TVN będzie nadawał, bo musi być pluralizm – rozmowa z posłanką, byłą dziennikarką JOANNĄ LICHOCKĄ

Mówimy tylko o TVN, ale nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji nie dotyczy tylko tej stacji, ale usunięcia luki w prawie. Przecież może być sytuacja, że lukę w prawie wykorzysta Russia Today, wejdzie na polski rynek medialny i go zdominuje. Polskie prawo musi tę sprawę rozwiązać – mówi Joanna Lichocka, posłanka PiS, członkini Komisji Kultury i Środków Przekazu, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Czy nie obawia się pani, iż nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji sprawi, że Amerykanie nie sprzedadzą nam czołgów Abrams i pogorszą się relację z USA?

 

Skąd takie pytanie?

 

Tak twierdzi Onet.

 

Ale kto bierze na poważnie Onet.

 

Czyli nie ma takich obaw?

 

Mamy obecnie problem z upadkiem standardów dziennikarskich, niektóre portale, takie jak Onet, zachowują się jakby ich nie znały. Mnie uderzyło zwłaszcza to jak oni piszą o dziennikarzach telewizji publicznej. Podchwytują to, co mówi Platforma Obywatelska. Nie nazywają ich dziennikarzami, ale pracownikami TVP. Ten portal jednoznacznie pokazuje, że nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem. Jest medium propagandowym nawet nie udającym, że sili się na pewien obiektywizm.

 

Czy w Sejmie znajdzie się większość dla nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji? Porozumienie zapowiedziało, że bez przyjęcia ich poprawek nie poprze ustawy. Nie wiadomo też co z Konfederacją.

 

Nie znam odpowiedzi na pytanie czy mamy większość w Sejmie do przegłosowania tych przepisów. Ale pojawia się pytanie czy państwo ma większość i siłę, żeby chronić swój rynek medialny i wprowadzić odpowiednie przepisy. Meritum tego sporu, który obserwujemy wokół nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji nie polega na emocjach i nienawiści, którą rozpętuje totalna opozycja.

 

A na czym?

 

Na luce w prawie, która może być wykorzystywana przez nieprzyjazne nam państwa. To jest problem, który trzeba rozwiązać. W 2004 roku Sejm uchwalił przepisy mówiące o tym, że maksymalny udział kapitału pozaeuropejskiego w mediach działających w Polsce może wynosić 49 proc. To jest również przyjęty od lat standard europejski. Właściciel TVN usiłuje udawać, że próbuje przestrzegać polskiego prawa i powołał na lotnisku w Amsterdamie spółkę, która chyba nie zatrudnia ani jednej osoby.

 

Jakie państwo jest właścicielem TVN, Holandia czy USA?

 

Bardzo dobre pytanie. Charakterystyczne było to, że podczas sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, gdzie dyskutowaliśmy o zmianach w ustawie, wszyscy krytykujący nowelizację mówili o pogorszeniu stosunków polsko-amerykańskich. A przecież formalnie większościowym udziałowcem TVN jest spółka holenderska. Dlaczego nikt nie rozmawia o osi sporu Warszawa-Amterdam?

 

Jak pani sądzi, dlaczego?

 

Bo wszyscy wiedzą, że to fikcja, a firma zarejestrowana na holenderskim lotnisku jest słupem. Sankcjonowanie tego rozwiązania przez państwo polskie byłoby pokazaniem, że są równi i równiejsi w przestrzeganiu polskiego prawa. Dlaczego wpływowa biznesowo i politycznie korporacja ma nie przestrzegać polskiego prawa? Jako parlamentarzysta nie godzę się na to. Dziwi mnie, że nie ma dyskusji na ten temat, tylko jest jakaś debata wokół obrony interesów tej korporacji. Musimy odpowiedzieć sobie na bardzo ważne pytanie, czy polskie państwo jest na tyle silne, aby uszczelnić ustawę. Liczę, że tak, ale nie wiem tego.

 

W tej układance politycznej jest jeszcze element: Paweł Kukiz i jego trzech posłów. Wiadomo jakie będzie ich stanowisko w głosowaniu?

 

Wydaje mi się, że Paweł Kukiz zajmuje stanowisko propaństwowe. Przyjęliśmy zgłoszoną przez jego środowisko poprawkę zakazującą spółkom Skarbu Państwa i spółek zależnym od nich kupowania udziałów w mediach posiadających koncesję. Przychyliliśmy się do tego, żeby nie było zagrożenia przejmowania TVN, chociaż to było wymyślone zagrożenie.  Słuchałam wypowiedzi posłów Pawła Kukiza, np. Jarosława Sachajki. Oni jednoznacznie mówią, że chodzi o powagę polskiego państwa i przestrzegania naszego prawa.

 

Opozycja i niektórzy dziennikarze twierdzą, że podobnych przepisów nie ma w Unii Europejskiej. Nieprawda, we Francji obowiązują jeszcze bardziej restrykcyjne przepisy w tym zakresie. Tam kapitał pochodzący spoza kraju UE w stacji telewizyjnej nie może być wyższy niż 20 proc. Podobne rozwiązania wprowadzono również w Danii i w Austrii.

 

W zasadzie każde państwo w UE chroni swój rynek medialny. Najczęściej realizuje się to przez twarde zapisy, które mówią, że udział kapitału spoza UE nie może przekraczać pułapu 20 czy 30 proc. A jeżeli dochodzi do zwiększania udziału, dzieje się to w drodze absolutnego wyjątku na podstawie dwustronnej umowy międzynarodowej. Opozycja jak zawsze wprowadza opinię publiczną w błąd i pokazuje swoją ignorancję nie tylko jeżeli chodzi o wiedzę ogólną, ale także o to, co ważne dla bezpieczeństwa państwa polskiego, jego statusu i praworządności.

 

Pani poseł a może warto odejść od koncesji dla kanałów satelitarno-kablowych? Takie rozwiązanie  proponował przewodniczący KRRiT Witold Kołodziejski.

 

Nie podoba mi się ten pomysł.

 

Dlaczego?

 

Koncesje mają sens. Media to jednak wrażliwa sfera. Jak się ma koncesję satelitarną można przekazywać program do większości gospodarstw domowych w Polsce, ponieważ do większości z nich dociera kablówka. Warto więc tę sprawę regulować, bo gdybyśmy od tego odeszli na rzecz zwykłego pozwolenia, państwo polskie straci kontrolę nad tym, kto jest nadawcą. Prawdopodobnie to w końcu się zmieni wraz z rozwojem nowych technologii i nowych mediów. Wtedy to nie będzie miało znaczenia, ale obecnie jeszcze ma.

 

Po 26 września TVN przestanie nadawać?

 

Nie, przecież ma koncesję na inne kanały. Jeżeli uchwalimy nowelizację TVN będzie miał 6 miesięcy na uregulowanie statusu właścicielskiego i doprowadzenie do sytuacji, żeby rzeczywiście jej właścicielem w 51 proc. był podmiot europejski, który płaci w Unii podatki i podlega unijnym regulacjom. Ale najpierw musimy przejść przez cały proces ustawodawczy. Sądzę, że w drugim czytaniu, chociaż nie ma jeszcze takiej decyzji, PiS rozważy przyjęcie poprawki proponowanej przez szefa KRRiT Witolda Kołodziejskiego, który proponuje zawieszenie biegu procesu koncesyjnego na czas procedowania ustawy i wejścia w życie przepisów. Chodzi o uniknięcie sytuacji, że TVN24 przestaje funkcjonować, bo nie ma koncesji. Przypomnę, że w KRRiT jest pat w tej sprawie. Nie ma większości za decyzją na udzielenie koncesji ani dla jej nie udzielenia. Nie wiadomo jak rozwinie się sytuacja w KRRiT, bo to instytucja niezawisła i niezależna w swoich decyzjach.

 

Wiceprzewodnicząca KRRiT Teresa Bochwic stwierdziła, że w TVN jest budowany „nierzetelny, nieobiektywny i jednostronny obraz świata wbrew zobowiązaniom koncesyjnym”. Podziela pani tę ocenę?

 

Tak, ale to nie ma nic wspólnego z nowelizacją ustawy, bo bez względy na to czy TVN byłby wzorcem obiektywizmu, czy uprawiałby propagandę tak, jak to robi teraz, nie ma znaczenia dla istnienia luki w prawie. Mówimy tylko o TVN, ale nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji nie dotyczy tylko tej stacji, ale usunięcia luki w prawie. Przecież może być sytuacja, że lukę w prawie wykorzysta Russia Today, wejdzie na polski rynek medialny i go zdominuje. Polskie prawo musi tę sprawę rozwiązać. Rzeczywiście na antenie TVN  spotykamy się z agresywną propagandą. Jestem po spotkaniach z mieszkańcami Poddębic, Szadka i Zduńskiej Woli, którym rozdawałam materiały dotyczące Polskiego Ładu. Muszę powiedzieć, że bardzo wyraźnie widać podczas rozmów, kto jest widzem TVN. Tych osób spotkałam dosłownie kilka, ale telewidzowie TVN reagują negacją i silnymi nienawistnymi emocjami. Nie mają merytorycznych argumentów. Mówią: z PiS-em nie będziemy rozmawiać, albo ktoś z oddali krzyczy, bo z bliska nie ma odwagi: J…ć PiS.

 

Stara się pani z tymi ludźmi rozmawiać?

 

Jeżeli mi się uda z kimś porozmawiać od razu zarzucają, że współpracujemy z Putinem i chcemy zamknąć TVN. Jeżeli pozwalają mi dojść do słowa odpowiadam, że nie chcemy zamykać TVN, a nasza nowelizacja uszczelnia ustawę. Przekonuję, że TVN będzie nadawał, bo musi być pluralizm, a my jako PiS chcemy, żeby w Polsce była wolność słowa i wolność debaty. Telewizja zgodna z ich postrzeganiem rzeczywistości, bo już taki ukłon robię w stronę rozmówców, również musi być reprezentowana w debacie publicznej. Ludziom bez względu na podział polityczny zależy na debacie i na tym, żeby ich poglądy miały medialną  reprezentację.

 

Z czego wynika trudność PO w zbieraniu podpisów pod likwidacją TVP Info?

 

Nawet ludzie, którzy spotykam i są negatywnie nastawieni do PiS nie opowiadają się za likwidacją TVP Info. Mówią, że Wiadomości TVP to propaganda. Pytają, jak można tak kłamać jak telewizja publiczna. Ale kiedy pytam czy trzeba zlikwidować TVP Info, rzadko kto z nich odpowiada twierdząco. Mówią jednak, że trzeba coś z tym zrobić. Wartość różnych głosów, istnienia różnych telewizji jest wartością wyznawaną przez wszystkie strony debaty.

 

Uda się zbudować większość wokół nowelizacji o radiofonii i telewizji w Senacie?

 

Senat nie jest ostatecznym politycznym weryfikatorem tych przepisów. Spodziewam się po marszałku Grodzkim różnych teatrów. Podczas prac nad nowelizacją Kodeksu postępowania administracyjnego zaprosił ambasadorów innych państw, żeby dyskutowali nad tym, czy Polska ma prawo nowelizować swoje przepisy. Być może marszałka Grodzkiego zaszczyci swoją obecnością ambasador Stanów Zjednoczonych. Mam również nadzieję, że pojawi się ambasador Holandii. Wydaje mi się, że taka większość może się znaleźć.

 

Brzmi bardzo optymistycznie. Dlaczego tak pani uważa?

