MIROSŁAW USIDUS: Czy guzik „TV” zniknie z pilota?

O tym, że telewizja będzie ostatnia w kolejności do „wyrównania” przez internetowy walec wspominałem w jednym z tekstów na swoim blogu już ok. 15 lat temu, zwracając uwagę, że powinna wyciągać wnioski z błędów jakie popełniła prasa. Polsat, TVN, jak też TVP już w drugiej połowie ubiegłej dekady startowały z serwisami VOD. Jednak gdy przyszedł Netflix, natychmiast je pokonał.

 

I jego przewaga się na naszym rynku powiększa. Według styczniowych badań Geminud/PBI ma już prawie siedem milionów użytkowników w naszym kraju. Platformy związane z tradycyjnymi największymi polskimi telewizjami są obecne w pierwszej dziesiątce, zarówno TVP VOD, jak też tvn-owski Player i polsatowska Ipla. Jednak ich wzrosty zasięgu nie imponują tempem A przypomnę, że to nie nowicjusze. To co mają, należy interpretować jako dorobek wielu lat na rynku.

 

Już w 2014 roku Tom Rutledge, prezes amerykańskiej firmy Charter Communications jednej z największych amerykańskich platform medialnych, która dostarcza swoim klientom telewizję kablową, internet i usługi telefoniczne, w rozmowie z dziennikarzem „The Wall Street Journal” wspomniał, że spośród 5,5 mln klientów, już ponad 1,3 mln decyduje się jedynie na wykupienie dostępu do internetu, całkowicie rezygnując z kablówki. Rewolucja VOD na amerykańskim rynku już wtedy trwała w najlepsze. A był to dopiero wstęp do wielkiej ekspansji globalnej amerykańskiej machiny telewizyjno-medialno-rozrywkowej, która zaczęła się podbojami Netflixa, ale na nim się zapewne nie skończy.

 

Telewizji oglądam mało, prawie w ogóle. Nie czuję się więc szczególnie kompetentny, by wypowiadać się na temat jakości i rodzaju treści. Zapewne jednak nie jestem odosobniony w przekonaniu że oferowanie w VOD treści typowo telewizyjnych, programów, które widzowie znają z anteny, to nie jest recepta na sukces. W tym sektorze trzeba zaoferować coś nowego, własne wciągające produkcje, czyli filmy i seriale takie jak oferuje Netflix. Rodzime VOD-y, zwłaszcza Player, próbują to robić. Jednak bez takiego globalnego lewara i skalowania jakie ma Netflix jest to bardzo trudne.

 

Jednakże, powtarzam, nie jestem znawcą tego rodzaju biznesu. Piszę raczej, co mi się wydaje. Z mojego punktu widzenia istotne jest to, że pewien rodzaj oferty programowej, typowej dla tradycyjnej telewizji, nie cieszy się zainteresowaniem klientów, którzy mieliby płacić za treści wideo w internecie. Nie do końca sprawdza się w nowych mediach system gwiazd telewizji i generowanych przez nią celebrytów. Niezłą rynkową ich weryfikacją może być tu porównanie zasięgów i oglądalności gwiazd TV z siłą oddziaływania najpopularniejszych YouTuberów. Proponuję wycieczkę po kanałach jednych i drugiej z weryfikacją liczby odsłon generowanych przez te dwa typy „gwiazd”.

 

Weźmy do zestawienie np. Friza i Macieja Orłosia. Pierwszy ma liczbę widzów każdego filmu liczoną w miliony. Drugi? Cóż, weryfikacja na YouTube jest bolesna. Nie wiecie kim jest Friz? A to szkoda bo YT słabo kojarzy Orłosia.

 

Czy jesteś wystarczająco linearny?

 

Wróćmy jednak do tematu telewizja vs. VOD. Oglądanie telewizji, do niedawna pewna sprecyzowana „aktywność” i swoisty rytuał w młodszych grupach wiekowych uchodzi raczej za relikt przeszłości. Młodzi, ale też i coraz starsi, bo młodzi nie robią się roku na rok młodsi, coraz bardziej „siedzą w necie” a dokładniej „na fejsie”, „na insta” lub „na tiktoku”. Oczywiście  telewizja, a raczej formy pochodne, np. serwisy VOD, może być częścią tego „siedzenia”, ale jako jedna z wielu form konsumpcji treści audiowizualnych w strumieniu.

 

To strumień (ang. stream) jest zasadniczym doświadczeniem medialnym użytkownika ery internetu. TV staje się czasem częścią tego strumienia, pod warunkiem, że jest dopasowana do streamu i ma wszystkie cechy, do których użytkownik strumienia jest przyzwyczajony. Wszelkie nielinearne media, jak np. prasa, jeszcze narzekają na to, ale w gruncie rzeczy pogodziły się z tym i starają się dostosować, broniąc jednak wciąż swoich dochodów, co dobitnie pokazuje przykład batalii australijskich mediów z Facebookiem. Należy to interpretować w ten sposób, że większość mediów starej daty godzi się z uniformizacją w postaci streamu, ale chce zachować możliwość zarabiania.

 

Telewizję, która w tradycyjnym modelu również jest nielinearna, czeka to już nie w jakiejś odległej przyszłości, ale właściwie musi znaleźć strumieniu swoje miejsce już teraz. Musi zarazem podobnie jak prasa i serwisy internetowe walczyć o dochody. Telewizja typu nadawczego, której przychody oparte są na reklamach może mieć z tym problemy w świecie zdominowanych przez Big Tech. Facebook, Google i inni giganci tego świata znani są z tego, że wysysają pieniądze reklamodawców z mediów. Nie powodu by zakładać, że nie stanie się to z tradycyjnymi kanałami przychodowymi telewizji. Treści z kanałów zamkniętych, premium, VOD to co innego. Ale te z kolei czeka zacięta bitwa na atrakcyjność oferty, która dopiero się zaczęła a wszyscy potężni konkurenci jeszcze nie rozwinęli skrzydeł.

 

Telewizor?

 

Telewizor to w dzisiejszych czasach stosunkowo prymitywne „drewniane”, jak w niektórych kręgach się mówi, urządzenie. Bo nie można z nim wiele zrobić. Można tylko oglądać, regulować głośność i przerzucać kanały. Oczywiście w rzeczywistości nowoczesne odbiorniki „smart” mają znacznie więcej funkcji, co bardzo zbliża je do pecetów, czy tabletów. Jednak każdy młodszy konsument multimediów i tak w końcu zauważy zgryźliwie, że nie można telewizora nigdzie zabrać ze sobą.

 

Nie, ci, którzy nie mają dziś telewizora w domu, wcale nie gardzą telewizją. Przecież ewentualnie mogą coś, co oferuje tradycyjna telewizja obejrzeć. Pod warunkiem, że jest to dostępne w sieci. Dziś „nieposiadanie telewizora w domu” to wcale nie snobistyczna poza, jaką spotykało się dawniej, lecz naturalna kolej rzeczy. Jest to mebel zbędny jak stacjonarny telefon (obie te rzeczy były zresztą przedmiotem pożądania naszych dziadków).

 

Za kamień milowy wielkiej przemiany telewizyjnej w USA uważa się 2012 rok, popularny serial „Dexter” miał w sieci większą widownię niż w telewizji. Nielsen Media Research został zmuszony w Stanach Zjednoczonych do poszerzenia swoich badań oglądalności o kategorię „Zero TV Households” – czyli gospodarstwa domowe, które nie mają telewizora.

 

Parę lat później Reed Hastings, szef Netflixa zapowiedział upadek tradycyjnej telewizji w ciągu 15 lat, czyli gdzieś w okolicach 2030 roku. Porównał wtedy jej sytuację do faksu, który jest już praktycznie  nieużywany jako sprzęt (poza Japonią). Wraz z rozwojem nowych technologii i internetu zmieni się całkowicie sposób odbioru telewizji przez użytkowników – prognozował Hastings.

 

Tego rodzaju prognoz było w ostatnich latach więcej. Prawie 78 proc. menedżerów płatnych telewizji, portali z treściami wideo oraz ekspertów ankietowanych na początku 2016 roku przez Informa Telecoms & Media uważało, że za dziesięć lat telewizja, jaką znaliśmy do tej pory, będzie już tylko niewielką niszą na rynku, zdominowanym przez Internet.  Większość przedstawicieli telewizyjnej branży wierzy, że już w ciągu dekady dominującym urządzeniem do oglądania telewizji będzie smart TV, które oparte jest np. na systemie Android i właściwie nie różni się od urządzeń takich jak tablet czy smartfon.

 

Mam w domu takie właśnie urządzenie. Gdy je nabyłem, zauważyłem, że na pilocie jest guzik „TV”, który w systemu urządzenia pozwala jednym przyciśnięciem przejść do „po prostu telewizji”. Pomyślałem sobie, że warto zwrócić uwagę na ten guzik. Jego bowiem zniknięcie będzie można uznać za symboliczny koniec „ po prostu telewizji”. Co nie znaczy, że nadawanie i TV znikną, ale urządzenia, które będziemy mieć w domu będą już czymś zdecydowanie czymś innym niż tradycyjnie rozumiane telewizory.

 

Wojny streamingowe

 

Jest takie pojęcie jak „limit Hastingsa”, pochodzące od uwagi cytowanego już wyżej prezesa Netflixa, że dla jego serwisu jedyną prawdziwą konkurencją jest sen. Nie chodzi o jakąś nieokreśloną bliżej granicę marzeń, lecz o moment, w którym widz nie daje rady już oglądać więcej wideo na żądanie, bo zasypia…

 

Według mediów już od prawie dwóch lat trwają „wojny streamingowe”, na razie głównie w USA, ale akurat w tej branży, jak w żadnej innej, amerykański rynek, tamtejsze firmy i produkcje wytyczają wszystkim innym na świecie kierunek. Gdy na tamtejszym rynku do boju z popularnym na całym świecie Netflixem, ruszyli Disney, Apple, AT&T, Comcast i inni, to znak, że należy się spodziewać ekspansji konkurentów poza Stany Zjednoczone. A produkt, który oferują, jest od dekad ceniony i chętnie konsumowany na całym świecie.

 

Sami zainteresowani zaprzeczają zwykle, że trwa jakakolwiek wojna, podkreślając, że moją różne oferty dla różnych grup odbiorców. Przed debiutem DisneyPlus w listopadzie 2019 r., Bob Iger, wieloletni dyrektor generalny Disneya, nalegał, aby nowa usługa streamingowa firmy nie konkurowała bezpośrednio z Netflixem i innymi platformami. „Z perspektywy konsumenta, nasz produkt jest bardzo różny od tego, co kupuje się od Netflixa, Amazona i Apple,” powiedział Iger w wystąpieniu na Uniwersytecie w Pensylwanii. Także Tim Cook z Apple nie uważa, że działająca od kilkunastu miesięcy usługa VOD firmy z jabłuszkiem w godle jest konkurentką Netflixa. Zaś Eddy Cue, dyrektor wykonawczy Apple, który nadzoruje działalność firmy, jeśli chodzi o treści wideo, wielokrotnie podkreślał, że Apple TV+ jest propozycją na rynku transmisji strumieniowej nie mającą odpowiednika i porównania z czymkolwiek.

 

Nawet osoby oferującą nową usługę, u nas jeszcze niezbyt znaną, o nazwie Quibi, która skupia się na krótkich strumieniach wideo w sieci mobilnej (czyżby chcieli powalczyć z TikTokiem), również zaprzeczają, że biorą udział w jakiejkolwiek wojnie. „Nie sądzimy, że jesteśmy w trakcie wojny streamingowej,” powiedział w serwisie „The Verge” Jeffrey Katzenberg, założyciel Quibi i były szef Walt Disney Studios. Nie jest to byle kto, o czym powinny wiedzieć osoby znające Hollywood. Zatem i na ten nowy produkt warto zwrócić uwagę.

 

Nie bez znaczenia dla dalszego biegu wydarzeń jest chyba fakt, że wśród najpotężniejszych w tej rywalizacji, Netflix jest w gruncie rzeczy jedyną firmą, której cała strategia opiera się na transmisji strumieniowej VOD. Apple VOD dla odmiany jest usługa służebną, mająca pomagać sprzedawać iPhone’y i utrzymywać klientów w stanie pożądanego marketingowo oczekiwania na nowości techniczne, co obserwatorzy specyficznego stylu promocji Apple dobrze znają. Z punktu widzenia Amazona streaming służy sprzedaży nowych abonamentów usługi Amazon Prime, mającej charakter szerszej, wykraczającej poza ofertę  telewizyjną, oferty handlowej. Operatorowi telekomunikacyjnemu AT&T transmisja strumieniowa (HBO Max) dodaje abonentów i rozwija bezprzewodowy biznes firmy. Dla Disneya streaming jest sposobem na gromadzenie bezcennych danych konsumenckich, aby skuteczniej oferować całą gamę usług i produktów, parki tematyczne, filmy i programy TV.

