Otwiera wiele drzwi – TOMASZ NIEŚPIAŁ o sile Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP

Co roku Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznaje prestiżowe nagrody, w tym najcenniejszą: Główną Nagrodę Wolności Słowa. Trafia do autorów publikacji w obronie demokracji i praworządności. To nagroda za materiały dziennikarskie demaskujące nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich i praw człowieka.

 

To najważniejszy konkurs dziennikarski w Polsce – nie ma wątpliwości Mariusz Pilis, członek Zarządu Głównego SDP, który jest ostatnim laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP. Otrzymał ją w 2020 roku.

 

Niewiele jest w Polsce tak dużych konkursów, w których dziennikarz może zostać dostrzeżony, a jego dokonania nagrodzone przez wybitnych kolegów z branży. To prestiżowa nagroda, która otwiera wiele drzwi – przekonuje.

 

Mariusz Pilis został doceniony za film dokumentalny „Sprawiedliwość”. To opowieść na temat strat jakie poniosła Polska w czasie II wojny światowej i reparacji wojennych od Niemiec.

 

To dla mnie ważny film, choć nie najważniejszy w całej karierze – zastrzega. Jak tłumaczy, od pewnego czasu realizuje ideę tworzenia filmów ważnych z punktu widzenia trwającej debaty w Polsce. – Reparacje wojenne to temat trudny i wzbudzający olbrzymie emocje. Przetłumaczenie tego problemu na film, który będzie zrozumiały dla wielu ludzi, jest niezwykle istotne z punktu widzenia przekazywania wiedzy i jej porządkowania.

 

Warto bić się za to co słuszne

 

Nagroda Główna Wolności Słowa to ogromne wyróżnienie, najważniejsze w naszej branży – nie ma wątpliwości Marek Pyza, dziennikarz Tygodnika Sieci. – Myślę, że powinno być istotne dla wszystkich rzetelnych dziennikarzy, którzy ścierają się z władzą – nieważne, czy samorządową, czy centralną – i bywają narażeni na represje z jej strony – dodaje Pyza, który został laureatem drugiej nagrody Głównej Wolności Słowa SDP wspólnie z Andrzejem R. PotockimMarcinem Wikło za tekst „Wojna Gdańska z Polską”. – To nagroda tym bardziej znacząca, że sprawa naszego artykułu ma swój ciąg dalszy w sądzie. Władze Gdańska wytoczyły nam absurdalny proces o ochronę dóbr osobistych – w znacznej mierze jego przedmiotem są opinie, a nie fakty – jako gmina Gdańsk, a więc de facto reprezentując wszystkich mieszkańców miasta. Pani prezydent Aleksandra Dulkiewicz zamiast wystąpić we własnym imieniu, skryła się za urzędem i za pieniądze gdańszczan próbuje kneblować dziennikarzy, którzy ośmielili się krytykować skandaliczną politykę jej i jej obozu politycznego – wyjaśnia Marek Pyza.

 

Wtóruje mu współautor tego tekstu Marcin Wikło. – Ta nagroda była niewątpliwym wsparciem dla nas – zaznacza dziennikarz Sieci. – Kiedy dostajesz pozew, zastanawiasz się czy wszystko zrobiłeś dobrze, czy sprawdziłeś każdą informację. Ponowne przemyślenie tej sprawy potwierdziło, że mamy rację, o którą będziemy walczyć w sądzie – wyjaśnia Marcin Wikło. I dodaje: – Zauważenie przez SDP tego sporu i wyniesienie jego rangi do sprawy ważnej było dla nas o tyle istotne, że utwierdziło nas w przekonaniu, że warto się bić za to, co uważamy za słuszne.

 

Dziennikarstwo jak ambona

 

Z kolei Michał Król, laureat z 2018 roku, nie ukrywa, że dla niego nagroda była dużym przeżyciem.

 

To była cenna i wzruszająca chwila, ale też ukoronowanie wielu lat pracy i zwrócenie uwagi na tematy, na które często nie było miejsca w ogólnodostępnych mediach – opowiada Michał Król, który Główną Nagrodę Wolności Słowa SDP otrzymał za filmy poświęcone prześladowaniu chrześcijan, które stworzył z Maciejem Grabysą i jedynym duchownym wśród laureatów tej nagrody – księdzem Romanem Sikoniem, salezjaninem. – Wiele osób dziwiło się, że ksiądz może otrzymać nagrodę dziennikarską i to najważniejszą – mówi portalowi sdp.pl ks. Roman Sikoń. – Świat duchowy jest zwykle oddzielony od świata świeckiego, ale naszymi filmami udowodniliśmy, że nie musimy zamykać się w mediach typowo katolickich. Okazało się, że możemy nie tylko dawać świadectwo wiary, ale też opowiadać o sprawach związanych z pomocą humanitarną w sposób atrakcyjny dla każdego widza – podkreśla ks. Roman Sikoń. I dodaje: – Nasze dziennikarstwo to dodatkowa ambona.

 

Maciej Łukasiewicz – dziennikarz z krwi i kości

 

Jako odrębna kategoria, główna Nagroda Wolności Słowa SDP przyznawana jest od 1999 roku. Jej pierwszą laureatką nagrody została Irena Piłatowska, ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia za audycję „Prawda odwrócona”. Od tamtej pory, w 21 kolejnych edycjach, wyróżnionych zostało prawie 40 dziennikarzy, niektórzy nawet dwukrotnie.

 

Tak, jak Bertold Kittel, były dziennikarz śledczy „Rzeczpospolitej”, a dziś związany ze stacją TVN, który został nagrodzony w 2004 i 2006 roku.

 

Pierwsze wyróżnienie zdobył za teksty o podejrzanych powiązaniach biznesowo-towarzyskich warszawskich urzędników. Dwa lata później powtórzył wyczyn wspólnie z Maciejem DudąBarbarą Sierszułą za ujawnienie międzynarodowego skandalu korupcyjnego.

 

To był fajny okres mojej pracy. A sam tekst o tzw. układzie warszawskim dotyczył zatracenia się urzędników w relacjach biznesowych – wspomina w rozmowie z sdp.pl Bertold Kittel. – Na temat wpadłem analizując majątki warszawskich urzędników. Postanowiłem sprawdzić jak to się stało, że ludzie, który pracują najwyżej dziesięć lat w urzędzie mają kilkumilionowe majątki. Potem ktoś to nazwał układem warszawskim – dodaje dziennikarz TVN.

 

Bertold Kittel przyznaje, że w tamtym czasie miał sentyment do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Patrzyłem na tę organizację, przez pryzmat tego, że jej wiceprezesem był kiedyś Maciej Łukasiewicz, który wtedy kierował „Rzeczpospolitą”. To był prawdziwy dziennikarz – z krwi i kości – mówi Bertold Kittel.

 

Dziś Maciej Łukasiewicz patronuje jednej z kategorii konkursu SDP. Jego imieniem przyznawana jest nagroda za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Natomiast Bertold Kittel krytycznie patrzy na działalność i przyznawane przez SDP nagrody. – Materiał dziennikarski aby wygrać jakikolwiek konkurs, powinien spełniać określone kryteria, być wzorem. Tak z nagrodami SDP było kiedyś. Czy tak jest nadal? Nie wiem, bo nie śledzę już kto wygrywa w tych konkursach.

 

Z kolei Marek Pyza z Tygodnika Sieci przekonuje, że tylko w SDP szanse na docenienie ma praca mediów o różnym profilu. – Jak wiadomo, inne – uznawane za prestiżowe – branżowe laury są przeznaczone dla dziennikarzy liberalno-lewicowych, zaś nurt konserwatywny jest od lat konsekwentnie pomijany – zauważa. – Co roku możemy się przekonać, że tylko Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich obiektywnie ocenia naszą pracę i honoruje publikacje niezależnie od linii redakcji. To bezcenne w czasach, gdy dziennikarstwo, przyznaję to z dużym smutkiem, mocno się dewaluuje. SDP przywraca należne proporcje i przypomina o czasem zapomnianych w naszym środowisku: warsztacie, uczciwości, odpowiedzialności za słowo, odwadze – konstatuje Marek Pyza.

 

Dla dobra publicznego

 

Dwie statuetki Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP na swoim koncie mają również Maria Dłużewska, Jolanta Hajdasz czy Joanna Lichocka. Dla tej ostatniej nagrody były ukoronowaniem dziennikarskiej pracy. Ostatnią zdobyła za 2013 rok. Potem rzuciła dziennikarstwo i weszła do polityki. W 2015 roku została posłem, a rok później członkiem Rady Mediów Narodowych.

 

W 2005 roku nagroda powędrowała do całego zespołu dziennikarzy działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”, „za rozpoczęcie i konsekwentne kontynuowanie na forum krajowym i międzynarodowym walki z kłamstwami o „polskich obozach śmierci”.

 

Nagroda Główna Wolności Słowa to dla dziennikarzy, z którymi rozmawialiśmy, przede wszystkim umocnienie, podupadającej czasem, wiary w dziennikarstwo.

 

Nie powiem, że moje życie zawodowe radykalnie się zmieniło, bo nie pracujemy dla nagród, ale – choć brzmi to może górnolotnie – dobra publicznego. Ale ta wyjątkowa nagroda dopinguje do jeszcze cięższej pracy. Daje poczucie, że w pełnieniu naszej misji – a w takich kategoriach postrzegam zawód dziennikarza – możemy liczyć na wsparcie nie tylko naszych przełożonych, ale również istotnej części środowiska – mówi Marek Pyza z Tygodnika Sieci.

 

Jego redakcyjny kolega, Marcin Wikło przyznaje natomiast, że szczególnie ważne jest dla niego zauważenie ciężkiej, dziennikarskiej pracy. – To nie są teksty, które powstają w tydzień. Te tematy trzeba wychodzić, wyjeździć, więc miło jest kiedy ktoś ten trud docenia. I nie powiem: moja próżność została zaspokojona – dodaje.

 

Mariusz Pilis nagrodę SDP traktuje jako duże wyróżnienie swojej pracy i miłe doświadczenie: – Trafiła do kolekcji nagród, które już zdobyłem, ale też składa się na obraz mnie jako dziennikarza, reżysera, i producenta.

 

SDP murem za dziennikarzem

 

O znaczenie Głównej Nagrody Wolności Słowa pytamy także Andrzeja Stankiewicza, zastępcę redaktora naczelnego Onet, który zdobył ją z Małgorzatą Solecką w 2003 roku. Stankiewicz nie ukrywa, że ma dziś problem z SDP. – Był czas, kiedy to były najważniejsze nagrody w środowisku dziennikarskim, nie wzbudzały emocji negatywnych – mówi Stankiewicz. – Oceniając materiał dziennikarski zawsze trzeba patrzeć na jakość, a ja nie mam pewności, że te wszystkie nagrodzone smoleńskie filmy to były tak ważne dziennikarskie materiały – stwierdza Stankiewicz, który jest także laureatem nagrody Watergate oraz nagrody im. Stefana Żeromskiego za reportaż „Sieroty po generale”.

 

Jednocześnie przyznaje, że nagrody SDP są dla niego ważne. – Byłem relatywnie młodym dziennikarzem, kiedy je otrzymywałem, w zawodzie pracowałem kilka lat. Tamte teksty i nagrody to był mocny sygnał dla mnie, w którym kierunku powinienem zawodowo podążać – wyjaśnia Stankiewicz.

 

Jego teksty śledcze przyniosły mu nie tylko rozgłos, ale i procesy sadowe. – Mimo, że przegrywałem sprawy w polskich sądach, a rację przyznał mi dopiero Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, to Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich było jedyną organizacją dziennikarską, która za mną wtedy stanęła. I broniła mnie do końca. To było dla mnie ważne – podkreśla Andrzej Stankiewicz.

 

Zastępca redaktora naczelnego Onetu przyznaje też, że ma wiele zastrzeżeń do konkursów dziennikarskich.

