ADAM SOCHA: Osłabić wrogie media, wzmocnić własne

Po repolonizacji Polska Press, rząd robi kolejny krok w kierunku węgieryzacji mediów w Polsce, czyli osłabienia i zmarginalizowania mediów opozycyjnych i wzmocnienia mediów prorządowych. W ślad za Orbanem polski rząd chce od marca obłożyć media nową daniną od reklam, która ma wycisnąć z nich rocznie 800 mln złotych. Środki te, oficjalnie, mają wesprzeć ochronę zdrowia i kulturę.

 

Wydawcy prasowi, nadawcy radiowi i telewizyjni, kina i firmy reklamy zewnętrznej będą musieli oddać budżetowi państwa nawet 15 proc. swoich przychodów reklamowych – zależnie od wielkości obrotów i segmentu działalności. 5 proc. zapłacą globalni giganci internetowi.

 

Jeśli ten podatek (Ministerstwo Finansów unika tego terminu) byłby wymierzony głównie w cyfrowe mocarstwa, jak Facebook czy Google, które zarabiają krocie na naszym rynku reklamowym, nie dzieląc się zyskiem z państwami i jawnie je lekceważą (no, chyba, że tym państwem są Chiny), to tylko bym przyklasnął.

 

Giganci ci zgarniają ogromna część tortu reklamowego na rynku lokalnym, osłabiając i tak słabe media krajowe. Zwrócił na to niedawno uwagę szef Axel Springer w dramatycznym liście otwartym do Ursuli von der Leyen, szefowej Komisji Europejskiej. Jego zdaniem, jeśli nie podda się tych ponadpaństwowych koncernów regulacjom prawnym, to pożegnamy się z demokracją,  wolnością, praworządnością i prawami człowieka.  W styczniu 2020 r. kapitalizacja rynkowa Google, Facebooka, Amazona, Apple, Netflixa i Tesli wynosiła 3,9 biliona dolarów. W styczniu 2021 r. – rok po wybuchu globalnej epidemii COVID-19 – wartość giełdowa tych sześciu firm wynosi już 7,1 biliona dolarów – podaje szef Axel Springer. – W tym samym czasie na całym świecie zlikwidowano 255 milionów miejsc pracy. Same tylko Google i Facebook zgarnęły w zeszłym roku ok. 230 mld dolarów z reklam. To 46 proc. światowego rynku reklamowego. Według prognoz, do 2024 r. ich udział w rynku wzrośnie do ponad 60 proc. Absolutna dominacja tych platform oznaczać będzie niemal całkowity zanik różnorodności oferty dziennikarskiej, artystycznej i komercyjnej – alarmuje szef Axel Springer.

 

Jednak w przypadku projektu rządu – jak zgodnie oceniają firmy mediowe, eksperci od rynku medialnego i organizacje gospodarcze, – ta danina dla gigantów będzie stanowić prawie niezauważalny uszczerbek, o ile jej się w ogóle podporządkują, to dla prasy będzie ogromnym ciosem, a więc w konsekwencji także dla czytelników. Przy tym wyraźnie widać, iż podatek ma głównie uderzyć w Agorę, która oprócz gazety, ma radio, kina i outdoor. Nowa danina szczególnie mocno dotknie także nadawców telewizyjnych takich, jak TVN, Polsat i TVP (jednak w przypadku TVP rząd zrekompensuje z nawiązką ten ubytek).

 

Węgierski podatek reklamowy został wprowadzony w 2014 r., po drugim z rzędu zwycięstwie wyborczym Orbana. Podatek uderzył przede wszystkim w opozycyjną telewizje RTL Klub (stąd nazywany był „podatkiem RTL”, stacja ta to taki węgierski TVN). Oczywiście zaprotestowała Komisja Europejska, która oceniła, że podatek nierówno traktuje podmioty i stwierdziła niezgodność węgierskiego podatku od reklam z przepisami unijnymi dotyczącymi pomocy państwa. Jednak w 2019 r. Węgry wygrały z Komisją przed Sądem UE w Luksemburgu. Sąd stwierdził nieważność decyzji KE.

 

Stało się to po tym, jak Orban złagodził ustawę, w miejsce podatku progresywnego wprowadził liniowy, a RTL w zamian złagodziła ton krytyki, likwidując najbardziej demaskatorskie programy śledcze.

 

Widocznie zwycięstwo Orbana natchnęło i ośmieliło rząd „dobrej zmiany” do pójścia drogą, dokręcenia śruby mediom opozycyjnym narzędziem fiskalnym. Rynek od razu zareagował na te zapowiedzi resortu finansów spadkiem cen akcji Agory i Polsatu o kilka procent.

 

Szef Fideszu rozegrał podporządkowanie sobie mediów po mistrzowsku. Jego metodę powtarza teraz prezes Jarosław Kaczyński. Są oczywiście różnice. Podstawowa jest taka, że Orban dysponował grupą oligarchów, którzy jemu zawdzięczają swoje majątki. Szef Fideszu wezwał ich do „zrzutki” na Środkowo-Europejską Fundację Prasy i Mediów. Powstało gigantyczne prorządowe konsorcjum, które przejęło blisko 500 tytułów od prasy codziennej ogólnokrajowej po tytuły lokalne, polityczne, ale i sportowe. Majstersztyk Orbana polega na tym, że w oficjalnych badaniach Fundacja uznawana jest za opozycyjny koncern mediowy! Dzieje się tak, bo w węgierskich badaniach rynku medialnego kapitał medialny nie będący oficjalnie w rękach skarbu państwa uznawany jest za opozycyjny. A zatem istnieją oficjalne badania i raporty, zgodnie z którymi 80 proc. mediów na Węgrzech jest opozycyjnych. Na badania te regularnie powołuje się rząd w Budapeszcie.

 

Prezes Jarosław Kaczyński jeszcze nie „wyhodował” oligarchów na miarę tych znad Balatonu, stąd gazety Polska Press musiała kupić spółka Skarbu Państwa, a nie fundacja Grzegorza Biereckiego.

 

Wracając do daniny od reklam naszego rządu, tutaj również Komisja Europejska nic nie wskóra, gdyż teoretycznie  podatek obejmie także media publiczne i tytuły prasowe prorządowe. Jednak rząd im to wynagrodzi. Już to raz zrobił przekazując TVP 2 mld złotych jako rekompensatę za utratę wpływów z abonamentu.

 

Rząd ma jeszcze jeden instrument wsparcia swoich: budżet na reklamy. Co prawda budżet naszego państwa nie jest jeszcze, jak w przypadku Węgier, głównym reklamodawcą, ale wszystko przed nami.

 

Światło na to, jak rząd steruje wsparciem dla swoich mediów, rzuca opracowanie prof. Tadeusza Kowalskiego, medioznawcy z Uniwersytetu Warszawskiego  pt. „Analiza wydatków reklamowych spółek skarbu państwa (SSP) w latach 2015-2019” (na podstawie monitoringu firmy Kantar Media, badania nie obejmowała reklamy internetowej). Z raportu wynika, że spółki skarbu państwa w latach 2015-19 wydały na reklamę ponad 4 mld zł. W samym 2019 r. wydatki wzrosły o blisko 24 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, co zdecydowanie wyprzedzało dynamikę zmian na rynku reklamy. To ile kto dostaje z tego tortu jest zarazem rankingiem poziomu sympatii partii rządzącej do danego tytułu.

 

I tak: „Gazeta Polska Codziennie”,  w 2019 r. aż ponad połowę swoich przychodów reklamowych (52,8 proc.) zawdzięczała spółkom Skarbu Państwa, „Super Express” – 19,36 proc., „Rzeczpospolita” – 12,04 proc., „Dziennik Gazeta Prawna” – 12,02 proc., „Dziennik Zachodni” – 11,13 proc., „Fakt” – 4,44 proc. Listę zamyka „Gazeta Wyborcza” – 0,27 proc.

 

W kategorii magazynów szczególnymi względami spółek skarbu państwa cieszyły się cztery tytuły: „Sieci” (30 551 tys. zł), „Gazeta Polska” (16 562 tys. zł), „Do Rzeczy” (14 083 tys. zł) oraz „Wprost” (10 516 tys. zł).

 

Teraz stacje telewizyjne: TVP 1 – 8,05 proc., TVP Seriale – 7,10 proc., TVP Sport – 6,75 proc., TVP Info – 6,49 proc., TVP 2 – 6,16 proc., Polsat – 2,83 proc., TVN – 0,92 proc., TVN 24 – 0,35 proc.

 

Teraz, za pomocą Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, będzie do rozdania wśród swoich 35% z 800 mln złotych pochodzących z danin.

 

W projekcie ustawy czytamy, że pieniądze te pójdą m.in. na „podnoszenie poziomu wiedzy i świadomości społeczeństwa, budowę platform dystrybucji informacji oraz analiz treści, budowę i rozwój kanałów oraz platform informacyjnych” i – uwaga – „wspieranie zwiększania udziału polskich treści w obszarze mediów”.

 

A któż lepiej wiedzę i świadomość społeczeństwa podniesie od TVP, TV Republika, Telewizji wPolsce, „Gazety Polskiej”, tygodnia „Sieci”, portalu niezalezna.pl. i wpolityce.pl? Trzeba też będzie wspomóc platformę społecznościową Albicla.com, najnowsze dziecko Tomasza Sakiewicza, która ocali wolność słowa w internecie.

 

Adam Socha

Ziemia dla ziemniaków, muza dla rodaków – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W świecie globalnym, internacjonalistycznym czy też kosmopolitycznym, wciąż się nie poddajemy. Dowodem jest nowy projekt ustawy, w myśl której udział muzyki polskiej w radiu ma wzrosnąć do 49 procent z obowiązujących 33.

 

Z tego co najmniej 60 procent w godzinach między 5 rano a 24. Czyli tuż po północy można nas Polaków, jeszcze bardziej otumaniać zachodnią zgnilizną. Kto dba o panów portierów na nocnych dyżurach? Dlaczego muszą być skazywani na rzępolenia jakiś tam chłopców z Liverpoolu czy Londynu? Kto za tym stoi?

 

Ponieważ moda na teorie spiskowe ma się w najlepsze. To chociaż, ze dwie.

