Nagrody w Konkursie Dziennikarskim im. Seweryna Pieniężnego rozdane

Na uroczystej gali, z udziałem prezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krzysztofa Skowrońskiego, wręczono nagrody w 13. edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego organizowanego przez Warmińsko-Mazurski Oddział SDP.

 

Nagrodę Główną otrzymała Agnieszka Porowska z „Gazety Olsztyńskiej”, Nagroda Wolności Słowa im. ks. Benedykta Przeradzkiego przypadła ks. Janowi Rosłanowi, a Nagroda dla Młodego Dziennikarza (do 30. roku życia) Bartoszowi Kucharskiemu.

 

Laureatem Nagrody Specjalnej za szczegółowe ukazanie sylwetki patrona Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP został dr Jan Chłosta.

 

Przyznano również wyróżnienia, w kategorii „Dziennikarstwo prasowe/internetowe” otrzymali je: Andrzej Dramiński, Wioletta Wróbel oraz Iza Stadniczenko, a w kategorii „Dziennikarstwo radiowe/ podcast”: Anna Minkiewicz-Zaremba.

 

Podczas uroczystości, która 26 czerwca odbyła się w Olsztynie, prezes SDP Krzysztof Skowroński, podkreślił wielką rolę dziennikarzy lokalnych.

 

– Pracujemy cały rok nie po to, by być nagradzani, lecz po to, by opisywać świat. A poszukiwanie prawdy i opisywanie świata nie jest sprawą łatwą. Media lokalne jakby dotykają tej soli ziemi – powiedział Krzysztof Skowroński.

 

– Nagroda im. Seweryna Pieniężnego ma służyć docenieniu ciężkiej, trudnej pracy dziennikarzy. Bo często ten dziennikarz i jego praca jest niewidziana, niedoceniana – dodał prezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP Grzegorz Radzicki.

 

 

red., fot. Andrzej Piedziewicz, Radio Olsztyn

 

Więcej informacji oraz galeria zdjęć z gali na stronie Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP  –  TUTAJ.

 

Znaleźć miejsce dla siebie – DAWID KACZMARCZYK o tym jak młodzi patrzą na dziennikarstwo

Przyszłość zawodu jest trudna i niepewna, ale dzięki pracy, konsekwencji  i otwarciu na nowe technologie można się odnaleźć na współczesnym medialnym rynku – mówią zgodnie młodzi dziennikarze.

 

W środowisku nierzadko słyszymy głosy o końcu zawodu dziennikarza, biednych redakcjach czy niestabilnym zatrudnieniu. O tym jak wygląda to z perspektywy młodych ludzi, wchodzących w zawód, jak widzą przyszłość mediów i gdzie szukają swoich szans rozmawiamy z laureatami krakowskich Nagród Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka.

 

Nowe zadania

 

Przyszłość zawodu w oczach nagrodzonych przedstawicieli młodego pokolenia dziennikarzy jest pełna nadziei. Choć zdają sobie sprawę z trudności, które w pracy w mediach pojawiają się regularnie, zauważają również nowe wyzwania, które przynosi przede wszystkim bardzo szybko zmieniający się świat mediów. Antoni Rokicki, dziennikarz Polskiego Radia, laureat VII edycji konkursu w kategorii Debiut Publicystyczny przyznaje, że choć początki pracy nie są łatwe, to dostrzega bardzo ważne zadania, jakie dzisiaj stoją przed dziennikarzami.

 

– Nie ma we mnie pesymistycznego nastawienia, że ten zawód się skończy, albo że redakcje będą upadały – mówi. – Dobre dziennikarstwo, jakościowe dziennikarstwo zawsze się obroni. Takim sprawdzianem był i dalej jest czas pandemii. Ostatni rok pokazał nam jak ważne jest to, żeby informacja była sprawdzona, dobrze skonstruowana i że dziennikarze mają ważną misję i ważne zadanie do wykonania – dodaje.

 

Weryfikacja informacji, właściwy fact-checking to te elementy zawodu, które wskazywane są jako jedne z najistotniejszych umiejętności dziennikarza obecnie i w przyszłości. – Nie widzę zagrożenia dla dziennikarstwa. Dzisiaj, kiedy teoretycznie każdy może być dziennikarzem, bo prowadzi konto na Twitterze albo YouTubie, jeszcze bardziej potrzebujemy profesjonalnych dziennikarzy, którzy potrafią weryfikować fakty, mają większą wiedzę na pewne tematy i przede wszystkim umiejętności językowe, które ostatnio, zwłaszcza w mediach społecznościowych, ubożeją – mówi Paulina Zywar, dziennikarka Onetu, laureatka VIII edycji w kategorii Debiut publicystyczny oraz tegoroczna zdobywczyni nagrody z kategorii Reportaż po debiucie.

 

Podobnego zdania jest Michał Zieliński, dziennikarz i fotoreporter, laureat Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka z 2015 roku. Podkreśla, że dzisiaj szybkość przekazu medialnego powoduje wiele niedoskonałości. – Myślę, że to pośpiech jest największym problemem współczesnego dziennikarstwa – zauważa. I dodaje: – Wbrew ogólnemu podejściu ja jestem dobrej myśli, jeśli chodzi o przyszłość dziennikarstwa. Wydaje mi się, że ludzie tym pośpiechem są już trochę zmęczeni. Dzisiaj często w pierwszej kolejności dostajemy informacje z mediów społecznościowych. Ale jeżeli chcemy mieć pewność, że dana informacja jest prawdziwa, zweryfikowana to sięgamy do bardziej specjalistycznych źródeł, które właśnie przez to zaczynają znowu być potrzebne.

 

Laureatka IX edycji w kategorii Reportaż po debiucie – Daria Kobylińska – zwraca jednak uwagę na niebezpieczeństwa, które w przyszłości według niej będą miały zły wpływ na rozwój mediów. – Przyszłość dziennikarstwa rysuje się w czarnych barwach. Problemem jest tutaj zarówno upolitycznienie mediów, jak i biedne redakcje, których nie stać na robienie ambitnych materiałów, których realizacja wymaga nie tylko dużych nakładów czasu, ale również pieniędzy. Natomiast z drugiej strony warto mieć na uwadze to, że obok upolitycznionych koncernów medialnych w Internecie powstaje całkiem sporo oddolnych inicjatyw, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom tej części społeczeństwa, która chce nie tylko wartościowego dziennikarstwa, ale również bezstronnego i niezaangażowanego politycznie. I to właśnie one dają nadzieję na to, że dziennikarstwo przetrwa, bo ono jest potrzebne – komentuje.

 

Szansa w nowych mediach

 

Ważną perspektywą rozwijania swojej ścieżki dziennikarskiej kariery są – według nagrodzonych młodych dziennikarzy – możliwości jakie daje dzisiaj Internet. Łatwość w dotarciu do odbiorcy, dostęp do narzędzi tworzenia profesjonalnych treści, czy w końcu rosnąca popularność nowych form takich jak podcasty, blogi czy serwisy społecznościowe otwierają przed młodymi dziennikarzami nowe kanały do publikowania swoich materiałów.  Adrian Burtan – laureat IX edycji w kategorii Debiut publicystyczny i tegoroczny zwycięzca w kategorii Inicjatywa roku, wskazuje na nowe media, jako dobre miejsce do budowania nowych, jakościowych inicjatyw medialnych.  – Widzę szansę dla młodych dziennikarzy w nowych mediach. Czy to w podcastach, czy w kanałach na YouTubie, czy w innych formach internetowych. Zwłaszcza jeśli pracowało się wcześniej w mediach tradycyjnych, ma się warsztat, bazę kontaktów i o wiele łatwiej jest wtedy wystartować ze swoim projektem – mówi.

 

Zauważa, że przy budowaniu swojego kanału internetowego problemem zwykle są finanse. Zwraca jednak uwagę na nowe modele zarabiania w Internecie prowadząc dziennikarskie działania. –  „Często np. podcasterzy chcąc zarobić na swoim projekcie otwierają zbiórki na portalach crowdfoundingowych. Finansowanie społecznościowe to najlepsza rzecz jaka mogła spotkać twórców w XXI wieku. Widzę jak ten model pozytywnie wpływa na inicjatorów nowych projektów medialnych. Choć trzeba zauważyć, że ten sposób finansowania z jednej strony jest łatwy i korzystny, ale nie jest stabilny. Patroni przychodzą i odchodzą więc trzeba się z tym liczyć – zauważa.

 

Również Daria Kobylińska przyznaje, że nowe media to duża szansa dla młodych dziennikarzy, ale dobrze jest zdobyć wcześniej doświadczenie w redakcji. – Z mojego punktu widzenia najlepiej byłoby, gdyby młodzi dziennikarze rozwijali skrzydła w redakcjach. Przede wszystkim dlatego, że tam mają szansę uczyć się warsztatu od doświadczonych już dziennikarzy, na których wsparcie oraz rady mogą liczyć, a przynajmniej z założenia powinni. Chociaż oddolne inicjatywy również są bardzo dobrym rozwiązaniem – przede wszystkim dlatego, że dają dużą niezależność oraz swobodę w publikowaniu treści, to uważam, że na początku swojej drogi dobrze jest poznać realia w jakich funkcjonują media. Takie doświadczenie na pewno bardzo się przyda i pomoże przy tworzeniu własnych projektów – mówi.

 

Nowe media to nie tylko przestrzeń do nowych inicjatyw, ale także ważne miejsce pracy dziennikarza. Antoni Rokicki zauważa, że istotna jest dzisiaj umiejętność świadomego wykorzystywania mediów społecznościowych w dziennikarskiej pracy. – Jednym z większych wyzwań jest umiejętne posługiwanie się mediami społecznościowymi. Z mojej perspektywy reportażysty widzę, że u dziennikarzy w mediach społecznościowych bardzo dużo jest opinii, a za mało jest pytań. Często chcemy szybko i jak najostrzej skomentować dane wydarzenie czy zjawisko. A czasami wystarczyłoby zadać dobre pytanie, co przecież jest podstawą naszego zawodu. – komentuje. Zauważa również, że dziennikarz staje się coraz bardziej wielozadaniowy i przyszłość zawodu będzie jeszcze bardziej multimedialna.  – Mimo, że pracuję w radiu i dźwięk jest tu najważniejszy, to muszę zadbać także o wysoką jakość tekstów przygotowywanych na stronę internetową, do mediów społecznościowych, o odpowiednie zdjęcia. Wyczuwa się także potrzebę myślenia o treściach wideo. Być może za kilka lat będziemy jeszcze dodatkowo coś nagrywać. Trzeba być otwartym, bo ta multimedialność jest bardzo blisko każdego dziennikarza – stwierdza.

 

Odnaleźć miejsce dla siebie

 

Młodzi dziennikarze zgodnie podkreślają, że należy spróbować samemu określić swoje miejsce a przyszłość zawodu, choć może trudna i niepewna, to dzięki pracy, konsekwencji i rozwijaniu warsztatu otworzy sporo obszarów dla młodych. Dagmara Wysocka – laureatka IX edycji w kategorii Młodzi twórcy filmowi im. ks. prof. Andrzej Baczyńskiego zauważa, że Internet, który masowo tworzy nowych dziennikarzy jest zagrożeniem dla profesjonalizmu, ale realizowanie swoich, wartościowych pomysłów przez młodych dziennikarzy jest kluczem do znalezienia miejsca dla siebie. – Przyszłość dziennikarstwa jest wielką niewiadomą. Na pewno będzie istnieć, nie wiadomo tylko w jakiej formie. Obecnie większość z nas ma dostęp do Internetu, który sprawia, że praca dziennikarzy może wydawać się coraz bardziej niepotrzebna, ponieważ bardzo ciężko jest przebić się przez informacyjny szum, który generowany jest często przez nierzetelne źródła. Młody dziennikarz, który wchodzi na ścieżkę zawodową, powinien słuchać głosu serca. Iść w tematy, które go interesują. Dziennikarstwo to przecież nie smutny obowiązek, to hobby oraz styl życia.  Zmienia się ono każdego dnia i przyjmuje nowe oblicze – stwierdza.

 

Michał Zieliński podkreśla, że najważniejszą dla niego motywacją do bycia dziennikarzem jest to, że chce to robić. I dodaje: – Uważam, że jeżeli ktoś chce opowiadać historie, to niezależnie od tego czy zaczynał 20 lat temu, czy 10 lat temu, czy teraz, to miejsce w tym świecie znajdzie. Są takie przykłady. Pojawiają się cały czas nowe nazwiska i widać, że te osoby się bardzo dobrze odnalazły. Realizują się i mają przestrzeń do tego, żeby te historie opowiadać. Co prawda ten rynek medialny nie jest tak pojemny jak byśmy chcieli i na pewno jest ograniczony pod względem finansowym. Budżety są jakie są. Dlatego te wątpliwości bardziej doświadczonych dziennikarzy rozumiem. Współczesny rynek jest trudniejszy. Jest większa konkurencja i zawód już nie jest sam w sobie tak elitarny. Ale wciąż swoją przestrzeń można odnaleźć.

 

Oligarchowie ograniczają debatę – rozmowa z ŁUKASZEM KOBESZKO, laureatem Nagrody im. Krystyny Grzybowskiej

Rynek medialny w Bułgarii zdominowany jest przez wydawnictwa tabloidowe powiązane z rządzącymi elitami. Media próbują odwrócić uwagę czytelników od rzeczywistych problemów epatując sensacjami czy fake newsami sterowanymi przez rządzących – mówi Łukasz Kobeszko, który za publikację „Mają korupcyjny system zbudowany za unijne pieniądze. Ich protestów nikt nie zauważa” w Tygodniku TVP otrzymał Nagrodę im. Krystyny Grzybowskiej przyznawaną za publicystykę o tematyce europejskiej.

 

Przed trzema laty w niewyjaśnionych okolicznościach w bułgarskim mieście Ruse zamordowano młodą dziennikarkę śledczą Wiktorię Marinową. Badała defraudację środków UE i ustawiania przetargów przez koncern należący do oligarchy powiązanego z rządem premiera Bojko Borisowa z partii GERB należącym w Parlamencie Europejskim do EPL. Co udało się ustalić organom ścigania w sprawie jej tragicznej śmierci?

 

Zabójstwo bułgarskiej dziennikarki Wiktorii Marinowej było jednym z kilku głośnych morderstw dokonanych na dziennikarzach w UE. Los zamordowanej kobiety wpisał się w historię głośnych zabójstw dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego narzeczonej na Słowacji oraz Daphne Caruany Galizii na Malcie. Oni również zajmowali się powiązaniami świata przestępczego i polityki. Tragiczna śmierć Marinowej była jedną z niewielu okazji, które rzeczywiście zwróciły uwagę europejskiej opinii publicznej na sytuację w Bułgarii. Dość szybko, według oficjalnej wersji organów ścigania znaleziono osobę rzekomo winną rzekomo zabójstwa. Stwierdzono, że nie miało charakteru politycznego.

 

A jaki miało charakter?

 

Przypadkowy, bo dziennikarka znalazła się nocą w niebezpiecznym miejscu.

 

To tak jak w Polsce. Jedna z wersji mówi, że Komendant Główny Policji gen. Marek Papała zginął przez przypadek.

 

Tak. Widać, że w Bułgarii mało komu zależy na wyjaśnieniu tej sprawy, podobnie jest przy zabójstwach dziennikarzy na Słowacji czy na Malcie. Szybkie skazanie sprawcy przy takich tajemniczych sytuacjach często jest dzwonkiem alarmowym. Na razie sprawa nie jest w pełni wyjaśniona.

 

Jej dokładne wyjaśnienie jest możliwe?

 

Być może kiedyś tak się stanie i wszystkie okoliczności wyjdą na jaw. Ale obecnie daleko do tego. To nie tylko problem Bułgarii, ale i regionu bałkańskiego, gdzie problem korupcji jest poważny, a powiązania świata biznesu z polityką często się zacierają. Czasem trudno stwierdzić czy ktoś jest politykiem czy pracuje dla organizacji przestępczych.

 

Prawda o okolicznościach zabójstwa dziennikarki wyjdzie na jaw, kiedy władzę obejmie nowa władza?

 

Teoretycznie jest to możliwe. Trudno jednak powiedzieć czy w Bułgarii w najbliższym czasie dojdzie do większych zmian. Partia GERB, która od 2009 do 2017 roku czterokrotnie wygrywała wybory ma wciąż sporą liczbę zwolenników. Kwietniowe wybory pokazały, że jest w stanie nadal wygrywać, bo została arytmetycznym zwycięzcą. Nie zdobyła jednak takiej większość, która pozwoliła jej objąć władzę, ale wciąż jest silnym elementem życia politycznego. Na razie nic nie zapowiada, że dojdzie do jej upadku. Nie wiem czy oligarchiczny model polityki, który został zbudowany w ostatnich kilkunastu latach zostanie przełamany w najbliższym horyzoncie czasowym.

 

Jednym z problemów Bułgarii jest silny konflikt między opozycją a partią rządzącą, między socjalistami a partią GERB.

 

Często socjaliści trafnie punktują nadużycia władzy, jednak sami też nie mają czystych rąk. W czasie wieloletnich rządów, które sprawowali od czasów upadku komunizmu do początków XXI wieku, dopuścili się wielu nieprawidłowości. Kształt demokracji oligarchicznej i klanowej w Bułgarii i na Bałkanach jest w dużej mierze dziełem wszystkich sił politycznych. Naiwne byłoby głoszenie, że tylko prosta wymiana jednej ekipy władzy na drugą, automatycznie rozwiąże problemy. Każdej ze stron, ze swojej perspektywy zależy na dalszym utrzymywaniu status quo.

 

Czym się charakteryzuje bułgarska scena medialna?

 

Cierpi na podobną przypadłość co media w krajach sąsiednich, szczególnie w byłej Jugosławii, a także  trochę w Grecji i Rumunii.

 

Czyli?

 

Rynek medialny, szczególnie gazet codziennych, a teraz również portali jest zdominowany jest przez wydawnictwa tabloidowe powiązane z rządzącymi elitami. Często te media realizują oczekiwania rządzących elit. Wrzucają do debaty publicznej tematy, które są im na rękę. Zabójstwa dziennikarzy, polityków czy osób powiązanych z biznesem są najczęściej przemilczane. Media, o których mówię próbują odwrócić uwagę obywateli i czytelników od rzeczywistych problemów epatując sensacjami czy fake newsami sterowanymi przez rządzących. Kształt rynku medialnego w Bułgarii rzeczywiście jest problemem.

 

Nie ma tam niezależnych mediów?

 

Nie jest łatwo być niezależnym dziennikarzem i prowadzić niezależne media. Oczywiście są takie media, szczególnie internetowe, ale mają niszowy odbiór. Rynek jest zdominowany przez wydawnictwa i portale tabloidowe.

 

A jak wygląda rynek telewizyjny?

 

Jest podobnie. Stacje telewizyjne są powiązane z rządzącą oligarchią i realizują ich oczekiwania. W okresie komunizmu mieliśmy do czynienia z centralnie sterowanym przekazem i nielicznymi samizdatowymi wydawnictwami. Nowe czasy, które nastały po 1989 r. nie uzdrowiły sytuacji, gdyż trudno mówić o równowadze na rynku medialnym. Posiadanie przez oligarchów udziałów w większości tytułów prasowych i telewizyjnych ogranicza zakres wolnej i swobodnej debaty publicznej. Uniemożliwia również informowanie obywateli o rzeczywistych problemach oraz nadużyciach władzy i elit.

 

Czemu pan pisze o Bułgarii? Ten kraj nie leży daleko od Polski, ale jest kompletnie egzotyczny i nieznany. Jest tyle innych państw, które cieszą się znacznie większym zainteresowaniem nad Wisłą.

 

To bardzo dobre pytanie. Tematyka krajów Trójmorza, dalszej Europy Środkowo-Wschodniej, szczególnie krajów bałkańskich jak Bułgaria, Rumunia, całego obszaru krajów byłej Jugosławii bardzo rzadko się pojawia w polskiej publicystyce politycznej. Mało wiemy o tych krajach. Teraz  sporo o Białorusi. Trochę śledzimy co dzieje się w krajach bałtyckich, ale mniej niż kiedyś. Sprawy czeskie i słowackie śledzimy sporadycznie. Temat Czech odżył  dzięki sporowi wokół Turowa. Ale na co dzień nie jesteśmy w stanie powiedzieć co się dzieje na Słowacji czy w Rumunii. Wracając do Bułgarii. To jest mój konik, w którym specjalizuję się od pewnego czasu, więc uznałem, że warto napisać o tym, co się tam dzieje.

 

Co pan tekstem o Bułgarii, zatytułowanym „Mają korupcyjny system zbudowany za unijne pieniądze. Ich protestów nikt nie zauważa” opublikowanym w Tygodniku TVP chciał przedstawić czytelnikom?

 

Pewne uniwersalne mechanizmy, które można dostrzec w Bułgarii, ale są wyrazem pewnych szerszych tendencji w polityce europejskiej i regionalnej.

 

Jakie mechanizmy ma pan na myśli?

 

Między innymi korupcję. Żeby dobrze przedstawić ten mechanizm musimy wrócić do 2007 roku, kiedy Bułgaria i Rumunia zostały przyjęte do Unii Europejskiej i panowała euforia. Przedstawiano integrację europejską jako cudowne panaceum na wszystkie bolączki, od kulturowych, po polityczne i społeczne. Liczono, że wejście do Unii podniesie standardy życia, poprawi kulturę polityczną oraz zwiększy przejrzystość i transparentność życia publicznego.

 

Te oczekiwania się nie spełniły.

 

Niestety, nie spełniły się nie tylko w Bułgarii i Rumunii. Mieliśmy do czynienia z zabójstwem dziennikarki Daphne Caruany Galizii na Malcie, która odkryła powiązania biznesowe i mafijne tamtejszej elity politycznej. Trzy lata temu doszło do zabójstwa dziennikarza Jana Kuciaka i jego narzeczonej na Słowacji. To pokazuje, że wejście do struktur euroatlantyckich nie jest magicznym lekarstwem, które automatycznie uzdrowi życie i standardy. Do pełnej zmiany jest daleko i zależy od wprowadzenia szeregu działań. W Bułgarii rządziła przez długi czas, od końca minionej dekady, partia GERB wspierana przez unijne elity.

 

„Partia jest mocno osadzona w strukturach chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej. Borisow często fotografuje się z Angelą Merkel i innymi prominentnymi politykami zachodnimi. Jego długotrwałe rządy pogłębiły jeszcze patologie życia społecznego w Bułgarii, na porządku dziennym stawiając problem nietykalnych przez wymiar sprawiedliwości oligarchów oraz powiązanych z nimi polityków i przestępców”. To cytat z pańskiego artykułu opublikowanego na stronie Tygodnika TVP. O związkach Borisowa z kanclerz Niemiec przypominają Bułgarzy na demonstracjach antyrządowych. Pytają na transparentach: „Pani Merkel, nie wstyd pani za tego skorumpowanego typa?”.

 

Bojko Borisow cały czas mocno akcentuje przyjaźń z liderami europejskimi, z kanclerzem Merkel i liderami niemieckiej CDU/CSU. Obecnie jest byłym premierem, bo władzę sprawuje rząd techniczny i odbędą się wcześniejsze wybory, gdyż jak już wcześniej zwróciłem uwagę, partia GERB była arytmetycznym zwycięzcą kwietniowych wyborów, ale jednak nie była w stanie sformować większościowego rządu. Rządziła od prawie dekady i zachowała bardzo duże wpływy w sferze gospodarczej, informacyjnej i politycznej. Wpływy te zyskała dzięki mocnej pozycji Borisowa w strukturach Europejskiej Partii Ludowej.

 

Czyli przyjaźń z kanclerz Merkel i silna pozycja w strukturach Europejskiej Partii Ludowej wystarczy, że państwo nie jest oskarżane o łamanie tzw. praworządności?

 

Tak to niestety wygląda. Ale podobnie wygląda sytuacja Malty czy Słowacji. Partia SMER byłego premiera Roberta Fico, która rządziła na Słowacji od połowy pierwszej dekady XXI wieku do 2019 roku, też miała mocną pozycję w strukturach drugiej co do wielkości frakcji w Parlamencie Europejskim, czyli koalicji socjalistów i demokratów S&D. Dzięki powiązaniom partyjnym z elitami UE wiele przestępstw i nieprawidłowości, które miały miejsce w słowackim życiu politycznym, udawało się ukrywać na forum europejskim. A z drugiej strony ten kraj był traktowany na arenie unijnej ulgowo. Nawet jak sprawa zabójstwa Jana Kuciaka stała się głośna, nikt w Parlamencie Europejskim nie mówił, że Słowacja ma ogromny problem z praworządnością. W tym kontekście mówiono głównie o Polsce i o Węgrzech. Podobnie było kiedy doszło do zabójstwa dziennikarki na Malcie.

 

O czym to świadczy?

 

O relatywnym podejściu do norm demokracji parlamentarnej i praworządności. To jak dane państwo jest traktowane na forum europejskim jest często pochodną różnych nieformalnych struktur i zjawisk, często prozaicznych, jak przyjaźnie polityków.

 

I powiązań w ramach frakcji w Parlamencie Europejskim.  

 

Tak. Jednym uchodzi więcej, a inni są bezlitośnie rozliczani za każde słowo. Opisując to, co działo się w Bułgarii starałem się pokazać uniwersalne problemy i mechanizmy polityczne, które występują w Europie.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, fot. Szymon Łaszewski

 


 

Łukasz Kobeszko

Rocznik 1975. Filozof i publicysta, współpracuje z Tygodnikiem TVP, dziennikiem „Rzeczpospolita” oraz PolskimRadiem24.pl.

 

Odpowiedź CMWP SDP na odmowę przyjęcia opinii amicus curiae przez SOKiK w sprawie Polska Press

W  odpowiedzi na odmowę przyjęcia opinii Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  jako amicus curiae przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów  w Warszawie w sprawie dotyczącej nabycia spółki Polska Press przez PKN Orlen, CMWP SDP  ponownie przesłało tę opinię  z wnioskiem o pozostawienie jej w aktach sprawy.  Dyrektor CMWP SDP wyjaśniła w tym piśmie, czym jest instytucja “amicus curiae”  i  że informacja o tym,  iż ,,zarządzono zwrot opinii Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z dnia 5 maja 2021 roku jako wniesionej przez podmiot do tego nieuprawniony” stanowi wyraz niezrozumienia intencji, które przyświecały złożeniu opinii przez CMWP SDP. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wielokrotnie przedstawiało swoje stanowisko w licznych sprawach, które toczyły się przed różnymi sądami powszechnymi i miały różnorodny charakter. Nigdy jednak Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich nie zostało potraktowane tak jak przez  Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów  w Warszawie. 

 

CMWP SDP przedstawia swoją opinię w tej sprawie ze względu na jej wagę dla ładu medialnego w Polsce. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP nie domagało się przystąpienia do toczącego się postępowania, jak wskazuje przepis art. 61 k.p.c. , czym  w/w Sąd uzasadnił swoją decyzję. CMWP SDP przedstawiło jedynie opinię prawną, mając nadzieję, że może być ona przydatna przy wydawaniu końcowego orzeczenia w sprawie. Nie domagano się i nie wskazywano, że taka opinia ma być dla Sądu wiążąca. Odrzucona przez Sąd opinia CMWP SDP z dnia 5 maja 2021 roku pośrednio została złożona w oparciu o przepis art. 63 k.p.c. Decyzja Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów  w Warszawie jest więc niezrozumiała i całkowicie sprzeczna z dotychczasową praktyką sądów w Polsce.

 

Amicus curiae lub amicus curiæ (łac. l. mn. amici curiae) jest to prawniczy termin rzymski, oznaczający dosłownie „przyjaciel sądu”. Określa on osobę lub organizację, niebędącą stroną w postępowaniu sądowym, która dobrowolnie, z własnej inicjatywy, oferuje sądowi opinię prawną lub inną dotyczącą przedmiotu postępowania. Opinia, przekazywana w postaci listu, ma wesprzeć sąd w rozstrzygnięciu rozpatrywanej przezeń sprawy. Sąd nie jest zobowiązany do uwzględnienia takiej opinii, jak też ma swobodę dopuszczenia lub odrzucenia oferty przedstawienia opinii.

 

Jakkolwiek w polskim systemie prawnym formalnie taka konstrukcja nie istnieje, to w III RP zaczęły ją jednak stosować organa państwowe na użytek zewnętrzny w interesujących państwo polskie postępowaniach przed sądami w USA – na przykład w 1999 r. w sprawie dotyczącej odszkodowań dla robotników przymusowych III Rzeszy, toczącej się przed sądem w Newark pod Nowym Jorkiem przeciwko koncernowi Degussa. Jednocześnie pojawiły się opinie przyjaciół sądu, nazywane opiniami typu opinii prawnych, kierowane do sądów polskich, między innymi przez Helsińską Fundację Praw Człowieka czy Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. Występująca w Polsce praktyka przyjaciela sądu stanowi przedmiot publikacji badawczych.

 

Uprawnienie do wyrażenia poglądu osoby trzeciej w toczącej się sprawie o istotnym społecznym znaczeniu wywodzi się z Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Wywodząca się z prawa rzymskiego instytucja amicus curiae jest ważną dla państwa prawa instytucją chroniącą prawa obywatelskie. Najpierw została ona przyjęta i rozwinięta w systemie common law, po czym powróciła na kontynent europejski. Spotykana jest w wielu państwach, jednak często bez wyraźnej kodyfikacji tej instytucji w prawie krajowym.

 

CMWP SDP wyraża nadzieję, iż Sąd przeanalizuje  wyżej przedstawione argumenty i uwzględni opinię CMWP SDP jako amicus curiae w sprawie dotyczącej nabycia spółki Polska Press przez PKN Orlen. Pismo tej treści zostało wysłane do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Warszawie 23 czerwca br.

 

Stanowisko CMWP SDP z 5 maja 2021 r. jest  TUTAJ.

 

Ministerstwo Miłości w mediach – ŁUKASZ WARZECHA o nowej koordynatorce portalu Gazeta.pl

Jak wiadomo, media działające z kościelnym imprimatur (nie dosłownie, bo mogą to być dzisiaj również media elektroniczne lub internetowe) powinny posiadać asystenta kościelnego, a więc kogoś, kto dba, żeby prezentowane treści nie stały w sprzeczności z podstawowymi zasadami wiary i nauczania Kościoła. Niegdyś takiego asystenta miał na przykład „Tygodnik Powszechny”, ale było to jeszcze w czasach, gdy nie zmienił się ostatecznie w pismo dla baaardzo postępowych katolików, afiliowane nieformalnie przy „Gazecie Wyborczej”.

 

Teraz zaś w tle konfliktu pomiędzy redakcjami papierowej „Wyborczej” a portalu Gazeta.pl, które miałyby zostać połączone (pisałem o tym poprzednio na portalu SDP) pojawia się powołanie w Gazeta.pl asystentki – tyle że nie kościelnej, ale tęczowej. W tej roli występuje młoda dziennikarka Wiktoria Beczek, która została „koordynatorką treści dotyczących różnorodności i inkluzywności”. Na pierwszy rzut oka rozszyfrowanie znaczenia tej funkcji może sprawiać pewne problemy. Czy na przykład może to oznaczać, że portal Gazeta.pl, który w swoim przekazie jest jawnie nieprzyjazny wobec Kościoła, ludzi wierzących albo tych o przekonaniach prawicowych dzięki pani Beczek zacznie patrzeć na nich przychylniejszym okiem? W końcu jak inkluzywność, to inkluzywność.

 

Otóż myślę, że wątpię, bo przecież funkcję pani Beczek trzeba rozumieć tak, jak rozumiało się nazwy instytucji w „Roku 1984” Orwella. Na przykład Ministerstwo Miłości zajmowało się wzbudzaniem nienawiści i tępieniem wrogów ludu. Tu jest podobnie: zadaniem pani Beczek nie będzie poszerzenie spektrum i wniesienie do portalu nowych punktów widzenia, ale dokładnie przeciwnie – strzeżenie politpoprawnej i tęczowej ortodoksji.

 

Przyznaję, że pani koordynator dostaje zadanie trudne, bo jak można by portal Gazeta.pl jeszcze bardziej utolerancyjnić, uinkluzywnić i uróżnorodnić, skoro we wszystkich tych kwestiach, oczywiście jedynie słusznie rozumianych, osiągnął on już, wydawałoby się, szczyt możliwości? Jestem przekonany, że pani Beczek ma tu jednak wciąż spore pole do popisu. Wprawdzie dziennikarze portalu już stosują postępowe feminatywy w nazwach zawodów, ale to przecież o wiele za mało.

 

Jak wyjaśnia pani Beczek na portalu Wirtualne Media:

 

W publikacjach wciąż stosowane są bowiem określenia archaiczne, obraźliwe wobec osób z grup doświadczających wykluczenia. W artykułach przekazujemy nie tylko informację, ale też narrację, w tym język – a to, jak opowiadamy o osobach i zjawiskach, wpływa na ich postrzeganie. W Gazeta.pl chcemy pokazywać, że można pisać inaczej – tak, by nie sprawiać bólu tym, o których piszemy i aby wzmacniać głosy dotąd niedostrzegane, wypychane poza dyskurs. Inkluzywny język to widzialność. Kiedy mówimy i piszemy o osobach z niepełnosprawnościami, osobach LGBT+, osobach niebiałych, uchodźcach, kobietach i osobach mogących zajść w ciążę, pokazujemy, że ich doświadczenia są ważne.

 

Na przykład napisanie o kobiecie, że jest kobietą, może tej osobie sprawić ból, bo przecież tego samego dnia wieczorem może się ona już poczuć mężczyzną. Albo jednorożcem. Z kolei w przypadku „głosów wypychanych poza dyskurs” trzeba wytyczyć słuszne granice. W Gazeta.pl, która co piątek lansuje najbardziej zaangażowaną wersję klimatyzmu i ekologizmu, całkowicie poza dyskurs są wypychane głosy sceptyczne wobec tych tendencji, ale to przecież nie powód, by zapraszać do dyskusji jakiegoś foliarza, który zacznie coś bredzić o tym, ile przeciętnego Polaka będzie kosztować zielona rewolucja.

 

Bardzo cenię sobie również to, że pani Beczek oddziela kobiety od „osób mogących zajść w ciążę”. Jak wyjaśnili mi na Twitterze światlejsi ode mnie obywatele, taką osobą może być np. transmężczyzna. (Tu przepraszam, jeśli się pomyliłem – nie jestem w stanie zapamiętać, czy aktualny stan osoby trans to ten, który podaje się w jej określeniu, czy też podaje się ten poprzedni. A więc czy „transmężczyzna” to mężczyzna, który aktualnie jest kobietą – czy odwrotnie. Składam niniejszym samokrytykę i obiecuję poprawę.)

 

O takim drobiazgu jak „osoby niebiałe” nawet nie wspominam, bo wstyd. Chciałbym się tylko dowiedzieć, czy w takim razie osoby białej nie należałoby nazywać osobą „nieczarną”. Ale znów nie wiem, czy nie jest to jednak nadużycie, polegające na wyróżnieniu jako punktu odniesienia jednego koloru skóry, bo przecież osoba biała jest równocześnie nieżółta. Mam nadzieję, że pani Beczek rozstrzygnie w jedynie słuszny sposób takie dylematy.

 

Ponadto stoi przed nią ogromne zadanie wyplenienia z języka portalu nadużywanych za sprawą archaicznych przyzwyczajeń zaimków typu „on”, „ona”, „jego”, „jej”. Postępowy kolektyw prowadzący stronę zaimki.pl (od razu uprzedzam: ta strona nie jest jakimś głupim żartem, mającym na celu wykpienie postępowych idei w języku – ona jest całkiem na serio) ma dla pani Beczek gotową ściągę. I tak w dziale „osobatywy” dowiemy się, że zamiast pisać „kucharki” powinniśmy napisać „osoby kucharskie”, a zamiast pisać „prezesi” – „osoby prezesujące”. Z kolei w dziale zaimków zapoznamy się z takimi nowościami jak „vono/vego”, „miau/miaugo” albo „ony/jegi”, że nie wspomnę o arcyciekawej formie „onø/jenø”.

 

Jak widać, przed osobą koordynującą Beczek mnóstwo pracy, bo choć redakcja Gazeta.pl jest z pewnością nad wyraz postępowa, to jednak trzeba będzie wykorzenić mnóstwo złych, nieuświadomionych, patriarchalnych nawyków językowych, nim wreszcie będzie w pełni postępowo, tolerancyjnie i inkluzywnie.

 

Osobom dziennikarskim z „Gazety Wyborczej” szczerze współczuję.

 

Łukasz Warzecha

 

 

SOKiK odmawia CMWP SDP prawa do bycia amicus curiae w sprawie dot. nabycia Polska Press przez PKN Orlen

Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów  (Sąd Okręgowy w Warszawie XVII Wydział) przesłał do Centrum Monitoringu Wolności Prasy  SDP pismo, w którym odmawia Centrum prawa do bycia amicus curiae w sprawie dot. nabycia spółki Polska Press przez PKN Orlen. To niezrozumiała decyzja Sądu,  w ciągu 25 lat istnienia i działalności CMWP SDP nie zdarzyło się jeszcze, by odmówiono Centrum prawa do przedstawienia swojej opinii w sprawach dotyczących mediów i dziennikarzy. CMWP SDP  będzie się odwoływać od tej decyzji i będzie się domagać uwzględnienia w tej sprawie stanowiska CMWP SDP jako amicus curiae.

 

Poniżej publikujemy treść pisma z Sądu (pisownia i gramatyka jak w oryginale):

 

Sąd Okręgowy w Warszawie XVII Wydział Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów  wobec złożenia w dniu 5 maja 2021 r.r.  opinii prawnej, z powołaniem się na instytucję amicus curiae, przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które nie jest organizacją pozarządową o jakiej mowa w art. 68 k.p.c. wz. art. 8 k.p.c. i  art. 61 k.p.c. zarządzono zwrot opinii Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z 5 maja 2021 r. jako wniesionej przez podmiot do tego nieuprawniony w sprawie z wniosku Rzecznika Praw Obywatelskich przeciwko Prezesowi Urzędu Ochrony Konkurencji i  Konsumentów z udziałem zainteresowanego PKN Orlen S.A. w Płocku. 

Nie jesteśmy zblatowani z władzą – rozmowa z MIROSŁAWEM ŁAPĄ, redaktorem naczelnym „Tygodnika Kępińskiego”

Pozytywny przekaz jest dla mnie najważniejszy, choć nie znaczy to, że unikamy spraw trudnych i kontrowersyjnych – mówi Mirosław Łapa, redaktor naczelny „Tygodnika Kępińskiego” pisma wyróżnionego Nagrodą im. Aleksandra Milskiego, w rozmowie z Błażejem Torańskim.

 

Ma pan w Kępnie wielu wrogów jako wydawca?

 

O tym nie mi sądzić, ale mniemam, że kiedyś miałem więcej.

 

Zdarzyło się, że po krytycznej publikacji ktoś przestał panu podawać rękę?

 

Tak, zdarzyło się wielokrotnie. Jednak po kilku latach, a nawet miesiącach, wracały między nami poprawne relacje.

 

O co najczęściej ludzie się obrażają?

 

Prawda zazwyczaj „w oczy kole”, a podparta jeszcze argumentem lub faktem, tym bardziej jest nie do zniesienia.

 

Czy w Polsce powiatowej ludzie są bardziej wrażliwi na krytykę?

 

Kiedyś myślałem, że tak było. Obecnie w świecie mediów internetowych nie ma to już takiego przełożenia, choć prawdziwa cnota w dużym i małym mieście krytyki nie powinna się bać.

 

A czego ludzie najbardziej się boją? Ośmieszenia? Społecznego napiętnowania? Krytyki moralnej? Czy ujawnienia spraw, które chcieliby ukryć?

 

„Dulszczyzna” w naszym społeczeństwie nadal ma się dobrze. Brudy każdy chciałby prać tylko w swoich czterech ścianach, ale dziś coraz trudniej o prywatność. Myślę, że najbardziej boimy się samotności, która staje się coraz bardziej powszechna. Boimy się bycia zapomnianym, stąd i ta – nieraz ośmieszająca – aktywność na forach internetowych

 

Jak pan ocenia siłę rażenia gazety powiatowej? Często słyszałem, że jest większa od krytyki w TVN czy TVP Info, bo z krytykowanymi spotykacie się twarzą w twarz na ulicy.

Dostępność gazety lokalnej jest większa, nie każdy ogląda TVN czy TVP, a „Tygodnik Kępiński” czytają osoby o różnych poglądach politycznych, dlatego dla opisanej krytycznie osoby osąd bywa „dotkliwszy” niż od tej z mediów ogólnopolskich, gdzie po kilku minutach zapominamy w natłoku informacji o tej dla nas istotnej.

 

Kilkanaście lat temu „Gazeta Jarocińska” sprzedawała tyle egzemplarzy, ile było kominów w powiecie. Czy zainteresowanie prasą lokalną już minęło? Liczy się wyłącznie Internet?

 

„Tygodnik Kępiński” czytany jest przez kilkanaście tysięcy mieszkańców powiatu i ościennych regionów, choć sprzedaje się w nakładzie kilku tysięcy. Oznacza to, że gazeta trafia do co trzeciego mieszkańca Kępińskiego. Poza tym, fragmentarycznie, czytana jest na stronie internetowej. Dlatego uważam, że czas gazet lokalnych jeszcze nie minął, choć kominów w mieście ubywa z uwagi na działania proekologiczne.

 

Czy lokalnie budżety reklamowe przesunęły się z papieru do sieci?

 

Ilość reklam, szczególnie w okresie pandemii, zmniejszyła się, jednak przeważa nadal reklama w gazecie papierowej. Z tej prostej przyczyny, że nie jest tak ulotna jak w sieci.

 

Idzie pan na zwarcie z władzą, prowadzi z nią grę czy też układa się z burmistrzem i starostą, aby dostawać z urzędów reklamy?

 

Każdy tekst jest starannie sprawdzany i oparty na obiektywnej rzeczywistości, my nie tworzymy faktów, jak to ma miejsce w niektórych mediach ogólnopolskich. Dlatego zdarzało się, że przez kilka tygodni nie otrzymywaliśmy zleceń reklamowych z jakiegoś samorządu. Gdy jednak poirytowany włodarz gminy przeanalizował argumenty – odniósł za i przeciw do zaistniałej sytuacji – to zaczęliśmy ponownie otrzymywać zlecenia przetargowe.

 

Są tematy, które pan z powodów strategicznych omija? Stosuje wewnątrzredakcyjną cenzurę?

 

Nie poruszamy w gazecie tematów szerzących pornografię i uderzających w religię.

 

Wchodzi Pan w kompromisy?

 

Gdyby nie kompromisy, to dziś gazety by nie było…

 

Czego one dotyczą?

 

Zawsze przedstawiamy racje wszystkich stron, nie stroniąc od własnego komentarza.

 

Zaglądacie samorządowcom do kieszeni, analizujecie oświadczenia majątkowe, dochodzicie źródeł ich stanu posiadania? 

 

Analizujemy oświadczenia majątkowe samorządowców, przedstawiając źródła dochodów. W okresie ostatnich lat Urząd Skarbowy zakwestionował tylko oświadczenia kilku radnych i dotyczyło to spraw proceduralnych, a nie kwot rozliczenia.

 

Władza w Kępnie nie wykorzystuje stanowisk dla celów prywatnych?

 

Zdarzało się, że na stanowiska samorządowe lub w instytucji podległej staroście, bądź burmistrzowi zatrudnianie były osoby protegowane. Aktualnie jednak każde zatrudnienie w samorządzie poprzedzone jest procesem konkursowym.

 

Ludzie nadal idą do samorządu, aby się wzbogacić? Radni wciąż zasiadają w radach nadzorczych miejskich spółek, łamią zasady etyczne?

 

W regionie kępińskim milionerzy nie pracują w samorządzie, prowadzą własne przedsiębiorstwa. Od wielu lat w radach gminnych pracują ludzie znani ze swojej aktywności pro bono. W radach nadzorczych spółek komunalnych zasiadają  prawnicy. W powiecie bezrobocie jest szczątkowe, stąd tu nie dorabia się w samorządzie. Robotnik zarabia tu minimum 4 tys. zł na rękę, a fachowiec jeszcze raz tyle.

 

Gazeta lokalna jest czwartą władzą i ma rzeczywisty wpływ na życie, czy może burmistrz i starosta wszystko mogą?

 

Takie czasy, kiedy burmistrz był „lokalnym królem”, to już zamierzchła przeszłość lat 90. ubiegłego wieku. Dziś, po wprowadzeniu kadencyjności stanowisk, musi on starannie i rozważnie podejmować decyzje, albowiem nie wiadomo, czy w kolejnych wyborach jego fotel nie zajmie obecny adwersarz w samorządzie.

 

Większość mediów lokalnych jest zblatowana z władzą. Czy społeczności lokalne autentycznie łakną niezależnych mediów, wolnego słowa?

 

„Tygodnik Kępiński” nigdy nie był zblatowany z żadną władzą. Społeczność kępińska jest podobna do tej z innych miast powiatowych, żądna jest sensacji, choć, zauważam, że dziś już coraz mniej. Niegdyś tytuł „Władza kłamie” robiłby furorę, dziś już mało kto reaguje emocjonalnie na takie określenie.

 

Przez lata największą gangreną niezależnych gazet były bezpłatne media samorządowe. Czy tak jest nadal?

 

W Kępińskim nie mamy takiego problemu. Burmistrz wydaje swoje pismo tylko dwa razy w roku, w pozostałych samorządach dzieje się to od czasu do czasu.

 

Gazety samorządowe nigdy nie martwiły się o wynik finansowy. Czy mogą być także przykrywką dla korupcji?

 

Myślę, że tak, ale w naszym powiecie nie ma cyklicznie wydawanych gazet lokalnych.

 

Jaki model gazety pan realizuje? Czytelnikowski czy tabloidalny? Wiadomo, że najlepiej zawsze sprzedawały się śmierć i seks.

 

Rozczaruję pana, „Tygodnik Kępiński” pisze w tonie pozytywnym. Na naszych łamach nie leje się krew, ani nie zobaczy pan obscenicznych zdjęć. Pozytywny przekaz jest dla mnie najważniejszy, choć nie znaczy to, że unikamy spraw trudnych obyczajowo i kontrowersyjnych.

 

Jakie tematy u was dominują? Sensacje, dramaty, wypadki?

 

Żaden z tych wymienionych przez pana. Gazeta głównie analizuje podjęte uchwały i decyzje władz, jakie będą miały przełożenie za życie mieszkańców. Tematy lokalnej historii to jeden z tych działów, które cieszą się czytelniczym poklaskiem. I, oczywiście, sport. Nie przeczyta pan w żadnej gazecie, prócz „Tygodnika…”, o tym jak zagrała „Zawisza” Łęka Opatowska, „Orzeł” Mroczeń czy „Polonia” Kępno lub tutejsze drużyny piłkarskie z innych klas rozgrywkowych.

 

Wiele procesów miała gazeta?

 

Na samym początku tworzenia gazety, gdy jeszcze nie mieliśmy tyle doświadczenia dziennikarskiego, popełniliśmy dwa teksty, niepoparte dokładnie faktami, o sytuacjach jakie zaistniały w kępińskim szpitalu. I mieliśmy procesy z lekarzami. Skutkowało to tym, że część kolegów, tworzących wówczas zespół redakcyjny, odeszło. Na ławie oskarżonych z jedenastoosobowego składu pozostało nas… trzech. Przegraliśmy obie rozprawy sądowe, choć, patrząc z perspektywy czasu, mogły one mieć inne rozstrzygnięcia. Po tych doświadczeniach na wiele lat stworzył się trzon redakcyjny, zmieniony nieco na początku XXI wieku.

 

Jaka jest recepta na redagowanie dobrej gazety lokalnej? Wystarczy rzetelna informacja czy wnikliwa kontrola władzy samorządowej?

 

Gazeta musi odpowiadać na zapotrzebowanie czytelników. Mieszkańcy interesują się władzą tylko w czasie wyborów, później ważne jest dla nich tylko to… żeby nie kradli. Lubią przeczytać o sobie lub znajomych, ale w treści pozytywnej. Atakowanie i opisywanie skrajności jest dobre na krótką metę, w dłuższej perspektywie traci się czytelnika, gdyż nie zawsze leje się przysłowiowa krew na stronicach gazety. Być rzetelnym, pisać obiektywnie to najważniejsze wartości w dobie internetowego szału informacyjnego.

 


 

Mirosław Łapa

Rocznik 1964. Absolwent Pedagogicznego Studium Technicznego w Kluczborku. W stanie wojennym działacz Solidarności Walczącej w Kępnie. W swojej karierze zawodowej pracował m.in. jako nauczyciel w szkole, inspektor w Powiatowym Urzędzie Pracy. Od 2004 roku jest redaktorem naczelnym „Tygodnika Kępińskiego”.

 

 

Bezdomność z wyboru – rozmowa z laureatami I Nagrody im. Stefana Żeromskiego

Agnieszka Szwajgier i Adam Bogoryja-Zakrzewski otrzymali I Nagrodę im. Stefana Żeromskiego przyznawaną za publikacje o tematyce społecznej. Jury doceniło ich reportaż radiowy „Bilet powrotny proszę”. O jego bohaterach oraz kulisach realizacji opowiadają w rozmowie z Błażejem Torańskim.

 

W Polsce jest 30 tys. bezdomnych. Jak Polacy zostają bezdomnymi w Berlinie?

 

Adam Bogoryja–Zakrzewski: Najpierw szukają pracy. Potem zostają okradzeni z dokumentów: dowodu osobistego, paszportu. I z pieniędzy.  Tak przynajmniej twierdzi większość bohaterów naszego reportażu, ale kto wie, czy dokumentów nie sprzedali. Na dowody można bowiem brać pożyczki w bankach. Lądują na ulicy, gdzie żebrzą. Niemcy są bardzo hojni i szczodrzy, a bezdomni Polacy chętnie z tego korzystają wystawiając puszki.

 

Jeden z nich przyznaje: „Budzisz się, a tam pięćdziesiąt euro leży. Wystarczy kubek postawić”. 

 

A.B-Z: (śmiech) No tak, ale takich opowieści trzeba słuchać z przymrużeniem ucha. Ale faktycznie drobne się trafiają. Nie ma jednak co ukrywać: oni najczęściej okradają sklepy z alkoholu i rzeczy, które łatwo sprzedać. Z tego żyją.  Ponadto z pomocy społecznej dostają ciuchy, buty. A jak im jest już bardzo zimno i bardzo źle, mogą przenocować w noclegowni.

 

A.Sz.: Pierwsze powiedzenie, które tam usłyszałam, brzmiało: „Jak ci Polak nie zaszkodzi, to już ci pomógł”. Nasi bohaterowie często opowiadali, że wylądowali na ulicy po tym, jak inny Polak miał załatwić im pracę lub mieszkanie, a potem ich oszukiwał. Wielu miało obiecaną pracę na budowie, a po kilku miesiącach nie dostawali wynagrodzeń. Nie wiemy, jak to jest z tymi dowodami. Czy im je kradną, czy bezdomni sami sprzedają je Cyganom. Tak podejrzewają ludzie z Fundacji Pomocy Wzajemnej „Barka”, która pomaga bezdomnym w Berlinie i zachęca ich, aby wrócili do Polski.

 

Ale bezdomność w Berlinie to także biznes. W waszym reportażu „Bilet powrotny proszę” mówi o tym Arkadiusz Kraska ze Stowarzyszenia „W nas siła”: Wypuszczają ludzi na ulicę, aby żebrali. Niech każdy z dziesięciu osób przyniesie codziennie po sto euro. Mają swój rewir. Żyją bezpiecznie. Mają dostęp do narkotyków, papierosów. Biją się o rewiry.  Nie można sobie ot tak być bezdomnym. To są plemiona.

 

A.B-Z.: Arkadiusz Kraska został w Polsce niesłusznie skazany. 21 lat siedział za nic. Po wyjściu zza krat założył stowarzyszenie pomagające takim ludziom, jak bezdomni w Berlinie. Opowiadał nam, że Cyganie pobierają od bezdomnych haracz z sum, które wyżebrali albo ukradli. W zamian oferują im noclegi w pustostanach.

 

A.Sz.: Rzeczywiście to nie jest tak, że rozkładasz sobie na chodniku karimatę, śpiwór i jest ci tam dobrze. Nie możesz tak łatwo zostać bezdomnym. Jeden z bohaterów opowiadał, że musiał się wkupić do grupy. Odnalazł opuszczone mieszanie, otworzył drzwi kombinerkami, łomem i śrubokrętem, i udostępnił je innym bezdomnym. Ludzie, których spotykaliśmy na berlińskich ulicach, byli z nami bardzo szczerzy. Może to nasza otwartość i chęć zrozumienia ich sytuacji sprawiły, że nam zaufali? Choć zdarzyły się też momenty niepokoju. Jeden z nich, widziałam to na własne oczy, próbował ukraść Adamowi portfel z torby. Potem tłumaczył, że tylko żartował.

 

W pewnej chwili pytasz, Agnieszko: „Nic nam nie zrobią?”. Baliście się?

 

A.Sz.: Strach to za dużo powiedziane, ale na pewno byłam w tak zwanym trybie czuwania. Nie bałam się tych chłopaków, z którymi rozmawialiśmy. Może czułam niepokój z powodu atmosfery w tunelach pod ulicami Berlina, gdzie chodziliśmy. Pamiętam wyjątkowo agresywnego Szweda, który chodził od kąta do kąta i wydzierał się w niebogłosy. Inni też wydawali dziwne dźwięki. Wtedy zadałam to pytanie.

 

A.B-Z.: Nie. Ja nie. Swojskie chłopaki. Biały dzień. Nieraz realizowałem reportaże w środowiskach wyjątkowych, trudnych i nigdy nie spotkało mnie niebezpieczeństwo. Groźnie może być nocą. Pamiętam, jak kręciliśmy materiał w korytarzach podziemnych na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Tam rzeczywiście czuliśmy strach.

 

Bezdomność w Berlinie jest wyborem czy przymusem?

 

A.B-Z: Berlin jest najłatwiejszym celem dla ludzi z województw zachodniej Polski. Często muszą oni – lub chcą – opuścić dom. Albo się nie układa z żoną, albo mają zatargi z prawem i uciekają przed wyrokiem, alimentami. Albo uciekają w rejony bardziej przyjazne dla bezdomnych, bo w Polsce, na dworcach czy w parkach, nie wolno im przebywać, policja ich goni. A w Berlinie możesz rozłożyć materac nawet zasikany przed sklepem spożywczym.

 

Z reportażu wynika, że koczują nawet w pobliżu komendy policji. „Tu jest wolność, a w Polsce nie ma wolności”, mówi jeden z nich. Czy to jest poza? 

 

A.B.Z: Myślę, że takiego dokonują wyboru. W Berlinie jest im łatwiej aniżeli w Polsce. Dostają większą pomoc.

 

A.Sz.: Tam wszystko mają na tacy. Markowe ubrania z Prady czy Calvina Kleina, nie tylko z sieciówek. Codziennie dostają jedzenie. Kiedy pytaliśmy Niemców o osoby w kryzysie bezdomności mówili, że tak im się życie ułożyło. Że nie chcą ich marginalizować, bo to są ludzie wolni. Raz tylko dyrektor szpitala w Guben wpadł w zakłopotanie, kiedy Adam zapytał go, co zrobiłby, gdyby bezdomny rozłożył się przed wejściem do szpitala. Generalnie są jednak w pełni zrozumienia dla smutnych historii tych ludzi. Uważają, że trzeba im pomóc. I tak się zdarza, że w kubku ląduje pięćdziesiąt lub sto euro. Inna sprawa, że bezdomni mają z kolei opracowane metody okradania. Staliśmy chyba z godzinę pod sklepem i z dumą opowiadali nam, jak to potrafią sprytnie ulotnić się z danym towarem.

 

„Ze sklepu wynoszę torby jedzenia. Nigdy nic nie kupiłem. Wiem, jak wyjść ze sklepu z plecakiem perfum. Nie zadziała żaden alarm” – mówi jeden z nich. Inny opisuje, że wpuszczają kolegę, który zachowuje się podejrzanie. Na nim koncentrują się ochroniarze. W tym samym czasie „dwóch jego kolesi bierze po zgrzewce piwa i wychodzą”. 

 

A.B-Z.: Warto dodać, że w Berlinie wśród bezdomnych najwięcej jest Polaków.

 

Podajecie w reportażu, że w Berlinie bezdomnych jest od 3 do 6 tysięcy. Ponad połowa z nich to Polacy. Ale dlaczego nie chcą wracać? Argumentują: „Wstyd wrócić do Polski”. „Co mam tam robić?”.

 

A.B-Z.: Rzeczywiście trzeba ogromnego samozaparcia, aby ponownie znaleźć się w Polsce. Jeśli nawet mają uregulowane kwestie prawne i więzienie ich nie wzywa, musieliby w Polsce podjąć pracę. A często są to ludzie uzależnieni od alkoholu i narkotyków, dlatego trudno się im poukładać.

 

A.Sz.: Nie chcą wracać, ale w pewnym sensie także nie mogą, bo na wielu z nich nikt w Polsce nie czeka.  Jeden z naszych bohaterów mówi, że jak wyjeżdżał z Polski, miał zęby. Teraz ich nie ma. Wyjeżdżając miał dokumenty, plecak, smartfon, wyglądał inaczej. Teraz nie ma nic i honor nie pozwala mu się do tego przyznać. Jak Dariuszowi, któremu z berlińskiej bezdomności pomogła wyjść Fundacja„Barka”. Dali mu pracę i spanie w gospodarstwie ekologicznym „Barki” w Chudobczycach. Ale długo nie chciał zadzwonić do mamy, bo co miał jej powiedzieć? Że jest w jakimś ośrodku? Że jest z innymi byłym bezdomnymi? Że niewiele zarabia i ma długi? Wielu z tych ludzi żyje w strachu, jak rodzina ich przyjmie.

 

Znaleźliście osobę, która zdecydowała się na powrót. Chciała kupić bilet powrotny i …

 

A.B-Z.: … trzydziestoletni mężczyzna dzwoni do mamy, rozmawia z nią ciepło i pyta: „Mamo, mam wracać?”. „Nie, nie. Zostań tam. Tu nie ma po co wracać” – słyszy w odpowiedzi. Bezdomny ma łzy w oczach. Na pożegnanie mówi tylko: „Kocham Cię”.

 

Jakie mieliście największe kłopoty przy realizacji tego reportażu?

 

A.B-Z.: Chcieliśmy się dowiedzieć, jak problem bezdomnych Polaków w Berlinie widzą niemieckie służby socjalne. Nie sposób było umówić się z nimi z dnia na dzień, a nie mieliśmy więcej czasu na realizację. U nich to zawsze trwa.

 

A.Sz.: Nagrywaliśmy materiał na wielu ulicach w Berlinie. Przy montażu okazało się, że każda brzmi inaczej i trudno to było złożyć w jedną sensowną całość tak, aby słuchacze się nie pogubili.

 

Trudne były też rozmowy z bezdomnymi, którzy wzajemnie wchodzili sobie w słowo. Przekrzykiwali się. Jazgotali. Co chwilę koncentrowali się na czymś innym. Poradziliśmy sobie z tym tak, że jedno z nas nagrywało, a drugie zajmowało się odciąganiem przeszkadzających. Doszło do tego, że nawet im śpiewałam, aby Adam mógł spokojnie porozmawiać. Do tego sam fakt nagrywania na ulicy, gdzie stale jeździły samochody, autobusy, pociągi, metro, a my przecież dotykaliśmy kwestii delikatnych, osobistych, czasami intymnych, wymagających wyciszenia i nie mogliśmy tego zrobić z przysłowiowego buta. Musieliśmy te relacje najpierw zbudować.

 

A.B-Z.: Trudnością było też przekazanie słuchaczom zapachów bezdomnych.

 

Ano właśnie. Rozmawialiście wśród kartonów, cuchnących materacy, butelek, niedojedzonych konserw, zepsutych bananów. Jak w radiu przekazać zapach?

 

A.B-Z: To był bardzo ciekawy eksperyment. To, czego nie mogliśmy przekazać w dźwięku włożyliśmy w słowa lektorowi. Niektóre przekazy podbijał autentyczny głos, jak ten Niemca, który użył wulgarnego „Scheiße”. Wydobywaliśmy także dźwięki stada much, turlanych butelek, kopanych puszek. Łączyliśmy je z przetworzoną muzyką, która budowała klimat grozy i brudu.

 

Wasz reportaż „Bilet powrotny proszę” zrealizowany został w cyklu „Życie na granicy”, który opowiada, jak układają się relacje polsko–niemieckie. Za ten materiał zgarnęliście już wiele nagród. Czy można teraz liczyć na Prix Italia, radiowego Oskara?

 

A.Sz.:  Może ten reportaż miałby takie szanse, gdyby został na ten konkurs wysłany. Ale z informacji, które do mnie dotarły wynika, że władze Polskiego Radia nie zamierzają go prezentować na zagranicznych konkursach. Powodem jest moje przejście ze Studia Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia do Radia 357. Jeśli pytasz mnie o to, co na ten temat myślę, to mogę powiedzieć, że Polskie Radio samo strzela sobie w stopę. Tworząc ten reportaż pracowałam w Studiu Reportażu i radio ma pełne prawo wykorzystać wszystkie nagrane podczas wyjazdu materiały i reportaże. Tym bardziej, że samo finansowało te dwa tygodnie nagrywania i życia przy granicy polsko-niemieckiej. Powstały dobre reportaże, dotykające ważnych tematów i relacji polsko-niemieckich. Polskie Radio ma pełne prawo się nimi chwalić, nie tylko w Polsce ale i zagranicą. Dlaczego tego nie robi?

 


 

Agnieszka Szwajgier

Ukończyła studia psychologiczne (KUL), dokumentalne (UW) i muzyczne (Akademia Muzyczna w Łodzi). Debiutowała w Polskim Radiu Lublin w 2013 roku – zajmowała się audycjami kulturalnymi do programów takich jak „Studnia Akademicka” i „Halo Kultura”. Cztery lata później rozpoczęła pracę w Programie 3 Polskiego Radia. W ramach trójkowej akcji „Jesteśmy Połączeni” przygotowywała relacje z Kanady, Stanów Zjednoczonych, Japonii, Norwegii, Estonii i Afryki, a także z wyprawy Daru Młodzieży. Współpracowała z Teatrem Polskiego Radia, gdzie zajmowała się oprawą muzyczną słuchowisk. Pracowała także w Studiu Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. Stworzyła własną Pracownię Podcastów Sounds and Stories. Obecnie jest dziennikarką Radia 357.

 

Adam Bogoryja-Zakrzewski

Absolwent ekonomii na Politechnice Szczecińskiej i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Karierę rozpoczynał w Akademickim Radiu Pomorze, potem trafił do rozgłośni Polskiego Radia w Szczecinie. Pracował w Telewizji Polskiej w redakcjach „Wiadomości” i „Panoramy”. Był dziennikarzem programu „Interwencja” w Telewizji Polsat. Współpracował z Redakcją Filmów Dokumentalnych TVP1 oraz Redakcją Reportażu TVP2. Jest pracownikiem Studio Reportażu i Dokumentu Polskiego Radia. W ubiegłym roku został laureatem Konkursu Reportażystów Melchiory 2020.

 

 

Nasi bracia w Amazonii – rozmowa z ks. ROMANEM SIKONIEM, laureatem Nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego

Kościół katolicki nigdy nie pomaga na siłę. Nie zmusza Indian Yanomami, żeby porzucili życie w wiosce i zmienili styl życia. Pomaga na tyle, na ile chcą tego odbiorcy – mówi ks. Roman Sikoń, salezjanin, który otrzymał Nagrodę im. Kazimierza Dziewanowskiego za film „Rzeka życia”. Wyróżnienie jest przyznawana za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie.

 

Patrząc na bohaterów najnowszego księdza filmu zatytułowanego „Rzeka życia”, braci i księży salezjan Sławomira i Piotra Drapiewskiego, którzy płyną łodzią po Amazonii i odwiedzają wioski zamieszkałe przez indiańskie plemię Yanomami widać, że oni nie mają problemu z tym, czym jest powołanie i sens życia. Jak zwykli ludzie w dzisiejszym, trudnym świecie mogą odnaleźć swoje powołanie i własny sens życia?

 

Żeby znaleźć powołanie, najpierw trzeba się nawrócić, czyli przyjść do Chrystusa i być z Nim. A najlepiej i najprościej uczynić to przez sakramenty święte, przez spowiedź i komunię.

 

Czyli nic nowego.

 

Bo nie ma żadnej nowej recepty, chociaż mamy różnych charyzmatyków i przeróżne nowe nabożeństwa. Ale nawet one – jeżeli są prawdziwe i rzeczywiście pochodzą z Ducha Św. – mają nas doprowadzić do spowiedzi i komunii świętej oraz do tego, żebyśmy się nawracali  każdego dnia. Nawrócenie jest pierwszym warunkiem dojścia do swojego powołania. A potem, kiedy już się nawrócimy, trzeba zadać sobie pytanie dlaczego ja rozmyślam o Bogu, a moi koledzy mają inne dylematy życiowe. Potem potrzebna jest decyzja co zrobić z powołaniem.

 

Jak można przekonać współczesnego człowieka, że jest mu potrzebna wiara katolicka?

 

Na ile my jako salezjanie możemy, przekonujemy przez argumenty logiczne i rozumowe oraz poprzez Słowo Boże i tłumaczenie Słowa Bożego według tego, czego uczy Kościół katolicki. Potrzebna jest również łaska wiary. Ufam, że każdy człowiek ma taką łaskę, bo o każdego Pan Bóg się upomina i każdy potrzebuje Boga. Ale niestety, w swojej wolności, którą też dał nam Bóg, wybieramy inne bożki.

 

Tak dzieje się przez całą historię świata. Najbardziej popularny bożek, czyli pieniądz, ale również może być to władza czy inne wierzenia. Teraz mamy ich mnóstwo. Wróżki, przeróżne sekty. Atakują nas religie Dalekiego Wschodu nie mówiąc czym tak naprawdę są i w co każą wierzyć. Uczą nas bliżej nieokreślonej filozofii pokoju. A jeżeli przyjrzymy się i dotrzemy do sedna sprawy zobaczymy, że jeżeli nie ma tam Boga w Trójcy Świętej jedynego, jeżeli nie ma Kościoła katolickiego to jest tam po prostu szatan. Nie ma pośredniego środka czy odpowiedzi na sens życia ludzkiego. Jest tylko Bóg lub szatan. Czasem diabeł przybiera różne formy i nakłada na siebie różne stroje.

 

Indianie Yanomami mają całkiem inne problemy, mniejsze oczekiwania i potrzeby niż my, ludzie żyjący w Polsce. Czy oni odnaleźliby się w naszym bardzo zmaterializowanym świecie?

 

Indianie Yanomami, którzy chcą dołączyć do naszego świata mogą z tego skorzystać. Brazylia oferuje im różne możliwości rozwoju np. edukację. Te wszystkie wioski i miasteczka np. św. Izabeli,  św. Gabriela, św. Jana Bosko czy św. Dominika Savio, które widzicie Państwo w filmie „Rzeka życia”, powstały dzięki misjom salezjańskim. Może trudno w to uwierzyć, ale taka jest prawda. Salezjanie na początku zanieśli im to, czego najbardziej potrzebowali, żeby rozwijać się i żyć w pokoju. Zanieśli im przede wszystkim Słowo Boże, ale i nauczyli uprawy roli.

 

Dlaczego tych wiosek w Amazonii wcześniej nie było?

 

Zamieszkali tam obecnie Indanie przemieszczali się z miejsca na miejsce, ponieważ walczyli z innymi szczepami Yanomami albo plemionami Indian amazońskich o jedzenie i kobiety. A te piękne, malownicze wioski, które można zobaczyć na filmie powstały dzięki temu, że misjonarze dziesiątki lat temu nauczyli ich uprawy manioku. Dzięki temu nie musieli już walczyć o jedzenie, o przeżycie, ale mogli osiąść na stałe. Na filmie są sceny, na których widać, jak maniok jest pieczony w specjalnych  plackach. Jest też scena, kiedy miejscowy misjonarz Brazylijczyk przywozi im sadzonki palm kokosowych i razem z dziećmi sadzi je. Taka jest tamtejsza rzeczywistość i cieszę się, że mogłem się o  niej dowiedzieć będąc tam na miejscu. Salezjanie musieli zrezygnować z wielu miejsc, gdzie wcześniej pracowali.

 

Z czego to wynika kryzys powołań u salezjanów?

 

Z szeregu różnych przyczyn, m.in. z konsumpcyjnego stylu życia, postępującej laicyzacji.

 

Ksiądz był na tej wyprawie, płynął ksiądz łodzią?

 

Tak. Ze względu na wysokie koszty pojechałem do Amazonii sam. Robiłem zdjęcia, wywiady i montaż filmu. Nawet raz skąpałem się w rzece z kamerą. Różne sytuacje przytrafiły mi się w trakcie podróży.

 

Drona też ksiądz pilotował?

 

Tak.

 

Długo trwały zdjęcia?

 

Dwa tygodnie. Część czasu pochłonęła sama podróż. Na początku 24 godziny płynęliśmy szybką łodzią, w której się siedzi wygodnie tak jak w autobusie czy samolocie. A później taką łodzią piętrową, którą również widać na filmach i zdjęciach. Ta podróż, z miasteczka Santa Izabela do Manaus, zajęła nam dwa i pół dnia. Z Santa Izabela płynęliśmy dzień do wiosek, które nie leżą przy głównej rzece, ale przy rzece Maravilla, która jest dopływem Rio Negro. Następnie podróżowaliśmy dopływami tej rzeki. Pejzaże, który można podziwiać na filmie robi ogromne wrażenie. W pewnym momencie widzimy potężne góry w sercu Amazonii. A u podnóża tych gór piękna wioska Yanomani, którzy tam żyją i z wielką radością witają misjonarzy, którzy ich odwiedzają od czasu do czasu.

 

Dowiedział się ksiądz czegoś nowego o powołaniu i sensie wiary podczas pracy nad filmem?

 

Pozytywnie zaskoczyło mnie, jak wielkie było oddziaływanie misjonarzy jeszcze czterdzieści, trzydzieści czy nawet dwadzieścia lat temu. Teraz nadal żniwo jest wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Do przyczyn spadku powołań, o których mówiłem wcześniej, należy dodać jeszcze jeden istotny  fakt: Brazylia i Ameryka Południowe są poddane nowej reformacji.

 

Na czym ona polega?

 

Działalność wspólnot protestanckich ze Stanów Zjednoczonych jest tak wielka, że w Brazylii jest już więcej ludzi ochrzczonych w kościołach protestanckich niż w Kościele katolickim. A kiedyś Brazylia była największym krajem katolickim na świecie. Tak naprawdę nie wiemy w co te kościoły protestanckie wierzą, bo jest ich dziesiątki tysięcy. Kiedy upada wiara katolicka ten upadek niesie ze sobą jeszcze inne poważne konsekwencje.

 

Jakie jeszcze?

 

Jeżeli upada Kościół katolicki, zanika niesienie pomocy humanitarnej, która jest przekazywana do wszystkich, również do osób niewierzących. Gdzie działa Kościół katolicki, tam jest niesiona pomoc humanitarna. Działają szpitale, szkoły, żłobki, domy dla narkomanów, przytułki dla sierot. Jeżeli brakuje misjonarzy, brakuje Chrystusa w najważniejszym, czyli w sakramentalnym sensie. Brakuje również prawdziwej miłości i braterstwa, które są w Jezusie Chrystusie. Bycie misjonarzem albo człowiekiem, który pomaga misjonarzom w organizacjach kościelnych nie oznacza, że wspiera się nieznanych ludzi, ale nasze siostry i braci w Chrystusie Panu. Misjonarze nie pomagają z powodu ogólnoludzkich przyczyn, ale dlatego, że ci, których wspieramy są naszymi siostrami i braćmi. Kościół katolicki nigdy nie pomaga na siłę. Nie zmusza Indian Yanomami, żeby porzucili życie w wiosce i zmienili styl życia. Pomaga na tyle, na ile chcą tego odbiorcy. Jeżeli oni chcą iść do szkoły czy na studia Kościół również im pomaga. W każdej wiosce u  Indian Yanomami mieliśmy spotkanie z ich radą starszych. Zawsze pytali: dlaczego nie przyjeżdżacie, dlaczego nie ma misjonarzy w naszej wiosce. Domagali się misjonarzy. Pamiętali duchownych, którzy kiedyś ich częściej odwiedzali. Najczęściej byli to włoscy salezjanie. Zabawne było to, że mówili: widzę, że jesteście prawdziwymi salezjanami, bo macie brody.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, fot. Szymon Łaszewski

 


 

Ks. Roman Sikoń SDB

Rocznik 1976 r., absolwent historii na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Wolontariusz Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego w Krakowie, był na misjach w Kenii i w Tanzanii. W zgromadzeniu salezjańskim od 2006 r., święcenia kapłańskie przyjął w 2013 r. Kręceniem filmów zajmuje się od 2008 r. Członek SDP od 2009 r. Filmy jego autorstwa były emitowane m. in. w TVP1, TVP Kraków, TV Trwam, TV Religia oraz w ogólnoświatowej amerykańskiej telewizji katolickiej EWTN.

Pamięć historyczna jest konieczna – rozmowa z PIOTREM ZARĘBSKIM, laureatem Nagrody im. Janusza Kurtyki

Zawsze burzę się, jak słyszę, że powinniśmy iść do przodu, nie bacząc na przeszłość, że nie liczy się historia, tylko to, co dziś i jutro. Takie myślenie jest dywersją dla narodu – mówi Piotr Zarębski, reżyser, laureat Nagrody im. Janusza Kurtyki SDP,  w rozmowie z Błażejem Torańskim.

 

Twój film „Bądź wierny, idź i pamiętaj” o bohaterstwie i męczeństwie Polaków jest niezwykle eklektyczny. Jest w nim masa wątków: od 11 listopada 1918 roku i Traktatu Wersalskiego przez polonizację Pomorza, dojście Hitlera do władzy, hitleryzację Gdańska, Westerplatte, Monte Casino, Katyń, powstanie warszawskie, po zamachy na Hitlera, wywózkę Polaków do łagrów i Żołnierzy Wyklętych. Natłok faktów, strumień wiedzy. Nie za dużo grzybów w barszczu?

 

Muszę nawiązać do genezy, do tego, jak ten film się rodził. Ojciec Grzegorz Moj z Telewizji „Trwam” zwrócił się do mnie, abym wykorzystał zgromadzony materiał filmowy, ponieważ nikt nie chciał się tego podjąć. Były to: wywiady, scenki, archiwalia – nakręcone przy różnych okazjach i niepowiązane ze sobą, bez wspólnej myśli. W sumie kilkadziesiąt godzin. Pierwotny zamysł był bardzo ogólny: aby zrealizować film o II wojnie światowej na Pomorzu. Ale nie było scenariusza, jakiejkolwiek koncepcji. Musiałem więc najpierw ten materiał mocno zanalizować i opisać. Samych wywiadów było kilkadziesiąt godzin nagrań. Materiał był bardzo różnorodny technicznie. Dodam, że te materiały nagrywali nie tylko pracownicy TV Trwam, na przykład Łukasz Bindek czy Witold Pobudzin, ale także studenci Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Ponadto studenci obok profesjonalnych aktorów wcielali się w niektóre role odtwórcze.

 

To sytuacja wyjątkowo nietypowa, jakby odwrócenie procesu twórczego. Zwykle reżyser ma pomysł, budżet i dopiero wtedy zaczyna nagrywać materiał.

 

Dokładnie tak. Musiałem pracować na zebranym materiale, na tyle eklektycznym, że konieczne były dokrętki, aby scalić ten materiał i opowiedzieć o najważniejszych w tym czasie wydarzeniach z historii Polski. W rezultacie Traktatu Wersalskiego, kiedy Polska odzyskiwała niepodległość i dostęp do morza, Pomorze odgrywało kluczową rolę. W tej układance szczególna rola przypadła Kaszubom, którzy zawsze byli związani z Polską i walczyli o Polskę. Dlatego na nich spadły największe represje ze strony Niemców, ale i Sowietów, którzy potem zajęli te ziemie i Kaszubów uznawali za Niemców.

 

Sowieci w 1945 roku zadali mieszkańcom Pomorza więcej strat, aniżeli Niemcy przez pięć lat wojny. Historyk, dr hab. Piotr Niwiński mówi, że Sowieci palili, gwałcili, rabowali, mordowali, wybebeszali tę ziemię. Traktowali ją, jak zdobycz wojenną, z brutalnością dziczy azjatyckiej.

 

Najczęściej do piekła porównujemy obozy koncentracyjne, tymczasem słabiej znamy dramaty Polaków i Kaszubów na Pomorzu. Chciałem je pokazać w kontekście wydarzeń w całej Polsce, dlatego ten film musiał mieć tyle wątków. To była trudna praca. Ogrom narzuconego materiału filmowego onieśmielał niejednego twórcę w podejściu do tego tematu.

 

Nie nęciło Cię jednak, aby pochylić się wyłącznie nad jednym wątkiem – na przykład Kaszubów, jak uczynił to Filip Bajon w „Kamerdynerze” – a nie iść „w cały świat”, nawiązując nawet do prób zamachów na Hitlera?

 

To nie są fakty znane ogółowi. Uważam, że realizując film historyczny, należy pamiętać także o wymiarze edukacyjnym. Dlatego postanowiłem włączyć do filmu jak najwięcej faktów, ile tylko można, byle tylko widz się nie znużył. Uznałem, że warto było to zrobić, kiedy po projekcji ujrzałem łzy w oczach widzów.

 

A które wątki wydają Ci się unikatowe, nieodkryte? Wydaje się, że o każdym z tych tematów nakręcono setki filmów i napisano tyle samo książek.

 

Mało znane są prowokacje, jakie stosowano wobec polskich żołnierzy na Westerplatte.

 

Rzeczywiście. Fakt zastrzelenia w sierpniu 1939 roku przez bojówkę niemiecką Michała Różanowskiego, pełniącego służbę graniczną. W jego ciele, jak informowały gazety, zaszyto narządy rodne kobiet i śmieci. Albo: we Wrzeszczu w jednej z kawiarni napisano: „Psom i polskim studentom wstęp wzbroniony”. Co jeszcze?

 

Dla mnie najbardziej wstrząsający jest fakt donoszenia przez Niemców na swoich sąsiadów Polaków. Od początku II Rzeczypospolitej tworzyli listy przeznaczonych do likwidacji. Przejmowali ich majątki i likwidowali polskość. Szpiegowali Polaków, analizowali, co mówią i piszą. Te listy, przeznaczonych do eksterminacji Polaków,  tworzyli z premedytacją. To się działo między innymi w Gdańsku, i w Toruniu, i w Bydgoszczy. Transporty polskich dzieci zimą wysyłano do obozów w bydlęcych wagonach. Kiedy otwarto te wagony w Krakowie Płaszowie okazało się, że dzieci zamarzły na śmierć w bryłach lodu. W tym filmie jest wiele przykładów uderzających w serce i emocje widzów. Gdybym przedstawił same fakty historyczne, daty i liczby, powstałby nudny film, jak zapisy w encyklopedii. Film musi być wyreżyserowany i nieść wartości.

 

Stawiasz znak równości między Niemcami i Sowietami. Jedni i drudzy mieli ten sam cel: likwidację państwa polskiego. Obaj okupanci nauczyli się, że podstawą polskiej świadomości są elity społeczne i Kościół. To jedna z największych wartości tego filmu. Podobnie, jak cytat z prof. Tomasza Strzembosza, że polskie państwo podziemne było możliwe nie dzięki strukturom, ale dzięki niewidzialnej nici, która jest miłością do Polski.

 

Jak najbardziej. Przedwojenny patriotyzm polski był jak więzi rodzinne, jak coś naturalnego. Kościół, Bóg, honor, Ojczyzna, to były naturalne wartości. Podstawa. Zarówno w miastach, jak i środowiskach chłopskich. Nie wspominając o elitach, na których eksterminacji skupili się zaborcy Polski tych czasów. Na intelektualistach i na społecznikach, największej wartości narodu. To jest do głębokiej refleksji także dzisiaj, kiedy mamy rzeczywisty problem z elitami. Większość ludzi koncentruje się na materialnej stronie życia, na potrzebach doraźnych, bez myśli o przyszłości.

 

W tytule filmu wykorzystałeś przesłanie Pana Cogito Zbigniewa Herberta: „Bądź wierny Idź”. Ale dodałeś: pamiętaj. Chodzi o pamięć historyczną? O to, że można wybaczyć, ale nie zapomnieć?

 

Dokładnie tak. Ja sobie to tłumaczę tak, że idziemy w życiu do przodu, na swojej drodze pokonujemy różne trudności, idzie nam lepiej lub gorzej, ale musimy pamiętać o historii. Zawsze burzę się, jak słyszę, że powinniśmy iść przed siebie, nie bacząc na przeszłość, że nie liczy się historia, tylko to, co dziś i jutro. Takie myślenie jest dywersją dla narodu. Musimy pamiętać, bo historia jest naszą mądrością. Przywołuję słowa Szymona Wiesenthala: żeby móc się obronić, trzeba być poinformowanym. Ale, żeby być poinformowanym, trzeba  analizować przyczyny i skutki, i pamiętać o naszych bohaterach. Oni doskonale wiedzieli o co walczą. Walczyli o Polskę z okupantem, niezależnie od tego pod jakim szyldem nas okupował. Musimy pamiętać i tę pamięć opierać na prawdzie.

 

Jesteś wybitnym dokumentalistą. Dobrze, że do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich należą także artyści, bo nadają SDP poloru, czynią naszą organizację twórczą. Ale Twoich dokonań dziennikarskich nie znam. Są takie? Czujesz się dziennikarzem?

 

Od kilkudziesięciu lat realizuję filmy. Nigdy nie wykonuję poleceń „z góry”.  Między jednym a drugi obrazem staję się także dziennikarzem. Na stronie ABCNET Józefa Darskiego – Jerzego Targalskiego można przeczytać kilkadziesiąt moich artykułów, komentarzy dziennikarskich. Nie współpracuję z żadną gazetą, ale jestem aktywny w sieci. Piszę recenzje i komentuję.

 

Czym jest dla Ciebie Nagroda im. Janusza Kurtyki?

 

Janusz Kurtyka przywracał w IPN pamięć historyczną. Nagroda ta jest uznaniem, utwierdzeniem w przekonaniu, że należy podejmować takie projekty twórcze. Zwłaszcza, że archiwa zostały wyczyszczone. Po 1989 roku nikt w Polsce nie był zainteresowany, aby uruchomić armię twórców, żeby zarejestrować odchodzących, rozsianych po świecie bohaterów. Jest konieczność realizowania takich filmów, bo one zostaną na pokolenia.

 


 

Piotr Zarębski

Rocznik 1956. Reżyser, operator i producent filmowy. Absolwent Wydziału Operatorskiego PWSFTviT w Łodzi. Członek m.in. Stowarzyszenia Filmowców Polskich, , Związku Autorów i Producentów Audiowizualnych, Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, wykładowca WSKSiM w Toruniu.