Dziennik Wschodni bez likwidatora i kuratora

Sąd Rejonowy Lublin-Wschód uznał, że decyzja o ustanowieniu likwidatora w spółce wydającej gazetę była nieuzasadniona. – Zabrakło gruntownego zbadania sprawy, która dotyczy wolności słowa, czyli dobra chronionego konstytucyjnie – uznała asesor sądowy Kamila Sawicka. „Dziennik Wschodni uratowany!” – tak na postanowienie sądu zareagował wpisem na Facebooku Paweł Buczkowski, zastępca naczelnego gazety.

 

Sprawa związana jest z konfliktem jaki trwa już od kilku lat między udziałowcami spółki Corner Media wydającej Dziennik Wschodni. Spór doprowadził do procesu o rozwiązanie spółki, w której większość udziałów ma lubelski deweloper, pozostałe są w rękach obecnych lub byłych pracowników gazety.

 

W efekcie toczącego się procesu referendarz sądowy ustanowił kuratora, a następnie likwidatora spółki. Został nim mecenas Leszek Kukawski, były sędzia, a obecnie radca prawny i doradca restrukturyzacyjny. Kiedy kilka tygodni temu Kukawski przejął władzę nad redakcją, odwołał redaktora naczelnego i zwolnił kilka osób.
Większość redakcji nie uznawała jednak jego działań. Dziennikarze postanowili zaskarżyć postanowienie sądu o ustanowieniu likwidatora. Sprawa pojawiła się na wokandzie w czwartek 18 marca.

 

Działania rozpoczęte przez Leszka Kukawskiego spowodowały w redakcji ogromny chaos. Praca jest bardzo utrudniona bez kluczowych osób, których Leszek Kukawski pozbył się w tak bezpardonowy sposób – tłumaczył na rozprawie redaktor Buczkowski. – On nie zachowuje się jak osoba bezstronna – dodał.

 

Z kolei radca prawny Michał Pawlak, który reprezentował większościowego udziałowca, bronił działań mecenasa Kukawskiego. – Prawidłowo realizował czynności kuratora i likwidatora. Nie zrobił nic, co byłoby niezgodne z przepisami – przekonywał mecenas Pawlak.

 

Inne zdanie miał jednak sąd, który postanowił wykreślić z KRS Leszka Kukawskiego jako likwidatora spółki Corner Media i odwołał go też z funkcji kuratora. – Decyzja referendarza sądowego o ustanowieniu likwidatora była przedwczesna – uznała rozstrzygająca w tej sprawie asesor sądowy Kamila Sawicka.

 

Uzasadniając postanowienie stwierdziła też, że działania kuratora, a potem likwidatora spółki Corner Media wskazują na ryzyko „niedostatecznego uwzględnienia interesu społecznego przejawiającego się w roli jaką dla lokalnej społeczności odgrywa Dziennik Wschodni”.

 

Pośrednio sprawa dotyczy funkcjonowania mediów i wolności słowa, czyli dobra chronionego konstytucyjnie, na straży którego straży stoją także sądy. Okoliczność ta powinna skłonić do szczególnej refleksji nie tylko referendarza sądowego orzekającego w tej sprawie, ale także wyznaczonego przez niego kuratora, który ślubował, że będzie wykonywał obowiązki kuratora zgodnie z interesem społecznym – tłumaczyła asesor Kamila Sawicka.

 

Tomasz Kalinowski, większościowy udziałowiec Corner Media, który uczestniczył w posiedzeniu, nie chciał komentować rozstrzygnięcia sądu.

 

Jednak jak zauważają dziennikarze Dziennika Wschodniego postanowienie to nie koniec walki o gazetę. I zachęcają do wsparcia internetowej zbiórki, której celem jest wykupienie Dziennika Wschodniego przez czytelników. Jak na razie 180 osób wpłaciło ponad 22 tys. zł. Fundacja Wolności, która zainicjowała zbiórkę szacuje, że do wykupienia gazety mogą być potrzebne dwa miliony złotych.

 

Innym problemem jest też bieżące funkcjonowanie Dziennika Wschodniego. Postanowienie sądu spowodowało, że spółka Corner Media nie ma osoby upoważnionej do jej reprezentowania, w tym także do zaciągania zobowiązań w jej imieniu. Chodzi m.in. osobę uprawnioną do złożenia zamówienia na druk gazety.
Taką świadomość ma też lubelski sąd, który w postanowieniu zobowiązał przedstawicieli udziałowców Corner Media do wskazania osoby, która mogłaby być nowym kuratorem spółki. Mają na to siedem dni.

 

Tomasz Nieśpiał

Areszt dla Dzianisa Iwaszyna kolejnym aktem represji wobec dziennikarzy na Białorusi

Dzianis Iwaszyn, dziennikarz „Nowego Czasu”, białoruskiego tygodnika o tematyce społeczno-polityczno-historycznej założonego przez Towarzystwo Języka Białoruskiego im. Franciszka Skaryny, został aresztowany w Grodnie wieczorem 12 marca 2021. Przedstawiono mu zarzuty o ingerencję w działalność funkcjonariuszy służb (art. 365 kodeksu kryminalnego), za co grozi do 3 lat więzienia. Dziennikarz spędzi w areszcie najbliższe dwa miesiące.

 

Dzianis Iwaszyn jest jednym z czołowych dziennikarzy śledczych. Jego autorskie materiały wywołują duży oddźwięk w społeczeństwie. Specjalizuje się w tematyce ekspansji rosyjskiej oraz bezpieczeństwa w Europie Środkowej. Ostatnio zajmował się kwestią udziału obecnych funkcjonariuszy białoruskich służb w rozpędzaniu ukraińskiego Majdanu. W tym dziennikarskim śledztwie korzystał z informacji pochodzących z ogólnie dostępnych źródeł. Mimo to stał się obiektem ataków i prowokacji ze strony służb specjalnych.

 

Przeszukanie mieszkania Dzianisa Iwaszyna trwało ponad trzy godziny i prowadzone było przez pięciu funkcjonariuszy KGB, którzy skonfiskowali wszystkie nośniki danych (telefony, laptopy, komputery), karty SIM, karty bankowe, książki, notesy, banknoty, pieniądze i różne drobiazgi, takie jak flagi, odznaki, wizytówki i inne. Przeszukano tez mieszkanie rodziców dziennikarza, a nawet jego 95-letniej babci.

 

Dzianis Iwaszyn jest jednym z 11 dziennikarzy więzionych obecnie na Białorusi:

Kaciaryna Andrejewa

Daria Czulcowa

Kaciaryna Barysewicz

Julia Słucka

Ałła Szarko

Siarhiej Alszeuski

Piotr Słucki

Ksenia Lutskina

Andrei Aliaksandrau

Dzianis Iwaszyn

Siarhiej Hardziewicz (areszt domowy)

 

O uwolnienie białoruskich dziennikarzy stale upominają się organizacje dziennikarskie z całego świata, m.in. Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ), Komitet Ochrony Dziennikarzy (CPJ). Domaga się tego również Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

Zdjęcie: Nowy Czas

ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS: Wstydliwe sekrety imperiów on-line

Protestując przeciw nietolerancji i cenzurze, którą uprawia BigTech, Noam Chomsky, lewicowy filozof  i guru uniwersytecki podpisał  „List o otwartej debacie”, sygnowany przez 150 znanych nazwisk. „Redaktorzy są zwalniani, ponieważ publikują kontrowersyjne artykuły, z półek znikają książki z powodu tzw. nieautentyczności, dziennikarze są karani za poruszanie pewnych tematów, śledzi się profesorów uniwersyteckich za cytowanie pewnych dzieł”. Przy czym „kontrowersyjne artykuły”, „nieautentyczność” i „pewne tematy”, to nic innego jak punkt widzenia konserwatysty, który jest wymiatany z przestrzeni internetowej. Coraz mniej wymiany myśli, idei. Przyznaje to nawet Naom Chomsky, jeden z teoretyków rewolucji kontr-kulturowej ‘68.

