Fanfaronada Fąfary – komentarz WOJCIECHA POKORY

„Od zasad, którymi się kierujemy – niezależnego, uczciwego, wolnego dziennikarstwa – nie odstąpimy” – pisze członek zarządu i redaktor naczelny Polska Press Paweł Fąfara i zapewnia: „będziemy robić swoje. Nie cofniemy się ani o krok. Bo jesteśmy dziennikarzami”.

 

Deklaracja redaktora Pawła Fafary ma ścisły związek ze zmianami właścicielskimi w spółce. W grudniu ubiegłego roku poinformowano, że Polska Press, należąca do Verlagsgruppe Passau Capital zostanie kupiona przez PKN Orlen. Po ogłoszeniu tej decyzji pojawiło się wiele kontrowersji. Część komentujących zarzuca Orlenowi działalność na szkodę wolności słowa, bowiem jako spółka należąca do Skarbu Państwa wymuszać będzie na posiadanych przez siebie mediach uległość wobec rządzących. Pojawiły się głosy, że media kontrolowane przez państwowy koncern mogą zostać przekształcone w informacyjne biuletyny propagandowe. Rzecznik Praw Obywatelskich wprost opiniuje: „trudno się spodziewać, aby media kontrolowane przez państwo prawidłowo wykonywały swą kontrolną funkcję” oraz „konstytucyjna zasada wolności prasy wyklucza zaś jej prawne podporządkowanie władzom politycznym – choćby pośrednie”.

 

W pełni zgadzam się z tymi stwierdzeniami i też uważam, że politycy w żaden sposób nie powinni naciskać na dziennikarzy, ani ekonomicznie, ani merytorycznie. Publicyści zwracają uwagę, że w wyniku takiego zakupu powstanie linia transmisyjna Pan Prezes Kaczyński – Wiceminister Sasin – Pan Prezes Obajtek – redaktor naczelny – dziennikarze (…)„. I to przypomniało mi pewną sytuację sprzed kilku lat. Dlatego wpisałem w wyszukiwarkę kilka fraz, by sprawdzić, czy Rzecznik Praw Obywatelskich faktycznie dba o głoszoną przez siebie zasadę, czy dopiero ją odkrył, i wydaje mi się, że odkrył. Nie znalazłem nic na temat nocnych spotkań rzecznika rządu Pawła Grasia z prezesem zarządu spółki wydającej „Rzeczpospolitą” Grzegorzem Hajdarowiczem i konsultowania przez nich mających ukazać się w dzienniku treści. Faktem jest, że RPO była wówczas Irena Lipowicz a nie Adam Bodnar, ale jednak konstytucyjna zasada obowiązywała ta sama, a i „pas transmisyjny” jakby ten sam. Z jedną różnicą – wówczas mieliśmy do czynienia z faktami – taki pas transmisyjny zaistniał faktycznie, dziś mamy do czynienia z biciem na alarm zanim transakcja się dopełniła. Podkreślam, słusznie, bo standardy trzeba śrubować, ale w obliczu przytoczonych faktów, te tony są jednak nieco fałszywe, bo nie słyszeliśmy alarmu w chwili, gdy do nadużyć faktycznie dochodziło.

 

Prezes Orlenu Daniel Obajtek uzasadnia zakup koncernu medialnego realizacją strategii zarządzanej przez siebie spółki:

 

Konsekwentnie poszerzamy obszary naszej działalności. Na bazie Sigma Bis zbudowaliśmy od podstaw profesjonalną agencję mediową, która sukcesywnie zdobywa nowych klientów, w tym komercyjnych. Przejęliśmy spółkę Ruch, co ułatwi nam wejście na rynek nowych punktów sprzedaży i rozwój usług e-commerce. Z kolei dostęp do 17,4 milionów użytkowników portali zarządzanych przez Polska Press, skutecznie wzmocni sprzedaż całej Grupy Orlen, zoptymalizuje koszty marketingowe i umożliwi dalszą rozbudowę narzędzi big data. Podejmujemy działania, które wpisują się w nową strategię PKN Orlen do 2030 r. i będą efektywnie wspierać dynamiczny rozwój sieci detalicznej”.

 

Grupa Orlen wchodzi w nowe rynki, rozwija punkty sprzedaży a teraz zacznie działać w branży medialnej. Czy to dobry ruch biznesowy? Analitycy wskazują, że tak. Bo stacje benzynowe powoli odchodzą od swoich pierwotnych funkcji i ten, kto pierwszy na ich bazie wejdzie w kolejne segmenty rynku, może zyskać nowych klientów. Ale to nie nasze zmartwienie, bardziej nas interesuje, czy zakup mediów jest dobrym kierunkiem dla spółki paliwowej. Odpowiedzi na to pytanie szukały Agencja Publicon oraz Instytut Badawczy IPC, które zrealizowały badanie opinii publicznej w tej sprawie. Wyniki tej analizy opublikowały wirtualnemedia.pl. Z badania wynika, że większość ankietowanych pozytywnie przyjęło fakt zakupu Polski Press przez PKN Orlen. Na pytanie, czy to dobrze, że doszło do takiej transakcji, odpowiedzi „tak” udzieliło 42,2 proc. ankietowanych. 27,8 proc. ankietowanych było przeciwnych a 30 proc. nie potrafiło wskazać odpowiedzi. W sumie to nie dziwi, bo sprzedaż gazet wskazuje, że generalnie Polacy średnio interesują się rynkiem prasy.

 

Wróćmy do redaktora Pawła Fąfary i jego deklaracji niezależności, uczciwości i wolności. Medioznawca prof. Wiesław Godzic w rozmowie z portalem wirtualnemedia.pl, chyba w sposób nie do końca zamierzony (co wynika z kontekstu całej wypowiedzi) podsumował słowa Fąfary:

 

Smutne jest dla mnie to, że dziennikarze muszą składać takie deklaracje, jak ta Pawła Fąfary. Każdy, kto mówi publicznie „jestem niezależny”, wystawia się na w pewien sposób na pośmiewisko, można mu wytknąć, żeby nie deklarował tej wolności, a po prostu ją udowodnił”.

 

Niezależność jest jedną z podstawowych zasad w dziennikarstwie i należy o nią dbać. Podobnie jak o uczciwość. Ale nie tylko deklaratywnie. Patrzenie na portfolio Polska Press przez pryzmat okrętów flagowych grupy, takich jak Dziennik Zachodni czy Głos Wielkopolski (w styczniu 2021 roku oba tytuły wymieniane są w czołówce najbardziej opiniotwórczych mediów regionalnych) też nie jest do końca uczciwe. Przez lata obserwowałem zmagania jednego z dziennikarzy Kuriera Lubelskiego (także Polska Press, miesięczna sprzedaż ok. 2500 egzemplarzy), który był jednocześnie dziennikarzem i handlowcem. To o te standardy chcemy dbać w Grupie Polska Press? O to, żeby do pensji dziennikarze dorabiali sobie sprzedając produkty wydawcy? Czy to nie jest dla nich większa presja niż „pas transmisyjny” Kaczyński-Sasin-Obajtek?

 

Redaktor Paweł Fąfara zapowiada, że w tytułach wydawnictwa nadal będą ukazywać się publikacje krytyczne wobec obozu rządzącego.

 

Już dziś rozczaruję tych polityków z PiS i ich sojuszniczych ugrupowań, którzy w swoich zapędach oczekują, że od teraz nie będzie w naszych tytułach niewygodnych czy krytycznych materiałów na ich temat”.

 

Równocześnie dodaje, że dziennikarze Polska Press nie będą przez to z automatu przychylni dla opozycji:

 

Nie poddamy się bowiem szantażowi moralnemu, jaki próbujecie stosować, jakoby od teraz każdy krytyczny tekst na temat władz samorządowych, PO, ugrupowania Szymona Hołowni, Lewicy, Konfederacji czy PSL, miałby być dowodem na nasze przejście na stronę władzy”.

