NASZA SONDA. Nikt nie przejmuje się dziennikarzami

Czy w protestach mediów przeciwko projektowi ustawy wprowadzającej składkę od przychodów reklamowych chodzi o ochronę wolności słowa czy o interesy wielkich koncernów?

 

Witold Gadowski, dziennikarz, wiceprezes SDP

 

Nie mam żadnych wątpliwości, że w protestach przeciwko podatkowi od mediów chodzi o ochronę interesów wielkich korporacji. Nie chodzi o dziennikarstwo, które już nie istnieje ani o wolność słowa, bo jej też dawno nie ma. Chodzi wyłącznie o pieniądze. To bzdura, że ustawa ograniczy działalność małych mediów.

 

Wiem po swojej działalności, że jeżeli medium cieszy się popularnością to widzowie są w stanie je utrzymywać. Jeżeli serwis jest uzależniony od reklam i dotacji to znaczy, że nikomu nie jest potrzebny. Mnie nikt nie dotuje, utrzymuję się wyłącznie z wpłat widzów. Widocznie chcą, żebym przygotowywał dla nich „Komentarz tygodnia”. Współczesne media są nośnikiem treści propagandowych i komercyjnych. Te treści zajmują ponad 90 proc. czasu antenowego, reszta to filmy i rozrywka, które też są coraz bardziej upolitycznione.

 

Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”

 

Nie jestem zwolennikiem podatku od mediów. W takiej postaci, w jakiej projekt został przedstawiony, w bardzo niewielkim stopniu podatek uderza w interesy wielkich koncernów. Niestety, znacznie bardziej obciąży średnie i małe wydawnictwa prasowe. Dotkliwy dla wielkich koncernów był podatek cyfrowy, ale rząd się z niego wycofał. Niezależnie od kształtu tej ustawy trudno mówić o ataku na wolność słowa. Wystarczy popatrzeć na zyski i przychody największych pięciu koncernów medialnych w Polsce, np. TVN-u, dużych portali internetowych, jak Onet, Wirtualna Polska czy część internetowa Agory. Osiągane przez te firmy zysk jest na tyle duży, że nawet wprowadzenie podatku od mediów, nie powinno wpłynąć negatywnie na sytuację dziennikarzy. Duża część największych koncernów dokonywała różnych cięć, a raczej przeprowadzała optymalizację zysków, jak to się ładnie nazywa, jeszcze zanim była mowa o wprowadzeniu podatku. Przykładem jest zamknięcie korespondentury TVN w Moskwie. Wystarczy popatrzeć na średnie płace dziennikarzy zatrudnionych w dużych koncernach. Okaże się, że ich poziom dochodów jest znacznie niższy niż jeszcze 10 lat temu. A przecież zyski korporacji są nieporównywalnie większe niż wtedy. Dla dziennikarzy są umowy śmieciowe i ochłapy z tego, co dostaje kadra zarządzająca, menedżerowie, osoby odpowiedzialne za reklamę i właściciele.

 

Jadwiga Chmielowska, sekretarz generalna SDP

 

Dziwię się, że protest przeciwko podatkowi od mediów jest łączony z wolnością słowa. Przecież nie o nią chodzi, ale o kasę i ochronę wielkich koncernów. Podatek nie obejmie małych gazet. Zmartwiło mnie to, że jest bardzo niski dolny próg podatkowy dla stacji radiowych. Nie wiem jakie obroty mają małe radia miejskie czy prywatne radia lokalne, ale mogą mieć powyżej miliona. Dlatego trzeba rozmawiać z małymi rozgłośniami o ustaleniu progów podatkowych, które w mojej ocenie powinny być wyższe. Nie może być tak, że media nie płacą podatków. Każdy pracujący obywatel płaci podatek od przychodu. Przecież wszystko co my, dziennikarze zarobimy jest opodatkowane. Nawet jeżeli dziennikarz otrzyma zlecenie na sto złotych, 50 proc. wynoszą koszty uzyskania, a od reszty jest płacony 20 proc. podatek. A media mają płacić tylko 7 proc. podatku.

 

Protest przeciwko projektowi ustawy rozpropagowały potęgi medialne, którym ciągle jest za mało pieniędzy. Niestety nikt się nie przejmuje dziennikarzami, zwłaszcza w dużych korporacjach medialnych. Zawód dziennikarza jest najbardziej pomiatanym zawodem, w wielu miejscach każą pracować za darmo. Nikt nie zrezygnował w telewizji publicznej z wprowadzonego przez Juliusza Brauna samozatrudnienia dziennikarzy. Niektórzy mówią, że jak dziennikarzowi jest źle, niech odejdzie z zawodu. Jak ktoś jest szewcem, może zrezygnować i zostać np. krawcem, ale jak się jest dziennikarzem i ma się potrzebę pisania, nie zmieni się zawodu. Ubolewam, że dziennikarze muszą pracować na umowach śmieciowych i za niskie stawki.

 

Joanna Lichocka, posłanka PiS, zastępca przewodniczącego sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu.

 

Wprowadzanie ustawy o podatku od mediów nie zagraża wolności słowa. Przepisy nie mają jeszcze ostatecznego kształtu. To dopiero pierwsza wersja przedstawiona przez Ministerstwo Finansów do prac rządowych. Ostateczny kształt projektu ustawy zostanie zaprezentowany po uzgodnieniach międzyresortowych. Trudno więc obecnie mówić precyzyjnie o szczegółowych rozwiązaniach.

 

Jest to rodzaj składki solidarnościowej, a nie podatku. Podobnie jest ze składkami na produkcję filmową. Idea składki solidarnościowej od najbogatszych i największych koncernów jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza, że te składki idą na trzy bardzo ważne cele. 50 proc. ma wpływać na Narodowy Fundusz Zdrowia. 35 proc. ma być przeznaczone na Fundusz Mediów, który ma współfinansować produkcje dziennikarskie dotyczące wszystkiego co łączy się z misją mediów, czyli z podniesieniem kultury, tożsamości oraz świadomości cyfrowej. Natomiast 15 proc. ma być przekazywane na Fundusz Ochrony Zabytków. Sądzę, że wszystkie trzy cele są dobre.

 

We wstępnym projekcie ustawy, co opozycja zaczęła podnosić, są 2 i 5 proc. stawki, ale jest również 15 proc. stawka podatku, którą mają płacić największe i najbogatsze przedsiębiorstwa medialne za tzw. reklamy kwalifikowane. W myśl tego projektu reklamami kwalifikowanymi są reklamy farmaceutyków, suplementów diety i napojów wysokosłodzonych, czyli to wszystko, co nas zalewa w internetowych promocjach, a co jest niezdrowe. Przemysł farmaceutyczny wyspecjalizował się w wymyślaniu schorzeń typu syndrom niespokojnego snu i za pomocą reklam „wciska” ludziom produkty na wymyślone choroby. Tego nie można zabronić, ale oskładkowanie w wysokości 15 proc. spowoduje, że mediom i przemysłowi farmaceutycznemu „wciskanie” medycznego kitu przestanie się aż tak bardzo opłacać. Takie rozwiązanie ma bardzo pozytywne znaczenie.

 

Not. TOP

 

MIROSŁAW USIDUS: Sposoby na cenzorryzm Big Tech

Termin „cenzorryzm” wymyśliłem, składając „cenzurę” z „terroryzmem”. Chyba jasne dlaczego cenzura. Jeśli ktoś zastanawia się, o co mi chodzi z „terroryzmem”, to niech poczyta o pogróżkach Google’a wobec Australii, której gigant groził wyłączeniem usług, jeśli wprowadzi „niegooglomyślne” przepisy.

