Ks. ARTUR STOPKA: Pandemiczna etyka w mediach

Czy takie wydarzenia, zjawiska, sytuacje, jak pandemia, wpływają na etyczne podstawy funkcjonowania środków masowego komunikowania?

 

Prawie rok temu, w połowie maja 2020 roku, pojawiły się w światowych mediach doniesienia o tym, że węgierska policja wszczęła ok. dziewięćdziesiąt dochodzeń w sprawie „siania paniki”. Choć część z nich dotyczyła publikacji fake newsów, to jednak były i takie, którymi objęto krytyków władz. „Politico” podawało, że za antyrządowe posty w mediach społecznościowych węgierska policja wyprowadzała ludzi z domów nad ranem i konfiskowała ich sprzęt komputerowy. Stało się to możliwe dzięki wprowadzeniu na Węgrzech 30 marca ub. r. uzasadnianych walką z pandemią rozwiązań prawnych, które rychło skrytykowała (nie wprost) szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz niemiecki minister spraw zagranicznych.

 

Węgierskie władze swoje działania uzasadniały twierdzeniem, że „wolność słowa nie może obejmować celowego szerzenia kłamstw, zwłaszcza gdy zagraża skutecznej obronie przed pandemią”. Czy faktycznie globalna epidemia może być uzasadnieniem dla ograniczania wolności w mediach? Czy władze mają prawo oczekiwać, a nawet żądać od mediów, aby prowadziły wyłącznie narrację nie tylko przychylną ich działaniom, ale również w pełni zgodną z ich przekazem? A może ludzie, którzy się mediami na różne sposoby posługują, sami powinni mieć wyczucie, co w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia milionów ludzi można powiedzieć i napisać, a czego, kierując się zasadami etyki, po prostu upubliczniać i nagłaśniać nie należy?

 

W tle stoją pytania dotykające fundamentów. Czy takie wydarzenia, zjawiska, sytuacje, jak pandemia, wpływają na etyczne podstawy funkcjonowania środków masowego komunikowania? Nie tylko, czy faktycznie wpływają, ale również czy wpływać powinny?

 

Nie jest tajemnicą, że nawet zagorzali obrońcy bardzo szeroko pojętej wolności mówienia publicznie wszystkiego, niejednokrotnie dopuszczają w sytuacjach realnego niebezpieczeństwa dla państwa czy narodu istnienie czegoś takiego, jak „cenzura wojenna”. Teoretycznie, jak podpowiada polska wersja Wikipedii, powinna to być jedynie forma kontroli wykonywanej w okresie wojny przez wyspecjalizowane organy wojskowe w celu zapewnienia ochrony tajemnicy państwowej i służbowej w korespondencji, publikacjach i wydawnictwach. Historia pokazuje, że praktyce sprowadza się ona jednak raz po raz do wykraczającego poza tę granicę panowania władzy nad przekazem medialnym. Powinna więc budzić bardzo poważny sprzeciw motywowany etycznie. Jak często budziła w przeszłości? Czy raczej nie szukano pośpiesznie etycznych uzasadnień dla jej akceptacji, odwołując się np. do argumentów o wyborze mniejszego zła?

 

W oficjalnych rządowych narracjach dotyczących pandemii (nie tylko w Polsce) wiele jest wojennej retoryki. Nie brak takich dziennikarzy, dysponentów, właścicieli mediów, którzy uważają, że sytuacja rzeczywiście uzasadnia zmiany w etycznych podstawach ich funkcjonowania. Nie brak zwolenników stosowania w tej tematyce autocenzury, pomijania i przemilczania nie tylko opinii, ale nawet faktów, których upowszechnienie w ich przekonaniu mogłoby zaszkodzić skutecznej walce z koronawirusem.

 

Są jednak i tacy, którzy zwracają uwagę na nieadekwatność oczekiwanych/żądanych przez rządzących medialnych ograniczeń (a cóż dopiero samoograniczeń) w zestawieniu z faktycznym zagrożeniem. A już kompletnie odrzucają, jak bezpodstawne, wyłączenie spod krytyki i oceny antycovidowych działań władz. Ostatnio przekonaliśmy się, że takie roszczenia rządzący wysuwają nie tylko, jak wspomniano wyżej, na Węgrzech, ale również w naszym kraju. I – co ważne – pojawia się w tych kwestiach argumentacja odwołująca się do etyki. Tak właśnie stało się w gorąco dyskutowanej sprawie programu „Warto rozmawiać”, wyemitowanego 12 kwietnia br. na antenach TVP3 i TVP1. Po głośnej interwencji jednej członkini Rady Mediów Narodowych Komisja Etyki TVP w ciągu zaledwie kilku dni od emisji ogłosiła, że zostały w nim naruszone „Zasady Etyki dziennikarskiej obowiązujące w Telewizji Polskiej”.

 

W dostępnym na stronach telewizyjnego Centrum Informacji komunikacie można przeczytać, że we wspomnianym programie zaprezentowano wyłącznie głosy krytyczne wobec podejmowanych działań w walce z pandemią. Co więcej, w komunikacie znalazło się swoiste pouczenie mówiące, że dochowanie zasad rzetelności dziennikarskiej „jest szczególne ważne w czasie, gdy ludzie walczą o zdrowie i życie i gdy tak wielu widzów, w oparciu o wiedzę z audycji telewizji publicznej może podejmować decyzje odnoszące się do własnego zdrowia, a w szczególności szczepień czy zachowania zasad profilaktyki”.

 

Jakby tego było mało, TVP uznała, że orzeczenie Komisji Etyki „stworzyło nowy kontekst moralno-prawny” programu, co skutkuje rozpoczęciem rozmów Telewizji i producenta dotyczących „warunków utrzymania audycji w przyszłej ofercie nadawcy publicznego”. W praktyce program przestał się pojawiać na antenie. Jak twierdzą niektórzy komentatorzy, był jedynym, w którym w publicznej telewizji pojawiły się krytyczne głosy dotyczące zmagań władz z koronawirusem. Czy faktycznie sytuacja zdrowotna w Polsce wymaga, aby jego twórcy w imię etycznych zasad włączyli autocenzurę i włączyli się w chór powielający oficjalną rządową narrację? Czy dopuszczenie nieskontrowanej krytyki rzeczywiście stworzyło „nowy kontekst” programu w sferze moralnej?

 

Wiadomo przecież, że są Polsce całe, wcale liczne, grupy osób, które patrzą na sprawę pandemii zupełnie inaczej niż obecnie rządzący. Nie chodzi tylko o tych, którzy w ogóle negują istnienie zagrożenia ze strony covid-19. Są również tacy, wśród nich również specjaliści w dziedzinie medycyny, którzy – z różnych powodów – krytycznie oceniają działania władz w walce z wirusem. Wystarczy zajrzeć do internetu, aby się o tym przekonać. Odmienne od oficjalnej narracje istnieją i mają się całkiem dobrze. Co prawda – jak donosiły w zeszłym roku media – na Węgrzech represje spotykały tych, którzy zamieszczali w serwisach społecznościowych krytyczne posty dotyczące posunięć władz w przeciwdziałaniu koronawirusowi, ale w Polsce nic takiego się nie dzieje. Dlaczego więc dopuszczenie innych spojrzeń na sprawę w mediach publicznych miałby mieć szkodliwy wymiar etyczny i moralny?

 

Rzadko w dyskusjach o wolności słowa przypomina się elementarne zasady, które w tej kwestii sformułował św. Jan Paweł II. Tymczasem on (za Norwidem) rozróżniał wolność słowa od wolności mówienia wszystkiego, człowiekowi ślina na język przyniesie. Jako moralne kryterium wolności słowa wskazywał nie tylko prawdę, ale również sposób i cel jej podawania. „Niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swoje – może właśnie błędne – stanowisko” – powiedział przed laty. Ta zasada jest niezmienna i nie może ulegać modyfikacjom, a tym bardziej zawieszeniu, nawet w takich sytuacjach, jak światowa epidemia. Powinni mieć tego świadomość wszyscy dysponenci mediów i dziennikarze.

 

Ks. Artur Stopka

Czy Salon24 odżyje pod „Jastrzębiem”? – pyta ŁUKASZ WARZECHA

Wczoraj – 17 maja – ruszyło nowe (choć doskonale znane) medialne przedsięwzięcie. Trochę z boku, bez wielkiego szumu poza kręgiem koneserów mediów, zwłaszcza nowych mediów, ale to nie znaczy, że takiego szumu w nowej odsłonie nie narobi. Ruszył odnowiony i odświeżony Salon24, od niedawna własność Sławomira Jastrzębowskiego, byłego redaktora naczelnego „SuperExpressu”, wcześniej zastępcy redaktora naczelnego „Faktu”, a do niedawna partnera w firmie piarowej R4S.

 

Trudno, żebym nie miał do tego wydarzenia szczególnego stosunku za paru powodów. Pierwszy jest taki, że w Salonie24 byłem od początku przez kilka dobrych lat i – co ogromnie ważne, a co wspominam zawsze, gdy przy jakiejś okazji mówię o zmianach, które dotknęły dziennikarstwo w ciągu ostatnich dwóch dekad – było to pierwsze miejsce bezpośredniego zetknięcia się z odbiorcami poprzez nowe technologie. Mówiąc brutalnie – ludzie w czasie rzeczywistym mogli mi nawrzucać pod moim tekstem, a ja wtedy jeszcze niewiele mogłem z tym zrobić, bo narzędzia blokujące lub filtrujące pojawiły się w Salonie24 dopiero po jakimś czasie. W tradycyjnych mediach takie reakcje były skutecznie filtrowane i wymagały dużo większej determinacji: napisania papierowego listu, dodzwonienia się do redakcji (komórki były wciąż rzadkością) lub nawet osobistego do niej przyjścia, a potem wyczekiwania na wychodzącego autora tekstu, żeby móc mu nagadać do słuchu twarzą w twarz – co wymagało już naprawdę odwagi. Napisanie kilku obelg pod tekstem nie wymagało praktycznie żadnej.

 

Później pojawiły się Twitter, Facebook, dużo później kanały YouTube, ale pod tym względem Salon24 był pierwszy. W chwili, gdy Igor Janke go uruchamiał, to było naprawdę nowatorskie medium. Niczego takiego jeszcze w Polsce, a pewnie nie tylko w Polsce nikt nie zrobił wcześniej. W tekście inaugurującym nową odsłonę Salonu24 Sławomir Jastrzębowski przypomniał, jak to właśnie Igorowi Jankemu udało się dla Salonu przeprowadzić wywiad z Barackiem Obamą, co nie udało się przedstawicielom wielu tradycyjnych mediów. Poważnym argumentem było właśnie nowatorstwo Salonu24.

 

W Salonie24 pisałem długo, ciesząc się oferowaną przez tę platformę wolnością wypowiedzi i natychmiastowością publikacji. Rzecz, która dzisiaj wydaje się oczywista, ale wtedy, ponad dekadę temu, była czymś nadzwyczajnym. Owszem, istniały blogi, ale dopiero Salon24 spopularyzował tę formę wypowiedzi u osób publicznych. Skończyłem pisanie (moje teksty oczywiście nadal w Salonie można znaleźć), gdy z „Faktu” przeszedłem do „W Sieci” (wówczas jeszcze właśnie z „w”), które miało swój własny portal wPolityce i publikowanie w dwóch podobnych miejscach stało się niemożliwe.

