W Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Olsztynie odbyła się uroczysta Gala Dziennikarzy Warmii i Mazur, podczas której Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wręczył nagrody w 14. edycji Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego.
Nagrodę główną kapituła konkursu przyznała dziennikarce prasowej i internetowej Aleksandrze Tchórzewskiej za reportaże „Gdyby tu wojna wybuchła, to byśmy nie zauważyły” o mieszkańcach Braniewa, których miasto od północy graniczy z obwodem kaliningradzkim oraz „Skoro tu jestem to chyba jest miłość” – o historii kobiet zakochanych w mężczyznach osadzonych w Zakładzie Karnym w Barczewie. Jury konkursu doceniło oryginalność podjętych tematów, warsztat dziennikarski autorski, a także umiejętność łączenia emocji i faktów.
Podczas odebrania nagrody dziennikarka nie kryła wzruszenia. – Zawsze czułam się gorsza, że moja praca nie jest do końca wartościowa, dlatego nigdy nie brałam udziału w konkursach. Dla mnie najważniejsi są bohaterowie dnia codziennego. Lubię zwykłych ludzi, z ich problemami. Te teksty łączy jedna rzecz – emocje. Uwielbiam słuchać ludzi i opisywać ich emocje. Być blisko tego, co dla nich ważne. I uczyć się od mądrzejszych od siebie – powiedziała laureatka.
Aleksandra Tchórzewska jest absolwentką filologii polskiej na Uniwersytecie Warmińsko- Mazurskim w Olsztynie oraz studiów podyplomowych z zakresu edytorstwa tekstów. W wyuczonym zawodzie – nauczycielki języka polskiego – przepracowała jednak tylko rok. Pracę w mediach rozpoczęła jako redaktorka online w grupie TVN S.A. Później przez siedem lat była dziennikarką w Grupie WM, wydawcy m.in. „Gazety Olsztyńskiej” i „Dziennika Elbląskiego”. Tam zachłysnęła się dziennikarstwem. Pasjonują ją reportaże i tematyka społeczna. Od 1 marca 2022 roku dołączyła do redakcji Hellozdrowie.pl, na łamach którego, oprócz ogólnopolskich tematów, stara się przemycać trochę Warmii.
„Nagrodę wolności słowa im. ks. Benedykta Przerackiego” otrzymała Maja Kwiatkowska z Radia Olsztyn za reportaż „Pierwsi uchodźcy”.
Kapituła konkursu przyznała też kilka wyróżnień. Wyróżnienie prasowe trafiło do Rafała Radzymińskiego z magazynu MADE IN Warmia&Mazury, doceniając jego prace pod kątem konsekwentnej budowy marki regionu i tworzenia pisma na wysokim poziomie edytorskim.
Wyróżnienie radiowe otrzymał zespół dziennikarzy Radia Olsztyn: Małgorzata Sadowska-Bartoszewicz, Marek Lewiński i Przemysław Getka za podcast „O przyszłości teraz”.
– Staramy się mówić o technologii bez zbędnego słodzenia, bo do tej pory wszyscy, którzy mówią o technologii, raczej się nią zachwycają. Mało jest zwracania uwagi na zagrożenia, które wynikają z rozwoju technologii. Staramy się o tym mówić, ale i nie straszyć technologią, tylko zwrócić uwagę, że to nie jest czarno-białe i że warto zachować ostrożność – powiedział tuż po gali na antenie Radia Olsztyn Przemysław Getka.
To już XIV edycja Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego. Prezes Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP Mateusz Kossakowski podkreślił, że konkurs im. Seweryna Pieniężnego jest jedynym, w którym nagradzani są dziennikarze z całego regionu.
– Nagroda im. Seweryna Pieniężnego ma służyć docenieniu trudnej, często niezauważalnej pracy dziennikarzy. Możliwość docenienia warsztatu dziennikarzy z naszego regionu to niezwykła motywacja, by organizować kolejne edycje. Zwłaszcza, że obecnie nasze środowisko potrzebuje integracji międzyredakcyjnej. Musimy na nowo nauczyć się rozmawiać ze sobą i doceniać swoją pracę niezależnie od prezentowanych poglądów. To od nas zależy jak media będą wyglądać w przyszłości i jaki będzie ich odbiór społeczny. Dodatkowo cieszę się ze współpracy z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim. W nowym roku akademickim wszyscy laureaci zostaną zaproszeni na spotkania autorskie ze studentami, które odbędą się na Wydziale Humanistycznym.
Skład Kapituły Konkursu Dziennikarskiego im. Seweryna Pieniężnego:
Mateusz Kossakowski – Prezes W-M Oddziału SDP w Olsztynie
dr Miłosz Babecki – członek zarządu W-M Oddziału SDP ds. promocji i wydawniczych
dr hab. Joanna Chłosta-Zielonka, prof. UWM
Wojciech Chromy
dr hab. Urszula Doliwa, prof. UWM
Elżbieta Mierzyńska
Grzegorz Radzicki – reprezentant Zarządu Głównego SDP
dr Magdalena Szydłowska
Galerię zdjęć z Gali można obejrzeć na stronie Warmińsko-Mazurskiego Oddziału SDP TUTAJ.
15 września przed Sądem Rejonowym w Zielonej Górze Jolanta Hajdasz, dyrektor CMWP SDP, złożyła zeznania w procesie, jaki dziennikarzom „Gazety Lubuskiej” wytoczyła marszałek województwa lubuskiego. Sprawa dotyczy tzw. afery w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Gorzowie Wielkopolskim. Marszałek Elżbieta Polak (PO) oskarżyła dziennikarzy, którzy ujawnili tę aferę z zniesławienie z art. 212 kk. Rozprawa prowadzona jest w trybie niejawnym, więc nie możemy relacjonować jej przebiegu.
Jolanta Hajdasz została wezwana do sądu w charakterze świadka. Podczas rozprawy 15 września sędzia Grzegorz Bujewicz przesłuchał jeszcze jednego świadka p.Grzegorza Widenkę, dyrektora zarządzającego makroregionów w Polska Press Grupa.
