Zarząd Główny SDP podjął uchwałę stwierdzająca, że na skutek naruszenia procedur przewidzianych przez statut SDP przez zarząd Oddziału Dolnośląskiego Jacek Międlar nie jest członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Zarząd Główny SDP podjął uchwałę stwierdzająca, że na skutek naruszenia procedur przewidzianych przez statut SDP przez zarząd Oddziału Dolnośląskiego Jacek Międlar nie jest członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Andrzej Poczobut, dziennikarz i członek zarządu Związku Polaków na Białorusi, został zatrzymany w czwartek nad ranem w Grodnie.
Informację o zatrzymaniu dziennikarza, współpracującego m.in. z Radiem Wnet, podał na Twitterze szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk.
„Dziś nad ranem został zatrzymany w Grodnie @poczobut A. Poczobut. Człowiek prawy i pryncypialny od lat walczący o prawa Polaków na Białorusi, wielokrotnie represjonowany przez reżim Łukaszenki. Członek zarządu ZwiązkuPolaków naBiałorusi. Andrzej trzymaj się! Nie zostawimy Was!” – napisał.
Jak poinformowało Radio Wnet, milicja w kominiarkach przeszukała mieszkanie Poczobuta. Odbyło się to w ramach artykułu 130 KK „podżeganie do wrogości wobec narodu”.
opr. jka, źródło: Wnet.fm, fot. Wikipedia
Czy spór o media publiczne w Polsce to nowe zjawisko, czy sytuacja stała? Co musiałoby się wydarzyć, żeby debata polityczna na temat mediów publicznych przekroczyła horyzont „Wiadomości”, „Panoramy” i TVP Info?
Media publiczne = TVP = Jacek Kurski?
Tekst Jana Pawlickiego „Co po Kurskim? Konserwatywny pomysł na odbudowę TVP” opublikowany na stronie Klubu Jagiellońskiego[1] to materiał z jednej strony ciekawy, z drugiej może i odważny, ale że świat widzimy w trzech wymiarach, to trzeba dodać, że obciążony sporą liczbą błędnych założeń. Mimo wszystko ta wypowiedź warta jest odnotowania, podobnie jak odniesienie się do niej na łamach sdp.pl przez Łukasza Warzechę w tekście: „Nie chowajmy głowy w piasek”[2]. Podstawowy problem wypowiedzi Pawlickiego polega na tym, że punkt wyjścia stanowi, jak zawsze w rodzimej dyskusji politycznej, czy publicznej, sposób podawania informacji w „Wiadomościach” i części publicystyki oraz (i to jest nowa moda) memy.
Zwróćmy uwagę na przykład na zdanie: Skala upadku autorytetu i wiarygodności Telewizji Polskiej jest tak duża, że nie dziwią postulaty likwidacji tej instytucji lub znacznego ograniczenia jej propagandowego oddziaływania. Można to skwitować wzruszeniem ramion. Można mruknąć pod nosem: „gdzie upadł, to upadł”. Podnoszonym przez polityków obecnej opozycji problemem nie jest wcale „upadek autorytetu”, a właśnie to, że są kręgi wyborców i to liczne, dla których „Wiadomości”, czy „Panorama” ów autorytet mają i są w związku z tym traktowane jako narzędzia wywierania wpływu, które rzutują na rozstrzygnięcia przy urnach wyborczych. Gdyby było tak, jak napisał Jan Pawlicki, nikogo by ten temat nie ekscytował. Wobec takiego dictum odwagą byłoby napisanie tekstu w obronie ex pampersa, czyli Jacka Kurskiego, bo atak na obecnego szefa TVP zdaje się chwilami należeć do „dobrego tonu”. Można by wspomnieć o powstawaniu nowych anten, takich jak TVP Dokument, czy TVP Kobieta, albo wyłączności na mecze reprezentacji Polski w piłce nożnej i to do 2028 roku, ale to dyskutantów, w tym Pawlickiego, nie interesuje[3].
„W mediach publicznych już nie ma dziennikarzy”
Regionalne Rozgłośnie Polskiego Radia zostały w jego tekście jedynie wymienione, a o oddziałach terenowych TVP nawet nie wspomniano. Kilkanaście lat temu pisałem o tym, że to były jedne z nielicznych zworników regionów wydobytych z komunistycznego niebytu po reformie administracyjnej 1999 roku. Bo co w takim Świętokrzyskiem łączyło chłopa spod Kazimierzy Wielkiej z robotnikiem ze Starachowic? Media wykonały gigantyczną pracę, żeby odbudować tę wspólnotę. W dyskusji zniknęła też cała kulturowa rola mediów publicznych. Zostało spojrzenie przez pryzmat memów. Cytując tekst Pawlickiego: materiały TVP Info czy „Wiadomości” stają się niewyczerpalnym źródłem memów i obiektem kpin (…), czyli „propaganda i disco polo”. Wpisuje się to w ponury nurt, który bardzo często pojawia się w komentarzach na portalu Wirtualnemedia.pl: w mediach publicznych już dziennikarzy nie ma, są tylko partyjni funkcjonariusze, z których nikt po zmianie władzy nie znajdzie pracy. Smutne, że portal Marcina Szumichory pozostawia te wypowiedzi, które obrażają mnóstwo ludzi, robiących solidną robotę np. w kanałach informacyjnych o pandemii, albo programach historycznych, czy debatach o kulturze, bez reakcji. Ponury jest ten trend, że wolno, że wypada. Na marginesie warto odnotować, że najpopularniejszym kanałem muzycznym w Polsce w 2020 roku było Polo TV, a trzecie miejsce zajęło Disco Polo Music[4]. Oba kanały należą do Polsatu. Słuchanie muzycznej prostoto to zatem nie jest problem jej lansowania przez Jacka Kurskiego, tylko wpisanie się przez TVP w trend. Tu warto przypomnieć wypowiedź Marka Kacprzaka, który zasugerował, że media publiczne powinno wyłączyć się rankingów oglądalności i słuchalności[5], bo skutki mogą być właśnie takie – schlebianie gustom publiczności, zamiast ciągnięcia jej wyżej.
Zżymając się na poziom i zakres debaty pozostaje jednak przyjąć do wiadomości, że od lat dotyczy ona tylko obecności polityków i polityki w TVP i najwidoczniej o niczym innym rozmawiać nie potrafimy.
Co musiało by się wydarzyć, żeby zacząć rozmawiać inaczej?
Maciej Strzembosz, prezes Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych a podówczas lider obywatelskiego projektu nowej ustawy medialnej przygotowanej przez środowiska twórcze stwierdził, że: znikłyby wszystkie problemy mediów publicznych, gdyby wyłonić z nich osobną spółkę do produkcji newsów i publicystyki i podporządkować bezpośrednio prezydium Sejmu…[6] Może jednak są inne drogi, żeby w debacie politycznej rozmawiać o mediach publicznych szerzej, niż w kontekście TVP Info, „Wiadomości” i „Panoramy”? Zapytana o możliwość poszerzenia zakresu politycznej debaty politolog dr Agnieszka Zaremba nie dostrzega takiej szansy w najbliższej przyszłości. W kontekście planów reformy TVP i Polskiego Radia odpowiada:
– Obawiam się, że legislacyjnie doszliśmy do muru. Trudno liczyć na przyzwoitość rządzących, ponieważ dla polityków z wszystkich partii dysponowanie taką tubą informacyjną ma duże znaczenie. Nie inaczej było za poprzednich władz. Wszelkie bariery zostały już przekroczone.