 

Drugi powód to ten, że prywatnie znam Sławka Jastrzębowskiego od lat, jako że pracowaliśmy razem jeszcze w „Fakcie”, i mogę bez cienia wątpliwości stwierdzić, że jest to jeden z najoryginalniejszych ludzi mediów w Polsce. Inteligent wyglądający jak napakowany bandziorek z Bałut (bo Sławek jest z Łodzi, jak ja) – w końcu wiadomo, „biceps dla Polski” to jego hasło. Człowiek o poglądach ogólnie prawicowych, ale tak specyficznie sygnalizowanych, że czasem trudno powiedzieć, jakie one właściwie są. Osoba o tak dużym dystansie do siebie i własnych poglądów, że nigdy nie widziałem, żeby w mediach społecznościowych na kogokolwiek się rzucił, komuś nawtykał albo na kogoś się obraził (czego, uczciwie mówiąc, nie mogę powiedzieć o sobie). Sławek nie owija w bawełnę, jest bezpośredni, ale jednocześnie nie brutalny. W rozmowie zapala się czasem tak, że można mieć wrażenie, że ma się przed sobą nakręconego nastolatka, a nie statecznego pana redaktora w wieku… Pomińmy ten detal, bo i tak państwo nie uwierzą. Słowem – drugiego takiego Jastrzębowskiego polskie media nie mają. Może ma go polska kulturystyka, ale może to być najwyżej podobieństwo czysto fizyczne.

 

Jeśli lektura tej charakterystyki kazała państwu odnieść wrażenie, że mam do „Jastrzębia” stosunek osobisty, a mówiąc wprost – że go lubię, to się państwo nie mylą. Lubię faceta i koniec. Jednak to, że go lubię, nie znaczy, że patrzę na jego nowy projekt bez wątpliwości, czy markę Salonu da się jeszcze reanimować.

 

Bo Salon24 – jak państwo być może spostrzegli, czytając opis mojej z nim przygody – był w wielu sprawach prekursorem; właśnie: był. Od chwili, gdy się pojawił, zmieniło się mnóstwo rzeczy. Między innymi weszły media społecznościowe, dające możliwość również natychmiastowej, zwięzłej, błyskawicznej komunikacji za pomocą bardzo krótkich komunikatów. Pojawiły się strony internetowe i całe portale powiązane z mediami, gdzie znalazło się miejsce dla dziennikarzy i publicystów, których nierzadko obarczono obowiązkiem prowadzenia blogów. Pojawiły się krótkie formy wideo i multimedia. Oraz całe mnóstwo innych rozwiązań, które nowatorstwo Salonu24 zabiły.

 

Salon24 pozostał marką rozpoznawalną w sieci, ale polor świeżości dawno stracił. Trwał, ale był jak dziarski staruszek: wciąż żywotny i przytomny, lecz szybko tracący oddech i siły. Lata w końcu jednak lecą. Wielkie pytanie brzmi, czy Jastrzębowski będzie umiał tego staruszka napoić eliksirem życia i odmłodzić o kilkadziesiąt lat, tak żeby znów objawił się nam sprężysty 30-latek. Szczerze mówiąc – nie wiem.

 

Sławek powiada, że chce zrobić z Salonu24 portal z prawdziwego zdarzenia, pozostawiają w nim ważną część blogową, która ma pokazywać otwartość tego miejsca. W swoim wstępniaku napisał:

 

Po co, dlaczego kupiłem Salon24 i co zamierzam z nim zrobić?

Otóż z kilku powodów. Jednym z nich jest to, że w polskich mediach brakuje mi miejsc nieoczywistych. Miejsc z opiniami i poglądami o horyzoncie 360 stopni.

Zdecydowana większość mediów patrzy w jedną stronę z akceptującym wszystko zachwytem i z co najmniej niesmakiem, jeśli nie obrzydzeniem w drugą. Efekt jest taki, że zanim zacznę czytać pewne gazety, portale, oglądać pewne telewizje, to wiem, co w nich napiszą, co przemilczą, co powiedzą i jak zinterpretowane zostanie konkretne zdarzenie. W kółko ci sami eksperci wypowiadający te same formułki. Dziennikarze, którzy zamiast prowadzić z politykami grę na własnych zasadach pozwolili się zredukować do roli kelnerów z połamanymi kręgosłupami służącymi (często z autentyczną wiarą w ideę) tej lub innej opcji.

Za dużo widziałem i przeżyłem, żeby mnie to oburzało. Tak było, jest i będzie, choć zmienia się natężenie identyfikacji z politykami. To błąd, w ten sposób dziennikarze pozbywają się swojej pozycji. Ja chciałbym trochę inaczej. Patrzeć we wszystkie strony, słyszeć wszystkie racje i w miarę samodzielnie, razem z użytkownikami Salon24 wyrabiać sobie zdanie.

 

Trudno, żebym się z „Jastrzębiem” nie zgodził, skoro właściwie to samo piszę od dawna także na portalu SDP i w tym samym upatrują problemu polskich mediów. Przy czym podobnych deklaracji do powyższej czytałem już wiele i właściwie nigdy nic z tego nie wychodziło – siła samoograniczająca bańki światopoglądowe jest potężna. O źródłach tej siły również wielokrotnie na tym portalu wspominałem. Ale tu jest różnica, bo gdy o Jastrzębowskiego chodzi, wiem, że nie jest to tylko odbębnianie retorycznej jazdy obowiązkowej – tak jak choćby w przypadku Doroty Kani opowiadającej, że w Polska Press nie będzie żadnej presji i zostanie zachowana redakcyjna wolność – lecz nowy właściciel Salonu24 tak właśnie myśli, całkiem szczerze. Mało tego – on w tym upatruje szansy biznesowej, a to co najmniej równie ważna motywacja.

 

Problem widzę w przekonaniu wystarczająco wielu osób, że znów warto na Salon24 zaglądać, a nawet na nim publikować. Czy to się uda – nie mam pojęcia. Mogę powiedzieć jedno: wziąwszy pod uwagę, jakie cele stawia sobie Sławomir Jastrzębowski, ogromnie chciałbym, żeby mu się udało. To mogłoby pokazać innym uczestnikom medialnego rynku, że można inaczej.

 

Łukasz Warzecha

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Lewacy przeciw Pileckiemu

Jeszcze kilka lat temu rotmistrz Witold Pilecki był otwarcie krytykowany przez lewicowo-liberalny świat polityki i mediów. Kiedy w 2009 r. miał zostać uznany za bohatera Europy, patrona europejskiego dnia walki z dwoma totalitaryzmami – niemieckim i sowieckim, jego kandydatura została utrącona przy udziale eurodeputowanych z Polski.

 

Odpowiednie inicjatywy przedkładały organizacje pozarządowe (akcja „Przypomnimy o rotmistrzu”) i eurodeputowani Prawa i Sprawiedliwości (inicjatorką była Hanna Foltyn-Kubicka). Dzień wybrano nieprzypadkowo – 25 maja Pilecki został zamordowany przez komunistów w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

 

Pusta sala

 

Z chóru medialnych przeciwników Pileckiego wyłamywał się m.in. „Super Express”. W dzienniku, przed głosowaniem w Parlamencie Europejskim, ukazał się wywiad z Januszem Kurtyką. A to w dużej mierze dzięki ówczesnemu prezesowi Instytutu Pamięci Narodowej przybliżono europarlamentarzystom postać polskiego żołnierza. Polacy zorganizowali konferencję naukową, pokazali wystawę i film. To był pierwszy raz, kiedy losy polskiego bohatera zostały zaprezentowane na takim europejskim forum…

 

Pytanie dziennikarza „Super Expressu” brzmiało: „Czy dominujące na Zachodzie środowiska lewicowe mogą się identyfikować z postacią rotmistrza, zrozumieć jej złożoność, dramat, a może najprościej – niesprawiedliwość losu, który spotkał tego żołnierza niepodległości?

 

Janusz Kurtyka odpowiadał: „Te środowiska nie znają polskiej walki o wolność. Szczególnie do nich powinniśmy adresować nasze przesłanie. Obowiązkiem czynników oficjalnych Rzeczpospolitej jest promowanie polskiej historii w tych jej aspektach, które mają właśnie wymiar europejski i uniwersalny. Historia naszego kraju ma mnóstwo takich wątków i tylko od nas zależy, czy będziemy potrafili to przekazać”.

 

Dziennik zapytał też o zainteresowanie europosłów osobą „ochotnika do Auschwitz”: „W jednym z krótkich telewizyjnych ujęć widać było salę. Była pusta”.

 

Prezesowi IPN nie pozostało nic innego, jak tylko potwierdzić ten smutny fakt: „Odnośnie naszej konferencji nie użyłbym niestety określenia <<duże zainteresowanie>>. Myślę, że jesteśmy na takim etapie, że możemy kształtować zainteresowanie ideami dla nas ważnymi. Każdy poseł Parlamentu Europejskiego otrzymał od IPN album w języku angielskim i broszury o rotmistrzu Pileckim. W konferencji wziął udział gość specjalny – profesor Michael R. D. Foot, który zaliczył rotmistrza w poczet sześciu najodważniejszych żołnierzy europejskiego ruchu oporu podczas II wojny światowej. Po spotkaniu w Parlamencie Europejskim nastąpiło uroczyste otwarcie wystawy „Rotmistrz Witold Pilecki – Ochotnik do Auschwitz„.

 

Odrzucili bohatera

 

Jednak przy takiej postawie większości europosłów wynik głosowania można było przewidzieć. Kandydatura Pileckiego na bohatera Europy nie została zaakceptowana. Przypomnijmy nazwiska eurodeputowanych z Polski, którzy się do tego przyczynili: Buzek, Lewandowski, Onyszkiewicz, Piskorski, Protasiewicz, Rosati, Saryusz-Wolski, Wielowieyski. Ci Polacy odrzucili polskiego bohatera.

 

W ten sposób wymienieni panowie pogwałcili też polskie prawo. Bo Senat RP specjalną uchwałą z 7 maja 2008 r. uznał, że heroiczny czyn rotmistrza, „jakim było dobrowolne i celowe poddanie się uwięzieniu w KL Auschwitz, a także powojenny, okupiony śmiercią powrót do Ojczyzny, stawiają Witolda Pileckiego wśród najodważniejszych ludzi na świecie i powinny stać się dla Europy i świata wzorem bohaterstwa oraz symbolem oporu przeciw systemom totalitarnym„.

 

Na chichot historii zakrawa fakt, że tego dnia, kiedy Parlament Europejski powiedział „nie” bohaterowi, Europa obchodziła Dzień Kręcenia Lodów Ręcznie. Takie święto udało się uchwalić.

 

Europosłanka Hanna Foltyn-Kubicka tłumaczyła sprzeciw kolegów z frakcji opozycyjnych: „Ich reakcja opierała na zasadzie: nie, bo nie. Sprzeciwili się, bo to była inicjatywa PiS”.

 

Woda im z głów nie wycieka?

 

W wywiadzie dla pilnującego sprawy „Super Expressu” córka WitoldaZofia Pilecka-Optułowicz nie kryła rozgoryczenia: „Tato jest jedynym znanym na świecie człowiekiem, który trafił do obozu z własnej woli. Był żołnierzem kampanii wrześniowej. Dał się złapać Niemcom, aby wywieźli go do Auschwitz – w drugim transporcie z Warszawy. Znalazł dla tego miejsca słowo najwłaściwsze: piekło. Trwał w nim, aby działać dla dobra innych. Gdy Londyn i Waszyngton ograniczały się do robienia zdjęć szpiegowskich z samolotów, tata wśród poniżanych ludzi ubranych w pasiaki zbudował konspiracyjną organizację zbrojną, zrzeszającą ponad pół tysiąca członków. Kontaktował się też ze światem zewnętrznym – jego meldunki trafiały do komendanta głównego Armii Krajowej, a od niego do aliantów. W piekle Auschwitz spędził 947 dni”.

