowiązania prawne do ochrony wolności słowa i informacji, a także przypomnimy sobie, że skierowane przeciw „mowie nienawiści” prawo wenezuelskie również jest pełne frazesów o wolności i demokracji, to zaczynamy z rezerwą patrzyć na wszystkie spisane przez prawodawców akty.

 

Nie zgadzam się z tobą, więc jesteś hejterem

 

We wrześniu 2019 roku pisałem na portalu SDP o innym przykładzie instrumentalnego korzystania z oskarżeń o „mowę nienawiści” – Etiopii, gdzie w atmosferze zamachu stanu odcięto dostęp do sieci 98 procentom mieszkańców. Wcześniej nowy rząd Etiopii z premierem Abiyem Ahmedem zliberalizował rynek mediów. Dziennikarze odbywający kary więzienia zostali uwolnieni, a setki stron internetowych, blogów i kanałów telewizji satelitarnej zostało odblokowanych. Jednak wkrótce pojawiły się wątpliwości. Wolność słowa jednak zaczęła być szybko krytykowana, gdyż w internecie pojawili się liczni „podżegacze” do waśni plemiennych.

 

Wielu Etiopczyków uważało, że rząd powinien zająć się w pierwszej kolejności nawołującymi do przemocy i ich uciszyć. Ostatecznie skończyło się, jak wyżej wspomniałem, na uciszeniu wszystkich Etiopczyków. Władze wprowadziły przepisy uznające „mowę nienawiści” za przestępstwo, co, zdaniem obserwatorów doprowadzi do masowej inwigilacji i ścisłego monitorowania mediów społecznościowych przez policję.  Wprowadzone w marcu 2020 r. w Etiopii przepisy dotyczące zwalczania „mowy nienawiści” były i są nadal szeroko krytykowane przez organizacje walczące o wolność słowa, między innymi przez brytyjską organizację Article 19.

 

Czy jednak sama Wielka Brytania nie zaczyna mieć pewnego problemu z nadużywaniem haseł walki z „mową nienawiści”, co prowadzi do tłamszenia swobody wypowiedzi.

 

W Anglii i Walii oraz Szkocji od 1986 r. obowiązuje „Ustawa o porządku publicznym”, która zabrania m. in. wyrażania nienawiści rasowej, która jest zdefiniowana jako nienawiść wobec grupy osób z powodu koloru skóry, rasy, narodowości (w tym obywatelstwa) lub pochodzenia etnicznego lub narodowego tej grupy.

 

Przepisy te zostały w Wielkiej Brytanii uzupełnione przepisami „Ustawy o sprawiedliwości karnej i porządku publicznym” z 1994 r. o wzbudzaniu niepokojów. Kolejną zmianą i uzupełnieniem przepisów z 1986 roku była „Ustawa o nienawiści rasowej i religijnej” z 2006 r. Czytamy w niej m. in.: „Osoba, która używa słów lub zachowań zawierających groźby lub wyświetla jakiekolwiek materiały pisemne zawierające groźby, jest winna popełnienia przestępstwa, jeśli zamierza w ten sposób podsycać nienawiść religijną”. Są niej również sformułowania mające chronić wolność słowa: „Nic w tej części nie będzie odczytywane lub wprowadzane w sposób, który zakazuje lub ogranicza dyskusję, krytykę lub wyrażanie antypatii, niechęci, wyśmiewania, obrażania lub znieważania poszczególnych religii lub przekonań lub praktyk ich wyznawców, lub jakiegokolwiek innego systemu wierzeń lub przekonań lub praktyk jego wyznawców, lub prozelityzmu lub nakłaniania wyznawców innej religii lub systemu wierzeń do zaprzestania praktykowania ich religii lub systemu wierzeń”.

 

W kolejnym akcie prawnym z 2008 r. zmieniono część ustawy o porządku publicznym z 1986 r., dodając przestępstwo podżegania do nienawiści ze względu na orientację seksualną. Wszystkie przestępstwa tego rodzaju dotyczą następujących czynów: używanie słów, zachowań lub prezentowanie materiałów pisemnych, publikowanie lub rozpowszechnianie materiałów pisemnych, publiczne wystawianie sztuki teatralnej, rozpowszechnianie, pokazywanie lub odtwarzanie nagrań, nadawanie lub włączanie programu do programu oraz posiadanie materiałów podżegających. W przypadku nienawiści na tle przekonań religijnych lub orientacji seksualnej, odnośny czyn (mianowicie słowa, zachowanie, materiały pisemne, nagrania lub program) musi być groźny, a nie tylko obraźliwy lub znieważający.

 

A jak w praktyce wyglądała brytyjska walką z „mową nienawiści”?

 

W 2001 roku Harry Hammond, ewangelista, został aresztowany i oskarżony na podstawie przepisów ustawy o porządku publicznym z 1986 roku, ponieważ wystawił w miejscu publicznym w Bournemouth duży znak z napisem „Jesus Gives Peace, Jesus is Alive, Stop Immorality, Stop Homosexuality, Stop Lesbianism, Jesus is Lord” (z ang. „Jezus daje pokój, Jezus żyje, Stop niemoralności, Stop homoseksualizmowi, Stop lesbijstwu, Jezus jest Panem”). W kwietniu 2002 r. sędzia pokoju ukarał go grzywną w wysokości 300 funtów i nakazał mu zapłacić koszty w wysokości 395 funtów.

 

W 2006 r. Stephen Green został aresztowany w Cardiff za rozprowadzanie broszur, w których aktywność seksualną między osobami tej samej płci nazwano grzechem. Na szczęście dla niego odstąpiono od procesu. Z podobnego powodu cztery lata później w Workington w Kumbrii policja aresztowała kaznodzieję Dale’a McAlpine’a, również powodem było twierdzenie, że zachowania homoseksualne są grzechem.

 

A więc jeszcze w ubiegłej dekadzie brytyjski wymiar sprawiedliwości bronił wolności słowa. Wydaje się jednak, że w ostatnim okresie jest to traktowanie stopniowo z coraz mniejszą pobłażliwością. Przykładem jest stosunkowo surowa kara dla dowcipnisia, który nauczył swojego psa „hajlować” i pokazywał to na YouTube albo kara dla nastolatki, która na Instagramie zacytowała fragment piosenki murzyńskiego, co istotne, rapera Snoop Doga, w której przewija się słowo „nigga”. Oba przypadki nie za bardzo odnosiły się do prawa o „mowie nienawiści”, pierwszy był po prostu głupim dowcipem, a w drugim intencja dziewczyny była zupełnie przeciwna niż przekazy rasistów. Niepokojąca jest więc tendencja do rozciągania definicji „mowy nienawiści”, co ostatecznie uderza w wolność słowa.

 

Przykładem, że pojęcie „mowa nienawiści” nie znaczy nic, niech będzie historia Mike’a McCullocha, wykładowcy matematyki na Uniwersytecie w Plymouth, który został wezwany na dywanik przez hunwejbinów ze swojej uczelni za polubienia Twitterze słów „All Lives Matter”. Tak oto McCulloch został oskarżony o „mowę nienawiści” za polubienie humanistycznego hasła o poszanowaniu życia wszystkich ludzi. Inny przykład bolszewickiego szaleństwa to oskarżenie feministki Posie Parker również o „mowę nienawiści” za to, że zainicjowała na Change.org petycję domagającą się od Oxford English Dictionary zachowanie w definicji „kobiety” w słowniku, w kształcie opisującym ją jako istotę ludzką płci żeńskiej.

 

Niepokoje o wolność słowa, której na Wyspach Brytyjskich zagraża coraz większa gorliwość frontu walki z „hejtem” narastają. W ostatnich miesiącach pojawiły się w tamtejszej debacie publicznej kontrowersje związane z sugestiami, aby walką z „mową nienawiści” objąć prywatność mieszkań i toczonych w nich rozmów rodzinnych czy koleżeńskich. Zdaniem krytyków możliwość wyłączenia sfery prywatności domowej z ustawodawstwa karnego została ukryta w liczącym ponad pół tysiąca stron opracowaniu komisji prawnej rządu brytyjskiego na temat „przestępstw z nienawiści” opublikowanym we wrześniu ub. roku. Prawodawcy od razu zaprzeczyli, ale środowiska broniące wolności wypowiedzi podtrzymują opinię, że objęcie domowych rozmów kontrolą pod kątem „mowy nienawiści” logicznie wynika z propozycji zmian w przepisach.

 

Zarzuty szermowania hasłami walki z „mową nienawiści” w celu prowadzenia walki politycznej pojawiły się również w sąsiedniej Irlandii. W grudniu 2020 r. minister sprawiedliwości Helen McEntee przedstawiła projekt nowych irlandzkich przepisów dotyczących tzw. przestępstw z nienawiści. Jakoś dziwnie nowe (i tradycyjnie mętne) przepisy o zwalczaniu „mowy nienawiści” zbiegają się ze wzrostem popularności prawicowej opozycji i tracenia popularności przez wstrząsaną skandalami korupcyjnymi, pedofilskimi i równymi innymi, koalicje rządzącą. Mamy więc kolejny przykład instrumentalnego sięgnięcia po prawo zaostrzające walkę z „mową nienawiści” przez polityków walczących z innymi politykami. Wenezuela, Etiopia, Irlandia – wszędzie oskarżenia o „mowę nienawiści” są pałką na inaczej myślących. Różnica bardziej ilościowa niż jakościowa.

 

Szwecja: wolność słowa przysługuje tym, których my wskazujemy

 

Do grona krajów sięgających po tę pałkę należy oczywiście również Szwecja. Władze tego kraju charakteryzują się przy tym fascynującą wręcz hipokryzją. Ale po kolei…

 

Szwedzkie organy ścigania, zapewne z nadmiaru wolnego czasu po tym jak zostały wypędzone ze stref „no-go” w miastach, w maju 2017 r. dokonały inwazji na siedemdziesięcioletnią kobietę z Dalarny, której przedstawiono zarzut dokonania zbrodni „mowy nienawiści”. A co zrobiła? Ano opisała na Facebooku co widziała, czyli migrantów defekujących na ulicach i podpalających samochody.

 

Według szwedzkiej prokuratury, kobieta „wyraziła na Facebooku lekceważący pogląd na temat uchodźców”. Została oskarżona o to, że na początku lipca 2015 roku weszła na stronę mediów społecznościowych, aby zamieścić „uwłaczający” post. Prokuratorzy stwierdzili, że wpis kobiety naruszał krajowe prawo o podżeganiu do nienawiści rasowej (Hets mot folkgrupp, HMF), przestępstwo, za które grozi kara do czterech lat pozbawienia wolności. Oskarżona przyznała się do napisania postu, ale zaprzeczyła, że popełniła jakikolwiek czyn karalny.

 

Aresztowanie emerytki wzburzyło wiele osób. Ludzie bronili jej, wskazując jednocześnie  jak daleko jest praktyka stosowania tego prawa od tego co było pierwotnym założeniem HMF. Intencją bowiem tych przepisów było „zapobieganie propagandzie politycznej na dużą skalę” skierowanej przeciwko grupom etnicznym. Ustawodawca miał na myśli tu zapobieganie sytuacjom podobnym do tego, co działo się w latach 30-tych w Niemczech. Tymczasem używa się tego do ścigania starszych pań narzekających na imigrantów robiących kupę na ulicy.

 

Zwracano uwagę na rażącą hipokryzję szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości. Gdy bowiem szef policji w Göteborgu, Erik Nord, po ataku terrorystycznym islamistów w Sztokholmie zasugerował deportację radykalnych muzułmanów, którzy publicznie wypowiadają przekazy pełne nienawiści, szwedzki minister sprawiedliwości Morgan Johansson odrzucił taki pomysł powołując się na… wolność słowa. „Mamy w Szwecji wolność słowa. Oznacza to, że ludzie mają prawo do głoszenia odstręczających opinii” –  powiedział Johansson. Jednocześnie zasugerował, że Nord przekroczył granice wolności słowa, domagając się deportacji muzułmanów.

