Nazi razi – satyryczny komentarz KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Pierwsze strony gazet, popularne „jedynki”, powinny przykuwać uwagę czytelników. Najlepiej mundurami nie lubianych armii.

 

Przed laty, tygodnik „W Sieci” apelował do dziennikarzy o zaprzestanie „histerycznej kampanii nienawiści”, w „temacie” pedofilii wśród księży. A na ilustracyjną okładkę trafił redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis, przedstawiony w mundurze żołnierza SS z podpisem: „Prawie jak Goebbels”.

 

A za porównaniami do Goebbelsa nie przepadamy. Nawet naczelny tygodnika „Nie”, bujał się po sądach kilkanaście lat za „Goebbelsa stanu wojennego”.

 

Ale za to chętnie cytujemy. Całkiem niedawno zasłużony opozycyjny dziennikarz Waldemar Kuczyński, wrzucił do sieci rozważania: „Dlaczego ta „demokratyczna” prasa, uzależniona od ośrodków zagranicznych, nie dostrzega, jak wspaniale zmieniamy kraj? Dlaczego nie potrafi dostrzec, jak wiele dają programy socjalne, jak przywracamy moralność po bałaganie stworzonym przez poprzedników?„. Był to cytat, a jakże, z Josepha Goebbelsa z 1934 r.

 

Po latach Jacek Karnowski i „Sieci” mają jednak przeprosić za zdjęcie Tomasza Lisa w nazistowskim mundurze. Po ośmiu latach od publikacji sprawiedliwość zatriumfowała donosiły portale.

 

W tym wszystkim zadziwiające jest to, jak często lubimy odwołania do historii. Przecież już nie najnowszej. Hitler doszedł do władzy w 1933 r., to trochę już minęło. Historycy przypominają też, że Adolf pojawił się na okładce tygodnia „Time” 2 stycznia 1939 r., bo przyznano mu tytuł „Człowieka Roku 1938”. Wojna skończyła się jakieś siedem dekad temu. Lecz to temat wciąż aktualny. Tylko w ostatnim okresie, na szefa wrocławskiego IPN-u mianowano hajlującego historyka. A na rynku bestselerem okazał się Mein Kampf. Właśnie robią kolejny dodruk.

 

Coś jest na rzeczy. Już swego czasu wydawnictwo „The Facto” zauważyło na swojej stronie: „Uwielbiamy literaturę faktu. Niestety, polska oferta wydawnicza w tym segmencie jest uboga – wyjąwszy książki poświęcone biografii Adolfa Hitlera, kobietom Hitlera, zausznikom Hitlera, generałom Hitlera, agentom Hitlera, architektom Hitlera, psom Hitlera, bunkrom Hitlera, diecie Hitlera, zamachom na Hitlera, sojusznikom Hitlera, czołgom Hitlera, tajnym broniom Hitlera, lekarzom Hitlera oraz bieliźnie Goeringa. Bez wątpienia hitlerolog-amator ma w czym przebierać. Gorzej z czytelnikiem, który chciałby odpocząć od wąsików i zmagań na froncie wschodnim”.

 

Czytelnik prasowy odpoczywać jednak nie może i się go razi, nazi grafiką.

 

Niemcy bardziej współczesne, nie stronią od porównań do brunatności. Tygodnika „Stern”, ukazał prezydenta Trumpa w pozie nazisty. Merkel w otoczeniu nazistów na okładce „Der Spiegel”? Nie ma sprawy. Sojusznicza Francja: Macron jak Hitler? Proszę bardzo. Dziennik „Le Monde” o to zadbał i pośpieszył z taką okładką. A co Czechy, miały by być gorsze? W popularnym tygodniku „Refleks”, zamieszczono twarz przywódcy z wąsikiem, do tego czarnoskórą, z bujną afro czupryną.

 

U nas tygodnik „Wprost”, dzierży palmę hitlerowskiego pierwszeństwa. Okładeczka z tytułem: „Niemiecki koń trojański”. A na niej Erika Steinbach w wiadomym mundurze, siedząca na kanclerzu Gerhardzie Schroderze. Jedynka „Heil Lepper” z przewodniczącym Samoobrony w roli głównej, musiała wzburzyć Andrzeja Leppera, który zażądał nawet milion złotych odszkodowania. „Znowu chcą nadzorować Polskę”, a na przodzie nowego wydania tygodnika europejscy politycy pochyleni nad mapą. Merkel w przewodniej roli. O takie tam nawiązanie do słynnej fotografii Hitlera i generałów nad sztabowymi mapami.

 

„Gazeta Polska” również nie chciała pozostać w tyle. Grafika z Donaldem Tuskiem w mundurze nazi. Nie zgadniecie z kim? Bardzo trudne. Bingo. Z Angelą Merkel. Wysiedli z tramwaju z napisem „nur für Deutsche”. No bo z jakiego innego mieliby wyjść? Niepodległość? Krzysztof Stanowski zareagował na tweecie:

 

„1. Oburzaj się na polskie obozy zagłady w mediach.

  1. Popieraj fotomontaż byłego premiera RP w niemieckim mundurze z II WŚ.

Logika?”

 

Wracając jeszcze do sprawy Tomasza Lisa. Wydawca i redaktor naczelny, wbrew wyrokowi temidy, przeprosić jednak nie zamierzają. Bo taki tygodnik „W Sieci” już nie istnieje. „Sieci” jest. Tak jak nie ma takiego miasta Londyn. Jest Lądek. Lądek- Zdrój.

 

Nie wiadomo co na to prawnicy.

 

Ale proszę sobie wyobrazić sytuację, że byliście w gospodzie „U Zdzicha” i zatulili Was tam sałatką jarzynową albo jajkami w majonezie. Uparcie chcieliście odszkodowania za perturbacje gastryczne. I niezawisły sąd je przyznał. Ale uwaga. Gospoda „U Zdzicha” zmieniła nazwę na „Zdzisiek” i może nam Pan skoczyć. Na chochelkę.

 

Albo pozostając w tematyce wojennej. Takie Niemcy, mogłyby nie wypłacać odszkodowań wojennych. Przecież straty i szkody spowodowane przez działania zbrojne, nie zrobił RFN-y tylko III Rzesza. To oczywiste, nieprawdaż?

 

Krzysztof Prendecki

Okładki z konsekwencjami – ks. ARTUR STOPKA o manipulacji wizerunkami osób i symbolami

Sąd apelacyjny wydał ostateczny wyrok w sprawie okładki tygodnika „wSieci” sprzed ponad siedmiu lat. Ci, którzy ją wtedy opublikowali, przegrali. Mają przeprosić i wpłacić określoną sumę na cel społeczny.

 

Ubocznym efektem tego orzeczenia stało się ponowne jej nagłośnienie w mediach, zwłaszcza w internecie. Tysiące ludzi znów zobaczyło (wielu po raz pierwszy) fotomontaż przedstawiający redaktora naczelnego „Newsweek Polska” Tomasza Lisa w mundurze wywołującym jednoznaczne skojarzenia z SS, z zakrwawionym różańcem w ręce, z napisami „Prawie jak Goebbels” i „Nagonka na Kościół. Czy zatrzymają się, dopiero gdy zaczną ginąć księża”. Zresztą przypomniał ją sam Lis, udostępniając w mediach społecznościowych.

 

Jednak istotą wspomnianego wyroku jest wyraźne stwierdzenie, że są sytuacje, w których rozpowszechniane w mass mediach treści, w tym przedstawienia graficzne, przekraczają dopuszczalne granice ekspresji. Zmultiplikowane za pomocą środków technicznych obraz i napis mogą naruszać czyjeś dobra. W tym przypadku dobra osobiste konkretnego człowieka. I nie ma znaczenia, że jest on osobą publiczną, a w dodatku dziennikarzem i człowiekiem odpowiedzialnym za zawartość jednego z czasopism. Czasopisma, które też pod jego kierownictwem publikowało wywołujące kontrowersje okładki, używając wizerunku autentycznych osób. Wystarczy przypomnieć okładkę z kwietnia 2012 r., przedstawiającą Antoniego Macierewicza jako taliba i wielkie litery układające się w słowo „Amok”.

 

W zestawieniach uznawanych za najbardziej kontrowersyjne okładek czasopism opublikowanych w Polsce w minionych dziesięcioleciach można zobaczyć twarze wielu polityków, zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Jest jednak niejednokrotnie kwestią trudną do jednoznacznego ustalenia, na ile intencją ich wmontowania w określone konteksty graficzne ma na celu obrażenie ich, a na ile chodzi po prostu o wyrazisty przekaz, w jaki sposób ich działania są odbierane przez część społeczeństwa, w tym przez autorów publikowanego materiału. Natomiast jako coraz bardziej uzasadnione jawi się pytanie, czy w ogóle możliwe jest, wykraczające poza subiektywny odbiór, odkrycie faktycznego zamiaru przyświecającego twórcom i dystrybutorom tego rodzaju treści medialnych.

 

W jeszcze większym stopniu aktualność tego rodzaju pytań widoczna jest w przypadku wywołujących kontrowersje okładek lub zbliżonych do nich w wymiarze wizualnym i funkcjonalnym materiałów, które odwołują się do sfery religijnej. Na podstawie jakich kryteriów ustalić, czy dwie grafiki, wykorzystujące wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z dodatkiem maski, są rzeczywistym i zamierzonym naruszeniem uczuć religijnych?

 

Pierwszy z tych wizerunków pojawił się w roku 1994 w tygodniku „Wprost” i wywołał wtedy ogromny wstrząs. Przedstawiał Jasnogórską Ikonę, jednak twarze Maryi i Jezusa zasłaniały maski gazowe. W ten sposób na okładce zapowiadano zamieszczony w numerze raport na temat zanieczyszczenia powietrza. Po ponad dwudziestu latach to samo czasopismo stwierdziło, że materiał odnoszący się do stanu środowiska nie odbiłby się tak szerokim echem, gdyby nie okładkowe hasło „Śmierć w powietrzu” i wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z Dzieciątkiem w maskach gazowych.

 

Drugi budzący wiele kontrowersji materiał, który wykorzystywał motyw Matki Boskiej i maski, opublikowano niedawno, tuż przed ubiegłorocznymi świętami Bożego Narodzenia. Choć faktycznie znalazł się on na drugiej stronie papierowych „Wysokich Obcasów”, to jednak funkcjonuje, jak okładka. Potwierdza to nie tylko internetowa wyszukiwarka, ale także wypowiedzi wielu osób. W tym przypadku chodzi nie o fotomontaż, lecz dzieło znanej malarki. Odwołuje się ono do wizerunków Matki Bożej kojarzonych z objawieniami maryjnymi. Postać na obrazie wyposażona została w dwa dodatkowe atrybuty – czarną parasolkę oraz związaną z pandemią maseczkę, również czarną, ozdobioną jednoznacznie dzisiaj rozumianym symbolem Strajku Kobiet. W globalnej sieci grafika upowszechniana była z dopiskiem: „Nawet Matka Boska założyła maseczkę z błyskawicą”.