 

Córka rotmistrza poleciła politykom słowa taty z raportu napisanego po uciecze Pileckiego z Auschwitz: „Nie to jest ważne, co napisałem dotychczas na tych kilkudziesięciu stronach, szczególnie dla tych, co będą je czytać li tylko jako sensację, lecz tutaj chciałbym pisać tak wielkimi literami, jakich nie ma, niestety, w maszynowym piśmie, żeby te wszystkie głowy, co pod pięknym przedziałkiem mają wewnątrz przysłowiową wodę i matkom chyba tylko mogą dziękować za dobrze sklepione czaszki, że owa woda im z głów nie wycieka – niech się trochę zastanowią głębiej nad własnym życiem, niech się rozejrzą po ludziach i zaczną walkę od siebie, ze zwykłym fałszem, zakłamaniem, interesem podrasowanym sprytnie pod idee, prawdę, a nawet wielką sprawę„.

 

Pilecki zdenerwował Putina

 

W 2019 r. Parlament Europejski ostatecznie uznał Witolda Pileckiego za bohatera walki z dwoma totalitaryzmami. Wtedy na swoim blogu na stronie radia Echo Moskwy Andriej Iłłarionow, w latach 2000-2005 doradca prezydenta Rosji Władimira Putina skomentował: „Wydaje się, że jest to właśnie perspektywa ustanowienia Międzynarodowego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem – ku pamięci Witolda Pileckiego, niezrównanego bohatera ruchu oporu, który walczył o niepodległą Polskę, o uratowanie Żydów przed zagładą, o wolność całej ludzkości od przemocy i terroru, 25 maja, w dniu jego egzekucji dokonanej przez “polskie NKWD”, przede wszystkim przeraża Władimira Putina. To ona zmusza go do prowadzenia kampanii wojskowej dezinformacji nie tylko przeciwko bojownikom przeciwko tyranii, ale także przeciwko pamięci prawdziwych bohaterów tej walki”.

 

Tadeusz Płużański

Wyrok w sprawie kontrowersji wokół Rady Programowej w TVP3 Gdańsk

Po ponad trzech latach toczącego się sporu w Sądzie Okręgowym w Gdańsku (XV Wydział Cywilny) wokół wyemitowanego w dniu 27 stycznia 2017 r. w TVP3 Gdańsk materiału informacyjnego, dotyczącego wyboru członków do Rady Programowej w tejże stacji oraz w Radiu Gdańsk, 13 maja 2021 r. zapadł wyrok. Powód, czyli Henryk Jezierski, właściciel wydawnictw motoryzacyjnych, który miał wejść w skład Rady Programowej TVP3 Gdańsk, zarzucał pozwanym red. Joannie Strzemiecznej – Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk oraz Agacie Mielczarek, dziennikarce TVP3 Gdańsk, bezpodstawne przypisanie mu współpracy ze Służbami Bezpieczeństwa z czasów PRL. Od 2018 r. obie rozprawy toczyły się osobno – były to dwa różne powództwa. Jesienią 2020 r. połączono je. Wyrok jest nieprawomocny.

 

Sąd nakazał pozwanym Joannie Strzemiecznej-Rozen oraz Agacie Mielczarek wyemitowanie, na własny koszt, w głównym, piątkowym wydaniu „Panoramy” w TVP 3 Gdańsk oraz opublikowanie na portalu internetowym TVP 3 www.gdansk.tvp.pl w najbliższym terminie po upływie 14 dni od uprawomocnienia się wyroku, oświadczenia o następującej treści: „Przepraszam Szanownego Pana Redaktora Henryka Jezierskiego za opublikowanie bezpodstawnej informacji o współpracy powoda Henryka Jezierskiego ze służbami specjalnymi PRL. Jest mi niezmiernie przykro, że informacja ta, wyemitowana w gdańskiej „Panoramie” z dnia 27 stycznia 2017 roku naruszyły Jego dobre imię i cześć”. Pozwane mają się podpisać pod owym oświadczeniem.

 

Sąd nakazał także obu pozwanym uiszczenia kwoty po 600 zł na rzecz powoda Henryka Jezierskiego. Są to koszty, które powód poniósł jako wpis, wnosząc pozew.

 

Pozostałe żądania powoda Sąd oddalił.

 

Przypomnijmy: w pozwie Henryk Jezierski domagał się oświadczenia o następującej treści: „Przepraszam Szanownego Pana Redaktora Henryka Jezierskiego za opublikowanie bezpodstawnego pomówienia Go o współpracę ze służbami specjalnymi PRL oraz samozwańczy wybór do Rady Programowej TVP Gdańsk. Jest mi niezmiernie przykro, że obydwa kłamstwa wyemitowane w gdańskiej „Panoramie” z 27 stycznia 2017 roku naruszyły Jego dobre imię, cześć i godność oraz naraziły na niepowetowane straty i upokorzenia”.

 

Henryk Jezierski domagał się również, aby to samo komercyjne oświadczenie ukazywało się także na portalu motoryzacyjnym, którego właścicielem jest on sam, najpierw przez miesiąc w części głównej portalu, a następnie przez 12 miesięcy w dziale Publicystyka. Jezierski chciał też, aby każda z pozwanych uiściła po 20 tys. zł na cel społeczny, a także taką samą kwotę, czyli po kolejne 20 tys. zł na rzecz powoda tytułem zadośćuczynienia.

 

Sąd decyzję nakazu opublikowania oświadczenia uzasadniał faktem braku dokumentów (wszystkie zostały zniszczone w 2010 r.) udowadniających współpracę Henryka Jezierskiego ze służbami bezpieczeństwa. Materiały, które się zachowały pozwalają jedynie na postawienie hipotezy. Sędzia Kowalski wyjaśniał, że hipotezę można postawiać, ale nie można stwierdzić bezsprzecznie, że powód był TW, dlatego należało się powstrzymać od takiego stwierdzenia. W przypadku powoda jedynym dokumentem jest karta rejestracyjna na kandydata TW oraz odmowa współpracy. Sędzia Kowalski stwierdził, że gdyby materiał został tak przedstawiony, jak to zrobił Daniel Wicenty – autorka winna zacytować fragment opracowania Wicentego bez komentarza – nie byłoby problemu. Natomiast przy braku dowodów w sprawie wyjaśnienia prawdy ani sąd, ani dziennikarz nie mogą nic zrobić, chociaż uznał, że osoba ubiegająca się o funkcję w Radzie winna być poddana lustracji. Zdaniem sędziego Kowalskiego w materiale telewizyjnym nastąpiło naruszenie dóbr osobistych powoda, gdyż zniszczenie dokumentów nie pozwala na udowodnienie powodowi, że z kandydata na tajnego współpracownika przekształcił się w tajnego współpracownika.

 

Materiał wyemitowany w telewizji autorstwa red. Agaty Mielczarek został oparty na informacji, która ukazała się w publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w Stanie Wojennym” wydanej przez IPN w 2015 r. Na stronie 77 tego opracowania czytamy: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”.

 

Pełnomocnicy pozwanych nie chcieli komentować wyroku przed uzyskaniem uzasadnienia.

 

– Co do zasady nie dyskutuję i nie komentuję wyroku Sądu – stwierdził Tomasz Plaszczyk, pełnomocnik red. Agaty Mielczarek. – Wystąpimy o uzasadnienie i zastanowimy się nad dalszym postępowaniem.

 

Pełne uzasadnienie wyroku nie jest jeszcze dostępne.  Ogłoszony 13 maja 2021 r. wyrok jest wyrokiem pierwszej instancji. Stronom przysługuje apelacja do Sądu Apelacyjnego.

 

Na odczytanie wyroku zgłosili się jedynie pełnomocnicy obu pozwanych dziennikarek: mec. Wenanty Plichta i mec. Tomasz Plaszczyk. Ani powód, czyli Henryk Jezierski, ani jego pełnomocnik mec. Małgorzata Jezierska-Wojdak nie stawili się na rozprawie końcowej. Sprawę prowadził sędzia Piotr Kowalski i to on odczytał wyrok. Z ramienia Centrum Monitoringu Wolności Prasy proces sądowy obserwowała Maria Giedz. CMWP SDP wydało opinię działania jako amicus curiae.

 

Opinia jest TUTAJ.

 

Opracowanie i zdjęcia: Maria Giedz

CMWP SDP w obronie red. Sławomira Matusza z Sosnowca. Apel o powstrzymanie wykonywania kary więzienia

W związku z wyrokiem Sądu Okręgowego w Katowicach zapadłym w sprawie Pana Sławomira Matusza oskarżonego z art. 212 k.k. oraz złożoną przez niego prośbą do Prezydenta RP o ułaskawienie,  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przychyla się do tego wniosku i apeluje  do Sądu o powstrzymanie wykonywania kary więzienia dla niego. W ocenie CMWP SDP byłaby to kara  nieadekwatna do jego winy, wykazująca jedynie to, jak bardzo bezbronny jest zwykły obywatel w zderzeniu z wymiarem sprawiedliwości w naszym kraju. 

 

Pismo w tej sprawie zostało wysłane przez CMWP SDP do Kancelarii Prezydenta RP 20 kwietnia b.r. W poniedziałek, 18. maja  w Sądzie Rejonowym w Sosnowcu odbędzie się posiedzenie Sądu, którego przedmiotem będzie wykonanie zastępczej kary pozbawienia wolności dla red. Sławomira Matusza.

 

Red. Sławomir Matusz jest dziennikarzem i poetą z Sosnowca, jest współzałożycielem  Fundacji im. Jana Kochanowskiego i współorganizatorem Konkursu Poetyckiego im. Danuty „Inki” Siedzikówny, wyróżnionym za swoją znakomitą, tłumaczoną na wiele języków, twórczość poetycką medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis (w roku 2012). Poeta opisał w kilku mailach rozesłanych do  osób pełniących ważne funkcje w instytucjach samorządowych występujące – jego zdaniem – nieprawidłowości w działaniach instytucji samorządu sosnowieckiego, na co one zareagowały w stosunku do niego  zarzutem zniesławienia z art. 212 kk. Decyzją Sądu Rejonowego w Sosnowcu poeta został uznany za winnego zniesławienia . Wyrok został podtrzymany w drugiej instancji, co oznacza, że p. Matusz za to, iż wysłał w dobrej wierze kilka krytycznych wobec urzędujących władz samorządowych maili zostanie ukarany, tak jak opisano w wyrokach. Obecnie wyrok ten jest prawomocny, a w związku z tym, iż jest on osobą utrzymującą się z dorywczych prac twórczych, nie stać go na opłacenie grzywny, ani kosztów postępowania sądowego, dlatego wszystko wskazuje na to, iż będzie on musiał odbyć karę bezwzględnego więzienia. 18. maja b.r. w Sądzie Rejonowym w Sosnowcu odbędzie się posiedzenie Sądu, którego przedmiotem będzie wykonanie zastępczej kary pozbawienia wolności dla niego.