 

Czego nie rozumiecie w szwedzkiej dialektyce „wolności słowa” i „mowy nienawiści”?

 

Hejterka Safona

 

Ideologia walki z hejtem i „mową nienawiści”, jak o tym była mowa wcześniej ma tendencję do rozdymania pojęć. Przy mętnym, „wenezuelskich” definicjach prawnych i politycznym fanatyzmie zamienia się w brutalne zwalczanie nie tylko już przeciwników politycznych, ale w ogóle wszystkich mających niezależne spojrzenie i wygłaszających niewygodne poglądy, nawet tych z sercem po lewej stronie.

 

Ilustruje to przykład amerykańskiej prawniczki i działaczki Heather Lynn Mac Donald, która publicznie głosi, że protesty „Black Lives Matter” skłoniły policję do wycofania się z dzielnic o wysokiej przestępczości, a to doprowadziło do gwałtownego wzrostu liczby zabójstw w okolicach zamieszkałych przez czarnoskórych. Choć jej twierdzenia są poparte twardymi danymi, musiała w swoim czasie zostać ewakuowana z Claremont McKenna College w Kalifornii samochodem policyjnym. Wściekli protestujący twierdzili, że udzielenie jej głosu było aktem „przemocy”, który odmawiał „czarnym ludziom prawo do istnienia”. Z pewnością zabójcy w niebezpiecznych dzielnicach szanują prawo do istnienia tych ludzi.

 

Wielu radykałów twierdzi, że słowa są „przemocą”, jeśli oczerniają grupy znajdujące się w (ich zdaniem) niekorzystnej sytuacji. Niektórzy dodają, że każdy, kto pozwala wyrażać takie „obraźliwe” poglądy, aprobuje te poglądy. Prowadzi to do absurdalnych konfliktów i konfrontacji. Niedawno np. w Reed College w Portland, w stanie Oregon, została okrzyczana „antyczarną” lesbijska wykładowczyni Lucia Martinez Valdivia, za to, że cytowała Safonę, „białą poetkę”. „Faszystą” można być obecnie na amerykańskim kampusie nazwanym za cokolwiek. Nic dziwnego, że większość ludzi niechętnie wyraża swoje poglądy, a to co naprawdę myśli, zachowuje dla siebie, czyli wolność słowa jest dławiona, niczym w komunie, gdy poza zaufanym gronem pewnych rzeczy bezpieczniej było nie mówić.

 

W USA najniebezpieczniejszymi minami są kwestie rasowe. W Wielkiej Brytanii lepiej z kolei nie odzywać się na temat transseksualizmu. Nie tak dawno rada Miasta Leeds zabroniła Woman’s Place uk, grupie feministek, organizacji spotkania, ponieważ działacze organizacji rozmytych płciowo oskarżyli kobiety o „transfobię”, jedną z najstraszliwszych ( w rozumieniu hunwejbinów marksizmu kulturowego) form „mowy nienawiści” i „hejtu” jaką tylko niewolnicy poprawności politycznej mogą sobie wyobrazić. Feministki zgodnie ze zdrowym rozsądkiem nie uważają, że samo powiedzenie „jestem kobietą”, czyni biologicznego mężczyznę kobietą i daje mu np. prawo wstępu do miejsc przeznaczonych tylko dla kobiet, takich jak przebieralnie i schroniska ofiar gwałtów.

 

W krajach takich jak Wielka Brytania z „hejtem”, czyli niedostatecznie entuzjastycznymi wypowiedziami na temat przedstawicieli środowiska LGBTQ, walczy się już prawie tak samo surowo jak w Afryce – wkraczają organy państwa. Chyba, że jest się Martiną Navrátilovą, wtedy kończy się na kampanii hej… przepraszam, ta strona nie „hejtuje”, ona „wyraża uzasadnione oburzenie”.

 

„Niemal niemożliwe jest przeprowadzenie swobodnej debaty. Nigdy czegoś takiego nie widziałam” – komentowała Ruth Serwotka, współzałożycielka Woman’s Place uk. Jej organizacja zwołuje spotkania z zaledwie kilkugodzinnym wyprzedzeniem, aby unikać agresji ze strony LGBTQ. Feministki, które kwestionują „samoidentyfikację płci” narażają się na groźby gwałtu lub śmierci. Niektóre były ofiarami zorganizowanych kampanii mających na celu wyrzucenie ich z pracy, pozbawienie dostępu do Twittera lub aresztowanie. W marcu, na przykład, Caroline Farrow, katolicka dziennikarka, została przesłuchana przez brytyjską policję po tym, jak ktoś skarżył się, że użyła złego zaimka do opisania transseksualnej dziewczyny. Inna feministka, 60-letnia Maria MacLachlan, została pobita przez transseksualną aktywistkę w Speakers’ Corner w Londynie, miejscu, które symbolizuje wolność słowa.

 

Destrukcja

 

Prezydent USA George Washington powiedział kiedyś: „…wolność słowa może zostać nam odebrana, a my, niemi i milczący, możemy być prowadzeni, jak owce, na rzeź”. Bez wolności słowa nie można być naprawdę wolnym. Wolność słowa istnieje po to, by chronić mniejszość przed tyranią większości.

 

Sama koncepcja „przestępstwa z nienawiści” wydaje się pustosłowiem. Kradzieże, napady, zabijanie ludzi, to zło niezależnie od tego, co myśli o ofierze dokonujący przestępczego czynu. Dlaczego mamy karać za pobicie surowiej dlatego, że ofiara jest homoseksualistą, Murzynem, białym mężczyzną hetero, muzułmanką czy zakonnicą katolicką. To kłóci się z wpisaną w demokratyczne konstytucje zasadą równości. Nienawiść jest emocją. Złą emocją. Ale ludzie znają wiele innych złych emocji, np. zazdrość. Czy kara za zabójstwo powinna być surowsza, bo zabił np. zazdrosny o żonę mąż?

 

Zagrożenie dla wolności słowa, jakie wynika z szaleństw lewicowej cenzury i instrumentalizowania „mowy nienawiści”, dostrzeli nawet tradycyjnie lewicowi lub „liberalni” intelektualiści, którzy zatrwożeni bezmyślnością i totalitarnymi zapędami agresywnych neomarksistów opublikowali kilkanaście miesięcy temu na łamach „Harper’s Magazine” list w obronie wolności słowa. Na liście sygnatariuszy takie nazwiska jak Noam Chomsky, Wynton Marsalis, J.K. Rowling, Salman Rushdie, Francis Fukuyama, Garry Kasparov, Anne Applebaum.

 

Obecny na tej liście Chomsky pisał kiedyś: „Jeśli nie wierzymy w wolność słowa dla ludzi, którymi gardzimy, nie wierzymy w nią w ogóle”. Zasada wolności słowa chroni opinie niepopularne, głos mniejszości. Tak ją należy rozumieć. Jeśli lewicowi przeciwnicy wolności nie przyjmują do wiadomości, że wcale nie „reprezentują uciśnionych mniejszości”, lecz przez swoją przewagę w opiniotwórczych kręgach i mediach są raczej większością, to ta zasada i tak nie traci na aktualności. Nie chodzi tu o zwalczanie czegokolwiek, ale o ochronę swobodnej wypowiedzi dla każdego.

 

Pisałem wyżej o instrumentalnym traktowaniu pojęcia „mowy nienawiści” przez różnego rodzaju reżimy w celu przysposobienia go do walki z politycznymi przeciwnikami. Ostatecznie działania te jak również rozciąganie definicji na cokolwiek co nie pasuje zachodnim neomarksistom, skończy się ośmieszeniem walki z prawdziwą „mową nienawiści”. Podobnie jak walka z wolnością słowa prowadzona przez Facebooka, Twittera, Google’a i Amazona, już zaczyna prowadzić do tego, że przeróżni kacykowie blokują internet w imię walki z cenzurą Big Tech, często pod hasłami walki o wolność słowa.

 

 

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Komunikacja spotkania – klucz do dziennikarstwa

Spotkanie, bliskość, dialog i nadzieja – to słowa  klucze edukacji medialnej, której od początku swojego pontyfikatu uczy nas, dziennikarzy papież Franciszek. Dla papieża czymś bardzo ważnym jest spotkanie z człowiekiem. A do tego konieczne jest „zdzieranie butów”, jak podkreśla Ojciec Święty w tegorocznym Orędziu na 55. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

 

„Chodź i zobacz” (J 1, 46)

 

Jeśli dziennikarstwo ma tworzyć autentyczny przekaz międzyludzki i opowiadać o życiu konkretnego człowieka, to „konieczne jest wyjście z wygodnego przeświadczenia «już to wiem» i wyruszenie, pójście i zobaczenie, bycie z ludźmi, słuchanie, korzystanie z sugestii rzeczywistości, która pod pewnymi względami zawsze będzie nas zaskakiwać” (Orędzie na  55. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu). Papież zwraca uwagę w swoim orędziu na to, że „gatunek wywiadu i reportażu traci miejsce i jakość na rzecz informacji, która się sprzeda, «pałacowej», autoreferencyjnej, która w coraz mniejszym stopniu ukazuje prawdziwy stan rzeczy i konkretne życie ludzi i która nie jest już zdolna uchwycić najpoważniejszych zjawisk społecznych ani pozytywnej energii, uwalniającej się u podstaw społeczeństwa”. A ponadto „kryzys w przemyśle wydawniczym niesie niebezpieczeństwo informacji tworzonych w redakcjach, przed komputerem, w agencjach, w sieciach społecznościowych, bez wychodzenia na ulice, bez «zdzierania butów», bez spotykania osób w celu poszukiwania historii czy zweryfikowania de visu niektórych sytuacji”.

 

„Zdzierać buty” – iść do konkretnego człowieka

 

Wystarczy prześledzić tematy orędzi na Światowy  Dzień Środków Społecznego Przekazu od 2014 r., a łatwo można zauważyć jak ważne dla papieża jest wyjście do drugiego człowieka, jego problemów i spotkanie się z nim. Dla Franciszka komunikacja oznacza przede wszystkim dzielenie się, słuchanie, kulturę spotkania, komunikację bliskości. (Warto sięgnąć po książkę ks. Roberta Nęcka, „Edukacja medialna w nauczaniu społecznym papieża Franciszka”, Kraków 2016). W ujęciu Franciszka komunikacja i miłosierdzie są zadaniem i darem. Komunikowanie się oznacza przyczynianie się do dobrej, wolnej i solidarnej bliskości między dziećmi Boga i braćmi w człowieczeństwie. Już w 2014 r. swoje orędzie papież zatytułował: „Przekaz w służbie autentycznej kultury spotkania”.  Napisał wówczas: „Możemy postawić tę kwestię w następujący sposób: jak przejawia się «bliskość» w posługiwaniu się środkami przekazu i w nowym środowisku, stworzonym przez technologie cyfrowe? Odpowiedź znajduję w przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie, która jest również przypowieścią o człowieku przekazu. Ten, kto przekazuje, staje się bowiem bliźnim. I Miłosierny Samarytanin nie tylko zbliża się do na pół umarłego człowieka, którego widzi przy drodze, ale zajmuje się nim. Jezus odwraca perspektywę: nie chodzi o to, bym uznał, że drugi człowiek jest do mnie podobny, ale o to, żebym ja potrafił stać się podobny do niego. Przekazywać znaczy zatem uzmysławiać sobie, że jesteśmy istotami ludzkimi, dziećmi Boga. Lubię nazywać tę moc przekazu «bliskością»”. I dodał: „Nie wystarcza przechadzać się po cyfrowych «drogach», a więc po prostu połączyć się: trzeba, aby temu połączeniu towarzyszyło prawdziwe spotkanie. Nie możemy żyć sami, zamknięci w sobie”.

