Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu przez sąd w Niemczech ks. prof. Dariusza Oko

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko skazaniu ks. prof. Dariusza Oko przez Sąd Rejonowy w Kolonii w Niemczech za opublikowanie artykułu w czasopiśmie naukowym na temat działającej w Kościele Katolickim homoseksualnej grupy przestępczej. Wyrok ten narusza zasadę wolności słowa, w tym szczególnie wolności akademickiej, które chroni zarówno niemiecka konstytucja, jak i prawo międzynarodowe. Godzi również w wolność sumienia i religii. CMWP SDP apeluje o uchylenie tego wyroku i zapowiada objęcie tej sprawy monitoringiem.

 

Ks. prof. Dariusz Oko został skazany przez Sąd Rejonowy w Kolonii na karę grzywny w wysokości 4 800 euro za „podżeganie do nienawiści” poprzez opublikowanie w naukowym czasopiśmie „Thelogisches” artykułu p.t. „O konieczności ograniczania klik homoseksualnych w Kościele”, w którym opisuje zjawisko wewnątrzkościelnych homoseksualnych grup przestępczych działających na szkodę nieletnich oraz wykorzystujących zależnych od niej kleryków. Wraz z nim skazany został również redaktor naczelny tego czasopisma, niemiecki teolog ks. prof. Johannes Stöhr. Wyrok nakazowy nałożony na ks. prof. Dariusza Oko przez Sąd Rejonowy w Kolonii stoi w sprzeczności z Ustawą Zasadniczą Republiki Federalnej Niemiec, a także z międzynarodowymi dokumentami, w tym z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, która gwarantuje każdemu prawo do nieskrępowanego wyrażania swoich poglądów. Nadto, w przypadku, gdyby miał on być egzekwowany w Polsce, należałoby go również uznać za rażąco sprzeczny z Konstytucją RP oraz godzący w polski porządek prawny, poprzez niedopuszczalną ingerencję w wolność słowa i religii.

 

Szczególnie bulwersujące jest w tym przypadku to, iż ks. prof. Dariusz Oko został skazany za napisanie i opublikowanie tekstu naukowego w przeznaczonym do tego miesięczniku. Jego artykuł jest naukową refleksją nad tytułowym zagadnieniem, jest opatrzony szczegółową bibliografią i naukowymi przypisami. Tekst ten stanowi opinię autora dotyczącą istotnych problemów współczesnego Kościoła. Ks. prof. Dariusz Oko oraz ks. prof. Johannes Stöhr, redaktor naczelny wydawanego od ponad 50 lat periodyku „Thelogisches” zdecydowali się w ten sposób zainicjować akademicką dyskusję na trudny i wywołujący społeczne emocje w wielu krajach na całym świecie. Nie powinni być za to karani.

 

CMWP SDP zwraca uwagę, iż zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, iż Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice. Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru. Ponadto zgodnie z artykułem 5 Ustawy Zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec każdy ma prawo do swobodnego wypowiadania i rozpowszechniania swoich poglądów w słowie, piśmie i obrazie oraz do pozyskiwania bez przeszkód informacji z powszechnie dostępnych źródeł. Zapewnia się wolność prasy oraz wolność informacji za pośrednictwem radia, telewizji i filmu. Nie stosuje się cenzury (punkt 1), oraz zapewnia się wolność sztuki i nauki, badań naukowych i nauczania. Wolność nauczania nie zwalnia od wierności wobec konstytucji (punkt 2). Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność słowa dotyczy nie tylko prawa do informacji lub opinii nieobraźliwych lub neutralnych, ale nawet tych, które są obraźliwe, szokujące lub niepokojące (sprawa Prager i Oberschlick przeciwko Austrii, skarga nr 11662/85).

 

CMWP stoi ponadto na stanowisku, iż orzeczona w tym wypadku kara dla autora artykułu prof. Dariusza Oko stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie zarówno Ks. Prof. Dariusza Oko, jak i innych naukowców lub dziennikarzy, do podejmowania istotnej oraz wywołującej społeczne emocje tematyki związków pedofilii i homoseksualizmu (także w Kościele) oraz jej społecznych skutków. Skazanie ks. prof. Dariusza Oko powoduje tzw. efekt mrożący (tzw. chilling effect), wielokrotnie opisywany na gruncie prawa polskiego, jak i międzynarodowego. Jest to nie do pogodzenia z opartą na dążeniu do prawdy i prezentacji różnych punktów widzenia pracą naukową i publicystyczną, do której zobowiązani są zarówno dziennikarze, jak i naukowcy. Należy przy tym podkreślić, iż w interesie społecznym mają oni prawo wyrażać publicznie swoje poglądy nawet w trudnych i kontrowersyjnych sprawach.

 

Niezależnie od powyższego należy również podkreślić, że ks. prof. Dariusz Oko zajął stanowisko w specyficznej dziedzinie naukowej, jaką jest teologia katolicka. Jest oczywiste, że nie ma ona racji bytu bez wiary katolickiej. Z kolei, stosunek katolicyzmu do zjawiska homoseksualizmu jest powszechnie znany od czasów antycznych. Aspekt ten został również wyraźnie wyeksponowany w Biblii. W związku z tym stosowanie przymusu państwowego wobec katolickich kapłanów za wyrażenie przez nich opinii teologicznej jest ich prześladowaniem za wierność wierze, a w ujęciu formalnoprawnym – rażącym naruszeniem wolności sumienia i religii. Żaden organ państwowy (w tym sądowy) nie może oczekiwać od nikogo, aby w imię tzw. poprawności politycznej nie tylko zrezygnował z wolności słowa, ale wręcz wyparł się zasad swojej religii. Nie ulega wątpliwości, że skoro organy sądowe ingerują w zasady rządzące religią, tym bardziej ochoczo będą ingerować w wypowiedzi niemotywowane religijnie. Jeżeli zjawisko takie dopuścić, wówczas zarówno wolność sumienia i religii, ale również wolność słowa przestaną istnieć. Uwzględniając powyższe, powołany na wstępie wyrok sądowy stanowi klasyczny przykład „niszczenia wolności w imię wolności”, co jest w Europie zjawiskiem coraz częściej spotykanym. CMWP SDP stanowczo sprzeciwia się takim praktykom.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Michał Jaszewski, doradca prawny SDP

 

artykuł za który ks. prof. Dariusz Oko został ukarany jest tu :

wersja polska: Ks. D. Oko Art. Homokliki

wersja niemiecka:  2021 – Theol – 01 und 02 – druck end

 

Warszawa, 29 lipca 2021

 

Społecznościowo, ale po katolicku – ks. ARTUR STOPKA o projekcie Agappe

Oczywistością wydaje się istnienie ściśle katolickich czasopism, radiostacji, telewizji, a nawet serwisów internetowych. Czy dotyczy to także katolickich mediów społecznościowych?

 

U progu tegorocznych wakacji pojawił się w polskojęzycznym internecie nowy serwis społecznościowy pod nazwą Agappe.pl. „Szczęść Boże! Dołącz do katolickich social media. Twórz posty, strony, grupy, wydarzenia. Dziel się wiarą!” – zachęcają inicjatorzy przedsięwzięcia. Apelując o udostępnianie „wartościowych treści”, informują na wstępie, że Agappe.pl to platforma dla osób wierzących i poszukujących. Definiują się, jako społeczność osób, które nie wstydzą się Jezusa. Obiecują stuprocentową prywatność, przekonując, że dzięki systemowi followersów, to użytkownik decyduje, co chce wyświetlać w serwisie. Obiecują też „Więcej bezpieczeństwa”, zapewniając jeszcze przed rejestracją potencjalnego użytkownika, że jego konto jest w pełni bezpieczne, ponieważ nigdy nie udostępniają danych stronom trzecim.

 

Mają zmysł wiary

 

Wśród informacji/wskazówek poprzedzających rejestrację w serwisie znalazło się m. in. zalecenie, aby używać wyłącznie prawdziwego zdjęcia profilowego (lub domyślnego). „Konta, które nie spełniają wymagań regulaminu zostaną skasowane lub wyłączone” – ostrzegają twórcy przedsięwzięcia. Dodają, że konta, które korzystają z tymczasowych adresów e-mail lub numerów telefonów są w Agappe.pl blokowane. W ramach procesu weryfikacyjnego przy rejestracji trzeba wpisać kod, który otrzymuje się na podany numer telefonu.

 

W wypowiedziach dla mediów ks. Artur Potrapeluk, prezes lubelskiej Fundacji Nowa Pięćdziesiątnica, która jest właścicielem i operatorem nowej platformy społecznościowej, informował m. in., że treści, które pojawiają się na Agappe.pl, są moderowane pod kątem nie tylko moralnym, ale też poprawności doktrynalnej, związanej z nauczaniem Kościoła katolickiego. „Badamy, czy wpisy nie pochodzą np. z niepotwierdzonych objawień prywatnych” – wyjaśniał. Dodał, że bardzo często, zanim jeszcze moderator dotrze do kontrowersyjnego wpisu, sami użytkownicy mają taki zmysł wiary, że wyłapują i zgłaszają, że coś jest nie tak.

 

Absolutnie nie wierzę

 

Podpytywani przez branżowe media eksperci są raczej zgodni. Szanse na sukces nowego sieciowego przedsięwzięcia oceniają sceptycznie. „Tworzy się niepotrzebne byty, które utrudniają użytkownikom życie” – stwierdził nawet w rozmowie z serwisem WirtualneMedia medioznawca Maciej Myśliwiec. Doprecyzował, że przez takie inicjatywy internauci muszą korzystać z jednego portalu, by mieć kontakt z jednymi znajomymi i drugiego, żeby mieć kontakt z innymi. Jego zdaniem dywersyfikacja treści dla użytkownika końcowego nie jest niczym dobrym. „Niezależnie od pobudek, dla których stworzono medium” – podkreślił.

 

Niestety absolutnie nie wierzę w sukces serwisów takich jak Agappe. Niestety, bo oczywiście fajnie byłoby, gdyby wciąż istniała tak łatwa do zajęcia przestrzeń na nowe społecznościówki” – przyznał Norbert Kilen, strategy director w agencji On Board Think Kong w wypowiedzi zamieszczonej w serwisie dobreprogramy.pl.

 

Może być sukcesem

 

Podobnych opinii o szansach katolickiego serwisu społecznościowego można znaleźć znacznie więcej. Ale nie wszyscy całkowicie i z góry go przekreślają. Np. w rozmowie z serwisem press.pl Monika Czaplicka z agencji Wobuzz wskazała, że serwis może być sukcesem, jeśli twórcy będą mieli świadomość, czego mogą oczekiwać, zarówno w odniesieniu do użytkowników, jak i reklamodawców. „Wiele portali tematycznych jest interesującym kąskiem dla reklamodawców. Nawet przy kilku tysiącach użytkowników i hojnych kieszeniach wiernych mają szansę funkcjonować” – prognozowała ekspertka. Jej zdaniem przyszłość Agappe.pl zależy w głównej mierze od jego promocji. Sugerowała, że efekt wirusowy może przynieść kilku zapalonych księży, którzy namówią podczas Mszy świętej wiernych do rejestracji w serwisie.

 

Oceny Moniki Czaplickiej delikatnie wskazują na jeszcze jeden aspekt całej sprawy. Rodzi się pytanie, czy Kościół dzisiaj potrzebuje takich inicjatyw, jak Agappe.pl. Ks. Potrapeluk w mediach twierdzi, że nowy serwis społecznościowy jest odpowiedzią na zapotrzebowanie. Kwestia jest jednak szersza niż tylko istnienie jednego sieciowego bytu z etykietką „katolicki”.

 

Przekaz jest bezpieczny

 

Na pierwszy rzut oka rzecz wydaje się prosta i oczywista. Istnieją przecież katolickie, (w tym stricte kościelne) czasopisma, radiostacje, telewizje, strony i serwisy internetowe. Nikt nie ukrywa, że ich adresatami są przede wszystkim ludzie wierzący, należący do Kościoła katolickiego. Nie jest nadużyciem określanie ich mianem „konfesyjnych”. Ich podstawowym zadaniem jest przekaz wiary z nastawieniem nie tyle na zdobywanie nowych wyznawców, ile na utwierdzanie i umacnianie już wierzących. To zadanie ważne i potrzebne.

 

Wiara religijna wymaga nieustannej pielęgnacji, wprowadzania w codzienne życie jej zasad oraz aplikowania ich do konkretnych sytuacji i okoliczności. Tradycyjne media mogą być skutecznymi narzędziami w takim procesie. Są w niewielkim stopniu interaktywne, więc ich przekaz jest bezpieczny, istnieją znikome szanse na jego zakłócenie. W ten model wpisują się również w jakimś stopniu internetowe strony i serwisy, pod warunkiem, że znacząco zostaną w nich ograniczone takie elementy, jak komentarze pod tekstami lub fora dyskusyjne.

 

Nie mają umowy z Kościołem

 

Problem w tym, że dziś jedną z najważniejszych i najpowszechniejszych form korzystania z globalnej sieci są serwisy społecznościowe. To już nie jest jakaś osobna „wirtualna” rzeczywistość, ale część zwyczajnej egzystencji miliardów ludzi na świecie. Media społecznościowe to coś więcej, niż tylko narzędzia komunikacyjne, to środowisko funkcjonowania. To oczywiste, że korzystają z nich miliony katolików. Także po to, aby głosić swoją wiarę i ją umacniać. Również w Polsce nie brak osób (duchownych i świeckich), które w mediach społecznościowych zamieszczają materiały formacyjne, a nawet podejmują pobożnościowe inicjatywy.