 

Pan Sławomir Matusz to autor książek, członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, odznaczony Brązowym Medalem Gloria Artis, dwukrotnie wyróżniony stypendium twórczym przez Ministra Kultury (2017 i 2021), bohater programu TVP Alarm (2020 r.), w którym to programie Pana Sławomira Matusza bronił m.in. Pan Profesor Andrzej Nowak oraz Prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – Pani Profesor Anna Nasiłowska. Pan Profesor Andrzej Nowak pisał o Panu Sławomirze Matuszu na portalu wPolityce.pl już w grudniu 2019 roku: „Sądy (ich najgłośniejsza część) wydają się okazywać dziś coraz bardziej zuchwale swoją „niezależność” – od polskiego prawa. Manifestują także – nie zawsze oczywiście, ale nierzadko, niestety – swoją pogardę dla elementarnej sprawiedliwości. (…) Pozwalam sobie przedstawić dramatyczny przykład takiej sytuacji, o której dowiedziałem się właśnie. Ofiarą jest tu pan Sławomir Matusz, poeta z Sosnowca, współzałożyciel Fundacji im. Jana Kochanowskiego i współorganizator Konkursu Poetyckiego im Danuty „Inki” Siedzikówny, wyróżniony za swoją znakomitą, tłumaczoną na wiele języków, twórczość poetycką medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis (w roku 2012, a więc przez Ministra Kultury rządu Donalda Tuska). Poeta popełnił zasadniczy „błąd”: ośmielił się zwrócić uwagę na występujące – jego zdaniem – nieprawidłowości w działaniach instytucji samorządu sosnowieckiego, zdominowanego przez „słuszną” (z punktu widzenia sędziowskiej kasty) Koalicję Obywatelską. https://wpolityce.pl/polityka/476602-apel-w-sprawie-skazanego-poety [dostęp:] 12.04.2021.

 

W obronie Pana Sławomira Matusza CMWP SDP wielokrotnie występowało publicznie CMWP SDP. Przykłady tych stanowisk są dostępne na naszej stronie internetowej po wpisaniu w wyszukiwarkę jego nazwiska.

 

Pan Sławomir Matusz procesuje się z władzami i instytucjami samorządowymi Sosnowca od 2016 roku. Sprawy przed Sądem Rejonowym w Sosnowcu toczą się w trybie karnym o zniesławienie (art. 212 kk), których p. Matusz rzekomo dopuszczał się w pismach oraz w mailach kierowanych wyłącznie o tych instytucji i ich przedstawicieli (nr akt sprawy: IX K 1153/17). W inkryminowanych pismach i mailach p. Matusz zwracał uwagę na nieprawidłowości w działaniach instytucji, do których pisał. Przykładowo zarzucał wady prawne statutów instytucji kultury w Sosnowcu. Mimo, że Wojewódzki Sąd Administracyjny wydał 5 wyroków, w których potwierdził błędy w ww. statutach, przyznając tym samym rację p. Matuszowi, wyrok dla p. Matusza został utrzymany. W 2018 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy przy SDP pisało: W związku z postępowaniem karnym w sprawie Sławomira Matusza z Sosnowca osk. z art. 212 § 1 k.k. w zw. z art. 191 § 1 kk oraz zapadłym wyrokiem nakazowym, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, działając w niniejszej sprawie jako amicus curiae, protestuje przeciwko zarzutom oskarżenia i wnosi o uniewinnienie wyżej wymienionego. Zapadłe orzeczenie (nieprawomocne) spotkało się z oburzeniem opinii publicznej, szczególnie w środowisku dziennikarskim i artystycznym, bo to właśnie ono (a nie działania samego oskarżonego) najmocniej przyczyniło się do upublicznienia okoliczności sprawy, co m.in. miało naruszyć dobra osobiste urzędników i pracowników instytucji kultury.

 

Panu Sławomirowi Matuszowi zarzucono zniesławienie urzędników samorządowych, jak również stosowanie groźby bezprawnej w celu zmuszenia do określonego działania i skazano wyrokiem nakazowym (nieprawomocnym). Tymczasem Pan Matusz zarzucał występowanie nieprawidłowości w instytucjach podlegających organom samorządu terytorialnego. Tego rodzaju działania leżą w interesie społecznym, do Sądu należy zatem zweryfikowanie zasadności argumentacji oskarżonego, jako społecznika zainteresowanego w prawidłowym działaniu jednostek organizacyjnych finansowanych ze środków publicznych. Wg jego twierdzeń, we wrześniu 2017r. prokuratura wszczęła na podstawie jego zawiadomienia dochodzenie w sprawie korupcji w sosnowieckich instytucjach kultury. Jest to istotna okoliczność, która bezwzględnie powinna była zostać zbadana przez Sąd (a nie została), podobnie jak inne kwestie podnoszone przez p. S. Matusza. Sądowi wydającemu wyrok nakazowy umknęły również inne okoliczności stanu faktycznego, jak choćby to, że p. S. Matusz nie przekazał wysłanych przezeń wiadomości e-mailowych szerokiej opinii publicznej, ale skierował je bezpośrednio do osób których dotyczyły, w tym do organów nadzorczych. Ma to szczególne znaczenie w kontekście ustawowego kontratypu – wyłączenia odpowiedzialności karnej za zniesławienie w przypadku podniesienia prawdziwego zarzutu dotyczącego postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną lub służącego obronie społecznie uzasadnionego interesu (art. 213 § 2 kk). https://cmwp.sdp.pl/protest-cmwp-sdp-w-sprawie-karnej-p-slawomira-matusza/ [dostęp:] 12.04.2021.

 

W niniejszej sprawie Pan Sławomir Matusz nie miał wystarczającej opieki prawnej, nie stać go było na opłacenie usługi adwokata. Z pewnością skutkiem tego stanu rzeczy jest niedotrzymanie przez niego terminów procesowych. Z całą pewnością jednak nie zasługuje ani na tę zasądzoną tak wysoką karę grzywny, ani (w konsekwencji jej niezapłacenia) – na karę bezwzględnego pozbawienia wolności.

 

CMWP SDP dysponuje w tej sprawie jedynie wyrywkową dokumentacją przekazaną nam przez Pana Sławomira Matusza, nie mamy narzędzi prawnych, by móc zweryfikować wszystkie argumenty użyte przez Sąd podczas orzekania wyroków skazujących, niemniej jednak podkreślamy, iż od co najmniej 4 lat obserwujemy działania i postawę Pana Sławomira Matusza jako zaangażowanego dziennikarza, twórcę i społecznika, i dlatego CMWP SDP zwraca się z prośbą o ułaskawienie Pana Sławomira Matusza od ciążących na nim  orzeczeń karnych, w tym szczególnie od ciążącego na nim wyroku karnego z art. 212 kk. 

 

W tej sprawie CMWP SDP stoi na stanowisku, że Pan Sławomir Matusz działał w ramach obowiązującego porządku prawnego, korzystając z zasady wolności słowa w demokratycznym państwie prawa. Sądy orzekające obu instancji pominęły fakt, że w/w działając w interesie społecznym weryfikował nieprawidłowości w instytucjach podlegających organom samorządu terytorialnego. M.in. wskutek jego działań w 2017r. prokuratura prowadziła dochodzenie związane z działalnością sosnowieckich instytucji kultury.

 

Nie wzięto również pod uwagę faktu, iż osoby, które w/w poddał krytyce, są osobami publicznymi (przynajmniej dla społeczności lokalnej). Jak wiadomo „osoby uczestniczące  w życiu publicznym muszą liczyć się z krytyką, gdyż świadomie i w sposób nieunikniony wystawiają swe słowa i działania na reakcje społeczeństwa. Krytyka jako wkład w formę debaty publicznej a zarazem kontrola osób sprawujących stanowiska publiczne jest niezbędna w demokratycznym państwie prawa” (z postanowienia SN z dnia 28 sierpnia 2003r. III KK 246/03 – OSNwSK 2003/1/1845).

 

Wymaga podkreślenia, że zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, że „Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.” Natomiast zgodnie z art. 54 ust. 1 Konstytucji RP, każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. W tym kontekście skazanie p. S. Matusza stanowi naruszenie praw człowieka i obywatela, gdyż de facto odbiera mu prawo do wyrażania opinii i to o osobach publicznych. Warto w tym miejscu przypomnieć , iż w wyroku z dnia  2 czerwca 2003  r. (III KK 161/03 – LEX nr 78847) Sąd Najwyższy stwierdził, że „przepis art. 10 EKPC, gwarantujący prawo do swobodnej wypowiedzi, jest w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka traktowany jako dający swobodę wszelkim rodzajom wypowiedzi wyrażających opinie i idee lub informacje, niezależnie od ich treści oraz podmiotu wypowiadającego się (…).”

 

Należy również dodać, że oskarżony działał jako tzw. sygnalista czyli osoba zgłaszająca nieprawidłowości. Na gruncie przepisów prawa Unii Europejskiej osoby takie podlegają szczególnej ochronie. W Rezolucji Parlamentu Europejskiego z dnia 24 października 2017 r. w sprawie uzasadnionych środków ochrony sygnalistów działających w interesie publicznym podczas ujawniania poufnych informacji posiadanych przez przedsiębiorstwa i organy publiczne wskazano, że sygnaliści nie powinni być przedmiotem postępowania karnego, cywilnego, sankcji administracyjnych lub dyscyplinarnych z tytułu dokonanych zgłoszeń (pkt 48 Rezolucji), oraz że w przypadku procesu często są oni stroną słabszą.

 

W ocenie CMWP SDP utrzymanie wyroku skazującego dla Pana Sławomira Matusza narusza fundamentalną dla ustroju demokratycznego zasadę wolności słowa, ponieważ poza wyjątkowo dotkliwą kwotą grzywny jaką ma on zapłacić oraz w związku z tym, że nie stać go na to, będzie musiał odbyć karę pozbawienia wolności. Wyrok ten zawiera element dodatkowy, tzn. spowoduje zniechęcanie dziennikarzy, w tym dziennikarzy obywatelskich, do zajmowania się istotnymi, wymagającymi wyjaśnienia sprawami, co w oczywisty sposób niszczy zasadę wolnego słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich. Sprawa ta także po raz kolejny przypomina o szkodliwości pozostawiania w polskim systemie prawnym art. 212 k.k. oraz o szkodliwości stosowania represji karnych w sprawach dotyczących wolności słowa i wyrażania opinii.

 

To właśnie w tej sprawie toczy się w Kancelarii Prezydenta RP procedura ułaskawienia (BOŁ.511.89.21).

 

W kolejnej sprawie (IX K 236/19) p. Matusz wypowiadał się krytycznie na temat wieloletniej dyrektor instytucji kultury w Sosnowcu, p. Jolanty Skorus. Wpisy zamieścił na Facebooku. Jak pisze w mailu do CMWP SDP: W czasie jedynej rozprawy, w której brałem udział 4 lutego 2020 r., doradca prezydenta Sosnowca ds. kultury kłamał, że wysyłałem na jego służbowy adres ‘po 40 maili dziennie’, w których miałem pisać w obraźliwy sposób – pisałem rzekomo o życiu erotycznym p. Skorus. Zażądałem okazania tych maili, ale sędzina odrzuciła moje żądanie. Złożyłem więc na piśmie zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Była to jedyna rozprawa, w której brałem udział. Następną odwołano telefonicznie z powodu pandemii. Więcej żadnych wezwań nie dostałem. Wyrok w tej sprawie zapadł pod nieobecność p. Matusza. O wyroku p. Matusz dowiedział się niejako przy okazji, bowiem sentencji wyroku w formie pisemnej do tej pory nie otrzymał. Sąd skazał p. Matusza na rok ograniczenia wolności i pracę przymusową oraz 5000 złotych kary.