 

Nie mam wątpliwości, że wśród 20 dzienników regionalnych należących do Polska Press i 120 tygodników, znajdują się takie tytuły, które władzy na ręce patrzą. Ja zapytam z perspektywy Lublina – gdzie są tematy śledcze podejmowane przez tutejszych dziennikarzy? Która władza się ich boi? W Lublinie prezydentem jest szef struktur PO w regionie i były minister w rządzie PO-PSL Krzysztof Żuk, marszałkiem jest Jarosław Stawiarski, były poseł i minister PiS. Do wyboru, można sobie wybrać władzę do patrzenia na ręce, można patrzeć obu. Kurier Lubelski tego nie robi. Dlaczego tak jest? Bo nikt nie ma w tym interesu.

 

Problemem mediów lokalnych jest ich chroniczne niedofinansowanie. Pisałem o tym wielokrotnie, że wystarczy wziąć do ręki pierwszą lepszą gazetę w obcym mieście, by dowiedzieć się, czy ma niezależne finansowanie czy jest na tzw. pasku samorządu. O jakiej niezależności może myśleć tytuł, który sprzeda 2000 egzemplarzy swojej gazety? Kto go utrzyma? Najczęściej największa w regionie spółka Skarbu Państwa lub lokalny samorząd. A gdy samorząd odmówi finansowania, to wtedy gazeta staje się „niezależna i uczciwa”, bo przez chwilę mieszkańcy mają szansę liczyć na to, że ktoś patrzy lokalnej władzy na ręce. Potocznie nazywa się to jednak nie dziennikarstwem, lecz wymuszeniem rozbójniczym.

 

Tylko że istnieje druga strona tego medalu. Dla kogo dziennikarz ma na te ręce władzy patrzeć, gdy sami nie dbamy o to, by mógł mieć komfort pracy? A taki komfort daje mu uzależnienie pensji od sprzedanych egzemplarzy gazety, dla której pracuje, a nie sprzedanie dodatku czy reklam lokalnemu samorządowi. W takich warunkach trudno o niezależność i jeśli PKN Orlen zabezpieczy przynajmniej tę część pracy redakcji, zapewniając stabilne finansowanie i nie pozwalając na upokarzanie dziennikarzy, to jest szansa na budowę niezależności i ujawnianie lokalnych „pasów transmisyjnych”, co pozwoli udowodnić, a nie tylko zadeklarować wolność prasy.

 

Wojciech Pokora

PKN Orlen jest już właścicielem Polska Press

1 marca 2021 roku podpisano umowę kupna spółki Polska Press przez PKN Orlen. Z funkcji prezesa spółki zrezygnowała Dorota Stanek.

 

Jak poinformowała w komunikacie prasowym Polska Press, Orlen jest już formalnym właścicielem tej spółki, która wchodzi teraz w skład Grupy Kapitałowej Orlen.

 

Z zarządu Polska Press odeszła prezes Dorota Stanek, która złożyła rezygnację ze stanowiska. Obecnie zarząd spółki tworzą trzy osoby: wiceprezes Dariusz Świąder oraz członkowie zarządu Magdalena Chudzikiewicz oraz Paweł Fąfara.

 

Dorota Stanek z Polska Press związana była od 1996 roku, prezesem była od 2004 roku.

 

opr. jka, źródło: Polska Press

 

List krytykujący kierownictwo TVN

Grupa „anonimowych pracowników TVN” rozesłała w poniedziałek do wielu redakcji list otwarty, zatytułowany „TVN GRUPA DISCOVERY – DESTRUKCJA.” Skarżą się oni na złą atmosferę w firmie, krytykują kierownictwo i sposób zarządzania stacją.

  

Jak podaje portal Wirtualnemedia.pl pismo trafił do redakcji czołowych stacji telewizyjnych, radiowych, tytułów prasowych i serwisów internetowych w Polsce, a także najważniejszych mediów amerykańskich. Wśród adresatów znaleźli się również przewodniczący i wiceprzewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, szefowie największych w Polsce domów mediowych i firm audytorskich, a także naczelni rabini w Polsce i Nowym Jorku.

 

Dokument liczy 10 stron, a jego obszerne fragmenty opublikował m.in. portal wPolityce.pl.

 

„Chcemy przypomnieć Wam, a tym którzy nie wiedzą przybliżyć, czym była kiedyś telewizja TVN, jaka była pozycja TVN i czym było kiedyś TVN dla nas pracowników. Czym dziś stał się TVN, dokąd zmierza. Telewizja TVN powstała 23 lata temu, założona przez tandem Mariusz Walter i Jan Wejchert. Szybko stała się liderem na rynku, a konkurencja wiedziała, że nie może spać spokojnie. Wszyscy chcieli pracować w TVN, a Mariusz Walter chciał pracować ze wszystkimi, którzy mogli pomóc mu w tworzeniu i rozwoju stacji. Były to największe telewizyjne gwiazdy, najlepsi reporterzy, producenci, ludzie marketingu, techniki, sprzedaży, a nawet asystentki. Wspólnie latami budowaliśmy to, w co wierzyliśmy. Bywało ciężko, bywało wesoło. Niezależnie od tego, zawsze działaliśmy w przyjaznej i profesjonalnej atmosferze. Szefowie znali wszystkich, bo chcieli ich znać. Chcieli wiedzieć, co ludzie robią, jak żyją, a ci ludzie – my, ceniliśmy sobie każdy dzień spędzany razem w pracy. Ceniono nas za nasze kompetencje i ufano nam. Robiliśmy telewizję najlepiej, jak potrafiliśmy. Uczyliśmy się tego, dochodząc do perfekcji” – czytamy w liście.

 

Zdaniem autorów pisma złe czasy zaczęły się, gdy właścicielem telewizji została firma Discovery.

 

„Nieformalnie za sterami TVN stanęła Kasia Kieli, która weszła do Rady Nadzorczej TVN. Kasia Kieli tworzyła Discovery w Polsce 20 lat temu, a obecnie podlega jej 140 rynków dystrybucji kontentu Discovery” – piszą.

 

Autorzy listu skarżą się na zwolnienia w firmie, przypominają aferę z przyjęciem poza kolejnością szczepionki przeciwko COVID-19 przez osoby z kierownictwa TVN Grupa Discovery, m.in. Katarzynę Kieli, a także krytykują sposób zarządzania stacją.

 

„Od miesięcy w TVN Grupa Discovery nie ma prezesa zarządu, dyrektora pionu marketingu, PR, autopromocji. Osoba, która obecnie „zarządza” tym segmentem zupełnie się na tym nie zna. Jest wybitnym specjalistą innej dziedziny. Nie ma dyrektora komunikacji korporacyjnej i wewnętrznej. Nie ma dyrektora HR itd. Zapewne od kwietnia nie będzie dyrektora programowego, którym jest Edward Miszczak, wybitny specjalista, znawca i ikona rynku mediów w Polsce. Edward Miszczak wkracza w wiek emerytalny. Media od miesięcy huczą o tym, że wkrótce pożegna się ze swoją funkcją.”

 

Zdaniem autorów listu w firmie panuje atmosfera „skrajnej demotywacji” a wiele osób nie radzi sobie z tą sytuacją i musi korzystać z pomocy psychologów.

 

„Uwierzcie, że nie jesteśmy w stanie dłużej tkwić w tak trudnej dla nas sytuacji. Nasza firma stanowi niezwykle istotną część naszego życia, a jej dobro i przyszłość są wartością nadrzędną. Głęboko wierzymy, że, tak jak nam, Wam również zależy na utrzymaniu w Polsce niezależności mediów, wiarygodności dziennikarskiej oraz, ponad wszystko, na respektowaniu zasad moralnych i etycznych wobec pracowników”  – podsumowują „Pracownicy TVN”.