 

Z tych wszystkich usług za poważna konkurencję dla Netflixa był uważany przede wszystkim DisneyPlus. Firma jest właścicielem wszystkich filmów z serii „Gwiezdne Wojny” jak również produkcji Marvel Studios i Pixar. Jest również właścicielem wytwórni filmowej 20th Century Fox i jest większościowym właścicielem kanału National Geographic.  Wśród nowych, oryginalnych treści nowego kanału VOD była seria „The Mandalorian”, osadzona w świecie „Gwiezdnych Wojen”, która zdobyła szaloną popularność a mały Yoda („baby Yoda”) stał się już ikoną kultury masowej. Panuje powszechne przekonanie, że kanał strumieniowy Disneya wyprzedzi globalnie Netflixa pod względem liczby abonentów w ciągu pięciu lat. Stanie się tak głównie dzięki rynkom azjatyckim. Warto pamiętać, że należąca do disneya platforma VOD HotStar ma na ogromnym rynku indyjskim już sześć razy więcej klientów niż Netflix.

 

Komentatorzy, nawet jeśli nie lubią retoryki wojennej, nie wątpią, że obecnie zachodzą na rynku „post-telewizji” zmiany, które zdecydują o obliczu tego biznesu na co najmniej dwie dekady. A liczba graczy ostatecznie nie będzie duża, gdyż w dziedzinie oryginalnej produkcji filmowej, telewizyjnej i rozrywkowej, koszty są tak wysokie, że jedynie duża skala może pozwolić na rentowność tego typu przedsięwzięć. Bo trzeba mieć nowe hity własnej produkcji, o czym zarówno Netflix jak i HBO GO doskonale wiedzą. To one ciągną popularność całej platformy.

 

Amerykański rynek jest niezwykle konkurencyjny i ma swoje ograniczenia. Większość wymienionych wielkich konkurentów Netflixa prędzej czy później podobnie jak on ruszy w świat w poszukiwaniu nowych przychodów. Amerykańskie filmy czy produkcje telewizyjne mają wysoką renomę na świecie od dawna, więc nie trzeba będzie nikogo specjalnie przekonywać do oglądania. Jednak nie jest tak, że Ziemia poza Ameryką jest w tej mierze całkowicie dziewicza.

 

Przede wszystkim prawie wszędzie jest już Netflix, którego międzynarodowa baza klientów jest już o ponad 50 proc. większa od amerykańskiej. Okazuje się, że tworzenie wysokojakościowych produkcji w językach lokalnych rynków jest bardzo pożądane, gdy ktoś myśli o międzynarodowej ekspansji. Dla niektórych z wymienionych wyżej amerykańskich gigantów byłoby to zupełnie nowe doświadczenie, dla innych, np. HBO, które m. in. uruchomiło w Polsce VOD HBO GO jako drugim kraju po USA, już niekoniecznie.

 

Netflix trochę nie miał wyjścia. W latach 2018 – 2019 zanotował 55-procentowy spadek wzrostu liczby przyłączeń na rynku USA, zyskując jedynie 2,6 mln abonentów. To wciąż dużo. To ponad 20 proc. całkowitej bazy abonenckiej HBO Now w USA i prawie 10 procent całej bazy klientów tamtejszej popularnej platformy Hulu. Jednak Netflix dostrzegł już czekającą go Ameryce ścianę. Stąd pomysły na zróżnicowaną lokalnie i językowo ofertę programową. Na ogół tak jak w Polsce Netflix dominuje na krajowym rynku VOD. Jednak są na świecie pewne obszary, w których Netflix ma do czynienia z ostrą konkurencją. Tak jest np. we wspomnianych Indiach.

 

Konkurencja na jakość oferty, na treści to branży telewizyjnej gra wykluczająca małych i wątłych finansowo graczy. Jeśli amerykański gigant w dodatku angażuje środki w lokalne produkcje, angażując i wykorzystując siły twórcze polskiej branży, to walka z nim staje się dla polskiego rynku telewizyjnego mission niemal impossible.

 

To nie VOD-y walczą z telewizją, ale wszyscy ze wszystkimi

 

W sensie bardziej ogólnym walka toczy się nie pomiędzy różnymi platformami VOD, a nawet nie pomiędzy telewizją z internetu a starą telewizją nadawczo-kablową, lecz o uwagę i czas odbiorców, ostatnio coraz częściej mobilnych. W tej grze wygrywa na razie i to zdecydowanie ktoś inny. W 2019 roku YouTube mogło pochwalić się, że 70 proc. całkowitego czasu, jaki ludzie spędzili na swoich telefonach oglądając, którąś z grona pięciu najlepszych aplikacji rozrywkowych. Jest to również jedyna z tych aplikacji (mierzona wśród telefonów z systemem Android, które dominują w 75 procentach telefonów na świecie), która nie pochodzi z Chin, obszaru, w którym zarówno Google jak należący doń YT jest zablokowane. Dane pochodzą z raportu firmy AppAnnie.

 

Porównywanie YouTube z Netflixem i innymi płatnymi serwisami VOD budzi pewne wątpliwości, bo są to różne modele działalności. YouTube jest platformą dla treści generowanych przez użytkowników, która opiera się na dochodach z reklam i bazie ich twórców. Netflix jest usługą subskrypcyjną, która inwestuje miliardy dolarów we własne produkcje. W miarę jak na rynek trafiają kolejne subskrypcyjne usługi strumieniowe (DisneyPlus, HBO Max), nowe usługi strumieniowe oparte na reklamie (Pluto TV) i darmowe aplikacje krótkiego wideo (TikTok), rośnie konkurencja dla YouTube. Ale patrzmy na to jak na walkę przede wszystkim o to, kto w największym stopniu przyciągnie uwagę ludzi.

 

W tym sensie Netflix konkuruje nie tylko z Disneyem, telewizjami, czy kablówkami, które oferują podobne treści i modele działania, ale także z Google. Inaczej mówiąc każda minuta spędzona na YouTube, które, nawiasem mówiąc, oferuje też kablową telewizję YouTube TV, czy na TikToku jest potencjalnie tracona dla treści wideo z płatnych serwisów VOD i odwrotnie. Jeśli widz wybierze rozrywkę w serwisie społecznościowym wideo zamiast treści z platformy streamingowej, nawet jeśli są one nieporównywalnie wyższej jakości, to jest porażka nie różniąca się zasadniczo od porażki, którą tradycyjna telewizja od dawna ponosi w walce z internetem o czas i zainteresowanie młodych ludzi.

 

Sport na żywo ostatnią deską ratunku

 

Tradycyjni telewizyjni nadawcy, jak się powszechnie uważa, nie nadążają mentalnie za zmianami. Trzeba im jednak przyznać, że poszukują sposobów na powstrzymanie stałego i nieprzerwanego odpływu widzów. Wspierają ich w tym producenci telewizorów. Na przykład ok. dekadę temu podjęto próbę implementacji telewizji 3D, jako oferty, której Internet nie może przebić. To już przeszłość, bo nie za bardzo było co w tej technice oglądać a widzowie też się do niej nie palili.

 

Gdy to nie wypaliło zaczęła się zabawa w „mnożenie K” czyli najpierw 4K, następnie 8K. Ta zabawa jednak dobiega końca, gdyż w przeciętnym domowych rozmiarów telewizorze możliwości rozdzielcze ludzkiego oka kończą się już nieco powyżej 8K. Czyli 16K, 32K itd. ma sens jedynie dla bardzo wielkich ekranów.

 

Niewiele to pomaga, gdyż konkurencja się zaostrza. O uwagę i czas widzów tradycyjna, także ta unowocześniona TV musi walczyć z wieloma różnymi nowymi graczami. To nie tylko sieciowi nadawcy i producenci internetowi, ale również usługodawcy w rodzaju YouTube, Vimeo, dostawcy treści tacy jak HBO GO i Netflix, producenci urządzeń mobilnych, komórek i tabletów. W szranki stają internetowi giganci, jak Google lub Amazon, także firmy Apple,  Microsoft i nawet Intel, które stać na to, by spróbować swoich sił w multimedialnej konkurencji.

 

Ostatnią szansą tradycyjnej telewizji wydawał się i wciąż się wydaje sport na żywo. Transmisje o wysokiej jakości na żywo w sieci to wciąż trudne wyzwanie dla platform online. Oczywiście w dobie smartfonów mecz transmitować może i sto tysięcy widzów na stadionie. Jednak widzom widowisk sportowych nie o to chodzi. Tu ceniona jest jakość obrazu i realizacji. I tu stara dobra telewizja może jeszcze powalczyć, zwłaszcza jeśli otworzy się na najnowsze technologie, zwłaszcza takie przy których nawet Internet czuje się trochę staro. Tak, trzeba by uciec, droga telewizjo, o krok albo o kilka technologicznych kroków do przodu. To super-technologie multimedialne jutra są szansą a nie naśladowanie YouTube’a przez starą telewizję.

 

Już mecze Euro 2016 były rejestrowane kamerami 360º. Nie dla widzów i użytkowników gogli VR, lecz wyłącznie dla przedstawicieli europejskiej organizacji piłkarskiej, którzy testowali i oceniali potencjał nowej technologii.  Technologia 360º VR była testowana wcześniej podczas półfinałów Ligi Mistrzów. UEFA zdecydowała się skorzystać z oferty Nokii, której kamery zostały rozstawione w kilku strategicznych miejscach stadionu, w tym na murawie.  Francuski nadawca publiczny France Télévisions realizował bezpośrednie transmisje z niektórych pojedynków turnieju Rolanda Garrosa w technologii 360° 4K. Mecze odbywające się na korcie głównym oraz wszystkie spotkania francuskich tenisistów zostały udostępnione poprzez aplikację Roland-Garros 360 na iOS i Androida oraz na platformie Samsung Gear VR, a także na kanale YouTube i fanpage FranceTVSport.

 

Być może telewizja powinna sięgnąć również po takie rozwiązania jak technologia FreeD, która wykorzystuje ogromną moc obliczeniową, dostarczaną przez centra danych Intela. Umożliwia przesyłanie z aren sportowych obrazu 360° w stylu „Matriksa”, który producenci telewizji Sky mogą dowolnie obracać, by pokazywać akcję pod każdym możliwym kątem. Wokół boiska zainstalowane są kamery, które nagrywają obraz z rozmaitych perspektyw. Następnie strumienie wideo ze wszystkich kamer przesyłane są do komputerów wyposażonych w procesory Intel Xeon E5 oraz Intel Core i7, generujących jeden wirtualny obraz w oparciu o tę ogromną ilość danych.

 

Np. piłkarz, w momencie strzału na bramkę, jest w tych zapierających dech technikach pokazywany z różnej perspektywy i z niespotykaną dokładnością. Ten imponujący efekt otrzymuje się dzięki 32 kamerom 5K, o rozdzielczości 5120 x 2880 pikseli, rozmieszczonym na stadionie pod dachem, wokół boiska. Pole gry zostało pokryte za pomocą siatki wideo, składającej się z trzech wymiarów, gdzie każdy kawałek można precyzyjnie reprezentować w trójwymiarowym układzie współrzędnych. Dzięki temu, dowolny moment można pokazać z różnych kątów i w wybranym powiększeniu, bez znaczącej utraty jakości obrazu. Zbierając obraz ze wszystkich kamer, system wytwarza 1TB danych na sekundę.

 

Jest też rozszerzona rzeczywistość (augmented reality – AR), która połączy elementy wielu technologii, w tym także czysty VR. Ciekawym i efektownym przykładem tego kierunku rozwoju technik wizualnych jest FVL – Fencing Visualized Project, Pierwszy pokaz FVP odbył się w 2013 roku podczas wyborów gospodarza igrzysk olimpijskich. AR sprawia w tej technice, że np. szybki i nie zawsze dla widza czytelny sport, jakim jest szermierka, zaczyna być dla przejrzysty i widowiskowy, że specjalnymi efektami ryzującymi przebieg sztychów i pchnięć.

 

Parę lat temu firma Microsoft zaprezentował swoją wizję przyszłości związanej z holograficznymi okularami  mieszanej rzeczywistości Hololens na przykładzie oglądania transmisji z wydarzeń sportowych. Firma postanowiła wykorzystać największą coroczną imprezę sportową w USA jakim jest Super Bowl. Jednakże pomysły takie jak prezentacja poszczególnych zawodników, którzy wchodzą do naszego pokoju przez ścianę, makieta obiektu sportowego wyświetlana na stole czy efektowne przedstawianie różnego rodzaju statystyk oraz powtórek można śmiało wykorzystać w praktycznie każdej innej dyscyplinie sportu.

