Apel CMWP SDP o wyjaśnienie zarzutów pracowników i byłych pracowników TVN

CMWP SDP apeluje o wyjaśnienie zarzutów pracowników i byłych pracowników telewizji TVN na temat łamania praw pracowniczych oraz niewłaściwych metod zarządzania stacją skutkujących m.in. działaniami o charakterze cenzury prewencyjnej.   Ze względu na pozycję telewizji TVN na polskim rynku medialnym oraz związane z nią oddziaływanie na społeczeństwo zarzuty te powinny stać się przedmiotem kontroli odpowiednich organów państwa nadzorujących media elektroniczne oraz instytucji zajmujących się przestrzeganiem w Polsce prawa pracy.  

 

1 marca b.r. grupa anonimowych pracowników TVN rozesłała do ponad 140 podmiotów list otwarty, zatytułowany „TVN GRUPA DISCOVERY – DESTRUKCJA.” Pismo to trafiło do redakcji głównych stacji telewizyjnych, radiowych, tytułów prasowych i serwisów internetowych w Polsce, a także do mediów amerykańskich. Wśród adresatów znaleźli się również przewodniczący i wiceprzewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, oraz szefowie największych w Polsce domów mediowych i firm audytorskich.

 

Jak poinformował m.in portal wirtualnemedia.pl  w  10-stronicowym liście opisano domniemane kulisy odejścia kilku osób z zarządu TVN, niedawnych zwolnień innych pracowników oraz okoliczności zaszczepienia się poza kolejnością przeciw koronawirusowi przez nieuprawnione do tego osoby m.in. z kierownictwa stacji, co wywołało w kraju tzw. aferę szczepionkową. W liście w bardzo złym świetle przedstawiono metody zarządzania kierownictwa telewizji, a także skrytykowano globalne władze właściciela telewizji TVN – koncern Discovery za brak reakcji na sygnały o nieprawidłowościach w polskim oddziale koncernu.

 

Równie poważnie brzmią zarzuty, jakie na swoim profilu na Facebooku opisał wobec swojego byłego pracodawcy Kamil Różalski, były operator telewizji TVN, który pracował w niej przez 23 lata. 27 lutego b.r. zarzucił nadawcy poważne naruszenia praw pracowniczych, zwłaszcza wobec grupy osób, które pod presją ze strony firmy musiały przejść z etatów na umowy cywilnoprawne. Według operatora w takiej formie związanych jest z telewizją TVN nawet 1,8 tys. osób, którzy przez nadawcę mają być traktowani jak „ludzie drugiej kategorii”, stając się wręcz ofiarami mobbingu. Biuro prasowe TVN Grupy Discovery odniosło się do zarzutów z w/opisanego listu w oświadczeniu, które pojawiło się na stronach portalu Wirtualnemedia.pl, w którym zapewnia, że „warunki zatrudnienia wszystkich osób wykonujących wolne zawody w ramach współpracy z telewizją TVN, w tym operatorów kamer, są zgodne z prawem”.

 

CMWP SDP zapewnia, że będzie monitorować ten spór między telewizyjnym nadawcą, a jego byłymi pracownikami pod kątem przestrzegania zasady wolności słowa i niezależności dziennikarskiej oraz praw pracowniczych.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 3 marca 2021 r.

 

List  anonimowych pracowników  jest tu:  List anonimowych pracowników TVN

 

Wpis operatora Kamila Różalskiego na FB : https://www.facebook.com/profile.php?id=100019576000947 

 

Informacja na ten temat : https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvn-pracownicy-zarzuty-list-cmwp-oswiadczenie  

 

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/katarzyna-kieli-do-pracownikow-tvn-anonimowy-list-niesprawiedliwe-nieprawdziwe-ataki-zmiany-sa-czesto-bolesne

JERZY KŁOSIŃSKI: W imię zasad i wolności – głos z Matriksa

Dobrze jest żyć w świecie iluzji, natomiast gdy trzeba z niego wyjść, robi się nieciekawie. Bo pozostaje wtedy albo zmierzyć się z rzeczywistością, albo po prostu zbuntować się wobec niej. Najwyraźniej Paweł Fąfara, członek zarządu Polska Press  i redaktor naczelny wybrał to drugie wyjście i z chwilą przejęcia tej grupy medialnej przez nowego właściciela wydrukował w kilkudziesięciu jemu podległych gazetach tekst de facto od razu ustawiający tego nowego właściciela w roli przeciwnika podstawowych zasad wolności i niezależności dziennikarskiej.

 

To rzeczywiście piękne myślenie, niemiecki właściciel był przez wiele lat gwarantem tych zasad, natomiast polska spółka z większościowym udziałem skarbu państwa z definicji rzekomo doprowadzi do tego, że – zacytuję Pawła Fąfarę – „dociekanie prawdy zostanie zastąpione zwykłym kłamstwem lub subtelniejszą manipulacją„. Pean na rzecz niezależności dziennikarskiej, napisany przez Fąfarę, panującej za rządów bawarskiego właściciela może robi wrażenie na osobach, które nie znają realiów pracy dziennikarskiej w tym koncernie oraz nie mających pojęcia o proflilowaniu treści jego mediów.

 

Niemiecki właściciel za pomocą polskich uległych redaktorów przez lata osiągnął to, co zamierzał: wymianę starszych doświadczonych dziennikarzy na młodych, którzy szybko wstrzeliwali się w oczekiwaną poprawność polityczną. Profil polityczny tych gazet stał się jednakowy, antyprawicowy, który zresztą się nasilił wraz z wyborem prezydenta Andrzeja Dudy i utworzeniem rządu PiS-u. Ale już wcześniej gazety należące do Polska Press zmniejszały objętość treści dziennikarskich, choć nie samych reklam. To niekorzystne zmiany i polityczne sprofilowanie doprowadziło do odejścia wielu czytelników, niektóre tytuły regionalne w ciągu ostatnich 10 lat zmniejszyły sprzedaż ponad 3-krotnie, na przykład „Gazeta Pomorska” z 69 tys. do 21 tys., „Dziennik Zachodni” z 82 tys. do 16 tys., „Dziennik Łódzki” z 38 tys. do 9 tys. I nie jest to wynik wzrostu zainteresowania internetem, bo na przykład niemieckie gazety regionalne nadal są sprzedawane w dużych nakładach jak poprzednio. Ten upadek sprzedaży gazet regionalnych dotyczy przede wszystkim tych 20 dzienników, które były dotąd w posiadaniu Polska Press, a konkretnie: niemieckiego holdingu Verlagsgruppe Passau. Redaktor Paweł Fąfara pisze w swojej odezwie, że portale internetowe stworzone w tym czasie, można powiedzieć, na zasadzie monopolu, należą „do pierwszej piątki największych potęg medialnych w polskim internecie„. To chyba jedyne zdanie, które można uznać za trzymające się znamion prawdy w tym potoku napuszonej obrony redaktorsko-dziennikarskiej w Verlagsgruppe Passau.