 

Nastąpiła ich straszna dewaluacja. Jeżeli konkurs jest organizowany przez środowisko sympatyzujące z władzą, to nie może być miarodajny. Z drugiej strony jeżeli w ważnych kategoriach zwyciężają materiały o niszowych problemach, to oznacza, że nagrody są przede wszystkim wyrażeniem poglądów jury. I to nie tylko dotyczy SDP. Nagrody przyznawane przez magazyn Press, też mają te defekty, co mnie irytuje – mówi Andrzej Stankiewicz.

 

Publicysta przyznaje też, że z tego powodu przez kilka lat nie zgłaszał swoich tekstów do konkursów dziennikarskich. – Miałem kryzys wiary w ich sens. Szczególnie kiedy widziałem jak przepadają w nich materiały ważne, które kosztują gigantyczne nakłady pracy dziennikarskiej i zasługują na nagrodę lub choćby nominację – wyjaśnia Stankiewicz. Ale zastrzega: – Wiem, że jestem bardzo zgorzkniały, ale tak to oceniam z perspektywy doświadczonego dziennikarza.

 

Nieco inny pogląd ma w tej sprawie Mariusz Pilis. – Świat dziennikarski rzeczywiście jest podzielony. Weszliśmy w erę wojennego dziennikarstwa. Mamy fronty, okopy. Jednak niezależnie od tego z jakiego okopu jest dziennikarz, w SDP liczy się wyłącznie warsztat. I dlatego to Główną Nagrodę Wolności Słowa należy cenić.

 

Tomasz Nieśpiał

Wyciek – MIROSŁAW USIDUS o tym, jak Facebook handluje naszą prywatnością

Początkowo, po wycieku danych z 533 milionów kont facebookowych, większość skupiła się na ciekawej informacji, która wyszła w ujawnionych danych. Okazało się, że szef platformy, Mark Zuckerberg, używa konkurencyjnego wobec narzędzi fejsowych komunikatora Signal. To znamienne i zabawne. Osładza nieco użytkownikom świadomość, że ich dane są tak słabo chronione.

 

Osładza jednak tylko trochę, bo kolejny wyciek powinien każdemu w sposób dojmujący uświadomić, że przekazywanie czemuś takiemu jak Facebook swoich prywatnych, albo może mniej prywatnych, ale wciąż ważnych, danych, jest szaleństwem. Nawet jeśli nie wyciekną, to Facebook je sprzeda na sposoby, o których nie mamy pojęcia, bo taki jest jego model biznesowy. Opiera się on na handlowaniu naszymi danymi, czyli, w pewnym sensie, nami samymi.

 

Warto może wspomnieć, że wyciek z początku kwietnia nie był rzeczą nową, lecz niejako kontynuacja starszego wycieku. Facebook sam podaje, że dane, które teraz wypłynęły, zostały pozyskane wcześniej dzięki luce, która została załatana w sierpniu 2019 roku. Porcje tych danych pojawiły się już w sprzedaży w styczniu 2021 roku. Ale danie główne podano na talerzu dopiero w ostatnich tygodniach. Według raportu opublikowanego przez „Business Insider”, do sieci wyciekły dane osobowe ponad pół miliarda użytkowników Facebooka ze 106 krajów. W tym ponad 32 mln rekordów dotyczących użytkowników z USA, 11,5 mln z Wielkiej Brytanii i 6 mln z Indii.

 

Skrobanie po stronach internetowych

 

Prywatne informacje użytkowników zostały uzyskane przez hakerów głownie drogą wykorzystania funkcji importera kontaktów na Facebooku, która pozwala użytkownikom na znalezienie znajomych w mediach społecznościowych przy użyciu listy kontaktów w telefonie. Złodzieje danych wykorzystali lukę w tym mechanizmie, aby uzyskać dostęp do identyfikatorów użytkowników, adresów, numerów telefonu, adresów e-mail, nazw miejsc pracy, dat urodzenia, dat utworzenia konta i innych danych osobowych umożliwiających identyfikację. Następnie dane te wyciekły do dark webu.

 

Facebook twierdzi, że hakerzy uzyskali dane użytkowników poprzez data scraping, technikę używaną do importowania danych ze strony internetowej do lokalnego pliku w komputerze. Gigant społecznościowy zauważył również w poście na blogu, że „konkretny problem, który pozwolił im [hakerom] na wyskrobanie tych danych w 2019 roku już nie istnieje”. Czyli, że Facebook lukę już naprawił. Tę lukę, bo inne słabe punkty, o których nie wie, z oczywistych względów nie mogą być naprawione.

 

Wiele firm, nie tylko Facebook, ale również Google, Twitter, i inne, udostępnia swoje interfejsy API programistom. Mają w tym swoje cele biznesowe. Korzystają z nich jednak nie tylko uczciwi programiści, ale również grupy cyber-przestępcze, choćby do wspomnianego masowego pobierania danych ze stron internetowych, czyli wspomnianego data scrapingu. Mogą uzyskać imię i nazwisko oraz adres e-mail danego użytkownika z jednej strony internetowej za pośrednictwem API, API drugiej strony internetowej może dostarczyć im numeru telefonu i adresu zamieszkania, a trzecia strona może otworzyć im drzwi do bardziej wrażliwych informacji na temat tego samego użytkownika. Hakerzy łączą te wszystkie dane i tworzą kompletny zestaw danych, który jest następnie sprzedawany online.

 

Facebook nie jest ani pierwszym atakowanym w ten sposób serwisem, ani nie dzieje się to na jego platformie w jakikolwiek wyjątkowy, różny od innych serwisów sposób. Można przypomnieć np. podobny głośny przypadek wycieku danych 500 milionów użytkowników platformy społecznościowej LinkedIn, które potem były sprzedawane online przez nieznanego hakera, który wcześniej opublikował dane dwóch milionów użytkowników jako próbkę i dowód posiadania danych.  W przypadku LinkedIn, twierdzono, że dane zostały wyskrobane, innymi słowy, ktoś naruszył warunki korzystania z usługi, aby wyciągać dane z publicznych profili, łącząc je z danymi z innych stron. Informacje, które wtedy wyciekły, są pod wieloma względami podobne do tych, które wyciekły z Facebooka, ale zawierają sporo danych dotyczących aktywności zawodowej i biznesowej.

 

Zestaw do pracy dla oszusta

 

W sumie, wyciek z Facebooka ogłoszony na początku kwietnia zawierał, według opublikowanych szczegółowych raportów, 2 837 793 637 pozycji z danymi. Oznacza to, że hakerzy ujawnili pięć typów danych w przeliczeniu na przeciętnego użytkownika. „Suma ta zawiera numery telefonów, identyfikatory na Facebooku, pełne nazwiska, lokalizacje, daty urodzenia, biogramy i, w niektórych przypadkach, adresy e-mail,” podał Vytautas Kaziukonis, szef zajmującej się bezpieczeństwem sieciowym firmy Surfshark, która była jednym ze źródeł informacji o wycieku.

 

Jeśli chodzi o prawdziwie wrażliwe dane, to wyciek zawierał w 90 proc. numery telefonów użytkowników, w 60 procentach – lokalizację, w ok. 18 procentach – informacje o pracodawcy. Status związku ujawniony był w jedynie w 15 proc. danych. Emaile użytkowników wyciekły w niewielkim stopniu, bo w niecałych pięciu procentach. 2 669 381 informacji należało do polskich użytkowników portalu. W Polsce 0,81 proc. profili miało ujawnione adresy e-mail, a 100 proc. – numery telefonów lub identyfikatory z Facebooka,  51,43 proc. rodaków miało ujawnioną lokalizację, a 24,23 proc. status związku. Internauci chcący dowiedzieć się, czy ich dane wyciekły i są narażone na szwank, mogą odwiedzić stronę HaveiBeenPwned.com. Wszystko, co muszą zrobić, to wpisać swój np. adres e-mail i sprawdzić.

 

Zdaniem analityków najgroźniejszą potencjalną konsekwencją wycieku dla użytkowników nim dotkniętych jest ogromna liczba numerów telefonów możliwych do pozyskania w celu uruchomienia oszustw typu phishing SMS na wielką skalę oraz ataków spamowych opartych na SMS-ach. Tak uważa m. in. twórca HaveiBeenPwned.com i ekspert ds. bezpieczeństwa sieci Troy Hunt. Wprawdzie użytkownicy stają coraz bardziej wrażliwi i odporni na próby wyłudzeń tym sposobem, to jednak można założyć, że działa tu prawo wielkich liczb. Jeśli pozyskujesz ok. pół miliarda numerów telefonów, to zapewne pewna część ich właścicieli da się nabrać na oszustwo. Skuteczność ataku oszustów zwiększyć mogą dane skombinowane. Jeśli oprócz numeru telefonu phisher ma informacje o lokalizacji i zatrudnieniu potencjalnej ofiary, to ma większą możliwość skutecznego działania.

 

Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym złodziej udaje, że dzwoni z banku, wykorzystując zdjęcia lub dane o lokalizacji z konta w mediach społecznościowych, aby uzyskać cenne informacje o koncie. Dzwoni i mówi: „Tu twój bank X. Zauważyliśmy, że byłeś w Pizza Hut w ostatni czwartek…”. Wiarygodność dzwoniącego wzrasta. Grunt pod dalsze działania oszusta jest przygotowany.

 

Skradzione informacje mogą zostać wykorzystane również do wysyłania spamu i do kierowania reklam. Można je wykorzystać do planowania i realizacji różnorodnych scenariuszy oszustw internetowych. Hakerzy mogą podszywać się pod użytkowników i przelewać gotówkę w ich imieniu, bez ich wiedzy. Dane z Facebooka skombinowane w innymi informacjami dają ludziom o złych zamiarach, sprytnym i doświadczonym oszustom, wielkie pole do popisu.

 

Baza danych z Facebooka jest dostępna w sieci dark web i każdy może ją przeszukiwać. Przedstawiciele firmy Hudson Rock, zajmującej się wywiadem cybernetycznym, na początku stycznia potwierdzili, że dane te są obecnie przedmiotem handlu, który toczy się na opartym na chmurze komunikatorze internetowym Telegram. Ostatnio zestaw tych danych wydaje się również pojawiać na różnych forach hakerskich w całym Internecie.

 

Jak się chronić

 

Biorąc pod uwagę charakter wycieku, użytkownicy nie mogli właściwie nic zrobić aby się przed nim zabezpieczyć. Ponieważ atak był skierowany na systemy Facebooka, odpowiedzialność za zabezpieczenie danych leży całkowicie po stronie Facebooka.

 

To jedna strona medalu. Druga jest taka, że hakerzy nie mogą „wyskrobać” z Facebooka informacji, których tam nie zamieścimy, nie udostępnimy innym przedstawicielom społeczności. Są oczywiście tacy „spryciarze”, którzy a jakże wiedzą, że nie należy podawać na Facebooku np. prawdziwej daty urodzenia, więc wpisują fałszywą, a potem… świętują urodziny na Facebooku w prawdziwy dzień urodzin. Nie podajesz lokalizacji? Co z tego, jak z twoich zdjęć wynika co najmniej miejscowość, w której mieszkasz, jeśli nie dzielnica lub nawet ulica. Itd.

 

Od lata wiadomo, że należy unikać używania Facebooka do logowania się na innych stronach internetowych. Jeśli twoje konto na Facebooku zostanie przejęte, atakujący będzie miał automatyczny dostęp do wszystkich powiązanych z nim stron i aplikacji. Pomijam już fakt, że na talerzu podaje to stargetowanego użytkownika. Łakomy kąsek do handlu z reklamodawcami spamerami.