 

Cenzorrystyczne popisy Facebooka, Twittera, Google’a i Amazona z ostatnich miesięcy zrobiły duże wrażenie na wielu ludziach, w wielu krajach świata. Na świecie i w Polsce widzimy falę reakcji różnego rodzaju, od rządów, które zapowiadają walkę z Big Tech o wolność słowa gwarantowaną w krajowych prawach i konstytucjach po przeróżne inicjatywy prywatne, które korzystając z pogarszającego się wizerunku potentatów Krzemowej Doliny, starają się zaoferować nowe lub promować już od dawna istniejące alternatywy dla produktów GAFA.

 

W Polsce oprócz zapowiedzi rządu, że wprowadzi regulacje, które będą bronić gwarantowanej przez polską Konstytucję wolności słowa przed samowolą cenzorów politycznych na platformach społecznościowych, pojawiły się też alternatywne produkty. Najgłośniej jest o serwisie Albicla.

 

Niedopracowana, ale atakowana z zastanawiającą zajadłością

 

Gdy w dniu uruchomienia Albicla po raz pierwszy zalogowałem się do serwisu, ujrzałem to, czego się mniej więcej spodziewałem, czyli niewiele rzeczy działających jak powinno i ogólnie chaos założycielski. Jednak spodziewałem się tego, więc nie zrobiło to na mnie wstrząsającego wrażenia. Jakoś tak z góry zakładałem, że będzie to wczesna alfa, wiedząc jak trudno jest zrobić platformę tego typu, z całym zestawem funkcjonalności, z grafem społecznościowym, z rozwiązaniami do obsługi sieci kontaktów i profilu użytkownika.

 

Kwestią do dyskusji jest, czy autorzy powinni uruchomić tak niegotową jeszcze rzecz. Łatwo się mówi, że upubliczniać należy stuprocentowo dopracowaną, pozbawioną błędów, wersję. W przypadku czegoś tak złożonego jak platforma społecznościowa to wydaje się w ogóle niemożliwe. Pewne rzeczy trzeba przetestować bojem i chyba takie było założenie Albicla. Że tych błędów było bardzo dużo – to inna sprawa. Tak czy inaczej, w momencie, gdy po raz pierwszy eksplorowałem nowy serwis, niedociągnięcia nie zaskakiwały mnie, ani nie szokowały. Nawet napisałem od razu w sieciach społecznościowych o kilku błędach, które rzuciły mi się w oczy od razu, zakładając, że ktoś ten feedback odbiera i będzie to sukcesywnie poprawiane.

 

W kolejnych dniach z pewnym zdumieniem rejestrowałem wielką falę krytycznych opinii, recenzji, życzliwych i nieżyczliwych uwag ze wszystkich stron i w końcu atak trolli, którzy za pomocą fejkowych profili i prowokujących treści chcieli „dokopać prawakom”. Ta gorliwość serwisów recenzujących krytycznie Albiclę i armii trolli, nazwijmy to ogólnie, „nieprawicowych” była nieco zdumiewająca. Przecież to miała być „pozbawiona znaczenia i szans” inicjatywa. Czy każdy „marginalny” serwis internetowy jest tak szeroko omawiany i recenzowany w mediach? Wyglądało to dziwnie i sprawiało wrażenie, że fala „fachowych” lub po prostu złośliwych analiz „portalu Sakiewicza” jest czymś podszyta, czymś innym niż tylko chęcią zrecenzowania nowej strony internetowej.

 

Albicla została zaatakowana za wiele rzeczy, w tym za kopiowanie regulaminu Facebooka. Owszem, niby słusznie – każdy powinien sam pisać własny regulamin. Ale z drugiej strony – serwisy takie jak Parler a wcześniej Discord były atakowane przez cosa nostrę Big Tech za to, że nie stosują reguł postępowania z „nieodpowiednimi treściami” według jedynie słusznego wzorca, akceptowanego przez Google, Facebook, Amazon, Twitter i Apple. No więc Albicla wprowadziła regulamin, który, skoro jest kopią regulaminu Facebooka, jest całkowicie zgodny linią potentatów technologicznych, czyż nie?

 

W jednym z komentarzy zauważyłem żartobliwie, że twórcy Albicli mieli za darmo szeroki test prototypu połączony z wszechstronnymi crash-testami i bogatym feedbackiem użytkowniczym. Nie postawiłbym jednak pieniędzy na to, że to było z góry zaplanowane.

 

Z całej tej awantury wyłonił się pewien problem, dla projektów takich jak Albicla chyba znacznie trudniejszy jako wyzwanie, niż wszelkiego rodzaju problemy techniczne i inne, w tym związane z zarządzaniem danymi użytkowników. Mianowicie, skoro taki serwis powstaje jako reakcja na cenzurę polityczną na Facebooku i Twitterze, to jak ma podejść do problemu tych wszystkich złośliwych lewicowych, antyklerykalnych, trolli? Zauważyłem komentarze konserwatywnych użytkowników narzekających, że miał to być „ich” serwis a widzą jakieś obrzydliwości w Albicla. No więc, albo-albo. Albo wolność słowa i brak cenzury, albo cenzura, ale nie lewicowa, jak na Facebooku i Twitterze, tylko z przeciwnym znakiem politycznym. To są kwestie, z którymi Albicla, jeśli ma lepiej funkcjonować i rozwijać się, będzie musiała się zmierzyć. Nie tylko ona zresztą, ale każdy inny „nielewicowy” projekt społecznościowy.

 

Od kilku tygodni co pewien czas wchodzę na platformę, by sprawdzić, czy coś zmienia się na lepsze. Zauważyłem, że sporo rzeczy zostało tam poprawionych. Był więc postęp, choć nie można powiedzieć, że wszystko jest OK, bo elementy grafu społecznościowego, czyli powiadomienia o interakcjach, zaproszenia, wszelkie typowe dla społecznościówek elementy dynamiczne i angażujące nie działają tak jak trzeba. Na razie sprawia to wrażenie statycznej maszyny do publikowania treści z możliwością  reagowania. Do prawdziwej społecznościówki jeszcze sporo brakuje. Niemniej to dzięki Albicla dowiedziałem się, że są plany stworzenia polskiej, pozbawionej google’owskiej cenzury politycznej, alternatywy dla YouTube. Czy to to realne to inna sprawa. Ważne, że informacja dotarła do mnie tym a nie innym kanałem.

 

Mówimy o serwisie, który istnieje kilka tygodni. Zuckerberg po pierwszej wersji swojego serwisu został nieomal wyrzucony z Harwardu za naruszanie praw i obyczajów. Zanim wypracowano graf społecznościowy i wszystkie te rozwiązania, z których znany jest dziś Facebook na czele z guzikiem „Lubię to” minęło kilka lat. I tak po prawdzie na Facebooku i Twitterze po kilkunastu latach i setkach milionów użytkowników bardzo wiele rzeczy nie jest OK.

 

Oczekiwanie od Albicli doskonałości jest więc trochę nieporozumieniem. Budowanie platformy społecznościowej bieg długodystansowy, bez wytyczonej mety. Jeśli miałbym coś doradzać, to oprócz powielania funkcji i usług ze znanych społecznościówek warto pomyśleć nad czymś wyjątkowym, co odróżniałoby ten produkt od masy innych podobnych. Pozwoliłoby to przyciągnąć użytkowników mniej zaangażowanych w politykę, poszukujących czegoś innego niż znane narzędzia. Ponadto, gdy Albicla osiągnie stan MVP (minimum viable product), którego, moim skromnym zdaniem, jeszcze nie osiągnął, warto pomyśleć o promocji.

 

Albo walka o wolność słowa, albo Facebook i Twitter

 

Albicla jest inicjatywą prywatną i nie rozwiąże pewnego problemu, jaki mają polskie instytucje rządowe, samorządowe i wszelkie rodzaju publiczne z platformami społecznościowymi, zwłaszcza w świetle planów przywołania „cenzorrystów” z Big Tech do porządku i nakazania im przestrzegania obowiązującej w Polsce wolności słowa. Wspominałem o tym niedawno w innym tekście. Dziś kilka słów więcej o tym, jak powinno wyglądać „B” jeśli powie się „A” (czyli podejmie się prawne zmaganie z cenzurą wielkich społecznościówek).