 

Jest rzeczą skandaliczną i też żałosną, że część kierownictwa Polska Press z chwilą przejęcia przez nowego nowego właściciela tego koncernu prasowego, z dużą rzeszą dziennikarzy i innych pracowników, wypowiedziało się jakby za nich. Być może jakaś ich część myśli identycznie i niej jest to nic dziwnego, gdy przez 15 lata taki Fąfara i inni jemu podobni nadzorują te redakcje. Być może jest tak, że całe te zespoły pod światłym kierownictwem zarządu Polska Press żyło w ułudzie, że są tylko niezależnymi i bezstronnymi pośrednikami dla lokalnych społeczności. I bez wątpienia znacząca ilość tekstów taka była, ale o profilu gazety decyduje przecież cała jej zwartość.

 

Jednak bez wątpienia przed nowym właścicielem, czyli spółką Orlen, stoi ogromne wyzwanie. Z jednej strony trzeba wytrzymać zmasowaną nagonkę, w którą teraz włączyli się też przedstawiciele zarządu Polska Press i niektórzy redaktorzy naczelni jej gazet, twierdząc że nastąpi przekształcenie tych mediów w tuby propagandowe rządu (dla red. Pawła Fąfary to jednak państwo polskie będzie opresorem, bo napisał – „wraz z nastaniem epoki kontrolowanej przez państwo„), z drugiej rzeczywiście zapewnienie temu koncernowi z kilkusetosobową grupą dziennikarzy warunków uczciwej pracy, zgodnej z kodeksem dziennikarskim, czyli uniknięcie tendencji do ręcznego sterowania redakcjami i zapewnienie niezależności redaktorom naczelnym. Ale równie ważnym zadaniem jest rozwój tych wydawnictw, doinwestowanie, postawienie na tworzenie kreatywnych zespołów dziennikarskich, odbudowa ich znaczenia. Liczyć się będzie umiejętność zbudowania opinii o danym tytule prasowym, stworzenia jego wiarygodnego obrazu dla czytelnika. Na razie, mamy kampanię negatywną zaserwowaną przez przedstawiciela Polska Press i niektórych ich redaktorów, nie umiejących normalnie wyjść z matriksa, w którym przez lata tkwili.

 

Jerzy Kłosiński

Fanfaronada Fąfary – komentarz WOJCIECHA POKORY

„Od zasad, którymi się kierujemy – niezależnego, uczciwego, wolnego dziennikarstwa – nie odstąpimy” – pisze członek zarządu i redaktor naczelny Polska Press Paweł Fąfara i zapewnia: „będziemy robić swoje. Nie cofniemy się ani o krok. Bo jesteśmy dziennikarzami”.

 

Deklaracja redaktora Pawła Fafary ma ścisły związek ze zmianami właścicielskimi w spółce. W grudniu ubiegłego roku poinformowano, że Polska Press, należąca do Verlagsgruppe Passau Capital zostanie kupiona przez PKN Orlen. Po ogłoszeniu tej decyzji pojawiło się wiele kontrowersji. Część komentujących zarzuca Orlenowi działalność na szkodę wolności słowa, bowiem jako spółka należąca do Skarbu Państwa wymuszać będzie na posiadanych przez siebie mediach uległość wobec rządzących. Pojawiły się głosy, że media kontrolowane przez państwowy koncern mogą zostać przekształcone w informacyjne biuletyny propagandowe. Rzecznik Praw Obywatelskich wprost opiniuje: „trudno się spodziewać, aby media kontrolowane przez państwo prawidłowo wykonywały swą kontrolną funkcję” oraz „konstytucyjna zasada wolności prasy wyklucza zaś jej prawne podporządkowanie władzom politycznym – choćby pośrednie”.

 

W pełni zgadzam się z tymi stwierdzeniami i też uważam, że politycy w żaden sposób nie powinni naciskać na dziennikarzy, ani ekonomicznie, ani merytorycznie. Publicyści zwracają uwagę, że w wyniku takiego zakupu powstanie linia transmisyjna Pan Prezes Kaczyński – Wiceminister Sasin – Pan Prezes Obajtek – redaktor naczelny – dziennikarze (…)„. I to przypomniało mi pewną sytuację sprzed kilku lat. Dlatego wpisałem w wyszukiwarkę kilka fraz, by sprawdzić, czy Rzecznik Praw Obywatelskich faktycznie dba o głoszoną przez siebie zasadę, czy dopiero ją odkrył, i wydaje mi się, że odkrył. Nie znalazłem nic na temat nocnych spotkań rzecznika rządu Pawła Grasia z prezesem zarządu spółki wydającej „Rzeczpospolitą” Grzegorzem Hajdarowiczem i konsultowania przez nich mających ukazać się w dzienniku treści. Faktem jest, że RPO była wówczas Irena Lipowicz a nie Adam Bodnar, ale jednak konstytucyjna zasada obowiązywała ta sama, a i „pas transmisyjny” jakby ten sam. Z jedną różnicą – wówczas mieliśmy do czynienia z faktami – taki pas transmisyjny zaistniał faktycznie, dziś mamy do czynienia z biciem na alarm zanim transakcja się dopełniła. Podkreślam, słusznie, bo standardy trzeba śrubować, ale w obliczu przytoczonych faktów, te tony są jednak nieco fałszywe, bo nie słyszeliśmy alarmu w chwili, gdy do nadużyć faktycznie dochodziło.

 

Prezes Orlenu Daniel Obajtek uzasadnia zakup koncernu medialnego realizacją strategii zarządzanej przez siebie spółki:

 

Konsekwentnie poszerzamy obszary naszej działalności. Na bazie Sigma Bis zbudowaliśmy od podstaw profesjonalną agencję mediową, która sukcesywnie zdobywa nowych klientów, w tym komercyjnych. Przejęliśmy spółkę Ruch, co ułatwi nam wejście na rynek nowych punktów sprzedaży i rozwój usług e-commerce. Z kolei dostęp do 17,4 milionów użytkowników portali zarządzanych przez Polska Press, skutecznie wzmocni sprzedaż całej Grupy Orlen, zoptymalizuje koszty marketingowe i umożliwi dalszą rozbudowę narzędzi big data. Podejmujemy działania, które wpisują się w nową strategię PKN Orlen do 2030 r. i będą efektywnie wspierać dynamiczny rozwój sieci detalicznej”.

 

Grupa Orlen wchodzi w nowe rynki, rozwija punkty sprzedaży a teraz zacznie działać w branży medialnej. Czy to dobry ruch biznesowy? Analitycy wskazują, że tak. Bo stacje benzynowe powoli odchodzą od swoich pierwotnych funkcji i ten, kto pierwszy na ich bazie wejdzie w kolejne segmenty rynku, może zyskać nowych klientów. Ale to nie nasze zmartwienie, bardziej nas interesuje, czy zakup mediów jest dobrym kierunkiem dla spółki paliwowej. Odpowiedzi na to pytanie szukały Agencja Publicon oraz Instytut Badawczy IPC, które zrealizowały badanie opinii publicznej w tej sprawie. Wyniki tej analizy opublikowały wirtualnemedia.pl. Z badania wynika, że większość ankietowanych pozytywnie przyjęło fakt zakupu Polski Press przez PKN Orlen. Na pytanie, czy to dobrze, że doszło do takiej transakcji, odpowiedzi „tak” udzieliło 42,2 proc. ankietowanych. 27,8 proc. ankietowanych było przeciwnych a 30 proc. nie potrafiło wskazać odpowiedzi. W sumie to nie dziwi, bo sprzedaż gazet wskazuje, że generalnie Polacy średnio interesują się rynkiem prasy.

