Internet skręcił w złą stronę – rozmowa z MICHAŁEM DYDYCZEM, prezesem Polskiej Partii Piratów

Facebook, Twitter, Instagram nazwały się mediami społecznościowymi, ale nimi nie są. Wrzucamy tam treści i już nie mamy na nie wpływu. Jesteśmy tam po to, by dawać komuś target profili i umożliwić innym dystrybuowanie do nas reklam, czy określonych treści. To w zasadzie duże domy medialne, a nie media społecznościowe – mówi  Michał Dydycz, prezes Polskiej Partii Piratów, aktywista, zwolennik Ruchu Wolnego Oprogramowania w rozmowie z  Aliną Bosak.

 

Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy połączyłeś się z Internetem?

 

Tak. W roku 1995. Internet wyglądał zupełnie inaczej. Nie zastępował jeszcze innych narzędzi do zdalnej komunikacji. Pod tym względem większe „branie” miało wtedy CB radio. W sieci komunikacja dopiero raczkowała. Wychowałem się na kanałach IRC-owych. Znacznie później weszło ITCube, Gadu-Gadu.

 

Co ci się podobało wtedy w Internecie?

 

Łatwy dostęp do informacji. Możliwość rozwijania zainteresowań związanych właśnie z komputerami, siecią. Mogłem sięgać do źródeł za granicą, wymieniać się wiedzą z ludźmi na całym świecie. W tamtym momencie większość populacji jeszcze nie korzystała z Internetu. Z tego powodu było to narzędzie bardziej elitarne niż powszechne.

 

Na długo przed Wielką Czwórką: Google, Apple, Facebook, Amazon…

 

Google jeszcze nie istniało. Do wyszukiwania służyły wyszukiwarki jak AltaVista i wiele innych. Rynek nie był zmonopolizowany i tak scentralizowany jak dziś. W Internecie panowała różnorodność. Jeśli nie znajdowałem informacji w jednym miejscu, szukałem jej za pomocą innego narzędzia, innej wyszukiwarki. Nie mówiło się jak dziś, że jeśli nie ma czegoś w Google, to tak jakby coś nie istniało. Strony nie były tak pokatologowane, poindeksowane jak obecnie przez wielkich monopolistów. Do większości informacji docierało się dzięki linkom, jakie znajomi udostępniali na grupach dyskusyjnych.

 

Wyobrażałeś sobie, jakie zagrożenia może nieść nowe medium?

 

Widziałem je głównie w uzależnieniu. Kiedy w 2000 roku, w Polsce zaczął się internetowy boom, bo infrastruktura operatorska zaczęła być dostępna cenowo dla przeciętnego Kowalskiego, sieć zaczęła coraz bardziej wciągać. Sam siedziałem przed komputerem całe noce. Znałem ludzi, których w IRC spotkać można było o każdej porze – pierwsze symptomy, czym może być Internet.

 

Na pewno zachwycał nieograniczonym dostępem do wiedzy. Pamiętam pierwszy dziennikarski research w Internecie. Znalazłam tylko jeden tekst z szukanym słowem kluczowym, a i tak byłam wniebowzięta.

 

Nieliczne teksty, które wtedy znajdowaliśmy w sieci, były bardzo wiarygodne. W pierwszym okresie rozwoju Internetu powstawało wiele rzetelnych stron branżowych. Świadomość, że piszę coś, co może przeczytać cały świat, sprawiała, że pierwsi użytkownicy czuli dużą odpowiedzialność za to, co umieszczają w sieci. Chociaż mówiło się, że Internet to źródło piractwa, kradzież treści nie była plagą jak dziś.

 

Internet kojarzył się z wolnością. Dlatego od początku byłeś fanem Linuxa i wolnego oprogramowania? Przy tym, jak Windows rozpanoszył się w komputerach na całym świecie, wydaje się, że to przegrana sprawa.

 

Nie zgodzę się. Linuxem jest dziś napędzanych więcej urządzeń niż innymi systemami operacyjnymi. Zagościł w tunerach telewizyjnych, telefonach z Androidem. Na tym systemie pracuje powyżej 95 proc. serwerów. Aplikacje Linuxowe można uruchomić nawet pod Windowsem 10. Od początku byłem orędownikiem Linuxa. System miał charakter otwarty i budowały go setki osób. Taka połączona wiedza, wiedza  społeczna, stanowi wielką siłę i sprawia, że na rozwój Internetu, a więc i rozwój świata ma wpływ wielu ludzi.

 

Jednak w naszych laptopach rządzi Microsoft i Apple.

 

Skazaliśmy się na monopolistów. Do szkół wprowadzono komputery z Windowsem i od małego przyzwyczaja się społeczeństwo do jednego systemu.

 

Mimo to w ostatnich miesiącach nie monopol Microsoftu zaniepokoił miliony ludzi, ale ograniczanie wolności słowa przez media społecznościowe. Zablokowanie konta Donalda Trumpa na Twitterze wywołało ostre spory, co w sieci wolno, a co nie. Okazuje się, że kiedy Internet przestał być elitarny, stał się powszechny, dostępny dla wszystkich i przez to zdawałoby się demokratyczny, wolność słowa zaczęła być dyskusyjna?!

 

Internet jest dziś mniej demokratyczny niż był na początku, kiedy więcej do powiedzenia w jego funkcjonowaniu i wprowadzaniu standardów miały różne społeczności, instytucje naukowe, rozmaite podmioty, które nie posiadały monopolu. Podejście wielu projektów było wtedy bardziej naukowe niż komercyjne. A co do tzw. mediów społecznościowych, to tę nazwę zawłaszczyły, nie mając nic wspólnego z sieciami społecznościowymi. Idea takiej sieci polega na tym, że tworzy ją społeczność, która decyduje o jej zawartości i nią zarządza. I tę ideę realizuje np. diaspora  – sieć społecznościowa, którą każdy może założyć i użytkować, nie może być przejęty przez korporacje oraz reklamodawców. Używając Diaspory, pozostaje się właścicielem własnych informacji i nie musi się przekazywać praw do nich żadnej korporacji. Facebook, Twitter, Instagram nazwały się mediami społecznościowymi, ale nimi nie są. Wrzucamy tam treści i już nie mamy na nie wpływu. Jesteśmy tam po to, by dawać komuś target profili i umożliwić innym dystrybuowanie do nas reklam, czy określonych treści. To w zasadzie duże domy medialne, a nie media społecznościowe. Wykorzystały one rozwój technologiczny i wejście Web 2.0, rozpoznały potrzebę ludzi i udostępniły platformę, która przynosi duże zyski. Użytkownikom wydaje się, że dostali coś za darmo, tymczasem oddali swoje prawa i prywatność. W najpopularniejszych serwisach społecznościowych tracimy prawa autorskie majątkowe. Nie powinniśmy w tym kierunku iść.

 

Ale jakie jest wyjście? Dziś każdy dziennikarz musi śledzić Twittera. To tam pierwsze newsy publikuje premier, rząd, poszczególne ministerstwa, politycy, gwiazdy sportu, kina itd.

 

Twitter sam się nie stał obowiązkowy. Pomogła mu w tym chociażby władza. Jeśli rzecznik rządu zapowiada coś ważnego właśnie tam, a nie na stronie Kancelarii Premiera, to przyciąga użytkowników na komercyjną stronę, a nie na rządową. Kiedyś funkcjonował w Internecie czytnik RSS. Każdy mógł zainstalować taką aplikację, dać linki do stron, które go interesują, i na monitorze komputera wyświetlały się wszystkie nowe nagłówki, jakie się na nich ukazywały. To świetnie funkcjonowało do chwili, kiedy masowo zaczęto korzystać z Facebooka, Twittera itp. portali. RSS było świetną formą komunikacji, ponieważ właścicielem treści pozostawał portal, na którym się publikowało. W Twitterze właścicielem każdego konta jest Twitter, więc może je usunąć. Przenieśliśmy cały ruch do Twittera, Facebook i YouTube’a wyłącznie z lenistwa i wylobbowanej mody. Od rządu po właścicieli prywatnych portali wszyscy umieszczali na swoich stronach zachętę: Polub nas na Facebooku. Sami targetowaliśmy naszych odbiorców z przestrzeni, którą zarządzaliśmy, do miejsca, w którym poza akceptacją regulaminu nie mamy nic do gadania.

 

Owszem, ale jest też druga strona medalu. Kiedy chcę, aby moja informacja dotarła do szerszego grona niż to, które odwiedza moją stronę, szukam agory, gdzie jest cały tłum. Dlatego Trump zanim ruszył z kampanią prezydencką złożył konto na Twitterze, a potem stał się ofiarą tego samego Twittera, chociaż zamysł na początku wydawał się dobry.

 

Polakom wydaje się, że era Facebooka czy Twittera powstała 7-8 lat temu. A te platformy działają na Zachodzie o wiele dłużej. Twitter upadał, potem został przejęty, nastąpiła jego reaktywacja. Te platformy nie były od razu tak duże i popularne jak dziś. W Polsce też nie od razu stały się potentatami. Pamiętam ten moment, kiedy wydawało się, że Twitter już czas zamykać.

 

Twittera pomagały promować także media. To dla nas świetne narzędzie. Gdzieś następuje wybuch wulkany, a ty w parę chwil znajdujesz świadka, który Ci o nim opowie z drugiego końca świata i jeszcze za darmo udostępni zdjęcie. Wszyscy wpadali w tę pułapkę.

 

Owszem, jej siłą od początku był międzynarodowy charakter i funkcjonalność. Przyznaję, łatwiej było to zainstalować niż RSS. Twitter wstrzelił się także w nowe czasy, kiedy z nadmiaru informacji wielu ludzi ogranicza się do czytania tytułów i nagłówków. Na TT mają newsy w formie jednego zdania.

 

Jak każde narzędzie i to jest wykorzystywane przez wszelkiej maści służby, wywiady i architektów umysłów.

 

Media zawsze były czwartą władzą, a służby lubiły inspirować różne artykuły. We wzorcowym demokratycznym kraju – USA – w czasie II wojny światowej cenzura była większa niż dziś w stronniczych mediach. Już w 2013 roku ostrzegałem przed taką aferą, jak Cambridge Analitics, i przed programowaniem społeczeństw. Mówiłem o profilowaniu, o tworzonych naszych tożsamościach cyfrowych, wpływie na opinie. W Internecie jesteśmy bardziej naturalni niż w realnym świecie. Wydaje nam się, że nikt nas nie widzi, że z kliknięcia ze strony na stronę nic nie da się wywnioskować. Tymczasem technologia poszła w tę stronę, że nasze kliknięcia są towarem. Z naszych kliknięć domy mediowe jak Facebook, Twitter, Instagram, Google, robią produkt. Nasz profil jest sprzedawany reklamodawcom. Nie mając świadomości tego, zachowujemy się naturalnie. W Internecie otworzymy książkę, po którą przy sąsiedzie byśmy nie sięgnęli. Wspomniane platformy zaś przestały być demokratyczne, to biznesy nastawione na zysk, a nie podmioty zainteresowane budowaniem społeczności.

 

Narzekają zatem właściciele kont – Facebook tnie nam zasięgi…

 

Zasięg oznacza zajęcie mocy serwera i koszt. Dawanie organicznego zasięgu za darmo nie wchodzi w grę. To się musi opłacać – chcesz być widoczny, to zapłać za reklamę.

 

Czy zamykanie konta Trumpa to był zwykły biznes, czy polityka?

 

Biznes. To nie są konta dla społeczności.

 

A jednak opinie na temat zamknięcia jego konta spolaryzowały się na wzór poglądów politycznych. Czy Twoim zdaniem można zamykać konto, uzasadniając, że jego właściciel podżega do przemocy, a blokowanie jest powodowane dobrem społecznym?