 

Pierwsza. Najbardziej prawdopodobna, prozaiczna, nudna, przewidywalna, finansowa. Polscy kompozytorzy i producenci z ZAiKS-ów i itp., wynajęli efektywnych lobbystów, którzy wiedzieli gdzie uderzyć trzeba. Kilka lat temu, media donosiły o ZAiKS-ie, który strzyże fryzjerów. Ludzie przychodzili do zakładu posłuchać muzyki, a właściciele takich pracowni zamiast płacić haracze udawali Greka, że z klientami gadają o polityce i bawią się przy tym w najlepsze nożyczkami. A to co leci w tle, wcale nie wpływa na ich percepcje i zwiększenie ich obrotów. Wyłudzacze. Udręczania z golibrodami było za mało, więc się rozpędzono i zwiększono limity procentów słuchalności.

 

Druga. Narodowa. Mamy przecież narodową kwarantannę, narodowe szczepienia, narodowe media, narodowe grania, narodowe czytania, narodowe testy inteligencji, narodowe grzybobrania i morsowania, narodowe partie nawet. Naród z partią, partia z narodem po prostu. Naród jest naszym najwyższym dobrem na ziemi. A ponieważ Polska ma wielowiekową tradycję tolerancji, więc „my naród” traktujemy szeroko, łącznie z zamieszkującymi nasze ziemie narodowościami; Niemców, Ukraińców, Białorusinów, Rosjan, Litwinów, Żydów, Wietnamczyków, Ormian, Czechów, Słowaków i części Ślązaków którzy uważają się za naród. Polska muzyka. dotrze jeszcze szerzej do narodu, któremu słoń na ucho nie nadepnął.

 

Co ma zrobić takie biedne RMF? Co prawda w RMF Classic, dałoby się jeszcze zapełnić połowę audycji Chopinem i kolegami. Jeśli odpowiednia rada, przymknie oko na francuskiego ojca Fryderyka. W muzie filmowej, też żeśmy sroce spod ogona nie wypadli. Ale już takie RMF MAXX Funk Sound Dance Hop bęc, może mieć nie lada problem. Stacja spod Kopca Kościuszki miała też zwyczaj, że w święta narodowe grała tylko po polsku. Piękna inicjatywa, choć realizatorzy nie wiedzieli, że ideę tę, rozszerzy się na rok cały.

 

Albo Radio Zet, które w swym najważniejszym konkursie dla słuchaczy, oferuje wygranie auta. Automobil niech ustawowo będzie tylko rodzimej produkcji. Poloneza Caro już nie robią, ale prace trwają nad naszą elektryczną Teslą. Wypiszemy Ci drogi odbiorco talon, do zrealizowania jak tylko wehikuł zjedzie z taśm montażowych. Radio WAWA też nieszczęśliwe, bo im konkurencji przybędzie i stracą na swej wyjątkowości.

 

Można akcję rozszerzyć dalej. Telewizje będą mogły puszczać tylko połowę zagranicznych filmów, seriali i teleturniejów. Jak zabraknie to się dokręci albo wypożyczy coś ze zbiorów archiwalnych. Polską Kronikę Filmową po latach, całkiem się dobrze ogląda. Tylko trzeba będzie mandatami uciszyć utyskujących, takich jak jeden z bohaterów „Rejsu”: „A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest”.

 

Prasa też powinna omawiać głównie wieści z kraju. Co tam w Brukseli i Waszyngtonie dopiero od piątej strony. A dwadzieścia procent treści, powinno dotyczyć Budapesztu i Międzymorza.

 

Póki co mamy jeszcze tzw. Internety i nie zawsze uda się tam ustawodawcy, swoimi mackami sięgnąć. Wyobraźcie sobie Netfliksa. Naoglądaliście się jakiś hiszpańskich seriali. Licznik bije ile minut. A potem pyk. Dostęp ograniczony i teraz przez dwa tygodnie będziecie oglądać „Zenka”, „Kogel Mogel 3” i „365 dni”. Jak nadrobicie polskojęzycznymi produkcjami, „się odblokuje” i wrócicie sobie na półwysep Iberyjski.

 

A jak sympatyk takiego np. Radia Nowy Świat, miałby sobie wyobrazić zachodzące zmiany? Wojciech Mann propaguje muzę z kraju Wuja Sama, Maciej Kydryński Fado i klimaty afrykańsko – hiszpańsko – portugalskie. Co prawda pełen wigoru Andrzej Poniedzielski, uspokaja nas trochę Piosennikiem, w krajowym poetyckim wydaniu. Ale nie każcie nam słuchać pieśni portowych z Lizbony po polsku czy bębnów z Etiopii w nadwiślańskim wykonie. Kamil Bednarek ze swym reagge w zupełności wystarczy.

 

Protest CMWP SDP przeciwko cenzurowaniu angielskojęzycznego konta IPN przez Facebook

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko  zablokowaniu  angielskojęzycznego konta Instytutu Pamięci Narodowej na portalu Facebook z powodu  publikacji  postu  dot. niemieckich planów germanizacji polskich dzieci w czasie II wojny światowej.  Post był opublikowany  15 maja 2020 r., konto zostało zablokowane  6 lutego b.r.  Działanie takie jest naruszeniem zasady wolności słowa . CMWP SDP apeluje o zaniechanie takich działań i przywrócenie funkcjonowania angielskojęzycznego konta IPN  na Facebooku. 

 

Jak informuje IPN materiał został opublikowany w 80. rocznicę powstania (datowanego na 15 maja 1940) dokumentu „Einige Gedanken über die Behandlung der Fremdenvölker im Osten” („Kilka myśli o traktowaniu obcoplemieńców na Wschodzie””) Heinricha Himmlera, który był wstępną instrukcją akcji germanizacyjnej. IPN określa ten dokument jako „instrukcję porywacza”, zainspirowaną teoriami Walthera Darrégo, ministra Rzeszy ds. żywności i rolnictwa, którego ideologia rasowa „Blut und Boden” („Krew i gleba”) położyła podwaliny pod program denacjonalizacji. W latach 1940–1945 III Rzesza wywiozła z podbitych ziem setki tysięcy nieletnich, ponieważ Niemcy poszukiwali dzieci nadających się do germanizacji.  W sumie  akcja germanizacyjna objęła około  200 tys. polskich dzieci, po wojnie odnalazło się tylko 30 tys.

 

Ta sprawa to  kolejny przypadek zablokowania materiałów historycznych IPN na portalu Facebook. W połowie stycznia Facebook  zablokował możliwość zagranicznej promocji filmu o niemieckim obozie przy ul. Przemysłowej w Łodzi, do którego w latach 1942–1945 trafiło ok. 3 tys. polskich dzieci.

 

CMWP SDP przypomina, iż wolność słowa należy do podstawowych zasad  demokratycznego państwa prawa. W Polsce jest ona zagwarantowana przez art. 54 ust. 1 Konstytucji. Poświadczają ją również wiążące Polskę akty prawa międzynarodowego. Wolności wypowiedzi dotyczy art. 10 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności i art. 11 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej . Także Powszechna Deklaracja Praw Człowieka w art. 19 zapewnia „swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami”. Po raz kolejny  przedstawiciel mediów społecznościowych w Polsce stawia się ponad obowiązującym prawem  i blokuje dyfuzję treści popularyzujących istotne elementy polskiej historii współczesnej.

 

Ze względu na powszechność serwisu społecznościowego Facebook działanie takie ma charakter cenzury czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność swobodnego wyrażania myśli i przekonań. Jest to nieuzasadnione naruszenie zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa. CMWP SDP apeluje o zaniechanie takich działań i przywrócenie swobodnego funkcjonowania na Facebooku angielskojęzycznego konta IPN.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa , 8 luty 2021 r.

 

Więcej na ten temat w wywiadzie dyr. Oddziału IPN w Łodzi dra hab Dariusza Roguta dla PAP  TUTAJ 

oraz na stronie  IPN TUTAJ.

Protest CMWP SDP przeciwko blokadzie kanału PCh24 TV na platformie YouTube

CMWP SDP z oburzeniem przyjmuje blokowanie publikacji treści na kanale PCh24TV przez platformę You Tube i apeluje o wstrzymanie takich  arbitralnych decyzji w przyszłości. Zdaniem Redakcji PCh24.pl blokada dotyczyła niepublikowanych wcześniej treści związanych z filmem dokumentalnym „Ich prawdziwe cele” poświęconego tematyce LGBT. Ze względu na powszechność serwisu internetowego YouTube działanie takie ma charakter cenzury czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność swobodnego wyrażania myśli i przekonań. Jest to nieuzasadnione naruszenie zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa.

 

Jak informuje portal PCh24.pl, 2 lutego b.r. kanał telewizji internetowej PCh24TV, której wydawcą jest Stowarzyszenie im. Ks. Piotra Skargi, otrzymał ostrzeżenie o decyzji usunięcia materiałów związanych z filmem „Ich prawdziwe cele”, z powodu „naruszenia wytycznych dla społeczności”. Film ten ukazuje społeczno-polityczne motywy działalności organizacji LGBT. W pierwszym komunikacie wskazano, że z racji tego, iż blokada taka ma miejsce po raz pierwszy, na konto portalu nie zostaną nałożone żadne kary. Ostrzeżenie otrzymasz tylko raz i pozostanie ono na twoim kanale – napisano do redakcji portalu PCh24.pl. Po tym komunikacie administratorzy platormy You Tube zmienili jednak zdanie i na kanale pojawił się drugi komunikat informujący tym razem o blokadzie konta na siedem dni. Nie możesz przesyłać filmów, publikować postów ani publikować na żywo przez tydzień – napisano. Jest to pierwsze z trzech ostrzeżeń, drugie potrwa 2 tygodnie, a trzecie ostrzeżenie skutkuje usunięciem całego kanału. Po 7 dniach kanał telewizji PCh24Tv  na platformie YouTube został przywrócony, ale kontrowersyjny mechanizm blokady cenzorskiej był faktem.

 

CMWP SDP przypomina, iż usuwanie treści z portali społecznościowych bez wskazania konkretnych przykładów naruszenia regulaminu serwisu i bez realnej możliwości szybkiego odwołania się od tych decyzji narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa. Jest to działanie przeciwko wolności słowa i przeciwko wolności mediów. Należy przy tym podkreślić, że cenzura prewencyjna jest w Polsce konstytucyjnie zakazana i jest niedopuszczalna także w świetle Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co wielokrotnie potwierdzał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 5 luty 2021 r.

