Czas się zjednoczyć – apeluje do dziennikarzy MAREK MILLER

Media w swoim dominującym nurcie są obecnie bezradne wobec rzeczywistości. Rzeczywistość je przerasta, więc ograniczają się do jej cynicznego wykorzystania, do propagandy i własnych interesów.

 

Media zakrywają, zaciemniają obraz rzeczywistości zamiast go odkrywać, tłumaczyć i szukać rozwiązań. Media nie spełniają dziś swojej podstawowej funkcji – podtrzymywania więzi społecznej. Media dziś głównie dzielą społeczeństwo podsycając nienawiść i nietolerancję. Tak być nie może. Dziennikarstwo w swojej istocie to budowanie mostów, porozumienia. Porozumienie to podstawa więzi, podstawa wspólnoty. Musimy wierzyć w nie, nawet gdyby powszechnie wątpiono. Polska to zdecydowanie coś więcej niż PiS i PO. Niż Lewica i Prawica. To „coś więcej” – to winien być nasz dziennikarski program. Na tym „coś więcej” powinnyśmy się skupić. Temu „coś więcej” warto się poświęcić, bo zagrożone są fundamentalne podstawy polskiej tożsamości narodowej.

 

Toczy się bezwzględna walka o zawłaszczenie społecznej świadomości, a w demokracji bez wartości mnożą się nowe totalitaryzmy. Tymczasem zanika niezależność. Związki i stowarzyszenia dziennikarskie są w Polsce marginalne, dychawiczne i bez większego znaczenia. Środowisko dziennikarskie jest rozbite, podzielone i zatomizowane. Dziennikarze wysługują się partiom politycznym, hierarchii kościelnej i zwykłej mafii. Ukąszenie komunistyczne nigdy nie znalazło swojej szczepionki i do dziś pustoszy nasze sumienia.

 

Niemcy (po zjednoczeniu) potrzebowali pół roku, żeby powołać do życia jedną silną organizację dziennikarską. Ta organizacja ma znaczenie i wszyscy się z nią liczą. Bilety na ich bal sylwestrowy są drogie i poszukiwane, bo uczestniczą w nim członkowie rządu. Z uzyskanego z balu dochodu utrzymywana jest dziennikarska szkoła. Czas się zjednoczyć. Czas porzucić przeszłość. Młode pokolenie dziennikarzy nie rozumie i nie akceptuje naszych podziałów. Dla nich historia SDP i SDRP jest odległa jak wojna secesyjna. Powiecie, że to co mówię to skrajny idealizm, że dość już mieliśmy pozornych, wymuszonych jedności. Nie podzielam tego poglądu. Jeżeli wszyscy zaakceptujemy podstawowe, wspólne nam zagrożenia, np. rozwój ekonomiczny, ekologia, patologie społeczne, kataklizmy, to co do reszty możemy się różnić w grupach frakcyjnych, które istniały i będą istnieć zawsze.

 

Kategoria zagrożenia może stać się fundamentem naszego zjednoczenia i porozumienia. Jeżeli dodamy do niej kategorię sumienia, które jest w swojej istocie ponadpartyjne, światopoglądowe i religijne to może się udać. Nie koncentrujmy się więc na totalnej krytyce przeciwnika, a apelujmy do jego sumienia. Jeżeli zjednoczymy się i będziemy nad sobą pracować to mamy szansę na rzeczywistą przemianę, która od czasów romantyzmu jest naszym niezniszczonym marzeniem.

 

Marek Miller

SDP protestuje przeciwko skandalicznemu wyrokowi na dziennikarki Biełsatu

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wyraża najwyższe oburzenie wyrokiem skazującym dziennikarki Kaciarynę Andrejewą i Darię Czulcową na dwa lata więzienia i żąda ich natychmiastowego uwolnienia. Kara dwóch lat więzienia za wykonywanie pracy dziennikarskiej to motywowana politycznie próba zastraszenia dziennikarzy, jawna kpina ze sprawiedliwości i działanie obliczone na wywołanie efektu mrożącego.

 

Dziennikarki telewizji Biełsat, polskiego kanału dla zagranicy, są bezpodstawnie więzione od 15 listopada 2020 roku. Zatrzymane zostały  podczas relacjonowania pacyfikacji protestu mieszkańców osiedla, broniących miejsca pamięci zamordowanego w tym miejscu kilka dni wcześniej Romana Bandarenki. Zostały oskarżone „o organizację i przygotowanie działań, które naruszają w znacznym stopniu porządek społeczny”. Dzisiejszy haniebny wyrok jest dowodem na to, że białoruskie władze całkowicie ignorują prawo dziennikarzy do przekazywania informacji, a także prawo obywateli do bycia informowanym.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich podejmie wszystkie możliwe działania zmierzające do uwolnienia niesłusznie skazanych dziennikarek Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej oraz 9 innych białoruskich dziennikarzy przebywających obecnie w więzieniach na Białorusi, to jest: Andreia Alieksandrou, Kaciaryny Barysewicz, Zmicera Buianou (Sołtan), Libou Liuniowej, Julii Słuckiej, Ałły Szarko, Sierhieja Alszeuskiego, Piotra Słuckiego, Kseni Lutskina.

 

Krzysztof Skowroński – prezes

Jolanta Hajdasz – wiceprezes i dyrektor CMWP SDP

Witold Gadowski – wiceprezes

Jadwiga Chmielowska – sekretarz generalny

Aleksandra Rybińska – skarbnik

Klub Fotografii Prasowej SDP zaprasza na warsztaty

Klub Fotografii Prasowej SDP zaprasza wszystkich chętnych członków naszego Stowarzyszenia w każdy ostatni wtorek miesiąca na warsztaty fotograficzne. Chętnie podzielimy się naszą wiedzą.

 

Warsztaty odbywają się w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5, sala B, pierwsze piętro. Start w najbliższy wtorek, 23 lutego, o godz 15.00. Posiadanie własnego aparatu fotograficznego nie jest konieczne, ale miło widziane. Wystarczy smartfon i dobre chęci.

 

Z uwagi na stan pandemii ilość miejsc jest ograniczona do czterech osób. Decyduje kolejność zgłoszeń. W przypadku większej liczby chętnych istnieje możliwość zrealizowania  kolejnych zajęć o godzinie 16.30.

 

Prosimy wysyłać zgłoszenia na adres [email protected] w terminie do 21 lutego (niedziela).