 

W wtorek portal tvp.info dotarł do maila, który szefowa Discovery EMEA Katarzyna Kieli, wysłała do pracowników TVN w reakcji na poniedziałkowy list.

 

„Sukcesy, które odnosimy świadczą o tym, że idziemy w dobrym kierunku. Ale zmiany są trudne i często bolesne. To prawda, że z TVN rozstali się niektórzy pracownicy. Czasami była to konieczność, ale w wielu przypadkach, były to również indywidualne decyzje osób, które po prostu miały inne plany.

 

W TVN Grupa Discovery przestrzegamy najwyższych standardów i mamy wdrożone rygorystyczne mechanizmy kontroli i zarządzania; wszystkie skargi dotyczące nieprzestrzegania tych norm są badane i na bieżąco adresowane. I nie jest to puste stwierdzenie. Takie same procedury dotyczą zarówno mnie,  członków zarządu, jak i każdego z pracowników naszej firmy.

 

Będziemy krytykowani za wybory, których dokonujemy. Jeśli krytyka jest uzasadniona, będziemy jej słuchać. Jeśli krytyka, tak jak w tym przypadku, ma na celu jedynie zaszkodzenie nam, będziemy szli swoją drogą.  Praca, którą wykonujecie jest zbyt ważna, by niweczyły ją niesprawiedliwe i nieprawdziwe ataki. TVN i Discovery będą nadal walczyć o niezależność mediów w Polsce. I zawsze będziemy realizować nasze obietnice wobec widzów” – napisała Katarzyna Kieli.

 

opr. jka, źródła: wPolityce.pl, tvp.info, wirtutalnemedia.pl, fot. Wikipedia

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Najbardziej opluwani wyklęci

Żołnierze Wyklęci byli po wojnie represjonowani i mordowani, ale w III RP dalej niszczono o nich pamięć. Chociaż dziś przez (post)komunę atakowani są niemal wszyscy, do najbardziej niszczonych należy m.in. mjr. Józef Kuraś „Ogień” i mjr. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. Na przykładzie ich opluwanych życiorysów pokażę mechanizm medialnej manipulacji.

 

Śmierć „Ognia” „nie była efektem działania organów ścigania czy wymiaru sprawiedliwości, a efektem określonej decyzji podjętej przez niego samego”. Tak dwa lata temu uznali sędziowie III RP, podważając działalność Józefa Kurasia na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego oraz represje wobec niego. „Józef Kuraś do dnia dzisiejszego jest postacią kontrowersyjną” – orzekła sędzia Sądu Okręgowego w Nowym Sączu Anna Pater, uzasadniając oddalenie wniosku o zadośćuczynienie dla syna – Zbigniewa Kurasia.

 

Przypomnijmy, 21 lutego 1947 r. „Ogień” został otoczony przez komunistyczną grupę operacyjną Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Ostrowsku koło Nowego Targu. Po zaciętej walce próbował odebrać sobie życie, nie chcąc trafić w ręce oprawców. Przewieziony do szpitala w Nowym Targu, po kilku godzinach zmarł. Do dziś nie wiadomo, gdzie mjr Kuraś został pogrzebany.

 

W jednym z wywiadów syn Zbigniew Kuraś mówił: „W szkole miałem ciężko. Jak ktoś gdzieś chwalił ojca, to zaraz znalazła się grupa ludzi wrogich, która ubliżała mu”. Bezpieka represjonowała też 46 osób, w tym dziesięcioro dzieci, tylko dlatego, że były spokrewnione z „Ogniem” (aresztowania, wysiedlenia z domów). Z tych samych powodów syn niezłomnego majora bał się o los pomnika ojca w Zakopanem. Ale moment odsłonięcia w 2006 r. był dla niego wielkim zaszczytem, bo uświetnił go prezydent RP Lech Kaczyński, dla którego Żołnierze Wyklęci byli wyrwaną przez komunę częścią narodowej tradycji insurekcyjnej.

 

Komuniści do dziś mają swoją zakłamaną wersję, w którą wpisują się autobiograficzne wynurzenia Jacka Kuronia pt. „Wiara i wina”, gdzie czytamy, że Kuraś to bandyta, terrorysta, a przede wszystkim antysemita. Ale Kuroń to założyciel czerwonego harcerstwa.

 

Słowa sędzi o „kontrowersyjności” Kurasia jakże przypominają te: „Postać Ognia do dzisiaj budzi skrajne emocje. Dla jednych był bohaterem, inni uważają go za bandytę” – napisała „Gazeta Wyborcza” w związku z odsłonięciem pomnika mjr. Kurasia w 2012 r. pod Turbaczem – tam, gdzie miał po wojnie swoją bazę. Ale właściwie kim są ci „inni”? Uściślijmy: to właśnie ludzie z Czerskiej. Gdyby miano tam wieszać, Kuraś poszedłby na pierwszy ogień. Wieszać przy gabinecie naczelnego afisz z napisem: „Za głowę groźnego przestępcy wysoka nagroda”.

 

Ale wciąż nie wiemy, dlaczego tak go nienawidzą? Przecież w ogóle wyklętych przez komunistów Żołnierzy Niezłomnych nie kochają, bo ośmielili się podważać czerwony porządek świata, ducha dziejów. Czemu zatem „Ogień”? Bo mordował Żydów, choć nigdy nie zostało mu to udowodnione. A że byli czerwoni, że z PPR, KBW i UB, że mordowali Polaków – to już nieważne.

 

Suwerenne państwo polskie zawsze pielęgnowało pamięć i oddawało cześć tym, którzy z narażeniem własnego życia stawali do boju o wolność Polaków” – tak 70. rocznicę ostatniej walki i śmierci „Ognia” w lutym 1947 r. uczcił prezydent Andrzej Duda. A ówczesny szef MON Antoni Macierewicz przypomniał, że „komunistyczne władze chciały wyrugować z narodowej pamięci Józefa Kurasia, bo miał odwagę przeciwstawić się nowym okupantom”.

 

W 2006 r. posłowie PiS-u przygotowali projekt uchwały, który stwierdzał na wstępie: „Pięćdziesiąt pięć lat temu, 8 lutego 1951 roku, zamordowany został w komunistycznym więzieniu major Zygmunt Szendzielarz »Łupaszka«. Żołnierz do końca wierny Niepodległej Polsce, za swoją służbę dwukrotnie odznaczony Orderem Virtuti Militari”. Inicjatywa spotkała się z ostrym atakiem (post)komunistycznej lewicy i sprzyjających jej mediów.

 

Dzień po dyskusji z 2006 r. „Trybuna” na czołówce opublikowała artykuł pod znamiennym tytułem: „Ich krwawy idol”. Autor – poseł SLD Piotr Gadzinowski – bajdurzył, że „Łupaszka” miał czynnie zwalczać dążenia niepodległościowe Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, a więc uhonorowanie go miało przeczyć polskiej idei… wstąpienia do UE. A przede wszystkim, że obciąża go śmierć „niewinnych” milicjantów, członków PPR, funkcjonariuszy UB i NKWD. Gadzinowski zarzucał ponadto Szendzielarzowi współpracę z niemieckim okupantem, czego finałem miała być odmowa wzięcia udziału w operacji „Ostra Brama”, mającej na celu wyzwolenie Wilna razem z „bratnimi” oddziałami sowieckimi.

 

Tak samo formułowane oskarżenia, w 1951 r., doprowadziły do zamordowania Szendzielarza katyńskim strzałem w tył głowy w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

 

W III RP słyszeliśmy więc zarzuty rodem z dawnego, „dobrego” stalinizmu. Dobiegają one również z łamów „Gazety Wyborczej”, w ramach „historycznego zbratania” różowych z czerwonymi. A podobno komunistyczna propaganda jest w Polsce zakazana…

 

Tadeusz Płużański

 

Spotkanie autorskie z dr Teresą Kaczorowską

Dr Teresa Kaczorowska, przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, w zawiązku z obchodami Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, zaprasza do udziału w spotkaniu online podczas którego przedstawi swoją ostatnią książkę „Było ich 27”. Jest to reporterska opowieść o niezłomnych 27 dziewczynach Podziemia, które zginęły w Obławie Augustowskiej w lipcu 1945 r.