 

Ani w pierwszym, ani w drugim procesie p. Matusz nie otrzymał żądania sprostowania, czy też żądania przeprosin.

 

CMWP SDP pragnie podkreślić, że zarówno na gruncie prawa krajowego, jak i międzynarodowego, wolność słowa i prasy stanowią podstawowe swobody i wartości, do których ochrony obowiązane są wszystkie organy państwowe. Opisane praktyki sądowe budzą sprzeciw, nie sposób bowiem przyjąć, by miały się przyczynić do wzmocnienia demokracji czy respektowania zasady wolności słowa . Mając powyższe na uwadze, CMWP SDP apeluje o  ułaskawienie Pana Sławomira Matusza i o apeluje  do Sądu o powstrzymanie wykonywania kary więzienia dla niego

 

dr Jolanta Hajdasz , dyr. CMWP SDP

Michał Jaszewski, doradca prawny SDP

 

Esemesowość Roku – felieton KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Plebiscyty nie zawsze muszą się dobrze kojarzyć. Ot choćby ten na Górnym Śląsku. Czy do tych niechlubnych, dołączy głosowanie w ramach grupy Polska Press?

 

Nie wiem czy jesteście na fejsbukach, ale kilka tygodni temu, niektórzy z moich znajomych informowali, że zostali nominowani w kategorii Osobowość Roku. Komunikowali przy tym, że są wzruszeni, zaszczyceni i coś w tym stylu. I jeszcze bardziej będą pracować ku chwale Ojczyzny. Musi to być niezwykle miłe, bo przecież nominacje kojarzą się bardziej z tymi do Oscarów, niż z nominacjami do wyjścia z domu Wielkiego Brata. Jeśli ktoś jeszcze pamięta ten  barakowy show.

 

Szansa, że takich bliskich gdzieś macie, jest całkiem spora. Bo grupa Polska Press nominowała jakieś 13 tysięcy obywateli. Skąd ich, aż tylu wzięto trudno powiedzieć. Jest to też bardzo budujące, że w kraju nad Wisłą, tyle osobistości czy tam osobowości pomieszkuje.

 

A jakie to musi być smutne, dla nie nominowanych. Pomyślcie sobie, kilkanaście tysięcy osób, a mniej w tej wybitnej czeredzie nie ma? I nie będę zaproszona/zaproszony na galę wręczenia statuetki? Nie pozdrowię ze sceny rodziny, bliskich, znajomych? Jakaś „ścianka” przepadnie? Jak to mawiali w kultowym filmie: „Za parę dni, proszę pana, to się dopiero zacznie. Wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy”. I tego nie będzie? Ehhh.

 

Oprócz prestiżu dla gazet i zwycięzców, nie da się pominąć efektu finansowego. W dawnych czasach jak były tego typu konkursy, np. na Sportowca Roku, to się kupowało, wycinało i wysyłało zgłoszenie. Znam taką sportsmenkę, której dość majętny partner, wykupywał nakład tysiącami. Afera z „Fryzjerem” też pokazała, jak to działacze „Amiki kupowali wyniki”, a piłkarze byli zmuszani wysyłać kupony plebiscytowe na siebie. Ciekawe, ile się da z tego wycisnąć? Choć pewnie tych smsów jest mniej, niż w tych męczących konkursach znanych stacji radiowych. Niech tylko każda z nominowanych postaci, odda choćby z jeden głos na siebie, to się powinno trochę uzbierać. Na rynku prasowym przecież każdy sms się liczy. Grosz do grosza, a będzie…

 

Najciekawsze w tym wszystkim okazały się jednak protesty i rezygnacje. Kilkoro osób nominowanych przez „Gazetę Wrocławską” zrezygnowało z udziału, zarzucając dziennikowi „eskalowanie ksenofobicznych nastrojów”. No i oczywiście jak trudno nie zgadnąć: „przejęcie wydawnictwa przez znanego biznesmena z Orlenu”. I jeszcze ten nowy naczelny „Gazety Krakowskiej”. Z taką przeszłością. „Gniazdowy” kibic fanatyk, jednego z najstarszych krakowskich klubów.

 

A jak smsy szły do niemieckiego właściciela to było lepiej, niż do tego, co to należy do Skarbu Państwa? Na tych stacjach przecież wiadomo, korzystamy tylko z toalet. Ewentualnie kupujemy „gorące psy” w wersji wege.

 

Jeszcze słówko o wykluczeniu. Dr Zbigniew Martyka wyleciał z kategorii nauka, za przewinienia, jakimi były „ważne przyczyny społeczne”. Znaczy się dla lekarza „negacjonisty”, który w pandemię nie wierzy, a w sprawie szczepień ma wątpliwości, nie ma tu miejsca. Tak czy owak, osobnikom którzy są wywrotowcami i szkodnikami w nauce, należy się osobna rozprawka.

 

Jednak najbardziej w tym wszystkim dziwnym jest w ogóle istnienie kategorii „nauka”. Skąd ten biedny czytelnik kupujący „Nowiny” w Rzeszowie czy „Echo Dnia” w Kielcach ma się na niej znać. Znaczy się kojarzyć i oceniać dokonania, tzw. „pracowników nauki”. Gdzie ma się dowiedzieć, ile dany naukowiec ma cytowań i czy publikuje w prestiżowych czasopismach naukowych na świecie?

 

Czy statystyczny zjadacz chleba i czytelnik regionalnej gazety, zapoznał się ze świetnym tekstem, opublikowanym kilka lat temu, przez wybitnego socjologa prof. Tomasza Szlendaka pt. „Manufaktury makulatury”? Pozwólmy sobie na rzeczony fragmencik: „Uczelnie wyższe (…) to wielkie wytwórnie papierów, bynajmniej nie wartościowych. Sterta produkowanych tu (…) doktoratów i habilitacji posłuży nam w przyszłości do wytarcia nosa lub – co gorsza – innej części ciała w znacznie bardziej intymnych sytuacjach. Tylko bowiem w takiej – przemielonej na poczciwe chusteczki higieniczne, serwetki i papier toaletowy – postaci wiele spośród dzieł akademików nadaje się do użycia. Nie ma większego sensu, by 90% uniwersyteckiej (nad)produkcji umysłowej zalegało biblioteczne magazyny. Nikt, prócz katalogujących te dzieła bibliotekarzy, nigdy do nich nie zajrzy, niczego z nich się nie dowie i nic nie uzyska (…). Krótko rzecz ujmując: większość papierowej produkcji uniwersytetów i innych uczelni wyższych (…) niewiele jest warta”.

 

Co prawda, całkiem ekologicznie, przechodzimy powoli z papieru, na wersje elaboratów elektronicznych. Lecz sam przekaz o przeważającej bezsensowności, jest niezwykle jasny i aktualny.

 

A może chodzi o tzw. profesorów medialnych? Czytelnik czy widz ich kojarzy, bo zdalnie nie wychodzą z łamów prasy, radia i telewizji. Znany politolog prof. Mirosław Karwat, o swoich koleżankach i kolegach z branży tak pisze: „W mediach politolodzy „politykują” w sposób niewiele różniący się od dawnych wzorców „kawiarnianej polityki”, czyli komentując rozmaite sensacje, snując przypuszczenia i domysły, dzieląc się swymi wrażeniami, ewentualnie formułując oceny różnych występów na scenie politycznej na podobnej zasadzie, jak ma to miejsce w telewizyjnych turniejach tańca, śpiewu czy dowcipu”. O tak, niektórzy pozazdrościli showmeństwa światkowi artystów, choć jury w którym zasiadają, jest z trochę innej medialno – rozrywkowej bajki.

 

Krzysztof Prendecki

 

P.S. To pisałem ja. Nominowany w plebiscycie Osobowość Roku. Może w przepływie próżności oddam na siebie głos? Kto wie. Będę miał przynajmniej jeden.

CMWP SDP o wstrzymaniu zakupu Polska Press przez PKN Orlen przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów

W związku z wydaniem w dniu 8 kwietnia 2021 roku przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie  postanowienia, na mocy którego wstrzymano wykonanie decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z dnia 5 lutego b.r. do czasu rozpoznania odwołania na w/w decyzję prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz toczącym się postępowaniem sądowym zainicjowanym zaskarżeniem przedmiotowej decyzji, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przesłało do Sądu (5 maja b.r.)  swoją opinię w tej sprawie działając w charakterze amicus curiae (przyjaciela sądu). CMWP SDP  objęło tę sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, w szczególności w zakresie wolności słowa oraz swobody mediów.

 

Poniżej prezentujemy  zasadniczą część  stanowiska CMWP SDP:

 

W ocenie CMWP SDP postanowienie o wstrzymaniu wykonania decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydającej zgodę na przejęcie przez PKN Orlen spółek należących do Polska Press, jest niezwykle szkodliwe dla ładu medialnego w Polsce. Wydanie takiego postanowienia jest również wyrazem bardzo niepokojącego sygnału wobec inwestorów, którzy chcą tego typu transakcje przeprowadzić w Polsce. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta wydał bowiem prawomocną decyzję, że transakcja może być przeprowadzona. Transakcja dochodzi do skutku i nagle sąd wydaje inną decyzję – wstrzymuje wykonanie owej decyzji, wbrew literalnemu brzmieniu art. 97 ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, który nakazuje przedsiębiorcom, którzy chcą dokonać koncentracji, powstrzymanie się od dokonania koncentracji, lecz jedynie do czasu wydania decyzji przez Prezesa UOKiK. Na przedsiębiorcach, którzy mają zamiar dokonania koncentracji, spoczywa obowiązek wstrzymania się z jej dokonaniem do czasu zakończenia postępowania w tej sprawie. Obowiązek ten ustaje wraz z wydaniem decyzji wyrażającej zgodę na dokonanie koncentracji. W tym kontekście postanowienie z dnia 8 kwietnia 2021 roku może spowodować tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszając inwestorów od prowadzenia inwestycji na rynku polskich mediów. Postanowienie o wstrzymaniu wykonania zaskarżonej decyzji nie da się pogodzić ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i mają stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

Należy także zwrócić uwagę, że Sąd, wydając postanowienie z dnia 8 kwietnia 2021 roku, nie odniósł się do merytorycznych zagadnień w zakresie tego, czy decyzja została wydana zgodnie z ustawą o ochronie konkurencji i konsumentów i w oparciu o przewidziane prawem kryteria. Sąd stwierdził, że wstrzymanie wykonania decyzji jest niezbędne z uwagi na to, że wykonanie zaskarżonej decyzji może wywołać niemożliwe do odwrócenia negatywne skutki dla konkurencji, które mogą powstać w czasie trwania postępowania sądowego. Sąd nie precyzje jednak co miał na myśli czyniąc takie stwierdzenie, nie podaje jakie negatywne skutki rynkowe mogą wyniknąć z koncentracji dokonanej przed ostatecznym rozstrzygnięciem sprawy. Sąd uzasadniając postanowienie z dnia 8 kwietnia 2021 roku ogranicza się do ogólnych stwierdzeń, nie wskazując na żadne konkretne okoliczności które mogłyby uzasadniać wstrzymanie wykonania decyzji prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Sąd wydając postanowienie o wstrzymaniu wykonania decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów pomija z kolei milczeniem, skutki, jakie mogą wyniknąć z wydania owego postanowienia, nie tylko z punktu widzenia stron postępowania sądowego, lecz także z punktu widzenia transakcji na krajowym i zagranicznym rynku medialnym. W ocenie CMWP SDP Sąd nie podjął się oceny merytorycznych przesłanek wstrzymania wykonania zaskarżonej decyzji, w tym braku potencjalnych skutków dla konkurencji. Podobnie nie zweryfikowano, czy wydanie postanowienia w trybie art. 479 (30) par. 1 kpc, jest uzasadnione podnoszonymi przez Rzecznika Praw Obywatelskich argumentami. Zresztą z uzasadnienia postanowienia z dnia 8 kwietnia 2021 roku nie wynika, jakie argumenty Rzecznik Praw Obywatelskich przedstawił na poparcie swego wniosku z dnia 8 marca 2021 roku w przedmiocie wstrzymania wykonania decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

 

Kolejną okolicznością wymagającą podkreślenia jest to, dlaczego sąd, wiedząc, że jest postępowanie w Trybunale Konstytucyjnym w sprawie dalszego sprawowania urzędu przez Rzecznika Praw Obywatelskich, wydał na wniosek rzecznika orzeczenie i nie zawiesił postępowania, nie wstrzymał się z tą decyzją? Sąd na podstawie bliżej nieokreślonych przesłanek stwierdził, że Adam Bodnar jako Rzecznik Praw Obywatelskich posiadał legitymację do skierowania owego wniosku. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis ustawy o RPO, który pozwala pełnić obowiązki Rzecznikowi Praw Obywatelskich po upływie kadencji do czasu objęcia stanowiska przez następcę jest niezgodny z konstytucją. Trybunał wydał swoje orzeczenie 15 kwietnia 2021 roku, ale jednocześnie zdecydował, że wejdzie ono w życie po trzech miesiącach od opublikowania w Dzienniku Ustaw. Nadmienić należy, że zgodnie z art. 209 ust. 1 Konstytucji RP kadencja Rzecznika Praw Obywatelskich wynosi 5 lat. Kadencja Adama Bodnara jako Rzecznika Praw Obywatelskich zakończyła się zatem 9 września 2020 roku.

 

CMWP SDP   przypomina, iż Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wielokrotnie wskazywało niebezpieczeństwa związane z nadmierną obecnością kapitału zagranicznego na polskim rynku medialnym, w tym praktycznie monopolistyczną wydawnictwa Verlagsgruppe Passau. W stanowisku przyjętym już podczas Nadzwyczajnego Zjazdu Delegatów SDP w kwietniu 2015 r. dziennikarze stwierdzili, iż media regionalne po 26 latach od czasu transformacji ustrojowej znalazły się w bardzo trudnej, a pod niektórymi względami wręcz katastrofalnej sytuacji. Świadczyła o tym systematycznie malejąca liczba tytułów, zmniejszająca się liczba ich odbiorców oraz coraz bardziej marginalne znaczenie tych mediów w publicznym życiu polskich regionów i województw. SDP zaapelowało wówczas o przywrócenie mediom regionalnym ich właściwej pozycji w lokalnych społecznościach, przeciwdziałanie monopolizacji mediów regionalnych oraz o wspieranie podmiotów polskich działających na rynku mediów regionalnych i lokalnych. W ocenie SDP zakup firmy Polska Press przez PKN Orlen jest szansą na poprawę tej sytuacji. Stanowisko to Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich podtrzymało w uchwale Zarządu Głównego SDP z 9. grudnia 2020 r.

 

W ocenie CMWP SDP niezrozumiała i nieuzasadniona jest ingerencja sądu w działania niezależnych podmiotów gospodarczych jakimi są uczestnicy przedmiotowej transakcji. Niemiecki właściciel, posiadający prawo do większości polskich gazet regionalnych i związanych z nimi portali internetowych wyraża chęć sprzedać ich w sytuacji, gdy żadna inna firma poza PKN Orlenem nie jest zainteresowana taką transakcją.  Sąd rozpoznając odwołanie Rzecznika Praw Obywatelskich winien mieć na uwadze powyższe oraz działać w interesie krajowego rynku medialnego, którego kondycja jest obecnie już i tak bardzo słaba. Z pewnością nowy właściciel, jakim jest PKN Orlen, to dla tych tytułów prasowych szansa na poprawę sytuacji. Postanowienie z dnia 8 kwietnia 2021 roku i strategia rozumowania Sądu zaprezentowana w uzasadnieniu tego postanowienia uzasadnia przypuszczenia, że przedmiotowe postępowanie sądowe oraz jego kierunek z pewnością nie stwarzają dogodnych warunków dla rozwoju polskiej prasy, a wręcz przeciwnie.

 

Zasadnicza decyzja, która ostatecznie przesądziła o monopolizacji rynku prasy regionalnej miała miejsce w listopadzie 2013 roku. To wówczas Grupa Polskapresse, poprzednik obecnej spółki Polska Press, sfinalizowała zakup Mediów Regionalnych od brytyjskiego funduszu Mecom. Stało się to możliwe dzięki trudnej do akceptacji zgodzie ówczesnego Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Wówczas nie pomogły protesty środowiska dziennikarskiego ani wskazywanie na zagrożenia związane z tą umową. Uznano że to zwyczajna transakcja biznesowa, a żaden podmiot nie może ingerować w działania wolnego rynku. Niemieckie wydawnictwo dokończyło więc wówczas ,,prasowy rozbiór Polski”, jak nazwali to działania medioznawcy (Załubski Jan, Media bez tajemnic, Poznań 2002).  Teraz, gdy polski podmiot chce odkupić niechciane przez nikogo innego gazety i portale, realizację tej transakcji utrudnia polski sąd, wydając postanowienie o wstrzymaniu wykonania decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

 

Z uwagi na powyższe, Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich objęło niniejszą sprawę monitoringiem, ponieważ w naszej ocenie decyzja sądu konsumenckiego narusza polski ład medialny, który oparty jest na zasadzie wolnej prasy, co oznacza że rynek prasy drukowanej w Polsce, tak jak i w innych państwach europejskich, rozwija się w absolutnie swobodny sposób, bez ingerencji instytucji państwowych. Przez lata tą zasadą wolnego i nieskrepowanego rynku mediów drukowanych tłumaczono brak jakiejkolwiek reakcji publicznych podmiotów na przejmowanie polskiego rynku prasy drukowanej przez podmioty zagraniczne.

 

CMWP SDP stoi na stanowisku, że odwołanie Rzecznika Praw Obywatelskich od decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów pozbawione jest jakichkolwiek argumentów skutkujących możliwością jego uwzględnienia. Nadto interesy polskiego rynku medialnego oraz lokalnych i regionalnych gazet wskazują na konieczność możliwie najszybszego ukończenia postępowania sądowego. 

 

Pod stanowiskiem podpisali się:

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

mec. Daniela Tarasiewicz 

mec. Artur Wdowczyk 

 

Czy da się odbudować wiarygodność Trójki? – analiza ZBIGNIEWA BRZEZIŃSKIEGO

Trójce potrzebne jest wsłuchanie się w słuchaczy. Dobrze, gdyby teraz skupiono się na badaniach oczekiwań odbiorców oraz budowaniu dobrej atmosfery wewnątrz redakcji, bo ona będzie emanować na zewnątrz.

 

W najnowszym badaniu Radio Track Kantar Polska, obejmującym okres od lutego do kwietnia 2021 roku, udział  Programu 3 Polskiego Radia w słuchalności wyniósł zaledwie 2,3 proc. W porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku wynik ten zmniejszył się aż o 2,4 pkt. Stacja znalazła się dopiero na 11. miejscu w zestawieniu – podaje portal Wirtualnemedia.pl

 

Prosta droga do celu…

 

Barbara Balya w pracy „The Power of Radio. Basic Skills Manual”[1] zwróciła uwagę, że w radiu najważniejsze jest słuchanie… słuchaczy. Stacja nie może odnieść sukcesu, bez zbudowania z nimi intymnej więzi. W końcu program towarzyszy odbiorcom w przeróżnych okolicznościach: podczas jazdy samochodem, w kuchni, a nawet w sypialni. Potwierdza to Sarah Beham w podsumowaniu dyskusji zamykającej opracowanie: „The Future of Radio in South Africa. Innovations and Trends”[2]. Podobnie jak Balya autorka ta zauważyła, że słuchacze wciąż czują potrzebę zadzwonienia do stacji. Przy czym to jest zupełnie inna forma kontaktu, niż gdy łączymy się telefonicznie z dowolnym biurem obsługi klienta. Ma charakter osobisty, jakbyśmy odzywali się do starego znajomego. Są oczywiście zmiany technologiczne, ale radio potrafi się w pewnym przynajmniej stopniu przed nimi bronić, czego chyba najlepszym wyrazem satyryczny program stacji BBC4 „The Future of Radio”, w którym Jerome Vincent i Stephen Dinsdale wyśmiewali nowinki techniczne i ich wpływ na nasze życie[3].

 

Na kolejną istotną kwestię zwrócił uwagę zmarły w ubiegłym roku nestor kieleckiego środowiska radiowego Bohdan Gumowski. W książce „Subtelność brzmienia” napisał następujące słowa: „W pracy dziennikarskiej niesłuchanie ważne są z jednej strony możliwości samorealizacji, z drugiej – relacje w zespole”. Według Gumowskiego o jakości pracy w redakcji mówi to, czy wszyscy mają szansę na spełnienie zawodowych celów i marzeń[4]. Słowem: przekaz radiowy, to przekaz intymny, który wymaga wsłuchania się w głos tych, którzy są po drugiej stronie głośnika i dobrej atmosfery wewnątrz samej rozgłośni.

 

…ale pod górkę i przez pole minowe

 

Ta prosta droga zaczyna się komplikować, gdy przychodzi nam rozmawiać o rozgłośniach publicznych w III Rzeczypospolitej. Co ciekawe w drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku panował w tej kwestii optymizm. Na uczelniach odbywały się żarliwe dyskusje na temat przyszłości mediów, takie jak np. „Wolność słowa – między rynkiem a normą” (Uniwersytet Warszawski 27 czerwca 2007 r.). Środowiska twórcze pod przewodnictwem Jana Dworaka i Macieja Strzembosza opracowały obywatelski projekt ustawy. Spotkania na ten temat organizował prezydent Lech Kaczyński, a  Platforma Obywatelska przygotowała przyzwoity program, którego po wygranych wyborach nie zrealizowała. Dziś panuje pesymizm. Poproszony o komentarz w tej sprawie medioznawca dr Tomasz Chrząstek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego informuje, że coraz mniej chętnie wypowiada się na ten temat. Po chwili dodaje: póki media publiczne nie przestaną być traktowane w kategorii politycznego łupu, to nic się nie zmieni. Ale wiem, że tak się nie stanie. Prędzej odejdą widzowie i słuchacze niż politycy zmienią swoje myślenie.

 

Może więc to partie polityczne (wszystkie – sic!) powinny postawić sobie pytanie: po co nam radio bez słuchaczy?

 

Szefowie – odległa analogia gminna

 

W czasie konfliktu w Radiu Nowy Świat zmuszony do ustąpienia z funkcji prezesa spółki zarządzającej medium Piotr Jedliński napisał, że szefowa RNŚ Magdalena Jethon przeniosła „wszystkie najgorsze wzorce z Trójki”[5]. Może warto zapytać: co złego działo się w PR3 i to być może od wielu długich lat? Niestety nie ma analiz, które objaśniałyby następującą kwestię: ile osób potrafi zarządzać zespołem? Dotyczy to zresztą nie tylko samych mediów w Polsce. Podczas konferencji MarCom Skills Day, która rozpoczęła działania Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Komunikacji Marketingowej Joanna Malinowska-Parzydło, powiedziała, że gdy jest pytana o to, co stało się z talentami w firmach, odpowiada, iż zostały zlikwidowane przez niekompetentnych liderów. A potrzebni są tacy przywódcy, którzy potrafią pociągnąć za sobą[6], bo: najbardziej pożądanym przez pracowników benefitem jest profesjonalny i przyzwoity szef. W przypadku mediów publicznych oraz administracji samorządowej, rządowej i spółek skarbu państwa, po zmianach politycznych, nim powoła się nowe kierownictwo, ktoś powinien postawić sobie pytanie: czy wskazany przez niego kandydat potrafi zarządzać zespołem, czy w ogóle ma predyspozycje do kierowania ludźmi i nadaje się na lidera? Instytucje publiczne powinny być pod tym względem wzorem. Gdyby tak było Helena Szewczyk w artykule: „Mobbing w jednostkach sektora finansów publicznych” nie mogłaby napisać: w sądach pracy jest również najwięcej spraw wnoszonych przez osoby zatrudnione w administracji publicznej. W samych tylko ministerstwach (w 18 resortach) w 2014 roku procesowało się sto kilkadziesiąt osób. Wśród spraw najczęściej wnoszonych do sądów pracy są sprawy dotyczące bezprawnych zwolnień z pracy, zaniżania ocen okresowych i związanego z tym szykanowania i prześladowania[7]. A jak jest w mediach? Marcowy konflikt w TVN pokazuje, że niekoniecznie dobrze[8]. Pod tym względem świat redakcji jest jednak dość hermetyczny. Pracownicy rzadko skarżą się innym dziennikarzom. Media nie są czwartą władzą wobec siebie.

 

Dziennikarze

 

W przywołanej już pracy „The Power of Radio” autorka stwierdziła, że dziennikarz powinien być odpowiedzialny, wyważony i niezależny. Dwa pierwsze z tych czynników są uwarunkowane przygotowaniem merytorycznym, charakterem i dobrymi wzorcami. Ostatni powinni mu zapewnić liderzy, ludzie zarządzający stacją, którzy odpowiadają za komfort pracy. Balya zaleca prezenterom poznanie słuchaczy, rozmawianie z nimi, ale bez pouczania i protekcjonalnego traktowania. O kreatywności w zawodzie napisała tak: opisz scenę i pozwól słuchaczowi zdecydować, czy jest piękna. To sztuka, bo o ile widz, lub czytelnik są skupieni na tym, co aktualnie oglądają lub czytają, słuchacz najczęściej robi też coś innego. Charyzma jest ważna. Wciąż istotniejsza niż tembr głosu.

 

Autorytety

 

Marek Szewczyk dyrektor kreatywny krakowskiego Dream Team, którego poproszono o przesłanie biogramu, który miał uzupełnić wywiad z tym specjalistą w dziedzinie reklamy, napisał w pierwszych słowach: „atleta od urodzenia”. Robert Kozyra zarzucił ostatnio nowej ramówce Trójki brak przyciągających osobowości[9]. Czy autorytetem można się urodzić?

 

Wojciech Mann tak napisał w swoich wspomnieniach: Bardzo się cieszę, że moja pierwsza audycja nie została nigdzie zachowana. Do dziś pamiętam potworny wysiłkiem, z jakim dukałem przemądrzałe zdania na temat Donovana (…). Szefowie Trójki, szukając nowych ludzi do współpracy, w naturalny sposób zwrócili uwagę na radio harcerskie, licząc, że młodzi ludzie tam występujący są już po pierwszej wstępnej obróbce dziennikarskiej. Dzięki temu któregoś dnia minąłem z dumna mina uzbrojonego wartownika straży przemysłowej przy ulicy Myśliwieckiej 3/5/7 i znalazłem się w pokojach redakcji muzycznej Programu III[10].

 

Trójka to dziś eksperyment na żywym organizmie, a konflikt między stacją a byłymi dziennikarzami, który stanowił podstawę powstania dwóch nowych projektów: Radia Nowo Świat i Radia 357, jest raczej na tyle poważny, że na ich rychły powrót nie ma co liczyć. Trzeba więc budować od nowa.

 

Odległa analogia piłkarska

 

Nim drużyna spadnie z ekstraklasy często słychać o frustracji i konflikcie w zespole. Część zawodników, którzy wciąż chcą występować na najwyższym poziomie rozgrywek, odchodzi. Nie podążają jednak za nimi kibice. W udzielonym ostatnio portalowi sdp.pl wywiadzie Adam Łaszyn zwrócił uwagę na przypadek Radia Zet, które mimo uszczerbków w składzie dziennikarskim, nie straciło tak znacznej liczby odbiorców jak Trójka. Ekspert w dziedzinie kryzysów komunikacyjnych ujął to tak: Radio Zet i Trójka to zupełnie dwie różne bajki. Zetka to stacja prywatna, przedsięwzięcie przede wszystkim komercyjne, nawet jeśli częściowo pełni funkcje misyjne dostarczając ciekawe newsy, publicystykę, czy ujawniając afery. Ale to też nie tyle dla misji, co sprzedaży zasięgów. Natomiast Trójka to nie tylko ponad półwieczna legenda, ale i dobro publiczne[11]. Klub, który spadł do niższej klasy rozgrywkowej, szuka nowego trenera, sponsorów, przygląda się czujnym okiem wychowankom i stara się odzyskać zaufanie kibiców. Z czasem prezentuje plan powrotu na szczyt.

 

Wracając do myśli, którą można znaleźć przecież nie tylko w „The Power of Radio”. Trójce potrzebne jest wsłuchanie się w słuchaczy. Sarah Beham ponadto zauważył w podsumowaniu pracy o przyszłości radiofonii w RPA, że dziennikarze powinni nauczyć się (a wraz z nimi ich szefowie) wykorzystywać dane do tworzenia programu. Wydaje się, że przed stacją rok przejściowy. Dobrze, gdyby poświęcono go na właśnie badania i budowanie dobrej atmosfery wewnątrz, bo ona będzie emanować na zewnątrz. W kwestii badań interesujące są zarówno warunki na jakich zechcieliby wrócić ci, którzy porzucili Trójkę dla Radia Nowy Świat i Radia 357, i najciekawsi, czyli ci którzy wybrali inną z dostępnych rozgłośni. Analizie powinna też zostać poddana grupa młodych odbiorców, którzy do radia się nie garną. Może po prostu nie ma dla nich atrakcyjnej oferty? Parafrazując tytuł zbioru recenzji teatralnych prof. Stanisława Żaka: radio dla ludzi jest…

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] B. Balya, The Power of Radio: Basic Skills Manual. Friedrich-Ebert-Stiftung 2008.

[2] S. Beham, The Future of Radio in South Africa, Konrad Adenauer Stiftung 2018.

[3] https://www.bbc.co.uk/programmes/b06zvzqp – dostęp 05.05.2021 r.

[4] B. Gumowski, Subtelność brzemienia, czyli Dzieje Radia Kielce i Aktualności dnia, Polskie Radio Kielce S.A., Kielce 2016 r.

[5] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/byly-prezes-radia-nowy-swiat-rezygnacje-sugerowal-mi-sosnowski-jethon-przeniosla-najgorsze-wzorce-z-trojki – dostęp 05.05.2021 r.

[6] https://www.youtube.com/watch?v=zawaVfHIjYk – dostęp 05.05.2021 r.

[7] H. Szewczyk, Mobbing w jednostkach sektora finansów publicznych, „Z Problematyki Prawa Pracy i Polityki Socjalnej”, t. 1 (18), 2020, s. 108.

[8] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvn-pracownicy-skarga-zarzuty-do-discovery – dostęp 05.05.2021 r.

[9] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/krytyka-wiosennej-ramowki-polskiego-radia-radio-bez-osobowosci – dostęp 05.05.2021 r.

[10] W. Mann, Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 88.

[11] https://sdp.pl/mysliwy-zwierzyna-rozmowa-z-adamem-laszynem-o-kryzysach-wizerunkowych-mediow/ – dostęp 05.05.2021 r.

Ks. MARIUSZ FRUKACZ: Ewangelizacja a nie pokusa zaistnienia

Obecność duchownych w sieci, w internecie, mediach społecznościowych, czy też „ćwierkający” na Twitterze kapłani, to już dzisiaj nie jest nowość. Można nawet podkreślić, że to konieczność i jeden z bardzo ważnych sposobów dotarcia, szczególnie do młodego pokolenia, z treścią ewangeliczną i z nauczaniem Kościoła.

 

Jednak, jak podkreślił w wypowiedzi dla Katolickiej Agencji Informacyjnej rzecznik KEP ks. dr Leszek Gęsiak: „Co jakiś czas Księża Biskupi otrzymywali sygnały o wypowiedziach duchownych, które budziły pewne wątpliwości od strony ich zgodności z nauką Kościoła. Dotyczyło to nie tylko prasy, radia czy telewizji, ale także mediów społecznościowych, które dają dzisiaj praktycznie nieograniczone możliwości wyrażania swoich opinii. A nie zawsze te opinie własne pokrywają się z Magisterium Kościoła”. Dlatego Rada Stała Konferencji Episkopatu Polski powołała zespół ekspertów, który zajmie się uaktualnieniem zasad występowania duchownych w mediach tradycyjnych i społecznościowych. „Przyszedł czas, by zrewidować obowiązujące aktualnie «Normy Konferencji Episkopatu Polski dotyczące występowania osób duchownych i zakonnych oraz przekazywania nauki chrześcijańskiej w audycjach radiowych i telewizyjnych».  W przestrzeni medialnej zaszły bardzo duże zmiany dotyczące głównie mediów internetowych i platform społecznościowych, które dzisiaj mają ogromny wpływ na społeczeństwo, zwłaszcza na ludzi młodych, którzy z nich przede wszystkim korzystają” – dodał ks. Gęsiak.

 

Miłość w prawdzie

 

Sam jako kapłan i dziennikarz uważałem i nadal tak uważam, że Kościół powinien być wszędzie tam, gdzie jest człowiek. W naszych czasach dotyczy to również obecności Kościoła w przestrzeni medialnej i w sieci, zwłaszcza, że „kontynent cyfrowy” nie może być pozbawiony Ewangelii. Jednak dla kapłana obecność w sieci, w internecie, mediach społecznościowych, czy też „ćwierkającego” na Twitterze powinna być okazją do prowadzenia duszpasterstwa. Nawet jeśli kapłan wyraża swoje opinie, to zawsze będą one odczytywane jako opinie wygłaszane przez przedstawiciela Kościoła. Kapłanem jest się wszędzie i nie chodzi bynajmniej tylko o strój. Jako kapłan jest człowiekiem wolnym, ale drugi człowiek oczekuje ode niego, że jego język będzie ewangeliczny, pozbawiony oszczerstw i epitetów. Oczywiście prawda domaga się klarownego i zdecydowanego języka, ale prawda bez miłości i szacunku może być bardzo zimna. Jasno pisze o tym Benedykt XVI w encyklice „Caritas in veritate” (29 czerwca 2009 r.): „Dlatego obrona prawdy, przedstawianie jej z pokorą i przekonaniem oraz świadczenie o niej w życiu stanowią trudne i niezastąpione formy miłości. Ona bowiem «współweseli się z prawdą» (1 Kor 13, 6)” – pisze Benedykt XVI i dodaje: „Potrzeba łączenia miłości z prawdą nie tylko we wskazanym przez św. Pawła kierunku, «veritas in caritate» (Ef 4, 15), ale również w odwrotnym i komplementarnym kierunku — «caritas in veritate». Prawdy trzeba szukać, znajdować ją i wyrażać w «ekonomii» miłości, a miłość z kolei musi być pojmowana, uwierzytelniana i wprowadzana w życie w świetle prawdy. W ten sposób nie tylko przysłużymy się miłości, oświeconej przez prawdę, ale przyczynimy się do uwiarygodnienia prawdy, ukazując jej moc nadawania autentyczności i przekonywania w konkrecie życia społecznego. Nie jest to bez znaczenia dzisiaj, w kontekście społecznym i kulturowym relatywizującym prawdę, często nieliczącym się z nią i jej niechętnym” (zob. TUTAJ).