 

Temat spotkania i bliskości powrócił w Orędziu w 2015 r. Wówczas papież przypomniał, że przekaz ma dotyczyć rodziny jako uprzywilejowanego miejsca spotkania w bezinteresownej miłości. Kontynuując temat wychodzenia ku człowiekowi, szczególnie cierpiącemu w Orędziu z Roku Miłosierdzia (2016), papież podkreślał, że „komunikacja wymaga pochylenia się nad człowiekiem, aby przekazać mu prawdę, aby go dźwigać w imię miłości bezinteresownej”. Podkreślił wówczas również, że „komunikacja ma moc budowania mostów, sprzyjania spotkaniu i integracji, ubogacając w ten sposób społeczeństwo. Jak to dobrze, gdy widzimy osoby zaangażowane w staranne dobieranie słów i gestów, ażeby przezwyciężyć nieporozumienia, uleczyć zranioną pamięć i budować pokój oraz zgodę. Słowa mogą przerzucać mosty między ludźmi, rodzinami, grupami społecznymi, narodami. Jest to możliwe zarówno w przestrzeni fizycznej, jak i cyfrowej. Dlatego słowa i działania powinny nam pomóc wyjść z zaklętego kręgu potępień i zemsty, które stale wpędzają w matnię osoby i narody, prowadzące do wyrażania się przesłaniami nienawiści. Natomiast słowo chrześcijanina stawia sobie za cel spowodowanie rozwoju komunii i nawet jeśli musi zdecydowanie potępić zło, stara się nie zrywać relacji i komunikacji”.

 

Orędzia w kolejnych latach jeszcze mocniej wskazywały na temat komunikacji jako spotkania z drugim człowiekiem. W 2019 r. Franciszek zaapelował o to, aby przejść od wirtualnych wspólnot społecznościowych do wspólnot ludzkich. Natomiast w 2020 r. przypomniał, że „życie staje się historią” i zachęcił dziennikarzy do tworzenia mądrych i pięknych historii. Papież ciągle przypomina, że dziennikarstwo ma służyć dobru człowieka. Ma pomóc ludziom leczyć rany, a nie zadawać nowe, jeszcze boleśniejsze.

 

Nie być widzami

 

W tym roku papież Franciszek przypomina, że „jeśli nie otworzymy się na spotkanie, pozostaniemy widzami z zewnątrz, pomimo technologicznych innowacji, które mogą stawiać nas wobec rzeczywistości poszerzonej, w której, jak się nam wydaje, jesteśmy zanurzeni. Każde narzędzie jest użyteczne i cenne tylko wtedy, gdy skłania nas do pójścia i zobaczenia rzeczy, o których inaczej byśmy nie wiedzieli, gdy umieszcza w sieci informacje, które w innym przypadku nie znalazłyby się w obiegu, gdy umożliwia spotkania, do których inaczej by nie doszło”.

 

Jeśli chcemy prawdziwie opowiedzieć rzeczywistość, to musimy mieć w sobie zdolność do „pójścia tam, dokąd nikt nie idzie – ruszenia się i pragnienia zobaczenia”.  Papież równocześnie dostrzega odwagę i pracę dziennikarzy w opowiadaniu o tym wszystkim, co się dzieje we współczesnym świecie. „Musimy dziękować za odwagę i zaangażowanie wielu profesjonalistów – dziennikarzy, operatorów filmowych, montażystów, reżyserów, którzy często pracują z wielkim narażeniem – za to, że dziś znamy, np., trudną sytuację mniejszości prześladowanych w różnych częściach świata; że zostały ujawnione wielkie nadużycia władzy i niesprawiedliwość wobec ubogich i wobec stworzenia; że wiele zapomnianych wojen zostało opowiedzianych. Byłoby wielką stratą, nie tylko dla informacji, ale dla całego społeczeństwa i demokracji, gdyby zabrakło tych głosów – zubożeniem dla naszego człowieczeństwa”.

 

Zdaniem papieża, zasada ewangeliczna: „chodź i zobacz” odgrywa ważną rolę  w obecnym czasie pandemii. „Istnieje niebezpieczeństwo opowiadania o pandemii, jak i o każdym kryzysie, tylko z punktu widzenia świata najbogatszego, prowadzenia «podwójnej rachunkowości»”. Ogromne możliwości w przekazie informacji dają nam sieci i technologia cyfrowa. „Potencjalnie wszyscy możemy stać się świadkami wydarzeń, które w przeciwnym razie zostałyby pominięte przez media tradycyjne, możemy wnieść nasz obywatelski wkład, ujawnić więcej historii, również pozytywnych. Dzięki sieci mamy możliwość opowiedzenia tego, co widzimy, tego, co dzieje się na naszych oczach, podzielenia się świadectwami” – podkreśla papież i równocześnie zauważa, że „stały się już jednak oczywiste dla wszystkich również zagrożenia związane z komunikacją social, pozbawioną weryfikacji. Już od dawna wiemy o tym, że wiadomości, a nawet obrazy są łatwe do zmanipulowania, z wielu powodów, czasem jedynie przez banalny narcyzm”.

 

A zatem w dziennikarstwie najważniejsze pozostają: prawda, fakty i konkretny człowiek. Jak napisał św. Augustyn, którego cytuje papież Franciszek: „W naszych rękach są książki, w naszych oczach fakty”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

 

 

 

 

 

 

 

 

Niemcy: 252 ataki na pracowników mediów w 2020 roku

W Niemczech wzrosła liczba ataków na dziennikarzy. W 2020 roku takich ataków było ponad dwukrotnie więcej niż w latach poprzednich – tak wynika z najnowszych oficjalnych danych rządu federalnego. Odnotowano 252 incydenty, podczas gdy w roku 2018 było ich 93, a w 2019 roku 104.

 

Dane są uważane za szokujące, ale nie zaskakujące. W dużej mierze można je wyjaśnić gwałtownym wzrostem demonstracji przeciwko rządowym restrykcjom nakładanym w związku z pandemią COVID-19. Dziennikarze podejmują coraz większe ryzyko relacjonując demonstracje – niemiecka policja nie jest w stanie zapewnić im wystarczającej ochrony. Punktem kulminacyjnym w minionym roku była demonstracja Querdenken 7 listopada w Lipsku, podczas której protestujący i policjanci uniemożliwili pracę co najmniej 43 dziennikarzom.

 

Ten alarmujący trend wzbudza zaniepokojenie niemieckich organizacji dziennikarskich. Rzecznik DJV Hendrik Zörner skrytykował brak działań ze strony policji, która nie interweniuje w wystarczającym stopniu lub wręcz utrudnia pracę dziennikarzom, np. nie wpuszczając ich na określone teren.  „Policjanci powinni dbać o przestrzeganie przepisów, w tym praw podstawowych zagwarantowanych w artykule 5 konstytucji, to jest wolności słowa i wolności prasy” – stwierdził Zörner.

 

Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ), Stowarzyszenie Dziennikarzy Niemieckich (DJV) oraz związek zawodowy dziennikarzy dju in ver.di wezwały do zwiększenia wsparcia i ochrony pracowników mediów.

 

 

Zdjęcie: Mr TACT HILL – Shutterstock.com

Źródło: EFJ

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Nowe zeznania Macieja B. „Baryły” w procesie Aleksandra Gawronika

Mariusza Ś. nie będę obciążał. To jest proces Gawronika, a nie Ś. – oświadczył Maciej B., pseudonim “Baryła”. Sędzia Jacek Bytner dopytał, a jaka jest prawda? – Na dzień dzisiejszy nie pamiętam – odpowiedział . Kolejna rozprawa w Sądzie Okręgowym w Poznaniu dotycząca zabójstwa red. Jarosława Ziętary miała emocjonujący przebieg. Proces, w którym oskarża się Aleksandra Gawronika o pomocnictwo i podżeganie do morderstwa poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary, wznowiono po rocznej przerwie. 29 stycznia 2021 roku przed sądem stawili się: oskarżony wraz z obrońcą, prokurator Piotr Kosmaty, oskarżyciel posiłkowy Jacek Ziętara, brat nieżyjącego dziennikarza oraz biegły sądowy, który ma ocenić wiarygodność zeznań głównego świadka oskarżenia Macieja B. ps. Baryła. Sprawę obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, które reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska

 

Tego dnia zeznawał tylko Maciej B. , którego przywieziono pod eskortą policji, tak jak w poprzednich rozprawach, gdyż odsiaduje on wyrok dożywotniego więzienia. Sąd przychylił się do prośby świadka i wydał zgodę na zdjęcie kajdanek. Obrońca oskarżonego mecenas Paweł Szwarc wystąpił z wnioskiem, aby usunąć pełnomocnika „Baryły” oraz by ten nie korzystał z żadnych notatek. Tu warto też wyjaśnić, że Maciej B. nie był bezpośrednio na sali rozpraw tylko zeznawał z sąsiadującego pomieszczenia oddzielonego bardzo dużą szybą. Był widoczny, tak jak i jego pełnomocnik oraz pilnujący go funkcjonariusze. Sąd nie przychylił się do wniosku obrony, a pełnomocnika poproszono jedynie by usiadł w większej odległości od świadka i nie pokazywał posiadanych ze sobą dokumentów. To już czwarta rozprawa w tym procesie, w której zeznaje Maciej B.

 

Rozprawa

 

Odtworzono dwa nagrania. Jedno zawierało zeznania Macieja B., a drugie to eksperyment procesowy. Oba nagrania pochodzą z 2012 roku i oba przeprowadzono w obecności prokuratora Piotra Kosmatego. Eksperyment polegał na przejeździe wraz ze świadkiem czterech przystanków: I i II przy Ogniku, tam gdzie były biura Elektromisu, III ul. Kolejowa miejsce zamieszkania Jarka Ziętary, IV ul. Wołczyńska – magazyny Elektromisu.

 

Maciej B. potwierdził swoje zeznania z 2012 roku i zeznał, że w 1992 roku, jako 20-latek, wykonywał różne brudne zlecenia dla Elektromisu i osobiście słyszał, jak Gawronik podczas wizyty w Elektromisie nalegał na „zajeb...” niewygodnego dziennikarza. Samego porwania i zabójstwa Baryła nie widział. Potwierdził swoją wiedzę ze słyszenia, że Jarosława Ziętarę porwali ochroniarze z Elektromisu, a zabili Rosjanie, którzy przyjechali z oskarżonym. Sędzia zwrócił uwagę, że w różnych swoich zeznaniach świadek opowiadał, że Aleksander Gawronik był głównym zleceniodawcą, ale padało także nazwisko szefa Elektromisu Mariusza Ś. – Dlaczego zeznaje pan o Aleksandrze Gawroniku, a nie zeznaje pan o Mariuszu Ś., który miał uczestniczyć w naradzie w Elektromisie? Czy są jakieś osobiste powody, że nie chce pan mówić?– dopytywał sędzia.

 

Nie powinienem mieć skrupułów, bo Mariusz Ś. po swoim zatrzymaniu w 1980 roku, jak to się mówi w żargonie, rozpruł się. Posprzedawał wtedy swoich kolegów, mówiąc kolokwialnie. Nie chcę jednak o nim mówić. Dzisiaj nie pamiętam. Może mi się przypomni. – odpowiedział B. A tak Maciej B. tłumaczy zmienność swoich zeznań. – Na przesłuchaniach w prokuraturze nie zawsze dobrze się czułem. Byłem czasami pod wpływem leków. Ale prokurator Kosmaty nigdy nie sugerował mi, co mam zeznawać. Mówiłem swobodnie. A gdy twierdziłem kilka lat temu, że manipulowano moimi słowami, to mówiłem tak, by odegrać się na prokuraturze i policjancie. Obiecywali mi, że dostanę prawo łaski i wyjdę z więzienia, a tak się nie stało. Obrońca Aleksandra Gawronika dopytywał, jak to jest możliwe, że mając własnych ochroniarzy, Gawronik wysyłał nieswoich podwładnych, czyli ochroniarzy Elektromisu, by porwano Ziętarę. Jednak tej kwestii nie wyjaśniono podczas piątkowej rozprawy, a “Baryła” stwierdził – Pan tak to zrobił, że ze 100 osób wiedziało o tym. Wszyscy wiedzieli, ale nikt długo nie mówił, bo się pana bali.