 

Prezentacja książki nastąpi w Miejskiej Bibliotece w Ciechanowie 3 marca br., rozpoczęcie o godz. 17.00, wydarzenie będzie można śledzić na Facebooku, link TUTAJ.

 

 

REPORTAŻ. Gwałt – wojnę o „Dziennik Wschodni” opisuje TOMASZ NIEŚPIAŁ

Paweł Puzio został nowym redaktorem naczelnym „Dziennika Wschodniego”. Wieloletni dziennikarz tej gazety objął stanowisko w asyście policjantów i ochroniarzy, którzy w sobotę zablokowali dziennikarzom wejście do redakcji. „To całkowite pogwałcenie niezależności dziennikarskiej” – mówią reporterzy Dziennika Wschodniego. Czy jedna z najbardziej opiniotwórczych gazet regionalnych zniknie z rynku? Los „Dziennika Wschodniego” jest w rękach sądu i likwidatora spółki, który wydaje gazetę.

 

Był poniedziałek, 22 lutego, kiedy do dziennikarzy „Dziennika Wschodniego” trafił mail z informacją o odwołaniu wieloletniego redaktora naczelnego gazety Krzysztofa Wiejaka. Nadawcą był Leszek Kukawski, radca prawny, który został ustanowiony likwidatorem spółki Corner Media wydającej „Dziennik Wschodni”.

 

Mecenas Kukawski ogłosił przy okazji, że na stanowisko naczelnego powołuje dotychczasowego zastępcę WiejakaPawła Buczkowskiego. I choć o konflikcie między udziałowcami spółki wydającej „Dziennik Wschodni” słychać już od dłuższego czasu, to w poniedziałkowe popołudnie w redakcji tej gazety zawrzało. – Nie uznajemy tej decyzji – mówili nam na gorąco dziennikarze.

 

Dziennikarze bronią naczelnego

 

Paweł Buczkowski uważa, że mecenas Kukawski nie miał prawa odwołać dotychczasowego redaktora naczelnego i powoływać nowego, ponieważ proces o likwidację spółki Corner Media trwa, a decyzja o ustanowieniu likwidatora jest nieprawomocna. – Takie działanie tylko potwierdza nasze wcześniejsze przypuszczenia, że w całej sprawie chodzi przede wszystkim o zamach na wolność mediów lokalnych – tłumaczy Buczkowski.

 

Nie jestem wrogiem „Dziennika Wschodniego” – przekonuje mecenas Leszek Kukawski. Jak twierdzi, jego celem jest działanie w interesie wszystkich udziałowców spółki. – To nie ja jestem przyczyną ich nieszczęść, tylko skutkiem ich konfliktu – dodaje w rozmowie z portalem sdp.pl.

 

Pracownicy „Dziennika Wschodniego” są jednak nieugięci i już następnego dnia publikują list otwarty, w którym próbę zmiany naczelnego nazywają „uzurpatorską”, a samego Wiejaka określają jako „gwaranta dziennikarskiej wolności słowa, której był wierny pomimo nacisków ze strony Tomasza Kalinowskiego, większościowego wspólnika Corner Media”.

 

Tomasz Kalinowski to lubelski przedsiębiorca, działa m.in. na rynku deweloperskim. On i jego rodzina prowadzą wiele intratnych inwestycji budowlanych w Lublinie i całym regionie. W 2014 roku został większościowym udziałowcem Corner Media.

 

Nigdy nie naciskałem na nikogo z redakcji „Dziennika Wschodniego”. Domagałem się tylko poszanowania moich praw jako wydawcy – komentuje zarzuty redakcji.

 

Z kolei Krzysztof Wiejak mówi nam, że nie kwestionuje wewnętrznego konfliktu w spółce wydającej „Dziennik Wschodni”. – Chcemy tylko, by mecenas Kukawski do czasu uprawomocnienia się postanowienia o likwidacji spółki Corner Media powstrzymał się od działań, które już teraz narażają gazetę i wydawnictwo na problemy, m.in. z kontrahentami, a udziałowców i pracowników, którzy już nie otrzymali pensji za luty, na wymierne straty finansowe – zaznacza.

 

Likwidator w prezencie

 

„Dziennik Wschodni” to jedna z najbardziej zasłużonych redakcji na Lubelszczyźnie. Według danych Związku Kontroli Dystrybucji Prasy w ubiegłym roku średnia sprzedaż dzienna wyniosła ponad 3,2 tys. egzemplarzy. Rekordy śrubuje natomiast strona internetowa gazety. W październiku 2020 roku serwis dziennikwschodni.pl miał ponad 2,8 mln unikatowych użytkowników i prawie 19 mln odsłon.

 

Z kolei w grudniu 2020 roku Dziennik Wschodni był – według badania prowadzonego przez Instytutu Monitorowania Mediów – najbardziej opiniotwórczym medium regionalnym w Polsce.

 

Na czele gazety stoi Krzysztof Wiejak, który z „Dziennikiem Wschodnim” związany jest od 28 lat. Najpierw jako współpracownik, od 1993 roku jako etatowy dziennikarz, a od 2006 roku nieprzerwanie jest naczelnym. – 1 lutego minęło 15 lat kierowania przeze mnie redakcją „Dziennika Wschodniego”. W prezencie dostałem pana podającego się za likwidatora – mówi Wiejak.

 

Aby wyjaśnić genezę konfliktu między redakcją a większościowym udziałowcem spółki wydającej „Dziennik Wschodni”, należy się cofnąć do 2014 roku. Wtedy tytuł zmienił właściciela. Wydawcą gazety została spółka Corner Media. Większość udziałów miał Kalinowski, ale jak sam przyznaje, nigdy nie traktował „Dziennika Wschodniego” jako projektu biznesowego. – Sam zainicjowałem powołanie tej spółki, a redakcji dałem wolność działania. Uznałem to za powinność podzielenia się sukcesem z mieszkańcami regionu. Chciałem ratować zasłużoną dla Lubelszczyzny gazetę – tłumaczy Tomasz Kalinowski.

 

Krzysztof Wiejak woli nie wracać do okresu, w którym zdecydował się na wydawniczy biznes z Kalinowskim. – Gdybym wówczas wiedział to, co dzisiaj, pewnie szukałbym innego inwestora. Ale tamtej decyzji już nie zmienimy – mówi portalowi sdp.pl.

 

Może zabrakło wyobraźni, że prędzej czy później interesy lokalnego biznesmena mogą odegrać w tej sprawie negatywną rolę – analizuje Andrzej Mielcarek, były wydawca i naczelny „Dziennika Wschodniego”.
Z kolei dr Wojciech Maguś, medioznawca z UMCS w Lublinie uważa, że w tamtym momencie trudno było przewidzieć, do czego mogą doprowadzić zmiany właścicielskie w „Dzienniku Wschodnim”. – Redakcja nie ze swojej winy znalazła się w sytuacji, w której postanowiła pracować tak jak dotychczas, ale w nowych warunkach – ocenia dr Maguś.

 

Medialny biznes dewelopera

 

Fakty są natomiast takie, że siedem lat temu Kalinowski miał 58 procent udziałów w Corner Media, a Wiejak z kilkunastoma pracownikami „Dziennika Wschodniego” 42 procent. Wtedy też udziałowcy zastrzegli, że do zmiany władz w wydawnictwie potrzebne jest 75 procent udziałów. Dziennikarze uznali, że to wystarczy, by obronić się przed ewentualnymi naciskami dewelopera na funkcjonowanie redakcji. I przez kilka lat to działało.

