Dotacje na czasopisma kulturalne

Minister Kultury Dziedzictwa Narodowego i Sportu Piotr Gliński przyznał dotacje na wydawanie ogólnopolskich czasopism kulturalnych w 2021 rok. Wsparcie otrzymały 64 projekty na łączną kwotę 5,5 mln zł.

 

Jak pisze MKDNiS na swojej stronie internetowej celem programu „Czasopisma” jest „wspieranie najbardziej znaczących ogólnopolskich czasopism kulturalnych, zarówno tych o wieloletnim dorobku i ugruntowanej pozycji, jak i tych, które uzyskały status opiniotwórczych w ostatnich latach”.

 

Wśród dotowanych pism znalazły się m.in. magazyn historyczny „Mówią wieki” (112,5 tys. zł), gazeta niecodzienna „Kurier Wnet” (111,7 tys.),  kwartalnik „Pamiętnik Literacki” (54,7 tys.), czasopismo „Civitas Christiana” (30 tys.), miesięcznik „Promyczek Dobra” (112,5 tys.) oraz miesięcznik dominikanów „W drodze” (60 tys.).

 

Dofinansowanie na trzy lata (2021-23) otrzymały m.in.: dwumiesięcznik literacki „TOPOS” (blisko 376,2 tys. zł), kwartalnik „Fronda Lux” (292,5 tys.), kwartalnik historyczny „Karta” (337,5 tys.), czasopismo naukowe „Prace polonistyczne” (30 tys.), miesięcznik „Kino” (270 tys.).

 

opr. jka, źródła: MKDNiS, wirtualnemedia.pl

 

CMWP SDP na temat akcji protestacyjnej „Media bez wyboru”

W związku z licznymi  zapytaniami  dziennikarzy o stanowisko CMWP SDP w sprawie dzisiejszej akcji „Media bez wyboru” informujemy, iż  w ocenie CMWP SDP jest ona działaniem skierowanym na obronę interesów właścicieli prywatnych mediów przed nałożeniem na nich nowego podatku od wpływów reklamowych, ale  na obecnym etapie prac legislacyjnych nie można jednoznacznie przewidzieć, w jaki sposób proponowane regulacje wpłyną  na realizację zasady wolności słowa w naszym państwie.

 

Projekt tej ustawy został przedstawiony w pierwszych dniach lutego (nosi datę 1.02.21 , jest dostępny tu:  Projekt_ustawy o podatku od reklam). Obecnie jest na wstępnym etapie konsultacji, nie został jeszcze przyjęty przez Radę Ministrów. CMWP SDP podda go analizie prawnej oraz przedstawi swoje oficjalne stanowisko na jego temat, gdy rozpocznie się  proces legislacyjny w Parlamencie.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 10 luty 2021 r.

WOJCIECH POKORA: Wasz ból jest większy niż mój?

„Na razie projekt ustawy, choć przedostał się do publicznego obiegu, nie został umieszczony w oficjalnym spisie rządowych projektów aktów prawnych”.

 

Zacznę od tego cytatu z artykułu red. Pawła Rochowicza w Rzeczpospolitej, żeby już na wstępie ostudzić nieco histerię. Nieoficjalnie mówi się, że będzie podatek. Ale już dziś oficjalnie część mediów rozpętało histerię. Mam wrażenie, że nie o podatki tu chodzi, a o potęgowanie kryzysu w państwie. Co oznacza hasło „Media bez wyboru”? Czytelnik nie będzie miał wyboru, czy media stracą wybór budowy kampanii reklamowych? Czy ktoś czytając wyświetlane dziś na wielu portalach apele (różnej treści), ma możliwość dowiedzenia się o co chodzi? Wygląda, że nie, bo chyba nie o rzetelną informację w tej akcji chodzi, tylko o emocje. Widać to po reakcjach w mediach społecznościowych, rzeczowej dyskusji jest w nich jak na lekarstwo, raczej emocjonalne ataki
w stylu: „rząd zabija media”, „zamach na wolność słowa”, „PiS zamyka media opozycyjne”. Wywoływaniu takich skrajnych emocji służy właśnie treść zamieszczanych dziś w niektórych mediach apelów, bo czym jest np. ten fragment:

 

Apelujemy, by rząd ze swych planów się wycofał, bo niszczenie sfery wolności prasy będzie zabójcze dla polskiej gospodarki i demokracji”, lub „Dziś wszyscy przekonamy się, jak wygląda Polska bez wolnych mediów. Wierzymy jednak, że tak drastyczna akcja jest konieczna, bo bez wolnych mediów nie ma wolnego wyboru, a bez wolnego wyboru nie ma wolności.” I mój faworyt: „<<Gdybym to ja miał podjąć decyzję, czy powinniśmy mieć rząd bez gazet, czy gazety bez rządu, nie wahałbym się ani chwili i wybrałbym to drugie>>. Wolność słowa umiera w ciszy”.

 

Przepraszam, jaka wolność i demokracja jest zagrożona? Czy ktoś potrafi to spokojnie wytłumaczyć? Nieoficjalny projekt zakłada opodatkowanie rynku reklamowego. Nowa danina dotknie nadawców telewizyjnych i radiowych, kina, właścicieli sieci billboardów, wydawców prasy oraz operatorów platform internetowych. Wszystkich? Nie. Tylko tych, którzy spełniają określone warunki: w reklamie konwencjonalnej zwolnione z opłaty będą te podmioty, które nie osiągają z tytułu reklam rocznie 1 mln zł przychodu. „Stawka do progu 50 mln zł wyniesie 7,5 proc. i 10 proc. od nadwyżki. Stawki reklamy m.in. leków i suplementów diety wyniosą odpowiednio 10 i 15 proc.” – podaje Rzeczpospolita. Dalej: „Reklama w prasie będzie zwolniona do 15 mln zł. Stawka wyniesie 2 proc. do progu 30 mln zł i 6 proc. powyżej (4 i 12 proc. od suplementów diety). Z kolei reklama internetowa będzie zwolniona do progu 5 mln euro. Zapłacą ją największe koncerny, o globalnych przychodach powyżej 750 mln euro. Stawka wyniesie 5 proc.”.

