Odszedł Stefan Bratkowski, honorowy prezes SDP

Stefan Bratkowski, dziennikarz, publicysta, pisarz, wieloletni oraz honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, zmarł 18 kwietnia po długiej chorobie.

 

Tę smutną wiadomość przekazał portal studioopinii.pl, którego był twórcą i szefem.

 

Stefan Bratkowski urodził się 22 listopada 1934 roku we Wrocławiu. Absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Karierę dziennikarską rozpoczynał w 1956 roku w redakcji „Po prostu”, pisał reportaże, później książki reporterskie. W Księdze wróżb prawdziwych opisywał przyszłość tworzoną przez postęp nauki i techniki, w Grze o jutro podważał sposób funkcjonowania  gospodarki PRL.

 

W 1970 roku został redaktorem dodatku do „Życia Warszawy” – „Życie Nowoczesności”, z którego usunięto go trzy lata później z przyczyn politycznych.

 

W październiku 1980 roku, na fali przemian związanych z powstaniem „Solidarności”, został wybrany na prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Po wprowadzeniu stanu wojennego nadal kierował tą organizacją, która działała już w podziemiu. Był twórcą „Gazety Dźwiękowej”. W 1989 roku ponownie wybrano go prezesem zalegalizowanego SDP,  funkcję tę pełnił do 1990 roku, potem został honorowym prezesem stowarzyszenia.

 

Był współzałożycielem „Gazety Wyborczej”, do której do 1995 roku pisywał felietony. Później został m.in. publicystą „Rzeczpospolitej”.

 

Jeden z inicjatorów Fundacji Centrum Prasowe dla Krajów Europy Środkowo-Wschodniej, wchodził w skład rady programowej Stowarzyszenia Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

 

Autor wielu książek m.in. Skąd przychodzimy,  Z czym do nieśmiertelności,  Nowy Marsyliusz, czyli społeczeństwo inteligentne, Najkrótsza historia Polski,  Podróż do nowej przeszłości, Pod wspólnym niebem: krótka historia Żydów w Polsce i stosunków polsko-żydowskich.

 

 

opr. jka, fot. Wikipedia.

Dziura w drodze ważniejsza niż polityka – ŁUKASZ WARZECHA o mediach regionalnych

Odbiorcy mediów regionalnych czy lokalnych chyba w najmniejszym stopniu oczekują przekazu podporządkowanego politycznej linii, ponieważ mają najmocniejsze poczucie, że bezpośrednio dotykają ich skutki działań lokalnej władzy. Z tego powodu ich polityczne uzasadnienia mało czytelników interesują.

 

Na początek usuńmy z drogi twierdzenie ewidentnie fałszywe, które zakłóci nam obraz sytuacji: że kupno Polska Press przez Orlen oraz umieszczenie w zarządzie firmy Doroty Kani nie mają ściśle politycznego uzasadnienia oraz nie będą skutkować wyraźnym nakierowaniem prasy koncernu na kurs jednoznacznie wspierający obecną władzę. W to, jak sądzę, nie wierzy nikt – włącznie z tymi, którzy głoszą taką tezę z obowiązku.

 

Mamy zatem ciekawą sytuację na rynku pasy regionalnej (nie mylić z lokalną): po jednej stronie są regionalne dodatki „Gazety Wyborczej”, po drugiej będą gazety Polska Press. Dotąd nie było pomiędzy tymi mediami wyraźnego kontrastu. Co do linii „GW” nikt chyba wątpliwości nie miał. Miewała ona oczywiście swoje lokalne odchyły, decydowały o tym nierzadko miejscowe układy, ale co do zasady była przychylna opozycji – tak jak główny grzbiet „Gazety”. Natomiast prasa Polska Press nie miała wyraźnej i jednolitej linii politycznej. Wbrew twierdzeniom zwolenników repolonizacji, nie pokazano nigdy żadnego dowodu na realizowanie przez nią obcego interesu albo wspieranie – o co była oskarżana – niemieckich zapotrzebowań politycznych. Pisałem o tym kilkakrotnie w dyskusji, jaka w tej sprawie toczyła się także na portalu SDP, wskazując, że za głosami oburzenia z powodu niemieckiej własności koncernu gazet regionalnych nie szły nigdy konkretne przykłady rzekomych fatalnych skutków takiego stanu rzeczy. Wskazywałem również, że jeśli krytyczne wobec obecnej władzy stanowisko miałoby tu być powodem do oskarżeń, to niebezpiecznie zbliżalibyśmy się do sytuacji, w której jakąkolwiek krytykę wobec władzy można by uznać za dowód na istnienie obcych wpływów.

 

Teraz sytuacja się zmieni: w prasie regionalnej będziemy mieli dwa obozy medialne, stojące naprzeciwko siebie. Czego możemy się spodziewać? Część polskich mediów żeruje na polaryzacji politycznej, na potęgę mieszając informację z komentarzem, biorąc udział w podjazdowej wojnie polityków, wspierając otwarcie jednych przeciwko drugim. Nie było to dotąd tak bardzo widoczne na poziomie regionalnym lub przynajmniej schemat bywał tu bardziej skomplikowany ze względu na miejscowe układy. To się właśnie może zmienić.

 

Szczególnym momentem będą bez wątpienia wybory samorządowe w 2023 r., który dodatkowo będzie też rokiem wyborów parlamentarnych (o ile nie dojdzie do nich wcześniej). Wówczas media regionalne – lecz również lokalne – będą zaangażowane w promocję bliskich im kandydatów, także tych do Sejmu i Senatu. I to będzie czas prawdziwej wojny, do której – jak się wydaje – zaczęła się właśnie przygotowywać Agora, uruchamiając lokalne serwisy w Chełmie, Koszalinie i Zakopanem.

 

Tu pojawia się pytanie, na które na razie odpowiedzi nie znamy, ale która może być znacząca dla przyszłości polskich mediów w ogóle: czy odbiorcy, znudzeni przełożeniem na poziom regionalny i lokalny „dużej” wojny politycznej, zagłosują nogami i zaczną szukać mediów zdystansowanych w podobnym stopniu wobec wszystkich protagonistów tej rozgrywki? Tak może się stać, a to z kolei może otworzyć rynek na nowe inicjatywy.