 

I jeszcze prof. Victor Davis Hanson ze Stanford University w piśmie „National Review”: „Kiedy internet i media społecznościowe się pojawiły, naiwnie założyliśmy, że to tylko systemy dostarczania informacji, a nie nowe narzędzia ideologicznej perswazji… Lecz, jak wirus, który zmienia DNA organizmu – gospodarza, obecne sposoby komunikacji, pozyskiwania informacji, reklamy i handlu zostały umasowione, upolitycznione i są kontrolowane przez kilka tysięcy >wiecznych nastolatków<, elektroników z Doliny Krzemowej”. I to oni są kołem napędowym radykalizacji światopoglądowej, mają tę bezwzględność i czarno – białe widzenie młodych polityki, no i w dużej mierze finansują tę Rewolucję w Sieci.

X

Listopadowe wybory w Stanach Zjednoczonych stały się chwilą prawdy nie tylko dla politycznego establishmentu, lecz tradycyjnych oraz „nowych” mediów jak Twitter, Facebook czy Instagram. Kiedy ponownie liczono głosy w stanach, gdzie zgłoszono nieprawidłowości, pierwszy lepszy prezenter CNN czy NBC mógł wyciszyć lub przerwać wystąpienie prezydenta, mówiąc „cóż za nonsens, po prostu nie można tego słuchać!” Po 6 stycznia, oblężeniu Kapitolu, puściły wszelkie hamulce. Urzędujący prezydent największej demokracji  świata został kompletnie wyciszony. I teraz jest tak, że przywódca Iranu Ali Chamenai może na Twitterze nazywać Izrael nowotworem, który należy usunąć, grupy islamskie mogą nawoływać do krucjaty przeciw niewiernym, kongresmeni mogą wspierać aktywistów militanckiej organizacji Black Lives Matter, ale prezydent USA nie może powiedzieć – cytując dowody – że „wybory zostały sfałszowane”.

 

Przy okazji przyprowadzono kilka manipulacji, podważających dotychczasowe podstawy zasad dziennikarskich. Szef Twittera Jack  Dorsay zwierzył się, że zbanował Trumpaopierając się na informacjach o zagrożeniu porządku publicznego”. Jakich informacjach? Z jakich źródeł? Zapewne CNN, The New York Times lub komentarzach Kamali Harris. Ale to przecież nie są informacje, lecz opinie – a jedną z zasadniczych reguł dziennikarskich, to oddzielanie informacji od opinii. Rzecz druga, w znanym nam systemie prawnym – aż do wyroku sądu – obowiązuje domniemanie niewinności, dziś demokraci mówią o „domniemaniu winy”. Na koniec salto językowe. Kiedy protestowano przeciw zbanowaniu prezydenta, pytając o jego prawo do wolności wypowiedzi, demokraci odpowiadają: „Trump nie stracił prawa do wolności wypowiedzi, lecz stracił przywilej wolności wypowiedzi”. Tendencyjne to, pokrętne, hucpiarskie.

 

W istocie od kilku już lat otrzymywaliśmy sygnały cenzurowania on-line konserwatywnych firm czy treści. Facebook usuwał znak Polski Walczącej, banowane były patriotyczne filmiki skautów, a niedawno zablokował konto Grupy Wyszehradzkiej. Trzeba było interweniować, żeby je przywrócono. I wcale nierzadko słyszało się, że użytkownicy Twittera – konserwatyści byli zmuszani do zakładania kolejnych kont. Ale dopiero zablokowanie konta prezydenta największego mocarstwa świata, 88 mln followers, pod pretekstem podżegania do przemocy, stało się sygnałem, że dzieje się coś bardzo złego. Że jest to problem w skali globalnej – rodzaj pandemii, która ogarnęła  świat on-line.

 

Szef Twittera Jack Dorsay sam przyznał, że  zablokowanie konta urzędującego prezydenta to „niebezpieczny precedens, który pokazuje, że jednostka czy korporacja może skutecznie kontrolować część toczącej się globalnej debaty”, choć podobno „nie odczuwa z tego powodu ani radości, ani dumy”. A  jednak to zrobił, a razem z nim uczynili to Mark Zuckerberg i Facebook, Jan Kum i Whatsapp oraz Bill Gates i Microsoft. Jak widać, w przyszłości to od nich będzie zależało, co będą czytać i oglądać, jak myśleć i jakie mieć poglądy polityczne kilkumiliardowa rzesza użytkowników mediów społecznościowych, rozsianych po całym świecie.

 

O „dyktaturze internetu” pisał lewicowy przecież New York Times, mówiono w Deutsche Welle, dziś jest to jeden z głównych tematów światowych mediów tradycyjnych. ”Stale rosnąca tyrania i pycha technologicznych władców wymaga, aby ktoś zaczął chronić wolność słowa w internecie” – twierdzi była sponsorka Partii Republikańskiej, Rebekah Mercer, która dziś finansuje nową platformę PARLER. Na fali niezadowolenia, Amerykanie uciekają z Facebooka czy Twittera – jak Ivanka Trump, która miała na Twitterze ok. 10 mln czytelników i wszystkich zachęcała do przeprowadzki na PARLER.  Pośród amerykańskich konserwatystów  popularność zyskują serwisy alternatywne, właśnie jak PARLER, RUMBLA czy NEWMAX, do których – za politykami i celebrytami – przenoszą się zwykli użytkownicy. Oczywiście, monopoliści nie zasypiają gruszek w popiele i próbują te nowe komunikatory wyeliminować z rynku, piętnując jako „siedliska ekstremistów i dziwaków” i próbując odciąć od reklam. Ale ruch rekonkwisty w sieci już się rozpoczął. Uciekają ludzie, notuje się tąpnięcia na giełdzie.

 

O co chodzi tym kandydatom na właścicieli dusz i kont bankowych mieszkańców globu?  Trop nieźle naszkicował w wywiadzie dla programu telewizyjnego Daily Show były prezydent Barack Obama. Stwierdził wprost: „mamy wiele państw, gdzie demokracja jest zagrożona – tu między innymi wymienił Węgry – i  to, co się właśnie dzieje, to początek globalnej konkwisty”. A więc kolejny skok rewolucji obyczajowej, bardziej bezwzględnej i brutalnej. Raczej trop Bernie Sandersa niż Billa Clintona. A teraz do akcji wkroczyły chętne do pomocy platformy społecznościowe, które tę autorytarną, „stalinowską” wersję demokracji liberalnej uznały za swoją i będą wspierać.

 

Co to znaczy? Możliwość oddziaływania na opinię publiczną, informacyjny monopol i kształtowanie opinii politycznych, społecznych i kulturowych w duchu „tęczowej rewolucji”. Przejęcie jednej tylko narracji historycznej, w duchu rewanżyzmu, jak to niegdyś robiły Czarne Pantery, a dziś ruch Black Lives Matter. Powoływanie do życia nowych organizacji  pozarządowych i szczodre ich finansowanie przez takich guru liberalnej lewicy jak Bill Gates czy George Soros. Mega – cenzura, niszczenie przejawów konserwatyzmu we wszystkich segmentach życia indywiduum, minimalizacja zasięgu państw narodowych, niebezpieczne zabawy z istniejącym porządkiem prawnym, dziennikarskim oraz językowym. Słowem, cyber – sekciarstwo i cyber – rasizm.

 

A teraz  kilka informacji zza kulis konfliktu. Platformy społecznościowe jak Facebook, Twitter, Instagram bywają regularnie oskarżane o stronniczość – punkt widzenia demokratów, i branie stron. Upolitycznienie, praktyki monopolistyczne i tax evasion, unikanie płacenia podatków, to zarzuty, które słyszy się w istocie od lat. Nie dalej jak 18 listopada ub. roku w amerykańskim Senacie odbyło się kolejne przesłuchanie Marka Zuckerberga, gdzie znów padł zarzut o cenzurę i ograniczanie wolności słowa. Senator z Indiany Mike Lee przypomniał o dyskryminacji konserwatystów, inny twierdził że „nowe media” zachowują się „nie jak neutralne firmy prywatne, lecz jak agendy państwa, które pilnują własnych interesów”. Zuckerberg bronił się: „wprawdzie wielu pracowników Facebooka ma poglądy lewicowe, ale nasi moderatorzy, rozsiani po całym świecie mają różne”, nie fatygując się dodać, że click – workerzy, to biedni, wykorzystywani mieszkańcy Etiopii czy Filipin, którzy działają wedle ścisłych reguł z centrali. Jest ich od 45 do 90 mln, zdarza się, że kiepsko mówią po angielsku, otrzymują bardzo niskie płace i mają zakaz kontaktów ze związkami zawodowymi. Oto w ciągu ostatnich 10-15 lat pojawił się „nowy proletariat”, ofiary  neo-kapitalizmu, niemniej bezwzględnego jak ten z czasów Marksa, który z kapitalizmem walczył. I w dodatku, prawem dzikiego paradoksu,  ten nowy kapitalizm został wprowadzony przez  neo-marksistów!

