Komisja Kultury o sprawach wytyczanych dziennikarzom przez RASP

Posłowie z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu zajęli się we wtorek sprawami dziennikarzy pozwanymi przez koncern Ringier Axel Springer Polska. Temat ten został podjęty na wniosek wiceszefowej komisji, posłanki PiS Joanny Lichockiej.

 

Wśród pozwanych przez RASP są publicysta i wiceprezes SDP Witold Gadowski, szef portalu tvp.info Samuel Pereira, korespondent TVP w Berlinie Cezary Gmyz, a także dziennikarz wPolityce.pl Wojciech Biedroń. Część pozwanych dziennikarzy uczestniczyła w posiedzeniu komisji, w dyskusji wzięli udział również dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolanta Hajdasz oraz przedstawiciele Towarzystwa Dziennikarskiego. Zaproszenie otrzymał też zarząd RASP, jednak firma przysłała pismo, w którym wytłumaczono, że z racji na to, iż postępowania sądowe są w toku, nie mogą wziąć udziału w posiedzeniu komisji, pozostawiając sprawę do rozstrzygnięcia sądom.

 

Jolanta Hajdasz w swoim wystąpieniu podkreślała jak ważne było zajęcie się tym tematem, ponieważ działania RASP pokazują mechanizm uciszania dziennikarzy, którzy mają inne stanowisko niż ten wydawca.

 

– Wielki międzynarodowy koncern dysponujący przeogromnymi możliwościami polemiki na gruncie publicystycznym z głoszonymi przez dziennikarzy poglądami, nie decyduje się na to, wręcz na swoich łamach wycisza ten temat. Natychmiast kieruje sprawę do sądu z ogromną kwotą odszkodowania. W mojej ocenie to efekt mrożący, działający na całe środowisko dziennikarzy – mówiła dyrektor CMWP SDP.

 

Jak podkreśliła procesy te naruszają „fundamentalną dla demokracji zasadę wolności słowa”.

 

Szef Towarzystwa Dziennikarskiego Seweryn Blumsztajn przyznał, że wszystkie sprawy przeciwko dziennikarzom mogą mieć efekt mrożący i rozwiązaniem byłoby zniesienie art. 212 kk. Zauważył jednak, że w sprawach, których dotyczyło posiedzenie komisji, występują m.in. sformułowania typu „nazistowski wydawca”.  Nie dziwi więc go reakcja wydawnictwa, które mocno podkreślało swój antynazizm.

 

– Większość z tych tekstów ukazała się wtedy, kiedy w Polsce rozpętano antyniemiecką nagonkę – stwierdził prezes TD.

 

Przedstawiciele Towarzystwa Dziennikarskiego zwrócili też uwagę na procesy wytaczane przez obóz rządzący i spółki skarbu państwa dziennikarzom RASP i „Gazety Wyborczej”.

 

Wojciech Biedroń, dziennikarz portalu wPolityce.pl i tygodnika „Sieci”, przedstawił szczegóły swojej sprawy, którą wytoczyło mu wydawnictwo RASP.

 

– Kiedy otrzymałem prywatny akt oskarżenia od pana Dekana (prezes RASP – przyp red.), pomyślałem, że to żart. Napisałem odpowiedź na list Dekana, którą zamieszczono w tygodniku „Sieci”. Obok zamieszczona była pełna treść jego listu. Każdy z czytelników mógł odnieść się do moich słów i słów pana prezesa. W tekście nie było absolutnie żadnego kłamstwa, manipulacji. To była publicystyczna reakcja. Tymczasem Dekan, człowiek, który jest w Polsce tylko i wyłącznie gościem uznał, że może ścigać niezależnego dziennikarza z art. 212, bawi się w ten sposób w coś, co jest niedopuszczalne – chce, żeby inni dziennikarze przypadkiem nie tknęli tego tematu. I średnio raz w miesiącu siedzę sobie w wydziale karnym obok złodziei samochodów, bandytów, ponieważ Dekan uznał, że może ścigać. Dekan ani razu nie pojawił się w sądzie. Nie pojawił się także w trakcie mediacji wyznaczonych przez sąd. Nie raczył pofatygować się do Polski. To jest właśnie obrzydliwe, kolonialne traktowanie Polaków. Tych słabszych, mniej majętnych. Nie stać mnie na to, żeby zapłacić 100 tys. złotych, czego domaga się w pozwie cywilnym. Chcę, żeby to było jasne: tak samo traktuję kierowanie prywatnych aktów oskarżenia wobec dziennikarzy „Newsweeka”, „GW”. To relikt, z którym musimy skończyć – mówił Wojciech Biedroń.

 

Cezary Gmyz również podkreślił, że w tym sporze mamy do czynienia z podmiotami o nierównych siłach. –  To próba zastraszenia dziennikarzy – stwierdził.

 

Wiceszef Ministerstwa Spraw Zagranicznych Szymon Szynkowski vel Sęk przedstawił działania swojego resortu w sprawie RASP. Wiązało się to m.in. z kontrowersyjną okładką dziennika „Fakt” w tzw. sprawie ułaskawienia pedofila przez prezydenta Andrzeja Dudę, która ukazała się w czasie kampanii wyborczej. Szynkowski vel Sęk podkreśli, że taka publikacja w tym terminie  uznana została za element „nadużycia wolności słowa do szerzenia informacji, które mają wywrzeć oddźwięk polityczny”. Stanowisko w tej sprawie zostało przekazane przedstawicielowi niemieckiej ambasady. Temat ten był również poruszony w telefonicznej rozmowie z sekretarzem stanu MSZ Niemiec.

 

Odnosząc się do spraw sądowych wytyczanych przez RASP dziennikarzom wiceminister MSZ powiedział:

 

– Zaniepokojenie MSZ budzi nie sam fakt wytoczenia procesów, bo to jest prawem każdego podmiotu, każdej osoby. Ale sytuacja, w której mamy do czynienia z wytoczeniem sekwencji procesów przeciwko dziennikarzom rodzi zaniepokojenie i podejrzenie, czy istotnie nie mamy do czynienia z sekwencją mająca wywołać efekt odstraszający w odniesieniu do dziennikarzy korzystających z wolności słowa w zakresie komentowania działalności dużego koncernu medialnego.

 

Wiceminister zdradził również, że niemieccy politycy wielokrotnie interesowali się planami tzw. ustawy dekoncentracyjnej, a związane to było z obecnością mediów niemieckich w Polsce, m.in. RASP, którego taka ustawa mogłaby dotyczyć.

– Niemiecki rząd ma prawo interesować się losami RASP tak, jak nasza dyplomacja ma obowiązek interesować się losem polskich firm poza granicami kraju. Ale w związku z tym, że władze Niemiec żywo interesują się dyskusją dotyczącą losów ustawy dekoncentracyjnej uważam, że w oczywisty sposób mamy prawo sygnalizować swoje zaniepokojenie działalnością RASP
– stwierdził Szynkowski vel Sęk.

 

Posłowie z komisji kultury przyjęli dezyderat, w którym wyrazili „wysokie zaniepokojenie próbami systemowego zastraszania dziennikarzy i polskich mediów przez wydawnictwo Ringier Axel Springer”. I zwrócili się „do rządu, w szczególności do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o podjęcie działań mających na celu zaakcentowanie tego problemu w relacjach bilateralnych z niemieckimi partnerami”.

 

opr. jka, źródła: wPolityce.pl, tvp.info

 

Przystanek na żądanie – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o przyszłości VOD

Czy tradycyjną telewizje i VOD czeka zajadła rywalizacja o uwagę widzów, czy raczej koegzystencja? Co wynika z najnowszych, europejskich prognoz? Czy któregoś dnia uwierzymy, że świat kręci się tylko wokół nas i naszych potrzeb?

 

Płacę i żądam (rozmowy)!

 

W 2013 roku Grzegorz Fortuna zajął się problematyką rynku video w Polsce. Jego artykuł stanowi nie tylko barwny opis realiów wczesnego kapitalizmu w III RP. Został oparty o doświadczenia właścicieli wypożyczalni kaset VHS, ale zawiera też wiele przemyśleń natury socjologicznej i kulturowej. Okazuje się, że dla pokolenia ówczesnych 25-40-latków „pan z wypożyczalni” stawał się autorytetem dla młodych kinomaniaków. Polecał filmy, potrafił zaskoczyć, zainteresować czymś innym. Warto też podkreślić, że początki ery video w Polsce to było otwarcie na zachód i możliwość obcowania z zagranicznymi produkcjami, które nie trafiał na oba kanały telewizyjne dostępne w latach osiemdziesiątych (np. „Rocky IV”)[1]. Dziś użytkownik Netflixa odbiera newsletter zatytułowany „najlepsze rekomendacje dla Ciebie”, albo „dodaliśmy właśnie film, który może Ci się spodobać!” oparty oczywiście o targetowanie behawioralne, promujący popularne wśród użytkowników treści i zgodnie z logiką produkcje własne Netflixa. W odróżnieniu od właścicieli na przykład nieistniejącej już od dawna kieleckiej wypożyczalni kaset „As”, nie porozmawiamy, że chcemy spróbować czegoś innego. Oczywiście nikt nam nie zabroni szukać, ale sam system dopasuje ofertę do naszych dotychczasowych zachowań. Pytania użytkowników giganta jakim jest Facebook.com typu: „polećcie mi coś nowego w zasubskrybowanym serwisie VOD!”, nie należą do rzadkości.

 

Piotr Gaweł, który pisał o rynku VHS w 1986 roku wyróżnił trzy okresy jego rozwoju w PRL, od jego domniemanych początków (opóźnionych wobec zachodu o kilka lat), aż po ostatnie wyjście reprezentacji polski w piłce nożnej z grupy w czasie Mistrzostw Świata:

 

  1. 1980–1982 – uświadomienie sobie, co to jest wideo, jakie możliwości niesie ze sobą technika rejestracji obrazu na taśmie magnetycznej;
  2. 1983–1984 – okres wstępnej obserwacji;
  3. 1985–1986 – okres fascynacji i pełnego działania efektu demonstracji[2].

 

Przykładając tę miarę do rynku VOD (Vide on Demand – „Wideo na życzenie”) można stwierdzić, że jesteśmy obecnie w okresie fascynacji. Mimo, że zgodnie z wynikami prac partnerstwa Culture/Culture Haritage Agendy Miejskiej Unii Europejskiej 40% mieszkańców naszego kontynentu nie ma wystarczających kompetencji cyfrowych, żeby w pełni wykorzystywać możliwości jaki daje globalna sieć.  Zgodnie z dokumentem finalnym prac tego gremium, czyli „Action Plan” 30% dorosłych europejczyków ma tylko podstawowe umiejętności w zakresie pisania i czytania. W interesującym nas kontekście to biblioteki publiczne mają w UE przejąć kulturową rolę dawnych wypożyczalni video. Zapowiada się więc ciekawe starcie żywego człowieka, znającego się na kinie i pracującego w instytucji miejskiej, która udostępnia zbiory za darmo, a algorytmem płatnego serwisu[3]. W „plan akcji” wpisano wprost rywalizację domeny publicznej z rynkiem komercyjnym, w celu podnoszenia poziomu kulturalnego mieszkańców europejskich obszarów zurbanizowanych. Komisja Europejska niejednokrotnie podnosiła kwestię ochrony tradycyjnych mediów, jako niezaprzeczalnej wartości również obecnie, a nie tylko spuścizny kulturowej przodków. Wydaje się, że VOD może stanowić dla nich zagrożenie.

 

Telewizja jak prasa drukowana?