 

Nie będą to jednak niemal na pewno gazety. Prasowy rynek regionalny i lokalny jest bardzo ciężki – był to zresztą jeden z argumentów, dowodzących, że motywacja Orlenu nie była biznesowa, ale czysto polityczna. Z punktu widzenia szybkości informowania i kosztów internet o wiele długości zwycięża z drukowaną prasą. Oczywiście tytuły prasowe także mają swoje miejsca w sieci. Wyobrażam sobie natomiast, że jeśli moja hipoteza okaże się słuszna i faktycznie otworzy się okno możliwości dla tych, którzy chcieliby robić dziennikarstwo mniej zależne politycznie – być może wejdą w to dziennikarze odchodzący z gazet Polska Press, które to odejścia wydają się nieuchronne – ich głównym środkiem będzie właśnie internet. Na zasadzie: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

 

Cieszyłbym się, gdyby taki scenariusz miał się zrealizować. Na poziomie regionów czy lokalnym odbiorcy chyba w najmniejszym stopniu oczekują przekazu podporządkowanego politycznej linii, ponieważ mają najmocniejsze poczucie, że bezpośrednio dotykają ich skutki działań lokalnej władzy. Z tego powodu ich polityczne uzasadnienia mało odbiorców interesują. Dziurawa droga to dziurawa droga i naprawdę ma małe znaczenie, czy nie naprawia jej burmistrz z PiS czy z PO. Od dziennikarzy z regionalnych czy tym bardziej lokalnych mediów nie oczekują obrony miejscowych decydentów tylko dlatego, że ci występują pod słusznym szyldem partyjnym albo prowadzą słuszną ideologicznie z punktu widzenia danej redakcji politykę, na przykład wojując w jakimś mieście z kierowcami. Oczekują rzetelnej oceny skutków podejmowanych decyzji oraz rozliczania decydentów z patologicznych zależności i układów. Oby było to nowe okno możliwości, z którego uda się skorzystać dobrym dziennikarzom, niechcącym brać udziału w polityczno-medialnej nawalance.

 

Tymczasem jednak trzeba napisać dwa słowa o dziwacznej sytuacji, jaka wokół zakupu Polska Press powstała. Oto bowiem Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumenta (SOKiK, czyli XVII Wydział SO w Warszawie, powołany do spraw antymonopolowych), rozpatrując wniosek rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara, postanowił o ustanowieniu czegoś w rodzaju zabezpieczenia powództwa, czyli wydał niezaskarżalną decyzję o wstrzymaniu zgody prezesa UOKiK na przejęcie wydawnictwa.

 

Bardzo trudno tę sprawę komentować, bo są tu z sobą skonfliktowane różne racje. Adam Bodnar miał z pewnością słuszność, wskazując w swoim wniosku, że istnieje niebezpieczeństwo wpływania przez polityków na linię redakcyjną poszczególnych gazet. Można jednak spytać, czy RPO powinien się tym w ogóle zajmować, skoro taką transakcję – zakup mediów przez SSP – niestety prawo dopuszcza, a właściciel na swoje redakcje zawsze może mieć wpływ. Jeśli Adam Bodnar interweniuje teraz, to być może zechciałby interweniować także, gdyby jakieś medium przejmował inny właściciel o odmiennych niż RPO poglądach?

 

Po drugie – bezstronność UOKiK w tej sprawie budzi wielkie wątpliwości. Prezesa urzędu w sposób nieskrępowany powołuje i odwołuje premier, a obecny, Tomasz Chróstny, został powołany przez obecnego szefa rządu. Zaś zakup Polska Press przez Orlen bardzo trudno uzasadnić jako transakcję czysto biznesową. SOKiK ma prawo kwestionować decyzję urzędu – od tego jest i być może postanowienie jest słuszne.

 

Po trzecie – czy można jednak widzieć je w oderwaniu od sporu rządzących z sędziami? Tak jak można podejrzewać, że decyzja UOKiK miała polityczne podłoże, tak samo można tę tezę postawić w przypadku postanowienia SOKiK.

 

Po czwarte – sytuacja jest teraz skrajnie niejasna. Co wobec postanowienia sądu z nominacjami do zarządu Polska Press? Przecież mówimy tu o sytuacji ważne również z punktu widzenia postrzegania ładu prawnego w Polsce. W końcu ani decyzja UOKiK, ani postanowienie SOKiK nie zapadły, wydawałoby się, w jakiejś mgle prawnej, tylko w konkretnym kontekście. A przecież trudno sobie wyobrażać, żeby Orlen, podejmując wciąż działania w spółce, nie miał własnych analiz prawnych.

 

Niezależnie zatem od oceny samego zakupu Polska Press, można by sobie tylko życzyć, żeby sprawa jak najszybciej wyjaśniła się ostatecznie – w tę lub tamtą stronę.

 

Łukasz Warzecha

 

Przekazano pieniądze na odbudowę Domu Dziecka w Chorwacji

Witold Gadowski, publicysta, wiceprezes SDP, przekazał na ręce ambasadora Chorwacji Tomislava Vidoševića, ponad milion złotych z zainicjowanej przez siebie zbiórki na odbudowę Domu Dziecka w Sisku.

 

Uroczyste wręczenie darowizny odbyło się we wtorek, 13 kwietnia w siedzibie Ambasady Republiki Chorwacji w Warszawie. Gadowskiemu towarzyszyli Tomasz Chołast, prezes platformy Zrzutka.pl, za pośrednictwem której zbierano darowizny, aktorka Agnieszka Perepeczko i chorwacki dziennikarz Goran Andrijanić. Za pośrednictwem komunikatora wideo w wydarzeniu uczestniczyli również sekretarz stanu Ministerstwa Pracy, Systemu Emerytalnego, Rodziny i Polityki Społecznej Republiki Chorwacji Marija Pletikosa, dyrektor Domu Dziecka Vrbina Đurđica Pavešić-Herkov, starszy ekspert ds. Odbudowy w żupanii požeško-slavonskiej  Manuela Marter i Nancy Butijer z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Chorwacji.

 

Ambasador podziękował Witoldowi Gadowskiemu za zorganizowanie akcji oraz wszystkim wspierającym za okazaną pomoc.

 

Dom Dziecka Vrbina w Sisku został uszkodzony w wyniku trzęsienia ziemi, które nawiedziło ten rejon pod koniec grudnia ubiegłego roku. Gadowski zbiórkę na odbudowę placówki ogłosił na swoich profilach w mediach społecznościowych (pisaliśmy o tym TUTAJ).  Apel publicysty spotkał się z bardzo dużym odzewem, prawie 10 tysięcy osób wpłaciło w sumie ponad milion złotych  (1,7 milion kun).

 

opr. jka, źródło: Ambasada Chorwacji

 

Spieniężanie zaufania – ks. ARTUR STOPKA o udziale dziennikarzy w reklamie

Wydawałoby się, że coś takiego w ogóle nie powinno mieć miejsca. A jednak lista polskich dziennikarzy, którzy pojawili się w reklamach w ciągu ostatnich kilkunastu lat, jest całkiem długa. Jest więc problem czy go nie ma?

 

Niewykluczone, że za dziesięć, piętnaście lat zjawisko, które dziś jeszcze drażni i niepokoi część odbiorców oraz środowisko medialneo, okaże się czymś czymś powszechnie praktykowanym i nikt się nie będzie zastanawiał nad jego konsekwencjami. Być może obecność dziennikarzy w reklamach stanie się równie akceptowalna, jak obecność w nich aktorów czy celebrytów. Jednak zanim do tego dojdzie, warto się przyjrzeć sprawie.