 

W ostatnim czasie w sieci, na Facebooku, YouTubie pojawiły się wypowiedzi duchownych, które były sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Niewłaściwe, moim zdaniem, było straszenie Bogiem w czasie pandemii, atakowanie wypowiedzi i działań papieża Franciszka, pojawiły się wypowiedzi wręcz apokaliptyczne straszące „czasami ostatecznymi” lub „końcem świata”, a tymczasem Apokalipsa chociaż ma obrazy końca świata, to jednak jest księgą nadziei i ostatnie zdanie tej księgi brzmi: „Łaska Pana Jezusa ze wszystkimi!” (Ap 22, 21). Oczywiście duchowni ci zostali upomniani przez własnych biskupów diecezjalnych, a nawet otrzymali zakaz wypowiadania się w mediach i publikowania swoich wypowiedzi na portalach społecznościowych. Informacje na ten temat publikowała m.in. KAI.

 

Ewangelizacja a nie potrzeba zaistnienia

 

Osoby duchowne są przede wszystkim posłane przez Kościół do dzieł apostolskich i ewangelizacyjnych. Jednak powinny bronić się przed pokusą potrzeby zaistnienia. W ewangelizacji nie chodzi przecież o liczbę polubień (lajków) na Facebooku czy YouTubie. Jako kapłani publikujący w sieci muszą zadbać o to, aby ludzie poznali prawdę, ale przede wszystkim, by doszli do osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem i pogłębili swoją wiarę. Benedykt XVI (nazywany teologiem komunikacji cyfrowej) w swoim Orędziu na 44. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu napisał: „Rozpowszechniona multimedialność i bogactwo «opcji menu» tejże komunikacji mogą jednak stwarzać ryzyko, że wykorzystanie jej będzie podyktowane samą potrzebą zaistnienia i błędnym postrzeganiem Sieci wyłącznie jako terytorium, które trzeba zająć. Od księży natomiast wymaga się, by potrafili być obecni w świecie cyfrowym w sposób zawsze wierny przesłaniu ewangelicznemu, by odgrywali właściwą sobie rolę animatorów wspólnot, które w dzisiejszych czasach coraz częściej wyrażają się poprzez różnorodne «głosy», pochodzące ze świata cyfrowego, i by głosili Ewangelię, wykorzystując oprócz tradycyjnych również audiowizualne środki nowej generacji (zdjęcia, wideo, animacje, blogi, strony internetowe), które stwarzają nieznane dotąd okazje do dialogu i są przydatne także w ewangelizacji i katechezie” (zob. TUTAJ).

 

Moim zdaniem, decyzja Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski idzie w dobrym kierunku. Nie narusza on w żaden sposób wolności wypowiedzi duchownych. Jest przypomnieniem ważnej prawdy, że każdy kapłan jest kapłanem zawsze i w każdych okolicznościach. Osobiście nie wyobrażam sobie, aby profil kapłana na Facebooku czy też na YouTubie lub na Twitterze był miejscem, które zawiera język tabloidu, sensacji czy też jakiejś nienawiści. Dlatego nowy dokument KEP nt. wypowiedzi i obecności osób duchownych w środkach społecznego przekazu jest potrzebny. Otóż w mediach społecznościowych mamy zalew, a nawet „potop” profili, wpisów o czymkolwiek, byle zaistnieć. Jednak jako czytelnik tych mediów nie szukam czegokolwiek, ale wartościowych treści. I takich właśnie szukam na profilach osób duchownych. Mam prawo oczekiwać, że to, co zamieszcza osoba duchowna, duszpasterz ma właściwy poziom, nie nosi znamion plotkarstwa, pomówień, ale jest przeniknięte autentyczną troską o dobre i budujące słowo, a przede wszystkim troską o dobro duchowe czytelnika.

 

Potrzebny nowy dokument

 

Zawsze konieczne jest przypomnienie, że każdy duszpasterz, chcący być obecnym w przestrzeni mediów społecznościowych, powinien pamiętać, iż media te mają funkcje: informacyjną, edukacyjną, promocyjną, ewangelizacyjną, formacyjną i wspólnototwórczą. Już w dokumencie uchwalonym podczas 328. zebrania plenarnego, które odbyło się w Licheniu w dniach 11-12 czerwca 2004 r., biskupi polscy przyjęli zasady regulujące duszpasterską troskę Kościoła w Polsce o uporządkowany przekaz ewangelicznego orędzia przez radio i telewizję. Wówczas biskupi przypomnieli m.in., że „duchowni i członkowie instytutów zakonnych wypowiadający się w mediach winni cechować się wiernością nauce Ewangelii, rzetelną wiedzą, roztropnością i odpowiedzialnością za wypowiedziane słowo, troską o umiłowanie prawdy i owocny przekaz ewangelicznego orędzia. Jeśli nie są w danej dziedzinie wystarczająco kompetentni, powinni zrezygnować z występowania w mediach, zwłaszcza w kwestiach trudnych i kontrowersyjnych”. Dokument ten znajduje się TUTAJ.

 

Wypracowanie nowego dokumentu jest również realizacją zapisów Kodeksu Prawa Kanonicznego, ponieważ duchowni głoszący Słowo Boże za pośrednictwem mediów powinni kierować się normami Kodeksu Prawa Kanonicznego (kan. 762-772), zarówno w odniesieniu do władzy przepowiadania, jak i przekazywanych treści. Warto też wskazać w tym względzie na Instrukcję Kongregacji Nauki Wiary o pewnych aspektach używania społecznych środków przekazu dla szerzenia nauki o wierze z 30 marca 1992 r. Instrukcja ta przypomina: „Ordynariusz miejsca niech uważnie rozważy, czy jest odpowiednie czy nie, i pod jakimi warunkami, udzielenie pozwolenia kapłanom lub zakonnikom na pisanie w gazetach, książkach lub przeglądach okresowych, które mają zwyczaj otwarcie atakować religię katolicką lub dobre obyczaje (por. Kan. 831, § 1)”. Ponadto: „Pasterze, w zakresie ich obowiązku czuwania i strzeżenia w sposób nienaruszony depozytu wiary (por. Kan. 386 i 747, § 1), oraz odpowiadania na prawo, które mają wierni, by być prowadzeni drogą zdrowej nauki (por. Kan. 213 i 217), mają prawo i obowiązek: „czuwania, by nie wyrządzano szkody wierze i obyczajom wiernych przez pisma i wykorzystanie środków społecznego przekazu” (Kan. 823, § 1)”. Dokument Kongregacji Nauki Wiary podkreśla, że „normy kanoniczne stanowią gwarancję dla wolności wszystkich, tak poszczególnych wiernych, którzy mają prawo do otrzymywania czystego i integralnego orędzia Ewangelii, jak pełniących zadania duszpasterskie, teologów i wszystkich publicystów katolickich, którzy mają prawo do przekazywania swoich myśli, zachowując integralność wiary i moralności oraz szacunek dla Pasterzy. Tak więc prawa, które kierują informacją, gwarantują i promują prawo wszystkich korzystających ze środków społecznego przekazu do wiarygodnej informacji, a publicystom w ogólności do przekazywania ich myśli, w granicach deontologii zawodowej, dotyczącej także sposobu podejmowania zagadnień religijnych” (zob. TUTAJ).

 

Zapewne pojawią się pytania: czy potrzebne są takie regulacje? Może nawet niektórzy zapytają o wolność wypowiedzi duchownych. Myślę, że zawsze jest konieczne i potrzebne zebranie w jednym dokumencie norm, zasad dotyczących komunikacji społecznej w misji Kościoła. Może nawet przydałoby się wypracować kompendium na temat komunikacji społecznej w misji Kościoła, podobne do tego, który wypracowała Konferencja Episkopatu Włoch w 2004 r. Dokument zatytułowany „Komunikacja i misja” całościowo pokazuje obecność i znaczenie mediów w Kościele i duszpasterstwie. Zbiera w jedno miejsce wszystkie normy i zasady funkcjonowania duchownych w środkach społecznego przekazu.

 

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Pożegnaliśmy Stefana Bratkowskiego, honorowego prezesa SDP

Rodzina, przyjaciele, środowisko dziennikarskie, przedstawiciele władz Warszawy towarzyszyli we wtorek 11 maja, w ostatniej drodze Stefana Bratkowskiego, dziennikarza, pisarza, publicysty, honorowego prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.   

 

Odprowadzenie prochów alejkami warszawskich Powązek, do rodzinnego grobu odbyło się w gorące majowe popołudnie. Pogrzeb miał uroczystą asystę stołecznej straży miejskiej, przy grobie trębacz odegrał hejnał Warszawy.

 

W odczytanym liście prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski przypomniał, że Stefan Bratkowski  „w wolnej Polsce był jednym z najważniejszych dziennikarskich autorytetów. Był ikoną dziennikarstwa i drogowskazem moralnym”.

 

„Skąd przychodzimy? Z czym do nieśmiertelności? Kim chcą być Polacy? – to niektóre z pytań, na które szukał odpowiedzi. Niektóre pozostawił nam jako zadania” – napisał prezydent stolicy.

 

Redaktor naczelny tygodnika „Polityka” Jerzy Baczyński, wspominając Bratkowskiego, powiedział, że był on dla niego idolem, mentorem, nauczycielem.

 

– Mówił, że dziennikarstwo to nie jest zawód taki jak każdy inny, to misja publiczna, służba społeczna – podkreślił naczelny „Polityki”.

 

Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, w swoim wystąpieniu zauważył, że honorowy prezes SDP, stał się ważnym symbolem walki o wolność słowa i pluralizm mediów.

 

Ostatnie lata pracy Bratkowskiego w portalu „Studio Opinii” wspominał Bogdan Miś. Publicysta Ernest Skalski natomiast w swoim przemówieniu nawiązał do okresu, gdy Stefan Bratkowski był prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  – Apogeum jego działalności to chyba była właśnie prezesura SDP w latach 1980 –  81, a później w podziemiu, w okresie stanu wojennego – powiedział.

 

Stefan Bratkowski zmarł 18 kwietnia, po długiej chorobie, miał 86 lat.

 

Wspomnienia o Stefanie Bratkowskim TUTAJ.

 

Laudacja Ignacego Rutkiewicza wygłoszoną podczas uroczystości wręczenia Stefanowi Bratkowskiego wyróżnienia Laur SDP 2004 TUTAJ.

 

jka