 

Więcej na ten temat : https://www.pch24.pl/ich-prawdziwe-cele

https://www.pch24.pl/nasza-odpowiedz-na-blokady-youtubea–pch24tv-z-wlasna-platforma-,81830,i.html

https://www.pch24.pl/wracamy-po-banie–i-to-z-niespodzianka–ogladaj-nasz-program,81821,tv.html

WOJCIECH POKORA: Stop Fake czyli jak się zwalcza propagandę

Czwarty rok Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich realizuje projekt Stop Fake – przeciwdziałanie rosyjskiej dezinformacji. Od kilku lat w Polsce działa grupa dziennikarzy, która codziennie monitoruje media i sieci społecznościowe pod kątem wyszukiwania i weryfikowania pojawiających się w nich elementów rosyjskiej propagandy. W ostatnim roku temat fake newsów stał się bardzo popularny, narodziło się kilka nowych, bardzo potrzebnych inicjatyw, w międzyczasie kilka inicjatyw niestety też upadło, jednak my trwamy na posterunku i rozwijamy nasz program. Jak to działa?

 

Generalnie określenie na czym polega praca w Stop Fake, to pokazanie warsztatu każdego dziennikarza. Bo praca przy weryfikacji dezinformacji i manipulacji w przestrzeni medialnej polega dokładnie na tym, na czym polega praca dziennikarza, czyli na zbieraniu i weryfikowaniu informacji – sprawdzamy, czy to co usłyszeliśmy, co udało nam się dowiedzieć od informatorów lub to co właśnie przeczytaliśmy jest prawdą. Tylko tyle i aż tyle. Bo bardzo często dziennikarze w pogoni za sensacją i za cytowalnością (bo skoro pierwszy podam wiadomość to moje nazwisko pojawi się w cytatach) zapominają o weryfikacji informacji. Zastępują ją wytrychem – podają np. jedno źródło. Ktoś (polityk, celebryta, często nawet anonimowy internauta, kryjący się pod pseudonimem) podał sensację, dziennikarz ją cytuje i kolportuje, uznając, że jest kryty bo ma screen lub nagranie wypowiedzi. Przecież to przeczy zasadzie rzetelności. I rodzi fake newsy.

 

Zatem w pierwszej kolejności weryfikujemy informacje. Gdy to się uda i uznamy, że wiadomość jest prawdziwa możemy ją publikować. A co jeśli nie jest? Oczywiście nie publikujemy ale czy zostawiamy temat? Nie. W tym momencie zaczyna się druga część pracy weryfikatorów propagandy i dezinformacji. Gdy rozpoznamy fake newsa sprawdzamy jego źródło. Podobnie gdy trafi do nas nieprawdziwa, sensacyjna informacja, warto się zastanowić, dlaczego do nas trafiła i z jakiego źródła. Odpowiedź na to pytanie może nam wiele powiedzieć na temat naszych informatorów, a niekiedy i na temat naszego dziennikarstwa. Dlaczego ktoś uznał, że należy nas zmanipulować? Bo puszczamy bzdury bez weryfikacji? Może tak być. A może dlatego, że czyta nas jego grupa docelowa i gdy uda się dzięki nam przemycić sfałszowany przekaz, zmanipuluje się gremium do którego inną drogą trudno dotrzeć? Warto to sprawdzić, dla siebie samych. Stop Fake kładzie nacisk właśnie na tę weryfikację. Dlaczego ktoś manipuluje i skąd pochodzą fałszywe informacje. Do jakiej grupy odbiorców były skierowane i co było ich celem. Tym zajmuje się nasz zespół.

 

Po kilku latach można już stawiać pewne diagnozy. Propaganda i dezinformacja obliczona jest przede wszystkim na dzielenie społeczeństwa i na wprowadzenie zamętu. To jest jej główny cel bez względu na to, jaki przekaz jest aktualnie wykorzystywany i przez kogo. Celem nadrzędnym jest wzbudzenie chaosu i podważenie zaufania do autorytetów (osób i instytucji). Co jest antidotum na dezinformację? Informacja. Prawda. A o nią troszczyć powinien się każdy dziennikarz, nie tylko ten, który weryfikuje propagandę w ramach jakiegoś projektu. Do tego, by nie stać się rozsadnikiem czyjejkolwiek propagandy ważne jest, by w pracy kierować się zasadami. Dziennikarstwo bez żadnych zasad staje się bowiem anarchią a dezinformacja jest jej chlebem powszednim. W imię kilkuminutowej sławy idzie się wówczas na różne kompromisy, także te, którym z prawdą nie jest po drodze. Dlatego warto od czasu do czasu odświeżyć sobie kodeks etyki dziennikarza. Tak na wszelki wypadek, by nadal być dziennikarzem a nie rozsadnikiem obcej propagandy.

 

 

UOKiK wydał zgodę na przejęcie Polska Press przez PKN Orlen

Planowana koncentracja nie wpłynie na konkurencję na rynku wydawniczym prasy lokalnej, na której jest obecna Polska Press – uznał prezes Urzędu Ochrony Konsumentów i Konkurencji Tomasz Chróstny i wydał zgodę na sfinalizowanie zakupu wydawcy gazet i portali lokalnych przez PKN Orlen.

 

Wniosek o zgodę na transakcję wpłynął do UOKiK 10 grudnia 2020 roku, jak czytamy w komunikacie, który pojawił się w piątek na stronie urzędu, prezes tej instytucji, w oparciu o wiedzę oraz dostarczone przez strony informacje, a także po analizie rynku i możliwych konsekwencji przejęcia, wydał zgodę na dokonanie koncentracji.

 

– Planowana koncentracja nie wpłynie na konkurencję na rynku wydawniczym prasy lokalnej, na której jest obecna Polska Press, a nie był dotychczas obecny PKN Orlen. Zmianie ulegnie wyłącznie właściciel spółki Polska Press, zaś udziały rynkowe poszczególnych jego uczestników pozostają bez zmian. Po starannej analizie zebranych materiałów i ocenie skutków rynkowych połączenia spełnione zostały kryteria do wydania bezwarunkowej zgody dla koncentracji spółek PKN Orlen i Polska Press powiedział Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.

 

Jak podkreślono, prezes UOKiK oparł ocenę skutków koncentracji m.in. na informacjach i danych zebranych w trakcie postępowania, w tym dostarczonych przez strony transakcji oraz od podmiotów konkurujących z Ruch (spółka ta należy do Orlenu) i będących kontrahentami Polska Press. Przeanalizowano również materiały otrzymane w związku z prowadzonym postępowaniem, m.in. przesłane przez Helsińską Fundację Praw Człowieka, Towarzystwo Dziennikarskie czy Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

– W przypadku tej koncentracji otrzymaliśmy różne stanowiska niezwiązane z naszymi kompetencjami. Część z nich wyrażała obawę, że w wyniku koncentracji mogłoby dojść do zagrożenia pluralizmu mediów czy ograniczenia wolności słowa. Zgodnie z prawem jedyną przesłanką, w oparciu o którą Prezes UOKiK może zakazać dokonania koncentracji, jest istotne ograniczenie konkurencji, oceniane w oparciu o jasno określone i mierzalne kryteria gospodarcze. Prezes UOKiK w zakresie swojej działalności orzeczniczej jest niezależny i nie może kierować się sugerowanymi kryteriami przy prawnej i merytorycznej ocenie koncentracji – zarówno tej, jak i każdej innej. Nie może być zatem mowy o posługiwaniu się w postępowaniu koncentracyjnym subiektywnymi i bliżej niezdefiniowanymi w prawie antymonopolowym kryteriami czy kategoriami pojęciowymi. Uwzględnienie tego typu kryteriów stanowiłoby złamanie prawa. Postępowania w zakresie kontroli koncentracji realizujemy zawsze w oparciu o dogłębną ocenę merytoryczną i wypracowany warsztat metodologiczny, nie ulegając przy tym jakiejkolwiek presji zewnętrznej czy emocjom – tłumaczył Tomasz Chróstny.

 

opr. jka, źródło: UOKiK

MIROSŁAW USIDUS: „Mowa nienawiści” pałką na inaczej myślących

Internetowe forum drobnych graczy giełdowych z redditowej grupy r/WallStreetBets umawiając się na zbiorowy zakup akcji firmy GameStop, nie tylko wywindowało wartość tego sprzedawcy gier, ale doprowadziło do wielomiliardowych strat giełdowych rekinów. Nagle serwer giełdowych rewolucjonistów na platformie Discord został zablokowany. Powód? „Mowa nienawiści”.

 

Nie chcę się rozpisywać o przecudnej skądinąd operacji na akcjach GameStop. W mediach można znaleźć sporo analiz na ten temat. Mnie w tym wszystkim zaciekawiło, że strona bronionej przez drobnych inwestorów firmy została zablokowana (czyżby Amazon, który niedawno wyłączył konkurującego z kumplem z Big Tech, Twitterem, nieszczęsnego Parlera?) a fora rewolucjonistów giełdowych zaczęły mieć kłopoty cenzuralne. Bogacze z funduszy hedgingowych, którzy zebrali w akcji GameStop srogie baty być może są w ten czy innych sposób powiązani z Amazonem, Discordem, Redditem. Być może. To trochę teorie spiskowe, ale nagromadzenie dziwnych zjawisk w tej sprawie jest, hmm… dziwne.

 

Jednak mnie najbardziej w tej historii zafrapował fakt, że zbuntowanym graczom giełdowym, którzy zrobili wielkie kuku cwaniakom z Wall Street, zarzuca się „mowę nienawiści”.

 

Nie lubisz władzy Maduro – jesteś hejterem

 

Walka z „mową nienawiści” w Wenezueli jest mało zaawansowana technicznie. Cele są identyfikowane nie przez oprogramowanie śledzące lub inne technologie, ale przez osoby popierające reżim i rządowych pracowników technicznych, którzy wskazują prokuratorom niezgodne z prawem wpisy w mediach społecznościowych lub wiadomości tekstowe. Czyli wystarczy donos czujnych politycznie zwolenników przeciwnej opcji.

