ADAM SOCHA: Pierwsza bitwa z Big Tech wygrana

Zwycięstwo Australii nad Facebookiem i Googlem, to pierwsze takie zwycięstwo państwa nad dwoma gigantami z grupy GAFA. Po kilku dniach „wojny” z Australią Facebook zapowiedział, że wycofa się z blokady dostępu do artykułów z australijskich portali informacyjnych. Google niemal od razu skapitulował. Blokada była odpowiedzią na zapowiedź wprowadzenie opłat dla cyfrowych platform pośredniczących za korzystanie z treści z australijskich mediów. To pokazuje, że państwa są w stanie złamać dyktat właścicieli Big Tech, jeśli tylko będą stanowcze i solidarne.

 

W styczniu 2020 r. kapitalizacja rynkowa Google, Facebooka, Amazona, Apple, Netflixa i Tesli wynosiła 3,9 biliona dolarów. Po roku wartość giełdowa tych sześciu firm wynosi już 7,1 biliona dolarów. Same tylko Google i Facebook zgarnęły w zeszłym roku ok. 230 mld dolarów z reklam. To 46 proc. światowego rynku reklamowego. Według prognoz, do 2024 r. ich udział w rynku wzrośnie do ponad 60 proc. „Absolutna dominacja tych platform oznaczać będzie niemal całkowity zanik różnorodności oferty dziennikarskiej, artystycznej i komercyjnej – zaalarmował Mathias Döpfner, szef koncernu Axel Springer przewodniczącą Komisji Europejskiej.

 

Facebook sam z siebie nie wytwarza żadnych informacji, żeruje tylko na treściach wytwarzanych przez redakcje pism, a te rok po roku są w coraz to gorszej kondycji, gdyż ponoszą koszty „produkcji” informacji, które rosną, a gwałtownie kurczą się im wpływy z reklamowego tortu, bo ten głównie pożera potwór GAFA.
Upadek mediów, to upadek demokracji. Społeczeństwa zamiast wiarygodnych informacji na temat swoich rządów zostaną skazane na utopienie się w oceanie miliardów postów w mediach tzw. Społecznościowych.

 

Na domiar złego algorytmy tak są ustawione, by czytelników zamykać w bańki informacyjne i karmić ich bzdurami, fałszywymi teoriami i fake newsami, gdyż to one wzbudzają największe emocje, a więc generują największy ruch w sieci i powiększają zyski właścicieli BIG TECH. Z jego serwisów i aplikacji korzysta miesięcznie już 3,3 mld internautów, a z samego Facebooka – 2,8 mld. Z każdego użytkownika koncern zarabia kwartalnie 8,62 dolara.

 

Chwała rządowi Australii (pytanie, dlaczego nie zrobiła tego kroku Unia Europejska?), że powiedział stanowczo „macie podzielić się zyskami z mediami”. Mark Zuckerberg w pierwszym odruchu wyłączył dostęp do australijskich mediów na Facebooku. „Szkoda, że nie wykazywał takiej stanowczości, gdy terrorysta z Australii transmitował na FB swój zamach na meczety w Christchurch” – skomentował z przekąsem Paweł Nowacki, niezależny ekspert rynku medialnego , dla wirtualnemedia.pl. – Albo gdy firma Cambridge Analytica robiła z danymi użytkowników FB co chciała”.

 

Gdy rząd Australii nie ugiął przed szantażem Zuckerberga, a jego politykę poparły Wielka Brytania, Kanada, Francja i Indie, właściciel Facebooka zmiękł. Po negocjacjach również rząd nieco złagodził przepisy. Jak informuje gazeta.pl, Facebook ma mieć możliwość decydowania o tym, czy dane treści pojawią się na platformie, dzięki czemu nie będzie zmuszany do płacenia za niechciane wiadomości. Zdaniem firmy, pozwoli to wspierać wybranych małych i lokalnych wydawców. Wprowadzony zostanie również dwumiesięczny okres, podczas którego platforma społecznościowa będzie mogła dogadać się z danym wydawcą. Co więcej, rząd nie będzie mógł zmusić gigantów do płacenia, jeśli ci wykażą „znaczący wkład” w lokalne dziennikarstwo.

 

Jest więc szansa, że zgodnie z efektem domina, wkrótce i te rozwiązania dotrą do Polski. Tym bardziej, że ochronę nakładów finansowych wydawców, którzy utrzymują redakcje, dziennikarzy i płacą za powstanie materiałów prasowych, wprowadza też dyrektywa w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych (UE 2019/790), która powinna zostać zaimplementowana do 7 czerwca br.

 

Marek Frąckowiak, szef Izby Wydawców Prasy jest przekonany, iż także Facebook zacznie wkrótce rozmowy z wydawcami, których skutkiem będzie uzyskanie stosownych licencji. Beneficjentami będą nie tylko wydawcy i dziennikarze, ale i całe społeczeństwo, które będzie mogło nadal otrzymywać wiarygodne, rzetelne informacje prasowe, stanowiące najlepszy element walki z fake newsami.