 

Temat nie jest nowy. W Polsce budzi dyskusje od kilkunastu lat. Upowszechniane są w tej materii wypowiedzi ekspertów i rozmaitych gremiów. Równocześnie raz po raz pojawiają się nowe przypadki i formy zaangażowania czynnych dziennikarzy w działalność reklamową. Co warte zauważenia, historia pokazuje, iż niejednokrotnie dochodzi do nich przy mniej lub bardziej milczącej akceptacji ze strony właścicieli i dysponentów mediów, w których uprawiają oni swój zawód. Zdarzało się również, że w tym samym medium w stosunku do poszczególnych osób różnie traktowano problem – w odniesieniu do jednych potępiano, w odniesieniu do drugich – bagatelizowano.

 

Udział znanego dziennikarza lub dziennikarki w reklamie jest spieniężeniem pewnego kapitału, który zdobyli oni wykonując swój zawód – pracując w szeroko pojętej sferze informacyjno-publicystycznej w telewizji, radiu, prasie czy w internecie. Tym kapitałem jest zaufanie odbiorców. Wynika ono nie tylko z częstego pojawiania się nazwiska, głosu, wizerunku dziennikarza/dziennikarki w świadomości widza, słuchacza, czytelnika. Dlatego obecność dziennikarza w reklamie ma zdecydowanie inny charakter niż obecność w niej nawet najbardziej topowego aktora czy słynnej aktorki.

 

Zaufanie to wynika w dużej mierze m. in. ze sposobu, w jaki konkretne osoby swoje dziennikarskie zadania wykonują. Ale nie tylko. Także – o czym nie można zapominać – z tego, w jaki sposób i z jaką intensywnością są przez swoich przełożonych, właścicieli/dysponentów mediów promowane. Nie jest tajemnicą, że przy odpowiednio długim i konsekwentnym lansowaniu „gwiazdą” dziennikarską, kimś popularnym i rozpoznawalnym, mogą zostać osoby wcale nie wyróżniające się dziennikarskim profesjonalizmem, czy choćby charyzmą. Bycie „znanym dziennikarzem” czy „znaną dziennikarką” w takich sytuacjach zawdzięczają nie tyle sobie, ile instytucji medialnej, która – z rozmaitych powodów – odrobiła za nich dużą część pracy.

 

Oczywiście, w rozmaitych dziennikarskich „kodeksach etycznych” można znaleźć jasno sformułowane zakazy udziału dziennikarzy w reklamach. Życie pokazuje jednak, że deklarowane zasady to jedno, a stosowanie ich w praktyce, to coś zupełnie innego. Pozostaje jednak zawsze wymiar osobistej, moralnej odpowiedzialności dziennikarza, który decyduje się zdyskontować i zamienić na materialną, dodatkową korzyść, uzyskany kapitał rozpoznawalności, sławy, prestiżu, poważania, szacunku, autorytetu, a przede wszystkim zaufania.

 

Scott Galloway w książce „Wielka czwórka. Ukryte DNA: Amazon, Apple, Facebook i Google” opisuje m. in. „lejek marketingowy”. Zwraca uwagę, jak wielkie znaczenie ma w nim najwyższa warstwa, czyli etap docierania produktu do świadomości. Galloway z fascynacją pokazuje, że to Facebook w ostatnich latach ów „szczyt lejka” zagarnął i przekonuje, że nie może się z tym serwisem społecznościowym równać żaden inny kanał reklamowy. Jednak mechanizm, który opisuje on w odniesieniu do znajomych z Fb, ma również zastosowanie w odniesieniu do udziału w reklamach popularnych dziennikarzy.

 

Rzeczy, których się dowiadujemy z mediów społecznościowych, zwłaszcza z zależnego od Facebooka Instagramu, kreują w nas pomysły i pragnienia. Znajoma zamieszcza swoje zdjęcie z Meksyku w sandałach J.Crew albo zdjęcie, na którym pije koktajl Old Fashioned na dachu Soho House w Stambule, a my chcemy posiadać te same przedmioty albo przeżywać te same doświadczenia” – wyjaśnia w swej głośnej na całym świecie publikacji profesor Stern School of Business na Uniwersytecie Nowojorskim. Kluczowe w zrozumieniu tego mechanizmu jest słowo „znajoma/znajomy”. Znany dziennikarz, goszczący w naszej świadomości w sposób systematyczny za pośrednictwem mediów, zaczyna być traktowany w kategoriach „znajomy”. Czasami ten mechanizm znajduje wyraz w zaskakującej formie. Np. całkiem sporo ludzi odruchowo mówi (lub odczuwa impuls, by powiedzieć) „Dzień dobry”, gdy znany im wyłącznie z ekranu telewizora dziennikarz wchodzi do wagonu albo restauracji. To się może wydawać zabawne, ale pokazuje miejsce popularnych osób ze świata dziennikarskiego w ludzkiej świadomości.

 

Ten mechanizm, wsparty zaufaniem, o którym była mowa wyżej, może być bardzo skuteczny w sferze opisanej przez Gallowaya. Pytanie jednak, czy jest to wobec odbiorcy uczciwe. Czy nie mamy do czynienia z poważnym nadużyciem (czasami tak naprawdę niezasłużonego) zaufania? Chcemy wierzyć w to, co mówią dziennikarze. Zakładamy, że są szczerzy i nas nie okłamują, gdy pojawiają się w programach, audycjach albo gdy piszą teksty w ramach swoich zajęć zawodowych. Bez tego założenia musielibyśmy wszystkich traktować jak wynajętych propagandystów. Jak z moralnego puntu widzenia wygląda wykorzystywanie tego „zawierzenia” odbiorców w innej dziedzinie i zamienianie go na gotówkę?

 

Szczególnie nieprzyjemnym, ale też niebezpiecznym przypadkiem nadużycia zaufania do dziennikarza są reklamy, które udają programy telewizyjne, audycje radiowe lub opiniotwórcze teksty, jeśli są sygnowane nazwiskiem kogoś, kto na co dzień prowadzi w ramach swej pracy zawodowej bardzo podobną działalność. Mieliśmy w Polsce przykłady dość drastycznych nadużyć pod tym względem i niepokojące jest, że dopiero bardzo silna presja skłoniła twórców takich reklam do w miarę wyraźnego zaznaczenia, że odbiorca ma do czynienia z lansowaniem produktu, a nie z kolejnym dziennikarskim wystąpieniem i niezależną o nim opinią.