 

Z jednej strony wkurzało mnie to, że ludzie uważają stosujące blokadę media za społecznościowe i nie zauważają iluzji, jakiej ulegli. Myślą, że konta, to, co w nich umieszczają, jest ich własnością. A tymczasem nie jest – należy do platformy, ona tym zarządza i „sprzedaliśmy” jej to. Jeśli to byłyby media społecznościowe, każdy miałby prawo  w nich się wyrazić. A o tym, czy przekroczył granice, rozstrzygałyby sądy. W normalnym demokratycznym kraju i normalnej przestrzeni cyfrowej, orzekać powinien sąd. Mamy różną wrażliwość. Jeśli ktoś przeklnie w Internecie, jeden się obrazi, inny potraktuje to jako zwykłą rozmowę z różnicą zdań.

 

Kiedy pędzi tłum podżegany przez kogoś w Internecie, czekanie na decyzję sądu może doprowadzić do tragedii.

 

Okej. Ale zgodziliśmy się na swobodę komunikacji w Internecie. Nie wyobrażam sobie, aby prywatny podmiot egzekwował, czy stanowił prawo. We wspomnianej sytuacji taki podmiot autorytarnie zdecydował, że dana treść może spowodować pucz. Ale ten podmiot nie jest uprawniony do orzekania w tej sprawie.

 

A gdyby robił to we współpracy z rządem swojego kraju? Czy władza może działać prewencyjnie w takich sytuacjach? Po wydarzeniach na Kapitolu, w Kanadzie rozpoczęto prace nad przepisami, które pozwolą karać media społecznościowe za udostępnianie treści, które rząd uzna za nielegalne. Być może wtedy takiemu ruchowi jak QAnon, oskarżanemu o podżeganie do ataków na Kapitol, nie udałoby się zmobilizować tłumu?   Znając jednak skalę manipulacji, jakiej poddawani są ludzie w sieci, można stwierdzić, że to w równej mierze narzędzie wolności, jak i zniewolenia. Obawy rządów o to, że np. ktoś z zewnątrz może organizować duże grupy społeczne dla celów zagrażających bezpieczeństwu państwa nie są bezpodstawne.

 

Rzeczywiście, QAnon wykorzystuje do politycznych celów ideę Anonymous. To akurat sposób bojówek Trumpa na budowanie szerokiego ruchu społecznego. Ale takie grupy w Internecie zawsze się organizowały. To jednak nie uzasadnia cenzury. Tym bardziej, że sieci, które cenzurują, nie są społecznościowe, ale należą do prywatnych firm, które nie tworzą tych mediów w sposób transparentny. Dlaczego jestem zwolennikiem Linuxa? Bo tu każdy może przejrzeć kod źródłowy, a jeśli zobaczy zagrożenie, to może zaproponować społeczności poprawkę. W przypadku Facebooka, Twittera, społeczność nie ma takiej kontroli. Zresztą służby, różne państwowe instytucje, także nie mają dostępu do tej wiedzy. Nie wiemy, jakie są intencje zarządu, właściciela firmy. To poważny problem.

 

Jak go rozwiązać?

 

Zacząłbym od tego, że dane każdego użytkownika korzystającego z takiej platformy, mają pozostać jego własnością. To powoduje, że każdy człowiek, posiadający dane, z których korzysta platforma, odpowiada za nie. Chodzi o bezpośrednią odpowiedzialność. Wtedy, widząc takiego użytkownika, nie zwracalibyśmy się do platformy o jego zablokowanie, ale zgłaszając sprawę do sądu moglibyśmy pozbawić takiego człowieka dostępu do różnych platform. W sytuacjach szczególnie drażliwych prokuratura z dnia na dzień może zablokować profil, wezwać do zaprzestania czegoś. To działałoby także na korzyść użytkowników. Będąc odpowiedzialnymi za treści, mieliby silny mandat do tego, by żądać od platform przejrzystości działania: „Dam wam swoje dane, ale pokażcie mi, co z nimi robicie”. Nie bylibyśmy zakładnikami platform. To one musiałby się starać, by dostać nasze dane i na nich zarobić. W chwili obecnej najmniejszy nawet portal wymienia w „Polityce prywatności” litanię podmiotów korzystających z twoich danych. Bo trzeba tych meta danych zebrać jak najwięcej, by systemy sztucznej inteligencji mogły się uczyć i optymalizować algorytmy. Dajemy gratis różnym serwisom masę informacji, aby ktoś znów mógł wygenerować jakiś kod, system typu Facebook. Dziś profile, metadane użytkowników nie są ich własnością. Dopóki w ten sposób będziemy rozumieć funkcjonowanie Internetu, dopóty będziemy mieć problem z Twitterami, Facebookami i tym, że Internet nie będzie demokratyczny. On przestał być demokratyczny w chwili, kiedy oddaliśmy się w ręce monopolistów. Pozwoliliśmy na powstanie monopoli, których metody funkcjonowania są poza kontrola społeczną. To instytucje transgraniczne i żadne państwo nie ma na nie wpływu.

 

Mimo to, państwa próbują. Resort Zbigniewa Ziobry, Ministerstwo Sprawiedliwości, chciałby na przykład powołać Radę Wolności Słowa, która rozpatrywałaby skargi polskich użytkowników na platformy społecznościowe. Miałaby ona nakładać wysokie kary – nawet do 50 mln zł.

 

Żadna taka regulacja rządowa, czyli kolejny urząd, próbujący coś kontrolować, przy tej ilości użytkowników nie będzie skuteczny, wręcz przeciwnie – także zagraża wolności słowa. Nie pomoże również zastosowanie sztucznej inteligencji do kontrolowania Internetu. Media społecznościowe mają szansę na wolność słowa i bezpieczeństwo, kiedy będą transparentne i kontrolowane przez tworzącą je społeczność – kiedy skończy się ukrywanie i zasłanianie tajemnicą dla dobra firmy. Jedyny skuteczny sposób, to jawność. W latach 20. XX wieku Ford powiedział, jeżeliby ludzie wiedzieli jak działa system bankowy, wybuchłaby rewolucja. Jestem przekonany, że gdyby ludzie rozumieli, jak działa dziś Internet, chcieliby go w rewolucyjny sposób przebudować.

 

Systemu bankowego nic nie rozwaliło, a Internet ma coś zmienić? Bo przepisy Digital Service Act proponowane przez Komisję Europejską, które skupiają się na usuwaniu niedozwolonych treści z Internetu, idą w tę stronę, którą krytykujesz.

 

Krytykuję, ponieważ te regulacje to płakanie nad rozlanym mlekiem. I dosyć kontrowersyjne pomysły, typu: Polak zgłasza znalezienie niewłaściwej treści w serwisie Hiszpana i ten ma je usunąć. W drugą stronę – Hiszpan będzie mógł kontrolować Internet w Polsce. I to bez pośrednictwa sądów, wyroków itp. To przecież chore. W ten sposób znowu stwarzamy możliwość manipulacji informacjami.

 

Przełamanie monopolu FB, TT, Instagrama, Google, jest możliwe?

 

Powstają prawdziwe media społecznościowe, jak wspomniana na początku diaspora. Takie media tworzone są przez wolnościowców. Na razie małe, ale wzrastające. Jeśli chcesz, możesz się w nie włączyć z małym, postawionym w domu serwerem, więc kiedy wyciągniesz wtyczkę, to cię w sieci po prostu nie będzie. Są różne modele funkcjonowania w Internecie, które pozwalają zachować kontrolę nad swoimi danymi.

 

Dla milionów ludzi intelektualnym wysiłkiem było odnalezienie się na jednej społecznościowej platformie, a ty mówisz o wgłębianie się w tajniki niszowych rozwiązań?

 

Są równie łatwe, tylko nierozreklamowane. To kwestia edukacji. Już na poziomie szkół trzeba wskazywać alternatywy, możliwości. Ważne, aby ich było wiele, aby był wybór.

 

Bo taka alternatywa, jak np. autonomiczne sieci w Chinach, nie są ostoją wolnego słowa?

 

Nie jestem zwolennikiem Internetu kontynentalnego. Teraz idzie to w tę stronę – zamykanie Internetu za pomocą różnych jurysdykcji prawnych na różnych kontynentach. Powinny powstać organizacje międzynarodowe, które będą rozważać zagrożenia, wpływać i kształtować rozwój Internetu. Mogliby je tworzyć ludzie nauki, osoby wywodzące się z ruchów społecznych, jak Creative Commons czy Wikipedia.

 

Wikipedia to rzeczywiście bardzo jasny punkt w historii Internetu. Właśnie obchodzi 20-lecie i jest przykładem, że społeczność internetowa może stworzyć coś bardzo wartościowego.

 

Tak. To przykład demokratycznego Internetu i demokratycznego podejścia do społecznej własności. Odpowiada za nią fundacja, działając w sposób bardzo transparentny. Jawny jest kod portalu, każdy może zobaczyć historię zmian i powstawania definicji każdego pojęcia. Internauci nawzajem się cenzurują, sprawdzają, i w efekcie powstaje wartościowy portal.

 

A więc można.

 

Można. Dlatego teraz, kiedy zobaczyliśmy, w jakie kłopoty zabrnęliśmy, rozwijając Internet, musimy zrobić dwa kroki w tył. Zacząć budować od nowa, nawet, jeśli niektórzy na tym stracą. Cerowanie, jakie teraz uprawiamy, zagraża demokracji. Fundamentem demokracji i wolność słowa jest równy dostęp do wielu rzeczy i takie same prawa. Ludzie różnią się opiniami i w dyskusji przekonują się do swoich racji. Jeśli zaczniemy ograniczać wolność wypowiedzi, zabrniemy w ślepy zaułek. Owszem, jest granica i zasady funkcjonowania w społeczeństwie, musimy chronić słabsze jednostki, bardziej wrażliwe. Ale z ograniczaniem prawa do wypowiedzi naprawdę trzeba uważać.

 

Tekst ukazał się w numerze 1/2021

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

Jest potencjał – ks. ARTUR STOPKA o „mediach katolickich”

Opracowany przez Katolicką Agencje Informacyjną raport „Kościół w Polsce” został opublikowany 5 marca br. Znalazła się w nim część poświęcona „Mediom katolickim”. Podczas jej lektury można odnieść wrażenie, że choć wspólnota katolicka w naszej Ojczyźnie nie należy w tej sferze do potęg, to jednak trudno ją zaliczyć do „ubogich krewnych”. Raport daje poczucie sporych możliwości. Rodzi jednak pytania o stopień ich wykorzystania.

 

Niejako „przy okazji” (i najprawdopodobniej w sposób niezamierzony) raport KAI (można go przeczytać TUTAJ) przypomina o problemie, który nie tylko w Polsce był już wielokrotnie sygnalizowany. Chodzi o nieprecyzyjność samego pojęcia „media katolickie” i nieostre kryteria, według których poszczególne czasopisma, rozgłośnie, stacje telewizyjne lub serwisy internetowe są do nich zaliczane. Właśnie tymi dwoma słowami „Media katolickie” zatytułowano w raporcie część o środkach przekazywania treści i międzyludzkiej komunikacji, po czym zamieszczono w niej m. in. miesięcznik „Znak”, o którym jego redaktor naczelna mówi, że „nigdy nie był pismem ściśle katolickim” oraz Polsat Rodzina, którego szef również zastrzega, że „nie jest kanałem stricte konfesyjnym, ale przede wszystkim rodzinnym”.

 

Być może jakimś porządkującym nieco tę kwestię rozwiązaniem byłoby w przyszłości wyraźniejsze wskazanie, które media są od strony formalnej własnością różnych kościelnych instytucji, które mają jednoznaczną akceptację Kościoła, a które są po prostu redagowane przez katolików, starających się za ich pośrednictwem wypełnić swoje zadanie misyjne, na które wielki nacisk w odniesieniu do wszystkich członków Kościoła (świeckich i duchownych) kładzie nacisk papież Franciszek.

 

Wygląda na to, że sama konstrukcja „medialnej” części raportu KAI odzwierciedla ugruntowany w Kościele katolickim w Polsce sposób myślenia o będących w zasięgu jego możliwości mediach. Już w leadzie, stwierdzającym, że rynek mediów katolickich w Polsce jest bardzo zróżnicowany i pluralistyczny, dzięki czemu ich oferta trafia zarówno do ludzi wierzących, jak i poszukaujących, jako pierwsze wymieniono cztery ogólnopolskie tygodniki.