 

Jednak do takiego happy endu jeszcze długa droga. W tej wojnie z ponadpaństwowymi gigantami cyfrowymi, to dopiero pierwsza wygrana bitwa. Państwa czekają z nimi o wiele poważniejsze bitwy na polu walki o wolność słowa.

 

Dr Jacek Bartosiak, szef Strategy&Future w rozmowie z Tok FM stwierdził, że polityków mocno przestraszyło zablokowania przez Twitter i Facebook kont Donalda Trumpa.

 

Moim zdaniem, jak zablokowano Donalda Trumpa, to Biden może się trochę cieszył, ale jak znam polityków, a oni są wyczuleni na to, to natychmiast pojawił pomysł jak to ukrócić – powiedział Bartosiak. – Bo polityk nie może być zależy od Twittera. Na pewno wszyscy politycy tak myślą i będzie wielka batalia o przykrócenie władzy gigantów, będą ustawy antytrustowe, tak jak były na przemysł stalowy”. Analityk przewiduje, że w finale tej wojny Facebooka czy Google podzielą los monopolistów. „Pierwsi dostawcy gazu czy prądu robili niesamowitą karierę, aż ich w końcu znacjonalizowano. Jeżeli jest się dostawcą czegoś, co stało się niezbędną linią komunikacyjną do życia, to wcześniej czy później politycy kładą na to rękę i będzie oto wojna —zaznaczył szef Strategy&Future.

 

Państwa muszą wygrać tę wojnę z ponadnarodowymi megakorporacjami, stojącymi ponad prawem, ponad rządami i porządkiem demokratycznym, gdyż inaczej, jak napisał szef Axel Springer do szefowej KE, czeka nas koniec demokracji, wolności, praworządności i praw człowieka.

 

Adam Socha

ŁUKASZ WARZECHA: Korespondenci (niektórzy) tworzą jakość

TVN zamyka biuro korespondenta w Paryżu, a wcześniej zlikwidowało placówkę w Moskwie. To bardzo złe informacje. Znam doskonale tę sytuację, bo pamiętam ją jeszcze z czasów „Życia”. Jedną z oznak pogrążania się gazety w kłopotach była właśnie rezygnacja z korespondentów. To oczywiście nie oznacza, że TVN za moment podzieli los gazety, w której wiele lat temu pracowałem, a która ostatecznie upadła, ale źródła takich decyzji są zawsze te same: pieniądze. Jeśli spojrzeć na informacje mówiące o drastycznym spadku zysku netto grupy Discovery (globalnie aż o 41 proc. – jak nietrudno się zorientować, z powodu spadku wpływów reklamowych, spowodowanego pandemią), trudno się nawet dziwić.

 

Niestety, zagraniczne biura i korespondenci są na ogół w mediach pierwsi do ścięcia. Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się całkowicie oczywiste, że każda poważna redakcja ma swoich przedstawicieli przynajmniej w kilku najistotniejszych miastach świata: Moskwie, Waszyngtonie, Brukseli, Londynie, Berlinie. Dziś sytuacja się odwróciła: posiadanie korespondentów zagranicznych jest luksusem, na którym niewielu może sobie pozwolić. Jak się okazuje – w części przekracza to możliwości nawet takiego giganta jak TVN.

 

Tymczasem przekłada się to bezpośrednio na jakość informacji. Nic nie zastąpi korespondenta na miejscu. Każdy, kto zna media od środka, wie, że korespondent to nie tylko przygotowywane przez niego materiały, ale też bardzo ważny konsultant przy tekstach czy informacjach pisanych w rodzimej redakcji. Oczywiście korespondent korespondentowi nierówny. Bywało, że niektóre materiały przygotowane przez korespondentów (zwłaszcza mediów publicznych) wywoływały u mnie zażenowanie, bo widać było, że nie włożono w nie żadnej pracy – ot, dziennikarz kupił miejscowe gazety, obejrzał telewizję i posłuchał radia, po czym zlepił z tego materiał nieróżniący się niczym od tego, jaki dałoby się przygotować na podstawie wiadomości agencyjnych.

 

Na drugim biegunie są korespondenci tacy jak Beata Płomecka z Polskiego Radia czy Katarzyna Szymańska-Borginon z RMF (obie w Brukseli) – świetnie zorientowani w miejscowych układach, wynajdujący własne informacje, prezentujący ciekawe analizy. Na ich przykładzie można zrozumieć, jak wiele medium zyskuje dzięki kompetentnemu korespondentowi zagranicznemu.