 

Wiele lat temu popularny wówczas polski dziennikarz swój udział w reklamie herbaty uzasadnił stwierdzeniem „Niezależny dziennikarz to także dziennikarz niezależny finansowo”. Na pozór brzmi to sensownie. W rzeczywistości jest próbą otwarcia drzwi do swoiście rozumianego sponsoringu konkretnych dziennikarzy przez konkretne firmy lub… instytucje (np. ugrupowania polityczne). Tego typu próby wciąż są powtarzane w różnych odsłonach. Mamy w nich do czynienia z dość przewrotnym traktowaniem „niezależności”.

 

Popularni dziennikarze coraz częściej stają się celebrytami. To połączenie dodatkowo komplikuje problem dziennikarskiej obecności w przekazie reklamowym. I stwarza niebezpieczeństwo, że za jakiś czas, zarówno odbiorców, jak i środowisko ludzi mediów przestanie drażnić i niepokoić pojawianie się w reklamach popularnych dziennikarskich nazwisk. I nawet nie trzeba będzie wymyślać jakichś wzniosłych uzasadnień.

 

Ks. Artur Stopka

CMWP SDP obejmuje monitoringiem sprawę  przejęcia spółki Polska Press przez PKN Orlen

CMWP SDP informuje, iż  obejmuje monitoringiem sprawę  przejęcia spółki Polska Press przez PKN Orlen. 

 

8 kwietnia Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów  wydał postanowienie w związku ze złożonym wnioskiem Rzecznika Praw Obywatelskich o wstrzymanie wykonania decyzji Prezesa UOKiK wydającej zgodę na przejęcie przez PKN Orlen spółek należących do Polska Press, do czasu zbadania przez sąd odwołania Rzecznika Prawa Obywatelskich. Sąd uznał, że do czasu rozstrzygnięcia złożonego odwołania strony transakcji muszą wstrzymać się z wykonaniem zaskarżonej przez RPO decyzji.

 

W ocenie CMWP SDP  decyzja SOKiK  jest szkodliwa dla ładu medialnego w Polsce, gdyż spowoduje iż wejście w życie decyzji  UOKiK zostaje odłożone na czas nieoznaczony, a nawet stoi pod znakiem zapytania.

 

CMWP SDP   przypomina, iż Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wielokrotnie wskazywało niebezpieczeństwa związane z nadmierną obecnością kapitału zagranicznego na polskim rynku medialnym, w tym praktycznie monopolistyczną wydawnictwa Verlagsgruppe Passau. W stanowisku przyjętym już podczas Nadzwyczajnego Zjazdu Delegatów SDP w kwietniu 2015 r. dziennikarze stwierdzili, iż media regionalne po 26 latach od czasu transformacji ustrojowej znalazły się w bardzo trudnej, a pod niektórymi względami wręcz katastrofalnej sytuacji. Świadczyła o tym systematycznie malejąca liczba tytułów, zmniejszająca się liczba ich odbiorców oraz coraz bardziej marginalne znaczenie tych mediów w publicznym życiu polskich regionów i województw. SDP zaapelowało wówczas o przywrócenie mediom regionalnym ich właściwej pozycji w lokalnych społecznościach, przeciwdziałanie monopolizacji mediów regionalnych oraz o wspieranie podmiotów polskich działających na rynku mediów regionalnych i lokalnych. W ocenie  SDP zakup firmy Polska Press przez PKN Orlen jest szansą na poprawę tej sytuacji.

 

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP istnieje od 1996 r. i stanowi komórkę organizacyjną Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, powołaną w celu obrony wolności słowa zgodnie z art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.  W związku z powyższym w zakresie realizowanych zadań CMWP m. in. monitoruje przestrzeganie praw człowieka i obywatela w tym zakresie, jak również w uzasadnionych przypadkach podejmuje interwencje prawne oraz przedstawia opinie w charakterze amicus curiae.

 

CMWP podjęło  monitoring sprawy zgodnie z przepisami prawa oraz wskazanymi wyżej kryteriami, co jest uzasadnione celami realizowanymi przez Centrum oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 13 kwietnia 2021 r.

 

O sprawie wstrzymania przez sąd przejęcia przez PKN Orlen spółki Polska Press pisaliśmy na naszym portalu TUTAJ i  TUTAJ.

 

UOKiK o decyzji sądu wstrzymującej przejęcie Polska Press przez Orlen

Sąd w sposób nieuprawniony przyjął, że złożenie odwołania od decyzji automatycznie powinno skutkować koniecznością jej wstrzymania. To niepokojący precedens, który może godzić w prawa przedsiębiorców – stwierdził prezes UOKiK Tomasz Chróstny  w swoim stanowisku po decyzji sądu wstrzymującej przejęcie Polska Press przez PKN Orlen.

 

W poniedziałek Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar poinformował, że 8 kwietnia Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, w związku ze złożonym przez niego wnioskiem, wydał postanowienie o wstrzymanie wykonania decyzji prezesa UOKiK wydającej zgodę na przejęcie przez PKN Orlen Polska Press (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

We wtorek swoje stanowisko w tej sprawie przedstawił prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

 

„Sąd, wydając postanowienie, nie odnosił się do merytorycznych zagadnień w zakresie tego, czy decyzja została wydana zgodnie z ustawą o ochronie konkurencji i konsumentów i w oparciu o przewidziane prawem kryteria” – czytamy w nim.

 

Podkreślono, że postanowienie sądu dotyczy wyłącznie kwestii możliwości „zawieszenia” wykonywania decyzji do czasu rozstrzygnięcia wniesionego przez Rzecznika Praw Obywatelskich odwołania.

 

Dalej UOKiK informuje, że swoje stanowisko i akta sprawy przekazał do sądu 7 kwietnia.

 

„Chronologia zdarzeń wskazuje, że sąd wydając przedmiotowe postanowienie, mógł nie zapoznać się ze stanowiskiem Prezesa UOKiK oraz z aktami sprawy zgromadzonymi w toku postępowania administracyjnego. Zarówno opisane powyżej wydarzenia jak i treść uzasadnienia wskazują, że sąd na etapie wydawania postanowienia o zastosowaniu bardzo poważnego środka tymczasowego nie podjął się oceny merytorycznych przesłanek wstrzymania decyzji, w tym braku potencjalnych skutków dla konkurencji. Podobnie nie zweryfikowano tego, czy zastosowanie środka tymczasowego jest uzasadnione podnoszonymi przez RPO argumentami” – napisano w komunikacie UOKiK.

 

Tomasz Chróstny ocenił, iż  „sąd w sposób nieuprawniony przyjął, że złożenie odwołania od decyzji automatycznie powinno skutkować koniecznością jej wstrzymania. Automatyczne wstrzymywanie zgód koncentracyjnych, gdy wątpliwości co do zasadności decyzji nie znajdują solidnych podstaw, jest niepokojącym precedensem, który niewątpliwie może godzić w prawa przedsiębiorców.”

 

Dodał, że urząd analizuje dalsze kroki prawne, w tym możliwość wzruszenia postanowienia sądu, oraz zamierza złożyć do sądu wniosek o przyspieszenie rozstrzygnięcia odwołania RPO od wydanej decyzji.