 

Są to periodyki sprzedawane przede wszystkim w parafiach po niedzielnych Mszach świętych. To w ogromnym stopniu definiuje ich odbiorcę i zawartość merytoryczną. Są to czasopisma skierowane do wierzących i praktykujących, umacniające wiarę, religijność, pomagające prowadzić życie zgodne z głoszonymi przez Kościół zasadami. Chociaż są one dostępne także w kolportażu pozaparafialnym, to jednak nie tam wydawcy upatrują swych głównych czytelników. Obrazowo można powiedzieć, że widać w nich nastawienie raczej na troskę o te owieczki, które wciąż są w stadzie, niż o te, które zagubiły się lub brykają gdzieś po obrzeżach Kościoła. W jeszcze mniejszym stopniu zajmują się „łowieniem ludzi”, które jako zadanie apostolskie wskazywał Jezus Szymonowi-Piotrowi.

 

Żeby było jasne – zadanie, które wykonują wspomniane tygodniki jest bardzo ważne. Jezus stawiał również tę misję przed Szymonem-Piotrem, polecając mu: „Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci”. Byłoby nierozsądne zakładanie, że szukanie zaginionych owieczek i przyprowadzanie nowych jest równoznaczne z pozbawieniem opieki i pożywienia tych, które trwają w stadzie. Takie periodyki są Kościołowi w Polsce bardzo potrzebne. Pytanie jednak, czy to one już w nieodległej przyszłości, okażą się jego głównym narzędziem medialnym.

 

W wypowiedziach cytowanych w poświęconej mediom części raportu „Kościół w Polsce” bardzo często dostrzec można świadomość rosnącej potrzeby obecności w świecie cyfrowym. Przejawem tych tęsknot jest nie tylko fakt omawiania w raporcie czterech tygodników od razu z ich internetowymi przybudówkami, ale także fakt umieszczenia „największych katolickich portali” na trzecim miejscu, zaraz po zaprezentowaniu samej Agencji i jej sieciowego aneksu.

 

Przedstawione w raporcie dane, w połączeniu z opublikowanymi niedawno w jednym z serwisów o mediach informacjami na temat malejącej oglądalności katolickich witryn oraz w zestawieniu z niektórymi zamieszczonymi w opracowaniu wypowiedziami pokazują, że do odtrąbienia sukcesu na tym polu przez wspólnotę katolicką w naszym kraju jest jeszcze daleko. Można odnieść wrażenie, że duża część istniejących serwisów rywalizuje między sobą o tę samą lub zbliżoną grupę odbiorców, dość dobrze zakorzenionych w Kościele.

 

W sferze deklaracji niektóre portale internetowe wyrażają chęć docierania również na obrzeża, na peryferia, do zniechęconych, wątpiących i poszukujących. Jednak, jak przyznał jeden z szefów omówionych w raporcie internetowych dzieł, nie za bardzo im to wychodzi. W tle tej kwestii jest sprawa wielkiej wagi, a mianowicie docieranie z katolickimi treściami do młodych. Gołym okiem widać, że niemal wcale nie ma ich w polskich świątyniach na niedzielnych Mszach świętych. Wydawałoby się, że oprócz szkolnej katechezy to właśnie internet jest właściwą drogą. W świetle raportu KAI nic jednak nie wskazuje na to, aby w znaczącym stopniu i skutecznie była ona przez Kościół w naszej Ojczyźnie wykorzystywana. To przestrzeń do pilnego dostrzeżenia, docenienia i zagospodarowania. Teren bardzo trudny, ale dalsze lekceważenie go może przynieść w niepokojąco bliskiej przyszłości fatalne skutki.

 

Lektura „medialnej” części raportu KAI „Kościół w Polsce” prowadzić może do jeszcze jednego wniosku dotyczącego niedoceniania. Chodzi o będącą w gestii katolików radiofonię. Czterdzieści cztery stacje, pokrywające swym zasięgiem praktycznie cały kraj, to – przy odpowiednim skoordynowaniu i wykorzystaniu – naprawdę licząca się siła przekazu i możliwość dotarcia do ogromnej grupy odbiorców. Czy jest ona w sposób efektywny wykorzystana? Kto od czasu do czasu przegląda wyniki słuchalności stacji radiowych w naszym kraju ma świadomość, że trudno tu o jednoznacznie pozytywną odpowiedź.

 

Z raportu wynika, że podejmowane są działania zmierzające do poprawy sytuacji, choćby przez takie inicjatywy, jak Forum Niezależnych Rozgłośni Katolickich, jednak coraz wyraźniej widoczna jest potrzeba stworzenia w kwestii katolickiej radiofonii w Polsce całościowej strategii, zwiększającej jej szanse i dyskontującej już istniejące możliwości.

 

Najnowszy raport Katolickiej Agencji Informacyjnej „Kościół w Polsce” pokazuje, że w sferze mediów wspólnota katolików w naszej Ojczyźnie ma duży i liczący się potencjał. Problemem jest jednak jego wykorzystanie, zwłaszcza tam, gdzie niezbędne jest myślenie całościowe, budowanie krótko i długofalowych strategii oraz przekraczanie partykularnych interesów poszczególnych grup. Brak szybkich, podjętych już teraz, bez zwlekania i dobrze skoordynowanych działań na tym polu w przyszłości najprawdopodobniej zostanie uznany za poważny grzech zaniedbania.

 

Ks. Artur Stopka

Jak politycy chcą manipulować art. 212 k.k. – pokazuje WOJCIECH POKORA

Dwa grzybki w barszczu, czyli obiecamy zniesienie art. 212 k.k. a w zamian bezkarnie chcemy obrażać „religijnych talibów”.

 

Najpierw będzie może trochę przydługi wstęp.

 

W wyroku z 2006 r. w sprawie P 10/06 Trybunał Konstytucyjny uznał, iż art. 212 § 1 i 2 k.k. są zgodne z art. 14 i art. 54 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 Konstytucji, a tym samym nie stanowią nieproporcjonalnego ograniczenia wolności prasy i innych środków społecznego przekazu oraz wolności słowa. Zdaniem Trybunału, ochrona cywilnoprawna w obowiązującym kształcie nie jest wystarczająca i konieczne jest stosowanie ochrony prawnokarnej, ze względu na ścisły związek między ochroną czci i dobrego imienia, a godnością człowieka. Z kolei ochrona godności człowieka ma kluczowe znaczenie dla zachowania dobra wspólnego, gdyż penalizacja zniesławienia wskazuje na znaczenie, jakie państwo nadaje odpowiednim relacjom międzyludzkim.

 

Maj 2011 roku

 

W siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (27 maja 2011) odbyło się spotkanie środowiska dziennikarskiego, wydawców prasy oraz przedstawicielek Obserwatorium Wolności Mediów poświęcone opracowaniu strategii wspólnych działań zmierzających do zniesienia przestępstwa zniesławienia (art. 212 k.k.).Pierwsze działania dziennikarzy zostały już podjęte. Z inicjatywy wydawców prasy lokalnej zebrano już wśród posłów pokaźną listę podpisów pod apelem o wykreślenie art. 212 z kodeksu karnego. Idea tego przedsięwzięcia jest taka, aby przerodziło się ono w poselski projekt nowelizacji kk, który miałby szansę zostać przegłosowany jeszcze przed wyborami do Sejmu.

 

Maj 2012 roku

 

W liście do premiera Donalda Tuska CMWP SDP apeluje o usunięcie tego przepisu [art. 212 k.k.] z obowiązującego prawa.

 

„Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi politycy Platformy Obywatelskiej zapowiadali likwidację art. 212. Pomimo licznych apeli do dziś nie widać żadnych przejawów woli realizacji tej zapowiedzi. Dlatego stanowczo apelujemy o usunięcie z kodeksu karnego artykułu 212, który przynosi Polsce wstyd i szkodzi demokracji.” – pisze dyrektor CMWP Wiktor Świetlik w liście do premiera.

 

Wrzesień 2016

 

Od wielu lat toczy się w Polsce debata publiczna dotycząca odpowiedzialności karnej za zniesławienie, a art. 212 Kodeksu karnego nadal budzi kontrowersje. Rzecznik Praw Obywatelskich  uczestniczy w tej debacie jako organ powołany do ochrony praw i wolności człowieka i obywatela, w tym prawa do wolności wypowiedzi z jednej strony, ale także czci i godności osobistej z drugiej strony” – napisał rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar w wystąpieniu do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

– W dyskusji na temat zasadności pozostawienia przestępstwa zniesławienia w kodeksie karnym wskazuje się przede wszystkim na negatywne jego skutki dla wolności słowa, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji dziennikarzy.

 

Luty 2019

 

Minister Ziobro deklarował też, że jest gotowy na dyskusję z dziennikarzami w sprawie art. 212 kk i jego ewentualnego usunięcia.

Deklaruje gotowość spotkania z przedstawicielami różnych redakcji, żebyśmy to przedyskutowali. Nie wykluczam, że jeżeli nasza wspólna rozmowa doprowadzi nas do wniosku, że rzeczą właściwszą z punktu widzenia ochrony wolności słowa jest odejście od takich rozwiązań, to będę gotów przygotować rozwiązanie, które wprowadza dekryminalizacje w tym zakresie — powiedział.

 

Maj 2019

 

Sejm w zeszłym tygodniu przyjął projekt nowelizacji kodeksu karnego, który przewiduje m.in. zaostrzenie art. 212. Według niego pomówienie może być ścigane nawet z urzędu. Dziennikarze uznali to za przykład hipokryzji polityków. Wcześniej nawet PiS deklarował możliwość likwidacji tego artykułu. Projekt wyszedł z resortu sprawiedliwości. Pod koniec tygodnia ma się nim zająć Senat.

 

Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki już zapowiedział, że skoro par. 2a artykułu 212 (wprowadzający zaostrzenie) budzi tyle kontrowersji, to podczas prac w Senacie zaproponowane zostanie jego wykreślenie.

 

Minister Ziobro stwierdził, że musi widzieć interesy dziennikarzy, a z drugiej strony interesy ludzi, którzy czują się czasami pomówieni, bezpodstawnie oskarżeni o zachowania, których się nie dopuścili.

 

Marzec 2021

 

Posłowie Koalicji Obywatelskiej i Koalicji Polskiej złożyli projekt ustawy, który zakłada likwidację art. 212 Kodeksu karnego. Wnioskują także o uchylenie artykułu dotyczącego obrazy uczuć religijnych.

 

Może to nieco przydługi wstęp, ale przynajmniej obrazuje zarówno intencje jak i skutki działań polityków w obszarze walki z art. 212 k.k. Przez lata różne ekipy, na różnych etapach dochodzenia do władzy, lub jej sprawowania, obiecują likwidację kontrowersyjnego przepisu a później o swoich deklaracjach zapominają. Więc wrażenia na nikim raczej nie robi kolejna zapowiedź walki z tym paragrafem. Oczywiście trzymam kciuki, żeby się to wreszcie powiodło, ale trudno mi w to uwierzyć, by celem zgłoszonego projektu była właśnie likwidacja tego paragrafu. A świadczy o tym poniższy fragment artykułu w Press pt. Opozycja znów chce likwidacji art. 212 Kodeksu karnego:

 

W projekcie proponowanym przez posłów opozycji zapisano też uchylenie art. 196 dotyczącego obrazy uczuć religijnych. Posłowie przekonują, że zapis służy do zastraszania obywateli, którzy wyrażają poglądy kontrowersyjne dla osób wierzących. Powołują się przy tym na przykład aktywistki Elżbiety Podleśnej, która rozlepiała w Płocku naklejki z wizerunkiem Matki Boskiej w tęczowej aureoli, za co została zatrzymana przez policję. 