 

Wenezuelska ustawa o zwalczaniu „mowy nienawiści” to niejako „wzorzec metra” mętnych, mglistych i pozbawionych jasnych definicji przepisów w tej dziedzinie. I zarazem wzorcowy przepis na to, jak stworzyć eldorado walki politycznej z kim tylko ma się ochotę i nas w danym momencie denerwuje. Sześć stron i 25 artykułów ustawy to w większości pompatyczna tyrada o pokoju, tolerancji, demokracji i innych wartościach, które rzekomo ma chronić. Przepisy nie precyzują, jakie działania, wypowiedzi czy inne zachowania stanowią „mowę nienawiści”. Ale o to właśnie chodzi. Takie prawo jest dla reżimu najlepsze. Prokuratorzy i sędziowie stojący po stronie Maduro mają swobodę w oskarżaniu o nienawiść, jeśli tylko uznają to za stosowne.

 

Przez pierwsze lata przepisy te stosowane były rzadko. Jednak liczba przypadków „mowy nienawiści” zaczęła szybko rosnąć, gdy nadeszła pandemia i okazało się, że państwo Maduro całkowicie sobie z nią nie radzi. Ludzie zaczęli to władzy wytykać i krytykować nieudolność, brak organizacji, chaos, na co władza, czyli prokuratura zareagowała serią oskarżeniem o „szerzenie nienawiści”.

 

VKontakte inwigiluje jak Facebook

 

W Rosji od lat komentatorzy z mediów społecznościowych, którzy krytykują rosyjską politykę, w tym zwłaszcza aneksję Krymu, są więzieni za „podżeganie do nienawiści”. W 2016 r. agencja Associated Press donosiła, że w poprzednim roku w Rosji skazano za „mowę nienawiści” co najmniej 233 osoby, w porównaniu z 92 w 2010 roku. Co najmniej 54 osoby trafiły w tamtym okresie za to do więzienia.

 

Podobnie jak w Wenezueli swobodę w określaniu, co stanowi „mowę nienawiści”, daje rosyjskiemu wymiarowi sprawiedliwości niejasność prawa. Ustawa z 2002 roku delegalizuje ekstremizm, rozumiany jako czyny zagrażające bezpieczeństwu narodu, jak również czyny gloryfikujące terroryzm lub rasizm. W praktyce oznacza to, że „mowa nienawiści” jest również uważana za przejaw ekstremizmu. W 2014 roku, w którym Rosja zaanektowała Krym, Putin podpisał poprawioną wersję ustawy, zaostrzającą restrykcje przeciwko ekstremizmowi. Jedna z poprawek zwiększyła kary za akty ekstremizmu bez użycia przemocy, czyli w tamtejszym rozumieniu także „mowę nienawiści”.

 

Jednym ze skazanych za „mowę nienawiści” był Andriej Bubiejew. W rosyjskim portalu społecznościowym VKontakte udostępniał treści krytyczne wobec Rosji, w tym filmy, które określały Rosję jako agresora. Został skazany na rok więzienia. Kilka tygodni po tym wyroku, Bubiejew został oskarżony o podważanie integralności terytorialnej Rosji, ponieważ udostępnił artykuł zatytułowany „Krym to Ukraina”. Bubiejew był zaskoczony, że został oskarżony z powodu swoich akcji w mediach społecznościowych. Treści na jego koncie nie były widoczne dla ogółu społeczności, a jedynie dla dwunastu znajomych dzięki ścisłym ustawieniom prywatności. Prawnik Bubiejewa sugerował, że rosyjskie władze mogły dowiedzieć się o jego postach tylko dlatego, że zostały o nich poinformowane przez administrację VKontakte.

 

Grupy broniące praw człowieka w Rosji donosiły, że około połowa wszystkich wyroków skazujących za mowę nienawiści w sieci jest związana z wpisami na VKontakte, a serwis ten może być bardziej skłonny do współpracy z rosyjską policją niż media społecznościowe należące do innych krajów. Założyciel VKontakte Paweł Durow sprzedał witrynę i opuścił kraj w 2014 roku, po tym jak znalazł się pod presją rosyjskich służb, aby udostępnił dane osobowe użytkowników, którzy byli związani z protestami przeciw wojnie na Ukrainie. VKontakte jest obecnie kontrolowany przez rosyjskiego miliardera Aliszera Usmanowa, o którym mówi się, że jest blisko Putina.

 

Czy użytkownicy Facebooka mogą patrzyć na to z wyższością? Nie bardzo. Po pierwsze Facebook ściśle inwigiluje „prywatną” komunikację, także w komunikatorze Messenger, cenzurując ja na żywo, o czym niedawno miałem okazję się przekonać i to opisać. Po drugie, jak wynika z niedawnych doniesień, lobbyści Facebooka lokują się „blisko” nowej administracji w USA, zajmując różne ważne stanowiska. Czy więc w razie czego nie będą udostępniać władzom amerykańskim informacji o „mowie nienawiści”, czyli krytyce prezydenta Bidena, nawet w grupach i rozmowach prywatnych?

 

Że demokracja, prawo, konstytucja. Jeśli uświadomimy sobie, że konstytucja Rosji gwarantuje wolność myśli i wypowiedzi oraz, a jakże, zakazuje cenzury, a Rosja jest stroną kilku traktatów międzynarodowych, które nakładają na rządy zobowiązania prawne do ochrony wolności słowa i informacji, a także przypomnimy sobie, że skierowane przeciw „mowie nienawiści” prawo wenezuelskie również jest pełne frazesów o wolności i demokracji, to zaczynamy z rezerwą patrzyć na wszystkie spisane przez prawodawców akty.

 

Nie zgadzam się z tobą, więc jesteś hejterem

 

We wrześniu 2019 roku pisałem na portalu SDP o innym przykładzie instrumentalnego korzystania z oskarżeń o „mowę nienawiści” – Etiopii, gdzie w atmosferze zamachu stanu odcięto dostęp do sieci 98 procentom mieszkańców. Wcześniej nowy rząd Etiopii z premierem Abiyem Ahmedem zliberalizował rynek mediów. Dziennikarze odbywający kary więzienia zostali uwolnieni, a setki stron internetowych, blogów i kanałów telewizji satelitarnej zostało odblokowanych. Jednak wkrótce pojawiły się wątpliwości. Wolność słowa jednak zaczęła być szybko krytykowana, gdyż w internecie pojawili się liczni „podżegacze” do waśni plemiennych.

 

Wielu Etiopczyków uważało, że rząd powinien zająć się w pierwszej kolejności nawołującymi do przemocy i ich uciszyć. Ostatecznie skończyło się, jak wyżej wspomniałem, na uciszeniu wszystkich Etiopczyków. Władze wprowadziły przepisy uznające „mowę nienawiści” za przestępstwo, co, zdaniem obserwatorów doprowadzi do masowej inwigilacji i ścisłego monitorowania mediów społecznościowych przez policję.  Wprowadzone w marcu 2020 r. w Etiopii przepisy dotyczące zwalczania „mowy nienawiści” były i są nadal szeroko krytykowane przez organizacje walczące o wolność słowa, między innymi przez brytyjską organizację Article 19.

 

Czy jednak sama Wielka Brytania nie zaczyna mieć pewnego problemu z nadużywaniem haseł walki z „mową nienawiści”, co prowadzi do tłamszenia swobody wypowiedzi.

 

W Anglii i Walii oraz Szkocji od 1986 r. obowiązuje „Ustawa o porządku publicznym”, która zabrania m. in. wyrażania nienawiści rasowej, która jest zdefiniowana jako nienawiść wobec grupy osób z powodu koloru skóry, rasy, narodowości (w tym obywatelstwa) lub pochodzenia etnicznego lub narodowego tej grupy.

 

Przepisy te zostały w Wielkiej Brytanii uzupełnione przepisami „Ustawy o sprawiedliwości karnej i porządku publicznym” z 1994 r. o wzbudzaniu niepokojów. Kolejną zmianą i uzupełnieniem przepisów z 1986 roku była „Ustawa o nienawiści rasowej i religijnej” z 2006 r. Czytamy w niej m. in.: „Osoba, która używa słów lub zachowań zawierających groźby lub wyświetla jakiekolwiek materiały pisemne zawierające groźby, jest winna popełnienia przestępstwa, jeśli zamierza w ten sposób podsycać nienawiść religijną”. Są niej również sformułowania mające chronić wolność słowa: „Nic w tej części nie będzie odczytywane lub wprowadzane w sposób, który zakazuje lub ogranicza dyskusję, krytykę lub wyrażanie antypatii, niechęci, wyśmiewania, obrażania lub znieważania poszczególnych religii lub przekonań lub praktyk ich wyznawców, lub jakiegokolwiek innego systemu wierzeń lub przekonań lub praktyk jego wyznawców, lub prozelityzmu lub nakłaniania wyznawców innej religii lub systemu wierzeń do zaprzestania praktykowania ich religii lub systemu wierzeń”.

 

W kolejnym akcie prawnym z 2008 r. zmieniono część ustawy o porządku publicznym z 1986 r., dodając przestępstwo podżegania do nienawiści ze względu na orientację seksualną. Wszystkie przestępstwa tego rodzaju dotyczą następujących czynów: używanie słów, zachowań lub prezentowanie materiałów pisemnych, publikowanie lub rozpowszechnianie materiałów pisemnych, publiczne wystawianie sztuki teatralnej, rozpowszechnianie, pokazywanie lub odtwarzanie nagrań, nadawanie lub włączanie programu do programu oraz posiadanie materiałów podżegających. W przypadku nienawiści na tle przekonań religijnych lub orientacji seksualnej, odnośny czyn (mianowicie słowa, zachowanie, materiały pisemne, nagrania lub program) musi być groźny, a nie tylko obraźliwy lub znieważający.

 

A jak w praktyce wyglądała brytyjska walką z „mową nienawiści”?

 

W 2001 roku Harry Hammond, ewangelista, został aresztowany i oskarżony na podstawie przepisów ustawy o porządku publicznym z 1986 roku, ponieważ wystawił w miejscu publicznym w Bournemouth duży znak z napisem „Jesus Gives Peace, Jesus is Alive, Stop Immorality, Stop Homosexuality, Stop Lesbianism, Jesus is Lord” (z ang. „Jezus daje pokój, Jezus żyje, Stop niemoralności, Stop homoseksualizmowi, Stop lesbijstwu, Jezus jest Panem”). W kwietniu 2002 r. sędzia pokoju ukarał go grzywną w wysokości 300 funtów i nakazał mu zapłacić koszty w wysokości 395 funtów.

