Wajchowy na Woronicza – komentarz satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W slangu kolejarskim, wajchowy to pracownik manewrowy. Teraz znalazł zatrudnienie w misyjnej telewizji.

 

Dużo się dzieje w telewizji publicznej i oczywiście idzie ku dobremu. Już wyjaśniamy w czym rzecz. Otóż coraz większe grono odbiorców, ludzi ciekawych świata, chciałoby mieć wpływ na to co słucha i ogląda. Mamy nieprzebrany zalew podcastów i prawdziwą klęskę urodzaju: youtuberów. Do tego dochodzą platformy z filmami i seriali. Przebieramy i odpalamy. Mamy na coś ochotę klikamy. Zmieniamy, słuchamy i ustalamy sobie listę interesujących zachcianek.

 

A telewizja jawi się jako ta nudniejsza. Jacyś tam za biurkiem, układają dla nas przewidywalną ramówkę. Podają program z godzinami, o tej i o tamtej, to i to. I mamy działać wedle ich widzimisię. Znaczy mieliśmy. Dopóki ktoś nie zmądrzał i zarządził, że ten wyleniały stan zastany należałoby zmienić i uatrakcyjnić odbiór.

 

Wedle red. Michała Karnowskiego, „Wajchowy to popularna wśród części obserwatorów sceny medialnej figura, to mityczny decydent, który decyduje o sposobie przedstawiania rzeczywistości politycznej przez największe prywatne koncerny telewizyjne”. Telewizja publiczna pozazdrościła kapitalistycznym publikatorom.

 

Pozostaje tylko zagadka. Jak to działa? Czy Pan Prezes, ten najważniejszy dzwoni do tego Prezesa też ważnego, ale na odcinku propagandowym i mu tam miesza? A ten z kolei mąci na szczeblach jeszcze niższych prezesów czy innych kierowników? Czy może jest to nadgorliwa inicjatywa tylko tego Prezesa środka, aby się nie narazić temu Prezesowi wyżej? No bo chyba nie jest tak, że Prezesi jeden i drugi o niczym nie wiedzą. A jak to jest spontaniczna oddolna inicjatywa kolektywu pracowniczego?

 

Przypomina się w tym momencie, kapitalny skecz kabaretu TEY pt. „Kociołek”.

Kelner (Zenon Laskowik): Jest teraz taka sprawa, czy będziemy serwować, czy nie? Co my serwujemy?

Szef Kuchni (Janusz Rewiński): Serwujemy to co my namieszamy”.

 

Otóż tak teraz się dzieje. Coraz częściej w TVP, zamiast zapowiedzianej w programie audycji, jest coś zupełnie innego. Była zapowiedź teleturnieju „1 z 10”, a na ekranie uroczystości. Zapowiadano „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, a puszczono powtórnie film Ewy Stankiewicz o Smoleńsku. Jeszcze wcześniej miał być film red. Stankiewicz, a był film znanego artysty Antoniego Macierewicza. Można by w tym miejscu napisać: czeski film. Ale byśmy niepotrzebnie obrazili zasłużone i znacznie mniej awangardowe dokonania południowych sąsiadów. Kinematografia czeska stawiała przecież wysokie wymagania swoim odbiorcom.

 

Przekaz jest prosty. Wyrzućcie programy. Jakieś „Tele Magazyny” do kosza na papier, a Internetowe „programy tv” usuńcie z listy ulubionych. Na co Wam to?

 

Np. w świecie kultury, istnieje coś takiego jak film czy koncert: niespodzianka. Idziemy do kina czy sali widowiskowej i nie wiemy co na czeka. Taką „Kinder niespodziankę”, ma teraz cała Polska jak długa i szeroka. Zasiada wygodnie przed odbiornikiem i czeka z niecierpliwością co poleci, co nadadzą. Może będzie o Piastach i Andegawenach albo „Sanatorium miłości”. Miała być Joanna Lichocka, a wyskoczy zza kadru Danuta Holecka. Obojętnie.

 

A to wszystko dla naszego dobra. Jest taka książka „Paradoks wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej?” Barry’ego Schwartza. Wg. tego psychologa, wyeliminowanie wielości wyborów konsumenckich może znacznie zmniejszyć niepokoje kupujących. Albo „Będziemy szczęśliwi, jeśli tylko dokonamy właściwego wyboru. Tylko jak to zrobić, gdy jesteśmy coraz bardziej zagubieni, pośród coraz większej liczby możliwości?”, to z kolei pisze Renata Salecl w „Tyranii wyboru”. Spokojnie, medialni spece zrobią to za nas lepiej. A nawet jeśli zakreślimy pisakiem, na co chcemy spozierać, to tam ktoś wspaniały czuwa zatroskany i wybierze za nas inaczej. Ale też doskonale.

 

Kelner: wy tutaj mieszacie, a ktoś dostaje po ryju, nie?

Szef Kuchni: Słuchaj Alfredzie, ktoś miesza, żeby w ryj mógł brać ktoś. To są zwyczajne dzieje”.

 

Krzysztof Prendecki

Ukarany za pójście pod prąd – ŁUKASZ WARZECHA o programie Jana Pospieszalskiego

Jeśli podstawą do działania dla władz TVP oraz komisji etyki w sprawie programu „Warto Rozmawiać”  było pismo Joanny Lichockiej – a wszystko na to wskazuje – to jest to dla tychże władz i komisji najgłębiej kompromitujące oraz pokazuje, że nie chodzi tu o nic więcej jak tylko o ocenzurowanie treści niezgodnych nie z wiedzą medyczną, ale z narracją polityczną.

 

Trudno o bardziej gorzko ironiczną sytuację niż to, co wydarzyło się wokół programu „Warto Rozmawiać” Jana Pospieszalskiego w TVP w związku z wydaniem, prezentującym opinie krytyczne wobec przyjętej przez rząd strategii. W internecie zaczęło krążyć wyciągnięte z odmętów niepamięci namiętne sejmowe wystąpienie Joanny Lichockiej z 2016 bodaj roku, w którym – zwracając się do posłów PO – wytykała im, kogo z przeciwnego obozu wyrzucili z TVP, gdy przejęli tam władzę w 2010 r. Warto tutaj przypomnieć, że Platforma aż przez trzy lata po objęciu rządów nie była zainteresowana rozbiciem trwającego wówczas w telewizji układu PiS-SLD-PSL, który zapewniał kulawą, bo kulawą, ale jednak różnorodność opinii o wiele większą niż obecna.

 

Lichocka wygłosiła zatem całą litanię nazwisk, po czym wypaliła: „Został jeden Jan Pospieszalski”. Przewińmy teraz akcję o pięć lat do przodu i oto za sprawą interwencji tej samej Lichockiej ten sam Pospieszalski znika właśnie z TVP za karę, że ośmielił się w swoim programie pokazać opinie, kwestionujące rządową strategię walki z epidemią. Lichocka najpierw wyraziła w tej sprawie oburzenie na Twitterze, a później pochwaliła się tam pismami, skierowanymi do Jacka Kurskiego. Pochwaliła się także pełnym oburzenia pismem skierowanym do niej przez prof. Andrzeja Matyję, prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej, który jeszcze w grudniu odgrażał się, że niepokornych lekarzy będzie się wzywać na – jak to ujął – przesłuchania.

 

Lichocka w swoim piśmie wskazała: „w mojej opinii program służył upowszechnianiu nieprawdziwych i niezweryfikowanych naukowo tez, które podważały wysiłki rządu i lekarzy w walce z epidemią oraz uderzały w zaufanie do aktualnej wiedzy medycznej”. Te tezy to m.in. kwestionowanie przydatności lockdownów oraz przymusu noszenia maseczek na powietrzu.

 

Jeśli podstawą do działania dla władz TVP oraz komisji etyki było pismo Lichockiej – a wszystko na to wskazuje – to jest to dla tychże władz i komisji najgłębiej kompromitujące oraz pokazuje, że nie chodzi tu o nic więcej jak tylko o ocenzurowanie treści niezgodnych nie z wiedzą medyczną, ale z narracją polityczną. O nic więcej.

 

Joanna Lichocka nie wskazała w swoim piśmie, co konkretnie miałoby być sprzeczne z „wiedzą medyczną”, a nie wskazała tego, bo wskazać tego nie umie i nie byłaby w stanie. W przeciwieństwie do pani poseł, ja dokładnie śledzę stan dyskusji, włączając w to niektóre pojawiające się badania, i spieszę powiadomić, że w sprawie skuteczności lockdownów czy sensowności zakrywania ust oraz twarzy na otwartej przestrzeni trwa debata, w której sceptycy wobec tych rozwiązań mają poważne argumenty w postaci konkretnych badań, prowadzonych przez takie instytucje jak Instytut Kocha, Uniwersytet Stanforda czy Centers for Disease Control and Prevention. Nie ma również zgody w sprawie długoterminowej skuteczności szczepionek (to całkiem oficjalnie przyznają ich producenci), a ich wpływ na organizm w dłuższym okresie pozostaje nieprzebadany (co nie znaczy, że musi być negatywny – po prostu tego nie sprawdzono, bo nie było jak). Tak więc program Jana Pospieszalskiego w żadnym stopniu nie zaprzeczał „aktualnej wiedzy medycznej” – to raczej Joanna Lichocka nie ma pojęcia, jaki jest jej stan. A może po prostu jej to nie interesuje, bo przecież pisze o „podważaniu wysiłków rządu”, zaś w swoim pierwszym tłicie pisała o podważaniu „polityki rządu” i uznawała, że w telewizji publicznej jest to „skandal”. Można z tego wyciągnąć wniosek, że Lichocka sądzi, iż w TVP nie wolno krytykować władzy.

 

Trzeba tu przypomnieć, że pani poseł jest jednocześnie członkiem Rady Mediów Narodowych, co każe postawić po raz kolejny pytanie o zasadność łączenia zasiadania w RMN z czynnym uprawianiem polityki (poza bardziej podstawowym pytaniem o sens istnienia RMN w ogóle). Sytuacją już zaiste paranoiczną jest, gdy Lichocka jako poseł pisze z pretensjami do Jacka Kurskiego, którego stanowisko zależy – przynajmniej formalnie – od Lichockiej jako członka RMN.