 

Manipulację posłów wnioskodawców doskonale wychwyciła cytowana przez Press.pl wiceprezes  Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz:

 

– Pod pretekstem likwidacji kontrowersyjnego dla dziennikarzy artykułu 212 kk projekt ustawy ogranicza jednocześnie możliwości ochrony praw osób wierzących, likwidując kary za obrazę uczuć religijnych innych osób czy likwidując kary za publiczne znieważanie przedmiotu czci religijnej lub miejsca przeznaczonego do publicznego wykonywania obrzędów religijnych. Nie widzę możliwości, by SDP poparło tego typu rozwiązania legislacyjne, to po prostu manipulacja opinią publiczną, by pod pretekstem walki o wolność słowa wprowadzić niebezpieczne i kontrowersyjne rozwiązania prawne, a takim czymś jest pozbawianie ochrony praw osób wierzących – zaznacza Hajdasz.

 

Zastraszanie obywateli, którzy wyrażają poglądy kontrowersyjne dla osób wierzących jest jak rozumiem, i wynika to wprost z przytoczonego przykładu, uderzeniem w obronę wartości katolickich. Potwierdzają to również statystyki. Prof. Magdalena Budyn-Kulik z Katedry Prawa Karnego i Kryminologii na Wydziale Prawa i Administracji UMCS w Lublinie przeprowadziła badania, z których wynika (dane z 2014 roku), że w badanych przez nią sprawach na potrzeby pracy pt. Znieważenie uczuć religijnych – analiza dogmatyczna i praktyka ścigania, najczęściej dochodziło do obrazy uczuć religijnych katolików (77 przypadków), drugą grupą wyznawców w kolejności częstości obrażania uczuć religijnych byli żydzi (3 przypadki). Te dane pokazują od razu nasz straszliwy i wrodzony polski antysemityzm. Gdy nie jest potrzebny na wyraźne cele polityczne (jak np. obecnie wzniecana nienawiść do Ukraińców), to nie istnieje.

 

Warto podkreślić, jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza jest taka, że ochrona uczuć religijnych na gruncie prawa karnego jest czymś całkowicie Europejskim. Przepisy dotyczące omawianego przestępstwa występują w ustawach karnych m.in. Austrii, Belgii, Hiszpanii, Finlandii, Niemiec, Portugalii czy Włoch.

 

Druga rzecz warta podkreślenia, to że przestępstwo obrazy uczuć religijnych może być popełnione jedynie w zamiarze bezpośrednim. I dobrze obrazują to przekazane przez Ministerstwo Sprawiedliwości dane. Wynika z nich, że np. w 2017 r. mieliśmy 99 przypadków zgłoszeń przestępstw obrazy uczuć religijnych, a w 2018 r. – 95, z czego w 2017 roku ukarano 12 osób, a w roku 2018 – 8. To niewielka skala. Sądy nie skazują z tego paragrafu wszystkich jak leci. Skąd wiec problem?

 

Problem pojawił się w ostatnim czasie na ulicach, głównie przy okazji demonstracji środowisk LGBT i wydaje się, że stąd wzmożone zainteresowanie nim posłów opozycji, która przecież korzysta z owoców wszelkich protestów i niepokojów społecznych. I wcale nie chodzi o kwestie związane z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Agresja antyreligijna zaczęła się wcześniej. Dziennik „Gazeta Prawna” w artykule z grudnia 2020 roku zauważa – To właśnie symbole kojarzone z ruchem LGBT coraz częściej pojawiają się w sprawach dotyczących obrazy uczuć religijnych. W 2019 r. na częstochowskim Marszu Równości również pojawiła się reprodukcja obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, na którym aureola otaczająca głowy Maryi i Dzieciątka miała tęczowe barwy.

 

Zatem prowokacje pojawiają się w określonym kontekście religijnym (dotyczą głównie katolików), i są przeprowadzone po to, żeby zranić większą część społeczeństwa. W tym kontekście faktycznie można przyjąć, że przepis jest dotkliwy dla określonego elektoratu, stąd dosyć agresywna wypowiedź lidera „Wiosny” Roberta Biedronia (z maja 2019 roku), że należy znieść art. 196 tak, by w Polsce nikt nie był ścigany tylko dlatego, że jacyś „talibowie religijni”, jacyś aparatczycy partyjni, nawet w funkcji ministra, próbują zbijać na tym kapitał religijny czy polityczny.

 

Tylko, że dziś kapitał polityczny zbijany jest bardziej na obronie agresywnej mniejszości, która w bolszewickim szale niszczenia stara się uprzykrzyć życie większej części społeczeństwa, wśród której przyszło jej żyć, a nie na byciu „talibem religijnym”, czy „moherowym beretem”.

 

Wojciech Pokora

Meghan Markle, polscy celebryci i bulwarówki – ŁUKASZ WARZECHA o handlowaniu prywatnością

Wbrew pozorom afera, jaką wywołał wywiad Meghan Markle i jej męża o rzekomo strasznym losie, jaki spotkał byłą aktorkę i rozwódkę, gdy weszła do brytyjskiej rodziny królewskiej, nie ma znaczenia jedynie plotkarskiego i może być punktem wyjścia do wielu znacznie poważniejszych rozważań. Jeden z wątków sprawy dotyczy mediów, a w szczególności tabloidów, które w Wielkiej Brytanii są szczególnie żarłoczne, a które – jak twierdzi żona księcia Harry’ego – nie dawały jej żyć. Próba dopasowania się do wizerunku Diany Spencer jest tu aż nadto czytelna.

 

Sama ta sytuacja jest w oczywisty sposób obłudna: Markle skarży się na wtrącanie się tabloidów w jej życie, opowiadając o tym oraz o prywatnych szczegółach tegoż w programie o wydźwięku skrajnie tabloidowym. Robi to wprawdzie na własnych warunkach, ale nie łudźmy się: nie chodzi tu przecież o żadną sprawiedliwość, a jedynie o zrobienie wokół siebie szumu i zarobienie na tym pieniędzy. Kwestia kwoty, jaką para wykluczona z rodziny królewskiej, otrzymała za wywiad, jakoś nigdzie nie pada, choć chyba nikt nie sądzi, że nie było tam mowy o dużych pieniądzach.

 

Markle zachowuje się równie obłudnie jak wielu polskich celebrytów. Jeśli wchodzi się do rodziny królewskiej w Wielkiej Brytanii, oczywistą tego konsekwencją jest rezygnacja ze znacznej części prywatnego życia i bycie obiektem polowań paparazzich. Jednocześnie trzeba pamiętać, że rodzina królewska ma wystarczająco wiele miejsc, gdzie może się przed obiektywami bardzo skutecznie schować. Twierdzić, że nie zdawał sobie sprawy z tej konsekwencji znalezienia się w rodzinie Windsorów, może jedynie ktoś naiwny aż do głupoty albo skrajnie obłudny.

 

Ten sam mechanizm działa w przypadku polskich celebrytów. Mamy więc wyprzedawanie swojej prywatności na każdym kroku w mediach społecznościowych, mamy sprzedawanie jej w telewizjach i gazetach, a później pojawiają się pretensje, że fotoreporterzy są zbyt natarczywi. Dzisiaj zresztą wygląda to inaczej niż kilkanaście lat temu: paparazzo może się stać każdy, kto ma pod ręką telefon i zechce z niego zrobić użytek, więc celebryci nie mogą już przeprowadzać widowiskowych szarży na ludzi z aparatami. Często nie mają pojęcia, że się ich fotografuje. Pytanie brzmi tylko, czy media będą chciały takie zdjęcia z jakiegoś powodu opublikować.

 

Meghan miała wybór: mogła nie wychodzić za Harry’ego. Celebryci również wybór mają. Jest wśród nich kategoria ludzi, którzy bardzo wyraźnie postawili granicę swojej prywatności i ta granica jest w Polsce na ogół respektowana (zdarzają się bardzo rzadkie, incydentalne wyjątki). Można tu wspomnieć aktorów takich jak Bogusław Linda czy Artur Żmijewski. Przede wszystkim jednak – jakkolwiek jest to niewygodne – trzeba powiedzieć, że dla bulwarowej prasy i portali istnieje jedna podstawowa grupa ludzi mało interesujących: ludzie zachowujący się najzwyczajniej przyzwoicie, a więc w dużej mierze po prostu nudni. Jeśli ktoś nie sika nad ranem pod murem kamienicy (przypadek jednego z najbardziej znanych aktorów już wiele lat temu), nie pije na umór w knajpie, nie pokazuje się wciąż z nowymi partnerami, nie wsiada po pijaku za kierownicę, a jedynie chodzi do sklepu na zakupy, za które płaci przy kasie bez kłótni, wcześniej odczekawszy swoje, zaś w restauracji wypija kieliszek wina i wraca do domu – to najzwyczajniej nie ma czego pokazywać. Może raz na jakiś czas, że kupił papier toaletowy („o, taki znany, a papier też kupuje, w dodatku osobiście!”) albo że zjadł stek w restauracji („o, taki znany, a też je i w knajpie musi płacić!”). I tyle.

 

Gdy pracowałem w „Fakcie” – który w tamtych czasach bywał gazetą znacznie agresywniejszą niż dzisiaj – powszechna była opinia, że część celebrytów zrobiła sobie z pozywania bulwarówek sposób na dodatkowy zarobek. Najpierw wywoływali sytuacje, które musiały na nich ściągnąć uwagę paparazzich (nie był to jeszcze czas tak dobrych aparatów w telefonach jak dzisiaj i paparazzi wciąż mieli robotę), a potem, gdy ukazywały się zdjęcia i teksty, pokazujące ich w okolicznościach niezbyt korzystnych – składali pozwy, oskarżając gazety o naruszenie ich prywatności. I, niestety, bardzo często wygrywali, bo sędziowie – nie mam co do tego wątpliwości – byli najzwyczajniej do bulwarówek uprzedzeni, podzielając zapewne dużą część argumentów wynikających z kompleksów, każących prychać nad tabloidami z pogardą (o czym dawno już temu pisałem na portalu SDP). Ta ewidentna hipokryzja celebrytów zawsze mnie odrzucała, podobnie jak odrzuca mnie szyta wyjątkowo grubymi nićmi gierka Meghan Markle, grającej na najlepiej się dzisiaj sprzedających głównie w USA fobiach, takich jak rasizm i antyelitaryzm.

 

Łukasz Warzecha

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Zeznawał Marek Król: „Mieli przyjść bez broni”

Druga w tym roku rozprawa przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi w sprawie dot. zabójstwa red. Jarosława Ziętary odbyła się  4 marca 2021 roku, w Sądzie Okręgowym w Poznaniu.  Wezwano czterech świadków, jednak do sądu przybyło tylko dwóch. Zdzisław  K. nie odebrał wezwania, a Monika P., przedstawiła zwolnienie. Jako pierwszy tego dnia zeznawał red. Marek Król. Dziennikarz został wezwany na świadka na wniosek prokuratora Piotra Kosmatego w związku z publikacją, jaka ukazała się w styczniu bieżącego roku na łamach Głosu Wielkopolskiego.

 

To rok 2011 okazał się przełomem w śledztwie dotyczącym losów nieżyjącego poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. W kwietniu tego roku po apelu szefów największych gazet w Polsce Prokuratura Generalna na nowo przeanalizowała sprawę i nakazała wznowienie postępowania ze względu na nowe, nieznane dotąd okoliczności. W czerwcu 2011 wznowione śledztwo i na krótko trafiło ono do prokuratury w Poznaniu. O przeniesieniu go do Krakowa zdecydował prokurator generalny, gdy z postępowania wyłączyli się poznańscy śledczy.