 

W 2006 r. Stephen Green został aresztowany w Cardiff za rozprowadzanie broszur, w których aktywność seksualną między osobami tej samej płci nazwano grzechem. Na szczęście dla niego odstąpiono od procesu. Z podobnego powodu cztery lata później w Workington w Kumbrii policja aresztowała kaznodzieję Dale’a McAlpine’a, również powodem było twierdzenie, że zachowania homoseksualne są grzechem.

 

A więc jeszcze w ubiegłej dekadzie brytyjski wymiar sprawiedliwości bronił wolności słowa. Wydaje się jednak, że w ostatnim okresie jest to traktowanie stopniowo z coraz mniejszą pobłażliwością. Przykładem jest stosunkowo surowa kara dla dowcipnisia, który nauczył swojego psa „hajlować” i pokazywał to na YouTube albo kara dla nastolatki, która na Instagramie zacytowała fragment piosenki murzyńskiego, co istotne, rapera Snoop Doga, w której przewija się słowo „nigga”. Oba przypadki nie za bardzo odnosiły się do prawa o „mowie nienawiści”, pierwszy był po prostu głupim dowcipem, a w drugim intencja dziewczyny była zupełnie przeciwna niż przekazy rasistów. Niepokojąca jest więc tendencja do rozciągania definicji „mowy nienawiści”, co ostatecznie uderza w wolność słowa.

 

Przykładem, że pojęcie „mowa nienawiści” nie znaczy nic, niech będzie historia Mike’a McCullocha, wykładowcy matematyki na Uniwersytecie w Plymouth, który został wezwany na dywanik przez hunwejbinów ze swojej uczelni za polubienia Twitterze słów „All Lives Matter”. Tak oto McCulloch został oskarżony o „mowę nienawiści” za polubienie humanistycznego hasła o poszanowaniu życia wszystkich ludzi. Inny przykład bolszewickiego szaleństwa to oskarżenie feministki Posie Parker również o „mowę nienawiści” za to, że zainicjowała na Change.org petycję domagającą się od Oxford English Dictionary zachowanie w definicji „kobiety” w słowniku, w kształcie opisującym ją jako istotę ludzką płci żeńskiej.

 

Niepokoje o wolność słowa, której na Wyspach Brytyjskich zagraża coraz większa gorliwość frontu walki z „hejtem” narastają. W ostatnich miesiącach pojawiły się w tamtejszej debacie publicznej kontrowersje związane z sugestiami, aby walką z „mową nienawiści” objąć prywatność mieszkań i toczonych w nich rozmów rodzinnych czy koleżeńskich. Zdaniem krytyków możliwość wyłączenia sfery prywatności domowej z ustawodawstwa karnego została ukryta w liczącym ponad pół tysiąca stron opracowaniu komisji prawnej rządu brytyjskiego na temat „przestępstw z nienawiści” opublikowanym we wrześniu ub. roku. Prawodawcy od razu zaprzeczyli, ale środowiska broniące wolności wypowiedzi podtrzymują opinię, że objęcie domowych rozmów kontrolą pod kątem „mowy nienawiści” logicznie wynika z propozycji zmian w przepisach.

 

Zarzuty szermowania hasłami walki z „mową nienawiści” w celu prowadzenia walki politycznej pojawiły się również w sąsiedniej Irlandii. W grudniu 2020 r. minister sprawiedliwości Helen McEntee przedstawiła projekt nowych irlandzkich przepisów dotyczących tzw. przestępstw z nienawiści. Jakoś dziwnie nowe (i tradycyjnie mętne) przepisy o zwalczaniu „mowy nienawiści” zbiegają się ze wzrostem popularności prawicowej opozycji i tracenia popularności przez wstrząsaną skandalami korupcyjnymi, pedofilskimi i równymi innymi, koalicje rządzącą. Mamy więc kolejny przykład instrumentalnego sięgnięcia po prawo zaostrzające walkę z „mową nienawiści” przez polityków walczących z innymi politykami. Wenezuela, Etiopia, Irlandia – wszędzie oskarżenia o „mowę nienawiści” są pałką na inaczej myślących. Różnica bardziej ilościowa niż jakościowa.

 

Szwecja: wolność słowa przysługuje tym, których my wskazujemy

 

Do grona krajów sięgających po tę pałkę należy oczywiście również Szwecja. Władze tego kraju charakteryzują się przy tym fascynującą wręcz hipokryzją. Ale po kolei…

 

Szwedzkie organy ścigania, zapewne z nadmiaru wolnego czasu po tym jak zostały wypędzone ze stref „no-go” w miastach, w maju 2017 r. dokonały inwazji na siedemdziesięcioletnią kobietę z Dalarny, której przedstawiono zarzut dokonania zbrodni „mowy nienawiści”. A co zrobiła? Ano opisała na Facebooku co widziała, czyli migrantów defekujących na ulicach i podpalających samochody.

 

Według szwedzkiej prokuratury, kobieta „wyraziła na Facebooku lekceważący pogląd na temat uchodźców”. Została oskarżona o to, że na początku lipca 2015 roku weszła na stronę mediów społecznościowych, aby zamieścić „uwłaczający” post. Prokuratorzy stwierdzili, że wpis kobiety naruszał krajowe prawo o podżeganiu do nienawiści rasowej (Hets mot folkgrupp, HMF), przestępstwo, za które grozi kara do czterech lat pozbawienia wolności. Oskarżona przyznała się do napisania postu, ale zaprzeczyła, że popełniła jakikolwiek czyn karalny.

 

Aresztowanie emerytki wzburzyło wiele osób. Ludzie bronili jej, wskazując jednocześnie  jak daleko jest praktyka stosowania tego prawa od tego co było pierwotnym założeniem HMF. Intencją bowiem tych przepisów było „zapobieganie propagandzie politycznej na dużą skalę” skierowanej przeciwko grupom etnicznym. Ustawodawca miał na myśli tu zapobieganie sytuacjom podobnym do tego, co działo się w latach 30-tych w Niemczech. Tymczasem używa się tego do ścigania starszych pań narzekających na imigrantów robiących kupę na ulicy.

 

Zwracano uwagę na rażącą hipokryzję szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości. Gdy bowiem szef policji w Göteborgu, Erik Nord, po ataku terrorystycznym islamistów w Sztokholmie zasugerował deportację radykalnych muzułmanów, którzy publicznie wypowiadają przekazy pełne nienawiści, szwedzki minister sprawiedliwości Morgan Johansson odrzucił taki pomysł powołując się na… wolność słowa. „Mamy w Szwecji wolność słowa. Oznacza to, że ludzie mają prawo do głoszenia odstręczających opinii” –  powiedział Johansson. Jednocześnie zasugerował, że Nord przekroczył granice wolności słowa, domagając się deportacji muzułmanów.

 

Czego nie rozumiecie w szwedzkiej dialektyce „wolności słowa” i „mowy nienawiści”?

 

Hejterka Safona

 

Ideologia walki z hejtem i „mową nienawiści”, jak o tym była mowa wcześniej ma tendencję do rozdymania pojęć. Przy mętnym, „wenezuelskich” definicjach prawnych i politycznym fanatyzmie zamienia się w brutalne zwalczanie nie tylko już przeciwników politycznych, ale w ogóle wszystkich mających niezależne spojrzenie i wygłaszających niewygodne poglądy, nawet tych z sercem po lewej stronie.

 

Ilustruje to przykład amerykańskiej prawniczki i działaczki Heather Lynn Mac Donald, która publicznie głosi, że protesty „Black Lives Matter” skłoniły policję do wycofania się z dzielnic o wysokiej przestępczości, a to doprowadziło do gwałtownego wzrostu liczby zabójstw w okolicach zamieszkałych przez czarnoskórych. Choć jej twierdzenia są poparte twardymi danymi, musiała w swoim czasie zostać ewakuowana z Claremont McKenna College w Kalifornii samochodem policyjnym. Wściekli protestujący twierdzili, że udzielenie jej głosu było aktem „przemocy”, który odmawiał „czarnym ludziom prawo do istnienia”. Z pewnością zabójcy w niebezpiecznych dzielnicach szanują prawo do istnienia tych ludzi.

 

Wielu radykałów twierdzi, że słowa są „przemocą”, jeśli oczerniają grupy znajdujące się w (ich zdaniem) niekorzystnej sytuacji. Niektórzy dodają, że każdy, kto pozwala wyrażać takie „obraźliwe” poglądy, aprobuje te poglądy. Prowadzi to do absurdalnych konfliktów i konfrontacji. Niedawno np. w Reed College w Portland, w stanie Oregon, została okrzyczana „antyczarną” lesbijska wykładowczyni Lucia Martinez Valdivia, za to, że cytowała Safonę, „białą poetkę”. „Faszystą” można być obecnie na amerykańskim kampusie nazwanym za cokolwiek. Nic dziwnego, że większość ludzi niechętnie wyraża swoje poglądy, a to co naprawdę myśli, zachowuje dla siebie, czyli wolność słowa jest dławiona, niczym w komunie, gdy poza zaufanym gronem pewnych rzeczy bezpieczniej było nie mówić.

 

W USA najniebezpieczniejszymi minami są kwestie rasowe. W Wielkiej Brytanii lepiej z kolei nie odzywać się na temat transseksualizmu. Nie tak dawno rada Miasta Leeds zabroniła Woman’s Place uk, grupie feministek, organizacji spotkania, ponieważ działacze organizacji rozmytych płciowo oskarżyli kobiety o „transfobię”, jedną z najstraszliwszych ( w rozumieniu hunwejbinów marksizmu kulturowego) form „mowy nienawiści” i „hejtu” jaką tylko niewolnicy poprawności politycznej mogą sobie wyobrazić. Feministki zgodnie ze zdrowym rozsądkiem nie uważają, że samo powiedzenie „jestem kobietą”, czyni biologicznego mężczyznę kobietą i daje mu np. prawo wstępu do miejsc przeznaczonych tylko dla kobiet, takich jak przebieralnie i schroniska ofiar gwałtów.

