Aresztowania i rewizje – tak uciszają Naszą Niwę

Reżimowe służby na Białorusi zabrały się za niszczenie Naszej Niwy – jednego z najważniejszych białoruskojęzycznych mediów. Wczoraj (8 lipca) zatrzymane zostały cztery osoby:

 

Andrej Dynko – redaktor naczelny tygodnika Nasza Niwa

Jahor Marcinowicz – redaktor naczelny portalu nn.by

Andrej Skurko – szef działu reklamy i marketingu

Olga Rakowicz – główna księgowa

 

 

Dostęp do internetowej wersji Naszej Niwy, czyli do portalu nn.by, został zablokowany. Redakcja zamieszcza informacje na komunikatorze Telegram. Tam poinformowano o przeszukaniu w siedzibie redakcji, w wyniku którego służby zarekwirowały dokumenty finansowe.

 

Funkcjonariusze wkroczyli też do mieszkań kilku dziennikarzy i pracowników redakcji. Do zatrzymania Jahora Marcinowicza doszło około 15:50. Mieszkanie dziennikarza zostało przeszukane, a on sam wyprowadzony został w kajdankach. Przebywa w mińskim areszcie przy ulicy Akrescina. Postawiono mu zarzuty z artykułu 342 kodeksu karnego o organizowanie i przygotowywanie działań rażąco naruszających porządek publiczny lub czynny w nich udział.

 

Przeszukane zostało mieszkanie głównej księgowej Olgi Rakowicz.

 

Po Andreja Skurko przyszli do jego domu, skąd zabrany został na oczach swojej żony i dziecka.

 

Służby przeprowadziły wczorajszą akcję wobec Naszej Niwy według scenariusza przećwiczonego wcześniej na TUT.by. W przypadku największego niezależnego portalu białoruskiego TUT.by, do którego władze zablokowały dostęp, aresztowanych zostało dziewięć osób, dziennikarzy i innych pracowników, w tym głównego księgowego. Wszyscy zatrzymani 18 maja przebywają do dziś w więzieniu.

 

Dorota Zielińska

 

Źródło: BAJ, FB

Fot.: BAJ

Film: Euroradio

Zmiany w konstelacjach – MIROSŁAW USIDUS o różnicach między celebrytami starych i nowych mediów

Stare media nowych gwiazd, zrodzonych i wylansowanych w internecie, potrzebują, natomiast internet nie łaknie wcale starych celebrytów.

 

Rozmowa w dużej firmie medialnej. „Potrzebujemy do udziału w wydarzeniu kogoś znanego, celebryty”. Ja: „To może Friz? Ma na YouTube miliony wyświetleń i wyprzedza każdą gwiazdę telewizji o kilka długości”. Milczenie. „A kto to jest?” – pyta ktoś w końcu. Krąg rozmówców to ludzie mediów, ale wygląda na to, że ich świat i świat Karola „Friza” Wiśniewskiego wraz z jego „Ekipą” to dwa odrębne i nieznające się kontinua czasoprzestrzenne.

 

Można by w tym oderwaniu środowisk starych mediów upatrywać kolejnej edycji odpowiedzi na pytanie – dlaczego nie potrafią dotrzeć do odbiorców „minus 30”, a może tak naprawdę – „minus 35”, bo segment rynku wychowany na internecie, YouTube i social media wiekowo nie stoi w miejscu i z roku na rok ta „młodzież, która odrzuca tradycyjne środki masowego przekazu” jest coraz starsza, zaś grupa, która wciąż jeszcze chce czytać prasę, słuchać radia i oglądać telewizję, przesuwa się w górę na osi wieku, aż do spadania w przepaść wymierania.

 

W Internecie Orłosiem być trudno

 

Jednak może wróćmy do YouTuberów, którzy w internecie zawstydzają starych celebrytów popularnością, zasięgami i odsłonami. Ktoś słyszał o kimś jakim jak Blowek? Nie. Cóż jest to polska youtube’owa gwiazda, która ma jeszcze więcej subskrybentów niż wspomniany Friz, choć jego twórczość jest nieco mniej popularna, jeśli chodzi o liczbę odsłon. Niemniej kryjący się za tym pseudonimem Karol Gązwa liczy swoje dochody w miliony. Zaczynał od czegoś, co ludzie w wieku powiedzmy, powyżej czterdziestu lat, nigdy nie zrozumieli i nie zrozumieją, czyli od streamowania swoich rozgrywek w grach.

 

Friz, który rywalizuje z Blowkiem o pierwszą pozycje w rankingu YouTube, to, pomimo swoich zaledwie 25 lat, pełna gębą przedsiębiorca. Stworzona przez niego „Ekipa” czyli grupa youtuberów tworzących treści i zarabiających podobnie jak on, szykuje się do giełdowego debiutu. Zarabiają na umowach reklamowych, marketingu i sprzedaży produktów pod własną marką. Podobnie, choć na mniejszą skalę, zarabia kolejna gwiazda polskiego YT, pan o pseudo Rezigiusz. Wraz z FrizemBlowkiem oraz niejakim Stuu, który z nieznanych powodów zakończył działalność, tworzą obecnie top polskiego YouTube’a.

 

Być może niektórzy lepiej kojarzą starszych potentatów tego świata, Wardęgę, Abstrachuje TV, Niekryty Krytyk, czy Isamu. Wciąż są legendami, ale ich gwiazdy w ostatnim czasie wyraźnie przygasły. Także w tym świecie widać swoistą wymianę pokoleniową, trochę podobną do tego zjawiska, które można zaobserwować pomiędzy ich internetowym światem a dawnymi konstelacjami gwiazd ekranu i estrady.

 

Dość często zdarza się internetowym celebrytom gościć w mediach tradycyjnych. Można bez trudu zrozumieć, dlaczego są przez „stare media” zapraszani do udziału i współtworzenia programów i audycji. Tradycyjne środki przekazu, zwłaszcza telewizja, chce w ten sposób przyciągnąć przed telewizory młodszą widownię, to dość jasny zamiar. Skoro to zdarza się coraz częściej, to znaczy, że daje zapewne efekty oglądalnościowe.

 

Niestety, nie można tego samego powiedzieć o zjawisku odwrotnym, czyli próbach wchodzenia celebrytów tego starego świata do internetu. Np. Cezary Pazura, który i tak jest spośród „dawnych” gwiazd, osobą najlepiej radzącą sobie na polskim YouTube, spośród tych, które w ogóle podejmują próby okiełznania nowego medium. Wszelako pan Cezary osiąga popularność o rząd wielkości mniejszą niż wspomniana wyżej czołówka youtuberów. O dokonaniach na YT innych, przecież bardzo znanych z TV postaci, jak Tomasz Kammel czy Maciej Orłoś na przykład, przez wzgląd na miłosierdzie nie wspomnę.

 

Krótko mówiąc, wygląda na to, że stare media tych nowych gwiazd, zrodzonych i wylansowanych w internecie, potrzebują, natomiast internet nie łaknie wcale starych celebrytów. Przykro mi.

 

Korporacje nie kontrolują procesu „celebryfikacji”

 

Porównania i analizy świata nowych, internetowych celebrytów z konstelacjami wylansowanych przez stare media, przemysł filmowy i muzyczny, gwiazd są przeprowadzane od wielu lat. Powstała całkiem obszerna literatura naukowa, za której przykład niech posłuży opublikowana pod koniec 2018 roku obszerna praca Melody Nouri z Uniwersytetu w Santa Clara pt. „The Power of Influence: Traditional Celebrity vs. Social Media Influencer” ( z ang. „Siła wpływu: Tradycyjny celebryta vs. influencer mediów społecznościowych”).

 

„Chociaż tradycyjni celebryci mieli ogromny wpływ na trendy popkulturowe naszego społeczeństwa w przeszłości, w ostatnich latach nowe gwiazdy mediów społecznościowych potrafiły zdobyć więcej odbiorców i wpływać na popkulturę w znacząco większym stopniu niż tradycyjni celebryci” –  pisze pani Nouri.