 

Przypomnijmy, że Jarosław Ziętara wyszedł do pracy 1 września 1992 roku i nigdy nie dotarł do redakcji Gazety Poznańskiej dla której pracował. Jego ciała do dziś nie odnaleziono, a za zmarłego został uznany sądownie w roku 1999. Krakowskie śledztwo w 2011 roku to już trzecia z kolei próba wyjaśnienia tragicznych losów dziennikarza. Dwa poprzednie, które toczyły się w Poznaniu w latach 90 -tych zostały umorzone. Dopiero krakowskie postępowanie zaowocowało zatrzymaniami osób, które, w przekonaniu prokuratora, odpowiadają za tę zbrodnię. I tak w 2014 roku zatrzymano: Aleksandra Gawronika oraz kilka tygodni później, dwóch żyjących ochroniarzy dawnej firmy Elektromis Mirosława R. pseudonim Ryba i Dariusza L. pseudonim Lala. Aleksandrowi Gawronikowi, uznanego w latach 90 -tych za jednego z najbogatszych ludzi w Polsce, zarzucono podżeganie do zamordowania  Jarosława Ziętary podczas narady latem 1992 roku na terenie holdingu. A ochroniarzom zarzuca się porwanie dziennikarza i przekazanie go zabójcom. Kim byli zabójcy do końca nie wiadomo, podobnie jak nie wiadomo gdzie jest ciało zamordowanego, choć według prokuratury szczątki Jarosława Ziętary zostały rozpuszczone w kwasie a pozostałości ukryte w różnych miejscach. Bez odpowiedzi jest także pytanie czy wskazano wszystkich zleceniodawców tego bestialstwa.

 

Proces objęty jest monitoringiem CMWP SDP, obserwatorem procesu jest red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Zeznania red. Marka Króla z 4.03.21 r. 

 

Trudno mi odpowiedzieć skąd znam Aleksandra Gawronika. Nasza redakcja tygodnika Wprost rozpoczęła swoją pracę w Poznaniu i ta znajomość z pewnością datuję się na początek lat 90. Na przełomie marca i kwietnia 1994 roku, Gawronik, już jako senator, odwiedził warszawski oddział redakcji Wprost na ulicy Ordynackiej. Odwiedził mnie, jak rozumiałem jako mediator i zaproponował spotkanie z Mariuszem Ś. Spotkanie miało dotyczyć artykułów ukazujących się we Wprost na temat banku Posnania, którego dysponentem był Mariusz Ś. Kapitał założycielski tego banku był fikcyjnie udokumentowany. Polegało to na tym, że wpisane były jako niezwykle wartościowe wille – PRLowskie klocki, które opiewały na duże sumy. Całe przedsięwzięcie było podejrzane, co potwierdził po dwóch miesiącach nadzór NBP i bank został zamknięty. Zdziwiło mnie, że spotkanie miało się odbyć w lesie. (…)

 

Po wizycie Gawronika spotkałem się z moimi zastępcami bagatelizując całą rozmowę. Jednak zdecydowano, że mam poinformować o tym zdarzeniu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Po godzinie zostałem wezwany do MSW i spotkałem się z ministrem Milczanowskim, który zaproponował mi ochronę BORu dla całej rodziny. Stwierdził także, że sytuacja jest poważna i nie powinienem jej bagatelizować. Nie byłem przekonany do tych środków. Padło jeszcze stwierdzenie, że władzy nie stać by kolejnemu dziennikarzowi stało się coś złego. Ponadto służby miały informację, że w Poznaniu w hotelu Merkury przebywa Rosjanin ze Specnazu specjalizujący się w zabójstwach na zlecenie.

 

Spotkanie w domu redaktora Króla

 

Krótko przed Wielkanocą 1994 roku, Aleksander Gawronik wspólnie z Mariuszem Ś. przyjechali do domu dziennikarza pod Poznaniem. „ Mieli przyjść bez broni, wchodząc podnieśli ręce do góry w geście pozwalającym na przeszukanie, ale nie zrobiłem tego.” Goście Króla mieli jednak broń, którą zostawili w samochodzie, a zauważyła ją córka redaktora, wówczas kilkuletnia dziewczynka, gdy wyprowadzała psy. W budynku stacjonowała już jednostka BOR, a sam dziennikarz został ubrany w kamizelkę kuloodporną.

 

– Gawronik i Mariusz Ś. niczego nie zauważyli. Nasze spotkanie było dość krótkie. Pamiętam niezwykłą uniżoność Gawronika wobec Mariusza Ś., którego ciągle nazywał „panem prezesem”. Mariusz Ś. do Gawronika zwracał się bezosobowo, na pewno nie “na pan”. Poza tym proponował mi zakup „Wprost” mówiąc, że dostanę tyle pieniędzy, że wystarczy dla mnie i dzieci do końca życia. (…) Ja się takiej propozycji nie spodziewałem. Sądziłem, że to będą naciski by powstrzymać dalsze publikacje na temat banku. Powiedziałem, zgodnie z sugestią szefa Bor, że to przemyślę.

 

Jednak to nie było jedyne spotkanie Króla i Ś. dotyczące tygodnika Wprost. Wkrótce doszło do kolejnego jednak tym razem nie było ono zaplanowane. Marek Król gościł ambasadora Izrael i pojechał na poznański Stary Rynek na uroczysty obiad. Za radą BORu, lokal wytypowano w ostatniej chwili. Poczęstunek odbył się w restauracji „Kresowa” na Starym Rynku.

 

Nagle pojawił się Mariusz Ś. ze swoimi ochroniarzami. Podszedł do naszego stolika, stanął za moim plecami i wulgarnie, często używając słów na „k”, domagał się sprzedaży tygodnika. Moja żona podeszła wtedy do funkcjonariuszy BOR i wskazała Mariusza Ś. Jak się okazało, oni nawet nie wiedzieli, jak on wygląda ponieważ nie mieli jego zdjęcia. Po chwili BOR wyprowadził mnie i rodzinę z restauracji sprzed której odjechaliśmy z piskiem opon. Niebawem zrezygnowałem z ochrony uznając, że jest kompletnie bezwartościowa.

 

Po zeznaniach red. Marek Król dopowiedział

 

Ja nie wiem czy Aleksander Gawronik i Mariusz Ś. prowadzili ze sobą interesy. Wiem tylko, że się znali, a podczas rozmowy w moim domu, Gawronik sprawiał wrażenie osoby bardzo podległej Ś. co mnie wtedy zaskoczyło. (…)

 

Dopytany przez prokuratora, czy minister powiedział, któremu dziennikarzowi wcześniej stała się krzywda? Marek Król odpowiedział:

 

–  To zastanawiające, ale nie padło z jego ust nazwisko dziennikarza. Mnie też nazwisko Ziętary nie przyszło wtedy do głowy. Moja dzisiejsza interpretacja jest taka, że wtedy to była wstydliwa sprawa dla ministerstwa, czyli fakt niewyjaśnienia zniknięcia Ziętary. W każdym razie w 1994 roku MSW bardzo poważnie brało pod uwagę, że jestem zagrożony

 

Marek Król stwierdził także:

 

– Panowała opinia, że Poznań jest miastem Ś. Nawet w jednej z lokalnych rozgłośni radiowych wybrzmiewały głosy oburzenia na Wprost, że tygodnik krytykuje człowieka, który daje prace tak dużej liczbie poznaniaków. Nie wiem czy później [ po spotkaniu ] pojawiały się jeszcze niekorzystne dla Elektromisu publikacje. Wiem jednak, że w tygodniku „Nie”, na który Ś. dał kapitał publikowano teksty na mój temat.

 

Na zakończenie Król podsumował „dziwi mnie, że państwowe organa ścigania nie podjęły żadnych działań w sprawie zagrożenia mojego życia skoro zapewnili mi ochronę.

 

Drugi świadek, Dariusz L., 49 letni funkcjonariusz, potwierdził, że zna Macieja B., gdyż realizował czynności polegające na przewozie gangstera. Nie pamiętał jednak czy doszło do sytuacji grożenia Baryle, ani nie przypominał sobie by w sposób niekontrolowany doszło do wyjęcia broni przez funkcjonariuszy. Zeznanie trwało kilka minut. Maciej B. to główny świadek oskarżenia w procesie przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi, odsiadujący dożywocie w innej sprawie.

 

Oskarżony Aleksander Gawronik nie miał żadnych pytań do Marka Króla ani nie odniósł się w żaden sposób do jego zeznań. Zabrał za to głos i wygłosił zapowiadane na poprzedniej rozprawie obszerne oświadczenie. Podstawą wypowiedzi stały się akta, a wśród nich akta więzienne zawierające notatki pracowników służby więziennej dotyczące Macieja B pseudonim Baryła. Notatki zostały uporządkowane datami począwszy od 29 stycznia 2001 roku, kiedy to B. został przyłapany przez służbę więzienną na zażywaniu amfetaminy i nadano mu status więźnia szczególnie niebezpiecznego tzw N. Gawronik przytaczał kolejne daty – ponad 40 – i czytał fragmenty notatek więziennych, które dotyczyły zachowań lub wypowiedzi Baryły. Celem oskarżonego jest zdyskredytowanie Baryły, poprze pokazanie jego stanu psychicznego i zachowań w więzieniu. Maciej B. podczas rozprawy sądowej w Zielonej Górze (w innej sprawie) zeznawał przeciwko byłemu wspólnikowi. Ta informacja rozeszła się w zakładzie karnym. Gawronik wywodzi z tego, że Maciej B. obawiając się współwięźniów, w tamtym czasie był osadzony w Rawiczu, jakby zamienił osobę/postać, którą obciążał w zeznaniach. Gawronik wyjaśnił, że za takie zeznania w więzieniu grozi bardzo surowa kara: pobicie, gwałt a nawet śmierć. W tamtym czasie zaczęło się w mediach robić głośno o sprawie Ziętary. Dlatego wkrótce przestał mówić on o swoim wspólniku, a zaczął o Elektromisie i oskarżonym. Miało to odwrócić uwagę od pogrążenia wspólnika. Gawronik twierdzi, że o takiej zamianie świadczą też fragmenty wypowiedzi Baryły, które są bardzo zbieżne jeśli chodzi o dobór użytych słów, a różnią się tylko nazwiskiem osoby oskarżanej. Ponadto narady podczas, której według prokuratury podżegał do zabójstwa Jarosława Ziętary, nigdy nie było. Oskarżając Gawronika, Baryła liczył, że dzięki temu szybciej wyjdzie na wolność. Z notatek służby więziennej i psychologów wynika, że dokonywał samookaleczenia, gdy w sprawie Ziętary nie przyjechali do niego policjanci. A gdy już złożył zeznania ws. dziennikarza, czuł się odprężony i w dobrym humorze. Był pewien, że szybko wyjdzie na wolność. Wychowawcy w Gębarzewie zgłosił, że do wyjścia potrzebuje dowód osobisty. Swoje oświadczenie Aleksander Gawronik przerwał na roku 2016 i będzie kontynuował jego odczytywanie na kolejnej rozprawie w maju.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

 

CMWP SDP w obronie red. Agnieszki Siewiereniuk-Maciorowskiej z Białegostoku

W związku z wyrokiem Sądu Apelacyjnego w Białymstoku z dnia 4 września 2020 r.Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP   stanowczo protestuje i domaga się uniewinnienia red. Agnieszki Siewiereniuk-Maciorowskiej , której sprawa jest obecnie przedmiotem postępowania przed Sądem Najwyższym .  W ocenie CMWP SDP zaskarżony wyrok nie koresponduje z powszechnie przyjętymi standardami w zakresie wolności prasy, wyrażonymi m. in. w Konstytucji oraz w art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Bulwersujące jest także to, iż w czasie postępowania doszło również do nieuprawnionego ograniczenia prawa dziennikarki do sądu, wyrażonego w art. 54 ust. 1 Konstytucji, ponieważ w niniejszej sprawie nie nastąpiła prawidłowa kontrola orzeczenia sądu I instancji przez Sąd Apelacyjny. W związku z powyższym Sąd Najwyższy, w ramach sprawowanego nadzoru nad działalnością sądów powszechnych w zakresie orzekania (art. 183 Konstytucji RP), władny jest dokonać sanacji tego stanu rzeczy. 17 lutego br. stanowisko to CMWP SDP przesłało do Sądu Najwyższego w ramach monitoringu , jaką objęło to postępowanie.