 

Komisja Etyki TVP uznała, że u Pospieszalskiegozaprezentowano wyłącznie głosy krytyczne wobec podejmowanych działań w walce z pandemią. Dochowanie zasad rzetelności dziennikarskiej jest szczególne ważne w czasie, gdy ludzie walczą o zdrowie i życie i gdy tak wielu widzów, w oparciu o wiedzę z audycji telewizji publicznej może podejmować decyzje odnoszące się do własnego zdrowia, a w szczególności szczepień czy zachowania zasad profilaktyki”. Można by się z tym nawet zgodzić, bo w tym wydaniu „Warto Rozmawiać” faktycznie nie było przedstawicieli drugiej strony. Gdyby nie dwa fakty. Po pierwsze – do programu byli zaproszeni przedstawiciele Naczelnej Rady Lekarskiej, ale z zaproszenia nie skorzystali. Po drugie – co w kontekście oświadczenia Rady Etyki znacznie ważniejsze – program Pospieszalskiego był absolutnym wyjątkiem na tle linii telewizji państwowej. Prezentuje ona bowiem bez wyjątku poglądy podbijające narrację, którą określa się jako sanitarystyczną. Próżno szukać zwolenników innego podejścia, którzy w dwóch innych dużych stacjach telewizyjnych jednak się pojawiają. W tych okolicznościach ocena Komisji Etyki wygląda po prostu śmiesznie i żałośnie zarazem. Gdyby przyjąć przedstawione w oświadczeniu kryteria, komisja powinna się zająć właściwie każdym wydaniem „Wiadomości”.

 

Ponadto to przecież nikt inny jak sama Lichocka czy prezes TVP Jacek Kurski uzasadniali obecny kształt mediów państwowych koncepcją rozproszonego pluralizmu: nieważne, że TVP prezentuje tylko jedną stronę – ważne, że inne podmioty mogą też prezentować drugą stronę. Program Pospieszalskiego można potraktować jako realizację tej samej koncepcji, tyle że w ramach jednego podmiotu – telewizji państwowej.

 

Jan Pospieszalski został ukarany za to, co powinno być u publicysty normalne: pójście pod prąd dominującej narracji i odwagę. Jego program zdjęto – nie wiadomo, na jak długo. W ten sposób TVP pod obecnymi rządami zachowała się identycznie jak TVP, tak zawzięcie krytykowana przez Lichocką w Sejmie dawno temu. Choć właściwie nie – wtedy można było powiedzieć: „Został jeden Jan Pospieszalski”. Teraz nie został już nikt taki. Moje gratulacje.

 

Łukasz Warzecha

CMWP SDP w sprawie programu „Warto rozmawiać”

CMWP SDP apeluje do kierownictwa  TVP S.A. o emisję programu „Warto rozmawiać” z 19 kwietnia br.  autorstwa redaktorów Jana Pospieszalskiego i Pawła Nowackiego i przywrócenie dotychczasowego stałego miejsca tego programu w ramówkach Telewizji  Polskiej.

 

19 kwietnia br.  o godz. 20.35 miał być wyemitowany na żywo w TVP3 kolejny odcinek programu „Warto rozmawiać”.  Jak poinformował w mediach społecznościowych prowadzący program red. Jan Pospieszalski „Przed wejściem do studia poinformowano nas, że program jest nagrywany i zostanie wyemitowany później Tyle dowiedziałem się od dyrekcji anteny Kiedy? Nie wiem. Nagrany program z udziałem ministra P. Czarnka dot konsekwencji nauczania zdalnego dla dzieci, nauczycieli, rodzin (pisownia oryginalna).  Wg informacji CMWP SDP program „Warto rozmawiać” został nagrany i nie podano terminu jego emisji. Jak informują media, TVP oświadczyła, że prowadzi rozmowy z producentem w sprawie utrzymania cyklu w ramówce.

 

20 kwietnia br. Komisja Etyki Telewizji Polskiej stwierdziła, że wyemitowany 12.04.21 r. odcinek „Warto rozmawiać” o walce rządu z pandemią naruszył zasady etyki dziennikarskiej obowiązujące w TVP. Skargę na program złożyła Joanna Lichocka, posłanka PiS, członek Rady Mediów Narodowych. Redakcja programu “Warto Rozmawiać” oświadczyła w mediach społecznościowych, że nie przyjmuje do wiadomości orzeczenia Komisji Etyki TVP z 19.04.2021, ponieważ w ich ocenie orzeczenie to wydane zostało z pominięciem procedur, które zakładają wysłuchanie wszystkich stron prowadzonego postępowania. Prowadzący i producent programu nigdy nie zostali wezwani przed Komisję, by złożyć wyjaśnienia w sprawie programu z 12.04.2021.

 

Redaktor Jan Pospieszalski i wydawca programu red. Paweł Nowacki, autorzy programu „Warto rozmawiać” to cenieni i powszechnie znani w Polsce dziennikarze, z niekwestionowanym dorobkiem zawodowym, cieszący się od wielu lat wiarygodnością i zaufaniem widzów. W przeszłości wielokrotnie wykazywali się odwagą cywilną w poruszaniu trudnych i kontrowersyjnych tematów, realizując misję telewizji publicznej.  W ocenie CMWP SDP  zawieszenie programu „Warto rozmawiać” byłoby  dla w/w twórców niezasłużoną i wyjątkowo dokuczliwą represją, która  zagrażałaby realizacji zasady wolności słowa w demokratycznym państwie i obniżałaby jakość debaty publicznej w Polsce.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor CMWP SDP

 

Warszawa, 21.04.2021 r.

28. edycja konkursu NAGRODY SDP – przedłużony termin przyjmowania zgłoszeń

W związku z licznymi prośbami, termin składania prac do konkursu NAGRODY SDP został przedłużony do 25 kwietnia br.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyzna nagrody za najlepsze prace w polskiej prasie, radiu, telewizji i internecie, opublikowane lub wyemitowane w mediach w roku 2020. Konkurs ma charakter otwarty, mogą w nim uczestniczyć wszyscy dziennikarze, fotoreporterzy i fotografowie.

 

Tak jak w roku ubiegłym, nagrody i wyróżnienia przyznane będą w 14 kategoriach tematycznych. Najstarsza nagroda – Główna Nagroda Wolności Słowa ufundowana jest przez Zarząd Główny SDP, dotyczy publikacji w obronie demokracji i praworządności, demaskujących nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka. Stowarzyszenie jest również fundatorem Nagrody Watergate, przyznawanej za najlepsze prace z zakresu dziennikarstwa śledczego.

 

Pozostałe kategorie konkursowe: Nagroda im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie, Nagroda im. Krystyny Grzybowskiej za publicystykę o tematyce europejskiej, Nagroda im. Macieja Łukasiewicza za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy, Nagroda im. Janusza Kurtyki za publikacje o tematyce historycznej, Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego za dziennikarstwo ekonomiczne, Nagroda im. Aleksandra Milskiego dla redakcji mediów lokalnych za podejmowanie tematów ważnych dla ich społeczności, Nagroda im. Stefana Żeromskiego za publikacje o tematyce społecznej, Nagroda im. Adolfa Bocheńskiego skierowana do młodych dziennikarzy (do 30. roku życia) za wyróżniające się dokonania dziennikarskie, Nagroda im. Kazimierza  Wierzyńskiego za publikacje o tematyce sportowej. SDP zaprasza fotoreporterów i fotografów do dwóch kategorii konkursowych: Nagroda im. Eugeniusza Lokajskiego za fotografię o tematyce sportowej oraz Nagroda im. Erazma Ciołka za fotografię społecznie zaangażowaną.

 

W ramach konkursu SDP organizowana jest również nagroda Klubu Publicystów Ochrony Środowiska „Ekos” (afiliowanego przy SDP) – Nagroda im. prof. Stefana Myczkowskiego, przyznawana za najlepsze publikacje o problemach ochrony środowiska.

 

Nagroda Specjalna Fundacji Solidarności Dziennikarskiej to piętnasta kategoria konkursowa.

 

Oceniając nadesłane publikacje, Jury konkursu o Nagrody SDP 2020 będzie brało pod uwagę następujące kryteria: oryginalność  i nowatorstwo prac,  śmiałość w podejmowaniu tematów trudnych i kontrowersyjnych, atrakcyjność formalną przekazu i jego komunikatywność, walory dydaktyczne i estetyczne, rzetelność – zwłaszcza przy oddzielaniu informacji od opinii i komentarzy, podkreślenie, co jest własną oceną, a co cytatem, wiarygodność, udokumentowanie źródeł i weryfikację podanych treści, zachowanie proporcji i kontekstu sprawy.

 

Nagradzane będą przede wszystkim prace autorskie – indywidualne lub zespołowe, ale nagroda może być przyznana również redakcji.

 

Laureatów kategorii publicystycznych wybierze Jury Główne Nagród SDP, natomiast nagrody za zdjęcia i fotoreportaże przyzna odrębny skład jurorów – ekspertów fotografii prasowej. Jury Główne opierać się będzie na rekomendacjach Jury Selekcyjnego, które dokona przeglądu i oceny wszystkich nadesłanych prac. Rekomendacje Jury Selekcyjnego nie są wiążące dla Jury Głównego.

 

Ocena prac zgłoszonych do nagród fotograficznych również przebiegać będzie dwuetapowo: selekcji dokona zespół jurorów powołany przez Klub Fotografii Prasowej SDP, laureatów wybierze Jury Główne nagród fotograficznych.

 

Szczegółowe informacje o konkursie zawarte są w regulaminie (pobierz TUTAJ).

 

Karta zgłoszenia (pobierz TUTAJ).