 

Telewizja wciąż dysponuje atutami takimi jak profesjonalizm i wysoka jakość realizacji, które w przypadku wydarzeń sportowych (i może innych widowisk na dużą skalę) bronią się doskonale. Wniosek jest taki, że telewizja, aby przetrwać musi się dość radykalnie zmienić i tych zmian się nie bać. Musi zrobić krok do przodu w porównaniu z platformami VOD i przeróżnymi serwisami oraz aplikacjami wideo od YouTube po TikToka, z którymi coraz trudniej będzie rywalizować. Doświadczenie ostatnich lat uczy, że proste naśladownictwo to nie jest droga do sukcesu.

 

Mirosław Usidus

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Zginął, bo był dziennikarzem

Uważam, że Jarek zginął w związku z wykonywaniem zawodu dziennikarza. To jeden z największych zamachów na wolność prasy  – powiedział przyjaciel zamordowanego red. Jarosława Ziętary w tzw. procesie ochroniarzy. Kolejna rozprawa w tym procesie odbyła się 17 marca b.r.  Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP. Jego obserwatorem jest red. Aleksandra Tabaczyńska. 

 

Uważam, że Jarek zginął w związku z wykonywaniem zawodu dziennikarza. To jeden z największych zamachów na wolność prasy. Śmierć Jarka należy wiązać z publikacjami, które jeszcze się nie ukazały oraz z wiedzą, której nie zdążył ujawnić. Taka teza wynika z racjonalnego myślenia. Tylko ktoś obawiający się ujawnienia groźnej dla niego wiedzy, zdecydowałby się na taki czyn.   To jedno z twierdzeń, które dobitnie wybrzmiało na sali sądowej w tzw. procesie ochroniarzy. Wypowiedział je w Sądzie Okręgowym w Poznaniu red. Piotr Talaga, bliski kolega, przyjaciel zamordowanego w 1992 roku Jarosława Ziętary. Rozprawa odbyła się w środę 17 marca 2021 roku. To jednak nie jedyna ważna myśl zwerbalizowana podczas środowych zeznań. Na pytanie o rolę Mariusza Ś., Maciej B. pseudonim Baryła wypowiedział takie słowa:

 

Na temat Ś. nie chcę rozmawiać. Ja już to powiedziałem na przesłuchaniu u sędzi Rucińskiej [chodzi o proces przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi]. Niech na ten temat mówią inni. Mówili, a potem się wystraszyli. Nawet jak dacie mi jakąś karę.

 

Wymieniony Mariusz Ś. to twórca holdingu Elektromis, a dwóm byłym ochroniarzom firmy: Mirosławowi R. pseudonim Ryba i Dariuszowi L. pseudonim Lala zarzuca się pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary. Zeznanie Baryły w tej kwestii jest o tyle istotne, że wciąż nie ma pewności czy ustalono wszystkich zleceniodawców tej zbrodni.

 

W środę, miało zeznawać, według wokandy, sześciu świadków, jednak ostatecznie przesłuchano trzech. Krzysztof Ł. i Piotr G. nie stawili się w sądzie, a dziennikarza Stanisława Ruska poproszono, ze względu na wydłużony czas przewidziany na poprzednich świadków, by jeszcze raz przybył do sądu i złożył zeznania w czerwcu.

 

Maciej B. pseudonim Baryła został przywieziony na salę rozpraw jak zawsze w kajdankach, których tym razem prawdopodobnie mu nie zdjęto. Zeznawał z osobnego pomieszczenia. Był dobrze widoczny przez oddzielającą szybę wraz z towarzyszącymi mu uzbrojonymi funkcjonariuszami. Podczas zeznań Baryły obecny był także jego pełnomocnik, a na sali dodatkowo dwóch policjantów.

 

Maciej B. od ponad 20 lat odbywa karę dożywotniego więzienia, skazany w innej sprawie. To bardzo ważny świadek, a ocena jego wiarygodności stanowi kluczową kwestię w procesie. Pytany o rolę Mariusza Ś. nie chciał nic mówić już po raz kolejny. Ś. jest jedynie świadkiem w sprawie, a to jego ochroniarze, z którymi dobrze znał się i współpracował Baryła, siedzą obecnie na ławie oskarżonych. Ponadto na terenie firmy należącej do Mariusz Ś. – według prokuratury – oraz w jego obecności doszło do podżegania przez Aleksandra Gawronika do zabicia dziennikarza. Baryła podtrzymał swoje zeznania, które obciążają oskarżonych. Przyznał również, że wiosną 1992 roku na zlecenie Elektromisu obserwował Ziętarę, aby go pobić. Obserwację robił m.in. z nieżyjącym już Rajmundem N. Jednak, jak się wyraził, pod kamienicą przy ulicy Kolejowej, w której mieszkał dziennikarz, nie mieli „dogodnej sytuacji”, żeby pobić reportera.  Dopytany przez prokuratora co rozumie przez słowa „dogodna sytuacja”, Baryła wyjaśnił: – Chodziło o to by nikt nie widział, a tam wystawał element pod sklepem. Nikt nie będzie biegał w kominiarce w biały dzień.

 

Ostatecznie weszli z nieżyjącym już także gangsterem Lewym (zginął w wypadku w listopadzie 1992 roku) do mieszkania Jarosława Ziętary i tam go pobili, zabrali filmy ze zdjęciami i zastraszyli. Chodziło o to, by dziennikarz przestał interesować się tematem Elektromisu. Po raz kolejny potwierdził zeznania o naradzie w Elektromisie, do której miało dojść na przełomie maja i czerwca 1992 roku. Znów wybrzmiały wyzwiska, którymi określano Jarosława Ziętarę: Żydek, Pismak, Szczurek. Gawronik miał także zastraszać zebranych generałami Ciastoniem i Płatkiem. Kontekst był taki, że to ludzie dawnych służb zainwestowali w interesy prowadzone przez poznańskich biznesmenów. Baryła potwierdził także, że widział na terenie holdingu: mundury i legitymacje policyjne, a także samochód imitujący radiowóz i czerwonego poloneza (pojazd wyglądający jak cywilny, który używała ówczesna policja). Do jednego z wozów zwabiono dziennikarza i uprowadzono. Podobno podczas porwania Jarosława Ziętary oskarżony Ryba i nieżyjący ochroniarz Kapela byli w swoich mundurach, mieli tylko zmienione dystynkcje. Baryła uznał też Rybę za prekursora „napadów na policjanta”.  W środę 17 marca br.,  kolejny raz potwierdził swoje zeznania, że Jarosław Ziętara przez dwa, trzy dni był bity, a następnie zabity przez Rosjan jakimś szpikulcem. Ciało zostało rozpuszczone w kwasie, a kości ukryte.

 

Drugim świadkiem przesłuchanym tego dnia przez sąd był Mirosław M. 43 letni politolog z wykształcenia, odbywał karę więzienia w związku z oskarżeniem o powoływanie się na wpływy. Przez miesiąc, w Gębarzewie, był w trzyosobowej celi razem z Baryłą. Odczytano dwa protokoły wcześniejszych zeznań M. z 2015 i 2017 roku. Choć były sprzeczne świadek podtrzymał oba zeznania. Stwierdził, że w sumie nie wie, jak było i nie chce nikomu zrobić krzywdy swoimi przemyśleniami. W 2015 roku zeznał:

 

Maciej mówił mi w celi, że co by się nie działo, nie da zrobić krzywdy Mariuszowi Ś. Może mu coś zawdzięczać. Bardzo źle wypowiadał się z kolei o Aleksandrze Gawroniku. Stwierdził, że szczątki Ziętary były ukryte w różnych miejscach. Niektóre w wodzie, w jeziorach w Kiekrzu oraz Kociołek, w 6 m mule. Inne szczątki były zakopane. (…) Maciej opowiadał także, że wszystko, co wcześniej zeznał w sprawie Ziętary jest prawdą, ale się wycofał. On się na kimś zawiódł, ale na kim i o co chodziło nie pamiętam. (…)Miał rozmaite materiały, które studiował. Były to jego zapiski i drukowane materiały, może z internetu. Książki raczej nie. Nie były to protokoły przesłuchań, tego jestem pewien. Prosił mnie o opinię czy to co mówi jest logiczne i poukładane.  W protokole z 2017 roku stwierdził z kolei, że nie mam wiedzy związanej ze śmiercią pana Zietary. Znam Macieja B. z aresztu. Ja nie mogę stwierdzić czy Maciej mówi prawdę. Dziś po upływie czasu uważam, że to że się zgłosiłem, to był błąd. (…)Moja wiedza o Ziętarze oparta jest o doniesienia medialne, książce Kaźmierczaka i na słowach B. Dzwoniąc do prokuratury wtedy sądziłem, że robię dobrze. Dziś bym tego nie zrobił. Nikt nie podstawił mnie do celi. Nie chcę zeznawać ,bo nie chcę nikogo skrzywdzić. Ani pana Gawronika ani innych. Ja nie byłem przy tych wydarzeniach.

 

Dziennikarz Piotr Talaga, współautor książki „Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa” był trzecim świadkiem przesłuchanym w trakcie środowej rozprawy. Z Jarosławem Ziętarą zaprzyjaźnili się na studiach, a potem pracowali w różnych redakcjach poznańskich mediów, ale w jednym budynku. Utrzymywali kontakty również na gruncie prywatnym. Redaktor Piotr Talaga zaangażował się w poszukiwanie i wyjaśnianie tragicznych losów Jarka Zietary od pierwszych dni po zniknięciu przyjaciela. Przypomniał, że we wrześniu 1992 roku nieznani sprawcy „posprzątali” biurko Jarka w redakcji „Gazety Poznańskiej”. Przyszli tuż po jego zniknięciu. Podali się za policjantów i zostali wpuszczeni na teren redakcji. Prawdziwa policja zaprzeczyła później, by tego dnia kogokolwiek wysłała do redakcji. Materiały Jarka Ziętary zabrane z biurka już nigdy się nie odnalazły. Były one, według świadka, gromadzone przez dziennikarza w papierowych teczkach. Teczki opisane, a ich zawartość odnosiła się do poszczególnych spraw, którymi interesował się red. Ziętara. Przechowywał je zarówno w swoim mieszkaniu jak i redakcji.  –Symptomatyczne jest, że miał wiele notatek o różnych sprawach. Brakuje dokumentacji o Elektromisie.

 

Redaktor Talaga wyjaśnił również stwierdzenie, „służby przeszkadzały w wyjaśnieniu sprawy Ziętary. Przy czym słowo „służby” rozumiał bardzo szeroko: policja, prokuratura ówczesny UOP… – Pracownicy SB zostali w 1989 poddani weryfikacji. I grupa została i stanowiła trzon pionu śledczego. II grupa trafiła do policji. III grupa trafiła do biznesu. Taką firmą był Elektromis. Stąd wnioskuję, że bardzo prawdopodobne jest to, że współpraca Ziętary z UOP w Poznaniu nie miała charakteru opartego o umowę o pracę. Nie wiem czy w ogóle była sformalizowana, ale miała charakter faktyczny. Są dowody i zapiski w notatnikach Jarka, że posiadał wiedzę o sprawach, którymi UOP zajmował się równolegle lub po napisaniu o tym w prasie. Z notatek Jarka wynika również, że zajmował się nieprawidłowościami w firmie Elektromis, ale z drugiej strony w tych materiałach brakuje wielu szczegółów.(…) Po zaginięciu Jarka Ziętary dowiedziałem się wielu rzeczy, o których nie wiedziałem. Zaskoczyło mnie, że o wielu sprawach mi nie mówił, zarówno  o sprawach prywatnych, jak i zawodowych.

 

Kolejna rozprawa w kwietniu.

 


 

Poznański dziennikarz Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Był absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Pracował w radiu akademickim, współpracował m.in. z “Gazetą Wyborczą”, “Kurierem Codziennym”, tygodnikiem “Wprost” i z “Gazetą Poznańską”. Ostatni raz był widziany 1. września 1992 r. Wyszedł rano do pracy i nigdy nie dotarł do redakcji “Gazety Poznańskiej”. W 1999 r. Ziętara został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono. W 2014 roku zatrzymano: Aleksandra Gawronika oraz kilka tygodni później, dwóch żyjących ochroniarzy dawnej firmy Elektromis Mirosława R. pseudonim Ryba i Dariusza L. pseudonim Lala. Aleksandrowi Gawronikowi, zarzucono podżeganie do zamordowania  Jarosława Ziętary podczas narady latem 1992 roku na terenie holdingu. A ochroniarzom zarzuca się porwanie dziennikarza i przekazanie go zabójcom. Wszyscy oskarżeni nie przyznają się do winy.

