Ignoranci i retorzy – MIKOŁAJ J. WACHOWICZ o błędach dziennikarzy

Dobry dziennikarz nie kompromituje się źle użytą retoryką; lepiej przekazać rzetelną informację w sposób mało efektowny, ale przystępny, niżeli epatować odbiorcę retorycznymi popisami.

 

Przedpołudnie 23 lipca 2021. Czytam newsy i dłuższe artykuły internetowe; a choć tematyka zaciekawia, lekturę psują niestety błędy językowe i bulwersujące zniekształcenia faktów. Nie jest to w żadnym razie profesjonalne dziennikarstwo. Autorzy piszą, co wiedzą, ale niekoniecznie wiedzą, co piszą. Czy jednak zawsze świadomie? Zacznijmy ten przegląd od spraw drastycznych z rodzimego podwórka.

 

Na Onecie już sam tytuł tekstu „34-letni elektryk okazał się seryjnym mordercą. Policja zignorowała ostrzeżenie” (zamieszczony 22 lipca o godz. 16.40) – ponieważ traktuje on o czynach zbrodniarza (Bogdana Arnolda) sprzed 55 lat – wskazuje, że autor nie zna realiów PRL-u. Inaczej mundurową formację porządkową nazwałby prawidłowo Milicją Obywatelską. Policję powołano dopiero w roku 1990. Autor (podpisany mt) zresztą brnie dalej i wszędzie konsekwentnie używa terminów policja, policjanci jeszcze 8 razy.

 

„64-letnia solenizantka rzuciła się na męża z tłuczkiem do mięsa. Mężczyzna trafił do szpitala” – czytamy również na Onecie (Źródło: KMP Lublin, RMF FM, 22 lipca godz. 9.23). Lecz dalej okazuje się, że chodziło nie o imprezę imieninową, a o urodzinową. Solenizant to przecież osoba obchodząca imieniny. Urodziny świętuje jubilat (znamy słówko jubileusz?) i tak właśnie było w przypadku krewkiej starszej pani.

 

„Jacek Jaworek nieuchwytny od 13 dni. Policja zmienia strategię”. Artykuł pod takim tytułem opracowała 23 lipca Magdalena Bojanowska na Gazeta.pl. No i dowiadujemy się o nowych nazwach opisujących relacje rodzinne sprawcy i ofiar:

Mężczyzna podejrzewany jest o to, że w leżących kilkadziesiąt kilometrów od Częstochowy Borowcach zamordował swojego brata, szwagierkę oraz ich 17-letniego syna. Z domu, w którym doszło do tragedii, udało się uciec tylko 13-latkowi, który schował się przed wujkiem, a potem uciekł przez okno.

 

Przede wszystkim – żona brata to (jak sama nazwa wskazuje) bratowa, choć niestety ignoranci coraz częściej nazywają ją szwagierką. Szwagierka to raczej siostra męża dla żony, siostra żony dla męża, ewentualnie – żona szwagra. Podobnie dla bratanka – chociażby ten nawet nazywał go nieprawidłowo „wujkiem” Jacek Jaworek pozostanie de factode iure stryjem. Wuj to wyłącznie brat matki, nie ojca, ewentualnie mąż ciotki (dawniej: pociot), ostatecznie kuzyn któregoś rodzica, choć na pewno nie brat stryjeczny ojca. Miejmy jednak wyrozumiałość dla dziennikarzy z licznych pism, którzy znajomością prawidłowych nazw relacji rodzinnej raczej nie grzeszą. Chociażby swego czasu Krzysztof Burnetko, który komentując proces przeciwko autorom monografii „Dalej jest noc”, pisał:

 

Pani Leszczyńska jest bratanicą (więc nie tak bliską w sumie krewną – co znowu może być znamienne) bohatera jednej z cytowanych w książce relacji. Jej wujek Edward Malinowski, sołtys wsi Malinowa, miał pomóc w 1942 r. uciekinierce z getta w Drohiczynie Esterze Drogickiej. Tyle że równocześnie ją ograbił, a na dodatek był „współwinny śmierci kilkudziesięciu Żydów, którzy ukrywali się w lesie i zostali wydani Niemcom”.

(Polityka, „Proces prawdę ci powie”, 23 lipca 2019)

 

Po pierwsze – skoro bratanica, to bratem jej ojca był nie wujek, lecz stryjek. Z innych źródeł medialnych wynika, że pani Filomena Leszczyńska stryjem właśnie, a nie wujem, nazywa zmarłego krewnego. Po drugie – jak można w ogóle bratanicę określić mianem „nie tak bliskiej w sumie krewnej”?! Nazwiska panieńskie bratanic brzmią przecież tak samo jak nazwiska stryjów. Według jakich kryteriów klasyfikuje Burnetko bliskość pokrewieństwa? Może zasugerował się – to w końcu absolwent prawa – kryteriami wyrażonymi w art. 177 Kodeksu postępowania karnego, gdzie określono ściśle kategorie osób najbliższych, którym przysługuje prawo odmowy zeznań? Tam faktycznie pominięto wujów i stryjów, siostrzeńcówbratanków etc. W praktyce kategoria bliskości jest względna – zależy nie od unormowań prawnych, lecz od faktycznych relacji społecznych. Zresztą w tradycyjnych polskich rodzinach bliscy krewni (może już nie w Wielkopolsce, ale na pewno jeszcze na Mazowszu, Podlasiu i w Galicji) to przynajmniej wszyscy potomkowie wspólnego pradziadka. Ciekawe, czy sam Krzysztof Burnetko swoich bratanków i siostrzeńców (jeśli ich ma) uważa również za „nie tak bliskich krewnych”?

 

Ale wracajmy na Onet. W artykule „Włoskie miasteczko na Sycylii sprzedaje domy po dwa euro” poznajemy przy okazji reinterpretację dziejów tej fascynującej wyspy: [Sambuca] Licząca 6 tys. mieszkańców miejscowość, położona koło Agrigento została założona przez Arabów w IX wieku wkrótce po ich przybyciu na Sycylię. Jego pierwotna nazwa brzmiała Zabuth od imienia emira, który kazał zbudować tam zamek. Ślady najstarszej architektury i pradawnych murów widać na każdym kroku. O początkach tej osady przypomina jedna z dzielnic, która od wieków nosi nazwę „arabskiej”.

Przybysze z Bliskiego Wschodu mieszkali tam do XIII w. Większość Arabów została zamordowana podczas podboju tego terytorium przez wojska króla Sycylii Fryderyka II. Ci, którzy pozostali, przeszli na chrześcijaństwo. (23 lipca 2021, godz. 7.28)

 

Treść artykułu sugeruje, że w IX wieku Arabowie przyjechali na Sycylię w pokojowych zamiarach jako osadnicy, lecz cesarz Fryderyk II nie dość, że zagarnął cudze terytorium, to jeszcze dokonał aktu ludobójstwa na potomkach osadników.

 

Otóż sprawa miała się nieco inaczej i to w kilku punktach. W IX wieku (a dokładniej w roku 827) Arabów (zresztą nie z Bliskiego Wschodu, ale z Afryki) i Berberów zaprosił na Sycylię bizantyński zdrajca – uzurpator Eufemiusz w charakterze zbrojnych najemników. Rychło sytuacja wymknęła mu się spod kontroli i muzułmanie dokonali stopniowo brutalnego podboju wyspy, trwającego aż 75 lat. Tak odebrano szczęście, radość doczesną i wolność co najmniej 3 pokoleniom Sycylijczyków, których przodkowie cieszyli się spokojem i dobrobytem od przynajmniej 3 wieków!  Co gorsza – zawłaszczenie Sycylii umożliwiło później najeźdźcom usadowienie się na południu Półwyspu Apenińskiego i ustanowienie krótkotrwałego Emiratu Bari. Odzyskał Sycylię dla chrześcijaństwa w l. 1061 – 1092  nie cesarz Fryderyk II Hohenstauf (1194 – 1250), lecz jego pradziadek po kądzieli – normański hrabia Roger d’Hauteville (1031 – 1101), ojciec słynnego króla Rogera, którego rozsławił operą Karol Szymanowski. Natomiast Fryderyk – zafascynowany zresztą cywilizacją islamską, a przez papieży uważany za Antychrysta – zajął jedynie jakieś muzułmańskie twierdze górskie na Sycylii, zaś ich mieszkańców przesiedlił do Apulii. Jako dziedzic Sycylii nie musiał niczego podbijać, miał jednak prawo tam zrobić porządek.

 

Tyle można przeczytać chociażby w polskiej i angielskiej Wikipedii, gdzie obiektywne hasło Muslim conquest of Sicily szczegółowo relacjonuje dramatyczne zmagania. Włoska Wikipedia precyzuje, że położony na 364 m zamek w Sambuce już w czasach normańskich przeszedł w ręce chrześcijan, jednak nie wspomina w związku z tym o prześladowaniach Arabów, ponieważ ich nie było! Muzułmanom sprawiedliwość wymierzano wedle prawa Koranu w stosownie do tego powoływanych sądach, Grecy zaś podlegali prawu bizantyńskiemu. W meczetach muzułmanie bez przeszkód oddawali się praktykom religijnym. (…) Normanowie dokonali cudu – doprowadzili do harmonii różne elementy etniczne na Sycylii. (…) Surowe, paternalistyczne rządy Sycylijczycy przyjęli z radością, bowiem nastały dobrobyt i sprawiedliwość, jakim wyspiarze nie cieszyli się od pokoleń – pisał znakomity mediewista Steven Runciman w „Nieszporach sycylijskich” (Wydawnictwo „Książnica” 2007, s. 21 – 22). Dopiero w 1223 muzułmanie podnieśli bunt przeciwko polityce Fryderyka i zajęli zamek, co faktycznie wywołało reakcję władcy, słusznie obawiającego się reislamizacji wyspy, a skończyło masakrą po dwuletnich zmaganiach. Bez wątpienia długotrwałe oblężenie eskalowało furię i frustrację wojsk cesarskich, więc tragiczny finał nie zaskakuje. Ciekawe zresztą, jak postrzegają te wydarzenia współcześni mieszkańcy Sambuki?

 

Dodać należy, że buntowniczą ludność przesiedlono do Lucery i okolic na południu Italii, jednak wcale nie wiązało się to z koniecznością konwersji na chrześcijaństwo. Przesiedleńcy, których liczbę ocenia się na 60 tys., z czego aż 1/3 trafiło do samej Lucery, dostali w mieście nawet własny meczet, cieszyli się przywilejami, a znaczna część służyła w wojskach cesarskich. Żyli tam dość spokojnie aż do czasów andegaweńskich. Kto nie wierzy, niechaj sięgnie po „Nieszpory sycylijskie” czy choćby do hasła Muslim settlement of Lucera w Wikipedii angielskiej. A jeszcze więcej znajdzie w eseju Ferdynanda Gregoroviusa „Lucera. Saraceńska osada Hohenstaufów w Apulii”. („Wędrówki po Włoszech”, PIW 1990, t. II, s. 127 – 144). Włosi także opracowali to zagadnienie w swojej Wikipedii, natomiast w polskiej wciąż go brakuje, podobnie jak hasła Muzułmański podbój Sycylii.

 

Nie wiem, czy przekaz medialny na temat Arabów jest efektem podporządkowania się trendowi politycznej poprawności, czy też po prostu historycznej ignorancji ze strony autorki (a może to Onet skrócił i przeinaczył pierwotny tekst?). W każdym razie jest to przekaz bardzo szkodliwy, umniejszający winy muzułmanów, a wcale nie wyjaśniający powodów postępowania chrześcijan. 80 % czytelników (rozmyślnie nawiązuję do Zasady 80  na  20 Vilfredo Pareto) nie zna bowiem takich szczegółów historycznych. U części z nich spowoduje to dysonans poznawczy, a u nastawionych antychrześcijańsko – wzmocni fałszywe przekonanie o rzekomo pokojowym nastawieniu wyznawców Proroka i równie wiarygodnej agresji chrześcijan, a w szczególności krzyżowców. Nawet przy zachowaniu najdalej posuniętego obiektywizmu tekst powinien brzmieć mniej więcej tak:

Licząca 6 tys. mieszkańców miejscowość, położona koło Agrigento, została założona przez Arabów w IX wieku wkrótce po podbiciu przez nich Sycylii. (…) Potomkowie najeźdźcówAfryki – pomimo rewindykacji wyspy przez Normanów – mieszkali tam w dobrobycie do 1223 roku, kiedy wszczęli bunt przeciwko Fryderykowi II. Pewną część Arabów wymordowały po jego stłumieniu dwa lata później wojska królewskie, ale większość przesiedlono do Apulii, gdzie jednak zagwarantowano wolność wyznania i przywileje.

 

Ta narracja nie jest zresztą wyjątkiem. W dwutomowej monografii „The Cambridge History of the Byzantine Empire” z 2008 roku (przekład polski „Bizancjum ok. 500 – 1024” i „Bizancjum 1024 – 1492”, DIALOG 2012 i 2015) pod redakcją Jonathana Sheparda uderzyło mnie zdanie (w tej chwili nie podam strony) o bizantyjskich podbojach na Wschodzie, choć obiektywnie rzecz biorąc była to tylko rewindykacja utraconego terytorium. Także autorzy hasła Cesarstwo Bizantyńskie w polskiej Wikipedii w kilku miejscach używają na określenie działań tego państwa słowa podbój tam, gdzie stosowniejsze byłoby odzyskanie, odbicie, rewindykacja.

