Śmierć i życie plemion – ŁUKASZ WARZECHA o przypadku Szymona Jadczaka

Muszę przyznać, że z pewnym rozbawieniem przyglądałem się aferze wokół tekstu Szymona Jadczaka (i Patryka Słowika, ale ten drugi pozostał na marginesie sprawy), dziennikarza Wirtualnej Polski (do niedawna związanego z TVN24, a wcześniej także z Gazeta.pl), o tym, jak to Donald Tusk przepisał swój majątek na żonę. Rozbawił mnie nie sam tekst (choć dość rozbawiło mnie tłumaczenie Tuska, opublikowane już po pojawieniu się artykułu, w którym przewodniczący PO opowiadał, że takie posunięcie wykonał z powodu obaw o bezpieczeństwo swojej rodziny) ani też nie reakcja fanów Tuska, którzy natychmiast wzięli na celownik Jadczaka. Rozbawiło mnie, że sam Jadczak wydawał się tym zachowaniem publiki z lekka zszokowany.

 

Kto obserwuje redaktora Jadczaka na Twitterze oraz kto zna jego wypowiedzi, ten wie, że pod względem światopoglądowym jest od obecnie rządzących tak daleki jak to tylko możliwe. Posądzanie go o jakąkolwiek próbę wpisania się w ich narrację jest skrajnie karkołomne, niemal tak, jak próba posądzenia o to samo Tomasza Lisa (niemal, bo jednak Tomasz Lis jest pod tym względem niedościgniony). A jednak to wszystko nie miało znaczenia, gdy Jadczak opublikował wspomniany tekst. Przez fanów Tuska został natychmiast uznany za najpodlejszą personę pod słońcem i obrzucony najgorszymi obelgami.

 

Jadczak skarżył się w Wirtualnych Mediach:

Pewnie błędem było to, że odpowiadałem na zaczepki i chamskie komentarze, bo z fanatykami nie ma co dyskutować. Apeluję też do dziennikarzy, którzy podsycają hejt, bo być może nie zdają sobie sprawy z tego, co idzie za ich wpisami. Dla was to może być fajny, efektowny tweet, za który zbierzecie parę lajków, ale ja dostaję później groźby i wyzwiska. Więc proszę np. Wojciecha Czuchnowskiego, żeby się zastanowił, co robi, bo głupio, jak jedną ręką broni wolności słowa, a drugą nakręca hejt i nienawiść. Nie wiem, czym takie działania różnią się od tego, co robią ludzie z TVP, których tak krytykuje. Efekt jest taki sam.

 

Patrzę na te cierpienia młodego (rocznik 1980) Jadczaka i uśmiecham się półgębkiem. Oto dziennikarz, który był zawsze po jednej stronie sporu politycznego (co nie oznacza, że robił nierzetelne dziennikarstwo, żeby było jasne), nagle odkrył, że i tutaj są agresywni fanatycy, dla których nie jest ważny cały jego dorobek, poglądy, napisane wcześniej teksty czy ujawnione przekręty władzy, ale liczy się tylko ta jedna historia, a właściwie to, że w tytule tekstu Tuska porównano do Mateusza Morawieckiego.

 

Drogi Panie Redaktorze Jadczak! Gdyby przed napisaniem tego tekstu się Pan do mnie odezwał, natychmiast powiedziałbym Panu, co Pana może czekać. Mam to przećwiczone na wszystkie możliwe sposoby, tylko niestety tacy jak Pan, którzy zawsze byli po jednej stronie medialnej barykady i nigdy bądź bardzo rzadko ją przekraczali, nie mieli świadomości, że funkcjonujemy jako dziennikarze w świecie walczących ze sobą na śmierć i życie plemion. Działa to dokładnie tak, jak Pan właśnie doświadczył: mógł Pan walić w obecną władzę przez całą właściwie swoją dziennikarską karierę (znów powtarzam: nie mówię, że bez racji czy nierzetelnie), ale wystarczy, że jednym tekstem tknął Pan święty totem platformerskiego plemienia – Donalda Tuska – a już stał się Pan zdrajcą, sprzedawczykiem i dziennikarską kurtyzaną, której najpewniej osobiście płaci Jarosław Kaczyński, wzywając od czasu do czasu na Nowogrodzką. No, może czasem za pośrednictwem wiernego Sasina.

 

Zabawne jest, gdy tę plemienną rzeczywistość odkrywają nagle dziennikarze, którzy wcześniej korzystali z komfortu przynależności do jednego z plemion, a tym samym nie mieściło im się w głowie, że kiedykolwiek mogą paść ofiarą plemiennej wojny. Udawali często, że problem nie istnieje, bo ich przecież nie dotykał. I tak naprawdę faktycznie nie dotyka on większości dziennikarzy, ponieważ większość dziennikarzy jest dzisiaj zapisana do jednego albo drugiego obozu. Ci, którzy się nie zapisali, doświadczają regularnie tego, czego właśnie doświadczył Jadczak.

 

Być może tu zresztą leży tajemnica pominięcia w tej aferze Patryka Słowika. Po Słowiku kibice Tuska po prostu niczego się nie spodziewali, bo Słowik do żadnego obozu nigdy się nie zapisał. Nie uznano zatem, że zdradził. Cała wściekłość skupiła się na tym, który za zdrajcę został uznany.

 

Przyznam, że dziennikarzowi WP nie współczuję. Na mnie po prostu takie sytuacje nie robią już żadnego wrażenia – znam je doskonale. Liczba obelg, które skierowano pod moim adresem z obu stron barykady idzie zapewne w dziesiątki tysięcy. Zwariowałbym, gdybym miał się tym przejmować. Cieszę się natomiast, gdy takie sytuacje przydarzają się tym pracownikom mediów, którzy dotąd cieszyli się komfortem plemiennej przynależności. Może bowiem dzięki temu dostrzegą, jak skrajnie niezdrowa jest sytuacja, w której od dziennikarzy oczekuje się, że będą wojownikami jednego albo drugiego stronnictwa, a nie, że będą po prostu dobrze wykonywali swoją pracę.

 

Łukasz Warzecha

Setna rocznica urodzin Bohdana Tomaszewskiego

10 sierpnia 1921 roku urodził się Bohdan Tomaszewski, legenda polskiego dziennikarstwa sportowego. Wyróżniony Laurem SDP 2006 za „niedościgniony wzór dziennikarskiego profesjonalizmu”.

  

W młodości grał wyczynowo w tenisa, zdobywając przed wojną tytuł wicemistrza Polski juniorów. Karierę dziennikarską rozpoczął w 1946 roku w „Kurierze Szczecińskim”, dwa lata później  zaczął pracować w „Expressie Wieczornym”. Sprawozdawcą radiowym został w 1955 roku. W latach  1956 –1980 komentował m.in. 12 igrzysk olimpijskich letnich i zimowych. W stanie wojennym zerwał współprace z Polskim Radiem, na antenę wrócił w 1989 roku.  Jako komentator sportowy wyróżniał się ogromną wiedzą oraz piękną polszczyzną. Wychował wiele pokoleń dziennikarzy sportowych, dla których był wzorem i legendą. Zmarł 27 lutego 2015 roku.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznało Bohdanowi Tomaszewskiemu Laur SDP 2006 za „niedościgniony wzór dziennikarskiego profesjonalizmu”.

 

Przypominamy laudację, jaką z tej okazji wygłosił Andrzej Roman.

 

W kilka dni po wybuchu II Wojny Światowej, pułkownik Umiastowski ogłosił słynny apel (odezwę) do młodzieży płci męskiej, w wieku poborowym, aby udawała się na wschód przed nadciągającymi wojskami niemieckimi. Trzej bracia Tomaszewscy: Janusz, Wiesław i Bohdan zgłosili się do stołecznej cytadeli z zamiarem “wstąpienia w kamasze”.

 

W kilka miesięcy potem radca Olchowicz, przedwojenny kapitan sportowy Polskiego Związku Tenisowego, ogłosił zaciąg do pierwszej formacji wojskowej pod nazwą Związek Walki Zbrojnej. Potem przekształcił się on w Armię Krajową. Cała trójka braci wraz ze swymi kolegami i przyjaciółmi ze świata tenisa, jak bracia Ksawery i Ignacy Tłoczyńscy, Spychala, Gottshalk, odpowiedziała na wezwanie. Potem przyszło powstanie. I znów wyżej wymieniona trójka stawiła się na swych pozycjach. Bohdan gorące dni narodowej insurekcji spędził w zgrupowaniu “Kuby” na starym mieście. Miał pseudonim “Mały”.

 

Po wojnie, były mistrz Polski juniorów nie stracił kontaktu z byłymi towarzyszami broni i ze sportem. Pierwsze kroki stawiał na Pomorzu, potem rozpoczął prace komentatora w redakcji sportowej Polskiego Radia a później i Telewizji.

 

Francuzi mówią c’est le ton que fait la chansone. Można to odnieść do jego pracy komentatora i sprawozdawcy. Stworzył własny styl interpretacji faktów. Kiedy przez kilka lat prowadziłem zajęcia na wydziale dziennikarstwa UW miałem na co dzień kontakt z młodym pokoleniem dziennikarzy, mających aspiracje zaistnienia w tym zawodzie. Wielu z tych młodych adeptów sztuki dziennikarskiej, o Bohdanie Tomaszewskim mówi, że jego przykład zachęcił ich do “bycia kimś” w dziennikarstwie sportowym. Świetny głos, znakomita dykcja czym dysponował Bohdan to nie wszystko, ale bardzo dużo.

 

Tenis, szermierka, narty, boks i lekka atletyka były terenem na którym czuł się najpewniej. Niezapomniany mu tego do dziś starsze Panie i starsi Panowie, dla których był wzorem reportera – dżentelmena. Zostawił również wyraźny ślad w wyobrażani i imaginacji młodszego pokolenia adeptów i sympatyków sportu. Autor kilku książek, wielu prasowych artykułów, kilku scenariuszy filmowych. W gorących dniach grudnia 1981 myślał że to koniec jego kariery sprawozdawcy. Władza ludowa zabroniła mu przebywania na terenie budynków radiowych.

 

Tymi którzy sporą cześć swej edukacji w świecie sportu zawdzięczają Bohdanowi są również jego koledzy po fachu. Należę do nich i wiem co mu zawdzięczam. On sam był wielbicielem talentu niezapomnianego Wojciecha Trojanowskiego z Radia Wolna Europa.

 

opr. jka, fot. Jacek Herok

 

Ks. ARTUR STOPKA: Człowiek, media, państwo, czyli po co koncesje?

Pytania o to, czy, a jeśli tak, to w jakim stopniu, państwo powinno ingerować w sferę mediów, nie tylko nie traci na aktualności, ale w obliczu zachodzących błyskawicznie zmian w tej dziedzinie, nabiera znaczenia.

 

Jeśli Reed Hastings, założyciel i szef Netflixa w swoich prognozach z 2013 i 2014 roku ma rację, tradycyjnym, liniowym kanałom telewizyjnym zostało zaledwie dziewięć lat, nim umrą. A może nawet mniej. Hastings zapowiedział, że telewizja w swej klasycznej postaci zniknie do roku 2030. Zdaniem niektórych komentatorów tempo prognozowanych przez CEO Netflixa zmian jest szybsze niż się spodziewano. Także w Polsce. „Rozpoczęliśmy drugą połowę 2019 roku i nie widzę już powodów, aby za dekadę istniała klasyczna telewizja. Śmierć telewizji linearnej to fakt” – napisał dwa lata temu Paweł Okopień w serwisie imagazine.pl. Zwrócił m. in. uwagę na lichą (zwłaszcza w okresach wakacyjnych) ofertę poszczególnych kanałów telewizyjnych. Odnotował też, że nadawcy zaczynają „lepsze” treści przygotowywać z myślą najpierw o streamingu albo starają się konstruować rozwiązania hybrydowe, łączące telewizję naziemną z możliwościami, jakie niesie globalna sieć.