 

Wiele mówi się także o regularnym unikaniu płacenia podatków przez właścicieli internetowych molochów. Ukrywaniu pieniędzy w rajach podatkowych – ciekawe, co na ten temat powiedziałyby Panama Papers? – albo wykorzystywaniu luk prawnych. Np. o lokowaniu headquarters w Irlandii, gdzie podatek płaci się w miejscu, gdzie mieści się firma, a nie zarząd, czyli w USA, a tam z kolei sięga się po inną lukę prawną. O praktykach monopolistycznych, przejmowaniu mniejszych jednostek lub powodowaniu ich bankructwa już wspominałam.

 

Co więc robić, aby zapobiec tej cyfrowej pandemii? Po pierwsze, muszą być jakieś jasne gwarancje wolności słowa w sieci. Korporacje internetowe nie mogą banować użytkowników czy ograniczać treści wedle uznania. Mogą to czynić wyłącznie w przypadkach łamania prawa. Z kolei określanie tego prawa nie jest rolą prywatnych firm, lecz parlamentów państw narodowych, czy grupy krajów jak Unia Europejska. A więc jeszcze raz, co możemy zrobić?  Po pierwsze, protesty państwa narodowych, po drugie, konkurencja w postaci platform alternatywnych, odchodzenie niezadowolonych użytkowników do konkurencji, które mogą spowodować spadek zysków i straty na giełdzie. Tymczasem nie wygląda to zbyt optymistycznie, ale próbować trzeba. Inaczej już wkrótce obudzimy się w świecie, którego ani nie znamy, ani nie chcemy.

                                                                                             

Elżbieta Królikowska-Avis

 

 

Tekst ukazał się w numerze 1/2021

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

WOJCIECH POKORA: „Niedziennikarze” pozwani przez Ringier Axel Springer Polska

Liczba wytaczanych dziennikarzom i publicystom procesów z powodu wyrażania przez nich opinii, żądanie z powodu ich głoszenia wysokich, drastycznie nieproporcjonalnych do dochodów dziennikarzy zadośćuczynień i odszkodowań wskazują, że działania te mają na celu nie tylko zdławienie możliwości krytyki tego niemieckiego (obecnie także z udziałem kapitału szwajcarskiego i amerykańskiego) wydawnictwa, są także przejawem próby ingerencji przez podmiot zewnętrzny w obowiązywanie konstytucyjnej zasady wolności słowa w Polsce, a także faktycznego wyeliminowania z zawodu dziennikarzy krytycznych wobec linii niemieckich tytułów. Działania tego typu odbieramy jako próbę wprowadzenia ekonomicznej cenzury za pomocą procesów sądowych zagrożonych wysokimi karami finansowymi zmierzającymi do zduszenia wolności słowa. Wydawca największego portalu ukazującego się po polsku Onet.pl, tygodnika „Newsweek” i gazety codziennej „Fakt” oraz wielu tytułów branżowych i specjalistycznych ma dominującą pozycję na rynku medialnym. Ściganie dziennikarzy na drodze sądowej za ich poglądy zamiast polemiki z nimi w ramach swobody debaty wskazuje, że RASP odwołuje się do dziedzictwa odległego od demokratycznych zasad wolności słowa. Musi to budzić najwyższe zaniepokojenie.

 

Powyższy dezyderat został skierowany przez Sejmową Komisję Kultury i Środków Przekazu do rządu, a w szczególności do Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwa Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu. Komisja prosi o podjęcie działań mających na celu zaakcentowanie tego problemu w relacjach bilateralnych z niemieckimi partnerami.

 

Na wtorkowym (16.03) posiedzeniu Sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu poruszony został temat masowego pozywania dziennikarzy przez koncern RASP. Jak relacjonowała posłom Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, sprawa dotyczy m.in. publicysty i wiceprezesa SDP Witolda Gadowskiego, szefa portalu tvp.info Samuela Pereiry, korespondenta TVP w Berlinie Cezarego Gmyza i dziennikarza wPolityce.pl Wojciecha Biedronia. Zdaniem dyrektor Hajdasz, działania koncernu wskazują na próbę uciszania dziennikarzy:

 

Wielki międzynarodowy koncern dysponujący przeogromnymi możliwościami polemiki na gruncie publicystycznym z głoszonymi przez dziennikarzy poglądami, nie decyduje się na to, wręcz na swoich łamach wycisza ten temat. Natychmiast kieruje sprawę do sądu z ogromną kwotą odszkodowania. W mojej ocenie to efekt mrożący, działający na całe środowisko dziennikarzy – mówiła. – W ocenie CMWP SDP narusza to fundamentalną dla demokracji zasadę wolności słowa i dlatego jest to ten moment, żebyśmy mogli się temu przyjrzeć. To tym bardziej ważne, ponieważ niektóre tych procesów toczą się z wyłączeniem jawności. Opinia publiczna często nie może poznać materiału wyjściowego, jakież to konkretne sformułowania zadecydowały o tym, że trzeba było iść z dziennikarzem do sądów. To jeden z bulwersujących akcentów tej sprawy.

 

Jolanta Hajdasz w swoim wystąpieniu przed Komisją pokazała także mechanizm dwójmyślenia niemiecko-szwajcarskiego wydawcy:

 

Co ciekawe, koncern ten stosuje podwójne standardy, ponieważ wytacza procesy dziennikarzom za wpisy na Twitterze, natomiast w momencie, kiedy na portalu tvp.info opisano wpisy dziennikarza należącego do koncernu RASP, który żartował sobie, że gdyby miał milion dolarów, to chciałby zlecić m.in. zamordowanie ministra Antoniego Macierewicza, to koncern wysyłając żądanie usunięcia tego artykułu napisał, że „dziennikarzom nie starczyło inteligencji, by rozpoznać żartobliwy charakter marzeń dziennikarza ‘Faktu’”. Czyli jeśli ktoś pisze tweety które nie podobają się koncernowi ma pozew, a kiedy sytuacja jest odwrotna, mówimy o żartobliwym charakterze – mówiła Hajdasz.

 

Nie będę opisywał za jakie przypadki pozywani są dziennikarze, można o tym przeczytać w zamieszczonym na stronie CMWP SDP komunikacje (TUTAJ).

 

Skupię się na dwóch sprawach. Równie bolesnych jak fakt działań RASP. Pierwszą jest jaskrawy przykład braku solidarności dziennikarskiej. We wczorajszym posiedzeniu uczestniczyli dziennikarze zrzeszeni w Towarzystwie Dziennikarskim. Po raz kolejny okazuje się, że nazwa ta jest nieprzypadkowa. Towarzystwo reprezentowane m.in. przez Seweryna Blumsztajna co prawda uznało, że procesy wytaczane przez Ringier Axel Springer Polska faktycznie mogą mieć charakter mrożący, ale jednak wyraźnie opowiedziano się po stronie koncernu.

 

– Władza jest silniejsza od RASP. Posłowie próbują uciszyć dziennikarzy. To jest prawdziwy problem, a nie kilku dziennikarzy wyciągniętych przez SDP – mówił prezes Towarzystwa Dziennikarskiego (cytat za Onetem).

 

Fakt, „kilkoma dziennikarzami wyciągniętymi przez SDP” w życiu nikt by się nie zajął gdyby właśnie nie SDP, dlatego nie dziwię się, że obecne władze stowarzyszenia znajdują się pod ciągłym ostrzałem. Mamy przecież w stowarzyszeniu rok wyborczy,  co za tym idzie, nieustającą kampanię wyborczą garstki krzykliwych pretendentów do przejęcia władzy i zmienienia frontu działania stowarzyszenia. Wówczas nie byłoby potrzeby obrażania dziennikarzy zrzeszonych w SDP nazywając ich pseudodziennikarzami. A takie opinie pojawiały się wczoraj na posiedzeniu Komisji Kultury (!) ze strony jej członkiń. Opisał to Wojciech Biedroń:

 

Temat i kolejne świadectwa dziennikarzy wyjątkowo denerwowały szczególnie posłankę Śledzińską – Katarasińską oraz jej koleżankę Joannę Scheuring-Wielgus. Obie panie za wszelką cenę chciały zdezawuować dziennikarzy oraz samą Jolantę Hajdasz. Padały określenia „to nie są dziennikarze”, a panie ochoczo skupiły się na dramatycznej obronie RASP (cytat za wPolityce).