Elżbieta Polak, Marszałek województwa lubuskiego, członek partii Platforma Obywatelska w sierpniu ub. roku złożyła pozew o naruszenie swoich dóbr osobistych przeciwko dziennikarzom, redakcji „Gazety Lubuskiej” i wydawnictwu Polska Press. Domaga się w nim przeprosin i odszkodowania finansowego oraz usunięcia ze stron internetowych wszystkich artykułów na temat tzw. afery w WORD-dzie w Gorzowie Wielkopolskim, łącznie z opiniami i dziennikarskimi komentarzami. Fakty ujawniane przez Gazetę Lubuską w lipcu 2022 r. przez red. Janusza Życzkowskiego, red. Roberta Bagińskiego i red. Marcina Kędrynę dotyczą skandalicznych praktyk mobbingowych w gorzowskim WORD-dzie, także o podłożu seksualnym, a z opisów osób pokrzywdzonych wynikało iż organ władzy samorządowej nadzorujący tę instytucję , czyli Marszałek województwa mimo obywatelskich sygnałów i zgłaszanych nieprawidłowości nie interweniowała w skuteczny sposób, ani przez długi czas nie udzieliła ofiarom tych nagannych praktyk wsparcia.
Kolejna rozprawa w tej sprawie odbędzie się w grudniu br.
Media nie funkcjonują w próżni. Praca każdej redakcji z konieczności jest usytuowana w kontekście bieżącego życia politycznego, realiów społecznych, relacji międzyludzkich. Czy możliwe są media całkowicie apolityczne? Jak w tym kontekście rozumieć pojęcie „apolityczności”? Czy apolityczność może być stopniowalna? Jak odnaleźć równowagę pomiędzy sympatiami politycznymi i sumiennym spełnianiem dziennikarskiego obowiązku zapewnienia społeczeństwu dostępu do wiarygodnej informacji? – to pytania , na które próbowali odpowiedzieć uczestnicy panelu dyskusyjnego „Apolityczne media. Na ile to realne?”, jaki odbył się 7 września podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu. W panelu wzięła udział Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP.
Moderatorem dyskusji był red. Andrzej Bobiński, dyrektor Zarządzający portalu Polityka Insight, reklamującego się jako „pierwsza w Polsce platforma wiedzy dla liderów biznesu, polityki i dyplomacji”. Uczestnikami dyskusji byli także Marek Frąckowiak, prezes i dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy , Andrzej Andrysiak, Prezes Rady Wydawców Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, Bogda Orzechowska, redaktor naczelna TV Suwałki, prof. Nikoloz Kawelaszwili z Państwowego Uniwersytetu im. Ilii Czawczawadze w Tibilisi w Gruzji oraz Jolanta Hajdasz, wiceprezes SDP i dyrektor CMWP SDP.
W dzisiejszym świecie nie ma apolitycznych mediów, polityka jest obecna we wszystkich dziedzinach życia publicznego, więc chcąc nie chcąc wkroczyła i zadomowiła się w świecie mediów na stałe. Selekcja informacji w każdej redakcji odbywa się przecież na podstawie konkretnych kryteriów, poglądów, opinii czy światopoglądu, więc by zachować uczciwość i rzetelność względem odbiorców lepiej jest, by redakcje działały transparentnie, a nie ukrywały przed odbiorcami najważniejsze treści o sobie, np. kryteria doboru informacji, czy swoje finansowanie – powiedziała Jolanta Hajdasz. Z kolei Marek Frąckowiak przekonywał, iż „polityczne media” to media zajmujące się informacyjnie i publicystycznie polityką, a media lokalne, czy rozrywkowe są od niej wolne i nie powinna ona mieć na nie wpływu. W podobny sposób na pytanie o „apolityczne media” odpowiedziała Bogda Orzechowska podkreślając rolę obiektywizmu w dziennikarskiej pracy oraz Andrzej Andrysiak, wg którego redakcje „polityczne” to te, które powinny zajmować się patrzeniem władzy na ręce i jej kontrolowaniem oraz krytyką, a „apolityczne” to te, które polityką się nie zajmują. Na pytanie moderatora, czy jest możliwy powrót do zasad dziennikarstwa , jaki znamy z przeszłości np z BBC , większość dyskutantów odpowiedziała negatywnie, podkreślając wpływ mediów cyfrowych na zmiany w funkcjonowaniu mediów. W mojej ocenie zmierzamy do sytuacji, w której jedynie ok. 10 % społeczeństwa i to jego najbogatszej części będzie stać na korzystanie z jakościowego dziennikarstwa, opartego na solidnym opisie i sprawdzaniu źródeł informacji przez dziennikarzy, pozostała część społeczeństwa nawet 90% będzie skazana na darmową informację niskiej jakości, nie sprawdzoną i zawierającą także fake newsy i manipulacje. Ludzi nie będzie stać na kupowanie dostępu do dobrej informacji – powiedział Andrzej Andrysiak. Nie zgadzam się z tak pesymistyczną wizją mediów – powiedziała Jolanta Hajdasz – naszą odpowiedzią na tak rozumiane dziennikarstwo jakościowe będzie dziennikarstwo tożsamościowe, bo wielu z nas wykonuje ten zawód z pasji i często mimo braku profitów z tego płynących. Polscy dziennikarze wielokrotnie udowodnili, że jak się nie da inaczej, to potrafią pracować za darmo i przygotowywać wartościowe filmy, książki, audycje radiowe, czy wydawać gazety, tak było w czasach podziemnej „Solidarności i w okresie transformacji ustrojowej, gdy na pewne tematy nie udawało się zapewnić żadnego budżetowania , tak było i po 4.kwietnia 2010 roku, gdy spora część dziennikarzy nie mogła znaleźć płatnej pracy w swoim zawodzie – powiedziała dyrektor CMWP SDP. Jak się nie da inaczej, to znowu będziemy pracować za darmo dostarczając ludziom potrzebnych informacji. Ne zostawimy tych, którzy nam ufają i którzy z naszych publikacji czerpią wiedzę o otaczającym nas świecie – podsumowała Jolanta Hajdasz .
Najchętniej czytany tygodnik katolicki w Polsce obchodzi swoje 100-lecie. Pierwszy numer „Gościa Niedzielnego” ukazał się z datą 9 września 1923 roku.