 

Chciałbym podać przykład swojego własnego konta na Facebooku jako dobrze zabezpieczonego. Nie udostępniam tam żadnych danych osobistych, związanych z rodziną, miejscem zamieszkania. To profil niejako „zawodowy”, podobnie jak numer telefonu czy email. Są to rzeczy związane z moją działalnością, więc z natury nie są tak bardzo ściśle chronione. Nie udostępniam na Facebooku nic na tematy osobisto-prywatne. W ogóle udostępniam coraz mniej. Czy jednak mogę się w obliczu takiego wycieku czuć bezpiecznie? Nie sądzę.

 

Jest też taka możliwość, by w ogóle porzucić Facebooka i zaprzestać mu podawać siebie na talerzu, ale tego rozumiem, nikt nie bierze pod uwagę. Sam, prawdę mówiąc, na razie nie biorę, na razie.

 

Cały czas gdzieś tam z tyłu głowy kołacze mi myśl, że dla Facebooka ten ostatni wyciek i inne wycieki danych, to nieszczęście, ale z innych powodów niż naiwnym mogłoby się wydawać. Jemu nie jest przykro z powodu przykrości, która spotkała jego użytkowników. O nie. Facebook nie lubi tego, bo oznacza to straty, bo ktoś inny zahandluje danymi, którymi handlować chce tylko on. I ktoś inny zarobi te pieniądze, które na sprzedawaniu informacji o nas mógłby zarobić wyłącznie Facebook.

 

Mirosław Usidus

MSZ odpowiada na apele SDP w obronie białoruskich dziennikarzy

Ministerstwo Spraw Zagranicznych odpowiedziało na apele Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w obronie represjonowanych dziennikarzy na Białorusi zapewniając, że podejmuje działania mające na celu pomoc wolnym mediom w tym kraju.    

 

SDP wiele razy apelowało o uwolnienie aresztowanych przez reżim Łukaszenki dziennikarz i zaprzestanie represjonowania wolnych mediów na Białorusi. Stowarzyszenie zorganizowało również  akcję „Solidarni z Białorusią”, wydało książkę „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie” z relacjami prześladowanych dziennikarzy białoruskich oraz przekazało sprzęt dla Centrum Białoruskiej Solidarności.

 

Nasze działania spotkały się z odpowiedzią MSZ.

 

„W imieniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP chciałbym podziękować za apel wystosowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich oraz inne organizacje i związki dziennikarskie w Europie w związku z represjami władz Republiki Białorusi skierowanymi wobec społeczeństwa i przedstawicieli środowisk dziennikarskich, wykonujących swoją pracę na Białorusi” – czytamy w piśmie, które podpisał Jan Hofmokl, dyrektor Departament Wschód MSZ.

 

Dalej podkreślono w nim, że postulowane przez SDP  uwolnienie uwięzionych dziennikarzy, czy umorzenie toczonych wobec nich postępowań wpisują się w kompleksowe działania władz Rzeczypospolitej Polskiej w obszarze wsparcia białoruskiego społeczeństwa i ochrony praw człowieka.

 

„Polska nie pozostaje obojętna na krzywdę, jaka wyrządzana jest wszystkim obywatelom Białorusi, w tym także tym reprezentującym wolne media. Zdajemy sobie sprawę z dramatycznej sytuacji, w jakiej znajdują się obecnie Białorusini. Komplementarna do systematycznych apeli o przestrzeganie praw człowieka, które Polska wystosowuje indywidualnie i razem z międzynarodową wspólnotą demokratyczną, jest nasza praktyczna pomoc udzielana białoruskiemu społeczeństwu od początku trwającego kryzysu” – pisze przedstawiciel MSZ.

 

Przypomniano, że Polska apelowała o międzynarodową solidarność wobec bezprawnego skazania na Białorusi dziennikarek telewizji Biełsat, Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej, co skutkowało podjęciem sprawy na najwyższych międzynarodowych szczeblach.

 

„Systematycznie upominamy się o także o los innych więzionych dziennikarzy i aktywistów działających w obszarze mediów, np. lhara Losika, czy ostatnio także Andrzeja Poczobuta – dziennikarza i działacza organizacji mniejszości polskiej” – zapewniło MSZ.

 

„Jestem pewien, że nasze wspólne wysiłki przyniosą wymierne skutki i doprowadzą do uwolnienia przedstawicieli wolnych mediów na Białorusi i wszystkich innych bezprawnie skazanych, a także przyczynią się do realizacji postulatów białoruskich środowisk prodemokratycznych” – napisał na koniec Jan Hofmokl.

 

Cały list MSZ do prezes SDP Krzysztofa Skowrońskiego można przeczytać TUTAJ.

 

opr. jka

 

Wajchowy na Woronicza – komentarz satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W slangu kolejarskim, wajchowy to pracownik manewrowy. Teraz znalazł zatrudnienie w misyjnej telewizji.

 

Dużo się dzieje w telewizji publicznej i oczywiście idzie ku dobremu. Już wyjaśniamy w czym rzecz. Otóż coraz większe grono odbiorców, ludzi ciekawych świata, chciałoby mieć wpływ na to co słucha i ogląda. Mamy nieprzebrany zalew podcastów i prawdziwą klęskę urodzaju: youtuberów. Do tego dochodzą platformy z filmami i seriali. Przebieramy i odpalamy. Mamy na coś ochotę klikamy. Zmieniamy, słuchamy i ustalamy sobie listę interesujących zachcianek.

 

A telewizja jawi się jako ta nudniejsza. Jacyś tam za biurkiem, układają dla nas przewidywalną ramówkę. Podają program z godzinami, o tej i o tamtej, to i to. I mamy działać wedle ich widzimisię. Znaczy mieliśmy. Dopóki ktoś nie zmądrzał i zarządził, że ten wyleniały stan zastany należałoby zmienić i uatrakcyjnić odbiór.

 

Wedle red. Michała Karnowskiego, „Wajchowy to popularna wśród części obserwatorów sceny medialnej figura, to mityczny decydent, który decyduje o sposobie przedstawiania rzeczywistości politycznej przez największe prywatne koncerny telewizyjne”. Telewizja publiczna pozazdrościła kapitalistycznym publikatorom.

 

Pozostaje tylko zagadka. Jak to działa? Czy Pan Prezes, ten najważniejszy dzwoni do tego Prezesa też ważnego, ale na odcinku propagandowym i mu tam miesza? A ten z kolei mąci na szczeblach jeszcze niższych prezesów czy innych kierowników? Czy może jest to nadgorliwa inicjatywa tylko tego Prezesa środka, aby się nie narazić temu Prezesowi wyżej? No bo chyba nie jest tak, że Prezesi jeden i drugi o niczym nie wiedzą. A jak to jest spontaniczna oddolna inicjatywa kolektywu pracowniczego?

 

Przypomina się w tym momencie, kapitalny skecz kabaretu TEY pt. „Kociołek”.

Kelner (Zenon Laskowik): Jest teraz taka sprawa, czy będziemy serwować, czy nie? Co my serwujemy?

Szef Kuchni (Janusz Rewiński): Serwujemy to co my namieszamy”.

 

Otóż tak teraz się dzieje. Coraz częściej w TVP, zamiast zapowiedzianej w programie audycji, jest coś zupełnie innego. Była zapowiedź teleturnieju „1 z 10”, a na ekranie uroczystości. Zapowiadano „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, a puszczono powtórnie film Ewy Stankiewicz o Smoleńsku. Jeszcze wcześniej miał być film red. Stankiewicz, a był film znanego artysty Antoniego Macierewicza. Można by w tym miejscu napisać: czeski film. Ale byśmy niepotrzebnie obrazili zasłużone i znacznie mniej awangardowe dokonania południowych sąsiadów. Kinematografia czeska stawiała przecież wysokie wymagania swoim odbiorcom.

 

Przekaz jest prosty. Wyrzućcie programy. Jakieś „Tele Magazyny” do kosza na papier, a Internetowe „programy tv” usuńcie z listy ulubionych. Na co Wam to?

 

Np. w świecie kultury, istnieje coś takiego jak film czy koncert: niespodzianka. Idziemy do kina czy sali widowiskowej i nie wiemy co na czeka. Taką „Kinder niespodziankę”, ma teraz cała Polska jak długa i szeroka. Zasiada wygodnie przed odbiornikiem i czeka z niecierpliwością co poleci, co nadadzą. Może będzie o Piastach i Andegawenach albo „Sanatorium miłości”. Miała być Joanna Lichocka, a wyskoczy zza kadru Danuta Holecka. Obojętnie.

 

A to wszystko dla naszego dobra. Jest taka książka „Paradoks wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej?” Barry’ego Schwartza. Wg. tego psychologa, wyeliminowanie wielości wyborów konsumenckich może znacznie zmniejszyć niepokoje kupujących. Albo „Będziemy szczęśliwi, jeśli tylko dokonamy właściwego wyboru. Tylko jak to zrobić, gdy jesteśmy coraz bardziej zagubieni, pośród coraz większej liczby możliwości?”, to z kolei pisze Renata Salecl w „Tyranii wyboru”. Spokojnie, medialni spece zrobią to za nas lepiej. A nawet jeśli zakreślimy pisakiem, na co chcemy spozierać, to tam ktoś wspaniały czuwa zatroskany i wybierze za nas inaczej. Ale też doskonale.

 

Kelner: wy tutaj mieszacie, a ktoś dostaje po ryju, nie?

Szef Kuchni: Słuchaj Alfredzie, ktoś miesza, żeby w ryj mógł brać ktoś. To są zwyczajne dzieje”.

 

Krzysztof Prendecki

Ukarany za pójście pod prąd – ŁUKASZ WARZECHA o programie Jana Pospieszalskiego

Jeśli podstawą do działania dla władz TVP oraz komisji etyki w sprawie programu „Warto Rozmawiać”  było pismo Joanny Lichockiej – a wszystko na to wskazuje – to jest to dla tychże władz i komisji najgłębiej kompromitujące oraz pokazuje, że nie chodzi tu o nic więcej jak tylko o ocenzurowanie treści niezgodnych nie z wiedzą medyczną, ale z narracją polityczną.

 

Trudno o bardziej gorzko ironiczną sytuację niż to, co wydarzyło się wokół programu „Warto Rozmawiać” Jana Pospieszalskiego w TVP w związku z wydaniem, prezentującym opinie krytyczne wobec przyjętej przez rząd strategii. W internecie zaczęło krążyć wyciągnięte z odmętów niepamięci namiętne sejmowe wystąpienie Joanny Lichockiej z 2016 bodaj roku, w którym – zwracając się do posłów PO – wytykała im, kogo z przeciwnego obozu wyrzucili z TVP, gdy przejęli tam władzę w 2010 r. Warto tutaj przypomnieć, że Platforma aż przez trzy lata po objęciu rządów nie była zainteresowana rozbiciem trwającego wówczas w telewizji układu PiS-SLD-PSL, który zapewniał kulawą, bo kulawą, ale jednak różnorodność opinii o wiele większą niż obecna.

 

Lichocka wygłosiła zatem całą litanię nazwisk, po czym wypaliła: „Został jeden Jan Pospieszalski”. Przewińmy teraz akcję o pięć lat do przodu i oto za sprawą interwencji tej samej Lichockiej ten sam Pospieszalski znika właśnie z TVP za karę, że ośmielił się w swoim programie pokazać opinie, kwestionujące rządową strategię walki z epidemią. Lichocka najpierw wyraziła w tej sprawie oburzenie na Twitterze, a później pochwaliła się tam pismami, skierowanymi do Jacka Kurskiego. Pochwaliła się także pełnym oburzenia pismem skierowanym do niej przez prof. Andrzeja Matyję, prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej, który jeszcze w grudniu odgrażał się, że niepokornych lekarzy będzie się wzywać na – jak to ujął – przesłuchania.