 

Sprawa „wyciągniętych przez SDP” dziennikarzy nie znalazła zainteresowania u posłanek opozycji. Opuściły one salę i nie przyjęły cytowanego wyżej dokumentu.

 

W świetle powyższych wydarzeń warto przypomnieć, że nie minął nawet miesiąc od chwili, gdy posłowie Koalicji Obywatelskiej i Koalicji Polskiej złożyli projekt ustawy, który zakłada likwidację art. 212 Kodeksu karnego. Wnioskują także o uchylenie artykułu dotyczącego obrazy uczuć religijnych (pisałem o tym TUTAJ). Ich koleżanki pokazały wczoraj jasno, jak bardzo im zależy na wolności słowa w Polsce. Ten obrazek jest wart tysiąca słów i warto było, żeby w przeddzień Wielkiego Piątku „dokonało się”. Nikt już nie ma wątpliwości, że postulat likwidacji art. 212 KK jest tylko kwiatkiem do kożucha uszytego z niechęci do wartości konserwatywnych. Uchylić artykuł dotyczący obrazy uczuć religijnych i skazywać konserwatywnych dziennikarzy. Wówczas w rankingach Wolności słowa „Reporterów bez Granic” Polska poszybuje pod sufit.

 

Wojciech Pokora

Dziennikarze i policja – komentarz ŁUKASZA WARZECHY

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie zachowania policji wobec dziennikarzy 11 listopada ubiegłego roku. Przy czym neutralne słowo „zachowanie” zdecydowanie nie oddaje istoty sytuacji. Kto oglądał filmy nagrywane zwłaszcza na stacji Warszawa-Stadion, ten wie, że policjanci byli najzwyczajniej agresywni – bez powodu i wobec osób, w tym dziennikarzy właśnie, stojących z boku i niebiorących udziału w starciach. W pamięci mogła utkwić scena, gdy jeden z funkcjonariuszy rzucał granatem hukowym w dziennikarzy zgromadzonych w niszy obok schodów na peron stacji oraz ta, gdy zebranym na peronie przedstawicielom mediów kazano go opuścić, po czym popędzano ich, bijąc pałkami, także na schodach. No i oczywiście dramatyczny moment wcześniej, gdy gumowym pociskiem w twarz oberwał fotoreporter „Tygodnika Solidarność” Tomasz Gutry. W tym ostatnim przypadku film pokazujący moment oddania strzału nie pozostawia wątpliwości: policjant strzelał do oddalającego się już napastnika, który rzucał czymś w funkcjonariuszy – trafił dziennikarza. Strzelanie do osoby oddalającej się to ewidentne złamanie Ustawy o broni palnej i środkach przymusu bezpośredniego.

 

Bardzo niepokojące było, że niemal natychmiast po wydarzeniach, wieczorem 11 listopada, minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński oznajmił, że wszystko działo się zgodnie z prawem i do działań policji nie ma żadnych zastrzeżeń. Tego typu narracja jest zresztą powtarzana wielokrotnie przez rządzących w ostatnim czasie zawsze, gdy pojawiają się jakiekolwiek zastrzeżenia do działalności policji. To ogromnie niepokojące, również w aspekcie bezpieczeństwa pracy przedstawicieli mediów w sytuacjach dynamicznych i gwałtownych, a takich jest ostatnio bardzo wiele.

 

Kwestia współpracy z policją może w ogóle budzić zastrzeżenia. Po interwencji policyjnej w dwóch wrocławskich klubach pod koniec stycznia skierowałem dotyczące jej pytania do oficera prasowego Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu. Zrobiłem to dwukrotnie: 31 stycznia i 5 lutego. Mimo kontaktu telefonicznego 19 lutego – odpowiedzi nie było. Tymczasem według Ustawy o dostępie do informacji publicznej organ ma dwa tygodnie na udzielenie odpowiedzi bądź poinformowanie wnioskodawcy, że jej termin zostaje wydłużony.

 

Dopiero gdy 3 marca w kolejnym piśmie wskazałem na złamanie przez wrocławską policję ustawy oraz gdy kolejny raz do wydziału prasowego zadzwoniłem (rozmawiający ze mną funkcjonariusz twierdził, że odpowiedzi mi wysłano, co jest nieprawdą) – w końcu otrzymałem wyjaśnienia (9 marca), tym razem podpisane przez zastępcę komendanta miejskiego policji we Wrocławiu. To jest niestety standard komunikacji policji z mediami, gdy chodzi o sprawy dla tej służby niewygodne – alternatywnie odpowiedzi przychodzą bez opóźnień, ale są wymijające, niekonkretne i zbywające.

 

Spośród iście już surrealistycznych sytuacji, obejrzanych w internetowych relacjach, zapadła mi w pamięć ta, gdy w jednym z miast policjanci znów obstawili groteskowo wielkimi siłami czynny lokal. Obecni na miejscu dziennikarze (tym razem chodziło bez wątpienia o dziennikarzy, nie o internetowych aktywistów, którzy tak się czasami przedstawiają) zadawali dowódcy akcji proste pytanie: od jak dawna policja jest na miejscu. W odpowiedzi dowódca odsyłał ich do rzecznika prasowego.

 

Postawa policji w ostatnim czasie budzi wiele zastrzeżeń. Wygląda na to, że stosunek do mediów – zarówno do dziennikarzy obecnych na miejscu zdarzenia, jak i próbujących wydobywać informacje – jest częścią szerszego zjawiska. Ta sytuacja przypomina mi czasy ministrów CichockiegoSienkiewicza oraz rzecznika KGP Mariusza Sokołowskiego (złośliwie nazywanego przeze mnie „niedorzecznikiem”), gdy media drążące zachowania funkcjonariuszy wobec Marszu Niepodległości albo kibiców natykały się na podobną barierę. Różnica polega na tym, że wtedy policja dziennikarzy nie biła i nie rzucała w nich granatami hukowymi. Ówczesny rzecznik też miał inny modus operandi: na Twitterze aktywnie spierał się z krytykami policji (w tym ze mną). Obecny rzecznik, insp. Mariusz Ciarka, zamieszcza w tym serwisie jedynie oficjalne stanowiska, poza tym wrzucając śmieszne w swoim mniemaniu filmiki lub obrazki znalezione w sieci. Na pytania na Twitterze nie odpowiada, wątpliwości nie wyjaśnia.

 

Łukasz Warzecha

Komisja Kultury o sprawach wytyczanych dziennikarzom przez RASP

Posłowie z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu zajęli się we wtorek sprawami dziennikarzy pozwanymi przez koncern Ringier Axel Springer Polska. Temat ten został podjęty na wniosek wiceszefowej komisji, posłanki PiS Joanny Lichockiej.

 

Wśród pozwanych przez RASP są publicysta i wiceprezes SDP Witold Gadowski, szef portalu tvp.info Samuel Pereira, korespondent TVP w Berlinie Cezary Gmyz, a także dziennikarz wPolityce.pl Wojciech Biedroń. Część pozwanych dziennikarzy uczestniczyła w posiedzeniu komisji, w dyskusji wzięli udział również dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolanta Hajdasz oraz przedstawiciele Towarzystwa Dziennikarskiego. Zaproszenie otrzymał też zarząd RASP, jednak firma przysłała pismo, w którym wytłumaczono, że z racji na to, iż postępowania sądowe są w toku, nie mogą wziąć udziału w posiedzeniu komisji, pozostawiając sprawę do rozstrzygnięcia sądom.

 

Jolanta Hajdasz w swoim wystąpieniu podkreślała jak ważne było zajęcie się tym tematem, ponieważ działania RASP pokazują mechanizm uciszania dziennikarzy, którzy mają inne stanowisko niż ten wydawca.

 

– Wielki międzynarodowy koncern dysponujący przeogromnymi możliwościami polemiki na gruncie publicystycznym z głoszonymi przez dziennikarzy poglądami, nie decyduje się na to, wręcz na swoich łamach wycisza ten temat. Natychmiast kieruje sprawę do sądu z ogromną kwotą odszkodowania. W mojej ocenie to efekt mrożący, działający na całe środowisko dziennikarzy – mówiła dyrektor CMWP SDP.