 

Wróćmy do redaktora Pawła Fąfary i jego deklaracji niezależności, uczciwości i wolności. Medioznawca prof. Wiesław Godzic w rozmowie z portalem wirtualnemedia.pl, chyba w sposób nie do końca zamierzony (co wynika z kontekstu całej wypowiedzi) podsumował słowa Fąfary:

 

Smutne jest dla mnie to, że dziennikarze muszą składać takie deklaracje, jak ta Pawła Fąfary. Każdy, kto mówi publicznie „jestem niezależny”, wystawia się na w pewien sposób na pośmiewisko, można mu wytknąć, żeby nie deklarował tej wolności, a po prostu ją udowodnił”.

 

Niezależność jest jedną z podstawowych zasad w dziennikarstwie i należy o nią dbać. Podobnie jak o uczciwość. Ale nie tylko deklaratywnie. Patrzenie na portfolio Polska Press przez pryzmat okrętów flagowych grupy, takich jak Dziennik Zachodni czy Głos Wielkopolski (w styczniu 2021 roku oba tytuły wymieniane są w czołówce najbardziej opiniotwórczych mediów regionalnych) też nie jest do końca uczciwe. Przez lata obserwowałem zmagania jednego z dziennikarzy Kuriera Lubelskiego (także Polska Press, miesięczna sprzedaż ok. 2500 egzemplarzy), który był jednocześnie dziennikarzem i handlowcem. To o te standardy chcemy dbać w Grupie Polska Press? O to, żeby do pensji dziennikarze dorabiali sobie sprzedając produkty wydawcy? Czy to nie jest dla nich większa presja niż „pas transmisyjny” Kaczyński-Sasin-Obajtek?

 

Redaktor Paweł Fąfara zapowiada, że w tytułach wydawnictwa nadal będą ukazywać się publikacje krytyczne wobec obozu rządzącego.

 

Już dziś rozczaruję tych polityków z PiS i ich sojuszniczych ugrupowań, którzy w swoich zapędach oczekują, że od teraz nie będzie w naszych tytułach niewygodnych czy krytycznych materiałów na ich temat”.

 

Równocześnie dodaje, że dziennikarze Polska Press nie będą przez to z automatu przychylni dla opozycji:

 

Nie poddamy się bowiem szantażowi moralnemu, jaki próbujecie stosować, jakoby od teraz każdy krytyczny tekst na temat władz samorządowych, PO, ugrupowania Szymona Hołowni, Lewicy, Konfederacji czy PSL, miałby być dowodem na nasze przejście na stronę władzy”.

 

Nie mam wątpliwości, że wśród 20 dzienników regionalnych należących do Polska Press i 120 tygodników, znajdują się takie tytuły, które władzy na ręce patrzą. Ja zapytam z perspektywy Lublina – gdzie są tematy śledcze podejmowane przez tutejszych dziennikarzy? Która władza się ich boi? W Lublinie prezydentem jest szef struktur PO w regionie i były minister w rządzie PO-PSL Krzysztof Żuk, marszałkiem jest Jarosław Stawiarski, były poseł i minister PiS. Do wyboru, można sobie wybrać władzę do patrzenia na ręce, można patrzeć obu. Kurier Lubelski tego nie robi. Dlaczego tak jest? Bo nikt nie ma w tym interesu.

 

Problemem mediów lokalnych jest ich chroniczne niedofinansowanie. Pisałem o tym wielokrotnie, że wystarczy wziąć do ręki pierwszą lepszą gazetę w obcym mieście, by dowiedzieć się, czy ma niezależne finansowanie czy jest na tzw. pasku samorządu. O jakiej niezależności może myśleć tytuł, który sprzeda 2000 egzemplarzy swojej gazety? Kto go utrzyma? Najczęściej największa w regionie spółka Skarbu Państwa lub lokalny samorząd. A gdy samorząd odmówi finansowania, to wtedy gazeta staje się „niezależna i uczciwa”, bo przez chwilę mieszkańcy mają szansę liczyć na to, że ktoś patrzy lokalnej władzy na ręce. Potocznie nazywa się to jednak nie dziennikarstwem, lecz wymuszeniem rozbójniczym.

 

Tylko że istnieje druga strona tego medalu. Dla kogo dziennikarz ma na te ręce władzy patrzeć, gdy sami nie dbamy o to, by mógł mieć komfort pracy? A taki komfort daje mu uzależnienie pensji od sprzedanych egzemplarzy gazety, dla której pracuje, a nie sprzedanie dodatku czy reklam lokalnemu samorządowi. W takich warunkach trudno o niezależność i jeśli PKN Orlen zabezpieczy przynajmniej tę część pracy redakcji, zapewniając stabilne finansowanie i nie pozwalając na upokarzanie dziennikarzy, to jest szansa na budowę niezależności i ujawnianie lokalnych „pasów transmisyjnych”, co pozwoli udowodnić, a nie tylko zadeklarować wolność prasy.

 

Wojciech Pokora

PKN Orlen jest już właścicielem Polska Press

1 marca 2021 roku podpisano umowę kupna spółki Polska Press przez PKN Orlen. Z funkcji prezesa spółki zrezygnowała Dorota Stanek.

 

Jak poinformowała w komunikacie prasowym Polska Press, Orlen jest już formalnym właścicielem tej spółki, która wchodzi teraz w skład Grupy Kapitałowej Orlen.

 

Z zarządu Polska Press odeszła prezes Dorota Stanek, która złożyła rezygnację ze stanowiska. Obecnie zarząd spółki tworzą trzy osoby: wiceprezes Dariusz Świąder oraz członkowie zarządu Magdalena Chudzikiewicz oraz Paweł Fąfara.

 

Dorota Stanek z Polska Press związana była od 1996 roku, prezesem była od 2004 roku.

 

opr. jka, źródło: Polska Press

 

List krytykujący kierownictwo TVN

Grupa „anonimowych pracowników TVN” rozesłała w poniedziałek do wielu redakcji list otwarty, zatytułowany „TVN GRUPA DISCOVERY – DESTRUKCJA.” Skarżą się oni na złą atmosferę w firmie, krytykują kierownictwo i sposób zarządzania stacją.

  

Jak podaje portal Wirtualnemedia.pl pismo trafił do redakcji czołowych stacji telewizyjnych, radiowych, tytułów prasowych i serwisów internetowych w Polsce, a także najważniejszych mediów amerykańskich. Wśród adresatów znaleźli się również przewodniczący i wiceprzewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, szefowie największych w Polsce domów mediowych i firm audytorskich, a także naczelni rabini w Polsce i Nowym Jorku.

 

Dokument liczy 10 stron, a jego obszerne fragmenty opublikował m.in. portal wPolityce.pl.