 

Otóż polski „government” (w anglosaskim rozumieniu, które obejmuje wszystkie szczeble i rodzaje władzy oraz reprezentacji publicznej) poszedł bezkrytycznie w Facebooki, Twittery, YouTube’y a nawet niekiedy w Instagramy i Pinteresty w ślad za sektorem prywatnym. Używa do komunikacji z obywatelami, petentami urzędów, mieszkańcami miast i gmin, interesariuszami publicznych organizacji i projektów, narzędzi wyjętych spod polskiego prawa. Są one wyjęte zarówno we własnym rozumieniu, gdy lekceważą obowiązujące u nas przepisy, przedkładając nad nie swoje regulaminy, jak też de facto przez nasz wymiar sprawiedliwości, który w orzecznictwie ma tendencje do traktowania Facebooka np. jako obcego państwa.

 

Konstatacja jest więc nieubłagana: polskie instytucje publiczne używają platform owego „obcego państwa” do komunikacji z polskimi obywatelami.

 

Zapewne znajdzie się legion takich, którzy od razu zaczną przekonywać, że „to nie tak”, „że przecież Facebook i Twitter to nie wrogowie”, albo wręcz, że to „zupełnie normalne”. Spośród mędrków tego sortu jest tylko jeden, który może mieć trochę racji. Ten mianowicie, który zauważa, że nie ma się czego obawiać, gdyż w swoim politycznym ferworze administracja Facebooka walczy tylko wielkimi i znaczącymi przeciwnikami, banując Trumpa i innych polityków w USA, zaś u nas w Polsce nic szczególnie ważnego się nie dzieje, dlatego nie ma obaw.

 

To jednak może się szybko skończyć, gdyby polskie władze przeszły od słów do czynów i wprowadziły przepisy skutecznie wymuszające przestrzeganie polskiego prawa w Polsce. W różnych publikacjach na świecie pojawiają się informacje, jakoby „Polska wzięła się za Facebooka i innych”. Nie chce mi się entuzjastom polskiego twardego charakteru z zachodnich krajów tłumaczyć, że na razie to wszystko dzieje się w sferze zapowiedzi i owa „twardość” to na razie głównie jest „w gębie”. Gdyby jednak w końcu polski rząd wprowadził przepisy, które zapowiada, to warto pomyśleć o konsekwencjach.

 

Dość łatwo przewidzieć, że potentaci nie będą mieli ochoty tak po prostu się podporządkować. Zablokowali prezydenta Stanów Zjednoczonych. Czy myślicie, że zawahają się w obliczu władz średniego środkowoeuropejskiego kraju? Zwłaszcza, że będą mogli liczyć na silne wsparcie polskiej opozycji. Co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości.

 

Ostatecznie, nawet, jeśli Facebook i Twitter nie będą banować polskiego rządu, to i tak władze RP znajdą się w dość głupiej sytuacji, jeśli pomimo podjęcia walki o wolność słowa z tymi platformami, wciąż będą ich używać do celów komunikacyjnych. Wydaje mi się, że nieuchronnie w takiej sytuacji, przewidywalnej, jeśli nasze władze zdecydują się na podjęcie zapowiadanych działań, pojawi się kwestia alternatywnej platformy społecznościowej komunikacji.

 

Chodzi o to, że społecznościowe narzędzia jako takie mocno okrzepły i wrosły w naszą kulturę życia sieciowego i zresztą nie tylko sieciowego. Są częścią sfery medialnej i życia społecznego. Możliwość wchodzenia w relacje, pytania, dyskutowania, bycia w kontakcie za pomocą narzędzi, jakie oferują społecznościówki, uważane jest za cenną zdobycz techniki, za coś bez czego trudno nam się dziś obejść, coś co jest wręcz niezbędne do funkcjonowania jako firma, grupa, organizacja i osoba publiczna. Nie tylko wiele marek, ale również instytucji publicznych zainwestowało sporo w społeczności, rozbudowę sieci połączeń, w doskonalenie technik relacji z ludźmi. Tak po prostu to rzucić, zaprzestać tych form komunikacji? Szkoda tego wszystkiego. A poza tym, jeśli udało się zbudować zaangażowaną społeczność, to szkoda tego zaangażowania.

 

Ale pozostawać na Fejsie i Twitterze, gdy uznajemy, że te platformy łamią polskie prawo przez niedopuszczalna cenzurę? To też trudno zaakceptować. Więc co?

 

Wygląda na to, że od myśli o polskiej, publicznej, alternatywnej dla wielkich platform, formie komunikacji społecznościowej nie uciekniemy. Ja sobie to wyobrażam jako stosunkowo nieskomplikowane narzędzie, aplikację, umożliwiającą polskim instytucjom i postaciom publicznym to samo, co umożliwiają im strony, profile, grupy na najpopularniejszych obecnie platformach. Nie, nie chodzi o „drugiego Facebooka”. Raczej o rodzaj aplikacji-wtyczki, podobnej trochę do np. Disqus, która pozwalałaby na interakcję w różnych miejscach internetu, na stronach, w telefonach komórkowych, w infokioskach stojących w hallach urzędów, ale także na reakcje na ogłoszenia wywieszone w gablotach, np. przez kody QR lub paskowe a nawet na pisma urzędowe.

 

Nie chcę wchodzić w szczegóły techniczne, zwłaszcza, że to dopiero raczej pewien pomysł, a nie przygotowane rozwiązanie. Tego rodzaju platforma, gdyby dodać do niej elementy interakcji ze światem fizycznym, augmented reality itp. stałoby się zresztą dużo bardziej złożonym systemem z niezwykłymi możliwościami. Na pierwszym etapie myślmy jednak o nim raczej jako uniwersalnej aplikacji komunikacyjnej typu społecznościowego na potrzeby publiczne w internecie stacjonarnym i komórkowym.

 

Jako aplikacja komunikacyjna, nie wymagałaby kwalifikowanego zarządzania tożsamością cyfrową. Tzn. sama warstwa komunikacji wymagałaby zwykłego loginy a nie np. profilu zaufanego. W końcu urzędy, organizacji i postacie publiczne decydują się na komunikację na platformach takich jak Facebook i Twitter, nie stawiając zbyt wielkich wymogów co do weryfikacji osób, z którymi wchodzą w relacje.

 

Gdybyśmy jednak chcieli wyeliminować anonimowość z tej platformy, to oczywiście pojawia się kwestia zastosowania uznanych przez polskie państwo metod autentykacji, profilu zaufanego, e-dowodu itp. Na tym poziomie oczywiście warto myśleć o tym, że rozwiązania, o których mowa mogłyby być zintegrowane z szerszym projektem przekazywania obywatelom ich prywatnych danych pod zarząd, co oznaczałoby, że takie Google, Facebook czy Amazon, nie posiadałyby naszych danych, lecz korzystałyby z nich wtedy, gdy wyraźnie wyrazimy na to zgodę.

 

„Wspólnice danych”

 

Projekty takich publicznych, silnie zabezpieczonych repozytoriów prywatnych danych obywateli, odseparowanych od Big Tech, pojawiły się już w niektórych krajach, np. w USA. Niedawno miałem okazję zapoznać się z opracowaniem Jana J. Zygmuntowskiego z polskiego projektu SpołTech, który wymyślił termin „wspólnice danych” dla alternatywnego projektu zarządzania naszą prywatnością. Chciałbym o tej koncepcji napisać wkrótce dokładniej. Tym razem tylko wspominam.