 

Przedostaje się również ta narracja do beletrystyki. Świetny skądinąd francuski autor kryminałów Maxime Chattam wykorzystał emocje mieszkańców oblężonej w 1098 roku przez krzyżowców Antiochii jako paralelne do cierpień ofiar nowojorskiego mordercy:

Pod koniec XI wieku, podczas pierwszej wyprawy krzyżowej, miasto Antakya starożytna Antiochia – przez osiem miesięcy było oblegane przez chrześcijan. Muzułmanie bronili swoich dóbr, jak długo mogli. Krzyżowcy obcinali jeńcom głowy i wrzucali je za mury zarówno po to, żeby wzbudzić przerażenie, jak i po to, żeby rozprzestrzenić choroby. Zamknijmy na krótką chwilę oczy naszego życia i obudźmy się wśród tych murów, drżących pod naporem kamieni ciskanych przez katapulty wroga. Są tam mężczyźni, kobiety i dzieci, przyglądający się armii z Zachodu, która nadchodzi nocą. W migoczących płomieniach pochodni widać zbroje bez twarzy, machiny wojenne i kosze pełne odrąbanych głów. Forteca Antakya zaraz się podda, a wtedy nic już nie powstrzyma chrześcijan. Za chwilę zaleją ulice, niosąc śmierć pod płaszczami i w blasku krzywdzących mieczy. Mężczyźni czują, jak serca zamierają im w obliczu rzezi, kobietom krew ścina się w żyłach, dzieci zaś cicho płaczą. Wiedzą, że wkrótce zginą; ich łzy stają się bardziej gorzkie od strachu niż od nienawiści. Tysiące spojrzeń zastyga, podczas gdy taran uderza w bramę. Już po wszystkim. Śmierć zagląda do środka.

Tysiąc lat później, wśród gęstów oparów spowijających Brooklyn, na papierze fotograficznym zostało utrwalone na zawsze to samo intensywne spojrzenie, ta sama tępa, przepełniona przerażeniem rezygnacja.

(„W ciemnościach strachu”, Wydawnictwo Sonia Draga 2018,  początek rozdz. XI)

 

Gdyby Chattam przeczytał I tom „Dziejów wypraw krzyżowych” (PIW 1987) Runcimana, wiedziałby, że Antiochia i inne miasta syryjskie wpadły – podobnie jak Sycylia w ręce Arabów – pod jarzmo tureckie skutkiem zdrady jednostki, a zdecydowanie wbrew woli autochtonów. A w 1098 roku pozostawała pod nim dopiero od 13 lat. Mieszkająca tam większość ormiańska i grecka oczekiwała zachodnich łacinników z mieszanymi uczuciami, jednak ostatecznie przyłączyła się do rozprawy z niewiernym okupantem. A poza tym przekonałby się Francuz, że I krucjatę – międzynarodową koalicję ponad podziałami – zwołano przede wszystkim w celu odyskania terytoriów bizantyjskich na Wschodzie i pomocy tamtejszym chrześcijanom, tłamszonym przez tureckich najeźdźców. Nikt jednak na Zachodzie nie ruszyłby się z domu w celu obrony nieznanych sobie ludzi na nieznanym terytorium, toteż masy zmobilizowano hasłem „Odzyskania Grobu Świętego”. To już jednak materiał na inny artykuł.

 

W omawianych przypadkach autorów tekstów można podzielić na 2 grupy: ignorantów i retorów. Ignoranci (3 pierwsze przypadki) wykazali brak znajomości podstawowych pojęć określających relacje rodzinne i zwyczaje, użyli anachronicznych nazw historycznych. To jeszcze można im wybaczyć: teraz zapewne doczytają i poprawią się, będą też uważali na słowa w innych przypadkach. Zapraszam ich zresztą na korepetycje. Oczywiście odpłatne, zgodnie z żydowskim przysłowiem: „Lekarz, który nie bierze nic, nie wart nic”.

Burnetki, Wysockiej Chattama na korepetycje nie zaproszę; nie są bowiem ignorantami, lecz najwyraźniej znają prawidła retoryki, albowiem cytowane fragmenty ich tekstów trudno mi zaklasyfikować do informacji, opinii i analiz, wypełniają natomiast niewątpliwie znamiona perswazji, ocierając się o manipulacje, zatem perswazji nakłaniającej, którą Mirosław Korolko w „Sztuce retoryki” (Wiedza Powszechna 1990, s. 31) utożsamia z propagandą. Retoryki rozumianej bardziej jako sztuka perswazji, czyli przekonywania (a jeszcze lepiej: oddziaływania), gdzie etyka nie zawsze jest wartością pierwszoplanową, a mniej jako Ars bene dicendi (Sztuka dobrej mowy/wysławiania się) postulowana przez Kwintyliana.

 

Nie wiem natomiast, do której grupy zaklasyfikować polskich wikipedystów, bo pozostają zbyt anonimowi i trudno byłoby sprawdzić, kto z nich użył niefortunnego słowa podbój na określenie odzyskiwanej własności, jak również – dlaczego nie ma dotąd hasła o muzułmańskim podboju Sycylii.

 

Proponuję teraz krótką analizę retoryczną. Analizę – powtarzam – tylko powyższych fragmentów, które wzbudzają kontrowersje. Nie kwestionuję bowiem ani informacyjnych treści artykułu Wysockiej odnośnie do oferty władz sycylijskiego miasteczka, ani walorów powieści Chattama (po 10 rozdziałach frapującej lektury dygresja o Antiochii wywołała we mnie dysonans i niesmak, jednak potem zaciekawienie intrygą wciąż rosło); a choć z wywodem i tezami Burnetki po prostu się nie zgadzam, to przecież nie polemika z całością jest celem mojego tekstu. Burnetko próbował przekonać czytelników, że bratanica to niezbyt bliska krewna, a skoro tak, to chyba nie powinna ją obchodzić dobra sława stryja; Wysocka, że pokojowi muzułmanie zasiedlili Sycylię, lecz agresywni chrześcijanie pozbawili ich mienia, ojczyzny, a nawet życia; Chattam – że w Antiochii z dawien dawna mieszkali wyłącznie islamiści, a tamtejsze dobra były ich prawowitą własnością. W jaki sposób?

 

Wyżej wymienieni –  zgodnie z regułami kompozycyjnymi – kontrowersyjne twierdzenia (sui generis dygresje) wtopili w teksty. U Wysockiej jest to 6-te oraz 10-te, 11-te i 12-te zdanie. U Burnetki – dopiero 9-te i następne, zaś u Chattama – dwa początkowe akapity XI rozdziału. Dlatego niewprawny odbiorca nie zauważy tych mankamentów, gdyż będzie interesować go główny wątek, jednak być może podświadomie przejmie tę narrację i wzmocni swe przekonanie o opresywności chrześcijaństwa, pacyfizmie islamu, dalekim pokrewieństwie z wujami, zwłaszcza jeśli już wcześniej posiadł powierzchowną wiedzę na ten temat, bądź nie dysponuje żadną wiedzą, a owi autorzy i media są dlań niekwestionowanymi autorytetami. Ich wypowiedzi wzmacniają toposy inwencyjne – wypróbowane przez wieki środki oratorskie, a wśród nich toposy z podobieństwa, a zwłaszcza toposy z przeciwieństwa, czyli antytetyczne zestawienia rzeczy. Ale najciekawsze jest posłużenie się znaną od Starożytności amplifikacją, czyli środkiem stylistycznym, a zarazem techniką manipulacyjną, polegającą na celowym powiększeniu bądź pomniejszeniu faktów, osób czy pojęć poprzez uwypuklenie (wzrost), porównanie, domniemanie (rozumowanie), kumulację (nagromadzenie).

 

Tak więc Burnetko, zamiast prawidłowo nazwać zniesławionego Edwarda Malinowskiego stryjem, wybrał coraz częściej używany, lecz błędny, synonim na określenie brata ojca: wuj. W ostatnich dekadach nastąpiła deprecjacja wuja poprzez rozszerzenie pola semantycznego tego pojęcia: wuj to już nie tylko brat matki, ale i ojca, kuzyn rodziców, mąż ciotki, cioteczny bądź stryjeczny dziadek, jakiś starszy kuzyn, którego ze względu na wiek wypada tak nazywać, wreszcie znajomy rodziców albo nawet konkubent matki – co wyśmiewałem 26 lat temu w żartobliwym felietonie „Kim jest wujek?”, zamieszczonym  w niszowym periodyku „Nihil Obstat”. Stryj natomiast w omawianym przypadku brzmiałby zbyt dostojnie i uroczyście. Burnetko zatem – świadomy tej nieznajomości wśród mas – dopuścił się pomniejszenia rangi pokrewieństwa, używając nawet zdrobnienia wujek, akceptowalnego w tekstach literackich, lecz przecież nie w opracowaniach naukowych i w poważnych artykułach, a osłabiając je dodatkowo domniemaniem, jakoby była to nie tak bliska w sumie krewna. Dalej jest już tylko gorzej: wujek Edward to ponoć grabieżca, donosiciel, współsprawca śmierci oto chwyt polegający na odwołaniu się do negatywnej kategorii pojęć. Jak już wiemy, te pomówienia powstały z pomieszania postaci sołtysa  z innym Edwardem Malinowskim. Gdyby autorzy „Dalej jest noc” mieli (tak jak ja) praktykę genealogiczną, ustaliliby najpierw filiację i fakty metrykalne wszystkich Edwardów Malinowskich w okolicy, przez co uniknęliby procesu, a Burnetko nie musiałby się silić na retorykę.

 

Wysocka posłużyła się toposami z przeciwieństwa i negatywnymi pojęciami, przy okazji pomijając w historii Sambuco to, co niewygodne, niepasujące do idyllicznego obrazu muzułmańskiej społeczności wyspy. Zatem Arabowie to przybysze, budujący zamek, zakładający osadę (niemal architekci), gdy tymczasem wojska Fryderyka podbijają, mordują (czyli są mordercami) i – w domyśle – zmuszają muzułmanów do przejścia na chrześcijaństwo. W ramach amplifikacji – powiększono zasługi muzułmanów, umniejszono zaś chrześcijan. I odwrotnie: powiększono zbrodnie chrześcijan – a zbrodnie muzułmańskie pominięto milczeniem (kolejny chwyt retoryczny). W dodatku zrobienie z antypapieskiego cesarza (uwielbianego przez Gregoroviusa, a nie cierpianego przez Runcimana) jakiegoś szczególnego wroga islamu zakrawa na kpinę z inteligencji odbiorcy. Z tekstu zresztą nie wiadomo, czy większość Arabów zamordowano na całym terytorium podbitym przez Fryderyka, czy tylko w Sambuco.

 

Jeszcze dalej posunął się Chattam. Nie tylko zniekształcił obraz dziejów Bliskiego Wschodu w Średniowieczu, nie tylko przeinaczył szczegóły zdobycia Antiochii (żaden taran nic nie wskórał, lecz kluczową wieżę udostępnił ormiański renegat), ale nagromadził negatywne kategorie odnośnie do chrześcijan: krzyżowcy nie dość, że oblegają cudze miasto, to ścinają głowy, budzą przerażenie, rozprzestrzeniają choroby, niosą śmierć. W przeciwieństwie do konkretniejszych – pełnych uczuć – muzułmańskich mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy tylko bronią swej własności (tak naprawdę 13 lat wcześniej zrabowanej Grekom i Ormianom) – chrześcijanie są zdepersonalizowani: nadchodzą nocą (w domyśle – niczym jakieś upiory), noszą zbroje bez twarzy i krzywdzące miecze. Nie mają żadnych ludzkich uczuć, inaczej niż muzułmanie, którym autor przypisał cały katalog afektów perswazyjnych: strach, płacz, zamieranie serc, ścinanie krwi w żyłach. I tylko trochę nienawiści. Topos z podobieństwa wyraża się oczywiście w zestawieniu wspólnych emocji ofiar średniowiecznych krzyżowców i nowojorskiego mordercy:  to samo intensywne spojrzenie, ta sama tępa, przepełniona przerażeniem rezygnacja.

 

Wystarczy. Czy chcemy takiego dziennikarstwa, takiej literatury, takich haseł? Przemycania antychrześcijańskich czy antyrodzinnych treści mimochodem, podczas poruszania innych tematów? Widać zobojętnieliśmy, skoro brakuje reakcji. Dlaczego od wydawców nie oczekujemy stosownych przypisów, kiedy dygresje autorów idą w niebezpiecznych kierunkach? – Takiego przypisu zabrakło przecież w powieści Chattama, choć jeszcze jakieś 20 lat temu często opatrywano komentarzami także literaturę piękną.

 

Bez poprawnej znajomości historii lepiej pominąć dziejowe analogie w powieściach. Bez niej nie ma też profesjonalnego dziennikarstwa. Dobry dziennikarz korzysta ze słowników, jeśli nie zna prawidłowych znaczeń wyrazów – w dobie Internetu nie musi w tym celu wychodzić do biblioteki, ani nawet sięgać do półki. Dobry dziennikarz nie kompromituje się źle użytą retoryką; lepiej przekazać rzetelną informację w sposób mało efektowny, ale przystępny, niżeli epatować odbiorcę retorycznymi popisami. A gdy chce jawnie opowiedzieć się po stronie sporu, powinien czynić to dyskretnie – przynajmniej sine irae (bo o et studio już wówczas trudno). A nade wszystko – dziennikarz, naukowiec czy powieściopisarz – podejmuje wysiłek dotarcia do źródeł pierwotnych (np. ksiąg metrykalnych) albo przynajmniej do poważnych opracowań naukowych.