Czy więc musimy pogodzić się z takim stanem rzeczy, w którym rządzący traktują kanały informacyjne jak gazetkę gminną?
– Nadzieję upatruję paradoksalnie w odejściu odbiorców od mediów tradycyjnych. Czas pandemii przyspieszył następujące w tym obszarze zmiany i coraz więcej ludzi korzysta głównie z różnych kanałów internetowych. To początek przełomu, który moim zdaniem w ciągu dekady doprowadzi do zmian w obszarze mediów publicznych, bo obecna ich formuła w zakresie podawania informacji i politycznej publicystyki nikomu nie będzie się już opłacać. Przykładem może być działanie Szymona Hołowni, który w mediach tradycyjnych na tle innych liderów pojawia się rzadko i stawia na kanały social mediowe. Politycy coraz częściej będą tworzyć swoje media, jak to np. zapowiada ostatnio Donald Trump. Niestety w efekcie tego coraz bardziej będziemy zamknięci w swoich „bańkach” komunikacyjnych. Już dziś rzadko oglądamy drugą stronę barykady, co może zmienić chyba tylko edukacja.
Obecność polityków w TVP bez trudu można sprawdzić na stronie internetowej telewizji publicznej[7]. Oczywiście analitycy zwracają też uwagę na kontekst i zabarwienie informacji, bo można być pokazywanym często i źle.
Szanujmy wspomnienia
W przygotowanym przez Canal+ Discovery w 2016 roku cyklu dokumentalnym „Niezapomniane lata 90.” był też odcinek poświęcony telewizji. Nie tylko zresztą tej publicznej, ale też debiutom Polsatu i TVN. Mówiąc o Telewizji Polskiej Agata Młynarska stwierdziła: jaki był prezes, taka była misja. Przypominając przy tym m.in. o strajku młodych dziennikarzy redakcji „Obserwatora” w obronie zlikwidowanego programu. Tę opinię potwierdził Paweł „Konjo” Konnak, słowami: telewizja zawsze była łupem politycznym[8].
Pamięć bywa zawodna, warto więc zajrzeć do źródeł z epoki. Maciej Iłowiecki w felietonie z 14 czerwca 1998 roku, zatytułowanym „Drobiazgi telewizyjno-polityczne” napisał m.in.: „Chciałem jedynie zwrócić uwagę na drobne wydarzenie, takie niby nic, ale jakże znamienne dla naszej publicznej, czy raczej POLITYCZNEJ telewizji. Szefem Telewizji Polskiej był wówczas Robert Kwiatkowski, obecnie poseł na Sejm RP, który mandat uzyskał z ramienia SLD, i członek Rady Mediów Narodowych. W dalszej części przywołanego felietonu Iłowiecki napisał: poprzednia koalicja utrwalała stan rzeczy, który był jej wygodny, zgodnie z tezą: „czyja władza – tego telewizja (…)”[9]. Apelował też o rzeczywiste uniezależnienie mediów publicznych od polityków.
Na marginesie, do felietonów powinno się wracać, bo to interesujący materiał, pozwalający odświeżyć pamięć i innym wzrokiem spojrzeć na rzeczywistość, tę medialną również. W innym tekście, o którym warto wspomnieć, Iłowiecki odnosił się do spadku III Rzeczypospolitej w 1998 roku w raporcie Freedom House dotyczącym demokracji i wolności obywatelskich, co miało być efektem negatywnego wpływu coraz silniejszej pozycji właścicieli mediów i ich coraz jawniejszych ingerencjach politycznych. Zgodnie z najnowszą falą tego badania (za 2020 r.), Polska z wynikiem 82/100 ma status: free. Pozytywnie oceniono również wolności w obszarze mediów, choć zwrócono m.in. uwagę na zaangażowanie publicznych anten w kampanię wyborczą po stronie prezydenta Andrzeja Dudy[10].
Pluralizm i wojna o media
O latach dziewięćdziesiątych mówi się dziś, że był to czas pluralizmu, powstawania nowych tytułów prasowych i swobody wypowiedzi, o których obecnie możemy tylko pomarzyć nawet w Internecie. Z perspektywy sytuacja jednak nie była tak różowa. Agata Dziekan-Łanucha opisała pierwszą wojnę o media. Ujęła to tak: Krajowa Rada (a dokładnie jej dwaj członkowie) szybko odpowiedziała za próbę odseparowania mediów od świata polityki. Już w listopadzie 1993 roku przeciwko Wiesławowi Walendziakowi (powołanemu na szefa telewizji publicznej – przyp. red.) opowiedział się Lech Wałęsa (wówczas Prezydent RP – przyp. red.) krytykując Krajową Radę za tę kandydaturę na szefa TVP. Kiedy jeszcze nie przypadła mu do gustu decyzja o przyznaniu koncesji ogólnopolskiej telewizji Polsat, 1 marca 1994 roku odwołał z funkcji przewodniczącego Rady Marka Markiewicza, a kilka miesięcy później całkowicie pozbawił jego i Macieja Iłowieckiego członkostwa w tym organie[11]. Pewnie warto dodać, że swoja decyzję prezydent RP uzasadniał upolitycznieniem TVP.
Nie rozwijając tematu, trzeba zauważyć, że wojna o media publiczne w Polsce to nie jest zjawisko z ostatnich lat, a raczej rzecz stała, a je intensyfikacja jest efektem popularności social mediów, bo dziś zamiast kląć w domu, można kląć publicznie. Natomiast „odpolitycznianie” polegało, na nowelizacji Ustawy o radiofonii i telewizji, która pozwalała na zmianę składów rad nadzorczych i zarządów oraz dyrekcji, co przekładało się w sposób mniej lub bardziej wyraźny na ofertę programową i zawartość zwłaszcza programów informacyjnych i publicystycznych.
Stały nurt dyskusji o mediach publicznych
Wracając do punktu wyjścia, czyli tekstu Jana Pawlickiego. Debata od lat dotyczy właściwie tylko TVP, a dokładniej programów informacyjnych i publicystyki. Cała reszta umyka. Wydaje się być niegodna uwagi, czy strzępienia języka politycznych liderów. Temat ten dominuje dyskusję, zastępując ogląd całości hasłami typu: „2 miliardy na propagandę”, albo zapowiedziami radykalnych zmian. Na przykład liderzy Koalicji Obywatelskiej Borys Budka i Rafał Trzaskowski uczynili z idei zlikwidowania TVP Info jeden z najważniejszych punktów programu wyborczego i zapowiedzieli, że będą zbierać pod nim podpisy…
Małgorzata Szczepańska w podsumowaniu artykułu „Obserwacja czy uczestnictwo? Rola mediów w życiu politycznym współczesnej Polski”, traktującym o kampanii z 2005 roku i podziale świata mediów na dwa wrogie sobie pod względem politycznym obozy, napisała: jeśli chodzi o autorytet mediów wśród przedstawicieli władzy, to po ponad czterdziestoletniej lekcji już wiemy, że z dwojga złego lepiej, żeby to politycy bali się dziennikarzy, a nie na odwrót[12]. Może więc jednak TVP Info powinno ocaleć, a pytania o ścieki płynące do Wisły, powinny być zadawane? Tak Trzaskowski w czasie kampanii prezydenckiej uzasadniał konieczność likwidacji tego kanału, informując, że takich pytań sobie nie życzy. Z drugiej strony warto zwrócić w tym kontekście uwagę na tezę Marka Kacprzaka, który stwierdził, że robienie materiałów politycznych jest po prostu tanie i budzi zainteresowanie odbiorców, bo zawsze pokazuje to, co widzowie uwielbiają – spór i konflikt[13].