 

Problem zaczął narastać w 2017 roku, kiedy okazało się, że znana firma deweloperska – TBV Investment – chce wybudować w Lublinie osiedle na tzw. górkach czechowskich. – W tej sprawie napisaliśmy wiele tekstów, w których prezentowaliśmy argumenty zwolenników i przeciwników tej inwestycji. Nie miałem jednak wątpliwości, że jako gazeta powinniśmy opowiedzieć się po stronie mieszkańców przeciwnych zabetonowaniu zielonych płuc miasta – opowiada Wiejak.

 

Od tamtej pory relacje na linii WiejakKalinowski pogarszały się.
Najpierw były zawoalowane naciski, ale z czasem otrzymywałem od Tomasza Kalinowskiego bezpośrednio lub przez prokurent spółki jasne sygnały, że publikacje „Dziennika Wschodniego” psują interesy jego i jego partnerów biznesowych – wspomina Krzysztof Wiejak.

 

Tomasz Kalinowski zaprzecza, by kiedykolwiek ingerował w niezależność redakcji.
Jeśli tak było, to oczekuję przedstawienie opinii publicznej dowodów – mówi Kalinowski. – Jedyne czego oczekiwałem, to że „Dziennik Wschodni” o każdej sprawie będzie informował rzetelnie. Ale nikt nie liczył się z moim zdaniem.

 

Przedsiębiorca twierdzi, że ze sprawą zagospodarowania górek czechowskich nie ma nic wspólnego. Kiedy przypominamy, że wspólnie z TBV założył inną spółkę, zapewnia, że te sprawy nie mają ze sobą związku.
To jednak nie przekonuje Krzysztofa Jakubowskiego, prezesa Fundacji Wolności, który od początku obserwuje konflikt między przedsiębiorcą a dziennikarzami.

 

Nie mam wątpliwości, że „Dziennik Wschodni” narusza interesy swojego większościowego udziałowca, ale robi to realizując swoją misję. Działanie dewelopera to ewidentna ingerencja w wolność mediów i ograniczanie niezależności dziennikarskiej – mówi portalowi sdp.pl Krzysztof Jakubowski. – Widać dużą determinację biznesmena do pozbycia się osób, które odpowiadały za proobywatelską i proekologiczną formułę gazety – dodaje Jakubowski.

 

Natomiast dr Wojciech Maguś zauważa, że próby nacisku na dziennikarzy to zjawisko powszechne. – Władza zawsze chciała mieć wpływ na media. Szczególnie groźne stało się to w czasach utrzymującego się spadku czytelnictwa i sprzedaży gazet – wyjaśnia dr Maguś.

 

Według niego sytuacja jest bezpośrednio związana z otoczeniem gospodarczym w jakim funkcjonują media lokalne.

O ile w przypadku regionów dobrze rozwiniętych nie ma problemów z pozyskaniem dochodów reklamowych z rynku, o tyle w biedniejszych województwach wydawcy muszą się liczyć z tym, że lokalna polityka i biznes – wykorzystując ekonomiczne uwarunkowania – mogą próbować wpływać na przekaz w mediach – wyjaśnia medioznawca.

 

Przychodzi Kurczuk do Dziennika

 

Naciski na dziennikarzy to jednak nic nowego w „Dzienniku Wschodnim”. W 2004 roku szerokim echem odbiła się sprawa spotkania byłego ministra sprawiedliwości Grzegorza Kurczuka z SLD z Andrzejem Mielcarkiem, który kierował wtedy redakcją. W tamtym czasie Kurczuk, zaliczany do grona „baronów lewicy”, był jednym z najbardziej wpływowych polityków w kraju. Po serii tekstów o SLD w „Dzienniku Wschodnim” Kurczuk zasugerował Mielcarkowi, że jeśli gazeta nie przestanie krytycznie pisać o jego partii, to on użyje swoich wpływów, aby „Dziennika…” nie kupowano i nie zamieszczano w nim reklam. – Byłem wówczas w podwójnej roli: wydawcy i naczelnego. Dobrze wiedziałem, że finansowo gazeta cienko przędła i pieniądze były nam bardzo potrzebne – wspomina dziś w rozmowie z nami Andrzej Mielcarek. Wtedy jednak nie tylko nie uległ naciskom polityka, ale rozmowę z Kurczukiem nagrał i opublikował. Rozpętała się ogólnopolska afera. Sprawą zainteresowała się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a prokuratura wszczęła śledztwo.

 

I choć Mielcarek przyznaje, że decyzja o publikacji nagrań z udziałem Kurczuka nie była dla niego łatwa, to wyszła „Dziennikowi Wschodniemu” na dobre. – To była naprawdę dobra robota, pokazaliśmy wtedy charakter. To dało też siłę całemu zespołowi, bo tamci młodzi dziennikarze zobaczyli, że poza prawem i moralnością w dziennikarstwie nie ma żadnych ograniczeń – mówi Andrzej Mielcarek, który nie ukrywa, że w sporze udziałowców Corner Media kibicuję dziennikarzom. – Tam gdzie krzyżują się interesy mediów i biznesu, prasa zawsze jest w trudnej sytuacji. Jednak w dziennikarstwie podstawową rzeczą jest potrzeba wewnętrznej niezależności oraz poczucie uczciwości i rzetelności wobec samego siebie. Tylko taką postawą buduje się zaufanie czytelników – podkreśla były naczelny „Dziennika Wschodniego”. I dodaje: – Oczywiście, aby sobie na taką postawę pozwolić, trzeba mieć też niezależność ekonomiczną. Ilość zer na koncie nie jest, niestety, bez znaczenia, o czym zespół „Dziennika Wschodniego” boleśnie się przekonał.

 

Pieniądze w tej sprawie nabrały szczególnego znaczenia, kiedy w wyniku konfliktu z Tomaszem Kalinowskim Krzysztof Wiejak nie został wybrany na kolejną kadencję prezesa spółki Corner Media. Kalinowskiemu zabrakło jednak głosów do powołania jego następcy. Powód? Wspomniany już wcześniej zapis o konieczności posiadania 75 procent udziałów do podjęcia takiej decyzji.

 

Tomasz Kalinowski próbował przejąć kontrolę nad Corner Media poprzez sukcesywne skupowanie udziałów od dziennikarzy. W ubiegłym roku doszedł do poziomu 71 procent. Kolejne dwa procent udziałów kupił kilka miesięcy temu od zastępcy WiejakaJerzego Szubieli, który po tej transakcji odszedł z „Dziennika Wschodniego”.

 

Według nieoficjalnych informacji, były zastępca Wiejaka sprzedał swoje udziały za 150 tys. zł.
Dziś Jerzy Szubiela nie chce rozmawiać o okolicznościach odejścia z „Dziennika Wschodniego”. – To była prywatna decyzja – oświadcza w rozmowie z portalem sdp.pl. I dodaje: – Sprzedałem udziały i odszedłem. Postąpiłem uczciwie.

 

Krzysztof Wiejak: – Po tej decyzji nie ukrywałem wielkiego rozgoryczenia i rozczarowania, że mój zastępca, z którym przez lata siedziałem biurko w biurko, złamał naszą niepisaną umowę, że albo wszyscy sprzedajemy udziały, albo nikt. Szubiela wybrał inaczej: jego sumienie – nie moja sprawa.

 

Tymczasem KalinowskiSzubieli mówi w samych superlatywach:

Jurek to bardzo dobry i doświadczony redaktor. Jego odejście z redakcji to duża strata dla „Dziennika Wschodniego”.

 

Jednak to doświadczenie sprawiło, że mniejszościowi udziałowcy – dzisiaj jest to osiem osób, w rękach których jest 27 procent udziałów Corner Media – postanowili się zabezpieczyć przed dalszym skupem udziałów przez Kalinowskiego.