 

„Odwołanie w głównej mierze podnosi zarzut nieuwzględnienia przez Prezesa UOKiK pozaustawowych przesłanek wydania zgody, których analiza pozostaje poza kompetencją organu ochrony konkurencji. Tym bardziej zaskakuje wydanie środka tymczasowego tak dalece ingerującego w prawa przedsiębiorców bez nawet pobieżnej analizy prawnej tego zagadnienia” – podkreślił prezes UOKiK.

 

opr. jka, źródło: UOKiK

 

Na rozdrożu – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI analizuje rynek radiowy

Czy cyfrowe zmiany na rynku radiowym są rewolucyjne, czy też nadchodzą wolniej, niż to prognozowano? Czy każdy, kto nadaje program audio w sieci, jest dziennikarzem radiowym i jakie mogą być konsekwencje odpowiedzi na to pytanie?

 

Przestrajanie „jamnika”

 

Początek lat dziewięćdziesiątych i zmiany częstotliwości przyniosły konieczność przestrajania starszych radioodbiorników i popularnych „jamników”, kupowanych na bazarach od handlarzy przybyłych zza wschodniej granicy[1]. Zaczęły pojawiać się stacje komercyjne, które rywalizowały o koncesję i o słuchaczy. Powstawały hałaśliwe i szybkie programy dla młodych odbiorców, ale pozostały i stabilne formaty z trącącymi nieco myszką koncertami życzeń. Nim przestroiliśmy nasze „jamniki”, świat pracował już nad cyfrową transmisją audio (DAB – Digital Audio Broadcasting). W Unii Europejskiej, do której wciąż nam wówczas było daleko, projekt ten wsparł program Eureka 147. Miał on dać firmom i nadawcom ze starego kontynentu wyraźną przewagę konkurencyjną w zdigitalizowanym świecie. Gdy pierwszy raz wprowadzono DAB w 1995 roku, wydawało się, że proces cyfryzacji radia potoczy się błyskawicznie. Tak się nie stało, a w obszernym raporcie z 2008 roku „The Future of Radio is Still Digital – But Which One? Expert Perspectives and Future Scenarios for Radio Media in 2015” grono uczonych (Marko Ala-Fossi, Stephen Lax, Brian O’Neill, Per JauertHelen Shaw) postawiło pytanie: czy w ogóle tędy droga?[2] Wspomniany zespół profesorski zwrócił uwagę, że rozwijają się różne technologie cyfrowe, radio staje się częścią multimedialnych platform, powstają urządzenia o niesamowitych możliwościach łączenia różnych usług, ale skomplikowane i drogie, a siłą radia ostatnich lat była m.in. jego prostota. Dostrzeżono też atuty dostarczanie treści na żądanie (nagrania audycji, które później można odtworzyć, audiobooki i podcasty). Zaznaczono, że wpływ na kierunki rozwoju mają czynniki ekonomiczne, ale i polityczne, czy szerzej publiczne, odnoszące się do roli regulatora rynku. Być może najistotniejsza była jednak konkluzja zawarta w ostatnim zdaniu, że nieważne, jaką drogą technologiczną pójdzie świat, najważniejsi dla kierunków rozwoju radia będą ludzie – słuchacze – którzy będę mieli wpływ na treściową zawartość tych mediów, na ofertę programową.

 

Dwie dekady doświadczeń

 

Już w 2001 roku XM i Sirius w USA zaczęły dostarczać muzykę i treści audio w formie cyfrowej. Nastąpił wówczas przełom, który dziś trudno zrozumieć. Otóż odbiorcy zaczęli płacić za treści audio, które dotąd uważano za bezpłatne. Warto podkreślić, że część z oferowanych kanałów nadawała swój program bez reklam. Stacje lokalne dzięki drodze cyfrowej od razu mogły mieć krajowy zasięg. Nie musiały też walczyć o koncesję. Pojawiły się wyspecjalizowane „mikro kategorie”, programy docierające do wąskich grup słuchaczy. Analizując ten okres dla Encyklopedii „Britannica” Christopher H. Sterling stwierdził, że serwisy internetowe, które pozwalały na legalne lub nielegalne pobieranie muzyki i tworzenie własnych playlist, stały się największą konkurencją dla radia (cyfrowego i analogowego) od czasu powstania telewizji[3]. Problemem w rozwoju okazała się jednak motoryzacja…

 

Urządzenia do odbioru radia cyfrowego w samochodzie były drogie, co stanowiło hamulec w rozwoju tej formy radiofonii. Badania od lat potwierdzają, że auto jest tym miejscem, w którym chętnie raczymy się dźwiękiem. Audycje oczywiście mają w tym wypadku swoją konkurencję – zaczynając od kaset złożonych z muzyki nagranej z… radia, poprzez płyty CD, aż po odtwarzacze MP3. Jolanta Dzierżyńska-Mielczarek, analizując audytorium sprzed dekady, stwierdziła, że najchętniej słuchaliśmy w Polsce radia w godzinach porannych (w domu i w samochodzie właśnie). Mniej więcej do 16:00 radio było wówczas medium dominującym. Potwierdzają to i obecne badania słuchalności[4]. Warto jednak zauważyć, że czas słuchania radia w ciągu doby skurczył się o 45 minut, porównując 2010 z 2001 r.[5] Analizujący ten sam okres Szymon Nożyński stwierdził, że Internet ma ogromny potencjał dla radia, również pod względem możliwości tworzenia własnego programu, ale wymaga od odbiorców sporych umiejętności technicznych[6]. To już przeszłość. Dziś poprzeczka technologiczna została znacznie obniżona.

 

Przyszłość, która nadeszła i wciąż nadchodzi

 

Postępowi technologicznemu towarzyszyły i wciąż towarzyszą nadzieje związane z dziennikarstwem, które według entuzjastów zdoła tą drogą oderwać się od korporacji, a autorzy zaczną nadawać własne programy, na wysokim poziomie, zapewniając ekspansję wybranym informacjom i mądre interpretacje wydarzeń. Taką konkluzję zawarli w swej wizji, zatytułowanej „The Future of Journalism: Networked Journalism” Bregtje van der Haak, Michael ParksManuel Castells[7]. Uczeni liczyli też na to, że wypromuje się dzięki temu liczne grono medialnych osobowości, dziennikarskich ekspertów. Z perspektywy III Rzeczypospolitej początku trzeciej dekady XXI wieku można zauważyć, że droga do tego bardzo daleka. Zwłaszcza w pod względem ekonomicznych fundamentów takiego biznesu. Należy się więc raczej spodziewać, że redakcje, udostępniając swoje nośniki cyfrowe i narzędzia promocyjne, pozwolą części dziennikarzy na realizowanie w sieci programów autorskich, oderwanych od obowiązującej ramówki, linii i formatu. Trudno przypuszczać, by właściciele mediów byli zainteresowani budowanie przez ich pracowników własnych, cyfrowych imperiów. Może się więc okazać, że i autorskie programu w formie radia na żądanie, będą bliższe dawnym redakcyjnym blogom, niż niczym nieskrępowanej swobodzie.