 

Laureatów Nagród SDP 2020 poznamy podczas uroczystej gali wręczenia nagród w czerwcu br., na którą zapraszamy do Domu Dziennikarza w Warszawie.

 

Komunikaty dotyczące przebiegu konkursu podawane będą na bieżąco na portalu www.sdp.pl

 

Materiały dotyczące poprzednich edycji konkursu o Nagrody SDP (od 1992 roku) dostępne są TUTAJ.

 

FUNDATORZY ORAZ  SPONSORZY KONKURSU: BP Europa SE Oddział w Polsce, FAKRO Sp. z o.o., Fundacja Agencji Rozwoju Przemysłu, Fundacja Macieja Rybińskiego, Fundator Prywatny Nagrody im. Erazma Ciołka, Polska Agencja Prasowa,  Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców REPROPOL, Zarząd Główny SDP

 

PARTNERZY I PATRONI: Fundacja Solidarności Dziennikarskiej, Instytut Pamięci Narodowej, Lasy Państwowe, Narodowe Centrum Kultury, Totalizator Sportowy Sp. z o.o.,  Stowarzyszenie Autorów ZAiKS.

 

Projekt zrealizowany we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.

 

bd

Był przekonany, że wie lepiej – rozmowa z Romanem Graczykiem autorem książki o Adamie Michniku

Po aferze Rywina poległa „gazetowa” narracja, że wyłącznie własną pracą stworzyliśmy wielki i wpływowy koncern medialny. Od tego momentu „Gazeta Wyborcza” straciła tę szczególną pozycję w dyskursie jako podmiot, który może dawać lekcję innym – mówi Roman Graczyk, autor książki „Demiurg. Biografia Adama Michnika”, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Dlaczego nadał pan napisanej przez siebie biografii Adama Michnika tytuł „Demiurg” a nie „Manipulator”? Ten drugi tytuł wydaje się trafniejszy. Wynika on m.in. z relacji części dawnych publicystów „Gazety Wyborczej”, które pojawiają się w pańskiej książce.

 

Tytuł „Demiurg” odnosi się do roli Adama Michnika w polskim życiu publicznym zarówno przed jak i po 1989 r. Dlatego jest lepszy od każdego innego tytułu, który opisywałby mniejszą część jego życia. Zresztą, gdyby rzecz dotyczyła tylko Michnika jako redaktora „Gazety”, też nie zatytułowałbym jej „Manipulator”.

 

Pisze pan, że „Gazeta Wyborcza” znaczyła w pewnym momencie więcej niż inne dzienniki i gazety razem wzięte. To prawda, tak było w latach 90. Czyja to zasługa? Jej redaktora naczelnego Adama Michnika czy osoby odpowiedzialnej w Grupie Agora za finanse Heleny Łuczywo?

 

Wszystkich po trochu, Adama, Heleny, bardzo dobrych menedżerów i wybitnych dziennikarzy. Ale sądzę, że o sukcesie zdecydował przede wszystkim  moment historyczny, w którym „Gazeta” powstała. Przez jakiś czas była pierwszym i jedynym niezależnym dziennikiem w kraju. Miała dużo czasu, zanim powstały kolejne niezależne dzienniki, żeby się zadomowić i zdominować rynek prasowy.

 

Ludzie tworzący „Gazetę Wyborczą” wywodzili się z grupy, która z pozycji trockistowskich krytykowała PZPR. Jak grupie, której poglądy były kompletnie obce polskiej kulturze i tradycji, udało się zdobyć ogromny wpływ na myślenie Polaków?

 

Nie da się tak tego opisać. Trockistowskie poglądy mieli Jacek Kuroń i Karol Modzelewski w 1965 r., co wyrazili w swoim „Liście do Partii”, ale już młodzież która ich wspierała, w tym Michnik, nie. Owszem, oni się mieli za prawdziwych komunistów, w odróżnieniu od komunistów u władzy, ale trockistami nazwać ich nie można. Zresztą mieli wtedy po 20 lat, w tym wieku mało kto ma przemyślany światopogląd.  No, a potem młodzi ludzie dorastali, klarowali swoje patrzenie na Polskę i na świat, buntowali się, siedzieli po więzieniach. W 1989 r. byli już zupełnie innymi ludźmi. Mieli przede wszystkim dobrą legitymację z lat opozycji demokratycznej, „Solidarności” i potem z „konspiry”, niektórzy mieli za sobą więzienie jako „polityczni”. Więc powiedzieć, że byli zupełnie obcy polskiej tradycji, to się nie da. Można rzec, że nie reprezentowali tradycji większościowej. Ale za nimi stała prawie cała elita kulturalna Polski: Wajda, Turowicz, Gieysztor, Lem, Swieżawski, Miłosz, Szymborska, Janion i kogo by pan jeszcze chciał. Naprawdę, w 1989 r. oni mieli mir w narodzie, choć nie byli większościowi. Sprowadzanie ich wyrazu ideowego w 1989 r. do trockizmu Kuronia i Modzelewskiego sprzed ćwierć wieku nie ma sensu.

 

Oczywiście, że nie, i tak nie twierdzę, ale bez wątpienia takie są korzenie ideologiczne „GW”.

 

Takie są jej – odległe – afiliacje, ale one nie determinują wszystkiego. Gdyby „Gazeta” głosiła coś, co było w „Liście do Partii” w 1965 r., to by nie odniosła żadnych sukcesów. A przecież z miejsca Polacy, a już na pewno polska inteligencja, potraktowała „Gazetę” jak „swoją, naszą, gazetę”. To się później zaczęło komplikować, ale rok 1989 to jest czas harmonii.

 

W jaki sposób ekipa tworząca gazetę dostosowała swój przekaz tak, aby był bardziej strawny dla szerokiego grona odbiorców?

 

Nie uważam, żeby ta ekipa musiała stosować jakiś kamuflaż. Oni w 1989 r. już po prostu nie mieli wiary w jakiś lepszy komunizm, mieli za to wiarę w demokrację. Ideowa droga Michnika zaczyna się od zauroczenia marksizmem. Punktem wyjścia był dla niego zrewoltowany marksizm. Ale w Marcu 1968 r. to się skończyło. Później on jest autorem przełomowych książek „Nowy ewolucjonizm” i  „Kościół – lewica – dialog” – z pewnością wtedy, w 1976 i 1977 roku, jest już ważnym opozycjonistą, przeciwnikiem komunizmu. Później pisze „Z dziejów honoru w Polsce” i bogatą eseistykę historyczną. Wziąwszy to wszystko razem, jego pogląd na Polskę w 1989 r. był daleki od przekonań z 1965 r.

 

A jaki Michnik miał pogląd na Polskę w 1989 r.?

 

Uważał, że w istniejących warunkach geopolitycznych i krajowych, przejścia do demokracji politycznej nie dokona się jednym skokiem, lecz krok po kroku. Jeśli mówimy o czerwcu-sierpniu 1989 roku, to miał oczywiście rację. Wtedy istniał jeszcze Związek Sowiecki, Armia Czerwona jeszcze stacjonowała w Polsce i na Łabie, a graniczyły z nami nieprzyjaźnie nastawione państwa – NRD i Czechosłowacja, w bloku sowieckim bardzo bojowy był gensek rumuński Ceauscescu, który domagał się interwencji przeciwko zmianom w Polsce. Stąd ostrożność Adama. A drugi punkt jego programu to specyficzny konserwatyzm w rozumieniu rozwoju systemu partyjnego w Polsce. On uważał, że należy zamrozić sytuację z jesieni 1989 r. na nieokreślony czas, ale  trwający do następnych wyborów. Tu już byłbym innego zdania. Owszem, uważam, że rządowi Mazowieckiego należało dać wsparcie i ochroną polityczną, ale Michnik szedł dalej. Np. aktywnie przeciwdziałał odradzaniu się dawnych partii, nawet PPS-u Jana Józefa Lipskiego. Trzeci ważny punkt jego postrzegania rzeczywistości odnosił się do Kościoła katolickiego.

 

Na czym on polegał?

 

Można go streścić tak: z Kościołem trzeba delikatnie postępować, bo jeżeli ktoś ma przekonać Polaków do tolerowania ciężarów, które nieuchronnie, choć przejściowo, towarzyszą budowaniu nowego systemu, to może to zrobić skutecznie wyłącznie ta instytucja. Ale zarazem trzeba, uznając misję religijną Kościoła, jasno mówić: Kościół w nowym państwie nie może mieć uprzywilejowanej pozycji – a takie przecież były oczekiwania części hierarchii i części wiernych. Kościół za komunizmu był prześladowany, zatem teraz powinien dostać za to jakąś rekompensatę – rozumowano. Temu rozumowaniu sprzeciwiał się Michnik. I też miał rację. Stąd wynikała krytyka pod adresem doczesnych roszczeń kościelnych. Krytycyzm dotyczył np. nauczania religii w szkole, konkordatu, ustawy aborcyjnej.

 

Michnik mieszkał w PRL na Al. Róż w Warszawie, gdzie żyli przedstawiciele najwyższej nomenklatury komunistycznej. Spotykał się z nimi na co dzień. Jak z człowieka wywodzącego się z rodziny uprzywilejowanej w tym systemie stał się jego kontestatorem?

 

To raczej dobrze o nim świadczy. Od najmłodszych lat miał naturę buntownika. Dorastał pod wpływem takich osób, jak Jacek Kuroń, jak jego rodzice – przedwojenni komuniści. Ale już jako dzieciak był przekorny i przemądrzały, bo czytał wszystko, co wpadło mu w ręce i wydawało mu się, że wszystko wie. Te dwie cechy sprawiły, że szybko się zbuntował. W 1965 r., w wieku 19 lat spędził trzy miesiące w areszcie, gdzie był poddawany esbeckiemu śledztwu. W tamtych czasach nie było zorganizowanej opozycji, ani tym bardziej wypracowanych reguł „siedzenia”. A on to już umiał: przez te trzy miesiące trzymał język za zębami. To dało mu pewność siebie. Jak wyszedł, tym bardziej włączył się w działania grupki kontestatorów, młodych przyjaciół Kuronia i Modzelewskiego.