 

Tekst i zdjęcia : A.Tabaczyńska

Muszę dotknąć – rozmowa z WITOLDEM GADOWSKIM o jego najnowszym filmie  

Film „Święci z Doliny Niniwy” opowiada o tym, ile trzeba płacić za wyznawanie własnej religii, o najbardziej niewinnych ofiarach wojny, którymi są dzieci. Nie oszczędzam widzom makabry. Zresztą wojna jest dużo bardziej drastyczna, niż  pokazałem – mówi Witold Gadowski, dziennikarz, publicysta, autor filmowych dokumentów śledczych, wiceprezes SDP, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Jest pan dziennikarzem, reporterem, korespondentem wojennym, autorem książek, ale również reżyserem filmów dokumentalnych. W jakim stopniu wykorzystuje Pan rzemiosło dziennikarskie w procesie tworzenia dokumentów śledczych?

 

Najpierw byłem dziennikarzem i reporterem, ale przez cały ten okres, w którym intensywnie uprawiałem ten zawód, poszukiwałem różnych innych form wyrazu. Nie ukrywam, że na samym początku przygody dziennikarskiej, wyrażanie rzeczywistości poprzez pisanie było dla mnie wystarczające. W pewnym momencie poczułem, że dotychczasowe działania reportersko-dziennikarskie nie gwarantowały już pełnej satysfakcji, dlatego równolegle rozpoczęła się moja przygoda z filmowym dokumentem śledczym. Na początku najwięcej filmów realizowałem do magazynu reporterów „Superwizjer” w telewizji TVN. Produkowałem filmy dokumentalne o najpoważniejszych aferach, w tym między innymi o głośnej aferze paliwowej, gazowej, prywatyzacji PZU, a także o terrorystach. Kolejne kontrowersyjne realizacje filmowe mojego autorstwa skupiały się na tematach związanych z przemytem kokainy. Poszedłem też tropem rosyjskich mafiozów. Równocześnie zrobiłem film zatytułowany „Mitzvah”, który opowiada o nielegalnym handlu organami. Oczywiście przez cały czas realizowałem różne inne tematy, które znalazły wyraz w moich filmach. Filmów mojego autorstwa jest kilkadziesiąt.

 

W którym momencie narodził się pomysł na dokument o wojnie na terenach Państwa Islamskiego?  

 

Trudno powiedzieć, w którym to nastąpiło momencie, jednak niespodziewanie pojawiła się chęć stworzenia filmu o współczesnej wojnie. W taki sposób powstał pierwszy polski film o Państwie Islamskim pod tytułem „Insha Allah. Krew męczenników”. Nakręciłem go w czasie, kiedy w Polsce Państwo Islamskie było jeszcze tylko pustym terminem, bo właściwie nikt się tym tematem nie zajmował. Zaraz po odbiciu Mosulu z rąk Państwa Islamskiego, pojechaliśmy tam z całą ekipą. Zresztą byliśmy na tamtym terenie pierwszymi polskimi dziennikarzami.

 

„Święci z Doliny Niniwy” to najmłodsze dokumentalne dzieło filmowe Pana autorstwa. Jaka jest fabuła tego filmu?

 

Film „Święci z Doliny Niniwy” opowiada o tym, ile trzeba płacić za wyznawanie własnej religii, aby być wiernym sobie, o najbardziej niewinnych ofiarach wojny, którymi są dzieci. Jest to dokument opowiadający o drastycznej sytuacji ofiar Państwa Islamskiego.

 

Czy można zaryzykować stwierdzenie, że najnowszy film jest dla Pana najważniejszy?

 

Odważę się powiedzieć, że pod kątem realizacyjnym jest to mój najlepszy film dlatego, że mogłem go tworzyć samodzielnie bez żadnych ograniczeń i dokładnie tak, jak sobie wyreżyserowałem. „Święci z Doliny Niniwy” ma dobrą postprodukcję i pod kątem dramaturgicznym jest dopracowany. Wyraz artystyczny tej produkcji jest dokładnie taki, jak sobie zaplanowałem. Zresztą muszę podkreślić, że nawet reporterski cykl „Łowca smoków”, który tworzyłem dla telewizji publicznej, nigdy nie dawał takiego komfortu realizacji, jak właśnie ten najnowszy dokument. Podkreślę, że nigdy wcześniej nie miałem tak dopracowanego filmu, jak ten najnowszy i niewątpliwie jest to jeden z najlepszych moich autorskich filmów.

 

Jak długo trwał proces realizacji filmu?

 

Film w całości został zrealizowany ze środków pochodzących ze zbiórki publicznej. Nie korzystałem ze wsparcia finansowego z żadnych funduszy ani spółek Skarbu Państwa,  ani też z telewizji. Film „Święci z Doliny Niniwy” trwa łącznie siedemdziesiąt trzy minuty. Zdjęcia kręciliśmy na terenie Iraku, a cały ten proces trwał ponad rok. Samo przygotowanie dokumentacji było dość skomplikowane i wydłużone w czasie, jednak pracowałem ze znakomitą ekipą filmowców, z którą już wcześniej zrealizowaliśmy wiele filmów. To sprawdzony zespół odważnych osób, którzy udają się ze mną w miejsca, które innych przyprawiają o drżenie. Zdjęcia są znakomite. Muzykę skomponował Robert Janson, ja jestem autorem słów do piosenki „Niebo zgwałconych aniołów”, którą zaśpiewała Anna Józefina Lubieniecka. Ścieżka dźwiękowa doskonale oddaje klimat tamtych wydarzeń, kiedy to w 2015 roku Państwo Islamskie zaatakowało chrześcijańskie miasto Kara Kusz. Powiem nieskromnie, że ten film jest odrębnym głosem w całej polskiej produkcji i nie ma drugiego takiego. Warto podkreślić, że oprócz znakomitej ścieżki dźwiękowej, o której już wspomniałem, w filmie pojawiają się również urozmaicone akcenty językowe, bo są zarówno wątki z językiem aramejskim, trzy dialekty kurdyjskie, dwa arabskie, angielski, polski, a to, jeśli chodzi o języki, już prawie cała Wieża Babel.

 

W jaki sposób dotarł Pan do swoich bohaterów?

 

Zdecydowanie pomogły tu wcześniejsze wyjazdy na Bliski Wschód, gdzie wcześniej zawarłem wiele znajomości. Na pewno nie zrealizowałbym tego filmu bez wsparcia kurdyjskich dowódców wojskowych, których poznałem dużo wcześniej, w czasie wojny z Państwem Islamskim. Sądzę, że nie dotarłbym do bohaterów filmu bez wcześniejszego pobytu na Bliskim Wschodzie.

 

Jakie jest główne przesłanie filmu „Święci z Doliny Niniwy”?

 

Jest bardzo proste i ukazuje się na końcu filmu. Chodzi o przesłanie skierowane do wszystkich dzieci, którym wojna w okrutny sposób odebrała dzieciństwo. Fabuła filmu oparta jest na kilku równolegle rozwijających się opowieściach, w tym między innymi o polskim żołnierzu, który walczył w jednostkach chrześcijańskich broniąc wiosek przed Państwem Islamskim. Warto podkreślić, że bohater robił to wszystko nie jako najemnik, ale jako człowiek dobrej woli, który nagle poczuł w sobie potrzebę walki. Mamy też do czynienia z opowieścią o chłopcach, których dopadła machina wojenna. Drastyczne obrazy pokazujące to, co wojna z nimi zrobiła, rozszarpują serca. Kadry pokazujące zwęglone i pozabijane ciała oddają klimat tego, co wcześniej tam widziałem i tak to właśnie sfilmowałem. Jednym słowem, nie oszczędzam widzom makabry. Zresztą ten obraz wojny jest dużo bardziej drastyczny, niż pokazałem.

 

Film miał już swoją premierę w Oświęcimiu podczas II Marszu Życia Polaków i Polonii, a także w Krakowie i Częstochowie. Podczas projekcji mógł Pan na żywo obserwować reakcje swojej widowni. Co w takim momencie odczuwa reżyser dokumentu?

 

Śledziłem przebieg emocji na twarzach odbiorców i dyskretnie sprawdzałem czy to, co zrobiłem jest adekwatne i czy to, co chciałem pokazać i zarazem przekazać, odbija się na ich obliczach, a później także w ich opiniach. Nie ukrywam, jak bardzo satysfakcjonujący jest moment, kiedy prezentuję widzom film i równocześnie widzę ich reakcje. Po projekcji „Świętych z Doliny Niniwy” odbyło się też kilka prelekcji w dużych salach, w tym również w Częstochowie, z udziałem arcybiskupa Wacława Depo, co zresztą miało dla mnie duże znaczenie. Pamiętam moment, kiedy przy końcowej piosence zapanowała długa cisza, po której nastąpiły brawa. Sądzę, że to była największa nagroda dla reżysera. Widziałem łzy w oczach widzów, a to największy dowód na to, jak ten materiał ich poruszył. Warto było zrobić ten film żeby taki efekt osiągnąć.

 

Widz producentem filmu to Pana motto. Czy może Pan rozwinąć myśl?

 

Od pewnego czasu to moja metoda na realizowanie filmów. Widzowie są producentami w takim sensie, że jeśli chcą zobaczyć film, co sami płacą na fundusz realizacji. Warto podkreślić, że to nie są tanie filmy, bo dla przykładu budżet „Świętych z Doliny Niniwy” przekroczył 250 tysięcy złotych. Ludzie jednak płacą, co świadczy tylko o tym, że chcą oglądać wbrew temu, że telewizja publiczna, czy też inne stacje, nie pokazują tych filmów. Widz jest producentem, bo buduje fundusze tych filmów. Jak tylko minie pandemia SARS-CoV-2 i znikną wszystkie obostrzenia, to ruszam z produkcją kolejnego filmu. W chwili obecnej z filmem „Święci z Doliny Niniwy” mam problem z dystrybucją właśnie ze względu na obowiązujące obostrzenia pandemiczne.

 

Gdzie będzie można zobaczyć projekcję filmu „Święci z Doliny Niniwy”?

 

Jak znikną obostrzenia i jeśli nic nie stanie na przeszkodzie to będę chciał pokazać najnowszy mój film w warszawskiej siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy ulicy Foksal. Zresztą planuję kilka takich pokazów na terenie Warszawy. Nie ukrywam, że projekcja tego filmu wymaga dobrej jakości aparatury, a także dużego ekranu, bo zastosowałem w nim najnowsze techniki dźwiękowe i wizyjne. „Święci z Doliny Niniwy” traci wiele walorów na małym ekranie, a zyskuje gdy mamy do dyspozycji pełną panoramę. Będę go pokazywał, mam nadzieję już wkrótce, ale podkreślam, że wszystko w tym momencie uzależnione jest od tego, na co pozwolą warunki pandemiczne.

 

Jako reżyser filmów dokumentalnych z pewnością wykorzystuje Pan wiele zabiegów dziennikarskich. Czy te wszystkie formy reportażowe, o których wcześniej Pan wspominał, sprawdzają się również przy produkcji dokumentów śledczych?

 

Nie ukrywam, że mam bardzo trudny charakter, dlatego, że jak coś sobie wykreuję to staram się to tworzyć dokładnie tak, jak sobie wymyśliłem. Z mojego punktu widzenia wybrałem dla siebie wariant najbardziej bezpieczny, bo sam jestem producentem swoich filmów. Z tego względu, że podczas procesu tworzenia filmu  trudno mi porozumieć się z kimkolwiek, dlatego całą ekipę w postaci operatorów i montażystów dobieram sobie sam. Taki wariant najbardziej mi odpowiada, ponieważ jak coś się popsuje, to sam mogę sobie udzielić reprymendy. Jednym słowem, wchodząc w rolę reżysera filmowego, sam ponoszę odpowiedzialność za całokształt, czyli od finansów do efektu końcowego filmu.

 

Skąd pomysł na analizę islamskiego zagrożenia terroryzmem?

 

Mam taką naturę, że sam lubię dotykać pewnych zjawisk, zanim się na ich temat wypowiem. Zatem jak tylko zaczął się gotować Bliski Wschód na nowo, to ja już tam byłem.. Zacząłem się z bliska temu wszystkiemu się przyglądać, sporo też na ten temat pisałem i robiłem też mnóstwo zdjęć, aż w końcu doszedłem do takiego wniosku, że muszę stamtąd zrobić kilka filmów… i tak się zaczęło…

 

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

 

 

Dziennik Wschodni bez likwidatora i kuratora

Sąd Rejonowy Lublin-Wschód uznał, że decyzja o ustanowieniu likwidatora w spółce wydającej gazetę była nieuzasadniona. – Zabrakło gruntownego zbadania sprawy, która dotyczy wolności słowa, czyli dobra chronionego konstytucyjnie – uznała asesor sądowy Kamila Sawicka. „Dziennik Wschodni uratowany!” – tak na postanowienie sądu zareagował wpisem na Facebooku Paweł Buczkowski, zastępca naczelnego gazety.