Jak przypomina serwis goscniedzielny.pl, pismo powołał do życia 100 lat temu ks. August Hlond. „Gość Niedzielny” miał być głosem Kościoła w debacie publicznej i pomagać w budowaniu zrębów nowej struktury kościelnej na Górnym Śląsku. Tygodnik powstał w szczególnym czasie historycznym. Jego organizatorem i pierwszym redaktorem został ks. dr Teodor Kubina, proboszcz kościoła Mariackiego w Katowicach, wybitny działacz plebiscytowy, naukowiec i publicysta.
W pierwszym numerze we słowie wstępnym ks. Hlond, późniejszy prymas Polski, napisał, że nowe pismo „przychodzi jako przyjaciel ludu z otwartym słowem prawdy. Nie chce nikomu schlebiać. Nie służy żadnemu stronnictwu politycznemu ani nie jest wyrazem interesów jakiegoś odłamu społeczeństwa. Chce w mroki szare wnieść promień światła. Chce w duszną atmosferę społeczną tchnąć orzeźwiający powiew Chrystusowego ducha”.
Obecnie „Gość Niedzielny” jest nie tylko najchętniej czytanym pismem katolickim w naszym kraju, ale też od lat znajduje się w czołówce najlepiej sprzedających się tygodników opinii. Według raportu Polskich Badań Czytelnictwa średnia sprzedaż drukowanego wydania „Gościa Niedzielnego” w drugim kwartale 2023 roku wyniosła 63 541 egzemplarzy. Dało to katowickiemu tygodnikowi pierwsze miejsce w zestawieniu. Druga jest „Polityka” – 56 869 egzemplarzy, trzeci „Newsweek” – 45 843. Jeśli uwzględni się także sprzedaż cyfrowych wersji tygodników – „Gość” jest trzeci.
Z okazji jubileuszu 100-lecia „Gościa Niedzielnego” redakcja tygodnika zaprasza czytelników do wspólnego świętowania. 9 września 2023 roku o godz. 15 w katedrze Chrystusa Króla w Katowicach, zaplanowano Mszę Świętą, której przewodniczyć będzie i homilię wygłosi kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. Po Eucharystii, na placu obok katedry, odbędzie się spotkanie z redaktorami „Gościa” przy tradycyjnym śląskim kołoczu.
Powakacyjne spotkanie Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP, odbędzie się jak zwykle w pierwszą środę miesiąca – 6 września 2023 r., o godz. 17.00, w Domu Dziennikarza, przy ulicy Foksal 3/5 w Warszawie. Tym razem zapraszam na pokaz głośnego ukraińskiego filmu „Zakazany”, w reżyserii Romana Brovko, który będzie też gościem spotkania.
Serdecznie zapraszam!
dr Teresa Kaczorowska,
przewodnicząca Klubu Publicystyki Kulturalnej SDP
Romana Brovko, rocznik 1983. Ukraiński reżyser z Kijowa (Ukraina), z dwudziestoletnim stażem pracy. Ukończył Kijowski Państwowy Uniwersytet Teatru, Filmu i Telewizji im. Karpenka-Karogo kierunek reżyseria filmu fabularnego (2002 – 2007). Dodatkowe wykształcenie uzyskał w Polsce: absolwent „Szkoły Wajdy” (Kurs dla producentów kreatywnych oraz „Studio Prób” (intensywny kurs reżyserii). Trzykrotny stypendysta polskich programów rządowych. Jego dorobek twórczy obejmuje: 14 seriali i filmów telewizyjnych, 1 pełnometrażowy film fabularny (film dla szerokiej widowni ), 12 filmów krótkometrażowych, 5 projektów telewizyjnych (od rozrywki po publicystykę). Laureat wielu międzynarodowych festiwali filmowych.
Film „Zakazany” opowiada o Wasylu Stusie (1938-1985), wybitnym poecie ukraińskim, publicyście, bojowniku o wolność i demokrację, dysydencie. Stus bronił prawa każdego narodu do własnej tożsamości, sprzeciwiał się dominacji kultury rosyjskiej i rusyfikacji, którą Związek Sowiecki narzucał Europie Wschodniej. Poeta był zakazany przez cenzurę, dwukrotnie więziony i zesłany na Syberię, gdzie spędził prawie 10 lat, bez prawa do pisania, bez prawa kontaktu ze światem zewnętrznym. W 1985 r. Heinrich Böll wystąpił o uhonorowanie Stusa literacką Nagrodą Nobla. Poeta nie otrzymał jednak tej nagrody z powodu swojej śmierci w łagrze w 1985 r.
Postać Wasyla Stusa jest ważna nie tylko dla kultury ukraińskiej, ale także polskiej i europejskiej, którą się interesował. Był entuzjastycznie nastawiony do polskiego ruchu „Solidarność”, pisał o nim, wierzył, że to początek końca systemu sowieckiego, wzywając Ukraińców do pójścia za przykładem „Solidarności”.
Wasyl Stus zostawił obszerny dorobek literacki i publicystyczny. Dziś na Ukrainie kilkaset ulic w miastach i wsiach nazwano jego imieniem, jako synonimem oporu wobec totalitaryzmu. Od 1989 r. przyznawana jest też Nagroda im Wasyla Stusa za „talent i odwagę”.
W Polsce od 2017 r. imię Wasyla Stusa nosi jeden z warszawskich skwerów (u zbiegu ul. Batorego i al. Niepodległości), ukazały się też dwa zbiory jego poezji: „Poezja Wasyla Stusa”, (Kraków 1996) i „Wesoły cmentarz. Wiersze wybrane z lat 1959–1971” (2020).
Późnym wieczorem, w piątek Sejm przegłosował, iż rok 2024 będzie Rokiem m.in. Arcybiskupa Antoniego Baraniaka. Wielki szacunek i wdzięczność dla wszystkich zaangażowanych w tę sprawę. To naprawdę wspaniała wiadomość, bo losy tego kapłana i biskupa pokazują jednoznacznie, jakimi zakłamanymi metodami komunizm zwalczał Kościół katolicki, jak bezwzględnie traktował księży, a przy tym uświadamiają nam jak niewiele o tym wiemy.