Powiedziałbym, że on został przeciwnikiem systemu wbrew swojemu naturalnemu usytuowaniu socjalnemu i politycznemu. Gdyby sprawy poszły swoim naturalnym torem, powinien zostać aparatczykiem PZPR, a może nawet, jako człowiek wybitnie zdolny, jej przywódcą.

 

W którym momencie Michnik uznał, że należy iść na kompromis z komunistami? Do pewnego momentu ostro krytykował komunę, a później nagle uznał, że z czerwonymi trzeba się dogadać.

 

W 1986 r.

 

Co o tym zdecydowało?

 

Nadzwyczajna amnestia z września 1986 roku. Komuna rutynowo wypuszczała opozycjonistów z więzień, zwykle z okazji swoich świąt, np. na 22 Lipca, czyli w rocznicę podpisania manifestu PKWN. Wypuszczali, później znowu wsadzali i na tym opierał się ten system. Bez stałej, realnej groźby „odsiadki” za poglądy polityczne ten system nie mógł działać. I w 1986 r. też była zwyczajowa amnestia, ogłoszona na święto 22 Lipca. A dwa miesiące później szef MSW gen. Kiszczak oświadczył, że zaraz nastąpi kolejna, ostatnia już amnestia.

 

Ostatnia?

 

W tym sensie, że więcej nie będą już zamykać za politykę. Szokujące wyznanie jak na szefa policji politycznej w komunistycznym państwie. Wielu nie uwierzyło w te słowa, bo to się nie mieściło w standardach PRL. Co to znaczy, że nie będą zamykać? Mają władzę, więc zamykają. A jak przestaną zamykać, stracą władzę. Jak nie będzie zamykania, cenzury, zagłuszania niezależnych stacji radiowych ludzie przestaną się bać i komuna upadnie. To było nie do wiary, ale faktycznie – z niewielkimi wyjątkami – przestali zamykać ludzi za politykę. Dawano grzywny, konfiskowano samochody, w których była przewożona „bibuła”, ale już nie zamykano. Wtedy powstała kwestia, jak się do tego ustosunkować. Michnik oraz jego krąg, nazwijmy go lewicą postKOR-owską, doszli do wniosku, że władza mówi serio. A to wskazywało na możliwość dojścia do ugody. Przypomnę, że podziemna „Solidarność” nigdy nie przestała postulować ugody, tyle, że z biegiem miesięcy i lat po 13 grudnia 1981 jej przywódcy przestawali w nią wierzyć.

 

Jaki Michnik miał wpływ na dobór ludzi przy okrągłym stole?

 

Miał duży wpływ na dobór ludzi przy tzw. podstolikach, czyli zespołach negocjujących poszczególne dziedziny życia, np. przy podstoliku do spraw prasy.

 

Kto przy nim zasiadł?

 

Helena Łuczywo, bardzo ważna postać z „Tygodnika Mazowsza” i kilka innych osób z tego kręgu. W większości osoby blisko związane z Michnikiem. Adam nie miał natomiast wpływu na dobór osób do tzw. „dużego stołu”, czyli do gremium około 20 osób reprezentujących stronę solidarnościową na obradach plenarnych, na rozpoczęcie i na zamknięcie „okrągłego stołu”. Na to on wpływu nie miał, bo razem z Kuroniem sami mieli problem, żeby tam zostać dopuszczeni. Władze upierały się długo, żeby ich jako „ekstremistów” w tych negocjacjach nie było. Ale Wałęsa się zawziął i na koniec byli.

 

Dziwne, przecież chcieli negocjować z komunistami.

 

Toteż niezbyt rozumiem, o co tym komunistom naprawdę chodziło. Jak zwróciłem wcześniej uwagę, Adam od 1986 r. opowiadał się za porozumieniem z „czerwonym”, ale SB dalej w swoich analizach określała go jako „ekstremę”.

 

Co Adam Michnik widział w archiwach MSW? Wiosną 1990 r. wspólnie z dyrektorem Archiwum Akt Nowych Bogdanem Krollem oraz profesorami historii Jerzym Holzerem i Andrzejem Ajnenkielem czytali tajne akta Służby Bezpieczeństwa. Zespół z czasem otrzymał nazwę Komisji Michnika.

 

Nie wiadomo. Powołaniu i działalności komisji poświęcam wiele miejsca w książce. Zwracam uwagę na brak reguł działania komisji i brak publicznego rozliczenia się z jej działalności. Nie wiadomo, jakie dokumenty czytali i kto im je udostępniał. Piszę o tym, jako o czymś skandalicznym jak na standardy demokratycznego państwa. Chociaż demokracja dopiero się rodziła, jednak można było wywieść te standardy z ogólnych zasad. Rzecz absolutnie skandaliczna.

 

Zatem co Michnik tam wtedy zobaczył, nie wiemy. Może nic, bo funkcjonariusze, którzy ich oprowadzali po archiwum mogli mieć od swojego zwierzchnictwa wręcz takie zadanie, żeby nic istotnego nie pokazać. Ale równie dopuszczalna jest hipoteza, że Adam Michnik zobaczył tam rzeczy, które go oszołomiły i dlatego popadł coś, co można nazwać „uogólnionym syndromem antylustracyjnym”. Do dzisiaj nigdy nie wycofał się tych z poglądów na lustrację, które są poza granicą racjonalności. Jeżeli racjonalny człowiek nagle dostaje małpiego rozumu, to być może dzieje się tak przez to, że przeczytał w archiwum  straszne rzeczy, których się przeraził. Przed 1989 r. on przecież powoływał się na tę słynna herbertowską frazę „niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda dla szpiclów”, przecież pisał przestrogi dla działaczy podziemia, żeby nie wdawali się w inne rozmowy z SB jak tylko w charakterze przesłuchiwanych i tylko do protokołu. To znaczy, że  miał świadomość, jakie to jest diabelstwo. A potem nagle teza, że uczciwa lustracja nie istnieje. To jest przedziwne, ale powtarzam – nic pewnego na temat tej przemiany nie wiemy.

 

Czy po aferze Rywina „GW” nie miała już szans na odbudowanie swojej wcześniejszej dominującej pozycji w polskim systemie medialno-politycznym?

 

Nie bardzo, ponieważ straciliśmy wiarygodność.

 

Myśmy?

 

Myśmy – bo wtedy jeszcze tam pracowałem. Po aferze Rywina poległa „gazetowa” narracja, że wyłącznie własną pracą stworzyliśmy wielki i wpływowy koncern medialny. Od tego momentu „Gazeta” straciła tę szczególną pozycję w dyskursie jako podmiot, który może dawać lekcję innym. To już straciło rację bytu.

 

„GW” jest jeszcze w stanie kogokolwiek uwieść ideowo jak w latach 90.?

 

Nie sądzę. Może być lepszą lub gorszą gazetą, ale jest traktowana jak inne media. Nie ma już nabożnego stosunku do niej, jaki był niegdyś. On się brał z legendy ludzi niezłomnych, z Michnikiem na czele, z ekipy pochodzącej głównie z „Tygodnika Mazowsze” – mam na myśli  Tomasza Burskiego, Helenę Łuczywo, Annę Bikont…. Ale także z innych pism podziemnych – Rafała Zakrzewskiego, Kostka Geberta, Jacka Kowalczyka…. To była jedna legitymacja, która tworzyła dominującą rolę „Gazety”.

 

A druga?

 

Ludzie tworzący „GW” robili dziennik, ale i angażowali się w politykę, budowali zręby demokracji w Polsce. Adam był posłem Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Mieli za te działania naturalną premię zaufania. Michnik powiedział, to Roma locuta. „Gazeta Wyborcza” napisała to też Roma locuta. Koniec! Nie było dyskusji! Ale po aferze Rywina to się co najmniej nadwątliło.

 

Michnik zawsze źle znosił krytykę?

 

Z perspektywy jego podwładnego – dało się z nim dyskutować. Można było się z nim nie zgadzać, przyjmował to. Co innego z perspektywy partnera ideowo-politycznego, tu miał mniej zrozumienia i rozstania były często drastyczne.

 

Były publicysta „GW” Rafał Kalukin opowiada w pańskiej książce, że Michnik nie zgadzał się z jego tekstem i namawiał go do wprowadzenia proponowanych przez siebie zmian.

 

To jest po trosze przywilej redaktora naczelnego. I, moim zdaniem, to jest raczej kwestia stopnia nacisku na dziennikarzy, niż samego nacisku jako takiego. W przypadku Rafała, w sprawie którą on opowiada w książce, ten nacisk był duży i powiedziałbym, że przekraczający dopuszczalną granicę. Ale nie należy robić wrażenia, że Michnik jako naczelny to był jakiś potwór, a inni naczelni to anioły. Jak pan dłużej popracuje w mediach, to się pan przekona, że mam rację. Ale Michnik nie mówił mu: napisz tak i tak, tylko: zrozum, że się mylisz, powinieneś to inaczej ująć. Nie obrażał się, nie wywyższał, ale był przekonany, że wie lepiej. Owszem miał pewną trudność z zaakceptowaniem innych poglądów nawet w swoim środowisku. Widać to szczególnie, kiedy Grzegorz Sroczyński, Rafał Kalukin czy Artur Domosławski podjęli po latach próbę oceny III RP, czyli tego, co Adam Michnik uważa za dzieło swojego życia. Bolało go, że ktoś może inaczej to oceniać niż on. I tu możemy mówić, że nie był dostatecznie empatyczny czy że nie dość akceptował pluralizm poglądów, chociaż go głosił.

 

Romanowi Kurkiewiczowi zabronił pisać swoją biografię.