 

 

Donat Brykczyński

 

Dziennikarki Biełsatu skazane na dwa lata kolonii karnej

Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa, dziennikarki Biełsatu,  po trzech dniach procesu, zostały skazane za winne organizowania zamieszek i skazane na dwa lata kolonii karnej.

 

Jak relacjonuje na swojej stronie internetowej Biełsat, sąd w Mińsku w pełni przychylił się do wniosku prokuratora jeżeli chodzi o wysokość kary. Dziennikarki zostały oskarżone o „Organizację i przygotowywanie działań rażąco naruszających porządek publiczny”.

 

Podstawą oskarżenia była m.in. deklaracja strat, jakie w wyniku działań dziennikarek miało rzekomo ponieść mińskie przedsiębiorstwo transportowe Minsktrans. Pracownik tej firmy zeznał, że w wyniku ulicznej demonstracji został zablokowany ruch komunikacji miejskiej, co pociągnęło za sobą straty w kwocie wynoszącej w przeliczeniu ponad 16 tys. zł. Dziennikarki, które konsekwentnie nie przyznawały się do winy, pokryły stratę, deklarując jednak, że jest to wyłącznie gest dobrej woli wobec przewoźnika. W następstwie tego przedstawiciel Minsktransu wycofał swoje roszczenia.

 

Jak twierdziła prokurator Alina Kasjanczyk, korespondentki Biełsatu w trakcie przeprowadzania sondy ulicznej wyszły na jezdnię, blokując w ten sposób miejski transport. To miało zachęcić innych do masowego wychodzenia na ulicę.  Obrońca Andrejewej Siarhiej Zikracki zauważył, że przed sądem nie pojawił się ani jeden świadek, który potwierdziłby winę oskarżonych i zareagował na ich rzekome wezwania do udziału w proteście. Podkreślił także, że pracownik Minsktransportu nie potrafił wyjaśnić, czy miejski transport stanął z powodu demonstrantów blokujących drogi, czy stało się to wcześniej, na skutek jakiejś odgórnej decyzji.

 

Proces dziennikarek rozpoczął się 9 lutego i na pierwszej rozprawie sąd odroczył go o tydzień. Jak podkreśla Biełsat,  drugi dzień procesu zbiegł się z bezprecedensową, skoordynowaną akcją białoruskich organów siłowych, wymierzoną w dziennikarzy i obrońców praw człowieka. We wtorek od rana milicja dokonywała przeszukań i zatrzymań w całym kraju, które dotknęły 40 osób. Na celowniku służb znalazło się m.in. Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Protest przeciwko takim działaniom wystosowało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (TUTAJ).

 

Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa zostały zatrzymane 15 listopada 2020 r. podczas relacjonowanie brutalnego rozpędzenia demonstracji, która odbywała się w miejscu gdzie tajniacy pobili na śmierć aktywistę Ramana Bandarenkę. Dziennikarki Biełsatu nadawały na żywo korespondencję z prywatnego mieszkania. Po pacyfikacji protestu milicyjny specnaz wyłamał drzwi do lokalu i wyprowadził reporterki. Od tego czasu przebywały w areszcie.

 

opr. jka, źródło: Bielsat.eu

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wydało książkę „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” opisującą represje wobec białoruskich dziennikarzy, jedną z jej współautorek jest Kaciaryna Andrejewa. E-wydanie można bezpłatnie pobrać TUTAJ.

 

ŁUKASZ WARZECHA: Rozczarowani odbiorcy nie staną w obronie mediów

Poziom medialnej histerii wokół sytuacji w Zakopanem w czasie weekendu z 14 lutego – Walentynkami – przebił wszystko, co od dawna widzieliśmy. Jaki ma to związek z podatkiem od reklam? Wbrew pozorom – ma.

 

Pisałem kilkakrotnie na portalu SDP o tym, jak jednostronnie media zajmowały się epidemią. To zmieniło się dopiero po dłuższym czasie. Dopiero w listopadzie czy grudniu ubiegłego roku zaczęto szerzej relacjonować punkt widzenia przedsiębiorców. Pojawiły się materiały o akcji #otwieraMY, informowano i nadal informuje się o działaniach policji oraz innych służb, pokazując je również od strony przedsiębiorców właśnie. Niektórzy dziennikarze okazali się autentycznie dociekliwi w drążeniu wątpliwej logiki restrykcji i strategii epidemicznej, by wskazać tu na Marcina Zaborskiego z RMF FM czy dziennikarzy Radia Wnet.

 

Zarazem jednak nie zmieniła się zasadniczo praktyka nakręcania paniki, a w mediach nadal brylowali głównie dyżurni medycy, tacy jak prof. Simon, których wypowiedziom brakowało chwilami jakiejkolwiek spójności, a jednak prowadzący rozmowę nie reagowali. Kulminacją jest właśnie relacjonowanie sytuacji w Zakopanem, gdzie znów – jak wiosną ubiegłego roku – niemal wszystkie media poszły owczym pędem, bez śladu refleksji, za jednym przekazem: nieodpowiedzialna hołota sprowadzi na nas nieszczęście i będzie przyczyną kolejnego lockdownu.

 

Jednym z obowiązków dziennikarza jest bycie krytycznym wobec gotowych sztamp i przekazów. Skąd wyszła ta akurat sztampa – nie sposób powiedzieć. Ale nietrudno wskazać, jakie pytania powinny zostać zadane, a zadane nie zostały. A zatem między innymi: jakie jest prawdopodobieństwo zarażenia się na dworze, o jakiej liczbie osób tworzących ów „tłum” właściwie mówimy, czy rząd ma jakiekolwiek własne badania, pokazujące, jaki będzie wpływ tych wydarzeń na liczbę zakażeń w skali kraju oraz czego właściwie rządzący spodziewali się, decydując się na otwarcie hoteli przed 14 lutego, po miesiącach zakazu, gdy nie dawało się nigdzie wyjechać.