Co nas czeka za rogiem?
Trudno znaleźć przestrzeń do uczciwej debaty o mediach publicznych i ich roli. Polityków ona nie interesuje z przyczyn wymienionych powyżej. Z ludźmi, dla których dziennikarze z tych redakcji to swołocz, też trudno rozmawiać, bo ich żaden dialog nie interesuje, byleby z ekranu słyszeli tylko to, co chcą usłyszeć. Środowiska naukowe nieskupiają się przeważnie na dalekosiężnych wizjach i podsuwaniu rozwiązań, a projekt ustawy medialnej przygotowany przez środowiska twórcze wylądował w koszu, choć zawierał rozwiązania, które Jan Pawlicki ledwie zasugerował, czyli zasady wyłaniania władz (losowanie z grona wskazanych kandydatów) i nowy system finansowania. Może więc rację ma dr Zaremba, że zmiany wymuszą trendy oddolne i odejście odbiorców od telewizorów i radioodbiorników i każdy z radością zanurzy się we własnej bańce informacyjnej, w której będzie żył sobie w iluzji przynależności do jakiejś elity, która wie lepiej, a resztę ma za nic? To niestety nie jest optymistyczna wizja ani dla mediów publicznych, ani dla Polski, ani dla Europy.
Zbigniew Brzeziński
[1] https://klubjagiellonski.pl/2021/03/19/co-po-kurskim-konserwatywny-pomysl-na-odbudowe-tvp/ – dostęp 24.03.2021 r.
[2] https://sdp.pl/nie-chowajmy-glowy-w-piasek-lukasz-warzecha-o-mediach-publicznych/ – dostęp 24.03.2021 r.
[3] https://www.tvp.pl/anteny – dostęp 24.03.2021 r.
[4] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ogladalnosc-kanaly-muzyczne-2020-rok-liderem-polo-tv – dostęp 24.03.2021 r.
[5] https://wszystkoconajwazniejsze.pl/marek-kacprzak-media-publiczne/ – dostęp 24.03.2021 r.
[6] https://sdp.pl/czy-stac-nas-na-media-publiczne-zastanawia-sie-zbigniew-brzezinski/ – dostęp 15.03.2021 r.
[7] https://centruminformacji.tvp.pl/46654217/politycy-w-tvp-2020-r – dostęp 24.03.2021 r.
[8] Więcej o tym cyklu np. tu: https://satkurier.pl/news/126130/niezapomniane-lata-90-w-canal-discovery.html – dostęp 15.03.2021 r.
[9] M. Iłowiecki, Kronika przypadków publicznych, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000, s. 95 i 97.
[10] https://freedomhouse.org/country/poland/freedom-world/2021 – dostęp 15.03.2021 r.
[11] A. Dziekan-Łanucha, Media publiczne jako sfera wpływów politycznych. Przegląd układów partyjnych we władzach spółek medialnych na przestrzeni ostatnich 20-lat, „Studia Socialia Cracoviensia”, 2014, nr 2., s. 131-148.
[12] M. Szczepańska, Obserwacja czy uczestnictwo? Rola mediów w życiu politycznym współczesnej Polski, Wyższa Szkoła Ekonomii i Administracji im. Prof. Edwarda Lipińskiego
[13] M. Kacprzak, Dlaczego telewizja upada? https://wszystkoconajwazniejsze.pl/marek-kacprzak-dlaczego-upada-telewizja/ – dostęp: 15.03.2021 r.
Klub Fotografii Prasowej SDP zaprasza członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na warsztaty fotograficzne. Chętnie podzielimy się naszą wiedzą.
Warsztaty odbywają się w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie, sala B na pierwszym piętrze, w każdy ostatni wtorek miesiąca, rozpoczęcie o godz. 15.00. Najbliższe zaplanowane są na 30 marca br.
Posiadanie własnego aparatu fotograficznego nie jest konieczne, ale mile widziane. Wystarczy smartfon i dobre chęci.
Z uwagi na stan pandemii, ilość miejsc jest ograniczona do czterech osób. Decyduje kolejność zgłoszeń.
Prosimy o dokonanie rejestracji poprzez wysłanie maila na adres: [email protected]
Donat Brykczyński
Publicysta Piotr Semka zmagający się z Covid-19 jest w szpitalu pod respiratorem. W mediach społecznościowych wielu dziennikarzy prosi o modlitwę w jego intencji. Do tego apelu przyłączył się premier Mateusz Morawiecki.
Informacja o tym, że Piotr Semka znalazł się pod respiratorem, co może wskazywać, że jego stan jest ciężki, pojawiła się w środę w mediach społecznościowych. Znajomi dziennikarza prosili o modlitwę w intencji publicysty.
„Kochani, bardzo proszę o modlitwę za Piotra Semkę, jest w szpitalu w ciężkim stanie” – napisał na Twitterze Robert Tekieli.
Magdalena Łysiak zamieściła zaś następujący wpis: „Prosimy o modlitwy za red. Piotra Semkę, który leży pod respiratorem”.
Do próśb o modlitwę przyłączył się premier Mateusz Morawiecki.
„Właśnie dotarła do mnie informacja o tym, że pod respirator trafił jeden z najwybitniejszych dziennikarzy politycznych w Polsce, red. Piotr Semka. Panu Redaktorowi życzę dużo siły w Jego walce i przyłączam się do modlitwy, którą w intencji Jego zdrowia prowadzą Przyjaciele. Państwa również do tego zachęcam” – napisał szef rządu na Facebooku.
Piotr Semka (rocznik 1965) w PRL-u działał w NZS i publikował w prasie podziemnej. Po 1989 roku pracował m.in. w Telewizji Polskiej, pisał w „Życiu”, „Gazecie Polskiej”, „Rzeczpospolitej”. Jest m.in. publicystą tygodnika „Do Rzeczy”.
opr. jka, źródła: Twitter, Facebook, fot. Telewizja Republika
23 marca 2021 r. w Wydziale Cywilnym w Sądzie Okręgowym w Gdańsku odbyła się kolejna już rozprawa przeciwko red. Joannie Strzemiecznej – Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk oraz Jakubowi Świderskiemu, dziennikarzowi TVP3 Gdańsk. Osoby te zostały pozwane przez Gminę Miasta Sopot. Przedmiotem sporu są wyemitowane w TVP3 Gdańsk materiały informacyjne autorstwa Jakuba Świderskiego, w których ukazane są etapy renowacji i zagospodarowywania dworca kolejowego w Sopocie wraz z terenami do niego przyległymi. Gmina Sopot pozwała również te same osoby za przedstawienie przez TVP3 Gdańsk, jak twierdzi, nieprawdziwych informacji dotyczących wypadków na sopockich kąpieliskach oraz popadającego w ruinę byłego szpitala na Stawowiu (historyczna dzielnica Sopotu), mieszczącego się w zabytkowym zespole parkowo-pałacowym, do niedawna najpiękniejszym w Sopocie.
