Przyjemności rozdrobnione na drobne – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Oprócz badań okresowych, dziennikarze powinni obowiązkowo odbyć pogłębiony kurs „edukacji zdrowotnej”. 

 

Dr Tara Swart, neurobiolog, lekarz i wykładowca w MIT Sloan School of Management, postanowiła przeprowadzić badanie. Pod swoje szkiełko wzięła grupę nie byle jaką, tylko dziennikarzy. Przedstawiciele „czwartej władzy” zgłosili się do badań dobrowolnie, co może świadczyć o braku nadmiaru obowiązków lub ciekawością poznania prawdy o sobie samych. Wytypowano grupę czterdziestu dziennikarzy z redakcji różnych: internetowych, telewizyjnych i prasowych. Podejście w pełni profesjonalne. Pobieranie krwi, noszenie pulsometrów, prowadzenie dzienników z informacjami o składnikach spożywanych ingrediencji.

 

Co prawda pojawili się od razu krytycy którzy zarzucili brak grupy kontrolnej jako punktu odniesienia lub porównania. A w ujęciu statystycznym, jeden miłośnik „alko”, mógł wypaczyć liczby dla całej grupy. Pomimo tych metodologicznych przeciwwskazań, warto  się przyjrzeć wynikom, które nie powinny zaskakiwać.

 

Okazało się np., że zawartość tego co w głowie, nie funkcjonowało na zbyt wysokim poziomie. Bo przeciążenie. Przez co? Wiadomo, trunki, kawa oraz pokarmy bogate w cukier.

 

Efekty badań pokazały szereg czynników wskazujących na wysoki poziom stresu w grupie, np.: zmienność tętna w pobliżu napiętych, ważnych terminów. Również mało godzin snu lub brak dobrej jakości spania. Regeneracja w ciągu dnia pracy, pozostawiała wiele do życzenia. Może jakaś sjesta, drzemka, hamaki rozstawić?

 

Duża część grupy zgłaszała, że ​​doświadczyła stresu, ale często podawała jako przyczynę czynniki inne niż praca, w tym rodzina i finanse. Potwierdzały to dane dotyczące zmienności tętna. Wyższy stopień stresu podczas godzin spędzonych w domu. Także kochani, do domu lepiej nie wracajcie. Rozstawcie sobie siennik czy inne łóżko polowe w gabinecie. A co do finansów, można powoli rozpocząć w tej sprawie, rotacyjny strajk głodowy przed drzwiami naczelnego. Nic Wam nie będzie, przecież i tak beznadziejnie się odżywiacie.

 

Wniosek jest też taki, że starsi dziennikarze byli w stanie lepiej znosić stres. Także drogie młokosy, stażyści, słuchajcie „dziadersów”. Jak znajdziecie w pracy takiego co popija w kącie, to się nie oburzajcie. Poczytajcie teksty takich osób jak red. Stefan Kisielewski: „We wspomnieniach jednak widzę ciągle mały bar narożny, naprzeciwko gmachu Polskiego Radia na Zielnej. Pracowałem w Radio jako sekretarz działu koordynacji programów i szybko awansowałem, choć byłem tam najmłodszy. Stosunki koleżeńskie miałem bardzo dobre i ciągle chodziliśmy na piwo właśnie do tego małego baru. Wyskakiwało się w czasie pracy na jedną bombę z pianą. Jakież to było świetne piwo! Czasem zachodziliśmy tam po parę razy na dzień. (…) Zaraz naturalnie wracało się do biura i praca szła jak z płatka”.

 

Wspomniano już o tym, że badania nie powinny dziwić, zwłaszcza nas Polaków. Tytuły już od wielu lat grzmiały: „Dziennikarze i informatycy piją najwięcej alkoholu”, „Dziennikarze, artyści, lekarze – w tych zawodach pije się najwięcej”, „Absolutnymi rekordzistami są artyści i dziennikarze”, „Twórcy, artyści, literaci i dziennikarze”. Wszędzie dziennikarze, tacy budowlańcy im do nóżki kieliszka nie dorastają. I to wcale nie prawda, że literatka to szklaneczka, z której pijali literaci.

 

Ale pisząc poważnie, prof. Wiktor Osiatyński diagnozował: „Ten zawód jest na pewno obciążony ryzykiem uzależnienia, trafiają do niego ludzie, którzy mają pewne poczucie misji, wyjątkowości”.

 

Czy w tym wszystkim znajdzie się powiew czegoś optymistycznego. Najbardziej znany portal o winiarstwie „Winicjatywa.pl”, przytoczył wnioski znanego francuskiego lekarza Davida Khayata, który napisał książkę „Przestań sobie odmawiać!”. Główne credo: alternatywą dla dietetycznych i abstynenckich ekscesów jest dopuszczenie drobnych przyjemności. Podkreślmy – drobnych – i tego się trzymajmy.

 

Krzysztof Prendecki

 

 

 

Myśliwy zwierzyną – rozmowa z ADAMEM ŁASZYNEM o kryzysach wizerunkowych mediów

Większość kryzysów – takich jak na przykład w Trójce – to festiwale błędów. To błędami karmią się kryzysy, nie negatywnymi wydarzeniami. Najczęściej pojawiające się błędy są dwa: uparte brnięcie w fatalnym kierunku i brak reagowania na narastający problem – mówi Adam Łaszyn, ekspert w dziedzinie komunikacji kryzysowej, prezes Alert Media Communications, w rozmowie ze Zbigniewem Brzezińskim.

 

Wydaje się, że przez długie lata kryzys medialny nie dotyczył mediów. Redakcje, nawet jeśli polemizowały ze sobą na łamach lub falach, były dla siebie jednak kolegami z tej samej branży. Rozwój social mediów bardzo to zmienił?

 

Pojawienie się i inwazja mediów społecznościowych w ogóle bardzo zdemokratyzowało i upowszechniło kryzysy wizerunkowe. Przed erą SoMe to media, te tradycyjne, miały w praktyce monopol na konstytuowanie sytuacji kryzysowych. Jeśli o kryzysie nie było w tych mediach – nie było kryzysu. Tu przykład może stanowić pamiętna goleń prezydenta Kwaśniewskiego w Charkowie (zaledwie dwie dekady temu!). Choć wszystkie trzy główne telewizje  miały zdjęcia słaniającego się na grobach polskich oficerów prezydenta Kwaśniewskiego tylko TVN zdecydował się to pokazać… po trzech dniach wewnętrznych sporów. Ile takich scen, a więc i kryzysów nie upubliczniono w poprzednich latach? Media społecznościowe, jak i rozwój smartfonów, wywróciły ten stolik. Dziś każdy wyposażony w telefon z kamerą i dostęp do sieci może wrzucić na socjale skandaliczne ujęcia i zazwyczaj profesjonalne media to podchwytują, bo wyścig o odbiorcę jest morderczy. A komentarze i dyskusje, memy, spory między internautami generują i podtrzymują zainteresowanie społeczne. W ten sposób same media z funkcji wyłącznie myśliwego stały się też zwierzyną łowną – skoro ich skandale wewnętrzne mogą zainteresować odbiorców, zaowocować klikalnością, emocjami konsumentów internetu.

 

W prowadzonych od wielu lat przez Alert Media wyborach kryzysu komunikacyjnego roku, w których wypowiadają się eksperci w tej dziedzinie, coraz częściej pojawiają się media, jako instytucje, które doświadczyły kryzysu. W grupie największych kryzysów 2020 roku na wysokie czwartej pozycji z wynikiem 29% znalazła się radiowa Trójka. Dziennikarze, którzy opuścili stację, otworzyli dwa konkurencyjne media: Radio Nowy Świat i Radio 357. Według pomiarów słuchalności RadioTrack Program Trzeci stracił dwie trzecie słuchaczy i do dziś się nie podniósł. Czy tym kryzysem można było zarządzać mądrzej?

 

Większością kryzysów można zarządzać mądrzej, bo – skoro o nich wiemy, są obecne w mediach – to znaczy, że karmią się jakimiś błędami. Najlepiej zarządzane kryzysy to te, które nie wchodzą w etap medialny. Eskalacja kryzysu w Trójce po serwilistycznej wobec władzy decyzji Tomasza Kowalczewskiego o podważeniu autorytetu Marka Niedźwiedzkiego to rzeczywiście jeden z najbardziej spektakularnych festiwali błędów. Trwający zresztą do dziś, co widać po wynikach słuchalności. W tym kryzysie niemal wszystko trzeba było zrobić wręcz odwrotnie. A nawet dobre działania – jak powołanie Kuby Strzyczkowskiego na dyrektora – nie zostało wykorzystane właściwie. Kuba rzucił na ratunek stacji swą wiarygodność, a politrucy z władz Polskiego Radia nie tylko nie potrafili tego docenić, ale i koncertowo to spartolili. Koncertowo. Tak to jest jak kierujesz się interesem politycznym i chęcią przypodobania wodzom, a nie dobrym interesem wizerunkowym i merytorycznym firmy, którą została ci powierzona w interesie publicznym. Podkreślam – w interesie publicznym, a nie politycznym.

 

Co zaważyło, że podobny los nie spotkał Radia Zet, z którego również odeszło spore grono znanych dziennikarzy: Monika Olejnik, Marek Starybrat, Marzena Chełminiak, Beata Pawlikowska, a potem Tomasz Michniewicz, który prowadził po niej audycję podróżniczą, Marcin Kubat odpowiadający nie tylko za Kraków, czyli matecznik głównego konkurenta „Zetki” RMF-u, ale i za sport? W tym wypadku obeszło się nawet bez kryzysu medialnego…

 

Radio Zet i Trójka to zupełnie dwie różne bajki. Zetka to stacja prywatna, przedsięwzięcie przede wszystkim komercyjne, nawet jeśli częściowo pełni funkcje misyjne dostarczając ciekawe newsy, publicystykę, czy ujawniając afery. Ale to też nie tyle dla misji, co sprzedaży zasięgów. Natomiast Trójka to nie tylko ponad półwieczna legenda, ale i dobro publiczne. Dosłownie, nawet formalnie w myśl ustawy o radiofonii i telewizji. Kuźnia gustów muzycznych, wrażliwości intelektualnej kilku pokoleń.  I to nasze dobro publiczne, wspólne – niezależnie od tego, czy ktoś lubił i słuchał Trójki – zostało pobite, zgwałcone i wzięte w jasyr. Z Zetki odeszło paru dziennikarzy. W sumie jednorazowy skandal, skandalik. W różnych redakcjach ciągle się to dzieje począwszy od „Sztandaru Młodych” po 1989 r. po obecny konflikt w „Dzienniku Wschodnim”. A z Trójką przez miesiące, a teraz to nawet lata odcinano kolejne członki, przetaczano krew na zepsutą, zmuszano do tańca przed sułtanem. Aż doszło do przełomu, w którym przekroczono już granice i ostatnie autorytety stacji powiedziały: „Basta!”. Inna skala emocji, zainteresowanych odbiorców, poziomu negatywnych atrybutów tych „złych” bohaterów całej historii.

 

W podsumowaniu wyników badania „Wybieramy kryzys komunikacyjny 2020 roku” znalazła się nie tylko Trójka, choć ta zajęła najbardziej widoczną pozycję. To również Wirtualna Polska (teksty fikcyjnych dziennikarzy i oskarżenia o powiązania z Ministerstwem Sprawiedliwości), Radio Nowy Świat i odejście prezesa Piotra Jedlińskiego w efekcie „awantury o Margot”, „Dzień dobry TVN” i portal Viva.PL. Czy sercem tych kryzysów były social media i czy na tej podstawie można stwierdzić, że e-kryzysy de facto zaczynają dominować w świecie kryzysów komunikacyjnych? Stare media, często pozbawione dziennikarzy śledczych podczas „optymalizacji kosztów” tracą wpływ i pazur?

 

Media bynajmniej nie tracą wpływu i pazura. Wręcz przeciwnie – wpływ mediów na życie codzienne, zwłaszcza publiczne wciąż rośnie. Zmienia się jednak struktura tego wpływu. Rośnie znacznie mediów nielinearnych, niezweryfikowanej, a często nawet fałszywej informacji. Wpływ hejtu, dezinformacji, trollingu jest ogromny. Na szczęście także solidne dziennikarstwo ma swój wpływ. I tu wcale nie jest tak, że stare media są już martwe. Nawet jeśli jakościowa informacja coraz częściej chowa się za paywallem to i taka w kluczowych publicznie sprawach zza bariery abonamentu wychodzi na światło dzienne często właśnie dzięki tym „starym”, choć zreformowanym mediom. Właśnie gdyby nie  działalność śledczo-redaktorska tradycyjnych redakcji i dziennikarzy biskup Janiak nadal byłby znaczącym hierarchą, a Bartłomiej Misiewicz zapewne wciąż wpływowym decydentem. Dlatego właśnie patrzących władzy na ręce mediów – z wszystkimi ich wadami – potrzebujemy jako społeczeństwo jak kania dżdżu. Także w obecnych czasach rozwoju mediów społecznościowych. Mimo bowiem licznych sukcesów internetowych trolli i dezinformacji sączonej wszelkimi możliwymi kanałami to ujawnianie twardych faktów niewygodnych dla tych, którzy posiadają różne formy władzy – politycznej, ekonomicznej, duchowej  – wciąż ma bardzo silny wpływ na tę część społeczeństwa, która umie wyciągać wnioski i którą stać na refleksję, a więc i adekwatne zachowania, decyzje i postawy polityczne, zakupowe, czy światopoglądowe. A tacy ludzie, wciąż stanowią większość w tym kraju, nawet jeśli rzeczywistość w niektórych aspektach wydaje się temu przeczyć.

 

Czy da się dziś odpowiedzieć na pytanie, które kryzysy są groźniejsze? To, określmy je terminem: tradycyjne, czyli w mediach, czy te w social mediach?

 

Te kompleksowe. Obecne jednocześnie w obu z tych platform. A jeśli już trzeba byłoby wskazać – to te  w mediach tradycyjnych. Oznacza to bowiem, że są właśnie kompleksowe, czyli obecne i tu i tu. Nie ma dziś kryzysów w mediach tradycyjnych, których nie ma w mediach społecznościowych. Jeśli mówimy o kryzysie, a więc nie o jednostkowym negatywnym materiale medialnym, który nie wywołuje żadnych skutków czy emocji, ale właśnie wpływa na ludzi – ich nastroje zachowania, decyzje pojedynczych osób, grup lub urzędów/organów to one zawsze są też w sieci, w tym w mediach społecznościowych. Natomiast jest sporo problemów, a nawet kryzysów, które nie wchodzą w etap obecności w mediach tradycyjnych, zwłaszcza offline. Zazwyczaj jednak ich wpływ jest niski i często jest emanacją tej ciemnej strony internetu, z którą już się oswoiliśmy. Tak, oswajamy się nawet z hejtem, który coraz bardziej traktujemy jako coś normalnego, z czym po prostu trzeba się pogodzić i zlekceważyć, bo ma coraz mniejszy wpływ. Jeśli zaś te problemy nie weszły do mediów profesjonalnych, tradycyjnych – to znaczy najczęściej, że ich wpływ jest na tyle niski, że nawet redaktorzy żyjący z tego, by podsuwać odbiorcom wszystko, co może przyciągnąć ich uwagę uznali, że to jest słabe i bez znaczenia. Mówiąc wprost – dla nas w ogóle cezurą kryzysu jest to, czy problem wypełza spod socialmediowej gleby na światło dzienne mediów profesjonalnych. Póki to się nie dzieje to zazwyczaj nie tyle kryzys co problem obsługiwany nieco innym instrumentarium określanym fachowo w naszej branży issue management (zarządzanie problemem) w odróżnieniu od cięższej kalibrem crisis communication (komunikacja kryzysowa).

 

Komentował Pan dla portalu sdp.pl kryzys „Zdrowia Bez Leków”. Tam ewidentnie działania podjęte przez redakcję i wydawcę były spóźnione. Przespano pierwsze godziny i zaczęto reagować dopiero w momencie, w którym tytuł był wycofywany z kolejnych punktów dystrybucji. Jak szybko należy działać w takim wypadku i jak rozpoznać…, że mamy do czynienia z kryzysem? Dziennikarze to ludzie zapracowani, rzadko reagujący nawet na komentarze pod ich materiałami.

 

W komunikacji kryzysowej kluczowe znaczenie odgrywa elastyczność i znajomość mechanizmów. Przede wszystkim trzeba rozumieć co powoduje, że pojawiają się, wybuchają i rosną emocje kryzysowe. To one są głównym paliwem mediów – i tych tradycyjnych i tych społecznościowych. Komunikacja kryzysowa to w dużym stopniu zarządzanie emocjami. A przy tych – każdy to rozumie – właśnie elastyczność jest kluczowa. Np. do tego by przewidzieć, czy jakimś działaniem nie wywołamy tych kryzysowych emocji mogących skutkować medialnie. Czy pojawiający się problem, problemy nie mogą prowadzić do takich skutków. A jeśli budzimy się już z ręką w tym nocniku, to czy nasze działania, reakcje (lub ich brak) tychże efektów nie wywołają lub już zaistniałych nie rozognią albo choćby tylko podtrzymają żar. Większość kryzysów – jak wspomniałem przy Trójce – to festiwale błędów. To błędami karmią się kryzysy, nie negatywnymi wydarzeniami. Najczęściej pojawiające się błędy są dwa: uparte brnięcie w fatalnym kierunku i brak reagowania na narastający problem. Oba oparte są lekceważeniu pierwszych sygnałów problemu, co wynika z arogancji lub niekompetencji, najczęściej obu tych elementów. Tu właśnie bezcenna jest pomoc z zewnątrz pozwalająca ocenić stan rzeczy. Najlepiej zarządzane kryzysy to takie, do których nie dopuszczamy. A – tu muszą Państwo uwierzyć wieloletniemu doświadczeniu – absolutna większość kryzysów jest przewidywalna i widać dym zanim wybuchnie ogień.

 

Czy w Pana ocenie redakcje i właściciele są gotowi do zarządzania sytuacją kryzysową? Dysponują na przykład aktualnymi dokumentami „Crisis manual” (podręcznik zarządzania w sytuacji kryzysowej)? Czy też nadal dominuje przekonanie, że „nas to nie dotyczy”?

 

Media to firmy. W większości przedsiębiorstwa. I tak są zarządzane nawet jeśli obracają specyficznym towarem jak informacja i rozrywka. A każde przedsiębiorstwo jest wystawione na kryzys – tym bardziej, im bardziej działa w sferze publicznej. Tu media są z definicji w sferze zainteresowania publicznego, bo w niej operują. I – co gorsza dla nich – zasadniczo utraciły już status podmiotów chronionych przez szczególne zaufanie publiczne.  Tu szczególne zasługi mają w ostatnich kilku latach polityczni włodarze mediów publicznych. Ale wracając do konstatacji, że media to przedsiębiorstwa – dziś nawet o niższej wiarygodności wyjściowej niż wiele firm, np. większe zaufanie mają wybrane banki, niż TVP Info. I tak jak niektóre banki są lepiej przygotowane do kryzysów, inne mniej, tak są firmy medialne bardziej odporne na kryzys, inne gorzej. To część roboty rzeczników prasowych, których przecież zatrudnia mnóstwo mediów. Nie tylko do tego, by zajmować się promowaniem pozytywów, ale i umieć reagować w sytuacjach kryzysowych. Czy to się odbywa z powodzeniem? Odpowiedź znaleźć można w tym, ile widzimy kryzysów medialnych pojawiających się publicznie i jak kompetentnie sobie z nimi radzą. Na pewno słusznie zauważył pan, że w Kryzysometrze coraz częściej respondenci wskazują na kryzysy medialne obok tych klasycznych ze sfery tradycyjnie rozumianego biznesu lub polityki. Jeśli chodzi o księgi zarządzania kryzysowego w przedsiębiorstwach medialnych to ja nie słyszałem o ani jednej takiej. Jak i o specjalnie zbudowanych zespołach kryzysowych, nie takich już do obsługi zaistniałego kryzysu, ale o charakterze stałym z zapewnionymi kompetencjami. Ale że nie słyszałem – nie znaczy, że takich nie ma.

 

W pytaniu piątym badania „Wybieramy kryzys komunikacyjny 2020 roku” aż 63% respondentów powiedziało, że spodziewa się raczej e-kryzysu, zdefiniowanego jako: negatywne wydarzenie (wewnętrzne lub zewnętrzne) stanowiące poważne zaburzenie dla działalności organizacji, które powstało najpierw w Internecie lub tam ma swój przebieg z ewentualną konsekwencją rozszerzenia na media i rzeczywistość offline. Kryzysy w social mediach faktycznie mogą wybuchnąć w sekundzie, a napięcie będzie rosło w czasie rzeczywistym, a nie do następnej publikacji, lub wydania. Tu już raczej nie ma 24 godzin na reakcję? Czy da się jeszcze w ogóle określić czas, w którym powinniśmy zacząć reagować?

 

Jeszcze większe pytanie w tej sprawie jest obecnie inne – reagować, czy nie? To jest dziś iście hamletowskie pytanie ludzi od komunikacji w dobie sieci społecznościowych. Dopiero przy twierdzącej odpowiedzi pojawiają się kolejne – a więc, jak tu zadane: kiedy reagować? I najtrudniejsze: jak? Podstawowe zadanie w kryzysie, także tym potencjalnym, to ograniczyć jego komunikacyjny zasięg negatywnego wpływu, a we wczesnym etapie nawet uniknięcie go. Jednym z błędów jest nadreakcja, czyli dorzucenie drew a nawet wysoko energetycznego (emocjonalnie) koksu do płomyczka, który ledwie się zatlił. Wiele kryzysów wynika z niewłaściwej reakcji. Jeśli jednak widzimy, że potencjał jest duży, a eskalowanie problemu nieuniknione – reakcja im szybsza tym lepsza. Dziś to często kwestia minut. Np. w branży lotniczej informacja o tym, że samolot znika z radarów pojawia się, ba! – wybucha, w ciągu kilkudziesięciu sekund od zarejestrowania tego przez publicznie dostępne i szeroko śledzone programy. To oznacza konieczność posiadania wręcz gotowej reakcji na takie sytuacje. W mediach informacje rozchodzą się równie szybko, więc tu także refleks w reakcji jest miarą kompetencji kryzysowych. O ile jednak szybkość reakcji ma duże znaczenie to jeszcze większe – jej sposób, treść, wymowa. Bo można zareagować szybko, ale trzeba też celnie. I tu właśnie najczęściej dochodzi do rzeczywistego kryzysowego tąpnięcia. Nie w samym fakcie reakcji i jej czasie, ale w jej treści. Dlatego do kryzysu trzeba być przygotowanym – aby zareagować szybko i zareagować właściwie.

 

Odpowiedź na pytanie: czy redakcje powinny być przygotowane do kryzysów komunikacyjnych w świetle chociażby badania z ubiegłego roku, brzmi oczywiście: tak. Czy może Pan przedstawić jakiś plan minimum przygotowań? Zaczynamy od wynajęcia ekspertów, którzy pomogą nam zredagować „Crisis Manula”, czy od analizy sytuacji wewnętrznej – jaką mamy atmosferę w pracy, jakie są nastroje, na ile sobie ufamy, naszej rzetelności i zdrowemu rozsądkowi? No i oczywiście jakie mamy relację z odbiorcami (czy będą potrafili nam wybaczyć niedoskonałości).

 

Choć księga zarządzania kryzysowego, zwana Crisis Manualem, to najbardziej kompleksowe narzędzie prewencji kryzysowej to najważniejsze i najbardziej skuteczne jest co innego. To wiedza i świadomość osób zarządzających firmą – także medialną – jakimi mechanizmami rządzi się kryzys, jak przebiega. A tu wiadomość jest dobra – większość kryzysów odbywa się w tych samych schematach i koleinach. To z tych reguł przebiegu kryzysu wynikają zasady postępowania, procedury, treści, z których tworzone są Manuale – o ile są dobrze zrobione na rzetelnej znajomości natury kryzysów. Pamiętam konstatację jednego z amerykańskich guru PR-u kryzysowego Frasera P. Seitela, że większość firmowych Crisis Manuali, które widział to były gotowe przepisy na kolejną katastrofę. Muszę potwierdzić podobne obserwacje i u nas. Nie jestem zresztą pewien, czy akurat Manuale byłyby najlepszą formą dla przedsiębiorstw medialnych. Natomiast na pewno kluczowe znaczenie mają dwa elementy. Pierwszy to wiedza, kompetencje zarządzania kryzysowego u osób decyzyjnych w firmie medialnej. Zwłaszcza kluczowa świadomość tego, że w kryzysie z myśliwego redakcja staje się zwierzyną i trzeba wyjść z pudełka, w którym się dotąd było i dostosować do zupełnie innych zasad gry. Poznać te zasady, dziś absolutnie krytyczne w kompetencjach menedżera w ogóle. A drugi – kompetentne wsparcie profesjonalisty. I tu, żeby nie było, wcale nie mam na myśli agencji kryzysowej, a przede wszystkim kompetentnego PR-owca własnego. Takiego, który ma nie tylko wiedzę jak robić promocje, eventy, ale wie co zrobić w kryzysie. A jeszcze bardziej – jak ustrzec swych szefów przed błędami w wybuchłym problemie. To bowiem na własną prośbę najczęściej firmy wpadają w kryzysy. Jeśli zaś nie ma PR-owca w firmie lub wprawdzie jest ale z kolei on lub ona nie ma tych kompetencji – taniej jest sięgnąć po specjalistów z zewnątrz, niż nabyć te kompetencje na własnej skórze przez tzw. rozpoznanie bojem.

 

Za nami nieco ponad kwartał 2021 roku. Pierwsze kryzysy komunikacyjne mediów już za nami. Powrócił spór w Radio Nowy Świat. Byli pracownicy TVN oskarżają stację o mobbing i różne inne patologie związane z zatrudnieniem. Zwłaszcza drugi kryzys ma chyba duże szanse, żeby znaleźć się w badaniu „Wybieramy kryzys komunikacyjny 2021 r.”. Czy Pana zdaniem media wypełnią całe podium?

 

Na tym etapie nie. Ale zawsze firmy te mają szanse narobić sobie krzywdy podsycaniem kryzysu fatalnymi decyzjami. Obie już przeszły kilka zimnych pryszniców, więc nie spodziewałbym się jakichś fatalnych błędów. Ale kto planuje lub przewiduje błędy? Myślę natomiast, że spory potencjał jest w mediach publicznych. Tam element ludzki jest kluczowy i wysoce nieprzewidywalny, a obecnie podnosząca się temperatura w koalicji wróży i awanturami w politycznie wszak a nie kompetencyjnie obsadzonych synekurach medialnych. To wydaje mi się bardzo niestabilny komunikacyjnie obszar sektora medialnego. Ale jeszcze większy potencjał kryzysowy branży medialnej jest w autorytarnych zapędach obecnej władzy – jeśli będą bardziej zdeterminowane, by w Polsce wprowadzić medialny system węgierski lub putinowski, będzie w polskim świecie medialnym wrzało. Jak nigdy dotąd.

 

Rozmawiał Zbigniew Brzeziński, fot. Katarzyna Toczyska

 


 

Adam Łaszyn

Rocznik 1967.  Ekspert ds. komunikacji kryzysowej i strategii komunikowania. Prezes zarządów warszawskich agencji public relations – Alert Media Communications  i MeritumLab. Założyciel Wydawnictwa Message House. Doradca wielu czołowych polskich firm i instytucji, trener medialny i doradca w zakresie wizerunku szefów firm, osób publicznych ze świata biznesu, kultury, sztuki, sportu i polityki. Były dziennikarz. Z wykształcenia prawnik.

Trollowanie – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak urzędnicy unikają niewygodnych pytań

Czy państwo pamiętają słynną sprawę łódzkiego drukarza, który nie chciał drukować plakatu na imprezę LGBT? Nie będę tu przypominał całej skomplikowanej batalii prawnej, która się wokół tej sprawy toczyła z udziałem rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara z jednej, a prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry z drugiej strony. Istotne było w niej co innego: zacietrzewione w ideologicznym sporze strony nie dostrzegały, że sprawa nie jest wcale zero-jedynkowa ani nie ma łatwego rozwiązania. Polecam tutaj dwa teksty, które na ten temat opublikowałem na blogu Warsaw Enterprise Institute („O drukarzu z Łodzi i kurierze z Wrocławia” oraz „Zderzenie dwóch wolności”).

 

Wspominam o tamtej sprawie, ponieważ okazało się, że uroszczenie do prawa do „nieobsługiwania” tych, z którymi się nie zgadzamy, niektórzy próbują poszerzyć na media. Przy czym, niezależnie od tego, że prawo to może nieść z sobą niezbyt przyjemne konsekwencje dla zbiorowości i dlatego nie powinno mieć charakteru absolutnego – kompletnie nie przystaje do sytuacji, o której piszę. Dlaczego zatem o drukarzu z Łodzi w ogóle wspominam? Ponieważ mam wrażenie, że ktoś uznał, iż może rozciągnąć wspomniane prawo do odmowy wykonania usługi niezgodnej z własnym sumieniem i przekonaniami na dziedzinę i okoliczności, gdy tego prawa absolutnie mieć nie może.

 

Oto dwukrotnie zdarzyło się w Kielcach, że urzędnicy lokalnej administracji odegrali przed kamerą TVP ten sam skecz. W styczniu był to głośny występ rzecznika kieleckich wodociągów, Ziemowita Nowaka, byłego dziennikarza kieleckiej „Gazety Wyborczej”, który pytany przez lokalny oddział TVP o awarię sieci wodociągowej, odpowiedział: „Wodociągi Kieleckie w sposób wzorcowy usuwają awarie, w sposób błyskawiczny. Jesteśmy w czołówce krajowej, a nawet światowej. Liczba awarii z roku na rok maleje”, a zapytany ponownie, ten komunikat powtórzył (m0żna to zobaczyć TUTAJ). Następnie tłumaczył się, że jego zdaniem lokalna telewizja publiczna zmanipulowała materiał o awarii i jego kuriozalna wypowiedź była protestem przeciwko tej manipulacji. Nowak nie skorzystał jednak z prawa do sprostowania.

 

Ostatnio w ślady Nowaka poszedł sekretarz miasta Kielce Szczepan Skorupski, indagowany przez dziennikarza TVP Kielce w sprawie rzekomego zagubienia przez urzędników kieleckiego ratusza dokumentów Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego, konsekwencją czego jest niemożliwość powołania w jego ramach szkoły branżowej. To sprawa na poziomie lokalnym ważna. Skorupski dwa razy recytował formułkę, niemającą nic wspólnego z zadanym pytaniem: „Urząd Miasta w Kielcach z roku na rok pracuje coraz lepiej. W sposób wzorowy, a nawet wzorcowy realizujemy zadania własne oraz rządowe zadania zlecone. Warto dodać, iż w czasie pandemii COVID-19 z Urzędu Stanu Cywilnego w Kielcach korzystają nie tylko mieszkańcy Kielc, ale również mieszkańcy ościennych gmin, rejestrując u nas urodzenia oraz przychodząc do naszego urzędu po odpis aktu zgonu” (można to zobaczyć TUTAJ).

 

Gwoli ustawienia sytuacji w politycznym kontekście – taki bowiem bez wątpienia istnieje – trzeba przypomnieć, że prezydentem Kielc jest Bogdan Wenta, który wygrał wybory w 2018 r. startując z komitetu Projekt Świętokrzyskie. Wenta był jednak wcześniej eurodeputowanym wybranym z listy PO i jego kandydatura była opozycyjna wobec obecnej władzy. To stawia lokalny ośrodek TVP oraz urząd miasta Kielce po przeciwnych stronach politycznej barykady, bo też nikt chyba nie ma wątpliwości, że TVP wykonuje polityczne zlecenia rządzących (o tym pisałem na portalu SDP wielokrotnie). Z tym że na poziomie ośrodków regionalnych jest to jednak mniej widoczne niż na poziomie głównej anteny.

 

Najwyraźniej urzędnicy samorządowi uznali, że to upoważnia ich do zachowania podobnego jak to, które stało się przedmiotem ostrego sporu między stronnikami drukarza a środowiskiem LGBT: że mogą telewizję publiczną strollować, bo chyba tak to należy określić. Otóż – nie mogą.

 

Po pierwsze – w obu przypadkach pytania dziennikarzy dotyczyły bardzo konkretnych kwestii, za które odpowiada urząd miasta Kielce. I w obu przypadkach urzędnicy faktycznie mieli się z czego tłumaczyć.

 

Po drugie – w przypadku drukarza mówiliśmy, jakkolwiek by oceniać konkretną sytuację, o zleceniu sprzecznym ze światopoglądem, nie zaś z sympatiami politycznymi czy wprost partyjnymi. To wyraźnie różni tamto zdarzenie od przypadków z Kielc. Sprawa mogłaby wyglądać inaczej, gdyby dajmy na to konserwatywny lokalny urzędnik odmówił wypowiedzi dla wojującego portalu LGBT w sprawie związanej z kwestiami światopoglądowymi – choć nawet wówczas jego prawo do odmowy odpowiedzi na pytania byłoby dyskusyjne. A już na pewno nie obejmowałoby głupawego trollingu.

 

Po trzecie – wielokrotnie pisałem, że TVP nie ma prawa działać tak jak działa, ponieważ jest opłacana przez Polaków o różnych poglądach. Ale dokładnie tak samo jest z urzędnikami samorządowymi (czy rządowymi): w swojej polityce informacyjnej nie mają prawa robić sobie kpin z tych mediów, których nie lubią, bo na ich pensje składają się wszyscy podatnicy o różnych poglądach. Od takich kpinek z zadającego konkretne pytanie pracownika TVP już tylko krok do potraktowania w podobny sposób każdego dziennikarza, który zada trudne pytanie – również z prywatnych lokalnych mediów. Gdyby zaś ten sposób postępowania uznać ogólnie za usprawiedliwiony i uzasadniony, za moment ludzie władzy trollowaliby opozycyjne media, a ludzie opozycji – media sprzyjające władzy. To donikąd nie prowadzi.

 

Urzędnik miejski czy w ogóle urzędnik publiczny nie jest od tego, żeby uprawiać własną politykę w kontakcie z mediami, ale od tego, żeby rzetelnie i wyczerpująco odpowiadać na pytania, ponieważ po drugiej stronie tak naprawdę jest nie dziennikarz, ale odbiorcy danego medium – faktycznie pracodawcy urzędnika. Jeżeli zaś uważa, że medium dopuszcza się manipulacji lub nierzetelności – od tego jest instytucja sprostowania na podstawie Ustawy Prawo prasowe.

 

Wiadomo, rzecz jasna, jak to wygląda w praktyce. Politycy, ale też urzędnicy, chętnie unikają kontaktów z mediami niewygodnymi, jeżeli tylko się da. Ale też unikanie kontaktów to coś innego niż urządzanie sobie jawnych kpin z przepytującego o konkretne sprawy dziennikarza, a tym samym – z jego odbiorców. Jeżeli tak zachowuje się rzecznik prasowy, powinien natychmiast pożegnać się ze stanowiskiem.

 

Łukasz Warzecha

Otwiera wiele drzwi – TOMASZ NIEŚPIAŁ o sile Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP

Co roku Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznaje prestiżowe nagrody, w tym najcenniejszą: Główną Nagrodę Wolności Słowa. Trafia do autorów publikacji w obronie demokracji i praworządności. To nagroda za materiały dziennikarskie demaskujące nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich i praw człowieka.

 

To najważniejszy konkurs dziennikarski w Polsce – nie ma wątpliwości Mariusz Pilis, członek Zarządu Głównego SDP, który jest ostatnim laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP. Otrzymał ją w 2020 roku.

 

Niewiele jest w Polsce tak dużych konkursów, w których dziennikarz może zostać dostrzeżony, a jego dokonania nagrodzone przez wybitnych kolegów z branży. To prestiżowa nagroda, która otwiera wiele drzwi – przekonuje.

 

Mariusz Pilis został doceniony za film dokumentalny „Sprawiedliwość”. To opowieść na temat strat jakie poniosła Polska w czasie II wojny światowej i reparacji wojennych od Niemiec.

 

To dla mnie ważny film, choć nie najważniejszy w całej karierze – zastrzega. Jak tłumaczy, od pewnego czasu realizuje ideę tworzenia filmów ważnych z punktu widzenia trwającej debaty w Polsce. – Reparacje wojenne to temat trudny i wzbudzający olbrzymie emocje. Przetłumaczenie tego problemu na film, który będzie zrozumiały dla wielu ludzi, jest niezwykle istotne z punktu widzenia przekazywania wiedzy i jej porządkowania.

 

Warto bić się za to co słuszne

 

Nagroda Główna Wolności Słowa to ogromne wyróżnienie, najważniejsze w naszej branży – nie ma wątpliwości Marek Pyza, dziennikarz Tygodnika Sieci. – Myślę, że powinno być istotne dla wszystkich rzetelnych dziennikarzy, którzy ścierają się z władzą – nieważne, czy samorządową, czy centralną – i bywają narażeni na represje z jej strony – dodaje Pyza, który został laureatem drugiej nagrody Głównej Wolności Słowa SDP wspólnie z Andrzejem R. PotockimMarcinem Wikło za tekst „Wojna Gdańska z Polską”. – To nagroda tym bardziej znacząca, że sprawa naszego artykułu ma swój ciąg dalszy w sądzie. Władze Gdańska wytoczyły nam absurdalny proces o ochronę dóbr osobistych – w znacznej mierze jego przedmiotem są opinie, a nie fakty – jako gmina Gdańsk, a więc de facto reprezentując wszystkich mieszkańców miasta. Pani prezydent Aleksandra Dulkiewicz zamiast wystąpić we własnym imieniu, skryła się za urzędem i za pieniądze gdańszczan próbuje kneblować dziennikarzy, którzy ośmielili się krytykować skandaliczną politykę jej i jej obozu politycznego – wyjaśnia Marek Pyza.

 

Wtóruje mu współautor tego tekstu Marcin Wikło. – Ta nagroda była niewątpliwym wsparciem dla nas – zaznacza dziennikarz Sieci. – Kiedy dostajesz pozew, zastanawiasz się czy wszystko zrobiłeś dobrze, czy sprawdziłeś każdą informację. Ponowne przemyślenie tej sprawy potwierdziło, że mamy rację, o którą będziemy walczyć w sądzie – wyjaśnia Marcin Wikło. I dodaje: – Zauważenie przez SDP tego sporu i wyniesienie jego rangi do sprawy ważnej było dla nas o tyle istotne, że utwierdziło nas w przekonaniu, że warto się bić za to, co uważamy za słuszne.

 

Dziennikarstwo jak ambona

 

Z kolei Michał Król, laureat z 2018 roku, nie ukrywa, że dla niego nagroda była dużym przeżyciem.

 

To była cenna i wzruszająca chwila, ale też ukoronowanie wielu lat pracy i zwrócenie uwagi na tematy, na które często nie było miejsca w ogólnodostępnych mediach – opowiada Michał Król, który Główną Nagrodę Wolności Słowa SDP otrzymał za filmy poświęcone prześladowaniu chrześcijan, które stworzył z Maciejem Grabysą i jedynym duchownym wśród laureatów tej nagrody – księdzem Romanem Sikoniem, salezjaninem. – Wiele osób dziwiło się, że ksiądz może otrzymać nagrodę dziennikarską i to najważniejszą – mówi portalowi sdp.pl ks. Roman Sikoń. – Świat duchowy jest zwykle oddzielony od świata świeckiego, ale naszymi filmami udowodniliśmy, że nie musimy zamykać się w mediach typowo katolickich. Okazało się, że możemy nie tylko dawać świadectwo wiary, ale też opowiadać o sprawach związanych z pomocą humanitarną w sposób atrakcyjny dla każdego widza – podkreśla ks. Roman Sikoń. I dodaje: – Nasze dziennikarstwo to dodatkowa ambona.

 

Maciej Łukasiewicz – dziennikarz z krwi i kości

 

Jako odrębna kategoria, główna Nagroda Wolności Słowa SDP przyznawana jest od 1999 roku. Jej pierwszą laureatką nagrody została Irena Piłatowska, ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia za audycję „Prawda odwrócona”. Od tamtej pory, w 21 kolejnych edycjach, wyróżnionych zostało prawie 40 dziennikarzy, niektórzy nawet dwukrotnie.

 

Tak, jak Bertold Kittel, były dziennikarz śledczy „Rzeczpospolitej”, a dziś związany ze stacją TVN, który został nagrodzony w 2004 i 2006 roku.

 

Pierwsze wyróżnienie zdobył za teksty o podejrzanych powiązaniach biznesowo-towarzyskich warszawskich urzędników. Dwa lata później powtórzył wyczyn wspólnie z Maciejem DudąBarbarą Sierszułą za ujawnienie międzynarodowego skandalu korupcyjnego.

 

To był fajny okres mojej pracy. A sam tekst o tzw. układzie warszawskim dotyczył zatracenia się urzędników w relacjach biznesowych – wspomina w rozmowie z sdp.pl Bertold Kittel. – Na temat wpadłem analizując majątki warszawskich urzędników. Postanowiłem sprawdzić jak to się stało, że ludzie, który pracują najwyżej dziesięć lat w urzędzie mają kilkumilionowe majątki. Potem ktoś to nazwał układem warszawskim – dodaje dziennikarz TVN.

 

Bertold Kittel przyznaje, że w tamtym czasie miał sentyment do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Patrzyłem na tę organizację, przez pryzmat tego, że jej wiceprezesem był kiedyś Maciej Łukasiewicz, który wtedy kierował „Rzeczpospolitą”. To był prawdziwy dziennikarz – z krwi i kości – mówi Bertold Kittel.

 

Dziś Maciej Łukasiewicz patronuje jednej z kategorii konkursu SDP. Jego imieniem przyznawana jest nagroda za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Natomiast Bertold Kittel krytycznie patrzy na działalność i przyznawane przez SDP nagrody. – Materiał dziennikarski aby wygrać jakikolwiek konkurs, powinien spełniać określone kryteria, być wzorem. Tak z nagrodami SDP było kiedyś. Czy tak jest nadal? Nie wiem, bo nie śledzę już kto wygrywa w tych konkursach.

 

Z kolei Marek Pyza z Tygodnika Sieci przekonuje, że tylko w SDP szanse na docenienie ma praca mediów o różnym profilu. – Jak wiadomo, inne – uznawane za prestiżowe – branżowe laury są przeznaczone dla dziennikarzy liberalno-lewicowych, zaś nurt konserwatywny jest od lat konsekwentnie pomijany – zauważa. – Co roku możemy się przekonać, że tylko Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich obiektywnie ocenia naszą pracę i honoruje publikacje niezależnie od linii redakcji. To bezcenne w czasach, gdy dziennikarstwo, przyznaję to z dużym smutkiem, mocno się dewaluuje. SDP przywraca należne proporcje i przypomina o czasem zapomnianych w naszym środowisku: warsztacie, uczciwości, odpowiedzialności za słowo, odwadze – konstatuje Marek Pyza.

 

Dla dobra publicznego

 

Dwie statuetki Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP na swoim koncie mają również Maria Dłużewska, Jolanta Hajdasz czy Joanna Lichocka. Dla tej ostatniej nagrody były ukoronowaniem dziennikarskiej pracy. Ostatnią zdobyła za 2013 rok. Potem rzuciła dziennikarstwo i weszła do polityki. W 2015 roku została posłem, a rok później członkiem Rady Mediów Narodowych.

 

W 2005 roku nagroda powędrowała do całego zespołu dziennikarzy działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”, „za rozpoczęcie i konsekwentne kontynuowanie na forum krajowym i międzynarodowym walki z kłamstwami o „polskich obozach śmierci”.

 

Nagroda Główna Wolności Słowa to dla dziennikarzy, z którymi rozmawialiśmy, przede wszystkim umocnienie, podupadającej czasem, wiary w dziennikarstwo.

 

Nie powiem, że moje życie zawodowe radykalnie się zmieniło, bo nie pracujemy dla nagród, ale – choć brzmi to może górnolotnie – dobra publicznego. Ale ta wyjątkowa nagroda dopinguje do jeszcze cięższej pracy. Daje poczucie, że w pełnieniu naszej misji – a w takich kategoriach postrzegam zawód dziennikarza – możemy liczyć na wsparcie nie tylko naszych przełożonych, ale również istotnej części środowiska – mówi Marek Pyza z Tygodnika Sieci.

 

Jego redakcyjny kolega, Marcin Wikło przyznaje natomiast, że szczególnie ważne jest dla niego zauważenie ciężkiej, dziennikarskiej pracy. – To nie są teksty, które powstają w tydzień. Te tematy trzeba wychodzić, wyjeździć, więc miło jest kiedy ktoś ten trud docenia. I nie powiem: moja próżność została zaspokojona – dodaje.

 

Mariusz Pilis nagrodę SDP traktuje jako duże wyróżnienie swojej pracy i miłe doświadczenie: – Trafiła do kolekcji nagród, które już zdobyłem, ale też składa się na obraz mnie jako dziennikarza, reżysera, i producenta.

 

SDP murem za dziennikarzem

 

O znaczenie Głównej Nagrody Wolności Słowa pytamy także Andrzeja Stankiewicza, zastępcę redaktora naczelnego Onet, który zdobył ją z Małgorzatą Solecką w 2003 roku. Stankiewicz nie ukrywa, że ma dziś problem z SDP. – Był czas, kiedy to były najważniejsze nagrody w środowisku dziennikarskim, nie wzbudzały emocji negatywnych – mówi Stankiewicz. – Oceniając materiał dziennikarski zawsze trzeba patrzeć na jakość, a ja nie mam pewności, że te wszystkie nagrodzone smoleńskie filmy to były tak ważne dziennikarskie materiały – stwierdza Stankiewicz, który jest także laureatem nagrody Watergate oraz nagrody im. Stefana Żeromskiego za reportaż „Sieroty po generale”.

 

Jednocześnie przyznaje, że nagrody SDP są dla niego ważne. – Byłem relatywnie młodym dziennikarzem, kiedy je otrzymywałem, w zawodzie pracowałem kilka lat. Tamte teksty i nagrody to był mocny sygnał dla mnie, w którym kierunku powinienem zawodowo podążać – wyjaśnia Stankiewicz.

 

Jego teksty śledcze przyniosły mu nie tylko rozgłos, ale i procesy sadowe. – Mimo, że przegrywałem sprawy w polskich sądach, a rację przyznał mi dopiero Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, to Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich było jedyną organizacją dziennikarską, która za mną wtedy stanęła. I broniła mnie do końca. To było dla mnie ważne – podkreśla Andrzej Stankiewicz.

 

Zastępca redaktora naczelnego Onetu przyznaje też, że ma wiele zastrzeżeń do konkursów dziennikarskich.

 

Nastąpiła ich straszna dewaluacja. Jeżeli konkurs jest organizowany przez środowisko sympatyzujące z władzą, to nie może być miarodajny. Z drugiej strony jeżeli w ważnych kategoriach zwyciężają materiały o niszowych problemach, to oznacza, że nagrody są przede wszystkim wyrażeniem poglądów jury. I to nie tylko dotyczy SDP. Nagrody przyznawane przez magazyn Press, też mają te defekty, co mnie irytuje – mówi Andrzej Stankiewicz.

 

Publicysta przyznaje też, że z tego powodu przez kilka lat nie zgłaszał swoich tekstów do konkursów dziennikarskich. – Miałem kryzys wiary w ich sens. Szczególnie kiedy widziałem jak przepadają w nich materiały ważne, które kosztują gigantyczne nakłady pracy dziennikarskiej i zasługują na nagrodę lub choćby nominację – wyjaśnia Stankiewicz. Ale zastrzega: – Wiem, że jestem bardzo zgorzkniały, ale tak to oceniam z perspektywy doświadczonego dziennikarza.

 

Nieco inny pogląd ma w tej sprawie Mariusz Pilis. – Świat dziennikarski rzeczywiście jest podzielony. Weszliśmy w erę wojennego dziennikarstwa. Mamy fronty, okopy. Jednak niezależnie od tego z jakiego okopu jest dziennikarz, w SDP liczy się wyłącznie warsztat. I dlatego to Główną Nagrodę Wolności Słowa należy cenić.

 

Tomasz Nieśpiał

Wyciek – MIROSŁAW USIDUS o tym, jak Facebook handluje naszą prywatnością

Początkowo, po wycieku danych z 533 milionów kont facebookowych, większość skupiła się na ciekawej informacji, która wyszła w ujawnionych danych. Okazało się, że szef platformy, Mark Zuckerberg, używa konkurencyjnego wobec narzędzi fejsowych komunikatora Signal. To znamienne i zabawne. Osładza nieco użytkownikom świadomość, że ich dane są tak słabo chronione.

 

Osładza jednak tylko trochę, bo kolejny wyciek powinien każdemu w sposób dojmujący uświadomić, że przekazywanie czemuś takiemu jak Facebook swoich prywatnych, albo może mniej prywatnych, ale wciąż ważnych, danych, jest szaleństwem. Nawet jeśli nie wyciekną, to Facebook je sprzeda na sposoby, o których nie mamy pojęcia, bo taki jest jego model biznesowy. Opiera się on na handlowaniu naszymi danymi, czyli, w pewnym sensie, nami samymi.

 

Warto może wspomnieć, że wyciek z początku kwietnia nie był rzeczą nową, lecz niejako kontynuacja starszego wycieku. Facebook sam podaje, że dane, które teraz wypłynęły, zostały pozyskane wcześniej dzięki luce, która została załatana w sierpniu 2019 roku. Porcje tych danych pojawiły się już w sprzedaży w styczniu 2021 roku. Ale danie główne podano na talerzu dopiero w ostatnich tygodniach. Według raportu opublikowanego przez „Business Insider”, do sieci wyciekły dane osobowe ponad pół miliarda użytkowników Facebooka ze 106 krajów. W tym ponad 32 mln rekordów dotyczących użytkowników z USA, 11,5 mln z Wielkiej Brytanii i 6 mln z Indii.

 

Skrobanie po stronach internetowych

 

Prywatne informacje użytkowników zostały uzyskane przez hakerów głownie drogą wykorzystania funkcji importera kontaktów na Facebooku, która pozwala użytkownikom na znalezienie znajomych w mediach społecznościowych przy użyciu listy kontaktów w telefonie. Złodzieje danych wykorzystali lukę w tym mechanizmie, aby uzyskać dostęp do identyfikatorów użytkowników, adresów, numerów telefonu, adresów e-mail, nazw miejsc pracy, dat urodzenia, dat utworzenia konta i innych danych osobowych umożliwiających identyfikację. Następnie dane te wyciekły do dark webu.

 

Facebook twierdzi, że hakerzy uzyskali dane użytkowników poprzez data scraping, technikę używaną do importowania danych ze strony internetowej do lokalnego pliku w komputerze. Gigant społecznościowy zauważył również w poście na blogu, że „konkretny problem, który pozwolił im [hakerom] na wyskrobanie tych danych w 2019 roku już nie istnieje”. Czyli, że Facebook lukę już naprawił. Tę lukę, bo inne słabe punkty, o których nie wie, z oczywistych względów nie mogą być naprawione.

 

Wiele firm, nie tylko Facebook, ale również Google, Twitter, i inne, udostępnia swoje interfejsy API programistom. Mają w tym swoje cele biznesowe. Korzystają z nich jednak nie tylko uczciwi programiści, ale również grupy cyber-przestępcze, choćby do wspomnianego masowego pobierania danych ze stron internetowych, czyli wspomnianego data scrapingu. Mogą uzyskać imię i nazwisko oraz adres e-mail danego użytkownika z jednej strony internetowej za pośrednictwem API, API drugiej strony internetowej może dostarczyć im numeru telefonu i adresu zamieszkania, a trzecia strona może otworzyć im drzwi do bardziej wrażliwych informacji na temat tego samego użytkownika. Hakerzy łączą te wszystkie dane i tworzą kompletny zestaw danych, który jest następnie sprzedawany online.

 

Facebook nie jest ani pierwszym atakowanym w ten sposób serwisem, ani nie dzieje się to na jego platformie w jakikolwiek wyjątkowy, różny od innych serwisów sposób. Można przypomnieć np. podobny głośny przypadek wycieku danych 500 milionów użytkowników platformy społecznościowej LinkedIn, które potem były sprzedawane online przez nieznanego hakera, który wcześniej opublikował dane dwóch milionów użytkowników jako próbkę i dowód posiadania danych.  W przypadku LinkedIn, twierdzono, że dane zostały wyskrobane, innymi słowy, ktoś naruszył warunki korzystania z usługi, aby wyciągać dane z publicznych profili, łącząc je z danymi z innych stron. Informacje, które wtedy wyciekły, są pod wieloma względami podobne do tych, które wyciekły z Facebooka, ale zawierają sporo danych dotyczących aktywności zawodowej i biznesowej.

 

Zestaw do pracy dla oszusta

 

W sumie, wyciek z Facebooka ogłoszony na początku kwietnia zawierał, według opublikowanych szczegółowych raportów, 2 837 793 637 pozycji z danymi. Oznacza to, że hakerzy ujawnili pięć typów danych w przeliczeniu na przeciętnego użytkownika. „Suma ta zawiera numery telefonów, identyfikatory na Facebooku, pełne nazwiska, lokalizacje, daty urodzenia, biogramy i, w niektórych przypadkach, adresy e-mail,” podał Vytautas Kaziukonis, szef zajmującej się bezpieczeństwem sieciowym firmy Surfshark, która była jednym ze źródeł informacji o wycieku.

 

Jeśli chodzi o prawdziwie wrażliwe dane, to wyciek zawierał w 90 proc. numery telefonów użytkowników, w 60 procentach – lokalizację, w ok. 18 procentach – informacje o pracodawcy. Status związku ujawniony był w jedynie w 15 proc. danych. Emaile użytkowników wyciekły w niewielkim stopniu, bo w niecałych pięciu procentach. 2 669 381 informacji należało do polskich użytkowników portalu. W Polsce 0,81 proc. profili miało ujawnione adresy e-mail, a 100 proc. – numery telefonów lub identyfikatory z Facebooka,  51,43 proc. rodaków miało ujawnioną lokalizację, a 24,23 proc. status związku. Internauci chcący dowiedzieć się, czy ich dane wyciekły i są narażone na szwank, mogą odwiedzić stronę HaveiBeenPwned.com. Wszystko, co muszą zrobić, to wpisać swój np. adres e-mail i sprawdzić.

 

Zdaniem analityków najgroźniejszą potencjalną konsekwencją wycieku dla użytkowników nim dotkniętych jest ogromna liczba numerów telefonów możliwych do pozyskania w celu uruchomienia oszustw typu phishing SMS na wielką skalę oraz ataków spamowych opartych na SMS-ach. Tak uważa m. in. twórca HaveiBeenPwned.com i ekspert ds. bezpieczeństwa sieci Troy Hunt. Wprawdzie użytkownicy stają coraz bardziej wrażliwi i odporni na próby wyłudzeń tym sposobem, to jednak można założyć, że działa tu prawo wielkich liczb. Jeśli pozyskujesz ok. pół miliarda numerów telefonów, to zapewne pewna część ich właścicieli da się nabrać na oszustwo. Skuteczność ataku oszustów zwiększyć mogą dane skombinowane. Jeśli oprócz numeru telefonu phisher ma informacje o lokalizacji i zatrudnieniu potencjalnej ofiary, to ma większą możliwość skutecznego działania.

 

Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym złodziej udaje, że dzwoni z banku, wykorzystując zdjęcia lub dane o lokalizacji z konta w mediach społecznościowych, aby uzyskać cenne informacje o koncie. Dzwoni i mówi: „Tu twój bank X. Zauważyliśmy, że byłeś w Pizza Hut w ostatni czwartek…”. Wiarygodność dzwoniącego wzrasta. Grunt pod dalsze działania oszusta jest przygotowany.

 

Skradzione informacje mogą zostać wykorzystane również do wysyłania spamu i do kierowania reklam. Można je wykorzystać do planowania i realizacji różnorodnych scenariuszy oszustw internetowych. Hakerzy mogą podszywać się pod użytkowników i przelewać gotówkę w ich imieniu, bez ich wiedzy. Dane z Facebooka skombinowane w innymi informacjami dają ludziom o złych zamiarach, sprytnym i doświadczonym oszustom, wielkie pole do popisu.

 

Baza danych z Facebooka jest dostępna w sieci dark web i każdy może ją przeszukiwać. Przedstawiciele firmy Hudson Rock, zajmującej się wywiadem cybernetycznym, na początku stycznia potwierdzili, że dane te są obecnie przedmiotem handlu, który toczy się na opartym na chmurze komunikatorze internetowym Telegram. Ostatnio zestaw tych danych wydaje się również pojawiać na różnych forach hakerskich w całym Internecie.

 

Jak się chronić

 

Biorąc pod uwagę charakter wycieku, użytkownicy nie mogli właściwie nic zrobić aby się przed nim zabezpieczyć. Ponieważ atak był skierowany na systemy Facebooka, odpowiedzialność za zabezpieczenie danych leży całkowicie po stronie Facebooka.

 

To jedna strona medalu. Druga jest taka, że hakerzy nie mogą „wyskrobać” z Facebooka informacji, których tam nie zamieścimy, nie udostępnimy innym przedstawicielom społeczności. Są oczywiście tacy „spryciarze”, którzy a jakże wiedzą, że nie należy podawać na Facebooku np. prawdziwej daty urodzenia, więc wpisują fałszywą, a potem… świętują urodziny na Facebooku w prawdziwy dzień urodzin. Nie podajesz lokalizacji? Co z tego, jak z twoich zdjęć wynika co najmniej miejscowość, w której mieszkasz, jeśli nie dzielnica lub nawet ulica. Itd.

 

Od lata wiadomo, że należy unikać używania Facebooka do logowania się na innych stronach internetowych. Jeśli twoje konto na Facebooku zostanie przejęte, atakujący będzie miał automatyczny dostęp do wszystkich powiązanych z nim stron i aplikacji. Pomijam już fakt, że na talerzu podaje to stargetowanego użytkownika. Łakomy kąsek do handlu z reklamodawcami spamerami.

 

Chciałbym podać przykład swojego własnego konta na Facebooku jako dobrze zabezpieczonego. Nie udostępniam tam żadnych danych osobistych, związanych z rodziną, miejscem zamieszkania. To profil niejako „zawodowy”, podobnie jak numer telefonu czy email. Są to rzeczy związane z moją działalnością, więc z natury nie są tak bardzo ściśle chronione. Nie udostępniam na Facebooku nic na tematy osobisto-prywatne. W ogóle udostępniam coraz mniej. Czy jednak mogę się w obliczu takiego wycieku czuć bezpiecznie? Nie sądzę.

 

Jest też taka możliwość, by w ogóle porzucić Facebooka i zaprzestać mu podawać siebie na talerzu, ale tego rozumiem, nikt nie bierze pod uwagę. Sam, prawdę mówiąc, na razie nie biorę, na razie.

 

Cały czas gdzieś tam z tyłu głowy kołacze mi myśl, że dla Facebooka ten ostatni wyciek i inne wycieki danych, to nieszczęście, ale z innych powodów niż naiwnym mogłoby się wydawać. Jemu nie jest przykro z powodu przykrości, która spotkała jego użytkowników. O nie. Facebook nie lubi tego, bo oznacza to straty, bo ktoś inny zahandluje danymi, którymi handlować chce tylko on. I ktoś inny zarobi te pieniądze, które na sprzedawaniu informacji o nas mógłby zarobić wyłącznie Facebook.

 

Mirosław Usidus

MSZ odpowiada na apele SDP w obronie białoruskich dziennikarzy

Ministerstwo Spraw Zagranicznych odpowiedziało na apele Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w obronie represjonowanych dziennikarzy na Białorusi zapewniając, że podejmuje działania mające na celu pomoc wolnym mediom w tym kraju.    

 

SDP wiele razy apelowało o uwolnienie aresztowanych przez reżim Łukaszenki dziennikarz i zaprzestanie represjonowania wolnych mediów na Białorusi. Stowarzyszenie zorganizowało również  akcję „Solidarni z Białorusią”, wydało książkę „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie” z relacjami prześladowanych dziennikarzy białoruskich oraz przekazało sprzęt dla Centrum Białoruskiej Solidarności.

 

Nasze działania spotkały się z odpowiedzią MSZ.

 

„W imieniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP chciałbym podziękować za apel wystosowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich oraz inne organizacje i związki dziennikarskie w Europie w związku z represjami władz Republiki Białorusi skierowanymi wobec społeczeństwa i przedstawicieli środowisk dziennikarskich, wykonujących swoją pracę na Białorusi” – czytamy w piśmie, które podpisał Jan Hofmokl, dyrektor Departament Wschód MSZ.

 

Dalej podkreślono w nim, że postulowane przez SDP  uwolnienie uwięzionych dziennikarzy, czy umorzenie toczonych wobec nich postępowań wpisują się w kompleksowe działania władz Rzeczypospolitej Polskiej w obszarze wsparcia białoruskiego społeczeństwa i ochrony praw człowieka.

 

„Polska nie pozostaje obojętna na krzywdę, jaka wyrządzana jest wszystkim obywatelom Białorusi, w tym także tym reprezentującym wolne media. Zdajemy sobie sprawę z dramatycznej sytuacji, w jakiej znajdują się obecnie Białorusini. Komplementarna do systematycznych apeli o przestrzeganie praw człowieka, które Polska wystosowuje indywidualnie i razem z międzynarodową wspólnotą demokratyczną, jest nasza praktyczna pomoc udzielana białoruskiemu społeczeństwu od początku trwającego kryzysu” – pisze przedstawiciel MSZ.

 

Przypomniano, że Polska apelowała o międzynarodową solidarność wobec bezprawnego skazania na Białorusi dziennikarek telewizji Biełsat, Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej, co skutkowało podjęciem sprawy na najwyższych międzynarodowych szczeblach.

 

„Systematycznie upominamy się o także o los innych więzionych dziennikarzy i aktywistów działających w obszarze mediów, np. lhara Losika, czy ostatnio także Andrzeja Poczobuta – dziennikarza i działacza organizacji mniejszości polskiej” – zapewniło MSZ.

 

„Jestem pewien, że nasze wspólne wysiłki przyniosą wymierne skutki i doprowadzą do uwolnienia przedstawicieli wolnych mediów na Białorusi i wszystkich innych bezprawnie skazanych, a także przyczynią się do realizacji postulatów białoruskich środowisk prodemokratycznych” – napisał na koniec Jan Hofmokl.

 

Cały list MSZ do prezes SDP Krzysztofa Skowrońskiego można przeczytać TUTAJ.

 

opr. jka

 

Wajchowy na Woronicza – komentarz satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

W slangu kolejarskim, wajchowy to pracownik manewrowy. Teraz znalazł zatrudnienie w misyjnej telewizji.

 

Dużo się dzieje w telewizji publicznej i oczywiście idzie ku dobremu. Już wyjaśniamy w czym rzecz. Otóż coraz większe grono odbiorców, ludzi ciekawych świata, chciałoby mieć wpływ na to co słucha i ogląda. Mamy nieprzebrany zalew podcastów i prawdziwą klęskę urodzaju: youtuberów. Do tego dochodzą platformy z filmami i seriali. Przebieramy i odpalamy. Mamy na coś ochotę klikamy. Zmieniamy, słuchamy i ustalamy sobie listę interesujących zachcianek.

 

A telewizja jawi się jako ta nudniejsza. Jacyś tam za biurkiem, układają dla nas przewidywalną ramówkę. Podają program z godzinami, o tej i o tamtej, to i to. I mamy działać wedle ich widzimisię. Znaczy mieliśmy. Dopóki ktoś nie zmądrzał i zarządził, że ten wyleniały stan zastany należałoby zmienić i uatrakcyjnić odbiór.

 

Wedle red. Michała Karnowskiego, „Wajchowy to popularna wśród części obserwatorów sceny medialnej figura, to mityczny decydent, który decyduje o sposobie przedstawiania rzeczywistości politycznej przez największe prywatne koncerny telewizyjne”. Telewizja publiczna pozazdrościła kapitalistycznym publikatorom.

 

Pozostaje tylko zagadka. Jak to działa? Czy Pan Prezes, ten najważniejszy dzwoni do tego Prezesa też ważnego, ale na odcinku propagandowym i mu tam miesza? A ten z kolei mąci na szczeblach jeszcze niższych prezesów czy innych kierowników? Czy może jest to nadgorliwa inicjatywa tylko tego Prezesa środka, aby się nie narazić temu Prezesowi wyżej? No bo chyba nie jest tak, że Prezesi jeden i drugi o niczym nie wiedzą. A jak to jest spontaniczna oddolna inicjatywa kolektywu pracowniczego?

 

Przypomina się w tym momencie, kapitalny skecz kabaretu TEY pt. „Kociołek”.

Kelner (Zenon Laskowik): Jest teraz taka sprawa, czy będziemy serwować, czy nie? Co my serwujemy?

Szef Kuchni (Janusz Rewiński): Serwujemy to co my namieszamy”.

 

Otóż tak teraz się dzieje. Coraz częściej w TVP, zamiast zapowiedzianej w programie audycji, jest coś zupełnie innego. Była zapowiedź teleturnieju „1 z 10”, a na ekranie uroczystości. Zapowiadano „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, a puszczono powtórnie film Ewy Stankiewicz o Smoleńsku. Jeszcze wcześniej miał być film red. Stankiewicz, a był film znanego artysty Antoniego Macierewicza. Można by w tym miejscu napisać: czeski film. Ale byśmy niepotrzebnie obrazili zasłużone i znacznie mniej awangardowe dokonania południowych sąsiadów. Kinematografia czeska stawiała przecież wysokie wymagania swoim odbiorcom.

 

Przekaz jest prosty. Wyrzućcie programy. Jakieś „Tele Magazyny” do kosza na papier, a Internetowe „programy tv” usuńcie z listy ulubionych. Na co Wam to?

 

Np. w świecie kultury, istnieje coś takiego jak film czy koncert: niespodzianka. Idziemy do kina czy sali widowiskowej i nie wiemy co na czeka. Taką „Kinder niespodziankę”, ma teraz cała Polska jak długa i szeroka. Zasiada wygodnie przed odbiornikiem i czeka z niecierpliwością co poleci, co nadadzą. Może będzie o Piastach i Andegawenach albo „Sanatorium miłości”. Miała być Joanna Lichocka, a wyskoczy zza kadru Danuta Holecka. Obojętnie.

 

A to wszystko dla naszego dobra. Jest taka książka „Paradoks wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej?” Barry’ego Schwartza. Wg. tego psychologa, wyeliminowanie wielości wyborów konsumenckich może znacznie zmniejszyć niepokoje kupujących. Albo „Będziemy szczęśliwi, jeśli tylko dokonamy właściwego wyboru. Tylko jak to zrobić, gdy jesteśmy coraz bardziej zagubieni, pośród coraz większej liczby możliwości?”, to z kolei pisze Renata Salecl w „Tyranii wyboru”. Spokojnie, medialni spece zrobią to za nas lepiej. A nawet jeśli zakreślimy pisakiem, na co chcemy spozierać, to tam ktoś wspaniały czuwa zatroskany i wybierze za nas inaczej. Ale też doskonale.

 

Kelner: wy tutaj mieszacie, a ktoś dostaje po ryju, nie?

Szef Kuchni: Słuchaj Alfredzie, ktoś miesza, żeby w ryj mógł brać ktoś. To są zwyczajne dzieje”.

 

Krzysztof Prendecki

Ukarany za pójście pod prąd – ŁUKASZ WARZECHA o programie Jana Pospieszalskiego

Jeśli podstawą do działania dla władz TVP oraz komisji etyki w sprawie programu „Warto Rozmawiać”  było pismo Joanny Lichockiej – a wszystko na to wskazuje – to jest to dla tychże władz i komisji najgłębiej kompromitujące oraz pokazuje, że nie chodzi tu o nic więcej jak tylko o ocenzurowanie treści niezgodnych nie z wiedzą medyczną, ale z narracją polityczną.

 

Trudno o bardziej gorzko ironiczną sytuację niż to, co wydarzyło się wokół programu „Warto Rozmawiać” Jana Pospieszalskiego w TVP w związku z wydaniem, prezentującym opinie krytyczne wobec przyjętej przez rząd strategii. W internecie zaczęło krążyć wyciągnięte z odmętów niepamięci namiętne sejmowe wystąpienie Joanny Lichockiej z 2016 bodaj roku, w którym – zwracając się do posłów PO – wytykała im, kogo z przeciwnego obozu wyrzucili z TVP, gdy przejęli tam władzę w 2010 r. Warto tutaj przypomnieć, że Platforma aż przez trzy lata po objęciu rządów nie była zainteresowana rozbiciem trwającego wówczas w telewizji układu PiS-SLD-PSL, który zapewniał kulawą, bo kulawą, ale jednak różnorodność opinii o wiele większą niż obecna.

 

Lichocka wygłosiła zatem całą litanię nazwisk, po czym wypaliła: „Został jeden Jan Pospieszalski”. Przewińmy teraz akcję o pięć lat do przodu i oto za sprawą interwencji tej samej Lichockiej ten sam Pospieszalski znika właśnie z TVP za karę, że ośmielił się w swoim programie pokazać opinie, kwestionujące rządową strategię walki z epidemią. Lichocka najpierw wyraziła w tej sprawie oburzenie na Twitterze, a później pochwaliła się tam pismami, skierowanymi do Jacka Kurskiego. Pochwaliła się także pełnym oburzenia pismem skierowanym do niej przez prof. Andrzeja Matyję, prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej, który jeszcze w grudniu odgrażał się, że niepokornych lekarzy będzie się wzywać na – jak to ujął – przesłuchania.

 

Lichocka w swoim piśmie wskazała: „w mojej opinii program służył upowszechnianiu nieprawdziwych i niezweryfikowanych naukowo tez, które podważały wysiłki rządu i lekarzy w walce z epidemią oraz uderzały w zaufanie do aktualnej wiedzy medycznej”. Te tezy to m.in. kwestionowanie przydatności lockdownów oraz przymusu noszenia maseczek na powietrzu.

 

Jeśli podstawą do działania dla władz TVP oraz komisji etyki było pismo Lichockiej – a wszystko na to wskazuje – to jest to dla tychże władz i komisji najgłębiej kompromitujące oraz pokazuje, że nie chodzi tu o nic więcej jak tylko o ocenzurowanie treści niezgodnych nie z wiedzą medyczną, ale z narracją polityczną. O nic więcej.

 

Joanna Lichocka nie wskazała w swoim piśmie, co konkretnie miałoby być sprzeczne z „wiedzą medyczną”, a nie wskazała tego, bo wskazać tego nie umie i nie byłaby w stanie. W przeciwieństwie do pani poseł, ja dokładnie śledzę stan dyskusji, włączając w to niektóre pojawiające się badania, i spieszę powiadomić, że w sprawie skuteczności lockdownów czy sensowności zakrywania ust oraz twarzy na otwartej przestrzeni trwa debata, w której sceptycy wobec tych rozwiązań mają poważne argumenty w postaci konkretnych badań, prowadzonych przez takie instytucje jak Instytut Kocha, Uniwersytet Stanforda czy Centers for Disease Control and Prevention. Nie ma również zgody w sprawie długoterminowej skuteczności szczepionek (to całkiem oficjalnie przyznają ich producenci), a ich wpływ na organizm w dłuższym okresie pozostaje nieprzebadany (co nie znaczy, że musi być negatywny – po prostu tego nie sprawdzono, bo nie było jak). Tak więc program Jana Pospieszalskiego w żadnym stopniu nie zaprzeczał „aktualnej wiedzy medycznej” – to raczej Joanna Lichocka nie ma pojęcia, jaki jest jej stan. A może po prostu jej to nie interesuje, bo przecież pisze o „podważaniu wysiłków rządu”, zaś w swoim pierwszym tłicie pisała o podważaniu „polityki rządu” i uznawała, że w telewizji publicznej jest to „skandal”. Można z tego wyciągnąć wniosek, że Lichocka sądzi, iż w TVP nie wolno krytykować władzy.

 

Trzeba tu przypomnieć, że pani poseł jest jednocześnie członkiem Rady Mediów Narodowych, co każe postawić po raz kolejny pytanie o zasadność łączenia zasiadania w RMN z czynnym uprawianiem polityki (poza bardziej podstawowym pytaniem o sens istnienia RMN w ogóle). Sytuacją już zaiste paranoiczną jest, gdy Lichocka jako poseł pisze z pretensjami do Jacka Kurskiego, którego stanowisko zależy – przynajmniej formalnie – od Lichockiej jako członka RMN.

 

Komisja Etyki TVP uznała, że u Pospieszalskiegozaprezentowano wyłącznie głosy krytyczne wobec podejmowanych działań w walce z pandemią. Dochowanie zasad rzetelności dziennikarskiej jest szczególne ważne w czasie, gdy ludzie walczą o zdrowie i życie i gdy tak wielu widzów, w oparciu o wiedzę z audycji telewizji publicznej może podejmować decyzje odnoszące się do własnego zdrowia, a w szczególności szczepień czy zachowania zasad profilaktyki”. Można by się z tym nawet zgodzić, bo w tym wydaniu „Warto Rozmawiać” faktycznie nie było przedstawicieli drugiej strony. Gdyby nie dwa fakty. Po pierwsze – do programu byli zaproszeni przedstawiciele Naczelnej Rady Lekarskiej, ale z zaproszenia nie skorzystali. Po drugie – co w kontekście oświadczenia Rady Etyki znacznie ważniejsze – program Pospieszalskiego był absolutnym wyjątkiem na tle linii telewizji państwowej. Prezentuje ona bowiem bez wyjątku poglądy podbijające narrację, którą określa się jako sanitarystyczną. Próżno szukać zwolenników innego podejścia, którzy w dwóch innych dużych stacjach telewizyjnych jednak się pojawiają. W tych okolicznościach ocena Komisji Etyki wygląda po prostu śmiesznie i żałośnie zarazem. Gdyby przyjąć przedstawione w oświadczeniu kryteria, komisja powinna się zająć właściwie każdym wydaniem „Wiadomości”.

 

Ponadto to przecież nikt inny jak sama Lichocka czy prezes TVP Jacek Kurski uzasadniali obecny kształt mediów państwowych koncepcją rozproszonego pluralizmu: nieważne, że TVP prezentuje tylko jedną stronę – ważne, że inne podmioty mogą też prezentować drugą stronę. Program Pospieszalskiego można potraktować jako realizację tej samej koncepcji, tyle że w ramach jednego podmiotu – telewizji państwowej.

 

Jan Pospieszalski został ukarany za to, co powinno być u publicysty normalne: pójście pod prąd dominującej narracji i odwagę. Jego program zdjęto – nie wiadomo, na jak długo. W ten sposób TVP pod obecnymi rządami zachowała się identycznie jak TVP, tak zawzięcie krytykowana przez Lichocką w Sejmie dawno temu. Choć właściwie nie – wtedy można było powiedzieć: „Został jeden Jan Pospieszalski”. Teraz nie został już nikt taki. Moje gratulacje.

 

Łukasz Warzecha

CMWP SDP w sprawie programu „Warto rozmawiać”

CMWP SDP apeluje do kierownictwa  TVP S.A. o emisję programu „Warto rozmawiać” z 19 kwietnia br.  autorstwa redaktorów Jana Pospieszalskiego i Pawła Nowackiego i przywrócenie dotychczasowego stałego miejsca tego programu w ramówkach Telewizji  Polskiej.

 

19 kwietnia br.  o godz. 20.35 miał być wyemitowany na żywo w TVP3 kolejny odcinek programu „Warto rozmawiać”.  Jak poinformował w mediach społecznościowych prowadzący program red. Jan Pospieszalski „Przed wejściem do studia poinformowano nas, że program jest nagrywany i zostanie wyemitowany później Tyle dowiedziałem się od dyrekcji anteny Kiedy? Nie wiem. Nagrany program z udziałem ministra P. Czarnka dot konsekwencji nauczania zdalnego dla dzieci, nauczycieli, rodzin (pisownia oryginalna).  Wg informacji CMWP SDP program „Warto rozmawiać” został nagrany i nie podano terminu jego emisji. Jak informują media, TVP oświadczyła, że prowadzi rozmowy z producentem w sprawie utrzymania cyklu w ramówce.

 

20 kwietnia br. Komisja Etyki Telewizji Polskiej stwierdziła, że wyemitowany 12.04.21 r. odcinek „Warto rozmawiać” o walce rządu z pandemią naruszył zasady etyki dziennikarskiej obowiązujące w TVP. Skargę na program złożyła Joanna Lichocka, posłanka PiS, członek Rady Mediów Narodowych. Redakcja programu “Warto Rozmawiać” oświadczyła w mediach społecznościowych, że nie przyjmuje do wiadomości orzeczenia Komisji Etyki TVP z 19.04.2021, ponieważ w ich ocenie orzeczenie to wydane zostało z pominięciem procedur, które zakładają wysłuchanie wszystkich stron prowadzonego postępowania. Prowadzący i producent programu nigdy nie zostali wezwani przed Komisję, by złożyć wyjaśnienia w sprawie programu z 12.04.2021.

 

Redaktor Jan Pospieszalski i wydawca programu red. Paweł Nowacki, autorzy programu „Warto rozmawiać” to cenieni i powszechnie znani w Polsce dziennikarze, z niekwestionowanym dorobkiem zawodowym, cieszący się od wielu lat wiarygodnością i zaufaniem widzów. W przeszłości wielokrotnie wykazywali się odwagą cywilną w poruszaniu trudnych i kontrowersyjnych tematów, realizując misję telewizji publicznej.  W ocenie CMWP SDP  zawieszenie programu „Warto rozmawiać” byłoby  dla w/w twórców niezasłużoną i wyjątkowo dokuczliwą represją, która  zagrażałaby realizacji zasady wolności słowa w demokratycznym państwie i obniżałaby jakość debaty publicznej w Polsce.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor CMWP SDP

 

Warszawa, 21.04.2021 r.

28. edycja konkursu NAGRODY SDP – przedłużony termin przyjmowania zgłoszeń

W związku z licznymi prośbami, termin składania prac do konkursu NAGRODY SDP został przedłużony do 25 kwietnia br.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyzna nagrody za najlepsze prace w polskiej prasie, radiu, telewizji i internecie, opublikowane lub wyemitowane w mediach w roku 2020. Konkurs ma charakter otwarty, mogą w nim uczestniczyć wszyscy dziennikarze, fotoreporterzy i fotografowie.

 

Tak jak w roku ubiegłym, nagrody i wyróżnienia przyznane będą w 14 kategoriach tematycznych. Najstarsza nagroda – Główna Nagroda Wolności Słowa ufundowana jest przez Zarząd Główny SDP, dotyczy publikacji w obronie demokracji i praworządności, demaskujących nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka. Stowarzyszenie jest również fundatorem Nagrody Watergate, przyznawanej za najlepsze prace z zakresu dziennikarstwa śledczego.

 

Pozostałe kategorie konkursowe: Nagroda im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie, Nagroda im. Krystyny Grzybowskiej za publicystykę o tematyce europejskiej, Nagroda im. Macieja Łukasiewicza za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy, Nagroda im. Janusza Kurtyki za publikacje o tematyce historycznej, Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego za dziennikarstwo ekonomiczne, Nagroda im. Aleksandra Milskiego dla redakcji mediów lokalnych za podejmowanie tematów ważnych dla ich społeczności, Nagroda im. Stefana Żeromskiego za publikacje o tematyce społecznej, Nagroda im. Adolfa Bocheńskiego skierowana do młodych dziennikarzy (do 30. roku życia) za wyróżniające się dokonania dziennikarskie, Nagroda im. Kazimierza  Wierzyńskiego za publikacje o tematyce sportowej. SDP zaprasza fotoreporterów i fotografów do dwóch kategorii konkursowych: Nagroda im. Eugeniusza Lokajskiego za fotografię o tematyce sportowej oraz Nagroda im. Erazma Ciołka za fotografię społecznie zaangażowaną.

 

W ramach konkursu SDP organizowana jest również nagroda Klubu Publicystów Ochrony Środowiska „Ekos” (afiliowanego przy SDP) – Nagroda im. prof. Stefana Myczkowskiego, przyznawana za najlepsze publikacje o problemach ochrony środowiska.

 

Nagroda Specjalna Fundacji Solidarności Dziennikarskiej to piętnasta kategoria konkursowa.

 

Oceniając nadesłane publikacje, Jury konkursu o Nagrody SDP 2020 będzie brało pod uwagę następujące kryteria: oryginalność  i nowatorstwo prac,  śmiałość w podejmowaniu tematów trudnych i kontrowersyjnych, atrakcyjność formalną przekazu i jego komunikatywność, walory dydaktyczne i estetyczne, rzetelność – zwłaszcza przy oddzielaniu informacji od opinii i komentarzy, podkreślenie, co jest własną oceną, a co cytatem, wiarygodność, udokumentowanie źródeł i weryfikację podanych treści, zachowanie proporcji i kontekstu sprawy.

 

Nagradzane będą przede wszystkim prace autorskie – indywidualne lub zespołowe, ale nagroda może być przyznana również redakcji.

 

Laureatów kategorii publicystycznych wybierze Jury Główne Nagród SDP, natomiast nagrody za zdjęcia i fotoreportaże przyzna odrębny skład jurorów – ekspertów fotografii prasowej. Jury Główne opierać się będzie na rekomendacjach Jury Selekcyjnego, które dokona przeglądu i oceny wszystkich nadesłanych prac. Rekomendacje Jury Selekcyjnego nie są wiążące dla Jury Głównego.

 

Ocena prac zgłoszonych do nagród fotograficznych również przebiegać będzie dwuetapowo: selekcji dokona zespół jurorów powołany przez Klub Fotografii Prasowej SDP, laureatów wybierze Jury Główne nagród fotograficznych.

 

Szczegółowe informacje o konkursie zawarte są w regulaminie (pobierz TUTAJ).

 

Karta zgłoszenia (pobierz TUTAJ).

 

Laureatów Nagród SDP 2020 poznamy podczas uroczystej gali wręczenia nagród w czerwcu br., na którą zapraszamy do Domu Dziennikarza w Warszawie.

 

Komunikaty dotyczące przebiegu konkursu podawane będą na bieżąco na portalu www.sdp.pl

 

Materiały dotyczące poprzednich edycji konkursu o Nagrody SDP (od 1992 roku) dostępne są TUTAJ.

 

FUNDATORZY ORAZ  SPONSORZY KONKURSU: BP Europa SE Oddział w Polsce, FAKRO Sp. z o.o., Fundacja Agencji Rozwoju Przemysłu, Fundacja Macieja Rybińskiego, Fundator Prywatny Nagrody im. Erazma Ciołka, Polska Agencja Prasowa,  Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców REPROPOL, Zarząd Główny SDP

 

PARTNERZY I PATRONI: Fundacja Solidarności Dziennikarskiej, Instytut Pamięci Narodowej, Lasy Państwowe, Narodowe Centrum Kultury, Totalizator Sportowy Sp. z o.o.,  Stowarzyszenie Autorów ZAiKS.

 

Projekt zrealizowany we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.

 

bd