 

Słuchacze i technologia

 

Odbiorcy mediów, mają swoje ulubione chwile w ciągu dnia i tygodnia, w których chętnie przyjmą nowe treści, jak kot, który komunikuje, kiedy można go pogłaskać, a kiedy nie. Przeważnie wiedzą, czego chcą, a czego stanowczo nie chcą. Każda zmiana formatu następuje, a właściwie następować powinna, po odpowiednim „przygotowaniu gruntu”. Ucho ludzkie jest wrażliwe. Są zmiany, które słuchacze potrafią wybaczyć i takie, które są przez nich stanowczo nieakceptowane. Wystarczy spojrzeć na ostatnie lata funkcjonowania Radia Zet i Trójki. Zetka pożegnała się ze znaczną częścią zespołu. Odchodziły osobowości tak istotne jak: Monika Olejnik, Beata Pawlikowska, Marzena Chełminiak, Marek Starybrat, Marcin Kubat czy Tomasz Michniewicz. Według aktualnego rankingu RadioTrack (grudzień 2020 – luty 2021) stacja zachowała drugą pozycję na rynku z wynikiem 12,5%, czyli porównywalnym z tym sprzed roku. Trójka, z którą pożegnali się m.in. Marek NiedźwieckiWojciech Mann, klapnęła, jak przekłuty balon. Według pomiarów słuchalności RadioTrack sprzed roku (grudzień 2019 – luty 2020) stacja miała 5,6%, co dawało jej trzecie miejsce w rankingu redakcji ogólnopolskich (po RMF FM i Zet). Zgodnie z aktualną falą badań (grudzień 2020 – luty 2021) stacji ubyło prawie dwie trzecie słuchaczy. Trójka uzyskała 1,9%, co oznacza siódmą pozycję w tej grupie rozgłośni, między RMF Classic i Radiem Maryja[8]. Na bazie Trójki powstały dwie stacje – Radio Nowy Świat i Radio 357, z których żadne nie występowało o koncesję, stawiając od początku na internetowy kontakt ze słuchaczami. Nie rywalizują więc pod względem tradycyjnych pomiarów słuchalności.

 

Nadawać każdy może (trochę lepiej lub trochę gorzej…)

 

Nowoczesne technologie oraz łatwość w budowaniu własnych kanałów informacji, prostota narzędzi, ich dostępność i relatywnie niski koszt startu, sprawiają, że treści audio (bardzo różnej przy tym jakości, a często bez gwarancji wiarygodności, którą powinny zapewniać media tradycyjne) może dostarczać każdy. Niemieckie Ministerstwo Pracy (Bundesministerium für Arbeit und Soziales) w analizach zagadnienia Praca 4.0[9], określiło to zjawisko mianem „uberyzacji”, ponieważ Uber Technologies Inc. nie jest firmą transportową, a jednak konkuruje na rynku usług i dostaw i to z powodzeniem. Analogicznie w świecie audio profesjonalne redakcje, rywalizują dziś o uwagę i czas słuchaczy z produkcjami indywidualnymi. Tak, jak to było w przypadku blogów, wystarczy odrobina sprzętu i konto w bezpłatnym serwisie. Niesie to za sobą szereg konsekwencji. UNESCO w raporcie z cyklu poświęconego wolnościom w Internecie, zatytułowanym: „Protecting Journalism Sources in the Digital Age”, porusza ważką sprawę. Odpowiedź na pytanie o to, kto w danym kraju jest dziennikarzem, determinuje odpowiedź na stricte związaną z wolnością i bezpieczeństwem kwestię: czy źródła jego informacji korzystają z ochrony na zasadach tajemnicy dziennikarskiej?[10]

 

Na rozdrożu i samopas

 

Nie tylko w Polsce, ale i w Unii Europejskiej można obecnie zauważyć stan zawieszenia, między ochroną starych rozwiązań a otwartością na nowe. Ustabilizowany w poprzednich latach rynek radiowy III RP uległ, być może, daleko idącym przemianą, poprzez spadek znaczenia Trójki i powstanie dwóch nowych graczy (Radio Nowy Świat i Radio 357), którzy nadają w sieci. Warto podkreślić, że obie te stacje używają w swej nazwie słowa „radio”, choć ich programu nie usłyszymy w radioodbiorniku (przynajmniej tym starszym). Brakuje śmiałych planów i wizji, na miarę chociażby Eureka 147[11]. Nie chodzi tu o odbudowę pozycji Trójki, ale o radio w ogóle. Na starym kontynencie można obserwować różne trendy. Rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie wzmocnienia wolności mediów: ochrona dziennikarzy w Europie, nawoływanie do nienawiści, dezinformacja i rola platform, przypomina, że koncentracja mediów ma negatywny wpływ na pluralizm, a media tradycyjne (głównie publiczne) stają się tubami propagandowymi rządzących[12]. Dziennikarstwo tradycyjne jest jednak traktowane również, jako wartość, jako część dziedzictwa kulturowego, którą bezwzględnie należy chronić.

 

Możliwości otwarcia rynku na nowe propozycje są dziś gigantyczne. Rację mieli przy tym autorzy przywołanego raportu „The Future of Radio is Still Digital – But Which One?”, że najważniejszy jest i będzie, mimo technologicznego postępu, odbiorca. Brakuje śmiałych wizji, a cały rynek wygląda jakby puszczony samopas. Szansa na tworzenie w nim atrakcyjnych niszy istniej od dawna, natomiast rodzi się pytanie, ile z nich będzie w stanie utrzymać się pod względem ekonomicznym? Pewnie mało kto pamięta, że w książce „Partyzanckiej Public Relations w Internecie”, którą Michael Levine napisał w latach dziewięćdziesiątych, jednym z analizowanych przykładów sukcesu była strona LARadio.com, założona przez Dona Barretta. Witryna poświęcona historii stacji i ludziom radia w Los Angeles odniosła niespodziewany nawet dla jej twórcy sukces[13]. Okazało się, że mnóstwo słuchaczy chce wspominać i rozmawiać o dawnych programach. Pozostaje mieć nadzieję, że sukcesy wciąż jednak święcić będzie radio żywe, które dostarczy bieżących informacji, czymś zaciekawi, zwróci uwagę na istotne kwestie, rozbawi, uszlachetni i będzie gwarantem wiarygodności przekazu.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://radiopolska.pl/90lat/wylaczenie-dolnego-ukfu/wojciech-makowski-o-wprowadzaniu-gornego-ukfu – dostęp 07.04.2021 r.

