POD PATRONATEM SDP. Mistrzostwa Polski Dziennikarzy w Lekkiej Atletyce

Już po raz czwarty przedstawiciele mediów spotkają się na stadionie lekkoatletycznym, żeby rywalizować w swoim letnim branżowym czempionacie. Zawody odbędą się 26-27 czerwca w Olsztynie. Patronat nad wydarzeniem objęło Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.

 

4.Mistrzostwa Polski Dziennikarzy w Lekkiej Atletyce odbędą się na stadionie Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego i będą towarzyszyły 31. Mistrzostwom Polski w Lekkiej Atletyce Masters, czyli lekkoatletycznych weteranów, a także dziesiątej edycji mistrzostw kraju lekarzy. W czempionacie żurnalistów mogą wziąć udział wszystkie osoby z obywatelstwem polskim zawodowo pracujące w mediach o zasięgu lokalnym, regionalnym, ogólnopolskim lub międzynarodowym przy tworzeniu materiałów informacyjnych i publicystycznych (dziennikarze, redaktorzy, prezenterzy radiowi i telewizyjni, publicyści, felietoniści, wydawcy, pracownicy redakcji programowych, blogerzy, autorzy vlogów, administratorzy portali i wortali internetowych, fotoreporterzy, operatorzy kamer, realizatorzy dźwięku i obrazu), a także pracownicy agencji prasowych, radiowych i telewizyjnych, członkowie stowarzyszeń i związków dziennikarskich oraz rzecznicy prasowi instytucji, związków i klubów sportowych. Ponadto prawo startu mają też osoby nie pracujące etatowo w mediach – współpracownicy redakcji oraz tzw. freelancerzy, wykonujący zlecenia na rzecz różnych podmiotów medialnych, którzy na prośbę organizatora będą w stanie w trakcie procesu rejestracji wykazać stałe związki z branżą (możliwość udokumentowania autorstwa przynajmniej jednej publikacji na miesiąc w skali ostatniego roku). Do udziału w zmaganiach zgłosić się mogą również emerytowani dziennikarze, o ile będą w stanie udokumentować fakt pracy w zawodzie lub będą mogli przedstawić dokument potwierdzający ich przynależność do stowarzyszenia lub związku zrzeszającego dziennikarzy.

 

Rywalizacja odbędzie się w 24 typowych konkurencjach lekkoatletycznych. Będą to biegi na dystansach od 100 do 10 000 metrów, skoki, rzuty i biegi płotkarskie.

 

W pierwszej edycji mistrzostw, która odbyła się przed trzema laty w Toruniu wzięło udział zaledwie 11 żurnalistów, w 2019 roku w Białymstoku było ich 21, przed rokiem w Lublinie – 27. Do tego przedstawiciele mediów dwukrotnie, w 2020 i 2021 roku, rywalizowali zimą w hali. W obu tych przypadkach do walki stanęło aż trzydziestu dziennikarzy i dziennikarek. Organizatorzy nie ukrywają, że na dobrą frekwencję liczą też w Olsztynie.

 

– Chcielibyśmy utrzymać tę wzrostową tendencję – podkreśla Tomasz Niejadlik, działacz i rzecznik prasowy Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Masters i jednocześnie dyrektor mistrzostw dziennikarzy. – Frekwencji powinny sprzyjać czas i miejsce, w którym się spotykamy. Liczymy, że otoczenie pięknych warmińskich jezior zachęci sporo osób do przyjazdu. To doskonała okazja choćby do weekendowego lub nawet urlopowego wyjazdu z rodziną. Do udziału w czempionacie szczególnie mocno zachęcamy panie, gdyż startujących dziennikarek na razie jest zdecydowanie zbyt mało.

 

Z racji na mocno zróżnicowany wiek uczestników mistrzostw i dużą ilość konkurencji rywalizacja w każdej z nich będzie odbywała się w kategorii open, czyli bez podziału na wiek. Wartość wyników uzyskanych przez starszych dziennikarzy będzie przeliczana na wyniki seniorskie w oparciu o specjalne tabele opracowane przez Polski Związek Lekkiej Atletyki Masters, na potrzeby oceniania wyników uzyskiwanych przez sportowych weteranów. Każdy zawodnik lub zawodniczka może wystartować w maksymalnie sześciu konkurencjach.

 

Czempionatowi w Olsztynie będzie towarzyszyło spotkanie integracyjne ludzi z branży mediów. Ponadto na miejscu mają zostać dopełnione kolejne formalności prowadzące do powstania Klubu Sportu Dziennikarzy Polskich, czyli stowarzyszenia zrzeszającego aktywnych fizycznie żurnalistów. Podczas drugich halowych mistrzostw kraju, które odbyły się w marcu tego roku w Arenie Toruń, zawiązała się grupa inicjatywna, której celem jest doprowadzenie do powstania takiej struktury.

 

Organizatorem zawodów jest Polski Związek Lekkiej Atletyki Masters (PZLAM) przy współpracy z Organizacją Środowiskową AZS Województwa Warmińsko-Mazurskiego, Międzynarodowym Instytutem Rozwoju Społecznego, Magazynem „Głos Seniora” i Komitetem Założycielskim Stowarzyszenia Klub Sportu Dziennikarzy Polskich.

 

Regulamin mistrzostw TUTAJ.

 

Karta zgłoszenia TUTAJ.

 

Zmory, babole i mistrzowie – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o polszczyźnie dziennikarzy

Właściciele mediów oszczędzając na wszystkim, doszli do wniosku, że skoro klawiatura ma klawisz F7, to korektor nie jest nikomu do szczęścia potrzebny. Skutki widać gołym okiem.

 

Stare i nowe zmory

 

Filozof i dokumentalista Didier Eribon podczas wywiadu zapytał filologa Gerege’sa Dumezila o to, co dostrzega, gdy trzyma w dłoniach swoją nową książkę. Ten odpowiedział bez wahania: „błędy w druku[1]. Już ludzie średniowiecza byli przekonani, że na świecie wyjątkowo aktywny jest demon o imieniu Titivillus. Porywał on kopistom litery i w skórzanym worze zanosił do piekła. Dziś, w dobie edytorów tekstów, za literówki odpowiada jednak nie diabeł, a optymalizacja kosztów funkcjonowania redakcji. Ta sama zmora, która przerzedziła bardziej od zarazy szeregi dziennikarzy śledczych, uznała, że fotoreportera zastąpi telefon, a redakcja to koszt, a nie miejsce kreatywnej wymiany myśli i twórczego fermentu. Właściciele oszczędzając na wszystkim, doszli do wniosku, że skoro klawiatura ma klawisz F7, to korektor nie jest nikomu do szczęścia potrzebny. Skutki widać gołym okiem. W latach 2012 – 2020 wypełniały one wirtualne łamy strony: „Cała Polska czyta dziennikarzom[2].

 

Do starych zmor technologia dodał nowe. Łacińska maksyma: „verba volant, scripta manent” (słowa ulatują, pismo pozostaje), straciła moc w momencie, w którym zaczęliśmy zapisywać programy nadawane na żywo, żeby móc je później odtworzyć. Po mundialu 1986 r. nieistniejące od dawna „Razem” pół strony poświęciło błędom komentatorów. Dowiedzieliśmy się np., że po jednej stronie murawy stali „Brazylianie”, a po drugiej „Francuzczycy”. Potknięcia z Euro 2020, rozgrywanego w 2021 r., bez wątpienia będziemy sobie mogli odtworzyć w systemach VOD.

 

Język jest systemem znaków i nośnikiem kultury. Media odgrywają w jego rozwoju, a czasem podtrzymywaniu istotną rolę. Jakby wbrew rankingowi czytelnictwa, z którego wynika, że w 2020 roku tylko 42% Polaków przeczytało przynajmniej fragment książki, czytamy dziś więcej niż kiedykolwiek[3]. Inna sprawa, jaka jest jakość tych krótkich komunikatów w mediach społecznościowych, czy prywatnej korespondencji online. Przekleństwa pojawiły się nawet w reklamie, co jeszcze parę lat temu było nie do pomyślenia. Stand-up bez wulgaryzmów chyba w ogóle nie istnieje. Krótkie notki dziennikarskie powinny w tym wypadku być ostoją gramatyki, ortografii i stylu. O tym, w jakiej kondycji jest dziennikarska polszczyzna rozmawiamy z ekspertkami.

 

Ochrona języka a wpływ mediów społecznościowych

 

Magazyn „Cała Polska czyta dziennikarzom” określił swoją misję w następujący sposób: „wyłapujemy babole. Wszelakie – dziennikarskie, redakcyjne, graficzne – zewsząd związane z mediami”. Strona działała aktywnie w latach 2012-2020, obserwowało ją prawie sto tysięcy osób, którzy niestrudzenie dostarczali nowych treści. Czy z polszczyzną w mediach jest aż tak źle?

 

Wszyscy zdajemy sobie sprawę ze zmian, jakie w procesie komunikacji wprowadziły media elektroniczne. – odpowiada profesorka Marzena MarczewskaŻyjemy w wielkim pośpiechu, wszyscy się śpieszymy. Dziennikarze zaś bardziej niż inni ścigają się z czasem, muszą przecież podzielić się informacją najszybciej, jak tylko potrafią. Wyobraźmy sobie, jak błyskawicznie muszą pracować, by ciągle zaskakiwać odbiorców nowymi wiadomościami. Informacje są natychmiast publikowane online. Nikt nie zastanawia się nad pięknem słowa, najważniejsze jest, by zdążyć z podaniem informacji przed innymi. Przekaz musi być ekspresowy i w miarę prosty, stąd niebezpieczeństwo popełnienia błędów, niedbalstwo, niechlujstwo. Pojawiają się więc błędy różnego typu, w tym błędy ortograficzne i interpunkcyjne. Musimy również pamiętać, że w czasie ekspansji nowych mediów każdy może być dziennikarzem. Jakość polszczyzny publicznej również budzi coraz większe zastrzeżenia. Raport  na temat najczęściej popełnianych błędów w Internecie (przygotowany  przez serwis Polszczyzna.pl i stronę Poprawna polszczyzna) pokazał, że kopalnią błędów jest Facebook (aż 40,2% błędów), najmniej błędów odnotowano w newsach dziennikarskich (3,1%). Co z jednej strony sprawia, że warto zastanowić się nad silnym wpływem mediów społecznościowych na polszczyznę, z drugiej zaś – należy przyznać, że osoby publikujące w sieci mają jednak świadomość wagi poprawnego języka.

 

W czasach PRL Walery Pisarek wydał „Słownik języka niby-polskiego, czyli błędy językowe w prasie”[4]. Różne uchybienia w dziennikarskim rzemiośle nie są więc niczym nowym. Pisarek we wstępie zauważył, że to dzięki redakcjom w całym kraju posługujemy się tym samym językiem. Norman Davies w autobiografii „Sam o sobie” stwierdził, że w Wielkiej Brytanii przez długie lata dopuszczalny był na krajowych antenach tylko jeden akcent, co w jego ocenie mocno ograniczało kulturową różnorodność[5]. Czy dużo straciliśmy z bogactwa przedwojennej polszczyzny?

 

Język żyje i ciągle się rozwija – zauważa prof. Marzena Marczewska. – Zmienia się świat, zmieniają się warunki naszego życia, zmienia się także język. Można powiedzieć, że język jest czułym (bo uważnym) świadkiem tego, co się dzieje wokół nas. Dlatego obca jest mi perspektywa „utraty czegoś”, zakładania, że „straciliśmy jakieś bogactwo”. Nie lubię mówienia o tym, że coś (kiedyś) było lepsze lub gorsze. Było inne. Profesor Jerzy Bartmiński mówił, że są dwie postawy językoznawców wobec języka – jedni są jak ogrodnicy, którzy chcą wszystko kontrolować, a drudzy – jak botanicy – po prostu lubią obserwować rośliny w ogrodzie. I ta właśnie obserwacja jest fascynująca.

 

Język znakomicie oddaje naszą rzeczywistość. Obserwujemy skutki otwarcia się na świat po 1989 roku: wolność, napływ słownictwa anglo-amerykańskiego, wielość nadawców medialnych, agresja w języku publicznym, coraz mniejsza wrażliwość na słowo. Wolność wypowiedzi wiąże się również z  przyzwoleniem na większą swobodę, zwłaszcza w sieci: stąd więcej wulgaryzmów, kłamstw, obrażania innych. Mowie nienawiści, pogardy sprzyja także pozorna anonimowość, brak bezpośredniego kontaktu z odbiorcą i poczucie bezkarności. Ostatnio coraz częściej zastanawiamy się nad sensem odbieranych informacji, zalewani jesteśmy kłamstwami, fejkami. Stajemy się bezbronni wobec wszechobecnej manipulacji. I często nie uświadamiamy sobie potęgi języka. A to język kształtuje naszą świadomość, jest znakomitym kluczem do naszych umysłów. Chciałabym zwrócić uwagę na kampanię społeczną zainicjowaną przez Radę Języka Polskiego przy Prezydium PAN „Ty mówisz – ja czuję. Dobre słowo – lepszy świat”, która ma ludziom uświadomić, że nasz świat naprawdę zależy od używanych przez nas słów.

 

– Tak zwana optymalizacja kosztów funkcjonowania redakcji dotknęła działy językowe i korektę. Systemy komputerowe nie są doskonałe. Potrafią też płatać figle. Nie tylko zresztą te wynikające z autokorekty, ale również liczby widocznych znaków w poszczególnych polach. Na przykład w jednym z dzienników regionalnych pojawił się komunikat o spotkaniu dyplomatki ze studentami. Tytuł, widoczny na stronie głównej brzmiał: „Ambasador opowiedziała o stosunkach (…)”. Dopiero po kliknięciu rozwija się cały: „Ambasador opowiedziała o stosunkach międzynarodowych”. Co można poradzić dziennikarzom, którzy zostali osamotnieni przy klawiaturach?

 

Mamy wiele dobrych słowników, także internetowych. – podpowiada prof. Marczewska. – Można z nich korzystać, gdy pojawiają się wątpliwości. Przy wielu polonistykach funkcjonują także poradnie internetowe, tam też znajdziemy szybką pomoc. Zawsze też trzeba myśleć o tym, co się pisze. I szanować odbiorcę. Często autorzy stosują różne zabiegi, by przyciągnąć uwagę czytelnika, a więc niektóre sformułowania, mimo że wydają nam się błędne, mogą być używane świadomie. Powinniśmy jednak zawsze przykładać wagę poprawności i jasności przekazu. Zwłaszcza teraz, w czasie gdy zalewają nas alternatywne fakty i postprawda.

 

Warto też przypomnieć, że polszczyzna podlega ochronie prawnej, a „do ochrony języka polskiego są obowiązane wszystkie organy władzy publicznej, wszystkie instytucje i organizacje uczestniczące w życiu publicznym”. Rada Języka Polskiego co dwa lata składa sprawozdania ze stanu ochrony języka polskiego (ostatnie sprawozdanie było poświęcone językowi informacji politycznej, a obserwacji poddano paski pojawiające się w „Wiadomościach”). Dlaczego to tak ważne? Ochrona polega na „dbaniu o poprawne używanie języka i doskonaleniu sprawności językowej jego użytkowników oraz na stwarzaniu warunków do właściwego rozwoju języka jako narzędzia międzyludzkiej komunikacji”. Dbając więc o jakość języka, którym się posługujemy, dbamy o dobrą komunikację z innymi ludźmi, a więc i o swoje dobre samopoczucie, o właściwe funkcjonowanie we wspólnocie językowej, o tożsamość. Wszyscy przecież mieszkamy w języku.

 

Rola młodomowy

 

W 2013 roku w „Zeszytach Prasoznawczych” ukazał się artykuł Anny Wileczek, zatytułowany: „Medialność młodomowy”[6]. Pytam panią profesor, czy nastąpiła na tym polu jakaś zmiana, czy też język, jakim posługują się młodzi ludzie, wciąż jest atrakcyjnym źródłem nowych zwrotów dla dziennikarzy? A jeśli: tak, to dlaczego tak się dzieje?

 

W rzeczy samej mowa nastolatków jest przedmiotem licznych stylizacji także dziennikarskich. Jest to ciągle aktualny trend, zwłaszcza że nastąpiła  znaczne specjalizacja tzw. stylu dziennikarsko-publicystycznego. Raz, że młodomowa jest ciągle przedmiotem zainteresowania dziennikarzy (kilka tysięcy enuncjacji medialnych po kolejnym plebiscycie Młodzieżowe Słowo Roku, zob. tez magazyn Słówka w „Gazecie Wyborczej”, gdzie „zatrudniono” nativa (piętnastolatkę!). Moda ta wiąże się z traktowaniem mowy młodych jako „rezerwuaru” świeżych form (kreatywność językowa, konkret, potoczność, emocjonalność, zaangażowanie), ale też aktywizacji idei, które wiążą się z młodością i jej prawami: autentycznością, spontanicznością, luzem, nonszalancją… Kolejna rzecz to kwestia funkcjonowania w „Kulturze beki” -współczesnego permanentnego karnawału. Tu „powaga” jest passe, a wartość ma to co lekkie, śmieszne, trywialne, ironiczne lub sarkastyczne… – objaśnia prof. Wileczek.

 

Zgubne wpływy

 

Nie tylko młodomowa oddziałuje na polszczyznę dziennikarzy. Zgubny wpływ wywierają żargony, np. urzędniczy lub reklamy. Przykładem może być zwrot: „nabór wniosków”. Równie dobrze można by pisać o „zaciągu wniosków”. Słowo nabór, dotyczy tylko ludzi. Ciekawostką języka administracji jest też to, że za głównego czytelnika nie traktuje się w korespondencji adresata, lecz organ odwoławczy… Za sprawą reklamy słowo „posiadać” stało się omalże synonimem: mieć. Czy nasze samochody „posiadają klimatyzację”? Mało prawdopodobne, chyba, że postęp zapewnił już światu mechanicznych posiadaczy.

 

Literówki, presja, brak korekty… Na szczęście dziennikarze mają też poczucie humoru i dystans do siebie. Bohdan Gumowski w książce „Subtelność brzemienia” zamieścił rozdział, zatytułowany cytatem z Gogola: „Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie?”. Wyczytać w nim można, m.in. że: „trwają walki w dekolcie Mekongu[7]. Ciekawych materiałów dostarcza też poradnik językowy Polskiego Radia „Od słowa do słowa”. W 2013 w rubryce humor z anteny, pojawił się wątek piłkarski: „gol po akcji, którą można oglądać wielokrotnie i wielokrotnie palce lizać”. W 2015 wzrost cen podsumowano zaś słowami: „spożywka odbiła”[8]. Dziennikarze sprawdzają się jednak w roli obrońców języka. O to, jak radzą sobie w programie Mistrz Mowy Polskiej[9] pytamy koordynującą działania w Kielcach Marzenę Sobalę.

 

Kieleckie Centrum Kultury i Prezydent Miasta Kielce są honorowymi gospodarzami tegorocznej XXI Gali Mistrzów Mowy Polskiej. Przywilejem organizatorów, jest możliwość nominowania do tytułu Mistrza Mowy Polskiej mieszkańców z województwa świętokrzyskiego. Wśród 14 osób zakwalifikowanych do Programu, było czterech dziennikarzy radiowych i dwie dziennikarki, obecnie pracujące w innych zawodach. Wszyscy wypadli doskonale. Wykazali się nie tylko poprawnością językową, ale szacunkiem do słowa, umiejętnym wykorzystywaniem go do przekazania treści. W swoich pięciominutowych prezentacjach pokazywali bogactwo języka polskiego stosując zamiennie słowa opisujące sytuacje o których mówili. Posługiwali się językiem z pasją, z poszanowaniem reguł gramatycznych, świadomi że język rozwija się ciągle, wraz z nowymi technologiami, nowymi sposobami komunikowania.

 

– Jakie wątki poruszyli w swoich wystąpieniach?

 

Magdalena Fudala w swojej prezentacji omawiała formanty feminatywne, potocznie zwane żeńskimi końcówkami podkreślając, że swobodnie i bez przymusu powinniśmy zacząć ich używać. Logicznie i ze swadą podawała przykłady zdarzających się nierzadko nieporozumień, wynikających z uporczywego stosowania form męskich  przypadkach, gdy istnieją ich żeńskie odmiany. W sposób zabawny, choć poważny podeszła do tematu relacji między płcią a językiem.

 

Krzysztof Irski , wskazywał na niedbałość językową współczesnego dziennikarstwa, traktując swoje wystąpienie częściowo jako apel do dziennikarzy, nie dbających już o formę, rozmazujących  przekazywane treści i stosujących  język naszpikowany błędami, skrótami i naleciałościami. Usłyszeć na antenie, czy przeczytać w gazecie : w „cudzysłowiu”  czy  „cofać się wstecz”- to niestety norma.

 

Kolejny dziennikarz radiowy Bartłomiej Zapała, zastanawiał się, czy w Unii Europejskiej, grozi nam utrata językowej tożsamości. Przedstawił zgrabną publicystykę, zwarty tekst z teza, którą rozwijał logicznie, stosując przykłady, statystyki , a wszystko to wypowiedziane było poprawnym, zrozumiałym językiem, z pasją obserwatora zmieniającego się świata.

 

Karolina Kępczyk pracująca obecnie w kulturze, zastanawiała się czym dla nas wszystkich jest kultura. Mówiąc pewnym tonem, z entuzjazmem, wykorzystując przy tym swoją mocną głosu, wciągnęła słuchających w swoje rozważania.

 

Paweł Solarz mówił o swojej miłości do zawodu, o swoich pasjach które wykorzystuje w pracy w radiu. Z kontrolowaną swobodą opowiadał o własnych doświadczeniach,  promieniując entuzjazmem, zmieniając ton głosu, przekazywał uniwersalne prawdy o dziennikarstwie. Trzeba być rzetelnym, oddanym i kochać to co się robi, to było przesłanie dla wszystkich dziennikarzy, wynikające  z jego prezentacji.

 

Piotr Zawadzki zaprezentował skecz, znany z pierwszego etapu. Poprowadził z aktorską swobodą i dziennikarskim doświadczeniem dwie scenki, mające przekonać słuchających,  że za nieposzanowanie gramatycznych i stylistycznych zasad języka polskiego i ubogie słownictwo, może grozić nawet najwyższa kara. Wykorzystał doskonale swoją wiedzę na temat wystąpień publicznych i wykorzystał w swojej prezentacji umiejętność modulowania, łagodność i barwę głosu.

 

Irlandzka rada na koniec

 

Uczestnicy irlandzkich kursów dziennikarskich są szykowani do działania w osamotnieniu. Otrzymują też praktyczne rady, które mają pomóc wyłapać błędy literowe, których autor po prostu we własnym tekście nie widzi. Sięgając po rezultaty badań na temat funkcjonowania mózgu, zalecają: „zaskocz się! Zmień kolor tła, rozmiar i styl czcionki, marginesy. Tak, żeby umysł myślał, że ma do czynienia z czymś nieznanym”. Nic jednak drugiej pary kompetentnych oczu nie zastąpi. Nikt też nie zdejmie z dziennikarzy ciężaru ochrony języka.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] Na tropie Indoeuropejczyków. Mity i epopeje. Z Georges’ esm Dumezilem rozmawia Didier Eribon, PWN, Warszawa 1996 r.

[2] https://www.facebook.com/dziennikarzom – dostęp 13.06.2021 r.

[3] https://www.bn.org.pl/raporty-bn/stan-czytelnictwa-w-polsce/stan-czytelnictwa-w-polsce-w-2020-r. – dostęp 13.06.2021 r.

[4] W. Pisarek, Słownik języka niby-polskiego, czyli błędy językowe w prasie, Ossolineum, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1978 r.

[5] N. Davies, Sam o sobie, Znak, Kraków 2019 r., s. 116-118.

[6] A. Wileczek, Medialność młodomowy, „Zeszyty Prasoznawcze”, t. 56, 2013 r.

[7] B. Gumowski, Subtelność brzmienia, czyli dzieje Radia Kielce i Aktualności Dnia, Kielce 2016 r.

[8] „Od słowa do słowa”, poradnik językowy Polskiego Radia, Warszawa 2013 (nr 16) i 2015 (nr 46).

[9] https://www.mistrzmowy.pl/ – dostęp 13.06.2021 r.

Pływanie w ścieku – felieton satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Wykluczenie polityka w debacie politycznej, przywraca dyskusje o cenzurze, wolności słowa i innych imponderabiliach.

 

Maszyna do teleportowania jednak istnieje. Wielu Polaków musi być przecież przekonanych, że są wśród nas aktywiści polityczni, którzy przenieśli się w czasie. I to pewnie z okresu, kiedy byliśmy potęgą. Prosto z I Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Łącznie z poglądami minionego czasokresu. Czy należy do nich Grzegorz Braun? Dziennikarz, a zarazem polityk jak najbardziej skuteczny. Został przecież Posłem na Sejm i nie ma większych problemów z dotarciem do swoich wyborców. Nade wszystko mówi kwieciście i śmiało można stwierdzić, że jest złotoustym Grzegorzem.

 

Tylko co z takimi „kwiatkami” począć, gdy łączą się zdalnie z „mediami głównego ścieku”?

 

To jest ten dylemat. Gdy traktujemy programy telewizyjne czy radiowe (teraz również dostępne wizualnie) jako część naszego domostwa. I dziennikarze stają się takimi naszymi „wespół w zespół” domownikami. A ponieważ słyniemy z gościnności, zapraszamy też gości, w postaci polityków.

 

No i teraz pytanie, jak się w tych gościach zachowują? Nie chodzi tu o obowiązkowe ściąganie butów, tylko o poglądy głoszone przy stole. Jak mówią nie po naszej myśli, albo co gorsza, pisząc kolokwialnie: „przeginają pałeczkę”. Wyrzucenie za drzwi to podejście w wersji radykalnej. Ta spokojniejsza zakłada, że już więcej zaproszeni nie zostaną.

 

Ładnych kilka dni temu, znany, rzetelny i ceniony red. Andrzej Stankiewicz, wykluczył z debaty posła Konfederacji. „Skandal” miał miejsce w niedzielnym programie „7 dzień tygodnia” w Radiu Zet i na portalu Onet.pl.  Tak na marginesie, niedziela to nie pierwszy dzień tygodnia?

 

O co poszło? Grzegorz Braun, ministra zdrowia Adama Niedzielskiego, nazwał „szkolonym psychopatą”. Wówczas redaktor prowadzący debatę, usunął naszego bohatera  z dalszej dyskusji. Czerwona kartka i do szatni.

 

Czy mógł zamiast wyrzucania, spróbować np. delikatnie dopytać pretendenta na urząd prezydenta miasta. Np. czy  ma kompetencje z zakresu medycyny i psychologii, aby określać dysfunkcje poznawczo – emocjonalne ministra reprezentującego interesy „łże prawicy”. Albo czy szkolenia w zakresie psychopatii, odbywały się z pieniędzy „kondominium rosyjsko niemieckiego pod żydowskim zarządem powierniczym”?

 

Jeszcze wcześniej padło ostrzeżenie, taka żółta kartka. Na pytanie dotyczące organizacji marszów równości, G. Braun odpowiedział: „Nie popieram dewiacji”.

 

W liście broniącym posła, sztabowcy napisali:

 

Dziennikarz (???) prowadzący debatę wyborczą w radiu Zet miał czelność upominać(!!!) Posła na sejm RP i kandydata na ważny publiczny urząd, za to że ten wyraził własną opinię, posługując się określeniami zdefiniowanymi w Słowniku języka polskiego”.

 

Rzeczywiście, PWN wydaje różne dziwne słowniki. Np. w 2002 roku, wydał „Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów”, autorstwa prof. Macieja Grochowskiego. Czy to jest powód, aby korzystać z jego zasobów pełnymi garściami?

 

Również kilkadziesiąt lat temu, Światowa Organizacja Zdrowia wykreśliła homoseksualizm z listy chorób i zaburzeń, a w środowiska naukowe uznały, że homoseksualizm jest normalnym wariantem ludzkiej seksualności. Lecz nasz oldschoolowy kandydat, gdy przeskakiwał między wiekami, nie dowiedział się, że nawet określenie „dewiacja seksualna”, jest terminem przestarzałym.

 

Obrońcy napisali również, że jest coś takiego jak: „konstytucyjne prawo do swobody wypowiedzi, ale również obowiązujące normy wynikające z prawa o radiofonii i telewizji oraz kodeksu etyki dziennikarskiej”.

 

Redaktor naczelny Radio ZET, Michał Celeda, również w odpowiedzi powołał się na te same normy: „jako nadawca przestrzegamy przepisów ustawy o radiofonii i telewizji, które wprost mówią o tym, że audycje lub inne przekazy nie mogą propagować działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu oraz postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym, w szczególności nie mogą zawierać treści nawołujących do nienawiści lub dyskryminujących ze względu na rasę, niepełnosprawność, płeć, wyznanie lub narodowość”.

 

Już dużo wcześniej, red. Kamil Sikora, zauważył, że w takich sytuacjach pojawią się zarzuty, że to cenzura. Nie zgadzając się z takim postawieniem sprawy, zauważa: „Nie, bo dziennikarz to nie stojak na mikrofon, który musi przyjmować wszystko, co jego rozmówca mówi”.

 

Współpracownicy kandydata, podzielili się również spostrzeżeniem, że „Sondaże musiały mocno skoczyć w górę p. Grzegorzowi, skoro w radiu Zet wyłączono mu mikrofon pod kretyńskim pretekstem”.

 

To jednak inaczej działa. To p. Grzegorzowi skoczyć mogłyby słupki, hen wysoko, po wywaleniu z programu. Audycje w których prowadzący dziękują za współpracę, albo politycy wychodzą ze studia to nie pierwszyzna. O programie robi się głośno i o to też nieraz, w tym medialnie kociokwiku chodzi. Ok, zdarza się, że ktoś po prostu nie wytrzymuje. „Franuś nie wyprowadzaj ty mnie z nerw”, mawiał Balcerek w Alternatywach 4.

 

Raczej Grzegorz Braun, powinien się wyłączyć, tuż po usłyszeniu pytania o Marsz Równości. W ramach protestu przeciwko pytaniu o takie „bezeceństwa”. Miłośnicy serialu „Ranczo” pamiętają przecież, jak senator Kozioł, w trakcie debaty, wstaje i wychodzi ze studia. Strzał w dziesiątkę, gdyż odciął się w ten sposób, od uprawiania polityki przez konformistyczną, demokratyczną większość.

 

Dość tego! Wreszcie trzeba zatrzymać to szaleństwo politpoprawności” – piszą zatroskani sympatycy. I w tym miejscu można się znów zatrzymać. Gdzie są granice wolności, poprawności, obrażania? I czy w ogóle da się je wyznaczyć? Czy przypadkiem dziennikarz nie powinien dopuścić wypowiedzi bez komentowania. A zainteresowani, czyli środowiska LGBT czy odpowiedni minister, powinni we własnym zakresie, dotknięci słowami, wytoczyć procesy za zniesławienie?

 

Albo wyobraźcie sobie, Bill Gates pozywający prezesa Konfederacji Korony Polskiej, za deprecjonowanie swego czasu – Windowsa 8. Ależ byłaby „klikalność”. Nie tylko lokalna, ale i światowa przecież. I jakże ważny rozgłos. I rozpoznawalność. Czy też nie o nią w polityce chodzi?

 

Krzysztof Prendecki

Przypadek Brauna – ŁUKASZ WARZECHA o granicy interwencji dziennikarza prowadzącego dyskusję

Środowisko dziennikarskie w sprawie wyrzucenia Grzegorza Brauna z debaty kandydatów na prezydenta Rzeszowa w Radiu Zet podzieliło się na dwa obozy, zgodnie z zaangażowaniem politycznym. Pierwszy obóz bił brawo – to głównie obóz opozycyjny, drugi milczał – to głównie obóz prorządowy.

 

Reakcja pierwszego obozu jest przynajmniej konsekwentna. Konfederacja w tej grupie jest od zawsze na cenzurowanym. Reakcja drugiego niestety konsekwentna nie jest. To obecnie rządzący wielokrotnie twierdzili, że zagrożeniem są różne formy politycznie poprawnej cenzury, a ich oczkiem w głowie jest wolność słowa. Kiedy jednak padło na politycznego konkurenta, goniącego w sondażach kandydatkę PiS – zamilkli. Dotyczy to zresztą nie tylko sprzyjających władzy dziennikarzy, ale także polityków obozu rządzącego. Głosów sprzeciwu lub przynajmniej sceptycznych wobec decyzji Andrzeja Stankiewicza było niewiele. To będzie jeden z nich.

 

Dwie rzeczy muszę na początku podkreślić. Pierwsza: nie oceniam tutaj słuszności lub nie słów Grzegorza Brauna ani tym bardziej tego, czy one posłużą Konfederacji czy nie. Ten tekst w ogóle nie jest o tym. Druga: nie jest to w żadnym wypadku atak na samego Andrzeja Stankiewicza. Andrzeja znam od lat i niezmiennie bardzo cenię jako dziennikarza. Nie znaczy to jednak, że nie mógł w mojej ocenie popełnić błędu albo że w jakichś sprawach nie możemy się nie zgadzać.

 

Nie ma tu – zaznaczam – żadnego znaczenia, czy mówimy o prywatnej czy o publicznej stacji. Rozważania dotyczą bowiem tego, czy dziennikarz prowadzący dyskusję w ogóle powinien interweniować tak jak to zrobił Stankiewicz. Wniosek w taki sam sposób dotyczyć będzie publicznej i prywatnej stacji. Ogólna zasada postępowania dotyczy obu rodzajów podmiotów.

 

Wyobraźmy sobie najpierw pewną sytuację. Takie ćwiczenia umysłowe zawsze polecam w podobnych okolicznościach. Oto trwa podobna debata z podobnymi uczestnikami i nagle przedstawiciel lewicy zwraca się do przedstawiciela narodowców: „Jesteście faszystami! Gdybyście mogli, organizowalibyście dzisiaj pogromy na Żydach!”. Czy przedstawiciel lewicy powinien zostać wyrzucony z debaty? Przecież to dwa obelżywe, skandaliczne i bardzo daleko idące oskarżenia – znacznie moim zdaniem poważniejsze niż to, co powiedział Grzegorz Braun.

 

Wiem, że niektórzy wypowiedzą teraz sakramentalne: to nieporównywalne. A jednak – to jest znakomicie porównywalne. I tu, i tam mamy do czynienia z pewnym ostro wyrażonym poglądem. Być może tak postawionej tezy wygłaszający ją nie byłby w stanie udowodnić, być może mógłby zostać za nią pozwany. Czy jednak faktycznie nie ma prawa zaprezentować jej w debacie, której celem jest przecież, żeby dać wyborcom materiał do oceny?

 

Podstawowe pytanie brzmi zaś: gdzie leży granica interwencji dziennikarza prowadzącego dyskusję? Interwencji nie polegającej już tylko na sprzeciwie wobec jakichś słów, ale na całkowitym pozbawieniu uczestnika debaty prawa głosu. Jest to przecież forma cenzury. Czy dziennikarz ma do niej prawo? Uważam, że tak – lecz jedynie w dwóch sytuacjach.

 

Pierwsza to zwykłe, ordynarne chamstwo, a więc posługiwanie się słowami powszechnie uznawanymi za obelżywe. Do takich zaliczam hasło protestów dowodzonych przez panią Lempart. Druga sytuacja to taka, gdy uczestnik debaty zahacza o kodeks karny i na przykład nawołuje wprost do nienawiści. Poparłbym Andrzeja Stankiewicza wręcz entuzjastycznie, gdyby Grzegorz Braun w debacie powiedział: „Jeśli zobaczą państwo na ulicy homoseksualistów, gońcie ich, bijcie, przepędźcie!”. Nic takiego jednak nie padło. Padły dwa stwierdzenia, oba ostre, ale będące wyrazem poglądów kandydata: o „dewiacji” w kontekście homoseksualizmu oraz o ministrze Adamie Niedzielskim jako „psychopacie”. Można narzekać, że kandydat posługuje się takim językiem oraz że ma takie poglądy, można to też akceptować i popierać, jednak ostateczna ocena powinna należeć do wyborców. Jeżeli dziennikarz przyznaje sobie prawo do uciszenia polityka, wygłaszającego choćby najostrzejsze oceny, ale jednak właśnie oceny, przestaje być przezroczysty, a staje się aktywnym uczestnikiem dyskusji, w dodatku z prawem dowolnego cenzurowania jej uczestników. I nie udawajmy, że nie mają wówczas znaczenia jego własne poglądy.

 

Wolność słowa jest dzisiaj zagrożona znacznie bardziej niż jeszcze na początku 2020 r. Do dotychczasowych politycznie poprawnych kryteriów cenzorskich doszły kryteria sanitarystyczne. Można wylecieć z mediów społecznościowych nawet za podanie dalej naukowych raportów o badaniach nad lekami na COVID (autentyczny przypadek, choć nie w Polsce) albo za generalne niezgadzanie się z obowiązującą linią, jak to się stało w przypadku twitterowego konta doktora Pawła Basiukiewicza.

 

Dziennikarze powinni stać po stronie obrońców prawa do wolnej ekspresji, a nie po stronie cenzorów. To nie my – również, a nawet przede wszystkim jako prowadzący debaty i dyskusje – jesteśmy od uczenia polityków kultury wypowiedzi, a już na pewno nie jesteśmy od tego, żeby arbitralnie decydować o tym, jakie poglądy i oceny powinny do odbiorców dotrzeć.

 

Łukasz Warzecha

Nagrody Wielkopolskiego Oddziału SDP rozdane

We wtorek 8 czerwca 2021 r. w historycznej Sali Czerwonej Pałacu Działyńskich w Poznaniu odbyło uroczyste wręczenie nagród w tegorocznym Konkursie Dziennikarskim Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  Jego laureatami są w tym roku red. Jan Martini z Wielkopolskiego Kuriera Wnet, Łukasz Kaźmierczak z Radia Poznań Marcin Wróblewski i Krystian Kaliszak z TVP 3 Poznań oraz Wojciech Czeski z Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej. Po raz pierwszy w tym roku przyznano także nagrody honorowe za wybitne osiągnięcia w pracy dziennikarskiej – Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP.  Otrzymała go red. Barbara Miczko-Malcher z Radia Poznań, która obchodzi w tym roku jubileusz 50-lecia pracy zawodowej oraz red. Sławomir Kmiecik, były dziennikarz Głosu Wielkopolskiego, autor książek „Przemysł pogardy” t. 1 i t.2.

 

Za wybitne osiągnięcia w pracy zawodowej, szczególnie za unikatowe reportaże dokumentalne dotyczące najnowszej historii Polski m.in. Poznańskiego Czerwca’56, Powstania Wielkopolskiego, losów więźniów politycznych z Wronek, więźniów Katynia i obozu dla polskich dzieci w Łodzi oraz za setki audycji radiowych o historii Poznania, Wielkopolski i Polski, za setki audycji radiowych o książkach, teatrze, poezji i sztukach plastycznych, każda z nich pokazuje świat z perspektywy bohatera, który zawsze jest kimś wyjątkowym, niebanalnym, wartym poznania i zapamiętania –  w ten sposób Zarząd Wielkopolskiego Oddziału SDP uzasadnił przyznanie Nagrody Laur WO SDP 2021 red. Barbarze Miczko -Malcher, reportażystce Radia Poznań , która w tym roku obchodzi jubileusz 50-lecia pracy zawodowej w Polskim Radiu i która do dziś prowadzi własną audycje poświęconą kulturze i historii.

 

 

 

 

Drugi Laur WO SDP przypadł byłemu dziennikarzowi Głosu Wielkopolskiego, red. Sławomirowi Kmiecikowi: za wybitne osiągnięcia w pracy zawodowej, szczególnie za publikacje książkowe „Przemysł pogardy” i  „Przemysł pogardy II”, bezkompromisowe i odważne studium potwierdzające  istnienie w III RP „przemysłu pogardy” wobec  Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego brata Jarosława, ukazujące dowody ich zorganizowanego znieważania i wyszydzania przez media i przeciwników politycznych przed i po Katastrofie Smoleńskiej – czytamy w uzasadnieniu nagrody, która od tego roku ma być przyznawana corocznie.

 

 

W sumie przyznano 5 nagród w 4 głównych kategoriach (Nagroda Gówna, Nagroda Viurtuti Civili, Nagroda im. Wojciecha Dolaty i Nagroda dla Młodych Dziennikarzy) oraz 6 wyróżnień. Jury obradowało w składzie: dr Jolanta Hajdasz, przewodnicząca Jury, prezes Zarządu WO SDP, prof. dr hab.Wiesław Ratajczak, dr Wiesław Kot, red. Roman Wawrzyniak i red. Aleksandra Tabaczyńska.  Sekretarzem Jury był red. Tadeusz Owczarzak Gran. Nagrodę Główną w tym roku odebrał red. Jan Martini.

 

Publicystyka Jana Martiniego wyróżnia się wyrazistością tez i powagą podejmowanych spraw. Jest artystą – pianistą i kompozytorem, podkreślających fundamentalną rolę kultury w życiu publicznym. W naturalny sposób przechodzi od spraw natury gospodarczej, politycznej, socjalnej do muzyki, teatru, filmu, literatury, by przekonać czytelnika, że nie są to pobocza i dodatki, ale sam rdzeń. Przybiera postawę nie tylko wolnego w swych sądach i gustach artysty, ale także kogoś doskonale rozumiejącego mechanizmy pracy instytucji i społeczną rywalizację o prestiż. Współczesne problemy i spory widzi w perspektywie  długotrwałych procesów, co pozwala mu dostrzec aktualne następstwa wyborów – także własnych – sprzed lat. Jan Martini pamięta i przypomina, również o tych, którzy niezauważenie odchodzą. Jeden z nagrodzonych artykułów poświęcił Janowi Grabusowi: ostatni walczący z bronią w ręku powstaniec Czerwca 56 odszedł z tego świata w ubiegłym roku – w tej sposób prof. dr hab. Wiesław Ratajczak w imieniu Jury uzasadnił przyznanie Nagrody Głównej WO SDP red. Janowi Martini, publicyście Wielkopolskiego Kuriera Wnet.

 

Z kolei red. Wiesław Kot uzasadnił przyznanie Nagrody Virtuti Civili  red. Marcinowi Wróblewskiemu z TVP 3 Poznań za m.in. reportaż „300 zł na głos”, w którym ujawnił iż w jednej z wielkopolskich firm właściciel płacił za oddanie głosu na Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich.  Byliśmy pod wrażeniem dociekliwości autora, który dotarł do firmy, gdzie odnotowano przykład politycznej korupcji. W zamian za głosowanie na polityka, któremu hołdował szef firmy, ten obiecywał pracownikom gratyfikację pieniężną. Autor reportażu powściągał głos oburzenia i całkiem słusznie, bowiem same fakty wydawały się dostatecznie krzyczące. Poszedł za to krok w krok, całkiem dosłownie, za robotnikami na placu manewrowym, którym to robotnikom ową propozycję złożono i odsłuchał ich cierpliwie i taktownie, pikselując im twarze, żeby nie dać pretekstu do zemsty ze strony szefa.

 

 

W tym roku Nagrodę im. Wojciecha Dolaty odebrał red.  Łukasz Kaźmierczak, a Nagrodę dla Młodych Dziennikarzy – red. Krystian Kaliszak i red. Wojciech Czeski. Wyróżnienia otrzymali Małgorzata Szewczyk, Elżbieta Rzepczyk, Barbara Kęcińska Lempka, Bartłomiej Grysa i Henryk Krzyżanowski. Wyróżnienie honorowe otrzymał red. Arkadiusz Małyszka, red. nacz. Zeszytów Historycznych Wielkopolskiej Solidarności.

 

 

 

Laureaci konkursu odebrali dyplomy pamiątkowe, nagrody książkowe oraz pieniężne w wysokości 500 zł każda ufundowane przez WO SDOP. Wyróżnieni odebrali dyplomy i nagrody książkowe. W części artystycznej zebrani wysłuchali kompozycji Claude’a Debussy’ego  „Petite suite”  w wykonaniu Jakuba Czerskiego (fortepian) i  oraz Karoliny Karczewskiej (flet) i Anny Marii Tabaczyńskiej (flet).

 

 

Wydarzenie było objęte patronatem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP z okazji jubileuszu 25- lecia jego istnienia.

 

 

Galeria zdjęć z uroczystości TUTAJ.

 

 

Kontrolować, likwidować, przejmować – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o wolności słowa

Platforma Obywatelska rzuciła hasło likwidacji TVP INFO. Rzecznik prasowy PO/KO Jan Grabiec zapewnił, że celem zbierania podpisów pod petycją jest  uniknięcie „sejmowej zamrażarki”, czyli wstrzymywania tej szczytnej  i jakże „demokratycznej” inicjatywy przez marszałek Sejmu. Podobno prezydent Warszawy  podczas wizyty w Gdańsku zbierał tam podpisy, podobno w dziele tym bardzo aktywne są  biura poselskie PO/KO.  Likwidacja  TVP INFO? Kontrolować, likwidować – czy nie przypomina to czasem poczynań aparatu represji  w czasach słusznie minionych?  No i co z innymi kanałami informacyjnymi, TVN 24, POLSAT NEWS? Czy także do likwidacji, bo zarzucane TVP INFO wady – stronniczość, niewiarygodność, fuck culture  – dotyczą ich w znacznie większym stopniu niż inkryminowanego.

 

Około 2010 roku na rynku medialnym pojawiły się dwa środowiska, które umocniły nikłą, jak dotąd, obecność konserwatystów – korporacja Fratria z jej tygodnikiem SIECI, miesięcznikiem W SIECI HISTORII, portalem i telewizją wPolsce.pl. Oraz tygodnik DO RZECZY, z miesięcznikiem i portalem. Uzupełniły one dwa istniejące już segmenty  mediów konserwatywnych, choć różniące się od siebie, a zdarzało się, że skonfliktowane, koncerny medialne, bo dziś już spokojnie można to tak nazwać, NASZ DZIENNIK, RADIO MARYJA i TV TRWAM oraz GAZETA POLSKA, wraz z GPC,  miesięcznikiem NOWE PANSTWO i telewizją REPUBLIKA. Po raz pierwszy od 1945 roku mamy na rynku media konserwatywne, świeckie, kościelne, religijne, mniej, ale niewątpliwie promujące wartości konserwatywne.  Wciąż nie jest ich zbyt wiele, bo stanowią zaledwie ok. 15-20%  całej podaży, rynek wciąż jest zmajoryzowany przez  stacje radiowe i telewizyjne komercyjne, lewicowo-liberalne, których nie wymienię, bo zabrałoby to całe miejsce, przeznaczone na komentarz.

 

Jednak mimo, że konserwatyści stanowią u nas jedynie 1/5 – 1/6 całego potencjału rynkowego, są solą w oku lewicowych partii oraz ich mediów. Mediów komercyjnych, prywatnych, na usługach partyjnych, ciekawe, prawda? Zresztą ten sam proces obserwuje się w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Hiszpanii, etc.  A więc prócz stałej kanonady i codziennego ostrzału mediów konserwatywnych, od kilku lat także publicznych, opozycja, a zwłaszcza PO/KO, co jakiś czas wpada na pomysł i proponuje tak cenne inicjatywy jak pamiętne „nie płacić abonamentu” Donalda Tuska czy teraz  petycja o zlikwidowanie kanału informacyjnego TVP INFO.  Zamiast  pracować nad kryzysem programowym, personalnym i kilkoma innymi partii,  czego najwyraźniej  nie potrafi, próbuje fuksa. A nuż koalicjanci partii rządzącej się akurat zagapią czy pokłócą, i  zyska choćby małe zwycięstwo dla podratowania spadającego na łeb na szyję ego. Intencja zbierania podpisów pod ta petycją jest jasna jak słońca, ale przy okazji rodzą się znacznie poważniejsze  pytania.

 

Np. o działania niezgodne z procedurami demokracji.  Podpisy pod projektem zbierają biura poselskie PO. A przecież petycje do Sejmu, to zwykle inicjatywy oddolne, społeczne, nie mające nic wspólnego z politykami i partiami, to „głos ludu”. Tu, pomysł partyjny, ogłoszony odgórnie i realizowany przez polityków. Kolejna nowa, świecka tradycja Platformy, prawą ręka za lewe ucho. Sprawa druga, znacznie poważniejsza. Dlaczego to kanał TVP INFO został wyróżniony uwaga PO/KO, ale nie TVN 24 i POLSAT NEWS? Przecież wystarczy spojrzeć na jakikolwiek program tych kanałów, aby zorientować się jak dalekie są od obiektywizmu,  jaki jest poziom wiarygodności materiałów, jak często naruszane są parytety światopoglądowe zapraszanych gości, jako metoda zakrzykiwanie, obrażanie, jakie  trudno byłoby znaleźć w TVP INFO. Proszę spojrzeć na codzienny program Minęła dwudziesta, Forum, popołudniowe pasma autorskie, gdzie zaprasza się polityków z różnych partii – czego nie uświadczy się zwłaszcza w TVN 24.  Na tym kanale agresywne są nawet programy kobiece, artystyczne i satyryczne!

 

I pytam po raz kolejny – dlaczego w Polsce jedynie od mediów publicznych oczekuje się pluralizmu, dbałości o standardy jakości i przyzwoitości. Przecież to nonsens! Bo moralność narodu, poglądy polityczne i standardy  zachowań w równym stopniu co publiczne, kształtują media komercyjne, prywatne! Spójrzmy na kolebkę demokracji Wielka Brytanię! Publiczna, utrzymywana z abonamentów BBC jest traktowana przez OFCOM / komisja strzegąca standardów w mediach „government approved”, zainicjowana i wspierana przez rząd, bez względu na to czy aktualnie konserwatywny czy labourzystowski/,  jak komercyjne i prywatne ITV i Sky News. OFCOM reprezentuje interes obywateli, wszystkich widzów bez wyjątku, bez względu na to czy oglądają głównie BBC czy  ITV.  Ma potężne kompetencje i wypowiada się na temat każdego medialnego potknięcia czy skandalu. No i ma siłę sprawczą, może karać i egzekwować owe kary.  Np. MTV musiał zapłacić 235 tys. funtów za program „zawierający bardzo ofensywny język i materiały”. ITV – zapłaciła 5.675 mln funtów za „ zbyt częste korzystanie w popularnych programach z drogich linii telefonicznych”, w podtekście podejrzenie korupcji. A BBC – 400 tys. za „złamanie zasad, obowiązujących  audycje konkursowe  z udziałem publiczności”, a potem kolejne kilkaset w związku z nie liczeniem się z cywilizowanymi standardami zachowań po wybuchu afery „Ross – Brand”,  wulgarnych i ofensywnych wygłupów dwóch brytyjskich „wojewódzkich”. Tym razem chodziło o „fuck culture:, która już dawno dotarła do BBC, a u nas często gości w różnych programach i wywiadach autorskich zwłaszcza w TVN 24. Konserwatyści i ich telewizje, z uwagi na swoje wartości, chrześcijańskie,  są znacznie mniej podatne na „fuck culture” niż permisywna liberalna lewica i jej media.

 

Tak więc zamiast, sowieckim  sposobem, domagać się  zamykania i  likwidowania  konkurencji,  media komercyjne muszą pogodzić się z tym, że po pierwsze, same winny podlegać  kontroli,  na pewno społecznej oraz autokontroli, a po wtóre – razem  z konserwatystami domagać się powołania takiego polskiego OFCOMU. Dla czystości systemu, powrotu do zapomnianych wartości Kodeksu Etyki Dziennikarskiej, wreszcie – dla zdrowia społecznego. Tymczasem dobrym przykładem może być red. Andrzej Stankiewicz, z którym mogę się nie zgadzać światopoglądowo, ale który w swoim programie nadawanym w Radiu ZET i w portalu Onet.pl, wyrzucił swego gościa Grzegorza Brauna, za nazwanie parad LGBT „dewiacjami” i  ministra zdrowia Adama Niedzielskiego „szkolonym psychopatą”. Po równo. Choć w internecie zawrzało, ktoś nawet mówił o „gwałceniu wolności słowa”, co jest nonsensem. Bo prawo do wolności słowa – tak, ale swoich poglądów należy bronić w sposób ogólnie uznawany za cywilizowany.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

Rozstrzygnięcie 28. edycji Konkursu o Nagrody SDP już 17 czerwca

W czwartek, 17 czerwca poznamy laureatów 28. edycji Konkursu o Nagrody SDP za najlepsze prace w polskiej prasie, radiu, telewizji i internecie, opublikowane lub wyemitowane w mediach w 2020 roku.

 

We wtorek, 8 czerwca w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie zebrało się jury główne konkursu (na zdjęciu), które zadecyduje do kogo w tym roku trafią nagrody i wyróżnienia. Przyznane zostaną w 14 kategoriach tematycznych. Najstarsza nagroda – Główna Nagroda Wolności Słowa ufundowana jest przez Zarząd Główny SDP, dotyczy publikacji w obronie demokracji i praworządności, demaskujących nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka. Stowarzyszenie jest również fundatorem Nagrody Watergate, przyznawanej za najlepsze prace z zakresu dziennikarstwa śledczego.

 

Pozostałe kategorie konkursowe: Nagroda im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie, Nagroda im. Krystyny Grzybowskiej za publicystykę o tematyce europejskiej, Nagroda im. Macieja Łukasiewicza za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy, Nagroda im. Janusza Kurtyki za publikacje o tematyce historycznej, Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego za dziennikarstwo ekonomiczne, Nagroda im. Aleksandra Milskiego dla redakcji mediów lokalnych za podejmowanie tematów ważnych dla ich społeczności, Nagroda im. Stefana Żeromskiego za publikacje o tematyce społecznej, Nagroda im. Adolfa Bocheńskiego skierowana do młodych dziennikarzy (do 30. roku życia) za wyróżniające się dokonania dziennikarskie, Nagroda im. Kazimierza  Wierzyńskiego za publikacje o tematyce sportowej

 

Swoje kategorie mają również fotoreporterzy, walczą oni o Nagrodę im. Eugeniusza Lokajskiego za fotografię o tematyce sportowej oraz Nagrodę im. Erazma Ciołka za fotografię społecznie zaangażowaną.

 

W ramach konkursu SDP organizowana jest również nagroda Klubu Publicystów Ochrony Środowiska „Ekos” (afiliowanego przy SDP) – Nagroda im. prof. Stefana Myczkowskiego, przyznawana za najlepsze publikacje o problemach ochrony środowiska.

 

Piętnastą kategorią konkursową jest Nagroda Specjalna Fundacji Solidarności Dziennikarskiej.

 

Oceniając nadesłane publikacje, Jury konkursu o Nagrody SDP 2020 bierze pod uwagę następujące kryteria: oryginalność  i nowatorstwo prac,  śmiałość w podejmowaniu tematów trudnych i kontrowersyjnych, atrakcyjność formalną przekazu i jego komunikatywność, walory dydaktyczne i estetyczne, rzetelność – zwłaszcza przy oddzielaniu informacji od opinii i komentarzy, podkreślenie, co jest własną oceną, a co cytatem, wiarygodność, udokumentowanie źródeł i weryfikację podanych treści, zachowanie proporcji i kontekstu sprawy.

 

 

Werdykt jurorów poznamy w czwartek, 17 czerwca podczas uroczystej gali, która odbędzie się się w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. Transmisję z tego wydarzenie będzie można śledzić na portalu sdp.pl, początek o godz. 17.

 

Więcej o konkursie możemy przeczytać TUTAJ.

 

Materiały dotyczące poprzednich edycji konkursu o Nagrody SDP (od 1992 roku) dostępne są TUTAJ.

 

 

 

 

 

 

 

Projekt zrealizowany we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.

 

MIROSŁAW USIDUS: Cenzura po europejsku

Miłośnicy cenzury, ograniczania wolności słowa, kontrolowania obiegu informacji, nigdy nie mają wolnego i nigdy nie odpuszczają. Dowodzi tego przyjęcie cichaczem kilka tygodni temu, bez głosowania w Parlamencie Europejskim, rozporządzenia zwanego TERREG, wykwitu cenzorskiej myśli, przy którym sławetna ACTA 2 blednie.

 

Pisałem o tym projekcie już dwukrotnie na portalu SDP. Nigdy nie był tak nagłośniony, jak dyrektywa o prawie autorskim ACTA 2, a ostatnio w ogóle nie było o nim mowy. Europejskie mrówki-cenzorki wykonywały jednak swoją robotę cierpliwie i jak się niedawno okazało – skutecznie.

 

Jasne, w TERREG chodzi oficjalnie o bezpieczeństwo i walkę z terroryzmem. A że każda władza może sobie definiować sama, kto jest „terrorystą”, więc tak naprawdę może w efekcie dotyczyć każdego. Skutek praktyczny tego cenzorskiego obłędu będzie taki, że właściciele stron będą musieli w ciągu godziny usuwać wszelkie treści promujące „terroryzm”, wedle przyjętej politycznej definicji i na żądanie jakiegoś organu administracyjnego, pod groźbą surowych kar. Czyli w praktyce  będzie tak: władza nakaże wycięcie czegoś – wydawca musi natychmiast czyli bez dyskusji to wyciąć, bo taka procedura nie zostawia miejsca na sprzeciw, polemikę i zdanie odrębne.

 

„Terroryzm”? W wielu krajach to nad wyraz wygodne narzędzie do zwalczania ludzi niewygodnych, a niekiedy wyjmowania spod prawa całych grup społecznych. Chiny nazywają terrorystami walczących o swobody Ujgurów, uzasadniając w ten sposób niezwykle agresywne represje, jakim poddały te mniejszość narodową. Powstały tam nawet aplikacje rozróżniające Ujgurów po twarzy, po to ma się rozumieć by Pekin mógł skuteczniej rozpoznawać „terrorystów”. Turcja terrorystami nazywa Kurdów, a Arabia Saudyjska nieposłuszne grupy etniczne w Jemenie. Zbyt często „terrorystą” jest nazywany ten, kto się sprzeciwia władzy i ma inne poglądy, byśmy mogli zaufać jakiemukolwiek rządowi, gdy chce definiować „terroryzm”.

 

To nie są żarty. W świecie TERREG, jeśli władza uzna, że niniejszy tekst, przez sprzeciw wobec TERREG promuje „terroryzm”, to wydawcy portalu SDP muszą go w ciągu godziny zdjąć. I żadnej dyskusji pod groźbą ciężkich kar nie będzie.

 

Ponadto surowa cenzura TERREG ma działać ponad granicami państw. Czy doprowadzi to do sytuacji, że znana z zamordystycznej cenzury Szwecja będzie blokować treści publikowane w Polsce? Np. u nas panuje znacznie większa swoboda w podawaniu tożsamości i pochodzenia autorów ataków terrorystycznych. W Szwecji w mediach są to jedynie „młodzi ludzie”, nawet nie „o południowej urodzie”. Pewne treści są w tym kraju ściśle cenzurowane i nie ma dla nich miejsca w publikacjach. Czy pod rządami TERREG Szwecja będzie mogła zaprowadzić swój zamordyzm także w polskim internecie, który w porównaniu z krajami zachodnimi cieszy się ciągle względna swobodą (choć Facebook, Twitter a także Google, robią dużo by to się zmieniło)?

 

Cenzorskie nakazy dla wydawców wydawać mają jakieś specjalnie w tym celu tworzone organy administracyjne. Dla nas to powtórka z komunistycznej rozrywki, zaś dla przesiąkniętej lewicową myślą zachodniej Europy kolejny krok na drodze odchodzenia od demokracji i praworządności.

 

Nie zgadzam się z twoimi poglądami, więc jesteś terrorystą

 

Gdy pierwszy projekt TERREG (od ang. nazwy „TERrorist content REGulation”) pojawił się w 2018 r., niosła go fala publicznych wezwań do działania w następstwie serii ataków terrorystycznych w krajach zachodniej Europy w latach 2015-2016. Oczywiście od samego początku w debacie na ten temat starannie omija się jedną z głównym przyczyn tej terrorystycznej fali – otwarcie na oścież bram Europy dla imigrantów, a w kontekście ataków terrorystycznych, głównie z krajów Bliskiego Wschodu.

 

Pierwszy projekt rozporządzenia TERREG zawierał taką oto definicję „treści terrorystycznych”: „wszelkie materiały, które podżegają lub wspierają popełnianie przestępstw terrorystycznych, promują działalność grupy terrorystycznej lub dostarczają instrukcji i technik popełniania przestępstw terrorystycznych”. Prawda, że w razie czego można tu wiele treści, pozornie niewinnych dopasować. A to przecież tylko wyjściowa definicja. Nie wątpię w twórczy potencjał urzędników europejskich w coraz pojemniejszym definiowaniu „terroryzmu”.

 

Jak to zwykle bywa, za nowym projektem cenzorskim stoją nad wyraz górnolotnie wyrażane intencje. Już 2017 roku Komisja Europejska zapowiedziała czynną walkę z terrorystami w sieci, oraz z „rasizmem” i „ksenofobią”. Brzmi wzniośle. Jednakże, gdy czytamy oficjalne komunikaty Pekinu o celach i zasadach, stojących za chińską cenzurą polityczną, również wszystko to jest „dla dobra społeczeństwa” i „na straży prawa i bezpieczeństwa”. Nie tylko „terroryzm”, ale również „rasizm” czy „ksenofobia” to pojęcia w rękach polityków i cenzorów instrumentalne. Również Google czy Facebook znane są z arbitralnego i politycznie jednostronnego rozumienia tych pojęć. Zaś w praktyce oznacza to nierzadko, że „faszystą” czy „rasistą” stajesz się nie dlatego, że kogoś nie lubisz, ale dlatego, że ktoś o innych poglądach niż twoje, nie lubi ciebie i twoich poglądów.

 

Powiedzieć, że europolitykom pomysł inwigilacji i kontroli informacji przypadł do gustu, to bardzo mało powiedzieć. Na fali cenzorskiego entuzjazmu Jean-Claude Juncker, wciąż jeszcze szef Komisji Europejskiej, rzucił myśl, by wprowadzić zmiany w przepisach UE, które pozwolą na usuwanie wszelkich „nielegalnych treści w Internecie” w ciągu godziny. W marcu 2018 roku pod auspicjami KE opracowano specjalny „kodeks” dla firm z branży internetowej, zalecający wprowadzenie automatycznych mechanizmów wykrywania i usuwania treści „ksenofobicznych” czy „rasistowskich”. W odpowiedzi na to takie firmy jak Facebook, Microsoft, Twitter, YouTube, Instagram, Snapchat czy Dailymotion zapowiedziały wdrożenie odpowiednich rozwiązań technicznych cenzurujących Internet.

 

To była wciąż jednak jedynie rekomendacja a nie regulacje prawne. Wkrótce potem rozpoczęto intensywne prace nad TERREG, unijną dyrektywą, która umożliwia nieustanną zautomatyzowaną (czyli dokonywaną przez maszyny, algorytmy sztucznej inteligencji) lustrację platform społecznościowych i innych stron pod kątem „terrorystycznych treści” i szybkie ich blokowanie.

 

Chociaż poczyniliśmy już postępy w usuwaniu treści terrorystycznych w Internecie poprzez dobrowolną współpracę, to jednak to za mało,” mówił w wypowiedzi cytowanej przez portal europa.eu Julian King, komisarz unijny ds. bezpieczeństwa. „Musimy w ogóle uniemożliwić zamieszczanie tych treści, a także musimy zapewnić, że zostaną one usunięte tak szybko, jak to możliwe, zanim spowodują jakiekolwiek poważne szkody”. Motywacja i mobilizacja łapiących cenzorski wiatr w żagle eurourzędników, jak widać, stale wzrastała.

 

Już zresztą wcześniej, bo w 2016 roku Komisja Europejska zobowiązała się do stworzenia porozumienia, które pozwoliłoby firmom na usuwanie określonych treści w ciągu 24 godzin od ich publikacji w internecie. Wśród państw członkowskich Niemcy i Francja domagały się wspólnego kodeksu postępowania w zakresie walki z terroryzmem. Ponadto pojedyncze kraje członkowskie opracowały dla siebie szczegółowe wytyczne. Niemcy, na przykład, przyjęły ustawę NetzDG, której celem było ograniczenie obiegu fałszywych wiadomości w sieciach społecznościowych. Wynika z tego, że Niemcy są skłonne traktować jako „treści terrorystyczne” wszelkie fałszywe wiadomości. To znaczne rozszerzenie tego pojęcia, sygnalizujące wyraźnie do czego zmierzają wiodące w UE kraje.

 

Jak broni się przed eurocenzurą

 

Po wielu pracach w komisjach poprzedni Parlament Europejski, na krótko przed wygaśnięciem swojego mandatu, przyjął w kwietniu 2019 r. poprawioną wersję rozporządzenia. Eksperci i badacze zajmujący się terroryzmem nieśmiało wskazywali na brak dowodów na istnienie związku przyczynowego między treściami online a terroryzmem. Także własne agencje Unii, niektóre państwa członkowskie i wielu niezależnych pozarządowych działaczy, wszyscy wyrażali obawy dotyczące pułapek związanych z technicznym wdrożeniem rozporządzenia, a także ryzyka długoterminowych szkód społecznych i politycznych, gdyby stało się ono prawem UE. W trakcie całego cyklu legislacyjnego TERREG krytycy opisywali bardzo prawdopodobne scenariusze nadużyć ze strony rządów, które uwierają np. poglądy konserwatywne i ogólniej nielewicowe w charakterze. Co więcej, parlamentarne dyskusje na ten temat jasno pokazują, że sama natura zagrożenia terrorystycznego w UE jest przedmiotem sporu, a posłowie do Parlamentu Europejskiego wskazują na rozbieżne ideologie, przyczyny i interesy grupowe, w zależności od ich miejsca w spektrum politycznym i kraju, który reprezentują.

 

W 2019 roku Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej (ADF) wyraziła obawy dotyczące TERREG. Zdaniem ADF, należałoby dokładniej określić, co należy rozumieć przez treści terrorystyczne. Stosowana dotychczas definicja jest zbyt ogólna i narusza swobodę wypowiedzi. Ponadto, według ADF, rozporządzenie TERREG nie przewiduje udziału wymiaru sprawiedliwości w mechanizmie kontroli, co pozwala na usuwanie treści online z dowolnego państwa członkowskiego UE bez nadzoru organu sądowego. ADF chciałoby również, aby zmieniono termin, w jakim usuwane są treści online. Jedna godzina to – w ocenie wielu krytyków TERREG – nie tylko ADF, zbyt krótki przedział czasowy.

 

Po drugie ADF wzywała do zapewnienia ochrony praw podstawowych poprzez „skuteczny nadzór sądowy” nad realizacją dyrektywy. W pierwszych wersjach projektu nie było bowiem o tym wzmianki. Agencja przypominała również o potrzebie unikania nieproporcjonalnego wpływu na swobodę prowadzenia działalności gospodarczej w przypadku konieczności reagowania na zawiadomienia o usunięciu treści terrorystycznych w bardzo krótkim czasie. FRA sugerowała zamiast tego 24-godzinny czas reakcji od otrzymania nakazu usunięcia i zachęcała prawodawców UE w przypadku zgłoszeń transgranicznych do wymagania od wydającego nakaz państwa członkowskiego powiadomienia organów przyjmującego państwa członkowskiego, poza powiadomieniem dostawcy usług hostingowych. Choćby dlatego, aby np. francuska cenzura polityczna nie miała możliwości bezpośredniego „zdejmowania” treści w polskim Internecie, co byłoby sprzeczne z polskim prawem.

 

ADF stwierdziła też, że projekt nie zabezpiecza praw osób, które chciałby zakwestionować blokady swoich treści, nie przewidując zadowalającego rozróżnienia pomiędzy treściami „budzącymi wątpliwość” a blokowanymi z miejsca.

 

I w końcu w swojej opinii Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej stwierdziła, że proponowane w rozporządzeniu aktywne środki są bardzo zbliżone do ogólnego obowiązku monitorowania. A jest to nie tylko zakazane na mocy art. 14 dyrektywy UE o handlu elektronicznym, ale również ogólnie niezgodne z prawem jednostki do wolności słowa na mocy art. 11 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej.

 

Francuska cyfrowa organizacja pozarządowa La Quadrature du Net obawiała się w swoim oświadczeniu z 2019 roku, że wniosek Komisji jedynie wzmocni potentatów internetowych kosztem mniejszych podmiotów. „Gdyby została przyjęta, monopole Internetu (Google, Amazon, Facebook, Apple, Microsoft, Twitter) stałyby się kluczowymi partnerami w polityce bezpieczeństwa państw członkowskich i to wzmocniłyby ich już i tak dominującą pozycję. Każdemu innemu usługodawcy grozi zamknięcie. A dotyczy to również niezależnych usług chroniących naszych wolności,” piszą aktywiści w oświadczeniu.

 

Tworzona przez firmy i aktywistów internetowych organizacja Global Network Initiative już w styczniu 2019 przyjęła stanowisko, w którym stwierdza m. in.: „Proponowane rozporządzenie europejskie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych mogłoby mimowolnie zaszkodzić prawom użytkowników i podważyć uzasadnione wysiłki na rzecz dokumentowania i przeciwdziałania działalności ekstremistów w Internecie”. Dalej czytamy, że „członkowie GNI zwracają uwagę na niejasne definicje treści o charakterze terrorystycznym, szybkie terminy, w których firmy muszą stosować się do nakazów usunięcia treści, naciski na kształtowanie warunków świadczenia usług przez firmy internetowe a zarazem odnoszenie spraw o usunięcie treści do tych warunków, a nie przepisów prawa krajowego lub unijnego”.

 

GNI wskazuje, że przepisy zakazujące nawoływania do terroryzmu „powinny być ukierunkowane jedynie na bezprawne wypowiedzi, mające na celu podżeganie do popełnienia przestępstwa i które powodują niebezpieczeństwo popełnienia aktu terrorystycznego lub aktu przemocy”. Rozporządzenie odwołuje się do definicji „treści terrorystycznych” zawartej w dyrektywie UE 2017/541, która wielokrotnie została skrytykowana przez organizacje broniące praw człowieka i niezależnych ekspertów. Ponadto, ponieważ definicja ta opiera się na dyrektywie unijnej, powstaje możliwość, że będzie interpretowana na wiele różnych sposobów we wszystkich państwach członkowskich.  Zdaniem GNI powstała w ten sposób sfera niepewności prowadzi zagrożenia zbyt gorliwej polityki ze strony firm internetowych, które będą myśleć głównie o swoim bezpieczeństwie prawnym.

 

W opracowaniu pozarządowych ekspertów GNI pt. „Extremist Content and the ICT Sector” pisze się także o obawach „ustanowienia precedensów pozasądowej cenzury administracyjnej bez odpowiedniego dostępu do środków odwoławczych, bez jasno określonej odpowiedzialności i przejrzystości regulacji dla użytkowników i społeczeństwa”.

 

Organizacjom takim jak GNI w krytyce projektu rozporządzenia o treściach terrorystycznych, wtórują liczni eksperci i przedstawiciele środowisk akademickich. „Projekt rozporządzenia stanowi poważne zagrożenie dla wolności słowa. Przepisy te mogą być stosowane w odniesieniu do dziennikarzy, organizacji pozarządowych, partii politycznych, związków zawodowych, ludności autochtonicznej, historyków lub przedstawicieli nauk społecznych, pisarzy, rysowników, fotografów i filmowców. Transgraniczne stosowanie tych przepisów sprawia, że może stać się ono strasznym narzędziem w rękach reżimów autorytarnych lub nieuczciwych urzędników,” napisał na swoim blogu Martin Scheininin, profesor prawa międzynarodowego i praw człowieka na Wydziale Prawa Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (EUI) we Florencji.

 

Nie jest oczywiście zaskoczeniem, że projektowane regulacje ostro krytykowane są przez przedstawicieli sektora technologii i dostawców usług internetowych. Zwiększają przecież znacząco koszty prowadzenia biznesu i odpowiedzialność.

 

Unia ma aż nadto dobrze widoczną ambicję objęcia „opieką” całości internetowego życia i biznesu w sieci. Od pewnego czasu mówi się o projekcie „zbiorczym” Digital Services Act – unijnego prawa regulującego kompleksowo różne usługi cyfrowe i aspekty internetu. Do przyjętej dyrektywy o prawach autorskich, zwanej u nas ACTA2, rozporządzenia o treściach terrorystycznych, euro-regulatorzy chcą jak najszybciej dołączyć przepisy do walki z „mową nienawiści”. Jeśli „treści terrorystyczne” są wypłynięciem na morze obaw o nadużywanie i polityczne naginanie interpretacji, to co dopiero powiedzieć o „mowie nienawiści”. Już widzę euro-urzędy i armię biurokratów do zwalczania „mowy nienawiści”

 

Komisja bada, a jakże, możliwość ustanowienia scentralizowanego unijnego organu regulacyjnego ds. technologii, posiadającego uprawnienia do egzekwowania przepisów Digital Services Act. Taki „Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”. Co sobie urzędnicy będą odmawiać, skoro można wymyślić nowy urząd, w dodatku z potężnymi uprawnieniami kontrolno-egzekucyjnymi?

 

Drogą wdrażania kolejnych dyrektyw i rozporządzeń tworzących jedną, wyżej opisaną, całość, powstać ma kompleksowa infrastruktura do wymuszania na firmach internetowych usuwania treści „na żądanie” władz, czy to dlatego, że władza uzna, że coś jest „treścią terrorystyczną”, czy to dlatego, że pojawi się nie wiadomo dokładnie jeszcze czy uzasadnione, ale pojawi się roszczenie co do praw autorskich czy w końcu ktoś uzna, że krytyka takiej a takiej partii politycznej to „mowa nienawiści”.  A kto wie, na jakie jeszcze pomysły wpadną urzędnicy?

 

Niedawne przyjęcie dyrektywy TERREG zdaje się świadczyć, że mimo wszystkich negatywnych opinii organizacji broniących praw obywatelskich i niezależnych ekspertów, zwolennicy cenzury w organach UE są potężnie zdeterminowani. Nie zważali na to, na przykład, że we Francji ustawa proponująca podobny do TERREG jednogodzinny termin usunięcia została niedawno uznana za niekonstytucyjną. TERREG, jak na zamówienie, pomogły jesienne zamachy we Francji i Austrii. To one posłużyły do usprawiedliwiania pominięcia dalszej debaty i pominięcia zapowiadanego wcześniej głosowania plenarnego w parlamencie.

 

Po latach przechodzenia przez demokratyczną maszynkę do mielenia mięsa w Brukseli, tekst tego rozporządzenia w końcu w znacznej mierze sprzyja ugruntowanym interesom biurokratów i rządów, odrzucając ważne opinie ekspertów, bez wyraźnych korzyści dla (i prawdopodobnie kosztem) społeczeństwa,” oceniła  w komentarzu dla serwisu „Balkan Investigative Reporting Network: BIRN” Stefania Koskova, ekspertka, która przedstawiła posłom do Parlamentu Europejskiego informacje i pisemne uwagi na temat TERREG. „Obecnie mamy rozporządzenie, które nie stanowi skutecznego rozwiązania problemu wykorzystywania Internetu przez terrorystów i radykalizacji postaw w Internecie w UE, a także niesie ze sobą nowe zagrożenia dla demokracji i uczestnictwa obywateli”.

 

Cenzura docelowo zautomatyzowana

 

Gdy pierwszy raz napisałem na portalu SDP o TERREG, wspomniałem o skojarzeniach z anty-utopią „Paradyzja” Janusza Zajdla, w której ludzie są totalnie i permanentnie inwigilowani przez automaty. Zważywszy, że Internet zaczyna wykraczać poza świat jedynie tekstu i obrazu, w kierunku interfejsów naturalnych, głosowych, inteligentnych asystentów, monitorujących wszystko kamer, systemów biometrycznych, rozpoznawania twarzy, analogia z fantastyką socjologiczną Zajdla może okazać się z czasem coraz celniejsza.

 

Narzędzia automatyczne, nawet te oparte na sztucznej inteligencji, są wciąż bardzo dalekie od doskonałości. Ich rozwój i doskonalenie, to ogromne nakłady. Dlaczego potentaci Internetu mają w to inwestować, skoro dążący do cenzorskiego zamordyzmu politycy oczekują przede wszystkim usuwania tego, co niewygodne politycznie, a nie doskonałości technicznej. Podobnie jak w przypadku groźby roszczeń autorskich, obawiający się problemów prawnych właściciele platform ustawią swoje maszyny na szeroki margines. Bezpieczniej będzie na wszelki wypadek usunąć czy wręcz nie dopuścić do publikacji materiału budzącego wątpliwości, niż kalibrować filtry, które i tak w końcu mogą zawieść. A potem niech publikujący odwołuje się i martwi dowodzeniem, że to, co napisał, to nie „treści terrorystyczne”.

 

Czy maszyna zrozumie np. drugie dno w ironicznym zdaniu: „Terroryzm to szansa dla Zachodu, aby zaczął coś rozumieć”? Wątpię. Obawiam się, że TERREG raczej w ogóle ograniczy możliwość publikacji ostrzegających przed dającym się przewidzieć zamachem terrorystycznym. Wątpię, czy w świecie TERREG będzie można swobodnie napisać, że zamachy terrorystyczne to wynik prowadzonej w krajach zachodnich polityki imigracyjnej. Obawiam się, że cenzura polityczna TERREG ma służyć przede wszystkim blokowaniu swobodnej dyskusji o terroryzmie, a potem (a może od razu) na inne tematy, niewygodne dla lewicowej ortodoksji. Do tego toporne mechanizmy filtrujące wystarczą.

 

Gdyby jednak powstały algorytmy AI rzeczywiście „rozumiejące” treści we wszystkich skomplikowanych aspektach i smakach języka, mechanizm taki jak TERREG nie wydaje się wcale mniej groźny. Wówczas powstaje pytanie o „poglądy” cenzurującej maszyny. Sztuczna inteligencja zablokuje treści, które sama zrozumie i uzna za nieodpowiednie. Jak wygląda kontrola człowieka nad takimi mechanizmami. Czy sami architekci systemu cenzury w przykry dla siebie (ale co ważniejsze dla nas wszystkich) sposób nie zdziwią się skutkami jego wprowadzenia? To są problemy nieco futurologiczne, ale warto je sygnalizować, skoro prawodawstwo unijne w dość wyraźny sposób chce zdać się na automaty.

 

Za znanymi obecnie mechanizmami filtrowania treści stoi człowiek, jego polityczne poglądy i nakazy panującego reżimu, jak to ma miejsce w Chinach. To są mechanizmy na szczęście (w pewnym sensie) prymitywne. Np. młodzi ludzie wiedzą, że, by odłączyć wkurzającego Chińczyka od Internetu, wystarczy napisać mu coś o protestach na placu Tian’anmen w 1989. Toporna chińska cenzura nie zwraca uwagi, że to nie on, ale do niego napisano. Choć nie brzmi to dobrze, to jednak prymitywizm tych rozwiązań sprawia, że wydają się mniej groźne. Im „mądrzejsze” techniki inwigilacji i cenzury, tym bardziej złowrogo rysuje się przyszłość.

 

Paradyzyjczycy u Zajdla posługiwali się tzw. „koalangiem”, pełnym metafor i szarad słownych poetyckim w zasadzie językiem, który skutecznie oszukiwał podsłuchującą ich na każdym kroku „centralę”, posługującą się przy tym zaawansowanymi algorytmami wyszukującymi „niepożądane” treści w rozmowach obywateli utopijnego świata. Czy w świecie ACTA2 i TERREG, też będziemy musieli uciekać się do szarad i poezji, aby móc swobodnie rozmawiać?

 

Karta praw? Konstytucja? To ostatnie rzeczy, które obchodzą euro-cenzorów

 

Ze świata futurologii i fantastyki wróćmy może na koniec do naszych praw, jakie mamy jako obywatele Polski  i Europejczycy. Jeśli TERREG nie jest w sprzeczności z zawartym w Konstytucji RP zakazem cenzury, to już nie wiem co go łamie. Jest też „Karta praw podstawowych Unii Europejskiej”, która gwarantuje nam prawo do swobodnego wyrażania opinii. W jej art. 11 czytamy o „prawie do wolności słowa” dla każdego Europejczyka. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe.

 

Odwołując się do tych podstawowych praw, jakie nam przysługują, nie zapominajmy, że euro-cenzorzy nie zwracają na nasze prawa uwagi. W wymiarze praktycznym powinniśmy naciskać, by, jeśli nasz rząd ma zamiar wprowadzać to rozporządzenia jakimiś aktami prawnymi w Polsce, zawarta w nich była długa lista wyłączeń, uniemożliwiająca administracyjnej cenzurze dowolność w blokowaniu treści.

 

Mirosław Usidus

 

Ignorować – ŁUKASZ WARZECHA o hejtowaniu dziennikarzy

Niegodziwy szmaciarz” i „straszna menda” – tak napisał o mnie na Twitterze pewien człowiek, bynajmniej nie anonimowy, ale przeciwnie – względnie rozpoznawalny w niektórych kręgach. Napisał to w odpowiedzi na mój złośliwy komentarz dotyczący nominacji Wojciecha Wybranowskiego na redaktora naczelnego „Głosu Wielkopolskiego”: „Wojtuś na to solidnie zapracował”. Pod wpisem na mój temat rozkręciła się standardowa hejterska karuzela, zresztą z udziałem samego Wybranowskiego. Znam ten mechanizm świetnie, więc nie jest to dla mnie zaskoczenie.

 

Tak się złożyło, że dostrzegłem te wpisy akurat w dniu, gdy Wirtualne Media opublikowały ciekawy tekst o hejcie na dziennikarzy, w którym jako ofiary wymienieni byli Filip Chajzer, Tomasz RożekKatarzyna Bosacka. Tekst pomija jednak ten właśnie mechanizm nakręcania hejtu, o którym mowa wyżej. Internetowy hejt miałby być tylko skutkiem działania najczęściej anonimowych internautów. Tak jednak nie jest. Bardzo często i zapewne coraz częściej – trudno tu mówić o jakichś statystykach – hejt nakręcają osoby o tysiącach obserwujących, w tym także politycy i dziennikarze, podszczuwając na tych, z którymi im nie po drodze.

 

Na Wirtualnych Mediach możemy przeczytać o tym, że Filip Chajzer z powodu agresji internautów wpadł podobno w depresję. Tomasza Rożka spotkały zaś najgorsze możliwe obelgi, gdy pokazał, że pracował jako wolontariusz na oddziale covidowym.

 

Nie jest to pierwszy artykuł, mówiący o problemie internetowych nienawistników. Były ich już dziesiątki, jeśli nie setki. Większość jednak – tak jak i ten – skupia się na przedstawianiu dramatycznych (rzekomo) skutków hejtu dla jego ofiar, a ich autorzy kompletnie nie starają się zobaczyć sprawy w szerszym kontekście.

 

Zostawiam tu na boku kwestię prześladowania w sieci osób prywatnych. Interesują mnie sytuacje tego typu w świecie mediów. Jest ich, rzecz jasna, mnóstwo, bo osoby publiczne – a do takich można zaliczyć większość dziennikarzy – z natury rzeczy przyciągają internetowych agresorów. Tak było i tak będzie. Piszę to jako osoba, która przez kilkanaście lat obecności w mediach społecznościowych (zaczęło się od Salonu24, a więc 15 lat temu; na Twitterze zaś jestem od 11 lat) dorobiła się naprawdę licznego antykościoła. Ludzi, którzy są gotowi przypisać mi najgorsze cechy i motywacje, a na koniec obrazić w najbardziej chamski sposób, mógłbym zapewne liczyć w grubych tysiącach. Tak bywało już za czasów Salonu24, choć skala była rzecz jasna mniejsza.

 

Czasami zdarza mi się przypadkowo zajrzeć w te rejony, gdzie zbierają się moi osobiści nienawistnicy (na ogół omijam ich szerokim łukiem, starając się blokować wszystkie takie osoby, jeśli wpadną mi przypadkiem w oko) i zapewniam: jest to najgorsza kloaka chamstwa i głupoty, jaką można sobie wyobrazić. Dlatego, szczerze mówiąc, wyznania Chajzera brzmią dla mnie co najmniej dziwnie, jeśli nie jak hipokryzja. Czy naprawdę dziennikarz niestroniący od kontrowersyjnych opinii nie spodziewa się, że spotka go za nie masowy hejt? Ja wkalkulowuję to w swoją aktywność, a lata obcowania z tym zjawiskiem właściwie całkowicie mnie na nie uodporniły. Owszem, nie jest to miłe, być może gdzieś w psychice się odkłada, ale gdybym miał do sprawy podchodzić tak jak Chajzer – który w pewnych przypadkach wytaczał ciężkie działa, ujawniając dane hejterów i tocząc z nimi absurdalne boje, które ich tak naprawdę dowartościowują – to albo nie mógłbym się zajmować niczym innym, albo skończyłbym dawno w szpitalu psychiatrycznym. Sytuacji takich jak opisana na początku tego tekstu – inni przedstawiciele środowiska dziennikarskiego, nakręcający hejt pod bzdurnym pretekstem, czego plonem są setki chamskich wpisów – zaliczyłem już pewnie kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset. Odhaczam, ziewam, idę dalej.

 

Decydując się na szukanie popularności, jak niektórzy celebryci lub dziennikarze, albo po prostu wchodząc do mediów społecznościowych, żeby w ten sposób komunikować swoje poglądy i oceny, trzeba być przygotowanym na to, co się tam dzieje. Jeżeli ktoś na to gotowy nie jest albo go to przerasta, nie powinien brać w tej zabawie udziału. Na tej samej zasadzie jak ktoś z lękiem latania nie powinien kształcić się na pilota, a ktoś z klaustrofobią nie powinien iść do pracy w kopalni. Są zresztą dziennikarze, którzy po prostu do mediów społecznościowych nie weszli i problem ich nie dotyczy – jak na przykład Andrzej Stankiewicz. Aczkolwiek jest ich faktycznie coraz mniej.

 

Nie znaczy to jednak, że zagadnienie nie istnieje. Rozmawiałem o tym z Tomkiem Rożkiem, jednym z bohaterów artykułu Wirtualnych Mediów. Tomek napisał do mnie: „Ja nie płaczę nad swoim nieszczęściem. Ja płaczę nad naszym nieszczęściem. Bo zdziczenie obyczajów widzę wyraźnie. I stawiam tezę, że to także z powodu braku reakcji na chamstwo w sieci”. W przeciwieństwie do Chajzera, który nie po raz pierwszy robi teatr ze swoich przygód z hejterami, Rożek nie jest faktycznie znany z żalenia się na nich, ale też jako dziennikarz naukowy nie miał zbyt wielu okazji, żeby się narazić. Dlatego zetknięcie z napięciami i emocjami, jakie łączą się ze sprawą epidemii, szczepień, szpitali covidowych, może być dla niego szokujące – i ja to świetnie rozumiem.

 

Jako realista nie jestem jednak w stanie w pełni zgodzić się z jego diagnozą. Czy faktycznie zdziczenie postępuje? Trochę zapewne tak – dewaluacja słów, wysyłanych sygnałów, postępujące znieczulenie odbiorców oraz wynikająca z tego potrzeba epatowania coraz mocniejszymi przekazami – to się rzeczywiście w mediach społecznościowych dzieje w skali globalnej i dotyczy osób publicznych. Za tym przykładem idą zwykli użytkownicy. Z drugiej jednak strony frustraci i chamstwo istniały zawsze, tyle że przed erą społecznościówek dotarcie do adresatów było o wiele trudniejsze. Tu więc Rożek ma w jakimś stopniu rację.

 

Ale co począć ze stwierdzeniem, że przyczyną jest „brak reakcji”? Jak właściwie mielibyśmy na takie przypadki reagować poza blokowaniem tego typu osób? Odpowiedzią nie może przecież być jakaś forma cenzury – korzyść byłaby tu moim zdaniem znacznie mniejsza niż potencjalne straty. Można oczywiście starać się każdy taki wpis zgłaszać, ale raz, że większość platform stosuje bardzo luźne kryteria i trudno oczekiwać rezultatów, a dwa, że popularni dziennikarze do zgłaszania nienawistnych wpisów do siebie kierowanych musieliby zatrudnić specjalnego pracownika. W przeciwnym wypadku nie mieliby już czasu na nic innego.

 

Rozumiem, że wrażliwości są różne i że dla wielu osób – tak właśnie jak dla Tomasza Rożka – pierwsze zetknięcie z prawdziwą falą internetowych nienawistników może być szokujące. Ale to trochę tak jakby kogoś zszokowało, że są na świecie regiony pełne nędzy i nieszczęścia, gdy trafił tam pierwszy raz w życiu, i domagał się, żeby coś z tym natychmiast zrobić. Niestety – nędza będzie na świecie zawsze, podobnie jak zawsze będą istnieli hejterzy. Może przez lata moja skóra stała się już bardzo gruba, ale mam na to tylko jedną radę: ignorować. Normalna, pożyteczna dyskusja i obieg opinii powinny istnieć w oderwaniu od kloacznych klimatów, które niech kłębią się na marginesie, choćby nawet był to bardzo duży margines.

 

Media społecznościowe udostępniają narzędzia ułatwiające odcięcie się od hejtu. Na przykład Twitter od dość już dawna filtruje zawartość w taki sposób, że użytkownik widzi tylko część kierowanych do niego komunikatów. Algorytmy dość skutecznie odcinają to, co można uznać za hejt. Inne rozwiązania będą jak kopanie się z koniem.

 

Łukasz Warzecha

CMWP SDP obejmuje monitoringiem sprawę Kamila Różalskiego, byłego operatora TVN

W związku z zawiadomieniem o wszczęciu postępowania z urzędu w sprawie podlegania Pana Kamila Różalskiego, byłego operatora Telewizji TVN,  ubezpieczeniom społecznym u płatnika składek TVN S.A., Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP informuje, że ta sprawa została objęta monitoringiem pod kątem przestrzegania praw osób ubezpieczonych zatrudnionych u wskazanego wyżej płatnika składek. Mając na uwadze, że działania płatnika składek, jak również opóźnienie czynności ZUS w niniejszej sprawie mogą stwarzać zagrożenie dla konstytucyjnych praw p. Kamila Różalskiego oraz innych osób w zakresie zabezpieczenia społecznego (art. 67 Konstytucji RP), podjęcie monitoringu niniejszej sprawy jest uzasadnione i konieczne.

 

W związku z wszczęciem monitoringu w sprawie zostało skierowane pismo do ZUS  z  prośbą o wyjaśnienie, czy  postępowanie w sprawie objęcia ubezpieczeniami społecznymi dotyczy wyłącznie p. Kamila Różalskiego, czy także innych osób, a jeżeli tak, to ilu. Poprosiliśmy także  o dodatkowe informacje:  jakiego okresu czasu dotyczy postępowanie (lub postępowania), z jakiej przyczyny tut. Oddział ZUS nie podjął działań wcześniej, zważywszy, że wg posiadanych informacji p. Kamil Różalski wraz z grupą osób wniósł skargę ok. 1,5 roku temu oraz czy ZUS przeprowadził w tej sprawie kontrolę u płatnika składek i  czy taka kontrola jest lub będzie prowadzona.

 

Pismo w tej sprawie zostało wysłane do ZUS (III Oddział w Warszawie) 17 maja br.

 

Fot. wikipedia.org