 

Już przed pandemią

 

Warto zwrócić uwagę, że cytowane spostrzeżenia dotyczą czasu przed wybuchem pandemii. Dostępne dane pokazują, że podczas epidemii wywołanej koronawirusem, korzystanie z usług platform streamingowych gwałtownie wzrosło. Nie jest tajemnicą, że młodsze pokolenia korzystają z tradycyjnej telewizji w o wiele mniejszym stopniu, niż starsze. Badania pokazały np. w ostatnich latach, że odbiorcy niektórych regionalnych kanałów telewizji publicznej w naszym kraju to przede wszystkim grupa 50+, a nawet 55+.

 

Poważne zmiany dotyczą również radiofonii. Widać je także na polskim rynku. Nie tylko powstały w ostatnim czasie silne stacje radiowe nadające wyłącznie w internecie, ale też coraz większym zainteresowaniem i rosnącą słuchalnością cieszą się podcasty.

 

Restrykcyjne pozwolenia

 

W świetle obowiązujących dziś w Polsce przepisów radia i telewizje internetowe nie mają obowiązku uzyskania koncesji wydawanej przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Rodzi się więc pytanie o to, czy w aktualnej rzeczywistości medialnej i wobec bardzo szybko następujących zmian w sposobach dostarczanie i odbierania kontentu, jest jeszcze miejsce na działalność koncesyjną ze strony państwa.

 

Ustawa z dnia 6 marca 2018 r. Prawo przedsiębiorców, stwierdza, „Wykonywanie działalności gospodarczej w dziedzinach mających szczególne znaczenie ze względu na bezpieczeństwo państwa lub obywateli albo inny ważny interes publiczny wymaga uzyskania koncesji wyłącznie, gdy działalność ta nie może być wykonywana jako wolna albo po uzyskaniu wpisu do rejestru działalności regulowanej albo zezwolenia”. Zacytowany przepis znajduje się w rozdziale zatytułowanym „Reglamentacja działalności gospodarczej”. W komentarzach specjalistów można nawet przeczytać, że koncesja jest najbardziej restrykcyjnym z pozwoleń udzielanych firmom na działania, które wymagają uzyskania specjalnych uprawnień.

 

Niebagatelne pytania

 

Dlaczego rozpowszechnianie programów radiowych i telewizyjnych poza systemami teleinformatycznymi jest objęte reglamentacją? Czy chodzi bezpieczeństwo państwa lub obywateli? Czy też o „inny ważny interes publiczny”? A jeśli tak, to o jaki? To niebagatelne pytania, a wydarzenia ostatnich miesięcy w naszym kraju, dotyczące jednej z dużych firm ze sfery mediów, potwierdzają ich wagę i znaczenie. W tle stoi niemniej ważne pytanie, o sensowność działalności koncesyjnej państwa w odniesieniu do dwóch wybranych form aktywności medialnej w obecnej sytuacji. Po co wydawać koncesje na działalność, która faktycznie coraz bardziej traci na znaczeniu? Dlaczego państwo ma wciąż ingerować akurat w tej coraz węższej sferze działań w dziedzinie międzyludzkiej komunikacji?

 

Oczywiście, częstotliwości umożliwiające naziemne rozpowszechnianie programów są dobrem ograniczonym i ingerencja państwa w proces ich reglamentacji wydawała się zrozumiała. Ale czy w przyznawaniu koncesji radiowych i telewizyjnych (gdziekolwiek, nie tylko w naszym kraju) w minionych dziesięcioleciach chodziło wyłącznie o sprawiedliwe rozdzielenie dostępnych zasobów między nadawców? Można znaleźć nie jeden przykład dowodzący, że znaczenie miały (mają) zupełnie inne motywy, np. dążenie do reglamentacji lub ograniczenia dostępności do pewnego rodzaju treści lub promowanie innych.

 

Sygnał przewodniczącego

 

Zachodzące zmiany technologiczne powodują, że rośnie dostępność nowych kanałów dystrybucji treści, które nie wymagają korzystania z ograniczonych zasobów. Nie ma więc potrzeby reglamentacji w postaci udzielania przez państwo koncesji, uprawniających do prowadzenia działalności w sferze mediów.

 

Jako sygnał, że przedstawiciele władz państwowych zdają sobie z tego sprawę, można potraktować propozycję złożoną przez przewodniczącego KRRiT Witolda Kołodziejskiego na ręce wicemarszałka Ryszarda Terleckiego. „Proponowane zmiany mają charakter deregulacyjny i polegają na ułatwieniu uruchamiania w Polsce programów radiowych i telewizyjnych, rozpowszechnianych w sposób inny niż rozsiewaczy naziemny, przez zastąpienie systemu koncesyjnego zezwoleniami na rozpowszechnianie satelitarno-kablowe” – można było przeczytać w serwisie wirtualnemedia.pl. Łatwo jednak zauważyć, że również takie rozwiązanie wymaga sensownego uzasadnienia, dlaczego i w imię jakich celów państwo chce rezerwować sobie prawo do udzielania wspomnianych zezwoleń.

 

Facebook bez szans

 

W Polsce niejednokrotnie mieliśmy (i mamy) okazję przekonać się, że państwo (niezależnie od opcji, która akurat jest u władzy) ma zapędy do głębokiego ingerowania w sferę mediów i podejmuje próby decydowania o tym, kto może, a kto nie może produkować i dostarczać odbiorcom jakiekolwiek treści. Dokładnie dziesięć lat temu bardzo zaawansowane były działania zmierzające do tego, aby nawet blogerzy musieli prosić o wpis do rejestru prowadzonego w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. „A ta będzie je kontrolowała i będzie mogła nakładać na nie wysokie kary” – przestrzegał tokfm.pl. „W takich warunkach Facebook nigdy by nie powstał” – komentował wówczas Marcin Pery, prezes związanej z Polsatem firmy Redefine (należał do niej serwis Ipla).

 

Niemal sześć lat temu, w listopadzie 2015 r. Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie zorganizował konferencję naukową pod tytułem „Człowiek – media – państwo: korelacje odpowiedzialności”. Organizatorzy informowali, że celem spotkania było poszukiwanie i wskazywanie obszarów wielorakiej odpowiedzialności pomiędzy człowiekiem i społecznością a mediami i państwem. Mówiono tam m. in. sporo o roli mediów katolickich. „Wykazaliśmy, że zarówno media, jak i państwo mają wymiar służebny wobec człowieka, media powinny chronić jego wartość i godność, a państwo – podstawowe prawa osoby. Miarą i narzędziem tej ochrony jest odpowiedzialność jako wartość” – wyjaśniał ks. prof. Michał Drożdż, który prowadził obrady. Wydaje się, że przypominanie tych elementarnych zasad potrzebne jest nieustannie, również wtedy, gdy podejmuje się kwestię koncesjonowania czy regulowania działalności medialnej przez państwo.

 

Ks. Artur Stopka

Kasacja oddalona! Skuteczne wsparcie dziennikarki z Dusznik przez CMWP SDP

Sąd Najwyższy  oddalił kasację  „jako oczywiście bezzasadną”   i ostatecznie uniewinnił red. Hannę Szumińską od zarzutu zniesławienia radnego i policjanta na portalu  wikiduszniki.pl oraz  w gazecie „Forum+ Miesięcznika Ziemi Szamotulskiej” w styczniu 2018 r.  W obronie dziennikarki występowało CMWP SDP.

 

Red. Hanna Szumińska została oskarżona o przestępstwo z art. 212 § 2 k.k., które miało polegać na pomówieniu dwóch osób: lokalnego radnego oraz funkcjonariusza policji.  Na portalu internetowym wikiduszniki.pl oraz  w gazecie „Forum+ Miesięcznika Ziemi Szamotulskiej”  w styczniu 2018 r.  Hanna Szumińska opublikowała w tych dwóch mediach felietony, w których stawiała pytania, czy radny „załatwił” policjantowi darmowy wyjazd zagraniczny do Estonii, w zamian za odstąpienie od czynności służbowych (nieodebranie prawa jazdy).  Publikacje te  stały się przyczyną wniesienia aktu oskarżenia przez radnego i przez policjanta oraz wydania przez Sąd Rejonowy w Poznaniu  wyroku skazującego na dziennikarkę.  Od tego orzeczenia pełnomocnik Hanny Szumińskiej wniósł apelację. Centrum Monitoringu Wolności Prasy  SDP objęło tę sprawę monitoringiem, obserwatorem procesu była red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

W ocenie CMWP SDP  skazanie dziennikarki za ten artykuł był  rażącym naruszeniem zasady wolności słowa demokratycznego państwa. Sąd Rejonowy uznał przy tym, iż dziennikarka dopuściła się dwóch odrębnych czynów i wymierzył jej dwie kary (i przez to dwie tzw. nawiązki finansowe na cele społeczne).  Oznaczało to dwukrotne skazanie za jeden czyn, wbrew przepisom prawa karnego materialnego oraz poglądom judykatury w tej materii. Tymczasem dziennikarka działała w interesie społecznym i w ogóle nie powinna być skazana za ten artykuł. Takie stanowisko CMWP SDP przesłało do Sądu Okręgowego w Poznaniu  (jako opinię amicus curiae), a sąd w rozprawie apelacyjnej uniewinnił dziennikarkę.

 

Od tego wyroku kasację wnieśli obaj oskarżyciele prywatni (radny i policjant) zarzucając zaskarżonemu wyrokowi „rażące naruszenie prawa procesowego i materialnego”.  Odpowiedź na kasację złożyła red. Hanna Szumińska, która wniosła o jej oddalenie w całości. Wspierało ją CMWP SDP.

 

Sąd Najwyższy na posiedzeniu 14 lipca b.r. stwierdził , iż kasacja wniesiona przez pełnomocnika oskarżycieli prywatnych okazała się „bezzasadna w stopniu oczywistym uzasadniającym jej oddalenie”. Sąd Najwyższy uznał, iż „oskarżona podjęła adekwatne środki do zweryfikowania informacji mających być przedmiotem materiału prasowego”, a brak odpowiedzi i niemożność zweryfikowania swoich hipotez dziennikarka wskazała wprost w swoich tekstach. W uzasadnieniu Sąd Najwyższy podkreślił, iż oskarżona dziennikarka “posługiwała się hipotezami, stawiała pytania, wskazywała na próbę pozyskiwania szczegółowych informacji i brak odpowiedzi zwrotnych” oraz “posługiwała się wyłącznie inicjałami oskarżycieli prywatnych”.  W obu swoich tekstach red. Hanna Szumińska podała jedynie „okoliczności bezsporne”, m.in. sam fakt wyjazdu do Estonii funkcjonariusza policji oraz przyjęcia go na członka OSP Podrzewie, oraz fakt prowadzenia w tej sprawie  postępowania wyjaśniającego przez Biuro Spraw Wewnętrznych Policji, w konsekwencji czego decyzją SN „kasację należało oddalić jako oczywiście bezzasadną”.

 

Sprawę prowadziła Sędzia Sądu Najwyższego Małgorzata Wąsek-Wiaderek.

 

Poprzednie publikacja na ten temat: TUTAJ.

 

ZBIGNIEW BRZEZIŃSKI: Pandemia i podcasty

Czy 2020 rok faktycznie był rokiem podcastów?

 

W prognozach dla rynku mediów na 2020 rok specjaliści przewidywali, że będzie to czas niesamowitego wprost rozwoju rynku podcastów. Pisaliśmy o tym na łamach SDP.PL, zwracając przy tym uwagę na możliwe trudności w masowym pojawianiu się nowych kanałów, zwłaszcza gwarantujących wysoką jakość. Nie są to bowiem narzędzia dla każdego i bez wątpienia są bardziej czasochłonne niż prowadzenie bloga, lub uaktualnianie statusów w social mediach[1]. Dziś sprawdzamy, czy prognozy okazały się trafne, czy też pokrzyżowała je pandemia.