 

Jeżeli odsunie się na bok dyskusje związaną z walką PiS kontra antyPiS, dla wielu polityków oczywiste jest istnienie luki w prawie, podobnie jak i to, że należy nią się zająć. Wystarczy porozmawiać na „offie” z niezacietrzewionymi posłami opozycji. Mówią też: dlaczego tak późno się obudziliście i dlaczego tak głupio to robicie? Nic nie możecie zrobić normalnie? Pojawia się również rutynowy zarzut wobec PiS, że jak coś robi musi wzbudzać awantury. Uszczelnianie ustawy o radiofonii i telewizji jest dla polityków różnych opcji oczywistą oczywistością. Dlatego być może w Senacie znajdzie się do tego większość. Liczę, że w Senacie wygra zdrowy rozsądek.

 

Prezydent Andrzej Duda nie zawaha się podpisać nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji?

 

Wyobraża pan sobie prezydenta Rzeczypospolitej wetującego ustawę, która domyka lukę w prawie? Sądzi pan, że prezydent zgodzi się, aby Polsce mogła grać na nosie międzynarodowa korporacja? Wyobraża pan sobie prezydenta Rzeczypospolitej, który staje po stronie interesów korporacji, a nie po stronie interesu polskiego państwa? Jeżeli nie zrobimy jakieś bubla prawnego to możemy być spokojni o podpis prezydenta Rzeczypospolitej.

 

Różne rzeczy mogą się zdarzyć. Sprawa nowelizacji rozgrzała Twittera. Występujący w TVP Jarosław Jakimowicz napisał pod adresem dziennikarzy TVN: „Spieszcie się szmaciarze zadawać pytania”. Jak pani skomentuje te słowa?

 

Pozwoli pan, że nie będę komentować słów pana Jakimowicza. To mocno tabloidowa publicystyka i nie chciałabym się do niej odnosić.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, fot. Wikipedia

 


Joanna Lichocka

Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Była dziennikarka i publicystka, autorka filmów dokumentalnych. Obecnie polityk, posłanka PiS, członkini Komisji Kultury i Środków Przekazu oraz Rady Mediów Narodowych.

W swojej karierze zawodowej pracowała m.in. w „Tygodniku Solidarność”, Życiu”, „Przyjaciółce”, TVP, Polsacie, TV Puls, Telewizji Republika, współpracowała z „Newsweek Polska”. Była publicystką m.in. „Rzeczpospolitej” oraz zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Polskiej Codziennie”.  

 

 

Agappe.pl zaskakuje dojrzałością – ekspert o szansach „katolickiego Facebooka”

Serwis społecznościowy dla katolików? Dlaczego nie. Początkowo myślałem tak: Agappe.pl nie należy z góry skreślać, że niby „niszowy” serwis, w necie na wszystko jest miejsce. Okazało się, że to dobrze naoliwiona społecznościówka z wszystkimi znanymi z Facebooka czy Twittera „wodotryskami”. W dodatku jest to, co może kogoś zaskoczy, platforma biznesowa plus ecommerce. Zaskoczyli mnie.

 

Po problemach z telefoniczną weryfikacją konta, bo mechanizm weryfikacji telefonicznej nie zadziałał zrazu, w końcu jednak dołączyłem do społeczności. Problemy techniczne to oczywiście nic nowego czy zaskakującego i nie powinno być niespodzianką dla nikogo, kto cokolwiek tworzył, budował, testował i recenzował w internecie. Sygnalizuję autorom jako problem do „ogarnięcia”.

 

Przypomniałem sobie od razu, jak kilka miesięcy temu pisałem tu o platformie Albicla. Udostępniona została jako serwis ewidentnie niegotowy, z mnóstwem luk, niedoróbek i błędów. Po kilku miesiącach, sprawdzona ciężkim bojem (bo rzucili się na nią hejterzy polityczni, ubrani w strój „ekspertów”, oraz armia zwykłych trolli), Albicla, można powiedzieć, technicznie wyszła na prostą. Gdy rejestrowałem się w serwisie rozwijanym przez ludzi Kościoła, spodziewałem się czegoś podobnego jak w styczniu w Albicla. Okazało się, że serwis Fundacji Nowa Pięćdziesiątnica Archidiecezji Lubelskiej jest na zupełnie innym poziomie niż startująca wówczas Albicla. W Agappe.pl wszystko „śmiga” jak należy. To w sensie technicznym właściwie już dojrzały serwis.

 

Facebook, biznes i modlitwa

 

Po przezwyciężeniu problemu weryfikacji w Agappe.pl (choć nie wiem dokładnie, jak to się stało – nagle znalazłem się na nowej stronie, która pozwalała na weryfikację emailową, która zadziałała), wszedłem do społeczności, jak się okazało, już do pewnego stopnia rozwiniętej i do serwisu, w którym była już historia publikacji, stron, grup, forów. Okazało się, że jest to już gotowy do użytku, działający sprawnie ekosystem.

 

Użytkownik ma na platformie do dyspozycji obiekty i funkcje podobne do znanych z Facebooka, możliwości tworzenia stron, grup, albumów, relacji, z mechanizmem powiadomień w postaci oczywiście dzwonu. Zaskoczył mnie silny element komercyjny w postaci sklepu, prezentacji ofert, ogłoszeń o pracy, połączony również z możliwością zamieszczania własnych produktów i ofert sprzedaży. Agappe.pl oferuje oprócz podstawowego darmowego członkostwa, także cztery poziomy „premium”, od „Sympatyka”, przez „Ambasadora Ewangelizacji” i „Apostoła” po „Vip”-a. Jednak te plany, ceny i harmonogramy ważności planów cenowych są z pewnością jeszcze do przemyślenia dla autorów serwisu. Ja w tym, co ujrzałem, zauważyłem mankamenty logiczne.

 

Ustawienia profilu, prywatności, uwierzytelniania, powiadomień, zarządzanie sesjami i zarobkami zarówno w punktach jak i w realnych pieniądzach, pierwsze zresztą wymienialne na drugie – to wszystko jest w Agappe.pl zaskakująco bogato rozbudowane. Wchodziłem tam z nastawieniem, że wszystko tu będzie kręcić się wokół Kościoła, modlitwy i życia parafialnego, a ujrzałem serwis skrojony na charakter w dużym stopniu biznesowy, dający użytkownikom w tych aspektach potencjalnie ciekawsze możliwości niż Facebook i LinkedIn razem wzięte. Oczywiście nie sprawdziłem, jak działają te komercyjne funkcje, bo to niemożliwe bez prawdziwego zaangażowania, czyli… podjęcia na Agappe.pl operacji biznesowych a ja byłem jedynie zwiedzającym. Oceniam zamysł a ten wcale nie jest taki „kościółkowy” jak to mogłoby się wydawać komuś, kto o Agappe.pl przelotnie usłyszy czy przeczyta w mediach jakąś pobieżną wzmiankę.

 

Co więcej, czytając w strumieniu wpisów komunikaty sygnowane „Platforma Agappe”, odnoszę wrażenie, że twórcy mają pełną świadomość tego co robią, mają przemyślaną strategię i harmonogram rozwoju serwisu. „Pan Bóg się troszczy, dlatego idziemy do przodu. Na tym etapie Agappe.pl posiada funkcje podobne do Facebooka (posty, strony, wydarzenia itd.),” czytam we wpisie. Zatem tak miało być, serwis miał na tym etapie odtwarzać typowe doświadczenie użytkownika Facebooka i tego rodzaju użytkownik łatwo odnajdzie na alternatywnej platformie Agappe to wszystko, co zna z zuckerbergowego tworu.

 

Co dalej? „W kolejnym etapie razem z developerami będziemy tworzyć specyficzne narzędzia dla duszpasterstw, wspólnot, ruchów, księży, diecezji i.in.,” informują twórcy zapraszając do dyskusji i zgłaszania potrzeb i sugestii. No więc zgłosiłem tam na forum pomysł funkcjonalności „Pomódl się za autora posta,” jako społecznościowej reakcji na trollowanie, np. antyklerykałów, którzy mogą zjawić się na Agappe.pl i zapewne nie przegapią okazji.

 

W odróżnieniu jednak od Albicli, z pewnością ta społecznościówka dla katolików, nie jest łatwym celem dla szukających niedoskonałości techniczno-funkcjonalnych, i pretekstu, by móc kopnąć nielubianą przez nich grupę społeczną. Konto nie jest weryfikowane przez proboszcza, więc antyklerykalne trolle z pewnością się zjawią. Jednak jakoś jestem spokojny, że prowadzący Agappe sobie z nimi poradzą.

 

Platforma ma rozbudowany regulamin, który chroni ją przed treściami o bezprawnym charakterze. Czy jest bezpieczna? Cóż, jeśli nie pozwoli ukraść danych użytkowników, co nagminnie zdarza się Facebookowi, Twitterowi czy LinkedIn, to jest bezpieczniejsza niż te wielkie społecznościówki i to kończy temat.

 

Bierność użytkowników z Facebooka – czy można ją przezwyciężyć?

 

Porównuję Agappe.pl głównie z Facebookiem, gdyż platforma w obecnym kształcie silnie się kojarzy z wszystkim tym, co znają użytkownicy tego giganta. I, jeśli będzie się rozrastać, to zapewne głównie kosztem Facebooka.

 

Choć upadek może potrwać jeszcze dość długo, Facebook jest bez wątpienia serwisem schyłkowym, którego młodsi ludzie przestali używać, a najmłodsi nawet nie podejmują już próby używania. Grupą aktywną pozostają na nim ludzie w średnim i starszym wieku. Dla większości z nich samo stworzenie konta i używanie funkcjonalności błękitnej platformy jest największym „technologicznym” osiągnięciem w życiu. Trochę przykro mi to mówić, ale ja, osoba, która od dawna ma dość Facebooka i najchętniej by go porzuciła, używam go wciąż w celach komunikacyjnych, promocyjnych, komercyjnych w pewnym sensie właśnie z powodu inercji odbiorców z wyżej opisanej grupy, którzy są wciąż potencjalnymi odbiorcami tego co tworzę i staram się promować.

 

Tak, starałem się namówić znajomych na alternatywy, na przejście na platformy mniej cenzurowane politycznie, mniej opresyjne i wredne, ale, choć wiele osób w dyskusjach zgadza się ze mną, to pozostaje i tkwi w tej swojej facebookowej „ojczyźnie”, niestety, mam wrażenie, iż na tej samej zasadzie co glisty ze znanego być może niektórym dosadnego dowcipu.

 

Może tym razem, gdy pojawiła się społecznościówka Agappe.pl dadzą się namówić, zwłaszcza ci, którzy na Facebooku zapraszają mnie do modlitwy. Ta katolicka platforma, zapewniam, ma to wszystko, co ma Facebook, a nawet więcej. Czas na kolejne wielkie wyzwanie i osiągnięcie w waszym życiu – opuszczenie Facebooka i wejście (razem ze znajomymi i rodziną) na podobną, nie gorszą platformę.

 

Nisza czy uniwersalność

 

Raczej na pewno nie można powiedzieć, że Agappe.pl jest serwisem sprofilowanym głównie z myślą o najmłodszym użytkowniku, ale oczywiście nie jest to też „platforma dla osób starszych”. Stosuje inny kwantyfikator, ponadpokoleniowy, wyznaniowy, tożsamościowy. Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że choć powstała pod patronatem Kościoła, platforma w swej strukturze i funkcjach nie wymaga, aby użytkownik w jakikolwiek sposób zajmował się kwestiami religii. Owszem tego rodzaju wątki w serwisie obecnie dominują, ale to dlatego, że użytkowników nie jest jeszcze tak wielu i społeczność obraca się w kręgu zbliżonym do twórców.