Stanowisko CMWP SDP w sprawie projektu nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji

CMWP SDP popiera zmiany w ustawie z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji, przewidziane w projekcie nowelizacji w/w ustawy (druk sejmowy nr 1389, dalej: „Projekt”), których celem jest doprecyzowanie regulacji umożliwiających przeciwdziałanie przejęciu kontroli nad nadawcami radiowymi i telewizyjnymi przez podmioty spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG).

 

Obecnie obowiązujące uregulowania w/w ustawy (dalej: „Ustawa”) nie gwarantują transparentności własnościowej na rynku mediów elektronicznych oraz umożliwiają obchodzenie przepisów podczas zmian właścicielskich w spółkach medialnych, nadających programy na podstawie koncesji radiowych i telewizyjnych. Wynika to z faktu, iż normy prawne tej ustawy dotyczące udzielenia koncesji dla spółek z udziałem tzw. osób zagranicznych uwzględniają jedynie formalną, a nie rzeczywistą strukturę kapitałową tych podmiotów. Jako przykład wskazać można art. 35 ust. 2 pkt 1 ustawy, zgodnie z którym koncesja dla spółki z udziałem osób zagranicznych może być udzielona, jeżeli udział kapitałowy osób zagranicznych w spółce lub udział osób zagranicznych w kapitale zakładowym spółki nie przekracza 49%. CMWP SDP zwraca uwagę, iż w ustawie znajduje się przepis ograniczający wysokość kapitału zagranicznego w mediach, które działają na podstawie koncesji, istnieje od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej, ale jest on nieprecyzyjny i łatwy do obejścia, bowiem mimo pewnych obostrzeń w nim zawartych, daje jednak możliwość, aby osoby zagraniczne spoza EOG wywierały kluczowy wpływ na zarządzanie spółką – koncesjonariuszem. Wydaje się, że jest to sprzeczne z intencją ustawodawcy, według której koncesjonariusz nie tylko powinien być podmiotem zlokalizowanym w krajach EOG, ale przede wszystkim powinien być realnie zarządzany przez właściciela mającego siedzibę w EOG. Innymi słowy, obecnie przepisy ustawy są nieszczelne i przez to anachroniczne. Ocena struktury kapitałowej spółki powinna bowiem obejmować realny, a nie czysto formalny obszar jej zarządzania. Ograniczanie analizy sytuacji podmiotu do stanu formalnego, bez zrozumienia, kto jest jego realnym właścicielem (decydentem), prowadzi do wniosków sprzecznych z rzeczywistością rynkową.

 

Projektowana nowelizacja wychodzi naprzeciw temu problemowi. W ocenie CMWP SDP proponowane zmiany nie naruszają zasady wolności słowa, a ich celem jest jedynie ochrona rynku medialnego przed przejmowaniem kontroli nad nadawcami przez podmioty spoza EOG (w praktyce – spoza Unii Europejskiej), a więc również z państw mogących stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa Państwa Polskiego.  CMWP SDP wielokrotnie wskazywało na zagrożenia związane z niekontrolowaną obecnością kapitału zagranicznego na polskim rynku medialnym, dlatego też projektowaną nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji postrzega jako szansę na poprawę tej sytuacji.

 

Projekt zakłada, że wprowadzane nowelizacją przepisy dotyczące koncesji dla spółek z udziałem kapitałowym osób zagranicznych nie będą miały zastosowania do podmiotów z siedzibą (miejscem zamieszkania) w państwie członkowskim EOG „pod warunkiem, że osoba taka nie jest zależna, w rozumieniu Kodeksu spółek handlowych, od osoby zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie niebędącym państwem członkowskim EOG”. Jak wiadomo, EOG to strefa wolnego handlu i wspólny rynek, obejmujący państwa Unii Europejskiej i Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA), czyli oprócz państw członkowskich UE, także Norwegię, Islandię i Lichtenstein. Tak więc odnoszenie się do EOG jako jednego z kryteriów jest w tym przypadku rozwiązaniem prawidłowym, a ponadto zbieżnym z dotychczasową metodą regulacji przyjętą w Ustawie.

 

Jednocześnie CMWP SDP apeluje do parlamentarzystów o wypracowanie rozwiązania, które dałoby dotychczasowym nadawcom szansę na dalsze funkcjonowanie na rynku mediów, pod warunkiem spełnienia wymogów ustawowych. Jak wiadomo, dotyczy to przede wszystkim stacji TVN, która obecnie jest w trakcie rozmów z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji w sprawie przedłużenia koncesji dla anteny TVN 24.  Właścicielem TVN jest amerykański koncern Discovery, ale zarządza stacją za pośrednictwem wirtualnej spółki Polish Television Holding BV, zarejestrowanej w Holandii i nie zatrudniającej pracowników. Tak więc projekt powinien przewidywać odpowiednie vacatio legis, umożliwiające podmiotom znajdującym się w takiej sytuacji dostosowanie ich struktury właścicielskiej do znowelizowanych przepisów. W tym zakresie ustawodawca powinien rzeczowo i obiektywnie, m. in. w oparciu o opinie ekspertów rynku kapitałowego rozważyć, czy przewidziany w art. 2 Projektu termin 6 – miesięczny, jest w tym zakresie odpowiedni.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

 

Michał Jaszewski, doradca prawny SDP

 

Warszawa, 3 sierpnia 2021 r.

TVN będzie nadawał, bo musi być pluralizm – rozmowa z posłanką, byłą dziennikarką JOANNĄ LICHOCKĄ

Mówimy tylko o TVN, ale nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji nie dotyczy tylko tej stacji, ale usunięcia luki w prawie. Przecież może być sytuacja, że lukę w prawie wykorzysta Russia Today, wejdzie na polski rynek medialny i go zdominuje. Polskie prawo musi tę sprawę rozwiązać – mówi Joanna Lichocka, posłanka PiS, członkini Komisji Kultury i Środków Przekazu, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą.

 

Czy nie obawia się pani, iż nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji sprawi, że Amerykanie nie sprzedadzą nam czołgów Abrams i pogorszą się relację z USA?

 

Skąd takie pytanie?

 

Tak twierdzi Onet.

 

Ale kto bierze na poważnie Onet.

 

Czyli nie ma takich obaw?

 

Mamy obecnie problem z upadkiem standardów dziennikarskich, niektóre portale, takie jak Onet, zachowują się jakby ich nie znały. Mnie uderzyło zwłaszcza to jak oni piszą o dziennikarzach telewizji publicznej. Podchwytują to, co mówi Platforma Obywatelska. Nie nazywają ich dziennikarzami, ale pracownikami TVP. Ten portal jednoznacznie pokazuje, że nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem. Jest medium propagandowym nawet nie udającym, że sili się na pewien obiektywizm.

 

Czy w Sejmie znajdzie się większość dla nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji? Porozumienie zapowiedziało, że bez przyjęcia ich poprawek nie poprze ustawy. Nie wiadomo też co z Konfederacją.

 

Nie znam odpowiedzi na pytanie czy mamy większość w Sejmie do przegłosowania tych przepisów. Ale pojawia się pytanie czy państwo ma większość i siłę, żeby chronić swój rynek medialny i wprowadzić odpowiednie przepisy. Meritum tego sporu, który obserwujemy wokół nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji nie polega na emocjach i nienawiści, którą rozpętuje totalna opozycja.

 

A na czym?

 

Na luce w prawie, która może być wykorzystywana przez nieprzyjazne nam państwa. To jest problem, który trzeba rozwiązać. W 2004 roku Sejm uchwalił przepisy mówiące o tym, że maksymalny udział kapitału pozaeuropejskiego w mediach działających w Polsce może wynosić 49 proc. To jest również przyjęty od lat standard europejski. Właściciel TVN usiłuje udawać, że próbuje przestrzegać polskiego prawa i powołał na lotnisku w Amsterdamie spółkę, która chyba nie zatrudnia ani jednej osoby.

 

Jakie państwo jest właścicielem TVN, Holandia czy USA?

 

Bardzo dobre pytanie. Charakterystyczne było to, że podczas sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, gdzie dyskutowaliśmy o zmianach w ustawie, wszyscy krytykujący nowelizację mówili o pogorszeniu stosunków polsko-amerykańskich. A przecież formalnie większościowym udziałowcem TVN jest spółka holenderska. Dlaczego nikt nie rozmawia o osi sporu Warszawa-Amterdam?

 

Jak pani sądzi, dlaczego?

 

Bo wszyscy wiedzą, że to fikcja, a firma zarejestrowana na holenderskim lotnisku jest słupem. Sankcjonowanie tego rozwiązania przez państwo polskie byłoby pokazaniem, że są równi i równiejsi w przestrzeganiu polskiego prawa. Dlaczego wpływowa biznesowo i politycznie korporacja ma nie przestrzegać polskiego prawa? Jako parlamentarzysta nie godzę się na to. Dziwi mnie, że nie ma dyskusji na ten temat, tylko jest jakaś debata wokół obrony interesów tej korporacji. Musimy odpowiedzieć sobie na bardzo ważne pytanie, czy polskie państwo jest na tyle silne, aby uszczelnić ustawę. Liczę, że tak, ale nie wiem tego.

 

W tej układance politycznej jest jeszcze element: Paweł Kukiz i jego trzech posłów. Wiadomo jakie będzie ich stanowisko w głosowaniu?

 

Wydaje mi się, że Paweł Kukiz zajmuje stanowisko propaństwowe. Przyjęliśmy zgłoszoną przez jego środowisko poprawkę zakazującą spółkom Skarbu Państwa i spółek zależnym od nich kupowania udziałów w mediach posiadających koncesję. Przychyliliśmy się do tego, żeby nie było zagrożenia przejmowania TVN, chociaż to było wymyślone zagrożenie.  Słuchałam wypowiedzi posłów Pawła Kukiza, np. Jarosława Sachajki. Oni jednoznacznie mówią, że chodzi o powagę polskiego państwa i przestrzegania naszego prawa.

 

Opozycja i niektórzy dziennikarze twierdzą, że podobnych przepisów nie ma w Unii Europejskiej. Nieprawda, we Francji obowiązują jeszcze bardziej restrykcyjne przepisy w tym zakresie. Tam kapitał pochodzący spoza kraju UE w stacji telewizyjnej nie może być wyższy niż 20 proc. Podobne rozwiązania wprowadzono również w Danii i w Austrii.

 

W zasadzie każde państwo w UE chroni swój rynek medialny. Najczęściej realizuje się to przez twarde zapisy, które mówią, że udział kapitału spoza UE nie może przekraczać pułapu 20 czy 30 proc. A jeżeli dochodzi do zwiększania udziału, dzieje się to w drodze absolutnego wyjątku na podstawie dwustronnej umowy międzynarodowej. Opozycja jak zawsze wprowadza opinię publiczną w błąd i pokazuje swoją ignorancję nie tylko jeżeli chodzi o wiedzę ogólną, ale także o to, co ważne dla bezpieczeństwa państwa polskiego, jego statusu i praworządności.

 

Pani poseł a może warto odejść od koncesji dla kanałów satelitarno-kablowych? Takie rozwiązanie  proponował przewodniczący KRRiT Witold Kołodziejski.

 

Nie podoba mi się ten pomysł.

 

Dlaczego?

 

Koncesje mają sens. Media to jednak wrażliwa sfera. Jak się ma koncesję satelitarną można przekazywać program do większości gospodarstw domowych w Polsce, ponieważ do większości z nich dociera kablówka. Warto więc tę sprawę regulować, bo gdybyśmy od tego odeszli na rzecz zwykłego pozwolenia, państwo polskie straci kontrolę nad tym, kto jest nadawcą. Prawdopodobnie to w końcu się zmieni wraz z rozwojem nowych technologii i nowych mediów. Wtedy to nie będzie miało znaczenia, ale obecnie jeszcze ma.

 

Po 26 września TVN przestanie nadawać?

 

Nie, przecież ma koncesję na inne kanały. Jeżeli uchwalimy nowelizację TVN będzie miał 6 miesięcy na uregulowanie statusu właścicielskiego i doprowadzenie do sytuacji, żeby rzeczywiście jej właścicielem w 51 proc. był podmiot europejski, który płaci w Unii podatki i podlega unijnym regulacjom. Ale najpierw musimy przejść przez cały proces ustawodawczy. Sądzę, że w drugim czytaniu, chociaż nie ma jeszcze takiej decyzji, PiS rozważy przyjęcie poprawki proponowanej przez szefa KRRiT Witolda Kołodziejskiego, który proponuje zawieszenie biegu procesu koncesyjnego na czas procedowania ustawy i wejścia w życie przepisów. Chodzi o uniknięcie sytuacji, że TVN24 przestaje funkcjonować, bo nie ma koncesji. Przypomnę, że w KRRiT jest pat w tej sprawie. Nie ma większości za decyzją na udzielenie koncesji ani dla jej nie udzielenia. Nie wiadomo jak rozwinie się sytuacja w KRRiT, bo to instytucja niezawisła i niezależna w swoich decyzjach.

 

Wiceprzewodnicząca KRRiT Teresa Bochwic stwierdziła, że w TVN jest budowany „nierzetelny, nieobiektywny i jednostronny obraz świata wbrew zobowiązaniom koncesyjnym”. Podziela pani tę ocenę?