 

W opinii ekspertów

 

Czy 2020 r. to  faktycznie był rok podcastów? – zastanawia się z nami Damian Ruciński autor podcastu ITiTy.PL[2] związany z branżą IT od końca minionego stulecia. – W mojej opinii zdecydowanie tak i to zarówno w skali mikro, bo sam zacząłem więcej słuchać oraz uruchomiłem swój pierwszy podcast, jak również w skali makro. Wystarczy spojrzeć chociażby na liczbę polskich podcastów znajdujących się w internetowym katalogu podkasty.info[3], gdzie na początku roku 2020 ich liczba wynosiła około 3400, a obecnie jest to już ponad 6500 pozycji. Gdy spojrzymy na rynek podcastów w skali całego globu, to na dziś podcastindex.org[4] informuje o ponad 4 milionach pozycji! Rosnące zainteresowanie podcastami widać również po stronie słuchających. Przytoczyć można jako dowód liczbę subskrybentów newslettera polecającego polskie podcasty najlepszepolskiepodcasty.pl[5], który wystartował z początkiem 2020 roku, a obecnie co tydzień dociera do prawie 3000 osób!

 

Nieco polemizuje z tą tezą Bartosz Lewicki doświadczony radiowiec, który w 2020 r. współtworzył podcast programu na rzecz zdrowia psychicznego NASZAwtymGŁOWA[6], a obecnie prowadzi kanał „Quizomaniacy – Podcast Wybitnie Teleturniejowy”[7], zwracając uwagę, że wzrost popularności, nie oznacza jeszcze wzrostu wpływów: Komercjalizacja podcastów nie jest łatwa, zwłaszcza w Polsce, gdzie grupa słuchaczy to głównie ludzie znający nasz przepiękny język, trudno jednak mówić o zasięgach globalnych. Jako podcaster można zyskać partnera, lokować informacje o produktach, lub zdobyć sławę i występować jako prelegent za pieniądze. Można również zadziałać od drugiej strony – mieć treści i je publikować, w kawałkach, jako podcasty – zyskując zasięgi i dodatkowych słuchaczy stosunkowo niewielkim kosztem. Tak robi teraz większość rozgłośni radiowych – od TOK FM, przez Wnet po Radio Kielce. Dodajmy do tego stacje radiowe, takie jak Nowy Świat, czy 357, które są dostępne wyłącznie w internecie, nie podlegają pod KRRiTV, mają swoich patronów. Gdzie autor może zajmować się tym, co naprawdę lubi i potrafi – śmieszy, tumani, przestrasza.

 

Można również być najbogatszą firmą świata, Amazonem, stworzyć swoją platformę z muzyką i podkastami, a potem pójść na zakupy. Na przełomie 2020 / 2021 spółka kosmonauty Bezosa wydała około 300 milionów dolarów na Wondery, firmę tworzącą i publikującą podcasty premium, za odtwarzanie których płacą słuchacze. Jak widać, nie jest ich aż tak wielu, bo pół roku później Amazon ogłosił zakup, również za 300 mln dolarów, Art19: platformy służącej do publikacji i „monetyzacji” podcastów. Mówiąc prościej – do dodawania reklam, zarówno przez twórców, jak i automatycznie, w przerwie na reklamę. Aż przypomina się stukanie palcem w garnek i miły męski głos: „Zapraszamy do reklamy”. Tak właśnie radio zaczęło emitować reklamy w Polsce. A my, nieświadomie, zaczęliśmy szukać alternatywy dla radia.

 

Zainteresowanie rozgłośni

 

W ubiegłym roku pisaliśmy na łamach SDP.PL, że rozwojem podcastów zainteresowane jest Auditorium17. Wspomniane przez Lewickiego Radio Kielce oferuje od 2020 r. słuchaczom na własnej platformie 33 różne podcasty, prowadzone zarówno przez dziennikarzy, jak i zaproszonych gości[8]. O to, jakie tematy cieszą się największym zainteresowaniem, pytamy odpowiadającego za tę część aktywności Radia Kielce Roberta Felczaka:

 

Zdecydowanie prowadzą „Kryminalne Historie”[9], za którymi uplasowały się podcasty historyczne, m.in.: „Moc Historii”[10] i „Obrazy wojennych zdarzeń”[11] – informuje Felczak.

 

Analizując zawartość comiesięcznych notowań swoistej listy przebojów podcastów, czyli „Podcast Hot50”, wydawanej przez powstały w 2019 roku „Podcast Magazine (Beyound The Microphon)” można zauważyć, że gusta polskiej publiczności nie odbiegają specjalnie od zamiłowań słuchaczy kanałów anglojęzycznych. Kategorie: „Tru Crime” i „History” budzą i tam żywe zainteresowanie. Popularnością cieszą się też tematy dotyczące biznesu, „Kids and Family” i edukacji. To ostatnie nie powinno dziwić w czasie praktykowania nauki zdalnej na całym globie. Warto zauważyć, że łącznie pismo, którego założycielem jest Steve Olsher, wyróżnia aż 21 kategorii tematycznych kanałów. Co ciekawe Hot50, za której zestawianie odpowiada Rob Actis powstaje nie w oparciu o wskaźniki takie jak: zasięgi, liczba odbiorców, czy dochód, ale na podstawie rekomendacji czytelników „Podcast Magazine” i ich głosowania. W założeniu ma to dać szansę małym, ale wartościowym kanałom na zaistnienie w świadomości miłośników podcastów[12].

 

Bez wpływu pandemii?

 

Patrząc na kolorowe strony „Podcast Magazine”, wydaje się, że pandemia nie miała większego wpływu na rynek podcastów, choć oczywiście temat ten poruszali przywoływani na wirtualnych łamach twórcy (magazyn można czytać online, pobrać w postaci pliku PDF, a nawet… wysłuchać). Jak oceniają to polscy eksperci?

 

– Tak zwani „duzi gracze” dostrzegają potencjał, jaki drzemie w podcastach – odpowiada Damian Ruciński. – To właśnie na czas pandemii  przypada największy podcastowy transfer, czyli przejście Joe Rogana i jego podcastu na wyłączność do Spotify za niebagatelną sumę 100 mln $. Podcasty to medium internetowe, naturalnym jest więc to, że wraz z koniecznością bycia „online” wiele osób przybliżyło się do tej formy konsumowania treści, dostępnych zresztą w jakże popularnym modelu „na żądanie”. Słowo „podcast” już nie jest niezrozumiałe. Wzrasta liczba osób, które podobnie jak ja uważają, że właśnie to medium przemawia (dosłownie i w przenośni) do nich najbardziej.

 

Jak prowadzić podcast?

 

Wszystko wskazuje na to, że prognoza tym razem się sprawdziła, co jest zaskakujące o tyle, że rozwój rynku podcastów przewidywano konsekwentnie od kilku lat i każda z tych dotychczasowych wizji była chybiona. Wydaje się, że pandemia, a zwłaszcza czas izolacji społecznej, miały duży wpływ na popularyzację tego nienowego przecież narzędzia komunikacji. O to, jak prowadzić podcast, pytamy Bartosza Lewickiego. W pierwszej kolejności zwraca uwagę na niski próg wejścia.

 

Żeby zostać dumnym twórcą podcastowym, wystarczy smartfon – objaśnia Lewicki. – Oczywiście, to samo dotyczy Youtuberów, ale przy podcaście nie musimy dbać o tło, strój, makijaż, światło. W podcaście wystarczy, że dookoła jest w miarę cicho i nie ma tego paskudnego echa. Możemy nagrywać tak, żeby nie montować, albo skorzystać z wielu dobrych i darmowych programów do obróbki dźwięku. Mając zabezpieczone zaplecze techniczne, warto skupić się na trzech rzeczach, które pozwolą nam odnieść sukces i zostać gwiazdą. Są to: pomysł, charyzma i wytrwałość.

 

Czy mógłby pan rozwinąć ten ostatni wątek?

 

– Na temat dwóch pierwszych elementów nie będę się wypowiadał – tylu mądrych autorów zajmowało się nimi od czasów antyku – odpowiada Lewicki. Trzeci element jest jednak bardzo ważny: jeśli nie jesteśmy jeszcze gwiazdą, wybicie się z własnym materiałem jest trudne i wymaga czasu oraz radości, że w tym tygodniu wysłuchało nas aż siedem osób. Po drugie, z czasem przychodzą doświadczenie i nawyki, które podpowiadają nam, jak i gdzie nagrywać, czy wycinać każdy oddech i pauzę oraz co jest ważniejsze – forma, czy treść. Nie są to błahe sprawy. Posłuchajcie podcastera, który przedtem nie miał doświadczenia w radiu i telewizji. Porównajcie jego pierwsze i obecne odcinki. Czy nabrał luzu, czy zamiast skupiać się na poziomach nagrania, teraz skupia się bardziej na poziomie merytorycznym. Kiedy się go przyjemniej słucha? Z tego powodu osoby z radiowym obyciem mają łatwiej na starcie. Oni już wiedzą, o co chodzi. Ale z drugiej strony liczy się świeżość i łamanie schematów – pod warunkiem, że robi się to na przyzwoitym poziomie technicznym.

 

Jaka dziś rysuje się przyszłość rynku podcastów?

 

W krajach, w których podcasty są znane dłużej i mają większy potencjał, bo są nagrywane po angielsku, funkcjonują producenci podcastów. Ty masz pomysł, odwagę i nutkę szaleństwa, oni – sprzęt, doświadczenie i odrobinę sceptycyzmu – zauważa Bartosz Lewicki. – Minusem jest oczywiście to, że producenci będą chcieli zarabiać, a początkujący podcaster nie chce za dużo tracić. Ale może kierunkiem rozwoju podcastów jest właśnie taki podział zadań i obowiązków? Jest więc luka, która pewnie zostanie w jakiś sposób wypełniona również nad Wisłą. I zanim zaczniecie na mnie krzyczeć, że to zły pomysł, to pamiętajcie, że The Beatles miało swojego Georga Martina.

 

Zbigniew Brzeziński

 

[1] https://sdp.pl/czas-podcastow-analiza-zbigniewa-brzezinskiego/ – dostęp 05.08.2021 r.

[2] https://itity.pl/ – dostęp 05.08.2021 r.

[3] https://podkasty.info/ – dostęp 05.08.2021 r.

[4] https://podcastindex.org/ – dostęp 05.08.2021 r.

[5] https://najlepszepolskiepodcasty.pl/ – dostęp 05.08.2021 r.

[6] https://naszawtymglowa.pl/podcasty/ – dostęp 05.08.2021 r.

[7] https://open.spotify.com/show/45f4s0byvyoZi5SGQBLusG – dostęp 05.08.2021 r.

[8] https://podcasty.radio.kielce.pl/ – dostęp 05.08.2021 r.

[9] https://podcasty.radio.kielce.pl/kryminalne-historie – dostęp 05.08.2021 r.

[10] https://podcasty.radio.kielce.pl/moc-historii – dostęp 05.08.2021 r.

[11] https://podcasty.radio.kielce.pl/obrazy-wojennych-zdarzen – dostęp 05.08.2021 r.

[12] https://podcastmagazine.com/ – dostęp 05.08.2021 r.

Radio Wnet nadaje w Łodzi

Radia Wnet można już słuchać w Łodzi na falach FM. Rozgłośnię znajdziemy na częstotliwości 106,1 FM.

 

Łódź to szóste miasto, w którym Radio Wnet nadaje w eterze. Do tej pory stację można było odbierać w Warszawie (87.8 FM), Krakowie (95.2 FM), we Wrocławiu (96.8 FM), w Białymstoku (103.9 FM) i Szczecinie (98.9 FM). W niedalekiej przyszłości do listy tej dołączy jeszcze Bydgoszcz i Lublin.  Radio Wnet dostępne jest też na całym świecie poprzez stronę wnet.fm.

 

opr. jka, źródło: Radio Wnet

 

Miliarderzy z kosmosu – MIROSŁAW USIDUS o tym jak media zniekształcają rzeczywistość

Media tak bardzo chcą uprościć świat, który nam pokazują, po to oczywiście „byśmy mogli go zrozumieć”, że serwują nam całkiem inną, luźno związaną ze stanem faktycznym, wersję rzeczywistości. Uderzające było to w przypadku opisu medialnego letniej kosmicznej przygody paru bogatych panów.