W październiku 2019 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, gdyż zachodzi zagrożenie naruszenia praw red. Joanny Strzemiecznej – Rozen i red. Jakuba Świderskiego w zakresie wolności słowa i prasy. Z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy toczący się proces sądowy obserwuje red. Maria Giedz.
Sprawę prowadził sędzia Piotr Kowalski. Na rozprawę stawiła się pełnomocnik Gminy Miasta Sopot mec. Monika Nowińska-Retkowska. Stronę pozwanych reprezentował mec. Wenanty Plichta. Stawił się też pozwany Jakub Świderski. Na rozprawie nie było pozwanej Joanny Strzemiecznej – Rozen. Nie pojawił się też świadek Andrzej Olszewski.
Pełnomocnik Gminy Miasta Sopot zgłosiła zastrzeżenie co do zaproponowanej przez Sąd formy przesłuchiwania świadków. W 2020 r. został wprowadzony zapis w Kodeksie Prawa Cywilnego, zezwalający świadkom na składanie zeznań w formie pisemnej, jeżeli sąd tak postanowi (art. 271). Sędzia Kowalski zezwolił na taką formę. Jednak mec. Monika Nowińska-Retkowska uważa, że przesłuchania winny odbywać się w formie bezpośredniej. Dotyczy to głównie świadków strony powodowej, czyli miasta Sopot. Jakub Świderski również przyłączył się do tego zastrzeżenie – wolałbym, aby świadkowie byli przesłuchiwani bezpośrednio – powiedział podczas rozprawy.
Jeden ze świadków – Jarosław Sulewski – złożył już pisemne zeznania, które dołączono do akt. Ponieważ zdaniem pozwanego z tych zeznań nic nie wynika, Sędzia Kowalski zaproponował Świderskiemu, jeśli uzna, że zeznania są niekompletne, na złożenie pisemnej prośby o uzupełnienie zeznań. Jednocześnie sędzia poinformował strony, że wezwanie na rozprawę nie dotarło do świadka Andrzeja Olszewskiego i zobowiązał pozwanego Świderskiego do ustalenia adresu domowego świadka, ewentualnie adresu mailowego, tak, aby wezwanie na przesłuchanie mogło być doręczone. Jednocześnie sędzia Kowalski stwierdził, że godzi się na możliwość przesłuchania świadka w formie elektronicznej, o ile zechce on w ten sposób zeznawać.
Sąd odroczył posiedzenie bez podania terminu. Zostanie on wyznaczony dopiero po ustaleniu miejsca zamieszkania świadka Andrzeja Olszewskiego.
Opracowanie i zdjęcia Maria Giedz
Nie jestem zatem sam – pomyślałem, czytając na portalu Klubu Jagiellońskiego tekst Jana Pawlickiego „Co po Kurskim? Konserwatywny pomysł na odbudowę TVP”. Na portalu SDP pisałem kilkakrotnie, i to już dawno temu, że konserwatywni dziennikarze powinni zacząć dyskusję w swoim środowisku o tym, jak mają wyglądać media publiczne. Tyle że trzeba by ją rozpocząć od tego, od czego alkoholik zaczyna walkę z nałogiem: od przyznania, że jest alkoholikiem. Dziennikarze konserwatywni musieliby zacząć od przyznania, że obecny kształt mediów publicznych jest nie do zaakceptowania. Oznaczałoby to zerwanie z uznawaniem za słuszną koncepcji, którą niegdyś w rozmowie na portalu SDP wychwalał Bronisław Wildstein, z którym w tej sprawie polemizowałem: tak zwanego pluralizmu rozproszonego. Koncepcja ta głosi – przypomnę – że wszystko jest w porządku, media państwowe mogą robić bezwstydną propagandę, bo w ten sposób na rozpatrywanej jako całość scenie medialnej panuje wreszcie pluralizm. Kto chce, ma TVN24, a kto chce – TVP Info.
Moje teksty pozostały bez jakiegokolwiek odzewu. Być może tak samo będzie z tekstem Pawlickiego, ale to nie jest przecież tak, że tylko Pawlicki i Warzecha dostrzegają problem. Zakładam, że zdaje sobie z niego sprawę całkiem spora część dziennikarzy również niezmiennie sprzyjających rządowi, aczkolwiek nie chcą się z tym ujawniać, sądzą bowiem – zapewne słusznie – że zostaliby oskarżeni o granie do własnej bramki. Dochodzą do tego – powiedzmy szczerze – również czysto życiowe względy, a więc obawa o obecne miejsca pracy. Co, nawiasem mówiąc, pokazuje, jak niezdrowa jest sytuacja.
Oczywiście na sprawę kształtu mediów państwowych można patrzeć w krótkiej, doraźnej i czysto partyjnej perspektywie, a wówczas, owszem, można uznać, że obecny stan jest optymalny. Jeśli jednak ktoś takie właśnie spojrzenie deklaruje, musi przyjmować groźne pod każdym względem założenie, że władza nigdy się nie zmieni. Jeśli bowiem miałaby się zmienić, dzisiejszy stan mediów publicznych może prowadzić tylko do dwóch rezultatów: albo będzie pretekstem do ich faktycznej likwidacji, albo do tak brutalnego przejęcia, jakiego jeszcze nigdy nie było. Czy tego życzą sobie ci, którzy są zadowoleni ze stanu obecnego? A jeżeli sobie tego nie życzą, to czemu i na jakiej podstawie uznają, że dzisiejszy układ polityczny jest na zawsze? Tertium non datur.
Kilka lat temu opisałem na portalu SDP niemiecki system medialny, zaprojektowany w swoich podstawowych założeniach po wojnie przy dużym udziale Aliantów i zawierający w sobie filtry, mające oddzielać od mediów państwowych bezpośredni wpływ polityków – choć oczywiście nie da się go całkowicie wyeliminować. Zostałem wtedy przez niektórych – w tym pracowników polskich mediów państwowych – oskarżony o to, że wychwalam Niemcy w zamian za „wycieczkę”, która w istocie była niezwykle interesującym wyjazdem studyjnym. Przez litość nie będę z tymi ówczesnymi oskarżeniami dzisiaj polemizował.
W każdym razie jedna z dróg to właśnie ta niemiecka. Detale znajdą państwo w napisanym wtedy tekście. Inną koncepcję proponuje Jan Pawlicki. Tu dłuższy cytat:
Nową formułą organizacyjną mogłaby być powołana przez państwo fundacja, której finansowanie zapewniałby parlament na podstawie 10-letniej umowy na realizację zadań publicznych. Podobne rozwiązanie funkcjonuje z powodzeniem w Szwecji od 1997 roku. Fundacja stałaby się właścicielem Polskiego Radia, TVP i siedemnastu rozgłośni regionalnych. W jej zarządzie powinny zasiadać osoby wskazane przez ugrupowania parlamentarne, proporcjonalnie do liczby posiadanych przez nie mandatów. Po jednym przedstawicielu miałby także rząd i prezydent. Każdy kandydat do rady fundacji musiałby legitymować się rekomendacją przynajmniej jednej organizacji społecznej: stowarzyszenia twórczego, dziennikarskiego itp. Taka rekomendacja byłaby obligatoryjna. Chodzi o to, by rada składała się z osób o różnych poglądach i wrażliwościach, ale nie z czynnych polityków. Głównym zadaniem fundacji byłoby przeprowadzanie konkursów na szefów poszczególnych jednostek publicznych mediów. Formuła fundacji umożliwia osiągniecie dwóch celów: odseparowanie bieżącego zarządzania mediami publicznymi od polityki przy zachowaniu pełnej odpowiedzialności władz państwowych za ich działalność i finansowanie.