 

Przypominam ponownie, że Agappe.pl, co dla wielu może być największym zaskoczeniem, jest również pomyślana jako platforma biznesowa z mechanizmami pozwalającymi użytkownikom zarabiać. Ja po dwóch dniach od założenia konta, jednym poście i jednym komentarzu, miałem trzy grosze w swoim portfelu. Potencjalnie te aspekty mogą sprawić, że ów teoretyczne „modlitewny” serwis jest czymś bardzo nowoczesnym, gdyż płynie na fali najnowszych światowych trendów w społecznościach internetowych.

 

W ostatnich latach dało się zauważyć coś takiego, jak nowa fala społecznościówek, które, oprócz tego, że zwykle są „antyfacebookiem” albo „antytwitterem”, charakteryzują się najczęściej tym, że pozwalają użytkowników generować przychody, często z dużym stopniem swobody i twórczej samodzielności. Jak należy rozumieć, projektuje się takie mechanizmy z chęci odróżnienia od wielkich chciwych platform, które generują przychody tylko dla siebie, zarabiając na użytkownikach, a ściśle na ich danych.

 

Pisałem już o nowych propozycjach tego typu na portalu SDP, wymieniając w tym gronie np. komunikator Kik, bardzo podobny do Messengera Facebooka a zarazem do Snapchata. Użytkownicy mogą wysyłać tu wiadomości zarówno do pojedynczych znajomych, jak i do całych grup. Od innych komunikatorów odróżnia Kika nacisk na prywatność. W przeciwieństwie do innych aplikacji do wysyłania wiadomości, nie wymaga podania numeru telefonu. Użytkownicy mogą zachować anonimowość, rejestrując się za pomocą nazwy lub adresu e-mail. Kik znajduje się w pierwszej dziesiątce aplikacji dla nastolatków w Stanach Zjednoczonych. Użytkownicy Kika mogą zarabiać pieniądze (serwis ma swoją własną kryptowalutę nazywaną Kin), biorąc udział w ankietach przeprowadzanych przez marki, udostępniając treści lub podejmując inne działania w społeczności.

 

Umożliwiającym użytkownikom generowanie przychodów serwisem do transmisji strumieniowych jest Caffeine.tv, zbudowany przez byłych deweloperów Apple. Można tam strumieniowo transmitować treści multimedialne z komputera lub telewizora, gry wideo, ale również inne treści. Serwis oferuje aktywnym i popularnym „nadawcom” możliwość zarabiania.

 

Jednym z charakterystycznych pomysłów, który ma nagradzać finansowo za aktywność i ciekawe treści jest Steemit. Zasada działania serwisu jest podobna do amerykańskiego Reddita czy polskiego Wykopu. Jednak zamiast samej tylko satysfakcji z popularności udostępnianych treści w tym serwisie użytkownik ma szansę na gromadzenie kryptowaluty o nazwie „Steem”. Niestety stawiając na kryptowaluty musimy się liczyć z wszystkimi wadami tego rynku czyli z ogromnymi wahaniami kursu.

 

Agappe.pl, jak pisałem, niekoniecznie jest serwisem tematycznym, o niszowym charakterze. Może, dzięki użytkownikom, zyskać znacznie bardziej uniwersalny charakter, ale można też dzieło ludzi Kościoła potraktować jako taką „wąską” tematycznie platformę. Jeśli serwis społecznościowy rozwija się, to jego oblicze i charakter wyłaniają się z czasem a potem mogą ewoluować. Doświadczenie uczy, że sztywne ramy tracą na znaczeniu a jeśli ktoś się przy nich upiera, to szkodzi rozwojowi platformy.

 

Jednak gdyby Agappe.pl trzymało się jednego tematu, religii, modlitwy, życia duchowego, to nie jest to nic szczególnie nowego, gdyż takie tematyczne i „sektorowe” społecznościówki powstają od bardzo dawna. Są takie propozycje na świecie jak np. społecznościowa FindSisterhood dla kobiet, która pozwala użytkowniczkom dyskutować na tematy osobiste w sposób całkowicie anonimowy, giełda lokalnych i sąsiedzkich informacji NextDoor czy Care2, skupiająca 30 milionów ludzi społeczność, która „o coś walczy”, przez organizowanie się, petycje i samopomoc stara się zmienić świat na lepsze.

 

Nisze społecznościowe bywają mocno specyficzne. Jest serwis AOC poświęcony aktywności Alexandrii Ocasio-Cortez, kontrowersyjnej amerykańskiej polityk o poglądach będących mieszanką komunizmu i skrajnego ekologizmu. Powstała sieć tych, którzy odeszli z Facebooka – FaceOff – której celem jest zachowanie kontaktu z wszystkimi, którzy wciąż pozostają na błękitnej platformie. Istnieje nawet platforma nastolatków o nazwie ParentsSpace, która skupia się tematycznie na przewagach nowych typów serwisów społecznościowych nad „serwisami rodziców”, głównie Facebookiem i Twitterem. Podobno analitycy giełdowi opierają na jej treściach swoje przewidywania dotyczące akcji „starych” społecznościówek.

 

Powstało nawet coś takiego jak Readit – anonimowa platforma społecznościowa dla osób, które lubią czytać książki tylko w formacie papierowym, poświęcona w dużym stopniu krytykowaniu ludzi, którzy czytają książki w formacie elektronicznym. Najniżej na Readit notowani są ci, którzy czytają książki w smartfonach i na tabletach.

 

Czy Agappe.pl pójdzie tą drogą, serwisu niejako „wertykalnego”, czyli skupiającego się na jednym typie wątków i aspektów życia społecznościowego, związanych z aktywnością religijną, czy też jednak rozprzestrzeni się horyzontalnie i uniwersalnie, bo konstrukcja techniczna na to pozwala, na wielotematyczną alternatywę dla udręczonych użytkowników Facebooka i trochę w mniejszym stopniu Twittera? Tego nie wiem. Spokojnie i bez zastrzeżeń mogę jednak polecić serwis ludziom szukającym ucieczki z opresyjnych wielkich społecznościówek.

 

Mirosław Usidus

Chyży rój – ŁUKASZ WARZECHA o tym, gdzie zaczyna się obelga

Polityk, ale też publicysta, nie powinien mieć wrażliwości nastolatki w okresie dojrzewania. Jedną z najbardziej żenujących rzeczy jest, gdy w obronie osoby publicznej, ostro werbalnie potraktowanej, stają samozwańczy arbitrzy elegancji – jej zwolennicy – którzy pouczają, że nie można o niej powiedzieć lub napisać, iż jest niemądra, jest psychopatą, wygaduje idiotyzmy, plecie brednie, kłamie, robi z ludzi idiotów, a w ogóle należy bezwzględnie przed nazwiskiem dodawać „pan” lub „pani”. Każde medium ma swoją poetykę. Inaczej pisze się na Twitterze, inaczej w tabloidzie, inaczej w gazecie opiniotwórczej. W jednych miejscach akceptowalny jest język ostrzejszy, w innych nie. Zresztą to, co dzisiaj mogłoby się wydawać zdecydowanie zbyt ostre, w przedwojennej publicystyce było normalne – z czego często nie zdajemy sobie sprawy.

 

To rzekłszy, mam problem z „chyżym rojem”, czyli grą słówek, której użył w swoim programie na żywo w TV Republika Jacek Sobala w odniesieniu do Donalda Tuska. Nie muszę chyba tłumaczyć, co w rzeczywistości znaczy „chyży rój” – wystarczy przestawić pierwsze litery.

 

Mój problem wynika z tego, że nie akceptuję bigoterii, także w mediach, lecz zarazem coś tu zgrzyta. Program „Mówi się” zahacza o coś w rodzaju telewizyjnego stand-upu, czyli satyrycznego monologu, w którym z zasady mogą padać słowa niecenzuralne – choć jednak stand-upem nie jest, a prowadzący jest publicystą z długą zawodową historią. Powiedziałbym więc, że prowadzącemu wolno w nim więcej niż w klasycznym programie publicystycznym – ale jednak nie wszystko. Tu – trudno się z Jackiem Sobalą nie zgodzić – żadne słowo niecenzuralne wprost nie padło, a słów „chyży rój” (nie wymieniając zresztą nazwiska polityka) użył Sobala tylko raz i mimochodem. Zatem reakcja na ten wtręt przypomina trochę sytuację, gdy przed wyborami kilka lat temu jeden z biskupów podczas kazania mówił, żeby nie głosować na złodziei, na co automatycznie oburzyli się politycy Platformy Obywatelskiej. Inna sprawa, że określenie „chyży rój” w odniesieniu do przewodniczącego PO funkcjonuje w kręgach zwolenników obecnej władzy od lat, więc wszyscy świetnie wiedzą, o co chodzi. Sobala wrócił do tematu dopiero, gdy wokół jego słów zrobiła się awantura. Skruchy nie wykazał.

 

Czy warto było się burzyć o te dwa słowa, które przemknęły gdzieś w toku 20-minutowego programu? Moim zdaniem – nie. Ale to nie sprawia, że problem znika, ponieważ, jak zwykle, pozostaje kwestia granic. Była to bowiem bez wątpienia obelga, tyle że lekko zakamuflowana. Jak zareagowaliby Jacek Sobala albo Tomasz Sakiewicz, gdyby w programie z przeciwnej politycznie strony ktoś powiedział o Jarosławie Kaczyńskim np. „konus z hiacyntem w klapie”, czyniąc również aluzję do dawnych rzekomych rewelacji choćby Janusza Palikota? To, rzecz jasna, pytanie retoryczne. Oburzenia moglibyśmy być pewni.

 

Jako się rzekło, politycy muszą być przygotowani na to, że będą traktowani bardzo ostro. I nie idzie tu tylko o czysto merytoryczną krytykę. Czasem w publicystyce potrzebne jest także mocne określenie, skrótowo opisujące negatywne cechy danej osoby – stąd wspomniany przeze mnie na początku „psychopata”, którego to słowa sam użyłem kilkakrotnie w stosunku do ministra Adama Niedzielskiego. Tyle że „psychopata”, jakkolwiek jest to słowo mocne, nie jest wprost obelgą. Tak samo kwalifikowałbym choćby słowo „idiota”, mające zresztą swój grecki rodowód, oznaczające osobę niezainteresowaną sprawami publicznymi (idiotes) w odróżnieniu od polites.

 

Owszem, granica jest płynna i może zależeć od wrażliwości językowej, a jednak da się ją wyznaczyć. Zbędna, trudna do zaakceptowania obelga zaczyna się tam, gdzie wobec danej osoby używamy wulgarnego określenia, które na dodatek nie ma żadnego odniesienia do jej istotnych cech i do sprawy. A nawet jeżeli ma, możemy użyć określenia owszem, złośliwego, ale jednak nie wulgarnego. Trudno się zgodzić, aby dziennikarz miał nazywać nawet najgorzej przez siebie ocenianego polityka, robiącego rzeczy najgłupsze, „poj…em”, gdy może o nim powiedzieć, że słabo myśli, jest niewydolny intelektualnie, bezrozumny – itd. Kiepskim pomysłem jest też odnoszenie się do cech fizycznych.

 

Używane przez nas, dziennikarzy, określenia rezonują z emocjami odbiorców. Z jednej strony mamy dać odpowiednie rzeczy słowo i to czasami musi być słowo mocne; z drugiej jeśli jest to nasz jedyny sposób komentowania i mówienia o tej czy innej osobie publicznej – w oczach widzów, słuchaczy czy czytelników będzie następować jej stopniowa degradacja aż do momentu, gdy taki ktoś stanie się obiektem czystej nienawiści. Mam nadzieję, że o to nikomu nie chodzi.