 

Dlaczego w takim razie na korespondentach się oszczędza? To również wie każdy, kto przyglądał się mediom od środka, zwłaszcza tym większym, funkcjonującym na zasadach korporacji. Pomiędzy redakcją a pionem właścicielskim powstaje nieuchronne napięcie nawet w czasach dobrych, a cóż dopiero chudych. Właściciel nierzadko ma tendencję do traktowania medium jak – to określenie wielokrotnie pojawiające się wśród dziennikarzy – fabryki gwoździ. Aczkolwiek nie jest to być może porównanie całkowicie sprawiedliwe, bo nawet właściciel fabryki gwoździ ma przecież świadomość – o ile jest poważnym i szanującym się przedsiębiorcą – że jeśli przesadzi z oszczędnościami jego gwoździe zaczną się łamać, a więc przestaną być kupowane. Może tu zresztą leży paradoks tej metafory: można założyć, że biznesmen od gwoździ miałby większe opory przed wdrażaniem oszczędności uderzających w jakość niż właściciele mediów, ponieważ ci drudzy mają mniejszą konkurencję, a zarazem mogą mieć zasadne przekonanie, że znajdą się odbiorcy na towar właściwie każdej jakości.

 

Bo powiedzmy sobie szczerze: czy przeciętny odbiorca dostrzeże różnicę pomiędzy informacją agencyjną, obrobioną jedynie przez redakcję, a informacją własną, przygotowaną przez korespondenta? No dobrze, różnica zostałaby zapewne zauważona, gdyby był to odbiorca przyzwyczajony do niezmiennie wysokiej jakości informacji danego medium z danego miejsca. Gdyby, załóżmy (czego absolutnie nie życzę), zniknęła któraś z wcześniej przeze mnie wymienionych korespondentek w Brukseli, dałoby się to zapewne odczuć. Lecz, jako się rzekło, mówimy tutaj o osobach wyjątkowo sprawnych.

 

Czy połapią się widzowie TVN24? Nie wiem. Wiem, że właściciel stacji może spokojnie uznać, że nic na tym nie straci, za to oszczędzi. Co nie zmienia faktu, że ten właśnie kierunek oszczędzania sprawia, że jakość mediów systematycznie spada.

 

Sprostowanie do tekstu na stronie sdpwarszawa.pl

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wystąpił do Redaktora Naczelnego www.sdpwarszawa.pl, czyli strony internetowej oddziału Warszawskiego SDP o sprostowanie nieprawdziwych informacji, jakie zostały opublikowane w materiale prasowym pt. „Jedynowładztwo na Foksal” w dniu 13.02.2021 r. Tekst jest anonimowy, podpisano go jedynie „Redakcja” .

 

SPROSTOWANIE

 

W związku z artykułem pt. „Jedynowładztwo na Foksal” z dnia 13.02.2021 r. SDP prostuje zawarte w nim informacje:

 

1.Nie jest prawdą, że Prezes SDP Krzysztof Skowroński po raz kolejny, jednoosobowo zwolnił firmę Prominentis z opłaty czynszowej za najem lokalu w budynku SDP. Aneks do umowy najmu został podpisany przez Prezesa oraz Skarbnika SDP.

 

2.Nie jest prawdą, że zwolnienie za styczeń 2021 wynosi 100 % czynszu. Zwolnienie dotyczy należności głównej. Firma została obciążona wszystkimi  opłatami eksploatacyjnymi.

 

3,Nie jest prawdą, że decyzja o zwolnieniu z czynszu firmy Prominentis została podjęta bez wiedzy Zarządu SDP. Decyzja ta była dyskutowana z niektórymi członkami ZG SDP.

 

4.Nie jest prawdą, że Dom Dziennikarza w Kazimierzu n. Wisłą już od niemal roku jest w identycznej sytuacji jak „Villa Foksal” i przez cały rok 2020 otrzymał niewielką tylko, symboliczną pomoc z ZG SDP. Przez okres pandemii ZG SDP utrzymał etaty pracowników DPT oraz ponosił wszystkie koszty eksploatacyjne Domu, mimo iż ten praktycznie nie funkcjonował.

 

5.Nie jest prawdą, że łączna ulga przyznana temu jednemu najemcy sięga już niemal 200 tysięcy złotych. Kwota zwolnienia z czynszu dla firmy Prominentis jest dużo mniejsza. Aneks do umowy objęty jest tajemnicą handlową.

 

6.Nie jest prawdą, że pracownicy Domu  Pracy Twórczej  w Kazimierzu Dolnym przez długi czas nie mogli doczekać się nawet najskromniejszego wsparcia. Pracownikom DPT utrzymano zatrudnienie i wynagrodzenie w okresie pandemii, mimo że nie świadczyli oni pracy przez większą część 2020 r. z powodu zamknięcia hoteli i restauracji.

 

7.Nie jest prawdą, że Statut SDP  daje Prezesowi  uprawnienia do podejmowania decyzji wyłącznie w granicach upoważnienia przekazanego przez Zarząd. Wg statutu SDP uchwała ZG wymagana jest dla nabywania, zbywania  i obciążania nieruchomości i ruchomości. Aneksy do umów z najemcami nie wymagają takiej uchwały.

 

8.Nie  jest prawdą, że propozycja rozmów p. Sobańskich przez długi czas otoczona była aurą tajemnicy. Gdy do ZG SDP wpłynęła propozycja p. Sobańskich dotycząca Domu Dziennikarza, od razu poinformowano Komisję Rewizyjną i ZG SDP.