 

Czy VOD to zatem wypożyczalnia wideo, w której algorytm zastępuje właściciela? Czy zagrożenie dla tradycyjnej telewizji? Pytamy o to kierownika Uniwersyteckiego Centrum Mediów Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, dr. Tomasza Chrząstka:

 

Ostatnio analizując kilka raportów, zrodziła mi się taka refleksja, że za kilka/kilkanaście lat telewizja linearna będzie miała podobne kłopoty jak prasa drukowana. Natomiast serwisy VOD będą miały się coraz lepiej. Mam też nadzieję, że algorytmy podsuwające materiały video będą coraz lepsze, bo obecnie mam wrażenie, że „myślą” bardzo ciasno i de facto odcinają nas od wielu potencjalnie interesujących pozycji – odpowiada medioznawca.

 

Z historycznej perspektywy

 

European Audiovisual Observatory od lat analizuje rynek telewizji i VOD. Najstarszy dokument na ten temat, który jest dostępny na stronie internetowej Obserwatorium pochodzi z 2007 roku i nosi tytuł „Video on Demand in Europe” (opublikowany na WWW 01.01.2008 r.). Badania przeprowadzono wówczas w 24 krajach w tym w Polsce. Wówczas trwała dyskusja nad włączeniem VOD w rygory prawodawstwa. Zwracano uwagę, że rozwój tego rynku umożliwił postęp technologiczny. Do analiz przystąpiono badając konsekwencje tego nowego zjawiska np. dla kinematografii, a w sensie ekonomicznym pojawienia się nowych graczy na zdawałoby się stabilnym rynku medialnym. Twórcom dokumentu, za którego redakcję odpowiadał osobiście Wolfgang Closs – dyrektor wykonawczy Obserwatorium, udało się przyjąć wciąż aktualną definicję: Termin „wideo na żądanie” obejmuje szeroki zakres technologii, z których wszystkie pozwalają na wybór i wypożyczenie, lub zdalny zakup w niematerialnej formie (brak nośnika typu VHS, czy DVD – przyp. red.) – treści wideo do natychmiastowego lub późniejszego oglądania na różnych typach urządzenie z ograniczeniami lub bez ograniczeń. Wobec postępu technologicznego stanowi to sukces, choć w gronie przykładowych urządzeń nie znalazł się jeszcze smartfon.

 

Jak w analizie wypadła Polska? Stwierdzono, że jesteśmy najlepiej rozwiniętym rynkiem telewizyjnym z grona państw nowo przyjętych do UE. Gorzej było z Internetem – stałe łącze miało 13,2% gospodarstw domowych. Zaznaczono jednak, że wzrost osób oglądających telewizję za pośrednictwem komputera wyniósł w latach 2004-2006 aż o 81%. Dodano wreszcie, że nie było wówczas w Polsce debaty na temat nowych regulacji prawnych w tym zakresie oraz że rozwój rynku VOD blokowany jest przez niewielką liczbę mieszkańców, mających dostęp do Internetu[4].

 

Tygrysi skok w okresie pandemii

 

Za opublikowany 9 lutego 2021 roku materiał European Audiovisual Observatory „Trends in the VOD Market in the EU28” odpowiadał Christian Grece. Ten ekonomista związany z Obserwatorium od 2013 roku przygotowuje raportu poświęcone rynkowi usług na żądanie dla Komisji Europejskiej.

 

Już we wstępie Grece zauważył, że przychody rynku VOD w Unii Europejskiej wzrosły z 388,8 miliona euro w 2010 roku do 11,6 miliarda Euro w 2020 r. Skok w ciągu dekady był więc gigantyczny, ale analityk podkreślił, że wynika on głównie z SVOD, czyli subskrypcji, które stanowią dominujący format przynoszenia zysków. Jak przedstawiał się ten skok? Subskrypcje przyniosły zaledwie 12,1 miliona euro w 2010, by w 2020 r. osiągnąć rekordowe 9,7 miliarda w 2002 r. W tym kontekście ekspert podkreślił wejście Netflixa na stary kontynent. Te cyfry robią wrażenie. Patrząc szerzej w 2019 roku przychody VOD stanowiły tylko 7% przychodu branży audiowizualnej. Grece dostrzega jednak, że za wyjątkiem usług wideo na żądanie i sprzedaży biletów, reszta rynku znajdowała się już wówczas w stagnacji. Wziąwszy pod uwagę zamknięcie kin w czasie pandemii, gigantyczny skok dochodów z subskrypcji wydaje się uzasadniony. Rodzi się przy tym oczywiste pytanie o jego trwałość, czyli czy tempo wzrostu zostanie utrzymane, po szerokim otwarciu drzwi do kin? Podobne kwestie podnoszone są dziś w odniesieniu do również rosnącego w czasie pandemii sektora handlu w Internecie. Dla wielu mieszkańców Europy zakupy, a w zasadzie „shopping”, to często wymieniane… hobby. Forma spędzania wolnego czasu postrzegana jako atrakcyjna. Czy kinomaniacy ruszą do kin i zapomną przedłużyć subskrypcję seriali oglądanych na smartfonach? To możliwe. Otwartym pozostaje więc pytanie o to, ile zostanie z zanotowanych na koniec 2020 roku 140 milionów subskrypcji w UE? Na razie ta liczba płacących odbiorców napędza rynek VOD, wyróżniając się wyraźnie na tle malejących przychodów z innych źródeł – np. z reklamy.

 

Wśród przyczyn zmiany, która zaczęła następować na starym kontynencie od przełomu 2011 i 2012 roku, Grece zwraca uwagę, że w serwisach SVOD nie trzeba czekać tydzień na kolejny odcinek serialu, a oglądania nie przerywają nam reklamy. Podkreśla to, jak istotne znaczenie dla rynku usług na żądanie ma rozrywka. Co istotne, ceny subskrypcji są w UE niższe niż te tradycyjnej, płatnej telewizji.

 

Ciekawym trendem jest zmiana pola rywalizacji między graczami aktywnymi na rynku usług audiowizualnych. Dotychczas arenę tę stanowiły zasięgi ogólnokrajowe, a publiczność był, jak to określił Grece, „zniewolona”, czyli mogła korzystać tylko z tego, co oferowały telewizje w czasie rzeczywistym[5].

 

Świat kręci się wokół jednostki, czy jednostka wokół technologii?

 

„Mapa Trendów” na 2021 roku opublikowana przez Infuture Institute dr Natalii Hatalskiej w trendach technologicznych zwraca uwagę na: hiperpersonalizację, algorytmizację życia. Na szczęście autorzy mapy nie prognozują jeszcze wpływu tego technologicznego postępu na zasadnicze zmiany społeczne[6]. Instytut wspomniał o nich w raporcie „Przyszłość telewizji”, podkreślając oczekiwania przedstawicieli pokoleń określanych literkami Y i Z[7]. Jakie będą tego skutki?

 

Heavy metalowa grupa TSA już w latach osiemdziesiątych śpiewała: Wychowały cię mass media! Nie wysilał się twój mózg. VOD umożliwia przyswajanie tylko treści, które nas interesują, głównie rozrywkowych wypełniaczy czasu, czyli seriali. Tradycyjna telewizja ogólna, podobnie jak drukowana gazeta, oferuje materiały, które dla odbiorcy mogą być ważne i interesujące, choć ich nie zasubskrybował. Skutki społeczne rozwoju sektora SVOD dopiero poznamy. Dziś jedno jest pewne – rynek rósł ostatnio wyjątkowo szybko, a pandemia wyraźnie w tym pomogła.

 

[1] G. Fortuna Jr., Rynek video w Polsce, „Images”, vol. XIII, 2013 r., s. 27-43.

[2] P. Gaweł, Rynek wideo w Polsce, „Film na świecie”, 1986, nr 334–335, s. 59.

[3] Urban Agenda for The EU. Partnership on Culture / Cultural Haritage, Final Action Plan,
https://futurium.ec.europa.eu/en/urban-agenda/culturecultural-heritage/action-plan/final-action-plan-partnership-culturecultural-heritage – dostęp 24.02.202 1 r.

[4] Video on Demand in Europe. Study caried out by NPA Conseil for the Direction du développement des medias and the European Audiovisual Observatory, Strasbourg 2007. https://www.obs.coe.int/en/web/observatoire/industry/home-video-and-vod – dostęp 25.02.2021 r.

[5] Christian Grece, Trends in the VOD Market in the EU28, European Audiovisual Observatory, 2021.
https://www.obs.coe.int/en/web/observatoire/industry/home-video-and-vod – dostęp 25.02.2021 r.

[6] https://infuture.institute/mapa-trendow/ – dostęp 24.02.2021 r.

[7] https://infuture.institute/raporty/przyszlosc-telewizji/ – dostęp 25.02.2021 r.

Informacja prezesa SDP w sprawie Jacka Międlara

W odpowiedzi na publiczne zarzuty informuję, że sprawdziłem tryb i okoliczności przyjęcia Jacka Międlara w poczet członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Stwierdzam, że Jacek Międlar został przyjęty przez Oddział Dolnośląski SDP z pominięciem zapisanych w statucie procedur. Brak opinii Komisji Członkowskiej Oddziału oraz brak uchwały Zarządu Oddziału moim zdaniem unieważnia cały proces.

 

Z analizy dostarczonego materiału wynika, że Jacek Międlar nie jest członkiem SDP. Postawię tę sprawę na najbliższym posiedzeniu Zarządu Głównego oraz skieruję wniosek o wyjaśnienie sprawy do Głównej Komisji Rewizyjnej.

 

Decyzje o przyjęciu do Stowarzyszenia nie leżą w kompetencji ani prezesa SDP, ani Zarządu Głównego SDP. Podpisywanie legitymacji jest  czynnością rutynową leżącą w gestii Sekretarza Generalnego SDP,  którego z powodu pandemii i restrykcji epidemicznych zastępowałem.

 

W przypadku podpisania legitymacji Jacka Międlara doszło do biurokratycznego błędu proceduralnego, za który biorę odpowiedzialność. Wszystkich członków Stowarzyszenia przepraszam za zaistniałą sytuację.

 

Jednocześnie podkreślam, że kierowana przeze mnie  organizacja jest otwarta i jest w niej miejsce dla dziennikarzy pochodzących z różnych środowisk, o różnych światopoglądach i postawach ideowych.

 

Przypadek Jacka Międlara, kontrowersje oraz gorące komentarza pokazują jak głęboka jest potrzeba poważnej dyskusji na temat zdefiniowania zawodu dziennikarza.

 

Krzysztof Skowroński

prezes SDP

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Kto decyduje o Powązkach? Szczęśliwie nie „Wyborcza”!

Wróciła idea dekomunizacji stołecznych Powązek Wojskowych. Nieocenionej „Gazecie Wyborczej” prezydent Warszawy powiedział, że jest „oburzony”: „Nawet zaborcy nie niszczyli cmentarzy i grobów zmarłych, którzy stawali przeciw nim”. Pan Trzaskowski się myli. Bolszewiccy bandyci niszczyli polskie cmentarze wszędzie, gdzie tylko mogli. Sprofanowali też Powązki Wojskowe, kładąc na tej wyjątkowej narodowej nekropolii swoich komunistycznych towarzyszy – morderców. Niektórych nad kośćmi polskich bohaterów – jak na „Łączce”. Ale dziś nikt nie chce dewastować grobów, zakopywać w bezimiennych dołach, niszczyć szczątków. Tylko w cywilizowany sposób przenieść niegodnych na zwykły cmentarz komunalny.