Prawdę o abpie Baraniaku odkrywałam przez ostatnie 11 lat, swoimi filmami, skromnymi książkami i artykułami publikowanymi, gdzie tylko się dało i wiem dobrze, jak niewiele wiedziałam o nim wtedy, gdy zrobiłam „Zapomniane męczeństwo” (premiera kinowa 2012 r.), a wydawało mi się przy tym, że wszystko co dziennikarz może powiedzieć o jakimś swoim bohaterze ja już powiedziałam. A to przecież był dopiero początek, bo dopiero po tym filmie zaczęli zgłaszać się kolejni i kolejni świadkowie i można było odtwarzać jego losy krok po kroku, choć miały one być ukryte i nieznane nam wszystkim. Ot, po prostu, jeszcze jeden kapłan, którego uwięziono i którego może trochę poturbowano w więzieniu, ale przecież wszystko dobrze się skończyło, wyszedł na wolność, działał sobie w Poznaniu, więc o co chodzi?
Ale warto i trzeba przypomnieć, że tylko dzięki postawie arcybiskupa Antoniego Baraniaka, sekretarza kard. Stefana Wyszyńskiego, podczas uwięzienia i okrutnych tortur w areszcie na Rakowieckiej w Warszawie nie odbył się w Polsce pokazowy proces Prymasa i nie udało się komunistom skompromitować Kościoła tak jak stało się to w Chorwacji, Czechach, Rumunii, Słowacji i na Węgrzech. Tylko w Polsce taki pokazowy proces Prymasa się nie odbył, a za tym wszystkim stał skromny, pokorny człowiek, który nie ugiął się i nie załamał w najtrudniejszym dla Kościoła czasie, bo są to lata 1953 – 1956 r.
W 100-lecie odzyskania niepodległości Polski, w 2018 roku prezydent Andrzej Duda pośmiertnie odznaczył abpa Antoniego Baraniaka Orderem Orła Białego, ale nadal warto walczyć o pamięć o nim wśród nas wszystkich. Lojalność, pokora i wierność zasadom, które się wyznaje, potwierdzenie czynami tego, co mówi się słowami są ponadczasowe i ważne dla każdego bez względu na okoliczności, w których trzeba się nimi wykazać. Także i w naszych czasach, bo wbrew pozorom nadal mamy w sprawach upamiętniania takich postaci jak abp Baraniaka wiele do zrobienia.
W 2017 roku po filmie „Żołnierz Niezłomny Kościoła” Okręgowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (czyli tzw. pion śledczy IPN) wznowił śledztwo w sprawie prześladowania fizycznego i psychicznego abpa Baraniaka ze względu na ukazane w filmie „nowe okoliczności w sprawie”. Ale do dzisiaj nic się nie dzieje, nie ma żadnych nowych informacji o tym, na jakim etapie jest to śledztwo. Trochę czasu minęło, mówiąc oględnie. A u obecnego abpa poznańskiego Stanisława Gądeckiego złożyłam osobiście w imieniu wszystkich podpisanych (ponad 10 tysięcy podpisów) prośbę o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego abpa Baraniaka. Oficjalnej odpowiedzi nie mamy, abp Gadecki w 2017 roku publicznie zapowiedział jednak, że chciałby taki proces rozpocząć, ale nadal na to czekamy. Może w 2024 roku się uda?
Jolanta Hajdasz jest autorką trzech filmów dokumentalnych o losach abpa A. Baraniaka pt. „Zapomniane męczeństwo”, „Żołnierz Niezłomny Kościoła” i „Powrót” . Filmy były nagrodzone Nagrodą Główną Wolności Słowa SDP w 2012 i 2016 r.
Na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie od 2011 r. stoi pomnik ku czci zamordowanych profesorów. 22 polskich naukowców z trzech uczelni: Uniwersytetu Jana Kazimierza, Politechniki Lwowskiej, Akademii Medycyny Weterynaryjnej, oraz ich rodziny zgładzili Niemcy 3 – 4 lipca 1941 r. Na podstawie gotowych list proskrypcyjnych, bez sądu, z premedytacją. Także we Lwowie – 26 lipca 1941 r. – prawdopodobnie za odmowę współpracy z przedstawicielami Herrenvolku – zamordowano Kazimierza Bartla, matematyka, pięciokrotnego premiera RP, prezesa Polskiego Towarzystwa Matematycznego, rektora Politechniki Lwowskiej.
Na tablicy informacyjnej czytamy inskrypcję (w trzech językach: ukraińskim, polskim i angielskim), że to pomnik profesorów lwowskich. Nie wiadomo jednak – co to za profesorowie? Jakiej narodowości byli? W głównej części, na granitowych płytach okazałego monumentu, znajdujemy przykazanie: „Nie zabijaj”. Nie wiadomo jednak – kogo? Tu też zabrakło informacji, kim byli lwowscy profesorowie. Polakami? Żydami? Ormianami? Ukraińcami? Przecież wszystkie te narodowości wzbogacały przedwojenny Lwów.
To tak, jakby odsłonić bez tablic Grób Nieznanego Żołnierza. Wtedy byłby miejscem symbolicznego spoczynku nie żołnierza polskiego, ale uniwersalnego, walczącego gdziekolwiek i w dowolnym czasie. Jakże przypomina to rosyjską tablicę smoleńską, która pozbawiona informacji o celu wizyty polskiej delegacji z prezydentem RP na czele, mogła sugerować, że 96 osób zginęło podczas prywatnej ekskursji turystycznej. Albo że ludobójstwo wołyńskie było dziełem anonimowych oprawców. Oj, cieszyliby się nacjonaliści spod znaku OUN-UPA.
Ale jaki problem ukrywa pomnik we Lwowie? Tkwi w jednym krótkim słowie: „polscy”, które nie podoba się władzom Ukrainy. I nieważne, czy byliby to polscy naukowcy, poeci, dowódcy czy… piwowarzy. Będąc swego czasu we Lwowie, chciałem kupić piwo 1715 (tysiąc siedemset piętnaście). Sprzedawczyni odparła: „Takiego nie mamy. Jest 1715 (siedemnaście piętnaście)”. Bo 1715 to rok powstania Browaru Lwowskiego – nie ukraińskiego, lecz polskiego.
Ale wróćmy do profesorów, których za narodowo nieokreślonych uznali inicjatorzy pomnika. Mimo, że na takie „pojednanie” nie zgodziła się polska Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, mer Lwowa zapowiadał z dumą, że teksty na tablicy będą trójjęzyczne: polskie, ukraińskie i angielskie. „Profesorowie zginęli dlatego, że byli inteligencją” – tłumaczył dalej mer. Tylko jaką inteligencją?