 

Jak podkreśliła procesy te naruszają „fundamentalną dla demokracji zasadę wolności słowa”.

 

Szef Towarzystwa Dziennikarskiego Seweryn Blumsztajn przyznał, że wszystkie sprawy przeciwko dziennikarzom mogą mieć efekt mrożący i rozwiązaniem byłoby zniesienie art. 212 kk. Zauważył jednak, że w sprawach, których dotyczyło posiedzenie komisji, występują m.in. sformułowania typu „nazistowski wydawca”.  Nie dziwi więc go reakcja wydawnictwa, które mocno podkreślało swój antynazizm.

 

– Większość z tych tekstów ukazała się wtedy, kiedy w Polsce rozpętano antyniemiecką nagonkę – stwierdził prezes TD.

 

Przedstawiciele Towarzystwa Dziennikarskiego zwrócili też uwagę na procesy wytaczane przez obóz rządzący i spółki skarbu państwa dziennikarzom RASP i „Gazety Wyborczej”.

 

Wojciech Biedroń, dziennikarz portalu wPolityce.pl i tygodnika „Sieci”, przedstawił szczegóły swojej sprawy, którą wytoczyło mu wydawnictwo RASP.

 

– Kiedy otrzymałem prywatny akt oskarżenia od pana Dekana (prezes RASP – przyp red.), pomyślałem, że to żart. Napisałem odpowiedź na list Dekana, którą zamieszczono w tygodniku „Sieci”. Obok zamieszczona była pełna treść jego listu. Każdy z czytelników mógł odnieść się do moich słów i słów pana prezesa. W tekście nie było absolutnie żadnego kłamstwa, manipulacji. To była publicystyczna reakcja. Tymczasem Dekan, człowiek, który jest w Polsce tylko i wyłącznie gościem uznał, że może ścigać niezależnego dziennikarza z art. 212, bawi się w ten sposób w coś, co jest niedopuszczalne – chce, żeby inni dziennikarze przypadkiem nie tknęli tego tematu. I średnio raz w miesiącu siedzę sobie w wydziale karnym obok złodziei samochodów, bandytów, ponieważ Dekan uznał, że może ścigać. Dekan ani razu nie pojawił się w sądzie. Nie pojawił się także w trakcie mediacji wyznaczonych przez sąd. Nie raczył pofatygować się do Polski. To jest właśnie obrzydliwe, kolonialne traktowanie Polaków. Tych słabszych, mniej majętnych. Nie stać mnie na to, żeby zapłacić 100 tys. złotych, czego domaga się w pozwie cywilnym. Chcę, żeby to było jasne: tak samo traktuję kierowanie prywatnych aktów oskarżenia wobec dziennikarzy „Newsweeka”, „GW”. To relikt, z którym musimy skończyć – mówił Wojciech Biedroń.

 

Cezary Gmyz również podkreślił, że w tym sporze mamy do czynienia z podmiotami o nierównych siłach. –  To próba zastraszenia dziennikarzy – stwierdził.

 

Wiceszef Ministerstwa Spraw Zagranicznych Szymon Szynkowski vel Sęk przedstawił działania swojego resortu w sprawie RASP. Wiązało się to m.in. z kontrowersyjną okładką dziennika „Fakt” w tzw. sprawie ułaskawienia pedofila przez prezydenta Andrzeja Dudę, która ukazała się w czasie kampanii wyborczej. Szynkowski vel Sęk podkreśli, że taka publikacja w tym terminie  uznana została za element „nadużycia wolności słowa do szerzenia informacji, które mają wywrzeć oddźwięk polityczny”. Stanowisko w tej sprawie zostało przekazane przedstawicielowi niemieckiej ambasady. Temat ten był również poruszony w telefonicznej rozmowie z sekretarzem stanu MSZ Niemiec.

 

Odnosząc się do spraw sądowych wytyczanych przez RASP dziennikarzom wiceminister MSZ powiedział:

 

– Zaniepokojenie MSZ budzi nie sam fakt wytoczenia procesów, bo to jest prawem każdego podmiotu, każdej osoby. Ale sytuacja, w której mamy do czynienia z wytoczeniem sekwencji procesów przeciwko dziennikarzom rodzi zaniepokojenie i podejrzenie, czy istotnie nie mamy do czynienia z sekwencją mająca wywołać efekt odstraszający w odniesieniu do dziennikarzy korzystających z wolności słowa w zakresie komentowania działalności dużego koncernu medialnego.

 

Wiceminister zdradził również, że niemieccy politycy wielokrotnie interesowali się planami tzw. ustawy dekoncentracyjnej, a związane to było z obecnością mediów niemieckich w Polsce, m.in. RASP, którego taka ustawa mogłaby dotyczyć.

– Niemiecki rząd ma prawo interesować się losami RASP tak, jak nasza dyplomacja ma obowiązek interesować się losem polskich firm poza granicami kraju. Ale w związku z tym, że władze Niemiec żywo interesują się dyskusją dotyczącą losów ustawy dekoncentracyjnej uważam, że w oczywisty sposób mamy prawo sygnalizować swoje zaniepokojenie działalnością RASP
– stwierdził Szynkowski vel Sęk.

 

Posłowie z komisji kultury przyjęli dezyderat, w którym wyrazili „wysokie zaniepokojenie próbami systemowego zastraszania dziennikarzy i polskich mediów przez wydawnictwo Ringier Axel Springer”. I zwrócili się „do rządu, w szczególności do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o podjęcie działań mających na celu zaakcentowanie tego problemu w relacjach bilateralnych z niemieckimi partnerami”.

 

opr. jka, źródła: wPolityce.pl, tvp.info

 

Przystanek na żądanie – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o przyszłości VOD

Czy tradycyjną telewizje i VOD czeka zajadła rywalizacja o uwagę widzów, czy raczej koegzystencja? Co wynika z najnowszych, europejskich prognoz? Czy któregoś dnia uwierzymy, że świat kręci się tylko wokół nas i naszych potrzeb?

 

Płacę i żądam (rozmowy)!

 

W 2013 roku Grzegorz Fortuna zajął się problematyką rynku video w Polsce. Jego artykuł stanowi nie tylko barwny opis realiów wczesnego kapitalizmu w III RP. Został oparty o doświadczenia właścicieli wypożyczalni kaset VHS, ale zawiera też wiele przemyśleń natury socjologicznej i kulturowej. Okazuje się, że dla pokolenia ówczesnych 25-40-latków „pan z wypożyczalni” stawał się autorytetem dla młodych kinomaniaków. Polecał filmy, potrafił zaskoczyć, zainteresować czymś innym. Warto też podkreślić, że początki ery video w Polsce to było otwarcie na zachód i możliwość obcowania z zagranicznymi produkcjami, które nie trafiał na oba kanały telewizyjne dostępne w latach osiemdziesiątych (np. „Rocky IV”)[1]. Dziś użytkownik Netflixa odbiera newsletter zatytułowany „najlepsze rekomendacje dla Ciebie”, albo „dodaliśmy właśnie film, który może Ci się spodobać!” oparty oczywiście o targetowanie behawioralne, promujący popularne wśród użytkowników treści i zgodnie z logiką produkcje własne Netflixa. W odróżnieniu od właścicieli na przykład nieistniejącej już od dawna kieleckiej wypożyczalni kaset „As”, nie porozmawiamy, że chcemy spróbować czegoś innego. Oczywiście nikt nam nie zabroni szukać, ale sam system dopasuje ofertę do naszych dotychczasowych zachowań. Pytania użytkowników giganta jakim jest Facebook.com typu: „polećcie mi coś nowego w zasubskrybowanym serwisie VOD!”, nie należą do rzadkości.

 

Piotr Gaweł, który pisał o rynku VHS w 1986 roku wyróżnił trzy okresy jego rozwoju w PRL, od jego domniemanych początków (opóźnionych wobec zachodu o kilka lat), aż po ostatnie wyjście reprezentacji polski w piłce nożnej z grupy w czasie Mistrzostw Świata:

 

  1. 1980–1982 – uświadomienie sobie, co to jest wideo, jakie możliwości niesie ze sobą technika rejestracji obrazu na taśmie magnetycznej;
  2. 1983–1984 – okres wstępnej obserwacji;
  3. 1985–1986 – okres fascynacji i pełnego działania efektu demonstracji[2].

