Pływanie w ścieku – felieton satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO

Wykluczenie polityka w debacie politycznej, przywraca dyskusje o cenzurze, wolności słowa i innych imponderabiliach.

 

Maszyna do teleportowania jednak istnieje. Wielu Polaków musi być przecież przekonanych, że są wśród nas aktywiści polityczni, którzy przenieśli się w czasie. I to pewnie z okresu, kiedy byliśmy potęgą. Prosto z I Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Łącznie z poglądami minionego czasokresu. Czy należy do nich Grzegorz Braun? Dziennikarz, a zarazem polityk jak najbardziej skuteczny. Został przecież Posłem na Sejm i nie ma większych problemów z dotarciem do swoich wyborców. Nade wszystko mówi kwieciście i śmiało można stwierdzić, że jest złotoustym Grzegorzem.

 

Tylko co z takimi „kwiatkami” począć, gdy łączą się zdalnie z „mediami głównego ścieku”?

 

To jest ten dylemat. Gdy traktujemy programy telewizyjne czy radiowe (teraz również dostępne wizualnie) jako część naszego domostwa. I dziennikarze stają się takimi naszymi „wespół w zespół” domownikami. A ponieważ słyniemy z gościnności, zapraszamy też gości, w postaci polityków.

 

No i teraz pytanie, jak się w tych gościach zachowują? Nie chodzi tu o obowiązkowe ściąganie butów, tylko o poglądy głoszone przy stole. Jak mówią nie po naszej myśli, albo co gorsza, pisząc kolokwialnie: „przeginają pałeczkę”. Wyrzucenie za drzwi to podejście w wersji radykalnej. Ta spokojniejsza zakłada, że już więcej zaproszeni nie zostaną.

 

Ładnych kilka dni temu, znany, rzetelny i ceniony red. Andrzej Stankiewicz, wykluczył z debaty posła Konfederacji. „Skandal” miał miejsce w niedzielnym programie „7 dzień tygodnia” w Radiu Zet i na portalu Onet.pl.  Tak na marginesie, niedziela to nie pierwszy dzień tygodnia?

 

O co poszło? Grzegorz Braun, ministra zdrowia Adama Niedzielskiego, nazwał „szkolonym psychopatą”. Wówczas redaktor prowadzący debatę, usunął naszego bohatera  z dalszej dyskusji. Czerwona kartka i do szatni.

 

Czy mógł zamiast wyrzucania, spróbować np. delikatnie dopytać pretendenta na urząd prezydenta miasta. Np. czy  ma kompetencje z zakresu medycyny i psychologii, aby określać dysfunkcje poznawczo – emocjonalne ministra reprezentującego interesy „łże prawicy”. Albo czy szkolenia w zakresie psychopatii, odbywały się z pieniędzy „kondominium rosyjsko niemieckiego pod żydowskim zarządem powierniczym”?

 

Jeszcze wcześniej padło ostrzeżenie, taka żółta kartka. Na pytanie dotyczące organizacji marszów równości, G. Braun odpowiedział: „Nie popieram dewiacji”.

 

W liście broniącym posła, sztabowcy napisali:

 

Dziennikarz (???) prowadzący debatę wyborczą w radiu Zet miał czelność upominać(!!!) Posła na sejm RP i kandydata na ważny publiczny urząd, za to że ten wyraził własną opinię, posługując się określeniami zdefiniowanymi w Słowniku języka polskiego”.

 

Rzeczywiście, PWN wydaje różne dziwne słowniki. Np. w 2002 roku, wydał „Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów”, autorstwa prof. Macieja Grochowskiego. Czy to jest powód, aby korzystać z jego zasobów pełnymi garściami?

 

Również kilkadziesiąt lat temu, Światowa Organizacja Zdrowia wykreśliła homoseksualizm z listy chorób i zaburzeń, a w środowiska naukowe uznały, że homoseksualizm jest normalnym wariantem ludzkiej seksualności. Lecz nasz oldschoolowy kandydat, gdy przeskakiwał między wiekami, nie dowiedział się, że nawet określenie „dewiacja seksualna”, jest terminem przestarzałym.

 

Obrońcy napisali również, że jest coś takiego jak: „konstytucyjne prawo do swobody wypowiedzi, ale również obowiązujące normy wynikające z prawa o radiofonii i telewizji oraz kodeksu etyki dziennikarskiej”.

 

Redaktor naczelny Radio ZET, Michał Celeda, również w odpowiedzi powołał się na te same normy: „jako nadawca przestrzegamy przepisów ustawy o radiofonii i telewizji, które wprost mówią o tym, że audycje lub inne przekazy nie mogą propagować działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu oraz postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym, w szczególności nie mogą zawierać treści nawołujących do nienawiści lub dyskryminujących ze względu na rasę, niepełnosprawność, płeć, wyznanie lub narodowość”.

 

Już dużo wcześniej, red. Kamil Sikora, zauważył, że w takich sytuacjach pojawią się zarzuty, że to cenzura. Nie zgadzając się z takim postawieniem sprawy, zauważa: „Nie, bo dziennikarz to nie stojak na mikrofon, który musi przyjmować wszystko, co jego rozmówca mówi”.

 

Współpracownicy kandydata, podzielili się również spostrzeżeniem, że „Sondaże musiały mocno skoczyć w górę p. Grzegorzowi, skoro w radiu Zet wyłączono mu mikrofon pod kretyńskim pretekstem”.

 

To jednak inaczej działa. To p. Grzegorzowi skoczyć mogłyby słupki, hen wysoko, po wywaleniu z programu. Audycje w których prowadzący dziękują za współpracę, albo politycy wychodzą ze studia to nie pierwszyzna. O programie robi się głośno i o to też nieraz, w tym medialnie kociokwiku chodzi. Ok, zdarza się, że ktoś po prostu nie wytrzymuje. „Franuś nie wyprowadzaj ty mnie z nerw”, mawiał Balcerek w Alternatywach 4.

 

Raczej Grzegorz Braun, powinien się wyłączyć, tuż po usłyszeniu pytania o Marsz Równości. W ramach protestu przeciwko pytaniu o takie „bezeceństwa”. Miłośnicy serialu „Ranczo” pamiętają przecież, jak senator Kozioł, w trakcie debaty, wstaje i wychodzi ze studia. Strzał w dziesiątkę, gdyż odciął się w ten sposób, od uprawiania polityki przez konformistyczną, demokratyczną większość.

 

Dość tego! Wreszcie trzeba zatrzymać to szaleństwo politpoprawności” – piszą zatroskani sympatycy. I w tym miejscu można się znów zatrzymać. Gdzie są granice wolności, poprawności, obrażania? I czy w ogóle da się je wyznaczyć? Czy przypadkiem dziennikarz nie powinien dopuścić wypowiedzi bez komentowania. A zainteresowani, czyli środowiska LGBT czy odpowiedni minister, powinni we własnym zakresie, dotknięci słowami, wytoczyć procesy za zniesławienie?

 

Albo wyobraźcie sobie, Bill Gates pozywający prezesa Konfederacji Korony Polskiej, za deprecjonowanie swego czasu – Windowsa 8. Ależ byłaby „klikalność”. Nie tylko lokalna, ale i światowa przecież. I jakże ważny rozgłos. I rozpoznawalność. Czy też nie o nią w polityce chodzi?

 

Krzysztof Prendecki

Przypadek Brauna – ŁUKASZ WARZECHA o granicy interwencji dziennikarza prowadzącego dyskusję

Środowisko dziennikarskie w sprawie wyrzucenia Grzegorza Brauna z debaty kandydatów na prezydenta Rzeszowa w Radiu Zet podzieliło się na dwa obozy, zgodnie z zaangażowaniem politycznym. Pierwszy obóz bił brawo – to głównie obóz opozycyjny, drugi milczał – to głównie obóz prorządowy.

 

Reakcja pierwszego obozu jest przynajmniej konsekwentna. Konfederacja w tej grupie jest od zawsze na cenzurowanym. Reakcja drugiego niestety konsekwentna nie jest. To obecnie rządzący wielokrotnie twierdzili, że zagrożeniem są różne formy politycznie poprawnej cenzury, a ich oczkiem w głowie jest wolność słowa. Kiedy jednak padło na politycznego konkurenta, goniącego w sondażach kandydatkę PiS – zamilkli. Dotyczy to zresztą nie tylko sprzyjających władzy dziennikarzy, ale także polityków obozu rządzącego. Głosów sprzeciwu lub przynajmniej sceptycznych wobec decyzji Andrzeja Stankiewicza było niewiele. To będzie jeden z nich.

 

Dwie rzeczy muszę na początku podkreślić. Pierwsza: nie oceniam tutaj słuszności lub nie słów Grzegorza Brauna ani tym bardziej tego, czy one posłużą Konfederacji czy nie. Ten tekst w ogóle nie jest o tym. Druga: nie jest to w żadnym wypadku atak na samego Andrzeja Stankiewicza. Andrzeja znam od lat i niezmiennie bardzo cenię jako dziennikarza. Nie znaczy to jednak, że nie mógł w mojej ocenie popełnić błędu albo że w jakichś sprawach nie możemy się nie zgadzać.

 

Nie ma tu – zaznaczam – żadnego znaczenia, czy mówimy o prywatnej czy o publicznej stacji. Rozważania dotyczą bowiem tego, czy dziennikarz prowadzący dyskusję w ogóle powinien interweniować tak jak to zrobił Stankiewicz. Wniosek w taki sam sposób dotyczyć będzie publicznej i prywatnej stacji. Ogólna zasada postępowania dotyczy obu rodzajów podmiotów.

 

Wyobraźmy sobie najpierw pewną sytuację. Takie ćwiczenia umysłowe zawsze polecam w podobnych okolicznościach. Oto trwa podobna debata z podobnymi uczestnikami i nagle przedstawiciel lewicy zwraca się do przedstawiciela narodowców: „Jesteście faszystami! Gdybyście mogli, organizowalibyście dzisiaj pogromy na Żydach!”. Czy przedstawiciel lewicy powinien zostać wyrzucony z debaty? Przecież to dwa obelżywe, skandaliczne i bardzo daleko idące oskarżenia – znacznie moim zdaniem poważniejsze niż to, co powiedział Grzegorz Braun.

 

Wiem, że niektórzy wypowiedzą teraz sakramentalne: to nieporównywalne. A jednak – to jest znakomicie porównywalne. I tu, i tam mamy do czynienia z pewnym ostro wyrażonym poglądem. Być może tak postawionej tezy wygłaszający ją nie byłby w stanie udowodnić, być może mógłby zostać za nią pozwany. Czy jednak faktycznie nie ma prawa zaprezentować jej w debacie, której celem jest przecież, żeby dać wyborcom materiał do oceny?

 

Podstawowe pytanie brzmi zaś: gdzie leży granica interwencji dziennikarza prowadzącego dyskusję? Interwencji nie polegającej już tylko na sprzeciwie wobec jakichś słów, ale na całkowitym pozbawieniu uczestnika debaty prawa głosu. Jest to przecież forma cenzury. Czy dziennikarz ma do niej prawo? Uważam, że tak – lecz jedynie w dwóch sytuacjach.

 

Pierwsza to zwykłe, ordynarne chamstwo, a więc posługiwanie się słowami powszechnie uznawanymi za obelżywe. Do takich zaliczam hasło protestów dowodzonych przez panią Lempart. Druga sytuacja to taka, gdy uczestnik debaty zahacza o kodeks karny i na przykład nawołuje wprost do nienawiści. Poparłbym Andrzeja Stankiewicza wręcz entuzjastycznie, gdyby Grzegorz Braun w debacie powiedział: „Jeśli zobaczą państwo na ulicy homoseksualistów, gońcie ich, bijcie, przepędźcie!”. Nic takiego jednak nie padło. Padły dwa stwierdzenia, oba ostre, ale będące wyrazem poglądów kandydata: o „dewiacji” w kontekście homoseksualizmu oraz o ministrze Adamie Niedzielskim jako „psychopacie”. Można narzekać, że kandydat posługuje się takim językiem oraz że ma takie poglądy, można to też akceptować i popierać, jednak ostateczna ocena powinna należeć do wyborców. Jeżeli dziennikarz przyznaje sobie prawo do uciszenia polityka, wygłaszającego choćby najostrzejsze oceny, ale jednak właśnie oceny, przestaje być przezroczysty, a staje się aktywnym uczestnikiem dyskusji, w dodatku z prawem dowolnego cenzurowania jej uczestników. I nie udawajmy, że nie mają wówczas znaczenia jego własne poglądy.

 

Wolność słowa jest dzisiaj zagrożona znacznie bardziej niż jeszcze na początku 2020 r. Do dotychczasowych politycznie poprawnych kryteriów cenzorskich doszły kryteria sanitarystyczne. Można wylecieć z mediów społecznościowych nawet za podanie dalej naukowych raportów o badaniach nad lekami na COVID (autentyczny przypadek, choć nie w Polsce) albo za generalne niezgadzanie się z obowiązującą linią, jak to się stało w przypadku twitterowego konta doktora Pawła Basiukiewicza.

 

Dziennikarze powinni stać po stronie obrońców prawa do wolnej ekspresji, a nie po stronie cenzorów. To nie my – również, a nawet przede wszystkim jako prowadzący debaty i dyskusje – jesteśmy od uczenia polityków kultury wypowiedzi, a już na pewno nie jesteśmy od tego, żeby arbitralnie decydować o tym, jakie poglądy i oceny powinny do odbiorców dotrzeć.

 

Łukasz Warzecha

Nagrody Wielkopolskiego Oddziału SDP rozdane

We wtorek 8 czerwca 2021 r. w historycznej Sali Czerwonej Pałacu Działyńskich w Poznaniu odbyło uroczyste wręczenie nagród w tegorocznym Konkursie Dziennikarskim Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.  Jego laureatami są w tym roku red. Jan Martini z Wielkopolskiego Kuriera Wnet, Łukasz Kaźmierczak z Radia Poznań Marcin Wróblewski i Krystian Kaliszak z TVP 3 Poznań oraz Wojciech Czeski z Gazety Mosińsko-Puszczykowskiej. Po raz pierwszy w tym roku przyznano także nagrody honorowe za wybitne osiągnięcia w pracy dziennikarskiej – Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP.  Otrzymała go red. Barbara Miczko-Malcher z Radia Poznań, która obchodzi w tym roku jubileusz 50-lecia pracy zawodowej oraz red. Sławomir Kmiecik, były dziennikarz Głosu Wielkopolskiego, autor książek „Przemysł pogardy” t. 1 i t.2.

 

Za wybitne osiągnięcia w pracy zawodowej, szczególnie za unikatowe reportaże dokumentalne dotyczące najnowszej historii Polski m.in. Poznańskiego Czerwca’56, Powstania Wielkopolskiego, losów więźniów politycznych z Wronek, więźniów Katynia i obozu dla polskich dzieci w Łodzi oraz za setki audycji radiowych o historii Poznania, Wielkopolski i Polski, za setki audycji radiowych o książkach, teatrze, poezji i sztukach plastycznych, każda z nich pokazuje świat z perspektywy bohatera, który zawsze jest kimś wyjątkowym, niebanalnym, wartym poznania i zapamiętania –  w ten sposób Zarząd Wielkopolskiego Oddziału SDP uzasadnił przyznanie Nagrody Laur WO SDP 2021 red. Barbarze Miczko -Malcher, reportażystce Radia Poznań , która w tym roku obchodzi jubileusz 50-lecia pracy zawodowej w Polskim Radiu i która do dziś prowadzi własną audycje poświęconą kulturze i historii.

 

 

 

 

Drugi Laur WO SDP przypadł byłemu dziennikarzowi Głosu Wielkopolskiego, red. Sławomirowi Kmiecikowi: za wybitne osiągnięcia w pracy zawodowej, szczególnie za publikacje książkowe „Przemysł pogardy” i  „Przemysł pogardy II”, bezkompromisowe i odważne studium potwierdzające  istnienie w III RP „przemysłu pogardy” wobec  Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego brata Jarosława, ukazujące dowody ich zorganizowanego znieważania i wyszydzania przez media i przeciwników politycznych przed i po Katastrofie Smoleńskiej – czytamy w uzasadnieniu nagrody, która od tego roku ma być przyznawana corocznie.

 

 

W sumie przyznano 5 nagród w 4 głównych kategoriach (Nagroda Gówna, Nagroda Viurtuti Civili, Nagroda im. Wojciecha Dolaty i Nagroda dla Młodych Dziennikarzy) oraz 6 wyróżnień. Jury obradowało w składzie: dr Jolanta Hajdasz, przewodnicząca Jury, prezes Zarządu WO SDP, prof. dr hab.Wiesław Ratajczak, dr Wiesław Kot, red. Roman Wawrzyniak i red. Aleksandra Tabaczyńska.  Sekretarzem Jury był red. Tadeusz Owczarzak Gran. Nagrodę Główną w tym roku odebrał red. Jan Martini.

 

Publicystyka Jana Martiniego wyróżnia się wyrazistością tez i powagą podejmowanych spraw. Jest artystą – pianistą i kompozytorem, podkreślających fundamentalną rolę kultury w życiu publicznym. W naturalny sposób przechodzi od spraw natury gospodarczej, politycznej, socjalnej do muzyki, teatru, filmu, literatury, by przekonać czytelnika, że nie są to pobocza i dodatki, ale sam rdzeń. Przybiera postawę nie tylko wolnego w swych sądach i gustach artysty, ale także kogoś doskonale rozumiejącego mechanizmy pracy instytucji i społeczną rywalizację o prestiż. Współczesne problemy i spory widzi w perspektywie  długotrwałych procesów, co pozwala mu dostrzec aktualne następstwa wyborów – także własnych – sprzed lat. Jan Martini pamięta i przypomina, również o tych, którzy niezauważenie odchodzą. Jeden z nagrodzonych artykułów poświęcił Janowi Grabusowi: ostatni walczący z bronią w ręku powstaniec Czerwca 56 odszedł z tego świata w ubiegłym roku – w tej sposób prof. dr hab. Wiesław Ratajczak w imieniu Jury uzasadnił przyznanie Nagrody Głównej WO SDP red. Janowi Martini, publicyście Wielkopolskiego Kuriera Wnet.

 

Z kolei red. Wiesław Kot uzasadnił przyznanie Nagrody Virtuti Civili  red. Marcinowi Wróblewskiemu z TVP 3 Poznań za m.in. reportaż „300 zł na głos”, w którym ujawnił iż w jednej z wielkopolskich firm właściciel płacił za oddanie głosu na Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich.  Byliśmy pod wrażeniem dociekliwości autora, który dotarł do firmy, gdzie odnotowano przykład politycznej korupcji. W zamian za głosowanie na polityka, któremu hołdował szef firmy, ten obiecywał pracownikom gratyfikację pieniężną. Autor reportażu powściągał głos oburzenia i całkiem słusznie, bowiem same fakty wydawały się dostatecznie krzyczące. Poszedł za to krok w krok, całkiem dosłownie, za robotnikami na placu manewrowym, którym to robotnikom ową propozycję złożono i odsłuchał ich cierpliwie i taktownie, pikselując im twarze, żeby nie dać pretekstu do zemsty ze strony szefa.

 

 

W tym roku Nagrodę im. Wojciecha Dolaty odebrał red.  Łukasz Kaźmierczak, a Nagrodę dla Młodych Dziennikarzy – red. Krystian Kaliszak i red. Wojciech Czeski. Wyróżnienia otrzymali Małgorzata Szewczyk, Elżbieta Rzepczyk, Barbara Kęcińska Lempka, Bartłomiej Grysa i Henryk Krzyżanowski. Wyróżnienie honorowe otrzymał red. Arkadiusz Małyszka, red. nacz. Zeszytów Historycznych Wielkopolskiej Solidarności.

 

 

 

Laureaci konkursu odebrali dyplomy pamiątkowe, nagrody książkowe oraz pieniężne w wysokości 500 zł każda ufundowane przez WO SDOP. Wyróżnieni odebrali dyplomy i nagrody książkowe. W części artystycznej zebrani wysłuchali kompozycji Claude’a Debussy’ego  „Petite suite”  w wykonaniu Jakuba Czerskiego (fortepian) i  oraz Karoliny Karczewskiej (flet) i Anny Marii Tabaczyńskiej (flet).

 

 

Wydarzenie było objęte patronatem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP z okazji jubileuszu 25- lecia jego istnienia.

 

 

Galeria zdjęć z uroczystości TUTAJ.

 

 

Kontrolować, likwidować, przejmować – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o wolności słowa

Platforma Obywatelska rzuciła hasło likwidacji TVP INFO. Rzecznik prasowy PO/KO Jan Grabiec zapewnił, że celem zbierania podpisów pod petycją jest  uniknięcie „sejmowej zamrażarki”, czyli wstrzymywania tej szczytnej  i jakże „demokratycznej” inicjatywy przez marszałek Sejmu. Podobno prezydent Warszawy  podczas wizyty w Gdańsku zbierał tam podpisy, podobno w dziele tym bardzo aktywne są  biura poselskie PO/KO.  Likwidacja  TVP INFO? Kontrolować, likwidować – czy nie przypomina to czasem poczynań aparatu represji  w czasach słusznie minionych?  No i co z innymi kanałami informacyjnymi, TVN 24, POLSAT NEWS? Czy także do likwidacji, bo zarzucane TVP INFO wady – stronniczość, niewiarygodność, fuck culture  – dotyczą ich w znacznie większym stopniu niż inkryminowanego.

 

Około 2010 roku na rynku medialnym pojawiły się dwa środowiska, które umocniły nikłą, jak dotąd, obecność konserwatystów – korporacja Fratria z jej tygodnikiem SIECI, miesięcznikiem W SIECI HISTORII, portalem i telewizją wPolsce.pl. Oraz tygodnik DO RZECZY, z miesięcznikiem i portalem. Uzupełniły one dwa istniejące już segmenty  mediów konserwatywnych, choć różniące się od siebie, a zdarzało się, że skonfliktowane, koncerny medialne, bo dziś już spokojnie można to tak nazwać, NASZ DZIENNIK, RADIO MARYJA i TV TRWAM oraz GAZETA POLSKA, wraz z GPC,  miesięcznikiem NOWE PANSTWO i telewizją REPUBLIKA. Po raz pierwszy od 1945 roku mamy na rynku media konserwatywne, świeckie, kościelne, religijne, mniej, ale niewątpliwie promujące wartości konserwatywne.  Wciąż nie jest ich zbyt wiele, bo stanowią zaledwie ok. 15-20%  całej podaży, rynek wciąż jest zmajoryzowany przez  stacje radiowe i telewizyjne komercyjne, lewicowo-liberalne, których nie wymienię, bo zabrałoby to całe miejsce, przeznaczone na komentarz.

 

Jednak mimo, że konserwatyści stanowią u nas jedynie 1/5 – 1/6 całego potencjału rynkowego, są solą w oku lewicowych partii oraz ich mediów. Mediów komercyjnych, prywatnych, na usługach partyjnych, ciekawe, prawda? Zresztą ten sam proces obserwuje się w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Hiszpanii, etc.  A więc prócz stałej kanonady i codziennego ostrzału mediów konserwatywnych, od kilku lat także publicznych, opozycja, a zwłaszcza PO/KO, co jakiś czas wpada na pomysł i proponuje tak cenne inicjatywy jak pamiętne „nie płacić abonamentu” Donalda Tuska czy teraz  petycja o zlikwidowanie kanału informacyjnego TVP INFO.  Zamiast  pracować nad kryzysem programowym, personalnym i kilkoma innymi partii,  czego najwyraźniej  nie potrafi, próbuje fuksa. A nuż koalicjanci partii rządzącej się akurat zagapią czy pokłócą, i  zyska choćby małe zwycięstwo dla podratowania spadającego na łeb na szyję ego. Intencja zbierania podpisów pod ta petycją jest jasna jak słońca, ale przy okazji rodzą się znacznie poważniejsze  pytania.

 

Np. o działania niezgodne z procedurami demokracji.  Podpisy pod projektem zbierają biura poselskie PO. A przecież petycje do Sejmu, to zwykle inicjatywy oddolne, społeczne, nie mające nic wspólnego z politykami i partiami, to „głos ludu”. Tu, pomysł partyjny, ogłoszony odgórnie i realizowany przez polityków. Kolejna nowa, świecka tradycja Platformy, prawą ręka za lewe ucho. Sprawa druga, znacznie poważniejsza. Dlaczego to kanał TVP INFO został wyróżniony uwaga PO/KO, ale nie TVN 24 i POLSAT NEWS? Przecież wystarczy spojrzeć na jakikolwiek program tych kanałów, aby zorientować się jak dalekie są od obiektywizmu,  jaki jest poziom wiarygodności materiałów, jak często naruszane są parytety światopoglądowe zapraszanych gości, jako metoda zakrzykiwanie, obrażanie, jakie  trudno byłoby znaleźć w TVP INFO. Proszę spojrzeć na codzienny program Minęła dwudziesta, Forum, popołudniowe pasma autorskie, gdzie zaprasza się polityków z różnych partii – czego nie uświadczy się zwłaszcza w TVN 24.  Na tym kanale agresywne są nawet programy kobiece, artystyczne i satyryczne!

 

I pytam po raz kolejny – dlaczego w Polsce jedynie od mediów publicznych oczekuje się pluralizmu, dbałości o standardy jakości i przyzwoitości. Przecież to nonsens! Bo moralność narodu, poglądy polityczne i standardy  zachowań w równym stopniu co publiczne, kształtują media komercyjne, prywatne! Spójrzmy na kolebkę demokracji Wielka Brytanię! Publiczna, utrzymywana z abonamentów BBC jest traktowana przez OFCOM / komisja strzegąca standardów w mediach „government approved”, zainicjowana i wspierana przez rząd, bez względu na to czy aktualnie konserwatywny czy labourzystowski/,  jak komercyjne i prywatne ITV i Sky News. OFCOM reprezentuje interes obywateli, wszystkich widzów bez wyjątku, bez względu na to czy oglądają głównie BBC czy  ITV.  Ma potężne kompetencje i wypowiada się na temat każdego medialnego potknięcia czy skandalu. No i ma siłę sprawczą, może karać i egzekwować owe kary.  Np. MTV musiał zapłacić 235 tys. funtów za program „zawierający bardzo ofensywny język i materiały”. ITV – zapłaciła 5.675 mln funtów za „ zbyt częste korzystanie w popularnych programach z drogich linii telefonicznych”, w podtekście podejrzenie korupcji. A BBC – 400 tys. za „złamanie zasad, obowiązujących  audycje konkursowe  z udziałem publiczności”, a potem kolejne kilkaset w związku z nie liczeniem się z cywilizowanymi standardami zachowań po wybuchu afery „Ross – Brand”,  wulgarnych i ofensywnych wygłupów dwóch brytyjskich „wojewódzkich”. Tym razem chodziło o „fuck culture:, która już dawno dotarła do BBC, a u nas często gości w różnych programach i wywiadach autorskich zwłaszcza w TVN 24. Konserwatyści i ich telewizje, z uwagi na swoje wartości, chrześcijańskie,  są znacznie mniej podatne na „fuck culture” niż permisywna liberalna lewica i jej media.

 

Tak więc zamiast, sowieckim  sposobem, domagać się  zamykania i  likwidowania  konkurencji,  media komercyjne muszą pogodzić się z tym, że po pierwsze, same winny podlegać  kontroli,  na pewno społecznej oraz autokontroli, a po wtóre – razem  z konserwatystami domagać się powołania takiego polskiego OFCOMU. Dla czystości systemu, powrotu do zapomnianych wartości Kodeksu Etyki Dziennikarskiej, wreszcie – dla zdrowia społecznego. Tymczasem dobrym przykładem może być red. Andrzej Stankiewicz, z którym mogę się nie zgadzać światopoglądowo, ale który w swoim programie nadawanym w Radiu ZET i w portalu Onet.pl, wyrzucił swego gościa Grzegorza Brauna, za nazwanie parad LGBT „dewiacjami” i  ministra zdrowia Adama Niedzielskiego „szkolonym psychopatą”. Po równo. Choć w internecie zawrzało, ktoś nawet mówił o „gwałceniu wolności słowa”, co jest nonsensem. Bo prawo do wolności słowa – tak, ale swoich poglądów należy bronić w sposób ogólnie uznawany za cywilizowany.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

Rozstrzygnięcie 28. edycji Konkursu o Nagrody SDP już 17 czerwca

W czwartek, 17 czerwca poznamy laureatów 28. edycji Konkursu o Nagrody SDP za najlepsze prace w polskiej prasie, radiu, telewizji i internecie, opublikowane lub wyemitowane w mediach w 2020 roku.

 

We wtorek, 8 czerwca w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie zebrało się jury główne konkursu (na zdjęciu), które zadecyduje do kogo w tym roku trafią nagrody i wyróżnienia. Przyznane zostaną w 14 kategoriach tematycznych. Najstarsza nagroda – Główna Nagroda Wolności Słowa ufundowana jest przez Zarząd Główny SDP, dotyczy publikacji w obronie demokracji i praworządności, demaskujących nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka. Stowarzyszenie jest również fundatorem Nagrody Watergate, przyznawanej za najlepsze prace z zakresu dziennikarstwa śledczego.

 

Pozostałe kategorie konkursowe: Nagroda im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie, Nagroda im. Krystyny Grzybowskiej za publicystykę o tematyce europejskiej, Nagroda im. Macieja Łukasiewicza za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy, Nagroda im. Janusza Kurtyki za publikacje o tematyce historycznej, Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego za dziennikarstwo ekonomiczne, Nagroda im. Aleksandra Milskiego dla redakcji mediów lokalnych za podejmowanie tematów ważnych dla ich społeczności, Nagroda im. Stefana Żeromskiego za publikacje o tematyce społecznej, Nagroda im. Adolfa Bocheńskiego skierowana do młodych dziennikarzy (do 30. roku życia) za wyróżniające się dokonania dziennikarskie, Nagroda im. Kazimierza  Wierzyńskiego za publikacje o tematyce sportowej

 

Swoje kategorie mają również fotoreporterzy, walczą oni o Nagrodę im. Eugeniusza Lokajskiego za fotografię o tematyce sportowej oraz Nagrodę im. Erazma Ciołka za fotografię społecznie zaangażowaną.

 

W ramach konkursu SDP organizowana jest również nagroda Klubu Publicystów Ochrony Środowiska „Ekos” (afiliowanego przy SDP) – Nagroda im. prof. Stefana Myczkowskiego, przyznawana za najlepsze publikacje o problemach ochrony środowiska.

 

Piętnastą kategorią konkursową jest Nagroda Specjalna Fundacji Solidarności Dziennikarskiej.

 

Oceniając nadesłane publikacje, Jury konkursu o Nagrody SDP 2020 bierze pod uwagę następujące kryteria: oryginalność  i nowatorstwo prac,  śmiałość w podejmowaniu tematów trudnych i kontrowersyjnych, atrakcyjność formalną przekazu i jego komunikatywność, walory dydaktyczne i estetyczne, rzetelność – zwłaszcza przy oddzielaniu informacji od opinii i komentarzy, podkreślenie, co jest własną oceną, a co cytatem, wiarygodność, udokumentowanie źródeł i weryfikację podanych treści, zachowanie proporcji i kontekstu sprawy.

 

 

Werdykt jurorów poznamy w czwartek, 17 czerwca podczas uroczystej gali, która odbędzie się się w Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. Transmisję z tego wydarzenie będzie można śledzić na portalu sdp.pl, początek o godz. 17.

 

Więcej o konkursie możemy przeczytać TUTAJ.

 

Materiały dotyczące poprzednich edycji konkursu o Nagrody SDP (od 1992 roku) dostępne są TUTAJ.

 

 

 

 

 

 

 

Projekt zrealizowany we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.

 

MIROSŁAW USIDUS: Cenzura po europejsku

Miłośnicy cenzury, ograniczania wolności słowa, kontrolowania obiegu informacji, nigdy nie mają wolnego i nigdy nie odpuszczają. Dowodzi tego przyjęcie cichaczem kilka tygodni temu, bez głosowania w Parlamencie Europejskim, rozporządzenia zwanego TERREG, wykwitu cenzorskiej myśli, przy którym sławetna ACTA 2 blednie.

 

Pisałem o tym projekcie już dwukrotnie na portalu SDP. Nigdy nie był tak nagłośniony, jak dyrektywa o prawie autorskim ACTA 2, a ostatnio w ogóle nie było o nim mowy. Europejskie mrówki-cenzorki wykonywały jednak swoją robotę cierpliwie i jak się niedawno okazało – skutecznie.

 

Jasne, w TERREG chodzi oficjalnie o bezpieczeństwo i walkę z terroryzmem. A że każda władza może sobie definiować sama, kto jest „terrorystą”, więc tak naprawdę może w efekcie dotyczyć każdego. Skutek praktyczny tego cenzorskiego obłędu będzie taki, że właściciele stron będą musieli w ciągu godziny usuwać wszelkie treści promujące „terroryzm”, wedle przyjętej politycznej definicji i na żądanie jakiegoś organu administracyjnego, pod groźbą surowych kar. Czyli w praktyce  będzie tak: władza nakaże wycięcie czegoś – wydawca musi natychmiast czyli bez dyskusji to wyciąć, bo taka procedura nie zostawia miejsca na sprzeciw, polemikę i zdanie odrębne.

 

„Terroryzm”? W wielu krajach to nad wyraz wygodne narzędzie do zwalczania ludzi niewygodnych, a niekiedy wyjmowania spod prawa całych grup społecznych. Chiny nazywają terrorystami walczących o swobody Ujgurów, uzasadniając w ten sposób niezwykle agresywne represje, jakim poddały te mniejszość narodową. Powstały tam nawet aplikacje rozróżniające Ujgurów po twarzy, po to ma się rozumieć by Pekin mógł skuteczniej rozpoznawać „terrorystów”. Turcja terrorystami nazywa Kurdów, a Arabia Saudyjska nieposłuszne grupy etniczne w Jemenie. Zbyt często „terrorystą” jest nazywany ten, kto się sprzeciwia władzy i ma inne poglądy, byśmy mogli zaufać jakiemukolwiek rządowi, gdy chce definiować „terroryzm”.

 

To nie są żarty. W świecie TERREG, jeśli władza uzna, że niniejszy tekst, przez sprzeciw wobec TERREG promuje „terroryzm”, to wydawcy portalu SDP muszą go w ciągu godziny zdjąć. I żadnej dyskusji pod groźbą ciężkich kar nie będzie.

 

Ponadto surowa cenzura TERREG ma działać ponad granicami państw. Czy doprowadzi to do sytuacji, że znana z zamordystycznej cenzury Szwecja będzie blokować treści publikowane w Polsce? Np. u nas panuje znacznie większa swoboda w podawaniu tożsamości i pochodzenia autorów ataków terrorystycznych. W Szwecji w mediach są to jedynie „młodzi ludzie”, nawet nie „o południowej urodzie”. Pewne treści są w tym kraju ściśle cenzurowane i nie ma dla nich miejsca w publikacjach. Czy pod rządami TERREG Szwecja będzie mogła zaprowadzić swój zamordyzm także w polskim internecie, który w porównaniu z krajami zachodnimi cieszy się ciągle względna swobodą (choć Facebook, Twitter a także Google, robią dużo by to się zmieniło)?

 

Cenzorskie nakazy dla wydawców wydawać mają jakieś specjalnie w tym celu tworzone organy administracyjne. Dla nas to powtórka z komunistycznej rozrywki, zaś dla przesiąkniętej lewicową myślą zachodniej Europy kolejny krok na drodze odchodzenia od demokracji i praworządności.

 

Nie zgadzam się z twoimi poglądami, więc jesteś terrorystą

 

Gdy pierwszy projekt TERREG (od ang. nazwy „TERrorist content REGulation”) pojawił się w 2018 r., niosła go fala publicznych wezwań do działania w następstwie serii ataków terrorystycznych w krajach zachodniej Europy w latach 2015-2016. Oczywiście od samego początku w debacie na ten temat starannie omija się jedną z głównym przyczyn tej terrorystycznej fali – otwarcie na oścież bram Europy dla imigrantów, a w kontekście ataków terrorystycznych, głównie z krajów Bliskiego Wschodu.

 

Pierwszy projekt rozporządzenia TERREG zawierał taką oto definicję „treści terrorystycznych”: „wszelkie materiały, które podżegają lub wspierają popełnianie przestępstw terrorystycznych, promują działalność grupy terrorystycznej lub dostarczają instrukcji i technik popełniania przestępstw terrorystycznych”. Prawda, że w razie czego można tu wiele treści, pozornie niewinnych dopasować. A to przecież tylko wyjściowa definicja. Nie wątpię w twórczy potencjał urzędników europejskich w coraz pojemniejszym definiowaniu „terroryzmu”.

 

Jak to zwykle bywa, za nowym projektem cenzorskim stoją nad wyraz górnolotnie wyrażane intencje. Już 2017 roku Komisja Europejska zapowiedziała czynną walkę z terrorystami w sieci, oraz z „rasizmem” i „ksenofobią”. Brzmi wzniośle. Jednakże, gdy czytamy oficjalne komunikaty Pekinu o celach i zasadach, stojących za chińską cenzurą polityczną, również wszystko to jest „dla dobra społeczeństwa” i „na straży prawa i bezpieczeństwa”. Nie tylko „terroryzm”, ale również „rasizm” czy „ksenofobia” to pojęcia w rękach polityków i cenzorów instrumentalne. Również Google czy Facebook znane są z arbitralnego i politycznie jednostronnego rozumienia tych pojęć. Zaś w praktyce oznacza to nierzadko, że „faszystą” czy „rasistą” stajesz się nie dlatego, że kogoś nie lubisz, ale dlatego, że ktoś o innych poglądach niż twoje, nie lubi ciebie i twoich poglądów.

 

Powiedzieć, że europolitykom pomysł inwigilacji i kontroli informacji przypadł do gustu, to bardzo mało powiedzieć. Na fali cenzorskiego entuzjazmu Jean-Claude Juncker, wciąż jeszcze szef Komisji Europejskiej, rzucił myśl, by wprowadzić zmiany w przepisach UE, które pozwolą na usuwanie wszelkich „nielegalnych treści w Internecie” w ciągu godziny. W marcu 2018 roku pod auspicjami KE opracowano specjalny „kodeks” dla firm z branży internetowej, zalecający wprowadzenie automatycznych mechanizmów wykrywania i usuwania treści „ksenofobicznych” czy „rasistowskich”. W odpowiedzi na to takie firmy jak Facebook, Microsoft, Twitter, YouTube, Instagram, Snapchat czy Dailymotion zapowiedziały wdrożenie odpowiednich rozwiązań technicznych cenzurujących Internet.

 

To była wciąż jednak jedynie rekomendacja a nie regulacje prawne. Wkrótce potem rozpoczęto intensywne prace nad TERREG, unijną dyrektywą, która umożliwia nieustanną zautomatyzowaną (czyli dokonywaną przez maszyny, algorytmy sztucznej inteligencji) lustrację platform społecznościowych i innych stron pod kątem „terrorystycznych treści” i szybkie ich blokowanie.

 

Chociaż poczyniliśmy już postępy w usuwaniu treści terrorystycznych w Internecie poprzez dobrowolną współpracę, to jednak to za mało,” mówił w wypowiedzi cytowanej przez portal europa.eu Julian King, komisarz unijny ds. bezpieczeństwa. „Musimy w ogóle uniemożliwić zamieszczanie tych treści, a także musimy zapewnić, że zostaną one usunięte tak szybko, jak to możliwe, zanim spowodują jakiekolwiek poważne szkody”. Motywacja i mobilizacja łapiących cenzorski wiatr w żagle eurourzędników, jak widać, stale wzrastała.

 

Już zresztą wcześniej, bo w 2016 roku Komisja Europejska zobowiązała się do stworzenia porozumienia, które pozwoliłoby firmom na usuwanie określonych treści w ciągu 24 godzin od ich publikacji w internecie. Wśród państw członkowskich Niemcy i Francja domagały się wspólnego kodeksu postępowania w zakresie walki z terroryzmem. Ponadto pojedyncze kraje członkowskie opracowały dla siebie szczegółowe wytyczne. Niemcy, na przykład, przyjęły ustawę NetzDG, której celem było ograniczenie obiegu fałszywych wiadomości w sieciach społecznościowych. Wynika z tego, że Niemcy są skłonne traktować jako „treści terrorystyczne” wszelkie fałszywe wiadomości. To znaczne rozszerzenie tego pojęcia, sygnalizujące wyraźnie do czego zmierzają wiodące w UE kraje.

 

Jak broni się przed eurocenzurą

 

Po wielu pracach w komisjach poprzedni Parlament Europejski, na krótko przed wygaśnięciem swojego mandatu, przyjął w kwietniu 2019 r. poprawioną wersję rozporządzenia. Eksperci i badacze zajmujący się terroryzmem nieśmiało wskazywali na brak dowodów na istnienie związku przyczynowego między treściami online a terroryzmem. Także własne agencje Unii, niektóre państwa członkowskie i wielu niezależnych pozarządowych działaczy, wszyscy wyrażali obawy dotyczące pułapek związanych z technicznym wdrożeniem rozporządzenia, a także ryzyka długoterminowych szkód społecznych i politycznych, gdyby stało się ono prawem UE. W trakcie całego cyklu legislacyjnego TERREG krytycy opisywali bardzo prawdopodobne scenariusze nadużyć ze strony rządów, które uwierają np. poglądy konserwatywne i ogólniej nielewicowe w charakterze. Co więcej, parlamentarne dyskusje na ten temat jasno pokazują, że sama natura zagrożenia terrorystycznego w UE jest przedmiotem sporu, a posłowie do Parlamentu Europejskiego wskazują na rozbieżne ideologie, przyczyny i interesy grupowe, w zależności od ich miejsca w spektrum politycznym i kraju, który reprezentują.

 

W 2019 roku Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej (ADF) wyraziła obawy dotyczące TERREG. Zdaniem ADF, należałoby dokładniej określić, co należy rozumieć przez treści terrorystyczne. Stosowana dotychczas definicja jest zbyt ogólna i narusza swobodę wypowiedzi. Ponadto, według ADF, rozporządzenie TERREG nie przewiduje udziału wymiaru sprawiedliwości w mechanizmie kontroli, co pozwala na usuwanie treści online z dowolnego państwa członkowskiego UE bez nadzoru organu sądowego. ADF chciałoby również, aby zmieniono termin, w jakim usuwane są treści online. Jedna godzina to – w ocenie wielu krytyków TERREG – nie tylko ADF, zbyt krótki przedział czasowy.

 

Po drugie ADF wzywała do zapewnienia ochrony praw podstawowych poprzez „skuteczny nadzór sądowy” nad realizacją dyrektywy. W pierwszych wersjach projektu nie było bowiem o tym wzmianki. Agencja przypominała również o potrzebie unikania nieproporcjonalnego wpływu na swobodę prowadzenia działalności gospodarczej w przypadku konieczności reagowania na zawiadomienia o usunięciu treści terrorystycznych w bardzo krótkim czasie. FRA sugerowała zamiast tego 24-godzinny czas reakcji od otrzymania nakazu usunięcia i zachęcała prawodawców UE w przypadku zgłoszeń transgranicznych do wymagania od wydającego nakaz państwa członkowskiego powiadomienia organów przyjmującego państwa członkowskiego, poza powiadomieniem dostawcy usług hostingowych. Choćby dlatego, aby np. francuska cenzura polityczna nie miała możliwości bezpośredniego „zdejmowania” treści w polskim Internecie, co byłoby sprzeczne z polskim prawem.

 

ADF stwierdziła też, że projekt nie zabezpiecza praw osób, które chciałby zakwestionować blokady swoich treści, nie przewidując zadowalającego rozróżnienia pomiędzy treściami „budzącymi wątpliwość” a blokowanymi z miejsca.

 

I w końcu w swojej opinii Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej stwierdziła, że proponowane w rozporządzeniu aktywne środki są bardzo zbliżone do ogólnego obowiązku monitorowania. A jest to nie tylko zakazane na mocy art. 14 dyrektywy UE o handlu elektronicznym, ale również ogólnie niezgodne z prawem jednostki do wolności słowa na mocy art. 11 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej.

 

Francuska cyfrowa organizacja pozarządowa La Quadrature du Net obawiała się w swoim oświadczeniu z 2019 roku, że wniosek Komisji jedynie wzmocni potentatów internetowych kosztem mniejszych podmiotów. „Gdyby została przyjęta, monopole Internetu (Google, Amazon, Facebook, Apple, Microsoft, Twitter) stałyby się kluczowymi partnerami w polityce bezpieczeństwa państw członkowskich i to wzmocniłyby ich już i tak dominującą pozycję. Każdemu innemu usługodawcy grozi zamknięcie. A dotyczy to również niezależnych usług chroniących naszych wolności,” piszą aktywiści w oświadczeniu.

 

Tworzona przez firmy i aktywistów internetowych organizacja Global Network Initiative już w styczniu 2019 przyjęła stanowisko, w którym stwierdza m. in.: „Proponowane rozporządzenie europejskie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych mogłoby mimowolnie zaszkodzić prawom użytkowników i podważyć uzasadnione wysiłki na rzecz dokumentowania i przeciwdziałania działalności ekstremistów w Internecie”. Dalej czytamy, że „członkowie GNI zwracają uwagę na niejasne definicje treści o charakterze terrorystycznym, szybkie terminy, w których firmy muszą stosować się do nakazów usunięcia treści, naciski na kształtowanie warunków świadczenia usług przez firmy internetowe a zarazem odnoszenie spraw o usunięcie treści do tych warunków, a nie przepisów prawa krajowego lub unijnego”.

 

GNI wskazuje, że przepisy zakazujące nawoływania do terroryzmu „powinny być ukierunkowane jedynie na bezprawne wypowiedzi, mające na celu podżeganie do popełnienia przestępstwa i które powodują niebezpieczeństwo popełnienia aktu terrorystycznego lub aktu przemocy”. Rozporządzenie odwołuje się do definicji „treści terrorystycznych” zawartej w dyrektywie UE 2017/541, która wielokrotnie została skrytykowana przez organizacje broniące praw człowieka i niezależnych ekspertów. Ponadto, ponieważ definicja ta opiera się na dyrektywie unijnej, powstaje możliwość, że będzie interpretowana na wiele różnych sposobów we wszystkich państwach członkowskich.  Zdaniem GNI powstała w ten sposób sfera niepewności prowadzi zagrożenia zbyt gorliwej polityki ze strony firm internetowych, które będą myśleć głównie o swoim bezpieczeństwie prawnym.

 

W opracowaniu pozarządowych ekspertów GNI pt. „Extremist Content and the ICT Sector” pisze się także o obawach „ustanowienia precedensów pozasądowej cenzury administracyjnej bez odpowiedniego dostępu do środków odwoławczych, bez jasno określonej odpowiedzialności i przejrzystości regulacji dla użytkowników i społeczeństwa”.

 

Organizacjom takim jak GNI w krytyce projektu rozporządzenia o treściach terrorystycznych, wtórują liczni eksperci i przedstawiciele środowisk akademickich. „Projekt rozporządzenia stanowi poważne zagrożenie dla wolności słowa. Przepisy te mogą być stosowane w odniesieniu do dziennikarzy, organizacji pozarządowych, partii politycznych, związków zawodowych, ludności autochtonicznej, historyków lub przedstawicieli nauk społecznych, pisarzy, rysowników, fotografów i filmowców. Transgraniczne stosowanie tych przepisów sprawia, że może stać się ono strasznym narzędziem w rękach reżimów autorytarnych lub nieuczciwych urzędników,” napisał na swoim blogu Martin Scheininin, profesor prawa międzynarodowego i praw człowieka na Wydziale Prawa Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (EUI) we Florencji.

 

Nie jest oczywiście zaskoczeniem, że projektowane regulacje ostro krytykowane są przez przedstawicieli sektora technologii i dostawców usług internetowych. Zwiększają przecież znacząco koszty prowadzenia biznesu i odpowiedzialność.

 

Unia ma aż nadto dobrze widoczną ambicję objęcia „opieką” całości internetowego życia i biznesu w sieci. Od pewnego czasu mówi się o projekcie „zbiorczym” Digital Services Act – unijnego prawa regulującego kompleksowo różne usługi cyfrowe i aspekty internetu. Do przyjętej dyrektywy o prawach autorskich, zwanej u nas ACTA2, rozporządzenia o treściach terrorystycznych, euro-regulatorzy chcą jak najszybciej dołączyć przepisy do walki z „mową nienawiści”. Jeśli „treści terrorystyczne” są wypłynięciem na morze obaw o nadużywanie i polityczne naginanie interpretacji, to co dopiero powiedzieć o „mowie nienawiści”. Już widzę euro-urzędy i armię biurokratów do zwalczania „mowy nienawiści”

 

Komisja bada, a jakże, możliwość ustanowienia scentralizowanego unijnego organu regulacyjnego ds. technologii, posiadającego uprawnienia do egzekwowania przepisów Digital Services Act. Taki „Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”. Co sobie urzędnicy będą odmawiać, skoro można wymyślić nowy urząd, w dodatku z potężnymi uprawnieniami kontrolno-egzekucyjnymi?

 

Drogą wdrażania kolejnych dyrektyw i rozporządzeń tworzących jedną, wyżej opisaną, całość, powstać ma kompleksowa infrastruktura do wymuszania na firmach internetowych usuwania treści „na żądanie” władz, czy to dlatego, że władza uzna, że coś jest „treścią terrorystyczną”, czy to dlatego, że pojawi się nie wiadomo dokładnie jeszcze czy uzasadnione, ale pojawi się roszczenie co do praw autorskich czy w końcu ktoś uzna, że krytyka takiej a takiej partii politycznej to „mowa nienawiści”.  A kto wie, na jakie jeszcze pomysły wpadną urzędnicy?

 

Niedawne przyjęcie dyrektywy TERREG zdaje się świadczyć, że mimo wszystkich negatywnych opinii organizacji broniących praw obywatelskich i niezależnych ekspertów, zwolennicy cenzury w organach UE są potężnie zdeterminowani. Nie zważali na to, na przykład, że we Francji ustawa proponująca podobny do TERREG jednogodzinny termin usunięcia została niedawno uznana za niekonstytucyjną. TERREG, jak na zamówienie, pomogły jesienne zamachy we Francji i Austrii. To one posłużyły do usprawiedliwiania pominięcia dalszej debaty i pominięcia zapowiadanego wcześniej głosowania plenarnego w parlamencie.

 

Po latach przechodzenia przez demokratyczną maszynkę do mielenia mięsa w Brukseli, tekst tego rozporządzenia w końcu w znacznej mierze sprzyja ugruntowanym interesom biurokratów i rządów, odrzucając ważne opinie ekspertów, bez wyraźnych korzyści dla (i prawdopodobnie kosztem) społeczeństwa,” oceniła  w komentarzu dla serwisu „Balkan Investigative Reporting Network: BIRN” Stefania Koskova, ekspertka, która przedstawiła posłom do Parlamentu Europejskiego informacje i pisemne uwagi na temat TERREG. „Obecnie mamy rozporządzenie, które nie stanowi skutecznego rozwiązania problemu wykorzystywania Internetu przez terrorystów i radykalizacji postaw w Internecie w UE, a także niesie ze sobą nowe zagrożenia dla demokracji i uczestnictwa obywateli”.

 

Cenzura docelowo zautomatyzowana

 

Gdy pierwszy raz napisałem na portalu SDP o TERREG, wspomniałem o skojarzeniach z anty-utopią „Paradyzja” Janusza Zajdla, w której ludzie są totalnie i permanentnie inwigilowani przez automaty. Zważywszy, że Internet zaczyna wykraczać poza świat jedynie tekstu i obrazu, w kierunku interfejsów naturalnych, głosowych, inteligentnych asystentów, monitorujących wszystko kamer, systemów biometrycznych, rozpoznawania twarzy, analogia z fantastyką socjologiczną Zajdla może okazać się z czasem coraz celniejsza.

 

Narzędzia automatyczne, nawet te oparte na sztucznej inteligencji, są wciąż bardzo dalekie od doskonałości. Ich rozwój i doskonalenie, to ogromne nakłady. Dlaczego potentaci Internetu mają w to inwestować, skoro dążący do cenzorskiego zamordyzmu politycy oczekują przede wszystkim usuwania tego, co niewygodne politycznie, a nie doskonałości technicznej. Podobnie jak w przypadku groźby roszczeń autorskich, obawiający się problemów prawnych właściciele platform ustawią swoje maszyny na szeroki margines. Bezpieczniej będzie na wszelki wypadek usunąć czy wręcz nie dopuścić do publikacji materiału budzącego wątpliwości, niż kalibrować filtry, które i tak w końcu mogą zawieść. A potem niech publikujący odwołuje się i martwi dowodzeniem, że to, co napisał, to nie „treści terrorystyczne”.

 

Czy maszyna zrozumie np. drugie dno w ironicznym zdaniu: „Terroryzm to szansa dla Zachodu, aby zaczął coś rozumieć”? Wątpię. Obawiam się, że TERREG raczej w ogóle ograniczy możliwość publikacji ostrzegających przed dającym się przewidzieć zamachem terrorystycznym. Wątpię, czy w świecie TERREG będzie można swobodnie napisać, że zamachy terrorystyczne to wynik prowadzonej w krajach zachodnich polityki imigracyjnej. Obawiam się, że cenzura polityczna TERREG ma służyć przede wszystkim blokowaniu swobodnej dyskusji o terroryzmie, a potem (a może od razu) na inne tematy, niewygodne dla lewicowej ortodoksji. Do tego toporne mechanizmy filtrujące wystarczą.

 

Gdyby jednak powstały algorytmy AI rzeczywiście „rozumiejące” treści we wszystkich skomplikowanych aspektach i smakach języka, mechanizm taki jak TERREG nie wydaje się wcale mniej groźny. Wówczas powstaje pytanie o „poglądy” cenzurującej maszyny. Sztuczna inteligencja zablokuje treści, które sama zrozumie i uzna za nieodpowiednie. Jak wygląda kontrola człowieka nad takimi mechanizmami. Czy sami architekci systemu cenzury w przykry dla siebie (ale co ważniejsze dla nas wszystkich) sposób nie zdziwią się skutkami jego wprowadzenia? To są problemy nieco futurologiczne, ale warto je sygnalizować, skoro prawodawstwo unijne w dość wyraźny sposób chce zdać się na automaty.

 

Za znanymi obecnie mechanizmami filtrowania treści stoi człowiek, jego polityczne poglądy i nakazy panującego reżimu, jak to ma miejsce w Chinach. To są mechanizmy na szczęście (w pewnym sensie) prymitywne. Np. młodzi ludzie wiedzą, że, by odłączyć wkurzającego Chińczyka od Internetu, wystarczy napisać mu coś o protestach na placu Tian’anmen w 1989. Toporna chińska cenzura nie zwraca uwagi, że to nie on, ale do niego napisano. Choć nie brzmi to dobrze, to jednak prymitywizm tych rozwiązań sprawia, że wydają się mniej groźne. Im „mądrzejsze” techniki inwigilacji i cenzury, tym bardziej złowrogo rysuje się przyszłość.

 

Paradyzyjczycy u Zajdla posługiwali się tzw. „koalangiem”, pełnym metafor i szarad słownych poetyckim w zasadzie językiem, który skutecznie oszukiwał podsłuchującą ich na każdym kroku „centralę”, posługującą się przy tym zaawansowanymi algorytmami wyszukującymi „niepożądane” treści w rozmowach obywateli utopijnego świata. Czy w świecie ACTA2 i TERREG, też będziemy musieli uciekać się do szarad i poezji, aby móc swobodnie rozmawiać?

 

Karta praw? Konstytucja? To ostatnie rzeczy, które obchodzą euro-cenzorów

 

Ze świata futurologii i fantastyki wróćmy może na koniec do naszych praw, jakie mamy jako obywatele Polski  i Europejczycy. Jeśli TERREG nie jest w sprzeczności z zawartym w Konstytucji RP zakazem cenzury, to już nie wiem co go łamie. Jest też „Karta praw podstawowych Unii Europejskiej”, która gwarantuje nam prawo do swobodnego wyrażania opinii. W jej art. 11 czytamy o „prawie do wolności słowa” dla każdego Europejczyka. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe.

 

Odwołując się do tych podstawowych praw, jakie nam przysługują, nie zapominajmy, że euro-cenzorzy nie zwracają na nasze prawa uwagi. W wymiarze praktycznym powinniśmy naciskać, by, jeśli nasz rząd ma zamiar wprowadzać to rozporządzenia jakimiś aktami prawnymi w Polsce, zawarta w nich była długa lista wyłączeń, uniemożliwiająca administracyjnej cenzurze dowolność w blokowaniu treści.

 

Mirosław Usidus

 

Ignorować – ŁUKASZ WARZECHA o hejtowaniu dziennikarzy

Niegodziwy szmaciarz” i „straszna menda” – tak napisał o mnie na Twitterze pewien człowiek, bynajmniej nie anonimowy, ale przeciwnie – względnie rozpoznawalny w niektórych kręgach. Napisał to w odpowiedzi na mój złośliwy komentarz dotyczący nominacji Wojciecha Wybranowskiego na redaktora naczelnego „Głosu Wielkopolskiego”: „Wojtuś na to solidnie zapracował”. Pod wpisem na mój temat rozkręciła się standardowa hejterska karuzela, zresztą z udziałem samego Wybranowskiego. Znam ten mechanizm świetnie, więc nie jest to dla mnie zaskoczenie.

 

Tak się złożyło, że dostrzegłem te wpisy akurat w dniu, gdy Wirtualne Media opublikowały ciekawy tekst o hejcie na dziennikarzy, w którym jako ofiary wymienieni byli Filip Chajzer, Tomasz RożekKatarzyna Bosacka. Tekst pomija jednak ten właśnie mechanizm nakręcania hejtu, o którym mowa wyżej. Internetowy hejt miałby być tylko skutkiem działania najczęściej anonimowych internautów. Tak jednak nie jest. Bardzo często i zapewne coraz częściej – trudno tu mówić o jakichś statystykach – hejt nakręcają osoby o tysiącach obserwujących, w tym także politycy i dziennikarze, podszczuwając na tych, z którymi im nie po drodze.

 

Na Wirtualnych Mediach możemy przeczytać o tym, że Filip Chajzer z powodu agresji internautów wpadł podobno w depresję. Tomasza Rożka spotkały zaś najgorsze możliwe obelgi, gdy pokazał, że pracował jako wolontariusz na oddziale covidowym.

 

Nie jest to pierwszy artykuł, mówiący o problemie internetowych nienawistników. Były ich już dziesiątki, jeśli nie setki. Większość jednak – tak jak i ten – skupia się na przedstawianiu dramatycznych (rzekomo) skutków hejtu dla jego ofiar, a ich autorzy kompletnie nie starają się zobaczyć sprawy w szerszym kontekście.

 

Zostawiam tu na boku kwestię prześladowania w sieci osób prywatnych. Interesują mnie sytuacje tego typu w świecie mediów. Jest ich, rzecz jasna, mnóstwo, bo osoby publiczne – a do takich można zaliczyć większość dziennikarzy – z natury rzeczy przyciągają internetowych agresorów. Tak było i tak będzie. Piszę to jako osoba, która przez kilkanaście lat obecności w mediach społecznościowych (zaczęło się od Salonu24, a więc 15 lat temu; na Twitterze zaś jestem od 11 lat) dorobiła się naprawdę licznego antykościoła. Ludzi, którzy są gotowi przypisać mi najgorsze cechy i motywacje, a na koniec obrazić w najbardziej chamski sposób, mógłbym zapewne liczyć w grubych tysiącach. Tak bywało już za czasów Salonu24, choć skala była rzecz jasna mniejsza.

 

Czasami zdarza mi się przypadkowo zajrzeć w te rejony, gdzie zbierają się moi osobiści nienawistnicy (na ogół omijam ich szerokim łukiem, starając się blokować wszystkie takie osoby, jeśli wpadną mi przypadkiem w oko) i zapewniam: jest to najgorsza kloaka chamstwa i głupoty, jaką można sobie wyobrazić. Dlatego, szczerze mówiąc, wyznania Chajzera brzmią dla mnie co najmniej dziwnie, jeśli nie jak hipokryzja. Czy naprawdę dziennikarz niestroniący od kontrowersyjnych opinii nie spodziewa się, że spotka go za nie masowy hejt? Ja wkalkulowuję to w swoją aktywność, a lata obcowania z tym zjawiskiem właściwie całkowicie mnie na nie uodporniły. Owszem, nie jest to miłe, być może gdzieś w psychice się odkłada, ale gdybym miał do sprawy podchodzić tak jak Chajzer – który w pewnych przypadkach wytaczał ciężkie działa, ujawniając dane hejterów i tocząc z nimi absurdalne boje, które ich tak naprawdę dowartościowują – to albo nie mógłbym się zajmować niczym innym, albo skończyłbym dawno w szpitalu psychiatrycznym. Sytuacji takich jak opisana na początku tego tekstu – inni przedstawiciele środowiska dziennikarskiego, nakręcający hejt pod bzdurnym pretekstem, czego plonem są setki chamskich wpisów – zaliczyłem już pewnie kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset. Odhaczam, ziewam, idę dalej.

 

Decydując się na szukanie popularności, jak niektórzy celebryci lub dziennikarze, albo po prostu wchodząc do mediów społecznościowych, żeby w ten sposób komunikować swoje poglądy i oceny, trzeba być przygotowanym na to, co się tam dzieje. Jeżeli ktoś na to gotowy nie jest albo go to przerasta, nie powinien brać w tej zabawie udziału. Na tej samej zasadzie jak ktoś z lękiem latania nie powinien kształcić się na pilota, a ktoś z klaustrofobią nie powinien iść do pracy w kopalni. Są zresztą dziennikarze, którzy po prostu do mediów społecznościowych nie weszli i problem ich nie dotyczy – jak na przykład Andrzej Stankiewicz. Aczkolwiek jest ich faktycznie coraz mniej.

 

Nie znaczy to jednak, że zagadnienie nie istnieje. Rozmawiałem o tym z Tomkiem Rożkiem, jednym z bohaterów artykułu Wirtualnych Mediów. Tomek napisał do mnie: „Ja nie płaczę nad swoim nieszczęściem. Ja płaczę nad naszym nieszczęściem. Bo zdziczenie obyczajów widzę wyraźnie. I stawiam tezę, że to także z powodu braku reakcji na chamstwo w sieci”. W przeciwieństwie do Chajzera, który nie po raz pierwszy robi teatr ze swoich przygód z hejterami, Rożek nie jest faktycznie znany z żalenia się na nich, ale też jako dziennikarz naukowy nie miał zbyt wielu okazji, żeby się narazić. Dlatego zetknięcie z napięciami i emocjami, jakie łączą się ze sprawą epidemii, szczepień, szpitali covidowych, może być dla niego szokujące – i ja to świetnie rozumiem.

 

Jako realista nie jestem jednak w stanie w pełni zgodzić się z jego diagnozą. Czy faktycznie zdziczenie postępuje? Trochę zapewne tak – dewaluacja słów, wysyłanych sygnałów, postępujące znieczulenie odbiorców oraz wynikająca z tego potrzeba epatowania coraz mocniejszymi przekazami – to się rzeczywiście w mediach społecznościowych dzieje w skali globalnej i dotyczy osób publicznych. Za tym przykładem idą zwykli użytkownicy. Z drugiej jednak strony frustraci i chamstwo istniały zawsze, tyle że przed erą społecznościówek dotarcie do adresatów było o wiele trudniejsze. Tu więc Rożek ma w jakimś stopniu rację.

 

Ale co począć ze stwierdzeniem, że przyczyną jest „brak reakcji”? Jak właściwie mielibyśmy na takie przypadki reagować poza blokowaniem tego typu osób? Odpowiedzią nie może przecież być jakaś forma cenzury – korzyść byłaby tu moim zdaniem znacznie mniejsza niż potencjalne straty. Można oczywiście starać się każdy taki wpis zgłaszać, ale raz, że większość platform stosuje bardzo luźne kryteria i trudno oczekiwać rezultatów, a dwa, że popularni dziennikarze do zgłaszania nienawistnych wpisów do siebie kierowanych musieliby zatrudnić specjalnego pracownika. W przeciwnym wypadku nie mieliby już czasu na nic innego.

 

Rozumiem, że wrażliwości są różne i że dla wielu osób – tak właśnie jak dla Tomasza Rożka – pierwsze zetknięcie z prawdziwą falą internetowych nienawistników może być szokujące. Ale to trochę tak jakby kogoś zszokowało, że są na świecie regiony pełne nędzy i nieszczęścia, gdy trafił tam pierwszy raz w życiu, i domagał się, żeby coś z tym natychmiast zrobić. Niestety – nędza będzie na świecie zawsze, podobnie jak zawsze będą istnieli hejterzy. Może przez lata moja skóra stała się już bardzo gruba, ale mam na to tylko jedną radę: ignorować. Normalna, pożyteczna dyskusja i obieg opinii powinny istnieć w oderwaniu od kloacznych klimatów, które niech kłębią się na marginesie, choćby nawet był to bardzo duży margines.

 

Media społecznościowe udostępniają narzędzia ułatwiające odcięcie się od hejtu. Na przykład Twitter od dość już dawna filtruje zawartość w taki sposób, że użytkownik widzi tylko część kierowanych do niego komunikatów. Algorytmy dość skutecznie odcinają to, co można uznać za hejt. Inne rozwiązania będą jak kopanie się z koniem.

 

Łukasz Warzecha

CMWP SDP obejmuje monitoringiem sprawę Kamila Różalskiego, byłego operatora TVN

W związku z zawiadomieniem o wszczęciu postępowania z urzędu w sprawie podlegania Pana Kamila Różalskiego, byłego operatora Telewizji TVN,  ubezpieczeniom społecznym u płatnika składek TVN S.A., Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP informuje, że ta sprawa została objęta monitoringiem pod kątem przestrzegania praw osób ubezpieczonych zatrudnionych u wskazanego wyżej płatnika składek. Mając na uwadze, że działania płatnika składek, jak również opóźnienie czynności ZUS w niniejszej sprawie mogą stwarzać zagrożenie dla konstytucyjnych praw p. Kamila Różalskiego oraz innych osób w zakresie zabezpieczenia społecznego (art. 67 Konstytucji RP), podjęcie monitoringu niniejszej sprawy jest uzasadnione i konieczne.

 

W związku z wszczęciem monitoringu w sprawie zostało skierowane pismo do ZUS  z  prośbą o wyjaśnienie, czy  postępowanie w sprawie objęcia ubezpieczeniami społecznymi dotyczy wyłącznie p. Kamila Różalskiego, czy także innych osób, a jeżeli tak, to ilu. Poprosiliśmy także  o dodatkowe informacje:  jakiego okresu czasu dotyczy postępowanie (lub postępowania), z jakiej przyczyny tut. Oddział ZUS nie podjął działań wcześniej, zważywszy, że wg posiadanych informacji p. Kamil Różalski wraz z grupą osób wniósł skargę ok. 1,5 roku temu oraz czy ZUS przeprowadził w tej sprawie kontrolę u płatnika składek i  czy taka kontrola jest lub będzie prowadzona.

 

Pismo w tej sprawie zostało wysłane do ZUS (III Oddział w Warszawie) 17 maja br.

 

Fot. wikipedia.org

Przyjdzie Orlen i… – JAROMIR KWIATKOWSKI o Gazecie Codziennej „Nowiny”

Czy największy dziennik na Podkarpaciu po przejęciu go przez spółkę z decydującym udziałem skarbu państwa zostanie upolityczniony czy może stanie się bardziej obiektywny?

 

Historia wydawanych w Rzeszowie „Nowin” liczy ponad 70 lat. W okresie PRL były one organem KW PZPR. W 1991 r. gazeta została sprywatyzowana. Jej właścicielem została spółka R-Press. W chwili powstania miała ona liczne grono udziałowców. Największym był Zarząd Regionu NSZZ „Solidarność” w Rzeszowie (30 proc. udziałów). Drugim – PSL „Solidarność” (25 proc.). Udziałowcami były także: Spółka Dziennikarz, którą tworzyła grupa dziennikarzy i pracowników „Nowin”, i firma Editions Spotkania (po 20 proc.) oraz dwie osoby fizyczne: Jan Kopka (3 proc.) i Andrzej Przybyło (2 proc.).

 

W 1993 r. wszedł do „Nowin” kapitał zagraniczny – po tym, jak Kopka odsprzedał swoje udziały norweskiemu koncernowi Orkla Press International. W kolejnych latach Orkla zwiększała swoje udziały, aż wreszcie w 2001 r. stała się największym udziałowcem R-pressu, odkupując udziały od Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego – następcy PSL „Solidarność”. Udziałowców zostało dwóch: Orkla i „Solidarność”, z przewagą Orkli w stosunku 65:35. W 2005 r. Orkla odkupiła udziały od „Solidarności”, stając się jedynym właścicielem „Nowin”, co w tamtym momencie oznaczało, że gazeta stała się w 100 proc. własnością kapitału zagranicznego.

 

– W tamtych uwarunkowaniach była to decyzja nieunikniona – komentuje sprzedaż udziałów przez „Solidarność” Wojciech Buczak, ówczesny szef Zarządu Regionu tego związku. Tłumaczy, że „Solidarność” jako udziałowiec mniejszościowy miała coraz mniejszy wpływ na kierunek rozwoju gazety, a firmowała swoim szyldem treści, pod którymi nie mogła się podpisać.

 

– Pod naszym adresem padało ze strony związkowców wiele uwag w ostrym tonie: no jak to, jesteście współwłaścicielem gazety, a nie reagujecie na to, co oni wypisują?! A nasze próby reagowania rozbijały się o mur niemożności ze względu na proporcje udziałowe – dodaje Buczak.

 

Czy był to jedyny możliwy scenariusz? Wojciech Buczak twierdzi, że nie. – Zanim tak się stało, próbowaliśmy wykupić udziały od Spółki Dziennikarz i SKL-u – podkreśla. – Dziennikarze powiedzieli, że choćbyśmy nie wiem jakie pieniądze oferowali, to oni „solidaruchom” swoich udziałów nie sprzedadzą (w Spółce Dziennikarz zdecydowanie dominowali dziennikarze jeszcze z epoki PRL, natomiast skutecznie blokowano wejście do niej niemal wszystkim tym, którzy przyszli do „Nowin” w latach 90. – przyp. aut.).

 

– Jeżeli chodzi o udziały SKL-u – dodaje Buczak – Orkla powiedziała nam krótko: bez względu na to, jaką przedstawicie kwotę, my zaproponujemy wyższą. I możemy tak w nieskończoność. Wobec naszej potężnej firmy jesteście „krasnoludkiem” i nie macie żadnych szans.

 

Lista grzeszków

 

W 2006 r. „Nowiny” ponownie zmieniły właściciela. Grupę gazet Orkla Media kupił brytyjski fundusz inwestycyjny Mecom. Gazety należące do Mecomu stworzyły grupę pod nazwą Media Regionalne. W październiku 2013 r. Mecom sprzedał ją niemieckiemu holdingowi Verlagsgruppe Passau, który w ten sposób został także właścicielem „Nowin”. Polskie gazety tworzące dotychczas Media Regionalne utworzyły grupę Polskapresse – tę niefortunną nazwę zmieniono później na Polska Press.

 

Paweł Kuca zwraca uwagę, że „Nowiny” w ostatnich latach były takie, jak wyznaczała to centrala grupy. Podkreśla, że nie należy oddzielać tej gazety od całości, tylko trzeba na nią popatrzeć przez pryzmat funkcjonowania całej grupy – czy to Mecomu, czy Polska Press.

 

Jakie zatem trendy można było zaobserwować w „Nowinach”? Przede wszystkim cięcie kosztów.

 

Od autora: Jeszcze za Mecomu zaczęto pozbywać się dobrych dziennikarzy, ale także tych niespolegliwych wobec kierownictwa, zatrudnionych jeszcze na podstawie umów o pracę na czas nieokreślony, a więc z punktu widzenia redakcji „drogich”, zastępując ich osobami niedoświadczonymi, którym można było zapłacić mniej. Pamiętam, jak – będąc jeszcze w „Nowinach” – byłem zszokowany, gdy – w ramach cięcia kosztów – zwolniono z gazety znakomitego reportażystę Krzysztofa Potaczałę, późniejszego autora poczytnych w skali kraju książek o Bieszczadach. Drugie moje zdziwienie wywołało wtedy przekonywanie redaktora naczelnego, że nawet z człowieka z ulicy można w krótkim czasie zrobić dziennikarza. Skutkowało to obniżeniem poziomu warsztatowego tekstów, na co zwrócił uwagę  jeden z moich rozmówców – Wojciech, rzeszowski urzędnik (personalia do wiadomości autora). Powiedział: „Gołym okiem widać, że warsztat dziennikarski, zasób słownictwa u wielu dziennikarzy jest ubogi i że piszą oni w sposób napastliwy i emocjonalny”. Fakt, niedawno sam przeżyłem szok czytając (żona świadkiem) jeden z tekstów na portalu Nowiny24: był napisany tak nieporadnie, że od czytania aż „zęby bolały”. Także już za czasów Mecomu, od momentu, kiedy R-press ze spółki funkcjonującej w ramach holdingu stał się w 2009 r. rzeszowskim oddziałem scentralizowanej firmy z siedzibą w Warszawie, praktycznie skończyły się delegacje dziennikarzy na realizację materiałów poza Podkarpaciem, z którymi wcześniej nie było problemu.

 

–  Widać tu prymat biznesu nad kwestiami czysto dziennikarskimi – uważa były dziennikarz „Nowin”, a obecnie politolog.

 

Niektóre kolumny, jeszcze za Mecomu, zaczęły być redagowane wspólnie dla wszystkich gazet grupy. To zabieg przynoszący oszczędności, ale nie zawsze fortunny, zwłaszcza w sytuacjach, gdy na jakiś temat wypowiadał się specjalista spoza Podkarpacia. Gdy jest to bowiem fachowiec stąd, taki tekst staje się znacznie bliższy czytelnikowi. Nie można powiedzieć, że zdarzało się to nagminnie, ale… takie przypadki bywały.

 

Drugi zabieg to tworzenie banku ciekawostkowych tekstów dziennikarzy z gazet tworzących grupę, które mogły być wykorzystane przez inne gazety grupy, nawet z drugiego końca Polski. Autor nie miał z tego nic, ale za to gazety – przy szczupłych siłach osobowych – miały czym zapełniać swoje łamy. W efekcie zdziwieni czytelnicy z Podkarpacia mogli poczytać w wydaniach weekendowych reportaże z innych części Polski. To prawda, nie one dominowały, ale było to zjawisko łatwo zauważalne.

 

 

– Gdy się spojrzy na gazetę, to widać, że wśród tekstów znajdują się także powielane w całym kraju teksty tych samych autorów – zauważa Wojciech Buczak. I dodaje: – „Nowiny” straciły przez to w jakimś stopniu główny swój atut – lokalność.

 

Inny zarzut, który można postawić „Nowinom”, to brak pogłębionej publicystyki na tematy regionalne (Od autora: Była ona rugowana już w ostatnich latach mojej pracy w tej gazecie).

 

– Siłą takich gazet jak „Nowiny” jest silne umocowanie w regionie – przekonuje Paweł Kuca. –  Ale umocowanie na wielu poziomach: nie tylko informacji lokalnych, lecz także na poziomie regionalnej, silnej publicystyki. Widać, że w „Nowinach” odchodzi się od tego. Brakuje mi na łamach tej gazety takiej publicystyki, jaką mają media ogólnopolskie, tyle że w ujęciu regionalnym. Dyskusji o najważniejszych sprawach, które tu się dzieją. Nie w ujęciu akcji społecznych, redakcyjnych, lecz w formie publicystyki ściśle regionalnej, tworzonej przez publicystów redakcyjnych bądź zapraszanych z terenu Podkarpacia. Zdecydowanie bardziej mnie interesuje, co na tematy dotyczące województwa sądzą publicyści czy dziennikarze stąd, aniżeli ludzie spoza regionu.

 

Jeszcze inny zarzut stawia Wojciech Buczak – brak politycznego obiektywizmu. Odnotowuję go przy pełnej świadomości, że w ustach osoby zaangażowanej politycznie może brzmieć mało wiarygodnie.

 

–  „Nowiny”, podobnie jak inne gazety lokalne, są jednokierunkowe, przede wszystkim antypisowskie – uważa były poseł PiS i były szef regionalnej „Solidarności”. –  Nieobiektywnie – wyjaśnia –  przedstawiają różne wydarzenia lokalne z wyraźnym negatywnym nastawieniem do środowiska politycznego, z którym jestem związany. Środowisko „Solidarności” próbowało przed laty przekształcić „Nowiny” w obiektywną gazetę, informującą o wydarzeniach lokalnych, co moim zdaniem udawało się przez jakiś czas, szczególnie wtedy, gdy redaktorem naczelnym był Ryszard Terlecki (obecny wicemarszałek Sejmu i szef Klubu PiS był naczelnym „Nowin” w latach 1996-1998 – przyp. aut.). Była to wtedy zupełnie inna gazeta.

 

„Nowiny”, gdy było trzeba, insertowały np. plakaty z wizerunkiem Matki Bożej z Kalwarii Pacławskiej, czy wydały zestaw kilku broszurek o podkarpackich sanktuariach, do których dołączone były dziesiątki różańca. Nie z pobożności szefów firmy, lecz dlatego, że taki gest w tym konserwatywnym regionie, jak liczono, pobudzi sprzedaż. Mimo to spotykam się z zarzutami, które formułuje zarówno Wojciech Buczak, jak i cytowany już Wojciech, urzędnik z Rzeszowa – o epatowanie tanią sensacją, krwawymi wydarzeniami, i „lewoskrętność” ideologiczną.

 

– W gazecie brak publicystyki, jest zaangażowana ideologicznie, często jednostronnie przedstawia problemy Kościoła, akcentuje występki księży, a pomija to co istotne – uważa rzeszowski urzędnik. I dodaje: – Pod koniec lat 90. to była opiniotwórcza gazeta o szerokich horyzontach, z ciekawymi wywiadami i felietonami. A teraz? Trochę magla, coraz więcej antyklerykalizmu i ideologii.

 

Co dalej

 

Paweł Kuca zauważa, że znaczenie papierowego wydania „Nowin” maleje, co jest nie tylko pokłosiem merytorycznej zawartości gazety, ale głównie obiektywnych procesów zachodzących w segmencie prasy drukowanej. Dość powiedzieć, że średnia sprzedaż egzemplarzowa „Nowin” jeszcze w 1990 r. wynosiła ponad 80 tys., by 30 lat później spaść do poziomu ok. 10 tys. Politolog zauważa, że internetowy portal Nowiny24 ma dla młodszego odbiorcy być może większe znaczenie niż wydania papierowe gazety i mówiąc o sile „Nowin” trzeba wziąć pod uwagę całość, a nie tylko wersję papierową.

 

Jaka przyszłość rysuje się przed „Nowinami” po ich wykupieniu przez Orlen?

 

Zdaniem Wojciecha, urzędnika, gazeta potrzebuje dużych zmian, wręcz rewolucji. ­– Potrzebuje  przeorientowania, innego spojrzenia na sprawy miasta i regionu, krytycznego, a nie tylko politycznego podejścia do bieżących zdarzeń. Powinna utożsamiać się z regionem i tradycjami mieszkańców Podkarpacia, a nie ideologizować na każdym kroku – uważa mój rozmówca.

 

Wojciech Buczak cieszy się, że Orlen odkupił gazety wchodzące w skład grupy Polska Press i ma nadzieję, że dzięki temu gazeta stanie się bardziej obiektywna, będzie w niej więcej wartościowych tekstów i będą promowani dziennikarze, którzy takie teksty piszą.

 

– Nie jest moją rolą wskazywać zmiany personalne, ale z doświadczeń ze współpracy, jakie mam z lat ubiegłych, choćby jako przedstawiciel właściciela, ale także jako zwykły czytelnik, wiem, że w redakcji pracują dziennikarze, których stać na dobre, wartościowe dziennikarstwo, tylko zależy, czego będzie wymagało od nich kierownictwo redakcji i właściciel – podkreśla Buczak. I dodaje: – Znam podejście do tych spraw prezesa Obajtka i środowiska, z którym jest związany. Daje to nadzieję na dobre, pozytywne zmiany. I wcale nie chodzi o uczynienie z tych dzienników regionalnych gazet, które piszą na zlecenie partyjne. Jestem przekonany, że na rynku medialnym będzie pluralizm, a nie monopol, tak jak teraz.

 

Z kolei Paweł Kuca boi się, że odkupienie tych gazet przez firmę z decydującym udziałem skarbu państwa wprowadzi je, w tym „Nowiny”, pod bieżące wpływy polityczne.

 

– Uważam – tłumaczy politolog – że politycy, którzy w danej chwili będą rządzić, będą chcieli mieć wpływ na te media. Dzisiaj to jest PiS, jutro będzie ktoś inny. Jeśli się popatrzy na polską praktykę polityczną, to widać, że spółki skarbu państwa są poddane presji politycznej obliczonej na cykl wyborczy. A jakie PiS ma podejście do mediów, widzimy na podstawie mediów publicznych.

 

Mój rozmówca uważa, że należy obserwować strategię, jaką przyjmie Orlen dla kupionych gazet. – Natomiast nie mam większych złudzeń, że jeżeli polityk jakiejkolwiek partii będzie mógł mieć wpływ na media, to będzie to wykorzystywał. To jest to ryzyko. Dzisiaj u władzy jest PiS, za 2,5 roku będą wybory i władza może się zmienić, a wtedy zmieni się szef Orlenu i nie wiemy, co się wydarzy dalej. Dla tych gazet nie jest to dobre, bowiem ich sytuacja będzie wyznaczona przez cykle wyborcze.

 

Jest jeszcze jeden problem: stworzenie z tych gazet mediów bardziej nowoczesnych wymaga inwestycji. – Pytanie – zastanawia się Paweł Kuca – czy Orlen jest je w stanie ponieść. Ale to wszystko dopiero zobaczymy…

 

Jaromir Kwiatkowski

 

Autor był dziennikarzem Gazety Codziennej „Nowiny” w latach 1993-2011.

 

Tekst ukazał się w numerze 2/2021

„Forum Dziennikarzy”.

Cały numer do pobrania

TUTAJ.

 

Skokowa pauperyzacja dziennikarzy? – ŁUKASZ WARZECHA o „umowach śmieciowych”

W prezentacji Polskiego Ładu znalazła się zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego, która wspominana jest jedynie pobieżnie, a która ma szczególne znaczenie dla środowiska dziennikarskiego. Prezes PiS zapowiedział mianowicie, że rządzący będą dążyć do likwidacji „umów śmieciowych” (to propagandowe, niesłusznie pogardliwe określenie umów cywilnoprawnych), a wcześniej takiej umowy zostaną „całkowicie oskładkowane”. Ostatecznie miałyby być zastąpione „kontraktem pracy” na wzór hiszpański.

 

Pominę tu konsekwencje dla całego rynku pracy, aczkolwiek nie sposób nie poczynić przynajmniej jednej ogólnej uwagi: ten plan nie uwzględnia, że istnieją zawody wolne, w których po prostu nie da się przełożyć obecnej formy umowy cywilnoprawnej na „kontrakt pracy”, a tym bardziej na etat. Ich specyfiką jest wykonywanie prac twórczych (jeśli mówimy tu o umowie o dzieło, bo to o nią głównie w tym przypadku chodzi) nieregularnie, za bardzo różne wynagrodzenia, o różnym zakresie i dla różnych zamawiających. Taka umowa w przypadku twórców wiąże się z przeniesieniem praw autorskich.

 

Z pewnym zaskoczeniem obserwowałem, nieliczne co prawda, reakcje w środowisku dziennikarskim na zapowiedzi Kaczyńskiego. Pojawiała się w nich radość, że pracodawcy w końcu zostaną zmuszeni do zatrudniania ludzi na etat. Być może mowa była tutaj o innym rodzaju umów tymczasowych, w innym bowiem przypadku trzeba by uznać, że ci zachwyceni nie rozumieją w pełni konsekwencji tego, co chwalą. Przypomnieć tu trzeba, że wynagrodzenie netto w przypadku umowy o dzieło w niewielkim stopniu odbiega od wynagrodzenia brutto, ponieważ jest domyślnie obciążone jedynie 17-procentową stawką podatku dochodowego w pierwszym progu. Nie zawiera się w nim żadna forma składki na ZUS. Tymczasem w przypadku etatu składki pochłaniają znaczną część kwoty brutto: prawie 20 proc. to składka emerytalna (płacona po połowie przez pracodawcę i pracownika), 8 proc. to składka rentowa (6,5 do 1,5), 2,45 proc. składka chorobowa (w całości po stronie pracownika), 9 proc. składki zdrowotnej (w całości po stronie pracownika). Odłóżmy na bok składkę wypadkową jako już ściśle powiązaną z jednym miejscem pracy. W sumie daje to blisko 40 proc. kwoty brutto. Gdyby potraktować poważnie słowa Kaczyńskiego, wszyscy pracujący dziś na umowach o dzieło przy „pełnym oskładkowaniu” nagle zaczęliby zarabiać o blisko 40 proc. mniej. Podział płatności między pracodawcę a pracownika nie ma tu znaczenia, bo można spokojnie założyć, że mało które medium, szczególnie spośród tych mniejszych, stać by było na skokowe powiększenie kosztów pracy, dotyczących współpracowników. Składki byłyby wykrawane najzwyczajniej z dotychczasowej kwoty brutto, którą zleceniodawca pomniejszyłby sobie o zobowiązania leżące po jego stronie.

 

Ale to nie koniec problemów. Jak bowiem podejść do sytuacji, w której ktoś – tak jak autor tego tekstu – przez całe życie nigdy nie pracował na etacie, a więc nie płacił składki emerytalnej, godząc się z tym, że jest coś za coś, i nagle miałby tę składkę zacząć płacić? Jak liczyć emeryturę w sytuacji, gdy niespodziewanie zmuszono by grupę osób do zapisania się do systemu w sytuacji, gdy zostało im relatywnie mało czasu, aby się do niego dołożyć? Jak zresztą w ogóle kalkulować uprawnienia do świadczeń takich jak chorobowe w sytuacji, gdy nie ma się jednego pracodawcy?

 

I dalej: jak podejść do wynikających z oskładkowania uprawnień – urlopy, zwolnienia lekarskie oraz przede wszystkim emerytura – gdy mówimy o zawodach, w których pracuje się nie tylko dla różnych pracodawców (uwaga: właśnie „dla”, a nie „u”), ale też pracuje się często do wieku bardzo późnego, a wyznaczanie jakiegoś konkretnego momentu przejścia na emeryturę nie a kompletnie sensu?

 

To były przez lata uzasadnione powody, dla których nie zabierano się za umowy o dzieło – i być może tak będzie i tym razem, nie ma tu pełnej jasności. Wbrew temu, co twierdzą przedstawiciele rządu, istnieje grupa ludzi, którzy świadomie i dobrowolnie zdecydowali się na pracę w zawodach, w które wpisana jest niepewność. Nie przysługują im uprawnienia takie jak pracownikom etatowym, muszą sami zadbać o swoją starość, pieniądze na wypadek dłuższej choroby czy zabezpieczenie zdrowotne, w zamian zaś nie są zmuszeni do opłacania składek, których logiki nijak się w te zajęcia nie da wpisać. PiS ma niestety tendencję do populistycznego wrzucania do jednego worka wszystkich umów cywilnoprawnych jako niepożądanych i wymuszonych, co najzwyczajniej nie jest prawdą.

 

Jakie będą dalsze losy Polskiego Ładu w tym względzie – nie wiadomo. Warto jednak, żeby przedstawiciele środowiska dziennikarskiego przyglądali się uważnie tej sprawie, bo gdyby dosłownie odebrać słowa Jarosława Kaczyńskiego, czekałaby nas skokowa pauperyzacja znacznej części pracowników mediów czy, szerzej, wolnych zawodów.

 

Łukasz Warzecha