 

Tymczasem prezydent Warszawy opowiada dalej coś takiego: „kontrowersyjne groby na cmentarzu wojskowym lata temu zostały zasłonięte drzewami„. Pan Trzaskowski chyba dawno nie był na Powązkach. Bo gdyby był, wiedziałby, że np. grób szefa stalinowskiej bezpieki Stanisława Radkiewicza nie jest zasłonięty żadnymi drzewami. Podobnie innych czerwonych faszystów: Jakuba Bermana, Franciszka Jóźwiaka, krwawej Julii „Luny” Brystiger, czy oprawców – morderców sądowych rtm Witolda Pileckiego: „prokuratora” Czesława Łapińskiego i „sędziego” Józefa Badeckiego. Grób „godnego” następcy stalinowców: tow. Jaruzelskiego też nie jest zasłonięty – przecież nie widziałaby go wtedy i nie mogła ochronić cmentarna kamera. Mogę zresztą p. Trzaskowskiemu wymienić dziesiątki podobnych nazwisk komunistycznych zbrodniarzy profanujących polski cmentarz. Ale właściwie po co, skoro twardo ich broni.

 

Na stulecie

 

„Gazecie Wyborczej” pomysł repolonizacji Powązek nie podoba się „od zawsze”. W tekście „Dekomunizacja grobów na Powązkach Wojskowych. Chcą usunąć Bieruta i Marchlewskiego” 8 listopada 2017 r. dziennikarz organu z ul. Czerskiej Tomasz Urzykowski napisał: „O dekomunizacji Cmentarza Wojskowego na Powązkach z szefem Instytutu Pamięci Narodowej rozmawiał w poniedziałek w TVP Info Tadeusz Płużański, prawicowy publicysta, zwolennik usunięcia z tej nekropolii grobów komunistycznych dygnitarzy”.

Dalej cytują mój dialog z dr Jarosławem Szarkiem:

Czy ci zbrodniarze nadal powinni tam leżeć, czy jednak powinniśmy ich stamtąd wynieść, przy zachowaniu cywilizacyjnych procedur? – zapytał Tadeusz Płużański.

Nie wyobrażam sobie, żeby z jednej strony obchodzić stulecie wiktorii nad Wisłą, odzyskania niepodległości i walki o nią, a z drugiej strony, w tym samym czasie, na cmentarzu Powązkowskim istniało mauzoleum Juliana Marchlewskiego i Bolesława Bieruta – odpowiedział prezes IPN Jarosław Szarek”.

 

Niestety, stulecie zwycięstwa nad bolszewikami minęło, a na Powązkach wciąż w mauzoleach leżą MarchlewskiBierut. I setki innych komunistycznych zbrodniarzy.

 

„Profanacja IPN”

 

W tym samym wydaniu „Wyborczej” mogliśmy zapoznać się z takim, nieco wikipedyjnym passusem o Powązkach: „Po wojnie cmentarz stał się najważniejszą nekropolią ówczesnych władz. Przy głównej alei i w jej pobliżu wyrosły grobowce komunistycznych działaczy i wojskowych: Juliana Marchlewskiego, Bolesława Bieruta, gen. Karola Świerczewskiego, Władysława Gomułki i wielu innych. Chowano tu także ludzi kultury, sztuki, nauki i sportu, m.in.: Juliana Tuwima, Władysława Broniewskiego, Xawerego Dunikowskiego, Arnolda Szyfmana, Feliksa Stamma. W czasach stalinowskich na obrzeżu Wojskowych Powązek potajemnie grzebano mordowanych przez bezpiekę żołnierzy AK i powojennego podziemia antykomunistycznego. Obecnie na cmentarzu odbywają się pogrzeby osób o szczególnych zasługach dla Polski”. „GW” „zapomniała” dodać, że za rządów prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz wciąż chowano na cmentarzu niegodnych – czerwonych generałów: Floriana Siwickiego, Tadeusza Pietrzaka, czy wspomnianego Wojciecha Jaruzelskiego i np.  Stanisława Kociołka – „kata Trójmiasta”.

 

Ale „obiektywnie” już było, potem należało przyłożyć. I tak „GW” nie pozostawiła suchej nitki na pomyśle „usunięcia stąd grobów komunistycznych prominentów”, podpierając się opiniami sprawdzonych kombatantów. Oczywiście Leszek Żukowski, ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK, stwierdził, że „nie wyobraża sobie urządzania szopki z przenoszeniem ich grobów. Zresztą, dokąd je przenieść? Będzie specjalny cmentarz dla wyrzuconych?” (nawiasem mówiąc dobry pomysł człowieka, który obrażał Żołnierzy Wyklętych).

 

„Wyborcza” zasłoniła się również „aspektem prawnym”. Że przeniesienia nie przewidują takie a takie przepisy, co skwapliwie potwierdziła m.in. rzeczniczka Zarządu Cmentarzy Komunalnych – właściciela Powązek z ramienia m.st. Warszawy: „IPN nie ma żadnej mocy sprawczej, żeby przenosić groby. Byłaby to profanacja miejsca pochówku i naruszenie praw rodziny. Zarząd cmentarza na pewno nie wydałby na to zgody”.

 

Prawo na bezprawiu

 

Właśnie wobec takiego, wielokrotnie powtarzanego dictum trwają starania, aby nekropolia przeszła – tak jak plac Piłsudskiego w Warszawie, czy Westerplatte w Gdańsku – na własność państwa. Wtedy pojawia się szansa na cywilizowane przeniesienie komunistów na inny cmentarz, najlepiej żołnierzy radzieckich. Bo my nie rozmawiamy przecież o byle jakich grobach, prawach do tych grobów zmarłych i ich rodzin – tylko o grobach szczególnych: komunistycznych zbrodniarzy.

 

Tych, którzy po 1945 r. bezprawnie zawłaszczyli Powązki. Bezprawnie, tak jak nielegalna, bo nie pochodząca z wyboru Polaków była ich władza i stanowiska. Taki np. NKWD-zista Bolesław Bierut udawał tylko prezydenta Rzeczpospolitej, a Stanisław Radkiewicz – szef bezpieki – przebierał się w mundur polskiego generała. Ci przestępcy, kłamcy i złodzieje wzięli sobie Powązki, tak jak skolonizowali, zrabowali całą Polskę. Mordując polskich niepodległościowców i odzierając z majątku twierdzili, że ich wyzwalają.

 

Po śmierci też domagali się honorów i chowali na ukradzionej polskiej nekropolii. A złożenie doczesnych szczątków w Alei Zasłużonych było wyjątkową perfidią, szargającą pamięć polskich żołnierzy – bardzo często ofiar tych komunistycznych przestępców.

 

Ale o tym wszystkim żurnaliści z „Wyborczej” nie chcą słyszeć. Nie chcą słyszeć, że prawo nie może być budowane na bezprawiu i krzywdzie, szczególnie jeśli nowe porządki były obce – przyniesione na sowieckich czołgach. Czy to tylko środowiskowy uwiąd umysłowy, czy może efekt tego, że na Powązkach leży np. Ignacy Krzemień, wysoki funkcjonariusz krwawej Informacji Wojskowej: komunistycznego kontrwywiadu wojskowego; czy Bolesław Gebert, sowiecki agent, założyciel Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych (resztę mogą Państwo sprawdzić, chociażby w Wikipedii)?

 

„Gazeta” a Powązki

 

Ale to nie pierwsza taka akcja „Gazety Wyborczej” związana z Powązkami Wojskowymi. W sierpniu 2013 r. przytoczyła mój apel do prezydenta RP (wówczas był nim Bronisław Komorowski) o objęcie patronatem pogrzebu Żołnierzy Wyklętych, ekshumowanych przez IPN na „Łączce”. Apelowałem, by było to wielkie patriotyczne święto, z mszą w katedrze, uroczystościami na placu Piłsudskiego i przemarszem konduktu żałobnego przez miasto na cmentarz. „GW” przytoczyła to na stronach stołecznych, uznając najwyraźniej za sprawę lokalną.

 

Ale to nie było największe „uchybienie”. Mój apel poparł prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz, a „Gazeta” napisała tylko o wsparciu „prawicowych portali”. Ale potem było jeszcze ciekawiej. Na tych samych łamach rzecznik IPN Andrzej Arseniuk powiedział, że „mówienie dziś o pogrzebach jest przedwczesne. Akcję uważam za niepotrzebną„. Rozmawiałem potem z panem rzecznikiem, który zapewniał, że o moim apelu z „Wyborczą” w ogóle nie rozmawiał: „Nigdy nie było moją intencją dezawuowanie akcji, której gorąco kibicuję”.

 

Tekst „GW” warto również skonfrontować z tym, co o moim apelu powiedział kierujący wówczas badaniami na „Łączce” prof. Krzysztof Szwagrzyk: „Ta inicjatywa zasługuje na poparcie nas wszystkich. I cieszy mnie dyskusja, co robić ze szczątkami bohaterów. Nie wyobrażam sobie, żeby pogrzeb ofiar komunizmu odnalezionych na „Łączce” nie był wielką państwową uroczystością„.

 

„Wyborczej” pogrzeb bohaterów na „Łączce” musiał się jednak tak bardzo nie podobać, że znów wykorzystała słowa rzecznika IPN, że „rodziny jeszcze takich decyzji nie podjęły„. Słowa zapewne znów wyrwane z kontekstu, bo prezes IPN dr Łukasz Kamiński mówił wtedy tak: „Z naszych kontaktów z rodzinami wynika, że większość z nich przychyla się jednak do wspólnego pogrzebu„.

 

Dr Kamiński mówił więcej: „na „Łączce” powinno stanąć mauzoleum. I to jest odpowiedź na wyjściowe pytanie „GW” „jak zostaną pochowani żołnierze, których szczątki odnaleziono w kwaterze „Ł” na Wojskowych Powązkach? Kto o tym zdecyduje?

 

Po latach możemy powtórzyć – szczęśliwie nie „Gazeta Wyborcza”.

 

Tadeusz Płużański

Konkurs dla dziennikarzy z Wielkopolski – przedłużony termin nadsyłania prac

Wielkopolski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zaprasza dziennikarzy, których publikacje związane są z Wielkopolską i ukazały się w 2019 i 2020 r., do udziału w konkursie. Termin przyjmowania prac został przedłużony do 31 marca.

 

Media nazywane są czwartą władzą. Zarządzają słowem i obrazem, wpływają na postrzeganie rzeczywistości. Dla dziennikarza najważniejsze są fakty. One są podstawą naszej pracy. Interpretacja faktów z natury rzeczy jest subiektywna. Subiektywizm jest nieunikniony (jak pisał w „Karafce La Fontaina” Melchior Wańkowicz), ale kłamliwe przedstawianie rzeczywistości jest sprzeniewierzeniem się zawodowi.

 

NAGRODA GŁÓWNA WO SDP za najciekawszy, najbardziej wartościowy materiał dziennikarski, poruszający aktualne i najistotniejsze problemy społeczne i polityczne.

 

NAGRODA VIRTUTI CIVILI za szczególną odwagę dziennikarza w podejmowaniu i realizacji trudnych oraz kontrowersyjnych tematów.

 

NAGRODA DLA MŁODYCH DZIENNIKARZY zostanie przyznana autorom poniżej 35 roku życia.

 

NAGRODA IM. WOJCIECHA DOLATY za dziennikarstwo, które wyróżnia się szczególną rzetelnością i fachowością.

 

Regulamin do pobrania TUTAJ.

 

Karta zgłoszenia do pobrania TUTAJ.

 

Internet skręcił w złą stronę – rozmowa z MICHAŁEM DYDYCZEM, prezesem Polskiej Partii Piratów

Facebook, Twitter, Instagram nazwały się mediami społecznościowymi, ale nimi nie są. Wrzucamy tam treści i już nie mamy na nie wpływu. Jesteśmy tam po to, by dawać komuś target profili i umożliwić innym dystrybuowanie do nas reklam, czy określonych treści. To w zasadzie duże domy medialne, a nie media społecznościowe – mówi  Michał Dydycz, prezes Polskiej Partii Piratów, aktywista, zwolennik Ruchu Wolnego Oprogramowania w rozmowie z  Aliną Bosak.