 

Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że podpisali oni umowę, wedle której do sprzedaży udziałów potrzebna jest zgoda pozostałych osób z grupy mniejszościowych udziałowców Corner Media.

 

Tymczasem od marca ubiegłego roku w lubelskim sądzie toczy się proces o likwidację spółki Corner Media, jaki wytoczył jej większościowy udziałowiec, czyli właśnie Tomasz Kalinowski.

 

Pomimo wielokrotnych próśb i oficjalnych wniosków odmawiano mi dostępu do dokumentów finansowych spółki. Jako większościowy udziałowiec nie miałem wiedzy na temat rozliczeń i zawieranych umów – tłumaczy swój krok przedsiębiorca. Przekonuje też, że wielokrotnie chciał polubownie rozwiązać konflikt.

 

Proponowałem, że odkupię resztę udziałów lub odsprzedam im swoje. Nie byli zainteresowani. Nikt nie chciał też słyszeć o tym, że mogę sprowadzić do spółki inwestorów, którzy zagwarantują utrzymanie zatrudnienia i wynagrodzeń pracownikom na okres trzech lat. Dlatego wybrałem drogę sądową – tłumaczy Tomasz Kalinowski.

 

Nigdy spółka nie zatajała przed nim żadnych informacji. Jako wspólnik miał możliwość wglądu do dokumentów i sprawozdań finansowych spółki. W mojej ocenie chodziło o po prostu o pokazanie, kto tu jest najważniejszy – oświadcza natomiast Krzysztof Wiejak.

 

Wolność słowa w licytacji

 

Proces w sprawie przyszłości „Dziennika Wschodniego” trwa. Ostatnio w Krajowym Rejestrze Sądowym przy nazwie spółki Corner Media widnieje dopisek „w likwidacji”.

 

Kilka dni temu Krzysztof Wiejak opublikował post w mediach społecznościowych, w którym zapowiada batalię o gazetę. „Będę walczył o Dziennik Wschodni, bo uważam, że wolności słowa nie można zlicytować, sprzedać panom z wypchanymi portfelami, bo komuś się nie podoba, że mamy swoje zdanie i go bronimy”.

Pod postem widnieje dziesiątki komentarzy, setki „udostępnień” i „lajków”.

 

Decyzja jest w rękach sądu, ale mam nadzieję, że ta sytuacja skończy się pozytywnie dla redakcji, której celem jest zagwarantowanie sobie swobody pracy i niezależności dziennikarskiej – mówi dr Wojciech Maguś. – „Dziennik Wschodni” zajmuje ważne miejsce na medialnej mapie Lubelszczyzny. Jego likwidacja oznaczałaby ograniczenie mieszkańcom dostępu do wartościowych treści. A wielogłos przekazu jest w dzisiejszych czasach wartością nie do przecenienia – podkreśla medioznawca z UMCS w Lublinie.

 

Krzysztof Wiejak liczy się z tym, że do likwidacji spółki dojdzie. – Nie sądzę, że się dogadamy. Ale chciałbym, by ten proces przebiegł zgodnie z prawem, jak najbardziej transparentnie. Mam nadzieję, że „Dziennik Wschodni” trafi w ręce profesjonalnego wydawcy z pomysłem na gazetę i portal, który pozwoli dziennikarzom robić to, co do tej pory robili: pisać prawdę o każdym – mówi dziennikarz.

 

Tymczasem Tomasz Kalinowski nie wyklucza, że jeśli w wyniku postępowania likwidatora „Dziennik Wschodni” zostanie wystawiony na aukcję, to do niej przystąpi.

 

Dlaczego miałby Pan inwestować drugi raz firmę, którą chce zlikwidować? – pytamy z niedowierzaniem. – Bo wciąż wierzę w dziennikarstwo. A cena nie gra roli – oświadcza lubelski deweloper.

 

Epilog?

 

Kolejną odsłonę konfliktu w „Dzienniku Wschodnim” obserwowaliśmy w miniony weekend. W sobotę rano mecenas Leszek Kukawski pojawił się w siedzibie redakcji „Dziennika Wschodniego”, w towarzystwie ochrony. Wymieniono zamki w drzwiach, a dziennikarzy pracujących w gazecie nie wpuszczono do redakcji.

 

Okazało się wtedy, że decyzją mecenasa Kukawskiego nowym naczelnym został wieloletni dziennikarz „Dziennika Wschodniego” Paweł Puzio. – Zgodziłem się przyjąć tę propozycję, by zagwarantować ciągłość wydawania gazety i zapewnić pracownikom wypłaty w poniedziałek – tak Puzio tłumaczył się przed dziennikarzami na korytarzu redakcji. Na miejscu byli już tam policjanci, którzy nie pozwalali wejść dziennikarzom do środka.

 

Część z reporterów próbowała odzyskać swoje rzeczy pozostawione w redakcji. Bez skutku. – To naruszenie możliwości pracy dziennikarza – nie ma wątpliwości Paweł Buczkowski.

 

Dopiero o ustalonych przez mecenasa Kukawskiego porach dziennikarze mogli wejść do środka. Niektórzy z nich – tak jak Agnieszka Mazuś, dotychczasowa zastępczyni redaktora naczelnego – dopiero w niedzielę pojawili się w miejscu swojej pracy. Dla niej był to ostatni taki dzień – dostała bowiem wypowiedzenie z pracy. Redakcję „Dziennika Wschodniego” opuszczała ze łzami w oczach i przy wylewnych pożegnaniach z większością zespołu redakcyjnego.

 

Tomasz Nieśpiał

Możliwy okrągły stół w sprawie podatku od reklam

Wiceminister finansów Piotr Patkowski poinformował o możliwości przeprowadzenia okrągłego stołu z zainteresowanymi podmiotami w sprawie propozycji wprowadzenia m.in. dla mediów opłaty od przychodów reklamowych  

 

Patkowski odpowiadał w tej sprawie w Sejmie na pytania grupy posłów Koalicji Obywatelskiej. Powiedział, że trakcie prekonsultacji  projektu ustawy wpłynęło ponad 150 wniosków z uwagami, które teraz są analizowane.

 

– Po przeprocedowaniu tych analiz przedstawimy ich skutek, mamy też propozycję przeprowadzenia okrągłego stołu z zainteresowanymi podmiotami tak, aby ta ustawa była jak najbardziej optymalna – wyjaśnił wiceminister finansów.

 

Przyznał, że uwagi do proponowanych przepisów często są zasadnicze, ale po to przeprowadzany jest proces prekonsultacji, aby była możliwość udoskonalenia ustawy.

 

– Często też w ramach dyskusji z mediami, także tymi, które przestały działać dwa tygodnie temu dochodziliśmy do wniosku, że być może ta reakcja była przesadzona, że być może ona była na wyrost, ale najważniejsze jest to, że potrafiliśmy się z tymi mediami spotkać i w wielu punktach osiągnąć punkt wspólny – powiedział Patkowski.

 

Wyraził nadzieję, że „uda się przedstawić regulację, z której zdecydowana większość podmiotów medialnych będzie zadowolona”.

 

opr. jka, źródła: PAP/dziennik.pl, fot. Ministerstwo Finansów

 

Sejm przyjął uchwałę w sprawie skazania dziennikarek Biełsatu

Sejm RP przez aklamację przyjął uchwałę potępiającą skazanie przez białoruski sąd na karę pozbawienia wolności dziennikarek Biełsatu.

 

„Sejm Rzeczypospolitej Polskiej wyraża głębokie oburzenie z powodu skazania przez sąd Republiki Białorusi dziennikarek Biełsat TV – Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej na dwa lata pozbawienia wolności” – czytamy w uchwale.

 

„Przekazywanie informacji, także z protestów czy demonstracji należy do kluczowych zadań niezależnych mediów” – przypomnieli posłowie.

