Życie jest najlepszym reżyserem – rozmowa z DAGMARĄ DRZAZGĄ o jej najnowszym filmie „Draugen”

Robiąc film dokumentalny należy nie tylko „przepytywać” ludzi, ale samemu się na nich otworzyć, coś im ofiarować. Poza tym, zwracać uwagę na detale, atmosferę i jeszcze w tym wszystkim znaleźć jakąś… poezję – mówi Dagmara Drzazga, reżyserka filmu „Draugen”, który na XII Festiwalu „Niepokorni Niezłomni Wyklęci” otrzymał Nagrodę im. rtm. Witolda Pileckiego dla najlepszego filmu podejmującego tematy wolnościowe, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Jaka jest historia bohatera filmu dokumentalnego „Draugen”? 

 

To opowieść o młodym mężczyźnie ze Śląska, który wywodził się z rodziny o tradycjach powstańczych. Warto dodać, że działał w harcerstwie i czuł się Polakiem. Kiedy wybuchła wojna został powołany do Wehrmachtu, a później – jako niemiecki żołnierz – wysłany do Norwegii. Jeszcze podczas swojego pobytu w Mikołowie poprzysiągł sobie, że nigdy nie będzie służyć Niemcom. Słowa dotrzymał. W filmie pojawia się również wzruszający wątek wielkiej miłości, bo  Wojciech Bógdoł, bohater filmu, zakochał się z wzajemnością w norweskiej dziewczynie, Liv. Wystarczyło tylko przeczekać wojnę na malutkiej, spokojnej północnej wyspie. Tyle, że Wojciech czekać nie chciał. Przyłączył się do norweskiego ruchu oporu…

 

Jak narodził się pomysł ten film?

 

Kilka lat temu odnalazł mnie pewien starszy pan. Poszukiwał śladów swojego młodego wujka – Wojciecha Bógdoła, który podczas II wojny zginął w Norwegii. Pan Staroszczyk, bo o nim mowa, przez wiele lat gromadził materiały i próbował odpowiedzieć sobie na pytanie: co się tam właściwie stało? Wcześniej zobaczył jeden z moich filmów i postanowił zainteresować mnie tą historią. Jak widać skutecznie, skoro zdecydowałam się pojechać aż na Kvitsøy i zrealizować film o Wojciechu, albo Albercie, bo takie imię nadali mu Niemcy.

 

Jak bardzo skomplikowany był proces realizacji filmu i w jaki sposób udało się Pani dotrzeć do materiałów archiwalnych?

 

To najtrudniejszy film, jaki do tej pory zrobiłam. Przebicie się przez różne materiały archiwalne, dokumentacja, napisanie scenariusza to jedno. Ale przecież trzeba było tam pojechać, nakręcić zdjęcia, rozmawiać z ludźmi, ułożyć dramaturgię tej opowieści! Łatwo wymyślić temat siedząc przy biurku, tylko jak to wszystko potem ogarnąć? I tak, krok po kroku, szukając różnych kontaktów dotarłam do Torill Ramstad, która do dzisiaj mieszka na Kvitsøy. Muszę przyznać, że wzruszam się ogromnie, kiedy myślę, że cała społeczność tej wysepki postanowiła pomóc nieznanej im przecież reżyserce z Polski. Bez tych życzliwych ludzi ten film by nie powstał. Oni pielęgnują wspomnienia, kolekcjonują przedmioty z dawnych lat, fotografie, założyli lokalne centrum historyczne. Przeszłość jest dla nich bardzo ważna.

 

Gdzie były kręcone zdjęcia do filmu „Draugen”?

 

W dużej mierze na Kvitsøy, gdzie rozegrała się ta historia. To niezwykle piękne miejsce. Na Kvitsøy mieszka najmniejsza społeczność w Norwegii. W kwietniu 1940 roku przypłynęli tam Niemcy i założyli swoją bazę wojskową. Wyspa stała się częścią Wału Atlantyckiego, a Niemcy pilnowali, by Alianci nie mogli dostać się do fiordów. Kolejne zdjęcia kręciliśmy w Stavangerze, a potem dalej – 350 kilometrów na północ – w Bergen. To właśnie tam, przed sądem Kriegsmarine, stanął mój filmowy bohater w listopadzie 1944 roku i tam zginął. Chciałam dotrzeć do norweskich archiwów i to się udało. Oprócz tego zdjęcia realizowaliśmy na Śląsku.

 

Ekipa z TVP3 Katowice na wyspie Kvitsøy: Dagmara Drzazga, dźwiękowiec Krzysztof Skrzypczak i kierowca Tomasz Adamik.  Fot. Kamil Kastelik

 

Z jakimi trudnościami borykała się Pani podczas realizacji filmu dokumentalnego, na podstawie opowieści i relacji ostatnich świadków tamtej historii? Jak to wszystko wyglądało za kulisami, z punktu widzenia dokumentalisty i scenarzysty?

 

W Norwegii z ekipą z TVP3 Katowice łącznie byliśmy dwanaście dni. To bardzo mało. Na zdjęciach spędzaliśmy po szesnaście godzin dziennie; dzień zacierał się z jasną nocą. Musieliśmy maksymalnie wykorzystać ten czas. Dodatkową trudność stanowiła bariera językowa. Starsze pokolenie mieszkańców  Kvitsøy mówi tylko po norwesku. Myślę, że mam wielkie szczęście do ludzi. Pomógł nam przemiły Polak, który od lat mieszka w Stavangerze – Antoni Czajkowski.

 

Czy w filmie w pełni dokumentalnym reżyser może pozwolić sobie na wprowadzenie elementów fabularyzacji?

 

Może. W „Draugenie” jednak nie było żadnych elementów fabularyzowanych, bo ja tego nie lubię i zwyczajnie tego nie robię.

 

Dużo czasu spędziła Pani również w centrum historycznym na norweskiej wyspie. Jakie dokumenty archiwalne zostały wykorzystane w filmie?

 

Niezwykle wzruszające listy, które bohater pisał do swojej rodziny. Dzielił się w nich najpierw codziennym żołnierskim życiem, a potem – już po wyroku – oczekiwaniem na śmierć. Z archiwów norweskich dowiadujemy się jak wyglądały egzekucje. Motywem przewodnim filmu uczyniłam korespondencję pomiędzy Liv, a rodziną Wojciecha; listy te były pisane przez wiele lat po wojnie. To również bardzo mnie poruszyło.

 

Z jednej strony dramat bohatera, a z drugiej niespełniona miłość, czyli akcent dramatyczny, wzruszający, ale i pozytywny…

 

Miłość jest silniejsza niż śmierć…

 

Co oznacza tytuł filmu „Draugen”?

 

Film nosi tytuł „Draugen”, bo wydał mi się on bardzo symboliczny. Był to kryptonim tajnej operacji, którą przygotowywała mała grupa mężczyzn mieszkających na Kvitsøy. Ich działalność wywiadowcza polegała na kopiowaniu map, zaznaczaniu odpowiednich miejsc, informowaniu o rozmieszczeniu jednostek niemieckich i innych detalach dotyczących działań stacjonujących tam Niemców. Te informacje były przekazywane do Stavangeru, a potem dalej do Anglii i do Aliantów. Draugen to mityczny norweski potwór morski, którego bardzo obawiali się rybacy wypływający w morze na połów. Kto go zobaczył, wkrótce ginął. Być może nazwa ta miała być złowróżbna dla Niemców, ale – niestety – okazała się taka dla Wojciecha.

 

Akcja filmu toczy się w cieniu wojny. Na czym tak naprawdę polegała konspiracja Wojciecha-Alberta?

 

Albert-Wojciech był wartownikiem i miał prawo wchodzić do pomieszczenia sztabu. Nikt nie przypuszczał, że zaangażuje się w działalność wywiadowczą. Został osądzony jako szpieg, ale jak napisał w liście do swoich rodziców – „Ja dla Polski szpiegowałem”.

 

Jak trudne było pisanie samego scenariusza do filmu dokumentalnego na bazie materiałów archiwalnych?

 

Najważniejsza była kwestia uruchomienia wyobraźni, zebranie wszystkich elementów w całość. Nigdy nie byłam w tamtym miejscu, więc to stanowiło duże wyzwanie. Scenariusz w takim wypadku musi znacznie różnić się od gotowego filmu, bo rzeczywistość przynosi lepsze rozwiązania i podsuwa sceny, których by się nie wymyśliło. Życie zawsze działa na korzyść, jest najlepszym reżyserem. Reżyser musi być obserwatorem i jednocześnie psychologiem. Należy nie tylko „przepytywać” ludzi, ale samemu się na nich otworzyć, coś im ofiarować. Poza tym, zwracać uwagę na detale, atmosferę i jeszcze w tym wszystkim znaleźć jakąś… poezję. Nie chciałam robić filmu tylko o wojnie. Bardziej interesowała mnie samotność tego chłopaka, tęsknota za domem. Trafił przecież w miejsce, którego na pewno nawet nie mógł sobie wcześniej wyobrazić! W porównaniu ze Śląskiem krajobraz Kvitsøy miejscami wygląda jak z Księżyca! I tam właśnie Wojciech znalazł swoją pierwszą miłość. Te różne wątki i emocje starałam się przekazać.

 

Kto jest autorem ścieżki dźwiękowej w filmie?