 

Co to ma wspólnego z podatkiem reklamowym? Obserwowałem bardzo uważnie reakcję w mediach społecznościowych na protest mediów w tej sprawie. Była bardzo mało entuzjastyczna. Nie mówię tutaj o tych osobach, które odegrały role wynikające z ich sympatii partyjnych, bo tutaj wszystko jest jasne: zwolennicy Zjednoczonej Prawicy powielają swój przekaz dnia, zwolennicy największych ugrupowań opozycyjnych – swój. Jest jednak spora grupa ludzi, którzy z władzą nie sympatyzują i wydawałoby się, że perspektywa nałożenia finansowego kagańca mediom prywatnym powinna ich jakoś zaniepokoić. A jednak wykazali oni ostentacyjne wręcz désinteressement. Powoływali się przy tym między innymi właśnie na sposób mówienia o epidemii, z zarzutem siania paniki i histerii na czele. Uogólniano go do postaci, która powinna być dla dziennikarzy dzwonkiem alarmowym: dlaczego mielibyśmy się przejmować waszym losem, skoro nie spełniacie swoich podstawowych zadań? Dlaczego mielibyśmy się martwić o płacone przez was podatki i problemy, jakie dla was mogą z tego wynikać, skoro nie stoicie po naszej, odbiorców, stronie i nie jesteście wystarczająco krytyczni albo dociekliwi?

 

Można oczywiście słusznie wskazać, że to zarzuty niesprawiedliwie uogólnione i że wiele mediów albo dziennikarzy zachowuje się inaczej – nie zmienia to jednak faktu, że tak postępują najwięksi i że takie jest obraz mediów w ogóle. Co ważne, nie chodzi tutaj o niepodbijanie przez media tej czy innej narracji, a więc zastąpienie panikarskiej lekceważącą, ale o należyty poziom krytycyzmu wobec przedstawianych tłumaczeń, twierdzeń, uzasadnień.

 

Ta sytuacja powinna dać do myślenia i szeregowym dziennikarzom, i redaktorom naczelnym oraz właścicielom mediów. To tylko epizod większej opowieści o tym, jak media przez część odbiorców zostają sprowadzone do roli jednego z oddziałów w partyjnej wojence, a ci, którym mogłoby i powinno na nich zależeć jako na niezależnych kontrolerach władzy, są nimi tak zawiedzeni, że kompletnie się ich losem nie przejmują. A jeżeli komuś wydaje się, że to nie ma znaczenia, niech pomyśli, że ta obojętność może trwać również wtedy, gdy nie będzie chodziło o podatek, ale działania poważniejsze – takie na przykład jak nieprzedłużenie koncesji.

 

Łukasz Warzecha

 

MARIUSZ FRUKACZ: Marzenie o misyjności mediów

Czarny ekran telewizora, a potem słowa przyrównujące całą sytuację do stanu wojennego. Do tego jeszcze doszło mówienie o kneblowaniu mediów i łamaniu wolności słowa. To wszystko bardzo smutne.

 

Akcja „Media bez wyboru” była widoczna niemal dla każdego. Na czarnym tle telewizje komercyjne, portale i gazety zamieszczały hasła: „Tu miał być twój ulubiony program”. Oczywiście pretekstem stała się kwestia składki solidarnościowej, którą miałyby płacić od wpływów z reklam największe koncerny medialne. Ciekawe jest to, że zamiast dyskusji nad ustawą jako widzowie i czytelnicy otrzymaliśmy czarny ekran. Jak wynika z projektu ustawy składką mają być objęci giganci cyfrowi, których globalne przychody sięgają 750 mln euro, a przychody z tytułu reklamy internetowej w Polsce przekraczają 22 mln zł. Dla reklamy prasowej proponowany próg wynosi dla pojedynczego tytułu prasowego 15 mln zł z przychodu od działań reklamowych. Wpływy reklamowe powyżej 30 mln zł  będą podlegać opłacie, która co do zasady wyniesie 6%. Projekt nie dotyczy małych wydawnictw i lokalnych mediów. Jeśli chodzi o media katolickie, to zapewne  takiego przychodu od działań reklamowych nie osiągną. Oczywiście pozostaje również kwestia sytuacji radiostacji katolickich, które działają w sieciach.

 

Tylko Facebook i Google mają 3 mld zł środków z reklam w Polsce od których podatki nie są w naszym kraju w ogóle odprowadzane – zauważyła w Polskim Radiu24 Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i dodała: „Nie ma mowy o unicestwieniu mediów, niektóre będą miały mniejsze przychody, ale i tak będą one gigantyczne. To są biznesy o wielomilionowych obrotach, o takich pieniądzach przecięty Polak nawet nie śni. Podatek jest sprawiedliwy, trzeba się nad tym projektem pochylić, przeprowadzić kwotowe symulacje, by nie zaszkodzić najmniejszym mediom. Idea jest słuszna”. Takie podatki nie są niczym nadzwyczajnym w Europie.

 

I Have a Dream

 

Jednak cała ta sytuacja rodzi pytania o sytuację w samych mediach. Co ten protest pokazał, polaryzację mediów, czy też możemy mówić o większej jedności mediów? Niedawno przeczytałem autobiografię Martina Luthera Kinga pt. „I Have a Dream” (Mam marzenie). Oczywiście jej tytuł nawiązuje do słynnej mowy Kinga, w której padły znamienne słowa: „Mam marzenie, że pewnego dnia naród nasz wzniesie się na wyżyny prawdziwego sensu swojej wiary i uzna za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”. Nie chodzi mi jedynie o cytowanie słów słynnego pastora, ale o pewien obraz i symbol. Wydaje mi się, że mamy prawo marzyć o sprawiedliwej demokracji, szacunku wobec drugiego człowieka, także widza i czytelnika, ale chyba wciąż jest to marzenie. Polaryzacja mediów jest widoczna gołym okiem, a pokazał to także protest „Media bez wyboru”. Zamiast troski o autentyczność dialogu w mediach,  wydaje się, że media niestety przyczyniają się również do wzmacniania konfliktów, dzielenia ludzi, promowania języka nienawiści. Sami dziennikarze nie szanują siebie. Tymczasem media powinny być największym forum dialogu wymiany myśli idei, poglądów i wartości. Mam marzenie, żeby wreszcie rozmawiać ze sobą. Wiem, może przesadzam, ale każdy ma prawo do marzeń.

 

O ładzie medialnym

 

Wydaje mi się, że cały problem tkwi również w tym, co nazywamy ładem medialnym. O ładzie medialnym wciąż mówi się w Polsce, ale chyba jednak zbyt mało. Ład medialny jest nam bardzo potrzebny, bo wpływa na najważniejsze sektory życia publicznego. Ład medialny to przede wszystkim stała równowaga w świecie mediów, umożliwiająca obywatelom dostęp do informacji powszechnej i prawdziwej. Oczywiście oznacza on również bezpieczeństwo państwa w zakresie informacji i ochronę obywateli przed negatywnym wpływem mediów. Jak napisał kiedyś bp Adam Lepa, jeden z najlepszych znawców mediów w Polsce, ład medialny „ma walor strategiczny, stoi bowiem na straży bezpieczeństwa obywateli. Jego obecność albo deficyt daje znać o sobie w skali państwa i świata. Zakłócenia w ładzie medialnym prowadzą do chaosu i skutkują groźnymi następstwami”.