 

W krajach takich jak Wielka Brytania z „hejtem”, czyli niedostatecznie entuzjastycznymi wypowiedziami na temat przedstawicieli środowiska LGBTQ, walczy się już prawie tak samo surowo jak w Afryce – wkraczają organy państwa. Chyba, że jest się Martiną Navrátilovą, wtedy kończy się na kampanii hej… przepraszam, ta strona nie „hejtuje”, ona „wyraża uzasadnione oburzenie”.

 

„Niemal niemożliwe jest przeprowadzenie swobodnej debaty. Nigdy czegoś takiego nie widziałam” – komentowała Ruth Serwotka, współzałożycielka Woman’s Place uk. Jej organizacja zwołuje spotkania z zaledwie kilkugodzinnym wyprzedzeniem, aby unikać agresji ze strony LGBTQ. Feministki, które kwestionują „samoidentyfikację płci” narażają się na groźby gwałtu lub śmierci. Niektóre były ofiarami zorganizowanych kampanii mających na celu wyrzucenie ich z pracy, pozbawienie dostępu do Twittera lub aresztowanie. W marcu, na przykład, Caroline Farrow, katolicka dziennikarka, została przesłuchana przez brytyjską policję po tym, jak ktoś skarżył się, że użyła złego zaimka do opisania transseksualnej dziewczyny. Inna feministka, 60-letnia Maria MacLachlan, została pobita przez transseksualną aktywistkę w Speakers’ Corner w Londynie, miejscu, które symbolizuje wolność słowa.

 

Destrukcja

 

Prezydent USA George Washington powiedział kiedyś: „…wolność słowa może zostać nam odebrana, a my, niemi i milczący, możemy być prowadzeni, jak owce, na rzeź”. Bez wolności słowa nie można być naprawdę wolnym. Wolność słowa istnieje po to, by chronić mniejszość przed tyranią większości.

 

Sama koncepcja „przestępstwa z nienawiści” wydaje się pustosłowiem. Kradzieże, napady, zabijanie ludzi, to zło niezależnie od tego, co myśli o ofierze dokonujący przestępczego czynu. Dlaczego mamy karać za pobicie surowiej dlatego, że ofiara jest homoseksualistą, Murzynem, białym mężczyzną hetero, muzułmanką czy zakonnicą katolicką. To kłóci się z wpisaną w demokratyczne konstytucje zasadą równości. Nienawiść jest emocją. Złą emocją. Ale ludzie znają wiele innych złych emocji, np. zazdrość. Czy kara za zabójstwo powinna być surowsza, bo zabił np. zazdrosny o żonę mąż?

 

Zagrożenie dla wolności słowa, jakie wynika z szaleństw lewicowej cenzury i instrumentalizowania „mowy nienawiści”, dostrzeli nawet tradycyjnie lewicowi lub „liberalni” intelektualiści, którzy zatrwożeni bezmyślnością i totalitarnymi zapędami agresywnych neomarksistów opublikowali kilkanaście miesięcy temu na łamach „Harper’s Magazine” list w obronie wolności słowa. Na liście sygnatariuszy takie nazwiska jak Noam Chomsky, Wynton Marsalis, J.K. Rowling, Salman Rushdie, Francis Fukuyama, Garry Kasparov, Anne Applebaum.

 

Obecny na tej liście Chomsky pisał kiedyś: „Jeśli nie wierzymy w wolność słowa dla ludzi, którymi gardzimy, nie wierzymy w nią w ogóle”. Zasada wolności słowa chroni opinie niepopularne, głos mniejszości. Tak ją należy rozumieć. Jeśli lewicowi przeciwnicy wolności nie przyjmują do wiadomości, że wcale nie „reprezentują uciśnionych mniejszości”, lecz przez swoją przewagę w opiniotwórczych kręgach i mediach są raczej większością, to ta zasada i tak nie traci na aktualności. Nie chodzi tu o zwalczanie czegokolwiek, ale o ochronę swobodnej wypowiedzi dla każdego.

 

Pisałem wyżej o instrumentalnym traktowaniu pojęcia „mowy nienawiści” przez różnego rodzaju reżimy w celu przysposobienia go do walki z politycznymi przeciwnikami. Ostatecznie działania te jak również rozciąganie definicji na cokolwiek co nie pasuje zachodnim neomarksistom, skończy się ośmieszeniem walki z prawdziwą „mową nienawiści”. Podobnie jak walka z wolnością słowa prowadzona przez Facebooka, Twittera, Google’a i Amazona, już zaczyna prowadzić do tego, że przeróżni kacykowie blokują internet w imię walki z cenzurą Big Tech, często pod hasłami walki o wolność słowa.

 

 

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Komunikacja spotkania – klucz do dziennikarstwa

Spotkanie, bliskość, dialog i nadzieja – to słowa  klucze edukacji medialnej, której od początku swojego pontyfikatu uczy nas, dziennikarzy papież Franciszek. Dla papieża czymś bardzo ważnym jest spotkanie z człowiekiem. A do tego konieczne jest „zdzieranie butów”, jak podkreśla Ojciec Święty w tegorocznym Orędziu na 55. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu.

 

„Chodź i zobacz” (J 1, 46)

 

Jeśli dziennikarstwo ma tworzyć autentyczny przekaz międzyludzki i opowiadać o życiu konkretnego człowieka, to „konieczne jest wyjście z wygodnego przeświadczenia «już to wiem» i wyruszenie, pójście i zobaczenie, bycie z ludźmi, słuchanie, korzystanie z sugestii rzeczywistości, która pod pewnymi względami zawsze będzie nas zaskakiwać” (Orędzie na  55. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu). Papież zwraca uwagę w swoim orędziu na to, że „gatunek wywiadu i reportażu traci miejsce i jakość na rzecz informacji, która się sprzeda, «pałacowej», autoreferencyjnej, która w coraz mniejszym stopniu ukazuje prawdziwy stan rzeczy i konkretne życie ludzi i która nie jest już zdolna uchwycić najpoważniejszych zjawisk społecznych ani pozytywnej energii, uwalniającej się u podstaw społeczeństwa”. A ponadto „kryzys w przemyśle wydawniczym niesie niebezpieczeństwo informacji tworzonych w redakcjach, przed komputerem, w agencjach, w sieciach społecznościowych, bez wychodzenia na ulice, bez «zdzierania butów», bez spotykania osób w celu poszukiwania historii czy zweryfikowania de visu niektórych sytuacji”.

 

„Zdzierać buty” – iść do konkretnego człowieka

 

Wystarczy prześledzić tematy orędzi na Światowy  Dzień Środków Społecznego Przekazu od 2014 r., a łatwo można zauważyć jak ważne dla papieża jest wyjście do drugiego człowieka, jego problemów i spotkanie się z nim. Dla Franciszka komunikacja oznacza przede wszystkim dzielenie się, słuchanie, kulturę spotkania, komunikację bliskości. (Warto sięgnąć po książkę ks. Roberta Nęcka, „Edukacja medialna w nauczaniu społecznym papieża Franciszka”, Kraków 2016). W ujęciu Franciszka komunikacja i miłosierdzie są zadaniem i darem. Komunikowanie się oznacza przyczynianie się do dobrej, wolnej i solidarnej bliskości między dziećmi Boga i braćmi w człowieczeństwie. Już w 2014 r. swoje orędzie papież zatytułował: „Przekaz w służbie autentycznej kultury spotkania”.  Napisał wówczas: „Możemy postawić tę kwestię w następujący sposób: jak przejawia się «bliskość» w posługiwaniu się środkami przekazu i w nowym środowisku, stworzonym przez technologie cyfrowe? Odpowiedź znajduję w przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie, która jest również przypowieścią o człowieku przekazu. Ten, kto przekazuje, staje się bowiem bliźnim. I Miłosierny Samarytanin nie tylko zbliża się do na pół umarłego człowieka, którego widzi przy drodze, ale zajmuje się nim. Jezus odwraca perspektywę: nie chodzi o to, bym uznał, że drugi człowiek jest do mnie podobny, ale o to, żebym ja potrafił stać się podobny do niego. Przekazywać znaczy zatem uzmysławiać sobie, że jesteśmy istotami ludzkimi, dziećmi Boga. Lubię nazywać tę moc przekazu «bliskością»”. I dodał: „Nie wystarcza przechadzać się po cyfrowych «drogach», a więc po prostu połączyć się: trzeba, aby temu połączeniu towarzyszyło prawdziwe spotkanie. Nie możemy żyć sami, zamknięci w sobie”.

 

Temat spotkania i bliskości powrócił w Orędziu w 2015 r. Wówczas papież przypomniał, że przekaz ma dotyczyć rodziny jako uprzywilejowanego miejsca spotkania w bezinteresownej miłości. Kontynuując temat wychodzenia ku człowiekowi, szczególnie cierpiącemu w Orędziu z Roku Miłosierdzia (2016), papież podkreślał, że „komunikacja wymaga pochylenia się nad człowiekiem, aby przekazać mu prawdę, aby go dźwigać w imię miłości bezinteresownej”. Podkreślił wówczas również, że „komunikacja ma moc budowania mostów, sprzyjania spotkaniu i integracji, ubogacając w ten sposób społeczeństwo. Jak to dobrze, gdy widzimy osoby zaangażowane w staranne dobieranie słów i gestów, ażeby przezwyciężyć nieporozumienia, uleczyć zranioną pamięć i budować pokój oraz zgodę. Słowa mogą przerzucać mosty między ludźmi, rodzinami, grupami społecznymi, narodami. Jest to możliwe zarówno w przestrzeni fizycznej, jak i cyfrowej. Dlatego słowa i działania powinny nam pomóc wyjść z zaklętego kręgu potępień i zemsty, które stale wpędzają w matnię osoby i narody, prowadzące do wyrażania się przesłaniami nienawiści. Natomiast słowo chrześcijanina stawia sobie za cel spowodowanie rozwoju komunii i nawet jeśli musi zdecydowanie potępić zło, stara się nie zrywać relacji i komunikacji”.

 

Orędzia w kolejnych latach jeszcze mocniej wskazywały na temat komunikacji jako spotkania z drugim człowiekiem. W 2019 r. Franciszek zaapelował o to, aby przejść od wirtualnych wspólnot społecznościowych do wspólnot ludzkich. Natomiast w 2020 r. przypomniał, że „życie staje się historią” i zachęcił dziennikarzy do tworzenia mądrych i pięknych historii. Papież ciągle przypomina, że dziennikarstwo ma służyć dobru człowieka. Ma pomóc ludziom leczyć rany, a nie zadawać nowe, jeszcze boleśniejsze.