 

Przykładając tę miarę do rynku VOD (Vide on Demand – „Wideo na życzenie”) można stwierdzić, że jesteśmy obecnie w okresie fascynacji. Mimo, że zgodnie z wynikami prac partnerstwa Culture/Culture Haritage Agendy Miejskiej Unii Europejskiej 40% mieszkańców naszego kontynentu nie ma wystarczających kompetencji cyfrowych, żeby w pełni wykorzystywać możliwości jaki daje globalna sieć.  Zgodnie z dokumentem finalnym prac tego gremium, czyli „Action Plan” 30% dorosłych europejczyków ma tylko podstawowe umiejętności w zakresie pisania i czytania. W interesującym nas kontekście to biblioteki publiczne mają w UE przejąć kulturową rolę dawnych wypożyczalni video. Zapowiada się więc ciekawe starcie żywego człowieka, znającego się na kinie i pracującego w instytucji miejskiej, która udostępnia zbiory za darmo, a algorytmem płatnego serwisu[3]. W „plan akcji” wpisano wprost rywalizację domeny publicznej z rynkiem komercyjnym, w celu podnoszenia poziomu kulturalnego mieszkańców europejskich obszarów zurbanizowanych. Komisja Europejska niejednokrotnie podnosiła kwestię ochrony tradycyjnych mediów, jako niezaprzeczalnej wartości również obecnie, a nie tylko spuścizny kulturowej przodków. Wydaje się, że VOD może stanowić dla nich zagrożenie.

 

Telewizja jak prasa drukowana?

 

Czy VOD to zatem wypożyczalnia wideo, w której algorytm zastępuje właściciela? Czy zagrożenie dla tradycyjnej telewizji? Pytamy o to kierownika Uniwersyteckiego Centrum Mediów Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, dr. Tomasza Chrząstka:

 

Ostatnio analizując kilka raportów, zrodziła mi się taka refleksja, że za kilka/kilkanaście lat telewizja linearna będzie miała podobne kłopoty jak prasa drukowana. Natomiast serwisy VOD będą miały się coraz lepiej. Mam też nadzieję, że algorytmy podsuwające materiały video będą coraz lepsze, bo obecnie mam wrażenie, że „myślą” bardzo ciasno i de facto odcinają nas od wielu potencjalnie interesujących pozycji – odpowiada medioznawca.

 

Z historycznej perspektywy

 

European Audiovisual Observatory od lat analizuje rynek telewizji i VOD. Najstarszy dokument na ten temat, który jest dostępny na stronie internetowej Obserwatorium pochodzi z 2007 roku i nosi tytuł „Video on Demand in Europe” (opublikowany na WWW 01.01.2008 r.). Badania przeprowadzono wówczas w 24 krajach w tym w Polsce. Wówczas trwała dyskusja nad włączeniem VOD w rygory prawodawstwa. Zwracano uwagę, że rozwój tego rynku umożliwił postęp technologiczny. Do analiz przystąpiono badając konsekwencje tego nowego zjawiska np. dla kinematografii, a w sensie ekonomicznym pojawienia się nowych graczy na zdawałoby się stabilnym rynku medialnym. Twórcom dokumentu, za którego redakcję odpowiadał osobiście Wolfgang Closs – dyrektor wykonawczy Obserwatorium, udało się przyjąć wciąż aktualną definicję: Termin „wideo na żądanie” obejmuje szeroki zakres technologii, z których wszystkie pozwalają na wybór i wypożyczenie, lub zdalny zakup w niematerialnej formie (brak nośnika typu VHS, czy DVD – przyp. red.) – treści wideo do natychmiastowego lub późniejszego oglądania na różnych typach urządzenie z ograniczeniami lub bez ograniczeń. Wobec postępu technologicznego stanowi to sukces, choć w gronie przykładowych urządzeń nie znalazł się jeszcze smartfon.

 

Jak w analizie wypadła Polska? Stwierdzono, że jesteśmy najlepiej rozwiniętym rynkiem telewizyjnym z grona państw nowo przyjętych do UE. Gorzej było z Internetem – stałe łącze miało 13,2% gospodarstw domowych. Zaznaczono jednak, że wzrost osób oglądających telewizję za pośrednictwem komputera wyniósł w latach 2004-2006 aż o 81%. Dodano wreszcie, że nie było wówczas w Polsce debaty na temat nowych regulacji prawnych w tym zakresie oraz że rozwój rynku VOD blokowany jest przez niewielką liczbę mieszkańców, mających dostęp do Internetu[4].

 

Tygrysi skok w okresie pandemii

 

Za opublikowany 9 lutego 2021 roku materiał European Audiovisual Observatory „Trends in the VOD Market in the EU28” odpowiadał Christian Grece. Ten ekonomista związany z Obserwatorium od 2013 roku przygotowuje raportu poświęcone rynkowi usług na żądanie dla Komisji Europejskiej.

 

Już we wstępie Grece zauważył, że przychody rynku VOD w Unii Europejskiej wzrosły z 388,8 miliona euro w 2010 roku do 11,6 miliarda Euro w 2020 r. Skok w ciągu dekady był więc gigantyczny, ale analityk podkreślił, że wynika on głównie z SVOD, czyli subskrypcji, które stanowią dominujący format przynoszenia zysków. Jak przedstawiał się ten skok? Subskrypcje przyniosły zaledwie 12,1 miliona euro w 2010, by w 2020 r. osiągnąć rekordowe 9,7 miliarda w 2002 r. W tym kontekście ekspert podkreślił wejście Netflixa na stary kontynent. Te cyfry robią wrażenie. Patrząc szerzej w 2019 roku przychody VOD stanowiły tylko 7% przychodu branży audiowizualnej. Grece dostrzega jednak, że za wyjątkiem usług wideo na żądanie i sprzedaży biletów, reszta rynku znajdowała się już wówczas w stagnacji. Wziąwszy pod uwagę zamknięcie kin w czasie pandemii, gigantyczny skok dochodów z subskrypcji wydaje się uzasadniony. Rodzi się przy tym oczywiste pytanie o jego trwałość, czyli czy tempo wzrostu zostanie utrzymane, po szerokim otwarciu drzwi do kin? Podobne kwestie podnoszone są dziś w odniesieniu do również rosnącego w czasie pandemii sektora handlu w Internecie. Dla wielu mieszkańców Europy zakupy, a w zasadzie „shopping”, to często wymieniane… hobby. Forma spędzania wolnego czasu postrzegana jako atrakcyjna. Czy kinomaniacy ruszą do kin i zapomną przedłużyć subskrypcję seriali oglądanych na smartfonach? To możliwe. Otwartym pozostaje więc pytanie o to, ile zostanie z zanotowanych na koniec 2020 roku 140 milionów subskrypcji w UE? Na razie ta liczba płacących odbiorców napędza rynek VOD, wyróżniając się wyraźnie na tle malejących przychodów z innych źródeł – np. z reklamy.

 

Wśród przyczyn zmiany, która zaczęła następować na starym kontynencie od przełomu 2011 i 2012 roku, Grece zwraca uwagę, że w serwisach SVOD nie trzeba czekać tydzień na kolejny odcinek serialu, a oglądania nie przerywają nam reklamy. Podkreśla to, jak istotne znaczenie dla rynku usług na żądanie ma rozrywka. Co istotne, ceny subskrypcji są w UE niższe niż te tradycyjnej, płatnej telewizji.

 

Ciekawym trendem jest zmiana pola rywalizacji między graczami aktywnymi na rynku usług audiowizualnych. Dotychczas arenę tę stanowiły zasięgi ogólnokrajowe, a publiczność był, jak to określił Grece, „zniewolona”, czyli mogła korzystać tylko z tego, co oferowały telewizje w czasie rzeczywistym[5].

 

Świat kręci się wokół jednostki, czy jednostka wokół technologii?

 

„Mapa Trendów” na 2021 roku opublikowana przez Infuture Institute dr Natalii Hatalskiej w trendach technologicznych zwraca uwagę na: hiperpersonalizację, algorytmizację życia. Na szczęście autorzy mapy nie prognozują jeszcze wpływu tego technologicznego postępu na zasadnicze zmiany społeczne[6]. Instytut wspomniał o nich w raporcie „Przyszłość telewizji”, podkreślając oczekiwania przedstawicieli pokoleń określanych literkami Y i Z[7]. Jakie będą tego skutki?