 

Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy połączyłeś się z Internetem?

 

Tak. W roku 1995. Internet wyglądał zupełnie inaczej. Nie zastępował jeszcze innych narzędzi do zdalnej komunikacji. Pod tym względem większe „branie” miało wtedy CB radio. W sieci komunikacja dopiero raczkowała. Wychowałem się na kanałach IRC-owych. Znacznie później weszło ITCube, Gadu-Gadu.

 

Co ci się podobało wtedy w Internecie?

 

Łatwy dostęp do informacji. Możliwość rozwijania zainteresowań związanych właśnie z komputerami, siecią. Mogłem sięgać do źródeł za granicą, wymieniać się wiedzą z ludźmi na całym świecie. W tamtym momencie większość populacji jeszcze nie korzystała z Internetu. Z tego powodu było to narzędzie bardziej elitarne niż powszechne.

 

Na długo przed Wielką Czwórką: Google, Apple, Facebook, Amazon…

 

Google jeszcze nie istniało. Do wyszukiwania służyły wyszukiwarki jak AltaVista i wiele innych. Rynek nie był zmonopolizowany i tak scentralizowany jak dziś. W Internecie panowała różnorodność. Jeśli nie znajdowałem informacji w jednym miejscu, szukałem jej za pomocą innego narzędzia, innej wyszukiwarki. Nie mówiło się jak dziś, że jeśli nie ma czegoś w Google, to tak jakby coś nie istniało. Strony nie były tak pokatologowane, poindeksowane jak obecnie przez wielkich monopolistów. Do większości informacji docierało się dzięki linkom, jakie znajomi udostępniali na grupach dyskusyjnych.

 

Wyobrażałeś sobie, jakie zagrożenia może nieść nowe medium?

 

Widziałem je głównie w uzależnieniu. Kiedy w 2000 roku, w Polsce zaczął się internetowy boom, bo infrastruktura operatorska zaczęła być dostępna cenowo dla przeciętnego Kowalskiego, sieć zaczęła coraz bardziej wciągać. Sam siedziałem przed komputerem całe noce. Znałem ludzi, których w IRC spotkać można było o każdej porze – pierwsze symptomy, czym może być Internet.

 

Na pewno zachwycał nieograniczonym dostępem do wiedzy. Pamiętam pierwszy dziennikarski research w Internecie. Znalazłam tylko jeden tekst z szukanym słowem kluczowym, a i tak byłam wniebowzięta.

 

Nieliczne teksty, które wtedy znajdowaliśmy w sieci, były bardzo wiarygodne. W pierwszym okresie rozwoju Internetu powstawało wiele rzetelnych stron branżowych. Świadomość, że piszę coś, co może przeczytać cały świat, sprawiała, że pierwsi użytkownicy czuli dużą odpowiedzialność za to, co umieszczają w sieci. Chociaż mówiło się, że Internet to źródło piractwa, kradzież treści nie była plagą jak dziś.

 

Internet kojarzył się z wolnością. Dlatego od początku byłeś fanem Linuxa i wolnego oprogramowania? Przy tym, jak Windows rozpanoszył się w komputerach na całym świecie, wydaje się, że to przegrana sprawa.

 

Nie zgodzę się. Linuxem jest dziś napędzanych więcej urządzeń niż innymi systemami operacyjnymi. Zagościł w tunerach telewizyjnych, telefonach z Androidem. Na tym systemie pracuje powyżej 95 proc. serwerów. Aplikacje Linuxowe można uruchomić nawet pod Windowsem 10. Od początku byłem orędownikiem Linuxa. System miał charakter otwarty i budowały go setki osób. Taka połączona wiedza, wiedza  społeczna, stanowi wielką siłę i sprawia, że na rozwój Internetu, a więc i rozwój świata ma wpływ wielu ludzi.

 

Jednak w naszych laptopach rządzi Microsoft i Apple.

 

Skazaliśmy się na monopolistów. Do szkół wprowadzono komputery z Windowsem i od małego przyzwyczaja się społeczeństwo do jednego systemu.

 

Mimo to w ostatnich miesiącach nie monopol Microsoftu zaniepokoił miliony ludzi, ale ograniczanie wolności słowa przez media społecznościowe. Zablokowanie konta Donalda Trumpa na Twitterze wywołało ostre spory, co w sieci wolno, a co nie. Okazuje się, że kiedy Internet przestał być elitarny, stał się powszechny, dostępny dla wszystkich i przez to zdawałoby się demokratyczny, wolność słowa zaczęła być dyskusyjna?!

 

Internet jest dziś mniej demokratyczny niż był na początku, kiedy więcej do powiedzenia w jego funkcjonowaniu i wprowadzaniu standardów miały różne społeczności, instytucje naukowe, rozmaite podmioty, które nie posiadały monopolu. Podejście wielu projektów było wtedy bardziej naukowe niż komercyjne. A co do tzw. mediów społecznościowych, to tę nazwę zawłaszczyły, nie mając nic wspólnego z sieciami społecznościowymi. Idea takiej sieci polega na tym, że tworzy ją społeczność, która decyduje o jej zawartości i nią zarządza. I tę ideę realizuje np. diaspora  – sieć społecznościowa, którą każdy może założyć i użytkować, nie może być przejęty przez korporacje oraz reklamodawców. Używając Diaspory, pozostaje się właścicielem własnych informacji i nie musi się przekazywać praw do nich żadnej korporacji. Facebook, Twitter, Instagram nazwały się mediami społecznościowymi, ale nimi nie są. Wrzucamy tam treści i już nie mamy na nie wpływu. Jesteśmy tam po to, by dawać komuś target profili i umożliwić innym dystrybuowanie do nas reklam, czy określonych treści. To w zasadzie duże domy medialne, a nie media społecznościowe. Wykorzystały one rozwój technologiczny i wejście Web 2.0, rozpoznały potrzebę ludzi i udostępniły platformę, która przynosi duże zyski. Użytkownikom wydaje się, że dostali coś za darmo, tymczasem oddali swoje prawa i prywatność. W najpopularniejszych serwisach społecznościowych tracimy prawa autorskie majątkowe. Nie powinniśmy w tym kierunku iść.

 

Ale jakie jest wyjście? Dziś każdy dziennikarz musi śledzić Twittera. To tam pierwsze newsy publikuje premier, rząd, poszczególne ministerstwa, politycy, gwiazdy sportu, kina itd.

 

Twitter sam się nie stał obowiązkowy. Pomogła mu w tym chociażby władza. Jeśli rzecznik rządu zapowiada coś ważnego właśnie tam, a nie na stronie Kancelarii Premiera, to przyciąga użytkowników na komercyjną stronę, a nie na rządową. Kiedyś funkcjonował w Internecie czytnik RSS. Każdy mógł zainstalować taką aplikację, dać linki do stron, które go interesują, i na monitorze komputera wyświetlały się wszystkie nowe nagłówki, jakie się na nich ukazywały. To świetnie funkcjonowało do chwili, kiedy masowo zaczęto korzystać z Facebooka, Twittera itp. portali. RSS było świetną formą komunikacji, ponieważ właścicielem treści pozostawał portal, na którym się publikowało. W Twitterze właścicielem każdego konta jest Twitter, więc może je usunąć. Przenieśliśmy cały ruch do Twittera, Facebook i YouTube’a wyłącznie z lenistwa i wylobbowanej mody. Od rządu po właścicieli prywatnych portali wszyscy umieszczali na swoich stronach zachętę: Polub nas na Facebooku. Sami targetowaliśmy naszych odbiorców z przestrzeni, którą zarządzaliśmy, do miejsca, w którym poza akceptacją regulaminu nie mamy nic do gadania.

 

Owszem, ale jest też druga strona medalu. Kiedy chcę, aby moja informacja dotarła do szerszego grona niż to, które odwiedza moją stronę, szukam agory, gdzie jest cały tłum. Dlatego Trump zanim ruszył z kampanią prezydencką złożył konto na Twitterze, a potem stał się ofiarą tego samego Twittera, chociaż zamysł na początku wydawał się dobry.

 

Polakom wydaje się, że era Facebooka czy Twittera powstała 7-8 lat temu. A te platformy działają na Zachodzie o wiele dłużej. Twitter upadał, potem został przejęty, nastąpiła jego reaktywacja. Te platformy nie były od razu tak duże i popularne jak dziś. W Polsce też nie od razu stały się potentatami. Pamiętam ten moment, kiedy wydawało się, że Twitter już czas zamykać.

 

Twittera pomagały promować także media. To dla nas świetne narzędzie. Gdzieś następuje wybuch wulkany, a ty w parę chwil znajdujesz świadka, który Ci o nim opowie z drugiego końca świata i jeszcze za darmo udostępni zdjęcie. Wszyscy wpadali w tę pułapkę.

 

Owszem, jej siłą od początku był międzynarodowy charakter i funkcjonalność. Przyznaję, łatwiej było to zainstalować niż RSS. Twitter wstrzelił się także w nowe czasy, kiedy z nadmiaru informacji wielu ludzi ogranicza się do czytania tytułów i nagłówków. Na TT mają newsy w formie jednego zdania.

 

Jak każde narzędzie i to jest wykorzystywane przez wszelkiej maści służby, wywiady i architektów umysłów.

 

Media zawsze były czwartą władzą, a służby lubiły inspirować różne artykuły. We wzorcowym demokratycznym kraju – USA – w czasie II wojny światowej cenzura była większa niż dziś w stronniczych mediach. Już w 2013 roku ostrzegałem przed taką aferą, jak Cambridge Analitics, i przed programowaniem społeczeństw. Mówiłem o profilowaniu, o tworzonych naszych tożsamościach cyfrowych, wpływie na opinie. W Internecie jesteśmy bardziej naturalni niż w realnym świecie. Wydaje nam się, że nikt nas nie widzi, że z kliknięcia ze strony na stronę nic nie da się wywnioskować. Tymczasem technologia poszła w tę stronę, że nasze kliknięcia są towarem. Z naszych kliknięć domy mediowe jak Facebook, Twitter, Instagram, Google, robią produkt. Nasz profil jest sprzedawany reklamodawcom. Nie mając świadomości tego, zachowujemy się naturalnie. W Internecie otworzymy książkę, po którą przy sąsiedzie byśmy nie sięgnęli. Wspomniane platformy zaś przestały być demokratyczne, to biznesy nastawione na zysk, a nie podmioty zainteresowane budowaniem społeczności.

 

Narzekają zatem właściciele kont – Facebook tnie nam zasięgi…

 

Zasięg oznacza zajęcie mocy serwera i koszt. Dawanie organicznego zasięgu za darmo nie wchodzi w grę. To się musi opłacać – chcesz być widoczny, to zapłać za reklamę.

 

Czy zamykanie konta Trumpa to był zwykły biznes, czy polityka?

 

Biznes. To nie są konta dla społeczności.

 

A jednak opinie na temat zamknięcia jego konta spolaryzowały się na wzór poglądów politycznych. Czy Twoim zdaniem można zamykać konto, uzasadniając, że jego właściciel podżega do przemocy, a blokowanie jest powodowane dobrem społecznym?