 

Sprawa związana jest z konfliktem jaki trwa już od kilku lat między udziałowcami spółki Corner Media wydającej Dziennik Wschodni. Spór doprowadził do procesu o rozwiązanie spółki, w której większość udziałów ma lubelski deweloper, pozostałe są w rękach obecnych lub byłych pracowników gazety.

 

W efekcie toczącego się procesu referendarz sądowy ustanowił kuratora, a następnie likwidatora spółki. Został nim mecenas Leszek Kukawski, były sędzia, a obecnie radca prawny i doradca restrukturyzacyjny. Kiedy kilka tygodni temu Kukawski przejął władzę nad redakcją, odwołał redaktora naczelnego i zwolnił kilka osób.
Większość redakcji nie uznawała jednak jego działań. Dziennikarze postanowili zaskarżyć postanowienie sądu o ustanowieniu likwidatora. Sprawa pojawiła się na wokandzie w czwartek 18 marca.

 

Działania rozpoczęte przez Leszka Kukawskiego spowodowały w redakcji ogromny chaos. Praca jest bardzo utrudniona bez kluczowych osób, których Leszek Kukawski pozbył się w tak bezpardonowy sposób – tłumaczył na rozprawie redaktor Buczkowski. – On nie zachowuje się jak osoba bezstronna – dodał.

 

Z kolei radca prawny Michał Pawlak, który reprezentował większościowego udziałowca, bronił działań mecenasa Kukawskiego. – Prawidłowo realizował czynności kuratora i likwidatora. Nie zrobił nic, co byłoby niezgodne z przepisami – przekonywał mecenas Pawlak.

 

Inne zdanie miał jednak sąd, który postanowił wykreślić z KRS Leszka Kukawskiego jako likwidatora spółki Corner Media i odwołał go też z funkcji kuratora. – Decyzja referendarza sądowego o ustanowieniu likwidatora była przedwczesna – uznała rozstrzygająca w tej sprawie asesor sądowy Kamila Sawicka.

 

Uzasadniając postanowienie stwierdziła też, że działania kuratora, a potem likwidatora spółki Corner Media wskazują na ryzyko „niedostatecznego uwzględnienia interesu społecznego przejawiającego się w roli jaką dla lokalnej społeczności odgrywa Dziennik Wschodni”.

 

Pośrednio sprawa dotyczy funkcjonowania mediów i wolności słowa, czyli dobra chronionego konstytucyjnie, na straży którego straży stoją także sądy. Okoliczność ta powinna skłonić do szczególnej refleksji nie tylko referendarza sądowego orzekającego w tej sprawie, ale także wyznaczonego przez niego kuratora, który ślubował, że będzie wykonywał obowiązki kuratora zgodnie z interesem społecznym – tłumaczyła asesor Kamila Sawicka.

 

Tomasz Kalinowski, większościowy udziałowiec Corner Media, który uczestniczył w posiedzeniu, nie chciał komentować rozstrzygnięcia sądu.

 

Jednak jak zauważają dziennikarze Dziennika Wschodniego postanowienie to nie koniec walki o gazetę. I zachęcają do wsparcia internetowej zbiórki, której celem jest wykupienie Dziennika Wschodniego przez czytelników. Jak na razie 180 osób wpłaciło ponad 22 tys. zł. Fundacja Wolności, która zainicjowała zbiórkę szacuje, że do wykupienia gazety mogą być potrzebne dwa miliony złotych.

 

Innym problemem jest też bieżące funkcjonowanie Dziennika Wschodniego. Postanowienie sądu spowodowało, że spółka Corner Media nie ma osoby upoważnionej do jej reprezentowania, w tym także do zaciągania zobowiązań w jej imieniu. Chodzi m.in. osobę uprawnioną do złożenia zamówienia na druk gazety.
Taką świadomość ma też lubelski sąd, który w postanowieniu zobowiązał przedstawicieli udziałowców Corner Media do wskazania osoby, która mogłaby być nowym kuratorem spółki. Mają na to siedem dni.

 

Tomasz Nieśpiał

Areszt dla Dzianisa Iwaszyna kolejnym aktem represji wobec dziennikarzy na Białorusi

Dzianis Iwaszyn, dziennikarz „Nowego Czasu”, białoruskiego tygodnika o tematyce społeczno-polityczno-historycznej założonego przez Towarzystwo Języka Białoruskiego im. Franciszka Skaryny, został aresztowany w Grodnie wieczorem 12 marca 2021. Przedstawiono mu zarzuty o ingerencję w działalność funkcjonariuszy służb (art. 365 kodeksu kryminalnego), za co grozi do 3 lat więzienia. Dziennikarz spędzi w areszcie najbliższe dwa miesiące.

 

Dzianis Iwaszyn jest jednym z czołowych dziennikarzy śledczych. Jego autorskie materiały wywołują duży oddźwięk w społeczeństwie. Specjalizuje się w tematyce ekspansji rosyjskiej oraz bezpieczeństwa w Europie Środkowej. Ostatnio zajmował się kwestią udziału obecnych funkcjonariuszy białoruskich służb w rozpędzaniu ukraińskiego Majdanu. W tym dziennikarskim śledztwie korzystał z informacji pochodzących z ogólnie dostępnych źródeł. Mimo to stał się obiektem ataków i prowokacji ze strony służb specjalnych.

 

Przeszukanie mieszkania Dzianisa Iwaszyna trwało ponad trzy godziny i prowadzone było przez pięciu funkcjonariuszy KGB, którzy skonfiskowali wszystkie nośniki danych (telefony, laptopy, komputery), karty SIM, karty bankowe, książki, notesy, banknoty, pieniądze i różne drobiazgi, takie jak flagi, odznaki, wizytówki i inne. Przeszukano tez mieszkanie rodziców dziennikarza, a nawet jego 95-letniej babci.

 

Dzianis Iwaszyn jest jednym z 11 dziennikarzy więzionych obecnie na Białorusi:

Kaciaryna Andrejewa

Daria Czulcowa

Kaciaryna Barysewicz

Julia Słucka

Ałła Szarko

Siarhiej Alszeuski

Piotr Słucki

Ksenia Lutskina

Andrei Aliaksandrau

Dzianis Iwaszyn

Siarhiej Hardziewicz (areszt domowy)

 

O uwolnienie białoruskich dziennikarzy stale upominają się organizacje dziennikarskie z całego świata, m.in. Europejska Federacja Dziennikarzy (EFJ), Komitet Ochrony Dziennikarzy (CPJ). Domaga się tego również Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

Zdjęcie: Nowy Czas

ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS: Wstydliwe sekrety imperiów on-line

Protestując przeciw nietolerancji i cenzurze, którą uprawia BigTech, Noam Chomsky, lewicowy filozof  i guru uniwersytecki podpisał  „List o otwartej debacie”, sygnowany przez 150 znanych nazwisk. „Redaktorzy są zwalniani, ponieważ publikują kontrowersyjne artykuły, z półek znikają książki z powodu tzw. nieautentyczności, dziennikarze są karani za poruszanie pewnych tematów, śledzi się profesorów uniwersyteckich za cytowanie pewnych dzieł”. Przy czym „kontrowersyjne artykuły”, „nieautentyczność” i „pewne tematy”, to nic innego jak punkt widzenia konserwatysty, który jest wymiatany z przestrzeni internetowej. Coraz mniej wymiany myśli, idei. Przyznaje to nawet Naom Chomsky, jeden z teoretyków rewolucji kontr-kulturowej ‘68.

 

I jeszcze prof. Victor Davis Hanson ze Stanford University w piśmie „National Review”: „Kiedy internet i media społecznościowe się pojawiły, naiwnie założyliśmy, że to tylko systemy dostarczania informacji, a nie nowe narzędzia ideologicznej perswazji… Lecz, jak wirus, który zmienia DNA organizmu – gospodarza, obecne sposoby komunikacji, pozyskiwania informacji, reklamy i handlu zostały umasowione, upolitycznione i są kontrolowane przez kilka tysięcy >wiecznych nastolatków<, elektroników z Doliny Krzemowej”. I to oni są kołem napędowym radykalizacji światopoglądowej, mają tę bezwzględność i czarno – białe widzenie młodych polityki, no i w dużej mierze finansują tę Rewolucję w Sieci.

X

Listopadowe wybory w Stanach Zjednoczonych stały się chwilą prawdy nie tylko dla politycznego establishmentu, lecz tradycyjnych oraz „nowych” mediów jak Twitter, Facebook czy Instagram. Kiedy ponownie liczono głosy w stanach, gdzie zgłoszono nieprawidłowości, pierwszy lepszy prezenter CNN czy NBC mógł wyciszyć lub przerwać wystąpienie prezydenta, mówiąc „cóż za nonsens, po prostu nie można tego słuchać!” Po 6 stycznia, oblężeniu Kapitolu, puściły wszelkie hamulce. Urzędujący prezydent największej demokracji  świata został kompletnie wyciszony. I teraz jest tak, że przywódca Iranu Ali Chamenai może na Twitterze nazywać Izrael nowotworem, który należy usunąć, grupy islamskie mogą nawoływać do krucjaty przeciw niewiernym, kongresmeni mogą wspierać aktywistów militanckiej organizacji Black Lives Matter, ale prezydent USA nie może powiedzieć – cytując dowody – że „wybory zostały sfałszowane”.

 

Przy okazji przyprowadzono kilka manipulacji, podważających dotychczasowe podstawy zasad dziennikarskich. Szef Twittera Jack  Dorsay zwierzył się, że zbanował Trumpaopierając się na informacjach o zagrożeniu porządku publicznego”. Jakich informacjach? Z jakich źródeł? Zapewne CNN, The New York Times lub komentarzach Kamali Harris. Ale to przecież nie są informacje, lecz opinie – a jedną z zasadniczych reguł dziennikarskich, to oddzielanie informacji od opinii. Rzecz druga, w znanym nam systemie prawnym – aż do wyroku sądu – obowiązuje domniemanie niewinności, dziś demokraci mówią o „domniemaniu winy”. Na koniec salto językowe. Kiedy protestowano przeciw zbanowaniu prezydenta, pytając o jego prawo do wolności wypowiedzi, demokraci odpowiadają: „Trump nie stracił prawa do wolności wypowiedzi, lecz stracił przywilej wolności wypowiedzi”. Tendencyjne to, pokrętne, hucpiarskie.

 

W istocie od kilku już lat otrzymywaliśmy sygnały cenzurowania on-line konserwatywnych firm czy treści. Facebook usuwał znak Polski Walczącej, banowane były patriotyczne filmiki skautów, a niedawno zablokował konto Grupy Wyszehradzkiej. Trzeba było interweniować, żeby je przywrócono. I wcale nierzadko słyszało się, że użytkownicy Twittera – konserwatyści byli zmuszani do zakładania kolejnych kont. Ale dopiero zablokowanie konta prezydenta największego mocarstwa świata, 88 mln followers, pod pretekstem podżegania do przemocy, stało się sygnałem, że dzieje się coś bardzo złego. Że jest to problem w skali globalnej – rodzaj pandemii, która ogarnęła  świat on-line.

 

Szef Twittera Jack Dorsay sam przyznał, że  zablokowanie konta urzędującego prezydenta to „niebezpieczny precedens, który pokazuje, że jednostka czy korporacja może skutecznie kontrolować część toczącej się globalnej debaty”, choć podobno „nie odczuwa z tego powodu ani radości, ani dumy”. A  jednak to zrobił, a razem z nim uczynili to Mark Zuckerberg i Facebook, Jan Kum i Whatsapp oraz Bill Gates i Microsoft. Jak widać, w przyszłości to od nich będzie zależało, co będą czytać i oglądać, jak myśleć i jakie mieć poglądy polityczne kilkumiliardowa rzesza użytkowników mediów społecznościowych, rozsianych po całym świecie.

 

O „dyktaturze internetu” pisał lewicowy przecież New York Times, mówiono w Deutsche Welle, dziś jest to jeden z głównych tematów światowych mediów tradycyjnych. ”Stale rosnąca tyrania i pycha technologicznych władców wymaga, aby ktoś zaczął chronić wolność słowa w internecie” – twierdzi była sponsorka Partii Republikańskiej, Rebekah Mercer, która dziś finansuje nową platformę PARLER. Na fali niezadowolenia, Amerykanie uciekają z Facebooka czy Twittera – jak Ivanka Trump, która miała na Twitterze ok. 10 mln czytelników i wszystkich zachęcała do przeprowadzki na PARLER.  Pośród amerykańskich konserwatystów  popularność zyskują serwisy alternatywne, właśnie jak PARLER, RUMBLA czy NEWMAX, do których – za politykami i celebrytami – przenoszą się zwykli użytkownicy. Oczywiście, monopoliści nie zasypiają gruszek w popiele i próbują te nowe komunikatory wyeliminować z rynku, piętnując jako „siedliska ekstremistów i dziwaków” i próbując odciąć od reklam. Ale ruch rekonkwisty w sieci już się rozpoczął. Uciekają ludzie, notuje się tąpnięcia na giełdzie.