 

Tak, ale to nie ma nic wspólnego z nowelizacją ustawy, bo bez względy na to czy TVN byłby wzorcem obiektywizmu, czy uprawiałby propagandę tak, jak to robi teraz, nie ma znaczenia dla istnienia luki w prawie. Mówimy tylko o TVN, ale nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji nie dotyczy tylko tej stacji, ale usunięcia luki w prawie. Przecież może być sytuacja, że lukę w prawie wykorzysta Russia Today, wejdzie na polski rynek medialny i go zdominuje. Polskie prawo musi tę sprawę rozwiązać. Rzeczywiście na antenie TVN  spotykamy się z agresywną propagandą. Jestem po spotkaniach z mieszkańcami Poddębic, Szadka i Zduńskiej Woli, którym rozdawałam materiały dotyczące Polskiego Ładu. Muszę powiedzieć, że bardzo wyraźnie widać podczas rozmów, kto jest widzem TVN. Tych osób spotkałam dosłownie kilka, ale telewidzowie TVN reagują negacją i silnymi nienawistnymi emocjami. Nie mają merytorycznych argumentów. Mówią: z PiS-em nie będziemy rozmawiać, albo ktoś z oddali krzyczy, bo z bliska nie ma odwagi: J…ć PiS.

 

Stara się pani z tymi ludźmi rozmawiać?

 

Jeżeli mi się uda z kimś porozmawiać od razu zarzucają, że współpracujemy z Putinem i chcemy zamknąć TVN. Jeżeli pozwalają mi dojść do słowa odpowiadam, że nie chcemy zamykać TVN, a nasza nowelizacja uszczelnia ustawę. Przekonuję, że TVN będzie nadawał, bo musi być pluralizm, a my jako PiS chcemy, żeby w Polsce była wolność słowa i wolność debaty. Telewizja zgodna z ich postrzeganiem rzeczywistości, bo już taki ukłon robię w stronę rozmówców, również musi być reprezentowana w debacie publicznej. Ludziom bez względu na podział polityczny zależy na debacie i na tym, żeby ich poglądy miały medialną  reprezentację.

 

Z czego wynika trudność PO w zbieraniu podpisów pod likwidacją TVP Info?

 

Nawet ludzie, którzy spotykam i są negatywnie nastawieni do PiS nie opowiadają się za likwidacją TVP Info. Mówią, że Wiadomości TVP to propaganda. Pytają, jak można tak kłamać jak telewizja publiczna. Ale kiedy pytam czy trzeba zlikwidować TVP Info, rzadko kto z nich odpowiada twierdząco. Mówią jednak, że trzeba coś z tym zrobić. Wartość różnych głosów, istnienia różnych telewizji jest wartością wyznawaną przez wszystkie strony debaty.

 

Uda się zbudować większość wokół nowelizacji o radiofonii i telewizji w Senacie?

 

Senat nie jest ostatecznym politycznym weryfikatorem tych przepisów. Spodziewam się po marszałku Grodzkim różnych teatrów. Podczas prac nad nowelizacją Kodeksu postępowania administracyjnego zaprosił ambasadorów innych państw, żeby dyskutowali nad tym, czy Polska ma prawo nowelizować swoje przepisy. Być może marszałka Grodzkiego zaszczyci swoją obecnością ambasador Stanów Zjednoczonych. Mam również nadzieję, że pojawi się ambasador Holandii. Wydaje mi się, że taka większość może się znaleźć.

 

Brzmi bardzo optymistycznie. Dlaczego tak pani uważa?

 

Jeżeli odsunie się na bok dyskusje związaną z walką PiS kontra antyPiS, dla wielu polityków oczywiste jest istnienie luki w prawie, podobnie jak i to, że należy nią się zająć. Wystarczy porozmawiać na „offie” z niezacietrzewionymi posłami opozycji. Mówią też: dlaczego tak późno się obudziliście i dlaczego tak głupio to robicie? Nic nie możecie zrobić normalnie? Pojawia się również rutynowy zarzut wobec PiS, że jak coś robi musi wzbudzać awantury. Uszczelnianie ustawy o radiofonii i telewizji jest dla polityków różnych opcji oczywistą oczywistością. Dlatego być może w Senacie znajdzie się do tego większość. Liczę, że w Senacie wygra zdrowy rozsądek.

 

Prezydent Andrzej Duda nie zawaha się podpisać nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji?

 

Wyobraża pan sobie prezydenta Rzeczypospolitej wetującego ustawę, która domyka lukę w prawie? Sądzi pan, że prezydent zgodzi się, aby Polsce mogła grać na nosie międzynarodowa korporacja? Wyobraża pan sobie prezydenta Rzeczypospolitej, który staje po stronie interesów korporacji, a nie po stronie interesu polskiego państwa? Jeżeli nie zrobimy jakieś bubla prawnego to możemy być spokojni o podpis prezydenta Rzeczypospolitej.

 

Różne rzeczy mogą się zdarzyć. Sprawa nowelizacji rozgrzała Twittera. Występujący w TVP Jarosław Jakimowicz napisał pod adresem dziennikarzy TVN: „Spieszcie się szmaciarze zadawać pytania”. Jak pani skomentuje te słowa?

 

Pozwoli pan, że nie będę komentować słów pana Jakimowicza. To mocno tabloidowa publicystyka i nie chciałabym się do niej odnosić.

 

Rozmawiał Tomasz Plaskota, fot. Wikipedia

 


Joanna Lichocka

Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Była dziennikarka i publicystka, autorka filmów dokumentalnych. Obecnie polityk, posłanka PiS, członkini Komisji Kultury i Środków Przekazu oraz Rady Mediów Narodowych.

W swojej karierze zawodowej pracowała m.in. w „Tygodniku Solidarność”, Życiu”, „Przyjaciółce”, TVP, Polsacie, TV Puls, Telewizji Republika, współpracowała z „Newsweek Polska”. Była publicystką m.in. „Rzeczpospolitej” oraz zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Polskiej Codziennie”.  

 

 

Agappe.pl zaskakuje dojrzałością – ekspert o szansach „katolickiego Facebooka”

Serwis społecznościowy dla katolików? Dlaczego nie. Początkowo myślałem tak: Agappe.pl nie należy z góry skreślać, że niby „niszowy” serwis, w necie na wszystko jest miejsce. Okazało się, że to dobrze naoliwiona społecznościówka z wszystkimi znanymi z Facebooka czy Twittera „wodotryskami”. W dodatku jest to, co może kogoś zaskoczy, platforma biznesowa plus ecommerce. Zaskoczyli mnie.

 

Po problemach z telefoniczną weryfikacją konta, bo mechanizm weryfikacji telefonicznej nie zadziałał zrazu, w końcu jednak dołączyłem do społeczności. Problemy techniczne to oczywiście nic nowego czy zaskakującego i nie powinno być niespodzianką dla nikogo, kto cokolwiek tworzył, budował, testował i recenzował w internecie. Sygnalizuję autorom jako problem do „ogarnięcia”.

 

Przypomniałem sobie od razu, jak kilka miesięcy temu pisałem tu o platformie Albicla. Udostępniona została jako serwis ewidentnie niegotowy, z mnóstwem luk, niedoróbek i błędów. Po kilku miesiącach, sprawdzona ciężkim bojem (bo rzucili się na nią hejterzy polityczni, ubrani w strój „ekspertów”, oraz armia zwykłych trolli), Albicla, można powiedzieć, technicznie wyszła na prostą. Gdy rejestrowałem się w serwisie rozwijanym przez ludzi Kościoła, spodziewałem się czegoś podobnego jak w styczniu w Albicla. Okazało się, że serwis Fundacji Nowa Pięćdziesiątnica Archidiecezji Lubelskiej jest na zupełnie innym poziomie niż startująca wówczas Albicla. W Agappe.pl wszystko „śmiga” jak należy. To w sensie technicznym właściwie już dojrzały serwis.

 

Facebook, biznes i modlitwa

 

Po przezwyciężeniu problemu weryfikacji w Agappe.pl (choć nie wiem dokładnie, jak to się stało – nagle znalazłem się na nowej stronie, która pozwalała na weryfikację emailową, która zadziałała), wszedłem do społeczności, jak się okazało, już do pewnego stopnia rozwiniętej i do serwisu, w którym była już historia publikacji, stron, grup, forów. Okazało się, że jest to już gotowy do użytku, działający sprawnie ekosystem.

 

Użytkownik ma na platformie do dyspozycji obiekty i funkcje podobne do znanych z Facebooka, możliwości tworzenia stron, grup, albumów, relacji, z mechanizmem powiadomień w postaci oczywiście dzwonu. Zaskoczył mnie silny element komercyjny w postaci sklepu, prezentacji ofert, ogłoszeń o pracy, połączony również z możliwością zamieszczania własnych produktów i ofert sprzedaży. Agappe.pl oferuje oprócz podstawowego darmowego członkostwa, także cztery poziomy „premium”, od „Sympatyka”, przez „Ambasadora Ewangelizacji” i „Apostoła” po „Vip”-a. Jednak te plany, ceny i harmonogramy ważności planów cenowych są z pewnością jeszcze do przemyślenia dla autorów serwisu. Ja w tym, co ujrzałem, zauważyłem mankamenty logiczne.

 

Ustawienia profilu, prywatności, uwierzytelniania, powiadomień, zarządzanie sesjami i zarobkami zarówno w punktach jak i w realnych pieniądzach, pierwsze zresztą wymienialne na drugie – to wszystko jest w Agappe.pl zaskakująco bogato rozbudowane. Wchodziłem tam z nastawieniem, że wszystko tu będzie kręcić się wokół Kościoła, modlitwy i życia parafialnego, a ujrzałem serwis skrojony na charakter w dużym stopniu biznesowy, dający użytkownikom w tych aspektach potencjalnie ciekawsze możliwości niż Facebook i LinkedIn razem wzięte. Oczywiście nie sprawdziłem, jak działają te komercyjne funkcje, bo to niemożliwe bez prawdziwego zaangażowania, czyli… podjęcia na Agappe.pl operacji biznesowych a ja byłem jedynie zwiedzającym. Oceniam zamysł a ten wcale nie jest taki „kościółkowy” jak to mogłoby się wydawać komuś, kto o Agappe.pl przelotnie usłyszy czy przeczyta w mediach jakąś pobieżną wzmiankę.

 

Co więcej, czytając w strumieniu wpisów komunikaty sygnowane „Platforma Agappe”, odnoszę wrażenie, że twórcy mają pełną świadomość tego co robią, mają przemyślaną strategię i harmonogram rozwoju serwisu. „Pan Bóg się troszczy, dlatego idziemy do przodu. Na tym etapie Agappe.pl posiada funkcje podobne do Facebooka (posty, strony, wydarzenia itd.),” czytam we wpisie. Zatem tak miało być, serwis miał na tym etapie odtwarzać typowe doświadczenie użytkownika Facebooka i tego rodzaju użytkownik łatwo odnajdzie na alternatywnej platformie Agappe to wszystko, co zna z zuckerbergowego tworu.

 

Co dalej? „W kolejnym etapie razem z developerami będziemy tworzyć specyficzne narzędzia dla duszpasterstw, wspólnot, ruchów, księży, diecezji i.in.,” informują twórcy zapraszając do dyskusji i zgłaszania potrzeb i sugestii. No więc zgłosiłem tam na forum pomysł funkcjonalności „Pomódl się za autora posta,” jako społecznościowej reakcji na trollowanie, np. antyklerykałów, którzy mogą zjawić się na Agappe.pl i zapewne nie przegapią okazji.

 

W odróżnieniu jednak od Albicli, z pewnością ta społecznościówka dla katolików, nie jest łatwym celem dla szukających niedoskonałości techniczno-funkcjonalnych, i pretekstu, by móc kopnąć nielubianą przez nich grupę społeczną. Konto nie jest weryfikowane przez proboszcza, więc antyklerykalne trolle z pewnością się zjawią. Jednak jakoś jestem spokojny, że prowadzący Agappe sobie z nimi poradzą.

 

Platforma ma rozbudowany regulamin, który chroni ją przed treściami o bezprawnym charakterze. Czy jest bezpieczna? Cóż, jeśli nie pozwoli ukraść danych użytkowników, co nagminnie zdarza się Facebookowi, Twitterowi czy LinkedIn, to jest bezpieczniejsza niż te wielkie społecznościówki i to kończy temat.

 

Bierność użytkowników z Facebooka – czy można ją przezwyciężyć?

 

Porównuję Agappe.pl głównie z Facebookiem, gdyż platforma w obecnym kształcie silnie się kojarzy z wszystkim tym, co znają użytkownicy tego giganta. I, jeśli będzie się rozrastać, to zapewne głównie kosztem Facebooka.

 

Choć upadek może potrwać jeszcze dość długo, Facebook jest bez wątpienia serwisem schyłkowym, którego młodsi ludzie przestali używać, a najmłodsi nawet nie podejmują już próby używania. Grupą aktywną pozostają na nim ludzie w średnim i starszym wieku. Dla większości z nich samo stworzenie konta i używanie funkcjonalności błękitnej platformy jest największym „technologicznym” osiągnięciem w życiu. Trochę przykro mi to mówić, ale ja, osoba, która od dawna ma dość Facebooka i najchętniej by go porzuciła, używam go wciąż w celach komunikacyjnych, promocyjnych, komercyjnych w pewnym sensie właśnie z powodu inercji odbiorców z wyżej opisanej grupy, którzy są wciąż potencjalnymi odbiorcami tego co tworzę i staram się promować.