 

Trzech miliarderów ściga się w kosmos – tyle mniej więcej mógł zrozumieć przeciętny łykacz przekazu serwisów informacyjnych w gorących tygodniach lipca. Mass media, nienawidzące szczegółów oraz wszelkich okoliczności wymykających się ze zgrabnie wymyślonej i opakowanej story, zakłócających zwartość przekazu, orzekły, że pierwszy w kosmosie był Branson, a potem Bezos, ale za to razem z wyciskającą łzy wzruszenia staruszką, której zmowa męskich szowinistów nie pozwoliła być astronautką, bo nie przyjęto na pokład Apollo, choć „była najlepsza”. A Elon Musk? Musk zazdrośnie patrzył, jak ci dwaj orbitują, knując swoje plany?

 

Ponieważ zajmuję się lotami kosmicznymi odrobinę wnikliwiej niż portale kręcące ową story, znanych jest mi sporo owych nudnych detali oraz okoliczności, które w uproszczonych, ale sensacyjnych, doniesieniach były pomijane lub zgrabnie (choć częściej niezgrabnie) „metonimizowane” *. Te wszystkie wchodzące w temat głębiej i szerzej szczegóły może i są nudne, ale gdy je zebrać tworzą zgoła inną „story”, a właściwie odrębne trzy historie, również zresztą bardzo interesujące, niekoniecznie ze sobą powiązane, przynajmniej nie tak jak wiązały je media. Bo wmontowywanie przedsięwzięć trzech panów z ich firmami, ich motywacji i celów, które sobie stawiają, w jedną prościutką pigułkę informacyjną serwowaną w egzaltowanym tonie przez popularne środki masowego przekazu, jest uprawnione w niewielkim stopniu.

 

Branson przeleciał się rakietoplanem wysoko nad Ziemią… i tyle

 

Jedynym wyraźniejszym śladem zazębienia pomiędzy nimi jest i tak wciąż jedynie domniemana chęć wyprzedzenia Bezosa przez Bransona, którego firma Virgin Galactic pracuje nad rakietoplanem do lotów suborbitalnych od piętnastu bez mała lat. Może właśnie dlatego Branson chciał Bezosowi coś udowodnić. Tego nie wykluczam.

 

Problem jednak w tym, że wbrew sformułowaniom w wystrzeliwanych na gorąco relacjach medialnych pojazd VSS Unity Bransona NIE DOLECIAŁ DO PRZESTRZENI KOSMICZNEJ, gdyż maksymalna wysokość lotu, którą osiągnął 11 lipca 2021 roku była o ok. 14 km niżej niż pułap 100 km uznawany przez Międzynarodową Federację Lotniczą, jako umowna granica kosmosu. W USA przyjmuje się nieco inną umowną granicę na wysokości 80 km. No i, Houston, mamy pierwszy problem dla mediów. Zostały po pierwszych doniesieniach poprawione w serwisach społecznościowych przez ludzi dysponujących ową wiedzą, dla dziennikarzy strzelających szybkimi newsami i formułkami, wcześniej całkiem „tajemną”. Pisałem wyżej, że media nienawidzą takich komplikacji i wszelkiego rodzaju niejasnych, niejednoznacznych okoliczności, choć tak naprawdę nie tyle samych komplikujących faktów, ile nie znoszą o nich pisać, mówić, generalnie podejmować wysiłek tłumaczenia tego wszystkiego odbiorcy.

 

Więc, skoro nie ma mowy, by wchodzić za bardzo w szczegóły, trzeba wymyślić wytrych. Zostało nim sformułowanie lot do „granicy kosmosu” albo „na krawędź kosmosu” lub coś w tym stylu. Co ciekawe, stosowane później również w opisie lotu Bezosa, choć ten jednoznacznie przekroczył pułap 100 km. Chodziło zapewne o wpasowywanie obu wydarzeń do założonej ujednoliconej narracji – obaj polecieli gdzieś „na krawędź kosmosu”, bez wnikania, który naprawdę był w kosmosie a który odbył bardzo wysoki lot w atmosferze ziemskiej. Używano też na lot Bransona określenia „lot suborbitalny”, ciesząc się zapewne z wynalazku, ale radość wynikała z ignorancji, gdyż taka nazwą określa się loty, które bez wątpliwości definicyjnie osiągają przestrzeń kosmiczną (czyli przekraczają pułap 100 km).

 

Wiele mediów stosowało też sformułowanie „pierwszy kosmiczny lot turystyczny”, nazywając Bransona zarazem „pierwszym kosmicznym turystą”, co jest dezinformacją nie tylko ze względu na wspomniane wyżej zastrzeżenia co do tego, czy w ogóle dotarł do kosmosu, ale przede wszystkim dlatego, że turystyka kosmiczna dostępna była już dwie dekady temu i ludzie tacy jak Dennis Tito, Mark Shuttleworth, Gregory Olsen, Anousheh Ansari i Charles Simonyi za grube miliony odbyli turystyczne właśnie loty na orbitę Ziemi. Nie ma żadnych wątpliwości, że byli w kosmosie. Przypomnę, że na początku pierwszej dekady XXI wieku spekulowano nawet, że bilet turystyczny w kosmos kupi sobie u Rosjan nikt inny tylko Leszek Czarnecki.

 

By dodać jeszcze tak nienawidzonego przez media komplikującego przekaz sosu, dodam, że pierwszy prototyp rakietoplanu, na którego bazie stworzono VSS Unity Bransona, wehikuł latający o nazwie SpaceShipOne, zbudowany przez wybitnego konstruktora Burta Rutana, w 2004 roku dwa razy w ciągu pięciu dni odbył loty na wysokość przekraczającą pułap 100 kilometrów, co było warunkiem zdobycia prestiżowej nagrody Ansari X PRIZE. To byłyby więc, szesnaście lat temu, pierwsze loty samolotu rakietowego w kosmos.

 

Całe zatem przedsięwzięcie Bransona, po detalicznej analizie, jawi się jako nie wiadomo dokładnie co. Bo wątpliwe, czy w ogóle lot w kosmos, na pewno nie pierwsza turystyka kosmiczna, a sama maszyna (jej protoplastki) miała już wiele lat temu bardziej imponujące osiągnięcia. Skąd więc ta medialna heca połączona z robieniem ludziom wody z mózgu?

 

Bo Bezos miał kilka dni później lecieć? O to chodzi?

 

W medialnym coverage’u lotu Jeffa Bezosa i dobranych przez niego załogantów, w tym jednej przemiłej starszej pani, do której jeszcze wrócę, najzabawniejszy był chaos nazewniczy. Nie dla każdego było jasne czym jest Blue Origin – rakietą, nazwą misji, czy też firmą Bezosa, która zajmuje się rozwojem techniki kosmiczno-rakietowej. Niech za przykład tej konfuzji posłuży tekst z portalu WP.pl, w którym da się znaleźć wszystkie te trzy smaki semantyczne plus bonus w postaci alternatywnej nazwy „New Origin” (zrobiłem screena oryginalnej wersji artykułu, jakby co).

 

Niektóre media obruszyły się na kolportowanego w społecznościach fejka, że pojazd New Sheppard Bezosa wyemitował ileś tam ton dwutlenku węgla. To oczywista bzdura, gdyż jego silniki rakietowe spalają ciekły wodór i nie mają z węglem nic wspólnego. Jednak te same i inne środki przekazu nagminnie fejkowały pisząc o pani Wally Funk i sugerując niedwuznacznie, że ta uczestniczka „programu” Mercury 13, odrzucona przez NASA jako kobieta. „A w testach wypadała świetnie” co prowadziło medialnych mędrków do wniosku, że „mogła polecieć na Księżyc”, ale mówiąc skrótem publicystycznym „zazdrosne samce nie pozwoliły”.

 

Prostowanie tej kreacji medialnej zacznijmy może od tego, że „program” Mercury 13 był prywatnym przedsięwzięciem, w którym kobiety poddawane były testom podobnym do astronautów-mężczyzn. Nie był to w żadnym wypadku program NASA. Wally Funk, która była pilotem, wypadła w niektórych testach bardzo dobrze, ale ogólnie nie była najlepsza w grupie trzynastu testowanych kobiet-pilotów. W tamtych czasach nie miała szans zostać astronautą nie dlatego, że była kobietą, ale z tego samego powodu, z którego szans nie miała większość mężczyzn-pilotów. NASA po prostu rekrutowała wtedy do misji kosmicznych jedynie „test pilots”, czyli według naszej terminologii – pilotów doświadczalnych. Potem kryteria naboru zmieniły się i z czasem zaczęły latać również i kobiety. Ale w latach 60-tych to był podstawowy warunek. Ot i wyjaśnienie historii Wally Funk.

 

Wróćmy do Bezosa, dla którego wbrew medialnemu story Branson z jego ambicjami nie są istotnym i prawdopodobnie w ogóle żadnym punktem odniesienia. Jeśli myśli o kimś, z kim chciałby rywalizować, to jest to z pewnością Elon Musk i jego SpaceX. A ta barwna postać i jego firma są już w zupełnie innej lidze niż zarówno Branson, jak i Bezos (co Bezosa jak sądzę frustruje). SpaceX posyła w kosmos regularnie nie tylko cargo, ale również od niedawna załogi na Międzynarodową Stację Kosmiczną, rozmieszcza na orbicie infrastrukturę kosmicznej telekomunikacji Starlink, buduje rakietę, która ma za kilka lat zabierać ludzi nie w jakieś tam loty „suborbitalne” ale wokół Księżyca a potem także na jego powierzchnię, a niedawno firma Muska została wybrana przez NASA jako partner do misji do księżyca Jowisza – Europy. Nawiasem mówiąc, gdyby Elon chciał polecieć w kosmos to zapewne łatwo mógłby to zrobić, ale wolał wysłać tam samochód Tesla, który znajduje się obecnie gdzieś okolicy orbity Marsa.

 

Lot Bezosa z załogą i to akurat 20 lipca, w rocznicę pierwszego lądowania człowieka na Księżycu, należy rozpatrywać nie w kontekście wymyślonego przez media „wyścigu” z Bransonem, lecz w kontekście przetargu NASA na lądownik księżycowy, który ma pozwolić Amerykanom w ramach programu Artemis powrócić na naszego największego naturalnego satelitę. Po tym jak wiosną agencja wybrała SpaceX jako jedynego partnera w księżycowym programie Bezos być może chciał zademonstrować wszystkim, ale przede wszystkim amerykańskiej administracji, że on i jego Blue Origin mają „kompetencje kosmiczne”. Może większe wrażenie zrobiłoby, gdyby założyciel Amazona i jego załoga wylądowali na pokładzie odzyskiwanej rakiety, bo takie mniej więcej są wymagania lądowania na Księżycu. Niestety członkowie załogi Bezosa wylądowali na ziemi za pomocą tradycyjnej kapsuły ze spadochronem, metodą, która na Księżycu jest niewykonalna z powodu braku atmosfery.

 

O tym, jak bardzo Bezosowi zależy na księżycowym kontrakcie świadczy jego deklaracja, tydzień po tym nagłośnionym locie na orbitę, że wykona w ramach kontraktu prace warte dwa miliardy dolarów, co będzie finansową ulgą dla NASA, aby tylko Blue Origin został dopuszczony jako drugi alternatywny wykonawca infrastruktury załogowej na Księżyc. Jednak trzy dni później biuro Government Accountability Office (GAO) , instytucja kontrolna Kongresu Stanów Zjednoczonych, uznała w sprawie skargi Bezosa i jeszcze jednej firmy na decyzję agencji, że NASA miała pełne prawo do wyboru jednego tylko wykonawcy, SpaceX. Bezos zapowiada, mimo to, dalszą walkę o kontrakt księżycowy.

 

A co z Muskiem? Prawdę mówiąc nie ma wyraźnych śladów zainteresowania szefa SpaceX wyczynami BransonaBezosa. Przynajmniej nie w sferze publicznej. Zatem, zgodnie z przyjętym, zwłaszcza w mediach społecznościowych, sposobem komentowania, Musk „nienawistnie milczał”. To oczywiście żart, gdyż, jak wspomniałem wyżej, on i jego firma grają w innej lidze – Bezosem nie musi się przejmować, a Branson jest dla niego ciekawostką.

