UOKiK o decyzji sądu wstrzymującej przejęcie Polska Press przez Orlen

Sąd w sposób nieuprawniony przyjął, że złożenie odwołania od decyzji automatycznie powinno skutkować koniecznością jej wstrzymania. To niepokojący precedens, który może godzić w prawa przedsiębiorców – stwierdził prezes UOKiK Tomasz Chróstny  w swoim stanowisku po decyzji sądu wstrzymującej przejęcie Polska Press przez PKN Orlen.

 

W poniedziałek Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar poinformował, że 8 kwietnia Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, w związku ze złożonym przez niego wnioskiem, wydał postanowienie o wstrzymanie wykonania decyzji prezesa UOKiK wydającej zgodę na przejęcie przez PKN Orlen Polska Press (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

We wtorek swoje stanowisko w tej sprawie przedstawił prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

 

„Sąd, wydając postanowienie, nie odnosił się do merytorycznych zagadnień w zakresie tego, czy decyzja została wydana zgodnie z ustawą o ochronie konkurencji i konsumentów i w oparciu o przewidziane prawem kryteria” – czytamy w nim.

 

Podkreślono, że postanowienie sądu dotyczy wyłącznie kwestii możliwości „zawieszenia” wykonywania decyzji do czasu rozstrzygnięcia wniesionego przez Rzecznika Praw Obywatelskich odwołania.

 

Dalej UOKiK informuje, że swoje stanowisko i akta sprawy przekazał do sądu 7 kwietnia.

 

„Chronologia zdarzeń wskazuje, że sąd wydając przedmiotowe postanowienie, mógł nie zapoznać się ze stanowiskiem Prezesa UOKiK oraz z aktami sprawy zgromadzonymi w toku postępowania administracyjnego. Zarówno opisane powyżej wydarzenia jak i treść uzasadnienia wskazują, że sąd na etapie wydawania postanowienia o zastosowaniu bardzo poważnego środka tymczasowego nie podjął się oceny merytorycznych przesłanek wstrzymania decyzji, w tym braku potencjalnych skutków dla konkurencji. Podobnie nie zweryfikowano tego, czy zastosowanie środka tymczasowego jest uzasadnione podnoszonymi przez RPO argumentami” – napisano w komunikacie UOKiK.

 

Tomasz Chróstny ocenił, iż  „sąd w sposób nieuprawniony przyjął, że złożenie odwołania od decyzji automatycznie powinno skutkować koniecznością jej wstrzymania. Automatyczne wstrzymywanie zgód koncentracyjnych, gdy wątpliwości co do zasadności decyzji nie znajdują solidnych podstaw, jest niepokojącym precedensem, który niewątpliwie może godzić w prawa przedsiębiorców.”

 

Dodał, że urząd analizuje dalsze kroki prawne, w tym możliwość wzruszenia postanowienia sądu, oraz zamierza złożyć do sądu wniosek o przyspieszenie rozstrzygnięcia odwołania RPO od wydanej decyzji.

 

„Odwołanie w głównej mierze podnosi zarzut nieuwzględnienia przez Prezesa UOKiK pozaustawowych przesłanek wydania zgody, których analiza pozostaje poza kompetencją organu ochrony konkurencji. Tym bardziej zaskakuje wydanie środka tymczasowego tak dalece ingerującego w prawa przedsiębiorców bez nawet pobieżnej analizy prawnej tego zagadnienia” – podkreślił prezes UOKiK.

 

opr. jka, źródło: UOKiK

 

Na rozdrożu – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI analizuje rynek radiowy

Czy cyfrowe zmiany na rynku radiowym są rewolucyjne, czy też nadchodzą wolniej, niż to prognozowano? Czy każdy, kto nadaje program audio w sieci, jest dziennikarzem radiowym i jakie mogą być konsekwencje odpowiedzi na to pytanie?

 

Przestrajanie „jamnika”

 

Początek lat dziewięćdziesiątych i zmiany częstotliwości przyniosły konieczność przestrajania starszych radioodbiorników i popularnych „jamników”, kupowanych na bazarach od handlarzy przybyłych zza wschodniej granicy[1]. Zaczęły pojawiać się stacje komercyjne, które rywalizowały o koncesję i o słuchaczy. Powstawały hałaśliwe i szybkie programy dla młodych odbiorców, ale pozostały i stabilne formaty z trącącymi nieco myszką koncertami życzeń. Nim przestroiliśmy nasze „jamniki”, świat pracował już nad cyfrową transmisją audio (DAB – Digital Audio Broadcasting). W Unii Europejskiej, do której wciąż nam wówczas było daleko, projekt ten wsparł program Eureka 147. Miał on dać firmom i nadawcom ze starego kontynentu wyraźną przewagę konkurencyjną w zdigitalizowanym świecie. Gdy pierwszy raz wprowadzono DAB w 1995 roku, wydawało się, że proces cyfryzacji radia potoczy się błyskawicznie. Tak się nie stało, a w obszernym raporcie z 2008 roku „The Future of Radio is Still Digital – But Which One? Expert Perspectives and Future Scenarios for Radio Media in 2015” grono uczonych (Marko Ala-Fossi, Stephen Lax, Brian O’Neill, Per JauertHelen Shaw) postawiło pytanie: czy w ogóle tędy droga?[2] Wspomniany zespół profesorski zwrócił uwagę, że rozwijają się różne technologie cyfrowe, radio staje się częścią multimedialnych platform, powstają urządzenia o niesamowitych możliwościach łączenia różnych usług, ale skomplikowane i drogie, a siłą radia ostatnich lat była m.in. jego prostota. Dostrzeżono też atuty dostarczanie treści na żądanie (nagrania audycji, które później można odtworzyć, audiobooki i podcasty). Zaznaczono, że wpływ na kierunki rozwoju mają czynniki ekonomiczne, ale i polityczne, czy szerzej publiczne, odnoszące się do roli regulatora rynku. Być może najistotniejsza była jednak konkluzja zawarta w ostatnim zdaniu, że nieważne, jaką drogą technologiczną pójdzie świat, najważniejsi dla kierunków rozwoju radia będą ludzie – słuchacze – którzy będę mieli wpływ na treściową zawartość tych mediów, na ofertę programową.