 

Jeśli projekt się urzeczywistni, pojawią się dwie kategorie reklam – towarów „kwalifikowanych” i „zwykłych”. Pierwsze to leki, suplementy diety, wyroby medyczne i napoje słodzone cukrem. Będą one objęte wyższymi stawkami podatkowymi. Zapewne spowoduje to, że ceny tych reklam wzrosną i będziemy je częściej słyszeć i oglądać w pierwszych kwartałach roku, gdy jeszcze przedsiębiorcy nie przekroczą limitów kwotowych, później zapewne będą się pilnować, by towarów „kwalifikowanych” było mniej. Sądzę, że będzie to uciążliwe dla producentów leków i suplementów diety, dla niektórych wydawców także. Ale czy dla demokracji? Czy ktoś może mi wytłumaczyć,
w jaki sposób zagraża demokracji 4- lub 12-procentowy podatek za wyemitowanie spotu o okrężnicy i zbierających się w niej gazach? Tak, do tego dziś sprowadzane są hasła o wolności słowa i demokracji. Do walki o niższy podatek od suplementu wspomagającego trawienie. Media dziś zbyt pochopnie używają wielkich kwantyfikatorów deprecjonując słowa zarezerwowane dla większych idei niż „płonący konar”.

 

Warto zwrócić uwagę, że w 2018 roku Komisja Europejska przygotowała projekt dyrektywy o podatku cyfrowym, który zakładał 3 proc. podatek „pobierany przez poszczególne państwa, od firm osiągających globalnie roczne przychody w wysokości 750 mln euro i co najmniej 50 mln euro w państwach UE” (cytat za Dziennikiem Gazetą Prawną).  Projekt nie przeszedł, ponieważ nie było jednomyślności na forum UE, jednak część państw wdrożyła go samodzielnie. Mają go zatem Francja, Hiszpania, Czechy, Wielka Brytania, Włochy. Zdziwienie? No pewnie, przecież Kaczyński wzoruje się na Orbanie. Bo o Orbanie zapewne wszyscy już czytali, że drenuje rynek reklam i niszczy demokrację.

 

I na koniec jedna uwaga. Do zaczernionych dziś mediów. Wielu z nas zapłaciło za subskrypcję treści portalom i gazetom. Jak ma się ich akcja do naszych praw? Albo płacimy miesięczną opłatę za dostęp do telewizji. Platformy cyfrowe oferują pełne pakiety za określone abonamenty. Gdzie podział się nasz dzisiejszy dostęp do opłaconych usług? Jak to jest szanowni „obrońcy wolności i demokracji”? Wasz ból jest większy niż mój?

 

Wojciech Pokora

Fiskalne dobijanie mediów – ŁUKASZ WARZECHA o składce od reklam

Projekt podatku reklamowego jest dla mediów, będących i tak w kiepskiej sytuacji, po prostu morderczy. Trudno go też widzieć w kategoriach niepolitycznych – wystarczy zastanowić się, kto na nim ucierpi.

 

Wyjątkową złośliwością lub bezmyślnością może się wydawać obciążanie mediów dodatkową daniną w roku, gdy będą starały się odbudować jako taką kondycję po okresie, gdy niemal we wszystkich redakcjach nastąpiły obniżki wynagrodzeń, a wartość rynku reklamy spadła (w ciągu trzech kwartałów ubiegłego roku) o prawie 12 proc. To jednak nie złośliwość czy bezmyślność, ale realizacja planu, mającego na celu osłabienie tych mediów, które nie są zasilane przez państwo. Czyli krytycznych wobec władzy.

 

W najgorszej sytuacji znajdzie się prasa drukowana, bo to ona jest w najsłabszej sytuacji w ogóle. Tam granicę, od której będzie obowiązywało opodatkowanie, ustawiono pozornie wysoko, bo na poziomie 15 mln zł. W telewizji wystarczy ledwo milion, ale to z kolei może oznaczać dramat małych, lokalnych czy regionalnych prywatnych stacji. Ważne jest bowiem, że podatek liczy się od przychodu, a nie od dochodu. Stacje telewizyjne, nawet niewielkie, mają spore koszty stałe, tymczasem będą musiały płacić aż 7,5 proc. od przychodu do 50 mln, a potem aż 10 proc. W prasie te stawki będą niższe: 2 proc. do 30 mln i 6 proc. od sumy powyżej. Tyle że dojście do granicy 15 mln przychodu z reklam nie jest specjalnie trudne – osiągną ją właściwie wszystkie wydawnictwa, posiadające ogólnopolskie tytuły prasowe, ukazujące się codziennie lub tygodniowo.

 

Odebranie mediom nawet niewielkiej części przychodów w czasie wciąż jeszcze trwającej epidemii (gdyby podatek miał wejść od lipca) jest najzwyczajniej skandalem. Byłoby zresztą skandalem nawet w innym czasie, ale w tym faktycznie trudno widzieć to inaczej niż jako działanie z jasnym politycznym celem: osłabić niezależne, krytyczne wobec rządu media. Jeśli bowiem słyszymy, że podatek będą musiały zapłacić również rządowa telewizja czy radio, to pamiętajmy, że będzie to zwykłe przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Wszak te media są zasilane dwumiliardową subwencją co roku.