 

Piszę o tym wszystkim, by pokazać jak fikcyjna i daleka od rzeczywistego kontekstu była kreślona w popularnych środkach przekazu narracja o „wyścigu miliarderów”. Wychodząc od pomyłek, uproszczeń, czasem wręcz manipulacji i dezinformacji, dochodzimy do poważniejszego zagadnienia, jakim jest zniekształcanie przez media obrazu świata. Ktoś powie – to tylko jakieś zabawy bogatych facetów w kosmosie, bez znaczenia dla naszego codziennego życia. Jednak, skoro media z taką dezynwolturą robią wodę z mózgu w tej sprawie, to mogą robić w każdej innej, także w tej, która bliska jest tym niechętnych kosmicznym tematom, twardo stąpającym po ziemi miłośnikom „rzeczywistych problemów”.

 

Przypadek, który wyżej opisuję, pokazuje też, że nie trzeba bezczelnie kłamać i wypuszczać fake newsy, aby efektywnie zniekształcić rzeczywistość i wykreować narrację niewiele mającą wspólnego z faktycznym stanem rzeczy. Wystarczy trochę uproszczeń, sugestii, mieszania pojęć, montowania informacji, które powiązane są ze sobą w wątpliwy sposób, wszystko to ma się rozumieć podlane sosem „czyniącym przekaz zrozumiałym i strawnym dla przeciętnego odbiorcy” i publice serwuje się alternatywny świat zamiast prawdziwego, tak nieznośnie dla mediów skomplikowanego i niejednoznacznego.

 

Mirosław Usidus

 

*) „Metonimizowane” – od metonimii, czyli zamienni, omówienia czegoś inną nazwą.

Odmowa przyjęcia opinii CMWP SDP jako amicus curiae przez SOKiK w sprawie zakupu Polska Press przez PKN Orlen

Sąd Okręgowy w Warszawie , a konkretnie XVII Wydział Ochrony Konkurencji i Konsumentów  po raz drugi odmówił przyjęcia opinii CMWP SDP  w sprawie z wniosku Rzecznika Praw Obywatelskich  przeciwko Prezesowi Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wobec złożenia po raz kolejny w dniu 18 czerwca 2021 opinii prawnej z powołaniem się na instytucję amicus curiae przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Zdaniem Sądu, SDP, a więc i jego wyspecjalizowana jednostka jaką jest CMWP SDP,  nie jest organizacją pozarządową o jakiej mowa w art. 63 k.p.c. i art. 61 k.p.c.  w związku z czym  zarządzono zwrot opinii Stowarzyszenia, jako wniesionej przez podmiot do tego nieuprawniony. Jednocześnie poinformowano CMWP SDP, iż kolejne pisma w tej sprawie będą pozostawione bez nadania im dalszego biegu i traktowane jako “nadużycie prawa procesowego”.  CMWP SDP  nie będzie odwoływać się od tego postanowienia (nie ma takiej procedury),  ale podtrzymuje mimo to swoją odpowiedź, jaką  w tej sprawie wysłaliśmy do Sądu, wg CMWP SDP  odrzucenie naszej opinii stanowi wyraz niezrozumienia intencji, które przyświecały złożeniu opinii przez CMWP SDP.

 

Centrum w imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich  przedstawia swoją opinię w tej sprawie ze względu na jej wagę dla ładu medialnego w Polsce. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP nie domagało się przystąpienia do toczącego się postępowania, jak wskazuje przepis art. 61 k.p.c. , czym  w/w Sąd uzasadnił swoją decyzję. CMWP SDP przedstawiło jedynie opinię prawną, mając nadzieję, że może być ona przydatna przy wydawaniu końcowego orzeczenia w sprawie. Nie domagano się i nie wskazywano, że taka opinia ma być dla Sądu wiążąca. Odrzucana przez Sąd opinia CMWP SDP z dnia 5 maja 2021 roku oraz z 18 czerwca 2021 r. jedynie pośrednio została złożona w oparciu o przepis art. 63 k.p.c. Decyzja Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów  w Warszawie jest więc niezrozumiała i całkowicie sprzeczna z dotychczasową praktyką sądów w Polsce, które zawsze, od 25 lat istnienia CMWP,   dopuszczały przedstawianie opinii przez Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP jako amicus curiae.

 

W związku z tym zamieszczamy pełną wersję opinii CMWP SDP w tej sprawie oraz dołączamy kopie odrzuconego przez sąd stanowiska CMWP SDP wyrażając nadzieję, iż osoby zainteresowane i zajmujące się tą sprawą zapoznają się z naszą opinią.  

 

Kopia pisma z Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów jest tu : Pismo z Sądu Ochronu Konkurencji i Konsumentow z odrzuceniem opinii CMWP SDP

 

Kopia pisma wysłanego do Sądu przez CMWP : opinia CMWP SDP przesłana do SO.Wwa.Sąd Ochrony Konk. i Kons.18.06.21

 

OPINIA Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  działającego jako amicus curiae
w sprawie wstrzymania wykonania oraz zaskarżenia decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z dnia 5 lutego 2021 roku nr. DKK-34/2021

 

W związku z wydaniem w dniu 8 kwietnia 2021 roku przez tutejszy Sąd postanowienia, na mocy którego wstrzymano wykonanie decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z dnia 5 lutego 2021 roku nr. DKK-34/2021 do czasu rozpoznania odwołania na w/w decyzję prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz toczącym się postępowaniem sądowym zainicjowanym zaskarżeniem przedmiotowej decyzji, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP informuje, że objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, w szczególności w zakresie wolności słowa oraz swobody mediów.

 

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP istnieje od 1996 r. Stanowi komórkę organizacyjną Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, powołaną w celu obrony wolności słowa i prasy, zgodnie z art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. CMWP m. in. monitoruje przestrzeganie praw człowieka i obywatela w w/w zakresie, jak również w uzasadnionych przypadkach podejmuje interwencje prawne.

 

W odniesieniu do niniejszej sprawy CMWP przedstawia następującą opinię, działając w charakterze amicus curiae (przyjaciela sądu):

 

W ocenie CMWP SDP postanowienie o wstrzymaniu wykonania decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydającej zgodę na przejęcie przez PKN Orlen spółek należących do Polska Press, jest niezwykle szkodliwe dla ładu medialnego w Polsce. Wydanie takiego postanowienia jest również wyrazem bardzo niepokojącego sygnału wobec inwestorów, którzy chcą tego typu transakcje przeprowadzić w Polsce. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta wydał bowiem prawomocną decyzję, że transakcja może być przeprowadzona. Transakcja dochodzi do skutku i nagle sąd wydaje inną decyzję – wstrzymuje wykonanie owej decyzji, wbrew literalnemu brzmieniu art. 97 ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, który nakazuje przedsiębiorcom, którzy chcą dokonać koncentracji, powstrzymanie się od dokonania koncentracji, lecz jedynie do czasu wydania decyzji przez Prezesa UOKiK. Na przedsiębiorcach, którzy mają zamiar dokonania koncentracji, spoczywa obowiązek wstrzymania się z jej dokonaniem do czasu zakończenia postępowania w tej sprawie. Obowiązek ten ustaje wraz z wydaniem decyzji wyrażającej zgodę na dokonanie koncentracji. W tym kontekście postanowienie z dnia 8 kwietnia 2021 roku może spowodować tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszając inwestorów od prowadzenia inwestycji na rynku polskich mediów. Postanowienie o wstrzymaniu wykonania zaskarżonej decyzji nie da się pogodzić ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i mają stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

Należy także zwrócić uwagę, że Sąd, wydając postanowienie z dnia 8 kwietnia 2021 roku, nie odniósł się do merytorycznych zagadnień w zakresie tego, czy decyzja została wydana zgodnie z ustawą o ochronie konkurencji i konsumentów i w oparciu o przewidziane prawem kryteria. Sąd stwierdził, że wstrzymanie wykonania decyzji jest niezbędne z uwagi na to, że wykonanie zaskarżonej decyzji może wywołać niemożliwe do odwrócenia negatywne skutki dla konkurencji, które mogą powstać w czasie trwania postępowania sądowego. Sąd nie precyzje jednak co miał na myśli czyniąc takie stwierdzenie, nie podaje jakie negatywne skutki rynkowe mogą wyniknąć z koncentracji dokonanej przed ostatecznym rozstrzygnięciem sprawy. Sąd uzasadniając postanowienie z dnia 8 kwietnia 2021 roku ogranicza się do ogólnych stwierdzeń, nie wskazując na żadne konkretne okoliczności które mogłyby uzasadniać wstrzymanie wykonania decyzji prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Sąd wydając postanowienie o wstrzymaniu wykonania decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów pomija z kolei milczeniem, skutki, jakie mogą wyniknąć z wydania owego postanowienia, nie tylko z punktu widzenia stron postępowania sądowego, lecz także z punktu widzenia transakcji na krajowym i zagranicznym rynku medialnym. W ocenie CMWP SDP Sąd nie podjął się oceny merytorycznych przesłanek wstrzymania wykonania zaskarżonej decyzji, w tym braku potencjalnych skutków dla konkurencji. Podobnie nie zweryfikowano, czy wydanie postanowienia w trybie art. 479 (30) par. 1 kpc, jest uzasadnione podnoszonymi przez Rzecznika Praw Obywatelskich argumentami. Zresztą z uzasadnienia postanowienia z dnia 8 kwietnia 2021 roku nie wynika, jakie argumenty Rzecznik Praw Obywatelskich przedstawił na poparcie swego wniosku z dnia 8 marca 2021 roku w przedmiocie wstrzymania wykonania decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

 

Kolejną okolicznością wymagającą podkreślenia jest to, dlaczego sąd, wiedząc, że jest postępowanie w Trybunale Konstytucyjnym w sprawie dalszego sprawowania urzędu przez Rzecznika Praw Obywatelskich, wydał na wniosek rzecznika orzeczenie i nie zawiesił postępowania, nie wstrzymał się z tą decyzją? Sąd na podstawie bliżej nieokreślonych przesłanek stwierdził, że Adam Bodnar jako Rzecznik Praw Obywatelskich posiadał legitymację do skierowania owego wniosku. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis ustawy o RPO, który pozwala pełnić obowiązki Rzecznikowi Praw Obywatelskich po upływie kadencji do czasu objęcia stanowiska przez następcę jest niezgodny z konstytucją. Trybunał wydał swoje orzeczenie 15 kwietnia 2021 roku, ale jednocześnie zdecydował, że wejdzie ono w życie po trzech miesiącach od opublikowania w Dzienniku Ustaw. Nadmienić należy, że zgodnie z art. 209 ust. 1 Konstytucji RP kadencja Rzecznika Praw Obywatelskich wynosi 5 lat. Kadencja Adama Bodnara jako Rzecznika Praw Obywatelskich zakończyła się zatem 9 września 2020 roku.

 

CMWP SDP   przypomina, iż Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich wielokrotnie wskazywało niebezpieczeństwa związane z nadmierną obecnością kapitału zagranicznego na polskim rynku medialnym, w tym praktycznie monopolistyczną wydawnictwa Verlagsgruppe Passau. W stanowisku przyjętym już podczas Nadzwyczajnego Zjazdu Delegatów SDP w kwietniu 2015 r. dziennikarze stwierdzili, iż media regionalne po 26 latach od czasu transformacji ustrojowej znalazły się w bardzo trudnej, a pod niektórymi względami wręcz katastrofalnej sytuacji. Świadczyła o tym systematycznie malejąca liczba tytułów, zmniejszająca się liczba ich odbiorców oraz coraz bardziej marginalne znaczenie tych mediów w publicznym życiu polskich regionów i województw. SDP zaapelowało wówczas o przywrócenie mediom regionalnym ich właściwej pozycji w lokalnych społecznościach, przeciwdziałanie monopolizacji mediów regionalnych oraz o wspieranie podmiotów polskich działających na rynku mediów regionalnych i lokalnych. W ocenie SDP zakup firmy Polska Press przez PKN Orlen jest szansą na poprawę tej sytuacji. Stanowisko to Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich podtrzymało w uchwale Zarządu Głównego SDP z 9. grudnia 2020 r.