 

Dwie dekady doświadczeń

 

Już w 2001 roku XM i Sirius w USA zaczęły dostarczać muzykę i treści audio w formie cyfrowej. Nastąpił wówczas przełom, który dziś trudno zrozumieć. Otóż odbiorcy zaczęli płacić za treści audio, które dotąd uważano za bezpłatne. Warto podkreślić, że część z oferowanych kanałów nadawała swój program bez reklam. Stacje lokalne dzięki drodze cyfrowej od razu mogły mieć krajowy zasięg. Nie musiały też walczyć o koncesję. Pojawiły się wyspecjalizowane „mikro kategorie”, programy docierające do wąskich grup słuchaczy. Analizując ten okres dla Encyklopedii „Britannica” Christopher H. Sterling stwierdził, że serwisy internetowe, które pozwalały na legalne lub nielegalne pobieranie muzyki i tworzenie własnych playlist, stały się największą konkurencją dla radia (cyfrowego i analogowego) od czasu powstania telewizji[3]. Problemem w rozwoju okazała się jednak motoryzacja…

 

Urządzenia do odbioru radia cyfrowego w samochodzie były drogie, co stanowiło hamulec w rozwoju tej formy radiofonii. Badania od lat potwierdzają, że auto jest tym miejscem, w którym chętnie raczymy się dźwiękiem. Audycje oczywiście mają w tym wypadku swoją konkurencję – zaczynając od kaset złożonych z muzyki nagranej z… radia, poprzez płyty CD, aż po odtwarzacze MP3. Jolanta Dzierżyńska-Mielczarek, analizując audytorium sprzed dekady, stwierdziła, że najchętniej słuchaliśmy w Polsce radia w godzinach porannych (w domu i w samochodzie właśnie). Mniej więcej do 16:00 radio było wówczas medium dominującym. Potwierdzają to i obecne badania słuchalności[4]. Warto jednak zauważyć, że czas słuchania radia w ciągu doby skurczył się o 45 minut, porównując 2010 z 2001 r.[5] Analizujący ten sam okres Szymon Nożyński stwierdził, że Internet ma ogromny potencjał dla radia, również pod względem możliwości tworzenia własnego programu, ale wymaga od odbiorców sporych umiejętności technicznych[6]. To już przeszłość. Dziś poprzeczka technologiczna została znacznie obniżona.

 

Przyszłość, która nadeszła i wciąż nadchodzi

 

Postępowi technologicznemu towarzyszyły i wciąż towarzyszą nadzieje związane z dziennikarstwem, które według entuzjastów zdoła tą drogą oderwać się od korporacji, a autorzy zaczną nadawać własne programy, na wysokim poziomie, zapewniając ekspansję wybranym informacjom i mądre interpretacje wydarzeń. Taką konkluzję zawarli w swej wizji, zatytułowanej „The Future of Journalism: Networked Journalism” Bregtje van der Haak, Michael ParksManuel Castells[7]. Uczeni liczyli też na to, że wypromuje się dzięki temu liczne grono medialnych osobowości, dziennikarskich ekspertów. Z perspektywy III Rzeczypospolitej początku trzeciej dekady XXI wieku można zauważyć, że droga do tego bardzo daleka. Zwłaszcza w pod względem ekonomicznych fundamentów takiego biznesu. Należy się więc raczej spodziewać, że redakcje, udostępniając swoje nośniki cyfrowe i narzędzia promocyjne, pozwolą części dziennikarzy na realizowanie w sieci programów autorskich, oderwanych od obowiązującej ramówki, linii i formatu. Trudno przypuszczać, by właściciele mediów byli zainteresowani budowanie przez ich pracowników własnych, cyfrowych imperiów. Może się więc okazać, że i autorskie programu w formie radia na żądanie, będą bliższe dawnym redakcyjnym blogom, niż niczym nieskrępowanej swobodzie.

 

Słuchacze i technologia

 

Odbiorcy mediów, mają swoje ulubione chwile w ciągu dnia i tygodnia, w których chętnie przyjmą nowe treści, jak kot, który komunikuje, kiedy można go pogłaskać, a kiedy nie. Przeważnie wiedzą, czego chcą, a czego stanowczo nie chcą. Każda zmiana formatu następuje, a właściwie następować powinna, po odpowiednim „przygotowaniu gruntu”. Ucho ludzkie jest wrażliwe. Są zmiany, które słuchacze potrafią wybaczyć i takie, które są przez nich stanowczo nieakceptowane. Wystarczy spojrzeć na ostatnie lata funkcjonowania Radia Zet i Trójki. Zetka pożegnała się ze znaczną częścią zespołu. Odchodziły osobowości tak istotne jak: Monika Olejnik, Beata Pawlikowska, Marzena Chełminiak, Marek Starybrat, Marcin Kubat czy Tomasz Michniewicz. Według aktualnego rankingu RadioTrack (grudzień 2020 – luty 2021) stacja zachowała drugą pozycję na rynku z wynikiem 12,5%, czyli porównywalnym z tym sprzed roku. Trójka, z którą pożegnali się m.in. Marek NiedźwieckiWojciech Mann, klapnęła, jak przekłuty balon. Według pomiarów słuchalności RadioTrack sprzed roku (grudzień 2019 – luty 2020) stacja miała 5,6%, co dawało jej trzecie miejsce w rankingu redakcji ogólnopolskich (po RMF FM i Zet). Zgodnie z aktualną falą badań (grudzień 2020 – luty 2021) stacji ubyło prawie dwie trzecie słuchaczy. Trójka uzyskała 1,9%, co oznacza siódmą pozycję w tej grupie rozgłośni, między RMF Classic i Radiem Maryja[8]. Na bazie Trójki powstały dwie stacje – Radio Nowy Świat i Radio 357, z których żadne nie występowało o koncesję, stawiając od początku na internetowy kontakt ze słuchaczami. Nie rywalizują więc pod względem tradycyjnych pomiarów słuchalności.

 

Nadawać każdy może (trochę lepiej lub trochę gorzej…)

 

Nowoczesne technologie oraz łatwość w budowaniu własnych kanałów informacji, prostota narzędzi, ich dostępność i relatywnie niski koszt startu, sprawiają, że treści audio (bardzo różnej przy tym jakości, a często bez gwarancji wiarygodności, którą powinny zapewniać media tradycyjne) może dostarczać każdy. Niemieckie Ministerstwo Pracy (Bundesministerium für Arbeit und Soziales) w analizach zagadnienia Praca 4.0[9], określiło to zjawisko mianem „uberyzacji”, ponieważ Uber Technologies Inc. nie jest firmą transportową, a jednak konkuruje na rynku usług i dostaw i to z powodzeniem. Analogicznie w świecie audio profesjonalne redakcje, rywalizują dziś o uwagę i czas słuchaczy z produkcjami indywidualnymi. Tak, jak to było w przypadku blogów, wystarczy odrobina sprzętu i konto w bezpłatnym serwisie. Niesie to za sobą szereg konsekwencji. UNESCO w raporcie z cyklu poświęconego wolnościom w Internecie, zatytułowanym: „Protecting Journalism Sources in the Digital Age”, porusza ważką sprawę. Odpowiedź na pytanie o to, kto w danym kraju jest dziennikarzem, determinuje odpowiedź na stricte związaną z wolnością i bezpieczeństwem kwestię: czy źródła jego informacji korzystają z ochrony na zasadach tajemnicy dziennikarskiej?[10]

 

Na rozdrożu i samopas

 

Nie tylko w Polsce, ale i w Unii Europejskiej można obecnie zauważyć stan zawieszenia, między ochroną starych rozwiązań a otwartością na nowe. Ustabilizowany w poprzednich latach rynek radiowy III RP uległ, być może, daleko idącym przemianą, poprzez spadek znaczenia Trójki i powstanie dwóch nowych graczy (Radio Nowy Świat i Radio 357), którzy nadają w sieci. Warto podkreślić, że obie te stacje używają w swej nazwie słowa „radio”, choć ich programu nie usłyszymy w radioodbiorniku (przynajmniej tym starszym). Brakuje śmiałych planów i wizji, na miarę chociażby Eureka 147[11]. Nie chodzi tu o odbudowę pozycji Trójki, ale o radio w ogóle. Na starym kontynencie można obserwować różne trendy. Rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie wzmocnienia wolności mediów: ochrona dziennikarzy w Europie, nawoływanie do nienawiści, dezinformacja i rola platform, przypomina, że koncentracja mediów ma negatywny wpływ na pluralizm, a media tradycyjne (głównie publiczne) stają się tubami propagandowymi rządzących[12]. Dziennikarstwo tradycyjne jest jednak traktowane również, jako wartość, jako część dziedzictwa kulturowego, którą bezwzględnie należy chronić.