 

Tłumaczy to charakterystyczna dla sieciowych gwiazd „zdolnością do tworzenia społeczności, w których użytkownicy czują się bardziej związani z influencerem” a dzieje się to dzięki „wyższemu poziomowi zaangażowania, autentyczności i siły relacji”.

 

Już w 2004 roku znany badacz mediów Nick Couldry zauważył, że w związku ze zmianami, jakie wtedy przecież dopiero zaczęły zachodzić, proces „celebryfikacji” przestaje być domeną wielkich korporacji medialnych.

 

O procesie „demokratyzacji” celebryctwa i zmniejszaniu dystansu pisało potem wielu innych badaczy, m. in. Alice E. Marwick i Danah Boyd w 2011 i David Marshall w 2016 roku. Powstało też pojęcie „mikrocelebryty”, które ma  nieco rozmyte znaczenie, bo niekiedy rozumie się pod nim jakąkolwiek nie wylansowana przez mainstream medialny, lecz przez internet, gwiazdę, a innym razem nazywa się tak influencera operującego w mniejszej, niekoniecznie masowej, skali, co jest częstym zjawiskiem na Twitterze czy Facebooku.

 

Istotne dla świata tradycyjnych mediów jest pojęcie „ekonomii uwagi”, które skupia się na konkurencji o zainteresowanie i czas odbiorcy. Otóż przegrywają one, przede wszystkim w młodszych grupach odbiorców, walkę konkurencyjną w tej dziedzinie czyli o uwagę i czas odbiorców. Przegrywają nie tylko z największymi gwiazdami Youtube i Instagrama, ale z dziesiątkami innych „mikro” i nawet całkiem „nano”-influencerów, z którymi na co dzień o czas i zainteresowanie musza walczyć mass media. Prawdę mówiąc, gdy mówimy o niektórych grupach wiekowych, to wcale nie muszą już walczyć, bo dawno ich nie ma na placu boju. Jest tylko sieć i świat wirtualny.

 

Chcesz być gwiazdą? Nie gwiazdorz

 

Świat YouTube, Instagrama a od niedawna TikToka, wypracował sobie własne nazewnictwo, kategorie i klasyfikacje celebrytów. Na przykład istnieje takie pojęcie w języku angielskim jak „Instafamous”, jak łatwo zauważyć związane z Instagramem. Osoby tak nazywane przeważnie dobrze wyglądają, pracują w „fajnych” branżach, takich jak modeling czy tatuaże, podążają za tropami i symboliką tradycyjnego świata celebrytów, z pełnymi przepychu autoprezentacjami, designerskimi towarami czy luksusowymi samochodami.

 

Blogi i kanały na Instagramie analizowane w badaniu Erin Duffy & Emily Hund z 2017 roku prezentowały kolekcje produktów Valentino, torebki Chanel i okulary przeciwsłoneczne marki Céline, czyli dobra luksusowe, ale… ale w produkcjach influencerów (właściwie częściej influncerek) nie brakuje także towarów pochodzących z wyprzedaży w „zwykłych sklepach” lub produktów z dyskontów. I to, zdaniem autorek opracowania, całkowicie świadoma strategia „instafamous”. Profesjonalnie myślący o swojej karierze influencerzy z Instagrama wiedzą coś, czego nie wie zapewne epatująca w mediach społecznościowych tylko i wyłącznie luksusowością Kinga Rusin. Umieją i nie obawiają się pokazać, że są „bliżej zwykłych internautów”, pomijając, że generalnie w porównaniu z tradycyjnymi celebrytami o wiele lepiej idzie im tworzenie relacji z odbiorcami, choćby przez bezpośrednie interakcje w komentarzach.

 

Ów specyficzny talent robienia z siebie gwiazdy w internecie polega na takich właśnie zabiegach, które starym konstelacjom celebrytów przychodzą z trudem. Rzadko kogoś śledzą i są aktywni w interakcjach z innymi użytkownikami platformy. Jeśli celebryta wrzuca na swój profil jakiś poruszający wpis na ważny temat np. o zanieczyszczeniu środowiska, przemocy domowej, konieczności wsparcia dzieci z ubogich rodzin, i ten spotyka się z żywą reakcją, tysiącami komentarzy, a gwiazda jest w tym wszystkim, w całej tej fali zaangażowania, nieobecna, to co mają myśleć zwykli ludzie.

 

Znana także w Polsce, dzięki książce „YouTube. Wideo online i kultura uczestnictwa”, Jean Burgess, uważa, że na tej największej na świecie platformie wideo, która jest, o czym niektórzy czasem zapominają, również serwisem społecznościowym, takie atrybuty jak autentyczność i uczciwość twórców treści są  wysoko cenione, a nawet wymagane.

 

Jak łatwo się domyślić, dawnym gwiazdom trudno się na to zdobyć, choćby dlatego, że ich wizerunek jest zwykle produktem opracowanym przez profesjonalistów, konsultantów, zespoły ds. strategii, nad czym sami aktorzy, prezenterzy telewizyjni czy artyści estradowi, mają niewielką kontrolę. Nieraz widziałem różnego rodzaju zapisy i plany strategii marketingu, komunikacji, budowania wizerunku czy to produktu, czy ludzi, w których na potrzeby „nowych mediów”, czyli internetu i społeczności, formułowano zalecenia bycia „autentycznym” i „naturalnym”. I nieodmiennie śmieszyły mnie te strategie, wymyślone w szczelnie odizolowanych od otoczenia korporacyjnym szkłem i chłodną kalkulacją.

 

A jak to robią influencerzy. Na przykład niezbyt u nas znana Aspyn Ovard, która ma 3,4 miliona obserwatorów na swoim kanale, skupiającym się na modzie, czyli jest trochę mniej popularna niż Friz czy Blowek. Młoda pani prowadzi jednak oprócz kanału lifestyle’owego także kanał o nazwie „Aspyn and Parker” z filmikami demonstrującymi jej życie rodzinne. I jest to mniej więcej zwykłe życie pary dwojga młodych ludzi mających małe dziecko. Zarazem charakterystyczny przykład zastosowania zabiegu „zbliżającego” gwiazdę do zwykłego odbiorcy, bo reagowanie na komentarze to nie jedyny przecież sposób.

 

Innym przykładem może być angielska vlogerka modowa i urodowa, znana w internecie jako Zoella, prowadząca kanał z aż jedenastoma milionami subskrybentów. Zoella jest zwykle ostrożna w ferowaniu opinii i poradnictwie. Akcentuje swoją równość z odbiorcami (odbiorczyniami głównie), zwyczajność i fakt bycia taką samą dziewczyną, jak te do których się zwraca. Mówiąc krótko, nie gwiazdorzy i to jest klucz do jej sukcesu.

 

W badaniu przeprowadzonym na potrzeby artykułu pt. „Badanie wiarygodności profili na Instagramowych profili celebrytów online we wpływaniu na decyzje zakupowe młodych użytkowniczek” (ang. tytuł „Exploring the credibility of online celebrities’ Instagram profiles in influencing the purchase decisions of young female users”) Elmira Djafarovaa i Chloe Rushworth przeprowadziły wywiady z osiemnastoma użytkowniczkami Instagrama w wieku 18-30 lat. Zapytana o opinie dotyczące promocji produktów w mediach społecznościowych, większość z uczestniczek ankiety odpowiadała, że bardziej ceni sobie opinie mniej znanych „Instafamous” i blogerów, niż tradycyjnych celebrytów. Jedna z uczestniczek badania powiedziała bardziej konkretnie, że ufa opiniom internetowych celebrytów, ponieważ są one mniej powierzchowne w porównaniu do, na przykład sławnych osobistości z Hollywood. Okazało się też, że kobiety dobrze zdawały sobie sprawę, że wiele produktów promowanych przez celebrytów jest zbyt drogich i nieosiągalnych dla nich, dlatego też cenią influencerów internetowych, którzy zajmują się również produktami bardziej przystępnymi cenowo. Wielkim gwiazdom z Hollywood to się w zasadzie nie zdarza.