Przekazywanie poszczególnych spółek w zarząd fundacji powinno odbywać się stopniowo, począwszy od rozgłośni regionalnych, a skończywszy na dużym radiu i telewizji. Cały zaś projekt powinien być szczegółowo oceniany pod kątem transparentności i poddawany ewaluacji.
Konieczna jest oczywiście nowa ustawa o radiofonii i telewizji, precyzująca status nadawcy publicznego. Archaiczny model abonamentowy należy definitywnie znieść i zastąpić subskrypcją. To ostatnie planowane jest nawet w Wielkiej Brytanii w odniesieniu do BBC.
Pomysł jest interesujący, jak zresztą każdy rozsądny pomysł, zmierzający do zaradzenia obecnemu stanowi rzeczy. Może też jednak budzić wątpliwości. Można na przykład zastanawiać się, czy przekazanie mediów publicznych fundacji nie będzie oznaczało ich swoistej prywatyzacji lub w jaki sposób rada fundacji, w której większość – zgodnie z pomysłem Pawlickiego – posiadaliby przedstawiciele aktualnej większości sejmowej (choć nie politycy) miałaby zapewnić wyważenie mediów.
Niezależnie od tych zastrzeżeń, które są punktem wyjścia do debaty, warto pokazać, że pomysły na inne urządzenie mediów państwowych są. Nie sposób zatem twierdzić, że jesteśmy w sytuacji bezalternatywnej. Natomiast dalsze udawanie, że problemu nie ma, a obecna sytuacja polityczna jest utrwalona na dziesięciolecia, będzie chowaniem głowy w piasek. Z fatalnymi konsekwencjami w przyszłości nie tylko dla dziennikarskiej profesji, nie tylko dla samych mediów, ale – jak bardzo słusznie w swoim tekście zauważa Pawlicki – również dla poczucia narodowej wspólnoty, z którego i tak już bardzo mało nam pozostało.
Łukasz Warzecha
Organizacja Reporterzy bez Granic (RSF) złożyła 22 marca 2021 w Paryżu pozew przeciwko Facebookowi, oskarżając społecznościowego giganta o „nieuczciwe praktyki gospodarcze” na podstawie sprzeczności pomiędzy deklarowaną przez firmę dbałością o zapewnianie „bezpiecznego” i „bezawaryjnego” środowiska online, a szerzącą się w tej sieci społecznościowej mową nienawiści i dezinformacją.
W pozwie opartym na analizach ekspertów oraz zeznaniach i oświadczeniach byłych pracowników Facebooka, RSF oskarża kalifornijską spółkę o przyzwalanie na szerzenie dezinformacji i mowy nienawiści i tym samym łamanie zobowiązań firmy wobec użytkowników serwisu. Zobowiązań, które są zapisane w regulaminach i które są przez Facebooka reklamowane.
Według informacji podanych przez organizację Reporterzy bez Granic, pozew został złożony we Francji, gdyż Facebook ma tam ogromną liczbę użytkowników – 38 milionów, z których 24 miliony korzystają z serwisu codziennie. Ponadto francuskie prawo konsumenckie jest zdaniem RSF szczególnie dobrze dostosowane do rozwiązania tego problemu, a orzeczenie francuskiego sądu w sprawie nieuczciwych praktyk potencjalnie może mieć „globalny wpływ”, gdyż warunki korzystania z Facebooka są takie same na całym świecie. RSF rozważa wniesienie podobnych pozwów w innych krajach.
Pozew RSF dotyczy Facebook France i Facebook Ireland. Zgodnie z artykułami od L121-2 do L121-5 francuskiego prawa konsumenckiego, praktyka gospodarcza jest uważana za nieuczciwą, „jeśli opiera się na fałszywych twierdzeniach lub oświadczeniach lub może wprowadzać w błąd”, zwłaszcza w odniesieniu do „podstawowych cech towaru lub usługi” lub „zakresu obietnic reklamodawcy ” i podlega karze grzywny do 10% rocznego obrotu (art. L132-2 kodeksu konsumenckiego).
W swoim Regulaminie Facebook zobowiązuje się do dołożenia należytej staranności w utrzymywaniu „bezpiecznego i bezawaryjnego środowiska”, w którym nie można udostępniać treści „niezgodnych z prawem, wprowadzających w błąd, dyskryminujących lub oszukańczych”. Z kolei w Standardach Społeczności zobowiązuje się do „ograniczania w znacznym stopniu” zasięgu fałszywych informacji. Co więcej, w reklamach publikowanych we francuskich mediach na początku 2021 roku, Facebook utrzymywał, że dostarcza „precyzyjnych informacji w czasie rzeczywistym, aby lepiej zwalczać pandemię” oraz twierdził, że współpracuje z rządami i organizacjami międzynarodowymi, aby „udostępniać wiarygodne informacje o Covid-19”.
Wg RSF rzeczywistość jest jednak inna. First Draft, organizacja założona w 2015 roku w celu zwalczania dezinformacji w Internecie, w opublikowanym ostatnio raporcie uznała Facebooka za „centrum teorii spiskowych dotyczących szczepionek” we francuskojęzycznych społecznościach. Według German Marshall Fund (GMF) posty na Facebooku z linkami do stron wprowadzających w błąd spowodowały w czwartym kwartale 2020 roku 1,2 miliarda interakcji (to około ¼ ogólnej liczby 5,1 miliarda interakcji, które były rezultatem linku w poście na Facebooku). W raporcie UNESCO opublikowanym w 2020 roku Facebook uznany został za „najmniej bezpieczną” spośród popularnych platform społecznościowych. Zdaniem Reporterów bez Granic dowody, które organizacja zebrała na poparcie swojego pozwu, to wymowne przykłady potwierdzające te oceny.
Jeśli chodzi o walkę z mową nienawiści, RSF przedstawiło dwa obszerne raporty (odpowiednio 80 i 73 strony). Pierwszy dotyczy facebookowego fanpage’a francuskiego magazynu satyrycznego „Charlie Hebdo”, który we wrześniu 2020 zasypany został dziesiątkami komentarzy zawierających obelgi, groźby i wezwania do przemocy wobec czasopisma i jego dziennikarzy. A to dlatego, że w związku z rozpoczynającym się 3 września 2020 procesem kilkunastu osób oskarżonych o udział w zamachu na redakcję „Charlie Hebdo” w 2015 roku, pismo ponownie opublikowało karykatury proroka Mahometa.
Drugi dotyczy publikowanych na Facebooku postów pełnych nienawiści i gróźb pod adresem dziennikarzy francuskiego programu telewizyjnego Quotidien oraz komentarzy z groźbami wobec francuskiej gazety regionalnej L’Union. Fotoreporter tej gazety został brutalnie zaatakowany w lutym 2021 roku, a redakcja poinformowała o tym Reporterów bez Granic, dostarczając jednocześnie oświadczenie w sprawie przemocy werbalnej, jakiej na Facebooku regularnie doświadczają dziennikarze L’Union.
W kwestii dezinformacji organizacja Reporterzy bez Granic przedstawiła dwa raporty opracowane w grudniu 2020 roku (odpowiednio 478 i 86 stron) pokazujące, jak łatwo dostępne są fałszywe informacje na temat Covid-19, które nie są oznaczane jako takie przez Facebooka i uzyskują duże zasięgi.
Dorota Zielińska
Źródło: RSF
Zdjęcie: pixabay
Trzydziestu przedstawicieli mediów stanęło do rywalizacji w 2. Halowych Mistrzostwach Polski Dziennikarzy w Lekkiej Atletyce, które w miniony weekend odbyły się Arenie Toruń. SDP było partnerem tego wydarzenia.
Czempionat towarzyszył jubileuszowym, 30. Halowym Mistrzostwom Polski Masters. W tej wiodącej imprezie wystartowało w sumie ponad pół tysiąca weteranów lekkiej atletyki, w tym całe grono wybitnych mistrzów „królowej sportu”. Wśród nich była między innymi Urszula Kielan, wicemistrzyni olimpijska z Moskwy w skoku wzwyż. Rezultat uzyskany przez 60-letnią warszawiankę w jej koronnej konkurencji (137 cm) został uznany najbardziej wartościowym wynikiem całych mistrzostw przy uwzględnieniu wieku zawodniczek. Z kolei najlepszym zawodnikiem masters bez podziału na kategorie wiekowe uznano 72-letniego Marka Mielcarka z Bydgoszczy, który dystans 60 metrów przez płotki pokonał w czasie 10,18 s. Ponadto ustanowiono dwa nowe rekordy świata. Autorką jednego z nich jest Aneta Lemiesz, która w tym sezonie już po raz trzeci poprawiła rekord globu w kategorii W40 w biegu na dystansie 400 metrów. 40-letnia zawodniczka ze stolicy w sobotę w Arenie Toruń uzyskała rezultat 54,80 s. Z kolei doświadczony i utytułowany młociarz Mariusz Walczak w konkursie rzutu ciężarkiem (11,34 kg) wynikiem 23,75m ustanowił nowy rekord świata w kategorii pięćdziesięciolatków. W trakcie mistrzostw poprawiono też wiele rekordów Polski i rekordów mistrzostw kraju weteranów.
Dużo wartościowych rezultatów odnotowano także w trakcie czempionatu żurnalistów. W sumie ustanowiono 10 nowych rekordów Halowych Mistrzostw Polski Dziennikarzy oraz osiem nieoficjalnych rekordów kraju dziennikarzy. Najbardziej wartościowy rezultat uzyskał Marcin Nagórek (800m, 02:01,82). Słupszczanin jest jednym z najbardziej znanych w Polsce dziennikarzy specjalizujących się w tematyce biegowej. Jest redaktorem Magazynu Bieganie, a także autorem popularnego bloga. To dziennikarz także z wykształcenia. Od ponad 20 lat wyczynowo trenuje lekkoatletykę. Jeszcze do niedawna z powodzeniem startował wśród seniorów, teraz jest jednym z wyróżniających się średniodystansowców wśród weteranów. W sobotę sięgnął po tytuł mistrzowski nie tylko w mistrzostwach dziennikarzy, ale też mastersów. Triumfował w bardzo silnie i licznie obsadzonej kategorii M40.
Najlepszą zawodniczką 2. Halowych Mistrzostw Polski Dziennikarzy została Monika Brulińska z Płocka. Również ona prowadzi własnego bloga o sporcie, a także jest rzeczniczką prasową jednego z klubów pływackich. W Arenie Toruń zdobyła trzy złote medale: w pchnięciu kulą oraz biegach na 200 i 400 metrów. Dodatkowo jej czas uzyskany na krótszym z tych dystansów (32,97 s) został uznany najlepszym wynikiem w rywalizacji dziennikarek. Halowymi mistrzyniami Polski zostały ponadto: Sylwia Pasińska-Skowron (chód na 3000 metrów oraz skok wzwyż) i Magdalena Adamczewska (60 m i skok w dal, dodatkowo srebro na 200 m). Wicemistrzynią kraju na 60 metrów została Julia Truszczyńska.

Zdecydowanie liczniej obsadzone były niemal wszystkie konkurencje wśród panów. Najwięcej zawodników, bo aż dziesięciu, zgłosiło się do biegu na 3000 metrów. Po złote medale w 2. Halowych Mistrzostwach Polski Dziennikarzy poza wspominanym Marcinem Nagórkiem sięgnęli jeszcze: Tomasz Rysio (60 m i skok wzwyż, dodatkowo jeszcze srebro w skoku w dal), Bartłomiej Wierzbicki (skok w dal i trójskok), Michał Malinowski (60 metrów przez płotki, ponadto srebro w trójskoku i brąz w biegu na 200 metrów), Aleksander Okoń (200 m oraz brąz na 60m), Wojciech Koczkodaj (400 m) i Tomasz Niejadlik (rzut ciężarkiem).
Najwięcej medali w czempionacie zdobyli reprezentanci portalu Sprinterzy.com. Wywalczyli oni pięć krążków w tym 1 złoty, 3 srebrne i 1 brązowy. W rywalizacji brali udział przedstawiciele nie tylko portali i blogów internetowych, ale też szerokie grono dziennikarzy prasowych, radiowych i telewizyjnych.
Na zakończenie mistrzostw odbyło się spotkanie, w trakcie którego wyłoniono komitet założycielski Klubu Sportowego Dziennikarzy Polskich. W jego skład weszli: Tomasz Niejadlik (Toruń), Marek Pilch (Kraków) i Julia Truszczyńska (Toruń). Celem komitetu ma być powstanie stowarzyszenia, które będzie zrzeszało aktywnych sportowo żurnalistów.
W dniach 19-20 czerwca w Olsztynie odbędą się 4. Mistrzostwa Polski Dziennikarzy w wydaniu stadionowym. Organizatorzy czempionatu liczą na udział w tych zawodach co najmniej 40-50 przedstawicieli mediów.
Tekst: Tomasz Niejadlik / Polski Związek Lekkiej Atletyki Masters
Fot.: Julia Truszczyńska / Polski Związek Lekkiej Atletyki Masters
Jedni nie wyobrażają sobie bez nich życia. Na dźwięk każdego „piknięcia” z powiadomieniem w smartfonie muszą zerknąć, nawet gdy są na ważnym spotkaniu czy rozmawiają z najbliższymi – bo może to coś ważnego. Są jakby wiecznie „online”. Inni wchodzą na Facebooka, Twittera czy Instagrama tylko od czasu do czasu – dobrze wiedząc, czego tam szukają. Jeszcze inni nawet nie założyli konta, chcąc – jak tłumaczą – chronić swoją prywatność. Jakie są blaski i cienie korzystania z mediów społecznościowych?
Ponieważ młodzież często sprawia wrażenie, jakby już urodziła się zrośnięta ze smartfonem, zapytałem o to osoby nieco starsze – w wieku 40 i 50 + – siłą rzeczy bardziej krytyczne. Moi rozmówcy mają bardzo różny stosunek do mediów społecznościowych: są wśród nich tacy, którzy korzystają z nich codziennie, ale i tacy, którzy nie mają konta na żadnym z nich.
Przydatne w kontaktach na odległość
Moi rozmówcy wskazywali na wiele korzyści z obecności w mediach społecznościowych. Byli zgodni co do tego, że zwłaszcza Facebook umożliwia kontakt z rodziną czy znajomymi, z którymi jest on na co dzień w formie bezpośredniej utrudniony lub wręcz niemożliwy, choćby ze względu na odległość.
– Konto na Facebooku założyłam głównie po to, by kontaktować się z najbliższymi – opowiada Lucyna Olbrot z Rzeszowa, do niedawna przedsiębiorca w branży hafciarskiej, w tym roku przechodzi na emeryturę. Tą drogą przesyłają sobie nawzajem zdjęcia lub ciekawe filmiki, czy konsultują się w takich kwestiach jak choćby prezent imieninowy.
Przyznaje, że na facebookowe konto wchodzi rzadko. – Nie mam potrzeby łączenia się zdalnie z osobami spoza najbliższej rodziny i grona przyjaciół – tłumaczy. Wystarczy jej, gdy średnio raz w miesiącu (a nawet rzadziej) przejrzy Facebooka, by zobaczyć, co słychać u dalszych znajomych. – Miło jest zobaczyć kogoś, kogo znało się w młodości, a kto dziś mieszka daleko, a nawet poza Polską. Ale to są płytkie kontakty i wcale nie dążę do ich pogłębiania.
Adam Kawałek, pedagog z Rzeszowa, podkreśla, że np. Messenger to komunikator bardzo przydatny w kontakcie z odległą, nie tylko w sensie odległości, rodziną, np. dalszymi kuzynami. Jest to, jak podkreśla, właściwie jedyne miejsce, w którym może się z nimi spotkać i wymienić informacje.
Również Krystyna Łobos, rzecznik Orszaku Trzech Króli w Rzeszowie, wykorzystuje Facebooka m.in. do sprawdzenia, co dzieje się u rozsianych po świecie znajomych, mieszkających m.in. w Singapurze czy Australii.
Wiele relacji, ale płytkich
I tu pojawia się problem. Obecność w mediach społecznościowych generuje dużą liczbę, ale bardzo płytkich kontaktów. Moi rozmówcy są zgodni, że te kontakty mają największy sens wtedy, gdy są przedłużeniem kontaktów w realu.
– Nie da się zbudować silnej więzi wyłącznie przez media społecznościowe – przekonuje Lucyna Olbrot.
Adam Kawałek, generalnie zgadzając się z tym stwierdzeniem, dodaje: – Tym niemniej z niektórymi osobami dobrze jest mieć relację, choćby płytką, na Facebooku, np. z ludźmi o podobnych poglądach bądź byłymi uczniami, którzy sobie o tobie przypominają.
Mój rozmówca potwierdza słuszność poczynionej przeze mnie obserwacji, że w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z dwoma falami zaproszeń do grona znajomych. Pierwsza miała miejsce podczas strajku nauczycieli w 2019 roku, a druga, większa – przy okazji protestów po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z października ub.r. Sam otrzymałem wtedy mnóstwo zaproszeń (w tym drugim przypadku kilkaset) od ludzi, których nie znałem, rozsianych po całej Polsce. Jedynym elementem wspólnym była nakładka pro-life na zdjęcie profilowe. Adam Kawałek zaobserwował takie samo zjawisko w odniesieniu do siebie. A zatem przyczyną zaproszenia nie była realna znajomość, lecz wspólnota poglądów.
Krystyna Łobos nie ma złudzeń: tego typu znajomości nigdy nie ulegną pogłębieniu, trudno nawet oczekiwać, że taki „znajomy” coś ci zalajkuje czy skomentuje. – Dla nich to raczej „licznik” ludzi, którzy myślą podobnie. Świadomość, że tych, którzy mają podobne poglądy na daną sprawę, jest wielu, powoduje, że ci ludzie mogą odetchnąć z ulgą, iż nie walczą sami – uważa moja rozmówczyni.
Wskazuje też na jeszcze jedno niebezpieczeństwo dużej liczby spłyconych kontaktów. – Bywa – twierdzi Krystyna Łobos – że kontakty z osobami, z którymi bez problemu można by się spotkać bezpośrednio, zaczynamy zastępować kilkoma słowami przez Messengera, na zasadzie: „cześć, co u ciebie słychać”. Ktoś obserwuje nas na Facebooku i widzi, co się u nas dzieje. To zastępuje mu potrzebę kontaktu bezpośredniego. Rzeczywistość wirtualna jest rodzajem zasadzki, bo ludzie odwykają od bezpośrednich kontaktów, które niosą o wiele więcej dobra niż kontakty internetowe.
– Trzeba mieć świadomość, jak to działa – uważa dr Paweł Kuca, były dziennikarz, a obecnie politolog na Uniwersytecie Rzeszowskim. – A przede wszystkim świadomość, że nawet jeżeli twój smartfon umożliwia ci bycie w każdym momencie online, to nie buduje to relacji. Albo inaczej: są to relacje bardzo płytkie. Dostajesz zaproszenia do grona znajomych od ludzi, których nie znasz. To nie są takie znajomości jak w realnym świecie. One jedynie budują zasięgi, oglądalność. Może to być pożyteczne narzędzie, ale nie zastąpi realnej rzeczywistości.
To prawda. Na pocieszenie można dodać, że członkowie rodziny, którzy chcą utrzymywać bliską więź, czy przyjaciele, nie zadowolą się kontaktami wyłącznie przez media społecznościowe. Bo co by to była za przyjaźń, która nie chciałaby bezpośrednich spotkań?
Komentuj i śledź opinie innych
Ale media społecznościowe służą nie tylko do kontaktów z osobami bliższymi i dalszymi. Na przykład Krystyna Łobos powadzi w sieci bloga, w którym dzieli się swoimi przemyśleniami na temat bycia żoną i mamą, wychowania itd. Dodatkowo, pełniąc społecznie funkcję rzecznika prasowego rzeszowskiego Orszaku Trzech Króli, w okolicach tego święta intensywnie pilotuje tematykę „orszakową” w mediach społecznościowych, głównie na Facebooku i Instagramie.
Krystyna Łobos zwraca też uwagę, że obecność w mediach społecznościowych pozwala jej być na bieżąco z ciekawymi artykułami czy filmikami z kanału YouTube, a tych wartościowych treści pojawia się – jak zauważa – sporo.
Paweł Kuca ma konta na Facebooku i Twitterze, ale – jak zaznacza – jest raczej biernym konsumentem mediów społecznościowych. Traktuje je głównie jako narzędzie, które pomaga mu w pracy zawodowej, bo pozwala obserwować rzeczywistość: szybko pozyskiwać informacje, a przede wszystkim opinie od ludzi, których obserwuje na Twitterze, czy poczytać ciekawą publicystykę na Facebooku. Jak zaznacza, grono „ćwierkających”, których obserwuje, nie jest wielkie, ale są to ludzie, z których opiniami się liczy.
Z kolei dla Adama Kawałka zasadnicza korzyść z posiadania konta na Facebooku jest taka, że – jak podkreśla – może dość łatwo artykułować swoje poglądy, a nawet w jakiś sposób wpływać na poglądy innych ze względu na to, że sporo ludzi go zna i obserwuje. – Ale mogę także pozyskiwać informacje, które niekoniecznie ukazują się w oficjalnych źródłach – dodaje. Facebook jest dla niego głównie narzędziem wymiany myśli.