 

Już 12 lat temu bp Adam Lepa napisał ważny tekst w „Niedzieli” i kiedy go ponownie przeczytałem, to stwierdziłem, że jest on bardzo aktualny. Biskup postawił w nim ważne tezy, które w kontekście ostatniego protestu są bardzo dobrą diagnozą mediów w Polsce. „Jakie zasady ustrojowe panują w polskim świecie mediów? Czy istnieje pełna demokracja, czy też – jak twierdzą obserwatorzy sceny medialnej – mamy do czynienia z modelem oligarchicznym, który najwyraźniej ujawnia się w monopolu orientacji liberalnej i lewicowej. Jaki jest stopień koncentracji mediów będących w rękach firm międzynarodowych i jak dalece dominacja kapitału zagranicznego powoduje zachwianie równowagi w polskim świecie mediów? A także: czy treści publikowane tymi kanałami uwzględniają dobro narodu i państwa, czy też całkowicie poddane są interesowi obcych firm i realizują ich hierarchię wartości z bezwzględną dominacją wartości rynkowych?”  – napisał bp Lepa.

 

W tym samym tekście biskup medioznawca zwrócił uwagę na zjawiska takie jak: zatrucie informacyjne, polegające na tym, że o sprawach najważniejszych mówi się w taki sposób, jakby one były mało ważne albo nic nieznaczące, i odwrotnie, obniżenie wartości argumentacji. „Oto wręcz powszechnie w odbiorze mediów w Polsce decyduje argument siły, a nie siła argumentu” – podkreślił.

 

I jeszcze jeden, moim zdaniem, mocny cytat z bp. Lepy: „Żywiołowa konkurencja w świecie mediów komercyjnych prowadzi do jednostronnych rozstrzygnięć w obrębie dylematów ludzi mediów: «misja czy kasa» albo: «im więcej religii i patriotyzmu, tym mniej kasy». Z tym wiąże się jeszcze jeden dylemat: «Gdzie mówią pieniądze, tam milczy prawda». Wskutek tych perturbacji, znamionujących chaos medialny, traci przede wszystkim źle poinformowany obywatel”.

 

Przywołuję fragmenty tekstu bp. Adama Lepy, bo okazuje się, że to doskonała diagnoza sytuacji mediów w Polsce. Tekst chociaż napisany 12 lat temu, to pokazuje, że w proteście sprzed kilku dni nie chodziło o wolność słowa i dobro widza czy czytelnika. Cały tekst znajduje się TUTAJ.

 

Misyjność zawodu dziennikarza

 

Protest również pokazał, że wciąż trzeba pytać o misyjność zawodu dziennikarza. Mam wrażenie, że owa misyjność jest często banalizowana. Wpływ na misję dziennikarza mają struktury właścicielsko-instytucjonalne, związanie mediów ze sferami komercji i polityki. Media, oczywiście nie tylko w Polsce, stają między misją publiczną, mechanizmami wolnego rynku i uwarunkowaniami politycznymi. Coraz częściej mamy do czynienia z celebrytyzmem dziennikarskim i dyktatem struktur właścicielskich.

 

Ja wciąż wierzę, że dziennikarska rzetelność i uczciwość są niezależne od politycznych barw czy platform informacyjnych, na których dziennikarstwo jest uprawiane. Oczywiście rzetelna dyskusja nad ustawą jest potrzebna, ale czarne ekrany telewizora tego nie załatwią.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

 

 

SDP solidaryzuje się z szykanowanym przez władze Białoruskim Stowarzyszeniem Dziennikarzy (BAJ)

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich protestuje przeciwko kolejnym represjom wobec dziennikarzy na Białorusi.

 

Dziś rano służby weszły do siedziby Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy (BAJ). Dokonano przeszukania, w rezultacie którego zarekwirowana została lista członków stowarzyszenia. Siedziba stowarzyszenia dziennikarzy została zamknięta i zaplombowana przez służby. Przeszukane zostały też  mieszkania prawników pracujących dla organizacji: Aleha Ahiejeua i Krysciny Rychter – funkcjonariusze zabrali dokumenty dotyczące stowarzyszenia.

 

Przeszukania redakcji i mieszkań dziennikarzy miały miejsce nie tylko w Mińsku, ale również w Homlu i Mohylewie. W Homlu przeszukane zostało mieszkanie dziennikarza Anatola Hatauczyca Łarysy Szczyrakowej – dziennikarki Biełsatu, a w Mohylewie dziennikarza Alesia Burakoua.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przesyła białoruskim kolegom wyrazy solidarności i deklaruje wszelką możliwą pomoc dla dziennikarzy, którzy będą jej potrzebować. Zawsze możecie na nas liczyć!

 

Krzysztof Skowroński – prezes SDP

Jolanta Hajdasz – dyrektor CMWP SDP

 

Zdjęcie: Witold Dobrowolski

NASZA SONDA. Nikt nie przejmuje się dziennikarzami

Czy w protestach mediów przeciwko projektowi ustawy wprowadzającej składkę od przychodów reklamowych chodzi o ochronę wolności słowa czy o interesy wielkich koncernów?

 

Witold Gadowski, dziennikarz, wiceprezes SDP

 

Nie mam żadnych wątpliwości, że w protestach przeciwko podatkowi od mediów chodzi o ochronę interesów wielkich korporacji. Nie chodzi o dziennikarstwo, które już nie istnieje ani o wolność słowa, bo jej też dawno nie ma. Chodzi wyłącznie o pieniądze. To bzdura, że ustawa ograniczy działalność małych mediów.

 

Wiem po swojej działalności, że jeżeli medium cieszy się popularnością to widzowie są w stanie je utrzymywać. Jeżeli serwis jest uzależniony od reklam i dotacji to znaczy, że nikomu nie jest potrzebny. Mnie nikt nie dotuje, utrzymuję się wyłącznie z wpłat widzów. Widocznie chcą, żebym przygotowywał dla nich „Komentarz tygodnia”. Współczesne media są nośnikiem treści propagandowych i komercyjnych. Te treści zajmują ponad 90 proc. czasu antenowego, reszta to filmy i rozrywka, które też są coraz bardziej upolitycznione.