 

To się splotło ze sporem wokół książki Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim. Adam dostał szału na tle tej książki, a Romek Kurkiewicz miał nieszczęście wypowiedzieć się publicznie na jej temat i na temat nielojalnej wobec Artura, krytyki Adama. Kiedy się Adam o tym dowiedział, bardzo zdenerwował się na Romka i potraktował go bardzo – jak pewnie zamierzał – pryncypialnie. Ale wyszło groteskowo, bo zabronił mu pisać o sobie za życia i po śmierci. (Śmiech).

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota,

fot. Paweł Ulatowski

 


 

Roman Graczyk

Rocznik 1958. Studiował dziennikarstwo i nauki polityczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. W PRL współpracował z prasą podziemną, emigracyjną i  „Tygodnikiem Powszechnym”. Po 1989 r. pracował m.in. w Polskim Radiu Kraków. W latach 1993-2005 był publicystą „Gazety Wyborczej”, w latach 1997–1998 pełnił funkcję sekretarza redakcji krakowskiej.

 

 

To może ostatni, co tak piórem wodzi

Stefan Bratkowski otrzymał Laur SDP 2004, przypominamy laudację Ignacego Rutkiewicza wygłoszoną podczas uroczystości wręczenia wyróżnienia.

 

Patrzcie i uczcie się młodzi,

to może ostatni, co tak piórem wodzi.

 

I już całkiem serio: rzadko się zdarza, by w jednej osobie zamieszkały: temperament publicysty, pasja społecznika-reformatora, dociekliwość badacza historyka i wielkie poczucie humoru.

 

A taki jest właśnie Stefan. Autor niezliczonej liczby wystąpień w sprawach publicznych na rzecz społeczeństwa obywatelskiego i cywilizacyjnego postępu, budowanych równocześnie od góry i od dołu, od małych społeczności lokalnych, wspieranych przez niezależne lokalne gazety, które cieszą się jego szczególną sympatią.

 

Umie przy tym nie tylko krzepko trzymać pióro w garści, ale – kiedy trzeba – zakasać rękawy i własnym przykładem pokazywać, jak to się robi.

 

Przypomnijmy epopeje „Życia i Nowoczesności”, przypomnijmy inspirującą rolę w Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość, przypomnijmy odnowę naszego stowarzyszenia, zapoczątkowaną jesienią 1980 r., przypomnijmy,, mówioną gazetę” z czasu stanu wojennego. Przypomnijmy impuls do opracowania dla Wyższej Szkoły Dziennikarskiej im. M. Wańkowicza autorskiego programu studiów, mającego kształcić profesjonalnych dziennikarzy, kulturalnych inteligentów i świadomych obywateli.

 

Publicysta, pisarz, działacz – zasiada, nie, nie zasiada, lecz z niebywałą energią działa w najrozmaitszych stowarzyszeniach i towarzystwach, w których rzuca jeden za drugim nowatorskie pomysły, z przekonaniem idąc nieraz pod prąd i wiatr.

 

Może wydawać się, że czasem unosi się kilka centymetrów nad realną rzeczywistością, ale zwykle okazuje się, że to on miał rację, był realistą.

 

W bibliografii publikacji Stefana reportaże i artykuły, komentarze i polemiki, felietony i eseje, podręczniki dla dziennikarzy i działaczy społecznych sąsiadują z dziełami. Tak, dziełami, wymagającymi wielkiej wiedzy i kompetencji, jak bardzo osobisty zarys historii Polski, studia z dziejów Rusi, historia powszechna pieniądza.

 

Ile w nim romantyka, ile zaś pozytywisty, ustalić niepodobna. Z pewnością jednak ta mieszanka nieraz już przyniosła i nadal przynosi rozliczne i ważne efekty.

 

Laur SDP nie mógł trafić w godniejsze ręce. Podziwiamy Cię i to może ostatni, co tak piórem wodzi kochamy, Stefanie!

 

Fot. Jacek Herok

 

Niezwykle ważny człowiek – wspomnienia o STEFANIE BRATKOWSKIM

 

Odszedł Stefan Bratkowski, honorowy prezes SDP

 

Niezwykle ważny człowiek – wspomnienia o STEFANIE BRATKOWSKIM

„Zapamiętam Stefka jako wspaniałego dziennikarza”, „nie nudził”, „ze Stefanem przyjaźniliśmy, kłóciliśmy, żartowaliśmy. Zawsze twórczo” – dziennikarze i znajomi wspominają śp. Stefana Bratkowskiego.

 

W niedzielę 18 kwietnia 2021 r. zmarł Stefan Bratkowski, dziennikarz, publicysta, pisarz, scenarzysta, wieloletni prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Miał 86 lat.

 

 

Ernest Bryll: Przyjaźniliśmy się chyba od 1954 r. W 1956 r. byłem w redakcji „Po prostu”, w której on też był. Bardzo ciekawy facet i niezwykle ważny człowiek. Próbował być politykiem, ale nigdy nim nie potrafił być, natomiast był niewątpliwie skutecznym działaczem, twórcą różnych  pomysłów. Stefek szukał dróg realizacji dla swoich pomysłów, więc kontaktował się z najróżniejszymi ludźmi. Jego entuzjazm przewyższał realia i nie brał pod uwagę różnych elementów, które pojawiają się w codziennym życiu. To prowadziło do tego, że inni go wypychali z danego projektu albo sam się z niego wypychał.

 

Nigdy nie potrafił się znaleźć w żadnej konkretnej grupie politycznej, zawsze był tu i tam, i pomiędzy.

 

Zapamiętam Stefka jako wspaniałego dziennikarza. Niestety nigdy nie uzyskał tego, co powinien. A powinien być naczelnym dużego i wpływowego pisma. Nawet jak był w „Życiu i Nowoczesności” to był to tylko dodatek do „Życia Warszawy”. Dodatek wyraźnie odróżniał się od „Życia Warszawy” i był niezwykle ciekawy. A może to wynikało z tego, że Stefan taki musiał być? Może musiał rozpocząć projekt, a potem on przechodził w ręce innych i stawał się czymś odległym od niego? Był ciągłym zaczynem różnych spraw.

 

Kiedy zaczęło się odprężenie w PRL-u rozpoczęło się szukanie dróg wyjścia. Zastanawialiśmy się co zrobić, żeby przebudować ideę socjalizmu po polsku. Myśmy uważali, a zaczęło się to w „Po prostu”, że socjalizm trzeba zrobić od nowa. Była wiara, że pojawią się ludzie, którzy wytyczą linię do przedwojennego PPS-u. Dzisiaj to brzmi naiwnie, ale wtedy nie było realnego widoku, że ta epoka się skończy. Zastanawialiśmy się, co zrobić, żeby dało się żyć w tym systemie.

 

Teresa Bochwic: Koszmarna wiadomość. Stefan Bratkowski był świetnym i bardzo fachowym dziennikarzem oraz bardzo lubianym człowiekiem. Ciekawie postępował w czasach „Solidarności”. W stanie wojennym nagrywał kasety z rozmaitymi politycznymi wypowiedziami. Jak na PRL i na stan wojenny był bardzo opozycyjnie nastawiony Pamiętam go z rejestracji SDP, która odbyła się w maju 1989 r. Potem jednak okazało się, że przyczynił się do tzw. dzisiejszego podziału nie tyle między Polakami, co między ludźmi opozycji. Miał bardzo lewicowe poglądy i był bardzo związany z grupą Michnika. Osobiście bardzo dobrze go wspominam, bo był jednym z mistrzów dziennikarstwa, z którymi miałam styczność. Doskonale redagował teksty. Przez dwa czy trzy miesiące pracowałam u niego w piśmie „Gazeta i Nowoczesność”, dodatku do „Gazety Wyborczej”. Podobnie, jak większość osób, które w podziemiu zajmowało się dziennikarstwem, również i ja przez kilka miesięcy współpracowałam z „Gazetą Wyborczą”. Miałam jednak duże konflikty z rozmaitymi osobami w gazecie. Wtedy właśnie Bratkowski zaproponował mi żebym pracowała w „Gazecie i Nowoczesność”. Pisałam teksty o ciekawych sprawach, np. o prywatnej, domowej elektrowni posła Jana Sęka. A potem zaczął się bardzo wyrazisty konflikt wewnątrz opozycji i zajęłam inne stanowisko niż Bratkowski, więc straciłam z nim kontakt.

 

Krzysztof Masłoń: Z nazwiskiem Bratkowskiego zetknąłem się w latach 70. jako czytelnik „Życia i Nowoczesność”, dodatku do „Życia Warszawy”, który Stefan redagował. „Życie i Nowoczesność” wyróżniało się na rynku prasowym, było redagowane z dużym biglem dziennikarskim. Tematy tam poruszane nie interesowały mnie szczególnie, bo dotyczyły głównie ekonomii, ale pismo było bardzo ciekawe. Pojawiało się tam sporo nazwisk wcześniej nieznanych, które potem przebijały się wśród opozycji demokratycznej w PRL.

 

Potem tak się złożyło, że w drugiej połowie lat 80. trafiłem do „Życia Warszawy”, gdzie zetknąłem się z legendą  Stefana jako byłego kolegi pracujących tam dziennikarzy.

 

Głośno stało się o nim w 1980 r. z okazji Zjazdu PZPR, kiedy zajął stanowisko, które się bardzo nie podobało władzy. Zetknąłem się z nim w SDP. Wtedy odbywały się tam otwarte zebrania, na które przychodziła masa ludzi. Stefan został prezesem SDP. To był jego czas, Dariusza Fikusa, potem Maćka Łukasiewicza. Przeciwstawiali się komunie na tyle, na ile z ówczesnego punktu widzenia było można. Głośne stało się też to, jak Bratkowski w jakiejś mierze wspierał powstawanie struktur poziomych w PZPR. Partia przyjmowała to jako zupełną herezję.