 

O co chodzi tym kandydatom na właścicieli dusz i kont bankowych mieszkańców globu?  Trop nieźle naszkicował w wywiadzie dla programu telewizyjnego Daily Show były prezydent Barack Obama. Stwierdził wprost: „mamy wiele państw, gdzie demokracja jest zagrożona – tu między innymi wymienił Węgry – i  to, co się właśnie dzieje, to początek globalnej konkwisty”. A więc kolejny skok rewolucji obyczajowej, bardziej bezwzględnej i brutalnej. Raczej trop Bernie Sandersa niż Billa Clintona. A teraz do akcji wkroczyły chętne do pomocy platformy społecznościowe, które tę autorytarną, „stalinowską” wersję demokracji liberalnej uznały za swoją i będą wspierać.

 

Co to znaczy? Możliwość oddziaływania na opinię publiczną, informacyjny monopol i kształtowanie opinii politycznych, społecznych i kulturowych w duchu „tęczowej rewolucji”. Przejęcie jednej tylko narracji historycznej, w duchu rewanżyzmu, jak to niegdyś robiły Czarne Pantery, a dziś ruch Black Lives Matter. Powoływanie do życia nowych organizacji  pozarządowych i szczodre ich finansowanie przez takich guru liberalnej lewicy jak Bill Gates czy George Soros. Mega – cenzura, niszczenie przejawów konserwatyzmu we wszystkich segmentach życia indywiduum, minimalizacja zasięgu państw narodowych, niebezpieczne zabawy z istniejącym porządkiem prawnym, dziennikarskim oraz językowym. Słowem, cyber – sekciarstwo i cyber – rasizm.

 

A teraz  kilka informacji zza kulis konfliktu. Platformy społecznościowe jak Facebook, Twitter, Instagram bywają regularnie oskarżane o stronniczość – punkt widzenia demokratów, i branie stron. Upolitycznienie, praktyki monopolistyczne i tax evasion, unikanie płacenia podatków, to zarzuty, które słyszy się w istocie od lat. Nie dalej jak 18 listopada ub. roku w amerykańskim Senacie odbyło się kolejne przesłuchanie Marka Zuckerberga, gdzie znów padł zarzut o cenzurę i ograniczanie wolności słowa. Senator z Indiany Mike Lee przypomniał o dyskryminacji konserwatystów, inny twierdził że „nowe media” zachowują się „nie jak neutralne firmy prywatne, lecz jak agendy państwa, które pilnują własnych interesów”. Zuckerberg bronił się: „wprawdzie wielu pracowników Facebooka ma poglądy lewicowe, ale nasi moderatorzy, rozsiani po całym świecie mają różne”, nie fatygując się dodać, że click – workerzy, to biedni, wykorzystywani mieszkańcy Etiopii czy Filipin, którzy działają wedle ścisłych reguł z centrali. Jest ich od 45 do 90 mln, zdarza się, że kiepsko mówią po angielsku, otrzymują bardzo niskie płace i mają zakaz kontaktów ze związkami zawodowymi. Oto w ciągu ostatnich 10-15 lat pojawił się „nowy proletariat”, ofiary  neo-kapitalizmu, niemniej bezwzględnego jak ten z czasów Marksa, który z kapitalizmem walczył. I w dodatku, prawem dzikiego paradoksu,  ten nowy kapitalizm został wprowadzony przez  neo-marksistów!

 

Wiele mówi się także o regularnym unikaniu płacenia podatków przez właścicieli internetowych molochów. Ukrywaniu pieniędzy w rajach podatkowych – ciekawe, co na ten temat powiedziałyby Panama Papers? – albo wykorzystywaniu luk prawnych. Np. o lokowaniu headquarters w Irlandii, gdzie podatek płaci się w miejscu, gdzie mieści się firma, a nie zarząd, czyli w USA, a tam z kolei sięga się po inną lukę prawną. O praktykach monopolistycznych, przejmowaniu mniejszych jednostek lub powodowaniu ich bankructwa już wspominałam.

 

Co więc robić, aby zapobiec tej cyfrowej pandemii? Po pierwsze, muszą być jakieś jasne gwarancje wolności słowa w sieci. Korporacje internetowe nie mogą banować użytkowników czy ograniczać treści wedle uznania. Mogą to czynić wyłącznie w przypadkach łamania prawa. Z kolei określanie tego prawa nie jest rolą prywatnych firm, lecz parlamentów państw narodowych, czy grupy krajów jak Unia Europejska. A więc jeszcze raz, co możemy zrobić?  Po pierwsze, protesty państwa narodowych, po drugie, konkurencja w postaci platform alternatywnych, odchodzenie niezadowolonych użytkowników do konkurencji, które mogą spowodować spadek zysków i straty na giełdzie. Tymczasem nie wygląda to zbyt optymistycznie, ale próbować trzeba. Inaczej już wkrótce obudzimy się w świecie, którego ani nie znamy, ani nie chcemy.

                                                                                             

Elżbieta Królikowska-Avis

 

 

Tekst ukazał się w numerze 1/2021

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

WOJCIECH POKORA: „Niedziennikarze” pozwani przez Ringier Axel Springer Polska

Liczba wytaczanych dziennikarzom i publicystom procesów z powodu wyrażania przez nich opinii, żądanie z powodu ich głoszenia wysokich, drastycznie nieproporcjonalnych do dochodów dziennikarzy zadośćuczynień i odszkodowań wskazują, że działania te mają na celu nie tylko zdławienie możliwości krytyki tego niemieckiego (obecnie także z udziałem kapitału szwajcarskiego i amerykańskiego) wydawnictwa, są także przejawem próby ingerencji przez podmiot zewnętrzny w obowiązywanie konstytucyjnej zasady wolności słowa w Polsce, a także faktycznego wyeliminowania z zawodu dziennikarzy krytycznych wobec linii niemieckich tytułów. Działania tego typu odbieramy jako próbę wprowadzenia ekonomicznej cenzury za pomocą procesów sądowych zagrożonych wysokimi karami finansowymi zmierzającymi do zduszenia wolności słowa. Wydawca największego portalu ukazującego się po polsku Onet.pl, tygodnika „Newsweek” i gazety codziennej „Fakt” oraz wielu tytułów branżowych i specjalistycznych ma dominującą pozycję na rynku medialnym. Ściganie dziennikarzy na drodze sądowej za ich poglądy zamiast polemiki z nimi w ramach swobody debaty wskazuje, że RASP odwołuje się do dziedzictwa odległego od demokratycznych zasad wolności słowa. Musi to budzić najwyższe zaniepokojenie.

 

Powyższy dezyderat został skierowany przez Sejmową Komisję Kultury i Środków Przekazu do rządu, a w szczególności do Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwa Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu. Komisja prosi o podjęcie działań mających na celu zaakcentowanie tego problemu w relacjach bilateralnych z niemieckimi partnerami.

 

Na wtorkowym (16.03) posiedzeniu Sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu poruszony został temat masowego pozywania dziennikarzy przez koncern RASP. Jak relacjonowała posłom Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, sprawa dotyczy m.in. publicysty i wiceprezesa SDP Witolda Gadowskiego, szefa portalu tvp.info Samuela Pereiry, korespondenta TVP w Berlinie Cezarego Gmyza i dziennikarza wPolityce.pl Wojciecha Biedronia. Zdaniem dyrektor Hajdasz, działania koncernu wskazują na próbę uciszania dziennikarzy:

 

Wielki międzynarodowy koncern dysponujący przeogromnymi możliwościami polemiki na gruncie publicystycznym z głoszonymi przez dziennikarzy poglądami, nie decyduje się na to, wręcz na swoich łamach wycisza ten temat. Natychmiast kieruje sprawę do sądu z ogromną kwotą odszkodowania. W mojej ocenie to efekt mrożący, działający na całe środowisko dziennikarzy – mówiła. – W ocenie CMWP SDP narusza to fundamentalną dla demokracji zasadę wolności słowa i dlatego jest to ten moment, żebyśmy mogli się temu przyjrzeć. To tym bardziej ważne, ponieważ niektóre tych procesów toczą się z wyłączeniem jawności. Opinia publiczna często nie może poznać materiału wyjściowego, jakież to konkretne sformułowania zadecydowały o tym, że trzeba było iść z dziennikarzem do sądów. To jeden z bulwersujących akcentów tej sprawy.

 

Jolanta Hajdasz w swoim wystąpieniu przed Komisją pokazała także mechanizm dwójmyślenia niemiecko-szwajcarskiego wydawcy:

 

Co ciekawe, koncern ten stosuje podwójne standardy, ponieważ wytacza procesy dziennikarzom za wpisy na Twitterze, natomiast w momencie, kiedy na portalu tvp.info opisano wpisy dziennikarza należącego do koncernu RASP, który żartował sobie, że gdyby miał milion dolarów, to chciałby zlecić m.in. zamordowanie ministra Antoniego Macierewicza, to koncern wysyłając żądanie usunięcia tego artykułu napisał, że „dziennikarzom nie starczyło inteligencji, by rozpoznać żartobliwy charakter marzeń dziennikarza ‘Faktu’”. Czyli jeśli ktoś pisze tweety które nie podobają się koncernowi ma pozew, a kiedy sytuacja jest odwrotna, mówimy o żartobliwym charakterze – mówiła Hajdasz.

 

Nie będę opisywał za jakie przypadki pozywani są dziennikarze, można o tym przeczytać w zamieszczonym na stronie CMWP SDP komunikacje (TUTAJ).

 

Skupię się na dwóch sprawach. Równie bolesnych jak fakt działań RASP. Pierwszą jest jaskrawy przykład braku solidarności dziennikarskiej. We wczorajszym posiedzeniu uczestniczyli dziennikarze zrzeszeni w Towarzystwie Dziennikarskim. Po raz kolejny okazuje się, że nazwa ta jest nieprzypadkowa. Towarzystwo reprezentowane m.in. przez Seweryna Blumsztajna co prawda uznało, że procesy wytaczane przez Ringier Axel Springer Polska faktycznie mogą mieć charakter mrożący, ale jednak wyraźnie opowiedziano się po stronie koncernu.

 

– Władza jest silniejsza od RASP. Posłowie próbują uciszyć dziennikarzy. To jest prawdziwy problem, a nie kilku dziennikarzy wyciągniętych przez SDP – mówił prezes Towarzystwa Dziennikarskiego (cytat za Onetem).

 

Fakt, „kilkoma dziennikarzami wyciągniętymi przez SDP” w życiu nikt by się nie zajął gdyby właśnie nie SDP, dlatego nie dziwię się, że obecne władze stowarzyszenia znajdują się pod ciągłym ostrzałem. Mamy przecież w stowarzyszeniu rok wyborczy,  co za tym idzie, nieustającą kampanię wyborczą garstki krzykliwych pretendentów do przejęcia władzy i zmienienia frontu działania stowarzyszenia. Wówczas nie byłoby potrzeby obrażania dziennikarzy zrzeszonych w SDP nazywając ich pseudodziennikarzami. A takie opinie pojawiały się wczoraj na posiedzeniu Komisji Kultury (!) ze strony jej członkiń. Opisał to Wojciech Biedroń:

 

Temat i kolejne świadectwa dziennikarzy wyjątkowo denerwowały szczególnie posłankę Śledzińską – Katarasińską oraz jej koleżankę Joannę Scheuring-Wielgus. Obie panie za wszelką cenę chciały zdezawuować dziennikarzy oraz samą Jolantę Hajdasz. Padały określenia „to nie są dziennikarze”, a panie ochoczo skupiły się na dramatycznej obronie RASP (cytat za wPolityce).

 

Sprawa „wyciągniętych przez SDP” dziennikarzy nie znalazła zainteresowania u posłanek opozycji. Opuściły one salę i nie przyjęły cytowanego wyżej dokumentu.

 

W świetle powyższych wydarzeń warto przypomnieć, że nie minął nawet miesiąc od chwili, gdy posłowie Koalicji Obywatelskiej i Koalicji Polskiej złożyli projekt ustawy, który zakłada likwidację art. 212 Kodeksu karnego. Wnioskują także o uchylenie artykułu dotyczącego obrazy uczuć religijnych (pisałem o tym TUTAJ). Ich koleżanki pokazały wczoraj jasno, jak bardzo im zależy na wolności słowa w Polsce. Ten obrazek jest wart tysiąca słów i warto było, żeby w przeddzień Wielkiego Piątku „dokonało się”. Nikt już nie ma wątpliwości, że postulat likwidacji art. 212 KK jest tylko kwiatkiem do kożucha uszytego z niechęci do wartości konserwatywnych. Uchylić artykuł dotyczący obrazy uczuć religijnych i skazywać konserwatywnych dziennikarzy. Wówczas w rankingach Wolności słowa „Reporterów bez Granic” Polska poszybuje pod sufit.