 

W ocenie CMWP SDP niezrozumiała i nieuzasadniona jest ingerencja sądu w działania niezależnych podmiotów gospodarczych jakimi są uczestnicy przedmiotowej transakcji. Niemiecki właściciel, posiadający prawo do większości polskich gazet regionalnych i związanych z nimi portali internetowych wyraża chęć sprzedać ich w sytuacji, gdy żadna inna firma poza PKN Orlenem nie jest zainteresowana taką transakcją.  Sąd rozpoznając odwołanie Rzecznika Praw Obywatelskich winien mieć na uwadze powyższe oraz działać w interesie krajowego rynku medialnego, którego kondycja jest obecnie już i tak bardzo słaba. Z pewnością nowy właściciel, jakim jest PKN Orlen, to dla tych tytułów prasowych szansa na poprawę sytuacji. Postanowienie z dnia 8 kwietnia 2021 roku i strategia rozumowania Sądu zaprezentowana w uzasadnieniu tego postanowienia uzasadnia przypuszczenia, że przedmiotowe postępowanie sądowe oraz jego kierunek z pewnością nie stwarzają dogodnych warunków dla rozwoju polskiej prasy, a wręcz przeciwnie.

 

Zasadnicza decyzja, która ostatecznie przesądziła o monopolizacji rynku prasy regionalnej miała miejsce w listopadzie 2013 roku. To wówczas Grupa Polskapresse, poprzednik obecnej spółki Polska Press, sfinalizowała zakup Mediów Regionalnych od brytyjskiego funduszu Mecom. Stało się to możliwe dzięki trudnej do akceptacji zgodzie ówczesnego Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Wówczas nie pomogły protesty środowiska dziennikarskiego ani wskazywanie na zagrożenia związane z tą umową. Uznano że to zwyczajna transakcja biznesowa, a żaden podmiot nie może ingerować w działania wolnego rynku. Niemieckie wydawnictwo dokończyło więc wówczas ,,prasowy rozbiór Polski”, jak nazwali to działania medioznawcy (Załubski Jan, Media bez tajemnic, Poznań 2002).  Teraz, gdy polski podmiot chce odkupić niechciane przez nikogo innego gazety i portale, realizację tej transakcji utrudnia polski sąd, wydając postanowienie o wstrzymaniu wykonania decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

 

Z uwagi na powyższe, Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich objęło niniejszą sprawę monitoringiem, ponieważ w naszej ocenie decyzja sądu konsumenckiego narusza polski ład medialny, który oparty jest na zasadzie wolnej prasy, co oznacza że rynek prasy drukowanej w Polsce, tak jak i w innych państwach europejskich, rozwija się w absolutnie swobodny sposób, bez ingerencji instytucji państwowych. Przez lata tą zasadą wolnego i nieskrepowanego rynku mediów drukowanych tłumaczono brak jakiejkolwiek reakcji publicznych podmiotów na przejmowanie polskiego rynku prasy drukowanej przez podmioty zagraniczne.

 

CMWP SDP stoi na stanowisku, że odwołanie Rzecznika Praw Obywatelskich od decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów pozbawione jest jakichkolwiek argumentów skutkujących możliwością jego uwzględnienia. Nadto interesy polskiego rynku medialnego oraz lokalnych i regionalnych gazet wskazują na konieczność możliwie najszybszego ukończenia postępowania sądowego.

Ignoranci i retorzy – MIKOŁAJ J. WACHOWICZ o błędach dziennikarzy

Dobry dziennikarz nie kompromituje się źle użytą retoryką; lepiej przekazać rzetelną informację w sposób mało efektowny, ale przystępny, niżeli epatować odbiorcę retorycznymi popisami.

 

Przedpołudnie 23 lipca 2021. Czytam newsy i dłuższe artykuły internetowe; a choć tematyka zaciekawia, lekturę psują niestety błędy językowe i bulwersujące zniekształcenia faktów. Nie jest to w żadnym razie profesjonalne dziennikarstwo. Autorzy piszą, co wiedzą, ale niekoniecznie wiedzą, co piszą. Czy jednak zawsze świadomie? Zacznijmy ten przegląd od spraw drastycznych z rodzimego podwórka.

 

Na Onecie już sam tytuł tekstu „34-letni elektryk okazał się seryjnym mordercą. Policja zignorowała ostrzeżenie” (zamieszczony 22 lipca o godz. 16.40) – ponieważ traktuje on o czynach zbrodniarza (Bogdana Arnolda) sprzed 55 lat – wskazuje, że autor nie zna realiów PRL-u. Inaczej mundurową formację porządkową nazwałby prawidłowo Milicją Obywatelską. Policję powołano dopiero w roku 1990. Autor (podpisany mt) zresztą brnie dalej i wszędzie konsekwentnie używa terminów policja, policjanci jeszcze 8 razy.

 

„64-letnia solenizantka rzuciła się na męża z tłuczkiem do mięsa. Mężczyzna trafił do szpitala” – czytamy również na Onecie (Źródło: KMP Lublin, RMF FM, 22 lipca godz. 9.23). Lecz dalej okazuje się, że chodziło nie o imprezę imieninową, a o urodzinową. Solenizant to przecież osoba obchodząca imieniny. Urodziny świętuje jubilat (znamy słówko jubileusz?) i tak właśnie było w przypadku krewkiej starszej pani.

 

„Jacek Jaworek nieuchwytny od 13 dni. Policja zmienia strategię”. Artykuł pod takim tytułem opracowała 23 lipca Magdalena Bojanowska na Gazeta.pl. No i dowiadujemy się o nowych nazwach opisujących relacje rodzinne sprawcy i ofiar:

Mężczyzna podejrzewany jest o to, że w leżących kilkadziesiąt kilometrów od Częstochowy Borowcach zamordował swojego brata, szwagierkę oraz ich 17-letniego syna. Z domu, w którym doszło do tragedii, udało się uciec tylko 13-latkowi, który schował się przed wujkiem, a potem uciekł przez okno.

 

Przede wszystkim – żona brata to (jak sama nazwa wskazuje) bratowa, choć niestety ignoranci coraz częściej nazywają ją szwagierką. Szwagierka to raczej siostra męża dla żony, siostra żony dla męża, ewentualnie – żona szwagra. Podobnie dla bratanka – chociażby ten nawet nazywał go nieprawidłowo „wujkiem” Jacek Jaworek pozostanie de factode iure stryjem. Wuj to wyłącznie brat matki, nie ojca, ewentualnie mąż ciotki (dawniej: pociot), ostatecznie kuzyn któregoś rodzica, choć na pewno nie brat stryjeczny ojca. Miejmy jednak wyrozumiałość dla dziennikarzy z licznych pism, którzy znajomością prawidłowych nazw relacji rodzinnej raczej nie grzeszą. Chociażby swego czasu Krzysztof Burnetko, który komentując proces przeciwko autorom monografii „Dalej jest noc”, pisał:

 

Pani Leszczyńska jest bratanicą (więc nie tak bliską w sumie krewną – co znowu może być znamienne) bohatera jednej z cytowanych w książce relacji. Jej wujek Edward Malinowski, sołtys wsi Malinowa, miał pomóc w 1942 r. uciekinierce z getta w Drohiczynie Esterze Drogickiej. Tyle że równocześnie ją ograbił, a na dodatek był „współwinny śmierci kilkudziesięciu Żydów, którzy ukrywali się w lesie i zostali wydani Niemcom”.

(Polityka, „Proces prawdę ci powie”, 23 lipca 2019)

 

Po pierwsze – skoro bratanica, to bratem jej ojca był nie wujek, lecz stryjek. Z innych źródeł medialnych wynika, że pani Filomena Leszczyńska stryjem właśnie, a nie wujem, nazywa zmarłego krewnego. Po drugie – jak można w ogóle bratanicę określić mianem „nie tak bliskiej w sumie krewnej”?! Nazwiska panieńskie bratanic brzmią przecież tak samo jak nazwiska stryjów. Według jakich kryteriów klasyfikuje Burnetko bliskość pokrewieństwa? Może zasugerował się – to w końcu absolwent prawa – kryteriami wyrażonymi w art. 177 Kodeksu postępowania karnego, gdzie określono ściśle kategorie osób najbliższych, którym przysługuje prawo odmowy zeznań? Tam faktycznie pominięto wujów i stryjów, siostrzeńcówbratanków etc. W praktyce kategoria bliskości jest względna – zależy nie od unormowań prawnych, lecz od faktycznych relacji społecznych. Zresztą w tradycyjnych polskich rodzinach bliscy krewni (może już nie w Wielkopolsce, ale na pewno jeszcze na Mazowszu, Podlasiu i w Galicji) to przynajmniej wszyscy potomkowie wspólnego pradziadka. Ciekawe, czy sam Krzysztof Burnetko swoich bratanków i siostrzeńców (jeśli ich ma) uważa również za „nie tak bliskich krewnych”?

 

Ale wracajmy na Onet. W artykule „Włoskie miasteczko na Sycylii sprzedaje domy po dwa euro” poznajemy przy okazji reinterpretację dziejów tej fascynującej wyspy: [Sambuca] Licząca 6 tys. mieszkańców miejscowość, położona koło Agrigento została założona przez Arabów w IX wieku wkrótce po ich przybyciu na Sycylię. Jego pierwotna nazwa brzmiała Zabuth od imienia emira, który kazał zbudować tam zamek. Ślady najstarszej architektury i pradawnych murów widać na każdym kroku. O początkach tej osady przypomina jedna z dzielnic, która od wieków nosi nazwę „arabskiej”.

Przybysze z Bliskiego Wschodu mieszkali tam do XIII w. Większość Arabów została zamordowana podczas podboju tego terytorium przez wojska króla Sycylii Fryderyka II. Ci, którzy pozostali, przeszli na chrześcijaństwo. (23 lipca 2021, godz. 7.28)

 

Treść artykułu sugeruje, że w IX wieku Arabowie przyjechali na Sycylię w pokojowych zamiarach jako osadnicy, lecz cesarz Fryderyk II nie dość, że zagarnął cudze terytorium, to jeszcze dokonał aktu ludobójstwa na potomkach osadników.

 

Otóż sprawa miała się nieco inaczej i to w kilku punktach. W IX wieku (a dokładniej w roku 827) Arabów (zresztą nie z Bliskiego Wschodu, ale z Afryki) i Berberów zaprosił na Sycylię bizantyński zdrajca – uzurpator Eufemiusz w charakterze zbrojnych najemników. Rychło sytuacja wymknęła mu się spod kontroli i muzułmanie dokonali stopniowo brutalnego podboju wyspy, trwającego aż 75 lat. Tak odebrano szczęście, radość doczesną i wolność co najmniej 3 pokoleniom Sycylijczyków, których przodkowie cieszyli się spokojem i dobrobytem od przynajmniej 3 wieków!  Co gorsza – zawłaszczenie Sycylii umożliwiło później najeźdźcom usadowienie się na południu Półwyspu Apenińskiego i ustanowienie krótkotrwałego Emiratu Bari. Odzyskał Sycylię dla chrześcijaństwa w l. 1061 – 1092  nie cesarz Fryderyk II Hohenstauf (1194 – 1250), lecz jego pradziadek po kądzieli – normański hrabia Roger d’Hauteville (1031 – 1101), ojciec słynnego króla Rogera, którego rozsławił operą Karol Szymanowski. Natomiast Fryderyk – zafascynowany zresztą cywilizacją islamską, a przez papieży uważany za Antychrysta – zajął jedynie jakieś muzułmańskie twierdze górskie na Sycylii, zaś ich mieszkańców przesiedlił do Apulii. Jako dziedzic Sycylii nie musiał niczego podbijać, miał jednak prawo tam zrobić porządek.