 

Nie być widzami

 

W tym roku papież Franciszek przypomina, że „jeśli nie otworzymy się na spotkanie, pozostaniemy widzami z zewnątrz, pomimo technologicznych innowacji, które mogą stawiać nas wobec rzeczywistości poszerzonej, w której, jak się nam wydaje, jesteśmy zanurzeni. Każde narzędzie jest użyteczne i cenne tylko wtedy, gdy skłania nas do pójścia i zobaczenia rzeczy, o których inaczej byśmy nie wiedzieli, gdy umieszcza w sieci informacje, które w innym przypadku nie znalazłyby się w obiegu, gdy umożliwia spotkania, do których inaczej by nie doszło”.

 

Jeśli chcemy prawdziwie opowiedzieć rzeczywistość, to musimy mieć w sobie zdolność do „pójścia tam, dokąd nikt nie idzie – ruszenia się i pragnienia zobaczenia”.  Papież równocześnie dostrzega odwagę i pracę dziennikarzy w opowiadaniu o tym wszystkim, co się dzieje we współczesnym świecie. „Musimy dziękować za odwagę i zaangażowanie wielu profesjonalistów – dziennikarzy, operatorów filmowych, montażystów, reżyserów, którzy często pracują z wielkim narażeniem – za to, że dziś znamy, np., trudną sytuację mniejszości prześladowanych w różnych częściach świata; że zostały ujawnione wielkie nadużycia władzy i niesprawiedliwość wobec ubogich i wobec stworzenia; że wiele zapomnianych wojen zostało opowiedzianych. Byłoby wielką stratą, nie tylko dla informacji, ale dla całego społeczeństwa i demokracji, gdyby zabrakło tych głosów – zubożeniem dla naszego człowieczeństwa”.

 

Zdaniem papieża, zasada ewangeliczna: „chodź i zobacz” odgrywa ważną rolę  w obecnym czasie pandemii. „Istnieje niebezpieczeństwo opowiadania o pandemii, jak i o każdym kryzysie, tylko z punktu widzenia świata najbogatszego, prowadzenia «podwójnej rachunkowości»”. Ogromne możliwości w przekazie informacji dają nam sieci i technologia cyfrowa. „Potencjalnie wszyscy możemy stać się świadkami wydarzeń, które w przeciwnym razie zostałyby pominięte przez media tradycyjne, możemy wnieść nasz obywatelski wkład, ujawnić więcej historii, również pozytywnych. Dzięki sieci mamy możliwość opowiedzenia tego, co widzimy, tego, co dzieje się na naszych oczach, podzielenia się świadectwami” – podkreśla papież i równocześnie zauważa, że „stały się już jednak oczywiste dla wszystkich również zagrożenia związane z komunikacją social, pozbawioną weryfikacji. Już od dawna wiemy o tym, że wiadomości, a nawet obrazy są łatwe do zmanipulowania, z wielu powodów, czasem jedynie przez banalny narcyzm”.

 

A zatem w dziennikarstwie najważniejsze pozostają: prawda, fakty i konkretny człowiek. Jak napisał św. Augustyn, którego cytuje papież Franciszek: „W naszych rękach są książki, w naszych oczach fakty”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

 

 

 

 

 

 

 

 

Niemcy: 252 ataki na pracowników mediów w 2020 roku

W Niemczech wzrosła liczba ataków na dziennikarzy. W 2020 roku takich ataków było ponad dwukrotnie więcej niż w latach poprzednich – tak wynika z najnowszych oficjalnych danych rządu federalnego. Odnotowano 252 incydenty, podczas gdy w roku 2018 było ich 93, a w 2019 roku 104.

 

Dane są uważane za szokujące, ale nie zaskakujące. W dużej mierze można je wyjaśnić gwałtownym wzrostem demonstracji przeciwko rządowym restrykcjom nakładanym w związku z pandemią COVID-19. Dziennikarze podejmują coraz większe ryzyko relacjonując demonstracje – niemiecka policja nie jest w stanie zapewnić im wystarczającej ochrony. Punktem kulminacyjnym w minionym roku była demonstracja Querdenken 7 listopada w Lipsku, podczas której protestujący i policjanci uniemożliwili pracę co najmniej 43 dziennikarzom.

 

Ten alarmujący trend wzbudza zaniepokojenie niemieckich organizacji dziennikarskich. Rzecznik DJV Hendrik Zörner skrytykował brak działań ze strony policji, która nie interweniuje w wystarczającym stopniu lub wręcz utrudnia pracę dziennikarzom, np. nie wpuszczając ich na określone teren.  „Policjanci powinni dbać o przestrzeganie przepisów, w tym praw podstawowych zagwarantowanych w artykule 5 konstytucji, to jest wolności słowa i wolności prasy” – stwierdził Zörner.

 

Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ), Stowarzyszenie Dziennikarzy Niemieckich (DJV) oraz związek zawodowy dziennikarzy dju in ver.di wezwały do zwiększenia wsparcia i ochrony pracowników mediów.

 

 

Zdjęcie: Mr TACT HILL – Shutterstock.com

Źródło: EFJ

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Nowe zeznania Macieja B. „Baryły” w procesie Aleksandra Gawronika

Mariusza Ś. nie będę obciążał. To jest proces Gawronika, a nie Ś. – oświadczył Maciej B., pseudonim “Baryła”. Sędzia Jacek Bytner dopytał, a jaka jest prawda? – Na dzień dzisiejszy nie pamiętam – odpowiedział . Kolejna rozprawa w Sądzie Okręgowym w Poznaniu dotycząca zabójstwa red. Jarosława Ziętary miała emocjonujący przebieg. Proces, w którym oskarża się Aleksandra Gawronika o pomocnictwo i podżeganie do morderstwa poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary, wznowiono po rocznej przerwie. 29 stycznia 2021 roku przed sądem stawili się: oskarżony wraz z obrońcą, prokurator Piotr Kosmaty, oskarżyciel posiłkowy Jacek Ziętara, brat nieżyjącego dziennikarza oraz biegły sądowy, który ma ocenić wiarygodność zeznań głównego świadka oskarżenia Macieja B. ps. Baryła. Sprawę obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, które reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska

 

Tego dnia zeznawał tylko Maciej B. , którego przywieziono pod eskortą policji, tak jak w poprzednich rozprawach, gdyż odsiaduje on wyrok dożywotniego więzienia. Sąd przychylił się do prośby świadka i wydał zgodę na zdjęcie kajdanek. Obrońca oskarżonego mecenas Paweł Szwarc wystąpił z wnioskiem, aby usunąć pełnomocnika „Baryły” oraz by ten nie korzystał z żadnych notatek. Tu warto też wyjaśnić, że Maciej B. nie był bezpośrednio na sali rozpraw tylko zeznawał z sąsiadującego pomieszczenia oddzielonego bardzo dużą szybą. Był widoczny, tak jak i jego pełnomocnik oraz pilnujący go funkcjonariusze. Sąd nie przychylił się do wniosku obrony, a pełnomocnika poproszono jedynie by usiadł w większej odległości od świadka i nie pokazywał posiadanych ze sobą dokumentów. To już czwarta rozprawa w tym procesie, w której zeznaje Maciej B.

 

Rozprawa

 

Odtworzono dwa nagrania. Jedno zawierało zeznania Macieja B., a drugie to eksperyment procesowy. Oba nagrania pochodzą z 2012 roku i oba przeprowadzono w obecności prokuratora Piotra Kosmatego. Eksperyment polegał na przejeździe wraz ze świadkiem czterech przystanków: I i II przy Ogniku, tam gdzie były biura Elektromisu, III ul. Kolejowa miejsce zamieszkania Jarka Ziętary, IV ul. Wołczyńska – magazyny Elektromisu.

 

Maciej B. potwierdził swoje zeznania z 2012 roku i zeznał, że w 1992 roku, jako 20-latek, wykonywał różne brudne zlecenia dla Elektromisu i osobiście słyszał, jak Gawronik podczas wizyty w Elektromisie nalegał na „zajeb...” niewygodnego dziennikarza. Samego porwania i zabójstwa Baryła nie widział. Potwierdził swoją wiedzę ze słyszenia, że Jarosława Ziętarę porwali ochroniarze z Elektromisu, a zabili Rosjanie, którzy przyjechali z oskarżonym. Sędzia zwrócił uwagę, że w różnych swoich zeznaniach świadek opowiadał, że Aleksander Gawronik był głównym zleceniodawcą, ale padało także nazwisko szefa Elektromisu Mariusza Ś. – Dlaczego zeznaje pan o Aleksandrze Gawroniku, a nie zeznaje pan o Mariuszu Ś., który miał uczestniczyć w naradzie w Elektromisie? Czy są jakieś osobiste powody, że nie chce pan mówić?– dopytywał sędzia.

 

Nie powinienem mieć skrupułów, bo Mariusz Ś. po swoim zatrzymaniu w 1980 roku, jak to się mówi w żargonie, rozpruł się. Posprzedawał wtedy swoich kolegów, mówiąc kolokwialnie. Nie chcę jednak o nim mówić. Dzisiaj nie pamiętam. Może mi się przypomni. – odpowiedział B. A tak Maciej B. tłumaczy zmienność swoich zeznań. – Na przesłuchaniach w prokuraturze nie zawsze dobrze się czułem. Byłem czasami pod wpływem leków. Ale prokurator Kosmaty nigdy nie sugerował mi, co mam zeznawać. Mówiłem swobodnie. A gdy twierdziłem kilka lat temu, że manipulowano moimi słowami, to mówiłem tak, by odegrać się na prokuraturze i policjancie. Obiecywali mi, że dostanę prawo łaski i wyjdę z więzienia, a tak się nie stało. Obrońca Aleksandra Gawronika dopytywał, jak to jest możliwe, że mając własnych ochroniarzy, Gawronik wysyłał nieswoich podwładnych, czyli ochroniarzy Elektromisu, by porwano Ziętarę. Jednak tej kwestii nie wyjaśniono podczas piątkowej rozprawy, a “Baryła” stwierdził – Pan tak to zrobił, że ze 100 osób wiedziało o tym. Wszyscy wiedzieli, ale nikt długo nie mówił, bo się pana bali.

