Sytuacja dziennikarzy w Polska Press – RAPORT „Kuriera Wnet” i CMWP SDP

„Dziennikarz stał się robotem, niewolnikiem za coraz mniejsze pieniądze.”  Nastąpiło „systematyczne odchodzenie od lokalności”. Obowiązywała „narracja poprawna politycznie”, prawica przedstawiana była jako „zaściankowa, nietolerancyjna, homofobiczna, faszystowska” – tak opisują pracę w mediach regionalnych po przejęciu ich przez firmę związaną z wydawnictwem Verlagsgruppe Passau uczestnicy badania przeprowadzonego przez „Kurier Wnet” i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

 

Raport z projektu badawczego dotyczącego warunków pracy dziennikarzy, wolności słowa oraz stosunków redakcyjnych w grupie medialnej Polska Press  zaprezentowano w poniedziałek na konferencji prasowej.

 

– Jest dużo emocji wobec przejęcia Polska Press przez Orlen, dlatego przygotowaliśmy ten raport – tłumaczył Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz redaktor naczelny Radia Wnet i Kuriera Wnet.

 

Dodał, że na decyzję o przeprowadzeniu badania szczególnie wpłynęła postawa Deutsche Journalisten-Verband  (Niemieckiego Związku Dziennikarzy), który zaraz po ujawnieniu informacji o zamiarze przejęcia wydawnictwa Polska Press przez PKN Orlen zaapelował do Komisji Europejskiej  „o przyjrzenie się rozwojowi rynku gazet  w Polsce w momencie, gdy na początku 2021 roku w Polsce ma obowiązywać mechanizm praworządności”.  Badania „Kuriera Wnet” i CMWP SDP pokazały jak wyglądała sytuacja w redakcjach gazet Polska Press, zarówno pod względem warunków pracy dziennikarzy jak też przestrzegania zasad pluralizmu i wolności słowa, w czasie gdy właścicielem wydawnictwa była niemiecka firma.

 

Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, podkreśliła, że powstał raport rzetelny i solidny. – Mogę tylko przeprosić dziennikarzy, że nie został on przygotowany wcześniej. To co pokazały badania nie powinno było się wydarzyć w żadnych mediach – powiedziała.

 

Badanie przeprowadzono metodą ankiet w 9 regionach Polski w kwietniu i maju 2021 roku. – Udało nam się zebrać 78 ankiet, dwie trzecie osób, które odpowiedziały na nasze pytania miały ponad 10-letni staż pracy w Polska Press. Koordynacją badań zajmowali się doświadczeni dziennikarze znający zarówno realia pracy w Polska Press jak i w regionach – tłumaczyła Jolanta Hajdasz.

 

– Nie interesowała nas biznesowa strona Polska Press, tylko warunki pracy, przestrzeganie wolności słowa, stosunki panujące wewnątrz redakcji – dodał Krzysztof Skowroński.

 

Aż 72 procent badanych uznała, że gdy właścicielem gazety stała się firma związaną z wydawnictwem Verlagsgruppe Passau pogorszyła się ich sytuacja – zarówno jeśli chodzi o atmosferę w redakcji, relację z przełożonymi, jak i warunki socjalne. Zmianę na lepsze odczuło zaledwie 5 proc. ankietowanych.

 

Na pytanie jak w gazetach Polska Press realizowany był pluralizm, rozumiany jako możliwość prezentacji różnorodnych opinii w przestrzeni medialnej oraz możliwość dotarcia z różnorodnymi opiniami do czytelników, negatywną odpowiedź wybrało aż 57 proc. ankietowanych (38 procent odpowiedziało „problematycznie”, a 19 proc. „źle”).

 

Nie najlepiej badani ocenili też niezależności mediów rozumianą jako zdolność do funkcjonowania na rynku niezależnie od władzy politycznej, rządowej, gospodarczej i religijnej. 54 proc. ankietowanych wskazywało na odpowiedzi pokazujący niski poziom niezależności (problematyczny – 31 proc. , niski  – 14 proc., bardzo niski  – 9 proc.).

 

Więcej niż dane liczbowe mówią jeszcze wypowiedzi ankietowanych, których zebrano bardzo dużo, często są one niezwykle emocjonalne, mocne, przez co stanowią niezwykle ważną część raportu. Można wśród nich zaleźć takie stwierdzenia:  „Dziennikarz stał się robotem, niewolnikiem za coraz mniejsze pieniądze.”  Nastąpiło „uśmieciowienie” pracy i „systematyczne odchodzenie od lokalności” „gazeta straciła swój polski, regionalny charakter”.

 

Zatrważające w odpowiedziach ankietowanych są również fragmenty dotyczące łamania wolności słowa i niezależności dziennikarskiej – „niezależność traktowano instrumentalnie. Jeżeli >nasi< łamali jej zasady, to była to korekta obywatelska, a jeśli >oni< to cenzura”, „zapanowała narracja poprawna politycznie zgodna z wytycznymi Niemiec i UE”,  „prawica zawsze była przedstawiana jako zaściankowa, nietolerancyjna, homofobiczna, faszystowska, Kościół jako siedlisko pedofilii, a opozycja była ukazywana w pozytywnym świetle”, „wszystko ustawiano pod reklamodawców, którymi w znacznym stopniu byli politycy samorządowi”.

 

Podsumowując raport Krzysztof Skowroński stwierdził, że wiele odpowiedzi można uznać za bulwersujące. – Nie sądziliśmy, że gdzieś w jakiejś gazecie można pracować w tak trudnych warunkach. Ten raport to jest nasza odpowiedź na apel Niemieckiego Związku Dziennikarzy – zaznaczył.

 

Jolanta Hajdasz przypomniała, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich już w 2015 roku sygnalizowało trudną sytuację mediów lokalnych – zanik debaty, ubożenie redakcji. – Ten raport potwierdza wszystkie nasze obawy, które wówczas były formułowane. Pokazuje jak w jednym z państw Unii Europejskiej pracowali dziennikarze w mediach, które miały być symbolem postępu po przejęciu przez zagranicznego właściciela – podsumowała.

 

Cały raport można pobrać TUTAJ.

 

jka

 

 

 

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Kolejny świadek w procesie b. senatora Aleksandra Gawronika

Podczas trzeciej w tym roku rozprawy przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi zeznawał tylko jeden świadek. W czwartek, 20 maja 2021 roku, na rozprawę dotyczącą śmierci red. Jarosława Ziętary, w której oskarża się byłego senatora o podżeganie i pomocnictwo w zabójstwie poznańskiego dziennikarza, nie stawiła się, ze względu na stan zdrowia, Monika P. Proces ten, toczący się  przed poznańskim Sądem Okręgowym, objęty jest obserwacją przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, a obserwatorem jest red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Zeznania Zdzisława K.

 

Do sądu zgłosił się sam, uprzednio kontaktując się z redakcją Głosu Wielkopolskiego. Do tej pory milczał (28 lat), jednak postanowił powiedzieć przed sądem co wie o tej sprawie, a jego zeznania miały w założeniu wzmocnić akt oskarżenia. K. to wychowanek tego samego Domu Dziecka w Szamotułach co twórca Elektromisu Mariusz Ś. Tam też się poznali, razem także przebywali w Zakładzie Karnym w Sieradzu. W 1991 roku, wraz z Mariuszem Ś. przejęliśmy spółkę Strefa Wolnocłowa, której zostałem prezesem. Moim zadaniem było sprowadzanie do Polski towarów i uniknięcie cła. Robiłem to celowo i osiągałem, wraz z Mariuszem Ś., korzyści. Ś. uzyskiwał informacje od Gawronika – powiedział Zdzisław K.  Chodziło o ewentualne zmiany przepisów dotyczące ceł i innych opłat związanych ze sprowadzaniem towarów z zagranicy. Świadek zeznał również, że nie zna osobiści Aleksandra Gawronika, choć widział go dwa razy w Puszczykowie (miejsce zamieszkania Mariusza Ś.).

 

Przeciwko Zdzisławowi K. toczyło się śledztwo, które umorzono w 1992 roku, a odpis tego umorzenia świadek pokazał sądowi. Tu warto też uzupełnić, że spółka Strefa Wolnocłowa, kierowana przez byłego więźnia Zdzisława K. papierosy, które sprowadziła, sprzedała Elektromisowi, a sama nie zapłaciła podatku, wartego 150 miliardów starych złotych. Zdzisław K. zasłaniał się przed ówczesną prokuraturą chorobą psychiczną, miał bowiem zaświadczenie o chorobie ze szpitala psychiatrycznego z 1986 roku.  Podczas rozprawy wyjaśnił sądowi, że te tak zwane „żółte papiery” załatwiał sobie,  by uniknąć obowiązkowej służby wojskowej. Jak się okazało, pomogły mu również w latach 90. Sprawa działalności spółki Strefa Wolnocłowa była szeroko opisywana przez media i nazywano ją „przekrętem na wariata”.

 

W takich okolicznościach K. trafił do szpitala psychiatrycznego w Kościanie. „Prawdopodobnie w listopadzie 1991 roku, w szpitalu zjawił się człowiek, który po pół godzinie zaczął ze mną rozmawiać. Sądziłem, że to jakiś pacjent, byłem na spacerze. Wypytywał mnie co tu robię i dlaczego tu jestem. Nie byłem wtedy sam, było nas kilkunastu, a on zainteresował się tylko mną. Pielęgniarki poinformowały mnie, że ktoś chciał się ze mną widzieć, ale się nie zgodziły. Człowiek ten, nie powiedział swojego nazwiska. Od Ś. dowiedziałem się że jest jeden upierdliwy dziennikarz, który wciąż zajmuje się tą sprawą i chce dojść do prawdy. Ś. nie wymienił nazwiska, dziennikarza tylko mówił o nim Pismak. Człowiek, który mnie odwiedził był szczupłej budowy ciała, wyższy ode mnie. Ś ostrzegał mnie przed nim, bo został on już wcześniej przyłapany przez ochroniarzy na drzewie, a także w innych miejscach. Miałem z nim nie rozmawiać.”

 

Na pytanie sądu, czy Zdzisław K. może stanowczo stwierdzić, że był to Jarosław Ziętara, świadek odpowiedział: – To był jedyny dziennikarz, który ciągle drążył tę sprawę (mimo umorzenia). Ukrywałem się, bo cały czas ktoś się próbował do mnie dostać. Było dwóch takich. W późniejszym czasie wyszło, że był to Ziętara, bo jedyny drążył tę sprawę. W 1992 roku ochroniarze zabrali mu dokumenty. Nie wiem kto dokładnie je zabrał, ale wiem, że były na jego nazwisko. Próbował się dostać do celników, którzy pracowali przy papierosach. (…)

 

Zagrożony przez tego dziennikarza czuł się, oprócz Mariusza Ś. również syndyk masy upadłościowej Strefy Wolnocłowej, o którym świadek mówił “Lucek”.  – Dziennikarz sporo wiedział. Ktoś mu dostarczał informacje. Na początku sierpnia 1992 r. Mariusz Ś., podczas naszego kolejnego spotkania, na które przyjechał z Markiem Z. powiedział, że mam się ukrywać, nie pokazywać, a dziennikarza ma już pod kontrolą, bo zna jego kolejne kroki. Uznałem, że Mariusz Ś. ma człowieka w otoczeniu Ziętary. Szef Elektromisu mówił też, że trzeba będzie uciszyć dziennikarza, co ja odebrałem jako zapowiedź jego przekupienia

 

O zbrodni świadek dowiedział się na początku 1993 roku. Opowiedzieli mu o tym dwaj znajomi: Marek Z. oraz mężczyzna o pseudonimie Świr. Obaj mężczyźni zatrudnieni byli w Elektromisie i zajmowali się między innymi odzyskiwaniem pieniędzy od dłużników.

 

– Marek Z. oraz “Świr”, w trakcie picia alkoholu, mówili mi, że sprawy wymknęły się spod kontroli i coś poszło nie tak. Opowiadali, że w magazynie Elektromisu Ziętarę zabił “Malowany”. Ja nie znałem Malowanego, to był taki przestępca  jak i ja, Rusek wynajęty do tej roboty. Ciało wrzucono potem do jakieś beczki ze żrącą substancją. Początkowo w to wszystko nie uwierzyłem. Myślałem, że to ich pijacka opowieść.

 

Te zeznania miały potwierdzić stanowisko prokuratury, że Jarosław Ziętara interesował się przekrętami Elektromisu, jego właścicielem oraz że Mariusz Ś. znał się z oskarżonym Aleksandrem Gawronikiem. Jednak nie wiadomo jak poznański sąd oceni wiarygodność Zdzisława K. Świadek przyznał, że wielokrotnie w przeszłości leczył się psychiatrycznie. Zdiagnozowano u niego psychozę schizoafektywną. Dokumenty wskazujące na kłopoty ze zdrowiem pozwoliły mu uniknąć w latach 80. służby wojskowej, a potem pomogły w uniknięciu więzienia. Przyznał, że celowo kładł się do szpitala psychiatrycznego.

 

– W 2010 roku, w związku z moją kolejną sprawą karną, sąd skierował mnie na przymusowe leczenie psychiatryczne. Trafiłem do szpitala. Lekarze stwierdzili u mnie remisję. Od lat czuję się dobrze.

 

Zdzisław K. opowiedział także o swoich osobistych zatargach, a także niechęci do Mariusza Ś. Okazało się, że Ś. nie zapłacił mu za wszystkie tiry z papierosami (54), które w 1991 roku zostały sprowadzone przez Strefę Wolnocłową, ze względu na to, że jak się miał wyrazić Ś. „koszty wzrosły”. Ten zwrot został użyty w kontekście Jarosław Ziętary.

 

W czasie jednej z kłótni powiedziałem Mariuszowi, że nie po to zrobiliśmy przekręt z papierosami, by płacić jakimś bandziorom za zlikwidowanie kogoś. On na to stwierdził, że koszty wzrosły. Do dzisiaj nie oddał mi mojej części. Potem na lata zerwaliśmy kontakt. W 2016 r. spotkaliśmy się na chwilę. Powiedziałem mu, że znajoma nauczycielka chce napisać książkę o naszej przeszłości, a ja jej wszystko opowiem. On wtedy nazwał mnie szantażystą. Powiedział też, że jestem chory psychicznie. Ostatecznie kobieta, która miała napisać książkę, zmarła w 2018 r. Próbowałem też rozkręcić interes z jednym znajomym, ale Mariusz powiedział mu, że nie warto ze mną współpracować, bo jestem kapuś.

 

Oświadczenie Aleksandra Gawronika – ciąg dalszy z marca 2021

 

Jest to kontynuacja oświadczenia z poprzedniej rozprawy. Oskarżony skupił się na wykazaniu przed sądem, że zeznania głównego świadka oskarżenia Macieja B. pseudonim Baryła są niewiarygodne. Stwierdził, że Baryła ma potężne kłopoty w więzieniu z grypserami, w związku z zeznaniami, które składał przed sądem w Zielonej Górze, a w których miał pogrążyć innego więźnia. Sprawa Jarosława Ziętary ma, według Aleksandra Gawronika, odwrócić uwagę więźniów od tamtego wyroku. Jednak dla więźniów  sprawa Jarosława Ziętary jest nie znany, a człowiek obciążony zeznaniami Macieja B. jest jednym z nich. Aleksander Gawronik dowodzi, że Baryła może go obciążać, bo prokurator Kosmaty zadaje kierunkowe pytania, które potem potwierdza lub nie, Maciej B. Aleksander Gawronik próbował także wykazać istotne różnice pomiędzy zeznaniami, a stenogramem. Baryła, aby uwiarygodnić swoje zeznania przygotowuje się z różnych materiałów, a potem opowiada szczegóły, które zna z przeczytanych publikacji. Kopalnią informacji dla B. jest książka „Aleksander Gawronik gra o miliardy”. Z tej pozycji świadek miał zaczerpnąć takie informacje jak ubiór oskarżonego w latach 90 oraz marki i numery samochodów, które posiadał. Drugim źródłem wiedzy Macieja B. są artykuły Krzysztofa M. Kaźmierczaka, np. gangster przeprasza, chce odwołać zeznania. Padł też następujący zarzut byłego senatora: gdy coś jest nie na rękę Kosmatemu (prokurator oskarżający A. Gawronika –  przyp. Red.)  to Kaźmierczak walczy mediami.  Ponadto A. Gawronik wykazywał, że zeznania dotyczące mieszkania Ziętary, jego usytuowania (dziennikarz wynajmował pokój w dużym przedwojennym mieszkaniu) uniemożliwiały nasłuchiwanie, czy ktoś idzie po schodach, a także otworzenie drzwi kopniakiem, tak by nikt z sąsiadów nie zauważył.- Jest to człowiek który odsiaduje dożywocie za zabicie policjanta i chce wyjść. Dlatego przygotowuje się do rozpraw o czym zeznał inny świadek. B. przyznał też, że za akt łaski będzie konfabulował.

 

Słuchajmy swojego mózgu – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o pracy zdalnej dziennikarzy

Czy praca zdalna dziennikarzy po pandemii to kolejna forma „optymalizacji kosztów”? Jakie będą skutki zlikwidowania stałych siedzib lub drastycznego ograniczenia powierzchni wynajmowanych przez redakcje?

 

Temat stary, skala nowa

 

Może trudno dziś uwierzyć, ale Sarah Marshall opublikowała „10 wskazówek dla dziennikarzy pracujących w domu” w 2013 roku. Redakcja portalu Journalism.co.uk zwróciła się wówczas z pytaniami do 80 tysięcy swoich odbiorców o to, jak samodzielnie zorganizować sobie pracę. Uzyskane odpowiedzi podzielono na rady. Najwięcej do powiedzenia miał freelancer – Karl Hodge[1]. Oprócz kwestii, które często pojawiały się w czasie pandemii polskich mediach, również na łamach sdp.pl[2], takich jak: zaplanuj dzień, oddzielając pracę od czasu wolnego, zorganizuj przestrzeń (nie pracuj w łóżku!), wyłącz rozpraszacze, pojawiają się i wątki zaskakujące jak: załóż buty i zdejmij je w momencie, w którym kończysz pracę. Kolejny element nie dotyczył redakcji w czasie pandemii, ale warto go przywołać obecnie: planuj kontakty z ludźmi – umawiaj spotkania na mieście z twoimi rozmówcami; zadbaj, żeby znajomi nie wpadali do ciebie, gdy pracujesz. O tych aspektach firmy, w tym redakcje, przyzwyczajone przez ponad rok do pozostawania przez pracowników w izolacji, zdają się zapominać w ogóle. A przecież za chwilę relacje międzyludzkie nabiorą tempa, a to oznacza zmiany w organizacji pracy. Hodge zachęcał wprost, żeby nie przesiadywać w domu. Zalecał też znalezienie grupy wsparcia.

 

Nierozpoznane skutki pracy zdalnej

 

Bez wątpienia analizy będą trwały długo. Temat ten poruszył ostatnio na swoich łamach „Financial Times” relacjonując inne wizje pracy w bankowości po pandemii[3]. W Europie, na przykładzie firm z Francji, Holandii i Niemiec, rozważa się poważnie system hybrydowy: trzy dni pracy w domu i dwa w biurze. W USA, oglądanym przez pryzmat Wall Street, planowany jest powrót do działania w biurach, uznając, że praca zdalna to aberracja. W tym wypadku podkreślane jest, że młodzi pracownicy, z których wielu rozpoczyna karierę z rocznym opóźnieniem, nie czują się częścią czegoś większego, gdy nie znajdują się wewnątrz organizacji również pod względem przestrzeni. Nie mają szans na spotkanie szefa lub współpracowników w windzie. Peter Blau już w minionym wieku ustalił, że organizacja, w której nie ma kontaktów nieformalnych, a jedynie struktura pionowa (pracownik – zwierzchnik), nie działa[4]. Komentując jego badania Anthony Giddens dodał, że: w ten sposób (dzięki kontaktom nieformalnym – przyp. ZB) oprócz konkretnych rad zyskiwali poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie dawała im praca w pojedynkę[5]. W filmie dokumentalnym „Blogersi” w reżyserii Jarosława Rybusa (2011 r.) Jacek Żakowski mówił, że taka redakcja jak „Polityka” to rodzaj think tanku, instytut. Stwierdził, gdy coś pisał, to obok byli Janina Paradowska, Wiesław Władyka, którzy potrafili go złapać za rękaw i powiedzieć: „ej, zastanów się, czy na pewno masz rację”! Żakowski mówił o tym w kontekście blogera, który przy swojej klawiaturze jest sam.

 

Z perspektywy Unii Europejskiej

 

Pod koniec kwietnia na stronie Parlamentu Europejskiego został opublikowany obszerny (174 strony) raport, poświęcony w całości telepracy i pracy zdalnej „The impact of teleworking and digital work on workers and socjety. Special focus on surveillance and monitoring, as well as on mental health of workers”[6]. Najważniejsza konkluzja brzmi w sposób następujący: po pandemii kwestie pracy zdalnej należy przemyśleć na nowo! Autorzy raportu, za którego redakcję odpowiadała Manuela Samek Lodovici z Instytutu Badań Społecznych w Mediolanie (Istituto per la Ricerca Sociale), przewidują, że wraz z końcem pandemii należy się spodziewać, że i praca wróci do normalności. Prognozują jednak, że powszechniejsze niż przed 2020 rokiem będą wspomniane już formy hybrydowe. Postulują jednak, żeby kwestie poddać nowym studiom i analizom, żeby sprawdzić, czy rozwiązania wymuszone przez konieczność izolacji społecznej mają sens i wartość po zakończeniu tego przymusu. Oprócz nadziei związanych z kontynuacją pracy zdalnej chociażby możliwość jej łączenia z macierzyństwem i większej elastyczności w zatrudnianiu, podnoszą szereg obaw. Pojawia się pytanie o to: ilu szefów faktycznie potrafi zarządzać zespołem i motywować pracowników na odległość? Podkreślane jest zmęczenie fizyczne i psychiczne związane z przepracowaniem, co niekorzystnie wpływa nie tylko na zdrowie pracowników, ale i na ich wydajność. Podnoszona jest kwestia, czy inspekcja pracy będzie odgrywała swoją rolę w takiej sytuacji? Czy ochroni zatrudnionych przed niedostosowanymi do ergonomicznych wymogów stanowiskami pracy, wykluczającym prywatność nadzorem online i wspomnianym już przepracowaniem? Dziennikarzy dotyczy to w takim samym zakresie, co przedstawicieli innych branż. Zmartwień ze stałą pracą w formie zdalnej jest jednak więcej.

 

Trzęsienie ziemi w UK

 

Jim Waterson na łamach „The Guardian” doniósł w marcu 2021 roku, że większość dziennikarzy  gazet, których właścicielem jest firma Reach (m.in. „Daily Express”, „Daily Star” i setek gazet regionalnych) ma pracować w przyszłości z domu. Firma likwiduje redakcje w średnie wielkości miastach i jedynie w dużych ośrodkach będzie utrzymywać biura typu hub (15 w całym kraju). Wydawca powołuje się na wewnętrzną ankietę, w której większość pracowników zadeklarowało, że może pracować z domu. Sama firma, dla której podstawę stanowi sprzedaż prasy drukowanej, liczy w związku z tym na znaczne oszczędności. Pozbawionym biura dziennikarzom lokalnym firma ma zapewnić możliwość utrzymywania kontaktu społecznego z kolegami, nie podano jednak szczegółów[7]. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z kolejnym podejściem do tzw. „optymalizacji” kosztów. Dotyczy nie tylko pracy w Wielkiej Brytanii, ale też Hiszpanii („El Diario”), USA, czy Polsce[8]. W Wielkiej Brytanii zwłaszcza młodzi dziennikarze z regionalnych gazet wyrazili poważne obawy o to, jak na stałe będą realizować swoją pracę w niewielkich mieszkaniach, jak się szkolić (od kogo uczyć?) i jaki będzie prestiż tytułów bez siedzib? W „Gazecie Wyborczej” pracownicy, którzy wzięli udział w ankiecie dotyczącej pracy zdalnej, zwrócili uwagę, że niezbędna jest rekompensata za prąd i Internet, w związku ze wzrostem kosztów. Problemem okazało się też to, że czas pracy aż 2/3 z grona respondentów znacznie się wydłużył. Może warto przywołać słowa, które Alistair MacLean zapisał w „Komandosach z Nawarony”: „szczęście opuszcza ludzi zmęczonych”…

 

Zgodnie z raportem „Journalism, media, and technology trends and predictions 2021”, który przedstawił Nic Newman, aż 8 na 10 szefów redakcji uważa, że praca zdalna utrudnia budowanie zespołu i utrzymywanie relacji, a w związku z kontynuacją pracy zdalnej obawiają się oni o skuteczną komunikację i zdrowie psychiczne pracowników. Newman podkreśla też duże oczekiwanie samych dziennikarzy na odbudowanie kontaktów twarzą w twarz. Może to być o tyle trudne, że zgodnie z raportem opublikowanym na początku bieżącego roku, mniej więcej połowa redakcji zamierza zmniejszyć swoją powierzchnię biurową[9].

 

Kilka rad dla osamotnionych dziennikarzy

 

Jack Dearlove we wstępie do obszernego artykułu na temat przerabiania przestrzeni domowej na biuro, który ukazał się rok temu, napisał: Bądźmy szczerzy, niewielu z nas, wybierając obecne mieszkanie, zakładało, że będzie w nim spędzać czas, jak w biurze[10]. Trudno nie zgodzić się z tą tezą. Dearlove już na poziomie podstawowego wyposażenia przestrzeni sugeruje, że, poza podstawkami pod laptopa, myszkami, klawiaturami i innymi przedmiotami z tego zakresu, trzeba kupić roślinki. Przestrzeń, w której spędzamy wiele godzin ma być nie tylko ergonomiczna, ale i ładna – „kwiatki są ładne”, dodaje.

 

Kolejny zbiór praktycznych podpowiedzi pojawił się w 2021 roku podczas obszernej rozmowy na temat pracy zdalnej programu profilaktyki zdrowia psychicznego „Nasza w tym głowa”, którą Bartosz Lewicki przeprowadził z przewodniczącym Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Komunikacji Marketingowej Marcinem Olkowiczem. Warto je przywołać w obszernym fragmencie: Dbajmy o siebie. Przywróćmy stan, w którym pamiętamy o tym, że nasze organizmy mają swoje potrzeby (…). Zacznijmy słuchać siebie. Zacznijmy rozumieć, że potrzebujemy pracować nie w ciągu pięciu godzin bez przerwy, tylko robić sobie regularne przerwy – to po pierwsze. Po wtóre dbajmy o to, żeby jednak pomimo warunków, w których pracujemy, praca była pracą, a dom był domem.(…) Dbajmy o to, żeby inaczej komunikować nasze potrzeby współpracownikom i szefom, bo ani jedni ani drudzy nie siedzą niestety w naszych głowach i nie rozumieją, co jest nam w tej sytuacji potrzebne. Mogli to rozumieć wtedy, kiedy byliśmy w biurze i widzieli naszą minę, reakcję. Dzisiaj jej nie widzą. (…) Kolejną rzeczą jest to, żebyśmy zrozumieli, że nasz mózg nie ma nieograniczonej mocy obliczeniowej i przerobowej i jest mięśniem takim, jak każdy inny. Trzeba go karmić, ale też ćwiczyć i dać mu szansę na regenerację. No i wreszcie znajdźmy w sobie trochę więcej elastyczności na inność, na to, że inni mają inaczej niż my, a my mamy inaczej niż inni. Jakkolwiek to dziwnie brzmi. To znaczy, zrozummy, że są tacy, którzy potrzebują inaczej pracować, niż nam się zdaje i że nasze dotychczasowe metody współpracy z nimi w zmianie warunków, w zmianie standardu pracy na zdalną, mogą nie mieć zastosowania[11].

 

Reasumując

 

Wracając do obaw młodych dziennikarzy z Wysp Brytyjskich, może warto zauważyć, że innym wyborem jest zostanie freelancerem, jak przywołany Karl Hodge, a czym innym etat w redakcji. Przestrzeń biurowa to nie koszt, ale miejsce twórczego fermentu, dyskusji i nauki, w której tworzą się więzi międzyludzkie i kontakty nieformalne bez, których, jak to ustalono już w latach sześćdziesiątych XX wieku, organizacja zbyt dobrze nie działa. Czas izolacji, miejmy nadzieję, powoli się kończy, a to oznacza, że niebawem wrócą normalne relacje między ludźmi i bezpośrednie spotkania, a to stawia przed pracą zdalną nowe wyzwania, z którymi dziennikarze nie musieli się mierzyć w trakcie pandemii. Pozostaje się więc zgodzić z treścią raportu „The impact of teleworking and digital work on workers and society”, że po pandemii należy kwestię kontynuacji pracy zdalnej rozważyć na nowo.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.journalism.co.uk/news/10-tips-for-journalists-who-work-from-home/s2/a553279/ – dostęp 12.05.2021 r.

[2] https://sdp.pl/bez-kamerki-bo-jestem-w-pidzamie-zbigniew-brzezinski-o-pracy-redakcji-w-czasie-pandemii/ – dostęp 12.05.2021 r.

[3] https://www.ft.com/content/266a0b18-ff37-43b1-9a7a-ebc55ee5c020 – dostęp 12.05.2021 r.

[4] P. Blau, The Dynamics of Bureaucaracy, University of Chicago Press, Chicago 1963.

[5] A. Giddens, Socjologia. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, s. 370.

[6] https://www.europarl.europa.eu/thinktank/pl/document.html?reference=IPOL_STU%282021%29662904 – dostęp 19.05.2021 r.

[7] https://www.theguardian.com/business/2021/mar/19/mirror-owner-tell-most-journalists-permanently-work-from-home-reach – dostęp 12.05.2021 r.

[8] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/pracownicy-gazety-wyborczej-warunki-pracy-zdalnej-postulaty – dostęp 12.05.2021 r.

[9] https://reutersinstitute.politics.ox.ac.uk/journalism-media-and-technology-trends-and-predictions-2021 – dostęp 12.05.2021 r.

[10] https://www.journoresources.org.uk/journalist-home-office-essentials/ – dostęp 12.05.2021 r.

[11] https://naszawtymglowa.pl/o-specyfice-pracy-zdalnej-i-jej-wplywie-na-zdrowie-psychiczne-pracownikow-rozmowa-z-marcinem-olkowiczem-przewodniczacym-rady-edukacyjnej-sar/ – dostęp 12.05.2021 r.

Oświadczenie SDP w sprawie zatrzymania Ramana Pratasiewicza

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich domaga się zdecydowanej reakcji organizacji dziennikarskich, rządów, instytucji międzynarodowych oraz Unii Europejskiej na akt terroryzmu państwowego, w wyniku którego został zatrzymany dziennikarz, współtwórca popularnego kanału informacyjnego Nexta, Raman Pratasiewicz.

 

Jeśli kraje demokratyczne nie znajdą adekwatnej odpowiedzi i nie doprowadzą do uwolnienia Ramana, żaden dziennikarz opisujący zbrodnicze reżimy nie będzie mógł czuć się bezpieczny wykonując swoje obowiązki. Brak lub niewystarczające reakcje środowiska międzynarodowego na kolejne zbrodnie i łamanie prawa przez reżim panujący na Białorusi, prowadzą do jeszcze większego poczucia bezkarności Łukaszenki i jego współpracowników. Ceną tego jest zdrowie i życie Białorusinów, a jak pokazała sytuacja z faktycznym porwaniem samolotu, także obywateli innych państw.

 

Krzysztof Skowroński – prezes SDP

 

 

 

ЗАЯВА Польскай асацыяцыі журналістаў аб арышце Рамана Пратасевіча

 

Асацыяцыя польскіх журналістаў патрабуе рашучай рэакцыі журналісціх арганізацый, урадаў, міжнародных установаў і Еўрапейскага звязу на акт дзяржаўнага тэрарызму, у выніку якога быў затрыманы журналіст, сузаснавальнік папулярнага інфармацыйнага каналу Nexta Раман Пратасевіч.

 

Калі дэмакратычныя краіны не знойдуць адэкватнага адказу і не дамогуцца вызвалення Рамана, ні адзін журналіст, які піша пра злачынныя рэжымы, не зможа адчуваць сябе ў бяспецы пры выкананні сваіх абавязкаў. Адсутнасць або недастатковая рэакцыя міжнароднай супольнасці на далейшыя злачынствы і парушэнне закону рэжымам у Беларусі прыводзіць да яшчэ большага пачуцця беспакаранасці Лукашэнкі і яго паплечнікаў. Цана за гэта – здароўе і жыцці беларусаў, і, як паказала сітуацыя з фактычным захопам самалёта, таксама грамадзянаў іншых краінаў.

 

 

Zdjęcie: Nexta/Telegram

Nie ma czegoś takiego, jak wolne media – rozmowa z MARKIEM LEWANDOWSKIM rzecznikiem NSZZ „Solidarność”

W ciągu 30 lat naszej wolności nie stworzyliśmy wolnych mediów dlatego, że nie byliśmy nimi zainteresowani. Te, które są rzeczywiście wolne, i te, które naprawdę robią dużo dobrej, informacyjnej roboty, to są najczęściej media niszowe, nie mające najmniejszego wpływu na rzeczywistość – mówi Marek Lewandowski, rzecznik prasowy Przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, w rozmowie z  Marią Giedz.

 

Jak „Solidarność” odnosi się do ataków na Polskę w kontekście wolności słowa i wolności mediów? To „Solidarność”, to robotnicy dopominali się o wolność słowa, o dostęp społeczeństwa do mass mediów. Jest przecież taki zapis w postulatach sierpniowych. Czy po czterdziestu latach od tamtych wydarzeń mamy w Polsce wolne media, czy nie?

 

Musimy cofnąć się do okrągłego stołu i tego wszystkiego, co wydarzyło się na początku naszej transformacji. Bo tak naprawdę w wolnej Polsce nigdy nie powstały wolne media. To jest generalny punkt wyjścia. Nikt nie był tym zainteresowany. My jako społeczeństwo, jako członkowie „Solidarności” i szerzej – jako pracownicy, zostaliśmy oszukani, bo w wyniku okrągłego stołu dogadano się z komunistami, podzielono rynek medialny między siebie. W wyniku tego powstała między innymi „Gazeta Wyborcza”. Od samego początku gazeta ta nie była zainteresowana służeniem społeczeństwu i byciem medium, które jest immamentnym elementem demokracji. Od razu była tworzona jako element wychowywania społeczeństwa. Przy okrągłym stole wymyślono, że będzie transformacja ustrojowa i że społeczeństwo zostanie oparte na elicie tak naprawdę postkomunistycznej, bo innej nie było. To jedyne tak duże medium, które miało być naszym medium, czyli „Gazeta Wyborcza”, zostało od samego początku sformatowane w zupełnie innym celu.

 

Dobrze, dobrze, ale przecież rolą mediów jest informowanie, wychowywanie, promowanie wartości… Czyli „Gazeta” spełniała swoją rolę?

 

To jest życzeniowe. W praktyce nigdy nie miało to miejsca i Polska nie jest wyjątkiem. Nigdzie media nie są wolne, bo są zależne albo od swojego właściciela, swojej linii programowej, albo od sponsorów, którzy te media finansują, albo od środowisk politycznych, które wokół takich mediów się tworzą. W Polsce świetnym tego przykładem jest środowisko TVN-u, czy „Gazety Wyborczej”, które jest elementem władzy, elementem polityki, a nie elementem służenia społeczeństwu. Dam prosty przykład. W Polsce – według różnych badań – jakieś sześćdziesiąt, sześćdziesiąt parę procent osób jest za przywróceniem kary śmierci. Czy widziałaś kiedyś, żeby ta większość miała swoje miejsce i swój głos w mediach, które przecież mają temu społeczeństwu służyć? Nie! Podobnie jest z aborcją. Większość społeczeństwa nie jest za aborcją na życzenie. My godzimy się na różne złe rzeczy w imię mniejszego zła, ale na zabijanie dzieci dla wygody się nie godzimy. Czy widziałaś, aby ta ogromna część społeczeństwa miała swoje miejsce w mediach? Nie, dlatego, że każde z mediów jest podczepione pod jakąś części polityki lub biznesu i prowadzi swoją własną politykę. Jest elementem sprawowania polityki. A media społecznościowe i media elektroniczne, co pokazał nie tylko przykład Stanów Zjednoczonych, stały się już bardzo efektywnym narzędziem wpływania, wręcz manipulowania społeczeństwem. To nie ma już nic wspólnego z mediami. Powtórzę jeszcze raz to, od czego zacząłem. W ciągu 30 lat naszej wolności nie stworzyliśmy wolnych mediów dlatego, że nie byliśmy nimi zainteresowani. Te, które są rzeczywiście wolne, i te, które naprawdę robią dużo dobrej, informacyjnej roboty, to są najczęściej media niszowe, nie mające najmniejszego wpływu na rzeczywistość. A te wszystkie głównego nurtu, łącznie z wszelkimi narzędziami internetowymi, które są dzisiaj w rękach kilku globalnych korporacji, nie mają nic wspólnego z wolnymi mediami, a przynajmniej nie mają nic wspólnego z mediami, które mają być elementem niezbędnym dla dobrego funkcjonowania demokracji.

 

Jaką mamy szansę, że teraz, kiedy Orlen kupił media regionalne, będą one wolne? Czy to nie będzie kolejny monopolista podporządkowany jednej opcji politycznej?

 

Orlen na pewno nie będzie prowadził wobec mediów gorszej polityki niż właściciel niemiecki, który w zupełnie innym celu te gazety i portale prowadził. To jest pierwsza rzecz. Powiedziałem na początku, że nikt nie jest zainteresowany wolnymi mediami i media te są wykorzystywane przez, z jednej strony, grupy interesów, a z drugiej – przez grupy polityczne, do sprawowania władzy i wpływania na społeczeństwo. Myślę, że bliżej tej wolności będzie mediom pod rządami spółki państwowej, która będzie prezentowała interes Polski, interes skarbu państwa, interes narodowy, więc w tym sensie w ogóle szkoda rwać szaty i zadawać sobie pytanie, czy te media będą wolne, czy nie. Nie ma czegoś takiego jak wolne media. Wyobraź sobie dziennikarza z „Gościa Niedzielnego” promującego aborcję na życzenie.

 

No tak. Promującego – nie, ale ukazującego różne aspekty danego problemu – tak. Dziennikarz przecież ma obowiązek pokazywać dwie strony medalu.  

 

Jest linia tego czy innego medium, które na takie czy inne rzeczy nie pozwala. A czy to jest wolność? Jeżeli któryś z dziennikarzy w „Gościu Niedzielnym” będzie miał takie poglądy i będzie chciał o tym pisać, a nie będzie mógł, to czy możemy mówić o wolności? Oczywiście nie, ale też nie przesadzajmy. Nikt w „Gościu Niedzielnym” nie poszukuje takich tekstów i nikt „Gościa Niedzielnego” nie podejrzewa, żeby chciał na to pozwolić. Tak samo będzie z „Krytyką Polityczną” czy z „Gazetą Wyborczą”, która na pewno nie będzie puszczała pewnych tekstów i nie będzie wpuszczała pewnych tematów na swoje łamy. Bo z jednej strony jest zależna od swoich właścicieli, zależna od sponsorów, którzy lokują tam reklamy, ale jest też zależna od różnych układów, pewnego pomysłu. „Gazeta Wyborcza” jest przykładem narzędzia angażującego się w politykę.

 

Zgadzam się z przykładem „Gościa Niedzielnego” czy „Gazety Wyborczej”. Wróćmy jednak do mediów regionalnych, tych kupionych przez Orlen. W Gdańsku jest to „Dziennik Bałtycki”. Niestety, nie wiemy, co się tam dzieje. Wiadomo tylko, że redakcja wyprowadziła się z budynku w centrum miasta i przeniosła się na peryferie. Nadal, przynajmniej oficjalnie, nie wiadomo, kto zostanie redaktorem naczelnym, jaki będzie zespół redakcyjny, program tej gazety – czyli nic nie wiemy. Można przypuszczać, że gazeta będzie promować politykę rządzących. Jest to jednak gazeta regionalna, czyli wielka polityka znajdzie się na dalszym planie, albo wcale jej nie będzie. Czytelnicy szukają w takiej gazecie tekstów dotyczących wydarzeń z własnego podwórka. Przez ostatnich kilkanaście lat „Dziennik Bałtycki” o wielu wydarzeniach ważnych dla Pomorza czy Trójmiasta w ogóle nie informował. Po ulicach Gdańska wędrowało kilka tysięcy osób – i nie były to uroczystości religijne, a „Dziennik” milczał. Czy więc „Dziennik Bałtycki” pod orlenowskim zarządem ma szansę być medium rzetelnie informującym społeczeństwo Pomorza z uwzględnianiem jego potrzeb, zainteresowań?

 

Jak już wspomniałem, spodziewam się raczej dbania o interes Polski, interes narodowy, bardziej niż w przypadku niemieckiego właściciela. Potwierdzam to, co mówisz o „Dzienniku Bałtyckim”. Szczególnie było to widać, gdy spojrzało się na monitoring mediów, gdzie we wszystkich tytułach należących do grupy pojawiały się te same teksty. Prasa lokalna, która z założenia, z nazwy jest lokalna, publikowała treści ogólnopolskie, i to powtarzalne. Widać było, że to powstaje gdzieś w jednym miejscu. Stąd słabe reagowanie na to, co się działo lokalnie. I to jest prawdopodobnie jedna z przyczyn bardzo słabej kondycji finansowej tych mediów. Ludzie lubią czytać o tym, co ich bezpośrednio dotyczy, a jeśli nie znajdują tego w swojej gazecie lokalnej, szukają innych mediów. I tutaj bardzo dobrze funkcjonują portale miejskie, które w dużo większym stopniu reagują na to co się dzieje i są lepszym źródłem informacji. „Dziennik” – to było medium regionalne tylko z nazwy, a tak naprawdę ogólnopolskie, bo treści, które się pojawiały, były treściami powtarzalnymi.

 

Czy „Solidarność” w kwestii wolności mediów zamierza coś zrobić? Może zorganizować konferencję, czy prowadzić rozmowy z właścicielami owych mediów?

 

„Solidarność” ma dynamicznie rozwijający się „Tygodnik Solidarność”, który i w zakresach internetowych, i papierowych, ma coraz mocniejszą pozycję na rynku. Jesteśmy bardzo wysoko w rankingach cytowalności. Jesteśmy bardzo solidnym portalem, który ma miesięcznie wielomilionową ilość odsłon. To jest kierunek, w którym musimy iść, bo takie manipulacje można robić do pewnego momentu. Solidną publicystykę i dobrych komentatorów nie znajdzie się już w mediach mainstreamowych, nie znajdzie się w wielkich mediach korporacyjnych, a można ich znaleźć w Internecie. Wielu ludzi do tego Internetu się coraz chętniej przenosi. Ale widać wyraźnie, że to nie jest tak, iż można nam wszystko narzucić. „Tygodnik Solidarność” jest tym medium, które prezentuje rzeczywistość z punktu widzenia pracowników, jak my na to wszystko patrzymy. Prezentuje interesy bardzo poważnej grupy społecznej, w tym również pracowników najemnych. Bo to nie są tylko członkowie „Solidarności”, ale też wszyscy pracownicy, którzy pracują najemnie i mają swoje problemy, swoje interesy, a w „Wyborczej” o tym nie poczytają.

 

Rozmawiała Maria Giedz, fot. M. Żegliński

 

 

Fragment wywiadu, który ukazał się w numerze 2/2021

„Forum Dziennikarzy”.

Cały numer do pobrania

TUTAJ.

Pluralizm mediów gwarancją wolności słowa – relacja z sesji jubileuszowej 25-lecia CMWP SDP

Cenzura w mediach społecznościowych, ataki na pluralizm mediów, niekorzystne dla dziennikarzy regulacje prawne – to największe zagrożenia dla wolności słowa w Polsce i na świecie – przyznali uczestnicy sesji dyskusyjnej „Monitoring wolności słowa i wolności mediów. Teoria i praktyka”, która odbyła się w czwartek, 20 maja pod patronatem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP z okazji przypadającej w tym roku rocznicy 25-lecia działalności tej instytucji.

 

Wydarzenie było częścią XV Konferencji Naukowej Etyki Mediów „Wolność słowa – wolne media, Freedom of speech – free media” zorganizowanej przez Instytut Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, pod patronatem naukowym Polskiego Towarzystwa Komunikacji Społecznej.

 

Sesji przewodniczyła dr Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP oraz wykładowca Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych w Poznaniu, a uczestniczyli w niej Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, redaktor naczelny Radia Wnet,  Wiktor Świetlik, dyrektor CMWP SDP w latach 2009-2017, publicysta, mec. Artur Wdowczyk, współpracownik CMWP SDP oraz Michał Jaszewski, doradca prawny CMWP SDP.

 

Niebezpieczna cenzura w sieci

 

Na początku Jolanta Hajdasz przedstawiła referat pt.  „Zagrożenia wolności słowa w mediach społecznościowych w Polsce 2017–2021”.  Zwróciła w nim uwagę na ważną datę – 8 stycznia 2021 roku, kiedy to miała miejsce blokada kont w mediach społecznościowych urzędującego jeszcze prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Administratorzy uzasadniali to „ryzykiem podżegania do przemocy”. Zdaniem dyrektor Hajdasz był to pewien przełom.

– Skoro można zwiesić konto urzędującego prezydenta światowego mocarstwa, to pojawia się pytanie: kto ma większą władze, czy ci co zawieszają konta, czy ci którzy sprawują władzę z demokratycznego wybrania? – zauważyła.

 

Dyrektor CMWP SDP podała szereg przypadków cenzury stosowanej przez media społecznościowe w naszym kraju, którymi zajmowało się centrum. Zwróciła uwagę, że najczęściej dotyczyły one treści konserwatywnych, katolickich, patriotycznych.

 

Najgłośniejsze przykłady to m.in. blokada konta Radia Maryja na YouTube po opublikowaniu homilii metropolity krakowskiego abp. Marka Jędraszewskiego wygłoszonej z okazji 75-rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, zawieszenie kanału harcerzy ZHR z klipami upamiętniającymi Powstanie Warszawskie, czy blokada anglojęzycznego konta Instytutu Pamięci Narodowej, na którym promowano film o niemieckim obozie dla dzieci, który w czasie II wojny światowej działał przy ul. Przemysłowej w Łodzi.

 

– Cenzura w mediach społecznościowych jest faktem, ten mechanizm istnieje, trzeba się mocna nad tym pochylić, aby przeciwstawić się temu zjawisku – powiedziała Jolanta Hajdasz.

 

Zauważyła, że krokiem w dobrym kierunku może być przygotowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości projekt ustawy, którego celem jest zagwarantowanie wolności słowa w internecie.

 

25 lat pomocy dziennikarzom

 

Zanim rozpoczęła się dyskusja,  dyrektor CMWP SDP opowiedziała w skrócie o historii i działalności kierowanej przez nią instytucji. Centrum powstało 1 maja 1996 roku na mocy uchwały Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, monitoruje procesy sądowe dziennikarzy, udziela im wsparcia prawnego, wydaje stanowiska w ważnych dla mediów sprawach. Bardzo często z pomocy CMWP SDP korzystają lokalni dziennikarze z małych mediów, których po prostu nie stać na wynajęcie prawników.  Jak to wygląda w codziennej praktyce opowiadał m.in. Michał Jaszewski, doradca prawny CMWP SDP.

 

– Zdarza się, że jacyś lokalni politycy chcą dziennikarza zniszczyć i wtedy naprawdę jest mu bardzo ciężko. Tworzy się wokół niego jakby bańka, w której jest sam. Tylko szybka interwencja może zmienić sprawę – mówił Jaszewski.

 

 

 

 

Wiktor Świetlik, dyrektor CMWP SDP w latach 2009-2017, zwrócił uwagę że w czasie gdy on pracował w centrum bardzo dużo spraw dotyczyło właśnie mediów lokalnych.  – Powstawało wówczas bardzo dużo portali lokalnych, nie zawsze dziennikarze, którzy je prowadzili znali zasady funkcjonowania, popełniali błędy, nie zdawali sobie sprawy, że mogą być np. skazani z art. 212 kk – opowiadał Świetlik.

 

 

 

Być sobą u siebie

 

Prezes SDP Krzysztof Skowroński w swoim wystąpieniu podkreślił, że Centrum Monitoringu Wolności Prasy jest jedną z najważniejszych instytucji SDP. Opisując rolę i zadania centrum odwołał się do definicji wolności ks. prof. Józefa Tischnera. – Jesteśmy wolni wtedy, kiedy jesteśmy sobą u siebie. To bardzo ważna definicja, która wskazuje drogę do rozważania, po której gdzieś tam intuicyjnie kroczy też Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Centrum Monitoringu Wolności Prasy – powiedział.

 

Zwrócił uwagę, że człon „u siebie” wskazuje na to, iż ważne jest kto posiada media. – Gwarancją wolności mediów jest pluralizm – podkreślił Skowroński. – Pierwszą granicę wyznacza właściciel mediów.  To jest coś bardzo ważnego. Własność nie jest tylko finansowa, ale i ideowa.

 

Zwrócił uwagę, że wolności słowa, nie tylko w Polsce, zagraża zawłaszczanie mediów przez jeden nurt ideowy. CMWP w swoich działaniach stoi zaś na straży pluralizmu mediów.

 

– Druga rzecz w definicji wolności to „być sobą”. Drugą granicą jest nasze sumienie, nasz pogląd na świat. Musimy dbać o wolność i mediów, i dziennikarza – podkreślił prezes SDP.

 

Zwrócił również uwagę, że system prawny nie chroni w wystarczający sposób dziennikarzy, ponieważ, mimo wielu obietnic polityków, w kodeksie karnym wciąż istnieje powstały w stanie wojennym artykuł 212, którym państwo posługuje się przeciwko wolności słowa.

 

Współpracujący z CMWP SDP mec. Artur Wdowczyk zauważył, że problemem jest też to w jaki sposób sądy traktują dziennikarzy.

 

– Jak dziennikarz prawicowy źle trafi, no to można go obrażać, wyzywać, to nie ma żadnego znaczenia. To jest smutna rzecz – stwierdził. Jego zdaniem jeszcze kilka lat temu sądy zachowywały pozory, że nie mają poglądów politycznych. – Dziś jest dużo gorzej – mówił mec. Wdowczyk.

 

Także Michał Jaszewski przyznał, że w sądach nastąpiła „erozja ideologiczna”.

 

 

Bronić wartości na arenie międzynarodowej

 

Mówiąc o przyszłości Centrum Monitoringu Wolności Prasy i zdaniach które przed nim stoją, Jolanta Hajdasz zwróciła uwagę na konieczność wzmocnienia tego typu instytucji.

 

– Mamy coraz więcej próśb o włączenie się w działalność międzynarodową. Na forum Unii Europejskiej, w różnych gremiach, są prowadzone procesy monitorujące pluralizm w mediach, w których trzeba zwracać uwagę na ten system wartości, który u nas jeszcze jest, mam nadzieję na zawsze, obecny w przestrzeni publicznej, a który z przestrzeni europejskiej znika – mówiła dyrektor CMWP SDP.

 

Jako przykład podała krzywdzące dla Polski raporty, np. organizacji Reporterzy bez Granic, w których nasz kraj zajmuje, coraz gorszą pozycję. Na niesprawiedliwą i nierzetelną ocenę Polski w tych rankingach zwracał uwagę także Wiktor Świetlik.  – Jakaś instytucja naukowa powinna stworzyć raport na temat metodologii tych rankingów, ponieważ tam nie istnieje żadna metodologia. Reporterzy bez Granic wysyłają ankiety do bliskich im politycznie dziennikarzy – zauważył Świetlik.

 

Krzysztof Skowroński podkreślił, że trzeba tworzyć własne, rzetelne raporty związane z tym co się dzieje w polskich mediach, z punktu widzenia dziennikarzy.

 

– Z wolnością słowa jest jak z każdą wolnością –  trzeba o nią zabiegać,  bo nie jest nam dana raz na zawsze – podsumowała Jolanta Hajdasz.

 

jka

 

Zapis video konferencji na kanale Telewizji JP2TV TUTAJ.

 

 

Poznaliśmy laureatów konkursu Wielkopolskiego Oddziału SDP

Red. Jan Martini z Wielkopolskiego Kuriera Wnet, Łukasz Kaźmierczak z Radia Poznań i Marcin Wróblewski  i Krystian Kaliszak z TVP 3 Poznań oraz  Wojciech Czeski z Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej zostali laureatami tegorocznego konkursu dziennikarskiego Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Na konkurs wpłynęło 54 prace dziennikarzy z całego regionu.  Po raz pierwszy w tym roku przyznano także nagrody honorowe za wybitne osiągnięcia w pracy dziennikarskiej  – Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP.  Otrzymuje je red. Barbara Miczko-Malcher z Radia Poznań, która obchodzi w tym roku jubileusz 50-lecia pracy zawodowej oraz red. Sławomir Kmiecik, były dziennikarz Głosu Wielkopolskiego, autor książek „Przemysł pogardy” t. 1 i t.2.

 

Jury Konkursu WO SDP w składzie dr Jolanta Hajdasz  – przewodnicząca Jury, prezes Zarządu WO SDP, prof. dr hab. Wiesław Ratajczak, dr Wiesław Kot, red. Roman Wawrzyniak i red. Aleksandra Tabaczyńska  na posiedzeniu w dniu 26 kwietnia 2021 r. postanowiło przyznać:

 

Nagrodę Główną WO SDP za najciekawsze, najbardziej wartościowe materiały dziennikarskie, poruszające najbardziej aktualne i najistotniejsze problemy społeczne i polityczne – red. Janowi  Martiniemu, autorowi artykułów publicystycznych : „Nadbudowa, głupcze”, „Odchodzą świadkowie historii” i „Upadek, czy „upadek” komunizmu” opublikowanych na łamach Wielkopolskiego Kuriera Wnet

 

Nagroda Virtuti Civili za za szczególną odwagę dziennikarza w podejmowaniu i realizacji trudnych oraz społecznie ważnych tematów: Marcinowi Wróblewskiemu z TVP 3 Poznań , autorowi reportaży filmowych „300 zł za głos”, „Ośrodek” i „Świąteczna misja” emitowanych w programach TVP

 

wyróżnienie:

 

Elżbieta Rzepczyk – autorka publikacji „Mamuś nie denerwuj   się. Ja wrócę”, „Jest śmierć, a za chwilę poród” opublikowanych  w Gazecie Jarocińskiej

 

Małgorzata Szewczyk – autorka felietonów „Cudowne miejsce na ziemi, „Śmieciowa historia”, „Aqua Poznań”   opublikowanych w Wielkopolskim Kurierze Wnet

 

Nagrodę im. Wojciecha Dolaty za dziennikarstwo, które wyróżnia się szczególną rzetelnością i fachowością: Łukaszowi Kaźmierczakowi z Radia Poznań, autorowi audycji „Kluczowy temat” (zgłoszone wywiady z Leszkiem Millerem, Beatą Komarnicką i Magdaleną Bainczyk)

 

wyróżnienie:

 

Barbara Kęcińska-Lempka, autorka publikacji  „Piorun trzasł na Mostowej czyli pod spódnikiem Bamberki”, „Dzieje rodów Schneiderów w historie Bambrów wpisane”, „Naramowice pachniały  włoszczyzną” opublikowanych w Kronice Miasta Poznania

 

Bartłomiej Grysa, autor publikacji „Cudowność Koranu”, „Od islamu do Chrystusa” , „Pater z Podbrzezia” opublikowanych w dwumiesięczniku  „Miłujcie się”

 

Henryk Krzyżanowski, autorowi publikacji „Euforia i nieufność”, „O separacji plemion”, „Pogrzeb tabliczki”, opublikowanych w Wielkopolskim Kurierze Wnet

 

Nagroda dla Młodych Dziennikarzy – ex eaquo Krystianowi  Kaliszakowi, autorowi felietonów filmowych „Powstanie”, „Plaga much”, „Kamienica”  opublikowanych na antenie TVP  i Wojciechowi Czeskiemu, autorowi artykułów „Węzeł gordyjski <<Rzeczypospolitej Mosińskiej>>, „Pożoga 1848”, „ Krauthoferow wieści” drukowanych w Gazecie  Mosińsko – Puszczykowskiej.

 

Jury postanowiło przyznać wyróżnienie honorowe red. Arkadiuszowi Małyszce, red. nacz. Zeszytów Historycznych Wielkopolskiej Solidarności za cenną i wartościową inicjatywę wydawniczą, jaką są „Zeszyty”.

 

Od tego roku  Zarząd WO SDP postanowił przyznać nagrodę Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP.  Otrzymuje je red. Barbara Miczko-Malcher z Radia Poznań, która obchodzi w tym roku jubileusz 50-lecia pracy zawodowe oraz red. Sławomir Kmiecik, były dziennikarz Głosu Wielkopolskiego, autor książek „Przemysł pogardy” t. 1 i t.2.

 

Nagrody zostaną wręczone  w pierwszej połowie czerwca.

 

Ks. ARTUR STOPKA: Pandemiczna etyka w mediach

Czy takie wydarzenia, zjawiska, sytuacje, jak pandemia, wpływają na etyczne podstawy funkcjonowania środków masowego komunikowania?

 

Prawie rok temu, w połowie maja 2020 roku, pojawiły się w światowych mediach doniesienia o tym, że węgierska policja wszczęła ok. dziewięćdziesiąt dochodzeń w sprawie „siania paniki”. Choć część z nich dotyczyła publikacji fake newsów, to jednak były i takie, którymi objęto krytyków władz. „Politico” podawało, że za antyrządowe posty w mediach społecznościowych węgierska policja wyprowadzała ludzi z domów nad ranem i konfiskowała ich sprzęt komputerowy. Stało się to możliwe dzięki wprowadzeniu na Węgrzech 30 marca ub. r. uzasadnianych walką z pandemią rozwiązań prawnych, które rychło skrytykowała (nie wprost) szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz niemiecki minister spraw zagranicznych.

 

Węgierskie władze swoje działania uzasadniały twierdzeniem, że „wolność słowa nie może obejmować celowego szerzenia kłamstw, zwłaszcza gdy zagraża skutecznej obronie przed pandemią”. Czy faktycznie globalna epidemia może być uzasadnieniem dla ograniczania wolności w mediach? Czy władze mają prawo oczekiwać, a nawet żądać od mediów, aby prowadziły wyłącznie narrację nie tylko przychylną ich działaniom, ale również w pełni zgodną z ich przekazem? A może ludzie, którzy się mediami na różne sposoby posługują, sami powinni mieć wyczucie, co w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia milionów ludzi można powiedzieć i napisać, a czego, kierując się zasadami etyki, po prostu upubliczniać i nagłaśniać nie należy?

 

W tle stoją pytania dotykające fundamentów. Czy takie wydarzenia, zjawiska, sytuacje, jak pandemia, wpływają na etyczne podstawy funkcjonowania środków masowego komunikowania? Nie tylko, czy faktycznie wpływają, ale również czy wpływać powinny?

 

Nie jest tajemnicą, że nawet zagorzali obrońcy bardzo szeroko pojętej wolności mówienia publicznie wszystkiego, niejednokrotnie dopuszczają w sytuacjach realnego niebezpieczeństwa dla państwa czy narodu istnienie czegoś takiego, jak „cenzura wojenna”. Teoretycznie, jak podpowiada polska wersja Wikipedii, powinna to być jedynie forma kontroli wykonywanej w okresie wojny przez wyspecjalizowane organy wojskowe w celu zapewnienia ochrony tajemnicy państwowej i służbowej w korespondencji, publikacjach i wydawnictwach. Historia pokazuje, że praktyce sprowadza się ona jednak raz po raz do wykraczającego poza tę granicę panowania władzy nad przekazem medialnym. Powinna więc budzić bardzo poważny sprzeciw motywowany etycznie. Jak często budziła w przeszłości? Czy raczej nie szukano pośpiesznie etycznych uzasadnień dla jej akceptacji, odwołując się np. do argumentów o wyborze mniejszego zła?

 

W oficjalnych rządowych narracjach dotyczących pandemii (nie tylko w Polsce) wiele jest wojennej retoryki. Nie brak takich dziennikarzy, dysponentów, właścicieli mediów, którzy uważają, że sytuacja rzeczywiście uzasadnia zmiany w etycznych podstawach ich funkcjonowania. Nie brak zwolenników stosowania w tej tematyce autocenzury, pomijania i przemilczania nie tylko opinii, ale nawet faktów, których upowszechnienie w ich przekonaniu mogłoby zaszkodzić skutecznej walce z koronawirusem.

 

Są jednak i tacy, którzy zwracają uwagę na nieadekwatność oczekiwanych/żądanych przez rządzących medialnych ograniczeń (a cóż dopiero samoograniczeń) w zestawieniu z faktycznym zagrożeniem. A już kompletnie odrzucają, jak bezpodstawne, wyłączenie spod krytyki i oceny antycovidowych działań władz. Ostatnio przekonaliśmy się, że takie roszczenia rządzący wysuwają nie tylko, jak wspomniano wyżej, na Węgrzech, ale również w naszym kraju. I – co ważne – pojawia się w tych kwestiach argumentacja odwołująca się do etyki. Tak właśnie stało się w gorąco dyskutowanej sprawie programu „Warto rozmawiać”, wyemitowanego 12 kwietnia br. na antenach TVP3 i TVP1. Po głośnej interwencji jednej członkini Rady Mediów Narodowych Komisja Etyki TVP w ciągu zaledwie kilku dni od emisji ogłosiła, że zostały w nim naruszone „Zasady Etyki dziennikarskiej obowiązujące w Telewizji Polskiej”.

 

W dostępnym na stronach telewizyjnego Centrum Informacji komunikacie można przeczytać, że we wspomnianym programie zaprezentowano wyłącznie głosy krytyczne wobec podejmowanych działań w walce z pandemią. Co więcej, w komunikacie znalazło się swoiste pouczenie mówiące, że dochowanie zasad rzetelności dziennikarskiej „jest szczególne ważne w czasie, gdy ludzie walczą o zdrowie i życie i gdy tak wielu widzów, w oparciu o wiedzę z audycji telewizji publicznej może podejmować decyzje odnoszące się do własnego zdrowia, a w szczególności szczepień czy zachowania zasad profilaktyki”.

 

Jakby tego było mało, TVP uznała, że orzeczenie Komisji Etyki „stworzyło nowy kontekst moralno-prawny” programu, co skutkuje rozpoczęciem rozmów Telewizji i producenta dotyczących „warunków utrzymania audycji w przyszłej ofercie nadawcy publicznego”. W praktyce program przestał się pojawiać na antenie. Jak twierdzą niektórzy komentatorzy, był jedynym, w którym w publicznej telewizji pojawiły się krytyczne głosy dotyczące zmagań władz z koronawirusem. Czy faktycznie sytuacja zdrowotna w Polsce wymaga, aby jego twórcy w imię etycznych zasad włączyli autocenzurę i włączyli się w chór powielający oficjalną rządową narrację? Czy dopuszczenie nieskontrowanej krytyki rzeczywiście stworzyło „nowy kontekst” programu w sferze moralnej?

 

Wiadomo przecież, że są Polsce całe, wcale liczne, grupy osób, które patrzą na sprawę pandemii zupełnie inaczej niż obecnie rządzący. Nie chodzi tylko o tych, którzy w ogóle negują istnienie zagrożenia ze strony covid-19. Są również tacy, wśród nich również specjaliści w dziedzinie medycyny, którzy – z różnych powodów – krytycznie oceniają działania władz w walce z wirusem. Wystarczy zajrzeć do internetu, aby się o tym przekonać. Odmienne od oficjalnej narracje istnieją i mają się całkiem dobrze. Co prawda – jak donosiły w zeszłym roku media – na Węgrzech represje spotykały tych, którzy zamieszczali w serwisach społecznościowych krytyczne posty dotyczące posunięć władz w przeciwdziałaniu koronawirusowi, ale w Polsce nic takiego się nie dzieje. Dlaczego więc dopuszczenie innych spojrzeń na sprawę w mediach publicznych miałby mieć szkodliwy wymiar etyczny i moralny?

 

Rzadko w dyskusjach o wolności słowa przypomina się elementarne zasady, które w tej kwestii sformułował św. Jan Paweł II. Tymczasem on (za Norwidem) rozróżniał wolność słowa od wolności mówienia wszystkiego, człowiekowi ślina na język przyniesie. Jako moralne kryterium wolności słowa wskazywał nie tylko prawdę, ale również sposób i cel jej podawania. „Niewielki będzie pożytek z mówienia i pisania, jeśli słowo będzie używane nie po to, aby szukać prawdy, wyrażać prawdę i dzielić się nią, ale tylko po to, by zwyciężać w dyskusji i obronić swoje – może właśnie błędne – stanowisko” – powiedział przed laty. Ta zasada jest niezmienna i nie może ulegać modyfikacjom, a tym bardziej zawieszeniu, nawet w takich sytuacjach, jak światowa epidemia. Powinni mieć tego świadomość wszyscy dysponenci mediów i dziennikarze.

 

Ks. Artur Stopka

Czy Salon24 odżyje pod „Jastrzębiem”? – pyta ŁUKASZ WARZECHA

Wczoraj – 17 maja – ruszyło nowe (choć doskonale znane) medialne przedsięwzięcie. Trochę z boku, bez wielkiego szumu poza kręgiem koneserów mediów, zwłaszcza nowych mediów, ale to nie znaczy, że takiego szumu w nowej odsłonie nie narobi. Ruszył odnowiony i odświeżony Salon24, od niedawna własność Sławomira Jastrzębowskiego, byłego redaktora naczelnego „SuperExpressu”, wcześniej zastępcy redaktora naczelnego „Faktu”, a do niedawna partnera w firmie piarowej R4S.

 

Trudno, żebym nie miał do tego wydarzenia szczególnego stosunku za paru powodów. Pierwszy jest taki, że w Salonie24 byłem od początku przez kilka dobrych lat i – co ogromnie ważne, a co wspominam zawsze, gdy przy jakiejś okazji mówię o zmianach, które dotknęły dziennikarstwo w ciągu ostatnich dwóch dekad – było to pierwsze miejsce bezpośredniego zetknięcia się z odbiorcami poprzez nowe technologie. Mówiąc brutalnie – ludzie w czasie rzeczywistym mogli mi nawrzucać pod moim tekstem, a ja wtedy jeszcze niewiele mogłem z tym zrobić, bo narzędzia blokujące lub filtrujące pojawiły się w Salonie24 dopiero po jakimś czasie. W tradycyjnych mediach takie reakcje były skutecznie filtrowane i wymagały dużo większej determinacji: napisania papierowego listu, dodzwonienia się do redakcji (komórki były wciąż rzadkością) lub nawet osobistego do niej przyjścia, a potem wyczekiwania na wychodzącego autora tekstu, żeby móc mu nagadać do słuchu twarzą w twarz – co wymagało już naprawdę odwagi. Napisanie kilku obelg pod tekstem nie wymagało praktycznie żadnej.

 

Później pojawiły się Twitter, Facebook, dużo później kanały YouTube, ale pod tym względem Salon24 był pierwszy. W chwili, gdy Igor Janke go uruchamiał, to było naprawdę nowatorskie medium. Niczego takiego jeszcze w Polsce, a pewnie nie tylko w Polsce nikt nie zrobił wcześniej. W tekście inaugurującym nową odsłonę Salonu24 Sławomir Jastrzębowski przypomniał, jak to właśnie Igorowi Jankemu udało się dla Salonu przeprowadzić wywiad z Barackiem Obamą, co nie udało się przedstawicielom wielu tradycyjnych mediów. Poważnym argumentem było właśnie nowatorstwo Salonu24.

 

W Salonie24 pisałem długo, ciesząc się oferowaną przez tę platformę wolnością wypowiedzi i natychmiastowością publikacji. Rzecz, która dzisiaj wydaje się oczywista, ale wtedy, ponad dekadę temu, była czymś nadzwyczajnym. Owszem, istniały blogi, ale dopiero Salon24 spopularyzował tę formę wypowiedzi u osób publicznych. Skończyłem pisanie (moje teksty oczywiście nadal w Salonie można znaleźć), gdy z „Faktu” przeszedłem do „W Sieci” (wówczas jeszcze właśnie z „w”), które miało swój własny portal wPolityce i publikowanie w dwóch podobnych miejscach stało się niemożliwe.

 

Drugi powód to ten, że prywatnie znam Sławka Jastrzębowskiego od lat, jako że pracowaliśmy razem jeszcze w „Fakcie”, i mogę bez cienia wątpliwości stwierdzić, że jest to jeden z najoryginalniejszych ludzi mediów w Polsce. Inteligent wyglądający jak napakowany bandziorek z Bałut (bo Sławek jest z Łodzi, jak ja) – w końcu wiadomo, „biceps dla Polski” to jego hasło. Człowiek o poglądach ogólnie prawicowych, ale tak specyficznie sygnalizowanych, że czasem trudno powiedzieć, jakie one właściwie są. Osoba o tak dużym dystansie do siebie i własnych poglądów, że nigdy nie widziałem, żeby w mediach społecznościowych na kogokolwiek się rzucił, komuś nawtykał albo na kogoś się obraził (czego, uczciwie mówiąc, nie mogę powiedzieć o sobie). Sławek nie owija w bawełnę, jest bezpośredni, ale jednocześnie nie brutalny. W rozmowie zapala się czasem tak, że można mieć wrażenie, że ma się przed sobą nakręconego nastolatka, a nie statecznego pana redaktora w wieku… Pomińmy ten detal, bo i tak państwo nie uwierzą. Słowem – drugiego takiego Jastrzębowskiego polskie media nie mają. Może ma go polska kulturystyka, ale może to być najwyżej podobieństwo czysto fizyczne.

 

Jeśli lektura tej charakterystyki kazała państwu odnieść wrażenie, że mam do „Jastrzębia” stosunek osobisty, a mówiąc wprost – że go lubię, to się państwo nie mylą. Lubię faceta i koniec. Jednak to, że go lubię, nie znaczy, że patrzę na jego nowy projekt bez wątpliwości, czy markę Salonu da się jeszcze reanimować.

 

Bo Salon24 – jak państwo być może spostrzegli, czytając opis mojej z nim przygody – był w wielu sprawach prekursorem; właśnie: był. Od chwili, gdy się pojawił, zmieniło się mnóstwo rzeczy. Między innymi weszły media społecznościowe, dające możliwość również natychmiastowej, zwięzłej, błyskawicznej komunikacji za pomocą bardzo krótkich komunikatów. Pojawiły się strony internetowe i całe portale powiązane z mediami, gdzie znalazło się miejsce dla dziennikarzy i publicystów, których nierzadko obarczono obowiązkiem prowadzenia blogów. Pojawiły się krótkie formy wideo i multimedia. Oraz całe mnóstwo innych rozwiązań, które nowatorstwo Salonu24 zabiły.

 

Salon24 pozostał marką rozpoznawalną w sieci, ale polor świeżości dawno stracił. Trwał, ale był jak dziarski staruszek: wciąż żywotny i przytomny, lecz szybko tracący oddech i siły. Lata w końcu jednak lecą. Wielkie pytanie brzmi, czy Jastrzębowski będzie umiał tego staruszka napoić eliksirem życia i odmłodzić o kilkadziesiąt lat, tak żeby znów objawił się nam sprężysty 30-latek. Szczerze mówiąc – nie wiem.

 

Sławek powiada, że chce zrobić z Salonu24 portal z prawdziwego zdarzenia, pozostawiają w nim ważną część blogową, która ma pokazywać otwartość tego miejsca. W swoim wstępniaku napisał:

 

Po co, dlaczego kupiłem Salon24 i co zamierzam z nim zrobić?

Otóż z kilku powodów. Jednym z nich jest to, że w polskich mediach brakuje mi miejsc nieoczywistych. Miejsc z opiniami i poglądami o horyzoncie 360 stopni.

Zdecydowana większość mediów patrzy w jedną stronę z akceptującym wszystko zachwytem i z co najmniej niesmakiem, jeśli nie obrzydzeniem w drugą. Efekt jest taki, że zanim zacznę czytać pewne gazety, portale, oglądać pewne telewizje, to wiem, co w nich napiszą, co przemilczą, co powiedzą i jak zinterpretowane zostanie konkretne zdarzenie. W kółko ci sami eksperci wypowiadający te same formułki. Dziennikarze, którzy zamiast prowadzić z politykami grę na własnych zasadach pozwolili się zredukować do roli kelnerów z połamanymi kręgosłupami służącymi (często z autentyczną wiarą w ideę) tej lub innej opcji.

Za dużo widziałem i przeżyłem, żeby mnie to oburzało. Tak było, jest i będzie, choć zmienia się natężenie identyfikacji z politykami. To błąd, w ten sposób dziennikarze pozbywają się swojej pozycji. Ja chciałbym trochę inaczej. Patrzeć we wszystkie strony, słyszeć wszystkie racje i w miarę samodzielnie, razem z użytkownikami Salon24 wyrabiać sobie zdanie.

 

Trudno, żebym się z „Jastrzębiem” nie zgodził, skoro właściwie to samo piszę od dawna także na portalu SDP i w tym samym upatrują problemu polskich mediów. Przy czym podobnych deklaracji do powyższej czytałem już wiele i właściwie nigdy nic z tego nie wychodziło – siła samoograniczająca bańki światopoglądowe jest potężna. O źródłach tej siły również wielokrotnie na tym portalu wspominałem. Ale tu jest różnica, bo gdy o Jastrzębowskiego chodzi, wiem, że nie jest to tylko odbębnianie retorycznej jazdy obowiązkowej – tak jak choćby w przypadku Doroty Kani opowiadającej, że w Polska Press nie będzie żadnej presji i zostanie zachowana redakcyjna wolność – lecz nowy właściciel Salonu24 tak właśnie myśli, całkiem szczerze. Mało tego – on w tym upatruje szansy biznesowej, a to co najmniej równie ważna motywacja.

 

Problem widzę w przekonaniu wystarczająco wielu osób, że znów warto na Salon24 zaglądać, a nawet na nim publikować. Czy to się uda – nie mam pojęcia. Mogę powiedzieć jedno: wziąwszy pod uwagę, jakie cele stawia sobie Sławomir Jastrzębowski, ogromnie chciałbym, żeby mu się udało. To mogłoby pokazać innym uczestnikom medialnego rynku, że można inaczej.

 

Łukasz Warzecha

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Lewacy przeciw Pileckiemu

Jeszcze kilka lat temu rotmistrz Witold Pilecki był otwarcie krytykowany przez lewicowo-liberalny świat polityki i mediów. Kiedy w 2009 r. miał zostać uznany za bohatera Europy, patrona europejskiego dnia walki z dwoma totalitaryzmami – niemieckim i sowieckim, jego kandydatura została utrącona przy udziale eurodeputowanych z Polski.

 

Odpowiednie inicjatywy przedkładały organizacje pozarządowe (akcja „Przypomnimy o rotmistrzu”) i eurodeputowani Prawa i Sprawiedliwości (inicjatorką była Hanna Foltyn-Kubicka). Dzień wybrano nieprzypadkowo – 25 maja Pilecki został zamordowany przez komunistów w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

 

Pusta sala

 

Z chóru medialnych przeciwników Pileckiego wyłamywał się m.in. „Super Express”. W dzienniku, przed głosowaniem w Parlamencie Europejskim, ukazał się wywiad z Januszem Kurtyką. A to w dużej mierze dzięki ówczesnemu prezesowi Instytutu Pamięci Narodowej przybliżono europarlamentarzystom postać polskiego żołnierza. Polacy zorganizowali konferencję naukową, pokazali wystawę i film. To był pierwszy raz, kiedy losy polskiego bohatera zostały zaprezentowane na takim europejskim forum…

 

Pytanie dziennikarza „Super Expressu” brzmiało: „Czy dominujące na Zachodzie środowiska lewicowe mogą się identyfikować z postacią rotmistrza, zrozumieć jej złożoność, dramat, a może najprościej – niesprawiedliwość losu, który spotkał tego żołnierza niepodległości?

 

Janusz Kurtyka odpowiadał: „Te środowiska nie znają polskiej walki o wolność. Szczególnie do nich powinniśmy adresować nasze przesłanie. Obowiązkiem czynników oficjalnych Rzeczpospolitej jest promowanie polskiej historii w tych jej aspektach, które mają właśnie wymiar europejski i uniwersalny. Historia naszego kraju ma mnóstwo takich wątków i tylko od nas zależy, czy będziemy potrafili to przekazać”.

 

Dziennik zapytał też o zainteresowanie europosłów osobą „ochotnika do Auschwitz”: „W jednym z krótkich telewizyjnych ujęć widać było salę. Była pusta”.

 

Prezesowi IPN nie pozostało nic innego, jak tylko potwierdzić ten smutny fakt: „Odnośnie naszej konferencji nie użyłbym niestety określenia <<duże zainteresowanie>>. Myślę, że jesteśmy na takim etapie, że możemy kształtować zainteresowanie ideami dla nas ważnymi. Każdy poseł Parlamentu Europejskiego otrzymał od IPN album w języku angielskim i broszury o rotmistrzu Pileckim. W konferencji wziął udział gość specjalny – profesor Michael R. D. Foot, który zaliczył rotmistrza w poczet sześciu najodważniejszych żołnierzy europejskiego ruchu oporu podczas II wojny światowej. Po spotkaniu w Parlamencie Europejskim nastąpiło uroczyste otwarcie wystawy „Rotmistrz Witold Pilecki – Ochotnik do Auschwitz„.

 

Odrzucili bohatera

 

Jednak przy takiej postawie większości europosłów wynik głosowania można było przewidzieć. Kandydatura Pileckiego na bohatera Europy nie została zaakceptowana. Przypomnijmy nazwiska eurodeputowanych z Polski, którzy się do tego przyczynili: Buzek, Lewandowski, Onyszkiewicz, Piskorski, Protasiewicz, Rosati, Saryusz-Wolski, Wielowieyski. Ci Polacy odrzucili polskiego bohatera.

 

W ten sposób wymienieni panowie pogwałcili też polskie prawo. Bo Senat RP specjalną uchwałą z 7 maja 2008 r. uznał, że heroiczny czyn rotmistrza, „jakim było dobrowolne i celowe poddanie się uwięzieniu w KL Auschwitz, a także powojenny, okupiony śmiercią powrót do Ojczyzny, stawiają Witolda Pileckiego wśród najodważniejszych ludzi na świecie i powinny stać się dla Europy i świata wzorem bohaterstwa oraz symbolem oporu przeciw systemom totalitarnym„.

 

Na chichot historii zakrawa fakt, że tego dnia, kiedy Parlament Europejski powiedział „nie” bohaterowi, Europa obchodziła Dzień Kręcenia Lodów Ręcznie. Takie święto udało się uchwalić.

 

Europosłanka Hanna Foltyn-Kubicka tłumaczyła sprzeciw kolegów z frakcji opozycyjnych: „Ich reakcja opierała na zasadzie: nie, bo nie. Sprzeciwili się, bo to była inicjatywa PiS”.

 

Woda im z głów nie wycieka?

 

W wywiadzie dla pilnującego sprawy „Super Expressu” córka WitoldaZofia Pilecka-Optułowicz nie kryła rozgoryczenia: „Tato jest jedynym znanym na świecie człowiekiem, który trafił do obozu z własnej woli. Był żołnierzem kampanii wrześniowej. Dał się złapać Niemcom, aby wywieźli go do Auschwitz – w drugim transporcie z Warszawy. Znalazł dla tego miejsca słowo najwłaściwsze: piekło. Trwał w nim, aby działać dla dobra innych. Gdy Londyn i Waszyngton ograniczały się do robienia zdjęć szpiegowskich z samolotów, tata wśród poniżanych ludzi ubranych w pasiaki zbudował konspiracyjną organizację zbrojną, zrzeszającą ponad pół tysiąca członków. Kontaktował się też ze światem zewnętrznym – jego meldunki trafiały do komendanta głównego Armii Krajowej, a od niego do aliantów. W piekle Auschwitz spędził 947 dni”.

 

Córka rotmistrza poleciła politykom słowa taty z raportu napisanego po uciecze Pileckiego z Auschwitz: „Nie to jest ważne, co napisałem dotychczas na tych kilkudziesięciu stronach, szczególnie dla tych, co będą je czytać li tylko jako sensację, lecz tutaj chciałbym pisać tak wielkimi literami, jakich nie ma, niestety, w maszynowym piśmie, żeby te wszystkie głowy, co pod pięknym przedziałkiem mają wewnątrz przysłowiową wodę i matkom chyba tylko mogą dziękować za dobrze sklepione czaszki, że owa woda im z głów nie wycieka – niech się trochę zastanowią głębiej nad własnym życiem, niech się rozejrzą po ludziach i zaczną walkę od siebie, ze zwykłym fałszem, zakłamaniem, interesem podrasowanym sprytnie pod idee, prawdę, a nawet wielką sprawę„.

 

Pilecki zdenerwował Putina

 

W 2019 r. Parlament Europejski ostatecznie uznał Witolda Pileckiego za bohatera walki z dwoma totalitaryzmami. Wtedy na swoim blogu na stronie radia Echo Moskwy Andriej Iłłarionow, w latach 2000-2005 doradca prezydenta Rosji Władimira Putina skomentował: „Wydaje się, że jest to właśnie perspektywa ustanowienia Międzynarodowego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem – ku pamięci Witolda Pileckiego, niezrównanego bohatera ruchu oporu, który walczył o niepodległą Polskę, o uratowanie Żydów przed zagładą, o wolność całej ludzkości od przemocy i terroru, 25 maja, w dniu jego egzekucji dokonanej przez “polskie NKWD”, przede wszystkim przeraża Władimira Putina. To ona zmusza go do prowadzenia kampanii wojskowej dezinformacji nie tylko przeciwko bojownikom przeciwko tyranii, ale także przeciwko pamięci prawdziwych bohaterów tej walki”.

 

Tadeusz Płużański