 

Agnieszka Siewiereniuk-Maciorowska jest dziennikarką portalu Dzień Dobry Białystok (ddb24.pl ). Na jego łamach  w styczniu 2018 r. w artykule p.t. “Manipulacja i kłamstwo sposobem na życie. Czy tak działa OMZRiK oraz LPM?” odniosła się do “działalności” fundatora fundacji “Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych” Rafała Gawła. Został on skazany kilka lat wcześniej  przez sąd pierwszej instancji na cztery lata więzienia ( Sąd Apelacyjny obniżył karę do dwóch lat) , był bowiem  oskarżony o oszustwa i wyłudzenia na kwotę kilkuset tysięcy złotych. Jak informowały media m.in. portal Wirtualna Polska i Tysol.pl, pokrzywdzonymi byli właściciele firm, z którymi  Rafał Gaweł robił interesy, bank (220 tys. zł) czy Fundacja im. Stefana Batorego (107 tys. zł), z której wyłudził dotację na założenie Ośrodka. Na obniżenie wyroku miał wpływ fakt, że Rafał Gaweł zwrócił część otrzymanej dotacji, którą przeznaczył na prywatne cele.

 

Artykuł red. Agnieszki Siewiereniuk  z powodu którego została pozwana przez Fundację Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych jest tu : https://ddb24.pl/artykul/manipulacja-i-klamstwo/366699

 

Wyrok, o którym mowa jest następstwem postępowania cywilnego o ochronę dóbr osobistych, w którym red. Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska występowała jako powódka oraz pozwana wzajemnie (dalej „pozwana wzajemnie”) przez Fundację Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych (dalej: „OMZRIK”). Pozwana wzajemnie wniosła do Sądu Apelacyjnego w Białymstoku apelację,  zaskarżając orzeczenie Sądu Okręgowego w części, zobowiązującej ją do opublikowania przeprosin. Sąd Apelacyjny uznał ustalenia Sądu Okręgowego za prawidłowe i skorygował jedynie sentencję przeprosin.

 

W związku ze skargą kasacyjną wniesioną od powyższego orzeczenia przez pełnomocnika pozwanej wzajemnie, Sąd Apelacyjny w Białymstoku wstrzymał jego wykonanie do czasu rozpoznania skargi przez Sąd Najwyższy. W skardze kasacyjnej pełnomocnik pozwanej wzajemnie podniósł zarzuty naruszenia prawa materialnego (art. 23 i 24 k.c. oraz art. 12 ust. 1 pkt 1 Prawa prasowego), jak również naruszenia przepisów postępowania mającego wpływ na wynik sprawy.

 

W tym miejscu wypada – czytamy w stanowisku CMWP SDP  – zwrócić uwagę na wynikającą z uzasadnienia wyroku konstatację Sądu Apelacyjnego, iż wyrok skazujący Rafała Gawła nie jest powiązany z OMZRIK i jej działaniem. Sąd nie wziął jednak pod uwagę, że Rafał Gaweł został skazany za przestępstwo związane z jego działalnością społeczną (oszustwo i  działanie na szkodę wierzycieli w stosunku do mienia znacznej wartości, za co wymierzono mu karę 2 lat pozbawienia wolności), mimo iż tenże Sąd sam to wcześniej wskazał w opisie stanu faktycznego sprawy. Nadto pozwana wzajemnie złożyła do akt dokument zawierający zeznania Rafała Gawła w których wskazał, że pełnił on funkcję prezesa OMZRIK, a z akt sprawy wynika również iż jest jej fundatorem. Powierzenie takiej osobie kluczowych, odpowiedzialnych funkcji w organizacji pozarządowej (fundator, przez dłuższy czas – prezes), umożliwiających zarządzanie, organizowanie zbiórek publicznych i dysponowanie pochodzącymi z nich środkami, jest bulwersujące. Wydaje się, że powinno to być zrozumiałe nie tylko dla Sądu Apelacyjnego, ale również dla każdego przeciętnego obywatela. W normalnej sytuacji można by oczekiwać, że OMZRIK odetnie się od działań osoby skazanej wyrokiem karnym i wyczerpująco wyjaśni sprawę opinii publicznej i darczyńcom. Nic podobnego jednak nie nastąpiło. W tym kontekście nie tylko surowa krytyka, ale wręcz oburzenie opinii publicznej powinno być zdrową i naturalną reakcją w prawidłowo funkcjonującym społeczeństwie. A wyraz opinii publicznej dają właśnie dziennikarze. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że CMWP nie opowiada się za niczym nieograniczoną wolnością wypowiedzi (czemu dawało niejednokrotnie wyraz w swoich stanowiskach). Trudno jednak zrozumieć, dlaczego – zarówno na gruncie szeroko ujmowanej judykatury, jak i w praktyce – powszechnie dopuszcza się operowanie w publicystyce i w działalności publicznej przesadą, groteską, prowokacją, często w drastycznych formach łamiących powszechnie przyjęte w naszym kręgu kulturowym normy, co też można było niejednokrotnie obserwować w ostatnich latach podczas różnego rodzaju protestów społecznych i towarzyszących im publikacji i polemik – a nie można dosadnie skrytykować fundacji, której fundator i (były) prezes okazał się przestępcą. Nie można zrozumieć, dlaczego red. Agnieszka Siewiereniuk miałaby przepraszać osobę, którą opisała w swoim artykule  zgodnie ze stanem faktycznym . 

 

Wyniki ustaleń oraz ocena materiału dowodowego dotyczącego tych samych faktów przez różne składy orzekające mogą się różnić, co jest do pewnego stopnia naturalne gdyż  wynika m. in. z konstytucyjnej zasady niezawisłości i niezależności sędziowskiej. Przyjmuje się zatem, że ocena dowodów powinna być swobodna (co nie znaczy arbitralna). Nie może ona jednak przeczyć regułom prawidłowego rozumowania, gdyż nie tylko stanowi to naruszenie odnośnych norm prawa procesowego, ale również może uchybiać powadze wymiaru sprawiedliwości. Tzw. „prawda sądowa” (formalna) nie może polegać na tworzeniu narracji sprzecznej z rzeczywistością, zwłaszcza gdy chodzi o kwestie niesporne, o których sąd powinien w tym przypadku mieć wiedzę z urzędu na zasadzie tzw. notoryjności sądowej, a na pewno z uwagi na dokumenty złożone do akt sprawy.

 

Odnosząc się natomiast do dokonanej przez Sąd Apelacyjny kwestii oceny działań  red. Agnieszki Siewiereniuk-Maciorowskiej jako dziennikarki, wypada stwierdzić, że publiczne analizowanie i rozstrząsanie na łamach prasy kwestii związanych z działalnością organizacji pozarządowych niewątpliwie należy do ustawowych zadań prasy, bowiem prasa, zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, korzysta z wolności wypowiedzi  i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej (art. 1 Prawa prasowego). Jest rzeczą zrozumiałą, że działalność organizacji prowadzących działalność społeczną i gromadzących fundusze ze zbiórek publicznych powinna być w pełni transparentna, jako że ma służyć należytemu funkcjonowaniu społeczeństwa obywatelskiego. Z założenia budzi więc zainteresowanie opinii publicznej, której wyrazicielami są m. in. dziennikarze. Tymczasem działania OMZRIK transparentne na pewno nie były, a wątpliwości pozwanej wzajemnie dotyczące tej kwestii okazały się w pełni uzasadnione, skoro fundator i prezes tej organizacji został skazany wyrokiem karnym. OMZRIK jest organizacją działającą publicznie, mającą własną stronę internetową i profil na serwisie Facebook, prowadzącą zbiórki publiczne. Bardzo mocno angażuje się ona w  sprawy światopoglądowe, a nawet religijne, stosując przy tym agresywny, piętnujący i „bezalternatywny” styl wypowiedzi. Podmiot stosujący takie metody powinien więc liczyć się z negatywnymi ocenami swojej działalności, w tym również z surową krytyką.

 

Od organizacji pozarządowej opinia publiczna ma prawo wymagać wręcz nieskazitelnego działania oraz odpowiedniej postawy etycznej. W postanowieniu z dnia 28 sierpnia 2003  r. (III KK 246/03 – OSNwSK 2003/1/1845) Sąd Najwyższy wskazał, że „zakres wolności słowa w sferze życia publicznego musi być szerszy niż w sferze prywatnej, zaś osoby uczestniczące w życiu publicznym muszą liczyć się z krytyką, gdyż świadomie i w sposób nieunikniony wystawiają swe słowa i działania na reakcje społeczeństwa. Krytyka jako wkład w formę debaty publicznej a zarazem kontrola osób sprawujących stanowiska publiczne jest niezbędna w demokratycznym państwie prawa”. Skoro zatem pojawiły się wątpliwości dotyczące OMZRIK, do zadań dziennikarzy – jako reprezentantów opinii publicznej – jak najbardziej należy wyświetlanie tego rodzaju spraw i przedstawianie opinii publicznej swojego stanowiska.  Niewątpliwie leży to w interesie społecznym, bowiem jednym z warunków prawidłowego funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego jest dostęp do informacji. Trudno więc zrozumieć, za co konkretnie red. Agnieszka Siewiereniuk – Maciorowska miałaby przepraszać OMZRIK. W tym kontekście zdecydowanie zasadny jest zarzut skargi kasacyjnej dotyczący naruszenia przepisów prawa materialnego (art. 23 k.c. w zw. z art. 12 ust. 1 pkt 1 prawa prasowego). Bowiem wadliwe było uznanie przez Sąd II instancji, że niewystarczające jest powołanie się przez red. Agnieszkę Siewiereniuk-Maciorowską na wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku II Wydziału Karnego z dnia 4 stycznia 2019 r., ozn. sygn. akt II AKa 179/16. Wyrok ten jest wiarygodnym (bo urzędowym) źródłem informacji co do działalności założyciela i Prezesa OMZRIK oraz w znacznej mierze potwierdza prawdziwość treści zawartych w opublikowanych przez dziennikarkę artykułach. W skardze kasacyjnej trafnie również wskazano, że Sąd II instancji nie rozpoznał zarzutów podniesionych w apelacji, co w konsekwencji doprowadziło do nieprzeprowadzenia właściwej kontroli instancyjnej zaskarżanego wyroku Sądu Okręgowego. Mając powyższe na uwadze, dokonana przez Sąd Apelacyjny ocena szczególnej staranności i rzetelności działania red. Agnieszki Siewiereniuk -Maciorowskiej pod kątem kryteriów określonych przepisami ustawy – Prawo prasowe, była nieprawidłowa.

 

Zgodnie z art. 14 Konstytucji, Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu, natomiast w myśl art. 54 ust. 1 Konstytucji, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Również art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (EKPCZ) gwarantuje wolność wyrażania opinii. W wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z dnia 4 listopada 2014 r. (30162/10, Braun v. Polska, LEX nr 1532397) podkreślono, że wolność wypowiedzi, chroniona w art. 10 ust. 1 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, stanowi jeden z podstawowych fundamentów społeczeństwa demokratycznego. Podobnie  Sąd Najwyższy w wyroku z dnia  2 czerwca 2003  r. (III KK 161/03 – LEX nr 78847) wskazał, że „Przepis art. 10 EKPC, gwarantujący prawo do swobodnej wypowiedzi, jest w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka traktowany jako dający swobodę wszelkim rodzajom wypowiedzi wyrażających opinie i idee lub informacje, niezależnie od ich treści oraz podmiotu wypowiadającego się. Podnosi się przy tym, że głównymi aspektami tej swobody jest wolność prasy, stanowiąca warunek publicznej krytyki, jako swobodny element skutecznej demokracji.” Dlatego też trudno zrozumieć, w jaki sposób prasa ma realizować swoją funkcję, gdy krytyka publicznie działającej organizacji pozarządowej, zamiast zostać uznana za wykonywanie wolności powszechnie uznanej na gruncie prawa krajowego i międzynarodowego, zostaje uznana za niedopuszczalną.