 

Lichocka w swoim piśmie wskazała: „w mojej opinii program służył upowszechnianiu nieprawdziwych i niezweryfikowanych naukowo tez, które podważały wysiłki rządu i lekarzy w walce z epidemią oraz uderzały w zaufanie do aktualnej wiedzy medycznej”. Te tezy to m.in. kwestionowanie przydatności lockdownów oraz przymusu noszenia maseczek na powietrzu.

 

Jeśli podstawą do działania dla władz TVP oraz komisji etyki było pismo Lichockiej – a wszystko na to wskazuje – to jest to dla tychże władz i komisji najgłębiej kompromitujące oraz pokazuje, że nie chodzi tu o nic więcej jak tylko o ocenzurowanie treści niezgodnych nie z wiedzą medyczną, ale z narracją polityczną. O nic więcej.

 

Joanna Lichocka nie wskazała w swoim piśmie, co konkretnie miałoby być sprzeczne z „wiedzą medyczną”, a nie wskazała tego, bo wskazać tego nie umie i nie byłaby w stanie. W przeciwieństwie do pani poseł, ja dokładnie śledzę stan dyskusji, włączając w to niektóre pojawiające się badania, i spieszę powiadomić, że w sprawie skuteczności lockdownów czy sensowności zakrywania ust oraz twarzy na otwartej przestrzeni trwa debata, w której sceptycy wobec tych rozwiązań mają poważne argumenty w postaci konkretnych badań, prowadzonych przez takie instytucje jak Instytut Kocha, Uniwersytet Stanforda czy Centers for Disease Control and Prevention. Nie ma również zgody w sprawie długoterminowej skuteczności szczepionek (to całkiem oficjalnie przyznają ich producenci), a ich wpływ na organizm w dłuższym okresie pozostaje nieprzebadany (co nie znaczy, że musi być negatywny – po prostu tego nie sprawdzono, bo nie było jak). Tak więc program Jana Pospieszalskiego w żadnym stopniu nie zaprzeczał „aktualnej wiedzy medycznej” – to raczej Joanna Lichocka nie ma pojęcia, jaki jest jej stan. A może po prostu jej to nie interesuje, bo przecież pisze o „podważaniu wysiłków rządu”, zaś w swoim pierwszym tłicie pisała o podważaniu „polityki rządu” i uznawała, że w telewizji publicznej jest to „skandal”. Można z tego wyciągnąć wniosek, że Lichocka sądzi, iż w TVP nie wolno krytykować władzy.

 

Trzeba tu przypomnieć, że pani poseł jest jednocześnie członkiem Rady Mediów Narodowych, co każe postawić po raz kolejny pytanie o zasadność łączenia zasiadania w RMN z czynnym uprawianiem polityki (poza bardziej podstawowym pytaniem o sens istnienia RMN w ogóle). Sytuacją już zaiste paranoiczną jest, gdy Lichocka jako poseł pisze z pretensjami do Jacka Kurskiego, którego stanowisko zależy – przynajmniej formalnie – od Lichockiej jako członka RMN.

 

Komisja Etyki TVP uznała, że u Pospieszalskiegozaprezentowano wyłącznie głosy krytyczne wobec podejmowanych działań w walce z pandemią. Dochowanie zasad rzetelności dziennikarskiej jest szczególne ważne w czasie, gdy ludzie walczą o zdrowie i życie i gdy tak wielu widzów, w oparciu o wiedzę z audycji telewizji publicznej może podejmować decyzje odnoszące się do własnego zdrowia, a w szczególności szczepień czy zachowania zasad profilaktyki”. Można by się z tym nawet zgodzić, bo w tym wydaniu „Warto Rozmawiać” faktycznie nie było przedstawicieli drugiej strony. Gdyby nie dwa fakty. Po pierwsze – do programu byli zaproszeni przedstawiciele Naczelnej Rady Lekarskiej, ale z zaproszenia nie skorzystali. Po drugie – co w kontekście oświadczenia Rady Etyki znacznie ważniejsze – program Pospieszalskiego był absolutnym wyjątkiem na tle linii telewizji państwowej. Prezentuje ona bowiem bez wyjątku poglądy podbijające narrację, którą określa się jako sanitarystyczną. Próżno szukać zwolenników innego podejścia, którzy w dwóch innych dużych stacjach telewizyjnych jednak się pojawiają. W tych okolicznościach ocena Komisji Etyki wygląda po prostu śmiesznie i żałośnie zarazem. Gdyby przyjąć przedstawione w oświadczeniu kryteria, komisja powinna się zająć właściwie każdym wydaniem „Wiadomości”.

 

Ponadto to przecież nikt inny jak sama Lichocka czy prezes TVP Jacek Kurski uzasadniali obecny kształt mediów państwowych koncepcją rozproszonego pluralizmu: nieważne, że TVP prezentuje tylko jedną stronę – ważne, że inne podmioty mogą też prezentować drugą stronę. Program Pospieszalskiego można potraktować jako realizację tej samej koncepcji, tyle że w ramach jednego podmiotu – telewizji państwowej.

 

Jan Pospieszalski został ukarany za to, co powinno być u publicysty normalne: pójście pod prąd dominującej narracji i odwagę. Jego program zdjęto – nie wiadomo, na jak długo. W ten sposób TVP pod obecnymi rządami zachowała się identycznie jak TVP, tak zawzięcie krytykowana przez Lichocką w Sejmie dawno temu. Choć właściwie nie – wtedy można było powiedzieć: „Został jeden Jan Pospieszalski”. Teraz nie został już nikt taki. Moje gratulacje.

 

Łukasz Warzecha

CMWP SDP w sprawie programu „Warto rozmawiać”

CMWP SDP apeluje do kierownictwa  TVP S.A. o emisję programu „Warto rozmawiać” z 19 kwietnia br.  autorstwa redaktorów Jana Pospieszalskiego i Pawła Nowackiego i przywrócenie dotychczasowego stałego miejsca tego programu w ramówkach Telewizji  Polskiej.

 

19 kwietnia br.  o godz. 20.35 miał być wyemitowany na żywo w TVP3 kolejny odcinek programu „Warto rozmawiać”.  Jak poinformował w mediach społecznościowych prowadzący program red. Jan Pospieszalski „Przed wejściem do studia poinformowano nas, że program jest nagrywany i zostanie wyemitowany później Tyle dowiedziałem się od dyrekcji anteny Kiedy? Nie wiem. Nagrany program z udziałem ministra P. Czarnka dot konsekwencji nauczania zdalnego dla dzieci, nauczycieli, rodzin (pisownia oryginalna).  Wg informacji CMWP SDP program „Warto rozmawiać” został nagrany i nie podano terminu jego emisji. Jak informują media, TVP oświadczyła, że prowadzi rozmowy z producentem w sprawie utrzymania cyklu w ramówce.

 

20 kwietnia br. Komisja Etyki Telewizji Polskiej stwierdziła, że wyemitowany 12.04.21 r. odcinek „Warto rozmawiać” o walce rządu z pandemią naruszył zasady etyki dziennikarskiej obowiązujące w TVP. Skargę na program złożyła Joanna Lichocka, posłanka PiS, członek Rady Mediów Narodowych. Redakcja programu “Warto Rozmawiać” oświadczyła w mediach społecznościowych, że nie przyjmuje do wiadomości orzeczenia Komisji Etyki TVP z 19.04.2021, ponieważ w ich ocenie orzeczenie to wydane zostało z pominięciem procedur, które zakładają wysłuchanie wszystkich stron prowadzonego postępowania. Prowadzący i producent programu nigdy nie zostali wezwani przed Komisję, by złożyć wyjaśnienia w sprawie programu z 12.04.2021.

 

Redaktor Jan Pospieszalski i wydawca programu red. Paweł Nowacki, autorzy programu „Warto rozmawiać” to cenieni i powszechnie znani w Polsce dziennikarze, z niekwestionowanym dorobkiem zawodowym, cieszący się od wielu lat wiarygodnością i zaufaniem widzów. W przeszłości wielokrotnie wykazywali się odwagą cywilną w poruszaniu trudnych i kontrowersyjnych tematów, realizując misję telewizji publicznej.  W ocenie CMWP SDP  zawieszenie programu „Warto rozmawiać” byłoby  dla w/w twórców niezasłużoną i wyjątkowo dokuczliwą represją, która  zagrażałaby realizacji zasady wolności słowa w demokratycznym państwie i obniżałaby jakość debaty publicznej w Polsce.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor CMWP SDP

 

Warszawa, 21.04.2021 r.

28. edycja konkursu NAGRODY SDP – przedłużony termin przyjmowania zgłoszeń

W związku z licznymi prośbami, termin składania prac do konkursu NAGRODY SDP został przedłużony do 25 kwietnia br.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyzna nagrody za najlepsze prace w polskiej prasie, radiu, telewizji i internecie, opublikowane lub wyemitowane w mediach w roku 2020. Konkurs ma charakter otwarty, mogą w nim uczestniczyć wszyscy dziennikarze, fotoreporterzy i fotografowie.

 

Tak jak w roku ubiegłym, nagrody i wyróżnienia przyznane będą w 14 kategoriach tematycznych. Najstarsza nagroda – Główna Nagroda Wolności Słowa ufundowana jest przez Zarząd Główny SDP, dotyczy publikacji w obronie demokracji i praworządności, demaskujących nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka. Stowarzyszenie jest również fundatorem Nagrody Watergate, przyznawanej za najlepsze prace z zakresu dziennikarstwa śledczego.

 

Pozostałe kategorie konkursowe: Nagroda im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie, Nagroda im. Krystyny Grzybowskiej za publicystykę o tematyce europejskiej, Nagroda im. Macieja Łukasiewicza za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy, Nagroda im. Janusza Kurtyki za publikacje o tematyce historycznej, Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego za dziennikarstwo ekonomiczne, Nagroda im. Aleksandra Milskiego dla redakcji mediów lokalnych za podejmowanie tematów ważnych dla ich społeczności, Nagroda im. Stefana Żeromskiego za publikacje o tematyce społecznej, Nagroda im. Adolfa Bocheńskiego skierowana do młodych dziennikarzy (do 30. roku życia) za wyróżniające się dokonania dziennikarskie, Nagroda im. Kazimierza  Wierzyńskiego za publikacje o tematyce sportowej. SDP zaprasza fotoreporterów i fotografów do dwóch kategorii konkursowych: Nagroda im. Eugeniusza Lokajskiego za fotografię o tematyce sportowej oraz Nagroda im. Erazma Ciołka za fotografię społecznie zaangażowaną.

 

W ramach konkursu SDP organizowana jest również nagroda Klubu Publicystów Ochrony Środowiska „Ekos” (afiliowanego przy SDP) – Nagroda im. prof. Stefana Myczkowskiego, przyznawana za najlepsze publikacje o problemach ochrony środowiska.

 

Nagroda Specjalna Fundacji Solidarności Dziennikarskiej to piętnasta kategoria konkursowa.

 

Oceniając nadesłane publikacje, Jury konkursu o Nagrody SDP 2020 będzie brało pod uwagę następujące kryteria: oryginalność  i nowatorstwo prac,  śmiałość w podejmowaniu tematów trudnych i kontrowersyjnych, atrakcyjność formalną przekazu i jego komunikatywność, walory dydaktyczne i estetyczne, rzetelność – zwłaszcza przy oddzielaniu informacji od opinii i komentarzy, podkreślenie, co jest własną oceną, a co cytatem, wiarygodność, udokumentowanie źródeł i weryfikację podanych treści, zachowanie proporcji i kontekstu sprawy.

 

Nagradzane będą przede wszystkim prace autorskie – indywidualne lub zespołowe, ale nagroda może być przyznana również redakcji.

 

Laureatów kategorii publicystycznych wybierze Jury Główne Nagród SDP, natomiast nagrody za zdjęcia i fotoreportaże przyzna odrębny skład jurorów – ekspertów fotografii prasowej. Jury Główne opierać się będzie na rekomendacjach Jury Selekcyjnego, które dokona przeglądu i oceny wszystkich nadesłanych prac. Rekomendacje Jury Selekcyjnego nie są wiążące dla Jury Głównego.