 

Miewał swoje obsesje. Co jakiś czas wpadał na nowy pomysł. O takich ludziach zawsze mówiło się entuzjasta. Cenna cecha, ale czasami śmieszna. W pewnym momencie Stefan głosił, że ratunkiem dla Polski, która przeżywała wówczas bardzo trudny okres, są małe cegielnie. I ciągle o tym  przynudzał. Jak wchodził na mównicę niektórzy mówili: Boże, znowu będzie mówił o małych cegielniach, i niestety mieli rację. Później był stan wojenny. Tego rodzaju ludzie, jak Jerzy Urban i Mieczysław Rakowski dworowali sobie ze Stefana Bratkowskiego, że on rzekomo bardzo chce być internowany, a oni go i tak nie internują. Chamskie atakowanie człowieka, który widocznie zalazł im za skórę.

 

Bliżej poznałem się ze Stefanem dopiero w „Rzeczpospolitej”, gdzie przyszedłem pracować w 1990 r. Pamiętam jego teksty z ostatniej strony „Plusa minusa”. Tam było kilku felietonistów, którzy się zmieniali, a na stałe felieton miał tylko Stefan. Jego felietony, jak to często u niego, były zdroworozsądkowe. Ale i denerwujące, bo wychodziła z nich małostkowość. W co drugim tekście była wzmianka o serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”, do którego pisał scenariusz. W kółko domagał się, żeby telewizja publiczna pokazywała ten świetny serial. On to pisał nie zważając na to, że telewizja właśnie kończyła albo rozpoczynała nadawanie serialu. Większość czytelników o tym raczej wiedziała, więc narażał się na pewnego rodzaju śmieszność.

 

W kontaktach redakcyjnych bezpośredni, koleżeński, sympatyczny. Miałem z nim długą i śmieszną rozmowę. Stefan, chociaż był starszym panem przychodził do pracy w dżinsach. Może nie było to najgrzeczniejsze z mojej strony, ale powiedziałem, że nie podoba mi się, kiedy starsze osoby naśladują młodych w ubiorze. Stefan chyba wziął to do siebie, bo pamiętam, że dość długo i ostro dyskutowaliśmy. Mówił, że on się dobrze czuje w dżinsach, odmładza go to, a jego ubiór wskazuje, że jest bezpośredni i nie ma problemu w nawiązywaniu kontaktu z młodymi ludźmi. Zapewne miał swoje racje. Sam się później sobie dziwiłem, że zaprezentowałem się jako straszny konserwatysta w sprawie stroju.

 

Pamiętam też jego książki. Największe wrażenie zrobiła na mnie praca pt. Pan Nowogród Wielki: prawdziwe narodziny Rusi. Bardzo interesująca, dowiedziałem się z niej o niesłychanie wielu sprawach.

 

Miał w sobie żyłkę organizatorską. Gromadził ludzi wokół siebie. Miał umiejętność popularyzacji różnych spraw. Nie był typem naukowca, który dłubał przy swoim temacie, a raczej entuzjasty, który się do czegoś zapalał i potrafił ze swoimi racjami dotrzeć do czytelnika przygotowanego w różnym stopniu. Bardzo rzadko spotykana cecha w Polsce. Wydawcy nieprzypadkowo do pewnego czasu woleli przy wydaniu książki historycznej zapłacić za przekład  niż zlecić jej napisanie krajowemu autorowi, bo pisanie długo trwało, a efekt końcowy był nudny. Stefan na pewno nie nudził.

 

Krystyna Mokrosińska: Fundacja i Wyższa Szkoła Dziennikarska im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie, którą Stefan prowadził były istotnymi polami na których z nim współpracowałam. Nasza współpraca miała i dobre, i złe strony, mieliśmy różne zdania.

 

Tomasz Z. Zapert, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”: Żal człowieka, nie nam go sądzić. Zaraz po transformacji kierował wydawnictwem „Czytelnik”. Jednak jego epizod w roli wydawcy był nieudany. Miał duże aspiracje, chciał, aby to było wydawnictwo prężne, cenione i uznane, a okazało się, że nie miał głowy do takiego prowadzenia firmy w nowych warunkach. „Czytelnik” zaczął się staczać po równi pochyłej. Widocznie był przyzwyczajony do funkcjonowania w realnym socjalizmie.

 

Scenarzysta  serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy”. Serial ma walory dydaktyczne, ale był statyczny i niespecjalnie mnie przekonywał. Gdyby nie dobra gra aktorów byłby nużący. Jako dziennikarza pamiętam go z felietonów w „Plusie i minusie”. Nie był najlepszym felietonistą. Mam wrażenie, że jego całe życie było próbą modernizacji ustroju panującego w PRL. Miał  aspiracje polityczne, które nie zostały spełnione. W okresie karnawału „Solidarności” odegrał jak najlepszą rolę jako kierujący SDP.

 

Jan Ordyński: Poznałem Stefana dopiero w latach 90, w czasach kiedy pisał w „Rzeczpospolitej” i działał w Towarzystwie Dziennikarskim. Wielce utalentowany dziennikarz, mędrzec, intelektualista, człowiek wielu talentów.

 

Zapisał się w mojej pamięci jako przesympatyczny, życzliwy i serdeczny człowiek z poczuciem humoru. Jak się spotykaliśmy rozmawialiśmy na poważne tematy. Zawsze był partnerem w rozmowie. Nie odczuwałem nigdy z jego strony żadnej manii wielkości, ani chęci imponowania.

 

Jego dorobek publicystyczny jest ogromny, świadczy, że był człowiekiem wybitnym, utalentowanym, rozumiejący świat i Polskę.

 

Jego śmierć to wielka strata dla Polski, dla dziennikarstwa i dla nas wszystkich. Nie ma zbyt wielu takich ludzi w naszym środowisku. Od zawsze jedna z wielkich figur polskiego dziennikarstwa.

 

Miał niesamowity warsztat dziennikarski, przygotowanie do tego co tworzył. On nie pisał banałów, a jednocześnie fantastycznie się to czytało. Jego książki na poważne tematy historyczne czy współczesne były znakomitymi lekturami.

 

Cytaty z mediów społecznościowych (Facebooka i Twittera):

 

Paweł Milcarek, redaktor naczelny kwartalnika „Christianitas”: Zmarł Stefan Bratkowski. Dziwnie się czuję: z jednej strony jakoś całe moje dojrzałe życie upłynęło mi poza jego wpływem – ale z drugiej, był jakimś mocnym autorytetem w owej krótkiej chwili gdy przestawałem być dzieckiem. Na pewno z okazji Sierpnia i Solidarności w 1980/81, a może chwilę wcześniej („Przegląd Techniczny”?). Miał na mnie jeszcze wpływ potężny poprzez scenariusz serialu „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” (pokazanego przez TVP dopiero w 1982, a zrobionego w 1979-81) – czym (pewnie niechcący) wzmocnił moje „endeckie” podejście do realnego patriotyzmu. Oto więc jakby wujek, który kiedyś dawno temu jedną rozmową i przemyślanym prezentem trochę pokierował życiem młodego, sugerując mu racjonalną dykcję myśli społecznej. A potem już nie utrzymywaliśmy bliższych relacji. To jednak wystarczy, żeby być wdzięcznym. RIP.  Źródło: Facebook.

 

Robert Bogdański, były szef Polskiej Agencji Prasowej: Stefan Bratkowski. R.I.P. Kiedy w 1989 legalizowaliśmy SIS On uważał za całkowicie oczywiste, że to powinna być spółdzielnia, a my z Wojciechem Maziarskim i Robertem Kozakiem, zachwyceni wyrwaniem się z socjalizmu, nie chcieliśmy o tym słyszeć i założyliśmy spółkę, która potem zbankrutowała… Może to On miał rację?

 

Potem, jak zostałem szefem PAP namawiał mnie, żebym kładł nacisk na dobre wiadomości, bo ludzie nie powinni być karmieni wyłącznie sensacją i złymi wieściami, a ja wzruszałem ramionami, bo przecież newsy trzeba było sprzedać, a „bad news is good news”. A może to On miał rację? Pamiętam nadzieję, jaką wzbudzał Jego głos odtwarzany z kasety na początku 1982 roku, w samym środku Nocy Generała. Głos, w którym nie było najmniejszej wątpliwości, że przedsięwzięcie Generała jest skazane na porażkę, a my, choć czeka nas mitręga duża, w końcu wygramy. Dziękuję Stefanie. Odpoczywaj w pokoju. Źródło: Facebook.

 

Krzysztof M. Kaźmierczak: Kiedy w 1992 roku porwano i zamordowano Jarosława Ziętarę wszystkie organizacje dziennikarskie milczały. Tylko zmarły dzisiaj Stefan Bratkowski, 6 lat po zabójstwie Jarka, zdobył się na uderzenie w pierś, zabranie głosu. Źródło: Facebook.

 

 

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, prezes Fundacji im. Brata Alberta: Zmarł śp. Stefan Bratkowski. Od 1946 r. wraz wieloma innymi sierotami wojennymi, w tym piosenkarką Sławą Przybylską i moim śp. Ojcem,  wychowywał się w Zakładzie Pałac i Park Potockich w Krzeszowicach. Dzieje tej legendarnej placówki i jej wychowanków opisał w książce pt. „Mieliśmy kilkaset sióstr i braci”. Był honorowym obywatelem Krzeszowice. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Źródło: Facebook.

 

 

Krzysztof Wołodźko, publicysta „Gazety Polskiej”: Zmarł Stefan Bratkowski. Byłby to człowiek ideowo zupełnie mi obcy, gdyby nie pewien istotny drobiazg. Bratkowski był współtwórcą „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. Może to dziś koturnowy serial, pewnie ramota, ale jakie świadectwo i przesłanie. I lekcja chyba już w tych pokoleniach trudna do odrobienia. Miejscami znaczącymi są dla mnie Turew, Śrem, Manieczki. Cegielski i biblioteka Raczyńskich w Poznaniu. Pusty grób Józefa Wybickiego w Brodnicy Śremskiej to miejsce z dzieciństwa – do dziś czasem odwiedzane. Wielkopolski patriotyzm pracy u podstaw, ale też patriotyzm byłych napoleońskich oficerów, ludzi którzy znali i siłę oręża, i gospodarki. Moja pierwotna wyobraźnia przestrzenna to lasy i aleje, które zostały po Chłapowskich. Pamiętam jak niesamowite wrażenie zrobiło na mnie w dzieciństwie, gdy pierwszy raz zobaczyłem ten serial – dziecięca duma, że się należy do jakiejś większej opowieści.