 

Wojciech Pokora

Dziennikarze i policja – komentarz ŁUKASZA WARZECHY

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie zachowania policji wobec dziennikarzy 11 listopada ubiegłego roku. Przy czym neutralne słowo „zachowanie” zdecydowanie nie oddaje istoty sytuacji. Kto oglądał filmy nagrywane zwłaszcza na stacji Warszawa-Stadion, ten wie, że policjanci byli najzwyczajniej agresywni – bez powodu i wobec osób, w tym dziennikarzy właśnie, stojących z boku i niebiorących udziału w starciach. W pamięci mogła utkwić scena, gdy jeden z funkcjonariuszy rzucał granatem hukowym w dziennikarzy zgromadzonych w niszy obok schodów na peron stacji oraz ta, gdy zebranym na peronie przedstawicielom mediów kazano go opuścić, po czym popędzano ich, bijąc pałkami, także na schodach. No i oczywiście dramatyczny moment wcześniej, gdy gumowym pociskiem w twarz oberwał fotoreporter „Tygodnika Solidarność” Tomasz Gutry. W tym ostatnim przypadku film pokazujący moment oddania strzału nie pozostawia wątpliwości: policjant strzelał do oddalającego się już napastnika, który rzucał czymś w funkcjonariuszy – trafił dziennikarza. Strzelanie do osoby oddalającej się to ewidentne złamanie Ustawy o broni palnej i środkach przymusu bezpośredniego.

 

Bardzo niepokojące było, że niemal natychmiast po wydarzeniach, wieczorem 11 listopada, minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński oznajmił, że wszystko działo się zgodnie z prawem i do działań policji nie ma żadnych zastrzeżeń. Tego typu narracja jest zresztą powtarzana wielokrotnie przez rządzących w ostatnim czasie zawsze, gdy pojawiają się jakiekolwiek zastrzeżenia do działalności policji. To ogromnie niepokojące, również w aspekcie bezpieczeństwa pracy przedstawicieli mediów w sytuacjach dynamicznych i gwałtownych, a takich jest ostatnio bardzo wiele.

 

Kwestia współpracy z policją może w ogóle budzić zastrzeżenia. Po interwencji policyjnej w dwóch wrocławskich klubach pod koniec stycznia skierowałem dotyczące jej pytania do oficera prasowego Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu. Zrobiłem to dwukrotnie: 31 stycznia i 5 lutego. Mimo kontaktu telefonicznego 19 lutego – odpowiedzi nie było. Tymczasem według Ustawy o dostępie do informacji publicznej organ ma dwa tygodnie na udzielenie odpowiedzi bądź poinformowanie wnioskodawcy, że jej termin zostaje wydłużony.

 

Dopiero gdy 3 marca w kolejnym piśmie wskazałem na złamanie przez wrocławską policję ustawy oraz gdy kolejny raz do wydziału prasowego zadzwoniłem (rozmawiający ze mną funkcjonariusz twierdził, że odpowiedzi mi wysłano, co jest nieprawdą) – w końcu otrzymałem wyjaśnienia (9 marca), tym razem podpisane przez zastępcę komendanta miejskiego policji we Wrocławiu. To jest niestety standard komunikacji policji z mediami, gdy chodzi o sprawy dla tej służby niewygodne – alternatywnie odpowiedzi przychodzą bez opóźnień, ale są wymijające, niekonkretne i zbywające.

 

Spośród iście już surrealistycznych sytuacji, obejrzanych w internetowych relacjach, zapadła mi w pamięć ta, gdy w jednym z miast policjanci znów obstawili groteskowo wielkimi siłami czynny lokal. Obecni na miejscu dziennikarze (tym razem chodziło bez wątpienia o dziennikarzy, nie o internetowych aktywistów, którzy tak się czasami przedstawiają) zadawali dowódcy akcji proste pytanie: od jak dawna policja jest na miejscu. W odpowiedzi dowódca odsyłał ich do rzecznika prasowego.

 

Postawa policji w ostatnim czasie budzi wiele zastrzeżeń. Wygląda na to, że stosunek do mediów – zarówno do dziennikarzy obecnych na miejscu zdarzenia, jak i próbujących wydobywać informacje – jest częścią szerszego zjawiska. Ta sytuacja przypomina mi czasy ministrów CichockiegoSienkiewicza oraz rzecznika KGP Mariusza Sokołowskiego (złośliwie nazywanego przeze mnie „niedorzecznikiem”), gdy media drążące zachowania funkcjonariuszy wobec Marszu Niepodległości albo kibiców natykały się na podobną barierę. Różnica polega na tym, że wtedy policja dziennikarzy nie biła i nie rzucała w nich granatami hukowymi. Ówczesny rzecznik też miał inny modus operandi: na Twitterze aktywnie spierał się z krytykami policji (w tym ze mną). Obecny rzecznik, insp. Mariusz Ciarka, zamieszcza w tym serwisie jedynie oficjalne stanowiska, poza tym wrzucając śmieszne w swoim mniemaniu filmiki lub obrazki znalezione w sieci. Na pytania na Twitterze nie odpowiada, wątpliwości nie wyjaśnia.

 

Łukasz Warzecha

Komisja Kultury o sprawach wytyczanych dziennikarzom przez RASP

Posłowie z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu zajęli się we wtorek sprawami dziennikarzy pozwanymi przez koncern Ringier Axel Springer Polska. Temat ten został podjęty na wniosek wiceszefowej komisji, posłanki PiS Joanny Lichockiej.

 

Wśród pozwanych przez RASP są publicysta i wiceprezes SDP Witold Gadowski, szef portalu tvp.info Samuel Pereira, korespondent TVP w Berlinie Cezary Gmyz, a także dziennikarz wPolityce.pl Wojciech Biedroń. Część pozwanych dziennikarzy uczestniczyła w posiedzeniu komisji, w dyskusji wzięli udział również dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP Jolanta Hajdasz oraz przedstawiciele Towarzystwa Dziennikarskiego. Zaproszenie otrzymał też zarząd RASP, jednak firma przysłała pismo, w którym wytłumaczono, że z racji na to, iż postępowania sądowe są w toku, nie mogą wziąć udziału w posiedzeniu komisji, pozostawiając sprawę do rozstrzygnięcia sądom.

 

Jolanta Hajdasz w swoim wystąpieniu podkreślała jak ważne było zajęcie się tym tematem, ponieważ działania RASP pokazują mechanizm uciszania dziennikarzy, którzy mają inne stanowisko niż ten wydawca.

 

– Wielki międzynarodowy koncern dysponujący przeogromnymi możliwościami polemiki na gruncie publicystycznym z głoszonymi przez dziennikarzy poglądami, nie decyduje się na to, wręcz na swoich łamach wycisza ten temat. Natychmiast kieruje sprawę do sądu z ogromną kwotą odszkodowania. W mojej ocenie to efekt mrożący, działający na całe środowisko dziennikarzy – mówiła dyrektor CMWP SDP.

 

Jak podkreśliła procesy te naruszają „fundamentalną dla demokracji zasadę wolności słowa”.

 

Szef Towarzystwa Dziennikarskiego Seweryn Blumsztajn przyznał, że wszystkie sprawy przeciwko dziennikarzom mogą mieć efekt mrożący i rozwiązaniem byłoby zniesienie art. 212 kk. Zauważył jednak, że w sprawach, których dotyczyło posiedzenie komisji, występują m.in. sformułowania typu „nazistowski wydawca”.  Nie dziwi więc go reakcja wydawnictwa, które mocno podkreślało swój antynazizm.

 

– Większość z tych tekstów ukazała się wtedy, kiedy w Polsce rozpętano antyniemiecką nagonkę – stwierdził prezes TD.

 

Przedstawiciele Towarzystwa Dziennikarskiego zwrócili też uwagę na procesy wytaczane przez obóz rządzący i spółki skarbu państwa dziennikarzom RASP i „Gazety Wyborczej”.

 

Wojciech Biedroń, dziennikarz portalu wPolityce.pl i tygodnika „Sieci”, przedstawił szczegóły swojej sprawy, którą wytoczyło mu wydawnictwo RASP.

 

– Kiedy otrzymałem prywatny akt oskarżenia od pana Dekana (prezes RASP – przyp red.), pomyślałem, że to żart. Napisałem odpowiedź na list Dekana, którą zamieszczono w tygodniku „Sieci”. Obok zamieszczona była pełna treść jego listu. Każdy z czytelników mógł odnieść się do moich słów i słów pana prezesa. W tekście nie było absolutnie żadnego kłamstwa, manipulacji. To była publicystyczna reakcja. Tymczasem Dekan, człowiek, który jest w Polsce tylko i wyłącznie gościem uznał, że może ścigać niezależnego dziennikarza z art. 212, bawi się w ten sposób w coś, co jest niedopuszczalne – chce, żeby inni dziennikarze przypadkiem nie tknęli tego tematu. I średnio raz w miesiącu siedzę sobie w wydziale karnym obok złodziei samochodów, bandytów, ponieważ Dekan uznał, że może ścigać. Dekan ani razu nie pojawił się w sądzie. Nie pojawił się także w trakcie mediacji wyznaczonych przez sąd. Nie raczył pofatygować się do Polski. To jest właśnie obrzydliwe, kolonialne traktowanie Polaków. Tych słabszych, mniej majętnych. Nie stać mnie na to, żeby zapłacić 100 tys. złotych, czego domaga się w pozwie cywilnym. Chcę, żeby to było jasne: tak samo traktuję kierowanie prywatnych aktów oskarżenia wobec dziennikarzy „Newsweeka”, „GW”. To relikt, z którym musimy skończyć – mówił Wojciech Biedroń.

 

Cezary Gmyz również podkreślił, że w tym sporze mamy do czynienia z podmiotami o nierównych siłach. –  To próba zastraszenia dziennikarzy – stwierdził.

 

Wiceszef Ministerstwa Spraw Zagranicznych Szymon Szynkowski vel Sęk przedstawił działania swojego resortu w sprawie RASP. Wiązało się to m.in. z kontrowersyjną okładką dziennika „Fakt” w tzw. sprawie ułaskawienia pedofila przez prezydenta Andrzeja Dudę, która ukazała się w czasie kampanii wyborczej. Szynkowski vel Sęk podkreśli, że taka publikacja w tym terminie  uznana została za element „nadużycia wolności słowa do szerzenia informacji, które mają wywrzeć oddźwięk polityczny”. Stanowisko w tej sprawie zostało przekazane przedstawicielowi niemieckiej ambasady. Temat ten był również poruszony w telefonicznej rozmowie z sekretarzem stanu MSZ Niemiec.

 

Odnosząc się do spraw sądowych wytyczanych przez RASP dziennikarzom wiceminister MSZ powiedział:

 

– Zaniepokojenie MSZ budzi nie sam fakt wytoczenia procesów, bo to jest prawem każdego podmiotu, każdej osoby. Ale sytuacja, w której mamy do czynienia z wytoczeniem sekwencji procesów przeciwko dziennikarzom rodzi zaniepokojenie i podejrzenie, czy istotnie nie mamy do czynienia z sekwencją mająca wywołać efekt odstraszający w odniesieniu do dziennikarzy korzystających z wolności słowa w zakresie komentowania działalności dużego koncernu medialnego.

 

Wiceminister zdradził również, że niemieccy politycy wielokrotnie interesowali się planami tzw. ustawy dekoncentracyjnej, a związane to było z obecnością mediów niemieckich w Polsce, m.in. RASP, którego taka ustawa mogłaby dotyczyć.

– Niemiecki rząd ma prawo interesować się losami RASP tak, jak nasza dyplomacja ma obowiązek interesować się losem polskich firm poza granicami kraju. Ale w związku z tym, że władze Niemiec żywo interesują się dyskusją dotyczącą losów ustawy dekoncentracyjnej uważam, że w oczywisty sposób mamy prawo sygnalizować swoje zaniepokojenie działalnością RASP
– stwierdził Szynkowski vel Sęk.

 

Posłowie z komisji kultury przyjęli dezyderat, w którym wyrazili „wysokie zaniepokojenie próbami systemowego zastraszania dziennikarzy i polskich mediów przez wydawnictwo Ringier Axel Springer”. I zwrócili się „do rządu, w szczególności do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o podjęcie działań mających na celu zaakcentowanie tego problemu w relacjach bilateralnych z niemieckimi partnerami”.