 

„Chcemy przypomnieć Wam, a tym którzy nie wiedzą przybliżyć, czym była kiedyś telewizja TVN, jaka była pozycja TVN i czym było kiedyś TVN dla nas pracowników. Czym dziś stał się TVN, dokąd zmierza. Telewizja TVN powstała 23 lata temu, założona przez tandem Mariusz Walter i Jan Wejchert. Szybko stała się liderem na rynku, a konkurencja wiedziała, że nie może spać spokojnie. Wszyscy chcieli pracować w TVN, a Mariusz Walter chciał pracować ze wszystkimi, którzy mogli pomóc mu w tworzeniu i rozwoju stacji. Były to największe telewizyjne gwiazdy, najlepsi reporterzy, producenci, ludzie marketingu, techniki, sprzedaży, a nawet asystentki. Wspólnie latami budowaliśmy to, w co wierzyliśmy. Bywało ciężko, bywało wesoło. Niezależnie od tego, zawsze działaliśmy w przyjaznej i profesjonalnej atmosferze. Szefowie znali wszystkich, bo chcieli ich znać. Chcieli wiedzieć, co ludzie robią, jak żyją, a ci ludzie – my, ceniliśmy sobie każdy dzień spędzany razem w pracy. Ceniono nas za nasze kompetencje i ufano nam. Robiliśmy telewizję najlepiej, jak potrafiliśmy. Uczyliśmy się tego, dochodząc do perfekcji” – czytamy w liście.

 

Zdaniem autorów pisma złe czasy zaczęły się, gdy właścicielem telewizji została firma Discovery.

 

„Nieformalnie za sterami TVN stanęła Kasia Kieli, która weszła do Rady Nadzorczej TVN. Kasia Kieli tworzyła Discovery w Polsce 20 lat temu, a obecnie podlega jej 140 rynków dystrybucji kontentu Discovery” – piszą.

 

Autorzy listu skarżą się na zwolnienia w firmie, przypominają aferę z przyjęciem poza kolejnością szczepionki przeciwko COVID-19 przez osoby z kierownictwa TVN Grupa Discovery, m.in. Katarzynę Kieli, a także krytykują sposób zarządzania stacją.

 

„Od miesięcy w TVN Grupa Discovery nie ma prezesa zarządu, dyrektora pionu marketingu, PR, autopromocji. Osoba, która obecnie „zarządza” tym segmentem zupełnie się na tym nie zna. Jest wybitnym specjalistą innej dziedziny. Nie ma dyrektora komunikacji korporacyjnej i wewnętrznej. Nie ma dyrektora HR itd. Zapewne od kwietnia nie będzie dyrektora programowego, którym jest Edward Miszczak, wybitny specjalista, znawca i ikona rynku mediów w Polsce. Edward Miszczak wkracza w wiek emerytalny. Media od miesięcy huczą o tym, że wkrótce pożegna się ze swoją funkcją.”

 

Zdaniem autorów listu w firmie panuje atmosfera „skrajnej demotywacji” a wiele osób nie radzi sobie z tą sytuacją i musi korzystać z pomocy psychologów.

 

„Uwierzcie, że nie jesteśmy w stanie dłużej tkwić w tak trudnej dla nas sytuacji. Nasza firma stanowi niezwykle istotną część naszego życia, a jej dobro i przyszłość są wartością nadrzędną. Głęboko wierzymy, że, tak jak nam, Wam również zależy na utrzymaniu w Polsce niezależności mediów, wiarygodności dziennikarskiej oraz, ponad wszystko, na respektowaniu zasad moralnych i etycznych wobec pracowników”  – podsumowują „Pracownicy TVN”.

 

W wtorek portal tvp.info dotarł do maila, który szefowa Discovery EMEA Katarzyna Kieli, wysłała do pracowników TVN w reakcji na poniedziałkowy list.

 

„Sukcesy, które odnosimy świadczą o tym, że idziemy w dobrym kierunku. Ale zmiany są trudne i często bolesne. To prawda, że z TVN rozstali się niektórzy pracownicy. Czasami była to konieczność, ale w wielu przypadkach, były to również indywidualne decyzje osób, które po prostu miały inne plany.

 

W TVN Grupa Discovery przestrzegamy najwyższych standardów i mamy wdrożone rygorystyczne mechanizmy kontroli i zarządzania; wszystkie skargi dotyczące nieprzestrzegania tych norm są badane i na bieżąco adresowane. I nie jest to puste stwierdzenie. Takie same procedury dotyczą zarówno mnie,  członków zarządu, jak i każdego z pracowników naszej firmy.

 

Będziemy krytykowani za wybory, których dokonujemy. Jeśli krytyka jest uzasadniona, będziemy jej słuchać. Jeśli krytyka, tak jak w tym przypadku, ma na celu jedynie zaszkodzenie nam, będziemy szli swoją drogą.  Praca, którą wykonujecie jest zbyt ważna, by niweczyły ją niesprawiedliwe i nieprawdziwe ataki. TVN i Discovery będą nadal walczyć o niezależność mediów w Polsce. I zawsze będziemy realizować nasze obietnice wobec widzów” – napisała Katarzyna Kieli.

 

opr. jka, źródła: wPolityce.pl, tvp.info, wirtutalnemedia.pl, fot. Wikipedia

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Najbardziej opluwani wyklęci

Żołnierze Wyklęci byli po wojnie represjonowani i mordowani, ale w III RP dalej niszczono o nich pamięć. Chociaż dziś przez (post)komunę atakowani są niemal wszyscy, do najbardziej niszczonych należy m.in. mjr. Józef Kuraś „Ogień” i mjr. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. Na przykładzie ich opluwanych życiorysów pokażę mechanizm medialnej manipulacji.

 

Śmierć „Ognia” „nie była efektem działania organów ścigania czy wymiaru sprawiedliwości, a efektem określonej decyzji podjętej przez niego samego”. Tak dwa lata temu uznali sędziowie III RP, podważając działalność Józefa Kurasia na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego oraz represje wobec niego. „Józef Kuraś do dnia dzisiejszego jest postacią kontrowersyjną” – orzekła sędzia Sądu Okręgowego w Nowym Sączu Anna Pater, uzasadniając oddalenie wniosku o zadośćuczynienie dla syna – Zbigniewa Kurasia.

 

Przypomnijmy, 21 lutego 1947 r. „Ogień” został otoczony przez komunistyczną grupę operacyjną Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Ostrowsku koło Nowego Targu. Po zaciętej walce próbował odebrać sobie życie, nie chcąc trafić w ręce oprawców. Przewieziony do szpitala w Nowym Targu, po kilku godzinach zmarł. Do dziś nie wiadomo, gdzie mjr Kuraś został pogrzebany.

 

W jednym z wywiadów syn Zbigniew Kuraś mówił: „W szkole miałem ciężko. Jak ktoś gdzieś chwalił ojca, to zaraz znalazła się grupa ludzi wrogich, która ubliżała mu”. Bezpieka represjonowała też 46 osób, w tym dziesięcioro dzieci, tylko dlatego, że były spokrewnione z „Ogniem” (aresztowania, wysiedlenia z domów). Z tych samych powodów syn niezłomnego majora bał się o los pomnika ojca w Zakopanem. Ale moment odsłonięcia w 2006 r. był dla niego wielkim zaszczytem, bo uświetnił go prezydent RP Lech Kaczyński, dla którego Żołnierze Wyklęci byli wyrwaną przez komunę częścią narodowej tradycji insurekcyjnej.