 

Możliwości otwarcia rynku na nowe propozycje są dziś gigantyczne. Rację mieli przy tym autorzy przywołanego raportu „The Future of Radio is Still Digital – But Which One?”, że najważniejszy jest i będzie, mimo technologicznego postępu, odbiorca. Brakuje śmiałych wizji, a cały rynek wygląda jakby puszczony samopas. Szansa na tworzenie w nim atrakcyjnych niszy istniej od dawna, natomiast rodzi się pytanie, ile z nich będzie w stanie utrzymać się pod względem ekonomicznym? Pewnie mało kto pamięta, że w książce „Partyzanckiej Public Relations w Internecie”, którą Michael Levine napisał w latach dziewięćdziesiątych, jednym z analizowanych przykładów sukcesu była strona LARadio.com, założona przez Dona Barretta. Witryna poświęcona historii stacji i ludziom radia w Los Angeles odniosła niespodziewany nawet dla jej twórcy sukces[13]. Okazało się, że mnóstwo słuchaczy chce wspominać i rozmawiać o dawnych programach. Pozostaje mieć nadzieję, że sukcesy wciąż jednak święcić będzie radio żywe, które dostarczy bieżących informacji, czymś zaciekawi, zwróci uwagę na istotne kwestie, rozbawi, uszlachetni i będzie gwarantem wiarygodności przekazu.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://radiopolska.pl/90lat/wylaczenie-dolnego-ukfu/wojciech-makowski-o-wprowadzaniu-gornego-ukfu – dostęp 07.04.2021 r.

[2] Marko Ala-Fossi, Stephen Lax, Brian O’Neill, Per Jauert, and Helen Shaw, The Future of Radio is Still Digital—

But Which One? Expert Perspectives and Future Scenarios for Radio Media in 2015, „Journal of Radio & Audio Media” 2008.

[3] https://www.britannica.com/topic/radio/Radios-digital-future – dostęp 07.04.2021 r.

[4] https://badaniaradiowe.pl/radio-na-fali-ponad-72-proc-polakow-slucha-radia-codziennie/ – dostęp 07.04.2021 r.

[5] J. Dzierżyńska-Mielczarek, Rynek radiowy w Polsce w latach 2001-2011, „Zeszyty Prasoznawcze”, 2012 r., nr 4.

[6] Sz. Nożyński, Radio Internetowe – umiejętność słuchania, możliwość kreowania, [w:] Język @ multimedia: dialog – konflikt, pod red. A. Dytman-Stasieńko, J. Stasieńko, Wrocław 2012 r.

[7] Bregtje van der Haak, Michael Parks i Manuel Castells, The Future of Journalism: Networked Journalism, „International Journal of Communication”, 2012 r. nr 6.

[8] https://radiotrack.pl/wyniki-sluchalnosci/ – dostęp 07.04.2021 r.

[9] Główne opracowanie to: White Paper. Work 4.0, Federal Ministry of Labour And Social Affairs, Rostock 2017. Aktualne informacje na: https://www.bmas.de/DE/Startseite/start.html – dostęp 07.04.2021 r.

[10] Protecting Journalism Sources in the Digital Age, UNESCO, 2017 r.

[11] Szerzej na ten temat: Brian O’Neil, DAB Eureka-147: A European vision for digital radio, „New Media & Society” 2009 r.

[12] https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/A-9-2020-0205_PL.html – dostęp 07.04.2021 r.

[13] http://laradio.com/ – dostęp 07.04.2021 r.

WOJCIECH POKORA: Wolność słowa a art. 135 §2 kk

„Niech nam żyją” – wrzeszczy chlewik – Pierwsza Dama! Pierwszy Debil! – to wpis z końca marca z Forum fanów Szkła Kontaktowego. To miejsce, gdzie od 2007 roku można sobie wypisywać je**ć PiS (wolność słowa ogranicza się tam do obrażania jednej partii, inne wpisy są jak widzę usuwane) i układać fraszki w stylu cytowanej powyżej lub:

Cyba – postrach Kaczyńskiego –
doprowadził PiS do tego,
że potrzebne są miliony
dla zapewnienia ochrony.
By nie przerwać mu kariery
policja stawia bariery,
wprowadza specjalny tryb…
Mamy wszak miliony Cyb!

 

Forum działało zatem w chwili, gdy skazywano kibiców za hasła „Donald matole” i nikt go nie zamykał w chwili, gdy zamykano stronę AntyKomor.pl za publiczne znieważenie głowy państwa. W sprawie portalu, jak pamiętamy, było wiele kontrowersji, bo w jego zamknięcie zaangażowało się ABW i wielu komentatorów przypisywało temu działaniu aspekt polityczny i zamach na wolność słowa. Forum fanów Szkła Kontaktowego powstało rok po bardzo głośnej sprawie bezdomnego Huberta H., czego akurat żałuję, bo chętnie poczytałbym „fraszki” w jego obronie. Przypomnę: w roku 2005, tuż po zaprzysiężeniu na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, policjanci z Dworca Centralnego legitymowali bezdomnego Huberta H., który na ich widok „puścił długą wiązankę” obrażając głowę państwa. Policjanci uznali, że wyczerpuje to znamiona przestępstwa, dlatego po odwiezieniu Huberta H. do izby wytrzeźwień policja wszczęła sprawę o przestępstwo znieważenia prezydenta RP. W sprawę obrony bezdomnego zaangażowała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka oraz media. Hubert H. był nawet gościem programu Tomasza Lisa „Co z tą Polską”, w którym wystąpił 9 września 2006 roku zaraz po Romanie Giertychu, Izabelli Sierakowskiej, Ewie SowińskiejJerzym Fedorowiczu. Podaję datę dzienną, bo było to duże wydarzenie, gdy topowy wówczas dziennikarz, zapraszający do studia jedynie polityków i komentatorów z głównego nurtu polityki, pochylił się nad bezdomnym mającym w poważaniu nowego prezydenta. Gdy jakiś czas później bloger Piotr Wielgucki (znany jako Matka Kurka) obraził Bronisława KomorowskiegoDonalda Tuska, także poprosił o wsparcie Tomasza Lisa, jednak się go nie doczekał. Może dlatego, że nie był bezdomny?