 

I jeszcze jedna refleksja. To kolejna nieobecność i świadomość, że w coraz mniejszym gronie zostajemy z coraz młodszymi (rzecz jasna, dziś to jeszcze nie dramat). Moje roczniki chyba będą za 20-30 lat mocno samotne jeśli chodzi o wspólną przestrzeń pamięci.

 

Już po nas przychodzi mocne zerwanie biograficzno-historyczne, czyli roczniki znające tylko III RP i nieświadome w doświadczaniu jej dwóch pierwszych dekad. My jeszcze nucimy songi tych starszych (łącznie z tym Kelusa z frazą o Bratkowskim), rozumiemy do czego się odwołują, sięgając we własną przeszłość, dogadujemy się – ale dla młodszych są to rzeczy zupełnie nudne i poza lekko nawet zapośredniczonym doświadczeniem.

 

Stefan Bratkowski – R.I.P. Źródło: Facebook.

 

Sławomir Popowski, dziennikarz: Stefan Bratkowski nie żyje! Jeden z największych dziennikarzy polskich przełomu wieków. Człowiek legenda! Nazywałem go największym romantykiem wśród pozytywistów i największym pozytywistą wśród romantyków… Od kilku lat walczył z kolejnymi chorobami, ale wydawało się nam, jego przyjaciołom, że jest niezniszczalny… Straszny czas i straszny rok, który zabrał tylu wspaniałych ludzi z tego wielkiego pokolenia, które zmieniło Polskę… Żegnaj Przyjacielu! Źródło: Facebook.

 

Witold Gadowski, wiceprezes SDP: Ze Stefanem Bratkowskim różniły mnie poglądy i oceny dzisiejszej rzeczywistości, pamiętam jednak jego odwagę w czasach gdy wielu siedziało ze strachu w kącie. Jako wiceprezes SDP żegnam go z żalem i szacunkiem. Był znaczącą postacią polskiego dziennikarstwa. Źródło: Twitter.

 

Przemysław Szubartowicz, redaktor naczelny wiadomo.co: Nie żyje Stefan Bratkowski. Prawy człowiek, inteligent starej daty. Miałem zaszczyt krótko z nim pracować (kierował pracami jury konkursu dla prasy lokalnej, którego byłem członkiem). Cześć Jego pamięci! Źródło: Twitter.

 

Jerzy Haszczyński, publicysta „Rzeczpospolitej”: Bardzo smutna wiadomość. Stefan Bratkowski – to był chyba pierwszy dziennikarz, o którym jako dziecko usłyszałem od rodziców. Potem spotkaliśmy się w „Rz”. Niepokorny, pobudzający do myślenia, wszechstronny. + scenarzysta „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. R.I.P. Źródło: Twitter.

 

Katarzyna Kolenda-Zaleska, dziennikarka Fakty TVN, TVN24: Stefan Bratkowski RIP. Strasznie smutna wiadomość nie tylko dla naszego środowiska. Źródło: Twitter.

 

Dominika Wielowieyska, dziennikarka Gazety Wyborczej i TOK FM: Nie żyje Stefan Bratkowski, wybitny, niezależny dziennikarz, także w trudnych czasach. Ważna postać mediów. Pozostanie w naszej pamięci. Niech spoczywa w pokoju. Źródło: Twitter.

 

Jarosław Kociszewski, dziennikarz: Odszedł Stefan Bratkowski. Niezwykły człowiek. Niesłychany dziennikarz, którego miałem przywilej poznać. Źródło: Twitter.

 

Grzegorz Cydejko, dziennikarz: Smutek. Odszedł Stefan Bratkowski. Autorytet intelektualny. Mistrz. Człowiek, wobec którego dziennikarstwo polskie i Polacy mamy wielki dług wdzięczności za mądre przywództwo, pomocną dłoń i dorobek życia. Ważne jego przesłanie do nas przypomnę po pożegnaniu. Dziś tylko smutek.

 

Na fotografii sprzed niemal dokładnie 10 lat – Stefan Bratkowski z mandatem uczestnika zebrania Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, którego miałem zaszczyt być prezesem. Radził, pomagał, przestrzegał. Wielka po Nim strata. Źródło: Twitter.

 

Łukasz Warzecha, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”: Nie żyje Stefan Bratkowski.

Będę go pamiętał jako głosiciela klasycznego liberalizmu. I jako scenarzystę znakomitej „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. Serialu, który każdy Polak powinien obejrzeć.

Świeć Panie nad Jego duszą. Źródło: Twitter.

 

 

Stanisław Janecki, publicysta tygodnika „Sieci”: Ze Stefanem Bratkowskim się przyjaźniliśmy, kłóciliśmy, żartowaliśmy. Zawsze twórczo. Odszedł wielki ambasador pracy organicznej, samoorganizacji społeczeństwa. Współscenarzysta 'Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy’. Żegnaj Stefanie. Źródło: Twitter.

 

Igor Janke: Odszedł Stefan Bratkowski. Poznałem go na początku mojej pracy dziennikarskiej. Bardzo znacząca postać. Niech odpoczywa w pokoju. Źródło: Twitter.

 

Hanna Lis: Ogromny smutek. Odchodzą najlepsi, najwięksi. Stefan Bratkowski- wybitny publicysta i świetny człowiek. Zajrzyjcie czasami do stworzonego przezeń https://studioopinii.pl, warto. Źródło: Twitter.

 

 

Jacek Pałasiński, dziennikarz i przyjaciel zmarłego: Nie znałem nigdy nikogo tak poświęconego sprawie Polski jak Stefan Bratkowski. Trudno mi sobie wyobrazić większą stratę dla Polaków niż ta, którą dzisiaj ponieśliśmy. Źródło: tvn24.pl

 

Stefan Kisielewski, w „Abecadle Kisiela” tak o nim napisał: Stefan Bratkowski – jest to pozytywna postać, chociaż mnie irytuje okropnie to jego zadęcie spółdzielczo-społeczno-pozytywistyczne, takie jakieś naiwne. Zresztą zrobił do mnie aluzję w jednym ze swoich artykułów. Napisał, że nie lubi takich liberałów, co się boją robotników, i tylko liczą na pieniądze. Ale muszę powiedzieć, że on ma szalony szwung i działa z przekonaniem, działa na wszystkich frontach. Ja go jeszcze pamiętam, jak redagował „Życie i Nowoczesność”, dodatek do „Życia Warszawy”, i z przekonaniem to robił. Jest to właściwie Polak z Dolnego Śląska, bo we Wrocławiu urodzony chyba, gdzie ojciec był konsulem. Wiem, że on się przyjaźnił z Osmańczykiem. Czasem go bardzo lubię, a czasem mnie potwornie drażni, tak na przemian. Źródło: Stefan Kisielewski, Abecadło Kisiela, Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, s. 12.

 

Zebrał Tomasz Plaskota

Odszedł Stefan Bratkowski, honorowy prezes SDP

Stefan Bratkowski, dziennikarz, publicysta, pisarz, wieloletni oraz honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, zmarł 18 kwietnia po długiej chorobie.

 

Tę smutną wiadomość przekazał portal studioopinii.pl, którego był twórcą i szefem.

 

Stefan Bratkowski urodził się 22 listopada 1934 roku we Wrocławiu. Absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Karierę dziennikarską rozpoczynał w 1956 roku w redakcji „Po prostu”, pisał reportaże, później książki reporterskie. W Księdze wróżb prawdziwych opisywał przyszłość tworzoną przez postęp nauki i techniki, w Grze o jutro podważał sposób funkcjonowania  gospodarki PRL.

 

W 1970 roku został redaktorem dodatku do „Życia Warszawy” – „Życie Nowoczesności”, z którego usunięto go trzy lata później z przyczyn politycznych.

 

W październiku 1980 roku, na fali przemian związanych z powstaniem „Solidarności”, został wybrany na prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Po wprowadzeniu stanu wojennego nadal kierował tą organizacją, która działała już w podziemiu. Był twórcą „Gazety Dźwiękowej”. W 1989 roku ponownie wybrano go prezesem zalegalizowanego SDP,  funkcję tę pełnił do 1990 roku, potem został honorowym prezesem stowarzyszenia.

 

Był współzałożycielem „Gazety Wyborczej”, do której do 1995 roku pisywał felietony. Później został m.in. publicystą „Rzeczpospolitej”.

 

Jeden z inicjatorów Fundacji Centrum Prasowe dla Krajów Europy Środkowo-Wschodniej, wchodził w skład rady programowej Stowarzyszenia Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

 

Autor wielu książek m.in. Skąd przychodzimy,  Z czym do nieśmiertelności,  Nowy Marsyliusz, czyli społeczeństwo inteligentne, Najkrótsza historia Polski,  Podróż do nowej przeszłości, Pod wspólnym niebem: krótka historia Żydów w Polsce i stosunków polsko-żydowskich.

 

 

opr. jka, fot. Wikipedia.

Dziura w drodze ważniejsza niż polityka – ŁUKASZ WARZECHA o mediach regionalnych

Odbiorcy mediów regionalnych czy lokalnych chyba w najmniejszym stopniu oczekują przekazu podporządkowanego politycznej linii, ponieważ mają najmocniejsze poczucie, że bezpośrednio dotykają ich skutki działań lokalnej władzy. Z tego powodu ich polityczne uzasadnienia mało czytelników interesują.

 

Na początek usuńmy z drogi twierdzenie ewidentnie fałszywe, które zakłóci nam obraz sytuacji: że kupno Polska Press przez Orlen oraz umieszczenie w zarządzie firmy Doroty Kani nie mają ściśle politycznego uzasadnienia oraz nie będą skutkować wyraźnym nakierowaniem prasy koncernu na kurs jednoznacznie wspierający obecną władzę. W to, jak sądzę, nie wierzy nikt – włącznie z tymi, którzy głoszą taką tezę z obowiązku.