 

Z jednej strony wkurzało mnie to, że ludzie uważają stosujące blokadę media za społecznościowe i nie zauważają iluzji, jakiej ulegli. Myślą, że konta, to, co w nich umieszczają, jest ich własnością. A tymczasem nie jest – należy do platformy, ona tym zarządza i „sprzedaliśmy” jej to. Jeśli to byłyby media społecznościowe, każdy miałby prawo  w nich się wyrazić. A o tym, czy przekroczył granice, rozstrzygałyby sądy. W normalnym demokratycznym kraju i normalnej przestrzeni cyfrowej, orzekać powinien sąd. Mamy różną wrażliwość. Jeśli ktoś przeklnie w Internecie, jeden się obrazi, inny potraktuje to jako zwykłą rozmowę z różnicą zdań.

 

Kiedy pędzi tłum podżegany przez kogoś w Internecie, czekanie na decyzję sądu może doprowadzić do tragedii.

 

Okej. Ale zgodziliśmy się na swobodę komunikacji w Internecie. Nie wyobrażam sobie, aby prywatny podmiot egzekwował, czy stanowił prawo. We wspomnianej sytuacji taki podmiot autorytarnie zdecydował, że dana treść może spowodować pucz. Ale ten podmiot nie jest uprawniony do orzekania w tej sprawie.

 

A gdyby robił to we współpracy z rządem swojego kraju? Czy władza może działać prewencyjnie w takich sytuacjach? Po wydarzeniach na Kapitolu, w Kanadzie rozpoczęto prace nad przepisami, które pozwolą karać media społecznościowe za udostępnianie treści, które rząd uzna za nielegalne. Być może wtedy takiemu ruchowi jak QAnon, oskarżanemu o podżeganie do ataków na Kapitol, nie udałoby się zmobilizować tłumu?   Znając jednak skalę manipulacji, jakiej poddawani są ludzie w sieci, można stwierdzić, że to w równej mierze narzędzie wolności, jak i zniewolenia. Obawy rządów o to, że np. ktoś z zewnątrz może organizować duże grupy społeczne dla celów zagrażających bezpieczeństwu państwa nie są bezpodstawne.

 

Rzeczywiście, QAnon wykorzystuje do politycznych celów ideę Anonymous. To akurat sposób bojówek Trumpa na budowanie szerokiego ruchu społecznego. Ale takie grupy w Internecie zawsze się organizowały. To jednak nie uzasadnia cenzury. Tym bardziej, że sieci, które cenzurują, nie są społecznościowe, ale należą do prywatnych firm, które nie tworzą tych mediów w sposób transparentny. Dlaczego jestem zwolennikiem Linuxa? Bo tu każdy może przejrzeć kod źródłowy, a jeśli zobaczy zagrożenie, to może zaproponować społeczności poprawkę. W przypadku Facebooka, Twittera, społeczność nie ma takiej kontroli. Zresztą służby, różne państwowe instytucje, także nie mają dostępu do tej wiedzy. Nie wiemy, jakie są intencje zarządu, właściciela firmy. To poważny problem.

 

Jak go rozwiązać?

 

Zacząłbym od tego, że dane każdego użytkownika korzystającego z takiej platformy, mają pozostać jego własnością. To powoduje, że każdy człowiek, posiadający dane, z których korzysta platforma, odpowiada za nie. Chodzi o bezpośrednią odpowiedzialność. Wtedy, widząc takiego użytkownika, nie zwracalibyśmy się do platformy o jego zablokowanie, ale zgłaszając sprawę do sądu moglibyśmy pozbawić takiego człowieka dostępu do różnych platform. W sytuacjach szczególnie drażliwych prokuratura z dnia na dzień może zablokować profil, wezwać do zaprzestania czegoś. To działałoby także na korzyść użytkowników. Będąc odpowiedzialnymi za treści, mieliby silny mandat do tego, by żądać od platform przejrzystości działania: „Dam wam swoje dane, ale pokażcie mi, co z nimi robicie”. Nie bylibyśmy zakładnikami platform. To one musiałby się starać, by dostać nasze dane i na nich zarobić. W chwili obecnej najmniejszy nawet portal wymienia w „Polityce prywatności” litanię podmiotów korzystających z twoich danych. Bo trzeba tych meta danych zebrać jak najwięcej, by systemy sztucznej inteligencji mogły się uczyć i optymalizować algorytmy. Dajemy gratis różnym serwisom masę informacji, aby ktoś znów mógł wygenerować jakiś kod, system typu Facebook. Dziś profile, metadane użytkowników nie są ich własnością. Dopóki w ten sposób będziemy rozumieć funkcjonowanie Internetu, dopóty będziemy mieć problem z Twitterami, Facebookami i tym, że Internet nie będzie demokratyczny. On przestał być demokratyczny w chwili, kiedy oddaliśmy się w ręce monopolistów. Pozwoliliśmy na powstanie monopoli, których metody funkcjonowania są poza kontrola społeczną. To instytucje transgraniczne i żadne państwo nie ma na nie wpływu.

 

Mimo to, państwa próbują. Resort Zbigniewa Ziobry, Ministerstwo Sprawiedliwości, chciałby na przykład powołać Radę Wolności Słowa, która rozpatrywałaby skargi polskich użytkowników na platformy społecznościowe. Miałaby ona nakładać wysokie kary – nawet do 50 mln zł.

 

Żadna taka regulacja rządowa, czyli kolejny urząd, próbujący coś kontrolować, przy tej ilości użytkowników nie będzie skuteczny, wręcz przeciwnie – także zagraża wolności słowa. Nie pomoże również zastosowanie sztucznej inteligencji do kontrolowania Internetu. Media społecznościowe mają szansę na wolność słowa i bezpieczeństwo, kiedy będą transparentne i kontrolowane przez tworzącą je społeczność – kiedy skończy się ukrywanie i zasłanianie tajemnicą dla dobra firmy. Jedyny skuteczny sposób, to jawność. W latach 20. XX wieku Ford powiedział, jeżeliby ludzie wiedzieli jak działa system bankowy, wybuchłaby rewolucja. Jestem przekonany, że gdyby ludzie rozumieli, jak działa dziś Internet, chcieliby go w rewolucyjny sposób przebudować.

 

Systemu bankowego nic nie rozwaliło, a Internet ma coś zmienić? Bo przepisy Digital Service Act proponowane przez Komisję Europejską, które skupiają się na usuwaniu niedozwolonych treści z Internetu, idą w tę stronę, którą krytykujesz.

 

Krytykuję, ponieważ te regulacje to płakanie nad rozlanym mlekiem. I dosyć kontrowersyjne pomysły, typu: Polak zgłasza znalezienie niewłaściwej treści w serwisie Hiszpana i ten ma je usunąć. W drugą stronę – Hiszpan będzie mógł kontrolować Internet w Polsce. I to bez pośrednictwa sądów, wyroków itp. To przecież chore. W ten sposób znowu stwarzamy możliwość manipulacji informacjami.

 

Przełamanie monopolu FB, TT, Instagrama, Google, jest możliwe?

 

Powstają prawdziwe media społecznościowe, jak wspomniana na początku diaspora. Takie media tworzone są przez wolnościowców. Na razie małe, ale wzrastające. Jeśli chcesz, możesz się w nie włączyć z małym, postawionym w domu serwerem, więc kiedy wyciągniesz wtyczkę, to cię w sieci po prostu nie będzie. Są różne modele funkcjonowania w Internecie, które pozwalają zachować kontrolę nad swoimi danymi.

 

Dla milionów ludzi intelektualnym wysiłkiem było odnalezienie się na jednej społecznościowej platformie, a ty mówisz o wgłębianie się w tajniki niszowych rozwiązań?

 

Są równie łatwe, tylko nierozreklamowane. To kwestia edukacji. Już na poziomie szkół trzeba wskazywać alternatywy, możliwości. Ważne, aby ich było wiele, aby był wybór.

 

Bo taka alternatywa, jak np. autonomiczne sieci w Chinach, nie są ostoją wolnego słowa?

 

Nie jestem zwolennikiem Internetu kontynentalnego. Teraz idzie to w tę stronę – zamykanie Internetu za pomocą różnych jurysdykcji prawnych na różnych kontynentach. Powinny powstać organizacje międzynarodowe, które będą rozważać zagrożenia, wpływać i kształtować rozwój Internetu. Mogliby je tworzyć ludzie nauki, osoby wywodzące się z ruchów społecznych, jak Creative Commons czy Wikipedia.

 

Wikipedia to rzeczywiście bardzo jasny punkt w historii Internetu. Właśnie obchodzi 20-lecie i jest przykładem, że społeczność internetowa może stworzyć coś bardzo wartościowego.

 

Tak. To przykład demokratycznego Internetu i demokratycznego podejścia do społecznej własności. Odpowiada za nią fundacja, działając w sposób bardzo transparentny. Jawny jest kod portalu, każdy może zobaczyć historię zmian i powstawania definicji każdego pojęcia. Internauci nawzajem się cenzurują, sprawdzają, i w efekcie powstaje wartościowy portal.

 

A więc można.

 

Można. Dlatego teraz, kiedy zobaczyliśmy, w jakie kłopoty zabrnęliśmy, rozwijając Internet, musimy zrobić dwa kroki w tył. Zacząć budować od nowa, nawet, jeśli niektórzy na tym stracą. Cerowanie, jakie teraz uprawiamy, zagraża demokracji. Fundamentem demokracji i wolność słowa jest równy dostęp do wielu rzeczy i takie same prawa. Ludzie różnią się opiniami i w dyskusji przekonują się do swoich racji. Jeśli zaczniemy ograniczać wolność wypowiedzi, zabrniemy w ślepy zaułek. Owszem, jest granica i zasady funkcjonowania w społeczeństwie, musimy chronić słabsze jednostki, bardziej wrażliwe. Ale z ograniczaniem prawa do wypowiedzi naprawdę trzeba uważać.

 

Tekst ukazał się w numerze 1/2021

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

Jest potencjał – ks. ARTUR STOPKA o „mediach katolickich”

Opracowany przez Katolicką Agencje Informacyjną raport „Kościół w Polsce” został opublikowany 5 marca br. Znalazła się w nim część poświęcona „Mediom katolickim”. Podczas jej lektury można odnieść wrażenie, że choć wspólnota katolicka w naszej Ojczyźnie nie należy w tej sferze do potęg, to jednak trudno ją zaliczyć do „ubogich krewnych”. Raport daje poczucie sporych możliwości. Rodzi jednak pytania o stopień ich wykorzystania.

 

Niejako „przy okazji” (i najprawdopodobniej w sposób niezamierzony) raport KAI (można go przeczytać TUTAJ) przypomina o problemie, który nie tylko w Polsce był już wielokrotnie sygnalizowany. Chodzi o nieprecyzyjność samego pojęcia „media katolickie” i nieostre kryteria, według których poszczególne czasopisma, rozgłośnie, stacje telewizyjne lub serwisy internetowe są do nich zaliczane. Właśnie tymi dwoma słowami „Media katolickie” zatytułowano w raporcie część o środkach przekazywania treści i międzyludzkiej komunikacji, po czym zamieszczono w niej m. in. miesięcznik „Znak”, o którym jego redaktor naczelna mówi, że „nigdy nie był pismem ściśle katolickim” oraz Polsat Rodzina, którego szef również zastrzega, że „nie jest kanałem stricte konfesyjnym, ale przede wszystkim rodzinnym”.

 

Być może jakimś porządkującym nieco tę kwestię rozwiązaniem byłoby w przyszłości wyraźniejsze wskazanie, które media są od strony formalnej własnością różnych kościelnych instytucji, które mają jednoznaczną akceptację Kościoła, a które są po prostu redagowane przez katolików, starających się za ich pośrednictwem wypełnić swoje zadanie misyjne, na które wielki nacisk w odniesieniu do wszystkich członków Kościoła (świeckich i duchownych) kładzie nacisk papież Franciszek.