 

Ocena prac zgłoszonych do nagród fotograficznych również przebiegać będzie dwuetapowo: selekcji dokona zespół jurorów powołany przez Klub Fotografii Prasowej SDP, laureatów wybierze Jury Główne nagród fotograficznych.

 

Szczegółowe informacje o konkursie zawarte są w regulaminie (pobierz TUTAJ).

 

Karta zgłoszenia (pobierz TUTAJ).

 

Laureatów Nagród SDP 2020 poznamy podczas uroczystej gali wręczenia nagród w czerwcu br., na którą zapraszamy do Domu Dziennikarza w Warszawie.

 

Komunikaty dotyczące przebiegu konkursu podawane będą na bieżąco na portalu www.sdp.pl

 

Materiały dotyczące poprzednich edycji konkursu o Nagrody SDP (od 1992 roku) dostępne są TUTAJ.

 

FUNDATORZY ORAZ  SPONSORZY KONKURSU: BP Europa SE Oddział w Polsce, FAKRO Sp. z o.o., Fundacja Agencji Rozwoju Przemysłu, Fundacja Macieja Rybińskiego, Fundator Prywatny Nagrody im. Erazma Ciołka, Polska Agencja Prasowa,  Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców REPROPOL, Zarząd Główny SDP

 

PARTNERZY I PATRONI: Fundacja Solidarności Dziennikarskiej, Instytut Pamięci Narodowej, Lasy Państwowe, Narodowe Centrum Kultury, Totalizator Sportowy Sp. z o.o.,  Stowarzyszenie Autorów ZAiKS.

 

Projekt zrealizowany we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.

 

bd

Był przekonany, że wie lepiej – rozmowa z Romanem Graczykiem autorem książki o Adamie Michniku

Po aferze Rywina poległa „gazetowa” narracja, że wyłącznie własną pracą stworzyliśmy wielki i wpływowy koncern medialny. Od tego momentu „Gazeta Wyborcza” straciła tę szczególną pozycję w dyskursie jako podmiot, który może dawać lekcję innym – mówi Roman Graczyk, autor książki „Demiurg. Biografia Adama Michnika”, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Dlaczego nadał pan napisanej przez siebie biografii Adama Michnika tytuł „Demiurg” a nie „Manipulator”? Ten drugi tytuł wydaje się trafniejszy. Wynika on m.in. z relacji części dawnych publicystów „Gazety Wyborczej”, które pojawiają się w pańskiej książce.

 

Tytuł „Demiurg” odnosi się do roli Adama Michnika w polskim życiu publicznym zarówno przed jak i po 1989 r. Dlatego jest lepszy od każdego innego tytułu, który opisywałby mniejszą część jego życia. Zresztą, gdyby rzecz dotyczyła tylko Michnika jako redaktora „Gazety”, też nie zatytułowałbym jej „Manipulator”.

 

Pisze pan, że „Gazeta Wyborcza” znaczyła w pewnym momencie więcej niż inne dzienniki i gazety razem wzięte. To prawda, tak było w latach 90. Czyja to zasługa? Jej redaktora naczelnego Adama Michnika czy osoby odpowiedzialnej w Grupie Agora za finanse Heleny Łuczywo?

 

Wszystkich po trochu, Adama, Heleny, bardzo dobrych menedżerów i wybitnych dziennikarzy. Ale sądzę, że o sukcesie zdecydował przede wszystkim  moment historyczny, w którym „Gazeta” powstała. Przez jakiś czas była pierwszym i jedynym niezależnym dziennikiem w kraju. Miała dużo czasu, zanim powstały kolejne niezależne dzienniki, żeby się zadomowić i zdominować rynek prasowy.

 

Ludzie tworzący „Gazetę Wyborczą” wywodzili się z grupy, która z pozycji trockistowskich krytykowała PZPR. Jak grupie, której poglądy były kompletnie obce polskiej kulturze i tradycji, udało się zdobyć ogromny wpływ na myślenie Polaków?

 

Nie da się tak tego opisać. Trockistowskie poglądy mieli Jacek Kuroń i Karol Modzelewski w 1965 r., co wyrazili w swoim „Liście do Partii”, ale już młodzież która ich wspierała, w tym Michnik, nie. Owszem, oni się mieli za prawdziwych komunistów, w odróżnieniu od komunistów u władzy, ale trockistami nazwać ich nie można. Zresztą mieli wtedy po 20 lat, w tym wieku mało kto ma przemyślany światopogląd.  No, a potem młodzi ludzie dorastali, klarowali swoje patrzenie na Polskę i na świat, buntowali się, siedzieli po więzieniach. W 1989 r. byli już zupełnie innymi ludźmi. Mieli przede wszystkim dobrą legitymację z lat opozycji demokratycznej, „Solidarności” i potem z „konspiry”, niektórzy mieli za sobą więzienie jako „polityczni”. Więc powiedzieć, że byli zupełnie obcy polskiej tradycji, to się nie da. Można rzec, że nie reprezentowali tradycji większościowej. Ale za nimi stała prawie cała elita kulturalna Polski: Wajda, Turowicz, Gieysztor, Lem, Swieżawski, Miłosz, Szymborska, Janion i kogo by pan jeszcze chciał. Naprawdę, w 1989 r. oni mieli mir w narodzie, choć nie byli większościowi. Sprowadzanie ich wyrazu ideowego w 1989 r. do trockizmu Kuronia i Modzelewskiego sprzed ćwierć wieku nie ma sensu.

 

Oczywiście, że nie, i tak nie twierdzę, ale bez wątpienia takie są korzenie ideologiczne „GW”.

 

Takie są jej – odległe – afiliacje, ale one nie determinują wszystkiego. Gdyby „Gazeta” głosiła coś, co było w „Liście do Partii” w 1965 r., to by nie odniosła żadnych sukcesów. A przecież z miejsca Polacy, a już na pewno polska inteligencja, potraktowała „Gazetę” jak „swoją, naszą, gazetę”. To się później zaczęło komplikować, ale rok 1989 to jest czas harmonii.

 

W jaki sposób ekipa tworząca gazetę dostosowała swój przekaz tak, aby był bardziej strawny dla szerokiego grona odbiorców?

 

Nie uważam, żeby ta ekipa musiała stosować jakiś kamuflaż. Oni w 1989 r. już po prostu nie mieli wiary w jakiś lepszy komunizm, mieli za to wiarę w demokrację. Ideowa droga Michnika zaczyna się od zauroczenia marksizmem. Punktem wyjścia był dla niego zrewoltowany marksizm. Ale w Marcu 1968 r. to się skończyło. Później on jest autorem przełomowych książek „Nowy ewolucjonizm” i  „Kościół – lewica – dialog” – z pewnością wtedy, w 1976 i 1977 roku, jest już ważnym opozycjonistą, przeciwnikiem komunizmu. Później pisze „Z dziejów honoru w Polsce” i bogatą eseistykę historyczną. Wziąwszy to wszystko razem, jego pogląd na Polskę w 1989 r. był daleki od przekonań z 1965 r.

 

A jaki Michnik miał pogląd na Polskę w 1989 r.?

 

Uważał, że w istniejących warunkach geopolitycznych i krajowych, przejścia do demokracji politycznej nie dokona się jednym skokiem, lecz krok po kroku. Jeśli mówimy o czerwcu-sierpniu 1989 roku, to miał oczywiście rację. Wtedy istniał jeszcze Związek Sowiecki, Armia Czerwona jeszcze stacjonowała w Polsce i na Łabie, a graniczyły z nami nieprzyjaźnie nastawione państwa – NRD i Czechosłowacja, w bloku sowieckim bardzo bojowy był gensek rumuński Ceauscescu, który domagał się interwencji przeciwko zmianom w Polsce. Stąd ostrożność Adama. A drugi punkt jego programu to specyficzny konserwatyzm w rozumieniu rozwoju systemu partyjnego w Polsce. On uważał, że należy zamrozić sytuację z jesieni 1989 r. na nieokreślony czas, ale  trwający do następnych wyborów. Tu już byłbym innego zdania. Owszem, uważam, że rządowi Mazowieckiego należało dać wsparcie i ochroną polityczną, ale Michnik szedł dalej. Np. aktywnie przeciwdziałał odradzaniu się dawnych partii, nawet PPS-u Jana Józefa Lipskiego. Trzeci ważny punkt jego postrzegania rzeczywistości odnosił się do Kościoła katolickiego.

 

Na czym on polegał?

 

Można go streścić tak: z Kościołem trzeba delikatnie postępować, bo jeżeli ktoś ma przekonać Polaków do tolerowania ciężarów, które nieuchronnie, choć przejściowo, towarzyszą budowaniu nowego systemu, to może to zrobić skutecznie wyłącznie ta instytucja. Ale zarazem trzeba, uznając misję religijną Kościoła, jasno mówić: Kościół w nowym państwie nie może mieć uprzywilejowanej pozycji – a takie przecież były oczekiwania części hierarchii i części wiernych. Kościół za komunizmu był prześladowany, zatem teraz powinien dostać za to jakąś rekompensatę – rozumowano. Temu rozumowaniu sprzeciwiał się Michnik. I też miał rację. Stąd wynikała krytyka pod adresem doczesnych roszczeń kościelnych. Krytycyzm dotyczył np. nauczania religii w szkole, konkordatu, ustawy aborcyjnej.

 

Michnik mieszkał w PRL na Al. Róż w Warszawie, gdzie żyli przedstawiciele najwyższej nomenklatury komunistycznej. Spotykał się z nimi na co dzień. Jak z człowieka wywodzącego się z rodziny uprzywilejowanej w tym systemie stał się jego kontestatorem?

 

To raczej dobrze o nim świadczy. Od najmłodszych lat miał naturę buntownika. Dorastał pod wpływem takich osób, jak Jacek Kuroń, jak jego rodzice – przedwojenni komuniści. Ale już jako dzieciak był przekorny i przemądrzały, bo czytał wszystko, co wpadło mu w ręce i wydawało mu się, że wszystko wie. Te dwie cechy sprawiły, że szybko się zbuntował. W 1965 r., w wieku 19 lat spędził trzy miesiące w areszcie, gdzie był poddawany esbeckiemu śledztwu. W tamtych czasach nie było zorganizowanej opozycji, ani tym bardziej wypracowanych reguł „siedzenia”. A on to już umiał: przez te trzy miesiące trzymał język za zębami. To dało mu pewność siebie. Jak wyszedł, tym bardziej włączył się w działania grupki kontestatorów, młodych przyjaciół Kuronia i Modzelewskiego.

Powiedziałbym, że on został przeciwnikiem systemu wbrew swojemu naturalnemu usytuowaniu socjalnemu i politycznemu. Gdyby sprawy poszły swoim naturalnym torem, powinien zostać aparatczykiem PZPR, a może nawet, jako człowiek wybitnie zdolny, jej przywódcą.

 

W którym momencie Michnik uznał, że należy iść na kompromis z komunistami? Do pewnego momentu ostro krytykował komunę, a później nagle uznał, że z czerwonymi trzeba się dogadać.

 

W 1986 r.

 

Co o tym zdecydowało?

 

Nadzwyczajna amnestia z września 1986 roku. Komuna rutynowo wypuszczała opozycjonistów z więzień, zwykle z okazji swoich świąt, np. na 22 Lipca, czyli w rocznicę podpisania manifestu PKWN. Wypuszczali, później znowu wsadzali i na tym opierał się ten system. Bez stałej, realnej groźby „odsiadki” za poglądy polityczne ten system nie mógł działać. I w 1986 r. też była zwyczajowa amnestia, ogłoszona na święto 22 Lipca. A dwa miesiące później szef MSW gen. Kiszczak oświadczył, że zaraz nastąpi kolejna, ostatnia już amnestia.