 

Krzysztof Skowroński, Prezes Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Jolanta Hajdasz, Wiceprezes Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Aleksandra Rybińska, Skarbnik Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Jadwiga Chmielowska, Sekretarz  Generalny Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Maria Giedz, członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Wanda Nadobnik, członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Piotr Legutko, członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Mariusz Pilis, członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Czas się zjednoczyć – apeluje do dziennikarzy MAREK MILLER

Media w swoim dominującym nurcie są obecnie bezradne wobec rzeczywistości. Rzeczywistość je przerasta, więc ograniczają się do jej cynicznego wykorzystania, do propagandy i własnych interesów.

 

Media zakrywają, zaciemniają obraz rzeczywistości zamiast go odkrywać, tłumaczyć i szukać rozwiązań. Media nie spełniają dziś swojej podstawowej funkcji – podtrzymywania więzi społecznej. Media dziś głównie dzielą społeczeństwo podsycając nienawiść i nietolerancję. Tak być nie może. Dziennikarstwo w swojej istocie to budowanie mostów, porozumienia. Porozumienie to podstawa więzi, podstawa wspólnoty. Musimy wierzyć w nie, nawet gdyby powszechnie wątpiono. Polska to zdecydowanie coś więcej niż PiS i PO. Niż Lewica i Prawica. To „coś więcej” – to winien być nasz dziennikarski program. Na tym „coś więcej” powinnyśmy się skupić. Temu „coś więcej” warto się poświęcić, bo zagrożone są fundamentalne podstawy polskiej tożsamości narodowej.

 

Toczy się bezwzględna walka o zawłaszczenie społecznej świadomości, a w demokracji bez wartości mnożą się nowe totalitaryzmy. Tymczasem zanika niezależność. Związki i stowarzyszenia dziennikarskie są w Polsce marginalne, dychawiczne i bez większego znaczenia. Środowisko dziennikarskie jest rozbite, podzielone i zatomizowane. Dziennikarze wysługują się partiom politycznym, hierarchii kościelnej i zwykłej mafii. Ukąszenie komunistyczne nigdy nie znalazło swojej szczepionki i do dziś pustoszy nasze sumienia.

 

Niemcy (po zjednoczeniu) potrzebowali pół roku, żeby powołać do życia jedną silną organizację dziennikarską. Ta organizacja ma znaczenie i wszyscy się z nią liczą. Bilety na ich bal sylwestrowy są drogie i poszukiwane, bo uczestniczą w nim członkowie rządu. Z uzyskanego z balu dochodu utrzymywana jest dziennikarska szkoła. Czas się zjednoczyć. Czas porzucić przeszłość. Młode pokolenie dziennikarzy nie rozumie i nie akceptuje naszych podziałów. Dla nich historia SDP i SDRP jest odległa jak wojna secesyjna. Powiecie, że to co mówię to skrajny idealizm, że dość już mieliśmy pozornych, wymuszonych jedności. Nie podzielam tego poglądu. Jeżeli wszyscy zaakceptujemy podstawowe, wspólne nam zagrożenia, np. rozwój ekonomiczny, ekologia, patologie społeczne, kataklizmy, to co do reszty możemy się różnić w grupach frakcyjnych, które istniały i będą istnieć zawsze.

 

Kategoria zagrożenia może stać się fundamentem naszego zjednoczenia i porozumienia. Jeżeli dodamy do niej kategorię sumienia, które jest w swojej istocie ponadpartyjne, światopoglądowe i religijne to może się udać. Nie koncentrujmy się więc na totalnej krytyce przeciwnika, a apelujmy do jego sumienia. Jeżeli zjednoczymy się i będziemy nad sobą pracować to mamy szansę na rzeczywistą przemianę, która od czasów romantyzmu jest naszym niezniszczonym marzeniem.

 

Marek Miller

SDP protestuje przeciwko skandalicznemu wyrokowi na dziennikarki Biełsatu

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wyraża najwyższe oburzenie wyrokiem skazującym dziennikarki Kaciarynę Andrejewą i Darię Czulcową na dwa lata więzienia i żąda ich natychmiastowego uwolnienia. Kara dwóch lat więzienia za wykonywanie pracy dziennikarskiej to motywowana politycznie próba zastraszenia dziennikarzy, jawna kpina ze sprawiedliwości i działanie obliczone na wywołanie efektu mrożącego.

 

Dziennikarki telewizji Biełsat, polskiego kanału dla zagranicy, są bezpodstawnie więzione od 15 listopada 2020 roku. Zatrzymane zostały  podczas relacjonowania pacyfikacji protestu mieszkańców osiedla, broniących miejsca pamięci zamordowanego w tym miejscu kilka dni wcześniej Romana Bandarenki. Zostały oskarżone „o organizację i przygotowanie działań, które naruszają w znacznym stopniu porządek społeczny”. Dzisiejszy haniebny wyrok jest dowodem na to, że białoruskie władze całkowicie ignorują prawo dziennikarzy do przekazywania informacji, a także prawo obywateli do bycia informowanym.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich podejmie wszystkie możliwe działania zmierzające do uwolnienia niesłusznie skazanych dziennikarek Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej oraz 9 innych białoruskich dziennikarzy przebywających obecnie w więzieniach na Białorusi, to jest: Andreia Alieksandrou, Kaciaryny Barysewicz, Zmicera Buianou (Sołtan), Libou Liuniowej, Julii Słuckiej, Ałły Szarko, Sierhieja Alszeuskiego, Piotra Słuckiego, Kseni Lutskina.