 

Wygląda na to, że sama konstrukcja „medialnej” części raportu KAI odzwierciedla ugruntowany w Kościele katolickim w Polsce sposób myślenia o będących w zasięgu jego możliwości mediach. Już w leadzie, stwierdzającym, że rynek mediów katolickich w Polsce jest bardzo zróżnicowany i pluralistyczny, dzięki czemu ich oferta trafia zarówno do ludzi wierzących, jak i poszukaujących, jako pierwsze wymieniono cztery ogólnopolskie tygodniki.

 

Są to periodyki sprzedawane przede wszystkim w parafiach po niedzielnych Mszach świętych. To w ogromnym stopniu definiuje ich odbiorcę i zawartość merytoryczną. Są to czasopisma skierowane do wierzących i praktykujących, umacniające wiarę, religijność, pomagające prowadzić życie zgodne z głoszonymi przez Kościół zasadami. Chociaż są one dostępne także w kolportażu pozaparafialnym, to jednak nie tam wydawcy upatrują swych głównych czytelników. Obrazowo można powiedzieć, że widać w nich nastawienie raczej na troskę o te owieczki, które wciąż są w stadzie, niż o te, które zagubiły się lub brykają gdzieś po obrzeżach Kościoła. W jeszcze mniejszym stopniu zajmują się „łowieniem ludzi”, które jako zadanie apostolskie wskazywał Jezus Szymonowi-Piotrowi.

 

Żeby było jasne – zadanie, które wykonują wspomniane tygodniki jest bardzo ważne. Jezus stawiał również tę misję przed Szymonem-Piotrem, polecając mu: „Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci”. Byłoby nierozsądne zakładanie, że szukanie zaginionych owieczek i przyprowadzanie nowych jest równoznaczne z pozbawieniem opieki i pożywienia tych, które trwają w stadzie. Takie periodyki są Kościołowi w Polsce bardzo potrzebne. Pytanie jednak, czy to one już w nieodległej przyszłości, okażą się jego głównym narzędziem medialnym.

 

W wypowiedziach cytowanych w poświęconej mediom części raportu „Kościół w Polsce” bardzo często dostrzec można świadomość rosnącej potrzeby obecności w świecie cyfrowym. Przejawem tych tęsknot jest nie tylko fakt omawiania w raporcie czterech tygodników od razu z ich internetowymi przybudówkami, ale także fakt umieszczenia „największych katolickich portali” na trzecim miejscu, zaraz po zaprezentowaniu samej Agencji i jej sieciowego aneksu.

 

Przedstawione w raporcie dane, w połączeniu z opublikowanymi niedawno w jednym z serwisów o mediach informacjami na temat malejącej oglądalności katolickich witryn oraz w zestawieniu z niektórymi zamieszczonymi w opracowaniu wypowiedziami pokazują, że do odtrąbienia sukcesu na tym polu przez wspólnotę katolicką w naszym kraju jest jeszcze daleko. Można odnieść wrażenie, że duża część istniejących serwisów rywalizuje między sobą o tę samą lub zbliżoną grupę odbiorców, dość dobrze zakorzenionych w Kościele.

 

W sferze deklaracji niektóre portale internetowe wyrażają chęć docierania również na obrzeża, na peryferia, do zniechęconych, wątpiących i poszukujących. Jednak, jak przyznał jeden z szefów omówionych w raporcie internetowych dzieł, nie za bardzo im to wychodzi. W tle tej kwestii jest sprawa wielkiej wagi, a mianowicie docieranie z katolickimi treściami do młodych. Gołym okiem widać, że niemal wcale nie ma ich w polskich świątyniach na niedzielnych Mszach świętych. Wydawałoby się, że oprócz szkolnej katechezy to właśnie internet jest właściwą drogą. W świetle raportu KAI nic jednak nie wskazuje na to, aby w znaczącym stopniu i skutecznie była ona przez Kościół w naszej Ojczyźnie wykorzystywana. To przestrzeń do pilnego dostrzeżenia, docenienia i zagospodarowania. Teren bardzo trudny, ale dalsze lekceważenie go może przynieść w niepokojąco bliskiej przyszłości fatalne skutki.

 

Lektura „medialnej” części raportu KAI „Kościół w Polsce” prowadzić może do jeszcze jednego wniosku dotyczącego niedoceniania. Chodzi o będącą w gestii katolików radiofonię. Czterdzieści cztery stacje, pokrywające swym zasięgiem praktycznie cały kraj, to – przy odpowiednim skoordynowaniu i wykorzystaniu – naprawdę licząca się siła przekazu i możliwość dotarcia do ogromnej grupy odbiorców. Czy jest ona w sposób efektywny wykorzystana? Kto od czasu do czasu przegląda wyniki słuchalności stacji radiowych w naszym kraju ma świadomość, że trudno tu o jednoznacznie pozytywną odpowiedź.

 

Z raportu wynika, że podejmowane są działania zmierzające do poprawy sytuacji, choćby przez takie inicjatywy, jak Forum Niezależnych Rozgłośni Katolickich, jednak coraz wyraźniej widoczna jest potrzeba stworzenia w kwestii katolickiej radiofonii w Polsce całościowej strategii, zwiększającej jej szanse i dyskontującej już istniejące możliwości.

 

Najnowszy raport Katolickiej Agencji Informacyjnej „Kościół w Polsce” pokazuje, że w sferze mediów wspólnota katolików w naszej Ojczyźnie ma duży i liczący się potencjał. Problemem jest jednak jego wykorzystanie, zwłaszcza tam, gdzie niezbędne jest myślenie całościowe, budowanie krótko i długofalowych strategii oraz przekraczanie partykularnych interesów poszczególnych grup. Brak szybkich, podjętych już teraz, bez zwlekania i dobrze skoordynowanych działań na tym polu w przyszłości najprawdopodobniej zostanie uznany za poważny grzech zaniedbania.

 

Ks. Artur Stopka

Jak politycy chcą manipulować art. 212 k.k. – pokazuje WOJCIECH POKORA

Dwa grzybki w barszczu, czyli obiecamy zniesienie art. 212 k.k. a w zamian bezkarnie chcemy obrażać „religijnych talibów”.

 

Najpierw będzie może trochę przydługi wstęp.

 

W wyroku z 2006 r. w sprawie P 10/06 Trybunał Konstytucyjny uznał, iż art. 212 § 1 i 2 k.k. są zgodne z art. 14 i art. 54 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 Konstytucji, a tym samym nie stanowią nieproporcjonalnego ograniczenia wolności prasy i innych środków społecznego przekazu oraz wolności słowa. Zdaniem Trybunału, ochrona cywilnoprawna w obowiązującym kształcie nie jest wystarczająca i konieczne jest stosowanie ochrony prawnokarnej, ze względu na ścisły związek między ochroną czci i dobrego imienia, a godnością człowieka. Z kolei ochrona godności człowieka ma kluczowe znaczenie dla zachowania dobra wspólnego, gdyż penalizacja zniesławienia wskazuje na znaczenie, jakie państwo nadaje odpowiednim relacjom międzyludzkim.

 

Maj 2011 roku

 

W siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (27 maja 2011) odbyło się spotkanie środowiska dziennikarskiego, wydawców prasy oraz przedstawicielek Obserwatorium Wolności Mediów poświęcone opracowaniu strategii wspólnych działań zmierzających do zniesienia przestępstwa zniesławienia (art. 212 k.k.).Pierwsze działania dziennikarzy zostały już podjęte. Z inicjatywy wydawców prasy lokalnej zebrano już wśród posłów pokaźną listę podpisów pod apelem o wykreślenie art. 212 z kodeksu karnego. Idea tego przedsięwzięcia jest taka, aby przerodziło się ono w poselski projekt nowelizacji kk, który miałby szansę zostać przegłosowany jeszcze przed wyborami do Sejmu.

 

Maj 2012 roku

 

W liście do premiera Donalda Tuska CMWP SDP apeluje o usunięcie tego przepisu [art. 212 k.k.] z obowiązującego prawa.

 

„Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi politycy Platformy Obywatelskiej zapowiadali likwidację art. 212. Pomimo licznych apeli do dziś nie widać żadnych przejawów woli realizacji tej zapowiedzi. Dlatego stanowczo apelujemy o usunięcie z kodeksu karnego artykułu 212, który przynosi Polsce wstyd i szkodzi demokracji.” – pisze dyrektor CMWP Wiktor Świetlik w liście do premiera.

 

Wrzesień 2016

 

Od wielu lat toczy się w Polsce debata publiczna dotycząca odpowiedzialności karnej za zniesławienie, a art. 212 Kodeksu karnego nadal budzi kontrowersje. Rzecznik Praw Obywatelskich  uczestniczy w tej debacie jako organ powołany do ochrony praw i wolności człowieka i obywatela, w tym prawa do wolności wypowiedzi z jednej strony, ale także czci i godności osobistej z drugiej strony” – napisał rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar w wystąpieniu do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

– W dyskusji na temat zasadności pozostawienia przestępstwa zniesławienia w kodeksie karnym wskazuje się przede wszystkim na negatywne jego skutki dla wolności słowa, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji dziennikarzy.

 

Luty 2019

 

Minister Ziobro deklarował też, że jest gotowy na dyskusję z dziennikarzami w sprawie art. 212 kk i jego ewentualnego usunięcia.

Deklaruje gotowość spotkania z przedstawicielami różnych redakcji, żebyśmy to przedyskutowali. Nie wykluczam, że jeżeli nasza wspólna rozmowa doprowadzi nas do wniosku, że rzeczą właściwszą z punktu widzenia ochrony wolności słowa jest odejście od takich rozwiązań, to będę gotów przygotować rozwiązanie, które wprowadza dekryminalizacje w tym zakresie — powiedział.

 

Maj 2019

 

Sejm w zeszłym tygodniu przyjął projekt nowelizacji kodeksu karnego, który przewiduje m.in. zaostrzenie art. 212. Według niego pomówienie może być ścigane nawet z urzędu. Dziennikarze uznali to za przykład hipokryzji polityków. Wcześniej nawet PiS deklarował możliwość likwidacji tego artykułu. Projekt wyszedł z resortu sprawiedliwości. Pod koniec tygodnia ma się nim zająć Senat.

 

Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki już zapowiedział, że skoro par. 2a artykułu 212 (wprowadzający zaostrzenie) budzi tyle kontrowersji, to podczas prac w Senacie zaproponowane zostanie jego wykreślenie.

 

Minister Ziobro stwierdził, że musi widzieć interesy dziennikarzy, a z drugiej strony interesy ludzi, którzy czują się czasami pomówieni, bezpodstawnie oskarżeni o zachowania, których się nie dopuścili.

 

Marzec 2021

 

Posłowie Koalicji Obywatelskiej i Koalicji Polskiej złożyli projekt ustawy, który zakłada likwidację art. 212 Kodeksu karnego. Wnioskują także o uchylenie artykułu dotyczącego obrazy uczuć religijnych.

 

Może to nieco przydługi wstęp, ale przynajmniej obrazuje zarówno intencje jak i skutki działań polityków w obszarze walki z art. 212 k.k. Przez lata różne ekipy, na różnych etapach dochodzenia do władzy, lub jej sprawowania, obiecują likwidację kontrowersyjnego przepisu a później o swoich deklaracjach zapominają. Więc wrażenia na nikim raczej nie robi kolejna zapowiedź walki z tym paragrafem. Oczywiście trzymam kciuki, żeby się to wreszcie powiodło, ale trudno mi w to uwierzyć, by celem zgłoszonego projektu była właśnie likwidacja tego paragrafu. A świadczy o tym poniższy fragment artykułu w Press pt. Opozycja znów chce likwidacji art. 212 Kodeksu karnego:

 

W projekcie proponowanym przez posłów opozycji zapisano też uchylenie art. 196 dotyczącego obrazy uczuć religijnych. Posłowie przekonują, że zapis służy do zastraszania obywateli, którzy wyrażają poglądy kontrowersyjne dla osób wierzących. Powołują się przy tym na przykład aktywistki Elżbiety Podleśnej, która rozlepiała w Płocku naklejki z wizerunkiem Matki Boskiej w tęczowej aureoli, za co została zatrzymana przez policję. 