 

Mamy zatem ciekawą sytuację na rynku pasy regionalnej (nie mylić z lokalną): po jednej stronie są regionalne dodatki „Gazety Wyborczej”, po drugiej będą gazety Polska Press. Dotąd nie było pomiędzy tymi mediami wyraźnego kontrastu. Co do linii „GW” nikt chyba wątpliwości nie miał. Miewała ona oczywiście swoje lokalne odchyły, decydowały o tym nierzadko miejscowe układy, ale co do zasady była przychylna opozycji – tak jak główny grzbiet „Gazety”. Natomiast prasa Polska Press nie miała wyraźnej i jednolitej linii politycznej. Wbrew twierdzeniom zwolenników repolonizacji, nie pokazano nigdy żadnego dowodu na realizowanie przez nią obcego interesu albo wspieranie – o co była oskarżana – niemieckich zapotrzebowań politycznych. Pisałem o tym kilkakrotnie w dyskusji, jaka w tej sprawie toczyła się także na portalu SDP, wskazując, że za głosami oburzenia z powodu niemieckiej własności koncernu gazet regionalnych nie szły nigdy konkretne przykłady rzekomych fatalnych skutków takiego stanu rzeczy. Wskazywałem również, że jeśli krytyczne wobec obecnej władzy stanowisko miałoby tu być powodem do oskarżeń, to niebezpiecznie zbliżalibyśmy się do sytuacji, w której jakąkolwiek krytykę wobec władzy można by uznać za dowód na istnienie obcych wpływów.

 

Teraz sytuacja się zmieni: w prasie regionalnej będziemy mieli dwa obozy medialne, stojące naprzeciwko siebie. Czego możemy się spodziewać? Część polskich mediów żeruje na polaryzacji politycznej, na potęgę mieszając informację z komentarzem, biorąc udział w podjazdowej wojnie polityków, wspierając otwarcie jednych przeciwko drugim. Nie było to dotąd tak bardzo widoczne na poziomie regionalnym lub przynajmniej schemat bywał tu bardziej skomplikowany ze względu na miejscowe układy. To się właśnie może zmienić.

 

Szczególnym momentem będą bez wątpienia wybory samorządowe w 2023 r., który dodatkowo będzie też rokiem wyborów parlamentarnych (o ile nie dojdzie do nich wcześniej). Wówczas media regionalne – lecz również lokalne – będą zaangażowane w promocję bliskich im kandydatów, także tych do Sejmu i Senatu. I to będzie czas prawdziwej wojny, do której – jak się wydaje – zaczęła się właśnie przygotowywać Agora, uruchamiając lokalne serwisy w Chełmie, Koszalinie i Zakopanem.

 

Tu pojawia się pytanie, na które na razie odpowiedzi nie znamy, ale która może być znacząca dla przyszłości polskich mediów w ogóle: czy odbiorcy, znudzeni przełożeniem na poziom regionalny i lokalny „dużej” wojny politycznej, zagłosują nogami i zaczną szukać mediów zdystansowanych w podobnym stopniu wobec wszystkich protagonistów tej rozgrywki? Tak może się stać, a to z kolei może otworzyć rynek na nowe inicjatywy.

 

Nie będą to jednak niemal na pewno gazety. Prasowy rynek regionalny i lokalny jest bardzo ciężki – był to zresztą jeden z argumentów, dowodzących, że motywacja Orlenu nie była biznesowa, ale czysto polityczna. Z punktu widzenia szybkości informowania i kosztów internet o wiele długości zwycięża z drukowaną prasą. Oczywiście tytuły prasowe także mają swoje miejsca w sieci. Wyobrażam sobie natomiast, że jeśli moja hipoteza okaże się słuszna i faktycznie otworzy się okno możliwości dla tych, którzy chcieliby robić dziennikarstwo mniej zależne politycznie – być może wejdą w to dziennikarze odchodzący z gazet Polska Press, które to odejścia wydają się nieuchronne – ich głównym środkiem będzie właśnie internet. Na zasadzie: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

 

Cieszyłbym się, gdyby taki scenariusz miał się zrealizować. Na poziomie regionów czy lokalnym odbiorcy chyba w najmniejszym stopniu oczekują przekazu podporządkowanego politycznej linii, ponieważ mają najmocniejsze poczucie, że bezpośrednio dotykają ich skutki działań lokalnej władzy. Z tego powodu ich polityczne uzasadnienia mało odbiorców interesują. Dziurawa droga to dziurawa droga i naprawdę ma małe znaczenie, czy nie naprawia jej burmistrz z PiS czy z PO. Od dziennikarzy z regionalnych czy tym bardziej lokalnych mediów nie oczekują obrony miejscowych decydentów tylko dlatego, że ci występują pod słusznym szyldem partyjnym albo prowadzą słuszną ideologicznie z punktu widzenia danej redakcji politykę, na przykład wojując w jakimś mieście z kierowcami. Oczekują rzetelnej oceny skutków podejmowanych decyzji oraz rozliczania decydentów z patologicznych zależności i układów. Oby było to nowe okno możliwości, z którego uda się skorzystać dobrym dziennikarzom, niechcącym brać udziału w polityczno-medialnej nawalance.

 

Tymczasem jednak trzeba napisać dwa słowa o dziwacznej sytuacji, jaka wokół zakupu Polska Press powstała. Oto bowiem Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumenta (SOKiK, czyli XVII Wydział SO w Warszawie, powołany do spraw antymonopolowych), rozpatrując wniosek rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara, postanowił o ustanowieniu czegoś w rodzaju zabezpieczenia powództwa, czyli wydał niezaskarżalną decyzję o wstrzymaniu zgody prezesa UOKiK na przejęcie wydawnictwa.

 

Bardzo trudno tę sprawę komentować, bo są tu z sobą skonfliktowane różne racje. Adam Bodnar miał z pewnością słuszność, wskazując w swoim wniosku, że istnieje niebezpieczeństwo wpływania przez polityków na linię redakcyjną poszczególnych gazet. Można jednak spytać, czy RPO powinien się tym w ogóle zajmować, skoro taką transakcję – zakup mediów przez SSP – niestety prawo dopuszcza, a właściciel na swoje redakcje zawsze może mieć wpływ. Jeśli Adam Bodnar interweniuje teraz, to być może zechciałby interweniować także, gdyby jakieś medium przejmował inny właściciel o odmiennych niż RPO poglądach?

 

Po drugie – bezstronność UOKiK w tej sprawie budzi wielkie wątpliwości. Prezesa urzędu w sposób nieskrępowany powołuje i odwołuje premier, a obecny, Tomasz Chróstny, został powołany przez obecnego szefa rządu. Zaś zakup Polska Press przez Orlen bardzo trudno uzasadnić jako transakcję czysto biznesową. SOKiK ma prawo kwestionować decyzję urzędu – od tego jest i być może postanowienie jest słuszne.

 

Po trzecie – czy można jednak widzieć je w oderwaniu od sporu rządzących z sędziami? Tak jak można podejrzewać, że decyzja UOKiK miała polityczne podłoże, tak samo można tę tezę postawić w przypadku postanowienia SOKiK.

 

Po czwarte – sytuacja jest teraz skrajnie niejasna. Co wobec postanowienia sądu z nominacjami do zarządu Polska Press? Przecież mówimy tu o sytuacji ważne również z punktu widzenia postrzegania ładu prawnego w Polsce. W końcu ani decyzja UOKiK, ani postanowienie SOKiK nie zapadły, wydawałoby się, w jakiejś mgle prawnej, tylko w konkretnym kontekście. A przecież trudno sobie wyobrażać, żeby Orlen, podejmując wciąż działania w spółce, nie miał własnych analiz prawnych.

 

Niezależnie zatem od oceny samego zakupu Polska Press, można by sobie tylko życzyć, żeby sprawa jak najszybciej wyjaśniła się ostatecznie – w tę lub tamtą stronę.

 

Łukasz Warzecha

 

Przekazano pieniądze na odbudowę Domu Dziecka w Chorwacji

Witold Gadowski, publicysta, wiceprezes SDP, przekazał na ręce ambasadora Chorwacji Tomislava Vidoševića, ponad milion złotych z zainicjowanej przez siebie zbiórki na odbudowę Domu Dziecka w Sisku.

 

Uroczyste wręczenie darowizny odbyło się we wtorek, 13 kwietnia w siedzibie Ambasady Republiki Chorwacji w Warszawie. Gadowskiemu towarzyszyli Tomasz Chołast, prezes platformy Zrzutka.pl, za pośrednictwem której zbierano darowizny, aktorka Agnieszka Perepeczko i chorwacki dziennikarz Goran Andrijanić. Za pośrednictwem komunikatora wideo w wydarzeniu uczestniczyli również sekretarz stanu Ministerstwa Pracy, Systemu Emerytalnego, Rodziny i Polityki Społecznej Republiki Chorwacji Marija Pletikosa, dyrektor Domu Dziecka Vrbina Đurđica Pavešić-Herkov, starszy ekspert ds. Odbudowy w żupanii požeško-slavonskiej  Manuela Marter i Nancy Butijer z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Chorwacji.

 

Ambasador podziękował Witoldowi Gadowskiemu za zorganizowanie akcji oraz wszystkim wspierającym za okazaną pomoc.

 

Dom Dziecka Vrbina w Sisku został uszkodzony w wyniku trzęsienia ziemi, które nawiedziło ten rejon pod koniec grudnia ubiegłego roku. Gadowski zbiórkę na odbudowę placówki ogłosił na swoich profilach w mediach społecznościowych (pisaliśmy o tym TUTAJ).  Apel publicysty spotkał się z bardzo dużym odzewem, prawie 10 tysięcy osób wpłaciło w sumie ponad milion złotych  (1,7 milion kun).

 

opr. jka, źródło: Ambasada Chorwacji