 

Tyle można przeczytać chociażby w polskiej i angielskiej Wikipedii, gdzie obiektywne hasło Muslim conquest of Sicily szczegółowo relacjonuje dramatyczne zmagania. Włoska Wikipedia precyzuje, że położony na 364 m zamek w Sambuce już w czasach normańskich przeszedł w ręce chrześcijan, jednak nie wspomina w związku z tym o prześladowaniach Arabów, ponieważ ich nie było! Muzułmanom sprawiedliwość wymierzano wedle prawa Koranu w stosownie do tego powoływanych sądach, Grecy zaś podlegali prawu bizantyńskiemu. W meczetach muzułmanie bez przeszkód oddawali się praktykom religijnym. (…) Normanowie dokonali cudu – doprowadzili do harmonii różne elementy etniczne na Sycylii. (…) Surowe, paternalistyczne rządy Sycylijczycy przyjęli z radością, bowiem nastały dobrobyt i sprawiedliwość, jakim wyspiarze nie cieszyli się od pokoleń – pisał znakomity mediewista Steven Runciman w „Nieszporach sycylijskich” (Wydawnictwo „Książnica” 2007, s. 21 – 22). Dopiero w 1223 muzułmanie podnieśli bunt przeciwko polityce Fryderyka i zajęli zamek, co faktycznie wywołało reakcję władcy, słusznie obawiającego się reislamizacji wyspy, a skończyło masakrą po dwuletnich zmaganiach. Bez wątpienia długotrwałe oblężenie eskalowało furię i frustrację wojsk cesarskich, więc tragiczny finał nie zaskakuje. Ciekawe zresztą, jak postrzegają te wydarzenia współcześni mieszkańcy Sambuki?

 

Dodać należy, że buntowniczą ludność przesiedlono do Lucery i okolic na południu Italii, jednak wcale nie wiązało się to z koniecznością konwersji na chrześcijaństwo. Przesiedleńcy, których liczbę ocenia się na 60 tys., z czego aż 1/3 trafiło do samej Lucery, dostali w mieście nawet własny meczet, cieszyli się przywilejami, a znaczna część służyła w wojskach cesarskich. Żyli tam dość spokojnie aż do czasów andegaweńskich. Kto nie wierzy, niechaj sięgnie po „Nieszpory sycylijskie” czy choćby do hasła Muslim settlement of Lucera w Wikipedii angielskiej. A jeszcze więcej znajdzie w eseju Ferdynanda Gregoroviusa „Lucera. Saraceńska osada Hohenstaufów w Apulii”. („Wędrówki po Włoszech”, PIW 1990, t. II, s. 127 – 144). Włosi także opracowali to zagadnienie w swojej Wikipedii, natomiast w polskiej wciąż go brakuje, podobnie jak hasła Muzułmański podbój Sycylii.

 

Nie wiem, czy przekaz medialny na temat Arabów jest efektem podporządkowania się trendowi politycznej poprawności, czy też po prostu historycznej ignorancji ze strony autorki (a może to Onet skrócił i przeinaczył pierwotny tekst?). W każdym razie jest to przekaz bardzo szkodliwy, umniejszający winy muzułmanów, a wcale nie wyjaśniający powodów postępowania chrześcijan. 80 % czytelników (rozmyślnie nawiązuję do Zasady 80  na  20 Vilfredo Pareto) nie zna bowiem takich szczegółów historycznych. U części z nich spowoduje to dysonans poznawczy, a u nastawionych antychrześcijańsko – wzmocni fałszywe przekonanie o rzekomo pokojowym nastawieniu wyznawców Proroka i równie wiarygodnej agresji chrześcijan, a w szczególności krzyżowców. Nawet przy zachowaniu najdalej posuniętego obiektywizmu tekst powinien brzmieć mniej więcej tak:

Licząca 6 tys. mieszkańców miejscowość, położona koło Agrigento, została założona przez Arabów w IX wieku wkrótce po podbiciu przez nich Sycylii. (…) Potomkowie najeźdźcówAfryki – pomimo rewindykacji wyspy przez Normanów – mieszkali tam w dobrobycie do 1223 roku, kiedy wszczęli bunt przeciwko Fryderykowi II. Pewną część Arabów wymordowały po jego stłumieniu dwa lata później wojska królewskie, ale większość przesiedlono do Apulii, gdzie jednak zagwarantowano wolność wyznania i przywileje.

 

Ta narracja nie jest zresztą wyjątkiem. W dwutomowej monografii „The Cambridge History of the Byzantine Empire” z 2008 roku (przekład polski „Bizancjum ok. 500 – 1024” i „Bizancjum 1024 – 1492”, DIALOG 2012 i 2015) pod redakcją Jonathana Sheparda uderzyło mnie zdanie (w tej chwili nie podam strony) o bizantyjskich podbojach na Wschodzie, choć obiektywnie rzecz biorąc była to tylko rewindykacja utraconego terytorium. Także autorzy hasła Cesarstwo Bizantyńskie w polskiej Wikipedii w kilku miejscach używają na określenie działań tego państwa słowa podbój tam, gdzie stosowniejsze byłoby odzyskanie, odbicie, rewindykacja.

 

Przedostaje się również ta narracja do beletrystyki. Świetny skądinąd francuski autor kryminałów Maxime Chattam wykorzystał emocje mieszkańców oblężonej w 1098 roku przez krzyżowców Antiochii jako paralelne do cierpień ofiar nowojorskiego mordercy:

Pod koniec XI wieku, podczas pierwszej wyprawy krzyżowej, miasto Antakya starożytna Antiochia – przez osiem miesięcy było oblegane przez chrześcijan. Muzułmanie bronili swoich dóbr, jak długo mogli. Krzyżowcy obcinali jeńcom głowy i wrzucali je za mury zarówno po to, żeby wzbudzić przerażenie, jak i po to, żeby rozprzestrzenić choroby. Zamknijmy na krótką chwilę oczy naszego życia i obudźmy się wśród tych murów, drżących pod naporem kamieni ciskanych przez katapulty wroga. Są tam mężczyźni, kobiety i dzieci, przyglądający się armii z Zachodu, która nadchodzi nocą. W migoczących płomieniach pochodni widać zbroje bez twarzy, machiny wojenne i kosze pełne odrąbanych głów. Forteca Antakya zaraz się podda, a wtedy nic już nie powstrzyma chrześcijan. Za chwilę zaleją ulice, niosąc śmierć pod płaszczami i w blasku krzywdzących mieczy. Mężczyźni czują, jak serca zamierają im w obliczu rzezi, kobietom krew ścina się w żyłach, dzieci zaś cicho płaczą. Wiedzą, że wkrótce zginą; ich łzy stają się bardziej gorzkie od strachu niż od nienawiści. Tysiące spojrzeń zastyga, podczas gdy taran uderza w bramę. Już po wszystkim. Śmierć zagląda do środka.

Tysiąc lat później, wśród gęstów oparów spowijających Brooklyn, na papierze fotograficznym zostało utrwalone na zawsze to samo intensywne spojrzenie, ta sama tępa, przepełniona przerażeniem rezygnacja.

(„W ciemnościach strachu”, Wydawnictwo Sonia Draga 2018,  początek rozdz. XI)

 

Gdyby Chattam przeczytał I tom „Dziejów wypraw krzyżowych” (PIW 1987) Runcimana, wiedziałby, że Antiochia i inne miasta syryjskie wpadły – podobnie jak Sycylia w ręce Arabów – pod jarzmo tureckie skutkiem zdrady jednostki, a zdecydowanie wbrew woli autochtonów. A w 1098 roku pozostawała pod nim dopiero od 13 lat. Mieszkająca tam większość ormiańska i grecka oczekiwała zachodnich łacinników z mieszanymi uczuciami, jednak ostatecznie przyłączyła się do rozprawy z niewiernym okupantem. A poza tym przekonałby się Francuz, że I krucjatę – międzynarodową koalicję ponad podziałami – zwołano przede wszystkim w celu odyskania terytoriów bizantyjskich na Wschodzie i pomocy tamtejszym chrześcijanom, tłamszonym przez tureckich najeźdźców. Nikt jednak na Zachodzie nie ruszyłby się z domu w celu obrony nieznanych sobie ludzi na nieznanym terytorium, toteż masy zmobilizowano hasłem „Odzyskania Grobu Świętego”. To już jednak materiał na inny artykuł.

 

W omawianych przypadkach autorów tekstów można podzielić na 2 grupy: ignorantów i retorów. Ignoranci (3 pierwsze przypadki) wykazali brak znajomości podstawowych pojęć określających relacje rodzinne i zwyczaje, użyli anachronicznych nazw historycznych. To jeszcze można im wybaczyć: teraz zapewne doczytają i poprawią się, będą też uważali na słowa w innych przypadkach. Zapraszam ich zresztą na korepetycje. Oczywiście odpłatne, zgodnie z żydowskim przysłowiem: „Lekarz, który nie bierze nic, nie wart nic”.

Burnetki, Wysockiej Chattama na korepetycje nie zaproszę; nie są bowiem ignorantami, lecz najwyraźniej znają prawidła retoryki, albowiem cytowane fragmenty ich tekstów trudno mi zaklasyfikować do informacji, opinii i analiz, wypełniają natomiast niewątpliwie znamiona perswazji, ocierając się o manipulacje, zatem perswazji nakłaniającej, którą Mirosław Korolko w „Sztuce retoryki” (Wiedza Powszechna 1990, s. 31) utożsamia z propagandą. Retoryki rozumianej bardziej jako sztuka perswazji, czyli przekonywania (a jeszcze lepiej: oddziaływania), gdzie etyka nie zawsze jest wartością pierwszoplanową, a mniej jako Ars bene dicendi (Sztuka dobrej mowy/wysławiania się) postulowana przez Kwintyliana.

 

Nie wiem natomiast, do której grupy zaklasyfikować polskich wikipedystów, bo pozostają zbyt anonimowi i trudno byłoby sprawdzić, kto z nich użył niefortunnego słowa podbój na określenie odzyskiwanej własności, jak również – dlaczego nie ma dotąd hasła o muzułmańskim podboju Sycylii.

 

Proponuję teraz krótką analizę retoryczną. Analizę – powtarzam – tylko powyższych fragmentów, które wzbudzają kontrowersje. Nie kwestionuję bowiem ani informacyjnych treści artykułu Wysockiej odnośnie do oferty władz sycylijskiego miasteczka, ani walorów powieści Chattama (po 10 rozdziałach frapującej lektury dygresja o Antiochii wywołała we mnie dysonans i niesmak, jednak potem zaciekawienie intrygą wciąż rosło); a choć z wywodem i tezami Burnetki po prostu się nie zgadzam, to przecież nie polemika z całością jest celem mojego tekstu. Burnetko próbował przekonać czytelników, że bratanica to niezbyt bliska krewna, a skoro tak, to chyba nie powinna ją obchodzić dobra sława stryja; Wysocka, że pokojowi muzułmanie zasiedlili Sycylię, lecz agresywni chrześcijanie pozbawili ich mienia, ojczyzny, a nawet życia; Chattam – że w Antiochii z dawien dawna mieszkali wyłącznie islamiści, a tamtejsze dobra były ich prawowitą własnością. W jaki sposób?

 

Wyżej wymienieni –  zgodnie z regułami kompozycyjnymi – kontrowersyjne twierdzenia (sui generis dygresje) wtopili w teksty. U Wysockiej jest to 6-te oraz 10-te, 11-te i 12-te zdanie. U Burnetki – dopiero 9-te i następne, zaś u Chattama – dwa początkowe akapity XI rozdziału. Dlatego niewprawny odbiorca nie zauważy tych mankamentów, gdyż będzie interesować go główny wątek, jednak być może podświadomie przejmie tę narrację i wzmocni swe przekonanie o opresywności chrześcijaństwa, pacyfizmie islamu, dalekim pokrewieństwie z wujami, zwłaszcza jeśli już wcześniej posiadł powierzchowną wiedzę na ten temat, bądź nie dysponuje żadną wiedzą, a owi autorzy i media są dlań niekwestionowanymi autorytetami. Ich wypowiedzi wzmacniają toposy inwencyjne – wypróbowane przez wieki środki oratorskie, a wśród nich toposy z podobieństwa, a zwłaszcza toposy z przeciwieństwa, czyli antytetyczne zestawienia rzeczy. Ale najciekawsze jest posłużenie się znaną od Starożytności amplifikacją, czyli środkiem stylistycznym, a zarazem techniką manipulacyjną, polegającą na celowym powiększeniu bądź pomniejszeniu faktów, osób czy pojęć poprzez uwypuklenie (wzrost), porównanie, domniemanie (rozumowanie), kumulację (nagromadzenie).