 

Jednak w odróżnieniu od mediów tradycyjnych, społecznościowe nie gwarantują bezpiecznego przekazu. Leżąca u ich podstaw interaktywność stwarza duże możliwości jego zakłócenia. W dodatku to właściciele narzucają reguły dotyczące publikowanych treści. To w ich rękach znajdują się skuteczne narzędzia moderacji. Nie mają umowy z Kościołem, że jego członkowie będą traktowani inaczej, niż cała reszta użytkowników. W tym kontekście zrozumiała wydaje się tęsknota niektórych środowisk kościelnych za taką przestrzenią funkcjonowania również w sieci, którą można o wiele bardziej, a nawet w pełni, kontrolować. I w której można się czuć bezpiecznie, która byłaby strefą komfortu, jakiej wielkie platformy społecznościowe nie gwarantują. Wygląda na to, że Agappe.pl jest jedną z prób zaspokojenia tej tęsknoty.

 

Przyniesie Kościołowi pożytek?

 

Czy to jest droga, która spotka się z powszechnym zainteresowaniem katolików i przyniesie Kościołowi pożytek? Czas pokaże. Dziś próby tworzenia wyłącznie katolickich stref społecznościowych w internecie kojarzą się niektórym z takimi pomysłami, jak budowane od kilkunastu lat miasto Ave Maria na Florydzie czy katolickie osiedle pod Warszawą.

 

Jest oczywiste, że wkraczając do globalnej sieci Kościół, katolicy, chcąc nie chcąc, muszą działać według panujących w niej zasad, reguł, a także w jakimś stopniu trendów i tendencji. Jedną z bardzo silnych – także w mediach społecznościowych – jest aktualnie tworzenie „baniek”, nie tylko informacyjnych, ale filtrujących pod bardzo konkretnym kątem treści, które docierają do konkretnego użytkownika. Choć twórcy Agappe.pl zapewniają, że nie chcą tworzyć kolejnej „bańki”, zamysł jednak sam w sobie mocno odpowiada „bańkowym” regułom. Jak wskazują specjaliści, istotą sieciowej „bańki” jest to, że do użytkownika docierają tylko takie treści, które odpowiednie algorytmy (stworzone przez konkretnych ludzi) określiły jako zbieżne z jego światopoglądem oraz zainteresowaniami.

 

Warto jednak zapytać, czy akurat w tej kwestii członkowie Kościoła obecni w internecie nie powinni iść zdecydowanie pod prąd. Bo czy katolicy zamknięci w bezpiecznej internetowej „bańce” wypełnią powierzoną im przez Chrystusa misję głoszenia Ewangelii aż po krańce świata? Także w globalnej sieci?

 

Ks. Artur Stopka

Siła twórcza – ks. MARIUSZ FRUKACZ o polskim, katolickim Facebooku

Media katolickie w Polsce mają coraz ciekawszą ofertę, nie tylko dla młodego pokolenia. Przykładem tego jest Agappe.pl, to serwis społecznościowym stworzony z myślą o katolikach. Pomysłodawcą aplikacji jest ks. Artur Potrapeluk, koordynator lubelskiej Odnowy w Duchu Świętym. Oczywiście, zasadne jest pytanie czy ten serwis ma szansę na rynku?

 

Odpowiadając na to pytanie można zgodzić się z Moniką Czaplicką z agencji Wobuzz, która podkreśla, że serwis może być sukcesem, jeśli twórcy będą mieli świadomość, czego mogą oczekiwać, jeżeli chodzi o użytkowników i reklamodawców. Podkreśla Czaplicka, iż „wiele portali tematycznych jest interesującym kąskiem dla reklamodawców. Nawet przy kilku tysiącach użytkowników i hojnych kieszeniach wiernych mają szansę funkcjonować”. (TUTAJ)

 

Z myślą o wierzących

 

Wydaje się jednak, że twórcom serwisu nie chodzi jedynie o sukces rynkowy. Powodzenia związanego z przekazem wiary nie mierzy się ilością reklamodawców. Chociaż oczywiście sama kwestia finansowego utrzymania serwisu jest ważna.  W rozmowie z KAI ks. Artur Potrapeluk, prezes fundacji Nowa Pięćdziesiątnica z Lublina podkreśla, że  Agappe.pl to „nowe miejsce w Internecie, w którym można bez skrępowania dzielić się wiarą”. „Jest to medium dla osób wierzących, w którym mogliby dzielić się w sposób nieskrępowany swoją wiarą, ale także dla poszukujących. Oczywiście w czasie rejestracji nie jest weryfikowane, czy ktoś jest w jakiejś wspólnocie czy przychodzi tylko co niedzielę do kościoła, albo czy jest tylko osobą ochrzczoną” – stwierdził ks. Potrapeluk.

 

Wśród użytkowników portalu są osoby zaangażowane w życie Kościoła. W rozmowie z KAI ks. Potrapeluk podkreśla, że użytkownicy portalu „dzielą się swoimi pasjami, piszą blogi, kręcą filmy, są youtuberami. Ta wymiana treści sprawia, że właśnie na Agappe.pl odkrywamy taki wartościowy kontent”. Duchowny dodaje, że „rejestracja na platformie Agappe.pl jest oczywiście bezpłatna, jednak dla osób, które chciałyby wesprzeć ewangelizację przygotowaliśmy możliwość wykupienia pakietu, dzięki któremu będą mogły promować swoje posty czy strony. Jednak bez tego także można korzystać z portalu i wszystkich jego funkcjonalności. Agappe.pl jest finansowane ze środków własnych fundacji czy darowizn sponsorów, a dodatkowo tworzymy społeczność patronów w serwisie Patronite.pl”.

 

Kiedy myślimy o jakimkolwiek sukcesie Agappe.pl, to warto zwrócić uwagę na to, że serwis powstał w środowisku ludzi związanych z Odnową w Duchu Świętym. To są ludzie bardzo zaangażowani w życie Kościoła. Potrafią także przyciągać wielu młodych osób do wspólnoty wiary. W dzisiejszym Kościele w Polsce jest spora liczba cieszących się dużą popularnością Szkół Nowej Ewangelizacji. A ci ludzie potrafią łączyć rzeczywiste przeżywanie wiary z zaangażowaną obecnością w Kościele, ożywiając parafie, z promocją wiary w sieci. Ja bym w tym upatrywał ewentualnego sukcesu Agappe.pl .

 

Ponadto jak zapewnia ks. Potrapeluk, na tym katolickim social medium znajdują się zarówno profesjonaliści z zakresu branży IT czy bezpieczeństwa danych, a także absolwenci teologii. Ważne jest, że czytelnicy znajdują na nim treści moderowane pod kątem nie tylko moralnym, ale też poprawności doktrynalnej, związanej z nauczaniem Kościoła katolickiego. A tego bardzo potrzeba dzisiaj – szczególnie młodemu pokoleniu – by pomóc w budowaniu zmysłu wiary.

 

Szansa dla młodych katolików

 

Serwis skierowany jest do wszystkich katolików i osób wierzących, ale jest to przede wszystkim szansa dla młodego pokolenia do pogłębienia wiary. Warto pamiętać, że wiary nie da się przeżyć on-line – to jednak taki serwis może być pomocny w dotarciu do młodych ludzi.

 

Chociaż rzeczywistość wirtualna cyberprzestrzeni nie może stać się zamiennikiem prawdziwej wspólnoty ludzkiej, wcielonej rzeczywistości sakramentów i liturgii czy też bezpośredniej proklamacji Ewangelii, może jednak je uzupełniać, przyciągać ludzi do pełniejszego doświadczenia życia wiary i ubogacać religijne życie korzystających z niej osób. Dostarcza ona także Kościołowi środka komunikacji w stosunku do szczególnych grup – młodzieży i młodych osób dorosłych, osób starszych i zamkniętych w domach, żyjących na odległych terenach, członków innych grup religijnych – z którymi kontakt innymi sposobami jest utrudniony

– czytamy w dokumencie Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu nt. Kościół a Internet z 2002 r.

 

W związku z zaistnieniem na polskim rynku Agappe.pl warto również zapytać o stosunek młodego pokolenia do Internetu i nowych mediów, bo właśnie w tej przestrzeni Kościół powinien być mocno obecny. Otóż w 2014 r., na zlecenie NASK oraz Rzecznika Praw Dziecka, Wyższa Szkoła Nauk Społecznych PEDAGOGIUM przeprowadziła badania „Nastolatki wobec Internetu”, z których wynika, że w domu codziennie z Internetu korzysta 93,4% badanych. Korzystanie z sieci wśród młodego pokolenia jest zjawiskiem powszechnym. Wyniki badań pokazują również, że rozwój technologii mobilnych znacząco zmienił style korzystania z Internetu przez młodzież. Już ponad połowa młodych osób (52,8%) nie korzysta z komputerów stacjonarnych. Natomiast smartfon służy młodym ludziom do wygodnego korzystania z serwisów społecznościowych, poczty elektronicznej, aplikacji i gier on-line, przeglądania stron www.

 

Badania te pokazują, jak ważna jest obecność Kościoła w sieci, cyberprzetrzeni, czyli tam, gdzie są młodzi ludzie. Dlatego Kościół rozumiejąc popularność portali społecznościowych, blogów, rekolekcji internetowych, stara się właśnie w ten sposób podążać za młodym człowiekiem, a zarazem zdaje sobie sprawę z tego, jak ważny jest komunikatywny język przekazu treści wiary. Nowoczesne narzędzia komunikacji międzyludzkiej mają zbliżać ludzi i nie zasłaniać najważniejszego celu jakim jest zjednoczenie z Bogiem.

 

Warto również sięgnąć do innego raportu NASK z 2018 r. Jest to raport z badań młodych twórców publikujących w internecie 2018 r. (TUTAJ)

 

Celem badań było rozpoznanie doświadczeń i przekonań młodych twórców internetowych. Jak wynika z badań zdecydowana większość badanych internautów prowadziła blogi lub profile na portalach społecznościowych. Tylko jedna osoba prowadziła kanał muzyczny na YouTubie. Szansą dla Agappe.pl jest współtworzenie go z młodymi katolikami.

 

Agappe po grecku znaczy miłość, a jak mówił św. Maksymilian Kolbe „tylko miłość jest siłą twórczą”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Kara więzienia dla Sławomira Matusza bezterminowo zawieszona! Postanowienie Sądu zbieżne ze stanowiskiem CMWP SDP

Sąd Rejonowy w Sosnowcu  na posiedzeniu  27 lipca b.r. nie zarządził wykonania wyroku więzienia dla red. Sławomira Matusza, tylko zawiesił je bezterminowo. Jednocześnie Sąd zarządził, iż red. Matusz będzie podlegał systematycznym badaniom zdrowotnym, by stwierdzić, czy jest w stanie odbyć tę karę.  Obecnie skazany red. Matusz przedstawił zaświadczenie lekarskie, iż nie jest w stanie odbyć  kary więzienia. Redaktorowi Matuszowi grozi kara bezwzględnego więzienia, ponieważ nie stać go było na zapłacenie zasądzonej prawomocnie w procesie z  art. 212 kk grzywny, a stan zdrowia nie pozwalał mu na odbycie zastępczych prac społecznych.   CMWP SDP wspierało dziennikarza w tym procesie, apelując do Sądu o powstrzymanie wykonywania tak drastycznej kary za publikacje opinii oraz poprzez apel do Prezydenta RP o jego ułaskawienie. Stosowne pismo do Kancelarii Prezydenta RP w tej sprawie zostało wysłane w kwietniu b.r. CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem, jej obserwatorem  jest red. Halina Żwirska. Obrony red. Sławomira Matusza, we współpracy z CMWP SDP, podjął się  mec.  Paweł Matyja.  

 

Pan Sławomir Matusz procesował się z władzami i instytucjami samorządowymi Sosnowca od 2016 roku. Sprawy przed Sądem Rejonowym w Sosnowcu toczyły się w trybie karnym o zniesławienie (art. 212 kk), których p. Matusz rzekomo dopuszczał się w pismach oraz w mailach kierowanych wyłącznie do tych instytucji i ich przedstawicieli. W inkryminowanych pismach i mailach p. Matusz zwracał uwagę na nieprawidłowości w działaniach instytucji, do których pisał. Przykładowo zarzucał wady prawne statutów instytucji kultury w Sosnowcu. Mimo, że Wojewódzki Sąd Administracyjny wydał 5 wyroków, w których potwierdził błędy w ww. statutach, przyznając tym samym rację p. Matuszowi, wyrok dla p. Matusza został utrzymany. W 2018 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy przy SDP pisało: W związku z postępowaniem karnym w sprawie Sławomira Matusza z Sosnowca osk. z art. 212 § 1 k.k. w zw. z art. 191 § 1 kk oraz zapadłym wyrokiem nakazowym, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, działając w niniejszej sprawie jako amicus curiae, protestuje przeciwko zarzutom oskarżenia i wnosi o uniewinnienie wyżej wymienionego. Zapadłe orzeczenie (nieprawomocne) spotkało się z oburzeniem opinii publicznej, szczególnie w środowisku dziennikarskim i artystycznym, bo to właśnie ono (a nie działania samego oskarżonego) najmocniej przyczyniło się do upublicznienia okoliczności sprawy, co m.in. miało naruszyć dobra osobiste urzędników i pracowników instytucji kultury.

