Zapasy w kisielu – ŁUKASZ WARZECHA o wartości mediów społecznościowych

Media społecznościowe stały się jednym z zabójców mediów tradycyjnych. I to na kilka sposobów.

 

Po pierwsze – dla wielu osób są głównym źródłem informacji, także dlatego, że pojawiają się w nich informacje właśnie z mediów tradycyjnych. W związku z tym impuls, żeby sięgać po te tradycyjne media – niezależnie od tego, jaka jest ich forma – maleje. Jeśli na Twitterze przeczytało się dwuzdaniową informację podaną przez np. rozgłośnię radiową – po co jeszcze włączać tę stację na serwis informacyjny, żeby usłyszeć to samo?

 

Po drugie – media tradycyjne pasożytują na mediach społecznościowych, ale w sposób sprawiający, że ich własna jakość poważnie się obniża. Całe teksty na portalach internetowych, czasami materiały telewizyjne czy radiowe, a bywa, że i teksty w czasopismach, budowane są w części lub nawet w całości na cytatach z mediów społecznościowych. To destrukcyjny głuchy telefon: najpierw media tradycyjne podają jakąś informację (często powtarzając ją jak najszybciej za jednym i nie zawsze sprawdzonym źródłem), następnie ta informacja jest komentowana przez różne rozpoznawalne osoby na Twitterze czy Facebooku, a potem media robią z tych komentarzy kolejny materiał. Nie wnosi to kompletnie niczego do debaty.

 

Po trzecie – media społecznościowe stały się wygodnym miejscem wymiany nawet nie opinii, ale ciosów. Kiedyś taka wymiana wymagała jednak pewnego wysiłku i argumentacji, gdy odbywała się na zasadzie dyskusji na gazetowe teksty opiniowe czy choćby w studiu telewizyjnym albo radiowym. Dziś wystarczy 280 znaków na Twitterze – albo nawet mniej, jeśli ktoś umie dokopać przeciwnikowi w bardziej lakoniczny sposób. A że w sferze publicznej dominują emocje – odbiorcy do tego właśnie przyzwyczajeni znajdują zaspokojenie swoich potrzeb obserwacji zapasów w kisielu właśnie w mediach społecznościowych.

 

Ponarzekać oczywiście można, ale nie ma się co kopać z koniem – tak po prostu jest, media społecznościowe są częścią naszej rzeczywistości, a ja sam pisałem wiele razy na portalu SDP, że Twitter jest dla dziennikarza i publicysty właściwie narzędziem pracy. Narzędziem – to znaczy, że pozwala zapoznać się z trendami czy emocjami w najaktywniejszej politycznie części odbiorców, uchwycić reakcje polityków na wydarzenia czy też wdać się w dyskusję z wieloma osobami naraz, w tym z politykami czy innymi dziennikarzami. Czy jednak media społecznościowe mogą być w takim razie miejscem, gdzie realizowane jest dziennikarstwo – nie w sposób przyczynkarski, ale porządnie i rzetelnie? Wątpię.

 

Owszem, media społecznościowe są istotnym uzupełnieniem innych sposobów dotarcia do odbiorców. Trudno znaleźć dzisiaj poważną, większą redakcję, która nie miałaby konta w najważniejszych serwisach i nie korzystała z ich możliwości, żeby podrzucać odbiorcom swoje materiały. To jednak tylko dodatek, choćby dlatego, że media społecznościowe na ogół wymuszają skrótowość i nie sprzyjają pogłębieniu tematu. To nie jest miejsce, gdzie odbiorca mógłby się skupić na materiale choćby przez nieco dłuższy moment.

 

Jakiś czas temu opublikowałem w „Dzienniku Gazecie Prawnej” obszerny wywiad z socjologiem dr. Michałem Łuczewskim. Łuczewski bardzo interesująco mówił o przymusie szybkiej reakcji, która pojawia się, gdy korzystamy z mediów społecznościowych. Tłumaczył, że to swego rodzaju odruch obronny: musimy się odnieść do sprawy, zanim ktoś odniesie się do nas, być może niekorzystnie i agresywnie.

 

To nie jest środowisko, które pozwalałoby na spokojne odbieranie przekazywanej informacji, nie mówiąc już o obszerniejszej analizie czy komentarzu. Tu jednak wciąż optymalne jest środowisko, w którym komunikacja jest jednokierunkowa, przynajmniej na etapie przyswajania materiału. Środowisko, w którym nie ma „hałasu”. Tymczasem media społecznościowe ze swojej natury tworzą otoczenie takiego „hałasu” pełne.

 

Zauważmy, że nie powstało na razie medium, korzystające jedynie z Facebooka czy Twittera – i nie jest to oczywiście przypadek. Poza wyżej wymienionymi przyczynami może chodzić też o obawę przed cenzorską polityką tego typu miejsc.

 

Pomiędzy mediami a mediami społecznościowymi istnieje, owszem, nieco wymuszona symbioza. Wymuszona, bo skoro już społecznościówki istnieją, to trzeba było nauczyć się z nich korzystać w taki sposób, żeby przynosiło to jednak jakieś korzyści. Nie oznacza to jednak, że mogą one zastąpić media tradycyjne czy nawet stanowić jeden z w pełni równoważnych sposobów kanałów, którymi te będą się posługiwać.

 

Łukasz Warzecha

POD PATRONATEM SDP. II Mistrzostwa Polski Dziennikarzy w Tenisie Stołowym

W dniach 2 – 3 września w Tarnobrzegu odbędą się II Mistrzostwa Polski Dziennikarzy w Tenisie Stołowym. Zgłoszenia do imprezy przyjmowane są do 15 sierpnia.

 

Organizatorem mistrzostw są: KTS Enea Siarkopol Tarnobrzeg, Polski Związek Tenisa Stołowego, Urząd Miasta Tarnobrzega, MOSiR Tarnobrzeg.

 

W zawodach mogą brać udział dziennikarze posiadający zaświadczenie z redakcji, że czynnie dla niej pracują, od minimum 2 sezonów nie posiadają licencji zawodniczej i nie biorą udziału w rozgrywkach (Super Liga/Ekstraklasa Kobiet, I i II liga) prowadzonych przez Polski Związek Tenisa Stołowego oraz nie grają w ligach zagranicznych. Dopuszcza się osoby posiadające licencję weterana.

 

Zgłoszenia do Mistrzostw przyjmowane są tylko i wyłącznie do 15 sierpnia 2021 roku. Należy się zgłosić drogą elektroniczną: [email protected] lub telefonicznie: 514 700 126. Organizatorzy pokrywają koszty noclegów i wyżywienia uczestników zawodów.

 

Szczegółowe informacje w komunikacie zawodów TUTAJ.

 

red.

 

Między biegunami – ks. ARTUR STOPKA o „obiektywnym dziennikarstwie”

Jacek Kurski stwierdził, że w czasach gwałtownych konfliktów politycznych, tożsamościowych, kulturowych, ideowych i cywilizacyjnych obiektywizm w mediach  jest po prostu nierealny i już nieosiągalny. Ale czy na pewno nie ma na niego zapotrzebowania w spolaryzowanym społeczeństwie?

 

Znany socjolog z Uniwersytetu Śląskiego prof. Krzysztof Łęcki prawie trzy kwartały temu na swoim fejsbukowym profilu zamieścił dużymi literami, niczym mema, interesującą poradę. „Chcesz potwierdzenia, że dobrze myślisz? Odwiedź swój ulubiony portal – albo zajrzyj do swoich znajomych z fb” – zasugerował gronu swoich znajomych. Nic nie wskazuje na to, że żartował, ponieważ swojej podpowiedzi nie opatrzył uśmieszkiem, przymrużonym okiem ani jakimkolwiek innym emotikonem.

 

Ten sam naukowiec i publicysta pół roku później podzielił się w tym samym miejscu ni to spostrzeżeniem, ni to diagnozą, ni to refleksją. „Ostra polaryzacja skutkuje rosnącym prymitywizmem” – powiadomił wszystkich, którym dane było zobaczyć jego post.

 

Choć w żadnym z tych umieszczonych w mediach społecznościowych wpisów nie ma mowy o obiektywizmie, chociaż tylko jeden odnosi się do kwestii polaryzacji, a drugi tylko pośrednio kieruje myśl ku dziennikarstwu, to jednak coś je łączy. Obydwa mogą być pomocne w szukaniu odpowiedzi dla poważnego zagadnienia, zawartego w pytaniu „Czy w spolaryzowanym społeczeństwie jest zapotrzebowanie na obiektywne dziennikarstwo?”.

 

Stan faktyczny

 

Można odnieść wrażenie, że żyjemy w czasach, w których samo pojęcie obiektywizmu, nawet w jego potocznej, słownikowej treści, okazuje się kłopotliwe. Nie jest przesadnie często obecne w codziennej egzystencji dużej części ludzi. Bywa, że nie jest też prawidłowo rozumiane. Zgodnie ze słownikową definicją obiektywizm, do „Przedstawianie i ocenianie czegoś w sposób zgodny ze stanem faktycznym, niezależnie od własnych opinii, uczuć i interesów”.

 

Jednak problem pojawia się przy określaniu „stanu faktycznego”. Okazuje się, że dość powszechnie jest on utożsamiany z czymś, co można określić jako „moją wersję” wydarzeń. Za stan faktyczny uważany jest przez wielu ich ogląd rzeczywistości. Nie zdają sobie sprawy, że jest on uwarunkowany ich emocjami, poglądami, punktem widzenia itd. Zjawisko to dotyka zarówno odbiorców mediów, jak i ich twórców i dysponentów.

 

„My” i „oni”

 

Mówiąc o polaryzacji, jako zjawisku społecznym, zwykle wskazuje się, że polega ona na wyraźnym zaznaczaniu (się) różnic, akcentowaniu skrajności w stanowiskach wobec jakiejś kwestii, przekonaniach, poglądach na jakiś temat. Przypomina się, że jej istotą jest podział dotyczący grup społecznych, ideologii, systemów. Że efektem polaryzacji są siły przeciwstawne sobie, antagonistyczne.

 

Warto jednak podkreślić aspekt polaryzacji, który nie jest szczególnie eksponowany, a wcale nie dla wszystkich oczywisty (nie każdy, kto słyszał o polaryzacji, kojarzy ją z biegunowością). Chodzi o to, że polaryzacja w sensie ścisłym to rozdzielenie elementów jakiegoś układu tylko na dwie grupy. A to prowadzi do bardzo konkretnego sposobu postrzegania rzeczywistości. Staje się ona zero-jedynkowa, czarno-biała. Istnieją w niej tylko dwie grupy – „my” i „oni”. Polaryzacja jest sposobem radykalnego upraszczania nie tylko obrazu świata, ale również relacji międzyludzkich. Niesie daleko idące skutki w polityce, w poszczególnych sferach życia społecznego, a więc także w mediach.

 

W nierealnym świecie

 

Skutkiem polaryzacji jest zapominanie, iż pomiędzy biegunami znajduje się coś jeszcze. Że rzeczywistość jest bogatsza. Wielokolorowa, nie dwubarwna. Że w każdej sprawie może istnieć i istnieje wielość poglądów, a nie tylko dwa. Że żadna społeczność nie składa się wyłącznie z „naszych” i „obcych”. Rezultatem polaryzacji jest życie i funkcjonowanie w nierealnym, sztucznie wykreowanym świecie. W rzeczywistości, w której brakuje prawdy. Obiektywnej prawdy. Takiej, która nie jest wymysłem człowieka.

 

O potrzebie uznania obiektywnej prawdy pisali polscy biskupi w 2014 r. w liście pasterskim z okazji IV Tygodnia Wychowania. Stwierdzili m. in., że współczesny świat próbuje narzucić ludziom przekonanie, iż nie ma żadnej obiektywnej prawdy, a każdy człowiek rozumie i stosuje ją na swój własny, indywidualny sposób. „Co więcej, na człowieka głoszącego istnienie obiektywnej prawdy, według której pragnie on żyć, patrzy się z podejrzliwością, a nawet z lekceważeniem” – wskazywali. Zdiagnozowali też, że w takiej sytuacji przestają obowiązywać wszelkie stałe wartości.

 

Niemożliwy i nieosiągalny?

 

Przyjmuje się wtedy, że nie ma żadnych niepodważalnych punktów odniesienia, a zatem wszystko jest niestałe i zmienne” – zauważyli polscy hierarchowie katoliccy. Przywołali też słowa św. Jana Pawła II, który stanowczo przypominał: „W sytuacji, w której nie istnieje żadna ostateczna prawda będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza”. W następnym zdaniu Papież Polak przestrzegał: „Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo przemienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”.

 

Powyższe słowa biskupów i Papieża odnoszą się w znacznej mierze także do mediów. Wskazują, na czym polega istota obiektywizmu w dziennikarstwie. Od dawna pojawiają się głosy, że nie jest on w mediach w ogóle możliwy. W 2017 r. prezes TVP Jacek Kurski w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” stwierdził stanowczo „Nie ma żadnego obiektywnego medium”. Twierdził, że obiektywizm powstaje na nieskrępowanym zderzeniu różnych propozycji i tych ofert. Przekonywał, że ideał BBC z lat 60., oparty na założeniu, iż jakieś medium może być idealnie obiektywne, w czasach gwałtownych konfliktów politycznych, tożsamościowych, kulturowych, ideowych i cywilizacyjnych jest po prostu nierealny i już nieosiągalny. „Ludzie – i to pokazują różne badania – chcą wyboru spośród wyrazistych tożsamości” – zapewniał.

 

Istnieje obiektywnie

 

Zapewne część odbiorców faktycznie chce takiego wyboru. Ale czy wszyscy? Czy świadome polaryzowanie sfery mediów nie jest przymuszaniem części czytelników, widzów, słuchaczy, do funkcjonowania w realiach, które im nie odpowiadają? Mało tego, są sprzeczne z ich oglądem świata, z przekonaniem, że istnieje prawda obiektywna, która wcale nie jest wynikiem jakiegokolwiek wyboru.

 

Choć polaryzacja wydaje się sytuacją przez media i dziennikarzy pożądaną, ponieważ ułatwia oddziaływanie na emocje i pomaga przywiązywać ich do konkretnych gazet, stacji radiowych, kanałów telewizyjnych, serwisów internetowych czy „baniek” w mediach społecznościowych, to jednak przynosi bardzo negatywne skutki. Prof. Krzysztof Łęcki wskazał jeden z nich, nazywając go „rosnącym prymitywizmem”. Za tym określeniem kryje się obniżanie zarówno poziomu i wartości wytwarzanego w mediach kontentu, jak i zaniżanie oczekiwań oraz potrzeb odbiorców. Długotrwały brak obiektywizmu w mediach, obiektywizmu polegającego przede wszystkim na uznawaniu istnienia prawdy obiektywnej, skutkuje niszczeniem systemu wartości, zarówno w wymiarze społecznym, jak i indywidualnym.

 

Dlatego odpowiedź na pytanie „Czy w spolaryzowanym społeczeństwie jest zapotrzebowanie na obiektywne dziennikarstwo?” jest i musi być twierdząca. To zapotrzebowanie istnieje obiektywnie, niezależnie od tego, czy i w jakim stopniu jest przez dysponentów oraz odbiorców uświadomione.

 

Ks. Artur Stopka

Fakty nie dyskryminują – MAGADALENA KAWALEC-SEGOND o tym jak pisać o osobach LGBT+

Nauka i oparcie się na podstawie naukowej w omawianiu zjawisk przez naukę badanych, daje szansę na uniknięcie tak postawy inkwizytora-ignoranta, jak i słodzącego lizusa.

 

Istnieje pewna powszechnie występująca cecha ludzkiego umysłu, że rzeczy nienazwane nie istnieją. Jest to bardzo adekwatnie oddane w „Księdze Rodzaju”, gdy Bóg mówi do Adama: „ponazywaj je!” I tak Adam oddaje się pierwszej aktywności intelektualnej człowieka jeszcze w Raju. Istnieje i inna prawidłowość odkryta przez językoznawców już dawno temu, że język kształtuje nasze postrzeganie rzeczywistości.

 

Przykład pierwszy z brzegu. Podczas dyskusji w medium społecznościowym z pewną psychiatrą ja, biolog, powiedziałam, że „już przyjęłam szczepionkę”. Dokładnie tak samo, jak powiedziałabym, że już przyjęłam jakiś lek czy inny profilaktyk. Na co owa lekarz psychiatra zarzuciła mi, że sieję propagandę i chcę oswajać ludzi ze szczepieniami („które jak wiadomo są groźnym eksperymentem, a amantadyna wyleczy cię” ze wszystkiego: od liszajca przez kowid po bezpłodność). Sieję zatem ową propagandę szczepionkową, gdyż „przyjmuje to się Komunię”. No niewątpliwie, choć znam i takich, co „wzięli opłatek”. Wg lekarza psychiatry mam mówić „zaszczepiłam się”, na co odpowiadam, że nie mogę, bo sama tego nie zrobiłam. I tak możemy długo, tylko po co?

 

Jest takie miejsce w debacie publicznej od kilku dekad rozgrzewające się i obecnie nie mniej podminowane takimi „argumentami”, jak debata szczepionkowa czy dotycząca organizmów genetycznie modyfikowanych (GMO). Mianowicie rozpala umysły powszechnie (a nie tylko specjalistów niestety) zagadnienie „języka przyjaznego LGBT+”. Spór jest ustawiony od razu tak, aby ów język miał być przyjazny lub nieprzyjazny. Co jest samo w sobie durnowate, ale tak już żyjemy w cywilizacji szczepionkowców i antyszczepionkowców, to dlaczego nie mielibyśmy ustawiać w podobny sposób wszelkich debat. Gdzie przy pomocy nawet tak wytrawnych dziennikarzy, jak Bogdan Rymanowski, widz po spotkaniu w ringu szklanego okienka specjalisty od szczepionek i psychoterapeutki dostaje do zrozumienia, że prawda o szczepieniach leży po środku, a nie tam, gdzie leży.

 

Na łamach magazynu „Press” ukazał się niedawno w kwestii owego pisania o osobach LGBT+ specjalny tekst – nazwałabym go prostym i instruktażowym (TUTAJ). Nie chce wszczynać tu z nim polemiki, bo ze mnie żaden językoznawca, a jako prosty biolog nie poczuwam się do posiadania podstaw wiedzy niezbędnej, mogłabym zatem jedynie z dezynwolturą udawać eksperta. Myślę takiego dziennikarstwa na pewno nie warto nigdy i na żaden temat uprawiać, a jest go wokół aż nadto. Zastanawia mnie jednak, czy koledzy pouczający klimatologów, epidemiologów i wirusologów oraz genetyków i seksuologów, równie bojowo ruszają na fryzjerów, baristów czy zegarmistrzów oraz hydraulików, z którymi z pewnością przychodzi im się zetknąć w codzienności. Obawiam się, że „znanie się na wszystkim” ma się we krwi tak bardzo, że wyłazi z nas przy wszelkich okazjach.

 

Tu zatem punkt pierwszy, dla mnie ważny. Nie piszę o tym, na czym się nie znam. A jak piszę (bo muszę, człowiek dla chleba robi różne rzeczy, typu tekst o psychologii czy archeologii mnie biologowi się przytrafi), to szukam najlepszego możliwego eksperta wśród uczonych zajmujących się danym zagadnieniem (albo i dwóch) i oni mój tekst czytają, wspomagając jego redakcję. Często pomagają także przy weryfikacji materiałów pochodzących z riserczu etc. Skoro się nie znam na LGBT+ ani na wiedzy o języku, pozostaje mi: a) zrobić najgłębszy możliwy risercz samemu plus b) zapytać eksperta. Wtedy już nie będzie kwestii przyjazności i nieprzyjazności. Jeśli jakimś językiem posługuje się specjalista w danej dziedzinie (np. seksuolog), to znaczy, że jest to język nauki. A on jest jak na razie (i daj Boże, by tak zostało) językiem maksymalnie zobiektywizowanym.

 

Co mnie jednak porusza w tekście z „Press”(gdzie jako żywo autor zapytał osoby mogące uchodzić za ekspertów w tej sprawie) to brak na początku prostego sformułowania, że pisać trzeba jak o wszystkich dokładnie osobach na świecie: z szacunkiem. Oczywiście nieco innym językiem naznaczonym szacunkiem rządzi się dział nekrologów, a innym publicystyka krajowa. Jeśli jednak bardzo widać w naszych tekstach, że komuś o kim piszemy nie podalibyśmy szklanki wody, to chyba bardzo źle. I to nie jest tak, że to my decydujemy, kto jest osobą. Choć wielu ma taką ochotę – to się nazywa depersonalizacja, a nawet i odczłowieczenie się komuś zdarzy – ale to już czysta propaganda, która nawet nie stoi koło dziennikarstwa na jednej półce.

 

Nie chcę też z tekstem z „Press” polemizować, bo ja się zasadniczo z nim zgadzam. Gdybym pisała o tym zagadnieniu (np. robiła wywiad z osoba transpłciową na temat jej transpłciowości – no bo jak na inny, np. fizyki cząstek elementarnych, to co to ma za znaczenie?), to bym zastosowała takie sformułowania, jakie magazyn „Press” wymienił i zdefiniował. Tu jednak mam postulat, aby stosowne językoznawcze gremia zadbały jak najpilniej, aby wszelkie anglizmy zastąpić jednak czymś po polsku adekwatnym i zaznaczam, że na moje wyczucie językowe tłumaczenie „coming out” jako „wyjście z szafy” brzmi niepoważnie.

 

Zmieniamy nasz dziennikarski język – ja też – w toku życia i pracy zawodowej, bo opisywany przez nas świat się zmienia. Skoro pracuję w „zawodzie” popularyzatora nauki w mediach już ponad ćwierć wieku, to oczywiste, że mają miejsce nowe odkrycia naukowe, powstają nowe definicje i klasyfikacje. I nie da się tego ignorować, bo to nieprofesjonalne.

 

Biolodzy zmieniają nazwy – nawet bardzo w nauce utrwalone – gatunków organizmów, gdy w wyniku badań się okazuje, że to co „na oko” było muszką, jest w istocie wywilżną, a to co uważaliśmy za kosa, w istocie jest szpakiem. Nawet hiena już nie jest w biologii hieną, tylko krokutą centkowaną. Może dlatego nie mam tutaj jakiś zasadniczych problemów z terminologią, jaką dla pisania o osobach LGBT+ i związanych z nimi sprawach i zjawiskach proponuje „Press” tylko dlatego, że jest nowa. Pozostaje się zastanowić, czy te zmiany w nomenklaturze mają tu obiektywne naukowe podłoże. Tzw. konsensus naukowy mówi dziś, że tak (np. homoseksualizm oficjalnie przestał być chorobą czy zaburzeniem psychicznym), choć są nieliczne zdania odrębne.

 

Kolejna kwestia, czyli co czują na swój temat osoby nazywane czy wymieniane. Istotna zwłaszcza w bezpośrednim kontakcie z osobą, ale i podczas pisania o osobie czy osobach „dających się wrzucić do wspólnego worka” z dowolnym napisem na wierzchu. Bo rzecz nie tyczy się oczywiście LGBT+, ale absolutnego całokształtu populacji ludzkiej. Pisząc o autyzmie już nie pisze się o „chorobie” tylko o nieneuronormatywności, a o osobie niepełnosprawnej nie pisze się per „kaleka”, o niesłyszącej – „głuchy” etc. Między innymi z tego prostego względu, że to dla nich bolesne.

 

Ze słowem „murzyn” mam kłopot, bo znam jego pochodzenie i historię w języku polskim, zaś osobiście nikogo, kto by się na mnie za jego użycie obrażał. Czy powstanie nazwa np. „Afropolak”? Nie wiem, ale nie miałabym nic przeciwko, aby ktoś o takim pochodzeniu poprosił mnie, aby tak lub jeszcze inaczej się do niego zwracać. Podobnie jeśli jakiś Wojtek prosi, aby mówić do niego Jana czy Kamila. Dopóki nie jestem policjantem, sędzią czy innym urzędnikiem państwowym, który ma w godzinach pracy obowiązek identyfikować osobę na podstawie posiadanych przez nią dokumentów, na czym ma tu polegać mój problem?

 

Ośmielę się całe zamieszanie w umysłach i sercach wywołane niemożnością uznania, że każdy lepiej wie, jak należy do niego mówić, skoro „wygląda” skwitować starym, przedwojennym jeszcze szmoncesem. W przedziale siedzi sobie stary, brodaty żyd z monstrualnymi wręcz pejsami i modli się półgłosem, a naprzeciw siedzi inny mężczyzna i czyta gazetę. Zwraca się on nagle: „Panie starozakonny, która godzina?” Na co ów mu pokazuje zegarek, tzw. cebulę, z zamkniętą kopertą i nadal się modli. Pasażer zdruzgotany mówi: „jak pan może być tak niegrzeczny i pokazywać mi zamknięty zegarek?” Pada odpowiedź: „jak pan przez moje spodnie widzi, że jestem starozakonny, to niech pan przez kopertę zobaczy, która godzina”.

 

Gdy rodzi się pytanie, poszukujemy wiedzy i zrozumienia ile w determinacji płci, a ile w kwestii orientacji seksualnej czy transpłciowości – bo to nie są bardzo związane zjawiska – jest genetyki a ile kultury/zjawisk socjocywilizacyjnych etc., trzeba na bieżąco zapoznawać się z literaturą naukową na dany temat.

 

Jak dotąd da się powiedzieć niedużo o podłożu biologicznym autoidentyfikacji osób z grupą LGBT+. Nie umiemy znaleźć do dziś np. „genów homoseksualizmu”, więc jeśli takie podłoże genetyczne istnieje, to tak jest wielogenowe, że nawet technika GWAS nie daje rady. Oczywiście podłoże biologiczne nie zawsze oznacza wyłącznie genetyczne. Istnieją wpływy środowiskowe, hormonalne np. w okresie prenatalnym osoby, które też są biologiczne. Jeśli jednak więcej, a nawet znacznie więcej, jest tu wpływu kulturowego – nadal nie powinno być to źródłem myślenia dyskryminującego czy uwłaczającego lub opisywania osób bez należnego szacunku, bo bycia Polakiem, katolikiem też sobie i wybieramy i nie wybieramy zarazem, a nie podobałoby się nam, gdyby nas na tej podstawie dyskryminować.

 

Na koniec podzielę się tu materiałem, który znalazłam u świetnych popularyzatorów nauki, na stronie „To tylko teoria” (TUTAJ). Pokazuje on, że właśnie nauka i oparcie się na podstawie naukowej w omawianiu zjawisk przez naukę badanych, daje szansę na uniknięcie tak postawy inkwizytora-ignoranta, jak i słodzącego lizusa. Jak to ujął jeden znany mi werbista: „Pan Jezus powiedział, że mamy być solą ziemi, a my staramy się być jej cukrem. Tylko soli nie trzeba za dużo – szczypta wystarczy”. Moim zdaniem warto zapoznać się z tym przykładem, bo on pokazuje, jak zachować obiektywizm i mieć oparcie w naukowych faktach, których należy pieczołowicie szukać i próbować zrozumieć – czasem w niezbędnej współpracy ze specjalistą.

 

Zatem: „W związku z popularnym ostatnio wycinkiem programu „Jeden z dziesięciu” i pytaniem o to, czy ssaki mogą być trójpłciowe, odpowiadam jako biolog, że nie. U ssaków występują wyłącznie dwie płcie.

 

Podstawowe fakty:

 

1 – Nie ma czegoś takiego, jak trzecia płeć.

 

2 – Transpłciowość to nie trzecia płeć, lecz niezgodność (inkongruencja) tożsamości płciowej z płcią (osoba płci męskiej utożsamiająca się z płcią żeńską lub na odwrót, czyli typu m/k bądź k/m).

 

3 – Interpłciowość (nazywana też hermafrodytyzmem, a rzadziej obojnactwem) to zbiorcze słowo na różne zaburzenia rozwoju płciowego (głównie choroby genetyczne prowadzące do upośledzenia narządów płciowych, zaburzeń hormonalnych, metabolicznych, procesów poznawczych), w których mogą występować cechy pośrednie między płcią męską i żeńską (między 0 i 1, mówiąc matematycznie; dwójka – czyli na tych liczbach trzecia płeć – się tutaj nie pojawia).

 

4 – U „niższych” ewolucyjnie gatunków zwierząt występuje funkcjonalny hermafrodytyzm (obie płcie u jednego osobnika w jednym czasie lub zmiana płci z jednej na drugą), ale u ssaków jest to zawsze zaburzenie, wynikające zwykle z mutacji chorobotwórczych.

 

5 – Niebinarność odnosi się do kulturowych ról płciowych – jest zjawiskiem kulturowym, nie biologicznym. Niebinarność nie jest więc trzecią płcią ani płcią w ogóle.

 

6 – Gdyby istniała trzecia płeć, to obok gonad, gamet i narządów płciowych męskich i żeńskich mielibyśmy do czynienia z trzecim ich rodzajem i odpowiadającą za jego powstanie maszynerią molekularną.

 

7 – U grzybów, z perspektywy typów kojarzenia gamet, zależnych od różnych, niebinarnych podziałów rodzajów sekwencji genetycznych, można w pewnym sensie mówić o więcej niż dwóch płciach (często nawet bardzo wielu „płciach”).

 

Dodam, że fakty naukowe nie stanowią uzasadnienia dla obrażania czy dyskryminacji. Nie należy też mylić opisu rzeczywistości z jej wartościowaniem – stwierdzenie faktów na temat płci nie obraża ani nie dyskryminuje”.

 

Ruszył proces Watchdog Polska przeciwko Fundacji Lux Veritatis, nadawcy TV Trwam

30 czerwca przed Sądem Rejonowym Warszawa-Wola formalnie ruszył proces karny, który Stowarzyszenie Watchdog Polska wytoczyło Fundacji Lux Veritatis w związku z rzekomym nieujawnieniem informacji publicznej. Sąd m.in. wysłuchał członków zarządu Fundacji m.in. Ojca Dyrektora dr. Tadeusza Rydzyka.Kolejna rozprawa w sierpniu. Sprawa objęta jest monitoringiem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

Nie będzie przeszukania Fundacji Lux Veritatis, zabezpieczenia dokumentów, odebrania telefonów komórkowych i odebrania umów o obsługę prawną – postanowił Sąd Rejonowy w Warszawie podczas formalnie pierwszej rozprawy, jaka  odbyła się przed warszawskim Sądem . Wciąż nie wiadomo, czy sąd zażąda dostępu do korespondencji e-mail Fundacji oraz nie zrealizuje innych, obszernych i szczegółowych żądań Stowarzyszenia Watchdog Polska w stosunku do Fundacji Lux Veritatis, nadawcy TV Trwam.  Zeznania w sprawie absurdalnych zarzutów o rzekome nieudostępnienie informacji publicznej złożyli założyciel i dyrektor Radia Maryja o. Tadeusz Rydzyk CSsR oraz zasiadający w zarządzie Fundacji Lux Veritatis o. Jan Król CSsR i Lidia Kochanowicz -Mańk. Sprawa ma charakter  karny, a nie cywilny, co jest ewenementem w tego typu sprawach. Kolejna rozprawa odbędzie się 12 sierpnia br.

 

W ocenie CMWP SDP w tej sprawie zachodzi zagrożenie naruszenia praw obywatelskich o. Tadeusza Rydzyka, o. Jana Króla i dyr. Lidii Kochanowicz – Mańk.  W związku z powyższym CMWP podjęło  monitoring sprawy  w celu obrony wolności słowa zgodnie z art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i innymi przepisami prawa, co jest uzasadnione celami realizowanymi przez Centrum oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności.

ZUS odpowiada na pytania CMWP SDP w sprawie kontroli w TVN

W odpowiedzi na pytania skierowane przez CMWP SDP do ZUS-u  w związku z zawiadomieniem o wszczęciu postępowania z urzędu w sprawie podlegania  Kamila Różalskiego, byłego operatora Telewizji TVN,  ubezpieczeniom społecznym u płatnika składek TVN S.A., Dominik Wojtasiak, dyrektor Departamentu Legislacyjno – Prawnego ZUS udzielił odpowiedzi.  Dyrektor potwierdził prowadzenie kontroli w telewizji TVN oraz wyjaśnił przyczyny zwłoki w jej rozpoczęciu.  ZUS uchylił się od odpowiedzi na pytanie, ilu osób i jakiego okresu dotyczy aktualna kontrola.

 

W przesłanym do CMWP  SDP piśmie dyrektor dyrektor Departamentu Legislacyjno – Prawnego ZUS potwierdził, iż obecnie  jest prowadzone  przez ZUS postępowanie kontrolne u płatnika składek – TVN S.A.  oraz wyjaśnił zwłokę w podjęciu czynności kontrolnych, o którą pytało CMWP SDP, ponieważ z posiadanych przez nas informacji wynika, iż p. Kamil Różalski , były operator TVN wraz z grupą osób wniósł skargę ok. 1,5 roku temu. ZUS wyjaśnił, iż postępowanie kontrolne w TVN S.A. zostało wszczęte przez Zakład  cyt. “w terminie możliwym do podjęcia czynności kontrolnych, a mianowicie gdy ustały przeszkody dla jego podjęcia i prowadzenia”. Jak czytamy w piśmie wysłanym do CMWP SDP 21 czerwca b.r. , zgodnie z art.  54  ustawy z dnia 6 marca 2018  Prawo przedsiębiorców , Zakład nie mógł równocześnie z innym uprawnionym organem kontrolnym wszcząć i prowadzić kontroli bez zgody kontrolowanego płatnika, a TVN SA nie wyraziło zgody na równoczesne podjęcie i prowadzenie więcej niż jednej kontroli.  Ponadto w związku  z ogłoszeniem stanu zagrożenia epidemicznego a następnie epidemii na terenie kraju, została podjęta decyzja o wstrzymaniu kontroli.  Inspektorzy kontroli  ZUS poinformowali  więc płatnika że w związku z podejmowanymi działaniami związanymi z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem  covid 19 kontrola zostanie przeprowadzona w innym terminie możliwym do podjęcia czynności kontrolnych . Obecnie taka kontrola jest prowadzona.

 

W związku z zawiadomieniem o wszczęciu postępowania z urzędu w sprawie podlegania Pana Kamila Różalskiego, byłego operatora Telewizji TVN,  ubezpieczeniom społecznym u płatnika składek TVN S.A. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło tę sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw osób ubezpieczonych zatrudnionych u wskazanego wyżej płatnika składek. Mając na uwadze, że działania płatnika składek, jak również opóźnienie czynności ZUS w niniejszej sprawie mogą stwarzać zagrożenie dla konstytucyjnych praw p. Kamila Różalskiego oraz innych osób w zakresie zabezpieczenia społecznego (art. 67 Konstytucji RP), w ocenie CMWP SDP podjęcie monitoringu niniejszej sprawy jest uzasadnione i konieczne.

 

W związku z wszczęciem monitoringu w sprawie zostało skierowane pismo do ZUS  z  prośbą o wyjaśnienie, czy  postępowanie w sprawie objęcia ubezpieczeniami społecznymi dotyczy wyłącznie p. Kamila Różalskiego, czy także innych osób, a jeżeli tak, to ilu. Poprosiliśmy także  o dodatkowe informacje:  jakiego okresu czasu dotyczy postępowanie (lub postępowania), z jakiej przyczyny tut. Oddział ZUS nie podjął działań wcześniej, zważywszy, że wg posiadanych informacji p. Kamil Różalski wraz z grupą osób wniósł skargę ok. 1,5 roku temu oraz czy ZUS przeprowadził w tej sprawie kontrolę u płatnika składek i  czy taka kontrola jest lub będzie prowadzona.

 

Oryginał odpowiedzi z ZUS jest TUTAJ.

Andrei Alikasandrau zamiast wyjść na wolność usłyszał nowy zarzut

Mija sześć miesięcy od uwięzienia białoruskiego dziennikarza i menadżera mediów Andreia Aliaksandrau, bliskiego współpracownika nieżyjącego już założyciela niezależnej białoruskiej agencji informacyjnej BelaPAN Aleksandra Lipaja. 30 czerwca Andrei usłyszał kolejny zarzut – o zdradę stanu. Grozi mu 15 lat więzienia.

 

Andrei Aliksandrau oskarżony o organizowanie i przygotowywanie działań rażąco zakłócających porządek publiczny powinien wyjść na wolność w połowie lipca – w przypadku takiego zarzutu najdłuższy możliwy areszt przedprocesowy to sześć miesięcy. Tymczasem zamiast spodziewanego wyjścia na wolność usłyszał zarzut zdrady stanu. Jak informuje adwokat dziennikarza Anton Haszyński, Andrei jest „zszokowany”. Nie przyznaje się do zarzucanego mu czynu.

 

Zatrzymany 12 stycznia 2021 pod zarzutem finansowania antyrządowych protestów Andrei Aliaksandrau miał przekazywać protestującym pieniądze na opłacenie grzywien za udział w demonstracjach. Pieniądze na ten cel miał otrzymywać z zagranicy. Według Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Białorusi od 22 sierpnia 2020 do 9 listopada 2020 przekazał pieniądze na opłacenie 250 grzywien.

 

14 stycznia 2021 służby wkroczyły do redakcji BelaPAN w poszukiwaniu dowodów winy Andreia Alikasandrau i skonfiskowały twarde dyski, dokumenty i notatki byłego zastępcy dyrektora agencji informacyjnej (Aliaksandrau pełnił tę funkcję w latach 2014-2018).

 

Adwokat Anton Haszyński po spotkaniu z dziennikarzem powiedział, że Andrei na szczęście jest zdrowy, może uczestniczyć w wyjściach na więzienny spacer i czytać książki. Niestety listy otrzymuje z dużym opóźnieniem bądź wcale.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich domaga się uwolnienia Andreia Aliaksandrau oraz 23 dziennikarzy i pracowników mediów przebywających obecnie w więzieniach na Białorusi, w tym Andrzeja Poczobuta, działacza Związku Polaków na Białorusi i laureata Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP za rok 2020 oraz Dzianisa Ivashyna, dziennikarza Novego Chasu, który ma poważne problemy ze zdrowiem (wg słów jego matki Ludmiły Ivashyny lekarz badający dziennikarza w więzieniu, stwierdził stan przedzawałowy).

 

Dorota Zielińska

 

fot. Olga Khvoin

źródło: Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy (BAJ)

Czy cnota boi się krytyk? – ŁUKASZ WARZECHA o koncesji dla TVN24

Gdy kilkakrotnie zabierałem na portalu SDP głos w sprawie koncepcji repolonizacji (nazywanej też dla niepoznaki „dekoncentracją”) – i był to głos zdecydowanie krytyczny – wspominałem także, że wbrew politycznym pohukiwaniom jedynymi mediami, do których można by zastosować przepisy dopuszczalne w Unii Europejskiej, a ograniczające obce udziały w mediach, są stacje czy czasopisma będące współwłasnością podmiotów spoza UE. Tak się zaś składa, że w polskich warunkach w grę wchodziła jedynie telewizja TVN, będąca własnością amerykańską. Pisałem to w innych jeszcze okolicznościach, a więc gdy prezydentem USA był Donald Trump, a jego plenipotentką na Polskę niezrównana pani ambasador Georgette Mosbacher. Jako że poprzednia administracja amerykańska była przez polski rząd uznawana za bardzo przyjazną, a na przeświadczeniu o tej przyjaźni opierała się znaczna część polskiej polityki zagranicznej, zwłaszcza w aspekcie bezpieczeństwa – było jasne, że choć TVN jest dla obecnej władzy zadrą, żaden wrogi gest wykonany nie zostanie.

 

Dzisiaj postawiłbym tezę, że gdyby Trump wygrał był drugą kadencję, nie mielibyśmy coraz wyraźniej przebijającej się debaty o przedłużeniu koncesji dla TVN24. Sprawa ma dwa, może nawet trzy łączące się wymiary: polityczny międzynarodowy przechodzący w krajowy, krajowy właśnie oraz ściśle prawny. Bardzo szybko okazało się, że z administracją Joego Bidena relacje rządu Zjednoczonej Prawicy będą o niebo trudniejsze niż były z Trumpem. Nowa władza w Waszyngtonie może mieć tendencję, aby uderzać w Polskę jako przykład swojej bezwzględnej walki o postępowe wartości – nawet w przypadku nominalnie przecież ważnych wciąż sojuszników. Gra na swoje wewnętrzne podwórko – doskonale to znamy. Sprawa wolności mediów, w tym koncesji dla TVN24, może tu być idealnym przypadkiem pokazowym dla rodzimej publiczności.

 

To zarazem powoduje, że w obozie władzy mogą narastać dążenia, aby właśnie w ten sposób w administrację Bidena uderzyć – odmawiając koncesji stacji niezmiennie krytycznej wobec rządzących (pominę miłosiernym milczeniem prognozy niektórych, czynione w momencie przejmowania TVN przez Scripps Network w 2015 r., gdy wieszczyli, że nadchodzi radykalna zmiana linii i za moment TVN stanie się telewizją „prawicową” – rozumianą jako „wspierającą PiS”). Nie wiem co prawda, jaką korzyść miałoby nam to przynieść, ale niektórzy politycy nie analizują sytuacji w takich kategoriach. W każdym razie czynnik kładzenia uszu po sobie, aby nie urazić „wielkiego przyjaciela Polski” Donalda Trumpa – zniknął.

 

Jednocześnie nie sposób nie dostrzec, że w wypowiedziach wielu radykalnych działaczy partii rządzącej, dotyczących tej sprawy – takich jak cytowany niedawno przez Wirtualne Media Jan Mosiński – gra głęboka, emocjonalna niechęć do TVN24. Z drugiej jednak strony istnieje faktyczny, realny problem, polegający na strukturze własnościowej koncernu, będącego właścicielem TVN24 – czyli połączonych niedawno Discovery i Warner – i zawierający się w pytaniu, czy w obecnej postaci TVN24 nie łamie prawa, ograniczającego udział w mediach elektronicznych podmiotów spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego (nieco szerszego niż UE – należy do niego np. Norwegia, ale już nie Szwajcaria). Ponieważ amerykańskie podmioty działają z kolei za pośrednictwem podmiotu zarejestrowanego w EOG, odpowiedź nie jest rzeczywiście łatwa. Jeżeli zaś byłaby odmowna, to mimo że TVN24 sygnalizuje, iż jest gotowa na różne warianty, mielibyśmy do czynienia z decyzją postrzeganą jako ściśle polityczna, bo nie opartą na prostym zero-jedynkowym kryterium, lecz na twórczej interpretacji przepisów.

 

To wszystko prowadzi do oczywistego pytania: czy naprawdę to Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji powinna wydawać koncesje? KRRiT jest z zasady organem upolitycznionym, bo jej pięcioro członków wybierają Sejm (dwoje), Senat (jeden) i prezydent (dwoje). W obecnym układzie w uproszczeniu można powiedzieć, że większość w KRRiT reprezentuje poglądy obozu władzy lub mu raczej bliskie. Tymczasem koncesja powinna być wydawana tak jak wydaje się prawo jazdy (lub w niektórych kategoriach pozwolenie na broń): jeżeli spełnia się jasne i jednoznaczne kryteria, koncesję się dostaje i koniec. Trzeba pamiętać, że chociaż KRRiT jest opisana w konstytucji (art. 213-215), to nasza ustawa zasadnicza nie mówi o jej szczegółowej roli, a więc odebranie Radzie uprawnienia koncesyjnego nie wymagałoby żadnych zmian na poziomie konstytucyjnym.

 

Może warto o tym pomyśleć? Piszę to oczywiście z pełną świadomością, że w tej chwili i w tym politycznym układzie to postulat całkowicie nie do zrealizowania, ale przecież to nie zwalnia nas od myślenia o poprawieniu działania polskiego państwa.

 

Kto w takim razie miałby koncesje przyznawać? Tu odpowiedź wydaje się oczywista: sąd. Mógłby to być np. Naczelny Sąd Administracyjny. Sędziowie, mimo kontrowersji wokół ich nominacji, są wciąż w oczywisty sposób ustawieniu dużo bardziej poza polityką niż członkowie KRRiT. Sędziowie NSA są najlepiej wykwalifikowani do podejmowania decyzji administracyjnych, a taką jest również dzisiaj wydanie koncesji dla podmiotu radiowego czy telewizyjnego. Mają największe doświadczenie w obiektywnym ocenianiu przesłanek oraz interpretowaniu prawa tam, gdzie nie jest ono jednoznaczne.

 

Gdy zaś idzie o TVN24, w interesie rządzących jest, aby tę sprawę załatwić jak najprędzej (już teraz wniosek leży w KRRiT ponad rok) i możliwie korzystnie dla stacji. W końcu – jak powiedział Ignacy Krasicki – prawdziwa cnota krytyk się nie boi.

 

Łukasz Warzecha

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Ostatnia przed wakacjami rozprawa w „procesie ochroniarzy”

23 czerwca 2021 r.,  przed Sądem Okręgowym w Poznaniu odbyła się ostatnia przed wakacjami rozprawa w „procesie ochroniarzy”  w sprawie dot. zabójstwa red. Jarosława Ziętary.  Tego dnia miało zeznawać czworo świadków, dwoje usprawiedliwiło swoją nieobecność, a jedna osoba nie odebrała przesyłki. Przed sądem stawił się jedynie 63 letni Zdzisław W. Na pytanie sędziego jakie relacje łączyły świadka z Mariuszem Ś. [twórca holdingu Elektromis] Zdzisław W. odpowiedział, że poznali się w połowie lat osiemdziesiątych. Na początku wspólnie, prowadzili firmę Elektromis prawdopodobnie do 1989 roku. Następnie biznesowo rozstali się, bowiem Zdzisław W. założył swoją firmę o nazwie Rival, która zajmowała się produkcją napojów gazowanych, rozlewnią piwa, miała swoje markety i hurtownie spożywcze. Czasem coś kupował od Elektromisu, a czasem sprzedawał. Jednak współpraca wygasła i w połowie lat 90, jak zeznał świadek, już się nie spotykali z Mariuszem Ś., ale – co zaznaczył – nie pokłócili się. W rozmowach z Mariuszem Ś. nie pojawiało się nazwisko Jarosława Ziętary. O dziennikarzu, świadek dowiedział się z gazet w roku 1993 lub 1994. Podczas rozprawy odczytano świadkowi dwa protokoły. Pierwszy z przesłuchania w prokuraturze w maju 2013 roku. Zdzisław W. oświadczył, że nie ma żadnej wiedzy o okolicznościach zaginięcia poznańskiego dziennikarza oraz, że nigdy nie znał Ziętary osobiście i z nikim na jego temat nie rozmawiał. Cała jego wiedza opiera się wyłącznie na doniesieniach medialnych. O Elektromisie Zdzisław W. zeznał: Mariusza Ś. poznałem w latach 80., w Poznaniu. On wtedy w mieszkaniu, chyba, na ul. Ognik prowadził działalność gospodarczą polegającą na sprzedaży sprzętu RTV przywożonego z zagranicy. Ja też w tym czasie handlowałem RTV. (…) Po jakimś czasie zostałem cichym udziałowcem firmy Mariusza Ś.

 

Świadek jednak nie pamiętał czy już w tamtym okresie firma nazywała się Elektromis. Dodał, że po jego odejściu, Mariusz Ś. współpracował z Krystianem Cz., który był wcześniej naczelnikiem wydziału do spraw zwalczania przestępczości gospodarczej KWP w Poznaniu i zeznawał we wrześniu 2019 roku. (czytaj TUTAJ)

 

Zdzisław W. wymienił kolejne osoby współpracujące z Mariuszem Ś., które poznał na gruncie towarzyskim. Jednym z wymienionych był Marek Z., na którego W. reagował na wariografie. Marek Z. zeznawał jeszcze wcześniej w “procesie ochroniarzy” (w maju 2019 roku. Czytaj TUTAJ).

 

W protokole omówiono też wyniki  przeprowadzonego badania wariograficznego. Biegły wskazał silne reakcje świadka na niektóre pytania. Na przykład: czy w  czasie gdy dokonano zabójstwa redaktora Jarosława Ziętary świadek był obecny. Tą reakcję W. wytłumaczył, że bał się wrobienia w zbrodnię po przeczytaniu artykułu w prasie o ewentualnych powiązaniach jego osoby ze sprawą. Podobnie tłumaczył reakcję na pytanie o udział w planowaniu sposobu uprowadzenia dziennikarza oraz  czy nakłaniał komendanta policji Kazimierza K., do rozpowszechniania informacji, że Ziętara żyje i przebywa w Londynie jako agent UOP. Silna reakcja wystąpiła też przy pytaniach czy znasz i osłaniasz osoby, które brały udział w uprowadzeniu i zabójstwie redaktora Ziętary. Czy wśród wymienionych miejsc ukrywasz faktyczny rejon, gdzie ukryto zwłoki to jest Jezioro Kierskie. Świadek uzasadnił swoją reakcję w następujący sposób:

 

Wiem, gdzie jest Jezioro Kierskie. W latach 1990 – 1992 miałem prywatną motorówkę, którą pływałem na tym jeziorze. Doszło tam do wypadku, zderzyłem się z falą, wypadłem za burtę i o mało nie utonąłem. Byłem sam, ale można powiedzieć, że ledwo uszedłem z życiem. W tej sprawie nie było prowadzone postępowanie, nawet nie zgłaszałem tego faktu.

 

Kolejne pytanie brzmiało „co zrobiono z ciałem redaktora po jego śmierci, to jest rozpuszczono w kwasie?” W okresie 2005-2006, odbarwialiśmy paliwo kwasem siarkowym i 500 litrów kwasu się rozlało. Wypaliło wszystko i się dymiło. Pytanie czy posiadasz wiedzę jakich przedmiotów użyto do zacierania tej zbrodni. To jest beczka z kwasem, worek, podrzucenie dokumentów redaktora do jego mieszkania po uprowadzeniu.Jeśli chodzi o beczkę z kwasem to być może była to reakcja związana z tym wypadkiem. (…) Nie wiem skąd reakcja na podrzucenie dokumentów. Być może stąd, że w sprawach karnych dotyczących mojej osoby przewijały się wątki z podrzuceniem fałszywych dokumentów – zeznał świadek. 

 

Tu warto dopowiedzieć, że Zdzisław W. ma od lat kłopoty z prawem. Na rozprawę został doprowadzony w kajdankach, w asyście dwóch policjantów wprost z aresztu. Najgłośniejszym jego wyczynem było dwukrotne upozorowanie własnej śmierci. W 2005 roku podrobił akt zgonu, jednak sprawa wyszła na jaw. Rok później, przekupił policjanta, który podrzucił do zmasakrowanych i niezidentyfikowanych zwłok, znalezionych przy torach kolejowych jego dowód osobisty. Sprawę miał uwiarygodnić syn W., który „zidentyfikował zwłoki ojca”. Za te czyny W. został skazany prawomocnym wyrokiem. W dalszej części  rozprawy świadek stwierdził, że nie zna Aleksandra Gawronika oraz kolejny raz oświadczył, że nie ma nic wspólnego z uprowadzeniem Jarosława Ziętary i nie ma w tym temacie żadnej wiedzy.

 

Sędzia Sławomir Szymański poprosił świadka, by ten wyjaśnił co rozumie przez określenie ”cichy wspólnik”. Zdzisław W. tłumaczył, że nie był wpisany jako udziałowiec w dokumentach, ale odpowiednio dzielili się z Mariuszem Ś. zyskami. Nie sformalizowali tego, gdyż Mariusz Ś. miał inny pogląd niż świadek na prowadzenie działalności. Trwało to prawie rok. Nie było planów, by wszedł do Elektromisu jako udziałowiec.

 

Drugi protokół, odczytany tego dnia na rozprawie pochodził z 2016 roku, z procesu Aleksandra Gawronika, którego oskarża się o podżeganie do zamordowania dziennikarza. Świadek opowiedział o swoich kontaktach z policją na początku lat 90., kiedy to grał na kortach tenisowych z komendantem Kazimierzem K., a także sponsorował organa ścigania. Oba protokoły są podobne pod względem treści i oba świadek potwierdził.

 

Warto też dopowiedzieć, że współpracownikiem Zdzisława W. był, nieżyjący już, gangster Przemysław C. Ten z kolei miał grozić podczas odbywania kary więzienia,  współwięźniowi i straszyć, że zrobi z nim to samo co z Jarosławem Ziętarą. Śledztwo niczego nie wykazało i zostało umorzone w 1999 roku.

 


 

Jarosław Ziętara, 24-letni dziennikarz „Gazety Poznańskiej”, 1 września 1992 roku wyszedł z domu do redakcji i nigdy do niej nie dotarł. Po wielu latach krakowska prokuratura doszła do wniosku, że został porwany i zamordowany. Dziennikarz interesował się poznańską „szarą strefą”, i miał zagrażać interesom m.in. spółce Elektromis. Zdaniem śledczych, latem 1992 roku do zabójstwa Ziętary podżegał Aleksander Gawronik, a porywaczami byli ochroniarze Elektromisu: Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala. W poznańskim Sądzie Okręgowym toczą się dwa odrębne procesy: jeden dotyczy samego Gawronika, a drugi udziału „Lali” i „Ryby”. Oskarżeni w obu procesach nie przyznają się do zarzucanych im czynów. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich obserwuje i relacjonuje oba toczące się postępowania.

 

Tekst i zdjęcia: Aleksandra Tabaczyńska

 

MIROSŁAW USIDUS: Dziennikarski obiektywizm na jednym wózku z wolnością

Około rok temu przeczytałem w jednym z najbardziej znanych tekstowisk internetowych, „Medium”, tekst pani (panny?) Nafari Vanaski, osoby o czarnym kolorze skóry, co ma tu znaczenie, o tym jak porzuciła pracę w zawodzie dziennikarskim, gdy uznała, że dążenie do obiektywizmu oznacza rasizm.

 

Być może spłycam jej wywody, ale z tego, co napisała nie chce płynąć inny wniosek. Vanaski opowiedziała, jak po kilkunastu latach pracy w zawodzie dziennikarskim dochrapała się pozycji felietonisty, ale jak sama wyjaśnia, głównie dlatego, że zastąpiła innego czarnego felietonistę. Może dla niej wygląda to OK, ale mnie trudno oprzeć się wrażeniu, że redakcja gazety w Pitsburgu, gdzie pracowała, zwracała uwagę nie tyle na jej umiejętności i talent, ile na parytet rasowy.

 

Dziennikarce przyszło zrelacjonować historię aresztowanego czarnego mężczyzny, który przejechał na czerwonym i nie zatrzymał się na wezwanie policji, rozbijając się w końcu swoim samochodem o taksówkę. Policja otworzyła podczas pościgu ogień, zakładając, jak sądzę, że takie zachowanie to znak, że ma do czynienia z groźnym przestępcą. Z jej relacji wynika, że bardzo zależało jej na publikacji materiału demonstrującego przede wszystkim nagranie pochodzące od prawnika zatrzymanego, ukazujące punkt widzenia uciekiniera, jak bał się o swoje życie, gdy policjanci zaczęli strzelać.

 

Z relacji czarnej byłej dziennikarki wynika, że zależało jej na przedstawieniu głównie racji aresztanta, z naciskiem na okrucieństwo i bezwzględność policji. Dążyła do całkowicie jednostronnego, zgodnego z broniącą przestępców, jeśli są czarnoskórzy, linią ideologiczną ruchu Black Lives Matter. Wyrażała oburzenie, że redakcja chciała zrównoważyć artykuł ukazując również wyjaśnienie zachowania policjantów i stanowisko policji. Całkowicie zamknięta w swojej jednostronności zupełnie nie przyjmowała do wiadomości, że przekaz aresztowanego przestępcy raczej nie powinien dominować tego materiału.

 

W konkluzji swoich wywodów Vanaski wygłasza napompowaną rasową ideologią tyradę to ty, jak to newsroomy gazet „są idealnym schronieniem dla rasizmu i białej supremacji”. Z wszystkiego co pisze wynika jednoznacznie, iż takie pojęcie jak obiektywizm dla niej nie istnieje – jest tylko systemowy rasizm, który każe źle (czyli obiektywnie) pisać o czarnych. Każdy, kto ma jakieś pojęcie o amerykańskich mediach, zdaje sobie sprawę, że to, co wypisuje egzaltowana aktywistka (bo już nie dziennikarka) to piramidalna bzdura. W dotkniętych wieloma problemami, skarlałych i znajdujących się pod nieustanna presją hunwejbinów, amerykańskich mediach jest po prostu wciąż sporo ludzi, którym zależy na relacjonowaniu wydarzeń w sposób bezstronny i kontradyktoryjny. Obawiam się jednak, że przyszłość należy do hunwejbinów takich jak Nafari Vanaski, bo w spolaryzowanych społeczeństwach obiektywizm jest coraz mniej ceniony i poszukiwany.

 

Debata nawołująca do „skończenia wreszcie z obiektywizmem” w tamtejszych mediach rozgorzała z ogromną siłą szczególnie po śmierci George’a Floyda, narkomana wynoszonego obecnie przez neomarksistów na ołtarze. Dobrym przykładem wzbudzonych ideologicznie komentarzy lewicowych komentatorów może być to, co napisał były reporter „Washington Post”, Wesley Lowery, w „New York Times”, że medialny obiektywizm „stanowi szczyt piramidy zbudowany z subiektywnych decyzji” i został zdefiniowany „prawie wyłącznie przez białych reporterów i ich przeważnie białych szefów”.

 

Z kwestii rasowych lewicowi „myśliciele” chętnie przenosili się na inne ważne dla nich tematy. Określający się jako „trans” Lewis Raven Wallace, autor książki „The View From Somewhere” napisał m. in.: „Uważam, że obiektywizm sam w sobie jest mitem, który został utrwalony w oparciu o normatywną perspektywę białego mężczyzny cisgender w dziennikarstwie. Dziennikarstwo, które nazywamy obiektywnym, jest generalnie po prostu stronnicze, skłaniając się w kierunku akceptowalnych norm społecznych i politycznych”. Gdyby pan Wallace był oczytany w Leninie i innych teoretykach marksizmu to zapewne by dodał, że obiektywizm jest „burżuazyjnym przeżytkiem” i narzędziem zniewolenia klasy robotniczej przez klasę panującą, gdyż jego wywody maja właściwie ten sam wydźwięk, używają jedynie innej terminologii.

 

Prasa plemienna

 

Obiektywizm dziennikarski i bezstronność polityczna mediów, jeśli były kiedykolwiek na jakimś szczycie piramidy, to z pewnością nie był to szczyt piramidy potrzeb i oczekiwań rynku odbiorców produktu medialnego. Takie jest moje zdanie i postaram się je uzasadnić odwołując się do polskiego rynku środków masowego przekazu.

 

„Gazeta Wyborcza” nigdy nie była medium bezstronnym politycznie – co do tego możemy się chyba wszyscy zgodzić. Kiedyś jednak, powiedzmy, jeszcze jakieś dwie dekady temu, przydawała się czasem do czegoś poza aktywistycznym samopotwierdzaniem w ograniczonym politycznym kręgu, by nie powiedzieć – sekcie. Dziś, inaczej niż kiedyś, sprawia wrażenie oszalałego politycznego biuletynu, redagowanego przez kogoś owładniętego silną manią prześladowczą.

 

Czy to źle czy dobrze? Chyba źle, jednak wyjście z tego ekstremalnego ciągu i podjęcie próby zdobycia się na obiektywizm, na jakiś rodzaj neutralności politycznej, nawet względnej, byłoby prawdopodobnie dla „GW” zabójcze. Z tego drogi nie ma odwrotu, bo nie ma na rynku innej, czekającej na odmienioną „Wyborczą”, grupy czytelniczej. Jest ta, która oczekuje nie obiektywizmu lecz serwowania politycznych, plemiennych, całkowicie jednostronnych samopotwierdzeń.

 

Zresztą, czy są i kiedykolwiek były w ogóle jakieś znaczące, także w sensie biznesowym, grupy odbiorców, które oczekują obiektywizmu, cenią go i są gotowe zapłacić godną cenę tylko i właśnie dlatego, że oferuje im się  bezstronność i obiektywizm? Niestety wątpię. Można by sięgnąć po obecne przykłady, takie jak media wydawnictwa Infor, „Gazeta Prawna” czy portal Dziennik.pl, która może nie stawia sobie explicite takich celów, ale wyważa, utrzymuje się gdzieś w środku, w równowadze i w jako takiej bezstronności. Ma swoją grupę odbiorców, ale czy tej grupie właśnie nade wszystko o bezstronność chodzi, czy może o inne cechy produktu oferowanego przez Infor? Poza tym, po pierwsze nie jest to grupa najliczniejsza, po drugie – z danych rynkowych wynika, że nie rośnie. Z większych zasięgowo mediów można by wskazać na informacyjne kanały Polsatu, krytykowane, co znamienne, zarówno z lewa jak i z prawa. Byłyby więc bliskie środka i obiektywizmu. Jednak nie widać, by na tym rynkowo wygrywały, przynajmniej jak do tej pory.

 

Obiektywizm i wyważenie nie były w najwyższej cenie także wcześniej, w czasach zwłaszcza dla prasy znacznie lepszych. Za bezstronną gazetę uchodziła w latach 90-tych ubiegłego wieku „Rzeczpospolita”. Zarazem dość powszechna była opinia, że była „nudna”. Piszę o tym, abyśmy nie idealizowali dawnych czasów w mass mediach i samych siebie jako czytelników/odbiorców. Ani to, że media mają być obiektywne było wówczas aż tak oczywiste, ani też nie było ze strony publiczności jakiejkolwiek silnej presji na to i oczekiwania bezstronności.

 

Dawniej jednak, nawet w „wyrazistych” politycznie mediach, jeśli chciały uchodzić za poważne (a chciały, co być może jest istotą różnicy z czasami obecnymi), dokładano starań o zachowanie pewnych standardów, przedstawienia przeciwstawnych racji, wysłuchania drugiej strony, pokazywania różnych aspektów zjawisk i wydarzeń. Wpuszczanie na łamy czy antenę oszalałego aktywizmu bez wyraźnego zaznaczenia, że nie wyraża to poglądów redakcji, przesuwało zazwyczaj tytuł czy kanał do segmentu innego niż definicyjne mass media.

 

Winni politycy, social media, ale…

 

Przyczyn rozstania może nie z obiektywizmem, bo ten w mediach zawsze był czymś wątpliwym, lecz ze staraniami, by go okazać, jak zwykle jest cała chmara. Dziennikarze lubią zwalać na polityków i zapewne mają sporo racji, gdyż politycy w dużym stopniu przyczynili się do spolaryzowania sporu i radykalizacji plemion medialnych. Donald Tusk, choć jako premier rządził rządem decydującym o losie wszystkich Polaków, pewne środki przekazu omijał, pomijał, nie wypowiadał się dla nich a czasem wręcz na różne sposoby starał się im zaszkodzić. Kontynuatorem tego typu „polityki informacyjnej” jest dziś Rafał Trzaskowski, który zresztą całkiem otwarcie zwalcza cześć mediów, które nie są zgodne z jego mediaplanem i nie współpracują w budowaniu jego wizerunku.

 

Politycy drugiej strony, choć w mniejszym stopniu, też mieli przypadki podobnych zachowań. Wspomnę o nieco zapomnianej już sprawie bojkotu TVN przez opozycyjne wówczas PiS. Nie różniło się to znacząco od stosowanego dziś przez polityków PO bojkotu „mediów PiS”.

 

Te bojkoty i dzielenie przez polityków mediów na „nasze” i „ich” silnie wzmacniały polaryzację polityczną w świecie środków masowego przekazu. Gdyby dla mediów najważniejsza była bezstronność i obiektywizmu, wystąpiłyby solidarnie przeciw zabiegom dzielącym polityków. Jednak nie zrobiły tego. Milcząco, a czasem całkiem otwarcie i aktywnie, akceptują te polaryzację i dzielenie mediów podług podziałów plemiennych w polityce. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, ma to związek z profitami, reklamami, kontraktami sponsorskimi, zleceniami na kampanie, jakimi politycy, gdy rządzą, nagradzają „swoje” media. Jakoś trudno dziś wyobrazić sobie taką sytuację, gdy media zgodnie, ponad podziałami, protestują przeciw temu systemowi dystrybucji konfitur. Protestują raczej, gdy z powodu politycznej zmiany, konfitury trafiają do mediów z przeciwnego plemienia.

 

Zatem, owszem, politycy z pełną premedytacją polaryzują, ale media akceptują system tworzony przez polityków i chętnie stają jednoznacznie po stronie plemienia.

 

Można też za zmierzch pretensji do obiektywizmu obwiniać ekspansję internetu a szczególnie mediów społecznościowych. Wielokrotnie pisałem w artykułach na portalu SDP o tym, jak potężnymi wzmacniaczami polaryzacji społecznych i politycznych są algorytmy Facebooka czy Twittera. Gdyby jednak dziennikarze, redaktorzy i publicyści, chcieli wskazywać na te mechanizmy jako przyczynę radykalnej rezygnacji z dążeń do obiektywnego relacjonowania faktów przez środki masowego przekazu, to uznałbym to za kompromitację samych mediów. Oznaczałoby to, że nawet nie próbują wracać do standardów, nie starają się zaoferować żadnej alternatywy dla zalewu fejków, półprawd, bezpodstawnych oskarżeń, zwykłego hejtu i wszelkiego innego „dobra” płynącego szeroką strugą przez social media. Co gorsza, może zrodzić się podejrzenie, że media same wykorzystują algorytmy do lansowania się na najmniej wartościowym i polaryzującym „kontencie”.

 

Mam coraz silniejsze wrażenie, że nasilanie się plemienności i polaryzacji w mediach, przy rezygnacji z jakichkolwiek prób zachowania obiektywizmu, wynika z nieco innych przyczyn. Chodzi mianowicie o specyficzną strategię biznesową „zminiaturyzowanych” mediów. Np. gazeta taka jak „GW” nie ma już liczonych wiele setek tysięcy nakładów, nie spełnia tych wszystkich funkcji, czytadła, poradnika, guide’a po mieście, życiu kulturalnym i telewizyjnym, tablicy ogłoszeń drobnych, nie ma dziesiątków innych zastosowań spełniających rozliczne potrzeby, jakie miała jeszcze ponad dwie dekady temu. Ma za to wierne, choć już stosunkowo nieliczne plemię polityczne jako czytelników, które ma oczekiwania zredukowane do codziennego potwierdzania poglądów i plemiennego sposobu myślenia. I „Wyborcza” tej ostatniej reduty swojego biznesu broni, całkiem świadomie. Tak uważam.

 

Nawiasem mówiąc głośny ostatnio spór portalu Gazeta.pl z redakcją „Gazety Wyborczej” w dużym stopniu dotyczy właśnie tego o czym wyżej piszę. W warstwie definiowania biznesu, oczywiście, bo zapewne duże znaczenie w tej wewnątrz-agorowej kłótni mają kwestie personalne i ambicjonalne.

 

Społeczeństwo, które ucieka od wolności, nie potrzebuje obiektywnych mediów

 

W wielu publikacjach neomarksistowskich hunwejbinów zwalczających ostatnio w USA z nasiloną nienawiścią pojęcie tradycyjnie rozumianego obiektywizmu w dziennikarstwie, jako wyrazu „białej” czy też „hetero”-supremacji, przewija się opinia, że obiektywizm nie pozwala reporterowi poznać „prawdy”. To zwróciło moją uwagę gdy czytałem serię artykułów nie będących właściwie już żadna publicystyką lecz ideologicznymi manifestami.

 

Z tą „prawdą” właściwie to jest racja, gdyby się tak głębiej zastanowić. Wprawdzie pisze się zwyczajowo od dawien dawna, że media mają dążyć do pokazywania prawdy. Trzeba jednak przyznać, iż nigdy nie chodziło o tę jedną jedyną prawdę, bo ta jedyna, jest w sensie filozoficznym nieosiągalna, niepoznawalna. Obiektywizm dziennikarski polegał nie na docieraniu do tej „jedynej”, co jest zajęciem daremnym, ale raczej pokazywaniu „jednej prawdy”, „drugiej prawdy”, „tamtej prawdy” i „prawdy przeciwnej”, tak by odbiorca miał możliwie jak najdokładniejsze i najuczciwsze ich przedstawienie, mógł je poznać i wyrobić sam sobie własne zdanie o tym, kto w tym wszystkim wydaje się być najbliższy prawdy.

 

Obiektywizm dziennikarski więc rzeczywiście nie oferuje jednej i niepodważalnej prawdy w takim rozumieniu, w jakim próbują wcisnąć nam swoją „prawdę” politycy i ideologowie. Zwalczający obiektywizm, czy to neomarksiści z Black Lives Matter, czy medialni przywódcy plemion politycznych w Polsce, nie oferują różnorodnych i ścierających się, ale jedną prawdę.

 

W tradycyjnie rozumianym obiektywizmie dziennikarskim chodzi o jak najwierniejsze, najdokładniejsze i jak najuczciwsze przekazanie różnorodnych prawd. Ma to sens dla społeczeństwa wolnych, zdolnych do samodzielnego myślenia i decydowania, ludzi. W świecie osobników uciekających od wolności obiektywizm rzeczywiście przestaje być potrzebny. W wielu miejscach w tym tekście sugerowałem, że wcale nie tak dużo ludzi dawniej ani tym bardziej teraz oczekuje bezstronności i obiektywizmu, co oznacza zarazem, że słabe były dążenia do wolności i samodzielności w decyzjach, i słabną coraz bardziej. Mówiąc w skrócie – w społeczeństwie, w którym jest słaby popyt wolność i niezależność poglądów, nie potrzeba również obiektywizmu w mediach.

 

Mirosław Usidus