 

Tak więc Burnetko, zamiast prawidłowo nazwać zniesławionego Edwarda Malinowskiego stryjem, wybrał coraz częściej używany, lecz błędny, synonim na określenie brata ojca: wuj. W ostatnich dekadach nastąpiła deprecjacja wuja poprzez rozszerzenie pola semantycznego tego pojęcia: wuj to już nie tylko brat matki, ale i ojca, kuzyn rodziców, mąż ciotki, cioteczny bądź stryjeczny dziadek, jakiś starszy kuzyn, którego ze względu na wiek wypada tak nazywać, wreszcie znajomy rodziców albo nawet konkubent matki – co wyśmiewałem 26 lat temu w żartobliwym felietonie „Kim jest wujek?”, zamieszczonym  w niszowym periodyku „Nihil Obstat”. Stryj natomiast w omawianym przypadku brzmiałby zbyt dostojnie i uroczyście. Burnetko zatem – świadomy tej nieznajomości wśród mas – dopuścił się pomniejszenia rangi pokrewieństwa, używając nawet zdrobnienia wujek, akceptowalnego w tekstach literackich, lecz przecież nie w opracowaniach naukowych i w poważnych artykułach, a osłabiając je dodatkowo domniemaniem, jakoby była to nie tak bliska w sumie krewna. Dalej jest już tylko gorzej: wujek Edward to ponoć grabieżca, donosiciel, współsprawca śmierci oto chwyt polegający na odwołaniu się do negatywnej kategorii pojęć. Jak już wiemy, te pomówienia powstały z pomieszania postaci sołtysa  z innym Edwardem Malinowskim. Gdyby autorzy „Dalej jest noc” mieli (tak jak ja) praktykę genealogiczną, ustaliliby najpierw filiację i fakty metrykalne wszystkich Edwardów Malinowskich w okolicy, przez co uniknęliby procesu, a Burnetko nie musiałby się silić na retorykę.

 

Wysocka posłużyła się toposami z przeciwieństwa i negatywnymi pojęciami, przy okazji pomijając w historii Sambuco to, co niewygodne, niepasujące do idyllicznego obrazu muzułmańskiej społeczności wyspy. Zatem Arabowie to przybysze, budujący zamek, zakładający osadę (niemal architekci), gdy tymczasem wojska Fryderyka podbijają, mordują (czyli są mordercami) i – w domyśle – zmuszają muzułmanów do przejścia na chrześcijaństwo. W ramach amplifikacji – powiększono zasługi muzułmanów, umniejszono zaś chrześcijan. I odwrotnie: powiększono zbrodnie chrześcijan – a zbrodnie muzułmańskie pominięto milczeniem (kolejny chwyt retoryczny). W dodatku zrobienie z antypapieskiego cesarza (uwielbianego przez Gregoroviusa, a nie cierpianego przez Runcimana) jakiegoś szczególnego wroga islamu zakrawa na kpinę z inteligencji odbiorcy. Z tekstu zresztą nie wiadomo, czy większość Arabów zamordowano na całym terytorium podbitym przez Fryderyka, czy tylko w Sambuco.

 

Jeszcze dalej posunął się Chattam. Nie tylko zniekształcił obraz dziejów Bliskiego Wschodu w Średniowieczu, nie tylko przeinaczył szczegóły zdobycia Antiochii (żaden taran nic nie wskórał, lecz kluczową wieżę udostępnił ormiański renegat), ale nagromadził negatywne kategorie odnośnie do chrześcijan: krzyżowcy nie dość, że oblegają cudze miasto, to ścinają głowy, budzą przerażenie, rozprzestrzeniają choroby, niosą śmierć. W przeciwieństwie do konkretniejszych – pełnych uczuć – muzułmańskich mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy tylko bronią swej własności (tak naprawdę 13 lat wcześniej zrabowanej Grekom i Ormianom) – chrześcijanie są zdepersonalizowani: nadchodzą nocą (w domyśle – niczym jakieś upiory), noszą zbroje bez twarzy i krzywdzące miecze. Nie mają żadnych ludzkich uczuć, inaczej niż muzułmanie, którym autor przypisał cały katalog afektów perswazyjnych: strach, płacz, zamieranie serc, ścinanie krwi w żyłach. I tylko trochę nienawiści. Topos z podobieństwa wyraża się oczywiście w zestawieniu wspólnych emocji ofiar średniowiecznych krzyżowców i nowojorskiego mordercy:  to samo intensywne spojrzenie, ta sama tępa, przepełniona przerażeniem rezygnacja.

 

Wystarczy. Czy chcemy takiego dziennikarstwa, takiej literatury, takich haseł? Przemycania antychrześcijańskich czy antyrodzinnych treści mimochodem, podczas poruszania innych tematów? Widać zobojętnieliśmy, skoro brakuje reakcji. Dlaczego od wydawców nie oczekujemy stosownych przypisów, kiedy dygresje autorów idą w niebezpiecznych kierunkach? – Takiego przypisu zabrakło przecież w powieści Chattama, choć jeszcze jakieś 20 lat temu często opatrywano komentarzami także literaturę piękną.

 

Bez poprawnej znajomości historii lepiej pominąć dziejowe analogie w powieściach. Bez niej nie ma też profesjonalnego dziennikarstwa. Dobry dziennikarz korzysta ze słowników, jeśli nie zna prawidłowych znaczeń wyrazów – w dobie Internetu nie musi w tym celu wychodzić do biblioteki, ani nawet sięgać do półki. Dobry dziennikarz nie kompromituje się źle użytą retoryką; lepiej przekazać rzetelną informację w sposób mało efektowny, ale przystępny, niżeli epatować odbiorcę retorycznymi popisami. A gdy chce jawnie opowiedzieć się po stronie sporu, powinien czynić to dyskretnie – przynajmniej sine irae (bo o et studio już wówczas trudno). A nade wszystko – dziennikarz, naukowiec czy powieściopisarz – podejmuje wysiłek dotarcia do źródeł pierwotnych (np. ksiąg metrykalnych) albo przynajmniej do poważnych opracowań naukowych.

Stanowisko CMWP SDP w sprawie projektu nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji

CMWP SDP popiera zmiany w ustawie z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji, przewidziane w projekcie nowelizacji w/w ustawy (druk sejmowy nr 1389, dalej: „Projekt”), których celem jest doprecyzowanie regulacji umożliwiających przeciwdziałanie przejęciu kontroli nad nadawcami radiowymi i telewizyjnymi przez podmioty spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG).

 

Obecnie obowiązujące uregulowania w/w ustawy (dalej: „Ustawa”) nie gwarantują transparentności własnościowej na rynku mediów elektronicznych oraz umożliwiają obchodzenie przepisów podczas zmian właścicielskich w spółkach medialnych, nadających programy na podstawie koncesji radiowych i telewizyjnych. Wynika to z faktu, iż normy prawne tej ustawy dotyczące udzielenia koncesji dla spółek z udziałem tzw. osób zagranicznych uwzględniają jedynie formalną, a nie rzeczywistą strukturę kapitałową tych podmiotów. Jako przykład wskazać można art. 35 ust. 2 pkt 1 ustawy, zgodnie z którym koncesja dla spółki z udziałem osób zagranicznych może być udzielona, jeżeli udział kapitałowy osób zagranicznych w spółce lub udział osób zagranicznych w kapitale zakładowym spółki nie przekracza 49%. CMWP SDP zwraca uwagę, iż w ustawie znajduje się przepis ograniczający wysokość kapitału zagranicznego w mediach, które działają na podstawie koncesji, istnieje od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej, ale jest on nieprecyzyjny i łatwy do obejścia, bowiem mimo pewnych obostrzeń w nim zawartych, daje jednak możliwość, aby osoby zagraniczne spoza EOG wywierały kluczowy wpływ na zarządzanie spółką – koncesjonariuszem. Wydaje się, że jest to sprzeczne z intencją ustawodawcy, według której koncesjonariusz nie tylko powinien być podmiotem zlokalizowanym w krajach EOG, ale przede wszystkim powinien być realnie zarządzany przez właściciela mającego siedzibę w EOG. Innymi słowy, obecnie przepisy ustawy są nieszczelne i przez to anachroniczne. Ocena struktury kapitałowej spółki powinna bowiem obejmować realny, a nie czysto formalny obszar jej zarządzania. Ograniczanie analizy sytuacji podmiotu do stanu formalnego, bez zrozumienia, kto jest jego realnym właścicielem (decydentem), prowadzi do wniosków sprzecznych z rzeczywistością rynkową.

 

Projektowana nowelizacja wychodzi naprzeciw temu problemowi. W ocenie CMWP SDP proponowane zmiany nie naruszają zasady wolności słowa, a ich celem jest jedynie ochrona rynku medialnego przed przejmowaniem kontroli nad nadawcami przez podmioty spoza EOG (w praktyce – spoza Unii Europejskiej), a więc również z państw mogących stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa Państwa Polskiego.  CMWP SDP wielokrotnie wskazywało na zagrożenia związane z niekontrolowaną obecnością kapitału zagranicznego na polskim rynku medialnym, dlatego też projektowaną nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji postrzega jako szansę na poprawę tej sytuacji.

 

Projekt zakłada, że wprowadzane nowelizacją przepisy dotyczące koncesji dla spółek z udziałem kapitałowym osób zagranicznych nie będą miały zastosowania do podmiotów z siedzibą (miejscem zamieszkania) w państwie członkowskim EOG „pod warunkiem, że osoba taka nie jest zależna, w rozumieniu Kodeksu spółek handlowych, od osoby zagranicznej, której siedziba lub stałe miejsce zamieszkania znajduje się w państwie niebędącym państwem członkowskim EOG”. Jak wiadomo, EOG to strefa wolnego handlu i wspólny rynek, obejmujący państwa Unii Europejskiej i Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA), czyli oprócz państw członkowskich UE, także Norwegię, Islandię i Lichtenstein. Tak więc odnoszenie się do EOG jako jednego z kryteriów jest w tym przypadku rozwiązaniem prawidłowym, a ponadto zbieżnym z dotychczasową metodą regulacji przyjętą w Ustawie.

 

Jednocześnie CMWP SDP apeluje do parlamentarzystów o wypracowanie rozwiązania, które dałoby dotychczasowym nadawcom szansę na dalsze funkcjonowanie na rynku mediów, pod warunkiem spełnienia wymogów ustawowych. Jak wiadomo, dotyczy to przede wszystkim stacji TVN, która obecnie jest w trakcie rozmów z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji w sprawie przedłużenia koncesji dla anteny TVN 24.  Właścicielem TVN jest amerykański koncern Discovery, ale zarządza stacją za pośrednictwem wirtualnej spółki Polish Television Holding BV, zarejestrowanej w Holandii i nie zatrudniającej pracowników. Tak więc projekt powinien przewidywać odpowiednie vacatio legis, umożliwiające podmiotom znajdującym się w takiej sytuacji dostosowanie ich struktury właścicielskiej do znowelizowanych przepisów. W tym zakresie ustawodawca powinien rzeczowo i obiektywnie, m. in. w oparciu o opinie ekspertów rynku kapitałowego rozważyć, czy przewidziany w art. 2 Projektu termin 6 – miesięczny, jest w tym zakresie odpowiedni.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

 

Michał Jaszewski, doradca prawny SDP

 

Warszawa, 3 sierpnia 2021 r.