 

Łukasz Warzecha

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu przez sąd w Niemczech ks. prof. Dariusza Oko

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko skazaniu ks. prof. Dariusza Oko przez Sąd Rejonowy w Kolonii w Niemczech za opublikowanie artykułu w czasopiśmie naukowym na temat działającej w Kościele Katolickim homoseksualnej grupy przestępczej. Wyrok ten narusza zasadę wolności słowa, w tym szczególnie wolności akademickiej, które chroni zarówno niemiecka konstytucja, jak i prawo międzynarodowe. Godzi również w wolność sumienia i religii. CMWP SDP apeluje o uchylenie tego wyroku i zapowiada objęcie tej sprawy monitoringiem.

 

Ks. prof. Dariusz Oko został skazany przez Sąd Rejonowy w Kolonii na karę grzywny w wysokości 4 800 euro za „podżeganie do nienawiści” poprzez opublikowanie w naukowym czasopiśmie „Thelogisches” artykułu p.t. „O konieczności ograniczania klik homoseksualnych w Kościele”, w którym opisuje zjawisko wewnątrzkościelnych homoseksualnych grup przestępczych działających na szkodę nieletnich oraz wykorzystujących zależnych od niej kleryków. Wraz z nim skazany został również redaktor naczelny tego czasopisma, niemiecki teolog ks. prof. Johannes Stöhr. Wyrok nakazowy nałożony na ks. prof. Dariusza Oko przez Sąd Rejonowy w Kolonii stoi w sprzeczności z Ustawą Zasadniczą Republiki Federalnej Niemiec, a także z międzynarodowymi dokumentami, w tym z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, która gwarantuje każdemu prawo do nieskrępowanego wyrażania swoich poglądów. Nadto, w przypadku, gdyby miał on być egzekwowany w Polsce, należałoby go również uznać za rażąco sprzeczny z Konstytucją RP oraz godzący w polski porządek prawny, poprzez niedopuszczalną ingerencję w wolność słowa i religii.

 

Szczególnie bulwersujące jest w tym przypadku to, iż ks. prof. Dariusz Oko został skazany za napisanie i opublikowanie tekstu naukowego w przeznaczonym do tego miesięczniku. Jego artykuł jest naukową refleksją nad tytułowym zagadnieniem, jest opatrzony szczegółową bibliografią i naukowymi przypisami. Tekst ten stanowi opinię autora dotyczącą istotnych problemów współczesnego Kościoła. Ks. prof. Dariusz Oko oraz ks. prof. Johannes Stöhr, redaktor naczelny wydawanego od ponad 50 lat periodyku „Thelogisches” zdecydowali się w ten sposób zainicjować akademicką dyskusję na trudny i wywołujący społeczne emocje w wielu krajach na całym świecie. Nie powinni być za to karani.

 

CMWP SDP zwraca uwagę, iż zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, iż Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice. Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru. Ponadto zgodnie z artykułem 5 Ustawy Zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec każdy ma prawo do swobodnego wypowiadania i rozpowszechniania swoich poglądów w słowie, piśmie i obrazie oraz do pozyskiwania bez przeszkód informacji z powszechnie dostępnych źródeł. Zapewnia się wolność prasy oraz wolność informacji za pośrednictwem radia, telewizji i filmu. Nie stosuje się cenzury (punkt 1), oraz zapewnia się wolność sztuki i nauki, badań naukowych i nauczania. Wolność nauczania nie zwalnia od wierności wobec konstytucji (punkt 2). Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność słowa dotyczy nie tylko prawa do informacji lub opinii nieobraźliwych lub neutralnych, ale nawet tych, które są obraźliwe, szokujące lub niepokojące (sprawa Prager i Oberschlick przeciwko Austrii, skarga nr 11662/85).

 

CMWP stoi ponadto na stanowisku, iż orzeczona w tym wypadku kara dla autora artykułu prof. Dariusza Oko stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie zarówno Ks. Prof. Dariusza Oko, jak i innych naukowców lub dziennikarzy, do podejmowania istotnej oraz wywołującej społeczne emocje tematyki związków pedofilii i homoseksualizmu (także w Kościele) oraz jej społecznych skutków. Skazanie ks. prof. Dariusza Oko powoduje tzw. efekt mrożący (tzw. chilling effect), wielokrotnie opisywany na gruncie prawa polskiego, jak i międzynarodowego. Jest to nie do pogodzenia z opartą na dążeniu do prawdy i prezentacji różnych punktów widzenia pracą naukową i publicystyczną, do której zobowiązani są zarówno dziennikarze, jak i naukowcy. Należy przy tym podkreślić, iż w interesie społecznym mają oni prawo wyrażać publicznie swoje poglądy nawet w trudnych i kontrowersyjnych sprawach.

 

Niezależnie od powyższego należy również podkreślić, że ks. prof. Dariusz Oko zajął stanowisko w specyficznej dziedzinie naukowej, jaką jest teologia katolicka. Jest oczywiste, że nie ma ona racji bytu bez wiary katolickiej. Z kolei, stosunek katolicyzmu do zjawiska homoseksualizmu jest powszechnie znany od czasów antycznych. Aspekt ten został również wyraźnie wyeksponowany w Biblii. W związku z tym stosowanie przymusu państwowego wobec katolickich kapłanów za wyrażenie przez nich opinii teologicznej jest ich prześladowaniem za wierność wierze, a w ujęciu formalnoprawnym – rażącym naruszeniem wolności sumienia i religii. Żaden organ państwowy (w tym sądowy) nie może oczekiwać od nikogo, aby w imię tzw. poprawności politycznej nie tylko zrezygnował z wolności słowa, ale wręcz wyparł się zasad swojej religii. Nie ulega wątpliwości, że skoro organy sądowe ingerują w zasady rządzące religią, tym bardziej ochoczo będą ingerować w wypowiedzi niemotywowane religijnie. Jeżeli zjawisko takie dopuścić, wówczas zarówno wolność sumienia i religii, ale również wolność słowa przestaną istnieć. Uwzględniając powyższe, powołany na wstępie wyrok sądowy stanowi klasyczny przykład „niszczenia wolności w imię wolności”, co jest w Europie zjawiskiem coraz częściej spotykanym. CMWP SDP stanowczo sprzeciwia się takim praktykom.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Michał Jaszewski, doradca prawny SDP

 

artykuł za który ks. prof. Dariusz Oko został ukarany jest tu :

wersja polska: Ks. D. Oko Art. Homokliki

wersja niemiecka:  2021 – Theol – 01 und 02 – druck end

 

Warszawa, 29 lipca 2021

 

Społecznościowo, ale po katolicku – ks. ARTUR STOPKA o projekcie Agappe

Oczywistością wydaje się istnienie ściśle katolickich czasopism, radiostacji, telewizji, a nawet serwisów internetowych. Czy dotyczy to także katolickich mediów społecznościowych?

 

U progu tegorocznych wakacji pojawił się w polskojęzycznym internecie nowy serwis społecznościowy pod nazwą Agappe.pl. „Szczęść Boże! Dołącz do katolickich social media. Twórz posty, strony, grupy, wydarzenia. Dziel się wiarą!” – zachęcają inicjatorzy przedsięwzięcia. Apelując o udostępnianie „wartościowych treści”, informują na wstępie, że Agappe.pl to platforma dla osób wierzących i poszukujących. Definiują się, jako społeczność osób, które nie wstydzą się Jezusa. Obiecują stuprocentową prywatność, przekonując, że dzięki systemowi followersów, to użytkownik decyduje, co chce wyświetlać w serwisie. Obiecują też „Więcej bezpieczeństwa”, zapewniając jeszcze przed rejestracją potencjalnego użytkownika, że jego konto jest w pełni bezpieczne, ponieważ nigdy nie udostępniają danych stronom trzecim.

 

Mają zmysł wiary

 

Wśród informacji/wskazówek poprzedzających rejestrację w serwisie znalazło się m. in. zalecenie, aby używać wyłącznie prawdziwego zdjęcia profilowego (lub domyślnego). „Konta, które nie spełniają wymagań regulaminu zostaną skasowane lub wyłączone” – ostrzegają twórcy przedsięwzięcia. Dodają, że konta, które korzystają z tymczasowych adresów e-mail lub numerów telefonów są w Agappe.pl blokowane. W ramach procesu weryfikacyjnego przy rejestracji trzeba wpisać kod, który otrzymuje się na podany numer telefonu.

 

W wypowiedziach dla mediów ks. Artur Potrapeluk, prezes lubelskiej Fundacji Nowa Pięćdziesiątnica, która jest właścicielem i operatorem nowej platformy społecznościowej, informował m. in., że treści, które pojawiają się na Agappe.pl, są moderowane pod kątem nie tylko moralnym, ale też poprawności doktrynalnej, związanej z nauczaniem Kościoła katolickiego. „Badamy, czy wpisy nie pochodzą np. z niepotwierdzonych objawień prywatnych” – wyjaśniał. Dodał, że bardzo często, zanim jeszcze moderator dotrze do kontrowersyjnego wpisu, sami użytkownicy mają taki zmysł wiary, że wyłapują i zgłaszają, że coś jest nie tak.

 

Absolutnie nie wierzę

 

Podpytywani przez branżowe media eksperci są raczej zgodni. Szanse na sukces nowego sieciowego przedsięwzięcia oceniają sceptycznie. „Tworzy się niepotrzebne byty, które utrudniają użytkownikom życie” – stwierdził nawet w rozmowie z serwisem WirtualneMedia medioznawca Maciej Myśliwiec. Doprecyzował, że przez takie inicjatywy internauci muszą korzystać z jednego portalu, by mieć kontakt z jednymi znajomymi i drugiego, żeby mieć kontakt z innymi. Jego zdaniem dywersyfikacja treści dla użytkownika końcowego nie jest niczym dobrym. „Niezależnie od pobudek, dla których stworzono medium” – podkreślił.

 

Niestety absolutnie nie wierzę w sukces serwisów takich jak Agappe. Niestety, bo oczywiście fajnie byłoby, gdyby wciąż istniała tak łatwa do zajęcia przestrzeń na nowe społecznościówki” – przyznał Norbert Kilen, strategy director w agencji On Board Think Kong w wypowiedzi zamieszczonej w serwisie dobreprogramy.pl.

 

Może być sukcesem

 

Podobnych opinii o szansach katolickiego serwisu społecznościowego można znaleźć znacznie więcej. Ale nie wszyscy całkowicie i z góry go przekreślają. Np. w rozmowie z serwisem press.pl Monika Czaplicka z agencji Wobuzz wskazała, że serwis może być sukcesem, jeśli twórcy będą mieli świadomość, czego mogą oczekiwać, zarówno w odniesieniu do użytkowników, jak i reklamodawców. „Wiele portali tematycznych jest interesującym kąskiem dla reklamodawców. Nawet przy kilku tysiącach użytkowników i hojnych kieszeniach wiernych mają szansę funkcjonować” – prognozowała ekspertka. Jej zdaniem przyszłość Agappe.pl zależy w głównej mierze od jego promocji. Sugerowała, że efekt wirusowy może przynieść kilku zapalonych księży, którzy namówią podczas Mszy świętej wiernych do rejestracji w serwisie.

 

Oceny Moniki Czaplickiej delikatnie wskazują na jeszcze jeden aspekt całej sprawy. Rodzi się pytanie, czy Kościół dzisiaj potrzebuje takich inicjatyw, jak Agappe.pl. Ks. Potrapeluk w mediach twierdzi, że nowy serwis społecznościowy jest odpowiedzią na zapotrzebowanie. Kwestia jest jednak szersza niż tylko istnienie jednego sieciowego bytu z etykietką „katolicki”.