 

Komuniści do dziś mają swoją zakłamaną wersję, w którą wpisują się autobiograficzne wynurzenia Jacka Kuronia pt. „Wiara i wina”, gdzie czytamy, że Kuraś to bandyta, terrorysta, a przede wszystkim antysemita. Ale Kuroń to założyciel czerwonego harcerstwa.

 

Słowa sędzi o „kontrowersyjności” Kurasia jakże przypominają te: „Postać Ognia do dzisiaj budzi skrajne emocje. Dla jednych był bohaterem, inni uważają go za bandytę” – napisała „Gazeta Wyborcza” w związku z odsłonięciem pomnika mjr. Kurasia w 2012 r. pod Turbaczem – tam, gdzie miał po wojnie swoją bazę. Ale właściwie kim są ci „inni”? Uściślijmy: to właśnie ludzie z Czerskiej. Gdyby miano tam wieszać, Kuraś poszedłby na pierwszy ogień. Wieszać przy gabinecie naczelnego afisz z napisem: „Za głowę groźnego przestępcy wysoka nagroda”.

 

Ale wciąż nie wiemy, dlaczego tak go nienawidzą? Przecież w ogóle wyklętych przez komunistów Żołnierzy Niezłomnych nie kochają, bo ośmielili się podważać czerwony porządek świata, ducha dziejów. Czemu zatem „Ogień”? Bo mordował Żydów, choć nigdy nie zostało mu to udowodnione. A że byli czerwoni, że z PPR, KBW i UB, że mordowali Polaków – to już nieważne.

 

Suwerenne państwo polskie zawsze pielęgnowało pamięć i oddawało cześć tym, którzy z narażeniem własnego życia stawali do boju o wolność Polaków” – tak 70. rocznicę ostatniej walki i śmierci „Ognia” w lutym 1947 r. uczcił prezydent Andrzej Duda. A ówczesny szef MON Antoni Macierewicz przypomniał, że „komunistyczne władze chciały wyrugować z narodowej pamięci Józefa Kurasia, bo miał odwagę przeciwstawić się nowym okupantom”.

 

W 2006 r. posłowie PiS-u przygotowali projekt uchwały, który stwierdzał na wstępie: „Pięćdziesiąt pięć lat temu, 8 lutego 1951 roku, zamordowany został w komunistycznym więzieniu major Zygmunt Szendzielarz »Łupaszka«. Żołnierz do końca wierny Niepodległej Polsce, za swoją służbę dwukrotnie odznaczony Orderem Virtuti Militari”. Inicjatywa spotkała się z ostrym atakiem (post)komunistycznej lewicy i sprzyjających jej mediów.

 

Dzień po dyskusji z 2006 r. „Trybuna” na czołówce opublikowała artykuł pod znamiennym tytułem: „Ich krwawy idol”. Autor – poseł SLD Piotr Gadzinowski – bajdurzył, że „Łupaszka” miał czynnie zwalczać dążenia niepodległościowe Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, a więc uhonorowanie go miało przeczyć polskiej idei… wstąpienia do UE. A przede wszystkim, że obciąża go śmierć „niewinnych” milicjantów, członków PPR, funkcjonariuszy UB i NKWD. Gadzinowski zarzucał ponadto Szendzielarzowi współpracę z niemieckim okupantem, czego finałem miała być odmowa wzięcia udziału w operacji „Ostra Brama”, mającej na celu wyzwolenie Wilna razem z „bratnimi” oddziałami sowieckimi.

 

Tak samo formułowane oskarżenia, w 1951 r., doprowadziły do zamordowania Szendzielarza katyńskim strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

 

W III RP słyszeliśmy więc zarzuty rodem z dawnego, „dobrego” stalinizmu. Dobiegają one również z łamów „Gazety Wyborczej”, w ramach „historycznego zbratania” różowych z czerwonymi. A podobno komunistyczna propaganda jest w Polsce zakazana…

 

Tadeusz Płużański

 

Spotkanie autorskie z dr Teresą Kaczorowską

Dr Teresa Kaczorowska, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, w zawiązku z obchodami Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, zaprasza do udziału w spotkaniu online podczas którego przedstawi swoją ostatnią książkę „Było ich 27”. Jest to reporterska opowieść o niezłomnych 27 dziewczynach Podziemia, które zginęły w Obławie Augustowskiej w lipcu 1945 r.

 

Prezentacja książki nastąpi w Miejskiej Bibliotece w Ciechanowie 3 marca br., rozpoczęcie o godz. 17.00, wydarzenie będzie można śledzić na Facebooku, link TUTAJ.

 

 

REPORTAŻ. Gwałt – wojnę o „Dziennik Wschodni” opisuje TOMASZ NIEŚPIAŁ

Paweł Puzio został nowym redaktorem naczelnym „Dziennika Wschodniego”. Wieloletni dziennikarz tej gazety objął stanowisko w asyście policjantów i ochroniarzy, którzy w sobotę zablokowali dziennikarzom wejście do redakcji. „To całkowite pogwałcenie niezależności dziennikarskiej” – mówią reporterzy Dziennika Wschodniego. Czy jedna z najbardziej opiniotwórczych gazet regionalnych zniknie z rynku? Los „Dziennika Wschodniego” jest w rękach sądu i likwidatora spółki, który wydaje gazetę.

 

Był poniedziałek, 22 lutego, kiedy do dziennikarzy „Dziennika Wschodniego” trafił mail z informacją o odwołaniu wieloletniego redaktora naczelnego gazety Krzysztofa Wiejaka. Nadawcą był Leszek Kukawski, radca prawny, który został ustanowiony likwidatorem spółki Corner Media wydającej „Dziennik Wschodni”.

 

Mecenas Kukawski ogłosił przy okazji, że na stanowisko naczelnego powołuje dotychczasowego zastępcę WiejakaPawła Buczkowskiego. I choć o konflikcie między udziałowcami spółki wydającej „Dziennik Wschodni” słychać już od dłuższego czasu, to w poniedziałkowe popołudnie w redakcji tej gazety zawrzało. – Nie uznajemy tej decyzji – mówili nam na gorąco dziennikarze.

 

Dziennikarze bronią naczelnego

 

Paweł Buczkowski uważa, że mecenas Kukawski nie miał prawa odwołać dotychczasowego redaktora naczelnego i powoływać nowego, ponieważ proces o likwidację spółki Corner Media trwa, a decyzja o ustanowieniu likwidatora jest nieprawomocna. – Takie działanie tylko potwierdza nasze wcześniejsze przypuszczenia, że w całej sprawie chodzi przede wszystkim o zamach na wolność mediów lokalnych – tłumaczy Buczkowski.

 

Nie jestem wrogiem „Dziennika Wschodniego” – przekonuje mecenas Leszek Kukawski. Jak twierdzi, jego celem jest działanie w interesie wszystkich udziałowców spółki. – To nie ja jestem przyczyną ich nieszczęść, tylko skutkiem ich konfliktu – dodaje w rozmowie z portalem sdp.pl.

 

Pracownicy „Dziennika Wschodniego” są jednak nieugięci i już następnego dnia publikują list otwarty, w którym próbę zmiany naczelnego nazywają „uzurpatorską”, a samego Wiejaka określają jako „gwaranta dziennikarskiej wolności słowa, której był wierny pomimo nacisków ze strony Tomasza Kalinowskiego, większościowego wspólnika Corner Media”.