 

Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”

 

Nie jestem zwolennikiem podatku od mediów. W takiej postaci, w jakiej projekt został przedstawiony, w bardzo niewielkim stopniu podatek uderza w interesy wielkich koncernów. Niestety, znacznie bardziej obciąży średnie i małe wydawnictwa prasowe. Dotkliwy dla wielkich koncernów był podatek cyfrowy, ale rząd się z niego wycofał. Niezależnie od kształtu tej ustawy trudno mówić o ataku na wolność słowa. Wystarczy popatrzeć na zyski i przychody największych pięciu koncernów medialnych w Polsce, np. TVN-u, dużych portali internetowych, jak Onet, Wirtualna Polska czy część internetowa Agory. Osiągane przez te firmy zysk jest na tyle duży, że nawet wprowadzenie podatku od mediów, nie powinno wpłynąć negatywnie na sytuację dziennikarzy. Duża część największych koncernów dokonywała różnych cięć, a raczej przeprowadzała optymalizację zysków, jak to się ładnie nazywa, jeszcze zanim była mowa o wprowadzeniu podatku. Przykładem jest zamknięcie korespondentury TVN w Moskwie. Wystarczy popatrzeć na średnie płace dziennikarzy zatrudnionych w dużych koncernach. Okaże się, że ich poziom dochodów jest znacznie niższy niż jeszcze 10 lat temu. A przecież zyski korporacji są nieporównywalnie większe niż wtedy. Dla dziennikarzy są umowy śmieciowe i ochłapy z tego, co dostaje kadra zarządzająca, menedżerowie, osoby odpowiedzialne za reklamę i właściciele.

 

Jadwiga Chmielowska, sekretarz generalna SDP

 

Dziwię się, że protest przeciwko podatkowi od mediów jest łączony z wolnością słowa. Przecież nie o nią chodzi, ale o kasę i ochronę wielkich koncernów. Podatek nie obejmie małych gazet. Zmartwiło mnie to, że jest bardzo niski dolny próg podatkowy dla stacji radiowych. Nie wiem jakie obroty mają małe radia miejskie czy prywatne radia lokalne, ale mogą mieć powyżej miliona. Dlatego trzeba rozmawiać z małymi rozgłośniami o ustaleniu progów podatkowych, które w mojej ocenie powinny być wyższe. Nie może być tak, że media nie płacą podatków. Każdy pracujący obywatel płaci podatek od przychodu. Przecież wszystko co my, dziennikarze zarobimy jest opodatkowane. Nawet jeżeli dziennikarz otrzyma zlecenie na sto złotych, 50 proc. wynoszą koszty uzyskania, a od reszty jest płacony 20 proc. podatek. A media mają płacić tylko 7 proc. podatku.

 

Protest przeciwko projektowi ustawy rozpropagowały potęgi medialne, którym ciągle jest za mało pieniędzy. Niestety nikt się nie przejmuje dziennikarzami, zwłaszcza w dużych korporacjach medialnych. Zawód dziennikarza jest najbardziej pomiatanym zawodem, w wielu miejscach każą pracować za darmo. Nikt nie zrezygnował w telewizji publicznej z wprowadzonego przez Juliusza Brauna samozatrudnienia dziennikarzy. Niektórzy mówią, że jak dziennikarzowi jest źle, niech odejdzie z zawodu. Jak ktoś jest szewcem, może zrezygnować i zostać np. krawcem, ale jak się jest dziennikarzem i ma się potrzebę pisania, nie zmieni się zawodu. Ubolewam, że dziennikarze muszą pracować na umowach śmieciowych i za niskie stawki.

 

Joanna Lichocka, posłanka PiS, zastępca przewodniczącego sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu.

 

Wprowadzanie ustawy o podatku od mediów nie zagraża wolności słowa. Przepisy nie mają jeszcze ostatecznego kształtu. To dopiero pierwsza wersja przedstawiona przez Ministerstwo Finansów do prac rządowych. Ostateczny kształt projektu ustawy zostanie zaprezentowany po uzgodnieniach międzyresortowych. Trudno więc obecnie mówić precyzyjnie o szczegółowych rozwiązaniach.

 

Jest to rodzaj składki solidarnościowej, a nie podatku. Podobnie jest ze składkami na produkcję filmową. Idea składki solidarnościowej od najbogatszych i największych koncernów jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza, że te składki idą na trzy bardzo ważne cele. 50 proc. ma wpływać na Narodowy Fundusz Zdrowia. 35 proc. ma być przeznaczone na Fundusz Mediów, który ma współfinansować produkcje dziennikarskie dotyczące wszystkiego co łączy się z misją mediów, czyli z podniesieniem kultury, tożsamości oraz świadomości cyfrowej. Natomiast 15 proc. ma być przekazywane na Fundusz Ochrony Zabytków. Sądzę, że wszystkie trzy cele są dobre.

 

We wstępnym projekcie ustawy, co opozycja zaczęła podnosić, są 2 i 5 proc. stawki, ale jest również 15 proc. stawka podatku, którą mają płacić największe i najbogatsze przedsiębiorstwa medialne za tzw. reklamy kwalifikowane. W myśl tego projektu reklamami kwalifikowanymi są reklamy farmaceutyków, suplementów diety i napojów wysokosłodzonych, czyli to wszystko, co nas zalewa w internetowych promocjach, a co jest niezdrowe. Przemysł farmaceutyczny wyspecjalizował się w wymyślaniu schorzeń typu syndrom niespokojnego snu i za pomocą reklam „wciska” ludziom produkty na wymyślone choroby. Tego nie można zabronić, ale oskładkowanie w wysokości 15 proc. spowoduje, że mediom i przemysłowi farmaceutycznemu „wciskanie” medycznego kitu przestanie się aż tak bardzo opłacać. Takie rozwiązanie ma bardzo pozytywne znaczenie.

 

Not. TOP

 

MIROSŁAW USIDUS: Sposoby na cenzorryzm Big Tech

Termin „cenzorryzm” wymyśliłem, składając „cenzurę” z „terroryzmem”. Chyba jasne dlaczego cenzura. Jeśli ktoś zastanawia się, o co mi chodzi z „terroryzmem”, to niech poczyta o pogróżkach Google’a wobec Australii, której gigant groził wyłączeniem usług, jeśli wprowadzi „niegooglomyślne” przepisy.