 

Sprawa Huberta H. jest doskonałym papierkiem lakmusowym w sprawach dotyczących obrazy głowy państwa. Przypomnijmy, Kodeks karny w art. 135 §2 stanowi: Kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. W sprawie Huberta H. głos zabrało wiele ówczesnych autorytetów ze świata polityki i dziennikarstwa. Bardzo głośna była wypowiedź byłego ministra w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy Mieczysława Wachowskiego, który cytował Jaroslava Haška: Muchy obesrały portret najjaśniejszego pana.

 

Ówczesny szef Kancelarii Prezydenta Aleksander Szczygło przypomniał wówczas ważną, istotną i dzisiaj, rzecz – sprawy dotyczące znieważenia prezydenta RP są wszczynane przez organy ścigania z urzędu i kancelaria prezydenta nie ma wpływu na tryb takiego postępowania. I też sięgnął do literackiego cytatu, tym razem do Gogola:

Radzę urzędnikom państwowym – bo policjanci i prokuratorzy są urzędnikami państwowymi – by wielokrotnie czytali Mikołaja Gogola – „Rewizora”, „Martwe dusze”, „Ożenek” – wtedy znajdą proporcję rzeczy.

 

I to jest istota sprawy. Proporcje. Obrażając na forum internetowym czy w mediach społecznościowych, osoby publiczne bądź innych użytkowników, musimy się liczyć z tym, że każda z tych osób może zechcieć wytoczyć nam proces za znieważenie lub zniesławienie.
I dzieje się tak coraz częściej, bo plaga hejtu osiąga niewyobrażalne wręcz rozmiary. Zniesławienie (art. 212 k.k.) polega na tym, że sprawca pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności. I tu procesu spodziewać może się internauta, który napisze na forum, że burmistrz jego miasta na pewno wziął łapówkę lub ustawił przetarg na drogę, która mu przeszkadza. Jeśli informacje te okażą się nieprawdziwe i miały na celu zdyskredytowanie włodarza, może on wytoczyć internaucie proces.

 

Znieważenie (art. 216 k.k.) polega na skierowaniu wobec innej osoby słów powszechnie uznawanych w społeczeństwie za obelżywe, np. wulgaryzmów, np. nazwanie kogoś idiotą.

 

Istnieje obiegowy pogląd, że język nieparlamentarny to język zawierający sporo wulgaryzmów. Język nieparlamentarny to język niecenzuralny. Niestety ze smutkiem trzeba stwierdzić, że tak było. Odkąd mieliśmy w Sejmie do czynienia z tzw. palikotyzacją polityki, a co za tym idzie
i języka, to właśnie język polityczny, czyli parlamentarny zaczął dawać społeczeństwu zły przykład. „Durnia mamy za prezydenta” to przecież cytat z Lecha Wałęsy, „Zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż w Europie” – powiedział Janusz Palikot. Do tego dołączają media, jak np. Gazeta Wyborcza reklamująca się w ten oto sposób: Akcja: WESPRZYJ#WYPIERDALAĆ. Prenumerata „Wyborczej” dla Strajku Kobiet”.

 

Jeśli politykom wolno obrażać i nawoływać do nienawiści, jeśli największe gazety promują wulgarne hasła polityczne, to trudno zapanować nad emocjami komuś, kto ma do dyspozycji klawiaturę i przycisk „publikuj”. Skoro taki mamy klimat, to czemu z niego nie skorzystać? Przecież mamy prawo do wolności słowa i publicznego wyrażania swoich poglądów. A że poglądy części społeczeństwa są zbieżne z poglądami części polityków i mediów, to czemu mieliby nie pisać „je**ć PiS” czy „wyp…”. A jak już to napiszą, to czy nie można pójść dalej i nazwać prezydenta „Długopisem” lub „Du*ą” zamieniając jedną literkę w jego nazwisku? Na Forum fanów Szkła Kontaktowego uchodzi to na sucho, czemu więc ma się nie przenieść na FB lub TT? Albo na transparenty? Mamy wolność słowa!

 

Wolność słowa ma znaczenie kluczowe dla rozwoju demokracji i parlamentaryzmu. To jedna z wolności obywatelskich. Wiele pokoleń walczyło o to, żeby tę wolność przywrócić i dziś dzięki nim możemy z niej korzystać. Nie zapominajmy jednak, że wiele pokoleń walczyło także o to, by przywrócić w naszym kraju symbole państwowe i szacunek do nich. Nie spodziewam się, że w każdym domu w identyczny sposób z szacunkiem odnoszono się do orła w koronie czy do urzędu prezydenta. Wielu pasował pierwszy sekretarz, to była ich tradycja, zatem jak mają szanować urząd, którego znaczenia nie pojmują? Nie rozumieją czym jest godność
i powaga urzędu prezydenta. I niestety znów nie pomagają w tym tzw. elity, które wybierają sobie od którego prezydenta przyjąć odznaczenie państwowe, a na ręce którego je oddać. Często mając na piersi napis KONSTYTUCJA. Co ważne, to właśnie przez szacunek do Konstytucji RP, szacunek należy się również osobie sprawującej urząd prezydenta. Niezależnie od osobistych poglądów tej osoby czy jej wyglądu. Bolesne jest to, że psucie państwa zaczyna się od tych, którzy na sztandarze niosą jego naprawę, nie potrafiąc wyzbyć się własnych fobii. Dlatego, rozumiejąc znaczenie wolności słowa i mając w pamięci słowa ministra Aleksandra Szczygły, nie mam problemu z istnieniem przepisów uczących obywateli RP szacunku do instytucji państwowych.

 

Wojciech Pokora

Protest CMWP SDP przeciwko kolejnemu przesunięciu premiery filmu “Stan zagrożenia” Ewy Stankiewicz w TVP

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko kolejnemu odwołaniu  premiery telewizyjnej filmu dokumentalnego red.  Ewy Stankiewicz „Stan zagrożenia” poświęconego katastrofie smoleńskiej i apeluje o jego emisję.  Film miał być wyemitowany  w TVP 1 10 kwietnia wieczorem, w 11. rocznicę katastrofy smoleńskiej, zamiast niego dzień przed emisją  TVP zapowiedziała  pokaz filmowej relacji z wyników badań sejmowej Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego kierowanej przez Antoniego Macierewicza.

 

Reżyserka filmu, red. Ewa Stankiewicz nie została poinformowana o zmianie daty premiery filmu, dowiedziała się o tym z komunikatu w mediach. TVP zapowiedziała  jednocześnie emisję filmu “Stan zagrożenia” na 18 kwietnia b.r.,  jest to już szósta data emisji tego filmu .

 

TVP w komunikacie tłumaczy, że „jako nadawca publiczny, w sprawie tak ważnej jak wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej czuje się zobowiązana w pierwszej kolejności publikować materiały autoryzowane przez instytucje państwowe, w drugiej zaś – o charakterze dziennikarskim i publicystycznym”.

 

„Stan zagrożenia” miał zostać pokazany w TVP1 już 20 stycznia, ale jego emisja została w ostatniej chwili odwołana. Telewizja tłumaczyła to zastrzeżeniami „natury formalno-prawnej, stwarzające poważne wątpliwości co do ryzyka użycia w filmie materiałów prawnie chronionych”. Red. Ewa Stankiewicz  nie zgadzała się z tymi zarzutami. Wyrazy solidarności z autorką dokumentu oraz apel do Telewizji Polskiej o jak najszybsze pokazanie filmu wystosowało wówczas Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ).

KPRM odpowiada na apel SDP, CMWP SDP i Ordo Iuris

Rząd będzie dążył do określenia ram funkcjonowania serwisów społecznościowych – czytamy w odpowiedzi Kancelarii Prezesa Rady Ministrów na apel Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i Instytutu Ordo Iuris dotyczący walki z cenzurą w internecie.

 

Petycję z apelem do premiera RP Mateusza Morawickiego o jak najszybsze przyjęcie przepisów gwarantujących wolność słowa w internecie złożyli pod koniec stycznia w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przedstawiciele Instytutu Ordo Iuris, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

W odpowiedzi KPRM zapewniono, że rząd podejmie działania mające na celu wprowadzenie odpowiednich regulacji, które ograniczą cenzurowanie treści przez platformy społecznościowe.

 

Podkreślono, iż swobodne wyrażanie poglądów jest podstawową wartością demokratycznej Polski oraz krytycznie odniesiono się do praktyk cenzorskich stosowanych w mediach społecznościowych. Zapewniono, że Rada Ministrów podejmie działania zmierzające do uregulowania funkcjonowania portali społecznościowych.

 

„W Polsce – wzorem np. Francji czy Niemiec, uregulujemy to odpowiednimi przepisami. Zaproponujemy także, aby podobne rozwiązania zaczęły obowiązywać w całej Unii Europejskiej” – czytamy w odpowiedzi KPRM.

 

opr. jka, źródło: Ordo Iuris, fot. Wikipedia

.

 

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Fake newsy o Wyklętych

O Żołnierzach Wyklętych kłamstwa opowiadają reżimowe media na Białorusi i „demokratyczne” w Polsce, wspierane niestety przez niektórych polskich dyplomatów. To ciekawy sojusz.

 

Najpierw Białoruś. Tamtejsza dyktatorska władza wspierana przez zależne od siebie publikatory – za udział w Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych – represjonuje i aresztuje polskich działaczy i nauczycieli.

 

Białoruskie media nagłośniły stanowisko tamtejszej prokuratury, która wszczęła postępowanie w sprawie „podżegania do nienawiści na tle narodowościowym”. Represje wobec polskich działaczy uzasadniła tak: „Ubrani w narodowe mundury polskiej organizacji harcerskiej młodzi ludzie wykonywali pieśni i czytali wiersze wysławiające przestępców wojennych, w tym Romualda Rajsa, znanego pod pseudonimem „Bury”.

 

Już wcześniej Ministerstwo Spraw Zagranicznych Białorusi uznało, że upamiętnienie wyklętych to „obraza pamięci ofiar” i „gloryfikacja nazizmu„, a kpt. Romuald Rajs „Bury” i jego ludzie mają na sumieniu „setki zabitych i okaleczonych cywilów, winnych jedynie bycia Białorusinami„.

 

Głos w tej sprawie zabrał polski charge d’affairs w Mińsku Marcin Wojciechowski: „Może i recytowali wiersze, ale na sto procent nie na cześć Rajsa, jego nazwiska na tym spotkaniu nawet nie wspomniano. Dokładnie to sprawdzaliśmy. Gdyby było inaczej, nasz konsul po prostu nie uczestniczyłby w takim spotkaniu.” I dalej: „Strona białoruska doskonale wie, że państwo polskie uważa działania „Burego” na ludności białoruskiej za zbrodnię wojenną (…) Konkluzję w tej sprawie wydały odpowiednie polskie instytucje jeszcze w latach 90. i nikt jej nie cofnął.

 

Tylko czy na pewno państwo polskie uważa działania „Burego” na ludności białoruskiej za zbrodnię wojenną? Bo np. historycy polskiej instytucji – Instytutu Pamięci Narodowej – są innego zdania.

 

Kapitan Romuald Rajs nie był zbrodniarzem wojennym, ludobójcą – mówi mi Michał Ostapiuk, historyk IPN, autor książki „Komendant Bury. Biografia kpt. Romualda Adama Rajsa „Burego” (1913-1949)”.

 

W marcu 2019 r. IPN wydał komunikat: „<<Bury>> nie działał z zamiarem zniszczenia (ani w całości, ani w części) społeczności białoruskiej lub też społeczności prawosławnej zamieszkałej na terenie Polski w jej obecnych granicach.” Komunikat jest oparty na badaniach naukowych: wspomnianego Michała Ostapiuka, Kazimierza Krajewskiego, Grzegorza Wąsowskiego, Mariusza BechtyWojciecha Muszyńskiego. Dwaj ostatni historycy napisali: „Tło (…)  akcji podziemia narodowego miało charakter polityczny i wiązało się z czynnym poparciem lokalnej ludności dla reżimu komunistycznego”.

 

A zatem to nie państwo polskie uważa działania „Burego” na ludności białoruskiej za zbrodnię wojenną, tylko charge d’affairs w Mińsku Marcin Wojciechowski – wieloletni dziennikarz „Gazety Wyborczej”, a w latach 2013-2015 rzecznik prasowy MSZ, kiedy szefami dyplomacji byli kolejno: Radosław SikorskiGrzegorz Schetyna.

 

W końcu głos w sprawie polskich Żołnierzy Wyklętych zabrał sam dyktator – Aleksandr Łukaszenka. Jak informowały media, podczas narady dotyczącej polityki zagranicznej powiedział, że Białoruś nigdy nie wspominała „okupacji znacznej części terytorium Białorusi przez Polskę w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Ale najwyraźniej nadszedł czas, aby powrócić do tego tematu i szczegółowo go przestudiować z udziałem historyków i politologów, co, nawiasem mówiąc, już zaczęliśmy robić„.

 

Łukaszenka dodał, że o zaognieniu stosunków z Polską zdecydowały „rażące próby gloryfikowania bandytów i zbrodniarzy wojennych, organizowanie dla białoruskiej młodzieży w Brześciu„.

 

Tyle Białoruś, teraz Polska. Na portalu oko.press Adam Leszczyński napisał tekst pod jakże znamiennym tytułem: „Chwalenie zbrodniarzy i czystka polityczna na Powązkach. Prawica świętowała wyklętych”. Zdaniem tego skrajnie lewicowego żurnalisty 1 marca „nieprawdy o <<wyklętych>> mówili m.in. Duda, Morawiecki i Macierewicz (autor „zapomniał”, że panowie mają imiona i pełnią publiczne funkcje)”.

 

Pierwszy fake został zawarty w zdaniu: „Premier i prezydent RP obchodzili Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych – święto ustanowione w 2011 roku na wniosek ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego (o czym ani rządzący, ani część opozycji nie lubią dziś przypominać)”. Prawda jest taka, że Komorowski tylko usankcjonował święto powstałe z inicjatywy prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego i prof. Janusza Kurtyki, szefa IPN.

 

Dalej Leszczyński, podpierając się wywiadem prof. Rafała Wnuka dla „Wyborczej” z 2011 r. zakwestionował stwierdzenie premiera Mateusza Morawieckiego, że Żołnierze Wyklęci walczyli o Polskę demokratyczną. To ja zapytam: niby o jaką? Przecież nie o Polskę autorytarną, czy dyktaturę – z takimi rządami, narzucanymi przez komunistów – walczyli.

 

W kolejnej części – co charakterystyczne dla tekstów lewicowych hejterów – jest mowa o mordach na Żydach i Białorusinach. I atak na Antoniego Macierewicza za to zdanie: „Bez Żołnierzy Niezłomnych nie byłoby walki polskich rolników, robotników, nie byłoby walki polskiej młodzieży o niepodległość. Nie byłoby Niezależnego Związku «Solidarność». Nie byłoby wolnych wyborów. Nie byłoby parlamentu RP, nie byłoby rządu. Nie byłoby Polski niepodległej”.

 

Leszczyński komentuje: „Jest to oczywiście fantazja – np. „Solidarność” jednoznacznie odżegnywała się od walki zbrojnej, nie nawiązywała wcale do tradycji „wyklętych”, a III RP powstała na drodze pokojowych negocjacji z rządzącymi PRL komunistami. Nie wiadomo, dlaczego bez „wyklętych” miałoby nie dojść do wolnych wyborów cztery dekady później. Macierewicz nie wytłumaczył, dlaczego tak uważa”.

 

Fake Leszczyńskiego polega na kwestionowaniu wkładu Żołnierzy Wyklętych w sztafetę polskich pokoleń, walczących o odzyskanie niepodległości różnymi metodami (zresztą wielu Wyklętych nie walczyło z bronią w ręku, prowadząc np. działalność wywiadowczą, jak choćby rtm Witold Pilecki). Ale Leszczyński nie jest oryginalny – już komuniści wymazywali Wyklętych ze świadomości Polaków.

 

A zdanie Antoniego Macierewicza, że Wyklęci stanowią „główną istotę polskości”, Leszczyński uznał za „zwyczajnie obraźliwe wobec ich ofiar”. A ja uważam słowa Leszczyńskiego za obraźliwe wobec ofiar – ofiar Polaków zamordowanych przez Sowietów i komunistów. Np. obraźliwe wobec rtm Witolda Pileckiego.

 

Dalej Leszczyński odnosi się do mojego pomysłu dekomunizacji Powązek Wojskowych po uprzednim przejęciu cmentarza – należącego do miasta Warszawy – przez Skarb Państwa: „Byłoby to nowe osiągnięcie rządów PiS — czystka na cmentarzach”. Panie Leszczyński, błąd – nie jestem członkiem PiS i nie zamierzam przeprowadzać żadnych czystek na cmentarzach, tylko przenieść zbrodniarzy komunistycznych z Powązek Wojskowych na inny cmentarz komunalny, aby nie hańbili wyjątkowej polskiej nekropolii.

 

Dalej Leszczyński bajdurzy coś o Stanisławie Mikołajczyku – kompletnie nie na temat. Bo Mikołajczyk nie był wyklęty, tylko naiwny, a swoim wejściem do komunistycznego rządu legalizował władzę czerwonych zbrodniarzy i chamów.

 

Na koniec Leszczyński cieszy się z rocznicowego hejtu tzw. Lewicy, czyli de facto (post)komunistów. W ramach „happeningu” stołeczną ulicę Żołnierzy Wyklętych grupka lewackich działaczy przemianowała na ulicę ich ofiar, a obecna wśród nich posłanka Anna Maria Żukowska takimi słowami uczciła narodowe i państwowe święto: „Nie ma naszej zgodny na wrzucanie do jednego worka bohaterów takich, jak gen. Nil czy rotmistrz Pilecki, ze zbrodniarzami jak „Łupaszka”, „Ogień” czy członkowie Brygady Świętokrzyskiej”. Problem w tym, że to poprzednicy z PPR i PZPR wrzucali wszystkich wymienionych bohaterów może nie do jednego worka, tylko po zamordowaniu do bezimiennych dołów śmierci.

 

Na koniec Leszczyński bezkrytycznie cytuje Macieja Koniecznego: „Skończymy z prawicową propagandą, zreformujemy IPN, wymażemy morderców z przestrzeni publicznej polskich miast”. Żeby było jasne: lewicowy poseł nie ma na myśli komunistycznych patronów ulic, tylko Żołnierzy Wyklętych.

 

Tadeusz Płużański

Niedźwiedzia przysługa – ŁUKASZ WARZECHA o pomyśle szczepienia dziennikarzy

Czy dziennikarze powinni się znaleźć w uprzywilejowanej grupie uprawnionych do szczepienia w najszybszym możliwym terminie? Takie rozwiązanie zaproponowała Joanna Lichocka. „Włączmy do szczepień dziennikarzy – tych, na pierwszej linii, relacjonujących wydarzenia i tych, którzy muszą być w redakcjach, by media działały. To nie jest wielka grupa osób, a oni są narażeni nie mniej niż ludzie służb itp.” – napisała posłanka PiS na Twitterze. Lichocka zaproponowała, żeby kierownictwa redakcji wytypowały dziennikarzy owej „pierwszej linii”. Podparła się też przykładem mojego redakcyjnego kolegi Piotra Semki, który znalazł się w szpitalu, a za którego powrót do zdrowia wszyscy trzymamy kciuki.

 

Niestety, pomysł Lichockiej kompletnie nie trzyma się kupy, i to z wielu powodów. Nie chcę dłużej zatrzymywać się nad sytuacją Piotra Semki, ale jego przypadek jest kompletnie obok pomysłu Lichockiej, ponieważ Piotr nie jest dziennikarzem „pierwszej linii”, ale publicystą pracującym – jak większość publicystów dzisiaj – z domu, który starał się zachowywać jak najdalej idącą ostrożność. W tygodnikach zresztą w ogóle dziennikarzy „pierwszej linii” za wielu nie ma.

 

Pierwsza kwestia to sam mechanizm przenoszenia wirusa, o którym Lichocka chyba zapomniała. Szczepienie, owszem, chroni przede wszystkim przed ciężkim przebiegiem choroby, a w wielu przypadkach przed jej rozwinięciem w ogóle. Nie stanowi jednak ochrony – a w każdym razie jest to sprawa dyskusyjna – przed transmitowaniem wirusa do innych osób. To zaś oznacza, że jeśli w ogóle mielibyśmy podchwytywać pomysł Lichockiej, to sens miałaby jedynie akcja szczepienia całych redakcji bez podziału na pracowników pierwszoliniowych i pozostałych. Skoro bowiem ci pierwszoliniowi stykają się z ludźmi, którzy mogą ich zarazić, to z kolei oni, nawet po szczepieniu, mogą zarazić innych kolegów ze swoich redakcji.

 

Po drugie – kto miałby weryfikować, jaka grupa dziennikarzy zostaje wyznaczona do szczepienia? Skończyłoby się przecież na tym, że redakcje kierowałyby do punktów szczepień po prostu każdego chętnego. I co potem? Na miejscu jakiś pracownik służby zdrowia miałby sprawdzać, czy dana osoba faktycznie pracuje z ludźmi czy zdalnie i w ogóle się nikim poza najbliższymi nie kontaktuje? Czy może każda redakcja miałaby przyznany limit szczepień? Ale kto miałby go przyznawać i decydować o tym, czy jakieś medium może zaszczepić 10 czy 50 osób? Natychmiast pojawiłyby się zresztą oskarżenia o upolitycznianie akcji.

 

A co z mediami obywatelskimi, z małymi redakcjami internetowymi, z tymi wszystkimi osobami, które nazywają się same dziennikarzami, ale wątpliwe, czy nimi są? Realizacja pomysłu Lichockiej – nie mam wątpliwości – oznaczałaby powstanie w Polsce w błyskawicznym tempie przynajmniej kilkuset podmiotów medialnych, służących jedynie temu, że „pracujące” dla nich osoby mogły się zaszczepić. Zawód dziennikarza nie jest przecież w Polsce regulowany – i oby nigdy nie był.

 

Po trzecie – Lichocka uważa, że dziennikarzom się należy, bo muszą mieć nieustający kontakt z ludźmi. Cóż – to tak jak kasjerzy w sklepach, kierowcy taksówek i przedstawiciele setek innych profesji. Dlaczego akurat dziennikarze mieliby być wyróżnieni – doprawdy nie wiem. Niestety, jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, to to, że Joanna Lichocka dba po prostu o własny komfort, zakładając – raczej niesłusznie – że zaszczepieni dziennikarze nie będą zarażać polityków, z którymi przecież mimo wszystko wciąż jakiś kontakt – aczkolwiek ograniczony – mają.

 

Zresztą pomysł Lichockiej mieści się w błędnej moim zdaniem logice dotychczasowego systemu szczepień, wyznaczającej poszczególnym grupom wiekowym długie okresy wyłączności szczepień, w związku z czym na przykład dzisiejsi czterdziestoparolatkowie mają perspektywę szczepienia oddaloną o wiele miesięcy, o młodszych nie mówiąc. System powinien zostać możliwie szybko maksymalnie otwarty, zwłaszcza że duża część spośród starszych ludzi została już zaszczepiona przynajmniej jedną dawką. To zresztą zapowiedział niedawno minister Michał Dworczyk. Wiele osób czeka też na komercjalizację akcji szczepień, choć o tym na razie się nie mówi, zapewne z powodu wciąż trwającego niedostatku preparatów. Jeśli szczepionki byłyby dostępne komercyjnie, nie byłoby powodu, dla którego redakcje nie miałyby ich kupić dla przynajmniej części swoich pracowników, podobnie zresztą jak wiele zakładów pracy.

 

Otwarcie programu szczepień dla wszystkich grup wiekowych oraz komercjalizacja szczepionek to najlepszy sposób na zakończenie niesmacznych rywalizacji o to, kto dostąpi szybciej szczęścia (zdaniem niektórych, bo opinie są tu przecież również podzielone) zaszczepienia się. Dziennikarze zaś nie mają powodu być tu grupą wyjątkowo uprzywilejowaną. Joanna Lichocka zrobiła środowisku niedźwiedzią przysługę. Na szczęście jako polityk, już nie jako dziennikarz.

 

Łukasz Warzecha

Informacja dotycząca sytuacji w Domu Pracy Twórczej w Kazimierzu Dolnym

W związku z zaostrzającą się pandemią koronawirusa i przedłużeniem zamknięcia hoteli i restauracji Zarząd Główny SDP podjął 24 marca 2021 r. decyzję o kontynuowaniu zmniejszenia wymiaru czasu pracy osób zatrudnionych w DPT do ½ etatu. Działanie to spowodowane jest trudnościami analogicznymi do tych, jakie przeżywa obecnie branża hotelarska w całym kraju, aktualnie Dom Pracy Twórczej jest zamknięty dla gości i turystów od listopada 2020 r.

 

W dniu 29 marca br. doszło do bezpośredniego spotkania przedstawicieli ZG SDP reprezentowanego przez Krzysztofa Skowrońskiego, prezesa ZG SDP i Jolantę Hajdasz, wiceprezes SDP z pracownikami DPT . W trakcie rozmów przedstawiciele SDP zaproponowali dodatkowo podwyższenie wymiaru czasu pracy w stosunku do pierwotnej propozycji Zarządu o ¼, czyli pozostawienie 75% wynagrodzenia każdemu pracownikowi mimo pełnego lockdownu na okres 1 miesiąca. Propozycję tę przyjęły 3 osoby, a 8 osób podpisało wypowiedzenie umowy o pracę z zachowaniem 3 miesięcznego okresu wypowiedzenia. Pracownicy DPT od początku pandemii otrzymywali pełne wynagrodzenie z wyjątkiem pierwszego lockdownu – marzec, kwiecień, maj 2020 r., gdy otrzymywali 80% swojego wynagrodzenia, oraz z wyjątkiem okresu luty – marzec 2021, gdy otrzymywali połowę wynagrodzenia. Rozmowy odbyły się w Kazimierzu Dolnym w obecności dyrektora Andrzeja Kociuby oraz wicedyrektor biura ZG SDP Agnieszki Wójcik.

 

TVN zapowiada rezygnację z umów śmieciowych. CMWP SDP apelowało w tej sprawie 3 marca br.

CMWP SDP z nadzieją i satysfakcją przyjmuje deklarację Telewizji TVN  o likwidacji umów śmieciowych  w stacji do końca czerwca br. Deklaracja taka została złożona na łamach portalu Wirtualnemedia.pl  26 marca br. Portal poinformował, że TVN Grupa Discovery  oświadczyła, iż  kilkuset pracowników TVN24 otrzyma umowy o pracę. W ich obronie apelowało CMWP SDP.  

 

3 marca br. CMWP SDP wystosowało publiczny apel o wyjaśnienie zarzutów pracowników i byłych pracowników telewizji TVN na temat łamania praw pracowniczych oraz niewłaściwych metod zarządzania stacją skutkujących m.in. działaniami o charakterze cenzury prewencyjnej.   W opublikowanym stanowisku CMWP SDP podkreśliło, iż ze względu na pozycję telewizji TVN na polskim rynku medialnym oraz związane z nią oddziaływanie na społeczeństwo, zarzuty te powinny stać się przedmiotem kontroli odpowiednich organów państwa nadzorujących media elektroniczne oraz instytucji zajmujących się przestrzeganiem w Polsce prawa pracy.