 

Konfrontacja Aleksander Gawronik – Maciej B.

 

Po zakończeniu odtwarzania nagranych zeznań Macieja B. nastąpiła swego rodzaju polemika między “Baryłą”, a Gawronikiem. Oskarżony wypytywał jakiej wielkości był znaleziony w mieszkaniu Jarosława Ziętary aparat do mikrofilmów i same filmy. W 1992 roku, Maciej B. wraz z Dariuszem L. ps. Lewy wtargnęli do mieszkania dziennikarza przy ul. Kolejowej w Poznaniu i zabrali znalezione tam filmy i aparaty. Maciej B. stwierdził, że aparat był wielkości zapalniczki a filmy „małego palca”. – Świadek kłamie i najgorsze jest to, że musimy tego słuchać – wybrzmiało na sali z ust Gawronika, który chcąc zdyskredytować Macieja B. przyniósł do sądu sprzęt fotograficzny, oświadczając, że dostał go z muzeum, od kustosza. – Aparat na mikrofilmy, w tamtym okresie, był znacznie większy – przekonywał Aleksander Gawronik kładąc aparat na stole sędziowskim. Następnie podszedł do okna, przez które Maciej B. zeznawał i pokazał również świadkowi.

 

Pan pokazuje niemiecki aparat, używany do rejestrowania wypadków drogowych. To nie jest aparat na mikrofilmy. Jarek miał znacznie mniejszy sprzęt u siebie w mieszkaniu – zareagował „Baryła”. Okazało się, że gangster był właścicielem takiego sprzętu (przeniesionego na salę przez oskarżonego) w latach 90. i dodał, że w komplecie była do tego jeszcze kreda, gdyby wypadek był śmiertelny i lampa błyskowa na siedem zdjęć. Drugim powodem do sporu były zeznania B. na temat jego wyprawy i ochroniarzy Elektromisu do Świecka. Miała to być przysługa dla właściciela kantorów. – Pojechaliśmy do Świecka, aby wytłumaczyć komuś, żeby zwinął interes w kiosku obok kantoru Gawronika. Cała akcja trwała około 10 minut. (…) Wtedy poklepał mnie (Gawronik) po twarzy dodając: takich chłopaków nam potrzeba. Młody na razie jest od czarnej roboty, a potem będzie od brudnej. Oskarżony spytał sarkastycznie, w jaki sposób wjechali do strefy. I dodał: Normalnie trzeba było mieć paszporty.

 

Baryła natychmiast zripostował.

 

– My byliśmy z Romanem K. (pseudonim Kapela, to były antyterrorysta, który zginął wkrótce po śmierci Ziętary w dziwnych okolicznościach). Dopytany czy był w mundurze, Maciej B. odpowiedział: nie, ale on wszędzie wszystko załatwił. Poza tym Gawronik miał tam (na przejściu) swoich ludzi. W kantorach pracowały rodziny pograniczników.  – Może chce pan jeszcze powiedzieć, że nie wiem, jak wyglądało przejście graniczne? Granicę z Niemcami przekraczałem wiele razy, drogi panie. Wiem, gdzie był pana kantor i gdzie stał konkurencyjny dla pana kiosk – Kolejny spór dotyczył też tablic rejestracyjnych samochodu, który należał do oskarżonego. Książka „Aleksander Gawronik spór o miliardy” autorstwa Rafała Węgierkiewicza została również okazana sądowi. Ma stanowić potwierdzenie, jakie samochody miał w tamtym czasie oskarżony i jak wyglądały tablice rejestracyjne.

 

Biegły sądowy

 

Macieja B. od 9 czerwca 2019 roku obserwuje biegły sądowy, który ma ocenić czy zeznania Baryły, , spełniają „psychologiczne kryteria wiarygodności”. W 2019 roku stwierdził przed sądem: Świadkowi może się wydawać, że podając więcej szczegółów, okoliczności zdarzeń, które miały miejsce 20 lat temu, będzie bardziej wiarygodny. Świadek bardzo często, na różnych etapach, zmieniał swoje twierdzenia, bardzo trudno jest wskazać, które fragmenty są prawdziwe, a które odbiegają od rzeczywistości. To wymaga bardzo dużej weryfikacji, w tym innymi dowodami. Zeznania świadka, wyniki badań i to, co widziałem na sali rozpraw, skłoniło mnie do sformułowania wniosku, że są wątpliwości co do prawdziwości zeznań świadka i wymagają one weryfikacji.

 

Wówczas, w czerwcu 2019 roku, na tak sformułowane osądy zareagowała prokurator Elżbieta Potoczek-Bara pytając biegłego, czy ten zapoznał się z całością materiału dowodowego. Na co mężczyzna odpowiedział, że nie, ale w jego opinii wystarczająco, bo pracował nad tym co mu przekazał sąd.

 

W mojej praktyce, ponad 20-letniej, po raz pierwszy spotykam się z psychologiem, który nie widzi potrzeby zapoznania się ze wszystkimi zeznaniami świadków.” Skonkludowała prokurator. Dopytywała się też, czy użyte metody przez biegłego są wystandaryzowane. Okazało się, że nie wszystkie, ale żadna nie jest też zakazana, a krytykowaną przez specjalistów metodę mężczyzna używał tylko pomocniczo do porządkowania materiału badawczego. Prokurator spytała również o doświadczenie biegłego w sprawach karnych. Psycholog odpowiedział, że biegłym jest od 2006 roku, opiniował w sprawach karnych dotyczących dzieci i młodzieży, a pełna dokumentacja jego kompetencji jest w posiadaniu poznańskiego sądu.

 

Od czasu tamtej rozprawy biegły sądowy Marcin Siedlecki uczestniczył w każdej kolejnej, w której zeznawał Maciej B. W piątek, po zakończeniu odtwarzanych nagrań zapytał świadka dlaczego zgodził się wtedy zeznawać będąc, jak to sam Baryła określił, na skraju wyczerpania psychicznego. Świadek wytłumaczył, że był daleko od domu i chciał jak najszybciej mieć to za sobą. Dodał również, że prokurator wiedział, że się źle czułem, miał też informacje od służby więziennej. Czy był pan świadom co pan mówił?

 

Pamiętam to szczępowo. Biegły spytał o leki, które wtedy przyjmował gangster.

 

W tamtym czasie służba zdrowia więzienna nie podawała nazw leków. Mówili, że to na zdrowie. W czasie wizji widać, że lepiej się wysławiam, nie popadam w dygresje. Cały czas brałem leki.

 

Maciej B. jednak podtrzymał nagrane zeznania, jedynie uściślając je odpowiadając na zadane pytania przez sędziów, prokuratora, oskarżonego i obrońcę. Trudno też nie zauważyć postawy samego biegłego psychologa. Mianowicie podczas rozprawy w czerwcu 2019 roku i ostatniej, biegły ostro, żeby nie powiedzieć obcesowo, zwracał się zarówno do prokurator jak i świadka. W sprawie wiarygodności Macieja B. przed sądem wypowiedziało się wcześniej dwóch innych biegłych, którzy stwierdzili, że zeznania Baryły były logicznie spójne, a świadek potrafił oddzielić informacje zasłyszane od własnych, a także, że słowa Macieja B. spełniają psychologiczne kryteria wiarygodności.

 

Wnioski oskarżenia i oskarżonego

 

Prokurator Piotr Kosmaty wystąpił do sądu o powołanie jeszcze dwóch świadków. Pierwszym ma być red. Marek Król, w latach 90. szef tygodnika Wprost, którego redakcja mieściła się w Poznaniu od momentu powstania do 2000 roku. Powodem jest wypowiedź  Marka Króla na łamach Głosu Wielkopolskiego. Z artykułu wynika, że Mariusz Ś. oraz Aleksander Gawronik znali się dobrze już na początku lat 90, a czemu obaj konsekwentnie zaprzeczają. Aleksander Gawronik miał przekazywać groźby red. Markowi Królowi, autorstwa Mariusza Ś. Obaj wymienieni mieli się też pojawić razem w domu redaktora Wprostu w 1994 roku. Jak stwierdził prokurator Kosmaty, to „ekstremalnie ważne informacje dla procesu”.

 

Drugi nowy świadek to Zdzisław K., o którym również doniosła lokalna prasa w 2020 roku. Jest to wychowanek tego samego Domu Dziecka, w którym dorastał Mariusz Ś. Razem też siedzieli w więzieniu, a następnie współpracowali. Według mediów K. w 1991 roku był pacjentem szpitala psychiatrycznego w Kościanie i tam miał go odwiedzić Jarosław Ziętara. K. miał złożyć też wniosek o przesłuchanie do poznańskiego sądu jednak jak dotąd nikt go nie wezwał. Prokurator Piotr Kosmaty złożył wniosek o przeprowadzenie dowodu z zeznań osoby, która w prasie przedstawia się jako Zdzisław K. Oba wnioski prokuratury zostały przyjęte.

 

Oskarżony zgłosił też wniosek o przesłuchanie dwóch policjantów, by zweryfikować jeden z wątków zeznań Macieja B. dotyczący zastraszania świadka w czasie jego pobytu w więzieniu. Aleksander Gawronik zapowiedział też, że na kolejnej rozprawie chciałby złożyć oświadczenie, które będzie trwało, wraz z notowaniem, dwie i pół godziny.

 

Kolejna rozprawa na początku marca.

 


Poznański dziennikarz Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Był absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pracował w radiu akademickim, współpracował m.in. z “Gazetą Wyborczą”, “Kurierem Codziennym”, tygodnikiem “Wprost” i z “Gazetą Poznańską”. Ostatni raz był widziany 1. września 1992 r. Wyszedł rano do pracy i nigdy nie dotarł do redakcji “Gazety Poznańskiej”. W 1999 r. Ziętara został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono. Dwa poznańskie śledztwa nie przyniosły rozwiązania sprawy 24-latka. Przełom nastąpił, gdy po wielu latach sprawa trafiła do krakowskiej prokuratury. W 2014 roku zatrzymano Aleksandra Gawronika, byłego senatora, a także dwóch byłych ochroniarzy firmy Elektromis: Rybę i Lalę.

 

tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

Dobre pomysły – ŁUKASZ WARZECHA o projekcie ustawy o wolności słowa w sieci

Zajmowałem się już dwukrotnie na portalu SDP projektem ustawy o wolności słowa w internecie – z tym że zajmowałem się nieco teoretycznie, bo bez samego projektu ustawy, którego Ministerstwo Sprawiedliwości nie pokazało. Tak się składa, że teraz mogę zająć się tym tematem po raz trzeci, już konkretnie, bo oto projekt udało się wydobyć ekspertom Fundacji Obywatelskiego Rozwoju (można go wraz z komentarzem znaleźć TUTAJ).

 

Kto czytał moje poprzednie teksty, ten wie, że uważam, iż systemowe rozwiązanie coraz poważniejszych problemów z mediami społecznościowymi, a już szczególnie z nieprzejrzystością ich decyzji, pozbawiających użytkowników dostępu do swoich kont, uważam za potrzebne i pilne. Ostatnie dni przyniosły kolejną zadziwiającą decyzję: YouTube zablokował konto kanału PCh24 za film, który był co prawda na kanał załadowany, ale nigdy nie miał statusu publicznego. Czyli nie był dla nikogo – poza właścicielami kanału – widoczny.