 

Ostatnia?

 

W tym sensie, że więcej nie będą już zamykać za politykę. Szokujące wyznanie jak na szefa policji politycznej w komunistycznym państwie. Wielu nie uwierzyło w te słowa, bo to się nie mieściło w standardach PRL. Co to znaczy, że nie będą zamykać? Mają władzę, więc zamykają. A jak przestaną zamykać, stracą władzę. Jak nie będzie zamykania, cenzury, zagłuszania niezależnych stacji radiowych ludzie przestaną się bać i komuna upadnie. To było nie do wiary, ale faktycznie – z niewielkimi wyjątkami – przestali zamykać ludzi za politykę. Dawano grzywny, konfiskowano samochody, w których była przewożona „bibuła”, ale już nie zamykano. Wtedy powstała kwestia, jak się do tego ustosunkować. Michnik oraz jego krąg, nazwijmy go lewicą postKOR-owską, doszli do wniosku, że władza mówi serio. A to wskazywało na możliwość dojścia do ugody. Przypomnę, że podziemna „Solidarność” nigdy nie przestała postulować ugody, tyle, że z biegiem miesięcy i lat po 13 grudnia 1981 jej przywódcy przestawali w nią wierzyć.

 

Jaki Michnik miał wpływ na dobór ludzi przy okrągłym stole?

 

Miał duży wpływ na dobór ludzi przy tzw. podstolikach, czyli zespołach negocjujących poszczególne dziedziny życia, np. przy podstoliku do spraw prasy.

 

Kto przy nim zasiadł?

 

Helena Łuczywo, bardzo ważna postać z „Tygodnika Mazowsza” i kilka innych osób z tego kręgu. W większości osoby blisko związane z Michnikiem. Adam nie miał natomiast wpływu na dobór osób do tzw. „dużego stołu”, czyli do gremium około 20 osób reprezentujących stronę solidarnościową na obradach plenarnych, na rozpoczęcie i na zamknięcie „okrągłego stołu”. Na to on wpływu nie miał, bo razem z Kuroniem sami mieli problem, żeby tam zostać dopuszczeni. Władze upierały się długo, żeby ich jako „ekstremistów” w tych negocjacjach nie było. Ale Wałęsa się zawziął i na koniec byli.

 

Dziwne, przecież chcieli negocjować z komunistami.

 

Toteż niezbyt rozumiem, o co tym komunistom naprawdę chodziło. Jak zwróciłem wcześniej uwagę, Adam od 1986 r. opowiadał się za porozumieniem z „czerwonym”, ale SB dalej w swoich analizach określała go jako „ekstremę”.

 

Co Adam Michnik widział w archiwach MSW? Wiosną 1990 r. wspólnie z dyrektorem Archiwum Akt Nowych Bogdanem Krollem oraz profesorami historii Jerzym Holzerem i Andrzejem Ajnenkielem czytali tajne akta Służby Bezpieczeństwa. Zespół z czasem otrzymał nazwę Komisji Michnika.

 

Nie wiadomo. Powołaniu i działalności komisji poświęcam wiele miejsca w książce. Zwracam uwagę na brak reguł działania komisji i brak publicznego rozliczenia się z jej działalności. Nie wiadomo, jakie dokumenty czytali i kto im je udostępniał. Piszę o tym, jako o czymś skandalicznym jak na standardy demokratycznego państwa. Chociaż demokracja dopiero się rodziła, jednak można było wywieść te standardy z ogólnych zasad. Rzecz absolutnie skandaliczna.

 

Zatem co Michnik tam wtedy zobaczył, nie wiemy. Może nic, bo funkcjonariusze, którzy ich oprowadzali po archiwum mogli mieć od swojego zwierzchnictwa wręcz takie zadanie, żeby nic istotnego nie pokazać. Ale równie dopuszczalna jest hipoteza, że Adam Michnik zobaczył tam rzeczy, które go oszołomiły i dlatego popadł coś, co można nazwać „uogólnionym syndromem antylustracyjnym”. Do dzisiaj nigdy nie wycofał się tych z poglądów na lustrację, które są poza granicą racjonalności. Jeżeli racjonalny człowiek nagle dostaje małpiego rozumu, to być może dzieje się tak przez to, że przeczytał w archiwum  straszne rzeczy, których się przeraził. Przed 1989 r. on przecież powoływał się na tę słynna herbertowską frazę „niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda dla szpiclów”, przecież pisał przestrogi dla działaczy podziemia, żeby nie wdawali się w inne rozmowy z SB jak tylko w charakterze przesłuchiwanych i tylko do protokołu. To znaczy, że  miał świadomość, jakie to jest diabelstwo. A potem nagle teza, że uczciwa lustracja nie istnieje. To jest przedziwne, ale powtarzam – nic pewnego na temat tej przemiany nie wiemy.

 

Czy po aferze Rywina „GW” nie miała już szans na odbudowanie swojej wcześniejszej dominującej pozycji w polskim systemie medialno-politycznym?

 

Nie bardzo, ponieważ straciliśmy wiarygodność.

 

Myśmy?

 

Myśmy – bo wtedy jeszcze tam pracowałem. Po aferze Rywina poległa „gazetowa” narracja, że wyłącznie własną pracą stworzyliśmy wielki i wpływowy koncern medialny. Od tego momentu „Gazeta” straciła tę szczególną pozycję w dyskursie jako podmiot, który może dawać lekcję innym. To już straciło rację bytu.

 

„GW” jest jeszcze w stanie kogokolwiek uwieść ideowo jak w latach 90.?

 

Nie sądzę. Może być lepszą lub gorszą gazetą, ale jest traktowana jak inne media. Nie ma już nabożnego stosunku do niej, jaki był niegdyś. On się brał z legendy ludzi niezłomnych, z Michnikiem na czele, z ekipy pochodzącej głównie z „Tygodnika Mazowsze” – mam na myśli  Tomasza Burskiego, Helenę Łuczywo, Annę Bikont…. Ale także z innych pism podziemnych – Rafała Zakrzewskiego, Kostka Geberta, Jacka Kowalczyka…. To była jedna legitymacja, która tworzyła dominującą rolę „Gazety”.

 

A druga?

 

Ludzie tworzący „GW” robili dziennik, ale i angażowali się w politykę, budowali zręby demokracji w Polsce. Adam był posłem Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Mieli za te działania naturalną premię zaufania. Michnik powiedział, to Roma locuta. „Gazeta Wyborcza” napisała to też Roma locuta. Koniec! Nie było dyskusji! Ale po aferze Rywina to się co najmniej nadwątliło.

 

Michnik zawsze źle znosił krytykę?

 

Z perspektywy jego podwładnego – dało się z nim dyskutować. Można było się z nim nie zgadzać, przyjmował to. Co innego z perspektywy partnera ideowo-politycznego, tu miał mniej zrozumienia i rozstania były często drastyczne.

 

Były publicysta „GW” Rafał Kalukin opowiada w pańskiej książce, że Michnik nie zgadzał się z jego tekstem i namawiał go do wprowadzenia proponowanych przez siebie zmian.

 

To jest po trosze przywilej redaktora naczelnego. I, moim zdaniem, to jest raczej kwestia stopnia nacisku na dziennikarzy, niż samego nacisku jako takiego. W przypadku Rafała, w sprawie którą on opowiada w książce, ten nacisk był duży i powiedziałbym, że przekraczający dopuszczalną granicę. Ale nie należy robić wrażenia, że Michnik jako naczelny to był jakiś potwór, a inni naczelni to anioły. Jak pan dłużej popracuje w mediach, to się pan przekona, że mam rację. Ale Michnik nie mówił mu: napisz tak i tak, tylko: zrozum, że się mylisz, powinieneś to inaczej ująć. Nie obrażał się, nie wywyższał, ale był przekonany, że wie lepiej. Owszem miał pewną trudność z zaakceptowaniem innych poglądów nawet w swoim środowisku. Widać to szczególnie, kiedy Grzegorz Sroczyński, Rafał Kalukin czy Artur Domosławski podjęli po latach próbę oceny III RP, czyli tego, co Adam Michnik uważa za dzieło swojego życia. Bolało go, że ktoś może inaczej to oceniać niż on. I tu możemy mówić, że nie był dostatecznie empatyczny czy że nie dość akceptował pluralizm poglądów, chociaż go głosił.

 

Romanowi Kurkiewiczowi zabronił pisać swoją biografię.

 

To się splotło ze sporem wokół książki Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim. Adam dostał szału na tle tej książki, a Romek Kurkiewicz miał nieszczęście wypowiedzieć się publicznie na jej temat i na temat nielojalnej wobec Artura, krytyki Adama. Kiedy się Adam o tym dowiedział, bardzo zdenerwował się na Romka i potraktował go bardzo – jak pewnie zamierzał – pryncypialnie. Ale wyszło groteskowo, bo zabronił mu pisać o sobie za życia i po śmierci. (Śmiech).

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota,

fot. Paweł Ulatowski

 


 

Roman Graczyk

Rocznik 1958. Studiował dziennikarstwo i nauki polityczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. W PRL współpracował z prasą podziemną, emigracyjną i  „Tygodnikiem Powszechnym”. Po 1989 r. pracował m.in. w Polskim Radiu Kraków. W latach 1993-2005 był publicystą „Gazety Wyborczej”, w latach 1997–1998 pełnił funkcję sekretarza redakcji krakowskiej.

 

 

To może ostatni, co tak piórem wodzi

Stefan Bratkowski otrzymał Laur SDP 2004, przypominamy laudację Ignacego Rutkiewicza wygłoszoną podczas uroczystości wręczenia wyróżnienia.

 

Patrzcie i uczcie się młodzi,

to może ostatni, co tak piórem wodzi.

 

I już całkiem serio: rzadko się zdarza, by w jednej osobie zamieszkały: temperament publicysty, pasja społecznika-reformatora, dociekliwość badacza historyka i wielkie poczucie humoru.

 

A taki jest właśnie Stefan. Autor niezliczonej liczby wystąpień w sprawach publicznych na rzecz społeczeństwa obywatelskiego i cywilizacyjnego postępu, budowanych równocześnie od góry i od dołu, od małych społeczności lokalnych, wspieranych przez niezależne lokalne gazety, które cieszą się jego szczególną sympatią.

 

Umie przy tym nie tylko krzepko trzymać pióro w garści, ale – kiedy trzeba – zakasać rękawy i własnym przykładem pokazywać, jak to się robi.

 

Przypomnijmy epopeje „Życia i Nowoczesności”, przypomnijmy inspirującą rolę w Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość, przypomnijmy odnowę naszego stowarzyszenia, zapoczątkowaną jesienią 1980 r., przypomnijmy,, mówioną gazetę” z czasu stanu wojennego. Przypomnijmy impuls do opracowania dla Wyższej Szkoły Dziennikarskiej im. M. Wańkowicza autorskiego programu studiów, mającego kształcić profesjonalnych dziennikarzy, kulturalnych inteligentów i świadomych obywateli.

 

Publicysta, pisarz, działacz – zasiada, nie, nie zasiada, lecz z niebywałą energią działa w najrozmaitszych stowarzyszeniach i towarzystwach, w których rzuca jeden za drugim nowatorskie pomysły, z przekonaniem idąc nieraz pod prąd i wiatr.

 

Może wydawać się, że czasem unosi się kilka centymetrów nad realną rzeczywistością, ale zwykle okazuje się, że to on miał rację, był realistą.

 

W bibliografii publikacji Stefana reportaże i artykuły, komentarze i polemiki, felietony i eseje, podręczniki dla dziennikarzy i działaczy społecznych sąsiadują z dziełami. Tak, dziełami, wymagającymi wielkiej wiedzy i kompetencji, jak bardzo osobisty zarys historii Polski, studia z dziejów Rusi, historia powszechna pieniądza.