Ale słowa „polski” nie użył nawet arcybiskup lwowski Mieczysław Mokrzycki (były sekretarz Jana Pawła II). Wszystkich przebił jednak Rafał Dutkiewicz, dla którego profesorowie to „wybitni naukowcy publikujący głównie w języku polskim”. Zdaniem ówczesnego prezydenta Wrocławia pomnik ma „pokazać Polsce, Ukrainie i Europie, że należy pamiętać o takich wydarzeniach”. Ale właściwie, co pokazać? Pomnik nie wiadomo kogo. Choć akurat Eurokołchoz – sam pozbawiony tradycji i głębszych treści – powinien być zachwycony. Również tym, że owi beznarodowi profesorowie lwowscy zostali zamordowani – jak czytamy – nie przez Niemców, tylko przez nazistów.
Z red. Grażyną Wrońską-Walczak z Radia Poznań uhonorowaną tegorocznym Laurem Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich rozmawia Łukasz Kaźmierczak.
Podobno Grażyna Wrońska zna w Poznaniu wszystkich, których warto znać?
Wszystkich nie, ale na pewno bardzo wiele osób. I to, że działam już tyle lat w dziennikarstwie, ułatwia mi zadanie. A poza tym mam chyba umiejętność zdobywania kolejnych rozmówców, poprzez poprzednich rozmówców. To jest taki łańcuszek.
Albo rodzaj referencji: „To jest dobry dziennikarz”…
Nie wiem czy dobry dziennikarz. Może to, że się z nim miło rozmawia – bo często ludzie mówią mi, że jakoś tak potrafię ich ośmielić. Jakkolwiek niektórzy są speszeni. Zdarzało się, że przerywałam niektórym profesorom, którzy mieli mówić np. o sprawach rolniczych i zamieniali się w wykładowców. I prosiłam: panie profesorze, niech pan po prostu patrzy mi w oczy i mówi tak, jakbym niczego nie wiedziała. I to pomagało.
I dlatego tak często rozmawia Pani właśnie z ludźmi nauki i kultury?
Tak, jakoś udawało mi się tę barierę przekroczyć. Zawsze mówiłam moim rozmówcom, że Słuchacze mogą usłyszeć ich tylko raz i w związku z tym muszą dowiedzieć się tego, co najważniejsze.Rzeczywiście, tych wywiadów z ludźmi nauki było bardzo dużo. Uwielbiałam i miałam bardzo dobre kontakty z prof. Wiktorem Degą, do tego stopnia, że mogłam się bardzo często u niego zjawiać. Natomiast on – i to jest dla mnie coś zupełnie niezwykłego – dzwonił do mnie i mówił, że bardzo ładnie wypadła rozmowa. Te dobre relacje są ważne. Skoro raz z kimś się umówiłam, to się potem mogłam powołać na tego kogoś i on mi ułatwiał dalsze kontakty.
Wśród atrybutów dziennikarskich wymienia się najczęściej ostrość, wyrazistość, a Pani mówi…
…łagodnie.
I to jest Pani sposób na dziennikarstwo?
Chyba tak. Nie miałam nigdy takich bardzo ostrych sytuacji. Zawsze w dziedzinie kultury spotykałam się z ludźmi, którzy robili coś ważnego, ale nigdy nie były to rozmowy na ostrzu noża. Można było o wielu sprawach porozmawiać, wielu rzeczy się dowiedzieć i myślę, że to jest dla mnie najważniejsze, że ja chcę się dowiedzieć. Ale i druga rzecz – chcę żeby o tych rzeczach, o tych ludziach wiedzieli też inni. I dlatego tak długo pracuję w dziennikarstwie, ponieważ jest jeszcze tyle innych pól i tyle innych zagadnień, o których nie wiem ani ja, ani moi Słuchacze. A zależy mi na tym, żeby wiedzieli więcej np. o Poznaniu i o Wielkopolsce.
Czyli wchodzimy na Pani „konika”…
Rzeczywiście, to jest właściwie mój główny temat, na tym się skupiam. Uważam zresztą, że to co się ukazuje w Kronice Miasta Poznania, powinno być lekturą podstawową tych poznaniaków, którzy chcą się czegoś dowiedzieć o swoim mieście. Są to artykuły pisane przez specjalistów, ale dobrym językiem, zrozumiałym. I taki sam cel przyświeca mi przez całe zawodowe życie.
W którym od początku najważniejsze było radio.
Tak, zawsze chciałam pracować w radiu, od najmłodszych lat. I to się spełniło. W tym studiu (przypis: rozmawiamy w Studiu im. Krzysztofa Komedy w poznańskiej rozgłośni Polskiego Radia) po raz pierwszy pojawiłam się jeszcze jako licealistka, uczestnicząca w konkursach recytatorskich. Pani Jadwiga Jasiewicz zwróciła mi wtedy uwagę żebym nie akcentowała końcówek -się. I to pamiętam do dziś. A potem, kiedy ją spotkałam tutaj w radiu, przypomniałam się jej i powiedziałam, że bardzo dziękuję za tamte wskazówki. Zresztą moja mama zwracała zawsze bardzo wielką uwagę na nasz sposób mówienia.
I to zapewne pomogło też Pani dostać wymarzoną pracę. To był rok 1965.
Ja po prostu miałam szczęście. Spotkałam ludzi, którzy byli mi przychylni i tak się zaczęło. A zaczynałam od redakcji wiejskiej.
Naprawdę?
Tak, przeszłam chyba przez wszystkie radiowe redakcje. Najpierw wiejską, potem były dzienniki, kultura. W dziennikach takim moim bardzo dobrym mistrzem- kolegą był Andrzej Napierała. On potrafił świetnie konstruować drobne dźwięki czy relacje. Był w tym i sprawny i bardzo merytoryczny. Miał dobry sposób przekazywania informacji. Taki radiowy reporter w każdym calu.
Kto Pani najbardziej pomógł w Radiu?
Miałam bardzo wiele takich osób np. współpracowałam i współpracuję nadal z Alą Kurczewską, był Piotr Frydryszek, z którym razem pracowałam, a potem stał się moim szefem, Robert Mirzyński, Basia Miczko. To wszystko byli ludzie, którym nieraz zazdrościłam, ale w takim dobrym tego słowa znaczeniu, dotarcia do pewnych osób i zbudowania jakiejś formy radiowej.