 

Heavy metalowa grupa TSA już w latach osiemdziesiątych śpiewała: Wychowały cię mass media! Nie wysilał się twój mózg. VOD umożliwia przyswajanie tylko treści, które nas interesują, głównie rozrywkowych wypełniaczy czasu, czyli seriali. Tradycyjna telewizja ogólna, podobnie jak drukowana gazeta, oferuje materiały, które dla odbiorcy mogą być ważne i interesujące, choć ich nie zasubskrybował. Skutki społeczne rozwoju sektora SVOD dopiero poznamy. Dziś jedno jest pewne – rynek rósł ostatnio wyjątkowo szybko, a pandemia wyraźnie w tym pomogła.

 

[1] G. Fortuna Jr., Rynek video w Polsce, „Images”, vol. XIII, 2013 r., s. 27-43.

[2] P. Gaweł, Rynek wideo w Polsce, „Film na świecie”, 1986, nr 334–335, s. 59.

[3] Urban Agenda for The EU. Partnership on Culture / Cultural Haritage, Final Action Plan,
https://futurium.ec.europa.eu/en/urban-agenda/culturecultural-heritage/action-plan/final-action-plan-partnership-culturecultural-heritage – dostęp 24.02.202 1 r.

[4] Video on Demand in Europe. Study caried out by NPA Conseil for the Direction du développement des medias and the European Audiovisual Observatory, Strasbourg 2007. https://www.obs.coe.int/en/web/observatoire/industry/home-video-and-vod – dostęp 25.02.2021 r.

[5] Christian Grece, Trends in the VOD Market in the EU28, European Audiovisual Observatory, 2021.
https://www.obs.coe.int/en/web/observatoire/industry/home-video-and-vod – dostęp 25.02.2021 r.

[6] https://infuture.institute/mapa-trendow/ – dostęp 24.02.2021 r.

[7] https://infuture.institute/raporty/przyszlosc-telewizji/ – dostęp 25.02.2021 r.

Informacja prezesa SDP w sprawie Jacka Międlara

W odpowiedzi na publiczne zarzuty informuję, że sprawdziłem tryb i okoliczności przyjęcia Jacka Międlara w poczet członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Stwierdzam, że Jacek Międlar został przyjęty przez Oddział Dolnośląski SDP z pominięciem zapisanych w statucie procedur. Brak opinii Komisji Członkowskiej Oddziału oraz brak uchwały Zarządu Oddziału moim zdaniem unieważnia cały proces.

 

Z analizy dostarczonego materiału wynika, że Jacek Międlar nie jest członkiem SDP. Postawię tę sprawę na najbliższym posiedzeniu Zarządu Głównego oraz skieruję wniosek o wyjaśnienie sprawy do Głównej Komisji Rewizyjnej.

 

Decyzje o przyjęciu do Stowarzyszenia nie leżą w kompetencji ani prezesa SDP, ani Zarządu Głównego SDP. Podpisywanie legitymacji jest  czynnością rutynową leżącą w gestii Sekretarza Generalnego SDP,  którego z powodu pandemii i restrykcji epidemicznych zastępowałem.

 

W przypadku podpisania legitymacji Jacka Międlara doszło do biurokratycznego błędu proceduralnego, za który biorę odpowiedzialność. Wszystkich członków Stowarzyszenia przepraszam za zaistniałą sytuację.

 

Jednocześnie podkreślam, że kierowana przeze mnie  organizacja jest otwarta i jest w niej miejsce dla dziennikarzy pochodzących z różnych środowisk, o różnych światopoglądach i postawach ideowych.

 

Przypadek Jacka Międlara, kontrowersje oraz gorące komentarza pokazują jak głęboka jest potrzeba poważnej dyskusji na temat zdefiniowania zawodu dziennikarza.

 

Krzysztof Skowroński

prezes SDP

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Kto decyduje o Powązkach? Szczęśliwie nie „Wyborcza”!

Wróciła idea dekomunizacji stołecznych Powązek Wojskowych. Nieocenionej „Gazecie Wyborczej” prezydent Warszawy powiedział, że jest „oburzony”: „Nawet zaborcy nie niszczyli cmentarzy i grobów zmarłych, którzy stawali przeciw nim”. Pan Trzaskowski się myli. Bolszewiccy bandyci niszczyli polskie cmentarze wszędzie, gdzie tylko mogli. Sprofanowali też Powązki Wojskowe, kładąc na tej wyjątkowej narodowej nekropolii swoich komunistycznych towarzyszy – morderców. Niektórych nad kośćmi polskich bohaterów – jak na „Łączce”. Ale dziś nikt nie chce dewastować grobów, zakopywać w bezimiennych dołach, niszczyć szczątków. Tylko w cywilizowany sposób przenieść niegodnych na zwykły cmentarz komunalny.

 

Tymczasem prezydent Warszawy opowiada dalej coś takiego: „kontrowersyjne groby na cmentarzu wojskowym lata temu zostały zasłonięte drzewami„. Pan Trzaskowski chyba dawno nie był na Powązkach. Bo gdyby był, wiedziałby, że np. grób szefa stalinowskiej bezpieki Stanisława Radkiewicza nie jest zasłonięty żadnymi drzewami. Podobnie innych czerwonych faszystów: Jakuba Bermana, Franciszka Jóźwiaka, krwawej Julii „Luny” Brystiger, czy oprawców – morderców sądowych rtm Witolda Pileckiego: „prokuratora” Czesława Łapińskiego i „sędziego” Józefa Badeckiego. Grób „godnego” następcy stalinowców: tow. Jaruzelskiego też nie jest zasłonięty – przecież nie widziałaby go wtedy i nie mogła ochronić cmentarna kamera. Mogę zresztą p. Trzaskowskiemu wymienić dziesiątki podobnych nazwisk komunistycznych zbrodniarzy profanujących polski cmentarz. Ale właściwie po co, skoro twardo ich broni.

 

Na stulecie

 

„Gazecie Wyborczej” pomysł repolonizacji Powązek nie podoba się „od zawsze”. W tekście „Dekomunizacja grobów na Powązkach Wojskowych. Chcą usunąć Bieruta i Marchlewskiego” 8 listopada 2017 r. dziennikarz organu z ul. Czerskiej Tomasz Urzykowski napisał: „O dekomunizacji Cmentarza Wojskowego na Powązkach z szefem Instytutu Pamięci Narodowej rozmawiał w poniedziałek w TVP Info Tadeusz Płużański, prawicowy publicysta, zwolennik usunięcia z tej nekropolii grobów komunistycznych dygnitarzy”.

Dalej cytują mój dialog z dr Jarosławem Szarkiem:

Czy ci zbrodniarze nadal powinni tam leżeć, czy jednak powinniśmy ich stamtąd wynieść, przy zachowaniu cywilizacyjnych procedur? – zapytał Tadeusz Płużański.

Nie wyobrażam sobie, żeby z jednej strony obchodzić stulecie wiktorii nad Wisłą, odzyskania niepodległości i walki o nią, a z drugiej strony, w tym samym czasie, na cmentarzu Powązkowskim istniało mauzoleum Juliana Marchlewskiego i Bolesława Bieruta – odpowiedział prezes IPN Jarosław Szarek”.

 

Niestety, stulecie zwycięstwa nad bolszewikami minęło, a na Powązkach wciąż w mauzoleach leżą MarchlewskiBierut. I setki innych komunistycznych zbrodniarzy.

 

„Profanacja IPN”

 

W tym samym wydaniu „Wyborczej” mogliśmy zapoznać się z takim, nieco wikipedyjnym passusem o Powązkach: „Po wojnie cmentarz stał się najważniejszą nekropolią ówczesnych władz. Przy głównej alei i w jej pobliżu wyrosły grobowce komunistycznych działaczy i wojskowych: Juliana Marchlewskiego, Bolesława Bieruta, gen. Karola Świerczewskiego, Władysława Gomułki i wielu innych. Chowano tu także ludzi kultury, sztuki, nauki i sportu, m.in.: Juliana Tuwima, Władysława Broniewskiego, Xawerego Dunikowskiego, Arnolda Szyfmana, Feliksa Stamma. W czasach stalinowskich na obrzeżu Wojskowych Powązek potajemnie grzebano mordowanych przez bezpiekę żołnierzy AK i powojennego podziemia antykomunistycznego. Obecnie na cmentarzu odbywają się pogrzeby osób o szczególnych zasługach dla Polski”. „GW” „zapomniała” dodać, że za rządów prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz wciąż chowano na cmentarzu niegodnych – czerwonych generałów: Floriana Siwickiego, Tadeusza Pietrzaka, czy wspomnianego Wojciecha Jaruzelskiego i np.  Stanisława Kociołka – „kata Trójmiasta”.