 

Manipulację posłów wnioskodawców doskonale wychwyciła cytowana przez Press.pl wiceprezes  Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz:

 

– Pod pretekstem likwidacji kontrowersyjnego dla dziennikarzy artykułu 212 kk projekt ustawy ogranicza jednocześnie możliwości ochrony praw osób wierzących, likwidując kary za obrazę uczuć religijnych innych osób czy likwidując kary za publiczne znieważanie przedmiotu czci religijnej lub miejsca przeznaczonego do publicznego wykonywania obrzędów religijnych. Nie widzę możliwości, by SDP poparło tego typu rozwiązania legislacyjne, to po prostu manipulacja opinią publiczną, by pod pretekstem walki o wolność słowa wprowadzić niebezpieczne i kontrowersyjne rozwiązania prawne, a takim czymś jest pozbawianie ochrony praw osób wierzących – zaznacza Hajdasz.

 

Zastraszanie obywateli, którzy wyrażają poglądy kontrowersyjne dla osób wierzących jest jak rozumiem, i wynika to wprost z przytoczonego przykładu, uderzeniem w obronę wartości katolickich. Potwierdzają to również statystyki. Prof. Magdalena Budyn-Kulik z Katedry Prawa Karnego i Kryminologii na Wydziale Prawa i Administracji UMCS w Lublinie przeprowadziła badania, z których wynika (dane z 2014 roku), że w badanych przez nią sprawach na potrzeby pracy pt. Znieważenie uczuć religijnych – analiza dogmatyczna i praktyka ścigania, najczęściej dochodziło do obrazy uczuć religijnych katolików (77 przypadków), drugą grupą wyznawców w kolejności częstości obrażania uczuć religijnych byli żydzi (3 przypadki). Te dane pokazują od razu nasz straszliwy i wrodzony polski antysemityzm. Gdy nie jest potrzebny na wyraźne cele polityczne (jak np. obecnie wzniecana nienawiść do Ukraińców), to nie istnieje.

 

Warto podkreślić, jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza jest taka, że ochrona uczuć religijnych na gruncie prawa karnego jest czymś całkowicie Europejskim. Przepisy dotyczące omawianego przestępstwa występują w ustawach karnych m.in. Austrii, Belgii, Hiszpanii, Finlandii, Niemiec, Portugalii czy Włoch.

 

Druga rzecz warta podkreślenia, to że przestępstwo obrazy uczuć religijnych może być popełnione jedynie w zamiarze bezpośrednim. I dobrze obrazują to przekazane przez Ministerstwo Sprawiedliwości dane. Wynika z nich, że np. w 2017 r. mieliśmy 99 przypadków zgłoszeń przestępstw obrazy uczuć religijnych, a w 2018 r. – 95, z czego w 2017 roku ukarano 12 osób, a w roku 2018 – 8. To niewielka skala. Sądy nie skazują z tego paragrafu wszystkich jak leci. Skąd wiec problem?

 

Problem pojawił się w ostatnim czasie na ulicach, głównie przy okazji demonstracji środowisk LGBT i wydaje się, że stąd wzmożone zainteresowanie nim posłów opozycji, która przecież korzysta z owoców wszelkich protestów i niepokojów społecznych. I wcale nie chodzi o kwestie związane z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Agresja antyreligijna zaczęła się wcześniej. Dziennik „Gazeta Prawna” w artykule z grudnia 2020 roku zauważa – To właśnie symbole kojarzone z ruchem LGBT coraz częściej pojawiają się w sprawach dotyczących obrazy uczuć religijnych. W 2019 r. na częstochowskim Marszu Równości również pojawiła się reprodukcja obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, na którym aureola otaczająca głowy Maryi i Dzieciątka miała tęczowe barwy.

 

Zatem prowokacje pojawiają się w określonym kontekście religijnym (dotyczą głównie katolików), i są przeprowadzone po to, żeby zranić większą część społeczeństwa. W tym kontekście faktycznie można przyjąć, że przepis jest dotkliwy dla określonego elektoratu, stąd dosyć agresywna wypowiedź lidera „Wiosny” Roberta Biedronia (z maja 2019 roku), że należy znieść art. 196 tak, by w Polsce nikt nie był ścigany tylko dlatego, że jacyś „talibowie religijni”, jacyś aparatczycy partyjni, nawet w funkcji ministra, próbują zbijać na tym kapitał religijny czy polityczny.

 

Tylko, że dziś kapitał polityczny zbijany jest bardziej na obronie agresywnej mniejszości, która w bolszewickim szale niszczenia stara się uprzykrzyć życie większej części społeczeństwa, wśród której przyszło jej żyć, a nie na byciu „talibem religijnym”, czy „moherowym beretem”.

 

Wojciech Pokora

Meghan Markle, polscy celebryci i bulwarówki – ŁUKASZ WARZECHA o handlowaniu prywatnością

Wbrew pozorom afera, jaką wywołał wywiad Meghan Markle i jej męża o rzekomo strasznym losie, jaki spotkał byłą aktorkę i rozwódkę, gdy weszła do brytyjskiej rodziny królewskiej, nie ma znaczenia jedynie plotkarskiego i może być punktem wyjścia do wielu znacznie poważniejszych rozważań. Jeden z wątków sprawy dotyczy mediów, a w szczególności tabloidów, które w Wielkiej Brytanii są szczególnie żarłoczne, a które – jak twierdzi żona księcia Harry’ego – nie dawały jej żyć. Próba dopasowania się do wizerunku Diany Spencer jest tu aż nadto czytelna.

 

Sama ta sytuacja jest w oczywisty sposób obłudna: Markle skarży się na wtrącanie się tabloidów w jej życie, opowiadając o tym oraz o prywatnych szczegółach tegoż w programie o wydźwięku skrajnie tabloidowym. Robi to wprawdzie na własnych warunkach, ale nie łudźmy się: nie chodzi tu przecież o żadną sprawiedliwość, a jedynie o zrobienie wokół siebie szumu i zarobienie na tym pieniędzy. Kwestia kwoty, jaką para wykluczona z rodziny królewskiej, otrzymała za wywiad, jakoś nigdzie nie pada, choć chyba nikt nie sądzi, że nie było tam mowy o dużych pieniądzach.

 

Markle zachowuje się równie obłudnie jak wielu polskich celebrytów. Jeśli wchodzi się do rodziny królewskiej w Wielkiej Brytanii, oczywistą tego konsekwencją jest rezygnacja ze znacznej części prywatnego życia i bycie obiektem polowań paparazzich. Jednocześnie trzeba pamiętać, że rodzina królewska ma wystarczająco wiele miejsc, gdzie może się przed obiektywami bardzo skutecznie schować. Twierdzić, że nie zdawał sobie sprawy z tej konsekwencji znalezienia się w rodzinie Windsorów, może jedynie ktoś naiwny aż do głupoty albo skrajnie obłudny.

 

Ten sam mechanizm działa w przypadku polskich celebrytów. Mamy więc wyprzedawanie swojej prywatności na każdym kroku w mediach społecznościowych, mamy sprzedawanie jej w telewizjach i gazetach, a później pojawiają się pretensje, że fotoreporterzy są zbyt natarczywi. Dzisiaj zresztą wygląda to inaczej niż kilkanaście lat temu: paparazzo może się stać każdy, kto ma pod ręką telefon i zechce z niego zrobić użytek, więc celebryci nie mogą już przeprowadzać widowiskowych szarży na ludzi z aparatami. Często nie mają pojęcia, że się ich fotografuje. Pytanie brzmi tylko, czy media będą chciały takie zdjęcia z jakiegoś powodu opublikować.

 

Meghan miała wybór: mogła nie wychodzić za Harry’ego. Celebryci również wybór mają. Jest wśród nich kategoria ludzi, którzy bardzo wyraźnie postawili granicę swojej prywatności i ta granica jest w Polsce na ogół respektowana (zdarzają się bardzo rzadkie, incydentalne wyjątki). Można tu wspomnieć aktorów takich jak Bogusław Linda czy Artur Żmijewski. Przede wszystkim jednak – jakkolwiek jest to niewygodne – trzeba powiedzieć, że dla bulwarowej prasy i portali istnieje jedna podstawowa grupa ludzi mało interesujących: ludzie zachowujący się najzwyczajniej przyzwoicie, a więc w dużej mierze po prostu nudni. Jeśli ktoś nie sika nad ranem pod murem kamienicy (przypadek jednego z najbardziej znanych aktorów już wiele lat temu), nie pije na umór w knajpie, nie pokazuje się wciąż z nowymi partnerami, nie wsiada po pijaku za kierownicę, a jedynie chodzi do sklepu na zakupy, za które płaci przy kasie bez kłótni, wcześniej odczekawszy swoje, zaś w restauracji wypija kieliszek wina i wraca do domu – to najzwyczajniej nie ma czego pokazywać. Może raz na jakiś czas, że kupił papier toaletowy („o, taki znany, a papier też kupuje, w dodatku osobiście!”) albo że zjadł stek w restauracji („o, taki znany, a też je i w knajpie musi płacić!”). I tyle.

 

Gdy pracowałem w „Fakcie” – który w tamtych czasach bywał gazetą znacznie agresywniejszą niż dzisiaj – powszechna była opinia, że część celebrytów zrobiła sobie z pozywania bulwarówek sposób na dodatkowy zarobek. Najpierw wywoływali sytuacje, które musiały na nich ściągnąć uwagę paparazzich (nie był to jeszcze czas tak dobrych aparatów w telefonach jak dzisiaj i paparazzi wciąż mieli robotę), a potem, gdy ukazywały się zdjęcia i teksty, pokazujące ich w okolicznościach niezbyt korzystnych – składali pozwy, oskarżając gazety o naruszenie ich prywatności. I, niestety, bardzo często wygrywali, bo sędziowie – nie mam co do tego wątpliwości – byli najzwyczajniej do bulwarówek uprzedzeni, podzielając zapewne dużą część argumentów wynikających z kompleksów, każących prychać nad tabloidami z pogardą (o czym dawno już temu pisałem na portalu SDP). Ta ewidentna hipokryzja celebrytów zawsze mnie odrzucała, podobnie jak odrzuca mnie szyta wyjątkowo grubymi nićmi gierka Meghan Markle, grającej na najlepiej się dzisiaj sprzedających głównie w USA fobiach, takich jak rasizm i antyelitaryzm.

 

Łukasz Warzecha

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Zeznawał Marek Król: „Mieli przyjść bez broni”

Druga w tym roku rozprawa przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi w sprawie dot. zabójstwa red. Jarosława Ziętary odbyła się  4 marca 2021 roku, w Sądzie Okręgowym w Poznaniu.  Wezwano czterech świadków, jednak do sądu przybyło tylko dwóch. Zdzisław  K. nie odebrał wezwania, a Monika P., przedstawiła zwolnienie. Jako pierwszy tego dnia zeznawał red. Marek Król. Dziennikarz został wezwany na świadka na wniosek prokuratora Piotra Kosmatego w związku z publikacją, jaka ukazała się w styczniu bieżącego roku na łamach Głosu Wielkopolskiego.