 

Nie chodzi więc tylko o stworzenie „polskiego Facebooka”. Byłbym zresztą zdecydowanie przeciwko temu, gdyż Facebook działa, także w sensie technicznym, źle. Nie jest to dobry wzór. Chodzi o przeniesienie komunikacji na platformę zgodną z polskim prawem i podległą jego przepisom oraz danych użytkowników do „wspólnicy”, w której zarządzać nimi będą sami użytkownicy a nie „obce państwo” takie jak Facebook czy Google.

 

Wracając do mówienia „B”. Indyjski rząd, który oskarża m. in. Twittera o mieszanie się do indyjskiej polityki i łamanie lokalnych przepisów, przenosi się na rodzimą (choć prywatną) platformę mikroblogową. Jak podał serwis BBC, na hinduską alternatywę dla Twittera o nazwie Koo przenoszą się politycy partii rządzącej oraz instytucje rządowe. Jest to inicjatywa prywatna, w pierwszym rzędzie aplikacja mobilna a nie stacjonarny serwis WWW jak Albicla.

 

Indie to dla Twittera trzeci po USA i Japonii rynek z 17,5 mln użytkowników. Utrata kilkunastu milionów korzystających to jeszcze nie upadek, ale zaboli na pewno. A w kolejce do robienia porządku z cenzorrystycznym ptaszkiem są Meksyk i Brazylia, z punktu widzenia Twittera, rynki o podobnej skali.

 

Jeśli chodzi o Polskę, to rząd oczywiście powinien bronić gwarantowanych przez nasze prawo i Konstytucję swobód obywatelskich, z wolnością słowa na czele. Myślę jednak, że stworzenie prostej w obsłudze, działającej sprawnie bo bez nadmiaru „wodotrysków”, otwartej, czyli możliwej do łatwej implementacji w różnych środowiskach technologicznych, także poza WWW i mobilnym, zintegrowanej platformy komunikacji społecznej plus oderwanie „obcych państw” od koryta z danymi prywatnymi Polaków dla których powstaną zabezpieczone krajowe repozytoria z dostępem dla obywateli, to pomysł przynajmniej wart rozważenia.

 

Mirosław Usidus

Hanna Bogoryja-Zakrzewska odchodzi z Polskiego Radia

Z pracy w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia rezygnuje Hanna Bogoryja-Zakrzewska.  Reportażystka z Polskim Radiem związana była od 1988 roku, jest autorką wielu nagrodzonych reportaży, laureatką Złotego Mikrofonu.

 

O odejściu z Polskiego Radia Hanna Bogoryja-Zakrzewska poinformowała na swoim profilu na Facebooku.

 

„Każdy, kto mnie dobrze zna, wie, dlaczego trudna to była dla mnie decyzja. Ale skoro radio nie potrafi skorzystać z tego, czego nauczyłam się przez te wszystkie lata, spełnienia poszukam jako podcasterka i trenerka” – napisała.

 

W rozmowie z portalem Wirtualnemedia.pl, dziennikarka tłumaczyła, że „zmieniła się koncepcja radiowego reportażu, robi się z nas dziennikarzy informacyjnych, mamy biegać z mikrofonem za tematami bieżącymi. Nie mogę tego zaakceptować”.

 

Reportażystka ma się skupić na rozwijaniu projektu „Torba reportera”, który prowadzi razem z Katarzyną Błaszczyk.

 

Hanna Bogoryja-Zakrzewska to kolejna osoba odchodząca w ostatnim czasie ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Pod koniec stycznia z pracy w publicznej rozgłośni zrezygnowała reportażystka Olga Mickiewicz-Adamowicz (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

opr. jka, źródła: Facebook, Wirtualnemedia.pl, fot. Torbareportera.pl

CMWP SDP o akcji „Media bez wyboru” – cytowanie w środkach masowego komunikowania

Wiadomości TVP, TVP Info, Telewizja Republika, Polskie Radio 24, Radio Maryja, Radio Wnet, Radio Poznań, Radio Łódź  i Radio Gdańsk – to media, w których cytowano  wstępne stanowisko Centrum Monitoringu Wolności Prasy  SDP na temat akcji protestacyjnej mediów pod hasłem “Media bez wyboru”.  Stanowisko to zostało także przedstawione w  mediach  branżowych jak press.pl i wirtualnemedia.pl  oraz zostało cytowane w mediach popierających  protest m.in. onet.pl i trójmiasto.wyborcza.pl. Emocjonalne rozhuśtanie jest bezzasadne, a porównywanie do stanu wojennego to nadużycie. Nie ma mowy o unicestwieniu mediów, niektóre będą miały mniejsze przychody, bo i tak będą one gigantyczne – powiedziała w Polskim Radiu 24 Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP w rozmowie z  red. Tadeuszem Płużańskim w audycji “Temat dnia/Gość PR24″  13 lutego br.

 

Zdaniem gościa Polskiego Polskiego Radia 24 podatek powinien być wprowadzony. – Rynek reklam w Polsce jest ogromny i w dużej mierze dzielony przez 3-4 domy medialne, które zajmują się dystrybucją reklam do wszystkich mediów i z jakiś względów w bardzo uprzywilejowany sposób traktują media liberalne. Problemem jest to, że media, które mają najwięcej odbiorców w dużej część są własnością firm o zagranicznej rezydencji podatkowej i potrafią prawie wcale nie płacić w Polsce podatków. Nie dziwię się, że w czasach pandemii, widząc wielki transfer środków za granicę, rząd chce ten proceder ukrócić, by media solidarnie finansowany różne inicjatywy – powiedziała Jolanta Hajdasz.  Wyjaśniła przy tym, że tylko Facebook i Google mają 3 mld złotych środków z reklam w Polsce od których podatki nie są w naszym kraju w ogóle odprowadzane.  – Zagraniczna firma TVN tak może skonstruować bilans, że płacone podatki są niskie – w ciągu ostatnich 4-5 lat było to kilkadziesiąt tysięcy złotych. Tymczasem to medium ma ponad 1,3 mld złotych przychodu z reklam. Podatek jest sprawiedliwy, trzeba się nad tym projektem pochylić, przeprowadzić kwotowe symulacje, by nie zaszkodzić najmniejszym mediom. Idea jest słuszna –  tłumaczyła dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

Pod hasłem “Media bez wyboru” najwięksi prywatni nadawcy radiowi, telewizyjni i internetowi ogłosili w środę strajk i przez cały dzień nie nadawali swoich programów. Do tej akcji odniósł się również w orędziu marszałek Senatu Tomasz Grodzki, który porównał środowy poranek do wybuchu stanu wojennego. Jolanta Hajdasz podkreśliła, że te słowa pokazują rzeczywiste intencje akcji “Media bez wyboru”. – Emocjonalne rozhuśtanie jest bezzasadne, a porównywanie do stanu wojennego to nadużycie. Nie ma mowy o unicestwieniu mediów, niektóre będą miały mniejsze przychody, ale i tak będą one gigantyczne. To są biznesy o wielomilionowych obrotach, o takich pieniądzach przecięty Polak nawet nie śni. Podatek od reklamy wiele w tym względzie nie zmieni. Telewizja TVN zamiast wywieźć z Polski 500 mln, wywiezie 400 mln złotych. Nikomu w zakresie wolności słowa nic się nie stanie – tłumaczyła Hajdasz. Zwróciła również uwagę, że wyższym podatkiem mają być obciążone zwłaszcza reklamy produktów z cukru i suplementów diety, które często mają szkodliwy wpływ na zdrowie.

 

Cała wypowiedź w Polskim Radiu  jest TUTAJ.

 

Pozostałe materiały dziennikarskie:

https://wiadomosci.tvp.pl/51915455/11022021-1930

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wpolityce-pl-sieci-gazeta-polska-do-rzeczy-przeciw-mediom-bez-wyboru-sakiewicz-od-dzis-popieram-dwa-razy-wiekszy-podatek

CMWP SDP: Akcja „Media bez wyboru” – obroną interesów właścicieli prywatnych mediów

https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/media-bez-wyboru-stowarzyszenia-branzowe-za-protestem-mediow-wyjatkiem-sdp/tvlfy46,79cfc278

https://www.polskieradio24.pl/130/5925/Artykul/2679155,Jest-sprawiedliwy-a-idea-sluszna-Jolanta-Hajdasz-o-podatku-od-reklam

https://www.portalsamorzadowy.pl/polityka-i-spoleczenstwo/cmwp-sdp-akcja-quot-media-bez-wyboru-quot-obrona-interesow-wlascicieli-prywatnych-mediow,254553.html

https://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,26777891,dzien-bez-tvn-u-bezcenne-radosc-rzecznika-solidarnosci.html

https://www.radiolodz.pl/posts/67507-media-bez-wyboru-protest-o-podatki-czy-o-wolnosc-slowa

https://www.press.pl/tresc/64836,stowarzyszenia-branzowe-za-protestem-mediow_-wyjatkiem-sdp

https://www.press.pl/tresc/64850,radio-prezesa-sdp-przeciw-podatkowi-od-reklam_-a-cmwp-sdp-przeciwko-protestowi

Pozory potęgi – rozmowa z MICHAŁEM KARNOWSKIM dziennikarzem, publicystą, wydawcą

Projekt wymaga dopracowania, ale w swoim podstawowym zamierzeniu jest bardzo logiczny. Chodzi o to, aby potężne, międzynarodowe koncerny, mające w swoim portfolio różne obszary działalności, a w obszarze medialnym są wedle rządu uprzywilejowane, straciły ten przywilej. Nieprawdziwa jest narracja, że projekt nie różnicuje, że uderzy we wszystkich – mówi Michał Karnowski, dziennikarz, publicysta, członek zarządu spółki Fratria, w rozmowie z Błażejem Torańskim.

 

Czy media w Polsce mają wybór?

 

Hasło protestu „Media bez wyboru” jest trudno zrozumiałe, niejasne. Od początku nie bardzo rozumiem, o co w tym chodzi. Ale oczywiście mamy cały szereg treści dodatkowych, wywiadów, alarmów, które pozwalają zrozumieć intencje protestujących.

 

O co zatem chodzi? O wolność słowa czy o gigantyczne zyski zagranicznych koncernów medialnych?

 

Nie odbieram nikomu prawa do tego, aby podnosił alarm i być może część środowisk protestujących ma wewnętrzne, mocne, subiektywne poczucie, że walczą o wolność słowa. Włączają im się alarmy, porównują sytuacje z krajami, w których – w ich ocenie – nękano media podatkami. Myślę jednak, że przede wszystkim chodzi o pieniądze.

 

Efektem tej dyskusji jest pokazanie gigantycznych sum wielkich koncernów, które prowadzą nie tylko medialną działalność, ale i reklamową, rozmaite usługi, a nawet … elektrownie. To są potężne interesy. Te koncerny bronią swojej, chwilami bardzo uprzywilejowanej pozycji. Okazuje się bowiem, że są opodatkowane mniej, aniżeli w normalnej, medialnej działalności.  A zwłaszcza te, które tworzą gigantyczne międzynarodowe sieci. Mają one duże możliwości tzw. optymalizacji podatkowej, opłat za korzystanie ze znaków towarowych, co służy do transferu pieniędzy. A jeszcze bardziej uprzywilejowaną pozycję mają giganci cyfrowi, którzy w ogóle w Polsce nie płacą podatków, a coraz więcej reklam z rynku wysysają.

 

Można oczywiście dyskutować o poszczególnych rozwiązaniach czy parametry zostały w projekcie ustawy ustawione precyzyjnie, czy kogoś nie dyskryminowały. Po to właśnie jest proces prelegislacyjny, po to są konsultacje, aby takie rozwiązania prawne wyjaśnić. Te koncerny uznały jednak, że są tak silne, że dyskutować nie będą. Odbieram ten proces …

 

… jako dyktat?

 

Jako bombę atomową. Dyktat jest elementem nacisku, a w tym przypadku od razu zdecydowano się na wojnę, na potężne uderzenie medialne. W obronie interesu ekonomicznego podniesiono alarm o sile, skali, mocy, normalnie zarezerwowanych dla sytuacji absolutnie nadzwyczajnych, prawdziwego zagrożenia wolności słowa. Powtarzam: te firmy maja prawo bronić swoich zysków. Takie jest wilcze prawo gospodarki. Ale w tym przypadku, broniąc swoich zysków, na cały świat wykrzyczały o zagrożeniu wolności słowa, używając bomby atomowej. Wyłączenie sygnału, zastąpienie obrazu czarnymi planszami sugerowało, taki był cel, że to rząd wyłączył te media. A to w mojej ocenie jest nieuczciwe, nadużycie, działanie nie fair.

 

Takiej zorganizowanej akcji medialnej nie było w Polsce od 30 lat. Trzydzieści ogólnopolskich i regionalnych gazet miało niemal takie same czołówki. Po raz pierwszy w historii TVN nie wyemitował „Faktów”, a Polsat „Wydarzeń”. W mediach społecznościowych ukazało się o akcji ponad 70 tys. publikacji, w tradycyjnych – niemal 2,5 tys. Zaskoczyła Pana skala protestu?

 

Nie zaskoczyła mnie koordynacja akcji przez wiele mediów, bo w przeszłości często koordynowały one swoje przekazy. Może to jest problem? Może przy okazji wyszło na jaw, że za rzekomą, pozorną różnorodnością kryje się kilka koncernów. Że ich szefowie mogą się spotkać przy jednym stoliku i ustalić co sobie chcą. Obserwując kampanie medialne nie jestem zaskoczony. Pamiętam, że jeszcze pięć lat temu dokładnie te same media to samo śmieszyło, to samo oburzało, przed tym samym przestrzegało. A liczba publikacji o proteście? Przecież piszą je jego uczestnicy (śmiech).

 

Właściwie pyta pan czy pokazano tak wielką siłę. Powiem przewrotnie, że to nie pokaz siły, a obnażenie słabości. Pierwszy raz od lat wyłączono sygnały, nie ukazały się programy, o których pan wspomniał, i co? I nic. Nie mam poczucia, aby ludzie byli wstrząśnięci.

 

Ludzie chyba nie zrozumieli  związku między czarnymi planszami w telewizji i „opłatą solidarnościową”.

 

Przełączyli się na inne media, ale także na inne nośniki informacji czy rozrywki. Dzisiaj nikt już nie ma takiego monopolu, aby w chwili, kiedy zabraknie sygnału telewizji, nie przełączyć się na inne programy, seriale, filmy w Internecie, w mediach społecznościowych.

 

Mam wrażenie, że histeryczność tego ataku wynika z poczucia, że media są coraz słabsze. Są zjadane przez media społecznościowe, serwisy streamingowe. To nie wybrzmiewa w debacie publicznej, ale myślę, że szefowie mediów to czują. Protest był zatem także wyrazem pozoru potęgi. Czy TVN jest nadal silny, jak przed laty? No nie jest.

 

Ciekawe były kolejne dni po proteście. Pojawiła się dramatyczna próba udowodnienia, że to była akcja skuteczna i udana. Że cały świat jest poruszony. Ale te komentarze ze świata były blade, trzeciorzędne. Efekty nie są takie, jak je niektórzy malują. Ale ważne jest pytanie o dalsze losy podatku.

 

Ano właśnie. Czy środowy protest przyniesie realne efekty? Czy projekt zostanie wycofany lub znacząco zmieniony?

 

Ten projekt może być zmieniony. Zjednoczona Prawica jest zdeterminowana, aby opodatkować te branże, sektory składką, której – w ocenie rządu – dotychczas unikały. A nie zobaczyliśmy argumentu, aby nie unikały. Tego wątku największe koncerny nie podejmują, dyskutować o nim nie chcą.

 

Projekt ustawy jest dziwny. Czy giganci medialni mogą spać spokojnie, bo do jednego worka nie można wrzucać wszystkich podmiotów medialnych: wielkich, średnich i małych. Czy nie oberwą także media obywatelskie?

 

W przestrzeni publicznej podnoszony jest argument, że projekt  nie różnicuje, że uderzy także w małe media. Z mojej wiedzy wynika, że ten projekt ustala różne progi, jeśli chodzi o przychody z reklam. Pierwszym jest próg 15 mln zł. Bardzo duży, dotyczy ogromnych wydawnictw. Moja spółka (Fratria – przyp. B.T.) prawdopodobnie go nie przekracza. Media tradycyjne, papierowe, byłyby tym podatkiem dotknięte w sposób minimalny. Projekt wymaga dopracowania, ale w swoim podstawowym zamierzeniu jest bardzo logiczny. Chodzi o to, aby potężne, międzynarodowe koncerny, mające w swoim portfolio różne obszary działalności, a w obszarze medialnym są wedle rządu uprzywilejowane, straciły ten przywilej. Aby wszyscy płacili te same podatki. Także giganci cyfrowi.  Inne pytanie: czy państwo polskie ma siłę, aby się na to porwać? Bo te koncerny mają gigantyczna siłę szantażu i nacisku. Nieprawdziwa jest narracja, że projekt nie różnicuje, że we wszystkich uderzy.

 

Postawmy kropkę nad „i”: wydawcy portali wpolityce.pl czy niezalezna.pl albo Radio Wnet, nie oberwą rykoszetem?

 

Odpowiem, cytując liczby. Czysty zysk TVN za 2019 rok wyniósł 540 mln zł. Cały budżet spółki, którą kieruję, wynosi ponad 20 mln zł rocznego obrotu. Dyskusja wokół projektu tej ustawy nie dotyczy moim zdaniem ani Radia Wnet, ani niezależnej czy „Gazety Radomszczańskiej”. To jest dysputa o gigantach, które przerabiają miliardy złotych i z podatkowego punktu widzenia są dla budżetu państwa istotne. Ale ważne są także z punktu widzenia równości szans i wolności słowa w Polsce. To jest dyskurs o nich, nie o nas, małych wydawcach, które mają swoje problemy, a zderzają się też z monopolem, o który pan pyta. Te monopole są na rynkach: telewizyjnym czy radiowym. Jedynymi obszarami, które dają jeszcze szansę rozwoju jest internet i prasa papierowa.

 

Protest ponownie ujawnił, jak głęboki jest podział w środowisku dziennikarskim. Nie ma szans na porozumienie?

 

Powiem przewrotnie: bałbym się świata, w którym wszyscy wydawcy wyrażają wspólny punkt widzenia i współdziałają. To nie byłby świat wolności. Wolę świat z ostrymi podziałami, w którym inaczej postrzegamy rzeczywistość, wszyscy mamy prawo głosu, równy dostęp do systemów dystrybucji i płacimy podatki. To jest bitwa o wolność słowa, którą w Polsce toczymy. Tymczasem mamy do czynienia z portalami, które koncentrują się na ściganiu, chwilami niemal prześladowaniu mniejszych wydawnictw i ich inicjatyw. Najmniejsze ich potknięcie jest podnoszone do rangi  skandalu, a wielcy są z tego punktu widzenia także chronieni. To też jest rodzaj patologii. Nie ma nawet uczciwego opisu tego świata, proporcji, sił, którymi dysponujemy. Jako malutkie stateczki mierzymy się z potęgami, a ja ciągle czytam, że jestem milionerem. Już nawet żona mnie pytała, gdzie są te pieniądze? (śmiech).

 

Rozmawiał: Błażej Torański

Utopić podatek – komentarz JERZEGO KŁOSIŃSKIEGO

Przyglądałem się biernie protestowi mediów komercyjnych w sprawie projektu ustawy nakładającej podatek od reklam. Akcja „dzień bez mediów” stała się bardzo głośna i wyraźnie dotarła do szerokich kręgów. Jej istotę oddał dziennikarz mediów protestujących, Jacek Żakowski, mówiąc: „Wywarliśmy w środę piorunujący efekt, także za granica. Przewiduję, że reakcja zagraniczna będzie bardzo radykalna. Spodziewam się szeregu różnych uchwał i wypowiedzi, ale także presji dyplomatycznej, wywieranej przez kraje na nasz rząd.” Pomyślałem: znowu, jak za „dobrych czasów” rozbiorowych opozycja wewnętrzna jest na pasku obcych interesów i blokuje wprowadzenie elementarnego podatku, który jest nałożony w innych krajach. A w Polsce nie może być, bo to nie leży w interesie tych obcych.

 

I się nie pomyliłem, ale nie spodziewałem się, że całą tę awanturę aby nie doszło do uchwalenia mądrego podatku od reklam, w zasadzie sprowokuje sam projektodawca, czyli ministerstwo finansów. Bo gdy się przeczyta, niestety ten dziwny projekt ustawy, to dochodzę do wniosku, że pisał go jakiś nie znający tematu student, albo inaczej, ktoś bardzo świadomy, kto chciał aby ten podatek w żadnej formie nie został wprowadzony. I raczej przychylam się do tej drugiej interpretacji. Rzeczywiście giganci medialni mogą spać spokojnie, żadnego podatku raczej nie zapłacą. Bo jeśli do jednego worka wrzuci się wszystkie podmioty medialne: ogromne, średnie i małe – to będzie oczywiste, że protest rozleje się szeroko.

 

Oczywiście, w projekcie mamy rozróżnienie i na przykład dla rozgłośni radiowych próg rocznych przychodów z reklam, kiedy należałoby płacić podatek, wynosi 1 mln zł, a dla prasy 15 mln. Próg może miałby sens, gdy chodziło o dochody, ale w wypadku przychodów zyski i tak bardzo często niskie dla małych i średnich spółek medialnych spełniających przecież bardzo ważną rolę społeczną, byłyby jeszcze bardziej ograniczone.

 

Czyli próbuje się nałożyć podatek na kogoś, kto ledwo ciągnie, a może spełniać ważną rolę publiczną. Jednym słowem projekt uderza też, a nie powinien, w istotę społeczeństwa obywatelskiego, które i tak ma ciężko na rynku medialnym. A na wsparcie czy ulgi rządowe nie ma co liczyć.

 

Dobrze skoordynowany protest de facto największych podmiotów medialnych pojawił się dość nagle, na samym początku prac nad ustawą i mam wrażenie, że ta koordynacja ma charakter przemyślanych szkodliwych działań dla finansów państwa.

 

Jerzy Kłosiński

Dotacje na czasopisma kulturalne

Minister Kultury Dziedzictwa Narodowego i Sportu Piotr Gliński przyznał dotacje na wydawanie ogólnopolskich czasopism kulturalnych w 2021 rok. Wsparcie otrzymały 64 projekty na łączną kwotę 5,5 mln zł.

 

Jak pisze MKDNiS na swojej stronie internetowej celem programu „Czasopisma” jest „wspieranie najbardziej znaczących ogólnopolskich czasopism kulturalnych, zarówno tych o wieloletnim dorobku i ugruntowanej pozycji, jak i tych, które uzyskały status opiniotwórczych w ostatnich latach”.

 

Wśród dotowanych pism znalazły się m.in. magazyn historyczny „Mówią wieki” (112,5 tys. zł), gazeta niecodzienna „Kurier Wnet” (111,7 tys.),  kwartalnik „Pamiętnik Literacki” (54,7 tys.), czasopismo „Civitas Christiana” (30 tys.), miesięcznik „Promyczek Dobra” (112,5 tys.) oraz miesięcznik dominikanów „W drodze” (60 tys.).

 

Dofinansowanie na trzy lata (2021-23) otrzymały m.in.: dwumiesięcznik literacki „TOPOS” (blisko 376,2 tys. zł), kwartalnik „Fronda Lux” (292,5 tys.), kwartalnik historyczny „Karta” (337,5 tys.), czasopismo naukowe „Prace polonistyczne” (30 tys.), miesięcznik „Kino” (270 tys.).

 

opr. jka, źródła: MKDNiS, wirtualnemedia.pl

 

CMWP SDP na temat akcji protestacyjnej „Media bez wyboru”

W związku z licznymi  zapytaniami  dziennikarzy o stanowisko CMWP SDP w sprawie dzisiejszej akcji „Media bez wyboru” informujemy, iż  w ocenie CMWP SDP jest ona działaniem skierowanym na obronę interesów właścicieli prywatnych mediów przed nałożeniem na nich nowego podatku od wpływów reklamowych, ale  na obecnym etapie prac legislacyjnych nie można jednoznacznie przewidzieć, w jaki sposób proponowane regulacje wpłyną  na realizację zasady wolności słowa w naszym państwie.

 

Projekt tej ustawy został przedstawiony w pierwszych dniach lutego (nosi datę 1.02.21 , jest dostępny tu:  Projekt_ustawy o podatku od reklam). Obecnie jest na wstępnym etapie konsultacji, nie został jeszcze przyjęty przez Radę Ministrów. CMWP SDP podda go analizie prawnej oraz przedstawi swoje oficjalne stanowisko na jego temat, gdy rozpocznie się  proces legislacyjny w Parlamencie.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 10 luty 2021 r.

WOJCIECH POKORA: Wasz ból jest większy niż mój?

„Na razie projekt ustawy, choć przedostał się do publicznego obiegu, nie został umieszczony w oficjalnym spisie rządowych projektów aktów prawnych”.

 

Zacznę od tego cytatu z artykułu red. Pawła Rochowicza w Rzeczpospolitej, żeby już na wstępie ostudzić nieco histerię. Nieoficjalnie mówi się, że będzie podatek. Ale już dziś oficjalnie część mediów rozpętało histerię. Mam wrażenie, że nie o podatki tu chodzi, a o potęgowanie kryzysu w państwie. Co oznacza hasło „Media bez wyboru”? Czytelnik nie będzie miał wyboru, czy media stracą wybór budowy kampanii reklamowych? Czy ktoś czytając wyświetlane dziś na wielu portalach apele (różnej treści), ma możliwość dowiedzenia się o co chodzi? Wygląda, że nie, bo chyba nie o rzetelną informację w tej akcji chodzi, tylko o emocje. Widać to po reakcjach w mediach społecznościowych, rzeczowej dyskusji jest w nich jak na lekarstwo, raczej emocjonalne ataki
w stylu: „rząd zabija media”, „zamach na wolność słowa”, „PiS zamyka media opozycyjne”. Wywoływaniu takich skrajnych emocji służy właśnie treść zamieszczanych dziś w niektórych mediach apelów, bo czym jest np. ten fragment:

 

Apelujemy, by rząd ze swych planów się wycofał, bo niszczenie sfery wolności prasy będzie zabójcze dla polskiej gospodarki i demokracji”, lub „Dziś wszyscy przekonamy się, jak wygląda Polska bez wolnych mediów. Wierzymy jednak, że tak drastyczna akcja jest konieczna, bo bez wolnych mediów nie ma wolnego wyboru, a bez wolnego wyboru nie ma wolności.” I mój faworyt: „<<Gdybym to ja miał podjąć decyzję, czy powinniśmy mieć rząd bez gazet, czy gazety bez rządu, nie wahałbym się ani chwili i wybrałbym to drugie>>. Wolność słowa umiera w ciszy”.

 

Przepraszam, jaka wolność i demokracja jest zagrożona? Czy ktoś potrafi to spokojnie wytłumaczyć? Nieoficjalny projekt zakłada opodatkowanie rynku reklamowego. Nowa danina dotknie nadawców telewizyjnych i radiowych, kina, właścicieli sieci billboardów, wydawców prasy oraz operatorów platform internetowych. Wszystkich? Nie. Tylko tych, którzy spełniają określone warunki: w reklamie konwencjonalnej zwolnione z opłaty będą te podmioty, które nie osiągają z tytułu reklam rocznie 1 mln zł przychodu. „Stawka do progu 50 mln zł wyniesie 7,5 proc. i 10 proc. od nadwyżki. Stawki reklamy m.in. leków i suplementów diety wyniosą odpowiednio 10 i 15 proc.” – podaje Rzeczpospolita. Dalej: „Reklama w prasie będzie zwolniona do 15 mln zł. Stawka wyniesie 2 proc. do progu 30 mln zł i 6 proc. powyżej (4 i 12 proc. od suplementów diety). Z kolei reklama internetowa będzie zwolniona do progu 5 mln euro. Zapłacą ją największe koncerny, o globalnych przychodach powyżej 750 mln euro. Stawka wyniesie 5 proc.”.

 

Jeśli projekt się urzeczywistni, pojawią się dwie kategorie reklam – towarów „kwalifikowanych” i „zwykłych”. Pierwsze to leki, suplementy diety, wyroby medyczne i napoje słodzone cukrem. Będą one objęte wyższymi stawkami podatkowymi. Zapewne spowoduje to, że ceny tych reklam wzrosną i będziemy je częściej słyszeć i oglądać w pierwszych kwartałach roku, gdy jeszcze przedsiębiorcy nie przekroczą limitów kwotowych, później zapewne będą się pilnować, by towarów „kwalifikowanych” było mniej. Sądzę, że będzie to uciążliwe dla producentów leków i suplementów diety, dla niektórych wydawców także. Ale czy dla demokracji? Czy ktoś może mi wytłumaczyć,
w jaki sposób zagraża demokracji 4- lub 12-procentowy podatek za wyemitowanie spotu o okrężnicy i zbierających się w niej gazach? Tak, do tego dziś sprowadzane są hasła o wolności słowa i demokracji. Do walki o niższy podatek od suplementu wspomagającego trawienie. Media dziś zbyt pochopnie używają wielkich kwantyfikatorów deprecjonując słowa zarezerwowane dla większych idei niż „płonący konar”.

 

Warto zwrócić uwagę, że w 2018 roku Komisja Europejska przygotowała projekt dyrektywy o podatku cyfrowym, który zakładał 3 proc. podatek „pobierany przez poszczególne państwa, od firm osiągających globalnie roczne przychody w wysokości 750 mln euro i co najmniej 50 mln euro w państwach UE” (cytat za Dziennikiem Gazetą Prawną).  Projekt nie przeszedł, ponieważ nie było jednomyślności na forum UE, jednak część państw wdrożyła go samodzielnie. Mają go zatem Francja, Hiszpania, Czechy, Wielka Brytania, Włochy. Zdziwienie? No pewnie, przecież Kaczyński wzoruje się na Orbanie. Bo o Orbanie zapewne wszyscy już czytali, że drenuje rynek reklam i niszczy demokrację.

 

I na koniec jedna uwaga. Do zaczernionych dziś mediów. Wielu z nas zapłaciło za subskrypcję treści portalom i gazetom. Jak ma się ich akcja do naszych praw? Albo płacimy miesięczną opłatę za dostęp do telewizji. Platformy cyfrowe oferują pełne pakiety za określone abonamenty. Gdzie podział się nasz dzisiejszy dostęp do opłaconych usług? Jak to jest szanowni „obrońcy wolności i demokracji”? Wasz ból jest większy niż mój?

 

Wojciech Pokora

Fiskalne dobijanie mediów – ŁUKASZ WARZECHA o składce od reklam

Projekt podatku reklamowego jest dla mediów, będących i tak w kiepskiej sytuacji, po prostu morderczy. Trudno go też widzieć w kategoriach niepolitycznych – wystarczy zastanowić się, kto na nim ucierpi.