 

Zatem, skoro wiarygodność reklamowa influencerów jest wyższa, to także z punktu widzenia firm szukających możliwości promocji produktów rośnie ich wartość a spada wartość dawnych celebrytów. Choć zapewne nie w każdym segmencie produktów, ale to inna sprawa. Jednak, aby gwiazdy internetu zachowały, to za co są cenione, zwłaszcza w porównaniu do „starych” gwiazd, czyli autentyczność, bliskość o otwartość, reklama i marketing, z którego się utrzymują (choć to mało powiedziane – czasem są to dochody idące w dziesiątki milionów), muszą być inne niż to co znamy z tradycyjnych mass mediów.

 

Powstaje pytanie czy reklamodawcy i biznes są przygotowani na konsekwencje zmian w konstelacjach gwiazd promujących ich produkty. Pomimo korpo-entuzjastycznego „tak”, jakie zapewne usłyszymy, gdy zadamy im to pytanie, sądzę, że jeszcze powinniśmy się wstrzymać z ostatecznym osądem, gdyż ostateczne przestawienie się budżetów reklamowych jeszcze nie nastąpiło.

 

 

Najważniejsza jest prawda – ks. MARIUSZ FRUKACZ o potrzebie obiektywnego dziennikarstwa

„Amicus Plato, sed magis amica veritas” („Platon przyjacielem, lecz większą przyjaciółką prawda”) – to bardzo ważna starożytna sentencja, którą warto przywołać w kontekście pytania o obiektywne dziennikarstwo w spolaryzowanym społeczeństwie.

 

Nigdy nie miałem wątpliwości co do tego, że w polskim, spolaryzowanym społeczeństwie ciągle trzeba zmagać się o obiektywne dziennikarstwo. Nawet gdy „obiektywizm dziennikarski i bezstronność polityczna mediów, jeśli były kiedykolwiek na jakimś szczycie piramidy, to z pewnością nie był to szczyt piramidy potrzeb i oczekiwań rynku odbiorców produktu medialnego”, jak pisze Mirosław Usidus (TUTAJ), to jednak zawsze chodzi o wolność i prawdę, które powinny stanowić fundament pracy dziennikarza.

 

Mirosław Usidus dużo racji ma w tym, kiedy pisze, że „w świecie osobników uciekających od wolności obiektywizm rzeczywiście przestaje być potrzebny”, to jednak nie zwalnia  nas, dziennikarzy, od obiektywnego dziennikarstwa. Już kiedyś pisałem, że wolność prasy i jej prawo do krytyki są ważniejsze niż dobre samopoczucie polityków. I że nigdy nie wolno zrezygnować z prawdy.

 

Wolność jako dar

 

Wolność jest jednym z największych darów, jaki człowiek otrzymał od Boga. Wolność słowa jest natomiast jednym z najważniejszych osiągnięć współczesnej demokracji. Jest też ona ważnym wymiarem obiektywnego dziennikarstwa.  Warto przypomnieć, co na temat wolności w bardzo klarowny sposób mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. Czytamy w nim, że „wolność wypełnia się w relacjach międzyludzkich. Każda osoba ludzka, stworzona na obraz Boży, ma prawo naturalne, by była uznana za istotę wolną i odpowiedzialną. Wszyscy są zobowiązani do szacunku wobec każdego. Prawo do korzystania z wolności jest nieodłącznym wymogiem godności osoby ludzkiej, zwłaszcza w dziedzinie moralności i religii. Prawo to powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego” (n. 1738). Zauważmy zatem, że prawo do wolności powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione, ale ważny jest tutaj kontekst, a mianowicie: „w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego”.

 

Wolność słowa zawsze powinna jednak oznaczać prawdę i dobro człowieka. To bardzo ważna, moim zdaniem, cecha rzetelności dziennikarskiej. Dobre dziennikarstwo to takie, które opiera się na faktach. To jest taka zasada, która powinna zawsze obowiązywać, szczególnie w spolaryzowanym społeczeństwie. Dlatego też prezentując czyste fakty, dziennikarze powinni być wolni od jakichkolwiek nacisków właścicieli mediów czy też polityków.

 

Nie dla dekonstrukcji prawdy

 

Jeśli zgodzimy się na to, aby obiektywne dziennikarstwo nie było ważną potrzebą społeczną, to zgodzimy się również na to, aby nie było wolności słowa i prawdy. Współczesna kultura medialna „produkuje” przekaz oparty na etyce sytuacyjnej i utylitarystycznej. To jest, jak zauważył  kilka lat temu ks. dr hab. Michał Drożdż, (TUTAJ), „destrukcyjny wpływ postmodernizmu na komunikowanie masowe”. „Kwestionuje on mianowicie potrzebę etycznej odpowiedzialności twórców, potrzebę zrozumiałości, prawdziwości i sensowności treści przekazu, społeczną rolę mediów czy też potrzebę racjonalnego krytycyzmu odbiorców”.

 

Nowoczesne mass media, zwłaszcza te elektroniczne, stanowią potężny środek oddziaływania na ludzi i niemal wszystkie dziedziny życia indywidualnego czy społecznego, a więc na politykę, kulturę, Kościół, obyczaje, religijność, ekonomię, stosunki międzynarodowe itp. Coraz częściej mówi się i pisze z niepokojem o nadmiernej i stąd groźnej „władzy mediów”, czyli mediokracji – zauważył kiedyś bp Adam Lepa.

 

Kiedy myślę o obiektywnym dziennikarstwie, to budzi niepokój to, że w podawaniu informacji istnieje skłonność do mierzenia sukcesu według kryterium zysku, nie zaś służby wobec społeczeństwa. Dążenie do zysku i reklamy wywiera nadmierny wpływ na treść społecznego przekazu: popularność góruje nad jakością, która spada do poziomu najniższego wspólnego mianownika, tzw. tabloidyzacji. Ponadto, jak pisał bp Lepa, „media przekraczają swoje uprawnienia, gdy nie zachowują obiektywizmu w opisie wydarzeń, a więc zakłamują istniejące fakty. Szczególnie destrukcyjna jest postawa automanipulacji, której celem jest wygenerowanie mentalności zmanipulowanej”. Zawsze „wykorzystanie potęgi mass mediów i skierowanie jej na właściwe tory zależy przede wszystkim od człowieka”.

 

Zgadzam się z bp. Lepą, że „służba prawdzie i jej obrona w mediach polega ona na obiektywnym i rzetelnym przekazywaniu informacji, unikaniu manipulacji prawdą i przyjmowaniu postawy nieprzekupnej wobec prawdy”. Dlatego najważniejszym kryterium rzeczywistej wartości dziennikarza nie są wcale jego elokwencja, obycie warsztatowe czy błyskotliwość, lecz stosunek do prawdy. Zwłaszcza kiedy mówimy o obiektywnym dziennikarstwie w spolaryzowanym społeczeństwie.

 

W 2014 r. bardzo ważne słowa skierował do dziennikarzy i ludzi mediów abp Wacław Depo, przewodniczący Rady ds. Środków Społecznego Przekazu Konferencji Episkopatu Polski. „Wolność oderwana od prawdy o człowieku wyradza się w życiu indywidualnym w samowolę, a w życiu politycznym w przemoc silniejszego i w arogancję władzy. Dlatego dziennikarze, zgodnie ze swoim sumieniem, powinni opierać się siłom nacisku, domagającym się od nich, by przystosowali prawdę do oczekiwań właścicieli mediów czy władzy politycznej. Winni starać się nie tylko informować odbiorców, lecz również ich formować, czyli poniekąd wychowywać odpowiednimi treściami przekazu dziennikarskiego” – napisał abp Depo.

 

Jeśli zrezygnujemy ze zmagań o to, aby obiektywizm dziennikarski był wśród ważnych potrzeb społeczeństwa i zgodzimy się na dekonstrukcję prawdy, to  Jacques Derrida, twórca dekonstrukcjonizmu, pewnie by się ucieszył.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”

 

Zapasy w kisielu – ŁUKASZ WARZECHA o wartości mediów społecznościowych

Media społecznościowe stały się jednym z zabójców mediów tradycyjnych. I to na kilka sposobów.

 

Po pierwsze – dla wielu osób są głównym źródłem informacji, także dlatego, że pojawiają się w nich informacje właśnie z mediów tradycyjnych. W związku z tym impuls, żeby sięgać po te tradycyjne media – niezależnie od tego, jaka jest ich forma – maleje. Jeśli na Twitterze przeczytało się dwuzdaniową informację podaną przez np. rozgłośnię radiową – po co jeszcze włączać tę stację na serwis informacyjny, żeby usłyszeć to samo?

 

Po drugie – media tradycyjne pasożytują na mediach społecznościowych, ale w sposób sprawiający, że ich własna jakość poważnie się obniża. Całe teksty na portalach internetowych, czasami materiały telewizyjne czy radiowe, a bywa, że i teksty w czasopismach, budowane są w części lub nawet w całości na cytatach z mediów społecznościowych. To destrukcyjny głuchy telefon: najpierw media tradycyjne podają jakąś informację (często powtarzając ją jak najszybciej za jednym i nie zawsze sprawdzonym źródłem), następnie ta informacja jest komentowana przez różne rozpoznawalne osoby na Twitterze czy Facebooku, a potem media robią z tych komentarzy kolejny materiał. Nie wnosi to kompletnie niczego do debaty.

 

Po trzecie – media społecznościowe stały się wygodnym miejscem wymiany nawet nie opinii, ale ciosów. Kiedyś taka wymiana wymagała jednak pewnego wysiłku i argumentacji, gdy odbywała się na zasadzie dyskusji na gazetowe teksty opiniowe czy choćby w studiu telewizyjnym albo radiowym. Dziś wystarczy 280 znaków na Twitterze – albo nawet mniej, jeśli ktoś umie dokopać przeciwnikowi w bardziej lakoniczny sposób. A że w sferze publicznej dominują emocje – odbiorcy do tego właśnie przyzwyczajeni znajdują zaspokojenie swoich potrzeb obserwacji zapasów w kisielu właśnie w mediach społecznościowych.

 

Ponarzekać oczywiście można, ale nie ma się co kopać z koniem – tak po prostu jest, media społecznościowe są częścią naszej rzeczywistości, a ja sam pisałem wiele razy na portalu SDP, że Twitter jest dla dziennikarza i publicysty właściwie narzędziem pracy. Narzędziem – to znaczy, że pozwala zapoznać się z trendami czy emocjami w najaktywniejszej politycznie części odbiorców, uchwycić reakcje polityków na wydarzenia czy też wdać się w dyskusję z wieloma osobami naraz, w tym z politykami czy innymi dziennikarzami. Czy jednak media społecznościowe mogą być w takim razie miejscem, gdzie realizowane jest dziennikarstwo – nie w sposób przyczynkarski, ale porządnie i rzetelnie? Wątpię.

 

Owszem, media społecznościowe są istotnym uzupełnieniem innych sposobów dotarcia do odbiorców. Trudno znaleźć dzisiaj poważną, większą redakcję, która nie miałaby konta w najważniejszych serwisach i nie korzystała z ich możliwości, żeby podrzucać odbiorcom swoje materiały. To jednak tylko dodatek, choćby dlatego, że media społecznościowe na ogół wymuszają skrótowość i nie sprzyjają pogłębieniu tematu. To nie jest miejsce, gdzie odbiorca mógłby się skupić na materiale choćby przez nieco dłuższy moment.

 

Jakiś czas temu opublikowałem w „Dzienniku Gazecie Prawnej” obszerny wywiad z socjologiem dr. Michałem Łuczewskim. Łuczewski bardzo interesująco mówił o przymusie szybkiej reakcji, która pojawia się, gdy korzystamy z mediów społecznościowych. Tłumaczył, że to swego rodzaju odruch obronny: musimy się odnieść do sprawy, zanim ktoś odniesie się do nas, być może niekorzystnie i agresywnie.

 

To nie jest środowisko, które pozwalałoby na spokojne odbieranie przekazywanej informacji, nie mówiąc już o obszerniejszej analizie czy komentarzu. Tu jednak wciąż optymalne jest środowisko, w którym komunikacja jest jednokierunkowa, przynajmniej na etapie przyswajania materiału. Środowisko, w którym nie ma „hałasu”. Tymczasem media społecznościowe ze swojej natury tworzą otoczenie takiego „hałasu” pełne.

 

Zauważmy, że nie powstało na razie medium, korzystające jedynie z Facebooka czy Twittera – i nie jest to oczywiście przypadek. Poza wyżej wymienionymi przyczynami może chodzić też o obawę przed cenzorską polityką tego typu miejsc.

 

Pomiędzy mediami a mediami społecznościowymi istnieje, owszem, nieco wymuszona symbioza. Wymuszona, bo skoro już społecznościówki istnieją, to trzeba było nauczyć się z nich korzystać w taki sposób, żeby przynosiło to jednak jakieś korzyści. Nie oznacza to jednak, że mogą one zastąpić media tradycyjne czy nawet stanowić jeden z w pełni równoważnych sposobów kanałów, którymi te będą się posługiwać.

 

Łukasz Warzecha

POD PATRONATEM SDP. II Mistrzostwa Polski Dziennikarzy w Tenisie Stołowym

W dniach 2 – 3 września w Tarnobrzegu odbędą się II Mistrzostwa Polski Dziennikarzy w Tenisie Stołowym. Zgłoszenia do imprezy przyjmowane są do 15 sierpnia.

 

Organizatorem mistrzostw są: KTS Enea Siarkopol Tarnobrzeg, Polski Związek Tenisa Stołowego, Urząd Miasta Tarnobrzega, MOSiR Tarnobrzeg.

 

W zawodach mogą brać udział dziennikarze posiadający zaświadczenie z redakcji, że czynnie dla niej pracują, od minimum 2 sezonów nie posiadają licencji zawodniczej i nie biorą udziału w rozgrywkach (Super Liga/Ekstraklasa Kobiet, I i II liga) prowadzonych przez Polski Związek Tenisa Stołowego oraz nie grają w ligach zagranicznych. Dopuszcza się osoby posiadające licencję weterana.

 

Zgłoszenia do Mistrzostw przyjmowane są tylko i wyłącznie do 15 sierpnia 2021 roku. Należy się zgłosić drogą elektroniczną: [email protected] lub telefonicznie: 514 700 126. Organizatorzy pokrywają koszty noclegów i wyżywienia uczestników zawodów.

 

Szczegółowe informacje w komunikacie zawodów TUTAJ.

 

red.

 

Między biegunami – ks. ARTUR STOPKA o „obiektywnym dziennikarstwie”

Jacek Kurski stwierdził, że w czasach gwałtownych konfliktów politycznych, tożsamościowych, kulturowych, ideowych i cywilizacyjnych obiektywizm w mediach  jest po prostu nierealny i już nieosiągalny. Ale czy na pewno nie ma na niego zapotrzebowania w spolaryzowanym społeczeństwie?

 

Znany socjolog z Uniwersytetu Śląskiego prof. Krzysztof Łęcki prawie trzy kwartały temu na swoim fejsbukowym profilu zamieścił dużymi literami, niczym mema, interesującą poradę. „Chcesz potwierdzenia, że dobrze myślisz? Odwiedź swój ulubiony portal – albo zajrzyj do swoich znajomych z fb” – zasugerował gronu swoich znajomych. Nic nie wskazuje na to, że żartował, ponieważ swojej podpowiedzi nie opatrzył uśmieszkiem, przymrużonym okiem ani jakimkolwiek innym emotikonem.

 

Ten sam naukowiec i publicysta pół roku później podzielił się w tym samym miejscu ni to spostrzeżeniem, ni to diagnozą, ni to refleksją. „Ostra polaryzacja skutkuje rosnącym prymitywizmem” – powiadomił wszystkich, którym dane było zobaczyć jego post.

 

Choć w żadnym z tych umieszczonych w mediach społecznościowych wpisów nie ma mowy o obiektywizmie, chociaż tylko jeden odnosi się do kwestii polaryzacji, a drugi tylko pośrednio kieruje myśl ku dziennikarstwu, to jednak coś je łączy. Obydwa mogą być pomocne w szukaniu odpowiedzi dla poważnego zagadnienia, zawartego w pytaniu „Czy w spolaryzowanym społeczeństwie jest zapotrzebowanie na obiektywne dziennikarstwo?”.

 

Stan faktyczny

 

Można odnieść wrażenie, że żyjemy w czasach, w których samo pojęcie obiektywizmu, nawet w jego potocznej, słownikowej treści, okazuje się kłopotliwe. Nie jest przesadnie często obecne w codziennej egzystencji dużej części ludzi. Bywa, że nie jest też prawidłowo rozumiane. Zgodnie ze słownikową definicją obiektywizm, do „Przedstawianie i ocenianie czegoś w sposób zgodny ze stanem faktycznym, niezależnie od własnych opinii, uczuć i interesów”.

 

Jednak problem pojawia się przy określaniu „stanu faktycznego”. Okazuje się, że dość powszechnie jest on utożsamiany z czymś, co można określić jako „moją wersję” wydarzeń. Za stan faktyczny uważany jest przez wielu ich ogląd rzeczywistości. Nie zdają sobie sprawy, że jest on uwarunkowany ich emocjami, poglądami, punktem widzenia itd. Zjawisko to dotyka zarówno odbiorców mediów, jak i ich twórców i dysponentów.

 

„My” i „oni”

 

Mówiąc o polaryzacji, jako zjawisku społecznym, zwykle wskazuje się, że polega ona na wyraźnym zaznaczaniu (się) różnic, akcentowaniu skrajności w stanowiskach wobec jakiejś kwestii, przekonaniach, poglądach na jakiś temat. Przypomina się, że jej istotą jest podział dotyczący grup społecznych, ideologii, systemów. Że efektem polaryzacji są siły przeciwstawne sobie, antagonistyczne.

 

Warto jednak podkreślić aspekt polaryzacji, który nie jest szczególnie eksponowany, a wcale nie dla wszystkich oczywisty (nie każdy, kto słyszał o polaryzacji, kojarzy ją z biegunowością). Chodzi o to, że polaryzacja w sensie ścisłym to rozdzielenie elementów jakiegoś układu tylko na dwie grupy. A to prowadzi do bardzo konkretnego sposobu postrzegania rzeczywistości. Staje się ona zero-jedynkowa, czarno-biała. Istnieją w niej tylko dwie grupy – „my” i „oni”. Polaryzacja jest sposobem radykalnego upraszczania nie tylko obrazu świata, ale również relacji międzyludzkich. Niesie daleko idące skutki w polityce, w poszczególnych sferach życia społecznego, a więc także w mediach.

 

W nierealnym świecie

 

Skutkiem polaryzacji jest zapominanie, iż pomiędzy biegunami znajduje się coś jeszcze. Że rzeczywistość jest bogatsza. Wielokolorowa, nie dwubarwna. Że w każdej sprawie może istnieć i istnieje wielość poglądów, a nie tylko dwa. Że żadna społeczność nie składa się wyłącznie z „naszych” i „obcych”. Rezultatem polaryzacji jest życie i funkcjonowanie w nierealnym, sztucznie wykreowanym świecie. W rzeczywistości, w której brakuje prawdy. Obiektywnej prawdy. Takiej, która nie jest wymysłem człowieka.

 

O potrzebie uznania obiektywnej prawdy pisali polscy biskupi w 2014 r. w liście pasterskim z okazji IV Tygodnia Wychowania. Stwierdzili m. in., że współczesny świat próbuje narzucić ludziom przekonanie, iż nie ma żadnej obiektywnej prawdy, a każdy człowiek rozumie i stosuje ją na swój własny, indywidualny sposób. „Co więcej, na człowieka głoszącego istnienie obiektywnej prawdy, według której pragnie on żyć, patrzy się z podejrzliwością, a nawet z lekceważeniem” – wskazywali. Zdiagnozowali też, że w takiej sytuacji przestają obowiązywać wszelkie stałe wartości.

 

Niemożliwy i nieosiągalny?

 

Przyjmuje się wtedy, że nie ma żadnych niepodważalnych punktów odniesienia, a zatem wszystko jest niestałe i zmienne” – zauważyli polscy hierarchowie katoliccy. Przywołali też słowa św. Jana Pawła II, który stanowczo przypominał: „W sytuacji, w której nie istnieje żadna ostateczna prawda będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza”. W następnym zdaniu Papież Polak przestrzegał: „Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo przemienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”.

 

Powyższe słowa biskupów i Papieża odnoszą się w znacznej mierze także do mediów. Wskazują, na czym polega istota obiektywizmu w dziennikarstwie. Od dawna pojawiają się głosy, że nie jest on w mediach w ogóle możliwy. W 2017 r. prezes TVP Jacek Kurski w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” stwierdził stanowczo „Nie ma żadnego obiektywnego medium”. Twierdził, że obiektywizm powstaje na nieskrępowanym zderzeniu różnych propozycji i tych ofert. Przekonywał, że ideał BBC z lat 60., oparty na założeniu, iż jakieś medium może być idealnie obiektywne, w czasach gwałtownych konfliktów politycznych, tożsamościowych, kulturowych, ideowych i cywilizacyjnych jest po prostu nierealny i już nieosiągalny. „Ludzie – i to pokazują różne badania – chcą wyboru spośród wyrazistych tożsamości” – zapewniał.

 

Istnieje obiektywnie

 

Zapewne część odbiorców faktycznie chce takiego wyboru. Ale czy wszyscy? Czy świadome polaryzowanie sfery mediów nie jest przymuszaniem części czytelników, widzów, słuchaczy, do funkcjonowania w realiach, które im nie odpowiadają? Mało tego, są sprzeczne z ich oglądem świata, z przekonaniem, że istnieje prawda obiektywna, która wcale nie jest wynikiem jakiegokolwiek wyboru.

 

Choć polaryzacja wydaje się sytuacją przez media i dziennikarzy pożądaną, ponieważ ułatwia oddziaływanie na emocje i pomaga przywiązywać ich do konkretnych gazet, stacji radiowych, kanałów telewizyjnych, serwisów internetowych czy „baniek” w mediach społecznościowych, to jednak przynosi bardzo negatywne skutki. Prof. Krzysztof Łęcki wskazał jeden z nich, nazywając go „rosnącym prymitywizmem”. Za tym określeniem kryje się obniżanie zarówno poziomu i wartości wytwarzanego w mediach kontentu, jak i zaniżanie oczekiwań oraz potrzeb odbiorców. Długotrwały brak obiektywizmu w mediach, obiektywizmu polegającego przede wszystkim na uznawaniu istnienia prawdy obiektywnej, skutkuje niszczeniem systemu wartości, zarówno w wymiarze społecznym, jak i indywidualnym.

 

Dlatego odpowiedź na pytanie „Czy w spolaryzowanym społeczeństwie jest zapotrzebowanie na obiektywne dziennikarstwo?” jest i musi być twierdząca. To zapotrzebowanie istnieje obiektywnie, niezależnie od tego, czy i w jakim stopniu jest przez dysponentów oraz odbiorców uświadomione.

 

Ks. Artur Stopka

Fakty nie dyskryminują – MAGADALENA KAWALEC-SEGOND o tym jak pisać o osobach LGBT+

Nauka i oparcie się na podstawie naukowej w omawianiu zjawisk przez naukę badanych, daje szansę na uniknięcie tak postawy inkwizytora-ignoranta, jak i słodzącego lizusa.

 

Istnieje pewna powszechnie występująca cecha ludzkiego umysłu, że rzeczy nienazwane nie istnieją. Jest to bardzo adekwatnie oddane w „Księdze Rodzaju”, gdy Bóg mówi do Adama: „ponazywaj je!” I tak Adam oddaje się pierwszej aktywności intelektualnej człowieka jeszcze w Raju. Istnieje i inna prawidłowość odkryta przez językoznawców już dawno temu, że język kształtuje nasze postrzeganie rzeczywistości.

 

Przykład pierwszy z brzegu. Podczas dyskusji w medium społecznościowym z pewną psychiatrą ja, biolog, powiedziałam, że „już przyjęłam szczepionkę”. Dokładnie tak samo, jak powiedziałabym, że już przyjęłam jakiś lek czy inny profilaktyk. Na co owa lekarz psychiatra zarzuciła mi, że sieję propagandę i chcę oswajać ludzi ze szczepieniami („które jak wiadomo są groźnym eksperymentem, a amantadyna wyleczy cię” ze wszystkiego: od liszajca przez kowid po bezpłodność). Sieję zatem ową propagandę szczepionkową, gdyż „przyjmuje to się Komunię”. No niewątpliwie, choć znam i takich, co „wzięli opłatek”. Wg lekarza psychiatry mam mówić „zaszczepiłam się”, na co odpowiadam, że nie mogę, bo sama tego nie zrobiłam. I tak możemy długo, tylko po co?

 

Jest takie miejsce w debacie publicznej od kilku dekad rozgrzewające się i obecnie nie mniej podminowane takimi „argumentami”, jak debata szczepionkowa czy dotycząca organizmów genetycznie modyfikowanych (GMO). Mianowicie rozpala umysły powszechnie (a nie tylko specjalistów niestety) zagadnienie „języka przyjaznego LGBT+”. Spór jest ustawiony od razu tak, aby ów język miał być przyjazny lub nieprzyjazny. Co jest samo w sobie durnowate, ale tak już żyjemy w cywilizacji szczepionkowców i antyszczepionkowców, to dlaczego nie mielibyśmy ustawiać w podobny sposób wszelkich debat. Gdzie przy pomocy nawet tak wytrawnych dziennikarzy, jak Bogdan Rymanowski, widz po spotkaniu w ringu szklanego okienka specjalisty od szczepionek i psychoterapeutki dostaje do zrozumienia, że prawda o szczepieniach leży po środku, a nie tam, gdzie leży.

 

Na łamach magazynu „Press” ukazał się niedawno w kwestii owego pisania o osobach LGBT+ specjalny tekst – nazwałabym go prostym i instruktażowym (TUTAJ). Nie chce wszczynać tu z nim polemiki, bo ze mnie żaden językoznawca, a jako prosty biolog nie poczuwam się do posiadania podstaw wiedzy niezbędnej, mogłabym zatem jedynie z dezynwolturą udawać eksperta. Myślę takiego dziennikarstwa na pewno nie warto nigdy i na żaden temat uprawiać, a jest go wokół aż nadto. Zastanawia mnie jednak, czy koledzy pouczający klimatologów, epidemiologów i wirusologów oraz genetyków i seksuologów, równie bojowo ruszają na fryzjerów, baristów czy zegarmistrzów oraz hydraulików, z którymi z pewnością przychodzi im się zetknąć w codzienności. Obawiam się, że „znanie się na wszystkim” ma się we krwi tak bardzo, że wyłazi z nas przy wszelkich okazjach.

 

Tu zatem punkt pierwszy, dla mnie ważny. Nie piszę o tym, na czym się nie znam. A jak piszę (bo muszę, człowiek dla chleba robi różne rzeczy, typu tekst o psychologii czy archeologii mnie biologowi się przytrafi), to szukam najlepszego możliwego eksperta wśród uczonych zajmujących się danym zagadnieniem (albo i dwóch) i oni mój tekst czytają, wspomagając jego redakcję. Często pomagają także przy weryfikacji materiałów pochodzących z riserczu etc. Skoro się nie znam na LGBT+ ani na wiedzy o języku, pozostaje mi: a) zrobić najgłębszy możliwy risercz samemu plus b) zapytać eksperta. Wtedy już nie będzie kwestii przyjazności i nieprzyjazności. Jeśli jakimś językiem posługuje się specjalista w danej dziedzinie (np. seksuolog), to znaczy, że jest to język nauki. A on jest jak na razie (i daj Boże, by tak zostało) językiem maksymalnie zobiektywizowanym.

 

Co mnie jednak porusza w tekście z „Press”(gdzie jako żywo autor zapytał osoby mogące uchodzić za ekspertów w tej sprawie) to brak na początku prostego sformułowania, że pisać trzeba jak o wszystkich dokładnie osobach na świecie: z szacunkiem. Oczywiście nieco innym językiem naznaczonym szacunkiem rządzi się dział nekrologów, a innym publicystyka krajowa. Jeśli jednak bardzo widać w naszych tekstach, że komuś o kim piszemy nie podalibyśmy szklanki wody, to chyba bardzo źle. I to nie jest tak, że to my decydujemy, kto jest osobą. Choć wielu ma taką ochotę – to się nazywa depersonalizacja, a nawet i odczłowieczenie się komuś zdarzy – ale to już czysta propaganda, która nawet nie stoi koło dziennikarstwa na jednej półce.

 

Nie chcę też z tekstem z „Press” polemizować, bo ja się zasadniczo z nim zgadzam. Gdybym pisała o tym zagadnieniu (np. robiła wywiad z osoba transpłciową na temat jej transpłciowości – no bo jak na inny, np. fizyki cząstek elementarnych, to co to ma za znaczenie?), to bym zastosowała takie sformułowania, jakie magazyn „Press” wymienił i zdefiniował. Tu jednak mam postulat, aby stosowne językoznawcze gremia zadbały jak najpilniej, aby wszelkie anglizmy zastąpić jednak czymś po polsku adekwatnym i zaznaczam, że na moje wyczucie językowe tłumaczenie „coming out” jako „wyjście z szafy” brzmi niepoważnie.

 

Zmieniamy nasz dziennikarski język – ja też – w toku życia i pracy zawodowej, bo opisywany przez nas świat się zmienia. Skoro pracuję w „zawodzie” popularyzatora nauki w mediach już ponad ćwierć wieku, to oczywiste, że mają miejsce nowe odkrycia naukowe, powstają nowe definicje i klasyfikacje. I nie da się tego ignorować, bo to nieprofesjonalne.

 

Biolodzy zmieniają nazwy – nawet bardzo w nauce utrwalone – gatunków organizmów, gdy w wyniku badań się okazuje, że to co „na oko” było muszką, jest w istocie wywilżną, a to co uważaliśmy za kosa, w istocie jest szpakiem. Nawet hiena już nie jest w biologii hieną, tylko krokutą centkowaną. Może dlatego nie mam tutaj jakiś zasadniczych problemów z terminologią, jaką dla pisania o osobach LGBT+ i związanych z nimi sprawach i zjawiskach proponuje „Press” tylko dlatego, że jest nowa. Pozostaje się zastanowić, czy te zmiany w nomenklaturze mają tu obiektywne naukowe podłoże. Tzw. konsensus naukowy mówi dziś, że tak (np. homoseksualizm oficjalnie przestał być chorobą czy zaburzeniem psychicznym), choć są nieliczne zdania odrębne.

 

Kolejna kwestia, czyli co czują na swój temat osoby nazywane czy wymieniane. Istotna zwłaszcza w bezpośrednim kontakcie z osobą, ale i podczas pisania o osobie czy osobach „dających się wrzucić do wspólnego worka” z dowolnym napisem na wierzchu. Bo rzecz nie tyczy się oczywiście LGBT+, ale absolutnego całokształtu populacji ludzkiej. Pisząc o autyzmie już nie pisze się o „chorobie” tylko o nieneuronormatywności, a o osobie niepełnosprawnej nie pisze się per „kaleka”, o niesłyszącej – „głuchy” etc. Między innymi z tego prostego względu, że to dla nich bolesne.

 

Ze słowem „murzyn” mam kłopot, bo znam jego pochodzenie i historię w języku polskim, zaś osobiście nikogo, kto by się na mnie za jego użycie obrażał. Czy powstanie nazwa np. „Afropolak”? Nie wiem, ale nie miałabym nic przeciwko, aby ktoś o takim pochodzeniu poprosił mnie, aby tak lub jeszcze inaczej się do niego zwracać. Podobnie jeśli jakiś Wojtek prosi, aby mówić do niego Jana czy Kamila. Dopóki nie jestem policjantem, sędzią czy innym urzędnikiem państwowym, który ma w godzinach pracy obowiązek identyfikować osobę na podstawie posiadanych przez nią dokumentów, na czym ma tu polegać mój problem?

 

Ośmielę się całe zamieszanie w umysłach i sercach wywołane niemożnością uznania, że każdy lepiej wie, jak należy do niego mówić, skoro „wygląda” skwitować starym, przedwojennym jeszcze szmoncesem. W przedziale siedzi sobie stary, brodaty żyd z monstrualnymi wręcz pejsami i modli się półgłosem, a naprzeciw siedzi inny mężczyzna i czyta gazetę. Zwraca się on nagle: „Panie starozakonny, która godzina?” Na co ów mu pokazuje zegarek, tzw. cebulę, z zamkniętą kopertą i nadal się modli. Pasażer zdruzgotany mówi: „jak pan może być tak niegrzeczny i pokazywać mi zamknięty zegarek?” Pada odpowiedź: „jak pan przez moje spodnie widzi, że jestem starozakonny, to niech pan przez kopertę zobaczy, która godzina”.

 

Gdy rodzi się pytanie, poszukujemy wiedzy i zrozumienia ile w determinacji płci, a ile w kwestii orientacji seksualnej czy transpłciowości – bo to nie są bardzo związane zjawiska – jest genetyki a ile kultury/zjawisk socjocywilizacyjnych etc., trzeba na bieżąco zapoznawać się z literaturą naukową na dany temat.

 

Jak dotąd da się powiedzieć niedużo o podłożu biologicznym autoidentyfikacji osób z grupą LGBT+. Nie umiemy znaleźć do dziś np. „genów homoseksualizmu”, więc jeśli takie podłoże genetyczne istnieje, to tak jest wielogenowe, że nawet technika GWAS nie daje rady. Oczywiście podłoże biologiczne nie zawsze oznacza wyłącznie genetyczne. Istnieją wpływy środowiskowe, hormonalne np. w okresie prenatalnym osoby, które też są biologiczne. Jeśli jednak więcej, a nawet znacznie więcej, jest tu wpływu kulturowego – nadal nie powinno być to źródłem myślenia dyskryminującego czy uwłaczającego lub opisywania osób bez należnego szacunku, bo bycia Polakiem, katolikiem też sobie i wybieramy i nie wybieramy zarazem, a nie podobałoby się nam, gdyby nas na tej podstawie dyskryminować.

 

Na koniec podzielę się tu materiałem, który znalazłam u świetnych popularyzatorów nauki, na stronie „To tylko teoria” (TUTAJ). Pokazuje on, że właśnie nauka i oparcie się na podstawie naukowej w omawianiu zjawisk przez naukę badanych, daje szansę na uniknięcie tak postawy inkwizytora-ignoranta, jak i słodzącego lizusa. Jak to ujął jeden znany mi werbista: „Pan Jezus powiedział, że mamy być solą ziemi, a my staramy się być jej cukrem. Tylko soli nie trzeba za dużo – szczypta wystarczy”. Moim zdaniem warto zapoznać się z tym przykładem, bo on pokazuje, jak zachować obiektywizm i mieć oparcie w naukowych faktach, których należy pieczołowicie szukać i próbować zrozumieć – czasem w niezbędnej współpracy ze specjalistą.

 

Zatem: „W związku z popularnym ostatnio wycinkiem programu „Jeden z dziesięciu” i pytaniem o to, czy ssaki mogą być trójpłciowe, odpowiadam jako biolog, że nie. U ssaków występują wyłącznie dwie płcie.

 

Podstawowe fakty:

 

1 – Nie ma czegoś takiego, jak trzecia płeć.

 

2 – Transpłciowość to nie trzecia płeć, lecz niezgodność (inkongruencja) tożsamości płciowej z płcią (osoba płci męskiej utożsamiająca się z płcią żeńską lub na odwrót, czyli typu m/k bądź k/m).

 

3 – Interpłciowość (nazywana też hermafrodytyzmem, a rzadziej obojnactwem) to zbiorcze słowo na różne zaburzenia rozwoju płciowego (głównie choroby genetyczne prowadzące do upośledzenia narządów płciowych, zaburzeń hormonalnych, metabolicznych, procesów poznawczych), w których mogą występować cechy pośrednie między płcią męską i żeńską (między 0 i 1, mówiąc matematycznie; dwójka – czyli na tych liczbach trzecia płeć – się tutaj nie pojawia).

 

4 – U „niższych” ewolucyjnie gatunków zwierząt występuje funkcjonalny hermafrodytyzm (obie płcie u jednego osobnika w jednym czasie lub zmiana płci z jednej na drugą), ale u ssaków jest to zawsze zaburzenie, wynikające zwykle z mutacji chorobotwórczych.

 

5 – Niebinarność odnosi się do kulturowych ról płciowych – jest zjawiskiem kulturowym, nie biologicznym. Niebinarność nie jest więc trzecią płcią ani płcią w ogóle.

 

6 – Gdyby istniała trzecia płeć, to obok gonad, gamet i narządów płciowych męskich i żeńskich mielibyśmy do czynienia z trzecim ich rodzajem i odpowiadającą za jego powstanie maszynerią molekularną.

 

7 – U grzybów, z perspektywy typów kojarzenia gamet, zależnych od różnych, niebinarnych podziałów rodzajów sekwencji genetycznych, można w pewnym sensie mówić o więcej niż dwóch płciach (często nawet bardzo wielu „płciach”).

 

Dodam, że fakty naukowe nie stanowią uzasadnienia dla obrażania czy dyskryminacji. Nie należy też mylić opisu rzeczywistości z jej wartościowaniem – stwierdzenie faktów na temat płci nie obraża ani nie dyskryminuje”.

 

Ruszył proces Watchdog Polska przeciwko Fundacji Lux Veritatis, nadawcy TV Trwam

30 czerwca przed Sądem Rejonowym Warszawa-Wola formalnie ruszył proces karny, który Stowarzyszenie Watchdog Polska wytoczyło Fundacji Lux Veritatis w związku z rzekomym nieujawnieniem informacji publicznej. Sąd m.in. wysłuchał członków zarządu Fundacji m.in. Ojca Dyrektora dr. Tadeusza Rydzyka.Kolejna rozprawa w sierpniu. Sprawa objęta jest monitoringiem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP.

 

Nie będzie przeszukania Fundacji Lux Veritatis, zabezpieczenia dokumentów, odebrania telefonów komórkowych i odebrania umów o obsługę prawną – postanowił Sąd Rejonowy w Warszawie podczas formalnie pierwszej rozprawy, jaka  odbyła się przed warszawskim Sądem . Wciąż nie wiadomo, czy sąd zażąda dostępu do korespondencji e-mail Fundacji oraz nie zrealizuje innych, obszernych i szczegółowych żądań Stowarzyszenia Watchdog Polska w stosunku do Fundacji Lux Veritatis, nadawcy TV Trwam.  Zeznania w sprawie absurdalnych zarzutów o rzekome nieudostępnienie informacji publicznej złożyli założyciel i dyrektor Radia Maryja o. Tadeusz Rydzyk CSsR oraz zasiadający w zarządzie Fundacji Lux Veritatis o. Jan Król CSsR i Lidia Kochanowicz -Mańk. Sprawa ma charakter  karny, a nie cywilny, co jest ewenementem w tego typu sprawach. Kolejna rozprawa odbędzie się 12 sierpnia br.

 

W ocenie CMWP SDP w tej sprawie zachodzi zagrożenie naruszenia praw obywatelskich o. Tadeusza Rydzyka, o. Jana Króla i dyr. Lidii Kochanowicz – Mańk.  W związku z powyższym CMWP podjęło  monitoring sprawy  w celu obrony wolności słowa zgodnie z art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i innymi przepisami prawa, co jest uzasadnione celami realizowanymi przez Centrum oraz potrzebą ochrony istotnych dóbr chronionych prawem, w tym konstytucyjnych praw i wolności.

ZUS odpowiada na pytania CMWP SDP w sprawie kontroli w TVN

W odpowiedzi na pytania skierowane przez CMWP SDP do ZUS-u  w związku z zawiadomieniem o wszczęciu postępowania z urzędu w sprawie podlegania  Kamila Różalskiego, byłego operatora Telewizji TVN,  ubezpieczeniom społecznym u płatnika składek TVN S.A., Dominik Wojtasiak, dyrektor Departamentu Legislacyjno – Prawnego ZUS udzielił odpowiedzi.  Dyrektor potwierdził prowadzenie kontroli w telewizji TVN oraz wyjaśnił przyczyny zwłoki w jej rozpoczęciu.  ZUS uchylił się od odpowiedzi na pytanie, ilu osób i jakiego okresu dotyczy aktualna kontrola.

 

W przesłanym do CMWP  SDP piśmie dyrektor dyrektor Departamentu Legislacyjno – Prawnego ZUS potwierdził, iż obecnie  jest prowadzone  przez ZUS postępowanie kontrolne u płatnika składek – TVN S.A.  oraz wyjaśnił zwłokę w podjęciu czynności kontrolnych, o którą pytało CMWP SDP, ponieważ z posiadanych przez nas informacji wynika, iż p. Kamil Różalski , były operator TVN wraz z grupą osób wniósł skargę ok. 1,5 roku temu. ZUS wyjaśnił, iż postępowanie kontrolne w TVN S.A. zostało wszczęte przez Zakład  cyt. “w terminie możliwym do podjęcia czynności kontrolnych, a mianowicie gdy ustały przeszkody dla jego podjęcia i prowadzenia”. Jak czytamy w piśmie wysłanym do CMWP SDP 21 czerwca b.r. , zgodnie z art.  54  ustawy z dnia 6 marca 2018  Prawo przedsiębiorców , Zakład nie mógł równocześnie z innym uprawnionym organem kontrolnym wszcząć i prowadzić kontroli bez zgody kontrolowanego płatnika, a TVN SA nie wyraziło zgody na równoczesne podjęcie i prowadzenie więcej niż jednej kontroli.  Ponadto w związku  z ogłoszeniem stanu zagrożenia epidemicznego a następnie epidemii na terenie kraju, została podjęta decyzja o wstrzymaniu kontroli.  Inspektorzy kontroli  ZUS poinformowali  więc płatnika że w związku z podejmowanymi działaniami związanymi z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem  covid 19 kontrola zostanie przeprowadzona w innym terminie możliwym do podjęcia czynności kontrolnych . Obecnie taka kontrola jest prowadzona.

 

W związku z zawiadomieniem o wszczęciu postępowania z urzędu w sprawie podlegania Pana Kamila Różalskiego, byłego operatora Telewizji TVN,  ubezpieczeniom społecznym u płatnika składek TVN S.A. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło tę sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw osób ubezpieczonych zatrudnionych u wskazanego wyżej płatnika składek. Mając na uwadze, że działania płatnika składek, jak również opóźnienie czynności ZUS w niniejszej sprawie mogą stwarzać zagrożenie dla konstytucyjnych praw p. Kamila Różalskiego oraz innych osób w zakresie zabezpieczenia społecznego (art. 67 Konstytucji RP), w ocenie CMWP SDP podjęcie monitoringu niniejszej sprawy jest uzasadnione i konieczne.

 

W związku z wszczęciem monitoringu w sprawie zostało skierowane pismo do ZUS  z  prośbą o wyjaśnienie, czy  postępowanie w sprawie objęcia ubezpieczeniami społecznymi dotyczy wyłącznie p. Kamila Różalskiego, czy także innych osób, a jeżeli tak, to ilu. Poprosiliśmy także  o dodatkowe informacje:  jakiego okresu czasu dotyczy postępowanie (lub postępowania), z jakiej przyczyny tut. Oddział ZUS nie podjął działań wcześniej, zważywszy, że wg posiadanych informacji p. Kamil Różalski wraz z grupą osób wniósł skargę ok. 1,5 roku temu oraz czy ZUS przeprowadził w tej sprawie kontrolę u płatnika składek i  czy taka kontrola jest lub będzie prowadzona.

 

Oryginał odpowiedzi z ZUS jest TUTAJ.

Andrei Alikasandrau zamiast wyjść na wolność usłyszał nowy zarzut

Mija sześć miesięcy od uwięzienia białoruskiego dziennikarza i menadżera mediów Andreia Aliaksandrau, bliskiego współpracownika nieżyjącego już założyciela niezależnej białoruskiej agencji informacyjnej BelaPAN Aleksandra Lipaja. 30 czerwca Andrei usłyszał kolejny zarzut – o zdradę stanu. Grozi mu 15 lat więzienia.

 

Andrei Aliksandrau oskarżony o organizowanie i przygotowywanie działań rażąco zakłócających porządek publiczny powinien wyjść na wolność w połowie lipca – w przypadku takiego zarzutu najdłuższy możliwy areszt przedprocesowy to sześć miesięcy. Tymczasem zamiast spodziewanego wyjścia na wolność usłyszał zarzut zdrady stanu. Jak informuje adwokat dziennikarza Anton Haszyński, Andrei jest „zszokowany”. Nie przyznaje się do zarzucanego mu czynu.

 

Zatrzymany 12 stycznia 2021 pod zarzutem finansowania antyrządowych protestów Andrei Aliaksandrau miał przekazywać protestującym pieniądze na opłacenie grzywien za udział w demonstracjach. Pieniądze na ten cel miał otrzymywać z zagranicy. Według Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Białorusi od 22 sierpnia 2020 do 9 listopada 2020 przekazał pieniądze na opłacenie 250 grzywien.

 

14 stycznia 2021 służby wkroczyły do redakcji BelaPAN w poszukiwaniu dowodów winy Andreia Alikasandrau i skonfiskowały twarde dyski, dokumenty i notatki byłego zastępcy dyrektora agencji informacyjnej (Aliaksandrau pełnił tę funkcję w latach 2014-2018).

 

Adwokat Anton Haszyński po spotkaniu z dziennikarzem powiedział, że Andrei na szczęście jest zdrowy, może uczestniczyć w wyjściach na więzienny spacer i czytać książki. Niestety listy otrzymuje z dużym opóźnieniem bądź wcale.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich domaga się uwolnienia Andreia Aliaksandrau oraz 23 dziennikarzy i pracowników mediów przebywających obecnie w więzieniach na Białorusi, w tym Andrzeja Poczobuta, działacza Związku Polaków na Białorusi i laureata Głównej Nagrody Wolności Słowa SDP za rok 2020 oraz Dzianisa Ivashyna, dziennikarza Novego Chasu, który ma poważne problemy ze zdrowiem (wg słów jego matki Ludmiły Ivashyny lekarz badający dziennikarza w więzieniu, stwierdził stan przedzawałowy).

 

Dorota Zielińska

 

fot. Olga Khvoin

źródło: Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy (BAJ)