 

Krzysztof Skowroński – prezes

Jolanta Hajdasz – wiceprezes i dyrektor CMWP SDP

Witold Gadowski – wiceprezes

Jadwiga Chmielowska – sekretarz generalny

Aleksandra Rybińska – skarbnik

Klub Fotografii Prasowej SDP zaprasza na warsztaty

Klub Fotografii Prasowej SDP zaprasza wszystkich chętnych członków naszego Stowarzyszenia w każdy ostatni wtorek miesiąca na warsztaty fotograficzne. Chętnie podzielimy się naszą wiedzą.

 

Warsztaty odbywają się w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5, sala B, pierwsze piętro. Start w najbliższy wtorek, 23 lutego, o godz 15.00. Posiadanie własnego aparatu fotograficznego nie jest konieczne, ale miło widziane. Wystarczy smartfon i dobre chęci.

 

Z uwagi na stan pandemii ilość miejsc jest ograniczona do czterech osób. Decyduje kolejność zgłoszeń. W przypadku większej liczby chętnych istnieje możliwość zrealizowania  kolejnych zajęć o godzinie 16.30.

 

Prosimy wysyłać zgłoszenia na adres [email protected] w terminie do 21 lutego (niedziela).

 

 

Donat Brykczyński

 

Dziennikarki Biełsatu skazane na dwa lata kolonii karnej

Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa, dziennikarki Biełsatu,  po trzech dniach procesu, zostały skazane za winne organizowania zamieszek i skazane na dwa lata kolonii karnej.

 

Jak relacjonuje na swojej stronie internetowej Biełsat, sąd w Mińsku w pełni przychylił się do wniosku prokuratora jeżeli chodzi o wysokość kary. Dziennikarki zostały oskarżone o „Organizację i przygotowywanie działań rażąco naruszających porządek publiczny”.

 

Podstawą oskarżenia była m.in. deklaracja strat, jakie w wyniku działań dziennikarek miało rzekomo ponieść mińskie przedsiębiorstwo transportowe Minsktrans. Pracownik tej firmy zeznał, że w wyniku ulicznej demonstracji został zablokowany ruch komunikacji miejskiej, co pociągnęło za sobą straty w kwocie wynoszącej w przeliczeniu ponad 16 tys. zł. Dziennikarki, które konsekwentnie nie przyznawały się do winy, pokryły stratę, deklarując jednak, że jest to wyłącznie gest dobrej woli wobec przewoźnika. W następstwie tego przedstawiciel Minsktransu wycofał swoje roszczenia.

 

Jak twierdziła prokurator Alina Kasjanczyk, korespondentki Biełsatu w trakcie przeprowadzania sondy ulicznej wyszły na jezdnię, blokując w ten sposób miejski transport. To miało zachęcić innych do masowego wychodzenia na ulicę.  Obrońca Andrejewej Siarhiej Zikracki zauważył, że przed sądem nie pojawił się ani jeden świadek, który potwierdziłby winę oskarżonych i zareagował na ich rzekome wezwania do udziału w proteście. Podkreślił także, że pracownik Minsktransportu nie potrafił wyjaśnić, czy miejski transport stanął z powodu demonstrantów blokujących drogi, czy stało się to wcześniej, na skutek jakiejś odgórnej decyzji.

 

Proces dziennikarek rozpoczął się 9 lutego i na pierwszej rozprawie sąd odroczył go o tydzień. Jak podkreśla Biełsat,  drugi dzień procesu zbiegł się z bezprecedensową, skoordynowaną akcją białoruskich organów siłowych, wymierzoną w dziennikarzy i obrońców praw człowieka. We wtorek od rana milicja dokonywała przeszukań i zatrzymań w całym kraju, które dotknęły 40 osób. Na celowniku służb znalazło się m.in. Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Protest przeciwko takim działaniom wystosowało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (TUTAJ).

 

Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa zostały zatrzymane 15 listopada 2020 r. podczas relacjonowanie brutalnego rozpędzenia demonstracji, która odbywała się w miejscu gdzie tajniacy pobili na śmierć aktywistę Ramana Bandarenkę. Dziennikarki Biełsatu nadawały na żywo korespondencję z prywatnego mieszkania. Po pacyfikacji protestu milicyjny specnaz wyłamał drzwi do lokalu i wyprowadził reporterki. Od tego czasu przebywały w areszcie.

 

opr. jka, źródło: Bielsat.eu

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wydało książkę „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” opisującą represje wobec białoruskich dziennikarzy, jedną z jej współautorek jest Kaciaryna Andrejewa. E-wydanie można bezpłatnie pobrać TUTAJ.

 

ŁUKASZ WARZECHA: Rozczarowani odbiorcy nie staną w obronie mediów

Poziom medialnej histerii wokół sytuacji w Zakopanem w czasie weekendu z 14 lutego – Walentynkami – przebił wszystko, co od dawna widzieliśmy. Jaki ma to związek z podatkiem od reklam? Wbrew pozorom – ma.

 

Pisałem kilkakrotnie na portalu SDP o tym, jak jednostronnie media zajmowały się epidemią. To zmieniło się dopiero po dłuższym czasie. Dopiero w listopadzie czy grudniu ubiegłego roku zaczęto szerzej relacjonować punkt widzenia przedsiębiorców. Pojawiły się materiały o akcji #otwieraMY, informowano i nadal informuje się o działaniach policji oraz innych służb, pokazując je również od strony przedsiębiorców właśnie. Niektórzy dziennikarze okazali się autentycznie dociekliwi w drążeniu wątpliwej logiki restrykcji i strategii epidemicznej, by wskazać tu na Marcina Zaborskiego z RMF FM czy dziennikarzy Radia Wnet.

 

Zarazem jednak nie zmieniła się zasadniczo praktyka nakręcania paniki, a w mediach nadal brylowali głównie dyżurni medycy, tacy jak prof. Simon, których wypowiedziom brakowało chwilami jakiejkolwiek spójności, a jednak prowadzący rozmowę nie reagowali. Kulminacją jest właśnie relacjonowanie sytuacji w Zakopanem, gdzie znów – jak wiosną ubiegłego roku – niemal wszystkie media poszły owczym pędem, bez śladu refleksji, za jednym przekazem: nieodpowiedzialna hołota sprowadzi na nas nieszczęście i będzie przyczyną kolejnego lockdownu.

 

Jednym z obowiązków dziennikarza jest bycie krytycznym wobec gotowych sztamp i przekazów. Skąd wyszła ta akurat sztampa – nie sposób powiedzieć. Ale nietrudno wskazać, jakie pytania powinny zostać zadane, a zadane nie zostały. A zatem między innymi: jakie jest prawdopodobieństwo zarażenia się na dworze, o jakiej liczbie osób tworzących ów „tłum” właściwie mówimy, czy rząd ma jakiekolwiek własne badania, pokazujące, jaki będzie wpływ tych wydarzeń na liczbę zakażeń w skali kraju oraz czego właściwie rządzący spodziewali się, decydując się na otwarcie hoteli przed 14 lutego, po miesiącach zakazu, gdy nie dawało się nigdzie wyjechać.

 

Co to ma wspólnego z podatkiem reklamowym? Obserwowałem bardzo uważnie reakcję w mediach społecznościowych na protest mediów w tej sprawie. Była bardzo mało entuzjastyczna. Nie mówię tutaj o tych osobach, które odegrały role wynikające z ich sympatii partyjnych, bo tutaj wszystko jest jasne: zwolennicy Zjednoczonej Prawicy powielają swój przekaz dnia, zwolennicy największych ugrupowań opozycyjnych – swój. Jest jednak spora grupa ludzi, którzy z władzą nie sympatyzują i wydawałoby się, że perspektywa nałożenia finansowego kagańca mediom prywatnym powinna ich jakoś zaniepokoić. A jednak wykazali oni ostentacyjne wręcz désinteressement. Powoływali się przy tym między innymi właśnie na sposób mówienia o epidemii, z zarzutem siania paniki i histerii na czele. Uogólniano go do postaci, która powinna być dla dziennikarzy dzwonkiem alarmowym: dlaczego mielibyśmy się przejmować waszym losem, skoro nie spełniacie swoich podstawowych zadań? Dlaczego mielibyśmy się martwić o płacone przez was podatki i problemy, jakie dla was mogą z tego wynikać, skoro nie stoicie po naszej, odbiorców, stronie i nie jesteście wystarczająco krytyczni albo dociekliwi?

 

Można oczywiście słusznie wskazać, że to zarzuty niesprawiedliwie uogólnione i że wiele mediów albo dziennikarzy zachowuje się inaczej – nie zmienia to jednak faktu, że tak postępują najwięksi i że takie jest obraz mediów w ogóle. Co ważne, nie chodzi tutaj o niepodbijanie przez media tej czy innej narracji, a więc zastąpienie panikarskiej lekceważącą, ale o należyty poziom krytycyzmu wobec przedstawianych tłumaczeń, twierdzeń, uzasadnień.