 

Podsumowanie powyższych aspektów sprawy  prowadzi do wniosku, że zaskarżony wyrok nie koresponduje z powszechnie przyjętymi standardami w zakresie wolności prasy, wyrażonymi m. in. w Konstytucji oraz w art. 10 EKPCz. Doszło również do nieuprawnionego ograniczenia prawa dziennikarki do sądu, wyrażonego w art. 54 ust. 1 Konstytucji, ponieważ w niniejszej sprawie nie nastąpiła prawidłowa kontrola orzeczenia sądu I instancji przez Sąd Apelacyjny. W związku z powyższym Sąd Najwyższy, w ramach sprawowanego nadzoru nad działalnością sądów powszechnych w zakresie orzekania (art. 183 Konstytucji RP), władny jest dokonać sanacji tego stanu rzeczy.

 

dr Jolanta Hajdasz,  wiceprezes SDP
dyrektor CMWP SDP

 

Sporządził:
Michał Ł. Jaszewski
Doradca ds. prawnych

 

Warszawa, 17 lutego 2021 r.

 

ANDRZEJ KLIMCZAK: Radio z młodej energii

Geneza radia ma początek w zmianach personalnych w mediach publicznych i dyscyplinarnego zwolnienia mnie ze stanowiska dyrektora programu trzeciego Polskiego Radia pod fałszywymi zarzutami – opowiada Krzysztof Skowroński, prezes i redaktor naczelny radia „Wnet” – Oczywiście powód zwolnienia był tylko i wyłącznie polityczny a tryb zwolnienia podyktowany tym, że radiowa „Trójka” pod moimi rządami odniosła sukces. Pozbyto się w ten sposób dyrektora, który zwolnił program radiowy od komercyjnej doktryny. Wtedy rządziła Platforma Obywatelska i PSL. Wyrzucano dziennikarzy, którzy pracowali, albo byli powoływani w czasach, gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość. To był przedostatni moment, kiedy w programie trzecim PR obowiązywała wolność twórcza.

 

 

Razem ze mną musiało odejść kilka osób, m.in. Katarzyna Adamiak, Grzegorz Wasowski i Monika Wasowska – wspomina Skowroński – Brutalnie pozbawieni pracy, zastanawialiśmy się co dalej robić. W którymś momencie padła nazwa „Wnet” i to zdeterminowało perspektywę prędkości zakładania nowego medium.

 

Radio „Wnet” było na początku jedynie portalem społecznościowym. Naprędce znalazłem siedzibę w hotelu Europejskim. Od momentu podjęcia decyzji o nadawaniu do startu minęło zaledwie 24 dni!

 

Był 25 maja 2009 roku. Taras hotelu Europejskiego, tryskający energią zespół, pięć kamer telewizyjnych – tak wystartowaliśmy. Początek zdominowała wielka radość i zabawa a jednocześnie przekonanie, że tworzymy ważne medium. Od razu zaczęliśmy stosować podtytuł: „Media prawdziwie publiczne”. Pomysł na radio był taki, że będziemy obecni we wszystkich tych miejscach, gdzie nie ma mediów i dziennikarzy. Chcieliśmy opisywać świat w sposób, który nie znajdywał miejsca w istniejących dotychczas mediach. Dzięki temu pomysłowi powstał reportaż radia „Wnet” polegający na tym, że wchodziliśmy do jakiegoś miejsca i opowiadaliśmy o nim znajdując zarówno rzeczy nudne jak i niezwykle ciekawe. Nowością było to, że nie montowaliśmy takiego materiału. To był początek wypełniony radością i zabawą w świecie, w którym – jak nam się wtedy wydawało – wszystko jest możliwe.

 

Takie były pierwsze przymiarki do stworzenia bardziej prawdziwego radia, kiedy zaczęliśmy nadawać na falach radia „Warszawa”, a później na falach radia „Nadzieja”. Stworzyliśmy takie miejsce w polskim eterze, którego dotychczas nie było. Miejsce dla wszystkich tych, których z powodu cenzury nie wpuszczano do innych mediów – u nas mogli się swobodnie wypowiadać. Ważnym momentem dla radia „Wnet” była katastrofa smoleńska – staliśmy się wtedy radiem z Krakowskiego Przedmieścia. Bez przerwy komentowaliśmy i nadawali właściwie wszystko co się działo wokół pałacu prezydenckiego. Staliśmy się radiem opiniotwórczym, radiem, którego słuchały elity związane z prawą stroną sceny politycznej.

 

„Wnet” w papierze

 

Z czasem rosły nasze oczekiwania i ambicje. Powstawało coraz więcej pomysłów, coraz więcej pracowaliśmy. Powstała Akademia Wnet, Jarmark Wnet. Zaczęliśmy wydawać gazetę niecodzienną czyli „Kurier Wnet”. To największa (formatem) niecodzienna gazeta, która się ukazuje dotychczas. Stworzyliśmy spółdzielcze media Wnet i to wszystko okazało się solidną konstrukcją  naszego statku – jak obecnie wskazuje logo – łodzi podwodnej, którą dalej płyniemy.

 

Kurier Wnet w roku 2014 wzbogacił się o śląskie wydanie regionalne, którego redaktorem Naczelnym jest Jadwiga Chmielowska.

 

– Śląskie wydanie zawiera większość tekstów poświęconych problemom tego regionu – historii, gospodarce, społecznym sprawom np. o niebezpieczeństwie ruchu separatystycznego – podkreśla Jadwiga Chmielowska – Artykuły są bardziej radykalne w poglądach i wprost mówią o trudnych sprawach.

 

Od innych gazet Kurier Wnet różni format i styl. Jest gazetą konserwatywną – czarno-białą i w dużym, przedwojennym formacie. Obecnie wychodzą dwa miesięczniki z polskim kapitałem „Śląsk” i „Śląski Kurier Wnet”.

 

„Wielkopolski Kurier Wnet” zaczął się ukazywać pół roku później, od stycznia 2015. Redaktorem naczelnym została dr Jolanta Hajdasz, która podkreśla, że mutacja wielkopolska  różni się od Kuriera Wnet tematyką regionalną –  po prostu staramy się poruszać tematy związane z Wielkopolską i Poznaniem. Druga różnica to autorzy, poza sporadycznymi  przypadkami, są to osoby związane z naszym regionem, często mieszkające w Wielkopolsce od wielu lat, a nawet od kilku pokoleń, co sprawia , że mają szczególną wiedzę i emocjonalny stosunek do dziejących się wokół nas wydarzeń. Prezentują oni najczęściej konserwatywne, prawicowe poglądy i pokazują inne oblicze Poznania niż to przedstawiane na forum ogólnopolskim przez media mainstreamowe ukazujące stolicę  Wielkopolski jedynie jako miasto zamieszkane przez osoby o poglądach lewicowych czy lewackich. Staramy się pokazać, że mieszkają u nas także osoby o zupełnie innym światopoglądzie i wbrew pozorom nie jest ich mało. Wśród wielu autorów: Jan Martini, Henryk Krzyżanowski, Małgorzata Szewczyk, Aleksandra Tabaczyńska opisują w bardzo interesujący sposób problemy ogólnopolskie a nawet globalne łącząc to z doświadczeniem mieszkańca Wielkopolski.

 

Wielkopolski Kurier Wnet jest bardzo dobrze przyjmowany przez mieszkańców regionu – ocenia Jolanta Hajdasz – mamy stałych czytelników, którzy pytają o jego papierową wersję i są przywiązani do naszego wielkiego, gazetowego formatu, który z całą pewnością nas wyróżnia na rynku prasowym. Jesteśmy miesięcznikiem, więc teksty przez nas publikowane mają charakter ponadczasowy, zdarza się, że ludzie wracają do nich nawet po kilku miesiącach. Często także zwracają się do nas z prośbą o zajęcie się jakimś ważnym dla nich tematem, bo mają do nas zaufanie, bo wiedzą, że mamy odwagę poruszać tematy, które gdzie indziej są przemilczane.

 

Wnet w podróży

 

Najprężniej wśród mediów Wnet rozwija się radio, chociaż Kurier wraz z wydaniami regionalnymi są jego doskonałym uzupełnieniem.

 

Obecnie wracamy do źródeł – wyznaje Krzysztof Skowroński – wznawiamy nasze radiowe podróże po kraju. Przejechaliśmy już Polskę w szerz i wzdłuż i nadawaliśmy audycje ze wszystkich ważnych miejsc. Ta podróż trwa już osiem lat. Najpierw podróżowaliśmy po wschodniej części kraju odkrywając niesamowite zniszczenie przemysłu spożywczego. Potem eksplorowana była ściana zachodnia i pokazanie zrujnowanego, polskiego przemysłu.

 

W drodze powstał reportaż, w którym mieszkańcy różnych części Polski opowiadali czego już nie ma, co zostało bezpowrotnie zniszczone, co sprzedane za bezcen, co rozkradzione. Ten reportaż został dobrze zapamiętany przez naszych słuchaczy, tym bardziej, że stał się pretekstem do treści wyborczych pierwszej kampanii prezydenckiej pana Andrzeja Dudy.

 

Coraz większa przestrzeń „Wnet”

 

Rok 2015 i zwycięstwo dobrej zmiany otwarło nam możliwości starania się o koncesję, którą zdobyliśmy 11 listopada 2018 roku, w stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę. Zaczęliśmy nadawać w Warszawie i w Krakowie. Jesteśmy radiem, które słyszane jest też we Wrocławiu, niebawem będziemy nadawać w Lublinie, Szczecinie, Białymstoku, Bydgoszczy i Łodzi. Czekamy na odpowiednie rozporządzenia. To co najważniejsze, to stworzenie zespołu. Mamy w ekipie weteranów z 30 letnim doświadczeniem – tak jak mówiący te słowa – oraz fantastyczny, zdecydowanie młodszy, pełen radości twórczej zespół, który cały czas się kompletuje. Dysponujemy już „Pierwszą kadrową”, z którą możemy wyruszać na podbój świata. Udało się znaleźć w Warszawie doskonałe miejsce na redakcję, przy Krakowskim Przedmieściu 79. Z widokiem na Plac Zamkowy, kościół św. Anny, Zamek Królewski, kolumnę Zygmunta. Miejsce wyjątkowe, potwierdzające wyjątkowość radia, bo przecież tworzymy radio uliczne. Naszym zadaniem jest być tam gdzie są ludzie, ale z dala od miejsc, gdzie rytm wyznacza polityka. Interesuje nas nie tylko polska ulica. Udało nam się stworzyć studia w Bejrucie, w Dublinie, Wilnie, Lwowie i Kijowie. Mamy zamiar stworzyć studio w Słowenii oraz studio w Meksyku. Chcemy być radiem, które mówi o tym co się dzieje nie tylko na polskich ulicach ale też na ulicach świata.

 

Jest to możliwe również dzięki pracy naszych zagranicznych korespondentów. Pozwolę sobie tutaj wymienić chociażby Piotra Witta z „Kroniki Paryskiej”, Jana Bogatko oraz Irenę Lasotę – to są asy publicystyki radiowej.

 

Nasi korespondenci działają też w miejscach zdawałoby się bardzo egzotycznych. Do nich należy Kazimierz Gajowy, mieszkający w Libanie i będący chyba jednym z najwybitniejszych znawców Bliskiego Wschodu. W czasie rewolucji w Libanie, kiedy byłem u Kazimierza, zabierał mnie do walczących na barykady i zawsze tam znajdował się ktoś, kto się witał – cześć Kazimierz! Jak się masz? Nie jest celebrytą, ale jest w Libanie bardzo znany.

 

Budujemy radio z młodej energii. Jesteśmy przyzwyczajeni do zawodowego życia w ekstremalnych warunkach. Często ta nasza łódź zanurzała się głęboko, aby po jakimś czasie znowu wypłynąć na powierzchnię. Znowu czujemy, że płyniemy dobrym kursem. Pojawiła się wola współpracy z radiem „Wnet”. To pozwala nam na zaczerpnięcie oddechu. Próbujemy zbudować pomost pomiędzy małymi, polskimi, rodzinnymi firmami a radiem. Chcemy ich przekonać, że reklama w radiu jest możliwa.

