Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (Sąd Okręgowy w Warszawie XVII Wydział) przesłał do Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP pismo, w którym odmawia Centrum prawa do bycia amicus curiae w sprawie dot. nabycia spółki Polska Press przez PKN Orlen. To niezrozumiała decyzja Sądu, w ciągu 25 lat istnienia i działalności CMWP SDP nie zdarzyło się jeszcze, by odmówiono Centrum prawa do przedstawienia swojej opinii w sprawach dotyczących mediów i dziennikarzy. CMWP SDP będzie się odwoływać od tej decyzji i będzie się domagać uwzględnienia w tej sprawie stanowiska CMWP SDP jako amicus curiae.
Poniżej publikujemy treść pisma z Sądu (pisownia i gramatyka jak w oryginale):
Sąd Okręgowy w Warszawie XVII Wydział Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wobec złożenia w dniu 5 maja 2021 r.r. opinii prawnej, z powołaniem się na instytucję amicus curiae, przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które nie jest organizacją pozarządową o jakiej mowa w art. 68 k.p.c. wz. art. 8 k.p.c. i art. 61 k.p.c. zarządzono zwrot opinii Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z 5 maja 2021 r. jako wniesionej przez podmiot do tego nieuprawniony w sprawie z wniosku Rzecznika Praw Obywatelskich przeciwko Prezesowi Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z udziałem zainteresowanego PKN Orlen S.A. w Płocku.
Pozytywny przekaz jest dla mnie najważniejszy, choć nie znaczy to, że unikamy spraw trudnych i kontrowersyjnych – mówi Mirosław Łapa, redaktor naczelny „Tygodnika Kępińskiego” pisma wyróżnionego Nagrodą im. Aleksandra Milskiego, w rozmowie z Błażejem Torańskim.
Ma pan w Kępnie wielu wrogów jako wydawca?
O tym nie mi sądzić, ale mniemam, że kiedyś miałem więcej.
Zdarzyło się, że po krytycznej publikacji ktoś przestał panu podawać rękę?
Tak, zdarzyło się wielokrotnie. Jednak po kilku latach, a nawet miesiącach, wracały między nami poprawne relacje.
O co najczęściej ludzie się obrażają?
Prawda zazwyczaj „w oczy kole”, a podparta jeszcze argumentem lub faktem, tym bardziej jest nie do zniesienia.
Czy w Polsce powiatowej ludzie są bardziej wrażliwi na krytykę?
Kiedyś myślałem, że tak było. Obecnie w świecie mediów internetowych nie ma to już takiego przełożenia, choć prawdziwa cnota w dużym i małym mieście krytyki nie powinna się bać.
A czego ludzie najbardziej się boją? Ośmieszenia? Społecznego napiętnowania? Krytyki moralnej? Czy ujawnienia spraw, które chcieliby ukryć?
„Dulszczyzna” w naszym społeczeństwie nadal ma się dobrze. Brudy każdy chciałby prać tylko w swoich czterech ścianach, ale dziś coraz trudniej o prywatność. Myślę, że najbardziej boimy się samotności, która staje się coraz bardziej powszechna. Boimy się bycia zapomnianym, stąd i ta – nieraz ośmieszająca – aktywność na forach internetowych
Jak pan ocenia siłę rażenia gazety powiatowej? Często słyszałem, że jest większa od krytyki w TVN czy TVP Info, bo z krytykowanymi spotykacie się twarzą w twarz na ulicy.
Dostępność gazety lokalnej jest większa, nie każdy ogląda TVN czy TVP, a „Tygodnik Kępiński” czytają osoby o różnych poglądach politycznych, dlatego dla opisanej krytycznie osoby osąd bywa „dotkliwszy” niż od tej z mediów ogólnopolskich, gdzie po kilku minutach zapominamy w natłoku informacji o tej dla nas istotnej.
Kilkanaście lat temu „Gazeta Jarocińska” sprzedawała tyle egzemplarzy, ile było kominów w powiecie. Czy zainteresowanie prasą lokalną już minęło? Liczy się wyłącznie Internet?
„Tygodnik Kępiński” czytany jest przez kilkanaście tysięcy mieszkańców powiatu i ościennych regionów, choć sprzedaje się w nakładzie kilku tysięcy. Oznacza to, że gazeta trafia do co trzeciego mieszkańca Kępińskiego. Poza tym, fragmentarycznie, czytana jest na stronie internetowej. Dlatego uważam, że czas gazet lokalnych jeszcze nie minął, choć kominów w mieście ubywa z uwagi na działania proekologiczne.
Czy lokalnie budżety reklamowe przesunęły się z papieru do sieci?
Ilość reklam, szczególnie w okresie pandemii, zmniejszyła się, jednak przeważa nadal reklama w gazecie papierowej. Z tej prostej przyczyny, że nie jest tak ulotna jak w sieci.
Idzie pan na zwarcie z władzą, prowadzi z nią grę czy też układa się z burmistrzem i starostą, aby dostawać z urzędów reklamy?
Każdy tekst jest starannie sprawdzany i oparty na obiektywnej rzeczywistości, my nie tworzymy faktów, jak to ma miejsce w niektórych mediach ogólnopolskich. Dlatego zdarzało się, że przez kilka tygodni nie otrzymywaliśmy zleceń reklamowych z jakiegoś samorządu. Gdy jednak poirytowany włodarz gminy przeanalizował argumenty – odniósł za i przeciw do zaistniałej sytuacji – to zaczęliśmy ponownie otrzymywać zlecenia przetargowe.
Są tematy, które pan z powodów strategicznych omija? Stosuje wewnątrzredakcyjną cenzurę?
Nie poruszamy w gazecie tematów szerzących pornografię i uderzających w religię.
Wchodzi Pan w kompromisy?
Gdyby nie kompromisy, to dziś gazety by nie było…
Czego one dotyczą?
Zawsze przedstawiamy racje wszystkich stron, nie stroniąc od własnego komentarza.
Zaglądacie samorządowcom do kieszeni, analizujecie oświadczenia majątkowe, dochodzicie źródeł ich stanu posiadania?
Analizujemy oświadczenia majątkowe samorządowców, przedstawiając źródła dochodów. W okresie ostatnich lat Urząd Skarbowy zakwestionował tylko oświadczenia kilku radnych i dotyczyło to spraw proceduralnych, a nie kwot rozliczenia.
Władza w Kępnie nie wykorzystuje stanowisk dla celów prywatnych?
Zdarzało się, że na stanowiska samorządowe lub w instytucji podległej staroście, bądź burmistrzowi zatrudnianie były osoby protegowane. Aktualnie jednak każde zatrudnienie w samorządzie poprzedzone jest procesem konkursowym.
Ludzie nadal idą do samorządu, aby się wzbogacić? Radni wciąż zasiadają w radach nadzorczych miejskich spółek, łamią zasady etyczne?
W regionie kępińskim milionerzy nie pracują w samorządzie, prowadzą własne przedsiębiorstwa. Od wielu lat w radach gminnych pracują ludzie znani ze swojej aktywności pro bono. W radach nadzorczych spółek komunalnych zasiadają prawnicy. W powiecie bezrobocie jest szczątkowe, stąd tu nie dorabia się w samorządzie. Robotnik zarabia tu minimum 4 tys. zł na rękę, a fachowiec jeszcze raz tyle.
Gazeta lokalna jest czwartą władzą i ma rzeczywisty wpływ na życie, czy może burmistrz i starosta wszystko mogą?
Takie czasy, kiedy burmistrz był „lokalnym królem”, to już zamierzchła przeszłość lat 90. ubiegłego wieku. Dziś, po wprowadzeniu kadencyjności stanowisk, musi on starannie i rozważnie podejmować decyzje, albowiem nie wiadomo, czy w kolejnych wyborach jego fotel nie zajmie obecny adwersarz w samorządzie.
Większość mediów lokalnych jest zblatowana z władzą. Czy społeczności lokalne autentycznie łakną niezależnych mediów, wolnego słowa?
„Tygodnik Kępiński” nigdy nie był zblatowany z żadną władzą. Społeczność kępińska jest podobna do tej z innych miast powiatowych, żądna jest sensacji, choć, zauważam, że dziś już coraz mniej. Niegdyś tytuł „Władza kłamie” robiłby furorę, dziś już mało kto reaguje emocjonalnie na takie określenie.
Przez lata największą gangreną niezależnych gazet były bezpłatne media samorządowe. Czy tak jest nadal?
W Kępińskim nie mamy takiego problemu. Burmistrz wydaje swoje pismo tylko dwa razy w roku, w pozostałych samorządach dzieje się to od czasu do czasu.
Gazety samorządowe nigdy nie martwiły się o wynik finansowy. Czy mogą być także przykrywką dla korupcji?
Myślę, że tak, ale w naszym powiecie nie ma cyklicznie wydawanych gazet lokalnych.
Jaki model gazety pan realizuje? Czytelnikowski czy tabloidalny? Wiadomo, że najlepiej zawsze sprzedawały się śmierć i seks.
Rozczaruję pana, „Tygodnik Kępiński” pisze w tonie pozytywnym. Na naszych łamach nie leje się krew, ani nie zobaczy pan obscenicznych zdjęć. Pozytywny przekaz jest dla mnie najważniejszy, choć nie znaczy to, że unikamy spraw trudnych obyczajowo i kontrowersyjnych.
Jakie tematy u was dominują? Sensacje, dramaty, wypadki?
Żaden z tych wymienionych przez pana. Gazeta głównie analizuje podjęte uchwały i decyzje władz, jakie będą miały przełożenie za życie mieszkańców. Tematy lokalnej historii to jeden z tych działów, które cieszą się czytelniczym poklaskiem. I, oczywiście, sport. Nie przeczyta pan w żadnej gazecie, prócz „Tygodnika…”, o tym jak zagrała „Zawisza” Łęka Opatowska, „Orzeł” Mroczeń czy „Polonia” Kępno lub tutejsze drużyny piłkarskie z innych klas rozgrywkowych.
Wiele procesów miała gazeta?
Na samym początku tworzenia gazety, gdy jeszcze nie mieliśmy tyle doświadczenia dziennikarskiego, popełniliśmy dwa teksty, niepoparte dokładnie faktami, o sytuacjach jakie zaistniały w kępińskim szpitalu. I mieliśmy procesy z lekarzami. Skutkowało to tym, że część kolegów, tworzących wówczas zespół redakcyjny, odeszło. Na ławie oskarżonych z jedenastoosobowego składu pozostało nas… trzech. Przegraliśmy obie rozprawy sądowe, choć, patrząc z perspektywy czasu, mogły one mieć inne rozstrzygnięcia. Po tych doświadczeniach na wiele lat stworzył się trzon redakcyjny, zmieniony nieco na początku XXI wieku.
Jaka jest recepta na redagowanie dobrej gazety lokalnej? Wystarczy rzetelna informacja czy wnikliwa kontrola władzy samorządowej?
Gazeta musi odpowiadać na zapotrzebowanie czytelników. Mieszkańcy interesują się władzą tylko w czasie wyborów, później ważne jest dla nich tylko to… żeby nie kradli. Lubią przeczytać o sobie lub znajomych, ale w treści pozytywnej. Atakowanie i opisywanie skrajności jest dobre na krótką metę, w dłuższej perspektywie traci się czytelnika, gdyż nie zawsze leje się przysłowiowa krew na stronicach gazety. Być rzetelnym, pisać obiektywnie to najważniejsze wartości w dobie internetowego szału informacyjnego.
Mirosław Łapa
Rocznik 1964. Absolwent Pedagogicznego Studium Technicznego w Kluczborku. W stanie wojennym działacz Solidarności Walczącej w Kępnie. W swojej karierze zawodowej pracował m.in. jako nauczyciel w szkole, inspektor w Powiatowym Urzędzie Pracy. Od 2004 roku jest redaktorem naczelnym „Tygodnika Kępińskiego”.
Agnieszka Szwajgier i Adam Bogoryja-Zakrzewski otrzymali I Nagrodę im. Stefana Żeromskiego przyznawaną za publikacje o tematyce społecznej. Jury doceniło ich reportaż radiowy „Bilet powrotny proszę”. O jego bohaterach oraz kulisach realizacji opowiadają w rozmowie z Błażejem Torańskim.
W Polsce jest 30 tys. bezdomnych. Jak Polacy zostają bezdomnymi w Berlinie?
Adam Bogoryja–Zakrzewski: Najpierw szukają pracy. Potem zostają okradzeni z dokumentów: dowodu osobistego, paszportu. I z pieniędzy. Tak przynajmniej twierdzi większość bohaterów naszego reportażu, ale kto wie, czy dokumentów nie sprzedali. Na dowody można bowiem brać pożyczki w bankach. Lądują na ulicy, gdzie żebrzą. Niemcy są bardzo hojni i szczodrzy, a bezdomni Polacy chętnie z tego korzystają wystawiając puszki.
Jeden z nich przyznaje: „Budzisz się, a tam pięćdziesiąt euro leży. Wystarczy kubek postawić”.
A.B-Z: (śmiech) No tak, ale takich opowieści trzeba słuchać z przymrużeniem ucha. Ale faktycznie drobne się trafiają. Nie ma jednak co ukrywać: oni najczęściej okradają sklepy z alkoholu i rzeczy, które łatwo sprzedać. Z tego żyją. Ponadto z pomocy społecznej dostają ciuchy, buty. A jak im jest już bardzo zimno i bardzo źle, mogą przenocować w noclegowni.
A.Sz.: Pierwsze powiedzenie, które tam usłyszałam, brzmiało: „Jak ci Polak nie zaszkodzi, to już ci pomógł”. Nasi bohaterowie często opowiadali, że wylądowali na ulicy po tym, jak inny Polak miał załatwić im pracę lub mieszkanie, a potem ich oszukiwał. Wielu miało obiecaną pracę na budowie, a po kilku miesiącach nie dostawali wynagrodzeń. Nie wiemy, jak to jest z tymi dowodami. Czy im je kradną, czy bezdomni sami sprzedają je Cyganom. Tak podejrzewają ludzie z Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka”, która pomaga bezdomnym w Berlinie i zachęca ich, aby wrócili do Polski.
Ale bezdomność w Berlinie to także biznes. W waszym reportażu „Bilet powrotny proszę” mówi o tym Arkadiusz Kraska ze Stowarzyszenia „W nas siła”: Wypuszczają ludzi na ulicę, aby żebrali. Niech każdy z dziesięciu osób przyniesie codziennie po sto euro. Mają swój rewir. Żyją bezpiecznie. Mają dostęp do narkotyków, papierosów. Biją się o rewiry. Nie można sobie ot tak być bezdomnym. To są plemiona.
A.B-Z.: Arkadiusz Kraska został w Polsce niesłusznie skazany. 21 lat siedział za nic. Po wyjściu zza krat założył stowarzyszenie pomagające takim ludziom, jak bezdomni w Berlinie. Opowiadał nam, że Cyganie pobierają od bezdomnych haracz z sum, które wyżebrali albo ukradli. W zamian oferują im noclegi w pustostanach.
A.Sz.: Rzeczywiście to nie jest tak, że rozkładasz sobie na chodniku karimatę, śpiwór i jest ci tam dobrze. Nie możesz tak łatwo zostać bezdomnym. Jeden z bohaterów opowiadał, że musiał się wkupić do grupy. Odnalazł opuszczone mieszanie, otworzył drzwi kombinerkami, łomem i śrubokrętem, i udostępnił je innym bezdomnym. Ludzie, których spotykaliśmy na berlińskich ulicach, byli z nami bardzo szczerzy. Może to nasza otwartość i chęć zrozumienia ich sytuacji sprawiły, że nam zaufali? Choć zdarzyły się też momenty niepokoju. Jeden z nich, widziałam to na własne oczy, próbował ukraść Adamowi portfel z torby. Potem tłumaczył, że tylko żartował.
W pewnej chwili pytasz, Agnieszko: „Nic nam nie zrobią?”. Baliście się?
A.Sz.: Strach to za dużo powiedziane, ale na pewno byłam w tak zwanym trybie czuwania. Nie bałam się tych chłopaków, z którymi rozmawialiśmy. Może czułam niepokój z powodu atmosfery w tunelach pod ulicami Berlina, gdzie chodziliśmy. Pamiętam wyjątkowo agresywnego Szweda, który chodził od kąta do kąta i wydzierał się w niebogłosy. Inni też wydawali dziwne dźwięki. Wtedy zadałam to pytanie.
A.B-Z.: Nie. Ja nie. Swojskie chłopaki. Biały dzień. Nieraz realizowałem reportaże w środowiskach wyjątkowych, trudnych i nigdy nie spotkało mnie niebezpieczeństwo. Groźnie może być nocą. Pamiętam, jak kręciliśmy materiał w korytarzach podziemnych na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Tam rzeczywiście czuliśmy strach.
Bezdomność w Berlinie jest wyborem czy przymusem?
A.B-Z: Berlin jest najłatwiejszym celem dla ludzi z województw zachodniej Polski. Często muszą oni – lub chcą – opuścić dom. Albo się nie układa z żoną, albo mają zatargi z prawem i uciekają przed wyrokiem, alimentami. Albo uciekają w rejony bardziej przyjazne dla bezdomnych, bo w Polsce, na dworcach czy w parkach, nie wolno im przebywać, policja ich goni. A w Berlinie możesz rozłożyć materac nawet zasikany przed sklepem spożywczym.
Z reportażu wynika, że koczują nawet w pobliżu komendy policji. „Tu jest wolność, a w Polsce nie ma wolności”, mówi jeden z nich. Czy to jest poza?
A.B.Z: Myślę, że takiego dokonują wyboru. W Berlinie jest im łatwiej aniżeli w Polsce. Dostają większą pomoc.
A.Sz.: Tam wszystko mają na tacy. Markowe ubrania z Prady czy Calvina Kleina, nie tylko z sieciówek. Codziennie dostają jedzenie. Kiedy pytaliśmy Niemców o osoby w kryzysie bezdomności mówili, że tak im się życie ułożyło. Że nie chcą ich marginalizować, bo to są ludzie wolni. Raz tylko dyrektor szpitala w Guben wpadł w zakłopotanie, kiedy Adam zapytał go, co zrobiłby, gdyby bezdomny rozłożył się przed wejściem do szpitala. Generalnie są jednak w pełni zrozumienia dla smutnych historii tych ludzi. Uważają, że trzeba im pomóc. I tak się zdarza, że w kubku ląduje pięćdziesiąt lub sto euro. Inna sprawa, że bezdomni mają z kolei opracowane metody okradania. Staliśmy chyba z godzinę pod sklepem i z dumą opowiadali nam, jak to potrafią sprytnie ulotnić się z danym towarem.
„Ze sklepu wynoszę torby jedzenia. Nigdy nic nie kupiłem. Wiem, jak wyjść ze sklepu z plecakiem perfum. Nie zadziała żaden alarm” – mówi jeden z nich. Inny opisuje, że wpuszczają kolegę, który zachowuje się podejrzanie. Na nim koncentrują się ochroniarze. W tym samym czasie „dwóch jego kolesi bierze po zgrzewce piwa i wychodzą”.
A.B-Z.: Warto dodać, że w Berlinie wśród bezdomnych najwięcej jest Polaków.
Podajecie w reportażu, że w Berlinie bezdomnych jest od 3 do 6 tysięcy. Ponad połowa z nich to Polacy. Ale dlaczego nie chcą wracać? Argumentują: „Wstyd wrócić do Polski”. „Co mam tam robić?”.
A.B-Z.: Rzeczywiście trzeba ogromnego samozaparcia, aby ponownie znaleźć się w Polsce. Jeśli nawet mają uregulowane kwestie prawne i więzienie ich nie wzywa, musieliby w Polsce podjąć pracę. A często są to ludzie uzależnieni od alkoholu i narkotyków, dlatego trudno się im poukładać.
A.Sz.: Nie chcą wracać, ale w pewnym sensie także nie mogą, bo na wielu z nich nikt w Polsce nie czeka. Jeden z naszych bohaterów mówi, że jak wyjeżdżał z Polski, miał zęby. Teraz ich nie ma. Wyjeżdżając miał dokumenty, plecak, smartfon, wyglądał inaczej. Teraz nie ma nic i honor nie pozwala mu się do tego przyznać. Jak Dariuszowi, któremu z berlińskiej bezdomności pomogła wyjść Fundacja„Barka”. Dali mu pracę i spanie w gospodarstwie ekologicznym „Barki” w Chudobczycach. Ale długo nie chciał zadzwonić do mamy, bo co miał jej powiedzieć? Że jest w jakimś ośrodku? Że jest z innymi byłym bezdomnymi? Że niewiele zarabia i ma długi? Wielu z tych ludzi żyje w strachu, jak rodzina ich przyjmie.
Znaleźliście osobę, która zdecydowała się na powrót. Chciała kupić bilet powrotny i …
A.B-Z.: … trzydziestoletni mężczyzna dzwoni do mamy, rozmawia z nią ciepło i pyta: „Mamo, mam wracać?”. „Nie, nie. Zostań tam. Tu nie ma po co wracać” – słyszy w odpowiedzi. Bezdomny ma łzy w oczach. Na pożegnanie mówi tylko: „Kocham Cię”.
Jakie mieliście największe kłopoty przy realizacji tego reportażu?
A.B-Z.: Chcieliśmy się dowiedzieć, jak problem bezdomnych Polaków w Berlinie widzą niemieckie służby socjalne. Nie sposób było umówić się z nimi z dnia na dzień, a nie mieliśmy więcej czasu na realizację. U nich to zawsze trwa.
A.Sz.: Nagrywaliśmy materiał na wielu ulicach w Berlinie. Przy montażu okazało się, że każda brzmi inaczej i trudno to było złożyć w jedną sensowną całość tak, aby słuchacze się nie pogubili.
Trudne były też rozmowy z bezdomnymi, którzy wzajemnie wchodzili sobie w słowo. Przekrzykiwali się. Jazgotali. Co chwilę koncentrowali się na czymś innym. Poradziliśmy sobie z tym tak, że jedno z nas nagrywało, a drugie zajmowało się odciąganiem przeszkadzających. Doszło do tego, że nawet im śpiewałam, aby Adam mógł spokojnie porozmawiać. Do tego sam fakt nagrywania na ulicy, gdzie stale jeździły samochody, autobusy, pociągi, metro, a my przecież dotykaliśmy kwestii delikatnych, osobistych, czasami intymnych, wymagających wyciszenia i nie mogliśmy tego zrobić z przysłowiowego buta. Musieliśmy te relacje najpierw zbudować.
A.B-Z.: Trudnością było też przekazanie słuchaczom zapachów bezdomnych.
Ano właśnie. Rozmawialiście wśród kartonów, cuchnących materacy, butelek, niedojedzonych konserw, zepsutych bananów. Jak w radiu przekazać zapach?
A.B-Z: To był bardzo ciekawy eksperyment. To, czego nie mogliśmy przekazać w dźwięku włożyliśmy w słowa lektorowi. Niektóre przekazy podbijał autentyczny głos, jak ten Niemca, który użył wulgarnego „Scheiße”. Wydobywaliśmy także dźwięki stada much, turlanych butelek, kopanych puszek. Łączyliśmy je z przetworzoną muzyką, która budowała klimat grozy i brudu.
Wasz reportaż „Bilet powrotny proszę” zrealizowany został w cyklu „Życie na granicy”, który opowiada, jak układają się relacje polsko–niemieckie. Za ten materiał zgarnęliście już wiele nagród. Czy można teraz liczyć na Prix Italia, radiowego Oskara?
A.Sz.: Może ten reportaż miałby takie szanse, gdyby został na ten konkurs wysłany. Ale z informacji, które do mnie dotarły wynika, że władze Polskiego Radia nie zamierzają go prezentować na zagranicznych konkursach. Powodem jest moje przejście ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia do Radia 357. Jeśli pytasz mnie o to, co na ten temat myślę, to mogę powiedzieć, że Polskie Radio samo strzela sobie w stopę. Tworząc ten reportaż pracowałam w Studiu Reportażu i radio ma pełne prawo wykorzystać wszystkie nagrane podczas wyjazdu materiały i reportaże. Tym bardziej, że samo finansowało te dwa tygodnie nagrywania i życia przy granicy polsko-niemieckiej. Powstały dobre reportaże, dotykające ważnych tematów i relacji polsko-niemieckich. Polskie Radio ma pełne prawo się nimi chwalić, nie tylko w Polsce ale i zagranicą. Dlaczego tego nie robi?
Agnieszka Szwajgier
Ukończyła studia psychologiczne (KUL), dokumentalne (UW) i muzyczne (Akademia Muzyczna w Łodzi). Debiutowała w Polskim Radiu Lublin w 2013 roku – zajmowała się audycjami kulturalnymi do programów takich jak „Studnia Akademicka” i „Halo Kultura”. Cztery lata później rozpoczęła pracę w Programie 3 Polskiego Radia. W ramach trójkowej akcji „Jesteśmy Połączeni” przygotowywała relacje z Kanady, Stanów Zjednoczonych, Japonii, Norwegii, Estonii i Afryki, a także z wyprawy Daru Młodzieży. Współpracowała z Teatrem Polskiego Radia, gdzie zajmowała się oprawą muzyczną słuchowisk. Pracowała także w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Stworzyła własną Pracownię Podcastów Sounds and Stories. Obecnie jest dziennikarką Radia 357.
Adam Bogoryja-Zakrzewski
Absolwent ekonomii na Politechnice Szczecińskiej i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Karierę rozpoczynał w Akademickim Radiu Pomorze, potem trafił do rozgłośni Polskiego Radia w Szczecinie. Pracował w Telewizji Polskiej w redakcjach „Wiadomości” i „Panoramy”. Był dziennikarzem programu „Interwencja” w Telewizji Polsat. Współpracował z Redakcją Filmów Dokumentalnych TVP1 oraz Redakcją Reportażu TVP2. Jest pracownikiem Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. W ubiegłym roku został laureatem Konkursu Reportażystów Melchiory 2020.
Kościół katolicki nigdy nie pomaga na siłę. Nie zmusza Indian Yanomami, żeby porzucili życie w wiosce i zmienili styl życia. Pomaga na tyle, na ile chcą tego odbiorcy – mówi ks. Roman Sikoń, salezjanin, który otrzymał Nagrodę im. Kazimierza Dziewanowskiego za film „Rzeka życia”. Wyróżnienie jest przyznawana za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie.
Patrząc na bohaterów najnowszego księdza filmu zatytułowanego „Rzeka życia”, braci i księży salezjan Sławomira i Piotra Drapiewskiego, którzy płyną łodzią po Amazonii i odwiedzają wioski zamieszkałe przez indiańskie plemię Yanomami widać, że oni nie mają problemu z tym, czym jest powołanie i sens życia. Jak zwykli ludzie w dzisiejszym, trudnym świecie mogą odnaleźć swoje powołanie i własny sens życia?
Żeby znaleźć powołanie, najpierw trzeba się nawrócić, czyli przyjść do Chrystusa i być z Nim. A najlepiej i najprościej uczynić to przez sakramenty święte, przez spowiedź i komunię.
Czyli nic nowego.
Bo nie ma żadnej nowej recepty, chociaż mamy różnych charyzmatyków i przeróżne nowe nabożeństwa. Ale nawet one – jeżeli są prawdziwe i rzeczywiście pochodzą z Ducha Św. – mają nas doprowadzić do spowiedzi i komunii świętej oraz do tego, żebyśmy się nawracali każdego dnia. Nawrócenie jest pierwszym warunkiem dojścia do swojego powołania. A potem, kiedy już się nawrócimy, trzeba zadać sobie pytanie dlaczego ja rozmyślam o Bogu, a moi koledzy mają inne dylematy życiowe. Potem potrzebna jest decyzja co zrobić z powołaniem.
Jak można przekonać współczesnego człowieka, że jest mu potrzebna wiara katolicka?
Na ile my jako salezjanie możemy, przekonujemy przez argumenty logiczne i rozumowe oraz poprzez Słowo Boże i tłumaczenie Słowa Bożego według tego, czego uczy Kościół katolicki. Potrzebna jest również łaska wiary. Ufam, że każdy człowiek ma taką łaskę, bo o każdego Pan Bóg się upomina i każdy potrzebuje Boga. Ale niestety, w swojej wolności, którą też dał nam Bóg, wybieramy inne bożki.
Tak dzieje się przez całą historię świata. Najbardziej popularny bożek, czyli pieniądz, ale również może być to władza czy inne wierzenia. Teraz mamy ich mnóstwo. Wróżki, przeróżne sekty. Atakują nas religie Dalekiego Wschodu nie mówiąc czym tak naprawdę są i w co każą wierzyć. Uczą nas bliżej nieokreślonej filozofii pokoju. A jeżeli przyjrzymy się i dotrzemy do sedna sprawy zobaczymy, że jeżeli nie ma tam Boga w Trójcy Świętej jedynego, jeżeli nie ma Kościoła katolickiego to jest tam po prostu szatan. Nie ma pośredniego środka czy odpowiedzi na sens życia ludzkiego. Jest tylko Bóg lub szatan. Czasem diabeł przybiera różne formy i nakłada na siebie różne stroje.
Indianie Yanomami mają całkiem inne problemy, mniejsze oczekiwania i potrzeby niż my, ludzie żyjący w Polsce. Czy oni odnaleźliby się w naszym bardzo zmaterializowanym świecie?
Indianie Yanomami, którzy chcą dołączyć do naszego świata mogą z tego skorzystać. Brazylia oferuje im różne możliwości rozwoju np. edukację. Te wszystkie wioski i miasteczka np. św. Izabeli, św. Gabriela, św. Jana Bosko czy św. Dominika Savio, które widzicie Państwo w filmie „Rzeka życia”, powstały dzięki misjom salezjańskim. Może trudno w to uwierzyć, ale taka jest prawda. Salezjanie na początku zanieśli im to, czego najbardziej potrzebowali, żeby rozwijać się i żyć w pokoju. Zanieśli im przede wszystkim Słowo Boże, ale i nauczyli uprawy roli.
Dlaczego tych wiosek w Amazonii wcześniej nie było?
Zamieszkali tam obecnie Indanie przemieszczali się z miejsca na miejsce, ponieważ walczyli z innymi szczepami Yanomami albo plemionami Indian amazońskich o jedzenie i kobiety. A te piękne, malownicze wioski, które można zobaczyć na filmie powstały dzięki temu, że misjonarze dziesiątki lat temu nauczyli ich uprawy manioku. Dzięki temu nie musieli już walczyć o jedzenie, o przeżycie, ale mogli osiąść na stałe. Na filmie są sceny, na których widać, jak maniok jest pieczony w specjalnych plackach. Jest też scena, kiedy miejscowy misjonarz Brazylijczyk przywozi im sadzonki palm kokosowych i razem z dziećmi sadzi je. Taka jest tamtejsza rzeczywistość i cieszę się, że mogłem się o niej dowiedzieć będąc tam na miejscu. Salezjanie musieli zrezygnować z wielu miejsc, gdzie wcześniej pracowali.
Z czego to wynika kryzys powołań u salezjanów?
Z szeregu różnych przyczyn, m.in. z konsumpcyjnego stylu życia, postępującej laicyzacji.
Ksiądz był na tej wyprawie, płynął ksiądz łodzią?
Tak. Ze względu na wysokie koszty pojechałem do Amazonii sam. Robiłem zdjęcia, wywiady i montaż filmu. Nawet raz skąpałem się w rzece z kamerą. Różne sytuacje przytrafiły mi się w trakcie podróży.
Drona też ksiądz pilotował?
Tak.
Długo trwały zdjęcia?
Dwa tygodnie. Część czasu pochłonęła sama podróż. Na początku 24 godziny płynęliśmy szybką łodzią, w której się siedzi wygodnie tak jak w autobusie czy samolocie. A później taką łodzią piętrową, którą również widać na filmach i zdjęciach. Ta podróż, z miasteczka Santa Izabela do Manaus, zajęła nam dwa i pół dnia. Z Santa Izabela płynęliśmy dzień do wiosek, które nie leżą przy głównej rzece, ale przy rzece Maravilla, która jest dopływem Rio Negro. Następnie podróżowaliśmy dopływami tej rzeki. Pejzaże, który można podziwiać na filmie robi ogromne wrażenie. W pewnym momencie widzimy potężne góry w sercu Amazonii. A u podnóża tych gór piękna wioska Yanomani, którzy tam żyją i z wielką radością witają misjonarzy, którzy ich odwiedzają od czasu do czasu.
Dowiedział się ksiądz czegoś nowego o powołaniu i sensie wiary podczas pracy nad filmem?
Pozytywnie zaskoczyło mnie, jak wielkie było oddziaływanie misjonarzy jeszcze czterdzieści, trzydzieści czy nawet dwadzieścia lat temu. Teraz nadal żniwo jest wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Do przyczyn spadku powołań, o których mówiłem wcześniej, należy dodać jeszcze jeden istotny fakt: Brazylia i Ameryka Południowe są poddane nowej reformacji.
Na czym ona polega?
Działalność wspólnot protestanckich ze Stanów Zjednoczonych jest tak wielka, że w Brazylii jest już więcej ludzi ochrzczonych w kościołach protestanckich niż w Kościele katolickim. A kiedyś Brazylia była największym krajem katolickim na świecie. Tak naprawdę nie wiemy w co te kościoły protestanckie wierzą, bo jest ich dziesiątki tysięcy. Kiedy upada wiara katolicka ten upadek niesie ze sobą jeszcze inne poważne konsekwencje.
Jakie jeszcze?
Jeżeli upada Kościół katolicki, zanika niesienie pomocy humanitarnej, która jest przekazywana do wszystkich, również do osób niewierzących. Gdzie działa Kościół katolicki, tam jest niesiona pomoc humanitarna. Działają szpitale, szkoły, żłobki, domy dla narkomanów, przytułki dla sierot. Jeżeli brakuje misjonarzy, brakuje Chrystusa w najważniejszym, czyli w sakramentalnym sensie. Brakuje również prawdziwej miłości i braterstwa, które są w Jezusie Chrystusie. Bycie misjonarzem albo człowiekiem, który pomaga misjonarzom w organizacjach kościelnych nie oznacza, że wspiera się nieznanych ludzi, ale nasze siostry i braci w Chrystusie Panu. Misjonarze nie pomagają z powodu ogólnoludzkich przyczyn, ale dlatego, że ci, których wspieramy są naszymi siostrami i braćmi. Kościół katolicki nigdy nie pomaga na siłę. Nie zmusza Indian Yanomami, żeby porzucili życie w wiosce i zmienili styl życia. Pomaga na tyle, na ile chcą tego odbiorcy. Jeżeli oni chcą iść do szkoły czy na studia Kościół również im pomaga. W każdej wiosce u Indian Yanomami mieliśmy spotkanie z ich radą starszych. Zawsze pytali: dlaczego nie przyjeżdżacie, dlaczego nie ma misjonarzy w naszej wiosce. Domagali się misjonarzy. Pamiętali duchownych, którzy kiedyś ich częściej odwiedzali. Najczęściej byli to włoscy salezjanie. Zabawne było to, że mówili: widzę, że jesteście prawdziwymi salezjanami, bo macie brody.
Rozmawiał Tomasz Plaskota, fot. Szymon Łaszewski
Ks. Roman Sikoń SDB
Rocznik 1976 r., absolwent historii na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Wolontariusz Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego w Krakowie, był na misjach w Kenii i w Tanzanii. W zgromadzeniu salezjańskim od 2006 r., święcenia kapłańskie przyjął w 2013 r. Kręceniem filmów zajmuje się od 2008 r. Członek SDP od 2009 r. Filmy jego autorstwa były emitowane m. in. w TVP1, TVP Kraków, TV Trwam, TV Religia oraz w ogólnoświatowej amerykańskiej telewizji katolickiej EWTN.
Zawsze burzę się, jak słyszę, że powinniśmy iść do przodu, nie bacząc na przeszłość, że nie liczy się historia, tylko to, co dziś i jutro. Takie myślenie jest dywersją dla narodu – mówi Piotr Zarębski, reżyser, laureat Nagrody im. Janusza Kurtyki SDP, w rozmowie z Błażejem Torańskim.
Twój film „Bądź wierny, idź i pamiętaj” o bohaterstwie i męczeństwie Polaków jest niezwykle eklektyczny. Jest w nim masa wątków: od 11 listopada 1918 roku i Traktatu Wersalskiego przez polonizację Pomorza, dojście Hitlera do władzy, hitleryzację Gdańska, Westerplatte, Monte Casino, Katyń, powstanie warszawskie, po zamachy na Hitlera, wywózkę Polaków do łagrów i Żołnierzy Wyklętych. Natłok faktów, strumień wiedzy. Nie za dużo grzybów w barszczu?
Muszę nawiązać do genezy, do tego, jak ten film się rodził. Ojciec Grzegorz Moj z Telewizji „Trwam” zwrócił się do mnie, abym wykorzystał zgromadzony materiał filmowy, ponieważ nikt nie chciał się tego podjąć. Były to: wywiady, scenki, archiwalia – nakręcone przy różnych okazjach i niepowiązane ze sobą, bez wspólnej myśli. W sumie kilkadziesiąt godzin. Pierwotny zamysł był bardzo ogólny: aby zrealizować film o II wojnie światowej na Pomorzu. Ale nie było scenariusza, jakiejkolwiek koncepcji. Musiałem więc najpierw ten materiał mocno zanalizować i opisać. Samych wywiadów było kilkadziesiąt godzin nagrań. Materiał był bardzo różnorodny technicznie. Dodam, że te materiały nagrywali nie tylko pracownicy TV Trwam, na przykład Łukasz Bindek czy Witold Pobudzin, ale także studenci Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Ponadto studenci obok profesjonalnych aktorów wcielali się w niektóre role odtwórcze.
To sytuacja wyjątkowo nietypowa, jakby odwrócenie procesu twórczego. Zwykle reżyser ma pomysł, budżet i dopiero wtedy zaczyna nagrywać materiał.
Dokładnie tak. Musiałem pracować na zebranym materiale, na tyle eklektycznym, że konieczne były dokrętki, aby scalić ten materiał i opowiedzieć o najważniejszych w tym czasie wydarzeniach z historii Polski. W rezultacie Traktatu Wersalskiego, kiedy Polska odzyskiwała niepodległość i dostęp do morza, Pomorze odgrywało kluczową rolę. W tej układance szczególna rola przypadła Kaszubom, którzy zawsze byli związani z Polską i walczyli o Polskę. Dlatego na nich spadły największe represje ze strony Niemców, ale i Sowietów, którzy potem zajęli te ziemie i Kaszubów uznawali za Niemców.
Sowieci w 1945 roku zadali mieszkańcom Pomorza więcej strat, aniżeli Niemcy przez pięć lat wojny. Historyk, dr hab. Piotr Niwiński mówi, że Sowieci palili, gwałcili, rabowali, mordowali, wybebeszali tę ziemię. Traktowali ją, jak zdobycz wojenną, z brutalnością dziczy azjatyckiej.
Najczęściej do piekła porównujemy obozy koncentracyjne, tymczasem słabiej znamy dramaty Polaków i Kaszubów na Pomorzu. Chciałem je pokazać w kontekście wydarzeń w całej Polsce, dlatego ten film musiał mieć tyle wątków. To była trudna praca. Ogrom narzuconego materiału filmowego onieśmielał niejednego twórcę w podejściu do tego tematu.
Nie nęciło Cię jednak, aby pochylić się wyłącznie nad jednym wątkiem – na przykład Kaszubów, jak uczynił to Filip Bajon w „Kamerdynerze” – a nie iść „w cały świat”, nawiązując nawet do prób zamachów na Hitlera?
To nie są fakty znane ogółowi. Uważam, że realizując film historyczny, należy pamiętać także o wymiarze edukacyjnym. Dlatego postanowiłem włączyć do filmu jak najwięcej faktów, ile tylko można, byle tylko widz się nie znużył. Uznałem, że warto było to zrobić, kiedy po projekcji ujrzałem łzy w oczach widzów.
A które wątki wydają Ci się unikatowe, nieodkryte? Wydaje się, że o każdym z tych tematów nakręcono setki filmów i napisano tyle samo książek.
Mało znane są prowokacje, jakie stosowano wobec polskich żołnierzy na Westerplatte.
Rzeczywiście. Fakt zastrzelenia w sierpniu 1939 roku przez bojówkę niemiecką Michała Różanowskiego, pełniącego służbę graniczną. W jego ciele, jak informowały gazety, zaszyto narządy rodne kobiet i śmieci. Albo: we Wrzeszczu w jednej z kawiarni napisano: „Psom i polskim studentom wstęp wzbroniony”. Co jeszcze?
Dla mnie najbardziej wstrząsający jest fakt donoszenia przez Niemców na swoich sąsiadów Polaków. Od początku II Rzeczypospolitej tworzyli listy przeznaczonych do likwidacji. Przejmowali ich majątki i likwidowali polskość. Szpiegowali Polaków, analizowali, co mówią i piszą. Te listy, przeznaczonych do eksterminacji Polaków, tworzyli z premedytacją. To się działo między innymi w Gdańsku, i w Toruniu, i w Bydgoszczy. Transporty polskich dzieci zimą wysyłano do obozów w bydlęcych wagonach. Kiedy otwarto te wagony w Krakowie Płaszowie okazało się, że dzieci zamarzły na śmierć w bryłach lodu. W tym filmie jest wiele przykładów uderzających w serce i emocje widzów. Gdybym przedstawił same fakty historyczne, daty i liczby, powstałby nudny film, jak zapisy w encyklopedii. Film musi być wyreżyserowany i nieść wartości.
Stawiasz znak równości między Niemcami i Sowietami. Jedni i drudzy mieli ten sam cel: likwidację państwa polskiego. Obaj okupanci nauczyli się, że podstawą polskiej świadomości są elity społeczne i Kościół. To jedna z największych wartości tego filmu. Podobnie, jak cytat z prof. Tomasza Strzembosza, że polskie państwo podziemne było możliwe nie dzięki strukturom, ale dzięki niewidzialnej nici, która jest miłością do Polski.
Jak najbardziej. Przedwojenny patriotyzm polski był jak więzi rodzinne, jak coś naturalnego. Kościół, Bóg, honor, Ojczyzna, to były naturalne wartości. Podstawa. Zarówno w miastach, jak i środowiskach chłopskich. Nie wspominając o elitach, na których eksterminacji skupili się zaborcy Polski tych czasów. Na intelektualistach i na społecznikach, największej wartości narodu. To jest do głębokiej refleksji także dzisiaj, kiedy mamy rzeczywisty problem z elitami. Większość ludzi koncentruje się na materialnej stronie życia, na potrzebach doraźnych, bez myśli o przyszłości.
W tytule filmu wykorzystałeś przesłanie Pana Cogito Zbigniewa Herberta: „Bądź wierny Idź”. Ale dodałeś: pamiętaj. Chodzi o pamięć historyczną? O to, że można wybaczyć, ale nie zapomnieć?
Dokładnie tak. Ja sobie to tłumaczę tak, że idziemy w życiu do przodu, na swojej drodze pokonujemy różne trudności, idzie nam lepiej lub gorzej, ale musimy pamiętać o historii. Zawsze burzę się, jak słyszę, że powinniśmy iść przed siebie, nie bacząc na przeszłość, że nie liczy się historia, tylko to, co dziś i jutro. Takie myślenie jest dywersją dla narodu. Musimy pamiętać, bo historia jest naszą mądrością. Przywołuję słowa Szymona Wiesenthala: żeby móc się obronić, trzeba być poinformowanym. Ale, żeby być poinformowanym, trzeba analizować przyczyny i skutki, i pamiętać o naszych bohaterach. Oni doskonale wiedzieli o co walczą. Walczyli o Polskę z okupantem, niezależnie od tego pod jakim szyldem nas okupował. Musimy pamiętać i tę pamięć opierać na prawdzie.
Jesteś wybitnym dokumentalistą. Dobrze, że do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich należą także artyści, bo nadają SDP poloru, czynią naszą organizację twórczą. Ale Twoich dokonań dziennikarskich nie znam. Są takie? Czujesz się dziennikarzem?
Od kilkudziesięciu lat realizuję filmy. Nigdy nie wykonuję poleceń „z góry”. Między jednym a drugi obrazem staję się także dziennikarzem. Na stronie ABCNET Józefa Darskiego – Jerzego Targalskiego można przeczytać kilkadziesiąt moich artykułów, komentarzy dziennikarskich. Nie współpracuję z żadną gazetą, ale jestem aktywny w sieci. Piszę recenzje i komentuję.
Czym jest dla Ciebie Nagroda im. Janusza Kurtyki?
Janusz Kurtyka przywracał w IPN pamięć historyczną. Nagroda ta jest uznaniem, utwierdzeniem w przekonaniu, że należy podejmować takie projekty twórcze. Zwłaszcza, że archiwa zostały wyczyszczone. Po 1989 roku nikt w Polsce nie był zainteresowany, aby uruchomić armię twórców, żeby zarejestrować odchodzących, rozsianych po świecie bohaterów. Jest konieczność realizowania takich filmów, bo one zostaną na pokolenia.
Piotr Zarębski
Rocznik 1956. Reżyser, operator i producent filmowy. Absolwent Wydziału Operatorskiego PWSFTviT w Łodzi. Członek m.in. Stowarzyszenia Filmowców Polskich, , Związku Autorów i Producentów Audiowizualnych, Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, wykładowca WSKSiM w Toruniu.
Andrzej Poczobut, uwięziony przez reżim Łukaszenki korespondent z Białorusi, został laureatem Głównej Nagrody Wolności Słowa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W 28. edycji konkursu nagrody rozdano w czternastu kategoriach.
W imieniu przebywającego od 25 marca 2o21 roku w areszcie na Białorusi Andrzeja Poczobuta, nagrodę odebrała Agnieszka Romaszewska-Guzy, dyrektor Telewizji Biełsat.
Podczas uroczystej gali ogłoszenia wyników i rozdania nagród, która odbyła się Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie, wspominano też innych białoruskich dziennikarzy, którzy z powodu wykonywanej pracy trafili do więzienia. Lista represjonowanych przez reżim w Mińsku ludzi mediów jest długa, są na niej: Kaciaryna Andrejewa, Daria Czulcowa, Julia Słucka, Andrej Aliaksandrau, Dzianis Iwaszyn, Maryna Zołotawa, Ludmiła Czekina, Olga Łojko, Alena Tałkaczowa, Raman Pratasiewicz iGłafira Żuk. Prowadzący galę – prezes SDP Krzysztof Skowroński i dziennikarka Anna Popek – krótko opowiedzieli historię każdej z tych osób i przypomnieli ile już dni spędzili za kratami.
28.edycja dorocznego konkursu SDP obejmowała prace opublikowane i wyemitowane w polskich mediach w 2020 roku. Dziennikarze startowali w czternastu kategoriach tematycznych (w tym dwóch dla fotoreporterów). Wyróżnienie przyznała też Fundacja Solidarności Dziennikarskiej (otrzymała je Agnieszka Romaszewska-Guzy).
Do konkursu wpłynęło 260 prac publicystycznych oraz liczne fotografie i reportaże prasowe z zakresu fotografii sportowej i społecznej. Najwięcej publikacji nadesłano tradycyjnie do Nagrody im. Stefana Żeromskiego – dotyczącej problematyki społecznej, Nagrody im. Macieja Łukasiewicza – dotyczącej tematyki kultury i popularyzacji wiedzy oraz do Nagroda im. Janusza Kurtyki przyznawanej za publikacje historyczne. Najwięcej zgłoszeń to były prace opublikowane w Internecie – 90, telewizyjnych materiałów nadesłano 63, prasowych – 51, a radiowych – 49.
Prace konkursowe oceniały cztery zespoły jurorów: Jury Selekcyjne i Jury Główne nagród publicystycznych oraz Jury Selekcyjne i Jury Główne fotografii prasowej.
Każdy z członków Jury Selekcyjnego dokonał przeglądu i oceny wszystkich publikacji zgłoszonych do konkursu. Oto nasi jurorzy: przewodnicząca Jolanta Łopuszyńska-Galińska, Hubert Bekrycht, Wanda Nadobnik, Barbara Pajchert, Anna Szepelak.
Skład Jury Głównego: Krzysztof Skowroński – przewodniczący, Przemysław Babiarz, Paweł Badzio, Jadwiga Chmielowska, Krystyna Forowicz-Domalska, Jolanta Hajdasz, Jerzy Jachowicz, Jerzy Kłosiński, Wanda Nadobnik, Tadeusz Płużański, Aleksandra Rybińska, Marcin Wolski, z głosem doradczym przewodnicząca Jury Selekcyjnego Jolanta Łopuszyńska oraz eksperci: z IPN – dr hab. prof. LAW w Dęblinie dr Marcin Kruszyński, z NCK – zastępca dyrektora ds. Komunikacji i Badań Marzena Strąk.
Skład Jury prac fotograficznych: przewodniczący Krzysztof Skowroński, prezes Klubu Fotografii Prasowej SDP Donat Brykczyński, Agata Ciołek, Jarosław Maciej Goliszewski, Szymon Łaszewski, Jacek Marczewski, Andrzej Stawiarski.
Lista laureatów
Główna Nagroda Wolności Słowa
za publikacje w obronie demokracji i praworządności, demaskujące nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka ufundowana przez Zarząd Główny SDP w wysokości 12 tys. zł.
Andrzej Poczobut
autor korespondencji z Białorusi dla polskich mediów w okresie sierpień – grudzień 2020.
Nagroda za dziennikarski profesjonalizm w przekazywaniu źródłowych informacji z Białorusi. Za odwagę pracy w warunkach ekstremalnego zagrożenia, presji i szantażu wobec rodziny. Wielokrotnie zatrzymywany i karany za krytykę reżimu Łukaszenki, od marca br. czeka w areszcie na proces.
Wyróżnienie
Mariusz Pilis za film „Skrzywdzeni. O Polakach i Żydach”, TVP 1, 30.03.2020 .
Nagroda Watergate
za dziennikarstwo śledcze ufundowana przez Zarząd Główny SDP w wysokości 10 tys. zł.
Paweł Kaźmierczak
autor cyklu reportaży „Bez winy”, Alarm TVP, emisja 15.07.2020 r. i 03.09.2020
Nagroda za profesjonalizm i rzetelność dziennikarza oraz wyjątkową konsekwencję, odwagę i upór w dochodzeniu do prawdy. Doskonały przykład dziennikarskiego śledztwa, przeprowadzonego z niezwykłą starannością. Powstały poruszające reportaże, zrealizowane nowocześnie i z idealnym wyczuciem telewizyjnej dramaturgii.
Wyróżnienia
Blanka Aleksowska, Karolina Baca-Pogorzelska oraz Wojciech Wybranowski autorzy publikacji „Archiwum X w Głogowie. Tajemnica śmierci Pawła Chruszcza”, Wirtualna Polska (wp.pl), 18.07.2020
Marcin Wikło i Marek Pyza autorzy publikacji „Co ukrywa sztab Kidawy – Błońskiej”, Tygodnik „Sieci”, 2-8.03.2020
Karolina Tomaszewicz za reportaż telewizyjny „Zabójstwo Marka Kapla”, Magazyn Śledczy Anity Gargas, 06.02.2020
Nagroda im. Krystyny Grzybowskiej
za publicystykę o tematyce europejskiej ufundowana przez Fundację Macieja Rybińskiego w wysokości 5 tys. zł.
Łukasz Kobeszko
za publikację – „Mają korupcyjny system zbudowany za unijne pieniądze. Ich protestów nikt nie zauważa”, Tygodnik TVP (tygodnik.tvp.pl), 18.09.2020
Dysponując niezwykle rozległą wiedzą o historii Bułgarii, autor ciekawie tłumaczy czytelnikowi obecną sytuację polityczną kraju -geograficznie nam bliskiego, a jakże nieznanego. Publikacja interesująca w kontekście polskich sporów z unijnymi urzędnikami o praworządność.
Wyróżnienie
Filip Memches autor publikacji – „Zainspirował Fukuyamę do napisania „Końca historii”. Wedle tajnego raportu był agentem KGB”,
Tygodnik TVP (tygodnik.tvp.pl), 07.08.2020
Nagroda im. Kazimierza Dziewanowskiego
za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie ufundowana przez Polską Agencję Prasową w wysokości 7 000 zł.
Ks. Roman Sikoń
autor filmu „Rzeka życia”, TV TRWAM, 13.12.2020.
Dobry przykład klasycznego dokumentu drogi. Z rozmów dwóch braci – kapłanów, którzy płyną wielkimi amazońskimi rzekami, tworzy się piękna filmowa opowieść o życiu, powołaniu, wartościach, ideałach. Wielkim walorem filmu jest rzadko pokazywana egzotyczna Amazonia i nieznani Zachodowi jej mieszkańcy z plemion Yanomami.
autorka publikacji „Obozowy numer zapisywali na czaszce i kościach. Jak Niemcy podbijali Afrykę” Tygodnik TVP (tygodnik.tvp.pl), 11.12.2020.
Dokument w przejmujący sposób przedstawia jedną z najczarniejszych kart w historii niemieckich podbojów zamorskich – brutalną kolonizację Afryki Południowo-Zachodniej. Przekazuje wstrząsające fakty ludobójstwa na rdzennych mieszkańcach Namibii oraz historię współczesną – pełną determinacji walkę Namibijczyków o naprawienie krzywd popełnionych na ich przodkach. Zwraca uwagę profesjonalizm w przedstawieniu tematu oraz wielka wrażliwość autorki na cierpienie i krzywdę ludzką.
Wyróżnienia
Agnieszka Czyżewska-Jacquement za „Przebudzenie”, Polskie Radio Lublin, 30.09.2020
Krzysztof Darewicz za „Dlaczego Chińczycy jedzą zupę z nietoperze, duszone węże i smażone łaskuny? Wirus na talerzu”, 30.01.2020, „Miliony ludzi skoszarowane, szpitale zmilitaryzowane, miasta zamknięte. Chiny w czasach zarazy”, 7.02.2020, „Wuhan odmrożony. Przepustka do życia są teraz kody QR” zdrowy, może iść albo do izolatki””, 17.04.2020. Wwszystkie publikacje ukazały się w Tygodniku TVP (tygodnik.tvp.pl)
Nagroda im. Macieja Łukasiewicza
za publikacje na temat współczesnej cywilizacji i kultury oraz popularyzację wiedzy ufundowana przez Narodowe Centrum Kultury w wysokości 10 000 zł.
Dagmara Drzazga
autorka filmu „Pokolenia”, TVP Historia, 15.03.2020
Bierzemy udział w sentymentalnej podróży do Panny Marii – najstarszej polskiej osady w Teksasie. Z rozmów prowadzonych z mieszkańcami o polskich korzeniach wyłania się historia ich przodków – osadników ze Śląska. Współczesne pokolenia Teksańczykó widzimy też w Polsce, podczas pielgrzymki do Piekar Śląskich. Dokument niezwykle barwny, zrealizowany z wielką klasą i artyzmem, świetny warsztatowo.
Wyróżnienia
Cezary Galek – „Droga Kwarantanno”, Polskie Radio Zachód, 17.05.2020
Łukasz Adamski – „Czarne owce Hollywood. Aktorzy Donalda Trumpa”, 26.06.2020, „Metoo działa jak stalinizm? Cóż, czasem miewa oblicze totalitarne”, 24.04.2020, „Hollywood próbuje zrozumieć wroga”, 8.05.2020. Wszystkie publikacje w Tygodniku TVP (tygodnik.tvp.pl)
Nagroda im. Janusza Kurtyki
za publikacje o tematyce historycznej ufundowana przez Instytut Pamięci Narodowej. Patronem medialnym Nagrody im. Janusza Kurtyki jest TVP Historia.
I Nagroda w wysokości 7 000 zł
Piotr Zarębski
autor filmu dokumentalnego „Bądź wierny, idź i pamiętaj”, TV Trwam, 01.09.2020
Fabularyzowany film dokumentalny opowiada o bohaterstwie, męczeństwie i trudnej sytuacji Polaków, głównie na Pomorzu, w okresie II Wojny Światowej i początkach komunizmu w Polsce. Nagroda za wybitne walory edukacyjne i artystyczne.
autorka reportażu radiowego „Nierozwinięty do końca kwiat”, Radio Lublin, 31.05.2020
Wstrząsająca, precyzyjnie udokumentowana opowieść o okrucieństwie najeźdźców oraz bólu, rozpaczy, samotności i pragnieniu, by bezmiar cierpień dzieci Zamojszczyzny nie został zapomniany. Autorka po mistrzowsku dokonała konfrontacji dwóch światów – wszechmocy okupantów i bezsilność podbitych.
Wyróżnienia
Adam Kraśnicki – film „Oto człowiek – rzecz o Henryku Sławiku i Jozsefie Antallu”, TVP Historia, 17.07.2020.
Dorota Kania, Anna Zapert, Robert Krauz i Katarzyna Zajączkowska – film „Baśka”, Festiwal Niepokorni Niezłomni Wyklęci w Gdyni, sierpień 2020.
Jolanta Sowińska –Gogacz – publikacja „Mały Oświęcim” Wielkopolski Kurier WNET nr 77/2020, listopad 2020 oraz Błażej Torański – publikacja „To nie ja”, Wielkopolski Kurier WNET nr 76/2020, październik 2020
Marianna Fijewska – publikacja „Rykoszet – O Marianie, bracie Hanny, trzecim, który padł, Rykoszet – O Marianie, ojcu Wioli, trzecim, który padł”, Magazyn Wirtualnej Polski, 18.12.2020
za dziennikarstwo ekonomiczne ufundowana przez Fundację Agencji Rozwoju Przemysłu w wysokości 10 000 zł.
Iwona L. Konieczna
autorka publikacji „130 lat temu zaczęła się kariera Witolda Zglenickiego – >polskiego Nobla<”, Codzienny Serwis Informacyjny PAP, 19.01.2020
Piękna, z fantazją nakreślona historia polskiego pioniera wydobycia ropy naftowej z morskiego dna w Azerbejdżanie na obrzeżach Imperium Rosyjskiego. Opowieść o biznesmenie przerastającym swoją epokę, filantropie, patriocie, pozytywiście i romantyku w jednym, o człowieku niezwykłym. Autorka osiągnęła mistrzostwo warsztatowe. Udowodniła, że nawet krótki tekst – pisany na potrzeby agencji prasowej – można w profesji dziennikarza tratować z szacunkiem.
Laureatka zmarła na Covid-19, w jej imieniu nagrodę odebrał syn.
Wyróżnienie
Karol Wasilewski – publikacja „Na obiadach z pudełek rosną fortuny”, Tygodnik TVP, 29.05.2020
Nagroda im. Aleksandra Milskiego
dla redakcji mediów lokalnych za podejmowanie tematów ważnych dla ich społeczności ufundowana przez FAKRO Sp. z o.o. w wysokości 3 000 zł.
Redakcja „Tygodnika Kępińskiego”
Pismo wyróżnia dobre osadzenie w tematyce „małej ojczyzny” – budowanie patriotyzmu lokalnego poprzez dbałość o tradycję i historię regionu oraz udział w bieżącym życiu społeczności Kępna. Gratulacje za ponad 30- letnią nieprzerwaną działalność na niełatwym rynku prasy lokalnej.
za publikacje o tematyce społecznej ufundowana przez BP Europa SE Oddział w Polsce
I Nagroda w wysokości 7 000 zł
Adam Bogoryja-Zakrzewski, Agnieszka Szwajgier
autorzy reportażu radiowego„Bilet powrotny proszę”, Polskie Radio Program III, 14.09.2020.
Dokument radiowy o bezdomnych Polakach w Berlinie to nie smutna opowieść o ludziach skrzywdzonych przez los, lecz do bólu realistyczny obraz codzienności tych, którzy nauczyli się „żyć na betonie” i nie chcą wracać do kraju. Reportaż dobry, wciągający, rzetelny i bezstronny.
Autorka przeprowadza wnikliwe śledztwo dziennikarskie, którego celem jest pokazanie widzowi, jak w Zakopanem działają deweloperzy, by pozbyć się zabytkowych obiektów stojących na atrakcyjnych działkach. Reportaż zrealizowany z zaangażowaniem, profesjonalnie, z zachowaniem staranności przy dochodzeniu do sedna problemu.
Wyróżnienia
Dorota Łosiewicz – za cykl artykułów o amantadynie: „Co z tą amantadyną? Dlaczego nikt nie traktuje poważnie pulmonologa z Przemyśla?, 1-29.11.2020, „Fakty sobie, a Ministerstwo Zdrowia sobie. Czy komuś zależy, by ukryć skuteczność leku? To działanie wbrew interesowi publicznemu”, 2-14.12.2020, „Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało badanie kliniczne amantadyny. Wreszcie! Lepiej późno niż wcale”, 3-15.12.2020. Wszystkie publikacje na portalu wPolityce.pl
Alicja Grzechowiak – reportaż telewizyjny „Opowiem o moim życiu”, TVP3 Cykl „Całkiem niezła historia”, 6.10.2020
Nagroda im. Adolfa Bocheńskiego
za wyróżniające się dokonania dziennikarskie dla dziennikarzy do 30. roku życia ufundowana przez Pocztę Polską. Jury przyznało dwie równorzędne nagrody po 2 500 zł
Łukasz Lubański
autor publikacji w Tygodniku TVP (tygodnik.tvp.pl):„Wzywał arcybiskupów do dymisji. Teraz będzie uczyć holenderskich kleryków”, 21.02.2020, „Breloczki, bryłki, piramidki. Co nas ochroni przed 5G?”, 5.06.2020, „Polska Marylin Monroe, która inspirowała Meryl Streep. Miała talent, była sexy. W USA straciłaś karierę i męża”, 12.06.2020.
Zaprezentowane publikacje są dowodem talentu młodego dziennikarza. Nagroda za wybór ciekawego tematu, atrakcyjność formalną przekazu i jego komunikatywność, dobre opanowanie warsztatu. Jednym słowem – dobre pióro!
Ilona Ptak
autorka reportażu „Znajomy głos”, TVP Info „Głębia ostrości”, 26.07.2020
12-minutowa opowieść o jednym z nas – dziennikarzu, któremu przytrafiła się nietypowa przygoda. Ale przy okazji też o potędze Internetu. Świetny, oryginalny pomysł na reportaż, który Autorka zrealizowała bardzo atrakcyjnie i w pełni profesjonalnie.
Wyróżnienie
Maciej Piotrowski – „Przedawniona sprawiedliwość”, TVP1 Magazyn Ekspresu Reporterów, 24.11.2020
Nagroda im. Kazimierza Wierzyńskiego
za publikacje o tematyce sportowej
Aleksander Dzięciołowski
autor filmu telewizyjnego „Piotr Małachowski”, TVP 1, TVP Sport, 27.12.2020
Film jest portretem socjologiczno-psychologicznym wielkiego mistrza lekkiej atletyki, człowieka z sercem na dłoni. To wyjątkowa, prawdziwa, głęboka opowieść o emocjach sportowca i jego bliskich, powodująca chwilę zadumy nad życiem. Autor daje się poznać jako znakomity reporter, pełen pasji i dociekliwości.
Wojciech Królikowski
autor filmu telewizyjnego „Historia jednej fotografii”, TVP Historia, 05.04.2020
Ciekawy film opowiadający piękną historię sportsmenki – ale przede wszystkim dzielnej Polki, która w czasach wojennej gehenny zachowała się jak trzeba. Maria Kwaśniewska – Maleszewska, medalistka igrzysk olimpijskich z Berlina 1936, dzięki zdjęciu z Adolfem Hitlerem ratowała ludzi podczas okupacji. Autor wykorzystał wiele zdjęć i filmów archiwalnych, co jest dodatkowym walorem jego pracy.
Wyróżnienia
Jakub Kowalski – „Łączy nas piłka. Dzieli Boniek”, Tygodnik TVP (tygodnik.tvp.pl), 04.09.2020.
Urszula Kropiewnicka – „Co to za gość”, Polskie Radio Białystok, 07.12.2020.
Nagroda im. Eugeniusza Lokajskiego
za fotografię o tematyce sportowej ufundowana przez Totalizator Sportowy Sp. z o.o. w wysokości 10 tys. zł
Andrzej Grygiel
autor zdjęcia „Kraksa na mecie pierwszego etapu wyścigu kolarskiego 77. Tour de Pologne”
Prawdziwie mistrzowski przykład zdjęcia, na którym został uchwycony moment poważnego w skutkach wypadku holenderskiego kolarza.
Nagrodzone zdjęcie
Wyróżnienie
Aleksander Knitter – reportaż fotograficzny „Gimnastyczka Amelia Pawlak podczas treningu online”
Nagroda im. Erazma Ciołka
za fotografię społecznie zaangażowaną. Nagroda w wysokości 5 000 zł finansowa ze środków Funduszu Popierania Twórczości Stowarzyszenia Autorów ZAiKS Andrzeja Szczypiorskiego oraz statuetka Fundatora Prywatnego
Beata Zawrzel
autorka reportażu fotograficznego „Życie codzienne w Krakowie podczas pandemii koronawirusa”
Niezwykle realistycznie zdjęcia pokazują zmiany, jakie zaszły w czasie pandemii w relacjach ludzkich.
Piotr Tracz – reportaż fotograficzny „Życie codzienne w czasie pandemii”
Nagroda im. prof. Stefana Myczkowskiego
przyznawana pod patronatem Klubu Publicystów Ochrony Środowiska „Ekos” za publikacje o problemach ochrony środowiska ufundowana przez Lasy Państwowe w wysokości 5 000 zł.
Mateusz Teska
autor reportażu telewizyjnego „Śmierdzący problem warszawskich włodarzy”, TVP1 Magazyn Śledczy Anity Gargas, 10.12.2020
Góry śmieci i utracona dotacja z Unii Europejskiej? Kto jest odpowiedzialny za to, że Warszawa do tej pory nie ma nowoczesnej spalarni śmieci? Na te i inne pytania szuka odpowiedzi Autor reportażu – odważnie, wytrwale, dociekliwie.
Wyróżnienia
Andrzej Barć – „Ptakofonia – Akcja Karmnik”, UJOT FM, 7.12.2020.
Aneta Gałaburda i Joanna Sikora – „Śmierć wilka”, Polskie Radio Białystok, 22.12.2020.
Poważnie traktuje swoje dziennikarskie posłannictwo, podobnie jak działalność w Związku Polaków na Białorusi i bycie Polakiem. Szalenie bezkompromisowy dziennikarz, bardzo oddany zawodowi. Ideowy, zacięty, strasznie twardy facet, co widać nawet w osobistych relacjach – nie kryje swojej sympatii do Andrzeja Poczobuta Agnieszka Romaszewska-Guzy. Podkreśla, że jest częścią białoruskiej społeczności dziennikarskiej i człowiekiem szanowanym przez innych dziennikarzy. W swoich ocenach szefowa TV Biełsat nie jest odosobniona.
– Poczobutowi należy się ogromny szacunek za to, że mimo choroby odmówił wyjazdu z Białorusi. W latach 80. też uważałam, że należy pozostać w kraju. Nawet za cenę aresztu – mówi sekretarz generalna SDP i działaczka opozycji antykomunistycznej w PRL Jadwiga Chmielowska. Podkreśla, że władze totalitarne zawsze chcą się pozbyć z kraju odważnych, aktywnych i mądrych ludzi.
Współpracujący z polsko-białoruskim dziennikarzem, współautor „Programu Wschodniego” w Radiu Wnet Paweł Bobołowicz zwraca uwagę na inną, rzadką cechę. – Nawet w Polsce potrafi jednoczyć ludzi, których jest bardzo ciężko połączyć ze względu na funkcjonujące u nas podziały. Bez względu na to czy nasze serca ciągną bardziej do prawicy, czy do lewicy, wszyscy wiemy, że do Andrzeja można zadzwonić i dowiedzieć się prawdy o wydarzeniach na Białorusi – mówi.
Poczobut od kilkunastu lat jest korespondentem „Gazety Wyborczej” w Grodnie, a od kilku miesięcy dzieli się wiedzą ze słuchaczami Radia Wnet, gdzie prowadzi redakcję białoruską. – Absolutnie profesjonalny i bardzo rzetelny – chwali dziennikarz Radia Wnet.
Profesjonalizm, rzetelność, duża wiedza, znajomość poruszanych tematów, docenienie przez media z różnych stron dziennikarskiej i politycznej barykady. To dużo, ale to tylko część cech blogera i dziennikarza, ale również działacza polskiej mniejszości i historyka. Dyrektor telewizji Biełsat wskazuje kolejną dość rzadką cechę w dzisiejszym, nie tylko dziennikarskim świecie.
– Jest dobrym i lojalnym kolegą. Mogłam to wypróbować, kiedy w czasie rządów PO-PSL zaproponowano mu, żeby zajął moją posadę dyrektora TV Bielsat. Nie zgodził się. Nie dlatego, że nie podobał mu się pomysł, ale uważał, że tak się nie robi i uprzedził mnie o propozycji jaką otrzymał. Zrobił to, chociaż nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi – wspomina Agnieszka Romaszewska-Guzy.
Poczobut woli przekazywać informacje, co jest misją jego zawodu, niż gwiazdorzyć w mediach. Nie szuka wyznawców. Prawdopodobnie wynika to z jego charakteru.
– Jest dość skrytym człowiekiem. Nie jest typem gwiazdora. Nie obnosi się ze sobą, nie jest zakochany w sobie z wzajemnością – opowiada Agnieszka Romaszewska-Guzy. Jak mówi większość rzeczy, które wie o Poczobucie, dowiedziała się z innych źródeł niż on sam. Od niego niewiele można się dowiedzieć, bo nigdy specjalnie nie opowiada o życiu prywatnym.
– Ma swoje zdanie na dany temat. Jak sobie je wyrobi, twardo się go trzyma. Pasjonat historii i samouk w tej dziedzinie, bo ukończył wydział prawa. Wszystkie badania historyczne prowadzi sam – dodaje szefowa TV Biełsat.
– Szczególnie od sierpnia ubiegłego roku, podczas rozmów z nim, miałem uczucie, że mówię z osobą, która za swoje słowa może zapłacić cenę wolności. I tak się niestety stało – wskazuje Bobołowicz.
25 marca Andrzej Poczobut po raz kolejny za działalność dziennikarską, społeczną i polityczną trafił do aresztu. Tam obchodził 48. urodziny. Można powiedzieć, że przebywanie w aresztach to jego smutna codzienność od 2011 roku. Wtedy prokuratura postawiła mu zarzut o znieważenie prezydenta Aleksandra Łukaszenki w artykułach publikowanych w „Gazecie Wyborczej”, na portalu „Biełorusskij Partizan” oraz na jego blogu. Zatrzymano go na 72 godziny po czym umieszczono w areszcie śledczym. W lipcu 2011 roku sąd w Grodnie skazał go na 3 lata więzienia w zawieszeniu na okres 2 lat. Dwa lata później sąd zdecydował o zwolnieniu Poczobuta z odbywania kary.
Ostatnio dziennikarz usłyszał absurdalny zarzut podżegania do nienawiści, za co w białoruskim kodeksie karnym grozi od 5 do 12 lat więzienia. A wszystko w związku z organizacją tradycyjnego kiermaszu Kaziuki, który według tamtejszych władz jest nielegalny. Powiedzieć, że to absurdalne zarzuty to stwierdzić banał. Jak podkreślają rozmówcy portalu sdp.pl, z olbrzymim szacunkiem zawsze odnosił się do swoich dwóch ojczyzn – Białorusi i Polski.
– Byłem zaskoczony tym, że władze białoruskie posunęły się do aresztowania Poczobuta pod sfingowanym zarzutem działalności antypaństwowej. To dowód, że reżim Łukaszenki jest gotowy na bardzo zdecydowane działania. Przed porwaniem samolotu z Ramanem Pratasiewiczem to było chyba najbardziej drastyczne posunięcie białoruskiego reżimu na styku Polska-Białoruś – komentuje dziennikarz Krzysztof M. Kaźmierczak.
– Andrzej to człowiek olbrzymiej tolerancji i otwartości. Jak można mu stawiać zarzuty, że może rozbudzać nienawiść międzyetniczną czy międzyreligijną? – retorycznie pyta PawełBobołowicz.
Można, bo w sowieckim systemie na każdego znajdzie się paragraf.
Świadomość kolejnego aresztowania towarzyszyła Poczobutowi cały czas. – Pytałem go w sierpniu ubiegłego roku czy nie obawia się utraty wolności. Andrzej odpowiedział, że to kwestia czasu, a nie tego, czy tak się stanie – wspomina dziennikarz Radia Wnet. I na sięganiu po najbardziej drastyczne metody – jak wskazuje Paweł Bobołowicz – polega przewidywalność reżimu Łukaszenki.
Z najnowszych informacji wynika, że stan zdrowia Andrzeja Poczobuta jest zły. 16 czerwca w rozmowie z portalem Kresy24.pl, jego żona Oksana poinformowała że zaraził się koronawirusem, kaszle i słabnie. W areszcie w Żodzinie nie ma ambulatorium. Dziennikarz przebywa w przepełnionej 13-osobowej, zawszonej celi, w której nie ma stałego dopływu powietrza. Najbliższe dni będą dla Poczobuta, który cierpi na wadę serca szczególnie trudne, bo Białoruś czeka fala upałów.
– Przetrzymywanie go w warunkach, które są bardzo ciężkie nawet dla w pełni zdrowej osoby jest dużym zagrożeniem. Nie należy lekceważyć informacji, które do nas docierają. Przede wszystkim apeli pani Oksany Poczobut, która upomina się o badania lekarskie dla Andrzeja i dostarczanie leków – mówi Bobołowicz.
Obaw nie kryją i inni. – Może być zagrożone jego życie. A dla reżimu byłoby wygodne, żeby się go pozbyć np. gdyby zmarł na COVID-19 – ocenia Kaźmierczak.
Poczobut mógł opuścić areszt. Musiałby się jednak zgodzić na emigrację np. do Polski. Nie zdecydował się na ten krok.
– To człowiek niezłomny, a niestety takie osoby płacą wysoką cenę. Andrzej nie jest osobą, która będzie chciała skorzystać z prostych możliwości. Przez tyle lat nie dał się wyrzucić z Białorusi. Od początku jest jednoznaczny w ocenie reżimu Łukaszenki. Więzienie nie stanowiło dla niego strachu, który miałby spowodować, że przestanie mówić prawdę. Ale to niestety odciska się na nim i musimy się martwić o niego, o Andżelikę Borys i o wszystkie osoby, które reżim traktuje z pełną brutalnością – podkreśla Bobołowicz.
Kaźmierczak liczy, że władzom nie uda się zmusić Poczobuta do emigracji, bo jego siłą jest to, że przygląda się z bliska ich działaniom.
– Polska i Unia Europejska zrobiły za mało w sprawie Poczobuta i innych zatrzymanych osób. Dlatego podpisałem list, który był nie tylko sprzeciwem wobec tego co dzieje się na Białorusi, ale również apelem do władz Polski i UE o podjęcie zdecydowanych działań w sprawie więzionych na Białorusi osób z polskimi korzeniami, w tym Andrzeja Poczobuta – wskazuje nasz rozmówca.
Fala prześladowań niezależnych mediów i dziennikarzy na Białorusi przyspieszyła po wyborach prezydenckich, które odbyły się w sierpniu 2020 roku. Wcześniej takie działania też były podejmowane, ale teraz są znacznie bardziej dotkliwe i zataczają znacznie szersze kręgi.
– Władze białoruskie realizują konsekwentnie swoją strategię, która polega na uciszaniu czy zamykaniu środków komunikacji, z których można czerpać niezależne informacje. Najpierw aresztowano dziennikarzy, którzy relacjonowali protesty. Potem zaostrzono represje wobec nich. Można nawet powiedzieć o polowaniu na dziennikarzu relacjonujących protesty, które w kilku przypadkach zakończyły się wyrokami długoletniego więzienia – nie ma wątpliwości publicysta portalu wPolityce.pl i analityk spraw międzynarodowych Marek Budzisz. Wskazuje, że działania dotyczyły nie tylko największego portalu TUT.by, który generował około 60 proc. wszystkich odsłon w sieci, ale również Niezależnego Związku Dziennikarzy Białoruskich czy lokalnych mediów.
W ocenie sekretarz generalnej SDP Jadwigi Chmielowskiej jesteśmy świadkami przebudzenia się narodu białoruskiego i wielkiej identyfikacji narodowej wśród społeczeństwa naszych sąsiadów. Tamtejsi dziennikarze odgrywają w niej znaczącą rolę. – Dziennikarze relacjonujący to, co się u nich dzieje stanowili zagrożenie dla reżimu, który nie chciał, żeby Białorusini się identyfikowali z własną narodowością. Zamykanie dziennikarzy jest gestem rozpaczy władz totalitarnych, które nie chcą, żeby ich naród był świadomy. Dziennikarze i media służą do komunikacji w społeczeństwie – przekonuje była działaczka opozycji w PRL i wskazuje, że prześladowanie dziennikarzy grozi destabilizacją państwa.
Prognoza dalszych działań władz białoruskich nie nastrajają optymistycznie. Nic nie wskazuje, że w najbliższym czasie dojdzie do liberalizacji systemu. – Białoruskie władze wielokrotnie, nawet publicznie deklarowały, że pójdą do końca i zlikwidują niezależny obieg informacji na Białorusi. Zrobią to zastraszając dziennikarzy, aresztując i zamykając w więzieniach, zmuszając niepokornych do emigracji albo przejmując media. Z tym ostatnim działaniem mamy do czynienia w przypadku portalu TUT.by – twierdzi Budzisz. Trudno więc w jego ocenie mówić o przejawach czy zwiastunach, że obecna linia polityczna stanie się mniej represyjna. – Niestety spodziewam się, że pan Poczobut, niezależny dziennikarz i jeden z liderów polskiej mniejszości na Białorusi, który na dodatek odmówił emigracji, zostanie skazany na długie więzienie – ubolewa analityk. Dodaje: – Ale to nie znaczy, że należy rezygnować z wywierania presji. Prędzej czy później władze w Mińsku muszą ustąpić. Najprawdopodobniej więźniowie polityczni zostaną wypuszczeni na wolność. To powinno być w ogóle warunkiem jakichkolwiek rozmów czy poluzowania presji.
Zakres możliwych działań podejmowanych na rzecz uwolnienia Andrzeja Poczobuta i innych więźniów politycznych nie jest szeroki. Nie można jednak rezygnować. – Potrzebny jest maksymalny rozgłos na arenie europejskiej i międzynarodowej. Jestem również zwolenniczką sankcji i bardzo ostrego potraktowania reżimu białoruskiego oraz rosyjskiego, bo one są ze sobą połączone – podsumowuje Agnieszka Romaszewska-Guzy.
Transmisja z ogłoszenia wyników i wręczenie nagród 28. edycji konkursu o Nagrody SDP na najlepsze prace w polskiej prasie, radiu, telewizji i internecie w 2020 roku. 17 czerwca 2021 roku, godz. 17.
W niedzielny wieczór 13 czerwca przecierałem oczy ze zdumienia. Nie dlatego, że zaskoczyło mnie zwycięstwo Konrada Fijołka w Rzeszowie (choć faktycznie jego wygrana już w pierwszej turze pewnym zaskoczeniem mogła być), ale z powodu wielkiego nadtytułu widocznego na stronie głównej portalu Gazeta.pl: „Rzeszów wybrał Fijałka”. Tak właśnie – „Fijałka”, choć każdy w miarę zorientowany obserwator powinien wiedzieć, jak nazywa się kandydat opozycji w wyborach uzupełniających w stolicy Podkarpacia. Przyszło mi do głowy, że może redaktor strony głównej pomieszał nowego prezydenta Rzeszowa z popularnym w niektórych kręgach lekarzem, jednym z covidowych celebrytów, ale jego nazwisko pisze się jeszcze inaczej: Bartosz Fiałek.
Mógłby ktoś powiedzieć, że się czepiam. Owszem, może gdyby chodziło o ewidentną literówkę w środku tekstu. Ale wielki nadtytuł na samej górze głównej strony, nad ramką z tekstami poświęconymi specjalnie wyborom w Rzeszowie, z tak kardynalnym błędem, w dodatku widocznym przez wiele godzin – trudno to jednak nazwać zwykłą literówką. Ktoś to musiał najpierw niepoprawnie napisać, i to raczej z niewiedzy, a nie mimowolnie, potem ktoś musiał to umieścić na stronie, a cała grupa dziennikarzy i redaktorów musiała ten błąd przez dobrych kilka godzin ignorować. To świadectwo problemu systemowego.
Pomyślałem wówczas o trwającym właśnie sporze, który już całkiem oficjalnie prezentowany jest jako najpoważniejszy kryzys w relacjach redakcji „Gazety Wyborczej” z zarządem Agory. Kością niezgody jest połączenie w jednym pionie portalu Gazeta.pl i redakcji „GW”, w tym strony Wyborcza.pl. Niezorientowane osoby często utożsamiają Gazeta.pl z redakcją papierowej „GW” oraz nie odróżniają portali Gazeta.pl i Wyborcza.pl – czemu zresztą trudno się dziwić, bo tak to wygląda dla laików z zewnątrz. Ale dziennikarze i redaktorzy „Wyborczej” zawsze podkreślali, że to dwie odrębne struktury. Teraz miałyby stać się jedną.
Można by uznać, że to wewnętrzny problem Agory (z którego wielu po przeciwnej stronie się cieszy), ale można też przyjrzeć się tej sytuacji jako symptomatycznej dla mediów w ogóle. Kompromitujący błąd w nazwisku kandydata zapewne nie mógłby się zdarzyć w redakcji samej „GW”, bo pracują tam dziennikarze z większym doświadczeniem, przyzwyczajeni do wyłapywania błędów w papierze i niewątpliwie z większa wiedzą. Zaś w wielu portalach internetowych mediów tradycyjnych zatrudniani są ludzie wyraźnie młodsi niż w papierowych redakcjach, ze znacznie mniejszym doświadczeniem, nastawieni wyłącznie na szybkość, a zarazem pozbawieni szerszej wiedzy i erudycji, niezbędnych w rasowym dziennikarstwie. I nie bardzo mający się od kogo uczyć. Na Gazeta.pl nietrudno odszukać przykłady miałkich tekstów, będących albo prostym (i często wadliwym) tłumaczeniem informacji z zagranicznych portali, albo pisanych na podstawie Wikipedii. I nie jest to przypadłość wyłącznie tego portalu.
Na kłopoty agorowych redakcji patrzę, rzecz jasna, z zewnątrz, nie znając panujących wewnątrz stosunków, ale mając ogólną wiedzę o mediach, w których mechanizmy są zawsze te same. W wypowiedziach – i tak na zewnątrz stonowanych – przedstawicieli redakcji „GW” znać irytację na menadżerów z Agory, że nie rozumieją prawdziwej pracy dziennikarskiej i myślą kategoriami najczyściej biznesowymi. To również znany problem szczególnie dużych wydawnictw, dla których gazeta jest tylko jednym z wielu obszarów działalności. Tak jest właśnie w Agorze, która ma i radio, i reklamę, i kina.
Doskonale rozumiem obawy ludzi z papierowej gazety (oraz jej portalu, czyli Wyborcza.pl), którzy boją się, że ich portal straci swój charakter oraz że nastąpi swoista inwazja „barbarzyńców” – tych właśnie, którzy nie odróżniają Fijołka od „Fijałka”. Z drugiej strony planom wydawnictwa nie sposób odmówić biznesowej logiki. Jestem tu jednak raczej po stronie dziennikarzy z tradycyjnego medium, znam bowiem z własnego doświadczenia oraz wielu opowieści bezsilne pomostowania na menadżerów, którzy sami nigdy dziennikarzami nie byli i którzy medium – nie tylko drukowane – traktowali jak fabrykę zapałek czy bank. Tymczasem media to biznes sui generis, niezwykle specyficzny. Podejście biznesowe bez uwzględnienia tej specyfiki, a więc identyczne jak przy jakimkolwiek biznesie produkcyjnym czy usługowym, często się nie sprawdza i zamiast pomagać – pogrąża.
Do linii „Gazety Wyborczej” jest mi dalej niż z Warszawy do Honolulu, ale w tej sprawie kibicuję „papierowej” redakcji. Mam nadzieję, że zarząd Agory nie pojedzie po niej walcem.
Jadwiga Chmielowska, sekretarz generalna Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, uhonorowana została Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Polonia Restituta.
W Śląskim Urzędzie Wojewódzkim, w poniedziałek 14 czerwca, Piotr Ćwik, zastępca Szefa Kancelarii Prezydenta RP, w towarzystwie wojewody śląskiego Jarosława Wieczorka, wręczył odznaczenia państwowe zasłużonym mieszkańcom województwa śląskiego. W gronie odznaczonych była Jadwiga Chmielowska, sekretarz generalna SDP i redaktor naczelna „Śląskiego Kuriera Wnet”. Otrzymała ona Krzyż Komandorski z Gwiazdą Polonia Restituta. Gratulujemy!