 

Ta sytuacja powinna dać do myślenia i szeregowym dziennikarzom, i redaktorom naczelnym oraz właścicielom mediów. To tylko epizod większej opowieści o tym, jak media przez część odbiorców zostają sprowadzone do roli jednego z oddziałów w partyjnej wojence, a ci, którym mogłoby i powinno na nich zależeć jako na niezależnych kontrolerach władzy, są nimi tak zawiedzeni, że kompletnie się ich losem nie przejmują. A jeżeli komuś wydaje się, że to nie ma znaczenia, niech pomyśli, że ta obojętność może trwać również wtedy, gdy nie będzie chodziło o podatek, ale działania poważniejsze – takie na przykład jak nieprzedłużenie koncesji.

 

Łukasz Warzecha

 

MARIUSZ FRUKACZ: Marzenie o misyjności mediów

Czarny ekran telewizora, a potem słowa przyrównujące całą sytuację do stanu wojennego. Do tego jeszcze doszło mówienie o kneblowaniu mediów i łamaniu wolności słowa. To wszystko bardzo smutne.

 

Akcja „Media bez wyboru” była widoczna niemal dla każdego. Na czarnym tle telewizje komercyjne, portale i gazety zamieszczały hasła: „Tu miał być twój ulubiony program”. Oczywiście pretekstem stała się kwestia składki solidarnościowej, którą miałyby płacić od wpływów z reklam największe koncerny medialne. Ciekawe jest to, że zamiast dyskusji nad ustawą jako widzowie i czytelnicy otrzymaliśmy czarny ekran. Jak wynika z projektu ustawy składką mają być objęci giganci cyfrowi, których globalne przychody sięgają 750 mln euro, a przychody z tytułu reklamy internetowej w Polsce przekraczają 22 mln zł. Dla reklamy prasowej proponowany próg wynosi dla pojedynczego tytułu prasowego 15 mln zł z przychodu od działań reklamowych. Wpływy reklamowe powyżej 30 mln zł  będą podlegać opłacie, która co do zasady wyniesie 6%. Projekt nie dotyczy małych wydawnictw i lokalnych mediów. Jeśli chodzi o media katolickie, to zapewne  takiego przychodu od działań reklamowych nie osiągną. Oczywiście pozostaje również kwestia sytuacji radiostacji katolickich, które działają w sieciach.

 

Tylko Facebook i Google mają 3 mld zł środków z reklam w Polsce od których podatki nie są w naszym kraju w ogóle odprowadzane – zauważyła w Polskim Radiu24 Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i dodała: „Nie ma mowy o unicestwieniu mediów, niektóre będą miały mniejsze przychody, ale i tak będą one gigantyczne. To są biznesy o wielomilionowych obrotach, o takich pieniądzach przecięty Polak nawet nie śni. Podatek jest sprawiedliwy, trzeba się nad tym projektem pochylić, przeprowadzić kwotowe symulacje, by nie zaszkodzić najmniejszym mediom. Idea jest słuszna”. Takie podatki nie są niczym nadzwyczajnym w Europie.

 

I Have a Dream

 

Jednak cała ta sytuacja rodzi pytania o sytuację w samych mediach. Co ten protest pokazał, polaryzację mediów, czy też możemy mówić o większej jedności mediów? Niedawno przeczytałem autobiografię Martina Luthera Kinga pt. „I Have a Dream” (Mam marzenie). Oczywiście jej tytuł nawiązuje do słynnej mowy Kinga, w której padły znamienne słowa: „Mam marzenie, że pewnego dnia naród nasz wzniesie się na wyżyny prawdziwego sensu swojej wiary i uzna za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”. Nie chodzi mi jedynie o cytowanie słów słynnego pastora, ale o pewien obraz i symbol. Wydaje mi się, że mamy prawo marzyć o sprawiedliwej demokracji, szacunku wobec drugiego człowieka, także widza i czytelnika, ale chyba wciąż jest to marzenie. Polaryzacja mediów jest widoczna gołym okiem, a pokazał to także protest „Media bez wyboru”. Zamiast troski o autentyczność dialogu w mediach,  wydaje się, że media niestety przyczyniają się również do wzmacniania konfliktów, dzielenia ludzi, promowania języka nienawiści. Sami dziennikarze nie szanują siebie. Tymczasem media powinny być największym forum dialogu wymiany myśli idei, poglądów i wartości. Mam marzenie, żeby wreszcie rozmawiać ze sobą. Wiem, może przesadzam, ale każdy ma prawo do marzeń.

 

O ładzie medialnym

 

Wydaje mi się, że cały problem tkwi również w tym, co nazywamy ładem medialnym. O ładzie medialnym wciąż mówi się w Polsce, ale chyba jednak zbyt mało. Ład medialny jest nam bardzo potrzebny, bo wpływa na najważniejsze sektory życia publicznego. Ład medialny to przede wszystkim stała równowaga w świecie mediów, umożliwiająca obywatelom dostęp do informacji powszechnej i prawdziwej. Oczywiście oznacza on również bezpieczeństwo państwa w zakresie informacji i ochronę obywateli przed negatywnym wpływem mediów. Jak napisał kiedyś bp Adam Lepa, jeden z najlepszych znawców mediów w Polsce, ład medialny „ma walor strategiczny, stoi bowiem na straży bezpieczeństwa obywateli. Jego obecność albo deficyt daje znać o sobie w skali państwa i świata. Zakłócenia w ładzie medialnym prowadzą do chaosu i skutkują groźnymi następstwami”.