Wywiad to od początku był ta forma, w której czuła się Pani najlepiej?
Tak, odpowiadała mi. Przez rozmowę, przez taki przekaz nieoficjalny – bo w rozmowie nie używa się wielkich słów, tylko tak zwyczajnie, żeby dotrzeć do Słuchacza – uważam, że właśnie to jest najistotniejsze.
Lubi Pani rozmawiać…
Bardzo! Dzięki temu poznałam bardzo wiele osób niesłychanie ważnych i takich, które do dzisiaj wspominam z ogromną sympatią np. Pan Stefan Skorupiński z Włoszakowic, który potrafił zauroczyć przez ileś nawet godzin, bo tak pięknie opowiadał. Poznałam bardzo wiele osób z kręgu kultury ludowej i nawet się zaprzyjaźniłam z panem Janem Bzdęgą z Domachowa, który był z Biskupizny, z okolic Krobi. Tam też dzięki niemu poznałam wielu innych ludzi, a on regularnie tutaj się u mnie zjawiał i relacjonował, co tam słychać na Biskupiźnie. I okazało się, że były tam ciekawe rzeczy. I do dzisiaj chyba są.
To nie zawsze byli oczywiści rozmówcy?
Nie zawsze. W roku 80. robiliśmy audycje solidarnościowe, ale przedtem zdarzało mi się rozmawiać nawet z przodownikami pracy. Jeden z nich nazywał się Marceli Tritt, pracował bodajże w poznańskich Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego i on mi opowiadał takie naprawdę bardzo piękne rzeczy o swojej pracy. Tak zwyczajnie o tym mówił, a potem sprezentował mi taki zgniatacz do orzechów, ręcznie wykonany.
Grażyna Wrońska-Walczak – dziennikarka Radia Poznań która otrzymała Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP
Robi też Pani sporo krótkich form radiowych. To Pani specjalność?
Tak, oczywiście. Choć bardzo możliwe, że takie były wtedy możliwości. I że krótkie formy były, powiedziałabym, oczekiwane. Ale robiłam też większe formy, wiele reportaży, dłuższych audycji np. cykl Wydarzyło się w Wielkopolsce, za który dostaliśmy Nagrodę im. Józefa Łukaszewicza, przyznawaną dla najciekawszych i najpiękniejszych wydawnictw o Poznaniu. Były także Wieczory Muzyki i Myśli, mnóstwo programów związanych chociażby z Powstaniem Wielkopolskim. Udało mi się także spróbować swoich sił w telewizji, gdzie wspólnie z Piotrem Libickim zrobiliśmy program Poza Horyzontem – także nagradzany cykl filmów o Wielkopolsce.
To nie był koniec przygody z telewizją?
Nie, potem był cykl Kobiety Powstania Wielkopolskiego – to z kolei ze Zbysławem Kaczmarkiem. To był ładny projekt, ponieważ odkrywaliśmy mało znane postaci i docieraliśmy do różnych ludzi. Jest jeszcze rzecz, która nadal ciąży mi na sercu – zrobiłam dwa programy o zasłużonej poznańskiej Księgarni św. Wojciecha, ale pozostały dwa odcinki, które zalegają i powinnam je dokończyć.
O czym byśmy nie mówili i tak koniec końców wracamy do tematów związanych z Wielkopolską.
Bo to jest niewyczerpywalna tematyka, przez wiele lat zaniedbywana. Dlatego razem z Małgosią Jańczak przygotowywałyśmy takie wędrówki po Wielkopolsce, w czasie których odkrywałyśmy ludzi, którzy kiedyś w ogóle byli zapomniani jak np. Dezydery Chłapowski. Jeśli chodzi o Chłapowskiego, to też jest ładny przykład. Idąc jego tropem spotkałam pana Józefa Świątkiewicza z Czempinia. On zaimponował mi tym, że pracując u Cegielskiego odkrywał w wolnych chwilach Dezyderego Chłapowskiego na swoim terenie, w okolicach Turwi czy Czempinia. I takich ludzi poznałam mnóstwo, czy w Lesznie, czy w Kościanie, czy w Gostyniu,
Koniecznie muszę zapytać o jeszcze inną Pani pasję. Przyznaję – od lat jestem wiernym fanem Języka na zakręcie.
Najpierw prowadziłam te audycje z moim mężem.
Wybitnym poznańskim językoznawcą, prof. Bogdanem Walczakiem – dodajmy.
Co ciekawe, nie wszyscy wiedzieli nawet, że to mój mąż. A teraz prowadzę je wspólnie z prof. Jarosławem Liberkiem.
Także wychowankiem prof. Walczaka.
Tak, on pisał u mojego męża doktorat.
Robiliście to i robicie nadal z wielkim powodzeniem.
Za propagowanie i popularyzację poprawnej polszczyzny otrzymałam tytuł Ambasadora Polszczyzny. To była inicjatywa chyba Piotr Frydryszka, ponieważ wtedy nagrodę za język regionalny otrzymał także Juliusz Kubel, autor naszego radiowego Starego Marycha.
O polszczyźnie także można mówić w nieskończoność. Nie zabraknie tematów do Języka na zakręcie?
Nie zabraknie, bo wciąż ludzie coś wymyślają. I wciąż zadają nowe pytania.
Ma pani również przebogate archiwum nagrań. Są tam takie skarby, które tylko Pani posiada?
Chociażby rozmowy ze, wspomnianym tutaj, profesorem Wiktorem Degą. Opowiadał mi kapitalne wspomnienia z Powstania Wielkopolskiego, z dużym humorem i to jest w naszych radiowych nagraniach. Tego chyba nikt inny nie ma. Z Alą Kurczewską byłyśmy natomiast zachwycone rozmowami z Panią Stanisławą Szeligowską – to poezja, można jej było słuchać naprawdę bardzo długo. Mam w zasobach dużo bardzo pięknych rozmów, takich właściwie osobistych.
Któraś z nich wywarła na Panią mocniejszy wpływ?