 

opr. jka, źródła: wPolityce.pl, tvp.info

 

Przystanek na żądanie – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o przyszłości VOD

Czy tradycyjną telewizje i VOD czeka zajadła rywalizacja o uwagę widzów, czy raczej koegzystencja? Co wynika z najnowszych, europejskich prognoz? Czy któregoś dnia uwierzymy, że świat kręci się tylko wokół nas i naszych potrzeb?

 

Płacę i żądam (rozmowy)!

 

W 2013 roku Grzegorz Fortuna zajął się problematyką rynku video w Polsce. Jego artykuł stanowi nie tylko barwny opis realiów wczesnego kapitalizmu w III RP. Został oparty o doświadczenia właścicieli wypożyczalni kaset VHS, ale zawiera też wiele przemyśleń natury socjologicznej i kulturowej. Okazuje się, że dla pokolenia ówczesnych 25-40-latków „pan z wypożyczalni” stawał się autorytetem dla młodych kinomaniaków. Polecał filmy, potrafił zaskoczyć, zainteresować czymś innym. Warto też podkreślić, że początki ery video w Polsce to było otwarcie na zachód i możliwość obcowania z zagranicznymi produkcjami, które nie trafiał na oba kanały telewizyjne dostępne w latach osiemdziesiątych (np. „Rocky IV”)[1]. Dziś użytkownik Netflixa odbiera newsletter zatytułowany „najlepsze rekomendacje dla Ciebie”, albo „dodaliśmy właśnie film, który może Ci się spodobać!” oparty oczywiście o targetowanie behawioralne, promujący popularne wśród użytkowników treści i zgodnie z logiką produkcje własne Netflixa. W odróżnieniu od właścicieli na przykład nieistniejącej już od dawna kieleckiej wypożyczalni kaset „As”, nie porozmawiamy, że chcemy spróbować czegoś innego. Oczywiście nikt nam nie zabroni szukać, ale sam system dopasuje ofertę do naszych dotychczasowych zachowań. Pytania użytkowników giganta jakim jest Facebook.com typu: „polećcie mi coś nowego w zasubskrybowanym serwisie VOD!”, nie należą do rzadkości.

 

Piotr Gaweł, który pisał o rynku VHS w 1986 roku wyróżnił trzy okresy jego rozwoju w PRL, od jego domniemanych początków (opóźnionych wobec zachodu o kilka lat), aż po ostatnie wyjście reprezentacji polski w piłce nożnej z grupy w czasie Mistrzostw Świata:

 

  1. 1980–1982 – uświadomienie sobie, co to jest wideo, jakie możliwości niesie ze sobą technika rejestracji obrazu na taśmie magnetycznej;
  2. 1983–1984 – okres wstępnej obserwacji;
  3. 1985–1986 – okres fascynacji i pełnego działania efektu demonstracji[2].

 

Przykładając tę miarę do rynku VOD (Vide on Demand – „Wideo na życzenie”) można stwierdzić, że jesteśmy obecnie w okresie fascynacji. Mimo, że zgodnie z wynikami prac partnerstwa Culture/Culture Haritage Agendy Miejskiej Unii Europejskiej 40% mieszkańców naszego kontynentu nie ma wystarczających kompetencji cyfrowych, żeby w pełni wykorzystywać możliwości jaki daje globalna sieć.  Zgodnie z dokumentem finalnym prac tego gremium, czyli „Action Plan” 30% dorosłych europejczyków ma tylko podstawowe umiejętności w zakresie pisania i czytania. W interesującym nas kontekście to biblioteki publiczne mają w UE przejąć kulturową rolę dawnych wypożyczalni video. Zapowiada się więc ciekawe starcie żywego człowieka, znającego się na kinie i pracującego w instytucji miejskiej, która udostępnia zbiory za darmo, a algorytmem płatnego serwisu[3]. W „plan akcji” wpisano wprost rywalizację domeny publicznej z rynkiem komercyjnym, w celu podnoszenia poziomu kulturalnego mieszkańców europejskich obszarów zurbanizowanych. Komisja Europejska niejednokrotnie podnosiła kwestię ochrony tradycyjnych mediów, jako niezaprzeczalnej wartości również obecnie, a nie tylko spuścizny kulturowej przodków. Wydaje się, że VOD może stanowić dla nich zagrożenie.

 

Telewizja jak prasa drukowana?

 

Czy VOD to zatem wypożyczalnia wideo, w której algorytm zastępuje właściciela? Czy zagrożenie dla tradycyjnej telewizji? Pytamy o to kierownika Uniwersyteckiego Centrum Mediów Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, dr. Tomasza Chrząstka:

 

Ostatnio analizując kilka raportów, zrodziła mi się taka refleksja, że za kilka/kilkanaście lat telewizja linearna będzie miała podobne kłopoty jak prasa drukowana. Natomiast serwisy VOD będą miały się coraz lepiej. Mam też nadzieję, że algorytmy podsuwające materiały video będą coraz lepsze, bo obecnie mam wrażenie, że „myślą” bardzo ciasno i de facto odcinają nas od wielu potencjalnie interesujących pozycji – odpowiada medioznawca.

 

Z historycznej perspektywy

 

European Audiovisual Observatory od lat analizuje rynek telewizji i VOD. Najstarszy dokument na ten temat, który jest dostępny na stronie internetowej Obserwatorium pochodzi z 2007 roku i nosi tytuł „Video on Demand in Europe” (opublikowany na WWW 01.01.2008 r.). Badania przeprowadzono wówczas w 24 krajach w tym w Polsce. Wówczas trwała dyskusja nad włączeniem VOD w rygory prawodawstwa. Zwracano uwagę, że rozwój tego rynku umożliwił postęp technologiczny. Do analiz przystąpiono badając konsekwencje tego nowego zjawiska np. dla kinematografii, a w sensie ekonomicznym pojawienia się nowych graczy na zdawałoby się stabilnym rynku medialnym. Twórcom dokumentu, za którego redakcję odpowiadał osobiście Wolfgang Closs – dyrektor wykonawczy Obserwatorium, udało się przyjąć wciąż aktualną definicję: Termin „wideo na żądanie” obejmuje szeroki zakres technologii, z których wszystkie pozwalają na wybór i wypożyczenie, lub zdalny zakup w niematerialnej formie (brak nośnika typu VHS, czy DVD – przyp. red.) – treści wideo do natychmiastowego lub późniejszego oglądania na różnych typach urządzenie z ograniczeniami lub bez ograniczeń. Wobec postępu technologicznego stanowi to sukces, choć w gronie przykładowych urządzeń nie znalazł się jeszcze smartfon.

 

Jak w analizie wypadła Polska? Stwierdzono, że jesteśmy najlepiej rozwiniętym rynkiem telewizyjnym z grona państw nowo przyjętych do UE. Gorzej było z Internetem – stałe łącze miało 13,2% gospodarstw domowych. Zaznaczono jednak, że wzrost osób oglądających telewizję za pośrednictwem komputera wyniósł w latach 2004-2006 aż o 81%. Dodano wreszcie, że nie było wówczas w Polsce debaty na temat nowych regulacji prawnych w tym zakresie oraz że rozwój rynku VOD blokowany jest przez niewielką liczbę mieszkańców, mających dostęp do Internetu[4].

 

Tygrysi skok w okresie pandemii

 

Za opublikowany 9 lutego 2021 roku materiał European Audiovisual Observatory „Trends in the VOD Market in the EU28” odpowiadał Christian Grece. Ten ekonomista związany z Obserwatorium od 2013 roku przygotowuje raportu poświęcone rynkowi usług na żądanie dla Komisji Europejskiej.

 

Już we wstępie Grece zauważył, że przychody rynku VOD w Unii Europejskiej wzrosły z 388,8 miliona euro w 2010 roku do 11,6 miliarda Euro w 2020 r. Skok w ciągu dekady był więc gigantyczny, ale analityk podkreślił, że wynika on głównie z SVOD, czyli subskrypcji, które stanowią dominujący format przynoszenia zysków. Jak przedstawiał się ten skok? Subskrypcje przyniosły zaledwie 12,1 miliona euro w 2010, by w 2020 r. osiągnąć rekordowe 9,7 miliarda w 2002 r. W tym kontekście ekspert podkreślił wejście Netflixa na stary kontynent. Te cyfry robią wrażenie. Patrząc szerzej w 2019 roku przychody VOD stanowiły tylko 7% przychodu branży audiowizualnej. Grece dostrzega jednak, że za wyjątkiem usług wideo na żądanie i sprzedaży biletów, reszta rynku znajdowała się już wówczas w stagnacji. Wziąwszy pod uwagę zamknięcie kin w czasie pandemii, gigantyczny skok dochodów z subskrypcji wydaje się uzasadniony. Rodzi się przy tym oczywiste pytanie o jego trwałość, czyli czy tempo wzrostu zostanie utrzymane, po szerokim otwarciu drzwi do kin? Podobne kwestie podnoszone są dziś w odniesieniu do również rosnącego w czasie pandemii sektora handlu w Internecie. Dla wielu mieszkańców Europy zakupy, a w zasadzie „shopping”, to często wymieniane… hobby. Forma spędzania wolnego czasu postrzegana jako atrakcyjna. Czy kinomaniacy ruszą do kin i zapomną przedłużyć subskrypcję seriali oglądanych na smartfonach? To możliwe. Otwartym pozostaje więc pytanie o to, ile zostanie z zanotowanych na koniec 2020 roku 140 milionów subskrypcji w UE? Na razie ta liczba płacących odbiorców napędza rynek VOD, wyróżniając się wyraźnie na tle malejących przychodów z innych źródeł – np. z reklamy.

 

Wśród przyczyn zmiany, która zaczęła następować na starym kontynencie od przełomu 2011 i 2012 roku, Grece zwraca uwagę, że w serwisach SVOD nie trzeba czekać tydzień na kolejny odcinek serialu, a oglądania nie przerywają nam reklamy. Podkreśla to, jak istotne znaczenie dla rynku usług na żądanie ma rozrywka. Co istotne, ceny subskrypcji są w UE niższe niż te tradycyjnej, płatnej telewizji.

 

Ciekawym trendem jest zmiana pola rywalizacji między graczami aktywnymi na rynku usług audiowizualnych. Dotychczas arenę tę stanowiły zasięgi ogólnokrajowe, a publiczność był, jak to określił Grece, „zniewolona”, czyli mogła korzystać tylko z tego, co oferowały telewizje w czasie rzeczywistym[5].

 

Świat kręci się wokół jednostki, czy jednostka wokół technologii?

 

„Mapa Trendów” na 2021 roku opublikowana przez Infuture Institute dr Natalii Hatalskiej w trendach technologicznych zwraca uwagę na: hiperpersonalizację, algorytmizację życia. Na szczęście autorzy mapy nie prognozują jeszcze wpływu tego technologicznego postępu na zasadnicze zmiany społeczne[6]. Instytut wspomniał o nich w raporcie „Przyszłość telewizji”, podkreślając oczekiwania przedstawicieli pokoleń określanych literkami Y i Z[7]. Jakie będą tego skutki?

 

Heavy metalowa grupa TSA już w latach osiemdziesiątych śpiewała: Wychowały cię mass media! Nie wysilał się twój mózg. VOD umożliwia przyswajanie tylko treści, które nas interesują, głównie rozrywkowych wypełniaczy czasu, czyli seriali. Tradycyjna telewizja ogólna, podobnie jak drukowana gazeta, oferuje materiały, które dla odbiorcy mogą być ważne i interesujące, choć ich nie zasubskrybował. Skutki społeczne rozwoju sektora SVOD dopiero poznamy. Dziś jedno jest pewne – rynek rósł ostatnio wyjątkowo szybko, a pandemia wyraźnie w tym pomogła.

 

[1] G. Fortuna Jr., Rynek video w Polsce, „Images”, vol. XIII, 2013 r., s. 27-43.

[2] P. Gaweł, Rynek wideo w Polsce, „Film na świecie”, 1986, nr 334–335, s. 59.

[3] Urban Agenda for The EU. Partnership on Culture / Cultural Haritage, Final Action Plan,
https://futurium.ec.europa.eu/en/urban-agenda/culturecultural-heritage/action-plan/final-action-plan-partnership-culturecultural-heritage – dostęp 24.02.202 1 r.

[4] Video on Demand in Europe. Study caried out by NPA Conseil for the Direction du développement des medias and the European Audiovisual Observatory, Strasbourg 2007. https://www.obs.coe.int/en/web/observatoire/industry/home-video-and-vod – dostęp 25.02.2021 r.

[5] Christian Grece, Trends in the VOD Market in the EU28, European Audiovisual Observatory, 2021.
https://www.obs.coe.int/en/web/observatoire/industry/home-video-and-vod – dostęp 25.02.2021 r.

[6] https://infuture.institute/mapa-trendow/ – dostęp 24.02.2021 r.

[7] https://infuture.institute/raporty/przyszlosc-telewizji/ – dostęp 25.02.2021 r.