WOJCIECH POKORA: Wolność słowa a art. 135 §2 kk

„Niech nam żyją” – wrzeszczy chlewik – Pierwsza Dama! Pierwszy Debil! – to wpis z końca marca z Forum fanów Szkła Kontaktowego. To miejsce, gdzie od 2007 roku można sobie wypisywać je**ć PiS (wolność słowa ogranicza się tam do obrażania jednej partii, inne wpisy są jak widzę usuwane) i układać fraszki w stylu cytowanej powyżej lub:

Cyba – postrach Kaczyńskiego –
doprowadził PiS do tego,
że potrzebne są miliony
dla zapewnienia ochrony.
By nie przerwać mu kariery
policja stawia bariery,
wprowadza specjalny tryb…
Mamy wszak miliony Cyb!

 

Forum działało zatem w chwili, gdy skazywano kibiców za hasła „Donald matole” i nikt go nie zamykał w chwili, gdy zamykano stronę AntyKomor.pl za publiczne znieważenie głowy państwa. W sprawie portalu, jak pamiętamy, było wiele kontrowersji, bo w jego zamknięcie zaangażowało się ABW i wielu komentatorów przypisywało temu działaniu aspekt polityczny i zamach na wolność słowa. Forum fanów Szkła Kontaktowego powstało rok po bardzo głośnej sprawie bezdomnego Huberta H., czego akurat żałuję, bo chętnie poczytałbym „fraszki” w jego obronie. Przypomnę: w roku 2005, tuż po zaprzysiężeniu na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, policjanci z Dworca Centralnego legitymowali bezdomnego Huberta H., który na ich widok „puścił długą wiązankę” obrażając głowę państwa. Policjanci uznali, że wyczerpuje to znamiona przestępstwa, dlatego po odwiezieniu Huberta H. do izby wytrzeźwień policja wszczęła sprawę o przestępstwo znieważenia prezydenta RP. W sprawę obrony bezdomnego zaangażowała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka oraz media. Hubert H. był nawet gościem programu Tomasza Lisa „Co z tą Polską”, w którym wystąpił 9 września 2006 roku zaraz po Romanie Giertychu, Izabelli Sierakowskiej, Ewie SowińskiejJerzym Fedorowiczu. Podaję datę dzienną, bo było to duże wydarzenie, gdy topowy wówczas dziennikarz, zapraszający do studia jedynie polityków i komentatorów z głównego nurtu polityki, pochylił się nad bezdomnym mającym w poważaniu nowego prezydenta. Gdy jakiś czas później bloger Piotr Wielgucki (znany jako Matka Kurka) obraził Bronisława KomorowskiegoDonalda Tuska, także poprosił o wsparcie Tomasza Lisa, jednak się go nie doczekał. Może dlatego, że nie był bezdomny?

 

Sprawa Huberta H. jest doskonałym papierkiem lakmusowym w sprawach dotyczących obrazy głowy państwa. Przypomnijmy, Kodeks karny w art. 135 §2 stanowi: Kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. W sprawie Huberta H. głos zabrało wiele ówczesnych autorytetów ze świata polityki i dziennikarstwa. Bardzo głośna była wypowiedź byłego ministra w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy Mieczysława Wachowskiego, który cytował Jaroslava Haška: Muchy obesrały portret najjaśniejszego pana.

 

Ówczesny szef Kancelarii Prezydenta Aleksander Szczygło przypomniał wówczas ważną, istotną i dzisiaj, rzecz – sprawy dotyczące znieważenia prezydenta RP są wszczynane przez organy ścigania z urzędu i kancelaria prezydenta nie ma wpływu na tryb takiego postępowania. I też sięgnął do literackiego cytatu, tym razem do Gogola:

Radzę urzędnikom państwowym – bo policjanci i prokuratorzy są urzędnikami państwowymi – by wielokrotnie czytali Mikołaja Gogola – „Rewizora”, „Martwe dusze”, „Ożenek” – wtedy znajdą proporcję rzeczy.

 

I to jest istota sprawy. Proporcje. Obrażając na forum internetowym czy w mediach społecznościowych, osoby publiczne bądź innych użytkowników, musimy się liczyć z tym, że każda z tych osób może zechcieć wytoczyć nam proces za znieważenie lub zniesławienie.
I dzieje się tak coraz częściej, bo plaga hejtu osiąga niewyobrażalne wręcz rozmiary. Zniesławienie (art. 212 k.k.) polega na tym, że sprawca pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności. I tu procesu spodziewać może się internauta, który napisze na forum, że burmistrz jego miasta na pewno wziął łapówkę lub ustawił przetarg na drogę, która mu przeszkadza. Jeśli informacje te okażą się nieprawdziwe i miały na celu zdyskredytowanie włodarza, może on wytoczyć internaucie proces.

 

Znieważenie (art. 216 k.k.) polega na skierowaniu wobec innej osoby słów powszechnie uznawanych w społeczeństwie za obelżywe, np. wulgaryzmów, np. nazwanie kogoś idiotą.

 

Istnieje obiegowy pogląd, że język nieparlamentarny to język zawierający sporo wulgaryzmów. Język nieparlamentarny to język niecenzuralny. Niestety ze smutkiem trzeba stwierdzić, że tak było. Odkąd mieliśmy w Sejmie do czynienia z tzw. palikotyzacją polityki, a co za tym idzie
i języka, to właśnie język polityczny, czyli parlamentarny zaczął dawać społeczeństwu zły przykład. „Durnia mamy za prezydenta” to przecież cytat z Lecha Wałęsy, „Zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż w Europie” – powiedział Janusz Palikot. Do tego dołączają media, jak np. Gazeta Wyborcza reklamująca się w ten oto sposób: Akcja: WESPRZYJ#WYPIERDALAĆ. Prenumerata „Wyborczej” dla Strajku Kobiet”.

 

Jeśli politykom wolno obrażać i nawoływać do nienawiści, jeśli największe gazety promują wulgarne hasła polityczne, to trudno zapanować nad emocjami komuś, kto ma do dyspozycji klawiaturę i przycisk „publikuj”. Skoro taki mamy klimat, to czemu z niego nie skorzystać? Przecież mamy prawo do wolności słowa i publicznego wyrażania swoich poglądów. A że poglądy części społeczeństwa są zbieżne z poglądami części polityków i mediów, to czemu mieliby nie pisać „je**ć PiS” czy „wyp…”. A jak już to napiszą, to czy nie można pójść dalej i nazwać prezydenta „Długopisem” lub „Du*ą” zamieniając jedną literkę w jego nazwisku? Na Forum fanów Szkła Kontaktowego uchodzi to na sucho, czemu więc ma się nie przenieść na FB lub TT? Albo na transparenty? Mamy wolność słowa!