 

26 marca br. portal Wirtulanemedia.pl poinformował, iż podczas spotkań z poszczególnymi zespołami TVN24 na platformie komunikacyjnej Zoom (nie podano daty tych spotkań) TVN Grupa Discovery  przekazała pracownikom wiadomość, że ich dotychczasowe umowy (w dużej części umowy o dzieło, zlecenia lub B2B z osobami prowadzącymi jednoosobowe działalności gospodarcze) zostaną zmienione na umowy o pracę. Większość tych osób ma od kwietnia indywidualnie renegocjować warunki zatrudnienia ze swoimi szefami. Proces zmian warunków zatrudnienia w Grupie ma potrwać od kwietnia do końca czerwca.

 

Portal Wirtulanemedia.pl  cytuje  biuro prasowe spółki :  Jak większość firm medialnych część zadań realizujemy przy pomocy zasobów zewnętrznych. To się nie zmieni, gdyż jest uzasadnione charakterem i specyfiką produkcji telewizyjnej oraz potrzebne w naszym biznesie i w branży, którą reprezentujemy – czytamy w odpowiedzi. – Jednocześnie dążymy do stworzenia wszystkim osobom w naszej firmie najlepszych warunków do rozwoju i współpracy. Dlatego od momentu połączenia sił Discovery i TVN konsekwentnie weryfikujemy podstawy pracy i współpracy stosowane w naszej firmie. W rezultacie, w ciągu ostatnich kilku lat umowy o pracę otrzymało około 400 osób – stwierdza spółka. Zaznacza, że w tym roku, “kontynuuje ten proces”. – Oznacza to, że planujemy zaoferować umowy o pracę kilkuset osobom. O tym, komu je zaproponujemy zdecyduje stale prowadzona analiza sposobu pracy poszczególnych zespołów i osób oraz przyszłe potrzeby biznesowe firmy – dowiedział się portal Wirtualnemedia.pl.

 

CMWP SDP zaapelowało o wyjaśnienie zarzutów pracowników i byłych pracowników telewizji TVN na temat łamania praw pracowniczych oraz niewłaściwych metod zarządzania stacją skutkujących m.in. działaniami o charakterze cenzury prewencyjnej  już 3 marca b.r. , po tym jak w mediach społecznościowych opublikował wpisy na ten  temat były operator stacji Kamil Rożalski  oraz grupa anonimowych pracowników TVN , która rozesłała do ponad 140 podmiotów list otwarty na ten temat.  W publicznym stanowisku CMWP SDP oświadczyło, iż względu na pozycję telewizji TVN na polskim rynku medialnym oraz związane z nią oddziaływanie na społeczeństwo zarzuty te powinny stać się przedmiotem kontroli odpowiednich organów państwa nadzorujących media elektroniczne oraz instytucji zajmujących się przestrzeganiem w Polsce prawa pracy.  

 

Więcej na ten temat TUTAJ.

 

Stanowisko CMWP SDP z 3 marca 2021 TUTAJ.

 

Fot. Wikipedia

MACIEJ MACIEJOWSKI: Warto bronić mediów publicznych

Jeżeli obecnie rządząca ekipa nie podejmie próby reformy mediów publicznych, kolejna postąpi zgodnie ze swoimi deklaracjami, aby je „zaorać”.

 

Redaktor Łukasz Warzecha i mój drogi kolega Jan Pawlicki rozpoczęli dyskusję o przyszłości mediów publicznych. Na dyskusję tego typu nigdy nie ma dobrego momentu. Zawsze istnieje ryzyko, że jej uczestnicy zostaną wpisani w bieżący spór polityczny. Ale milczenie konserwatywnej części środowiska dziennikarskiego oznacza oddanie walkowerem pola lewicy popierającej szkodliwe, w moim przekonaniu, koncepcje przedstawione przez Koalicję Obywatelską.

 

Dla liberalnej części sceny politycznej, media publiczne nigdy nie były specjalną wartością. W polityce „ciepłej wody w kranie” nie mieści się kultywowanie dziedzictwa narodowego i dbanie o rozwój kultury czy kształtowanie postaw patriotycznych. Druga strona sceny nie przedstawiła natomiast żadnej koncepcji ładu medialnego od czasu powołania na początku poprzedniej kadencji Sejmu „Rady Mediów Narodowych bez powołania mediów narodowych”, jak opisał to ówczesny poseł Piotr Liroy-Marzec. Nasze środowisko dotychczas próbowało wpływać na decydentów nie artykułując publicznie zarzutów. Jednak, podobnie jak Rafał Ziemkiewicz w sprawie PISF, tak w sprawie mediów publicznych ktoś musiał powiedzieć, że król jest nagi.

 

W czasach, gdy wspomniany przez Warzechę Bronisław Wildstein kierował Telewizją Republika, nie głosił koncepcji „pluralizmu rozszerzonego”. Na kolegiach redakcyjnych mówił, że tworzymy telewizję konserwatywną i pokazującą warsztatowo dobre dziennikarstwo. Z taką koncepcją się zgadzałem, z tym co zrobili jego następcy, także w TVP, już nie bardzo.  Zwłaszcza, że pamiętam jeszcze jak za, tak wówczas krytykowanej, prezesury Roberta Kwiatkowskiego w publicznej telewizji został zawieszony Piotr Gemabrowski. Nie ma porównania z dzisiejszymi standardami. Wiele lat pracy zarówno w mediach komercyjnych i publicznych, jak i w organie nadzoru nad ryzkiem medialnym nauczyły mnie całościowego spojrzenia na funkcjonowanie mediów. Dlatego za krótkiej prezesury Romualda Orła współtworzyłem strategię rozwoju TVP w jej zakresie dotyczącym ustawy medialnej i abonamentu.

 

Społeczeństwo patrzy na media publiczne przez pryzmat TVP, a na samą telewizję przez pryzmat publicystyki i informacji. Czyni to media publiczne obiektem złych emocji, które nigdy nie są dobrym doradcą. Jednak, jeżeli obecnie rządząca ekipa nie podejmie próby reformy mediów publicznych, kolejna postąpi zgodnie ze swoimi deklaracjami, aby je „zaorać”. Jeżeli uznajemy media publiczne za wartość, którą należy chronić, musimy skłonić decydentów do działania. Nie chodzi tu o personalia czy pieniądze. Rzecz idzie o przyszłość kultury narodowej.

 

Osobiście opowiadam się za budżetowym finansowaniem mediów publicznych. Abonament miał być daniną podkreślającą właśnie publiczny charakter mediów. W obecnej sytuacji wydaje się on nie do utrzymania. Sam nie chciałbym finansować mediów krytykujących moje poglądy. Jednocześnie sprzeciwiam się oddaniu kontroli nad mediami publicznymi twórcom. Ludzie, którzy z mediów żyją i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje działania nie mogą dysponować ogromnymi środkami publicznymi. Odpowiedzialność taką ponoszą politycy. Problem polega na zagwarantowaniu pluralizmu organów decyzyjnych, ale to już kwestia legislacyjna.

 

Maciej Maciejowski