 

Ja sam zaś, na swoją małą i mniej dotkliwą miarę, doświadczyłem w tym samym mniej więcej czasie innej formy swoistej cenzury, gdy najnowszy odcinek mojego wideoblogu został przez YouTube zdemonetyzowany, czyli zostałem pozbawiony możliwości zarobienia na emitowanych przy jego okazji reklamach (poza subskrypcją YouTube Premium). Najpierw zdecydował o tym algorytm (standardowo bez wskazania na powód takiej decyzji, choć przecież program musi na czymś bazować), a następnie tę ocenę po dwóch dobach potwierdzili „eksperci” YT. Również – standardowo – bez uzasadnienia. Każdy, kto miał z tym mechanizmem do czynienia, może potwierdzić, że internetowy twórca czuje się jak Józef K. w „Procesie”: zostaje skazany, ale nie ma pojęcia, za co i nie wie, czego ma w przyszłości unikać, jeśli nie chce, żeby sankcja się powtórzyła.

 

Nawiasem mówiąc, choć demonetyzacja jest w rękach przede wszystkim YT potężnym narzędziem cenzorskim, a odbywa się całkowicie nieprzejrzyście – projekt ustawy się nią w żadnym miejscu nie zajmuje. Według definicji, zawartych w art. 3. projektu, „ograniczenie dostępu do treści” tego typu sankcji nie obejmuje.

 

Projekt budzi mieszane odczucia. Jak słusznie zauważają eksperci FOR, niezwykłe jest to, że umieszczono w nim preambułę, czego w ustawach zwykle się nie umieszcza. W niej zaś tkwi sprzeczność, jest tam bowiem mowa o tym, że celem ustawy jest zagwarantowanie wolności wypowiedzi oraz „wzmocnienie jej roli w poszukiwaniu prawdy”; powtarza to również art. 1. projektu. Tymczasem te dwie wartości nieraz stają naprzeciw siebie. Stwierdzając, że ważna jest dla nas wolność słowa, bo ona jest przede wszystkim zagrożona, godzimy się z tym, że w jej ramach będą się pojawiały nie tylko wypowiedzi dla nas przykre i niewygodne, ale też wprost nieprawdziwe. Jeśli mowa o nieprawdzie, która wyrządza krzywdę, może ona być oczywiście przedmiotem czy to zawiadomienia do prokuratury, czy pozwu cywilnego.

 

Projekt poprzez zmiany w kodeksie postępowania cywilnego wprowadza zresztą instytucję tzw. ślepego pozwu, czyli składanego przeciwko osobie, której prawdziwych danych sami nie jesteśmy w stanie zdobyć. To ułatwia pozywanie osób kryjących się za anonimowymi kontami lub fałszywymi nickami. I to jest dobre rozwiązanie. Inna sprawa, że może się to okazać narzędziem bezskutecznym, projekt mówi bowiem, że sąd występuje do usługodawcy o nadesłanie danych, ale „umarza postępowanie, jeżeli usługodawca nie nadeśle danych […] w terminie 3 miesięcy od doręczenia wystąpienia sądu o nadesłanie danych”. Nietrudno sobie taką sytuację wyobrazić w przypadku serwisów nieposiadających w Polsce przedstawicielstwa (o tym jeszcze dalej). Kara za nienadesłanie danych, będąca odpowiednikiem kary za niestawiennictwo świadka, raczej nie zrobi wrażenia.

 

Najważniejsze krytyczne uwagi do projektu mieszczą się w dwóch wątkach.

 

Pierwszy to kwestia Rady Wolności Słowa. Wśród wymogów dotyczących członków Rady mowa jest o nieposzlakowanej opinii – nie bardzo jednak wiadomo, co to oznacza (choć co prawda jest to termin pojawiający się w wielu aktach prawnych) i kto miałby to weryfikować. Mogą też budzić wątpliwości wymogi wykształcenia prawniczego lub „niezbędnej wiedzy w zakresie językoznawstwa lub nowych technologii”. Co to jest w tym wypadku „niezbędna wiedza”?

 

Można również zadać sobie pytanie, czy nie jest zbyt wąska lista osób, które w RWS zasiadać nie mogą (to m.in. posłowie, senatorowie, samorządowcy). Przede wszystkim jednak rozczarowujący jest zaproponowany tryb wyboru przewodniczącego i członków RWS. MS głośno mówiło o 3/5 głosów (w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów), co wymuszałoby zbudowanie porozumienia – i ten pomysł wcześniej chwaliłem. Okazuje się jednak, że tak miałoby być tylko w pierwszym głosowaniu, bo jeśli ono nie przyniosłoby rozstrzygnięcia, w następnym głosowano by już zwykłą większością. W praktyce zatem wygląda to tak, że dla pozorów ustawodawca daje możliwość wybrania członków RWS większością konsensualną, ale przecież nietrudno policzyć, że w obecnym składzie Sejmu ta większość – 276 głosów w pełnym składzie izby – jest nieosiągalna bez Zjednoczonej Prawicy. Wystarczy zatem, że rządząca koalicja nie poprze propozycji uzgodnionych nawet łącznie przez całą obecną propozycję, a w kolejnym głosowaniu bez najmniejszego problemu przepchnie własnych kandydatów. Na 6-letnie kadencje, praktycznie nieodwoływalnych. A to może już budzić poważne wątpliwości, nawet obawy. RWS nie ma sensu, jeśli nie byłaby organem naprawdę wielopoglądowym.

 

Kolejna kwestia to afiliowanie pięcioosobowej RWS przy Urzędzie Komunikacji Elektronicznej, który ma zapewniać całą jej obsługę, a z jego budżetu mają pochodzić środki na funkcjonowanie rady. Z jednej strony to dobrze, bo w ten sposób unika się tworzenia nowej, dodatkowej infrastruktury. Z drugiej jednak – o czym już wspominałem we wcześniejszych tekstach – trudno sobie wyobrazić, żeby pięć osób, plus obsługa wyznaczona przez UKE, była w stanie uporać się z potencjalnym nawałem skarg na usługodawców, dotrzymując siedmiodniowego terminu załatwienia sprawy (który jak na internetowe standardy i tak nie jest najkrótszy).

 

Drugi i zasadniczy problem to skłonienie podmiotów do współpracy. Zgodnie z projektem każdy usługodawca (zgodnie z definicją z projektu – dostawca usługi internetowego serwisu społecznościowego, posiadającego co najmniej milion zarejestrowanych użytkowników – aczkolwiek nie wspomniano, że chodzi o użytkowników zamieszkujących w Polsce, co zresztą byłoby trudne do weryfikacji) musi ustanowić w naszym kraju przedstawiciela. Z ustawy nie wynika, czy warunkiem jest działanie w jakiejkolwiek formie na terenie Polski, a zatem można by przyjąć, że Polska chce taki obowiązek nałożyć na dostarczyciela każdego serwisu społecznościowego na świecie, który ma minimum milion użytkowników. To znaczyłoby, że przedstawiciela w Polsce musiałby mieć np. chiński WeChat, praktycznie Polakom nieznany, a mający 1,17 mld użytkowników. To absurd.

 

Z drugiej strony posiadanie przedstawiciela w kraju to warunek, aby z innych procedur w ogóle coś wyszło, bo wszystkie opisane procedury kontroli wymagają jego udziału. Za nieustanowienie przedstawiciela kara wynosi – podobnie jak za złamanie innych postanowień ustawy – od 50 tys. do 50 mln złotych. Brzmi imponująco.

 

Brakuje jednak odpowiedzi na jedno podstawowe pytanie: w jaki sposób polskie państwo zamierza skłonić lub zmusić zagraniczne podmioty takie jak Twitter (brak siedziby w Polsce, główna siedziba w San Francisco, strony pomocy wyłącznie po angielsku, wszystkie działania prawne bazujące na prawie amerykańskim, w tym stanu Kalifornia) do poddania się postanowieniom ustawy? Tego niestety Ministerstwo Sprawiedliwości nie wyjaśnia. Próba wyegzekwowania ewentualnej kary byłaby tu skrajnie karkołomna. Przypomina to niestety nieco nieszczęsną nowelizacje ustawy o IPN, której twórcy założyli, że będą w stanie objąć działaniem polskiego prawa podmioty z drugiego końca świata.

 

Ogólnie rzecz biorąc, ustawa zawiera dobre pomysły, wymagające jednak dopracowania. Bardzo sensowny jest wymóg sporządzania co pół roku po polsku sprawozdania, przejrzyście objaśniającego sposób załatwiania reklamacji (art. 15 ust. 1.). Pomysł ustanowienia zewnętrznego organu kontrolnego również ma sens.

 

Wszystko to jednak na nic, jeśli – po pierwsze – RWS miałaby być kolejnym organem administracji obsadzonym przez rządzącą większość i – po drugie – jeśli cyfrowi giganci najzwyczajniej się nie podporządkują, a polskie państwo nie będzie w stanie kompletnie nic z tym zrobić.

 

Łukasz Warzecha

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Zbrodnie przez media III RP przemilczane

76. rocznica zajęcia przez Armię Czerwoną niemieckiego obozu zagłady Auschwitz za nami. Sowieci wyzwolili od Niemców kilka tysięcy więźniów, ale większość – kilkadziesiąt tysięcy – ułatwili Niemcom zamordować, bo Stalin na prawie pół roku zatrzymał ofensywę. Dla Polski zaczynało się sowieckie zniewolenie, o czym nawet w III RP duża część mediów wolała i woli wciąż milczeć. Kłamią wciąż o „wyzwoleniu”.

 

Przykładem sowieckiego „wyzwolenia” był właśnie niemiecki, nazistowski obóz Auschwitz. Armii Czerwonej zdobywającej Górny Śląsk zależało przede wszystkim na przejęciu infrastruktury przemysłowej, do obozu weszli późno – 27 stycznia 1945 r. i przez przypadek – nie wiedzieli, że takie miejsce niemieckiej eksterminacji się tu znajduje. Nie byli przygotowani na pomoc więźniom, przeciwnie: zdarzały się przypadki prześladowania ocalałych, połączonego z gwałtami na wymęczonych więźniarkach. Ale o tym nie dowiesz się Czytelniku w większości mediów w Polsce. Wolą informować o wyzwoleniu Auschwitz, przywoływać wypowiedzi światowych przywódców wychwalających w Międzynarodowym Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu bohaterskie wojska wielkiego Stalina.

 

Kolejnym dowodem tego czerwonego pseudo-wyzwolenia jest utworzenie w byłych już obozach niemieckich – obozów sowieckich. Tak było na Majdanku, czy Zamku w Lublinie, a nawet w Auschwitz.

 

Na bazie KL Auschwitz – byłych podobozów tej niemieckiej fabryki śmierci powstał np. obóz Świętochłowice-Zgoda i obóz Jaworzno dla przeciwników nowej, czerwonej władzy.  Komendantem tych dwóch komunistycznych (błagam, nie używajmy terminu – polskich) obozów, w różnych okresach, był komunistyczny w czasie wojny „partyzant” – Szlomo Morel.

 

Po wojnie, znęcając się nad więźniami, Morel mówił: „Byłem w Auschwitz przez sześć długich lat i przysięgałem sobie, że jeśli stamtąd wyjdę, odpłacę tym samym wam – hitlerowcom”. W rzeczywistości w KL Auschwitz nie był ani jednego dnia. Wersję Morela powielała przez lata „Gazeta Wyborcza”.

 

Hitlerowcom Morel też się nie odpłacił. Do obozu w Świętochłowicach-Zgodzie, którym zbrodniczo kierował zaraz po wojnie, trafiali nie tylko Niemcy i volksdeutsche, ale wszyscy podejrzani o niechęć do „ludowej” władzy. Wystarczył donos i swobodne uznanie funkcjonariusza NKWD lub UB.