 

W przypadku mediów prywatnych przychylnych władzy można zaś spokojnie zakładać, że nie zostaną skrzywdzone: ich straty będą wyrównywane przez odpowiedni dopływ reklam spółek skarbu państwa, tak aby nie zbiedniały. Dlatego niestety nie ma co liczyć na wspólny front oporu wobec pomysłu rządu.

 

Jakie będą konsekwencje, gdyby pomysł został zrealizowany? Po pierwsze – od lat już wszystkie właściwie osoby zajmujące się mediami wskazują, że spadek ich jakości wiąże się z niższymi wpływami. Mówiąc najkrócej: mniej osób robi więcej za mniejsze pieniądze. Narzekanie na spadek jakości dziennikarstwa jest powszechnym, acz słusznym oraz zasadnym rytuałem, i zawsze w tle pojawiają się pieniądze. Nacisk na szybkość zamiast na jakość, przeciążenie dziennikarzy, kopiowanie wiadomości z obcych źródeł bez ich weryfikacji, posiłkowanie się cudzymi wpisami w mediach społecznościowych, bo to tańsze niż samodzielne wyszukiwanie informacji, oraz wiele innych praktyk ma swoje źródło w tym, że media drastycznie zbiedniały w ciągu ostatniej półtorej dekady. Teraz ten proces pauperyzacji, a co za tym idzie – pogarszania się jakości chce przyspieszyć państwo polskie.

 

W tym także można odczytywać zamiar polityczny. Zamiast rzetelnej, wnikliwej i dobrze opracowanej informacji ma dominować emocja, bo za jej pomocą najłatwiej steruje się odbiorcą. Ją też będzie znacznie łatwiej i przede wszystkim taniej „wyprodukować”. Za mniejsze siłą rzeczy pieniądze będzie też można zatrudnić jedynie słabszych, mniej doświadczonych pracowników mediów – bo już nawet nie dziennikarzy.

 

Po drugie – jakaś liczba podmiotów medialnych, które już teraz działają na granicy opłacalności, tej nowej presji finansowej po prostu nie udźwignie. Albo się zamkną, albo zostaną wystawione na sprzedaż. Kto je kupi? Wskazówką może być transakcja kupna Polska Press przez Orlen. I zapewne o to tutaj także chodzi.

 

Warto się jeszcze przyjrzeć szczegółowym rozwiązaniom z projektu ustawy. Najpierw zatem mamy tzw. produkty kwalifikowane, za których reklamę stawka podatku ma być wyższa. Te produkty to m.in. produkty lecznicze. Problem w tym, że na polskim rynku reklamy jest to druga największa grupa reklamowanych produktów, a więc uderzenie finansowe będzie faktycznie jeszcze silniejsze. Żywność (a do tej grupy należą obłożone również wyższą stawką napoje słodzone) jest na trzecim miejscu. To zróżnicowanie stawek ma oczywiście na celu wyłącznie zwiększenie fiskalizmu, ale pretekstem jest tu jakaś pokraczna próba paternalistycznego „ukarania” podmiotów medialnych za reklamowanie produktów „niesłusznych”.

 

Druga kwestia to przeznaczenie pieniędzy, ściąganych od mediów. Wszystkie one mają trafić do różnych funduszy. Trzeba pamiętać, że fundusze są jedną z metod awaryjnego zasilania budżetu w dziedzinach kompletnie niezwiązanych z ich przeznaczeniem. Przede wszystkim jednak jest kompletnie niezrozumiałe, dlaczego media, których sytuacja mocno się pogorszyła w okresie pandemii, ze swoich przychodów miałyby dodatkowo zasilać NFZ. Jeszcze mniej sensu ma dorzucanie się do Funduszu Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów. Oto przeznaczenie tych pieniędzy według Ministerstwa Finansów: „Na kreację i produkcję nowoczesnych projektów medialnych, w tym budowę i rozwój kanałów i platform informacyjnych (m.in. audycji radiowych i telewizyjnych, portali internetowych); realizację projektów służących analizie treści pojawiających się w mediach, w szczególności cyfrowych; promowanie dziedzictwa narodowego, dorobku kulturalnego i sportowego; wspieranie badań na temat mediów; podnoszenie poziomu wiedzy społeczeństwa na temat zagrożeń w mediach cyfrowych, a także wspieranie rozwoju radiofonii i kinematografii”.

 

To nic innego jak nic nieznaczący ministerialny bełkot, pod który można podciągnąć praktycznie wszystko, a już na pewno inicjatywy obsadzone przez krewnych i znajomych królika, wymyślających sobie najabsurdalniejsze pomysły na upasienie się na publicznej kasie. Sam jestem w stanie w dwa dni przygotować wspaniały projekt „służący analizie treści pojawiających się w mediach, w szczególności cyfrowych” albo „podnoszący poziom wiedzy społeczeństwa na temat zagrożeń w mediach cyfrowych”. Mówiąc wprost: rząd wyciągnie od krytycznych wobec siebie mediów kasę, żeby następnie część przejąć na swoje bieżące potrzeby, a część przekazać ludziom z własnego kręgu, aby mogli stworzyć nikomu niepotrzebne projekty i żyć z nich przez lata. Powiedzieć, że to granda, to nic nie powiedzieć.

 

Jeśli mielibyśmy założyć, że da się jednak zbudować wspólną przynajmniej dla części mediów platformę oporu wobec tego fatalnego projektu, to fundamentem dla niej mógłby być sprzeciw wobec wspomnianego, nieuchronnie wynikającego z nałożenia na media nowego obciążenia, dalszego spadku jakości informacji i analizy.

 

ADAM SOCHA: Osłabić wrogie media, wzmocnić własne

Po repolonizacji Polska Press, rząd robi kolejny krok w kierunku węgieryzacji mediów w Polsce, czyli osłabienia i zmarginalizowania mediów opozycyjnych i wzmocnienia mediów prorządowych. W ślad za Orbanem polski rząd chce od marca obłożyć media nową daniną od reklam, która ma wycisnąć z nich rocznie 800 mln złotych. Środki te, oficjalnie, mają wesprzeć ochronę zdrowia i kulturę.