 

Cenzorrystyczne popisy Facebooka, Twittera, Google’a i Amazona z ostatnich miesięcy zrobiły duże wrażenie na wielu ludziach, w wielu krajach świata. Na świecie i w Polsce widzimy falę reakcji różnego rodzaju, od rządów, które zapowiadają walkę z Big Tech o wolność słowa gwarantowaną w krajowych prawach i konstytucjach po przeróżne inicjatywy prywatne, które korzystając z pogarszającego się wizerunku potentatów Krzemowej Doliny, starają się zaoferować nowe lub promować już od dawna istniejące alternatywy dla produktów GAFA.

 

W Polsce oprócz zapowiedzi rządu, że wprowadzi regulacje, które będą bronić gwarantowanej przez polską Konstytucję wolności słowa przed samowolą cenzorów politycznych na platformach społecznościowych, pojawiły się też alternatywne produkty. Najgłośniej jest o serwisie Albicla.

 

Niedopracowana, ale atakowana z zastanawiającą zajadłością

 

Gdy w dniu uruchomienia Albicla po raz pierwszy zalogowałem się do serwisu, ujrzałem to, czego się mniej więcej spodziewałem, czyli niewiele rzeczy działających jak powinno i ogólnie chaos założycielski. Jednak spodziewałem się tego, więc nie zrobiło to na mnie wstrząsającego wrażenia. Jakoś tak z góry zakładałem, że będzie to wczesna alfa, wiedząc jak trudno jest zrobić platformę tego typu, z całym zestawem funkcjonalności, z grafem społecznościowym, z rozwiązaniami do obsługi sieci kontaktów i profilu użytkownika.

 

Kwestią do dyskusji jest, czy autorzy powinni uruchomić tak niegotową jeszcze rzecz. Łatwo się mówi, że upubliczniać należy stuprocentowo dopracowaną, pozbawioną błędów, wersję. W przypadku czegoś tak złożonego jak platforma społecznościowa to wydaje się w ogóle niemożliwe. Pewne rzeczy trzeba przetestować bojem i chyba takie było założenie Albicla. Że tych błędów było bardzo dużo – to inna sprawa. Tak czy inaczej, w momencie, gdy po raz pierwszy eksplorowałem nowy serwis, niedociągnięcia nie zaskakiwały mnie, ani nie szokowały. Nawet napisałem od razu w sieciach społecznościowych o kilku błędach, które rzuciły mi się w oczy od razu, zakładając, że ktoś ten feedback odbiera i będzie to sukcesywnie poprawiane.

 

W kolejnych dniach z pewnym zdumieniem rejestrowałem wielką falę krytycznych opinii, recenzji, życzliwych i nieżyczliwych uwag ze wszystkich stron i w końcu atak trolli, którzy za pomocą fejkowych profili i prowokujących treści chcieli „dokopać prawakom”. Ta gorliwość serwisów recenzujących krytycznie Albiclę i armii trolli, nazwijmy to ogólnie, „nieprawicowych” była nieco zdumiewająca. Przecież to miała być „pozbawiona znaczenia i szans” inicjatywa. Czy każdy „marginalny” serwis internetowy jest tak szeroko omawiany i recenzowany w mediach? Wyglądało to dziwnie i sprawiało wrażenie, że fala „fachowych” lub po prostu złośliwych analiz „portalu Sakiewicza” jest czymś podszyta, czymś innym niż tylko chęcią zrecenzowania nowej strony internetowej.

 

Albicla została zaatakowana za wiele rzeczy, w tym za kopiowanie regulaminu Facebooka. Owszem, niby słusznie – każdy powinien sam pisać własny regulamin. Ale z drugiej strony – serwisy takie jak Parler a wcześniej Discord były atakowane przez cosa nostrę Big Tech za to, że nie stosują reguł postępowania z „nieodpowiednimi treściami” według jedynie słusznego wzorca, akceptowanego przez Google, Facebook, Amazon, Twitter i Apple. No więc Albicla wprowadziła regulamin, który, skoro jest kopią regulaminu Facebooka, jest całkowicie zgodny linią potentatów technologicznych, czyż nie?

 

W jednym z komentarzy zauważyłem żartobliwie, że twórcy Albicli mieli za darmo szeroki test prototypu połączony z wszechstronnymi crash-testami i bogatym feedbackiem użytkowniczym. Nie postawiłbym jednak pieniędzy na to, że to było z góry zaplanowane.

 

Z całej tej awantury wyłonił się pewien problem, dla projektów takich jak Albicla chyba znacznie trudniejszy jako wyzwanie, niż wszelkiego rodzaju problemy techniczne i inne, w tym związane z zarządzaniem danymi użytkowników. Mianowicie, skoro taki serwis powstaje jako reakcja na cenzurę polityczną na Facebooku i Twitterze, to jak ma podejść do problemu tych wszystkich złośliwych lewicowych, antyklerykalnych, trolli? Zauważyłem komentarze konserwatywnych użytkowników narzekających, że miał to być „ich” serwis a widzą jakieś obrzydliwości w Albicla. No więc, albo-albo. Albo wolność słowa i brak cenzury, albo cenzura, ale nie lewicowa, jak na Facebooku i Twitterze, tylko z przeciwnym znakiem politycznym. To są kwestie, z którymi Albicla, jeśli ma lepiej funkcjonować i rozwijać się, będzie musiała się zmierzyć. Nie tylko ona zresztą, ale każdy inny „nielewicowy” projekt społecznościowy.

 

Od kilku tygodni co pewien czas wchodzę na platformę, by sprawdzić, czy coś zmienia się na lepsze. Zauważyłem, że sporo rzeczy zostało tam poprawionych. Był więc postęp, choć nie można powiedzieć, że wszystko jest OK, bo elementy grafu społecznościowego, czyli powiadomienia o interakcjach, zaproszenia, wszelkie typowe dla społecznościówek elementy dynamiczne i angażujące nie działają tak jak trzeba. Na razie sprawia to wrażenie statycznej maszyny do publikowania treści z możliwością  reagowania. Do prawdziwej społecznościówki jeszcze sporo brakuje. Niemniej to dzięki Albicla dowiedziałem się, że są plany stworzenia polskiej, pozbawionej google’owskiej cenzury politycznej, alternatywy dla YouTube. Czy to to realne to inna sprawa. Ważne, że informacja dotarła do mnie tym a nie innym kanałem.