[2] Marko Ala-Fossi, Stephen Lax, Brian O’Neill, Per Jauert, and Helen Shaw, The Future of Radio is Still Digital—

But Which One? Expert Perspectives and Future Scenarios for Radio Media in 2015, „Journal of Radio & Audio Media” 2008.

[3] https://www.britannica.com/topic/radio/Radios-digital-future – dostęp 07.04.2021 r.

[4] https://badaniaradiowe.pl/radio-na-fali-ponad-72-proc-polakow-slucha-radia-codziennie/ – dostęp 07.04.2021 r.

[5] J. Dzierżyńska-Mielczarek, Rynek radiowy w Polsce w latach 2001-2011, „Zeszyty Prasoznawcze”, 2012 r., nr 4.

[6] Sz. Nożyński, Radio Internetowe – umiejętność słuchania, możliwość kreowania, [w:] Język @ multimedia: dialog – konflikt, pod red. A. Dytman-Stasieńko, J. Stasieńko, Wrocław 2012 r.

[7] Bregtje van der Haak, Michael Parks i Manuel Castells, The Future of Journalism: Networked Journalism, „International Journal of Communication”, 2012 r. nr 6.

[8] https://radiotrack.pl/wyniki-sluchalnosci/ – dostęp 07.04.2021 r.

[9] Główne opracowanie to: White Paper. Work 4.0, Federal Ministry of Labour And Social Affairs, Rostock 2017. Aktualne informacje na: https://www.bmas.de/DE/Startseite/start.html – dostęp 07.04.2021 r.

[10] Protecting Journalism Sources in the Digital Age, UNESCO, 2017 r.

[11] Szerzej na ten temat: Brian O’Neil, DAB Eureka-147: A European vision for digital radio, „New Media & Society” 2009 r.

[12] https://www.europarl.europa.eu/doceo/document/A-9-2020-0205_PL.html – dostęp 07.04.2021 r.

[13] http://laradio.com/ – dostęp 07.04.2021 r.

WOJCIECH POKORA: Wolność słowa a art. 135 §2 kk

„Niech nam żyją” – wrzeszczy chlewik – Pierwsza Dama! Pierwszy Debil! – to wpis z końca marca z Forum fanów Szkła Kontaktowego. To miejsce, gdzie od 2007 roku można sobie wypisywać je**ć PiS (wolność słowa ogranicza się tam do obrażania jednej partii, inne wpisy są jak widzę usuwane) i układać fraszki w stylu cytowanej powyżej lub:

Cyba – postrach Kaczyńskiego –
doprowadził PiS do tego,
że potrzebne są miliony
dla zapewnienia ochrony.
By nie przerwać mu kariery
policja stawia bariery,
wprowadza specjalny tryb…
Mamy wszak miliony Cyb!

 

Forum działało zatem w chwili, gdy skazywano kibiców za hasła „Donald matole” i nikt go nie zamykał w chwili, gdy zamykano stronę AntyKomor.pl za publiczne znieważenie głowy państwa. W sprawie portalu, jak pamiętamy, było wiele kontrowersji, bo w jego zamknięcie zaangażowało się ABW i wielu komentatorów przypisywało temu działaniu aspekt polityczny i zamach na wolność słowa. Forum fanów Szkła Kontaktowego powstało rok po bardzo głośnej sprawie bezdomnego Huberta H., czego akurat żałuję, bo chętnie poczytałbym „fraszki” w jego obronie. Przypomnę: w roku 2005, tuż po zaprzysiężeniu na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, policjanci z Dworca Centralnego legitymowali bezdomnego Huberta H., który na ich widok „puścił długą wiązankę” obrażając głowę państwa. Policjanci uznali, że wyczerpuje to znamiona przestępstwa, dlatego po odwiezieniu Huberta H. do izby wytrzeźwień policja wszczęła sprawę o przestępstwo znieważenia prezydenta RP. W sprawę obrony bezdomnego zaangażowała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka oraz media. Hubert H. był nawet gościem programu Tomasza Lisa „Co z tą Polską”, w którym wystąpił 9 września 2006 roku zaraz po Romanie Giertychu, Izabelli Sierakowskiej, Ewie SowińskiejJerzym Fedorowiczu. Podaję datę dzienną, bo było to duże wydarzenie, gdy topowy wówczas dziennikarz, zapraszający do studia jedynie polityków i komentatorów z głównego nurtu polityki, pochylił się nad bezdomnym mającym w poważaniu nowego prezydenta. Gdy jakiś czas później bloger Piotr Wielgucki (znany jako Matka Kurka) obraził Bronisława KomorowskiegoDonalda Tuska, także poprosił o wsparcie Tomasza Lisa, jednak się go nie doczekał. Może dlatego, że nie był bezdomny?

 

Sprawa Huberta H. jest doskonałym papierkiem lakmusowym w sprawach dotyczących obrazy głowy państwa. Przypomnijmy, Kodeks karny w art. 135 §2 stanowi: Kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. W sprawie Huberta H. głos zabrało wiele ówczesnych autorytetów ze świata polityki i dziennikarstwa. Bardzo głośna była wypowiedź byłego ministra w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy Mieczysława Wachowskiego, który cytował Jaroslava Haška: Muchy obesrały portret najjaśniejszego pana.

 

Ówczesny szef Kancelarii Prezydenta Aleksander Szczygło przypomniał wówczas ważną, istotną i dzisiaj, rzecz – sprawy dotyczące znieważenia prezydenta RP są wszczynane przez organy ścigania z urzędu i kancelaria prezydenta nie ma wpływu na tryb takiego postępowania. I też sięgnął do literackiego cytatu, tym razem do Gogola:

Radzę urzędnikom państwowym – bo policjanci i prokuratorzy są urzędnikami państwowymi – by wielokrotnie czytali Mikołaja Gogola – „Rewizora”, „Martwe dusze”, „Ożenek” – wtedy znajdą proporcję rzeczy.

 

I to jest istota sprawy. Proporcje. Obrażając na forum internetowym czy w mediach społecznościowych, osoby publiczne bądź innych użytkowników, musimy się liczyć z tym, że każda z tych osób może zechcieć wytoczyć nam proces za znieważenie lub zniesławienie.
I dzieje się tak coraz częściej, bo plaga hejtu osiąga niewyobrażalne wręcz rozmiary. Zniesławienie (art. 212 k.k.) polega na tym, że sprawca pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności. I tu procesu spodziewać może się internauta, który napisze na forum, że burmistrz jego miasta na pewno wziął łapówkę lub ustawił przetarg na drogę, która mu przeszkadza. Jeśli informacje te okażą się nieprawdziwe i miały na celu zdyskredytowanie włodarza, może on wytoczyć internaucie proces.

 

Znieważenie (art. 216 k.k.) polega na skierowaniu wobec innej osoby słów powszechnie uznawanych w społeczeństwie za obelżywe, np. wulgaryzmów, np. nazwanie kogoś idiotą.