 

Panu Sławomirowi Matuszowi zarzucono zniesławienie urzędników samorządowych, jak również stosowanie groźby bezprawnej w celu zmuszenia do określonego działania i skazano wyrokiem nakazowym (nieprawomocnym). Tymczasem Pan Matusz zarzucał występowanie nieprawidłowości w instytucjach podlegających organom samorządu terytorialnego. Tego rodzaju działania leżą w interesie społecznym, do Sądu należy zatem zweryfikowanie zasadności argumentacji oskarżonego, jako społecznika zainteresowanego w prawidłowym działaniu jednostek organizacyjnych finansowanych ze środków publicznych. Wg jego twierdzeń, we wrześniu 2017r. prokuratura wszczęła na podstawie jego zawiadomienia dochodzenie w sprawie korupcji w sosnowieckich instytucjach kultury. Jest to istotna okoliczność, która bezwzględnie powinna była zostać zbadana przez Sąd (a nie została), podobnie jak inne kwestie podnoszone przez p. S. Matusza. Sądowi wydającemu wyrok nakazowy umknęły również inne okoliczności stanu faktycznego, jak choćby to, że p. S. Matusz nie przekazał wysłanych przezeń wiadomości e-mailowych szerokiej opinii publicznej, ale skierował je bezpośrednio do osób których dotyczyły, w tym do organów nadzorczych. Ma to szczególne znaczenie w kontekście ustawowego kontratypu – wyłączenia odpowiedzialności karnej za zniesławienie w przypadku podniesienia prawdziwego zarzutu dotyczącego postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną lub służącego obronie społecznie uzasadnionego interesu (art. 213 § 2 kk).  W niniejszej sprawie Pan Sławomir Matusz nie miał wystarczającej opieki prawnej, nie stać go było na opłacenie usługi adwokata. Z pewnością skutkiem tego stanu rzeczy jest niedotrzymanie przez niego terminów procesowych. Z całą pewnością jednak nie zasługuje ani na tę zasądzoną tak wysoką karę grzywny, ani (w konsekwencji jej niezapłacenia) – na karę bezwzględnego pozbawienia wolności – czytamy w stanowisku CMWP SDP.  CMWP SDP podkreśliło także, iż  obserwuje działania i postawę  red. Sławomira Matusza jako zaangażowanego dziennikarza, twórcę i społecznika od co najmniej 4 lat i dlatego CMWP SDP zwróciło się do Prezydenta RP z prośbą o ułaskawienie red.  Sławomira Matusza od ciążących na nim  orzeczeń karnych, w tym szczególnie od ciążącego na nim wyroku karnego z art. 212 kk.

Znikające dziedzictwo – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o „kaczkach dziennikarskich” i „sezonie ogórkowym”

Znika zjawisko dziennikarskich kaczek i sezonu ogórkowego. Jakie są tego powody i czy będziemy za nim tęsknić?

 

Zanikające terminy

 

Ze zbiorowej świadomości znikają powoli terminy dziennikarskie, które w minionym stuleciu były dla wszystkich zrozumiałe. Można do nich zaliczyć na przykład: „kaczkę dziennikarską” i „wiadomości wyssane z palca”. Najprawdopodobniej za chwilę do tego grona dołączy i „sezon ogórkowy”. Już dziś wpisując to zapytanie w okno internetowej wyszukiwarki, dostaniemy przede wszystkim odpowiedzi dotyczące uprawy warzyw. Zagadnienie nie zainteresowało środowiska naukowego, co potwierdził, zapytany o tę kwestię Kierownik Pracowni Dydaktyki Dziennikarstwa, Reklamy i PR Uniwersytetu Jana Kochanowskiego dr Tomasz Chrząstek. Szkoda, bo znika kolejny obszar, który spokojnie można określić mianem dziennikarskiego dziedzictwa. Odchodzi w cień bez wystarczającej analizy i uczonej refleksji. Trudno dziś nawet o dobrą definicję sezonu ogórkowego, popartą zbiorem przykładów. „Kaczka dziennikarska” i „wysysanie wiadomości z palca” miały w tym wypadku więcej szczęścia. Legendarny rysownik Papcio Chmiel ulokował gigantyczny palec w fikcyjnej redakcji pisma „Trele Morele”. Redaktorzy mogli z niego wysysać fałszywe informacje, gdy im brakowało prawdziwych, żeby zapełnić nimi łamy.[1] „Kaczka dziennikarska” to fałszywa wiadomość. Według Władysława Kopalińskiego termin wywodzi się z Francji. Niejaki Cornelius, aby ustalić granicę naiwności czytelników, napisał w artykule, że miał dwadzieścia kaczek, z których jedną zabił, poćwiartował i rzucił pozostałym, które łapczywie ją zjadły. Następnie zabijał kolejne i czynił z nimi podobnie, aż została tylko jedna, która zjadła pozostałych dziewiętnaście. Miało to uzasadnić wyjątkową żarłoczność tego gatunku ptactwa.[2]

 

Szukając definicji

 

Według „Słownika języka polskiego PWN” sezon ogórkowy to okres letniego zastoju w życiu kulturalnym.[3] Internetowe hasło kieruje do Korpusu Języka Polskiego PWN, gdzie znajdziemy kilka przykładów użycia tego terminu. W 1999 r. na łamach pisma „Cosmpolitan” ukazała się taka oto wypowiedź: „- To sezon ogórkowy, nie pracuje się w takim napięciu – mówi Anita Szarlik, dziennikarka. – Trochę tak, jak gdyby przez dwa miesiące była niedziela. Trudno kogokolwiek znaleźć, dlatego każde zdobycie informacji jest plusem”.[4] Kolejny cytat pochodzi już z XXI wieku. W 2004 r. „Fakt” dociekał, dlaczego kolejna seria programu „Idol” pojawi się dopiero wiosną następnego roku. Odpowiedź producentów streszczono w następujący sposób: „Twierdzą, że lato to sezon ogórkowy i wtedy nie warto ruszać z tak dużą produkcją[5]. W 1974 r. w magazynie „Motor” zauważono z pewnym zresztą oburzeniem, że Szkoci mają na sezon ogórkowy Potwora z Loch Ness, a mieszkańcy PRL-u równie interesujące zagadnienie: „jak jeździć? To znaczy przy jakiej proporcji benzyny i oleju”.[6] W Korpusie Języka Polskiego PWN znajdziemy jeszcze kilka przykładów. Najstarsza wzmianka pochodzi z 1974 r., najnowsze z 2004 r.

 

Inaczej termin sezon ogórkowy zdefiniował Piotr Müldner-Nieckowski. Stwierdził, że to okres, w którym nie ma ważnych informacji prasowych.[7] W odróżnieniu od Słownika PWN nie odwołał się w ogóle do kwestii wakacyjnej przerwy w pracy teatrów i innych instytucji wysokiej kultury. Przywołał ten termin jako przykład związku frazeologicznego zwanego frazemem i zjawiska nie badał.

 

Przykłady pociągają

 

Wygląda na to, że pojęcie sezonu ogórkowego najpierw oderwało się od teatralnej posuchy i związało ze względną ciszą w życiu politycznym w czasie parlamentarnych wakacji. Stały dostęp do rozmówców ułatwiła jednak z czasem telefonia komórkowa. Z każdym można się dziś skontaktować, choćby wypoczywał na drugim końcu świata. Liczba informacji, które i tak docierają do redakcji, raczej wymaga selekcji niż wysysania dodatkowych z palca. Redaktor naczelny popularnego serwisu „Scyzoryk się otwiera – satyryczna strona Kielc”, dziennikarz z trzydziestoletnim doświadczeniem Dariusz Gacek, zapytany o przykłady zapamiętanych przez niego tematów, które panowały w sezonach ogórkowych, wylicza błyskawicznie: wieloryb Lolek płynący Wisłą, chomik latający z aparatem, jezioro pełne wódki, aktywność UFO, czyli kręgi w zbożu, puma… To zbiór propozycji, które potem wałkowano przez całe lato. Warto od razu zauważyć, że nie są to kwestie tuzinkowe, wręcz przeciwnie! Wypada pochwalić dziennikarską pomysłowość i znajdowanie tematów, które nie tylko elektryzowały odbiorców, skupiając na sobie uwagę, ale też prawdopodobnie pozwalały autorom dobrze się bawić przy redagowaniu kolejnych materiałów. Taki trening kreatywnego pisania realizowany na oczach odbiorców.

 

Z przykładów zawartych w Korpusie Języka Polskiego PWN wynika, że w świadomości samych dziennikarzy sezon ogórkowy wiązał się z powracającymi doniesieniami na temat Nessie, czyli Potwora z Loch Ness. Starsi czytelnicy na pewno pamiętają, jak przez całe wakacje ekipa „Lata z Radiem” konsekwentnie poszukiwała: „paskudy z Zalewu Zegrzyńskiego”, co miało być rodzimą odpowiedzią na tajemniczą bestię ze szkockiego jeziora.

 

Pojęcia: sezon ogórkowy, kaczka dziennikarska i wiadomości wyssane z palca, wiele łączy. Mowa tu o materiałach sensacyjnych, ale jednocześnie nieszkodliwych, niewywołujących paniki, za to skupiających na sobie uwagę i pozwalających odbiorcom na pogodny uśmiech tuż po odkryciu mistyfikacji i radosną zabawę z przyswajania kolejnych materiałów.

 

Kto „zniknął” sezon ogórkowy

 

Jak już wspomniano najnowsza wzmianka w Korpusie Języka Polskiego PWN pochodzi z 2004 r. Latem 2021 r. trudno znaleźć choćby ślad sezonu ogórkowego. Wciąż docierają do nas komunikaty na temat pandemii, o związanych z tym niepokojach na świecie, programach szczepień, ale też Narodowym Spisie Ludności. Dopiero co skończyło się Euro 2020, a trwa Olimpiada w Tokio. Komunikatów jest pełno. Zupełnie jakby newsy działały jak aplikacja w tle, niby uśpiona, ale przypominająca konsekwentnie o swoim istnieniu. Czasy, o których mówiła Anita Szarlik w 1999 r., bezpowrotnie minęły. Wydaje się, że szczególny wpływ na zanik sezonu ogórkowego ma jednak życie polityczne, prowadzone z niespotykaną dotychczas intensywnością. Zapytana o tę kwestię politolog dr Agnieszka Zaremba odpowiada w następujący sposób:

 

Polityka nie zasypia. Mamy newsy przez 24 godziny to i politycy musieli się dostosować. Obecność w mediach to obecnie być albo nie być dla polityka. Dlatego bardzo wielu wykorzystuje media społecznościowe do kreowania własnego wizerunku, a dla mediów tradycyjnych jest dostępna „na okrągło”. Duże zmiany wywołała pandemia, teraz nikt nie musi zaraz z kamerą przyjeżdżać, wystarczy domowe studio (coraz lepsza jakość kamer w laptopach i telefonach). I z jednej strony to dobrze, że wyborcy mają swoją władzę „na bieżąco”, a z drugiej trochę szkoda, że nie możemy od siebie wzajemnie odpocząć. Poza tym przesyt nie jest wskazany w żadnej dziedzinie i nawet najbardziej zagorzali obserwatorzy sceny politycznej zaczynają się uodparniać na ogromną ilość newsów od polityków. W Polsce w ogóle nie zanosi się w tym roku na sezon ogórkowy. Mamy powrót Donalda Tuska, ciągłe wojenki w obozie rządzącym, konflikt z UE, szczepienia i zakup Abramsow. Od przybytku zdecydowanie tym razem głowa boli.

 

Mundus senescit

 

Ludzie średniowiecza pod pojęciem mundus senescit (świat się starzeje) rozumieli, że: lepiej już było. Może i nam przyjdzie zatęsknić za czasami, w których paskuda bawiła się z dziennikarzami w wodnego berka na Zalewie Zegrzyńskim? Wydaje się, że nikomu by nie zaszkodziła odrobina oddechu i miejsca na pogodny uśmiech, zwłaszcza w wakacje.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, księga XVI, wydanie pierwsze 1981 r.

[2] W. Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988, s. 447.

[3] https://sjp.pwn.pl/slowniki/sezon%20og%C3%B3rkowy.html – dostęp 26.07.2021 r.

[4] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;258,2;34236.html – dostęp 26.07.2021 r.

[5] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;920,2;8867.html – dostęp 26.07.2021 r.

[6] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;1908,2;6416.html – dostęp 26.07.2021 r.

[7] P. Müldner-Nieckowski, Wprowadzenie do frazeologii, [w:] Nowy szkolny słownik frazeologiczny, Świat Książki, Warszawa 2004 r., s. 14.

(Post)komuna przeciw Wyszyńskiemu – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o medialnych manipulacjach wokół Prymasa Tysiąclecia

Zdjęcie kardynała Stefana Wyszyńskiego i Romana Dmowskiego zestawione z okładką książki „Mein Kampf” Adolfa Hitlera – to prowokacja „Krytyki Politycznej”. Inni „demokraci” wyszydzają Prymasa Tysiąclecia, wmawiając, że był „patriotą PRL”. Spadkobiercy sierpu i młota pogubili się: czy kochać Wyszyńskiego, czy nienawidzić?

 

Oburzenie wywołane polskim wydaniem «Mein Kampf» zdradza zbiorowy wyrzut sumienia. Tymczasem w naszej własnej historii znajdziemy stosy równie strasznej antysemickiej literatury, którą nie tylko wydajemy, ale której autorom stawiamy pomniki” – czytamy na stronie wspomnianej (post)komunistycznej „Krytyki Politycznej”.

 

A my zapytajmy: „Zbiorowy wyrzut sumienia” – czyli czyj? Czy też Polaków? Jeśli tak, to z jakiego powodu? Wmawianej przez was rzekomej kolaboracji Polaków z „nazistami”. A może wy „od zawsze” kolaborujecie z bolszewikami?

 

„Antysemicka literatura Dmowskiego i Wyszyńskiego” – żeby wypisywać takie bzdury, naprawdę trzeba być pożytecznym idiotą, albo…

 

Patron nie dla wszystkich

 

Sejm niepodległej Rzeczpospolitej. Listopad 2020 r. Reprezentanci narodu przyjmują uchwałę, na mocy której kardynał Stefan Wyszyński ma zostać patronem 2021 r. Wybrańcy w liczbie 48 głosują przeciw.

 

Powinniśmy pamiętać o ofiarach pedofilii, a nie upamiętniać przedstawicieli kościoła, który wciąż broni i kryje sprawców” – napisał w mediach społecznościowych poseł opozycyjnej PO Franciszek Starczewski. Z kolei poseł Lewicy (raczej starej niż nowej) Joanna Senyszyn napisała, że „to przez takich jak Stefan Wyszyński i JP2 kościół stał się bezpieczną przystanią dla pedofilów!”, nazywając Prymasa Tysiąclecia „mistrzem” biskupów oskarżanych o popełnienie przestępstw pedofilskich: „W sytuacji, w której kilkudziesięciu polskich biskupów jest oskarżonych o ukrywanie przestępstw pedofilskich, a kilku o popełnienie, honorowanie ich mistrza, nauczyciela i duchowego ojca kompromituje i ośmiesza Sejm, który powinien zachować powściągliwość w uchwalaniu jakichkolwiek dokumentów umacniających zdeprawowaną instytucję Kościoła katolickiego i jego urzędników”. Czerwona zgroza.

 

Zbrodniczy „demokraci”

 

Nie lepsze kawałki znajdujemy np. w innym (post)komunistycznym medium – tygodniku „Przegląd”. Oto autor Paweł Dybicz, razem ze swoim rozmówcą dr hab. Lechem Mażewskim (kiedyś związany – pamiętają Państwo? – z Kongresem Liberalno-Demokratycznym) wciskają swoim czytelnikom tezę, zawartą w tytule, że „Prymas był patriotą PRL”. Oto jedno ze zdań: „Prymas Stefan Wyszyński, podobnie jak kard. August Hlond, jego poprzednik na stolicy arcybiskupiej w Gnieźnie i Warszawie, a tym samym prymas Polski, nie był żadnym zaprzysięgłym wrogiem Polski po 1944/1945 r.

 

Spytać można tym razem: dlaczego w nocy z 25 na 26 września 1953 r., nielegalne, namaszczone (po świecku) w Moskwie komunistyczne władze internowały polskiego prymasa Stefana Wyszyńskiego. I dlaczego przez kolejne trzy lata zsyłały go do kolejnych ośrodków internowania pozbawiając możliwości sprawowania funkcji. To wszystko dlatego, że nie był wrogiem PRL?

 

A gdyby nie bp. Antoni Baraniak i niezłomna postawa tego sekretarza Prymasa Polski (za cenę tortur czerwonych bestii; oprawcy z Rakowieckiej przesłuchiwali go 145 razy, zrywali paznokcie, zamykali w lodowatej, pełnej fekaliów celi, grozili śmiercią), Wyszyński prawdopodobnie z więzienia nigdy by nie wyszedł. Zostałby skazany, osądzony i… stracony. Jak w innych „demokratycznych” komunistycznych totalitaryzmach.

 

„Interrex w kajdankach”

 

Rozumiem, że wymienieni (post)komuniści i liberałowie wolą Jerzego Urbana, który bez wątpienia nie był wrogiem, ale przyjacielem PRL, więcej: funkcjonariuszem komunistycznej junty wojskowej o charakterze zbrojnym. Bo propagandowe tezy rodem z czasów bolszewickiej pogardy nie są im obce.

 

Zacytujmy słowa historyka, dr Wojciecha Stanisławskiego w tekście „Stefan Wyszyński. Interrex w kajdankach” dla Muzeum Historii Polski (muzhp.pl):Arcybiskup Stefan Wyszyński nie pochodził z królewskiego rodu: ojciec był organistą w wiejskim kościele. Jednak Prymasom Polski od połowy XVI wieku przypadał tytuł „interreksa”, zastępującego monarchę na czas jego choroby lub śmierci. Tytuł ten został formalnie zniesiony po rozbiorach Rzeczpospolitej, do „funkcji monarszej” prymasów odwoływano się jednak w czasach niewoli – podczas zaborów, obu wojen światowych i po roku 1945. Dlatego decyzja władz komunistycznych o aresztowaniu Wyszyńskiego we wrześniu 1953 roku, w ponad pół roku po śmierci Stalina, była niesłychanie wymowna. Na pozór kończyła kilkuletnią rozgrywkę między władzami a Kościołem – co prawda w trybie „przewrócenia szachownicy”, ale radykalnie: nie ma Prymasa, nie ma przeciwnika. Jak się okazało, umocniła jedynie autorytet Kościoła w PRL. Po trzydziestu siedmiu miesiącach, w październiku 1956 roku, abp Wyszyński został zwolniony z internowania, do śmierci w 1981 pozostając nieformalnym, ale niekwestionowanym interreksem w socjalistycznym kraju”.

 

Zastępował króla

 

A tak (na stronie Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego) napisał senator, historyk Jan Maria Jackowski: „Uroczystości pogrzebowe Prymasa Tysiąclecia zgromadziły setki tysięcy Polaków. Zostały określone jako królewskie, naród żegnał bowiem Interrexa, czyli kogoś, kto w okresie bezkrólewia, a za takie uznawano rządy komunistów, zastępował króla. Kardynał Wyszyński uchodził zarówno za przywódcę religijnego i moralnego, jak i wielki autorytet społeczny. Przeprowadził ojczyznę i Kościół w Polsce przez czarną noc komunizmu z jego państwowym ateizmem oraz łamaniem podstawowych praw człowieka. Uosabiał trwałość i godność narodu. Jego wielkość uznała nawet władza komunistyczna, która, mimo że bezwzględnie go zwalczała, zgodziła się na zorganizowanie bezprecedensowych w realiach PRL uroczystości pogrzebowych wraz z transmisją radiową i telewizyjną oraz zarządziła kilkudniową żałobę narodową”.

 

Tadeusz Płużański

Jaruzelska i Urban – ŁUKASZ WARZECHA o tym czy dziennikarz powinien z każdym rozmawiać?

Monika Jaruzelska to jedno z unikatowych zjawisk w polskim dziennikarstwie. Kto trafił na jej kanał na YouTube, ten wie. Córka komunistycznego dyktatora nie jest kojarzona z gorącą obroną Peerelu czy stanu wojennego – raczej z umiarkowaniem, zdrowym rozsądkiem i od czasu do czasu poglądami bardziej charakterystycznymi dla centroprawicy niż lewicy (choć tak się politycznie identyfikuje). Przede wszystkim jednak jest znana jako autorka cyklu internetowych wywiadów „Towarzyszka Panienka”, nagrywanych w dawnej willi generała przy ul. Ikara w Warszawie. Tej samej, pod którą za życia Jaruzelskiego odbywały się 13 grudnia demonstracje.

 

Jej rozmowy wyróżniają się kilkoma cechami niemal już nieobecnymi w mainstreamowym dziennikarstwie. Po pierwsze – Jaruzelska naprawdę tylko pyta. Jest wycofana, choć zarazem dobrze przygotowana. Nigdy nie narzuca swoich poglądów, widzowie nie mają wrażenia, że w pytaniach stawia gotowe tezy i oczekuje ich potwierdzenia od rozmówcy. Po drugie – tworzy w czasie rozmowy dobrą atmosferę, czemu sprzyja domowe miejsce nagrań, a co wpływa na rozluźnienie się rozmówców. Po trzecie – nie spieszy się. Brak czasowego limitu to dobra cecha internetu, z której Jaruzelska odpowiednio korzysta. Jej rozmowy mają nawet po ponad dwie godziny.

 

Wreszcie – Jaruzelska stara się rozmawiać z każdym, a widz ma poczucie, że celem rozmowy jest zrozumienie poglądów i motywacji rozmówcy. Jaruzelska zapraszała do siebie ludzi bardzo dalekich od jej własnych poglądów i sekowanych przez główne media. Byli u niej tak skrajnie różni goście jak Krzysztof Bosak, Sławomir Jastrzębowski, Adam Wielomski, Sławomir Pitoń, Andrzej Zybertowicz, Tomasz Terlikowski, Artur Dziambor, Piotr Ikonowicz czy Marcin Rola. A teraz zaprosiła Jerzego Urbana.

 

Właśnie to zaproszenie wywołało awanturę i spory. Duża część publiczności – także, jak można wnioskować z wpisów, stałych widzów kanału pani Moniki – uznała, że to o krok za daleko. Że z ludźmi takimi jak Urban się nie rozmawia. Ale właściwie – dlaczego nie?

 

Zastrzegam: rozmowy z Urbanem w momencie pisania tego tekstu nie widziałem, więc jej nie oceniam. Być może Jaruzelska w tym przypadku nie dała rady – nie wiem. Jednak spór o zaproszenie byłego rzecznika peerelowskiego rządu i byłego redaktora „Polityki” przez – nie waham się napisać – dziennikarkę, robiącą jedne z najlepszych w Polsce wywiadów, jest dobrym pretekstem do zastanowienia się, czy faktycznie są osoby, z którymi dziennikarz nie powinien rozmawiać.

 

Najpierw sprawa, jak sądzę, najprostsza: tak, są ludzie, z którymi rozmawiać się faktycznie nie powinno. To ci, którzy popełnili przestępstwo jedynie po to, żeby przyciągnąć uwagę. Rozmowa z nimi byłaby spełnieniem tego oczekiwania, a zatem stanowiłaby zachętę do podobnych zachowań w przyszłości. Aczkolwiek nawet pisząc te słowa mam wątpliwość: czy faktycznie nie zrobiłbym rozmowy z Herostratesem, gdybym miał taką możliwość? Choć podpalacz Artemizjonu mógłby się przecież ostatecznie okazać osobą całkowicie nieciekawą…

 

Lecz nawet tu granica jest płynna. Motywacja Herostratesa, jaka przetrwała w przekazach do naszych czasów, nie budzi raczej wątpliwości. Ale czy to oznacza, że dziennikarz w ogóle nie powinien rozmawiać z ludźmi, którzy popełniali zbrodnie? To błędne podejście, bo nie jest rolą dziennikarza stawianie się w roli eksperta od etyki, który swoją – a więc i swoich odbiorców uwagę będzie traktował jako narzędzie karania jednych, a nagradzania innych. Dziennikarz ma przede wszystkim zadbać o to, żeby z jego rozmowy coś wynikało. Żeby pokazała odbiorcy coś, o czym nie wiedział. Tym czymś może też być motywacja złego człowieka. Taki był cel Hannah Arendt, gdy pisała „Eichmanna w Jerozolimie” – relację z procesu niemieckiego zbrodniarza, która wprowadziła do obiegu pojęcie banalności zła. Arendt nie miała możliwości rozmowy z Eichmannem, lecz czy można mieć wątpliwości, że skorzystałaby z niej, gdyby taka możliwość się pojawiła?

 

Kazimierz Moczarski, żołnierz AK i dziennikarz, w 1949 r. został osadzony przez komunistów w jednej celi z Jürgenem Stroopem, SS-mańskim zbrodniarzem, katem powstania w warszawskim getcie, a wcześniej – katem Wielkopolski, mającym na sumieniu niezliczone życia żydowskich i polskich obywateli Rzeczypospolitej. Plonem ośmiu miesięcy wspólnego osadzenia obu mężczyzn były „Rozmowy z katem” Moczarskiego – unikatowy, robiący niesamowite wrażenie zapis wypowiedzi Stroopa, opis jego zachowań i jego sposobu myślenia. Moczarski nawet w dramatycznych dla siebie okolicznościach (brutalne śledztwo, trwający proces, w którym groziła mu – ostatecznie faktycznie zasądzona, szczęśliwie nie wykonana – kara śmierci) zachował się jak rasowy dziennikarz.

 

Dziennikarze rozmawiali wielokrotnie z dyktatorami takimi jak Muammar Kaddafi czy Fidel Castro. Cezary Łazarewicz napisał książkę o Januszu Walusiu, który w 1993 r. zamordował w RPA (Waluś mieszkał tam od 1981 r.) lewicowego bojownika i polityka Chrisa Haniego. Pojechał do Afryki, rozmawiał z odsiadującym dożywocie Polakiem. W rozmowie dla „Krytyki Politycznej” powiedział: „Chciałem odtworzyć sposób myślenia Janusza Walusia. Jestem dokumentalistą, w pewnym sensie nie dbam o skutki historii, którą przedstawiam. Przesłanie z tej książki wydaje mi się jasne: patrzcie, do czego może doprowadzić zacietrzewienie ideologiczne. […] A żeby odtworzyć ten sposób myślenia, musiałem go wysłuchać i być wobec niego uczciwy”. Jakkolwiek Łazarewicz jest dziennikarzem o jednoznacznie lewicowych poglądach, trudno się z takim postawieniem sprawy nie zgodzić. Prawie nikt nie miał pretensji o jego rozmowę z Walusiem – jeśli już takie się pojawiały, to raczej z lewej strony, zarzucające Łazarewiczowi, że napisał książkę zbyt obiektywną, zamiast ideologicznie Walusia potępić.

 

Ja sam mam na koncie wywiad z Wojciechem Jaruzelskim, który zrobiłem w 2000 r. na zamówienie wydawnictwa Reader’s Digest do dużej książki o Janie Pawle II. Wywiad dotyczył spotkań Ojca Świętego z polskim dyktatorem i uważam go za jedno z najciekawszych dziennikarskich doświadczeń w mojej karierze, szczególnie że uważna obserwacja generała podczas tej rozmowy dała mi, jak sądzę, wgląd w jego odczucia i motywacje, których nie zwerbalizował.

 

Jerzym Urbanie mówiłem zawsze, że jest postacią na wskroś obrzydliwą. Podtrzymuję tę opinię – co jednak nie znaczy, że dziennikarz nie powinien się podjąć rozmowy z nim. Sześć lat temu na portalu wPolityce napisałem tekst po głośnej wówczas rozmowie Agnieszki GozdyryUrbanem w Polsacie.

 

„Z Urbanem bym jednak nie rozmawiał. Jak napisałem, nie wzbudza on we mnie złości, ale wzbudza tak daleko idące obrzydzenie, że nie potrafiłbym się przemóc. Uważam też, że jeśli Urban ma być wykorzystywany w taki sposób, w jaki wykorzystuje się go obecnie w polskich mediach, to lepiej, żeby sobie powoli zdychał w zapomnieniu na swoim złotym łóżku, kupionym za pieniądze zarobione na wdeptywaniu ludzi w błoto. Przez 10 lat mojej pracy w „Fakcie” nigdy, ani razu, nie poprosiliśmy Urbana o wypowiedź. Tabloid robił rzeczy tabloidowe, publikował historyjki o przebiegłych chomikach albo urządzał ustawki czy prowokacje, ale nie przekroczył tej granicy. I za samo to szanuję swoje dawne miejsce pracy. Jeśli dzisiaj jakiś lewacki obrońca Urbana pokpiwa, że „Fakt” wprawdzie nie rozmawiał z Urbanem, ale za to „rozmawiał z bobrem”, to znaczy całkiem po prostu, że jest bezdennie głupi i nic nie rozumie” – pisałem. Ale zarazem dodawałem: „Możliwe jednak, że jakiś kolega po fachu miałby pomysł na dobrą, ciekawą rozmowę z Urbanem, w którym temu przebiegłemu wężowi potrafiłby przeciwstawić odpowiednio głęboką wiedzę i mocny intelekt. Przecież Oni Teresy Torańskiej – rozmowy z ludźmi często również zwyczajnie złymi, a na pewno moralnie godnymi potępienia, są do dzisiaj lekturą obowiązkową i arcyważnym dokumentem epoki”.

 

Moją opinię z 2015 r. muszę jednak dzisiaj lekko zmodyfikować: z Urbanem zrobiłbym jednak wywiad. Będąc postacią obrzydliwą, jest świadkiem epoki. Trzeba też odróżnić długą, wnikliwą rozmowę od traktowania danej osoby jako autorytetu czy eksperta, od którego wydobywa się dwa zdania na dany temat – i pisząc o praktyce „Faktu”, to właśnie miałem na myśli. Z pewnością żadna z osób, których przykłady podawałem w tym tekście, na taką rolę nie zasługuje i w takiej roli w mediach występować nie powinna.

 

Jedno jest w podobnych rozmowach ważne: dziennikarz musi być do nich dobrze przygotowany i nie powinien pozwolić rozmówcy – szczególnie takiemu jak Urban – odgrywać własnego spektaklu. Czy Monice Jaruzelskiej to się uda – nie wiem, bo, jako się rzekło, rozmowy nie widziałem. Wiem, że obserwacja jej dotychczasowych dziennikarskich dokonań daje na to dużą nadzieję. Krytykom jej decyzji przypominam: dziennikarz musi się czasem spotkać również z postaciami odrażającymi, żeby jego odbiorcy nie musieli. To nasza praca.

 

Łukasz Warzecha

Internet nie gwarantuje wieczności – MIROSŁAW USIDUS o archeologii sieci

Nigdy więcej smutnego losu Biblioteki Aleksandryjskiej, która, według legend zgromadziła całą mądrość starożytnego świata i przepadła w całości – taka myśl patronowała wczesnym twórcom i „ideologom” internetu. Okazało się, że cyfrowa przestrzeń jest tkanką równie kruchą i podatną na zniszczenie, zaginięcie i zapomnienie, jak wszelkie zasoby kulturowe.

 

Ćwierć wieku temu, gdy internet zaczynał się rozgaszczać w naszym życiu i pracy, nie zastanawialiśmy się nad tym, czy wszystko, co wówczas powstaje, owe pierwsze proste strony, katalogi, bazy danych, projekty, dokumenty i obrazy, zostanie z nami na stałe lub „na zawsze”. Tak, tak. Tak właśnie wtedy myślano o cyberprzestrzeni – jako o sposobie na „uwiecznienie” wytworów myśli i kultury, w przeciwieństwie do np. ulotnego życia egzemplarza gazety codziennej, który przestawał mieć znaczenie, gdy minął dzień. Internet miał stać się wreszcie trwałym uniwersów wypełnionym całym dorobkiem ludzkości, w którym wszystko co stworzyliśmy i zapisaliśmy na nietrwałych nośnikach materialnych, książkach, płytach, taśmach, miało już po wieczne czasy być w całości dostępne jako ogromne archiwum, wiecznotrwała biblioteka ludzkości, której nikt nie będzie mógł spalić czy rozkraść.

 

Po dwu dekadach z hakiem okazuje się, że, owszem zasoby internetowe stały się przebogate, ale wciąż trudno o cyberprzestrzeni mówić jako o pełnym i trwałym repozytorium dorobku ludzkości. Okazało się też, że przetrwanie rzeczy wydawałoby się (wtedy w latach 90-tych XX wieku) oczywistej, czyli różnego rodzaju artefaktów wczesnego, ale nawet tego nieco późniejszego internetu, wcale nie jest takie oczywiste. Wiele stron czy publikacji, jeśli nikt specjalnie, z planem w głowie, nie zadbał o ich utrwalenie, zapis czy chociażby zrobienie zrzutu ekranowego, istnieje jedynie w pamięci ludzi, którzy je widzieli i czytali. Nawet pierwsza strona WWW, powstała w 1991 roku już nie istnieje. Strona, którą można zobaczyć na stronie World Wide Web Consortium jest kopią wykonaną rok później.

 

Zdajemy sobie coraz silniej sprawę, że sieć nie różni się zasadniczo od terenów eksploracji archeologicznej, gdzie trzeba żmudnie odtwarzać stratygrafię pradziejową, a w głębszych pokładach podobnie jak w archeologii pełno jest luk, braków, których nie da się już niczym wypełnić, bo historyczne artefakty, po prostu zniknęły, zostały zniszczone, przerobione na coś nowszego, jak np. meksykańskie piramidy z których budulec posłużył budowie katolickich kościołów.

 

Są oczywiście narzędzia, które specjalizują się w gromadzeniu danych archiwalnych, pomagające w archeologii dawnej sieci, ale nie ma w nich, bo nie może być, wszystkiego. Nie można powiedzieć, że za ich pomocą dotrzemy do dowolnej starej treści, strony, czy wiadomości. W zasobach służących do archeologii starego internetu, np. w serwisie Internet Archive, jest tylko to, co ktoś przezorny w odpowiednim momencie postanowił zindeksować, zachować i uchronić przed całkowitym skasowaniem.

 

Internet upiorów

 

Strony WWW są aktualizowane – stare wersje znikają. Tak to zwykle bywa. Czasami strony z zasobami, na których nam jako odbiorcom, zależało, z dnia na dzień przestają istnieć na zawsze a przyczyny mogą być różne. Choćby zaprzestanie publikacji przez autora (lub firmę), który od razu sam zamyka serwis lub wygasa on z powodu braku opłat za hosting. Powodów i przypadków jest bardzo wiele. Efektem jest po prostu rozpływanie się w nicość tego, co miało być „wiecznotrwałym repozytorium ludzkości”.

 

Inna para kaloszy to platformy społecznościowe. Właściwie, obecnie wciąż jest na nich dostępne wszystko, nawet publikacje z poprzedniej dekady, ale raczej nie w taki prosty sposób, by po prostu wpisać do wyszukiwarki czy cofnąć się na osi czasu. Facebook jeszcze kilka lat temu oferował tego typu narzędzie, za pomocą którego łatwo, z poziomu profilu, można było wyszukać swoje publikacje od początku obecności na platformie. Była to dosłownie „oś czasu”, w sensie wizualnym. Wycofał się z tego, jak łatwo się domyślić, ze względu na ogromną zasobochłonność takiego kalendarium na żądanie. Pamiętajmy, że łączna liczba postów ponad miliarda użytkowników Fejsa już dawno sięgnęła poziomu bilionów, a pewnie i biliardów.

 

Obecnie swoje i innych stare facebookowe wpisy można wyszukiwać, ale w nieco mniej poręczny sposób, ustawiając słowa kluczowe i lata w wyszukiwarce. Do pradziejowych tweetów też można dotrzeć za pomocą wyszukiwarki Twittera, a dokładnie mówiąc jej rozbudowanej wersji pod adresem: https://twitter.com/search-advanced.

 

Co się jednak stanie z tym wszystkim, co może w nie tak prosty sposób, ale jednak wciąż jest dostępne na Twitterze i Facebooku, gdy te platformy przestaną istnieć. Jeśli ktoś mi mówi, że nigdy nie przestaną istnieć, to reakcją może być tylko pobłażliwy uśmiech. Pozostaje tam spory i rosnący kawałek naszego życia, rzeczy czasem cenne ze względów osobistych, czasem mające szersze, nawet społeczne i kulturowe znaczenie. I myślicie, że w razie czego tymi biliardami wpisów ktoś się ot tak, za darmo, z dobrego serca i „oczywistej potrzeby przechowania tak cennego archiwum”, zaopiekuje? Wątpię.

 

Spójrzmy na zasobny Google. Ktoś pamięta jego podejścia do serwisów społecznościowych, np. Google Buzz. Gdzie są treści z tego serwisu? Ktoś umie wskazać, wydobyć, odzyskać? Po co zresztą tak daleko w przeszłość sięgać. Przypomnijmy sobie Google+, kolejną próbę Google’a walki z Facebookiem. Gdzie są te kręgi znajomych, te udostępniane treści itd.? Przypomnijmy sobie w końcu serwis Myspace, kilkanaście lat temu najpopularniejszą społecznościówkę. Ktoś umie pokazać archiwa owego nadzwyczaj bogatego przecież życia społecznościowego?

 

Jak uważają badacze problemu, na platformach społecznościowych znacząca część publikacji użytkowników i tak znika szybciej, a dokładnie mówiąc – znikają treści, do których odsyłają użytkownicy. Już w 2011 roku Hany Salah-EldeenaMichael L. Nelson z Old Dominion University. Snappily opublikowali pracę pt. „Losing My Revolution: How Many Resources Shared on Social Media Have Been Lost?”. Praca analizowała treści w społecznościach dotyczące sześciu najważniejszych wydarzeń informacyjnych z poprzednich lat – epidemię wirusa H1N1, śmierć Michaela Jacksona, irańskie wybory i protesty, pokojową Nagrodę Nobla dla Baracka Obamy, rewolucję egipską i powstanie syryjskie. Badacze przeanalizowali zasoby, do których odsyłają te tweety, oraz to, czy są one nadal dostępne, czy zostały zachowane w cyfrowym archiwum, czy też przestały istnieć. Okazało się, że rok po wydarzeniu, średnio około 11 proc. treści online, do których odnoszą się media społecznościowe, zostało utraconych, a tylko 20 proc. zarchiwizowanych. Z czasem to zjawisko się pogłębiało – po dwóch i pół roku 27 proc. opublikowanych treści zostało utraconych, a jedynie 41 proc.  Można by powiedzieć, że to nie problem platform, takich jak Twitter, lecz samego WWW. Jednak jaki sens mają i ile są warte wpisy z pourywanymi i pustymi linkami?

 

Podobne zjawisko, które nasuwa łacińską refleksję „sic transit glora mundi”, możemy ujrzeć na stronie Million Dollar Homepage, która powstała w połowie pierwsze dekady XXI wieku opierając się na pomyśle reklamowej sprzedaży pikseli na powierzchni. Sama strona wciąż jest dostępna, stanowiąc pomnik dobrego pomysłu jej twórcy Alexa Tewa, który rzeczywiście zarobił na niej milion a nawet więcej, ale również jako muzeum upiorów internetu. To może przesada, bo tylko część linków prowadzących z obrazkowych reklam pokrywających stronę jest całkowicie urwana, ale wiele jest np. takich, które odsyłają do czegoś innego niż to, do czego prowadziły pierwotnie.

 

Oczywiście nie można powiedzieć, że postęp w kierunku cyfryzacji zasobów kultury i myśli ludzkiej nie został dokonany przez te wszystkie lata i dekady. Do sieci trafiły ogromne biblioteki i archiwa nie tylko tekstu, ale również obrazu i filmu. Trudno wręcz opisać całe to bogactwo, z którego możemy czerpać w cyberprzestrzeni, zarówno w otwartym jak tez tym zamkniętych, komercyjnym internecie. Jednak szybkie, czasem niespodziewane i bardzo bolesne znikanie treści wygenerowanych w internecie przed laty zasiewa niepokój o trwałość tej współczesnej nieprzebranej skarbnicy zasobów. Skoro zniknęły te wszystkie strony i publikacje społecznościowe sprzed dwudziestu pięciu, dwudziestu a nawet piętnastu lat, to zaczynamy myśleć o kruchości tego świata, który istnieje tylko wtedy, gdy ktoś za to płaci, czyli ma czym płacić.

 

Rośnie znaczenie archiwów starej sieci

 

Liczbę stron internetowych istniejących obecnie szacuje się na blisko dwa miliardy. Co sekundę pojawiają się nowe, co widać w serwisie Live Stats, rejestrującym na żywo rozwój internetu za pomocą serii, nieustannie obracających się liczników. Powstawanie nowych obiektów, na przykład stron na WWW, jest często połączone z kasowaniem obiektów starszych. Jeśli starsze wersje nie zostały nigdzie zapisane, to znikają bez powrotu. Zapisywanie wszystkich starszych obiektów to sprawa nieoczywista, bo miejsce na dyskach kosztuje. Czy jest jakiś sposób za odzysk dawniejszych wersji stron i publikacji sieciowych? Owszem, są takie możliwości, ale, wszystko wskazuje na to, że każdy z nich pozwala na to jedynie częściowo, do pewnego stopnia.

 

Istnieje na przykład coś takiego jak Cache Google’a, czyli pamięć podręczna wyszukiwarki Google. Zapisuje zrzuty wszystkich stron internetowych, by wyświetlać je, gdy bieżące wersje nie są dostępne. Strony te zostają zapisane w pamięci podręcznej Google. Trzeba w wynikach wyszukiwani kliknąć w link „Kopia”, by zobaczyć poprzednią zapisaną wersję strony.

 

Trudno jednak uznać to narzędzie za rzeczywiście przydatne do prawdziwej archeologii internetu. Cache podaje wersję poprzednią, wykonaną wtedy, kiedy ostatni raz Googlebot odwiedził stronę, indeksując jej zawartość. A zatem pamięć podręczna Google nie pozwala nam kopać wystarczająco głęboko dla prawdziwego amatora internetowych wykopalisk. Daje nam jedynie dostęp do najnowszej wersji strony, która w 99 proc. przypadków będzie dokładnie tą samą stroną, która działa w danej chwili.

 

Archeolog internetu potrzebuje nie narzędzia, które odsłoni najwyżej to, co było wczoraj, lecz chciałby wkopać się znacznie głębiej. Crawlery Internet Archive w odróżnieniu od robotów indeksujących Google’a skupiają się nie na wyszukiwaniu najnowszych wersji, lecz na „zatrzymywaniu w kadrze” i zapisie wersji historycznych. Serwis prowadzony jest przez organizację non-profit, która podjęła się zadania zachowania informacji cyfrowej dla przyszłych pokoleń. Gromadzi ona wszelkiego rodzaju dane – skany książek, filmy, nagrania audio, obrazy, a nawet programy komputerowe. A co najważniejsze dla nas, Internet Archive daje nam dostęp do sięgającej lat 90-tych historii sieci, mając już w bazie grubo prawie sześćset miliardów zapisanych stron internetowych. Można je przeszukiwać za pomocą strony internetowej Wayback Machine.

 

Serwis powstał w San Francisco z inicjatywy Brewstera Kahle w 1996 roku, czyli we właściwym, można powiedzieć, momencie. Upubliczniony został w 2001 roku, po pięciu latach zbierania danych. W 2016 roku pojawiła się bardziej zaawansowana wersja serwisu. Jak wspomniano wcześniej, Wayback Machine, trochę podobnie do Google, wykorzystuje bota do archiwizacji stron. Nawiguje on między stronami, korzystając z linków. I zapisuje wszystko, co znajdzie w tym procesie. Im więcej linków kierujących do strony z innych domen, tym większa szansa, że strona ta zostanie odkryta, czyli znów analogia do Google, ale z innym punktem ciężkości niż w wyszukiwarce. Dlatego duże i popularne strony mają większe szanse na bycie zapisanymi w sposób automatyczny. Natomiast niewielki blog osobisty może umknąć temu mechanizmowi. Dlatego Internet Archive zaprasza wszystkich do zgłaszania swoich stron do archiwum.

 

Aby znaleźć zarchiwizowane wersje jakiejś strony, trzeba wpisać jej adres URL w pasku wyszukiwania w Wayback Machine. Jeśli nie znamy dokładnego adresu, można spróbować wyszukać po słowach kluczowych, które powinien zawierać. Wynik ma postać graficznego kalendarza z zaznaczeniami. Demonstruje to, ile migawek danej strony zostało utworzonych w ciągu jednego roku. Po wybraniu roku, na kalendarzu poniżej osi czasu pojawiają się kropki, różnej wielkości i barwy. Kropka oznacza, że strona została zarchiwizowana w danym punkcie czasu, a wielkość kropki wskazuje, ile zrzutów zostało wykonanych dla danej daty. Dokładną liczbę można zobaczyć po prostu najeżdżając na kropkę. Kropki mogą mieć cztery różne kolory. Niebieska kropka wskazuje, że obiekt (adres URL) został pomyślnie odwiedzony i zarchiwizowany. Zielony punkt oznacza, że obiekt zawiera przekierowanie do innego snapshota (lub do innego obiektu, który może nie być dostępny w archiwum). Pomarańczowa kropka oznacza, że bot odwiedzając dany URL natrafił na błąd http. Czerwona zaś kropka to wskaźnik, że pojawił się błąd serwera, gdy bot próbował dotrzeć do oryginalnego adresu URL. Jedynymi więc kropkami, które zawierają przechowywane archiwa, są niebieskie. Pozostałe kolory mogą informować o napotkanych problemach lub zmianach w strukturze strony.

 

To co archeolog sieci otrzymuje po wejściu w zarchiwizowany punkt czasowy może być dość zbliżone do oryginalnej strony, jednak nie będzie to kopia „jeden do jednego”. Widać arkusze stylów i kod HTML oryginalnej strony, ale brakuje m. in. możliwości obsługi JavaScript. Innymi słowy, jeśli strona jest dynamiczna, oparta na skryptach, nie otrzymamy dokładnej kopii. Ponadto archiwum często ma problem z przechowywaniem obrazów. Pomimo swoich ograniczeń, narzędzie jest nadal niezwykle użyteczne i daje możliwość zbadania historii pojedynczej strony i jej ewolucji na przestrzeni lat (pod warunkiem, że istnieje wystarczająca ilość zarchiwizowanych danych). Można również uzyskać dostęp do podsumowania historii strony.

 

Nikt nie ma wszystkiego

 

Internet Archive uchodzi za najbogatsze repozytorium historii internetu. Ma jednak swoje ograniczenia i, jak wspominaliśmy nie pokazuje wszystkiego. Narzędzi przydatnych dla archeologów sieciowych jest więcej, ale jasno trzeba sobie powiedzieć, że żadne z nich nie dotrze do wszystkiego a przede wszystkim nie dotrze do tego co fizycznie nie istnieje i nie można zrobić kopii i zrzutu strony. Zamierzenie znalezienia wszystkiego co kiedykolwiek ukazało się w sieci, jest w ogóle niewykonalne. Mając świadomość tych ograniczeń możemy podjąć realistyczną eksplorację, której wyniki będą lepsze, jeśli skorzystamy nie z jednego a z kilku narzędzi, dodając kolejne obszary oferowane przez różne narzędzia.

 

Nie tyle alternatywą Internet Archive, ile innym sposobem utrwalania archiwaliów jest odpłatny serwis Stillio, który wykonuje regularne automatyczne zrzuty ekranowe stron internetowych. Jest to zasadniczo serwis komercyjny stworzony z myślą o webmasterach, specjalistach SEO itp., ale przez to, że gromadzi bazę wersji stron jest również narzędziem dla archeologów sieci. Podobnymi do Stillio rozwiązaniami są PageFreezer lub Domain Tools, w którym można również sprawdzić rekordy Whois, aby ustalić dane kontaktowe właściciela witryny, datę rejestracji domeny, jej historię IP i wiele innych

 

Narzędziem do badania historii serwisów i domen jest archive.today. W porównaniu z Internet Archive nacisk kładzie się tu nie tylko na aspekty tekstowe, ale również przechowanie obrazów, które, o czym każdy użytkownik Wayback Machine wie, że znikają i są niedostępne znacznie częściej niż tekst. Serwis jest darmowy w użyciu, prosi jednak o darowizny bez których nie może funkcjonować.

 

Interfejs programistyczny API archive.today i Internet Archive jest wykorzystywany przez inne szperacze historyczne, np. Memento TimeTravel. Istnieją też lokalizowane wersje repozytoriów archiwalnych takie jak budowany przez British Library od 2004 roku, ukierunkowany na internet brytyjski (choć można znaleźć tym repozytorium także wiele zasobów z innych krajów) serwis – www.webarchive.org.uk, lub archiwum portugalskie arquivo.pt, które jak się w praktyce okazuje, potrafi również serwować polskie zasoby internetowe z dawnych lat.

 

Można się spodziewać, że z biegiem czasu i starzeniem się internetu, rola historycznych archiwów, narzędzi pozwalających wejrzeć w dawne strony, zamierzchłe wersje  i zapomniane publikacje, będzie rosła. Niewykluczone, że archeologia, historia i badanie dziejów sieci stanie się tak samo poważną dziedziną nauki jak historia wojen czy ekonomii a ludzie chętnie będą odwiedzać muzea artefaktów dawnego internetu

 

Internet oprócz wielu innych cech miał też charakterystyczny rys „szybkości” – szybkości działania, dostępu, dystrybucji, zapisu itd. Okazało się, że tempo, w jakim stał się polem badań dla archeologów, w końcu ledwie trzy dekady, również potwierdza tę cechę. Ruiny, skorupy i inne artefakty tradycyjnej archeologii czekały tysiące i setki lat. Cyberprzestrzeń staje się obszarem poszukiwań artefaktów już po kilkunastu latach. Może wkrótce dorobi się swojego Indiany Jonesa?

 

Mirosław Usidus

Sześćset słów – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o krótkich formach dziennikarskich

Dziennikarstwo stoi dziś przed znalezieniem odpowiedzi na pytanie: jak tworzyć krótkie i długie formy tak, by trafiły zarówno do ekspertów, jak i do przypadkowych odbiorców? Czy obligatoryjne skracanie materiałów to ruch w dobrą stronę?

 

Zmiany na polskim rynku Internetowym

 

W lipcu (14.07.2021 r.) ukazał się „Raport strategiczny Internet 2020/2021” opracowany dla Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.[1] Wynika z niego, że czas pandemii wprowadził na rynku znaczne zmiany. Już 90,4% gospodarstw domowych miało w ubiegłym roku dostęp do sieci (wzrost z 86,7%). Rozwijał się dynamicznie rynek e-commerce, a co trzeci mieszkaniec deklarował, że kupił przez Internet produkt, którego tą drogą nie nabył nigdy wcześniej. Co ciekawe najwięcej powstałych nowych e-sklepów (23%) oferowało książki i multimedia. W pierwszym półroczu spadły natomiast o 4% wydatki na reklamę online, co przypomina czas wyczekiwania na dalsze wypadki związane z pandemią COVID-19, w którym znaleźliśmy się w marcu 2020 r. wszyscy, nie tylko biznes. Warto dodać, że ten negatywny trend odwrócił się w drugim półroczu.

 

Istotna zmiana dominującego urządzenia

 

Marcin Niemczyk z Polskiego Badania Internetu, który we wspomnianym raporcie przybliżył obraz użytkowników, zauważył, że to smartfon jest urządzeniem pierwszego wyboru. Korzysta z niego codziennie 24,4 miliona Polaków. W tej kategorii komputery znalazły się daleko w tyle z wynikiem zaledwie 11,4 miliona codziennych użytkowników. W sposób oczywisty zmiana dominującego urządzania ma i będzie miała w przyszłości wpływ na to, w jaki sposób i jakie treści będą podawały media.

 

W raporcie na podstawie danych GUS wyczytamy, że najczęstszym celem korzystania z sieci, była poczta e-mail (65,9%). Na drugim miejscu znalazło się czytanie wiadomości online, gazet lub czasopism (65,4%). Dopiero dalsze pozycje zajęło wyszukiwanie informacji o usługach lub produktach (62,7%), wykonywanie rozmów głosowych i video (55%) i, co na pewno będzie zaskakujące dla namiętnych użytkowników tego typu platform, korzystanie z serwisów społecznościowych (54,8%).

 

Inaczej sytuacja wygląda pod względem czasu poświęcanego różnym miejscom w globalnej sieci. Tu królują: YouTube, Facebook i Google. Kolejne pozycje zajęły grupy: Wirtualna Polska, Allegro, OLX, RAS Polska, Polsat-Interia, Agora i Polska Press.

 

Według badania Mediapanel z grudnia 2020 r., na które powołuję się autorzy „Raportu strategicznego Internet 2020/2021”, pierwsza piątka witryn w kategorii informacje i publicystyka przedstawiała się następująco: onet.pl, o2, se.pl, radiozet.pl, wp.pl, gromadząc od dziewięciu do ponad jedenastu milionów użytkowników. W kategorii: biznes, prawo finanse, na pierwszym miejscu uplasowało się money.pl. Kolejne pozycje zajęły: businessinsider.com.pl, gazeta.pl, rp.pl i wp.pl.

 

Warto dodać, że główne grupy użytkowników ukończyły 35 rok życia, a młodsze pokolenie skupia się na video i informacjach głosowych.

 

Rewolucja to czy nie?

 

W czerwcu 2021 r. serwis Wirtualnemedia.PL poinformował, że nowe zasady dla dziennikarzy wprowadził amerykański serwis Insider. Publikowane w nim artykuły mają liczyć mniej niż sześćset słów. Redaktor naczelny portalu Nicholas Carlson stwierdził, że obecnie teksty mają średnio 700 wyrazów, a czytelnicy porzucają te materiały po dojściu do jednej trzeciej[2]. Można w takim razie postawić pytanie: dlaczego nie od razu 212, tylko całe 600? Carlson tłumaczy, że to górna granicy, a redaktorzy mają pełne prawo prosić o materiał zawierający od 200 do 300 słów.

 

Internet oczywiście przyjmie każdą liczbę znaków, z wolą czytelników jest w tym wypadku inaczej. Zaproponowane rozwiązanie przypomina podejście do treści w mediach tradycyjnych, gdzie czas antenowy, czy rozmiar artykułu są z góry określone. Wygląda to więc raczej na powrót do starych rozwiązań, niż szarżę rewolucjonistów. Czy jednak nie potrzebujemy dogłębnych analiz, materiałów obszernych, które objaśnią nam jakąś zawiłą kwestię?

 

Krótkie informacje i długie opowieści

 

O to, czy faktycznie sięgamy po coraz krótsze treści, pytamy prof. Marzenę Marczewską dyrektorkę Instytutu Literaturoznawstwa i Językoznawstwa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach:

 

– Myślę, że tak jest. Żyjemy szybko, jesteśmy bombardowani informacjami. Nie umiemy się koncentrować. Trudno nam się skupić. Powstają poradniki, jak w sieci pisać długie teksty, które sprawiają wrażenie krótkich i nie odstraszają czytelnika. Webwriting ma swoje wymogi. Od pewnego czasu obserwuję popularność bardzo krótkich filmików na portalach typu Jibjab. Mamy tam nawet możliwość wyboru długości nagrania: krótsze wersje filmów (shorties), które personalizujemy, są coraz bardziej popularne. Wniosek: chcemy, by wszystko było podane natychmiast. Widzę też, że wiele osób korzysta z prasy w specyficzny sposób: ludzie czytają tylko tytuły i leady. Rzut oka i wydaje nam się, że wszystko wiemy. Rzadko czytamy całość. Przypominam, że na brak czułości, a więc uważności zwracała uwagę Olga Tokarczuk, która stwierdziła, że obecnie obserwujemy nowy sposób opowiadania o świecie. Serialowy. Zjawisko to opisywał także Jacek Dukaj, który po epoce oralnej i epoce pisma zapowiedział epokę bezpośredniego transferu przeżyć.  Bezpośredni transfer przeżyć bazuje na zmysłach: patrzę – widzę, słucham – słyszę. Wszystko dzieje się teraz. Nie piszemy do przyjaciół – dzwonimy. Nie czytamy powieści – oglądamy filmy. Noblistka sygnalizowała także, że bezpośrednie przekazywania doświadczenia np. za pomocą fotografii, filmu, różnych relacji (np. w mediach społecznościowych) staje się alternatywą dla tradycyjnego czytania. Słowo mówione lub pisane staje się coraz mniej potrzebne. Zwłaszcza w dobie Internetu, który zamiast być doskonałym narzędziem gromadzenia wiedzy, coraz częściej postrzegany jest jako źródło chaosu i narzędzie programowania ludzkich zachowań. Zalewani informacjami, często nieprawdziwymi,  szukamy obrony w „myśleniu upraszczającym, ideologicznym, partyjnym”. Szybkość i nieuważność idą w parze. I nie są pozytywnymi zjawiskami.

 

Księgarze jednak informują, np. Oskar Tracz z CK Wiedza, że chętniej sięgamy po powieści niż po zbiory nowel lub opowiadań.

 

To są zupełnie dwie różne sprawy. Czytanie powieści i śledzenie aktualności w sieci. Czytamy głównie dla przyjemności, dobrej narracji. Łakniemy opowieści, które objaśniają świat. Szukamy też emocji, stąd zapewne niezwykła popularność literatury sensacyjno-kryminalnej i obyczajowo-romansowej. Organizujemy sobie czas, by oddać się przyjemności bycia w innej rzeczywistości.  W ostatnim roku Biblioteka Narodowa odnotowała wzrost poziomu czytelnictwa o 3%. Być może pandemia, która zmieniła tempo naszego życia, miała na to pewien wpływ. Wielu osobom jednak wystarczy funkcjonowanie w sieci. A tam głównie szukamy konkretnych, łatwo dostępnych informacji. Zależy nam na czasie. Po prostu musimy wiedzieć szybko. Stąd tendencja w dziennikarstwie do podawania informacji w pigułce, mimo że Internet pozwala technicznie na bardzo obszerne wypowiedzi – objaśnia prof. Marczewska.

 

Według irlandzkich kursów dziennikarstwa lead powinien składać się z 20 wyrazów. Z recepcji mediów społecznościowych wynika, że wielu ludziom to wystarcza do wyrobienia sobie poglądu na temat całego zagadnienia. Zanika zapotrzebowanie na analizy? Wystarczy komunikat? Jak w dziale sportowym: Legia – Górnik 2 : 0? Kibic nie musi pytać ani o dyscyplinę, ani o skutki takiego, a nie innego rezultatu. Czy to więc nie oznacza, że krótkie treści, bez objaśniania rzeczywistości i tłumaczenia następstw jakichś działań (np. obniżki stóp procentowych), będą tylko dla ekspertów?

 

Dogłębne analizy już od dawna interesują przede wszystkim ekspertów. Jesteśmy leniwi, wymagamy, by ktoś przystosował informację do naszych potrzeb i podał ją najprościej, jak to jest możliwe. Na przykład chcemy wiedzieć, jak bardzo jakaś zmiana prawna wpłynie na wzrost cen paliw i na ceny określonych produktów, ale już niekoniecznie zapoznamy się z obszernym wyjaśnieniem ekspertów, dlaczego tak się może stać i co musiałby się wydarzyć w skali globalnej, by wzrostu cen uniknąć. Dziennikarze bardzo często pełnią rolę nauczycieli: przekazują wiedzę. Bycie dziennikarzem to dziś niezwykle duża odpowiedzialność i misja edukacyjna. Jeśli zaś uważnie obserwujemy funkcjonowanie mediów, widzimy, jak wielka odpowiedzialność za słowo towarzyszy pracy dziennikarskiej – uzupełnia Profesorka.

 

Nie rewolucja a regres

 

Według medioznawcy dr. Tomasza Chrząstka kierownika Pracowni Dydaktyki Dziennikarstwa, Reklamy i PR Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, zmiana w przypadku portalu branżowego, jaką zaproponował naczelny Insidera, nie ma uzasadnienia. Skoro średnia wynosi 212 słów, to znaczy, że są ci czytelnicy, którzy porzucają tekst po przeczytaniu tytułu i leadu i tacy, którzy czytają do końca.

 

Już w połowie lat 80-tych XX w. Umberto Eco popełnił esej Dreaming of the Middle Ages, gdzie opisał zjawisko odchodzenia odbiorców mediów od tekstów na rzecz obrazów. Porównał tę sytuację ze średniowiecznym sposobem objaśniania zawartości Biblii ogółowi niepiśmiennych wiernych za pomocą obrazków. Jak się okazuje, brniemy w to dalej. Ograniczenie tekstów do 600 słów w portalu/czasopiśmie branżowym uważam za nieporozumienie. Już zazdroszczę autorom umiejętności całościowego wyłożenia złożonych kwestii w tej ilości wyrazów. A gdzie miejsce na komentarz czy analizę ekspertów? Media branżowe nie są przecież przeznaczone dla szerokiego odbiorcy, niektórzy wydawcy o tym zapominają i stawiają sobie za cel pozyskanie jak najwięcej reklamobiorców, bo to przełoży się na wynik finansowy.

 

Czy to stały trend w internetowych mediach i czy są jakieś szanse, a może i potrzeby na jego odwrócenie?

 

Niestety trend skracania informacji z czasem postępuje i nie dotyczy już tylko tekstów – odpowiada dr Chrząstek. – Dziś to konsument, poprzez swoje wybory, decyduje czy dane medium utrzyma się na rynku. Kolejne redakcje kroją więc materiały na miarę swoich odbiorców, którzy szukają informacji lekkich, łatwych w odbiorze i przyjemnych. Sam sobie zadaję pytanie, gdzie i czy w ogóle jest jakaś granica tego regresu? Poza tym – wzorem Kato Starszego – dodam, że grupa TVN powinna otrzymać koncesję.

 

Czego potrzebuje konsument?

 

Odpowiedź na pytanie o fatyczne potrzeby konsumentów jest dziś wyjątkowo trudna. Ostatnia uwaga dr Chrząstka dla osób zorientowanych w sytuacji na krajowym rynku medialnym pod każdym względem: prawnym, finansowym i politycznym, będzie jasna. To czy się z nią zgodzą, czy też nie to już zupełnie inna kwestia. Podstawę oceny stanowić będą: wiedza ekspercka i… poglądy. Dla osoby, której ta problematyka nie dotyczy, to komentarz niewiele znaczący, który zostanie zapomniany tuż po doczytaniu do kropki. Jak zatem konstruować informacje, by trafiły zarówno do odbiorców kompetentnych, jak i do tych, których, jak to określiła Profesor Marczewska, należy edukować? To jest wyzwanie dla dziennikarstwa na najbliższe lata.

 

Zbigniew Brzeziński

 

P.S. Niniejszy tekst ponad dwukrotnie przekroczył narzuconą w Insiderze normę, nie wyczerpując przy tym tematu.

 

[1] https://www.iab.org.pl/aktualnosci/raport-strategiczny-internet-2020-2021-iab-polska-najwazniejsze-podsumowanie-rynku-reklamy-cyfrowej-teraz-rowniez-jako-serwis-www/ – dostęp 15.07.2021 r.

[2] https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/rewolucja-w-amerykanskim-insiderze-dziennikarze-maja-pisac-artykuly-zawierajace-mniej-niz-600-slow – dostęp 15.07.2021 r.

Zbudować relacje z odbiorcą – DAWID KACZMARCZYK o tym jak osiągnąć sukces w nowych mediach

Nowe media są szansą i dają sporo możliwości – mówią twórcy nowych inicjatyw medialnych w Internecie. Miejsce na wartościowe projekty jest, a dotarcie do odbiorcy nigdy nie było tak proste.

 

Amerykański dziennikarz, badacz i znawca nowych mediów Mark Briggs zaczyna swoją książkę „Journalism Next” od słów: „Co będzie następne w dziennikarstwie? Nikt nie jest tego pewny na sto procent, ale wszyscy możemy się zgodzić: zmierzamy w stronę cyfrową.” Ta wyraźnie widoczna cyfryzacja mediów dzieje się na naszych oczach nie tylko w sferze technologicznej, transformacji tradycyjnych form dziennikarskich, ale przede wszystkim w szybko rosnącej popularności nowych, często oddolnych inicjatyw, kanałów czy projektów medialnych. Nic więc dziwnego, że coraz więcej zarówno doświadczonych jak i początkujących dziennikarzy szuka swojego miejsca w Internecie. Również wśród odbiorców widać wyraźnie rosnące zainteresowanie nowymi formami dziennikarskimi. W samej wyszukiwarce Google w ciągu ostatnich pięciu lat w Polsce hasła takie jak „vlog”, „podcast” czy (szczególnie w czasie pandemii) „webinar” nieustannie zyskują na popularności (źródło: Google Trends).

 

 

W stronę dźwięku

 

Według badań firmy Voxnest Polska jest w pierwszej dziesiątce najszybciej rozwijających się rynków podcastów na świecie. W 2020 roku wysłuchano w Polsce ponad 300 proc. więcej godzin podcastów niż w roku 2019. Nie dziwi więc fakt, że wielu dziennikarzy to właśnie w podcastach widzi miejsce dla rozwijania swojej działalności medialnej. Krzysztof Kołacz, twórca podcastu BoCzemuNie mówi o tej formie jako o fenomenie, który będzie coraz bardziej popularny.

 

– Podcasty to najbardziej intymne medium. Gdy już wpuszczamy kogoś do swojej głowy, dajemy mu ogromny kredyt zaufania. Gdy ten ktoś nas nie zawiedzie, zyskuje to co najcenniejsze – nasze zaufanie. To ono jest walutą przyszłości, a podcasty to idealny fundament do budowy nowych projektów, sieci podcastów i innych kreatywnych inicjatyw z segmentu audio. W świecie, w którym wszystko pędzi, już raz los zatrzymał nas na ponad rok. I nawet wtedy woleliśmy wybierać to, co nie każe nam zasiadać o określonej godzinie przed szklanym ekranem, ale w czym to my decydujemy, kiedy, w jakich okolicznościach i czy w ogóle zaufamy czyjemuś głosowi – mówi.

 

Podcast BoCzemuNie tworzy od 2017 roku. Jak zauważa odbiorcy podcastów są wymagającą grupą i najważniejsze to koncentrowanie się na wartościowym dla słuchacza przekazie.

 

– Gdy zaczynałem nagrywać sam znalazłem też ostateczną motywację do tego co robię po dziś dzień. Wartość. W życiu staram się wykorzystywać swoje mocne strony i talenty, aby być utylitarnym dla innych. To mnie napędza i dlatego dziś podcast stoi na trzech fundamentach: historiach ludzi, którzy tę wartość w różny sposób niosą, sporcie i świecie technologii, które ludzie łączą, wartości pozwalają wypracowywać, a same przez to, jak wiele wnoszą w naszą codzienność – zmieniają świat  – mówi Kołacz i dodaje: – W technologicznej bańce podcastów w Polsce nie tyle zabiegasz o słuchaczy, co po prostu musisz dostarczać: regularny, naszpikowany pasją i szczegółami materiał.

 

W stronę obrazu

 

Szacuje się, że w ciągu jednej minuty w serwisie internetowym YouTube pojawia się ponad 500 godzin nowych materiałów wideo. Liczba ta może przerażać i rodzić pytanie: w jaki sposób przebić się dzisiaj ze swoją treścią do odbiorcy? Twórcy i autorzy nowych projektów wideo w sieci twierdzą jednak, że jeśli ma się jakościowy, wartościowy pomysł warto go rozwijać. JustynaMarcin Banasikowie założyli siedem lat temu kanał na YouTubie Pasjonaci.tv. Prezentują na nim historie ludzi, którzy są oddani swojej pasji. Marcin Banasik podkreśla jak ważne jest umiejętne opowiadanie historii.

 

– To co widzimy na naszym kanale i czego nauczyliśmy się przez te lata to to, że najlepiej odbierana jest szczerość. Taka prawdziwość konkretnego człowieka. Jeśli na przykład ktoś ma pasję, ale robi to bardziej dla pieniędzy, to od razu widać. Widzowie też to odbierają. Na przykład ludzie starsi, którzy przepracowali w jakimś zawodzie kilkadziesiąt lat i chcą się podzielić swoją historią są niesamowicie szczerzy. Nie potrzebują się popisać przed kamerą. Nie sprzątają swoich warsztatów, nie przygotowują się do nagrania. Właśnie to się świetnie odbiera – mówi.