 

Na początku lat 90-tych, powstało radio „Zet”, w którym byłem od samego początku. To było radio „uliczne, to znaczy, że to co działo się na ulicy, to było też w reklamie radiowej – małe sklepiki, kramy, muzyka, która była rozkładana na łóżkach polowych płynęła też z głośników radiowych. To było to wszystko co powodowało, że byliśmy blisko naszego odbiorcy na ulicach miast. Potem nastąpiła ewolucja systemu. Weszły na rynek wielkie korporacje, które tak wywindowały ceny reklam, że małych przedsiębiorców nie było stać na ich zakup.

 

Chcielibyśmy przywrócić małym przedsiębiorstwom możliwość reklamowania się w radiu. Sami jesteśmy niewielką firmą. W radiu pracuje ok 20 osób. Współpracowników mamy oczywiście zdecydowanie więcej. Żyjemy tym samym pulsem, którym żyje polski, mały rynek. Chcemy przekonać, że My jesteśmy tacy jak Wy,  Wy jesteście tacy jak My. To jest Wasza antena, ale Wy również pomagajcie nam.

 

W czasie pandemii powstała solidarnościowa akcja radiowa. Pomyśleliśmy, że małe firmy ucierpią najbardziej, więc zaoferowaliśmy darmową reklamę. Teraz trwa trzecia edycja tej solidarnościowej akcji radiowej. Około 100 firm będzie się mogło reklamować w czasie dwóch miesięcy w naszym radiu. I to jest nasz gest solidarności z małymi firmami. Nasze radio jest konserwatywne. Kiedy napisaliśmy pierwszą konstytucję radiową, wyraźnie podkreślaliśmy, że odwołujemy się do wartości chrześcijańskich, że towarzyszy nam ruch republikański pierwszej Rzeczpospolitej i wartości solidarności. To jest ta perspektywa, z której obserwujemy świat i jednocześnie uczciwe określamy granice, których nie przekraczamy.

 

Andrzej Klimczak

 

Tekst ukazał się w numerze 1/2021

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

JADWIGA CHMIELOWSKA: Hieny roku 2021

Jeszcze rok 2021 na dobre nie zagościł, a już 13.02 Zespół Redakcyjny portalu Zarządu Oddziału Warszawskiego dał popis manipulacji i dezinformacji. Trudno zarzucić tak znamienitym kolegom brak dziennikarskiego profesjonalizmu. Podana w ich tekście informacja ma się do rzeczywistości prawie tak, jak w dowcipach o Radiu Erewań.

 

Ja w każdym razie mam świetną kandydaturę do nagrody „Hiena Roku”. Ta „Hiena …” będzie nagrodą zbiorową. W ostatnich dniach do hieniej sfory doszlusowała Krystyna Mokrosińska. Jest to dla mnie pewne zaskoczenie, bo trudno podejrzewać ją o brak profesjonalizmu, a jednak. To, że ktoś żyje w bańce informacyjnej, nie usprawiedliwia wypisywania bzdur. Dziennikarz, zanim poda informacje, musi je sprawdzić. W przeciwnym przypadku jest zwykłą plotkarą rozpowszechniającą maglowe newsy.

 

W tekście publikowanym na łamach PRESS, dotyczącym Zarządu Głównego SDP, czytamy taki komentarz byłej prezeski SDP Krystyny Mokrosińskiej: „Tym razem chodzi o brak pomocy socjalnej dla członków stowarzyszenia. Tam powinien być zrobiony niezależny audyt”. Tekst, powtarzający dawno wyjaśnione fake newsy upowszechniane przez Stefana TruszczyńskiegoZbigniewa Rytela, kończy kolejna insynuacja Krystyny Mokrosińskiej, prezeski SDP w latach 2001-2011, obecnie honorowej prezeski Stowarzyszenia: „Mnie jest po prostu przykro, że tam się tak dzieje. Przed zjazdem powinien powstać niezależny audyt. My zamówiliśmy profesjonalny audyt firmy zewnętrznej, kiedy ja przekazywałam stery”.

 

Otóż Krystyno: audyt został przeprowadzony przed Zjazdem planowanym na listopad 2020 r. Koszt audytu to przeszło 20 tys. zł. Jest epidemia covid-19 i nie można się dziwić, że drastycznie spadły dochody i (nawet na zapomogi) wydatki SDP. Może powiesz, co masz na myśli, pisząc „Mnie jest po prostu przykro, że tam się tak dzieje”. To znaczy jak i gdzie? Oczekuję odpowiedzi! Chyba, że chodzi ci o wsparcie rozwalania Stowarzyszenia przez dwóch kolegów z Warszawy. Czyżbyś do nich dołączyła? Mam jednak nadzieję, że to tylko twoja chwilowa „pomroczność jasna”.

 

W tekście „Jedynowładztwo na Foksal” autorzy relacjonują ponoć przebieg i decyzje podjęte na Zebraniu Zarządu Głównego 9. lutego 2021. W posiedzeniu ZG brał udział Zbigniew Rytel, Prezes Oddziału Warszawskiego oraz Stefan Truszczyński, członek ZG z Warszawy. Najprawdopodobniej nad tekstem pracowała też Dorota Bogucka, redagująca portal oddziału warszawskiego. Artykuł podpisany jest ogólnikowo: REDAKCJA.

 

Większość stawianych zarzutów została wyjaśniona przez Komisję Rewizyjną i okazała się jedynym możliwym racjonalnym działaniem i sukcesem, a nie błędami zarządu. Stefan Truszczyński, zarzucający całkowicie bezpodstawnie, czterem koleżankom z Zarządu „łapownictwo”, doczekał się pisma przedprocesowego (chodziło o obniżkę stawki czynszu dla zamkniętej w pandemii restauracji). Inne składniki comiesięcznych płatności pozostały bez zmian. Wystawiane niższe faktury pozwalały na utrzymanie płynności finansowej, uniknięcie narastania zobowiązań podatkowych i nieściągalnych długów. Niestety, podstawowe pojęcia z dziedziny ekonomii, prawa, księgowości i prawa podatkowego okazały się być poza zasięgiem intelektualnym dwóch kolegów i koleżanki z Warszawy.

 

Przypuszczam jednak, że w pełni świadomie uprawiają mobbing. Chodzi im o to, aby zaszczuć członków Zarządu Głównego i zniechęcić do kandydowania w przyszłej kadencji.

 

To chyba nie przypadek, że najintensywniejsze działanie „warszawskiej hieniej trójki” rozpoczęło się podczas realizacji przez SDP grantowych projektów w tym wsparcia dziennikarzy białoruskich.

 

Jadwiga Chmielowska

Dziennikarka TUT.by Kaciaryna Barysewicz skazana na pół roku kolonii karnej

Represje wobec dziennikarzy na Białorusi nie słabną. We wtorek 2 marca 2021 na karę sześciu miesięcy pozbawienia wolności oraz grzywnę w wysokości 100 stawek bazowych (2900 rubli biłoruskich, tj. około 4000 zł) skazana została dziennikarka TUT.by Kaciaryna Barysewicz. Drugim oskarżonym w procesie był lekarz Artem Sorokin – skazany został na dwa lata więzienia z rocznym odroczeniem i grzywnę w wysokości 50 stawek bazowych.  Wyrok w sądzie okręgowym w Mińsku wydała sędzia Swietłana Bondarenko, oskarżycielem była  Ludmiła Iwanienko.

 

Kaciaryna Barysewicz i Artem Sorokin zostali zatrzymani i oskarżeni o ujawnienie tajemnicy lekarskiej w związku ze sprawą Ramana Bandarenki – młodego mężczyzny zamordowanego w Mińsku 11 listopada 2020, najprawdopodobniej przez funkcjonariuszy białoruskich służb. Próbując uciszyć protesty, jakie miały miejsce po jego śmierci, władze w tym sam Aleksandr Łukaszenka, przekonywały  że Raman Bandarenka był pijany i zginął w wyniku sąsiedzkiej kłótni. 13 listopada 2020 roku dziennikarka opublikowała informację, że we krwi zamordowanego nie było alkoholu. Powołała się na dokumentację medyczną, którą udostępnił jej lekarz pogotowia ratunkowego. Dwa dni później trafiła do aresztu.

 

Kaciaryna Barysewicz ma 37 lat, od 15 lat pracuje w zawodzie, jest laureatką wielu nagród. Specjalizuje się w tematyce sądowniczej, pisze o głośnych sprawach karnych.

 

Europejska Federacja Dziennikarzy ostro skrytykowała wyrok sądu, zwracając uwagę że godzi zarówno w zasadę wolności słowa, jak i prawo dostępu do informacji. Amnesty International uznało dziennikarkę za więźnia sumienia, z kolei organizacje praw człowieka na Białorusi przyznały jej status więźnia politycznego.

 

Kara pozbawienia wolności dla Kaciaryny Barysewicz to kolejny skandaliczny wyrok na dziennikarza na Białorusi. W połowie lutego na dwa lata skazane zostały dziennikarki Biełsatu: Kaciaryna AndriejewaDaria Czulcowa – zostały zatrzymane 15 listopada 2020 w związku z relacjonowaniem protestów po śmierci Ramana Bandarenki.

 

Ricardo Gutiérrez, Sekretarz Generalny Europejskiej Federacji Dziennikarzy, wezwał do nałożenia sankcji na sędzię i prokuratora: – „wszyscy, którzy łamią prawo powinni być pociągnięci do odpowiedzialności. Wzywamy Unie Europejską, Radę Europy i OBWE do podjęcia działań przeciwko dyktatorowi i jego poplecznikom. Przyzwolenie na barbarzyńskie represje w Europie to skandal.”

 

Zdjęcie: Kaciaryna Barysewicz i Artem Sorokin w sądzie 19 lutego 2021/ TUT.by

Ukazał się nowy numer „Forum Dziennikarzy”

Już jest dostępne, pierwsze w 2021 roku „Forum Dziennikarzy”. Tym razem numer poświęcony został w dużej części udogodnieniom i zagrożeniom jakie niosą ze sobą  cyfrowe technologie. Cykl ten rozpoczyna Maria Giedz tekstem „Internet-błogosławieństw o czy przekleństwo”.

 

O tym jak w internecie manipuluje się materiałami dziennikarskimi i opinią publiczną pisze Elżbieta Królikowska-Avis w materiale „Wstydliwe sekrety imperiów”.

 

Jak można przeciwdziałać złym tendencjom w internecie z Michałem Dydyczem radzi Alina Bosak.

 

O zaletach i wadach mediów społecznościowych pisze Jaromir Kwiatkowski.

 

Jurij Banachewycz w rozmowie z Beatą Berońską-Lach, dyrektorem Festiwalu Filmów Ukraińskich w Polsce, pokazuje coraz bardziej rozpoznawalną w Europie kinomatografię naszych wschodnich sąsiadów.

 

Miłosz Kluba wprowadzi czytelników w świat zaskakujących i zarazem zachwycających murali, które zdobią Kraków.

 

Jolantą Danak-Gajdą ruszymy w podróż po jezuickich misjach na pograniczu Paragwaju i Argentyny.

 

Teresa Kaczorowska przybliży nam niezwykłą postać Jerzego Nowickiego, artysty plastyka, żołnierza Armii Krajowej prześladowanego w czasach PRL.

 

Tekst Stefana Truszczyńskiego „Deutschland…uber” wspomina niemiecką agresję II wojny światowej w Gdańsku i współczesne próby podporządkowania wielu przestrzeni życia miejskiego niemieckiej narracji.

 

Oprócz wymienionych materiałów, jak zwykle, nasi czytelnicy znajdą w „Forum Dziennikarzy” jeszcze wiele innych interesujących tekstów.

 

Przyjemnej lektury życzy redaktor naczelny

 

Andrzej Klimczak

 

Numer 1 (140)/2021 do pobrania

 

 Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury