Ogórek krótki – felieton satyryczny KRZYSZTOFA PRENDECKIEGO o tym, jak wypełnić łamy latem

Sezon ogórkowy w mediach. Czy jest szansa dla pory pt. „nic się nie dzieje”?

 

Sezon ogórkowy jak wiemy, oznacza bezczynność na niwie kulturalnej. Zamykają się między innymi teatry. Jest tak, jeśli chodzi o państwowe instytucje, utrzymywane na koszt podatnika. „Prywaciarz” na taki luksus nie może sobie pozwolić, wobec czego teatr Polonia czy Buffo działają jak w sezonie.

 

Okres zbierania ogórków u nas czy u zachodnich sąsiadów, to także posucha jeśli chodzi o tematy w mediach.  Aż się chce zacytować piosenkę: „Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic. I nie stanie się nic, aż do końca”. Wakacji oczywiście.

 

Przeglądam sobie „Czwartą władze. Najważniejsze wydarzenia medialne III RP”, wnikliwego red. Witolda Beresia. I rzeczywiście, w lecie za wiele się nie dzieje.

 

Nawet listę najbogatszych Polaków, drukował „Wprost”, jak na złość jeszcze w czerwcu. „Gazeta Polska” listę konfidentów, też jeszcze upchała przed wakacjami. Publicystyczny wyjątek typu „Wasz prezydent, nasz premier” red. Adama Michnika, ukazał się początkiem lipca. Czyli jeszcze przed szczytem sezonu urlopowego. A jak mowa o wczasach, to były jeszcze „Wakacje z agentem”, redaktorów Rafała KasprowaJacka Łęskiego. Ale wydrukowane tuż przed wrześniem, czyli w okresie gdzie naród zaprząta sobie głowę wyprawkami do szkoły swych pociech.

 

Jest w tym dużo racji.

 

Wyobrażacie sobie tego statystycznego Polaka, który, no dobra, niech już będzie, zakupił papierową gazetę. I ten letnik Jan Kowalski, otoczony plażowo obowiązkowym parawanem, czyta sobie niezwykle zachęcające teksty. I to jakie?  Same już tytuły, aż się proszą, żeby zrobić sobie z tego czasopisma kapelusik na upał. Ot choćby: „Nasze triumfy, nasze klęski” czy „Znak sprzeciwu, znak przymusu”.

 

Lipiec jeszcze nie jest taki kiepski. A to TVN chcą przejąć, Donald Tusk coś powie, a to Trybunał co nieco ogłosi. Jednak w sierpniu może być posucha. I pozostaną dzikie zwierzęta znalezione w ubikacjach: „Wąż w klozecie. Austriak ugryziony w WC”. Klikanie gwarantowane. Przecież niemal każdy jest ciekaw, gdzie ten gad ugryzł. W Polsce też, żeby nie było, żeśmy gorsi: „Poranna toaleta z niespodzianką, ze spłuczki wypełzł pyton”. To tylko dwa przykłady z ciepłych miesięcy ubiegłego roku.

 

Krótki risercz i okazuje się, że węży bywało więcej. Czytamy interesujące relacje, o „główce wychodzącej z muszli”  i „zaskoczeniach mieszkańców bloku”. Dominują pytony i to królewskie, a wiele szczęścia mają głównie mieszkańcy Dolnego Śląska.

 

Materiał robi się sam. Dzwonimy po komentarz do; pobliskiego ogrodu zoologicznego, przychodni weterynaryjnej i sklepu zoologicznego, na Straż Miejską i Graniczną, zaprzyjaźnionego profesora od reptiliologii i herpetologii. Dokładamy wypowiedź dyżurnego psychologa zwierząt i specjalisty od zarządzania kryzysowego. Artykuł jak się patrzy.

 

Natomiast mieszkańcy Małopolski i Podkarpacia, mają większą szanse na spotkanie misia. Dzwonimy do eksperta, a ten biegle tłumaczy, że: „uciekając przed niedźwiedziem należy wybrać niezbyt cienkie drzewo, aby je łapą nie złamał.  Ale też nie za bardzo grube. Aby po tym drzewie za nami nie wlazł”.

 

I gdy już jesteśmy w ogródku, to ani się z gąską, ani z brunatnym, ani innym pełzającym się nie witamy.

 

Bowiem czeka nas rewolucja. Na razie w amerykańskim Insiderze. Jak wiadomo, Business Insider to czołówka znanych serwisów o tematyce biznesowo – technologicznej. Wyszło polecenie, aby dziennikarze pisali artykuły zawierające mniej niż 600 słów. Ma być krótko. Bo czytelnik, nawet jak skończył Harvard Business School czy Stanford University, po 212 słowach, ziewa przeciągle i mu za dużo robactwa wlatuje przez otwór gębowy.

 

Też mi odkrycie. W podręcznikach dla dziennikarzy, przecież jest jak byk, aby; pisać zwięźle, przechodzić od razu do rzeczy i nie komplikować narracji. Profesor Walery Pisarek w „Retoryce dziennikarskiej” przytacza nawet Pliniusza MłodszegoWybaczcie mi ten długi list. Nie miałem dość czasu, by go skrócić”. Ot i co. Sztuka skracania. Nareszcie redaktorzy zza Wielkiej Wody na to wpadli.

 

I nadali roboty podwójnie. Bo oprócz niełatwego wymyślania tematów ogórkowych, to jeszcze trzeba będzie opanować niezwykle trudną sztukę pisania bez zbędnego zagmatwania. Za to treściwie i z sensem.

 

Krzysztof Prendecki

ŁUKASZ WARZECHA: Z kim chce rozmawiać władza

Podmiotowe traktowanie mediów przez polityków, to tak naprawdę podmiotowe traktowanie ich odbiorców.

 

Gdy w 2007 r. Donald Tusk został premierem, zorganizowano kilka zamkniętych, swobodnych jego spotkań z dziennikarzami, przy kawie i kanapkach. Byłem bodaj na dwóch. Pamiętam nawet, że indagowałem pana premiera w sprawie jego chłodnego stosunku do Ukrainy. Jak w większości zagadnień polityki zagranicznej, tak i w tej sprawie nowy rząd postanowił zasadniczo odejść od linii poprzedników. Musiało to być w pierwszych miesiącach 2008 r., bo niewiele wcześniej szefami rządów zostali Tusk (w połowie listopada 2007 r.) i Julia Tymoszenko, o której była mowa na spotkaniu (po raz drugi – w połowie grudnia 2007 r.).

 

Być może to indagowanie, a może całokształt mojej ówczesnej publicystyki, ukazującej się w tamtym czasie przede wszystkim w „Fakcie” i coraz krytyczniejszej wobec nowej władzy, sprawiły, że na kolejne spotkania zaproszenia już nie dostałem. Ale też chyba wiele ich się już nie odbyło. Premier Tusk szybko doszedł do wniosku, że nie bardzo opłaca mu się spotykać z tymi, którzy mogą mu zacząć zadawać trudniejsze pytania. Szybko też stało się jasne, że dziennikarze z konserwatywnych mediów nie mają nawet po co wysyłać do Pawła Grasia próśb o wywiad z panem premierem, ponieważ i tak nic z tego nie wyjdzie.

 

Do tych wspominek nakłoniły mnie skierowane do dziennikarzy przeprosiny szefa Kancelarii Premiera Michała Dworczyka. Pan minister przepraszał za to, że wcześniej dziennikarze chcący spytać (podczas zdalnej konferencji) o aferę mejlową byli wyłączani. Oceny przeprosin były różne. Jedni stwierdzili, że trzeba to zachowanie docenić, inni wskazywali, że nie dawało się już dłużej ignorować pytań na temat wycieku, a minister Dworczyk, unikający odpowiedzi w tej sprawie, bardzo źle wypadał na tle właśnie Donalda Tuska, ostentacyjnie zapowiadającego otwartość na media i ścierającego się z pracownikami mediów państwowych – ale bez unikania pytań.

 

Patrzę na te okoliczności bez ekscytacji z prostego powodu: doświadczenie uczy mnie, że najbardziej dostępni są politycy niesprawujący w danym momencie władzy, ci zaś, którzy władzę sprawują, zaczynają jak się da unikać konfrontacji z tymi spośród nich, którzy mogliby być prawdziwie kłopotliwi. Przecież dokładnie tak zachowują się od dawna Jarosław KaczyńskiMateusz Morawiecki – ich postawa nie różni się niczym od postawy Donalda Tuska sprzed lat. Jestem też pewien, że gdyby Tusk ponownie znalazł się na stanowisku premiera, bardzo prędko okazałoby się, że wstęp do jego gabinetu mają jedynie dziennikarze przyjaźni, by nie rzec – wręcz zaprzyjaźnieni.

 

Trzeba przyznać, że epidemia okazała się pod tym względem dla obecnie rządzących niezwykle wygodna. Nie tylko zrezygnowano z bezpośrednich konferencji prasowych, ale też z właściwie wszelkich nieoficjalnych spotkań, bardzo dla dziennikarzy użytecznych. Takie się zdarzały – ministrowie zapraszali dziennikarzy, niekoniecznie tylko tych najprzychylniejszych, na spotkania off-the-record. Bywały dziennikarskie tweet-upy, organizowane i przez prezydenta, i przez premiera (choć akurat Mateusz Morawiecki bardzo szybko z tej formy zrezygnował), i przez poszczególnych ministrów. To się skończyło pod pretekstem zagrożenia epidemicznego i można odnieść wrażenie, że politycy odetchnęli z ulgą i wcale nie mają zamiaru do tych spotkań wracać. Dla wielu z nich bowiem takie momenty były jedynymi, gdy zmuszeni byli stanąć twarzą w twarz z tymi przedstawicielami mediów, z którymi nie mieli chęci rozmawiać.

 

Kilka dobrych już tygodni temu Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu zorganizowało spotkanie w formie śniadania prasowego na temat powszechnie krytykowanego projektu poszerzenia i podwyższenia opłaty reprograficznej. Bardzo chciałem na nim być – jako zdecydowany krytyk tego pomysłu – ale zaproszenie do mnie nie dotarło. Gdy udało mi się w tej sprawie skontaktować z przedstawicielką MKDNiS, ta zapewniła mnie, że to nic nie szkodzi, bo będą kolejne spotkania na ten temat i wtedy już znajdę się na liście. Od tamtej pory – głucha cisza. I tak to właśnie wygląda. Standard.

 

Jak niemal zawsze, wszystko sprowadza się do sposobu, w jaki politycy traktują media i dziennikarzy. Jeżeli uznają ich jedynie za instrument do osiągania swoich politycznych celów, oczywiste jest, że potraktują ich właśnie instrumentalnie. A to oznacza rozmawianie jedynie z tymi, którzy rolę instrumentu chętnie zaakceptują. Podmiotowe traktowanie mediów – które są przecież jedynie pośrednikiem, a więc tak naprawdę jest to podmiotowe traktowanie ich odbiorców – jest wówczas, gdy najważniejsi politycy w państwie czują się zobligowani do rozmowy z dziennikarzem niezaprzyjaźnionym, a może nawet nieprzychylnym.

 

Łukasz Warzecha

Zamiast polemiki – TOMASZ PLASKOTA o tym, jak dziennikarz podaje dziennikarza do sądu

Spory w środowisku dziennikarskim czasem są tak ostre, że z łam mediów przenoszą się na salę sądową. Konfliktów nie da się uniknąć, ale można je rozwiązywać inaczej niż na wokandzie sądowej.

 

– Dziwi mnie, że dziennikarze załatwiają swoje sprawy przed sądem. Obniża to rangę zawodu. Nie powinno się prać brudów na zewnątrz. Konflikty należy rozwiązywać we własnym gronie na forum sądu koleżeńskiego – nie ma wątpliwości publicysta tygodnika „Do Rzeczy” Tomasz Z. Zapert.

 

Przed laty straszono go wytoczeniem procesu za krytyczny artykuł o książce Aleksandra Wieczorkowskiego, który w PRL publikował m.in. w „Polityce”, a po 1989 r. drukował swoje teksty m.in. w „Gazecie Wyborczej”. – Grożono mi sądem. Ale temat ucichł, chyba uznano, że moja krytyczna recenzja jest reklamą książki – wspomina.

 

W II Rzeczypospolitej wyjaśnianiem środowiskowych zaszłości zajmował się Syndykat Dziennikarski. Spierano się o różne rzeczy, o plagiaty, zapożyczenia, nawet o sprawy obyczajowe.

 

Nie słychać, żeby w innych korporacjach, np. wśród lekarzy dochodziło do sporów sądowych, bo tam rozwiązywaniem zaszłości zajmują się izby lekarskie. – To, że dziennikarze nie rozwiązują konfliktów polubownie, tylko często na drodze sądowej, wynika z braku jednolitej reprezentacji zawodowej. Między lekarzami czy prawnikami też występują konflikty interesów, bywa też, że prowadzą oni ostrą działalność konkurencyjną. Potrafią jednak rozwiązywać swoje problemy w ramach własnej korporacji zawodowej, oczywiście poza incydentalnymi sprawami, z którymi idą do sądu. Natomiast w naszym środowisku panuje bardzo duży podział. Istniejące organizacje dziennikarskie zrzeszają osoby o podobnych zapatrywaniach i na ogół są skonfliktowane. I to także jest kolejnym polem do sporów, których nie można rozwiązać na forum wewnętrznym, ponieważ nie ma wspólnej reprezentacji – wskazuje dziennikarz i pisarz, obecnie wydawca w programie interwencyjnym „Telekurier” Krzysztof M. Kaźmierczak.

 

Wiceprzewodniczący SDP dziennikarz śledczy Witold Gadowski również wskazuje, że najlepszym rozwiązaniem byłby sąd koleżeński. – Jeżeli jest spór honorowy o obrazę czy pomówienie to można je rozwiązać wewnątrz środowiska dziennikarskiego, gdyby ono było silne i istniało. Natomiast pozywanie do sądu jest wyrazem bezsilności i zacietrzewienia – ocenia Gadowski. – Teoretycznie sprawa powinna być rozwiązana przez wniesienie jej przed sąd koleżeński któregoś ze stowarzyszeń dziennikarskich, najlepiej SDP, bo jest ono największym zrzeszeniem. Albo innego i wewnętrzne rozstrzygnięcie sporu. Sprawy honorowe należy rozwiązywać honorowo, sprawy środowiskowe w środowisku a sprawy kryminalne i karne przed sądem – podkreśla.

 

Większość sporów dziennikarskich w jego ocenie jest ambicjonalna. Nie mają nic wspólnego z merytoryką.

 

Chyba najsłynniejszym procesem w środowisku dziennikarskim był pozew Kamila Durczoka z  2015 r. przeciw dziennikarzom „Wprost” Sylwestrowi Latkowskiemu, Michałowi Majewskiemu, Oldze Wasilewskiej oraz Marcinowi Dzierżanowskiego za artykuły „Ukryta prawda” i „Nietykalny”. Zarzucono w nich Durczokowi mobbing i molestowanie podwładnych w redakcji „Faktów” TVN. Durczok na teksty odpowiedział procesem karnym oskarżając ich autorów z art. 212 Kodeksu karnego, który sankcjonuje zniesławienie.

 

Sąd pierwszej instancji uznał w lipcu 2019 r. dziennikarzy za winnych i skazał ich na grzywny i nawiązki. Na tym sprawa się nie zakończyła. Sąd Okręgowy w Warszawie podtrzymał ten wyrok. Następnie w marcu 2021 r. warszawski Sąd Apelacyjny w zmienił orzeczenie sądu pierwszej instancji. Uznał, że wydawcy i byli dziennikarze „Wprost” naruszyli dobra osobiste Durczoka i zobowiązał ich do przeproszenia za swoje stwierdzenia. Wyrok jest prawomocny.

 

Procesy z cyklu „dziennikarze kontra dziennikarze” dotykają głównie dziennikarzy śledczych. We wrześniu 2018 Piotr Nisztor z „Gazety Polskiej” i korespondent TVP w Niemczech Cezary Gmyz przegrali proces cywilny o ochronę dóbr osobistych z redaktorem Janem Pińskim. Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował, że mają przeprosić na Twitterze za tweety publikowane w 2016 r., w których sugerowali kontakty Pińskiego z dilerem narkotyków. Piński oprócz przeprosin domagał się 10 tysięcy złotych zadośćuczynienia, sąd nie przychylił się do tego żądania.

 

To nie jedyna sprawa, w której pozwany był Cezary Gmyz. Dziewięć lat temu proces wytoczył mu dziennikarz Leszek Szymowski. W 2012 r. Gmyz opublikował w „Rzeczpospolitej” artykuł zatytułowany „Próba zastraszenia w obronie nierzetelnej książki”. Stwierdził w nim, że próbowano go zastraszyć, aby nie pisał krytycznego artykułu o książce Szymowskiego „Agenci SB kontra Jan Paweł II”. Sąd Okręgowy w Warszawie w styczniu 2014 r. oddalił powództwo, ponieważ stwierdził, że Gmyz nie był autorem tekstu. W odpowiedzi Szymowski posłużył się dowodem w postaci zaświadczenia wydawcy „Rzeczpospolitej”. Dokument wskazywał, że tekst był napisany przez Gmyza. Sąd nie dopuścił dowodu. Ostatecznie, w 2016 r. Sąd Okręgowy wydał ponowny wyrok w tej sprawie. Nakazał Gmyzowi przeprosić Szymowskiego na łamach „Rzeczpospolitej” oraz zapłacić 32 tys. zł kosztów sądowych.

 

Tomasz Plaskota

 

Nagonka na Polskę – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o burzy wokół TVN

Przepisy w Polsce są niejasne i niejednoznaczne, chcemy je uściślić. I dotyczy to nie tylko stacji TVN, ale wszystkich spółek medialnych” – powiedział wnioskodawca projektu ustawy poseł Marek Suski. Chodzi także o to, aby dostosować polskie regulacje do systemu Unii Europejskiej, o to, aby  nie pozwolić podmiotom medialnym spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego przenikać na polski rynek  nielegalnie, zacierając ślady za spółką – matką, o„tax evasion”, znajdowanie luk podatkowych oraz – to już emisja programów – zgodność przekazu z polskim interesem społecznym.

 

Chciałoby się powiedzieć „here you go again!”. Znowu, jak kilka lat temu w przypadku projektu ustawy o penalizacji antypolonizmu, jak kilka miesięcy temu z projektem innej, dotyczącej prywatyzacji mienia pożydowskiego, rozpoczęła się nagonka na polski rząd, Prawo i Sprawiedliwość oraz Polskę, aby do dalszego procedowania  dokumentu nie dopuścić. A to była ambasador Stanów Zjednoczonych Georgette Mosbacher straszy że „USA mogą zrezygnować z realizacji art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego”, a to żona europosła Radka Sikorskiego grozi  że „procedowanie ustawy anty-TVN może być kluczowym momentem dla tego czy Polska nadal będzie częścią Unii”, TVN wydaje oświadczenie pod hasłem „próbuje się ograniczyć wolność mediów”, a Gazeta Wyborcza powtarza, że za czasów Władysława Gomułki Polacy cieszyli się  większą wolnością słowa niż dziś. Hucpie i głupstwom nie ma końca.

 

Trwają próby nacisku na Polskę, z Brukseli, Berlina i  Waszyngtonu, a żaden z komentatorów nie pofatygował się, aby zapoznać się z projektem i zacząć mówić do rzeczy. Tzn. że jest to prawo, które już obowiązuje w krajach Unii Europejskiej, w Niemczech, Austrii czy Francji, że chodzi jedynie o dostosowanie zapóźnionego o kilka dekad ustawodawstwa polskiego do tego stosowanego na Zachodzie.  Ale także o zapobieżenie oszustwom i kantom, stosowanym przez wielkie koncerny medialne, unikanie płacenia podatków, a także przejmowanie części udziałów przez takie państwa jak Rosja czy Chiny i wszystkie tego, także społeczne,  konsekwencje. W projekcie wskazuje się m.in. że „koncesja na rozpowszechnianie programów radiowych i telewizyjnych może być udzielona osobie zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie członkowskim Europejskiego Obszaru Gospodarczego, pod warunkiem, że taka osoba zagraniczna nie jest zależna od innej osoby zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie nie będącym państwem członkowskim EOG”. Czyli mówiąc po polsku: przy ciągłym ruchu kapitałowym wielkich koncernów medialnych kancelarie prawne robią wszystko, aby pomóc swoim klientom wyciskać jak największe zyski oraz płacić jak najniższe podatki, albo wcale. Przecież podobnie czynią giganty elektroniczne jak Google, Facebook czy Tweeter, które np. lokują zarząd w Irlandii, gdzie istnieje zasada, że płaci się podatki tam, gdzie firma faktycznie pracuje, a nie tam, gdzie usytuowany jest zarząd, którego budynek często straszy pustkami. W przypadku TVN właścicielem jest amerykański koncern Discovery, ale zarządza on tą stacją za pośrednictwem spółki Polish Televison Holding BV, zarejestrowaną w Holandii, z siedzibą na lotnisku Schiphol w Amsterdamie, która – to już sprawdzono – w 2019 roku nie zatrudniała ani jednego pracownika! Czyli klasyczna spółka – słup, aby ominąć przepisy. Sprawa wykorzystywania spółek europejskich do omijania ograniczenia maksymalnie 49% udziałów podmiotów zagranicznych w spółkach koncesjonariusza, znana jest od lat. Niejasności i nieścisłości aktualnej ustawy o radiofonii i telewizji wprost zachęcają do obchodzenia przepisów.  Jedne tworzą wirtualne spółki, inne – spółki słupy.

 

U nas wciąż obowiązują zasady przyjęte, trochę na chybcika, w 2004 roku, po przystąpieniu do Unii, gdzie znajdują się furtki dla podmiotów medialnych z całego świata.  I z tych furtek , w przypadku TVN, korzystają Amerykanie. I nie można udawać, że nie ma problemu.  Przecież dziecko wie, że firma powołana w Holandii, w dodatku ghost company, gdzie jak wykazano, nikt nie pracuje, to przekręt, i powołana po to, aby ominąć przepisy. I o ile w Unii Europejskiej mamy organ wspólny, ERGA, który jakoś tam kontroluje podobne przypadki, firmy spoza Unii – kombinują, próbują ominąć unijne przepisy.

 

Inne państwa europejskie już dawno uregulowały prawo dotyczące spółek medialnych. I Niemcy, i Francja, Austria, i Wielka Brytania.  Przy czym i Francja, i Austria zdecydowały się na system dość restrykcyjny. Np. w Niemczech na większościowy kapitał zagraniczny musi wyrazić niemiecki rząd, a  ma prawo ingerować już od 10% takiego wkładu. We Francji i Austrii prawo jest jeszcze ostrzejsze i żadna spółka spoza Francji nie może mieć w firmie medialnej większości kapitałowej. Wielka Brytania strzeże tej zasady jak oka w głowie. Po prostu nie chce, aby inne kraje dyktowały jej swoją „way of life”.  Suflowały swoją narrację historyczną, interpretowały wydarzenia, uczyły obywateli co mają myśleć – przecież  to była jedna z podstawowych przyczyn Brexitu! A więc Brytyjczycy mają swój OFCOM, The Office of Communications, powiązany z parlamentem, mają CMA czyli Competition and Markets Authority, organizacje pozarządowe oraz media, które w podobnych przypadkach, bez względu na to czy to konserwatyści czy liberalna lewica, wspólnie strzegą narodowego rynku medialnego. Że przypomnę casus amerykańskiego magnata medialnego Ruperta Murdocha i BSkyB. Posiadał już 39% udziałów w telewizji British Sky Broadcasting, chciał zakupić pozostałych 61%, ale presja państwa, mediów i społeczeństwa była tak wielka, że transakcję uniemożliwiono. Motywacja? Zbyt wielki wpływ na brytyjski rynek. Posiadał już dzienniki The Times i Sun i Brytyjczycy stwierdzili „co za dużo, to niezdrowo”. W Polsce tylko połowa obywateli oraz mediów jest podobnego zdania, czyli że polski interes narodowy jest ważniejszy niż korzyści finansowe amerykańskiego giganta Discovery, z których nic nie mamy.

 

Dalej – dziś TVN należy do amerykańskiego molocha Discovery, ale przecież trwają tam wieczne fuzje, ustawiczne roszady kapitałowe. O ile pamiętam, dziś Disney znajduje się w rękach Japończyków, i czy trzeba wielkiej wyobraźni, aby dostrzec, że w jakimś momencie Discovery będzie należał do Rosjan czy Chińczyków z ich światową ekspansją kapitałową? Albo – czy nie należy wreszcie zadbać o warunki konkurencji dla polskiego nadawcy, o przejrzystość  fuzji i transparentność przepływu kapitału, o należne podatki, i last but not least, o przekaz, zgodny z polskim interesem społecznym? Ponadto, rozwijamy się,  coraz bardziej otwieramy na świat, także nasz rynek medialny. Czy nie należy czynić to w sposób kontrolowany, zgodny z polskim i unijnym prawem? Wirtualnemedia.pl poprosiły TVN Grupę Discovery o komentarz w tej sprawie, lecz dostały jedynie krótkie oświadczenie: „Podkreślamy, że w roku 2015 KRRiTV zaakceptowała wejście amerykańskiego kapitału do naszej spółki i do czasu ubiegania się o przedłużenie koncesji dla programu TVN24 struktura własnościowa nie budziła żadnych wątpliwości”. Ale teraz budzi. No i  ani słowa o wątpliwościach prawnych!

 

Projekt nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji nie jest przeciw TVN, nikt nie chce likwidować tej stacji ani tłumić wolności słowa. Nie był konsultowany ani z TVN, ani z Discovery, ani z Amerykanami, ani z Rosją – nie ma znaczenia skąd jest medium, chodzi jedynie o polskie regulacje i polskie interesy. Zresztą co innego wysłuchiwanie opinii, niestety zwykle pełne gróźb i szantaży, a zupełnie co innego kreowanie własnego prawa, gdzie doradców nie potrzebujemy. I niech ręka boska broni Prawo i Sprawiedliwość przed wycofaniem się z tego projektu!  Oraz  poprzedniego, dotyczącego  prywatyzacji, także mienia pożydowskiego. Chyba że chce, aby Polska była traktowana przez państwa Unii oraz  Stany Zjednoczone jak wycieraczka spod drzwi.

 

Elżbieta Królikowska-Avis

Prezydent Andrzej Duda w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

W Domu Dziennikarza przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie gościliśmy w poniedziałkowy wieczór prezydenta Andrzeja Dudę. Powodem tej niecodziennej wizyty była promocja książki Marcina Wikło „Operacja Duda 2020. Tajemnice kampanii”.

 

Dokładnie rok po reelekcji Andrzeja Dudy na prezydenta RP Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i wydawnictwo Fratria zorganizowały spotkanie autorskie wokół książki Marcina Wikło „Operacja Duda 2020. Tajemnice kampanii”. Obok jej głównego bohatera – prezydenta Andrzeja Dudy na scenie w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zasiedli prezes SDP Krzysztof Skowroński, redaktorka naczelna portalu wPolityce.pl  Marzena Nykiel, redaktor naczelny tygodnia „Sieci” Jacek Karnowski. Spotkanie prowadził Krzysztof Ziemiec. Nie zabrakło oczywiście autora książki.

 

 

 

Marcin Wikło, dziennikarz tygodnika „Sieci” i portalu wPolityce.pl, z reporterską wnikliwością opisał kulisty politycznego wyścigu, który z powodu pandemii, zamieszania z terminem i sposobem głosowania, stał się najdłuższą i najdziwniejszą batalią w historii polskiej polityki. Mimo, iż wydarzeniom tym towarzyszyło dużo emocji i upłynęło od nich stosunkowo niewiele czasu, dziś już mało kto o nich pamięta, przytłoczył je nieustanny pęd bieżącej polityki. Jak mówił autor, chęć utrwalenia atmosfery tamtych dni, zachowania na dłużej w pamięci tego ważnego czasu, była głównym powodem napisania książki. Nie powstałaby ona jednak gdyby nie zaufanie prezydenta Andrzeja Dudy, który zabrał dziennikarza do Dudabusa i pozwolił dzień po dniu przyglądać się kampanijnej kuchni.

 

– To nie była łatwa decyzja – przyznał prezydent. – Dudabus to specyficzne miejsce, to jest kampania, tam są łzy, lament, wściekłość, krzyk, to jest miejsce gdzie są duże emocje. Robi się raczej wszystko, aby dziennikarze tego nie widzieli.  Nie znałem dobrze redaktora Wikło, ale czytałem jego teksty i miałem zaufanie do redakcji. To był ryzyk-fizyk.

 

– Czy Marcin Wikło napisał dobrą i prawdziwą książkę? – spytał prezes SDP Krzysztof Skowroński.

 

–  Z dwóch przyczyn tutaj jestem – odpowiedział Andrzej Duda. –  Marcin Wikło poświęcił mi dużą cześć swojego czasu. Obiecałem, że ja też znajdę czas, aby porozmawiać o  jego książce. Druga przyczyna jest taka, że ta książka w sferze faktów jest w stu procentach prawdziwa. Mogę mieć inny punkt widzenia, ale dotyczy on najwyżej interpretacji faktów, a nie samych faktów.

 

Prezydent przyznał, że przeczytał ją w jeden wieczór. – To trochę tak, jakby oglądać film o sobie – dodał.

 

Marzena Nykiel zauważyła, że to nie była łatwa kampania, mocno oblana hejtem, i dopytywała prezydenta o jej najtrudniejszy moment.

 

Według Andrzeja Dudy była to chwila, gdy ważyła się kwestia terminu wyborów 10 maja. –  Byłem przeciwnikiem wyborów korespondencyjnych, bo wszystko wskazywało, że będą one miały niską frekwencję. Chciałem zaś być wybrany przez ogromną część społeczeństwa, zależało mi na frekwencji – opowiadał prezydent.

 

Wspominał rozmowę z Jadwigą EmilewiczJarosławem Gowinem, podczas której ustalono, że głosowanie „kopertowe” nie może się odbyć. – Ale twardo wówczas powiedziałem, że wybory muszą  być zorganizowane tak, aby było możliwe zaprzysiężenie prezydenta w konstytucyjnym terminie 6 sierpnia. Bo to jest kwestia fundamentalna, żeby państwo funkcjonowało normalnie – mówił Andrzej Duda.

 

Podczas spotkania na Foksal prezydent chętnie dzielił się wspomnieniami nie tylko z okresu kampanii wyborczej, której dotyczyła książka, ale też opowiadał o swojej codziennej pracy i komentował bieżące sprawy. Długo, bez pośpiechu, często z uśmiechem lub nieskrywanymi emocjami, odpowiadał na pytanie nie tylko prowadzących spotkanie, ale też zgromadzonych na sali gości. Atmosfera z każdą minutą stawała się coraz mniej formalna.

 

O celu swojej prezydentury:

 

– Żeby ludziom żyło się lepiej. O to jest ta bitwa i o to jest ta prezydentura.

 

O tym co będzie robił po zakończeniu kadencji:

 

– Nie zastanawiam się nad tym, to mogłoby zaszkodzić mojej obecnej służbie. Co będzie dalej, będziemy się martwić później. Chciałby zakończyć kadencję z podniesioną głową.

 

O projekcie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji:

 

­- Prezydent nieswoimi projektami się nie zajmuje.

 

Co mu daje siłę:

 

– Mam duże wsparcie najbliższych. Poza tym –  ja się po prostu modlę, może się ktoś z tego śmiać, ale ja się modlę i nie przejmuję. Wierzę, że w tym wszystkim co się dzieje jest jakaś Opatrzność.

 

jka

 

Zjazd Sprawozdawczo-Wyborczy Delegatów SDP w Kazimierzu Dolnym

Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podjął uchwałę, że w październiku 2021 roku, o ile pozwoli na to sytuacja epidemiologiczna, odbędzie się Sprawozdawczo-Wyborczy Zjazd Delegatów SDP.

 

Miejsce zjazdu: Dom Pracy Twórczej SDP w Kazimierzu Dolnym.

 

Komisja Zjazdowa będzie przyjmować wnioski od członków SDP do 15. dnia przed terminem Zjazdu pod adresem mailowym: [email protected] oraz korespondencyjnie pod adresem: ul. Foksal 3/5, 00-366 Warszawa.

 

 

Czy jest możliwa wysoka jakość dziennikarstwa w social mediach? – zastanawia się ks. ARTUR STOPKA

Wydawać by się mogło, że media społecznościowe, gromadzące w jednym „miejscu” miliony ludzi, to idealne środowisko dla uprawiania tzw. jakościowego dziennikarstwa. Rzeczywistość okazuje się bardziej skomplikowana.

 

Już św. Paweł Apostoł przekonał się, że nie wystarczy znaleźć zebrane w jednym punkcie tłumy odbiorców, lecz trzeba jeszcze, aby byli oni zdolni właśnie tu i teraz przyjąć proponowane im treści. Bez tego, ani rusz.

 

Sytuacja dziennikarzy w social mediach trochę przypomina to, co się zdarzyło, gdy Apostoł Narodów na Akropolu postanowił mówić o Zmartwychwstaniu Jezusa. Ci, którzy początkowo sprawiali wrażenie, że są skłonni go słuchać, nagle powiedzieli „stop”. „Posłuchamy cię innym razem” – oświadczyli. Paweł przekroczył pewien próg, za którym jego przekaz nie trafiał, między innymi dlatego, że nie sprzyjały temu okoliczności. Wygląda na to, że coś podobnego odnosi się do obecności dobrego, jakościowego dziennikarstwa w mediach społecznościowych sensu stricto.

 

Nie klikają

 

Od jakiegoś czasu sporo jest prognoz zapowiadających zmierzch dziennikarstwa profesjonalnego, uprawianego w dotychczasowym kształcie. Apokaliptyczne wizje końca tego zawodu jako jedną z przyczyn wskazują gwałtowny rozwój i upowszechnienie nowych technologii. Możliwości, jakie otrzymują dzięki nim dotychczasowi odbiorcy efektów dziennikarskich wysiłków, miałyby skutecznie wyeliminować potrzebę wysokiej jakości materiałów u większości z nich.

 

Niebagatelną rolę w eliminowaniu zapotrzebowania na środki społecznego przekazu w ich tradycyjnym rozumieniu, jako źródła wiedzy o świecie (a także rozrywki), zdaniem części komentatorów i analityków odgrywają tzw. media społecznościowe. To z nich użytkownicy internetu mogą czerpać newsy, komentarze, opinie itp. Dostają je zarówno w postaci autorskich postów innych użytkowników, jak i w postaci linków do dostępnych w sieci profesjonalnych materiałów dziennikarskich. Wiadomo jednak, że – łagodnie mówiąc – nie wszyscy klikają w odsyłacze. Znacząca część zadowala się np. wyświetlanym na tablicy Facebooka tytułem profesjonalnego materiału. Nie klika w niego.

 

Mają potencjał

 

Możliwe jest jednak inne spojrzenie na problem relacji między jakościowym dziennikarstwem. „Dziennikarstwo nie umiera, a przechodzi prawdziwą cyfrową rewolucję” – pisał ponad dwa lata temu Sebastian Matyszczak w serwisie spidersweb.pl. Taki tytułowy wniosek wyciągnął z analizy opublikowanego przez Nieman Lab zestawienia prognoz dotyczących dziennikarstwa w roku 2019. Przekonywał, że branża dziennikarska, choć zmaga się z wieloma problemami często natury egzystencjalnej, jest jedną z tych, które we współczesnym świecie technologii, mają największy potencjał. Rodzi się jednak pytanie, czy social media to jedna z platform, na których da się uwidocznić ten potencjał? Czy jednak stanowią one dla dziennikarstwa przede wszystkim zagrożenie?

 

Szukając odpowiedzi na powyższe pytania trzeba sprecyzować, co rozumie się pod pojęciem „media społecznościowe”. Radek Skowron na swojej stronie zwrócił niedawno uwagę, że dziś zakres przedsięwzięć określanych tym terminem wydaje się szeroki. Jako „społecznościówki” opisywane są nawet niektóre serwisy sprzed Facebooka. Mniej lub bardziej słusznie.

 

Nie jest niezbędna

 

Po czym poznać media społecznościowe sensu stricto? Po tym, że umożliwiają tworzenie społeczności – gromadzenie użytkowników. Jak podpowiada Wikipedia, „to media służące do interakcji z wykorzystaniem rozbudowanego zestawu narzędzi komunikacyjnych”. Interakcja jest tu pojęciem kluczowym. Drugą istotną cechą rozpoznawczą social mediów jest to, że efekty aktywności poszczególnych członków społeczności mogą oglądać (obserwować) użytkownicy serwisu. Jak zauważył Radek Skowron, tak dzieje się to na Facebooku, na Instagramie, na LinkedInie czy na Twitterze.

 

Czy cyfrowa przestrzeń oparta na zasadzie interakcji, jest dogodnym miejscem do uprawiania dobrej jakości dziennikarstwa? Nie za bardzo. Istotą dziennikarstwa jest zbieranie i upublicznianie informacji o wydarzeniach, ludziach, problemach, a nie wchodzenie w bezpośrednią interakcję z ich odbiorcami. Jeśli dochodzi do interakcji, to jest ona skutkiem dotarcia przekazu, ale nie jest niezbędna.

 

Jest miejsce

 

Co prawda np. na Facebooku zdarzają się użytkownicy, którzy zamieszczają systematycznie treści, które można uznać za jakościowe dziennikarstwo, jednak wykorzystują oni to narzędzie w sposób odbiegający od pierwotnych założeń, zamieniając swój profil lub stronę w rodzaj bloga. Czyli coś, co niektórzy również zaliczają do mediów społecznościowych. Podobnie, jak zaliczają do nich platformy typu YouTube czy te, które umożliwiają publikację podcastów.

 

W czym problem? W tym, że choć istnieją w nich możliwości interakcji użytkowników, to jednak są one mocno ograniczone w stosunku dla mediów społecznościowych w sensie ścisłym. Interakcja nie jest też naczelną zasadą ich funkcjonowania. Jest nią natomiast możliwość udostępniania własnych, przede wszystkim autorskich materiałów i dotarcia z nimi do możliwie szerokiego kręgu odbiorców. W tych sieciowych platformach wciąż króluje elementarna reguła działania tzw. mediów tradycyjnych: nadawca-komunikat-odbiorca. I – jak pokazuje rzeczywistość, to właśnie w tych, częściowo społecznościowych mediach, jest miejsce dla profesjonalnego, jakościowego dziennikarstwa. Odkryli to także niektórzy polscy znakomici dziennikarze i posługują się tym narzędziem z dużym powodzeniem.

 

Mogą być szansą

 

Warto przy okazji dodać, że niektóre ze wspomnianych platform udostępniania materiałów, dają możliwość monetyzacji kontentu, co nie jest bez znaczenia. W mediach społecznościowych sensu stricto takich możliwości zasadniczo nie ma.

 

Czy media społecznościowe mogą być platformą dla dobrego, jakościowego dziennikarstwa? Te, które są social mediami w sensie ścisłym, raczej dają tu niewielkie pole do popisu. Natomiast te, które będąc przestrzeniami sieciowymi nastawionymi przede wszystkim na udostępnianie treści, zwłaszcza autorskich, a w których znajdują się również elementy społecznościowe, z pewnością mogą być dla profesjonalnych dziennikarzy dużą szansą. Jednak jej wykorzystanie wymaga bardzo dużego zaangażowania, mnóstwo pracy i… odrobiny szczęścia.

 

Ks. Artur Stopka

 

 

Aresztowania i rewizje – tak uciszają Naszą Niwę

Reżimowe służby na Białorusi zabrały się za niszczenie Naszej Niwy – jednego z najważniejszych białoruskojęzycznych mediów. Wczoraj (8 lipca) zatrzymane zostały cztery osoby:

 

Andrej Dynko – redaktor naczelny tygodnika Nasza Niwa

Jahor Marcinowicz – redaktor naczelny portalu nn.by

Andrej Skurko – szef działu reklamy i marketingu

Olga Rakowicz – główna księgowa

 

 

Dostęp do internetowej wersji Naszej Niwy, czyli do portalu nn.by, został zablokowany. Redakcja zamieszcza informacje na komunikatorze Telegram. Tam poinformowano o przeszukaniu w siedzibie redakcji, w wyniku którego służby zarekwirowały dokumenty finansowe.

 

Funkcjonariusze wkroczyli też do mieszkań kilku dziennikarzy i pracowników redakcji. Do zatrzymania Jahora Marcinowicza doszło około 15:50. Mieszkanie dziennikarza zostało przeszukane, a on sam wyprowadzony został w kajdankach. Przebywa w mińskim areszcie przy ulicy Akrescina. Postawiono mu zarzuty z artykułu 342 kodeksu karnego o organizowanie i przygotowywanie działań rażąco naruszających porządek publiczny lub czynny w nich udział.

 

Przeszukane zostało mieszkanie głównej księgowej Olgi Rakowicz.

 

Po Andreja Skurko przyszli do jego domu, skąd zabrany został na oczach swojej żony i dziecka.

 

Służby przeprowadziły wczorajszą akcję wobec Naszej Niwy według scenariusza przećwiczonego wcześniej na TUT.by. W przypadku największego niezależnego portalu białoruskiego TUT.by, do którego władze zablokowały dostęp, aresztowanych zostało dziewięć osób, dziennikarzy i innych pracowników, w tym głównego księgowego. Wszyscy zatrzymani 18 maja przebywają do dziś w więzieniu.

 

Dorota Zielińska

 

Źródło: BAJ, FB

Fot.: BAJ

Film: Euroradio

Zmiany w konstelacjach – MIROSŁAW USIDUS o różnicach między celebrytami starych i nowych mediów

Stare media nowych gwiazd, zrodzonych i wylansowanych w internecie, potrzebują, natomiast internet nie łaknie wcale starych celebrytów.

 

Rozmowa w dużej firmie medialnej. „Potrzebujemy do udziału w wydarzeniu kogoś znanego, celebryty”. Ja: „To może Friz? Ma na YouTube miliony wyświetleń i wyprzedza każdą gwiazdę telewizji o kilka długości”. Milczenie. „A kto to jest?” – pyta ktoś w końcu. Krąg rozmówców to ludzie mediów, ale wygląda na to, że ich świat i świat Karola „Friza” Wiśniewskiego wraz z jego „Ekipą” to dwa odrębne i nieznające się kontinua czasoprzestrzenne.

 

Można by w tym oderwaniu środowisk starych mediów upatrywać kolejnej edycji odpowiedzi na pytanie – dlaczego nie potrafią dotrzeć do odbiorców „minus 30”, a może tak naprawdę – „minus 35”, bo segment rynku wychowany na internecie, YouTube i social media wiekowo nie stoi w miejscu i z roku na rok ta „młodzież, która odrzuca tradycyjne środki masowego przekazu” jest coraz starsza, zaś grupa, która wciąż jeszcze chce czytać prasę, słuchać radia i oglądać telewizję, przesuwa się w górę na osi wieku, aż do spadania w przepaść wymierania.

 

W Internecie Orłosiem być trudno

 

Jednak może wróćmy do YouTuberów, którzy w internecie zawstydzają starych celebrytów popularnością, zasięgami i odsłonami. Ktoś słyszał o kimś jakim jak Blowek? Nie. Cóż jest to polska youtube’owa gwiazda, która ma jeszcze więcej subskrybentów niż wspomniany Friz, choć jego twórczość jest nieco mniej popularna, jeśli chodzi o liczbę odsłon. Niemniej kryjący się za tym pseudonimem Karol Gązwa liczy swoje dochody w miliony. Zaczynał od czegoś, co ludzie w wieku powiedzmy, powyżej czterdziestu lat, nigdy nie zrozumieli i nie zrozumieją, czyli od streamowania swoich rozgrywek w grach.

 

Friz, który rywalizuje z Blowkiem o pierwszą pozycje w rankingu YouTube, to, pomimo swoich zaledwie 25 lat, pełna gębą przedsiębiorca. Stworzona przez niego „Ekipa” czyli grupa youtuberów tworzących treści i zarabiających podobnie jak on, szykuje się do giełdowego debiutu. Zarabiają na umowach reklamowych, marketingu i sprzedaży produktów pod własną marką. Podobnie, choć na mniejszą skalę, zarabia kolejna gwiazda polskiego YT, pan o pseudo Rezigiusz. Wraz z FrizemBlowkiem oraz niejakim Stuu, który z nieznanych powodów zakończył działalność, tworzą obecnie top polskiego YouTube’a.

 

Być może niektórzy lepiej kojarzą starszych potentatów tego świata, Wardęgę, Abstrachuje TV, Niekryty Krytyk, czy Isamu. Wciąż są legendami, ale ich gwiazdy w ostatnim czasie wyraźnie przygasły. Także w tym świecie widać swoistą wymianę pokoleniową, trochę podobną do tego zjawiska, które można zaobserwować pomiędzy ich internetowym światem a dawnymi konstelacjami gwiazd ekranu i estrady.

 

Dość często zdarza się internetowym celebrytom gościć w mediach tradycyjnych. Można bez trudu zrozumieć, dlaczego są przez „stare media” zapraszani do udziału i współtworzenia programów i audycji. Tradycyjne środki przekazu, zwłaszcza telewizja, chce w ten sposób przyciągnąć przed telewizory młodszą widownię, to dość jasny zamiar. Skoro to zdarza się coraz częściej, to znaczy, że daje zapewne efekty oglądalnościowe.

 

Niestety, nie można tego samego powiedzieć o zjawisku odwrotnym, czyli próbach wchodzenia celebrytów tego starego świata do internetu. Np. Cezary Pazura, który i tak jest spośród „dawnych” gwiazd, osobą najlepiej radzącą sobie na polskim YouTube, spośród tych, które w ogóle podejmują próby okiełznania nowego medium. Wszelako pan Cezary osiąga popularność o rząd wielkości mniejszą niż wspomniana wyżej czołówka youtuberów. O dokonaniach na YT innych, przecież bardzo znanych z TV postaci, jak Tomasz Kammel czy Maciej Orłoś na przykład, przez wzgląd na miłosierdzie nie wspomnę.

 

Krótko mówiąc, wygląda na to, że stare media tych nowych gwiazd, zrodzonych i wylansowanych w internecie, potrzebują, natomiast internet nie łaknie wcale starych celebrytów. Przykro mi.

 

Korporacje nie kontrolują procesu „celebryfikacji”

 

Porównania i analizy świata nowych, internetowych celebrytów z konstelacjami wylansowanych przez stare media, przemysł filmowy i muzyczny, gwiazd są przeprowadzane od wielu lat. Powstała całkiem obszerna literatura naukowa, za której przykład niech posłuży opublikowana pod koniec 2018 roku obszerna praca Melody Nouri z Uniwersytetu w Santa Clara pt. „The Power of Influence: Traditional Celebrity vs. Social Media Influencer” ( z ang. „Siła wpływu: Tradycyjny celebryta vs. influencer mediów społecznościowych”).

 

„Chociaż tradycyjni celebryci mieli ogromny wpływ na trendy popkulturowe naszego społeczeństwa w przeszłości, w ostatnich latach nowe gwiazdy mediów społecznościowych potrafiły zdobyć więcej odbiorców i wpływać na popkulturę w znacząco większym stopniu niż tradycyjni celebryci” –  pisze pani Nouri.

 

Tłumaczy to charakterystyczna dla sieciowych gwiazd „zdolnością do tworzenia społeczności, w których użytkownicy czują się bardziej związani z influencerem” a dzieje się to dzięki „wyższemu poziomowi zaangażowania, autentyczności i siły relacji”.

 

Już w 2004 roku znany badacz mediów Nick Couldry zauważył, że w związku ze zmianami, jakie wtedy przecież dopiero zaczęły zachodzić, proces „celebryfikacji” przestaje być domeną wielkich korporacji medialnych.

 

O procesie „demokratyzacji” celebryctwa i zmniejszaniu dystansu pisało potem wielu innych badaczy, m. in. Alice E. Marwick i Danah Boyd w 2011 i David Marshall w 2016 roku. Powstało też pojęcie „mikrocelebryty”, które ma  nieco rozmyte znaczenie, bo niekiedy rozumie się pod nim jakąkolwiek nie wylansowana przez mainstream medialny, lecz przez internet, gwiazdę, a innym razem nazywa się tak influencera operującego w mniejszej, niekoniecznie masowej, skali, co jest częstym zjawiskiem na Twitterze czy Facebooku.

 

Istotne dla świata tradycyjnych mediów jest pojęcie „ekonomii uwagi”, które skupia się na konkurencji o zainteresowanie i czas odbiorcy. Otóż przegrywają one, przede wszystkim w młodszych grupach odbiorców, walkę konkurencyjną w tej dziedzinie czyli o uwagę i czas odbiorców. Przegrywają nie tylko z największymi gwiazdami Youtube i Instagrama, ale z dziesiątkami innych „mikro” i nawet całkiem „nano”-influencerów, z którymi na co dzień o czas i zainteresowanie musza walczyć mass media. Prawdę mówiąc, gdy mówimy o niektórych grupach wiekowych, to wcale nie muszą już walczyć, bo dawno ich nie ma na placu boju. Jest tylko sieć i świat wirtualny.

 

Chcesz być gwiazdą? Nie gwiazdorz

 

Świat YouTube, Instagrama a od niedawna TikToka, wypracował sobie własne nazewnictwo, kategorie i klasyfikacje celebrytów. Na przykład istnieje takie pojęcie w języku angielskim jak „Instafamous”, jak łatwo zauważyć związane z Instagramem. Osoby tak nazywane przeważnie dobrze wyglądają, pracują w „fajnych” branżach, takich jak modeling czy tatuaże, podążają za tropami i symboliką tradycyjnego świata celebrytów, z pełnymi przepychu autoprezentacjami, designerskimi towarami czy luksusowymi samochodami.

 

Blogi i kanały na Instagramie analizowane w badaniu Erin Duffy & Emily Hund z 2017 roku prezentowały kolekcje produktów Valentino, torebki Chanel i okulary przeciwsłoneczne marki Céline, czyli dobra luksusowe, ale… ale w produkcjach influencerów (właściwie częściej influncerek) nie brakuje także towarów pochodzących z wyprzedaży w „zwykłych sklepach” lub produktów z dyskontów. I to, zdaniem autorek opracowania, całkowicie świadoma strategia „instafamous”. Profesjonalnie myślący o swojej karierze influencerzy z Instagrama wiedzą coś, czego nie wie zapewne epatująca w mediach społecznościowych tylko i wyłącznie luksusowością Kinga Rusin. Umieją i nie obawiają się pokazać, że są „bliżej zwykłych internautów”, pomijając, że generalnie w porównaniu z tradycyjnymi celebrytami o wiele lepiej idzie im tworzenie relacji z odbiorcami, choćby przez bezpośrednie interakcje w komentarzach.

 

Ów specyficzny talent robienia z siebie gwiazdy w internecie polega na takich właśnie zabiegach, które starym konstelacjom celebrytów przychodzą z trudem. Rzadko kogoś śledzą i są aktywni w interakcjach z innymi użytkownikami platformy. Jeśli celebryta wrzuca na swój profil jakiś poruszający wpis na ważny temat np. o zanieczyszczeniu środowiska, przemocy domowej, konieczności wsparcia dzieci z ubogich rodzin, i ten spotyka się z żywą reakcją, tysiącami komentarzy, a gwiazda jest w tym wszystkim, w całej tej fali zaangażowania, nieobecna, to co mają myśleć zwykli ludzie.

 

Znana także w Polsce, dzięki książce „YouTube. Wideo online i kultura uczestnictwa”, Jean Burgess, uważa, że na tej największej na świecie platformie wideo, która jest, o czym niektórzy czasem zapominają, również serwisem społecznościowym, takie atrybuty jak autentyczność i uczciwość twórców treści są  wysoko cenione, a nawet wymagane.

 

Jak łatwo się domyślić, dawnym gwiazdom trudno się na to zdobyć, choćby dlatego, że ich wizerunek jest zwykle produktem opracowanym przez profesjonalistów, konsultantów, zespoły ds. strategii, nad czym sami aktorzy, prezenterzy telewizyjni czy artyści estradowi, mają niewielką kontrolę. Nieraz widziałem różnego rodzaju zapisy i plany strategii marketingu, komunikacji, budowania wizerunku czy to produktu, czy ludzi, w których na potrzeby „nowych mediów”, czyli internetu i społeczności, formułowano zalecenia bycia „autentycznym” i „naturalnym”. I nieodmiennie śmieszyły mnie te strategie, wymyślone w szczelnie odizolowanych od otoczenia korporacyjnym szkłem i chłodną kalkulacją.

 

A jak to robią influencerzy. Na przykład niezbyt u nas znana Aspyn Ovard, która ma 3,4 miliona obserwatorów na swoim kanale, skupiającym się na modzie, czyli jest trochę mniej popularna niż Friz czy Blowek. Młoda pani prowadzi jednak oprócz kanału lifestyle’owego także kanał o nazwie „Aspyn and Parker” z filmikami demonstrującymi jej życie rodzinne. I jest to mniej więcej zwykłe życie pary dwojga młodych ludzi mających małe dziecko. Zarazem charakterystyczny przykład zastosowania zabiegu „zbliżającego” gwiazdę do zwykłego odbiorcy, bo reagowanie na komentarze to nie jedyny przecież sposób.

 

Innym przykładem może być angielska vlogerka modowa i urodowa, znana w internecie jako Zoella, prowadząca kanał z aż jedenastoma milionami subskrybentów. Zoella jest zwykle ostrożna w ferowaniu opinii i poradnictwie. Akcentuje swoją równość z odbiorcami (odbiorczyniami głównie), zwyczajność i fakt bycia taką samą dziewczyną, jak te do których się zwraca. Mówiąc krótko, nie gwiazdorzy i to jest klucz do jej sukcesu.

 

W badaniu przeprowadzonym na potrzeby artykułu pt. „Badanie wiarygodności profili na Instagramowych profili celebrytów online we wpływaniu na decyzje zakupowe młodych użytkowniczek” (ang. tytuł „Exploring the credibility of online celebrities’ Instagram profiles in influencing the purchase decisions of young female users”) Elmira Djafarovaa i Chloe Rushworth przeprowadziły wywiady z osiemnastoma użytkowniczkami Instagrama w wieku 18-30 lat. Zapytana o opinie dotyczące promocji produktów w mediach społecznościowych, większość z uczestniczek ankiety odpowiadała, że bardziej ceni sobie opinie mniej znanych „Instafamous” i blogerów, niż tradycyjnych celebrytów. Jedna z uczestniczek badania powiedziała bardziej konkretnie, że ufa opiniom internetowych celebrytów, ponieważ są one mniej powierzchowne w porównaniu do, na przykład sławnych osobistości z Hollywood. Okazało się też, że kobiety dobrze zdawały sobie sprawę, że wiele produktów promowanych przez celebrytów jest zbyt drogich i nieosiągalnych dla nich, dlatego też cenią influencerów internetowych, którzy zajmują się również produktami bardziej przystępnymi cenowo. Wielkim gwiazdom z Hollywood to się w zasadzie nie zdarza.

 

Zatem, skoro wiarygodność reklamowa influencerów jest wyższa, to także z punktu widzenia firm szukających możliwości promocji produktów rośnie ich wartość a spada wartość dawnych celebrytów. Choć zapewne nie w każdym segmencie produktów, ale to inna sprawa. Jednak, aby gwiazdy internetu zachowały, to za co są cenione, zwłaszcza w porównaniu do „starych” gwiazd, czyli autentyczność, bliskość o otwartość, reklama i marketing, z którego się utrzymują (choć to mało powiedziane – czasem są to dochody idące w dziesiątki milionów), muszą być inne niż to co znamy z tradycyjnych mass mediów.

 

Powstaje pytanie czy reklamodawcy i biznes są przygotowani na konsekwencje zmian w konstelacjach gwiazd promujących ich produkty. Pomimo korpo-entuzjastycznego „tak”, jakie zapewne usłyszymy, gdy zadamy im to pytanie, sądzę, że jeszcze powinniśmy się wstrzymać z ostatecznym osądem, gdyż ostateczne przestawienie się budżetów reklamowych jeszcze nie nastąpiło.

 

 

Najważniejsza jest prawda – ks. MARIUSZ FRUKACZ o potrzebie obiektywnego dziennikarstwa

„Amicus Plato, sed magis amica veritas” („Platon przyjacielem, lecz większą przyjaciółką prawda”) – to bardzo ważna starożytna sentencja, którą warto przywołać w kontekście pytania o obiektywne dziennikarstwo w spolaryzowanym społeczeństwie.

 

Nigdy nie miałem wątpliwości co do tego, że w polskim, spolaryzowanym społeczeństwie ciągle trzeba zmagać się o obiektywne dziennikarstwo. Nawet gdy „obiektywizm dziennikarski i bezstronność polityczna mediów, jeśli były kiedykolwiek na jakimś szczycie piramidy, to z pewnością nie był to szczyt piramidy potrzeb i oczekiwań rynku odbiorców produktu medialnego”, jak pisze Mirosław Usidus (TUTAJ), to jednak zawsze chodzi o wolność i prawdę, które powinny stanowić fundament pracy dziennikarza.

 

Mirosław Usidus dużo racji ma w tym, kiedy pisze, że „w świecie osobników uciekających od wolności obiektywizm rzeczywiście przestaje być potrzebny”, to jednak nie zwalnia  nas, dziennikarzy, od obiektywnego dziennikarstwa. Już kiedyś pisałem, że wolność prasy i jej prawo do krytyki są ważniejsze niż dobre samopoczucie polityków. I że nigdy nie wolno zrezygnować z prawdy.

 

Wolność jako dar

 

Wolność jest jednym z największych darów, jaki człowiek otrzymał od Boga. Wolność słowa jest natomiast jednym z najważniejszych osiągnięć współczesnej demokracji. Jest też ona ważnym wymiarem obiektywnego dziennikarstwa.  Warto przypomnieć, co na temat wolności w bardzo klarowny sposób mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. Czytamy w nim, że „wolność wypełnia się w relacjach międzyludzkich. Każda osoba ludzka, stworzona na obraz Boży, ma prawo naturalne, by była uznana za istotę wolną i odpowiedzialną. Wszyscy są zobowiązani do szacunku wobec każdego. Prawo do korzystania z wolności jest nieodłącznym wymogiem godności osoby ludzkiej, zwłaszcza w dziedzinie moralności i religii. Prawo to powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego” (n. 1738). Zauważmy zatem, że prawo do wolności powinno być uznane przez władze świeckie oraz chronione, ale ważny jest tutaj kontekst, a mianowicie: „w granicach dobra wspólnego i porządku publicznego”.

 

Wolność słowa zawsze powinna jednak oznaczać prawdę i dobro człowieka. To bardzo ważna, moim zdaniem, cecha rzetelności dziennikarskiej. Dobre dziennikarstwo to takie, które opiera się na faktach. To jest taka zasada, która powinna zawsze obowiązywać, szczególnie w spolaryzowanym społeczeństwie. Dlatego też prezentując czyste fakty, dziennikarze powinni być wolni od jakichkolwiek nacisków właścicieli mediów czy też polityków.

 

Nie dla dekonstrukcji prawdy

 

Jeśli zgodzimy się na to, aby obiektywne dziennikarstwo nie było ważną potrzebą społeczną, to zgodzimy się również na to, aby nie było wolności słowa i prawdy. Współczesna kultura medialna „produkuje” przekaz oparty na etyce sytuacyjnej i utylitarystycznej. To jest, jak zauważył  kilka lat temu ks. dr hab. Michał Drożdż, (TUTAJ), „destrukcyjny wpływ postmodernizmu na komunikowanie masowe”. „Kwestionuje on mianowicie potrzebę etycznej odpowiedzialności twórców, potrzebę zrozumiałości, prawdziwości i sensowności treści przekazu, społeczną rolę mediów czy też potrzebę racjonalnego krytycyzmu odbiorców”.

 

Nowoczesne mass media, zwłaszcza te elektroniczne, stanowią potężny środek oddziaływania na ludzi i niemal wszystkie dziedziny życia indywidualnego czy społecznego, a więc na politykę, kulturę, Kościół, obyczaje, religijność, ekonomię, stosunki międzynarodowe itp. Coraz częściej mówi się i pisze z niepokojem o nadmiernej i stąd groźnej „władzy mediów”, czyli mediokracji – zauważył kiedyś bp Adam Lepa.

 

Kiedy myślę o obiektywnym dziennikarstwie, to budzi niepokój to, że w podawaniu informacji istnieje skłonność do mierzenia sukcesu według kryterium zysku, nie zaś służby wobec społeczeństwa. Dążenie do zysku i reklamy wywiera nadmierny wpływ na treść społecznego przekazu: popularność góruje nad jakością, która spada do poziomu najniższego wspólnego mianownika, tzw. tabloidyzacji. Ponadto, jak pisał bp Lepa, „media przekraczają swoje uprawnienia, gdy nie zachowują obiektywizmu w opisie wydarzeń, a więc zakłamują istniejące fakty. Szczególnie destrukcyjna jest postawa automanipulacji, której celem jest wygenerowanie mentalności zmanipulowanej”. Zawsze „wykorzystanie potęgi mass mediów i skierowanie jej na właściwe tory zależy przede wszystkim od człowieka”.

 

Zgadzam się z bp. Lepą, że „służba prawdzie i jej obrona w mediach polega ona na obiektywnym i rzetelnym przekazywaniu informacji, unikaniu manipulacji prawdą i przyjmowaniu postawy nieprzekupnej wobec prawdy”. Dlatego najważniejszym kryterium rzeczywistej wartości dziennikarza nie są wcale jego elokwencja, obycie warsztatowe czy błyskotliwość, lecz stosunek do prawdy. Zwłaszcza kiedy mówimy o obiektywnym dziennikarstwie w spolaryzowanym społeczeństwie.

 

W 2014 r. bardzo ważne słowa skierował do dziennikarzy i ludzi mediów abp Wacław Depo, przewodniczący Rady ds. Środków Społecznego Przekazu Konferencji Episkopatu Polski. „Wolność oderwana od prawdy o człowieku wyradza się w życiu indywidualnym w samowolę, a w życiu politycznym w przemoc silniejszego i w arogancję władzy. Dlatego dziennikarze, zgodnie ze swoim sumieniem, powinni opierać się siłom nacisku, domagającym się od nich, by przystosowali prawdę do oczekiwań właścicieli mediów czy władzy politycznej. Winni starać się nie tylko informować odbiorców, lecz również ich formować, czyli poniekąd wychowywać odpowiednimi treściami przekazu dziennikarskiego” – napisał abp Depo.

 

Jeśli zrezygnujemy ze zmagań o to, aby obiektywizm dziennikarski był wśród ważnych potrzeb społeczeństwa i zgodzimy się na dekonstrukcję prawdy, to  Jacques Derrida, twórca dekonstrukcjonizmu, pewnie by się ucieszył.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”