 

Już 12 lat temu bp Adam Lepa napisał ważny tekst w „Niedzieli” i kiedy go ponownie przeczytałem, to stwierdziłem, że jest on bardzo aktualny. Biskup postawił w nim ważne tezy, które w kontekście ostatniego protestu są bardzo dobrą diagnozą mediów w Polsce. „Jakie zasady ustrojowe panują w polskim świecie mediów? Czy istnieje pełna demokracja, czy też – jak twierdzą obserwatorzy sceny medialnej – mamy do czynienia z modelem oligarchicznym, który najwyraźniej ujawnia się w monopolu orientacji liberalnej i lewicowej. Jaki jest stopień koncentracji mediów będących w rękach firm międzynarodowych i jak dalece dominacja kapitału zagranicznego powoduje zachwianie równowagi w polskim świecie mediów? A także: czy treści publikowane tymi kanałami uwzględniają dobro narodu i państwa, czy też całkowicie poddane są interesowi obcych firm i realizują ich hierarchię wartości z bezwzględną dominacją wartości rynkowych?”  – napisał bp Lepa.

 

W tym samym tekście biskup medioznawca zwrócił uwagę na zjawiska takie jak: zatrucie informacyjne, polegające na tym, że o sprawach najważniejszych mówi się w taki sposób, jakby one były mało ważne albo nic nieznaczące, i odwrotnie, obniżenie wartości argumentacji. „Oto wręcz powszechnie w odbiorze mediów w Polsce decyduje argument siły, a nie siła argumentu” – podkreślił.

 

I jeszcze jeden, moim zdaniem, mocny cytat z bp. Lepy: „Żywiołowa konkurencja w świecie mediów komercyjnych prowadzi do jednostronnych rozstrzygnięć w obrębie dylematów ludzi mediów: «misja czy kasa» albo: «im więcej religii i patriotyzmu, tym mniej kasy». Z tym wiąże się jeszcze jeden dylemat: «Gdzie mówią pieniądze, tam milczy prawda». Wskutek tych perturbacji, znamionujących chaos medialny, traci przede wszystkim źle poinformowany obywatel”.

 

Przywołuję fragmenty tekstu bp. Adama Lepy, bo okazuje się, że to doskonała diagnoza sytuacji mediów w Polsce. Tekst chociaż napisany 12 lat temu, to pokazuje, że w proteście sprzed kilku dni nie chodziło o wolność słowa i dobro widza czy czytelnika. Cały tekst znajduje się TUTAJ.

 

Misyjność zawodu dziennikarza

 

Protest również pokazał, że wciąż trzeba pytać o misyjność zawodu dziennikarza. Mam wrażenie, że owa misyjność jest często banalizowana. Wpływ na misję dziennikarza mają struktury właścicielsko-instytucjonalne, związanie mediów ze sferami komercji i polityki. Media, oczywiście nie tylko w Polsce, stają między misją publiczną, mechanizmami wolnego rynku i uwarunkowaniami politycznymi. Coraz częściej mamy do czynienia z celebrytyzmem dziennikarskim i dyktatem struktur właścicielskich.

 

Ja wciąż wierzę, że dziennikarska rzetelność i uczciwość są niezależne od politycznych barw czy platform informacyjnych, na których dziennikarstwo jest uprawiane. Oczywiście rzetelna dyskusja nad ustawą jest potrzebna, ale czarne ekrany telewizora tego nie załatwią.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

 

 

SDP solidaryzuje się z szykanowanym przez władze Białoruskim Stowarzyszeniem Dziennikarzy (BAJ)

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich protestuje przeciwko kolejnym represjom wobec dziennikarzy na Białorusi.

 

Dziś rano służby weszły do siedziby Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy (BAJ). Dokonano przeszukania, w rezultacie którego zarekwirowana została lista członków stowarzyszenia. Siedziba stowarzyszenia dziennikarzy została zamknięta i zaplombowana przez służby. Przeszukane zostały też  mieszkania prawników pracujących dla organizacji: Aleha Ahiejeua i Krysciny Rychter – funkcjonariusze zabrali dokumenty dotyczące stowarzyszenia.

 

Przeszukania redakcji i mieszkań dziennikarzy miały miejsce nie tylko w Mińsku, ale również w Homlu i Mohylewie. W Homlu przeszukane zostało mieszkanie dziennikarza Anatola Hatauczyca Łarysy Szczyrakowej – dziennikarki Biełsatu, a w Mohylewie dziennikarza Alesia Burakoua.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przesyła białoruskim kolegom wyrazy solidarności i deklaruje wszelką możliwą pomoc dla dziennikarzy, którzy będą jej potrzebować. Zawsze możecie na nas liczyć!

 

Krzysztof Skowroński – prezes SDP

Jolanta Hajdasz – dyrektor CMWP SDP

 

Zdjęcie: Witold Dobrowolski