Miałam takie bardzo miłe spotkania z Piotrem Janaszkiem. To był młody lekarz, który właściwie wprowadzał rewolucje, ponieważ upomniał się – i to w takim bardzo dobrym tego słowa znaczeniu – o dzieci niepełnosprawne. Zaczął organizować pierwsze w ich życiu i w ogóle nie spotykane w tym czasie wyjazdy wakacyjne. Obóz w Mielnicy, tam współpracowałam z nim dosyć blisko, jeździliśmy, przekonywaliśmy ludzi. To było ważne. A potem zginął w wypadku samochodowym. I bardzo mi go brakuje. Ale on z kolei tę swoją pasję przekazał córkom. I nieraz się z nimi spotykam, ponieważ one też prowadzą taką bardzo szeroką działalność na rzecz niepełnosprawnych.
A dziś Grażyna Wrońska otrzymała kolejne wyróżnienie – Laur Wielkopolskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich…
To za wytrwałość (śmiech). Ale mam jeszcze bardzo dużo rzeczy do zrobienia.
Członek Zarządu Głównego SDP i jego skarbnik Aleksandra Tabaczyńska (z lewej) wręcza Grażynie Wrońskiej-Walczak z Radia Poznań Laur Wielkopolskiego Oddziału SDP
Czyli, są plany na przyszłość?
Najpierw muszę uporządkować moje archiwum radiowe, mnóstwo rzeczy, które powinny być profesjonalnie opisane. Aczkolwiek niektórzy mówią, że mam bardzo dobrze zdokumentowaną swoją pracę. Chciałabym także nadal współpracować z Kroniką Miasta Poznania. Ale na razie powiedziałam sobie: żadnych nowych tematów. Zrób to, co ci tutaj zalega.
Porządnie, po poznańsku.
Ja nie jestem taka porządna. Wszystko robię na ostatnią minutę. Wciąż mi się coś nie podoba, coś poprawiam, przestawiam. Pewnie dlatego, że bardzo długo pracowałam razem z Ireną Goszczyńską – najwięcej z nią i z Jurkiem Kamyszkiem. Oni zwracali uwagę na te wszystkie szczegóły techniczne. A ja montowałam na ostatnią minutę, tuż przed terminem emisji i wtedy rzucałam się na głęboką wodę. Piotr Frydryszek nigdy nie mógł pojąć, że przychodzę do studia, mam coś powiedzieć, a wokół mnie pełno kartek, rozgardiasz. A ja się po prostu wtedy mobilizuję. Jak jest już Godzina Zero.
LAUR
WIELKOPOLSKIEGO ODDZIAŁU
STOWARZYSZENIA DZIENNIKARZY POLSKICH 2023
DLA
Red. Grażyny Wrońskiej – Walczak
laudacja
wygłoszona przez red. Barbarę Miczko-Malcher, wiceprezesa Zarządu WO SDP
Barbara Miczko-Malcher – wiceprezes Zarządu WO SDP
GRAZYNA WROŃSKA -WALCZAK całe swoje blisko 60 letnie życie zawodowe związała z radiem. Pracę w Polskim Radiu Poznań rozpoczęła w 1965 roku. Przechodziła przez różne redakcje i uprawiała wiele form dziennikarskich. Z racji polonistycznego wykształcenia wsparta też profesorską wiedzą męża Bohdana Walczaka, znakomitego językoznawcę, wprowadziła na antenę cykliczną audycję „Język na zakręcie”. Ma ona charakter lekkiej rozmowy i niewątpliwy walor edukacyjny. W dorobku Grażyny Wrońskiej są tez audycje i rozmowy poświęcone wybitnym Wielkopolanom, historycznym postaciom, omówienia książek, informacje o bieżących wydarzeniach kulturalnych. W 1982 roku, kiedy w telewizji pojawił się świetny serial „Najdłuższa woja nowoczesnej Europy” Grażyna Wrońska wspólnie z Małgorzata Jańczak zrealizowały cykl audycji „Bohaterowie najdłuższej Wojny” przybliżając ludzi i miejsca związane z filmem i walką Polaków z germanizacją w Wielkopolsce. W Telewizji Poznańskiej wspólnie z Piotrem Libickim Grażyna pracowała przy cyklu dokumentalnych filmów prezentujących Wielkopolskę w ujęciu historycznym i kulturalnym. Cykl ten zatytułowany był ”Poza horyzontem”.
I w końcu w Wydawnictwie św. Wojciecha w serii „Poznaj Poznań” redaktor Wrońska wydała książkę zatytułowaną „…do niepodległości”. Opisuje tam znaczące dla walki o niepodległość postaci i wydarzenia. Grażyna od lat też współpracuje z Wydawnictwem Miejskim zamieszczając w „IKS-ie” i w Kronice Miasta Poznania” wywiady i felietony. Wymieniłam tylko część osiągnięć Grażyny, ale łatwo zrozumieć, że po tak długiej, intensywnej pracy zawodowej nie da się streścić wszystkiego w kilku zdaniach. Trzeba tu jednak podkreślić rzecz bardzo istotną, a mianowicie – etykę dziennikarską.
Redaktor Grażyna Wrońska była i jest wierna zasadom uczciwości i rzetelności tak wobec swoich rozmówców jak i kolegów dziennikarzy.
Laur jest wyrazem naszego wielkiego szacunku i uznania za Jej wieloletnią, znakomitą pracę dziennikarską.
Wywiad z uhonorowanym Laurem WO SDP red. Piotrem Lisiewiczem z-cą red. nacz. Gazety Polskiej:
21 lipca 1952 r. zapadł wyrok w tzw. procesie komandorów – siedmiu wysokich oficerów Marynarki Wojennej komuniści fałszywie oskarżyli o szpiegostwo i dywersję. Pięciu oskarżonych skazano na karę śmierci (wykonano trzy wyroki), pozostałych na karę dożywotniego więzienia.
Wyrok wydał płk Piotr Parzeniecki – zmarły niedawno morderca sądowy. Zmarły nieosądzony. I jak tu się nie zgodzić ze słowami prezydenta Andrzeja Dudy, że III RP nie zdała egzaminu. Oskarżał prokurator Stanisław Zarako-Zarakowski. Wyrok – metodą katyńską – wykonał starszy sierżant UB Aleksander Drej – ten jak zwykle był pijany. Jego nałóg nie przeszkadzał mu wykłócać się o nagrodę za każdą egzekucję. W końcu doczekał się – zarządzeniem nr 19 MBP za ofiarną pracę w zwalczaniu „bandytów” dostał premię w wysokości 30 tys. zł. (niemal dwuletnia średnia pensja).