 

Tak, starałem się namówić znajomych na alternatywy, na przejście na platformy mniej cenzurowane politycznie, mniej opresyjne i wredne, ale, choć wiele osób w dyskusjach zgadza się ze mną, to pozostaje i tkwi w tej swojej facebookowej „ojczyźnie”, niestety, mam wrażenie, iż na tej samej zasadzie co glisty ze znanego być może niektórym dosadnego dowcipu.

 

Może tym razem, gdy pojawiła się społecznościówka Agappe.pl dadzą się namówić, zwłaszcza ci, którzy na Facebooku zapraszają mnie do modlitwy. Ta katolicka platforma, zapewniam, ma to wszystko, co ma Facebook, a nawet więcej. Czas na kolejne wielkie wyzwanie i osiągnięcie w waszym życiu – opuszczenie Facebooka i wejście (razem ze znajomymi i rodziną) na podobną, nie gorszą platformę.

 

Nisza czy uniwersalność

 

Raczej na pewno nie można powiedzieć, że Agappe.pl jest serwisem sprofilowanym głównie z myślą o najmłodszym użytkowniku, ale oczywiście nie jest to też „platforma dla osób starszych”. Stosuje inny kwantyfikator, ponadpokoleniowy, wyznaniowy, tożsamościowy. Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że choć powstała pod patronatem Kościoła, platforma w swej strukturze i funkcjach nie wymaga, aby użytkownik w jakikolwiek sposób zajmował się kwestiami religii. Owszem tego rodzaju wątki w serwisie obecnie dominują, ale to dlatego, że użytkowników nie jest jeszcze tak wielu i społeczność obraca się w kręgu zbliżonym do twórców.

 

Przypominam ponownie, że Agappe.pl, co dla wielu może być największym zaskoczeniem, jest również pomyślana jako platforma biznesowa z mechanizmami pozwalającymi użytkownikom zarabiać. Ja po dwóch dniach od założenia konta, jednym poście i jednym komentarzu, miałem trzy grosze w swoim portfelu. Potencjalnie te aspekty mogą sprawić, że ów teoretyczne „modlitewny” serwis jest czymś bardzo nowoczesnym, gdyż płynie na fali najnowszych światowych trendów w społecznościach internetowych.

 

W ostatnich latach dało się zauważyć coś takiego, jak nowa fala społecznościówek, które, oprócz tego, że zwykle są „antyfacebookiem” albo „antytwitterem”, charakteryzują się najczęściej tym, że pozwalają użytkowników generować przychody, często z dużym stopniem swobody i twórczej samodzielności. Jak należy rozumieć, projektuje się takie mechanizmy z chęci odróżnienia od wielkich chciwych platform, które generują przychody tylko dla siebie, zarabiając na użytkownikach, a ściśle na ich danych.

 

Pisałem już o nowych propozycjach tego typu na portalu SDP, wymieniając w tym gronie np. komunikator Kik, bardzo podobny do Messengera Facebooka a zarazem do Snapchata. Użytkownicy mogą wysyłać tu wiadomości zarówno do pojedynczych znajomych, jak i do całych grup. Od innych komunikatorów odróżnia Kika nacisk na prywatność. W przeciwieństwie do innych aplikacji do wysyłania wiadomości, nie wymaga podania numeru telefonu. Użytkownicy mogą zachować anonimowość, rejestrując się za pomocą nazwy lub adresu e-mail. Kik znajduje się w pierwszej dziesiątce aplikacji dla nastolatków w Stanach Zjednoczonych. Użytkownicy Kika mogą zarabiać pieniądze (serwis ma swoją własną kryptowalutę nazywaną Kin), biorąc udział w ankietach przeprowadzanych przez marki, udostępniając treści lub podejmując inne działania w społeczności.

 

Umożliwiającym użytkownikom generowanie przychodów serwisem do transmisji strumieniowych jest Caffeine.tv, zbudowany przez byłych deweloperów Apple. Można tam strumieniowo transmitować treści multimedialne z komputera lub telewizora, gry wideo, ale również inne treści. Serwis oferuje aktywnym i popularnym „nadawcom” możliwość zarabiania.

 

Jednym z charakterystycznych pomysłów, który ma nagradzać finansowo za aktywność i ciekawe treści jest Steemit. Zasada działania serwisu jest podobna do amerykańskiego Reddita czy polskiego Wykopu. Jednak zamiast samej tylko satysfakcji z popularności udostępnianych treści w tym serwisie użytkownik ma szansę na gromadzenie kryptowaluty o nazwie „Steem”. Niestety stawiając na kryptowaluty musimy się liczyć z wszystkimi wadami tego rynku czyli z ogromnymi wahaniami kursu.

 

Agappe.pl, jak pisałem, niekoniecznie jest serwisem tematycznym, o niszowym charakterze. Może, dzięki użytkownikom, zyskać znacznie bardziej uniwersalny charakter, ale można też dzieło ludzi Kościoła potraktować jako taką „wąską” tematycznie platformę. Jeśli serwis społecznościowy rozwija się, to jego oblicze i charakter wyłaniają się z czasem a potem mogą ewoluować. Doświadczenie uczy, że sztywne ramy tracą na znaczeniu a jeśli ktoś się przy nich upiera, to szkodzi rozwojowi platformy.

 

Jednak gdyby Agappe.pl trzymało się jednego tematu, religii, modlitwy, życia duchowego, to nie jest to nic szczególnie nowego, gdyż takie tematyczne i „sektorowe” społecznościówki powstają od bardzo dawna. Są takie propozycje na świecie jak np. społecznościowa FindSisterhood dla kobiet, która pozwala użytkowniczkom dyskutować na tematy osobiste w sposób całkowicie anonimowy, giełda lokalnych i sąsiedzkich informacji NextDoor czy Care2, skupiająca 30 milionów ludzi społeczność, która „o coś walczy”, przez organizowanie się, petycje i samopomoc stara się zmienić świat na lepsze.

 

Nisze społecznościowe bywają mocno specyficzne. Jest serwis AOC poświęcony aktywności Alexandrii Ocasio-Cortez, kontrowersyjnej amerykańskiej polityk o poglądach będących mieszanką komunizmu i skrajnego ekologizmu. Powstała sieć tych, którzy odeszli z Facebooka – FaceOff – której celem jest zachowanie kontaktu z wszystkimi, którzy wciąż pozostają na błękitnej platformie. Istnieje nawet platforma nastolatków o nazwie ParentsSpace, która skupia się tematycznie na przewagach nowych typów serwisów społecznościowych nad „serwisami rodziców”, głównie Facebookiem i Twitterem. Podobno analitycy giełdowi opierają na jej treściach swoje przewidywania dotyczące akcji „starych” społecznościówek.

 

Powstało nawet coś takiego jak Readit – anonimowa platforma społecznościowa dla osób, które lubią czytać książki tylko w formacie papierowym, poświęcona w dużym stopniu krytykowaniu ludzi, którzy czytają książki w formacie elektronicznym. Najniżej na Readit notowani są ci, którzy czytają książki w smartfonach i na tabletach.

 

Czy Agappe.pl pójdzie tą drogą, serwisu niejako „wertykalnego”, czyli skupiającego się na jednym typie wątków i aspektów życia społecznościowego, związanych z aktywnością religijną, czy też jednak rozprzestrzeni się horyzontalnie i uniwersalnie, bo konstrukcja techniczna na to pozwala, na wielotematyczną alternatywę dla udręczonych użytkowników Facebooka i trochę w mniejszym stopniu Twittera? Tego nie wiem. Spokojnie i bez zastrzeżeń mogę jednak polecić serwis ludziom szukającym ucieczki z opresyjnych wielkich społecznościówek.

 

Mirosław Usidus

Chyży rój – ŁUKASZ WARZECHA o tym, gdzie zaczyna się obelga

Polityk, ale też publicysta, nie powinien mieć wrażliwości nastolatki w okresie dojrzewania. Jedną z najbardziej żenujących rzeczy jest, gdy w obronie osoby publicznej, ostro werbalnie potraktowanej, stają samozwańczy arbitrzy elegancji – jej zwolennicy – którzy pouczają, że nie można o niej powiedzieć lub napisać, iż jest niemądra, jest psychopatą, wygaduje idiotyzmy, plecie brednie, kłamie, robi z ludzi idiotów, a w ogóle należy bezwzględnie przed nazwiskiem dodawać „pan” lub „pani”. Każde medium ma swoją poetykę. Inaczej pisze się na Twitterze, inaczej w tabloidzie, inaczej w gazecie opiniotwórczej. W jednych miejscach akceptowalny jest język ostrzejszy, w innych nie. Zresztą to, co dzisiaj mogłoby się wydawać zdecydowanie zbyt ostre, w przedwojennej publicystyce było normalne – z czego często nie zdajemy sobie sprawy.

 

To rzekłszy, mam problem z „chyżym rojem”, czyli grą słówek, której użył w swoim programie na żywo w TV Republika Jacek Sobala w odniesieniu do Donalda Tuska. Nie muszę chyba tłumaczyć, co w rzeczywistości znaczy „chyży rój” – wystarczy przestawić pierwsze litery.

 

Mój problem wynika z tego, że nie akceptuję bigoterii, także w mediach, lecz zarazem coś tu zgrzyta. Program „Mówi się” zahacza o coś w rodzaju telewizyjnego stand-upu, czyli satyrycznego monologu, w którym z zasady mogą padać słowa niecenzuralne – choć jednak stand-upem nie jest, a prowadzący jest publicystą z długą zawodową historią. Powiedziałbym więc, że prowadzącemu wolno w nim więcej niż w klasycznym programie publicystycznym – ale jednak nie wszystko. Tu – trudno się z Jackiem Sobalą nie zgodzić – żadne słowo niecenzuralne wprost nie padło, a słów „chyży rój” (nie wymieniając zresztą nazwiska polityka) użył Sobala tylko raz i mimochodem. Zatem reakcja na ten wtręt przypomina trochę sytuację, gdy przed wyborami kilka lat temu jeden z biskupów podczas kazania mówił, żeby nie głosować na złodziei, na co automatycznie oburzyli się politycy Platformy Obywatelskiej. Inna sprawa, że określenie „chyży rój” w odniesieniu do przewodniczącego PO funkcjonuje w kręgach zwolenników obecnej władzy od lat, więc wszyscy świetnie wiedzą, o co chodzi. Sobala wrócił do tematu dopiero, gdy wokół jego słów zrobiła się awantura. Skruchy nie wykazał.

 

Czy warto było się burzyć o te dwa słowa, które przemknęły gdzieś w toku 20-minutowego programu? Moim zdaniem – nie. Ale to nie sprawia, że problem znika, ponieważ, jak zwykle, pozostaje kwestia granic. Była to bowiem bez wątpienia obelga, tyle że lekko zakamuflowana. Jak zareagowaliby Jacek Sobala albo Tomasz Sakiewicz, gdyby w programie z przeciwnej politycznie strony ktoś powiedział o Jarosławie Kaczyńskim np. „konus z hiacyntem w klapie”, czyniąc również aluzję do dawnych rzekomych rewelacji choćby Janusza Palikota? To, rzecz jasna, pytanie retoryczne. Oburzenia moglibyśmy być pewni.

 

Jako się rzekło, politycy muszą być przygotowani na to, że będą traktowani bardzo ostro. I nie idzie tu tylko o czysto merytoryczną krytykę. Czasem w publicystyce potrzebne jest także mocne określenie, skrótowo opisujące negatywne cechy danej osoby – stąd wspomniany przeze mnie na początku „psychopata”, którego to słowa sam użyłem kilkakrotnie w stosunku do ministra Adama Niedzielskiego. Tyle że „psychopata”, jakkolwiek jest to słowo mocne, nie jest wprost obelgą. Tak samo kwalifikowałbym choćby słowo „idiota”, mające zresztą swój grecki rodowód, oznaczające osobę niezainteresowaną sprawami publicznymi (idiotes) w odróżnieniu od polites.

 

Owszem, granica jest płynna i może zależeć od wrażliwości językowej, a jednak da się ją wyznaczyć. Zbędna, trudna do zaakceptowania obelga zaczyna się tam, gdzie wobec danej osoby używamy wulgarnego określenia, które na dodatek nie ma żadnego odniesienia do jej istotnych cech i do sprawy. A nawet jeżeli ma, możemy użyć określenia owszem, złośliwego, ale jednak nie wulgarnego. Trudno się zgodzić, aby dziennikarz miał nazywać nawet najgorzej przez siebie ocenianego polityka, robiącego rzeczy najgłupsze, „poj…em”, gdy może o nim powiedzieć, że słabo myśli, jest niewydolny intelektualnie, bezrozumny – itd. Kiepskim pomysłem jest też odnoszenie się do cech fizycznych.

 

Używane przez nas, dziennikarzy, określenia rezonują z emocjami odbiorców. Z jednej strony mamy dać odpowiednie rzeczy słowo i to czasami musi być słowo mocne; z drugiej jeśli jest to nasz jedyny sposób komentowania i mówienia o tej czy innej osobie publicznej – w oczach widzów, słuchaczy czy czytelników będzie następować jej stopniowa degradacja aż do momentu, gdy taki ktoś stanie się obiektem czystej nienawiści. Mam nadzieję, że o to nikomu nie chodzi.