 

Wydawcy prasowi, nadawcy radiowi i telewizyjni, kina i firmy reklamy zewnętrznej będą musieli oddać budżetowi państwa nawet 15 proc. swoich przychodów reklamowych – zależnie od wielkości obrotów i segmentu działalności. 5 proc. zapłacą globalni giganci internetowi.

 

Jeśli ten podatek (Ministerstwo Finansów unika tego terminu) byłby wymierzony głównie w cyfrowe mocarstwa, jak Facebook czy Google, które zarabiają krocie na naszym rynku reklamowym, nie dzieląc się zyskiem z państwami i jawnie je lekceważą (no, chyba, że tym państwem są Chiny), to tylko bym przyklasnął.

 

Giganci ci zgarniają ogromna część tortu reklamowego na rynku lokalnym, osłabiając i tak słabe media krajowe. Zwrócił na to niedawno uwagę szef Axel Springer w dramatycznym liście otwartym do Ursuli von der Leyen, szefowej Komisji Europejskiej. Jego zdaniem, jeśli nie podda się tych ponadpaństwowych koncernów regulacjom prawnym, to pożegnamy się z demokracją,  wolnością, praworządnością i prawami człowieka.  W styczniu 2020 r. kapitalizacja rynkowa Google, Facebooka, Amazona, Apple, Netflixa i Tesli wynosiła 3,9 biliona dolarów. W styczniu 2021 r. – rok po wybuchu globalnej epidemii COVID-19 – wartość giełdowa tych sześciu firm wynosi już 7,1 biliona dolarów – podaje szef Axel Springer. – W tym samym czasie na całym świecie zlikwidowano 255 milionów miejsc pracy. Same tylko Google i Facebook zgarnęły w zeszłym roku ok. 230 mld dolarów z reklam. To 46 proc. światowego rynku reklamowego. Według prognoz, do 2024 r. ich udział w rynku wzrośnie do ponad 60 proc. Absolutna dominacja tych platform oznaczać będzie niemal całkowity zanik różnorodności oferty dziennikarskiej, artystycznej i komercyjnej – alarmuje szef Axel Springer.

 

Jednak w przypadku projektu rządu – jak zgodnie oceniają firmy mediowe, eksperci od rynku medialnego i organizacje gospodarcze, – ta danina dla gigantów będzie stanowić prawie niezauważalny uszczerbek, o ile jej się w ogóle podporządkują, to dla prasy będzie ogromnym ciosem, a więc w konsekwencji także dla czytelników. Przy tym wyraźnie widać, iż podatek ma głównie uderzyć w Agorę, która oprócz gazety, ma radio, kina i outdoor. Nowa danina szczególnie mocno dotknie także nadawców telewizyjnych takich, jak TVN, Polsat i TVP (jednak w przypadku TVP rząd zrekompensuje z nawiązką ten ubytek).

 

Węgierski podatek reklamowy został wprowadzony w 2014 r., po drugim z rzędu zwycięstwie wyborczym Orbana. Podatek uderzył przede wszystkim w opozycyjną telewizje RTL Klub (stąd nazywany był „podatkiem RTL”, stacja ta to taki węgierski TVN). Oczywiście zaprotestowała Komisja Europejska, która oceniła, że podatek nierówno traktuje podmioty i stwierdziła niezgodność węgierskiego podatku od reklam z przepisami unijnymi dotyczącymi pomocy państwa. Jednak w 2019 r. Węgry wygrały z Komisją przed Sądem UE w Luksemburgu. Sąd stwierdził nieważność decyzji KE.

 

Stało się to po tym, jak Orban złagodził ustawę, w miejsce podatku progresywnego wprowadził liniowy, a RTL w zamian złagodziła ton krytyki, likwidując najbardziej demaskatorskie programy śledcze.

 

Widocznie zwycięstwo Orbana natchnęło i ośmieliło rząd „dobrej zmiany” do pójścia drogą, dokręcenia śruby mediom opozycyjnym narzędziem fiskalnym. Rynek od razu zareagował na te zapowiedzi resortu finansów spadkiem cen akcji Agory i Polsatu o kilka procent.

 

Szef Fideszu rozegrał podporządkowanie sobie mediów po mistrzowsku. Jego metodę powtarza teraz prezes Jarosław Kaczyński. Są oczywiście różnice. Podstawowa jest taka, że Orban dysponował grupą oligarchów, którzy jemu zawdzięczają swoje majątki. Szef Fideszu wezwał ich do „zrzutki” na Środkowo-Europejską Fundację Prasy i Mediów. Powstało gigantyczne prorządowe konsorcjum, które przejęło blisko 500 tytułów od prasy codziennej ogólnokrajowej po tytuły lokalne, polityczne, ale i sportowe. Majstersztyk Orbana polega na tym, że w oficjalnych badaniach Fundacja uznawana jest za opozycyjny koncern mediowy! Dzieje się tak, bo w węgierskich badaniach rynku medialnego kapitał medialny nie będący oficjalnie w rękach skarbu państwa uznawany jest za opozycyjny. A zatem istnieją oficjalne badania i raporty, zgodnie z którymi 80 proc. mediów na Węgrzech jest opozycyjnych. Na badania te regularnie powołuje się rząd w Budapeszcie.

 

Prezes Jarosław Kaczyński jeszcze nie „wyhodował” oligarchów na miarę tych znad Balatonu, stąd gazety Polska Press musiała kupić spółka Skarbu Państwa, a nie fundacja Grzegorza Biereckiego.

 

Wracając do daniny od reklam naszego rządu, tutaj również Komisja Europejska nic nie wskóra, gdyż teoretycznie  podatek obejmie także media publiczne i tytuły prasowe prorządowe. Jednak rząd im to wynagrodzi. Już to raz zrobił przekazując TVP 2 mld złotych jako rekompensatę za utratę wpływów z abonamentu.

 

Rząd ma jeszcze jeden instrument wsparcia swoich: budżet na reklamy. Co prawda budżet naszego państwa nie jest jeszcze, jak w przypadku Węgier, głównym reklamodawcą, ale wszystko przed nami.

 

Światło na to, jak rząd steruje wsparciem dla swoich mediów, rzuca opracowanie prof. Tadeusza Kowalskiego, medioznawcy z Uniwersytetu Warszawskiego  pt. „Analiza wydatków reklamowych spółek skarbu państwa (SSP) w latach 2015-2019” (na podstawie monitoringu firmy Kantar Media, badania nie obejmowała reklamy internetowej). Z raportu wynika, że spółki skarbu państwa w latach 2015-19 wydały na reklamę ponad 4 mld zł. W samym 2019 r. wydatki wzrosły o blisko 24 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, co zdecydowanie wyprzedzało dynamikę zmian na rynku reklamy. To ile kto dostaje z tego tortu jest zarazem rankingiem poziomu sympatii partii rządzącej do danego tytułu.

 

I tak: „Gazeta Polska Codziennie”,  w 2019 r. aż ponad połowę swoich przychodów reklamowych (52,8 proc.) zawdzięczała spółkom Skarbu Państwa, „Super Express” – 19,36 proc., „Rzeczpospolita” – 12,04 proc., „Dziennik Gazeta Prawna” – 12,02 proc., „Dziennik Zachodni” – 11,13 proc., „Fakt” – 4,44 proc. Listę zamyka „Gazeta Wyborcza” – 0,27 proc.

 

W kategorii magazynów szczególnymi względami spółek skarbu państwa cieszyły się cztery tytuły: „Sieci” (30 551 tys. zł), „Gazeta Polska” (16 562 tys. zł), „Do Rzeczy” (14 083 tys. zł) oraz „Wprost” (10 516 tys. zł).

 

Teraz stacje telewizyjne: TVP 1 – 8,05 proc., TVP Seriale – 7,10 proc., TVP Sport – 6,75 proc., TVP Info – 6,49 proc., TVP 2 – 6,16 proc., Polsat – 2,83 proc., TVN – 0,92 proc., TVN 24 – 0,35 proc.

 

Teraz, za pomocą Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, będzie do rozdania wśród swoich 35% z 800 mln złotych pochodzących z danin.

 

W projekcie ustawy czytamy, że pieniądze te pójdą m.in. na „podnoszenie poziomu wiedzy i świadomości społeczeństwa, budowę platform dystrybucji informacji oraz analiz treści, budowę i rozwój kanałów oraz platform informacyjnych” i – uwaga – „wspieranie zwiększania udziału polskich treści w obszarze mediów”.

 

A któż lepiej wiedzę i świadomość społeczeństwa podniesie od TVP, TV Republika, Telewizji wPolsce, „Gazety Polskiej”, tygodnia „Sieci”, portalu niezalezna.pl. i wpolityce.pl? Trzeba też będzie wspomóc platformę społecznościową Albicla.com, najnowsze dziecko Tomasza Sakiewicza, która ocali wolność słowa w internecie.

 

Adam Socha

Ziemia dla ziemniaków, muza dla rodaków – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W świecie globalnym, internacjonalistycznym czy też kosmopolitycznym, wciąż się nie poddajemy. Dowodem jest nowy projekt ustawy, w myśl której udział muzyki polskiej w radiu ma wzrosnąć do 49 procent z obowiązujących 33.

 

Z tego co najmniej 60 procent w godzinach między 5 rano a 24. Czyli tuż po północy można nas Polaków, jeszcze bardziej otumaniać zachodnią zgnilizną. Kto dba o panów portierów na nocnych dyżurach? Dlaczego muszą być skazywani na rzępolenia jakiś tam chłopców z Liverpoolu czy Londynu? Kto za tym stoi?

 

Ponieważ moda na teorie spiskowe ma się w najlepsze. To chociaż, ze dwie.

 

Pierwsza. Najbardziej prawdopodobna, prozaiczna, nudna, przewidywalna, finansowa. Polscy kompozytorzy i producenci z ZAiKS-ów i itp., wynajęli efektywnych lobbystów, którzy wiedzieli gdzie uderzyć trzeba. Kilka lat temu, media donosiły o ZAiKS-ie, który strzyże fryzjerów. Ludzie przychodzili do zakładu posłuchać muzyki, a właściciele takich pracowni zamiast płacić haracze udawali Greka, że z klientami gadają o polityce i bawią się przy tym w najlepsze nożyczkami. A to co leci w tle, wcale nie wpływa na ich percepcje i zwiększenie ich obrotów. Wyłudzacze. Udręczania z golibrodami było za mało, więc się rozpędzono i zwiększono limity procentów słuchalności.

 

Druga. Narodowa. Mamy przecież narodową kwarantannę, narodowe szczepienia, narodowe media, narodowe grania, narodowe czytania, narodowe testy inteligencji, narodowe grzybobrania i morsowania, narodowe partie nawet. Naród z partią, partia z narodem po prostu. Naród jest naszym najwyższym dobrem na ziemi. A ponieważ Polska ma wielowiekową tradycję tolerancji, więc „my naród” traktujemy szeroko, łącznie z zamieszkującymi nasze ziemie narodowościami; Niemców, Ukraińców, Białorusinów, Rosjan, Litwinów, Żydów, Wietnamczyków, Ormian, Czechów, Słowaków i części Ślązaków którzy uważają się za naród. Polska muzyka. dotrze jeszcze szerzej do narodu, któremu słoń na ucho nie nadepnął.

 

Co ma zrobić takie biedne RMF? Co prawda w RMF Classic, dałoby się jeszcze zapełnić połowę audycji Chopinem i kolegami. Jeśli odpowiednia rada, przymknie oko na francuskiego ojca Fryderyka. W muzie filmowej, też żeśmy sroce spod ogona nie wypadli. Ale już takie RMF MAXX Funk Sound Dance Hop bęc, może mieć nie lada problem. Stacja spod Kopca Kościuszki miała też zwyczaj, że w święta narodowe grała tylko po polsku. Piękna inicjatywa, choć realizatorzy nie wiedzieli, że ideę tę, rozszerzy się na rok cały.

 

Albo Radio Zet, które w swym najważniejszym konkursie dla słuchaczy, oferuje wygranie auta. Automobil niech ustawowo będzie tylko rodzimej produkcji. Poloneza Caro już nie robią, ale prace trwają nad naszą elektryczną Teslą. Wypiszemy Ci drogi odbiorco talon, do zrealizowania jak tylko wehikuł zjedzie z taśm montażowych. Radio WAWA też nieszczęśliwe, bo im konkurencji przybędzie i stracą na swej wyjątkowości.

 

Można akcję rozszerzyć dalej. Telewizje będą mogły puszczać tylko połowę zagranicznych filmów, seriali i teleturniejów. Jak zabraknie to się dokręci albo wypożyczy coś ze zbiorów archiwalnych. Polską Kronikę Filmową po latach, całkiem się dobrze ogląda. Tylko trzeba będzie mandatami uciszyć utyskujących, takich jak jeden z bohaterów „Rejsu”: „A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest”.

 

Prasa też powinna omawiać głównie wieści z kraju. Co tam w Brukseli i Waszyngtonie dopiero od piątej strony. A dwadzieścia procent treści, powinno dotyczyć Budapesztu i Międzymorza.

 

Póki co mamy jeszcze tzw. Internety i nie zawsze uda się tam ustawodawcy, swoimi mackami sięgnąć. Wyobraźcie sobie Netfliksa. Naoglądaliście się jakiś hiszpańskich seriali. Licznik bije ile minut. A potem pyk. Dostęp ograniczony i teraz przez dwa tygodnie będziecie oglądać „Zenka”, „Kogel Mogel 3” i „365 dni”. Jak nadrobicie polskojęzycznymi produkcjami, „się odblokuje” i wrócicie sobie na półwysep Iberyjski.

 

A jak sympatyk takiego np. Radia Nowy Świat, miałby sobie wyobrazić zachodzące zmiany? Wojciech Mann propaguje muzę z kraju Wuja Sama, Maciej Kydryński Fado i klimaty afrykańsko – hiszpańsko – portugalskie. Co prawda pełen wigoru Andrzej Poniedzielski, uspokaja nas trochę Piosennikiem, w krajowym poetyckim wydaniu. Ale nie każcie nam słuchać pieśni portowych z Lizbony po polsku czy bębnów z Etiopii w nadwiślańskim wykonie. Kamil Bednarek ze swym reagge w zupełności wystarczy.

 

Protest CMWP SDP przeciwko cenzurowaniu angielskojęzycznego konta IPN przez Facebook

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko  zablokowaniu  angielskojęzycznego konta Instytutu Pamięci Narodowej na portalu Facebook z powodu  publikacji  postu  dot. niemieckich planów germanizacji polskich dzieci w czasie II wojny światowej.  Post był opublikowany  15 maja 2020 r., konto zostało zablokowane  6 lutego b.r.  Działanie takie jest naruszeniem zasady wolności słowa . CMWP SDP apeluje o zaniechanie takich działań i przywrócenie funkcjonowania angielskojęzycznego konta IPN  na Facebooku. 

 

Jak informuje IPN materiał został opublikowany w 80. rocznicę powstania (datowanego na 15 maja 1940) dokumentu „Einige Gedanken über die Behandlung der Fremdenvölker im Osten” („Kilka myśli o traktowaniu obcoplemieńców na Wschodzie””) Heinricha Himmlera, który był wstępną instrukcją akcji germanizacyjnej. IPN określa ten dokument jako „instrukcję porywacza”, zainspirowaną teoriami Walthera Darrégo, ministra Rzeszy ds. żywności i rolnictwa, którego ideologia rasowa „Blut und Boden” („Krew i gleba”) położyła podwaliny pod program denacjonalizacji. W latach 1940–1945 III Rzesza wywiozła z podbitych ziem setki tysięcy nieletnich, ponieważ Niemcy poszukiwali dzieci nadających się do germanizacji.  W sumie  akcja germanizacyjna objęła około  200 tys. polskich dzieci, po wojnie odnalazło się tylko 30 tys.

 

Ta sprawa to  kolejny przypadek zablokowania materiałów historycznych IPN na portalu Facebook. W połowie stycznia Facebook  zablokował możliwość zagranicznej promocji filmu o niemieckim obozie przy ul. Przemysłowej w Łodzi, do którego w latach 1942–1945 trafiło ok. 3 tys. polskich dzieci.

 

CMWP SDP przypomina, iż wolność słowa należy do podstawowych zasad  demokratycznego państwa prawa. W Polsce jest ona zagwarantowana przez art. 54 ust. 1 Konstytucji. Poświadczają ją również wiążące Polskę akty prawa międzynarodowego. Wolności wypowiedzi dotyczy art. 10 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności i art. 11 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej . Także Powszechna Deklaracja Praw Człowieka w art. 19 zapewnia „swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami”. Po raz kolejny  przedstawiciel mediów społecznościowych w Polsce stawia się ponad obowiązującym prawem  i blokuje dyfuzję treści popularyzujących istotne elementy polskiej historii współczesnej.

 

Ze względu na powszechność serwisu społecznościowego Facebook działanie takie ma charakter cenzury czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność swobodnego wyrażania myśli i przekonań. Jest to nieuzasadnione naruszenie zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa. CMWP SDP apeluje o zaniechanie takich działań i przywrócenie swobodnego funkcjonowania na Facebooku angielskojęzycznego konta IPN.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa , 8 luty 2021 r.

 

Więcej na ten temat w wywiadzie dyr. Oddziału IPN w Łodzi dra hab Dariusza Roguta dla PAP  TUTAJ 

oraz na stronie  IPN TUTAJ.

Protest CMWP SDP przeciwko blokadzie kanału PCh24 TV na platformie YouTube

CMWP SDP z oburzeniem przyjmuje blokowanie publikacji treści na kanale PCh24TV przez platformę You Tube i apeluje o wstrzymanie takich  arbitralnych decyzji w przyszłości. Zdaniem Redakcji PCh24.pl blokada dotyczyła niepublikowanych wcześniej treści związanych z filmem dokumentalnym „Ich prawdziwe cele” poświęconego tematyce LGBT. Ze względu na powszechność serwisu internetowego YouTube działanie takie ma charakter cenzury czyli kontroli publicznego przekazywania informacji, ograniczającej wolność swobodnego wyrażania myśli i przekonań. Jest to nieuzasadnione naruszenie zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa.

 

Jak informuje portal PCh24.pl, 2 lutego b.r. kanał telewizji internetowej PCh24TV, której wydawcą jest Stowarzyszenie im. Ks. Piotra Skargi, otrzymał ostrzeżenie o decyzji usunięcia materiałów związanych z filmem „Ich prawdziwe cele”, z powodu „naruszenia wytycznych dla społeczności”. Film ten ukazuje społeczno-polityczne motywy działalności organizacji LGBT. W pierwszym komunikacie wskazano, że z racji tego, iż blokada taka ma miejsce po raz pierwszy, na konto portalu nie zostaną nałożone żadne kary. Ostrzeżenie otrzymasz tylko raz i pozostanie ono na twoim kanale – napisano do redakcji portalu PCh24.pl. Po tym komunikacie administratorzy platormy You Tube zmienili jednak zdanie i na kanale pojawił się drugi komunikat informujący tym razem o blokadzie konta na siedem dni. Nie możesz przesyłać filmów, publikować postów ani publikować na żywo przez tydzień – napisano. Jest to pierwsze z trzech ostrzeżeń, drugie potrwa 2 tygodnie, a trzecie ostrzeżenie skutkuje usunięciem całego kanału. Po 7 dniach kanał telewizji PCh24Tv  na platformie YouTube został przywrócony, ale kontrowersyjny mechanizm blokady cenzorskiej był faktem.

 

CMWP SDP przypomina, iż usuwanie treści z portali społecznościowych bez wskazania konkretnych przykładów naruszenia regulaminu serwisu i bez realnej możliwości szybkiego odwołania się od tych decyzji narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa. Jest to działanie przeciwko wolności słowa i przeciwko wolności mediów. Należy przy tym podkreślić, że cenzura prewencyjna jest w Polsce konstytucyjnie zakazana i jest niedopuszczalna także w świetle Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co wielokrotnie potwierdzał Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 5 luty 2021 r.

 

Więcej na ten temat : https://www.pch24.pl/ich-prawdziwe-cele

https://www.pch24.pl/nasza-odpowiedz-na-blokady-youtubea–pch24tv-z-wlasna-platforma-,81830,i.html

https://www.pch24.pl/wracamy-po-banie–i-to-z-niespodzianka–ogladaj-nasz-program,81821,tv.html

WOJCIECH POKORA: Stop Fake czyli jak się zwalcza propagandę

Czwarty rok Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich realizuje projekt Stop Fake – przeciwdziałanie rosyjskiej dezinformacji. Od kilku lat w Polsce działa grupa dziennikarzy, która codziennie monitoruje media i sieci społecznościowe pod kątem wyszukiwania i weryfikowania pojawiających się w nich elementów rosyjskiej propagandy. W ostatnim roku temat fake newsów stał się bardzo popularny, narodziło się kilka nowych, bardzo potrzebnych inicjatyw, w międzyczasie kilka inicjatyw niestety też upadło, jednak my trwamy na posterunku i rozwijamy nasz program. Jak to działa?

 

Generalnie określenie na czym polega praca w Stop Fake, to pokazanie warsztatu każdego dziennikarza. Bo praca przy weryfikacji dezinformacji i manipulacji w przestrzeni medialnej polega dokładnie na tym, na czym polega praca dziennikarza, czyli na zbieraniu i weryfikowaniu informacji – sprawdzamy, czy to co usłyszeliśmy, co udało nam się dowiedzieć od informatorów lub to co właśnie przeczytaliśmy jest prawdą. Tylko tyle i aż tyle. Bo bardzo często dziennikarze w pogoni za sensacją i za cytowalnością (bo skoro pierwszy podam wiadomość to moje nazwisko pojawi się w cytatach) zapominają o weryfikacji informacji. Zastępują ją wytrychem – podają np. jedno źródło. Ktoś (polityk, celebryta, często nawet anonimowy internauta, kryjący się pod pseudonimem) podał sensację, dziennikarz ją cytuje i kolportuje, uznając, że jest kryty bo ma screen lub nagranie wypowiedzi. Przecież to przeczy zasadzie rzetelności. I rodzi fake newsy.

 

Zatem w pierwszej kolejności weryfikujemy informacje. Gdy to się uda i uznamy, że wiadomość jest prawdziwa możemy ją publikować. A co jeśli nie jest? Oczywiście nie publikujemy ale czy zostawiamy temat? Nie. W tym momencie zaczyna się druga część pracy weryfikatorów propagandy i dezinformacji. Gdy rozpoznamy fake newsa sprawdzamy jego źródło. Podobnie gdy trafi do nas nieprawdziwa, sensacyjna informacja, warto się zastanowić, dlaczego do nas trafiła i z jakiego źródła. Odpowiedź na to pytanie może nam wiele powiedzieć na temat naszych informatorów, a niekiedy i na temat naszego dziennikarstwa. Dlaczego ktoś uznał, że należy nas zmanipulować? Bo puszczamy bzdury bez weryfikacji? Może tak być. A może dlatego, że czyta nas jego grupa docelowa i gdy uda się dzięki nam przemycić sfałszowany przekaz, zmanipuluje się gremium do którego inną drogą trudno dotrzeć? Warto to sprawdzić, dla siebie samych. Stop Fake kładzie nacisk właśnie na tę weryfikację. Dlaczego ktoś manipuluje i skąd pochodzą fałszywe informacje. Do jakiej grupy odbiorców były skierowane i co było ich celem. Tym zajmuje się nasz zespół.

 

Po kilku latach można już stawiać pewne diagnozy. Propaganda i dezinformacja obliczona jest przede wszystkim na dzielenie społeczeństwa i na wprowadzenie zamętu. To jest jej główny cel bez względu na to, jaki przekaz jest aktualnie wykorzystywany i przez kogo. Celem nadrzędnym jest wzbudzenie chaosu i podważenie zaufania do autorytetów (osób i instytucji). Co jest antidotum na dezinformację? Informacja. Prawda. A o nią troszczyć powinien się każdy dziennikarz, nie tylko ten, który weryfikuje propagandę w ramach jakiegoś projektu. Do tego, by nie stać się rozsadnikiem czyjejkolwiek propagandy ważne jest, by w pracy kierować się zasadami. Dziennikarstwo bez żadnych zasad staje się bowiem anarchią a dezinformacja jest jej chlebem powszednim. W imię kilkuminutowej sławy idzie się wówczas na różne kompromisy, także te, którym z prawdą nie jest po drodze. Dlatego warto od czasu do czasu odświeżyć sobie kodeks etyki dziennikarza. Tak na wszelki wypadek, by nadal być dziennikarzem a nie rozsadnikiem obcej propagandy.

 

 

UOKiK wydał zgodę na przejęcie Polska Press przez PKN Orlen

Planowana koncentracja nie wpłynie na konkurencję na rynku wydawniczym prasy lokalnej, na której jest obecna Polska Press – uznał prezes Urzędu Ochrony Konsumentów i Konkurencji Tomasz Chróstny i wydał zgodę na sfinalizowanie zakupu wydawcy gazet i portali lokalnych przez PKN Orlen.

 

Wniosek o zgodę na transakcję wpłynął do UOKiK 10 grudnia 2020 roku, jak czytamy w komunikacie, który pojawił się w piątek na stronie urzędu, prezes tej instytucji, w oparciu o wiedzę oraz dostarczone przez strony informacje, a także po analizie rynku i możliwych konsekwencji przejęcia, wydał zgodę na dokonanie koncentracji.

 

– Planowana koncentracja nie wpłynie na konkurencję na rynku wydawniczym prasy lokalnej, na której jest obecna Polska Press, a nie był dotychczas obecny PKN Orlen. Zmianie ulegnie wyłącznie właściciel spółki Polska Press, zaś udziały rynkowe poszczególnych jego uczestników pozostają bez zmian. Po starannej analizie zebranych materiałów i ocenie skutków rynkowych połączenia spełnione zostały kryteria do wydania bezwarunkowej zgody dla koncentracji spółek PKN Orlen i Polska Press powiedział Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.

 

Jak podkreślono, prezes UOKiK oparł ocenę skutków koncentracji m.in. na informacjach i danych zebranych w trakcie postępowania, w tym dostarczonych przez strony transakcji oraz od podmiotów konkurujących z Ruch (spółka ta należy do Orlenu) i będących kontrahentami Polska Press. Przeanalizowano również materiały otrzymane w związku z prowadzonym postępowaniem, m.in. przesłane przez Helsińską Fundację Praw Człowieka, Towarzystwo Dziennikarskie czy Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

– W przypadku tej koncentracji otrzymaliśmy różne stanowiska niezwiązane z naszymi kompetencjami. Część z nich wyrażała obawę, że w wyniku koncentracji mogłoby dojść do zagrożenia pluralizmu mediów czy ograniczenia wolności słowa. Zgodnie z prawem jedyną przesłanką, w oparciu o którą Prezes UOKiK może zakazać dokonania koncentracji, jest istotne ograniczenie konkurencji, oceniane w oparciu o jasno określone i mierzalne kryteria gospodarcze. Prezes UOKiK w zakresie swojej działalności orzeczniczej jest niezależny i nie może kierować się sugerowanymi kryteriami przy prawnej i merytorycznej ocenie koncentracji – zarówno tej, jak i każdej innej. Nie może być zatem mowy o posługiwaniu się w postępowaniu koncentracyjnym subiektywnymi i bliżej niezdefiniowanymi w prawie antymonopolowym kryteriami czy kategoriami pojęciowymi. Uwzględnienie tego typu kryteriów stanowiłoby złamanie prawa. Postępowania w zakresie kontroli koncentracji realizujemy zawsze w oparciu o dogłębną ocenę merytoryczną i wypracowany warsztat metodologiczny, nie ulegając przy tym jakiejkolwiek presji zewnętrznej czy emocjom – tłumaczył Tomasz Chróstny.

 

opr. jka, źródło: UOKiK