 

To wynik drobiazgowej pracy z kolegą – Łukaszem Kozerą, który jako ilustrator muzyczny mi pomagał.   Muzyka pochodzi ze zbiorów fonoteki Telewizji Polskiej. Jednak oprócz muzyki, ogromnie ważną rolę odgrywają różnego rodzaju efekty. To one tworzą audialną przestrzeń w tym filmie. W tym miejscu moje ukłony w stronę Beaty Widuch, znakomitej montażystki TVP3 Katowice, z którą miesiącami ślęczałyśmy nad całością. Podziękowania również dla Witolda Kornasia, autora wspaniałych zdjęć, Krzysia Skrzypczaka – naszego dźwiękowca, Tomka Adamika, który nas tam bezpiecznie dowiózł oraz – least but not last – Krystyny Nowojskiej, producentki filmu. Praca z taką ekipą była dla mnie wielką radością!

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska, fot. Maciej Knapa

 


 

Dagmara Drzazga

Dziennikarka i reżyserka Telewizji Polskiej, od lat związana z katowickim oddziałem TVP. Autorka filmów dokumentalnych, reportaży, artykułów naukowych i esejów. Była jurorem międzynarodowych festiwali filmowych i telewizyjnych w Katarze, Irlandii, Danii, Bułgarii i na Słowacji, a jej filmy prezentowane były w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Armenii, Luksemburgu, Niemczech, Szkocji, we Włoszech, na Łotwie i w Izraelu. Laureatka wielu nagród, m.in. Prix Italia, Nagrody SDP im. Macieja Łukasiewicza, przyznanej za publikację na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Prof. Uniwersytetu Śląskiego, dr hab., wykłada w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ w Katowicach.

 

Nexta apeluje do dziennikarzy: „Nie nazywajcie Łukaszenki prezydentem”

Sciapan Puciła, współzałożyciel kanału informacyjnego Nexta, podczas dzisiejszej konferencji prasowej z udziałem rodziców Ramana Pratasiewicza, zwrócił się do dziennikarzy z całego świata z  apelem o wsparcie: „Potrzebujemy wsparcia mediów z innych krajów, mówcie więcej o Białorusi, bo sami nie damy rady przeciwstawić się rosyjskiej i białoruskiej machinie propagandowej.”

 

Puciła zwrócił uwagę, że w sierpniu zeszłego roku z wielu stron płynęły deklaracje wsparcia, jednak potem nie były realizowane. „Nie zapominajcie o Białorusi. Tam codziennie ludzie żyją w strachu” – prosił.

 

Apelował o nie nazywanie Łukaszenki prezydentem „Proszę nie nazywajcie Łukaszenki prezydentem, on nie został wybrany. To dyktator i uzurpator, który utrzymuje władzę siłą, właściwie należałoby wobec niego używać słowa terrorysta. Nie wierzcie w cokolwiek co mówi i co będzie mówił”. Puciła podkreślił, że pokrętne wyjaśnienia, wielokrotne zmienianie zdania i próby zrzucania odpowiedzialności na innych, jak w przypadku uprowadzenia Ramana Pratasiewicza, to typowe dla Łukaszenki zachowania.

 

Mieszkający w Warszawie redaktor kanału Nexta oświadczył, że w najbliższym czasie nie będzie udzielał żadnych wywiadów, gdyż chce się skupić na pracy, na pokazywaniu prawdy o Białorusi, w tym na przygotowaniu do publikacji filmu o korupcji i czarnych interesach Łukaszenki.

 

„Chcemy, żeby film o brudnych biznesach Łukaszenki, nad którym teraz pracujemy, dotarł do jak największej liczby osób oraz do rządów. Wiele zagranicznych firm w dalszym ciągu współpracuje z reżimem Łukaszenki, a to pozwala na finansowanie opresyjnych działań i torturowanie niewinnych ludzi na Białorusi.”

 

 

Dorota Zielińska

Poznaliśmy laureatów Nagród Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka

Mateusz Zajega, Adrian Burtan oraz Paulina Zywar zostali laureatami Nagród Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka. Gala konkursu, którego współorganizatorem jest  Koło Młodych Oddziału Krakowskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, odbyła się w środę.

 

Uczestnicy jubileuszowej X edycji konkursu zgłaszali prace w czterech kategoriach: Debiut Publicystyczny Roku, Inicjatywa Roku, Reportaż – po debiucie im. Pawła Migasa oraz Młodzi Twórcy Filmowi im. ks. prof. Andrzeja Baczyńskiego.

 

W kategorii Debiut Publicystyczny Roku wygrał Mateusz Zajega – za tekst „Transplantacja narządów: szansa na drugie życie” (Interia).

 

Wśród nominowanych byli także: Wirginia Wywiał – za materiał telewizyjny „Całkiem niezła historia” (TVP) oraz Aleksandra Czajkowska – za tekst „Piekło na wodzie. Jak alianci zbombardowali ocalałych więźniów obozów koncentracyjnych” (Onet)

 

Zwycięzcą kategorii Inicjatywa Roku został Adrian Burtan – za cykl „#ZaBurtąPytań” na kanale YouTube.

 

Nominowanym był również Tomasz Handkus – za kanał na YouTube „SzczeraPanda”

 

W kategorii Reportaż – po debiucie nagrodę otrzymała Paulina Zywar – za tekst „Jakby się zabiła”.

 

Wśród nominowanych byli jeszcze: Marianna Fijewska – za tekst „Śpij dobrze Krasunya” oraz Mateusz Macierakowski – za materiał radiowy „Oczami showdowna”.

 

W kategorii Młodzi Twórcy Filmowi im. ks. prof. Andrzeja Baczyńskiego postanowiono wszystkich jej uczestników wyróżnić mistrzowskimi warsztatami filmowymi.

 

NAGRODA MŁODYCH DZIENNIKARZY IM. BARTKA ZDUNKA to konkurs dziennikarski organizowany od 2011 roku. Organizatorami są Stowarzyszenie Absolwentów Dziennikarstwa UPJP2, Dziennikarskie Koło Naukowe, Koło Młodych Oddziału Krakowskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, redakcja „Gościa Niedzielnego” oraz Fundacja im. ks. prof. Andrzeja Baczyńskiego. Partnerem Konkursu jest Fundacja im. Świętej Królowej Jadwigi dla UPJP2 w Krakowie.

 

Fot. Twitter/Nagroda Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka

Kapitał bardzo zagraniczny – MIROSŁAW USIDUS o kolonialnym stosunku do polskich mediów

Mamy w Polsce ustawy, konstytucyjne organy regulacyjne i stojące na straży, mnóstwo spisanych i niespisanych zasad szczególnego traktowania mass mediów, jako czegoś innego i ważniejszego niż zwykłe przedsiębiorstwa. Tymczasem gdzieś tam, za oceanami, inżynierowie biznesu robią sobie „fuzję”, która dotyczy jednego z kluczowych elementów naszego „ładu medialnego”. I co my na to?

 

Piję do planów amerykańskiego konglomeratu AT&T, który niedawno ogłosił zamiar połączenia spółek Warner Media i Discovery. Do tej ostatniej należy m. in. telewizja TVN. Próżno jednak szukać w obcojęzycznych serwisach piszących o tej transakcji choćby wzmianki o tej, na naszym rynku jednej z najważniejszych, firmie medialnej. Dowiadujemy się jedynie, że AT&T to amerykański gigant telekomunikacyjny, który jest właścicielem m.in. HBO, TNT, CNN a także będącego przedmiotem „mergeru”, Warner Media, zaś Discovery jest właścicielem Eurosportu, TLC i Animal Planet.

 

Przeczytałem kilka informacji i analiz na temat megafuzji Warnera z Discovery w angielskojęzycznych serwisach. TVN nie jest tam w ogóle w jakikolwiek sposób, wspominana. Oznacza to, że nie ma z punktu widzenia głównych aktorów tego przedsięwzięcia, wielkiego znaczenia. Ot, jakiś tam składnik portfolio, zawarty anonimowo w padającym po markach HBO, TNT i CNN, sformułowaniu „inne”. Na naszym niewielkim rynku jednak ten grosik w „reszcie”, nazywany TVN, jest ważnym składnikiem systemu mediów elektronicznych, co rodzi jak piszę niżej, pewne konsekwencje i wnioski.

 

Funkcjonującą na polskim rynku grupę dodają do doniesień o megafuzji jedynie polskie serwisy. W tym kontekście pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, gdy usłyszałem o zamierzeniach odległych gigantów medialnych, mianowicie – dlaczego przeprowadzają tę fuzję, skoro kwestia przedłużenia koncesji dla telewizji TVN i TVN24 przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji jest jeszcze nie rozstrzygnięta – traci sens. W perspektywie ludzi, którzy chcą połączyć Warner Media z Discovery, to jakiś szczególik nie rzutujący na przedsięwzięcie, skoro TVN funkcjonuje w tym kontekście najwyżej jako składnik dopisywanego do listy zasobów woreczka „inne”.

 

Potentatom wszystko się zgadza, sumuje i daje synergie

 

Może teraz trochę o samej transakcji, bo jej kształt, sens i cel są jednak dość interesujące, zwłaszcza dla ludzi obserwujących zjawiska i przemiany rynku mediów. W wyniku połączenia Warner Media z Discovery miałby powstać medialno-streamingowy gigant o wartości rynkowej 150 miliardów dolarów. Na mocy umowy fuzji akcjonariusze AT&T mieliby dostać akcje stanowiące 71 proc. udziałów nowej spółki, a akcjonariusze Discovery będą posiadać 29 proc. Nowym gigantem kierować miałby David Zaslav, dotychczasowy prezes Discovery.

 

Porozumienie w sprawie połączenia aktywów Warner Media zawarto siedemnastego maja. Zatem informacja jest stosunkowo świeża. Oficjalne komunikaty szefów firm mówią o „umowie, która łączy dwóch liderów rozrywki” i „pozycjonuje nową firmę jako jedną z wiodących globalnych platform streamingowych typu direct-to-consumer”, czyli, mówiąc bardziej po ludzku, chodzi o stworzenie silnej i skutecznej alternatywy rynkowej dla Netflixa i Disney+ z ich teraz już setkami milionów subskrybentów globalnie. Time Warner ma bogate zasoby „kontentu”, czyli biblioteki produkcji telewizyjnych i filmowych, a Discovery ma globalny zasięg. W korporacyjnej logice sterników wielkiego medialnego biznesu w USA wszystko się tu zgadza, sumuje i „daje synergie”.

 

Wszelako plan ten nie urzeczywistni się z dnia na dzień. Przewiduje się, że transakcja zostanie zamknięta w połowie 2022 roku, pod warunkiem zatwierdzenia przez akcjonariuszy Discovery i spełnienia zwyczajowych warunków zamknięcia, w tym uzyskania zgód regulacyjnych (jak rozumiem, chodzi wyłącznie o zgody regulatorów amerykańskich).

 

Rozłożenie w czasie nie jest być może takich problemem dla inżynierów tej operacji, gdyż, przynajmniej według oficjalnych komunikatów, sukces przedsięwzięcia powiązany jest z inwestycjami w 5G i światłowodowe łącza szerokopasmowe, a te trwają i potrwają jeszcze lata.  AT&T oczekuje, że jej sieć 5G C-band obejmie 200 mln konsumentów w USA do końca 2023 roku. Z kolei do końca 2025 roku firma planuje rozszerzyć zasięg sieci światłowodowej do 30 mln klientów.

 

Polski rynek, w teorii silnie regulowany

 

No, dobrze. W wielkim świecie wielkich interesów medialnych, jedni giganci konsolidują się z innymi gigantami, aby być jeszcze bardziej gigantycznymi gigantami i skuteczniej konkurować z jeszcze innymi gigantami. Wszystko dzieje się w atmosferze globalnych wojen streamingowych i zmian jakie przechodzi rynek telewizji i post-telewizji w ostatnich latach, o czym niedawno pisałem na portalu SDP.

 

I OK, wolna wola i wolny rynek. Jest tylko jeden drobiazg. Owa wielka fuzja dotyczy w jakimś ułamku polskiego rynku, który, jeśli ktoś zapomniał, wcale nie jest taką wolną amerykanką, mamy, w obszarze rynku mediów elektronicznych, sporo regulacji, ustawy, Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, konstytucyjny organ udzielający koncesji na podstawie kryteriów sięgających takich m. in. jak dobro społeczne dla polskiego widza i kilku innych równie zgrabnych formułek ogólnych, czyli nie wyłącznie na podstawie kryteriów biznesowych.

 

Jeśli organy antymonopolowe i regulujące rynek w Stanach Zjednoczonych dadzą zielone światło tej fuzji, to ważny na polskim rynku nadawca telewizyjny będzie składnikiem zupełnie nowej firmy. W sensie programowym zapewne nie zmieni się wiele. W końcu nowa firma będzie mieć tego samego szefa, którego TVN miała dotychczas, wspomnianego Davida Zaslava.

 

Czy polskie organy, KRRiT i inne, które stoją na straży przepisów regulujących polski „ład medialny” powinny w jakiś sposób na to reagować, odnosić się czy może brać to pod uwagę w procesie przyznawania koncesji? A może odwrócę pytanie – po co w ogóle są te organy i te wszystkie górnolotne sformułowania o „kulturze”, „dobrze społecznym” itp. w ustawach? Jeśli proces koncesyjny polega na prostym akceptowaniu i zatwierdzaniu wszystkiego, cokolwiek dzieje się w odległych sterowniach biznesu medialnego w Polsce i pilnowaniu, by nadawcy nie kradli częstotliwości, to chyba nie potrzebujemy tych wszystkich pompatycznych paragrafów w ustawach i KRRiT umocowanej w Konstytucji RP.

 

Zastanawia mnie po prostu rozdźwięk pomiędzy teoretycznie silnie w Polsce regulowanym rynkiem telewizyjnym a faktycznym brakiem reakcji na roszady właścicielskie. TVN przecież nie po raz pierwszy zmienia właścicieli. I co? I naszym regulatorom jest wszystko jedno, kto jest właścicielem ważnej stacji na regulowanym rynku? Nie chcę być źle zrozumiany. Nie wzywam do blokowania czy stawiania weta megafuzji. Po prostu zastanawiam się nad sensem istnienia, zarówno regulatorów jak i regulacji.

 

Kolonia „Rzeczpospolita”

 

Doniesienia o transakcji dwóch gigantów medialnych przeprowadzanej gdzieś daleko za granicą ale żywotnie dotyczącej polskich środków masowego przekazu przypomniała mi starą historię przejmowania przez norweską Orklę większościowych udziałów w spółce wydającej „Rzeczpospolitą” od francuskiego Hersanta w 1996 roku. Przypominam, że resztę udziałów, ok. 49 proc., miał aż do 2011 roku skarb państwa.

 

Otóż zmiana właścicielska drugiego wówczas dziennika na rynku prasowym w Polsce również przeprowadzana była daleko poza granicami Polski. 22 maja 1996 r. francuska spółka Socpresse (firma-matka Presse Participations Europeennes-PPE) i norweska spółka Orkla Media Newspapers zawarły umowę transakcji, w wyniku której Orkla Media kupiła akcje utworzonej wcześniej w tym celu Presspublica Holding Norway z siedzibą w Oslo, w wyniku transakcji – właściciela 51 proc. udziałów spółki Presspublica.

 

Według skarbówki, która pod koniec 2001 r. zażądała od Norwegów opłaty skarbowej, wraz z odsetkami, za tę transakcję, w umowie określono procedurę postępowania mającą doprowadzić do objęcia przez Orklę pełnej kontroli nad tymi spółkami. Przewidywała ona m.in. utworzenie przez stronę francuską spółki Presspublica Holding Norway. Po podwyższeniu jej kapitału, jej jedyny akcjonariusz, francuska spółka Presse Participations Europeennes-PPE miała pokryć objęte akcje udziałami polskich spółek. Ostatnim punktem procedury była sprzedaż przez PPE na rzecz Orkli Media 100 proc. akcji Presspublica Holding Norway.

 

Mamy więc również przykład inżynierii finansowej przeprowadzanej wprawdzie na znacznie mniejszą skalę niż megafuzja, od której zaczęliśmy, ale również poza granicami Polski. Trudno oprzeć się wrażeniu, że operacja ta miała na celu głównie uniknięcie ok. 2,5 miliona opłaty skarbowej w Polsce, choć może przyczyny przeprowadzenia tej transakcji w ten właśnie sposób były także inne. Jak może niektórzy pamiętają, wokół tej sprawy, żądania uiszczenia opłaty skarbowej i innych operacji Norwegów rozpętała się wielka awantura. Trwający długie lata konflikt udziałowców, nie tylko zresztą o opłatę skarbową, która w 2001 zdążyła, według skarbówki, urosnąć do 8,5 miliona złotych, zniszczył „Rzeczpospolitą”, paraliżując jej funkcjonowanie jako biznesu i torpedując wszelkie projekty rozwojowe.

 

Ostatecznie Norwegowie owej opłaty nie musieli zapłacić, ale nie dlatego, że uznano ją za nienależną. Po prostu sprawa przedawniła się. Był rok 2002 i „Rzepa” była już w zupełnie innej sytuacji. Rozkręcała się era cyfrowa a sparaliżowana nieustannymi walkami we władzach wydawnictwa Presspublica straciła kilka lat, podczas których… cóż mógłbym wymienić długą listę straconych wtedy szans i okazji biznesowych. Były to dla rynku polskich mediów lata kluczowe. Przedsięwzięcia i inwestycje wówczas podejmowane decydowały na lata o tym, kto się liczy, a kogo nie ma lub prawie nie ma w biznesie. W firmie wydającej „Rz” nie było żadnych decyzji, tylko sprawdzanie, by przypadkiem nie podpisać czegoś, co podpisał „ten pan, którego nie lubimy”.

 

Swoją karierę dziennikarską w latach 90-tych XX wieku zaczynałem w „Rzepie” od opisywania rynku mediów, zwłaszcza prasowego. Sporo się wówczas działo, było wiele zmian własnościowych. Na polski rynek wchodził zagraniczny kapitał. Przejmował gazety w atmosferze akceptacji ze strony liberałów. Pamiętam jakie krążyły w kręgach medialnych opinie. Obcy kapitał miał nieść „know-how”, „standardy”, no i w końcu pieniądze na  niezbędne inwestycje. Niemiecki kapitał był początkowo źle odbierany. Takich zastrzeżeń nie budzili np. inwestorzy francuscy, którzy kupili udziały nie tylko w Presspublice, ale w szeregu gazet lokalnych. Francuski Hersant sprzedał swoje gazety lokalne potem niemieckiemu Passauer Neue Presse a „Rz”, o czym była mowa – Norwegom, którzy nabyli też część tytułów lokalnych a te po latach i tak trafiły do Passauera, czyli Polska Press.

 

Ponieważ zawsze unikałem pracy w mediach niemieckich (choć miałem propozycje) na temat biznesowych poczynań niemieckiego koncernu mam mniejsze pojęcie. Mogę za to ocenić „know how” i biznesowe dokonania Norwegów z Orkli w okresie od 1996 do 2011 roku, w którym firma Grzegorza Hajdarowicza objęła wszystkie udziały w wydawnictwie. Po drodze, w 2007 roku, spółkę przejął Mecom, fundusz z Wielkiej Brytanii, ale nie jestem pewien, czy powinienem traktować to jako coś odrębnego, zwłaszcza, że Orkla w pewnym momencie, by umożliwić Mecomowi kupno jej biznesu medialnego, na który nie miał dość pieniędzy, sama zaczęła wykupywać udziały w brytyjskim funduszu – w samej Norwegii nazywano tę transakcję „fikcją”.

 

Przejdźmy jednak do bilansu tego dzielnego kapitału zagranicznego, który w tak przychylnej w latach 90-tych atmosferze, wchodził na nasz rynek prasowy.

 

Gremi Hajdarowicza kupiło Presspublikę i PW Rzeczpospolita (spółka skarbu państwa, właścicielka wspominanych wcześniej 49 proc. akcji). Według informacji publikowanych w mediach, za część niepaństwową zapłacił Mecomowi ok. 80 mln (i  ok. 60 mln za PW). Według z kolei informacji, które znalazłem w archiwaliach „Rzeczpospolitej” za część nie należącą do skarbu państwa Norwegowie zapłacili Francuzom w 1996 roku, w tej kontrowersyjnej, opisywanej wyżej, transakcji – 235 mln franków francuskich. To według ówczesnego kursu było trochę ponad 120 mln złotych. Zatem wartość niepaństwowej części spółki wydającej „Rz” od 1996 do 2011 r. spadła. W rzeczywistości spadła o wiele bardziej niż się na pierwszy rzut oka wydaje, bo po uwzględnieniu inflacji owe 120 mln z 1996 r. przekracza kwotę 200 mln w 2011. O tym, że Presspublica po drodze kupiła to i owo, np. „Parkiet” już nie wspominam.

 

Oto miara biznesowego i menedżerskiego „geniuszu” zarządzających Presspubliką w tym okresie. Oto bilans dokonań kapitału zagranicznego w mojej dawnej firmie. Skarlała gazeta i spółka warta mniej więcej połowę mniej po piętnastu latach.

 

Ogólny spadek wartości firmy to jedna rzecz. Inna to kwestia, czy w jakikolwiek  sposób to „kosztowało” zagranicznego inwestora. Wątpię. Firma przez te wszystkie lata przynosiła zyski, choć one z roku na rok się kurczyły. A z zysków udziałowcy korzystali. Jeszcze z tego co pamiętam w 2010 roku, tuż przed przejęciem przez Gremi, firma wykazała roczny wynik dodatni. Nie mam dokładnych informacji, ile wynosiły coroczne przelewy do norweskich udziałowców i jakie dokładnie mechanizmy tym rządziły. Kieruję się tu raczej pewnym logicznym rozumowaniem. Gdyby inwestycja nie przynosiła dywidend, to norwescy udziałowcy szybko podjęliby działania zapobiegające dalszym stratom. Tymczasem podjęli zdecydowane działania dopiero w połowie ubiegłej dekady. A jak bardzo Orkla była zdeterminowana by pozbyć się już medialnego biznesu, świadczą wspomniane wyżej manewry finansowe, by pomóc Mecomowi, któremu zabrakło środków na ich zakup.

 

Czyli bilans inwestycji zagranicznej w moją byłą firmę rysuje się tak: kapitał zagraniczny eksploatował firmę dopóki przynosiła zyski i pozbył się jej, gdy dochody zaczęły silnie spadać, nie dokonując po drodze żadnych rozwojowych inwestycji, nie zwracając uwagi na cyfrową rewolucję, pogrążając się i nie wykazując ochoty wyjścia z wyniszczającego wewnętrznego konfliktu z polskim udziałowcem, walnie się ostatecznie przyczyniając do drastycznego spadku wartości spółki, co znalazło wyraz w cenie jej sprzedaży prywatnej firmie w 2011 r.

 

Zdaję sobie sprawę, że mówienie o kolonialnym stosunku państw zachodnich do Polski jest ostatnio modne i terminologia ta jest nadużywana. Jednak im więcej wgryzam się w szczegóły historii „Rzeczpospolitej” tym bardziej mi się ona kojarzy z prowincją Katanga w Kongo, symbolu rabunkowego kolonializmu.

 

Los TVN-u i TVN24 nie obchodzi mnie tak bardzo jak „Rzepa”. Jeśli jednak ktoś tam jakoś wiąże swoje sentymenty z tą firmą, to niech pamięta, że w języku globalnych fuzji, jego uczucia znajdują się w anonimowej dla zagranicznego kapitału pozycji „inne”.

 

Mirosław Usidus

Bezdyskusyjna wartość raportu – komentarz JAROSŁAWA WARZECHY

Nie będę się rozwodził nad skądinąd podłym z aksjologicznego punktu widzenia apelem Deutsche Journalisten-Verband  (Niemieckiego Związku Dziennikarzy) do Komisji Europejskiej (który ukazał się kilka miesięcy temu, zaraz po ujawnieniu informacji o zamiarze przejęcia wydawnictwa Polska Press przez PKN Orlen), zważywszy na histerię Niemców, gdy zagraniczny właściciel próbował przejąć jakąś niemiecką gazetę. Nudne stało się już mówienie o niemieckiej mentalności kolonialnej, obłudzie, która zbrodnie Niemieckiego Narodu gładko zwekslowała na zbrodnie jakiegoś kosmicznego nazizmu, choć w szczytowym momencie powodzenia NSDAP jej członkami w 70 milionowych Niemczech było około 8 milionów Niemców. W tym kobiety i weterani I wojny światowej zwolnieni już ze służby wojskowej. Pewien historyk powiedział przed laty, że gdyby w 1939 była wojna polsko–nazistowska, to byłby to, co najwyżej, incydent graniczny. Wojnę prowadził i zbrodnie popełniał Naród Niemiecki, który w demokratycznych wyborach wybrał nazistów do kierowania państwem. Nie czas też by przypominać o niemieckiej zbrodni na 3 milionach etnicznych Polaków, bo zwykle o tym się zapomina, że w zagładzie nie tylko zginęli europejscy Żydzi.

 

Zapominanie to swoista specialite de la maison współczesnych Niemców. To swoisty fenomen tego pięknego kraju. Zapomnieliśmy, kim byli nasi ojcowie, dziadkowie, wujowie. Nie pamiętamy. I o tym fenomenie warto pamiętać w kontekście apelu DJV (Niemieckiego Związku Dziennikarzy), które o ile mnie pamięć nie myli, zapomniało protestować, gdy Prezes Zarządu Ringier Axel Springer Media AG  Mark Dekan instruował pośrednio, a potem już nawet bezpośrednio, co i jak mają pisać polscy dziennikarze u siebie w kraju.

 

O ile wiem, DJV nie protestuje też, że Niemcy nigdy nie rozliczyli się ze swojej zbrodniczej przeszłości. Sędziowie z czasów nazizmu dalej po wojnie sądzili, funkcjonariusze Gestapo dalej pracowali w policji, nauczyciele nazistowscy dalej uczyli i tak dalej, i tak dalej.

 

Odbyły się pokazówki i wszystko. DJV ma przed sobą olbrzymie zadania do wykonania. W imię prawdy. W imię uzdrowienia ciągle chorych na pogardę, wobec cierpiących na manię wyższości. Tej, która już raz objawiła się w strasznej formie.

 

Co do raportu „Kuriera Wnet” i CMWP SDP… Sytuacje w nim opisane były codziennością i w gazetach łódzkich, i poznańskich, i katowickich, i gdańskich. Z dziennikarzami z tych miast w przeszłości rozmawiałem. Mogę domniemywać, że gdzie indziej podobnie. Na czym polega wartość raportu?

 

Po pierwsze to, o czym dziennikarze mówili po cichu – zostało powiedziane głośno. Wartość raportu bezdyskusyjna. Ci, którzy się otworzyli mówią rzeczy wstrząsające. Pogarda, łamanie charakterów, niszczenie tych, co chcieli jakoś ocalić godność. Co wam to przypomina panie i panowie z DJV? A może nie przypomina, bo w Volkischer Beobachter wszyscy się z poglądami wzajemnie zgadzali? Co złego mogło być w poglądach „Ludowego Obserwatora”?

 

Być może to zbyt bezpośrednie porównanie do metod stosowanych w koncernie Passauer. A jednak coś w tym jest. I zważywszy na opisaną wyżej niemiecką zdolność zapominania trudno się tej myśli ustrzec.

 

Po drugie, jedynie ludzie złej woli mogą utyskiwać, że raport dotyczy tylko siedemdziesięciu kilku osób. Gdyby to, co zostało w raporcie opisane dotyczyło dziesięciu, choćby tylko pięciu osób, taki raport powinien się ukazać i zostać poddany publicznemu osądowi.

 

Czy znajda się tacy, którzy będą przed tym, co wreszcie powiedziane zostało głośno i jednoznacznie protestować? Znajdą się. Dlaczego się znajdą? Oni już wiedzą, dlaczego.

 

Apel Niemieckiego Stowarzyszenia Dziennikarzy ukazał się kilka miesięcy temu. Domniemywam, że w DJV członkami są tylko ci, których dziadziusiowie w czasach niemieckiej buty i zbrodni służyli jedynie w taborach. Dlatego zapewne postanowili zwrócić uwagę Komisji Europejskiej na polską niepraworządność. Bo wykluczam inną możliwość. Po prostu nie daje się pogodzić z zasadami elementarnej przyzwoitości.

 

Jarosław Warzecha

 

O raporcie „Kuriera Wnet” i CMWP SDP można przeczytać TUTAJ.

 

W niewoli dogmatu – JERZY KŁOSIŃSKI o raporcie „Kuriera Wnet” i CMWP SDP

Dopiero co ogłoszony raport o warunkach pracy dziennikarzy w Polska Press Grupa za czasów niemieckiego właściciela musi być przykry dla obrońców rzekomej niezależności dziennikarskiej spod znaku Verlagsgruppe Passau.

 

Jak wynika z raportu, zamiast niezależności mieliśmy zwyczajny dyktat pod względem dopuszczalnych treści, a przede wszystkim dochodziło do obniżania podstawowych standardów pracy i płacy. Zachodni wydawca okazał się doskonały wyzyskiwaczem zespołów dziennikarskich gazet regionalnych skupionych w tej spółce. Ta polityka doprowadziła do znaczącego spadku ich poczytności, a widmo braku zysków spowodowało w końcu sprzedaż spółki.

 

Mocno musiał być niemiecki wydawca zdeterminowany, jeśli sprzedał ją polskiemu potentatowi paliwowemu pod kontrolą skarbu państwa „nacjonalistycznego rządu”, jak to ma w zwyczaju prasa zachodnia określać PiS. I chyba też wkalkulowywał w tę operację fakt, że z tego powodu podniesie się wielkie larum. Szybko to się sprawdziło, bo nawet Niemiecki Związek Dziennikarzy „zaniepokoił się” tą sprawą, nie mówiąc o opozycji w Polsce i różnych publicystycznych mądralach.

 

Co wynika z raportu, można przeczytać na naszym portalu. A autorzy raportu, czyli „Kurier Wnet” i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zadbali o to, aby ankieta, na którą odpowiadali dziennikarze pracujący w Polska Press, była przygotowana w oparciu o analogiczne kryteria, jakimi posługują się w swoich corocznych raportach Reporterzy bez Granic. Autorzy raportu podkreślają coś bardzo istotnego: „w naszej ocenie wartość zaprezentowanego materiału jest niepodważalna. Po raz pierwszy bowiem udało się zebrać w formie opracowania o charakterze materiału źródłowego ulotne i niedostrzegane często opinie i doświadczenia dziennikarzy pracujących dla jednego pracodawcy, jakim był niemiecki wydawca z Pasawy„.

 

To, że koordynatorzy badania zebrali aż 78 ankiet jest znaczącą próbką. Ale nie łudźmy się, dla zwolenników zarządzania mediami w Polsce przez zagraniczne, szczególnie niemieckie koncerny, żadna próba, nawet największa, nie spowoduje zmiany ich stanowiska. Mamy do czynienia z pewnym politycznym dogmatem, że najlepiej jest, gdy o naszym myśleniu i poglądach decydują ci na zachód od Odry. Dlatego, aby przełamać ten polityczny dogmat, nowy właściciel mediów skupionych w Polska Press, ma przed sobą zadanie niepowtarzalne. I chciałbym bardzo, aby stanął na wysokości tego przełomowego zadania.

 

Jerzy Kłosiński

 

O raporcie „Kuriera Wnet” i CMWP SDP można przeczytać TUTAJ.

 

Sytuacja dziennikarzy w Polska Press – RAPORT „Kuriera Wnet” i CMWP SDP

„Dziennikarz stał się robotem, niewolnikiem za coraz mniejsze pieniądze.”  Nastąpiło „systematyczne odchodzenie od lokalności”. Obowiązywała „narracja poprawna politycznie”, prawica przedstawiana była jako „zaściankowa, nietolerancyjna, homofobiczna, faszystowska” – tak opisują pracę w mediach regionalnych po przejęciu ich przez firmę związaną z wydawnictwem Verlagsgruppe Passau uczestnicy badania przeprowadzonego przez „Kurier Wnet” i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

 

Raport z projektu badawczego dotyczącego warunków pracy dziennikarzy, wolności słowa oraz stosunków redakcyjnych w grupie medialnej Polska Press  zaprezentowano w poniedziałek na konferencji prasowej.

 

– Jest dużo emocji wobec przejęcia Polska Press przez Orlen, dlatego przygotowaliśmy ten raport – tłumaczył Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz redaktor naczelny Radia Wnet i Kuriera Wnet.

 

Dodał, że na decyzję o przeprowadzeniu badania szczególnie wpłynęła postawa Deutsche Journalisten-Verband  (Niemieckiego Związku Dziennikarzy), który zaraz po ujawnieniu informacji o zamiarze przejęcia wydawnictwa Polska Press przez PKN Orlen zaapelował do Komisji Europejskiej  „o przyjrzenie się rozwojowi rynku gazet  w Polsce w momencie, gdy na początku 2021 roku w Polsce ma obowiązywać mechanizm praworządności”.  Badania „Kuriera Wnet” i CMWP SDP pokazały jak wyglądała sytuacja w redakcjach gazet Polska Press, zarówno pod względem warunków pracy dziennikarzy jak też przestrzegania zasad pluralizmu i wolności słowa, w czasie gdy właścicielem wydawnictwa była niemiecka firma.

 

Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, podkreśliła, że powstał raport rzetelny i solidny. – Mogę tylko przeprosić dziennikarzy, że nie został on przygotowany wcześniej. To co pokazały badania nie powinno było się wydarzyć w żadnych mediach – powiedziała.

 

Badanie przeprowadzono metodą ankiet w 9 regionach Polski w kwietniu i maju 2021 roku. – Udało nam się zebrać 78 ankiet, dwie trzecie osób, które odpowiedziały na nasze pytania miały ponad 10-letni staż pracy w Polska Press. Koordynacją badań zajmowali się doświadczeni dziennikarze znający zarówno realia pracy w Polska Press jak i w regionach – tłumaczyła Jolanta Hajdasz.

 

– Nie interesowała nas biznesowa strona Polska Press, tylko warunki pracy, przestrzeganie wolności słowa, stosunki panujące wewnątrz redakcji – dodał Krzysztof Skowroński.

 

Aż 72 procent badanych uznała, że gdy właścicielem gazety stała się firma związaną z wydawnictwem Verlagsgruppe Passau pogorszyła się ich sytuacja – zarówno jeśli chodzi o atmosferę w redakcji, relację z przełożonymi, jak i warunki socjalne. Zmianę na lepsze odczuło zaledwie 5 proc. ankietowanych.

 

Na pytanie jak w gazetach Polska Press realizowany był pluralizm, rozumiany jako możliwość prezentacji różnorodnych opinii w przestrzeni medialnej oraz możliwość dotarcia z różnorodnymi opiniami do czytelników, negatywną odpowiedź wybrało aż 57 proc. ankietowanych (38 procent odpowiedziało „problematycznie”, a 19 proc. „źle”).

 

Nie najlepiej badani ocenili też niezależności mediów rozumianą jako zdolność do funkcjonowania na rynku niezależnie od władzy politycznej, rządowej, gospodarczej i religijnej. 54 proc. ankietowanych wskazywało na odpowiedzi pokazujący niski poziom niezależności (problematyczny – 31 proc. , niski  – 14 proc., bardzo niski  – 9 proc.).

 

Więcej niż dane liczbowe mówią jeszcze wypowiedzi ankietowanych, których zebrano bardzo dużo, często są one niezwykle emocjonalne, mocne, przez co stanowią niezwykle ważną część raportu. Można wśród nich zaleźć takie stwierdzenia:  „Dziennikarz stał się robotem, niewolnikiem za coraz mniejsze pieniądze.”  Nastąpiło „uśmieciowienie” pracy i „systematyczne odchodzenie od lokalności” „gazeta straciła swój polski, regionalny charakter”.

 

Zatrważające w odpowiedziach ankietowanych są również fragmenty dotyczące łamania wolności słowa i niezależności dziennikarskiej – „niezależność traktowano instrumentalnie. Jeżeli >nasi< łamali jej zasady, to była to korekta obywatelska, a jeśli >oni< to cenzura”, „zapanowała narracja poprawna politycznie zgodna z wytycznymi Niemiec i UE”,  „prawica zawsze była przedstawiana jako zaściankowa, nietolerancyjna, homofobiczna, faszystowska, Kościół jako siedlisko pedofilii, a opozycja była ukazywana w pozytywnym świetle”, „wszystko ustawiano pod reklamodawców, którymi w znacznym stopniu byli politycy samorządowi”.

 

Podsumowując raport Krzysztof Skowroński stwierdził, że wiele odpowiedzi można uznać za bulwersujące. – Nie sądziliśmy, że gdzieś w jakiejś gazecie można pracować w tak trudnych warunkach. Ten raport to jest nasza odpowiedź na apel Niemieckiego Związku Dziennikarzy – zaznaczył.

 

Jolanta Hajdasz przypomniała, że Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich już w 2015 roku sygnalizowało trudną sytuację mediów lokalnych – zanik debaty, ubożenie redakcji. – Ten raport potwierdza wszystkie nasze obawy, które wówczas były formułowane. Pokazuje jak w jednym z państw Unii Europejskiej pracowali dziennikarze w mediach, które miały być symbolem postępu po przejęciu przez zagranicznego właściciela – podsumowała.

 

Cały raport można pobrać TUTAJ.

 

jka

 

 

 

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Kolejny świadek w procesie b. senatora Aleksandra Gawronika

Podczas trzeciej w tym roku rozprawy przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi zeznawał tylko jeden świadek. W czwartek, 20 maja 2021 roku, na rozprawę dotyczącą śmierci red. Jarosława Ziętary, w której oskarża się byłego senatora o podżeganie i pomocnictwo w zabójstwie poznańskiego dziennikarza, nie stawiła się, ze względu na stan zdrowia, Monika P. Proces ten, toczący się  przed poznańskim Sądem Okręgowym, objęty jest obserwacją przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, a obserwatorem jest red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

Zeznania Zdzisława K.

 

Do sądu zgłosił się sam, uprzednio kontaktując się z redakcją Głosu Wielkopolskiego. Do tej pory milczał (28 lat), jednak postanowił powiedzieć przed sądem co wie o tej sprawie, a jego zeznania miały w założeniu wzmocnić akt oskarżenia. K. to wychowanek tego samego Domu Dziecka w Szamotułach co twórca Elektromisu Mariusz Ś. Tam też się poznali, razem także przebywali w Zakładzie Karnym w Sieradzu. W 1991 roku, wraz z Mariuszem Ś. przejęliśmy spółkę Strefa Wolnocłowa, której zostałem prezesem. Moim zadaniem było sprowadzanie do Polski towarów i uniknięcie cła. Robiłem to celowo i osiągałem, wraz z Mariuszem Ś., korzyści. Ś. uzyskiwał informacje od Gawronika – powiedział Zdzisław K.  Chodziło o ewentualne zmiany przepisów dotyczące ceł i innych opłat związanych ze sprowadzaniem towarów z zagranicy. Świadek zeznał również, że nie zna osobiści Aleksandra Gawronika, choć widział go dwa razy w Puszczykowie (miejsce zamieszkania Mariusza Ś.).

 

Przeciwko Zdzisławowi K. toczyło się śledztwo, które umorzono w 1992 roku, a odpis tego umorzenia świadek pokazał sądowi. Tu warto też uzupełnić, że spółka Strefa Wolnocłowa, kierowana przez byłego więźnia Zdzisława K. papierosy, które sprowadziła, sprzedała Elektromisowi, a sama nie zapłaciła podatku, wartego 150 miliardów starych złotych. Zdzisław K. zasłaniał się przed ówczesną prokuraturą chorobą psychiczną, miał bowiem zaświadczenie o chorobie ze szpitala psychiatrycznego z 1986 roku.  Podczas rozprawy wyjaśnił sądowi, że te tak zwane „żółte papiery” załatwiał sobie,  by uniknąć obowiązkowej służby wojskowej. Jak się okazało, pomogły mu również w latach 90. Sprawa działalności spółki Strefa Wolnocłowa była szeroko opisywana przez media i nazywano ją „przekrętem na wariata”.

 

W takich okolicznościach K. trafił do szpitala psychiatrycznego w Kościanie. „Prawdopodobnie w listopadzie 1991 roku, w szpitalu zjawił się człowiek, który po pół godzinie zaczął ze mną rozmawiać. Sądziłem, że to jakiś pacjent, byłem na spacerze. Wypytywał mnie co tu robię i dlaczego tu jestem. Nie byłem wtedy sam, było nas kilkunastu, a on zainteresował się tylko mną. Pielęgniarki poinformowały mnie, że ktoś chciał się ze mną widzieć, ale się nie zgodziły. Człowiek ten, nie powiedział swojego nazwiska. Od Ś. dowiedziałem się że jest jeden upierdliwy dziennikarz, który wciąż zajmuje się tą sprawą i chce dojść do prawdy. Ś. nie wymienił nazwiska, dziennikarza tylko mówił o nim Pismak. Człowiek, który mnie odwiedził był szczupłej budowy ciała, wyższy ode mnie. Ś ostrzegał mnie przed nim, bo został on już wcześniej przyłapany przez ochroniarzy na drzewie, a także w innych miejscach. Miałem z nim nie rozmawiać.”

 

Na pytanie sądu, czy Zdzisław K. może stanowczo stwierdzić, że był to Jarosław Ziętara, świadek odpowiedział: – To był jedyny dziennikarz, który ciągle drążył tę sprawę (mimo umorzenia). Ukrywałem się, bo cały czas ktoś się próbował do mnie dostać. Było dwóch takich. W późniejszym czasie wyszło, że był to Ziętara, bo jedyny drążył tę sprawę. W 1992 roku ochroniarze zabrali mu dokumenty. Nie wiem kto dokładnie je zabrał, ale wiem, że były na jego nazwisko. Próbował się dostać do celników, którzy pracowali przy papierosach. (…)

 

Zagrożony przez tego dziennikarza czuł się, oprócz Mariusza Ś. również syndyk masy upadłościowej Strefy Wolnocłowej, o którym świadek mówił “Lucek”.  – Dziennikarz sporo wiedział. Ktoś mu dostarczał informacje. Na początku sierpnia 1992 r. Mariusz Ś., podczas naszego kolejnego spotkania, na które przyjechał z Markiem Z. powiedział, że mam się ukrywać, nie pokazywać, a dziennikarza ma już pod kontrolą, bo zna jego kolejne kroki. Uznałem, że Mariusz Ś. ma człowieka w otoczeniu Ziętary. Szef Elektromisu mówił też, że trzeba będzie uciszyć dziennikarza, co ja odebrałem jako zapowiedź jego przekupienia

 

O zbrodni świadek dowiedział się na początku 1993 roku. Opowiedzieli mu o tym dwaj znajomi: Marek Z. oraz mężczyzna o pseudonimie Świr. Obaj mężczyźni zatrudnieni byli w Elektromisie i zajmowali się między innymi odzyskiwaniem pieniędzy od dłużników.

 

– Marek Z. oraz “Świr”, w trakcie picia alkoholu, mówili mi, że sprawy wymknęły się spod kontroli i coś poszło nie tak. Opowiadali, że w magazynie Elektromisu Ziętarę zabił “Malowany”. Ja nie znałem Malowanego, to był taki przestępca  jak i ja, Rusek wynajęty do tej roboty. Ciało wrzucono potem do jakieś beczki ze żrącą substancją. Początkowo w to wszystko nie uwierzyłem. Myślałem, że to ich pijacka opowieść.

 

Te zeznania miały potwierdzić stanowisko prokuratury, że Jarosław Ziętara interesował się przekrętami Elektromisu, jego właścicielem oraz że Mariusz Ś. znał się z oskarżonym Aleksandrem Gawronikiem. Jednak nie wiadomo jak poznański sąd oceni wiarygodność Zdzisława K. Świadek przyznał, że wielokrotnie w przeszłości leczył się psychiatrycznie. Zdiagnozowano u niego psychozę schizoafektywną. Dokumenty wskazujące na kłopoty ze zdrowiem pozwoliły mu uniknąć w latach 80. służby wojskowej, a potem pomogły w uniknięciu więzienia. Przyznał, że celowo kładł się do szpitala psychiatrycznego.

 

– W 2010 roku, w związku z moją kolejną sprawą karną, sąd skierował mnie na przymusowe leczenie psychiatryczne. Trafiłem do szpitala. Lekarze stwierdzili u mnie remisję. Od lat czuję się dobrze.

 

Zdzisław K. opowiedział także o swoich osobistych zatargach, a także niechęci do Mariusza Ś. Okazało się, że Ś. nie zapłacił mu za wszystkie tiry z papierosami (54), które w 1991 roku zostały sprowadzone przez Strefę Wolnocłową, ze względu na to, że jak się miał wyrazić Ś. „koszty wzrosły”. Ten zwrot został użyty w kontekście Jarosław Ziętary.

 

W czasie jednej z kłótni powiedziałem Mariuszowi, że nie po to zrobiliśmy przekręt z papierosami, by płacić jakimś bandziorom za zlikwidowanie kogoś. On na to stwierdził, że koszty wzrosły. Do dzisiaj nie oddał mi mojej części. Potem na lata zerwaliśmy kontakt. W 2016 r. spotkaliśmy się na chwilę. Powiedziałem mu, że znajoma nauczycielka chce napisać książkę o naszej przeszłości, a ja jej wszystko opowiem. On wtedy nazwał mnie szantażystą. Powiedział też, że jestem chory psychicznie. Ostatecznie kobieta, która miała napisać książkę, zmarła w 2018 r. Próbowałem też rozkręcić interes z jednym znajomym, ale Mariusz powiedział mu, że nie warto ze mną współpracować, bo jestem kapuś.

 

Oświadczenie Aleksandra Gawronika – ciąg dalszy z marca 2021

 

Jest to kontynuacja oświadczenia z poprzedniej rozprawy. Oskarżony skupił się na wykazaniu przed sądem, że zeznania głównego świadka oskarżenia Macieja B. pseudonim Baryła są niewiarygodne. Stwierdził, że Baryła ma potężne kłopoty w więzieniu z grypserami, w związku z zeznaniami, które składał przed sądem w Zielonej Górze, a w których miał pogrążyć innego więźnia. Sprawa Jarosława Ziętary ma, według Aleksandra Gawronika, odwrócić uwagę więźniów od tamtego wyroku. Jednak dla więźniów  sprawa Jarosława Ziętary jest nie znany, a człowiek obciążony zeznaniami Macieja B. jest jednym z nich. Aleksander Gawronik dowodzi, że Baryła może go obciążać, bo prokurator Kosmaty zadaje kierunkowe pytania, które potem potwierdza lub nie, Maciej B. Aleksander Gawronik próbował także wykazać istotne różnice pomiędzy zeznaniami, a stenogramem. Baryła, aby uwiarygodnić swoje zeznania przygotowuje się z różnych materiałów, a potem opowiada szczegóły, które zna z przeczytanych publikacji. Kopalnią informacji dla B. jest książka „Aleksander Gawronik gra o miliardy”. Z tej pozycji świadek miał zaczerpnąć takie informacje jak ubiór oskarżonego w latach 90 oraz marki i numery samochodów, które posiadał. Drugim źródłem wiedzy Macieja B. są artykuły Krzysztofa M. Kaźmierczaka, np. gangster przeprasza, chce odwołać zeznania. Padł też następujący zarzut byłego senatora: gdy coś jest nie na rękę Kosmatemu (prokurator oskarżający A. Gawronika –  przyp. Red.)  to Kaźmierczak walczy mediami.  Ponadto A. Gawronik wykazywał, że zeznania dotyczące mieszkania Ziętary, jego usytuowania (dziennikarz wynajmował pokój w dużym przedwojennym mieszkaniu) uniemożliwiały nasłuchiwanie, czy ktoś idzie po schodach, a także otworzenie drzwi kopniakiem, tak by nikt z sąsiadów nie zauważył.- Jest to człowiek który odsiaduje dożywocie za zabicie policjanta i chce wyjść. Dlatego przygotowuje się do rozpraw o czym zeznał inny świadek. B. przyznał też, że za akt łaski będzie konfabulował.

 

Słuchajmy swojego mózgu – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o pracy zdalnej dziennikarzy

Czy praca zdalna dziennikarzy po pandemii to kolejna forma „optymalizacji kosztów”? Jakie będą skutki zlikwidowania stałych siedzib lub drastycznego ograniczenia powierzchni wynajmowanych przez redakcje?

 

Temat stary, skala nowa

 

Może trudno dziś uwierzyć, ale Sarah Marshall opublikowała „10 wskazówek dla dziennikarzy pracujących w domu” w 2013 roku. Redakcja portalu Journalism.co.uk zwróciła się wówczas z pytaniami do 80 tysięcy swoich odbiorców o to, jak samodzielnie zorganizować sobie pracę. Uzyskane odpowiedzi podzielono na rady. Najwięcej do powiedzenia miał freelancer – Karl Hodge[1]. Oprócz kwestii, które często pojawiały się w czasie pandemii polskich mediach, również na łamach sdp.pl[2], takich jak: zaplanuj dzień, oddzielając pracę od czasu wolnego, zorganizuj przestrzeń (nie pracuj w łóżku!), wyłącz rozpraszacze, pojawiają się i wątki zaskakujące jak: załóż buty i zdejmij je w momencie, w którym kończysz pracę. Kolejny element nie dotyczył redakcji w czasie pandemii, ale warto go przywołać obecnie: planuj kontakty z ludźmi – umawiaj spotkania na mieście z twoimi rozmówcami; zadbaj, żeby znajomi nie wpadali do ciebie, gdy pracujesz. O tych aspektach firmy, w tym redakcje, przyzwyczajone przez ponad rok do pozostawania przez pracowników w izolacji, zdają się zapominać w ogóle. A przecież za chwilę relacje międzyludzkie nabiorą tempa, a to oznacza zmiany w organizacji pracy. Hodge zachęcał wprost, żeby nie przesiadywać w domu. Zalecał też znalezienie grupy wsparcia.

 

Nierozpoznane skutki pracy zdalnej

 

Bez wątpienia analizy będą trwały długo. Temat ten poruszył ostatnio na swoich łamach „Financial Times” relacjonując inne wizje pracy w bankowości po pandemii[3]. W Europie, na przykładzie firm z Francji, Holandii i Niemiec, rozważa się poważnie system hybrydowy: trzy dni pracy w domu i dwa w biurze. W USA, oglądanym przez pryzmat Wall Street, planowany jest powrót do działania w biurach, uznając, że praca zdalna to aberracja. W tym wypadku podkreślane jest, że młodzi pracownicy, z których wielu rozpoczyna karierę z rocznym opóźnieniem, nie czują się częścią czegoś większego, gdy nie znajdują się wewnątrz organizacji również pod względem przestrzeni. Nie mają szans na spotkanie szefa lub współpracowników w windzie. Peter Blau już w minionym wieku ustalił, że organizacja, w której nie ma kontaktów nieformalnych, a jedynie struktura pionowa (pracownik – zwierzchnik), nie działa[4]. Komentując jego badania Anthony Giddens dodał, że: w ten sposób (dzięki kontaktom nieformalnym – przyp. ZB) oprócz konkretnych rad zyskiwali poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie dawała im praca w pojedynkę[5]. W filmie dokumentalnym „Blogersi” w reżyserii Jarosława Rybusa (2011 r.) Jacek Żakowski mówił, że taka redakcja jak „Polityka” to rodzaj think tanku, instytut. Stwierdził, gdy coś pisał, to obok byli Janina Paradowska, Wiesław Władyka, którzy potrafili go złapać za rękaw i powiedzieć: „ej, zastanów się, czy na pewno masz rację”! Żakowski mówił o tym w kontekście blogera, który przy swojej klawiaturze jest sam.

 

Z perspektywy Unii Europejskiej

 

Pod koniec kwietnia na stronie Parlamentu Europejskiego został opublikowany obszerny (174 strony) raport, poświęcony w całości telepracy i pracy zdalnej „The impact of teleworking and digital work on workers and socjety. Special focus on surveillance and monitoring, as well as on mental health of workers”[6]. Najważniejsza konkluzja brzmi w sposób następujący: po pandemii kwestie pracy zdalnej należy przemyśleć na nowo! Autorzy raportu, za którego redakcję odpowiadała Manuela Samek Lodovici z Instytutu Badań Społecznych w Mediolanie (Istituto per la Ricerca Sociale), przewidują, że wraz z końcem pandemii należy się spodziewać, że i praca wróci do normalności. Prognozują jednak, że powszechniejsze niż przed 2020 rokiem będą wspomniane już formy hybrydowe. Postulują jednak, żeby kwestie poddać nowym studiom i analizom, żeby sprawdzić, czy rozwiązania wymuszone przez konieczność izolacji społecznej mają sens i wartość po zakończeniu tego przymusu. Oprócz nadziei związanych z kontynuacją pracy zdalnej chociażby możliwość jej łączenia z macierzyństwem i większej elastyczności w zatrudnianiu, podnoszą szereg obaw. Pojawia się pytanie o to: ilu szefów faktycznie potrafi zarządzać zespołem i motywować pracowników na odległość? Podkreślane jest zmęczenie fizyczne i psychiczne związane z przepracowaniem, co niekorzystnie wpływa nie tylko na zdrowie pracowników, ale i na ich wydajność. Podnoszona jest kwestia, czy inspekcja pracy będzie odgrywała swoją rolę w takiej sytuacji? Czy ochroni zatrudnionych przed niedostosowanymi do ergonomicznych wymogów stanowiskami pracy, wykluczającym prywatność nadzorem online i wspomnianym już przepracowaniem? Dziennikarzy dotyczy to w takim samym zakresie, co przedstawicieli innych branż. Zmartwień ze stałą pracą w formie zdalnej jest jednak więcej.

 

Trzęsienie ziemi w UK

 

Jim Waterson na łamach „The Guardian” doniósł w marcu 2021 roku, że większość dziennikarzy  gazet, których właścicielem jest firma Reach (m.in. „Daily Express”, „Daily Star” i setek gazet regionalnych) ma pracować w przyszłości z domu. Firma likwiduje redakcje w średnie wielkości miastach i jedynie w dużych ośrodkach będzie utrzymywać biura typu hub (15 w całym kraju). Wydawca powołuje się na wewnętrzną ankietę, w której większość pracowników zadeklarowało, że może pracować z domu. Sama firma, dla której podstawę stanowi sprzedaż prasy drukowanej, liczy w związku z tym na znaczne oszczędności. Pozbawionym biura dziennikarzom lokalnym firma ma zapewnić możliwość utrzymywania kontaktu społecznego z kolegami, nie podano jednak szczegółów[7]. Trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z kolejnym podejściem do tzw. „optymalizacji” kosztów. Dotyczy nie tylko pracy w Wielkiej Brytanii, ale też Hiszpanii („El Diario”), USA, czy Polsce[8]. W Wielkiej Brytanii zwłaszcza młodzi dziennikarze z regionalnych gazet wyrazili poważne obawy o to, jak na stałe będą realizować swoją pracę w niewielkich mieszkaniach, jak się szkolić (od kogo uczyć?) i jaki będzie prestiż tytułów bez siedzib? W „Gazecie Wyborczej” pracownicy, którzy wzięli udział w ankiecie dotyczącej pracy zdalnej, zwrócili uwagę, że niezbędna jest rekompensata za prąd i Internet, w związku ze wzrostem kosztów. Problemem okazało się też to, że czas pracy aż 2/3 z grona respondentów znacznie się wydłużył. Może warto przywołać słowa, które Alistair MacLean zapisał w „Komandosach z Nawarony”: „szczęście opuszcza ludzi zmęczonych”…

 

Zgodnie z raportem „Journalism, media, and technology trends and predictions 2021”, który przedstawił Nic Newman, aż 8 na 10 szefów redakcji uważa, że praca zdalna utrudnia budowanie zespołu i utrzymywanie relacji, a w związku z kontynuacją pracy zdalnej obawiają się oni o skuteczną komunikację i zdrowie psychiczne pracowników. Newman podkreśla też duże oczekiwanie samych dziennikarzy na odbudowanie kontaktów twarzą w twarz. Może to być o tyle trudne, że zgodnie z raportem opublikowanym na początku bieżącego roku, mniej więcej połowa redakcji zamierza zmniejszyć swoją powierzchnię biurową[9].

 

Kilka rad dla osamotnionych dziennikarzy

 

Jack Dearlove we wstępie do obszernego artykułu na temat przerabiania przestrzeni domowej na biuro, który ukazał się rok temu, napisał: Bądźmy szczerzy, niewielu z nas, wybierając obecne mieszkanie, zakładało, że będzie w nim spędzać czas, jak w biurze[10]. Trudno nie zgodzić się z tą tezą. Dearlove już na poziomie podstawowego wyposażenia przestrzeni sugeruje, że, poza podstawkami pod laptopa, myszkami, klawiaturami i innymi przedmiotami z tego zakresu, trzeba kupić roślinki. Przestrzeń, w której spędzamy wiele godzin ma być nie tylko ergonomiczna, ale i ładna – „kwiatki są ładne”, dodaje.

 

Kolejny zbiór praktycznych podpowiedzi pojawił się w 2021 roku podczas obszernej rozmowy na temat pracy zdalnej programu profilaktyki zdrowia psychicznego „Nasza w tym głowa”, którą Bartosz Lewicki przeprowadził z przewodniczącym Sektorowej Rady ds. Kompetencji Sektora Komunikacji Marketingowej Marcinem Olkowiczem. Warto je przywołać w obszernym fragmencie: Dbajmy o siebie. Przywróćmy stan, w którym pamiętamy o tym, że nasze organizmy mają swoje potrzeby (…). Zacznijmy słuchać siebie. Zacznijmy rozumieć, że potrzebujemy pracować nie w ciągu pięciu godzin bez przerwy, tylko robić sobie regularne przerwy – to po pierwsze. Po wtóre dbajmy o to, żeby jednak pomimo warunków, w których pracujemy, praca była pracą, a dom był domem.(…) Dbajmy o to, żeby inaczej komunikować nasze potrzeby współpracownikom i szefom, bo ani jedni ani drudzy nie siedzą niestety w naszych głowach i nie rozumieją, co jest nam w tej sytuacji potrzebne. Mogli to rozumieć wtedy, kiedy byliśmy w biurze i widzieli naszą minę, reakcję. Dzisiaj jej nie widzą. (…) Kolejną rzeczą jest to, żebyśmy zrozumieli, że nasz mózg nie ma nieograniczonej mocy obliczeniowej i przerobowej i jest mięśniem takim, jak każdy inny. Trzeba go karmić, ale też ćwiczyć i dać mu szansę na regenerację. No i wreszcie znajdźmy w sobie trochę więcej elastyczności na inność, na to, że inni mają inaczej niż my, a my mamy inaczej niż inni. Jakkolwiek to dziwnie brzmi. To znaczy, zrozummy, że są tacy, którzy potrzebują inaczej pracować, niż nam się zdaje i że nasze dotychczasowe metody współpracy z nimi w zmianie warunków, w zmianie standardu pracy na zdalną, mogą nie mieć zastosowania[11].

 

Reasumując

 

Wracając do obaw młodych dziennikarzy z Wysp Brytyjskich, może warto zauważyć, że innym wyborem jest zostanie freelancerem, jak przywołany Karl Hodge, a czym innym etat w redakcji. Przestrzeń biurowa to nie koszt, ale miejsce twórczego fermentu, dyskusji i nauki, w której tworzą się więzi międzyludzkie i kontakty nieformalne bez, których, jak to ustalono już w latach sześćdziesiątych XX wieku, organizacja zbyt dobrze nie działa. Czas izolacji, miejmy nadzieję, powoli się kończy, a to oznacza, że niebawem wrócą normalne relacje między ludźmi i bezpośrednie spotkania, a to stawia przed pracą zdalną nowe wyzwania, z którymi dziennikarze nie musieli się mierzyć w trakcie pandemii. Pozostaje się więc zgodzić z treścią raportu „The impact of teleworking and digital work on workers and society”, że po pandemii należy kwestię kontynuacji pracy zdalnej rozważyć na nowo.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://www.journalism.co.uk/news/10-tips-for-journalists-who-work-from-home/s2/a553279/ – dostęp 12.05.2021 r.

[2] https://sdp.pl/bez-kamerki-bo-jestem-w-pidzamie-zbigniew-brzezinski-o-pracy-redakcji-w-czasie-pandemii/ – dostęp 12.05.2021 r.

[3] https://www.ft.com/content/266a0b18-ff37-43b1-9a7a-ebc55ee5c020 – dostęp 12.05.2021 r.

[4] P. Blau, The Dynamics of Bureaucaracy, University of Chicago Press, Chicago 1963.

[5] A. Giddens, Socjologia. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, s. 370.

[6] https://www.europarl.europa.eu/thinktank/pl/document.html?reference=IPOL_STU%282021%29662904 – dostęp 19.05.2021 r.

[7] https://www.theguardian.com/business/2021/mar/19/mirror-owner-tell-most-journalists-permanently-work-from-home-reach – dostęp 12.05.2021 r.

[8] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/pracownicy-gazety-wyborczej-warunki-pracy-zdalnej-postulaty – dostęp 12.05.2021 r.

[9] https://reutersinstitute.politics.ox.ac.uk/journalism-media-and-technology-trends-and-predictions-2021 – dostęp 12.05.2021 r.

[10] https://www.journoresources.org.uk/journalist-home-office-essentials/ – dostęp 12.05.2021 r.

[11] https://naszawtymglowa.pl/o-specyfice-pracy-zdalnej-i-jej-wplywie-na-zdrowie-psychiczne-pracownikow-rozmowa-z-marcinem-olkowiczem-przewodniczacym-rady-edukacyjnej-sar/ – dostęp 12.05.2021 r.

Oświadczenie SDP w sprawie zatrzymania Ramana Pratasiewicza

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich domaga się zdecydowanej reakcji organizacji dziennikarskich, rządów, instytucji międzynarodowych oraz Unii Europejskiej na akt terroryzmu państwowego, w wyniku którego został zatrzymany dziennikarz, współtwórca popularnego kanału informacyjnego Nexta, Raman Pratasiewicz.

 

Jeśli kraje demokratyczne nie znajdą adekwatnej odpowiedzi i nie doprowadzą do uwolnienia Ramana, żaden dziennikarz opisujący zbrodnicze reżimy nie będzie mógł czuć się bezpieczny wykonując swoje obowiązki. Brak lub niewystarczające reakcje środowiska międzynarodowego na kolejne zbrodnie i łamanie prawa przez reżim panujący na Białorusi, prowadzą do jeszcze większego poczucia bezkarności Łukaszenki i jego współpracowników. Ceną tego jest zdrowie i życie Białorusinów, a jak pokazała sytuacja z faktycznym porwaniem samolotu, także obywateli innych państw.

 

Krzysztof Skowroński – prezes SDP

 

 

 

ЗАЯВА Польскай асацыяцыі журналістаў аб арышце Рамана Пратасевіча

 

Асацыяцыя польскіх журналістаў патрабуе рашучай рэакцыі журналісціх арганізацый, урадаў, міжнародных установаў і Еўрапейскага звязу на акт дзяржаўнага тэрарызму, у выніку якога быў затрыманы журналіст, сузаснавальнік папулярнага інфармацыйнага каналу Nexta Раман Пратасевіч.

 

Калі дэмакратычныя краіны не знойдуць адэкватнага адказу і не дамогуцца вызвалення Рамана, ні адзін журналіст, які піша пра злачынныя рэжымы, не зможа адчуваць сябе ў бяспецы пры выкананні сваіх абавязкаў. Адсутнасць або недастатковая рэакцыя міжнароднай супольнасці на далейшыя злачынствы і парушэнне закону рэжымам у Беларусі прыводзіць да яшчэ большага пачуцця беспакаранасці Лукашэнкі і яго паплечнікаў. Цана за гэта – здароўе і жыцці беларусаў, і, як паказала сітуацыя з фактычным захопам самалёта, таксама грамадзянаў іншых краінаў.

 

 

Zdjęcie: Nexta/Telegram