 

Wyjątkową złośliwością lub bezmyślnością może się wydawać obciążanie mediów dodatkową daniną w roku, gdy będą starały się odbudować jako taką kondycję po okresie, gdy niemal we wszystkich redakcjach nastąpiły obniżki wynagrodzeń, a wartość rynku reklamy spadła (w ciągu trzech kwartałów ubiegłego roku) o prawie 12 proc. To jednak nie złośliwość czy bezmyślność, ale realizacja planu, mającego na celu osłabienie tych mediów, które nie są zasilane przez państwo. Czyli krytycznych wobec władzy.

 

W najgorszej sytuacji znajdzie się prasa drukowana, bo to ona jest w najsłabszej sytuacji w ogóle. Tam granicę, od której będzie obowiązywało opodatkowanie, ustawiono pozornie wysoko, bo na poziomie 15 mln zł. W telewizji wystarczy ledwo milion, ale to z kolei może oznaczać dramat małych, lokalnych czy regionalnych prywatnych stacji. Ważne jest bowiem, że podatek liczy się od przychodu, a nie od dochodu. Stacje telewizyjne, nawet niewielkie, mają spore koszty stałe, tymczasem będą musiały płacić aż 7,5 proc. od przychodu do 50 mln, a potem aż 10 proc. W prasie te stawki będą niższe: 2 proc. do 30 mln i 6 proc. od sumy powyżej. Tyle że dojście do granicy 15 mln przychodu z reklam nie jest specjalnie trudne – osiągną ją właściwie wszystkie wydawnictwa, posiadające ogólnopolskie tytuły prasowe, ukazujące się codziennie lub tygodniowo.

 

Odebranie mediom nawet niewielkiej części przychodów w czasie wciąż jeszcze trwającej epidemii (gdyby podatek miał wejść od lipca) jest najzwyczajniej skandalem. Byłoby zresztą skandalem nawet w innym czasie, ale w tym faktycznie trudno widzieć to inaczej niż jako działanie z jasnym politycznym celem: osłabić niezależne, krytyczne wobec rządu media. Jeśli bowiem słyszymy, że podatek będą musiały zapłacić również rządowa telewizja czy radio, to pamiętajmy, że będzie to zwykłe przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Wszak te media są zasilane dwumiliardową subwencją co roku.

 

W przypadku mediów prywatnych przychylnych władzy można zaś spokojnie zakładać, że nie zostaną skrzywdzone: ich straty będą wyrównywane przez odpowiedni dopływ reklam spółek skarbu państwa, tak aby nie zbiedniały. Dlatego niestety nie ma co liczyć na wspólny front oporu wobec pomysłu rządu.

 

Jakie będą konsekwencje, gdyby pomysł został zrealizowany? Po pierwsze – od lat już wszystkie właściwie osoby zajmujące się mediami wskazują, że spadek ich jakości wiąże się z niższymi wpływami. Mówiąc najkrócej: mniej osób robi więcej za mniejsze pieniądze. Narzekanie na spadek jakości dziennikarstwa jest powszechnym, acz słusznym oraz zasadnym rytuałem, i zawsze w tle pojawiają się pieniądze. Nacisk na szybkość zamiast na jakość, przeciążenie dziennikarzy, kopiowanie wiadomości z obcych źródeł bez ich weryfikacji, posiłkowanie się cudzymi wpisami w mediach społecznościowych, bo to tańsze niż samodzielne wyszukiwanie informacji, oraz wiele innych praktyk ma swoje źródło w tym, że media drastycznie zbiedniały w ciągu ostatniej półtorej dekady. Teraz ten proces pauperyzacji, a co za tym idzie – pogarszania się jakości chce przyspieszyć państwo polskie.

 

W tym także można odczytywać zamiar polityczny. Zamiast rzetelnej, wnikliwej i dobrze opracowanej informacji ma dominować emocja, bo za jej pomocą najłatwiej steruje się odbiorcą. Ją też będzie znacznie łatwiej i przede wszystkim taniej „wyprodukować”. Za mniejsze siłą rzeczy pieniądze będzie też można zatrudnić jedynie słabszych, mniej doświadczonych pracowników mediów – bo już nawet nie dziennikarzy.

 

Po drugie – jakaś liczba podmiotów medialnych, które już teraz działają na granicy opłacalności, tej nowej presji finansowej po prostu nie udźwignie. Albo się zamkną, albo zostaną wystawione na sprzedaż. Kto je kupi? Wskazówką może być transakcja kupna Polska Press przez Orlen. I zapewne o to tutaj także chodzi.

 

Warto się jeszcze przyjrzeć szczegółowym rozwiązaniom z projektu ustawy. Najpierw zatem mamy tzw. produkty kwalifikowane, za których reklamę stawka podatku ma być wyższa. Te produkty to m.in. produkty lecznicze. Problem w tym, że na polskim rynku reklamy jest to druga największa grupa reklamowanych produktów, a więc uderzenie finansowe będzie faktycznie jeszcze silniejsze. Żywność (a do tej grupy należą obłożone również wyższą stawką napoje słodzone) jest na trzecim miejscu. To zróżnicowanie stawek ma oczywiście na celu wyłącznie zwiększenie fiskalizmu, ale pretekstem jest tu jakaś pokraczna próba paternalistycznego „ukarania” podmiotów medialnych za reklamowanie produktów „niesłusznych”.

 

Druga kwestia to przeznaczenie pieniędzy, ściąganych od mediów. Wszystkie one mają trafić do różnych funduszy. Trzeba pamiętać, że fundusze są jedną z metod awaryjnego zasilania budżetu w dziedzinach kompletnie niezwiązanych z ich przeznaczeniem. Przede wszystkim jednak jest kompletnie niezrozumiałe, dlaczego media, których sytuacja mocno się pogorszyła w okresie pandemii, ze swoich przychodów miałyby dodatkowo zasilać NFZ. Jeszcze mniej sensu ma dorzucanie się do Funduszu Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów. Oto przeznaczenie tych pieniędzy według Ministerstwa Finansów: „Na kreację i produkcję nowoczesnych projektów medialnych, w tym budowę i rozwój kanałów i platform informacyjnych (m.in. audycji radiowych i telewizyjnych, portali internetowych); realizację projektów służących analizie treści pojawiających się w mediach, w szczególności cyfrowych; promowanie dziedzictwa narodowego, dorobku kulturalnego i sportowego; wspieranie badań na temat mediów; podnoszenie poziomu wiedzy społeczeństwa na temat zagrożeń w mediach cyfrowych, a także wspieranie rozwoju radiofonii i kinematografii”.

 

To nic innego jak nic nieznaczący ministerialny bełkot, pod który można podciągnąć praktycznie wszystko, a już na pewno inicjatywy obsadzone przez krewnych i znajomych królika, wymyślających sobie najabsurdalniejsze pomysły na upasienie się na publicznej kasie. Sam jestem w stanie w dwa dni przygotować wspaniały projekt „służący analizie treści pojawiających się w mediach, w szczególności cyfrowych” albo „podnoszący poziom wiedzy społeczeństwa na temat zagrożeń w mediach cyfrowych”. Mówiąc wprost: rząd wyciągnie od krytycznych wobec siebie mediów kasę, żeby następnie część przejąć na swoje bieżące potrzeby, a część przekazać ludziom z własnego kręgu, aby mogli stworzyć nikomu niepotrzebne projekty i żyć z nich przez lata. Powiedzieć, że to granda, to nic nie powiedzieć.

 

Jeśli mielibyśmy założyć, że da się jednak zbudować wspólną przynajmniej dla części mediów platformę oporu wobec tego fatalnego projektu, to fundamentem dla niej mógłby być sprzeciw wobec wspomnianego, nieuchronnie wynikającego z nałożenia na media nowego obciążenia, dalszego spadku jakości informacji i analizy.