 

Sejm uznał wyrok białoruskiego sądu i działania władz, które do niego doprowadziły za „kolejny przykład łamania przez białoruski reżim praw człowieka i obywatela, a przede wszystkim za dowód na kroczący zamach na wolność słowa i wolność zgromadzeń w Republice Białorusi”.

 

Posłowie wezwali władze Białorusi do uwolnienia uwięzionych dziennikarek i wszystkich więźniów politycznych oraz podjęcia prawdziwego dialogu z obywatelami, prowadzącego do powtórzenia wyborów prezydenckich i rozpoczęcia pokojowej transformacji. Zwrócili się również do społeczności międzynarodowej o okazanie solidarności z białoruskim społeczeństwem obywatelskim i wywieranie presji na władze tego państwa, by uwolniły wszystkich więźniów politycznych.

 

Dziennikarki Biełsatu Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa zostały skazane 18 lutego na dwa lata kolonii karnej (pisaliśmy o tym TUTAJ). Protest przeciwko temu skandalicznemu wyrokowi wystosowało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (czytaj TUTAJ). Fundacja Białoruski Dom w Warszawie rozpoczęła zbiórkę podpisów pod petycją do przywódców UE, Wielkiej Brytanii, USA i Kanady. Domaga się w niej zaostrzenia sankcji, które zmuszą reżim Łukaszenki do uwolnienia dziennikarek (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

opr. jka, źródło: sejm.gov.pl, fot.Kancelaria Sejmu/Łukasz Błasikiewicz

 

Nazi razi – satyryczny komentarz KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Pierwsze strony gazet, popularne „jedynki”, powinny przykuwać uwagę czytelników. Najlepiej mundurami nie lubianych armii.

 

Przed laty, tygodnik „W Sieci” apelował do dziennikarzy o zaprzestanie „histerycznej kampanii nienawiści”, w „temacie” pedofilii wśród księży. A na ilustracyjną okładkę trafił redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis, przedstawiony w mundurze żołnierza SS z podpisem: „Prawie jak Goebbels”.

 

A za porównaniami do Goebbelsa nie przepadamy. Nawet naczelny tygodnika „Nie”, bujał się po sądach kilkanaście lat za „Goebbelsa stanu wojennego”.

 

Ale za to chętnie cytujemy. Całkiem niedawno zasłużony opozycyjny dziennikarz Waldemar Kuczyński, wrzucił do sieci rozważania: „Dlaczego ta „demokratyczna” prasa, uzależniona od ośrodków zagranicznych, nie dostrzega, jak wspaniale zmieniamy kraj? Dlaczego nie potrafi dostrzec, jak wiele dają programy socjalne, jak przywracamy moralność po bałaganie stworzonym przez poprzedników?„. Był to cytat, a jakże, z Josepha Goebbelsa z 1934 r.

 

Po latach Jacek Karnowski i „Sieci” mają jednak przeprosić za zdjęcie Tomasza Lisa w nazistowskim mundurze. Po ośmiu latach od publikacji sprawiedliwość zatriumfowała donosiły portale.

 

W tym wszystkim zadziwiające jest to, jak często lubimy odwołania do historii. Przecież już nie najnowszej. Hitler doszedł do władzy w 1933 r., to trochę już minęło. Historycy przypominają też, że Adolf pojawił się na okładce tygodnia „Time” 2 stycznia 1939 r., bo przyznano mu tytuł „Człowieka Roku 1938”. Wojna skończyła się jakieś siedem dekad temu. Lecz to temat wciąż aktualny. Tylko w ostatnim okresie, na szefa wrocławskiego IPN-u mianowano hajlującego historyka. A na rynku bestselerem okazał się Mein Kampf. Właśnie robią kolejny dodruk.

 

Coś jest na rzeczy. Już swego czasu wydawnictwo „The Facto” zauważyło na swojej stronie: „Uwielbiamy literaturę faktu. Niestety, polska oferta wydawnicza w tym segmencie jest uboga – wyjąwszy książki poświęcone biografii Adolfa Hitlera, kobietom Hitlera, zausznikom Hitlera, generałom Hitlera, agentom Hitlera, architektom Hitlera, psom Hitlera, bunkrom Hitlera, diecie Hitlera, zamachom na Hitlera, sojusznikom Hitlera, czołgom Hitlera, tajnym broniom Hitlera, lekarzom Hitlera oraz bieliźnie Goeringa. Bez wątpienia hitlerolog-amator ma w czym przebierać. Gorzej z czytelnikiem, który chciałby odpocząć od wąsików i zmagań na froncie wschodnim”.

 

Czytelnik prasowy odpoczywać jednak nie może i się go razi, nazi grafiką.

 

Niemcy bardziej współczesne, nie stronią od porównań do brunatności. Tygodnika „Stern”, ukazał prezydenta Trumpa w pozie nazisty. Merkel w otoczeniu nazistów na okładce „Der Spiegel”? Nie ma sprawy. Sojusznicza Francja: Macron jak Hitler? Proszę bardzo. Dziennik „Le Monde” o to zadbał i pośpieszył z taką okładką. A co Czechy, miały by być gorsze? W popularnym tygodniku „Refleks”, zamieszczono twarz przywódcy z wąsikiem, do tego czarnoskórą, z bujną afro czupryną.

 

U nas tygodnik „Wprost”, dzierży palmę hitlerowskiego pierwszeństwa. Okładeczka z tytułem: „Niemiecki koń trojański”. A na niej Erika Steinbach w wiadomym mundurze, siedząca na kanclerzu Gerhardzie Schroderze. Jedynka „Heil Lepper” z przewodniczącym Samoobrony w roli głównej, musiała wzburzyć Andrzeja Leppera, który zażądał nawet milion złotych odszkodowania. „Znowu chcą nadzorować Polskę”, a na przodzie nowego wydania tygodnika europejscy politycy pochyleni nad mapą. Merkel w przewodniej roli. O takie tam nawiązanie do słynnej fotografii Hitlera i generałów nad sztabowymi mapami.

 

„Gazeta Polska” również nie chciała pozostać w tyle. Grafika z Donaldem Tuskiem w mundurze nazi. Nie zgadniecie z kim? Bardzo trudne. Bingo. Z Angelą Merkel. Wysiedli z tramwaju z napisem „nur für Deutsche”. No bo z jakiego innego mieliby wyjść? Niepodległość? Krzysztof Stanowski zareagował na tweecie:

 

„1. Oburzaj się na polskie obozy zagłady w mediach.

  1. Popieraj fotomontaż byłego premiera RP w niemieckim mundurze z II WŚ.

Logika?”

 

Wracając jeszcze do sprawy Tomasza Lisa. Wydawca i redaktor naczelny, wbrew wyrokowi temidy, przeprosić jednak nie zamierzają. Bo taki tygodnik „W Sieci” już nie istnieje. „Sieci” jest. Tak jak nie ma takiego miasta Londyn. Jest Lądek. Lądek- Zdrój.

 

Nie wiadomo co na to prawnicy.

 

Ale proszę sobie wyobrazić sytuację, że byliście w gospodzie „U Zdzicha” i zatulili Was tam sałatką jarzynową albo jajkami w majonezie. Uparcie chcieliście odszkodowania za perturbacje gastryczne. I niezawisły sąd je przyznał. Ale uwaga. Gospoda „U Zdzicha” zmieniła nazwę na „Zdzisiek” i może nam Pan skoczyć. Na chochelkę.

 

Albo pozostając w tematyce wojennej. Takie Niemcy, mogłyby nie wypłacać odszkodowań wojennych. Przecież straty i szkody spowodowane przez działania zbrojne, nie zrobił RFN-y tylko III Rzesza. To oczywiste, nieprawdaż?

 

Krzysztof Prendecki

Okładki z konsekwencjami – ks. ARTUR STOPKA o manipulacji wizerunkami osób i symbolami

Sąd apelacyjny wydał ostateczny wyrok w sprawie okładki tygodnika „wSieci” sprzed ponad siedmiu lat. Ci, którzy ją wtedy opublikowali, przegrali. Mają przeprosić i wpłacić określoną sumę na cel społeczny.