 

Łukasz Warzecha

Protest CMWP SDP przeciwko skazaniu przez sąd w Niemczech ks. prof. Dariusza Oko

CMWP SDP stanowczo protestuje przeciwko skazaniu ks. prof. Dariusza Oko przez Sąd Rejonowy w Kolonii w Niemczech za opublikowanie artykułu w czasopiśmie naukowym na temat działającej w Kościele Katolickim homoseksualnej grupy przestępczej. Wyrok ten narusza zasadę wolności słowa, w tym szczególnie wolności akademickiej, które chroni zarówno niemiecka konstytucja, jak i prawo międzynarodowe. Godzi również w wolność sumienia i religii. CMWP SDP apeluje o uchylenie tego wyroku i zapowiada objęcie tej sprawy monitoringiem.

 

Ks. prof. Dariusz Oko został skazany przez Sąd Rejonowy w Kolonii na karę grzywny w wysokości 4 800 euro za „podżeganie do nienawiści” poprzez opublikowanie w naukowym czasopiśmie „Thelogisches” artykułu p.t. „O konieczności ograniczania klik homoseksualnych w Kościele”, w którym opisuje zjawisko wewnątrzkościelnych homoseksualnych grup przestępczych działających na szkodę nieletnich oraz wykorzystujących zależnych od niej kleryków. Wraz z nim skazany został również redaktor naczelny tego czasopisma, niemiecki teolog ks. prof. Johannes Stöhr. Wyrok nakazowy nałożony na ks. prof. Dariusza Oko przez Sąd Rejonowy w Kolonii stoi w sprzeczności z Ustawą Zasadniczą Republiki Federalnej Niemiec, a także z międzynarodowymi dokumentami, w tym z Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, która gwarantuje każdemu prawo do nieskrępowanego wyrażania swoich poglądów. Nadto, w przypadku, gdyby miał on być egzekwowany w Polsce, należałoby go również uznać za rażąco sprzeczny z Konstytucją RP oraz godzący w polski porządek prawny, poprzez niedopuszczalną ingerencję w wolność słowa i religii.

 

Szczególnie bulwersujące jest w tym przypadku to, iż ks. prof. Dariusz Oko został skazany za napisanie i opublikowanie tekstu naukowego w przeznaczonym do tego miesięczniku. Jego artykuł jest naukową refleksją nad tytułowym zagadnieniem, jest opatrzony szczegółową bibliografią i naukowymi przypisami. Tekst ten stanowi opinię autora dotyczącą istotnych problemów współczesnego Kościoła. Ks. prof. Dariusz Oko oraz ks. prof. Johannes Stöhr, redaktor naczelny wydawanego od ponad 50 lat periodyku „Thelogisches” zdecydowali się w ten sposób zainicjować akademicką dyskusję na trudny i wywołujący społeczne emocje w wielu krajach na całym świecie. Nie powinni być za to karani.

 

CMWP SDP zwraca uwagę, iż zgodnie z art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe. Artykuł 19 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka stanowi, iż Każdy człowiek ma prawo wolności opinii i wyrażania jej; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnej opinii, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice. Natomiast w myśl artykułu 19 ust. 2 Międzynarodowego Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych: Każdy człowiek ma prawo do swobodnego wyrażania opinii; prawo to obejmuje swobodę poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkich informacji i poglądów, bez względu na granice państwowe, ustnie, pismem lub drukiem, w postaci dzieła sztuki bądź w jakikolwiek inny sposób według własnego wyboru. Ponadto zgodnie z artykułem 5 Ustawy Zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec każdy ma prawo do swobodnego wypowiadania i rozpowszechniania swoich poglądów w słowie, piśmie i obrazie oraz do pozyskiwania bez przeszkód informacji z powszechnie dostępnych źródeł. Zapewnia się wolność prasy oraz wolność informacji za pośrednictwem radia, telewizji i filmu. Nie stosuje się cenzury (punkt 1), oraz zapewnia się wolność sztuki i nauki, badań naukowych i nauczania. Wolność nauczania nie zwalnia od wierności wobec konstytucji (punkt 2). Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz), wolność słowa dotyczy nie tylko prawa do informacji lub opinii nieobraźliwych lub neutralnych, ale nawet tych, które są obraźliwe, szokujące lub niepokojące (sprawa Prager i Oberschlick przeciwko Austrii, skarga nr 11662/85).

 

CMWP stoi ponadto na stanowisku, iż orzeczona w tym wypadku kara dla autora artykułu prof. Dariusza Oko stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie zarówno Ks. Prof. Dariusza Oko, jak i innych naukowców lub dziennikarzy, do podejmowania istotnej oraz wywołującej społeczne emocje tematyki związków pedofilii i homoseksualizmu (także w Kościele) oraz jej społecznych skutków. Skazanie ks. prof. Dariusza Oko powoduje tzw. efekt mrożący (tzw. chilling effect), wielokrotnie opisywany na gruncie prawa polskiego, jak i międzynarodowego. Jest to nie do pogodzenia z opartą na dążeniu do prawdy i prezentacji różnych punktów widzenia pracą naukową i publicystyczną, do której zobowiązani są zarówno dziennikarze, jak i naukowcy. Należy przy tym podkreślić, iż w interesie społecznym mają oni prawo wyrażać publicznie swoje poglądy nawet w trudnych i kontrowersyjnych sprawach.

 

Niezależnie od powyższego należy również podkreślić, że ks. prof. Dariusz Oko zajął stanowisko w specyficznej dziedzinie naukowej, jaką jest teologia katolicka. Jest oczywiste, że nie ma ona racji bytu bez wiary katolickiej. Z kolei, stosunek katolicyzmu do zjawiska homoseksualizmu jest powszechnie znany od czasów antycznych. Aspekt ten został również wyraźnie wyeksponowany w Biblii. W związku z tym stosowanie przymusu państwowego wobec katolickich kapłanów za wyrażenie przez nich opinii teologicznej jest ich prześladowaniem za wierność wierze, a w ujęciu formalnoprawnym – rażącym naruszeniem wolności sumienia i religii. Żaden organ państwowy (w tym sądowy) nie może oczekiwać od nikogo, aby w imię tzw. poprawności politycznej nie tylko zrezygnował z wolności słowa, ale wręcz wyparł się zasad swojej religii. Nie ulega wątpliwości, że skoro organy sądowe ingerują w zasady rządzące religią, tym bardziej ochoczo będą ingerować w wypowiedzi niemotywowane religijnie. Jeżeli zjawisko takie dopuścić, wówczas zarówno wolność sumienia i religii, ale również wolność słowa przestaną istnieć. Uwzględniając powyższe, powołany na wstępie wyrok sądowy stanowi klasyczny przykład „niszczenia wolności w imię wolności”, co jest w Europie zjawiskiem coraz częściej spotykanym. CMWP SDP stanowczo sprzeciwia się takim praktykom.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Michał Jaszewski, doradca prawny SDP

 

artykuł za który ks. prof. Dariusz Oko został ukarany jest tu :

wersja polska: Ks. D. Oko Art. Homokliki

wersja niemiecka:  2021 – Theol – 01 und 02 – druck end

 

Warszawa, 29 lipca 2021

 

Społecznościowo, ale po katolicku – ks. ARTUR STOPKA o projekcie Agappe

Oczywistością wydaje się istnienie ściśle katolickich czasopism, radiostacji, telewizji, a nawet serwisów internetowych. Czy dotyczy to także katolickich mediów społecznościowych?

 

U progu tegorocznych wakacji pojawił się w polskojęzycznym internecie nowy serwis społecznościowy pod nazwą Agappe.pl. „Szczęść Boże! Dołącz do katolickich social media. Twórz posty, strony, grupy, wydarzenia. Dziel się wiarą!” – zachęcają inicjatorzy przedsięwzięcia. Apelując o udostępnianie „wartościowych treści”, informują na wstępie, że Agappe.pl to platforma dla osób wierzących i poszukujących. Definiują się, jako społeczność osób, które nie wstydzą się Jezusa. Obiecują stuprocentową prywatność, przekonując, że dzięki systemowi followersów, to użytkownik decyduje, co chce wyświetlać w serwisie. Obiecują też „Więcej bezpieczeństwa”, zapewniając jeszcze przed rejestracją potencjalnego użytkownika, że jego konto jest w pełni bezpieczne, ponieważ nigdy nie udostępniają danych stronom trzecim.

 

Mają zmysł wiary

 

Wśród informacji/wskazówek poprzedzających rejestrację w serwisie znalazło się m. in. zalecenie, aby używać wyłącznie prawdziwego zdjęcia profilowego (lub domyślnego). „Konta, które nie spełniają wymagań regulaminu zostaną skasowane lub wyłączone” – ostrzegają twórcy przedsięwzięcia. Dodają, że konta, które korzystają z tymczasowych adresów e-mail lub numerów telefonów są w Agappe.pl blokowane. W ramach procesu weryfikacyjnego przy rejestracji trzeba wpisać kod, który otrzymuje się na podany numer telefonu.

 

W wypowiedziach dla mediów ks. Artur Potrapeluk, prezes lubelskiej Fundacji Nowa Pięćdziesiątnica, która jest właścicielem i operatorem nowej platformy społecznościowej, informował m. in., że treści, które pojawiają się na Agappe.pl, są moderowane pod kątem nie tylko moralnym, ale też poprawności doktrynalnej, związanej z nauczaniem Kościoła katolickiego. „Badamy, czy wpisy nie pochodzą np. z niepotwierdzonych objawień prywatnych” – wyjaśniał. Dodał, że bardzo często, zanim jeszcze moderator dotrze do kontrowersyjnego wpisu, sami użytkownicy mają taki zmysł wiary, że wyłapują i zgłaszają, że coś jest nie tak.

 

Absolutnie nie wierzę

 

Podpytywani przez branżowe media eksperci są raczej zgodni. Szanse na sukces nowego sieciowego przedsięwzięcia oceniają sceptycznie. „Tworzy się niepotrzebne byty, które utrudniają użytkownikom życie” – stwierdził nawet w rozmowie z serwisem WirtualneMedia medioznawca Maciej Myśliwiec. Doprecyzował, że przez takie inicjatywy internauci muszą korzystać z jednego portalu, by mieć kontakt z jednymi znajomymi i drugiego, żeby mieć kontakt z innymi. Jego zdaniem dywersyfikacja treści dla użytkownika końcowego nie jest niczym dobrym. „Niezależnie od pobudek, dla których stworzono medium” – podkreślił.

 

Niestety absolutnie nie wierzę w sukces serwisów takich jak Agappe. Niestety, bo oczywiście fajnie byłoby, gdyby wciąż istniała tak łatwa do zajęcia przestrzeń na nowe społecznościówki” – przyznał Norbert Kilen, strategy director w agencji On Board Think Kong w wypowiedzi zamieszczonej w serwisie dobreprogramy.pl.

 

Może być sukcesem

 

Podobnych opinii o szansach katolickiego serwisu społecznościowego można znaleźć znacznie więcej. Ale nie wszyscy całkowicie i z góry go przekreślają. Np. w rozmowie z serwisem press.pl Monika Czaplicka z agencji Wobuzz wskazała, że serwis może być sukcesem, jeśli twórcy będą mieli świadomość, czego mogą oczekiwać, zarówno w odniesieniu do użytkowników, jak i reklamodawców. „Wiele portali tematycznych jest interesującym kąskiem dla reklamodawców. Nawet przy kilku tysiącach użytkowników i hojnych kieszeniach wiernych mają szansę funkcjonować” – prognozowała ekspertka. Jej zdaniem przyszłość Agappe.pl zależy w głównej mierze od jego promocji. Sugerowała, że efekt wirusowy może przynieść kilku zapalonych księży, którzy namówią podczas Mszy świętej wiernych do rejestracji w serwisie.

 

Oceny Moniki Czaplickiej delikatnie wskazują na jeszcze jeden aspekt całej sprawy. Rodzi się pytanie, czy Kościół dzisiaj potrzebuje takich inicjatyw, jak Agappe.pl. Ks. Potrapeluk w mediach twierdzi, że nowy serwis społecznościowy jest odpowiedzią na zapotrzebowanie. Kwestia jest jednak szersza niż tylko istnienie jednego sieciowego bytu z etykietką „katolicki”.

 

Przekaz jest bezpieczny

 

Na pierwszy rzut oka rzecz wydaje się prosta i oczywista. Istnieją przecież katolickie, (w tym stricte kościelne) czasopisma, radiostacje, telewizje, strony i serwisy internetowe. Nikt nie ukrywa, że ich adresatami są przede wszystkim ludzie wierzący, należący do Kościoła katolickiego. Nie jest nadużyciem określanie ich mianem „konfesyjnych”. Ich podstawowym zadaniem jest przekaz wiary z nastawieniem nie tyle na zdobywanie nowych wyznawców, ile na utwierdzanie i umacnianie już wierzących. To zadanie ważne i potrzebne.

 

Wiara religijna wymaga nieustannej pielęgnacji, wprowadzania w codzienne życie jej zasad oraz aplikowania ich do konkretnych sytuacji i okoliczności. Tradycyjne media mogą być skutecznymi narzędziami w takim procesie. Są w niewielkim stopniu interaktywne, więc ich przekaz jest bezpieczny, istnieją znikome szanse na jego zakłócenie. W ten model wpisują się również w jakimś stopniu internetowe strony i serwisy, pod warunkiem, że znacząco zostaną w nich ograniczone takie elementy, jak komentarze pod tekstami lub fora dyskusyjne.