 

Przekaz jest bezpieczny

 

Na pierwszy rzut oka rzecz wydaje się prosta i oczywista. Istnieją przecież katolickie, (w tym stricte kościelne) czasopisma, radiostacje, telewizje, strony i serwisy internetowe. Nikt nie ukrywa, że ich adresatami są przede wszystkim ludzie wierzący, należący do Kościoła katolickiego. Nie jest nadużyciem określanie ich mianem „konfesyjnych”. Ich podstawowym zadaniem jest przekaz wiary z nastawieniem nie tyle na zdobywanie nowych wyznawców, ile na utwierdzanie i umacnianie już wierzących. To zadanie ważne i potrzebne.

 

Wiara religijna wymaga nieustannej pielęgnacji, wprowadzania w codzienne życie jej zasad oraz aplikowania ich do konkretnych sytuacji i okoliczności. Tradycyjne media mogą być skutecznymi narzędziami w takim procesie. Są w niewielkim stopniu interaktywne, więc ich przekaz jest bezpieczny, istnieją znikome szanse na jego zakłócenie. W ten model wpisują się również w jakimś stopniu internetowe strony i serwisy, pod warunkiem, że znacząco zostaną w nich ograniczone takie elementy, jak komentarze pod tekstami lub fora dyskusyjne.

 

Nie mają umowy z Kościołem

 

Problem w tym, że dziś jedną z najważniejszych i najpowszechniejszych form korzystania z globalnej sieci są serwisy społecznościowe. To już nie jest jakaś osobna „wirtualna” rzeczywistość, ale część zwyczajnej egzystencji miliardów ludzi na świecie. Media społecznościowe to coś więcej, niż tylko narzędzia komunikacyjne, to środowisko funkcjonowania. To oczywiste, że korzystają z nich miliony katolików. Także po to, aby głosić swoją wiarę i ją umacniać. Również w Polsce nie brak osób (duchownych i świeckich), które w mediach społecznościowych zamieszczają materiały formacyjne, a nawet podejmują pobożnościowe inicjatywy.

 

Jednak w odróżnieniu od mediów tradycyjnych, społecznościowe nie gwarantują bezpiecznego przekazu. Leżąca u ich podstaw interaktywność stwarza duże możliwości jego zakłócenia. W dodatku to właściciele narzucają reguły dotyczące publikowanych treści. To w ich rękach znajdują się skuteczne narzędzia moderacji. Nie mają umowy z Kościołem, że jego członkowie będą traktowani inaczej, niż cała reszta użytkowników. W tym kontekście zrozumiała wydaje się tęsknota niektórych środowisk kościelnych za taką przestrzenią funkcjonowania również w sieci, którą można o wiele bardziej, a nawet w pełni, kontrolować. I w której można się czuć bezpiecznie, która byłaby strefą komfortu, jakiej wielkie platformy społecznościowe nie gwarantują. Wygląda na to, że Agappe.pl jest jedną z prób zaspokojenia tej tęsknoty.

 

Przyniesie Kościołowi pożytek?

 

Czy to jest droga, która spotka się z powszechnym zainteresowaniem katolików i przyniesie Kościołowi pożytek? Czas pokaże. Dziś próby tworzenia wyłącznie katolickich stref społecznościowych w internecie kojarzą się niektórym z takimi pomysłami, jak budowane od kilkunastu lat miasto Ave Maria na Florydzie czy katolickie osiedle pod Warszawą.

 

Jest oczywiste, że wkraczając do globalnej sieci Kościół, katolicy, chcąc nie chcąc, muszą działać według panujących w niej zasad, reguł, a także w jakimś stopniu trendów i tendencji. Jedną z bardzo silnych – także w mediach społecznościowych – jest aktualnie tworzenie „baniek”, nie tylko informacyjnych, ale filtrujących pod bardzo konkretnym kątem treści, które docierają do konkretnego użytkownika. Choć twórcy Agappe.pl zapewniają, że nie chcą tworzyć kolejnej „bańki”, zamysł jednak sam w sobie mocno odpowiada „bańkowym” regułom. Jak wskazują specjaliści, istotą sieciowej „bańki” jest to, że do użytkownika docierają tylko takie treści, które odpowiednie algorytmy (stworzone przez konkretnych ludzi) określiły jako zbieżne z jego światopoglądem oraz zainteresowaniami.

 

Warto jednak zapytać, czy akurat w tej kwestii członkowie Kościoła obecni w internecie nie powinni iść zdecydowanie pod prąd. Bo czy katolicy zamknięci w bezpiecznej internetowej „bańce” wypełnią powierzoną im przez Chrystusa misję głoszenia Ewangelii aż po krańce świata? Także w globalnej sieci?

 

Ks. Artur Stopka

Siła twórcza – ks. MARIUSZ FRUKACZ o polskim, katolickim Facebooku

Media katolickie w Polsce mają coraz ciekawszą ofertę, nie tylko dla młodego pokolenia. Przykładem tego jest Agappe.pl, to serwis społecznościowym stworzony z myślą o katolikach. Pomysłodawcą aplikacji jest ks. Artur Potrapeluk, koordynator lubelskiej Odnowy w Duchu Świętym. Oczywiście, zasadne jest pytanie czy ten serwis ma szansę na rynku?

 

Odpowiadając na to pytanie można zgodzić się z Moniką Czaplicką z agencji Wobuzz, która podkreśla, że serwis może być sukcesem, jeśli twórcy będą mieli świadomość, czego mogą oczekiwać, jeżeli chodzi o użytkowników i reklamodawców. Podkreśla Czaplicka, iż „wiele portali tematycznych jest interesującym kąskiem dla reklamodawców. Nawet przy kilku tysiącach użytkowników i hojnych kieszeniach wiernych mają szansę funkcjonować”. (TUTAJ)

 

Z myślą o wierzących

 

Wydaje się jednak, że twórcom serwisu nie chodzi jedynie o sukces rynkowy. Powodzenia związanego z przekazem wiary nie mierzy się ilością reklamodawców. Chociaż oczywiście sama kwestia finansowego utrzymania serwisu jest ważna.  W rozmowie z KAI ks. Artur Potrapeluk, prezes fundacji Nowa Pięćdziesiątnica z Lublina podkreśla, że  Agappe.pl to „nowe miejsce w Internecie, w którym można bez skrępowania dzielić się wiarą”. „Jest to medium dla osób wierzących, w którym mogliby dzielić się w sposób nieskrępowany swoją wiarą, ale także dla poszukujących. Oczywiście w czasie rejestracji nie jest weryfikowane, czy ktoś jest w jakiejś wspólnocie czy przychodzi tylko co niedzielę do kościoła, albo czy jest tylko osobą ochrzczoną” – stwierdził ks. Potrapeluk.

 

Wśród użytkowników portalu są osoby zaangażowane w życie Kościoła. W rozmowie z KAI ks. Potrapeluk podkreśla, że użytkownicy portalu „dzielą się swoimi pasjami, piszą blogi, kręcą filmy, są youtuberami. Ta wymiana treści sprawia, że właśnie na Agappe.pl odkrywamy taki wartościowy kontent”. Duchowny dodaje, że „rejestracja na platformie Agappe.pl jest oczywiście bezpłatna, jednak dla osób, które chciałyby wesprzeć ewangelizację przygotowaliśmy możliwość wykupienia pakietu, dzięki któremu będą mogły promować swoje posty czy strony. Jednak bez tego także można korzystać z portalu i wszystkich jego funkcjonalności. Agappe.pl jest finansowane ze środków własnych fundacji czy darowizn sponsorów, a dodatkowo tworzymy społeczność patronów w serwisie Patronite.pl”.

 

Kiedy myślimy o jakimkolwiek sukcesie Agappe.pl, to warto zwrócić uwagę na to, że serwis powstał w środowisku ludzi związanych z Odnową w Duchu Świętym. To są ludzie bardzo zaangażowani w życie Kościoła. Potrafią także przyciągać wielu młodych osób do wspólnoty wiary. W dzisiejszym Kościele w Polsce jest spora liczba cieszących się dużą popularnością Szkół Nowej Ewangelizacji. A ci ludzie potrafią łączyć rzeczywiste przeżywanie wiary z zaangażowaną obecnością w Kościele, ożywiając parafie, z promocją wiary w sieci. Ja bym w tym upatrywał ewentualnego sukcesu Agappe.pl .

 

Ponadto jak zapewnia ks. Potrapeluk, na tym katolickim social medium znajdują się zarówno profesjonaliści z zakresu branży IT czy bezpieczeństwa danych, a także absolwenci teologii. Ważne jest, że czytelnicy znajdują na nim treści moderowane pod kątem nie tylko moralnym, ale też poprawności doktrynalnej, związanej z nauczaniem Kościoła katolickiego. A tego bardzo potrzeba dzisiaj – szczególnie młodemu pokoleniu – by pomóc w budowaniu zmysłu wiary.

 

Szansa dla młodych katolików

 

Serwis skierowany jest do wszystkich katolików i osób wierzących, ale jest to przede wszystkim szansa dla młodego pokolenia do pogłębienia wiary. Warto pamiętać, że wiary nie da się przeżyć on-line – to jednak taki serwis może być pomocny w dotarciu do młodych ludzi.

 

Chociaż rzeczywistość wirtualna cyberprzestrzeni nie może stać się zamiennikiem prawdziwej wspólnoty ludzkiej, wcielonej rzeczywistości sakramentów i liturgii czy też bezpośredniej proklamacji Ewangelii, może jednak je uzupełniać, przyciągać ludzi do pełniejszego doświadczenia życia wiary i ubogacać religijne życie korzystających z niej osób. Dostarcza ona także Kościołowi środka komunikacji w stosunku do szczególnych grup – młodzieży i młodych osób dorosłych, osób starszych i zamkniętych w domach, żyjących na odległych terenach, członków innych grup religijnych – z którymi kontakt innymi sposobami jest utrudniony

– czytamy w dokumencie Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu nt. Kościół a Internet z 2002 r.

 

W związku z zaistnieniem na polskim rynku Agappe.pl warto również zapytać o stosunek młodego pokolenia do Internetu i nowych mediów, bo właśnie w tej przestrzeni Kościół powinien być mocno obecny. Otóż w 2014 r., na zlecenie NASK oraz Rzecznika Praw Dziecka, Wyższa Szkoła Nauk Społecznych PEDAGOGIUM przeprowadziła badania „Nastolatki wobec Internetu”, z których wynika, że w domu codziennie z Internetu korzysta 93,4% badanych. Korzystanie z sieci wśród młodego pokolenia jest zjawiskiem powszechnym. Wyniki badań pokazują również, że rozwój technologii mobilnych znacząco zmienił style korzystania z Internetu przez młodzież. Już ponad połowa młodych osób (52,8%) nie korzysta z komputerów stacjonarnych. Natomiast smartfon służy młodym ludziom do wygodnego korzystania z serwisów społecznościowych, poczty elektronicznej, aplikacji i gier on-line, przeglądania stron www.

 

Badania te pokazują, jak ważna jest obecność Kościoła w sieci, cyberprzetrzeni, czyli tam, gdzie są młodzi ludzie. Dlatego Kościół rozumiejąc popularność portali społecznościowych, blogów, rekolekcji internetowych, stara się właśnie w ten sposób podążać za młodym człowiekiem, a zarazem zdaje sobie sprawę z tego, jak ważny jest komunikatywny język przekazu treści wiary. Nowoczesne narzędzia komunikacji międzyludzkiej mają zbliżać ludzi i nie zasłaniać najważniejszego celu jakim jest zjednoczenie z Bogiem.

 

Warto również sięgnąć do innego raportu NASK z 2018 r. Jest to raport z badań młodych twórców publikujących w internecie 2018 r. (TUTAJ)

 

Celem badań było rozpoznanie doświadczeń i przekonań młodych twórców internetowych. Jak wynika z badań zdecydowana większość badanych internautów prowadziła blogi lub profile na portalach społecznościowych. Tylko jedna osoba prowadziła kanał muzyczny na YouTubie. Szansą dla Agappe.pl jest współtworzenie go z młodymi katolikami.

 

Agappe po grecku znaczy miłość, a jak mówił św. Maksymilian Kolbe „tylko miłość jest siłą twórczą”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Kara więzienia dla Sławomira Matusza bezterminowo zawieszona! Postanowienie Sądu zbieżne ze stanowiskiem CMWP SDP

Sąd Rejonowy w Sosnowcu  na posiedzeniu  27 lipca b.r. nie zarządził wykonania wyroku więzienia dla red. Sławomira Matusza, tylko zawiesił je bezterminowo. Jednocześnie Sąd zarządził, iż red. Matusz będzie podlegał systematycznym badaniom zdrowotnym, by stwierdzić, czy jest w stanie odbyć tę karę.  Obecnie skazany red. Matusz przedstawił zaświadczenie lekarskie, iż nie jest w stanie odbyć  kary więzienia. Redaktorowi Matuszowi grozi kara bezwzględnego więzienia, ponieważ nie stać go było na zapłacenie zasądzonej prawomocnie w procesie z  art. 212 kk grzywny, a stan zdrowia nie pozwalał mu na odbycie zastępczych prac społecznych.   CMWP SDP wspierało dziennikarza w tym procesie, apelując do Sądu o powstrzymanie wykonywania tak drastycznej kary za publikacje opinii oraz poprzez apel do Prezydenta RP o jego ułaskawienie. Stosowne pismo do Kancelarii Prezydenta RP w tej sprawie zostało wysłane w kwietniu b.r. CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem, jej obserwatorem  jest red. Halina Żwirska. Obrony red. Sławomira Matusza, we współpracy z CMWP SDP, podjął się  mec.  Paweł Matyja.  

 

Pan Sławomir Matusz procesował się z władzami i instytucjami samorządowymi Sosnowca od 2016 roku. Sprawy przed Sądem Rejonowym w Sosnowcu toczyły się w trybie karnym o zniesławienie (art. 212 kk), których p. Matusz rzekomo dopuszczał się w pismach oraz w mailach kierowanych wyłącznie do tych instytucji i ich przedstawicieli. W inkryminowanych pismach i mailach p. Matusz zwracał uwagę na nieprawidłowości w działaniach instytucji, do których pisał. Przykładowo zarzucał wady prawne statutów instytucji kultury w Sosnowcu. Mimo, że Wojewódzki Sąd Administracyjny wydał 5 wyroków, w których potwierdził błędy w ww. statutach, przyznając tym samym rację p. Matuszowi, wyrok dla p. Matusza został utrzymany. W 2018 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy przy SDP pisało: W związku z postępowaniem karnym w sprawie Sławomira Matusza z Sosnowca osk. z art. 212 § 1 k.k. w zw. z art. 191 § 1 kk oraz zapadłym wyrokiem nakazowym, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, działając w niniejszej sprawie jako amicus curiae, protestuje przeciwko zarzutom oskarżenia i wnosi o uniewinnienie wyżej wymienionego. Zapadłe orzeczenie (nieprawomocne) spotkało się z oburzeniem opinii publicznej, szczególnie w środowisku dziennikarskim i artystycznym, bo to właśnie ono (a nie działania samego oskarżonego) najmocniej przyczyniło się do upublicznienia okoliczności sprawy, co m.in. miało naruszyć dobra osobiste urzędników i pracowników instytucji kultury.

 

Panu Sławomirowi Matuszowi zarzucono zniesławienie urzędników samorządowych, jak również stosowanie groźby bezprawnej w celu zmuszenia do określonego działania i skazano wyrokiem nakazowym (nieprawomocnym). Tymczasem Pan Matusz zarzucał występowanie nieprawidłowości w instytucjach podlegających organom samorządu terytorialnego. Tego rodzaju działania leżą w interesie społecznym, do Sądu należy zatem zweryfikowanie zasadności argumentacji oskarżonego, jako społecznika zainteresowanego w prawidłowym działaniu jednostek organizacyjnych finansowanych ze środków publicznych. Wg jego twierdzeń, we wrześniu 2017r. prokuratura wszczęła na podstawie jego zawiadomienia dochodzenie w sprawie korupcji w sosnowieckich instytucjach kultury. Jest to istotna okoliczność, która bezwzględnie powinna była zostać zbadana przez Sąd (a nie została), podobnie jak inne kwestie podnoszone przez p. S. Matusza. Sądowi wydającemu wyrok nakazowy umknęły również inne okoliczności stanu faktycznego, jak choćby to, że p. S. Matusz nie przekazał wysłanych przezeń wiadomości e-mailowych szerokiej opinii publicznej, ale skierował je bezpośrednio do osób których dotyczyły, w tym do organów nadzorczych. Ma to szczególne znaczenie w kontekście ustawowego kontratypu – wyłączenia odpowiedzialności karnej za zniesławienie w przypadku podniesienia prawdziwego zarzutu dotyczącego postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną lub służącego obronie społecznie uzasadnionego interesu (art. 213 § 2 kk).  W niniejszej sprawie Pan Sławomir Matusz nie miał wystarczającej opieki prawnej, nie stać go było na opłacenie usługi adwokata. Z pewnością skutkiem tego stanu rzeczy jest niedotrzymanie przez niego terminów procesowych. Z całą pewnością jednak nie zasługuje ani na tę zasądzoną tak wysoką karę grzywny, ani (w konsekwencji jej niezapłacenia) – na karę bezwzględnego pozbawienia wolności – czytamy w stanowisku CMWP SDP.  CMWP SDP podkreśliło także, iż  obserwuje działania i postawę  red. Sławomira Matusza jako zaangażowanego dziennikarza, twórcę i społecznika od co najmniej 4 lat i dlatego CMWP SDP zwróciło się do Prezydenta RP z prośbą o ułaskawienie red.  Sławomira Matusza od ciążących na nim  orzeczeń karnych, w tym szczególnie od ciążącego na nim wyroku karnego z art. 212 kk.

Znikające dziedzictwo – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o „kaczkach dziennikarskich” i „sezonie ogórkowym”

Znika zjawisko dziennikarskich kaczek i sezonu ogórkowego. Jakie są tego powody i czy będziemy za nim tęsknić?

 

Zanikające terminy

 

Ze zbiorowej świadomości znikają powoli terminy dziennikarskie, które w minionym stuleciu były dla wszystkich zrozumiałe. Można do nich zaliczyć na przykład: „kaczkę dziennikarską” i „wiadomości wyssane z palca”. Najprawdopodobniej za chwilę do tego grona dołączy i „sezon ogórkowy”. Już dziś wpisując to zapytanie w okno internetowej wyszukiwarki, dostaniemy przede wszystkim odpowiedzi dotyczące uprawy warzyw. Zagadnienie nie zainteresowało środowiska naukowego, co potwierdził, zapytany o tę kwestię Kierownik Pracowni Dydaktyki Dziennikarstwa, Reklamy i PR Uniwersytetu Jana Kochanowskiego dr Tomasz Chrząstek. Szkoda, bo znika kolejny obszar, który spokojnie można określić mianem dziennikarskiego dziedzictwa. Odchodzi w cień bez wystarczającej analizy i uczonej refleksji. Trudno dziś nawet o dobrą definicję sezonu ogórkowego, popartą zbiorem przykładów. „Kaczka dziennikarska” i „wysysanie wiadomości z palca” miały w tym wypadku więcej szczęścia. Legendarny rysownik Papcio Chmiel ulokował gigantyczny palec w fikcyjnej redakcji pisma „Trele Morele”. Redaktorzy mogli z niego wysysać fałszywe informacje, gdy im brakowało prawdziwych, żeby zapełnić nimi łamy.[1] „Kaczka dziennikarska” to fałszywa wiadomość. Według Władysława Kopalińskiego termin wywodzi się z Francji. Niejaki Cornelius, aby ustalić granicę naiwności czytelników, napisał w artykule, że miał dwadzieścia kaczek, z których jedną zabił, poćwiartował i rzucił pozostałym, które łapczywie ją zjadły. Następnie zabijał kolejne i czynił z nimi podobnie, aż została tylko jedna, która zjadła pozostałych dziewiętnaście. Miało to uzasadnić wyjątkową żarłoczność tego gatunku ptactwa.[2]

 

Szukając definicji

 

Według „Słownika języka polskiego PWN” sezon ogórkowy to okres letniego zastoju w życiu kulturalnym.[3] Internetowe hasło kieruje do Korpusu Języka Polskiego PWN, gdzie znajdziemy kilka przykładów użycia tego terminu. W 1999 r. na łamach pisma „Cosmpolitan” ukazała się taka oto wypowiedź: „- To sezon ogórkowy, nie pracuje się w takim napięciu – mówi Anita Szarlik, dziennikarka. – Trochę tak, jak gdyby przez dwa miesiące była niedziela. Trudno kogokolwiek znaleźć, dlatego każde zdobycie informacji jest plusem”.[4] Kolejny cytat pochodzi już z XXI wieku. W 2004 r. „Fakt” dociekał, dlaczego kolejna seria programu „Idol” pojawi się dopiero wiosną następnego roku. Odpowiedź producentów streszczono w następujący sposób: „Twierdzą, że lato to sezon ogórkowy i wtedy nie warto ruszać z tak dużą produkcją[5]. W 1974 r. w magazynie „Motor” zauważono z pewnym zresztą oburzeniem, że Szkoci mają na sezon ogórkowy Potwora z Loch Ness, a mieszkańcy PRL-u równie interesujące zagadnienie: „jak jeździć? To znaczy przy jakiej proporcji benzyny i oleju”.[6] W Korpusie Języka Polskiego PWN znajdziemy jeszcze kilka przykładów. Najstarsza wzmianka pochodzi z 1974 r., najnowsze z 2004 r.

 

Inaczej termin sezon ogórkowy zdefiniował Piotr Müldner-Nieckowski. Stwierdził, że to okres, w którym nie ma ważnych informacji prasowych.[7] W odróżnieniu od Słownika PWN nie odwołał się w ogóle do kwestii wakacyjnej przerwy w pracy teatrów i innych instytucji wysokiej kultury. Przywołał ten termin jako przykład związku frazeologicznego zwanego frazemem i zjawiska nie badał.

 

Przykłady pociągają

 

Wygląda na to, że pojęcie sezonu ogórkowego najpierw oderwało się od teatralnej posuchy i związało ze względną ciszą w życiu politycznym w czasie parlamentarnych wakacji. Stały dostęp do rozmówców ułatwiła jednak z czasem telefonia komórkowa. Z każdym można się dziś skontaktować, choćby wypoczywał na drugim końcu świata. Liczba informacji, które i tak docierają do redakcji, raczej wymaga selekcji niż wysysania dodatkowych z palca. Redaktor naczelny popularnego serwisu „Scyzoryk się otwiera – satyryczna strona Kielc”, dziennikarz z trzydziestoletnim doświadczeniem Dariusz Gacek, zapytany o przykłady zapamiętanych przez niego tematów, które panowały w sezonach ogórkowych, wylicza błyskawicznie: wieloryb Lolek płynący Wisłą, chomik latający z aparatem, jezioro pełne wódki, aktywność UFO, czyli kręgi w zbożu, puma… To zbiór propozycji, które potem wałkowano przez całe lato. Warto od razu zauważyć, że nie są to kwestie tuzinkowe, wręcz przeciwnie! Wypada pochwalić dziennikarską pomysłowość i znajdowanie tematów, które nie tylko elektryzowały odbiorców, skupiając na sobie uwagę, ale też prawdopodobnie pozwalały autorom dobrze się bawić przy redagowaniu kolejnych materiałów. Taki trening kreatywnego pisania realizowany na oczach odbiorców.

 

Z przykładów zawartych w Korpusie Języka Polskiego PWN wynika, że w świadomości samych dziennikarzy sezon ogórkowy wiązał się z powracającymi doniesieniami na temat Nessie, czyli Potwora z Loch Ness. Starsi czytelnicy na pewno pamiętają, jak przez całe wakacje ekipa „Lata z Radiem” konsekwentnie poszukiwała: „paskudy z Zalewu Zegrzyńskiego”, co miało być rodzimą odpowiedzią na tajemniczą bestię ze szkockiego jeziora.

 

Pojęcia: sezon ogórkowy, kaczka dziennikarska i wiadomości wyssane z palca, wiele łączy. Mowa tu o materiałach sensacyjnych, ale jednocześnie nieszkodliwych, niewywołujących paniki, za to skupiających na sobie uwagę i pozwalających odbiorcom na pogodny uśmiech tuż po odkryciu mistyfikacji i radosną zabawę z przyswajania kolejnych materiałów.

 

Kto „zniknął” sezon ogórkowy

 

Jak już wspomniano najnowsza wzmianka w Korpusie Języka Polskiego PWN pochodzi z 2004 r. Latem 2021 r. trudno znaleźć choćby ślad sezonu ogórkowego. Wciąż docierają do nas komunikaty na temat pandemii, o związanych z tym niepokojach na świecie, programach szczepień, ale też Narodowym Spisie Ludności. Dopiero co skończyło się Euro 2020, a trwa Olimpiada w Tokio. Komunikatów jest pełno. Zupełnie jakby newsy działały jak aplikacja w tle, niby uśpiona, ale przypominająca konsekwentnie o swoim istnieniu. Czasy, o których mówiła Anita Szarlik w 1999 r., bezpowrotnie minęły. Wydaje się, że szczególny wpływ na zanik sezonu ogórkowego ma jednak życie polityczne, prowadzone z niespotykaną dotychczas intensywnością. Zapytana o tę kwestię politolog dr Agnieszka Zaremba odpowiada w następujący sposób:

 

Polityka nie zasypia. Mamy newsy przez 24 godziny to i politycy musieli się dostosować. Obecność w mediach to obecnie być albo nie być dla polityka. Dlatego bardzo wielu wykorzystuje media społecznościowe do kreowania własnego wizerunku, a dla mediów tradycyjnych jest dostępna „na okrągło”. Duże zmiany wywołała pandemia, teraz nikt nie musi zaraz z kamerą przyjeżdżać, wystarczy domowe studio (coraz lepsza jakość kamer w laptopach i telefonach). I z jednej strony to dobrze, że wyborcy mają swoją władzę „na bieżąco”, a z drugiej trochę szkoda, że nie możemy od siebie wzajemnie odpocząć. Poza tym przesyt nie jest wskazany w żadnej dziedzinie i nawet najbardziej zagorzali obserwatorzy sceny politycznej zaczynają się uodparniać na ogromną ilość newsów od polityków. W Polsce w ogóle nie zanosi się w tym roku na sezon ogórkowy. Mamy powrót Donalda Tuska, ciągłe wojenki w obozie rządzącym, konflikt z UE, szczepienia i zakup Abramsow. Od przybytku zdecydowanie tym razem głowa boli.

 

Mundus senescit

 

Ludzie średniowiecza pod pojęciem mundus senescit (świat się starzeje) rozumieli, że: lepiej już było. Może i nam przyjdzie zatęsknić za czasami, w których paskuda bawiła się z dziennikarzami w wodnego berka na Zalewie Zegrzyńskim? Wydaje się, że nikomu by nie zaszkodziła odrobina oddechu i miejsca na pogodny uśmiech, zwłaszcza w wakacje.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, księga XVI, wydanie pierwsze 1981 r.

[2] W. Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988, s. 447.

[3] https://sjp.pwn.pl/slowniki/sezon%20og%C3%B3rkowy.html – dostęp 26.07.2021 r.

[4] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;258,2;34236.html – dostęp 26.07.2021 r.

[5] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;920,2;8867.html – dostęp 26.07.2021 r.

[6] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;1908,2;6416.html – dostęp 26.07.2021 r.

[7] P. Müldner-Nieckowski, Wprowadzenie do frazeologii, [w:] Nowy szkolny słownik frazeologiczny, Świat Książki, Warszawa 2004 r., s. 14.

(Post)komuna przeciw Wyszyńskiemu – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o medialnych manipulacjach wokół Prymasa Tysiąclecia

Zdjęcie kardynała Stefana Wyszyńskiego i Romana Dmowskiego zestawione z okładką książki „Mein Kampf” Adolfa Hitlera – to prowokacja „Krytyki Politycznej”. Inni „demokraci” wyszydzają Prymasa Tysiąclecia, wmawiając, że był „patriotą PRL”. Spadkobiercy sierpu i młota pogubili się: czy kochać Wyszyńskiego, czy nienawidzić?

 

Oburzenie wywołane polskim wydaniem «Mein Kampf» zdradza zbiorowy wyrzut sumienia. Tymczasem w naszej własnej historii znajdziemy stosy równie strasznej antysemickiej literatury, którą nie tylko wydajemy, ale której autorom stawiamy pomniki” – czytamy na stronie wspomnianej (post)komunistycznej „Krytyki Politycznej”.

 

A my zapytajmy: „Zbiorowy wyrzut sumienia” – czyli czyj? Czy też Polaków? Jeśli tak, to z jakiego powodu? Wmawianej przez was rzekomej kolaboracji Polaków z „nazistami”. A może wy „od zawsze” kolaborujecie z bolszewikami?

 

„Antysemicka literatura Dmowskiego i Wyszyńskiego” – żeby wypisywać takie bzdury, naprawdę trzeba być pożytecznym idiotą, albo…

 

Patron nie dla wszystkich

 

Sejm niepodległej Rzeczpospolitej. Listopad 2020 r. Reprezentanci narodu przyjmują uchwałę, na mocy której kardynał Stefan Wyszyński ma zostać patronem 2021 r. Wybrańcy w liczbie 48 głosują przeciw.

 

Powinniśmy pamiętać o ofiarach pedofilii, a nie upamiętniać przedstawicieli kościoła, który wciąż broni i kryje sprawców” – napisał w mediach społecznościowych poseł opozycyjnej PO Franciszek Starczewski. Z kolei poseł Lewicy (raczej starej niż nowej) Joanna Senyszyn napisała, że „to przez takich jak Stefan Wyszyński i JP2 kościół stał się bezpieczną przystanią dla pedofilów!”, nazywając Prymasa Tysiąclecia „mistrzem” biskupów oskarżanych o popełnienie przestępstw pedofilskich: „W sytuacji, w której kilkudziesięciu polskich biskupów jest oskarżonych o ukrywanie przestępstw pedofilskich, a kilku o popełnienie, honorowanie ich mistrza, nauczyciela i duchowego ojca kompromituje i ośmiesza Sejm, który powinien zachować powściągliwość w uchwalaniu jakichkolwiek dokumentów umacniających zdeprawowaną instytucję Kościoła katolickiego i jego urzędników”. Czerwona zgroza.

 

Zbrodniczy „demokraci”

 

Nie lepsze kawałki znajdujemy np. w innym (post)komunistycznym medium – tygodniku „Przegląd”. Oto autor Paweł Dybicz, razem ze swoim rozmówcą dr hab. Lechem Mażewskim (kiedyś związany – pamiętają Państwo? – z Kongresem Liberalno-Demokratycznym) wciskają swoim czytelnikom tezę, zawartą w tytule, że „Prymas był patriotą PRL”. Oto jedno ze zdań: „Prymas Stefan Wyszyński, podobnie jak kard. August Hlond, jego poprzednik na stolicy arcybiskupiej w Gnieźnie i Warszawie, a tym samym prymas Polski, nie był żadnym zaprzysięgłym wrogiem Polski po 1944/1945 r.

 

Spytać można tym razem: dlaczego w nocy z 25 na 26 września 1953 r., nielegalne, namaszczone (po świecku) w Moskwie komunistyczne władze internowały polskiego prymasa Stefana Wyszyńskiego. I dlaczego przez kolejne trzy lata zsyłały go do kolejnych ośrodków internowania pozbawiając możliwości sprawowania funkcji. To wszystko dlatego, że nie był wrogiem PRL?

 

A gdyby nie bp. Antoni Baraniak i niezłomna postawa tego sekretarza Prymasa Polski (za cenę tortur czerwonych bestii; oprawcy z Rakowieckiej przesłuchiwali go 145 razy, zrywali paznokcie, zamykali w lodowatej, pełnej fekaliów celi, grozili śmiercią), Wyszyński prawdopodobnie z więzienia nigdy by nie wyszedł. Zostałby skazany, osądzony i… stracony. Jak w innych „demokratycznych” komunistycznych totalitaryzmach.

 

„Interrex w kajdankach”

 

Rozumiem, że wymienieni (post)komuniści i liberałowie wolą Jerzego Urbana, który bez wątpienia nie był wrogiem, ale przyjacielem PRL, więcej: funkcjonariuszem komunistycznej junty wojskowej o charakterze zbrojnym. Bo propagandowe tezy rodem z czasów bolszewickiej pogardy nie są im obce.

 

Zacytujmy słowa historyka, dr Wojciecha Stanisławskiego w tekście „Stefan Wyszyński. Interrex w kajdankach” dla Muzeum Historii Polski (muzhp.pl):Arcybiskup Stefan Wyszyński nie pochodził z królewskiego rodu: ojciec był organistą w wiejskim kościele. Jednak Prymasom Polski od połowy XVI wieku przypadał tytuł „interreksa”, zastępującego monarchę na czas jego choroby lub śmierci. Tytuł ten został formalnie zniesiony po rozbiorach Rzeczpospolitej, do „funkcji monarszej” prymasów odwoływano się jednak w czasach niewoli – podczas zaborów, obu wojen światowych i po roku 1945. Dlatego decyzja władz komunistycznych o aresztowaniu Wyszyńskiego we wrześniu 1953 roku, w ponad pół roku po śmierci Stalina, była niesłychanie wymowna. Na pozór kończyła kilkuletnią rozgrywkę między władzami a Kościołem – co prawda w trybie „przewrócenia szachownicy”, ale radykalnie: nie ma Prymasa, nie ma przeciwnika. Jak się okazało, umocniła jedynie autorytet Kościoła w PRL. Po trzydziestu siedmiu miesiącach, w październiku 1956 roku, abp Wyszyński został zwolniony z internowania, do śmierci w 1981 pozostając nieformalnym, ale niekwestionowanym interreksem w socjalistycznym kraju”.

 

Zastępował króla

 

A tak (na stronie Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego) napisał senator, historyk Jan Maria Jackowski: „Uroczystości pogrzebowe Prymasa Tysiąclecia zgromadziły setki tysięcy Polaków. Zostały określone jako królewskie, naród żegnał bowiem Interrexa, czyli kogoś, kto w okresie bezkrólewia, a za takie uznawano rządy komunistów, zastępował króla. Kardynał Wyszyński uchodził zarówno za przywódcę religijnego i moralnego, jak i wielki autorytet społeczny. Przeprowadził ojczyznę i Kościół w Polsce przez czarną noc komunizmu z jego państwowym ateizmem oraz łamaniem podstawowych praw człowieka. Uosabiał trwałość i godność narodu. Jego wielkość uznała nawet władza komunistyczna, która, mimo że bezwzględnie go zwalczała, zgodziła się na zorganizowanie bezprecedensowych w realiach PRL uroczystości pogrzebowych wraz z transmisją radiową i telewizyjną oraz zarządziła kilkudniową żałobę narodową”.