 

Tomasz Kalinowski to lubelski przedsiębiorca, działa m.in. na rynku deweloperskim. On i jego rodzina prowadzą wiele intratnych inwestycji budowlanych w Lublinie i całym regionie. W 2014 roku został większościowym udziałowcem Corner Media.

 

Nigdy nie naciskałem na nikogo z redakcji „Dziennika Wschodniego”. Domagałem się tylko poszanowania moich praw jako wydawcy – komentuje zarzuty redakcji.

 

Z kolei Krzysztof Wiejak mówi nam, że nie kwestionuje wewnętrznego konfliktu w spółce wydającej „Dziennik Wschodni”. – Chcemy tylko, by mecenas Kukawski do czasu uprawomocnienia się postanowienia o likwidacji spółki Corner Media powstrzymał się od działań, które już teraz narażają gazetę i wydawnictwo na problemy, m.in. z kontrahentami, a udziałowców i pracowników, którzy już nie otrzymali pensji za luty, na wymierne straty finansowe – zaznacza.

 

Likwidator w prezencie

 

„Dziennik Wschodni” to jedna z najbardziej zasłużonych redakcji na Lubelszczyźnie. Według danych Związku Kontroli Dystrybucji Prasy w ubiegłym roku średnia sprzedaż dzienna wyniosła ponad 3,2 tys. egzemplarzy. Rekordy śrubuje natomiast strona internetowa gazety. W październiku 2020 roku serwis dziennikwschodni.pl miał ponad 2,8 mln unikatowych użytkowników i prawie 19 mln odsłon.

 

Z kolei w grudniu 2020 roku Dziennik Wschodni był – według badania prowadzonego przez Instytutu Monitorowania Mediów – najbardziej opiniotwórczym medium regionalnym w Polsce.

 

Na czele gazety stoi Krzysztof Wiejak, który z „Dziennikiem Wschodnim” związany jest od 28 lat. Najpierw jako współpracownik, od 1993 roku jako etatowy dziennikarz, a od 2006 roku nieprzerwanie jest naczelnym. – 1 lutego minęło 15 lat kierowania przeze mnie redakcją „Dziennika Wschodniego”. W prezencie dostałem pana podającego się za likwidatora – mówi Wiejak.

 

Aby wyjaśnić genezę konfliktu między redakcją a większościowym udziałowcem spółki wydającej „Dziennik Wschodni”, należy się cofnąć do 2014 roku. Wtedy tytuł zmienił właściciela. Wydawcą gazety została spółka Corner Media. Większość udziałów miał Kalinowski, ale jak sam przyznaje, nigdy nie traktował „Dziennika Wschodniego” jako projektu biznesowego. – Sam zainicjowałem powołanie tej spółki, a redakcji dałem wolność działania. Uznałem to za powinność podzielenia się sukcesem z mieszkańcami regionu. Chciałem ratować zasłużoną dla Lubelszczyzny gazetę – tłumaczy Tomasz Kalinowski.

 

Krzysztof Wiejak woli nie wracać do okresu, w którym zdecydował się na wydawniczy biznes z Kalinowskim. – Gdybym wówczas wiedział to, co dzisiaj, pewnie szukałbym innego inwestora. Ale tamtej decyzji już nie zmienimy – mówi portalowi sdp.pl.

 

Może zabrakło wyobraźni, że prędzej czy później interesy lokalnego biznesmena mogą odegrać w tej sprawie negatywną rolę – analizuje Andrzej Mielcarek, były wydawca i naczelny „Dziennika Wschodniego”.
Z kolei dr Wojciech Maguś, medioznawca z UMCS w Lublinie uważa, że w tamtym momencie trudno było przewidzieć, do czego mogą doprowadzić zmiany właścicielskie w „Dzienniku Wschodnim”. – Redakcja nie ze swojej winy znalazła się w sytuacji, w której postanowiła pracować tak jak dotychczas, ale w nowych warunkach – ocenia dr Maguś.

 

Medialny biznes dewelopera

 

Fakty są natomiast takie, że siedem lat temu Kalinowski miał 58 procent udziałów w Corner Media, a Wiejak z kilkunastoma pracownikami „Dziennika Wschodniego” 42 procent. Wtedy też udziałowcy zastrzegli, że do zmiany władz w wydawnictwie potrzebne jest 75 procent udziałów. Dziennikarze uznali, że to wystarczy, by obronić się przed ewentualnymi naciskami dewelopera na funkcjonowanie redakcji. I przez kilka lat to działało.

 

Problem zaczął narastać w 2017 roku, kiedy okazało się, że znana firma deweloperska – TBV Investment – chce wybudować w Lublinie osiedle na tzw. górkach czechowskich. – W tej sprawie napisaliśmy wiele tekstów, w których prezentowaliśmy argumenty zwolenników i przeciwników tej inwestycji. Nie miałem jednak wątpliwości, że jako gazeta powinniśmy opowiedzieć się po stronie mieszkańców przeciwnych zabetonowaniu zielonych płuc miasta – opowiada Wiejak.

 

Od tamtej pory relacje na linii WiejakKalinowski pogarszały się.
Najpierw były zawoalowane naciski, ale z czasem otrzymywałem od Tomasza Kalinowskiego bezpośrednio lub przez prokurent spółki jasne sygnały, że publikacje „Dziennika Wschodniego” psują interesy jego i jego partnerów biznesowych – wspomina Krzysztof Wiejak.

 

Tomasz Kalinowski zaprzecza, by kiedykolwiek ingerował w niezależność redakcji.
Jeśli tak było, to oczekuję przedstawienie opinii publicznej dowodów – mówi Kalinowski. – Jedyne czego oczekiwałem, to że „Dziennik Wschodni” o każdej sprawie będzie informował rzetelnie. Ale nikt nie liczył się z moim zdaniem.

 

Przedsiębiorca twierdzi, że ze sprawą zagospodarowania górek czechowskich nie ma nic wspólnego. Kiedy przypominamy, że wspólnie z TBV założył inną spółkę, zapewnia, że te sprawy nie mają ze sobą związku.
To jednak nie przekonuje Krzysztofa Jakubowskiego, prezesa Fundacji Wolności, który od początku obserwuje konflikt między przedsiębiorcą a dziennikarzami.

 

Nie mam wątpliwości, że „Dziennik Wschodni” narusza interesy swojego większościowego udziałowca, ale robi to realizując swoją misję. Działanie dewelopera to ewidentna ingerencja w wolność mediów i ograniczanie niezależności dziennikarskiej – mówi portalowi sdp.pl Krzysztof Jakubowski. – Widać dużą determinację biznesmena do pozbycia się osób, które odpowiadały za proobywatelską i proekologiczną formułę gazety – dodaje Jakubowski.

 

Natomiast dr Wojciech Maguś zauważa, że próby nacisku na dziennikarzy to zjawisko powszechne. – Władza zawsze chciała mieć wpływ na media. Szczególnie groźne stało się to w czasach utrzymującego się spadku czytelnictwa i sprzedaży gazet – wyjaśnia dr Maguś.

 

Według niego sytuacja jest bezpośrednio związana z otoczeniem gospodarczym w jakim funkcjonują media lokalne.

O ile w przypadku regionów dobrze rozwiniętych nie ma problemów z pozyskaniem dochodów reklamowych z rynku, o tyle w biedniejszych województwach wydawcy muszą się liczyć z tym, że lokalna polityka i biznes – wykorzystując ekonomiczne uwarunkowania – mogą próbować wpływać na przekaz w mediach – wyjaśnia medioznawca.

 

Przychodzi Kurczuk do Dziennika

 

Naciski na dziennikarzy to jednak nic nowego w „Dzienniku Wschodnim”. W 2004 roku szerokim echem odbiła się sprawa spotkania byłego ministra sprawiedliwości Grzegorza Kurczuka z SLD z Andrzejem Mielcarkiem, który kierował wtedy redakcją. W tamtym czasie Kurczuk, zaliczany do grona „baronów lewicy”, był jednym z najbardziej wpływowych polityków w kraju. Po serii tekstów o SLD w „Dzienniku Wschodnim” Kurczuk zasugerował Mielcarkowi, że jeśli gazeta nie przestanie krytycznie pisać o jego partii, to on użyje swoich wpływów, aby „Dziennika…” nie kupowano i nie zamieszczano w nim reklam. – Byłem wówczas w podwójnej roli: wydawcy i naczelnego. Dobrze wiedziałem, że finansowo gazeta cienko przędła i pieniądze były nam bardzo potrzebne – wspomina dziś w rozmowie z nami Andrzej Mielcarek. Wtedy jednak nie tylko nie uległ naciskom polityka, ale rozmowę z Kurczukiem nagrał i opublikował. Rozpętała się ogólnopolska afera. Sprawą zainteresowała się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a prokuratura wszczęła śledztwo.

 

I choć Mielcarek przyznaje, że decyzja o publikacji nagrań z udziałem Kurczuka nie była dla niego łatwa, to wyszła „Dziennikowi Wschodniemu” na dobre. – To była naprawdę dobra robota, pokazaliśmy wtedy charakter. To dało też siłę całemu zespołowi, bo tamci młodzi dziennikarze zobaczyli, że poza prawem i moralnością w dziennikarstwie nie ma żadnych ograniczeń – mówi Andrzej Mielcarek, który nie ukrywa, że w sporze udziałowców Corner Media kibicuję dziennikarzom. – Tam gdzie krzyżują się interesy mediów i biznesu, prasa zawsze jest w trudnej sytuacji. Jednak w dziennikarstwie podstawową rzeczą jest potrzeba wewnętrznej niezależności oraz poczucie uczciwości i rzetelności wobec samego siebie. Tylko taką postawą buduje się zaufanie czytelników – podkreśla były naczelny „Dziennika Wschodniego”. I dodaje: – Oczywiście, aby sobie na taką postawę pozwolić, trzeba mieć też niezależność ekonomiczną. Ilość zer na koncie nie jest, niestety, bez znaczenia, o czym zespół „Dziennika Wschodniego” boleśnie się przekonał.

 

Pieniądze w tej sprawie nabrały szczególnego znaczenia, kiedy w wyniku konfliktu z Tomaszem Kalinowskim Krzysztof Wiejak nie został wybrany na kolejną kadencję prezesa spółki Corner Media. Kalinowskiemu zabrakło jednak głosów do powołania jego następcy. Powód? Wspomniany już wcześniej zapis o konieczności posiadania 75 procent udziałów do podjęcia takiej decyzji.

 

Tomasz Kalinowski próbował przejąć kontrolę nad Corner Media poprzez sukcesywne skupowanie udziałów od dziennikarzy. W ubiegłym roku doszedł do poziomu 71 procent. Kolejne dwa procent udziałów kupił kilka miesięcy temu od zastępcy WiejakaJerzego Szubieli, który po tej transakcji odszedł z „Dziennika Wschodniego”.

 

Według nieoficjalnych informacji, były zastępca Wiejaka sprzedał swoje udziały za 150 tys. zł.
Dziś Jerzy Szubiela nie chce rozmawiać o okolicznościach odejścia z „Dziennika Wschodniego”. – To była prywatna decyzja – oświadcza w rozmowie z portalem sdp.pl. I dodaje: – Sprzedałem udziały i odszedłem. Postąpiłem uczciwie.

 

Krzysztof Wiejak: – Po tej decyzji nie ukrywałem wielkiego rozgoryczenia i rozczarowania, że mój zastępca, z którym przez lata siedziałem biurko w biurko, złamał naszą niepisaną umowę, że albo wszyscy sprzedajemy udziały, albo nikt. Szubiela wybrał inaczej: jego sumienie – nie moja sprawa.

 

Tymczasem KalinowskiSzubieli mówi w samych superlatywach:

Jurek to bardzo dobry i doświadczony redaktor. Jego odejście z redakcji to duża strata dla „Dziennika Wschodniego”.

 

Jednak to doświadczenie sprawiło, że mniejszościowi udziałowcy – dzisiaj jest to osiem osób, w rękach których jest 27 procent udziałów Corner Media – postanowili się zabezpieczyć przed dalszym skupem udziałów przez Kalinowskiego.

 

Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że podpisali oni umowę, wedle której do sprzedaży udziałów potrzebna jest zgoda pozostałych osób z grupy mniejszościowych udziałowców Corner Media.

 

Tymczasem od marca ubiegłego roku w lubelskim sądzie toczy się proces o likwidację spółki Corner Media, jaki wytoczył jej większościowy udziałowiec, czyli właśnie Tomasz Kalinowski.

 

Pomimo wielokrotnych próśb i oficjalnych wniosków odmawiano mi dostępu do dokumentów finansowych spółki. Jako większościowy udziałowiec nie miałem wiedzy na temat rozliczeń i zawieranych umów – tłumaczy swój krok przedsiębiorca. Przekonuje też, że wielokrotnie chciał polubownie rozwiązać konflikt.

 

Proponowałem, że odkupię resztę udziałów lub odsprzedam im swoje. Nie byli zainteresowani. Nikt nie chciał też słyszeć o tym, że mogę sprowadzić do spółki inwestorów, którzy zagwarantują utrzymanie zatrudnienia i wynagrodzeń pracownikom na okres trzech lat. Dlatego wybrałem drogę sądową – tłumaczy Tomasz Kalinowski.

 

Nigdy spółka nie zatajała przed nim żadnych informacji. Jako wspólnik miał możliwość wglądu do dokumentów i sprawozdań finansowych spółki. W mojej ocenie chodziło o po prostu o pokazanie, kto tu jest najważniejszy – oświadcza natomiast Krzysztof Wiejak.

 

Wolność słowa w licytacji

 

Proces w sprawie przyszłości „Dziennika Wschodniego” trwa. Ostatnio w Krajowym Rejestrze Sądowym przy nazwie spółki Corner Media widnieje dopisek „w likwidacji”.

 

Kilka dni temu Krzysztof Wiejak opublikował post w mediach społecznościowych, w którym zapowiada batalię o gazetę. „Będę walczył o Dziennik Wschodni, bo uważam, że wolności słowa nie można zlicytować, sprzedać panom z wypchanymi portfelami, bo komuś się nie podoba, że mamy swoje zdanie i go bronimy”.

Pod postem widnieje dziesiątki komentarzy, setki „udostępnień” i „lajków”.

 

Decyzja jest w rękach sądu, ale mam nadzieję, że ta sytuacja skończy się pozytywnie dla redakcji, której celem jest zagwarantowanie sobie swobody pracy i niezależności dziennikarskiej – mówi dr Wojciech Maguś. – „Dziennik Wschodni” zajmuje ważne miejsce na medialnej mapie Lubelszczyzny. Jego likwidacja oznaczałaby ograniczenie mieszkańcom dostępu do wartościowych treści. A wielogłos przekazu jest w dzisiejszych czasach wartością nie do przecenienia – podkreśla medioznawca z UMCS w Lublinie.

 

Krzysztof Wiejak liczy się z tym, że do likwidacji spółki dojdzie. – Nie sądzę, że się dogadamy. Ale chciałbym, by ten proces przebiegł zgodnie z prawem, jak najbardziej transparentnie. Mam nadzieję, że „Dziennik Wschodni” trafi w ręce profesjonalnego wydawcy z pomysłem na gazetę i portal, który pozwoli dziennikarzom robić to, co do tej pory robili: pisać prawdę o każdym – mówi dziennikarz.

 

Tymczasem Tomasz Kalinowski nie wyklucza, że jeśli w wyniku postępowania likwidatora „Dziennik Wschodni” zostanie wystawiony na aukcję, to do niej przystąpi.

 

Dlaczego miałby Pan inwestować drugi raz firmę, którą chce zlikwidować? – pytamy z niedowierzaniem. – Bo wciąż wierzę w dziennikarstwo. A cena nie gra roli – oświadcza lubelski deweloper.

 

Epilog?

 

Kolejną odsłonę konfliktu w „Dzienniku Wschodnim” obserwowaliśmy w miniony weekend. W sobotę rano mecenas Leszek Kukawski pojawił się w siedzibie redakcji „Dziennika Wschodniego”, w towarzystwie ochrony. Wymieniono zamki w drzwiach, a dziennikarzy pracujących w gazecie nie wpuszczono do redakcji.

 

Okazało się wtedy, że decyzją mecenasa Kukawskiego nowym naczelnym został wieloletni dziennikarz „Dziennika Wschodniego” Paweł Puzio. – Zgodziłem się przyjąć tę propozycję, by zagwarantować ciągłość wydawania gazety i zapewnić pracownikom wypłaty w poniedziałek – tak Puzio tłumaczył się przed dziennikarzami na korytarzu redakcji. Na miejscu byli już tam policjanci, którzy nie pozwalali wejść dziennikarzom do środka.

 

Część z reporterów próbowała odzyskać swoje rzeczy pozostawione w redakcji. Bez skutku. – To naruszenie możliwości pracy dziennikarza – nie ma wątpliwości Paweł Buczkowski.

 

Dopiero o ustalonych przez mecenasa Kukawskiego porach dziennikarze mogli wejść do środka. Niektórzy z nich – tak jak Agnieszka Mazuś, dotychczasowa zastępczyni redaktora naczelnego – dopiero w niedzielę pojawili się w miejscu swojej pracy. Dla niej był to ostatni taki dzień – dostała bowiem wypowiedzenie z pracy. Redakcję „Dziennika Wschodniego” opuszczała ze łzami w oczach i przy wylewnych pożegnaniach z większością zespołu redakcyjnego.

 

Tomasz Nieśpiał

Możliwy okrągły stół w sprawie podatku od reklam

Wiceminister finansów Piotr Patkowski poinformował o możliwości przeprowadzenia okrągłego stołu z zainteresowanymi podmiotami w sprawie propozycji wprowadzenia m.in. dla mediów opłaty od przychodów reklamowych  

 

Patkowski odpowiadał w tej sprawie w Sejmie na pytania grupy posłów Koalicji Obywatelskiej. Powiedział, że trakcie prekonsultacji  projektu ustawy wpłynęło ponad 150 wniosków z uwagami, które teraz są analizowane.

 

– Po przeprocedowaniu tych analiz przedstawimy ich skutek, mamy też propozycję przeprowadzenia okrągłego stołu z zainteresowanymi podmiotami tak, aby ta ustawa była jak najbardziej optymalna – wyjaśnił wiceminister finansów.

 

Przyznał, że uwagi do proponowanych przepisów często są zasadnicze, ale po to przeprowadzany jest proces prekonsultacji, aby była możliwość udoskonalenia ustawy.

 

– Często też w ramach dyskusji z mediami, także tymi, które przestały działać dwa tygodnie temu dochodziliśmy do wniosku, że być może ta reakcja była przesadzona, że być może ona była na wyrost, ale najważniejsze jest to, że potrafiliśmy się z tymi mediami spotkać i w wielu punktach osiągnąć punkt wspólny – powiedział Patkowski.

 

Wyraził nadzieję, że „uda się przedstawić regulację, z której zdecydowana większość podmiotów medialnych będzie zadowolona”.

 

opr. jka, źródła: PAP/dziennik.pl, fot. Ministerstwo Finansów

 

Sejm przyjął uchwałę w sprawie skazania dziennikarek Biełsatu

Sejm RP przez aklamację przyjął uchwałę potępiającą skazanie przez białoruski sąd na karę pozbawienia wolności dziennikarek Biełsatu.

 

„Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża głębokie oburzenie z powodu skazania przez sąd Republiki Białorusi dziennikarek Biełsat TV – Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej na dwa lata pozbawienia wolności” – czytamy w uchwale.

 

„Przekazywanie informacji, także z protestów czy demonstracji należy do kluczowych zadań niezależnych mediów” – przypomnieli posłowie.

 

Sejm uznał wyrok białoruskiego sądu i działania władz, które do niego doprowadziły za „kolejny przykład łamania przez białoruski reżim praw człowieka i obywatela, a przede wszystkim za dowód na kroczący zamach na wolność słowa i wolność zgromadzeń w Republice Białorusi”.

 

Posłowie wezwali władze Białorusi do uwolnienia uwięzionych dziennikarek i wszystkich więźniów politycznych oraz podjęcia prawdziwego dialogu z obywatelami, prowadzącego do powtórzenia wyborów prezydenckich i rozpoczęcia pokojowej transformacji. Zwrócili się również do społeczności międzynarodowej o okazanie solidarności z białoruskim społeczeństwem obywatelskim i wywieranie presji na władze tego państwa, by uwolniły wszystkich więźniów politycznych.

 

Dziennikarki Biełsatu Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa zostały skazane 18 lutego na dwa lata kolonii karnej (pisaliśmy o tym TUTAJ). Protest przeciwko temu skandalicznemu wyrokowi wystosowało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (czytaj TUTAJ). Fundacja Białoruski Dom w Warszawie rozpoczęła zbiórkę podpisów pod petycją do przywódców UE, Wielkiej Brytanii, USA i Kanady. Domaga się w niej zaostrzenia sankcji, które zmuszą reżim Łukaszenki do uwolnienia dziennikarek (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

opr. jka, źródło: sejm.gov.pl, fot.Kancelaria Sejmu/Łukasz Błasikiewicz