 

Nie mają umowy z Kościołem

 

Problem w tym, że dziś jedną z najważniejszych i najpowszechniejszych form korzystania z globalnej sieci są serwisy społecznościowe. To już nie jest jakaś osobna „wirtualna” rzeczywistość, ale część zwyczajnej egzystencji miliardów ludzi na świecie. Media społecznościowe to coś więcej, niż tylko narzędzia komunikacyjne, to środowisko funkcjonowania. To oczywiste, że korzystają z nich miliony katolików. Także po to, aby głosić swoją wiarę i ją umacniać. Również w Polsce nie brak osób (duchownych i świeckich), które w mediach społecznościowych zamieszczają materiały formacyjne, a nawet podejmują pobożnościowe inicjatywy.

 

Jednak w odróżnieniu od mediów tradycyjnych, społecznościowe nie gwarantują bezpiecznego przekazu. Leżąca u ich podstaw interaktywność stwarza duże możliwości jego zakłócenia. W dodatku to właściciele narzucają reguły dotyczące publikowanych treści. To w ich rękach znajdują się skuteczne narzędzia moderacji. Nie mają umowy z Kościołem, że jego członkowie będą traktowani inaczej, niż cała reszta użytkowników. W tym kontekście zrozumiała wydaje się tęsknota niektórych środowisk kościelnych za taką przestrzenią funkcjonowania również w sieci, którą można o wiele bardziej, a nawet w pełni, kontrolować. I w której można się czuć bezpiecznie, która byłaby strefą komfortu, jakiej wielkie platformy społecznościowe nie gwarantują. Wygląda na to, że Agappe.pl jest jedną z prób zaspokojenia tej tęsknoty.

 

Przyniesie Kościołowi pożytek?

 

Czy to jest droga, która spotka się z powszechnym zainteresowaniem katolików i przyniesie Kościołowi pożytek? Czas pokaże. Dziś próby tworzenia wyłącznie katolickich stref społecznościowych w internecie kojarzą się niektórym z takimi pomysłami, jak budowane od kilkunastu lat miasto Ave Maria na Florydzie czy katolickie osiedle pod Warszawą.

 

Jest oczywiste, że wkraczając do globalnej sieci Kościół, katolicy, chcąc nie chcąc, muszą działać według panujących w niej zasad, reguł, a także w jakimś stopniu trendów i tendencji. Jedną z bardzo silnych – także w mediach społecznościowych – jest aktualnie tworzenie „baniek”, nie tylko informacyjnych, ale filtrujących pod bardzo konkretnym kątem treści, które docierają do konkretnego użytkownika. Choć twórcy Agappe.pl zapewniają, że nie chcą tworzyć kolejnej „bańki”, zamysł jednak sam w sobie mocno odpowiada „bańkowym” regułom. Jak wskazują specjaliści, istotą sieciowej „bańki” jest to, że do użytkownika docierają tylko takie treści, które odpowiednie algorytmy (stworzone przez konkretnych ludzi) określiły jako zbieżne z jego światopoglądem oraz zainteresowaniami.

 

Warto jednak zapytać, czy akurat w tej kwestii członkowie Kościoła obecni w internecie nie powinni iść zdecydowanie pod prąd. Bo czy katolicy zamknięci w bezpiecznej internetowej „bańce” wypełnią powierzoną im przez Chrystusa misję głoszenia Ewangelii aż po krańce świata? Także w globalnej sieci?

 

Ks. Artur Stopka

Siła twórcza – ks. MARIUSZ FRUKACZ o polskim, katolickim Facebooku

Media katolickie w Polsce mają coraz ciekawszą ofertę, nie tylko dla młodego pokolenia. Przykładem tego jest Agappe.pl, to serwis społecznościowym stworzony z myślą o katolikach. Pomysłodawcą aplikacji jest ks. Artur Potrapeluk, koordynator lubelskiej Odnowy w Duchu Świętym. Oczywiście, zasadne jest pytanie czy ten serwis ma szansę na rynku?

 

Odpowiadając na to pytanie można zgodzić się z Moniką Czaplicką z agencji Wobuzz, która podkreśla, że serwis może być sukcesem, jeśli twórcy będą mieli świadomość, czego mogą oczekiwać, jeżeli chodzi o użytkowników i reklamodawców. Podkreśla Czaplicka, iż „wiele portali tematycznych jest interesującym kąskiem dla reklamodawców. Nawet przy kilku tysiącach użytkowników i hojnych kieszeniach wiernych mają szansę funkcjonować”. (TUTAJ)

 

Z myślą o wierzących

 

Wydaje się jednak, że twórcom serwisu nie chodzi jedynie o sukces rynkowy. Powodzenia związanego z przekazem wiary nie mierzy się ilością reklamodawców. Chociaż oczywiście sama kwestia finansowego utrzymania serwisu jest ważna.  W rozmowie z KAI ks. Artur Potrapeluk, prezes fundacji Nowa Pięćdziesiątnica z Lublina podkreśla, że  Agappe.pl to „nowe miejsce w Internecie, w którym można bez skrępowania dzielić się wiarą”. „Jest to medium dla osób wierzących, w którym mogliby dzielić się w sposób nieskrępowany swoją wiarą, ale także dla poszukujących. Oczywiście w czasie rejestracji nie jest weryfikowane, czy ktoś jest w jakiejś wspólnocie czy przychodzi tylko co niedzielę do kościoła, albo czy jest tylko osobą ochrzczoną” – stwierdził ks. Potrapeluk.

 

Wśród użytkowników portalu są osoby zaangażowane w życie Kościoła. W rozmowie z KAI ks. Potrapeluk podkreśla, że użytkownicy portalu „dzielą się swoimi pasjami, piszą blogi, kręcą filmy, są youtuberami. Ta wymiana treści sprawia, że właśnie na Agappe.pl odkrywamy taki wartościowy kontent”. Duchowny dodaje, że „rejestracja na platformie Agappe.pl jest oczywiście bezpłatna, jednak dla osób, które chciałyby wesprzeć ewangelizację przygotowaliśmy możliwość wykupienia pakietu, dzięki któremu będą mogły promować swoje posty czy strony. Jednak bez tego także można korzystać z portalu i wszystkich jego funkcjonalności. Agappe.pl jest finansowane ze środków własnych fundacji czy darowizn sponsorów, a dodatkowo tworzymy społeczność patronów w serwisie Patronite.pl”.

 

Kiedy myślimy o jakimkolwiek sukcesie Agappe.pl, to warto zwrócić uwagę na to, że serwis powstał w środowisku ludzi związanych z Odnową w Duchu Świętym. To są ludzie bardzo zaangażowani w życie Kościoła. Potrafią także przyciągać wielu młodych osób do wspólnoty wiary. W dzisiejszym Kościele w Polsce jest spora liczba cieszących się dużą popularnością Szkół Nowej Ewangelizacji. A ci ludzie potrafią łączyć rzeczywiste przeżywanie wiary z zaangażowaną obecnością w Kościele, ożywiając parafie, z promocją wiary w sieci. Ja bym w tym upatrywał ewentualnego sukcesu Agappe.pl .

 

Ponadto jak zapewnia ks. Potrapeluk, na tym katolickim social medium znajdują się zarówno profesjonaliści z zakresu branży IT czy bezpieczeństwa danych, a także absolwenci teologii. Ważne jest, że czytelnicy znajdują na nim treści moderowane pod kątem nie tylko moralnym, ale też poprawności doktrynalnej, związanej z nauczaniem Kościoła katolickiego. A tego bardzo potrzeba dzisiaj – szczególnie młodemu pokoleniu – by pomóc w budowaniu zmysłu wiary.

 

Szansa dla młodych katolików

 

Serwis skierowany jest do wszystkich katolików i osób wierzących, ale jest to przede wszystkim szansa dla młodego pokolenia do pogłębienia wiary. Warto pamiętać, że wiary nie da się przeżyć on-line – to jednak taki serwis może być pomocny w dotarciu do młodych ludzi.

 

Chociaż rzeczywistość wirtualna cyberprzestrzeni nie może stać się zamiennikiem prawdziwej wspólnoty ludzkiej, wcielonej rzeczywistości sakramentów i liturgii czy też bezpośredniej proklamacji Ewangelii, może jednak je uzupełniać, przyciągać ludzi do pełniejszego doświadczenia życia wiary i ubogacać religijne życie korzystających z niej osób. Dostarcza ona także Kościołowi środka komunikacji w stosunku do szczególnych grup – młodzieży i młodych osób dorosłych, osób starszych i zamkniętych w domach, żyjących na odległych terenach, członków innych grup religijnych – z którymi kontakt innymi sposobami jest utrudniony

– czytamy w dokumencie Papieskiej Rady ds. Środków Społecznego Przekazu nt. Kościół a Internet z 2002 r.

 

W związku z zaistnieniem na polskim rynku Agappe.pl warto również zapytać o stosunek młodego pokolenia do Internetu i nowych mediów, bo właśnie w tej przestrzeni Kościół powinien być mocno obecny. Otóż w 2014 r., na zlecenie NASK oraz Rzecznika Praw Dziecka, Wyższa Szkoła Nauk Społecznych PEDAGOGIUM przeprowadziła badania „Nastolatki wobec Internetu”, z których wynika, że w domu codziennie z Internetu korzysta 93,4% badanych. Korzystanie z sieci wśród młodego pokolenia jest zjawiskiem powszechnym. Wyniki badań pokazują również, że rozwój technologii mobilnych znacząco zmienił style korzystania z Internetu przez młodzież. Już ponad połowa młodych osób (52,8%) nie korzysta z komputerów stacjonarnych. Natomiast smartfon służy młodym ludziom do wygodnego korzystania z serwisów społecznościowych, poczty elektronicznej, aplikacji i gier on-line, przeglądania stron www.

 

Badania te pokazują, jak ważna jest obecność Kościoła w sieci, cyberprzetrzeni, czyli tam, gdzie są młodzi ludzie. Dlatego Kościół rozumiejąc popularność portali społecznościowych, blogów, rekolekcji internetowych, stara się właśnie w ten sposób podążać za młodym człowiekiem, a zarazem zdaje sobie sprawę z tego, jak ważny jest komunikatywny język przekazu treści wiary. Nowoczesne narzędzia komunikacji międzyludzkiej mają zbliżać ludzi i nie zasłaniać najważniejszego celu jakim jest zjednoczenie z Bogiem.

 

Warto również sięgnąć do innego raportu NASK z 2018 r. Jest to raport z badań młodych twórców publikujących w internecie 2018 r. (TUTAJ)

 

Celem badań było rozpoznanie doświadczeń i przekonań młodych twórców internetowych. Jak wynika z badań zdecydowana większość badanych internautów prowadziła blogi lub profile na portalach społecznościowych. Tylko jedna osoba prowadziła kanał muzyczny na YouTubie. Szansą dla Agappe.pl jest współtworzenie go z młodymi katolikami.

 

Agappe po grecku znaczy miłość, a jak mówił św. Maksymilian Kolbe „tylko miłość jest siłą twórczą”.

 

Ks. Mariusz Frukacz, dziennikarz Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

Kara więzienia dla Sławomira Matusza bezterminowo zawieszona! Postanowienie Sądu zbieżne ze stanowiskiem CMWP SDP

Sąd Rejonowy w Sosnowcu  na posiedzeniu  27 lipca b.r. nie zarządził wykonania wyroku więzienia dla red. Sławomira Matusza, tylko zawiesił je bezterminowo. Jednocześnie Sąd zarządził, iż red. Matusz będzie podlegał systematycznym badaniom zdrowotnym, by stwierdzić, czy jest w stanie odbyć tę karę.  Obecnie skazany red. Matusz przedstawił zaświadczenie lekarskie, iż nie jest w stanie odbyć  kary więzienia. Redaktorowi Matuszowi grozi kara bezwzględnego więzienia, ponieważ nie stać go było na zapłacenie zasądzonej prawomocnie w procesie z  art. 212 kk grzywny, a stan zdrowia nie pozwalał mu na odbycie zastępczych prac społecznych.   CMWP SDP wspierało dziennikarza w tym procesie, apelując do Sądu o powstrzymanie wykonywania tak drastycznej kary za publikacje opinii oraz poprzez apel do Prezydenta RP o jego ułaskawienie. Stosowne pismo do Kancelarii Prezydenta RP w tej sprawie zostało wysłane w kwietniu b.r. CMWP SDP objęło tę sprawę monitoringiem, jej obserwatorem  jest red. Halina Żwirska. Obrony red. Sławomira Matusza, we współpracy z CMWP SDP, podjął się  mec.  Paweł Matyja.  

 

Pan Sławomir Matusz procesował się z władzami i instytucjami samorządowymi Sosnowca od 2016 roku. Sprawy przed Sądem Rejonowym w Sosnowcu toczyły się w trybie karnym o zniesławienie (art. 212 kk), których p. Matusz rzekomo dopuszczał się w pismach oraz w mailach kierowanych wyłącznie do tych instytucji i ich przedstawicieli. W inkryminowanych pismach i mailach p. Matusz zwracał uwagę na nieprawidłowości w działaniach instytucji, do których pisał. Przykładowo zarzucał wady prawne statutów instytucji kultury w Sosnowcu. Mimo, że Wojewódzki Sąd Administracyjny wydał 5 wyroków, w których potwierdził błędy w ww. statutach, przyznając tym samym rację p. Matuszowi, wyrok dla p. Matusza został utrzymany. W 2018 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy przy SDP pisało: W związku z postępowaniem karnym w sprawie Sławomira Matusza z Sosnowca osk. z art. 212 § 1 k.k. w zw. z art. 191 § 1 kk oraz zapadłym wyrokiem nakazowym, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, działając w niniejszej sprawie jako amicus curiae, protestuje przeciwko zarzutom oskarżenia i wnosi o uniewinnienie wyżej wymienionego. Zapadłe orzeczenie (nieprawomocne) spotkało się z oburzeniem opinii publicznej, szczególnie w środowisku dziennikarskim i artystycznym, bo to właśnie ono (a nie działania samego oskarżonego) najmocniej przyczyniło się do upublicznienia okoliczności sprawy, co m.in. miało naruszyć dobra osobiste urzędników i pracowników instytucji kultury.