 

To rok 2011 okazał się przełomem w śledztwie dotyczącym losów nieżyjącego poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. W kwietniu tego roku po apelu szefów największych gazet w Polsce Prokuratura Generalna na nowo przeanalizowała sprawę i nakazała wznowienie postępowania ze względu na nowe, nieznane dotąd okoliczności. W czerwcu 2011 wznowione śledztwo i na krótko trafiło ono do prokuratury w Poznaniu. O przeniesieniu go do Krakowa zdecydował prokurator generalny, gdy z postępowania wyłączyli się poznańscy śledczy.

 

Przypomnijmy, że Jarosław Ziętara wyszedł do pracy 1 września 1992 roku i nigdy nie dotarł do redakcji Gazety Poznańskiej dla której pracował. Jego ciała do dziś nie odnaleziono, a za zmarłego został uznany sądownie w roku 1999. Krakowskie śledztwo w 2011 roku to już trzecia z kolei próba wyjaśnienia tragicznych losów dziennikarza. Dwa poprzednie, które toczyły się w Poznaniu w latach 90 -tych zostały umorzone. Dopiero krakowskie postępowanie zaowocowało zatrzymaniami osób, które, w przekonaniu prokuratora, odpowiadają za tę zbrodnię. I tak w 2014 roku zatrzymano: Aleksandra Gawronika oraz kilka tygodni później, dwóch żyjących ochroniarzy dawnej firmy Elektromis Mirosława R. pseudonim Ryba i Dariusza L. pseudonim Lala. Aleksandrowi Gawronikowi, uznanego w latach 90 -tych za jednego z najbogatszych ludzi w Polsce, zarzucono podżeganie do zamordowania  Jarosława Ziętary podczas narady latem 1992 roku na terenie holdingu. A ochroniarzom zarzuca się porwanie dziennikarza i przekazanie go zabójcom. Kim byli zabójcy do końca nie wiadomo, podobnie jak nie wiadomo gdzie jest ciało zamordowanego, choć według prokuratury szczątki Jarosława Ziętary zostały rozpuszczone w kwasie a pozostałości ukryte w różnych miejscach. Bez odpowiedzi jest także pytanie czy wskazano wszystkich zleceniodawców tego bestialstwa.

 

Proces objęty jest monitoringiem CMWP SDP, obserwatorem procesu jest red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Zeznania red. Marka Króla z 4.03.21 r. 

 

Trudno mi odpowiedzieć skąd znam Aleksandra Gawronika. Nasza redakcja tygodnika Wprost rozpoczęła swoją pracę w Poznaniu i ta znajomość z pewnością datuję się na początek lat 90. Na przełomie marca i kwietnia 1994 roku, Gawronik, już jako senator, odwiedził warszawski oddział redakcji Wprost na ulicy Ordynackiej. Odwiedził mnie, jak rozumiałem jako mediator i zaproponował spotkanie z Mariuszem Ś. Spotkanie miało dotyczyć artykułów ukazujących się we Wprost na temat banku Posnania, którego dysponentem był Mariusz Ś. Kapitał założycielski tego banku był fikcyjnie udokumentowany. Polegało to na tym, że wpisane były jako niezwykle wartościowe wille – PRLowskie klocki, które opiewały na duże sumy. Całe przedsięwzięcie było podejrzane, co potwierdził po dwóch miesiącach nadzór NBP i bank został zamknięty. Zdziwiło mnie, że spotkanie miało się odbyć w lesie. (…)

 

Po wizycie Gawronika spotkałem się z moimi zastępcami bagatelizując całą rozmowę. Jednak zdecydowano, że mam poinformować o tym zdarzeniu Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Po godzinie zostałem wezwany do MSW i spotkałem się z ministrem Milczanowskim, który zaproponował mi ochronę BORu dla całej rodziny. Stwierdził także, że sytuacja jest poważna i nie powinienem jej bagatelizować. Nie byłem przekonany do tych środków. Padło jeszcze stwierdzenie, że władzy nie stać by kolejnemu dziennikarzowi stało się coś złego. Ponadto służby miały informację, że w Poznaniu w hotelu Merkury przebywa Rosjanin ze Specnazu specjalizujący się w zabójstwach na zlecenie.

 

Spotkanie w domu redaktora Króla

 

Krótko przed Wielkanocą 1994 roku, Aleksander Gawronik wspólnie z Mariuszem Ś. przyjechali do domu dziennikarza pod Poznaniem. „ Mieli przyjść bez broni, wchodząc podnieśli ręce do góry w geście pozwalającym na przeszukanie, ale nie zrobiłem tego.” Goście Króla mieli jednak broń, którą zostawili w samochodzie, a zauważyła ją córka redaktora, wówczas kilkuletnia dziewczynka, gdy wyprowadzała psy. W budynku stacjonowała już jednostka BOR, a sam dziennikarz został ubrany w kamizelkę kuloodporną.

 

– Gawronik i Mariusz Ś. niczego nie zauważyli. Nasze spotkanie było dość krótkie. Pamiętam niezwykłą uniżoność Gawronika wobec Mariusza Ś., którego ciągle nazywał „panem prezesem”. Mariusz Ś. do Gawronika zwracał się bezosobowo, na pewno nie “na pan”. Poza tym proponował mi zakup „Wprost” mówiąc, że dostanę tyle pieniędzy, że wystarczy dla mnie i dzieci do końca życia. (…) Ja się takiej propozycji nie spodziewałem. Sądziłem, że to będą naciski by powstrzymać dalsze publikacje na temat banku. Powiedziałem, zgodnie z sugestią szefa Bor, że to przemyślę.

 

Jednak to nie było jedyne spotkanie Króla i Ś. dotyczące tygodnika Wprost. Wkrótce doszło do kolejnego jednak tym razem nie było ono zaplanowane. Marek Król gościł ambasadora Izrael i pojechał na poznański Stary Rynek na uroczysty obiad. Za radą BORu, lokal wytypowano w ostatniej chwili. Poczęstunek odbył się w restauracji „Kresowa” na Starym Rynku.

 

Nagle pojawił się Mariusz Ś. ze swoimi ochroniarzami. Podszedł do naszego stolika, stanął za moim plecami i wulgarnie, często używając słów na „k”, domagał się sprzedaży tygodnika. Moja żona podeszła wtedy do funkcjonariuszy BOR i wskazała Mariusza Ś. Jak się okazało, oni nawet nie wiedzieli, jak on wygląda ponieważ nie mieli jego zdjęcia. Po chwili BOR wyprowadził mnie i rodzinę z restauracji sprzed której odjechaliśmy z piskiem opon. Niebawem zrezygnowałem z ochrony uznając, że jest kompletnie bezwartościowa.

 

Po zeznaniach red. Marek Król dopowiedział

 

Ja nie wiem czy Aleksander Gawronik i Mariusz Ś. prowadzili ze sobą interesy. Wiem tylko, że się znali, a podczas rozmowy w moim domu, Gawronik sprawiał wrażenie osoby bardzo podległej Ś. co mnie wtedy zaskoczyło. (…)

 

Dopytany przez prokuratora, czy minister powiedział, któremu dziennikarzowi wcześniej stała się krzywda? Marek Król odpowiedział:

 

–  To zastanawiające, ale nie padło z jego ust nazwisko dziennikarza. Mnie też nazwisko Ziętary nie przyszło wtedy do głowy. Moja dzisiejsza interpretacja jest taka, że wtedy to była wstydliwa sprawa dla ministerstwa, czyli fakt niewyjaśnienia zniknięcia Ziętary. W każdym razie w 1994 roku MSW bardzo poważnie brało pod uwagę, że jestem zagrożony

 

Marek Król stwierdził także:

 

– Panowała opinia, że Poznań jest miastem Ś. Nawet w jednej z lokalnych rozgłośni radiowych wybrzmiewały głosy oburzenia na Wprost, że tygodnik krytykuje człowieka, który daje prace tak dużej liczbie poznaniaków. Nie wiem czy później [ po spotkaniu ] pojawiały się jeszcze niekorzystne dla Elektromisu publikacje. Wiem jednak, że w tygodniku „Nie”, na który Ś. dał kapitał publikowano teksty na mój temat.

 

Na zakończenie Król podsumował „dziwi mnie, że państwowe organa ścigania nie podjęły żadnych działań w sprawie zagrożenia mojego życia skoro zapewnili mi ochronę.

 

Drugi świadek, Dariusz L., 49 letni funkcjonariusz, potwierdził, że zna Macieja B., gdyż realizował czynności polegające na przewozie gangstera. Nie pamiętał jednak czy doszło do sytuacji grożenia Baryle, ani nie przypominał sobie by w sposób niekontrolowany doszło do wyjęcia broni przez funkcjonariuszy. Zeznanie trwało kilka minut. Maciej B. to główny świadek oskarżenia w procesie przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi, odsiadujący dożywocie w innej sprawie.

 

Oskarżony Aleksander Gawronik nie miał żadnych pytań do Marka Króla ani nie odniósł się w żaden sposób do jego zeznań. Zabrał za to głos i wygłosił zapowiadane na poprzedniej rozprawie obszerne oświadczenie. Podstawą wypowiedzi stały się akta, a wśród nich akta więzienne zawierające notatki pracowników służby więziennej dotyczące Macieja B pseudonim Baryła. Notatki zostały uporządkowane datami począwszy od 29 stycznia 2001 roku, kiedy to B. został przyłapany przez służbę więzienną na zażywaniu amfetaminy i nadano mu status więźnia szczególnie niebezpiecznego tzw N. Gawronik przytaczał kolejne daty – ponad 40 – i czytał fragmenty notatek więziennych, które dotyczyły zachowań lub wypowiedzi Baryły. Celem oskarżonego jest zdyskredytowanie Baryły, poprze pokazanie jego stanu psychicznego i zachowań w więzieniu. Maciej B. podczas rozprawy sądowej w Zielonej Górze (w innej sprawie) zeznawał przeciwko byłemu wspólnikowi. Ta informacja rozeszła się w zakładzie karnym. Gawronik wywodzi z tego, że Maciej B. obawiając się współwięźniów, w tamtym czasie był osadzony w Rawiczu, jakby zamienił osobę/postać, którą obciążał w zeznaniach. Gawronik wyjaśnił, że za takie zeznania w więzieniu grozi bardzo surowa kara: pobicie, gwałt a nawet śmierć. W tamtym czasie zaczęło się w mediach robić głośno o sprawie Ziętary. Dlatego wkrótce przestał mówić on o swoim wspólniku, a zaczął o Elektromisie i oskarżonym. Miało to odwrócić uwagę od pogrążenia wspólnika. Gawronik twierdzi, że o takiej zamianie świadczą też fragmenty wypowiedzi Baryły, które są bardzo zbieżne jeśli chodzi o dobór użytych słów, a różnią się tylko nazwiskiem osoby oskarżanej. Ponadto narady podczas, której według prokuratury podżegał do zabójstwa Jarosława Ziętary, nigdy nie było. Oskarżając Gawronika, Baryła liczył, że dzięki temu szybciej wyjdzie na wolność. Z notatek służby więziennej i psychologów wynika, że dokonywał samookaleczenia, gdy w sprawie Ziętary nie przyjechali do niego policjanci. A gdy już złożył zeznania ws. dziennikarza, czuł się odprężony i w dobrym humorze. Był pewien, że szybko wyjdzie na wolność. Wychowawcy w Gębarzewie zgłosił, że do wyjścia potrzebuje dowód osobisty. Swoje oświadczenie Aleksander Gawronik przerwał na roku 2016 i będzie kontynuował jego odczytywanie na kolejnej rozprawie w maju.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska