Czy da się odbudować wiarygodność Trójki? – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Trójce potrzebne jest wsłuchanie się w słuchaczy. Dobrze, gdyby teraz skupiono się na badaniach oczekiwań odbiorców oraz budowaniu dobrej atmosfery wewnątrz redakcji, bo ona będzie emanować na zewnątrz.

 

W najnowszym badaniu Radio Track Kantar Polska, obejmującym okres od lutego do kwietnia 2021 roku, udział  Programu 3 Polskiego Radia w słuchalności wyniósł zaledwie 2,3 proc. W porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku wynik ten zmniejszył się aż o 2,4 pkt. Stacja znalazła się dopiero na 11. miejscu w zestawieniu – podaje portal Wirtualnemedia.pl

 

Prosta droga do celu…

 

Barbara Balya w pracy „The Power of Radio. Basic Skills Manual”[1] zwróciła uwagę, że w radiu najważniejsze jest słuchanie… słuchaczy. Stacja nie może odnieść sukcesu, bez zbudowania z nimi intymnej więzi. W końcu program towarzyszy odbiorcom w przeróżnych okolicznościach: podczas jazdy samochodem, w kuchni, a nawet w sypialni. Potwierdza to Sarah Beham w podsumowaniu dyskusji zamykającej opracowanie: „The Future of Radio in South Africa. Innovations and Trends”[2]. Podobnie jak Balya autorka ta zauważyła, że słuchacze wciąż czują potrzebę zadzwonienia do stacji. Przy czym to jest zupełnie inna forma kontaktu, niż gdy łączymy się telefonicznie z dowolnym biurem obsługi klienta. Ma charakter osobisty, jakbyśmy odzywali się do starego znajomego. Są oczywiście zmiany technologiczne, ale radio potrafi się w pewnym przynajmniej stopniu przed nimi bronić, czego chyba najlepszym wyrazem satyryczny program stacji BBC4 „The Future of Radio”, w którym Jerome Vincent i Stephen Dinsdale wyśmiewali nowinki techniczne i ich wpływ na nasze życie[3].

 

Na kolejną istotną kwestię zwrócił uwagę zmarły w ubiegłym roku nestor kieleckiego środowiska radiowego Bohdan Gumowski. W książce „Subtelność brzmienia” napisał następujące słowa: „W pracy dziennikarskiej niesłuchanie ważne są z jednej strony możliwości samorealizacji, z drugiej – relacje w zespole”. Według Gumowskiego o jakości pracy w redakcji mówi to, czy wszyscy mają szansę na spełnienie zawodowych celów i marzeń[4]. Słowem: przekaz radiowy, to przekaz intymny, który wymaga wsłuchania się w głos tych, którzy są po drugiej stronie głośnika i dobrej atmosfery wewnątrz samej rozgłośni.

 

…ale pod górkę i przez pole minowe

 

Ta prosta droga zaczyna się komplikować, gdy przychodzi nam rozmawiać o rozgłośniach publicznych w III Rzeczypospolitej. Co ciekawe w drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku panował w tej kwestii optymizm. Na uczelniach odbywały się żarliwe dyskusje na temat przyszłości mediów, takie jak np. „Wolność słowa – między rynkiem a normą” (Uniwersytet Warszawski 27 czerwca 2007 r.). Środowiska twórcze pod przewodnictwem Jana Dworaka i Macieja Strzembosza opracowały obywatelski projekt ustawy. Spotkania na ten temat organizował prezydent Lech Kaczyński, a  Platforma Obywatelska przygotowała przyzwoity program, którego po wygranych wyborach nie zrealizowała. Dziś panuje pesymizm. Poproszony o komentarz w tej sprawie medioznawca dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego informuje, że coraz mniej chętnie wypowiada się na ten temat. Po chwili dodaje: póki media publiczne nie przestaną być traktowane w kategorii politycznego łupu, to nic się nie zmieni. Ale wiem, że tak się nie stanie. Prędzej odejdą widzowie i słuchacze niż politycy zmienią swoje myślenie.

 

Może więc to partie polityczne (wszystkie – sic!) powinny postawić sobie pytanie: po co nam radio bez słuchaczy?

 

Szefowie – odległa analogia gminna

 

W czasie konfliktu w Radiu Nowy Świat zmuszony do ustąpienia z funkcji prezesa spółki zarządzającej medium Piotr Jedliński napisał, że szefowa RNŚ Magdalena Jethon przeniosła „wszystkie najgorsze wzorce z Trójki”[5]. Może warto zapytać: co złego działo się w PR3 i to być może od wielu długich lat? Niestety nie ma analiz, które objaśniałyby następującą kwestię: ile osób potrafi zarządzać zespołem? Dotyczy to zresztą nie tylko samych mediów w Polsce. Podczas konferencji MarCom Skills Day, która rozpoczęła działania Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Komunikacji Marketingowej Joanna Malinowska-Parzydło, powiedziała, że gdy jest pytana o to, co stało się z talentami w firmach, odpowiada, iż zostały zlikwidowane przez niekompetentnych liderów. A potrzebni są tacy przywódcy, którzy potrafią pociągnąć za sobą[6], bo: najbardziej pożądanym przez pracowników benefitem jest profesjonalny i przyzwoity szef. W przypadku mediów publicznych oraz administracji samorządowej, rządowej i spółek skarbu państwa, po zmianach politycznych, nim powoła się nowe kierownictwo, ktoś powinien postawić sobie pytanie: czy wskazany przez niego kandydat potrafi zarządzać zespołem, czy w ogóle ma predyspozycje do kierowania ludźmi i nadaje się na lidera? Instytucje publiczne powinny być pod tym względem wzorem. Gdyby tak było Helena Szewczyk w artykule: „Mobbing w jednostkach sektora finansów publicznych” nie mogłaby napisać: w sądach pracy jest również najwięcej spraw wnoszonych przez osoby zatrudnione w administracji publicznej. W samych tylko ministerstwach (w 18 resortach) w 2014 roku procesowało się sto kilkadziesiąt osób. Wśród spraw najczęściej wnoszonych do sądów pracy są sprawy dotyczące bezprawnych zwolnień z pracy, zaniżania ocen okresowych i związanego z tym szykanowania i prześladowania[7]. A jak jest w mediach? Marcowy konflikt w TVN pokazuje, że niekoniecznie dobrze[8]. Pod tym względem świat redakcji jest jednak dość hermetyczny. Pracownicy rzadko skarżą się innym dziennikarzom. Media nie są czwartą władzą wobec siebie.

 

Dziennikarze

 

W przywołanej już pracy „The Power of Radio” autorka stwierdziła, że dziennikarz powinien być odpowiedzialny, wyważony i niezależny. Dwa pierwsze z tych czynników są uwarunkowane przygotowaniem merytorycznym, charakterem i dobrymi wzorcami. Ostatni powinni mu zapewnić liderzy, ludzie zarządzający stacją, którzy odpowiadają za komfort pracy. Balya zaleca prezenterom poznanie słuchaczy, rozmawianie z nimi, ale bez pouczania i protekcjonalnego traktowania. O kreatywności w zawodzie napisała tak: opisz scenę i pozwól słuchaczowi zdecydować, czy jest piękna. To sztuka, bo o ile widz, lub czytelnik są skupieni na tym, co aktualnie oglądają lub czytają, słuchacz najczęściej robi też coś innego. Charyzma jest ważna. Wciąż istotniejsza niż tembr głosu.

 

Autorytety

 

Marek Szewczyk dyrektor kreatywny krakowskiego Dream Team, którego poproszono o przesłanie biogramu, który miał uzupełnić wywiad z tym specjalistą w dziedzinie reklamy, napisał w pierwszych słowach: „atleta od urodzenia”. Robert Kozyra zarzucił ostatnio nowej ramówce Trójki brak przyciągających osobowości[9]. Czy autorytetem można się urodzić?

 

Wojciech Mann tak napisał w swoich wspomnieniach: Bardzo się cieszę, że moja pierwsza audycja nie została nigdzie zachowana. Do dziś pamiętam potworny wysiłkiem, z jakim dukałem przemądrzałe zdania na temat Donovana (…). Szefowie Trójki, szukając nowych ludzi do współpracy, w naturalny sposób zwrócili uwagę na radio harcerskie, licząc, że młodzi ludzie tam występujący są już po pierwszej wstępnej obróbce dziennikarskiej. Dzięki temu któregoś dnia minąłem z dumna mina uzbrojonego wartownika straży przemysłowej przy ulicy Myśliwieckiej 3/5/7 i znalazłem się w pokojach redakcji muzycznej Programu III[10].

 

Trójka to dziś eksperyment na żywym organizmie, a konflikt między stacją a byłymi dziennikarzami, który stanowił podstawę powstania dwóch nowych projektów: Radia Nowo Świat i Radia 357, jest raczej na tyle poważny, że na ich rychły powrót nie ma co liczyć. Trzeba więc budować od nowa.

 

Odległa analogia piłkarska

 

Nim drużyna spadnie z ekstraklasy często słychać o frustracji i konflikcie w zespole. Część zawodników, którzy wciąż chcą występować na najwyższym poziomie rozgrywek, odchodzi. Nie podążają jednak za nimi kibice. W udzielonym ostatnio portalowi sdp.pl wywiadzie Adam Łaszyn zwrócił uwagę na przypadek Radia Zet, które mimo uszczerbków w składzie dziennikarskim, nie straciło tak znacznej liczby odbiorców jak Trójka. Ekspert w dziedzinie kryzysów komunikacyjnych ujął to tak: Radio Zet i Trójka to zupełnie dwie różne bajki. Zetka to stacja prywatna, przedsięwzięcie przede wszystkim komercyjne, nawet jeśli częściowo pełni funkcje misyjne dostarczając ciekawe newsy, publicystykę, czy ujawniając afery. Ale to też nie tyle dla misji, co sprzedaży zasięgów. Natomiast Trójka to nie tylko ponad półwieczna legenda, ale i dobro publiczne[11]. Klub, który spadł do niższej klasy rozgrywkowej, szuka nowego trenera, sponsorów, przygląda się czujnym okiem wychowankom i stara się odzyskać zaufanie kibiców. Z czasem prezentuje plan powrotu na szczyt.

 

Wracając do myśli, którą można znaleźć przecież nie tylko w „The Power of Radio”. Trójce potrzebne jest wsłuchanie się w słuchaczy. Sarah Beham ponadto zauważył w podsumowaniu pracy o przyszłości radiofonii w RPA, że dziennikarze powinni nauczyć się (a wraz z nimi ich szefowie) wykorzystywać dane do tworzenia programu. Wydaje się, że przed stacją rok przejściowy. Dobrze, gdyby poświęcono go na właśnie badania i budowanie dobrej atmosfery wewnątrz, bo ona będzie emanować na zewnątrz. W kwestii badań interesujące są zarówno warunki na jakich zechcieliby wrócić ci, którzy porzucili Trójkę dla Radia Nowy Świat i Radia 357, i najciekawsi, czyli ci którzy wybrali inną z dostępnych rozgłośni. Analizie powinna też zostać poddana grupa młodych odbiorców, którzy do radia się nie garną. Może po prostu nie ma dla nich atrakcyjnej oferty? Parafrazując tytuł zbioru recenzji teatralnych prof. Stanisława Żaka: radio dla ludzi jest…

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] B. Balya, The Power of Radio: Basic Skills Manual. Friedrich-Ebert-Stiftung 2008.

[2] S. Beham, The Future of Radio in South Africa, Konrad Adenauer Stiftung 2018.

[3] https://www.bbc.co.uk/programmes/b06zvzqp – dostęp 05.05.2021 r.

[4] B. Gumowski, Subtelność brzemienia, czyli Dzieje Radia Kielce i Aktualności dnia, Polskie Radio Kielce S.A., Kielce 2016 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/byly-prezes-radia-nowy-swiat-rezygnacje-sugerowal-mi-sosnowski-jethon-przeniosla-najgorsze-wzorce-z-trojki – dostęp 05.05.2021 r.

[6] https://www.youtube.com/watch?v=zawaVfHIjYk – dostęp 05.05.2021 r.

[7] H. Szewczyk, Mobbing w jednostkach sektora finansów publicznych, „Z Problematyki Prawa Pracy i Polityki Socjalnej”, t. 1 (18), 2020, s. 108.

[8] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvn-pracownicy-skarga-zarzuty-do-discovery – dostęp 05.05.2021 r.

[9] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/krytyka-wiosennej-ramowki-polskiego-radia-radio-bez-osobowosci – dostęp 05.05.2021 r.

[10] W. Mann, Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 88.

[11] https://sdp.pl/mysliwy-zwierzyna-rozmowa-z-adamem-laszynem-o-kryzysach-wizerunkowych-mediow/ – dostęp 05.05.2021 r.

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Ewangelizacja a nie pokusa zaistnienia

Obecność duchownych w sieci, w internecie, mediach społecznościowych, czy też „ćwierkający” na Twitterze kapłani, to już dzisiaj nie jest nowość. Można nawet podkreślić, że to konieczność i jeden z bardzo ważnych sposobów dotarcia, szczególnie do młodego pokolenia, z treścią ewangeliczną i z nauczaniem Kościoła.

 

Jednak, jak podkreślił w wypowiedzi dla Katolickiej Agencji Informacyjnej rzecznik KEP ks. dr Leszek Gęsiak: „Co jakiś czas Księża Biskupi otrzymywali sygnały o wypowiedziach duchownych, które budziły pewne wątpliwości od strony ich zgodności z nauką Kościoła. Dotyczyło to nie tylko prasy, radia czy telewizji, ale także mediów społecznościowych, które dają dzisiaj praktycznie nieograniczone możliwości wyrażania swoich opinii. A nie zawsze te opinie własne pokrywają się z Magisterium Kościoła”. Dlatego Rada Stała Konferencji Episkopatu Polski powołała zespół ekspertów, który zajmie się uaktualnieniem zasad występowania duchownych w mediach tradycyjnych i społecznościowych. „Przyszedł czas, by zrewidować obowiązujące aktualnie «Normy Konferencji Episkopatu Polski dotyczące występowania osób duchownych i zakonnych oraz przekazywania nauki chrześcijańskiej w audycjach radiowych i telewizyjnych».  W przestrzeni medialnej zaszły bardzo duże zmiany dotyczące głównie mediów internetowych i platform społecznościowych, które dzisiaj mają ogromny wpływ na społeczeństwo, zwłaszcza na ludzi młodych, którzy z nich przede wszystkim korzystają” – dodał ks. Gęsiak.

 

Miłość w prawdzie

 

Sam jako kapłan i dziennikarz uważałem i nadal tak uważam, że Kościół powinien być wszędzie tam, gdzie jest człowiek. W naszych czasach dotyczy to również obecności Kościoła w przestrzeni medialnej i w sieci, zwłaszcza, że „kontynent cyfrowy” nie może być pozbawiony Ewangelii. Jednak dla kapłana obecność w sieci, w internecie, mediach społecznościowych, czy też „ćwierkającego” na Twitterze powinna być okazją do prowadzenia duszpasterstwa. Nawet jeśli kapłan wyraża swoje opinie, to zawsze będą one odczytywane jako opinie wygłaszane przez przedstawiciela Kościoła. Kapłanem jest się wszędzie i nie chodzi bynajmniej tylko o strój. Jako kapłan jest człowiekiem wolnym, ale drugi człowiek oczekuje ode niego, że jego język będzie ewangeliczny, pozbawiony oszczerstw i epitetów. Oczywiście prawda domaga się klarownego i zdecydowanego języka, ale prawda bez miłości i szacunku może być bardzo zimna. Jasno pisze o tym Benedykt XVI w encyklice „Caritas in veritate” (29 czerwca 2009 r.): „Dlatego obrona prawdy, przedstawianie jej z pokorą i przekonaniem oraz świadczenie o niej w życiu stanowią trudne i niezastąpione formy miłości. Ona bowiem «współweseli się z prawdą» (1 Kor 13, 6)” – pisze Benedykt XVI i dodaje: „Potrzeba łączenia miłości z prawdą nie tylko we wskazanym przez św. Pawła kierunku, «veritas in caritate» (Ef 4, 15), ale również w odwrotnym i komplementarnym kierunku — «caritas in veritate». Prawdy trzeba szukać, znajdować ją i wyrażać w «ekonomii» miłości, a miłość z kolei musi być pojmowana, uwierzytelniana i wprowadzana w życie w świetle prawdy. W ten sposób nie tylko przysłużymy się miłości, oświeconej przez prawdę, ale przyczynimy się do uwiarygodnienia prawdy, ukazując jej moc nadawania autentyczności i przekonywania w konkrecie życia społecznego. Nie jest to bez znaczenia dzisiaj, w kontekście społecznym i kulturowym relatywizującym prawdę, często nieliczącym się z nią i jej niechętnym” (zob. TUTAJ).

 

W ostatnim czasie w sieci, na Facebooku, YouTubie pojawiły się wypowiedzi duchownych, które były sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Niewłaściwe, moim zdaniem, było straszenie Bogiem w czasie pandemii, atakowanie wypowiedzi i działań papieża Franciszka, pojawiły się wypowiedzi wręcz apokaliptyczne straszące „czasami ostatecznymi” lub „końcem świata”, a tymczasem Apokalipsa chociaż ma obrazy końca świata, to jednak jest księgą nadziei i ostatnie zdanie tej księgi brzmi: „Łaska Pana Jezusa ze wszystkimi!” (Ap 22, 21). Oczywiście duchowni ci zostali upomniani przez własnych biskupów diecezjalnych, a nawet otrzymali zakaz wypowiadania się w mediach i publikowania swoich wypowiedzi na portalach społecznościowych. Informacje na ten temat publikowała m.in. KAI.

 

Ewangelizacja a nie potrzeba zaistnienia

 

Osoby duchowne są przede wszystkim posłane przez Kościół do dzieł apostolskich i ewangelizacyjnych. Jednak powinny bronić się przed pokusą potrzeby zaistnienia. W ewangelizacji nie chodzi przecież o liczbę polubień (lajków) na Facebooku czy YouTubie. Jako kapłani publikujący w sieci muszą zadbać o to, aby ludzie poznali prawdę, ale przede wszystkim, by doszli do osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem i pogłębili swoją wiarę. Benedykt XVI (nazywany teologiem komunikacji cyfrowej) w swoim Orędziu na 44. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu napisał: „Rozpowszechniona multimedialność i bogactwo «opcji menu» tejże komunikacji mogą jednak stwarzać ryzyko, że wykorzystanie jej będzie podyktowane samą potrzebą zaistnienia i błędnym postrzeganiem Sieci wyłącznie jako terytorium, które trzeba zająć. Od księży natomiast wymaga się, by potrafili być obecni w świecie cyfrowym w sposób zawsze wierny przesłaniu ewangelicznemu, by odgrywali właściwą sobie rolę animatorów wspólnot, które w dzisiejszych czasach coraz częściej wyrażają się poprzez różnorodne «głosy», pochodzące ze świata cyfrowego, i by głosili Ewangelię, wykorzystując oprócz tradycyjnych również audiowizualne środki nowej generacji (zdjęcia, wideo, animacje, blogi, strony internetowe), które stwarzają nieznane dotąd okazje do dialogu i są przydatne także w ewangelizacji i katechezie” (zob. TUTAJ).

 

Moim zdaniem, decyzja Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski idzie w dobrym kierunku. Nie narusza on w żaden sposób wolności wypowiedzi duchownych. Jest przypomnieniem ważnej prawdy, że każdy kapłan jest kapłanem zawsze i w każdych okolicznościach. Osobiście nie wyobrażam sobie, aby profil kapłana na Facebooku czy też na YouTubie lub na Twitterze był miejscem, które zawiera język tabloidu, sensacji czy też jakiejś nienawiści. Dlatego nowy dokument KEP nt. wypowiedzi i obecności osób duchownych w środkach społecznego przekazu jest potrzebny. Otóż w mediach społecznościowych mamy zalew, a nawet „potop” profili, wpisów o czymkolwiek, byle zaistnieć. Jednak jako czytelnik tych mediów nie szukam czegokolwiek, ale wartościowych treści. I takich właśnie szukam na profilach osób duchownych. Mam prawo oczekiwać, że to, co zamieszcza osoba duchowna, duszpasterz ma właściwy poziom, nie nosi znamion plotkarstwa, pomówień, ale jest przeniknięte autentyczną troską o dobre i budujące słowo, a przede wszystkim troską o dobro duchowe czytelnika.

 

Potrzebny nowy dokument

 

Zawsze konieczne jest przypomnienie, że każdy duszpasterz, chcący być obecnym w przestrzeni mediów społecznościowych, powinien pamiętać, iż media te mają funkcje: informacyjną, edukacyjną, promocyjną, ewangelizacyjną, formacyjną i wspólnototwórczą. Już w dokumencie uchwalonym podczas 328. zebrania plenarnego, które odbyło się w Licheniu w dniach 11-12 czerwca 2004 r., biskupi polscy przyjęli zasady regulujące duszpasterską troskę Kościoła w Polsce o uporządkowany przekaz ewangelicznego orędzia przez radio i telewizję. Wówczas biskupi przypomnieli m.in., że „duchowni i członkowie instytutów zakonnych wypowiadający się w mediach winni cechować się wiernością nauce Ewangelii, rzetelną wiedzą, roztropnością i odpowiedzialnością za wypowiedziane słowo, troską o umiłowanie prawdy i owocny przekaz ewangelicznego orędzia. Jeśli nie są w danej dziedzinie wystarczająco kompetentni, powinni zrezygnować z występowania w mediach, zwłaszcza w kwestiach trudnych i kontrowersyjnych”. Dokument ten znajduje się TUTAJ.

 

Wypracowanie nowego dokumentu jest również realizacją zapisów Kodeksu Prawa Kanonicznego, ponieważ duchowni głoszący Słowo Boże za pośrednictwem mediów powinni kierować się normami Kodeksu Prawa Kanonicznego (kan. 762-772), zarówno w odniesieniu do władzy przepowiadania, jak i przekazywanych treści. Warto też wskazać w tym względzie na Instrukcję Kongregacji Nauki Wiary o pewnych aspektach używania społecznych środków przekazu dla szerzenia nauki o wierze z 30 marca 1992 r. Instrukcja ta przypomina: „Ordynariusz miejsca niech uważnie rozważy, czy jest odpowiednie czy nie, i pod jakimi warunkami, udzielenie pozwolenia kapłanom lub zakonnikom na pisanie w gazetach, książkach lub przeglądach okresowych, które mają zwyczaj otwarcie atakować religię katolicką lub dobre obyczaje (por. Kan. 831, § 1)”. Ponadto: „Pasterze, w zakresie ich obowiązku czuwania i strzeżenia w sposób nienaruszony depozytu wiary (por. Kan. 386 i 747, § 1), oraz odpowiadania na prawo, które mają wierni, by być prowadzeni drogą zdrowej nauki (por. Kan. 213 i 217), mają prawo i obowiązek: „czuwania, by nie wyrządzano szkody wierze i obyczajom wiernych przez pisma i wykorzystanie środków społecznego przekazu” (Kan. 823, § 1)”. Dokument Kongregacji Nauki Wiary podkreśla, że „normy kanoniczne stanowią gwarancję dla wolności wszystkich, tak poszczególnych wiernych, którzy mają prawo do otrzymywania czystego i integralnego orędzia Ewangelii, jak pełniących zadania duszpasterskie, teologów i wszystkich publicystów katolickich, którzy mają prawo do przekazywania swoich myśli, zachowując integralność wiary i moralności oraz szacunek dla Pasterzy. Tak więc prawa, które kierują informacją, gwarantują i promują prawo wszystkich korzystających ze środków społecznego przekazu do wiarygodnej informacji, a publicystom w ogólności do przekazywania ich myśli, w granicach deontologii zawodowej, dotyczącej także sposobu podejmowania zagadnień religijnych” (zob. TUTAJ).

 

Zapewne pojawią się pytania: czy potrzebne są takie regulacje? Może nawet niektórzy zapytają o wolność wypowiedzi duchownych. Myślę, że zawsze jest konieczne i potrzebne zebranie w jednym dokumencie norm, zasad dotyczących komunikacji społecznej w misji Kościoła. Może nawet przydałoby się wypracować kompendium na temat komunikacji społecznej w misji Kościoła, podobne do tego, który wypracowała Konferencja Episkopatu Włoch w 2004 r. Dokument zatytułowany „Komunikacja i misja” całościowo pokazuje obecność i znaczenie mediów w Kościele i duszpasterstwie. Zbiera w jedno miejsce wszystkie normy i zasady funkcjonowania duchownych w środkach społecznego przekazu.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Pożegnaliśmy Stefana Bratkowskiego, honorowego prezesa SDP

Rodzina, przyjaciele, środowisko dziennikarskie, przedstawiciele władz Warszawy towarzyszyli we wtorek 11 maja, w ostatniej drodze Stefana Bratkowskiego, dziennikarza, pisarza, publicysty, honorowego prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.   

 

Odprowadzenie prochów alejkami warszawskich Powązek, do rodzinnego grobu odbyło się w gorące majowe popołudnie. Pogrzeb miał uroczystą asystę stołecznej straży miejskiej, przy grobie trębacz odegrał hejnał Warszawy.

 

W odczytanym liście prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski przypomniał, że Stefan Bratkowski  „w wolnej Polsce był jednym z najważniejszych dziennikarskich autorytetów. Był ikoną dziennikarstwa i drogowskazem moralnym”.

 

„Skąd przychodzimy? Z czym do nieśmiertelności? Kim chcą być Polacy? – to niektóre z pytań, na które szukał odpowiedzi. Niektóre pozostawił nam jako zadania” – napisał prezydent stolicy.

 

Redaktor naczelny tygodnika „Polityka” Jerzy Baczyński, wspominając Bratkowskiego, powiedział, że był on dla niego idolem, mentorem, nauczycielem.

 

– Mówił, że dziennikarstwo to nie jest zawód taki jak każdy inny, to misja publiczna, służba społeczna – podkreślił naczelny „Polityki”.

 

Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, w swoim wystąpieniu zauważył, że honorowy prezes SDP, stał się ważnym symbolem walki o wolność słowa i pluralizm mediów.

 

Ostatnie lata pracy Bratkowskiego w portalu „Studio Opinii” wspominał Bogdan Miś. Publicysta Ernest Skalski natomiast w swoim przemówieniu nawiązał do okresu, gdy Stefan Bratkowski był prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  – Apogeum jego działalności to chyba była właśnie prezesura SDP w latach 1980 –  81, a później w podziemiu, w okresie stanu wojennego – powiedział.

 

Stefan Bratkowski zmarł 18 kwietnia, po długiej chorobie, miał 86 lat.

 

Wspomnienia o Stefanie Bratkowskim TUTAJ.

 

Laudacja Ignacego Rutkiewicza wygłoszoną podczas uroczystości wręczenia Stefanowi Bratkowskiego wyróżnienia Laur SDP 2004 TUTAJ.

 

jka

 

 

 

 

Fatalna tendencja  – ŁUKASZ WARZECHA o zatrudnianiu w mediach osób niekompetentnych

Decyzje osób, niemających oparcia we własnej wiedzy czy doświadczeniu, muszą się odbijać na jakości tworzonych przez nie mediów.

 

Media bliskie władzy mają problem: coraz więcej podmiotów do obsadzenia, a ludzi o odpowiednich umiejętnościach coraz mniej. Nie tylko dlatego, że w ogóle jest ich niewielu, ale też dlatego, że część z tych, którzy takie umiejętności mieli, została już przemielona przez system i się nie sprawdziła, a ci, których można by jeszcze wykorzystać, nie wszyscy zostali poddani należytemu recyklingowi, żeby objąć kolejną „odpowiedzialną” posadę. Obserwuję takie historie nieustannie: oto pan X był dyrektorem państwowej stacji, następnie został ze stanowiska wyrzucony za połączone ze sobą nieudolność oraz niedostatecznie mocne poddanie się odpowiedniej narracji i zniknął mi z horyzontu; oto nagle odnajduje się jako szef państwowej agencji informacyjnej, o czym bym zapewne nie wiedział, gdyby właśnie nie zwolnił z pracy korespondenta z kilkudziesięcioletnim stażem.

 

Pan X przeszedł recykling i mógł zostać obsadzony ponownie, ale wielu jeszcze nie przeszło. Największy zaś kłopot jest w tych miejscach, skąd się kadry bierze i gdzie te kadry, przynajmniej teoretycznie, powinny dojrzewać przez dobrych kilka lat, aby nabyć choćby jakich takich umiejętności. Ludzie wyciągani w różne miejsca, gdzie jest paląca potrzeba, zostawiają puste posady, które ktoś przecież musi objąć. Z takim problemem zmaga się TV Republika. To tam niedawno dyrektorem programowym został Witold Newelicz. W jego sprawie są dwa wątki, które w dużej mierze niesłusznie zostały wymieszane, przede wszystkim zresztą przez drugą stronę politycznego i medialnego sporu.

 

Na Twitterze miała miejsce taka oto wymiana uprzejmości. Roman Imielski, zastępca naczelnego „Gazety Wyborczej” napisał: „Telewizja Republika ma nowego dyrektora programowego. Produkował twarde narkotyki, napadł na policjanta, kilka lat siedział w więzieniu. Doświadczenie medialne? Redakcja gazetki w zakładzie karnym”. Na co odpowiedział mu Wiktor Świetlik, były dyrektor Trójki o najdłuższym stażu w czasie rządów PiS, dziś felietonista Interii: „Facet lata temu był uzależniony. Odsiedział swoje i wyszedł z nałogu. Ma piękną kartę opozycyjną. Tak wygląda całe to gazetowyborcze pieprzenie o resocjalizacjach, drugiej szansie i wszystkim innym, w praktyce…”. Imielski wymieszał dwie kwestie, a Świetlik odpowiedział obok istoty problemu.

 

Sprawa burzliwego życiorysu Newelicza jest z prawnego punktu widzenia jasna: popełnił kilka przestępstw, został skazany, siedział, wyszedł, nie miał nowych konfliktów z prawem, z prawnego punktu widzenia jest niekarany, jako że skazanie się zatarło zgodnie z art. 107 kodeksu karnego. Oczywiście zatarcie skazania nie sprawia, że z życiorysu znika kilka lat życia i popełnione czyny.

 

Tymczasem obrońcy tej nominacji podkreślają właśnie aspekt powrotu na drogę praworządności i „dawaniem szansy” tłumaczą nominację na dyrektora programowego. Neweliczowi należy się szacunek za wykonaną nad sobą pracę, ale to nie ma żadnego związku z jego nowym stanowiskiem. Wywody obrońców, wśród których Świetlik jest jeszcze bardzo umiarkowany, zadziwiają. Mówiąc o dawaniu szansy, przypominają oni na przykład, że w TV Republice pracował niepijący alkoholik Rafał Porzeziński. Tyle że Porzeziński – który zresztą w swoich programach dawał wspaniałe świadectwo trzeźwości i najpewniej uratował tym iluś ludzi od stoczenia się w przepaść – jest zawodowym dziennikarzem z pokaźnym doświadczeniem. I był nim, zanim ową „szansę” dostał. Jego zasobem nie jest zwycięska walka z nałogiem, ale fachowa wiedza i umiejętności.

 

Inna karkołomna próba obrony to twierdzenie, że Newelicz popadł w konflikt z prawem, bo był ofiarą reform Balcerowicza. Tak powiadał Marcin Mamoń, kolega z działalności opozycyjnej. Miłosiernie nie skomentuję tej linii argumentacji.

 

A przecież problem z nominacją Newelicza w ogromnej części nie dotyczy tego, czy siedział i za co. Owszem, można by sobie zadawać pytanie, czy na pewno dyrektorem programowym powinien być ktoś, kto złamał prawo jednak nie w drobnej kwestii, lecz nie powinno to mieć znaczenia po zatarciu skazania, gdybyśmy mówili o osobie takiej jak Porzeziński, czyli z doświadczeniem i fachową wiedzą. Newelicz ich po prostu nie ma, a wypowiedzi osób takich jak Piotr Lisiewicz nie pozostawiają wątpliwości, że zatrudnienie go na ważnym stanowisku jest skutkiem towarzyskich koneksji, a nie kompetencji. Witek to kumpel z opozycji, lojalny politycznie, więc niech ma.

 

Oczywiście TV Republika to stacja prywatna i jeśli jej właściciele sobie życzą oraz są gotowi żyć z konsekwencjami takiego wyboru, mogą zatrudnić na stanowisku redaktora naczelnego nawet speleologa albo rzeźnika, których jedyny dotychczasowy kontakt z mediami polegał na włączeniu telewizora na serwis informacyjny. Nie znaczy to jednak, że nie ma ogólnego problemu kompetencji w mediach, również prywatnych. Z mojego doświadczenia i wiedzy wynika, że taki problem objawiał się często w wielkich strukturach, gdzie ludzie odpowiadający za biznes uznawali się za kompetentnych również w sferze tego, jak powinna funkcjonować ta czy inna redakcja. Stąd zresztą częściowo wzięły się drastyczne redukcje, jakie zaczęto w różnych miejscach wprowadzać trochę ponad dekadę temu, skutkujące ostrym spadkiem jakości.

 

Lecz ci, którzy na ważnych dla mediów miejscach, już w samych redakcjach, instalują osoby po linii towarzyskiej czy lojalnościowej (tak jak niedawna nominacja nowego prezesa Radia Łódź), są współodpowiedzialni za dalszą degradację mediów jako całości, co dotyka nas wszystkich – dziennikarzy. W tym sensie te nominacje, także w prywatnych mediach, nie są jednak sprawą całkowicie prywatną ich właścicieli. Decyzje takich osób, siłą rzeczy niemających oparcia we własnej wiedzy czy doświadczeniu, muszą się odbijać na jakości tworzonych przez nie mediów. A to z kolei wpływa na ich ogólną wiarygodność i przyczynia się do postrzegania zawodu dziennikarskiego jako po prostu przedłużenia polityki. To absolutnie fatalna tendencja.

 

Łukasz Warzecha

 

Produkty gazetopodobne – rozmowa z MARKIEM FORMELĄ, redaktorem naczelnym „Gazety Gdańskiej”

Błędny jest pogląd, że Niemcy ubezpieczali swoją działalnością wydawniczą demokrację i wolność polskich mediów, bo oni działalnością spółki Polska Press ubezpieczali swój własny dobrobyt. Sprzedali gazety w momencie, kiedy je wyeksploatowali – mówi Marek Formela, redaktor naczelny „Gazety Gdańskiej”, w rozmowie z Marią Giedz.

 

Czy w Polsce mamy wolne media, czy są one zniewolone?

 

To fundamentalne pytanie. Mistyfikujemy debatę o wolności mediów. Wolność jest pojęciem na rynku mediów całkowicie względnym. Demokracja wtedy jest pełna, kiedy występuje różnorodność wyborów programów politycznych. Taka demokracja ubezpiecza różnorodność mediów. Ubezpiecza też wolność dziennikarzy tych mediów, bo można dokonywać wyborów według własnych preferencji. Żaden pogląd i żadne przekonanie w demokracji nie mają pierwszeństwa przed innym. Jeżeli jest równy dostęp do mediów, to znaczy, że symboliczny warunek wolności mediów jest spełniony. Ta wolność jest wyrażona przez ich różnorodność, a nie reglamentowanie dostępu do rynku. W tym zakresie rynek mediów w Polsce jest wolny. Wolność w wymiarze ekonomicznym jest rzeczywiście reglamentowana, subsydiowana, wspierana lub wręcz przeciwnie – ograniczana. Na rynku prasy regionalnej to są chyba zjawiska silniejsze niż na rynku prasy ogólnopolskiej.

 

Reporterzy Bez Granic w ubiegłym roku przyznali Polsce 62. miejsce, na 180, jeśli chodzi o wolność mediów, a w tym 64. To znaczy, że media w Polsce są niedemokratyczne, nie są wolne?

 

Dostęp do rynku mediów nie jest w Polsce reglamentowany, więc patrząc z tego punktu widzenia ocena jest niemiarodajna dla sytuacji w Polsce. Każdy z nas jest uzależniony od mediów, które wybiera swoimi poglądami, przekonaniami, CV, wrażliwością, kulturą, z jaką wszedł na ten rynek. To są ograniczenia, które są naturalne. Nie ma czegoś takiego jak absolutna wolność, absolutna prawda. Czasami przegrywamy procesy, jak Piotrek Kubiak (dziennikarz Radia Gdańsk) przeciwko Karnowskiemu (chodzi o prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego – przyp. aut.), bo sąd uznał, że Kubiak i Lisicki (Paweł Lisicki, red. naczelny Tygodnika „Do Rzeczy” – przyp. aut.) nie udowodnili prawdziwości faktu. Czyli użył określenia fakt, który oznacza stwierdzenie czegoś, co miało miejsce. Natomiast uznał, że dziennikarze nie udowodnili prawdziwości faktu, bo nie byli Instytutem Sehna (Instytut Ekspertyz Sądowych im. Prof. dr Jana Sehna w Krakowie – przyp. aut.) i nie prowadzili przez cztery lata badań nad jakością nagrania (chodzi o zapis magnetofonowy, inaczej taśmy). Czy ono było delikatnie zmanipulowane, czy nie było? Za to przedstawili fakt w postaci zapisu z nagrania.

 

Nie sądzę, żeby Reporterzy bez Granic byli w stanie tak do końca zgłębić sytuację na polskim rynku mediów, który się skartelizował. Został zamknięty w takim uścisku kapitałowym na skutek podziału tego rynku przez Polskapresse – tak to się wówczas nazywało. Była to Prasa Bałtycka, Prasa Gdańska, Prasa Wybrzeża. Już mało kto pamięta, że istniały trzy spółki. W jednej spółce pojawili się Francuzi, potem Niemcy. Pojawili się też Norwegowie. No właśnie nikt tego też nie zauważył – był też koncern przemysłowy, chemiczny, budowlany, który kupił na początku bodaj sześć gazet i kupował je za stare maszyny, które wprowadzał aportem. To te maszyny stworzyły przesłanki kapitału norweskiego w Polsce. Potem zostały sprzedane rzekomo Montgomery’emu (chodzi o Montgomery Media Group – przyp. aut.), a potem sprzedano to do Polska Press. W ten sposób historia w sensie strukturalnym się zamknęła. A po wydarzeniach związanych z „wakacjami z Ałganowem” Polska Press stała się firmą bardziej komercyjną. Bardziej zorientowaną na przeżycie i zapewnienie dostatku właścicielowi oraz zorientowaną na bycie istotnym elementem lokalnej demokracji.

 

Uporządkujmy to i nie zagłębiajmy się w szczegóły. Przez lata funkcjonowania Polska Press znajdującej się w rękach niemieckich wszystko było wspaniale. Opinia publiczna uważała, że mamy świetne gazety, że robią się coraz ładniejsze, bo są kolorowe zdjęcia, dużo jest tych zdjęć, a to, że było coraz mniej tekstu, to nikomu nie przeszkadzało.

 

Jakość zdjęć się bardzo poprawiła.

 

I nagle zmienia się sytuacja. Daniel Obajtek, szef PKN Orlen, kupuje, o przepraszam, nie kupuje, tylko – jak twierdzi opozycja – przejmuje wszystkie gazety, łącznie z portalami internetowymi, czyli cały pakiet Polska Press. To spowodowało, że nastąpił wysyp demonstracji, protestów, krzyczano, że media w Polsce zostały zniewolone…

 

A „Media bez wyboru”?

 

Te protesty się zdublowały. Ten jednodniowy protest przeciw zapowiadanemu przez rząd projektowi wprowadzenia podatku od reklam i ten drugi, głoszący tezę o braku wolności słowa, oraz że nie mamy wolności prasy. Dopóki byli Niemcy, to wszystko było wspaniałe, były wolne media. Natomiast kiedy pojawił się Obajtek i Orlen, to koniec z wolnością. Będziemy mieli teraz wszystko PiS-owskie, media będą zmonopolizowane, w związku z tym trzeba demonstrować. Do pomocy demonstrującym w Polsce włączyli się dziennikarze niemieccy. W państwach zachodnich powstała opinia, że w Polsce media są zniewolone. Jak na to spojrzeć? Gdzie jest prawda? Opozycji, demonstrantów, zachodnich dziennikarzy, Reporterów Bez Granic nie obchodzi to, że my. dziennikarze, którzy pracowaliśmy w Polska Press, za rzetelność, uczciwość, dobrą jakość byliśmy przez kierownictwo tego niemieckiego koncernu brutalnie wyrzucani. Oni mówią, że wówczas było dobrze, a teraz będzie źle. I na to nałożył się ten nieszczęsny podatek od reklam. Zaczęły się krzyki – reklama blokuje wolność mediów. Co ma reklama do wolności słowa?

 

Gdybym był marksistą, a nim nie jestem, chociaż mam lewicowe poglądy, to powiedziałbym: tyle wolności, ile odpowiedzialności. Wolność jest funkcją tego, co jest możliwe, realne i dopuszczalne. Liberał powiedziałby, że wolność jest funkcją własności. I jest tak trochę na rynku mediów, że ta wolność jest reglamentowana dostępem do pieniędzy. Na rynku mediów mamy do czynienia z nowymi elementami – przeobrażeniami strukturalnymi i technologicznymi. To spowodowało, że nastąpiła redystrybucja środków na reklamę. Jest inny rodzaj redystrybucji pieniądza i inni są beneficjenci pieniędzy reklamowych. Inaczej plasowane są kampanie reklamowe, co powoduje, że media tradycyjne, klasyczne znajdują się w dużo gorszej sytuacji niż były kiedykolwiek. Nawet powiedziałbym, że znajdują się w punkcie zwrotnym.

 

To nie jest przypadek, że prof. Janusz Adamowski, dziekan Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, odnosząc się do tej transakcji (Orlenu z Verlagsgruppe Passau – przyp. aut.) stwierdził, że takie szacowne tytuły, jak „Gazeta Krakowska” w Krakowie czy „Dziennik Bałtycki” w Gdańsku, przestały być gazetami, a stały się tworami gazetopodobnymi. Na to nakładają się dwie tendencje. Jedna, ta gospodarcza, czyli zanik funkcji opiniotwórczych tych gazet papierowych, a druga to też wieloletni proces, bardzo skutecznie prowadzony przez Niemców, czyli unifikacja treści, homogenizacja tej treści; osłabianie regionalnych tożsamości, a też eliminowanie dobrego dziennikarstwa na rzecz dziennikarstwa płaskiego, jednowymiarowego, kronikarskiego, informacyjnego w takim bardzo bezpiecznym zakresie tej działalności informacyjnej.

 

Krzysztof Krupa, który przez lata był wiodącą figurą w Polska Press, opowiadał mi kiedyś, jakie to nowoczesne metody zatrudniania wprowadza, a my w „Głosie” (Marek Formela był wówczas redaktorem naczelnym „Głosu Wybrzeża” – przyp. aut.) jesteśmy spóźnieni. Powiedziałem mu wówczas prosto w oczy: „Teraz to już się nie zatrudnia na umowę o pracę, tylko sami przedsiębiorcy tworzą „Dziennik Bałtycki”. A tych dobrych dziennikarzy się wypycha, pozbawia godności zawodowej. To już nie da się zrobić dobrej gazety, opiniotwórczej, jeżeli dziennikarz nie jest ubezpieczony umową o pracę z pracodawcą. Od tego momentu zaczyna się degradacja zawodu dziennikarskiego”.

 

Jest to, niestety, smutne dziedzictwo rządów Polska Press w Polsce. To była może dla rodziny Diekmannów przyjemna konstatacja na koniec roku, bo się zgadzały wyniki, ale dla procesu destrukcji tych gazet na rynku opinii, w tym sensie dla siły i wielobarwności polskiej demokracji, było to zabójcze. Niemcy sprzedali te gazety w momencie, kiedy je wyeksploatowali. Ze szkodą dla różnych procesów demokratycznych, bo przecież „Dziennik”, jeśli spojrzymy z naszej perspektywy, od pewnego momentu przestał stanowić element krytycznej, niezależnej opinii. Stał się elementem, nie chcę powiedzieć – oligarchii czy układu, ale stał się fragmentem pewnej architektury, koneksji, wpływów, zależności, cyrkulacji pieniądza, który kazał wybrać tę formę przed odwagą dziennikarską. I to w długim horyzoncie czasu źle się kończy. Gazeta utraciła swoje kontury, a miała piękną historię i wiele ciekawych momentów w swojej karierze. Jak się przegląda stare wydania „Dziennika Bałtyckiego” za czasów Jakubowskiego (Jan Jakubowski, redaktor naczelny w latach 1991-1996 – przyp. aut.), to przyjemnie zerknąć do tej gazety. Nawet kiedyś występowałem w jakiejś debacie i powiedziałem, że czas, kiedy się tak różniliśmy i spieraliśmy – „Głos” z „Dziennikiem” – to był najlepszy okres dla demokracji. To były dwa duże pisma. Myśmy byli trochę biedniejsi, ale potencjał intelektualny zespołu był dobry i spieraliśmy się na zupełnie innym poziomie. To wszystko padło. Gdyby Reporterzy bez Granic ocenili wkład Polska Press w anihilację polskiego rynku prasowego, to jest on niepodważalny. Dzisiaj „Dziennik” to gazeta, która kosztuje 3,50 zł i ma 16 stron. Ja też mogę z siedmioosobowym zespołem wydawać 16 stron w nakładzie 5-7 tysięcy i rozdać za darmo. A każdy coś znajdzie w tej gazecie.

 

Jaka jest szansa, żeby „Dziennik” odzyskał swoją świetność? Rozumiem, że jest pomysł stworzenia dużego koncernu, może na wzór Time Warner, a raczej WarnerMedia, ale mam sentyment do gazet papierowych i chodzi mi o rewitalizację przynajmniej ich części.

 

Nie znam planów Orlenu, chociaż nie wydaje mi się, żeby ten zakup był ostatnim krokiem na drodze rozwoju projektu, bo gdyby tak było, to zakup nie miałby głębszego sensu. Wartość tej grupy polega na tym, że można ją zrewitalizować i rozwijać. Czyli wzmocnić działalności, które są zaniedbane i które zostały porzucone przez wydawcę. Błędny jest pogląd, że Niemcy ubezpieczali swoją działalnością wydawniczą demokrację i wolność polskich mediów, bo oni działalnością spółki Polska Press ubezpieczali swój własny dobrobyt. Nawet w pewnym momencie zmienili nazwę z Polskapresse na Polska Press, bo się zorientowali, że Polskapresse nie za dobrze kojarzy się na polskim rynku.

 

Niesprawiedliwym jest mówienie, że PKN Orlen, kupując te gazety, zabije polską demokrację. To jest obraźliwe dla nas, Polaków. Mówię to z własnego doświadczenia, bo z opresją lokalnego establishmentu spotykam się od lat i jest ona zawsze dla mnie inspirująca. I była inspirująca również wtedy, kiedy byłem w „Głosie Wybrzeża”, pracując w różnych konfiguracjach własnościowych. Bo nieszczęściem „Głosu” było to, że władza była albo w rękach hochsztaplerów z pewnego banku, albo w rękach drobnych przedsiębiorców, którzy nie bardzo wiedzieli, po co jest ta gazeta i myśleli, że od razu będą zarabiali krocie.

 

Potem gazeta trafiła do Jędykiewicza (Jerzy Jędykiewicz, działacz partyjny, przedsiębiorca, były wojewoda gdański – przyp. aut), który moim zdaniem był właścicielem-figurantem, tak mówił o nim jego bliski przyjaciel i doradca. Według mnie, to nie on był właścicielem gazety, ale wynika to z innej mojej wiedzy. „Głos” nie miał szczęścia, ale „Głos” przynajmniej starał się kontrapunktować lokalną władzę. Zresztą lepiej się robi gazetę w opozycji do władzy, bo ona odświeża i dziennikarzy, i demokrację, i daje czytelnikom wgląd w zamknięte rewiry. Natomiast po drugiej stronie zawsze była kontrakcja. Moja żona pracowała w Urzędzie Miejskim i po wyborach, w których niefortunnie wziąłem udział (Marek Formela w 2002 r. kandydował na prezydenta Gdańska – przyp. aut.) Paweł Adamowicz, ówczesny prezydent, wyrzucił ją z pracy, podejmując decyzję zgodną z duchem demokracji. Zmienił jednoosobowo, bo już mógł, regulamin urzędu. Nie musiał tego przepuszczać przez Radę Miasta. Zlikwidował referat i tak się skończyło moje zaangażowanie w politykę samorządową, a żony stabilna praca nie związana ze światem polityki.

 

Czyli tak wyglądała demokracja w wydaniu gdańskim! I co było dalej, kiedy wydawał Pan „Gazetę Gdańską”?

 

Spierałem się z Adamowiczem frontalnie, z tym dziwnym konglomeratem działaczy partyjnych z działaczami wywodzącymi się z ruchu „Solidarności”. Był to zaskakujący mezalians towarzysza Gwizdały (Jerzy Gwizdała, członek Rady Nadzorczej Portu Gdańskiego, były rektor UG, a także wiceprezydent Gdańska – przyp. aut.) z wojskowej centrali handlowej z prezydentem Adamowiczem, Trojanowskim (Andrzej Trojanowski, b. szef biura prezydenta Gdańska ds. sportu – przyp. aut.), albo skarbnikiem Pietrzakiem (Włodzimierz Pietrzak, skarbnik miasta Gdańska – przyp. aut.)… Na tym polega gdański cud, że Adamowiczowi udało się stworzyć olbrzymi pierścień ludzi, interesariuszy jego władzy. Utrzymanie tej władzy miało znaczenie dla wszystkich tych ludzi z osobna i razem. Odnawianie tego mandatu co kilka lat sprawiało, że ten układ nabierał siły, odporności, stał się niepodatny na wybory demokratyczne.

 

Represje, które nas spotkały, to wyrzucenie gazety z Urzędu Miasta. Adamowicz nie pozwolił na dystrybucję „Gazety Gdańskiej” w urzędzie, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że robimy coś, co się przyda.

 

Wróćmy do Obajtka.

 

To nie Obajtek jest zagrożeniem dla wolności polskiej prasy. Na razie Orlen i jego zarząd nic takiego nie zrobił, co by hamowało czy też ograniczało polską prasę. Raczej patrzmy na negatywne osiągnięcia rodziny Diekmannów na rynku polskim: pozytywne są finansowe, ale negatywne – jeśli chodzi o wpływ na jakość demokracji.

 

I mentalność społeczeństwa.

 

Tak, mentalność. To było takie, użyłbym określenia Donalda Tuska, „lanie ciepłej wody z kranu”. Ewenementem jest też Szmidka (Mariusz Szmidka, redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego” – przyp. aut.), który siedem czy dziewięć lat prowadzi tę gazetę i na pierwszej stronie mówi, że prowadzi pismo niezależne, a na drugiej obejmuje się ze Strukiem (Mieczysław Struk, marszałek województwa pomorskiego – przyp. aut.). Nie okłamujmy się. Mamy takie sympatie, to pokażmy, że to są nasze sympatie, że reprezentujemy ten odłam opinii publicznej, a nie tumańmy obywateli, którym dajemy naszą gazetę i mówimy, że jesteśmy krynicą obiektywizmu – bo nie jesteśmy.

 

To okłamywanie czytelników, czy – jak Pan to nazwał – tumanienie, zaczęło się dużo wcześniej, nieprawdaż?

 

To był proces: sprawa Ałganowa (afera Ałganowa to seria artykułów, opublikowana m.in. w „DB” w sierpniu 1997 r., ukazująca kontakty Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem, co ponoć nie było prawdą – przyp. aut.), Kwaśniewskiego (teksty dotyczące braku wykształcenia wyższego Aleksandra Kwaśniewskiego – przyp. aut.). Niemcy uznali, że te konflikty z prezydentem RP uniemożliwią im zarabianie pieniędzy. Plan swój zrealizowali perfekcyjnie. Kwaśniewskiego zapraszali na jakieś seminaria. Jeździł do Pasawy, wygłaszał odczyt. Było przyjemnie. Szymczycha (Dariusz Józef Szymczycha, polityk, dziennikarz, w latach 2002-2005 sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego – przyp. aut.) opowiadał mi, jak tam latali prywatnym helikopterem.

 

Czyli zakaz prowadzenia dziennikarstwa śledczego? I jak to się skończy? Teoretycznie Polska Press nie jest już niemiecka, ale mamy kolejne kuriozalne wydarzenie – słynną debatę w Parlamencie Europejskim. I oczywiście słynne wystąpienie różowo-czerwono-włosego polityka z ustami zaklejonymi czarnym paskiem z napisem „free media”.

 

Każdy polityk pod pojęciem „wolne media” rozumie, że są to media, które mu sprzyjają. Na tym polega współczesny dialog. To jest dialog głuchych. Jest to kwadratura koła, którego żadna debata w Parlamencie Europejskim nie rozwiąże.

 

Rozmawialiśmy o reklamie. Jest coś takiego jak funkcja wolności gospodarczej. Jeżeli jest równy dostęp do pieniędzy publicznych albo do rynku zamówień publicznych, i jeżeli media z tego korzystają, to można mówić, że są stworzone elementarne warunki wolności mediów. Doskonale wiemy, że w gminach tego nie ma. Media są albo za, albo przeciw. Ale suma tych poglądów pozwala odnaleźć się ludziom w tej skomplikowanej rzeczywistości. Jeżeli nie będziemy w stanie wygenerować sumy różnych pomysłów medialnych, to wtedy rzeczywiście w Polsce nie będzie wolności mediów, ale tego stanu, póki co, w Polsce nie ma, mimo usilnych starań różnych lokalnych władz. Ja tego doświadczyłem. Czyli blokowania rozwoju inicjatyw medialnych, które są krytyczne lub wręcz nieprzyjazne dla panującej władzy. Jeżeli to by się wydarzyło skutecznie, to wtedy rzeczywiście nie byłoby wolności mediów.

 

A media w Polsce są bardziej czy mniej wolne niż niemieckie, które w rankingu Reporterów bez Granic plasują się na jedenastej pozycji?

 

Media w Polsce nie są mniej wolne od mediów w Niemczech, w których też – przypominam wydarzenia z Kolonii – były bardzo silne naciski na mistyfikowanie przekazu z nocy sylwestrowej. Czyli uciekanie od wskazania odpowiedzialnych, niepogłębianie konfliktu na tle religijnym, narodowościowym,  na tle inwazji imigrantów, czyli eksponowania błędów kanclerz Angeli Merkel. Każda demokracja ma swoje cienie i im więcej tytułów, tym cieni jest mniej.

 

Ostatnio polemizowałem z kolegami z SLD, bo są zachwyceni atakami na Orlen i Obajtka. Nie oceniam tego ataku od strony faktograficznej, bo za daleko jestem od tych wydarzeń. Ale „Gazeta Wyborcza” walczy o przetrwanie, bo zagrożone są jej interesy. A są zagrożone, ponieważ buduje się wielki koncern, gigantyczną agencję Sigma Bis (agencja mediowa w spółce PKN Orlen – przyp. aut.), która jako dom mediowy już kontroluje gigantyczne budżety. Te budżety przestały być dobrobytem Agory (wydawca „Gazety Wyborczej” – przyp. aut.) i dlatego oni walczą o przetrwanie. W związku z tym nie cofną się przed niczym.

 

Z tą wolnością w mediach jest dużo lepiej w Polsce niż Reporterzy Bez Granic chcieliby to opisać. Nie zasługujemy na tak niską ocenę. Wiele zjawisk jest trudnych i niepokojących, zwłaszcza w wymiarze lokalnym. Sami sobie jesteśmy winni, bo stworzyliśmy ustrój samorządu, który właściwie jest ustrojem autorytarnym. Dopiero po korekcie ustroju, czyli wprowadzeniu kadencyjności, pojawiła się pewna szansa na uelastycznienie tego systemu, czyli wymianę elit. Nie ma już możliwości utrzymywania swojej władzy za pieniądze publiczne w nieskończoność, to jest nowy element z tej demokracji. On też będzie miał wpływ na kształt i jakość mediów, obojętnie w jakiej technologii będą się one ukazywały.

 

Rozmawiała Maria Giedz

 

Wywiad ukazał się w numerze 2/2021

„Forum Dziennikarzy”.

Cały numer do pobrania

TUTAJ.

 

 

 

Dotarliśmy do ściany – MIROSŁAW USIDUS o paywallach

Czy przyszło komuś do głowy, że biznes gazetowy był po prostu beznadziejnie prowadzony i tragicznie zarządzany od zawsze? Tylko dawniej nie było konkurencji. Era cyfrowa i internet, gdy nadeszły, po prostu sprawdziły zdolność konkurowania starych mediów, ze skutkiem przerażająco negatywnym. Paywalle tego nie zmienią ani próby naśladowania Spotify i Netflixa.

 

Myśl ta olśniła mnie, gdy analizowałem dla nieco innych potrzeb bilans mojej starej „Rzeczpospolitej” pomiędzy 1996 rokiem, gdy została sprzedana norweskiej Orkli, a 2011, gdy spółkę kupił Grzegorz Hajdarowicz. Cena zapłacona za „niepaństwową” część Presspubliki wyniosła w 1996 – 235 mln franków francuskich, czyli wtedy ok. 120 mln złotych, co w 2011 roku, po uwzględnieniu inflacji, z grubsza warte było ponad 200 milionów. Gremi Grzegorza Hajdarowicza zapłaciło za ten segment spółki, według dostępnych w mediach informacji ok. 80 mln. Czyli wartość udziałów w firmie spadła w tym okresie od dwóch do trzech razy. Czy trzeba dobitniejszego dowodu na to, jak nieudolnie zarządzane były spółki prasowe? A przecież „Rzeczpospolita” to zapewne tylko jeden w wielu przykładów.

 

Z tego m. in. powodu tj. z powodu udowodnionej i rażącej nieudolności menedżerów firm wydających gazety, moja wiara w wizje paywalli, na których prasa ma się odkuć, jest bliska zeru. Już bardziej wierzę, że z pomocą swoich lobbystycznych wpływów u prawodawców, prasa zmusi Facebooki, Google i innych gigantów Big Tech do „becalowania” za linki. Z tym, że internetowe firmy z pewnością nie wyrównają prasie strat, jakie poniosła na spadkach sprzedaży i odejściu reklam. Jeśli opłaty przekroczą akceptowalny dla nich poziom, wymyślą sposoby, by nie płacić. Kierownicy firm medialnych w swoim tempie, czyli po wielu latach, zorientują się, że to nie działa. Podejmą wtedy kolejny lobbying, o ile jeszcze będzie na rzecz czego lobbować.

 

W tempie prasowym, czyli nie nadzwyczajnie żwawym, zaczyna też w starych mediach krążyć pomysł powielenia na potrzeby prasy modelu biznesowego platform strumieniowego audio, czyli Spotify, a także strumieniowego wideo, np. Netflixa. Aplikacje i rozwiązania tego rodzaju dla treści pochodzących z mediów zostały przygotowane przez zwinne startupy lata temu. Pisałem o tych pomysłach na portalu SDP już dość dawno temu. Z refleksem typowym dla branży prasowej zaczynają się tym interesować kierownictwa wydawnictw.

 

Do modeli subskrypcyjnych podobnych do Spotify i Netflix wrócę. Chciałbym chwilę najpierw poświęcić paywallom, „ścianom płaczu”, tj. „płacenia”.

 

Walka o kontrolę

 

W złotych czasach prasy, firmy medialne kontrolowały zarówno treść, jak i kanały dystrybucji. Ten model obowiązywał przez dekady, choć różnił się w wielu szczegółach w krajach demokratycznych i wolnorynkowych i w krajach komunistycznych, w media teoretycznie tez kontrolowały, ale same były pod ścisłą polityczną kontrolą. W nowych czasach najważniejsze, czyli internetowe, kanały dystrybucji oddaliły się od dawnych mediów. Nie tylko nie są kontrolowane, ale wręcz należą do podmiotów takich jak Google i Facebook, które agresywnie konkurują (i wygrywają) ze starymi mediami walkę o przychody z reklam.

 

Od biedy kontrolują jeszcze stronę „kontentową”, czyli wartościowe treści, ale widać oznaki schyłku i tej reszty siły mediów. Takie rozwiązania jak wprowadzane przez Google Accelerated Mobile Pages (AMP) to w dużym stopniu przesunięcie kontroli nad sferą jak przygotowywać treści  do platformy czyli do Google. Podobne rozwiązania wprowadzają Facebook i Apple. Coraz agresywniejsza cenzura polityczna Big Tech z kolei w konsekwencji prowadzi do sytuacji, że po wprowadzeniu dyktatu „jak” pisać, technopole przejdą do kontroli „co” pisać. Eliminowanie z platform treści niesłusznych politycznie idzie już zresztą pełną parą. W swoich tekstach podawałem dziesiątki przykładów takiej cenzury politycznej. Oczywiście lewicowe media zwane dla zmyłki „mainstreamowymi” nie mają z lewicową agendą Facebooka, Twittera czy Google’a wielkiego problemu. Poczekajmy jednak do czasów, gdy będą chciały o Big Tech napisać coś krytycznego lub niezgodnego z interesami potentatów. Wtedy zobaczymy, jakie znaczenie ma to, kto kontroluje treści, ich dystrybucję  i możliwość zarabiania na nich.

 

Niektórzy to rozumieją. Uważają, że systemy subskrypcyjne są drogą do odzyskania kontroli. Pisała tak np. Megan McArdle, publicystka „The Washington Post”. Jej zdaniem paywalle to sposób na odzyskanie i zapewnienie kontroli zarówno nad treścią, jak i dystrybucją. Opinia ta zdaje się obecnie w kręgach prasowych dominować. Niektórzy, jak Simon Houpt z „The Globe and Mail” dodają do rejestru potencjalnych korzyści takie aspekty jak eliminowanie przez systemy subskrypcyjne negatywnych zjawisk, które pojawiły się w mediach w epoce internetu, np. obniżania jakości dziennikarstwa i powszechnego stosowania clickbaitów, czyli podpuszczania czytelników chwytliwych tytułem i zajawką, by tylko „wkliknęli” się na stronę internetową serwisu informacyjnego.

 

Paywalle są stosowane już od wielu lat przez rozliczne znane i mniej znane tytuły. Uderza różnorodność modeli subskrypcyjnych a także dość częste modyfikowanie ich przez wydawców. Już wiele lat temu „Columbia Journalism Review” przeanalizowała 25 najczęściej odwiedzanych stron internetowych gazet codziennych w USA w poszukiwaniu jakiegoś wspólnego wzorca czy modelu biznesowego. Ostatecznie analitycy orzekli, że nie ma w mediach żadnej spójności w sposobie implementacji paywalli. Zdaje się to wskazywać, że dla wydawców jest to wciąż sfera eksperymentów, że nie wiedzą dokładnie, co zadziała i jaki model jest optymalny.

 

Zdaniem wielu medio- i internetoznawców, wydawcy powszechnie przeceniają wielkość swojej potencjalnej bazy subskrybenckiej. Pozwolę sobie posłużyć się opiniami znanego eksperta, Oma Malika z TrueVentures, który mówi to, co myśli wielu, mianowicie, że wiele gazet wcale nie ma dużej, lojalnej grupy odbiorców a taka jest potrzebna, aby model subskrypcyjny biznesowo zadziałał. „Jest bardzo niewiele treści medialnych, co do których istnieje wystarczająco szerokie przeświadczenie, że są must-read i must-have,” zauważył Malik.

 

W 2013 roku amerykański konglomerat prasowy Gannett, największa sieć lokalnych gazet w USA, wprowadził paywalle w serwisach internetowych wszystkich swoich osiemdziesięciu gazetach lokalnych. Efektem było pozyskanie zaledwie 46 tys. subskrybentów. W pierwszym rzucie, bo w kolejnych latach udało się pozyskać ich więcej. Liczby szły w setki tysięcy. Jednak Gannet notował z roku na rok spadki przychodów sprzedażowych. W 2020 poinformował o osiągnięciu miliona płacących subskrybentów, ale jednocześnie publikował kolejne raporty o spadkach dochodów ze sprzedaży. Czy tylko ja widzę w tym brak pozytywnej korelacji pomiędzy paywallami a wynikami finansowymi firmy?

 

Pozytywno-negatywne rezultaty wprowadzania paywalli

 

Opublikowane w 2019 roku w serwisie Harvard Business School wyniki badań, w których uwzględniono dane dotyczące czterech podstawowych składników przychodów tradycyjnych gazet – prenumeraty, reklamy w prasie drukowanej, prenumeraty cyfrowej i reklamy cyfrowej wykazało, że w przypadku mediów o wysokich nakładach i dużej ilości ekskluzywnych treści, paywall może zwiększyć ogólną sprzedaż, często przez zwiększenie popytu na prenumeratę prasy drukowanej. Jednocześnie z analiz, dotyczących głównych wydawnictw prasowych w Stanach Zjednoczonych wynika, iż gazety z mniej ekskluzywną treścią generalnie doświadczały strat, gdy zaczynały pobierać opłaty od czytelników za dostęp do wydań cyfrowych.

 

Nasze badania są prawdopodobnie pierwszymi w swoim rodzaju badaniami, które przyglądają się całemu obrazowi, zarówno kanałowi cyfrowemu, jak i drukowanemu, oraz dwóm źródłom przychodów firm, reklamie i subskrypcji,” pisze w publikacji pt. „The Comprehensive Effects of a Digital Paywall Sales Strategy” autor badania Doug J. Chung z harwardzkiej uczelni.

 

Zespół badaczy pod kierownictwem Chunga przeanalizował 79 firm z branży mediów drukowanych, wykorzystując dane dotyczące nakładu i cen prenumeraty z 10 lat (z oświadczeń wydawców dla Alliance for Audited Media), przychody z reklam drukowanych i cyfrowych (z Nielsena) oraz liczbę odsłon i czas spędzony na stronach internetowych (z Alexa Internet). Aby wyodrębnić wpływ implementacji cyfrowego paywalla na całkowite przychody, badacze zastosowali technikę znaną jako metoda kontroli syntetycznej. Metoda ta pozwoliła na porównanie 43 firm medialnych w próbie z 43 sztucznymi firmami kontrolnymi bez paywalli. Badacze użyli wielkości firmy jako wskaźnika reputacji, a także wykorzystali wskaźniki unikatowości i nastawienia politycznego, aby uwzględnić inne cechy firmy. Badanie nie brało pod uwagę kosztów ani żadnych zniżek czy działań marketingowych skierowanych do nowych subskrybentów.

 

Według zebranych tak danych, średni nakład tytułu drukowanego zmniejszył się z 275 594 w marcu 2008 roku do 106 525 we wrześniu 2017 roku, podczas gdy średnia cena prenumeraty drukowanych egzemplarzy wzrosła z 205 do 573 dolarów. Średnia liczba odsłon spadła z 49 198 w styczniu 2010 roku do 14 920 we wrześniu 2017 roku. Efekty paywalli różniły się znacznie w zależności od rozpatrywanego przypadku, od 24-procentowego wzrostu całkowitej sprzedaży do 12-procentowego spadku. Badanie wykazało jednak, że silna reputacja firmy i unikatowość treści były czynnikami napędzającymi prawdopodobieństwo sukcesu sprzedaży po wprowadzeniu paywalla. W przypadku większości mediów drukowanych wpływ paywalla na ogólną sprzedaż cyfrową jest negatywny, ponieważ przychody z subskrypcji cyfrowych wydań są niwelowane przez znaczny spadek przychodów z reklamy cyfrowej wynikający z mniejszej liczby odwiedzin na stronie internetowej.

 

Nawet wśród najbardziej skutecznych firm w badanej próbie mechanizmy, dzięki którym paywalle zwiększyły całkowite przychody, były różne, czyli trudno uchwycić jednoznaczne prawidłowości. Jak piszą autorzy badania, „sukces New York Timesa wynikał z dużego wzrostu przychodów z prenumeraty drukowanej i cyfrowej … w przeciwieństwie do tego przypadku, sukces lokalnego tytułu ‘Des Moines Register’ wynikał głównie ze wzrostu prenumeraty drukowanej i przychodów z reklamy drukowanej, a w mniejszym stopniu ze wzrostu przychodów z prenumeraty cyfrowej”.

 

Wnioski badaczy nie były jednoznacznie. Były to raczej zalecenia dla wydawców, aby przeprowadzać pogłębione analizy przed implementacją systemu subskrypcyjnego. „Musisz upewnić się, że masz odpowiednią reputację i unikatowe treści, zanim zdecydujesz się na postawienia paywalla, ponieważ jeśli tak nie jest, to prawdopodobnie poniesiesz porażkę,” kwituje Chung.

 

Media to nie muzyka

 

Specjaliści wyróżniają różne odmiany paywalli. Najogólniej można wyodrębnić np. tzw. „twarde paywalle”, w których czytelnik np. ściągnięty odsyłaczem w społecznościach staje przed ścianą z informacją i zachętą do subskrypcji. Uważa się, że taki model nadaje się najlepiej dla niszowych, specjalistycznych serwisów. Z dużych mediów zastosował takie rozwiązanie brytyjski „The Times” w 2010 roku. Gazeta straciła od razu ponad 90 proc. odwiedzających. Jednak niewielki odsetek użytkowników, którzy zapłacili za subskrypcję, wygenerował większe przychody cyfrowe, niż serwis internetowy przynosił wcześniej. Sześć lat później, „Times” informował, że ma 413 600 użytkowników na wszystkich platformach drukowanych i cyfrowych.

 

Inna odmiana to paywall typu metered, który pozwala odwiedzającym na obejrzenie określonej liczby artykułów (5, 10, 20, itd.) zanim pojawi się ściana. Stosuje się również model paywall freemium, w którym wprowadza się podział na treści w serwisie dostępne za darmo i „premium” czyli płatne. Są też modele uzależniające dostęp do treści „za ścianą” od wykonania jakiejś czynności, akcji, np. zasubskrybowaniu newslettera, kliknięcie w reklamę, wypełnienie ankiety itp.

 

Orędownikom paywalli marzy się przeniesienie na rynek mediów informacyjno-publicystycznych sukcesów modeli subskrypcyjnych muzycznego serwisu Spotify albo Netflixa. Skoro te platformy działają doskonale, to dlaczego miałoby być inaczej z treściami pochodzącymi z mediów? Otóż chyba przełożenie nie jest tak proste.

 

Od lat znane są, przypominające nieco model Spotify, internetowe, w tym mobilne, agregatory informacji i innych treści medialnych oferujące podzielone na marki i kategorie. Miały pomagać mediom w promocji, ale ostatnio firmy medialne częściej walczą z nimi niż na nie liczą w dziedzinie promocji i zdobywania czytelników/widzów, czego znanymi przykładami są batalie z Google News. Powstały też w końcu aplikacje takie jak np. holenderska Blendle, nazwana szumnie „iTunes dla newsów”, w której można kupować materiały w modelu pay-per-article. I ten przykład jest poniekąd odpowiedzią na wcześniej zadane pytanie. Owszem Blendle dowodzi, że Spotify dla mediów jest do pomyślenia. Co innego jednak pomyśleć i nawet zrealizować pomyślany pomysł. A co innego – powielić sukces muzycznego streamingu.

 

Intuicyjnie czujemy, że treści medialne to nie to samo, co pozwoliło odnieść sukces Spotify. Język muzyki jest uniwersalny, nawet mimo tego, że ktoś śpiewa w obcym języku. Media zazwyczaj mają charakter lokalny, wychodząc poza lokalność jedynie w szczególnych przypadkach. Jeśli nawet przełamiemy bariery językowe przez tłumaczenia, to pozostaje lokalność tematyki, której skądinąd od większości mediów na świecie się oczekuje. Informacje „globalne” to dla większości mediów jedynie nisza tematyczna. Inaczej mówiąc ludzie na całym świecie chcą, by media zajmowały się tym co jest im bliskie a to oznacza, że nie jest to bliskie większości innych ludzi na świecie. Muzyka natomiast, która powstała w jednym miejscu świata może być bliska większości innych ludzi na świecie.

 

Za co gotowi są zapłacić użytkownicy Spotify? Kto korzysta z tego serwisu ten odpowie zapewne, że za możliwość słuchania, bez przerywników reklamowych, takiej muzyki i takich wykonawców, jakiej sobie zażyczą, ile zapragną i przez dowolnie długi czas. Kolekcjonują na swoim profilu ulubione playlisty, albumy, wykonawców. Sami wybierają i układają swoje fanowskie listy. Płacą zryczałtowane miesięczne opłaty abonamentowe, zaś wykonawcy otrzymują od firmy zarządzającej serwisem honorarium za liczbę odsłuchań. To w podstawowym modelu, bo niektórzy artyści mają ze Spotify oddzielne i zapewne bardziej lukratywne kontrakty.

 

Długo zastanawiałem się nad tym – co jest tak naprawdę największą wartością dla użytkownika tego serwisu (którym zresztą jestem), za co, w rzeczywistości jest gotowy bez szemrania uiścić opłatę abonamentową? Brak reklam? Owszem to dobry argument, ale czuję, że to jakby trochę mało i że chodzi o coś więcej. Doszedłem do wniosku, że poza uniwersalnym charakterem muzyki jako formy w ogóle tajemnica na głębszym poziomie kryje się przede wszystkim w wielkim wyborze i w różnorodności.

 

Spotify to nie komercyjna rozgłośnia radiowa, która młóci hity z kombajnu 24 godziny na dobę. Można tu znaleźć niewiarygodnie niszowe nagrania we wszystkich znanych (i nieznanych) gatunkach muzycznych. Artyści grający muzykę w stylach dalekich od najnowszych mód, mają tu swoje szanse, może nie równe z tymi, za którymi stoi marketingowa machina i wielkie pieniądze wytwórni, ale większą niż w świecie starych mediów, w których pies z kulawą nogą by o nich nie wspomniał.

 

Wielu mniej popularnych artystów może na Spotify zarobić, może nie kokosy, ale godziwe wynagrodzenie za swoja pracę. Opisując parę lat temu ten fenomen „The Guardian” podawał ciekawe przykłady, np. panią Jones, brytyjską wokalistkę i autorkę w stylu soul. Nie jest wielką sławą – gra w średniej wielkości lokalach w Londynie, a jej debiutancki album nie zdołał znaleźć się na liście Top 200. Ale na Spotify jej piosenki były słuchane ponad 70 milionów razy. To oznacza przychody w wysokości setek tysięcy dolarów w skali roku. Kiedyś, przy tak niskiej sprzedaży, wytwórnia szybko by się z nią rozstała a ona sama poszłaby w zapomnienie. Dziś, nie będąc znaną gwiazdą, jednak zarabia na swojej muzyce wystarczająco dużo, aby nie musieć szukać innego zajęcia.

 

W serwisie znajdujemy wielu wykonawców, wydawałoby się, już niemodnych. Komercyjne stacje już ich nie grają od dawna. Jednak w różnorodności Spotify można ich łatwo znaleźć i przypomnieć sobie ich twórczość. Jak się okazuje, dostępność starych nagrań potrafi docenić zaskakująco wielu słuchaczy. Stare kawałki Fleetwood Mac mają regularnie kilkanaście milionów słuchaczy miesięcznie, mimo, że zespół nie robi w tej sprawie nic, od dawna nie występuje, nie nagrywa, nie jest promowany w żaden sposób. A powracające do ich muzyki grono fanów z całego świata przekłada się na dodatkowe dochody dla muzycznych emerytów rzędu setek tysięcy dolarów rocznie.

 

Jak to się ma do produktu oferowanego przez środki masowego przekazu? Nijak. Media oferują różne rodzaje treści, ale ich konsumpcją rządzi nie tyle poszukiwanie wrażeń estetycznych, wspomnień, dawnych uczuć i nastrojów, czy nawet zwykłej przyjemności, jak w przypadku muzyki, ile prosta potrzeba. W dodatku w Internecie dominuje przekonanie, że za jeden z podstawowych produktów medialnych – newsy, informacje, raportowanie wydarzeń – nie powinno się płacić i w ogóle nie ma za co płacić. Wszelkie wydarzenia są obecnie natychmiastowo relacjonowane, zarówno przez media jak inne podmioty, zwykłych ludzi czy przedstawicieli władz, polityków itp. w powszechnie dostępnej machinie, jeśli nie telewizyjno-radiowej, to internetowo-socialmediowej. Tradycyjne media rzadko mają coś nowego do dodania do informacji, które wszyscy już znają, a już na pewno nie są to rzeczy za które, zdaniem większości użytkowników sieci, warto płacić.

 

Mass media oferują oczywiście innego rodzaju wartość dodaną. To jakościowa publicystyka, rozszerzone analizy, reportaże, faktografie. Można to wszystko od biedy porównać z różnorodnością oferty Spotify, jednak zasięgi i potencjały monetyzacji są tu znacznie mniejsze niż w serwisie muzycznym. Wynika to z opisanej wcześniej uniwersalności języka i przekazu muzycznego. Ekonomia skali oferowana przez Spotify przy okazji daje szansę wielu niszowcom, bo ich trudniejsza, ambitna muzyka, przekracza granice, ma potencjalnie globalny zasięg. W dziennikarstwie to może działać w ten sposób tylko w niektórych, stosunkowo rzadkich przypadkach, w których, nawet jeśli używamy popularnego języka jak angielski, i tak nie ma mowy o uniwersalizmie podobnym do muzyki.

 

Poza tym, aby postulat wyboru i różnorodności był spełniony, potencjalny Spotify dla dziennikarstwa nie może ograniczać się do treści pochodzących od znanych i dużych marek medialnych. A wejście na rynek wolnej konkurencji z „dziennikarzami obywatelskimi” czy blogerami, stare media już przerabiały. Nie będę chyba daleki od prawdy, gdy napiszę, że media nie po to angażują się w modele subskrypcyjne, by konkurować w nich z tym wszystkim, z czym od dawna muszą konkurować w otwartym internecie.

 

Medialna „Gra o Tron”

 

Podobną różnorodnością musiałby się cechować potencjalny serwis medialny budowany według modelu Netflixa, w którym w ogóle nie ma oglądania za darmo ale z reklamami. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś chciał korzystać z takiej subskrypcji, w którym wybór ogranicza się do różnych kanałów medialnych jednej firmy. W serwisach streamingowych wideo lokomotywami napędzającymi subskrypcje są drogie, bardzo popularne produkcje własne. Co media mogłyby zaproponować jako podobne lokomotywy naganiające miliony użytkowników? Jakoś nic mądrego nie przychodzi mi do głowy.

 

W dodatku jak się okazuje duże marki medialne, które na swoich paywallach zarabiają, np. „New York Times” niekoniecznie są zainteresowane takimi pomysłami jak Spotify czy Netflix z treściami medialnymi. Dla nich, o czym pisałem wcześniej, wejście na dużą platformę ze zryczałtowanym abonamentem „za wszystko” zniszczyłoby ich dorobek. Boją się kanibalizacji swojej grupy klientów przez nowy model, w którym siła marki przyciągająca płacących za abonament, rozmywałaby się. Inaczej mówiąc, newsy „New York Times” w „Spotify dla mediów” musiałby konkurować z informacjami na ten sam temat pochodzącymi z dziesiątków innych tytułów. Dla czytelnika news to news. Na podstawowym poziomie odnosi się do tego samego wydarzenia, faktu i osób, w każdym środku przekazu. Na platformie, na której jest wiele różnych źródeł o wyborze może decydować sama szybkość i zupełny przypadek. Dlatego „New York Times” i inne tytuły, którym udało się coś w Internecie osiągnąć będą się raczej trzymać swojego paywalla.

 

Jest pewien, dość specyficzny, argument przemawiający za tworzeniem platform podobnych do  iTunes, Spotify czy Netflix dla mediów i dziennikarstwa. To szansa na ucieczkę ze świata Google’a i uzależnienia od pozycjonowania w wyszukiwarce. Doświadczenie uczy, że media internetowe stosujące tzw. paywalle, abonamenty i subskrypcje, mają w tym świecie niełatwe życie, gdyż SEO i techniki optymalizacji wyszukiwarkowej preferują strony otwarte dla robotów indeksujących.

 

Gdyby więc udało się środkom masowego przekazu uwolnić od algorytmów, na które nie mają żadnego wpływu, i przenieść swoje wciąż wyróżniające się jakością i dziennikarskim warsztatem „produkty” na platformę dystrybucji, którą  same by zarządzały, kierowały nią i kontrolowały, to rysuje się pewna szansa…

 

Wymaga to jednak szerokiego porozumienia, przezwyciężającego korporacyjną rywalizację i konkurencję rynkową a także polityczne podziały między-medialne. Zważywszy na konflikty interesów, o których pisałem wyżej w kontekście rynku USA oraz inne trudności, nie wydaje się to bardzo prawdopodobne, ale nie jest też całkiem nie do pomyślenia.

 

Jak napisałem na początku „stare” media były kiepsko zarządzane. Fakt, że nie poradziły sobie w nowej cyfrowej epoce dowodzi tej tezy. Gdyby były dobrze zarządzane, to poradziłyby sobie. I nadal są na ogół niezbyt dobrze zarządzane. Zamiast realizmu i przyjmowania rzeczywistości taką, jaka jest, pełno w medialnym świecie swoistego wishful thinking i mitologii, zaprawionych nieodłączną dla tych środowisk arogancją.

 

Sposób wprowadzania paywalli to właśnie dobry przykład tej mikstury myślenia życzeniowego i arogancji. W ogromnej większości przypadków implementującym prasowe modele subskrypcyjne nawet nie przyszło do głowy, by zacząć od odbiorcy, czytelnika, klienta, jego potrzeb i oczekiwań. Zakłada się, że to istnienie prasy jest nadrzędną wartością i warunkiem koniecznym do istnienia demokracji, a jej odbiorcy mają coś w rodzaju moralnego obowiązku płacenia i utrzymywania tradycyjnych mediów.

 

Kochani aroganci z mediów. Moglibyście się zdziwić tym co myślą na ten temat dwudziestolatkowie, którzy gdy przypadkiem ujrzą coś drukowanego, patrzą na to jak na muzealną ciekawostkę, nie rozumieją po co komu radio i jego słuchanie a telewizja to jest to coś, co pokazuje się w telewizorze, gdy wyłączysz Netflixa. Nie widzę, by czuli się zobowiązani płacić i utrzymywać te relikty.

 

Mirosław Usidus

Nowy numer „Forum Dziennikarzy” o mediach regionalnych

Dostępny jest już nowy numer „Forum Dziennikarzy”, w którym sporo miejsca poświęciliśmy sytuacji mediów regionalnych zakupionych przez PKN Orlen.

 

Autorzy tekstów pokazują jakich spustoszeń dokonano w gazetach regionalnych, kiedy te były własnością niemieckiej grupy prasowej. Zdaniem jednego z bohaterów tekstu Marii Giedz zostały one sprowadzone w tamtym czasie do roli produktów gazetopodobnych.

 

Elżbieta Królikowska-Avis ujawnia, dlaczego tuż po zakupie regionalnych tytułów zaatakowano Daniela Obajtka, prezesa PKN Orlen.

 

Jaromir Kwiatkowski i jego rozmówcy obnażają mechanizm degradacji funkcji medium regionalnego na przykładzie Gazety Codziennej „Nowiny” w Rzeszowie.

 

Metodę na poprawę sytuacji w mediach publicznych przedstawia Jan Pawlicki w tekście „Czas na zmiany”.

 

Po sporej dawce tekstów pokazujących nienajlepszą kondycję mediów regionalnych, czas na inne tematy.

 

Jerzy Wojciewski przybliża sylwetkę Ireny Anders, zwanej ikoną polskiej emigracji.

 

Teresa Kaczorowska przypomina postać Adama Zagajewskiego, niezwykłego poety, który kilkukrotnie był kandydatem do literackiej Nagrody Nobla.

 

Alina Bosak w tekście „Człowiek wobec katastrof i technologicznej inwazji” opisuje życie niezwykłego pisarza i wizjonera – Stanisława Lema, patrona roku 2021.

 

O życiu chrześcijan na Bliskim Wschodzie, prześladowaniach i świadomości, że za wiarę w Chrystusa tutaj można zginąć, opowiada Maria Giedz w tekście „Za to traci się życie”.

 

Na pytania czy Polska może się stać źródłem odnowy katolickiej tradycji w Europie i czy Kościół w Polsce wzmacnia się przez cierpienia, odpowiada Ksiądz Arcybiskup Adam Szal, Metropolita Przemyski.

 

Jak zwykle w najnowszym numerze „Forum Dziennikarzy” znajdziecie Państwo jeszcze wiele innych, bardzo ciekawych tekstów.

 

Miłej lektury życzy

 

Andrzej Klimczak

 

 

Numer 2 (141)/2021 do pobrania

 

 Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

 

Jutubologia – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak YouTube utrudnia zarabianie dziennikarzom

Coraz więcej dziennikarzy, zwłaszcza tych niezwiązanych z jedną redakcją, a więc cieszących się korzyściami niezależności i cierpiących z powodu negatywnych skutków braku zaczepienia w jednym miejscu, decyduje się na jakąś formę internetowej działalności, często w postaci filmów. W moim przypadku mija właśnie rok od rozpoczęcia regularnego wideoblogowania. Przez ten czas wiele się dowiedziałem i nauczyłem – zwłaszcza od strony technicznej. Posiadłem na przykład podstawowe umiejętności montażu wideo za pomocą jednego z profesjonalnych programów. To bardzo cenna wiedza.

 

Zarazem jednak zdałem sobie sprawę, z jakim molochem w najgorszym znaczeniu tego słowa ma do czynienia każdy, kto decyduje się na wejście na YouTube i jeszcze spróbuje mieć z tego jakieś pieniądze. Serwisy o mediach dopiero co obiegła wiadomość, że mój redakcyjny kolega Rafał Ziemkiewicz, który wideoblogowanie zaczął trochę później ode mnie, ma narastający problem z tzw. monetyzacją swoich filmów. Nie tylko on.

 

Zapewne wielu dziennikarzy, którzy tej formy działalności nie próbowali, nie wie, o co tu w ogóle chodzi i jak zachowuje się YT wobec autorów treści. Warto więc trochę o tym napisać. Lecz nie o najgłośniejszych sprawach, czyli blokowaniu filmów albo kanałów – o tym pisałem już na portalu SDP kilkakrotnie przy okazji rozważań na temat przygotowanego przez Ministerstwo Sprawiedliwości projektu ustawy o wolności słowa w sieci. Projektu, który, nawiasem mówiąc, w obecnej sytuacji politycznej ma chyba małe szanse na realizację.

 

Niestety, projekt MS w ogóle nie zajmuje się kwestią najczęściej uderzającą w osoby korzystające z platformy należącej do Google’a jako twórcy, czyli właśnie demonetyzacji materiałów, a więc ograniczenia lub pozbawienia możliwości zarabiania na reklamach. To może być tymczasem w niektórych przypadkach boleśniejsze niż zablokowanie całego filmu.

 

Tu istotna uwaga: specyficzna grupa, jaką są na YT komentatorzy spraw bieżących, jest pod tym względem w sytuacji znacznie gorszej niż twórcy filmów o tematyce ponadczasowej (a takich jest większość). Publicysta przygotowujący materiał komentujący aktualności musi go pokazać jak najszybciej, bo tylko wówczas ma on sens. Tymczasem po sprawdzeniu filmu przez – jak to jest oficjalnie opisywane – odpowiednie algorytmy przed jego opublikowaniem może otrzymać komunikat, że film nie nadaje się dla reklamodawców.

 

Tu w ramach przypisów można dodać, że niedawno YT wprowadził coś w rodzaju autotestu – ankietę, którą wypełnia sam twórca i która ma dać zawczasu odpowiedź na pytanie, czy film jest dla reklamodawców odpowiedni. Jest ona jednak tak nieprecyzyjna i niejasna, że nie bardzo wiadomo, co w niej zaznaczać (co to mają na przykład być „kontrowersyjne treści”? czy opowiadanie o strzelectwie należy potraktować tak samo jak prezentację broni palnej?), a też trudno powiedzieć, czy ma ona jakikolwiek wpływ na późniejszą decyzję algorytmów.

 

Gdy twórca otrzymuje komunikat o zdemonetyzowaniu filmu (złowroga ikona żółtego dolara), może się odwołać i skierować film do weryfikacji przez nieokreślonego „specjalistę” – człowieka. Nie wiadomo, kim ten „specjalista” jest ani nawet, czy to rozumiejący różne lokalne konteksty Polak. W tym momencie twórca staje przed wyborem: czekać z publikacją materiału na rezultat weryfikacji lub nie czekać i opublikować film od razu. Dla komentatora wydarzeń aktualnych to wybór złego i złego rozwiązania. Weryfikacja przez żywego człowieka zajmuje bowiem obecnie nawet kilka dni – i to jest właśnie problem, o którym pisał Rafał Ziemkiewicz.

 

By podać konkretny przykład: piszę ten tekst w poniedziałek po południu. Swój ostatni materiał opublikowałem na kanale w sobotę rano, ale już wcześniej, w nocy z piątku na sobotę, dostałem informację, że zostaje on zdemonetyzowany (jak wszystkie moje filmy w ostatnim czasie) i natychmiast się odwołałem. Odwołanie nie zostało rozpatrzone do tego momentu, a więc minęło już ponad dwie i pół doby. W tym czasie film zebrał ponad 18 tys. wyświetleń. Nie zarobiłem na nim niemal nic i już nie zarobię, bo w momencie, gdy odwołanie może zostać uwzględnione, film będzie miał już za sobą 95 proc. wyświetleń.

 

Owszem, autor komentarza może go wstrzymać do czasu ewentualnego pozytywnego rozpatrzenia odwołania, ale wówczas publikacja opóźni się o kilka dni, a więc sprawy, o których mowa, przestaną być aktualne. Może też – jak czynię to ja – opublikować go od razu, ale wówczas większość wyświetleń nastąpi przed ewentualnym zdjęciem blokady na reklamy, zatem film niemal nic nie zarobi. W ten sposób YT pozbawia twórców pieniędzy.

 

Tu dochodzimy do kwestii kluczowej: wytyczne YT na temat publikowania reklam oraz powody, dla których algorytm decyduje o ich wstrzymaniu w danym przypadku, są kompletnie niejasne i nieprzejrzyste. Na etapie automatycznej decyzji twórca nie dostaje żadnej informacji i wyjaśnienia. Po prostu – nie i koniec. Twórca otrzymuje konkretną informację dopiero, gdy weryfikujący decyzję automatu człowiek podtrzyma negatywne stanowisko. Podchody z algorytmem, które niektórzy podejmują (np. unikając słów „koronawirus” czy „COVID”), przypominają najgorsze praktyki radzenia sobie z przymusu z peerelowską cenzurą – a i tak okazują się bardzo często nieskuteczne.

 

Ta nieprzejrzystość pozbawiania twórców pieniędzy budzi tym większy sprzeciw i frustrację, że przecież algorytm musi wychwytywać konkretne elementy – słowa czy obrazy. Trudno zatem pojąć, dlaczego YT, gdyby działał w dobrej wierze, nie dzieli się tą informacją z autorem. Jedyne wyjaśnienie, jakie można tu znaleźć, jest takie, że algorytmy są tak wadliwe, a ich działanie tak kompromitujące dla firmy, że nie chce ona ujawniać szczegółów tego procesu. Wiele już było przypadków – nietrudno takie historie znaleźć w sieci – gdy okazywało się, że filmy bywały demonetyzowane albo nawet blokowane z powodu kompletnego nieuwzględnienia kontekstu, w jakim jakieś słowo padało lub pokazywał się jakiś obraz.

 

Argument, że YT to firma prywatna, jest dyskusyjny – mówimy bowiem o warunkach faktycznego oligopolu w skali globalnej z jedną firmą wyraźnie dominującą. Nawet jednak gdybyśmy mieli się z tym argumentem zgodzić, trudno zaakceptować ordynarny wręcz brak przejrzystości przy podejmowaniu decyzji.

 

Zainteresowanym tą problematyką polecam przeszukanie internetu, w tym samego YT, można tam bowiem odnaleźć relacje bardzo doświadczonych twórców, którzy przegryźli się przez procedury i toczyli zażarte boje z działem pomocy giganta. Tam dopiero pojawiają się interesujące tropy, z których wyłania się niemal nowa dziedzina wiedzy: jutubologia. Zajmuje się ona sprawami takimi jak pozycjonowanie filmów na głównej stronie u poszczególnych użytkowników, polecanie ich w rekomendacjach, brak informacji o nowych filmach nawet u tych, którzy dany kanał subskrybują itp. A pamiętajmy, że wszystko to przekłada się na pieniądze.

 

Jeżeli zatem gdzieś widziałbym pole do wywierania nacisków, to przede wszystkim w kwestii radykalnego zwiększenia przejrzystości cyfrowych gigantów – nie tylko YT.

 

Łukasz Warzecha

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Prawda nie może stać za drzwiami

Pandemia koronawirusa i wywoływanej przez niego nowej choroby COVID-19 zmieniła świat, w którym żyliśmy do tej pory, sprawiła, że spokojny i raczej bezpieczny świat w którym żyliśmy, rozsypał się na naszych oczach. Mówią nam o tym socjologowie i psycholodzy.  Wydaje się również, że świat dziennikarski stanął wobec pytania, czy pandemia zmieniła etykę dziennikarską? Co i jak pisać? Czy krytykować sposób walki z pandemią, czy pewne rzeczy przemilczać, bo może to doprowadzić do wzrostu zakażeń? Takie pytania pojawiły się m.in. w związku z programem „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego.

 

Prawda a nie okoliczności

 

Cyprian Kamil Norwid w jednym ze swoich utworów napisał słowa, które moim zdaniem, są zawsze aktualne nie tylko dla dziennikarzy: „Nie trzeba kłaniać się okolicznościom, a prawdom kazać, by za drzwiami stały”. Liczy się prawda. Jeśli chcemy być profesjonalni w tym co robimy, to prawda jest najważniejsza. Dziennikarz nie powinien zostawiać prawdy za drzwiami, gdy wchodzi na rozmowę z wydawcą. Niestety dzisiaj bardzo często słyszy się wręcz rutynowe stwierdzenie, że każdy ma swoją prawdę, takie są a nie inne okoliczności, takie mamy czasy. W efekcie prowadzi to do dowolności interpretacji wydarzeń i faktów. Tymczasem, w imię prawdy, dziennikarz nie może być płatnym robotem, zależnym od właściciela. Bardzo często okolicznościami zasłania się właściwy problem, a nawet, jak już jest to sygnalizowane, próbuje ograniczyć wolność słowa i wypowiedzi. Można powiedzieć, że pandemia postawiła nowe pytania o granice wolności słowa. Z drugiej strony widzimy, że media społecznościowe są pełne fake newsów, które dla niektórych są często jedynym źródłem informacji.

 

Warto przypomnieć, że wolność słowa jest pochodną godności człowieka, a nie odwrotnie. „Człowiek słusznie wysoko ceni sobie wolność i żarliwie o nią zabiega: słusznie pragnie, i powinien, formować i kierować swoją wolną inicjatywą, swoim życiem osobistym i społecznym, biorąc za nie osobistą odpowiedzialność. Rzeczywiście, wolność nie tylko pozwala człowiekowi odpowiednio zmieniać stan rzeczy znajdujących się na zewnątrz niego, ale także za sprawą wyborów, zgodnych z prawdziwym dobrem, wpływa na jego wzrastanie jako osoby: tym sposobem człowiek rodzi samego siebie, jest ojcem swojego istnienia, buduje porządek społeczny”– czytamy w „Kompendium Nauki Społecznej Kościoła” (n. 135)

 

Uczciwość dziennikarska

 

Zwłaszcza teraz, w dobie pandemii, trzeba ciągle wracać do podstaw i przypominać o prawdomówności i uczciwości dziennikarskiej. Właśnie respektowanie podstawowych zasad etycznych czyni z dziennikarzy profesjonalistów.  Ks. dr hab. Michał Drożdż przestrzegał kiedyś, żebyśmy nie oddzielali profesjonalizmu warsztatowego od etyczności działań. Jego zdaniem „profesjonalny dziennikarz to ten, który respektuje podstawowe zasady: jest prawdomówny, stara się być obiektywny, jest uczciwy, działa w sposób wolny, ale ta wolność nie jest absolutna, tylko musi uwzględniać odpowiedzialność za słowo i szacunek dla wartości i godności każdego człowieka” (zob. TUTAJ).

 

Oczywiste jest to, że media i dziennikarze mają ogromny potencjał oddziaływania na ludzi, a bardzo często  dziennikarska moralność i odpowiedzialność za tworzony przekaz sprawdza się dopiero w sytuacji kryzysu. Ciekawe w tym względzie jest opracowanie Michała Chlebowskiego nt.: „Media w czasie pandemii. O etycznych wyzwaniach dziennikarza czasów kryzysu”. Autor zauważa, że „doświadczenie pandemii koronawirusa rzuciło mediom wyzwanie także w wymiarze etycznym. Każdy reporter i wydawca musiał zmierzyć się z pytaniem, jak odpowiedzialnie relacjonować jej przebieg, żeby nie pogłębiać, już i tak poważnych szkód, jakie doświadczenie choroby i zagrożenia życia wywołało w społeczeństwie” (zob. TUTAJ).

 

Oczywiście w dzisiejszych czasach, tak naprawdę media informacyjne żyją od kryzysu do kryzysu. Równocześnie dziennikarze nie mogą wprowadzać zamętu, ale rolą dziennikarzy jest jest przeprowadzenie społeczeństwa przez czas kryzysu i pandemii. Michał Chlebowski zauważa, że „to media muszą w przystępny sposób wyjaśnić, co się dzieje: czym jest nowy wirus? Jakie są objawy choroby? Jak się można zarazić? Czy są szczepionki i leki? Równocześnie obok upowszechniania podstawowych informacji, dziennikarze muszą pytać, jak działa państwo? Czy służba zdrowia jest przygotowana? Ile osób może zachorować? Jakie kroki podejmuje rząd? Co robią rządy innych krajów? Ile to będzie kosztować? Ile osób straci pracę? I o ile stawianie takich pytań i szukanie na nie odpowiedzi jest dla dziennikarza czymś naturalnym, o tyle nowa sytuacja sprawiła, że relacjonowanie wydarzeń w oparciu o utarte standardy warsztatowe i etyczne może nie wystarczyć”.

 

Sumienie i konflikt interesów

 

W każdym działaniu człowieka bardzo ważne jest kierowanie się sumieniem. Oczywiście ważne jest to, jak sumienie jest uformowane i ukształtowane. Kwestia sumienia dotyka niesłychanie ważnych spraw z pogranicza prawa, etyki i światopoglądu. Jest ono w każdym człowieku głosem wołającym o prawdę, głosem wołającym o granice między dobrem a złem. Moim zdaniem pandemia ujawniła już w pewien sposób konflikt interesów pomiędzy zobowiązaniami zawodowymi, a podstawowymi ludzkimi odruchami. Z jednej strony toczy się zmaganie o zachowanie poczucia sprawiedliwości, równowagi i obiektywności, z drugiej – dziennikarz może spotkać się z poleceniem, aby zniekształcić prawdę, bo taki mamy czas, czy też takie są okoliczności.

 

Z posługiwania się środkami społecznego przekazu mogą wynikać dobre lub złe efekty. Oczywiste jest to, że wpływ środków społecznego przekazu jest bardzo silny. Dzięki nim ludzie nawiązują kontakt z innymi ludźmi i wydarzeniami, kształtują swoje poglądy i wartości. Jednak zawsze, jak przypominała Papieska Rada Środków Społecznego Przekazu, już w 2000 r., „środki społecznego przekazu winny służyć godności ludzkiej”.

 

Moim zdaniem zawsze ma sens pytanie o etykę  w środkach społecznego przekazu. Ważne jest jednak to, że nie dotyczy ona jedynie tego, co jest przekazywane. Wymiar etyczny nie dotyczy jedynie treści przekazu i procesu przekazywania. Chodzi również o to w jakiej konkretnej strukturze medialnej pracuje dziennikarz i w jakiej strukturze tworzona jest informacja. Etyka zawsze powinna pytać o relacje dziennikarza i wydawcy. Chodzi o odpowiedzialność za uczciwą informację w środkach społecznego przekazu.

 

Myślę, że warto przypomnieć słowa św. Jana Pawła II z jego ostatniego Orędzia na XXXIX Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, w  2005 r. „Podstawowa zasada etyczna brzmi następująco: «Osoba ludzka i wspólnota ludzka są celem i miarą stosowania środków społecznego przekazu; komunikacja musi przebiegać od osoby do osoby i służyć integralnemu rozwojowi osób» (Etyka w środkach społecznego przekazu, 21). A zatem, to przede wszystkim ci, którzy zajmują się przekazem społecznym, muszą w praktyce własnego życia ukazywać wartości i zachowania, których mają uczyć innych. W sposób szczególny wymaga się od nich autentycznej służby dobru wspólnemu — dobru, które nie ogranicza się do ochrony interesów określonej grupy czy narodu, lecz obejmuje potrzeby i interesy wszystkich, dobro całej rodziny ludzkiej (por. Pacem in terris, 132). Ci, którzy zajmują się przekazem społecznym, mają możliwość szerzenia prawdziwej kultury życia, odcinając się od współczesnego spisku przeciw życiu (por. Evangelium vitae, 17) i przekazując prawdę o wartości i godności każdej osoby ludzkiej”.

 

A zatem wolność słowa bez prawdy nie istnieje. Nie może zmienić tego pandemia. „Nie trzeba kłaniać się okolicznościom, a prawdom kazać, by za drzwiami stały” (Cyprian Kamil Norwid).

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

Manowce tajemnicy – KRZYSZTOF M. KAŹMIERCZAK o zabójstwie dziennikarza Marka Pomykały

Dzięki zaangażowaniu dziennikarzy udało się doprowadzić do podjęcia po wielu latach śledztwa w sprawie podwójnego zabójstwa, którego jedną z ofiar był dziennikarz Marek Pomykała (sprawę tę krótko przypominam poniżej). Śledztwo trwa od kilku miesięcy. Okazuje się jednak, że podejrzewany o zbrodnie były wysoki funkcjonariusz policji Tadeusz P. wie o działaniach prokuratury, a to grozi fiaskiem postępowania. Dowiódł tego ryzyka reportaż Magazynu Reporterów TVP3 Telekurier sprzed kilku dni. Porusza on m.in. kwestię wniosku prokuratury do sądu o zwolnienie z tajemnicy dziennikarskiej dwóch regionalnych dziennikarzy, którzy mają wiedzę o zbrodniach – Jana JoniakaHenryka Nicponia.

 

Joniak  w rozmowie z reporterką Telekuriera powiedział, że od Nicponia wie, że Tadeusz P. przyznał mu się do jednego z zabójstw i wskazał gdzie go dokonał. Natomiast Henryk Nicpoń zapowiedział, że gdyby został zwolniony przez sąd z tajemnicy dziennikarskiej, to odmówi zeznań na temat tego, co powiedział mu Tadeusz P. Odmówi nawet wówczas, gdyby miał ponieść karę za odmowę.

 

Jako dziennikarz, który parokrotnie w postępowaniach sądowych doświadczył nacisku w sprawie tajemnicy dziennikarskiej, mógłbym pochwalić deklarację odmowy, ale tylko i wyłącznie wówczas, gdyby mieściła się ona w granicach prawa. Tajemnica dziennikarska nie ma charakteru bezwzględnego, nie jest bezwarunkowa. W pełnym zakresie chroni personalia informatora, który zastrzegł swoją anonimowość. Nie obejmuje jednak wiedzy o najcięższych przestępstwach, a do takich należy zabójstwo. Dziennikarz, który wszedł w posiadanie informacji o zbrodniach, tak jak każdy obywatel, powinien przekazać ją organom ścigania. Tym bardziej nie wyobrażam sobie, żeby dziennikarz nie chciał przekazać informacji związanych z zabójstwem dziennikarza.

 

Na marginesie, mam w tej sprawie wątpliwości czy w ogóle można mówić o tajemnicy dziennikarskiej. Sprawa w istocie nie dotyczy przygotowania jakiegokolwiek materiału dziennikarskiego tylko współautorstwa książki. „Składam propozycję współtworzenia książki będącej moimi autentycznymi wspomnieniami o czynach przestępczych” – napisał Tadeusz P. do regionalnego wydawnictwa zajmującego się wydawaniem książek, map i pocztówek. Wydawnictwo natomiast powierzyło napisanie książki Henrykowi Nicponiowi (Jan Janiak nie przyjął tej propozycji). Jak wynika z pisma, P. ani jednym słowem nie wniósł o zastrzeżenie czegokolwiek z tego, co zamierzał do książki przekazać, nie zastrzegł nawet swoich danych. To relacja raczej typu zleceniodawca – realizator, a nie informator – dziennikarz. Rozumiem jednak, że prokuratura asekuracyjnie uznała, że lepiej powierzyć sprawę ocenie sądu (stąd wniosek o zwolnienie z tajemnicy), żeby nie narażać się na ewentualny zarzut uchybienia.

 

Moje zdumienie budzi nie tylko zaprezentowane w reportażu podejście autora powstającej książki do kwestii zabójstwa i tajemnicy, ale przede wszystkim fakt, że przekazał osobie podejrzewanej o zbrodnie pismo prowadzącej śledztwo Prokuratury Okręgowej w Krakowie. Dokument ten zawiera informacje o przebiegu postępowania, w tym personalia niektórych świadków i opis części wykonanych dotąd czynności prokuratorskich. „Ja mogę zrobić z tym wszystko, co mi się podoba. Mogę plakaty tego rozwiesić” – powiedział Nicpoń do kamery Telekuriera.

 

Mam na te temat odmienne zdanie. Nie można z dokumentami dotyczącymi trwającego śledztwa robić wszystkiego, co się chce. Nieważne czy jest się dziennikarzem, czy nie. Kodeks karny zakazuje rozpowszechniania wiadomości z postępowania prokuratorskiego przed ujawnieniem ich w postępowaniu sądowym (chyba, że wyrazi na to zgodę prokuratura). Oczywiście mógłbym zrozumieć i usprawiedliwić ujawnienie w publikacji informacji i dokumentów objętych tajemnicą śledztwa (sam to robiłem), ale wyłącznie wtedy, gdyby służyło to interesowi publicznemu np. w śledztwie doszło do nieprawidłowości. W tym wypadku nie widzę jednak żadnego interesu społecznego, a informacje te ujawniono nie w publikacji tylko bezpośrednio osobie, która w żadnym wypadku nie powinna ich poznać. Osobie, która otwarcie przyznała się do łamania prawa będąc funkcjonariuszem organów ścigania. Osobie wykazującej się przebiegłością i chełpiącej się, że trzyma świadków „na krótkiej smyczy”. Osobie, która – jak wynika jednoznacznie z udostępnionych jej dokumentów – jest podejrzewana o zabicie dwóch osób, w tym DZIENNIKARZA.

 

Podobna co do charakteru sytuacja nastąpiła przed sześcioma laty, podczas śledztwa w sprawie zabójstwa Jarosława Ziętary, również dziennikarza zamordowanego w związku z pracą zawodową. Wtedy „Gazeta Wyborcza” ujawniła informacje na temat trwających działań prokuratury i świadków. Nie było w tym żadnego interesu publicznego, a po publikacji nastąpił poważny kryzys w śledztwie.

 

Po tamtych doświadczeniach – znając okoliczności obu zbrodni na dziennikarzach – nie pojmuję, nie mogę zrozumieć tego, że jakikolwiek dziennikarz może tłumaczyć prawami dziennikarskimi tego rodzaju działania. Bez względu na to, jakie idee by mu przyświecały, takie postępowanie realnie zagraża przebiegowi śledztwa w sprawie zabójstwa Marka PomykałyKrzysztofa Pyki. Śledztwa, które jest ostatnią nadzieję rodzin ofiar, od wielu lat bezskutecznie czekających na sprawiedliwość. Mam wciąż nadzieję, że wszyscy mogący w tym pomóc zrobią to, co do nich należy. W tym dziennikarze – przede wszystkim.

 

Reportaż, którego dotyczy mój komentarz można zobaczyć TUTAJ.

 

Krzysztof  M. Kaźmierczak

 

O sprawie zabójstwa Marka Pomykały:

 

Pracujący w „Gazecie Bieszczadzkiej” Marek Pomykała zniknął w 1997 roku, gdy chciał opublikować artykuł o zbrodni z czasów PRL, zabójstwie milicjanta Krzysztofa Pyki. Miał ją popełnić Tadeusz P., wysoki funkcjonariusz milicji, który po zmianie ustroju pracował w policji.  Zniknięcie dziennikarza potraktowano jako samobójstwo, chociaż przeczyły temu liczne fakty. W postępowaniu organów ścigania doszło do licznych zaniedbań i nieprawidłowości.  Sprawę dwukrotnie umarzano, choć m.in. uzyskano informacje, że Tadeusz P. przyznał się dwóm kobietom, że zabił dziennikarza i milicjanta.

 

Po reportażach Karoliny CiesielskiejKatarzyny Handerek w Telekurierze o bulwersujących okolicznościach sprawy Prokuratura Krajowa zdecydowała o jej przeanalizowaniu. W wyniku tego, pod koniec 2021 roku podjęto umorzone śledztwo i przeniesiono je do prowadzenia z Rzeszowa do prokuratury w Krakowie.