 

Zauważa również, że chociaż format i konstrukcja kolejnych odcinków jest podobna, to bardzo istotne jest przedstawianie danej historii w taki sposób, żeby odbiorcę zainteresować.

 

– Na sukces projektu wpływa na pewno też pomysł na konkretny odcinek. Czasami jest świetny człowiek, świetna historia, ale kiedy okaże się, że to kolejny z odcinków pokazanych tak jak inne, to od razu widzimy, że wtedy to nie idzie – zauważa i dodaje: – Nagrywaliśmy odcinek z majsterkowiczem z Krakowa. Człowiekiem, który od dziecka uwielbia naprawiać praktycznie wszystko: mikroskopy, aparaty, kamery a ostatnio robi rekonstrukcje broni białej. W swojej piwnicy ma wyjątkowy warsztat, który postanowił sprzedać, kiedy potrzebował pieniędzy na rehabilitację. Jednak szukał takiego kupca, któremu mógłby przekazać również całą swoją wiedzę, jaką przez lata w tym warsztacie zdobywał. Zrobiliśmy odcinek o tym, że majsterkowicz szuka następcy. Po naszej publikacji nagle mnóstwo innych mediów się do niego odezwało, zainteresowało się tą historią. Trzeba więc znaleźć coś, co zaciekawi widza i umieć tę historię opowiedzieć.

 

Podobnego zdania jest Wojciech Siryk – autor kanału podróżniczego oraz twórca serii filmów pt. „Ten świat jest nasz”. Zwraca uwagę, że dzisiejszy, niecierpliwy odbiorca treści wideo w Internecie łatwo może zrezygnować z oglądania naszego materiału, jeśli nie przygotujemy czegoś na najwyższym poziomie.

 

– Największy wpływ na sukces projektu ma „współczynnik utrzymania uwagi odbiorców”. Zasada jest prosta – im dłużej i chętniej widzowie oglądają nasze filmy, tym częściej algorytmy portali społecznościowych będą pokazywały je kolejnym grupom odbiorców. Tego nie da się przeskoczyć i w jakikolwiek sposób oszukać. Na nic chwytliwy tytuł, czy dobra miniaturka, jeśli odbiorcy nie spodoba się to, w co kliknął. Nasz produkt musi być po prostu dobry. Lepszy jeden świetny film niż pięć średnich.

 

W stronę odbiorcy

 

To co najbardziej dziś odróżnia nowe media od tych tradycyjnych to skrócenie dystansu między dziennikarzem a odbiorcą. Oczywistym przykładem są media społecznościowe, ale także wciąż rozwijana, choć mniej popularna niż jeszcze kilkanaście lat temu, forma jaką jest blog. Marta Łysek, dziennikarka, pisarka, autorka bloga Maluczko podkreśla, że choć cele i założenia w prowadzeniu swojego projektu mogą być różne, to bardzo ważny jest kontakt ze swoim odbiorcą.

 

– Prowadzenie bloga nauczyło mnie budowania relacji z czytelnikami. Kiedy jesteś dziennikarzem, często o tym nie myślisz. Piszesz tekst, jest on publikowany i potem nie masz już żadnego albo prawie żadnego wpływu na to, jak ludzie go komentują. Nie ma też zbyt dużej przestrzeni do dyskusji. Kiedy prowadzisz bloga, to jesteś dla odbiorców osobą o wiele bliższą niż dziennikarz, masz z nimi bliższy kontakt, dużo częstszy feedback. Obserwujesz ich reakcje i wchodzisz z nimi w relacje. To duża wartość – mówi.

 

Budowanie relacji to także docieranie do odbiorcy, budowanie społeczności. Choć nie ma złotej zasady, jak efektywnie zdobyć odbiorcę, to są pewne mechanizmy, które w Internecie nie mogą zostać pominięte.

 

– Są różne narzędzia, których można użyć, aby dotrzeć do czytelnika. Pytanie, co chcemy osiągnąć, jaki jest cel prowadzenia bloga. Jeśli celem jest pokazywanie siebie jako eksperta, a blog jest naszym portfolio, to wtedy nie zależy nam na budowaniu relacji, bo nie po to jest ten blog. Natomiast jeśli celem jest jakaś mała zmiana świata – bo na przykład jesteś człowiekiem, któremu ekologia leży na sercu – to chcesz o tym pisać, edukować ludzi, z tymi, którzy myślą podobnie, razem coś zdziałać. Tworzysz wtedy społeczność, z którą razem można coś zmienić – i do tego konieczne są relacje. Wtedy trzeba tak planować czas, żeby odpisywać na wiadomości, odpowiadać na komentarze, sygnalizować swoją obecność, spotykać się w przestrzeni bloga. Kiedy wrzucasz wpis na Facebooka czy na bloga i dostajesz piętnaście komentarzy – to na nie odpowiadasz. Jesteś w tym aktywny, wychodzisz do ludzi, choć jest to czasochłonne – zauważa Marta Łysek.

 

O konsekwencji w utrzymywaniu kontaktu z odbiorcą i świadomości mechanizmów jakie istnieją w nowych mediach mówi również Wojciech Siryk.

 

– Bywa, że algorytmy potrafią być bardzo łaskawe i odbiorcy niemal spadają nam z nieba. Przy czym takie sytuacje należą do coraz rzadszych – tylko nieliczni będą mieli na tyle szczęścia i charyzmy, że zbudują społeczność na kilku udanych viralach. Materiały są ważne, ale nie można zapominać o komunikacji – to żmudna, ale bardzo potrzebna aktywność. Sam posiadam oficjalne, stale aktualizowane konta na kilkunastu portalach i wiem, że to po prostu procentuje. Na najmniej popularnych stronach udało mi się zebrać jedynie kilkudziesięciu obserwujących, a i tak zdarzało mi się usłyszeć lub przeczytać, że dana osoba trafiła na moją twórczość właśnie tam – i to dzięki temu teraz aktywnie wspiera moją działalność.

 

Marcin Banasik z kanału Pasjonaci.tv mówi, że na samym początku prowadzenia kanału nie zastanawiali się nad tym kto ogląda ich materiały, kim jest odbiorca. Jednak, kiedy liczba wyświetleń rosła, zaczęli koncentrować się nie tylko na publikowaniu materiałów, ale również kontakcie z widzami. Zauważa jednak, że każdy kanały na YouTubie mają swoją specyfikę i swoje działania należy do niej dostosować.

 

– Zazwyczaj widzowie lubią mieć kogoś kto jest twarzą danego projektu, z kim się mogą identyfikować. U nas jest inaczej. Każdy odcinek jest inny, każdy ma innego bohatera a wspólnym mianownikiem jest forma. W trakcie rozwijania kanału próbowaliśmy wprowadzać jakieś inne materiały np. „making offy” z produkcji, żeby pokazać ludziom jak wygląda nagrywanie materiałów. Zaczęły się jednak pojawiać głosy odbiorców, żeby nie zaśmiecać kanału innymi filmami tylko publikować takie jak do tej pory. Więc to zawsze jest metoda prób i błędów i słuchania swoich odbiorców.

 

Zawód czy hobby?

 

Choć zarabianie na swoich projektach medialnych z pozoru staje się coraz łatwiejsze, to twórcy podkreślają, że tylko najpopularniejsi autorzy, blogerzy, vlogerzy mogą pozwolić sobie na utrzymywanie się tylko ze swojej działalności w sieci. Niemniej wskazują, że zarabianie na swojej działalności medialnej jest możliwe. Jak mówi Krzysztof Kołacz z podcastu BoCzemuNie, ważna również w tym aspekcie jest społeczność.

 

– Społeczność jest w polskim świecie podcastów złotem. Ale, tak jak na rynku surowców, jest też srebro i brąz. Monetyzować możemy na różne sposoby, ale byłbym hipokrytą, gdybym zaprzeczył, że społeczność pomaga najbardziej. Dla przykładu koledzy z podcastu „MacGadka”, którzy od lat nagrywają o Apple i szkolą ze wszystkich platform tej marki, założyli klub „MacGadka+”, do którego dołączyło w nieco ponad miesiąc ponad 150 osób, godzących się płacić roczny abonament w wysokości 300 zł. Z każdym kwartałem ta stawka rośnie, a chętnych nie brakuje. Inny przykład, oparty na milionowej skali, to Michał Szafrański i jego Klub Finansowych Ninja. Oczywiście, projekt jest pokłosiem sukcesu książki, ale przypominam, że przed książką Michał budował swoją markę osobistą w podcaście. Dziś do klubu należy ponad 4000 osób, a przychód z rocznych abonamentów dawno przekroczył 3 miliony złotych – mówi.

 

Wskazuje również, że w środowisku medialnych projektów z tematu technologii, ale nie tylko coraz częściej różne instytucje lub firmy decydują się na bycie partnerem lub sponsorem danego projektu. – Jeśli chodzi o mój podcast były dwa przełomy. Pierwszym był sponsoring Muzeum Inżynierii Miejskiej w Krakowie, który trwał sześć miesięcy. Drugi przełom przyszedł w grudniu 2020 roku, po tym jak w czasie pandemii zainteresowanie podcastami w Polsce osiągnęło apogeum. Tylko między styczniem 2021 a lipcem 2021 podcast miał 4 nowych sponsorów, a z początkiem roku udało się wejść w roczną współpracę z partnerem technologicznym podcastu. Jeśli chodzi o konkretne kwoty to mogę powiedzieć, że jest to wzrost na poziomie ponad 400 proc. w ujęciu rocznym, a podcast wygeneruje kilkadziesiąt tysięcy złotych zysku na czysto w ciągu roku.

 

Wiele inicjatyw w nowych mediach często nie jest nastawiona na zysk, lub ewentualny zarobek to po prostu dodatek do tego, co jest głównym celem. Marta Łysek twierdzi jednak, że nie powinno to być w żaden sposób zniechęcające.

 

– Prowadzenie bloga rozumiane jako działalność twórcza jest po prostu rozwijające. Przynosi radość, przynosi relacje. Jeśli jesteś piszącym człowiekiem, to blog pozwala ćwiczyć warsztat. Masz możliwość współpracy z innymi ludźmi, tworzenia z nimi wspólnych projektów. Niezależnie od tego, czy zarabiasz na tym, czy nie, możesz dla siebie mieć z tego dużo dobrego, bo się po prostu rozwijasz. Blog daje też możliwość dawanie dobra, wartości światu. Tak jak u nas na Maluczko. Chcemy pokazać ludziom, że da się dobrze, prosto czytać Ewangelię. Tym się chcemy podzielić – i blog jest do tego świetny. Nie musimy zakładać fundacji, stowarzyszenia. Jesteśmy niezależni, możemy dzisiaj coś wymyślić i jutro zacząć dawać wartość, rozwijać się; niczego więcej nam nie trzeba. To właśnie jest piękne w blogach – że dają bardzo dużo wolności.

 

Podobnego zdania jest Marcin Banasik, który podkreśla, że swój kanał traktują jako zajęcie „po godzinach” i zarabianie na nim nie jest najważniejsze.

 

– Nam to po siedmiu latach daje przede wszystkim mnóstwo radości i pozytywnej energii. Każde spotkanie to jest człowiek. Zawsze bardzo pozytywny. To są ludzie, którzy nam też pomagają w jakiś sposób dostać ten zastrzyk energii na następne dni, tygodnie. To są zawsze świetne spotkania, świetni ludzie. Nawet kiedy jedziemy na urlop, to szukamy ciekawych osób i nagrywamy. To nas tak relaksuje, dodaje energii. Jest to po prostu pasja. Poznawanie ludzi i opowiadanie o tym co robią, to jest świetna rzecz.

 

Kolejny krok

 

Pojawianie się nowych form i możliwości dla dziennikarzy rodzi pytanie co dalej, jaki będzie kolejny krok? Stanisław Stanuch, dziennikarz, wykładowca i znawca nowych mediów podkreśla, że już pojawiają się nowe obszary, które niebawem będą wypełniały dziennikarską pracę i budowały kolejne projekty i inicjatywny w nowych mediach.

 

– Ten trend wideo i podcasty będą na pewno się rozwijać. Jestem tego absolutnie pewny. To widać na wielu przykładach nie tylko nowych inicjatyw medialnych, ale również przenoszenia swoich działań dziennikarskich z mediów tradycyjnych do Internetu – mówi i dodaje: – To, co pojawiło się na Zachodzie mniej więcej dziesięć lat temu to dziennikarstwo danych i nowe dziennikarstwo śledcze. Dziennikarstwo śledcze polegające na ciężkiej pracy z danymi, weryfikacji i sprawdzania z użyciem przygotowanych do tego narzędzi. Dziennikarze muszą poznać rzeczy, które były dla nich obce i nie przypuszczali nawet, że będą je wykorzystywać. Tak jak obecnie mówimy o umiejętnościach multimedialnych, które dzisiaj dominują w prowadzeniu swoich projektów w Internecie, tak kolejnym krokiem będą umiejętności i projekty analityczne, statystyczne, czy na przykład robienie wykresów, które czytelnik sam może eksplorować. W bazach danych jest mnóstwo informacji, które w dziennikarstwie można wykorzystywać. Zachodnie dziennikarstwo bazuje dzisiaj na wykorzystywaniu wszystkich form razem – wideo, podcasty i dziennikarstwo danych. Z tym, niebawem też w Polsce, przyjdzie się dziennikarzom zmierzyć. Dlatego, mimo że może u nas jeszcze ten trend nie jest widoczny, to ja bym w to inwestował i zachęcał do samodzielnego poszukiwania nowych rozwiązań. Tak jak podcasty, które u nas są teraz popularne, w USA rozwijały się prężnie już kilka lat temu, tak projekty medialne bazujące na dziennikarstwie danych za kilka lat będą u nas standardem.

 

Dawid Kaczmarczyk