 

Więźniowie Świętochłowic zapamiętali, jak komendant Morel bijąc ich wykrzykiwał, że mści się za swoich żydowskich braci. W stwierdzeniu tym było tylko trochę prawdy. Brat Szlomy MorelaIcek, faktycznie zginął w 1942 r. Rzecz w tym, że nie z ręki Niemców. Obaj Morelowie byli wówczas „partyzantami” – działali w założonej przez siebie bandzie rabunkowej, o której mówiono, że jest zbieraniną przestępców. Przez kilka miesięcy napadali na okoliczne wioski. W grudniu trafili w ręce działającego na Lubelszczyźnie oddziału Armii Ludowej, którym dowodził Grzegorz Korczyński (Stefan Kilanowicz). Za rozbój członkowie bandy zostali postawieni przed sądem wojskowym. Wyrok na bracie Morela wykonano, podobno dlatego, że Salomon zrzucił na niego całą winę. Dzięki temu pozostał w oddziale Korczyńskiego. Nie był jednak, jak się później chwalił, żadnym bojowcem. Zajmował się… obieraniem ziemniaków. Aby lepiej poznać mentalność oprawcy, warto przytoczyć jeszcze jeden szczegół. Podczas procesu Korczyńskiego w latach 50., Morel, zeznając jako świadek, oskarżył dowódcę AL o… mordowanie żydowskich partyzantów.

 

Większość mediów w Polsce uwierzyła w wersję o Morelu – więźniu Auschwitz. „Gazeta Wyborcza” pisała: „W czasie wojny trafił do Oświęcimia, gdzie zginęli jego najbliżsi”. „Trybuna”, w tekście pod znamiennym tytułem: „Z więźnia – komendant obozu”: „Zachowania Salomona Morela w obozie w Zgodzie nie wolno usprawiedliwiać, ale można zrozumieć. W 1945 r. trudno było oczekiwać od Żyda, który właśnie wyszedł z Auschwitz, gdzie utracił wszystkich bliskich, żeby troszczył się o NSDAP-owców i volksdeutschów. Dziś jest już starym człowiekiem i zasługuje na spokój”. Marzenia postępowej prasy spełniły się – Salomon Morel nigdy nie poniósł kary za swoje zbrodnie.

 

W dalszych miesiącach wojny Morel zachował się podobnie, jak wielu polskich Żydów-komunistów – w 1943 r. przedostał się do ZSRS i przyłączył do sowieckiej partyzantki. Po powrocie do Polski wstąpił do UB. W życiorysie czytamy: „21 lipca 1944 roku zostaliśmy wyzwoleni przez Armię Czerwoną i natychmiast przychodzimy do Lublina i organizujemy MO. W dniu 15 lutego 1945 przyjeżdżam z grupą operacyjną na Śląsk i zostaję naczelnikiem obozu w Świętochłowicach”.

 

Z relacji ocalałych świadków wynika, że obóz był cały czas przepełniony. Więźniowie spali po trzech, czterech na jednej pryczy. Bez sienników i koców. Rację żywnościową stanowiło 125 gramów chleba lub zupy. W lecie 1945 r. śmiertelność wynosiła 30 osób dziennie. Zwłoki zmarłych rozbierano i chowano w nieoznakowanych, masowych grobach poza terenem obozu. Morel osobiście torturował i zabijał więźniów.

 

Dorota Boreczek, była więźniarka Świętochłowic-Zgody wspominała: – W obozie nie byliśmy ludźmi, pozbawiono nas uczuć. Głód był taki, że po rannej pobudce przechodziło się przez trupy. Spałam pod jednym kocem ze Szwajcarką. Któregoś dnia poprosiłam ją o wodę i zobaczyłam, że nie żyje. Razem z matką chorowałyśmy na tyfus.

 

Śledztwo władz więziennych MBP wykazało: „Niedopilnowanie porządku w obozie, bezład w dziale gospodarczym i depozytach, i dopuszczenie do rozwinięcia się epidemii tyfusu i niepoinformowanie o tym na czas departamentu”. Morel dostał „surową” karę: 3-dniowy areszt domowy i potrącenie 50 proc. poborów.

 

Wobec inercji władz i mediów w Polsce, Salomon Morel uciekł z kraju w 1992 r. Katowicka prokuratura, mimo iż mieści się zaraz obok jego domu, nie zdążyła go aresztować. Prawdopodobnie ktoś uprzedził oprawcę. Nie wiadomo również, dlaczego od ręki dostał izraelską wizę. Były komendant Świętochłowic wyjechał do córki do Izraela (w Polsce Danuta Morel była piosenkarką i występowała w katowickich kabaretach; w kraju zostawił żonę Wiesławę, syna i drugą córkę). Wkrótce dostał izraelskie obywatelstwo. Wcześniej planował zbiec do Szwecji – swój wniosek o azyl polityczny motywował… rasowymi prześladowaniami, które miały go dotknąć w Polsce.

 

W 1999 r., w liście do jednej z gazet, Dorota Boreczek napisała: „Z Salomonem Morelem przyszło mi zetknąć się po ponad 45-latach w prokuraturze katowickiej [zeznawał w sprawie Świętochłowic jako… świadek]. Ta sama linia obrony z jego strony, jaką wsławili się hitlerowscy zbrodniarze przed trybunałami. Niczego nie wiedzieli, tylko wykonywali rozkazy i byli niezwykle ludzcy. (…) Mimo, że prokuratura dysponowała niezliczonymi dowodami zbrodni Morela, pozostawał on na wolności, ba, nawet nie zastosowano wobec niego żadnego z drobniejszych środków zapobiegawczych, jak choćby nakazu meldowania się na policji czy zakazu wydalania się z miejsca pobytu. Chodziło wyraźnie o to, aby Morel się właśnie wydalił. I tak się stało! Teraz prokuratura rozwinęła swoje skrzydła i ubrała nawet autorytet państwa do szukania przestępcy, o którym nie wiedziała absolutnie nic więcej niż to, co udokumentowano wcześniej w toku toczącego się śledztwa. (…) Później przedstawiciele prokuratury kłamliwie informowali opinię polską w prasie i telewizji o wydaniu listu gończego za Salomonem Morelem, co było absolutnie niemożliwe bez wydania nakazu aresztowania”.

 

Dopiero po kilku latach od ucieczki Morela, w 1998 r., Polska skierowała do jego nowej Ojczyzny – Izraela wniosek ekstradycyjny (zarzut: spowodowanie śmierci 1695 więźniów Świętochłowic, zakwalifikowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości, które w świetle polskiego i międzynarodowego prawa nie ulegają przedawnieniu). Ministerstwo Sprawiedliwości Izraela odpowiedziało szybko i treściwie: zbrodnie Morela, jeśli w ogóle miały miejsce, w świetle izraelskiego prawa nie są żadnym ludobójstwem, a ponadto uległy już przedawnieniu. Najciekawszy był komentarz: „wniosek podniósł wiele kwestii odnośnie okresu bezpośrednio po drugiej wojnie światowej, podczas którego w Polsce około tysiąca żydów zostało zamordowanych przez obywateli polskich. Wiele zeznań świadków, dowodzących tych morderstw znajduje się w aktach Yad Vashem w Jerozolimie w Izraelu i w różnych instytucjach na całym świecie. Wspomniane powojenne morderstwa Żydów były badane przez władze polskie, ale wiele osób spośród odpowiedzialnych za te zbrodnie nie stanęło w obliczu sprawiedliwości. Stąd, chociaż potępiamy wszelkie akty przemocy, łącznie z tymi, o które jest oskarżany Morel, fakt kontynuacji ścigania Morela w zestawieniu ze wspomnianym tłem historycznym jest zarówno niepokojący, jak i smutny…”. Szkoda, że izraelskie ministerstwo nie przypomniało, za co w 1983 r. od Yad Vashem dostał medal „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” Józef Tkaczyk. A dostał za… uratowanie w czasie wojny rodziny Morelów, w tym Salomona w ich rodzinnej wsi Garbów na Lubelszczyźnie.

 

Mimo odmowy wydania Morela przez Izrael, zbrodniarz był nadal ścigany: międzynarodowym listem gończym przez Interpol i przez niemiecką prokuraturę (prowadziła własne śledztwo, gdyż wielu pokrzywdzonych przez komendanta Świętochłowic mieszkało w Niemczech; dzięki niemieckim naciskom w ogóle ruszyło polskie śledztwo przeciwko Morelowi).

 

Większość mediów III RP w ogóle nie pisała, albo pisała półgębkiem o tych sprawach, uznając je za kontrowersyjne. Z tego chóru niezainteresowanych wyłamywał się np. tygodnik „Wprost” i „Życie Warszawy”. Podobnie było z przedstawianiem dalszych losów Salomona Morela. A do opisania było jeszcze wiele…

 

Po likwidacji obozu w Świętochłowicach Morel został naczelnikiem więzienia w Opolu, potem w Katowicach i Raciborzu, by w 1949 r. zostać komendantem obozu dla młodocianych więźniów politycznych w Jaworznie (w czasie wojny, tak jak w Świętochłowicach, była tu filia KL Auschwitz).

 

Morela widziałem kilka razy – opowiadał mi dla „Życia Warszawy” Jerzy Biesiadowski. – Podczas pierwszego apelu powiedział do nas: „Nie przeżyjecie, pójdziecie do Brzezinki”. Innym razem wezwał mnie do siebie i za jakieś błahe przewinienie kazał zamknąć w bunkrze. Po kilkanaście godzin pracowaliśmy w kopalni, racje żywnościowe były minimalne. W ten sposób poddawano nas reedukacji.

 

Za zbrodnie w Jaworznie – mimo wieloletnich starań byłych więźniów – Salomon Morel nigdy nie był ścigany! Ale ofiarami Morela byli tu tylko Polacy.

 

Salomon Morel zmarł jako dziadek wnuczętom w 2007 r. w Tel Awiwie. Do końca życia dostawał z Polski wysoką emeryturę, z racji ostatniej funkcji, jaką pełnił w Katowicach – przez kilkanaście lat, do 1968 r. Salomon Morel był naczelnikiem tamtejszego aresztu śledczego. Pieniądze przelewało mu Biuro Emerytalne Centralnego Zarządu Służby Więziennej (podlegające Ministerstwu Sprawiedliwości), za pośrednictwem jednego z katowickich oddziałów ZUS. Przysługiwały mu na mocy ustawy o emeryturach mundurowych, podpisanej w 1994 roku przez prezydenta Lecha Wałęsę. Co roku emerytura była rewaloryzowana. Ostatnia wynosiła 5 tys. złotych – ogromna suma, szczególnie dla osoby ściganej międzynarodowym listem gończym. Co najmniej dwie próby odebrania mu tych pieniędzy w III RP nie powiodły się z absurdalnych powodów formalnych.

 

O tych przywilejach Salomona Morela większość mediów III RP znów nie pisała, albo pisała półgębkiem, bo musiałyby wspomnieć, z czego te przywileje wynikały – a wynikały ze zbrodniczej kariery tego krwawego komendanta powojennych, komunistycznych obozów w okupowanej przez sowietów Polsce.

 

Tadeusz Płużański

Zdarte buty dziennikarza – ks. ARTUR STOPKA o orędziu Papieża Franciszka

„«Chodź i zobacz» (J 1, 46). Komunikować, spotykając osoby, tam gdzie są, i takie, jakie są”. To tytuł tegorocznego papieskiego orędzia w kwestiach medialnych. O co chodzi z tym spotykaniem?

 

W czasach globalnego obowiązywania „dystansu społecznego” i namawiania każdego, kto tylko może, do pracy zdalnej, tegoroczne Orędzie na 55. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, podpisane przez papieża Franciszka 23 stycznia, może nie tylko zaskakiwać, ale także irytować. Jak można w czasie pandemii wzywać dziennikarzy do osobistych spotkań z ludźmi i mieć pretensje, że do nich nie dochodzi? Przecież rządzący w wielu krajach nawet liczbę osób przy rodzinnym świątecznym stole mocno limitowali i ograniczali możliwość podróżowania. Cóż więc dziwnego, że dziś mnóstwo dziennikarskiej pracy odbywa się przez telefon albo przez internet?

 

Co Franciszka napadło? Przecież z innych jego wypowiedzi wynika, że świetnie zdaje sobie sprawę z globalnej epidemii. Co więcej, sam podporządkowuje się różnym ograniczeniom w kontaktach z ludźmi. Dlaczego więc zdecydował się na napisanie bardzo ciężkich słów o tym, że „Kryzys w przemyśle wydawniczym niesie niebezpieczeństwo informacji tworzonych w redakcjach, przed komputerem, w agencjach, w sieciach społecznościowych, bez wychodzenia na ulice, bez «zdzierania butów», bez spotykania osób w celu poszukiwania historii czy zweryfikowania de visu niektórych sytuacji”? Po co to biadanie o „spłaszczeniu”, o „gazetach kopiach” i rugowaniu z przekazu wywiadów oraz reportaży?

 

Istotnie najnowsze papieskie orędzie dotyczące mediów może zirytować, a nawet dotknąć. Zwłaszcza tych, którzy wciąż dziennikarstwo traktują poważnie i bronią się rękami i nogami, aby nie zostać jedynie mediaworkerami. Czy równie dotknięci poczują się właściciele i dysponenci mediów? Dobre i ważne pytanie. To przecież tak naprawdę oni decydują, czy dziennikarz będzie „zdzierał buty”, aby spotkać się z drugim człowiekiem w jego rzeczywistości, czy też co najwyżej pogada z nim za pośrednictwem sieciowego komunikatora.

 

Oczywiście „dziennikarskie” materiały tworzone przy biurku to nie sprawa pandemii. Kilkanaście lat temu głośna była historia liczącego zaledwie dwadzieścia siedem lat Jaysona Blaira, który swoje „korespondencje” dla „New York Timesa” z Teksasu czy Zachodniej Wirginii, fabrykował nie ruszając się z Brooklynu. Materiały do tekstów uzyskiwał korzystając z telefonu komórkowego i internetu. Robił dokładnie to, o czym napisał w swym orędziu Franciszek. Na pewno nie z powodu pandemii, obostrzeń czy konieczności zachowania bezpiecznego dystansu do innych. A mimo to przez pewien czas awansował. Czy nie dlatego, że jego materiały odpowiadały na „zapotrzebowanie odbiorców” i dlatego były dobrze przyjmowane przez decydentów w renomowanym, opiniotwórczym, poważnym piśmie? Ciekawe, czy na ocenę jego materiałów wpływał fakt, że minimalizował koszty ich wytworzenia rezygnując z rozliczania delegacji.

 

Papieskie orędzie zwraca uwagę na problem, który część ludzi mediów, ale też odbiorców, sygnalizuje od dawna. To jakość informacji dostarczanych przez media. Papież napisał, że w coraz mniejszym stopniu ukazują one prawdziwy stan rzeczy i konkretne życie ludzi. Tworzone bez spotkania, nie są już zdolne „uchwycić najpoważniejszych zjawisk społecznych ani pozytywnej energii, uwalniającej się u podstaw społeczeństwa”. Przede wszystkim mają się sprzedać.

 

Jest jednak problem z informacjami, którego Franciszek nie nie wyakcentował. Oprócz tego, że mają się sprzedać, mają też utwierdzić u odbiorców konkretny, zbudowany w imię jakiejś ideologii, obraz świata. Informacja jest narzędziem propagandy w niebezpiecznym stopniu.

 

Dziennikarstwo, jako opowiadanie o rzeczywistości, wymaga zdolności pójścia tam, dokąd nikt nie idzie – ruszenia się i pragnienia zobaczenia” – napisał Papież. Od razu przychodzi na myśl inne jego wezwanie, skierowane do młodych całego świata w Krakowie: „Zejdź z kanapy”.

 

Problem w tym, że internet już spowodował i nadal powoduje bardzo radykalne zmiany w ludzkiej komunikacji, a w konsekwencji w ludzkiej percepcji i myśleniu. To zmiana podobna do tych wywołanych przez wynalezienie pisma, a potem druku. To kolejny krok w zapośredniczeniu międzyludzkich kontaktów. Franciszek wzywa do spotkania z człowiekiem twarzą w twarz, ale robi to w świecie, w którym coraz bardziej kontakt bezpośredni w świadomości uczestników zrównuje się z kontaktem przez globalną sieć. Coraz więcej ludzi rozmowę przez Zooma uważa za takie samo spotkanie, jak przy stole konferencyjnym czy w kawiarni. A pandemia takie podejście umacnia i ugruntowuje. Widać wyraźnie, że Kościół ma z tym poważny kłopot.

 

Widać też, że Franciszek nie przepada za internetem. Nie tylko we wspomnianym Orędziu. W opublikowanej na początku października ubiegłego roku encyklice „Fratelli tutti” mówi wprost o „złudzeniu komunikacji”, a nawet o „pozorach kontaktów towarzyskich”. W Orędziu, zwłaszcza w odniesieniu do mediów społecznościowych, Papież namawia do bardziej umiejętnego rozeznawania i do bardziej dojrzałego poczucia odpowiedzialności, „zarówno wtedy, gdy treści są rozpowszechniane, jak i wtedy, gdy są przyjmowane”. Problem w tym, że mało kto dzisiaj uczy odpowiedzialnego korzystania z mediów (jakichkolwiek). Nie widać też, aby ich dysponenci i właściciele byli tego typu edukacją odbiorców zainteresowani.

 

W przekazie nic nigdy nie może w pełni zastąpić zobaczenia na własne oczy” – przypomniał rzecz oczywistą Franciszek. Jednak medialna rzeczywistość coraz bardziej rządzi się własnymi regułami. To według nich dziennikarz pokazuje widzom „Gabinet Owalny” w Białym Domu jakby stał na jego środku, choć faktycznie nie ruszył się z Warszawy. I według nich już za chwilę dużą część informacji produkować będzie sztuczna inteligencja.

 

Pozostaje mieć nadzieję, że mimo wszystko zawsze znajdą się dziennikarze, którzy wstaną sprzed monitora i będą „zdzierać buty” podążając na spotkanie z człowiekiem twarzą w twarz tam, gdzie on naprawdę jest. I to odbiorcy zdecydują, czy tacy dziennikarze będą mieli na nowe buty, czy też będą przymierać głodem

 

ks. Artur Stopka

Protest CMWP SDP przeciwko atakowi na dziennikarza Radia Poznań  

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko atakowi na dziennikarza Radia Poznań  w czasie demonstracji „Strajk Kobiet” w Poznaniu i apeluje do przedstawicieli władz o szczegółowe wyjaśnienie wszystkich okoliczności tego zajścia zajść oraz o ukaranie osób winnych tej sytuacji.

 

Grupka zamaskowanych mężczyzn związanych z anarchistyczną grupą Freedom Fighters zaatakowała reportera Radia Poznań Huberta Jacha podczas demonstracji „Strajk Kobiet” na poznańskim Placu Wolności . Mimo iż dziennikarz okazał legitymację prasową, uniemożliwiono mu przygotowanie relacji reporterskiej . Wg informacji dostępnych w mediach Grupa Freedom Fighters, która zaatakowała reportera, związana jest ze Skłotem Rozbrat w Poznaniu, miejscem, gdzie trenują sztuki walki. Podczas ataku nikt z organizatorów, ani uczestników demonstracji nie zareagował na agresywne zachowania mężczyzn w stosunku do dziennikarza .

 

Po raz kolejny CMWP przypomina, że fizyczne ataki na dziennikarzy są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca. Bezpieczeństwo pracy osób relacjonujących wszelkie wydarzenia, w tym te wywołujące silne społeczne emocje, powinno być zawsze przedmiotem troski organizatorów manifestacji, którzy są zobowiązani do zapewnienia dziennikarzom i osobom z nimi pracującym warunków pracy niezagrażających ich życiu i zdrowiu. Fizyczne i słowne atakowanie dziennikarza jest działaniem przeciwko zasadzie wolności słowa, która jest realizowana poprzez wolną i nieskrępowaną pracę dziennikarzy i ludzi mediów, a ta zasada po raz kolejny jest naruszana podczas manifestacji „Strajku Kobiet”.

 

Dlatego CMWP SDP po raz kolejny apeluje do władz i organizacji publicznych, by podjęły działania zapobiegające wszelkim atakom na wykonujących swoje obowiązki dziennikarzy i osoby pracujące w mediach.

 

dr Jolanta Hajdasz,

dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

 

Warszawa, 29 stycznia 2021 r.

 

Film z wydarzenia TUTAJ.

 

 

Radio sięga głębiej – rozmowa z ADAMEM BOGORYJĄ-ZAKRZEWSKIM, Radiowym Reportażystą Roku 2020

W radiu nauczyłem się bardziej słuchać, wchodzić w sytuację moich bohaterów. Telewizja zadowalała się płytszym materiałem, w radiu można sięgnąć po coś ważniejszego, bardziej uniwersalnego – mówi  Adam Bogoryja-Zakrzewski, Radiowy Reportażysta Roku 2020 w konkursie Melchiory, w rozmowie z Olgą Mickiewicz-Adamowicz.

 

Jak zareagowałeś na wiadomość, że to właśnie ty zostałeś Radiowym Reportażystą Roku?

 

Sprawiła mi ogromną radość, zwłaszcza że w uzasadnieniu jurorzy napisali, że przyznają mi nagrodę za całokształt pracy, za odkrywanie świata wymagające dużego zaangażowania oraz odwagi osobistej. Powiedzieli też, że w tej chwili jestem jednym z nielicznych reportażystów, który robi materiały śledcze.

 

A który uważasz za swój największy sukces?

 

Zdecydowanie ten o szlaufach, czyli nastoletnich dziewczynach utrzymujących relacje z dużo starszymi od nich mężczyznami w zamian za prezenty – kosmetyki, ubrania. Wtedy o tym zjawisku jeszcze nikt nie wiedział ani rodzice tych dziewczyn, ani nauczyciele.

Ale ich rówieśnicy doskonale znali realia. Jeden z hip-hopowców napisał tekst na ten temat. Dowiedziałem się o tym od znajomej fryzjerki. Aż podskoczyłem z wrażenia, tak niesamowita wydawała mi się ta historia. Trzy miesiące trwało dotarcie do tych dziewcząt i nakłonienie ich do rozmowy. Miały po 14 lat i ogromne parcie na szkło. Kiedy dowiedziały się, że nagrywam reportaż nie tylko dla radia, ale też dla telewizji, zamiast przestraszyć się, że zostaną rozpoznane – ucieszyły się, że wystąpią na ekranie.

 

Jak myślisz, dlaczego tych reportaży śledczych jest w radiu tak mało? Z jakimi problemami ty się mierzysz?

 

Doświadczenie pokazało mi, że lepsze warunki pracy oferuje telewizja. Daje więcej czasu na nagrania, jest w stanie pokryć większe koszty. Tam spotykałem się ze zrozumieniem, że nie wszystko da się zaplanować, że czasem trzeba zostać z bohaterem dzień dłużej. W radiu środki są dużo mniejsze, na wszystkim trzeba oszczędzać. Z drugiej strony w telewizyjnych programach interwencyjnych świat wygląda na przerażający, brudny i zły. Trudno potem inaczej postrzegać rzeczywistość.