 

Tadeusz Płużański

Jaruzelska i Urban – ŁUKASZ WARZECHA o tym czy dziennikarz powinien z każdym rozmawiać?

Monika Jaruzelska to jedno z unikatowych zjawisk w polskim dziennikarstwie. Kto trafił na jej kanał na YouTube, ten wie. Córka komunistycznego dyktatora nie jest kojarzona z gorącą obroną Peerelu czy stanu wojennego – raczej z umiarkowaniem, zdrowym rozsądkiem i od czasu do czasu poglądami bardziej charakterystycznymi dla centroprawicy niż lewicy (choć tak się politycznie identyfikuje). Przede wszystkim jednak jest znana jako autorka cyklu internetowych wywiadów „Towarzyszka Panienka”, nagrywanych w dawnej willi generała przy ul. Ikara w Warszawie. Tej samej, pod którą za życia Jaruzelskiego odbywały się 13 grudnia demonstracje.

 

Jej rozmowy wyróżniają się kilkoma cechami niemal już nieobecnymi w mainstreamowym dziennikarstwie. Po pierwsze – Jaruzelska naprawdę tylko pyta. Jest wycofana, choć zarazem dobrze przygotowana. Nigdy nie narzuca swoich poglądów, widzowie nie mają wrażenia, że w pytaniach stawia gotowe tezy i oczekuje ich potwierdzenia od rozmówcy. Po drugie – tworzy w czasie rozmowy dobrą atmosferę, czemu sprzyja domowe miejsce nagrań, a co wpływa na rozluźnienie się rozmówców. Po trzecie – nie spieszy się. Brak czasowego limitu to dobra cecha internetu, z której Jaruzelska odpowiednio korzysta. Jej rozmowy mają nawet po ponad dwie godziny.

 

Wreszcie – Jaruzelska stara się rozmawiać z każdym, a widz ma poczucie, że celem rozmowy jest zrozumienie poglądów i motywacji rozmówcy. Jaruzelska zapraszała do siebie ludzi bardzo dalekich od jej własnych poglądów i sekowanych przez główne media. Byli u niej tak skrajnie różni goście jak Krzysztof Bosak, Sławomir Jastrzębowski, Adam Wielomski, Sławomir Pitoń, Andrzej Zybertowicz, Tomasz Terlikowski, Artur Dziambor, Piotr Ikonowicz czy Marcin Rola. A teraz zaprosiła Jerzego Urbana.

 

Właśnie to zaproszenie wywołało awanturę i spory. Duża część publiczności – także, jak można wnioskować z wpisów, stałych widzów kanału pani Moniki – uznała, że to o krok za daleko. Że z ludźmi takimi jak Urban się nie rozmawia. Ale właściwie – dlaczego nie?

 

Zastrzegam: rozmowy z Urbanem w momencie pisania tego tekstu nie widziałem, więc jej nie oceniam. Być może Jaruzelska w tym przypadku nie dała rady – nie wiem. Jednak spór o zaproszenie byłego rzecznika peerelowskiego rządu i byłego redaktora „Polityki” przez – nie waham się napisać – dziennikarkę, robiącą jedne z najlepszych w Polsce wywiadów, jest dobrym pretekstem do zastanowienia się, czy faktycznie są osoby, z którymi dziennikarz nie powinien rozmawiać.

 

Najpierw sprawa, jak sądzę, najprostsza: tak, są ludzie, z którymi rozmawiać się faktycznie nie powinno. To ci, którzy popełnili przestępstwo jedynie po to, żeby przyciągnąć uwagę. Rozmowa z nimi byłaby spełnieniem tego oczekiwania, a zatem stanowiłaby zachętę do podobnych zachowań w przyszłości. Aczkolwiek nawet pisząc te słowa mam wątpliwość: czy faktycznie nie zrobiłbym rozmowy z Herostratesem, gdybym miał taką możliwość? Choć podpalacz Artemizjonu mógłby się przecież ostatecznie okazać osobą całkowicie nieciekawą…

 

Lecz nawet tu granica jest płynna. Motywacja Herostratesa, jaka przetrwała w przekazach do naszych czasów, nie budzi raczej wątpliwości. Ale czy to oznacza, że dziennikarz w ogóle nie powinien rozmawiać z ludźmi, którzy popełniali zbrodnie? To błędne podejście, bo nie jest rolą dziennikarza stawianie się w roli eksperta od etyki, który swoją – a więc i swoich odbiorców uwagę będzie traktował jako narzędzie karania jednych, a nagradzania innych. Dziennikarz ma przede wszystkim zadbać o to, żeby z jego rozmowy coś wynikało. Żeby pokazała odbiorcy coś, o czym nie wiedział. Tym czymś może też być motywacja złego człowieka. Taki był cel Hannah Arendt, gdy pisała „Eichmanna w Jerozolimie” – relację z procesu niemieckiego zbrodniarza, która wprowadziła do obiegu pojęcie banalności zła. Arendt nie miała możliwości rozmowy z Eichmannem, lecz czy można mieć wątpliwości, że skorzystałaby z niej, gdyby taka możliwość się pojawiła?

 

Kazimierz Moczarski, żołnierz AK i dziennikarz, w 1949 r. został osadzony przez komunistów w jednej celi z Jürgenem Stroopem, SS-mańskim zbrodniarzem, katem powstania w warszawskim getcie, a wcześniej – katem Wielkopolski, mającym na sumieniu niezliczone życia żydowskich i polskich obywateli Rzeczypospolitej. Plonem ośmiu miesięcy wspólnego osadzenia obu mężczyzn były „Rozmowy z katem” Moczarskiego – unikatowy, robiący niesamowite wrażenie zapis wypowiedzi Stroopa, opis jego zachowań i jego sposobu myślenia. Moczarski nawet w dramatycznych dla siebie okolicznościach (brutalne śledztwo, trwający proces, w którym groziła mu – ostatecznie faktycznie zasądzona, szczęśliwie nie wykonana – kara śmierci) zachował się jak rasowy dziennikarz.

 

Dziennikarze rozmawiali wielokrotnie z dyktatorami takimi jak Muammar Kaddafi czy Fidel Castro. Cezary Łazarewicz napisał książkę o Januszu Walusiu, który w 1993 r. zamordował w RPA (Waluś mieszkał tam od 1981 r.) lewicowego bojownika i polityka Chrisa Haniego. Pojechał do Afryki, rozmawiał z odsiadującym dożywocie Polakiem. W rozmowie dla „Krytyki Politycznej” powiedział: „Chciałem odtworzyć sposób myślenia Janusza Walusia. Jestem dokumentalistą, w pewnym sensie nie dbam o skutki historii, którą przedstawiam. Przesłanie z tej książki wydaje mi się jasne: patrzcie, do czego może doprowadzić zacietrzewienie ideologiczne. […] A żeby odtworzyć ten sposób myślenia, musiałem go wysłuchać i być wobec niego uczciwy”. Jakkolwiek Łazarewicz jest dziennikarzem o jednoznacznie lewicowych poglądach, trudno się z takim postawieniem sprawy nie zgodzić. Prawie nikt nie miał pretensji o jego rozmowę z Walusiem – jeśli już takie się pojawiały, to raczej z lewej strony, zarzucające Łazarewiczowi, że napisał książkę zbyt obiektywną, zamiast ideologicznie Walusia potępić.

 

Ja sam mam na koncie wywiad z Wojciechem Jaruzelskim, który zrobiłem w 2000 r. na zamówienie wydawnictwa Reader’s Digest do dużej książki o Janie Pawle II. Wywiad dotyczył spotkań Ojca Świętego z polskim dyktatorem i uważam go za jedno z najciekawszych dziennikarskich doświadczeń w mojej karierze, szczególnie że uważna obserwacja generała podczas tej rozmowy dała mi, jak sądzę, wgląd w jego odczucia i motywacje, których nie zwerbalizował.

 

Jerzym Urbanie mówiłem zawsze, że jest postacią na wskroś obrzydliwą. Podtrzymuję tę opinię – co jednak nie znaczy, że dziennikarz nie powinien się podjąć rozmowy z nim. Sześć lat temu na portalu wPolityce napisałem tekst po głośnej wówczas rozmowie Agnieszki GozdyryUrbanem w Polsacie.

 

„Z Urbanem bym jednak nie rozmawiał. Jak napisałem, nie wzbudza on we mnie złości, ale wzbudza tak daleko idące obrzydzenie, że nie potrafiłbym się przemóc. Uważam też, że jeśli Urban ma być wykorzystywany w taki sposób, w jaki wykorzystuje się go obecnie w polskich mediach, to lepiej, żeby sobie powoli zdychał w zapomnieniu na swoim złotym łóżku, kupionym za pieniądze zarobione na wdeptywaniu ludzi w błoto. Przez 10 lat mojej pracy w „Fakcie” nigdy, ani razu, nie poprosiliśmy Urbana o wypowiedź. Tabloid robił rzeczy tabloidowe, publikował historyjki o przebiegłych chomikach albo urządzał ustawki czy prowokacje, ale nie przekroczył tej granicy. I za samo to szanuję swoje dawne miejsce pracy. Jeśli dzisiaj jakiś lewacki obrońca Urbana pokpiwa, że „Fakt” wprawdzie nie rozmawiał z Urbanem, ale za to „rozmawiał z bobrem”, to znaczy całkiem po prostu, że jest bezdennie głupi i nic nie rozumie” – pisałem. Ale zarazem dodawałem: „Możliwe jednak, że jakiś kolega po fachu miałby pomysł na dobrą, ciekawą rozmowę z Urbanem, w którym temu przebiegłemu wężowi potrafiłby przeciwstawić odpowiednio głęboką wiedzę i mocny intelekt. Przecież Oni Teresy Torańskiej – rozmowy z ludźmi często również zwyczajnie złymi, a na pewno moralnie godnymi potępienia, są do dzisiaj lekturą obowiązkową i arcyważnym dokumentem epoki”.

 

Moją opinię z 2015 r. muszę jednak dzisiaj lekko zmodyfikować: z Urbanem zrobiłbym jednak wywiad. Będąc postacią obrzydliwą, jest świadkiem epoki. Trzeba też odróżnić długą, wnikliwą rozmowę od traktowania danej osoby jako autorytetu czy eksperta, od którego wydobywa się dwa zdania na dany temat – i pisząc o praktyce „Faktu”, to właśnie miałem na myśli. Z pewnością żadna z osób, których przykłady podawałem w tym tekście, na taką rolę nie zasługuje i w takiej roli w mediach występować nie powinna.

 

Jedno jest w podobnych rozmowach ważne: dziennikarz musi być do nich dobrze przygotowany i nie powinien pozwolić rozmówcy – szczególnie takiemu jak Urban – odgrywać własnego spektaklu. Czy Monice Jaruzelskiej to się uda – nie wiem, bo, jako się rzekło, rozmowy nie widziałem. Wiem, że obserwacja jej dotychczasowych dziennikarskich dokonań daje na to dużą nadzieję. Krytykom jej decyzji przypominam: dziennikarz musi się czasem spotkać również z postaciami odrażającymi, żeby jego odbiorcy nie musieli. To nasza praca.

 

Łukasz Warzecha