 

Ile w nim romantyka, ile zaś pozytywisty, ustalić niepodobna. Z pewnością jednak ta mieszanka nieraz już przyniosła i nadal przynosi rozliczne i ważne efekty.

 

Laur SDP nie mógł trafić w godniejsze ręce. Podziwiamy Cię i to może ostatni, co tak piórem wodzi kochamy, Stefanie!

 

Fot. Jacek Herok

 

Niezwykle ważny człowiek – wspomnienia o STEFANIE BRATKOWSKIM

 

Odszedł Stefan Bratkowski, honorowy prezes SDP

 

Niezwykle ważny człowiek – wspomnienia o STEFANIE BRATKOWSKIM

„Zapamiętam Stefka jako wspaniałego dziennikarza”, „nie nudził”, „ze Stefanem przyjaźniliśmy, kłóciliśmy, żartowaliśmy. Zawsze twórczo” – dziennikarze i znajomi wspominają śp. Stefana Bratkowskiego.

 

W niedzielę 18 kwietnia 2021 r. zmarł Stefan Bratkowski, dziennikarz, publicysta, pisarz, scenarzysta, wieloletni prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Miał 86 lat.

 

 

Ernest Bryll: Przyjaźniliśmy się chyba od 1954 r. W 1956 r. byłem w redakcji „Po prostu”, w której on też był. Bardzo ciekawy facet i niezwykle ważny człowiek. Próbował być politykiem, ale nigdy nim nie potrafił być, natomiast był niewątpliwie skutecznym działaczem, twórcą różnych  pomysłów. Stefek szukał dróg realizacji dla swoich pomysłów, więc kontaktował się z najróżniejszymi ludźmi. Jego entuzjazm przewyższał realia i nie brał pod uwagę różnych elementów, które pojawiają się w codziennym życiu. To prowadziło do tego, że inni go wypychali z danego projektu albo sam się z niego wypychał.

 

Nigdy nie potrafił się znaleźć w żadnej konkretnej grupie politycznej, zawsze był tu i tam, i pomiędzy.

 

Zapamiętam Stefka jako wspaniałego dziennikarza. Niestety nigdy nie uzyskał tego, co powinien. A powinien być naczelnym dużego i wpływowego pisma. Nawet jak był w „Życiu i Nowoczesności” to był to tylko dodatek do „Życia Warszawy”. Dodatek wyraźnie odróżniał się od „Życia Warszawy” i był niezwykle ciekawy. A może to wynikało z tego, że Stefan taki musiał być? Może musiał rozpocząć projekt, a potem on przechodził w ręce innych i stawał się czymś odległym od niego? Był ciągłym zaczynem różnych spraw.

 

Kiedy zaczęło się odprężenie w PRL-u rozpoczęło się szukanie dróg wyjścia. Zastanawialiśmy się co zrobić, żeby przebudować ideę socjalizmu po polsku. Myśmy uważali, a zaczęło się to w „Po prostu”, że socjalizm trzeba zrobić od nowa. Była wiara, że pojawią się ludzie, którzy wytyczą linię do przedwojennego PPS-u. Dzisiaj to brzmi naiwnie, ale wtedy nie było realnego widoku, że ta epoka się skończy. Zastanawialiśmy się, co zrobić, żeby dało się żyć w tym systemie.

 

Teresa Bochwic: Koszmarna wiadomość. Stefan Bratkowski był świetnym i bardzo fachowym dziennikarzem oraz bardzo lubianym człowiekiem. Ciekawie postępował w czasach „Solidarności”. W stanie wojennym nagrywał kasety z rozmaitymi politycznymi wypowiedziami. Jak na PRL i na stan wojenny był bardzo opozycyjnie nastawiony Pamiętam go z rejestracji SDP, która odbyła się w maju 1989 r. Potem jednak okazało się, że przyczynił się do tzw. dzisiejszego podziału nie tyle między Polakami, co między ludźmi opozycji. Miał bardzo lewicowe poglądy i był bardzo związany z grupą Michnika. Osobiście bardzo dobrze go wspominam, bo był jednym z mistrzów dziennikarstwa, z którymi miałam styczność. Doskonale redagował teksty. Przez dwa czy trzy miesiące pracowałam u niego w piśmie „Gazeta i Nowoczesność”, dodatku do „Gazety Wyborczej”. Podobnie, jak większość osób, które w podziemiu zajmowało się dziennikarstwem, również i ja przez kilka miesięcy współpracowałam z „Gazetą Wyborczą”. Miałam jednak duże konflikty z rozmaitymi osobami w gazecie. Wtedy właśnie Bratkowski zaproponował mi żebym pracowała w „Gazecie i Nowoczesność”. Pisałam teksty o ciekawych sprawach, np. o prywatnej, domowej elektrowni posła Jana Sęka. A potem zaczął się bardzo wyrazisty konflikt wewnątrz opozycji i zajęłam inne stanowisko niż Bratkowski, więc straciłam z nim kontakt.

 

Krzysztof Masłoń: Z nazwiskiem Bratkowskiego zetknąłem się w latach 70. jako czytelnik „Życia i Nowoczesność”, dodatku do „Życia Warszawy”, który Stefan redagował. „Życie i Nowoczesność” wyróżniało się na rynku prasowym, było redagowane z dużym biglem dziennikarskim. Tematy tam poruszane nie interesowały mnie szczególnie, bo dotyczyły głównie ekonomii, ale pismo było bardzo ciekawe. Pojawiało się tam sporo nazwisk wcześniej nieznanych, które potem przebijały się wśród opozycji demokratycznej w PRL.

 

Potem tak się złożyło, że w drugiej połowie lat 80. trafiłem do „Życia Warszawy”, gdzie zetknąłem się z legendą  Stefana jako byłego kolegi pracujących tam dziennikarzy.

 

Głośno stało się o nim w 1980 r. z okazji Zjazdu PZPR, kiedy zajął stanowisko, które się bardzo nie podobało władzy. Zetknąłem się z nim w SDP. Wtedy odbywały się tam otwarte zebrania, na które przychodziła masa ludzi. Stefan został prezesem SDP. To był jego czas, Dariusza Fikusa, potem Maćka Łukasiewicza. Przeciwstawiali się komunie na tyle, na ile z ówczesnego punktu widzenia było można. Głośne stało się też to, jak Bratkowski w jakiejś mierze wspierał powstawanie struktur poziomych w PZPR. Partia przyjmowała to jako zupełną herezję.

 

Miewał swoje obsesje. Co jakiś czas wpadał na nowy pomysł. O takich ludziach zawsze mówiło się entuzjasta. Cenna cecha, ale czasami śmieszna. W pewnym momencie Stefan głosił, że ratunkiem dla Polski, która przeżywała wówczas bardzo trudny okres, są małe cegielnie. I ciągle o tym  przynudzał. Jak wchodził na mównicę niektórzy mówili: Boże, znowu będzie mówił o małych cegielniach, i niestety mieli rację. Później był stan wojenny. Tego rodzaju ludzie, jak Jerzy Urban i Mieczysław Rakowski dworowali sobie ze Stefana Bratkowskiego, że on rzekomo bardzo chce być internowany, a oni go i tak nie internują. Chamskie atakowanie człowieka, który widocznie zalazł im za skórę.

 

Bliżej poznałem się ze Stefanem dopiero w „Rzeczpospolitej”, gdzie przyszedłem pracować w 1990 r. Pamiętam jego teksty z ostatniej strony „Plusa minusa”. Tam było kilku felietonistów, którzy się zmieniali, a na stałe felieton miał tylko Stefan. Jego felietony, jak to często u niego, były zdroworozsądkowe. Ale i denerwujące, bo wychodziła z nich małostkowość. W co drugim tekście była wzmianka o serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”, do którego pisał scenariusz. W kółko domagał się, żeby telewizja publiczna pokazywała ten świetny serial. On to pisał nie zważając na to, że telewizja właśnie kończyła albo rozpoczynała nadawanie serialu. Większość czytelników o tym raczej wiedziała, więc narażał się na pewnego rodzaju śmieszność.

 

W kontaktach redakcyjnych bezpośredni, koleżeński, sympatyczny. Miałem z nim długą i śmieszną rozmowę. Stefan, chociaż był starszym panem przychodził do pracy w dżinsach. Może nie było to najgrzeczniejsze z mojej strony, ale powiedziałem, że nie podoba mi się, kiedy starsze osoby naśladują młodych w ubiorze. Stefan chyba wziął to do siebie, bo pamiętam, że dość długo i ostro dyskutowaliśmy. Mówił, że on się dobrze czuje w dżinsach, odmładza go to, a jego ubiór wskazuje, że jest bezpośredni i nie ma problemu w nawiązywaniu kontaktu z młodymi ludźmi. Zapewne miał swoje racje. Sam się później sobie dziwiłem, że zaprezentowałem się jako straszny konserwatysta w sprawie stroju.

 

Pamiętam też jego książki. Największe wrażenie zrobiła na mnie praca pt. Pan Nowogród Wielki: prawdziwe narodziny Rusi. Bardzo interesująca, dowiedziałem się z niej o niesłychanie wielu sprawach.

 

Miał w sobie żyłkę organizatorską. Gromadził ludzi wokół siebie. Miał umiejętność popularyzacji różnych spraw. Nie był typem naukowca, który dłubał przy swoim temacie, a raczej entuzjasty, który się do czegoś zapalał i potrafił ze swoimi racjami dotrzeć do czytelnika przygotowanego w różnym stopniu. Bardzo rzadko spotykana cecha w Polsce. Wydawcy nieprzypadkowo do pewnego czasu woleli przy wydaniu książki historycznej zapłacić za przekład  niż zlecić jej napisanie krajowemu autorowi, bo pisanie długo trwało, a efekt końcowy był nudny. Stefan na pewno nie nudził.

 

Krystyna Mokrosińska: Fundacja i Wyższa Szkoła Dziennikarska im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie, którą Stefan prowadził były istotnymi polami na których z nim współpracowałam. Nasza współpraca miała i dobre, i złe strony, mieliśmy różne zdania.

 

Tomasz Z. Zapert, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”: Żal człowieka, nie nam go sądzić. Zaraz po transformacji kierował wydawnictwem „Czytelnik”. Jednak jego epizod w roli wydawcy był nieudany. Miał duże aspiracje, chciał, aby to było wydawnictwo prężne, cenione i uznane, a okazało się, że nie miał głowy do takiego prowadzenia firmy w nowych warunkach. „Czytelnik” zaczął się staczać po równi pochyłej. Widocznie był przyzwyczajony do funkcjonowania w realnym socjalizmie.

 

Scenarzysta  serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”. Serial ma walory dydaktyczne, ale był statyczny i niespecjalnie mnie przekonywał. Gdyby nie dobra gra aktorów byłby nużący. Jako dziennikarza pamiętam go z felietonów w „Plusie i minusie”. Nie był najlepszym felietonistą. Mam wrażenie, że jego całe życie było próbą modernizacji ustroju panującego w PRL. Miał  aspiracje polityczne, które nie zostały spełnione. W okresie karnawału „Solidarności” odegrał jak najlepszą rolę jako kierujący SDP.

 

Jan Ordyński: Poznałem Stefana dopiero w latach 90, w czasach kiedy pisał w „Rzeczpospolitej” i działał w Towarzystwie Dziennikarskim. Wielce utalentowany dziennikarz, mędrzec, intelektualista, człowiek wielu talentów.

 

Zapisał się w mojej pamięci jako przesympatyczny, życzliwy i serdeczny człowiek z poczuciem humoru. Jak się spotykaliśmy rozmawialiśmy na poważne tematy. Zawsze był partnerem w rozmowie. Nie odczuwałem nigdy z jego strony żadnej manii wielkości, ani chęci imponowania.

 

Jego dorobek publicystyczny jest ogromny, świadczy, że był człowiekiem wybitnym, utalentowanym, rozumiejący świat i Polskę.