 

Nie brakuje ci tego telewizyjnego rozmachu? Zaczynałeś od radia, potem pisałeś do prasy, ale przede wszystkim przecież pracowałeś w telewizji. Do radia wróciłeś po latach zdobywania zupełnie innych doświadczeń.

 

Pracując w telewizji nie zdawałem sobie sprawy z siły radiowych środków przekazu. Dopiero kiedy przyszedłem do Studia Reportażu, zacząłem zwracać na nie uwagę. W radiu łatwiej jest sięgnąć głębiej. W telewizji dużo zależy od humoru, od możliwości poszczególnych członków ekipy. Wystarczy, że jedna osoba coś zepsuje i praca całej ekipy idzie na marne. Z drugiej strony, telewizja ma niezwykłą siłę.

Pamiętam, jak kiedyś udało mi się uzyskać zgodę na wywiad z mordercą dzieci. Pamiętasz tę sprawę? Małżeństwo w Łodzi wkładało martwe dzieci do beczek, beczki trzymali w mieszkaniu. Jako jedyny w kraju dostałem mogłem porozmawiać ze zwyrodnialcem, który to zrobił. On sam zgodził się na wywiad, licząc na to, że rozmowa złagodzi wyrok podczas apelacji.

Nie mogłem pokazać jego twarzy – tylko zbliżenia. Kamera rejestrowała, jak drgały mu nerwy na policzkach, jak w jego oczach widać było dziką złość. Dowiedziałem się, że nie był zdolny do przeżywania głębszych uczuć. Zbliżenie na zęby śniło mi się potem przez tydzień.

Zajmuję się tymi „kryminałkami” nie dlatego, że szukam sensacji, ale zawsze i tylko wtedy, gdy coś więcej z tego wynika.

 

Czego szukasz w takich tematach? Kiedy one cię interesują?

 

Jeśli czytam, że pijany mężczyzna zabił swoją konkubinę i w zasadzie na tym kończy się historia, to mnie to nie pociąga. Ale jeśli słyszę, że człowiek zabił swoje dzieci na oczach żony, że pracownice socjalne przez rok nie potrafiły wyjaśnić, dlaczego w domu tych dzieci nie ma, to dla mnie jest to okazja, żeby pokazać system, który nie chroni najsłabszych.

Kiedyś zrobiłem reportaż o niesłusznie skazanym za morderstwo Czesławie Kowalczyku, pseudonim Czester. W więzieniu spędził 12 lat i to spowodowało ogromną tragedię rodzinną. Czester ma syna. Kiedy mężczyzna trafił za kratki, chłopiec był malutki. Ojciec pisał do dziecka, ale matka chłopca chowała listy. Syn uznał, że ojciec go nie kocha. Uciekł z domu w wieku 7-8 lat. Chciał jechać do ojca, bo przypadkowo znalazł adres na jednej z kopert. Matka znalazła go na peronie dworca kolejowego.

W tej sprawie prokurator oskarżył. Co mu szkodzi? Przecież sędzia wszystko sprawdzi. Sędzia, do którego dotarłem, powiedział: przecież prokurator się przygotował, przedstawił akt oskarżenia, nie miałem wątpliwości, że mówi prawdę, skazałem. I to najpierw na dożywocie! Spytałem go: a gdyby możliwy był wyrok śmierci? Powiedział: nie miałbym wątpliwości.

Trudno uwierzyć, ale jest to możliwe – można kogoś skazać tylko z powodu lenistwa. Prawnikom, prokuratorom, sędziom, nie zawsze chce się dogłębnie sprawdzić akta sprawy.

Gdy Czester w końcu wyszedł z więzienia, próbował nawiązać kontakt z synem. Ten powiedział mu: jesteś moim ojcem tylko biologicznym, nie chcę cię znać.

Czester za odszkodowanie od państwa kupił jacht, katamaran, pływa nim po Morzu Śródziemnym. Syn zgodził się w końcu, żeby z nim pojechać. Próbują się do siebie zbliżyć. Nie zgodzili się jednak na to, żebym pojechał z nimi, nagrał kontynuację historii.

 

Po tym, co do tej pory mi powiedziałeś, odnoszę wrażenie, że dla ciebie największe znaczenie ma jednak obraz. Miałeś kiedyś inne poczucie? Że to dźwięk jest ważniejszy?

 

Ale tak było właśnie w przypadku tego reportażu o Czesterze! W więzieniu nie marnował czasu. Dużo czytał i dzięki temu wspaniale, obrazowo opowiadał o uczuciach. Do tego muzyka, którą dobrała moja żona, Hanna Bogoryja-Zakrzewska. To, co mówił wtedy Czester, poruszało w słuchaczu bardzo czułe struny.

Mogę ci opowiedzieć o jeszcze innym przykładzie. Lubię słuchać Dire Straits, ich muzyka jest dla mnie niezwykła. Ale kiedyś zobaczyłem ich na scenie … czar prysł. Obraz nie stanął na wysokości zadania.

Pamiętam też swój pierwszy reportaż, nagrywany jeszcze w rozgłośni w Szczecinie. Opowiadał o młodym homoseksualiście. To były czasy, kiedy o homoseksualizmie nie mówiło się otwarcie. Jego historia wciągała, ale gdyby był do niej nagrany obraz, prawdopodobnie widz znudziłby się po kilku minutach.

 

A czy masz jakichś radiowych mistrzów?

 

Nie mam takiej jednej osoby, jestem samoukiem, ale pamiętam reportaże, które na różnych etapach bardzo mnie fascynowały. Jeden z takich reportaży powstał w Szczecinie, jego autorką była Alina Głowacka. Była to historia zawarcia znajomości na ławce, na krakowskich Plantach. Zaskoczyło mnie, jak wspaniale można zbudować opowieść o tak drobnym zdarzeniu.

Niezwykle wciągnął mnie kiedyś radiowy reportaż Edwarda Miszczaka o Sybiraku. Miał aż 40 minut, a powstał z 60 godzin nagrania!

Potem wpadł mi w ucho reportaż o dzwonach Europy. Ich dźwięki stanowiły punkt wyjścia do opowiadania o różnych momentach w europejskiej historii. Z kolei irlandzki reportaż pokazał mi, jaka może być siła narracji. Autor stał na wzgórzu i opisywał miasteczko, w którym zaraz coś się stanie. Wspaniale napisane, nie mogłem się oderwać od tej opowieści.

Ostatnio z zachwytem patrzę na to, co robi Agnieszka Szwajgier. Pracowaliśmy razem nad reportażem o bezdomnych w Berlinie. Temat może mało odkrywczy, ale dźwięk i muzyka, opracowane przez Agnieszkę, wyniosły tę historię na zupełnie inny poziom.

 

Rozmawiasz o najtrudniejszych sprawach – o morderstwach, oszustwach, wadach systemu. A jednocześnie jesteś ciepłym, uśmiechniętym człowiekiem. Jak udało ci się uniknąć cynizmu, zgorzknienia?

 

Staram się być otwarty na innych. Poświęcać im czas. W radiu nauczyłem się bardziej słuchać, wchodzić w sytuację moich bohaterów. Telewizja zadowalała się płytszym materiałem, w radiu można sięgnąć po coś ważniejszego, bardziej uniwersalnego.

Czesław Miłosz powiedział: „jest taka granica cierpienia, po której się uśmiech pogodny zaczyna”. Ja też często jestem widziany uśmiechnięty, ale w środku wszystko przeżywam. Czasami nie śpię w nocy, emocje mi na to nie pozwalają. Jeszcze nie nauczyłem się ich wyrzucać.

 

Warto? Mimo wszystko? Nie masz dosyć, nie masz ochoty robić tego, co lekkie, łatwe i przyjemne?

 

To, co robię, musi mieć sens i zapewniać mi satysfakcję. Boję się tylko tego, że nie będę mógł robić tematów, które mi to dają.

 


 

Adam Bogoryja-Zakrzewski

Absolwent ekonomii na Politechnice Szczecińskiej i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Karierę rozpoczynał w Akademickim Radiu Pomorze, potem trafił do rozgłośni Polskiego Radia w Szczecinie. Pracował w Telewizji Polskiej w redakcjach „Wiadomości” i „Panoramy”. Był dziennikarzem programu „Interwencja” w Telewizji Polsat. Współpracował z Redakcją Filmów Dokumentalnych TVP1 oraz Redakcją Reportażu TVP2. Jest pracownikiem Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. W ubiegłym roku został laureatem Konkursu Reportażystów Melchiory 2020.

 

Prezes PiS: Media niepolskie powinny być w naszym kraju wyjątkiem

Musimy mieć własne media, a media niepolskie powinny być w naszym kraju wyjątkiem, rzadkim wyjątkiem. To jest niełatwa i niekrótka, ale jedyna możliwa droga obrony naszej wolności i naszej suwerenności – powiedział Jarosław Kaczyński w rozmowie w telewizji wPolsce.pl.

 

Prezes PiS i wicepremier w wywiadzie odniósł się do przejęcia przez PKN Orlen Polska Press, wydawcy prasy i portali lokalnych należącego dotąd do niemieckiej firmy.

 

– To jest jedna z najlepszych wiadomości w ciągu ostatnich lat. To jest pierwszy krok w drugą stronę. My pozbawiliśmy się w wielkiej mierze mediów, na rzecz czynników poza polskich, głównie niemieckich z ogromną stratą dla naszej suwerenności nie tylko państwa, ale narodu. Proszę zwrócić uwagę, że media niemieckie odegrały w latach 90. ogromną rolę w demoralizowaniu młodzieży. I to takim demoralizowaniu wulgarnym, prymitywnym – powiedział Jarosław Kaczyński.

 

Dodał, że będziemy mogli uzdrowić tę sytuację, jeżeli będziemy szli drogą rozpoczętą decyzją prezesa Orlenu Daniela Obajtka.

 

– Przypomnę państwu, że kiedy jedna niezbyt znacząca gazeta codzienna została przejęta przez nie-Niemców w Niemczech, uruchomiono potężną kampanię i skończyło się tym, że ta gazeta w ręce niemieckie powróciła. Czyli oni mają prawo do bronienia swojej suwerenności w tej super ważnej sferze, ale odmawiają tego prawa innym. Smutne, że niektórzy w Polsce ten pogląd wspierają, występując rzekomo w imieniu narodu, którego w tej sprawie nie pytali. Musimy mieć własne media, a media niepolskie powinny być w naszym kraju wyjątkiem, rzadkim wyjątkiem. To jest niełatwa i niekrótka, ale jedyna możliwa droga obrony naszej wolności i naszej suwerenności – zauważył wicepremier.

 

Prezes PiS podkreślił, że media są bardzo ważne dla budowania silnego państwa.

 

– Media można porównać do znaczących części mózgu i jednocześnie układu nerwowego człowieka. Człowiek, któremu by to odebrano nie może funkcjonować w sposób wolny i tak samo naród, któremu to odebrano, jest w bardzo trudnej sytuacji. Nie zgadzajmy się na to. Wszystkie opowieści, że kapitał nie ma narodowości, że wszystkie mechanizmy przez wieki definiujące relacje między państwami i narodami nagle przestały funkcjonować to bajki, które najsilniejsi gracze opowiadają w sposób intencjonalny. Powodem jest wciąż silna intencja do dominowania nad słabszymi. My wskutek biegu historii, także wskutek naszych własnych win, jesteśmy wciąż w słabszej pozycji, ale idziemy dobrą drogą żeby ją bardzo wzmocnić. Jesteśmy też wciąż na tyle licznym narodem, by być w siłą znaczącą. Siłą gospodarczą, militarną, ale i ducha. Tutaj media mają fundamentalne znaczenie –  powiedział Jarosław Kaczyński.

 

opr. jka, źródło: wPolsce.pl