 

Panu Sławomirowi Matuszowi zarzucono zniesławienie urzędników samorządowych, jak również stosowanie groźby bezprawnej w celu zmuszenia do określonego działania i skazano wyrokiem nakazowym (nieprawomocnym). Tymczasem Pan Matusz zarzucał występowanie nieprawidłowości w instytucjach podlegających organom samorządu terytorialnego. Tego rodzaju działania leżą w interesie społecznym, do Sądu należy zatem zweryfikowanie zasadności argumentacji oskarżonego, jako społecznika zainteresowanego w prawidłowym działaniu jednostek organizacyjnych finansowanych ze środków publicznych. Wg jego twierdzeń, we wrześniu 2017r. prokuratura wszczęła na podstawie jego zawiadomienia dochodzenie w sprawie korupcji w sosnowieckich instytucjach kultury. Jest to istotna okoliczność, która bezwzględnie powinna była zostać zbadana przez Sąd (a nie została), podobnie jak inne kwestie podnoszone przez p. S. Matusza. Sądowi wydającemu wyrok nakazowy umknęły również inne okoliczności stanu faktycznego, jak choćby to, że p. S. Matusz nie przekazał wysłanych przezeń wiadomości e-mailowych szerokiej opinii publicznej, ale skierował je bezpośrednio do osób których dotyczyły, w tym do organów nadzorczych. Ma to szczególne znaczenie w kontekście ustawowego kontratypu – wyłączenia odpowiedzialności karnej za zniesławienie w przypadku podniesienia prawdziwego zarzutu dotyczącego postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną lub służącego obronie społecznie uzasadnionego interesu (art. 213 § 2 kk).  W niniejszej sprawie Pan Sławomir Matusz nie miał wystarczającej opieki prawnej, nie stać go było na opłacenie usługi adwokata. Z pewnością skutkiem tego stanu rzeczy jest niedotrzymanie przez niego terminów procesowych. Z całą pewnością jednak nie zasługuje ani na tę zasądzoną tak wysoką karę grzywny, ani (w konsekwencji jej niezapłacenia) – na karę bezwzględnego pozbawienia wolności – czytamy w stanowisku CMWP SDP.  CMWP SDP podkreśliło także, iż  obserwuje działania i postawę  red. Sławomira Matusza jako zaangażowanego dziennikarza, twórcę i społecznika od co najmniej 4 lat i dlatego CMWP SDP zwróciło się do Prezydenta RP z prośbą o ułaskawienie red.  Sławomira Matusza od ciążących na nim  orzeczeń karnych, w tym szczególnie od ciążącego na nim wyroku karnego z art. 212 kk.

Znikające dziedzictwo – ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI o „kaczkach dziennikarskich” i „sezonie ogórkowym”

Znika zjawisko dziennikarskich kaczek i sezonu ogórkowego. Jakie są tego powody i czy będziemy za nim tęsknić?

 

Zanikające terminy

 

Ze zbiorowej świadomości znikają powoli terminy dziennikarskie, które w minionym stuleciu były dla wszystkich zrozumiałe. Można do nich zaliczyć na przykład: „kaczkę dziennikarską” i „wiadomości wyssane z palca”. Najprawdopodobniej za chwilę do tego grona dołączy i „sezon ogórkowy”. Już dziś wpisując to zapytanie w okno internetowej wyszukiwarki, dostaniemy przede wszystkim odpowiedzi dotyczące uprawy warzyw. Zagadnienie nie zainteresowało środowiska naukowego, co potwierdził, zapytany o tę kwestię Kierownik Pracowni Dydaktyki Dziennikarstwa, Reklamy i PR Uniwersytetu Jana Kochanowskiego dr Tomasz Chrząstek. Szkoda, bo znika kolejny obszar, który spokojnie można określić mianem dziennikarskiego dziedzictwa. Odchodzi w cień bez wystarczającej analizy i uczonej refleksji. Trudno dziś nawet o dobrą definicję sezonu ogórkowego, popartą zbiorem przykładów. „Kaczka dziennikarska” i „wysysanie wiadomości z palca” miały w tym wypadku więcej szczęścia. Legendarny rysownik Papcio Chmiel ulokował gigantyczny palec w fikcyjnej redakcji pisma „Trele Morele”. Redaktorzy mogli z niego wysysać fałszywe informacje, gdy im brakowało prawdziwych, żeby zapełnić nimi łamy.[1] „Kaczka dziennikarska” to fałszywa wiadomość. Według Władysława Kopalińskiego termin wywodzi się z Francji. Niejaki Cornelius, aby ustalić granicę naiwności czytelników, napisał w artykule, że miał dwadzieścia kaczek, z których jedną zabił, poćwiartował i rzucił pozostałym, które łapczywie ją zjadły. Następnie zabijał kolejne i czynił z nimi podobnie, aż została tylko jedna, która zjadła pozostałych dziewiętnaście. Miało to uzasadnić wyjątkową żarłoczność tego gatunku ptactwa.[2]

 

Szukając definicji

 

Według „Słownika języka polskiego PWN” sezon ogórkowy to okres letniego zastoju w życiu kulturalnym.[3] Internetowe hasło kieruje do Korpusu Języka Polskiego PWN, gdzie znajdziemy kilka przykładów użycia tego terminu. W 1999 r. na łamach pisma „Cosmpolitan” ukazała się taka oto wypowiedź: „- To sezon ogórkowy, nie pracuje się w takim napięciu – mówi Anita Szarlik, dziennikarka. – Trochę tak, jak gdyby przez dwa miesiące była niedziela. Trudno kogokolwiek znaleźć, dlatego każde zdobycie informacji jest plusem”.[4] Kolejny cytat pochodzi już z XXI wieku. W 2004 r. „Fakt” dociekał, dlaczego kolejna seria programu „Idol” pojawi się dopiero wiosną następnego roku. Odpowiedź producentów streszczono w następujący sposób: „Twierdzą, że lato to sezon ogórkowy i wtedy nie warto ruszać z tak dużą produkcją[5]. W 1974 r. w magazynie „Motor” zauważono z pewnym zresztą oburzeniem, że Szkoci mają na sezon ogórkowy Potwora z Loch Ness, a mieszkańcy PRL-u równie interesujące zagadnienie: „jak jeździć? To znaczy przy jakiej proporcji benzyny i oleju”.[6] W Korpusie Języka Polskiego PWN znajdziemy jeszcze kilka przykładów. Najstarsza wzmianka pochodzi z 1974 r., najnowsze z 2004 r.

 

Inaczej termin sezon ogórkowy zdefiniował Piotr Müldner-Nieckowski. Stwierdził, że to okres, w którym nie ma ważnych informacji prasowych.[7] W odróżnieniu od Słownika PWN nie odwołał się w ogóle do kwestii wakacyjnej przerwy w pracy teatrów i innych instytucji wysokiej kultury. Przywołał ten termin jako przykład związku frazeologicznego zwanego frazemem i zjawiska nie badał.

 

Przykłady pociągają

 

Wygląda na to, że pojęcie sezonu ogórkowego najpierw oderwało się od teatralnej posuchy i związało ze względną ciszą w życiu politycznym w czasie parlamentarnych wakacji. Stały dostęp do rozmówców ułatwiła jednak z czasem telefonia komórkowa. Z każdym można się dziś skontaktować, choćby wypoczywał na drugim końcu świata. Liczba informacji, które i tak docierają do redakcji, raczej wymaga selekcji niż wysysania dodatkowych z palca. Redaktor naczelny popularnego serwisu „Scyzoryk się otwiera – satyryczna strona Kielc”, dziennikarz z trzydziestoletnim doświadczeniem Dariusz Gacek, zapytany o przykłady zapamiętanych przez niego tematów, które panowały w sezonach ogórkowych, wylicza błyskawicznie: wieloryb Lolek płynący Wisłą, chomik latający z aparatem, jezioro pełne wódki, aktywność UFO, czyli kręgi w zbożu, puma… To zbiór propozycji, które potem wałkowano przez całe lato. Warto od razu zauważyć, że nie są to kwestie tuzinkowe, wręcz przeciwnie! Wypada pochwalić dziennikarską pomysłowość i znajdowanie tematów, które nie tylko elektryzowały odbiorców, skupiając na sobie uwagę, ale też prawdopodobnie pozwalały autorom dobrze się bawić przy redagowaniu kolejnych materiałów. Taki trening kreatywnego pisania realizowany na oczach odbiorców.

 

Z przykładów zawartych w Korpusie Języka Polskiego PWN wynika, że w świadomości samych dziennikarzy sezon ogórkowy wiązał się z powracającymi doniesieniami na temat Nessie, czyli Potwora z Loch Ness. Starsi czytelnicy na pewno pamiętają, jak przez całe wakacje ekipa „Lata z Radiem” konsekwentnie poszukiwała: „paskudy z Zalewu Zegrzyńskiego”, co miało być rodzimą odpowiedzią na tajemniczą bestię ze szkockiego jeziora.

 

Pojęcia: sezon ogórkowy, kaczka dziennikarska i wiadomości wyssane z palca, wiele łączy. Mowa tu o materiałach sensacyjnych, ale jednocześnie nieszkodliwych, niewywołujących paniki, za to skupiających na sobie uwagę i pozwalających odbiorcom na pogodny uśmiech tuż po odkryciu mistyfikacji i radosną zabawę z przyswajania kolejnych materiałów.

 

Kto „zniknął” sezon ogórkowy

 

Jak już wspomniano najnowsza wzmianka w Korpusie Języka Polskiego PWN pochodzi z 2004 r. Latem 2021 r. trudno znaleźć choćby ślad sezonu ogórkowego. Wciąż docierają do nas komunikaty na temat pandemii, o związanych z tym niepokojach na świecie, programach szczepień, ale też Narodowym Spisie Ludności. Dopiero co skończyło się Euro 2020, a trwa Olimpiada w Tokio. Komunikatów jest pełno. Zupełnie jakby newsy działały jak aplikacja w tle, niby uśpiona, ale przypominająca konsekwentnie o swoim istnieniu. Czasy, o których mówiła Anita Szarlik w 1999 r., bezpowrotnie minęły. Wydaje się, że szczególny wpływ na zanik sezonu ogórkowego ma jednak życie polityczne, prowadzone z niespotykaną dotychczas intensywnością. Zapytana o tę kwestię politolog dr Agnieszka Zaremba odpowiada w następujący sposób:

 

Polityka nie zasypia. Mamy newsy przez 24 godziny to i politycy musieli się dostosować. Obecność w mediach to obecnie być albo nie być dla polityka. Dlatego bardzo wielu wykorzystuje media społecznościowe do kreowania własnego wizerunku, a dla mediów tradycyjnych jest dostępna „na okrągło”. Duże zmiany wywołała pandemia, teraz nikt nie musi zaraz z kamerą przyjeżdżać, wystarczy domowe studio (coraz lepsza jakość kamer w laptopach i telefonach). I z jednej strony to dobrze, że wyborcy mają swoją władzę „na bieżąco”, a z drugiej trochę szkoda, że nie możemy od siebie wzajemnie odpocząć. Poza tym przesyt nie jest wskazany w żadnej dziedzinie i nawet najbardziej zagorzali obserwatorzy sceny politycznej zaczynają się uodparniać na ogromną ilość newsów od polityków. W Polsce w ogóle nie zanosi się w tym roku na sezon ogórkowy. Mamy powrót Donalda Tuska, ciągłe wojenki w obozie rządzącym, konflikt z UE, szczepienia i zakup Abramsow. Od przybytku zdecydowanie tym razem głowa boli.

 

Mundus senescit

 

Ludzie średniowiecza pod pojęciem mundus senescit (świat się starzeje) rozumieli, że: lepiej już było. Może i nam przyjdzie zatęsknić za czasami, w których paskuda bawiła się z dziennikarzami w wodnego berka na Zalewie Zegrzyńskim? Wydaje się, że nikomu by nie zaszkodziła odrobina oddechu i miejsca na pogodny uśmiech, zwłaszcza w wakacje.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, księga XVI, wydanie pierwsze 1981 r.

[2] W. Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988, s. 447.

[3] https://sjp.pwn.pl/slowniki/sezon%20og%C3%B3rkowy.html – dostęp 26.07.2021 r.

[4] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;258,2;34236.html – dostęp 26.07.2021 r.

[5] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;920,2;8867.html – dostęp 26.07.2021 r.

[6] https://sjp.pwn.pl/korpus/zrodlo/sezon-ogorkowy;1908,2;6416.html – dostęp 26.07.2021 r.

[7] P. Müldner-Nieckowski, Wprowadzenie do frazeologii, [w:] Nowy szkolny słownik frazeologiczny, Świat Książki, Warszawa 2004 r., s. 14.