Przyjdzie Orlen i… – JAROMIR KWIATKOWSKI o Gazecie Codziennej „Nowiny”

Czy największy dziennik na Podkarpaciu po przejęciu go przez spółkę z decydującym udziałem skarbu państwa zostanie upolityczniony czy może stanie się bardziej obiektywny?

 

Historia wydawanych w Rzeszowie „Nowin” liczy ponad 70 lat. W okresie PRL były one organem KW PZPR. W 1991 r. gazeta została sprywatyzowana. Jej właścicielem została spółka R-Press. W chwili powstania miała ona liczne grono udziałowców. Największym był Zarząd Regionu NSZZ „Solidarność” w Rzeszowie (30 proc. udziałów). Drugim – PSL „Solidarność” (25 proc.). Udziałowcami były także: Spółka Dziennikarz, którą tworzyła grupa dziennikarzy i pracowników „Nowin”, i firma Editions Spotkania (po 20 proc.) oraz dwie osoby fizyczne: Jan Kopka (3 proc.) i Andrzej Przybyło (2 proc.).

 

W 1993 r. wszedł do „Nowin” kapitał zagraniczny – po tym, jak Kopka odsprzedał swoje udziały norweskiemu koncernowi Orkla Press International. W kolejnych latach Orkla zwiększała swoje udziały, aż wreszcie w 2001 r. stała się największym udziałowcem R-pressu, odkupując udziały od Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego – następcy PSL „Solidarność”. Udziałowców zostało dwóch: Orkla i „Solidarność”, z przewagą Orkli w stosunku 65:35. W 2005 r. Orkla odkupiła udziały od „Solidarności”, stając się jedynym właścicielem „Nowin”, co w tamtym momencie oznaczało, że gazeta stała się w 100 proc. własnością kapitału zagranicznego.

 

– W tamtych uwarunkowaniach była to decyzja nieunikniona – komentuje sprzedaż udziałów przez „Solidarność” Wojciech Buczak, ówczesny szef Zarządu Regionu tego związku. Tłumaczy, że „Solidarność” jako udziałowiec mniejszościowy miała coraz mniejszy wpływ na kierunek rozwoju gazety, a firmowała swoim szyldem treści, pod którymi nie mogła się podpisać.

 

– Pod naszym adresem padało ze strony związkowców wiele uwag w ostrym tonie: no jak to, jesteście współwłaścicielem gazety, a nie reagujecie na to, co oni wypisują?! A nasze próby reagowania rozbijały się o mur niemożności ze względu na proporcje udziałowe – dodaje Buczak.

 

Czy był to jedyny możliwy scenariusz? Wojciech Buczak twierdzi, że nie. – Zanim tak się stało, próbowaliśmy wykupić udziały od Spółki Dziennikarz i SKL-u – podkreśla. – Dziennikarze powiedzieli, że choćbyśmy nie wiem jakie pieniądze oferowali, to oni „solidaruchom” swoich udziałów nie sprzedadzą (w Spółce Dziennikarz zdecydowanie dominowali dziennikarze jeszcze z epoki PRL, natomiast skutecznie blokowano wejście do niej niemal wszystkim tym, którzy przyszli do „Nowin” w latach 90. – przyp. aut.).

 

– Jeżeli chodzi o udziały SKL-u – dodaje Buczak – Orkla powiedziała nam krótko: bez względu na to, jaką przedstawicie kwotę, my zaproponujemy wyższą. I możemy tak w nieskończoność. Wobec naszej potężnej firmy jesteście „krasnoludkiem” i nie macie żadnych szans.

 

Lista grzeszków

 

W 2006 r. „Nowiny” ponownie zmieniły właściciela. Grupę gazet Orkla Media kupił brytyjski fundusz inwestycyjny Mecom. Gazety należące do Mecomu stworzyły grupę pod nazwą Media Regionalne. W październiku 2013 r. Mecom sprzedał ją niemieckiemu holdingowi Verlagsgruppe Passau, który w ten sposób został także właścicielem „Nowin”. Polskie gazety tworzące dotychczas Media Regionalne utworzyły grupę Polskapresse – tę niefortunną nazwę zmieniono później na Polska Press.

 

Paweł Kuca zwraca uwagę, że „Nowiny” w ostatnich latach były takie, jak wyznaczała to centrala grupy. Podkreśla, że nie należy oddzielać tej gazety od całości, tylko trzeba na nią popatrzeć przez pryzmat funkcjonowania całej grupy – czy to Mecomu, czy Polska Press.

 

Jakie zatem trendy można było zaobserwować w „Nowinach”? Przede wszystkim cięcie kosztów.

 

Od autora: Jeszcze za Mecomu zaczęto pozbywać się dobrych dziennikarzy, ale także tych niespolegliwych wobec kierownictwa, zatrudnionych jeszcze na podstawie umów o pracę na czas nieokreślony, a więc z punktu widzenia redakcji „drogich”, zastępując ich osobami niedoświadczonymi, którym można było zapłacić mniej. Pamiętam, jak – będąc jeszcze w „Nowinach” – byłem zszokowany, gdy – w ramach cięcia kosztów – zwolniono z gazety znakomitego reportażystę Krzysztofa Potaczałę, późniejszego autora poczytnych w skali kraju książek o Bieszczadach. Drugie moje zdziwienie wywołało wtedy przekonywanie redaktora naczelnego, że nawet z człowieka z ulicy można w krótkim czasie zrobić dziennikarza. Skutkowało to obniżeniem poziomu warsztatowego tekstów, na co zwrócił uwagę  jeden z moich rozmówców – Wojciech, rzeszowski urzędnik (personalia do wiadomości autora). Powiedział: „Gołym okiem widać, że warsztat dziennikarski, zasób słownictwa u wielu dziennikarzy jest ubogi i że piszą oni w sposób napastliwy i emocjonalny”. Fakt, niedawno sam przeżyłem szok czytając (żona świadkiem) jeden z tekstów na portalu Nowiny24: był napisany tak nieporadnie, że od czytania aż „zęby bolały”. Także już za czasów Mecomu, od momentu, kiedy R-press ze spółki funkcjonującej w ramach holdingu stał się w 2009 r. rzeszowskim oddziałem scentralizowanej firmy z siedzibą w Warszawie, praktycznie skończyły się delegacje dziennikarzy na realizację materiałów poza Podkarpaciem, z którymi wcześniej nie było problemu.

 

–  Widać tu prymat biznesu nad kwestiami czysto dziennikarskimi – uważa były dziennikarz „Nowin”, a obecnie politolog.

 

Niektóre kolumny, jeszcze za Mecomu, zaczęły być redagowane wspólnie dla wszystkich gazet grupy. To zabieg przynoszący oszczędności, ale nie zawsze fortunny, zwłaszcza w sytuacjach, gdy na jakiś temat wypowiadał się specjalista spoza Podkarpacia. Gdy jest to bowiem fachowiec stąd, taki tekst staje się znacznie bliższy czytelnikowi. Nie można powiedzieć, że zdarzało się to nagminnie, ale… takie przypadki bywały.

 

Drugi zabieg to tworzenie banku ciekawostkowych tekstów dziennikarzy z gazet tworzących grupę, które mogły być wykorzystane przez inne gazety grupy, nawet z drugiego końca Polski. Autor nie miał z tego nic, ale za to gazety – przy szczupłych siłach osobowych – miały czym zapełniać swoje łamy. W efekcie zdziwieni czytelnicy z Podkarpacia mogli poczytać w wydaniach weekendowych reportaże z innych części Polski. To prawda, nie one dominowały, ale było to zjawisko łatwo zauważalne.

 

 

– Gdy się spojrzy na gazetę, to widać, że wśród tekstów znajdują się także powielane w całym kraju teksty tych samych autorów – zauważa Wojciech Buczak. I dodaje: – „Nowiny” straciły przez to w jakimś stopniu główny swój atut – lokalność.

 

Inny zarzut, który można postawić „Nowinom”, to brak pogłębionej publicystyki na tematy regionalne (Od autora: Była ona rugowana już w ostatnich latach mojej pracy w tej gazecie).

 

– Siłą takich gazet jak „Nowiny” jest silne umocowanie w regionie – przekonuje Paweł Kuca. –  Ale umocowanie na wielu poziomach: nie tylko informacji lokalnych, lecz także na poziomie regionalnej, silnej publicystyki. Widać, że w „Nowinach” odchodzi się od tego. Brakuje mi na łamach tej gazety takiej publicystyki, jaką mają media ogólnopolskie, tyle że w ujęciu regionalnym. Dyskusji o najważniejszych sprawach, które tu się dzieją. Nie w ujęciu akcji społecznych, redakcyjnych, lecz w formie publicystyki ściśle regionalnej, tworzonej przez publicystów redakcyjnych bądź zapraszanych z terenu Podkarpacia. Zdecydowanie bardziej mnie interesuje, co na tematy dotyczące województwa sądzą publicyści czy dziennikarze stąd, aniżeli ludzie spoza regionu.

 

Jeszcze inny zarzut stawia Wojciech Buczak – brak politycznego obiektywizmu. Odnotowuję go przy pełnej świadomości, że w ustach osoby zaangażowanej politycznie może brzmieć mało wiarygodnie.

 

–  „Nowiny”, podobnie jak inne gazety lokalne, są jednokierunkowe, przede wszystkim antypisowskie – uważa były poseł PiS i były szef regionalnej „Solidarności”. –  Nieobiektywnie – wyjaśnia –  przedstawiają różne wydarzenia lokalne z wyraźnym negatywnym nastawieniem do środowiska politycznego, z którym jestem związany. Środowisko „Solidarności” próbowało przed laty przekształcić „Nowiny” w obiektywną gazetę, informującą o wydarzeniach lokalnych, co moim zdaniem udawało się przez jakiś czas, szczególnie wtedy, gdy redaktorem naczelnym był Ryszard Terlecki (obecny wicemarszałek Sejmu i szef Klubu PiS był naczelnym „Nowin” w latach 1996-1998 – przyp. aut.). Była to wtedy zupełnie inna gazeta.

 

„Nowiny”, gdy było trzeba, insertowały np. plakaty z wizerunkiem Matki Bożej z Kalwarii Pacławskiej, czy wydały zestaw kilku broszurek o podkarpackich sanktuariach, do których dołączone były dziesiątki różańca. Nie z pobożności szefów firmy, lecz dlatego, że taki gest w tym konserwatywnym regionie, jak liczono, pobudzi sprzedaż. Mimo to spotykam się z zarzutami, które formułuje zarówno Wojciech Buczak, jak i cytowany już Wojciech, urzędnik z Rzeszowa – o epatowanie tanią sensacją, krwawymi wydarzeniami, i „lewoskrętność” ideologiczną.

 

– W gazecie brak publicystyki, jest zaangażowana ideologicznie, często jednostronnie przedstawia problemy Kościoła, akcentuje występki księży, a pomija to co istotne – uważa rzeszowski urzędnik. I dodaje: – Pod koniec lat 90. to była opiniotwórcza gazeta o szerokich horyzontach, z ciekawymi wywiadami i felietonami. A teraz? Trochę magla, coraz więcej antyklerykalizmu i ideologii.

 

Co dalej

 

Paweł Kuca zauważa, że znaczenie papierowego wydania „Nowin” maleje, co jest nie tylko pokłosiem merytorycznej zawartości gazety, ale głównie obiektywnych procesów zachodzących w segmencie prasy drukowanej. Dość powiedzieć, że średnia sprzedaż egzemplarzowa „Nowin” jeszcze w 1990 r. wynosiła ponad 80 tys., by 30 lat później spaść do poziomu ok. 10 tys. Politolog zauważa, że internetowy portal Nowiny24 ma dla młodszego odbiorcy być może większe znaczenie niż wydania papierowe gazety i mówiąc o sile „Nowin” trzeba wziąć pod uwagę całość, a nie tylko wersję papierową.

 

Jaka przyszłość rysuje się przed „Nowinami” po ich wykupieniu przez Orlen?

 

Zdaniem Wojciecha, urzędnika, gazeta potrzebuje dużych zmian, wręcz rewolucji. ­– Potrzebuje  przeorientowania, innego spojrzenia na sprawy miasta i regionu, krytycznego, a nie tylko politycznego podejścia do bieżących zdarzeń. Powinna utożsamiać się z regionem i tradycjami mieszkańców Podkarpacia, a nie ideologizować na każdym kroku – uważa mój rozmówca.

 

Wojciech Buczak cieszy się, że Orlen odkupił gazety wchodzące w skład grupy Polska Press i ma nadzieję, że dzięki temu gazeta stanie się bardziej obiektywna, będzie w niej więcej wartościowych tekstów i będą promowani dziennikarze, którzy takie teksty piszą.

 

– Nie jest moją rolą wskazywać zmiany personalne, ale z doświadczeń ze współpracy, jakie mam z lat ubiegłych, choćby jako przedstawiciel właściciela, ale także jako zwykły czytelnik, wiem, że w redakcji pracują dziennikarze, których stać na dobre, wartościowe dziennikarstwo, tylko zależy, czego będzie wymagało od nich kierownictwo redakcji i właściciel – podkreśla Buczak. I dodaje: – Znam podejście do tych spraw prezesa Obajtka i środowiska, z którym jest związany. Daje to nadzieję na dobre, pozytywne zmiany. I wcale nie chodzi o uczynienie z tych dzienników regionalnych gazet, które piszą na zlecenie partyjne. Jestem przekonany, że na rynku medialnym będzie pluralizm, a nie monopol, tak jak teraz.

 

Z kolei Paweł Kuca boi się, że odkupienie tych gazet przez firmę z decydującym udziałem skarbu państwa wprowadzi je, w tym „Nowiny”, pod bieżące wpływy polityczne.

 

– Uważam – tłumaczy politolog – że politycy, którzy w danej chwili będą rządzić, będą chcieli mieć wpływ na te media. Dzisiaj to jest PiS, jutro będzie ktoś inny. Jeśli się popatrzy na polską praktykę polityczną, to widać, że spółki skarbu państwa są poddane presji politycznej obliczonej na cykl wyborczy. A jakie PiS ma podejście do mediów, widzimy na podstawie mediów publicznych.

 

Mój rozmówca uważa, że należy obserwować strategię, jaką przyjmie Orlen dla kupionych gazet. – Natomiast nie mam większych złudzeń, że jeżeli polityk jakiejkolwiek partii będzie mógł mieć wpływ na media, to będzie to wykorzystywał. To jest to ryzyko. Dzisiaj u władzy jest PiS, za 2,5 roku będą wybory i władza może się zmienić, a wtedy zmieni się szef Orlenu i nie wiemy, co się wydarzy dalej. Dla tych gazet nie jest to dobre, bowiem ich sytuacja będzie wyznaczona przez cykle wyborcze.

 

Jest jeszcze jeden problem: stworzenie z tych gazet mediów bardziej nowoczesnych wymaga inwestycji. – Pytanie – zastanawia się Paweł Kuca – czy Orlen jest je w stanie ponieść. Ale to wszystko dopiero zobaczymy…

 

Jaromir Kwiatkowski

 

Autor był dziennikarzem Gazety Codziennej „Nowiny” w latach 1993-2011.

 

Tekst ukazał się w numerze 2/2021

„Forum Dziennikarzy”.

Cały numer do pobrania

TUTAJ.

 

Skokowa pauperyzacja dziennikarzy? – ŁUKASZ WARZECHA o „umowach śmieciowych”

W prezentacji Polskiego Ładu znalazła się zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego, która wspominana jest jedynie pobieżnie, a która ma szczególne znaczenie dla środowiska dziennikarskiego. Prezes PiS zapowiedział mianowicie, że rządzący będą dążyć do likwidacji „umów śmieciowych” (to propagandowe, niesłusznie pogardliwe określenie umów cywilnoprawnych), a wcześniej takiej umowy zostaną „całkowicie oskładkowane”. Ostatecznie miałyby być zastąpione „kontraktem pracy” na wzór hiszpański.

 

Pominę tu konsekwencje dla całego rynku pracy, aczkolwiek nie sposób nie poczynić przynajmniej jednej ogólnej uwagi: ten plan nie uwzględnia, że istnieją zawody wolne, w których po prostu nie da się przełożyć obecnej formy umowy cywilnoprawnej na „kontrakt pracy”, a tym bardziej na etat. Ich specyfiką jest wykonywanie prac twórczych (jeśli mówimy tu o umowie o dzieło, bo to o nią głównie w tym przypadku chodzi) nieregularnie, za bardzo różne wynagrodzenia, o różnym zakresie i dla różnych zamawiających. Taka umowa w przypadku twórców wiąże się z przeniesieniem praw autorskich.

 

Z pewnym zaskoczeniem obserwowałem, nieliczne co prawda, reakcje w środowisku dziennikarskim na zapowiedzi Kaczyńskiego. Pojawiała się w nich radość, że pracodawcy w końcu zostaną zmuszeni do zatrudniania ludzi na etat. Być może mowa była tutaj o innym rodzaju umów tymczasowych, w innym bowiem przypadku trzeba by uznać, że ci zachwyceni nie rozumieją w pełni konsekwencji tego, co chwalą. Przypomnieć tu trzeba, że wynagrodzenie netto w przypadku umowy o dzieło w niewielkim stopniu odbiega od wynagrodzenia brutto, ponieważ jest domyślnie obciążone jedynie 17-procentową stawką podatku dochodowego w pierwszym progu. Nie zawiera się w nim żadna forma składki na ZUS. Tymczasem w przypadku etatu składki pochłaniają znaczną część kwoty brutto: prawie 20 proc. to składka emerytalna (płacona po połowie przez pracodawcę i pracownika), 8 proc. to składka rentowa (6,5 do 1,5), 2,45 proc. składka chorobowa (w całości po stronie pracownika), 9 proc. składki zdrowotnej (w całości po stronie pracownika). Odłóżmy na bok składkę wypadkową jako już ściśle powiązaną z jednym miejscem pracy. W sumie daje to blisko 40 proc. kwoty brutto. Gdyby potraktować poważnie słowa Kaczyńskiego, wszyscy pracujący dziś na umowach o dzieło przy „pełnym oskładkowaniu” nagle zaczęliby zarabiać o blisko 40 proc. mniej. Podział płatności między pracodawcę a pracownika nie ma tu znaczenia, bo można spokojnie założyć, że mało które medium, szczególnie spośród tych mniejszych, stać by było na skokowe powiększenie kosztów pracy, dotyczących współpracowników. Składki byłyby wykrawane najzwyczajniej z dotychczasowej kwoty brutto, którą zleceniodawca pomniejszyłby sobie o zobowiązania leżące po jego stronie.

 

Ale to nie koniec problemów. Jak bowiem podejść do sytuacji, w której ktoś – tak jak autor tego tekstu – przez całe życie nigdy nie pracował na etacie, a więc nie płacił składki emerytalnej, godząc się z tym, że jest coś za coś, i nagle miałby tę składkę zacząć płacić? Jak liczyć emeryturę w sytuacji, gdy niespodziewanie zmuszono by grupę osób do zapisania się do systemu w sytuacji, gdy zostało im relatywnie mało czasu, aby się do niego dołożyć? Jak zresztą w ogóle kalkulować uprawnienia do świadczeń takich jak chorobowe w sytuacji, gdy nie ma się jednego pracodawcy?

 

I dalej: jak podejść do wynikających z oskładkowania uprawnień – urlopy, zwolnienia lekarskie oraz przede wszystkim emerytura – gdy mówimy o zawodach, w których pracuje się nie tylko dla różnych pracodawców (uwaga: właśnie „dla”, a nie „u”), ale też pracuje się często do wieku bardzo późnego, a wyznaczanie jakiegoś konkretnego momentu przejścia na emeryturę nie a kompletnie sensu?

 

To były przez lata uzasadnione powody, dla których nie zabierano się za umowy o dzieło – i być może tak będzie i tym razem, nie ma tu pełnej jasności. Wbrew temu, co twierdzą przedstawiciele rządu, istnieje grupa ludzi, którzy świadomie i dobrowolnie zdecydowali się na pracę w zawodach, w które wpisana jest niepewność. Nie przysługują im uprawnienia takie jak pracownikom etatowym, muszą sami zadbać o swoją starość, pieniądze na wypadek dłuższej choroby czy zabezpieczenie zdrowotne, w zamian zaś nie są zmuszeni do opłacania składek, których logiki nijak się w te zajęcia nie da wpisać. PiS ma niestety tendencję do populistycznego wrzucania do jednego worka wszystkich umów cywilnoprawnych jako niepożądanych i wymuszonych, co najzwyczajniej nie jest prawdą.

 

Jakie będą dalsze losy Polskiego Ładu w tym względzie – nie wiadomo. Warto jednak, żeby przedstawiciele środowiska dziennikarskiego przyglądali się uważnie tej sprawie, bo gdyby dosłownie odebrać słowa Jarosława Kaczyńskiego, czekałaby nas skokowa pauperyzacja znacznej części pracowników mediów czy, szerzej, wolnych zawodów.

 

Łukasz Warzecha

Klub Fotografii Prasowej SDP zaprasza na V Wojnowski Festiwal Fotografii

Od 4 czerwca, przez ponad 4 miesiące, będzie można podziwiać prace polskich fotografów w ramach V Wojnowskiego Festiwalu Fotografii. Ponad 500 zdjęć w dużym formacie znów zagości, w tej nietypowej galerii, na świeżym powietrzu. Przestrzenią prezentacji zdjęć są płoty domów przyległych do głównej ulicy wsi Wojnowo. Prace można oglądać bez wysiadania z samochodu, wystarczy zwolnić, przejeżdżając lub udać się na 2,5 km spacer, od starej szkoły w kierunku Wojnowskiego Klasztoru Staroobrzędowców.

 

W minionych latach, między innymi, prezentowaliśmy wystawy: Chrisa Niedenthala, Czarka Sokołowskiego, Tomasza Tomaszewskiego, Mikołaja Nowackiego, Jacka Marczewskiego, Zbigniewa i Macieja Kosycarzy, Anny Musiałówny oraz wielu innych utalentowanych i utytułowanych artystów.

 

W tym roku, chcielibyśmy Was zachwycić pracami 26 autorów wystaw indywidualnych i 4 wystawami zbiorowymi, łącznie 546 zdjęć. Gośćmi festiwalu będą min. Tomasz Sikora z wystawą o francuskim miasteczku Aix-en-Provence, Justyna Mielnikiewicz z projektem „Ukraine runs through it”, Maciej Nabrdalik z reportażem „Homesick”, Paweł Bajew twórca ekscentrycznych portretów, czy Jacek Kusz z „Szóstym wymieraniem”, Maciej Moskwa z reportażem z ogarniętej wojną Syrii, Witold Ziomek autor przepięknych landszaftów (pełna lista autorów poniżej).

 

Stałymi elementami festiwalu są wystawy z czasów PRL-u, w tym roku będą to zdjęcia Aleksandra Jałosińskiego i Jana Morka, a także prace wyróżnione w konkursie „Lasy w obiektywie leśników” . Są to piękne zdjęcia wykonane przez pracowników Lasów Państwowych.

 

Partner festiwalu Stowarzyszenie Autorów ZAiKS pokaże wystawę zbiorową „Twarze ZAiKS-u”to wybór fotografii będących wypadkową zawodowych działań fotografików w różnym czasie i okolicznościach. Prezentowane portrety to zarówno przemyślane aranżacje, jak również zdjęcia sytuacyjne, stanowiące część zapisu chwili. Wśród autorów zdjęć znaleźli się Jacek Barcz, Andrzej Dąbrowski, Wojciech Druszcz, Zbigniew Furman, Krzysztof Gierałtowski, Ryszard Horowitz, Witold Krassowski, Jan Morek, Tomasz Sikora, Marek Szymański, Krzysztof Wojciewski oraz Kinga Karpati i Daniel Zarewicz. Zakres tematyczny prezentowanych prac jest dość szeroki, znajdziemy tu klasyczne reportaże z całego świata, zdjęcia sportowe Szymona Sikory i Bartłomieja Zborowskiego jako nawiązanie do roku Olimpiady i Paraolimpiady, portrety, makrofotografie czy pejzaże z ponad 50 lat pracy polskich fotografów. Liczymy że w ciągu 4 miesięcy mazurski festiwal jest w stanie odwiedzić około 60 tys. osób.

 

 Autorzy

 

1.Tomasz Sikora „Aix-En-Provance”

2.Maciej Nabrdalik „Homesick”

3.Zbigniew Furman „Portrety

4.Maciej Moskwa „Wiosna, która nie zakwitła”

5.Grzegorz Press „Jedną nogą w finale”

6.Tomasz Lazar „Teatr życia”

7.Maciej Pawelec „Syberia”

8.Aleksander Jałosiński „50 lat”

9.Paweł Bąbała „Mods” i „T.R.O.G”

10.Maciej Dakowicz „Cardiff after dark”

11.Aleksander Knitter „Cosplay”

12.Witold Ziomek „Roam the planet”

13.Jan Morek „Życie codzienne”

14.Paweł Bajew „Portrety”

15.Marcin Urbanowicz „Polska ulicznie”

16.Jacek Gąsiorowski „Trójmorze”

17.Andrzej Maciejewski „Indianersi”

18.Barbara Hanuszkiewicz „Plaże Zanzibaru”

19.Jacek Kusz „Szóste wymieranie”

20.Beata Zawrzel „Mors”

21.Justyna Mielnikiewicz „Ukraine Runs Through It”

22.Joanna Mrówka „Holy Week in Sicily”

23.Ireneusz Walędzik „Makrokosmos”

24.Bartłomiej Kosiński „Projekt 5”

25.Jan Brykczyński „Boiko”

26.Ignacy Cembrzyński „Historie z człowiekiem w tle”

 

Zbiorowe

 

Lasy Państwowe „Lasy w obiektywie leśników”

ZAiKS Portrety twórców „Twarze ZAiKS-u”

40 lat Stanu Wojennego

Sport – Zborowski/Sikora – Rok olimpijski

 

Wolność, czy tylko dla wybranych? – KS. MARIUSZ FRUKACZ o raporcie „Kuriera Wnet” i CMWP SDP

„Raport z projektu badawczego dotyczącego warunków pracy dziennikarzy, wolności słowa oraz stosunków redakcyjnych w grupie medialnej Polska Press” przygotowany przez „Kurier Wnet” i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jest bardzo dobrym materiałem o postawienie pytania m.in. o wolność słowa, warunki pracy dziennikarzy i niezależność mediów.

 

Jak wynika z raportu, w mediach regionalnych po przejęciu ich przez firmę związaną z wydawnictwem Verlagsgruppe Passau „dziennikarze stali się robotami, niewolnikami za coraz mniejsze pieniądze”. Nastąpiło „systematyczne odchodzenie od lokalności” – czytamy w prezentacji raportu. Ponadto obowiązywała „narracja poprawna politycznie”, prawica przedstawiana była jako „zaściankowa, nietolerancyjna, homofobiczna, faszystowska”.

 

Badanie przeprowadzono metodą ankiet w 9 regionach Polski w kwietniu i maju 2021 roku.  Udało się zebrać 78 ankiet. Jak wynika z raportu, aż 72 procent badanych uznało, że gdy właścicielem gazety stała się firma związana z wydawnictwem Verlagsgruppe Passau, pogorszyła się ich sytuacja – zarówno jeśli chodzi o atmosferę w redakcji, relację z przełożonymi, jak i warunki socjalne.  Nie chodzi jednak tylko o liczby. Chodzi o coś więcej, o poczucie godności w pracy dziennikarza.

 

Wolność, a nie przymus

 

Wolność jest wartością, za którą płaci się cenę najwyższą. Dziś bardzo często dochodzi do zakłamywania sensu wolności także w mediach – mówił wiele lat temu bp Adam Lepa. „Jedno z najpiękniejszych słów, które istnieje na świecie, to wolność. Słowo wolność siedzi w nas. Jeśli nas wolność nie nauczy, to przymus nas nie wyzwoli” – powiedział kilka dni temu w Częstochowie ks. Wojciech Węgrzyniak, znany biblista. Wolność to jest dar i zadanie. A jak  wynika z raportu, ten dar był lekceważony.  W firmie związanej z wydawnictwem Verlagsgruppe Passau nie tylko pogorszyły się warunki pracy, ale przede wszystkim nie przestrzegano wolności słowa. Nie było mowy o pluralizmie, rozumianym jako możliwość prezentacji różnorodnych opinii w przestrzeni medialnej. Bolesne dla dziennikarzy były sytuacje łamania wolności słowa i niezależności dziennikarskiej. Tak naprawdę nie było miejsca dla niezależności mediów rozumianej jako zdolność do funkcjonowania na rynku niezależnie od władzy politycznej, rządowej, gospodarczej i religijnej. O tym bardzo szeroko mówi raport.

 

„Jeśli media mają służyć wolności, same muszą być wolne i należycie korzystać ze swojej wolności” – mówił bp Lepa. Tymczasem, jak pokazuje nam to raport, często widoczne są różne formy naruszania wolności słowa w mediach. Konsekwencją tego jest zatrucie informacyjne, polegające na tym, że o sprawach najważniejszych mówi się w taki sposób, jakby one były mało ważne albo nic nieznaczące, i odwrotnie, obniża się wartość argumentacji. Ponadto, „gdzie mówią pieniądze, tam milczy prawda” (bp Lepa).

 

Dziennikarstwo powołaniem do wolności i odpowiedzialności

 

W naszych czasach trzeba chyba przypomnieć to, że „człowiek jest powołany do wolności. A nie ma wolności bez odpowiedzialności i bez umiłowania prawdy” (św. Jan Paweł II). Oczywiście patrząc na rozwój społeczeństw demokratycznych, łatwo dostrzec, że wolność słowa jest jedną z najcenniejszych wartości i oznacza ona m. in. prawo do publicznego wyrażania własnych poglądów i myśli oraz do ich szanowania przez inne osoby. Również jako kapłan i dziennikarz nie wyobrażam sobie życia w społeczeństwie, gdzie wolność słowa nie jest szanowana. Jednak uważam również, i taką zasadą się zawsze kieruję, że środki społecznego przekazu nie mogą być wolne od odpowiedzialności. W samych mediach wolność słowa powinna być wartością nadrzędną. Pycha, dezinformacja, komercja nie mogą zastąpić wolności słowa. Jedną z ważnych cech dobrego dziennikarza jest pasja. Kiedy ma się pasję tego, co się robi, to człowiek widzi sens swojej pracy. Tam, gdzie nie ma wolności słowa, niezależności, pasja ma podcięte skrzydła. Z raportu wynika, że w  Verlagsgruppe Passau w podawaniu informacji istniała skłonność do mierzenia sukcesu według kryterium zysku, nie zaś służby wobec społeczeństwa.

 

Zapomniany głos spod Bramy Brandenburskiej

 

W tym roku minie 25 lat od słynnego przemówienia Jana Pawła II spod Bramy Brandenburskiej, z 23 czerwca 1996 r. W kontekście raportu i tego, co działo się w  Verlagsgruppe Passau, warto przypomnieć lekcję wolności, którą dał Niemcom i Europie Jan Paweł II.

 

„Człowiek jest powołany do wolności. Wolność nie oznacza prawa do samowoli. Wolność nie daje nieograniczonych przywilejów. Kto tak ją pojmuje, naraża wolność na śmiertelny cios. Człowiek wolny jest przede wszystkim zobowiązany do prawdy” –  mówił papież.

 

„Człowiek jest powołany do wolności. Idea wolności może być przeniesiona w realia życia tylko tam, gdzie ludzie wspólnie są o niej przekonani i nią przeniknięci, świadomi niepowtarzalności i godności człowieka oraz jego odpowiedzialności przed Bogiem i ludźmi. Tam — i tylko tam — gdzie wspólnie opowiadają się za wolnością i walczą o nią solidarnie, może ona zapanować i przetrwać. Wolności jednostki nie da się oddzielić od wolności wszystkich innych ludzi. Wolność jest w niebezpieczeństwie tam, gdzie ludzie ograniczają swe spojrzenie tylko do kręgu własnego życia i nie są gotowi angażować się bezinteresownie na rzecz innych. Natomiast wolność przeżywana solidarnie wyraża się w działaniu na rzecz sprawiedliwości w dziedzinie politycznej i społecznej i kieruje wzrok ku wolności innych. Nie ma wolności bez solidarności”  –  kontynuował Jan Paweł II.

 

Pozostaje mieć nadzieję, że te słowa powrócą pod Bramę Brandenburską.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

 

O raporcie „Kuriera Wnet” i CMWP SDP można przeczytać TUTAJ.

 

Życie jest najlepszym reżyserem – rozmowa z DAGMARĄ DRZAZGĄ o jej najnowszym filmie „Draugen”

Robiąc film dokumentalny należy nie tylko „przepytywać” ludzi, ale samemu się na nich otworzyć, coś im ofiarować. Poza tym, zwracać uwagę na detale, atmosferę i jeszcze w tym wszystkim znaleźć jakąś… poezję – mówi Dagmara Drzazga, reżyserka filmu „Draugen”, który na XII Festiwalu „Niepokorni Niezłomni Wyklęci” otrzymał Nagrodę im. rtm. Witolda Pileckiego dla najlepszego filmu podejmującego tematy wolnościowe, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Jaka jest historia bohatera filmu dokumentalnego „Draugen”? 

 

To opowieść o młodym mężczyźnie ze Śląska, który wywodził się z rodziny o tradycjach powstańczych. Warto dodać, że działał w harcerstwie i czuł się Polakiem. Kiedy wybuchła wojna został powołany do Wehrmachtu, a później – jako niemiecki żołnierz – wysłany do Norwegii. Jeszcze podczas swojego pobytu w Mikołowie poprzysiągł sobie, że nigdy nie będzie służyć Niemcom. Słowa dotrzymał. W filmie pojawia się również wzruszający wątek wielkiej miłości, bo  Wojciech Bógdoł, bohater filmu, zakochał się z wzajemnością w norweskiej dziewczynie, Liv. Wystarczyło tylko przeczekać wojnę na malutkiej, spokojnej północnej wyspie. Tyle, że Wojciech czekać nie chciał. Przyłączył się do norweskiego ruchu oporu…

 

Jak narodził się pomysł ten film?

 

Kilka lat temu odnalazł mnie pewien starszy pan. Poszukiwał śladów swojego młodego wujka – Wojciecha Bógdoła, który podczas II wojny zginął w Norwegii. Pan Staroszczyk, bo o nim mowa, przez wiele lat gromadził materiały i próbował odpowiedzieć sobie na pytanie: co się tam właściwie stało? Wcześniej zobaczył jeden z moich filmów i postanowił zainteresować mnie tą historią. Jak widać skutecznie, skoro zdecydowałam się pojechać aż na Kvitsøy i zrealizować film o Wojciechu, albo Albercie, bo takie imię nadali mu Niemcy.

 

Jak bardzo skomplikowany był proces realizacji filmu i w jaki sposób udało się Pani dotrzeć do materiałów archiwalnych?

 

To najtrudniejszy film, jaki do tej pory zrobiłam. Przebicie się przez różne materiały archiwalne, dokumentacja, napisanie scenariusza to jedno. Ale przecież trzeba było tam pojechać, nakręcić zdjęcia, rozmawiać z ludźmi, ułożyć dramaturgię tej opowieści! Łatwo wymyślić temat siedząc przy biurku, tylko jak to wszystko potem ogarnąć? I tak, krok po kroku, szukając różnych kontaktów dotarłam do Torill Ramstad, która do dzisiaj mieszka na Kvitsøy. Muszę przyznać, że wzruszam się ogromnie, kiedy myślę, że cała społeczność tej wysepki postanowiła pomóc nieznanej im przecież reżyserce z Polski. Bez tych życzliwych ludzi ten film by nie powstał. Oni pielęgnują wspomnienia, kolekcjonują przedmioty z dawnych lat, fotografie, założyli lokalne centrum historyczne. Przeszłość jest dla nich bardzo ważna.

 

Gdzie były kręcone zdjęcia do filmu „Draugen”?

 

W dużej mierze na Kvitsøy, gdzie rozegrała się ta historia. To niezwykle piękne miejsce. Na Kvitsøy mieszka najmniejsza społeczność w Norwegii. W kwietniu 1940 roku przypłynęli tam Niemcy i założyli swoją bazę wojskową. Wyspa stała się częścią Wału Atlantyckiego, a Niemcy pilnowali, by Alianci nie mogli dostać się do fiordów. Kolejne zdjęcia kręciliśmy w Stavangerze, a potem dalej – 350 kilometrów na północ – w Bergen. To właśnie tam, przed sądem Kriegsmarine, stanął mój filmowy bohater w listopadzie 1944 roku i tam zginął. Chciałam dotrzeć do norweskich archiwów i to się udało. Oprócz tego zdjęcia realizowaliśmy na Śląsku.

 

Ekipa z TVP3 Katowice na wyspie Kvitsøy: Dagmara Drzazga, dźwiękowiec Krzysztof Skrzypczak i kierowca Tomasz Adamik.  Fot. Kamil Kastelik

 

Z jakimi trudnościami borykała się Pani podczas realizacji filmu dokumentalnego, na podstawie opowieści i relacji ostatnich świadków tamtej historii? Jak to wszystko wyglądało za kulisami, z punktu widzenia dokumentalisty i scenarzysty?

 

W Norwegii z ekipą z TVP3 Katowice łącznie byliśmy dwanaście dni. To bardzo mało. Na zdjęciach spędzaliśmy po szesnaście godzin dziennie; dzień zacierał się z jasną nocą. Musieliśmy maksymalnie wykorzystać ten czas. Dodatkową trudność stanowiła bariera językowa. Starsze pokolenie mieszkańców  Kvitsøy mówi tylko po norwesku. Myślę, że mam wielkie szczęście do ludzi. Pomógł nam przemiły Polak, który od lat mieszka w Stavangerze – Antoni Czajkowski.

 

Czy w filmie w pełni dokumentalnym reżyser może pozwolić sobie na wprowadzenie elementów fabularyzacji?

 

Może. W „Draugenie” jednak nie było żadnych elementów fabularyzowanych, bo ja tego nie lubię i zwyczajnie tego nie robię.

 

Dużo czasu spędziła Pani również w centrum historycznym na norweskiej wyspie. Jakie dokumenty archiwalne zostały wykorzystane w filmie?

 

Niezwykle wzruszające listy, które bohater pisał do swojej rodziny. Dzielił się w nich najpierw codziennym żołnierskim życiem, a potem – już po wyroku – oczekiwaniem na śmierć. Z archiwów norweskich dowiadujemy się jak wyglądały egzekucje. Motywem przewodnim filmu uczyniłam korespondencję pomiędzy Liv, a rodziną Wojciecha; listy te były pisane przez wiele lat po wojnie. To również bardzo mnie poruszyło.

 

Z jednej strony dramat bohatera, a z drugiej niespełniona miłość, czyli akcent dramatyczny, wzruszający, ale i pozytywny…

 

Miłość jest silniejsza niż śmierć…

 

Co oznacza tytuł filmu „Draugen”?

 

Film nosi tytuł „Draugen”, bo wydał mi się on bardzo symboliczny. Był to kryptonim tajnej operacji, którą przygotowywała mała grupa mężczyzn mieszkających na Kvitsøy. Ich działalność wywiadowcza polegała na kopiowaniu map, zaznaczaniu odpowiednich miejsc, informowaniu o rozmieszczeniu jednostek niemieckich i innych detalach dotyczących działań stacjonujących tam Niemców. Te informacje były przekazywane do Stavangeru, a potem dalej do Anglii i do Aliantów. Draugen to mityczny norweski potwór morski, którego bardzo obawiali się rybacy wypływający w morze na połów. Kto go zobaczył, wkrótce ginął. Być może nazwa ta miała być złowróżbna dla Niemców, ale – niestety – okazała się taka dla Wojciecha.

 

Akcja filmu toczy się w cieniu wojny. Na czym tak naprawdę polegała konspiracja Wojciecha-Alberta?

 

Albert-Wojciech był wartownikiem i miał prawo wchodzić do pomieszczenia sztabu. Nikt nie przypuszczał, że zaangażuje się w działalność wywiadowczą. Został osądzony jako szpieg, ale jak napisał w liście do swoich rodziców – „Ja dla Polski szpiegowałem”.

 

Jak trudne było pisanie samego scenariusza do filmu dokumentalnego na bazie materiałów archiwalnych?

 

Najważniejsza była kwestia uruchomienia wyobraźni, zebranie wszystkich elementów w całość. Nigdy nie byłam w tamtym miejscu, więc to stanowiło duże wyzwanie. Scenariusz w takim wypadku musi znacznie różnić się od gotowego filmu, bo rzeczywistość przynosi lepsze rozwiązania i podsuwa sceny, których by się nie wymyśliło. Życie zawsze działa na korzyść, jest najlepszym reżyserem. Reżyser musi być obserwatorem i jednocześnie psychologiem. Należy nie tylko „przepytywać” ludzi, ale samemu się na nich otworzyć, coś im ofiarować. Poza tym, zwracać uwagę na detale, atmosferę i jeszcze w tym wszystkim znaleźć jakąś… poezję. Nie chciałam robić filmu tylko o wojnie. Bardziej interesowała mnie samotność tego chłopaka, tęsknota za domem. Trafił przecież w miejsce, którego na pewno nawet nie mógł sobie wcześniej wyobrazić! W porównaniu ze Śląskiem krajobraz Kvitsøy miejscami wygląda jak z Księżyca! I tam właśnie Wojciech znalazł swoją pierwszą miłość. Te różne wątki i emocje starałam się przekazać.

 

Kto jest autorem ścieżki dźwiękowej w filmie?

 

To wynik drobiazgowej pracy z kolegą – Łukaszem Kozerą, który jako ilustrator muzyczny mi pomagał.   Muzyka pochodzi ze zbiorów fonoteki Telewizji Polskiej. Jednak oprócz muzyki, ogromnie ważną rolę odgrywają różnego rodzaju efekty. To one tworzą audialną przestrzeń w tym filmie. W tym miejscu moje ukłony w stronę Beaty Widuch, znakomitej montażystki TVP3 Katowice, z którą miesiącami ślęczałyśmy nad całością. Podziękowania również dla Witolda Kornasia, autora wspaniałych zdjęć, Krzysia Skrzypczaka – naszego dźwiękowca, Tomka Adamika, który nas tam bezpiecznie dowiózł oraz – least but not last – Krystyny Nowojskiej, producentki filmu. Praca z taką ekipą była dla mnie wielką radością!

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska, fot. Maciej Knapa

 


 

Dagmara Drzazga

Dziennikarka i reżyserka Telewizji Polskiej, od lat związana z katowickim oddziałem TVP. Autorka filmów dokumentalnych, reportaży, artykułów naukowych i esejów. Była jurorem międzynarodowych festiwali filmowych i telewizyjnych w Katarze, Irlandii, Danii, Bułgarii i na Słowacji, a jej filmy prezentowane były w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Armenii, Luksemburgu, Niemczech, Szkocji, we Włoszech, na Łotwie i w Izraelu. Laureatka wielu nagród, m.in. Prix Italia, Nagrody SDP im. Macieja Łukasiewicza, przyznanej za publikację na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy. Prof. Uniwersytetu Śląskiego, dr hab., wykłada w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego UŚ w Katowicach.

 

Nexta apeluje do dziennikarzy: „Nie nazywajcie Łukaszenki prezydentem”

Sciapan Puciła, współzałożyciel kanału informacyjnego Nexta, podczas dzisiejszej konferencji prasowej z udziałem rodziców Ramana Pratasiewicza, zwrócił się do dziennikarzy z całego świata z  apelem o wsparcie: „Potrzebujemy wsparcia mediów z innych krajów, mówcie więcej o Białorusi, bo sami nie damy rady przeciwstawić się rosyjskiej i białoruskiej machinie propagandowej.”

 

Puciła zwrócił uwagę, że w sierpniu zeszłego roku z wielu stron płynęły deklaracje wsparcia, jednak potem nie były realizowane. „Nie zapominajcie o Białorusi. Tam codziennie ludzie żyją w strachu” – prosił.

 

Apelował o nie nazywanie Łukaszenki prezydentem „Proszę nie nazywajcie Łukaszenki prezydentem, on nie został wybrany. To dyktator i uzurpator, który utrzymuje władzę siłą, właściwie należałoby wobec niego używać słowa terrorysta. Nie wierzcie w cokolwiek co mówi i co będzie mówił”. Puciła podkreślił, że pokrętne wyjaśnienia, wielokrotne zmienianie zdania i próby zrzucania odpowiedzialności na innych, jak w przypadku uprowadzenia Ramana Pratasiewicza, to typowe dla Łukaszenki zachowania.

 

Mieszkający w Warszawie redaktor kanału Nexta oświadczył, że w najbliższym czasie nie będzie udzielał żadnych wywiadów, gdyż chce się skupić na pracy, na pokazywaniu prawdy o Białorusi, w tym na przygotowaniu do publikacji filmu o korupcji i czarnych interesach Łukaszenki.

 

„Chcemy, żeby film o brudnych biznesach Łukaszenki, nad którym teraz pracujemy, dotarł do jak największej liczby osób oraz do rządów. Wiele zagranicznych firm w dalszym ciągu współpracuje z reżimem Łukaszenki, a to pozwala na finansowanie opresyjnych działań i torturowanie niewinnych ludzi na Białorusi.”

 

 

Dorota Zielińska

Poznaliśmy laureatów Nagród Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka

Mateusz Zajega, Adrian Burtan oraz Paulina Zywar zostali laureatami Nagród Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka. Gala konkursu, którego współorganizatorem jest  Koło Młodych Oddziału Krakowskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, odbyła się w środę.

 

Uczestnicy jubileuszowej X edycji konkursu zgłaszali prace w czterech kategoriach: Debiut Publicystyczny Roku, Inicjatywa Roku, Reportaż – po debiucie im. Pawła Migasa oraz Młodzi Twórcy Filmowi im. ks. prof. Andrzeja Baczyńskiego.

 

W kategorii Debiut Publicystyczny Roku wygrał Mateusz Zajega – za tekst „Transplantacja narządów: szansa na drugie życie” (Interia).

 

Wśród nominowanych byli także: Wirginia Wywiał – za materiał telewizyjny „Całkiem niezła historia” (TVP) oraz Aleksandra Czajkowska – za tekst „Piekło na wodzie. Jak alianci zbombardowali ocalałych więźniów obozów koncentracyjnych” (Onet)

 

Zwycięzcą kategorii Inicjatywa Roku został Adrian Burtan – za cykl „#ZaBurtąPytań” na kanale YouTube.

 

Nominowanym był również Tomasz Handkus – za kanał na YouTube „SzczeraPanda”

 

W kategorii Reportaż – po debiucie nagrodę otrzymała Paulina Zywar – za tekst „Jakby się zabiła”.

 

Wśród nominowanych byli jeszcze: Marianna Fijewska – za tekst „Śpij dobrze Krasunya” oraz Mateusz Macierakowski – za materiał radiowy „Oczami showdowna”.

 

W kategorii Młodzi Twórcy Filmowi im. ks. prof. Andrzeja Baczyńskiego postanowiono wszystkich jej uczestników wyróżnić mistrzowskimi warsztatami filmowymi.

 

NAGRODA MŁODYCH DZIENNIKARZY IM. BARTKA ZDUNKA to konkurs dziennikarski organizowany od 2011 roku. Organizatorami są Stowarzyszenie Absolwentów Dziennikarstwa UPJP2, Dziennikarskie Koło Naukowe, Koło Młodych Oddziału Krakowskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, redakcja „Gościa Niedzielnego” oraz Fundacja im. ks. prof. Andrzeja Baczyńskiego. Partnerem Konkursu jest Fundacja im. Świętej Królowej Jadwigi dla UPJP2 w Krakowie.

 

Fot. Twitter/Nagroda Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka

Kapitał bardzo zagraniczny – MIROSŁAW USIDUS o kolonialnym stosunku do polskich mediów

Mamy w Polsce ustawy, konstytucyjne organy regulacyjne i stojące na straży, mnóstwo spisanych i niespisanych zasad szczególnego traktowania mass mediów, jako czegoś innego i ważniejszego niż zwykłe przedsiębiorstwa. Tymczasem gdzieś tam, za oceanami, inżynierowie biznesu robią sobie „fuzję”, która dotyczy jednego z kluczowych elementów naszego „ładu medialnego”. I co my na to?

 

Piję do planów amerykańskiego konglomeratu AT&T, który niedawno ogłosił zamiar połączenia spółek Warner Media i Discovery. Do tej ostatniej należy m. in. telewizja TVN. Próżno jednak szukać w obcojęzycznych serwisach piszących o tej transakcji choćby wzmianki o tej, na naszym rynku jednej z najważniejszych, firmie medialnej. Dowiadujemy się jedynie, że AT&T to amerykański gigant telekomunikacyjny, który jest właścicielem m.in. HBO, TNT, CNN a także będącego przedmiotem „mergeru”, Warner Media, zaś Discovery jest właścicielem Eurosportu, TLC i Animal Planet.

 

Przeczytałem kilka informacji i analiz na temat megafuzji Warnera z Discovery w angielskojęzycznych serwisach. TVN nie jest tam w ogóle w jakikolwiek sposób, wspominana. Oznacza to, że nie ma z punktu widzenia głównych aktorów tego przedsięwzięcia, wielkiego znaczenia. Ot, jakiś tam składnik portfolio, zawarty anonimowo w padającym po markach HBO, TNT i CNN, sformułowaniu „inne”. Na naszym niewielkim rynku jednak ten grosik w „reszcie”, nazywany TVN, jest ważnym składnikiem systemu mediów elektronicznych, co rodzi jak piszę niżej, pewne konsekwencje i wnioski.

 

Funkcjonującą na polskim rynku grupę dodają do doniesień o megafuzji jedynie polskie serwisy. W tym kontekście pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, gdy usłyszałem o zamierzeniach odległych gigantów medialnych, mianowicie – dlaczego przeprowadzają tę fuzję, skoro kwestia przedłużenia koncesji dla telewizji TVN i TVN24 przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji jest jeszcze nie rozstrzygnięta – traci sens. W perspektywie ludzi, którzy chcą połączyć Warner Media z Discovery, to jakiś szczególik nie rzutujący na przedsięwzięcie, skoro TVN funkcjonuje w tym kontekście najwyżej jako składnik dopisywanego do listy zasobów woreczka „inne”.

 

Potentatom wszystko się zgadza, sumuje i daje synergie

 

Może teraz trochę o samej transakcji, bo jej kształt, sens i cel są jednak dość interesujące, zwłaszcza dla ludzi obserwujących zjawiska i przemiany rynku mediów. W wyniku połączenia Warner Media z Discovery miałby powstać medialno-streamingowy gigant o wartości rynkowej 150 miliardów dolarów. Na mocy umowy fuzji akcjonariusze AT&T mieliby dostać akcje stanowiące 71 proc. udziałów nowej spółki, a akcjonariusze Discovery będą posiadać 29 proc. Nowym gigantem kierować miałby David Zaslav, dotychczasowy prezes Discovery.

 

Porozumienie w sprawie połączenia aktywów Warner Media zawarto siedemnastego maja. Zatem informacja jest stosunkowo świeża. Oficjalne komunikaty szefów firm mówią o „umowie, która łączy dwóch liderów rozrywki” i „pozycjonuje nową firmę jako jedną z wiodących globalnych platform streamingowych typu direct-to-consumer”, czyli, mówiąc bardziej po ludzku, chodzi o stworzenie silnej i skutecznej alternatywy rynkowej dla Netflixa i Disney+ z ich teraz już setkami milionów subskrybentów globalnie. Time Warner ma bogate zasoby „kontentu”, czyli biblioteki produkcji telewizyjnych i filmowych, a Discovery ma globalny zasięg. W korporacyjnej logice sterników wielkiego medialnego biznesu w USA wszystko się tu zgadza, sumuje i „daje synergie”.

 

Wszelako plan ten nie urzeczywistni się z dnia na dzień. Przewiduje się, że transakcja zostanie zamknięta w połowie 2022 roku, pod warunkiem zatwierdzenia przez akcjonariuszy Discovery i spełnienia zwyczajowych warunków zamknięcia, w tym uzyskania zgód regulacyjnych (jak rozumiem, chodzi wyłącznie o zgody regulatorów amerykańskich).

 

Rozłożenie w czasie nie jest być może takich problemem dla inżynierów tej operacji, gdyż, przynajmniej według oficjalnych komunikatów, sukces przedsięwzięcia powiązany jest z inwestycjami w 5G i światłowodowe łącza szerokopasmowe, a te trwają i potrwają jeszcze lata.  AT&T oczekuje, że jej sieć 5G C-band obejmie 200 mln konsumentów w USA do końca 2023 roku. Z kolei do końca 2025 roku firma planuje rozszerzyć zasięg sieci światłowodowej do 30 mln klientów.

 

Polski rynek, w teorii silnie regulowany

 

No, dobrze. W wielkim świecie wielkich interesów medialnych, jedni giganci konsolidują się z innymi gigantami, aby być jeszcze bardziej gigantycznymi gigantami i skuteczniej konkurować z jeszcze innymi gigantami. Wszystko dzieje się w atmosferze globalnych wojen streamingowych i zmian jakie przechodzi rynek telewizji i post-telewizji w ostatnich latach, o czym niedawno pisałem na portalu SDP.

 

I OK, wolna wola i wolny rynek. Jest tylko jeden drobiazg. Owa wielka fuzja dotyczy w jakimś ułamku polskiego rynku, który, jeśli ktoś zapomniał, wcale nie jest taką wolną amerykanką, mamy, w obszarze rynku mediów elektronicznych, sporo regulacji, ustawy, Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, konstytucyjny organ udzielający koncesji na podstawie kryteriów sięgających takich m. in. jak dobro społeczne dla polskiego widza i kilku innych równie zgrabnych formułek ogólnych, czyli nie wyłącznie na podstawie kryteriów biznesowych.

 

Jeśli organy antymonopolowe i regulujące rynek w Stanach Zjednoczonych dadzą zielone światło tej fuzji, to ważny na polskim rynku nadawca telewizyjny będzie składnikiem zupełnie nowej firmy. W sensie programowym zapewne nie zmieni się wiele. W końcu nowa firma będzie mieć tego samego szefa, którego TVN miała dotychczas, wspomnianego Davida Zaslava.

 

Czy polskie organy, KRRiT i inne, które stoją na straży przepisów regulujących polski „ład medialny” powinny w jakiś sposób na to reagować, odnosić się czy może brać to pod uwagę w procesie przyznawania koncesji? A może odwrócę pytanie – po co w ogóle są te organy i te wszystkie górnolotne sformułowania o „kulturze”, „dobrze społecznym” itp. w ustawach? Jeśli proces koncesyjny polega na prostym akceptowaniu i zatwierdzaniu wszystkiego, cokolwiek dzieje się w odległych sterowniach biznesu medialnego w Polsce i pilnowaniu, by nadawcy nie kradli częstotliwości, to chyba nie potrzebujemy tych wszystkich pompatycznych paragrafów w ustawach i KRRiT umocowanej w Konstytucji RP.

 

Zastanawia mnie po prostu rozdźwięk pomiędzy teoretycznie silnie w Polsce regulowanym rynkiem telewizyjnym a faktycznym brakiem reakcji na roszady właścicielskie. TVN przecież nie po raz pierwszy zmienia właścicieli. I co? I naszym regulatorom jest wszystko jedno, kto jest właścicielem ważnej stacji na regulowanym rynku? Nie chcę być źle zrozumiany. Nie wzywam do blokowania czy stawiania weta megafuzji. Po prostu zastanawiam się nad sensem istnienia, zarówno regulatorów jak i regulacji.

 

Kolonia „Rzeczpospolita”

 

Doniesienia o transakcji dwóch gigantów medialnych przeprowadzanej gdzieś daleko za granicą ale żywotnie dotyczącej polskich środków masowego przekazu przypomniała mi starą historię przejmowania przez norweską Orklę większościowych udziałów w spółce wydającej „Rzeczpospolitą” od francuskiego Hersanta w 1996 roku. Przypominam, że resztę udziałów, ok. 49 proc., miał aż do 2011 roku skarb państwa.

 

Otóż zmiana właścicielska drugiego wówczas dziennika na rynku prasowym w Polsce również przeprowadzana była daleko poza granicami Polski. 22 maja 1996 r. francuska spółka Socpresse (firma-matka Presse Participations Europeennes-PPE) i norweska spółka Orkla Media Newspapers zawarły umowę transakcji, w wyniku której Orkla Media kupiła akcje utworzonej wcześniej w tym celu Presspublica Holding Norway z siedzibą w Oslo, w wyniku transakcji – właściciela 51 proc. udziałów spółki Presspublica.

 

Według skarbówki, która pod koniec 2001 r. zażądała od Norwegów opłaty skarbowej, wraz z odsetkami, za tę transakcję, w umowie określono procedurę postępowania mającą doprowadzić do objęcia przez Orklę pełnej kontroli nad tymi spółkami. Przewidywała ona m.in. utworzenie przez stronę francuską spółki Presspublica Holding Norway. Po podwyższeniu jej kapitału, jej jedyny akcjonariusz, francuska spółka Presse Participations Europeennes-PPE miała pokryć objęte akcje udziałami polskich spółek. Ostatnim punktem procedury była sprzedaż przez PPE na rzecz Orkli Media 100 proc. akcji Presspublica Holding Norway.

 

Mamy więc również przykład inżynierii finansowej przeprowadzanej wprawdzie na znacznie mniejszą skalę niż megafuzja, od której zaczęliśmy, ale również poza granicami Polski. Trudno oprzeć się wrażeniu, że operacja ta miała na celu głównie uniknięcie ok. 2,5 miliona opłaty skarbowej w Polsce, choć może przyczyny przeprowadzenia tej transakcji w ten właśnie sposób były także inne. Jak może niektórzy pamiętają, wokół tej sprawy, żądania uiszczenia opłaty skarbowej i innych operacji Norwegów rozpętała się wielka awantura. Trwający długie lata konflikt udziałowców, nie tylko zresztą o opłatę skarbową, która w 2001 zdążyła, według skarbówki, urosnąć do 8,5 miliona złotych, zniszczył „Rzeczpospolitą”, paraliżując jej funkcjonowanie jako biznesu i torpedując wszelkie projekty rozwojowe.

 

Ostatecznie Norwegowie owej opłaty nie musieli zapłacić, ale nie dlatego, że uznano ją za nienależną. Po prostu sprawa przedawniła się. Był rok 2002 i „Rzepa” była już w zupełnie innej sytuacji. Rozkręcała się era cyfrowa a sparaliżowana nieustannymi walkami we władzach wydawnictwa Presspublica straciła kilka lat, podczas których… cóż mógłbym wymienić długą listę straconych wtedy szans i okazji biznesowych. Były to dla rynku polskich mediów lata kluczowe. Przedsięwzięcia i inwestycje wówczas podejmowane decydowały na lata o tym, kto się liczy, a kogo nie ma lub prawie nie ma w biznesie. W firmie wydającej „Rz” nie było żadnych decyzji, tylko sprawdzanie, by przypadkiem nie podpisać czegoś, co podpisał „ten pan, którego nie lubimy”.

 

Swoją karierę dziennikarską w latach 90-tych XX wieku zaczynałem w „Rzepie” od opisywania rynku mediów, zwłaszcza prasowego. Sporo się wówczas działo, było wiele zmian własnościowych. Na polski rynek wchodził zagraniczny kapitał. Przejmował gazety w atmosferze akceptacji ze strony liberałów. Pamiętam jakie krążyły w kręgach medialnych opinie. Obcy kapitał miał nieść „know-how”, „standardy”, no i w końcu pieniądze na  niezbędne inwestycje. Niemiecki kapitał był początkowo źle odbierany. Takich zastrzeżeń nie budzili np. inwestorzy francuscy, którzy kupili udziały nie tylko w Presspublice, ale w szeregu gazet lokalnych. Francuski Hersant sprzedał swoje gazety lokalne potem niemieckiemu Passauer Neue Presse a „Rz”, o czym była mowa – Norwegom, którzy nabyli też część tytułów lokalnych a te po latach i tak trafiły do Passauera, czyli Polska Press.

 

Ponieważ zawsze unikałem pracy w mediach niemieckich (choć miałem propozycje) na temat biznesowych poczynań niemieckiego koncernu mam mniejsze pojęcie. Mogę za to ocenić „know how” i biznesowe dokonania Norwegów z Orkli w okresie od 1996 do 2011 roku, w którym firma Grzegorza Hajdarowicza objęła wszystkie udziały w wydawnictwie. Po drodze, w 2007 roku, spółkę przejął Mecom, fundusz z Wielkiej Brytanii, ale nie jestem pewien, czy powinienem traktować to jako coś odrębnego, zwłaszcza, że Orkla w pewnym momencie, by umożliwić Mecomowi kupno jej biznesu medialnego, na który nie miał dość pieniędzy, sama zaczęła wykupywać udziały w brytyjskim funduszu – w samej Norwegii nazywano tę transakcję „fikcją”.

 

Przejdźmy jednak do bilansu tego dzielnego kapitału zagranicznego, który w tak przychylnej w latach 90-tych atmosferze, wchodził na nasz rynek prasowy.

 

Gremi Hajdarowicza kupiło Presspublikę i PW Rzeczpospolita (spółka skarbu państwa, właścicielka wspominanych wcześniej 49 proc. akcji). Według informacji publikowanych w mediach, za część niepaństwową zapłacił Mecomowi ok. 80 mln (i  ok. 60 mln za PW). Według z kolei informacji, które znalazłem w archiwaliach „Rzeczpospolitej” za część nie należącą do skarbu państwa Norwegowie zapłacili Francuzom w 1996 roku, w tej kontrowersyjnej, opisywanej wyżej, transakcji – 235 mln franków francuskich. To według ówczesnego kursu było trochę ponad 120 mln złotych. Zatem wartość niepaństwowej części spółki wydającej „Rz” od 1996 do 2011 r. spadła. W rzeczywistości spadła o wiele bardziej niż się na pierwszy rzut oka wydaje, bo po uwzględnieniu inflacji owe 120 mln z 1996 r. przekracza kwotę 200 mln w 2011. O tym, że Presspublica po drodze kupiła to i owo, np. „Parkiet” już nie wspominam.

 

Oto miara biznesowego i menedżerskiego „geniuszu” zarządzających Presspubliką w tym okresie. Oto bilans dokonań kapitału zagranicznego w mojej dawnej firmie. Skarlała gazeta i spółka warta mniej więcej połowę mniej po piętnastu latach.

 

Ogólny spadek wartości firmy to jedna rzecz. Inna to kwestia, czy w jakikolwiek  sposób to „kosztowało” zagranicznego inwestora. Wątpię. Firma przez te wszystkie lata przynosiła zyski, choć one z roku na rok się kurczyły. A z zysków udziałowcy korzystali. Jeszcze z tego co pamiętam w 2010 roku, tuż przed przejęciem przez Gremi, firma wykazała roczny wynik dodatni. Nie mam dokładnych informacji, ile wynosiły coroczne przelewy do norweskich udziałowców i jakie dokładnie mechanizmy tym rządziły. Kieruję się tu raczej pewnym logicznym rozumowaniem. Gdyby inwestycja nie przynosiła dywidend, to norwescy udziałowcy szybko podjęliby działania zapobiegające dalszym stratom. Tymczasem podjęli zdecydowane działania dopiero w połowie ubiegłej dekady. A jak bardzo Orkla była zdeterminowana by pozbyć się już medialnego biznesu, świadczą wspomniane wyżej manewry finansowe, by pomóc Mecomowi, któremu zabrakło środków na ich zakup.

 

Czyli bilans inwestycji zagranicznej w moją byłą firmę rysuje się tak: kapitał zagraniczny eksploatował firmę dopóki przynosiła zyski i pozbył się jej, gdy dochody zaczęły silnie spadać, nie dokonując po drodze żadnych rozwojowych inwestycji, nie zwracając uwagi na cyfrową rewolucję, pogrążając się i nie wykazując ochoty wyjścia z wyniszczającego wewnętrznego konfliktu z polskim udziałowcem, walnie się ostatecznie przyczyniając do drastycznego spadku wartości spółki, co znalazło wyraz w cenie jej sprzedaży prywatnej firmie w 2011 r.

 

Zdaję sobie sprawę, że mówienie o kolonialnym stosunku państw zachodnich do Polski jest ostatnio modne i terminologia ta jest nadużywana. Jednak im więcej wgryzam się w szczegóły historii „Rzeczpospolitej” tym bardziej mi się ona kojarzy z prowincją Katanga w Kongo, symbolu rabunkowego kolonializmu.

 

Los TVN-u i TVN24 nie obchodzi mnie tak bardzo jak „Rzepa”. Jeśli jednak ktoś tam jakoś wiąże swoje sentymenty z tą firmą, to niech pamięta, że w języku globalnych fuzji, jego uczucia znajdują się w anonimowej dla zagranicznego kapitału pozycji „inne”.

 

Mirosław Usidus

Bezdyskusyjna wartość raportu – komentarz JAROSŁAWA WARZECHY

Nie będę się rozwodził nad skądinąd podłym z aksjologicznego punktu widzenia apelem Deutsche Journalisten-Verband  (Niemieckiego Związku Dziennikarzy) do Komisji Europejskiej (który ukazał się kilka miesięcy temu, zaraz po ujawnieniu informacji o zamiarze przejęcia wydawnictwa Polska Press przez PKN Orlen), zważywszy na histerię Niemców, gdy zagraniczny właściciel próbował przejąć jakąś niemiecką gazetę. Nudne stało się już mówienie o niemieckiej mentalności kolonialnej, obłudzie, która zbrodnie Niemieckiego Narodu gładko zwekslowała na zbrodnie jakiegoś kosmicznego nazizmu, choć w szczytowym momencie powodzenia NSDAP jej członkami w 70 milionowych Niemczech było około 8 milionów Niemców. W tym kobiety i weterani I wojny światowej zwolnieni już ze służby wojskowej. Pewien historyk powiedział przed laty, że gdyby w 1939 była wojna polsko–nazistowska, to byłby to, co najwyżej, incydent graniczny. Wojnę prowadził i zbrodnie popełniał Naród Niemiecki, który w demokratycznych wyborach wybrał nazistów do kierowania państwem. Nie czas też by przypominać o niemieckiej zbrodni na 3 milionach etnicznych Polaków, bo zwykle o tym się zapomina, że w zagładzie nie tylko zginęli europejscy Żydzi.

 

Zapominanie to swoista specialite de la maison współczesnych Niemców. To swoisty fenomen tego pięknego kraju. Zapomnieliśmy, kim byli nasi ojcowie, dziadkowie, wujowie. Nie pamiętamy. I o tym fenomenie warto pamiętać w kontekście apelu DJV (Niemieckiego Związku Dziennikarzy), które o ile mnie pamięć nie myli, zapomniało protestować, gdy Prezes Zarządu Ringier Axel Springer Media AG  Mark Dekan instruował pośrednio, a potem już nawet bezpośrednio, co i jak mają pisać polscy dziennikarze u siebie w kraju.

 

O ile wiem, DJV nie protestuje też, że Niemcy nigdy nie rozliczyli się ze swojej zbrodniczej przeszłości. Sędziowie z czasów nazizmu dalej po wojnie sądzili, funkcjonariusze Gestapo dalej pracowali w policji, nauczyciele nazistowscy dalej uczyli i tak dalej, i tak dalej.

 

Odbyły się pokazówki i wszystko. DJV ma przed sobą olbrzymie zadania do wykonania. W imię prawdy. W imię uzdrowienia ciągle chorych na pogardę, wobec cierpiących na manię wyższości. Tej, która już raz objawiła się w strasznej formie.

 

Co do raportu „Kuriera Wnet” i CMWP SDP… Sytuacje w nim opisane były codziennością i w gazetach łódzkich, i poznańskich, i katowickich, i gdańskich. Z dziennikarzami z tych miast w przeszłości rozmawiałem. Mogę domniemywać, że gdzie indziej podobnie. Na czym polega wartość raportu?

 

Po pierwsze to, o czym dziennikarze mówili po cichu – zostało powiedziane głośno. Wartość raportu bezdyskusyjna. Ci, którzy się otworzyli mówią rzeczy wstrząsające. Pogarda, łamanie charakterów, niszczenie tych, co chcieli jakoś ocalić godność. Co wam to przypomina panie i panowie z DJV? A może nie przypomina, bo w Volkischer Beobachter wszyscy się z poglądami wzajemnie zgadzali? Co złego mogło być w poglądach „Ludowego Obserwatora”?

 

Być może to zbyt bezpośrednie porównanie do metod stosowanych w koncernie Passauer. A jednak coś w tym jest. I zważywszy na opisaną wyżej niemiecką zdolność zapominania trudno się tej myśli ustrzec.

 

Po drugie, jedynie ludzie złej woli mogą utyskiwać, że raport dotyczy tylko siedemdziesięciu kilku osób. Gdyby to, co zostało w raporcie opisane dotyczyło dziesięciu, choćby tylko pięciu osób, taki raport powinien się ukazać i zostać poddany publicznemu osądowi.

 

Czy znajda się tacy, którzy będą przed tym, co wreszcie powiedziane zostało głośno i jednoznacznie protestować? Znajdą się. Dlaczego się znajdą? Oni już wiedzą, dlaczego.

 

Apel Niemieckiego Stowarzyszenia Dziennikarzy ukazał się kilka miesięcy temu. Domniemywam, że w DJV członkami są tylko ci, których dziadziusiowie w czasach niemieckiej buty i zbrodni służyli jedynie w taborach. Dlatego zapewne postanowili zwrócić uwagę Komisji Europejskiej na polską niepraworządność. Bo wykluczam inną możliwość. Po prostu nie daje się pogodzić z zasadami elementarnej przyzwoitości.

 

Jarosław Warzecha

 

O raporcie „Kuriera Wnet” i CMWP SDP można przeczytać TUTAJ.

 

W niewoli dogmatu – JERZY KŁOSIŃSKI o raporcie „Kuriera Wnet” i CMWP SDP

Dopiero co ogłoszony raport o warunkach pracy dziennikarzy w Polska Press Grupa za czasów niemieckiego właściciela musi być przykry dla obrońców rzekomej niezależności dziennikarskiej spod znaku Verlagsgruppe Passau.

 

Jak wynika z raportu, zamiast niezależności mieliśmy zwyczajny dyktat pod względem dopuszczalnych treści, a przede wszystkim dochodziło do obniżania podstawowych standardów pracy i płacy. Zachodni wydawca okazał się doskonały wyzyskiwaczem zespołów dziennikarskich gazet regionalnych skupionych w tej spółce. Ta polityka doprowadziła do znaczącego spadku ich poczytności, a widmo braku zysków spowodowało w końcu sprzedaż spółki.

 

Mocno musiał być niemiecki wydawca zdeterminowany, jeśli sprzedał ją polskiemu potentatowi paliwowemu pod kontrolą skarbu państwa „nacjonalistycznego rządu”, jak to ma w zwyczaju prasa zachodnia określać PiS. I chyba też wkalkulowywał w tę operację fakt, że z tego powodu podniesie się wielkie larum. Szybko to się sprawdziło, bo nawet Niemiecki Związek Dziennikarzy „zaniepokoił się” tą sprawą, nie mówiąc o opozycji w Polsce i różnych publicystycznych mądralach.

 

Co wynika z raportu, można przeczytać na naszym portalu. A autorzy raportu, czyli „Kurier Wnet” i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zadbali o to, aby ankieta, na którą odpowiadali dziennikarze pracujący w Polska Press, była przygotowana w oparciu o analogiczne kryteria, jakimi posługują się w swoich corocznych raportach Reporterzy bez Granic. Autorzy raportu podkreślają coś bardzo istotnego: „w naszej ocenie wartość zaprezentowanego materiału jest niepodważalna. Po raz pierwszy bowiem udało się zebrać w formie opracowania o charakterze materiału źródłowego ulotne i niedostrzegane często opinie i doświadczenia dziennikarzy pracujących dla jednego pracodawcy, jakim był niemiecki wydawca z Pasawy„.

 

To, że koordynatorzy badania zebrali aż 78 ankiet jest znaczącą próbką. Ale nie łudźmy się, dla zwolenników zarządzania mediami w Polsce przez zagraniczne, szczególnie niemieckie koncerny, żadna próba, nawet największa, nie spowoduje zmiany ich stanowiska. Mamy do czynienia z pewnym politycznym dogmatem, że najlepiej jest, gdy o naszym myśleniu i poglądach decydują ci na zachód od Odry. Dlatego, aby przełamać ten polityczny dogmat, nowy właściciel mediów skupionych w Polska Press, ma przed sobą zadanie niepowtarzalne. I chciałbym bardzo, aby stanął na wysokości tego przełomowego zadania.

 

Jerzy Kłosiński

 

O raporcie „Kuriera Wnet” i CMWP SDP można przeczytać TUTAJ.