 

Wolność słowa ma znaczenie kluczowe dla rozwoju demokracji i parlamentaryzmu. To jedna z wolności obywatelskich. Wiele pokoleń walczyło o to, żeby tę wolność przywrócić i dziś dzięki nim możemy z niej korzystać. Nie zapominajmy jednak, że wiele pokoleń walczyło także o to, by przywrócić w naszym kraju symbole państwowe i szacunek do nich. Nie spodziewam się, że w każdym domu w identyczny sposób z szacunkiem odnoszono się do orła w koronie czy do urzędu prezydenta. Wielu pasował pierwszy sekretarz, to była ich tradycja, zatem jak mają szanować urząd, którego znaczenia nie pojmują? Nie rozumieją czym jest godność
i powaga urzędu prezydenta. I niestety znów nie pomagają w tym tzw. elity, które wybierają sobie od którego prezydenta przyjąć odznaczenie państwowe, a na ręce którego je oddać. Często mając na piersi napis KONSTYTUCJA. Co ważne, to właśnie przez szacunek do Konstytucji RP, szacunek należy się również osobie sprawującej urząd prezydenta. Niezależnie od osobistych poglądów tej osoby czy jej wyglądu. Bolesne jest to, że psucie państwa zaczyna się od tych, którzy na sztandarze niosą jego naprawę, nie potrafiąc wyzbyć się własnych fobii. Dlatego, rozumiejąc znaczenie wolności słowa i mając w pamięci słowa ministra Aleksandra Szczygły, nie mam problemu z istnieniem przepisów uczących obywateli RP szacunku do instytucji państwowych.

 

Wojciech Pokora

Protest CMWP SDP przeciwko kolejnemu przesunięciu premiery filmu “Stan zagrożenia” Ewy Stankiewicz w TVP

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko kolejnemu odwołaniu  premiery telewizyjnej filmu dokumentalnego red.  Ewy Stankiewicz „Stan zagrożenia” poświęconego katastrofie smoleńskiej i apeluje o jego emisję.  Film miał być wyemitowany  w TVP 1 10 kwietnia wieczorem, w 11. rocznicę katastrofy smoleńskiej, zamiast niego dzień przed emisją  TVP zapowiedziała  pokaz filmowej relacji z wyników badań sejmowej Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego kierowanej przez Antoniego Macierewicza.

 

Reżyserka filmu, red. Ewa Stankiewicz nie została poinformowana o zmianie daty premiery filmu, dowiedziała się o tym z komunikatu w mediach. TVP zapowiedziała  jednocześnie emisję filmu “Stan zagrożenia” na 18 kwietnia b.r.,  jest to już szósta data emisji tego filmu .

 

TVP w komunikacie tłumaczy, że „jako nadawca publiczny, w sprawie tak ważnej jak wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej czuje się zobowiązana w pierwszej kolejności publikować materiały autoryzowane przez instytucje państwowe, w drugiej zaś – o charakterze dziennikarskim i publicystycznym”.

 

„Stan zagrożenia” miał zostać pokazany w TVP1 już 20 stycznia, ale jego emisja została w ostatniej chwili odwołana. Telewizja tłumaczyła to zastrzeżeniami „natury formalno-prawnej, stwarzające poważne wątpliwości co do ryzyka użycia w filmie materiałów prawnie chronionych”. Red. Ewa Stankiewicz  nie zgadzała się z tymi zarzutami. Wyrazy solidarności z autorką dokumentu oraz apel do Telewizji Polskiej o jak najszybsze pokazanie filmu wystosowało wówczas Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ).

KPRM odpowiada na apel SDP, CMWP SDP i Ordo Iuris

Rząd będzie dążył do określenia ram funkcjonowania serwisów społecznościowych – czytamy w odpowiedzi Kancelarii Prezesa Rady Ministrów na apel Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i Instytutu Ordo Iuris dotyczący walki z cenzurą w internecie.

 

Petycję z apelem do premiera RP Mateusza Morawickiego o jak najszybsze przyjęcie przepisów gwarantujących wolność słowa w internecie złożyli pod koniec stycznia w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przedstawiciele Instytutu Ordo Iuris, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

W odpowiedzi KPRM zapewniono, że rząd podejmie działania mające na celu wprowadzenie odpowiednich regulacji, które ograniczą cenzurowanie treści przez platformy społecznościowe.

 

Podkreślono, iż swobodne wyrażanie poglądów jest podstawową wartością demokratycznej Polski oraz krytycznie odniesiono się do praktyk cenzorskich stosowanych w mediach społecznościowych. Zapewniono, że Rada Ministrów podejmie działania zmierzające do uregulowania funkcjonowania portali społecznościowych.

 

„W Polsce – wzorem np. Francji czy Niemiec, uregulujemy to odpowiednimi przepisami. Zaproponujemy także, aby podobne rozwiązania zaczęły obowiązywać w całej Unii Europejskiej” – czytamy w odpowiedzi KPRM.

 

opr. jka, źródło: Ordo Iuris, fot. Wikipedia

.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Fake newsy o Wyklętych

O Żołnierzach Wyklętych kłamstwa opowiadają reżimowe media na Białorusi i „demokratyczne” w Polsce, wspierane niestety przez niektórych polskich dyplomatów. To ciekawy sojusz.

 

Najpierw Białoruś. Tamtejsza dyktatorska władza wspierana przez zależne od siebie publikatory – za udział w Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych – represjonuje i aresztuje polskich działaczy i nauczycieli.

 

Białoruskie media nagłośniły stanowisko tamtejszej prokuratury, która wszczęła postępowanie w sprawie „podżegania do nienawiści na tle narodowościowym”. Represje wobec polskich działaczy uzasadniła tak: „Ubrani w narodowe mundury polskiej organizacji harcerskiej młodzi ludzie wykonywali pieśni i czytali wiersze wysławiające przestępców wojennych, w tym Romualda Rajsa, znanego pod pseudonimem „Bury”.

 

Już wcześniej Ministerstwo Spraw Zagranicznych Białorusi uznało, że upamiętnienie wyklętych to „obraza pamięci ofiar” i „gloryfikacja nazizmu„, a kpt. Romuald Rajs „Bury” i jego ludzie mają na sumieniu „setki zabitych i okaleczonych cywilów, winnych jedynie bycia Białorusinami„.

 

Głos w tej sprawie zabrał polski charge d’affairs w Mińsku Marcin Wojciechowski: „Może i recytowali wiersze, ale na sto procent nie na cześć Rajsa, jego nazwiska na tym spotkaniu nawet nie wspomniano. Dokładnie to sprawdzaliśmy. Gdyby było inaczej, nasz konsul po prostu nie uczestniczyłby w takim spotkaniu.” I dalej: „Strona białoruska doskonale wie, że państwo polskie uważa działania „Burego” na ludności białoruskiej za zbrodnię wojenną (…) Konkluzję w tej sprawie wydały odpowiednie polskie instytucje jeszcze w latach 90. i nikt jej nie cofnął.

 

Tylko czy na pewno państwo polskie uważa działania „Burego” na ludności białoruskiej za zbrodnię wojenną? Bo np. historycy polskiej instytucji – Instytutu Pamięci Narodowej – są innego zdania.

 

Kapitan Romuald Rajs nie był zbrodniarzem wojennym, ludobójcą – mówi mi Michał Ostapiuk, historyk IPN, autor książki „Komendant Bury. Biografia kpt. Romualda Adama Rajsa „Burego” (1913-1949)”.

 

W marcu 2019 r. IPN wydał komunikat: „<<Bury>> nie działał z zamiarem zniszczenia (ani w całości, ani w części) społeczności białoruskiej lub też społeczności prawosławnej zamieszkałej na terenie Polski w jej obecnych granicach.” Komunikat jest oparty na badaniach naukowych: wspomnianego Michała Ostapiuka, Kazimierza Krajewskiego, Grzegorza Wąsowskiego, Mariusza BechtyWojciecha Muszyńskiego. Dwaj ostatni historycy napisali: „Tło (…)  akcji podziemia narodowego miało charakter polityczny i wiązało się z czynnym poparciem lokalnej ludności dla reżimu komunistycznego”.

 

A zatem to nie państwo polskie uważa działania „Burego” na ludności białoruskiej za zbrodnię wojenną, tylko charge d’affairs w Mińsku Marcin Wojciechowski – wieloletni dziennikarz „Gazety Wyborczej”, a w latach 2013-2015 rzecznik prasowy MSZ, kiedy szefami dyplomacji byli kolejno: Radosław SikorskiGrzegorz Schetyna.

 

W końcu głos w sprawie polskich Żołnierzy Wyklętych zabrał sam dyktator – Aleksandr Łukaszenka. Jak informowały media, podczas narady dotyczącej polityki zagranicznej powiedział, że Białoruś nigdy nie wspominała „okupacji znacznej części terytorium Białorusi przez Polskę w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Ale najwyraźniej nadszedł czas, aby powrócić do tego tematu i szczegółowo go przestudiować z udziałem historyków i politologów, co, nawiasem mówiąc, już zaczęliśmy robić„.

 

Łukaszenka dodał, że o zaognieniu stosunków z Polską zdecydowały „rażące próby gloryfikowania bandytów i zbrodniarzy wojennych, organizowanie dla białoruskiej młodzieży w Brześciu„.

 

Tyle Białoruś, teraz Polska. Na portalu oko.press Adam Leszczyński napisał tekst pod jakże znamiennym tytułem: „Chwalenie zbrodniarzy i czystka polityczna na Powązkach. Prawica świętowała wyklętych”. Zdaniem tego skrajnie lewicowego żurnalisty 1 marca „nieprawdy o <<wyklętych>> mówili m.in. Duda, Morawiecki i Macierewicz (autor „zapomniał”, że panowie mają imiona i pełnią publiczne funkcje)”.

 

Pierwszy fake został zawarty w zdaniu: „Premier i prezydent RP obchodzili Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych – święto ustanowione w 2011 roku na wniosek ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego (o czym ani rządzący, ani część opozycji nie lubią dziś przypominać)”. Prawda jest taka, że Komorowski tylko usankcjonował święto powstałe z inicjatywy prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego i prof. Janusza Kurtyki, szefa IPN.

 

Dalej Leszczyński, podpierając się wywiadem prof. Rafała Wnuka dla „Wyborczej” z 2011 r. zakwestionował stwierdzenie premiera Mateusza Morawieckiego, że Żołnierze Wyklęci walczyli o Polskę demokratyczną. To ja zapytam: niby o jaką? Przecież nie o Polskę autorytarną, czy dyktaturę – z takimi rządami, narzucanymi przez komunistów – walczyli.

 

W kolejnej części – co charakterystyczne dla tekstów lewicowych hejterów – jest mowa o mordach na Żydach i Białorusinach. I atak na Antoniego Macierewicza za to zdanie: „Bez Żołnierzy Niezłomnych nie byłoby walki polskich rolników, robotników, nie byłoby walki polskiej młodzieży o niepodległość. Nie byłoby Niezależnego Związku «Solidarność». Nie byłoby wolnych wyborów. Nie byłoby parlamentu RP, nie byłoby rządu. Nie byłoby Polski niepodległej”.

 

Leszczyński komentuje: „Jest to oczywiście fantazja – np. „Solidarność” jednoznacznie odżegnywała się od walki zbrojnej, nie nawiązywała wcale do tradycji „wyklętych”, a III RP powstała na drodze pokojowych negocjacji z rządzącymi PRL komunistami. Nie wiadomo, dlaczego bez „wyklętych” miałoby nie dojść do wolnych wyborów cztery dekady później. Macierewicz nie wytłumaczył, dlaczego tak uważa”.

 

Fake Leszczyńskiego polega na kwestionowaniu wkładu Żołnierzy Wyklętych w sztafetę polskich pokoleń, walczących o odzyskanie niepodległości różnymi metodami (zresztą wielu Wyklętych nie walczyło z bronią w ręku, prowadząc np. działalność wywiadowczą, jak choćby rtm Witold Pilecki). Ale Leszczyński nie jest oryginalny – już komuniści wymazywali Wyklętych ze świadomości Polaków.

 

A zdanie Antoniego Macierewicza, że Wyklęci stanowią „główną istotę polskości”, Leszczyński uznał za „zwyczajnie obraźliwe wobec ich ofiar”. A ja uważam słowa Leszczyńskiego za obraźliwe wobec ofiar – ofiar Polaków zamordowanych przez Sowietów i komunistów. Np. obraźliwe wobec rtm Witolda Pileckiego.

 

Dalej Leszczyński odnosi się do mojego pomysłu dekomunizacji Powązek Wojskowych po uprzednim przejęciu cmentarza – należącego do miasta Warszawy – przez Skarb Państwa: „Byłoby to nowe osiągnięcie rządów PiS — czystka na cmentarzach”. Panie Leszczyński, błąd – nie jestem członkiem PiS i nie zamierzam przeprowadzać żadnych czystek na cmentarzach, tylko przenieść zbrodniarzy komunistycznych z Powązek Wojskowych na inny cmentarz komunalny, aby nie hańbili wyjątkowej polskiej nekropolii.

 

Dalej Leszczyński bajdurzy coś o Stanisławie Mikołajczyku – kompletnie nie na temat. Bo Mikołajczyk nie był wyklęty, tylko naiwny, a swoim wejściem do komunistycznego rządu legalizował władzę czerwonych zbrodniarzy i chamów.

 

Na koniec Leszczyński cieszy się z rocznicowego hejtu tzw. Lewicy, czyli de facto (post)komunistów. W ramach „happeningu” stołeczną ulicę Żołnierzy Wyklętych grupka lewackich działaczy przemianowała na ulicę ich ofiar, a obecna wśród nich posłanka Anna Maria Żukowska takimi słowami uczciła narodowe i państwowe święto: „Nie ma naszej zgodny na wrzucanie do jednego worka bohaterów takich, jak gen. Nil czy rotmistrz Pilecki, ze zbrodniarzami jak „Łupaszka”, „Ogień” czy członkowie Brygady Świętokrzyskiej”. Problem w tym, że to poprzednicy z PPR i PZPR wrzucali wszystkich wymienionych bohaterów może nie do jednego worka, tylko po zamordowaniu do bezimiennych dołów śmierci.

 

Na koniec Leszczyński bezkrytycznie cytuje Macieja Koniecznego: „Skończymy z prawicową propagandą, zreformujemy IPN, wymażemy morderców z przestrzeni publicznej polskich miast”. Żeby było jasne: lewicowy poseł nie ma na myśli komunistycznych patronów ulic, tylko Żołnierzy Wyklętych.

 

Tadeusz Płużański

Niedźwiedzia przysługa – ŁUKASZ WARZECHA o pomyśle szczepienia dziennikarzy

Czy dziennikarze powinni się znaleźć w uprzywilejowanej grupie uprawnionych do szczepienia w najszybszym możliwym terminie? Takie rozwiązanie zaproponowała Joanna Lichocka. „Włączmy do szczepień dziennikarzy – tych, na pierwszej linii, relacjonujących wydarzenia i tych, którzy muszą być w redakcjach, by media działały. To nie jest wielka grupa osób, a oni są narażeni nie mniej niż ludzie służb itp.” – napisała posłanka PiS na Twitterze. Lichocka zaproponowała, żeby kierownictwa redakcji wytypowały dziennikarzy owej „pierwszej linii”. Podparła się też przykładem mojego redakcyjnego kolegi Piotra Semki, który znalazł się w szpitalu, a za którego powrót do zdrowia wszyscy trzymamy kciuki.

 

Niestety, pomysł Lichockiej kompletnie nie trzyma się kupy, i to z wielu powodów. Nie chcę dłużej zatrzymywać się nad sytuacją Piotra Semki, ale jego przypadek jest kompletnie obok pomysłu Lichockiej, ponieważ Piotr nie jest dziennikarzem „pierwszej linii”, ale publicystą pracującym – jak większość publicystów dzisiaj – z domu, który starał się zachowywać jak najdalej idącą ostrożność. W tygodnikach zresztą w ogóle dziennikarzy „pierwszej linii” za wielu nie ma.

 

Pierwsza kwestia to sam mechanizm przenoszenia wirusa, o którym Lichocka chyba zapomniała. Szczepienie, owszem, chroni przede wszystkim przed ciężkim przebiegiem choroby, a w wielu przypadkach przed jej rozwinięciem w ogóle. Nie stanowi jednak ochrony – a w każdym razie jest to sprawa dyskusyjna – przed transmitowaniem wirusa do innych osób. To zaś oznacza, że jeśli w ogóle mielibyśmy podchwytywać pomysł Lichockiej, to sens miałaby jedynie akcja szczepienia całych redakcji bez podziału na pracowników pierwszoliniowych i pozostałych. Skoro bowiem ci pierwszoliniowi stykają się z ludźmi, którzy mogą ich zarazić, to z kolei oni, nawet po szczepieniu, mogą zarazić innych kolegów ze swoich redakcji.

 

Po drugie – kto miałby weryfikować, jaka grupa dziennikarzy zostaje wyznaczona do szczepienia? Skończyłoby się przecież na tym, że redakcje kierowałyby do punktów szczepień po prostu każdego chętnego. I co potem? Na miejscu jakiś pracownik służby zdrowia miałby sprawdzać, czy dana osoba faktycznie pracuje z ludźmi czy zdalnie i w ogóle się nikim poza najbliższymi nie kontaktuje? Czy może każda redakcja miałaby przyznany limit szczepień? Ale kto miałby go przyznawać i decydować o tym, czy jakieś medium może zaszczepić 10 czy 50 osób? Natychmiast pojawiłyby się zresztą oskarżenia o upolitycznianie akcji.

 

A co z mediami obywatelskimi, z małymi redakcjami internetowymi, z tymi wszystkimi osobami, które nazywają się same dziennikarzami, ale wątpliwe, czy nimi są? Realizacja pomysłu Lichockiej – nie mam wątpliwości – oznaczałaby powstanie w Polsce w błyskawicznym tempie przynajmniej kilkuset podmiotów medialnych, służących jedynie temu, że „pracujące” dla nich osoby mogły się zaszczepić. Zawód dziennikarza nie jest przecież w Polsce regulowany – i oby nigdy nie był.

 

Po trzecie – Lichocka uważa, że dziennikarzom się należy, bo muszą mieć nieustający kontakt z ludźmi. Cóż – to tak jak kasjerzy w sklepach, kierowcy taksówek i przedstawiciele setek innych profesji. Dlaczego akurat dziennikarze mieliby być wyróżnieni – doprawdy nie wiem. Niestety, jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, to to, że Joanna Lichocka dba po prostu o własny komfort, zakładając – raczej niesłusznie – że zaszczepieni dziennikarze nie będą zarażać polityków, z którymi przecież mimo wszystko wciąż jakiś kontakt – aczkolwiek ograniczony – mają.

 

Zresztą pomysł Lichockiej mieści się w błędnej moim zdaniem logice dotychczasowego systemu szczepień, wyznaczającej poszczególnym grupom wiekowym długie okresy wyłączności szczepień, w związku z czym na przykład dzisiejsi czterdziestoparolatkowie mają perspektywę szczepienia oddaloną o wiele miesięcy, o młodszych nie mówiąc. System powinien zostać możliwie szybko maksymalnie otwarty, zwłaszcza że duża część spośród starszych ludzi została już zaszczepiona przynajmniej jedną dawką. To zresztą zapowiedział niedawno minister Michał Dworczyk. Wiele osób czeka też na komercjalizację akcji szczepień, choć o tym na razie się nie mówi, zapewne z powodu wciąż trwającego niedostatku preparatów. Jeśli szczepionki byłyby dostępne komercyjnie, nie byłoby powodu, dla którego redakcje nie miałyby ich kupić dla przynajmniej części swoich pracowników, podobnie zresztą jak wiele zakładów pracy.

 

Otwarcie programu szczepień dla wszystkich grup wiekowych oraz komercjalizacja szczepionek to najlepszy sposób na zakończenie niesmacznych rywalizacji o to, kto dostąpi szybciej szczęścia (zdaniem niektórych, bo opinie są tu przecież również podzielone) zaszczepienia się. Dziennikarze zaś nie mają powodu być tu grupą wyjątkowo uprzywilejowaną. Joanna Lichocka zrobiła środowisku niedźwiedzią przysługę. Na szczęście jako polityk, już nie jako dziennikarz.

 

Łukasz Warzecha

Informacja dotycząca sytuacji w Domu Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym

W związku z zaostrzającą się pandemią koronawirusa i przedłużeniem zamknięcia hoteli i restauracji Zarząd Główny SDP podjął 24 marca 2021 r. decyzję o kontynuowaniu zmniejszenia wymiaru czasu pracy osób zatrudnionych w DPT do ½ etatu. Działanie to spowodowane jest trudnościami analogicznymi do tych, jakie przeżywa obecnie branża hotelarska w całym kraju, aktualnie Dom Pracy Twórczej jest zamknięty dla gości i turystów od listopada 2020 r.

 

W dniu 29 marca br. doszło do bezpośredniego spotkania przedstawicieli ZG SDP reprezentowanego przez Krzysztofa Skowrońskiego, prezesa ZG SDP i Jolantę Hajdasz, wiceprezes SDP z pracownikami DPT . W trakcie rozmów przedstawiciele SDP zaproponowali dodatkowo podwyższenie wymiaru czasu pracy w stosunku do pierwotnej propozycji Zarządu o ¼, czyli pozostawienie 75% wynagrodzenia każdemu pracownikowi mimo pełnego lockdownu na okres 1 miesiąca. Propozycję tę przyjęły 3 osoby, a 8 osób podpisało wypowiedzenie umowy o pracę z zachowaniem 3 miesięcznego okresu wypowiedzenia. Pracownicy DPT od początku pandemii otrzymywali pełne wynagrodzenie z wyjątkiem pierwszego lockdownu – marzec, kwiecień, maj 2020 r., gdy otrzymywali 80% swojego wynagrodzenia, oraz z wyjątkiem okresu luty – marzec 2021, gdy otrzymywali połowę wynagrodzenia. Rozmowy odbyły się w Kazimierzu Dolnym w obecności dyrektora Andrzeja Kociuby oraz wicedyrektor biura ZG SDP Agnieszki Wójcik.

 

TVN zapowiada rezygnację z umów śmieciowych. CMWP SDP apelowało w tej sprawie 3 marca br.

CMWP SDP z nadzieją i satysfakcją przyjmuje deklarację Telewizji TVN  o likwidacji umów śmieciowych  w stacji do końca czerwca br. Deklaracja taka została złożona na łamach portalu Wirtualnemedia.pl  26 marca br. Portal poinformował, że TVN Grupa Discovery  oświadczyła, iż  kilkuset pracowników TVN24 otrzyma umowy o pracę. W ich obronie apelowało CMWP SDP.  

 

3 marca br. CMWP SDP wystosowało publiczny apel o wyjaśnienie zarzutów pracowników i byłych pracowników telewizji TVN na temat łamania praw pracowniczych oraz niewłaściwych metod zarządzania stacją skutkujących m.in. działaniami o charakterze cenzury prewencyjnej.   W opublikowanym stanowisku CMWP SDP podkreśliło, iż ze względu na pozycję telewizji TVN na polskim rynku medialnym oraz związane z nią oddziaływanie na społeczeństwo, zarzuty te powinny stać się przedmiotem kontroli odpowiednich organów państwa nadzorujących media elektroniczne oraz instytucji zajmujących się przestrzeganiem w Polsce prawa pracy.

 

26 marca br. portal Wirtulanemedia.pl poinformował, iż podczas spotkań z poszczególnymi zespołami TVN24 na platformie komunikacyjnej Zoom (nie podano daty tych spotkań) TVN Grupa Discovery  przekazała pracownikom wiadomość, że ich dotychczasowe umowy (w dużej części umowy o dzieło, zlecenia lub B2B z osobami prowadzącymi jednoosobowe działalności gospodarcze) zostaną zmienione na umowy o pracę. Większość tych osób ma od kwietnia indywidualnie renegocjować warunki zatrudnienia ze swoimi szefami. Proces zmian warunków zatrudnienia w Grupie ma potrwać od kwietnia do końca czerwca.

 

Portal Wirtulanemedia.pl  cytuje  biuro prasowe spółki :  Jak większość firm medialnych część zadań realizujemy przy pomocy zasobów zewnętrznych. To się nie zmieni, gdyż jest uzasadnione charakterem i specyfiką produkcji telewizyjnej oraz potrzebne w naszym biznesie i w branży, którą reprezentujemy – czytamy w odpowiedzi. – Jednocześnie dążymy do stworzenia wszystkim osobom w naszej firmie najlepszych warunków do rozwoju i współpracy. Dlatego od momentu połączenia sił Discovery i TVN konsekwentnie weryfikujemy podstawy pracy i współpracy stosowane w naszej firmie. W rezultacie, w ciągu ostatnich kilku lat umowy o pracę otrzymało około 400 osób – stwierdza spółka. Zaznacza, że w tym roku, “kontynuuje ten proces”. – Oznacza to, że planujemy zaoferować umowy o pracę kilkuset osobom. O tym, komu je zaproponujemy zdecyduje stale prowadzona analiza sposobu pracy poszczególnych zespołów i osób oraz przyszłe potrzeby biznesowe firmy – dowiedział się portal Wirtualnemedia.pl.

 

CMWP SDP zaapelowało o wyjaśnienie zarzutów pracowników i byłych pracowników telewizji TVN na temat łamania praw pracowniczych oraz niewłaściwych metod zarządzania stacją skutkujących m.in. działaniami o charakterze cenzury prewencyjnej  już 3 marca b.r. , po tym jak w mediach społecznościowych opublikował wpisy na ten  temat były operator stacji Kamil Rożalski  oraz grupa anonimowych pracowników TVN , która rozesłała do ponad 140 podmiotów list otwarty na ten temat.  W publicznym stanowisku CMWP SDP oświadczyło, iż względu na pozycję telewizji TVN na polskim rynku medialnym oraz związane z nią oddziaływanie na społeczeństwo zarzuty te powinny stać się przedmiotem kontroli odpowiednich organów państwa nadzorujących media elektroniczne oraz instytucji zajmujących się przestrzeganiem w Polsce prawa pracy.  

 

Więcej na ten temat TUTAJ.

 

Stanowisko CMWP SDP z 3 marca 2021 TUTAJ.

 

Fot. Wikipedia

MACIEJ MACIEJOWSKI: Warto bronić mediów publicznych

Jeżeli obecnie rządząca ekipa nie podejmie próby reformy mediów publicznych, kolejna postąpi zgodnie ze swoimi deklaracjami, aby je „zaorać”.

 

Redaktor Łukasz Warzecha i mój drogi kolega Jan Pawlicki rozpoczęli dyskusję o przyszłości mediów publicznych. Na dyskusję tego typu nigdy nie ma dobrego momentu. Zawsze istnieje ryzyko, że jej uczestnicy zostaną wpisani w bieżący spór polityczny. Ale milczenie konserwatywnej części środowiska dziennikarskiego oznacza oddanie walkowerem pola lewicy popierającej szkodliwe, w moim przekonaniu, koncepcje przedstawione przez Koalicję Obywatelską.

 

Dla liberalnej części sceny politycznej, media publiczne nigdy nie były specjalną wartością. W polityce „ciepłej wody w kranie” nie mieści się kultywowanie dziedzictwa narodowego i dbanie o rozwój kultury czy kształtowanie postaw patriotycznych. Druga strona sceny nie przedstawiła natomiast żadnej koncepcji ładu medialnego od czasu powołania na początku poprzedniej kadencji Sejmu „Rady Mediów Narodowych bez powołania mediów narodowych”, jak opisał to ówczesny poseł Piotr Liroy-Marzec. Nasze środowisko dotychczas próbowało wpływać na decydentów nie artykułując publicznie zarzutów. Jednak, podobnie jak Rafał Ziemkiewicz w sprawie PISF, tak w sprawie mediów publicznych ktoś musiał powiedzieć, że król jest nagi.

 

W czasach, gdy wspomniany przez Warzechę Bronisław Wildstein kierował Telewizją Republika, nie głosił koncepcji „pluralizmu rozszerzonego”. Na kolegiach redakcyjnych mówił, że tworzymy telewizję konserwatywną i pokazującą warsztatowo dobre dziennikarstwo. Z taką koncepcją się zgadzałem, z tym co zrobili jego następcy, także w TVP, już nie bardzo.  Zwłaszcza, że pamiętam jeszcze jak za, tak wówczas krytykowanej, prezesury Roberta Kwiatkowskiego w publicznej telewizji został zawieszony Piotr Gemabrowski. Nie ma porównania z dzisiejszymi standardami. Wiele lat pracy zarówno w mediach komercyjnych i publicznych, jak i w organie nadzoru nad ryzkiem medialnym nauczyły mnie całościowego spojrzenia na funkcjonowanie mediów. Dlatego za krótkiej prezesury Romualda Orła współtworzyłem strategię rozwoju TVP w jej zakresie dotyczącym ustawy medialnej i abonamentu.

 

Społeczeństwo patrzy na media publiczne przez pryzmat TVP, a na samą telewizję przez pryzmat publicystyki i informacji. Czyni to media publiczne obiektem złych emocji, które nigdy nie są dobrym doradcą. Jednak, jeżeli obecnie rządząca ekipa nie podejmie próby reformy mediów publicznych, kolejna postąpi zgodnie ze swoimi deklaracjami, aby je „zaorać”. Jeżeli uznajemy media publiczne za wartość, którą należy chronić, musimy skłonić decydentów do działania. Nie chodzi tu o personalia czy pieniądze. Rzecz idzie o przyszłość kultury narodowej.

 

Osobiście opowiadam się za budżetowym finansowaniem mediów publicznych. Abonament miał być daniną podkreślającą właśnie publiczny charakter mediów. W obecnej sytuacji wydaje się on nie do utrzymania. Sam nie chciałbym finansować mediów krytykujących moje poglądy. Jednocześnie sprzeciwiam się oddaniu kontroli nad mediami publicznymi twórcom. Ludzie, którzy z mediów żyją i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje działania nie mogą dysponować ogromnymi środkami publicznymi. Odpowiedzialność taką ponoszą politycy. Problem polega na zagwarantowaniu pluralizmu organów decyzyjnych, ale to już kwestia legislacyjna.

 

Maciej Maciejowski

Apel o dekomunizację Powązek Wojskowych

Ponad 30 dziennikarzy, wśród nich prezes SDP i redaktor naczelny Radia Wnet Krzysztof Skowroński,  podpisało się pod apelem do władz o podjęcie działań, które doprowadziłby do przeniesienia grobów komunistycznych zbrodniarzy z Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.

 

Apel w tej sprawie, adresowany „Do najwyższych władz Rzeczpospolitej Polskiej’, opublikował portal wPolityce.pl. Czytamy w nim:

 

„Cmentarz Powązki Wojskowe w Warszawie to wyjątkowa polska nekropolia. Taki charakter miała w wolnej, niepodległej II Rzeczpospolitej, bo po 1945 r. została – jak cała Polska – zawłaszczona przez komunistów. Ten stan trwa do dziś.

 

Nielegalna, bo narzucona nam przez sowietów siłą, nigdy nie wybrana przez Polaków komunistyczna władza przejęła przede wszystkim Aleję Zasłużonych, gdzie nadal spoczywają ludzie Moskwy, jak współautor antysemickiej nagonki w 1968 r. i masakry robotników na Wybrzeżu w 1970 r. Władysław Gomułka; wiceszef bezpieki, twórca i pierwszy komendant Milicji Obywatelskiej Franciszek Jóźwiak; czy tzw. prezydent, a naprawdę naczelny zbrodniarz Bolesław Bierut – główny morderca Żołnierzy Wyklętych, który podpisał na nich tysiące wyroków śmierci.”

 

Autorzy apelu podkreślają, że „groby komunistycznych oprawców sąsiadują z mogiłami powstańców styczniowych, wielkopolskich, żołnierzy wojny polsko-bolszewickiej 1920 r., września 1939 r., Armii Krajowej i Powstańców Warszawskich.”

 

„Dlatego my, niżej podpisani, apelujemy do najwyższych władz Rzeczpospolitej Polskiej o zakończenie tej schizofrenicznej sytuacji. A ponieważ dotychczasowy właściciel cmentarza nie zamierza rozwiązać problemu – należy wywłaszczyć Powązki Wojskowe na rzecz Skarbu Państwa, tak jak stało się to z Placem Piłsudskiego w Warszawie i terenem Westerplatte w Gdańsku.

 

Jeśli Polska ma by krajem rzeczywiście praworządnym i sprawiedliwym – Powązki Wojskowe muszą zostać ponownie – wzorem wolnej i niepodległej II Rzeczpospolitej – polskim cmentarzem, nekropolią chwały Polaków, polskich żołnierzy, polskich autorytetów, a nie zbrodniarzy komunistycznych”.

 

Pod apelem podpisało się ponad 30 dziennikarzy, a wśród nich m.in. Krzysztof Skowroński, prezes SDP, redaktor naczelny Radia Wnet, Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy, Witold Gadowski, publicysta, wiceprezes SDP, Jacek Karnowski, redaktor naczelny „Sieci”, Michał Karnowski, dziennikarz „Sieci”, Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, Dorota Kania,redaktor naczelna TV Republika , Michał Rachoń, dziennikarz TVP,  Adrian Stankowski, redaktor naczelny portalu „Gazeta Polska Codziennie” , Wojciech Wybranowski, dziennikarz, Cezary Gmyz, korespondent TVP w Berlinie, Wiktor Świetlik, publicysta.

 

Cały apel wraz pełną listą sygnatariuszy można przeczytać TUTAJ.

 

O dekomunizacji Powązek Wojskowych pisał na naszym portalu Tadeusz Płużański (TUTAJ).

 

opr. jka, źródło: wPolityce.pl, fot. Wikipedia

 

 

MIROSŁAW USIDUS: O wyższości Pornhuba nad Twitterem

Gdy powstał równo 15 lat temu, traktowano go jako zabawny gadżecik, nieco dziwaczną, ale w gruncie rzeczy niewinną zabawkę  Dziś Twitter ma zaciętą gębę brutalnego cenzorrysty, tonie w obłudzie i nie widzi problemu w rzeczach paskudnych – krzywdzie najmłodszych.

 

„Happy birthday, Twitter!” – życzą ulubionej platformie promocyjno-komunikacyjnej naszych polityków, publicystów, moralizatorów i besserwisserów wszelkiej maści, nieletnie ofiary przemocy i wykorzystywania seksualnego, które ofiarami zostały dzięki kończącej 15 lat platformie, a która w przypadkach nadużyć seksualnych wobec nieletnich i pornografii dziecięcej „nie widzi problemu”.

 

Filmowych życzeń dla przyjaznego pornografii dziecięcej mikroblogowego serwisu wysłuchać można na YouTube, pod tym adresem: https://www.youtube.com/watch?v=QbNh6L7sybw.

 

Kampania, w której za skrzywdzone dzieci z oczywistych względów wypowiadają się wynajęci aktorzy, jest inicjatywą Kanadyjskiego Centrum Ochrony Dzieci, przygotowaną specjalnie na piętnaste urodziny Twittera. Towarzyszy jej hasztag #TwitterBirthdayPlea.

 

Ofiary seksualnych przestępstw z okazji urodzin przypominają Twitterowi swoje historie, gdy próbowały administracji serwisu zgłosić nadużycia i krzywdy wyrządzone im przez przestępców seksualnych na platformie, a ta ignorowała skargi lub wręcz twierdziła, że zasady nie zostały naruszone. Problem przestępczości wobec nieletnich na tle seksualnym na Twitterze nie maleje lecz narasta. Organizacja o nazwie National Centre For Missing and Exploited Children, podaje, że ilość publikowanych na Twitterze materiałów wiążących się z seksualnym wykorzystywaniem dzieci wzrosła w ubiegłym roku o 41 proc.

 

Pornografia dziecięca nie zarusza zasad Twittera

 

– taką odpowiedź otrzymują ludzie, którzy zgłaszają tego rodzaju treści do administracji serwisu. Narusza je za to próba opublikowania matematycznej analizy anomalii w rozkładzie głosów na Bidena, za co zostałem zbanowany ja lub generalnie krytyka polityki Bidena, za co Twitter zablokował ostatnio kandydata na senatora w stanie Ohio. Naruszają ja reportaże o tragicznych warunkach w amerykańskich obozach przejściowych dla imigrantów przybyłych do USA na wyraźnie formułowane do niedawna zaproszenie prezydenta Joe Bidena.

 

Wygląda na to, że Twitter, niczym sprawny dział komunistycznej propagandy, skupia się na ochronie „drogiego przywódcy” Joe Bidena przed wszelką krytyką. Dzieci będące ofiarami seksualnych predatorów nie mogą liczyć na tej platformie na nic. Chyba, że publikowana treść dotyczy dzieci, które znalazły się na jednym zdjęciu z Bidenem. Nie będę się rozwodził na tym nurtem memów. Zainteresowani mogą łatwo sprawdzić, na czym polega wątek Bidena i dzieci w internetowych subkulturach.

Podsumowanie Twittera po piętnastu latach istnienia jest ponure a nawet przerażające. Gdy powstał, traktowano go jako zabawny gadżecik, nieco dziwaczną, ale w gruncie rzeczy niewinną zabawkę, wyróżniającą się ekstrawaganckim w swojej lapidarności pomysłem na tle kwitnącej wówczas mody na blogi internetowe. Dziś Twitter nie jest już niewinnie śmiesznym, dla jednych głupawym, dla innych uroczo ćwierkającym ptaszkiem. Ma zaciętą gębę brutalnego cenzorrysty i tonie w obłudzie jednostronnej cenzury politycznej. W dodatku, tępiąc z jednej strony nielewicowe treści, z drugiej – toleruje i nie widzi problemu w rzeczach paskudnych, wyrządzających ludziom, także tym najmłodszym i bezbronnym, prawdziwe krzywdy i szkody.

 

Gdy parę miesięcy temu pisałem o bezwzględnym cenzorryzmie politycznym Twittera, reakcją większości, także tych przywiązanych do wartości i zazwyczaj zasadniczych ludzi, którzy tak chętnie publikują okrągłe, mądre i umoralniające zdania na Twitterze, było wypowiedziane lub niewypowiedziane „oj, tam”.

 

Ani pełnej słów o zasadach prawicy, ani, zawsze gotowej do hałaśliwego napiętnowania bezczynności hierarchów kościelnych wobec pedofilii wśród księży, lewicy, najwyraźniej nie przeszkadza to, że administracja i moderacja Twittera notorycznie „nie widzi naruszenia swoich zasad” w publikowaniu na ich ulubionej platformie pornograficznych zdjęć np. ofiar handlu dziećmi do celów seksualnych.

 

Nawiązuję do konkretnej sprawy – procesu wytoczonego Twitterowi w Kalifornii za to, że nie tylko tolerował materiały przedstawiające akty seksualne z 13-latkiem, ale wręcz na nich zarabiał. Ofiarą był chłopiec, który trafił w ręce internetowych oszustów i szantażystów. Materiały wideo o charakterze pornograficznym, przedstawiające go, zostały opublikowane na Twitterze w 2019 r. Gdy potem zostały zgłoszone przez matkę chłopca, administracja platformy, działająca błyskawicznie gdy chodzi o zamykanie ust przeciwnikom lewicowej ortodoksji, a nawet ostatnio stosująca wręcz zautomatyzowaną cenzurę polityczną, w ogóle nie reagowała.

W końcu, po upływie wielu tygodni, gdy pornograficzne filmy z udziałem dziecka osiągnęły zasięgi liczone w dziesiątkach tysięcy, chłopiec i jego matka otrzymali od administracji Twittera odpowiedź następującą: „Dziękujemy za skontaktowanie się z nami. Przejrzeliśmy zawartość i nie znaleźliśmy naruszenia naszych zasad, więc w tym momencie nie zostaną podjęte żadne działania”.

 

Skarżący odpisali Twitterowi: „Co to znaczy, że nie widzicie problemu? Jesteśmy niepełnoletni i byliśmy niepełnoletni w momencie nagrywania tych filmów. Mieliśmy po 13 lat. Byliśmy zwiedzeni, nękani i zastraszaniem zmuszani do nagrania filmów, które są teraz publikowane bez naszej zgody”. Przesłali nawet numer sprawy, która była już w organach ścigania. Administracja serwisu niewzruszenie stała na pozycji, że pornografia dziecięca to rzecz całkowicie dopuszczalna na Twitterze.

 

Pomogła dopiero interwencja przedstawiciela Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego Stanów Zjednoczonych, powiadomionego przez matkę ofiary. Bez interwencji służb pornografia dziecięca Twitterowi nie przeszkadzała. Pozew przeciw waszej ulubionej platformie komunikacyjnej idzie dalej niż pojedyncza skarga. Formułowany jest w nim zarzut, że Twitter świadomie pozwala operować i korzystać ze swoich usług osobom rozpowszechniającym pornografię dziecięcą i czerpiącym z tego profity. W domyśle – Twitter sam czerpie niemałe profity z dystrybucji pornografii dziecięcej.

 

Czy świetle tej sprawy znajdą się chętni do obrony Twittera przed władzami Rosji, które kilka dni temu nakazały platformie usunąć nielegalne treści, z naciskiem m. in. na dziecięcą pornografię? W przeciwnym razie Twitter zostanie zablokowany w tym kraju. Owszem w przypadku Rosji ma to zapach pretekstu mającego na celu eliminację z tamtejszego rynku środka komunikacji, nad którym Kreml nie ma kontroli, ale przecież Twitter naprawdę pozwala na publikację dziecięcej pornografii. To wiemy na pewno. Jakoś nie ma we mnie silnej chęci obrony Twittera przed działaniami rosyjskich władz.

 

Twitter wierzy w wolność słowa, ale nie dla każdego

 

Tak jak niedawno niewiele było chętnych do obrony platformy przed blokadą wyborczą w Ugandzie. Po jego ekscesach z cenzurą polityczną podczas wyborów prezydenckich w USA tylko skrajni naiwniacy kupują komunikaty przedstawicieli Twittera głoszące, że „zapewnia on swobodę komunikacji i wypowiedzi”. W zapewnianiu mu wolności wypowiedzi pomóc mu chcą prawodawcy w wielu krajach, np. w Meksyku, Brazylii czy w Indiach, gdzie projektuje się przepisy gwarantujące wolność słowa w sieciach społecznościowych. Twitterowi jednak, podobnie jak równie miłującym wolność słowa kolegom w Facebooka, pomysły te są nie w smak. Politycy bowiem w wymienionych krajach chcą wolności wypowiedzi dla każdego. Nie tak Twitter wyobraża sobie „swobodę komunikacji i wypowiedzi”.

Jak sobie ową „wolność” wyobraża. Pisałem o tym na portalu SDP niejeden raz. Twitter ocenzurował wpisy prezydenta Donalda Trumpa na długo przed wyborami w listopadzie, tolerując jednocześnie hejt i wezwania do przemocy publikowane przez lewicę, zwłaszcza terrorystów z Black Lives Matter. Konserwatywne media wiele razy zwracały uwagę, że platforma społecznościowa nie reagowała w żaden sposób, gdy przestępcy korzystający z zamieszek po śmierci George’a Floyda koordynowali swoje łupieskie napady na sklepy za pomocą Twittera właśnie. Nawet zgłaszanie postów zamieszczonych tam przez pospolitych złodziei nie pomagało.

 

Twitter pozwalał w najlepsze publikować Shaunowi Kingowi, znanemu agitatorowi neomarksistowskiego ruchu Black Lives Matter, w których nawoływał do niszczenia posągów, witraży i fresków przedstawiających „białego Jezusa”. Podwójne standardy, pisali krytycy, to na Twitterze standard.

 

W maju ub. roku znany konserwatywny senator z Teksasu, Ted Cruz, oskarżył prezesa Twittera Jacka Dorseya o uciszanie „autentycznych politycznych wypowiedzi Amerykanów przy jednoczesnej pobłażliwości dla terrorystycznych zagrożeń ze strony Iranu”. Wezwał Departament Sprawiedliwości i Departament Skarbu do wszczęcia dochodzenia karnego w związku z zarzutami, że Twitter łamie sankcje USA wobec Iranu, które zabraniają amerykańskim firmom dostarczania towarów i usług dla najwyższych urzędników Iranu. Mówiąc konkretniej chodzi o to, że Twitter pozwala irańskim przywódcom na posiadanie kont na swojej platformie. Wcześniej, w lutym z jego inicjatywy wysłany został list od republikańskich senatorów do Dorseya, wzywający firmę do zakazania działalności irańskim przywódcom, w tym Alemu Chamenei i irańskiemu ministrowi spraw zagranicznych Mohammadowi Javadowi Zarifowi. W odpowiedzi Twitter oświadczył, że jego serwis jest zwolniony z sankcji i że udostępnienie jego technik komunikacji ma krytyczne znaczenie w dobie pandemii koronawirusa.

 

Jack Dorsey, szef Twittera proponuje „redagowanie tweetów światowych liderów”, przede wszystkim, jak należy się domyślać, takich przywódców jak Trump, bo chyba nie irańskich. Robić to chce pod hasłem „walki z dezinformacją” i o tym, co ową dezinformacją jest, decydować ma oczywiście administracja Twittera, która jest tak bezstronna jak sędziowie w polskich procesach AK-owców w latach 50-tych.

 

O tym że ludzie kierujący Twitterem i pracujący dla platformy maszerują w jednym szeregu z bełkotliwymi hasłami neomarksistoskiej rewolucji, świadczy wiele faktów, wielokrotne przypadki jednostronnego prześladowania politycznego prawicowych komentatorów czy satyryków. Jak też dowody wierzeń i przekonań dominujących w tym środowisku. Wiele jeśli nie wszystko mówi o nich choćby pochodząca z początku lipca 2020 roku, informacja o rugowaniu z języka technicznego i korporacyjnego w tej firmie takich słów jak „Whitelist” (bo rasizm), „Man Hours” (bo męski suprematyzm) i „He, Him, His” (bo niezgodne z genderową ortodoksją).

 

Etyka serwisu porno zamiast porno-etyki Twittera

 

Mógłbym o przykładach bezwzględnej cenzury pisać i pisać. Było ich tak wiele i wciąż są nowe, oburzające w swojej bolszewickiej bezczelności i obłudzie. Widzę jednak, że robi to wrażenie na niewielu. Reakcja większości, także osób gotowych o każdej porze dnia i nocy z zaangażowaniem mówić o zasadach, o wolności słowa, to wspomniane wcześniej „oj, tam”. „Oj tam, wolność słowa”. „Oj, tam pornografia dziecięca”. I dalej używamy sobie na twitterku, jak gdyby nigdy nic.

 

No więc pomyślałem sobie – dlaczego wszystkie te godne szacunku postacie, politycy, autorytety, instytucje nie użyją do komunikacji i promocji Pornhuba? Jest to platforma etycznie przewyższająca Twittera. Pornhub, jako serwis z definicji pornograficzny, żwawo i zdecydowanie reaguje na doniesienia o treściach przedstawiających seks z nieletnimi, które publikują użytkownicy. W grudniu 2020 r. o wielkiej czystce takich i innych zakazanych prawem treści na Pornhubie donosił m. in. „The Guardian”. O cenzurze politycznej na Pornhubie nic nie wiadomo. W każdym razie ja nie znam przykładów politycznego cenzorryzmu na ten platformie.

 

Nie widzę więc silnych argumentów za tym, że Twitter jest w jakikolwiek sposób lepszy niż Pornhub. W rzeczywistości, to co napisałem wyżej, dowodzi czegoś całkowicie odwrotnego – że to Pornhub jest lepszy niż Twitter. Aha, mogę zapewnić, że zasięgi będą, znacznie lepsze niż na Twitterze.

 

Mirosław Usidus