 

Jego śmierć to wielka strata dla Polski, dla dziennikarstwa i dla nas wszystkich. Nie ma zbyt wielu takich ludzi w naszym środowisku. Od zawsze jedna z wielkich figur polskiego dziennikarstwa.

 

Miał niesamowity warsztat dziennikarski, przygotowanie do tego co tworzył. On nie pisał banałów, a jednocześnie fantastycznie się to czytało. Jego książki na poważne tematy historyczne czy współczesne były znakomitymi lekturami.

 

Cytaty z mediów społecznościowych (Facebooka i Twittera):

 

Paweł Milcarek, redaktor naczelny kwartalnika „Christianitas”: Zmarł Stefan Bratkowski. Dziwnie się czuję: z jednej strony jakoś całe moje dojrzałe życie upłynęło mi poza jego wpływem – ale z drugiej, był jakimś mocnym autorytetem w owej krótkiej chwili gdy przestawałem być dzieckiem. Na pewno z okazji Sierpnia i Solidarności w 1980/81, a może chwilę wcześniej („Przegląd Techniczny”?). Miał na mnie jeszcze wpływ potężny poprzez scenariusz serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” (pokazanego przez TVP dopiero w 1982, a zrobionego w 1979-81) – czym (pewnie niechcący) wzmocnił moje „endeckie” podejście do realnego patriotyzmu. Oto więc jakby wujek, który kiedyś dawno temu jedną rozmową i przemyślanym prezentem trochę pokierował życiem młodego, sugerując mu racjonalną dykcję myśli społecznej. A potem już nie utrzymywaliśmy bliższych relacji. To jednak wystarczy, żeby być wdzięcznym. RIP.  Źródło: Facebook.

 

Robert Bogdański, były szef Polskiej Agencji Prasowej: Stefan Bratkowski. R.I.P. Kiedy w 1989 legalizowaliśmy SIS On uważał za całkowicie oczywiste, że to powinna być spółdzielnia, a my z Wojciechem Maziarskim i Robertem Kozakiem, zachwyceni wyrwaniem się z socjalizmu, nie chcieliśmy o tym słyszeć i założyliśmy spółkę, która potem zbankrutowała… Może to On miał rację?

 

Potem, jak zostałem szefem PAP namawiał mnie, żebym kładł nacisk na dobre wiadomości, bo ludzie nie powinni być karmieni wyłącznie sensacją i złymi wieściami, a ja wzruszałem ramionami, bo przecież newsy trzeba było sprzedać, a „bad news is good news”. A może to On miał rację? Pamiętam nadzieję, jaką wzbudzał Jego głos odtwarzany z kasety na początku 1982 roku, w samym środku Nocy Generała. Głos, w którym nie było najmniejszej wątpliwości, że przedsięwzięcie Generała jest skazane na porażkę, a my, choć czeka nas mitręga duża, w końcu wygramy. Dziękuję Stefanie. Odpoczywaj w pokoju. Źródło: Facebook.

 

Krzysztof M. Kaźmierczak: Kiedy w 1992 roku porwano i zamordowano Jarosława Ziętarę wszystkie organizacje dziennikarskie milczały. Tylko zmarły dzisiaj Stefan Bratkowski, 6 lat po zabójstwie Jarka, zdobył się na uderzenie w pierś, zabranie głosu. Źródło: Facebook.

 

 

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, prezes Fundacji im. Brata Alberta: Zmarł śp. Stefan Bratkowski. Od 1946 r. wraz wieloma innymi sierotami wojennymi, w tym piosenkarką Sławą Przybylską i moim śp. Ojcem,  wychowywał się w Zakładzie Pałac i Park Potockich w Krzeszowicach. Dzieje tej legendarnej placówki i jej wychowanków opisał w książce pt. „Mieliśmy kilkaset sióstr i braci”. Był honorowym obywatelem Krzeszowice. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Źródło: Facebook.

 

 

Krzysztof Wołodźko, publicysta „Gazety Polskiej”: Zmarł Stefan Bratkowski. Byłby to człowiek ideowo zupełnie mi obcy, gdyby nie pewien istotny drobiazg. Bratkowski był współtwórcą „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. Może to dziś koturnowy serial, pewnie ramota, ale jakie świadectwo i przesłanie. I lekcja chyba już w tych pokoleniach trudna do odrobienia. Miejscami znaczącymi są dla mnie Turew, Śrem, Manieczki. Cegielski i biblioteka Raczyńskich w Poznaniu. Pusty grób Józefa Wybickiego w Brodnicy Śremskiej to miejsce z dzieciństwa – do dziś czasem odwiedzane. Wielkopolski patriotyzm pracy u podstaw, ale też patriotyzm byłych napoleońskich oficerów, ludzi którzy znali i siłę oręża, i gospodarki. Moja pierwotna wyobraźnia przestrzenna to lasy i aleje, które zostały po Chłapowskich. Pamiętam jak niesamowite wrażenie zrobiło na mnie w dzieciństwie, gdy pierwszy raz zobaczyłem ten serial – dziecięca duma, że się należy do jakiejś większej opowieści.

 

I jeszcze jedna refleksja. To kolejna nieobecność i świadomość, że w coraz mniejszym gronie zostajemy z coraz młodszymi (rzecz jasna, dziś to jeszcze nie dramat). Moje roczniki chyba będą za 20-30 lat mocno samotne jeśli chodzi o wspólną przestrzeń pamięci.

 

Już po nas przychodzi mocne zerwanie biograficzno-historyczne, czyli roczniki znające tylko III RP i nieświadome w doświadczaniu jej dwóch pierwszych dekad. My jeszcze nucimy songi tych starszych (łącznie z tym Kelusa z frazą o Bratkowskim), rozumiemy do czego się odwołują, sięgając we własną przeszłość, dogadujemy się – ale dla młodszych są to rzeczy zupełnie nudne i poza lekko nawet zapośredniczonym doświadczeniem.

 

Stefan Bratkowski – R.I.P. Źródło: Facebook.

 

Sławomir Popowski, dziennikarz: Stefan Bratkowski nie żyje! Jeden z największych dziennikarzy polskich przełomu wieków. Człowiek legenda! Nazywałem go największym romantykiem wśród pozytywistów i największym pozytywistą wśród romantyków… Od kilku lat walczył z kolejnymi chorobami, ale wydawało się nam, jego przyjaciołom, że jest niezniszczalny… Straszny czas i straszny rok, który zabrał tylu wspaniałych ludzi z tego wielkiego pokolenia, które zmieniło Polskę… Żegnaj Przyjacielu! Źródło: Facebook.

 

Witold Gadowski, wiceprezes SDP: Ze Stefanem Bratkowskim różniły mnie poglądy i oceny dzisiejszej rzeczywistości, pamiętam jednak jego odwagę w czasach gdy wielu siedziało ze strachu w kącie. Jako wiceprezes SDP żegnam go z żalem i szacunkiem. Był znaczącą postacią polskiego dziennikarstwa. Źródło: Twitter.

 

Przemysław Szubartowicz, redaktor naczelny wiadomo.co: Nie żyje Stefan Bratkowski. Prawy człowiek, inteligent starej daty. Miałem zaszczyt krótko z nim pracować (kierował pracami jury konkursu dla prasy lokalnej, którego byłem członkiem). Cześć Jego pamięci! Źródło: Twitter.

 

Jerzy Haszczyński, publicysta „Rzeczpospolitej”: Bardzo smutna wiadomość. Stefan Bratkowski – to był chyba pierwszy dziennikarz, o którym jako dziecko usłyszałem od rodziców. Potem spotkaliśmy się w „Rz”. Niepokorny, pobudzający do myślenia, wszechstronny. + scenarzysta „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. R.I.P. Źródło: Twitter.

 

Katarzyna Kolenda-Zaleska, dziennikarka Fakty TVN, TVN24: Stefan Bratkowski RIP. Strasznie smutna wiadomość nie tylko dla naszego środowiska. Źródło: Twitter.

 

Dominika Wielowieyska, dziennikarka Gazety Wyborczej i TOK FM: Nie żyje Stefan Bratkowski, wybitny, niezależny dziennikarz, także w trudnych czasach. Ważna postać mediów. Pozostanie w naszej pamięci. Niech spoczywa w pokoju. Źródło: Twitter.

 

Jarosław Kociszewski, dziennikarz: Odszedł Stefan Bratkowski. Niezwykły człowiek. Niesłychany dziennikarz, którego miałem przywilej poznać. Źródło: Twitter.

 

Grzegorz Cydejko, dziennikarz: Smutek. Odszedł Stefan Bratkowski. Autorytet intelektualny. Mistrz. Człowiek, wobec którego dziennikarstwo polskie i Polacy mamy wielki dług wdzięczności za mądre przywództwo, pomocną dłoń i dorobek życia. Ważne jego przesłanie do nas przypomnę po pożegnaniu. Dziś tylko smutek.

 

Na fotografii sprzed niemal dokładnie 10 lat – Stefan Bratkowski z mandatem uczestnika zebrania Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, którego miałem zaszczyt być prezesem. Radził, pomagał, przestrzegał. Wielka po Nim strata. Źródło: Twitter.

 

Łukasz Warzecha, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”: Nie żyje Stefan Bratkowski.

Będę go pamiętał jako głosiciela klasycznego liberalizmu. I jako scenarzystę znakomitej „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. Serialu, który każdy Polak powinien obejrzeć.

Świeć Panie nad Jego duszą. Źródło: Twitter.

 

 

Stanisław Janecki, publicysta tygodnika „Sieci”: Ze Stefanem Bratkowskim się przyjaźniliśmy, kłóciliśmy, żartowaliśmy. Zawsze twórczo. Odszedł wielki ambasador pracy organicznej, samoorganizacji społeczeństwa. Współscenarzysta 'Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy’. Żegnaj Stefanie. Źródło: Twitter.

 

Igor Janke: Odszedł Stefan Bratkowski. Poznałem go na początku mojej pracy dziennikarskiej. Bardzo znacząca postać. Niech odpoczywa w pokoju. Źródło: Twitter.

 

Hanna Lis: Ogromny smutek. Odchodzą najlepsi, najwięksi. Stefan Bratkowski- wybitny publicysta i świetny człowiek. Zajrzyjcie czasami do stworzonego przezeń https://studioopinii.pl, warto. Źródło: Twitter.

 

 

Jacek Pałasiński, dziennikarz i przyjaciel zmarłego: Nie znałem nigdy nikogo tak poświęconego sprawie Polski jak Stefan Bratkowski. Trudno mi sobie wyobrazić większą stratę dla Polaków niż ta, którą dzisiaj ponieśliśmy. Źródło: tvn24.pl

 

Stefan Kisielewski, w „Abecadle Kisiela” tak o nim napisał: Stefan Bratkowski – jest to pozytywna postać, chociaż mnie irytuje okropnie to jego zadęcie spółdzielczo-społeczno-pozytywistyczne, takie jakieś naiwne. Zresztą zrobił do mnie aluzję w jednym ze swoich artykułów. Napisał, że nie lubi takich liberałów, co się boją robotników, i tylko liczą na pieniądze. Ale muszę powiedzieć, że on ma szalony szwung i działa z przekonaniem, działa na wszystkich frontach. Ja go jeszcze pamiętam, jak redagował „Życie i Nowoczesność”, dodatek do „Życia Warszawy”, i z przekonaniem to robił. Jest to właściwie Polak z Dolnego Śląska, bo we Wrocławiu urodzony chyba, gdzie ojciec był konsulem. Wiem, że on się przyjaźnił z Osmańczykiem. Czasem go bardzo lubię, a czasem mnie potwornie drażni, tak na przemian. Źródło: Stefan Kisielewski, Abecadło Kisiela, Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, s. 12.

 

Zebrał Tomasz Plaskota