Czy cnota boi się krytyk? – ŁUKASZ WARZECHA o koncesji dla TVN24

Gdy kilkakrotnie zabierałem na portalu SDP głos w sprawie koncepcji repolonizacji (nazywanej też dla niepoznaki „dekoncentracją”) – i był to głos zdecydowanie krytyczny – wspominałem także, że wbrew politycznym pohukiwaniom jedynymi mediami, do których można by zastosować przepisy dopuszczalne w Unii Europejskiej, a ograniczające obce udziały w mediach, są stacje czy czasopisma będące współwłasnością podmiotów spoza UE. Tak się zaś składa, że w polskich warunkach w grę wchodziła jedynie telewizja TVN, będąca własnością amerykańską. Pisałem to w innych jeszcze okolicznościach, a więc gdy prezydentem USA był Donald Trump, a jego plenipotentką na Polskę niezrównana pani ambasador Georgette Mosbacher. Jako że poprzednia administracja amerykańska była przez polski rząd uznawana za bardzo przyjazną, a na przeświadczeniu o tej przyjaźni opierała się znaczna część polskiej polityki zagranicznej, zwłaszcza w aspekcie bezpieczeństwa – było jasne, że choć TVN jest dla obecnej władzy zadrą, żaden wrogi gest wykonany nie zostanie.

 

Dzisiaj postawiłbym tezę, że gdyby Trump wygrał był drugą kadencję, nie mielibyśmy coraz wyraźniej przebijającej się debaty o przedłużeniu koncesji dla TVN24. Sprawa ma dwa, może nawet trzy łączące się wymiary: polityczny międzynarodowy przechodzący w krajowy, krajowy właśnie oraz ściśle prawny. Bardzo szybko okazało się, że z administracją Joego Bidena relacje rządu Zjednoczonej Prawicy będą o niebo trudniejsze niż były z Trumpem. Nowa władza w Waszyngtonie może mieć tendencję, aby uderzać w Polskę jako przykład swojej bezwzględnej walki o postępowe wartości – nawet w przypadku nominalnie przecież ważnych wciąż sojuszników. Gra na swoje wewnętrzne podwórko – doskonale to znamy. Sprawa wolności mediów, w tym koncesji dla TVN24, może tu być idealnym przypadkiem pokazowym dla rodzimej publiczności.

 

To zarazem powoduje, że w obozie władzy mogą narastać dążenia, aby właśnie w ten sposób w administrację Bidena uderzyć – odmawiając koncesji stacji niezmiennie krytycznej wobec rządzących (pominę miłosiernym milczeniem prognozy niektórych, czynione w momencie przejmowania TVN przez Scripps Network w 2015 r., gdy wieszczyli, że nadchodzi radykalna zmiana linii i za moment TVN stanie się telewizją „prawicową” – rozumianą jako „wspierającą PiS”). Nie wiem co prawda, jaką korzyść miałoby nam to przynieść, ale niektórzy politycy nie analizują sytuacji w takich kategoriach. W każdym razie czynnik kładzenia uszu po sobie, aby nie urazić „wielkiego przyjaciela Polski” Donalda Trumpa – zniknął.

 

Jednocześnie nie sposób nie dostrzec, że w wypowiedziach wielu radykalnych działaczy partii rządzącej, dotyczących tej sprawy – takich jak cytowany niedawno przez Wirtualne Media Jan Mosiński – gra głęboka, emocjonalna niechęć do TVN24. Z drugiej jednak strony istnieje faktyczny, realny problem, polegający na strukturze własnościowej koncernu, będącego właścicielem TVN24 – czyli połączonych niedawno Discovery i Warner – i zawierający się w pytaniu, czy w obecnej postaci TVN24 nie łamie prawa, ograniczającego udział w mediach elektronicznych podmiotów spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego (nieco szerszego niż UE – należy do niego np. Norwegia, ale już nie Szwajcaria). Ponieważ amerykańskie podmioty działają z kolei za pośrednictwem podmiotu zarejestrowanego w EOG, odpowiedź nie jest rzeczywiście łatwa. Jeżeli zaś byłaby odmowna, to mimo że TVN24 sygnalizuje, iż jest gotowa na różne warianty, mielibyśmy do czynienia z decyzją postrzeganą jako ściśle polityczna, bo nie opartą na prostym zero-jedynkowym kryterium, lecz na twórczej interpretacji przepisów.

 

To wszystko prowadzi do oczywistego pytania: czy naprawdę to Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji powinna wydawać koncesje? KRRiT jest z zasady organem upolitycznionym, bo jej pięcioro członków wybierają Sejm (dwoje), Senat (jeden) i prezydent (dwoje). W obecnym układzie w uproszczeniu można powiedzieć, że większość w KRRiT reprezentuje poglądy obozu władzy lub mu raczej bliskie. Tymczasem koncesja powinna być wydawana tak jak wydaje się prawo jazdy (lub w niektórych kategoriach pozwolenie na broń): jeżeli spełnia się jasne i jednoznaczne kryteria, koncesję się dostaje i koniec. Trzeba pamiętać, że chociaż KRRiT jest opisana w konstytucji (art. 213-215), to nasza ustawa zasadnicza nie mówi o jej szczegółowej roli, a więc odebranie Radzie uprawnienia koncesyjnego nie wymagałoby żadnych zmian na poziomie konstytucyjnym.

 

Może warto o tym pomyśleć? Piszę to oczywiście z pełną świadomością, że w tej chwili i w tym politycznym układzie to postulat całkowicie nie do zrealizowania, ale przecież to nie zwalnia nas od myślenia o poprawieniu działania polskiego państwa.

 

Kto w takim razie miałby koncesje przyznawać? Tu odpowiedź wydaje się oczywista: sąd. Mógłby to być np. Naczelny Sąd Administracyjny. Sędziowie, mimo kontrowersji wokół ich nominacji, są wciąż w oczywisty sposób ustawieniu dużo bardziej poza polityką niż członkowie KRRiT. Sędziowie NSA są najlepiej wykwalifikowani do podejmowania decyzji administracyjnych, a taką jest również dzisiaj wydanie koncesji dla podmiotu radiowego czy telewizyjnego. Mają największe doświadczenie w obiektywnym ocenianiu przesłanek oraz interpretowaniu prawa tam, gdzie nie jest ono jednoznaczne.

 

Gdy zaś idzie o TVN24, w interesie rządzących jest, aby tę sprawę załatwić jak najprędzej (już teraz wniosek leży w KRRiT ponad rok) i możliwie korzystnie dla stacji. W końcu – jak powiedział Ignacy Krasicki – prawdziwa cnota krytyk się nie boi.

 

Łukasz Warzecha

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Ostatnia przed wakacjami rozprawa w „procesie ochroniarzy”

23 czerwca 2021 r.,  przed Sądem Okręgowym w Poznaniu odbyła się ostatnia przed wakacjami rozprawa w „procesie ochroniarzy”  w sprawie dot. zabójstwa red. Jarosława Ziętary.  Tego dnia miało zeznawać czworo świadków, dwoje usprawiedliwiło swoją nieobecność, a jedna osoba nie odebrała przesyłki. Przed sądem stawił się jedynie 63 letni Zdzisław W. Na pytanie sędziego jakie relacje łączyły świadka z Mariuszem Ś. [twórca holdingu Elektromis] Zdzisław W. odpowiedział, że poznali się w połowie lat osiemdziesiątych. Na początku wspólnie, prowadzili firmę Elektromis prawdopodobnie do 1989 roku. Następnie biznesowo rozstali się, bowiem Zdzisław W. założył swoją firmę o nazwie Rival, która zajmowała się produkcją napojów gazowanych, rozlewnią piwa, miała swoje markety i hurtownie spożywcze. Czasem coś kupował od Elektromisu, a czasem sprzedawał. Jednak współpraca wygasła i w połowie lat 90, jak zeznał świadek, już się nie spotykali z Mariuszem Ś., ale – co zaznaczył – nie pokłócili się. W rozmowach z Mariuszem Ś. nie pojawiało się nazwisko Jarosława Ziętary. O dziennikarzu, świadek dowiedział się z gazet w roku 1993 lub 1994. Podczas rozprawy odczytano świadkowi dwa protokoły. Pierwszy z przesłuchania w prokuraturze w maju 2013 roku. Zdzisław W. oświadczył, że nie ma żadnej wiedzy o okolicznościach zaginięcia poznańskiego dziennikarza oraz, że nigdy nie znał Ziętary osobiście i z nikim na jego temat nie rozmawiał. Cała jego wiedza opiera się wyłącznie na doniesieniach medialnych. O Elektromisie Zdzisław W. zeznał: Mariusza Ś. poznałem w latach 80., w Poznaniu. On wtedy w mieszkaniu, chyba, na ul. Ognik prowadził działalność gospodarczą polegającą na sprzedaży sprzętu RTV przywożonego z zagranicy. Ja też w tym czasie handlowałem RTV. (…) Po jakimś czasie zostałem cichym udziałowcem firmy Mariusza Ś.

 

Świadek jednak nie pamiętał czy już w tamtym okresie firma nazywała się Elektromis. Dodał, że po jego odejściu, Mariusz Ś. współpracował z Krystianem Cz., który był wcześniej naczelnikiem wydziału do spraw zwalczania przestępczości gospodarczej KWP w Poznaniu i zeznawał we wrześniu 2019 roku. (czytaj TUTAJ)

 

Zdzisław W. wymienił kolejne osoby współpracujące z Mariuszem Ś., które poznał na gruncie towarzyskim. Jednym z wymienionych był Marek Z., na którego W. reagował na wariografie. Marek Z. zeznawał jeszcze wcześniej w “procesie ochroniarzy” (w maju 2019 roku. Czytaj TUTAJ).

 

W protokole omówiono też wyniki  przeprowadzonego badania wariograficznego. Biegły wskazał silne reakcje świadka na niektóre pytania. Na przykład: czy w  czasie gdy dokonano zabójstwa redaktora Jarosława Ziętary świadek był obecny. Tą reakcję W. wytłumaczył, że bał się wrobienia w zbrodnię po przeczytaniu artykułu w prasie o ewentualnych powiązaniach jego osoby ze sprawą. Podobnie tłumaczył reakcję na pytanie o udział w planowaniu sposobu uprowadzenia dziennikarza oraz  czy nakłaniał komendanta policji Kazimierza K., do rozpowszechniania informacji, że Ziętara żyje i przebywa w Londynie jako agent UOP. Silna reakcja wystąpiła też przy pytaniach czy znasz i osłaniasz osoby, które brały udział w uprowadzeniu i zabójstwie redaktora Ziętary. Czy wśród wymienionych miejsc ukrywasz faktyczny rejon, gdzie ukryto zwłoki to jest Jezioro Kierskie. Świadek uzasadnił swoją reakcję w następujący sposób:

 

Wiem, gdzie jest Jezioro Kierskie. W latach 1990 – 1992 miałem prywatną motorówkę, którą pływałem na tym jeziorze. Doszło tam do wypadku, zderzyłem się z falą, wypadłem za burtę i o mało nie utonąłem. Byłem sam, ale można powiedzieć, że ledwo uszedłem z życiem. W tej sprawie nie było prowadzone postępowanie, nawet nie zgłaszałem tego faktu.

 

Kolejne pytanie brzmiało „co zrobiono z ciałem redaktora po jego śmierci, to jest rozpuszczono w kwasie?” W okresie 2005-2006, odbarwialiśmy paliwo kwasem siarkowym i 500 litrów kwasu się rozlało. Wypaliło wszystko i się dymiło. Pytanie czy posiadasz wiedzę jakich przedmiotów użyto do zacierania tej zbrodni. To jest beczka z kwasem, worek, podrzucenie dokumentów redaktora do jego mieszkania po uprowadzeniu.Jeśli chodzi o beczkę z kwasem to być może była to reakcja związana z tym wypadkiem. (…) Nie wiem skąd reakcja na podrzucenie dokumentów. Być może stąd, że w sprawach karnych dotyczących mojej osoby przewijały się wątki z podrzuceniem fałszywych dokumentów – zeznał świadek. 

 

Tu warto dopowiedzieć, że Zdzisław W. ma od lat kłopoty z prawem. Na rozprawę został doprowadzony w kajdankach, w asyście dwóch policjantów wprost z aresztu. Najgłośniejszym jego wyczynem było dwukrotne upozorowanie własnej śmierci. W 2005 roku podrobił akt zgonu, jednak sprawa wyszła na jaw. Rok później, przekupił policjanta, który podrzucił do zmasakrowanych i niezidentyfikowanych zwłok, znalezionych przy torach kolejowych jego dowód osobisty. Sprawę miał uwiarygodnić syn W., który „zidentyfikował zwłoki ojca”. Za te czyny W. został skazany prawomocnym wyrokiem. W dalszej części  rozprawy świadek stwierdził, że nie zna Aleksandra Gawronika oraz kolejny raz oświadczył, że nie ma nic wspólnego z uprowadzeniem Jarosława Ziętary i nie ma w tym temacie żadnej wiedzy.

 

Sędzia Sławomir Szymański poprosił świadka, by ten wyjaśnił co rozumie przez określenie ”cichy wspólnik”. Zdzisław W. tłumaczył, że nie był wpisany jako udziałowiec w dokumentach, ale odpowiednio dzielili się z Mariuszem Ś. zyskami. Nie sformalizowali tego, gdyż Mariusz Ś. miał inny pogląd niż świadek na prowadzenie działalności. Trwało to prawie rok. Nie było planów, by wszedł do Elektromisu jako udziałowiec.

 

Drugi protokół, odczytany tego dnia na rozprawie pochodził z 2016 roku, z procesu Aleksandra Gawronika, którego oskarża się o podżeganie do zamordowania dziennikarza. Świadek opowiedział o swoich kontaktach z policją na początku lat 90., kiedy to grał na kortach tenisowych z komendantem Kazimierzem K., a także sponsorował organa ścigania. Oba protokoły są podobne pod względem treści i oba świadek potwierdził.

 

Warto też dopowiedzieć, że współpracownikiem Zdzisława W. był, nieżyjący już, gangster Przemysław C. Ten z kolei miał grozić podczas odbywania kary więzienia,  współwięźniowi i straszyć, że zrobi z nim to samo co z Jarosławem Ziętarą. Śledztwo niczego nie wykazało i zostało umorzone w 1999 roku.

 


 

Jarosław Ziętara, 24-letni dziennikarz „Gazety Poznańskiej”, 1 września 1992 roku wyszedł z domu do redakcji i nigdy do niej nie dotarł. Po wielu latach krakowska prokuratura doszła do wniosku, że został porwany i zamordowany. Dziennikarz interesował się poznańską „szarą strefą”, i miał zagrażać interesom m.in. spółce Elektromis. Zdaniem śledczych, latem 1992 roku do zabójstwa Ziętary podżegał Aleksander Gawronik, a porywaczami byli ochroniarze Elektromisu: Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala. W poznańskim Sądzie Okręgowym toczą się dwa odrębne procesy: jeden dotyczy samego Gawronika, a drugi udziału „Lali” i „Ryby”. Oskarżeni w obu procesach nie przyznają się do zarzucanych im czynów. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich obserwuje i relacjonuje oba toczące się postępowania.

 

Tekst i zdjęcia: Aleksandra Tabaczyńska

 

MIROSŁAW USIDUS: Dziennikarski obiektywizm na jednym wózku z wolnością

Około rok temu przeczytałem w jednym z najbardziej znanych tekstowisk internetowych, „Medium”, tekst pani (panny?) Nafari Vanaski, osoby o czarnym kolorze skóry, co ma tu znaczenie, o tym jak porzuciła pracę w zawodzie dziennikarskim, gdy uznała, że dążenie do obiektywizmu oznacza rasizm.

 

Być może spłycam jej wywody, ale z tego, co napisała nie chce płynąć inny wniosek. Vanaski opowiedziała, jak po kilkunastu latach pracy w zawodzie dziennikarskim dochrapała się pozycji felietonisty, ale jak sama wyjaśnia, głównie dlatego, że zastąpiła innego czarnego felietonistę. Może dla niej wygląda to OK, ale mnie trudno oprzeć się wrażeniu, że redakcja gazety w Pitsburgu, gdzie pracowała, zwracała uwagę nie tyle na jej umiejętności i talent, ile na parytet rasowy.

 

Dziennikarce przyszło zrelacjonować historię aresztowanego czarnego mężczyzny, który przejechał na czerwonym i nie zatrzymał się na wezwanie policji, rozbijając się w końcu swoim samochodem o taksówkę. Policja otworzyła podczas pościgu ogień, zakładając, jak sądzę, że takie zachowanie to znak, że ma do czynienia z groźnym przestępcą. Z jej relacji wynika, że bardzo zależało jej na publikacji materiału demonstrującego przede wszystkim nagranie pochodzące od prawnika zatrzymanego, ukazujące punkt widzenia uciekiniera, jak bał się o swoje życie, gdy policjanci zaczęli strzelać.

 

Z relacji czarnej byłej dziennikarki wynika, że zależało jej na przedstawieniu głównie racji aresztanta, z naciskiem na okrucieństwo i bezwzględność policji. Dążyła do całkowicie jednostronnego, zgodnego z broniącą przestępców, jeśli są czarnoskórzy, linią ideologiczną ruchu Black Lives Matter. Wyrażała oburzenie, że redakcja chciała zrównoważyć artykuł ukazując również wyjaśnienie zachowania policjantów i stanowisko policji. Całkowicie zamknięta w swojej jednostronności zupełnie nie przyjmowała do wiadomości, że przekaz aresztowanego przestępcy raczej nie powinien dominować tego materiału.

 

W konkluzji swoich wywodów Vanaski wygłasza napompowaną rasową ideologią tyradę to ty, jak to newsroomy gazet „są idealnym schronieniem dla rasizmu i białej supremacji”. Z wszystkiego co pisze wynika jednoznacznie, iż takie pojęcie jak obiektywizm dla niej nie istnieje – jest tylko systemowy rasizm, który każe źle (czyli obiektywnie) pisać o czarnych. Każdy, kto ma jakieś pojęcie o amerykańskich mediach, zdaje sobie sprawę, że to, co wypisuje egzaltowana aktywistka (bo już nie dziennikarka) to piramidalna bzdura. W dotkniętych wieloma problemami, skarlałych i znajdujących się pod nieustanna presją hunwejbinów, amerykańskich mediach jest po prostu wciąż sporo ludzi, którym zależy na relacjonowaniu wydarzeń w sposób bezstronny i kontradyktoryjny. Obawiam się jednak, że przyszłość należy do hunwejbinów takich jak Nafari Vanaski, bo w spolaryzowanych społeczeństwach obiektywizm jest coraz mniej ceniony i poszukiwany.

 

Debata nawołująca do „skończenia wreszcie z obiektywizmem” w tamtejszych mediach rozgorzała z ogromną siłą szczególnie po śmierci George’a Floyda, narkomana wynoszonego obecnie przez neomarksistów na ołtarze. Dobrym przykładem wzbudzonych ideologicznie komentarzy lewicowych komentatorów może być to, co napisał były reporter „Washington Post”, Wesley Lowery, w „New York Times”, że medialny obiektywizm „stanowi szczyt piramidy zbudowany z subiektywnych decyzji” i został zdefiniowany „prawie wyłącznie przez białych reporterów i ich przeważnie białych szefów”.

 

Z kwestii rasowych lewicowi „myśliciele” chętnie przenosili się na inne ważne dla nich tematy. Określający się jako „trans” Lewis Raven Wallace, autor książki „The View From Somewhere” napisał m. in.: „Uważam, że obiektywizm sam w sobie jest mitem, który został utrwalony w oparciu o normatywną perspektywę białego mężczyzny cisgender w dziennikarstwie. Dziennikarstwo, które nazywamy obiektywnym, jest generalnie po prostu stronnicze, skłaniając się w kierunku akceptowalnych norm społecznych i politycznych”. Gdyby pan Wallace był oczytany w Leninie i innych teoretykach marksizmu to zapewne by dodał, że obiektywizm jest „burżuazyjnym przeżytkiem” i narzędziem zniewolenia klasy robotniczej przez klasę panującą, gdyż jego wywody maja właściwie ten sam wydźwięk, używają jedynie innej terminologii.

 

Prasa plemienna

 

Obiektywizm dziennikarski i bezstronność polityczna mediów, jeśli były kiedykolwiek na jakimś szczycie piramidy, to z pewnością nie był to szczyt piramidy potrzeb i oczekiwań rynku odbiorców produktu medialnego. Takie jest moje zdanie i postaram się je uzasadnić odwołując się do polskiego rynku środków masowego przekazu.

 

„Gazeta Wyborcza” nigdy nie była medium bezstronnym politycznie – co do tego możemy się chyba wszyscy zgodzić. Kiedyś jednak, powiedzmy, jeszcze jakieś dwie dekady temu, przydawała się czasem do czegoś poza aktywistycznym samopotwierdzaniem w ograniczonym politycznym kręgu, by nie powiedzieć – sekcie. Dziś, inaczej niż kiedyś, sprawia wrażenie oszalałego politycznego biuletynu, redagowanego przez kogoś owładniętego silną manią prześladowczą.

 

Czy to źle czy dobrze? Chyba źle, jednak wyjście z tego ekstremalnego ciągu i podjęcie próby zdobycia się na obiektywizm, na jakiś rodzaj neutralności politycznej, nawet względnej, byłoby prawdopodobnie dla „GW” zabójcze. Z tego drogi nie ma odwrotu, bo nie ma na rynku innej, czekającej na odmienioną „Wyborczą”, grupy czytelniczej. Jest ta, która oczekuje nie obiektywizmu lecz serwowania politycznych, plemiennych, całkowicie jednostronnych samopotwierdzeń.

 

Zresztą, czy są i kiedykolwiek były w ogóle jakieś znaczące, także w sensie biznesowym, grupy odbiorców, które oczekują obiektywizmu, cenią go i są gotowe zapłacić godną cenę tylko i właśnie dlatego, że oferuje im się  bezstronność i obiektywizm? Niestety wątpię. Można by sięgnąć po obecne przykłady, takie jak media wydawnictwa Infor, „Gazeta Prawna” czy portal Dziennik.pl, która może nie stawia sobie explicite takich celów, ale wyważa, utrzymuje się gdzieś w środku, w równowadze i w jako takiej bezstronności. Ma swoją grupę odbiorców, ale czy tej grupie właśnie nade wszystko o bezstronność chodzi, czy może o inne cechy produktu oferowanego przez Infor? Poza tym, po pierwsze nie jest to grupa najliczniejsza, po drugie – z danych rynkowych wynika, że nie rośnie. Z większych zasięgowo mediów można by wskazać na informacyjne kanały Polsatu, krytykowane, co znamienne, zarówno z lewa jak i z prawa. Byłyby więc bliskie środka i obiektywizmu. Jednak nie widać, by na tym rynkowo wygrywały, przynajmniej jak do tej pory.

 

Obiektywizm i wyważenie nie były w najwyższej cenie także wcześniej, w czasach zwłaszcza dla prasy znacznie lepszych. Za bezstronną gazetę uchodziła w latach 90-tych ubiegłego wieku „Rzeczpospolita”. Zarazem dość powszechna była opinia, że była „nudna”. Piszę o tym, abyśmy nie idealizowali dawnych czasów w mass mediach i samych siebie jako czytelników/odbiorców. Ani to, że media mają być obiektywne było wówczas aż tak oczywiste, ani też nie było ze strony publiczności jakiejkolwiek silnej presji na to i oczekiwania bezstronności.

 

Dawniej jednak, nawet w „wyrazistych” politycznie mediach, jeśli chciały uchodzić za poważne (a chciały, co być może jest istotą różnicy z czasami obecnymi), dokładano starań o zachowanie pewnych standardów, przedstawienia przeciwstawnych racji, wysłuchania drugiej strony, pokazywania różnych aspektów zjawisk i wydarzeń. Wpuszczanie na łamy czy antenę oszalałego aktywizmu bez wyraźnego zaznaczenia, że nie wyraża to poglądów redakcji, przesuwało zazwyczaj tytuł czy kanał do segmentu innego niż definicyjne mass media.

 

Winni politycy, social media, ale…

 

Przyczyn rozstania może nie z obiektywizmem, bo ten w mediach zawsze był czymś wątpliwym, lecz ze staraniami, by go okazać, jak zwykle jest cała chmara. Dziennikarze lubią zwalać na polityków i zapewne mają sporo racji, gdyż politycy w dużym stopniu przyczynili się do spolaryzowania sporu i radykalizacji plemion medialnych. Donald Tusk, choć jako premier rządził rządem decydującym o losie wszystkich Polaków, pewne środki przekazu omijał, pomijał, nie wypowiadał się dla nich a czasem wręcz na różne sposoby starał się im zaszkodzić. Kontynuatorem tego typu „polityki informacyjnej” jest dziś Rafał Trzaskowski, który zresztą całkiem otwarcie zwalcza cześć mediów, które nie są zgodne z jego mediaplanem i nie współpracują w budowaniu jego wizerunku.

 

Politycy drugiej strony, choć w mniejszym stopniu, też mieli przypadki podobnych zachowań. Wspomnę o nieco zapomnianej już sprawie bojkotu TVN przez opozycyjne wówczas PiS. Nie różniło się to znacząco od stosowanego dziś przez polityków PO bojkotu „mediów PiS”.

 

Te bojkoty i dzielenie przez polityków mediów na „nasze” i „ich” silnie wzmacniały polaryzację polityczną w świecie środków masowego przekazu. Gdyby dla mediów najważniejsza była bezstronność i obiektywizmu, wystąpiłyby solidarnie przeciw zabiegom dzielącym polityków. Jednak nie zrobiły tego. Milcząco, a czasem całkiem otwarcie i aktywnie, akceptują te polaryzację i dzielenie mediów podług podziałów plemiennych w polityce. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, ma to związek z profitami, reklamami, kontraktami sponsorskimi, zleceniami na kampanie, jakimi politycy, gdy rządzą, nagradzają „swoje” media. Jakoś trudno dziś wyobrazić sobie taką sytuację, gdy media zgodnie, ponad podziałami, protestują przeciw temu systemowi dystrybucji konfitur. Protestują raczej, gdy z powodu politycznej zmiany, konfitury trafiają do mediów z przeciwnego plemienia.

 

Zatem, owszem, politycy z pełną premedytacją polaryzują, ale media akceptują system tworzony przez polityków i chętnie stają jednoznacznie po stronie plemienia.

 

Można też za zmierzch pretensji do obiektywizmu obwiniać ekspansję internetu a szczególnie mediów społecznościowych. Wielokrotnie pisałem w artykułach na portalu SDP o tym, jak potężnymi wzmacniaczami polaryzacji społecznych i politycznych są algorytmy Facebooka czy Twittera. Gdyby jednak dziennikarze, redaktorzy i publicyści, chcieli wskazywać na te mechanizmy jako przyczynę radykalnej rezygnacji z dążeń do obiektywnego relacjonowania faktów przez środki masowego przekazu, to uznałbym to za kompromitację samych mediów. Oznaczałoby to, że nawet nie próbują wracać do standardów, nie starają się zaoferować żadnej alternatywy dla zalewu fejków, półprawd, bezpodstawnych oskarżeń, zwykłego hejtu i wszelkiego innego „dobra” płynącego szeroką strugą przez social media. Co gorsza, może zrodzić się podejrzenie, że media same wykorzystują algorytmy do lansowania się na najmniej wartościowym i polaryzującym „kontencie”.

 

Mam coraz silniejsze wrażenie, że nasilanie się plemienności i polaryzacji w mediach, przy rezygnacji z jakichkolwiek prób zachowania obiektywizmu, wynika z nieco innych przyczyn. Chodzi mianowicie o specyficzną strategię biznesową „zminiaturyzowanych” mediów. Np. gazeta taka jak „GW” nie ma już liczonych wiele setek tysięcy nakładów, nie spełnia tych wszystkich funkcji, czytadła, poradnika, guide’a po mieście, życiu kulturalnym i telewizyjnym, tablicy ogłoszeń drobnych, nie ma dziesiątków innych zastosowań spełniających rozliczne potrzeby, jakie miała jeszcze ponad dwie dekady temu. Ma za to wierne, choć już stosunkowo nieliczne plemię polityczne jako czytelników, które ma oczekiwania zredukowane do codziennego potwierdzania poglądów i plemiennego sposobu myślenia. I „Wyborcza” tej ostatniej reduty swojego biznesu broni, całkiem świadomie. Tak uważam.

 

Nawiasem mówiąc głośny ostatnio spór portalu Gazeta.pl z redakcją „Gazety Wyborczej” w dużym stopniu dotyczy właśnie tego o czym wyżej piszę. W warstwie definiowania biznesu, oczywiście, bo zapewne duże znaczenie w tej wewnątrz-agorowej kłótni mają kwestie personalne i ambicjonalne.

 

Społeczeństwo, które ucieka od wolności, nie potrzebuje obiektywnych mediów

 

W wielu publikacjach neomarksistowskich hunwejbinów zwalczających ostatnio w USA z nasiloną nienawiścią pojęcie tradycyjnie rozumianego obiektywizmu w dziennikarstwie, jako wyrazu „białej” czy też „hetero”-supremacji, przewija się opinia, że obiektywizm nie pozwala reporterowi poznać „prawdy”. To zwróciło moją uwagę gdy czytałem serię artykułów nie będących właściwie już żadna publicystyką lecz ideologicznymi manifestami.

 

Z tą „prawdą” właściwie to jest racja, gdyby się tak głębiej zastanowić. Wprawdzie pisze się zwyczajowo od dawien dawna, że media mają dążyć do pokazywania prawdy. Trzeba jednak przyznać, iż nigdy nie chodziło o tę jedną jedyną prawdę, bo ta jedyna, jest w sensie filozoficznym nieosiągalna, niepoznawalna. Obiektywizm dziennikarski polegał nie na docieraniu do tej „jedynej”, co jest zajęciem daremnym, ale raczej pokazywaniu „jednej prawdy”, „drugiej prawdy”, „tamtej prawdy” i „prawdy przeciwnej”, tak by odbiorca miał możliwie jak najdokładniejsze i najuczciwsze ich przedstawienie, mógł je poznać i wyrobić sam sobie własne zdanie o tym, kto w tym wszystkim wydaje się być najbliższy prawdy.

 

Obiektywizm dziennikarski więc rzeczywiście nie oferuje jednej i niepodważalnej prawdy w takim rozumieniu, w jakim próbują wcisnąć nam swoją „prawdę” politycy i ideologowie. Zwalczający obiektywizm, czy to neomarksiści z Black Lives Matter, czy medialni przywódcy plemion politycznych w Polsce, nie oferują różnorodnych i ścierających się, ale jedną prawdę.

 

W tradycyjnie rozumianym obiektywizmie dziennikarskim chodzi o jak najwierniejsze, najdokładniejsze i jak najuczciwsze przekazanie różnorodnych prawd. Ma to sens dla społeczeństwa wolnych, zdolnych do samodzielnego myślenia i decydowania, ludzi. W świecie osobników uciekających od wolności obiektywizm rzeczywiście przestaje być potrzebny. W wielu miejscach w tym tekście sugerowałem, że wcale nie tak dużo ludzi dawniej ani tym bardziej teraz oczekuje bezstronności i obiektywizmu, co oznacza zarazem, że słabe były dążenia do wolności i samodzielności w decyzjach, i słabną coraz bardziej. Mówiąc w skrócie – w społeczeństwie, w którym jest słaby popyt wolność i niezależność poglądów, nie potrzeba również obiektywizmu w mediach.

 

Mirosław Usidus

Nagrody w Konkursie Dziennikarskim im. Seweryna Pieniężnego rozdane

Na uroczystej gali, z udziałem prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztofa Skowrońskiego, wręczono nagrody w 13. edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego organizowanego przez Warmińsko-Mazurski Oddział SDP.

 

Nagrodę Główną otrzymała Agnieszka Porowska z „Gazety Olsztyńskiej”, Nagroda Wolności Słowa im. ks. Benedykta Przeradzkiego przypadła ks. Janowi Rosłanowi, a Nagroda dla Młodego Dziennikarza (do 30. roku życia) Bartoszowi Kucharskiemu.

 

Laureatem Nagrody Specjalnej za szczegółowe ukazanie sylwetki patrona Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP został dr Jan Chłosta.

 

Przyznano również wyróżnienia, w kategorii „Dziennikarstwo prasowe/internetowe” otrzymali je: Andrzej Dramiński, Wioletta Wróbel oraz Iza Stadniczenko, a w kategorii „Dziennikarstwo radiowe/ podcast”: Anna Minkiewicz-Zaremba.

 

Podczas uroczystości, która 26 czerwca odbyła się w Olsztynie, prezes SDP Krzysztof Skowroński, podkreślił wielką rolę dziennikarzy lokalnych.

 

– Pracujemy cały rok nie po to, by być nagradzani, lecz po to, by opisywać świat. A poszukiwanie prawdy i opisywanie świata nie jest sprawą łatwą. Media lokalne jakby dotykają tej soli ziemi – powiedział Krzysztof Skowroński.

 

– Nagroda im. Seweryna Pieniężnego ma służyć docenieniu ciężkiej, trudnej pracy dziennikarzy. Bo często ten dziennikarz i jego praca jest niewidziana, niedoceniana – dodał prezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP Grzegorz Radzicki.

 

 

red., fot. Andrzej Piedziewicz, Radio Olsztyn

 

Więcej informacji oraz galeria zdjęć z gali na stronie Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP  –  TUTAJ.

 

Znaleźć miejsce dla siebie – DAWID KACZMARCZYK o tym jak młodzi patrzą na dziennikarstwo

Przyszłość zawodu jest trudna i niepewna, ale dzięki pracy, konsekwencji  i otwarciu na nowe technologie można się odnaleźć na współczesnym medialnym rynku – mówią zgodnie młodzi dziennikarze.

 

W środowisku nierzadko słyszymy głosy o końcu zawodu dziennikarza, biednych redakcjach czy niestabilnym zatrudnieniu. O tym jak wygląda to z perspektywy młodych ludzi, wchodzących w zawód, jak widzą przyszłość mediów i gdzie szukają swoich szans rozmawiamy z laureatami krakowskich Nagród Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka.

 

Nowe zadania

 

Przyszłość zawodu w oczach nagrodzonych przedstawicieli młodego pokolenia dziennikarzy jest pełna nadziei. Choć zdają sobie sprawę z trudności, które w pracy w mediach pojawiają się regularnie, zauważają również nowe wyzwania, które przynosi przede wszystkim bardzo szybko zmieniający się świat mediów. Antoni Rokicki, dziennikarz Polskiego Radia, laureat VII edycji konkursu w kategorii Debiut Publicystyczny przyznaje, że choć początki pracy nie są łatwe, to dostrzega bardzo ważne zadania, jakie dzisiaj stoją przed dziennikarzami.

 

– Nie ma we mnie pesymistycznego nastawienia, że ten zawód się skończy, albo że redakcje będą upadały – mówi. – Dobre dziennikarstwo, jakościowe dziennikarstwo zawsze się obroni. Takim sprawdzianem był i dalej jest czas pandemii. Ostatni rok pokazał nam jak ważne jest to, żeby informacja była sprawdzona, dobrze skonstruowana i że dziennikarze mają ważną misję i ważne zadanie do wykonania – dodaje.

 

Weryfikacja informacji, właściwy fact-checking to te elementy zawodu, które wskazywane są jako jedne z najistotniejszych umiejętności dziennikarza obecnie i w przyszłości. – Nie widzę zagrożenia dla dziennikarstwa. Dzisiaj, kiedy teoretycznie każdy może być dziennikarzem, bo prowadzi konto na Twitterze albo YouTubie, jeszcze bardziej potrzebujemy profesjonalnych dziennikarzy, którzy potrafią weryfikować fakty, mają większą wiedzę na pewne tematy i przede wszystkim umiejętności językowe, które ostatnio, zwłaszcza w mediach społecznościowych, ubożeją – mówi Paulina Zywar, dziennikarka Onetu, laureatka VIII edycji w kategorii Debiut publicystyczny oraz tegoroczna zdobywczyni nagrody z kategorii Reportaż po debiucie.

 

Podobnego zdania jest Michał Zieliński, dziennikarz i fotoreporter, laureat Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka z 2015 roku. Podkreśla, że dzisiaj szybkość przekazu medialnego powoduje wiele niedoskonałości. – Myślę, że to pośpiech jest największym problemem współczesnego dziennikarstwa – zauważa. I dodaje: – Wbrew ogólnemu podejściu ja jestem dobrej myśli, jeśli chodzi o przyszłość dziennikarstwa. Wydaje mi się, że ludzie tym pośpiechem są już trochę zmęczeni. Dzisiaj często w pierwszej kolejności dostajemy informacje z mediów społecznościowych. Ale jeżeli chcemy mieć pewność, że dana informacja jest prawdziwa, zweryfikowana to sięgamy do bardziej specjalistycznych źródeł, które właśnie przez to zaczynają znowu być potrzebne.

 

Laureatka IX edycji w kategorii Reportaż po debiucie – Daria Kobylińska – zwraca jednak uwagę na niebezpieczeństwa, które w przyszłości według niej będą miały zły wpływ na rozwój mediów. – Przyszłość dziennikarstwa rysuje się w czarnych barwach. Problemem jest tutaj zarówno upolitycznienie mediów, jak i biedne redakcje, których nie stać na robienie ambitnych materiałów, których realizacja wymaga nie tylko dużych nakładów czasu, ale również pieniędzy. Natomiast z drugiej strony warto mieć na uwadze to, że obok upolitycznionych koncernów medialnych w Internecie powstaje całkiem sporo oddolnych inicjatyw, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom tej części społeczeństwa, która chce nie tylko wartościowego dziennikarstwa, ale również bezstronnego i niezaangażowanego politycznie. I to właśnie one dają nadzieję na to, że dziennikarstwo przetrwa, bo ono jest potrzebne – komentuje.

 

Szansa w nowych mediach

 

Ważną perspektywą rozwijania swojej ścieżki dziennikarskiej kariery są – według nagrodzonych młodych dziennikarzy – możliwości jakie daje dzisiaj Internet. Łatwość w dotarciu do odbiorcy, dostęp do narzędzi tworzenia profesjonalnych treści, czy w końcu rosnąca popularność nowych form takich jak podcasty, blogi czy serwisy społecznościowe otwierają przed młodymi dziennikarzami nowe kanały do publikowania swoich materiałów.  Adrian Burtan – laureat IX edycji w kategorii Debiut publicystyczny i tegoroczny zwycięzca w kategorii Inicjatywa roku, wskazuje na nowe media, jako dobre miejsce do budowania nowych, jakościowych inicjatyw medialnych.  – Widzę szansę dla młodych dziennikarzy w nowych mediach. Czy to w podcastach, czy w kanałach na YouTubie, czy w innych formach internetowych. Zwłaszcza jeśli pracowało się wcześniej w mediach tradycyjnych, ma się warsztat, bazę kontaktów i o wiele łatwiej jest wtedy wystartować ze swoim projektem – mówi.

 

Zauważa, że przy budowaniu swojego kanału internetowego problemem zwykle są finanse. Zwraca jednak uwagę na nowe modele zarabiania w Internecie prowadząc dziennikarskie działania. –  „Często np. podcasterzy chcąc zarobić na swoim projekcie otwierają zbiórki na portalach crowdfoundingowych. Finansowanie społecznościowe to najlepsza rzecz jaka mogła spotkać twórców w XXI wieku. Widzę jak ten model pozytywnie wpływa na inicjatorów nowych projektów medialnych. Choć trzeba zauważyć, że ten sposób finansowania z jednej strony jest łatwy i korzystny, ale nie jest stabilny. Patroni przychodzą i odchodzą więc trzeba się z tym liczyć – zauważa.

 

Również Daria Kobylińska przyznaje, że nowe media to duża szansa dla młodych dziennikarzy, ale dobrze jest zdobyć wcześniej doświadczenie w redakcji. – Z mojego punktu widzenia najlepiej byłoby, gdyby młodzi dziennikarze rozwijali skrzydła w redakcjach. Przede wszystkim dlatego, że tam mają szansę uczyć się warsztatu od doświadczonych już dziennikarzy, na których wsparcie oraz rady mogą liczyć, a przynajmniej z założenia powinni. Chociaż oddolne inicjatywy również są bardzo dobrym rozwiązaniem – przede wszystkim dlatego, że dają dużą niezależność oraz swobodę w publikowaniu treści, to uważam, że na początku swojej drogi dobrze jest poznać realia w jakich funkcjonują media. Takie doświadczenie na pewno bardzo się przyda i pomoże przy tworzeniu własnych projektów – mówi.

 

Nowe media to nie tylko przestrzeń do nowych inicjatyw, ale także ważne miejsce pracy dziennikarza. Antoni Rokicki zauważa, że istotna jest dzisiaj umiejętność świadomego wykorzystywania mediów społecznościowych w dziennikarskiej pracy. – Jednym z większych wyzwań jest umiejętne posługiwanie się mediami społecznościowymi. Z mojej perspektywy reportażysty widzę, że u dziennikarzy w mediach społecznościowych bardzo dużo jest opinii, a za mało jest pytań. Często chcemy szybko i jak najostrzej skomentować dane wydarzenie czy zjawisko. A czasami wystarczyłoby zadać dobre pytanie, co przecież jest podstawą naszego zawodu. – komentuje. Zauważa również, że dziennikarz staje się coraz bardziej wielozadaniowy i przyszłość zawodu będzie jeszcze bardziej multimedialna.  – Mimo, że pracuję w radiu i dźwięk jest tu najważniejszy, to muszę zadbać także o wysoką jakość tekstów przygotowywanych na stronę internetową, do mediów społecznościowych, o odpowiednie zdjęcia. Wyczuwa się także potrzebę myślenia o treściach wideo. Być może za kilka lat będziemy jeszcze dodatkowo coś nagrywać. Trzeba być otwartym, bo ta multimedialność jest bardzo blisko każdego dziennikarza – stwierdza.

 

Odnaleźć miejsce dla siebie

 

Młodzi dziennikarze zgodnie podkreślają, że należy spróbować samemu określić swoje miejsce a przyszłość zawodu, choć może trudna i niepewna, to dzięki pracy, konsekwencji i rozwijaniu warsztatu otworzy sporo obszarów dla młodych. Dagmara Wysocka – laureatka IX edycji w kategorii Młodzi twórcy filmowi im. ks. prof. Andrzej Baczyńskiego zauważa, że Internet, który masowo tworzy nowych dziennikarzy jest zagrożeniem dla profesjonalizmu, ale realizowanie swoich, wartościowych pomysłów przez młodych dziennikarzy jest kluczem do znalezienia miejsca dla siebie. – Przyszłość dziennikarstwa jest wielką niewiadomą. Na pewno będzie istnieć, nie wiadomo tylko w jakiej formie. Obecnie większość z nas ma dostęp do Internetu, który sprawia, że praca dziennikarzy może wydawać się coraz bardziej niepotrzebna, ponieważ bardzo ciężko jest przebić się przez informacyjny szum, który generowany jest często przez nierzetelne źródła. Młody dziennikarz, który wchodzi na ścieżkę zawodową, powinien słuchać głosu serca. Iść w tematy, które go interesują. Dziennikarstwo to przecież nie smutny obowiązek, to hobby oraz styl życia.  Zmienia się ono każdego dnia i przyjmuje nowe oblicze – stwierdza.

 

Michał Zieliński podkreśla, że najważniejszą dla niego motywacją do bycia dziennikarzem jest to, że chce to robić. I dodaje: – Uważam, że jeżeli ktoś chce opowiadać historie, to niezależnie od tego czy zaczynał 20 lat temu, czy 10 lat temu, czy teraz, to miejsce w tym świecie znajdzie. Są takie przykłady. Pojawiają się cały czas nowe nazwiska i widać, że te osoby się bardzo dobrze odnalazły. Realizują się i mają przestrzeń do tego, żeby te historie opowiadać. Co prawda ten rynek medialny nie jest tak pojemny jak byśmy chcieli i na pewno jest ograniczony pod względem finansowym. Budżety są jakie są. Dlatego te wątpliwości bardziej doświadczonych dziennikarzy rozumiem. Współczesny rynek jest trudniejszy. Jest większa konkurencja i zawód już nie jest sam w sobie tak elitarny. Ale wciąż swoją przestrzeń można odnaleźć.

 

Oligarchowie ograniczają debatę – rozmowa z ŁUKASZEM KOBESZKO, laureatem Nagrody im. Krystyny Grzybowskiej

Rynek medialny w Bułgarii zdominowany jest przez wydawnictwa tabloidowe powiązane z rządzącymi elitami. Media próbują odwrócić uwagę czytelników od rzeczywistych problemów epatując sensacjami czy fake newsami sterowanymi przez rządzących – mówi Łukasz Kobeszko, który za publikację „Mają korupcyjny system zbudowany za unijne pieniądze. Ich protestów nikt nie zauważa” w Tygodniku TVP otrzymał Nagrodę im. Krystyny Grzybowskiej przyznawaną za publicystykę o tematyce europejskiej.

 

Przed trzema laty w niewyjaśnionych okolicznościach w bułgarskim mieście Ruse zamordowano młodą dziennikarkę śledczą Wiktorię Marinową. Badała defraudację środków UE i ustawiania przetargów przez koncern należący do oligarchy powiązanego z rządem premiera Bojko Borisowa z partii GERB należącym w Parlamencie Europejskim do EPL. Co udało się ustalić organom ścigania w sprawie jej tragicznej śmierci?

 

Zabójstwo bułgarskiej dziennikarki Wiktorii Marinowej było jednym z kilku głośnych morderstw dokonanych na dziennikarzach w UE. Los zamordowanej kobiety wpisał się w historię głośnych zabójstw dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego narzeczonej na Słowacji oraz Daphne Caruany Galizii na Malcie. Oni również zajmowali się powiązaniami świata przestępczego i polityki. Tragiczna śmierć Marinowej była jedną z niewielu okazji, które rzeczywiście zwróciły uwagę europejskiej opinii publicznej na sytuację w Bułgarii. Dość szybko, według oficjalnej wersji organów ścigania znaleziono osobę rzekomo winną rzekomo zabójstwa. Stwierdzono, że nie miało charakteru politycznego.

 

A jaki miało charakter?

 

Przypadkowy, bo dziennikarka znalazła się nocą w niebezpiecznym miejscu.

 

To tak jak w Polsce. Jedna z wersji mówi, że Komendant Główny Policji gen. Marek Papała zginął przez przypadek.

 

Tak. Widać, że w Bułgarii mało komu zależy na wyjaśnieniu tej sprawy, podobnie jest przy zabójstwach dziennikarzy na Słowacji czy na Malcie. Szybkie skazanie sprawcy przy takich tajemniczych sytuacjach często jest dzwonkiem alarmowym. Na razie sprawa nie jest w pełni wyjaśniona.

 

Jej dokładne wyjaśnienie jest możliwe?

 

Być może kiedyś tak się stanie i wszystkie okoliczności wyjdą na jaw. Ale obecnie daleko do tego. To nie tylko problem Bułgarii, ale i regionu bałkańskiego, gdzie problem korupcji jest poważny, a powiązania świata biznesu z polityką często się zacierają. Czasem trudno stwierdzić czy ktoś jest politykiem czy pracuje dla organizacji przestępczych.

 

Prawda o okolicznościach zabójstwa dziennikarki wyjdzie na jaw, kiedy władzę obejmie nowa władza?

 

Teoretycznie jest to możliwe. Trudno jednak powiedzieć czy w Bułgarii w najbliższym czasie dojdzie do większych zmian. Partia GERB, która od 2009 do 2017 roku czterokrotnie wygrywała wybory ma wciąż sporą liczbę zwolenników. Kwietniowe wybory pokazały, że jest w stanie nadal wygrywać, bo została arytmetycznym zwycięzcą. Nie zdobyła jednak takiej większość, która pozwoliła jej objąć władzę, ale wciąż jest silnym elementem życia politycznego. Na razie nic nie zapowiada, że dojdzie do jej upadku. Nie wiem czy oligarchiczny model polityki, który został zbudowany w ostatnich kilkunastu latach zostanie przełamany w najbliższym horyzoncie czasowym.

 

Jednym z problemów Bułgarii jest silny konflikt między opozycją a partią rządzącą, między socjalistami a partią GERB.

 

Często socjaliści trafnie punktują nadużycia władzy, jednak sami też nie mają czystych rąk. W czasie wieloletnich rządów, które sprawowali od czasów upadku komunizmu do początków XXI wieku, dopuścili się wielu nieprawidłowości. Kształt demokracji oligarchicznej i klanowej w Bułgarii i na Bałkanach jest w dużej mierze dziełem wszystkich sił politycznych. Naiwne byłoby głoszenie, że tylko prosta wymiana jednej ekipy władzy na drugą, automatycznie rozwiąże problemy. Każdej ze stron, ze swojej perspektywy zależy na dalszym utrzymywaniu status quo.

 

Czym się charakteryzuje bułgarska scena medialna?

 

Cierpi na podobną przypadłość co media w krajach sąsiednich, szczególnie w byłej Jugosławii, a także  trochę w Grecji i Rumunii.

 

Czyli?

 

Rynek medialny, szczególnie gazet codziennych, a teraz również portali jest zdominowany jest przez wydawnictwa tabloidowe powiązane z rządzącymi elitami. Często te media realizują oczekiwania rządzących elit. Wrzucają do debaty publicznej tematy, które są im na rękę. Zabójstwa dziennikarzy, polityków czy osób powiązanych z biznesem są najczęściej przemilczane. Media, o których mówię próbują odwrócić uwagę obywateli i czytelników od rzeczywistych problemów epatując sensacjami czy fake newsami sterowanymi przez rządzących. Kształt rynku medialnego w Bułgarii rzeczywiście jest problemem.

 

Nie ma tam niezależnych mediów?

 

Nie jest łatwo być niezależnym dziennikarzem i prowadzić niezależne media. Oczywiście są takie media, szczególnie internetowe, ale mają niszowy odbiór. Rynek jest zdominowany przez wydawnictwa i portale tabloidowe.

 

A jak wygląda rynek telewizyjny?

 

Jest podobnie. Stacje telewizyjne są powiązane z rządzącą oligarchią i realizują ich oczekiwania. W okresie komunizmu mieliśmy do czynienia z centralnie sterowanym przekazem i nielicznymi samizdatowymi wydawnictwami. Nowe czasy, które nastały po 1989 r. nie uzdrowiły sytuacji, gdyż trudno mówić o równowadze na rynku medialnym. Posiadanie przez oligarchów udziałów w większości tytułów prasowych i telewizyjnych ogranicza zakres wolnej i swobodnej debaty publicznej. Uniemożliwia również informowanie obywateli o rzeczywistych problemach oraz nadużyciach władzy i elit.

 

Czemu pan pisze o Bułgarii? Ten kraj nie leży daleko od Polski, ale jest kompletnie egzotyczny i nieznany. Jest tyle innych państw, które cieszą się znacznie większym zainteresowaniem nad Wisłą.

 

To bardzo dobre pytanie. Tematyka krajów Trójmorza, dalszej Europy Środkowo-Wschodniej, szczególnie krajów bałkańskich jak Bułgaria, Rumunia, całego obszaru krajów byłej Jugosławii bardzo rzadko się pojawia w polskiej publicystyce politycznej. Mało wiemy o tych krajach. Teraz  sporo o Białorusi. Trochę śledzimy co dzieje się w krajach bałtyckich, ale mniej niż kiedyś. Sprawy czeskie i słowackie śledzimy sporadycznie. Temat Czech odżył  dzięki sporowi wokół Turowa. Ale na co dzień nie jesteśmy w stanie powiedzieć co się dzieje na Słowacji czy w Rumunii. Wracając do Bułgarii. To jest mój konik, w którym specjalizuję się od pewnego czasu, więc uznałem, że warto napisać o tym, co się tam dzieje.

 

Co pan tekstem o Bułgarii, zatytułowanym „Mają korupcyjny system zbudowany za unijne pieniądze. Ich protestów nikt nie zauważa” opublikowanym w Tygodniku TVP chciał przedstawić czytelnikom?

 

Pewne uniwersalne mechanizmy, które można dostrzec w Bułgarii, ale są wyrazem pewnych szerszych tendencji w polityce europejskiej i regionalnej.

 

Jakie mechanizmy ma pan na myśli?

 

Między innymi korupcję. Żeby dobrze przedstawić ten mechanizm musimy wrócić do 2007 roku, kiedy Bułgaria i Rumunia zostały przyjęte do Unii Europejskiej i panowała euforia. Przedstawiano integrację europejską jako cudowne panaceum na wszystkie bolączki, od kulturowych, po polityczne i społeczne. Liczono, że wejście do Unii podniesie standardy życia, poprawi kulturę polityczną oraz zwiększy przejrzystość i transparentność życia publicznego.

 

Te oczekiwania się nie spełniły.

 

Niestety, nie spełniły się nie tylko w Bułgarii i Rumunii. Mieliśmy do czynienia z zabójstwem dziennikarki Daphne Caruany Galizii na Malcie, która odkryła powiązania biznesowe i mafijne tamtejszej elity politycznej. Trzy lata temu doszło do zabójstwa dziennikarza Jana Kuciaka i jego narzeczonej na Słowacji. To pokazuje, że wejście do struktur euroatlantyckich nie jest magicznym lekarstwem, które automatycznie uzdrowi życie i standardy. Do pełnej zmiany jest daleko i zależy od wprowadzenia szeregu działań. W Bułgarii rządziła przez długi czas, od końca minionej dekady, partia GERB wspierana przez unijne elity.

 

„Partia jest mocno osadzona w strukturach chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej. Borisow często fotografuje się z Angelą Merkel i innymi prominentnymi politykami zachodnimi. Jego długotrwałe rządy pogłębiły jeszcze patologie życia społecznego w Bułgarii, na porządku dziennym stawiając problem nietykalnych przez wymiar sprawiedliwości oligarchów oraz powiązanych z nimi polityków i przestępców”. To cytat z pańskiego artykułu opublikowanego na stronie Tygodnika TVP. O związkach Borisowa z kanclerz Niemiec przypominają Bułgarzy na demonstracjach antyrządowych. Pytają na transparentach: „Pani Merkel, nie wstyd pani za tego skorumpowanego typa?”.

 

Bojko Borisow cały czas mocno akcentuje przyjaźń z liderami europejskimi, z kanclerzem Merkel i liderami niemieckiej CDU/CSU. Obecnie jest byłym premierem, bo władzę sprawuje rząd techniczny i odbędą się wcześniejsze wybory, gdyż jak już wcześniej zwróciłem uwagę, partia GERB była arytmetycznym zwycięzcą kwietniowych wyborów, ale jednak nie była w stanie sformować większościowego rządu. Rządziła od prawie dekady i zachowała bardzo duże wpływy w sferze gospodarczej, informacyjnej i politycznej. Wpływy te zyskała dzięki mocnej pozycji Borisowa w strukturach Europejskiej Partii Ludowej.

 

Czyli przyjaźń z kanclerz Merkel i silna pozycja w strukturach Europejskiej Partii Ludowej wystarczy, że państwo nie jest oskarżane o łamanie tzw. praworządności?

 

Tak to niestety wygląda. Ale podobnie wygląda sytuacja Malty czy Słowacji. Partia SMER byłego premiera Roberta Fico, która rządziła na Słowacji od połowy pierwszej dekady XXI wieku do 2019 roku, też miała mocną pozycję w strukturach drugiej co do wielkości frakcji w Parlamencie Europejskim, czyli koalicji socjalistów i demokratów S&D. Dzięki powiązaniom partyjnym z elitami UE wiele przestępstw i nieprawidłowości, które miały miejsce w słowackim życiu politycznym, udawało się ukrywać na forum europejskim. A z drugiej strony ten kraj był traktowany na arenie unijnej ulgowo. Nawet jak sprawa zabójstwa Jana Kuciaka stała się głośna, nikt w Parlamencie Europejskim nie mówił, że Słowacja ma ogromny problem z praworządnością. W tym kontekście mówiono głównie o Polsce i o Węgrzech. Podobnie było kiedy doszło do zabójstwa dziennikarki na Malcie.

 

O czym to świadczy?

 

O relatywnym podejściu do norm demokracji parlamentarnej i praworządności. To jak dane państwo jest traktowane na forum europejskim jest często pochodną różnych nieformalnych struktur i zjawisk, często prozaicznych, jak przyjaźnie polityków.

 

I powiązań w ramach frakcji w Parlamencie Europejskim.  

 

Tak. Jednym uchodzi więcej, a inni są bezlitośnie rozliczani za każde słowo. Opisując to, co działo się w Bułgarii starałem się pokazać uniwersalne problemy i mechanizmy polityczne, które występują w Europie.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, fot. Szymon Łaszewski

 


 

Łukasz Kobeszko

Rocznik 1975. Filozof i publicysta, współpracuje z Tygodnikiem TVP, dziennikiem „Rzeczpospolita” oraz PolskimRadiem24.pl.

 

Odpowiedź CMWP SDP na odmowę przyjęcia opinii amicus curiae przez SOKiK w sprawie Polska Press

W  odpowiedzi na odmowę przyjęcia opinii Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  jako amicus curiae przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów  w Warszawie w sprawie dotyczącej nabycia spółki Polska Press przez PKN Orlen, CMWP SDP  ponownie przesłało tę opinię  z wnioskiem o pozostawienie jej w aktach sprawy.  Dyrektor CMWP SDP wyjaśniła w tym piśmie, czym jest instytucja “amicus curiae”  i  że informacja o tym,  iż ,,zarządzono zwrot opinii Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z dnia 5 maja 2021 roku jako wniesionej przez podmiot do tego nieuprawniony” stanowi wyraz niezrozumienia intencji, które przyświecały złożeniu opinii przez CMWP SDP. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wielokrotnie przedstawiało swoje stanowisko w licznych sprawach, które toczyły się przed różnymi sądami powszechnymi i miały różnorodny charakter. Nigdy jednak Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich nie zostało potraktowane tak jak przez  Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów  w Warszawie. 

 

CMWP SDP przedstawia swoją opinię w tej sprawie ze względu na jej wagę dla ładu medialnego w Polsce. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP nie domagało się przystąpienia do toczącego się postępowania, jak wskazuje przepis art. 61 k.p.c. , czym  w/w Sąd uzasadnił swoją decyzję. CMWP SDP przedstawiło jedynie opinię prawną, mając nadzieję, że może być ona przydatna przy wydawaniu końcowego orzeczenia w sprawie. Nie domagano się i nie wskazywano, że taka opinia ma być dla Sądu wiążąca. Odrzucona przez Sąd opinia CMWP SDP z dnia 5 maja 2021 roku pośrednio została złożona w oparciu o przepis art. 63 k.p.c. Decyzja Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów  w Warszawie jest więc niezrozumiała i całkowicie sprzeczna z dotychczasową praktyką sądów w Polsce.

 

Amicus curiae lub amicus curiæ (łac. l. mn. amici curiae) jest to prawniczy termin rzymski, oznaczający dosłownie „przyjaciel sądu”. Określa on osobę lub organizację, niebędącą stroną w postępowaniu sądowym, która dobrowolnie, z własnej inicjatywy, oferuje sądowi opinię prawną lub inną dotyczącą przedmiotu postępowania. Opinia, przekazywana w postaci listu, ma wesprzeć sąd w rozstrzygnięciu rozpatrywanej przezeń sprawy. Sąd nie jest zobowiązany do uwzględnienia takiej opinii, jak też ma swobodę dopuszczenia lub odrzucenia oferty przedstawienia opinii.

 

Jakkolwiek w polskim systemie prawnym formalnie taka konstrukcja nie istnieje, to w III RP zaczęły ją jednak stosować organa państwowe na użytek zewnętrzny w interesujących państwo polskie postępowaniach przed sądami w USA – na przykład w 1999 r. w sprawie dotyczącej odszkodowań dla robotników przymusowych III Rzeszy, toczącej się przed sądem w Newark pod Nowym Jorkiem przeciwko koncernowi Degussa. Jednocześnie pojawiły się opinie przyjaciół sądu, nazywane opiniami typu opinii prawnych, kierowane do sądów polskich, między innymi przez Helsińską Fundację Praw Człowieka czy Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. Występująca w Polsce praktyka przyjaciela sądu stanowi przedmiot publikacji badawczych.

 

Uprawnienie do wyrażenia poglądu osoby trzeciej w toczącej się sprawie o istotnym społecznym znaczeniu wywodzi się z Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Wywodząca się z prawa rzymskiego instytucja amicus curiae jest ważną dla państwa prawa instytucją chroniącą prawa obywatelskie. Najpierw została ona przyjęta i rozwinięta w systemie common law, po czym powróciła na kontynent europejski. Spotykana jest w wielu państwach, jednak często bez wyraźnej kodyfikacji tej instytucji w prawie krajowym.

 

CMWP SDP wyraża nadzieję, iż Sąd przeanalizuje  wyżej przedstawione argumenty i uwzględni opinię CMWP SDP jako amicus curiae w sprawie dotyczącej nabycia spółki Polska Press przez PKN Orlen. Pismo tej treści zostało wysłane do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie 23 czerwca br.

 

Stanowisko CMWP SDP z 5 maja 2021 r. jest  TUTAJ.

 

Ministerstwo Miłości w mediach – ŁUKASZ WARZECHA o nowej koordynatorce portalu Gazeta.pl

Jak wiadomo, media działające z kościelnym imprimatur (nie dosłownie, bo mogą to być dzisiaj również media elektroniczne lub internetowe) powinny posiadać asystenta kościelnego, a więc kogoś, kto dba, żeby prezentowane treści nie stały w sprzeczności z podstawowymi zasadami wiary i nauczania Kościoła. Niegdyś takiego asystenta miał na przykład „Tygodnik Powszechny”, ale było to jeszcze w czasach, gdy nie zmienił się ostatecznie w pismo dla baaardzo postępowych katolików, afiliowane nieformalnie przy „Gazecie Wyborczej”.

 

Teraz zaś w tle konfliktu pomiędzy redakcjami papierowej „Wyborczej” a portalu Gazeta.pl, które miałyby zostać połączone (pisałem o tym poprzednio na portalu SDP) pojawia się powołanie w Gazeta.pl asystentki – tyle że nie kościelnej, ale tęczowej. W tej roli występuje młoda dziennikarka Wiktoria Beczek, która została „koordynatorką treści dotyczących różnorodności i inkluzywności”. Na pierwszy rzut oka rozszyfrowanie znaczenia tej funkcji może sprawiać pewne problemy. Czy na przykład może to oznaczać, że portal Gazeta.pl, który w swoim przekazie jest jawnie nieprzyjazny wobec Kościoła, ludzi wierzących albo tych o przekonaniach prawicowych dzięki pani Beczek zacznie patrzeć na nich przychylniejszym okiem? W końcu jak inkluzywność, to inkluzywność.

 

Otóż myślę, że wątpię, bo przecież funkcję pani Beczek trzeba rozumieć tak, jak rozumiało się nazwy instytucji w „Roku 1984” Orwella. Na przykład Ministerstwo Miłości zajmowało się wzbudzaniem nienawiści i tępieniem wrogów ludu. Tu jest podobnie: zadaniem pani Beczek nie będzie poszerzenie spektrum i wniesienie do portalu nowych punktów widzenia, ale dokładnie przeciwnie – strzeżenie politpoprawnej i tęczowej ortodoksji.

 

Przyznaję, że pani koordynator dostaje zadanie trudne, bo jak można by portal Gazeta.pl jeszcze bardziej utolerancyjnić, uinkluzywnić i uróżnorodnić, skoro we wszystkich tych kwestiach, oczywiście jedynie słusznie rozumianych, osiągnął on już, wydawałoby się, szczyt możliwości? Jestem przekonany, że pani Beczek ma tu jednak wciąż spore pole do popisu. Wprawdzie dziennikarze portalu już stosują postępowe feminatywy w nazwach zawodów, ale to przecież o wiele za mało.

 

Jak wyjaśnia pani Beczek na portalu Wirtualne Media:

 

W publikacjach wciąż stosowane są bowiem określenia archaiczne, obraźliwe wobec osób z grup doświadczających wykluczenia. W artykułach przekazujemy nie tylko informację, ale też narrację, w tym język – a to, jak opowiadamy o osobach i zjawiskach, wpływa na ich postrzeganie. W Gazeta.pl chcemy pokazywać, że można pisać inaczej – tak, by nie sprawiać bólu tym, o których piszemy i aby wzmacniać głosy dotąd niedostrzegane, wypychane poza dyskurs. Inkluzywny język to widzialność. Kiedy mówimy i piszemy o osobach z niepełnosprawnościami, osobach LGBT+, osobach niebiałych, uchodźcach, kobietach i osobach mogących zajść w ciążę, pokazujemy, że ich doświadczenia są ważne.

 

Na przykład napisanie o kobiecie, że jest kobietą, może tej osobie sprawić ból, bo przecież tego samego dnia wieczorem może się ona już poczuć mężczyzną. Albo jednorożcem. Z kolei w przypadku „głosów wypychanych poza dyskurs” trzeba wytyczyć słuszne granice. W Gazeta.pl, która co piątek lansuje najbardziej zaangażowaną wersję klimatyzmu i ekologizmu, całkowicie poza dyskurs są wypychane głosy sceptyczne wobec tych tendencji, ale to przecież nie powód, by zapraszać do dyskusji jakiegoś foliarza, który zacznie coś bredzić o tym, ile przeciętnego Polaka będzie kosztować zielona rewolucja.

 

Bardzo cenię sobie również to, że pani Beczek oddziela kobiety od „osób mogących zajść w ciążę”. Jak wyjaśnili mi na Twitterze światlejsi ode mnie obywatele, taką osobą może być np. transmężczyzna. (Tu przepraszam, jeśli się pomyliłem – nie jestem w stanie zapamiętać, czy aktualny stan osoby trans to ten, który podaje się w jej określeniu, czy też podaje się ten poprzedni. A więc czy „transmężczyzna” to mężczyzna, który aktualnie jest kobietą – czy odwrotnie. Składam niniejszym samokrytykę i obiecuję poprawę.)

 

O takim drobiazgu jak „osoby niebiałe” nawet nie wspominam, bo wstyd. Chciałbym się tylko dowiedzieć, czy w takim razie osoby białej nie należałoby nazywać osobą „nieczarną”. Ale znów nie wiem, czy nie jest to jednak nadużycie, polegające na wyróżnieniu jako punktu odniesienia jednego koloru skóry, bo przecież osoba biała jest równocześnie nieżółta. Mam nadzieję, że pani Beczek rozstrzygnie w jedynie słuszny sposób takie dylematy.

 

Ponadto stoi przed nią ogromne zadanie wyplenienia z języka portalu nadużywanych za sprawą archaicznych przyzwyczajeń zaimków typu „on”, „ona”, „jego”, „jej”. Postępowy kolektyw prowadzący stronę zaimki.pl (od razu uprzedzam: ta strona nie jest jakimś głupim żartem, mającym na celu wykpienie postępowych idei w języku – ona jest całkiem na serio) ma dla pani Beczek gotową ściągę. I tak w dziale „osobatywy” dowiemy się, że zamiast pisać „kucharki” powinniśmy napisać „osoby kucharskie”, a zamiast pisać „prezesi” – „osoby prezesujące”. Z kolei w dziale zaimków zapoznamy się z takimi nowościami jak „vono/vego”, „miau/miaugo” albo „ony/jegi”, że nie wspomnę o arcyciekawej formie „onø/jenø”.

 

Jak widać, przed osobą koordynującą Beczek mnóstwo pracy, bo choć redakcja Gazeta.pl jest z pewnością nad wyraz postępowa, to jednak trzeba będzie wykorzenić mnóstwo złych, nieuświadomionych, patriarchalnych nawyków językowych, nim wreszcie będzie w pełni postępowo, tolerancyjnie i inkluzywnie.

 

Osobom dziennikarskim z „Gazety Wyborczej” szczerze współczuję.

 

Łukasz Warzecha

 

 

SOKiK odmawia CMWP SDP prawa do bycia amicus curiae w sprawie dot. nabycia Polska Press przez PKN Orlen

Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów  (Sąd Okręgowy w Warszawie XVII Wydział) przesłał do Centrum Monitoringu Wolności Prasy  SDP pismo, w którym odmawia Centrum prawa do bycia amicus curiae w sprawie dot. nabycia spółki Polska Press przez PKN Orlen. To niezrozumiała decyzja Sądu,  w ciągu 25 lat istnienia i działalności CMWP SDP nie zdarzyło się jeszcze, by odmówiono Centrum prawa do przedstawienia swojej opinii w sprawach dotyczących mediów i dziennikarzy. CMWP SDP  będzie się odwoływać od tej decyzji i będzie się domagać uwzględnienia w tej sprawie stanowiska CMWP SDP jako amicus curiae.

 

Poniżej publikujemy treść pisma z Sądu (pisownia i gramatyka jak w oryginale):

 

Sąd Okręgowy w Warszawie XVII Wydział Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów  wobec złożenia w dniu 5 maja 2021 r.r.  opinii prawnej, z powołaniem się na instytucję amicus curiae, przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które nie jest organizacją pozarządową o jakiej mowa w art. 68 k.p.c. wz. art. 8 k.p.c. i  art. 61 k.p.c. zarządzono zwrot opinii Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z 5 maja 2021 r. jako wniesionej przez podmiot do tego nieuprawniony w sprawie z wniosku Rzecznika Praw Obywatelskich przeciwko Prezesowi Urzędu Ochrony Konkurencji i  Konsumentów z udziałem zainteresowanego PKN Orlen S.A. w Płocku. 

Nie jesteśmy zblatowani z władzą – rozmowa z MIROSŁAWEM ŁAPĄ, redaktorem naczelnym „Tygodnika Kępińskiego”

Pozytywny przekaz jest dla mnie najważniejszy, choć nie znaczy to, że unikamy spraw trudnych i kontrowersyjnych – mówi Mirosław Łapa, redaktor naczelny „Tygodnika Kępińskiego” pisma wyróżnionego Nagrodą im. Aleksandra Milskiego, w rozmowie z Błażejem Torańskim.

 

Ma pan w Kępnie wielu wrogów jako wydawca?

 

O tym nie mi sądzić, ale mniemam, że kiedyś miałem więcej.

 

Zdarzyło się, że po krytycznej publikacji ktoś przestał panu podawać rękę?

 

Tak, zdarzyło się wielokrotnie. Jednak po kilku latach, a nawet miesiącach, wracały między nami poprawne relacje.

 

O co najczęściej ludzie się obrażają?

 

Prawda zazwyczaj „w oczy kole”, a podparta jeszcze argumentem lub faktem, tym bardziej jest nie do zniesienia.

 

Czy w Polsce powiatowej ludzie są bardziej wrażliwi na krytykę?

 

Kiedyś myślałem, że tak było. Obecnie w świecie mediów internetowych nie ma to już takiego przełożenia, choć prawdziwa cnota w dużym i małym mieście krytyki nie powinna się bać.

 

A czego ludzie najbardziej się boją? Ośmieszenia? Społecznego napiętnowania? Krytyki moralnej? Czy ujawnienia spraw, które chcieliby ukryć?

 

„Dulszczyzna” w naszym społeczeństwie nadal ma się dobrze. Brudy każdy chciałby prać tylko w swoich czterech ścianach, ale dziś coraz trudniej o prywatność. Myślę, że najbardziej boimy się samotności, która staje się coraz bardziej powszechna. Boimy się bycia zapomnianym, stąd i ta – nieraz ośmieszająca – aktywność na forach internetowych

 

Jak pan ocenia siłę rażenia gazety powiatowej? Często słyszałem, że jest większa od krytyki w TVN czy TVP Info, bo z krytykowanymi spotykacie się twarzą w twarz na ulicy.

Dostępność gazety lokalnej jest większa, nie każdy ogląda TVN czy TVP, a „Tygodnik Kępiński” czytają osoby o różnych poglądach politycznych, dlatego dla opisanej krytycznie osoby osąd bywa „dotkliwszy” niż od tej z mediów ogólnopolskich, gdzie po kilku minutach zapominamy w natłoku informacji o tej dla nas istotnej.

 

Kilkanaście lat temu „Gazeta Jarocińska” sprzedawała tyle egzemplarzy, ile było kominów w powiecie. Czy zainteresowanie prasą lokalną już minęło? Liczy się wyłącznie Internet?

 

„Tygodnik Kępiński” czytany jest przez kilkanaście tysięcy mieszkańców powiatu i ościennych regionów, choć sprzedaje się w nakładzie kilku tysięcy. Oznacza to, że gazeta trafia do co trzeciego mieszkańca Kępińskiego. Poza tym, fragmentarycznie, czytana jest na stronie internetowej. Dlatego uważam, że czas gazet lokalnych jeszcze nie minął, choć kominów w mieście ubywa z uwagi na działania proekologiczne.

 

Czy lokalnie budżety reklamowe przesunęły się z papieru do sieci?

 

Ilość reklam, szczególnie w okresie pandemii, zmniejszyła się, jednak przeważa nadal reklama w gazecie papierowej. Z tej prostej przyczyny, że nie jest tak ulotna jak w sieci.

 

Idzie pan na zwarcie z władzą, prowadzi z nią grę czy też układa się z burmistrzem i starostą, aby dostawać z urzędów reklamy?

 

Każdy tekst jest starannie sprawdzany i oparty na obiektywnej rzeczywistości, my nie tworzymy faktów, jak to ma miejsce w niektórych mediach ogólnopolskich. Dlatego zdarzało się, że przez kilka tygodni nie otrzymywaliśmy zleceń reklamowych z jakiegoś samorządu. Gdy jednak poirytowany włodarz gminy przeanalizował argumenty – odniósł za i przeciw do zaistniałej sytuacji – to zaczęliśmy ponownie otrzymywać zlecenia przetargowe.

 

Są tematy, które pan z powodów strategicznych omija? Stosuje wewnątrzredakcyjną cenzurę?

 

Nie poruszamy w gazecie tematów szerzących pornografię i uderzających w religię.

 

Wchodzi Pan w kompromisy?

 

Gdyby nie kompromisy, to dziś gazety by nie było…

 

Czego one dotyczą?

 

Zawsze przedstawiamy racje wszystkich stron, nie stroniąc od własnego komentarza.

 

Zaglądacie samorządowcom do kieszeni, analizujecie oświadczenia majątkowe, dochodzicie źródeł ich stanu posiadania? 

 

Analizujemy oświadczenia majątkowe samorządowców, przedstawiając źródła dochodów. W okresie ostatnich lat Urząd Skarbowy zakwestionował tylko oświadczenia kilku radnych i dotyczyło to spraw proceduralnych, a nie kwot rozliczenia.

 

Władza w Kępnie nie wykorzystuje stanowisk dla celów prywatnych?

 

Zdarzało się, że na stanowiska samorządowe lub w instytucji podległej staroście, bądź burmistrzowi zatrudnianie były osoby protegowane. Aktualnie jednak każde zatrudnienie w samorządzie poprzedzone jest procesem konkursowym.

 

Ludzie nadal idą do samorządu, aby się wzbogacić? Radni wciąż zasiadają w radach nadzorczych miejskich spółek, łamią zasady etyczne?

 

W regionie kępińskim milionerzy nie pracują w samorządzie, prowadzą własne przedsiębiorstwa. Od wielu lat w radach gminnych pracują ludzie znani ze swojej aktywności pro bono. W radach nadzorczych spółek komunalnych zasiadają  prawnicy. W powiecie bezrobocie jest szczątkowe, stąd tu nie dorabia się w samorządzie. Robotnik zarabia tu minimum 4 tys. zł na rękę, a fachowiec jeszcze raz tyle.

 

Gazeta lokalna jest czwartą władzą i ma rzeczywisty wpływ na życie, czy może burmistrz i starosta wszystko mogą?

 

Takie czasy, kiedy burmistrz był „lokalnym królem”, to już zamierzchła przeszłość lat 90. ubiegłego wieku. Dziś, po wprowadzeniu kadencyjności stanowisk, musi on starannie i rozważnie podejmować decyzje, albowiem nie wiadomo, czy w kolejnych wyborach jego fotel nie zajmie obecny adwersarz w samorządzie.

 

Większość mediów lokalnych jest zblatowana z władzą. Czy społeczności lokalne autentycznie łakną niezależnych mediów, wolnego słowa?

 

„Tygodnik Kępiński” nigdy nie był zblatowany z żadną władzą. Społeczność kępińska jest podobna do tej z innych miast powiatowych, żądna jest sensacji, choć, zauważam, że dziś już coraz mniej. Niegdyś tytuł „Władza kłamie” robiłby furorę, dziś już mało kto reaguje emocjonalnie na takie określenie.

 

Przez lata największą gangreną niezależnych gazet były bezpłatne media samorządowe. Czy tak jest nadal?

 

W Kępińskim nie mamy takiego problemu. Burmistrz wydaje swoje pismo tylko dwa razy w roku, w pozostałych samorządach dzieje się to od czasu do czasu.

 

Gazety samorządowe nigdy nie martwiły się o wynik finansowy. Czy mogą być także przykrywką dla korupcji?

 

Myślę, że tak, ale w naszym powiecie nie ma cyklicznie wydawanych gazet lokalnych.

 

Jaki model gazety pan realizuje? Czytelnikowski czy tabloidalny? Wiadomo, że najlepiej zawsze sprzedawały się śmierć i seks.

 

Rozczaruję pana, „Tygodnik Kępiński” pisze w tonie pozytywnym. Na naszych łamach nie leje się krew, ani nie zobaczy pan obscenicznych zdjęć. Pozytywny przekaz jest dla mnie najważniejszy, choć nie znaczy to, że unikamy spraw trudnych obyczajowo i kontrowersyjnych.

 

Jakie tematy u was dominują? Sensacje, dramaty, wypadki?

 

Żaden z tych wymienionych przez pana. Gazeta głównie analizuje podjęte uchwały i decyzje władz, jakie będą miały przełożenie za życie mieszkańców. Tematy lokalnej historii to jeden z tych działów, które cieszą się czytelniczym poklaskiem. I, oczywiście, sport. Nie przeczyta pan w żadnej gazecie, prócz „Tygodnika…”, o tym jak zagrała „Zawisza” Łęka Opatowska, „Orzeł” Mroczeń czy „Polonia” Kępno lub tutejsze drużyny piłkarskie z innych klas rozgrywkowych.

 

Wiele procesów miała gazeta?

 

Na samym początku tworzenia gazety, gdy jeszcze nie mieliśmy tyle doświadczenia dziennikarskiego, popełniliśmy dwa teksty, niepoparte dokładnie faktami, o sytuacjach jakie zaistniały w kępińskim szpitalu. I mieliśmy procesy z lekarzami. Skutkowało to tym, że część kolegów, tworzących wówczas zespół redakcyjny, odeszło. Na ławie oskarżonych z jedenastoosobowego składu pozostało nas… trzech. Przegraliśmy obie rozprawy sądowe, choć, patrząc z perspektywy czasu, mogły one mieć inne rozstrzygnięcia. Po tych doświadczeniach na wiele lat stworzył się trzon redakcyjny, zmieniony nieco na początku XXI wieku.

 

Jaka jest recepta na redagowanie dobrej gazety lokalnej? Wystarczy rzetelna informacja czy wnikliwa kontrola władzy samorządowej?

 

Gazeta musi odpowiadać na zapotrzebowanie czytelników. Mieszkańcy interesują się władzą tylko w czasie wyborów, później ważne jest dla nich tylko to… żeby nie kradli. Lubią przeczytać o sobie lub znajomych, ale w treści pozytywnej. Atakowanie i opisywanie skrajności jest dobre na krótką metę, w dłuższej perspektywie traci się czytelnika, gdyż nie zawsze leje się przysłowiowa krew na stronicach gazety. Być rzetelnym, pisać obiektywnie to najważniejsze wartości w dobie internetowego szału informacyjnego.

 


 

Mirosław Łapa

Rocznik 1964. Absolwent Pedagogicznego Studium Technicznego w Kluczborku. W stanie wojennym działacz Solidarności Walczącej w Kępnie. W swojej karierze zawodowej pracował m.in. jako nauczyciel w szkole, inspektor w Powiatowym Urzędzie Pracy. Od 2004 roku jest redaktorem naczelnym „Tygodnika Kępińskiego”.