 

Ubocznym efektem tego orzeczenia stało się ponowne jej nagłośnienie w mediach, zwłaszcza w internecie. Tysiące ludzi znów zobaczyło (wielu po raz pierwszy) fotomontaż przedstawiający redaktora naczelnego „Newsweek Polska” Tomasza Lisa w mundurze wywołującym jednoznaczne skojarzenia z SS, z zakrwawionym różańcem w ręce, z napisami „Prawie jak Goebbels” i „Nagonka na Kościół. Czy zatrzymają się, dopiero gdy zaczną ginąć księża”. Zresztą przypomniał ją sam Lis, udostępniając w mediach społecznościowych.

 

Jednak istotą wspomnianego wyroku jest wyraźne stwierdzenie, że są sytuacje, w których rozpowszechniane w mass mediach treści, w tym przedstawienia graficzne, przekraczają dopuszczalne granice ekspresji. Zmultiplikowane za pomocą środków technicznych obraz i napis mogą naruszać czyjeś dobra. W tym przypadku dobra osobiste konkretnego człowieka. I nie ma znaczenia, że jest on osobą publiczną, a w dodatku dziennikarzem i człowiekiem odpowiedzialnym za zawartość jednego z czasopism. Czasopisma, które też pod jego kierownictwem publikowało wywołujące kontrowersje okładki, używając wizerunku autentycznych osób. Wystarczy przypomnieć okładkę z kwietnia 2012 r., przedstawiającą Antoniego Macierewicza jako taliba i wielkie litery układające się w słowo „Amok”.

 

W zestawieniach uznawanych za najbardziej kontrowersyjne okładek czasopism opublikowanych w Polsce w minionych dziesięcioleciach można zobaczyć twarze wielu polityków, zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Jest jednak niejednokrotnie kwestią trudną do jednoznacznego ustalenia, na ile intencją ich wmontowania w określone konteksty graficzne ma na celu obrażenie ich, a na ile chodzi po prostu o wyrazisty przekaz, w jaki sposób ich działania są odbierane przez część społeczeństwa, w tym przez autorów publikowanego materiału. Natomiast jako coraz bardziej uzasadnione jawi się pytanie, czy w ogóle możliwe jest, wykraczające poza subiektywny odbiór, odkrycie faktycznego zamiaru przyświecającego twórcom i dystrybutorom tego rodzaju treści medialnych.

 

W jeszcze większym stopniu aktualność tego rodzaju pytań widoczna jest w przypadku wywołujących kontrowersje okładek lub zbliżonych do nich w wymiarze wizualnym i funkcjonalnym materiałów, które odwołują się do sfery religijnej. Na podstawie jakich kryteriów ustalić, czy dwie grafiki, wykorzystujące wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z dodatkiem maski, są rzeczywistym i zamierzonym naruszeniem uczuć religijnych?

 

Pierwszy z tych wizerunków pojawił się w roku 1994 w tygodniku „Wprost” i wywołał wtedy ogromny wstrząs. Przedstawiał Jasnogórską Ikonę, jednak twarze Maryi i Jezusa zasłaniały maski gazowe. W ten sposób na okładce zapowiadano zamieszczony w numerze raport na temat zanieczyszczenia powietrza. Po ponad dwudziestu latach to samo czasopismo stwierdziło, że materiał odnoszący się do stanu środowiska nie odbiłby się tak szerokim echem, gdyby nie okładkowe hasło „Śmierć w powietrzu” i wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z Dzieciątkiem w maskach gazowych.

 

Drugi budzący wiele kontrowersji materiał, który wykorzystywał motyw Matki Boskiej i maski, opublikowano niedawno, tuż przed ubiegłorocznymi świętami Bożego Narodzenia. Choć faktycznie znalazł się on na drugiej stronie papierowych „Wysokich Obcasów”, to jednak funkcjonuje, jak okładka. Potwierdza to nie tylko internetowa wyszukiwarka, ale także wypowiedzi wielu osób. W tym przypadku chodzi nie o fotomontaż, lecz dzieło znanej malarki. Odwołuje się ono do wizerunków Matki Bożej kojarzonych z objawieniami maryjnymi. Postać na obrazie wyposażona została w dwa dodatkowe atrybuty – czarną parasolkę oraz związaną z pandemią maseczkę, również czarną, ozdobioną jednoznacznie dzisiaj rozumianym symbolem Strajku Kobiet. W globalnej sieci grafika upowszechniana była z dopiskiem: „Nawet Matka Boska założyła maseczkę z błyskawicą”.

 

Łatwo zauważyć, że w obydwu tych publikacjach wizerunek Matki Jezusa Chrystusa potraktowany został instrumentalnie. Chodziło o wywołanie kontrowersji i zwrócenie uwagi na konkretne treści zawarte w czasopiśmie.

 

Jednak było coś jeszcze. Obydwie były też uderzeniem we wrażliwość pewnej grupy ludzi, co ważne, niekoniecznie zaliczających się do docelowych i rzeczywistych odbiorców danego periodyku. Na ile świadomie i z premedytacją redakcje wykorzystały ich w celu nagłośnienia treści danego numeru? Jak tego rodzaju zabiegi marketingowe mieszczą się w etosie dziennikarza oraz właściciela lub dysponenta mediów? Te same pytania trzeba postawić, gdy w sposób przedmiotowy na okładkach lub w zbliżonych do nich funkcjonalnie materiałach graficznych traktowani są politycy, dziennikarze, przedstawiciele rozmaitych grup społecznych i zawodowych itp.

 

Oprócz narzędziowego wykorzystania osób lub symboli, konsekwencją tego rodzaju materiałów graficznych jest budowanie i utrwalanie w świadomości odbiorców (także tych „przypadkowych”, którzy zazwyczaj nie mają kontaktu ze stosującym zabieg tytułem medialnym) pożądanych przez redakcję skojarzeń pozytywnych (rzadziej) lub negatywnych (częściej). To kreowanie wizerunku konkretnych ludzi (jak np. w przypadku Tomasza Lisa w hitlerowskim mundurze) lub całych grup (jak w przypadku całujących się księży na okładce „Newsweeka Polska” kilkanaście lat temu). Odbywa się ono bez ich zgody, a często przy zdecydowanym sprzeciwie, ponieważ nie jest to image, z którym się identyfikują i niejednokrotnie jest po prostu całkowicie nieprawdziwy.

 

Wyrok w sprawie okładki z Tomaszem Lisem, wydany po prawie ośmiu latach od jej opublikowania, a także fakt, że zaraz po orzeczeniu on sam po raz kolejny rozpowszechnił tamten swój zmanipulowany wizerunek, pokazują, że walka z tym zjawiskiem ma sens wyłącznie w sferze uzyskiwania satysfakcji przez potraktowanych przedmiotowo i pognębienia tych, którzy decydują się na publikowanie kontrowersyjnych grafik. Przed laty ks. Józef Tischner skomentował ostre protesty paulinów z Jasnej Góry przeciwko instrumentalnemu wykorzystywaniu w mediach wizerunku Maryi. „Obrazili Matkę Boską, a przeprosić będą musieli przeora” – zauważył celnie.

 

Problem manipulowania wizerunkami osób i symbolami (nie tylko religijnymi) dzisiaj dotyczy już nie tylko publikacji w czasopismach. W dobie internetowych memów, które może anonimowo tworzyć każdy, gdy ma na to ochotę, a także coraz szerszego dostępu do technologii deepfake, walka z tym zjawiskiem będzie coraz trudniejsza. Miejmy nadzieję, że będzie jednak sprzątaniem stajni Augiasza, a nie syzyfową pracą.

 

Ks. Artur Stopka