 

Mówimy o serwisie, który istnieje kilka tygodni. Zuckerberg po pierwszej wersji swojego serwisu został nieomal wyrzucony z Harwardu za naruszanie praw i obyczajów. Zanim wypracowano graf społecznościowy i wszystkie te rozwiązania, z których znany jest dziś Facebook na czele z guzikiem „Lubię to” minęło kilka lat. I tak po prawdzie na Facebooku i Twitterze po kilkunastu latach i setkach milionów użytkowników bardzo wiele rzeczy nie jest OK.

 

Oczekiwanie od Albicli doskonałości jest więc trochę nieporozumieniem. Budowanie platformy społecznościowej bieg długodystansowy, bez wytyczonej mety. Jeśli miałbym coś doradzać, to oprócz powielania funkcji i usług ze znanych społecznościówek warto pomyśleć nad czymś wyjątkowym, co odróżniałoby ten produkt od masy innych podobnych. Pozwoliłoby to przyciągnąć użytkowników mniej zaangażowanych w politykę, poszukujących czegoś innego niż znane narzędzia. Ponadto, gdy Albicla osiągnie stan MVP (minimum viable product), którego, moim skromnym zdaniem, jeszcze nie osiągnął, warto pomyśleć o promocji.

 

Albo walka o wolność słowa, albo Facebook i Twitter

 

Albicla jest inicjatywą prywatną i nie rozwiąże pewnego problemu, jaki mają polskie instytucje rządowe, samorządowe i wszelkie rodzaju publiczne z platformami społecznościowymi, zwłaszcza w świetle planów przywołania „cenzorrystów” z Big Tech do porządku i nakazania im przestrzegania obowiązującej w Polsce wolności słowa. Wspominałem o tym niedawno w innym tekście. Dziś kilka słów więcej o tym, jak powinno wyglądać „B” jeśli powie się „A” (czyli podejmie się prawne zmaganie z cenzurą wielkich społecznościówek).

 

Otóż polski „government” (w anglosaskim rozumieniu, które obejmuje wszystkie szczeble i rodzaje władzy oraz reprezentacji publicznej) poszedł bezkrytycznie w Facebooki, Twittery, YouTube’y a nawet niekiedy w Instagramy i Pinteresty w ślad za sektorem prywatnym. Używa do komunikacji z obywatelami, petentami urzędów, mieszkańcami miast i gmin, interesariuszami publicznych organizacji i projektów, narzędzi wyjętych spod polskiego prawa. Są one wyjęte zarówno we własnym rozumieniu, gdy lekceważą obowiązujące u nas przepisy, przedkładając nad nie swoje regulaminy, jak też de facto przez nasz wymiar sprawiedliwości, który w orzecznictwie ma tendencje do traktowania Facebooka np. jako obcego państwa.

 

Konstatacja jest więc nieubłagana: polskie instytucje publiczne używają platform owego „obcego państwa” do komunikacji z polskimi obywatelami.

 

Zapewne znajdzie się legion takich, którzy od razu zaczną przekonywać, że „to nie tak”, „że przecież Facebook i Twitter to nie wrogowie”, albo wręcz, że to „zupełnie normalne”. Spośród mędrków tego sortu jest tylko jeden, który może mieć trochę racji. Ten mianowicie, który zauważa, że nie ma się czego obawiać, gdyż w swoim politycznym ferworze administracja Facebooka walczy tylko wielkimi i znaczącymi przeciwnikami, banując Trumpa i innych polityków w USA, zaś u nas w Polsce nic szczególnie ważnego się nie dzieje, dlatego nie ma obaw.

 

To jednak może się szybko skończyć, gdyby polskie władze przeszły od słów do czynów i wprowadziły przepisy skutecznie wymuszające przestrzeganie polskiego prawa w Polsce. W różnych publikacjach na świecie pojawiają się informacje, jakoby „Polska wzięła się za Facebooka i innych”. Nie chce mi się entuzjastom polskiego twardego charakteru z zachodnich krajów tłumaczyć, że na razie to wszystko dzieje się w sferze zapowiedzi i owa „twardość” to na razie głównie jest „w gębie”. Gdyby jednak w końcu polski rząd wprowadził przepisy, które zapowiada, to warto pomyśleć o konsekwencjach.

 

Dość łatwo przewidzieć, że potentaci nie będą mieli ochoty tak po prostu się podporządkować. Zablokowali prezydenta Stanów Zjednoczonych. Czy myślicie, że zawahają się w obliczu władz średniego środkowoeuropejskiego kraju? Zwłaszcza, że będą mogli liczyć na silne wsparcie polskiej opozycji. Co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości.

 

Ostatecznie, nawet, jeśli Facebook i Twitter nie będą banować polskiego rządu, to i tak władze RP znajdą się w dość głupiej sytuacji, jeśli pomimo podjęcia walki o wolność słowa z tymi platformami, wciąż będą ich używać do celów komunikacyjnych. Wydaje mi się, że nieuchronnie w takiej sytuacji, przewidywalnej, jeśli nasze władze zdecydują się na podjęcie zapowiadanych działań, pojawi się kwestia alternatywnej platformy społecznościowej komunikacji.

 

Chodzi o to, że społecznościowe narzędzia jako takie mocno okrzepły i wrosły w naszą kulturę życia sieciowego i zresztą nie tylko sieciowego. Są częścią sfery medialnej i życia społecznego. Możliwość wchodzenia w relacje, pytania, dyskutowania, bycia w kontakcie za pomocą narzędzi, jakie oferują społecznościówki, uważane jest za cenną zdobycz techniki, za coś bez czego trudno nam się dziś obejść, coś co jest wręcz niezbędne do funkcjonowania jako firma, grupa, organizacja i osoba publiczna. Nie tylko wiele marek, ale również instytucji publicznych zainwestowało sporo w społeczności, rozbudowę sieci połączeń, w doskonalenie technik relacji z ludźmi. Tak po prostu to rzucić, zaprzestać tych form komunikacji? Szkoda tego wszystkiego. A poza tym, jeśli udało się zbudować zaangażowaną społeczność, to szkoda tego zaangażowania.

 

Ale pozostawać na Fejsie i Twitterze, gdy uznajemy, że te platformy łamią polskie prawo przez niedopuszczalna cenzurę? To też trudno zaakceptować. Więc co?