 

Istnieje obiegowy pogląd, że język nieparlamentarny to język zawierający sporo wulgaryzmów. Język nieparlamentarny to język niecenzuralny. Niestety ze smutkiem trzeba stwierdzić, że tak było. Odkąd mieliśmy w Sejmie do czynienia z tzw. palikotyzacją polityki, a co za tym idzie
i języka, to właśnie język polityczny, czyli parlamentarny zaczął dawać społeczeństwu zły przykład. „Durnia mamy za prezydenta” to przecież cytat z Lecha Wałęsy, „Zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż w Europie” – powiedział Janusz Palikot. Do tego dołączają media, jak np. Gazeta Wyborcza reklamująca się w ten oto sposób: Akcja: WESPRZYJ#WYPIERDALAĆ. Prenumerata „Wyborczej” dla Strajku Kobiet”.

 

Jeśli politykom wolno obrażać i nawoływać do nienawiści, jeśli największe gazety promują wulgarne hasła polityczne, to trudno zapanować nad emocjami komuś, kto ma do dyspozycji klawiaturę i przycisk „publikuj”. Skoro taki mamy klimat, to czemu z niego nie skorzystać? Przecież mamy prawo do wolności słowa i publicznego wyrażania swoich poglądów. A że poglądy części społeczeństwa są zbieżne z poglądami części polityków i mediów, to czemu mieliby nie pisać „je**ć PiS” czy „wyp…”. A jak już to napiszą, to czy nie można pójść dalej i nazwać prezydenta „Długopisem” lub „Du*ą” zamieniając jedną literkę w jego nazwisku? Na Forum fanów Szkła Kontaktowego uchodzi to na sucho, czemu więc ma się nie przenieść na FB lub TT? Albo na transparenty? Mamy wolność słowa!

 

Wolność słowa ma znaczenie kluczowe dla rozwoju demokracji i parlamentaryzmu. To jedna z wolności obywatelskich. Wiele pokoleń walczyło o to, żeby tę wolność przywrócić i dziś dzięki nim możemy z niej korzystać. Nie zapominajmy jednak, że wiele pokoleń walczyło także o to, by przywrócić w naszym kraju symbole państwowe i szacunek do nich. Nie spodziewam się, że w każdym domu w identyczny sposób z szacunkiem odnoszono się do orła w koronie czy do urzędu prezydenta. Wielu pasował pierwszy sekretarz, to była ich tradycja, zatem jak mają szanować urząd, którego znaczenia nie pojmują? Nie rozumieją czym jest godność
i powaga urzędu prezydenta. I niestety znów nie pomagają w tym tzw. elity, które wybierają sobie od którego prezydenta przyjąć odznaczenie państwowe, a na ręce którego je oddać. Często mając na piersi napis KONSTYTUCJA. Co ważne, to właśnie przez szacunek do Konstytucji RP, szacunek należy się również osobie sprawującej urząd prezydenta. Niezależnie od osobistych poglądów tej osoby czy jej wyglądu. Bolesne jest to, że psucie państwa zaczyna się od tych, którzy na sztandarze niosą jego naprawę, nie potrafiąc wyzbyć się własnych fobii. Dlatego, rozumiejąc znaczenie wolności słowa i mając w pamięci słowa ministra Aleksandra Szczygły, nie mam problemu z istnieniem przepisów uczących obywateli RP szacunku do instytucji państwowych.

 

Wojciech Pokora

Protest CMWP SDP przeciwko kolejnemu przesunięciu premiery filmu “Stan zagrożenia” Ewy Stankiewicz w TVP

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko kolejnemu odwołaniu  premiery telewizyjnej filmu dokumentalnego red.  Ewy Stankiewicz „Stan zagrożenia” poświęconego katastrofie smoleńskiej i apeluje o jego emisję.  Film miał być wyemitowany  w TVP 1 10 kwietnia wieczorem, w 11. rocznicę katastrofy smoleńskiej, zamiast niego dzień przed emisją  TVP zapowiedziała  pokaz filmowej relacji z wyników badań sejmowej Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego kierowanej przez Antoniego Macierewicza.

 

Reżyserka filmu, red. Ewa Stankiewicz nie została poinformowana o zmianie daty premiery filmu, dowiedziała się o tym z komunikatu w mediach. TVP zapowiedziała  jednocześnie emisję filmu “Stan zagrożenia” na 18 kwietnia b.r.,  jest to już szósta data emisji tego filmu .

 

TVP w komunikacie tłumaczy, że „jako nadawca publiczny, w sprawie tak ważnej jak wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej czuje się zobowiązana w pierwszej kolejności publikować materiały autoryzowane przez instytucje państwowe, w drugiej zaś – o charakterze dziennikarskim i publicystycznym”.

 

„Stan zagrożenia” miał zostać pokazany w TVP1 już 20 stycznia, ale jego emisja została w ostatniej chwili odwołana. Telewizja tłumaczyła to zastrzeżeniami „natury formalno-prawnej, stwarzające poważne wątpliwości co do ryzyka użycia w filmie materiałów prawnie chronionych”. Red. Ewa Stankiewicz  nie zgadzała się z tymi zarzutami. Wyrazy solidarności z autorką dokumentu oraz apel do Telewizji Polskiej o jak najszybsze pokazanie filmu wystosowało wówczas Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (TUTAJ).

KPRM odpowiada na apel SDP, CMWP SDP i Ordo Iuris

Rząd będzie dążył do określenia ram funkcjonowania serwisów społecznościowych – czytamy w odpowiedzi Kancelarii Prezesa Rady Ministrów na apel Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP i Instytutu Ordo Iuris dotyczący walki z cenzurą w internecie.

 

Petycję z apelem do premiera RP Mateusza Morawickiego o jak najszybsze przyjęcie przepisów gwarantujących wolność słowa w internecie złożyli pod koniec stycznia w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przedstawiciele Instytutu Ordo Iuris, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

W odpowiedzi KPRM zapewniono, że rząd podejmie działania mające na celu wprowadzenie odpowiednich regulacji, które ograniczą cenzurowanie treści przez platformy społecznościowe.

 

Podkreślono, iż swobodne wyrażanie poglądów jest podstawową wartością demokratycznej Polski oraz krytycznie odniesiono się do praktyk cenzorskich stosowanych w mediach społecznościowych. Zapewniono, że Rada Ministrów podejmie działania zmierzające do uregulowania funkcjonowania portali społecznościowych.

 

„W Polsce – wzorem np. Francji czy Niemiec, uregulujemy to odpowiednimi przepisami. Zaproponujemy także, aby podobne rozwiązania zaczęły obowiązywać w całej Unii Europejskiej” – czytamy w odpowiedzi KPRM.

 

opr. jka, źródło: Ordo Iuris, fot. Wikipedia

.