 

Łatwo zauważyć, że w obydwu tych publikacjach wizerunek Matki Jezusa Chrystusa potraktowany został instrumentalnie. Chodziło o wywołanie kontrowersji i zwrócenie uwagi na konkretne treści zawarte w czasopiśmie.

 

Jednak było coś jeszcze. Obydwie były też uderzeniem we wrażliwość pewnej grupy ludzi, co ważne, niekoniecznie zaliczających się do docelowych i rzeczywistych odbiorców danego periodyku. Na ile świadomie i z premedytacją redakcje wykorzystały ich w celu nagłośnienia treści danego numeru? Jak tego rodzaju zabiegi marketingowe mieszczą się w etosie dziennikarza oraz właściciela lub dysponenta mediów? Te same pytania trzeba postawić, gdy w sposób przedmiotowy na okładkach lub w zbliżonych do nich funkcjonalnie materiałach graficznych traktowani są politycy, dziennikarze, przedstawiciele rozmaitych grup społecznych i zawodowych itp.

 

Oprócz narzędziowego wykorzystania osób lub symboli, konsekwencją tego rodzaju materiałów graficznych jest budowanie i utrwalanie w świadomości odbiorców (także tych „przypadkowych”, którzy zazwyczaj nie mają kontaktu ze stosującym zabieg tytułem medialnym) pożądanych przez redakcję skojarzeń pozytywnych (rzadziej) lub negatywnych (częściej). To kreowanie wizerunku konkretnych ludzi (jak np. w przypadku Tomasza Lisa w hitlerowskim mundurze) lub całych grup (jak w przypadku całujących się księży na okładce „Newsweeka Polska” kilkanaście lat temu). Odbywa się ono bez ich zgody, a często przy zdecydowanym sprzeciwie, ponieważ nie jest to image, z którym się identyfikują i niejednokrotnie jest po prostu całkowicie nieprawdziwy.

 

Wyrok w sprawie okładki z Tomaszem Lisem, wydany po prawie ośmiu latach od jej opublikowania, a także fakt, że zaraz po orzeczeniu on sam po raz kolejny rozpowszechnił tamten swój zmanipulowany wizerunek, pokazują, że walka z tym zjawiskiem ma sens wyłącznie w sferze uzyskiwania satysfakcji przez potraktowanych przedmiotowo i pognębienia tych, którzy decydują się na publikowanie kontrowersyjnych grafik. Przed laty ks. Józef Tischner skomentował ostre protesty paulinów z Jasnej Góry przeciwko instrumentalnemu wykorzystywaniu w mediach wizerunku Maryi. „Obrazili Matkę Boską, a przeprosić będą musieli przeora” – zauważył celnie.

 

Problem manipulowania wizerunkami osób i symbolami (nie tylko religijnymi) dzisiaj dotyczy już nie tylko publikacji w czasopismach. W dobie internetowych memów, które może anonimowo tworzyć każdy, gdy ma na to ochotę, a także coraz szerszego dostępu do technologii deepfake, walka z tym zjawiskiem będzie coraz trudniejsza. Miejmy nadzieję, że będzie jednak sprzątaniem stajni Augiasza, a nie syzyfową pracą.

 

Ks. Artur Stopka

ADAM SOCHA: Pierwsza bitwa z Big Tech wygrana

Zwycięstwo Australii nad Facebookiem i Googlem, to pierwsze takie zwycięstwo państwa nad dwoma gigantami z grupy GAFA. Po kilku dniach „wojny” z Australią Facebook zapowiedział, że wycofa się z blokady dostępu do artykułów z australijskich portali informacyjnych. Google niemal od razu skapitulował. Blokada była odpowiedzią na zapowiedź wprowadzenie opłat dla cyfrowych platform pośredniczących za korzystanie z treści z australijskich mediów. To pokazuje, że państwa są w stanie złamać dyktat właścicieli Big Tech, jeśli tylko będą stanowcze i solidarne.

 

W styczniu 2020 r. kapitalizacja rynkowa Google, Facebooka, Amazona, Apple, Netflixa i Tesli wynosiła 3,9 biliona dolarów. Po roku wartość giełdowa tych sześciu firm wynosi już 7,1 biliona dolarów. Same tylko Google i Facebook zgarnęły w zeszłym roku ok. 230 mld dolarów z reklam. To 46 proc. światowego rynku reklamowego. Według prognoz, do 2024 r. ich udział w rynku wzrośnie do ponad 60 proc. „Absolutna dominacja tych platform oznaczać będzie niemal całkowity zanik różnorodności oferty dziennikarskiej, artystycznej i komercyjnej – zaalarmował Mathias Döpfner, szef koncernu Axel Springer przewodniczącą Komisji Europejskiej.

 

Facebook sam z siebie nie wytwarza żadnych informacji, żeruje tylko na treściach wytwarzanych przez redakcje pism, a te rok po roku są w coraz to gorszej kondycji, gdyż ponoszą koszty „produkcji” informacji, które rosną, a gwałtownie kurczą się im wpływy z reklamowego tortu, bo ten głównie pożera potwór GAFA.
Upadek mediów, to upadek demokracji. Społeczeństwa zamiast wiarygodnych informacji na temat swoich rządów zostaną skazane na utopienie się w oceanie miliardów postów w mediach tzw. Społecznościowych.

 

Na domiar złego algorytmy tak są ustawione, by czytelników zamykać w bańki informacyjne i karmić ich bzdurami, fałszywymi teoriami i fake newsami, gdyż to one wzbudzają największe emocje, a więc generują największy ruch w sieci i powiększają zyski właścicieli BIG TECH. Z jego serwisów i aplikacji korzysta miesięcznie już 3,3 mld internautów, a z samego Facebooka – 2,8 mld. Z każdego użytkownika koncern zarabia kwartalnie 8,62 dolara.

 

Chwała rządowi Australii (pytanie, dlaczego nie zrobiła tego kroku Unia Europejska?), że powiedział stanowczo „macie podzielić się zyskami z mediami”. Mark Zuckerberg w pierwszym odruchu wyłączył dostęp do australijskich mediów na Facebooku. „Szkoda, że nie wykazywał takiej stanowczości, gdy terrorysta z Australii transmitował na FB swój zamach na meczety w Christchurch” – skomentował z przekąsem Paweł Nowacki, niezależny ekspert rynku medialnego , dla wirtualnemedia.pl. – Albo gdy firma Cambridge Analytica robiła z danymi użytkowników FB co chciała”.

 

Gdy rząd Australii nie ugiął przed szantażem Zuckerberga, a jego politykę poparły Wielka Brytania, Kanada, Francja i Indie, właściciel Facebooka zmiękł. Po negocjacjach również rząd nieco złagodził przepisy. Jak informuje gazeta.pl, Facebook ma mieć możliwość decydowania o tym, czy dane treści pojawią się na platformie, dzięki czemu nie będzie zmuszany do płacenia za niechciane wiadomości. Zdaniem firmy, pozwoli to wspierać wybranych małych i lokalnych wydawców. Wprowadzony zostanie również dwumiesięczny okres, podczas którego platforma społecznościowa będzie mogła dogadać się z danym wydawcą. Co więcej, rząd nie będzie mógł zmusić gigantów do płacenia, jeśli ci wykażą „znaczący wkład” w lokalne dziennikarstwo.

 

Jest więc szansa, że zgodnie z efektem domina, wkrótce i te rozwiązania dotrą do Polski. Tym bardziej, że ochronę nakładów finansowych wydawców, którzy utrzymują redakcje, dziennikarzy i płacą za powstanie materiałów prasowych, wprowadza też dyrektywa w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych (UE 2019/790), która powinna zostać zaimplementowana do 7 czerwca br.

 

Marek Frąckowiak, szef Izby Wydawców Prasy jest przekonany, iż także Facebook zacznie wkrótce rozmowy z wydawcami, których skutkiem będzie uzyskanie stosownych licencji. Beneficjentami będą nie tylko wydawcy i dziennikarze, ale i całe społeczeństwo, które będzie mogło nadal otrzymywać wiarygodne, rzetelne informacje prasowe, stanowiące najlepszy element walki z fake newsami.

 

Jednak do takiego happy endu jeszcze długa droga. W tej wojnie z ponadpaństwowymi gigantami cyfrowymi, to dopiero pierwsza wygrana bitwa. Państwa czekają z nimi o wiele poważniejsze bitwy na polu walki o wolność słowa.

 

Dr Jacek Bartosiak, szef Strategy&Future w rozmowie z Tok FM stwierdził, że polityków mocno przestraszyło zablokowania przez Twitter i Facebook kont Donalda Trumpa.

 

Moim zdaniem, jak zablokowano Donalda Trumpa, to Biden może się trochę cieszył, ale jak znam polityków, a oni są wyczuleni na to, to natychmiast pojawił pomysł jak to ukrócić – powiedział Bartosiak. – Bo polityk nie może być zależy od Twittera. Na pewno wszyscy politycy tak myślą i będzie wielka batalia o przykrócenie władzy gigantów, będą ustawy antytrustowe, tak jak były na przemysł stalowy”. Analityk przewiduje, że w finale tej wojny Facebooka czy Google podzielą los monopolistów. „Pierwsi dostawcy gazu czy prądu robili niesamowitą karierę, aż ich w końcu znacjonalizowano. Jeżeli jest się dostawcą czegoś, co stało się niezbędną linią komunikacyjną do życia, to wcześniej czy później politycy kładą na to rękę i będzie oto wojna —zaznaczył szef Strategy&Future.

 

Państwa muszą wygrać tę wojnę z ponadnarodowymi megakorporacjami, stojącymi ponad prawem, ponad rządami i porządkiem demokratycznym, gdyż inaczej, jak napisał szef Axel Springer do szefowej KE, czeka nas koniec demokracji, wolności, praworządności i praw człowieka.

 

Adam Socha

ŁUKASZ WARZECHA: Korespondenci (niektórzy) tworzą jakość

TVN zamyka biuro korespondenta w Paryżu, a wcześniej zlikwidowało placówkę w Moskwie. To bardzo złe informacje. Znam doskonale tę sytuację, bo pamiętam ją jeszcze z czasów „Życia”. Jedną z oznak pogrążania się gazety w kłopotach była właśnie rezygnacja z korespondentów. To oczywiście nie oznacza, że TVN za moment podzieli los gazety, w której wiele lat temu pracowałem, a która ostatecznie upadła, ale źródła takich decyzji są zawsze te same: pieniądze. Jeśli spojrzeć na informacje mówiące o drastycznym spadku zysku netto grupy Discovery (globalnie aż o 41 proc. – jak nietrudno się zorientować, z powodu spadku wpływów reklamowych, spowodowanego pandemią), trudno się nawet dziwić.

 

Niestety, zagraniczne biura i korespondenci są na ogół w mediach pierwsi do ścięcia. Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się całkowicie oczywiste, że każda poważna redakcja ma swoich przedstawicieli przynajmniej w kilku najistotniejszych miastach świata: Moskwie, Waszyngtonie, Brukseli, Londynie, Berlinie. Dziś sytuacja się odwróciła: posiadanie korespondentów zagranicznych jest luksusem, na którym niewielu może sobie pozwolić. Jak się okazuje – w części przekracza to możliwości nawet takiego giganta jak TVN.

 

Tymczasem przekłada się to bezpośrednio na jakość informacji. Nic nie zastąpi korespondenta na miejscu. Każdy, kto zna media od środka, wie, że korespondent to nie tylko przygotowywane przez niego materiały, ale też bardzo ważny konsultant przy tekstach czy informacjach pisanych w rodzimej redakcji. Oczywiście korespondent korespondentowi nierówny. Bywało, że niektóre materiały przygotowane przez korespondentów (zwłaszcza mediów publicznych) wywoływały u mnie zażenowanie, bo widać było, że nie włożono w nie żadnej pracy – ot, dziennikarz kupił miejscowe gazety, obejrzał telewizję i posłuchał radia, po czym zlepił z tego materiał nieróżniący się niczym od tego, jaki dałoby się przygotować na podstawie wiadomości agencyjnych.

 

Na drugim biegunie są korespondenci tacy jak Beata Płomecka z Polskiego Radia czy Katarzyna Szymańska-Borginon z RMF (obie w Brukseli) – świetnie zorientowani w miejscowych układach, wynajdujący własne informacje, prezentujący ciekawe analizy. Na ich przykładzie można zrozumieć, jak wiele medium zyskuje dzięki kompetentnemu korespondentowi zagranicznemu.

 

Dlaczego w takim razie na korespondentach się oszczędza? To również wie każdy, kto przyglądał się mediom od środka, zwłaszcza tym większym, funkcjonującym na zasadach korporacji. Pomiędzy redakcją a pionem właścicielskim powstaje nieuchronne napięcie nawet w czasach dobrych, a cóż dopiero chudych. Właściciel nierzadko ma tendencję do traktowania medium jak – to określenie wielokrotnie pojawiające się wśród dziennikarzy – fabryki gwoździ. Aczkolwiek nie jest to być może porównanie całkowicie sprawiedliwe, bo nawet właściciel fabryki gwoździ ma przecież świadomość – o ile jest poważnym i szanującym się przedsiębiorcą – że jeśli przesadzi z oszczędnościami jego gwoździe zaczną się łamać, a więc przestaną być kupowane. Może tu zresztą leży paradoks tej metafory: można założyć, że biznesmen od gwoździ miałby większe opory przed wdrażaniem oszczędności uderzających w jakość niż właściciele mediów, ponieważ ci drudzy mają mniejszą konkurencję, a zarazem mogą mieć zasadne przekonanie, że znajdą się odbiorcy na towar właściwie każdej jakości.

 

Bo powiedzmy sobie szczerze: czy przeciętny odbiorca dostrzeże różnicę pomiędzy informacją agencyjną, obrobioną jedynie przez redakcję, a informacją własną, przygotowaną przez korespondenta? No dobrze, różnica zostałaby zapewne zauważona, gdyby był to odbiorca przyzwyczajony do niezmiennie wysokiej jakości informacji danego medium z danego miejsca. Gdyby, załóżmy (czego absolutnie nie życzę), zniknęła któraś z wcześniej przeze mnie wymienionych korespondentek w Brukseli, dałoby się to zapewne odczuć. Lecz, jako się rzekło, mówimy tutaj o osobach wyjątkowo sprawnych.

 

Czy połapią się widzowie TVN24? Nie wiem. Wiem, że właściciel stacji może spokojnie uznać, że nic na tym nie straci, za to oszczędzi. Co nie zmienia faktu, że ten właśnie kierunek oszczędzania sprawia, że jakość mediów systematycznie spada.

 

Sprostowanie do tekstu na stronie sdpwarszawa.pl

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wystąpił do Redaktora Naczelnego www.sdpwarszawa.pl, czyli strony internetowej oddziału Warszawskiego SDP o sprostowanie nieprawdziwych informacji, jakie zostały opublikowane w materiale prasowym pt. „Jedynowładztwo na Foksal” w dniu 13.02.2021 r. Tekst jest anonimowy, podpisano go jedynie „Redakcja” .

 

SPROSTOWANIE

 

W związku z artykułem pt. „Jedynowładztwo na Foksal” z dnia 13.02.2021 r. SDP prostuje zawarte w nim informacje:

 

1.Nie jest prawdą, że Prezes SDP Krzysztof Skowroński po raz kolejny, jednoosobowo zwolnił firmę Prominentis z opłaty czynszowej za najem lokalu w budynku SDP. Aneks do umowy najmu został podpisany przez Prezesa oraz Skarbnika SDP.

 

2.Nie jest prawdą, że zwolnienie za styczeń 2021 wynosi 100 % czynszu. Zwolnienie dotyczy należności głównej. Firma została obciążona wszystkimi  opłatami eksploatacyjnymi.

 

3,Nie jest prawdą, że decyzja o zwolnieniu z czynszu firmy Prominentis została podjęta bez wiedzy Zarządu SDP. Decyzja ta była dyskutowana z niektórymi członkami ZG SDP.

 

4.Nie jest prawdą, że Dom Dziennikarza w Kazimierzu n. Wisłą już od niemal roku jest w identycznej sytuacji jak „Villa Foksal” i przez cały rok 2020 otrzymał niewielką tylko, symboliczną pomoc z ZG SDP. Przez okres pandemii ZG SDP utrzymał etaty pracowników DPT oraz ponosił wszystkie koszty eksploatacyjne Domu, mimo iż ten praktycznie nie funkcjonował.

 

5.Nie jest prawdą, że łączna ulga przyznana temu jednemu najemcy sięga już niemal 200 tysięcy złotych. Kwota zwolnienia z czynszu dla firmy Prominentis jest dużo mniejsza. Aneks do umowy objęty jest tajemnicą handlową.

 

6.Nie jest prawdą, że pracownicy Domu  Pracy Twórczej  w Kazimierzu Dolnym przez długi czas nie mogli doczekać się nawet najskromniejszego wsparcia. Pracownikom DPT utrzymano zatrudnienie i wynagrodzenie w okresie pandemii, mimo że nie świadczyli oni pracy przez większą część 2020 r. z powodu zamknięcia hoteli i restauracji.

 

7.Nie jest prawdą, że Statut SDP  daje Prezesowi  uprawnienia do podejmowania decyzji wyłącznie w granicach upoważnienia przekazanego przez Zarząd. Wg statutu SDP uchwała ZG wymagana jest dla nabywania, zbywania  i obciążania nieruchomości i ruchomości. Aneksy do umów z najemcami nie wymagają takiej uchwały.

 

8.Nie  jest prawdą, że propozycja rozmów p. Sobańskich przez długi czas otoczona była aurą tajemnicy. Gdy do ZG SDP wpłynęła propozycja p. Sobańskich dotycząca Domu Dziennikarza, od razu poinformowano Komisję Rewizyjną i ZG SDP.

 

Krzysztof Skowroński, Prezes Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Jolanta Hajdasz, Wiceprezes Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Aleksandra Rybińska, Skarbnik Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Jadwiga Chmielowska, Sekretarz  Generalny Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Maria Giedz, członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Wanda Nadobnik, członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Piotr Legutko, członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Mariusz Pilis, członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia  Dziennikarzy Polskich

 

Czas się zjednoczyć – apeluje do dziennikarzy MAREK MILLER

Media w swoim dominującym nurcie są obecnie bezradne wobec rzeczywistości. Rzeczywistość je przerasta, więc ograniczają się do jej cynicznego wykorzystania, do propagandy i własnych interesów.

 

Media zakrywają, zaciemniają obraz rzeczywistości zamiast go odkrywać, tłumaczyć i szukać rozwiązań. Media nie spełniają dziś swojej podstawowej funkcji – podtrzymywania więzi społecznej. Media dziś głównie dzielą społeczeństwo podsycając nienawiść i nietolerancję. Tak być nie może. Dziennikarstwo w swojej istocie to budowanie mostów, porozumienia. Porozumienie to podstawa więzi, podstawa wspólnoty. Musimy wierzyć w nie, nawet gdyby powszechnie wątpiono. Polska to zdecydowanie coś więcej niż PiS i PO. Niż Lewica i Prawica. To „coś więcej” – to winien być nasz dziennikarski program. Na tym „coś więcej” powinnyśmy się skupić. Temu „coś więcej” warto się poświęcić, bo zagrożone są fundamentalne podstawy polskiej tożsamości narodowej.

 

Toczy się bezwzględna walka o zawłaszczenie społecznej świadomości, a w demokracji bez wartości mnożą się nowe totalitaryzmy. Tymczasem zanika niezależność. Związki i stowarzyszenia dziennikarskie są w Polsce marginalne, dychawiczne i bez większego znaczenia. Środowisko dziennikarskie jest rozbite, podzielone i zatomizowane. Dziennikarze wysługują się partiom politycznym, hierarchii kościelnej i zwykłej mafii. Ukąszenie komunistyczne nigdy nie znalazło swojej szczepionki i do dziś pustoszy nasze sumienia.

 

Niemcy (po zjednoczeniu) potrzebowali pół roku, żeby powołać do życia jedną silną organizację dziennikarską. Ta organizacja ma znaczenie i wszyscy się z nią liczą. Bilety na ich bal sylwestrowy są drogie i poszukiwane, bo uczestniczą w nim członkowie rządu. Z uzyskanego z balu dochodu utrzymywana jest dziennikarska szkoła. Czas się zjednoczyć. Czas porzucić przeszłość. Młode pokolenie dziennikarzy nie rozumie i nie akceptuje naszych podziałów. Dla nich historia SDP i SDRP jest odległa jak wojna secesyjna. Powiecie, że to co mówię to skrajny idealizm, że dość już mieliśmy pozornych, wymuszonych jedności. Nie podzielam tego poglądu. Jeżeli wszyscy zaakceptujemy podstawowe, wspólne nam zagrożenia, np. rozwój ekonomiczny, ekologia, patologie społeczne, kataklizmy, to co do reszty możemy się różnić w grupach frakcyjnych, które istniały i będą istnieć zawsze.

 

Kategoria zagrożenia może stać się fundamentem naszego zjednoczenia i porozumienia. Jeżeli dodamy do niej kategorię sumienia, które jest w swojej istocie ponadpartyjne, światopoglądowe i religijne to może się udać. Nie koncentrujmy się więc na totalnej krytyce przeciwnika, a apelujmy do jego sumienia. Jeżeli zjednoczymy się i będziemy nad sobą pracować to mamy szansę na rzeczywistą przemianę, która od czasów romantyzmu jest naszym niezniszczonym marzeniem.

 

Marek Miller

SDP protestuje przeciwko skandalicznemu wyrokowi na dziennikarki Biełsatu

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wyraża najwyższe oburzenie wyrokiem skazującym dziennikarki Kaciarynę Andrejewą i Darię Czulcową na dwa lata więzienia i żąda ich natychmiastowego uwolnienia. Kara dwóch lat więzienia za wykonywanie pracy dziennikarskiej to motywowana politycznie próba zastraszenia dziennikarzy, jawna kpina ze sprawiedliwości i działanie obliczone na wywołanie efektu mrożącego.

 

Dziennikarki telewizji Biełsat, polskiego kanału dla zagranicy, są bezpodstawnie więzione od 15 listopada 2020 roku. Zatrzymane zostały  podczas relacjonowania pacyfikacji protestu mieszkańców osiedla, broniących miejsca pamięci zamordowanego w tym miejscu kilka dni wcześniej Romana Bandarenki. Zostały oskarżone „o organizację i przygotowanie działań, które naruszają w znacznym stopniu porządek społeczny”. Dzisiejszy haniebny wyrok jest dowodem na to, że białoruskie władze całkowicie ignorują prawo dziennikarzy do przekazywania informacji, a także prawo obywateli do bycia informowanym.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich podejmie wszystkie możliwe działania zmierzające do uwolnienia niesłusznie skazanych dziennikarek Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej oraz 9 innych białoruskich dziennikarzy przebywających obecnie w więzieniach na Białorusi, to jest: Andreia Alieksandrou, Kaciaryny Barysewicz, Zmicera Buianou (Sołtan), Libou Liuniowej, Julii Słuckiej, Ałły Szarko, Sierhieja Alszeuskiego, Piotra Słuckiego, Kseni Lutskina.

 

Krzysztof Skowroński – prezes

Jolanta Hajdasz – wiceprezes i dyrektor CMWP SDP

Witold Gadowski – wiceprezes

Jadwiga Chmielowska – sekretarz generalny

Aleksandra Rybińska – skarbnik

Klub Fotografii Prasowej SDP zaprasza na warsztaty

Klub Fotografii Prasowej SDP zaprasza wszystkich chętnych członków naszego Stowarzyszenia w każdy ostatni wtorek miesiąca na warsztaty fotograficzne. Chętnie podzielimy się naszą wiedzą.

 

Warsztaty odbywają się w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5, sala B, pierwsze piętro. Start w najbliższy wtorek, 23 lutego, o godz 15.00. Posiadanie własnego aparatu fotograficznego nie jest konieczne, ale miło widziane. Wystarczy smartfon i dobre chęci.

 

Z uwagi na stan pandemii ilość miejsc jest ograniczona do czterech osób. Decyduje kolejność zgłoszeń. W przypadku większej liczby chętnych istnieje możliwość zrealizowania  kolejnych zajęć o godzinie 16.30.

 

Prosimy wysyłać zgłoszenia na adres [email protected] w terminie do 21 lutego (niedziela).

 

 

Donat Brykczyński

 

Dziennikarki Biełsatu skazane na dwa lata kolonii karnej

Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa, dziennikarki Biełsatu,  po trzech dniach procesu, zostały skazane za winne organizowania zamieszek i skazane na dwa lata kolonii karnej.

 

Jak relacjonuje na swojej stronie internetowej Biełsat, sąd w Mińsku w pełni przychylił się do wniosku prokuratora jeżeli chodzi o wysokość kary. Dziennikarki zostały oskarżone o „Organizację i przygotowywanie działań rażąco naruszających porządek publiczny”.

 

Podstawą oskarżenia była m.in. deklaracja strat, jakie w wyniku działań dziennikarek miało rzekomo ponieść mińskie przedsiębiorstwo transportowe Minsktrans. Pracownik tej firmy zeznał, że w wyniku ulicznej demonstracji został zablokowany ruch komunikacji miejskiej, co pociągnęło za sobą straty w kwocie wynoszącej w przeliczeniu ponad 16 tys. zł. Dziennikarki, które konsekwentnie nie przyznawały się do winy, pokryły stratę, deklarując jednak, że jest to wyłącznie gest dobrej woli wobec przewoźnika. W następstwie tego przedstawiciel Minsktransu wycofał swoje roszczenia.

 

Jak twierdziła prokurator Alina Kasjanczyk, korespondentki Biełsatu w trakcie przeprowadzania sondy ulicznej wyszły na jezdnię, blokując w ten sposób miejski transport. To miało zachęcić innych do masowego wychodzenia na ulicę.  Obrońca Andrejewej Siarhiej Zikracki zauważył, że przed sądem nie pojawił się ani jeden świadek, który potwierdziłby winę oskarżonych i zareagował na ich rzekome wezwania do udziału w proteście. Podkreślił także, że pracownik Minsktransportu nie potrafił wyjaśnić, czy miejski transport stanął z powodu demonstrantów blokujących drogi, czy stało się to wcześniej, na skutek jakiejś odgórnej decyzji.

 

Proces dziennikarek rozpoczął się 9 lutego i na pierwszej rozprawie sąd odroczył go o tydzień. Jak podkreśla Biełsat,  drugi dzień procesu zbiegł się z bezprecedensową, skoordynowaną akcją białoruskich organów siłowych, wymierzoną w dziennikarzy i obrońców praw człowieka. We wtorek od rana milicja dokonywała przeszukań i zatrzymań w całym kraju, które dotknęły 40 osób. Na celowniku służb znalazło się m.in. Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Protest przeciwko takim działaniom wystosowało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (TUTAJ).

 

Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa zostały zatrzymane 15 listopada 2020 r. podczas relacjonowanie brutalnego rozpędzenia demonstracji, która odbywała się w miejscu gdzie tajniacy pobili na śmierć aktywistę Ramana Bandarenkę. Dziennikarki Biełsatu nadawały na żywo korespondencję z prywatnego mieszkania. Po pacyfikacji protestu milicyjny specnaz wyłamał drzwi do lokalu i wyprowadził reporterki. Od tego czasu przebywały w areszcie.

 

opr. jka, źródło: Bielsat.eu

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wydało książkę „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” opisującą represje wobec białoruskich dziennikarzy, jedną z jej współautorek jest Kaciaryna Andrejewa. E-wydanie można bezpłatnie pobrać TUTAJ.

 

ŁUKASZ WARZECHA: Rozczarowani odbiorcy nie staną w obronie mediów

Poziom medialnej histerii wokół sytuacji w Zakopanem w czasie weekendu z 14 lutego – Walentynkami – przebił wszystko, co od dawna widzieliśmy. Jaki ma to związek z podatkiem od reklam? Wbrew pozorom – ma.

 

Pisałem kilkakrotnie na portalu SDP o tym, jak jednostronnie media zajmowały się epidemią. To zmieniło się dopiero po dłuższym czasie. Dopiero w listopadzie czy grudniu ubiegłego roku zaczęto szerzej relacjonować punkt widzenia przedsiębiorców. Pojawiły się materiały o akcji #otwieraMY, informowano i nadal informuje się o działaniach policji oraz innych służb, pokazując je również od strony przedsiębiorców właśnie. Niektórzy dziennikarze okazali się autentycznie dociekliwi w drążeniu wątpliwej logiki restrykcji i strategii epidemicznej, by wskazać tu na Marcina Zaborskiego z RMF FM czy dziennikarzy Radia Wnet.

 

Zarazem jednak nie zmieniła się zasadniczo praktyka nakręcania paniki, a w mediach nadal brylowali głównie dyżurni medycy, tacy jak prof. Simon, których wypowiedziom brakowało chwilami jakiejkolwiek spójności, a jednak prowadzący rozmowę nie reagowali. Kulminacją jest właśnie relacjonowanie sytuacji w Zakopanem, gdzie znów – jak wiosną ubiegłego roku – niemal wszystkie media poszły owczym pędem, bez śladu refleksji, za jednym przekazem: nieodpowiedzialna hołota sprowadzi na nas nieszczęście i będzie przyczyną kolejnego lockdownu.

 

Jednym z obowiązków dziennikarza jest bycie krytycznym wobec gotowych sztamp i przekazów. Skąd wyszła ta akurat sztampa – nie sposób powiedzieć. Ale nietrudno wskazać, jakie pytania powinny zostać zadane, a zadane nie zostały. A zatem między innymi: jakie jest prawdopodobieństwo zarażenia się na dworze, o jakiej liczbie osób tworzących ów „tłum” właściwie mówimy, czy rząd ma jakiekolwiek własne badania, pokazujące, jaki będzie wpływ tych wydarzeń na liczbę zakażeń w skali kraju oraz czego właściwie rządzący spodziewali się, decydując się na otwarcie hoteli przed 14 lutego, po miesiącach zakazu, gdy nie dawało się nigdzie wyjechać.

 

Co to ma wspólnego z podatkiem reklamowym? Obserwowałem bardzo uważnie reakcję w mediach społecznościowych na protest mediów w tej sprawie. Była bardzo mało entuzjastyczna. Nie mówię tutaj o tych osobach, które odegrały role wynikające z ich sympatii partyjnych, bo tutaj wszystko jest jasne: zwolennicy Zjednoczonej Prawicy powielają swój przekaz dnia, zwolennicy największych ugrupowań opozycyjnych – swój. Jest jednak spora grupa ludzi, którzy z władzą nie sympatyzują i wydawałoby się, że perspektywa nałożenia finansowego kagańca mediom prywatnym powinna ich jakoś zaniepokoić. A jednak wykazali oni ostentacyjne wręcz désinteressement. Powoływali się przy tym między innymi właśnie na sposób mówienia o epidemii, z zarzutem siania paniki i histerii na czele. Uogólniano go do postaci, która powinna być dla dziennikarzy dzwonkiem alarmowym: dlaczego mielibyśmy się przejmować waszym losem, skoro nie spełniacie swoich podstawowych zadań? Dlaczego mielibyśmy się martwić o płacone przez was podatki i problemy, jakie dla was mogą z tego wynikać, skoro nie stoicie po naszej, odbiorców, stronie i nie jesteście wystarczająco krytyczni albo dociekliwi?

 

Można oczywiście słusznie wskazać, że to zarzuty niesprawiedliwie uogólnione i że wiele mediów albo dziennikarzy zachowuje się inaczej – nie zmienia to jednak faktu, że tak postępują najwięksi i że takie jest obraz mediów w ogóle. Co ważne, nie chodzi tutaj o niepodbijanie przez media tej czy innej narracji, a więc zastąpienie panikarskiej lekceważącą, ale o należyty poziom krytycyzmu wobec przedstawianych tłumaczeń, twierdzeń, uzasadnień.

 

Ta sytuacja powinna dać do myślenia i szeregowym dziennikarzom, i redaktorom naczelnym oraz właścicielom mediów. To tylko epizod większej opowieści o tym, jak media przez część odbiorców zostają sprowadzone do roli jednego z oddziałów w partyjnej wojence, a ci, którym mogłoby i powinno na nich zależeć jako na niezależnych kontrolerach władzy, są nimi tak zawiedzeni, że kompletnie się ich losem nie przejmują. A jeżeli komuś wydaje się, że to nie ma znaczenia, niech pomyśli, że ta obojętność może trwać również wtedy, gdy nie będzie chodziło o podatek, ale działania poważniejsze – takie na przykład jak nieprzedłużenie koncesji.

 

Łukasz Warzecha