 

Wygląda na to, że od myśli o polskiej, publicznej, alternatywnej dla wielkich platform, formie komunikacji społecznościowej nie uciekniemy. Ja sobie to wyobrażam jako stosunkowo nieskomplikowane narzędzie, aplikację, umożliwiającą polskim instytucjom i postaciom publicznym to samo, co umożliwiają im strony, profile, grupy na najpopularniejszych obecnie platformach. Nie, nie chodzi o „drugiego Facebooka”. Raczej o rodzaj aplikacji-wtyczki, podobnej trochę do np. Disqus, która pozwalałaby na interakcję w różnych miejscach internetu, na stronach, w telefonach komórkowych, w infokioskach stojących w hallach urzędów, ale także na reakcje na ogłoszenia wywieszone w gablotach, np. przez kody QR lub paskowe a nawet na pisma urzędowe.

 

Nie chcę wchodzić w szczegóły techniczne, zwłaszcza, że to dopiero raczej pewien pomysł, a nie przygotowane rozwiązanie. Tego rodzaju platforma, gdyby dodać do niej elementy interakcji ze światem fizycznym, augmented reality itp. stałoby się zresztą dużo bardziej złożonym systemem z niezwykłymi możliwościami. Na pierwszym etapie myślmy jednak o nim raczej jako uniwersalnej aplikacji komunikacyjnej typu społecznościowego na potrzeby publiczne w internecie stacjonarnym i komórkowym.

 

Jako aplikacja komunikacyjna, nie wymagałaby kwalifikowanego zarządzania tożsamością cyfrową. Tzn. sama warstwa komunikacji wymagałaby zwykłego loginy a nie np. profilu zaufanego. W końcu urzędy, organizacji i postacie publiczne decydują się na komunikację na platformach takich jak Facebook i Twitter, nie stawiając zbyt wielkich wymogów co do weryfikacji osób, z którymi wchodzą w relacje.

 

Gdybyśmy jednak chcieli wyeliminować anonimowość z tej platformy, to oczywiście pojawia się kwestia zastosowania uznanych przez polskie państwo metod autentykacji, profilu zaufanego, e-dowodu itp. Na tym poziomie oczywiście warto myśleć o tym, że rozwiązania, o których mowa mogłyby być zintegrowane z szerszym projektem przekazywania obywatelom ich prywatnych danych pod zarząd, co oznaczałoby, że takie Google, Facebook czy Amazon, nie posiadałyby naszych danych, lecz korzystałyby z nich wtedy, gdy wyraźnie wyrazimy na to zgodę.

 

„Wspólnice danych”

 

Projekty takich publicznych, silnie zabezpieczonych repozytoriów prywatnych danych obywateli, odseparowanych od Big Tech, pojawiły się już w niektórych krajach, np. w USA. Niedawno miałem okazję zapoznać się z opracowaniem Jana J. Zygmuntowskiego z polskiego projektu SpołTech, który wymyślił termin „wspólnice danych” dla alternatywnego projektu zarządzania naszą prywatnością. Chciałbym o tej koncepcji napisać wkrótce dokładniej. Tym razem tylko wspominam.

 

Nie chodzi więc tylko o stworzenie „polskiego Facebooka”. Byłbym zresztą zdecydowanie przeciwko temu, gdyż Facebook działa, także w sensie technicznym, źle. Nie jest to dobry wzór. Chodzi o przeniesienie komunikacji na platformę zgodną z polskim prawem i podległą jego przepisom oraz danych użytkowników do „wspólnicy”, w której zarządzać nimi będą sami użytkownicy a nie „obce państwo” takie jak Facebook czy Google.

 

Wracając do mówienia „B”. Indyjski rząd, który oskarża m. in. Twittera o mieszanie się do indyjskiej polityki i łamanie lokalnych przepisów, przenosi się na rodzimą (choć prywatną) platformę mikroblogową. Jak podał serwis BBC, na hinduską alternatywę dla Twittera o nazwie Koo przenoszą się politycy partii rządzącej oraz instytucje rządowe. Jest to inicjatywa prywatna, w pierwszym rzędzie aplikacja mobilna a nie stacjonarny serwis WWW jak Albicla.

 

Indie to dla Twittera trzeci po USA i Japonii rynek z 17,5 mln użytkowników. Utrata kilkunastu milionów korzystających to jeszcze nie upadek, ale zaboli na pewno. A w kolejce do robienia porządku z cenzorrystycznym ptaszkiem są Meksyk i Brazylia, z punktu widzenia Twittera, rynki o podobnej skali.

 

Jeśli chodzi o Polskę, to rząd oczywiście powinien bronić gwarantowanych przez nasze prawo i Konstytucję swobód obywatelskich, z wolnością słowa na czele. Myślę jednak, że stworzenie prostej w obsłudze, działającej sprawnie bo bez nadmiaru „wodotrysków”, otwartej, czyli możliwej do łatwej implementacji w różnych środowiskach technologicznych, także poza WWW i mobilnym, zintegrowanej platformy komunikacji społecznej plus oderwanie „obcych państw” od koryta z danymi prywatnymi Polaków dla których powstaną zabezpieczone krajowe repozytoria z dostępem dla obywateli, to pomysł przynajmniej wart rozważenia.

 

Mirosław Usidus

Hanna Bogoryja-Zakrzewska odchodzi z Polskiego Radia

Z pracy w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia rezygnuje Hanna Bogoryja-Zakrzewska.  Reportażystka z Polskim Radiem związana była od 1988 roku, jest autorką wielu nagrodzonych reportaży, laureatką Złotego Mikrofonu.

 

O odejściu z Polskiego Radia Hanna Bogoryja-Zakrzewska poinformowała na swoim profilu na Facebooku.

 

„Każdy, kto mnie dobrze zna, wie, dlaczego trudna to była dla mnie decyzja. Ale skoro radio nie potrafi skorzystać z tego, czego nauczyłam się przez te wszystkie lata, spełnienia poszukam jako podcasterka i trenerka” – napisała.

 

W rozmowie z portalem Wirtualnemedia.pl, dziennikarka tłumaczyła, że „zmieniła się koncepcja radiowego reportażu, robi się z nas dziennikarzy informacyjnych, mamy biegać z mikrofonem za tematami bieżącymi. Nie mogę tego zaakceptować”.

 

Reportażystka ma się skupić na rozwijaniu projektu „Torba reportera”, który prowadzi razem z Katarzyną Błaszczyk.

 

Hanna Bogoryja-Zakrzewska to kolejna osoba odchodząca w ostatnim czasie ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Pod koniec stycznia z pracy w publicznej rozgłośni zrezygnowała reportażystka Olga Mickiewicz-Adamowicz (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

opr. jka, źródła: Facebook, Wirtualnemedia.pl, fot. Torbareportera.pl