Moi rozmówcy są raczej niechętni pokazywaniu swojego życia prywatnego w mediach społecznościowych. Paweł Kuca dlatego, że, jak było wspomniane wcześniej, traktuje te media wyłącznie jako narzędzie pomocne w pracy zawodowej. Adam Kawałek obawia się, że informacje ze sfery prywatnej mogłyby być wykorzystane przez kogoś w sposób niegodny, np. stać się przedmiotem szyderstw.
– Na Facebooku jest wiele fajnych treści, ale jest też mnóstwo rzeczy denerwujących, z cyklu „zobaczcie, jaką minę zrobił mój kotek”, „takie drzewko mam w ogródku” czy „zobaczcie, co jadłem na obiad” – zauważa Lucyna Olbrot. I dodaje: – Nie chcę komuś zaglądać aż tak bardzo do talerza. Są ludzie, którzy dokumentują dosłownie wszystko i potem się tym chwalą, ale to mnie nie interesuje. Wiem, że jak wejdę na profile niektórych osób, to mi przekażą coś ciekawego. Ale są i tacy, których pomijam, bo wiem, że będą tam rzeczy płytkie, które nikomu nie służą, a jedynie zaspokajają potrzebę pokazania się danej osoby.
Z tych głosów wynika, że zanim założysz konto na Facebooku, Twitterze, Instagramie itd., dobrze przemyśl, po co chcesz tam być i jak sensownie wykorzystać swoją obecność w tym miejscu.
Paweł Kuca zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt, który często umyka w rozważaniach: sytuacje, kiedy MUSISZ być w mediach społecznościowych. – Trudno dzisiaj prowadzić biznes nie będąc na Facebooku czy w ogóle w Internecie – podkreśla politolog. – Poprzez konto na Facebooku czy kanał na YouTube można kreować politykę informacyjną firmy. To daje wielkie możliwości. Jeżeli firma osiąga duże zasięgi, to nie musi aż tak bardzo zabiegać o to, by informacje o niej ukazywały się w mediach tradycyjnych.
Zabiera czas kosztem relacji w realu
Kolejny problem z mediami społecznościowymi. Jeżeli nawet nie przewijasz bezmyślnie godzinami Facebooka, Twittera czy Instagrama, a szukasz rzeczy ciekawych, pożytecznych i pomocnych, to czy siedzisz tam na tyle krótko, by nie zaburzało to twoich relacji w realu?
Moi rozmówcy są zgodni, że media społecznościowe mogą stać się „złodziejem czasu” – bez względu na to, czy szukamy w nich potrzebnych treści, czy tylko bezmyślnie je przewijamy. Dlatego Lucyna Olbrot przyznaje, że choć na Facebooku jest wiele fajnych rzeczy, zagląda tam rzadko, bo gdy widzi, ile jej to zajmuje czasu, to ją to zniechęca. – Dlatego wolę nie dać się w to wciągnąć, nie marnować czasu, tym bardziej, że jestem osobą dość aktywną. Nie chcę, żeby Facebook zjadał mi zbyt wiele czasu kosztem relacji w realu i zwykłego działania – tłumaczy. I dodaje: – Godzina ze smartfonem, a godzina odwiedzin u babci to jednak duża różnica.
– Człowiek bardzo często zaniedbuje obowiązki domowe, relacje z dziećmi czy współmałżonkiem na rzecz siedzenia w Internecie – przyznaje Krystyna Łobos. – Można wtedy nie zauważyć czegoś niepokojącego w zachowaniu dzieci, bo człowiek ma myśli zajęte czym innym.Ważny jest też nośnik mediów społecznościowych. O wiele bardziej niebezpieczny wydaje się smartfon niż np. laptop. Żeby skorzystać z Facebooka czy Twittera na laptopie, trzeba do niego podejść i go włączyć. Smartfon z zainstalowanymi odpowiednimi aplikacjami mamy z reguły zawsze przy sobie. Rodzi to pokusę bycia ciągle „online” i zerkania na ekran telefonu za każdym „piknięciem” z powiadomieniem.
– Znam osoby, które chodzą ze smartfonami na spotkania – opowiada Krystyna Łobos. – Powinni ci poświęcić 100 proc. czasu, te pół godziny czy godzinę, żeby spokojnie porozmawiać, a oni reagują nerwowo na każde „piknięcie” w komórce.
Liczą się emocje, a nie argumenty
W mediach społecznościowych płytkie są nie tylko relacje międzyludzkie. Na inny aspekt sprawy zwraca uwagę Adam Kawałek.
– Ludzie – twierdzi – reagują tylko na mocne informacje. Udostępnisz intelektualny artykuł, rozważający jakieś ważne kwestie, to niewiele osób na to zareaguje. A gdy umieścisz jakieś głupie zdjęcie, zbierasz mnóstwo lajków.
Dzieje się tak pewnie dlatego, że aby sobie wyrobić pogląd na temat takiego artykułu, trzeba go przeczytać, a wielu ludzi Facebooka tylko przewija. – Traktują informacje bardzo powierzchownie, wizualnie, wyłapują jedynie tytuł – twierdzi mój rozmówca. I dodaje: –Główną przywarą mediów społecznościowych jest to, że tu liczą się emocje, a nie merytoryczne argumenty. Ludzie reagują jedynie na mocne bodźce.
Sposób na smartfona
Co robić, by media społecznościowe, które miały zbliżać ludzi, nie zniszczyły ich relacji w realu?
Sposobów jest wiele. Na najbardziej radykalny zdecydowała się Marta, farmaceutka z Rzeszowa (bliższe dane do wiadomości autora), która nie założyła konta nigdzie. Na pytanie dlaczego, odpowiada: – Cenię sobie prywatność i nie chcę, by moje sprawy były upowszechniane na szerszym forum.
Jakie sposoby mają ci, którzy nie rezygnują z obecności w mediach społecznościowych?
Krystyna Łobos w pewnych okresach, np. w Adwencie, znika z nich w ogóle. – Ważny jest reżim – podkreśla. – Jeżeli masz jakąś pracę do wykonania, albo masz do pogadania o czymś ważnym z drugim człowiekiem, to zostaw na boku media społecznościowe, bo one bardzo wciągają. Zdarzało mi się, że siedziałam z córką i zajmowałam się swoim smartfonem. Córka zwróciła mi wtedy uwagę, że znowu siedzę „na telefonie”. Pomyślałam, że to przecież ja powinnam zwracać jej uwagę na takie sprawy, a nie ona mnie.
Moja rozmówczyni zabroniła córce trzymania przy sobie smartfona podczas nauki, bo to bardzo ją rozpraszało. – Starsi synowie sami już do tego doszli i wyłączają telefon, gdy mają się uczyć – podkreśla Krystyna Łobos.
Adam Kawałek zostawia siedzenie na Facebooku na wieczór, kiedy jest już pewien, że nie ma nic innego do zrobienia. Nie wchodzi też na Facebooka czy Messengera przez smartfona, tylko przez laptopa. – Odinstalowałem te aplikacje z komórki – podkreśla.
PS Celowo pomijam kwestię zablokowania w mediach społecznościowych kont Donalda Trumpa, jeszcze do niedawna prezydenta USA. Ta blokada rodzi poważne wątpliwości odnośnie do kwestii istnienia wolności słowa w tychże mediach. Ten temat wart jest jednak odrębnej analizy.

Tekst ukazał się w numerze 1/2021
„Forum Dziennikarzy”.
E-wydanie można pobrać TUTAJ.