 

Ale „obiektywnie” już było, potem należało przyłożyć. I tak „GW” nie pozostawiła suchej nitki na pomyśle „usunięcia stąd grobów komunistycznych prominentów”, podpierając się opiniami sprawdzonych kombatantów. Oczywiście Leszek Żukowski, ówczesny prezes Światowego Związku Żołnierzy AK, stwierdził, że „nie wyobraża sobie urządzania szopki z przenoszeniem ich grobów. Zresztą, dokąd je przenieść? Będzie specjalny cmentarz dla wyrzuconych?” (nawiasem mówiąc dobry pomysł człowieka, który obrażał Żołnierzy Wyklętych).

 

„Wyborcza” zasłoniła się również „aspektem prawnym”. Że przeniesienia nie przewidują takie a takie przepisy, co skwapliwie potwierdziła m.in. rzeczniczka Zarządu Cmentarzy Komunalnych – właściciela Powązek z ramienia m.st. Warszawy: „IPN nie ma żadnej mocy sprawczej, żeby przenosić groby. Byłaby to profanacja miejsca pochówku i naruszenie praw rodziny. Zarząd cmentarza na pewno nie wydałby na to zgody”.

 

Prawo na bezprawiu

 

Właśnie wobec takiego, wielokrotnie powtarzanego dictum trwają starania, aby nekropolia przeszła – tak jak plac Piłsudskiego w Warszawie, czy Westerplatte w Gdańsku – na własność państwa. Wtedy pojawia się szansa na cywilizowane przeniesienie komunistów na inny cmentarz, najlepiej żołnierzy radzieckich. Bo my nie rozmawiamy przecież o byle jakich grobach, prawach do tych grobów zmarłych i ich rodzin – tylko o grobach szczególnych: komunistycznych zbrodniarzy.

 

Tych, którzy po 1945 r. bezprawnie zawłaszczyli Powązki. Bezprawnie, tak jak nielegalna, bo nie pochodząca z wyboru Polaków była ich władza i stanowiska. Taki np. NKWD-zista Bolesław Bierut udawał tylko prezydenta Rzeczpospolitej, a Stanisław Radkiewicz – szef bezpieki – przebierał się w mundur polskiego generała. Ci przestępcy, kłamcy i złodzieje wzięli sobie Powązki, tak jak skolonizowali, zrabowali całą Polskę. Mordując polskich niepodległościowców i odzierając z majątku twierdzili, że ich wyzwalają.

 

Po śmierci też domagali się honorów i chowali na ukradzionej polskiej nekropolii. A złożenie doczesnych szczątków w Alei Zasłużonych było wyjątkową perfidią, szargającą pamięć polskich żołnierzy – bardzo często ofiar tych komunistycznych przestępców.

 

Ale o tym wszystkim żurnaliści z „Wyborczej” nie chcą słyszeć. Nie chcą słyszeć, że prawo nie może być budowane na bezprawiu i krzywdzie, szczególnie jeśli nowe porządki były obce – przyniesione na sowieckich czołgach. Czy to tylko środowiskowy uwiąd umysłowy, czy może efekt tego, że na Powązkach leży np. Ignacy Krzemień, wysoki funkcjonariusz krwawej Informacji Wojskowej: komunistycznego kontrwywiadu wojskowego; czy Bolesław Gebert, sowiecki agent, założyciel Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych (resztę mogą Państwo sprawdzić, chociażby w Wikipedii)?

 

„Gazeta” a Powązki

 

Ale to nie pierwsza taka akcja „Gazety Wyborczej” związana z Powązkami Wojskowymi. W sierpniu 2013 r. przytoczyła mój apel do prezydenta RP (wówczas był nim Bronisław Komorowski) o objęcie patronatem pogrzebu Żołnierzy Wyklętych, ekshumowanych przez IPN na „Łączce”. Apelowałem, by było to wielkie patriotyczne święto, z mszą w katedrze, uroczystościami na placu Piłsudskiego i przemarszem konduktu żałobnego przez miasto na cmentarz. „GW” przytoczyła to na stronach stołecznych, uznając najwyraźniej za sprawę lokalną.

 

Ale to nie było największe „uchybienie”. Mój apel poparł prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz, a „Gazeta” napisała tylko o wsparciu „prawicowych portali”. Ale potem było jeszcze ciekawiej. Na tych samych łamach rzecznik IPN Andrzej Arseniuk powiedział, że „mówienie dziś o pogrzebach jest przedwczesne. Akcję uważam za niepotrzebną„. Rozmawiałem potem z panem rzecznikiem, który zapewniał, że o moim apelu z „Wyborczą” w ogóle nie rozmawiał: „Nigdy nie było moją intencją dezawuowanie akcji, której gorąco kibicuję”.

 

Tekst „GW” warto również skonfrontować z tym, co o moim apelu powiedział kierujący wówczas badaniami na „Łączce” prof. Krzysztof Szwagrzyk: „Ta inicjatywa zasługuje na poparcie nas wszystkich. I cieszy mnie dyskusja, co robić ze szczątkami bohaterów. Nie wyobrażam sobie, żeby pogrzeb ofiar komunizmu odnalezionych na „Łączce” nie był wielką państwową uroczystością„.

 

„Wyborczej” pogrzeb bohaterów na „Łączce” musiał się jednak tak bardzo nie podobać, że znów wykorzystała słowa rzecznika IPN, że „rodziny jeszcze takich decyzji nie podjęły„. Słowa zapewne znów wyrwane z kontekstu, bo prezes IPN dr Łukasz Kamiński mówił wtedy tak: „Z naszych kontaktów z rodzinami wynika, że większość z nich przychyla się jednak do wspólnego pogrzebu„.

 

Dr Kamiński mówił więcej: „na „Łączce” powinno stanąć mauzoleum. I to jest odpowiedź na wyjściowe pytanie „GW” „jak zostaną pochowani żołnierze, których szczątki odnaleziono w kwaterze „Ł” na Wojskowych Powązkach? Kto o tym zdecyduje?

 

Po latach możemy powtórzyć – szczęśliwie nie „Gazeta Wyborcza”.

 

Tadeusz Płużański

Konkurs dla dziennikarzy z Wielkopolski – przedłużony termin nadsyłania prac

Wielkopolski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zaprasza dziennikarzy, których publikacje związane są z Wielkopolską i ukazały się w 2019 i 2020 r., do udziału w konkursie. Termin przyjmowania prac został przedłużony do 31 marca.

 

Media nazywane są czwartą władzą. Zarządzają słowem i obrazem, wpływają na postrzeganie rzeczywistości. Dla dziennikarza najważniejsze są fakty. One są podstawą naszej pracy. Interpretacja faktów z natury rzeczy jest subiektywna. Subiektywizm jest nieunikniony (jak pisał w „Karafce La Fontaina” Melchior Wańkowicz), ale kłamliwe przedstawianie rzeczywistości jest sprzeniewierzeniem się zawodowi.

 

NAGRODA GŁÓWNA WO SDP za najciekawszy, najbardziej wartościowy materiał dziennikarski, poruszający aktualne i najistotniejsze problemy społeczne i polityczne.

 

NAGRODA VIRTUTI CIVILI za szczególną odwagę dziennikarza w podejmowaniu i realizacji trudnych oraz kontrowersyjnych tematów.

 

NAGRODA DLA MŁODYCH DZIENNIKARZY zostanie przyznana autorom poniżej 35 roku życia.

 

NAGRODA IM. WOJCIECHA DOLATY za dziennikarstwo, które wyróżnia się szczególną rzetelnością i fachowością.

 

Regulamin do pobrania TUTAJ.

 

Karta zgłoszenia do pobrania TUTAJ.