„Obrońcy polskiego Wybrzeża, zamordowani w zdradziecki sposób, 65 lat czekali na ten moment; dzisiaj wreszcie możemy ich pożegnać z honorami należnymi bohaterom Rzeczypospolitej” – mówił w 2017 r. Andrzej Duda na pogrzebie straconych przez komunistycznych okupantów trzech komandorów: Stanisława Mieszkowskiego, Zbigniewa Przybyszewskiego i Jerzego Staniewicza. W Kwaterze Pamięci Cmentarza Marynarki Wojennej w Gdyni-Oksywiu prezydent RP podkreślił, że zginęli jako żołnierze niezłomni, którzy nigdy nie przestali realizować swojej służby dla Polski.
O pamięć i godne uczczenie swoich żołnierzy upomniał się przez lata wiceadmirał Józef Unrug, dowódca polskiej floty i obrony Wybrzeża z 1939 r. Wszyscy trzej – Mieszkowski, Przybyszewski i Staniewicz – po klęsce wrześniowej dostali się do niewoli niemieckiej. W 1945 r. powrócili do Ojczyzny i służby w Marynarce Wojennej.
Aż przyszedł 1950 r. Witold Mieszkowski wspomina: „20 października, jak zwykle rankiem, ojciec wyszedł z psem na spacer. Z tego spaceru po paru godzinach wrócił do domu samotnie zdyszany pies. Ojca już nigdy więcej miałem nie zobaczyć. Ani żywego, ani nawet martwego”. Aresztowany przez Informację Wojskową Stanisław Mieszkowski był torturowany w śledztwie. Po dwóch latach – tak jak pozostali – oskarżony o udział w imperialistycznym „spisku w wojsku”.
Morderca Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok na komandorze Jerzym Staniewiczu wykonał wspomniany już ubecki kat Mokotowa Aleksander Drej 12 grudnia 1952 r., a na komandorach Stanisławie Mieszkowskim i Zbigniewie Przybyszewskim – tym samym sowieckim strzałem w tył głowy – cztery dni później. Siedem miesięcy wcześniej, trzy kilometry dalej zgodnie z decyzją mordercy Bieruta zaczął powstawać pałac Stalina.
Komuniści nie poinformowali rodzin, co stało się z komandorami. Witold Mieszkowski przez lata walczył o odnalezienie szczątków ojca (dokonała tego w końcu na „Łączce” ekipa prof. Szwagrzyka), i – bezskutecznie – osądzenia żyjących morderców.
W pierwszej połowie lipca 1945 r. na Suwalszczyźnie sowieci przeprowadzili tzw. obławę augustowską. To największa po II wojnie światowej zbrodnia dokonana na Polakach, podczas której oddziały NKWD i Armii Czerwonej zatrzymały ok. 7 tys. osób; prawie 600 podejrzewanych o powiązania z AK-owskim podziemiem wywieziono i zamordowano w nieznanym do dziś miejscu.
W mordzie, zwanym „drugim Katyniem”, brał udział Mirosław Milewski, który pracę w bezpiece rozpoczął jako 16-latek, w 1944 r. Oprócz tego (a może przede wszystkim) współpracował z sowieckim kontrwywiadem „Smiersz”. W III RP został oskarżony z powództwa Czesława Burzyńskiego o to, że jako funkcjonariusz WUBP w Białymstoku w marcu 1947 r. bezprawnie aresztował tego żołnierza Armii Krajowej (żołnierze AK podlegali wówczas amnestii) i wydał go NKWD. Sowieci sądzili Burzyńskiego za zdradę sowieckiego państwa i… nielegalne przekroczenie granicy; do Polski wrócił po 11 latach ciężkich robót w kopalni węgla w Workucie, przez co został inwalidą I grupy. Burzyński śledził błyskotliwą karierę Milewskiego, który dochrapał się stołka szefa komunistycznego MSW i stopnia generała dywizji SB, będąc jednym z najbardziej tajemniczych i zaufanych ludzi Moskwy.
Nazwisko Milewskiego pojawia się w kontekście zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki, Grzegorza Przemyka, wprowadzenia stanu wojennego (w tej sprawie zeznawał w III RP w charakterze świadka przed komisją odpowiedzialności konstytucyjnej) i afery „Żelazo” – dotyczyła zrabowania przez politycznych gangsterów (funkcjonariuszy MSW) i zawodowych gangsterów ze świata przestępczego dużych ilości złota i kamieni szlachetnych z „imperialistycznego” wówczas Zachodu. Dokumenty w tej sprawie zostały jednak zniszczone (przez pogrobowców PRL), a śledztwo – z powodu przedawnienia – umorzone (przez prokuratora III RP). Również proces z wniosku Burzyńskiego – jak się łatwo domyślić – nie zakończył się nigdy. Milewski zmarł w 2008 r.
W obławie augustowskiej brał również udział, jako dowódca w 1. Praskim Pułku Piechoty, późniejszy pułkownik komunistycznego kontrwywiadu wojskowego Maksymilian Schnepf, ojciec ambasadora RP m.in. w Stanach Zjednoczonych Ryszarda Schnepfa.
Jak pisała „Gazeta Polska”: „matka b. dyplomaty, Alicja była funkcjonariuszem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zwalczającym podziemie niepodległościowe, zaś krewny Oswald Sznepf jako sędzia wojskowy wydał co najmniej kilkanaście wyroków śmierci na Żołnierzy Wyklętych. Nikt z rodziny Sznepfów nie został ukarany za walkę z uczestnikami podziemia niepodległościowego. Alicja Schnepf straciła rentę specjalną za walkę z Żołnierzami Wyklętymi dopiero w latach 90.”
Schnepf junior tak to tłumaczył: „Od 1944 r. w Polsce trwała właściwie wojna domowa. Ludzie różnie wybierali. Dziś historię tę opisuje się jednostronnie. Wyklętych pokazuje się wyłącznie jako patriotów, którzy do końca nie złożyli broni. (…) Mój ojciec był żołnierzem. Pod Lenino nie walczył za Związek Radziecki, tylko za wolną Polskę. To jego oddział pierwszy przeszedł ze wschodniego na zachodni brzeg Wisły. Był dwukrotnie odznaczony orderem Virtuti Militari. Brał udział w zdobyciu Berlina. Nie mam powodu, by się tego wstydzić”.