 

Konfrontacja Aleksander Gawronik – Maciej B.

 

Po zakończeniu odtwarzania nagranych zeznań Macieja B. nastąpiła swego rodzaju polemika między “Baryłą”, a Gawronikiem. Oskarżony wypytywał jakiej wielkości był znaleziony w mieszkaniu Jarosława Ziętary aparat do mikrofilmów i same filmy. W 1992 roku, Maciej B. wraz z Dariuszem L. ps. Lewy wtargnęli do mieszkania dziennikarza przy ul. Kolejowej w Poznaniu i zabrali znalezione tam filmy i aparaty. Maciej B. stwierdził, że aparat był wielkości zapalniczki a filmy „małego palca”. – Świadek kłamie i najgorsze jest to, że musimy tego słuchać – wybrzmiało na sali z ust Gawronika, który chcąc zdyskredytować Macieja B. przyniósł do sądu sprzęt fotograficzny, oświadczając, że dostał go z muzeum, od kustosza. – Aparat na mikrofilmy, w tamtym okresie, był znacznie większy – przekonywał Aleksander Gawronik kładąc aparat na stole sędziowskim. Następnie podszedł do okna, przez które Maciej B. zeznawał i pokazał również świadkowi.

 

Pan pokazuje niemiecki aparat, używany do rejestrowania wypadków drogowych. To nie jest aparat na mikrofilmy. Jarek miał znacznie mniejszy sprzęt u siebie w mieszkaniu – zareagował „Baryła”. Okazało się, że gangster był właścicielem takiego sprzętu (przeniesionego na salę przez oskarżonego) w latach 90. i dodał, że w komplecie była do tego jeszcze kreda, gdyby wypadek był śmiertelny i lampa błyskowa na siedem zdjęć. Drugim powodem do sporu były zeznania B. na temat jego wyprawy i ochroniarzy Elektromisu do Świecka. Miała to być przysługa dla właściciela kantorów. – Pojechaliśmy do Świecka, aby wytłumaczyć komuś, żeby zwinął interes w kiosku obok kantoru Gawronika. Cała akcja trwała około 10 minut. (…) Wtedy poklepał mnie (Gawronik) po twarzy dodając: takich chłopaków nam potrzeba. Młody na razie jest od czarnej roboty, a potem będzie od brudnej. Oskarżony spytał sarkastycznie, w jaki sposób wjechali do strefy. I dodał: Normalnie trzeba było mieć paszporty.

 

Baryła natychmiast zripostował.

 

– My byliśmy z Romanem K. (pseudonim Kapela, to były antyterrorysta, który zginął wkrótce po śmierci Ziętary w dziwnych okolicznościach). Dopytany czy był w mundurze, Maciej B. odpowiedział: nie, ale on wszędzie wszystko załatwił. Poza tym Gawronik miał tam (na przejściu) swoich ludzi. W kantorach pracowały rodziny pograniczników.  – Może chce pan jeszcze powiedzieć, że nie wiem, jak wyglądało przejście graniczne? Granicę z Niemcami przekraczałem wiele razy, drogi panie. Wiem, gdzie był pana kantor i gdzie stał konkurencyjny dla pana kiosk – Kolejny spór dotyczył też tablic rejestracyjnych samochodu, który należał do oskarżonego. Książka „Aleksander Gawronik spór o miliardy” autorstwa Rafała Węgierkiewicza została również okazana sądowi. Ma stanowić potwierdzenie, jakie samochody miał w tamtym czasie oskarżony i jak wyglądały tablice rejestracyjne.

 

Biegły sądowy

 

Macieja B. od 9 czerwca 2019 roku obserwuje biegły sądowy, który ma ocenić czy zeznania Baryły, , spełniają „psychologiczne kryteria wiarygodności”. W 2019 roku stwierdził przed sądem: Świadkowi może się wydawać, że podając więcej szczegółów, okoliczności zdarzeń, które miały miejsce 20 lat temu, będzie bardziej wiarygodny. Świadek bardzo często, na różnych etapach, zmieniał swoje twierdzenia, bardzo trudno jest wskazać, które fragmenty są prawdziwe, a które odbiegają od rzeczywistości. To wymaga bardzo dużej weryfikacji, w tym innymi dowodami. Zeznania świadka, wyniki badań i to, co widziałem na sali rozpraw, skłoniło mnie do sformułowania wniosku, że są wątpliwości co do prawdziwości zeznań świadka i wymagają one weryfikacji.

 

Wówczas, w czerwcu 2019 roku, na tak sformułowane osądy zareagowała prokurator Elżbieta Potoczek-Bara pytając biegłego, czy ten zapoznał się z całością materiału dowodowego. Na co mężczyzna odpowiedział, że nie, ale w jego opinii wystarczająco, bo pracował nad tym co mu przekazał sąd.

 

W mojej praktyce, ponad 20-letniej, po raz pierwszy spotykam się z psychologiem, który nie widzi potrzeby zapoznania się ze wszystkimi zeznaniami świadków.” Skonkludowała prokurator. Dopytywała się też, czy użyte metody przez biegłego są wystandaryzowane. Okazało się, że nie wszystkie, ale żadna nie jest też zakazana, a krytykowaną przez specjalistów metodę mężczyzna używał tylko pomocniczo do porządkowania materiału badawczego. Prokurator spytała również o doświadczenie biegłego w sprawach karnych. Psycholog odpowiedział, że biegłym jest od 2006 roku, opiniował w sprawach karnych dotyczących dzieci i młodzieży, a pełna dokumentacja jego kompetencji jest w posiadaniu poznańskiego sądu.

 

Od czasu tamtej rozprawy biegły sądowy Marcin Siedlecki uczestniczył w każdej kolejnej, w której zeznawał Maciej B. W piątek, po zakończeniu odtwarzanych nagrań zapytał świadka dlaczego zgodził się wtedy zeznawać będąc, jak to sam Baryła określił, na skraju wyczerpania psychicznego. Świadek wytłumaczył, że był daleko od domu i chciał jak najszybciej mieć to za sobą. Dodał również, że prokurator wiedział, że się źle czułem, miał też informacje od służby więziennej. Czy był pan świadom co pan mówił?

 

Pamiętam to szczępowo. Biegły spytał o leki, które wtedy przyjmował gangster.

 

W tamtym czasie służba zdrowia więzienna nie podawała nazw leków. Mówili, że to na zdrowie. W czasie wizji widać, że lepiej się wysławiam, nie popadam w dygresje. Cały czas brałem leki.

 

Maciej B. jednak podtrzymał nagrane zeznania, jedynie uściślając je odpowiadając na zadane pytania przez sędziów, prokuratora, oskarżonego i obrońcę. Trudno też nie zauważyć postawy samego biegłego psychologa. Mianowicie podczas rozprawy w czerwcu 2019 roku i ostatniej, biegły ostro, żeby nie powiedzieć obcesowo, zwracał się zarówno do prokurator jak i świadka. W sprawie wiarygodności Macieja B. przed sądem wypowiedziało się wcześniej dwóch innych biegłych, którzy stwierdzili, że zeznania Baryły były logicznie spójne, a świadek potrafił oddzielić informacje zasłyszane od własnych, a także, że słowa Macieja B. spełniają psychologiczne kryteria wiarygodności.

 

Wnioski oskarżenia i oskarżonego

 

Prokurator Piotr Kosmaty wystąpił do sądu o powołanie jeszcze dwóch świadków. Pierwszym ma być red. Marek Król, w latach 90. szef tygodnika Wprost, którego redakcja mieściła się w Poznaniu od momentu powstania do 2000 roku. Powodem jest wypowiedź  Marka Króla na łamach Głosu Wielkopolskiego. Z artykułu wynika, że Mariusz Ś. oraz Aleksander Gawronik znali się dobrze już na początku lat 90, a czemu obaj konsekwentnie zaprzeczają. Aleksander Gawronik miał przekazywać groźby red. Markowi Królowi, autorstwa Mariusza Ś. Obaj wymienieni mieli się też pojawić razem w domu redaktora Wprostu w 1994 roku. Jak stwierdził prokurator Kosmaty, to „ekstremalnie ważne informacje dla procesu”.

 

Drugi nowy świadek to Zdzisław K., o którym również doniosła lokalna prasa w 2020 roku. Jest to wychowanek tego samego Domu Dziecka, w którym dorastał Mariusz Ś. Razem też siedzieli w więzieniu, a następnie współpracowali. Według mediów K. w 1991 roku był pacjentem szpitala psychiatrycznego w Kościanie i tam miał go odwiedzić Jarosław Ziętara. K. miał złożyć też wniosek o przesłuchanie do poznańskiego sądu jednak jak dotąd nikt go nie wezwał. Prokurator Piotr Kosmaty złożył wniosek o przeprowadzenie dowodu z zeznań osoby, która w prasie przedstawia się jako Zdzisław K. Oba wnioski prokuratury zostały przyjęte.

 

Oskarżony zgłosił też wniosek o przesłuchanie dwóch policjantów, by zweryfikować jeden z wątków zeznań Macieja B. dotyczący zastraszania świadka w czasie jego pobytu w więzieniu. Aleksander Gawronik zapowiedział też, że na kolejnej rozprawie chciałby złożyć oświadczenie, które będzie trwało, wraz z notowaniem, dwie i pół godziny.

 

Kolejna rozprawa na początku marca.

 


Poznański dziennikarz Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Był absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pracował w radiu akademickim, współpracował m.in. z “Gazetą Wyborczą”, “Kurierem Codziennym”, tygodnikiem “Wprost” i z “Gazetą Poznańską”. Ostatni raz był widziany 1. września 1992 r. Wyszedł rano do pracy i nigdy nie dotarł do redakcji “Gazety Poznańskiej”. W 1999 r. Ziętara został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono. Dwa poznańskie śledztwa nie przyniosły rozwiązania sprawy 24-latka. Przełom nastąpił, gdy po wielu latach sprawa trafiła do krakowskiej prokuratury. W 2014 roku zatrzymano Aleksandra Gawronika, byłego senatora, a także dwóch byłych ochroniarzy firmy Elektromis: Rybę i Lalę.

 

tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska